Optymistyczne perspektywy dla polskiej turystyki

0

4 maja, po trwającym ponad miesiąc zamknięciu, na nowo otworzyły się drzwi hoteli. Popyt na usługi turystyczne utrzymuje się na wysokim poziomie, a wiele obiektów przeżywa oblężenie. W tym roku Polacy będą decydować się głównie na wyjazdy krajowe. Trend podróży lokalnych ma szansę przetrwać także po zakończeniu pandemii. Imponujące odbicie polskiej turystyki po okresie „lockdown” pokazuje, że w branży tkwi duży potencjał, a inwestowanie w nieruchomości pod wynajem m.in. nad polskim morzem nadal jawi się jako interesująca propozycja dla osób poszukujących dobrej lokaty kapitału.

Utrudnione podróżowanie za granicę

Pomimo tego, że granice Polski są już otwarte, a ruch lotniczy został wznowiony, to podróże pozakrajowe nadal są utrudnione. Nie wszystkie rejsy zagraniczne są obecnie dostępne,
a część popularnych destynacji turystycznych jeszcze przez dłuższy czas może blokować napływ odwiedzających ze względu na dużą liczbę zachorowań. Podróże zagraniczne będą
w najbliższych miesiącach wyglądały inaczej niż przed lockdownem. Mówi się o znacznie wydłużonych procedurach związanych z wejściem na pokład samolotu, które skutecznie zniechęcą wielu turystów od egzotycznych wojaży. Część regionów może wymagać od turystów wykonywania kosztownych testów na obecność koronawirusa. W obliczu tych niedogodności urlop w kraju dla wielu będzie bardziej komfortową i tańszą alternatywą.

Polacy będą podróżowali lokalnie

Blisko 80% Polaków zaplanowało w tym roku wyjazd wypoczynkowy. Według badań ponad 90% urlop spędzi w kraju[1]. Już ok. 30% rodaków zaplanowało wyjazd w maju lub czerwcu, co dowodzi naszej tęsknoty za podróżami po okresie izolacji i zamknięcia. 27% osób, które zadeklarowały chęć podróży po Polsce, wybierze się nad morze. Większym zainteresowaniem cieszyły się jedynie polskie góry, które jako swoją wymarzoną destynację wskazało 34% ankietowanych. [2]. Podróże po kraju będą okazją do odkrywania Polski i jej walorów turystycznych dla wielu rodaków, którzy od lat decydowali się jedynie bądź głównie na wyjazdy zagraniczne.

Opinia eksperta:

Wierzę, że przed polską turystyką otworzyły się teraz nowe możliwości. Popyt na podróże krajowe jest bardzo wysoki. Zarządzający obiektami turystycznymi mają szansę, aby wykorzystać tę sytuację i zjednać sobie rzesze nowych, wiernych fanów na kolejne lata. Uważam również, że lokalne podróże przyniosą wymierne korzyści nie tylko poszczególnym hotelom, ale i całym regionom turystycznym, których walory zostaną odkryte na nowo. Wielu Polakom rodzime kurorty nie kojarzyły się do tej pory pozytywnie, ale duża część tych miejsc przeszła w ostatnich dekadach znaczną metamorfozę. Kurorty przeistoczyły się w modne destynacje turystyczne przyciągające najbardziej wymagających gości, oferując atrakcje na wysokim poziomie i luksusowe miejsca noclegowe. Teraz jest idealny moment, aby ta zmiana została zauważona przez Polaków i aby nasi rodacy dostrzegli piękno i nowoczesność naszego kraju – komentuje Żaneta Kornas, doradca zarządu Baltic Wave Sp. z o. o. do spraw hotelowych.

Polska atrakcyjną destynacją dla turystów zagranicznych

Unijni eksperci wytypowali Polskę jako jedno z najbardziej bezpiecznych miejsc na spędzenie tegorocznych wakacji[3]. Może się ona znaleźć się w gronie państw, które w najbliższym czasie najbardziej zyskają na popularności wśród zagranicznych turystów. Jeden z najbardziej prawdopodobnych scenariuszy zakłada, że Polska zanotuje dużą liczbę odwiedzin ze strony naszych zachodnich sąsiadów. Niemiecki wiceminister gospodarki, Thomas Bareiss, twierdzi, że nasz kraj szybko poradził sobie z pandemią koronawirusa. Ponadto nowoczesna infrastruktura drogowa łącząca Polskę i Niemcy pozwoli turystom na uniknięcie podróży lotniczych, które mogą stać się w kolejnych miesiącach mało komfortowe. Kilkugodzinna podróż autem (przykładowo 3h z Berlina do Kołobrzegu) to bardziej wygodna alternatywa. Niemcy stanowili dotychczas jedną z najważniejszych zagranicznych grup turystów w Polsce. W Kołobrzegu od lat są najliczniejszym gronem cudzoziemców odwiedzających miasto. Wszystkie atrakcje turystyczne są dostosowane do osób posługujących się językiem niemieckich, w sklepach można zakupić gazety wydawane za naszą zachodnią granicą, a w restauracjach serwowane są popularne dania z tego kraju.

Popyt na wakacje w Polsce to bardzo dobry sygnał dla rodzimej branży turystycznej, a także dla lokalnej gospodarki – duża część zagranicznych turystów podczas urlopu w naszym kraju wydaje średnio więcej niż nasi rodacy[4].

Nadal warto inwestować w obiekty turystyczne

Przed pandemią podróże stawały się coraz bardziej powszechne i dostępne. Czas zamknięcia sprawił, że zatęskniliśmy za wyjazdami. Pomimo tego, że obecnie podróżowanie odbywa się w wyjątkowych warunkach, to turyści nie rezygnują z niego. Wręcz przeciwnie – popyt na lokalne usługi turystyczne jest bardzo duży. To bardzo dobry sygnał dla branży turystycznej. Pandemiczne regulacje sanitarne nie są już dla nas zaskoczeniem, a etap szoku związanego z nową, nietypową sytuacją już dawno nas opuścił. Powstały konkretne plany działania, opracowywana jest szczepionka na koronawirusa, wszyscy przystosowaliśmy się do funkcjonowania w nieco innych warunkach. Dodatkowo uruchomiono kampanie promujące polską turystykę i pokazującą naturalne walory naszego kraju. Możemy śmiało podtrzymać tezę, że inwestowanie w obiekty turystyczne m.in. te zlokalizowane nad polskim morzem to dobrze rokująca lokata kapitału. W czasie kryzysu szczególnie warto zwrócić uwagę na nieruchomości premium, które utrzymują swoją wartość podczas zawahań gospodarczych i stanowią wyjątkowo skuteczną ochronę zainwestowanych środków – dodaje Żaneta Kornas. 

[1] “Ponad 90% Polaków planuje wakacje 2020 w kraju“ – badanie Profitroom

[2] “Plany wyjazdowe Polaków” – badanie Polskiej Organizacji Turystycznej

[3] https://turystyka.rp.pl/trendy/27535-niemcy-przyjada-na-wakacje-do-polski,

https://www.forbes.pl/gospodarka/turystyka-2020-jak-bedzie-wygladac-pomiedzy-krajami-ue-po-pandemii-koronawirusa/gltlr1m

[4]https://www.money.pl/gospodarka/polacy-juz-chetnie-rezerwuja-wakacje-ale-to-jeszcze-nie-efekt-1000-6510022100326529a.html.

