Komentarz walutowy BossaFX 23 maj 2014 r.
Handel w Polsce – prognozy na przyszłość
Handel hurtowy i detaliczny to sektor o znaczącej roli w polskiej gospodarce. Jak wynika z raportu opracowanego przez DNB Bank Polska i Deloitte „Kierunki 2014 – kluczowe czynniki determinujące handel w Polsce”, firmy handlowe wytwarzają 17 proc. wartości dodanej brutto, a sektory pośrednio powiązane z handlem tworzą dodatkowe 12 proc. W rezultacie sektor handlu przyczynia się do tworzenia aż 29 proc. wartości dodanej w gospodarce. Handel to także prawie 2 mln miejsc pracy, a w sektorach powiązanych kolejne 1,6 mln, co łącznie stanowi 3,6 mln zatrudnionych, czyli 26 proc. ogółu pracujących.
Wedle autorów raportu w ostatnich 10 latach dość znacząco zmieniły się obraz i struktura handlu w Polsce. Ogólna liczba sklepów zmalała o 21 proc. (z ponad 450 tys. w roku 2002 do niecałych 360 tys. w roku 2012), jednocześnie szybko rośnie liczba sklepów wielkopowierzchniowych, które wypierają z rynku sklepy mniejsze. Obecnie placówki wielkopowierzchniowe (o powierzchni 400 m2 i większej) zajmują niemal 50 proc. całkowitej powierzchni handlowej (wobec 28 proc. jeszcze w 2005 r.). Udział sprzedaży w sieciach handlowych w Polsce już teraz przewyższa poziom w rozwiniętych gospodarkach (za wyjątkiem Anglii), choć w niektórych krajach Europy Środkowej jest jeszcze wyższy.
– W tym kontekście możliwość dalszego zwiększania udziału sprzedaży w sklepach wielkopowierzchniowych wydaje się w Polsce ograniczona. Uważamy, że dalszy rozwój sieci handlowych odbywać się będzie raczej poprzez konsolidację i przejęcia, niż znaczące zmiany w strukturze handlu detalicznego, choć nie można wciąż wykluczyć wchodzenia na polski rynek specjalistycznych sieci handlowych, mówi Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska.
Warto też zwrócić uwagę na fakt, że skala nasycenia sklepami wielkopowierzchniowymi jest dość mocno zróżnicowana na poziomie województw, co odzwierciedla duże zróżnicowanie sytuacji społeczno-ekonomicznej regionów Polski – ściana wschodnia (z niskim poziomem PKB per capita i niską urbanizacją) versus ściana zachodnia (bogatsza i silniej zurbanizowana).
– Czynniki wzrostu sieci handlowych, ale też całego handlu, wynikać będą w najbliższym czasie raczej z trendów rozwojowych, w tym ze wzrostu siły nabywczej biedniejszych regionów, rozwoju urbanizacji, czy z poprawy sieci drogowej umożliwiającej dalsze podróże po tańsze zakupy – handel przygraniczny w Europie, czy mall’e handlowe na dalekich przedmieściach w USA dobrze pokazują to zjawisko, mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte.
Trendy w gospodarce i ich wpływ na handel
Spowolnienie gospodarcze w latach 2012-2013 przyniosło wyhamowanie dynamiki obrotów zarówno w handlu hurtowym jak i detalicznym. Tendencje w poszczególnych segmentach były jednak zróżnicowane. Spowolnienie dotknęło w szczególności sprzedaży detalicznej w niewyspecjalizowanych sklepach – głównie wielkopowierzchniowych (spadek dynamiki do mniej niż 4 proc. w 2013 r., w tym do 3 proc. w sklepach z przewagą żywności i 6 proc. w pozostałych, do których zaliczona jest Biedronka i Real), a także w placówkach z artykułami użytku domowego (chociaż tu nadal występuje wzrost: 10 proc. w 2013 r.) i wyrobów związanych z kulturą i rekreacją (dynamika ujemna).
W obszarze artykułów użytku domowego relatywnie wysoki wzrost nadal dotyczy wyrobów tekstylnych i sprzętu elektrycznego (po ok. 20 proc.). Na uwagę zasługuje również wysoki wzrost sprzedaży w sklepach z żywnością (24 proc. w 2013 r.), który dotyczy jednakże firm zatrudniających powyżej 9 osób (a więc nie obejmuje małych sklepów osiedlowych).
Co ciekawe, osłabienie popytu konsumpcyjnego nie miało większego wpływu na sprzedaż odzieży, obuwia i wyrobów skórzanych, kosmetyków, a nawet biżuterii. Utrzymał się też dynamiczny wzrost sprzedaży poza siecią sklepową i targowiskami (w tym, przez Internet i domy wysyłkowe).
W kilku branżach (zwłaszcza napojów alkoholowych i bezalkoholowych, sprzętu elektronicznego i telekomunikacyjnego, maszyn i urządzeń rolniczych, mebli biurowych, odpadów i złomu) obroty w ubiegłym roku jednorazowo zmalały – za wcześnie jednak, by wnioskować o jakiejś trwałej tendencji, zwłaszcza, że sytuacja ekonomiczna na świecie i w Polsce wydaje się powoli stabilizować
Czy e-handel zmieni układ sił?
