PKN ORLEN – Zmiana umowy programu emisji obligacji korporacyjnych

Zgoda Rady Nadzorczej PKN ORLEN z dnia 24 października 2018 r. dotyczy zmiany umowy programu emisji obligacji korporacyjnych zawartej pomiędzy PKN ORLEN a konsorcjum banków w 2006 r. Zgodnie z postanowieniami tej umowy, w lutym 2012 r. PKN ORLEN wyemitował 7-letnie obligacje o łącznej wartości nominalnej 1 mld zł. Termin zapadalności obligacji przypada w lutym 2019 r.

Potrzeba aktualizacji umowy programu emisji obligacji wynika m.in. ze zmiany przepisów prawa oraz dostosowania jej postanowień do aktualnych warunków rynkowych.

Zgoda na zmianę umowy programu emisji obligacji, w tym na podwyższenie kwoty programu do 4 mld zł, a także plany PKN ORLEN dotyczące rozpoczęcia prac nad emisją nowej serii obligacji nie są równoznaczne z decyzją o emisji obligacji. Ostateczne decyzje będą podejmowane na bieżąco w wyniku analizy i obserwacji sytuacji rynkowej. Zakładamy, że emisja mogłaby być emisją prywatną skierowaną do oznaczonego grona inwestorów, a jeżeli doszłaby do skutku, pozyskane środki mogłyby być przeznaczone przez PKN ORLEN na finansowanie bieżącej działalności.

Kongsberg Automotive otwiera nową fabrykę w Polsce

Firma Kongsberg Automotive (KA) oficjalnie otworzyła trzecią fabrykę w Polsce. Nowy zakład o powierzchni 17 600 mkw. zlokalizowany jest w Brzeskiej Strefie Gospodarczej w województwie kujawsko-pomorskim. Po uruchomieniu wszystkich linii produkcyjnych nowy zakład będzie zatrudniał blisko 1000 osób.

Zdj.1_Kongsberg AutomotiveKongsberg Automotive jest wiodącym producentem komponentów dla przemysłu motoryzacyjnego, podnoszących jakość jazdy, dzięki czemu staje się ona bezpieczniejsza, bardziej komfortowa i przyjazna dla środowiska. Kongsberg Automotive jest globalnym dostawcą i osiąga przychody w wysokości ok. 1,1 mld EUR, zatrudniając blisko 10.500 pracowników w 19 krajach. Firma posiada ponad 25 zakładów produkcyjnych na całym świecie, a siedziba główna zlokalizowana jest w Zurychu w Szwajcarii. Portfolio produktów obejmuje systemy komfortu siedzenia, kontroli jazdy i ruchu, przewody powietrzne oraz paliwowe zaprojektowane dla globalnych producentów pojazdów.

Zdj.2_Kongsberg AutomotiveFirma na rynku polskim funkcjonuje od 18 lat. Pierwszy zakład otwarto w 2000 roku w Pruszkowie pod Warszawą. W 2016 roku uruchomiono drugą fabrykę w Koluszkach koło Łodzi. Kongsberg Automotive w Polsce zatrudnia blisko 2000 osób. W nowym zakładzie KA produkowane są maty grzewcze do siedzeń samochodowych oraz przewody paliwowe i powietrzne. W oficjalnym otwarciu uczestniczyli lokalni i międzynarodowi oficjele oraz przedstawiciele Kongsberg Automotive.

„Otwarcie kolejnego zakładu w Polsce jest zgodne z długofalową strategią Spółki. Cały czas zawieramy nowe kontrakty z wiodącymi markami z branży motoryzacyjnej. Ciągły rozwój i innowacja są dla nas kluczowe, dlatego w zakładzie w Brześciu Kujawskim wykorzystujemy najnowocześniejsze technologie” – mówi Frederic Kot, General Operations Manager Interior, Polska.

„Bardzo ważnym elementem naszego sukcesu są pracownicy, którzy każdego dnia dbają o najwyższą jakość produkcji nowoczesnych systemów samochodowych. W nowej fabryce mamy atrakcyjną ofertę stanowisk pracy. W ciągu ostatniego roku zatrudniliśmy już blisko 800 pracowników, a w najbliższym czasie planujemy zrekrutować jeszcze blisko 200 osób” – dodaje Frederic Kot.

Firma poszukuje pracowników o zróżnicowanych kwalifikacjach zawodowych. Obecnie możliwości zatrudnienia dotyczą zarówno stanowisk produkcyjnych, jak i kadry inżynierskiej oraz kierowniczej.

Nasila się zjawisko nadużyć na rynku finansowym

Każdy z respondentów tegorocznego badania „Nadużycia w sektorze finansowym”, przeprowadzonego przez EY i Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych (KPF), został w minionych 12 miesiącach dotknięty większą liczbą nadużyć, w wyniku których poniósł większe straty finansowe. O eskalacji problemu świadczy fakt, że odsetek podmiotów, które straciły z powodu nadużyć więcej niż 10 mln zł wzrósł prawie dwukrotnie (z 5 do 10 proc.) w porównaniu z rokiem 2017. Odnotowano także wzrost udziału spółek, które osiągnęły straty na poziomie między 1 a 10 mln zł – w tym przedziale mieściła się już co trzecia ankietowana instytucja finansowa.

Mimo że każda badana instytucja jest inna oraz boryka z nieco innymi problemami w obszarze przeciwdziałania nadużyciom, wyniki badania potwierdzają, że główne wyzwania i trendy są takie same oraz nie ulegają istotnym zmianom na przestrzeni czasu. Nadużycia, zidentyfikowane w ostatnim roku w instytucjach finansowych, najczęściej dotyczyły ich podstawowej działalności. Wszystkie banki spotkały się z wyłudzeniami z wykorzystaniem kart płatniczych, wszystkie firmy leasingowe z przywłaszczeniem przedmiotu leasingu, a firmy pożyczkowe – z wyłudzeniami pożyczek.

Banki

Zjawisko nadużyć w bankach było większe niż przed rokiem. Każde z wskazywanych przez banki rodzajów wyłudzeń występowało częściej niż w 2017 roku. W poprzednim badaniu najczęściej wskazywanym przez respondentów nadużyciem były wyłudzenia kredytów, natomiast w tym roku są to właśnie wyłudzenia z użyciem kart płatniczych. Z tym rodzajem nadużycia miało do czynienia 100 proc. ankietowanych banków. Niewiele mniej, bo 86% banków uczestniczących w badaniu spotkało się wyłudzeniami kredytów i nieautoryzowanymi transakcjami. Podobnie jak przed rokiem najrzadziej spotykanymi w bankach były nadużycia wewnętrzne, ale i tak zaobserwowano ich wzrost o 11 punktów procentowych.Skala nadużyć dotykających instytucje finansowe

Firmy leasingowe

Odpowiedzi firm leasingowych wskazują, że kradzież przedmiotu leasingu nie tylko dotknęła wszystkich respondentów z tej grupy, ale również, że zdarzało się to częściej niż przed rokiem. Przywłaszczenie przedmiotu leasingu to przeciętnie 3 na 4 nadużycia zidentyfikowane przez firmy leasingowe. Pozostałe typy nadużyć zdarzały się w tych instytucjach zdecydowanie rzadziej. Na uwagę zwraca jednak fakt, że ponad dwukrotnie więcej ankietowanych firm było także dotkniętych przynajmniej raz nadużyciem wewnętrznym.Skala nadużyć dotykających instytucje finansowe 2

Firmy pożyczkowe

Instytucje pożyczkowe charakteryzują się specyficznym profilem działalności. Dlatego w głównej mierze są narażone na jeden typ nadużyć, tj. związanych z wyłudzeniami pożyczek. W ciągu ostatnich 12 miesięcy każda z badanych instytucji była ofiarą takiego wyłudzenia przeciętnie 289 razy. Dodatkowo co trzeci ankietowany zmagał się z problemem współudziału pracowników w nadużyciach – brali oni udział w 85 proc. wszystkich zidentyfikowanych nadużyć.

Wspólny problem – cyberprzestępczość

Problem cyberprzestępczości, mocno podkreślany w poprzednim badaniu, nie stracił na znaczeniu. Niemal co drugi respondent był przynajmniej raz narażony na straty wynikające z cyberprzestępczości. I chociaż odsetek ankietowanych, którzy spotkali się w ostatnim roku z cyberprzestępczością spadł (do 44 proc. w 2018 roku vs. 50 proc. w 2017 roku), nadal jest to bardzo poważne zagrożenie w sektorze finansowym. Spośród badanych organizacji największy problem mają banki. Natomiast w branży leasingowej cyberprzestępczość praktycznie nie występuje.

Zjawisko cyberprzestępczości, choć już lepiej rozpoznane, nadal wzbudza obawy. W tym roku kolejny raz obserwujemy wzrost liczby respondentów wskazujących, że ryzyko związane z cyberprzestępczością będzie rosnąć – w 2016 roku takich odpowiedzi udzieliło 31% ankietowych, w tym roku jest to już 42%.Skala nadużyć dotykających instytucje finansowe 3

– Cyberbezpieczeństwo i socjotechnika wyłudzeń pozostają w centrum uwagi instytucji finansowych. Zdaniem szefa Bank of England, Marka Carneya, możliwą przyczyną przyszłego kryzysu finansowego będzie cyberatak, którego cel i skalę do tej pory wykluczano z rozważań. I trudno się z nim nie zgodzić – wystarczy wyobrazić sobie sytuację, gdy nie mamy dostępu do swoich pieniędzy nie w skali kraju, ale systemu. A przecież, w naszej opinii, mamy bezpieczne metody które dają natychmiastowy dostęp do naszych pieniędzy na rachunkach bankowych. Chwalimy system bankowy za strategie cyberliderów i cyfrowych buntowników, ale jednocześnie zapominamy, że stwarzamy szanse dla cyberprzestępców na niespotykaną do tej pory skalę – podkreśla dr Mirosław A. Bieszki, Doradca ds. Ekonomicznych KPF.

Spadek nastrojów i wydatków

Wspólnym dla całej branży zjawiskiem jest problem ograniczania wydatków i efektywności podejmowanych działań. Z tegorocznego badania wynika, że rynek finansowy wydaje na przeciwdziałanie nadużyciom przeciętnie mniej niż przed rokiem. Już co czwarty ankietowany (niemal dwukrotnie więcej niż przed rokiem) uważa, że jego instytucja nie ponosi żadnych dodatkowych kosztów związanych z zapobieganiem nadużyciom, przy czym dla 30 proc. nie stanowi to żadnego problemu. Spośród respondentów, którzy twierdzą, że ich instytucja potrzebuje nakładów na zwalczanie nadużyć, tylko nieco ponad połowa widzi szansę, że to się wydarzy. Po drugiej stronie znajdują się instytucje, które wydają na przeciwdziałania nadużyciom ponad 500 tys. PLN rocznie, a ¾ z nich planuje dalej zwiększać te wydatki.

Podczas badania zapytano respondentów czy czują, że ich organizacja jest dobrze przygotowana do walki z nadużyciami. Paradoksalnie, mimo rosnących strat, ponad połowa ankietowanych potwierdziła, że ich firma jest przygotowana. Odwrotne zdanie wyraziło jedynie 15 proc. podmiotów. Blisko co trzecia spółka nie była pewna czy jest przygotowana na odpowiednim poziomie.

Instytucje stosują różne metody ograniczenia ryzyka nadużyć, wykorzystując (w różnych proporcjach) potencjał ludzki oraz technologię.

– Analizując metody przeciwdziałania nadużyciom widać, że instytucje finansowe w równym stopniu stawiają na ludzi i technologię i wykorzystują ich synergię. Im instytucje gromadzą więcej doświadczeń, tym bardziej efektywnie wykorzystują dostępne środki i częściej budują mechanizmy, które łączą wiele metod jednocześnie – podsumowuje Mariusz Witalis, Partner EY.

Czy e-commerce „zabije” handel tradycyjny w regionie Europy Środkowo-Wschodniej?

Według opublikowanego przez Colliers International raportu dotyczącego sektora logistycznego i handlowego pt. „Survival of the fittest” („Przetrwają najsilniejsi”) odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi „nie”. W krótkiej i średniej perspektywie sprzedaż internetowa i kanał tradycyjny mogą nadal koegzystować w regionie CEE-6[1].

Dalszy solidny wzrost sprzedaży tradycyjnej – według szacunków rzędu 71,5 mld euro do końca 2022 roku, czyli 4,9% rocznie – zapewnia wystarczającą przestrzeń, by różne koncepty mogły się nadal z powodzeniem rozwijać. Scenariusz konserwatywny przewiduje wzrost handlu internetowego w państwach CEE-6 o 8,8% rocznie, z bazowego poziomu 13,1 mld euro do 20 mld euro.

Według optymistycznych szacunków wielkość rynku internetowego może zbliżać się do tego poziomu już dziś. Jeśli jednak nawet w tym optymistycznym scenariuszu handel elektroniczny obejmie 10% całej sprzedaży do końca 2022 roku, czyli 34 mld euro, to naszym zdaniem większość transakcji sprzedażowych będzie mieć miejsce w ramach tradycyjnych, funkcjonujących od dawna kanałów — wyjaśnia Mark Robinson, specjalista ds. badań rynku w regionie CEE.

Czy jest miejsce na dalszy rozwój?

Zgodnie z naszymi obliczeniami wzrost popytu za pośrednictwem kanału internetowego oraz większa liczba dostarczanych produktów przełoży się w latach 2018-2022 na konieczność zapewnienia w Europie Środkowo-Wschodniej 198 tys. mkw. powierzchni logistycznej/magazynowej rocznie (przy założeniu, że w pełni wykorzystane zostaną aktualne zasoby). Dla porównania, aby obsłużyć rosnący w tym samym okresie popyt, łańcuch dostaw na potrzeby sklepów tradycyjnych wymagać będzie rocznie dodatkowych 865 tys. mkw. takiej powierzchni.

Na jakim etapie ewolucji jest handel elektroniczny?

Handel elektroniczny odgrywa bardzo istotną rolę w szybkim rozwoju sektora usługowego w regionie CEE-6, jednak nieregularny charakter gwałtownego wzrostu sprzedaży internetowej sprawia, że szacowanie precyzyjnych wartości nie jest łatwe.

W celu zapewnienia spójności eksperci Colliers International przyjęli szacunki dotyczące wielkości rynku w 2017 roku i prognozy obejmujące okres do 2022 roku, opublikowane w badaniu za rok 2018 na portalu Statista. Badanie oparte było na modelu obejmującym kompleksową analizę 13 europejskich krajów – w tym Polski – oraz innych państw na całym świecie (dane w dolarach amerykańskich). Według założeń przyjętych przez portal Statista wielkość rynku CEE-6 w 2017 roku wynosiła 13,1 mld euro.

Inne źródła podają, że wielkość rynku w tym regionie jest znacznie większa, ale suma najwyższych szacunkowych wartości dla rynku każdego z państw CEE-6 w 2017 roku dawałaby kwotę 20,1 mld euro.

Colliers porównał dane z portalu Statista z danymi na temat tradycyjnej sprzedaży  z regionu CEE-6 oraz całej Europy i podjął próbę oceny możliwości dalszego wzrostu. Wielkości rynku w Rumunii, Czechach, a szczególnie w Polsce, określone przez portal Statista w 2017 roku, znajdują się poniżej linii reprezentującej rynki najlepiej przystosowane.

Wielkość rynku e-commerce w krajach CEE-6 w2017 r. wg różnych źródeł (w mld euro):

 Demand for logistics distribution space for online and omnichannel

 

Jak szybko będzie rósł handel elektroniczny?

Na podstawie prognoz z portalu Statista przewidujemy, że w scenariuszu zachowawczym łączne przychody handlu elektronicznego w CEE-6 będą rosły o 9% rocznie do 2022 roku. Oczekujemy, że określony przez portal Statista przedział wartości dla regionu, tj. 3,1%-5,6% w 2017 roku w stosunku do całkowitej sprzedaży detalicznej, powinien wzrosnąć przynajmniej do poziomu 3,7%-6,9% w 2022 roku, dając łącznie minimum 20 mld euro przychodów i rosnąc o ponad 6,9 mld euro.

Wzrost sektora nieruchomości logistycznych w Europie Środkowo-Wschodniej

Łączna powierzchnia 1,063 mln mkw. wymagana w naszym konserwatywnym scenariuszu bazowym, przewidującym wzrost handlu elektronicznego o 9% w ramach całkowitego wzrostu sprzedaży detalicznej o 4,9%, równa się 3,3% aktualnie prognozowanej powierzchni logistycznej/dystrybucyjnej w regionie CEE-6. Jednak co ciekawsze, odpowiada ona 62% powierzchni będącej w budowie w II kwartale 2018 roku i 87% wykorzystania powierzchni w ostatnich czterech kwartałach.

Maciej Chmielewski, senior partner i dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International
Maciej Chmielewski, senior partner i dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International

— Najemcy z sektora e-commerce wciąż pozostają jedną z najaktywniejszych grup na rynku magazynowym w Polsce. Umowy zawarte przez firmy zajmujące się handlem internetowym stanowiły ponad 15% popytu w pierwszej połowie 2018 roku. Najchętniej lokują one swoje magazyny wzdłuż zachodniej granicy Polski, skąd mogą sprawnie obsługiwać rynki Europy Zachodniej oraz w Polsce Centralnej — mówi Maciej Chmielewski, senior partner i dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International.

Dodatkowa powierzchnia logistyczna/dystrybucyjna będzie wymagana właśnie w scenariuszach przewidujących proporcjonalnie większą sprzedaż detaliczną w Internecie. Jeżeli chodzi o handel elektroniczny, eksperci Colliers przewidują, że wskaźnik sprzedaż/mkw. wynosić będzie około połowy wartości szacowanej dla sprzedawców tradycyjnych/wielokanałowych. Różnica ta przekłada się w wartościach bezwzględnych na wymóg zapewnienia średnio 107 tys. mkw. dodatkowej przestrzeni rocznie w naszym optymistycznym scenariuszu na koniec 2022 roku, w którym udział handlu elektronicznego nieznacznie przekracza 10%. W naszym ambitnym, optymistycznym scenariuszu, w którym handel ten stanowić będzie średnio 13,2% sprzedaży detalicznej w CEE-6, niezbędna dodatkowa przestrzeń wynosiłaby 263 tys. mkw.

Zapotrzebowanie na powierzchnię logistyczną/dystrybucyjną dla sprzedawców internetowych oraz wielokanałowych/ogólnych w latach 2017-2022 w poszczególnych krajach regionu CEE-6 (m2):

Zapotrzebowanie na powierzchnię logistyczną/dystrybucyjną dla sprzedawców internetowych oraz wielokanałowychWpływ na popyt w sektorze tradycyjnego handlu w Europie Środkowo-Wschodniej

Przewidywany w naszym konserwatywnym scenariuszu wzrost sprzedaży w Internecie do 6,9 mld euro stanowi 10% całkowitego prognozowanego wzrostu sprzedaży detalicznej na poziomie 71,5 mld euro w latach 2018-2022. Scenariusz ekstremalny, zakładający, że za całą sprzedaż detaliczną od dziś do końca 2022 roku odpowiadać będzie handel elektroniczny, wydaje się nierealny. Oznaczałoby to, że sprzedaż w Internecie wzrosłaby do 19-29% sprzedaży detalicznej we wszystkich krajach CEE-6. W Wielkiej Brytanii jest ona obecnie na poziomie 15,2%. Nasz optymistyczny scenariusz zakłada sprzedaż przez Internet o wartości 34 mld euro, co stanowiłoby 20% całej sprzedaży detalicznej w tym okresie. Co ważne, za 80% przyrostu sprzedaży mają odpowiadać podmioty prowadzące działalność wielokanałową/tradycyjną. Zatem popyt generowany jest w tych kanałach nawet po uwzględnieniu inflacji.

Czy w takim razie zajdzie konieczność zamykania tradycyjnych sklepów? Prawdopodobnie nie. Dotychczas nie odnotowaliśmy takich przypadków. Porównanie ilości powierzchni handlowej per capita w stolicach krajów CEE-6 za II kwartał 2018 roku z ich PKB per capita w roku 2015 wskazuje, na możliwość absorbcji większego wolumenu sprzedaży.

Jak będą zmieniać się czynsze w handlu tradycyjnym?

Nie obserwujemy stabilizacji czynszów w handlu tradycyjnym w kontekście prognozowanego przez nas wzrostu sektora handlu elektronicznego. Niezbędne będą negocjacje i umowy dotyczące czynszu płatnego w oparciu o obroty oraz uwzględnienie sprzedaży internetowej. Nie dostrzegamy też dużych obniżek czynszów, gdyż w naszym scenariuszu optymistycznym sektor wielokanałowy/tradycyjny wart jest nadal minimum 27 mld euro w latach 2018-2022.

Zjawisko „showroomingu”, które może pomóc sektorowi w przetrwaniu, rozpowszechnia się w regionie CEE-6 (z wyjątkiem Bułgarii), towarzysząc rozwojowi handlu elektronicznego. Niektórzy najwięksi gracze internetowi z branży elektronicznej, mody i kosmetyków już stworzyli punkty odbioru swoich produktów w dobrych lokalizacjach i przy węzłach transportowych w większych miastach (szczegóły poniżej).

Przykłady marek ze stolic krajów regionu CEE-6, które stosują „showrooming”showrooming

[1] CEE-6 – Polska, Czechy, Węgry, Słowacja, Rumunia, Bułgaria

Outplacement coraz popularniejszy wśród pracodawców

Wywiad z Małgorzatą Pukropek, psycholog i ekspertką HR Consulting w Antal

Decyzja o zwolnieniu pracownika, nie należy do łatwych i na pewno wiąże się z dużym stresem dla każdej ze stron. Kiedy zapada i dlaczego?

Małgorzata Pukropek
Małgorzata Pukropek

MP: Pracodawcy bardzo świadomie i ostrożnie podchodzą do zwolnień pracowników. Takie decyzje analizowane są głównie pod względem biznesowym i trwają przez wiele tygodni. Najczęściej przyczyną jest fuzja dwóch firm, przeniesienie procesów do zewnętrznego operatora lub brak odpowiednich kompetencji. W pierwszym przypadku pracodawca musi dokonać wyboru między dwoma pracownikami na równorzędnych stanowiskach i podjąć niełatwą decyzję, która z osób posiada kompetencje bardziej odpowiadające wyzwaniom rynkowym czy celom biznesowym firmy. Druga sytuacja dotyczy w głównej mierze obszarów księgowości, administracji, kadr oraz IT.

Co jest największym wyzwaniem?

Oczywiście kluczową rolę odgrywa komunikacja – zarówno do pracownika, którego zmiana dotyczy, jak i do całej firmy. Ważne jest, by komunikat był konkretny, przejrzysty oraz poparty właściwą argumentacją. Na pewno nie unikniemy emocji, które są nieodłącznym elementem procesu zwolnienia. Pracownicy reagują na taką sytuację w bardzo różny sposób. Jako koordynator oraz psycholog spotkałam całe spektrum emocji, które może odczuwać pracownik – od satysfakcji z decyzji pracodawcy, po silny stres i emocje związane ze zmianą, która zaraz nastąpi. Jeśli pracodawca przypuszcza, że negatywne emocje mogą zdominować całą sytuację, to właśnie w tym momencie jest w stanie udzielić wsparcia i zapewnić większy komfort i bezpieczeństwo. Dlatego coraz więcej firm decyduje się na tzw. outplacement.

Dla wielu osób outplacement to obcy termin. Na czym polega?

MP: Outplacement to nic innego jak zwolnienie monitorowane, czyli pomoc dla pracownika, z którym żegna się firma, w znalezieniu nowego zatrudnienia. Najczęściej  pracodawcy zwracają się po pomoc do firm doradztwa personalnego. Dzięki temu każdy pracownik objęty programem outplacementu, ma dostęp do wiedzy o aktualnych ofert na rynku, w szczególnie interesującej go branży. Cały proces poszukiwania nowej pracy, koordynowany jest przez rekrutera. Wartością, którą podkreślają sami zainteresowani jest reprezentowanie kandydata i negocjowanie warunków nowego zatrudnienia w jego imieniu, ale także nauka konstruktywnego  myślenia i komunikowana faktu utraty i zmiany pracy.

Zwolnienie to sytuacja trudna przede wszystkim dla pracownika. Na jakie wsparcie może liczyć?

Najpierw badamy oczekiwania pracownika, jego emocje i to jak patrzy na zaistniałą sytuację. Jest to kluczowy element całego procesu. Zdarza się, że programem objęte są osoby, które przepracowały w firmie większość swojego życia i wyjście na rynek pracy jest dla nich niemałym wyzwaniem. W takim przypadku nacisk należy położyć na przygotowanie profesjonalnego CV oraz przeprowadzenie próbnej rozmowy rekrutacyjnej. Największa trudność polega na tym, by nauczyć pracownika mówić o tych doświadczeniach w sposób ciekawy oraz pomóc mu uwierzyć, że jest to wartość, którą może zaproponować nowemu pracodawcy. Nie jest to tak problematyczne w przypadku młodszych stażem osób, ale bywa zdecydowaną przeszkodą w efektywnym przeprowadzeniu procesu przy długoletnich stażach zawodowych.

Jakie bariery psychologiczne musi pokonać pracownik w procesie outplacementu?

MP: Zarówno teoria, jak i praktyka pokazują, że w momencie zwolnienia dochodzi do spadku poczucia kompetencji. Duże znaczenie ma również zabezpieczenie finansowe, jakie pracodawca zapewnia takiej osobie. Często jego poziom wpływa na komfort pracy pomiędzy stronami – im jest mniejsze, tym większe emocje ze strony pracownika, które znacznie mogą utrudnić cały proces. Drugą osobą pomagającą w odbudowaniu swojej wartości zawodowej jest rekruter. Jego zadaniem jest zbadać najlepsze cechy i umiejętności pracownika oraz nauczyć, jak przekazać je przyszłemu pracodawcy.

Jak wygląda proces rekomendacji takiego pracownika?

MP: W pierwszy etapie pracownik musi przejść proces przygotowania. Musimy być pewni, że czuje się komfortowo z nowo napisanym CV i potrafi odnaleźć się na rozmowie rekrutacyjnej. Dlatego zawsze prowadzimy działania outplacementowe w jednym z biur Antal, a nie w siedzibie byłego pracodawcy. To pomaga szybciej odnaleźć się pracownikowi w nowych realiach, bo nawet bywanie w innych firmach czy spotykanie nowych ludzi może być dla niego czynnikami stresogennymi. Dzięki temu, podczas właściwej rozmowy będzie mógł skupić się na odpowiednim przedstawieniu swojej osoby.

Zdarzają się przypadki, że pracownik pozostaje bez pracy. Co w takiej sytuacji?

MP: Nie zawsze jest tak, że po rekomendacji kandydata otrzymujemy dla niego propozycje spotkań u potencjalnych pracodawców i musimy razem zastanowić się nad zmianą podejścia czy obszaru poszukiwań. Zdarza się tak najczęściej wtedy, gdy pracownik posiada niszowe doświadczenie, nie jest skłonny do relokacji lub brakuje mu wiary we własne kompetencje. Musimy wtedy przekonać kandydata do tego, aby uzupełnił swoje doświadczenie zawodowe o niezbędne certyfikaty, uprawnienia potwierdzające umiejętności lub poprawę swoich zdolności językowych. Pamiętam przypadek kandydatki sprzed kilku lat, która oprócz niszowego doświadczenia nie była skora do relokacji ze względu na dwóch nastoletnich synów. Pracowaliśmy z tą Panią osiem miesięcy, aż znaleźliśmy idealne dopasowanie i firmę, która doceniła unikalne doświadczenie kandydatki.