Niebawem widzimy się w biurze

0

Zagrożenia związane z globalnym kryzysem epidemiologicznym postawiły przed pracownikami i przedsiębiorcami nowe wyzwania. Ponad trzy miesiące temu 95 proc. pracowników Capgemini  przeszło na tryb pracy zdalnej w związku z zagrożeniem epidemiologicznym. Obecnie firma zaczyna organizować pracę na nowych zasadach, priorytetowo traktując zagadnienia bezpieczeństwa.

Obecna na polskim rynku od 1996 roku firma Capgemini jest aktualnie największym pracodawcą sektora nowoczesnych usług biznesowych w Polsce. Organizacja prowadzi działalność w ramach centrów, które są zlokalizowane w Krakowie, Wrocławiu, Katowicach, Poznaniu, Warszawie, Opolu i Lublinie. Capgemini już w marcu powołało specjalny zespół stale monitorujący sytuację i odpowiedzialny za wdrażanie odpowiednich środków i procedur zgodnych z wytycznymi sanitarnymi. W trakcie pandemii firma zachowała ciągłość działań biznesowych, prowadziła i nadal prowadzi regularną rekrutację zdalną i podjęła inicjatywy społeczne, wspierające walkę ze skutkami pandemii.

Bezpieczeństwo i ciągłość działań biznesowych

– Bezpieczeństwo pracowników było i nadal jest naszym absolutnym priorytetem. Za sprawą odpowiedniego planowania, wykorzystania dotychczasowych inwestycji technologicznych i wysokich kompetencji menedżerskich, Capgemini była jedną z najszybciej wdrożonych w pracę zdalną organizacji w swojej branży. Przejście zespołów na nowy tryb działania odbyło się płynnie, zapewniliśmy wszelkie niezbędne narzędzia oraz wsparcie osobom wykonującym swoją pracę z domu – mówi Ewa Gołębiewska-Krzyżan, dyrektor personalna Capgemini Polska.
Dotychczasowo wypracowane procedury dobrze się sprawdziły i zapewniły klientom oraz realizowanym projektom stabilność i ciągłość działania. Przez cały okres pandemii prowadzono zdalną rekrutację kandydatów, szkolenia wstępne odbywały się w formie online oraz dzięki specjalnej platformie, pomagającej przyszłym pracownikom we wdrożeniu w kulturę organizacyjną firmy w trybie zdalnym.

Inicjatywy społeczne w trakcie pandemii

Grupa Capgemini zarówno w Polsce, jak i w pozostałych krajach, aktywnie wspierała walkę ze skutkami kryzysu epidemiologicznego, poprzez dofinansowanie projektów i inicjatywy społeczne, jak na przykład wsparcie akcji Obiady dla medyków, dzięki której ponad 3 tys. porcji obiadowych trafiło do służb medycznych, m.in. Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, szpitali w Tychach i Sosnowcu, Wojewódzkiego Szpitala w Opolu, Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Wrocławiu i Szpitala Zakaźnego przy ul. Szwajcarskiej w Poznaniu.
Wykorzystując wiedzę technologiczną i dostrzegając zapotrzebowanie na pomoc we wdrażaniu narzędzi do pracy zdalnej, firma wsparła szkoły w implementacji Pakietu Microsoft Office 365 Education. Dzięki akcji Połączeni w sieci w śląskich placówkach oświatowych zainstalowano narzędzia potrzebne do prowadzenia lekcji online. Dziś akcja rozszerza się i szkoły z całej Polski mogą skorzystać z pomocy w instalacji, oraz z bezpłatnego wsparcia i szkoleń.
W wiele inicjatyw zaangażowali się także pracownicy Capgemini, m.in. szyjąc maseczki ochronne lub drukując przyłbice na drukarkach 3D, czy organizując projekty współfinansowane przez firmę, na przykład poświęcone edukacji zdalnej.

Organizacja pracy w modelu hybrydowym

Aktualnie, z zachowaniem wszelkich wymogów sanitarnych i higieny pracy, firma zaprasza część pracowników do pracy w biurach. Home office na pewno pozostanie modelem, który na dłużej wpisze się w organizację pracy, ale wiele osób wolałoby już wrócić do biurowej przestrzeni. Wygląda jednak na to, że na dłużej zagości domowo-biurowy model hybrydowy. Pracownicy będą stopniowo wracać do pracy w siedzibie firmy. W pierwszej kolejności zespoły, którym trudniej jest wykonywać zadania w zdalnym trybie. Szacuje się, że najszybciej do pracy biurowej powróci zespół we Wrocławiu, natomiast najpóźniej do nowego biura Face2Face wrócą pracownicy z Katowic, ze względu na zaostrzony reżim sanitarny na Śląsku. Niemniej, we wszystkich placówkach Capgemini obowiązują wytyczne Głównego Inspektoratu Sanitarnego oraz wprowadzono szereg norm, których zadaniem jest podniesienie bezpieczeństwa.
– Capgemini stawia na jedność i integrację zespołów, dlatego też praca w biurze była i nadal jest dla nas preferowanym modelem. Każde stanowisko pracy tworzone jest z myślą o wygodzie, komforcie, a także bezpieczeństwie pracowników. Wierzymy, że tworzona przez nas przestrzeń jest inspirująca i sprzyja płynnej wymianie umiejętności i wiedzy pomiędzy zatrudnionymi osobami. Dzięki przekazywaniu sobie najlepszych praktyk i ciągłą wzajemną naukę, nasi pracownicy mogą się rozwijać w rolach ekspertów. Pandemia z pewnością zwiększy elastyczność oferowanego przez nas modelu pracy, jednak wciąż biuro będzie przestrzenią zwiększonej współpracy.
– mówi Grzegorz Wołodko, dyrektor Software Solutions Center w Capgemini.
Rynek pracy w sektorze nowoczesnych usług dla biznesu i w IT wydaje się być stabilny. Centra nowoczesnych usług biznesowych Capgemini obejmują szereg specjalizacji z obszaru IT, ale również usługi finansowe, czy HR. Grupa Capgemini nieustannie prowadzi rekrutację zdalną, poszukując przede wszystkim kandydatów z kompetencjami cyfrowymi. Regularnie odbywają się rekrutacje na stanowiska programistów, architektów i deweloperów IT, ekspertów do spraw cyberbezpieczeństwa, specjalistów z obszaru sztucznej inteligencji, automatyzacji, robotyki, czy też uczenia maszynowego. Nie brakuje też ofert pracy związanych ze znajomością języka angielskiego, francuskiego, niemieckiego, ale też hiszpańskiego, czy niderlandzkiego.

Kandydaci w obliczu pandemii. Badanie opinii rekruterów

0

Liczba ofert pracy na rynku rośnie, a ogłoszenia publikowane przez pracodawców spotykają się z dużym odzewem ze strony kandydatów – wynika z najnowszych danych Pracuj.pl. Jednocześnie jednak rekruterzy przebadani przez ekspertów portalu przyznają, że muszą mierzyć się z szeregiem nowych wyzwań. Kandydaci obawiają się o stabilność sytuacji firm, a część z ekspertów z unikalnymi kompetencjami jest mniej skłonna zmieniać pracę, niż wcześniej. Jak według rekruterów pandemia zmieniła postawy osób szukających pracy?

