Po dwóch latach Polacy znowu na podium pracy tymczasowej, ale…

Prawie 52 proc. – właśnie tylu Polaków znajduje się w grupie wszystkich pracowników tymczasowych, aktywnych zawodowo w naszym kraju w 2020 r., wynika z raportu Grupy Progres. Jeszcze w 2019 r. najwięcej było Ukraińców (52 proc.). W tym roku to nasi rodacy dominują na rynku pracy tymczasowej. Polacy – w dobie pandemii – coraz częściej podejmują tę formę zatrudnienia, bo stają w obliczu kryzysu finansowego oraz zawodowego i intensywnie poszukują alternatywnego zatrudnienia.

Na polskim rynku pracy tymczasowej doszło do zmiany warty. Ubiegły rok został zdominowany przez Ukraińców, którzy stanowili 52 proc. wszystkich zatrudnionych i było ich o 11 proc. więcej niż Polaków (41 proc.), wynika z danych Grupy Progres. W tym roku sytuacja uległa zmianie – w sumie od stycznia do końca października – Polacy stanowili niemal 52 proc. wszystkich zatrudnionych pracowników tymczasowych, a Ukraińcy 39 proc. Wyłączając naszych wschodnich sąsiadów, pracownicy pozostałych narodowości stanowią 9 proc. aktywnych zawodowo, w ubiegłym roku – 7 proc.

Koronawirus argumentem do czasowego zatrudnienia

Większe zainteresowanie Polaków pracą tymczasową spowodowane jest przede wszystkim sytuacją gospodarczą w kraju wywołaną pandemią koronawirusa. Przez ostatnie miesiące pracodawcy liczyli straty, firmy zwalniały kadrę, wysyłały całe zespoły na bezpłatne urlopy lub obniżały wynagrodzenia. Brak możliwości zarobkowania w dotychczasowym miejscu zatrudnienia sprawiły, że – analizując poszczególne miesiące – liczba Polaków pracujących tymczasowo w marcu 2020 r. wzrosła o 43 proc. – w porównaniu z lutym br. – i do końca października utrzymywała się na podobnym poziomie.

Ostatnia przewaga liczebna Polaków była odnotowana w 2017 r., gdy stanowili oni 59 proc. osób zatrudnionych tymczasowo. W 2018 r. nastąpił spadek do 40 proc. a nasi rodacy stali się mniejszość narodową na krajowym rynku pracy tymczasowej, ustępując pola Ukraińcom. W 2019 r. odnotowano minimalny wzrost liczby Polaków zatrudnianych tymczasowo – było ich 41 proc.

Wzmożone zainteresowanie Polaków pracą tymczasową, w dobie pandemii, wynikało i nadal wynika przede wszystkim z całkowitego zamknięcia niektórych branż tj. hotelarstwo, gastronomia, rozrywka, rekreacja – siłownie i kluby fitness, turystyka oraz ograniczeń wprowadzonych w galeriach handlowych. To właśnie z tych obszarów gospodarki o pracę tymczasową starało się najwięcej osób – mówi Paweł Dąbrowski, Dyrektor Zarządzający w Grupie Progres. – Nie bez znaczenia były również duże utrudnienia formalno-organizacyjne związane ze sprowadzeniem nowych pracowników zza wschodniej granicy, które poniekąd trwają do dziś – podkreśla Paweł Dąbrowski.

Ukraińcy odzyskają przewagę?

Polska, z punktu widzenia Ukraińców, była atrakcyjnym kierunkiem emigracji zarobkowej z wielu względów tj. szansa na wyższe zarobki i lepszą pracę, bliskość kulturowa czy niewielka odległość od ojczyzny. Wszystko zmieniło się wraz z nadejściem COVID-19, gdy Ukraińcy lawinowo zaczęli wyjeżdżać z Polski, a ich rodacy nie przyjeżdżali już tak licznie, jak miało to miejsce w latach ubiegłych. W 2018 r. i 2019 r. nasi wschodni sąsiedzi dominowali na polskim rynku pracy tymczasowej – w 2018 r. stanowili 54 proc. wszystkich pracowników tymczasowych aktywnych zawodowo w Polsce, a rok później niemal 52 proc. W 2020 r. jest ich o 13 proc. mniej (39 proc.).

W ciągu 6 miesięcy – od marca do końca sierpnia – odnotowaliśmy znaczny „odpływ” cudzoziemców, głównie obywateli Ukrainy, którzy masowo wracali do swojej ojczyzny. Liczba obcokrajowców pracujących tymczasowo, w tych miesiącach, spadła nawet o 40 proc. w porównaniu do czasu sprzed pandemii – zaznacza Paweł Dąbrowski. – Obecnie obserwujemy tendencję wzrostową – podobną do tej poprzedzającej pierwszy lockdown. Cudzoziemcy znów chętnie przyjeżdżają do Polski w celu podjęcia pracy, jedynym utrudnieniem jest teraz obowiązkowa kwarantanna dla wszystkich obywateli spoza UE. Wszystko wskazuje na to, że popularność pracy w Polsce cieszyć się będzie nie mniejszym zainteresowaniem niż to, do którego przywykliśmy – podsumowuje ekspert.

Polacy nadal na podium, ale…

Rosnące bezrobocie na Ukrainie, niskie zarobki i małe szanse na znalezienie pracy sprawiają, że Ukraińcy, mimo utrudnień, wracają do Polski. W porównaniu z sierpniem br. – we wrześniu i październiku – liczba pracowników tymczasowych z Ukrainy wzrosła kolejno o 16 proc. i 26 proc. Jednak, nadal nie jest to poziom, który obserwowany był w analogicznym okresie 2019 r. – liczba pracowników ze Wschodu w we wrześniu była wyższa o 36 proc. (w porównaniu do września 2020 r.), a w październiku o 33 proc. (w porównaniu do października 2020 r.). Tę lukę wypełniają obecnie Polacy, którzy w obawie przed prognozowanym wzrostem bezrobocia podejmują pracę tymczasową i w zależności od rozwoju koronawirusowej sytuacji, nadal będą wybierać tę formę zatrudnienia.

