Ropa drożeje po wymianie ognia w Cieśninie Ormuz. Rynki wracają do dolara

Po kilku tygodniach spokoju doszło do poważnej wymiany ognia. W rezultacie znowu obserwujemy powrót do dolara i wzrosty cen ropy. Sporym zaskoczeniem są zwyżki na kryptowalutach. W tle mamy też trzecią z rzędu podwyżkę stóp procentowych.

Wymiana ognia w Zatoce

Wczoraj doszło do pierwszej od dawna poważnej wymiany ognia w Zatoce Perskiej, a konkretnie w Cieśninie Ormuz i jej okolicach. Amerykanie po raz kolejny próbowali udrożnić ten szlak morski. Iran ostrzelał zarówno okręty amerykańskie, jak i statki handlowe. W odpowiedzi USA zatopiły kilka irańskich łodzi szturmowych. Jakby tego było mało, Iran przeprowadził symboliczny, ale jednak atak rakietowy na Zjednoczone Emiraty Arabskie. Z powodów ostrożnościowych przekierowano sporą część połączeń lotniczych do sąsiedniego Omanu, co tylko dalej destabilizuje sytuację. O ile atak rakietowy okazał się mało skuteczny, o tyle Iranowi udał się atak dronowy na zakłady petrochemiczne Emiratczyków. Jak nietrudno się domyślić, skoro sytuacja eskaluje, a atakowana jest infrastruktura petrochemiczna, to ropa pójdzie w górę. Wczorajszy dzień zaczynaliśmy przy cenie baryłki Brent na poziomie 108 USD, a skończyliśmy na 114 USD.

Jak reaguje reszta rynków?

Gdy trwoga, to do dolara. Amerykańska waluta umocniła się wczoraj wobec euro o około pół centa. W odwrocie był również polski złoty. Tracił on więcej względem dolara niż do euro z powodu słabości wspólnej waluty wobec amerykańskiej na rynkach światowych. Co ciekawe, wraz ze wzrostem ryzyka spada złoto, które wczoraj w szczytowym momencie potaniało około 100 USD za uncję. Dla odmiany – w górę szedł bitcoin. Jak widać, kapitał spekulacyjny szuka okazji. To z kolei sugeruje, że inwestorzy powoli zaczynają wypatrywać stóp zwrotu.

Australia podnosi stopy procentowe

Bank Rezerwy Australii został postawiony przez sytuację pod ścianą i zmuszony do podnoszenia stóp procentowych. Problemem jest oczywiście inflacja. Bank centralny jeszcze w lutym rozpoczynał cięcia, a ostatnie miało miejsce w sierpniu.  W tym czasie inflacja zaczęła istotnie rosnąć, a wojna w Zatoce Perskiej i skoki cen ropy naftowej tylko skomplikowały sytuację. Wzrost cen dotarł do poziomu 4,6% w skali rocznej. W rezultacie na trzech ostatnich posiedzeniach trzykrotnie podniesiono stopy procentowe. Rynki powoli przestają wierzyć w kontynuację tego trendu. Wczoraj po decyzji byliśmy świadkami umacniania się dolara australijskiego wobec pozostałych walut. Jeżeli konflikt na Bliskim Wschodzie będzie trwał, możemy zobaczyć kolejne podwyżki.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Jak eksploatować akumulatory AGM SSB, by maksymalnie wydłużyć ich żywotność?

Żywotność niemieckiej marki akumulatorów AGM, SSB, to w przypadku niektórych modeli nawet 15 lat. Jak sprawić, aby działały tak długo i niezawodnie? Kluczowe znaczenie ma sposób ich eksploatacji. Oto kilka wskazówek, które pomogą bezpiecznie korzystać z akumulatorów AGM SSB przez wiele lat.

Krok pierwszy: dopasowanie akumulatora do urządzenia

Niemiecki producent SSB Battery ma w ofercie kilka serii produktowych. Żywotność akumulatorów AGM SSB zależy w dużym stopniu od tego, czy zostaną właściwie dopasowane do rodzaju i parametrów zasilanego urządzenia.

 

Jak zrobić to prawidłowo?

  • Seria SB/SBH to akumulatory 6 V i 12 V o wielu zastosowaniach. Nadają się do zasilaczy UPS, systemów alarmowych, urządzeń mobilnych, kas fiskalnych. Mają pojemność od 1,3 do 7 Ah. Ich żywotność wynosi 6-9 lat.
  • Seria SBL to akumulatory AGM SSB przeznaczone do pracy buforowej w dużych instalacjach: systemach UPS, bateriach centralnych, siłowniach telekomunikacyjnych, systemach zasilania rezerwowego. Mają pojemność od 7,2 do 260 Ah (akumulatory 12 V) i od 200 do 3000 Ah (ogniwa 2 V). Projektowana żywotność przy pracy buforowej to 12 lat.
  • Seria SBL HR, stworzona z myślą o zasilaniu UPS, o zwiększonej wydajności. Akumulatory są w stanie dostarczać nawet 6118 W energii w ciągu 10 minut, a ich przewidywana żywotność to 15 lat.
  • Seria SBLFT to akumulatory odpowiednie do pracy cyklicznej i buforowej. Wykorzystuje się je w 19- i 23-calowych szafach, a ich montaż jest ułatwiony dzięki specjalnym zaciskom. Mają szerokie zastosowanie: w urządzeniach medycznych, sprzęcie wojskowym i radiokomunikacyjnym, systemach alarmowych i sterowania elektronicznego, zasilania gwarantowanego, oświetlenia awaryjnego i specjalnego. Ich żywotność to nawet 12 lat.