Optymizm i nowe wyzwania w rekrutacji

Początek lipca przyniósł kolejne pozytywne symptomy odmrożenia rynku pracy w Polsce. Według wstępnych danych Pracuj.pl w czerwcu zamieszczono na portalu ponad 41 000 ogłoszeń – zaledwie 3,5% mniej, niż w tym samym okresie przed rokiem. Dla porównania w maju różnica wyniosła ponad 20%, a w kwietniu, czyli okresie najbardziej gwałtownego zamrożenia procesów rekrutacyjnych w Polsce – ponad 50%.
Warto jednak pamiętać, że spowolnienie gospodarcze spowodowane koronawirusem ma i będzie mieć w najbliższych kilkunastu miesiącach wpływ na kondycję przedsiębiorstw, a co za tym idzie – także na ich plany kadrowe. Dlatego zespół Grupy Pracuj przeprowadził na przełomie maja i czerwca wywiady jakościowe z 31 rekruterami z czołowych marek reprezentujących m.in. branże IT, produkcji, sprzedaży, finansów i FMCG. Ich celem było określenie jak w oczach specjalistów HR pandemia COVID-19 zmieniła rynek rekrutacji, zachowania kandydatów i sposoby poszukiwania kadr przez firmy.

Zmiany w piramidzie potrzeb

Badani rekruterzy podczas pracy z kandydatami w okresie między marcem a majem zaobserwowali znaczące zmiany w stosunku do okresu sprzed pandemii. Najczęściej powracającą tendencją jest poszukiwanie stabilnych miejsc pracy, firm pozostających w dobrej kondycji mimo ogólnej sytuacji gospodarczej. Rekruterzy poświęcają dużo czasu na tłumaczenie kandydatom sytuacji pracodawcy, jego kondycji oraz sposobu organizacji pracy podczas pandemii.
Obserwacja ta pokrywa się z wypowiedziami respondentów badania Pracuj.pl „Praca w dobie koronawirusa”. Kwestia bezpieczeństwa zatrudnienia była kluczowym czynnikiem wyboru pracodawcy dla 58% z badanych kandydatów – co stawiała ją na drugim miejscu za wysokością zarobków. Wynik ten stanowi ewenement w historii tych badań. Ponadto aż 44% respondentów obawiało się utraty pracy, co pogłębiało tendencje poszukiwania „bezpiecznych przystani”.
Drugim tematem, na który wskazywali badacze, jest niepewność w zachowaniach rekrutacyjnych kandydatów. Aplikujący częściej, niż wcześniej wycofują się z rekrutacji już na jej pierwszych etapach. Rzadziej też otwarcie komunikują w sieci gotowość przyjęcia nowej pracy, co utrudnia selekcję kandydatów nie działających proaktywnie, np. specjalistów z rzadko spotykanymi kompetencjami. Z drugiej jednak strony rekruterzy dostrzegli większe zaangażowanie osób, które są zdeterminowane w poszukiwaniu nowej pracy. Przejawia się to np. w większej elastyczności, dostępności na spotkania rekrutacyjne, lepszym przygotowaniu do rozmów kwalifikacyjnych i konkretnym określeniu własnych oczekiwań.
Ostatnią zmianą w postawach kandydatów jest ich mniejsze zainteresowanie ofertą benefitów znajdującą się w ofertach od pracodawców. Kandydaci zainteresowani są stabilnymi, możliwie dobrze płatnymi miejscami pracy – oferta świadczeń pozapłacowych odchodzi na dalszy plan.

Postawy kandydatów obserwowane przez rekruterów można porównać do tradycyjnej piramidy potrzeb. Z jednej strony w okresie niepewności na rynku pracownicy kierują oni swoją uwagę na podstawowe kwestie: stabilizację, dobre zarobki. W obliczu zagrożenia tych podstawowych kwestii benefity schodzą na dalszy plan. Z drugiej strony następuje polaryzacja postaw kandydatów w procesie rekrutacyjnym. Część z nich obawia się wchodzenia w nowe środowisko i zmiany pracy na mniej pewną. Inni jednak wykazują się dodatkową determinacją, co prawdopodobnie dotyczy głównie osób czujących zagrożenie utratą obecnej pracy – komentuje Paulina Markowicz, Product & Market Researcher w Grupie Pracuj.

Dostępność specjalistów rośnie…

Rekruterzy dostrzegają także rosnącą polaryzację działań z kandydatami w obszarze rekrutacji specjalistów (white collars). W wyniku pandemii wzrosła na rynku dostępność osób zajmujących powtarzalne stanowiska, związane ze stosunkowo powszechnie dostępnymi kompetencjami. Rekruterzy dostrzegają zwiększony napływ CV w prowadzonych projektach, nie zawsze jednak dopasowanych do konkretnych wymogów poszukiwanych na rekrutowanym stanowisku – co jest także wynikiem rosnącej liczby kandydatów chcących przekwalifikować się i wejść do nowych branż.
Potwierdzają to bieżące dane Pracuj.pl – od kwietnia do czerwca br. serwis obserwował wyraźnie wzmożoną aktywność kandydatów pod ofertami. W maju największa przeciętna liczba aplikacji (czyli kliknięć w pole „aplikuj” przy ofertach) dotyczyła kategorii w sporym stopniu dotkniętych konsekwencjami pandemii koronawirusa i grupujących sporo specjalizacji o powtarzalnym, dostępnym na rynku zestawie kompetencji kandydata: administracji biurowej, call center, części stanowisk w obszarze reklamy i grafiki, mediów, marketingu oraz e-commerce.

… i spada. Kluczowa rola doświadczenia

Wzmożone zaangażowanie pod ofertami można było zaobserwować na Pracuj.pl także w mniej oczywistych kategoriach, np. sprzedaży, finansach czy IT. Szczególnie duże wzrosty można było zaobserwować w dziedzinie programowania, w niektórych wypadkach generującej nawet dwukrotne wzrosty liczby osób zainteresowanych aplikowaniem o stanowiska. Jednocześnie jednak, jak zauważają badani rekruterzy, sektor IT sygnalizuje przesyt kandydatami na poziomie juniorskim, z niewielkim doświadczeniem i po. Tendencja ta ma miejsce także w innych branżach zatrudniających white collars.

Eksperci HR z firm technologicznych sygnalizują problemy z przyciągnięciem bardziej doświadczonych kandydatów IT, szczególnie tych posiadających bardziej unikalne kompetencje. Tacy kandydaci wciąż stosunkowo szybko znajdują pracę, jednocześnie jednak są mniej niż wcześniej skłonni do zmiany. Zgodnie z obserwacjami badanych, doświadczeni specjaliści IT częściej pytają np. o umowy o pracę czy stabilność firm, są bardziej czujni i zachowawczy. Warto zaznaczyć, że postawy stawiające na bezpieczeństwo i mniejszą dynamikę kariery są obecnie uniwersalne wśród osób o unikalnych specjalizacjach w innych branżach, nie tylko w świecie IT – komentuje Paulina Markowicz.

Pracownik fizyczny łatwiejszy do zrekrutowania
Badani rekruterzy dostrzegli także w miesiącach pandemii wyraźny wzrost dostępności na rynku kandydatów do pracy fizycznej (blue collars). Tendencja ta dotyczy zarówno powtarzalnych stanowisk o niskim „progu wejścia”, jak i wykwalifikowanych fachowców. Dostępność przejawia się zarówno w liczbie spływających CV, jak i jakości dostępnych na rynku kadr. Praca fizyczna to jednak z kategorii, w których między kwietniem i czerwcem br. można było zaobserwować na Pracuj.pl znaczny wzrost aktywności kandydatów.
Sytuacja sprawia, że rekruterzy spodziewają się w najbliższych miesiącach szybszego zamykania procesów rekrutacyjnych kierowanych do pracowników fizycznych. Jednocześnie muszą mierzyć się jednak z wyzwaniem, jakim jest często spotykana w tej grupie niechęć do rekrutacji zdalnej, szczególnie związanej z wykorzystaniem wideokonferencji. Jak zauważają rekruterzy, kandydaci blue collars preferują kontakt telefoniczny. Dużym wyzwaniem przy selekcji kandydatów jest także ograniczona możliwość przeprowadzania testów manualnych, na wielu stanowiskach koniecznych przy podejmowaniu decyzji o zatrudnieniu.