W Polsce udział handlu przez Internet w handlu ogółem to jedynie około 3 proc., podczas gdy w krajach rozwiniętych ta wartość jest 2-3-krotnie wyższa niż w Polsce. Tempo wzrostu e-handlu, począwszy od segmentu spożywczego, poprzez odzież, a skończywszy na AGD w grupie 250 największych globalnych sieci handlowych przekracza 20 proc. Utrzymywanie tak silnie rosnącego trendu wzrostowego wymaga nie tylko wykorzystania rezerw prostych, ale rozwoju znacznie bardziej zaawansowanych technologicznie rozwiązań. To właśnie rozwój technologii – przede wszystkim takich jak geopozycjonowanie za pomocą GPS, identyfikacja za pomocą fal radiowych RFID, która nie jest jeszcze szeroko wykorzystywana ze względu na koszty czy druk 3D – będzie w największej mierze decydował o przyszłym kształcie handlu.
– W zależności od rozwoju nowych technologii, e-handel może w bardzo różny sposób wpływać na „tradycyjny” handel hurtowy i detaliczny, czy poszczególne segmenty rynku. Na przykład, rozwój drukarek 3D może wypierać hurtowników na korzyść detalistów, gdyż ci będą w stanie dostarczać towary bezpośrednio do klientów – z pominięciem łańcucha dostaw, w tym hurtowni. Z drugiej strony, rozwój zaawansowanych portali internetowych i logistyki może wypierać z części rynku detalistów na korzyść hurtowników, którzy będą rozwijali sprzedaż detaliczną, twierdzi Artur Tomaszewski, prezes DNB.
Perspektywy i prognozy dla polskiego handlu
W ostatnich dwóch latach sprzedaż żywności spowolniła do umiarkowanego tempa, natomiast popyt na dobra trwałego i półtrwałego użytku zwolnił w relatywnie większym stopniu, choć nadal pozostawał silny. – Stosunkowo duży udział żywności w koszyku polskiego konsumenta, a ponadto relatywnie niska zależność tego segmentu od osłabienia sytuacji dochodowej społeczeństwa tłumaczy sukces dyskontów w Polsce w okresie spowolnienia, twierdzi Rafał Antczak z Deloitte.
A co można prognozować na kolejne okresy? Wg. autorów raportu, po słabym roku 2013 kolejne dwa lata będą lepsze, ale poprawa sytuacji w segmentach handlu nie będzie równomierna. Wzrost dochodów gospodarstw domowych spowoduje ożywienie w handlu detalicznym, co podniesie dynamikę sprzedaży do ponad 6 proc. w latach 2014-2015 i jest to niezły wynik na tle UE. Jednak wciąż słaba dynamika inwestycji w Polsce nie będzie wystarczającym sygnałem trwałej poprawy koniunktury, więc raczej mało prawdopodobny jest powrót do wysokiej dynamiki sprzedaży detalicznej z lat poprzednich.
Inna będzie natomiast sytuacja handlu hurtowego, gdyż silnie rosnący eksport (od 2014 r.) będzie czynnikiem nakręcającym dynamikę sprzedaży na rynkach zewnętrznych, co razem z nieco lepszą sytuacją na rynku wewnętrznym może powodować silne odbicie wzrostu sprzedaży hurtowej – do 12 proc. w roku 2015 w porównaniu do roku 2014.
– Realizacja takiego scenariusza może okazać się sprzyjająca dla ekspansji polskich firm handlowych za granicą – dodatkowo wzmocnionych dobrymi wynikami w kraju. Kluczową przesłanką do takiej decyzji musi być jednak każdorazowo szczegółowa analiza sytuacji finansowej własnej i konkurencji, mówi Artur Tomaszewski, prezes DNB.
Co dalej z polskimi firmami handlowymi, czyli albo rozwijać albo zwijać biznes
Połowa firm spośród 10 największych globalnych sieci handlowych jest już w Polsce obecna, a największa firma handlu detalicznego w Polsce (Jeronimo Martins – właściciel sieci Biedronka) znajduje się na 67. miejscu wśród największych firm globalnych. Jeśli jednak spojrzeć na czołówkę polskich firm handlowych notowanych na warszawskiej giełdzie, to ich przychody ze sprzedaży są wciąż na tyle nieznaczące, że poza jednym wyjątkiem (Eurocash) żadna z nich nie wchodzi do globalnego rankingu Top 250.
Z drugiej strony, średnioroczna dynamika przychodów ze sprzedaży, czy rentowność obrotu netto plasują polskie firmy na poziomie firm z czołowej światowej „10”, a więc dużo powyżej firm z końca stawki Top 250, bardziej odpowiadających im wielkością. Polskim firmom jednak wciąż daleko do liderów globalnych pod względem tempa wzrostu przychodów ze sprzedaży.
– Ekonomia skali ma w handlu podstawowe znaczenie, zatem polskie firmy, myśląc o dalszym rozwoju, muszą zacząć myśleć i planować regionalnie, mówi Rafał Antczak. Strategię taką realizuje już zresztą ponad 1/3 firm, prowadzących działalność w więcej niż jednym kraju.
– Polskie firmy handlowe mogą zatem okazywać się lepsze od globalnych firm na rynku lokalnym i regionalnym pod względem wskaźników finansowych i konkurencyjności, muszą jednak zadbać o efekt skali, konkluduje Artur Tomaszewski.
