Samoloty pionowego startu i lądowania sprawdzą się w rolnictwie i przy szacowaniu szkód. Trwają również prace nad latającym samochodem i podniebnymi taksówkami

Samoloty pionowego startu i lądowania sprawdzą się w rolnictwie i przy szacowaniu szkód. Trwają również prace nad latającym samochodem i podniebnymi taksówkami 1

Popularyzacja dronów sprawiła, że coraz częściej mówi się o wprowadzeniu do powszechnego użytku samolotów typu VTOL. Ułatwią one patrolowanie i monitorowanie rozległych terenów, a w przyszłości mogą rozwiązać problem korków w dużych aglomeracjach. Europejska Agencja Bezpieczeństwa Lotniczego prowadzi konsultacje, które mają doprowadzić do wypracowania zasad certyfikowania pojazdów VTOL dla transportu. Nad latającymi samochodami i taksówkami pracują już takie korporacje, jak Toyota oraz Uber. W Polsce także powstaje projekt samolotu pionowego startu i lądowania.

– Samolot typu VTOL (Vertical Take Off and Landing – przyp. red.) czyli samolot pionowego startu i lądowania, zaprojektowany jest w układzie quadplane, tzn. jest to połączenie kwadrokoptera z samolotem do lotu poziomego. Składa się on z pięciu silników, cztery służą do startu i lądowania pionowego, piąty służy do lotu poziomego – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tomasz Tworek, mechatronik z firmy BZB UAS.

Dynamiczny rozwój branży bezzałogowych pojazdów latających sprawił, że wzrosło zainteresowanie samolotami typu VTOL. Pojazdy te kontroluje się równie łatwo co klasyczne drony, ale ich cykl pracy na baterii jest zauważalnie dłuższy. Dzięki temu o wiele lepiej sprawdzają się w zastosowaniach profesjonalnych. Inżynierowie z firmy FlyTech UAV skonstruowali ultraprzenośny samolot Birdie dla geodetów i rolników. Sprzęt ten jest w stanie sfotografować w ciągu jednogodzinnego lotu teren o powierzchni do 8 km2, a stacja bazowa pozwoli precyzyjnie zaplanować i śledzić trasę przelotu.

Nad wielofunkcyjnymi, bezzałogowymi VTOL-ami pracuje również południowokoreański producent helikopterów oraz samolotów wojskowych i cywilnych Korea Aerospace Industries. Ich prototypowy model Night Intruder 600 VT zbudowany jest na podstawie klasycznych, dwuosobowych śmigłowców. Taka konstrukcja sprawia, że może zostać przystosowany do pracy w dowolnych warunkach, zwłaszcza że w pełni wyposażony pozwoli prowadzić nawet 6-godzinne misje.

Nad konstrukcją VTOL pracują także polscy inżynierowie z firmy BZB UAS.

– Nasz samolot znajdzie zastosowanie w trzech głównych obszarach. W precyzyjnym rolnictwie będzie możliwość zbadania jakości upraw, reagowania na ewentualne anomalia oraz możliwość precyzyjnego dozowania nawozów. W leśnictwie będzie można określić ewentualne szkody powstałe na skutek np. huraganów. Jeżeli chodzi o zastosowanie w inżynierii lądowej, tutaj można wykorzystać samolot do badań objętościowych oraz sprawdzania profilu wysokości ziemi – tłumaczy ekspert.

Samoloty pionowego startu i lądowania mogą także zrewolucjonizować branżę transportową. Europejska Agencja Bezpieczeństwa Lotniczego przygotowuje już stosowne przepisy, które umożliwią wprowadzenie na rynek latających taksówek. Nad pojazdami tego typu pracują dziś zarówno największe korporacje, jak i obiecujące start-upy. Inżynierowie Toyoty opatentowali już hybrydowy pojazd jeżdżąco-latający. Toyota dual-mode ma być samochodem, który w razie potrzeby zamieni się w samolot typu VTOL. Koła tego pojazdu osadzono na specjalnych wysięgnikach, które można unieść ponad karoserię i zamienić w silniki wirowe.

Znacznie ambitniejsze plany na rozwój tego segmentu gospodarki ma Uber, który chce stworzyć latające taksówki wyposażone w system autonomicznego sterowania. Firma pracuje już nad pierwszymi modelami tych pojazdów, które miałyby trafić do użytku w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Korporacja zakłada, że pilotażowy program uberAIR wystartuje nie później niż w 2028 roku. W pierwszej kolejności z podniebnych, autonomicznych taksówek mają skorzystać użytkownicy takich miast jak Dallas czy Los Angeles.

Znacznie wcześniej możemy się spodziewać pierwszego polskiego VTOL-a.

– Pierwszych testów naszego samolotu typu VTOL możemy się spodziewać na początku przyszłego roku. Do czerwca 2019 r. mamy zamiar oblatać pierwsze prototypy – przewiduje Tomasz Tworek.

Według Index Markets Research w 2017 wartość rynku autonomicznych samolotów pionowego startu i lądowania wyniosła 3,2 mld dol. Szacuje się, że do 2022 roku osiągnie wartość 7,88 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 19,82 proc.

Stworzone przez Polaków cybernetyczne oko wykryje zaszyte w plikach zagrożenia. Twórcy pracują też nad chipem, który zastąpi cały zespół ds. cyberbezpieczeństwa

Stworzone przez Polaków cybernetyczne oko wykryje zaszyte w plikach zagrożenia. Twórcy pracują też nad chipem, który zastąpi cały zespół ds. cyberbezpieczeństwa 2

Ataki polegające na przesyłaniu ukrytych w załącznikach danych są coraz częstszą formą działania cyberprzestępców. Polacy opracowali sondę wykorzystującą uczenie maszynowe, która wykrywa ukrytą w sieci komunikację i inne niebezpieczne anomalie. Urządzenie jest unikatowe w skali świata. Polska firma pracuje również nad rozwiązaniem, które pozwoli w całości zastąpić cały zespół ds. cyberbezpieczeństwa w małej lub średniej firmie.

– Cyber Eye to sonda do monitorowania i detekcji anomalii sieciowych. Co ważne, jest to pierwsze tego typu w Polsce i unikalne na skalę światową rozwiązanie, zrobione przez nasz polski zespół badaczy, naukowców, ekspertów w swojej dziedzinie. Jako jedno z nielicznych może wykryć steganografię sieciową, czyli ukryte informacje przesyłane wewnątrz sieci – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Pawluk, wiceprezes zarządu Cryptomage.

Rozwiązanie opracowane przez polską firmę działa w oparciu o opatentowaną bazę sygnatur steganograficznych. Urządzenie, którego sercem jest układ scalony z technologią Intel FPGA (bezpośrednio programowalna macierz bramek, pozwalająca na wielokrotne programowanie urządzenia bez demontażu), pracuje na stworzonej kopii ruchu sieciowego, dzięki czemu nie zakłóca sieciowej komunikacji. Działanie Cyber Eye obejmuje m.in. wykrywanie i zapobieganie skrytej komunikacji, np. gdy protokół TCP/IP został celowo zmodyfikowany w celu umożliwienia komunikacji z botnetami.

Steganografia służy do przekazywania tajnych informacji w taki sposób, by nie ujawniać ich osobom postronnym. Informacje mogą być ukrywane w treściach multimedialnych, plikach ze zdjęciami, czcionkach, dokumentach tekstowych czy plikach .pdf. Coraz częściej steganografia jest wykorzystywana do przeprowadzania ataków cybernetycznych na użytkowników prywatnych, a także na małe i średnie przedsiębiorstwa, a nawet banki czy jednostki rządowe. Ofiarą takiego ataku był między innymi Bank of America.

Typowy atak z wykorzystaniem tej techniki wygląda tak, że atakujący gromadzi potrzebne sobie informacje, a następnie wysyła je zakodowane w pliku graficznym lub wideo do serwera koordynującego atak. Dokonana modyfikacja pliku nie powoduje zmian w samym obrazie ani nie zmienia jego rozmiaru, dlatego taki atak jest niezwykle trudny do wykrycia.

Do niedawna wykrycie takiego ataku możliwe było niemal wyłącznie ręcznie, ponieważ opracowanie i wdrożenie algorytmów uczenia maszynowego służących do takiej analizy wiązało się z dużymi kosztami. Oparta na sztucznej inteligencji sonda pozwoli ograniczyć koszty związane z wykrywaniem zagrożeń.

– Nasza sonda może mieć zastosowanie w każdej branży, gdzie mamy do czynienia ze zdarzeniami bezpieczeństwa. Są to branże telekomunikacyjna, finansowa czy zdrowia. Adresujemy nasze rozwiązanie do biznesu, dla średnich i dużych przedsiębiorstw, ale również dla organizacji rządowych, w tym infrastruktury krytycznej – mówi Jakub Pawluk.

Cryptomage pracuje również nad rozwiązaniem SOC, które będzie w stanie zastąpić cały zespół ds. cyberbezpieczeństwa w małym i średnim przedsiębiorstwie. Mechanizm analizuje kondycję całej infrastruktury w czasie rzeczywistym i wysyła powiadomienia o wykrytych zagrożeniach. Pozwoli także z jednego miejsca kontrolować politykę i procedury bezpieczeństwa, zarządzać hasłami czy instrukcjami dla pracowników.

Z danych Cisco wynika, że tylko w 2017 roku ponad połowa cyberataków poskutkowała stratami finansowymi firm w wysokości ponad 500 tys. dol. Według analiz Research and Markets wartość rynku cyberbezpieczeństwa sięgnie w 2018 roku kwoty niemal 153 mld dol. W 2023 roku ma to być już niemal 250 mld dol. Prognozowane średnioroczne tempo wzrostu branży ma w ciągu najbliższych 5 lat wynieść 10 proc.