Krok drugi: bezpieczne użytkowanie akumulatorów AGM SSB

Akumulatory typu AGM określa się jako bezobsługowe. Nie wymagają uzupełniania elektrolitu ani kontrolowania jego poziomu. Nie oznacza to jednak, że nie trzeba zwracać uwagi na sposób ich użytkowania.

 

Tego typu akumulatorom szkodzą przede wszystkim skrajnie wysokie i niskie temperatury, przeładowanie i głębokie rozładowanie. Przy nieprawidłowej eksploatacji ich żywotność może okazać się znacznie krótsza od deklarowanej przez producenta. Aby działały jak najdłużej, warto pamiętać o:

  • Stabilnej temperaturze otoczenia – optymalne warunki do pracy akumulatorów AGM SSB to 15-20 stopni. Należy unikać umieszczania akumulatora w pełnym słońcu. W wydłużeniu żywotności pomoże także zapewnienie wentylacji – wówczas urządzenie nie będzie się przegrzewać.
  • Optymalnych parametrach ładowania – przeładowania można uniknąć dzięki stosowaniu ładowarek z kontrolą napięcia, przeznaczonych do akumulatorów AGM. Podłączanie akumulatora do zasilania, gdy poziom naładowania wynosi ok. 50%, pozwoli chronić go przed głębokim rozładowaniem.
  • Pracy w odpowiedniej pozycji – umieszczenie akumulatora w pozycji pionowej pomaga chronić zawory przed degradacją.

 

Równie ważna jest regularna kontrola parametrów i stanu akumulatorów AGM SSB. Dzięki temu można szybko wykryć ewentualne nieprawidłowości i uniknąć poważnych problemów.

 

Poznaj pełną ofertę akumulatorów AGM SSB na https://wamtechnik.pl/ 

 

FISH w Warszawskiej Szkole Filmowej. Nowe studia dla twórców ery AI i multimediów

Warszawska Szkoła Filmowa uruchamia Filmowe Interdyscyplinarne Studia Humanistyczne (FISH), nowy kierunek studiów dla osób, które chcą rozwijać się na styku filmu, gier, nowych mediów, storytellingu i technologii. To propozycja dla kandydatów, którzy nie chcą zbyt wcześnie zamykać się w jednej specjalizacji, lecz chcą zdobywać kompetencje potrzebne do tworzenia i realizowania projektów audiowizualnych w różnych mediach. Kierunek łączy edukację twórczą z praktycznym przygotowaniem do pracy w środowisku, w którym rośnie znaczenie ról hybrydowych, interdyscyplinarności i narzędzi AI.

FISH wyróżnia się na tle klasycznych kierunków filmowych. Zamiast wymuszać wczesny wybór specjalizacji, przez pierwsze dwa lata studiów daje studentom możliwość poznania różnych form, narzędzi i języków opowiadania historii: od filmu, przez media cyfrowe, po narracje interaktywne i projekty gamingowe. Dopiero na trzecim roku studenci świadomie wybierają swoją dalszą ścieżkę twórczą i zawodową.

Stworzyliśmy kierunek, który odpowiada na to, jak dziś naprawdę wygląda praca w branżach kreatywnych. Twórcy coraz rzadziej funkcjonują w ramach jednego medium, a coraz częściej łączą film, internet, gry i nowe technologie. FISH daje przestrzeń, by najpierw poznać te obszary, sprawdzić się w nich i zrozumieć ich specyfikę, a dopiero potem świadomie wybrać własną drogę – mówi Maciej Ślesicki, kanclerz Warszawskiej Szkoły Filmowej i współtwórca kierunku.

Edukacja dopasowana do realiów rynku

Branże kreatywne przechodzą dziś dynamiczną transformację. Coraz większe znaczenie mają projekty realizowane na styku filmu, gier, mediów cyfrowych i nowych technologii, a także umiejętność tworzenia opowieści w różnych formatach i dla różnych kanałów dystrybucji. FISH przygotowuje studentów do pracy właśnie w takim środowisku.

Program studiów kładzie nacisk nie tylko na rozwój warsztatu twórczego, ale także na elastyczność, pracę projektową, współpracę interdyscyplinarną i świadome poruszanie się między różnymi mediami. Absolwenci będą przygotowani do pracy m.in. przy produkcji filmowej, tworzeniu gier, projektach digitalowych, komunikacji wizualnej i rozwijaniu formatów przeznaczonych do internetu oraz platform streamingowych.

AI jako narzędzie, nie zastępstwo

Jednym z istotnych elementów programu jest świadome wykorzystanie sztucznej inteligencji w procesie twórczym. W FISH AI traktowana jest jako narzędzie wspierające pracę nad pomysłem, research, rozwój koncepcji i przygotowanie projektu, a nie jako substytut ludzkiej kreatywności, wrażliwości i odpowiedzialności twórczej.

Technologia zmienia warsztat pracy twórców i będzie wpływać na kolejne etapy procesu kreatywnego. Nie zastąpi jednak wyobraźni, wrażliwości ani umiejętności budowania opowieści. Dlatego uczymy nie tylko korzystania z narzędzi AI, ale także rozumienia ich ograniczeń, konsekwencji i odpowiedzialnego zastosowania – podkreśla Maciej Ślesicki.

Twórczość to także odporność psychiczna

Jednym z wyróżników kierunku jest uwzględnienie psychologii twórczości oraz dobrostanu psychicznego w procesie kształcenia. Program obejmuje pracę nad blokadami twórczymi, odpornością na krytykę i stresem, a także przygotowuje studentów do funkcjonowania w wymagającym i często niestabilnym środowisku branż kreatywnych.

