Index MiU: Pandemia wpływa na zdolność do konkurowania firm

  • Siemens Financial Services w Polsce publikuje nowy na krajowym rynku Index MiU – wskaźnik, który pokazuje zdolność do konkurowania firm z sektora przemysłowego w wybranych branżach, w oparciu o inwestycje w park maszyn i urządzeń.
  • Jak wynika z dwóch pomiarów wykonanych w 2020 r. – pierwszego chwilę przed pandemią i  drugiego, po sześciu miesiącach jej trwania – obecna sytuacja wpływa na to, jak przedsiębiorstwa postrzegają swoją kondycję do konkurowania. Główny Index MiU wynosi w drugim odczycie 43,91 pkt (w skali od 0 do 100).
  • Wartość sub-indeksu dla branży przetwórstwa tworzyw sztucznych wzrosła w tym czasie do 52,28 pkt. Zmiany odnotowano także w branży spożywczej (tu sub-indeks nieznacznie obniżył się do 48,76 pkt). O niższej zdolności do konkurowania informuje odczyt dla firm z branży poligraficznej (33,05 pkt) i obróbki metali (41,57 pkt).

Index MiU to pierwsze na rynku, tak szczegółowe badanie obejmujące branże: spożywczą, poligraficzną, przetwórstwa tworzyw sztucznych i obróbki metali. Istotą indeksu jest dostarczanie rzetelnej informacji o tym, w jakiej „kondycji do konkurowania” są wymienione branże.

Pierwsze badanie producentów inwestujących w maszyny i urządzenia zrealizowano w marcu 2020 r. w przeddzień pandemii, a kolejne – po 6 miesiącach, we wrześniu. Prezentowane wyniki badania pokazują zatem, jak zmieniła się ocena „kondycji do konkurowania” w tym czasie. Sytuacja różni się w zależności od branży.

Główny Index MiU wynosi obecnie 43,91 pkt i w porównaniu do odczytu z marca 2020 roku obniżył się nieznacznie, bo o 5,93 pkt. Uzyskany wynik należy interpretować jako umiarkowanie niską zdolność badanych branż do konkurowania obecnie i w perspektywie kolejnego roku.

Umiarkowanie niska zdolność do konkurowania przejawiać się będzie ograniczonymi możliwościami ekspansji tych branż na nowe rynki w najbliższych miesiącach. Wynika to z faktu, że mniej firm informuje o wzrostach nakładów na odnowienia parku maszyn i urządzeń, a także o ich wzrostach na automatyzację.

 W erze gospodarek transformujących się permanentnie, szerzej niż kiedyś definiowana jest „zdolność do konkurowania”. Do tej pory konkurowało się przede wszystkim jakością, marką, ceną oraz długoletnimi przygotowaniami do zmian. Dziś konkurowanie to także elastyczność i tempo odpowiedzi na oczekiwania klienta. Przyszłość to konkurowanie technologią. Do tego prowadzi automatyzacja, digitalizacja, nowoczesny park maszyn i urządzeń oraz dostęp do technologii i elastycznego finansowania  –– mówi Tomasz Kukulski, Prezes Zarządu Siemens Financial Services w Polsce. – Dlatego chcemy dostarczać rynkowi użyteczny wskaźnik, który pokazuje w jakim tempie i kierunku zmienia się zdolność do konkurowania w badanych branżach. Ten aspekt może pomóc firmom w analizowaniu sytuacji oraz podejmowaniu działań dotyczących ich konkurencyjności – dodaje.

indeks główny
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r. N = 400 firm produkcyjnych (MŚP z branży spożywczej, poligraficznej, obróbki metali i przetwórstwa tworzyw sztucznych).

Branża przetwórstwa tworzyw sztucznych z wyższym wynikiem sub-indeksu

Najlepszą kondycję do podejmowania konkurencyjnych działań wykazuje aktualnie branża przetwórstwa tworzyw sztucznych. Poziom sub-indeksu wyniósł dla niej  52,28 pkt (wzrost o 6,49 pkt w relacji do pomiaru marcowego).

subineks
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 100 firm produkcyjnych z branży przetwórstwa tworzyw sztucznych (MŚP).

Według przyjętej metodologii, oznacza to poprawę zdolności do konkurowania firm przetwarzających tworzywa sztuczne. Ponadto, w kolejnych miesiącach możemy spodziewać się wzrostu ekspansji przedsiębiorstw z tej branży na nowe rynki, a także niższego ryzyka dla współpracujących z nimi firm. Na wzrost sub-indeksu największy wpływ miały przede wszystkim zmiany w obszarze odnowień parku maszyn i urządzeń, który jest jedną z ważnych składowych konstrukcji wskaźnika – mówi Tomasz Kukulski z Siemens Financial Services w Polsce.

Wrześniowy odczyt sub-indeksu dla branży spożywczej obniżył się nieznacznie, bo z 50,29 do 48,76 pkt. W przypadku tej branży, wpływ na niższy wynik miało przede wszystkim przyhamowanie inwestycji w obszar automatyzacji, natomiast większość producentów utrzymała tempo odnowień parku MiU i na stabilnym poziomie kształtuje się u nich częstotliwość z jaką inwestowali w odnowienia.

Większość firm spożywczych utrzymała wcześniej wypracowaną zdolność do ekspansji, dzięki czemu odnotowano minimalny spadek konkurencyjności przetwórców, w porównaniu do poprzedniego pomiaru.

Poligrafia i obróbka metali ze spadkiem sub-indeksu

subineks metali
wrzesień 2020 r.
N = 100 firm produkcyjnych z branży obróbki metali (MŚP).

O niższej zdolności do konkurowania informuje odczyt dla branży poligraficznej. W aktualnym pomiarze sub-indeks dla niej wynosi 33,05 pkt (spadek o 15,15 pkt). Oznacza to, że przedsiębiorstwa poligraficzne prawdopodobnie będą skupiać się teraz i w najbliższej przyszłości przede wszystkim na utrzymywaniu obecnych parków maszyn i urządzeń, a także mniej inwestować w nowe moce wytwórcze.

Poziom zdolności do konkurowania spadł również w branży obróbki metali, dla której sub-indeks wynosi 41,57 pkt wobec 55,08 pkt w odczycie marcowym. Obecny wynik wskazuje, że w kolejnych miesiącach można spodziewać się mniejszej aktywności w zakresie ekspansji, szczególnie eksportowej, firm z tej branży. Największe zmiany odnotowano w skali nakładów firm na odnowienia parków maszynowych. Wyraźne są tu spadki sprzedaży krajowej i eksportu, co ma wpływ na osłabienie kondycji do konkurowania tej branży.

Spadki sprzedaży i eksportu w większości branż

Pandemia wpłynęła na wszystkie badane branże również pod względem sprzedażowym. Niższe wyniki na rynku krajowym odnotowało ponad 44 proc. przedsiębiorstw, podczas gdy 33 proc. firm utrzymało je na tym samym poziomie, a jedynie 16 proc. z nich zwiększyło sprzedaż. Przedsiębiorcy liczą jednak na wzrosty w przyszłości. Co czwarta firma spodziewa się większej sprzedaży krajowej w ciągu najbliższych 12 miesięcy, z kolei niższej co piąta.

Nieco lepiej jest w eksporcie. Blisko 20 proc. firm podaje, że – pomimo pandemii – zwiększyło sprzedaż zagraniczną między marcem a wrześniem. W tym samym czasie ponad 38 proc. producentów zanotowało spadki w tym obszarze. Wzrostów w 2021 r. spodziewa się 35,5 proc., a spadków jedynie 14 proc. ankietowanych.

Część firm automatyzuje i odnawia parki MiU mimo pandemii

Jak wynika z badania Siemens Financial Services w Polsce, blisko co czwarte przedsiębiorstwo zwiększyło nakłady na odnowienia parku maszyn i urządzeń, mimo trudnych okoliczności gospodarczych spowodowanych pandemią. W dwóch trzecich firm inwestycje utrzymano na tym samym poziomie. O spadkach informuje zaledwie 7 proc. Co ważne, 17 proc. podmiotów zwiększyło częstotliwość samych odnowień MiU, a 19,5 proc. podniosło także poziom automatyzacji produkcji.

automatyzacja
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 400 firm produkcyjnych (MŚP z branży spożywczej, poligraficznej, obróbki metali i przetwórstwa tworzyw sztucznych).

Część firm planuje inwestować również w kolejnych miesiącach. Wyższe nakłady na park maszyn i urządzeń chce przeznaczyć blisko 32 proc. badanych, a zwiększyć automatyzację procesów produkcji ponad 28 proc.

– Ostatnie miesiące wpłynęły na zmianę podejścia przedsiębiorstw do inwestycji w maszyny i urządzenia. Firmy coraz rzadziej chcą kupować używany sprzęt. Znacznie więcej przedsiębiorców w przyszłości planuje inwestować przede wszystkim w nowe technologicznie maszyny, co pozwoli im budować konkurencyjność na rynku i dostosowywać się do nagłych zmian Grzegorz Jarzębski, Szef Sprzedaży Siemens Financial Services w Polsce.

inwestycje w urządzenia
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 102 firm produkcyjnych, które planują inwestycje w ciągu najbliższych 12 miesięcy (MŚP z branży spożywczej, poligraficznej, obróbki metali i przetwórstwa tworzyw sztucznych).

Dywersyfikacja źródeł finansowania sprzyja budowaniu konkurencyjności

Przedsiębiorstwa z badanych branż finansują inwestycje w maszyny i urządzenia z różnych źródeł. Wyłącznie z wypracowanych zysków korzysta 45,1 proc. Z kolei ponad 42 proc. firm dywersyfikuje źródła finansowania – część pochodzi ze środków własnych, a część to kapitał zewnętrzny. W całości ze środków zewnętrznych korzysta 12,6 proc. ankietowanych.

źródła finansowania
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 357 firm produkcyjnych (MŚP z branży spożywczej, poligraficznej, obróbki metali i przetwórstwa tworzyw sztucznych)

W przypadku zewnętrznego kapitału przedsiębiorcy najczęściej sięgają po leasing. Do sfinansowania całości lub części parku maszyn i urządzeń, korzysta z niego łącznie 38,3 proc. Analogicznie 15,9 proc. wykorzystuje dotacje, a 14,8 proc. kredyty.

