Komentarz EY: Przychody spółek mogą się zmienić, a w sprawozdaniach finansowych będzie więcej informacji – to efekty nowego standardu rachunkowości

Setki spółek w Polsce muszą się przygotować na duże zmiany. 28 maja 2014 został opublikowany nowy standard rachunkowości – MSSF 15 Umowy z klientami. Zmienia on sposób w jaki firmy rozliczają swoje umowy z klientami, w szczególności, gdy w ramach jednej umowy świadczą usługi i dostarczają towary – tak, jak to ma miejsce, np. w branży telekomunikacyjnej. Firmy będą musiały też ujawniać więcej informacji o swoich przychodach, co ma pomóc inwestorom w ocenie spółek. Rada Międzynarodowych Standardów Rachunkowości (IASB) oraz Amerykańska Rada ds. Standardów Rachunkowości Finansowej pracowały nad nowym modelem rozpoznawania przychodów przez 10 lat.

Nowy standard zastąpi dotychczasowe standardy w ramach Międzynarodowych Standardów Sprawozdawczości Finansowej (MSSF) i amerykańskich standardów rachunkowości (US GAAP). Prace nad ich ujednoliceniem trwały ponad 10 lat. – Celem wspólnego standardu jest promowanie jednolitej rachunkowości dla rozpoznawania przychodu i zwiększenie porównywalności i przejrzystości informacji finansowych. Wypracowanie standardu dotyczącego przychodów było jednym z kluczowych celów Rad w ostatnich latach – mówi Anna Sirocka, Partner w Dziale Doradztwa w Zakresie Rachunkowości EY.

Nowy standard dotyczy wszystkich umów skutkujących przychodami i zawiera jednolity model rozpoznawania i pomiaru sprzedaży aktywów niefinansowych, w tym m.in. majątku trwałego. Analiza umowy z klientem przeprowadzana jest w pięciu krokach – od identyfikacji umowy, przez wskazanie pojedynczych zobowiązań, ustalenie cen, przyporządkowanie ich do poszczególnych zobowiązań i rozpoznanie przychodu. Zgodnie z MSSF 15 przychód powstaje w momencie, gdy kontrola nad towarem lub usługą przechodzi w ręce klienta.

Wcześniejsze propozycje rozwiązań dotyczące jednego modelu rozpoznawania przychodów budziły dużo obaw ekspertów w kwestii proponowanego momentu, w którym przychód jest rozpoznawany oraz możliwości zastosowania standardu w praktyce. Rady dopracowały niektóre wzbudzające wątpliwości bądź problematyczne obszary. – Rady postarały się rozwiązać zgłaszane problematyczne kwestie. W ostatecznej wersji standardu znalazły się dodatkowe wytyczne dotyczące jego stosowania, tak, aby pomóc spółkom w określaniu momentu, w którym powstaje przychód czyli przeniesienia towarów na klienta, czy też wykonania usług, w tym w szczególności w przypadku licencji – tłumaczy Joanna Frykowska, Dyrektor w Dziale Doradztwa w Zakresie Rachunkowości EY.- Nowy standard może zmienić moment, kiedy spółki pokazują przychody ze sprzedaży, a nawet jeśli ten nie ulegnie zmianie to i tak pozostałe zapisy standardu będą miały wpływ na wszystkie gałęzie przemysłu. Dla przykładu, nowy standard wymaga od spółek ujawniania znacznie większej ilości informacji o sprzedaży i przychodach w sprawozdaniach finansowych w nadziei, że inwestorzy i inni użytkownicy otrzymają bardziej użyteczne dane – dodaje Anna Sirocka.

Pierwotnie MSSF 15 miał być wydany w 2013 roku. Z powodu opóźnień, spółki mają teraz mniej czasu na przygotowanie się do nowych wymogów. Standard wchodzi w życie w 2017 roku (z wcześniejszym przyjęciem dozwolonym jedynie w ramach MSSF), ale możliwe, że spółki, które są zobowiązane do przedstawienia informacji porównawczej z okresu dwóch lat, będą musiały zastosować nowy standard równolegle z obecnie obowiązującymi wymogami w odniesieniu do danych za 2015 rok. Nie jest jeszcze wiadomo, jaki będzie harmonogram przyjęcia tego standardu do stosowania w Unii Europejskiej, co jest istotne z punktu widzenia polskich spółek publicznych.

Podczas gdy standard ten ujednolici wykazywanie przychodów ze sprzedaży na rynkach publicznych, spółki, audytorzy oraz nadzór staną w obliczu nowych wyzwań związanych ze spójną interpretacją i stosowaniem tych wymogów w każdej branży oraz w otoczeniu prawnym specyficznym dla poszczególnych krajów. W odpowiedzi na te obawy Rady powołały do życia grupę wdrożeniową, która ma pomóc w wypracowaniu wspólnych rozwiązań, ujednoliceniu interpretacji, a co za tym idzie zapewnieniu większej porównywalności między spółkami.

Producenci dóbr luksusowych otwierają się na e-commerce

Pomimo spowolnienia gospodarczego, w minionym roku podatkowym (zakończonym najpóźniej w czerwcu 2013 r.) wyniki sprzedaży 75 największych firm z sektora dóbr luksusowych wyniosły blisko 172 mld dolarów. Autorzy pierwszej edycji raportu Deloitte „2014 Global Powers of Luxury Goods” prognozują, że sektor ten nadal będzie cieszył się zainteresowaniem klientów i inwestorów, w tym funduszy private equity. Jednocześnie globalizacja i rozwój Internetu zmuszają producentów dóbr luksusowych do szerszego wykorzystania e-commerce oraz mediów społecznościowych.