Rzecznik MŚP publikuje raport dotyczący nakładania kar pieniężnych na przedsiębiorców w systemie SENT

Raport „System SENT. Problematyka nakładania kar pieniężnych na przedsiębiorców”, przygotowany przez Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców przy współpracy z Zespołem ds. Transportu Rady Przedsiębiorców przy Rzeczniku MŚP, został zaprezentowany podczas posiedzenia ww. Zespołu w dniu 9 grudnia 2020 r. Powodem powstania raportu były napływające do Rzecznika MŚP sygnały i sprawy interwencyjne, z których wynika, że karami pieniężnymi obciążani są także uczciwi przedsiębiorcy, którzy popełnili drobne uchybienia formalne w zgłoszeniach w systemie SENT.

Publikacja dotyczy w głównej mierze przypadków, w których, zdaniem Rzecznika MŚP, dochodziło do naruszeń i nieprawidłowości w zakresie nakładania na przedsiębiorców kar pieniężnych na podstawie ustawy o systemie monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów oraz obrotu paliwami opałowymi. Raport ma na celu zainicjowanie dyskusji przedsiębiorców z administracją publiczną w zakresie filozofii nakładania kar pieniężnych na przedsiębiorców (nie tylko w zakresie SENT).

SENT, czyli System Elektronicznego Nadzoru Transportu, który funkcjonuje w Polsce już ponad trzy lata, okazał się bardzo skutecznym narzędziem walki z wyłudzeniami podatkowymi. Dzięki objęciu transportu tzw. towarów wrażliwych (czyli towarów, które najczęściej są przedmiotem wyłudzeń podatkowych i obrotu w szarej strefie, takich jak np. paliwo, alkohol czy susz tytoniowy) monitoringiem udało się skutecznie wyeliminować lub bardzo ograniczyć niekorzystną dla budżetu Państwa przestępczość podatkową.

Biorąc pod uwagę, iż kary pieniężne przewidziane w ustawie, ze względu m.in. na swoją wysokość mają charakter prewencyjny, mikro, mali i średni przedsiębiorcy są często karani wysokimi karami, choć popełnione przez nich naruszenia nie powodowały zagrożenia uszczupleniami podatkowymi, a wynikały przeważnie z ludzkich pomyłek. Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców podejmuje interwencje we wszystkich sprawach dotyczących SENT, w których dochodzi do naruszenia praw przedsiębiorców i zasad przewidzianych w Konstytucji Biznesu. Najczęściej naruszaną w tym względzie, w opinii Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, jest zasada proporcjonalności oraz zasada prowadzenia postępowania w sposób budzący zaufanie przedsiębiorców do władzy publicznej, przewidziane w ustawie z dnia 6 marca 2018 r. Prawo przedsiębiorców.

– Pragniemy rozpocząć ogólną dyskusję, zaczynając od przykładów mających swe źródło w ustawie SENT, na temat takiego modelu stosowania kar pieniężnych przez organy administracji wobec przedsiębiorców, który będzie uwzględniać słuszne interesy mikroprzedsiębiorców oraz małych i średnich przedsiębiorców, a także pogłębi zaufanie tych przedsiębiorców do władzy publicznej. (…) Mam nadzieję, że przykłady te będą asumptem do rozpoczęcia konstruktywnej dyskusji środowiska przedsiębiorców z przedstawicielami administracji publicznej na temat racjonalnego nakładania kar pieniężnych na przedsiębiorców sektora MŚP – wskazał we wstępie do Raportu Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Praca zdalna obciąża bardziej, niż praca w biurze

Schorzenia układu mięśniowo-szkieletowego to szczególnie ważny temat, gdy większość pracowników biurowych przeszło na pracę zdalną. Swoje obowiązki zawodowe w domu wykonuje około 90% pracowników – częściowo całkowicie, a częściowo dzieląc swój czas pomiędzy pracę zdalną a pracę w siedzibie firmy. Z tej sytuacji zadowolonych jest aż 70% pracowników – tylu z nich deklaruje chęć pozostania przy pracy zdalnej lub hybrydowej po pandemii. Te liczby każą zastanowić się poważnie nad zagrożeniami, jakie mogą płynąć z wykonywania pracy zdalnej. Przeniesienia biura do domu może bowiem zwiększyć ryzyko bólów mięśni, stawów i kręgosłupa, a także depresji

– Praca zdalna wiąże się z wieloma zagrożeniami. Pierwszym jest nieergonomiczne stanowisko pracy. Często siedzimy przy stole kuchennym, na nieodpowiednim krześle. Drugi problem to zbyt długi czas utrzymywania pozycji siedzącej i pozycji nieruchomej. Nawet 30% pracowników pracuje w domu w pozycji siedzącej dłużej, niż pracowało w siedzibie pracodawcy. Kolejny problem to brak aktywności fizycznej. Podczas epidemii o 10% wzrosła liczba osób, które nie podejmują żadnej aktywności fizycznej, a aż 40% uprawia ją tylko sporadycznie – powiedziała serwisowi eNewsroom dr inż. Joanna Kamińska, Zakład Ergonomii CIOP-PIB. – W związku z tym musimy zwrócić uwagę na to, żeby zmienić i dostosować swoje stanowisko pracy – więcej się ruszać, by aktywność fizyczna była w naszym życiu bardziej obecna. Obciążenie fizyczne jest związane także z psychicznym. Badania pokazały, że osoby, które robią więcej niż 7,5 tysiąca kroków dziennie, są o połowę mniej narażone na ryzyko depresji niż osoby, które robią tych kroków poniżej 5 tysięcy. Dlatego pracownicy w home-office powinni więcej się ruszać, by przeciwdziałać zarówno dolegliwościom układu mięśniowo szkieletowego, jak i ryzyku depresji – wyjaśnia Kamińska.

Potencjalny kompromis wspiera złotego. Euro najtańsze od września

Po plotkach o porozumieniu z Unią w sprawie praworządności i niewetowaniu budżetu złoty idzie wyraźnie w górę. PLN względem większości głównych walut jest najsilniejszy od września.

Euro najtańsze od września

Wczoraj niespodziewanie doszło do wyraźnego umocnienia się złotego względem głównych walut. Ruch ten jest kontynuowany dzisiaj rano. W rezultacie, euro kosztuje 4,44 zł i jest najtańsze od września. Dolar zatrzymał się tylko ułamek grosza ponad najniższym poziomem od września, gdyby spadł jeszcze niecałe pół grosza, byłby najtańszy również od września, tyle że 2018 roku. Analitycy nie są zgodni, co stoi za nagłą poprawą sentymentu względem złotego. Część wskazuje na plotki o “pokojowym” rozwiązaniu obecnego napięcia z Unią. Warto jednak pamiętać, że w obozie rządowym jest wielu przeciwników zmiękczania stanowiska. Gdyby do tego doszło można by się spodziewać szybkiej korekty złotego.