Rekruterzy w „nowej normalności”

Opinie rekruterów pokazują, jak w ostatnich tygodniach i miesiącach ewoluowały postawy kandydatów. Jednocześnie jednak badania przyniosły odpowiedzi na pytania, w jakim kierunku mogą dalej podążyć zmiany roli specjalistów HR i oczekiwań pracodawców wobec nich w najbliższych miesiącach. Spore zróżnicowanie postaw kandydatów może przyspieszyć część procesów rekrutacyjnych, inne projekty będą trudniejsze do sfinalizowania, niż przed wybuchem pandemii. Rosła będzie rola rekrutacji zdalnej, a maleć – „fizycznych” narzędzi rekrutacji, takich jak np. assesment centers. Więcej szczegółów dotyczących ewolucji roli rekrutera i wykorzystywanych przez niego narzędzi zaprezentujemy w kolejnym materiale omawiającym badania Pracuj.pl
Autor: Aleksandra Skwarska

Savills IM: Doniesienia o kryzysie w sektorze biurowym są przesadzone

0

Savills Investment Management (Savills IM), międzynarodowy menedżer inwestycyjny, przewiduje, iż obawy związane z brakiem zapotrzebowania na powierzchnie biurowe po pandemii COVID-19 są przesadzone, a inwestorzy powinni zwracać szczególną uwagę na pojawiające się atrakcyjne oferty cenowe na rynku nieruchomości.

Biura zlokalizowane w Centralnych Dzielnicach Biznesowych (CBD), charakteryzujące się dogodnymi połączeniami komunikacyjnymi, są szczególnie dobrze przygotowane, aby przeczekać okres zawirowań i przynosić inwestorom zyski. Budynki wydajne, dostępne
i oferujące różnorodne udogodnienia dla najemców osiągną najlepsze wyniki w przyszłości
– wynika z nowego raportu „Czy przyszłość pracy to praca z domu czy w biurze?”.

Chociaż pandemia pokazała, że praca z domu jest możliwa dla większej liczby przedsiębiorstw i zawodów niż wcześniej zakładano, badania wskazują, że tylko niewielka część pracowników chce w pełnym wymiarze pracować z domu po powrocie do normalności.* W raporcie wymieniono szereg wad pracy z domu, które ujawniły się na skutek braku dostępu do biur z powodu koronawirusa – m.in. nieprzystosowanie miejsca pracy, brak prywatności czy poziom hałasu.

Ponadto wielu pracowników nie jest w stanie zapewnić sobie odpowiednio wydzielonej przestrzeni do pracy. Dla znacznej grupy osób ogromnym wyzwaniem jest także pogodzenie obowiązków zawodowych i opieki nad dziećmi w jednym miejscu. Z kolei, poczucie samotności, izolacji i zacierające się granice pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym, to tylko niektóre z mniej uchwytnych i trudniej mierzalnych problemów związanych z pracą z domu na dłuższą metę – wskazuje Savills IM w swoim opracowaniu.

W raporcie podkreślono związek pomiędzy wydajnością pracowników a bezpośrednimi interakcjami z ludźmi, które pobudzają innowacyjne myślenie, rodzą nowe pomysły, ułatwiają dzielenie się wiedzą, wspomagają uczenie się w miejscu pracy oraz rozwój umiejętności. Jak przewiduje Savills IM, kryzys związany z pandemią COVID-19 wpłynie na zwiększenie odpowiedzialności korporacyjnej i koncentrację pracodawców na zapewnieniu odpowiedniej jakości środowiska pracy w biurze, w tym uwzględnieniu dodatkowej powierzchni na pracownika i zapewnieniu przestrzeni do odpoczynku. Powszechniejsze w biurach staną się także elastyczne metody pracy oraz innowacje technologiczne, takie jak technologie bezdotykowe czy biometryczne.

Andreas Trumpp, Head of Research, Europe, Savills IM, powiedział:

Izolacja spowodowana pandemią COVID-19 wywołała mnóstwo spekulacji na temat kontynuacji pracy z domu po zakończeniu kryzysu. Rzeczywistość będzie jednak o wiele bardziej umiarkowana. Z całą pewnością nie mamy do czynienia z kryzysem najmu powierzchni biurowych w Centralnych Dzielnicach Biznesowych, ale raczej z dobrymi okazjami do zakupu dla inwestorów, jeżeli pojawią się obniżki cen. Podczas gdy spowolnienie gospodarcze będzie miało wpływ na perspektywy wzrostu czynszów w krótkim okresie, powierzchnie biurowe w centralnych lokalizacjach miast są jak najbardziej przyszłościowe i w dłuższej perspektywie powinny stanowić fundament każdego odpowiednio zdywersyfikowanego portfela inwestycyjnego.

* Przykłady pochodzą z ankiet przeprowadzonych przez British Council for Offices oraz wniosków z badania U.S. Work From Home Survey 2020 przeprowadzonego przez Gensler

Północna Izba Gospodarcza apeluje do Marszałka Województwa Zachodniopomorskiego Olgierda Geblewicza

0

Pandemia koronawirusa mocno odbiła się na kondycji wielu przedsiębiorstw w województwie zachodniopomorskim. Wiele firm z dużą nadzieją oczekuje na informacje o kolejnych projektach mających na celu wspieranie bieżącej działalności przedsiębiorstw, które straciły na pandemii. Samorząd województwa zwrócił się do instytucji otoczenia biznesu o opinię w sprawie kryteriów, które muszą być spełnione by firma mogła się ubiegać o wsparcie. Sugestia przedsiębiorców i specjalistów była zupełnie inna niż ostateczna decyzja Zarządu Województwa. W ocenie Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie kryterium kwalifikujące przedsiębiorstwa do wsparcia na poziomie trzymiesięcznego spadku przychodów na poziomie 70% jest zbyt wysokie i dyskwalifikuje wiele firm z możliwości ubiegania się o pomoc.  Apelujemy o obniżenie kryterium spadku dochodów o 50%. Niech programy pomocowe Urzędu Marszałkowskiego będą bardziej dostępne dla przedsiębiorców i będą realnym wsparciem rozwojowym.

Poniżej treść listu, który otrzymał od Północnej Izby Gospodarczej Marszałek Województwa Zachodniopomorskiego Olgierd Geblewicz

Północna Izba Gospodarcza jako instytucja wspierająca przedsiębiorców, na bieżąco obserwuje skutki jakie przynosi obecna sytuacja na naszym rynku i jakie konsekwencje gospodarcze wywołała epidemia COVID-19. Jednym z naszych licznych działań wspierających przedsiębiorców i mających na celu łagodzenie skutków kryzysu gospodarczego było zaangażowanie się w prace nad programem grantów na kapitał obrotowy uruchamianym przez Samorząd Województwa w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Zachodniopomorskiego, podczas których braliśmy udział w konsultacjach koordynowanych przez Centrum Inicjatyw Gospodarczych. W  tym celu przeprowadziliśmy własne konsultacje ze zrzeszonymi w Izbie przedsiębiorcami, pytając ich o preferencje i sugerowane kryteria przyznawania grantów. Przedstawiliśmy jasno nasze stanowisko i wskazania, mając na uwadze docelowe uwzględnienie w ostatecznym kształcie kryteriów dostępu do programu, realnego głosu i potrzeb przedsiębiorców z regionu zachodniopomorskiego.