Wzrost sprzedaży w minionym roku podatkowym w branży dóbr luksusowych wyniósł 12,6 proc. (porównanie rok do roku), a jej średnia wartość przypadająca na jedną spółkę sięgnęła 2,3 mld dolarów. W tym samym czasie producenci dóbr konsumpcyjnych, których kondycję także co roku analizuje Deloitte, mogli się pochwalić wzrostem w wysokości 5,1 proc . „Porównanie producentów produktów luksusowych i dóbr konsumpcyjnych wyraźnie pokazuje, że ci pierwsi, mimo pogorszenia warunków ekonomicznych na niemal całym świecie, poradzili sobie z tym problemem znacznie lepiej. Jest to branża, która nie ulega tak bardzo wahaniom koniunktury gospodarczej, choć niewątpliwie sprzyja jej okres prosperity. Warto zauważyć, że aż 84 proc. firm z tego zestawienia zanotowało w omawianym okresie wzrost przychodów” – mówi Magdalena Jończak, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.

Jak oceniają eksperci Deloitte, w najbliższym czasie czeka nas rozwój działalności producentów dóbr luksusowych w Internecie, do którego większość z nich dotąd była nastawiona sceptycznie. Charakterystyką tej branży jest bowiem bliski kontakt z klientem, który traci znaczenie, gdy ten kupuje on-line. „Poza tym producenci do tej pory uważali, że w sieci trudno poznać i docenić wysoką jakość ich towarów. Rozwój Internetu, a także mediów społecznościowych spowodował jednak, że także ten sektor musi inwestować w e-commerce. Jak bardzo jest opóźniony w tym zakresie, najlepiej pokazuje fakt, że jego sprzedaż internetowa stanowiła w 2013 roku 5,3 proc. w całości przychodów ze sprzedaży, podczas gdy w ogólnym handlu detalicznym jest to aż cztery razy więcej” – mówi Magdalena Jończak.

Autorzy raportu wskazują, że źródłem wzrostu dla producentów dóbr luksusowych są rynki wschodzące, czyli region Azji i Pacyfiku, Ameryka Łacińska, Bliski Wschód oraz Afryka. Choć jednocześnie największymi rynkami w tym sektorze pozostaje Europa: Francja, Włochy, Wielka Brytania, Szwajcaria, Hiszpania oraz USA. Z tych sześciu krajów pochodzi niemal 87 proc. największych producentów dóbr luksusowych, a w minionym roku podatkowym wygenerowały one ponad 90 proc. sprzedaży.

Ma to związek m.in. z tzw. turystyką zakupową. Klienci z Azji czy Bliskiego Wschodu, którzy słyną z zamiłowania do luksusu, przyjeżdżają na zakupy do Paryża, Londynu czy Mediolanu. We Francji połowa z 16 mld euro wpływów ze sprzedaży dóbr luksusowych pochodzi właśnie od turystów zagranicznych. Szacuje się, że w latach 2012-2017 Chińczycy będą przewodzić w turystyce zakupowej. Już w ubiegłym roku pojedyncza transakcja, której stroną był turysta z Chin, wynosiła średnio 1083 dolarów. Eksperci Deloitte wskazują na przykład londyńskiego ekskluzywnego domu handlowego Harrods, który po zamontowaniu czytników do chińskich kart kredytowych, zanotował znaczny wzrost przychodów.

Ze znajdujących się w zestawieniu 75 firm swoje sklepy internetowe ma 58 z nich. Raport wskazuje marki, takie jak Louis Vuitton czy Michael Kors, które zauważyły już ten trend i potrafią komunikować się z klientami za pośrednictwem mediów społecznościowych i sklepów internetowych.

W minionym roku podatkowym pierwsze miejsce wśród 75 największych producentów dóbr luksusowych zajął francuski koncern LVMH, w którego portfolio znajdują się m.in. Louis Vuitton czy Marc Jacobs. Na podium znalazły się także producent m.in. biżuterii i zegarków Compagnie Financiere Richemont oraz koncern kosmetyczny Estée Lauder. Pierwsza dziesiątka zanotowała nieco większy wzrost przychodów niż TOP 75, który wyniósł 13,1 proc. W zestawieniu znalazło się także podsumowanie TOP 15, grupujące najszybciej rozwijające się firmy w tej branży. Wśród nich niekwestionowanym liderem jest Michael Kors Holdings, którego przychody w ciągu roku wzrosły aż o 67,5 proc.

Raport analizuje również transakcje na rynku M&A w sektorze dóbr luksusowych. Dużą rolę w tym zakresie odgrywają fundusze private equity, które w tej branży poszukują firm, mogących zagwarantować szybki wzrost i zwrot z zainwestowanego kapitału. W ostatnich miesiącach jedną z największych transakcji był zakup przez fundusz Blackstone Group 20 proc. akcji firmy Gianni Versace. Zdaniem autorów raportu także w tym roku możemy oczekiwać zainteresowania inwestorów branżą producentów dóbr luksusowych. W orbicie ich zainteresowań będą przede wszystkim starsze, uznane marki, które mogą pochwalić się wieloletnim przywiązaniem klientów.

Z Rekomendacją D w banku bezpieczniej

Na koniec 2014 roku Komisja Nadzoru Finansowego wyznaczyła ostateczny termin wdrożenia przez banki w Polsce zaleceń ujętych w Rekomendacji D. Czasu jest coraz mniej, a rzetelne i kompleksowe wprowadzenie zmian wymaga znaczących nakładów pracy, nie tylko wewnątrz samej organizacji, ale w całym obszarze działania informatyki, uwzględniając współpracę z dostawcami usług IT. Warto o tym pamiętać, bo chodzi nie tylko o bezpieczeństwo zasobów informatycznych banku, ale przede wszystkim o bezpieczeństwo i jakość obsługi jego klientów.

Znaczący postęp rozwoju technologii i wyraźny wzrost zależności banków od stosowanych rozwiązań teleinformatycznych wymógł na KNF znowelizowanie obowiązującej do końca 2012 roku wersji Rekomendacji D. Z początkiem ubiegłego roku Komisja opublikowała nową wersję dokumentu, a na wprowadzenie zawartych w nim zaleceń dała bankom czas do 31 grudnia 2014.