Frankowicze przygotowują pozew grupowy wobec Skarbu Państwa

Według Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu, aż 75% spraw dotyczących kredytów hipotecznych we frankach wygrywają klienci. Tylko pozwy zbiorowe czekają na rozstrzygniecie. Pokrzywdzony kredytobiorca może wytoczyć proces bankowi lub zaprzestać spłaty rat, a po nakazie zapłaty ogłosić sprzeciw i dowodzić swoich racji. Ani rząd, ani Prezydent, mimo dotychczasowych obietnic, nie zaproponowali rozwiązań akceptowalnych przez frankowiczów. Sektor bankowy również nie jest zainteresowany zmianami. Zadłużeni nie składają jednak broni. Przygotowują pozew grupowy wobec Skarbu Państwa. Proponują też akt prawny służącą wyrównaniu szans klientów w sporach z bankami. Bacznie obserwują proces ustawodawczy 4 projektów ustaw, które obecnie znajdują się w parlamencie.

Do sądu indywidualnie

Kłopoty osób, które zaciągnęły kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich, ciągną się od lat. Mimo zapowiedzi wciąż nie ma rozwiązania problemu osób, u których wartość kredytu znacząco wzrosła pomimo regularnych spłat. Frankowicze czują się oszukani i starają dochodzić swoich praw. Adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office zdecydowanie rekomenduje składanie pozwów indywidualnych. Wskazuje też, że tzw. pozwy grupowe (dość nieliczne) utykają w sądach z powodów formalnych, a wyznaczenie pierwszej rozprawy zajmuje nawet rok do dwóch lat.

– Wbrew ostatnim słowom Jarosława Kaczyńskiego, do dzisiaj nie zakończyło się jeszcze żadne postępowanie grupowe. Mamy za to dużo wyroków w sprawach indywidualnych. Tutaj na szczęście coraz częściej są one zgodne z przepisami o ochronie praw konsumenta, wynikającymi z Dyrektywy 93/13. Dotyczą nieuczciwych warunków w tego typu umowach – komentuje Arkadiusz Szcześniak, prezes Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu (SBB).

Ze statystyk zebranych przez stowarzyszenie wynika, że aż 75% klientów wygrywa z bankami. Jednak warto zwrócić uwagę, iż w ponad 90% są to sprawy o nakazy zapłaty. Dotyczą wyłącznie osób, które kwestionują wypowiedzenie umowy przez instytucję finansową i sam ww. dokument. Większość jednak bez żadnego sprzeciwu godzi się na licytację swojej nieruchomości. Frankowiczów wspierają prawnicy.

– Adwokaci działają na dwóch polach. Pierwsze to akcje informacyjne, wykłady, spotkania dotyczące sytuacji prawnej kredytobiorców. Te prowadzone są nieodpłatnie. Druga sfera to reprezentowanie klientów w sporach sądowych. Zarówno w sytuacji, gdy sprawę kieruje do sądu bank po zaprzestaniu spłacania rat i wypowiedzeniu kredytu, jak i wtedy, gdy to kredytobiorca decyduje się wystąpić przeciwko kredytodawcy. W dwóch ostatnich przypadkach pełnomocnicy pobierają wynagrodzenie – tłumaczy adwokat Bartosiak.

Przeciw bankom

Jak kredytobiorcy mogą reagować? Stanowcze rozwiązanie to zaprzestanie spłat. Bank wszczyna wówczas postępowanie windykacyjne, wzywa do zapłaty zaległości i podejmuje postępowanie sądowe. Uzyskuje nakaz zapłaty, ale taka decyzja jest nieprawomocna i po wniesieniu sprzeciwu będzie rozpoznawana w normalnym trybie. Są wyznaczane rozprawy, wzywani świadkowie i badane dokumenty. Można zatem wnosić argumenty o braku podstaw do płatności, o nieważności umowy, niedozwolonym charakterze części postanowień czy błędach w naliczaniu kwot należności.

– Innym wyjściem jest wystąpienie z własnym pozwem przeciwko bankowi. W zależności od umowy, także w tym przypadku możemy podnosić różne zarzuty, których celem jest wykazanie, że płaciliśmy i nadal uiszczamy na rzecz banku zbyt wysokie raty. Ta nadwyżka winna być kredytobiorcy zwrócona lub powinna obniżyć obecną wysokość kredytu. W każdym przypadku, zarówno przed procesem sądowym jak i w jego trakcie – co może trwać nawet 3-4 lata – możemy negocjować z bankiem i próbować dojść do porozumienia – informuje mecenas Jakub Bartosiak.

Eksperci z SBB dodają, że nie wszyscy mieli szansę skorzystać z takich możliwości. Z danych Komisji Nadzoru Finansowego i Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że dotychczas w kraju przeprowadzono ok. 30 tys. licytacji majątku dłużników na podstawie, podważanego jako niekonstytucyjny, przepisu o bankowym tytule egzekucyjnym (BTE) lub tzw. nakazu zapłaty. Europejski Trybunał Sprawiedliwości uznał, że jest on niezgodny z Dyrektywą 93/13.

– Dodatkowo zamknięto blisko pół miliona umów kredytowych ze stratą dla klientów. Nie znamy przyczyn takich decyzji, ale poszkodowani widzą bezczynność rządu. Dlatego nie wyobrażam sobie, by w takich miastach jak Warszawa, Wrocław, Kraków czy Gdańsk kandydaci Zjednoczonej Prawicy w jakichkolwiek nadchodzących wyborach uzyskali głosy tych osób. Obecna władza nic w ich sprawie nie zrobiła. Takie są niestety fakty – uważa prezes Szcześniak.

Brak rozwiązania?

Rząd i Prezydent obiecują załatwienie problemów frankowiczów, ale efektów nie widać. W opinii Jakuba Bartosiaka, ciągle brakuje systemowego rozwiązania. Prowizorycznym pomysłem jest Fundusz Wsparcia Kredytobiorców, działający od 2016 roku. Trwającą 18 miesięcy pomoc trzeba zwrócić w ciągu 8 kolejnych lat. I nie cieszy się ona zbytnią popularnością. Mecenas Bartosiak dodaje, że w Sejmie znajdują się 4 projekty ustaw, ale nie wiadomo, czy i kiedy będą one procedowane, a jeśli już, to w jakim kształcie zostaną przyjęte. Ekspert nie spodziewa się też, że będą niekorzystne dla banków, skoro premier wywodzi się z tego środowiska.

– Kością niezgody są wciąż wady prawne umów, które wpływają na dowolne kształtowanie wysokości raty, a przede wszystkim salda kredytu. Nie można od niego uciec poprzez sprzedaż lokalu. Najbardziej odczuwają to osoby, których majątek został poddany egzekucji. Dług bez odsetek przewyższa znacznie kwotę wypłaconego kredytu oraz wartości nieruchomości. Według NIK, takich umów było ok. 1 mln i dotyczyły ponad 2 mln osób. Obecnie pozostało ich już tylko ponad 400 tysięcy – twierdzi Arkadiusz Szcześniak.

Z kolei w ocenie Jakuba Bartosiaka, na poziomie prac parlamentarnych banki dysponują dużo skuteczniejszymi możliwościami wpływu na ten proces niż kredytobiorcy. Są zorganizowane, mają znaczną siłę oddziaływania i lobbowania. Frankowiczów wspiera natomiast Rzecznik Finansowy i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Ten ostatni wspomaga finansowo organizację bezpłatnych porad prawnych i konferencji dla osób poszkodowanych.

– Raport Najwyżej Izby Kontroli pokazał, że instytucje państwowe i organy władzy zawiodły na całej linii w tej sprawie. Dlatego przygotowujemy pozew grupowy wobec Skarbu Państwa. Będziemy w nim wskazywać przede wszystkim zaniechania nadzoru finansowego. To one były przyczyną wprowadzenia tak dużej ilości nieuczciwych umów. W ramach tego postępowania będziemy chcieli przesłuchać najważniejszych urzędników oraz decydentów, od prezesów banków i urzędników KNF po byłych premierów Polski i obecnego szefa rządu – mówi prezes SBB.

Organizacja zamierza doprowadzić do wyrównania szans konsumentów i utrudnienia bankom wypowiadania umów. Przygotowała projekt ustawy dostosowującej przepisy prawa bankowego do wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 14 kwietnia 2015 roku (P45/12) oraz regulacje Kodeksu postępowania cywilnego do Dyrektywy Rady 93/13/EWG z dnia 5 kwietnia 1993 roku w sprawie nieuczciwych warunków w umowach konsumenckich. Tymczasem wynik sporu frankowiczów z bankami wciąż nie jest pewny. Łódzki sąd okręgowy w zeszłym tygodniu oddalił pozew zbiorowy dłużników wobec mBanku. Sprawa dotyczyła mechanizmów waloryzacji. Wyrok jest nieprawomocny, ale to sygnał, że kredytobiorcom nie będzie łatwo.

12 listopada będzie w tym roku dniem wolnym od pracy

12 listopada będzie w tym roku dniem wolnym od pracy, po tym jak Sejm przyjął z poprawkami ustawę o Święcie Narodowym z okazji 100. rocznicy odzyskania niepodległości. Konfederacja Lewiatan krytycznie ocenia ustawę wskazując, że stanowi ona przykład bardzo złej legislacji. Nowe przepisy zostały wprowadzone w pośpiechu, przez co przedsiębiorcy mają mało czasu, aby przygotować się do zmiany. Dodatkowy dzień wolny będzie miał też negatywny wpływ, zarówno na gospodarkę, jak i poszczególne przedsiębiorstwa.

Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan
Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan

– Projekt ustawy został przedstawiony na niecałe trzy tygodnie przed 12 listopada br., a ustawa wejdzie w życie z jeszcze krótszym vacatio legis. Nie można w ten sposób zaskakiwać przedsiębiorstw. Uniemożliwia to firmom jakąkolwiek możliwość przygotowania się do wprowadzanej zmiany, podważa zaufanie do instytucji państwa. Już dzisiaj niepewność regulacyjna jest wysoka o czym najlepiej świadczy niski poziom inwestycji przedsiębiorstw. Tego typu inicjatywy jeszcze tę niepewność pogłębiają – mówi Robert Lisicki, radca prawny, dyrektor departamentu pracy Konfederacji Lewiatan.

Do ustawy nie przedstawiono oceny skutków regulacji. Dodatkowy dzień wolny negatywnie wpłynie na gospodarkę. W skali makro oznacza zmniejszanie PKB o ok. 0,3% (uwzględniając liczbę dni wolnych od pracy oraz założenie, że 25% gospodarki pozostaje w tym dniu aktywna).

Zdaniem Lewiatana pracodawcy planują swoją działalność w dłuższych okresach. Okresy rozliczeniowe czasu pracy standardowo wynoszą 3-4 miesiące, mogą być nawet dłuższe do 6-12 miesięcy.

Kodeks pracy jasno i dla każdego pracownika ustala wymiar czasu pracy do przepracowania w okresie rozliczeniowym. Na dzień 1 stycznia każdego roku kalendarzowego pracodawca ma określoną jasno liczbę dni pracy. Nie ulega ona zmianom w trakcie roku kalendarzowego.

Wprowadzenie dodatkowego dnia wolnego w trakcie roku kalendarzowego, a często w trakcie okresu rozliczeniowego, oznacza konieczność podjęcia zmiany organizacji pracy, ustalenia grafików pracy na nowo, szczególnie w przemyśle, produkcji, gdzie mamy do czynienia z systemem pracy zmianowej, pracy w systemie równoważnym.

Powstaje również pytanie o możliwość terminowej realizacji zaplanowanych zleceń, zamówień. Będzie musiała pojawić się praca w godzinach nadliczbowych, które generują dodatkowe koszty. Ponadto wiele firm sygnalizuje, że na 12 listopada ma już zaplanowane spotkania z kontrahentami zagranicznymi. Teraz trudno będzie wzywać pracowników, aby spotkali się z partnerami z zagranicy.

– Dodatkowy dzień wolny oznacza także wypłatę wynagrodzenia za mniejszą liczbę dni pracy w stosunku do wcześniej przewidywanych (tam gdzie mamy stawkę miesięczna wynagrodzenia). Natomiast pracownicy wynagradzani akordowo lub według stawki godzinowej otrzymają niższe wynagrodzenia – dodaje Robert Lisicki.

W 2019 r. sektor rozrywki i mediów czeka transformacja technologiczna

Rosnąca konsumpcja treści na urządzeniach mobilnych, zwiększony popyt na usługi na życzenie oraz dynamiczny rozwój user-generated content to trendy, które zdominują sektor technologiczny w 2019 roku, przewiduje DataArt, globalna firma konsultingowa w sektorze technologicznym.

W przyszłym roku dojdzie do dalszej konsolidacji nowych technologii, rozrywki i social media, przewidują eksperci DataArt. Istotnym czynnikiem będzie rozwój sieci 5G, która pozwoli osiągnąć zupełnie nowy poziom łączności, a w efekcie natychmiastowy dostęp do treści w dowolnym momencie i miejscu. Technologia powinna wzmocnić branżę, która podąża właśnie w kierunku usług „na życzenie”. W efekcie przychody z subskrypcji powinny już niedługo zrównać się z przychodami z reklam – nawet w obszarach, w których tradycyjna reklama dominuje od dawna.

Kluczem będzie personalizacja

To z kolei sprawi, że wartość praw majątkowych do mediów, muzyki lub sportu będzie rosła w tempie wykładniczym. To oczywiście rewelacyjna wiadomość dla branży. Kiedy jednak giganci tego rynku, tacy jak Netflix, Amazon, Google, Facebook i Apple utrzymają swoją dominację, pozostali gracze staną przed koniecznością znalezienia własnej niszy, ze ściśle zdefiniowanym produktem, spersonalizowanymi mikrousługami i oryginalną ofertą. To wyzwanie może doprowadzić do zwiększonej konkurencji na rynku lub jego konsolidacji.
Dlatego walka o każdy skrawek rynku będzie bardzo zacięta, a orężem graczy powinna w jeszcze większym stopniu być technologia. To ona pozwoli na wspomnianą wcześniej personalizację treści. Przykładem może być Netflix. Na początku października serwis Bloomberg poinformował, że w najnowszym sezonie serialu Netflixa „Black Mirror” to widz zadecyduje o scenariuszu lub zakończeniu każdego odcinka. Rozwiązanie znane do tej pory z gier komputerowych, może więc niedługo zagościć na „srebrnym ekranie”.

Personalizacja vs. compliance

Dodatkowym utrudnieniem w tej walce staną się jednak kwestie związane z bezpieczeństwem i ochroną danych osobowych. Personalizacja może bowiem funkcjonować wyłącznie w granicach określonych przez prawo oraz nasze chęci dzielenia się informacjami z innymi. Podczas gdy technologia będzie rozszerzała jej możliwości, tak regulacje będą ją ograniczały. Kwestia compliance wydaje się jeszcze trudniejsza po wprowadzeniu ostatnich regulacji, które zmieniły nie tylko prawo, ale wpłynęły również na poziom zaufania pomiędzy firmami i konsumentami.

Ci, którzy poradzą sobie z wyzwaniami, będą mogli skupić się na najważniejszym, czyli inteligentnym gromadzeniu danych, ich analizie i wizualizacji. To czynniki, które pozwolą osiągnąć sukces firmom zajmującym się tworzeniem treści, ich dystrybucją oraz monetyzacją.

AI, VR, AR

Jest prawdopodobne, że swój znaczący udział będzie miała w tym sztuczna inteligencja. AI istotnie wzmocni możliwości dostawców personalizowanych reklam, treści, rekomendacji, a nawet może mieć udział w ich tworzeniu. Ważnym eksperymentem są obecnie wirtualni asystenci, którzy łączą kompetencje analityczne z komunikacyjnymi. Wydaje się, że chatboty zaoferują możliwość tworzenia bardziej zindywidualizowanych i ludzkich interakcji.

Coraz większy udział w personalizacji będą miały rozwijające się technologie związane z wirtualną i rozszerzoną rzeczywistością oraz zdjęciami i wideo 360 stopni. Oferują one możliwość tworzenia wirtualnego środowiska od początku do końca przez konsumenta. Już teraz VR i AR wkraczają do rozrywki, sportu, dziennikarstwa lub edukacji.

Jednym z wyznaczników tego rozwoju będzie zmiana struktury przychodów w branży. Szacuje się, że do tej pory dwie trzecie przychodów generowała część sprzętowa. W związku z tym, że technologia staje się coraz bardziej rozwinięta i dostępna, teraz to własnie oprogramowanie będzie miało większy udział w ich wzroście. Zdecydowanym liderem staną się technologię bliżej związane z AR niż VR, w efekcie czego to ten segment rynku stanie się dominujący w niedalekiej przyszłości.

Polska niezmiennie beneficjentem programów unijnych

Przynależność do Unii Europejskiej wciąż jest dla Polski bardzo opłacalna. Można to rozpatrywać na wielu płaszczyznach, jak dopasowanie porządku prawnego do stanu, kiedy łatwiej jest prowadzić biznes z innymi krajami. To także kwestia postępu cywilizacyjnego, jaki u nas zachodzi. Przede wszystkim to jednak kwoty, które przepływają pomiędzy Polską a Wspólnotą. Ten ostatni element sprawia, że nasz kraj jest wciąż na wyraźnym plusie. Środki, które przelewamy na konta unijne – w porównaniu do tych, jakie otrzymujemy, jako beneficjent bardzo wielu różnych programów – wciąż utrzymują się w stosunku ok. 1:3.

– Jest to związane z tym, że środki unijne przez bardzo długi okres były kierowane do nowych państw członkowskich. Miały być przeznaczone na wyrównanie poziomu gospodarek – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej – Polska nadal jest beneficjentem tego zjawiska. Trudno powiedzieć, w jaki sposób poukładają się sprawy w kolejnej perspektywie i budżecie unijnym. Prawdopodobnie nie będziemy mogli już liczyć na aż tak duży strumień środków. Stare kraje unijne obiecały dużą pomoc tuż po akcesji, a teraz, kiedy wyrównały się poziomy życia, wsparcie to nie musi być już tak silne. Ta kwestia nadal jednak jest poddawana dyskusji. Myśląc o kwotach, trzeba pamiętać, że fundusze, które wypływają z Polski są mniej więcej porównywalne z wartością 1 proc. naszego PKB. Oznacza to około kilkunastu miliardów złotych rocznie, zbliżamy się powoli do poziomu 20 miliardów. Wysokość benefitów to poziom 50 miliardów złotych – a kiedyś było to nawet, w porównaniu do odprowadzanych środków, 1:3, prawie 1:4. W dłuższej perspektywie rozliczeń Polska wychodzi więc zdecydowanie na plus. Oczywiście, nie można liczyć na to, że tak będzie jeszcze przez wiele lat. Patrząc na bieżąco rozliczane wydatki i wypłaty, krytycy mogą zwrócić uwagę na wysokie należności, które Polska powinna wykonać. Płatności z nimi związane są niespecjalnie duże. Wciąż napływają do nas zakontraktowane wcześniej środki. To one głównie poprawiają ten bilans – podkreślił Soroczyński.