Jak wynika z badania Simens Financial Services w Polsce, szczególnie istotna w budowaniu konkurencyjności jest dywersyfikacja źródeł finansowania. Przedsiębiorstwa, które różnicują źródła finansowania częściej podają, że odnawiają park maszyn i urządzeń oraz zwiększają automatyzację. Planują również większe inwestycje w przyszłości w tych obszarach. Lepiej także oceniają swoje przygotowanie do konkurowania. Potwierdzają to wyniki zarówno przed, jak i w trakcie trwania pandemii.

– Inwestycje w nowe technologie pomagają w budowaniu konkurencyjności, elastyczności oraz odporności na zmiany rynkowe. Dlatego w tej wymagającej sytuacji dla przedsiębiorców tak ważny staje się dostęp do finansowania zewnętrznego, umożliwiającego realizację planów inwestycyjnych. Finansowania dostarczanego przez partnera, rozumiejącego technologię, specyfikę danej branży i posiadającego niezbędne doświadczenie – podsumowuje Tomasz Kukulski.

 

Nota metodologiczna:

Index MiU przyjmuje wartości w skali od 0 do 100 pkt. Im wyższy odczyt, tym wyższa ocena zdolności firm do konkurowania, bardziej skupiają się one na inwestycjach w rozwój parków maszyn i urządzeń, automatyzacji oraz m.in. zwiększają skalę sprzedaży krajowej i zagranicznej. Progi newralgiczne, które świadczą o dużym wzroście lub spadku konkurencyjności wynoszą odpowiednio 60 pkt i 40 pkt. Konstrukcja indeksu opiera się na ośmiu komponentach, które w różnym stopniu wpływają na końcową wartość informującą o  zdolności do konkurowania producenta.  Wśród nich są m.in. odnowienia parku maszyn i urządzeń oraz ich częstotliwość, automatyzacja procesów produkcji, sprzedaż krajowa i eksport czy udział oraz dostępność finansowania zewnętrznego.

Badanie z przedstawicielami 400 małych i średnich firm zrealizował Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research we wrześniu 2020 r. Uczestnikami badania byli przedsiębiorcy z branży poligraficznej, spożywczej, obróbki metali i przetwórstwa tworzyw sztucznych z całej Polski,  posiadający własny park maszyn i urządzań (MiU). Wykorzystano metodę ilościową, technikę  standaryzowanych wywiadów telefonicznych  (CATI).

Badanie PayPal: Ponad 60 proc. Polaków robi zakupy online, aby poprawić sobie humor

Dla 57 proc. badanych Polaków kupowanie online zastąpiło chodzenie do galerii handlowych jako formę rozrywki, a ponad 30 proc. uważa czekanie na dostawę za bardziej ekscytujące niż samo korzystanie z zakupionego produktu. Z kolei 65 proc. respondentów wybrało zakupy w sieci, aby zachować bezpieczeństwo podczas pandemii.Ponad 60 proc. Polaków robi zakupy online, aby poprawić sobie humor

Rok 2020 zostanie zapamiętany jako czas, gdy większość naszych codziennych aktywności przenieśliśmy do sfery cyfrowej. Pracę w biurze zamieniliśmy na home office, zajęcia z pilatesu na treningi online, a zakupy spożywcze na zakupy w internecie. W momencie, gdy globalny rynek handlu online osiąga kolejne rekordowe wyniki sprzedaży, a za rogiem już czeka świąteczna gorączka zakupów, PayPal przedstawia wyniki badania przeprowadzonego we współpracy z SW Research. Rozmowy z ponad tysiącem Polaków i Polek odkrywają zaskakujące emocjonalne aspekty kupowania w sieci po wybuchu pandemii COVID-19.

Jak wynika z badania PayPal, zakupy online w 2020 roku miały przede wszystkim wymiar terapeutyczny. Co ciekawe, dla wielu kupujących bardziej atrakcyjne od celu, czyli zakupionego produktu czy usługi, był sam proces zakupowy – zwłaszcza moment zatwierdzenia zamówienia czy czas oczekiwania na paczkę:

  • Niemal 40 proc. badanych stwierdziło, że zakupy stanowią dla nich rodzaj nagrody za zły dzień w pracy czy w domu;
  • Dla 2/3 badanych moment potwierdzenia zamówienia jest bardziej ekscytujący niż cały proces zakupowy, ponieważ zwiększa to ich poczucie sprawczości;
  • 40 proc. biorących udział w badaniu respondentów sądzi, że czas oczekiwania na dostarczenie paczki jest dla nich bardziej atrakcyjny i wywołuje więcej emocji niż korzystanie z zamówionego produktu;
  • Połowa respondentów deklaruje, że możliwość wypełnienia koszyka zakupowego sprawia, że czują kontrolę nad swoimi finansami;
  • Dla 1 na 5 badanych samo dodawanie produktów i usług do koszyka jest przyjemne, nawet jeśli nie planują niczego kupować.

Sezonowe rabaty i wyprzedaże online również żywo interesują Polaków i wywołują u nich ciekawe reakcje:

  • 53 proc. badanych przyznaje, że mogą kupić produkt, którym nie byli zainteresowani, tylko ze względu na sam fakt, że pojawił się on na wyprzedaży;
  • 77 proc. respondentów stwierdziło, że dzięki kupowaniu przecenionych towarów czują się odpowiedzialni finansowo.

– Internet nigdy wcześniej nie odgrywał tak znaczącej roli w kształtowaniu zachowań ludzi na całym świecie. Zależało nam na tym, aby przeanalizować kształtujące się na nowo nawyki konsumenckie, szczególnie to, w jaki sposób Polacy i Polki zachowują się i reagują podczas całego procesu kupowania w sieci – mówi Efi Dahan, dyrektor generalny PayPal w Europie Środkowo-Wschodniej i Izraelu i dodaje: Wyniki potwierdzają, że cała koncepcja konsumpcji została zredefiniowana – samo „kupowanie” przestało być jedynie prostą codzienną czynnością, a stało się przeżyciem. Konsumenci oczekują dziś bowiem tak emocjonalnego doświadczenia w trakcie dokonywania zakupów, jak i prostego dotarcia do celu.

W zgodzie z duchem czasów, w których obecnie żyjemy, jedną z głównych potrzeb w trakcie zakupów jest poczucie bezpieczeństwa. 65 proc. respondentów stwierdziło, że czują się bezpieczniej robiąc zakupy w sieci, zamiast stresować się koniecznością zachowania dystansu społecznego w sklepie stacjonarnym.

Bezpieczeństwo zakupów było zawsze podstawową wartością dla PayPal i tym co nas wyróżniało na rynku, a także kluczową motywacją do korzystania z usług PayPal zarówno dla polskich konsumentów, jak i sprzedawców – podsumowuje Efi Dahan, dyrektor generalny PayPal w Europie Środkowo-Wschodniej i Izraelu. W 2020 roku zmieniło się pojęcie bezpieczeństwa, które dla nas wyszło poza program Ochrony Kupujących, zwłaszcza w związku z przejściem Polaków do kupowania online jako sposobu na utrzymanie dystansu społecznego oraz uniknięcia tłumów – dodaje.

Postulaty branży fitness i ocena ich racjonalności – stanowisko Instytutu Staszica

Poszczególne branże polskiej gospodarki, dotknięte drugą falą pandemii, oczekują szybkich i racjonalnych decyzji w dwóch obszarach. Pierwszy – to przyjęcie jasnych, uzasadnionych badaniami i twardymi danymi kryteriów ograniczania działalności firm oraz ich znoszenia. Drugi obszar to działania rekompensujące straty, bądź to w postaci dostępu do środków finansowych, bądź w postaci różnego rodzaju ulg i zwolnień. Rzecz jasna, w głównej mierze decydenci powinni zająć się tymi branżami, w których dominują firmy o polskim kapitale – ich zysk nie jest bowiem transferowany za granicę. Przykładem takiego segmentu rynku, w opinii ekspertów Instytutu Staszica wymagającego wdrożenia pilnych rozwiązań, jest branża fitness.

Struktura branży

Z danych przedstawionych przez Federację Pracodawców Fitness[1] wynika, że w kraju funkcjonuje ok. 10 tysięcy obiektów sportowo-rekreacyjnych, z czego jedna trzecia przypada na kluby fitness. Kluby te zatrudniają, wedle różnych szacunków, od ok. 50 tys. do nawet 150 tys. osób, przy czym zatrudnienie na podstawie umów o pracę nie jest formą dominującą. Wynika to m.in. ze specyfiki pracy trenerów.

Przed pierwszą falą pandemii szacowano, że członkostwo w klubach fitness miało wykupionych ok. 3 mln Polaków[2]. Wskutek zamknięcia obiektów i ograniczeń wdrożonych przez pracodawców liczba ta latem / jesienią br. spadła o około 1 mln. W oczywisty sposób przełożyło się to na problemy dla branży, pogłębione jeszcze przez faktyczne zamknięcie klubów w październiku br.

Rynek klubów fitness jest rozdrobniony: do dużych graczy rynkowych (czyli posiadających co najmniej 4 kluby) należy 13% rynku. Dla porównania, we Francji duzi mają 35-proc. udział w rynku. W Polsce 16% korzysta w obiektów sieciowych, podczas gdy we Francji 42%. Te liczby są jeszcze wyższe w krajach skandynawskich. Co istotne, większość podmiotów na rynku (zarówno małych, jak i dużych) to firmy z polskim kapitałem. Polska branża fitness jest odporna na próby komasowania klubów przez międzynarodowe korporacje, co jest postępującym zjawiskiem w większości państw UE. Problemy, spowodowane przez kryzys roku 2020 i niepewność co do rozwoju sytuacji w roku przyszłym, są poważnym zagrożeniem dla utrzymania dominacji polskich firm w sektorze. A dodać należy do tego wprowadzanie cięć przez firmy odczuwające skutki kryzysu (m.in. na finansowanie zajęć sportowych dla pracowników) i oszczędności w budżetach domowych.

Żeby zrozumieć skalę zagrożenia, trzeba odwołać się do struktury kosztów w branży. 70% kosztów operacyjnych w klubach fitness stanowią koszty stałe: wynajmu powierzchni (w zależności od klubu, 30-50% kosztów operacyjnych), leasingu sprzętu i jego konserwacji (ok. 5%), umów z pracownikami (ok. 30%). Koszty te muszą być ponoszone niezależnie od tego, ile osób uczęszcza do klubów i czy w ogóle są one czynne. Wg przedstawicieli branży tegoroczne straty wywołane pandemią mogą wynieść (w zależności od scenariusza) 2,2-3 mld zł.