Implementacja zaktualizowanej Rekomendacji służyć ma przede wszystkim poprawie jakości zarządzania i poziomu bezpieczeństwa IT, a także, co równie ważne, usprawnieniu nadzoru w tych obszarach. Celem jest więc skuteczniejsze zarządzanie ryzykiem związanym z niepewnością w zakresie zrównoważonego, efektywnego i przede wszystkim bezpiecznego wspierania działalności banku przez jego teleinformatyczne środowisko. – Z tego też powodu Rekomendacja D powinna być traktowana jako komplementarne uzupełnienie dotyczącej zarządzania ryzykiem operacyjnym Rekomendacji M – tłumaczy Agnieszka Frommholz, IT Group Director w Baker Tilly Poland.

Najważniejsze kompleksowe spojrzenie
Jak pokazują dotychczasowe obserwacje, postawy banków wobec rekomendacji nie są jednorodne. Największe podmioty nierzadko traktują ją jako listę praktyk, które przynajmniej w pewnym zakresie już stosują. Inne postrzegają ją jako katalog zaleceń, który trzeba wziąć pod rozwagę, jednak minimalizują przy tym koszty związane z ich wdrożeniem. Takie podejście może ostatecznie prowadzić do implementowania rozwiązań fragmentarycznych, a tym samym mniej skutecznych.

Okazuje się bowiem, że banki częstokroć realizują zalecenie do rekomendacji jako szereg niepowiązanych ze sobą inicjatyw. Tymczasem, wdrożenie jej jako jednego projektu lub programu może przynieść znacznie większe korzyści, zarówno pod kątem bezpieczeństwa i jakości usług dla klientów, jak i uporządkowania procedur. – Zintegrowane działania przekładają się także na przejrzystość procesów oraz lepszy dostęp kierownictwa do informacji, a co za tym idzie do zbudowania skutecznych mechanizmów decyzyjnych dla Najwyższego Kierownictwa – wyjaśnia ekspertka Baker Tilly Poland.

Na rynku funkcjonują również podmioty, dla których wdrożenie rekomendacji jest szansą na wprowadzenie nowoczesnego zarządzania architekturą IT. W dużej mierze są to banki spółdzielcze. Traktując proces zmian jako kompleksowy projekt, bank może nie tylko spełnić wymagania KNF, ale też dostosować się do wymogów stawianych na przykład przez GIODO, czy do audytów bezpieczeństwa danych (ISO27001), a nawet audytów finansowych (SarOX).

Co istotne, Rekomendacja D nie dla każdego podmiotu oznacza dokładnie to samo, bowiem, zgodnie z zasadą proporcjonalności, wymagania KNF zależne są także od możliwości banku i jego wielkości. Mimo tego zakres rekomendacji jest na tyle szeroki, że wymaga zaangażowania i zorganizowania prac specjalistów z wielu zakresów, zarówno wewnątrz, jak i z zewnątrz banku. Oznacza to, że całe przedsięwzięcie powinno mieć kompleksowy charakter projektowy, a nie być zbiorem pojedynczych inicjatyw. Tym bardziej, że jak oceniają eksperci, Rekomendacja nie jest urzędniczą fanaberią, ale dokumentem, który podejmuje tematy najważniejsze z perspektywy instytucji finansowych. Wymagania KNF dotyczą zarówno integralności, jak też dostępności i poufności danych, odnoszą się więc do wszystkich kluczowych dla funkcjonowania banku grup danych, co odróżnia ją od przepisów związanych tylko i wyłącznie z danymi osobowymi. Dodatkowo dotyczą mechanizmów funkcjonowania w Banku, które w krótszej i dłuższej perspektywie przekładają się na jakość obsługi klienta.
Kompleksowość podejścia przy wdrożeniu tej rekomendacji przede wszystkim buduje stabilność organizacji w każdym obszarze działania związanym z technologia IT.Poza tym buduje mechanizm, który gwarantuje kompletność i jednolitość zarządzanych obszarów IT.

Iluzoryczna dowolność

Wdrożenie zaleceń zawartych w dokumencie zapewnia zgodność procedur z szeregiem norm takich jak na przykład kodeks ITIL (Information Technology Infrastructure Library), normy z grupy 27000, COBIT (Control Objectives for Information and related Technology) czy wreszcie ISO 22301. Banki nie powinny więc pozwolić sobie na ignorowanie tej Rekomendacji.

– Niewdrożenie lub fragmentaryczne wprowadzenie rekomendacji może spowodować realne straty. Wśród zagrożeń wymienić można choćby awarie systemów IT, zmniejszenie bezpieczeństwa na ataki z zewnątrz, czy brak prawidłowego mechanizmu do informowania poszczególnych szczebli kierownictwa – mówi Dariusz Stefaniuk, Project Manager w Baker Tilly Poland. – To z kolei wiąże się z ryzykiem niedostarczenia prawidłowej informacji, niezbędnej do podejmowania decyzji kluczowych dla organizacji – dodaje ekspert.

Ostatni moment na zmiany w terminie
Zdaniem specjalistów wiele banków dopiero zmierzy się z koniecznością przeprowadzenia wnikliwej analizy stanu aktualnego, określenia istniejących braków oraz opracowania planu procesu wdrożeniowego, nie mówiąc o samym wprowadzeniu zmian i monitorowaniu poprawności tych działań. Wyzwaniem jest nie tylko skoordynowanie wielu równolegle wykonywanych czynności, ale także zorganizowanie sprawnego systemu raportowania dla kierownictwa, na podstawie którego możliwe będzie szybkie podejmowanie decyzji. Podczas przeprowadzania analizy, jak i etapów wdrożeniowych oraz raportowych, nieocenione będzie więc doświadczenie zewnętrznych firm audytorskich, które znają realia oraz dysponują efektywnymi narzędziami, które umożliwią sprawne osiągnięcie celu.

Zaletą zewnętrznego audytu jest mi.in to, że dotyczy integralności bezpieczeństwa informacji i środowiska teleinformatycznego w każdej komórce organizacyjnej banku. Narzędzia audytorów zewnętrznych, pozwalają na obiektywną i rzetelną ocenę całej struktury banku. Analiza zgodności z Rekomendacją D realizowanej przez bank samodzielnie nie daje takiej możliwości, dlatego audyt zewnętrzny może pełnić rolę sprawdzającą badanie wewnętrzne, zwłaszcza w obszarach o wysokim poziomie ryzyka.