Draghi pozostaje optymistyczny w kwestii inflacji – komentarz po spotkaniu EBC

Wspólna europejska waluta doświadczyła wyprzedaży w następstwie konferencji prasowej Europejskiego Banku Centralnego, pomimo faktu, iż prezes EBC nie zmienił istotnie tonu w kwestii perspektyw gospodarek strefy euro w porównaniu ze spotkaniem we wrześniu.

Pomimo notowanych ostatnio, niskich poziomów inflacji bazowej, która nadal pozostaje niższa od oczekiwań i wyraźnie niższa od celu inflacyjnego banku centralnego, decydenci pozostają dość optymistyczni w kwestii perspektyw inflacji. W swoim komunikacie Bank zwrócił uwagę, iż pomimo tego, że inflacja bazowa pozostaje ograniczona, wewnętrzna presja cenowa w krajach wspólnego bloku rośnie. Draghi również stwierdził, że komitet decydujący o poziomie stóp procentowych „nie miał poczucia”, aby miał zacząć „wątpić we wzrost inflacji do celu inflacyjnego EBC”.

Inflacja w strefie euro (2013-2018)

inflacja euroŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 25/10/2018

Zgodnie z oczekiwaniami, EBC pozostaje przy swoim zobowiązaniu zakładającym zakończenie programu luzowania ilościowego na koniec roku, Draghi stwierdził, że podczas spotkania nie rozważano wydłużenia trwania programu skupu aktywów. Prezes EBC również zdaje się nie wyrażać większych obaw w związku z ostatnią serią słabszych odczytów o aktywności w gospodarkach strefy euro. Draghi powtórzył, że ryzyka dla perspektyw „w szerokim ujęciu są zbalansowane”, pomimo „widocznych” ryzyk związanych z globalnym protekcjonizmem i zmienności na rynkach wschodzących.

Ostatnia słabość indeksów aktywności została uznana za oznakę „pogorszenia momentum”, a nie jako mające się utrzymywać spowolnienie. Draghi również powiązał słabsze odczyty m.in. z idiosynkratycznymi czynnikami (charakterystycznymi dla poszczególnych gospodarek wspólnego bloku), które nie zostały uznane przez decydentów za na tyle znaczące, żeby wpłynąć na zmianę oczekiwań banku centralnego. Mario Draghi nie wyrażał również większych obaw w związku z sytuacją Włoch i wzrostem rentowności obligacji kraju, który owa sytuacja wywołała.

Optymistyczny ton Draghiego był nieco bardziej jastrzębi niż oczekiwała część rynku, zwłaszcza w następstwie publikacji wstępnych odczytów indeksów aktywności w sektorach przemysłu i usług strefy euro. Zbiorczy, ważony wskaźnik dla obu sektorów we wrześniu spadł bowiem do najniższego poziomu od 26 miesięcy.

Indeksy PMI w strefie euro (2013-2018)

Indeksy PMI w strefie euroŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 25/10/2018

Dzisiejsza komunikacja ze strony EBC sugeruje, że Bank pozostaje w pełni przekonany o nadchodzącym wzroście dynamiki cen w strefie euro i ma zamiar podnosić stopy procentowe w 2019 r, jeśli zgodnie z oczekiwaniami wzrost dynamiki cen się zmaterializuje.  Warto podkreślić, że powrót inflacji bazowej do celu inflacyjnego Banku jest najważniejszym i jedynym celem Europejskiego Banku Centralnego. Dopóki bank centralny nie będzie miał twardych dowodów świadczących o wzroście bazowej dynamiki cen, nie powinien zaczynać dyskusji w kwestii tego, kiedy rozpocząć podnoszenie stóp procentowych i w jakim tempie ma postępować proces normalizacji polityki pieniężnej.

Pozostajemy zdania, że kurs EUR/USD do końca 2019 r. powinien utrzymywać się w okolicy bieżących poziomów lub nieznacznie powyżej. Jednocześnie uznajemy, że przed zmianą naszych prognoz musielibyśmy dostrzec oznaki wzrostu bazowej dynamiki cen lub zmianę tonu EBC.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Polska gospodarka hamuje. Wrześniowe dane nie pozostawiają złudzeń

W polskiej gospodarce zaczęło się spowolnienie. Dane GUS za wrzesień mocno rozczarowały. Jednak nie ma wewnętrznych powodów do obaw, że dynamika wzrostu PKB osłabi się w sposób gwałtowny.

-Sprzedaż detaliczna, która do tej pory była filarem polskiej gospodarki, miała we wrześniu najniższą dynamikę aż od marca 2016 r. – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Czy to oznacza trwałe spowolnienie? – We wrześniu mieliśmy mieszankę wprawdzie jednorazowych zdarzeń, ale do wysokich poziomów sprzed kilku miesięcy już nie wrócimy, także z tego powodu, że to co dokucza Europie Zachodniej wydaje się mieć trwały charakter – komentuje ekspert XTB.

Inwestorzy powstrzymują się z inwestycjami w mieszkania na wynajem. Czekają na lepsze ceny

Sprzedaż mieszkań spada, obawiamy się cenowej górki. Ponad połowę mieszkań kupujemy za gotówkę. W ciągu trzech miesięcy Polacy w ten sposób wydali ponad 3 mld zł, a są to dane dotyczące tylko siedmiu największych miast.

-Jeżeli uwzględnimy też wkład własny przy kredytach, to gotówka odpowiada za ⅔ pieniędzy, które trafiają do deweloperów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Turek, analityk Open Finance. – Jednak w poprzednim kwartale Polacy wydali na ten cel o 1 mld zł więcej i kupili 2 tys. mieszkań więcej.

Najbardziej zachowawczy inwestorzy, którzy kupowali mieszkania na wynajem, wstrzymują się z zakupami. Przede wszystkim dlatego, że przez rok mieszkania zdrożały o 10 proc.

-Rentowność najmu utrzymuje się nadal na wysokim poziomie, ale ostrożni inwestorzy nie chcą kupować mieszkań na cenowej górce – komentuje ekspert.

Paweł Treściński o przyszłości modelu programmatic

Do końca przyszłego roku, Google zamierza przeznaczyć 60% wydatków z reklamy cyfrowej na programmatic. Według firmy badawczej Forrester, w ciągu kilku najbliższych lat wydatki na ten model zakupu powierzchni będą stanowiły większość budżetów marketingowych i będzie to oczywisty wybór marketerów. Czym tak naprawdę jest ten model i jaka będzie jego przyszłość?

Paweł Treściński, Wiceprezes YieldRiser
Paweł Treściński, Wiceprezes YieldRiser

Model programmatic, mimo coraz większej rozpoznawalności w branży, jest wciąż rzadko wybierany. Wynika to z niechęci do rezygnacji z wcześniejszych sposobów zakupu reklam na rzecz złożonego, ale skutecznego, natychmiastowego i automatycznego procesu licytacji, stosowanego w programmatic. Raport Magna Global Programmatic Intelligence szacuje, że do końca 2019 roku 50% wszystkich działań reklamowych będzie stanowić programmatic.

Branżowa definicja

Z racji tego, że w trakcie ładowania strony proces aukcji powierzchni reklamowej zajmuje milisekundy, programmatic na pierwszy rzut oka może wydawać się skomplikowanym procesem. W rzeczywistości jednak jest dość prosty i bardzo skuteczny. Definicja określa go jako automatyczne ustalanie w czasie rzeczywistym stawek za powierzchnię reklamową, w celu wyświetlenia reklamy konkretnemu odbiorcy w określonym kontekście. Marketing programatyczny jest dość ogólnym pojęciem, dlatego najlepiej podzielić go w zależności od tego, czy mowa o ustalaniu stawek w czasie rzeczywistym (RTB), czy też nie. Poniższe zestawienie prezentuje różnicie pomiędzy nimi:

  RTB non-RTB
Napędzany zaawansowaną technologią i usprawniający tradycyjny model zakupu mediów. x x
Zintegrowane i wzmocnione przez dane medialne i dane konsumenckie. x x
Możliwość kierowania dyskretnych wyświetleń w przeciwieństwie do wyświetleń efektywnościowych. x x
Kierowanie na określone grupy demograficzne lub grupy zachowań. x  
Wycena w czasie rzeczywistym umożliwiająca sprzężenie zwrotne oraz ciągłą optymalizację ustawień kampanii. x  
Dopasowywanie popytu i podaży od wielu dostawców i kupujących poprzez mechanizmy ustalania stawek. x  

 

Jak działa programmatic?

W momencie gdy użytkownik klika w stronę internetową, która posiada skonfigurowaną pod kątem programmatic przestrzeń, następuje proces licytacji. Jest ona przeprowadzana wśród reklamodawców, którzy są zainteresowani wyświetleniem reklamy na tej konkretnej stronie, konkretnemu odbiorcy.. W aukcji może uczestniczyć wielu reklamodawców. Ten, który złoży najlepszą ofertę wygrywa licytację i jego reklama wyświetlana jest po załadowaniu strony. Ponieważ proces jest zautomatyzowany, a maksymalna cena, jaką każdy reklamodawca jest skłonny zapłacić za wyświetlenie, została już zaprogramowana, aukcja może zostać zakończona w ciągu milisekund, które zajmuje załadowanie strony.

Główne zalety

Marketing programatyczny oferuje szereg możliwości, które nie byłyby możliwe, gdyby miejsce docelowe reklamy było konfigurowane ręcznie, tak jak miało to miejsce w przeszłości. Ten model umożliwia reklamodawcom zakup mediów cyfrowych bez konieczności wcześniejszego negocjowania ceny, dlatego płacą wyłącznie za wyświetlenia, które miały faktycznie miejsce. Mogą również określić minimalną liczbę wyświetleń lub minimalny budżet, dzięki czemu oferta jest bardziej elastyczna, a wybór powierzchni przypada na kilku wydawców.