Czechy sposobem na obejście nowych przepisów o VAT
Przedsiębiorcy znaleźli sposób na otrzymanie zwrotu VAT bez zbędnych formalności – zakładają spółkę w Czechach, kupują auto, odliczają pełny VAT.
Dnia 1 kwietnia 2014 r. weszły w życie przepisy, które ograniczają pełne prawo do odliczenia podatku naliczonego przy nabyciu samochodów osobowych. Jeżeli właściciel będzie wykorzystywał auto tylko i wyłączenie do celów służbowych, będzie mógł liczyć na odliczenie 100%, gdy pojazd będzie używany zarówno służbowo, jak i prywatnie, odliczenie będzie możliwe tylko w 50%, przy czym jako użytek prywatny traktowany jest już powrót autem z miejsca pracy do domu.
Jak informuje Tygodnik Biznes i Prawo, nowe zasady odliczania VAT, jak by się mogło wydawać, wcale nie są korzyścią dla właścicieli firm. Konieczne jest prowadzenie tabel, w których wykazywać się będzie cele podróży. Przedsiębiorcy zgodnie podkreślają, że byłoby to duże obciążenie i jest to nieopłacalne, a na wynajęcie osoby odpowiedzialnej za to ich nie stać.
Rynek nie znosi próżni, przedsiębiorcy znaleźli więc obejście niekorzystnych przepisów. Lekarstwem i „rajem podatkowym” okazały się Czechy. Przepisy czeskiej ustawy o VAT pozwalają na odliczenie całego podatku zawartego w cenie nabytego samochodu, cenie paliwa i wydatkach eksploatacyjnych, a obywatel polski ma pełne prawo do założenia działalności gospodarczej jak czescy przedsiębiorcy, a co za tym idzie rozlicza się na podstawie przepisów obowiązujących w Czechach.
Jest też niestety drugie dno „czeskiego raju”. Optymalizacja ta, choć jest zachęcająca, może nie przynieść wymiernych efektów finansowych, ponieważ trzeba brać pod uwagę koszt i czasochłonność przedsięwzięcia. Właściciele firm chcący zarejestrować swoją działalność w Czechach powinni pamiętać, że bez znajomości tamtejszych przepisów prawnych i podatkowych bądź wynajęcia podmiotu załatwiającego formalności może to być dużym utrudnieniem.
Mandaty z fotoradarów – wskazujesz kierowcę albo płacisz
Inspekcja Transportu Drogowego, policja oraz straż miejska lub gmina mają pełne prawo karać właścicieli pojazdów złapanych przez fotoradar za niewskazanie kierowcy, który wówczas prowadził pojazd.
Ponad 1500 radarów w Polsce robi codziennie kilkaset zdjęć pojazdom, które przekroczyły dozwoloną prędkość. Często zdarza się, że pojazdem w tym momencie nie kierował jego właściciel. W takiej sytuacji jest on zobowiązany ujawnić, kto złamał przepisy, jadąc jego pojazdem. Jeśli tego nie zrobi, zostanie ukarany grzywną. Wysokość jej może wynosić od 20 do 5000 zł.
Jak informuje portal Experto24.pl Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że na żądanie uprawnionego organu posiadacz pojazdu ma obowiązek wskazać, komu powierzył samochód do kierowania lub używania w oznaczonym czasie, chyba, że auto zostało użyte wbrew jego woli.
Osoba wezwana do wskazania kierowcy ma pięć możliwości:
wskazać siebie, jeżeli faktycznie prowadziła pojazd,
przedstawić dowód, że nie jest ani właścicielem, ani posiadaczem pojazdu,
wskazać, kto kierował pojazdem lub używał go,
nie wskazać, komu powierzyła pojazd do kierowania lub używania,
przedstawić dowód, że pojazd był użyty wbrew jej woli i wiedzy.
Tylko w czwartym przypadku właściciel lub posiadacz pojazdu naraża się na odpowiedzialność za wykroczenie określone w art. 96 § 3: tej samej karze podlega, kto wbrew obowiązkowi nie wskaże na żądanie uprawnionego organu, komu powierzył pojazd do kierowania lub używania w oznaczonym czasie.
Trybunał w swoim wyroku dodał, że alternatywą dla fotoradarów mogą być tylko zwiększone siły w liczebności policjantów na drogach – kontrolujących ruch. Jednak to rozwiązanie byłoby dużo kosztowniejsze dla państwa, choć z pewnością mniej uciążliwe dla kierowców.
Od 2005 r. w Polsce ubyło prawie 100 tys. sklepów. Handel będzie jednak dynamicznie rósł
Choć w ciągu ostatniej dekady o ponad jedną piątą zmalała liczba sklepów, handel detaliczny będzie nadal rósł 6 proc. rocznie – wynika z raportu przygotowanego przez DNB Bank Polska i Deloitte. Handel hurtowy będzie się rozwijał nawet szybciej, głównie dzięki eksportowi. Sprzedaż w internecie stanowi na razie tylko 3 proc. rynku, ale może rosnąć nawet ponad 20 proc. rocznie w najbliższych latach.
– Wyniki handlu zależą od tego, ile mają do wydania klienci indywidualni. Ponieważ planujemy wzrost PKB, szacujemy, że handel detaliczny będzie rósł w tempie jednocyfrowym, około 6 proc. rocznie – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska. – Handel hurtowy jest silnie powiązany z polskim eksportem, który dynamicznie rośnie i będzie rósł. Dlatego w handlu hurtowym szacujemy wzrosty przekraczające 10 proc. nawet w najbliższych dwóch latach.