Dlaczego warto zdecydować się na outplacement?

Outplacement jest procesem skierowanym nie tylko do pracownika, ale również do pracodawcy. Warto pamiętać, że pracownik opuszczający organizację nadal jest jej wizytówką, a sposób w jaki się pożegnają, może na długi czas położyć cień na wizerunek każdej ze stron.

3,3 mld rekordów danych skradzionych w H1 2018

Zgodnie z najnowszą aktualizacją indeksu cyberzagrożeń firmy Gemalto – Breach Level Index – tylko w pierwszej połowie 2018 roku doszło do 944 incydentów przeciwko bezpieczeństwu cyfrowych informacji, w wyniku których w ręce cyberprzestępców dostało się ponad 3,3 miliarda danych, z których zdecydowana większość to personalia.

W analizowanym przez Gemalto okresie pierwszego półrocza bieżącego roku, firmy i organizacje z całego świata traciły 18,5 miliona cyfrowych rekordów dziennie, 12,8 tysiąca co każdą minutę i 214 co sekundę.

Bez porównania?

Warto przypomnieć wyniki analizy dokonanej przez Google przed niespełna rokiem. Firma informowała, iż w badanym przez nią okresie Marzec 2016 – Marzec 2017, liczba wszystkich skradzionych przez cyberprzestępców rekordów danych, w skali światowej, wyniosła nieco ponad 3 miliardy. – Gemalto w najnowszej publikacji swojego indeksu podaje zbliżoną liczbę – sęk w tym, że dotyczy ona jedynie półrocza. To doskonałe obrazuje skalę przyspieszenia aktywności cyberprzestępców. Oczywiście, nie wszystkie poufne dane przedostają się poza chronioną strefę infrastruktury w danej firmie za sprawą ich udziału. Często są to także nieszczęśliwe wypadki spowodowane roztargnieniem pracowników różnych szczebli organizacji. Trudno jednak bagatelizować zagrożenie powodowane przez cyberprzestępczość, wiedząc, że liczba danych, które „wypłynęły” z przedsiębiorstw za ich udziałem wzrosła r/r o 800% – tłumaczy Artur Malinowski z Arrow ECS.

ID na czele

Najwięcej, niemal 65%, skradzionych cyfrowych rekordów zawierało dane personalne, a więc imię, nazwisko, adres czy numery telefonów. 17,5% to dane logowania do m.in. mediów społecznościowych czy kont poczty e-mail, nieco ponad 13% to informacje umożliwiające dostęp do elektronicznej bankowości. Firma IntSights informowała z kolei, że tych ostatnich trafiło w I połowie 2018 roku na internetowy czarny rynek ponad dwukrotnie więcej – dokładnie, o 135%.

Najczęstszą przyczyną wycieków danych była działalność cyberprzestępców – poprzez ich aktywność w niepowołane ręce przedostało się 56% rekordów. W wyniku nieszczęśliwych wypadków przy administracji danymi wyciekło ich 33,7% – to spadek o 47% w porównaniu do sytuacji sprzed roku, i kolejny dowód na rosnącą skuteczność crackerów. Za pośrednictwem świadomego działania przeciwko bezpieczeństwu informacji wewnętrznego personelu przedsiębiorstw z firmowych baz danych wydostało się niespełna 7% cyfrowych rekordów.

Handel i IT straciły najwięcej

Choć największa liczba danych została wykradziona z mediów społecznościowych – w tym Facebooka i Twittera, które utraciły aż 2,5 miliarda rekordów w pierwszym półroczu, dość znacznie ucierpiały także poszczególne gałęzie gospodarek. W największym stopniu – branże retail oraz technologiczna. Odpowiadały one odpowiednio za 5,5% oraz 5,1% ogółu rekordów, które uległy wyciekom, co w przypadku liczby przekraczającej 3,3 miliarda pozwala zwizualizować skalę straconych danych. W przypadku pozostałych uwzględnionych przez Gemalto branż, a więc przemyśle, administracji publicznej, edukacji oraz ochronie zdrowia, odsetek ten nie przekroczył jednego procenta.

Deweloperzy budują coraz więcej mieszkań, a ich sprzedaż już w tym roku spadła o 20%

W ostatnich kwartałach nastąpił spadek sprzedaży nowych mieszkań, co prawdopodobnie jest reakcją na dynamiczny wzrost cen. Dane zebrane przez serwis RynekPierwotny.pl od deweloperów notowanych na giełdzie wskazują, że w III kw. 2018 r. sprzedali oni o ponad 20 proc. mniej mieszkań niż w analogicznym okresie rok wcześniej, a warto przypomnieć, że drugi kwartał tego roku także był spadkowy.

Echo Investment, i2 Development, J.W. Construction, Polnord, Robyg, Soho Development, Vantage Development i Wikana zanotowały spadek sprzedaży o jedną trzecią i więcej, a w niektórych spółkach przekroczył on 50 proc.

Jeśli liczba chętnych na nowe mieszkania nadal będzie spadać, może wkrótce okazać się, że część deweloperów zastanie nową sytuację ze sporą liczbą wybudowanych i nie sprzedanych mieszkań. Albo jeszcze gorzej: rozpoczętych i niedokończonych budów.

Znaczny spadek sprzedaży na rynku pierwotnym, który na dodatek zwiększył się w kolejnym kwartale, jest sygnałem, że na rynku zbliża się przesilenie, coraz więcej kupujących nie akceptuje podwyżek cen. Przez ostatni rok średnio w kraju mieszkania zdrożały o 9,5 proc., a w takich miastach jak Białystok, Gdańsk, Lublin, Łódź, Poznań czy Warszawa wzrost był dwucyfrowy.

– Spadek popytu prawdopodobnie doprowadzi w pewnym momencie do zatrzymania wzrostów cen, a potem rozpocznie się okres obniżek, co może się stać w ciągu kilku najbliższych miesięcy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marcin Krasoń, analityk Home Broker.

Warto jednak zwrócić uwagę, że aktualna sytuacja jest odmienna od tej sprzed kilkunastu lat, gdy rynek był napędzany przez osoby kupujące mieszkania na kredyt (często w obcej walucie i bez wkładu własnego), stąd oczekujemy, że spadki cen nie będą miały bardzo dynamicznego charakteru.

12 listopada wolny od pracy? Tomasz Rostkowski: To błąd

Ludzie mają gdzie mieszkać, w co się ubrać i co jeść nie dlatego, że świętują, ale dlatego że pracują i wytwarzają potrzebne produkty i usługi. To praca jest źródłem rozwoju gospodarczego i zwiększa zamożność obywateli.

Tomasz Rostkowski
dr hab. Tomasz Rostkowski, prof. SGH, Główny ekonomista Pracodawców RP

Tymczasem pojawia się kolejny pomysł skrócenia czasu pracy. Pretekstem jest 100-rocznica odzyskania niepodległości. To niezwykle ważne wydarzenie, ale wystarczy je świętować dokładnie 11 listopada, który szczęśliwie przypada w niedzielę.

Co przyniesie wolny poniedziałek? Po pierwsze, straci gospodarka. Konkretne produkty nie zostaną wytworzone, nie zostaną sprzedane. Będzie zatem mniej pieniędzy na wynagrodzenia pracowników. Po drugie firmy, szpitale, oraz wszelkie poważne organizacje planują działania ze znacznym wyprzedzeniem. Po to, by nagłe zmiany nie burzyły rytmu pracy i wcześniej ustalonych zadań. Ogłosić zaledwie z trzytygodniowym wyprzedzeniem, że 12 listopada ma być wolny od pracy, to – oby niezamierzone – okazanie lekceważenia wszystkim tym, którzy wkładają wiele wysiłku, aby rezultaty ich pracy były przewidywalne, symbolizowały wysoką jakość i nie były zaskoczeniem dla odbiorców. Tak działają przedsiębiorcy. Jestem pewien, że chętnie podzielą się oni swoimi doświadczeniami z instytucjami, które mają mniejsze doświadczenie w tych obszarach.

Warto też przypomnieć, że Europa przoduje w świecie pod względem dni wolnych od pracy. W Europie Polska znajduje się w ścisłej czołówce państw oferujących pracownikom najwięcej dni urlopu i świąt.

dr hab. Tomasz Rostkowski, prof. SGH, Główny ekonomista Pracodawców RP

Zakwaterowanie pracowników z Ukrainy bez podatku, ale ze składką ZUS

Zakwaterowanie pracowników z Ukrainy na koszt pracodawcy jest w interesie przedsiębiorcy i nie wymaga odprowadzenia podatku – orzekły sądy WSA w Łodzi i w Opolu[1]. To decyzja, która podważa interpretację Urzędu Skarbowego[2], jakoby opłata za nocleg stanowiła dla Ukraińców opodatkowany przychód. W moim odczuciu taka decyzja sądów jest słuszna – w interesie pracodawcy i pracownika.

Krzysztof Inglot - Work Service
Krzysztof Inglot

Przedsiębiorcy zatrudniający cudzoziemców decydują się na to ze względu na brak rąk do pracy na polskim rynku, a opłacanie noclegów kadrze, która przyjechała do nas zza granicy, coraz częściej jest niezbędne do prowadzenia przez nich działalności gospodarczej. Z badań Personnel Service wynika, że już 49% pracodawców zapewnia pracownikom z Ukrainy zakwaterowanie.

Taki benefit nie wymaga pobrania i odprowadzenia zaliczki PIT, ale włącza się do podstawy składek emerytalnych i rentowych[3]. Ukraińców ubezpieczonych w ZUS jest coraz więcej – z najnowszych danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych za III Q br. wynika, że już ponad 425 tys. Ukraińców płaci składki w Polsce na ubezpieczenia społeczne[4]. To wzrost o niemal 118 tys. w porównaniu do analogicznego okresu 2017 r. Wszystkich cudzoziemców ubezpieczonych w ZUS jest obecnie 569 tys. – Ukraińcy stanowią już 75% z nich.

Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service

[1] http://www.orzeczenia-nsa.pl/wyrok/i-sa-op-142-18/podatek_dochodowy_od_osob_fizycznych_w_tym_zryczaltowane_formy_opodatkowania/1f83643.html

[2] http://sip.mf.gov.pl/faces/views/szczegoly/szczegoly-interpretacji-indywidualnej.xhtml?dokumentId=541602&poziomDostepu=PUB&indexAccordionPanel=-1#tresc

[3] http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU19981611106/O/D19981106.pdf

[4] http://psz.zus.pl/kategorie/ubezpieczeni/ubezpieczenia-emerytalne-i-rentowe

Blisko połowa Polaków jest przekonana, że ma większy wpływ na społeczeństwo jako konsumenci niż jako wyborcy

W badaniu „The Meaningful Shift” zrealizowanym przez Havas, przebadano wewnętrzny konflikt współczesnych kupujących – jednoczesne zamiłowanie do zakupów i posiadania, z chęcią działania na rzecz środowiska i przyszłości ludzi. Raport Havas pokazuje, że konsumenci starają się znaleźć równowagę między poczuciem winy a przyjemnością oraz chcą kupować w sposób bardziej odpowiedzialny. Co więcej, w Polsce 45 proc. populacji i 60 proc. prosumentów, czyli konsumentów, którzy wpływają na trendy i kształtują rynki na całym świecie, jest przekonana, że ludzie mogą wywrzeć większy wpływ na społeczeństwo jako konsumenci niż jako wyborcy. Badanie przeprowadzono na grupie 12 000 osób z 32 państw, w tym z Polski.

Przemyślane zakupy

Z badania „The Meaningful Shift” wynika, że zakupy wpływają pozytywnie na nastrój większości ankietowanych na całym świecie, ale jednocześnie blisko dwie trzecie światowej próby stara się konsumować tylko to, czego naprawdę potrzebuje. – W tym zakresie Polacy odstają od obywateli innych krajów, bowiem zaledwie 44 proc. polskiej populacji stara się kupować mniej. Świadoma konsumpcja zyskuje jednak na popularności – 78 proc. Polaków i 91 proc. polskich prosumentów twierdzi, że kupuje dziś znacznie uważniej niż kiedyś komentuje Alicja Górka-Pruszczak, Executive Director w Havas PR Warsaw i dodaje Udowadnia to skuteczność globalnych kampanii edukacyjnych niosących na sztandarach idee dbałości o świat dla naszych dzieci i wnuków oraz to, że  hasła te docierają także do naszego kraju i zmieniają nie tylko świadomość lecz co istotniejsze, dotychczasowe przyzwyczajenia Polaków.

Wybory konsumenckie mają większy wpływ na losy świata niż wybory

W Polsce 45 proc. populacji i 60 proc. prosumentów jest przekonana, że ludzie mogą wywrzeć większy wpływ na społeczeństwo jako konsumenci niż jako wyborcy. Ich decyzje konsumenckie wpływają bowiem zarówno na życie jednostek, jak i na politykę dużych korporacji, której nie byliby w stanie zmienić uczestnicząc w wyborach. Mimo to, tylko 28 proc. populacji i 47 proc. polskich prosumentów kupuje lub odmawia zakupu produktu w oparciu o deklarowane wartości firmy lub jej działania społeczno-polityczne.

Konsumpcja „do upadłego” nadal istnieje

Choć w 30 na 32 badane państwa nastąpiła zdecydowana zmiana istniejącej od dziesięcioleci nadmiernej i obsesyjnej konsumpcji, analiza Havas pokazuje, że większość Polaków nadal nie identyfikuje się z globalnym trendem. Polscy respondenci starają się natomiast kupować produkty o lepszej jakości i wytrzymałości (58 proc.), poddawać je recyklingowi (55 proc.), a także naprawiać zepsute przedmioty zamiast kupowania nowych (63 proc.).

Kupuję lokalnie

Z badania wynika również, że prawie 77 proc. respondentów na świecie i 73 proc. Polaków twierdzi, że czuje się dobrze wspierając lokalnych producentów i rzemieślników. Nieco ponad połowa Polaków jest także skłonna zapłacić za produkt trochę więcej, jeśli część wpływów przeznaczana jest na wsparcie słusznych celów. Równocześnie Polacy analizują dokładnie każdy swój zakup – aż 64 proc. z nich częściej pyta czy jest on konieczny i czy sam produkt wart jest swojej ceny.

Konsumpcja ma znaczenie

Obecnie ludzie coraz częściej dostrzegają negatywne konsekwencje swoich wyborów konsumenckich, co jest pierwszym krokiem do zmiany ich przyzwyczajeń na lepszeZ raportu „The Meaningful Shift” wynika, że konsumenci starają się kupować bardziej odpowiedzialnie, m.in. poprzez świadome wybieranie produktów czy marek sprzyjających środowisku, ale jednocześnie chcą, by zakupy były łatwe i szybkie. Aż 62 proc. Polaków chciałoby, aby podejmowanie decyzji o tym który produkt kupić było ułatwione, a ponad połowa przyznaje, że często czuje się przytłoczona zbyt dużym wyborem produktów w supermarkecie.

Widzimy, że wkroczyliśmy w nową erę współczesnych sprzeczności, która jest trudna dla marek. Wyzwanie polega na wyeliminowaniu poczucia winy z równania, i podaniu ludziom autentycznych powodów do dobrego samopoczucia w związku z zakupami – nie tylko z powodu pozyskanej wartości, ale także z powodu korzyści w ich własnym życiukomentuje Alicja Cybulska, Intelligence Director w Havas Media Group i dodaje – Z naszych badań „Meaningful Brands” wiemy, że ludzie nie przejmowaliby się, gdyby 74 proc. marek zniknęło z rynku z dnia na dzień. Po części wynika to z faktu, że większość z marek nie spełnia naszych podwyższonych oczekiwań. Polacy szukają dziś sensu nawet w codziennej konsumpcji.

Jak firmy z sektora MŚP finansują samochody służbowe – raport z badania 3Q2018

W 53,1 proc. przedsiębiorstw z sektora MŚP leasing jest jednym z najczęściej wybieranych modeli finansowania samochodów służbowych – jak wynika z badania zrealizowanego przez Instytut Keralla w 3. kwartale 2018 roku na zlecenie Carefleet S.A. Mikro, małe i średnie firmy chętnie kupują także samochody ze środków własnych. Niemal ¼ ich przedstawicieli deklaruje ponadto, że korzysta z przynajmniej dwóch źródeł finansowania służbowych pojazdów.

Leasing oraz zakup ze środków własnych na topie

Jak wynika z danych zebranych na zlecenie Carefleet S.A., z leasingu korzysta obecnie 50 proc. mikro, ponad 57 proc. małych oraz 47 proc. średnich firm w Polsce. W przeciwieństwie np. do zakupu aut za gotówkę, rozwiązanie to nie skutkuje zamrożeniem kapitału, który może zostać wykorzystany do realizacji strategicznych celów firmy, a minimum formalności i relatywnie niskie wymogi odnośnie zabezpieczenia transakcji w porównaniu z kredytem bankowym są dla przedsiębiorców dodatkową zachętą.

Bartosz Olejnik – Carefleet SA Dyrektor Sprzedaży i Marketingu
Bartosz Olejnik, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu w Carefleet S.A.

Decydując się na finansowanie floty w formie leasingu, firmy mogą wybierać spośród dwóch jego rodzajów – operacyjnego i finansowego. Jak pokazują statystyki, przedsiębiorcy w naszym kraju o wiele chętniej korzystają z pierwszej opcji, choć są również takie sytuacje, w których leasing finansowy może być korzystniejszy – mówi Bartosz Olejnik, dyrektor sprzedaży i marketingu w Carefleet S.A. – Generalnie wybór pomiędzy dostępnymi na rynku usługami powinien zostać poprzedzony analizą potrzeb przedsiębiorstwa i bilansem korzyści, jakie mogą przynieść dostępne rozwiązania. Pod uwagę należy wziąć przede wszystkim kwestie związane z wykupem auta, wysokością miesięcznego czynszu oraz odpisami amortyzacyjnymi – dodaje.

Według danych zebranych na zlecenie Carefleet, z leasingu najchętniej korzystają firmy z branży handlowej (56,7 proc. wskazań) , transportowej (48 proc. wskazań) oraz  produkcyjnej (54,8 proc. wskazań). Wiele firm z sektora MŚP nadal chętnie finansuje flotę ze środków własnych. Ta forma zakupu pojazdów służbowych jest obecnie jedną z dominujących w 47,6 proc. badanych przedsiębiorstw.

Wynajem samochodów rywalizuje z kredytami

Z kredytów, które jeszcze kilkanaście lat temu były bardzo popularną formą finansowania aut służbowych, korzysta obecnie 11,6 proc. badanych mikro, małych i średnich firm. Sukcesywnie rośnie natomiast zainteresowanie wynajmem długoterminowym samochodów – jako jedną z dominujących form finansowania wskazało go 10 proc. ankietowanych. O ile popularność leasingu i finansowania samochodów ze środków własnych utrzymuje się na podobnym poziomie w mikro, małych i średnich firmach, o tyle zainteresowanie wynajmem długoterminowym rośnie wraz z wielkością przedsiębiorstwa. Odwrotnie natomiast sytuacja przedstawia się w przypadku kredytów. Jako jedną z najczęstszych form finansowania pojazdów służbowych wskazuje je 24 proc. mikroprzedsiębiorstw. W firmach średniej wielkości odsetek ten wynosi zaledwie 4 proc.

Wciąż na rynku funkcjonuje duża grupa firm, które korzystają z tradycyjnych modeli finansowania samochodów służbowych, takich jak kredyt czy zakup ze środków własnych. Ci przedsiębiorcy powoli otwierają się jednak na korzyści wynikające z rozwiązań outsourcingowych. Z drugiej strony mamy niemal ¼ firm, które korzystają jednocześnie z kilku modeli finansowania floty, a także bardzo liczne grono korzystających z leasingu i coraz mocniej zarysowującą się grupę zwolenników wynajmu długoterminowego – twierdzi Bartosz Olejnik – Warto zauważyć, że wynajem pojazdów to na polskim rynku rozwiązanie stosunkowo nowe, a jednak bardzo chętnie wykorzystywane przez korporacje i duże przedsiębiorstwa. Prognozy wskazują, że zainteresowanie tą usługą w sektorze MŚP będzie sukcesywnie rosło. Wymaga to jednak czasu, zmian w mentalności przedsiębiorców oraz dużego zaangażowania ze strony firm oferujących usługi  CFM – zaznacza.

18,3 proc. Firm z sektora MŚP korzysta obecnie z wynajmu

Jak wynika z badania, 18,3 proc. firm z sektora MŚP korzysta w ogóle z wynajmu długoterminowego samochodów. Rozwiązanie to cieszy się największą popularnością w średnich firmach, zatrudniających od 50 do 249 pracowników (29 proc. wskazań). Wynajem długoterminowy jako forma finansowania floty najrzadziej wykorzystywany jest w mikro-przedsiębiorstwach (11 proc. wskazań). Jednocześnie niemal 40 proc. przedstawicieli tych podmiotów rozważa skorzystanie z usługi.

Usługa wynajmu długoterminowego coraz bardziej zyskuje na znaczeniu w sektorze MŚP. Według naszych badań w 2009 roku tylko niecałe 5 proc. mikro, małych i średnich przedsiębiorstw korzystało z tego rozwiązania. Dziś jest to niemal 20 proc. Polska branża Car Fleet Management konsekwentnie podąża tą samą drogą, którą przeszły kraje Europy Zachodniej, gdzie obecnie większość aut służbowych finansowana jest w formie wynajmu długoterminowego. Tam również z usługi początkowo korzystały korporacje i duże przedsiębiorstwa, a dopiero później, mniejsze podmioty – podkreśla Bartosz Olejnik.

Według danych z  badania nieco ponad 47 proc. ankietowanych zna, ale w chwili obecnej nie rozważa korzystania z wynajmu długoterminowego jako modelu finansowania samochodów służbowych, a ponad 11 proc. badanych przedsiębiorców w ogóle nie zna tego rozwiązania.

CBRE: firmy logistyczne z jeszcze wyższym optymizmem niż rok temu. Produkcja i handel są ostrożniejsze

Najnowszy raport CBRE i Panattoni Europe „Confidence Index 2018/2019” potwierdza utrzymujące się pozytywne perspektywy dla rynku logistycznego w Polsce. Wskaźnik Poziomu Optymizmu w zakresie Logistyki i Łańcucha Dostaw w Polsce wynosi 57,4 pkt. (o 3,3 pkt. mniej niż w ubiegłym roku). Wyższy optymizm wykazują firmy logistyczne (64,1 pkt.) niż przedsiębiorstwa produkcyjne i handlowe, korzystające z usług logistycznych (50,4 pkt.). Co więcej, aż 8 na 10 respondentów przewiduje wzrost wysokości obrotów swoich firm w ciągu 12 miesięcy, a 6 na 10 planuje wzrost zatrudnienia.

Beata Hryniewska
Beata Hryniewska

W naszej branży widać wyraźnie, że rynek nieruchomości przemysłowych i logistycznych już od kilku lat odnotowuje wysokie wzrosty. Na przestrzeni ostatnich pięciu lat podaż nowoczesnej powierzchni przemysłowej i logistycznej niemalże się podwoiła, a od początku 2017 roku do końca pierwszej połowy 2018 roku, czyli w ciągu zaledwie półtora roku, na rynku pojawiło się aż 3,3 mln mkw. nowej powierzchni. W naszej opinii w najbliższym czasie ten trend nie będzie zwalniał. Na koniec pierwszej połowy 2018 roku w budowie znajdowało się ponad 2,26 mln mkw. nowoczesnej powierzchni logistycznej. To wzrost o 45% w porównaniu do analogicznego okresu w zeszłym roku i historyczny rekord, jeśli chodzi o ilość powierzchni w budowie – mówi Beata Hryniewska, Szefowa Działu Powierzchni Magazynowych i Logistyki CBRE.

Firmy logistyczne optymistyczne jak nigdy

Wskaźnik Poziomu Optymizmu w zakresie Logistyki i Łańcucha Dostaw w Polsce 2018/2019 został określony na poziomie 57,4 pkt., o 3,3 pkt. mniej niż w 2017 r. – wynika z raportu CBRE i Panattoni Europe „Confidence Index 2018/2019”. Mimo niewielkiego spadku rok do roku, taki wynik oznacza optymistyczne spojrzenie w przyszłość – Wskaźnik Poziomu Optymizmu wyższy niż 50 pkt. to oczekiwanie zmian na lepsze, poniżej 50 pkt. – zmian na gorsze. Im bardziej oddalony od 50 pkt. tym silniejsza prognozowana zmiana na przestrzeni czasu. Wskaźnik uwzględnia opinie respondentów dotyczące obecnej sytuacji rynkowej w Polsce oraz ich przewidywania na przyszłość w kontekście zmian wysokości obrotów, rentowności, nakładów inwestycyjnych związanych z logistyką i łańcuchem dostaw, a także prognozowanego zatrudnienia.

Ciekawą zmianą w porównaniu do ubiegłorocznego badania nastrojów w sektorze logistycznym jest wzrost poziomu optymizmu w samych firmach logistycznych (z 62,1 pkt. do 64,1 pkt.), a spadek w przedsiębiorstwach produkcyjnych i handlowych (z 59,1 pkt. do 50,4 pkt.). Oznacza to pogłębienie się różnic w postrzeganiu rynku przez dwie strony. Zdaniem Marka Dobrzyckiego, Dyrektora Zarządzającego Panattoni Europe, różnica ta może wynikać ze zmian modelów współpracy pomiędzy obydwoma sektorami. – Obserwujemy trend outsoursowania przez przedsiębiorstwa produkcyjne i handlowe firmom logistycznym wszystkiego tego, co jest związane z procesem planowania, realizowania i kontrolowania przepływu surowców czy gotowych wyrobów. Jest to bezspornie efekt niedoborów wykwalifikowanej kadry zawodowej. Dodatkowo, rozwój handlu elektronicznego na rynkach europejskich sprawia, że sektor logistyczny optymistyczniej spogląda na rynek i możliwość wzrostu własnej działalności. Ponadto, przedsiębiorstwa produkcyjne i handlowe skupiają się na ekspansji – zdobywaniu nowych rynków, zwłaszcza eksportowych oraz wprowadzaniu nowych produktów do portfeli i tym samym otwarciu się na nowe segmenty rynku – mówi przedstawiciel Panattoni Europe.

Sytuacja rynkowa nie rozpieszcza

CBRE i Panattoni Europe sprawdzili także, jak respondenci (firmy logistyczne oraz firmy z branż handlowej i produkcyjnej) oceniają obecną sytuację na rynku w porównaniu do minionych 12 miesięcy. Tylko 15% ze wszystkich respondentów określiło ją jako bardziej sprzyjającą niż rok temu. Natomiast 7 na 10 zapytanych uznało, że obecnie jest trudniej. Narzekają przede wszystkim przedstawiciele przedsiębiorstw produkcyjnych i handlowych, wśród których aż 81% zapytanych określa sytuację na rynku jako mniej korzystną.

Również na pytanie o kolejne 12 miesięcy, większość, bo 62% zapytanych, odpowiedziało, że spodziewa się trudniejszej sytuacji niż obecnie, co piąty respondent nie przewiduje żadnych zmian, a tylko 17% uważa, że będzie lepiej. Tu także wśród pesymistów prym wiodą przedstawiciele przedsiębiorstw produkcyjnych i handlowych – 69% z nich nie widzi najbliższego roku w kolorowych barwach.