Programmatic to nie tylko ułatwienie i zwiększenie elastyczności kupowania reklam. Ze względu na to, że ​​przy ustalaniu cen brane są pod uwagę aktualnie korzystające ze strony osoby, to reklama może być kierowana do znacznie szerszego grona odbiorców. Korzystając z danych klientów, technologia programmatic może zidentyfikować to, czym dana osoba może być zainteresowana i skierować ją na sekcje strony,  które najbardziej ją zaangażują.

Wpływ adblocka na programmatic

Wraz z rozwojem reklam programmatic konsumenci stają się coraz bardziej świadomi natrętnych reklam oraz wykorzystania danych osobowych. W związku z tym, na przestrzeni ostatnich lat wzrosła ilość osób korzystających z dodatków blokujących reklamy. Ostatnie wyniki badania IAB wskazują, że na świecie 26% internautów używa tego typu oprogramowania. Powody korzystania z adblocka różnią się w zależności od osobistych obaw użytkownika i kraju, w którym się znajdują.

Wraz z rosnącą obawą o bezpieczeństwo danych, marketerzy będą musieli zmienić podejście i stać się bardziej przyjaźni. Część wydawców nie zezwala użytkownikom na przeglądanie treści strony, gdy używają adblocków. Ograniczenie liczby reklam intruzywnych ograniczy poczucie „prześladowania”, które może okazać się skuteczniejsze w zdobywaniu zaufania użytkowników i zmienić podejście do modelu programmatic.

Autor: Paweł Treściński, wiceprezes i dyrektor sprzedaży YieldRiser

Raport: Prawa przedsiębiorców w Polsce przestrzegane w sposób umiarkowany

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców po raz drugi poddał ocenie przestrzeganie praw przedsiębiorców w Polsce. Jak wynika z raportu, stan przestrzegania praw przedsiębiorców w Polsce oceniono na 28 punktów na 56 możliwych, co jest wynikiem o dwa punkty gorszym niż w 2017 roku. W dalszym ciągu wynik ten klasyfikuje nas jako kraj, w którym prawa przedsiębiorców są umiarkowanie przestrzegane.

W publikacji przeanalizowano między innymi: pewność prawa, prawo do domniemania uczciwości, prawo do szybkiego i transparentnego procesu, prawo do egzekucji wierzytelności, prawo do swobodnego zawierania umów oraz inne obszary.

Spadek należy tłumaczyć przede wszystkim pogorszeniem się sytuacji w wymiarze sprawiedliwości. Średni czas trwania sprawy w sądzie rejonowym wydłużył się aż o miesiąc. Zmniejszyła się także skuteczność egzekucji komorniczych – powiedział Kamil Rybikowski, ekspert ZPP.

Lepszy wynik niż w 2017 roku zanotowano w sprawach podatkowych: zmniejszyła się ilość uchylonych decyzji podatkowych, rzadziej konieczne było wydawanie indywidualnych interpretacji podatkowych. Nieznacznie zahamowała także gorączka legislacyjna. Pozostałe badane obszary, takie jak np. czas potrzebny na założenie firmy, czy liczba godzin potrzebnych na wywiązanie się z obowiązków podatkowych, pozostały na podobnym poziomie jak w 2016 roku.

W dalszym ciągu grzęźniemy w przeciętności. Można oczywiście powiedzieć że nie ma tragedii, co byłoby zgodne z prawdą, jednak właściwie w każdym elemencie funkcjonowania firm w Polsce znaleźć można mankamenty – w sądownictwie, działalności administracji skarbowej czy legislacji. Zwłaszcza sytuacja w sądownictwie budzi duży niepokój – skomentował Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP.

Od dwóch lat zauważalna jest tendencja spowolnienia w zakresie rozstrzygania procesów sądowych. Jeszcze kilka lat temu przeciętnie sprawa gospodarcza w sądzie rejonowym trwała nieco ponad 4 miesiące, dziś ten czas wydłużył się do 6 i pół miesiąca. Po zeszłorocznym, jednorazowym wzroście, ponownie spadł także współczynnik skutecznego egzekwowania wierzytelności. Komornikom z rąk dłużników udaje się uzyskać mniej niż co piątą należność.

Od kilkudziesięciu miesięcy toczy się ostry spór polityczny wokół sądownictwa. Przebiega on jednak obok podstawowego problemu, jakim jest przewlekłość postępowań. Obywatele, w tym także przedsiębiorcy, oczekują przede wszystkim zmian skierowanych na szybsze działanie sądów – dodał Cezary Kaźmierczak.

Najpotężniejszą barierą zakładania i prowadzenia działalności gospodarczej jest zmienność i niepewność prawa w Polsce, które jest najbardziej niestabilnym ze wszystkich krajów należących do Unii Europejskiej. W 2017 roku odnotowano jednak spadek w zakresie produkcji stron nowego prawa – o 15 proc. rok do roku.

Szukając pozytywów, możemy wskazać na zmniejszającą się na przestrzeni ostatnich lat, liczbę kontroli podatkowych. Dla porównania zmniejszyła się ona w 2017 roku w stosunku do 2014 o ponad połowę. Urzędy coraz częściej są w stanie punktowo interweniować w sytuacjach, gdzie dostrzegają jakieś nieprawidłowości, bez konieczności utrudniania życia przedsiębiorcom w ramach rutynowych kontroli – powiedział Kamil Rybikowski, ekspert ZPP.

Tegoroczny raport dotyczy okresu, w którym nie funkcjonowała jeszcze Konstytucja dla Biznesu. Jest w niej zawartych wiele praw, które posiadają przedsiębiorcy wobec organów państwowych. Zmiana wskaźnika przestrzegania praw przedsiębiorców w kolejnych latach będzie jednym z wyznaczników pozwalających stwierdzić, czy Konstytucja spełnia swoją funkcję, której podstawowym celem jest stworzenie bezpiecznego dla biznesu otoczenia regulacyjno-prawnego.

Czyste powietrze jako wyzwanie. Rozwiązania z zakresu transportu i ogrzewnictwa na rzecz czystego powietrza

Kraje Unii Europejskiej – w tym Polska – powinny inwestować większe środki w innowacyjne technologie pozyskiwania, magazynowania i gospodarowania energii. Firma doradcza Deloitte, we współpracy z firmą InnoEnergy, opublikowała raport „Czyste powietrze jako wyzwanie. Rozwiązania z zakresu transportu i ogrzewnictwa na rzecz czystego powietrza”. Eksperci podkreślają w nim, że w osiągnięciu tego celu pomóc może efektywna i przejrzysta współpraca we wspólnym tworzeniu innowacji przez sektor prywatny i władze publiczne. Według ostrożnego scenariusza w latach 2018 – 2025 obywatele Wspólnoty mogą zaoszczędzić dzięki temu 183 mld euro.

Irena Pichola, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej, partner w Deloitte
Irena Pichola, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej, partner w Deloitte

W Europie zanieczyszczenie powietrza to wynik głównie spalania węglowodorów w transporcie drogowym i branży grzewczej. Polska jest w czołówce krajów z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem, a walka ze smogiem i jego skutkami kosztuje nasz kraj 111 mld zł rocznie. Co ciekawe, główne źródło smogu zależy od regionu: w Europie Zachodniej jest nim transport, natomiast w Europie Wschodniej i Środkowej — ogrzewanie. – W Polsce narażonych na oddziaływanie smogu jest aż 99 proc. mieszkańców miast. Odpowiedzialne za jego stężenie są natomiast sposoby ogrzewania – głównie piece i kotły. W walce ze smogiem nie pomaga także wciąż niski poziom świadomości ekologicznej i niewystarczające wsparcie ze środków publicznych – mówi Irena Pichola, Partner, lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Według analizy Komisji Europejskiej w 2020 r całkowite koszty zewnętrzne związane z oddziaływaniem smogu na zdrowie we wszystkich państwach członkowskich UE wyniosły pomiędzy 243 mld EUR a 775 mld EUR. Mimo że unijna prognoza wskazuje zauważalny trend spadkowy od 2010 r., w nadchodzących latach poprawa będzie następowała znacznie wolniej. Dlatego też dotychczasowy scenariusz działania bez wprowadzania dodatkowych zmian wiąże się z utrzymującym się wysokim kosztem efektów zewnętrznych szacowanych od 224 mld EUR do 749 mld EUR w 2025 r., co będzie stanowiło poprawę o jedynie 5–8 proc. w stosunku do roku 2020.

Obecnie wzrost gospodarczy w gospodarkach rozwiniętych nie jest już napędzany użytkowaniem ziemi, wykorzystywaniem zasobów naturalnych niskiej wartości czy niewykwalifikowanej siły roboczej. Innymi słowy, obserwowany postęp w zaawansowanych gospodarkach nie jest osiągany kosztem większego wykorzystania energii czy zanieczyszczenia powietrza na jedną jednostkę PKB. Chcąc jednak osiągnąć znaczny sukces w walce ze smogiem w ciągu najbliższych kilku lat nie wystarczy polegać na samym wzroście PKB. Istotne są również przyzwyczajenia i nawyki, świadomość społeczna oraz techniczne możliwości – np. odpowiednia infrastruktura w kontekście transportu czy ogrzewania. Ponadto, z analizy ekonometrycznej Deloitte na próbie 67 miast w UE wynika, że największe efekty w walce smogiem można osiągnąć poprzez inwestycje w odnawialne źródła energii.