Tomaszewski przypomina, że handel to najważniejszy sektor polskiej gospodarki. Niemal 30 proc. PKB kraju pochodzi z tego obszaru (razem z firmami pośrednio związanymi z handlem). W handlu i sektorach powiązanych pracuje też 3,6 mln osób, czyli ponad jedna czwarta zatrudnionych w Polsce.
W ostatnich dwóch latach w handlu nastąpiło nieznaczne spowolnienie. Pomimo tego w niektórych sektorach wzrosty nadal były znaczące. Wyroby tekstylne i sprzęt elektryczny sprzedawały się o ponad 20 proc. lepiej. Wzrosty zanotowały także sklepy z żywnością (24 proc.), choć ten wskaźnik nie obejmuje małych sklepów osiedlowych.
Tomaszewski dodaje, że w handlu panuje duża konkurencja, więc należy spodziewać się poszerzenia działalności przez największych graczy.
– Najwięksi gracze wykazują się niewielkimi marżami i starają się rozepchnąć na rynku po to, żeby je zwiększyć. Z jednej strony wchodzą sami w produkcję pod swoimi markami, w których są wyższe marże, z drugiej strony obserwujemy trend wejścia hurtowników do handlu detalicznego, przykładem tego mogą być firmy pośredniczące w sprzedaży farmaceutyków, które budują swoje sieci aptek. W marży detalicznej mamy nieco wyższą marżę niż w hurcie – tłumaczy Tomaszewski.
Dodaje, że coraz większy wpływ na handel będzie miał e-commerce. Na razie handel elektroniczny to tylko 3 proc. całego rynku – trzykrotnie mniej niż w Europie Zachodniej. Ale Tomaszewski spodziewa się utrzymania, a nawet zwiększenia dynamiki wzrostu tego sektora, która już teraz przekracza 20 proc. rocznie.
Choć podstawowymi czynnikami wpływającym na rozwój handlu pozostają dochody konsumentów oraz wzrost eksportu (zwłaszcza dla handlu hurtowego), to dużą rolę odgrywają też nowe technologie. Rozwój dostępu do internetu, technologii GPS czy np. trójwymiarowych drukarek zwiększają dynamikę handlu. Wciąż potrzebne są inwestycje w infrastrukturę i logistykę.
– Nie mamy profesjonalnego lotniska cargo, miało powstać między Łodzią a Warszawą, to byłby bardzo ciekawy projekt, który wspierał chociażby wyjście polskich firm handlowych za granicę. To jest moim zdaniem kluczowy element – ocenia Tomaszewski.
Pomimo dużego rozwoju sklepów wielkopowierzchniowych, które mają już niemal 50 proc. udziału w całkowitej powierzchni handlowej w Polsce, małe sklepy osiedlowe nie mają się czego obawiać. Tomaszewski zwraca uwagę na to, że coraz bardziej zapracowani Polacy cenią sobie szybkie i wygodne zakupy w przystępnej cenie, na czym poza sklepami osiedlowymi korzystają też rozszerzające swoją ofertę dyskonty.
– Przez jeszcze wiele najbliższych lat nasze podstawowe potrzeby będziemy zaspokajać w tych sklepach. Trudniej będą miały sklepy wielkopowierzchniowe, bo tam mamy do czynienia z nasyconym rynkiem. Jest ono wyższe niż nawet na najbardziej rozwiniętych rynkach zachodniej Europy – ocenia Tomaszewski.
Prezydent Krakowa: jestem za budową metra, ale jeszcze nie teraz
W niedzielę, 25 kwietnia, mieszkańcy Krakowa wypowiedzą się w referendum, czy chcą organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2022. Prezydent miasta liczy na pozytywne odpowiedzi Krakowian, bo jak podkreśla, projekt się spina i jest korzystny dla miasta. Mieszkańcy wyrażą również swoje opinie na temat budowy metra. Tu Jacek Majchrowski ma więcej wątpliwości – przede wszystkim dotyczących tego, czy projekt warto zrobić w tej perspektywie UE. Są już firmy, które zgłosiły gotowość do współpracy z miastem przy budowie.
– Liczę na to, że mieszkańcy Krakowa są ludźmi otwartymi, mądrymi i zagłosują za olimpiadą, bo to jest szansa rozwoju – przekonuje prezydent Krakowa Jacek Majchrowski w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Jaki mielibyśmy interes – ja i moi współpracownicy – żeby doprowadzić Kraków do fatalnego stanu.
Kwestia organizacji zimowych igrzysk budzi wiele wątpliwości. Władze miasta przekonują, że to korzystny dla Krakowa i regionu pomysł, przeciwnicy mówią natomiast o wysokich kosztach, jakie wiążą się z organizacją imprezy i budową oraz modernizacją obiektów sportowych. Kraków zorganizował zakrojoną na szeroką skalę kampanię, która miała na celu przekonanie mieszkańców do tej idei. Lokalna prasa szacuje, że na organizację igrzysk miasto przeznaczyło już ok. 3,5 mln zł.
W niedzielnym referendum krakowianie wypowiedzą się również na temat budowy metra w mieście. Majchrowski podkreśla, że realizacja tego pomysłu budzi więcej wątpliwości niż organizacja olimpiady.