Rosną ryzyka na rynku

Para EURCHF będąca swoistym barometrem nastrojów na rynku jest od ponad tygodnia w odwrocie. Inwestorzy znacznie chętniej wybierają franka zamiast euro, co powoduje spadki. Lokowanie środków w helweckiej walucie jest uważane za bezpieczną przystań na trudne czasy. Powody są dwa, z jednej strony strach przed zawetowaniem unijnego budżetu i bałagan spowodowany przez tę decyzję. Z drugiej mamy brexit, który jest wymieniany jako powód wielu zjawisk na rynkach. Tym razem, patrząc jednak na kalendarz i nikłe szanse na uzyskanie porozumienia, ryzyko jeszcze większego bałaganu jest bardzo istotne.

Ropa znów drożeje

Optymistyczne nastroje na rynkach po rozpoczęciu szczepień przeciwko covidowi najwyraźniej widać na surowcach energetycznych i metalach zarówno szlachetnych, jak i przemysłowych. W przypadku rynków walutowych najważniejsze wydają się jednak zmiany na ropie naftowej. Rosnąca cena surowca spowodowana jest potencjalnym wzrostem popytu, związanym z potencjalnym otwieraniem gospodarki po ograniczeniach covidowych. W górę idą waluty państw wydobywających czarne złoto. Jest to szczególnie widoczne na rosyjskim rublu i koronie norweskiej.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
16:00 – Kanada – decyzja Banku Kanady w sprawie stóp procentowych,
16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Hybrydy i elektryki hitem polskiego rynku w 2020 r.

Producenci hybryd, hybryd plug-in i aut elektrycznych mogą pochwalić się dużym sukcesem sprzedażowym na rynku polskim w 2020 r. Mowa o wzrostach rzędu nawet 214 proc. Dowód na poparcie tej tezy przynosi najnowszy raport przygotowany przez Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów (ACEA).

Polski rynek motoryzacyjny kojarzy się przede wszystkim z napędami konwencjonalnymi. Zresztą nie bez powodu – według raportu PZPM, w kraju nad Wisłą eksploatowanych jest ponad 8 milionów aut zasilanych benzyną, 7,3 miliona diesli oraz 2,6 miliona pojazdów korzystających z LPG. Sytuacja zaczyna się jednak powoli zmieniać.

Eksperci rankomat.pl przeanalizowali najnowszy raport ACEA i okazuje się, że w Polsce wzrasta zainteresowanie eko-samochodami. Tylko w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku nowych nabywców znalazły 2173 auta elektryczne. To oznacza wzrost o blisko 83 proc. w stosunku do analogicznego okresu roku 2019.

Zainteresowanie hybrydami plug-in wzrosło o 214 proc.!

Najwyższym wzrostem sprzedaży w Polsce pochwalić się mogą producenci hybryd typu plug-in. Modele posiadające silnik spalinowo-elektryczny i dające możliwość ładowania pokładowej baterii z gniazdka, według danych ACEA, między styczniem a wrześniem 2020 roku znalazły blisko 2400 nabywców. Jako że w analogicznym okresie roku 2019 zbyt tego typu pojazdów w Polsce wyniósł 763 sztuki, rynek powiększył się o rekordowe 214 proc.Liczba sprzedanych samochodów elektrycznych i hybryd w Polsce_v2

W kategorii samochodów ekologicznych największy wolumen sprzedaży wygenerowały klasyczne hybrydy. W pierwszych trzech kwartałach roku 2020 napęd spalinowo-elektryczny został wybrany w Polsce przez 38 866 kierowców. To oznacza wzrost o ponad 10 tysięcy sztuk oraz 37,1 proc. w stosunku do roku 2019. Warto podkreślić, że wynik uzyskany przez hybrydy stanowi jedną czwartą rynku zajętego przez napęd benzynowy.

Hybrydy od lat odnoszą sukces na naszym rynku motoryzacyjnym. Tym samym w oczach polskich kierowców ocieplają wizerunek e-samochodów. Rosnące wyniki sprzedaży to jednak nie tylko zasługa wysokiej jakości hybryd, ale i po części producentów – ceny samochodów ekologicznych stają się z biegiem lat coraz bardziej przystępne dla osób wybierających nowe auta w Polsce.

e-Auta ze wzrostami, benzyna i diesel z poważnymi spadkami

Kierowcy w Polsce interesują się samochodami ekologicznymi, a to w naturalny sposób musi się przełożyć na stratę dla napędów benzynowych i diesla. Między styczniem a wrześniem 2020 roku w Polsce sprzedały się blisko 192 tysiące pojazdów napędzanych motorem benzynowym. To o prawie 100 tysięcy sztuk mniej niż w analogicznym okresie roku 2019 (spadek o ok. 34 proc.). Diesle w tym czasie osiągnęły zbyt na poziomie 55 230 sztuk. Tym samym zainteresowanie napędami wysokoprężnymi zmalało o 32,8 proc. w stosunku do roku 2019.Liczba sprzedanych samochodów z silnikiem benzynowym i diesla w Polsce_v2

Pierwsze 9 miesięcy roku 2020 zakończyło się dla segmentu pojazdów o napędzie konwencjonalnym wynikiem na poziomie 247 024 sprzedanych sztuk. Spadek sprzedaży sięgnął tym samym 33,7 proc. Rynek e-pojazdów wygenerował natomiast w tym samym okresie wolumen oszacowany w raporcie ACEA na 47 900 sztuk, co oznacza wzrost o 25,8 proc.

