Opracowywany przez polskich naukowców algorytm pozwoli przewidzieć wstrząsy sejsmiczne w kopalniach. Na podstawie zachowania skał oceni ryzyko i zagrożenia

Opracowywany przez polskich naukowców algorytm pozwoli przewidzieć wstrząsy sejsmiczne w kopalniach. Na podstawie zachowania skał oceni ryzyko i zagrożenia 1

Roboty wodne, ultraprecyzyjne sygnały sonarowe i systemy GPS pozwalają naukowcom lepiej przewidywać wstrząsy sejsmiczne. Znacznie trudniej jednak przewidzieć wstrząsy w kopalniach. Te zaś mogą prowadzić do poważnych uszkodzeń podziemnych instalacji oraz stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa i życia ludzi. Tylko w 2018 roku w kopalniach w Polsce zginęło ponad 20 górników. Dzięki algorytmowi, który opracowują polscy naukowcy, będzie można prognozować wystąpienia zjawisk sejsmicznych o określonej energii i kontrolować czas trzęsień ziemi, których uniknąć się nie da.

– Wstrząsy się zdarzają, nie zawsze daje się im zapobiec, pytanie, czy można je przewidzieć. Bo gdyby je można było przewidzieć, to z zagrożonego obszaru można by było usunąć ludzi, sprzęt i co najmniej istotnie ograniczyć straty. Jesteśmy w stanie mierzyć wstrząsy poprzedzające i to, co się próbuje robić, to szukać wzorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Kamil Kulesza z Instytutu Matematycznego Polskiej Akademii Nauk.

W marcu w Warszawie wystartował hackathon ESGI144, którego celem jest rozwiązanie problemów przedsiębiorstw. Jednym z nich jest ten zgłoszony przez KGHM, czyli możliwość prognozowania wstrząsów sejsmicznych w oparciu o dane na temat zachowania mas skalnych.

Zagrożenie tąpnięciami w kopalniach rud miedzi systematycznie rośnie. Coraz większa eksploatacja, głębsze wybieranie złoża czy powiększanie się powierzchni zrobów powodują, że wstrząsów jest coraz więcej. Aktywność sejsmiczna i tąpnięcia są powszechne wszędzie tam, gdzie wysokie naprężenia w skorupie ziemskiej i znaczna wytrzymałość skał prowadzą do ich dynamicznego niszczenia. Niesie to ze sobą katastrofalne skutki, może prowadzić do zniszczeń otoczenia, wpływa na bezpieczeństwo i życie ludzi.

– Sprawa jest dość ważna, bo ma znaczenie ekonomiczne, w sensie zniszczenie w kopalni, zniszczenie sprzętu. Chodzi o ludzkie życie, bo jesteśmy w stanie usunąć ludzi z zagrożonego obszaru, natomiast mimo kilkudziesięciu lat prac nikt tego problemu nie rozwiązał, i to nie jest kwestia nieudolności tych, którzy się tymi problemami zajmowali, ale dlatego, że to jest bardzo trudne. Tak więc to, co się może wydarzyć, to może powstanie lepszy model, który pozwoli lepiej prognozować wystąpienie tych wstrząsów – ocenia dr Kamil Kulesza.

Ludzie próbowali od wieków przewidywać trzęsienia ziemi. Starożytni Grecy sądzili, że węże i szczury uciekały ze swoich nor, gdy zbliżał się kataklizm. Inni szukali niezwykłych formacji chmur lub próbowali obliczyć, kiedy inne planety mogą się zrównać z ziemskimi płytami tektonicznymi. Obecnie metody są znacznie dokładniejsze.

Grupa badawcza ds. geofizyki stosowanej i środowiskowej na Uniwersytecie Keele zastosowała np. monitorowanie mikrosejsmiczne do prognoz wybuchów w kopalniach węgla w Wielkiej Brytanii i Australii. Dzięki temu można rejestrować, analizować i interpretować mniejsze wstrząsy w przypadku pękania i awarii materiałów geologicznych. Może to mieć miejsce w podziemnych wyrobiskach, np. kopalniach węgla kamiennego. Analiza trzech składowych danych mikrosejsmicznych może zapewnić lokalizację awarii.

Przydatna jest też sztuczna inteligencja – w Indiach naukowcy z Instytutu Technologii i Nauki Sinhgad w Pune badają, w jaki sposób uczenie maszynowe może pomóc pracownikom przewidzieć i przygotować się na trzęsienia ziemi w otoczeniu kopalni węgla.

– Matematycy czasami patrząc z zewnątrz, nie będąc specjalistami w dziedzinie, to znaczy nie badając np. przez 30 lat tego, jak zachowuje się górotwór i skąd wstrząsy się biorą, są w stanie spojrzeć na sprawy bardziej oryginalnie w stosunku do tego, co wiemy dzisiaj i znaleźć rozwiązania, o których inni wcześniej nie pomyśleli – ocenia ekspert Instytutu Matematycznego PAN.

Polscy naukowcy pracują nad algorytmem, który pozwoli prognozować dokładny czas wystąpienia wstrząsów, a także sprowokować w określonym czasie nieuniknione zjawiska sejsmiczne. Może to pozwolić uniknąć ogromnych kosztów, jakie niosą ze sobą wysokoenergetyczne wstrząsy sejsmiczne. Tylko w 2017 roku do kopalń Polskiej Grupy Górniczej wpłynęło prawie 5 tys. wniosków o naprawę szkód. W 2019 roku na naprawianie szkód firma przeznaczyła blisko 155 mln zł.

Wstrząsy stanowią też zagrożenia dla bezpieczeństwa i życia ludzi, także dla obiektów znajdujących się na powierzchni ziemi. Łącznie w ciągu 45 lat w polskim górnictwie węgla kamiennego doszło do ponad 20 poważnych katastrof i wypadków, w każdym z nich zginęło od kilku do ok. 30 osób, a w sumie życie straciło ponad 200 górników. Do największej katastrofy doszło w 1954 roku w kopalni Barbara-Wyzwolenie w Chorzowie, kiedy zginęło ponad 100 osób. Części ofiar można byłoby uniknąć, gdyby wcześniej udałoby się przewidzieć wstrząsy i przeprowadzić je w kontrolowany sposób.