Na najwyższych obrotach i z inwestycjami

Zdecydowana większość respondentów badania „Confidence Index 2018/2019” przewiduje wzrost wysokości obrotów swoich firm w ciągu najbliższego roku (79% wskazań). Jedna trzecia liczy na silny wzrost obrotów o ponad 8% r/r, kolejne 26% uczestników badania przewiduje umiarkowane roczne tempo wzrostu na poziomie 2-5%. Co ciekawe, grupa respondentów z firm logistycznych wyróżnia się tu naprawdę dużym optymizmem – aż 93% oczekuje wyższych obrotów w najbliższym roku.

Optymizm dotyczący wzrostu wysokości obrotów jest związany także z pozytywnymi prognozami dotyczącymi rentowności. Niemal 2 na 3 przedstawicieli firm oczekuje wzrostu rentowności w kolejnych 12 miesiącach, co czwarty nie prognozuje zmian, a 13% uznało, że zyski mogą spaść.

Jeśli chodzi o nakłady inwestycyjne, to aż 87% respondentów chce w ciągu najbliższego roku dokonać inwestycji związanych z logistyką i łańcuchem dostaw. Obie grupy respondentów, firmy logistyczne oraz handlowe i produkcyjne, są skłonne ponieść wydatki w tym obszarze.

Pracownicy logistycznym hamulcem?

Popyt na pracowników jest obecnie na jednym z najwyższych poziomów w wielu sektorach polskiej gospodarki. Nie inaczej jest w logistyce. Ponad połowa respondentów (59%) zadeklarowała, że w kolejnych 12 miesiącach oczekuje wzrostu zatrudnienia w swojej firmie. Tylko 7% przewiduje spadek liczby pracowników w ciągu roku. Wyniki badania w tym zakresie różnią się dla branży logistycznej i przedsiębiorstw produkcyjnych i handlowych. Firmy logistyczne wyrażają większe zapotrzebowanie na pracowników niż branża wytwórcza i handlowa – odpowiednio 78% i 38% firm logistycznych i przedsiębiorców produkcyjnych i handlowych zamierza zatrudniać.

Biorąc pod uwagę rekordowo niskie bezrobocie odnotowane w całym kraju w niemalże wszystkich sektorach – według najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego we wrześniu 2018 roku wyniosło 5,7% – potrzeba zwiększenia liczby zatrudnionych osób będzie prawdopodobnie stanowić duże wyzwanie. Organizacjom brakuje wykwalifikowanych zasobów ludzkich i konkurują one o nowych pracowników. Rynek pracy zmaga się obecnie z problemem nieustannie rosnących wymagań w zakresie zarobków i warunków pracy, a pracodawcy nie mogą pozostawać na to obojętni – dodaje Beata Hryniewska z CBRE.

Raport „Confidence Index 2018/2019” do pobrania na stronie https://confidenceindex.industrialgo.pl/.

Metodologia „Confidence Index 2018/2019”

Druga edycja raportu „Confidence Index 2018/2019. Wskaźnik Poziomu Optymizmu w zakresie Logistyki i Łańcucha Dostaw w Polsce” została opracowana przez CBRE i Panattoni Europe przy wsparciu agencji badawczej Analytiqa. Badanie zostało zrealizowane na grupie 53 respondentów, w tym 27 firm logistycznych oraz 26 firm z branży produkcyjnej i handlowej (firmy korzystające z usług logistyków). Wszyscy respondenci reprezentowali stanowiska dyrektorskie lub kierownicze. Badanie zostało przeprowadzone metodą ankietową w 2018 r.

KUKE: Budowlanka stabilnie, transport notuje wzrost upadłości

Po bardzo dynamicznym wzroście liczby podmiotów mających problemy z płynnością finansową w pierwszej połowie roku, obecnie obserwujemy stabilizację sytuacji. We wrześniu br. upadłość ogłosiły 33 przedsiębiorstwa, czyli o 34% mniej niż w sierpniu oraz o 42,7% mniej niż we wrześniu 2017 roku. Rok 2018 pod względem upadłości i rozpoczętych postępowań sanacyjnych zakończy na poziomie ok. 1100 podmiotów.

„Warto zauważyć dwa wyraźne trendy związane z upadłościami i restrukturyzacjami we wrześniu. Mimo wciąż trudnej sytuacji w branży budowlanej, głównie związanej z rosnącymi cenami materiałów budowlanych i brakiem rąk do pracy, natężenie upadłości i rozpoczętych restrukturyzacji utrzymuje się na stabilnym poziomie: 2,43% wobec 2,39% rok temu. W tym samym czasie obserwujemy zwiększenie liczby upadłości i restrukturyzacji w branży transportowej z poziomu 0,39% we wrześniu 2017 roku do 0,79% w analogicznym okresie tego roku. Jest to pokłosie rosnących cen paliw, rozdrobnienia branży i braku dostępności kierowców. Cieniem kładzie się również perspektywa wejścia w życie unijnej dyrektywy o pracownikach delegowanych, zaskarżonej aktualnie przez Polskę i Węgry do Trybunału Sprawiedliwości UE. Z danych narastających w 2018 roku wynika jednak, że ogólna liczba podmiotów podlegających upadłości i restrukturyzacji – po wzroście w pierwszym półroczu – obecnie uległa stabilizacji. Utrzymanie tego trendu może doprowadzić do sytuacji, w której finalna liczba upadłości i restrukturyzacji w 2018 roku zamknie się w przedziale 1050-1100 podmiotów”  mówi Tomasz Ślagórski, wiceprezes zarządu KUKE S.A.

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy (październik 2017 r. – wrzesień 2018 r.) na skutek niewypłacalności, działalność gospodarczą zakończyło 605 przedsiębiorstw, co oznacza wzrost o 5,4% w porównaniu do analogicznego okresu sprzed roku. Wzrost jest jeszcze większy, jeżeli oprócz upadłości uwzględnić również rozpoczęte restrukturyzacje – na 30 września 2018 roku łączna roczna liczba takich podmiotów wzrosła do 1043, czyli o 18,4% r/r.

We wrześniu 2018 roku najwyższe natężenie upadłości i rozpoczętych restrukturyzacji wystąpiło w województwie mazowieckim (1,76%), natomiast najniższe w województwie łódzkim (0,91%). Największy wzrost natężenia upadłości i rozpoczętych restrukturyzacji zanotowano w województwie świętokrzyskim (z 0,59% do 1,60%). Średnie natężenie upadłości spółek prawa handlowego w Polsce po wrześniu uległo obniżeniu do poziomu 0,85% z 0,89% notowanego w sierpniuJednocześnie we wrześniu ogłoszono upadłość 24 spółek prawa handlowego – o 40% mniej niż w sierpniu i o 41,5% mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Ta sama tendencja była zauważalna w przypadku jednoosobowych działalności gospodarczych – we wrześniu 9 osób zakończyło działalność ze względu na niewypłacalność – było to o 10% mniej niż w sierpniu i 43,8% mniej niż we wrześniu 2017 roku.

Sprzedaż opon w trzecim kwartale 2018 roku

Według danych Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO) i Europejskiego Stowarzyszenia Producetów Opon i Gumy (ETRMA) w trzecim kwartale 2018 roku producenci i importerzy opon w Polsce odnotowali znaczące wzrosty sprzedaży we wszystkich głównych segmentach rynku. Najwięcej w segmencie samochodów ciężarowych (+29%) i maszyn rolniczych (+15%). Zwiększył się również wolumen sprzedaży opon przemysłowych (+5%) oraz do motocykli (+13%).

Trzeci kwartał przyniósł ożywienie w niemal wszystkich segmentach, co może zwiastować dobrą koniunkturę w branży automotive i transportowej. Kolejny kwartał bardzo wysokiego wolumenu sprzedaży w kategorii SUV (+25%) jest wynikiem wciąż rosnącej liczby zwolenników tego typu pojazdów – zarówno na rynku wtórnym, jak i pierwotnym. Wszystkie one potrzebują dedykowanego ogumienia ze względu na większą masę i wyżej położony środek ciężkości. W zakończonym kwartale sprzedaż opon w tym segmencie była równa 2/3 poziomu sprzedaży w segmencie lekkich samochodów dostawczych – rok temu była to raptem połowa. To także kolejny kwartał wskazujący na rynkową tendencję do wzrostu sprzedaży opon klasy premium (+16%) oraz klasy średniej (+13%).

– Na pewno wzrost sprzedaży opon klasy premium jest pochodną rosnącej wśród kierowców świadomości odnośnie ich wielu zalet i wpływu ogumienia dobrej jakości na bezpieczeństwo. Opony tej klasy oznaczają lepszą przyczepność na drodze, krótszą drogę hamowania, większą żywotność, mniejszy hałas i mniejsze zużycie paliwa. Takie dane wskazują więc na pozytywny trend – pamiętajmy jednak, że nawet nowe opony klasy budżetowej będą dużo lepszym wyborem niż te używane. Tylko kupując nieużywane ogumienie mamy gwarancję, że jest wolne od jakichkolwiek uszkodzeń i posiada deklarowane przez producenta właściwości – wskazuje Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO).

Duży wzrost sprzedaży renomowanych producentów w segmencie opon do samochodów ciężarowych częściowo spowodowany jest opłatami celnymi i dopłatami do opon importowanych z Chin, które wprowadziła Komisja Europejska po przeprowadzeniu śledztwa. Teraz cena opon z Chin po uwzględnieniu dopłat dochodzi do poziomu marek budżetowych renomowanych producentów europejskich, amerykańskich, japońskich czy koreańskich – takie opony tracą więc swój główny atut, jakim była zaniżona cena.

– Jakość opon i ich stan techniczny ma wpływ na efektywność prowadzonej działalności gospodarczej oraz na bezpieczeństwo ruchu drogowego. Ma to szczególne znaczenie w firmach transportowych – ilość taboru samochodowego szacowana jest na ponad 600 tys. pojazdów w skali całego kraju. Dla każdego z pojazdów jedynym punktem styku z drogą są opony, które odpowiadają za przenoszenie napędu oraz trakcję. Na pokonanie ich oporu toczenia w transporcie drogowym przypada prawie 30 proc. paliwa. Zastosowanie opon markowych o obniżonych oporach toczenia pozwala na oszczędność ponad 2 litrów paliwa na 100 km, czyli średnio niemal 5000 litrów paliwa rocznie[1]. Opony to 3-5 proc. kosztów, ale mają wpływ na aż 40 proc. wszystkich kosztów operacyjnych firmy transportowej. Te zalety na pewno przekonują najlepsze firmy transportowe do inwestycji w dobre ogumienie, co znalazło odzwierciedlenie w wynikach III kwartału – dodaje Sarnecki.

Rusza II edycja studiów flotowych PZWLP i SKFS na Wydziale Transportu PW

Wystartowała druga edycja studiów podyplomowych „Zarządzanie flotą samochodową i mobilnością” na Wydziale Transportu Politechniki Warszawskiej, współtworzonych przez dwie najważniejsze na polskim rynku flotowym organizacje branżowe – Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) oraz Stowarzyszenie Kierowników Flot Samochodowych (SKFS). Zajęcia na drugiej edycji rozpoczęły się 20 października od uroczystej inauguracji, w trakcie której pierwszym absolwentom tego unikalnego w Polsce kierunku wręczone zostały świadectwa oraz certyfikaty ukończenia studiów. Uruchomione w zeszłym roku studia były pierwszym tego typu kierunkiem w kraju i zostały utworzone w odpowiedzi na brak oferty edukacyjnej dla osób chcących się kształcić w obszarze tematyki flot samochodowych.

Studia podyplomowe „Zarządzanie flotą samochodową i mobilnością” zostały uruchomione na Wydziale Transportu Politechniki Warszawskiej w październiku ubiegłego roku z inicjatywy i we współpracy z Polskim Związkiem Wynajmu i Leasingu Pojazdów, czyli organizacją skupiającą firmy wynajmu długoterminowego (CFM) i Rent a Car w Polsce oraz Stowarzyszeniem Kierowników Flot Samochodowych, a więc organizacją zrzeszającą menadżerów flot w Polsce. W momencie premiery, były to pierwsze tego typu, rozbudowane programowo studia, w całości poświęcone zagadnieniom związanym z zarządzaniem oraz finansowaniem flot samochodów, a także szeroko pojętą mobilnością w biznesie.

Program studiów został stworzony od podstaw przez doświadczonych praktyków i ekspertów branży flotowej w Polsce, pochodzących z PZWLP i SKFS, we współpracy z kadrą naukową Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej. Na program składa się łącznie 188 godzin zajęć – został on skonstruowany przede wszystkim z myślą o uzyskaniu przez słuchaczy studiów unikalnej na rynku, specjalistycznej i faktycznie użytecznej w pracy zawodowej, praktycznej wiedzy. Z tego względu, zajęcia z ponad połowy przedmiotów są prowadzone przez czynnych zawodowo w branży flotowej ekspertów PZWLP, SKFS, a także firm dostarczających usługi informatyczne oraz telematyczne dla flot. Pozostałą część wykładowców studiów stanowi kadra naukowa Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej oraz innych uczelni. Studia są kierowane zarówno do osób młodych, kontynuujących swoją naukę po ukończeniu studiów I lub II stopnia, jak i funkcjonujących już w branży motoryzacyjnej, czy flotowej specjalistów, chcących podnieść swoje zawodowe kwalifikacje. Warto podkreślić, że zgodnie z prestiżowym w środowisku akademickim rankingiem Perspektywy 2018, opublikowanym w maju tego roku, Wydział Transportu Politechniki Warszawskiej prowadzi najlepsze studia inżynierskie w kraju na kierunku „Transport”. Co więcej, Wydział zajął pierwsze miejsce w tym rankingu już drugi rok z rzędu.

20 października, podczas uroczystej inauguracji drugiej edycji studiów na Wydziale Transportu Politechniki Warszawskiej, świadectwa oraz certyfikaty ukończenia studiów odebrali pierwsi absolwenci kierunku.

Prof. dr hab. inz. Marianna Jacyna – Dziekan Wydzialu Transportu PW
Prof. dr hab. inż. Marianna Jacyna, Dziekan Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej

Utworzone w zeszłym roku i kontynuowane obecnie studia podyplomowe „Zarządzanie flotą samochodową i mobilnością” były nie tylko pierwszym tego typu kierunkiem w Polsce, ale stanowią również do tej pory ewenement w skali kraju, jeśli chodzi o ich zakres programowy oraz bardzo praktyczną formułę – mówi Prof. dr hab. inż. Marianna Jacyna, Dziekan Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej.

Głównym założeniem przy tworzeniu tych studiów było rzadko spotykane zaangażowanie w proces budowania programu, a następnie już w samo prowadzenie zajęć, ekspertów i praktyków, którzy na co dzień funkcjonują na rynku flotowym w Polsce. W efekcie powstała oferta edukacyjna, która pozwala na zdobycie wiedzy faktycznie użytecznej w przyszłej pracy zawodowej, bardzo praktycznej i poszukiwanej na flotowym rynku pracy. Pierwsza edycja studiów została wysoko oceniona przez biorących w niej udział słuchaczy. Zainteresowanie podjęciem nauki na tym kierunku jest bardzo duże. Studia te, to także doskonały przykład dobrej i efektywnej współpracy uczelni państwowej z przedstawicielami biznesu, która pozwala na osiągnięcie priorytetowych dla obydwu stron celów, tj. stworzenia oferty edukacyjnej dopasowanej zarówno do potrzeb studentów, jak i aktualnego zapotrzebowania na rynku pracy.

Na łącznie 188 godzin zajęć w ramach studiów, aż 62 stanowią praktyczne ćwiczenia, zajęcia projektowe oraz laboratoria, podczas których słuchacze mają m.in. okazję pracować na używanych w działach flotowych w przedsiębiorstwach, czy firmach CFM i Rent a Car, narzędziach informatycznych i telematycznych do zarządzania flotami. Na dwusemestralny program studiów składa się 18 przedmiotów m.in. z zakresu podstaw zarządzania flotą, zarządzania w biznesie, podstaw konstrukcji i eksploatacji pojazdów, polityki flotowej, elementów HR, pozyskania, finansowania i budżetowania floty, podstaw prawnych w eksploatacji pojazdów, negocjacji i zarządzania relacjami, systemów IT i telematyki w zarządzaniu flotą, analizy TCO i cyklu życia pojazdów, a także ubezpieczeń.

W drugiej edycji studiów program został zaktualizowany i dostosowany do zmian oraz trendów na rynku flotowym. Uwzględniono również opinie i oceny dotychczasowych słuchaczy. W konsekwencji, w programie nauczania pojawiły się m.in. nieuwzględnione wcześniej zajęcia poświęcone car sharingowi. Będą one prowadzone przez ekspertów z firm należących do PZWLP, będących największymi dostawcami usług car sharingowych na polskim rynku.  

Natasza Jaronska – Ignatiuk – Prezes SKFS
Natasza Jarońska – Ignatiuk, Prezes Zarządu SKFS, Kierownik ds. Floty i Administracji w firmie Dr Irena Eris SA

Współtworzone przez Stowarzyszenie Kierowników Flot Samochodowych studia „Zarządzanie flotą samochodową i mobilnością” wpisują się w jeden z priorytetów naszej organizacji, czyli upowszechnianie wiedzy i edukacja na temat zarządzania flotami samochodowymi – mówi Natasza Jarońska – Ignatiuk, Prezes Zarządu SKFS, Kierownik ds. Floty i Administracji w firmie Dr Irena Eris SA. – Sukces pierwszej edycji studiów i niesłabnące, bardzo duże zainteresowanie tym kierunkiem, potwierdza nie tylko wypełnienie luki w ofercie edukacyjnej na polskim rynku, ale również bardzo trafnie skonstruowany program oraz formułę naszych studiów. Jeszcze do niedawna menadżerowie flot w Polsce stawali przed koniecznością kształcenia się we własnym zakresie, bądź uczęszczania na wiele specjalistycznych kursów, gdzie przekazywane informacje były cząstkowe, poświęcone tylko wybranemu aspektowi. Brakowało edukacji w wymiarze kompleksowym, na dodatek przygotowanej i prowadzonej w znacznej mierze przez doświadczonych praktyków i ekspertów w dziedzinie zarządzania flotami.

Warunkiem koniecznym do rozpoczęcia nauki na studiach „Zarządzanie flotą samochodową
i mobilnością” jest posiadanie przez kandydata wykształcenia min. na poziomie studiów pierwszego stopnia (licencjackich lub inżynierskich). Ukończenie tych studiów wiążę się z koniecznością nie tylko uzyskania pozytywnych wyników zaliczeń lub egzaminów z każdego z wykładanych przedmiotów, ale i przygotowaniem pracy końcowej. Absolwenci studiów zdobywają unikalną na polskim rynku pracy, specjalistyczną wiedzę na poziomie podstawowym, z zakresu zarządzania flotami pojazdów w branży wynajmu długoterminowego aut (Car Fleet Management), Rent a Car (wypożyczalnie samochodów), a także w wewnętrznych strukturach firm. Osoby kończące studia podyplomowe „Zarządzanie flotą samochodową i mobilnością” otrzymują świadectwo ukończenia studiów podyplomowych wydane przez Wydział Transportu Politechniki Warszawskiej, najlepszej i największej wyższej uczelni technicznej w kraju, a także dodatkowo certyfikat sygnowany przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów oraz Stowarzyszenie Kierowników Flot Samochodowych.

Grzegorz Szymanski – Prezes Zarzadu PZWLP
Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska

Uruchamiając w zeszłym roku ten pierwszy w kraju kierunek studiów flotowych, zarówno my, jak i Stowarzyszenie Kierowników Flot Samochodowych oraz władze Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej, mieliśmy wspólne przeświadczenie, że bierzemy udział w czymś wyjątkowym na rynku flotowym w Polsce i otwieramy nowy rozdział w historii tej branży w naszym kraju – mówi Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska. – Studia w całości poświęcone edukacji w obszarze związanym z finansowaniem i zarządzaniem flotami samochodów oraz mobilnością były wówczas odpowiedzią na bardzo szybko rozwijający się rynek flotowy w Polsce, przy jednoczesnym braku jakiegokolwiek kształcenia, nie tylko na poziomie uczelni wyższej, wykwalifikowanych specjalistów. Bardzo duże zainteresowanie zarówno pierwszą, jak i właśnie rozpoczynającą się drugą edycją studiów, potwierdzają że tego typu kierunek studiów był w kraju faktycznie potrzebny. Firmy są w Polsce już od kilku lat nabywcami ponad 2/3 wszystkich sprzedawanych w salonach nowych aut, co oznacza, że branża flotowa w naszym kraju staje się coraz większa i co więcej, odgrywa coraz ważniejszą rolę dla kondycji całego rynku motoryzacyjnego. W efekcie, rosnąć będzie także zapotrzebowanie na rynku pracy na specjalistów z tzw. kierunkowym wykształceniem w dziedzinie zarządzania flotami samochodów.

W drugiej edycji studiów podyplomowych „Zarządzanie flotą samochodową i mobilnością” naukę podjęły łącznie 33 osoby, wśród których znajdują się zarówno osoby młode, kontynuujące edukację po ukończonych studiach I lub II stopnia, jak i już aktywne zawodowo w branży flotowej, tj. pracownicy, podnoszący bądź uzupełniający swoje kwalifikacje. Podobnie jak w poprzedniej edycji, dla słuchaczy uruchomiony zostanie program kilkumiesięcznych, płatnych praktyk zawodowych w firmach wynajmu długoterminowego (CFM) i Rent a Car, należących do PZWLP. Program praktyk pozwoli na ugruntowanie i poszerzenie zdobytej podczas zajęć na uczelni wiedzy w realnych warunkach zarządzania flotami. Praktyki zostaną skierowane do osób młodych, a więc słuchaczy, którzy nie wykonują pracy zawodowej w branży flotowej i dopiero planują rozpocząć swoją karierę na tym rynku. Ponadto, wzorem pierwszej edycji studiów, dwóch słuchaczy studiów, spełniających kryteria określone przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów oraz Wydział Transportu Politechniki Warszawskiej, otrzyma 50% dofinansowanie czesnego studiów, ufundowane przez PZWLP.  

Ceny transferowe – zmiany na horyzoncie

1 października 2018 r. upłynął ostateczny termin złożenia do Urzędu Skarbowego sprawozdań CIT-TP i PIT-TP oraz oświadczenia o sporządzeniu dokumentacji podatkowej za 2017 r. według znowelizowanych przepisów. Mimo że rok podatkowy kończący się 31 grudnia 2017 r. był pierwszym, w którym podmioty powiązane wypełniały obowiązki dokumentacyjne na nowych zasadach, to na horyzoncie pojawił się kolejny obszerny pakiet zmian w obszarze cen transferowych. W założeniu fiskusa projekt ma na celu uproszczenie przepisów podatkowych, a także zmniejszenie obciążeń o charakterze biurokratycznym i administracyjnym. Jednak zasadniczym celem regulacji nadal pozostaje uszczelnienie systemu podatkowego.

Z jednej strony uproszczenia dla podatników…

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

W połowie lipca 2018 r. został opublikowany projekt ustawy zmieniającej przepisy ustawy CIT i PIT w obszarze cen transferowych. Niewątpliwie za trafne rozwiązanie dla wszystkich adresatów regulacji należy uznać ujednolicenie pojęć i definicji poprzez wyodrębnienie i umieszczenie przepisów CT w jednym nowym rozdziale (Rozdział 1a w ustawie CIT oraz Rozdział 4b w ustawie PIT). Z całą pewnością ujęcie nowych regulacji w odrębnych rozdziałach znacząco zwiększy przejrzystość wprowadzanych zmian, gdyż dotychczas obowiązujące przepisy art. 9a i 11 ustawy CIT oraz art. 25 i 25a ustawy PIT były wielokrotnie nowelizowane i nazbyt rozbudowane, a przez to mało czytelne.

Za sensowny należy także uznać postulat wydłużenia terminów na złożenie oświadczenia o sporządzeniu lokalnej dokumentacji cen transferowych oraz złożenie informacji o cenach transferowych z 3 do 9 miesięcy po zakończeniu roku podatkowego poprzez uregulowanie tej kwestii bezpośrednio w tekście ustawy. Należy zdać sobie sprawę, że wydłużenie w marcu 2018 r. terminu na sporządzenie dokumentacji cen transferowych do 9 miesięcy dla terminów upływających w 2018 r. lub 2019 r. wynikało z rozporządzenia MF i miało charakter czasowy, zatem nie rozwiązywało problemu w sposób systemowy. Jednocześnie termin na sporządzenie grupowej dokumentacji cen transferowych będzie – w myśl proponowanych rozwiązań – jeszcze dłuższy i wyniesie 12 miesięcy po zakończeniu roku podatkowego.

Przejawem liberalizacji przepisów jest także wyraźne podniesienie progów, po których przekroczeniu powstaje obowiązek sporządzenia cen transferowych. Projekt zmian zakłada odstąpienie od dotychczasowego określania progu istotności transakcji na podstawie wartości przychodów lub kosztów przedsiębiorstwa i określenie obowiązku dokumentacyjnego wyłącznie na podstawie wartości danej transakcji kontrolowanej. Z propozycji Ministerstwa Finansów wynika, że nowe progi transakcyjne zostały określone na poziomie 10 mln zł m.in. dla aktywów rzeczowych oraz 2 mln zł m.in. dla WNiP, usług, najmu lub czynności o podobnym charakterze (dotychczasowe progi dokumentacyjne wynoszą od 50 tys. do 500 tys. EUR). Efektywne podniesienie progów transakcyjnych może – w założeniu projektodawcy – oznaczać redukcję liczby transakcji objętych obowiązkiem dokumentacyjnym.

… z drugiej strony poszerzenie zakresu powiązań i uprawnień fiskusa

Na drugim biegunie projektowanych zmian pojawiają się jednak także przepisy, które rozszerzają zakres podmiotów powiązanych m.in. poprzez wprowadzenie legalnej definicji „znaczącego wpływu” jako kluczowego elementu determinującego powstanie obowiązku dokumentacyjnego w obszarze CT. W tym zakresie szczegółowo wyodrębniono trzy obszary kreujące powstanie powiązań podmiotowych:

  • znaczący wpływ wynikający z relacji właścicielskich, zarządczych lub kontrolnych – poprzez rozszerzenie spektrum instrumentów mogących tworzyć powiązania;
  • znaczący wpływ wywierany przez osobę fizyczną – np. przez osobę mogącą w istotny sposób wpływać na kluczowe decyzje gospodarcze pomimo braku umocowania w organach stanowiących lub kontrolnych;
  • znaczący wpływy poprzez powiązania o charakterze rodzinnym – tj. pozostawanie w związku małżeńskim albo występowanie pokrewieństwa lub powinowactwa do drugiego stopnia.

Jednocześnie za zbyt daleko idące należy uznać zwiększenie uprawnień organów podatkowych w zakresie tzw. recharakteryzacji transakcji kontrolowanej poprzez uznanie, że transakcja w danych warunkach nie zostałaby zrealizowana przez podmioty niepowiązane lub zostałaby przez nie zrealizowana inna transakcja. Za szczególnie niebezpieczną konstrukcję należy uznać fakt, iż ustawa nie określa wprost przesłanek skutkujących zastosowaniem tzw. recharakteryzacji, co może powodować liczne wątpliwości interpretacyjne, a w konsekwencji uznaniowość stosowania tych przepisów przez organy podatkowe.

Co na to biznes?