Od około 2 miesięcy znakomita większość klubów ponosi wyłącznie koszty, nie wiedząc, kiedy będzie mogła wznowić działalność choćby w ograniczonym zakresie. Właściciele klubów nie wiedzą również, czy i w jakim zakresie będą mogli liczyć na wsparcie publiczne.

Postulaty branży fitness i ocena ich racjonalności

Przedstawiciele branży, zrzeszeni w organizacjach pracodawców, formułują następujące postulaty, których pilna realizacja jest w ich ocenie warunkiem przetrwania sektora i zachowania jego polskiego charakteru:

  • Wprowadzenie regulacji, które zagwarantują solidarne podejście najemców i wynajmujących do kwestii wzajemnych rozliczeń. Jeszcze wiosną, w związku z pierwszą falą COVID-19, przedstawiciele branży fitness proponowali 8-proc. poziom wspólnych rozliczeń, liczony od przychodu jako od całkowitej opłaty ponoszonej przez najemców na rzecz wynajmujących. Ten próg miałby obowiązywać do chwili osiągnięcia poziomu 90% przychodów z 2019 r.
  • Uwzględnienie specyfiki zatrudnienia w branży, w której zatrudnienie na podstawie umów o pracę nie jest formą dominującą. Jak wspomniano, ma to związek ze specyfiką pracy trenerów i ich planami rozwoju zawodowego (nie chcą się wiązać na stałe z jednym podmiotem, budują swoją osobistą markę). Tymczasem wsparcie w ramach kolejnych odsłon tzw. tarczy antycovidowej pomija samozatrudnienie i kierowane jest w zasadzie do przedsiębiorstw zatrudniających pracowników na etacie i związane z wymogiem zachowania poziomu zatrudnienia. Dlatego podmioty z branży fitness mają bardzo ograniczone szanse na otrzymanie wsparcia.
  • Przygotowanie – w drodze dialogu pracodawców i decydentów – jasnych, klarownych reguł wprowadzania ograniczeń w funkcjonowaniu klubów i ich znoszenia, z jak najszybszym otwarciem klubów przy zachowaniu reżimu sanitarnego. Branża powołuje się na badania z Wielkiej Brytanii[3] i Norwegii[4] wskazujące, że kluby fitness odpowiadają za niewielki odsetek zakażeń. Z kolei na Wyspach od grudnia kluby zostały ponownie otwarte i zaliczone do tzw. niezbędnej infrastruktury ze względu na zdrowie mieszkańców[5].
  • Rekompensata pewnej części utraconych w okresie pandemii przychodów.
  • Zwiększenie współpracy instytucji państwowych z sektorem prywatnym w zakresie profilaktyki zdrowotnej i promocji aktywności fizycznej[6].

W ocenie ekspertów Instytutu Staszica powyższe postulaty powinny stać się przedmiotem jak najszybszego efektywnego dialogu z rządem. Oczywiście, należy je traktować jako punkt wyjścia, a wypracowane w drodze porozumienia rozwiązanie musi uwzględniać trzy elementy:

  • Zabezpieczenie polskiej branży fitness przed przejęciem przez międzynarodowe korporacje;
  • Możliwości budżetu państwa w zakresie rekompensat;
  • Specyfikę zatrudnienia w sektorze (przewaga form innych, niż umowa o pracę);
  • Rozwiązania, z których mogą korzystać inne sektory – tak, by branża fitness nie była ani dyskryminowana, ani traktowana preferencyjnie w zakresie wprowadzanych rozwiązań.

Wydaje się zasadne skorzystanie również z tak ważnego forum dyskusji, jakim jest Rada Dialogu Społecznego, do której decydenci odwołują się w ocenie IS zbyt rzadko.

Ponieważ każdy tydzień zwłoki to kolejne policzalne straty i pogłębienie trudnej sytuacji firm i osób związanych z branżą, Instytut Staszica rekomenduje jak najszybsze podjęcie konstruktywnych rozmów między przedstawicielami rządu a organizacjami branżowymi i reprezentantami największych polskich firm z omawianego sektora.

[1] Raport „Klub nieczynny do odwołania”, Federacja Pracodawców Fitness, kwiecień 2020; link do strony: http://www.federacjapracodawcowfitness.pl/#raport

[2] Raport „The European Health & Fitness Market 2020”, Deloitte i EuropeActive, 2020; link do strony: https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/press-releases/articles/fitness-rynek-czeka-reorganizacja.html

[3] UK ACTIVE, https://www.ukactive.com/news/fitness-and-leisure-sector-reports-covid-rate-of-0-34-per-100000-visits-since-reopening-in-england/

[4] A Randomised Trial of Covid-19 Transmission in Training Facilities, Uniwersytet Oslo; https://www.medrxiv.org/content/10.1101/2020.06.24.20138768v3

[5] COVID-19 Winter Plan, Wielka Brytania, strona rządowa: https://www.gov.uk/government/publications/covid-19-winter-plan

[6] Raport „Ocena korzyści społecznych i n w e s t y c j i   w   s p o r t   w   o d n i e s i e n i u  do ponoszonych kosztów”, Instytut Badań Strukturalnych dla MSiT, 2016, źródło: https://ibs.org.pl/news/jesli-co-drugi-nieaktywny-polak-zaczalby-cwiczyc/

Michał Lubina: „Nowy Jedwabny Szlak to wyjątkowo świetny chiński PR”

Mariusz Marszałkowski/Instytut Jagielloński: W oczach wielu komentatorów Chiny są uznawane już za mocarstwo. Czy według pana Chiny faktycznie zasługują na taki tytuł?

Dr hab. Michał Lubina: Na pewno Chiny są mocarstwem, do dyskusji jest jakiego przymiotnika użyjemy. Bez wątpienia są mocarstwem z ambicjami globalnymi i bez wątpienia są mocarstwem azjatyckim. Nie są jednak supermocarstwem, są wciąż wyraźnie słabsze niż USA, choć skracają dystans. Jednak dziś jeszcze nie ma układu bipolarnego, w którym Chiny stanowiłyby równorzędnego rywala do USA, mimo iż sytuacja międzynarodowa w tę stronę zmierza. Wciąż jednak jest inaczej niż w czasach zimnej wojny, gdyż wtedy były dwa równoległe, oddzielne od siebie światy. Dzisiaj jest odmiennie, chociażby z tego powodu, że Chiny jednocześnie są i nie są częścią systemu świata zachodniego. Są, ponieważ korzystają z globalizacji, wolnego rynku, a nie są, ponieważ ograniczają dostęp do swojego rynku podmiotom zewnętrznym. Widać to na przykładzie chociażby cyfrowym (wielki mur cyfrowy).

Jednocześnie są dla USA poważnym konkurentem, gdyż potencjał gospodarczy Chin jest znacznie większy niż wszystkich rywali USA w historii, i dlatego Stany, zorientowawszy się, trochę nie w porę, iż Chiny nie akceptują amerykańskiego prymatu i rozsadzają system od środka, zaczęły w ostatnich latach prowadzić politykę powstrzymywania Chin.

M.M.: Jaką politykę prowadzą Chiny wobec swoich sąsiadów?

M.L.: Historycznie Chiny mają problem ze zrozumieniem sąsiadów, ponieważ przed epoką kolonialną, będąc najsilniejszym państwem w Azji, nigdy nie traktowały sąsiadów równoprawnie. Uznawały ich albo za podporządkowanych, albo za obojętnych. Po części było to zrozumiałe, historyczna rola Chin w tej części świata była ogromna. Państwo Środka – ta nazwa mówi wszystko – wytworzyło taką kulturę i cywilizację, jaką było Cesarstwo Rzymskie dla Europy. Znaczna część kultur państw Azji Wschodniej jest pod znacznym wpływem chińskiej kultury. Chińczycy mają tego świadomość, chętnie to innym uzmysławiają, często przesadzając jednak z tym wpływem: był on znaczny, ale nie wszechogarniający.

Przechodząc do przeglądu sąsiadów, zacznijmy od jedynego formalnego sojusznika Chin, jakim jest Korea Północna. Chiny podpisały z nią traktat obronny w 1961 r. i po czasie pożałowały. Od ostatnich kilku dekad Chińczycy starają się nie wiązać traktatowymi zobowiązaniami, bo to odbiera państwu elastyczność działania i możliwość wyboru. A Koreańczycy dodatkowo są nieobliczalni i niesterowalni – w ogóle nie słuchają się Pekinu, rozwijają program nuklearny, dokonują prób jądrowych i rakietowych wbrew chińskim sugestiom. To też w wyraźny sposób podkopuje chiński autorytet nie tylko w Azji ale i w świecie. Z drugiej strony, Korea Północna jest buforem strzegącym dostępu do Chin i środkiem skupiającym uwagę Zachodu, co dla Pekinu jest w pewnym sensie korzystne. Za fasadą dobrych relacji kryją się jednak wzajemna nieufność i obawa. Jedyny formalny sojusznik nie jest więc przyjacielem Chin, raczej irytującym, nieobliczalnym, niekontrolowalnym wasalem. Paradoksalnie istotniejsze, przynajmniej gospodarczo, są relacje z Koreą Południową, która jest obecnie drugim, po Japonii, największym partnerem handlowym Chin w Azji. Dodatkowo Korea Południowa jest ważna ze względu na dostęp do nowoczesnych technologii. Z drugiej strony, na terytorium Korei Płd. znajdują się amerykańskie bazy i instalacje wojskowe, co bardzo irytuje Chińczyków. Korei Południowej, mimo jej silnych związków gospodarczych i kulturowych z Chinami, Pekin również nie zalicza do grona swoich sprzymierzeńców.

Sąsiadem, z którym Chiny mają najlepsze stosunki, jest Pakistan. Chiny traktują Pakistan jako strategicznego partnera w wymiarze gospodarczym, dodatkowo jest jednym z głównych odbiorców chińskiej zbrojeniówki. Jednak rdzeniem „strategicznego partnerstwa” Pekinu i Islamabadu jest w pewnym sensie „antyrelacja” z Indiami, z którymi oba te państwa mają złe relacje. Opierają się w pewnym sensie na starożytnej maksymie „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. Dobre relacje z Pakistanem pomagają Chinom w wyjściu na Ocean Indyjski oraz w zabezpieczeniu wrażliwych granic południowych Xinjiangu.