– Świat coraz bardziej polega na matematyce. Można zaryzykować twierdzenie, że tak jak ostatnie 30 lat świat zmieniała rewolucja informatyczna, to powoli informatyka staje się standardem. Zaczynamy te wszystkie techniki cyfrowe i urządzenia traktować tak jak prąd elektryczny, który 100 lat temu też był przełomem. I coraz częściej trzeba zacząć myśleć nie tylko o tym, jakie urządzenia to zmierzą, jakie to policzą, lecz także o tym, w jaki sposób to policzymy, za pomocą jakiego modelu – przekonuje dr Kamil Kulesza.

30% transakcji na rynku nieruchomości odbywa przez agencje

Co roku w Polsce sprzedaje się i kupuje kilkaset tysięcy nieruchomości. Blisko jedna trzecia transakcji kupna-sprzedaży odbywa się za pośrednictwem agentów nieruchomości. Liczba aktywnych pośredników w Polsce wynosi blisko 10 tysięcy. Jak wybrać tego właściwego i na co zwrócić uwagę przy wyborze?

W Polsce jest ponad 14,5 miliona mieszkań o łącznej powierzchni przekraczającej 1,1 miliona m2, których szacowana wartość przekracza 3,2 biliona złotych, wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego. Popyt na zakup mieszkań stanowi blisko 4/5 całego popytu na rynku nieruchomości i rozkłada się on na mieszkania: 2-pokojowe 42,44%,  3-pokojowe 33,59%,  1-pokojowe 16,15%,  4-pokojowe 7,61%,  5-pokojowe 0,2%, według Morizon. Na rynku nieruchomości mieszkaniowych, odsetek transakcji gotówkowych wynosi ponad 60%, a kredytów poniżej 40% – wynika z danych przedstawionych przez Emmerson Evaluation.

30% transakcji na rynku nieruchomości odbywa się przy pomocy pośredników – wynika z badań Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości (PFRN). Aktualnie ich liczba w Polsce, zarejestrowanych w PFRN, wynosi 4879. Jednak z analiz platformy Rentier.io wynika, że aktywnych agentów nieruchomości jest dwa razy więcej, tzn. około 10 000. Jak zatem, z tak dużej grupy, wybrać tego właściwego i na co zwrócić uwagę przy wyborze? Eksperci Rentier.io podpowiadają.

Dlaczego warto?

Dobry pośrednik to taki, który swojego klienta obsłuży nie tylko skutecznie, ale też sprawnie, tzn. szybko. Na pytanie „Dlaczego korzystał(a) Pan(i) z usług pośrednika” respondenci w najnowszych badaniach PFRN odpowiadali: oszczędność czasu, szybkość (35%), wygoda (20%), bezpieczeństwo i pewność (19%), trudność w znalezieniu odpowiedniej oferty (11%), szeroka oferta (10%), kompetentna i fachowa pomoc ze strony pośrednika (9%).

Kompleksowa obsługa, wielozadaniowość, praca pod presją zarówno czasu, jak i rosnących wymagań klientów czy konieczność permanentnego rozwoju – to charakterystyka pracy pośredników. Nie jest łatwo być agentem nieruchomości i ci najlepsi doskonale zdają sobie z tego sprawę. Korzystanie z aplikacji pomagających w organizacji czasu czy agregujących wszystkie nieruchomości, za które odpowiadają, to chleb powszedni dla profesjonalistów. Jeśli zatem pośrednik chce sprawnie i skutecznie działać , musi być dobrze zorganizowany i mieć kompleksową wiedzę na temat rynku, jak i poszczególnych nieruchomości.

Nowy typ klienta wspierany danymi rynkowymi

Coraz popularniejsze staje się inwestowanie w nieruchomości wśród Polaków. I mimo potrzeby większego nakładu czasowego oraz finansowego, w porównaniu do tradycyjnych narzędzi inwestycyjnych, np. lokaty bankowej czy bonów skarbowych, wiele osób decyduje się na zakup nieruchomości z przeznaczeniem na wynajem. Co więcej, taki sposób inwestowania swojego kapitału wybierają coraz częściej osoby nie związane wcześniej z rynkiem nieruchomości. Mimo, że wiele z nich próbuje swoich sił w samodzielnym działaniu, znacząca część osób zwraca się o pomoc do profesjonalistów, w tym do pośredników nieruchomości.

Co więcej, także dane rynkowe zachęcają w dalszym ciągu do zainteresowania się tym rodzajem inwestycji. Analitycy rynku mieszkaniowego spodziewający się końca boomu na rynku nieruchomości wraz z przełomem roku zostali zaskoczeni dobrymi wynikami pierwszego kwartału 2019 r. Pod koniec ubiegłego roku dane wskazywały, że mamy do czynienia z ochłodzeniem koniunktury. Biuro Informacji Kredytowej (BIK) opublikowało informacje, że kredytodawcy przesłali zapytania opiewające na kwotę o niemal jedną czwartą niższą w ostatnim miesiącu 2018 r., w porównaniu z analogicznym okresem 2017 r.

Dane napływające z rynku w pierwszym kwartale obecnego roku, okazały się  bardzo dobre. W marcu 2019 roku o kredyt hipoteczny aplikowało aż 45 tys. osób, wynika z najnowszych danych opublikowanych przez BIK. To o blisko 9,0 proc. więcej niż 12 miesięcy wcześniej. Średnia kwota wnioskowanego kredytu wzrosła o 11,1 proc., w stosunku do marca 2018 r., do poziomu 271 tys. zł. – mówi Anton Bubiel, prezes zarządu Rentier.io. – Indykatorem utrzymującej się dobrej koniunktury na rynku mieszkaniowym jest też wynik BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe. W ostatnim miesiącu pierwszego kwartału 2019 r. banki i SKOK-i, w przeliczeniu na dzień roboczy, przesłały do BIK-u zapytania o kredyty hipoteczne na kwotę wyższą o 26,7 proc., niż rok wcześniej. Zatem, nie tylko nie mamy do czynienia z początkiem bessy mieszkaniowej, ale możemy uznać, że hossa na rynku nieruchomości trwa  – podsumowuje Bubiel z Rentier.io.