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że pod względem PR-owym zaproponowany przez fiskusa projekt zmian zakładający m.in. redukcję obciążeń administracyjnych może spotkać się z przychylnością ze strony przedsiębiorców. Niemniej pogłębiona analiza skutków podatkowych omawianego projektu budzi liczne zastrzeżenia. Z całą pewnością zwiększeniu bezpieczeństwa prawnego firm nie służy rozbudowana kazuistyka regulacji oraz wprowadzanie licznych kaskadowych odesłań w treści przepisów. Być może w wyniku konsultacji społecznych Ministerstwo Finansów zrezygnuje z wprowadzenia nieostrych definicji mogących skutkować powstaniem niepożądanych dla firm wątpliwości interpretacyjnych. Tym bardziej zaleca się bieżące monitorowanie zmian legislacyjnych w obszarze CT.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Widmo głębszego spowolnienia krąży nad Europą

Dzisiejsze dane PMI dla strefy euro wyraźnie rozczarowały. Same spadki głównych indeksów dla sektorów przemysłowego i usługowego nie są jednak tak niepokojące, jak dodatkowe informacje do danych i szerszy kontekst.

Zacznijmy od głównych indeksów: wskaźnik aktywności biznesowej w przemyśle strefy euro pokazał spadek z poziomu 53,2 we wrześniu do 52,1 w październiku, wobec oczekiwanego poziomu 53,0, tym samym znalazł się na najniższym poziomie od sierpnia 2016 r. Indeks aktywności w sektorze usługowym spadł z poziomu 54,7 we wrześniu do 53,3 w październiku, wobec oczekiwań na poziomie 54,5, spadając do najniższego poziomu od grudnia 2016 r. Wyraźnie rozczarowały również indeksy dla największej gospodarki strefy euro, czyli Niemiec. Negatywny rozrzut między oczekiwaniami, a faktyczną wartością wskaźnika aktywności w sektorze usług u naszych zachodnich sąsiadów, wyniósł ponad 2 pkt.

Patrząc na inne wskaźniki (chociażby ostatnie odczyty indeksów ZEW), można spodziewać się, że globalne ryzyka, w szczególności obawy o wojnę handlową, cały czas negatywnie wpływają na sentyment w strefie euro. Jednak ostre spadki indeksów opisujących aktywność w sektorze usług zdają się być zbyt silne, żeby można je było wyjaśnić jedynie przez wspomniane obawy. Obecne odczyty są zbieżne z kwartalnym wzrostem PKB strefy euro na poziomie 0,3% w czwartym kwartale br. Oznaczałoby to, że tempo ekspansji w końcówce roku może spaść do najniższego poziomu od ponad dwóch lat.

Czy to najgorszy moment, a sytuacja docelowo będzie ulegać poprawie? Niestety, patrząc na oczekiwania względem przyszłej sytuacji, które spadły do najniższego poziomu od 4 lat i zaczynają negatywnie przekładać się na dynamikę zatrudnienia, nie można być tego pewnym. Nowe odczyty sugerują, że należy być ostrożnym.

W kontekście prawdopodobnego, głębszego spowolnienia w strefie euro niewykluczone, że Europejski Bank Centralny znajdzie się w trudnej sytuacji decydując się na podwyżki stóp procentowych. Wzrost kosztów kredytu może bowiem negatywnie oddziaływać na gospodarki, które – patrząc na ostatnie dane – zaczynają łapać coraz większą zadyszkę.

Dzisiejsze odczyty przekładają się na gwałtowną wyprzedaż euro. Jednocześnie wzmacniają dolara amerykańskiego, w efekcie czego kurs EUR/USD spadł dziś do najniższego poziomu od połowy sierpnia. Z powodu zmiany układu na głównych parach traci również złoty.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Wczorajszy dzień przyniósł lekkie umocnienie euro w relacji do dolara amerykańskiego i stabilizację w parze z funtem brytyjskim.

Kluczową informacją z wtorku było odrzucenie przez Komisję Europejską planu budżetu Włoch. Niewykluczone, że z uwagi na ogromną relację długu w relacji do PKB i brak działań mających prowadzić do jego redukcji, docelowo KE zdecyduje się nałożyć na kraj procedurę nadmiernego deficytu. Reakcja włoskich obligacji na informacje płynące z KE była umiarkowana, inwestorzy nie byli bowiem zaskoczeni bezprecedensową decyzją europejskich oficjeli.

Obecnie rynki czekają przede wszystkim na czwartkowe spotkanie Europejskiego Banku Centralnego. Niewykluczone, iż – patrząc na ostatnie informacje ze strefy euro, czy to gospodarcze, czy polityczne – inwestorzy będą oczekiwać bardziej gołębiego tonu wypowiedzi prezesa EBC, Mario Draghiego i będą kontynuować dzisiejszą wyprzedaż wspólnej waluty przed spotkaniem banku centralnego.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,85-4,88. Brytyjska waluta w parze z głównymi walutami zakończyła wczorajszy dzień na poziomach zbliżonych do tych na których go rozpoczęła. W trakcie dnia funt w pewnym momencie zyskiwał w związku z informacjami o tym, że Unia Europejska mogłaby zgodzić się na unię celną obejmującą całą Wielką Brytanię, co mogłoby rozwiązać kluczowe problemy związane z kwestią granicy z Irlandią Północną.

Powróciły jednak spekulacje dotyczące możliwego odsunięcia od władzy premier May. Nowe informacje sugerują, że może dojść do złożenia wniosku o wotum nieufności przeciwko premier przez zwolenników wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Jeśli faktycznie dojdzie do otwartej próby podważenia pozycji premier, lub jeśli May przestanie piastować obecną funkcję, niemal na pewno odbije się to negatywnie na perspektywach osiągnięcia porozumienia z UE i przełoży na osłabienie brytyjskiej waluty.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 3,74-3,76. Ważony handlem indeks USD zakończył wczorajszy dzień łagodnym spadkiem w relacji do ważonego koszyka walut.

Wczorajszy dzień nie przyniósł wielu istotnych informacji ze Stanów Zjednoczonych. Warto wspomnieć, że ostatnia wyprzedaż akcji azjatyckich i europejskich była kontynuowana również w trakcie pierwszej części sesji amerykańskiej, jednak pod jej koniec główne indeksy odrobiły większość strat i zakończyły dzień jedynie na lekkim minusie, nieco łagodząc napiętą sytuację na rynkach finansowych.

Dziś opublikowane zostaną wstępne dane PMI dla przemysłu i usług Stanów Zjednoczonych w październiku, nieco później poznamy dane z amerykańskiego rynku nieruchomości we wrześniu, na koniec dnia opublikowana zostanie z kolei “Beżowa Księga” FED. Oprócz tego w drugiej części dnia przemawiać będą członkowie FOMC: James Bullard, Raphael Bostic i Loretta Mester.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 15:45 – wstępne odczyty PMI dla przemysłu i usług Stanów Zjednoczonych w październiku
  • 16:00 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości we wrześniu
  • 17:30 – przemawia James Bullard z FOMC
  • 19:00 – przemawia Raphael Bostic z FOMC
  • 19:10 – przemawia Loretta Mester z FOMC
  • 20:00 – publikacja “Beżowej Księgi” FED

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Ropa w dół, kurs euro w dół

Ostatnie dni to wyraźna przecena ropy. Od szczytu dzieli nas już 10 dolarów za baryłkę. Indeksy koniunktury słabsze od oczekiwań w strefie euro. Szwecja nie podniesie stóp procentowych.

Rynek ropy znów w dół

Huśtawka cen ropy jest ostatnio coraz silniejsza. Na początku października trwał ruch w górę, który przekroczył przez moment 86 dolarów za baryłkę. Obecnie jest już poniżej 76 dolarów. Co spowodowało tak dużą przecenę? Inwestorzy wskazują, że wbrew pozorom zabójstwo dziennikarza w Arabii Saudyjskiej jest tutaj momentem przełomowym. To prawdopodobnie z tego powodu władze w Rijadzie nie będą mogły przeciwstawić się Amerykanom. Jeżeli Arabia Saudyjska ulegnie i zwiększy produkcję czarnego złota spodziewany wpływ zniknięcia z rynku przez sankcje Iranu nie będzie taki znaczny. W połączeniu z wojną handlową z Chinami i wolniej rosnącym popytem może się okazać, że ropy wcale nie jest za dużo. Co ciekawe pomimo spadków cen ropy na wartości zyskuje rosyjski rubel. Analitycy tłumaczą to tym, że Rosji pomaga nie tyle drożejąca co droga ropa, a ta pomimo spadków o 10 dolarów od szczytu wciąż jest droga.

Indeksy koniunktury w dół

Dzisiaj od rana poznajemy wyniki badań ankietowych na temat zamówień w przemyśle. Ankiety PMI dla Unii Europejskiej wciąż znajdują się powyżej 50 punktów, które to symbolicznie rozdziela wzrost od recesji. Analitycy spodziewali się 53 punktów, a wynik wyniósł 52,1 punktu. Powodem spadków są słabsze od oczekiwań wyniki dwóch głównych gospodarek strefy euro Niemiec i Francji. W obydwóch przypadkach wynik był gorszy o ponad 1 punkt od oczekiwań. Reakcja rynków na słabsze dane ze strefy euro była łatwa do przewidzenia. Inwestorzy przenosili swoje zainteresowanie za ocean. Umacniało to dodatkowo dolara względem euro po raz kolejny schodząc poniżej poziomu 1,15.

Szwedzkie stopy procentowe bez zmian

Bank Centralny Szwecji utrzymał stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Szwedzi utrzymują podobnie jak swój główny partner handlowy, strefa euro, stawkę -0,5%. Pomimo tego udaje im się utrzymywać inflację w ryzach. Dopiero w ostatnich miesiącach nieznacznie przekroczyła ona 2%. Wzrost gospodarczy z kolei po bardzo dobrym 2016 kiedy zbliżył się do 5% nie przekracza już 3%. Inwestorzy nie byli zgodni co do decyzji. Po jej ogłoszeniu korona zaczęła wyraźnie tracić by po chwili zawrócić i finalnie się umocnić względem euro. W umocnieniu pomógł z kolei dobry odczyt przemysłowego PMI, co nałożyło się już na wspomniane słabsze dane z Europy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 15:45 – USA – wstępne dane na temat indeksu PMI dla przemysłu,
  • 16:00 – USA – sprzedaż nowych domów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Obawy o dalsze spowolnienie gospodarcze Chin osłabiają złotego

Spadek rentowności obligacji w USA wspiera również polskie papiery. Obawy o dalsze spowolnienie gospodarcze Chin osłabiają złotego.

Rynek walutowy i stopy procentowej

23 października na rynku walutowym przyniósł stabilizację notowań kursu euro do dolara amerykańskiego (EUR/USD oscylował ok. 1,1470) oraz niewielkie osłabienie złotego wobec euro (kurs EUR/PLN wzrósł z ok. 4,29 do ok. 4,2950).

Głównym wydarzeniem dnia na rynku lokalnym była publikacja stopy bezrobocia za wrzesień (5,7% vs. oczekiwane 5,8% oraz 5,8% poprzednio). Nie wpłynęła ona jednak na notowania złotego, gdyż te dane w przeciwieństwie do analogicznych z USA nie mają tak silnego przełożenia na politykę monetarną NBP jak ma to miejsce w przypadku Fedu. Rynek globalny z braku ważniejszych danych makroekonomicznych pozostawał pod wpływem obaw o spowolnienie gospodarcze w Azji w rezultacie amerykańsko-chińskich wojen handlowych. Narosły one po zeszłotygodniowej publikacji danych o chińskim wzroście PKB za III kwartał, który okazał się aż 0,2 pp. niższy niż w poprzednim kwartale. Co prawda chińskie władze na początku tygodnia zapowiedziały selektywne obniżenie podatków dla pobudzenia rynku wewnętrznego ale poza euforycznym poniedziałkiem na chińskich giełdach, które po tych zapowiedziach rosły o ok. 4%, wtorek przyniósł powrót do spadków oraz pogorszenie sentymentu inwestycyjnego wobec walut rynków wschodzących, w tym i częściowo wobec złotego.

Na rynku stopy procentowej mocniejszy ruch w dół zanotowany został na amerykańskiej krzywej dochodowości, gdzie dłuższy koniec spadł o blisko 5pb. Podobny ruch notowany był na głównych rynkach europejskich. We wtorek obniżyły się również rentowności polskich obligacji skarbowych, które w sektorze 10-letnim notowane są już tylko nieznacznie powyżej 3,20%, a w najbliższych tygodniach możliwy jest nawet ruch poniżej tej granicy. W środę Ministerstwo Finansów poda szczegóły na temat piątkowej aukcji obligacji, na której wstępnie planowano sprzedać papiery za 5-10 mld PLN. Zwiększona podaż obligacji w październiku w porównaniu do miesięcy letnich nie powinna jednak negatywnie wpłynąć na wyceny polskich papierów w związku z napływem środków z tytułu zapadających papierów pod koniec tego miesiąca.

Najbardziej zmienna sytuacją wciąż panuje na włoskich papierach rządowych, które we wtorek zanegowały poniedziałkowy spadek rentowności. Włoska krzywa dochodowości utrzymuje się na podwyższonych poziomach po tym jak Komisja Europejska poinformowała o odrzuceniu projektu włoskiego budżetu na przyszły rok. Przedstawiciele KE dali Włochom trzy tygodnie na przygotowanie nowej propozycji. Wcześniej włoskie papiery częściowo odrabiały straty w związku z doniesieniami o możliwości naniesienia oczekiwanych przez rynki finansowe zmian, które zmniejszyłyby relację deficytu fiskalnego do PKB.

Wahania kursu EUR/PLN są silnie powiązane ze zmianą koniunktury w Chinach. Dalsze spowalnianie Państwa Środka w rezultacie wojen handlowych z USA może negatywnie oddziaływać na wartość złotego w kolejnych miesiącach.

Dalsze spowalnianie Państwa Środka w rezultacie wojen handlowych z USA może negatywnie oddziaływać na wartość złotego w kolejnych miesiącach
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy: Jarosław Kosaty, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Słynne „co łaska” już nie obowiązuje? Cennik usług kościelnych 2018

Z ogólnopolskiego badania cenników usług kościelnych wynika, że za udzielenie chrztu księża oczekują średnio 130 zł. Minimalna kwota wynosi 50 zł, m.in. w diecezji gnieźnieńskiej, a maksymalna – 300 zł – w poznańskiej. W przypadku ślubu uśredniona stawka to 515 zł. Przy tym najniższa podana opłata ma wartość 100 zł. Została wskazana w biskupstwie zamojsko-lubaczowskim. Z kolei najwyższa cena – równa 1000 zł – padła np. w jednej z wrocławskich parafii. Pogrzeb statystycznie kosztuje 598 zł. I tak w diecezji szczecińsko-kamieńskiej można zapłacić 100 zł, a w łódzkiej – 1200 zł.

Analizę cenników usług kościelnych przeprowadził Instytut Badawczy ABR SESTA na zlecenie Wirtualnej Polski i portalu Money.pl. Zebrane dane pokazują, że stwierdzenie „co łaska” w praktyce czasem oznacza nie miej niż kilkaset czy tysiąc złotych. Tak wynika z rozmów, jakie ankieterzy odbyli zarówno z księżmi, siostrami zakonnymi, jak i z osobami świeckimi pracującymi w kancelariach parafialnych.

– Na 100 parafii w 79 udało się porozmawiać bezpośrednio, telefonicznie z księżmi na temat chrztu. Tylko w 12 przypadkach od razu była podana opłata. Została wskazana przez 9 duszpasterzy, zakonnicę i 2 osoby świeckie. Najczęściej wynosiła 100 zł. 2/3 badanych mówiło o dobrowolnej ofierze, ale po dopytaniu ich o minimum 17 wskazało konkretną kwotę. Równie często wynosiła ona 50 jak i 100 zł. Informowano też, że zwykle rodzice dają 200, 250 czy 300 zł – podaje Sebastian Starzyński, Prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Podczas pozostałych 22 rozmów nie została podana jakakolwiek należność za chrzest. Niektórzy badani zapraszali rodziców do kancelarii. Inni podkreślali, że nie ma stałej opłaty. Tak było np. w diecezji kieleckiej. Z kolei w biskupstwie koszalińsko-kołobrzeskim ksiądz powiedział, że nowa dusza to największa ofiara, ale rodzice zostawiają 250 zł za mszę.

– Jest to bardzo niezręczna sytuacja, gdy wierny słyszy o konkretnej sumie od księdza. Polscy katolicy jeszcze zwykle godzą się na to, ale ich wątpliwości będą narastały. Stajemy się bowiem coraz mniej tradycyjnym społeczeństwem. Kościół powinien więc zastanowić się nad wynikami przeprowadzonego badania – przekonuje prof. Krzysztof Kiciński, specjalizujący się w socjologii moralności.

O ślubie udało się porozmawiać z księżmi w 82 parafiach na 100 badanych. W nieco ponad co trzecim przypadku od razu była podana kwota – najczęściej 500-600 zł. Została wskazana przez 29 kapłanów, 6 sióstr zakonnych i osobę świecką. W czterech na pięć kancelarii padło stwierdzenie „co łaska”, ale po dopytaniu o minimum w ponad połowie z nich przedstawiono konkretną sumę. Cenniki okazały się mocno rozbieżne. Podczas pozostałych 23 rozmów nie wymieniono jakiejkolwiek opłaty.

– Dla przykładu, w diecezji bydgoskiej wskazano konkretnie 550 zł bez kosztów dodatkowych plus 100 zł kaucji za rezerwację terminu. W biskupstwie ełckim ksiądz powiedział, że opłata jest dobrowolna. Dodał też, że w ofierze pary na ogół dają około 1000 zł. A w jednej z wrocławskich parafii poinformowano ankietera, że 1000 zł obejmuje zapłatę dla florysty i organisty, a także zapowiedzi. Zatem w cenach uwzględniane są różne elementy i informacje są przekazywane w odmienny sposób – zaznacza Sebastian Starzyński.

Z kolei w diecezji częstochowskiej ksiądz nie podał wprawdzie konkretnej ceny za udzielenie ślubu. Powiedział tylko, że przedział jest od 0 zł dla osób, którym nie wiedzie się w życiu, do np. 700 zł dla lepiej sytuowanych. Dlatego to się nazywa „ofiarą”. A jeśli ktoś położy 50 zł, jeżdżąc np. nowym Mercedesem, to już robi to według własnego sumienia. Jak komentuje prof. Kiciński, powoływanie się na ten ostatni argument i odwołanie się do „sumienia” brzmi jak manipulacja.

– Osoba będąca we wspólnocie religijnej z góry zgadza się na nią łożyć. Poczucie chęci utrzymywania kościoła to pożądana postawa, którą należy wspierać. Ale jednocześnie w państwie świeckim, jakim jest Polska, żadna instytucja kościelna nie powinna być finansowana z budżetu państwa, lecz tylko i wyłącznie z datków wiernych – wskazuje Prezes Starzyński.

Na temat pogrzebu przeprowadzono rozmowy z księżmi w 85 parafiach na 100 objętych analizą. W 50 od razu podano konkretną kwotę. 43 kapłanów, 2 siostry i 5 osób świeckich w ten sposób uczyniło. W niemalże co czwartej wspólnocie zapewniano, że ofiara jest dobrowolna, ale po dopytaniu o minimalną sumę tylko 7 badanych ją wskazało. Pozostałych 27 nie wymieniło jakakolwiek opłaty.

– Chrzciny, śluby czy też pogrzeby nie są codziennymi zdarzeniami w ludzkim życiu. Wierni nie mają rozeznania w cenach obowiązujących za tego typu usługi kościelne tak, jak klienci kupujący konkretne produkty, np. co tydzień. Zatem oczekują podpowiedzi. Czasem są one podawane bardzo precyzyjnie, a innym razem w formie widełek cenowych lub wskazówki odnoszącej się do sytuacji majątkowej człowieka. Zdarza się też, że rzeczywiście oczekiwane jest co łaska i wtedy taka osoba musi zapytać innych parafian, ile oni zaofiarowali – dodaje ekspert z Instytutu Badawczego ABR SESTA

Ankieterzy zwracali uwagę na to, że badani byli dość empatyczni w trakcie rozmów na temat pogrzebów. Najczęściej zapraszali do kancelarii, bo o pochówku nie mówi się przez telefon tylko osobiście. Co ciekawe, w diecezji katowickiej siostra zakonna powiedziała, że kwota 2500 tys. zł zawiera wypominki, msze, użytkowanie wieczyste na 20 lat, wodę i odprowadzanie śmieci. A jeśli wierny chce demontować pomnik, to powinien dopłacić 400 zł.

– W każdej parafii sytuacja może wyglądać inaczej w zależności od tego, czy np. cmentarz jest przy kościele. Niemniej zawsze należy pamiętać o etyce zawodu. Podobnie jak lekarz jest zobowiązany do ratowania ludzkiego życia, np. w czasie wypadku drogowego, tak ksiądz powinien poczuwać się do przeprowadzenia pogrzebu każdego zmarłego – podsumowuje prof. Kiciński.

Wolna amerykanka panująca na rynku hipoteki odwróconej stwarza realne zagrożenie dla seniorów

Rynek hipoteki odwróconej, zarówno w modelu kredytowym, jak i sprzedażowym powinien być uregulowany, przynajmniej w minimalnym zakresie, który gwarantowałby seniorom bezpieczeństwo i zapobiegał oszustwom, a w rezultacie utracie mieszkania – to jeden z wniosków z przedwczorajszego posiedzenia Sejmowej Komisji Polityki Senioralnej. W debacie na temat przyszłych i obecnych regulacji rynku wzięli udział: Dorota Karczewska (Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów), Piotr Nowak (Ministerstwo Finansów) oraz Mariusz Haładyj (Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii). Głos w dyskusji zabrali m.in. Norbert Jeziolowicz (Związek Banków Polskich), Andrzej Roter (Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych), Robert Majkowski (Fundusz Hipoteczny DOM), Katarzyna Brzeska-Miksa (Fundusz Hipoteczny Familia), Elżbieta Ostrowska (Polski Związek Emerytów, Rencistów i Inwalidów). W dokumencie opisującym założenia polityki społecznej wobec osób starszych do 2030 roku uwzględniono punkt dotyczący opracowania projektu ustawy o rencie dożywotniej, a propozycja została uwzględniona, na etapie procedowania, przez Stały Komitet Rady Ministrów.

– Uregulowanie działalności prowadzonej przez fundusze hipoteczne jest niezbędne – powiedział podczas posiedzenia Norbert Jeziolowicz ze Związku Banków Polskich. W jego opinii obecne przepisy kodeksu cywilnego, na których opierają się umowy renty dożywotniej zawierane m.in. przez fundusze hipoteczne nie zawsze są adekwatne do dzisiejszej sytuacji społecznej oraz profesjonalizacji działalności, która nastąpiła. – Już od 2013 roku UOKiK i kolejni Rzecznicy Praw Obywatelskich wskazują na konieczność uregulowania rynku rent dożywotnich czy też dożywotnich świadczeń pieniężnych nazywany również rynkiem hipoteki odwróconej. Ustawa o dożywotnim świadczeniu pieniężnym jest bardzo potrzebna, przede wszystkim ze względu na bezpieczeństwo seniorów – wtórował mu Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. – Pierwszy profesjonalny usługodawca na tym rynku pojawił się 10 lat temu. Od tego czasu profesjonalni usługodawcy zrzeszeni w Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych wypłacili ponad 16 mln złotych świadczeń dla seniorów – dodał podczas swojego wystąpienia.

Proces będzie skomplikowany, ale pierwsze kroki za nami

Jak zaważył Mariusz Haładyj, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii, prace nad ustawą o dożywotnim świadczeniu pieniężnym dotykają wielu wątków i zagadnień. W tym przypadku mamy do czynienia zarówno ze sferą prawa cywilnego, administracyjnego, finansowego, czy karnego, zatem kwestia pozostaje w okręgu zainteresowania co najmniej kilku Ministerstw m.in. Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej, Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, Ministerstwa Finansów, Ministerstwa Sprawiedliwości a także Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Komisji Nadzoru Finansowego. W opinii Ministra Przedsiębiorczości i Technologii zajęcie się zagadnieniem rynku rent dożywotnich wpisuje się w szeroko rozumianą politykę wobec osób starszych. Z tego też powodu Minister Przedsiębiorczości i Technologii zgłosił uwagi do dokumentu pt. „Polityka społeczna wobec osób starszych do roku 2030. Bezpieczeństwo. Uczestnictwo. Solidarność”, które mają na celu uzupełnienie projektowanej polityki o działanie polegające na opracowaniu projektu ustawy o rencie dożywotniej. Propozycja Ministra została uwzględniona na etapie procedowania ww. dokumentu przez Stały Komitet Rady Ministrów (SKRM). Podczas posiedzenia pomysł zaaprobowało również Ministerstwo Finansów.

– Ministerstwo Finansów z aprobatą odnosi się do zgłaszanej przez Resort Przedsiębiorczości potrzeby wprowadzenia regulacji w odniesieniu do przedsiębiorców zawierających umowy renty dożywotniej w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Stworzenie odpowiednich ram prawnych w tym zakresie, mogłoby przyczynić się do zwiększenia transparentności modelu sprzedażowego, a tym samym zapewnienia należytej ochrony świadczeniobiorców – powiedział podczas posiedzenia Piotr Nowak, Podsekretarz Stanu w Ministerswie Finansów. – Banki dotychczas nie poszerzyły swoich ofert o ten szczególny rodzaj produktu kredytowego. Wśród przyczyn takiego stanu rzeczy, wskazywanych przez Związek Banków Polskich, są przede wszystkim kwestie ekonomiczne, związane z warunkami oferowania odwróconego kredytu hipotecznego, różnego rodzaju ryzyka, konkurencja ze strony podmiotów spoza sektora bankowego oferujących co prawda odmienną usługę, aczkolwiek adresującą zbliżone potrzeby finansowe osób starszych – dodał.  Eksperci rynkowi oraz Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych wskazują, że Ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym, który mogłyby oferować banki jest martwym prawem, zatem prace nad Ustawa o dożywotnim świadczeniu pieniężnym powinny być wznowione. To ta część rynku, która wciąż działa.

Elżbieta Ostrowska, Prezes Polskiego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów podkreśliła, że temat renty dożywotniej powraca w dyskusji po raz kolejny, ale wciąż nie doczekał się happy endu.

– Trudno za szczęśliwe zamknięcie sprawy uznać, mówiąc w skrócie, ustawę bankową, która wciąż pozostaje ustawą martwą. – Wydaje się, że ta wolna amerykanka, która w tej chwili panuje na rynku, oczywiście nie mówię tu o profesjonalnych podmiotach oferujących rentę dożywotnią, stwarza dla osób starszych poważne zagrożenie – powiedziała. – Mówiliśmy przed chwilą o konsekwencjach „wciśnięcia” osobie starszej jakiegoś produktu, ale tu mówimy o konsekwencjach pozbawienia takiej osoby mieszkania, które zazwyczaj jest jedynym dorobkiem takiego starszego człowieka – podsumowała.

Wszyscy uczestnicy posiedzenia Komisji Polityki Senioralnej byli zgodni, że seniorom należy zagwarantować bezpieczeństwo. Czy to oznacza wznowienie prac nad Ustawą o dożywotnim świadczeniu pieniężnym? To się niebawem okaże.

Wszystkie wypowiedzi zawarte w tekście zostały zacytowane na podstawie transmisji online z Posiedzenia Komisji Polityki Senioralnej, które odbyło się 22.10.2018 r. Przebieg całego posiedzenia można obejrzeć pod linkiem:

http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/transmisje_arch.xsp#466F2C72B0CF5C94C12583280033D32A

Młodszy brat czeka na swoją kolej

Na rynkach akcji (S&P500 skutecznie broniący 2700 pkt, sezon wyników), surowców (kolejna odsłona spadków cen ropy) i obligacji (kontynuacja turbulencji powodowanych przez awanturę wokół włoskiego budżetu) dzieje się naprawdę dużo. Rynek walutowy jest natomiast cechowany przez względny spokój i niską zmienność. Wygląda trochę jak najmłodszy z rodzeństwa, który może tylko patrzeć jak starsi bracia grają na konsoli i godzinami czekać na swoją kolej. Takie zatracenie tradycyjnych korelacji, także zmienności, nie może trwać jednak w nieskończoność.