Drugie państwo, z którym Chiny mają dobre relacje, to Laos. Jest to jednak mały, górski kraj, niemal w pełni uzależniony od Chin ekonomicznie (podobnie jest z trochę mniej zdominowanym Nepalem). Na trzecim miejscu pod względem dobrosąsiedzkich relacji jest Birma, dużo bardziej niezależna niż Laos. Relacje chińsko-birmańskie mają silne podstawy gospodarcze: duża wymiana handlowa, współpraca surowcowa (ropociąg, gazociąg), powstające chińska specjalna strefa ekonomiczna i projekty infrastrukturalne. Birma jest też znana w Chinach jako ważny eksporter kamieni szlachetnych. Jednak Birmańczycy obawiają się zdominowania przez Chiny, więc starają się równoważyć relacje poprzez wzmożone kontakty z Japonią czy Koreą, przy jednoczesnym utrzymywaniu dobrych relacji z Pekinem. Na razie im to wychodzi.

Kolejnymi ważnymi partnerami, głównie ze względu na projekty tranzytowe i surowcowe, są państwa Azji Centralnej. Tu najlepsze relacje Chiny mają z Kazachstanem, niezłe z Kirgistanem i Tadżykistanem (choć te dwa wyraźnie się Chin obawiają). Takie sobie mają za to Chiny relacje z nieufną wobec nich Mongolią.

Po drugiej stronie barykady są Japonia i Indie. Japonia to najważniejszy partner handlowy Chin w Azji, a jednocześnie ich główny azjatycki przeciwnik. Nad Jangcy pamięta się ogromne, i w większości nierozliczone, krzywdy wyrządzone Chinom w czasie drugiej wojny światowej. Nie ma dla Chińczyków innego państwa na świecie, do którego żywiono by większą urazę niż do Japonii, co tłumaczy silną chęć rewanżyzmu wobec Tokio, będącego jeszcze, co gorsza, najważniejszym sojusznikiem USA w regionie. Dlatego relacje z Japonią są najtrudniejsze spośród sąsiadów Chin.

Drugimi, najbardziej problematycznymi, są relacje z Indiami. Jednak Chiny nie czują aż takich resentymentów wobec Indii jak wobec Japonii. Wręcz trochę Indusów lekceważą, pozwalając sobie na wiele, m.in. prowadząc politykę faktów dokonanych w toczącym się od siedemdziesięciu lat sporze o granicę w Himalajach, co doprowadziło w czerwcu do najpoważniejszych od dekad incydentów zbrojnych. Z kolei Indie mają pewien kompleks Chin, bo chińska modernizacja przyćmiła indyjską; wzrost i potęga jest nieporównywalna. Indie traktują Chiny jako głównego rywala i największe niebezpieczeństwo regionalne. Nie mają jednak dobrego pomysłu na poradzenie sobie z Pekinem i dopóki nie wejdą w antychiński sojusz z USA, Australią i Japonią (jego zręby powstają, ale do sukcesu daleka droga), Chiny mogą spać spokojnie.

M.M.: Zostawiliśmy na koniec jednego z większych i potężniejszych sąsiadów Chin, czyli Rosję. Jak wyglądają te relacje?

M.L.: Stosunki niedźwiedzia ze smokiem ewoluowały. Ongiś były wyłącznie „antyrelacją” wobec Zachodu, sposobem na wzmacnianie swojej pozycji względem USA i Europy Zachodniej. Z czasem jednak, od 2008, a szczególnie od 2014 r., nabrały konkretów. Rosja stanowi ważną bazę surowcową dla Chin (ropa, gaz, węgiel, drewno i in.), zaś dalekowschodnie regiony Federacji są uzależnione od Chin gospodarczo. Po drugie, Rosja jest główną dostarczycielką broni do Chin. Po trzecie, Moskwa i Pekin wzajemnie wspierają się na arenie międzynarodowej (m.in. wspólnie wetują w RB ONZ, czy dają odpór demokratycznym naciskom). Po czwarte wreszcie, Chiny i Rosja są dla siebie „strategicznymi tyłami”, pozwalającymi na koncentrację na innych, ważniejszych odcinkach: Azja-Pacyfik dla Chin i „bliskiej zagranicy” dla Rosji. Jest to układ dość trwały, choć asymetryczny – Chiny więcej zyskują finansowo, ale nie można powiedzieć, że Rosja na tym traci. To, parafrazując ulubione hasło chińskiej dyplomacji: „asymetryczne win-win”.

M.M.: Przejdźmy do jednego z głównych, a przynajmniej najbardziej medialnego, projektu infrastrukturalnego na świecie, czyli projektu Jednego Pasa i Szlaku. Jak wygląda obecnie realizacja tego projektu?

M.L.: Nowy jedwabny szlak to kilka elementów: ambicje osobiste Xi Jinpinga, rywalizacja chińskich regionów i prywatnych spółek o dostęp do dofinansowania, rozwój infrastruktury, ekspansja kapitału chińskiego oraz fenomenalny PR. Dlaczego PR? Bo ogłaszając ten projekt w 2013 roku, Xi Jinping sprzedał odgrzewany kotlet: coś, co już istniało od ponad 20 lat, choć nie miało tak chwytliwej nazwy, czyli pomysł rozbudowy infrastruktury łączącej głównie kraje azjatyckie. Dobrym przykładem jest port Gwadar w Pakistanie, który powstał, zanim oficjalnie zaczęto mówić o nowym jedwabnym szlaku, jednak teraz port ten widnieje we wszystkich oficjalnych dokumentach jako efekt właśnie jedwabnego szlaku.

Poprzedni przywódca Chin, Hu Jintao ogłosił tak zwane wyjście na zewnątrz, czyli ekspansję chińskiego kapitału za granicą. W 2013 r. zmieniono więc nazwę na lepiej brzmiącą dla globalnego ucha, nawiązującą do jedwabnego szlaku, sugerując mityczne bogactwa ze Wschodu i podprogowo serwując przekaz: współpracujcie z nami, to się wam opłaci. W tym sensie jest to genialny, globalny marketing chińskich inwestycji. Dlatego tak daliśmy się złapać na tę wizję.

Jednocześnie pojawia się problem metodologiczny: skoro nawet Chile może być na Jedwabnym Szlaku, to trudno odróżnić, co jest jedwabnym szlakiem, a co po prostu polityką zagraniczną Chin.

W końcu wspieranie własnych firm, akwizycje, zmniejszenie barier handlowych, stworzenie nowych rynków zbytu, odpowiednie sformatowanie działalności w zależności od części świata, to wszystko elementy po prostu polityki zagranicznej Pekinu. Na przykład Europa jest ważna pod względem dostępu do (i przejmowania) technologii, w przypadku Afryki mamy eksploatację zasobów naturalnych.

M.M.: A czy sam projekt jest szansą czy zagrożeniem dla jego ewentualnych uczestników?

M.L.: To debata, która toczy się na świecie od co najmniej dwudziestu lat, a Chińczycy wpłynęli na nią „jedwabnym” PR-em, przez co początkowo wzmocnili myślenie w tej pierwszej kategorii: otwarcia na Chiny, które ma dać bogactwo. Ostatnio jednak, przynajmniej na Zachodzie, silniej do głosu dochodzi narracja o zagrożeniu (w globalnym Południu wciąż przeważa szansa, choć nie tak jednoznacznie). W rzeczywistości są i szanse i zagrożenia. Zależy w jakich sferach, zależne jest też to od kraju. Trzeba to oceniać chłodno, na konkretnych przykładach w poszczególnych państwach, co nie jest łatwe, bo obraz zaciemniają zarówno propaganda prochińska jak i antychińska.

Dr hab. Michał Lubina, adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ. Zajmuje się relacjami rosyjsko-chińskimi i Birmą. Jest autorem ośmiu książek, w tym bestselleru naukowego – „Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014” (Kraków, 2014) oraz jego anglojęzycznej wersji „Russia and China. A Political Marriage of Convenience” (Oppladen-Berlin-Toronto 2017), a także sześciu książek o Birmie, w tym politycznej biografii Pokojowej Noblistki Aung San Suu Kyi („A Hybrid Politician”, Routledge: London-New York 2020). Miesiąc temu w Birmie wydano birmańskojęzyczne tłumaczenie jego pracy habilitacyjnej.

Wygrana Joe Bidena uspokoi nastroje w Europie, nowe otwarcie nie zmieni jednak natury sporów atlantyckich

Mariusz Marszałkowski: jakie są obecnie główne zagrożenia dla funkcjonowania Unii Europejskiej?

Dr Olaf Osica, analityk i ekspert polityki międzynarodowej: wskazałbym raczej na wyzwania, a nie zagrożenia. Po uporaniu się z kryzysem strefy euro, który groził rozpadem Unii nie widzę na horyzoncie wielkich zagrożeń. Jest za to szereg różnego rodzaju wyzwań, przed którymi stoi wspólnota. Pierwsze z nich to przywrócenie trwałego i wysokiego wzrostu gospodarczego w całej Unii, a zwłaszcza w strefie euro. Od kryzysu lat 2008-2009 strefa euro nadrabia poniesione wtedy straty, co przekłada się na m.in. wysokie bezrobocie wśród młodych osób. Kryzys pandemiczny jest kolejnym czynnikiem osłabiającym rozwój gospodarek. Przywrócenie wzrostu gospodarczego pozwoli na wzmocnienie mandatu politycznego rządów państw Unii i przełoży się na lepszą atmosferę współpracy. Unia Europejska będzie lepiej działać, gdy obywatele poczują, że żyje im się lepiej i, że po tej kryzysowej dekadzie, w takich krajach jak Włochy czy Hiszpania, gdzieś tam zapala się światełko w tunelu.

Drugie wyzwanie dotyczy roli Unii w świecie, tj. tego na ile Unia Europejska jest w stanie obronić swoją pozycję globalnego regulatora, organizacji, która wyznacza pewne standardy, normy w zakresie polityki handlowej, w zakresie ochrony środowiska, czy regulacji rynkowych. Podsumowując, oba wspomniane wyzwania sprowadzają się do realizacji dwóch polityk unijnych: Europejskiego Zielonego Ładu oraz transformacji cyfrowej.

Marszałkowski: czy UE jest w stanie rywalizować w kontekście zwiększającego się znaczenia Chin?