Nadal jednak, między napędami konwencjonalnymi i ekologicznymi występuje dysproporcja. Pierwszy rynek jest pięciokrotnie większy. W najbliższych latach różnica może jednak maleć, a sygnałem zmiany jest rosnące zainteresowanie e-autami i to pomimo ich wyższej ceny.Liczba sprzedanych samochodów z napędem konwencjonalnym i alternatywnym w Polsce_v2

Różnice kosztu zakupu między napędami konwencjonalnymi a elektrycznymi na przestrzeni lat zmalały. Nadal potrafią być jednak duże. Przykładowo, 130-konny, benzynowy Opel Corsa kosztuje 80 tysięcy złotych, a za 136-konną elektryczną wersję trzeba zapłacić co najmniej 123 tysiące złotych. Dlaczego zatem kierowcy mimo wszystko decydują się na e-samochody?

e-Samochody stają się popularne, bo pozwalają oszczędzać

Choć samochody hybrydowe czy elektryczne oznaczają wyższą nawet o kilkadziesiąt procent cenę zakupu, z eksploatacyjnego punktu widzenia przynoszą dodatkowe korzyści właścicielowi. Auto o napędzie bateryjnym jest w stanie pokonać 100 kilometrów za równowartość 8 złotych. Nowoczesne hybrydy mają spalanie w mieście ograniczone do mniej więcej 4 litrów benzyny. A na samym zakupie paliwa potencjalne zyski nie kończą się.

– Ważnym polem do oszczędzania jest m.in. ubezpieczenie. W III kwartale 2020 roku średnia cena ubezpieczenia oc dla samochodu o napędzie benzynowym wyniosła 660 złotych. W przypadku pojazdów zasilanych jednostką diesla obowiązkowe ubezpieczenie kosztowało więcej, bo 682 zł. W tym samym czasie na OC auta elektrycznego kierowcy wydawali średnio zaledwie 491 zł – komentuje Tomasz Kroplewski, kierownik ds. rozwoju sprzedaży rankomat.pl.Rodzaj paliwa a cena OC_v2

Czysta3.vc inwestuje milion złotych w Staffly, startup elastycznej pracy tymczasowej

Gig economy to obszar rynku pracy, który opiera się na zarabianiu ,,na zleceniach” u nieokreślonej liczby pracodawców przez nieokreślony czas. Staffly, startup HR tech, ma plan by pomóc wprowadzić ten model zatrudnienia do Polski. Chce uruchomić system, który połączy pracowników z pracodawcami, wykorzystując do tego sztuczną inteligencję, analizę czynników psychometrycznych i machine learning.

Skupiając się wyłącznie na tradycyjnej definicji pracy zawodowej pomijane są dziesiątki milionów osób, których dochody bazują na zarobkach z różnych źródeł i które świadomie kształtują własne życie zawodowe. Chociaż praca tymczasowa nie jest wcale nowym zjawiskiem, nie pasuje ona do oficjalnych definicji i statystyk pracy. Z badań wynika jednak, że ​​od 20 do 30 procent populacji w wieku produkcyjnym, wykonuje pracę niezależną (McKinsey & Company, 2016). W raporcie EY Global Contingent Workforce Study (2018) pojawia się nawet określenie ,,giggersów” jako społeczności. Tworzą ją głównie osoby urodzone po 1980 roku – znające języki obce, stale poszukujące nowych wyzwań, ukierunkowane na zawodową elastyczność.

Mimo, że model zatrudnienia tymczasowego zyskuje na popularności, to oferujący go pracodawcy borykają się z wieloma wyzwaniami, dla których brakuje obecnie rozwiązań.

– Research rynku pokazał, że w segmencie pracy tymczasowej istnieje gigantyczny problem z pojawianiem się pracowników w wyznaczonym miejscu na ustalone rozpoczęcie pracy. Dla przykładu, pracodawca umawia na kolejny dzień 10 osób, rekrutując je za pomocą portali społecznościowych lub ogłoszeniowych, z czego na miejscu pojawiają się zaledwie 3. Często także pracownik, po jednym, dwóch dniach rezygnuje z pracy. I wydaje się, że niewiele można z tym zrobić – mówi Filip Sobel, pomysłodawca i CEO Staffly.

Zespół Staffly wykorzystując swoją wiedzę, wnioski z obserwacji i badań obszaru pracy tymczasowej proponuje narzędzie, które dzięki swojej uniwersalności i innowacyjności ma potencjał by zrewolucjonizować funkcjonowanie obszaru pracy tymczasowej i rozwiązać najpowszechniejsze problemy pracodawców. System, nad którym pracują, ma sprawić, by każdy pracownik był bardziej świadomy swoich potrzeb, a w dalszej perspektywie usatysfakcjonowany i zadowolony z pracy dorywczej, którą podejmie. Platforma stworzy własną społeczność pracowników, zwanych Stafferami. Kluczem do sukcesu rozwiązania ma być elastyczność i algorytm dopasowujący pracowników do zleceń na podstawie zmiennych psychometrycznych.

Prognozy rynkowe mówią, że giggersi będą stanowić 20 proc. całkowitej liczby pracowników, a wartość gig economy ma osiągnąć poziom 2,7 biliona dolarów w 2025 roku (Forsal, 2019).

– Dziś pojęcie pracy tymczasowej wciąż jeszcze kojarzy się z najmniej pożądanymi zajęciami i niskimi kwalifikacjami. Od kilku dekad obserwujemy zmianę struktury rynku pracy i coraz większą jego segmentację. Elastyczność, tymczasowość zatrudnienia – zarówno ze względu na sam charakter pracy, jak i zmiany podejścia do aktywności zawodowej pracowników – wydaje się tworzyć nowy standard w tym obszarze. Gig economy nie jest już tylko ciekawą zajawką badaczy, a powoli staje się standardem na rynku pracy, zmieniając jego paradygmat. W tej nowej rzeczywistości chcemy zaadresować jedne z największych wyzwań branży i skupić się na dopasowaniu oczekiwań pracodawcy i potrzeb pracowników. Wierzymy, że poznając lepiej pracownika – m.in. poziom jego kompetencji, ambicje i potrzeby rozwoju zawodowego – będziemy w stanie zbudować jego pełniejszy profil, który pozwoli nam na celniejsze dopasowanie ofert. Mamy ciekawe pomysły, jak to zrobić i już intensywnie pracujemy nad modelem takiego narzędzia – wyjaśnia Łukasz Zygiel, Product Design Lead projektu. – W centrum obszaru gig economy stawiamy właśnie naszego współczesnego, elastycznego pracownika – dodaje Łukasz Olejarczuk, CTO Staffly.