EUR/USD pozostaje nisko, tj. pod 1,15, ale wydaje się być uodporniony na informacje dotyczące Włoch. Rynek czeka na jutrzejsze posiedzenie ECB i będzie poszukiwał odpowiedzi na pytanie czy ostatnie turbulencje wystarczą by wpłynąć na perspektywy polityki monetarnej. Zamieszanie wokół planów zwiększenia deficytu budżetowego w przyszłym roku przekłada się na wzrost ryzyka kredytowego i wyprzedaż włoskich obligacji, stawiając pod znakiem zapytania przyszłą stabilność systemu. Różnica w rentownościach włoskich i niemieckich 10-latek przekroczyła 3 pkt. proc. i jest najwyższa od pięciu lat. Jest mało prawdopodobne, aby EBC zamierzał podjąć działania na rzecz stabilizacji rynku długu i wielokrotnie w komentarzach członkowie Rady Prezesów zwracali uwagę, że problem Włoch jest odosobniony i nie widać tzw. efektu zarażenia innych rynków. Ale jednocześnie rozsądnym będzie wstrzymać wszelkie decyzje o strategii na przyszłość, które mogłyby zasugerować odchodzenie od akomodacyjnej polityki pieniężnej. Oznacza to odłożenie formalnej decyzji o zakończeniu programu QE na ostatnią chwilę, czyli na grudniowe posiedzenie. W szerszym horyzoncie pozostajemy pozytywnie nastawieni do perspektyw euro. Kwestia finansów) publicznych Włoch to rodzaj balastu, który może spowalniać, opóźniać aprecjację wspólnej waluty, ale nie wystarczy by jej zapobiec.

Przy całym wybuchu zmienności na rynku akcji USD/JPY pokazał siłę . Kontrakt na S&P 500 w pierwszej godzinie po starcie sesji na Wall Street spadał ponad 2 proc. i runął pod 2700 pkt. W kolejnych godzinach trwało jednak odrabianie strat i futures powrócił do 2750 pkt. USD/JPY powraca w kierunku górnego ograniczenia przedziału wahań 111,95 – 112,90, ale co ważniejsze: utrzymał się ponad linią tendencji wzrostowej. Sytuacja na rynku obligacji skarbowych USA pozostawać będzie głównym motorem napędowym notowań tej pary walutowej. Wzrost dochodowości jest napędzany przez szereg czynników fiskalnych, monetarnych i makroekonomicznych i nie ma podstaw by ta dominująca od początku roku tendencja mogła ulec załamaniu, nawet przy korekcie na rynku akcji. Z tego powodu oczekujemy utrzymania słabości jena.

Oderwanie się rynku walutowego od innych klas aktywów świetnie widać po notowaniach złotego. Gdybym właśnie został wybudzony z hibernacji i ktoś pokazałby mi wykres obrazujący przebieg notowań kursu EUR/PLN w ostatnim miesiącu, to naprawdę trudno byłoby mi uwierzyć w skalę zmienności na globalnych rynkach finansowych. Notowania krążą przecież w kilkugroszowym przedziale wahań wokół 4,30. To nie tylko średnia wartość kursu w tym okresie, ale także poziom zgodny z naszymi szacunkami średnioterminowej wartości godziwej. Zmienność zarówno historyczna, jak również implikowana, jest na historycznie niskich poziomach. Taki obraz rynku złotego zupełnie nie koresponduje ani z silnym załamaniem na rynkach akcji, ani powrotem ryzyka politycznego w Europie za sprawą awantury o kształt włoskiego budżetu, ani osiągnięciem przez dochodowość dziesięcioletnich amerykańskich obligacji skarbowych pułapu 3,25 proc. Kluczem do względnej nudy w notowaniach EUR/PLN było wymazanie przewartościowania, do którego doszło w drugim kwartale i brak interesujących z perspektywy inwestorów zagranicznych uwarunkowań lokalnych. Stabilna sytuacja finansów publicznych, brak nierównowag w bilansie płatniczym, solidny wzrost i jasne perspektywy polityki monetarnej – wszystko to sprawiło, że złoty przez zawieruchę na rynkach wschodzących przeszedł względnie stabilny. Z drugiej strony, trudne otoczenie zewnętrzne nie pozwala jednak na umocnienie. Z tego względu spodziewam się stabilizacji kursu na obecnych pułapach i stopniowego osuwania się w kierunku 4,25 wraz z wygasaniem awersji do ryzyka.
Wydarzeniem dnia obok serii odczytów indeksów PMI dla europejskich gospodarek będzie decyzja Banku Kanady – oczekujemy podwyżki stopy overnight do 1,75 proc. Dane z Kanady już od dawna układały się w kierunku kontynuacji zacieśniania monetarnego, ale niepewna przyszłość relacji handlowych z USA hamowała BoC. Porozumienie USMCA zostało osiągnięte, a przy dobrych nastrojach w kanadyjskim biznesie bank powinien podtrzymać jastrzębie nastawienie. BoC będzie kontynuować cykl podwyżek stóp procentowych, choć raczej podkreśli uzależnienie przyszłych decyzji od napływających danych. Rynek stopy procentowej wycenia prawdopodobieństwo podwyżki na ponad 90 proc., jednak od strony rynku FX po piątkowej korekcie nie widać nagromadzenia w pozycjach długich w CAD. To sugeruje, że inwestorzy mogą być bardziej skłonni wrócić na rynek i kupować CAD w przypadku jastrzębiego wydźwięku BoC. Sprzyjać temu powinno również odbicie na rynku ropy naftowej – skala ostatnich spadków staje się powoli oderwana od sytuacji fundamentalnej.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Ślad cyfrowy – profil konsumenta na podstawie płatności elektronicznych

Dopasowanie odpowiedniej oferty ze strony sklepu czy instytucji finansowej wymaga znajomości potrzeb użytkownika lub klienta. Jedynym sposobem, który na to pozwoli jest tzw. ślad cyfrowy, czyli co robimy, dokąd chodzimy i z kim przebywamy. Płatność elektroniczna odbywa się za naszą zgodą i różne instytucje mają dostęp do danych, jakie za pomocą tego śladu zostawiamy. Na tym opiera się przyszłość biznesu, chociaż może jeszcze tego nie doceniamy.

– Cały świat się zmienia, także pod kątem tzw. customer experience. Globalne marki, takie jak Apple, Audi czy Amazon, nie sprzedają najbardziej zaawansowanych technologicznie produktów, ale zarządzają emocjami konsumentów – powiedział serwisowi eNewsroom Tadeusz Kościński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii – To właśnie jest customer experience – a żeby to dostarczać, potrzebne są informacje na temat użytkowników. Można je pozyskać tylko na podstawie cyfrowych danych. Społeczeństwo odchodzi od analogowej metody płatności na rzecz nowych technologiiDzielenie się tymi danymi to samodzielna decyzja, która pozwala określić czy i na ile chcemy je udostępniać. Proces ten zaczyna się w momencie odebrania karty płatniczej z banku, której rodzaj jest już pewną informacją – np. o naszych zarobkach. Kolejną stanowią miejsca, w których płacimy nią za zakupy. To, co nabywamy nie jest jawne – ale w przyszłości będziemy musieli podjąć decyzję, czy chcemy, aby bank miał taką wiedzę. Takie dane pozwolą na stworzenie naszego profilu jako konsumenta i określenie naszego stylu życia przez instytucje. Te z kolei będą wtedy w stanie dopasować do nas odpowiednie oferty. Decyzja, czy tego właśnie chcemy, należy do nas – dodał Kościński.

Jakie mieszkania najszybciej wyprzedają się z oferty deweloperów

Jakie mieszkania wyprzedają się zaraz po rozpoczęciu sprzedaży w nowych inwestycjach? Sondę wśród firm deweloperskich przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

We wprowadzanych na rynek projektach klienci zdecydowanie najchętniej decydują się na zakup mniejszych mieszkań o atrakcyjnym układzie funkcjonalno-przestrzennym, których cena jest odpowiednio niska i dzięki temu atrakcyjna. Dynamika sprzedaży zależy jednak od lokalizacji. W projektach położonych w centrach miast jest większa, bo napędzana przez klientów inwestycyjnych, a mniejsza w inwestycjach oddalonych od centrum, gdzie dominującymi są zakupy dla zaspokojenia własnych potrzeb mieszkaniowych.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

W nowych inwestycjach najszybciej wyprzedają się mieszkania dwu i trzypokojowe o kompaktowym i średnim metrażu. Klienci poszukują ofert w preferowanej lokalizacji z dużymi ogródkami lub tarasami. Właścicieli szybko znajdują również mieszkania oferujące doskonały widok za oknem, jak mieszkania nad rzeką w inwestycji Słoneczne Stabłowice, czy tereny zielone w Róży Wiatrów. Równie ważna jak samo mieszkanie jest oferta danej inwestycji i jej bezpośredniej okolicy. Klienci zwracają uwagę na tereny spacerowe, rekreację, sklepy w okolicy, dostęp do przedszkoli, czy ośrodków zdrowia. A w przypadku osiedli społecznych, jak Olimpia Port czy Księżno, na boiska sportowe i lokale usługowe w obrębie osiedli.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Najszybciej sprzedają się mieszkania o powierzchni do 45 mkw. Klienci najczęściej poszukują kompaktowych mieszkań, w których mają do dyspozycji kilka pokoi na niewielkiej powierzchni. Nabywają je zarówno na własne potrzeby mieszkaniowe, jak i w celach inwestycyjnych, by czerpać zyski z wynajmu.

Rafał Zdebski, dyrektor handlowy Inpro S.A.

Największym zainteresowaniem cieszą się od zawsze lokale o mniejszych metrażach, kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Ten segment cieszy się niegasnącą popularnością ze względu na niskie ceny brutto nieruchomości. Obserwujemy też rosnące zainteresowanie większymi lokalami, trzy i czteropokojowymi.

Monika Golec, dyrektor ds. Marketingu i Sprzedaży w firmie Budnex

W tym przypadku od lat trendy są niezmienne. W nowych inwestycjach najszybciej sprzedają się mieszkania najmniejsze i te które przez klientów z różnych względów uważane są za najbardziej atrakcyjne. Mowa tu chociażby o najładniejszym widoku, układzie względem stron świata, czy układzie pomieszczeń. W pierwszej kolejności wyprzedają się mieszkania najbardziej atrakcyjne cenowo, czyli te o metrażu w przedziale od 30 do 40 mkw., którymi interesują się zarówno klienci inwestujący w mieszkania na wynajem, jak i osoby kupujące swoje pierwsze mieszkanie. Z oferty znikają obecnie również szybko duże mieszkania, nawet jeśli terminy ich przekazania koniec 2019 roku.

Andrzej Swoboda, wiceprezes zarządu Grupy CTE

W pierwszej kolejności sprzedawane są mieszkania najatrakcyjniej położone, nierzadko należące do najdroższych spośród oferowanych w danej inwestycji. Decydujące są tu unikatowe komponenty, takie jak: duży taras, wyjątkowa ekspozycja, przynależny ogródek, etc. Klienci nierzadko decydują się na wstępną rezerwację określonego domu lub mieszkania na długo przed oficjalnym rozpoczęciem sprzedaży pod warunkiem, że wybrana nieruchomość oferuje ponadstandardowe parametry.

Marta Kasprzak, menadżer ds. sprzedaży i marketingu w Duda Development

Największym powodzeniem cieszą się mieszkania o małych metrażach, przeważnie są to kawalerki. To mieszkania, które najczęściej kupowane są przez inwestorów zainteresowanych późniejszym wynajmowaniem lokalu, liczących na uzyskanie możliwie najwyższej stopy zwrotu i dążących w związku z tym do zminimalizowania wydatków.

Agata Nowaczyk z poznańskiego biura sprzedaży EBF Development

W przypadku uruchomienia sprzedaży nowych projektów w Zielnej Górze, jako pierwsze wyprzedają się mniejsze lokale. Ten trend jest zauważalny od dłuższego czasu. Zakup tego typu mieszkań to dobre rozwiązanie dla singla, czy pary lub małżeństwa planujących dopiero powiększenie rodziny.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Największe zainteresowanie budzą małe, dwupokojowe lokale o powierzchni maksymalnie do 40 mkw. Taki rodzaj mieszkań sprzedaje się w pierwszej kolejności. Obserwujemy jednak od dłuższego czasu wzrost zainteresowania większymi lokalami trzy i dwupokojowymi o metrażu 45-50 mkw.

Marek Szmolke, prezes Grupy Deweloperskiej Start

Najszybciej sprzedają się mieszkania o niewielkim metrażu, kupowane często inwestycyjnie, kawalerki i mieszkania dwupokojowe o powierzchni do 35 mkw. oraz mieszkania trzypokojowe o powierzchni do 55 mkw.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Z reguły w pierwszej kolejności w naszych, nowych projektach wyprzedają się nieduże mieszkania dwupokojowe wielkości od 35 mkw. do 42 mkw.

Lucyna Jarczyńska, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Agrobex

Po rozpoczęciu sprzedaży w nowych projektach najszybciej wyprzedajemy kawalerki i małe mieszkania dwupokojowe.

Maciej Bartczak, współwłaściciel w KM Building

W inwestycjach, w których oferujemy mieszkania nabywcy najchętniej wybierają lokale dwupokojowe o powierzchni 45-55 mkw.

Eryk Nalberczyński, dyrektor ds. Sprzedaży Lokum Deweloper S.A.

Nasze nowe projekty zawsze cieszą się dużym zainteresowaniem rynku. Różnorodna i szeroka oferta nowych inwestycji pozwala na wybór lokum jak najlepiej dostosowanego do oczekiwań kupujących. Tymi najbardziej rozchwytywanymi są kawalerki oraz mieszkania dwupokojowe o metrażach do 50 mkw. Takie lokale to świetny wybór na start, dla singli i par, a także dla inwestorów pod wynajem. Na ten typ mieszkań zawsze będzie zapotrzebowanie na rynku, dlatego to bezpieczna i pewna lokata kapitału. W ofercie posiadamy również mieszkania 3-4 pokojowe, które niezmiennie cieszą się bardzo dużym zainteresowanie klientów kupujących zarówno dla siebie, jak i w celach inwestycyjnych.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Najszybciej wyprzedają się małe lokale o dużej atrakcyjności dla inwestorów lub też największe mieszkania, których w projektach jest relatywnie niewiele. Takie lokale są często poszukiwane przez wymagających klientów, chcących zamieszkać w danej lokalizacji, zainteresowanych komfortowymi nieruchomościami, odpowiadającymi ich potrzebom.

Agnieszka Jaworska-Goździewska, specjalista ds. komunikacji wewnętrznej i PR w Nickel Development

W przeważającej części realizowanych przez nas projektów największym zainteresowaniem w pierwszej fazie sprzedaży cieszyły się kawalarki i niewielkie mieszkania dwupokojowe. Inaczej sytuacja wyglądała w przypadku inwestycji klasy premium, gdzie uwaga kupujących koncentrowała się na apartamentach największych, najlepiej położonych względem stron świata, z najpiękniejszym widokiem i co za tym idzie najdroższych.

Marcin Komuda, kierownik Biura Sprzedaży w firmie Profbud

W naszych inwestycjach zdecydowanie największą popularnością cieszą się lokale z przynależnym ogródkiem, usytuowane na parterze, ale także te na najwyższych kondygnacjach. Takie lokale zazwyczaj mają największy metraż i co ważne – niesamowity widok, rozpościerający się na okolicę. Zachętą do zakupu takich mieszkań są również atrakcyjne rozwiązania designerskie, stanowiące wartość dodaną lokalu, jak ogrody dachowe, czy tarasy widokowe. Z tych ostatnich udogodnień mogą korzystać szczególnie mieszkańcy osiedla Stella na warszawskim Bemowie. To idealne miejsce dla wszystkich, którzy chcą nasycić wzrok niezwykłą panoramą Warszawy. Mieszkania na najwyższych piętrach nabywane są w pierwszej kolejności. Świadczy o tym wskaźnik sprzedanych lokali w naszych, nowych, warszawskich nieruchomościach Haven House i Ligia oraz łódzkim Primo, który wynosi łącznie 90 proc.

Agnieszka Jałoszyńska, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w firmie Sky Investments

Po uruchomiania sprzedaży mieszkań w pierwszym i trzecim etapie osiedla Rodzinne Komorniki, spora część klientów pytała o domy położone w skrajnych segmentach, ponieważ oferują one największe działki. Ich metraż waha się od 220 do 370 mkw. Dodatkowo, dużym zainteresowaniem klientów cieszą się lokale objęte specjalną promocją.

Piotr Zagórski, Marketing Manager w Nexity Polska

W pierwszych dniach sprzedaży często kupowane są lokale na cele inwestycyjne, tendencja skierowana jest ku mniejszym metrażom.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

W zdecydowanie największej liczbie inwestycji jako pierwsze wyprzedają się przede wszystkim kawalerki. Cieszą one się popularnością wśród klientów, którzy poszukują mieszkania na własny użytek, ale także i tych którzy inwestują w nieruchomości na wynajem.

Co ciekawe, na równie wysokim poziomie plasuje się sprzedaż apartamentów w dobrych lokalizacjach. Takimi mieszkaniami interesują się klienci, którzy poszukują dużo większej przestrzeni, a jednocześnie nie chcą przenosić się poza miasto, skąd trudnie dojechać do centrum.

Autor: Dompress.pl

LOT nadal strajkuje – widać to w statystykach odwołanych i opóźnionych lotów

Od 18 pażdziernika trwa strajk personelu PLL LOT. W pierwszych dniach akcji protestacyjnej przewoźnik włożył wiele wysiłu, aby loty odbywały się bez zakłóceń – od 18 do 20 października z różnych przyczyn odwołanych zostało 12 lotów i ponad 160 było opóźnionych[1]. W niedzielę i poniedziałek odwołanych zostało już 27 kursów, a prawie 130 nie odbyło się o czasie. Dane z wtorku[2] mówią o 17 odwołanych oraz 72 opóźnionych lotach. Jeżeli okaże się, że za wszystkie odwołane loty przysługuje pasażerom odszkodowanie, LOT może wypłacić conajmniej 924 tysiące euro (niemal 4 miliony złotych) ponad 3,6 tysiąca pasażerów[3], których loty nie odbyły się w ciągu pierwszych sześciu dni strajku.

Polacy popierają walkę załóg

Według badania na zlecenie firmy Skycop[4], pomimo niedogodności dla pasażerów, ponad 40% Polaków popiera walkę pracowników linii lotniczych o lepsze warunki pracy. 81% ankietowanych wyraziło jednak przekonanie, że za loty opóźnione lub odwołane z powodu strajków powinny być przyznawane odszkodowania. Badanie pokazało jednocześnie, że Polakom brakuje wiedzy na temat tego czy za odwołane lub opóźnione loty przysługuje odszkodowanie. Odpowiedzi rozkładają się niemal równomiernie między tych, którzy uważają, że tak (35%), tych, którzy uważają, że nie (34%) i osoby, które przyznają się do braku wiedzy w tym obszarze (32%).

Przewoźnik musi zadbać o podróżnych

Jeśli czas oczekiwania na lot trwa dłużej niż 2 godziny, pasażerom przysługują bezpłatne posiłki oraz napoje. Linie lotnicze mają obowiązek zaopiekowania się pasażerami. Jeśli nie wykazują żadnej inicjatywy, należy zachować wszystkie rachunki za posiłki, aby potem móc załączyć je do reklamacji. Będą one podstawą do ubiegania się o zwrot kosztów. W przypadku opóźnienia lotu większego niż 24 godziny, obowiązkiem linii lotniczych jest zagwarantowanie noclegu w hotelu. Niestety często trzeba zapłacić za niego samemu, a później domagać się zwrotu kosztów. Linia powinna zagwarantować także transport z lotniska do hotelu. Linie lotnicze muszą zwrócić pełen koszt biletu na lot, który się nie odbył lub był znacznie opóźniony. Może być to także inny plan podróży, czyli lot w to samo miejsce, jak najszybciej będzie to możliwe.

Strajk a walka o odszkodowanie

Unijne rozporządzenie 261/2004, którego celem jest ochrona pasażerów, przewiduje odszkodowania w wysokości od 250 do 600 euro za opóźnione i odwołane loty. Przepisy nie dotyczą wprost strajków personelu linii lotniczych. W kwietniu Europejski Trybunał Sprawiedliwości uznał jednak odpowiedzialność linii lotniczych za zakłócenia lotów wynikające z nieplanowanych strajków pracowników. Od tej pory każdy strajk może być rozpatrywany jako podstawa do wypłaty odszkodowania.

– Niestety, pomimo stanowiska Trybunału, a także opinii Urzędu Lotnictwa Cywilnego, część przewoźników wciąż informuje pasażerów, że strajk nie uprawnia do uzyskania odszkodowań. Zachęcamy jednak, aby podróżni konsekwentnie walczyli o swoje prawa. Widmo strajku nad PLL LOT wisiało od wielu miesięcy, dlatego naszym zdaniem zarząd miał możliwość, aby odpowiednio przygotować się do tej sytuacji w trosce o dobro pasażerów, więc trudno tu mówić o nadzwyczajnych okolicznościach – mówi Marius Stonkus, prezes firmy Skycop, pomagającej odzyskiwać odszkodowania za opóźnione i odwołane loty.

[1] Dane odnośnie opóźnionych i odwołanych lotów z portalu Flightstats.com

[2] https://flightaware.com/live/cancelled/today

[3] Szacunek oparty na danych z 2017 r. – podawaną przez PLL LOT liczbę przewiezionych osób (7 milionów) i liczbę wykonanych operacji lotniczych (ponad 106 tysięcy), co daje średnio 66 pasażerów na lot.

[4] Badanie zostało zrealizowane we wrześniu 2018 r. przez agencję SW RESEARCH na zlecenie firmy Skycop metodą wywiadów CAWI na grupie 1 011 osób.

Najnowocześniejszy tomograf komputerowy w szpitalu w Opolu. Umożliwi badania bez znieczulenia i spowolni rytm serca pacjenta

Najnowocześniejszy tomograf komputerowy w szpitalu w Opolu. Umożliwi badania bez znieczulenia i spowolni rytm serca pacjenta 1

Badania na swobodnym oddechu, bez konieczności podawania znieczulenia czy spowolnienia rytmu serca pacjenta umożliwi ultranowoczesny tomograf komputerowy, który trafił właśnie do Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu. Technologia dwuźródłowej tomografii komputerowej pozwala precyzyjnie dawkować promieniowanie i zbadać wszystkie narządy: od naczyń tętniczych i rutynowych badań płuc, po zaawansowaną ocenę zmian onkologicznych. Aparat pozwala zbadać ok. 50 cm ciała w ciągu 1 sekundy i zapewnia maksymalną jakość obrazu, co ułatwia lekarzom postawienie prawidłowej diagnozy. Dla opolskiego szpitala to kolejna tak znacząca inwestycja, po uruchomionej w lipcu hybrydowej sali operacyjnej. 

To urządzenie wprowadza nasz szpital na wyżyny radiologii. Aparat ma dwa zestawy detektorów, co w sumie umożliwia zbieranie 256 warstw za każdym obrotem lampy dookoła pacjenta. Umożliwia to bardzo dokładne badania naszym specjalistom z kardiologii, chirurgii naczyniowej, ale też z innych dziedzin, w których bardzo istotne jest szybkie i dokładne badanie pacjentów, zwłaszcza tych, którzy trafiają do nas w stanach nagłych. Co istotne, teraz będziemy mogli także przyjmować więcej pacjentów kierowanych na tomografię w ramach NFZ, co przełoży się na krótsze kolejki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Madera, dyrektor generalny Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu.

Nowoczesny tomograf umożliwia wykonanie badań wszystkich narządów: od rutynowych badań płuc, po zaawansowaną ocenę węzłów chłonnych, aorty, naczyń obwodowych czy zmian onkologicznych. Technologia dwuźródłowej tomografii komputerowej pozwala precyzyjnie dawkować promieniowanie i umożliwia skanowanie dopasowane do każdego pacjenta niezależnie od jego wieku czy wagi.

Dwulampowy tomograf marki Siemens, który znalazł się właśnie na wyposażeniu opolskiego szpitala, to najnowocześniejsze takie urządzenie na rynku. Badanie może zostać przeprowadzone np. bez podawania beta-blokerów w celu spowolnienia rytmu serca, ponieważ aparat może „zamrozić” je dzięki ultraszybkiemu obrotowi obu lamp dookoła pacjenta, dzięki czemu szpital ma najszybszy tomograf w województwie.

Jest to szczególnie istotne przy pacjentach urazowych bądź przy badaniach pediatrycznych – mówi Andrzej Kucera, dyrektor regionalny ds. sprzedaży na Polskę Południowo-Zachodnią w Siemens. – Dzięki konstrukcji aparatu możemy wykonywać bardzo szybkie badania kardiologiczne. Badania te mogą być wykonywane bez potrzeby spowalniania rytmu serca. Cechy techniczne aparatu pozwalają również na wykonywanie badań bez znieczulania. Tym aparatem można wykonywać praktycznie wszystkie badania tomograficzne, bardzo szybko i we wszystkich grupach wiekowych pacjentów.

Urządzenie, które trafiło do opolskiego szpitala, umożliwia zbadanie około 50 cm ciała w ciągu 1 sekundy. Jego elementem są również tzw. konsole postprocessingowe przeznaczone do obróbki uzyskanego obrazu, który następnie ogląda lekarz. Specjalne oprogramowanie ułatwia mu postawienie właściwej diagnozy i przyspiesza cały proces diagnostyki.

– Tomograf komputerowy wykorzystujemy przede wszystkim do obrazowania naczyń tętniczych. Jeśli trafia do nas pacjent z tętniakiem aorty, widzimy, jaka jest morfologia tego tętniaka i jaki sposób leczenia będzie optymalny dla tego chorego. Jeśli tętniak jest pęknięty, jesteśmy w stanie precyzyjnie stwierdzić, gdzie jest wynaczyniona krew, co ma kolosalne znaczenie dla zaplanowania skutecznego leczenia. Przy planowaniu leczenia chorób obwodowych umiemy precyzyjnie stwierdzić, w którym miejscu naczynie tętnicze jest niedrożne – mówi dr n. med. Jacek Hobot, kierownik Oddziału Chirurgii Ogólnej i Naczyniowej Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu.

Jak podkreśla, chory przed operacją naczyniową – niezależnie od tego, czy jest operacja planowa, czy pilna – musi zostać poddany bardzo dokładnej diagnostyce, a nowoczesny tomograf umożliwi lekarzom uzyskanie dokładnych danych dotyczących jego stanu zdrowia i precyzyjne zaplanowanie przyszłych zabiegów operacyjnych.

To urządzenie będzie służyć także studentom, którzy na II–III roku rozpoczynają swój drugi moduł kształcenia bezpośrednio na szpitalu, a nie tylko w salach akademickich. To jest istotne z punktu widzenia produktu, który musimy za cztery lata wypuścić na rynek, czyli dobrze wykształconego, przygotowanego do wykonywania zawodu lekarza – podkreśla prof. dr hab. Marek Masnyk, rektor Uniwersytetu Opolskiego.