Osica: rywalizować – tak. Czy jest gotowa na tę rywalizację? Wydaje mi się, że powoli osiągamy taką gotowość. Osobną kwestią jest efektywność działania. Kiedy mówimy o sporach, czy rywalizacji chińsko-unijnej to pamiętajmy, że to Chiny są tym krajem, który rywalizuje. To Chiny narzucają tradycyjną agendę mocarstwową, w tym wypadku w obszarze handlu i gospodarki. Unia Europejska jest zupełnie innym tworem. Tutaj takie tradycyjne pojęcia strategii i mocarstwowości nie mają zastosowania. Siłą Unii Europejskiej jest to, że owa rywalizacja odbywa się na polu gospodarczym, a nie militarnym, gdzie Europa nie ma istotnych przewag. W sferze gospodarczej Europa ma natomiast silną pozycję związaną z regulowaniem dostępu do własnego rynku. I to zarówno na poziomie globalnym, przez działania na forum Światowej Organizacji Handlu, jak i na poziomie jednolitego rynku. Przykładem tego są plany wprowadzenia granicznego podatku węglowego, podatku cyfrowego, czy reguły dotyczące pochodzenia technologii stosowanej do budowy elementów cyfrowej infrastruktury krytycznej. Suwerenność regulacyjna predestynuje UE do tego, aby nie bać się starcia z Chinami. Na pewno nie jesteśmy na straconej pozycji. Słabością systemową Unii jest natomiast jej wewnętrzne zróżnicowanie. Unia jest konglomeratem instytucji i państw, które często mają inne priorytety, preferencje, albo po prostu interesy. Dobrym przykładem tego problemu jest kwestia 5G w Szwecji. Rząd szwedzki zdecydował się na „de facto” wyeliminowanie jednego z chińskich dostawców technologii. Tymczasem szef największej szwedzkiej firmy telekomunikacyjnej, która posiada tę technologię i powinna przyklasnąć decyzji rządu, zgłosił votum separatum. Jego zdaniem tego typu działania są nie tylko zbędne, ale też źle służą konkurencji rynkowej, która jest siłą napędową innowacji i doskonalenia produktów. Tłem tej reakcji były oczywiście interesy szwedzkiej firmy w Chinach.

Chiny inwestują, wykładają pieniądze i wchodzą w gospodarki poszczególnych państw członkowskich bez oglądania się na działania Komisji czy argumenty stolic. Problem ten dotyczy przede wszystkim gospodarek tzw. „starej Unii”. W naszym regionie interesy chińskie mają mniejszą skalę, bo i biznes do zrobienia jest mniejszy, a na dodatek płyną strumienie funduszy europejskich. I to grantów, a nie obwarowanych niekorzystnymi politycznie warunkami pożyczek, jak w przypadku Chin. To jest kapitał, który uzależnia, monopolizuje i tak naprawdę nie rozwija gospodarki, tylko wyciąga z niej korzyści, jednocześnie broniąc dostępu do swojego rynku. Rynek chiński jest antytezą jednolitego rynku UE. Jest zamknięty, uznaniowy, sterowany politycznie i ze słabą ochroną praw konsumentów i przedsiębiorców.

Marszałkowski: jak według pana zmieni się podejście nowej administracji prezydenta Bidena w stosunku do UE?

Osica: to jest zazwyczaj tak, że to pierwsze decyzje, a nie pierwsze słowa i zapowiedzi, przesądzą o kierunku nowej administracji. To, co będzie pozytywne to zmiana nie tylko języka, ale i definiowania partnerów. Unia Europejska nie będzie już wrogiem USA, jak miało to miejsce do tej pory. Będzie rywalem w wielu obszarach, będzie konkurentem, z którym będą prowadzone spory, ale jednak partnerem. Istota tej polityki pozostanie natomiast taka sama: ochrona, a kiedy potrzeba i obrona, interesów handlowych Stanów Zjednoczonych w kwestiach podatku cyfrowego, czy reguł działania Doliny Krzemowej, jej produktów i usług na rynku europejskim. Tutaj nie będzie jakiejś istotnej zmiany. Będzie inny klimat rozmów, bardziej profesjonalna polityka, wyraźniejsze definiowanie rzeczy, których się oczekuje. W tym sensie polityka stanie się bardziej przewidywalna.

Będą zapewne próby powrotu do świata opartego na ładzie liberalnym, choć wymaga on dzisiaj nowego zdefiniowania. Na pewno demokracja, wolność, rządy prawa, na pewno powrót do współpracy wielostronnej, porozumień klimatycznych i reformy organizacji międzynarodowych, ale raczej dystans wobec angażowania się w konflikty czy to bezpośrednio, czy we współpracy z Europą. Ale tu stawiam duży znak zapytania, bo tak naprawdę to są oczekiwania komentatorów, a jak wspomniałem o kierunku polityki przesądzą pierwsze kryzysy lub decyzje.

My w Europie popełniamy zawsze ten sam błąd witając nowe administracje amerykańskie. Zaczynamy od pytań, które ważne są dla nas, ale niekoniecznie dla drugiej strony. Prezydentura Joe Bidena będzie poświęcona przede wszystkim rozwiązywaniu kryzysów wewnętrznych. I to będzie miało swoje przełożenie na dyskusję w polityce międzynarodowej. „America is back” to liberalna wersja „America First”, a nie zapowiedź przewrotu kopernikańskiego. Tendencje izolacjonistyczne pozostaną bardzo silne, bo liczba i skala nagromadzonych problemów wewnętrznych będzie konsumować większą część uwagi i zasobów nowej administracji.

Marszałkowski: czy Polska jako państwo bierze odpowiedni, w stosunku do swojego potencjału, udział w tworzeniu nowych polityk wobec wyzwań przed którymi stanie UE w najbliższej przyszłości?

Osica: odpowiedź jest bardzo prosta i brzmi: nie. Polska ma duży potencjał, ale potencjał, a siła to są dwie różne rzeczy. Siła to jest umiejętność mobilizowania potencjału intelektualnego, instytucjonalnego, organizacyjnego do systemowej realizacji celów. Nie wychodzi nam to w polityce krajowej, więc tym bardziej trudno oczekiwać, że będzie nam wychodziło w polityce europejskiej, gdzie ustępujemy pola partnerom o mniejszym potencjale, ale większej sile. Powiedziałbym, że cała polska polityka zagraniczna jest w głębokim kryzysie intelektualnym i koncepcyjnym. Jeśli spojrzymy na projekty, dzięki którym Polska odcisnęła się w politycznej historii Unii, odkształciła jej kawałek, to na myśl przychodzi mi propozycja zmiany systemu liczenia głosów, czyli słynny „pierwiastek”. Projekt, który dotyczył kwestii ustrojowych, ale skończył się fiaskiem. Był to bardzo ambitny projekt, być może zbyt ambitny jak na tamte lata, bo to były początki naszego członkostwa. Ale był wart ryzyka, chociażby dla lekcji, której nam udzielono, i o której nasi partnerzy pamiętają, a my niestety już chyba nie. Potem mieliśmy Partnerstwo Wschodnie i Unię Energetyczną. Oba projekty można różnie oceniać, ale niemniej wpisały się do historii polityki europejskiej i w moim przekonaniu były bardzo potrzebne, bo pokazały nasz pozytywny wkład. Od tamtego czasu nie ma projektów, tylko są wielkie ambicje, idee, hasła. Kawiarniany gwar, a nie cisza politycznych gabinetów. Polska ustawiła się w roli wielkiego malkontenta: recenzujemy i pouczamy wszystkich, nie mając tak naprawdę niczego ciekawego do zaoferowania. Takich partnerów wszyscy raczej unikają.

Wyniki rynku ubezpieczeniowego po III kwartale 2020 r.

W ciągu trzech kwartałów 2020 r. Polacy otrzymali 29,5 mld zł odszkodowań i świadczeń ubezpieczeniowych. Tylko z ubezpieczeń komunikacyjnych wypłaty wyniosły ponad 10,7 mld zł.

Najważniejsze dane dotyczące rynku ubezpieczeń po III kw. 2020 r.

  • 29,5 mld zł dla poszkodowanych, w tym: o 12,8 mld zł z ubezpieczeń na życie o 10,7 mld zł z ubezpieczeń komunikacyjnych (OC+AC) o Około 6 mld zł z pozostałych ubezpieczeń
  • Prawie 85 mld zł aktywów ubezpieczyciele ulokowali w obligacjach i innych papierach wartościowych o stałej kwocie dochodu, wspierających gospodarkę i finanse publiczne
  • 16,3 mld zł aktywów było ulokowanych w akcjach spółek z GPW i innych papierach o zmiennej kwocie dochodu
  • Ponad 1,1 mld zł podatku dochodowego zapłacili ubezpieczyciele

– W ciągu trzech kwartałów 2020 r. Polacy wydali na ubezpieczenia 46,5 mld zł. To prawie tyle samo, co przed rokiem. Nie rezygnujemy z ochrony ubezpieczeniowej, a zakłady ubezpieczeń już na początku pandemii wprowadziły w życie rozwiązania skierowane do klientów dotkniętych finansowo skutkami pandemii – mówi Jan Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń (PIU).

Ubezpieczyciele wspierają walkę z pandemią

W kwietniu 2020 r. PIU opracowała 14 rekomendacji dla klientów w trudnej sytuacji finansowej.

Obejmowały one:

  • posiadaczy pojazdów,
  • kredytobiorców oraz posiadaczy polis oszczędnościowych i inwestycyjnych,
  • ponad 4 tys. touroperatorów,
  • kilkanaście tysięcy podmiotów gospodarczych, biorących udział w likwidacji szkód,
  • lekarzy i ratowników medycznych.

W listopadzie 2020 r., 18 firm ubezpieczeniowych podjęło decyzję o sfinansowaniu dodatkowego call center dla Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Dzięki temu, przez pół roku 100 dodatkowych konsultantów będzie do dyspozycji osób poszukujących informacji związanych z pandemią i zakażeniem koronawirusem. W przedsięwzięciu wzięli udział: Allianz, Aviva, Axa, Compensa, Credit Agricole Ubezpieczenia, Ergo Hestia, Generali, Interrisk, MetLife, PKO Ubezpieczenia, Grupa PZU, Saltus, TUW TUW, Uniqa, Unum, Vienna Life, Warta i Wiener. – Naszą społeczną rolą jest niesienie pomocy w najtrudniejszych sytuacjach życiowych. Pandemia bez wątpienia jest taką sytuacją, stąd decyzja ubezpieczycieli o wsparciu Głównego Inspektoratu Sanitarnego – mówi Jan Grzegorz Prądzyński.