– To pytanie sformułowała Rada Miasta, ale sądzę, że nieco pochopnie. Po pierwsze, nie wiemy, gdzie metro, jakie metro, nie wiemy, ile ma kosztować i czy się w ogóle da, nie wiemy też, czy to byłoby ewentualnie kosztem rezygnacji z linii tramwajowych – mówi prezydent Krakowa.
Papiery są dopiero przygotowywane, badania są prowadzone. Jak będzie już coś wiadomo, będzie można podjąć decyzję.
Mimo wszystko prezydent Krakowa deklaruje, że w referendum poprze budowę metra w mieście.
– Zagłosuję za metrem, aczkolwiek nie bez wahania – mówi Majchrowski. – Nie ulega wątpliwości, że za jakiś czas będzie ono potrzebne. Pozostaje jednak pytanie, czy starać się wykorzystać obecne środki unijne czy raczej kolejną transzę. W tej chwili o metrze mówimy troszeczkę też raczej w kategoriach wyobrażeń niż w kategoriach rzeczywistości.
Władze miasta wysłały do Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju zapytanie o ewentualne dofinansowanie inwestycji.
– Liczymy tu jednak zwłaszcza na środki unijne, a także na współfinansowanie przez firmę prywatną – informuje prezydent Krakowa. – Są takie firmy, które zgłosiły chęć dołożenia się do wsparcia unijnego. Czas pokaże, jak się ta sprawa rozwiąże.
W połączonym z wyborami do Parlamentu Europejskiego referendum w Krakowie oprócz pytań o igrzyska i budowę metra mieszkańcy wypowiedzą się w sprawie zwiększenia monitoringu wizyjnego oraz budowy większej liczby ścieżek rowerowych. Głosowanie będzie ważne, o ile frekwencja wyniesie minimum 30 procent uprawnionych do głosowania mieszkańców miasta (ok. 175 tys. osób).
Grupa Azoty do 2020 r. wyda na inwestycje 7 mld zł. Chce w ten sposób zwiększyć konkurencyjność polskiej branży chemicznej
Dziś Grupa Azoty ZAK i Rafako mają poinformować o wspólnym projekcie inwestycyjnym. A tych w planach spółki jest wiele. To m.in. budowa nowej elektrociepłowni i modernizacja linii mocznika i amoniaku. Ambitne plany inwestycyjne mają również inne spółki z Grupy Azoty, m.in. zakłady w Puławach i Tarnowie. Wszystko po to, by zwiększyć konkurencyjność polskiej chemii, która już dziś jest wizytówką krajowego przemysłu.
Grupa Azoty, drugi co do wielkości producent nawozów w Europie, do 2020 roku zamierza przeznaczyć na inwestycje 7 mld złotych. W Tarnowie ma powstać instalacja granulacji nawozów sztucznych oraz nowa wytwórnia poliamidów.
– To dla nas rozwój: od produktu pierwotnego typu kaprolaktam przechodzimy do produktu bardziej przetworzonego i z nim potem chcemy wejść na rynki – mówi agencji Newseria Biznes Adam Leszkiewicz, prezes Grupy Azoty ZAK SA.
Dzięki uruchomieniu nowej wytwórni Azoty mają produkować trzykrotnie więcej poliamidów, natomiast instalacja granulacji ma być znacznie nowocześniejsza od tej już istniejącej. Koszt obu inwestycji to prawie 500 mln zł, mają się zakończyć w 2016 roku.
– Inwestycje toczą się w każdej z firm. W Kędzierzynie budujemy nową elektrociepłownię i instalację na nowy plastyfikator o zdolnościach 50 tys. ton na rok. Chcemy modernizować linię produkcyjną mocznika i amoniaku. Niedługo w Puławach oddamy nową instalację związaną ze stokażem amoniaku – zapowiada Leszkiewicz.
Inwestycje w Puławach i Kędzierzynie mają być gotowe w 2016 i 2017 roku, a ich koszt szacuje się na blisko 650 mln zł.
Jak podkreśla prezes ZAK, wszystkie inwestycje mają podnosić konkurencyjność produkcji chemii w Polsce. Mimo że już dziś chemia uważana jest za wizytówkę polskiego przemysłu.
– Naszym zadaniem jest podtrzymywanie konkurencyjności, aby nie tracić rynku i odbiorców, bo jeśli nic nie będziemy robić, to będziemy się cofać – mówi Leszkiewicz. – Chodzi o to, żeby cały czas myśleć o doskonaleniu operacyjnym, obniżaniu kosztów, rozwoju i innowacyjności.
Zaznacza jednak, że oprócz wysiłków samych firm potrzebne jest również odpowiednie otoczenie, a dziś wiele czynników zewnętrznych może wpływać – również negatywnie – na kondycję polskiej chemii. Unijna polityka klimatyczna oznacza, że firmy przeznaczają na dostosowanie produkcji do wymogów środowiskowych dużą liczbę środków, które mogłyby wspomóc rozwój. Obciążeniem są dla nich również obowiązki autoryzacji produktów chemicznych.
– Jest jeszcze kwestia umowy transatlantyckiej. Jest kwestia barier celnych lub zwalniania z tych barier. To są wszystkie te elementy, które na zewnątrz będą dotykały naszej konkurencyjności, albo ją wzmacniając, albo osłabiając – wymienia prezes Grupy Azoty ZAK.