Takie podejście ma wspierać studentów nie tylko w rozwoju kompetencji zawodowych, ale również w budowaniu dojrzałości twórczej, samoświadomości i długofalowej gotowości do pracy w zawodach kreatywnych.

Kompetencje na rynek, który się zmienia

AI zmienia narzędzia pracy, ale nie znosi potrzeby twórczego myślenia, wrażliwości i umiejętności budowania opowieści. Analizy Polskiego Instytutu Ekonomicznego pokazują, że na wpływ AI szczególnie narażone są zawody oparte na pracy poznawczej i informacyjnej. Z kolei dane przywoływane przez PARP wskazują, że w warunkach niskiego bezrobocia o pozycji kandydatów coraz częściej decydować będzie nie sam dyplom, lecz jakość, elastyczność i praktyczny zakres kompetencji. Podobne trendy widać także w analizach rynku amerykańskiego, gdzie rośnie presja AI na część zawodów umysłowych i kreatywnych. FISH kształci właśnie takich wszechstronnych twórców: osoby, które rozumieją fundamenty pracy kreatywnej, potrafią łączyć je z technologią i świadomie korzystać z nowych narzędzi w zmieniającym się środowisku zawodowym.

Naturalna ścieżka rozwoju

FISH odpowiada na potrzeby kandydatów, którzy chcą rozwijać się na styku filmu, gier i nowych mediów, ale nie chcą zbyt wcześnie zamykać się w jednej specjalizacji. Idea kierunku opiera się na prostym założeniu: najpierw poznać różne obszary twórczości, a dopiero potem świadomie wybrać własną drogę.

Naturalnym punktem wejścia do tego świata może być także Liceum Filmowe i Kreacji Gier Wideo, działające w ekosystemie Warszawskiej Szkoły Filmowej. Uczniowie już na etapie szkoły średniej zdobywają pierwsze doświadczenia projektowe, rozwijają portfolio i poznają praktyczny wymiar pracy twórczej.

Chcemy pokazać młodym ludziom, że film, gry i multimedia mogą być nie tylko pasją, ale także świadomie wybraną drogą zawodową – mówi Agnieszka Kowalczyk-Marzec, dyrektor Liceum Filmowego i Kreacji Gier Wideo.

Kupujesz używane Audi lub BMW? Dane CARFAX pokazują wysokie ryzyko ukrytych problemów

Transparentność polskiego wtórnego rynku motoryzacyjnego pozostawia wiele do życzenia. Nowe badanie CARFAX pokazuje niepokojący trend – trzech na czterech Polaków, którzy sprawdzili historię używanego auta i odkryli w niej szkody, nie zostało o nich wcześniej poinformowanych przez sprzedającego. Może to być szczególnie problematyczne w segmencie premium: w przypadku marek takich jak Audi czy BMW odsetek pojazdów obciążonych czynnikami ryzyka przekracza odpowiednio 90 i 80 proc.

Aż 74 proc. Polaków, którzy w marcu i kwietniu tego roku przed zakupem używanego auta sprawdziło jego historię w bazie CARFAX i znalazło w niej informacje o szkodach, nie zostało o nich wcześniej poinformowanych przez sprzedającego. Baza CARFAX zawiera dane o ponad 21 mln używanych samochodów zarejestrowanych w Polsce. W minionym roku wśród aut sprawdzanych przez użytkowników CARFAX  63 proc. miało w swojej historii odnotowane uszkodzenia, a 84 proc. różne ryzykowne czynniki (np. nietypowe wskazania licznika czy niespójność w historii importu).

Raporty z początku roku jednoznacznie wskazują na wyraźny spadek wolumenu transakcji i liczby pierwszych rejestracji aut używanych z importu. Mieliśmy do czynienia z rynkowym ochłodzeniem (dopiero w marcu widać lekkie ożywienie), które przekłada się na wydłużony czas rotacji aut i zamrożenie kapitału np. w komisach. W warunkach niskiego popytu presja na maksymalizację marży z każdego sprzedanego egzemplarza rośnie. Ukrywanie wad staje się dla wielu sprzedawców zimno kalkulowaną strategią na utrzymanie rentowności – mówi Robert Lewandowski, Business Development Manager CARFAX Polska. – Zwracam przy tym uwagę na nowy czynnik, który wkrótce może zmienić sytuację konsumentów, czyli rosnący import aut używanych z Chin. Między innymi hermetyczność tamtejszego sektora motoryzacyjnego i odmienne regulacje prawne sprawiają, że weryfikacja historii serwisowej czy faktu wystąpienia szkody w aucie z tego kierunku są dla europejskiego konsumenta mocno utrudnione. 

Dla nieuczciwych importerów to okazja do sprowadzania uszkodzonych pojazdów i wprowadzania ich na polski rynek bez śladu w ogólnodostępnych rejestrach. Wymaga to od kupujących zmiany postępowania, a może i preferencji bezpieczeństwa ponad atrakcyjną cenę. Deklaracje sprzedawców nie powinny być traktowane jako wystarczające zwłaszcza jeśli import dotyczy kierunku, z którego pozyskanie wiarygodnych danych jest mocno utrudnione. Jeśli już jednak decyzja o zakupie auta używanego z Chin jest tą, którą kupujący zamierza podjąć, najlepszym koniecznym zabezpieczeniem transakcji staje się niezależny, fizyczny audyt stanu technicznego i blacharskiego pojazdu przeprowadzony przed podpisaniem umowy.