Dyrektor generalny Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu podkreśla, że zakup urządzenia był możliwy dzięki 27 mln zł pozyskanym z programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. Jak informuje, jest to część większego programu inwestycyjnego, w ramach którego zaplanowane są niezbędne remonty i zakup nowoczesnego sprzętu. W lipcu w opolskiej placówce została już otwarta hybrydowa sala operacyjna, która umożliwia równoczesne wykonywanie mało inwazyjnych zabiegów i operacji na otwartym sercu z wykorzystaniem pełnej diagnostyki. Takie sale znajdują się na razie zaledwie w kilku największych, najbardziej wyspecjalizowanych szpitalach w Polsce.

Postęp w medycynie i sprzęcie medycznym jest niesamowity. Jednak muszą za nim nadążać kwalifikacje personelu medycznego i dlatego każda inwestycja poprzedzona jest odpowiednimi szkoleniami, aby ten sprzęt był w pełni wykorzystany. Nie ma takich sytuacji, aby zakupiony sprzęt leżał sobie w magazynie. On musi działać od samego początku na rzecz mieszkańców, pacjentów, bo to jest dla nas priorytetowa sprawa. Nie marnujemy w ten sposób żadnej złotówki – mówi Roman Kolek, wicemarszałek województwa opolskiego.

Polska kluczowym rynkiem dla Atrium. Grupa zainwestuje ponad 300 mln euro w warszawskie centra handlowe

Polska kluczowym rynkiem dla Atrium. Grupa zainwestuje ponad 300 mln euro w warszawskie centra handlowe 2

Polska jest dla nas kluczowym krajem, w którym planujemy skupić większość naszych inwestycji. To dynamicznie rozwijający się rynek, na którym obserwujemy tak ważny w naszej branży wzrost siły nabywczej pieniądza – podkreśla Liad Barzilai, prezes zarządu Grupy Atrium. Grupa realizuje wart blisko 300 mln euro projekt zmian w trzech warszawskich centrach handlowych Atrium Targówek, Atrium Reduta i Atrium Promenada. Kolejny etap modernizacji centrum handlowego Atrium Promenada zakończył się w tym miesiącu. 

– Atrium Promenada to bardzo ważny dla nas projekt, nad którego przebudową pracowaliśmy przez ostatnie lata. Odwiedzający znajdą tu wiele nowości, wśród nich przepiękną Aleję Fontann z 44 nowymi salonami modowymi w najnowszych konceptach sprzedażowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Liad Barzilai, Prezes Zarządu Grupy Atrium.

Atrium Promenada to jedno z flagowych centrów handlowych Grupy Atrium. W połowie października zakończył się trwający ponad dwa lata kolejny etap rozbudowy i modernizacji galerii. Po transformacji obiekt powiększył się o 13,2 tys. mkw. (łącznie wynosi teraz 51,2 tys. mkw.) oraz nowe salony.

W Alei Fontann mają premierę flagowe salony marek Massimo Dutti, Guess, CK Jeans oraz pierwszy w Warszawie i drugi w Polsce salon E-obuwie. Sąsiadują z nimi flagowe koncepty marek, które są już znane klientom centrum: ZARA, Ochnik, ECCO, Timberland oraz 4F, Sizeer, Sinsai i Mohito. Na parterze Alei Fontann oraz jej bezpośrednim sąsiedztwie po raz pierwszy dostępna jest najnowsza oferta marek Deni Cler, Elisabetta Franchi, Pierre Cardin, Premium Home, Imperial, New Balance. Po przerwie wróciły w odświeżonych konceptach sprzedażowych salony Tommy Hilfiger, Weekend by Max Mara, Marella, Pinko, Liu Jo, Vistula, Lanoro, Calzedonia, W. Kruk, Molton. Nowy koncept wprowadza również perfumeria Sephora. Lokalną ofertę multibrandową zaprezentują Concept Store1 i Slow Concept Store.

Do dyspozycji klientów została oddana także nowa strefa food court – Republika Smaku, w której znajduje się dziesięć popularnych konceptów gastronomicznych. Wśród najemców są popularne marki gastronomiczne i koncepty sieciowe: McDonald’s, Burger King, Pizza Hut, Thai Wok, Berlin Döner Kebap, Salad Story, Bon Apetito, Klooski Bistro Bar oraz North Fish, a także kawiarnia Starbucks.

Najbardziej reprezentacyjną częścią galerii jest Aleja Fontann, która powstała w wyniku modernizacji pasażu głównego. Znajdują się przy niej 6-metrowe, przeszklone witryny salonów najpopularniejszych marek modowych, a centralnym punktem jest 5-metrowa fontanna, która tworzy nastrój dzięki grze wody, światła i muzyki. Odnowiona Promenada sprawia wrażenie ekskluzywności i została zaprojektowana tak, żeby przywodzić na myśl prestiżowe galerie światowych stolic mody jak Paryż czy Mediolan.

– W sumie w Atrium Promenada znajduje się około 150 sklepów, a po renowacji mamy dużo większą przestrzeń, która obecnie wynosi łącznie 51 200 mkw.. Zaczynaliśmy od 25 tys. mkw., a docelowo ma to być powyżej 90 tys. mkw. W nowych wnętrzach pojawią się nowe marki, a każdy z odwiedzających znajdzie tutaj interesujące go sklepy – deklaruje Liad Barzilai.

Prezes zarządu Grupy Atrium podkreśla, że grupa realizuje obecnie wart ok. 300 mln euro plan inwestycji w trzy warszawskie centra handlowe: Atrium Promenada, Atrium Targówek i Atrium Reduta. Do końca tego roku ma w nich powstać łącznie ponad 26 tys. mkw. dodatkowej powierzchni najmu brutto (a docelowo ponad 60 tys. mkw.).

W sierpniu Atrium ogłosiło, że chce nabyć Wars Sawa Junior (dawne Domy Towarowe Centrum), obiekt zlokalizowany przy ul. Marszałkowskiej, w najbardziej atrakcyjnym obszarze handlowym za kwotę 301,5 mln euro. Transakcja zostanie zawarta z funduszem PFCEE, zarządzanym przez CBRE Global Investor.

Jesteśmy bardzo podekscytowani tym, że będziemy właścicielem tego obiektu i z czasem będziemy ujawniać więcej informacji na temat naszych planów z nim związanych. W przyszłości chcemy skupić się na tym rynku, ponieważ wierzymy w potencjał polskiego konsumenta, gospodarki i rynku – mówi Liad Barzilai.

Atrium – jeden z wiodących właścicieli, zarządców oraz deweloperów centrów handlowych w regionie CEE – ma w Polsce 21 obiektów o łącznej powierzchni najmu brutto (GLA) przekraczającej 535,3 tys. mkw. W I półroczu br. grupa uzyskała przychody z najmu w wysokości 49,6 mln euro brutto. W całej Europie Środkowo-Wschodniej Atrium ma 34 centra handlowe o wartości ponad 2,5 mld euro i powierzchni GLA przekraczającej 900 tys. mkw. zlokalizowane w czterech krajach.

 Wychodzimy z innych krajów tego regionu, ale w Polsce zamierzamy jednak kontynuować nasze inwestycje, skupiając się głównie na lokalizacjach w prężnych ośrodkach miejskich. Stawiamy także na wysokiej jakości obiekty – mówi Liad Barzilai.

Jak podkreśla, globalny rynek detaliczny stoi w tej chwili przed wieloma wyzwaniami. Trzy główne to rozwój e-handlu, wkraczanie na rynek młodszych pokoleń konsumentów oraz urbanizacja, która także mocno wpływa na zmieniającą się strukturę demograficzną.

 Milenialsi i pokolenie Z to generacje, które konsumują inaczej, inaczej też spędzają czas wolny, bardzo mocno zmienił się także wizerunek współczesnego handlu detalicznego. Jeżeli firma ma właściwe aktywa, odpowiedni miks najemców i ma świadomość, że centra handlowe to nie tylko sklepy, lecz także miejsce, w którym ludzie szukają nowych doświadczeń i chcą tam spędzać czas wolny, to jest właściwy kierunek – mówi Liad Barzilai.

Rośnie liczba kontroli legalności zatrudnienia cudzoziemców w Polsce. W ubiegłym roku nieprawidłowości stwierdzono w 16 proc. sprawdzanych firm

Rośnie liczba kontroli legalności zatrudnienia cudzoziemców w Polsce. W ubiegłym roku nieprawidłowości stwierdzono w 16 proc. sprawdzanych firm 3

W Polsce pracuje półtora miliona cudzoziemców. Co trzeci odprowadza składki na ubezpieczenia społeczne, czyli są zatrudnieni na podstawie umowy o pracę lub zlecenie. Problemem są jednak osoby zatrudnione nielegalnie. W wyniku ubiegłorocznych kontroli Państwowa Inspekcja Pracy wykryła nieprawidłowości w 16 proc. prowadzonych czynności kontrolnych, u około 1 tys. pracodawców. Firma, w której pracują nielegalnie zatrudnieni cudzoziemcy, musi liczyć się z grzywną do 30 tys. zł. Mandatem można ukarać także nielegalnie zatrudnionego pracownika.

 W ubiegłym roku przeprowadziliśmy ponad 7 tys. kontroli. Kontrolami objęliśmy blisko 50 tys. cudzoziemców. Nieprawidłowości stwierdziliśmy w 16 proc. prowadzonych czynności kontrolnych, u prawie 1 tys. pracodawców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Leśniewski, dyrektor Departamentu Legalności Zatrudnienia w Głównym Inspektoracie Pracy. – W ciągu ostatnich 2–3 lat rekordziści zatrudniali nielegalnie blisko 700 cudzoziemców, w tym roku takich dużych skupisk nielegalnego zatrudnienia już nie stwierdziliśmy.

PIP przeprowadziła w 2017 roku łącznie 81 tys. kontroli u 64 tys. pracodawców. Kontrolę legalności zatrudnienia przeprowadzono w sumie w 24 tys. firm, przy czym 7,2 tys. kontroli dotyczyło legalności zatrudnienia i wykonywania pracy przez cudzoziemców. Liczba kontroli obcokrajowców dynamicznie rośnie. Jeszcze w 2016 roku było ich ok. 4,2 tys. W 2017 roku już o 69 proc. więcej. Wśród najczęściej wykrywanych nieprawidłowości jest np. praca na innych warunkach niż zadeklarowana w oświadczeniu.

 Ze względu na rozbieżności między stanem faktycznym a zezwoleniem, wykazaliśmy pracodawcy powierzanie nielegalnego wykonywania pracy cudzoziemcom. Inny przykład dotyczy dużych firm, pseudoagencji zatrudnienia – są to firmy, które same występują o oświadczenia i zatrudniają tych cudzoziemców, natomiast oni nie świadczą pracy na ich rzecz, tylko są rozprowadzeni po terytorium naszego kraju do innych pracodawców – wskazuje Jarosław Leśniewski.

Liczba kontroli rośnie, bo coraz większy jest też poziom imigracji zarobkowej. W ciągu roku liczba wydanych przez wojewodów zezwoleń na pracę dla cudzoziemców spoza Unii Europejskiej wzrosła niemal o 100 proc. Resort rodziny, pracy i polityki społecznej szacuje, że łącznie w Polsce pracuje 1,5 mln cudzoziemców, w tym około miliona pracowników ze Wschodu. Pod koniec 2017 roku ważnych było ponad 325 tysięcy dokumentów potwierdzających legalny pobyt cudzoziemców w Polsce. W ubiegłym roku wydano łącznie 235 tys. zezwoleń na pracę dla cudzoziemców i zarejestrowano 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. Dane ZUS-u wskazują zaś, że blisko 560 tys. cudzoziemców opłaca składki na ubezpieczenia społeczne, czyli pracuje na podstawie umowy o pracę lub zlecenie.

– Rozpoczynamy kontrolę od stwierdzenia, kto przebywa na terytorium tego zakładu. Jeżeli są to cudzoziemcy, rozpoczynamy kontrolę w zakresie legalności ich zatrudnienia, czyli prosimy o dokumenty, paszporty, wizy, prosimy później pracodawcę o wszystkie inne dokumenty, które związane są z zatrudnieniem cudzoziemca – wskazuje Leśniewski.

Stopniowo rośnie jednak świadomość obcokrajowców odnośnie do ich praw w zakresie zatrudnienia. Od tego roku działa infolinia PIP, przez którą udzielane są porady prawne w języku rosyjskim i ukraińskim. Jeśli pracownik ma świadomość, że pracuje nielegalnie, grozi mu mandat w wysokości 1–5 tys. zł.

 Bardzo często w wyniku naszych informacji, które kierujemy do Straży Granicznej, cudzoziemiec jest zobowiązany do opuszczenia naszego kraju. Ma też problemy z wjechaniem do Polski i strefy Schengen do nawet trzech lat – wskazuje Jarosław Leśniewski.

Za nielegalne zatrudnienie odpowiada przede wszystkim pracodawca, a grzywna może sięgać 30 tys. zł.

 Może się tak zdarzyć, że pracodawca zostanie również obciążony kosztami wydalenia tego cudzoziemca z naszego kraju. Mieliśmy takie przypadku, gdzie jeden pracodawca ukarany przez nas niewielkim mandatem 1 tys. zł, później został obarczony kosztami wysłania do Wietnamu dwóch obywateli tego kraju, co kosztowało go 35 tys. zł – mówi ekspert PIP.

Sztuczna inteligencja pomaga firmom transportowym optymalizować koszty. Potrafi m.in. obliczyć opłacalność zlecenia

Sztuczna inteligencja pomaga firmom transportowym optymalizować koszty. Potrafi m.in. obliczyć opłacalność zlecenia 4

Polskie firmy są potęgą na europejskim rynku transportowym, w którym maja ok. 25-procentowy udział. Krajowe i unijne regulacje prawne oraz konieczność optymalizacji i utrzymania konkurencyjności wymuszają na nich jednak technologiczną transformację. Coraz więcej przewoźników inwestuje w telematykę, która przekłada się na oszczędność kosztów i czasu. Kolejną nowością w branży są systemy zarządzania transportem, które wykorzystują algorytmy sztucznej inteligencji.

– Dzięki sztucznej inteligencji pomagamy dyspozytorom wykonywać ich codzienną pracę, czyli pomagamy im planować zlecenie od samego początku, od momentu wpłynięcia od klienta, poprzez przypisanie go do konkretnego kierowcy i pojazdu, komunikację z tym kierowcą w trakcie jego realizacji, aż do finalnego zakończenia i zafakturowania zlecenia od klienta – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Grzegorz Janaś z Framelogic.

Optymalizacja kosztów utrzymania floty pomaga przewoźnikom utrzymać konkurencyjność na rynku. Po kontroli wydatków, zarządzający pojazdami zwracają uwagę na czas wykonania zleceń i ich efektywność oraz utrzymanie dostępności samochodów. Wykorzystanie sztucznej inteligencji pomaga firmom transportowym w optymalizacji całego łańcucha dostaw i usprawniania procesów logistycznych. Oparty na SI algorytm jest w stanie wesprzeć pracę dyspozytora i podpowiedzieć, które zlecenia należy przyjąć, a nawet na ile będzie ono opłacalne dla firmy.

– To znaczne usprawnienie, dlatego że algorytmy liczą czy dane zlecenie jesteśmy w stanie zrealizować przy pomocy danego kierowcy i pojazdu, czy spełnia ono odpowiednie wymogi pod kątem naczepy, czasu pracy kierowcy albo przepisów delegacyjnych. Stworzone przez nas algorytmy oszczędzają klientom bardzo dużo czasu i pomagają w optymalizacji pracy dyspozytorów. Na rynku jest niedobór dyspozytorów, a wspierając ich takim narzędziem pomagamy wprowadzić nowo zatrudnioną osobę do organizacji i umożliwiamy jej efektywną pracę – przekonuje Grzegorz Janaś.

Jak podkreśla ekspert, w przyszłości maszyny nie będą w stanie całkowicie zastąpić dyspozytorów w wykonywaniu ich obowiązków. Wykorzystanie SI umożliwia jednak poprawę ich wyników i zatrudnienie mniej doświadczonych osób bez dużego ryzyka dla firmy.

– Ten czynnik ludzki z całą pewnością będzie konieczny, dlatego że nie jesteśmy w stanie zasymulować interakcji z kierowcą. Chociaż algorytmy są coraz inteligentniejsze, coraz sprytniejsze – to na ten moment nie są jeszcze w stanie rozszyfrować sytuacji awaryjnych, które zdarzają się na drodze – mówi Grzegorz Janaś.

Framelogic dostarcza rozwiązania IT dla branży transportowej i systemy zarządzania transportem (Transport Management System) oparte na sztucznej inteligencji. To jedna z firm biorących udział w Startberry – programie akceleracyjnym Microsoftu przeznaczonym dla dojrzałych przedsięwzięć biznesowych.

Z danych Eurostatu wynika, że obecnie tylko 4 proc. polskich firm korzysta z wydajnych mechanizmów sztucznej inteligencji opartych na chmurze obliczeniowej. Jednak SI ma w biznesie coraz szersze zastosowanie, a jej skumulowany wpływ na światową gospodarkę może wynieść od 1,5 do 3 bln dol. w ciągu najbliższej dekady.

Detektory podczerwieni odgrywają coraz większą rolę na rynku technologicznym. Pomogą wykrywać raka, a także w badaniach kosmosu

Detektory podczerwieni odgrywają coraz większą rolę na rynku technologicznym. Pomogą wykrywać raka, a także w badaniach kosmosu 5

Detektory podczerwieni usprawnią funkcjonowanie fabryk, poprawią nasze bezpieczeństwo i pomogą w badaniach kosmosu. Pozwalają wykrywać promieniowanie elektromagnetyczne niewidoczne nieuzbrojonym okiem oraz monitorować temperatury, odległości czy skład chemiczny obiektów. Sprawdzą się np. w bezinwazyjnym wykrywaniu markerów raka w układzie oddechowym, posłużą także w badaniach kosmosu.

– Najwięcej detektorów sprzedajemy do branży bezpieczeństwa, kolejnictwa – gdzie wykrywają, czy hamulce nie są zablokowane, czy pociąg nie zmierza ku awarii. W tej chwili największy rozwój jest w kierunku analizy gazów, w szczególności ochrona środowiska, czyli badanie jakości powietrza, emisji z fabryk, kominów. Ta sama analiza gazów idzie do badań medycznych, czyli badanie oddechu, bezinwazyjna metoda wykrywania markerów, np. raka w układzie oddechowym, zmian w układzie krwionośnym, hormonalnym – mówi agencji Newseria Innowacje Adam Piotrowski, prezes Vigo System.

Potencjał detektorów podczerwieni docenili producenci wykrywaczy metanu stosowanych w górnictwie. Ta metoda analizy składu chemicznego powietrza okazała się znacznie precyzyjniejsza niż metody oparte na czujnikach katalitycznych czy elektrochemicznych. W przeciwieństwie do konkurencyjnych rozwiązań nie wchodzą w reakcję z metanem, dzięki czemu są jednocześnie mniej zawodne i bardziej dokładne.

W równie ekstremalnych warunkach sprawdzą się detektory opracowywane przez inżynierów z Wojskowej Akademii Technicznej, które zaprojektowano z myślą o wykrywaniu pożarów. Te wysokotemperaturowe czujniki są w stanie wykryć ogień we wczesnym stadium, a co za tym idzie – zapobiec wybuchowi pożaru. Zastosowań detektorów podczerwieni jest znacznie więcej.

– Bardzo często detektory są montowane na różnego rodzaju liniach technologicznych do badania nieszczelności instalacji. Kiedyś dezodoranty były produkowane w ten sposób, że zanurzało się je w basenie i przez 24 godziny patrzyło, czy nie ma bąbelków. Z naszymi detektorami można wykryć jakąkolwiek nieszczelność natychmiast na linii. Za pomocą detektorów podczerwieni można też mierzyć temperaturę, szukać gorących obiektów czy badać farmaceutyki – wymienia Adam Piotrowski.

Detektory podczerwieni coraz częściej spotyka się także na rynku konsumenckim m.in. do monitorowania stanu zdrowia. Ciekawym przykładem jest tu opaska sportowa Band 3 Pro od firmy Huawei, w której miejsce czujnika optycznego zajął ten działający w podczerwieni. Moduł wyspecjalizowano w nieprzerwanym śledzeniu pracy serca, co pozwoli na bieżąco monitorować naszą kondycję.

Naukowcy NASA z kolei przygotowują się do zastąpienia Kosmicznego Teleskopu Hubble’a, który wkrótce przestanie działać, Kosmicznym Teleskopem Jamesa Webba. Nowy teleskop ma prowadzić badania właśnie w podczerwieni, a nie w świetle widzialnym, jak jego poprzednik. Naukowcy liczą na to, że dzięki niemu uda się zbadać gwiazdy i galaktyki uformowane tuż po Wielkim Wybuchu.

Na polskim rynku detektory podczerwieni Vigo System można znaleźć przede wszystkim w czołgach producentów Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Czujniki ostrzegają załogę czołgu przed zagrożeniami, jakie mogą czyhać na nią na polu walki. Firma planuje także podjąć współpracę z warsztatami samochodowymi, aby umożliwić prowadzenie odczytu emisji spalin w czasie rzeczywistym.

– Mamy cały program zwiększenia funkcjonalności, dodawania dodatkowej wartości, czyli układów optycznych, układów cyfrowych, tak, żeby te detektory były łatwiejsze i szybsze do zainstalowania. W związku z tym inwestujemy w nową fabrykę. Planujemy dwudziestokrotnie zwiększyć skalę produkcji – zapowiada ekspert.

Analitycy z firmy Zion Market Research szacują, że globalny rynek detektorów podczerwieni przez najbliższe sześć lat będzie rósł w tempie 12,5 proc. średniorocznie, by w 2024 roku osiągnąć wartość 700 mln dol.

Osiemnastu szefów kuchni z całego świata rozpoczyna walkę o tytuł mistrza makaronu. Wśród nich jest Polak

Osiemnastu szefów kuchni z całego świata rozpoczyna walkę o tytuł mistrza makaronu. Wśród nich jest Polak 6

W Mediolanie rozpoczyna się 7. edycja prestiżowego konkursu dla kucharzy. O tytuł Master of Pasta rywalizuje osiemnastu szefów kuchni z całego świata, w tym Polak, Paweł Gałecki. Zadaniem uczestników jest przygotowanie potrawy z włoskiego makaronu – w pierwszym etapie na podstawie własnego pomysłu. Polski kucharz nie ukrywa, że najbardziej obawia się włoskich rywali, znanych z talentu kulinarnego.

Pasta World Championship to międzynarodowe mistrzostwa organizowane już po raz siódmy przez włoską Akademię Barilla. W tym roku po raz pierwszy wydarzenie to zbiega się z obchodzonym od 20 lat Światowym Dniem Makaronu. O tytuł Master of Pasta rywalizuje osiemnastu szefów kuchni w wieku poniżej 35. lat z różnych krajów świata, m.in. Chin, Francji, USA, Brazylii oraz Polski, a ich zadaniem jest przygotowanie potrawy z makaronu. Działania te ocenia jury złożone z sześciu ekspertów. Konkurs składa się z trzech etapów – w pierwszym z nich uczestnicy muszą sporządzić danie według własnego pomysłu, na podstawie przepisu zgłoszonego wcześniej organizatorom.

W drugim etapie przechodzi tylko połowa uczestników, przygotowujemy makaron z nieznanych nam produktów, a trzeci etap, czyli sam finał, startuje już tylko dwóch kucharzy i przygotowują klasyczne spaghetti al pomodoro według własnej inwencji twórczej – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Paweł Gałecki, zastępca szefa kuchni hotelu i restauracji Piano w Lublinie.

Każdy z etapów konkursu odbywa się na oczach publiczności – widzowie mogą podejść do kucharzy, przyjrzeć się ich pracy, a nawet porozmawiać z nimi. Do tej pory tytuł Master of Pasta trafił do szefów kuchni z USA, Słowenii, Turcji, Szwajcarii, RPA, i Japonii. Łącznie w ciągu sześciu lat w konkursie wzięło udział ponad 125 uczestników – Polak po raz pierwszy wystartował w rywalizacji w 2017 roku. Tegoroczny reprezentant polski, Paweł Gałecki, zakwalifikował się do konkursu dzięki zwycięstwu w XIII edycji Arte Culinaria Italiana, który odbyła się w marcu w Rzeszowie.

Mój makaron okazał się najsmaczniejszy i najbardziej ciekawy w stosunku do konkurentów. Było spaghetti z bułką tartą i suszonymi drożdżami – mówi szef kuchni.

W pierwszym etapie konkursu w Mediolanie Polak zamierza przygotować bavette z pesto bazyliowym z pistacjami z dodatkiem piany ziemniaczanej z parmezanem oraz mozzarelli a’la burrata nadziewana masą bazyliową. Danie, które nazwał Bite of Summer, Paweł Gałecki wykończy kompresowanym ogórkiem z bazylią, miętą i cytryną, aby smakiem przypominało minione, gorące wakacje.

Najbardziej obawiam się Włochów, bo ich talent kulinarny jest niezachwiany, ale miejmy nadzieję, że podołam, podniosę to na barki, zdołam zająć jakieś miejsce – mówi szef kuchni.

Pasta World Championship to więcej niż konkurs kulinarny. W ciągu dwóch dni odbędą się wystawy, pokazy gotowania na żywo, testowanie potraw, konferencje oraz trzy mistrzowskie wykłady. Hasłem tegorocznej edycji Pasta World Championship jest „Jedz pozytywnie”, stanowiące ukłon w stronę włoskiej idei La Dolce Vita. Paweł Gałecki nie ukrywa, że zawarta w haśle filozofia jest mu bardzo bliska, uwielbia bowiem przyrządzać dania dla innych, czerpie mnóstwo satysfakcji z samego gotowania, jest też otwarty na krytykę, aby stale ulepszać swoje umiejętności.

Filozofia cieszenia się z tego jedzenia, spędzania czasu z jedzeniem i z ludźmi jest naprawdę bliska mojemu sercu i bardzo się cieszę, że takim tematem będę mógł na tym konkursie pokazać swoją osobę – mówi szef kuchni.

Tytuł Master of Pasta zostanie przyznany w drugim dniu konkursu Pasta World Championship, czyli 25 października.

Czy „haerowcy” wyginą jak dinozaury?

Co jest ważne, aby zespół osiągał jak najlepsze efekty dla firmy? Zazwyczaj nieco innych odpowiedzi udzielają prezesi, członkowie zarządu, menedżerowie, a inne padają wówczas, gdy zapytamy przedstawicieli działów HR. A przecież wszyscy wspólnie powinni dążyć do tych samych celów biznesowych.

W myśleniu o przedsiębiorstwie, jego celach i potrzebach często można dostrzec pęknięcie, które przebiega na styku obszarów czysto biznesowych oraz związanych z zarządzaniem pracownikami. Prezesi, menedżerowie – których skrótowo możemy nazwać przedstawicielami „biznesu”, mocno skoncentrowani są zazwyczaj na finansach. Interesują ich przychody, zyski, wolumen sprzedaży, redukcja kosztów, czy też efektywność rozumiana jako sposób generowania maksymalnych zysków przy możliwie niskich kosztach. Ich myślenie kręci się wokół liczb, wskaźników, wykresów, tabel, a takie podejście wywiera duży wpływ na poszczególne działy oraz poszczególnych pracowników.