Negocjacje między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi w sprawie umowy o wolnym handlu mogą zakończyć się w przyszłym roku. Produkcja zakładów chemicznych jest w USA tańsza, również ze względu na tańszy gaz używany w procesie produkcji, tak więc zniesienie barier celnych może oznaczać duże zmiany na rynku.
„Pakt dla Łódzkiego” podpisany. Łódzcy kandydaci do PE będą współpracować ws. kolei dużych prędkości i dróg ekspresowych
Kandydaci do Europarlamentu z list Platformy Obywatelskiej, PSL i Samoobrony podpisali „Pakt dla Łódzkiego”. Inicjatywa jednego z kandydatów startujących z listy PO, Krzysztofa Malareckiego, ma służyć pozyskaniu środków europejskich na ukończenie realizacji kluczowych inwestycji dla regionu. Politycy przyznali zgodnie, że zależy im przede wszystkim na pozyskaniu pieniędzy do sfinansowania systemu kolei dużych prędkości między Łodzią a Warszawą, Poznaniem i Wrocławiem, a także zachodniej obwodnicy Łodzi.
– „Pakt dla Łódzkiego” jest inicjatywą, która wywodzi się z ducha współpracy, który chcemy zaproponować wszystkim kandydatom, bez względu na to, z jakiej są partii i jakiej politycznej orientacji. Jeśli wejdą oni do Parlamentu Europejskiego, chcielibyśmy, aby pracowali nad koncepcją szybkich kolei, które połączą Łódź z Warszawą, a docelowo z Poznaniem, Wrocławiem i ze Szczecinem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Malarecki, kandydat do Parlamentu Europejskiego z listy PO w Łodzi.
Do proponowanego przez Krzysztofa Malareckiego paktu przyłączyli się inni kandydaci do PE z listy Platformy Obywatelskiej, m.in. Jacek Saryusz-Wolski, oraz z list Polskiego Stronnictwa Ludowego i Samoobrony. Wszyscy podkreślają jednocześnie, że jego formuła pozostaje otwarta i w każdej chwili mogą do niego dołączyć kolejni politycy.
Budowa kolei dużych prędkości (KDP) została odłożona do roku 2030 w wyniku decyzji byłego ministra transportu Sławomira Nowaka. Trwa jednak realizacja podziemnego dworca Łódź Fabryczna, który został zaprojektowany z myślą o budowie linii Y, czyli szybkiego połączenia stolicy, Łodzi, Poznania oraz Wrocławia. Dla całej inwestycji wykonano już studium wykonalności, ponadto PKP nie wstrzymały opracowywania dokumentacji, co w przyszłości może przyspieszyć ewentualną realizację.
Budowa kolei dużych prędkości została wstrzymana ze względu na wysokie koszty, które początkowo szacowano na 9 mln euro za km linii, a następnie w studium podniesiono do 12 mln euro za km. To mniej więcej środek przedziału kosztów 10–15 mln euro, jakie szacuje dla tego typu inwestycji Międzynarodowy Związek Kolei w Paryżu (UIC).
Szansa na realizację KDP w Polsce wciąż istnieje, ponieważ Komisja Europejska wspiera rozwój europejskiej sieci szybkich kolei. Celem KE jest potrojenie długości KDP na terenie Unii Europejskiej do 2030 r., co kosztowałoby astronomiczną sumę 500 mld euro – wynika z opracowania firmy doradczej Civity. Wiadomo, że największe wyzwanie w tym zakresie dotyczy państw Europy Środkowej oraz Bałkanów, gdzie w przeciwieństwie do Europy Zachodniej nie ma szybkich kolei.
„Pakt dla Łódzkiego” obejmuje także planowaną drogę ekspresową S14, która połączy autostradę A2 biegnącą na północ od Łodzi, z drogą ekspresową S8 w kierunku Wrocławia. Według planów S14 byłaby zachodnią obwodnicą aglomeracji łódzkiej i obok ruchu tranzytowego, usprawniłaby także transport między Łodzią, Pabianicami, Konstantynowem Łódzkim i Aleksandrowem Łódzkim.
– Absolutnie odciąży to miasto od niepotrzebnego tłoku wywołanego przez samochody transportowe i jednocześnie usprawni transport w tej części województwa łódzkiego – twierdzi Malarecki.
Na razie gotowe jest jedynie 15 km obwodnicy Pabianic, która jest częścią drogi S14. Pozostałe odcinki czekają jeszcze na ogłoszenie przetargu. To sprawia, że trzecie pod względem wielkości miasto w Polsce nie ma obwodnicy w kierunku północ–południe, bo wciąż w budowie jest odcinek autostrady A1 między Strykowem a Tuszynem.
– Te dwa wielkie projekty mają na celu polepszyć infrastrukturę i tak już będącą w procesie bardzo dynamicznego progresu. Te inwestycje infrastrukturalne zdecydowanie zdynamizują możliwość rozwoju przemysłowego tej części Polski i jednocześnie bardzo pomogą Łodzi, żeby jak najszybciej mogła rozwinąć się na miasto takiej rangi, na jaką zasługuje miasto położone w centrum Europy i w centrum Polski – uważa Malarecki.