Bardzo duże znaczenie mają też kwalifikacje osób przeprowadzających badanie i możliwość wyciągnięcia przez nie kompleksowych i obiektywnych wniosków. – Audyt przeprowadzony wewnętrznie wiąże się z ryzykiem nadmiernego obciążenia pracowników oraz jednostronnej oceny sytuacji. Zespołowa praca niezależnych specjalistów z zakresów takich jak np. zarządzanie bezpieczeństwem systemów IT, kierowanie projektami IT, czy projektowanie systemów IT pozwala na wypracowanie dobrych praktyk i sprawdzonych rozwiązań w zakresie procesów oraz technologii przy wykorzystaniu międzynarodowych standardów – mówi Agnieszka Frommholz.

Podsumowując, należy zaznaczyć, że każdy bank w pewnym stopniu wdrożył mechanizmy, o których mowa w rekomendacji. Pojawia się jednak pytanie, w jakim zakresie podmioty te są przygotowane na ewentualną inspekcję KNF, a co za tym idzie, jak bardzo dbają o jakość obsługi swoich klientów.

Trzy kwartały z elastycznym czasem pracy

W 9 miesięcy po wprowadzeniu regulacji dotyczących elastycznego czasu pracy wydaje się, że przepisy funkcjonują bez zarzutu. Niewielka liczba zgłoszeń do Okręgowych Inspektoratów Pracy pozwala sądzić, że pracodawcy nie nadużywali przyznanych im przywilejów.

Z badań PIP wynika, że do końca marca elastyczny czas pracy wprowadziło niespełna 710 przedsiębiorstw, przede wszystkim w dużych miastach (np. Katowice, Kraków, Rzeszów), głównie z branży przetwórczej a także z obszaru handlu i napraw – czyli segmentów, w których działalność ma charakter mocno sezonowy. – Zmiany w prawie przysłużyły się firmom, które do sprawnego funkcjonowania na konkurencyjnym rynku potrzebowały elastycznych rozwiązań– mówi Dorota Strzelec, dyrektor firmy doradczej StaffPoland Sp. z o.o.

Groźbą nadużyć związanych z czasem pracy załogi straszyły związki zawodowe, a sami pracownicy obawiali się, że po wprowadzeniu zmian nie tylko będą musieli pracować więcej i dłużej, ale także odebrana zostanie im choćby możliwość uzyskania zapłaty za nadgodziny. Obawy te od początku przez wielu ekspertów uznawane były za bezpodstawne, bo obowiązujące od 23 sierpnia 2013 zmiany Kodeksu Pracy przewidują konieczność uzyskania zgody pracowników na wdrożenie zmian oraz przeprowadzenie odpowiedniej procedury implementacyjnej. Co więcej, przepisy nigdy nie pozbawiały pracowników wynagrodzenia za przepracowane nadgodziny. – Zmianie nie uległy także dobowe i tygodniowe normy pracy i wypoczynku (tj. 11 godzin odpoczynku w ciągu doby oraz do 35 godzin nieprzerwanego odpoczynku w ciągu tygodnia). Wydłużony okres rozliczeniowy daje możliwość ułożenia harmonogramu tak, aby w ujęciu rocznym przeciętny tygodniowy czas pracy nie przekraczał 40 godzin – tłumaczy Agnieszka Janowska, radca prawny i dyrektor Departamentu Prawa Pracy w TGC Corporate Lawyers.

W odpowiedzi na obawy

W praktyce elastyczny czas pracy oraz wydłużony okres rozliczeniowy oznaczają szansę na lepsze dostosowanie mocy produkcyjnych firmy do cyklu zamówień i bilansowania czasu pracy pracowników w ciągu całego roku. Dodatkowo przepracowany czas obowiązkowo później oddawany jest pracownikom jako godziny lub całe dni wolne. Rozwiązanie to pozwala więc pracodawcom na zmniejszenie kosztów nadgodzin, które w znacznie większym zakresie rekompensowane są czasem wolnym.

Co więcej, „antykryzysowe” zmiany służyć mają nie tylko pracodawcom. Oczywiście, dzięki nim mogą oni lepiej dostosować moce produkcyjne firmy do cyklu zamówień i efektywniej bilansować czas pracy załogi w ciągu roku, a co za tym idzie, być konkurencyjnym nie tylko na polskim, ale i międzynarodowym rynku (podobne rozwiązania pracownicze wprowadzono także w krajach ościennych – w Niemczech, Czechach i na Słowacji). Jednak też dla pracowników elastyczny czas pracy oznaczać może pewne korzyści.

– Przede wszystkim wynikają one z zapisów nakładających na pracodawcę uzyskanie zgody załogi na wprowadzenie w zakładzie elastycznych rozwiązań. Tym samym pojawia się okazja do pogłębionych konsultacji z zespołem i podjęcia prób takiego zorganizowania czasu pracy, by był on satysfakcjonujący nie tylko dla firmy, ale i dla jej pracowników. Możliwe jest więc zaangażowanie ogółu zatrudnionych w planowanie pracy oraz lepsze zrozumienie interesów ekonomicznych pracodawców i tym samym budowanie wzajemnego zaufania i lojalności – komentuje Dorota Strzelec ze StaffPoland Sp. z o.o.

Dla wielu zatrudnionych korzystne mogą okazać się więc ruchome godziny rozpoczęcia i zakończenia pracy lub dłuższe okresy wolnego, wynikające z wcześniej przepracowanych godzin. Takie elastyczne rozwiązania dla wielu mogą być atrakcyjne, choćby ze względu na możliwość wygospodarowania czasu przeznaczonego na załatwienie spraw prywatnych takich jak kilkudniowy wyjazd, przeprowadzenie remontu czy po prostu dłuższy odpoczynek. Wydaje się to być korzystne zwłaszcza w świetle danych mówiących o tym, że polscy pracownicy są coraz mniej skłonni do pracy w nadgodzinach. Asertywność młodego pokolenia oraz świadomość, jak ważny jest tzw. work-life balance, mają coraz większe znaczenie w budowaniu swojej kariery i relacji z pracodawcą.