Stosując te wszystkie narzędzia, według symulowanego ostrożnego scenariusza, przygotowanego przez ekspertów Deloitte, obywatele Unii Europejskiej w latach 2018–2025 mogliby zaoszczędzić 183 mld EUR, czyli odpowiednik w wysokości 1,2 proc. przewidywanego PKB w 28 państwach członkowskich UE w 2018 r.

Wyzwanie dla nowych władz samorządowych

Do osiągnięcia znaczących wyników na poziomie gmin wymagane jest stanowcze zobowiązanie na szczeblu krajowym. Kluczowe zwłaszcza jest przyznawanie środków na inwestycje w infrastrukturę i wdrożenie spójnych polityk. Polityka państwa może pomóc w pokonaniu nieprawidłowości w funkcjonowaniu rynku, które przyczyniają się do pogorszenia problemu zanieczyszczeń. Wprowadzone programy termomodernizacyjne przewidujące wsparcie publiczne dla mniej zamożnych to dobry przykład niezbędnej współpracy pomiędzy władzami krajowymi a lokalnymi.

Gminy mogą wybierać z coraz większego katalogu działań, które mogą mieć znaczny wpływ na jakość powietrza na obszarach miejskich. Zaliczamy do nich m.in: ograniczenia względem prywatnych pojazdów silnikowych, polepszenie jakości i dostępności niskoemisyjnego transportu publicznego, inwestycje w niskoemisyjne systemy ogrzewania, planowanie przestrzenne oraz zarządzanie. – Szczególnie teraz, po wyborach samorządowych, kiedy nowi włodarze będą planować działania w swoich gminach i miastach, ważne jest by kontynuowali dotychczas podjęte działania. Zastosowanie podejścia systemowego – od rozpoznania źródeł problemu po wprowadzenie mechanizmów finansowania niezbędnych inwestycji sprzyja osiągnięciu zakładanych celów. W świecie ograniczonych zasobów i nieograniczonych potrzeb każda decyzja dotycząca inwestycji powinna zostać poparta najlepszą dostępną wiedzą i rzetelnym zestawem danych, nie bez znaczenia jest także wykorzystanie nowych technologii i oparcie się na najlepszych dostępnych prognozach. – mówi Agnieszka Dawydzik, Menedżer w Zespole ds. Sektora Publicznego, Deloitte. Kluczowym elementem skutecznych polityk zwalczania zanieczyszczenia powietrza jest także współpraca z sektorem prywatnym. Ogólną korzyść dla społeczeństwa mogą zwiększyć inwestycje publiczne w poprawę innowacyjnych rozwiązań. Samorządy lokalne i gminne mogą wspomagać współpracę partnerską pomiędzy rządem, centrami badań a branżą.

Rozwijanie świadomości ekologicznej

Autorzy raportu zwracają uwagę, że władze państwowe mogą odgrywać kluczową rolę w tworzeniu środowiska sprzyjającego innowacyjności w zakresie „czystych” technologii w transporcie i ogrzewaniu. Kluczowe są tu inwestycje oraz pomoc w pokonywaniu barier, ale także inteligentne sposoby zapobiegania niszczeniu środowiska. Rozporządzenia środowiskowe mają formę nakazów, narzucają standardy działania, co w połączeniu z ograniczonymi możliwościami firm, zniechęca do stosowania innowacyjnych rozwiązań. – Systematycznie zwiększa się świadomość dotycząca środowiska i jego ochrony. To też daje szansę innowacyjnym inwestycjom. Wraz ze wzrostem poziomu wykształcenia spada zużycie energii czy wody, rośnie natomiast angażowanie się w kwestie środowiskowe. Brak świadomości czy wiedzy w połączeniu z niewystarczającymi możliwościami technologicznymi stoi natomiast na przeszkodzie wykorzystywania odnawialnych źródeł energii – mówi jeden z autorów raportu, Damian Olko, ekspert w zespole ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Inwestorzy z Filipin i Malezji, domy starości i dla studentów – o nich będzie coraz głośniej na rynku nieruchomości komercyjnych

Niewielkie znaczenie bieżącej sytuacji politycznej, zainteresowanie inwestorów z Filipin czy Malezji, brak lokalnego kapitału, domy studenckie i starości – to najważniejsze punkty, które były tematem licznych dyskusji podczas Expo Real, Międzynarodowych Targów Inwestycyjnych i Nieruchomości Komercyjnych w Monachium. Po nich nasuwa się jeden wniosek – Polska przez najbliższe dwa-trzy lata pozostanie atrakcyjnym kierunkiem inwestycyjnym. W Europie Zachodniej jest dużo drożej i wejście do naszego kraju jest bardziej sensowne z punktu widzenia zwrotów.

W ubiegłym roku łączna wartość transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce przekroczyła rekordowe 5 mld euro. Pierwszą część tego roku również zamknęliśmy z najwyższym wynikiem w historii (3,36 mld euro). W całym 2018 roku wartość inwestycji w nieruchomości komercyjne może pobić rekordowy pod tym względem ubiegły rok i przekroczyć 6 mld euro. W ciągu kolejnych dwóch-trzech lat dobra sytuacja powinna się utrzymać, a wpływ na nią będzie mieć kilka elementów dyskutowanych podczas Expo Real.

Po pierwsze, sprzyja sytuacja gospodarczo-polityczna

Choć niektórzy mówią o szczycie koniunktury na naszym rynku, to jednak widmo spowolnienia jest jeszcze odległe. Na przykład w Niemczech stopy procentowe wciąż są ujemne i niewiele wskazuje na ich szybką podwyżkę. Inwestorzy nie zwracają również dużej uwagi na sytuację polityczną w naszym kraju, gdyż ryzyka polityczne są wszędzie. Ponadto wejście Polski do grona 25 krajów rozwiniętych nie za bardzo wpłynęło na inwestorów. Zdecydowanie częściej komentowane są wydarzenia, które mają miejsce między innymi we Włoszech.

Po drugie, będzie egzotycznie

Inwestowanie w polski rynek nieruchomości komercyjnych jest domeną zagranicznych podmiotów. Z naszego raportu inwestycyjnego podsumowującego I półrocze br. wynika, że dominuje amerykański kapitał z 37% udziałem w całkowitych obrotach, wysoko plasuje się Europa Zachodnia i Afryka. Jednak po coraz większy kawałek tego tortu sięgają inwestorzy z Azji (ok. 10% udział). Zarówno podczas targów Expo Real w Monachium jak i w ostatnich miesiącach widoczne było duże zainteresowaniem naszym rynkiem podmiotów nie tylko z Chin, Korei Południowej czy Izraela, ale bardziej egzotycznych państw jak Filipiny i Malezja. Ich udział w polskim portfelu nieruchomości komercyjnych będzie z pewnością konsekwentnie rósł.

Po trzecie, brakuje lokalnego kapitału

Wśród zagranicznych inwestorów dużo słyszy się, że na polskim rynku nieruchomości komercyjnych doskwiera im brak lokalnego kapitału ze strony polskich instytucji. Dla nich oznaczałoby to, że sektor jest bardziej płynny i gwarantuje większe bezpieczeństwo inwestycji. To, że mówią to sami inwestorzy może sygnalizować, że mamy z tym pewien problem w Polsce. Warto dodać, że zaangażowanie kapitału krajowego w pierwszym półroczu tego roku nie przekroczyło 2% całkowitego obrotu.

Po czwarte, studenci i seniorzy na inwestycyjnym radarze

Na liście ulubionych projektów inwestycyjnych cały czas znajdują się nieruchomości logistyczne, następnie biurowe i handlowe. I tutaj na pewno w ciągu najbliższych 2 lat  szykują się rekordowe transakcje. Jednak na horyzoncie pojawiają się nowe aktywa – inwestorzy coraz częściej pytają o domy starości oraz domy studenckie. Ten segment w Polsce jeszcze raczkuje, ale z pewnością to tylko kwestia czasu, kiedy będzie o nim głośno.

Po piąte, konkurencja nie śpi

Choć Polska jest jednym z kluczowych rynków nieruchomości komercyjnych, na które chcą wejść coraz bardziej egzotyczne podmioty, na inwestycyjnym radarze pozostają również inne kraje Europy Środkowej, Południowej i Wschodniej. W szczególności mam tutaj na myśli Czechy, Węgry i Chorwację. Coraz częściej inwestorzy pytają o Serbię i Słowenię.

Daniel Bienias, Dyrektor Zarządzający CBRE w Polsce:         

Usługi na rzecz podmiotów powiązanych a koszt uzyskania przychodu

Od stycznia 2018 r. obowiązują dodatkowe ograniczenia w zaliczaniu do kosztów uzyskania przychodów świadczonych usług. Zmiany uderzyły wprost w podatników, przede wszystkim przedsiębiorców, pozbawiając ich możliwości zmniejszenia ciężarów fiskalnych. Nowe przepisy to kolejny przykład na to, że nie trzeba podwyższać stawek, by podwyższać podatki.

Na czym polegają nowe przepisy i jaki był cel ich ustanowienia?

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych został wprowadzony art. 15e. Zgodnie z nim: „podatnicy są obowiązani wyłączyć z kosztów uzyskania przychodów koszty: (…) usług doradczych, badania rynku, usług reklamowych, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczeń o podobnym charakterze (…) poniesione bezpośrednio lub pośrednio na rzecz podmiotów powiązanych, o których mowa w art. 11, lub podmiotów mających miejsce zamieszkania, siedzibę lub zarząd na terytorium lub w kraju wymienionym w przepisach wydanych na podstawie art. 9a ust. 6, w części, w jakiej koszty te łącznie w roku podatkowym przekraczają 5% kwoty odpowiadającej nadwyżce sumy przychodów ze wszystkich źródeł przychodów pomniejszonych o przychody z tytułu odsetek nad sumą kosztów uzyskania przychodów pomniejszonych o wartość zaliczonych w roku podatkowym do kosztów uzyskania przychodów odpisów amortyzacyjnych, o których mowa w art. 16a-16m, i odsetek”.