Oczywiście, inwestor jest zdecydowanie innym rodzajem klienta niż osoba szukająca wymarzonych czterech kątów dla siebie. Kieruje się innymi kryteriami wyboru nieruchomości. Nie przekona go wizualizacja mieszkania jako idealnego ogniska domowego czy dobra lokalizacja skomunikowana ze szkołą czy przedszkolem. W jego wypadku zdecydowanie chodzi o liczby i wskaźniki. Czy nieruchomość będzie rentowna? Jaki będzie zwrot z inwestycji? Na te pytania pośrednik musi być w stanie odpowiedzieć i to szczegółowo, ponieważ co najważniejsze w tym przypadku – klient inwestycyjny to klient powracający. Warto zatem zadbać o niego jak najlepiej.

Więcej, szybciej, skuteczniej

Jeżeli przy sprawach tak prostych jak organizacja dnia korzystamy z dodatkowych narzędzi, dlaczego pośrednik nie powinien zrobić tego samego przy procesach o wiele bardziej skomplikowanych? Z pewnością, każdy doświadczony agent nieruchomości jest w stanie ocenić swoim fachowym okiem czy dana nieruchomość jest atrakcyjna czy też nie. Jednak co w przypadku, gdy klient zada bardziej szczegółowe pytania? Porównanie stopy zwrotu z wynajmu nieruchomości z lokatą w określonym czasie? Jaki będzie miesięczny przychód, po uwzględnianiu podatków i opłat oraz okresu pustostanów? Ciężko będzie odpowiedzieć pośrednikowi na takie pytania nie będąc przygotowanym. Dzięki zautomatyzowanym, internetowym narzędziom jest to jednak możliwe. Wyszukują one najciekawsze oferty mieszkaniowe, a jednocześnie obliczają ponad 40 wskaźników dla nieruchomości i porównują je dla kilku mieszkań. Wspomagają pośredników przy tak ważnych klientach jak inwestorzy, oszczędzając czas, czyniąc pośrednika efektywniejszym, a tym samym pozwalają na budowanie dobrej, długofalowej relacji z klientem.

Takie aplikacje internetowe współdziałają z większością popularnych portali ogłoszeniowych oraz sprawnie generują raporty na temat wybranego mieszkania, który w sposób wygodny i przejrzysty pośrednik może zaprezentować klientowi. Od informacji o przychodach, po obliczenie ROI – wszystkie te dane i wskaźniki zostaną zaprezentowane w zgrabnej formie opatrzonej logo biura nieruchomości oraz danymi kontaktowymi pośrednika. W takiej postaci będą gotowe do zaprezentowania nawet najbardziej wymagającemu inwestorowi.

Coś, co agentom nieruchomości mogłoby niepotrzebnie zająć dużo czasu, przy pomocy narzędzia zajmuje chwilę, a równocześnie robi to precyzyjniej i automatycznie. Funkcjonalność aplikacji to nie tylko analiza inwestycyjna. Pozwala ona pośrednikom także na orientacyjną wycenę nieruchomości na podstawie obszernych baz danych podobnych ofert w okolicy. Oczywiście, każdy pośrednik mógłby starać się pozyskać dane we własnym zakresie, sprawdzać oferty konkurencji na portalach lub nawet zakupić całe bazy. Jednak jak wiadomo czas to pieniądz. Po co więc przedzierać się przez gąszcze rekordów, kiedy aplikacja może to zrobić za pośrednika?

Warto także podkreślić, że klient indywidualny na potrzeby jednej transakcji raczej nie będzie kupował dostępu do zaawansowanych narzędzi, a dobry pośrednik je ma i będzie korzystał z nich dla dobra klienta. To w połączeniu z wiedzą ekspercką agenta, uzasadnia płacenie pośrednikowi prowizji – podsumowuje Anton Bubiel z Rentier.io.

Oczywistym jest jednak, że praca agenta nieruchomości to coś więcej niż wyszukiwanie ofert i przenoszenie własności od jednej osoby do drugiej. Osoby, które zwracają się o pomoc do pośredników, oczekują kompleksowej, sprawnej obsługi, ale także pomocy i profesjonalnej porady od osoby, której będą w stanie zaufać. Zakup nieruchomości to nie decyzja, którą podejmuje się pochopnie, a znalezienie odpowiedniego mieszkania to nie lada wyzwanie. Poświęcenie i obowiązkowość to bardzo ważne cechy pośrednika. Automatyzacja procesów ma na celu wspomóc pośrednika, ale go nie zastąpi.

Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje nowy program gospodarczy

Federacja Przedsiębiorców Polskich przedstawiła nowy program gospodarczy. FPP proponuje w swoim programie rozwiązania systemowe – skupia się na gospodarczej stronie funkcjonowania państwa, mając na uwadze zarówno dobro przedsiębiorców, jak i ich znaczenie dla krajowego budżetu. W tegorocznych programach Federacji Przedsiębiorców Polskich znajdziemy sposoby i pomysły na to, jak zwiększyć wpływy do budżetu państwa – nie obciążając dodatkowo przedsiębiorców kosztami podatkowymi. Propozycje FPP skupiają się także na rozwiązywaniu kwestii fiskalnych, udogodnieniach dla przedsiębiorców czy problemach związanych z ubezpieczeniami społecznymi, które dotykają przedsiębiorców.

– Szacujemy, że wpływ z realizacji proponowanego programu gospodarczego na saldo sektora finansów publicznych wyniesie +4,6 mld zł rocznie. Program zakłada wpływy z wzrostów dochodów i ograniczenia wydatków na poziomie 13,7 mld zł – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący FPP. – Przygotowany przez nas program gospodarczy jest efektywnym narzędziem służącym poprawie warunków działalności przedsiębiorców oraz chroniącym dobro obywateli, także w przypadku pogorszenia koniunktury. Proponujemy wprowadzenie zmian, które nie tylko uporządkują otoczenie prawne działalności gospodarczej na przyszłość, ale również naprawią błędy przeszłości i spowodowane przez nie szkody – wyjaśnia Kowalski.