Technologia wykorzystana w platformie umożliwia pogłębioną analizę Stafferów – użytkowników korzystających z portalu agencji pracy tymczasowej Staffly. Uzyskane dane posłużą do lepszego poznania pracowników – będą zasilać silnik rekomendacji ofert pracy. System w spójny i efektywny sposób łączyć będzie wyniki badań psychologicznych z danymi behawioralnymi oraz informacjami dostarczonymi przez samych użytkowników.

Staffly wpisuje się również w trend paperless – wszystkie dokumenty (także umowy z pracownikami) w ramach platformy podpisywane będą elektronicznie za pomocą dedykowanego narzędzia.

– W projekcie Staffly doceniamy przede wszystkim stworzenie nowej kategorii, wyróżniającej platformę na tle innych systemów rekrutacyjnych, gdzie wyniki opierają się na konkretnej wiedzy o użytkowniku, a nie tylko zagregowanych danych ilościowych. Potencjał do wykorzystania takiego produktu jest właściwie w każdej branży, bo praca tymczasowa dotyczy także zleceń eksperckich – wyjaśnia Szymon Janiak, dyrektor zarządzający Czysta3.vc. – W okresie pandemii zainteresowanie prowadzeniem elastycznego życia zawodowego wzrosło, z różnych przyczyn. Z badań i naszych analiz wynika, że trend ten będzie się w przyszłości pogłębiał. Warto także dodać, że ostatnimi czasy, technologia, ze szczególnym uwzględnieniem automatyzacji i algorytmów dopasowania, odgrywa w rekrutacji znaczącą rolę. W oba te konteksty projekt Staffly wpisuje się doskonale – dodaje.

Pierwsze efekty pracy zespołu spodziewane są za 10-12 miesięcy.

Nasz pomysł nie wszedłby tak szybko w fazę realizacji bez wsparcia Czysta3.vc. Największą wartością dodaną ze współpracy z funduszem jest dla nas ekspercka wiedza oraz bogate doświadczenie biznesowe i projektowe, z którego będziemy mieli możliwość skorzystać podczas tworzenia Staffly. Mamy nadzieję, że wspólnie uda nam się zrewolucjonizować rynek pracy tymczasowej w Polsce zgodnie z maksymą „by poznać odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie” – wskazuje Filip Sobel.

Pandemia przyspiesza zmiany, ale nie dodaje odwagi. Czy cała branża e-commerce zbiera laury?

Pierwszy lockdown wywołany pandemią stał się wyjątkowo skutecznym paliwem napędowym dla przedsiębiorców z branży e-commerce. Analitycy byli zgodni — koronawirus przyspieszył zmiany rynkowe oraz ewolucję przyzwyczajeń zakupowych, jednak czy wszyscy skorzystali z nadarzającej się okazji i z sukcesami przenieśli swoje usługi do internetu? Okazuje się, że na przysłowiowym lodzie pozostali głównie branżowi nowicjusze.

W sieci zadłużenia

Początki rozwoju niszy nad Wisłą nie należały do najbardziej spektakularnych. Z jednej strony, tylko między 2010 a 2018 rokiem liczba przedsiębiorstw z branży e-commerce wzrosła o ponad 30 proc. Jednakże, o ile ostatnia dekada przyniosła na krajowy rynek grubo ponad 7,6 tys. sklepów internetowych, to po średnio 8 latach działalności, wyłącznie 2,3 tys. zarejestrowanych w tamtym okresie przedsiębiorstw zdołało utrzymać się na powierzchni. Powód?

Jeszcze 2 lata temu redakcja Polska Times podawała, że w grudniu 2017 roku stopień zadłużenia krajowej branży e-commerce wynosił niebagatelne 106 913 730 zł. W tamtym okresie problemy z wypłacalnością miały przedsiębiorstwa głównie z Wielkopolski i Mazowsza. Rekordzista? Aż 2,4 mln zł na minusie. Salda ujemne redukowano transakcjami w okresie przedświątecznym, jednak znaczące zmiany miały dopiero nadejść. W końcu przyszedł pierwszy kwartał 2020 roku, a co za tym idzie — zamknięcie sklepów stacjonarnych podczas marcowego lockdownu.

Odbicie?

Umiarkowanie entuzjastycznymi analizami dzielili się m.in. analitycy z Centre for Retail Research (CRR). Pierwotnie zakładano, że branża e-commerce w Europie Zachodniej będzie stanowić 15,3 proc. całego rynku detalicznego do roku 2022. CRR przewiduje, że za sprawą pandemii przedsiębiorstwa internetowe osiągną ten pułap już pod koniec 2021 roku. Jeśli chodzi o sytuację w Polsce, redakcja portalu dlahandlu.pl podaje, że o ile w pierwszej połowie 2019 roku e-commerce notowało 6 proc. udziałów w popycie brutto, to już w 2020 roku wskaźnik wzrósł do 15 proc.

Głównymi beneficjentami lockdownu są przedsiębiorcy zajmujący się dystrybucją książek i multimediów, a także nisza spożywcza, o której mówi się, że notuje aż 239-proc. wzrost zamówień. Dobrze trzymają się także produkty spod znaku “zdrowie i uroda”, jednak u niektórych nadal dominuje rynkowa flauta. Duże problemy mają szczególnie młodzi przedsiębiorcy z niszy sportowej i turystycznej. Co ciekawe, przed sporym wyzwaniem stanęli również debiutanci sprzedający odzież.

Przetrwają najsilniejsi

Wydaje się, że najbardziej stabilną sytuację mają duże marketplace’y. Na polskim rynku sztandarowym przykładem jest Allegro, choć szczególnie młodsi konsumenci szukają alternatyw. Coraz częściej mniejsze podmioty wyprzedzają “starszych braci”, jednak bazują głównie na mocnej marce osobistej. Są to m.in. sklepy influencerów i znanych już marek, więc mniej przestrzeni pozostaje dla całkowitych debiutantów. To głównie oni napędzali mało optymistyczne statystyki upadłości jeszcze sprzed pandemii.