Pandemia nie zniwelowała wartości odszkodowań

W ciągu trzech kwartałów 2020 r. ubezpieczyciele wypłacili poszkodowanym prawie tyle samo odszkodowań i świadczeń, co rok wcześniej. – Wartość wypłat związanych z ubezpieczeniami komunikacyjnymi jest bardzo podobna do zeszłorocznej, mimo mniejszego ruchu pojazdów. Jeśli chodzi o szkody w rolnictwie – wypłat jest znacznie więcej, co jest efektem wiosennych przymrozków. Wzrosły też odszkodowania z tytułu gwarancji ubezpieczeniowych – mówi Andrzej Maciążek, wiceprezes zarządu PIU. – Pandemia nie oznacza, że nie dochodzi do szkód. Dlatego bardzo ważne jest utrzymywanie odpowiedniej ochrony ubezpieczeniowej – dodaje.

Silna pozycja kapitałowa ubezpieczycieli

Polscy ubezpieczyciele wypracowali po III kw. 2020 r. 5,2 mld zł zysku netto, czyli o 13 proc. mniej niż przed rokiem. Do budżetu państwa odprowadzili ponad 1,1 mld zł podatku dochodowego. Lokaty zgromadzone w krajowych obligacjach i innych bezpiecznych instrumentach sięgają 85 mld zł.

– Ubezpieczyciele pełnią w gospodarce szczególną funkcję, łagodząc cykle koniunkturalne i będąc długoterminowym inwestorem w krajowe papiery wartościowe. Mają bardzo silną pozycję kapitałową, która pozwala im prowadzić bezpieczną działalność pomimo wahań koniunktury – podsumowuje Jan Grzegorz Prądzyński.

Brexit odbija się na polsko-brytyjskiej współpracy gospodarczej

Nadal trwają negocjacje umowy regulującej unijno-brytyjskie stosunki gospodarcze. Choć Wielka Brytania korzysta ciągle jeszcze z jednolitego rynku europejskiego, to skutki decyzji o wyjściu z UE odbiły się już na niektórych obszarach polsko-brytyjskiej współpracy handlowo-inwestycyjnej. Niekorzystnie na działalność podmiotów gospodarczych wpływa bowiem długotrwała niepewność.

Od momentu referendum zmniejszyła się dynamika polskiego handlu towarami z Wielką Brytanią. W latach 2015-2019 jej udział w polskim eksporcie zmalał z 6,7 proc. do 6 proc. [1] (wykres 1). Tym samym, stała się ona trzecim, co do wielkości, rynkiem zbytu polskich towarów, ustępując miejsca Czechom. Udział w imporcie zmniejszył się zaś z 2,7 proc. do 2,3 proc., co oznaczało spadek z 8. na 11. miejsce. W badanym okresie wyraźnie zmalał eks-port samochodów, wyrobów czekoladowych, pralek, przewodów elektrycznych, telefonów komórkowych i kosmetyków. Spowolniła też sprzedaż telewizorów i monitorów, mebli do siedzenia oraz części do silników samochodowych. Spadki eksportu większości towarów pogłębiły się w okresie pandemii COVID-19.
Udział Wielkiej Brytanii we współpracy gospodarczej Polski w 2019

Blisko 20 proc. polskiego eksportu na Wyspy stanowiły w 2019 r. artykuły rolno-spożywcze. Duże znaczenie miały również maszyny i urządzenia (26,8 proc.), wyroby przemysłu motoryzacyjnego (12 proc.), chemicznego oraz meble i tworzywa sztuczne. Z kolei w imporcie dominowały maszyny i urządzenia (ponad 22 proc. dostaw do Polski), wyroby przemysłu chemicznego (18 proc.) oraz samochody i części motoryzacyjne (15 proc.).

W przeciwieństwie do towarów, eksport usług rozwijał się dynamicznie. W latach 2015-2019 zwiększył się on o ponad 70 proc., a udział Wielkiej Brytanii w polskim eksporcie usług wzrósł z 7 proc. do 7,8 proc. [2]. Ponad sześciokrotnie zwiększyła się też nadwyżka
w handlu usługami, osiągając w 2019 r. poziom blisko 1,7 mld EUR. Dynamicznie rosła wartość usług świadczonych przez profesjonalistów
(m.in. księgowych i podatkowych), usług informatycznych, finansowych i transportowych.

Ponad 1/3 eksportu usług do Wielkiej Brytanii stanowiły pozostałe usługi biznesowe (m.in. świadczone przez profesjonalistów, techniczne oraz badawczo-rozwojowe). Duże znaczenie miały też usługi informatyczne (23 proc.) oraz transportowe (blisko 18 proc.).

Od momentu referendum wyraźnie zmniejszyło się zaangażowanie brytyjskich inwestorów w Polsce. W latach 2015-2019 stan zobowiązań Polski z tytułu brytyjskich inwestycji bezpośrednich zmniejszył się o 1,6 mld EUR, do 7,3 mld EUR na koniec 2019 r. [3]. Decyzja o brexicie i związana z nią niepewność wpływały niekorzystnie nie tylko na brytyjskie inwestycje w Polsce, lecz także na klimat inwestycyjny w całej UE.

Czasu na osiągnięcie kompromisu jest coraz mniej, a z końcem roku przestanie obowiązywać okres przejściowy. To że unijno-brytyjska umowa o współpracy nie wejdzie w życie z początkiem 2021 r. jest niemal pewne. Istnieje jednak możliwość, że strony zgodzą się na „techniczne” przedłużenie okresu przejściowego celem wdrożenia wynegocjowanego w ostatniej chwili porozumienia.

Źródło/opracowanie: Polski Instytut Ekonomiczny

[1] http://swaid.stat.gov.pl/SitePagesDBW/ HandelZagraniczny.aspx [dostęp: 15.12.2020].
[2] https://www.nbp.pl/home.aspx?f=/statystyka/mhu.html [dostęp: 15.12.2020].
[3] https://www.nbp.pl/home.aspx?f=/publikacje/zib/ zib.html [dostęp: 15.12.2020].

Rząd szybciej podniesie podatki, niż zabierze ludziom 500+. Eksperci: Gospodarka potrzebuje tych pieniędzy

Ponad 41 mld złotych wynosi roczny koszt programu Rodzina 500+. Zdaniem ekspertów, teraz rząd nie zmieni tego rozwiązania, żeby przesunąć środki na walkę ze skutkami pandemii. To oznaczałoby zubożenie ludzi mających problemy z finansami. Bardziej realne jest podnoszenie podatków czy zwiększanie zadłużenia państwa. I jak dodają, Polacy sami nie zrezygnują z otrzymywania świadczenia, żeby ratować koniunkturę. Ale można rozpocząć dyskusję nt. ograniczenia liczby beneficjentów programu. Z kolei wstrzymanie go np. na rok spowodowałoby spadek konsumpcji. A obecnie w gospodarce brakuje popytu.

W przestrzeni publicznej wciąż pojawiają się pytania o to, czy rząd tymczasowo wstrzyma realizację programu Rodzina 500+. Mówi się również, że ewentualnie może ograniczyć liczbę jego beneficjentów. Zaoszczędzone w ten sposób środki można byłoby przesunąć na walkę z gospodarczymi skutkami pandemii.

– Sytuacja jest kryzysowa. W tym roku przyrost długu publicznego wyniesie między 200 a 300 mld zł. Natomiast roczny koszt programu Rodzina 500+, obejmującego ok. 6,5 miliona dzieci, to 41,2 mld zł, czyli ok. 2% PKB. Gdy dodamy do tego trzynastą emeryturę, wypłacaną dla prawie 10 mln Polaków, to łącznie mamy ok. 3% PKB. A dla rządu to są 2 flagowe projekty, dzięki którym zdobył spore poparcie. Teraz ich nie zmieni, bardziej już poszuka środków poprzez podniesienie podatków – komentuje prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów.

W żadnym programie politycznym nie ma mowy nawet o ograniczaniu 500+, co podkreśla prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów. I zaznacza, że program ten stanowi pewnego rodzaju umowę społeczną. Oczywiście ktoś może powołać się na klauzulę rebus sic stantibus. Oznacza ona, że umowa była, ale trzeba ją zmodyfikować, bo są absolutnie inne okoliczności. Jednak zdaniem eksperta, w takiej sytuacji należałoby jednoznacznie określić, co to znaczy walka ze skutkami pandemii. Dopóki nie będzie szczegółowej propozycji, to alternatywa jest bezprzedmiotowa.

– To fantastyka ekonomiczna, żeby doszło do zamrożenia 500+. Jeśli będzie trzeba, to rząd zwiększy zadłużenie, bo dziś tak robi cały świat. Natomiast od zawsze uważałem, że zamiast na ten program, środki powinny być sensownie przeznaczone na ochronę zdrowia. Przez te kilka lat byłoby to ok. 200 mld zł. Teraz wstrzymywanie czy odbieranie świadczenia oznaczałoby zubożenie ludzi, którzy i tak w wielu przypadkach mają duże problemy – mówi Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych.

Jak zaznacza prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, ewentualne zamrożenie programu 500+ to fatalny pomysł. Wiele rodzin z dziećmi bowiem w bardzo dużym stopniu i z intensywnością doświadcza groźnych materialnych i pozamaterialnych następstw pandemii. Według eksperta, zabranie czy wstrzymanie świadczenia byłoby dla nich bardzo krzywdzące i zwiększające ryzyko rozmaitych negatywnych skutków społecznych. Także odbiór społeczny byłby prawdopodobnie wysoce negatywny.

– Od początku nie zgadzałem się na to, żeby każda rodzina otrzymywała świadczenie. Najbogatsi powinni być wyłączeni z programu. Natomiast Polacy z zasady są roszczeniowi. Gdyby więc doszło do referendum w tej kwestii, to z pewnością większość uczestników powiedziałaby, że chce otrzymywać 500+. Nawet jeżeli środki te nie są niezbędne do ich funkcjonowania. Wciąż pokutuje przekonanie, że jak coś dają, to trzeba brać – podkreśla ekonomista Marek Zuber.

Piotr Kuczyński również nie wierzy w to, że Polacy zgodzą się zrezygnować z tego świadczenia. Musieliby otrzymać alternatywne rozwiązanie. Ponadto widzą, że rząd skutecznie pozyskuje setki miliardów złotych m.in. z PFR, Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 czy z BGK.