Upadłość konsumencka już nie tylko dla zamożnych

dług karta kredytowa windykacjaOgłoszenie upadłości konsumenckiej przez niewypłacalnego dłużnika wiąże się ze spełnieniem określonych warunków. Konsument ten powinien być osobą niewypłacalną, która nie przyczyniła się do powstania owego stanu na skutek rażącego niedbalstwa, czy umyślnego działania. Istotne jest też, aby nie dopuściła się pogłębiania tegoż stanu niewypłacalności w taki sam sposób. Wraz z ostatnią nowelizacją przepisów został zniesiony warunek, który zamykał drogę do oddłużenia – od początku 2015 roku brak majątku w upadłości konsumenckiej nie jest żadną przeszkodą.

Konieczność posiadania majątku występuje jedynie w kontekście przedsiębiorców, których aktywa winny pokryć koszty postępowania upadłościowego i częściowo spłacić wierzycieli. W postępowaniu upadłościowym osoby fizycznej, która nie jest przedsiębiorcą tzw. ubóstwo masy upadłościowej może nieść ze sobą pewne korzyści. Brak trudnych do zbycia składników majątkowych po stronie upadłego przekłada się krótszy czas postępowania. Do umorzenia zobowiązań rzetelnego dłużnika dochodzi zatem szybciej.

W myśl zasady: „nic nie ma za darmo”, powstaje pytanie kto pokrywa koszty postępowania upadłościowego? Regułą jest, że są one tymczasowo pokrywane ze środków Skarbu Państwa. Finalnie są one jednak regulowane przez samego upadłego, który na etapie planu spłaty wierzycieli zostaje obciążony okresowymi płatnościami, aby „oddać dług” Skarbowi Państwa. Dłużnik, który ma zamiar złożenia stosownego wniosku o upadłość powinien uregulować 30 zł tytułem opłaty sądowej. Jest to niewątpliwy ukłon w stron mniej zamożnych konsumentów, względem przedsiębiorców, którzy winni uiścić opłatę w kwocie 1 000 zł.

Jak działa upadłość konsumencka po uwzględnieniu wniosku przez sąd? Postępowanie przebiega według trzech etapów. W pierwszej kolejności dochodzi do wydania stosownego postanowienia przez sąd. Następnym etapie jest likwidacja majątku upadłego, pod warunkiem że on występuje. Trzeci w kolejności jest wcześniej wspomniany plan spłaty wierzycieli, by ostatecznie pozostałe zobowiązania zostały umorzone. Niewątpliwie najkorzystniejszym rozwiązaniem dla upadłego jest brak jakiegokolwiek majątku, a także możliwości podjęcia zatrudnienia (np. z powodu choroby). Wtedy w stosunkowo krótkim czasie dochodzi do umorzenia zobowiązań. Czym się kieruje sąd ustanawiając ewentualny plan spłat? W ogromnej mierze dochodami upadłego, a także kosztami życia jego i osób będących na jego utrzymaniu. W sporadycznych przypadkach dochodzi też do tego, że sąd decyduje się na ustalenie planu, gdy upadły nie ma pracy, lecz posiada możliwości jej podjęcia. Plan ten jest jednak formą „pokuty” i nie powinien być ustanowiony na poziomie niemożliwym do zrealizowania dla upadłego.

Recepta w genach

BadamyGeny.pl to nowatorski program, który został opracowany przez zespół Warsaw Genomics działający przy Uniwersytecie Warszawskim. Zespół kierowany jest przez prof. Krystiana Jażdżewskiego, Laureata nagrody Polskiej Rady Biznesu im. Jana Wejcherta, oraz dr hab. med. Annę Wójcicką, prezes Warsaw Genomics. Program „BadamyGeny.pl” jako pierwszy na świecie opracował metodę tanich testów genetycznych opartych na sekwencjonowaniu genomowym i pozwala szybko i wiarygodnie ocenić ryzyko zachorowania m.in. na raka piersi, prostaty i wielu innych nowotworów dziedzicznych.

Badanie obejmuje 14 genów, które odpowiadają za powstawanie raka piersi i prostaty, oraz 56 genów, odpowiedzialnych za pozostałe nowotwory dziedziczne. Każdy z badanych genów może być uszkodzony w kilku tysiącach miejsc. Dzięki metodzie opracowanej przez zespół Warsaw Genomics, można ocenić, czy w którymkolwiek z nich istnieje wada, która zwiększa ryzyko zachorowania na raka. W sumie badanych jest ponad 100 tys. potencjalnych uszkodzeń. Dodatkowo, każda wykryta zmiana chorobotwórcza jest potwierdzana inną metodą badania. Daje to niemal całkowitą pewność, że znaleziony u pacjenta wariant genetyczny jest prawdziwy. Koszt badania jest 20-krotnie niższy niż analogicznych badań przeprowadzanych za granicą.

Według danych Krajowego Rejestru Nowotworów co trzeci Polak zachoruje na raka. Zapadalność na nowotwory rośnie na całym świecie. Według szacunków Światowej Organizacji Zdrowia, liczba nowych zachorowań w ciągu najbliższych dwóch dekad wzrośnie o około 70 proc. Najnowsze dane wskazują, że rak jest jedną z dwóch głównych – obok chorób układu krążenia – przyczyn śmierci w naszym kraju. Umiera na niego już co czwarty Polak. Lekarze są zgodni – nowotwór można wyleczyć, jeżeli dowiemy się o nim odpowiednio wcześnie. Program „BadamyGeny.pl” pozwala wykryć podwyższone ryzyko zachorowania na raka. W efekcie, dzięki odpowiednio wczesnej profilaktyce można zapobiec rozwojowi choroby lub rozpocząć jej leczenie w początkowym, często uleczalnym stadium.

Deloitte, wspólnie z Warsaw Genomics, przygotował raport „Recepta w genach. Korzyści gospodarcze z przesiewowych badań genetycznych”. – Staraliśmy się przygotować analizę ekonomiczną, która pokaże, jak przesiewowe badanie genetyczne może wpłynąć na gospodarkę – mówi w rozmowie z MarketNews24 Julia Patorska, lider zespołu ds. analiz ekonomicznych w Deloitte.