Nowe przepisy stwarzają także szansę na załatwienie spraw prywatnych w trakcie pracy.
– W tym celu konieczne jest jednak złożenie pisemnego wniosku do przełożonego, który może wyrazić zgodę na udzielenie takiego czasu wolnego, z zastrzeżeniem, że musi on zostać odpracowany w uzgodnionym z pracodawcą terminie (niekoniecznie w tym samym dniu). Należy jednak pamiętać, że czas ten nie będzie stanowił nadgodzin – zastrzega Agnieszka Janowska z TGC Corporate Lawyers.

Druga strona medalu

To, co dla jednych może być bardzo dobrym rozwiązaniem, dla innych może jednak okazać się kłopotliwe. Dla części zatrudnionych trudne lub wręcz niewykonalne będzie pogodzenie dłuższych godzin pracy w niektórych okresach z obowiązkami prywatnymi (np. w przypadku samotnych rodziców). A to może stać się przyczyną napięć między kierownictwem firmy a załogą. W pewnych sytuacjach obawy pracowników mogą więc być uzasadnione. Odpowiedzialny pracodawca powinien jednak pamiętać, że modyfikacje harmonogramów czasu pracy powinny być nie tylko konsultowane z reprezentacją pracowników, ale też wcześniej sygnalizowane ogółowi zatrudnionych objętych zmianami (np. pion produkcji), aby ewentualne trudności mogły być wcześniej zgłaszane i wyjaśniane z bezpośrednimi przełożonymi.

Pięć trendów na rynku windykacyjnym

Firmy windykacyjne walczą o wciąż duży, niezagospodarowany rynek. W ostatnich latach wprowadziły szereg usług dodatkowych, wspierających wierzycieli w egzekwowaniu należności od nierzetelnych kontrahentów. Na jakie trendy w branży zarządzania wierzytelnościami warto zwrócić uwagę podpowiadają eksperci PRAGMA INKASO.

Trend 1: Sprzedaż długu zamiast windykacji

Na rynku widać wysyp internetowych giełd wierzytelności. Ich popularność wynika z niesłusznego przekonania, że wystawienie wierzytelności na sprzedaż jest działaniem mniej szkodliwym dla relacji biznesowych niż zlecenie windykacji długu. Profesjonalna windykacja nie powinna zaszkodzić dalszej współpracy na linii wierzyciel – dłużnik. Przedsiębiorcy wychodzą jednak z założenia, że jeżeli znajdzie się nabywca długu gotowy za niego zapłacić i przejąć na podstawie umowy cesji problem związany z wyegzekwowaniem wierzytelności, to jest to wygodne rozwiązanie. Uruchamiane przez firmy windykacyjne giełdy pozwalają szybko i bez większych formalności złożyć ofertę sprzedaży i kupna wierzytelności. Najaktywniejsze wystawiają tygodniowo nawet kilkaset aukcji niezapłaconych faktur. Poza możliwością dokonania transakcji spełniają czasem funkcję dyscyplinującą dłużnika. Często wystawienie długu na giełdzie i realna perspektywa, że przejdzie on w trzecie ręce powoduje, że dłużnik decyduje się uregulować wierzytelność.

Trend 2: Jeśli nie sprzedaż to upublicznienie informacji o długu

Skutkiem bierności w dochodzeniu roszczeń jest powstanie wierzytelności określanych jako trudno ściągalne. Firmy, które mają świadomość, że z powodu oszustwa lub braku działań straciły szanse na odzyskanie długu, decydują się na jego upublicznienie. Mimo silnej pozycji Krajowego Rejestru Długów, wiele firm z branży obrotu wierzytelnościami tworzy własne rejestry dłużników. Ich popularność wynika najczęściej z braku możliwości podjęcia innych działań względem wierzytelności trudno ściągalnych, o dużym przeterminowaniu, znajdujących się na etapie sądowym lub wobec dłużników niewypłacalnych, czy będących w upadłości. Wówczas wpis do rejestru dłużników pozostaje jedyną rzeczą, jaką może zrobić wierzyciel. Czasami wpisanie dłużnika do rejestru może zadziałać dyscyplinująco. Najczęściej gdy brak wpłaty wynika ze złej woli, a nie trudnej sytuacji finansowej. Wtedy z obawy przed upublicznieniem informacji o nierzetelności część dłużników decyduje się uregulować należność.

Trend 3: Unikanie ryzyka dzięki prześwietlaniu klientów

Praktyka zbierania informacji o potencjalnym kontrahencie zyskuje w ostatnich czasach na popularności. Przedsiębiorcy słusznie stosują profilaktykę, która pomaga uniknąć ryzyka współpracy z niewypłacalnym bądź nierzetelnym kontrahentem. Najczęściej zlecają przeprowadzenie wywiadu gospodarczego przed podpisaniem znaczącego kontraktu, dokonaniem fuzji lub w przypadku inwestycji wymagającej zaangażowania znacznych środków. W takich sytuacjach wydatek związany ze zleceniem wywiadu gospodarczego jest stosunkowo niewielki wobec ewentualnego ryzyka związanego z transakcją. Usługę wywiadu gospodarczego oferują wywiadownie gospodarcze, agencje detektywistyczne, a także firmy windykacyjne.

„Informacje pozyskiwane z wszystkich odstępnych źródeł pozwalają ustalić sytuację finansową przedsiębiorstwa, powiązania kapitałowe członków zarządu, moralność płatniczą oraz opinię jaką ma firma wśród otoczenia biznesowego”- przekonuje Danuta Czapeczko Dyrektor Sprzedaży i Marketingu PRAGMA INKASO SA. Firmy prześcigają się w uatrakcyjnianiu oferty w tym zakresie. Niektóre wywiadownie zatrudniają psychologów biznesu, aby dodatkowo sporządzały profil psychologiczny prezesa czy właściciela. Firmy oferujące tego rodzaju usługę przekonują, że cechy osobowe menadżera mają niebagatelny wpływ na długoterminową sytuację i perspektywy rozwoju przedsiębiorstwa.