– Oczywiście szlachetność bardzo bogatych wyrażałaby się w tym, gdyby uznali, że chcą się zrzec świadczenia. Przyjmowanie zasiłku 500+ nie jest przymusowe. Dla zasobnych rodzin ta pomoc z pewnością nie ma tak wielkiego znaczenia jak dla uboższych. Jednak prawdopodobne jest to, że takich przypadków rezygnacji ze świadczenia nie byłoby zbyt wiele. Tym samymi nie miałoby to istotnego znaczenia dla wielkości środków służących przeciwdziałaniu następstwom pandemii – stwierdza prof. Mączyńska.

500 zł miesięcznie na dziecko to kwota nieistotna dla maksymalnie 12% beneficjentów programu. Tak wynika z różnych szacunków, o czym informuje prof. Modzelewski. Zdaniem byłego wiceministra finansów, to dobry moment na rozpoczęcie dyskusji na temat pewnych modyfikacji. To znaczy, czy w  grupie osób z najwyższymi dochodami należy utrzymywać to rozwiązanie. Nie ma wątpliwości, że świadczenie spowodowało wyjście rodzin wielodzietnych ze skrajnego ubóstwa.

– W lutym 2015 roku UE ostro wytknęła nam w ocenie semestralnej zaniedbania problemów społecznych, stanowczo rekomendując pilne działania na rzecz zmniejszania ubóstwa. Wówczas statystyki Eurostatu wykazywały, że w naszym kraje aż 30% dzieci i 25% rodzin było zagrożonych ubóstwem. Program 500+ przynajmniej w pewnym stopniu umożliwił poprawę sytuacji. Niestety, pandemia prowadzi do narastania nierówności dochodowo-majątkowych i ubóstwa. Wiemy, że np. niektóre dzieci zniknęły z systemu szkolonego, bo nie mają sprzętu komputerowego czy Internetu i w związku z tym pozbawione zostały edukacji zdalnej – dodaje prezes PTE.

Jak zaznacza Marek Zuber, rządowy program był jednym z czynników wzrostu konsumpcji w Polsce. Jednak nie był głównym powodem, ponieważ najważniejsza okazała się poprawa sytuacji w gospodarce na skutek wzrostu eksportu. I tak było we wszystkich krajach Europy Środkowo-Wschodniej, nie tylko u nas. Ale jeśli świadczenie nie będzie wypłacane, to z pewnością zmniejszy się konsumpcja. Dziś ograniczanie tych środków nie byłoby do końca sensowne. Teraz częściej mówi się o zwiększaniu nakładów na gospodarkę, żeby ją ratować.

– Jeśli mamy podejmować działanie antyrecesyjne, to powinniśmy zwiększyć wydatki konsumpcyjne. Pieniądze z 500+ są w większości wydatkowane bezpośrednio. Jeżeli program byłby wstrzymany np. na rok, to z poziomu konsumpcji zniknęłoby ok. 40 mld zł. A takiego negatywnego impulsu antypopytowego to chyba sobie nikt nie wyobraża. Dziś w gospodarce brakuje popytu konsumpcyjnego. Im większy on będzie, tym szybciej wyjdziemy z tego kryzysu – przekonuje prof. Modzelewski.

Natomiast według prof. Gomułki dodaje, że w ciągu 2-3 lat nie grozi nam kryzys finansów publicznych na dużą skalę. Ale istnieje ryzyko znacznego pogorszenia się sytuacji, jeżeli nie dokona się reformy wydatków socjalnych. Rząd prognozuje na najbliższe lata wzrost nakładów na zdrowie o ok. 2% PKB. Później będą spore wydatki na przebudowę całego systemu energetycznego itd. Dlatego w ciągu 5-10 lat konieczne będzie zmniejszenie tych transferów socjalnych.

Pracownicy ze Wschodu zostają w Polsce na święta

Święta Bożego Narodzenia dla większości ludzi mieszkających w Polsce to czas wielu emocji – od radości po refleksję. To również czas ferworu świątecznych zakupów i wspólnych spotkań. W Polsce żyje obecnie około 1,5 mln migrantów zarobkowych. Badanie socjologiczne, przeprowadzone przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, pokazało, że zdecydowana większość z nich pozostaje na zimowe święta w Polsce. W jaki sposób oraz z jakimi emocjami cudzoziemcy zatrudnieni w Polsce spędzą czas, kiedy my tradycyjnie zasiądziemy do świątecznych stołów?

Kiedy migranci zarobkowi w Polsce będą obchodzić święta?

Jak wynika z badania przeprowadzonego w grudniu wśród 1350 migrantów zatrudnionych w Polsce, znaczna większość z nich (84,5%) w tym roku pozostanie w czasie świąt w Polsce. Mowa tu zarówno o tych grudniowych, jak i o tych obchodzonych zgodnie z obrządkiem wschodnim w styczniu). Tylko niecałe 9% respondentów wyjedzie w tym czasie w rodzinne strony.

Niemal 2/3 pracowników zza wschodniej granicy deklaruje, że obchodzi święta Bożego Narodzenia zarówno w grudniu, jak i w styczniu. Święta zimowe wyłącznie w styczniu obchodzi co piąty badany, a tylko w grudniu – co dwudziesty. Jedynie 12,6% oświadcza, że nie celebruje świąt Bożego Narodzenia.Badanie_EWL_2_

Powody do pozostania w Polsce

Dla obcokrajowców to może być trudny czas, zwłaszcza że dla 2/3 badanych będą to pierwsze takie święta spędzone w naszym kraju, z dala od rodziny. Jak wynika z badania, głównymi przyczynami przemawiającymi do pozostania w Polsce są względy finansowe. Niemal 48% skorzysta z możliwości pracy w tym czasie i odpowiednio wyższego zarobku, jednak co siódmy przyznaje, że w Polsce zatrzymują go ograniczenia związane z pandemią koronawirusa (16,5%) lub obawa o konieczność ponownego poddania się kwarantannie (13,8%), a także lęk o zdrowie i życie swoich najbliższych (8,3%).

Pieniądze mogą być bardzo silnym motywatorem do pozostania w naszym kraju na święta, jednak, jak przyznaje co dziesiąty badany, nie ma on powodów by wracać w tym czasie w rodzinne strony. Badnie_EWL_3_

Jak obcokrajowcy spędzą okres świąt Bożego Narodzenia w Polsce?

W czasie kiedy większość Polaków zasiądzie do kolacji wigilijnej, 1/3 pracowników ze wschodu będzie łączyło się ze swoją rodziną głównie poprzez telefon lub komunikatory (30,5%), wykorzysta ten czas na odpoczynek (30,1%) albo, jeżeli będą ku temu możliwości, będzie pracować (25,9%).

Pozostali ankietowani, którzy deklarują, że celebrują święta Bożego Narodzenia, będą oglądać filmy (22,2%) lub spotkają się z kolegami z pracy – zarówno z rodakami, jak i z migrantami z państw trzecich (18,6%), a 7,4% spędzi je w towarzystwie znajomych Polaków. Popularnym sposobem spędzenia czasu będzie pójście na spacer (18,1%), ale też tyle samo osób zasiądzie przy świątecznym stole. Co dziesiąty wykorzysta ten czas by podróżować po Polsce (9,7%), a jedynie 7,4% pójdzie do kościoła. Co ważne, co piąty badany nie ma jeszcze konkretnych planów, jak spędzi ten czas, a około 6% wszystkich respondentów wie, że spędzi ten czas w samotności. Badanie_EWL_1_

Radosny, ale także smutny okres świąteczny

Okres świąt grudniowych dla pracowników ze wschodu to czas mieszanych emocji. Mimo, że święta te będą dla nich zdecydowanie inne, niż te spędzane w ojczyźnie, dominującym uczuciem dla ponad połowy jest radość (55,6%) i ekscytacja (10,8%). Jednak dla wielu to także czas smutku (10,6%), tęsknoty (16,3%) oraz obaw (8,3%). Przeszło co czwarty (27,6%) podchodzi do tego czasu bardzo pragmatycznie skupiając się na celu przyjazdu i nie przejawia żadnych emocji.

Wydatki świąteczne migrantów zarobkowych

Celebrowanie świąt przez osoby zza wschodniej granicy mocno różnią się także pod względem finansowym. Święta będą raczej skromne, gdyż niemal co piąty nie wyda na przygotowania więcej niż 100 złotych. Nieco więcej, bo 19,8% deklaruje, że wyda w tym celu do 200 złotych, a 21,7% nie planuje żadnych wydatków związanych ze świętami. Niemal 2/5 (39%) nie oczekuje żadnego podarunku, a prezent świąteczny spodziewa się otrzymać 29,3% badanych.

Życzenia zdrowia, spełnienia marzeń i dostatku

To co z pewnością łączy wszystkich w tym czasie to życzenia. W ciągu ostatniego roku szczególnie zyskały na znaczeniu życzenia zdrowia, gdyż tego właśnie życzy sobie 77,1% pracowników zagranicznych. Na drugim miejscu uplasowało się spełnienie marzeń (37%), a tuż za nim – dostatek, pokój w swoim ojczystym kraju (około 36%) oraz szczęście (33,1%). Z kolei 28% badanych życzyłoby sobie być bliżej swoich bliskich.

Być jak najbliżej pracowników z zagranicy

„Celem tego badania jest zrozumienie potrzeb pracowników zagranicznych, którzy powierzyli nam swoje zatrudnienie w Polsce oraz przez wiele lat wspierają rozwój polskiej gospodarki. Jest to szczególnie istotne, zwłaszcza w tak trudnym okresie, jakim jest pandemia koronawirusa, kiedy większość z nich będzie obchodzić święta Bożego Narodzenia z dala od domu. Ograniczenia związane z epidemią są kłopotliwe dla Polaków, lecz dla pracujących u nas cudzoziemców są uciążliwe podwójnie, ponieważ są oni daleko do swoich rodzin. Zwracamy się do wszystkich pracodawców zatrudniających pracowników zagranicznych – pamiętajcie o tych, dla których te święta upłyną pod znakiem rozłąki z bliskimi” – podkreśla Andrzej Korkus, prezes EWL S.A.

Badanie zostało przeprowadzone przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego w dniach 10-14 grudnia 2020 roku. Metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview) przebadanych zostało 1350 zatrudnionych w Polsce cudzoziemców, głównie z Ukrainy, ale także z Białorusi, Mołdawii, Gruzji oraz Rosji.