Przeprowadzono badanie ekonomiczne kosztów i korzyści wprowadzenia powszechnego badania genetycznego dla populacji osób w wieku 25-34 lata, w ciągu najbliższych 20 lat. Koszty, które bezpośrednio z budżetu państwa trzeba będzie ponieść związane są z samym przeprowadzeniem badania, którego cena dziś wynosi 599 zł, ale także z prewencyjnym leczeniem tych osób, u których zdiagnozuje się mutację genową, wynoszą 36,7 mld zł.

– Myśląc o wydatkach, musimy też spojrzeć na sferę całej gospodarki. Choroba, to że człowiek nie jest w stanie pracować, przebywa na zwolnieniu, a także czasem kończy się to zgonem, powoduje realną stratę dla gospodarki, dla PKB – wyjaśnia J.Patorska. – Wyliczyliśmy, że uniknięcie chorób związanych z nowotworami, których ryzyko można wcześniej zdiagnozować, poprzez badanie genetyczne, umożliwi ograniczenie straty dla gospodarki w wysokości ponad 90 mld zł.

Jak wynika z raportu, korzyść dla gospodarki jest trzykrotnie większa od kosztów obciążających budżet państwa.

Specjaliści z Deloitte i działającego przy Uniwersytecie Warszawskim zespołu Warsaw Genomics przekonują, że badania genetyczne mogą przynieść znaczne korzyści nie tylko całemu społeczeństwu, ale także gospodarce.

Badanie genetyczne metodą opracowaną przez zespół Warsaw Genomics obejmuje w całości 70 genów, podczas gdy w standardowych badaniach wykonywanych w Polsce w celu określenia genetycznego ryzyka zachorowania na raka piersi lub jajnika, analizuje się jedynie kilka punktów w kilku genach. Jeżeli analizujemy wszystkie geny odpowiedzialne za zwiększone ryzyko zachorowania na raka, to potrafimy znaleźć każdą jedną mutację, która zagraża pacjentom. W 2020 r. Warsaw Genomics planuje zbadać 1 mln osób, co oznacza prawdopodobieństwo znalezienia ponad 50 tys. osób wymagających szczególnej opieki prewencyjnej i zabezpieczenia przed nowotworem.

Bliźniaczy deficyt zgubi Polskę

W ostatnich latach Polska zrobiła ogromny postęp zarówno w kontekście salda obrotów bieżących, jak i sektora finansów publicznych. Teraz jednak, z powodu zbyt szybkiego  przejadania owoców wzrostu, możemy popaść w poważne tarapaty — pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.  

Opublikowany pod koniec ubiegłego tygodnia przegląd polskiej wiarygodności kredytowej przygotowany przez S&P Global Ratings tylko pozornie jest optymistyczny. Wg prognoz agencji na kolejne lata na Polskę czyhają dwa poważne zagrożenia.

Jedno z nich to szybko pogarszający się bilans rachunku bieżącego (C/A) związany ze zbyt gwałtownym wzrostem importu w relacji do eksportu. Jeszcze w 2017 r. C/A był minimalnie dodatni (0,1 proc. PKB). Za trzy lata natomiast C/A będzie w poważnym deficycie wynoszącym 2,9 proc. PKB (ok. 75 mld złotych).

Równie szybko, jak nierównowaga zewnętrzna będzie rosnąć dziura w polskich finansach publicznych. Już w 2020 r. osiągnie poziom 2,6 proc. przyszłorocznego PKB (ponad 60 mld zł) i to bez uwzględnienia programu Emerytura plus, gdyż agencja w swoich szacunkach nie zakłada, by to świadczenie miało charakter stały. Gdyby uznać jednak, że świadczeniobiorcy otrzymają 13 emeryturę również w 2020 r., to deficyt można szacować na ok. 70 mld zł, czyli mniej więcej 3 proc. PKB. Dlaczego dla gospodarki, szczególnie takiej jak Polska, bliźniaczy deficyt (twin-deficit) jest takim zagrożeniem?

Sukces mimo trudnych początków

30 lat temu Polska nie miała kapitału (po PRL byliśmy bankrutami). Ponieważ bez kapitału nie ma wzrostu gospodarczego, kraj musiał go pozyskiwać za granicą. Udział zagranicznego kapitału na naszym rynku w przedsiębiorstwach produkcyjnych czy konsumpcyjnych oraz w obligacjach skarbowych powodują, że mamy ujemną pozycję inwestycyjną netto (różnica pomiędzy aktywami zagranicznego kapitału w Polsce i polskiego za granicą).

Od 2014 r. ujemna pozycja inwestycyjna wyraźnie się zmniejsza. Jest to efekt spektakularnego poprawienia się salda obrotów towarowych w latach 2012-2016 oraz wzrostu dodatniego salda usług (transport, podróże, usługi biznesowe). Spowodowało to, że Polska osiągnęła w 2017 r. nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących. To dzięki odwadze krajowych przedsiębiorców szukających okazji biznesowych za granicą i względnie niskim wynagrodzeniom pracowników zaczęliśmy spłacać zobowiązania wobec świata.

Kolejnym sukcesem minionych lat (2016-2018) była znaczna redukcja luki VAT, co pomogło finansom publicznym ograniczyć deficyt praktycznie do zera. Skuteczne działanie administracji skarbowej pozwoliło na osiągnięcie skumulowanego jednorocznego efektu uszczelnienia VAT na poziomie 21,7 mld zł (ok. 1,0 proc. PKB) w 2018 r. wg szacunków Polskiego Instytut Ekonomicznego (Policy Paper 3/2019).

Oba wydarzenia, czyli zbilansowanie rachunku bieżącego i sektora finansów publicznych mogą jednak szybko obrócić się wniwecz. Wynika to ze zbyt szybkiej konsumpcji owoców wzrostu. Przede wszystkim jest to związane z nienaturalnie hojnym systemem świadczeń społecznych, które w nowym kształcie utrudniają lub nawet mogą uniemożliwiać przyszły rozwój Polski.