Twardy biznes kontra miękki HR

Siłą rzeczy biznesowe myślenie wpływa także na działy HR, przy czym często jest to niestety wpływ, z jakim silny podporządkowuje sobie słabszego. Choć w polskich przedsiębiorstwach coraz więcej jest HR biznes partnerów, bardzo często partnerami są jedynie na wizytówkach. W praktyce kojarzą się biznesowi przede wszystkim z kosztami (nie zawsze uzasadnionymi) oraz z funkcją opiekuńczą wobec pracowników. Są niczym troskliwa matka, która usiłuje „wyciągnąć” coś dla dzieci z portfela surowego i skąpego ojca. Zdecydowanie trudno to nazwać relacją partnerską.

W wielu przedsiębiorstwach mamy więc dwa obszary – finansowo-biznesowy (tzw. twardy) oraz opiekuńczo-rekrutacyjny (miękki), które choć powinny służyć wspólnym celom, często nie potrafią ze sobą rozmawiać. Mówią innym językiem, używają odmiennych argumentów, co innego jest dla nich ważne.

Osią dla działań „haerowców” są ludzie, relacje pracownicze i związane z tym udoskonalanie kompetencji, informacje zwrotne dla pracowników, ścieżki kariery, czy też dobra atmosfera w pracy. Dla „biznesu” natomiast osią aktywności są finanse – opłacalność poszczególnych działań, zwiększanie zysków, obniżanie kosztów.

Jeśli w danej firmie prawidłowo realizowana jest funkcja HR biznes partnera, to osoba ją pełniąca powinna znajdować punkty wspólne pomiędzy obydwoma obszarami. To znaczy – myśleć o zarządzaniu ludźmi w perspektywie realnych korzyści dla przedsiębiorstwa, a także rozmawiać z biznesem jego językiem i używając takich argumentów, które prezesi i menedżerowie wyższego szczebla są w stanie uznać za istotne.

Rozmowa to dialog, a ten będzie możliwy, jeśli obydwie strony połączy nić porozumienia. Dotychczas jednak to raczej specjaliści HR oczekiwali, że część firmy zorientowana na wyniki finansowe „zmięknie”, tzn. zacznie zwracać większą uwagę na relacje pracownicze, budowanie wizerunku pracodawcy, potrzebę ciągłego doskonalenia kompetencji pracowników, systemy motywacji itd. Brakuje w tym chęci i umiejętności, by przekonywać do tych ważnych kwestii przy użyciu „twardych” argumentów – a takie przecież istnieją.

– Aby HR biznes partner naprawdę był łącznikiem pomiędzy „haerową” a biznesowo zorientowaną częścią firmy, musi nauczyć się uzasadniać swoje pomysły w sposób biznesowy – mówi Iwona Wencel z firmy konsultingowej WNCL. – To oznacza, że mówiąc np. o budowaniu wizerunku pracodawcy, powinien wskazać, jakie będą koszty takich działań, ale też jakie korzyści finansowe i w jakim czasie przyniosą one firmie. Potrzebne są wskaźniki, jakimi zmierzymy efekty i scenariusze korekt, przygotowane na wypadek, gdy faktyczne cele będą odbiegały od założeń – podkreśla.

HR powinien służyć biznesowi

W codziennej praktyce oznacza to, że działy HR nie mogą zapominać o tym, czego oczekuje od nich zarząd i menedżerowie. Jeśli celem biznesu jest uzyskanie wysokiej sprzedaży w krótkim czasie, HR powinien uwzględnić to w ramach rekrutacji na stanowisko handlowca. HR biznes partner zada sobie wówczas pytanie nie tylko o to, jacy kandydaci mają największe doświadczenie handlowe, ale przede wszystkim, którzy z nich nadają się do „agresywnej” akcji sprzedażowej – np. są odporni na stres, są wysoko zmotywowani i nastawieni rywalizująco.

Rzecz w tym, aby koncentrować się na tych aspektach, które służyć będą założonym celom biznesowym. A więc także „haerowcy” muszą dbać o lepsze wyniki finansowe firmy, być odpowiedzialni za to, by zatrudnieni ludzie „dowozili” zakładane wyniki w wyznaczonym czasie. Jeśli potrzebne im środki finansowe lub organizacyjne będą uzasadnione, aby to właśnie osiągnąć, przekonanie do nich przedstawicieli biznesu nie będzie wcale trudne.

Czy to znaczy, że HR powinien dostrzegać wyłącznie pieniądze, koszty i zupełnie odejść od swej humanistycznej roli? Absolutnie nie. Powinien jednak umieć powiązać systemy wynagrodzeń, relacje między pracownikami, kwestie komunikacyjne, employer branding oraz inne aspekty pracy z celami przedsiębiorstwa. Te natomiast prawie zawsze wiążą się z finansami.

– HR biznes partner to osoba, która rozumie dwustronność relacji pomiędzy sferą biznesową, a personalną. Aspekty finansowe mają duży wpływ na to, jak pracownicy czują się i realizują w firmie. Z kolei aspekty „haerowe” mają wpływ na efektywność, sprzedaż czy w końcu na przychody przedsiębiorstwa. HR biznes partner to ktoś, kto powinien dbać o stały dialog pomiędzy biznesem a pracownikami. To ktoś, kto stale przypomina, że biznes nie będzie działał bez odpowiednio zmotywowanych pracowników, ale też że pracownicy nie będą mieli racji bytu, jeśli nie wygenerują oczekiwanych zysków – zauważa Iwona Wencel.

Potrzebny dialog

Firma WNCL przeprowadza obecnie ogólnopolskie badanie kompetencji HR biznes partnerów. To ankieta dostępna w internecie (badaniekompetencjihrbp.wncl.pl), skierowana do przedstawicieli biznesu (prezesów, menedżerów) oraz HR na temat tego, jak oceniają współpracę na linii biznes-HR. Badanie trwa i wciąż jeszcze można podzielić się swoimi doświadczeniami.

Z dotychczasowych ankiet wyłania się jednak mało optymistyczny obraz, zgodny z pęknięciem, o którym wspominaliśmy wyżej. Okazuje się bowiem, że o ile sami „haerowcy” przeważnie pozytywnie oceniają wpływ na sprawy firmy oraz swoje zaangażowanie w partnerstwo, to przedstawiciele biznesu takiego wpływu zazwyczaj nie dostrzegają. W ich ocenie zaangażowanie partnerów oraz ich zrozumienie dla biznesowych potrzeb firm jest znacznie poniżej ich oczekiwań. Pełny obraz sytuacji będziemy mogli przedstawić już wkrótce, gdy badania zostaną ostatecznie podsumowane.

Niestety jednak istnieje ryzyko, że jeśli „haerowcy” nie ewoulują, tzn. nie dostosują się do współczesnych wyzwań i potrzeb firm, ich funkcja zostanie sprowadzona wyłącznie do zadań administracyjnych, bez prawa głosu w sprawach istotnych dla przedsiębiorstw. Coraz częściej pojawia się wątpliwość, czy HR w najpowszechniejszej dziś, ale wciąż dość tradycyjnej formie z rozbudowaną funkcją kadrowo-opiekuńczą, w ogóle jest firmom potrzebny.

Tak naprawdę HR, jeśli nie chce stać się bezużyteczny, może zrobić tylko jedno – dostosować się do współczesności, w której o biznesie rozmawia się z uwzględnieniem celów, wskaźników i danych finansowych. To z kolei oznacza, że „haerowcy” powinni dbać nie tylko o rozwój innych pracowników, ale zająć się również własną edukacją. Tylko wtedy, gdy nadrobią swoje zaległości w zakresie znajomości wskaźników finansowych, staną się dla biznesu autentycznymi partnerami.

Dzieci bardziej niż słodycze cenią czas spędzony z urządzeniem mobilnym – wyniki raportu Norton

Rodzice czują się winni z powodu ilości czasu, który spędzają w sieci na oczach swoich dzieci, a dzieci nie mają skrupułów, żeby udzielić im reprymendy. Niemal trzy czwarte rodziców (73% respondentów), którzy wzięli udział w sondażu, zdaje sobie sprawę, że dają zły przykład, spędzając za dużo czasu w sieci, a trzech na dziesięciu zostało za to upomnianych przez ich własne dzieci, co pokazuje, jakie problemy z egzekwowaniem zdrowych zasad korzystania z elektroniki mają współczesne rodziny – tak wynika z najnowszych badań firmy Norton by Symantec.

Raport zatytułowany „Moje pierwsze urządzenie”, na potrzeby którego przeprowadzono sondaż wśród niemal 7000 rodziców z regionu Europy (w tym z Polski) i Bliskiego Wschodu mających dzieci w wieku od pięciu do szesnastu lat, bada wyzwania, przed którymi stoi pierwsze pokolenie „cyfrowych” rodziców. W przeciwieństwie do nich, ich dzieci nigdy nie znały świata bez smartfonów i tabletów. Dlatego dzisiejsi rodzice wciąż zastanawiają się nad granicą wieku, w którym ich dzieci mogą zacząć spędzać czas przed ekranem albo dostać własne urządzenie, jednocześnie badając swoje osobiste nawyki i ich potencjalny wpływ na najmłodszych użytkowników.

Współczesne rodzicielstwo nie należy do łatwych – mówi Jarosław Ancuta, Country Manager Norton by Symantec. Jak dawniej, trzeba dbać o to, żeby dzieci jadły zdrowo, wcześnie kładły się spać i odrabiały lekcje, ale pojawił się dodatkowo czynnik technologii, z którymi rodzice muszą sobie jakoś radzić. W przeciwieństwie do ich dzieci, większość obecnych rodziców nie dorastała w towarzystwie urządzeń podłączonych do sieci, takich jak smartfony i tablety, przez co mają problemy z wyznaczaniem i egzekwowaniem reguł dotyczących czasu spędzanego przed ekranem.

Z badań firm Norton wynika też, że dzieci cenią czas spędzany z urządzeniem mobilnym bardziej niż słodycze. Co więcej, dzieci spędzają więcej czasu przed ekranem urządzenia mobilnego niż na świeżym powietrzu, a ponad jedna czwarta respondentów twierdzi, że ich pociechy spędzają w sieci więcej czasu, niż oni sami. W badanych krajach dzieci codziennie spędzają średnio ponad dwie i pół godziny czasu wolnego z urządzeniami mobilnym – to ponad pół godziny dłużej, niż wynosi przeciętny czas zabawy na dworze. Co ciekawe, jedynie niemieckie i polskie dzieci spędzają na zabawie poza domem więcej niż dwie godziny.

Wielka Brytania znalazła się na czele listy; brytyjskie dzieci spędzają najwięcej czasu, bo niemal trzy godzinny dziennie z urządzeniami mobilnym. Najmniej hiszpańskie, włoskie i polskie, ale tylko o 30 minut krócej niż rówieśnicy z innych państw w regionie.

Urządzenia mobilne w rękach dzieci – przekleństwo czy wybawienie?

Niemal połowa rodziców uważa, że technologie i urządzenia mobilne mogą rozwijać umiejętności uczenia się i rozwiązywania problemów (51%), kreatywność (48%) i poczucie szczęścia (45%), a niemal trzy czwarte (72%) twierdzi, że dzieci, które odpowiadają za swoje własne urządzenia, uczą się odpowiedzialności.

Jednocześnie martwią się o potencjalnie negatywny wpływ. Ponad połowa (52%) twierdzi, że czas spędzany z urządzeniem mobilnym wpływa na jakość snu dziecka, zachowania społeczne (40%) czy zdrowie psychiczne (37%).

Obawy te narastają w miarę, jak dzieci dostają swoje własne urządzenia w coraz młodszym wieku. Z badań firmy Norton wynika, że rodzice ulegają sile dziecięcej perswazji, ponieważ przeciętne dziecko dostaje swoje pierwsze urządzenie w wieku dziewięciu lat – o rok wcześniej niż według badanych rodziców powinni dostać (w Polsce średnia wynosi 8 lat). W Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Arabii Saudyjskiej różnica jest jeszcze większa, ponieważ dzieci otrzymują tam urządzenia w wieku zaledwie siedmiu lat.

Rodzice próbują ograniczać czas spędzany przez dzieci przed ekranem, ale przyznają, że sami działają przeciwko sobie, ponieważ nie dają dobrego przykładu. Co drugi rodzic (56%) mówi, że spędza za dużo czasu w sieci, a niemal połowa (49%) czuje się winna z powodu ilości czasu, który na to poświęca. Jedna trzecia rodziców (36%) przyznaje, że bywają upominani przez własne dzieci za to, że zbyt dużo czasu spędzają na urządzeniu mobilnym lub, że robią w niewłaściwym momencie. Tym samym ponad połowa (61% respondentów) twierdzi, że bardzo martwi ich fakt, dawania złego przykładu swoim dzieciom.

Rodzice dostrzegają korzyści, jakie urządzenia mobilne zapewniają ich dzieciom, ale chcą również wprowadzić zdrowe zasady korzystanie z urządzeń ze względu na możliwy negatywny wpływ smartfonów i tabletów na sen i zdrowie psychiczne – dodaje Jarosław Ancuta. Wszyscy powinniśmy rozważyć, ile czasu zajmuje nam przeglądanie treści w sieci i zmierzyć się z problemem, jakim jest zbyt długi czas spędzany przed ekranem, żeby dać dobry przykład swoim pociechom. Dowiedzieliśmy się, że 56% rodziców wprowadza w domu godziny lub dni bez technologii, podczas których wszyscy trzymają się z dala od gadżetów, co jest świetną okazją, żeby zastanowić się, jak bardzo uzależniliśmy się od wszelkiego rodzaju urządzeń.

Tradycyjne rodzicielstwo w cyfrowym świecie

Cyfrowy świat sprawia, że rodzice często czują się bezradni. Niemal połowa (48%) twierdzi, że chcą wyznaczyć granice i kontrole rodzicielską nad używaniem urządzeń połączonych z siecią, ale nie wiedzą, jak to zrobić. Ponadto, co dziesiąty rodzic nie wyznacza żadnych reguł dotyczących używania urządzeń, twierdząc, że jego dzieci znają się tak dobrze na technologiach, że potrafiłyby obejść ograniczenia.

Co ciekawe, z raportu wynika, że wśród młodszych rodziców (75%) oraz rodziców młodszych dzieci (74%) rośnie poziom surowości (75%). Grupy te są bardziej restrykcyjne w porównaniu ze starszymi rodzicami (59%) oraz rodzicami starszych dzieci (53%). Pomimo trudności, chętnie wprowadziliby reguły korzystania z urządzeń przez dzieci, ale wielu nie wie, jak się za to zabrać. Niemal połowa (48%) mówi, że chce wprowadzić ograniczenia i kontrolę rodzicielską w urządzeniach podłączonych do sieci, ale nie umieją tego zrobić, a dwie trzecie (64%) życzyłoby sobie więcej porad i wsparcia w zakresie ochrony dzieci w Internecie. Ponad połowa (59%) pozwala dzieciom korzystać z zasobów sieci samotnie, np. w ich sypialniach, a ponad jedna trzecia (35%) przyznaje, że dotyczy to nawet dzieci w wieku od pięciu do siedmiu lat.

Jak przygotować e-sklep na sezon świąteczny?

  • Sprzedaż w sezonie świątecznym może stanowić aż dwie trzecie rocznego dochodu małej firmy. W swoim najnowszym raporcie, PayPal przedstawia wskazówki, jak przedłużyć świąteczny sukces.
  • Dwie trzecie kupujących online deklaruje, że zrealizuje płatność tylko pod warunkiem, że w e-sklepie będzie dostępna znana i zaufana opcja płatności.
  • W sezonie świątecznym co trzeci Europejczyk kupujący online poszukuje wyjątkowych prezentów w zagranicznych sklepach, a 3 na 4 klientów deklaruje, że woli płacić w swojej walucie.
Warszawa, 24 października 2018. Sezon świąteczny to najważniejszy okres dla handlowców. Wielu z nich w tym dość krótkim okresie wypracowuje dużą część rocznego dochodu. Obecnie sezon zaczyna się pod koniec listopada (od Black Friday) i trwa aż do chińskiego Nowego Roku (pod koniec stycznia lub na początku lutego). Oto 3 kroki do świątecznego sukcesu sprzedażowego.

Krok 1: Po pierwsze technologia

Przede wszystkim należy upewnić się, że witryna jest zoptymalizowana pod kątem użytkowników korzystających z małych ekranów dotykowych. Już jedna czwarta Europejczyków robi zakupy z poziomu urządzeń mobilnych 2–3 razy w miesiącu a 7 proc. kupuje w ten sposób każdego dnia. Ważne jest także, aby poprawić czas ładowania strony – skrócenie średniego czasu ładowania strony o 1,6 sekundy może zwiększyć roczne dochody sklepu o  10 proc.
Aby zatrzymać klientów na stronie, trzeba także zadbać, aby czuli się na niej bezpiecznie – według badania HubSpot, 82 proc. ludzi nie odwiedza serwisów po zobaczeniu ostrzeżenia „Ta witryna nie jest bezpieczna”.
Warto zapewnić e-konsumentom szeroki wachlarz opcji płatności. Aż dwie trzecie z nich stwierdziło, że zrealizuje płatność „tylko pod warunkiem, że będzie dostępna opcja, którą zna np. PayPal”. Klienci chętniej kupują także na zagranicznych stronach, które pokazują ceny w ich walucie lokalnej – 3 na 4 z nich deklaruje, że woli płacić w swojej walucie.

Krok 2: Szukaj i daj się wyszukać

Sezon świąteczny to świetna okazja do odkrywania i badania rynków zagranicznych. Klienci szukają wyjątkowych prezentów – co trzeci Europejczyk zadeklarował, że właśnie dlatego odwiedza e-sklepy z innych krajów.
W sytuacji, gdy dany sklep już posiada klientów zagranicznych, warto sprawdzić skąd oni pochodzą i co kupują. Na wynikach tej analizy można oprzeć kampanię podczas jednego z najbardziej popularnych okazji wyprzedażowych – np. Dzień Singla w Chinach (11 listopada), Chanukę w Izraelu (2–10 grudnia), Nowy Rok (31 grudnia) albo prawosławne Boże Narodzenie w Rosji (7 stycznia).
Aby mieć pewność, że zarówno międzynarodowi, jak i krajowi klienci znajdą naszą ofertę, warto zadbać o optymalizację pod kątem wyszukiwarek internetowych (SEO). Aby zmaksymalizować efekty SEO, należy opisać produkty takimi słowami, jakie wpisują w wyszukiwarce klienci i tak samo postąpić z adresami URL stron, nazwami plików ze zdjęciami i Alt tagami (tekstem alternatywnym opisującym, co przedstawia obraz). Należy używać opisów, które mają znaczenie – „Obraz123” nie wesprze lepszej pozycji naszej firmy w przeglądarce, ale „błękitny, jedwabny krawat” – jak najbardziej.

Krok 3: Wnioski na przyszłość

Sprzedaż w sezonie świątecznym to niejednokrotnie dla małych firm aż dwie trzecie rocznego dochodu. Można jednak zmniejszyć zależność powodzenia biznesu od tych kilku tygodni, wyciągnąć wnioski i stosować sprawdzone rozwiązania przez cały rok.
Pierwsza okazja pojawia się zaraz po sezonie świątecznym. W wielu krajach klienci wyczekują styczniowych wyprzedaży. Oprócz promowania rabatów i ofert dla wszystkich użytkowników, może to być dobry czas, aby ponownie nawiązać kontakt z poprzednimi klientami. Jednym ze sposobów jest wysyłanie specjalnych kodów zniżkowych w ramach podziękowania za współpracę w poprzednim roku albo polecanie produktów uzupełniających do tego, co kupili wcześniej.
Sezon świąteczny, obfitujący w nietrafione prezenty to doskonały moment, aby wypracować profesjonalną procedurę obsługi zwrotów towaru i pieniędzy. Zła obsługa klienta może zrujnować reputację firmy, dlatego warto zadbać o profesjonalną obsługę, także reklamacji. Wiele firm oferuje obecnie możliwość zwrócenia przedmiotu „bez żadnych pytań”, często dodając opcję bezpłatnego odesłania przedmiotu. Taka polityka może znacząco zwiększyć sprzedaż, ponieważ istotnie ogranicza postrzeganie ryzyka przez nowych klientów.

Handel przekonuje się do aplikacji mobilnych

Mogą zwiększać ilość jednorazowych zakupów i wpływać na wybór sklepu. Zapewniają oszczędność czasu poprzez częste aktualizacje ofert i zdigitalizowane listy produktów. Specjaliści prognozują, że w niedalekiej przyszłości aplikacje będą stanowić dla nabywcy swoiste call to action, zachęcając do nieplanowanych zakupów. Integrowanie punktów lojalnościowych i różnego rodzaju promocji będzie wpływać na popularność tych narzędzi. A skanowanie paragonów może stać się jednym z nowych zwyczajów konsumenckich. Przewiduje się też, że kolejnefunkcjonalności całkowicie zmienią rynek. Wśród nich może być m.in. łączenie aplikacji z platformami społecznościowymi czy system poleceń klientów.

Wpływ na decyzje

Szacuje się, że połowa konsumentów w Polsce będących użytkownikami Internetu to tzw. heavy shoppers. Takie osoby robią zakupy codziennie lub nawet kilkakrotnie w ciągu dnia. Poświęcają też sporo czasu na samo przygotowanie się do kupna różnych produktów, m.in. poprzez analizę promocji kilku sieci handlowych. Wykorzystują do tego celu nowe technologie, w tym aplikacje. Dzięki nim w wygodny sposób tworzą listy zakupowe. Za tego typu aktywność otrzymują np. karty lojalnościowe i atrakcyjne rabaty.

– Potencjał aplikacji zakupowych polega m.in. na tym, że mogą realnie zwiększać ilość jednorazowych zakupów, nagradzając lojalność i logowanie się użytkowników kuponami rabatowymi, np. w postaci 1+1 produkt gratis. Kupując raz większą ilość artykułów, podnoszących wartość koszyka, konsument otrzymuje bardziej atrakcyjne ceny. Tak to działa – mówi Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Obecnie zauważa się dwie kluczowe misje zakupowe konsumentów korzystających z Internetu. To są średnie oraz małe zakupy uzupełniające. Globalne trendy pokazują, że ludzie coraz bardziej chcą skrócić do minimum czas poświęcany na bieżące sprawunki. I tak np. aplikacje sieci typu convenience w dużym stopniu ich w tym wspierają poprzez bardzo częste aktualizacje ofert sklepów i przyznawanie punktów za codzienne odwiedziny i zakupy.

– W przyszłości aplikacje mają szansę wpływać także na misję zakupową konsumentów, a w szczególności internautów. Można sobie wyobrazić, że coraz częściej prezentowane w nich oferty będą stanowić dla nabywcy swoiste call to action. Pamiętamy jeszcze czasy, gdy klienci potrafili przejechać z jednego końca miasta na drugi po bułki w promocji. Dobra i odpowiednio zaprezentowana na urządzeniu mobilnym propozycja może zadziałać w ten sam sposób i zachęcić ludzi do odwiedzenia danego sklepu – stwierdza Piotr Sztabiński, Account Director Retail & Shopper Kantar TNS.

Jak działają udogodnienia?

Szczególnym zainteresowaniem konsumentów korzystających z Internetu cieszy się funkcjonalność związana ze specjalnymi kuponami dostępnymi przez aplikację oraz promocjami wysyłanymi na smartfon w trakcie zakupów. Marcin Lenkiewicz zauważa, że polski shopper jest w stanie zmienić decyzję dotyczącą sklepu, jeżeli w innym otrzyma większy rabat na ten sam produkt. Zniżki oferowane w ograniczony sposób oraz z krótkim terminem na ich wykorzystanie pozwalają na kupienie produktów nieplanowanych wcześniej.

– W przyszłości aplikacje zakupowe zdecydowanie zwiększą liczbę konsumentów korzystających z Internetu, którzy będą robili zakupy ponad zaplanowane. Wraz ze stałym wzrostem zainteresowania tego typu rozwiązaniami spodziewam się także poszerzenia gamy zwyczajów i zachowań konsumenckich Polaków. Łatwość korzystania z ww. udogodnień zwiększy ilość kupowanych w ten sposób artykułów – przewiduje Kamil Michalski, Digital Director Insights Poland Kantar TNS.

Ekspert z Grupy Mobilnej Qpony-Blix zaznacza, że aplikacje usprawnią zakupy jeszcze przed ich rozpoczęciem, m.in. dzięki zdigitalizowanym listom produktów. Dodawanie kart lojalnościowych i skanowanie paragonów to kolejne udogodnienia, które również mają szansę szybko zdobyć popularność wśród polskich shopperów. Dają im dodatkowe korzyści i wygodę w dokumentowaniu transakcji. I oczywiście wpływają na utrwalanie nowych zwyczajów zakupowych.

– Warto wspomnieć o kolejnym ułatwieniu zwiększającym liczbę konsumentów, którzy będą robili większe zakupy niż planowali. Aplikacje zakupowe doskonale wspierają lokalizację użytkowników. Nie tylko agregowanie informacji o atrakcyjnych ofertach zakupowych, ale także integrowanie punktów lojalnościowych czy różnego rodzaju promocji w obrębie samego oprogramowania będzie się przekładać na częstsze i szersze używanie go do kupowania produktów – dodaje Kamil Michalski.

Bariery i perspektywy

Z drugiej strony należy zwrócić uwagę na bariery w zakresie korzystania z aplikacji zakupowych. Wciąż widoczna jest niechęć części konsumentów do zakładania kont i podawania swoich danych. Udostępnianie ich to bardzo wrażliwy temat. Jak podkreśla Marcin Lenkiewicz, na polskim rynku zdały egzamin już dwa podejścia. Skuteczną metodą okazał się agregator promocji i gazetek, który nie wymaga rejestracji i logowania. W zupełnie inny sposób działa z kolei np. aplikacja Rossmanna mocno zachęcająca do zapisania się do Klubu i dzielenia się swoimi danymi. Zdaniem eksperta, konsumenci robią to, ponieważ w zamian otrzymują dedykowane i bardzo atrakcyjne obniżki. I to w zasadzie wszystkim się opłaca.

– Dzięki wsparciu niektórych aplikacji shopperzy mogą realizować tak popularny obecnie model smart shoppingu. W wygodny sposób porównują oferty i promocje poszczególnych retailerów. Sami sprawdzają, co najbardziej im się opłaca. Wraz ze wzrostem popularności tego typu rozwiązań będzie rosła liczba konsumentów dostrzegających alternatywę wobec wiodących sieci. Przy podejmowaniu decyzji zakupowych nie będą już kierowali się przekazem marketingowym i wizerunkiem cenowym detalistów – prognozuje Piotr Sztabiński z Kantar TNS.

Należy spodziewać się, że w przyszłości do aplikacji zakupowych dojdą nowe funkcjonalności, które zmienią rynek i postrzeganie przez konsumentów tego typu udogodnień. Kamil Michalski uważa, że tak się stanie wraz z rosnącą popularnością rozwiązań technologicznych wykorzystywanych przez użytkowników urządzeń mobilnych. Już dziś część aplikacji zakupowych zaczyna oferować możliwość porównywania cen czy geolokalizacji konsumentów. Wkrótce ich stałym elementem może stać się integracja z platformami społecznościowymi czy system poleceń innych kupujących. Potem zapewne dojdzie udział rozszerzonej rzeczywistości, o której mówi się od dłuższego czasu.

Powyższe wnioski powstały na podstawie badania potencjału aplikacji zakupowych wśród polskich konsumentów korzystających z Internetu. Analiza została przeprowadzona przez Grupę Mobilną Qpony-Blix i Kantar TNS pod koniec II kwartału br. W ankiecie online wzięło udział 600 użytkowników. Wykorzystano metodologię CAWI (Computer Assisted Web Interviewing).