Podstawowym problemem nowicjuszy zarówno sprzed pandemii, jak i z okresu lockdownu były koszta utrzymania sklepu. Pomimo kilku programów unijnych, branża nadal nie ma dostępu do skutecznych rozwiązań systemowych, które mogłyby realnie wesprzeć początkujących graczy e-commerce. W przeważającej części także rynek komercyjny nie przewiduje narzędzi dla debiutantów, choć ciekawą propozycją może pochwalić się zespół spółki Provema. Katowicki fintech systematycznie rozwija model LoanByLink, który pozwala na proste przekształcenie dowolnej witryny w pełnoprawny sklep internetowy. Jak deklarują sami twórcy projektu, ich system wychodzi naprzeciw oczekiwaniom branży, ponieważ w znacznym stopniu ułatwia pierwsze kroki początkującym na rynku e-commerce. Jest spora szansa, że właśnie takie podejście może realnie wspomóc branżę, a co więcej — przyczynić się do rozwoju kolejnych innowacji sektora.

Czy są jeszcze szanse dla pretendentów do wejścia na rynek e-commerce? Z jednej strony pandemia wielu dodała skrzydeł, jednak są to przeważnie już duzi gracze. O ile branża notuje coraz większe wzrosty, to jej oferta wydaje się pomijać dopiero raczkujących kolegów po fachu.

Autor: Grzegorz Szulik, prezes w polskim fintech’u Provema

Czy „big pharma” przejdzie do historii?

Inwestorzy w zasadzie już zdecydowali. W miejsce wielkich koncernów farmaceutycznych w ich portfelach pojawiły się nowoczesne przedsiębiorstwa z sektora med-tech.

Bardzo często można się spotkać z opinią, że w okresie pandemii inwestycje w akcje dużych firm farmaceutycznych mogą być bardzo rentowne. W tej branży inwestorzy od kilkudziesięciu lat są przyzwyczajeni do solidnych zysków. Ponadto, logiczne jest założenie, że akcje firm farmaceutycznych powinny zyskiwać na wartości w okresie globalnego kryzysu zdrowotnego. Jednak nawet pobieżny rzut oka na dane z rynków kapitałowych pokazuje, że coś z tym rozumowaniem jest nie tak.

Jeśli weźmiemy pod uwagę dziesięć największych firm farmaceutycznych świata, w ciągu ostatnich pięciu lat przyzwoity zwrot z inwestycji można było uzyskać tylko na trzech. Wszystkie trzy są firmami amerykańskimi. Liderem jest biotechnologiczna firma Abbvie (obecnie dziewiąta największa firma farmaceutyczna świata). Wartość jej akcji w ciągu ostatnich 5 lat wzrosła z 57 do 104 dolarów, co znaczy, że inwestorzy mogli zarobić 82% (średnio 16,4% rocznie). Akcje Johnson & Johnson podrożały w tym samym czasie o 46%, z kolei największa firma farmaceutyczna świata – Pfizer przyniosła swoim inwestorom 42%. Biorąc pod uwagę fakt, że indeks giełdowy S&P500 traktowany przez inwestorów jako odzwierciedlenie ogólnego obrazu rynku giełdowego, w tym samym czasie wzrósł o prawie 91%, widać wyraźnie, że wielkie amerykańskie firmy farmaceutyczne nie rozwijają się tak, jak do tej pory. Jeszcze bardziej rozczarowują firmy europejskie. Akcje szwajcarskich gigantów Roche i Novartis podrożały przez ostatnie 5 lat odpowiednio o 11% i 7%. Inwestorzy francuskiego Sanofi muszą się zadowolić niecałymi sześcioma procentami, a brytyjskiego Glaxo Smith Kline – pięcioma.

Nie ulega wątpliwości, że w doskonale dotąd funkcjonującym sektorze farmaceutycznym coś się zacięło. Firmy przyzwyczajone do opierania swojej strategii sprzedażowej na drogich innowacyjnych lekach, borykają się z wygasaniem patentów i brakiem nowych, przełomowych substancji. Muszą przeformułować swoje strategie, ściąć koszty i odnaleźć się na bardzo konkurencyjnym, nisko-marżowym rynku leków generycznych. Ponadto, jeżeli ich akcje tak słabo sobie radzą w okresie ogólnoświatowej hossy, to również są pierwszymi kandydatami do dużych spadków w momencie załamania koniunktury. Inaczej mówiąc, akcje „big pharma”, mimo że cały czas przynoszą inwestorom dochód, stały się ostatnio instrumentami bardzo ryzykownymi.

Jednak nasze zdrowie zależy nie tylko od wielkich firm farmaceutycznych. Według serwisu internetowego PitchBook, tylko w Stanach Zjednoczonych fundusze Venture Capital w zeszłym roku zainwestowały 11,3 miliarda dolarów w 1070 spółek z sektora technologii medycznych. Lokując kapitał w akcjach firm działających na styku technologii i medycyny, inwestorzy mogą oczekiwać szalonych stóp zwrotu. Na przykład akcje spółki Intuitive Surgical, produkującej roboty chirurgiczne, przez ostatnie 5 lat podrożały ze 173 do 758 dolarów, a więc o 338%. Akcjonariusze firmy Abiomed – producenta sprzętu do operacji kardiochirurgicznych również zarobili aż 220%.

Bardzo rentowne są też spółki z sektora CRO (contract research organization). Specjalizują się w prowadzeniu badań klinicznych. Absolutną gwiazdą wśród nich jest firma Medpace Holdings, na której akcjach w ciągu ostatnich pięciu lat można było zarobić prawie pięć razy. Z kolei ponad trzy razy zarobili akcjonariusze irlandzkiej firmy Icon. Do najdynamiczniej rozwijających się firm świata należą również firmy z pogranicza farmacji i biotechnologii, w tym Vertex Pharmaceuticals produkujący leki na choroby metaboliczne i Corcept Therapeutics – producent leków nowotworowych.

Widać wyraźnie, że na rynku farmaceutycznym zachodzą podobne zjawiska, jak na rynkach finansowych lub w branży handlu detalicznego. Ogromne koncerny coraz mocniej odczuwają konkurencję ze strony niewielkich, dynamicznych przedsiębiorstw technologicznych. Oznacza to, że w najbliższych latach struktura rynku może ulec poważnym zmianom.

Autor: Łukasz Blichewicz – współzałożyciel i prezes zarządu Grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych

Zielony handel szansą na rozwojowy skok Polski

Zielony handel to liczony w setkach miliardów euro sektor, który stanie się filarem odbudowy światowej gospodarki po ustaniu globalnej pandemii koronawirusa. Polska, choć na razie plasuje się w ogonie rankingu najbardziej „zielonych” państw świata, jest jednym z największych eksporterów dóbr ekologicznych w Europie i na świecie. O sektorze wartym nawet 1,5 bln dolarów, którego przyszłości zagraża chińska kontrola eksportu metali ziem rzadkich opowiada najnowszy raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego pt. „Polska na mapie „zielonego” handlu”.  