Z dobrej sytuacji w bliźniaczy deficyt

W porównaniu do sytuacji z 2015 r. wydatki sektora finansów publicznych związane z programami społecznymi wzrosną o ponad 60 mld zł rocznie. Składają się na to świadczenia Rodzina 500 plus na każde dziecko i Wyprawka plus (ponad 40 mld zł), obniżenie wieku emerytalnego oraz trzynasta emerytura (ok. 20 mld zł).

Rozwój Polski i bogacenie się społeczeństwa uzasadniało pewną pomoc rodzinom, które tego potrzebowały. Ta pomoc w uproszczeniu powinna jednak być przede wszystkim skierowana do osób z dochodami poniżej mediany. To tam jest największe zagrożenie ubóstwem, zbyt małymi wydatkami na edukację czy zdrowie lub zbyt nisko wartościowym odżywianiem się. To kosztowałoby ok. 15-20 mld rocznie. Kilka miliardów wystarczyłoby także, by zaoferować adekwatną pomoc rodzinom emerytów czy rencistów.

Dodatkowo wydawanie ok. 40 mld każdego roku nie ma już większego przełożenia na budowanie przyszłego kapitału społecznego w kraju. Pieniądze przeznaczane są raczej na konsumpcję bardziej luksusowych dóbr i usług, a nie na poprawę edukacji czy zdrowia. Jeżeli rodzina uzyskująca dochody na poziomie 100 tys. rocznie nie zapewnia odpowiedniego rozwoju potomstwu to przy dochodach 106 tys. czy 112 tys. też prawdopodobnie tego nie zrobi.

Te dodatkowe 40 mld zł sprzyja więc wyższemu importowi. To z kolei pogarsza saldo handlowe (wg danych NBP za luty saldo obrotów towarowych miało wartość minus 25 mld zł za ostatnie 12 miesięcy, czyli najwięcej od 6 lat). Jak wynika z prognoz S&P, to saldo będzie się dalej wyraźnie pogarszać (do minus 3,7 proc. PKB w 2022 r. – czyli prawie 100 mld zł) zwiększając tym samym deficyt C/A.

Wydatki państwa znacznie przekraczające przychody (nawet uwzględniając uszczelnienie systemu podatkowego) będą oznaczać rosnący deficyt sektora finansów publicznych. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) dziura w polskich finansach osiągnie w przyszłym roku 3,1 proc., PKB, czyli ponad 70 mld zł.

Szczególne zagrożenie dla Polski

Jeżeli trzyprocentowy deficyt sektora finansów publicznych i rachunku bieżącego w sytuacji relatywnie dobrej koniunktury się zrealizuje, to będzie oznaczać poważne problemy dla Polski.

Znowu dojdzie do zwiększenia ujemnej międzynarodowej pozycji inwestycyjnej, gdyż ponownie zaczniemy importować kapitał, chociaż do rozwoju powinniśmy już posługiwać w znacznym stopniu swoim (tak jak to robią np. Czechy, które od 5 lat mają dodatnie saldo C/A).

Podwójny deficyt byłby także szczególnie groźny, gdyby doszło do niespodziewanego spowolnienia koniunktury globalnej czy recesji. W takiej sytuacji dziura budżetowa dramatycznie wzrośnie poprzez mniejsze przychody do budżetu i wyższe koszty finansowania długu. Z kraju dodatkowo uciekłby kapitał, co oznacza, że byłoby go jeszcze mniej na inwestycje. Konieczne wtedy byłoby drastyczne zaciskanie pasa, które obniża potencjalny wzrost gospodarczy. Tego wszystkiego doświadczyły Węgry w poprzedniej dekadzie. Spowodowało to opóźnienie rozwoju kraju o co najmniej 10 lat w porównaniu do wcześniejszej ścieżki czy wyników Polski oraz Czech (przypadek Węgier jest szeroko opisywany w opracowaniu Komisji Europejskiej „Macroeconomic imbalances — Hungary” z 2012 r.).

Silnie negatywny bilans strat do korzyści

Zbyt hojna polityka transferów socjalnych dla osób uzyskujących dochody powyżej mediany (idealnie to pokazuje np. Raport Przedwyborczy Cen EA 12/04/2019) będzie generować poważne wyzwania zarówno budżetowe, jak i w przypadku salda rachunku bieżącego, który jest miernikiem konkurencyjności kraju.

Przy mniejszych transferach unijnych, gorszych perspektywach globalnego wzrostu gospodarczego, niskich inwestycjach przedsiębiorstw prywatnych, negatywnych trendach demograficznych, rosnących obciążeniach w służbie zdrowia te dodatkowe 30-40 mld zł rocznie powinny służyć jako bufor rozwojowy w przypadku spowolnienia koniunktury. Obecnie natomiast te środki będą głównie spożytkowane na zbyt wysoką bieżącą konsumpcję importowanych dóbr i usług, co finalnie pogorszy długoterminowe perspektywy rozwoju kraju. W przypadku splotu negatywnych wydarzeń może to opóźnić nasz proces doganiania zamożnych gospodarek nawet o 10 lat, jak to miało miejsce w przypadku Węgier.

Dlaczego bez rządowego programu PPK nasze życie byłoby lepsze

Świat bez Pracowniczych Planów Kapitałowych byłby lepszy. Pomimo dobrowolnego uczestnictwa w PPK, 74 proc. obecnie żyjących ludzi traci na jego wprowadzeniu. Traci na wprowadzeniu rządowego programu aż 96 proc. emerytów.

Projekt PPK zakłada dodatkową i w praktyce obowiązkową składkę emerytalną. Dodatkową, bo składka do PPK nie zastępuje składek już istniejących. Obowiązkową, bo choć teoretycznie można dołożyć starań i zrezygnować z PPK, procedura ta jest złożona i trzeba ją cyklicznie powtarzać.

PPK nie rozwiązuje najważniejszego problemu przyszłych emerytów, bo nie pomaga odpowiedzieć na pytanie, jak rozłożyć oszczędności, aby na pewno starczyło nam na życie do ostatnich dni – oceniają naukowcy z GRAPE, który jest niezależnym, pozarządowym ośrodkiem badawczym, który został założony w 2011 r. PPK oferuje wypłatę rozłożoną na 10 lat. Zgodnie z projektem można co prawda wypłacić środki jednorazowo lub w transzach, ale obciążone jest to 30% uszczerbkiem wartości zgromadzonego majątku.