Podkreśla, że tak ambitne plany nie byłyby możliwe bez współfinansowania przez UE. Jego zdaniem po przyznaniu Polsce 82,5 mld euro w ramach polityki spójności na lata 2014-2020 należy się teraz skoncentrować na efektywnym wykorzystaniu tych pieniędzy.
– Środki unijne stanowią jakby drugi plan Marshalla, którego jesteśmy beneficjantami, a zwłaszcza w dziedzinie infrastruktury. To są projekty o bardzo wysokich kosztach i powinniśmy wykorzystać te fundusze spójności, na które liczymy i które udało się nam wywalczyć w poprzednim Parlamencie na najbliższych 7 lat – uważa kandydat z listy PO do Parlamentu Europejskiego.
Zdaniem części ekspertów obok współfinansowania przez UE istnieje także możliwość zaangażowania w te projekty firm z sektora prywatnego, w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego.
– Te inwestycje skróciłyby czas dojazdu np. z Warszawy do Łodzi o połowę. Dzisiaj jedziemy najszybciej 1 godz. 22 min, wtedy będziemy jeździli 35 minut. Jak widać, jest się o co bić i to jest naprawdę priorytetowe zadanie dla nas – walczących o ten region w Parlamencie Europejskim – uważa Krzysztof Malarecki.
Pelion: Ten rok będzie trudny dla branży farmaceutycznej
Niski poziom dopuszczanej przez państwo marży na leki refundowane (5 proc.) oraz zmniejszanie finansowania dla tych preparatów powodują, że branża farmaceutyczna ma problemy z zyskownością w tym segmencie. Pelion, jeden z największych dystrybutorów leków w Polsce, szacuje wzrost całego rynku w tym roku na poziomie 4 proc., co oznacza, że nie uda się utrzymać tempa wzrostu z ubiegłego roku.
– 2014 rok będzie niewątpliwie trudny dla całej branży farmaceutycznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Dauenhauer, wiceprezes zarządu ds. strategii finansowej Pelion Healthcare Group. – To kolejny rok, mam nadzieję, że już ostatni, w którym następuje spadek urzędowej marży na leki refundowane. Wynosi ona obecnie 5 proc., co właściwie nie zapewnia możliwości zyskownego zaopatrzenia aptek w tym segmencie.
Od 1 stycznia urzędowa marża została obniżona do 5 proc. Równolegle na skutek nowelizacji wykazów refundacyjnych spadły ceny detaliczne prawie wszystkich leków refundowanych. Zgodnie z danymi Ministerstwa Zdrowia wydatki NFZ na refundację leków w pierwszym roku, w którym obowiązywać zaczęły nowe zasady dotyczące refundacji, spadły z 8,8 mld zł do 6,8 mld zł. To nie przełożyło się jednak na obniżenie wydatków pacjentów – wciąż ich udział w płatności za leki jest wysoki (najwyższy w Europie).
Otoczenie rynkowe, jak zaznacza Dauenhauer, przekłada się na dynamikę rozwoju tego segmentu rynku.
– Szacujemy, że wzrost rynku będzie w granicach 4 proc. – mówi Jacek Dauenhauer. – Będzie niezwykle trudno obronić wyniki osiągnięte w roku 2013. Ale oczywiście będziemy starali się to zrobić. Będzie to dla nas głównym wyzwaniem na 2014 r.
Od wejścia w życie ustawy refundacyjnej (styczeń 2012 roku) rynek leków refundowanych spadł o ponad 18 proc. W I kwartale br. wzrósł zaledwie o 0,8 proc.
Celem firmy będzie rozwój w każdej z prowadzonych linii biznesowych. Holding Pelion skupia firmy działające w czterech podstawowych segmentach działalności – w segmencie detalicznym w Polsce i na Litwie, w segmencie sprzedaży hurtowej w Polsce, a także w zaopatrzeniu szpitali i usługach dla producentów. Choć Pelion stara się wykorzystywać efekt synergii, płynącej z obecności na wszystkich poziomach dystrybucji farmaceutycznej, to poszczególne segmenty realizują własną politykę rozwoju.
– W tym roku chcielibyśmy pozyskać finansowanie niezbędne do rozwoju sprzedaży hurtowej – mówi Dauenhauer.
Holding planuje także wejście na nowe rynki ze sprzedażą detaliczną.
– Widzimy tu szansę rozwoju na rynkach zagranicznych – informuje wiceprezes Pelion Healthcare Group. – Cały czas monitorujemy sytuację, ale oczywiście, żeby zrealizować tego typu projekt, również segment detaliczny będzie potrzebował dodatkowego finansowania.
Segment detaliczny, jak podkreślają przedstawiciele firmy, najbardziej ucierpiał na skutek zmian w ustawie refundacyjnej. Stąd potrzeba poprawy jego wyniku operacyjnego. W planach jest również zwiększenie liczby aptek franczyzowych.
W segmencie zaopatrzenia szpitali Pelion chce utrzymać pozycję lidera, jeśli chodzi o wygrywanie przetargów. Natomiast w obszarze usług dla producentów będzie koncentrować się na poszerzaniu oferty usług i na nowych projektach w zakresie dystrybucji niestandardowej.