Około 8 proc. światowego eksportu stanowią produkty „zielone”, co przekłada się na 1,5 biliona dolarów.  Unia Europejska jest jednym z regionów, którego ambicją jest bycie światowym liderem tego sektora – w 2018 roku nadwyżka handlowa w tej części gospodarki wyniosła aż 100 mld dolarów. Polska jest jednym z czołowych „zielonych” eksporterów na świecie, sprzedając między innymi urządzenia do produkcji energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych czy też elementy filtrujące gazy. Dla przykładu, eksport tych drugich wyniósł 757 mln dolarów w 2018 roku.

Znacząca rola Polski

Polska zajmuje 5. pozycję wśród unijnych eksporterów pod względem wartości eksportu produktów zielonych i 15. na świecie odpowiadając za 2 proc. światowego handlu. W latach 2010-2018 wartość polskiego eksportu produktów przyjaznych środowisku i klimatowi podwoiła się i osiągnęła 26 mld USD. Eksport produktów do generowania energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych w tym okresie osiągnął wartość 2,7 mld USD. . Tempo wzrostu eksportu w obu przypadkach przewyższało wzrost polskiego eksportu ogółem i w analizowanym okresie wyniosło odpowiednio 78 i 122 proc. Waga produktów przyjaznych środowisku w Polskim eksporcie sięga 10 proc. w 2019 r.

Choć w globalnym rankingu „zielonych gospodarek” zajmujemy dopiero 106.miejsce na 130 znajdujących się w zestawieniu państw. Eksport zielonych produktów pozytywnie wpływa na dwa podstawowe wskaźniki makroekonomiczne Polski: PKB i stopę bezrobocia. Polska jest krajem, który przez finansowanie handlu powinien wspierać produkcję technologii i towarów przyjaznych środowisku. Może to pomóc eksporterom w większym wykorzystaniu „zielonych” możliwości eksportowych, co w perspektywie długofalowej przyniesie wymierne korzyści środowisku i gospodarce – uważa Maciej Miniszewski, analityk PIE.

Analiza struktury towarowej polskiego eksportu wskazuje na brak jednoznacznych hitów eksportowych i dość duże różnice wśród głównych produktów w zależności od wybranej listy. Wśród produktów powiązanych z energią ze źródeł odnawialnych Polska skutecznie buduje potencjał eksportowy akumulatorów. Biorąc pod uwagę rosnące przewagi komparatywne i wzrost udziału w eksporcie tych produktów, Polska jest na dobrej pozycji do przyciągania dalszych inwestycji w sektorach prośrodowiskowych.

Czym jest „zielona gospodarka”?

Debata o zielonej gospodarce nabrała rozgłosu po kryzysie finansowym w latach 2008- 2010, który uwidocznił problemy strukturalne gospodarek i społeczeństw. Dwa kluczowe wyzwania przyszłości wtedy zdefiniowane, obejmują postępujące zmiany klimatyczne i uzależnienie od tradycyjnych surowców energetycznych. W koncepcji zielonej gospodarki dostrzeżono możliwe do realizacji remedium na nawarstwione problemy. Kluczowymi cechami green economy są:

  • poprawa efektywności materiałowej i energetycznej (oddzielenie zużycia zasobów od wzrostu gospodarczego),
  • przejście do gospodarki o obiegu zamkniętym,
  • przenoszenie kosztów na sprawców zanieczyszczeń i emisji gazów cieplarnianych,
  • transformacja energetyczna i zastąpienie źródeł nieodnawialnych odnawialnymi
Zielony handel szansą na rozwojowy skok Polski
Rys. 1. Koncept „zielonej gospodarki” w kontekście zrównoważonego rozwoju.

 

Niepewna globalna przyszłość

Dotychczasowe osiągnięcia – np. w rozwoju odnawialnych źródeł energii – nastąpiły dzięki handlowi międzynarodowemu – spadek cen technologii zwiększył ich konkurencyjność względem konwencjonalnej energetyki. W najbliższych latach „zielony handel” będzie zyskiwał na znaczeniu dzięki inwestycjom w transformację niskoemisyjną w ramach odbudowy gospodarki po kryzysie wywołanym pandemią COVID-19.

W zależności od zakresu definicji produktów „zielonych” ich eksport wyniósł w 2018 r. od 0,5 bln do 1,5 bln USD i stanowił 3-8 proc. światowego eksportu. Ich wartość wzrosła w latach 2010-2018 o 10-32 proc. W przypadku szerokiego rozumienia zielonej gospodarki dynamika ta przewyższyła wzrost światowego handlu ogółem, który wyniósł 24,5 proc

Czynniki takie jak wzrost produktywności paneli fotowoltaicznych oraz osiąganie korzyści skali produkcji spowodowały, że cena jednostkowa spadła o 85 proc. w latach 2009-2019. Chociaż wartość eksportu paneli fotowoltaicznych spadła o ponad 28 proc. w latach 2010-2018, jego wolumen wzrósł aż o 52 proc. Prawdopodobne wyhamowanie dalszego spadku cen i utrzymanie rosnącego znaczenia OZE spowoduje ponowny wzrost wartości handlu tymi produktami – mówi Marek Wąsiński, kierownik zespołu handlu międzynarodowego Polskiego Instytutu Ekonomicznego

Wpływ na to będą miały również czynniki polityczne. Ponieważ Chiny są największym producentem metali ziem rzadkich wykorzystywanych m.in. w technologiach niskoemisyjnych, istnieje ryzyko, że Pekin zdecyduje o ograniczeniu dostaw metali ziem rzadkich i niektórych wytwarzanych z nich produktów. Może to wywołać wzrost cen wielu technologii przyjaznych dla środowiska, a w konsekwencji spowolnić zieloną transformację gospodarki. Dlatego uniezależnienie od dostaw z Chin jest jednym z ważniejszych celów polityki handlowej zarówno UE, jak i USA. Jest to jednak proces długotrwały i kosztowny, a pandemia COVID-19 może go utrudnić.