Zgodnie z powyższym w przypadku przedmiotowych usług wykonywanych na rzecz podmiotów powiązanych lub podmiotów mających miejsce zamieszkania bądź siedzibę na terytorium stosującym szkodliwą konkurencję podatkową, wyłączenie stosuje się „do nadwyżki wartości wskazanych powyżej kosztów poniesionych na rzecz podmiotów powiązanych oraz podmiotów mających siedzibę lub zarząd na terytorium kraju stosującego szkodliwą konkurencję podatkową, z wyłączeniem kosztów, o których mowa w art. 15e ust. 11, przekraczającej w roku podatkowym łącznie kwotę 3 000 000 zł.” (W. Dmoch, Podatek dochodowy od osób prawnych. Komentarz. Wyd. 7, Warszawa 2018).

W odniesieniu do wskazanych usług ograniczenia nie stosuje się do:

  • kosztów usług, opłat i należności zaliczanych do kosztów uzyskania przychodów bezpośrednio związanych z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru, lub świadczeniem usługi;
  • kosztów usług świadczonych na rzecz osoby trzeciej, lecz we własnym imieniu.

Co do zasady ograniczenie wynikające ze wskazanego przepisu stosuje się również do każdej ze spółek wchodzących w skład grupy kapitałowej, lecz nie ma ono zastosowania do kosztów ponoszonych przez taką spółkę na rzecz innych spółek z tej samej podatkowej grupy kapitałowej.

Jak wynika z uzasadnienia do projektu ustawy, w której dodano omawiany przepis, wprowadzenie go miało na celu ograniczenie działań związanych „z tzw. agresywną optymalizacją podatkową”, mającą za przedmiot prawa i wartości o charakterze niematerialnym. Zdaniem autora projektu: „usługi te charakteryzują się brakiem faktycznej możliwości powiązania ich ceny z „produktem”, który w zamian za tę cenę jest otrzymywany”.

Nowe przepisy, nowe wątpliwości interpretacyjne

Wraz z pojawieniem się nowych przepisów pojawiły się również wątpliwości odnośnie do tego, które koszty i jakie dokładnie usługi wchodzą w zakres ograniczenia. Zwłaszcza że katalog wskazanych usług jest otwarty, na co jednoznacznie wskazuje wyrażenie „świadczeń o podobnym charakterze”. Szereg podmiotów wykonujących ww. usługi oraz „usługi o podobnym charakterze” na rzecz podmiotów powiązanych zdążył uzyskać już interpretacje indywidualne, które w większości nie są dla podatników korzystne. Przykładowo, wnioskodawcy wykazują, że usługi „związane z prowadzeniem inwestycji deweloperskich” nie są usługami doradczymi, reklamowymi, zarządzania, kontroli, powołując się na kompleksowość usług, w których zakres wchodzą poszczególne, jak np. zarządzanie, marketing itp. Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej jest jednak odmiennego zdania: „Nie można zatem zgodzić się ze stanowiskiem Wnioskodawcy, że są to usługi kompleksowe i należy rozpatrywać je poprzez pryzmat celu jakiemu służą – i w ten sposób zakwalifikować je, jako usługi pośrednictwa w sprzedaży mieszkań oraz pośrednictwo w obrocie nieruchomościami. (…) Odnosząc się z kolei do tych czynności związanych z usługami marketingowymi i reklamowymi wchodzącymi w zakres umów w zakresie dewelopingu i komercjalizacji, w zakresie jakim usługi te są refakturowane przez Wnioskodawcę na Spółki Osobowe (w których Wnioskodawca posiada udział kapitałowy) po cenie nabycia tych usług stwierdzić należy, że również te usługi (nabywane przez Spółki osobowe, których Wnioskodawca jest wspólnikiem), jako czynności mieszczące się w katalogu usług, o którym mowa w art. 15e ust. 1 pkt 1 ustawy o CIT, będą podlegać limitowaniu”.

Nie trzeba podwyższać stawek, aby podwyższyć podatki

Po raz kolejny możemy zatem zaobserwować, jak w sprytny sposób podwyższa się podatek dochodowy, nie zmieniając jego stawki. Podmioty wykonujące przedmiotowe usługi będą miały obowiązek uwzględniania przedmiotowego ograniczenia przy rozliczaniu się z podatku dochodowego. Wiąże się to z koniecznością wyłączenia z kosztów uzyskania przychodów wydatków poniesionych na ww. usługi ponad wskazany w przepisach limit. Tym samym dochód będzie wyższy, a w konsekwencji wyższy będzie również podatek dochodowy do zapłaty na rzecz Skarbu Państwa.

Przedsiębiorcy świadczący ww. usługi lub mający wątpliwości, czy usługi przez nich świadczone są objęte przedmiotowym limitem, powinni wystąpić z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej, którą przygotuje profesjonalny pełnomocnik. Każda opinia w tym zakresie może pomóc w uniknięciu ewentualnych problemów w przyszłości. Przepis nie jest jasny, zatem ważne jest, by uzyskać odpowiednie stanowisko fiskusa.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czerwień na światowych rynkach akcji

Ostatnie dni przynoszą gwałtowne zmiany na globalnych rynkach finansowych, które nie pozostają bez wpływu na złotego.

Ostatnie kilka dni upłynęło pod znakiem wyprzedaży na globalnych rynkach akcji, które szczególnie przeceniły papiery azjatyckie i amerykańskie. Wyprzedaż sprawiła, że kluczowe amerykańskie indeksy znalazły się na najniższych poziomach od maja. Sam Nasdaq Composite w ciągu jednej zaledwie sesji doświadczył spadku o 4,4%, tym samym indeks zaliczył najgorszy dzień od siedmiu lat. Niewiele brakuje, żeby amerykańskie giełdy pozbyły się wszystkich zysków z bieżącego roku.

Wyjątkowo źle radzą sobie również akcje azjatyckie: hongkoński Hang Seng obecnie znajduje się na najniższym poziomie od połowy ubiegłego roku, Shanghai Composite z kolei notowany jest na najniższym poziomie od końcówki 2014 r. Wyprzedaż nie ominęła również akcji europejskich: niemiecki DAX jest najniżej od końcówki 2016 r., notowania francuskiego CAC40 z kolei są na najniższym poziomie od początków ubiegłego roku. Zmiany widoczne są również na innych rynkach: wyraźnie zyskują niemieckie i amerykańskie papiery dłużne, w ostatnich dniach lepiej radzą sobie również jen japoński i frank szwajcarski.

Całe zamieszanie na globalnych rynkach finansowych nie sprzyja z kolei złotemu, który w pierwszej części wczorajszego dnia został poturbowany przez słabość euro związaną z publikacją fatalnych danych PMI, w drugiej zaś właśnie przez pogłębiającą się falę odwrotu od ryzyka. W parze z euro polska waluta znajduje się obecnie w górnej części korytarza, w której utrzymywała się od końcówki lipca. Jeśli niepokój na rynkach będzie się utrzymywał, złoty może doświadczyć jeszcze głębszej wyprzedaży.

Dziś jednak w pierwszej części dnia widać pewne uspokojenie nastrojów: kursy EUR/USD i EUR/PLN są dość stabilne, nieco zyskują również europejskie indeksy. Więcej emocji prawdopodobnie przyniesie druga część dnia, w której będzie miało miejsce spotkanie EBC, jednak niewykluczone, że euro zacznie reagować jeszcze przed posiedzeniem.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,28-4,32. Mimo umocnienia w parze ze złotym, wspólna europejska waluta charakteryzowała się wczoraj wyraźną słabością w relacji do głównych walut, doświadczając znaczącej wyprzedaży w parze z dolarem amerykańskim.

W pierwszej części dnia euro nie sprzyjały przede wszystkim wspomniane wyżej bardzo słabe dane PMI, które sugerują głębsze wyhamowanie europejskich gospodarek w ostatnim kwartale i budzą obawy o przyszłość. W drugiej części, podobnie jak złotemu, euro szkodziła ogólna wyprzedaż aktywów ryzykownych, wspierająca dolara amerykańskiego. W efekcie wczorajszych ruchów kurs EUR/USD spadł poniżej poziomu 1,14, a para znalazła się na najniższym poziomie od połowy sierpnia.

Dziś dane gospodarcze, wieści z rynków i informacje o konflikcie Włoch z Komisją Europejską będą musiały ustąpić spotkaniu Europejskiego Banku Centralnego. O ile nikt nie spodziewa się istotnych zmian ani w kwestii bieżącej polityki monetarnej, ani w kwestii oczekiwań Banku komunikowanych rynkowi, dotyczących dłuższego horyzontu czasowego, o tyle dzisiejsza konferencja prasowa po spotkaniu prawdopodobnie będzie jedną z ciekawszych w tym roku. Mario Draghi prawdopodobnie zmierzy się z pytaniami dotyczącymi sytuacji Włoch, niskiej inflacji bazowej w strefie euro oraz rozczarowującej aktywności europejskich gospodarek w kontekście przyszłych działań banku centralnego.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,86-4,89. Brytyjska waluta wczoraj wprawdzie umocniła się w parze ze złotym, jednak funt nadal pozostaje pod wyraźną presją i nie notuje podobnego umocnienia w parze z głównymi walutami. Szterlingowi cały czas ciążą bowiem obawy dotyczące negocjacji w sprawie Brexitu, wzmacniane przez informacje o wewnętrznych konfliktach w Partii Konserwatywnej. Wczoraj szterlingowi nie pomagała również wyraźna siła dolara amerykańskiego.