W związku z powyższym i z ogłoszonymi przez Urząd Marszałkowski kryteriami dostępu do przedmiotowych grantów, pragniemy zaapelować o ich złagodzenie i umożliwienie wnioskowania o środki szerszemu gronu przedsiębiorców. W tej chwili województwo zachodniopomorskie ma najbardziej rygorystyczne warunki przyznawania grantów w całej Polsce, co stanowi bardzo dużą przeszkodę dla wielu firm potrzebujących pomocy w walce z kryzysem. Przyznawanie środków przedsiębiorcom, którzy w ciągu trzech miesięcy odnotowali średni spadek wielkości 70% przedstawia się jako finansowanie firm, które są w ekstremalnie trudnej sytuacji i nierzadko z takiego kryzysu nie będą w stanie wyjść, nawet po otrzymaniu dofinansowania. Natomiast wierzymy w to, że program ten ma na celu wsparcie firm, które pomocy bardzo potrzebują, ale jednocześnie wykorzystają te fundusze na utrzymanie swojej działalności.

Ponadto należy zaznaczyć również fakt, iż ustalenie tak wysokiego progu spadku obrotów w znacznym stopniu ogranicza spektrum branż, które mogą na taką pomoc liczyć. Przede wszystkim z dotacji skorzystać będą miały szanse branże, które były całkowicie wyłączone z działalności w czasie epidemii, a więc głównie branże rozrywkowa i turystyczna, które bez wątpienia stanowią dużą część gospodarki naszego województwa. Apelujemy jednak o uwzględnienie innych działalności, które potrzebują wsparcia i pomocy w tym trudnym czasie, ale ich średni spadek obrotów nie wyniósł 70%.

Biorąc pod uwagę opinie i postulaty przedsiębiorców, a także powyższe argumenty pragniemy zaproponować obniżenie wymaganego kryterium spadku obrotów w przedsiębiorstwach wnioskujących o wsparcie do 50%. Dzięki temu znacznie więcej przedsiębiorstw będzie miało szanse na otrzymanie pomocy niezbędnej do zachowania i kontynuowania działalności na naszym rynku, a program przyznawania grantów stanie się realnym narzędziem wsparcia dla przedsiębiorców z województwa zachodniopomorskiego, którzy najmocniej odczuli skutki pandemii koronawirusa.

GLP w Europie pod jednym szyldem. Firma zakończyła transkację zakupu portfela nieruchomości logistycznych w Europie Środkowo-Wschodniej

0

Firma GLP sfinalizowała transakcję zakupu portfela wysokiej jakości nieruchomości logistycznych Grupy Goodman w Polsce, Czechach oraz na Słowacji i Węgrzech. Dzięki temu, jako jeden z niewielu graczy na rynku magazynowym, GLP jest już obecne w aż 11 krajach Europy.

Na rynkach europejskich GLP jest aktywne od 2017 roku, gdy zakupiło firmę Gazeley, prowadząc następnie działalność w Europie pod jej nazwą i zarządzając aktywami o łącznej wartości 7 mld dolarów, zlokalizowanymi m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji, Hiszpanii, Włoszech i Holandii. Od teraz, całość działalności firmy GLP w Europie będzie odbywać się wyłącznie pod jej własnym szyldem.

Nick Cook, prezes GLP Europe, powiedział: „Od debiutu w 2017 roku, GLP rozwinęło działalność na wybranych rynkach, zgodnie z paneuropejską strategią, tak aby sprostać potrzebom inwestorów. Jesteśmy przekonani, że dobra sytuacja makroekonomiczna, rozwój miast, wzrost rynku e-commerce oraz bliskość głównych węzłów dystrybucyjnych, to główne atuty rynku nieruchomości logistycznych w Europie Środkowo-Wschodniej”.

Zakupione przez GLP nieruchomości, należące wcześniej do Goodman, położone są na kluczowych szlakach komunikacyjnych, zapewniając łatwy dostęp do rosnących rynków dystrybucji i e-commerce oraz stanowiąc dogodne rozwiązanie dla klientów poszukujących możliwości rozwoju w Europie Środkowo-Wschodniej. Dotychczasowi pracownicy Goodman w każdym z czterech krajów dołączyli do zespołu GLP.

Gazeley, przyczółek do europejskiej ekspansji GLP, przez 30 lat zbudowało pozycję jednego z wiodących inwestorów i deweloperów magazynowych na kontynencie. Działając początkowo jako część koncernu Walmart, Gazeley rozwinęło obecność na rynku brytyjskim, a następnie w innych krajach Europy. W 2017 roku zostało zakupione przez firmę GLP, stając się europejskim ramieniem jej biznesu w obszarze nieruchomości logistycznych. Od tego momentu, wartość aktywów zarządzanych przez Gazeley podwoiła się, a sama firma pojawiła się na nowych rynkach i zwiększyła zatrudnienie.

Wraz z przyjęciem Gazeley i Goodman pod wspólny szyld, GLP zaoferuje klientom zupełnie nowe możliwości, w tym dostęp do innowacyjnych rozwiązań i globalnej sieci biznesowej.

Nick Cook skomentował: „Odkąd staliśmy się częścią GLP, byliśmy świadkami nie tylko niespotykanego wzrostu w krajach, w których działaliśmy wcześniej, ale też ekspansji na sześć nowych rynków. Dalszy rozwój pod wspólną nazwą GLP to dla nas naturalna ewolucja. GLP to synonim myślenia o przyszłości oraz zaawansowanych technologicznie rozwiązań w budynkach logistycznych. W połączeniu z wiedzą naszych lokalnych zespołów w Europie, stajemy się lepsi i silniejsi niż kiedykolwiek wcześniej.”

“Cieszymy się, że możemy powitać w zespole koleżanki i kolegów, którzy pomogą nam wprowadzić firmę na rynki Europy Środkowo-Wschodniej. Sfinalizowanie tej transakcji to dla nas symboliczne zakończenie pewnego etapu rozwoju i początek nowego wyzwania. Jestem dumny, że mogłem być częścią Gazeley, a teraz będę mógł uczestniczyć w kolejnym rozdziale, już pod nazwą GLP.”

W transakcji zakupu portfela nieruchomości w Europie Środkowo-Wschodniej firmę GLP wspierała kancelaria Kirkland & Ellis, a lokalnie także kancelarie Greenberg Traurig oraz Kinstellar, jak również firma doradcza Cushman & Wakefield. Zakup współfinansowały banki Goldman Sachs oraz Citi.

Pandemia ochłodziła klimat wokół faktoringu

0

Przedsiębiorcy wraz z wybuchem pandemii koronawirusa zacisnęli pasa i mniej przychylnie spoglądali w kwietniu i maju na faktoring – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Polskiego Związku Faktorów. Wskaźnik nastawienia do tej usługi wśród obecnych i potencjalnych klientów spadł o 2 punkty z 35,7 rok temu do 33,8 obecnie. Faktoring jako sposób na poprawę płynności finansowej dobrze ocenia dziś 43 proc. respondentów. Rok temu było ich o 3 punkty procentowe więcej (46 proc.). To jeden z negatywnych skutków kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa.

PZF przeprowadził trzecią falę badania nastawienia polskich przedsiębiorców do usług faktoringowych. Sondaż kolejny raz zrealizowała firma ARC Rynek i Opinia. 