Trend 4: Zlecanie windykacji on-line

Coraz więcej firm dąży do automatyzacji zarówno procesu windykacji wierzytelności, jak i obsługi zlecającego ją klienta. Informatyzacja pozwala obniżyć koszt usług, a użytkownicy zyskują komfort i oszczędzają czas. Proste narzędzia do samoobsługowej internetowej windykacji wprowadziło wiele firm z branży. Przedsiębiorcy mogą już wysyłać formularze wezwań do zapłaty tzw. monity czy odpłatnie użytkować pieczęcie prewencyjne firm windykacyjnych. Wierzyciele korzystają też z możliwości wglądu on-line w postęp swoich spraw. Samo jednak zlecenie windykacji wymagało dotąd kontaktu, jeżeli nie twarzą w twarz, to przynajmniej mailowego z przedstawicielami firmy windykacyjnej.

Nowością jest aplikacja Debtpoint od PRAGMA INKASO umożliwiająca elektroniczne zlecenie windykacji. Pozwala ona zlecić proces odzyskania należności bez konieczności wychodzenia z biura czy rozmów z doradcą. „Nowe narzędzie pozwala na szybkie rozpoczęcie realizacji usługi, co jest kluczowe dla przedsiębiorców borykających się z problemem płynności finansowej – podsumowuje Danuta Czapeczko. „Proces zlecenia windykacji udało się ograniczyć do pięciu kliknięć. Aplikacja na podstawie udzielonych odpowiedzi pomaga określić problem, automatycznie wygenerować umowę windykacji, przekazać zlecenie do realizacji lub przesłać klientowi indywidualną ofertę o dofinansowanie lub sprzedaż długu, bez konieczności kontaktu osobistego czy telefonicznego” – dodaje. Ten trend będzie się szczególnie rozwijał w segmencie B2B, ponieważ firmy podążają za oczekiwaniami klientów, którzy niechętnie patrzą na tradycyjne, angażujące czas formy prezentowania oferty.

Trend 5. Koszty windykacji ponosi dłużnik

Standardem na polskim rynku windykacyjnym jest pobieranie wynagrodzenia w formie prowizji jedynie od kwot rzeczywiście odzyskanych. Mimo to powszechne przekonanie o dużych kosztach usług skutecznie zniechęcało mniejszych wierzycieli do zlecania windykacji firmom zewnętrznym. Obowiązująca już od roku ustawa o terminach płatności, uprawniająca wierzycieli do obciążenia dłużnika kosztami windykacji, może to zmienić. Zgodnie z zapisami, wierzyciel może domagać się od dłużnika równowartości 40 EUR jako zryczałtowanych kosztów windykacji, a także prowizji firmy windykacyjnej. Firmy windykacyjne starają się dobrze wykorzystać tę szansę. Większość z nich wprowadziło do oferty odzyskiwanie własnej prowizji od dłużnika jako dodatkową usługę. Można przypuszczać, że usprawnienie procedur w tym zakresie spowoduje większe zainteresowanie wierzycieli usługami firm z branży obrotu wierzytelności i pozwoli słusznie obciążać wszelkimi kosztami dochodzenia roszczeń dłużników.

Lepsza ochrona konsumentów – ustawa o prawach konsumenta

0

Nieudana transakcja w Internecie lub od akwizytora? Każdy z nas będzie mógł w ciągu 14 dni zwrócić produkt kupiony w ten sposób. Ponadto, koszty zakupu usług i towarów w sieci nie będą już dla klientów zaskoczeniem. Dzisiaj Parlament zakończył prace nad ustawą o prawach konsumenta

Sejm przyjął poprawki Senatu do ustawy o prawach konsumenta. Po podpisaniu przez Prezydenta RP, nowe prawo zacznie obowiązywać w ciągu 6 miesięcy od momentu ogłoszenia w Dzienniku Ustaw RP.

Jakie zmiany nas czekają?

Konsumenci zyskają jeszcze większą ochronę swoich praw. Najważniejsze zmiany, które będą chronić wszystkich słabszych uczestników rynku to wydłużenie prawa do odstąpienia od umowy zawartej poza lokalem lub na odległość z 10 do 14 dni oraz wymóg uzyskania wyraźnej zgody konsumenta na wszelkie dodatkowe płatności wykraczające poza uzgodnione wynagrodzenie za główne obowiązki przedsiębiorcy wynikające z umowy. Dzięki temu dokonywanie zakupów w sieci będzie bezpieczniejsze.

Konsument, który kupi wadliwy produkt, składając reklamację, będzie mógł wybrać między jego naprawą, wymianą, obniżeniem ceny a odstąpieniem od umowy.

Wejście w życie

Dostosowanie się przedsiębiorców, ich klientów oraz organizacji broniących praw konsumentów do nowych przepisów będzie wymagało czasu. Dlatego wydłużenie vacatio legis, czyli czasu niezbędnego na wejście w życie regulacji, do sześciu miesięcy, pozwoli na lepsze stosowanie przepisów w praktyce. Aby zwiększyć świadomość uczestników rynku na temat nowych przepisów, UOKiK planuje przeprowadzić jesienią kampanię informacyjną.

Ustawa wdrażająca do polskiego prawa dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady została przygotowana przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Prawa kupujących i obowiązki sprzedających będą identyczne w całej UE.

W Wielkiej Brytanii powstało już ponad 40 tys. polskich firm

0

W Wielkiej Brytanii działa już 40 tys. polskich firm. Własną działalność gospodarczą może prowadzić nawet co szósty Polak pracujący na wyspach. Dzięki członkostwu w UE wzrosła też wymiana handlowa, która w ciągu 10 lat przekroczyła 400 mld zł. Z kolei brytyjscy inwestorzy, tacy jak Tesco czy GlaxoSmithKline, napędzają polską gospodarkę.