Dominującymi podmiotami w handlu zielonymi produktami są największe gospodarki świata. UE, Chiny i USA odpowiadają za ponad 60 proc. światowego eksportu tych produktów (licząc eksport wewnętrzny i zewnętrzny UE). Pięć gospodarek wraz z Japonią i Koreą Płd. odpowiada za 3/4 światowego eksportu. UE ma dodatnie saldo obrotów handlowych w zakresie towarów zielonych, Chiny – zależnie od przyjętej definicji zielonego handlu, a USA notują deficyt w każdym przypadku.

Świadczenie usług elektronicznych a opodatkowanie VAT

Świadczenie zautomatyzowanych, niewymagających dużego wkładu ze strony człowieka usług za pomocą środków komunikacji elektronicznej (Internetu/sieci elektronicznej) uznawane jest za świadczenie usług elektronicznych w rozumieniu przepisów o VAT. Usługi elektroniczne, podobnie jak inne usługi, podlegają opodatkowaniu VAT. Jednak zasady ich opodatkowania są specyficzne i zależą od wielu czynników.

Obowiązek podatkowy

W ustawie o VAT, a także w przepisach unijnych nie zostały przewidziane szczególne regulacje w zakresie momentu powstawania obowiązku podatkowego w przypadku świadczenia usług drogą elektroniczną. Dlatego w tym zakresie należy odnieść się do zasad ogólnych, tzn. obowiązek podatkowy powstaje w dacie świadczenia usługi. W przypadku usług elektronicznych często dochodzi do przedpłaty i w takich sytuacjach obowiązek podatkowy powstaje w dacie dokonania płatności.

Miejsce świadczenia usługi

Zgodnie z art. 28k pkt 1 ustawy o VAT miejscem świadczenia usług drogą elektroniczną na rzecz osób niebędących podatnikami powinno być terytorium państwa, w którym usługobiorca ma siedzibę, stały adres lub zwykle zamieszkuje. Zasady te należy stosować w przypadku, gdy wartość sprzedawanych usług elektronicznych netto przekracza 42 000 zł rocznie. Do tego progu należy wliczyć wartość wszystkich sprzedawanych usług, a nie tylko usług sprzedanych do jednego kontrahenta.

Jeżeli wartość netto usług świadczonych drogą elektroniczną nie przekracza 42 000 zł rocznie, należy stosować ogólne zasady dotyczące miejsca świadczenia usług na rzecz osób niebędących podatnikami. Zgodnie z art. 28c pkt 1 ustawy o VAT w takim przypadku należy wskazać miejsce świadczenia w kraju siedziby usługodawcy. W przypadku osiągnięcia progu 42 000 zł rocznie w trakcie roku zaczynają obowiązywać zasady wskazujące miejsce świadczenia w kraju klienta.

Zgodnie z art. 24b lit. b wprowadzonym do Rozporządzenia wykonawczego Rady (UE) nr 282/2011 rozporządzeniem nr 1042/2013, jeżeli usługi świadczone drogą elektroniczną są świadczone na rzecz osoby niebędącej podatnikiem za pośrednictwem sieci komórkowej, domniemywa się, że miejsce, w którym klient ma swoją siedzibę, stały adres lub zazwyczaj zamieszkuje, jest kraj określony kodem MCC karty SIM używanym podczas otrzymywania tych usług. Zgodnie z art. 24d pkt 1 rozporządzenia nr 282/2011 ww. domniemanie może jednak zostać obalone przez zebranie trzech niesprzecznych dowodów wskazujących na miejsce inne niż kraj wskazany przez MCC karty SIM spośród niżej wymienionych:

  • adres rozliczeniowy klienta;
  • adres IP urządzenia, z którego korzysta klient lub jakikolwiek inny sposób geolokalizacji;
  • dane bankowe, takie jak lokalizacja konta bankowego używanego do płatności za usługi lub adres rozliczeniowy klienta znajdujący się w tym banku;
  • MCC międzynarodowego identyfikatora abonenta mobilnego (IMSI) na karcie SIM używanej przez klienta;
  • lokalizacja telefonu stacjonarnego wykorzystywanego do świadczenia usług;
  • inne informacje istotne z handlowego punktu widzenia.

Zgodnie z notami wyjaśniającymi wydanymi przez Komisję Europejską w odniesieniu do przepisów o miejscu świadczenia usług drogą elektroniczną usługodawca nie ma obowiązku obalenia tego domniemania, ale nadal można je stosować w przypadkach, jeżeli usługodawca posiada już dowody, które mogą być wystarczające do obalenia domniemania. Usługodawca może zignorować dowody przeciwne do domniemania. Nie ma on obowiązku gromadzenia ani oceny dowodów, które mogą posłużyć do obalenia domniemania.

Jednakże powyższe domniemanie może zostać obalone również przez organy podatkowe w przypadkach, gdy istnieją przesłanki, że domniemanie jest nadużywane lub nadużywane przez usługodawcę (art. 24d pkt 2 rozporządzenia nr 282/2011). Jak wskazano w objaśnieniach, np. nadużycie może polegać na celowym ustanowieniu niewłaściwego procesu ustalania miejsca świadczenia usług w stosunku do nieistotnej liczby świadczonych usług.

Procedura MOSS

Podatnicy świadczący usługi elektroniczne na rzecz osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej mogą być zobowiązani do rozliczania podatku na terytorium innego państwa. W celu ułatwienia rozliczeń mogą oni skorzystać z procedury MOSS. Deklarację w systemie składa się kwartalnie do 20 dnia po zakończeniu kwartału. Rozliczenia dokonuje się w euro na konto polskiego urzędu.

Sposób dokumentacji

Co do zasady zgodnie z art. 111 pkt 1 ustawy o VAT sprzedaż do osób fizycznych niebędących podatnikami VAT powinna być udokumentowana przy pomocy kas fiskalnych. Jednak usługi świadczone na rzecz osób niebędących podatnikami nie muszą być dokumentowane paragonem, jeśli dostawca otrzyma całą płatność za usługę za pośrednictwem konta bankowego i płatność może być jednoznacznie przypisana do konkretnego świadczenia usług. Innymi słowy, polskie przepisy nie wymagają dokumentowania świadczenia usług elektronicznych na rzecz konsumentów poprzez wystawianie paragonów fiskalnych. Wystarczająca jest imienna faktura.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.