Najbardziej ryzykowne są marki premium

Analiza danych CARFAX na temat polskiego rynku aut używanych  pod kątem konkretnych marek wskazuje, że najwyższe miejsca wśród aut najmocniej obciążonych ryzykami zajmują te z segmentu premium:

Odsetek aut obciążonych ryzykami Odsetek aut dotkniętych uszkodzeniami Odsetek egzemplarzy importowanych
Audi 91 proc. 48 proc. 83 proc.
BMW 88 proc. 54 proc. 74 proc.
Ford 86 proc. 47 proc. 70 proc.
Opel 85 proc. 42 proc. 70 proc.
Volkswagen 85 proc. 39 proc. 73 proc.

Portret polskiego auta: 15 lat i ponad 3 właścicieli

Najchętniej wybieraną przez Polaków marką na rynku wtórnym jest Volkswagen (10 proc.), kolejne miejsca należą do Opla (8 proc.) oraz Forda (7 proc.). Wysokie pozycje Audi i BMW (łącznie 13 proc.) w zestawieniu z ich wysokim wskaźnikiem ryzyka potwierdzają, że to właśnie kupujący te marki powinni zachować najwyższą czujność.

W 2025 roku w Polsce właścicieli zmieniło ok. 3,5 mln używanych samochodów. Statystyczny egzemplarz miał 15 lat i przeszedł przez ręce średnio 3,6 właścicieli. Kluczowym czynnikiem wpływającym na niejasną przeszłość aut jest import. Aż 72 proc. tych aut trafiło do Polski z zagranicy, co może utrudniać weryfikację historii serwisowej bez dostępu do międzynarodowych baz danych. 

Powyższe dane jasno wskazują, że sprawdzenie historii używanego samochodu w bazach danych takich jak CARFAX, odbycie jazdy próbnej i wizyta w niezależnym warsztacie w celu przeprowadzenia kompleksowej inspekcji, mogą znacząco zmniejszyć ryzyko zakupu wadliwego pojazdu. Czynności te należy wykonywać za każdym razem przed zakupem używanego samochodu. 

PZFD: Deweloperzy mieszkaniowi z marżą netto na poziomie 17,1% w 2025 roku

Większość deweloperskich spółek mieszkaniowych notowanych na GPW opublikowała już wyniki finansowe za 2025 rok. Z analizy raportów wynika, że średnia marża netto największych firm z sektora wyniosła 17,1 proc. To poziom zbliżony do średniej z ostatniej dekady oraz zgodny z oczekiwaniami banków finansujących inwestycje mieszkaniowe.

Dane finansowe opublikowane przez największe spółki deweloperskie notowane na GPW pokazują, że rentowność branży mieszkaniowej pozostaje stabilna. Średnia marża netto za 2025 rok wyniosła 17,1 proc., wobec 16,1 proc. rok wcześniej. Średnia z ostatnich 10 lat kształtuje się na poziomie około 16,2 proc.

Polski Związek Firm Deweloperskich zwraca uwagę, że właśnie marża netto jest właściwym wskaźnikiem do oceny faktycznej rentowności przedsiębiorstw. Uwzględnia ona bowiem nie tylko wynik na sprzedaży, ale także koszty finansowania, podatki, koszty sprzedaży, administracji, obsługi działalności oraz ryzyka związane z kilkuletnim procesem inwestycyjnym.

– W debacie publicznej często pojawiają się wysokie wartości marż brutto, które bywają błędnie utożsamiane z końcowym zyskiem dewelopera. Tymczasem marża brutto i marża netto to dwa różne wskaźniki. Marża brutto pokazuje wynik na sprzedaży, ale nie uwzględnia pełnych kosztów prowadzenia działalności. Dopiero marża netto pokazuje realną rentowność przedsiębiorstwa. Dane za 2025 rok potwierdzają, że średnia rentowność największych deweloperów mieszkaniowych utrzymuje się na poziomie kilkunastu procent, zbliżonym do średniej z ostatniej dekady – mówi Patryk Kozierkiewicz, radca prawny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Poziom marży netto odnotowany w 2025 roku jest również spójny z praktyką instytucji finansujących projekty mieszkaniowe. Banki oceniają inwestycje nie tylko przez pryzmat potencjalnego zysku, ale także ryzyka realizacyjnego, poziomu wkładu własnego, lokalizacji, harmonogramu sprzedaży, przedsprzedaży oraz odporności projektu na wzrost kosztów.

– Z perspektywy banków finansujących inwestycje mieszkaniowe minimalna oczekiwana marża na projekcie wynosi obecnie najczęściej około 15 proc. Preferowany poziom to około 18 proc. Wyjątkowo, przy bardzo wysokim wkładzie własnym inwestora, atrakcyjnej lokalizacji projektu oraz wysokim poziomie przedsprzedaży, bank może zaakceptować rentowność na poziomie około 10 proc., ale są to sytuacje rzadkie i dotyczą zazwyczaj największych, najbardziej doświadczonych podmiotów. Warto natomiast podkreślić, że dzięki długotrwałej stabilizacji otoczenia rynkowego banki coraz częściej finansują zakupy gruntów, co jeszcze niedawno było dla inwestorów praktycznie niedostępne – wskazuje Iwona Załuska, partner w Upper Finance Group.

Działalność deweloperska jest procesem kapitałochłonnym i rozłożonym w czasie. Od zakupu gruntu, przez projektowanie, procedury administracyjne, finansowanie, budowę, sprzedaż lokali i rozliczenie inwestycji mija często od kilku do kilkunastu kwartałów. W tym okresie firmy ponoszą ryzyka związane ze zmianą kosztów wykonawstwa, cen materiałów, dostępnością finansowania, tempem sprzedaży, zmianami regulacyjnymi oraz przewlekłością procedur administracyjnych.