Dlaczego na wprowadzeniu PPK straci 74 proc. obywateli? Bo ulgi podatkowe (zwolnienie z podatku od dochodów kapitałowych) i dopłaty (powitalna i roczne) generują wystarczającą zachętę aby przekonać wszystkich do uczestniczenia w PPK. Jednak ulgi i dopłaty jednocześnie generują koszty fiskalne, które muszą zostać sfinansowane poprzez podniesienie podatków. Dodatkowe obciążenia fiskalne wymagać będą podniesienia VAT o 0.7 punkta procentowego wobec scenariusza status quo.

– Wprowadzane ulgi są wystarczającą zachętą, ale trzeba je jakoś sfinansować, a potencjalnym rozwiązaniem jest podniesienie opodatkowania konsumpcji – mówi w rozmowie z MarketNews 24 Oliwia Komada, główna ekonomistka GRAPE.

Wzrost oszczędności w gospodarce będzie jednocześnie znacznie niższy niż prognozowany w uzasadnieniu do projektu ustawy. Każda złotówka odprowadzona do PPK zostanie skompensowana zmniejszeniem dobrowolnych oszczędności własnych o 73 grosze.

Gdyby PPK zapewniały równe raty podczas życia na emeryturze (a nie 10-letnie raty), na wprowadzeniu rządowego programu wspierającego system emerytalny traciłoby znacznie mniej osób (ok 53%). Większa byłaby także skala redukcji ubóstwa.

– Dzisiaj przeciętny 65.-latek ma przed sobą 15 lat życia, a w przypadku kobiet przechodzących na emeryturę jest to okres dłuższy, to dlatego PPK w praktyce w niewielkim stopniu zmienią ubóstwo w starszym wieku – wyjaśnia Oliwia Komada.

Brexit opóźniony. Co dalej z kursem funta?

Kurs funta jest niski, co uderzyło w dochody tych Polaków, którzy pracują w Wielkiej Brytanii, a zarobki wysyłają do kraju. Jednak chaotyczny brexit staje się mniej prawdopodobny i kurs funta wobec złotego powinien rosnąć.

W ostatnich tygodniach kurs brytyjskiego funta ustabilizował się w okolicach 5 zł za funta. Kurs funta w niewielkim stopniu reagował na medialny chaos wokół brexitu.

– Jeśli prawdopodobieństwo chaotycznego brexitu zostanie wyeliminowane, to kurs funta wobec złotego powinien się wzmocnić do 5,15-5,20 zł – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Eksperci: Widać pierwsze oznaki spowolnienia na rynku nieruchomości

Firmy deweloperskie notują spadki sprzedaży mieszkań. Wynika to m.in. z coraz to bardziej zaostrzających się warunków dostania kredytów i podwyżek cen mieszkań. Czy rok 2019 będzie ciężki dla deweloperów?

– Zostały opublikowane dane z lutego dot. kredytów i one były dość zaskakujące dlatego, że wstępnie BIK podawał, że liczba złożonych wniosków bardzo mocno wzrosła, ale pokazał nam również dane ukazujące fatyczną wartość i liczbę udzielonych kredytów no i się okazały niespodzianką tzn. aż o 18% spadła liczba wypłaconych kredytów rok do roku, wartość spadła o 5% więc pojawiają się symptomy spowolnienia gospodarczego – mówi Jarosław Sadowski, Expander.

Mieszkania są kupowane nie tylko przez osoby chcące w nich zamieszkać, ale także przez inwestorów, którzy chcą je wynajmować. Jak wygląda ich sytuacja na rynku?

– Ten trend spadkowy sprzedaży mieszkań zaczął się w zeszłym roku. Na razie jeszcze nie wiemy czy inwestorzy ogłosili odwrót, ale coraz więcej się mówi i pisze, że mieszkania na tyle podrożały, że rentowność wynajmu spada – mówi Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny.

– Firmy deweloperskie ogłosiły swoje plany sprzedażowe na 2019 rok prognozując, że będą mieli jeszcze zwyżki w stosunku do 2018 roku. Uważam, że będzie to trudne do zrealizowania – mówi Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

W debacie wzięli udział: Jarosław Sadowski, Expander; Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny i prowadzący Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

W sklepach nie widać większego ruchu przed świętami

Ponad połowa kasjerów zauważa mniejszy ruch przed tymi świętami niż rok temu. Tylko 13% badanych zdecydowanie twierdzi, że obecnie przychodzi więcej klientów. Zaledwie 7% nie potrafi tego ocenić. Najwięcej wątpliwości pod tym względem mają pracownicy dyskontów. W tych sklepach nie dostrzeżono większego oblężenia – 55%. Z kolei w hipermarketach najwięcej sprzedawców uważa, że ruch raczej nie powiększył się w porównaniu do zeszłorocznego okresu – 36%. W supermarketach łącznie aż 57% badanych stwierdza, że nie obsługuje więcej osób niż w ubiegłym roku. W sieciach convenience również nie zaobserwowano wzrostu liczby konsumentów – 59%. Tak wykazało badanie przeprowadzone przez międzynarodowy zespół Hiper-Com Poland i Grupę AdRetail.

Dr Andrzej Maria Faliński
Dr Andrzej Maria Faliński

Na początku kwietnia br. aż 54% wszystkich ankietowanych kasjerów zaobserwowało mniejszy ruch w sklepach w porównaniu do ubiegłorocznego okresu przedświątecznego. Jak twierdzi dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, to jest skutek polityki promocyjno-informacyjnej sieci. Produkty są na bieżąco mocno promowane, by zniwelować efekt zakazu handlu w niedziele. Luksusowy towar jest dostępny na co dzień w niskich cenach. A to zdecydowanie zmniejsza wrażliwość konsumentów na ofertę świąteczną. Ekspert podkreśla również, że widać to najwyraźniej w sklepach zakupów masowych, czyli w supermarketach, hipermarketach i dyskontach.