Ankietowani podzieli się swoimi spostrzeżeniami już po wybuchu pandemii. Problemy, z jakimi obecnie się borykają, to przede wszystkim zbyt mała liczba zamówień oraz utrudnienia wynikające wprost z kryzysu epidemicznego, takie jak konieczność pracy zdalnej czy brak bezpośredniego kontaktu z kontrahentami. Pierwszy z tych czynników wskazało 29 proc. respondentów, a drugi – co piąty ankietowany. Kolejną barierą rozwoju firm jest brak płynności finansowej, którą zadeklarowało 15 proc. ankietowanych oraz opóźnienia i problemy ze ściąganiem należności od kontrahentów, deklarowane przez taki sam odsetek badanych.

– Nasza fabryka zlokalizowana jest na terenie innego europejskiego państwa. Część podwykonawców wywodzi się z różnych krajów, w tym także spoza Europy. Przez pandemię spadły nasze moce produkcyjne. Musieliśmy wprowadzić zmianowość. Dotknęły nas opóźnienia w realizacji zamówień – opisuje swoją sytuację jeden z przedsiębiorców biorących udział w badaniu.

Pandemia znacząco wpłynęła na pogorszenie płynności finansowej polskich firm. Przed wybuchem kryzysu trudności z jej utrzymaniem miało czterech na dziesięciu ankietowanych (39 proc.). Ostatnie miesiące przyniosły wzrost borykających się nimi do ponad połowy prowadzących działalność (51 proc.).

– Znaczna część problemów z jakimi mierzą się polscy przedsiębiorcy jest faktorom dobrze znana. Inne pojawiają się jako rezultat specyficznej sytuacji w danym roku. Aby je uporządkować i opisać, Polski Związek Faktorów realizuje doroczne badanie postrzegania faktoringu przez krajowych przedsiębiorców. Pozwala ono wyciągnąć szereg wniosków na przyszłość. Obecna fala jest już trzecią – mówi Dariusz Steć, dyrektor wykonawczy PZF.

Większa liczba przedsiębiorców miała w ostatnim roku trudności z powodu zatorów płatniczych. Dwanaście miesięcy temu było ich niespełna trzech na dziesięciu (29 proc.). Obecnie dotykają one czterech na dziesięciu (40 proc.) prowadzących działalność gospodarczą.

Więcej przedsiębiorców miało też problemy z kontrahentami. Ponad połowa (53 proc.) odnotowywała brak płatności faktur w terminie. Rok temu z problemem tym stykało się 47 proc. ankietowanych.

Wśród przedsiębiorców nieznacznie wzrosła gotowość zapłaty za wcześniejsze otrzymanie gotówka za wystawione faktury. Rok temu deklarowało ją 18 proc. prowadzących firmy w Polsce. Obecnie zdecydowałby się na nią co piąty menedżer (20 proc.).

Faktoring jako sposób na poprawę płynności finansowej dobrze ocenia 43 proc. respondentów. Rok temu było ich o 3 pp. więcej (46 proc.). Ambiwalentny stosunek do tego rozwiązania, podobnie jak rok temu, deklaruje połowa ankietowanych (51 proc.). Pozostali mają do niego nastawienie negatywne.

– Bardzo często nasi odbiorcy nie zgadzają się na cesję należności wynikających z wystawianych przez nas faktur. Dlatego nie mogę skorzystać z faktoringu – skarży się inny przedsiębiorca biorący udział w badaniu.

Jeśli chodzi o preferencje dotyczące poszczególnych narzędzi poprawiających płynność, polscy przedsiębiorcy najczęściej wskazują kredyt obrotowy – 62 proc., ubezpieczenie należności – 42 proc., faktoring pełny – 41 proc., a faktoring niepełny – 31 proc. Trzech na dziesięciu ankietowanych (29 proc.) nie skorzystałoby z żadnej s tych usług.

Z kolei własną wiedzę na temat usług faktoringowych w stopniu zadowalającym ocenia blisko czterech na dziesięciu badanych. Dlatego pogłębianie świadomości korzyści wynikających z faktoringu oraz edukacja przedsiębiorców będą głównymi kierunkami działań środowiska faktoringowego w celu przezwyciężenia skutków kryzysu.

– Powrót naszego biznesu na właściwe tory będzie wymagał wytężonej pracy. Szczególną rolę odegra edukacja osób prowadzących działalność gospodarczą i propagowanie idei rozważnego zarządzania płynnością. Nasze programy będziemy kierować zarówno do dzisiejszych przedsiębiorców i menedżerów, jak i przyszłych kadr biznesu. Kierunek ten jasno wynika z prowadzonych przez nas badań – podsumowuje Dariusz Steć, dyrektor wykonawczy PZF.

PZF wspólnie z ARC Rynek i Opinia opracował autorski wskaźnik nastawienia do usług faktoringowych. Przygotowano go na podstawie pytań dotyczących: oceny własnej wiedzy na temat usług faktoringowych, korzystania z usług faktoringowych (obecnie i w przeszłości), polecania innym przedsiębiorcom skorzystania z usług faktoringowych i oceny usług faktoringowych jako narzędzia poprawy płynności finansowej. W obecnym badaniu wskaźnik przyjmuje wartość 33,8 pkt, co oznacza spadek o 2 punkty. Utrzymuje jednak wzrost o 4 punkty w stosunku do pierwszej fali badania.

W miarę realizacji kolejnych edycji badania PZF będzie nadal śledzić, jak przedsiębiorcy w Polsce zmieniają swoje nastawienie do usług faktoringowych.

Kontrowersje wokół mierzenia temperatury pracownikom. Prawnicy mocno podzieleni w tej kwestii

Mierzenie temperatury pracownikom nie jest wprost uregulowane w obowiązujących przepisach. Jednocześnie to na pracodawcy spoczywa odpowiedzialność za bezpieczeństwo i higienę pracy. Dodatkowo pojawią się wątpliwości w zakresie RODO. Wynik pomiaru stanowi przecież informację o faktycznym stanie zdrowia danej osoby. Natomiast przetwarzanie danych wrażliwych jest generalnie zabronione. Z kolei eksperci nie są zgodni co do tego, czy trzeba uzyskać zgodę pracownika na przeprowadzenie takiego badania. Tymczasem na rynku obserwuje się wzmożony ruch w kwestii zakupu urządzeń do tego typu pomiarów. Jednocześnie pracodawcy chcą zmiany przepisów, bo czują się niepewni i zagrożeni całą sytuacją.  

Luka w przepisach

– Od co najmniej 2-3 miesięcy na rynku widać wzmożone zainteresowanie pracodawców mierzeniem temperatury swoim pracownikom. A problem może być jeszcze większy jesienią. Przedsiębiorcy pytają, jak robić to w sposób bezinwazyjny lub nieangażujący zatrudnionych osób. Jednak zainteresowani tym tematem przyznają, że sami dokładnie nie wiedzą, czy taki proces jest w pełni legalny. I mocno o to dopytują sprzedawców. Są też zaniepokojeni kwestiami RODO, które dodatkowo komplikują sytuację – zwraca uwagę Piotr Piątek z firmy technologicznej WARMIE.

Podwyższona temperatura ciała jest wskazywana jako jeden z głównych objawów zarażenia koronawirusem. Natomiast możliwość jej mierzenia pracownikom nie została wprost uregulowana w obowiązujących przepisach, co podkreśla radca prawny Szczepan Wroński, ekspert BCC ds. prawa pracy. Tak było zarówno przed okresem pandemii, w szczególności w kodeksie pracy, jak i w tzw. specustawach.