Do 2020 r. na świecie będzie 50 mld urządzeń podłączonych do sieci. Firmy budują systemy do pozyskiwania i zarządzania wielkimi bazami danych
Nowe technologie zarządzania danymi, chmurami obliczeniowymi i rozwiązaniami mobilnymi zmieniają sposób działania przedsiębiorstw. Coraz więcej firm potrzebuje prywatnych, dostosowanych do indywidualnych potrzeb usług. Budowa infrastruktury zarządzania danymi to wielkie wyzwanie, ale i szansa, bo do 2020 r. na świecie może być nawet 50 miliardów urządzeń generujących dane.
– Na świecie jest w tej chwili około 7 miliardów telefonów komórkowych. Korzysta z nich ponad połowa populacji, a wiele osób posiada dwa telefony. Dziś około 10 miliardów urządzeń jest podłączonych do internetu, a w 2020 r. będzie ich 50 miliardów. Wyobraźmy sobie ilość danych, które będą przez te urządzenia tworzone – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ian Hunter, wiceprezes Fujitsu.
Ian Hunter dodaje, że są cztery główne elementy zmian w systemach informatycznych i obliczeniowych (ICT). To trend zmierzający w kierunku chmur obliczeniowych, rozwiązań mobilnych, zarządzania dużymi bazami danych (big data) oraz technologii społecznościowych. Dzięki nim można lepiej wykorzystywać potencjał pracowników i klientów oraz lepiej zarządzać wielką liczbą informacji. Niezbędna jest do tego zaawansowana infrastruktura.
Michał Grzegorzewski z Fujitsu podkreśla, że budowa takiej infrastruktury jest niezwykle skomplikowana. Nie wystarczy dostarczenie odpowiednich serwerów, macierzy i światłowodów – wyzwaniem jest zintegrowanie urządzeń tak, by jak najlepiej wykorzystać ich możliwości. Ekspert dodaje, że najważniejszym etapem jest planowanie, które może być długotrwałe, ale dzięki temu płynniej przebiega budowa i możliwe jest efektywne wykorzystywanie systemu. Firmy nie są w stanie nadążyć za szybko zmieniającą się technologią, więc firmy, takie jak Fujitsu, dostarczają im w pełni gotowe systemy zarządzania danymi.
– Jeszcze parę lat temu obserwowaliśmy trend, żeby wszystko przenosić do chmury publicznej. Teraz wydaje się, że chmura prywatna i rozwiązania stricte dopasowane do klienta mają duży potencjał i widzimy powrót do tego typu rozwiązań, choćby z tego powodu, że są to rozwiązania bardzo dobrze dopasowane do wymagań, w związku z tym spełniające wszystkie założenia biznesu, jakie stawia się wobec współczesnej infrastruktury – tłumaczy Michał Grzegorzewski.
Takie dostosowane do klienta rozwiązania są elastyczne, bardziej efektywne i lepiej odpowiadają ich potrzebom. Fujitsu nazywa tę usługę „IT as a service”, podkreślając, że systemy ICT pełnią funkcje usługowe. Umożliwiają one też lepsze zarządzanie kosztami.
– Jesteśmy w stanie dostosować się pod względem wydajnościowym i cenowym czy pod względem obsługi procesów, które ma obsługiwać dane data center. Jeżeli do tego dołożymy jeszcze wszystkie usługi, które oferuje Fujitsu, to możemy zaproponować kompletne rozwiązanie wertykalne dla naszych klientów, które od początku, od fazy projektowania przez fazę implementacji, wdrożenia, aż po utrzymanie, zapewni ciągłość biznesu dla naszych klientów – tłumaczy Michał Grzegorzewski.
Dużym wyzwaniem dla systemów ICT jest jednak bezpieczeństwo. Fujitsu wprowadziło m.in. technologię PalmSecure, którą można zainstalować np. w tabletach. Rozpoznaje ona układ żył na dłoniach użytkowników jako weryfikację dostępu. W tym celu wystarczy zbliżyć dłoń do ekranu laptopa lub tabletu.
Maciej Polak z Fujitsu dodaje, że takie same rozwiązania mogą być instalowane w bankomatach oraz w urządzeniach kontrolujących dostęp do budynków.
– Mamy do dyspozycji ogromne portfolio, jeżeli chodzi o urządzenia dostępowe. Na chwilę obecną dokonaliśmy pełnego mappingu jeżeli chodzi o poszczególne role poszczególnych klientów. I mamy tutaj do zaoferowania absolutnie na każdy scenariusz odpowiednie urządzenia dostępowe – podkreśla Maciej Polak.
Ian Hunter dodaje, że w ramach strategii Fujitsu Technology and Service Vision nowe technologie mogą trafić nie tylko do firm, lecz także np. do władz miejskich. Podaje przykład systemu Spatiowl, który od 2011 r. działa w Tokio. Dzięki niemu służby ratunkowe szybciej docierają do wezwań, a taksówkarze mogą omijać korki i wypadki.
Wiceprezes Fujitsu ocenia, że dzięki zmieniającej się technologii ICT może powstać zupełnie nowe społeczeństwo. Będzie ono zorganizowane w sposób inteligentny, z wykorzystaniem urządzeń, ale to ludzie i ich potrzeby znajdą się w centrum wszystkich usług.
Nowoczesne rozwiązania dla biznesu są jednym z dominujących tematów podczas Fujitsu World Tour 2014. Przedstawiciele firmy i jej partnerów technologicznych od kwietnia odwiedzają Europę, Afrykę, Australię i Singapur, dyskutując o możliwościach technologii ICT.