Deloitte: Inwestycje w odnawialne źródła energii oraz ponowne wykorzystanie odpadów będą kluczowe dla firm w ich strategiach energetycznych

Deklarowany przez wiele światowych przedsiębiorstw operujących w sektorze energetyczno-wydobywczym (E&R, ang. energy and resources) długoterminowy cel osiągnięcia węglowej neutralności jest jasny. Krokiem w tym kierunku jest też przyjęty podczas zakończonego niedawno posiedzenia Rady UE cel redukcji do 2030 r. emisji do poziomu 55 proc. wartości z 1990 r. Jednak bardziej wymagająca może się dla sektora okazać najbliższa przyszłość. Nie wszystkie firmy zdają sobie bowiem sprawę z konsekwencji, które w ciągu najbliższych lat dążenie do tych celów będzie na nie wywierać – wynika z raportu „The 2030 decarbonization challenge. The path to the future of energy” firmy doradczej Deloitte. Dotyczy to zwłaszcza ich wyceny rynkowej, bieżącej działalności, kwestii pracowniczych i rynków, na których operują.

Już od kilku lat proporcje światowego miksu energetycznego zmieniają się z korzyścią dla odnawialnych źródeł energii, a wiele państwowych i prywatnych instytucji podejmuje starania zmierzające do dekarbonizacji gospodarki. Wraz z przyspieszaniem towarzyszącej temu transformacji energetycznej i wprowadzaniem tzw. Europejskiego Zielonego Ładu, powstają całkiem nowe ekosystemy i pojawiają się nowe technologie.

Zachodzące na naszych oczach zmiany przyczyniają się do dynamicznego rozwoju odnawialnych źródeł energii, a także transformacji działalności opartej na węglu. Jednocześnie, wiele z tych powszechnie podejmowanych działań zmierzających do dekarbonizacji i neutralności klimatycznej, w tym wykorzystanie energii odnawialnej na tak szeroką skalę i intensyfikacja środków w zakresie efektywności energetycznej w całym łańcuchu wartości, stawiają przed przedsiębiorstwami nieznane dotychczas, wyjątkowe wyzwania i szanse transformacji biznesu – mówi Irena Pichola Partner, lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Jednym z takich wyzwań jest przegłosowany niedawno na posiedzeniu Rady Unii Europejskiej unijny cel w zakresie bezpieczeństwa klimatycznego. Zgodnie z przyjętymi wytycznymi państwa członkowskie zakładają osiągnięcie do 2030 r. redukcji emisji gazów cieplarnianych do poziomu 55 proc. wartości z roku 1990. Jest to przejaw intensyfikacji działań w ramach unijnej polityki klimatyczno-energetycznej, zmierzających do osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 r., zgodnie z porozumieniem paryskim.

4 siły napędowe dekarbonizacji

Zdaniem ekspertów Deloitte, w procesie dekarbonizacji należy zwrócić uwagę na cztery kwestie, które napędzają jego postępy.

Po pierwsze, są to rosnące oczekiwania części klientów, pracowników i społeczeństwa, względem rządów i świata biznesu. Znalazło to wyraz w rekordowej liczbie protestów organizowanych przez środowiska dostrzegające pogłębiające się zmiany klimatyczne i wskazujące konieczność większej redukcji różnego rodzaju zanieczyszczeń. Wprowadzane wszędzie na świecie ograniczenia wywołane walką z pandemią dodatkowo pokazały, jak wielkie szkody środowiskowe zostały poczynione. Przedsiębiorstwa nie mogły nie zauważyć zmiany nastawienia konsumentów, coraz powszechniejszego aktywizmu społecznego czy zbawiennych dla środowiska efektów ograniczonej mobilności i wyhamowanego przemysłu.

Po drugie, zmieniającą się sytuację zaczyna dostrzegać część inwestorów, co skutkuje uwzględnianiem zagadnień dotyczących zrównoważonego rozwoju w strategiach biznesowych. Niektóre wielkie fundusze, ale też mniejsze instytucje wychodzą z założenia, że choć nadal perspektywa zysku jest ich główną siłą napędową, zmiana nastawienia w zakresie dekarbonizacji może mieć poważne długofalowe konsekwencje.

Po trzecie, rządzący muszą brać pod uwagę potrzeby tradycyjnego sektora energetycznego, ale też nie mogą pozostać obojętni na oczekiwania zarówno ze strony pracowników jak i konsumentów. Społeczne naciski na podjęcie skutecznych działań ograniczających zakres zmian klimatycznych są coraz powszechniejsze i mogą mieć wpływ na przekonanie o słuszności wyznaczania wyśrubowanych celów redukcji emisji i wprowadzania zielonego prawodawstwa.

I wreszcie, po czwarte, rozwój technologiczny, a przede wszystkim znaczące spadki kosztów wprowadzania najnowszych rozwiązań, ułatwiają przyjmowanie efektywnych strategii dekarbonizacyjnych.

– W miarę jak te czynniki przybierają na sile, wiele wiodących globalnie firm energetycznych i wydobywczych ogłasza przyjęcie strategii zmierzających do ograniczenia emisji CO2, wykorzystując energię odnawialną i podejmując kwestie zagrożeń klimatycznych. Część z nich robi to w odpowiedzi na wytyczne legislacyjne, część jednak dostrzega zmiany energetyczne jako okazję do wprowadzenia długoterminowych scenariuszy rozwoju planowanego na następne 10-30 lat mówi Kamil Janczyk, Wicedyrektor w dziale Doradztwa Finansowego, Deloitte.

Odnawialne źródła zmiany

Choć przechodzenie w stronę gospodarki niskoemisyjnej nabiera tempa, w poszczególnych sektorach w ramach przemysłu energetyczno-wydobywczego (chemiczny, ropa i gaz, górnictwo, energetyka, media i OZE) jest jeszcze wiele do zrobienia. – Dekarbonizacja oznacza mierzenie się z wielkimi zmianami. Weryfikacji wymaga sposób pozyskiwania, wykorzystywania, konsumpcji i ogólnie myślenia o energii i surowcach, a także budowania relacji z wieloma interesariuszami. Konieczne jest też poważne zaangażowanie finansowe ze strony inwestorów i rządów. Transformacja energetyczna w Polsce będzie wymagała dziesiątków miliardów złotych nakładów inwestycyjnych rocznie w tej dekadzie. To jest wyzwanie, ale też wielka okazja dla instytucji finansujących i inwestorów instytucjonalnych – mówi Michał Lubieniecki, Partner w dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Najszybciej do zachodzących zmian dostosowuje się sektor energetyczny. Produkcja energii elektrycznej jest odpowiedzialna za największą emisję gazów cieplarnianych, stanowiąc 31 proc. wszystkich emisji, co spowodowało, że ten sektor znacznie wcześniej niż inne doświadczał presji na wprowadzanie zmian. W efekcie firmy transformację dekarbonizacyjną prowadzą już od dekady.

Choć elektrownie opalane węglem w niektórych rejonach świata nadal stanowią najpowszechniejsze źródło pozyskiwania energii elektrycznej, coraz częściej jednak jej producenci poszerzają swoją ofertę w zakresie OZE, zmieniają przeznaczenie, likwidują lub zwiększają wydajność elektrowni cieplnych.

Tempo wprowadzania zmian w sektorze w znacznej mierze wynika z rachunku ekonomicznego. Energia wiatrowa i słoneczna należą już do najtańszych dostępnych zasobów odnawialnych, a koszty magazynowania energii w bateriach gwałtownie spadają. Postęp technologiczny poprawił również efektywność energetyczną w zakresie wytwarzania, przesyłu i dystrybucji. Przyczynia się także do częstszego wykorzystania modeli rozproszonych, takich jak mikrosieci, społeczna energia słoneczna i handel energią w modelu peer-to-peer.

Współpraca międzysektorowa

Mierząc się z wewnętrznymi lub branżowymi wyzwaniami dotyczącymi dekarbonizacji, firmy muszą brać pod uwagę możliwości, które daje pionowa integracja i konsolidacja międzysektorowa. Ten proces może zaczynać się od dwustronnych relacji, by z czasem przerodzić się w pogłębione partnerstwo czy nawet fuzje. Na takiej zasadzie przedsiębiorstwo wydobywcze może współpracować z wytwórcą cementu, a rafineria może stać się właścicielem wytwórcy baterii lub stworzyć spółkę z producentem pojazdów elektrycznych.

W stronę nowej gospodarki obiegu zamkniętego

Presja na przedsiębiorstwa emitujące zanieczyszczenia narasta ze wszystkich stron. Problemy sektora E&R stają się coraz bardziej palące, ale jednocześnie wraz z rozwojem technologii łatwiej jest sobie z nimi radzić. Wiele rządów i prawodawców zaczyna dostrzegać, że powstanie niskoemisyjnej gospodarki obiegu zamkniętego nie jest już tak nieosiągalne jak kiedyś i że popieranie tego typu rozwiązań może się opłacać.

Mogło się wydawać, że kryzys wywołany pandemią spowolni postępy w zakresie dekarbonizacji, ale widzimy zwiększone wysiłki rządów, instytucji finansowych, inwestorów, społeczeństw i przedsiębiorstw w zakresie współtworzenia niskoemisyjnej gospodarki. Większe wymagania dotyczące ograniczenia emisji w ciągu zaledwie 10 lat jeszcze mocniej zmotywują organizacje w Polsce do prowadzenia „klimatyczno-energetycznych” analiz scenariuszowych i definiowania strategii dojścia do neutralności klimatycznej najpóźniej w roku 2050. Nowe cele będą miały zapewne wpływ na zwiększenie zapotrzebowania na kapitał rozwojowy, jak również zwiększenie znaczenia ryzyk regulacyjnych, reputacyjnych, finansowych i operacyjnych, w tym w łańcuchu dostaw – podsumowuje Tomasz Gasiński, Dyrektor w zespole ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Wiele firm, zamiast martwić się, jak pozbyć się CO2 i innych emisji i odpadów, do 2030 roku może już we wszystkich swoich produktach, produktach ubocznych, emisjach i odpadach, dostrzegać zasoby potencjalnie generujące wartość biznesową. Emisje, przez lata wymagające kosztownych zabiegów utylizacyjnych, mogą stać się produktami poszukiwanymi przez nabywców, prowadząc do powstania nowej, czystszej gospodarki obiegu zamkniętego.