– Rentowność netto na poziomie około 16–17 proc. należy oceniać w kontekście całego cyklu inwestycyjnego, a nie jako prosty udział zysku w cenie mieszkania. Jest to poziom pozwalający utrzymać zdolność do realizacji kolejnych projektów, pozyskiwania finansowania i zapewniania stabilnej podaży nowych mieszkań – tłumaczy Bartosz Guss, dyrektor generalny PZFD.

Kasynowe eldorado nad Wisłą. Ponad 6 tysięcy nielegalnych kasyn na jedno legalne

Ponad 6 100 aktywnych nielegalnych stron oferujących gry kasynowe jest dostępnych dla polskich użytkowników – przy zaledwie jednym legalnym kasynie online. Dane zebrane przez Stowarzyszenie Graj Legalnie pokazują skalę zjawiska, która – zdaniem ekspertów – wymyka się spod kontroli i podważa skuteczność obecnego modelu regulacyjnego. To oznacza, że znaczna część rynku funkcjonuje dziś poza realnym nadzorem państwa.

– Na jedną legalnie działającą platformę kasyna online przypada dziś ponad sześć tysięcy nielegalnych serwisów. To nie jest już luka w systemie – to dowód na jego nieskuteczność. Mówimy o rynku, na którym Polacy w ciągu jednego roku wpłacili około 15 miliardów złotych do nielegalnych operatorów. To są środki, które w praktyce wypływają poza Polskę i są poza jakąkolwiek kontrolą – często do podmiotów zarejestrowanych w rajach regulacyjnych, ale realnie powiązane z kapitałem rosyjskim – mówi Zdzisław Kostrubała, prezes Stowarzyszenia Graj Legalnie.

Nielegalne podmioty działają na terenie Polski poza jakąkolwiek kontrolą polskich służb.

– Problem dotyczy ponad 3 milionów użytkowników w Polsce, którzy korzystają z tych serwisów poza jakąkolwiek ochroną państwa. To oznacza nie tylko ryzyko utraty pieniędzy i danych, ale również poważne zagrożenia systemowe – w tym ryzyko prania pieniędzy oraz potencjalnego finansowania działalności przestępczej czy terrorystycznej. Jeżeli zestawimy to z rynkiem zakładów wzajemnych, gdzie funkcjonuje model licencyjny, widzimy zupełnie inną skalę – około 200 nielegalnych stron na jednego legalnego operatora. To pokazuje jedną rzecz – tam gdzie działa model licencyjny, szara strefa jest realnie mniejsza. – dodaje.

Z przeprowadzonych analiz wynika, że na rynku kasyn online funkcjonuje ponad 6 100 nielegalnych domen, podczas gdy działa tylko jedna legalna platforma. To oznacza, że przeciętny użytkownik ma dziś wielokrotnie większy dostęp do nielegalnej oferty niż do legalnej. W segmencie zakładów wzajemnych istnieje ponad 3 500 nielegalnych stron wobec 17 legalnych operatorów.

– Zestawienie tych danych pokazuje wyraźnie, że obecny model monopolu w obszarze kasyn online sprzyja rozwojowi szarej strefy w sposób nieporównywalnie większy niż system licencyjny. Różnica jest blisko trzydziestokrotna – podkreśla Zdzisław Kostrubała.

Jak wskazuje Stowarzyszenie, problemem nie jest wyłącznie liczba nielegalnych podmiotów, ale również ich realna dostępność. Tysiące stron pozostaje dostępnych dla użytkowników w Polsce mimo istnienia rejestru domen zakazanych.

– Mamy do czynienia z sytuacją, w której narzędzia państwa istnieją, ale nie zapewniają skutecznej ochrony rynku. System blokowania nie nadąża za rzeczywistością cyfrową, a użytkownicy mają w praktyce nieograniczony dostęp do nielegalnych serwisów – wskazuje Zdzisław Kostrubała.

Analizy Graj Legalnie pokazują również, że operatorzy działający poza systemem korzystają z powszechnie dostępnych metod płatności, takich jak BLIK, karty płatnicze, Revolut, portfele cyfrowe czy kryptowaluty. Oznacza to, że użytkownik może zasilić nielegalne kasyno w kilka sekund, korzystając z tych samych narzędzi co w legalnej gospodarce.

– Fakt, że jedna z najpopularniejszych metod płatności w Polsce jest wykorzystywana w nielegalnych serwisach hazardowych, rodzi poważne pytania o skuteczność obecnych mechanizmów kontrolnych – zaznacza Zdzisław Kostrubała.

Do materiału przekazanego Ministerstwu Finansów Stowarzyszenie dołączyło szczegółowe zestawienie domen funkcjonujących poza systemem prawnym. Lista obejmuje tysiące adresów działających w wielu wariantach, co pozwala operatorom na omijanie blokad i utrzymywanie stałej dostępności dla użytkowników.

– Nie mówimy już o problemie branżowym, lecz o realnym zagrożeniu dla bezpieczeństwa konsumentów i stabilności państwa. Bez pilnych, systemowych zmian skala szarej strefy będzie dalej rosła – podsumowuje Zdzisław Kostrubała.

Wiele krajów europejskich odeszła od modelu monopolu w kierunku systemu licencyjnego, które pozwalają skutecznie kontrolować rynek i ograniczają szarą strefę. Polska pozostaje jednym z nielicznych wyjątków w tym obszarze.

Paweł Turek partnerem w kancelarii DLA Piper

0

Paweł Turek został awansowany na stanowisko partnera w warszawskim zespole Finance kancelarii DLA Piper. Awans stanowi element dalszego wzmocnienia praktyki finansowej kancelarii w Polsce oraz konsekwentnej rozbudowy zespołu w kluczowych obszarach doradztwa dla sektora bankowego i finansowego.