– Uważam, że mierzenie temperatury pracownikom i osobom zatrudnionym na podstawie umów cywilnoprawnych jest dopuszczalne w świetle RODO. Przepisy prawa pracy wprost nakładają na pracodawcę odpowiedzialność za bezpieczeństwo i zdrowie pracowników w zakładzie pracy. Ponadto zobowiązują pracowników do współpracy z pracodawcą oraz przełożonymi w wypełnianiu obowiązków dotyczących bezpieczeństwa i higieny pracy – komentuje Bartłomiej Raczkowski, adwokat z Kancelarii Raczkowski, specjalizującej się w prawie HR.

Według mec. Wrońskiego, mamy do czynienia z kolizją dwóch wartości – zapewnieniem bezpieczeństwa pracownikom oraz ochroną ich danych osobowych. Wydaje się oczywiste, że pracodawca może mierzyć temperaturę pracownikom, aby ustrzec ich przed zarażeniem. Ale zgodnie z regulacjami RODO, wynik pomiaru temperatury stanowi informację o stanie fizjologicznym człowieka. Jest więc faktycznie informacją o stanie zdrowia. A to już należy do kategorii tzw. danych wrażliwych, których przetwarzanie generalnie jest zabronione.

– Jeśli pracodawca tylko zmierzyłby temperaturę, ale w żaden sposób by nie rejestrował odczytów i nie podejmował w związku z nimi żadnych działań, to nie nastąpi przetwarzanie danych osobowych. RODO w ogóle nie będzie miało zastosowania. Inaczej jest w sytuacji, kiedy u pracownika lub osoby zatrudnionej na podstawie umowy cywilnoprawnej wystąpi gorączka, a pracodawca zamierza podjąć dalsze kroki, np. nie wpuścić gorączkującej osoby na teren zakładu pracy. Tutaj już dochodzi do przetwarzania ww. danych w określonym celu – wyjaśnia Edyta Jagiełło, radca prawny z Kancelarii Raczkowski.

Zdaniem Szczepana Wrońskiego, badanie temperatury pracownikom jest uzasadnione. Nie powinno więc stanowić przesłanki do ukarania pracodawcy za naruszenie ochrony danych osobowych, zwłaszcza w stanie epidemii. Ponadto pojawiły się liczne rekomendacje rządowe oraz GIS-u ws. mierzenia temperatury jako środka zapobiegawczego przed rozprzestrzenianiem się koronawirusa.

Pozycja pracownika

– Co do zasady pracodawca powinien uzyskać zgodę pracownika na dokonanie pomiaru temperatury jego ciała. Podjęcie takiego profilaktycznego działania może mieć znaczenie dla przeciwdziałania COVID-19. Nie jest jednak ustalona przepisami prawa wysokość temperatury pozwalająca na stwierdzenie, że pracownik jest chory albo zarażony wirusem Sars-Cov-2. Takie stanowisko prezentuje Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej – przypomina Tomasz Zalewski, p.o. rzecznika prasowego Głównego Inspektora Pracy.

Jak stwierdza adwokat Raczkowski, zgoda nie jest podstawą mierzenia temperatury pracowników czy osób zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych i podejmowanych w związku z tym działań pracodawcy. Tu istotny pozostaje przepis prawa – obowiązek pracodawcy dbania o bezpieczeństwo i higienę pracy w zakładzie pracy. Zdaniem eksperta, jest to jednak obarczone ryzykiem. W jednej z publikacji prasowych PUODO wyraził pogląd, że przepisy BHP nie mogą być podstawą do przetwarzania danych w związku z pomiarem temperatury. Istnieje więc ryzyko, że organ takie działania pracodawców zakwestionuje.

– Bez zgody pracującego pracodawca nie może dokonywać pomiaru temperatury jego ciała. Nie umożliwiają bowiem takiego działania przepisy ustawy z 26 czerwca 1974 r. Kodeks pracy, jak również tzw. specustawy z 2 marca 2020 r. Pracownik może więc odmówić takiego badania – dodaje Tomasz Zalewski.

Natomiast mec. Jagiełło podkreśla, że w dzisiejszym stanie prawnym pracownik nie może odmówić pomiaru temperatury. Badanie odbywa się bowiem w celu zapewnienia bezpiecznych i higienicznych warunków pracy. Ewentualna odmowa powinna być traktowana jako naruszenie przez pracownika obowiązków pracowniczych ze wszystkimi tego konsekwencjami.

– Niestety, ale ta kwestia nie jest jednoznacznie uregulowana w przepisach. Możliwa jest odmowa przez pracownika poddania się badaniu, przy czym pracodawca ma prawo w takim przypadku zlecić mu np. pracę zdalną. Jeśli jednak nie jest to możliwe, to dana osoba powinna liczyć się z konsekwencjami nałożonymi przez pracodawcę. Ostatecznie takie sprawy rozstrzygane będą przez sądy – mówi ekspert BCC ds. prawa pracy.

Tylko rekomendacje

Na sytuację pracodawców zwraca uwagę adwokat Raczkowski. Ekspert podkreśla, że do dzisiaj nie otrzymali oni od organów państwowych wyraźnego upoważnienia do podejmowania konkretnych działań. A sprawa dotyczy zapobiegania rozprzestrzeniania się COVID-19 w miejscu pracy. PUODO wydał jedynie oświadczenie. Zgodnie z nim, mierzenie temperatury jest dopuszczalne tam, gdzie pojawią się odpowiednie decyzje GIS-u.

– Są rekomendacje GIS-u dotyczące pracy sezonowej w gospodarstwach rolnych. Z nich wynika, że optymalny jest bezdotykowy pomiar temperatury. W przypadku innego termometru, dezynfekcja obowiązuje po każdym jego użyciu. Ponadto dane są zbierane przynajmniej raz dziennie. Zajmuje się tym wyznaczona osoba, najlepiej przed rozpoczęciem pracy. Gospodarz powinien uzyskać zgodę pracownika na tego typu działanie. Wynik powyżej 37°C kwalifikuje do odsunięcia danej osoby od świadczenia pracy, pozostania na kwaterze i częstszego pomiaru temperatury – informuje Szczepan Wroński.

Z kolei rzecznik Głównego Inspektora Pracy zaznacza, że w przypadku stwierdzenia u pracownika podwyższonej temperatury można zwrócić się z pytaniem do Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Ona jest właściwym organem nadzoru w zakresie zdrowia publicznego oraz realizacji działań związanych z przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19.

– Co do samej procedury mierzenia temperatury, to rekomendujemy działania zgodnie z zasadą minimalizacji danych. Wystarczy pobierać jedynie informację, czy dana osoba ma gorączkę. Pracodawca nie będzie wówczas w ogóle pozyskiwać szczegółowych wyników badań. Nie ma bowiem też podstaw, aby je dalej przetwarzać. Taki przedsiębiorca nie powinien również nigdzie zapisywać wskazanych wartości i w żaden sposób ich rejestrować – przekonuje mec. Jagiełło.

Jak podsumowuje ekspert z WARMIE, pracodawcy chcą działać w pełni profesjonalnie i zapobiegać rozprzestrzenianiu się koronawirusa w swoich firmach. Jednocześnie zależy im na tym, aby przestrzegać obowiązujących przepisów prawa. Nie chcą polegać wyłącznie na rekomendacjach prawników, którzy jak widać są podzielenie w temacie. Krytykują też obecny stan, mówiąc, że trzeba szybko zmienić prawo. Czują się mocno zagrożeni całą sytuacją.