W Wielkiej Brytanii jest około 40 tysięcy przedsiębiorstw z Polski, więc jedna na sześć osób pochodzenia polskiego pracujących w Wielkiej Brytanii prowadzi własną działalność gospodarczą. Oni pracują w różnych gałęziach gospodarki – usługach finansowych, sklepach, sektorze usług, w wielu różnych obszarach – produkcji, drewnie, budowlance, pracach konstrukcyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Martin Oxley, dyrektor UK Trade & Investment w Warszawie.

Oxley podkreśla, że w ciągu dziesięciu lat członkostwa Polski w UE więzy gospodarcze między naszym krajem a Wielką Brytanią znacznie się zacieśniły. Jednym z bardzo widocznych efektów jest migracja. Wiele osób, które wyjechały z Polski do Wielkiej Brytanii, prowadzi własną działalność gospodarczą. Polaków nie brakuje też w londyńskim sektorze finansowym.

Widzimy również Polaków pracujących w londyńskim City, w organizacji Polish City Club, są dobrzy finansiści, którzy wywodzą się z City i wciąż w nim pracują. Tak więc jest to cały wachlarz rodzajów zatrudnienia, czy to praca w czyjejś firmie, czy prowadzenie własnej – tłumaczy Oxley.

Zwraca też uwagę na rosnącą wymianę handlową. Od 2004 r. wymiana handlowa z Wielką Brytanią sięgnęła już 80 mld funtów, czyli ponad 400 mln zł. Wielka Brytania jest drugim partnerem handlowym Polski (po Niemczech), a Polska szóstym krajem wśród partnerów handlowych Wielkiej Brytanii. Wymiana handlowa dotyczy bardzo wielu produktów – inżynierskich, samochodów czy spożywczych.

Tylko w okresie od stycznia do października 2013 r., zgodnie z danymi GUS, eksport Polski do Wielkiej Brytanii wyniósł 30,7 mld zł, a import – 12,7 mld zł. Stanowiło to odpowiednio 6,5 proc. i 2,7 proc. polskiej wymiany handlowej.

Oxley zauważa jednak, że poza wymianą handlową, Polska korzysta też na bezpośrednich inwestycjach brytyjskich inwestorów. W 2013 r. według danych PAIiIZ przedsiębiorcy z Wielkiej Brytanii zainwestowali w Polsce bezpośrednio 3,5 mld zł. Więcej zainwestowali tylko Francuzi i Niemcy.

Wielka Brytania to drugi największy światowy inwestor, a w Polsce jest dziewiąty. Istnieje istotny poziom inwestycji, spójrzmy chociaż na sektor sprzedaży detalicznej, mamy np. Tesco, który zainwestował w sieć detaliczną, a nawet dużo więcej, bo zmodernizował sprzedaż detaliczną i zbudował swoją pozycję w eksporcie produktów z Polski. Jeśli chodzi o opiekę medyczną, mamy dwie firmy farmaceutyczne – AstraZeneca i GlaxoSmithKline. Glaxo inwestowała w Poznaniu i stworzyła tam jedno ze swoich światowych centrów produkcyjnych – wylicza Oxley.

Dodaje, że Brytyjczycy doceniają też polskie produkty. Nie chodzi wyłącznie o żywność, którą bez problemu można kupić w Wielkiej Brytanii, lecz także o produkty inżynierskie, doceniane za wysoką jakość.

Właśnie dzięki temu Polska nie jest na wyspach postrzegana tylko w kategoriach siły roboczej. Brytyjczycy doceniają Polaków za ich umiejętności i profesjonalizm. Poza finansistami w Londynie, wielu Polaków pracuje też u wybrzeży Szkocji w sektorze wydobycia ropy naftowej. Jest też sporo osób w sektorze usługowym. Niektórzy z nich traktują Wielką Brytanię jako miejsce nauki, a potem wracają do Polski, by otworzyć hotel, restaurację lub inną firmę.

Właściwe strategie inwestycyjne na instrumentach pochodnych szansą na dobre zyski

CEO Magazyn Polska

Inwestycje w opcje i kontrakty terminowe mogą zwiększyć wolumen transakcji na warszawskiej giełdzie. Doradcy inwestycyjni podkreślają, że właściwe strategie inwestowania mogą przynieść znacznie wyższe zyski niż odsetki osiągane w bankach czy wypracowywane przez fundusze inwestycyjne. By zmniejszyć ryzyko, należy jednak dywersyfikować inwestycje.

 Z mojego punktu widzenia to jest największe rozczarowanie, że instrumenty, jak futures i opcje, nie przyjęły się, ich wolumen jest niski. Zróbmy coś, żeby uaktywnić ten rynek, bo to jest jedna z dróg, dzięki której inwestorzy mogą zarobić i spekulanci mogą zarobić. Szkoda, że jest ta stagnacja. Miejmy nadzieję, że to się ruszy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zenon Komar, doradca i bankier inwestycyjny.

Futures, czyli kontrakty terminowe, pojawiły się na Giełdzie Papierów Wartościowych w 1998 r. Obecnie giełda umożliwia obrót kontraktami terminowymi na główne indeksy (WIG20 i mWIG40), akcje niektórych spółek oraz waluty. Jak wynika z raportu rocznego GPW za ubiegły rok liczba transakcji na kontraktach terminowych przekroczyła 3 mln, a wolumen kontraktów – 11,8 mln. Najpopularniejsze były kontrakty indeksowe (odpowiednio 2,4 mln oraz 8,3 mln).

Opcje z kolei dają nabywcy prawo sprzedaży (put) lub nabycia (call) akcji po z góry określonej cenie w określonym czasie. Komar podkreśla, że tradycyjną strategią jest czekanie do dnia wygaśnięcia opcji. Tymczasem większe zyski można uzyskać, decydując się na wcześniejszą realizację opcji – w momencie, kiedy poziom, jaki osiągają, zapewnia gwarantowane zyski.