Paweł Turek jest radcą prawnym specjalizującym się w transakcjach finansowania. Doradza bankom, instytucjom finansowym, kredytobiorcom, podmiotom inicjującym przy złożonych i skomplikowanych projektach lokalnych i wielojurysdykcyjnych, ze szczególnym uwzględnieniem finansowania strukturyzowanego.

Posiada bogate doświadczenie w projektowaniu i wdrażaniu struktur sekurytyzacyjnych, w tym przy największych transakcjach na polskim rynku, co czyni go jednym z kluczowych ekspertów kancelarii w tym obszarze. Brał udział w pierwszych na rynku polskim transakcjach sekurytyzacyjnych spełniających kryteria STS. Reprezentował klientów w projektach true sale, finansowaniach dotyczących budowy portfeli wierzytelności oraz sekurytyzacjach syntetycznych. Dotyczyły one różnorodnych aktywów, w tym pożyczek konsumenckich, pożyczek (kredytów) korporacyjnych, pożyczek samochodowych, leasingów, pożyczek BNPL, MCA czy wierzytelności handlowych.

Jego kompetencje potwierdzają liczne rekomendacje w międzynarodowych rankingach prawniczych, w tym Legal 500 EMEA oraz IFLR1000.

Awans Pawła na partnera jest wyrazem uznania dla jego doświadczenia oraz wkładu w realizację projektów dla naszych klientów, a także odpowiedzią na rosnące wymagania rynku w zakresie doradztwa przy złożonych transakcjach finansowych, w szczególności w obszarze sekurytyzacji – mówi Mariusz Hyla, partner, szef praktyki Finance w DLA Piper.

Gratulujemy Pawłowi tego awansu i doceniamy jego dotychczasowe osiągnięcia, w szczególności wkład w realizację wymagających projektów finansowych oraz rozwój specjalistycznych kompetencji zespołu. Jesteśmy przekonani, że w nowej roli będzie dalej umacniał swoją pozycję jako eksperta oraz wspierał budowanie silnej praktyki Finance w Polsce i w ramach naszej globalnej platformy – mówi Krzysztof Kycia, partner współzarządzający kancelarią DLA Piper w Polsce.

Nominacja na stanowisko partnera w DLA Piper to dla mnie duże wyróżnienie oraz ważny moment w mojej karierze zawodowej. Rynek finansowy, w tym obszar sekurytyzacji, dynamicznie się rozwija, a klienci coraz częściej oczekują doradztwa łączącego kompetencje lokalne z globalnym spojrzeniem. Cieszę się, że będę mógł wspierać ich w ramach tak zintegrowanej i międzynarodowej platformy – komentuje Paweł Turek.

Entuzjazm wobec AI słabnie. Tylko 7% MŚP czuje się gotowych do wdrożenia rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji

Tylko 7% polskich MŚP wysoko lub bardzo wysoko ocenia swoje przygotowanie do wdrażania rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji, wynika z najnowszego Barometru AI na I półrocze 2026 roku, realizowanego przez EFL. To wyraźna zmiana wobec poprzedniego pomiaru, kiedy wysoką samoocenę deklarowała prawie co czwarta firma. Połowa badanych ocenia swoje kompetencje jako umiarkowane, a 43% jako niskie. To pokazuje, że polskie firmy wychodzą z fazy entuzjazmu i coraz częściej patrzą na sztuczną inteligencję przez pryzmat realnych kompetencji, zasobów i praktycznych wdrożeń. Zdecydowana większość MŚP nadal rozwija AI własnymi siłami, robi tak 97% firm.

– Najnowsze wyniki Barometru AI pokazują, że polskie MŚP zaczynają patrzeć na sztuczną inteligencję bardziej realnie. Jeszcze kilka miesięcy temu część firm deklarowała gotowość do AI przez pryzmat zainteresowania technologią, pierwszych testów lub przekonania, że trzeba być na czasie. Dziś ta samoocena osadza się w konkretnych realiach biznesowych. Przedsiębiorcy coraz lepiej rozumieją, że wdrożenie AI to nie tylko dostęp do narzędzia, ale przede wszystkim warunki konieczne: dane, procesy, ludzie, bezpieczeństwo i umiejętność mierzenia efektów. Dlatego spadek wysokich ocen nie musi oznaczać cofnięcia się rynku. Może być bardziej sygnałem jego dojrzewania. Firmy deklarują mniej, ponieważ zaczynają mierzyć się z realiami wdrożeń: jaki jest punkt startu, co potrafią zrobić sami, gdzie potrzebują ekspertów i jak wykorzystać AI bez nadmiernej rewolucji w codziennym biznesie – mówi Paweł Bojko, wiceprezes EFL.

Mniej pewności, więcej realizmu

Z najnowszego Barometru AI na I półrocze 2026 roku wynika, że wysoki lub bardzo wysoki poziom przygotowania do wdrożenia rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji deklaruje 7% przedsiębiorstw. To wyraźny spadek wobec poprzedniego pomiaru, w którym wysokie przygotowanie deklarowało trzykrotnie więcej badanych (24%).

Jednocześnie 43% firm ocenia swoje przygotowanie jako niskie lub bardzo niskie. To nieco mniej niż pół roku temu, kiedy taki poziom wskazywało 46% badanych. Największą grupę stanowią dziś przedsiębiorstwa, które określają swoją gotowość jako umiarkowaną, tak odpowiedziało 50% respondentów.