Resort cyfryzacji przedłużył umowę z twórcami aplikacji „Kwarantanna domowa”

Na 12 miesięcy została zawarta nowa umowa pomiędzy Ministerstwem Cyfryzacji a twórcami aplikacji „Kwarantanna Domowa”. Do tej pory rozwiązanie, przygotowane przez warszawską spółkę TakeTask, obsłużyło w sumie przeszło 600 tysięcy kont. Natomiast policja sprawdziła łącznie ponad 9,3 mln razy osoby skierowane na kwarantannę. Po tych danych widać, że aplikacja była potrzebna  i przynosi wymierne korzyści, w tym spore oszczędności w budżecie państwa. Co istotne, nie miała ona również żadnej poważnej awarii. Jest też ciągle udoskonalana, dzięki czemu od niedawana mogą z niej korzystać także osoby posługujące się językiem rosyjskim czy ukraińskim. Dalsze stosowanie tego narzędzia będzie kosztowało resort 51 tys. zł miesięcznie.

Ministerstwo Cyfryzacji zawarło nową, dwunastomiesięczną umowę z warszawską spółką TakeTask, która odpowiada za przygotowanie i wdrożenie aplikacji „Kwarantanna domowa”. Korzystanie z niej będzie kosztowało resort 51 tys. zł miesięcznie. To rozwiązanie obsłużyło do tej pory ponad 600 tys. kont. Od 1 kwietnia br. muszą z niego korzystać osoby przebywające na obowiązkowej kwarantannie domowej.

– Aplikacja weszła w życie już po tym, jak dziesiątki tysięcy osób objęto kwarantanną po powrocie z zagranicy. Narzędzie udało się uruchomić w ciągu trzech dni, a w kilku kolejnych aktywowano wszystkie konta dla osób na kwarantannie. Początkowo część wizyt była powielana przez policję. Obecnie czasami powtarzają się one z funkcjonowaniem aplikacji, ale ma to zdecydowanie rzadszy charakter – mówi Marek Mróz, współzałożyciel i CTO firmy technologicznej TakeTask S.A.

Z kolei jak wynika z danych Komendy Głównej Policji, od początku prowadzenia działań związanych ze zwalczaniem epidemii w Polsce do dnia 2 lipca br. funkcjonariusze sprawdzili łącznie 9 348 mln razy osoby skierowane na kwarantannę.

– Gdyby wszystkie wykonane zadania w aplikacji pomnożyć przez potencjalny koszt wizyty policjanta, to okazałoby się, że „Kwarantanna domowa” przyniosła spore oszczędności w budżecie państwa. Dodatkowo mamy trudny do wyliczenia potencjalny koszt wzrostu przestępczości, który został ograniczony ze względu na mniejsze obciążenie policji kontrolami związanymi z kwarantanną. Ponadto aplikacja razem z wizytami funkcjonariuszy skutecznie zmniejszyła liczbę osób, które w przeciwnym razie złamałyby kwarantannę i przyczyniłyby się do wzrostu liczby zachorowań – wyjaśnia Sebastian Starzyński, założyciel firmy i prezes TakeTask S.A.

Działanie aplikacji od początku budziło spore zainteresowanie, zarówno społeczeństwa jak i mediów. Mówiło się o nieprawidłowościach i tym podobnych aspektach, jednak usterki dotyczyły mniej niż 1% użytkowników. Ponadto warszawska spółka nie odnotowała żadnej poważnej awarii, choć zdarzają się sporadyczne trudności. Większość z nich dotyczy nieusuwalnych problemów z urządzeniami użytkowników końcowych. Nie są więc one bezpośrednio związane z aplikacją. Zdarzają się też opóźnienia w dostarczaniu wiadomości SMS przez ich dostawców.

– W ostatnim czasie jedną z większych aktualizacji było uproszczenie interfejsu użytkownika aplikacji na systemie Android/iOS. Uproszczone zostały pewne detale, dzięki czemu podział zadań i sama aplikacja są bardziej czytelne. Obecnie do pobrania w sklepie Google Play dostępna jest już nowa wersja „Kwarantanny domowej” w języku ukraińskim i rosyjskim. Dzięki temu osoby na co dzień posługujące się tymi językami mogą komfortowo odbyć obowiązkową kwarantannę w Polsce – informuje Marek Mróz.

Nowa umowa m.in. określa to, że TakeTask zajmuje się monitoringiem „Kwarantanny domowej” oraz pracami administracyjnymi. Ponadto odpowiada za całą architekturę aplikacji w celu zabezpieczenia jej prawidłowego działania, a także za rozwój według aktualnych potrzeb.

– „Kwarantanna domowa” jest przygotowana na to, by korzystały z niej tysiące aktywnych użytkowników. Jednak mamy nadzieję, że będzie ich jak najmniej. Pierwotna umowa zakładała działanie aplikacji dla minimum 500 tys. użytkowników i ta wartość jest nadal utrzymywana. Zgodnie z ustaleniami, Ministerstwo Cyfryzacji ma możliwość rozwijania tego rozwiązania. Jednak takie decyzje będą wynikały z bieżącej sytuacji i aktualnych potrzeb – podsumowuje prezes Starzyński.

Nie wszyscy pracownicy ryzykownych branż mają zapewnione środki ochrony przed COVID-19

Ryzyko zarażenia koronawirusem powodującym chorobę COVID-19 jest większe w przypadku kilku grup zawodowych. Jest to oczywiście personel medyczny – lekarze i lekarki, zespoły pielęgniarskie i ratownicze. Państwo powinno zapewnić im należyte środki ochrony osobistej. Nie zawsze tak się dzieje, ale personel medyczny chroniony jest prawem pracy – które jest podstawą domagania się większej ochrony. Inaczej ma się sytuacja w przypadku pracowników innych branż, które także charakteryzują się wysokim ryzykiem zarażenia. To sprzedawcy, kasjerzy, kurierzy i dostawcy – którzy codziennie dbają o zaopatrzenie sklepów i gospodarstw domowych w potrzebne produkty. Ich pracodawcy nie są jednak zawsze zobowiązani do tego, by zapewnić im należyte środki ochrony przed wirusem – osoby te często pracują na umowach cywilnych i nie chroni ich kodeks pracy. 

– Prawo pracy wymaga od pracodawców, żeby dbali o swoich pracowników w miejscu pracy. Dotyczy to również odpowiednich zabezpieczeń indywidualnych i zbiorowych. Takie środki ochrony nie są zawsze zapewnione osobom, które pracują na śmieciówkach. Jeżeli w umowie nie jest przewidziane odpowiednie zabezpieczenie, to prawo cywilne nie przewiduje nadzwyczajnych ochron dla takich zleceniobiorców – powiedziała serwisowi eNewsroom Grażyna Spytek-Bandurska, ekspertka prawa pracy Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – W związku z tym te osoby muszą zadbać o swoje bezpieczeństwo samodzielnie. W sytuacji kryzysu epidemicznego jest to dosyć trudne – często dochodzi do obniżenia wynagrodzeń i redukcji miejsc pracy, a indywidualne dbanie o odpowiednie środki ochrony generuje koszty. W związku z tym powinniśmy pamiętać o tym, aby odpowiednie zabezpieczenia były kierowane do osób wykonujących pracę na podstawie umów cywilnoprawnych. Środki ochrony powinny również trafiać do młodych osób, wykonujących pracę platformową – a więc kurierów, dostawców i przewoźników – pracujących według zleceń z aplikacji. Duże ryzyko zarażenia dotyka także cudzoziemców nie mogących powrócić do kraju – co zmusza ich do wykonywania dodatkowych prac z narażeniem życia i zdrowia. Należy zadbać o odpowiednie zabezpieczenia prawne i medyczne, aby grupy te objąć należytą ochroną – apeluje Spytek-Bandurska.