Niedobory kadrowe wyhamowują produkcję

W trzech kwartałach 2018 r. płace w sektorze przedsiębiorstw osiągnęły poziom 4778,78 zł brutto, co oznacza wzrost średnio o 7,2% r/r, a zatrudnienie wzrosło o 3,7% r/r. Równocześnie w zestawieniu miesiąc do miesiąca, we wrześniu nastąpił spadek tempa wzrostu produkcji (o 44% m/m), zmniejszenie zatrudnienia (o 0,1% m/m) i wynagrodzeń (0,6% mm) – wynika z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego[1]. Zdaniem ekspertów agencji rekrutacyjnej Most Wanted to pogłębiające się braki kadrowe wyhamowują rozwój m.in. przemysłu i budownictwa, a tendencja ta utrzyma się zapewne także w IV kwartale br.

W ostatnich kilkunastu miesiącach przyzwyczailiśmy się do rosnących wskaźników płacy i zatrudnienia, do tego stopnia, że wszyscy wyczekiwaliśmy kiedy nadejdzie moment szczytu koniunktury. Tymczasem zupełnie niespodziewanie już 3. miesiąc z rzędu obserwujemy symptomy spowolnienia na rynku pracy, a dodatkowo zarówno w sierpniu jak i wrześniu malało tempo wzrostu produkcji przemysłowej. Wskaźniki te mogą świadczyć o stopniowym wychładzaniu się naszej gospodarki. Za główny hamulec można uznać niedobory kadrowe, przez które wiele firm jest zmuszonych do odrzucania spływających zamówień i wstrzymania planów rozwoju – mówi Maria Kasperkiewicz, Manager Działu Rekrutacji w Most Wanted.

To było dobre 9 miesięcy dla polskiej gospodarki

Jak wynika z danych GUS mamy za sobą trzy kwartały korzystnej koniunktury. Przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw w tym okresie 2018 r. wyniosło 6219,5 tys. osób i było o 3,7% wyższe niż przed rokiem. Od stycznia do września najbardziej zwiększyło się zatrudnienie w działalności profesjonalnej, naukowej i technicznej (o 7,5% r/r), transporcie i gospodarce magazynowej (o 6,6% r/r) oraz budownictwie (o 5,6% r/r). Spadek zatrudnienia zaobserwowano jedynie w branży nieruchomościowej (o 1,4% r/r) i sektorze energetycznym (0,7% r/r).

W ciągu tych trzech kwartałów 2018 r. w sektorze przedsiębiorstw wzrosło także przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto (o 7,2% r/r) i wyniosło 4778,78 zł brutto.

Wrzesień słabszy od sierpnia

W ujęciu miesięcznym we wrześniu spadło zarówno zatrudnienie (0,1% m/m), płace (o 0,6% m/m) jak również tempo wzrostu produkcji (spadek o 44% m/m). Symbolicznie zmniejszyło się bezrobocie (o 0,1%) i wyniosło 5,7%. Stopa bezrobocia była mocno zróżnicowana w zależności od województwa lecz w całej Polsce jej poziom nie przekracza 10%. Zdecydowanie najniższą odnotowano w Wielkopolsce (3,2%), zaś najwyższe bezrobocie występuje w warmińsko – mazurskim (9,9%, przy spadku o 1,9% r/r).

Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw przestało rosnąć, ponieważ polski rynek pracy jest blisko osiągnięcia maksymalnej wydajności i doszedł do ściany. Dynamicznie rozwijające się branże jak produkcja przemysłowa czy budownictwo, nie nadążają z uzupełnianiem powiększającej się luki kadrowej. W dodatku rosną koszty zatrudnienia, co bezpośrednio przekłada się na funkcjonowanie firmy, rentowność produktów i niższe zyski.  Świadczą o tym spadające tempo wzrostu produkcji przemysłowej. I najprawdopodobniej ta tendencja utrzyma się przynajmniej do końca roku – mówi Maria Kasperkiewicz.

Ekspertka Most Wanted zauważa również, że spadek wynagrodzeń w przedsiębiorstwach wynika z umiarkowanej presji płacowej, którą osłabia powolny wzrost poziomu cen, a także z dbałości o realizację budżetu.  Może to mieć przejściowy charakter.

–  Pomimo niedoborów kadrowych presja płacowa ciążąca na przedsiębiorstwach jest umiarkowana, ze względu na niski stopień wzrostu cen towarów i usług konsumpcyjnych (+1,7% r/r). W niektórych segmentach, jak sprzęt elektroniczny, pojazdy samochodowe czy produkty spożywcze, mamy wręcz deflację. Dzięki temu nawet kilkuprocentowe podwyżki w skali organizacji, są odczuwalne w kieszeniach pracowników. Wrześniowy spadek wynagrodzeń często podyktowany jest chęcią firm do wypracowania korzystniejszych wyników finansowych na koniec roku oraz rozpoczęciem ocen okresowych, których wynik przekłada się na wynagrodzenia pracowników. Sytuacja może ulec zmianie już na początku 2019 r., kiedy to przedsiębiorstwa wprowadzą planowane podwyżki dla swoich pracowników. Należy przy tym pamiętać, że coraz częściej zamiast tworzenia kominów płacowych, specjalistów zachęca się pozapłacowymi programami benefitów – podsumowuje Maria Kasperkiewicz.

[1] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/inne-opracowania/informacje-o-sytuacji-spoleczno-gospodarczej/informacja-o-sytuacji-spoleczno-gospodarczej-kraju-iiii-kwartal-2018-r-,1,77.html

Ryzyko powraca na rynki

Na przestrzeni ostatnich tygodni polski złoty charakteryzował się nadzwyczajną wręcz stabilnością. Pogorszenie sentymentu do ryzyka na rynkach finansowych – jeśli będzie się pogłębiać – może jednak niekorzystnie wpłynąć na krajową walutę.

Roman Ziruk - Ebury
Roman Ziruk, Ebury Polska

Pierwsza połowa dnia przynosi osłabienie złotego w relacji do głównych walut. Tym razem winą obarczyć należy gorszy sentyment do aktywów ryzykownych, widoczny w zachowaniu globalnych rynków finansowych. Chiński indeks Shanghai Composite, hongkoński Hang Seng, czy japoński Nikkei zakończyły ostatnią sesję na poziomie ok. 2-3% niższym niż na poprzednim zamknięciu. W pierwszej części dnia, po otwarciu się z luką, tracą również główne europejskie indeksy – spadki kluczowych niemieckich oraz francuskich indeksów w momencie pisania dochodzą do poziomu 1-2%. Jednocześnie na odwrocie od ryzyka zyskują obligacje, złoto i jen japoński.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,28-4,30. Wspólna europejska waluta traciła w relacji do dolara amerykańskiego. Oprócz wewnętrznej siły USD, euro nie sprzyjały obawy związane z sytuacją we Włoszech. Rentowności włoskich obligacji wprawdzie rozpoczęły dzień na wyraźnie niższym poziomie niż zakończyły go w piątek (dokładnie o 30 pb. niższym), jednak ostatecznie papiery dłużne wyprzedawane były również w poniedziałek. Ryzyko na Starym Kontynencie ciągle generują również obawy związane z negocjacjami w kwestii Brexitu.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek spadł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,85-4,88. Brytyjska waluta charakteryzowała się wczoraj istotną słabością w relacji tak do złotego, jak i do głównych walut. Funtowi brytyjskiemu, oprócz umocnienia dolara amerykańskiego, nie sprzyjały obawy inwestorów związane ze spekulacjami dotyczącymi ewentualnej utraty stanowiska przez premier Wielkiej Brytanii, w związku z brakiem znaczących postępów w negocjacjach i ciągłymi konfliktami nawiedzającymi koalicję rządzącą.

Mimo przemówienia Theresy May, w którym premier Wielkiej Brytanii zasugerowała, że 95% kwestii spornych stojących na drodze porozumienia z UE zostało rozwiązanych, inwestorzy nadal nie są przekonani o tym, że rozmowy przesuwają się do przodu. Obecnie wygląda na to, że realne postępy są niewielkie i raczej nie umożliwią zwołanie nadzwyczajnego szczytu UE w listopadzie. Na porozumienie prawdopodobnie przyjdzie nam poczekać do grudnia.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,71-3,75. Amerykańska waluta zyskiwała wczoraj, wspierana przez obawy inwestorów o sytuację na Starym Kontynencie widoczne w ponownym wzroście rentowności włoskich obligacji oraz w wyprzedaży euro i funta brytyjskiego. Utrzymanie negatywnego sentymentu do ryzyka dziś z kolei wpływa na wzrost popytu na amerykańskie papiery dłużne i może wspierać dolara amerykańskiego.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 15:30 – przemawia Neel Kashkari z FOMC
  • 16:00 – wskaźnik zaufania konsumentów w strefie euro w październiku
  • 17:20 – przemawia Mark Carney, prezes Banku Anglii
  • 19:30 – przemawia Raphael Bostic z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Spadająca konsumpcja mocno zmienia branżę piekarniczą

W Polsce je się coraz mniej pieczywa. Między 2010 a 2016 rokiem jego spożycie spadło aż o 1/4! Pod wpływem tych uwarunkowań krajowa branża piekarnicza przeszła ogromne zmiany. Przedsiębiorstwa, które chcą się dalej rozwijać muszą iść z duchem czasu: wnikliwie śledzić trendy konsumenckie i błyskawicznie reagować na zmiany po stronie popytu, m.in. inwestując w innowacje. Dużą szansą dla sektora jest obecnie rosnący popyt zagraniczny. Największe sukcesy osiąga tu pieczywo cukiernicze. Wartość eksportu tego asortymentu w latach 2010-2017 zwiększyła się aż o 280%.

Z badania budżetów gospodarstw domowych, realizowanego przez GUS, wynika, że w 2016 r. spożycie pieczywa w polskich domach zmniejszyło się o 6% r/r. Trend spadkowy jest niestety trwały. W relacji do 2010 r. spożycie było niższe aż o 25%.

Coraz „cięższy kawałek chleba”

Co więcej, podczas gdy ogólne wydatki Polaków na żywność rosną, na pieczywo wydajemy coraz mniej. W 2016 r. średniomiesięczne łączne wydatki na żywność na 1 osobę w gospodarstwach domowych były wyższe o 21% w porównaniu do 2010 r., ale w przypadku pieczywa były niższe o 8%. Potwierdzają to również szacunki sprzedaży detalicznej w Polsce. Według danych Euromonitor wartość sprzedaży detalicznej pieczywa w 2017 r. wyniosła 9 135 mln zł i była o 0,3% niższa r/r oraz o 6% niższa w porównaniu do 2012 r. Malejący popyt przekłada się na niższą produkcję piekarniczą. W 2016 r. sięgnęła ona prawie 1600 tys. ton, w porównaniu z 2010 r. było to o 5% mniej[1].

Co prawda marże w przemyśle piekarniczym kształtują się obecnie na poziomie znacznie wyższym niż średnia w przemyśle spożywczym, jednak w dużej mierze odpowiadają za to liderzy krajowego sektora. W ubiegłym roku średnia nieco się obniżyła w relacji rocznej. Był to efekt szybszego wzrostu kosztów niż przychodów w branży, w tym m.in. droższe o 7% r/r ceny mąki pszennej. Na marże krajowych przedsiębiorstw wpływają też rosnące koszty pracy. To problem, z którym firmy z sektora muszą mierzyć się podobnie jak cała polska gospodarka – zauważa Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego w Santander Bank Polska.

Zwykłe pieczywo coraz bardziej passé

Wysoka konkurencja na rynku wymusza na branży piekarniczej inwestycje w nowoczesne technologie produkcji (np. umożliwiające dłuższe zachowanie świeżości, ale przy niższej zawartości konserwantów), ale też konstruowanie oferty w oparciu o innowacyjne składniki oraz dokładne śledzenie zmieniających się trendów rynkowych. – Na bazie popularności zdrowego trybu życia rośnie zainteresowanie konsumentów pieczywem pełnoziarnistym, z dodatkami ziaren, produktami o obniżonej zawartości soli lub wysokobiałkowymi oraz ze specjalnym składem – np. bez glutenu, laktozy, cukru. Warto odnotować także, że w ostatnich latach znacząco wzrosło zapotrzebowanie na pieczywo przygotowane do odpieku w punkcie sprzedaży – wymienia Grzegorz Rykaczewski. Według prognoz firmy badawczej Gira, w środkowej i wschodniej Europie w okresie do 2021 r. popyt na pieczywo mrożone, przygotowane do odpieku w sklepie będzie rósł najszybciej.

Słodkie wypieki rosną jak na drożdżach

W odróżnieniu od sekcji pieczywa, rośnie spożycie tzw. „pozostałych wyrobów piekarskich”, w skład których wchodzi m.in.: pieczywo cukiernicze, czyli wafle, pierniki, słodkie bułki, croissanty itp. W 2016 r. krajowa konsumpcja tego asortymentu była wyższa o 12% w relacji rocznej oraz o 33% w porównaniu do 2010 r. Krajowa produkcja wyrobów ciastkarskich oraz pieczywa cukierniczego wzrosła odpowiednio o 25% i 20%. – Udział pieczywa oraz pozostałych wyrobów piekarskich w zakupach Polaków bardzo się do siebie zbliżyły. W 2010 r. dwukrotnie więcej wydawaliśmy na tradycyjne pieczywo. W 2016 r. różnica ta spadła do zaledwie 1/5. W Santander Bank Polska prognozujemy, że w najbliższych latach dynamika spadku wydatków na pieczywo będzie się zmniejszać, zaś wydatki na pozostałe wyroby piekarskie nadal będą rosły. Realny jest scenariusz, w którym w najbliższym czasie przeciętne wydatki na wyroby piekarskie przewyższą te na pieczywo – wskazuje agroanalityk banku.

Eksportowy kawałek tortu

Coraz ważniejszym odbiorcą polskich produktów piekarskich jest rynek zagraniczny. W latach 2010-2017 wartość eksportu branży zwiększyła się trzykrotnie, a w roku ubiegłym sięgnęła 1,5 mld euro (wzrost o 14% w ujęciu r/r). Pod względem wartości, wyroby piekarskie stanowiły 5,5% eksportu wszystkich produktów rolno-spożywczych. Za prawie połowę wartości wywozu branży odpowiada pieczywo cukiernicze. W okresie siedmiu lat eksport tego asortymentu zwiększył się wartościowo o 280%.

Wyroby piekarskie sprzedajemy głównie na rynek unijny. W ubiegłym roku 85% wartości sprzedaży zagranicznej zostało wygenerowane na rynku UE. Spośród krajów trzecich, największym odbiorcą z Polski jest Rosja, dokąd w ubiegłym roku trafiły wyroby piekarskie za 72 mln euro. Istotnymi kierunkami eksportu są również kraje arabskie: Arabia Saudyjska, Kuwejt, Irak. Polskie wyroby znajdują nabywców także w Izraelu, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Ogółem w ubiegłym roku trafiły do 131 krajów na świecie. –  Pieczywo cukiernicze ma wyjątkowo dobre perspektywy na wielu zagranicznych rynkach, szczególnie tam, gdzie rosnąca klasa średnia generuje popyt na bardziej przetworzony i droższy asortyment – zaznacza Grzegorz Rykaczewski z Santander Bank Polska.

Po pieczywo coraz rzadziej chodzimy do piekarni

W strukturze kanałów sprzedaży wyrobów piekarskich za 1/5 obrotu odpowiada kanał tradycyjny. Co ciekawe, w 2017 r. jedynie około 6% pieczywa zostało sprzedane przez specjalistyczne sklepy piekarnicze. Według Santander Bank Polska rosnąca rola kanału nowoczesnego (dyskonty, markety, sklepy convenience) będzie mieć duży wpływ na producentów pieczywa. Przedsiębiorstwa, które dysponują skalą niezbędną do współpracy z kanałem nowoczesnym mają większe możliwości rozwoju sprzedaży. Bank wskazuje także na zmianę profili sklepów z pieczywem. – Coraz większą przewagą jest tu posiadanie silnej marki, nawet lokalnej, ale również podążanie za trendami obserwowanymi w branży, takimi jak poszerzanie oferty o świeże produkty ciastkarskie, ciasta, kawę, a nawet sprzedaż przygotowanych na miejscu kanapek – dodaje Grzegorz Rykaczewski.sprzedaż piekarni

[1] Dane GUS

Praca i płace magazynierów

Wraz z rosnącym rynkiem magazynowym rośnie zapotrzebowanie firm na pracowników tej specjalizacji. W połowie października na portalu Pracuj.pl kierowanych było do nich 1400 ogłoszeń o pracę. Według ekspertów przeciętne pensje magazynierów „na rękę” wynoszą od 2000 do 2900 zł. Kierownicy magazynów mogą liczyć jednak na dwukrotnie wyższe wynagrodzenia. Wbrew stereotypom praca „na magazynie” daje możliwości rozwoju na różnych etapach kariery. Wyższe stanowiska wymagają jednak odpowiedniego przygotowania i wiedzy.

Magazynierzy są poszukiwani zarówno przez duże firmy logistyczne, jak i małe biznesy. Według firmy JLL w ciągu pięciu lat liczba magazynów w Polsce wzrosła prawie dwukrotnie – pod koniec 2017 roku w Polsce zajmowały one łącznie około 13,5 mln metrów kwadratowych. Jak przyznają eksperci ds. HR, praca w branży logistycznej bywa ciężka fizycznie, a istotną rolę odgrywają w niej względy bezpieczeństwa. Jednocześnie fach magazyniera daje ciekawe możliwości rozwoju zarówno osobom szukającym pierwszej pracy, jak i doświadczonym fachowcom, którzy chcą zdobyć praktyczną wiedzę o funkcjonowaniu procesów magazynowych.

Magazynierzy zyskują także na ogólnym wzroście zapotrzebowania na kadry w branży TSL (transport-spedycja-logistyka). Według raportu Rynek Pracy Specjalistów, w III kwartale 2018 roku do logistyków kierowano blisko 8% wszystkich ofert na portalu – było ich ponad 11 400. Wzrost zapotrzebowania pracodawców na tych specjalistów w porównaniu do III kwartału 2017 roku wyniósł aż 21%.

Pierwsze szczeble kariery

Na start kariery w branży magazynowej najczęściej decydują się mężczyźni, którzy w magazynach stanowią zdecydowaną większość (91% – według serwisu zarobki.pracuj.pl). Pierwszą pracą „na magazynie” jest często funkcja pakowacza. Wynagrodzenia na tym stanowisku nie są najwyższe – według serwisu zarobki.pracuj.pl przeciętnie można w jego wypadku liczyć na około 2000 złotych „na rękę” miesięcznie. Bardzo często pensja jest tu uzależniona od wydajności, więc pracownicy osiągający najwyższe wyniki mogą wypracować zarobki wyższe o kilkaset złotych od przeciętnych.

Zazwyczaj praca magazyniera wiąże się z obsługą maszyn i wykonywaniem zadań manualnych. Aby awansować niezbędne będą kursy zawodowe oraz uprawnienia. Jednocześnie na tym stanowisku przydatna jest zdolność logicznego myślenia i dobrej organizacji, a nieraz także zdolność obsługi programów takich, jak np. Excel.

Artur Kobyliński, ekspert portalu zarobki.pracuj.pl
Artur Kobyliński, ekspert portalu zarobki.pracuj.pl

Przeciętna pensja osób pracujących na stanowisku magazyniera to 2300 złotych na rękę, w przypadku starszych specjalistów 2500 zł. Najlepiej wynagradzani potrafią osiągnąć wynagrodzenie przekraczające 3200 zł netto. Na wyższą pensję mogą liczyć osoby pracujące w trudnych warunkach np. mroźni czy przy nietypowych ładunkach, których obsługa wymaga dodatkowej wiedzy -komentuje Artur Kobyliński, ekspert portalu zarobki.pracuj.pl.

Najlepiej opłacani magazynierzy

Na wyższe pensje mogą liczyć brygadziści i kierownicy magazynu. Stanowisko brygadzisty obejmują osoby z odpowiednim doświadczeniem oraz posiadające cechy przywódcze. Zazwyczaj wymaga ono paroletniego doświadczenia w branży, ale w wypadku najbardziej uzdolnionych osób na ten szczebel można wkroczyć szybciej. Zakres zadań wiąże się z organizacją pracy pracowników, ale także z planowaniem działań. Na tym stanowisku przydatne może okazać się wyższe wykształcenie, choć nie jest obligatoryjne. Atutem są przebyte szkolenia, m.in. z organizacji pracy. Dodatkowe obowiązki wiążą się z wyższym wynagrodzeniem. Według serwisu zarobki.pracuj.pl brygadzista zarabia przeciętnie 2900 zł „na rękę”, ale najlepsi są w stanie osiągnąć nawet 4300 zł miesięcznej pensji.

Jednym z najwyższych stanowisk jest kierownik magazynu. To pozycja wymagająca najwięcej kompetencji biznesowych i strategicznych. Nie każdy kierownik magazynu ma wyższe wykształcenie, choć na tej pozycji dużym atutem będą studia licencjackie lub wyższe z logistyki czy handlu. To stanowisko zajmują zazwyczaj osoby z dużym doświadczeniem w branży, charakteryzujące się autorytetem. Przeciętne wynagrodzenie kierowników: to 5700 zł „na rękę”, ale kierownicy w największych firmach, o dużej skali działania, potrafią osiągnąć zarobki przekraczające 9500 zł netto.

Ważne cechy magazyniera

Jak pokazują różne specjalizacje, dobrym magazynierem może zostać niemal każdy pracownik, który charakteryzuje się organizacją i przykłada się do pracy, zdobywając nowe doświadczenia oraz wiedzę. Odpowiednia postawa i praktycznie nabyta wiedza są często ważniejsze od wykształcenia. Niezależnie od specjalizacji, pracując jako magazynier, należy wykazywać się dużą odpowiedzialnością. Najwięcej wypadków w tym fachu wynika z braku przestrzegania przepisów BHP. To jeden z zawodów, w których dobre chęci i ambicja muszą zawsze spotykać się z odpowiedzialnością za siebie i współpracowników.

Magazynier głównie na etacie

Wyniki przytaczane w niedawno opublikowanym raporcie Pracuj.pl „Na tropie dobrej pracy” wskazują, że stabilność zatrudnienia i wynagrodzenia to jeden z kluczowych czynników pozytywnej oceny swojej sytuacji przez pracowników fizycznych. Według deklaracji specjalistów przepytanych przez serwis zarobki.pracuj.pl zdecydowana większość magazynierów jest zatrudnionych na umowach o pracę (ponad 90%), a blisko połowa (48%) co miesiąc otrzymuje premię do wynagrodzenia. Sylwia Sosnowska, HR Manager w Grupie Pracuj zwraca jednak uwagę na to, że mimo tych optymistycznych danych wciąż w zbyt wielu miejscach pracownicy fizyczni, w tym magazynierzy, nie czują się doceniani w wymierny sposób.

Więcej niż 4 na 10 pracowników fizycznych czuje się nieodpowiednio wynagradzanych. Niezmiennym czynnikiem, ważnym dla wszystkich grup zawodowych, są uczciwe zasady zatrudnienia. Zauważmy, że badani pracownicy fizyczni jako rzetelne oceniali firmy oferujące przejrzyste umowy, terminowe pensje czy pilnujące nadgodzin. Aspekty miękkie odchodzą na dalszy plan. To nie oznacza, że nie są one ważne, ale że absolutną podstawą dobrej pracy jest poczucie sprawiedliwego traktowania. Brak wymiernych nagród to kluczowa motywacja do zmiany pracy przez pracowników fizycznych, w tym magazynierów — mówi Sylwia Sosnowska, HR Manager, Grupa Pracuj.

Alior Bank partnerem pierwszych w Polsce studiów FinTech

Sektor usług finansowych zmienia się dynamicznie a szeroko rozumiany FinTech stał się kluczowym elementem nowej rzeczywistości. Obserwując ten trend, wydział Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego uruchomił pierwsze w Polsce studia podyplomowe w całości poświęcone zagadnieniom finansowych technologii. Alior Bank został partnerem tego kierunku, a Daniel Daszkiewicz, Dyrektor Departamentu FinTech Alior Banku zasili kadrę dydaktyczną. Pierwsza edycja studiów ruszy już w połowie listopada.

FinTechy czyli finansowe firmy technologiczne zdobywają rynek. Rekordowe poziomy inwestycji w firmy z tego sektora sprawiają, że interesuje się nimi coraz więcej osób pragnących założyć własny biznes a korporacje na całym świecie współpracują ze startupami w zakresie budowania innowacyjnych rozwiązań. Wychodząc naprzeciw wszystkim zainteresowanym, Wydział Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego uruchamia studia podyplomowe, podczas których będzie można zdobyć wiedzę w zakresie rozwiązań technologicznych, poznać nowoczesne usługi i produkty finansowe, zrozumieć otoczenie prawne, trendy czy zachowania klientów. Wykładowcami będą pracownicy naukowi, prawnicy i praktycy biznesu.

Jednym z partnerów studiów jest Alior Bank, który jest przykładem efektywnego współdziałania korporacji z fintechami. Wraz z firmą VoicePin z sukcesem wprowadził sztuczną inteligencję, która pod nazwą DRONN wspiera w banku m.in. monitoring klientów kluczowych oraz podwyższonego ryzyka, procesy zamykania rachunków czy wysyłkę ponagleń w ramach zajęć egzekucyjnych. We wrześniu Alior Bank ruszył z trwającym trzy miesiące programem akceleracyjnym RBL_START. W Warsaw Spire otworzył także specjalną przestrzeń, w której wraz z ośmioma wyłonionymi przez siebie startupami wypracowuje i testuje nowe rozwiązania dla klientów. Do końca roku uruchomi również sandbox i portal dla deweloperów, którzy będą mogli testować swoje rozwiązania, wykorzystując bankowe API.

Daniel Daszkiewicz, Dyrektor Departamentu Fintech w Alior Banku
Daniel Daszkiewicz, Dyrektor Departamentu Fintech w Alior Banku

Wśród kadry naukowej jest Daniel Daszkiewicz, Dyrektor Departamentu Fintech w Alior Banku. Doświadczenie menedżerskie zdobywał zarządzając portfolio globalnych produktów bankowości mobilnej w centrali banku Citi w Nowym Jorku. Przez ostatnie lata jako FinTech and Corporate Innovation Global Lead zarządzał międzynarodowym innowacyjnym programem tworzącym strategiczne rozwiązania w zakresie technologii finansowych dla kluczowych klientów instytucjonalnych. W czasie swojej kariery pracował w różnych obszarach bankowości, marketingu, technologii i operacjach. Jest absolwentem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, gdzie uzyskał stopień doktora teologii oraz magistra filozofii. Studiował też filozofię i etykę biznesu na Uniwersytecie La Sapienza w Rzymie.

Gwałtowny rozwój technologii, idące za nim istotne zmiany w regulacjach oraz ciągle zmieniające się potrzeby i oczekiwania klientów prowadzą do niespotykanej dotychczas transformacji finansowego świata.  Tradycyjne instytucje finansowe nie są obojętne wobec tych trendów. Podczas studiów opowiem słuchaczom na podstawie własnych doświadczeń o tym, w jaki sposób korporacje mogą budować efektywny system współpracy ze startupami, jakie wykorzystać do tego narzędzia, na co zwrócić uwagę, jakie stworzyć procedury i procesy – wyjaśnia Daniel Daszkiewicz.

Na Podyplomowe Studia Fintech nadal trwa rekrutacja, a zajęcia rozpoczną się 17 listopada br. Pozostałymi partnerami kierunku są: AsiaKredit, AsiaCollect, CredoLab, FinAi, Forum, kancelaria prawna PwC Legal, S&P Global Ratings oraz Trust.