Podobnie jak w poprzednim pomiarze, najwyższą samoocenę mają średnie przedsiębiorstwa. W tej grupie 13% firm ocenia swoje przygotowanie do AI jako wysokie lub bardzo wysokie. W mikroprzedsiębiorstwach wysoką gotowość wskazuje tylko 3% badanych, a aż 51% z nich ocenia swoje przygotowanie jako niskie lub bardzo niskie. W małych firmach pozytywne odpowiedzi są częstsze niż w mikrofirmach, ale nadal dotyczą niewielkiej grupy, łącznie ok. 7% badanych.

Marketing trzyma poziom, ICT mocno ostrożniejsze

W podziale branżowym najwyżej swoją gotowość do AI nadal ocenia sektor kreatywny i marketing. 32% firm z tej branży wskazuje wysoki lub bardzo wysoki poziom przygotowania. To jednak także wynik niższy niż w poprzednim pomiarze, kiedy pozytywną samoocenę deklarowało 47% przedsiębiorstw z tego sektora.

Największą zmianę widać w ICT. W poprzednim pomiarze wysokie przygotowanie deklarowało 40% firm technologicznych, obecnie pozytywne oceny spadły do 9%. To może oznaczać, że firmy z największym doświadczeniem w pracy z technologią zaczynają bardziej krytycznie oceniać własną gotowość do wdrożeń AI.

Szczególnie nisko oceniają się firmy z przemysłu wytwórczego i przetwórczego oraz sektora zdrowia i opieki społecznej. W obu tych branżach nie odnotowano odpowiedzi wskazujących na wysoki lub bardzo wysoki poziom przygotowania do wykorzystania AI.

AI najczęściej robimy sami

Mimo ostrożniejszej samooceny, firmy nie rezygnują z wdrożeń. Z Barometru AI wynika, że działania związane z rozwojem sztucznej inteligencji są realizowane przede wszystkim własnymi siłami. Taką odpowiedź wskazało aż 97% badanych MŚP. To znaczący wzrost wobec poprzedniego pomiaru, kiedy projekty AI własnymi zasobami realizowało 70% firm. Model samodzielnego wdrażania jest dziś dominujący niezależnie od wielkości przedsiębiorstwa.

Średnie firmy znacznie częściej współpracują z niezależnymi ekspertami, robi to 80% z nich. W małych przedsiębiorstwach taką współpracę deklaruje 33%, a w mikrofirmach 11%. Ogółem z niezależnymi ekspertami współpracuje 37% MŚP. To wynik taki sam jak pół roku temu, ale przy zdecydowanie większym udziale firm działających samodzielnie.

– Dominacja własnych zasobów pokazuje, że AI bardzo szybko staje się częścią codziennego działania firm, a nie wyłącznie projektem zlecanym na zewnątrz. Z jednej strony to dobra wiadomość, bo oznacza, że przedsiębiorcy próbują budować kompetencje wewnątrz organizacji. Z drugiej strony, przy tak niskiej samoocenie gotowości, może to rodzić ryzyko wdrożeń fragmentarycznych, bez szerszego planu, zabezpieczeń i mierników efektywności. Dlatego kluczowe będzie dziś nie samo zainteresowanie AI, ale umiejętność połączenia samodzielności z mądrym wsparciem zewnętrznym tam, gdzie firma nie ma jeszcze wystarczających kompetencji – dodaje Paweł Bojko z EFL.

ORLEN i Equinor uruchomili wydobycie gazu ze złoża Eirin na Morzu Północnym

0

ORLEN Upstream Norway i Equinor uruchomili eksploatację z nowego złoża na Morzu Północnym. W szczytowym okresie produkcji, Eirin będzie dostarczać ORLEN 270 mln m sześc. gazu zimnego rocznie. Wydobycie prowadzone jest za pomocą instalacji zasilanych elektrycznością z odnawialnych źródeł energii.

– Gaz wydobywany na Norweskim Szelfie Kontynentalnym jest kluczowy dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego Europy i Polski. Nasza obecność w Norwegii ma charakter strategiczny i długofalowy. Uruchomienie produkcji ze złoża Eirin wzmacnia pozycję ORLEN w regionie oraz potwierdza determinację i skuteczność w realizacji inwestycji, które rozwijają potencjał wydobywczy Szelfu. Gaz, który wydobywamy z Eirin, już płynie do Polski, wzmacniając gwarancję niezawodności dostaw dla klientów ORLEN, pomimo napiętej sytuacji międzynarodowej – powiedział Ireneusz Fąfara, Prezes Zarządu ORLEN.

Złoże Eirin zlokalizowane jest na Morzu Północnym, ok. 250 km na zachód od Stavanger. Jego zasoby wynoszą 27,6 mln baryłek ekwiwalentu ropy naftowej, w tym 3 mld m sześc. gazu ziemnego. ORLEN Upstream Norway posiada 41,3 proc. udziałów w złożu, co oznacza, że zasoby Eirin przypadające na spółkę to prawie 11,5 mln baryłek ekwiwalentu ropy, w tym ponad 1,2 miliarda metrów sześciennych gazu. Pozostałe udziały należą do Equinor, który jest operatorem koncesji.

Zgodnie z zaakceptowanym w styczniu 2024 roku planem zagospodarowania, odwiert produkcyjny na Eirin został podłączony platformy na pobliskim złożu Gina Krog, w którym ORLEN Upstream Norway również jest udziałowcem.

– Wykorzystanie istniejącej infrastruktury to w tym przypadku nie tyko mniejszy koszt i krótszy czas inwestycji, ale również dodatkowe wolumeny gazu. Zgodnie z przewidywaniami operatora, dzięki podłączeniu Eirin, będziemy mogli wydłużyć okres eksploatacji Gina Krog o siedem lat, a tym samym zwiększyć stopień sczerpania tego złoża. Pozwoli to na wydobycie dodatkowych 9,6 mln baryłek ekwiwalentu, z czego 4 miliony baryłek dla ORLEN. To doskonały przykład naszej efektywności w zarządzaniu portfelem aktywów w celu maksymalizacji jego wartości – powiedział Wiesław Prugar, Członek Zarządu ORLEN ds. Wydobycia.