Ostatnie badania pokazały, że należy zamykać transakcje przynajmniej tydzień przed wygaśnięciem lub również akceptować zyski znacznie wcześniej. Innymi słowy, mimo że zawieramy transakcje na 45 dni, bo taka jest rekomendacja strategii, to jeśli uzyskujemy zysk 50-proc. następnego dnia, a takie rzeczy też się zdarzają, to zamknijmy transakcję – radzi Zenon Komar.

Dodaje, że w ten sposób uwalniamy wcześniej środki i możemy wykonać więcej transakcji w danym okresie. Podkreśla, że z punktu widzenia minimalizacji ryzyka jak największa liczba transakcji jest bardzo korzystna.

–  Chodzi o to, żeby wykonywać jak najwięcej transakcji, ale małymi pozycjami, bo wielkość zabija. Nie wchodzimy z 25-proc. kapitałem na jedną transakcję, tylko nie więcej niż 3 proc., a najlepiej 1 proc. czy nawet jeszcze mniej – podkreśla doradca inwestycyjny.

I zapewnia, że w ten sposób inwestorzy mogą osiągnąć zyski lepsze niż w bankach lub funduszach inwestycyjnych.

W ubiegłym roku pod względem wolumenu obrotów kontraktami indeksowymi GPW zajęła piątą pozycję w Europie, a trzynastą pod względem wolumenu obrotów wśród opcji na indeksy. Rynek instrumentów pochodnych warszawskiej giełdy jest najdynamiczniej rozwijającym się rynkiem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Ten rok dla tego typu instrumentów będzie bardzo ważny. W czerwcu kończy się notowanie kontraktów na WIG20 z mnożnikiem 10 zł, a notowane będą wyłącznie z mnożnikiem 20 zł. Natomiast pod koniec roku rozpocznie się przenoszenie pochodnych na indeks WIG20 (kontraktów i opcji) na pochodne na indeks WIG30.

Zenon Komar był gościem specjalnym konferencji GPW „Instrumenty Pochodne 2014”.

Komentarz indeksowy BossaFX 30 maja 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 30 maja 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Faktoring, czyli alternatywna forma finansowania firm, rośnie w siłę. Kolejne lata mają być równie dobre

CEO Magazyn Polska

Rynek faktoringowy z roku na rok notuje dynamiczny wzrost. W ubiegłym roku wartość wykupionych należności wyniosła blisko 100 mld zł, a wartość obrotów w porównaniu z 2012 rokiem wzrosła o ponad 15 procent. Także i w tym roku eksperci spodziewają się dwucyfrowego wzrostu. Coraz więcej firm widzi w faktoringu skuteczne narzędzie do rozwiązywania problemów z płynnością finansową. Cenią również wartości dodane do faktoringu  administrację należnościami czy weryfikację klientów.

 Bez względu na to, jak popatrzymy na historię ostatnich piętnastu lat naszego rozwoju gospodarczego, czy to będą lata koniunktury gospodarczej, czy dekoniunktury, rynek faktoringowy sukcesywnie rośnie. W 2013 roku zbliżyliśmy się do magicznej liczby, czyli 100 mld zł wykupionych należności przez firmy faktoringowe. To już jest dosyć duży wolumen – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Pardela, dyrektor i członek zarządu Pragma Faktoring SA

Zdaniem Pardeli sukcesu faktoringu należy upatrywać w fakcie, że jest narzędziem uzupełniającym. Oznacza nabycie na podstawie cesji praw do pieniężnej wierzytelności handlowej przed terminem jej płatności i zabezpiecza płynność finansową przedsiębiorcy. Jednak faktoring nie jest wyłącznie finansowaniem, klienci doceniają także wartości dodane, jakie niesie ze sobą skorzystanie z tego typu usług.

Firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów obsłużyli w 2013 roku wierzytelności blisko 5,5 tys. klientów i objęły ponad 100 tys. kontrahentów. Dynamiczny rozwój pozwolił polskiemu rynkowi zbliżyć się pod względem wielkości do pierwszej dziesiątki w Europie, jednak do tych najlepszych sporo brakuje – np. na brytyjskim rynku wartość wykupionych należności w 2013 roku wyniosła niemal 270 mld zł.

Jeśli chodzi o stopień nasycenia rynku to w Polsce finansujemy faktoringiem ok. 6 proc. PKB, przy 10-12 proc. PKB w Wielkiej Brytanii. To starszy rynek, oferuje też nieco inne usługi. W Polsce przeważa pełny faktoring, związany z przejęciem ryzyka niewypłacalności odbiorcy. W brytyjskich usługach dominuje invoice discounting, czyli wykup konkretnych wierzytelności w oparciu o cesję należności, robiony najczęściej w standardzie jako usługa z regresem do klienta. Drugą podstawową różnicą jest to, że rynek brytyjski oferuje rozwiązania dodatkowe, czyli asset-based lending, to coś w rodzaju pożyczki pod inne aktywa. W Polsce takie rozwiązania proponują nieliczne firmy – wyjaśnia Pardela.

W Polsce proporcje usług faktoringowych – pełnych i nieubezpieczonych – dzielą się w równych proporcjach. Na wyspach przeważa faktoring niepełny. Eksperci podkreślają, że w Polsce powoli się to jednak zmienia i coraz więcej przedsiębiorstw, zwłaszcza małych i średnich, interesuje się dodatkowymi rozwiązaniami, które niesą ze sobą faktoring.

Firmy cenią wszystkie usługi dodane, administrowanie należnościami, weryfikowanie klientów, ich zdolności do spłaty odroczonego kredytu kupieckiego. To jest bardzo istotne, bo to część pracy, którą wykonuje za nich faktor, czego nie dostaną w banku, i to jest ta wartość dodana ponad kredyt bankowy – ocenia Grzegorz Pardela.

Przekonuje, że w najbliższych latach nastąpi znaczny rozwój dodatkowych rozwiązań.