– Fakt, że większość kasjerów nie obserwuje wzmożonego ruchu, może raczej wynikać z dynamicznego rozwoju sieci, w szczególności dyskontów i sklepów convenience. Konsumenci mają do wyboru coraz więcej nowych placówek, przez co są bardziej rozproszeni. Ponadto wielu z nich zaczyna zamawiać zakupy do domu. Natomiast spadek liczby klientów w sklepach sam w sobie jest pozytywnym zjawiskiem. Nikt przecież nie lubi długich kolejek, zwłaszcza przed świętami, gdy każdy jeszcze bardziej niż zwykle się spieszy. Handel zyskuje, gdy kupujący są zadowoleni – mówi Karol Kamiński, Dyrektor Zarządzający w Grupie AdRetail.

Wśród tych osób, które zauważyły zwiększony ruch, więcej kasjerów mówiło, że raczej tak jest – 26%. Mocne zdecydowanie wyraziło 13%. Dr Faliński zwraca uwagę na to, że pracownik sieci handlowej nie ma możliwości dokładnego śledzenia ilości klientów i uogólnienia struktury zakupu. Pracuje szybko i wedle pewnej rutyny, nakierowanej na uniknięcie pomyłki i utrzymanie tempa sprzedaży. I dlatego więcej badanych wykazuje lekką niepewność.

– Łącznie tylko 7% ankietowanych zupełnie nie potrafiło ocenić natężenia ruchu w sklepach w porównaniu z zeszłym rokiem. Najwięcej niezdecydowanych osób było w dyskontach – 10%, a potem – w hipermarketach – 8%. W obu tych formatach kasjerzy często mają wśród swoich obowiązków takie, które nie dotyczą bezpośredniego obsługiwania kas. I przez to mogą mieć większy problem z oceną sytuacji. Poza tym hipermarkety mają największą powierzchnię, przez co najtrudniej tam zauważyć wszystkich klientów – wyjaśnia Karina Gręda, Country Manager z międzynarodowej firmy Hiper-Com Poland.

W hipermarketach w sumie 47% pracowników dostrzegło więcej klientów w swoich sklepach. Tych, którzy tego nie zaobserwowali, było 45%. Dr Faliński uważa, że to jest związane z możliwością zakupu najszerszej gamy towarów spośród wszystkich formatów. Ma to szczególne znaczenie przed świętami. Zwłaszcza w dyskontach trudno osiągnąć ten efekt. Zdaniem byłego dyrektora generalnego POHiD-u, tam chodzi głównie o kontakt z towarem dobranym w optymalny sposób.

– W dyskontach kasjerzy nie zauważyli większego ruchu. W sumie 55% tak zadeklarowało. Trzeba zaznaczyć, że w tego typu sklepach zakupy częściej są robione w ostatniej chwili. I bardziej można spodziewać się wzrostu liczby klientów na 2-3 dni przed świętami. Dlatego ponad połowa pracowników kas nie odczuła jeszcze większego oblężenia. Ale ich wrażenia mogą zdecydowanie się zmienić np. w piątek przed samą Wielkanocą – dodaje Karina Gręda.

Natomiast w supermarketach 57% respondentów nie zauważyło, żeby ruch był większy niż rok temu. Zwiększenie liczby klientów zaobserwowało 40% badanych. A tylko 3% nie miało na ten temat żadnego zdania. W ocenie Karola Kamińskiego, specyfika formatu daje nieco więcej czasu na obserwację, co się dzieje. Różnica w odczuciach pracowników może wynikać z tego, że pracują oni o innych porach. Zwiększenie ruchu w sklepie może następować tylko w pewnych godzinach.

– Dużą różnicę w odczuciach kasjerów odnotowano też w sieciach convenience. 59% badanych nie zauważyło większego ruchu. Natomiast 34% dostrzegło wzrost liczby klientów. Trzeba jednak zauważyć, że w tego typu placówkach jest najmniejsze tempo pracy. Zatem pracownicy mają więcej czasu na refleksje. Wrażenia są uwarunkowane porą dnia, czyli zależą od zmiany – porannej vs wieczornej. Poza tym ten format w najmniejszym stopniu dotknęło niedzielne ograniczenie handlu, co dało m.in. efekt faktycznego wzrostu sprzedaży – tłumaczy dr Maria Andrzej Faliński.

Z kolei ekspert z Hiper-Com Poland przypomina, że w sklepach typu convenience konsumenci raczej nie robią dużych przedświątecznych zakupów. Mogą tam wstępować w ostatniej chwili po pojedyncze składniki, których akurat im zabraknie, np. do pieczenia babki wielkanocnej czy też do ugotowania żurku. W opinii Kariny Grędy, pracownicy tego formatu mogą mieć jeszcze większe trudności z oceną ruchu klientów niż kasjerzy zatrudnieni w supermarketach.

– Moim zdaniem, handel nie musi martwić się odczuciami kasjerów, które są mocno związane z trybem pracy i rodzajem obsługiwanego sklepu. Sprzedaż rynku detalicznego wzrosła przecież w ostatnim roku o ok. 6%. Niemniej warto trzymać rękę na pulsie. Jeśli poza sezonem świątecznym występuje zbyt wiele promocji, to za rok czy za dwa lata oferty wielkanocne niemal przestaną się różnić od tych cotygodniowych – ostrzega dr Faliński.

Badanie zostało zrealizowane na terenie 10 dużych miast, tj. Gdańska, Szczecina, Bydgoszczy, Białegostoku, Poznania, Warszawy, Łodzi, Wrocławia, Katowic i Krakowa, a także ich najbliższych okolic, czyli 11 średnich i mniejszych ośrodków. Ankieta została przeprowadzona wśród kasjerów pomiędzy 1 a 8 kwietnia br. w sieciach handlowych, tj. w 83 dyskontach, 79 hipermarketach, 74 supermarketach i 72 sieciach convenience. Łącznie zbadano 308 placówek. W każdym sklepie zapytano o zdanie 2 pracowników (którzy wg deklaracji pracowali w zeszłym roku w sezonie przedświątecznym). W sumie w badaniu uczestniczyło 616 osób. Wśród nich było 58% kobiet i 42% mężczyzn.