Eksploatacja Eirin poprzez platformę Gina Krog oznacza, że produkcja z nowego złoża zasilana jest energią pochodzącą przede wszystkim ze źródeł odnawialnych. Od 2023 r. Gina Krog jest połączona podmorskim kablem elektrycznym z lądem, gdzie ok. 90 proc. elektryczności wytwarzana jest w elektrowniach wodnych a kolejne 8 proc. – wiatrowych. W efekcie emisje związane z wydobyciem z Eirin będą wynosić jedynie 3 kilogramy CO2 na baryłkę ekwiwalentu ropy. To zdecydowanie mniej niż średnia dla całego Norweskiego Szelfu Kontynentalnego – 6,7 kg – i średnia światowa, wynosząca ok. 16 kilogramów CO2 na baryłkę (dane za Offshore Norge Climate and Environmental Report 2025).

Gaz produkowany z Eirin i Gina Krog jest przesyłany do kompleksu platform na złożu Sleipner, w którym ORLEN ma również udziały. Tam surowiec jest dostosowany do parametrów handlowych, a następnie kierowany do punktu wyjścia w Nybro łączącego norweski system przesyłowy z duńskim. Stąd gaz jest przesyłany do Polski gazociągiem Baltic Pipe.

ORLEN Upstream Norway i Equinor zakładają, że w sąsiedztwie Gina Krog i Eirin mogą znajdować się dodatkowe zasoby węglowodorów. Dlatego w kolejnych latach planują prowadzić na tym obszarem dalsze prace poszukiwawcze.

Europa a sztuczna inteligencja – paradoksy, wyzwania i szanse

Raport „The State of AI in Europe: The Invisible AI Giant” bardzo trafnie pokazuje, że Europa nie ma problemu z potencjałem – ma problem z jego wykorzystaniem i skalowaniem. Te trzy paradoksy są dziś kluczowe dla zrozumienia pozycji kontynentu w globalnym wyścigu AI.

Paradoks talentu

Europa rzeczywiście dysponuje jednym z największych zasobów kompetencji na świecie – ponad 325 tys. specjalistów AI oraz znaczącym udziałem w globalnej nauce (w tym czołowi, najczęściej cytowani badacze). Jednocześnie dane OECD i McKinsey & Company pokazują, że najbardziej produktywne zespoły badawcze i wdrożeniowe koncentrują się w USA, gdzie trafia znacząca część europejskich talentów. To nie tylko klasyczny „brain drain”, ale coraz częściej „value drain” – odpływ wartości dodanej, patentów i komercjalizacji.

Paradoks użycia

Europa jest jednym z największych rynków konsumenckich dla AI – szacunkowo ponad 130 mln aktywnych użytkowników miesięcznie. Jednak dominujące modele, platformy i infrastruktura należą głównie do firm amerykańskich i chińskich. Oznacza to, że – jak wskazują analizy World Economic Forum – Europa importuje technologię, zamiast eksportować jej standardy, oddając jednocześnie kontrolę nad danymi, regulacjami operacyjnymi i strumieniami przychodów.

Paradoks startupów

Europejski ekosystem startupowy jest dynamiczny i innowacyjny na wczesnym etapie, ale napotyka barierę skalowania. Według raportów McKinsey & Company, luka kapitałowa między Europą a USA w obszarze venture capital sięga setek miliardów dolarów w perspektywie dekady, co przekłada się na mniejszą zdolność do budowy globalnych liderów technologicznych. W efekcie wiele firm przenosi działalność, IP i finansowanie za ocean.

Warto dodać, że według World Economic Forum aż 44% kompetencji na rynku pracy zmieni się do 2027 roku, co dodatkowo wzmacnia presję na systemy edukacyjne i innowacyjne w Europie. Problem nie dotyczy więc wyłącznie technologii, ale całego ekosystemu – od edukacji, przez kapitał, po regulacje.

Co to oznacza w praktyce?

Inżynier przyszłości nie może już funkcjonować wyłącznie w paradygmacie technologicznym. Musi rozumieć globalne przepływy kapitału i talentów, modele biznesowe oparte na danych i AI, konsekwencje regulacyjne (np. europejskie podejście do AI Act) oraz geopolityczny wymiar technologii.

Z perspektywy edukacyjnej – także doświadczeń Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych – widać wyraźnie, że tradycyjny model kształcenia przestaje być wystarczający. Coraz większą rolę odgrywają elastyczne, rynkowe formy edukacji, które łączą technologię z biznesem, prawem i kompetencjami społecznymi.

Prywatny sektor edukacyjny staje się tu katalizatorem zmian – szybciej reaguje na potrzeby rynku, rozwija kompetencje interdyscyplinarne i przygotowuje specjalistów do działania w globalnym, konkurencyjnym środowisku AI.

Wniosek

Europa nie jest „w tyle” w AI – jest raczej niewidzialnym gigantem, który jeszcze nie nauczył się w pełni monetyzować własnego potencjału. A to oznacza, że przyszłość nie rozstrzygnie się wyłącznie w laboratoriach technologicznych, ale na styku: technologii, kapitału, edukacji i strategii. I właśnie w tym miejscu pojawia się nowa rola inżyniera – nie tylko twórcy rozwiązań, ale świadomego uczestnika globalnego ekosystemu AI.