USD

Kurs USD/PLN w środę wzrósł o 1,1%, wahając się w widełkach 3,74-3,79. Dolar amerykański był wczoraj jedną z najlepiej sobie walut na świecie. Amerykańskiej walucie sprzyjało praktycznie wszystko: osłabienie euro związane ze słabszymi danymi z gospodarek wspólnego bloku, odpowiadające im, ale dużo lepsze dane PMI ze Stanów Zjednoczonych, sugerujące wzrost (i tak już bardzo wysokiej) aktywności w przemyśle i usługach, pozytywny wydźwięk „Beżowej Księgi” FED oraz odwrót od ryzyka, który wspierał aktywa safe haven.

Nie wszystkie dane ze Stanów Zjednoczonych budzą jednak optymizm. Wczorajsze odczyty z rynku nieruchomości we wrześniu mocno rozczarowały sugerując, że pogorszenie sytuacji w sektorze zaczyna postępować coraz gwałtowniej. Szczególnie zawiodły dane o sprzedaży nowych nieruchomości, które we wrześniu pokazały poziom 553 tys. Tym samym sprzedaż była najniższa od grudnia 2016 r.

Dziś uwaga inwestorów będzie skupiona przede wszystkim na spotkaniu Europejskiego Banku Centralnego, niemniej w drugiej części dnia warto również obserwować odczyty z USA, które będą poprzedzać kluczową publikację o dynamice PKB w III kwartale br. którą poznamy jutro. W trakcie trwania konferencji EBC opublikowane zostaną dane o zamówieniach środków trwałych w USA we wrześniu, amerykański bilans handlowy towarów we wrześniu i cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych. W dalszej części dnia poznamy kolejne dane z amerykańskiego rynku nieruchomości we wrześniu. Na koniec dnia przemawiać będzie z kolei Richard Clarida z FOMC.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:45 – decyzja EBC w sprawie stóp procentowych
  • 14:30 – konferencja prasowa EBC
  • 14:30 – dane o zamówieniach środków trwałych w USA we wrześniu
  • 14:30 – bilans handlowy towarów USA we wrześniu
  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
  • 16:00 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości we wrześniu
  • 18:15 – przemawia Richard Clarida z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Trzy technologie, które zmienią branżę cyberbezpieczeństwa

Jak wynika z danych Cisco, większość europejskich firm wykorzystuje sztuczną inteligencję (69% respondentów), uczenie maszynowe (72% respondentów) i automatyzację (82% respondentów) w celu zapewnienia cyberbezpieczeństwa w ich organizacjach. Jest to odpowiedź na coraz bardziej rozbudowane ataki, których złożoność rośnie wraz z rozwojem i adopcją kolejnych trendów technologicznych takich jak chmura obliczeniowa.

W Polsce stopień implementacji technologii uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji jest na niższym poziomie, natomiast wykorzystanie automatyzacji jest zbliżone do europejskiej średniej:

  • 81% polskich firm polega na automatyzacji procesów,
  • 56% polskich firm polega na uczeniu maszynowym,
  • 53% polskich firm polega na sztucznej inteligencji.
Łukasz Bromirski, CTO w Cisco Systems Poland
Łukasz Bromirski, CTO w Cisco Systems Poland

„Cyberprzestępcy są bacznymi obserwatorami i wykorzystują do przeprowadzania ataków rozwiązania, z których aktualnie korzysta biznes. Dlatego coraz częściej ukrywają swoje ataki np. w chmurze. Rozwiązaniem nie jest umieszczenie usług chmurowych na czarnej liście. Odpowiedzią jest natomiast wykorzystanie zaawansowanych technologii automatyzacji, uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji i wyposażenie zespołów bezpieczeństwa w możliwości, jakie dają” – mówi Łukasz Bromirski, dyrektor ds. technologii w Cisco Polska.

System „uczy się” cyberbezpieczeństwa

Wykorzystanie sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego w sieci pozwala zbierać informacje na temat cyberataków i na tej podstawie „uczyć się”, jak wykrywać nietypowe sytuacje, które mogą wskazywać na niepożądane działania. Respondenci badania Security Benchmark Capabilities Survey przeprowadzonego przez Cisco przyznali, że są sfrustrowani dużą liczbą fałszywych zgłoszeń dotyczących cyberbezpieczeństwa (tzw. false positives). Tego typu błędy znacznie zwiększają ilość pracy, którą musi wykonać zespół. Sztuczna inteligencja pozwala wyeliminować ten problem, „ucząc się”, jaki jest zestaw cech rzeczywistego cyberzagrożenia, a jak wygląda normalna aktywność online.

Kolejnym przykładem zastosowania sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego do zapewnienia bezpieczeństwa sieci jest wykrywanie zmodyfikowanych ataków wykorzystujących znane wcześniej techniki lub technologie, które pierwotnie mają przyczynić się do zwiększenia poziomu bezpieczeństwa. Przykładowo, w ciągu ostatniego roku eksperci Cisco zaobserwowali trzykrotny wzrost wykorzystania szyfrowanej komunikacji sieciowej w propagowaniu złośliwego oprogramowania.

Automatyzacja wspiera specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa

Deficyt pracowników w branży IT szacowany jest na ok. 50 tys. osób. Z raportu „Niedobór talentów” przygotowanego przez ManpowerGroup wynika, że pracownicy działu IT są na dziewiątym miejscu wśród zawodów, których przedstawicieli pracodawcom najtrudniej jest pozyskać. Automatyzacja działań związanych z cyberbezpieczeństwem stanowi odpowiedź na ten problem, jednak jak podkreślają specjaliści Cisco, maszyna nigdy w pełni nie zastąpi człowieka.

„Narzędzia do automatyzacji umożliwiają wgląd w sieć i są w stanie wskazać podejrzane zjawisko, które następnie powinno zostać zbadane przez analityków. Ostatecznie to jednak człowiek tworzy politykę bezpieczeństwa, której podstawą powinny być bieżące aktualizacje, wprowadzanie łatek, ustalenie polityki działania na wypadek kryzysów czy segmentacja sieci. Gdyby większa liczba organizacji działała w duchu tych zasad, ataki takie jak WannaCry czy Nyetya, które w zeszłym roku sparaliżowały pracę wielu organizacji, wyrządziłyby o wiele mniejsze szkody” – tłumaczy Łukasz Bromirski.

Specjaliści z Cisco Red Team, zespołu ekspertów zajmującego się przeprowadzaniem symulacji cyberataków, co ma na celu przygotowanie organizacji do odparcia właściwego zagrożenia, podkreślają, że na bezpieczeństwo firmy składają się trzy kluczowe elementy: ludzie, polityka i technologia. Jak wynika z danych zebranych podczas warsztatów przeprowadzonych ze specjalistami ds. cyberbezpieczeństwa, zastosowanie jedynie polityki bezpieczeństwa rozwiązałoby raptem 10% problemów; szkolenie użytkowników jeszcze mniej, bo tylko 4%. Niezbędne jest kompleksowe podejście do kwestii bezpieczeństwa, w którym technologia jest wsparciem dla człowieka.

Kanadyjczycy podnieśli stopy. Słabsze prognozy dla Polski

Bank Kanady zgodnie z oczekiwaniami zmienił główną stopę procentową na 1,75%. Prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski coraz ostrożniejsze. Ceny ropy znów spadły.

Kanada podnosi stopy procentowe

Wczoraj zgodnie z oczekiwaniami większości analityków Bank Kanady podniósł stopy procentowe o 0,25%. Wynoszą one obecnie 1,75% i są o owe 0,25% wyższe niż w Polsce. Dlaczego Kanadyjczycy podnoszą stopy procentowe a my nie? Kanada sąsiaduje z USA, gdzie FED ostatnimi podwyżkami stara się zmniejszać zadłużenie w gospodarce by w razie nawrotu słabszej koniunktury uniknąć spirali zadłużenia. Z drugiej strony Europa nie wróciła jeszcze do normalności po kryzysie z 2008 roku. Pomimo tego, że stopy w USA osiągnęły już 2% w Unii są nadal ujemne. To właśnie dlatego euro jest w tak silnym odwrocie względem dolara. Jaki wpływ podwyżka miała na waluty? Po samej decyzji dolar kanadyjski umocnił się o niemal 1% względem dolara amerykańskiego. Po korekcie ruchu zakończył dzień około 0,5% umocnieniem.

Jakie prognozy dla Polski?

Jeszcze nie tak dawno spodziewano się, że nasza gospodarka będzie się rozwijać w blisko 5% tempie, które było notowane w ostatnich kwartałach. Wielu analityków zwraca jednak uwagę, że tempo to jest napędzane wydatkami socjalnymi które cały czas rosnąć nie będą. To właśnie dlatego agencje ratingowe coraz częściej prognozują na nadchodzące lata wartości z przedziału 2-2,5% jak np. ostatnie szacunki agencji S&P. Jest to raczej niska nota, ale konkurencyjna Moody’s daje 2,6%. Z drugiej strony analitycy z polskich banków wciąż są bardziej optymistyczni i dają nam 3-3,5% wzrostu. Skąd biorą się te różnice? Polskie fundamenty są stabilne, jesteśmy jednak w takiej a nie innej części świata a nasz główny partner w postaci Unii Europejskiej nie zachwyca wynikami.

Mimo wysokich cen zapasy rosną

Pomimo zwyżek cen czarnego złota w minionym tygodniu zapasy ropy w USA wzrosły. Co ciekawe po samych danych, które powinny osłabiać ropę jej cena jeszcze przez dwie godziny rosła. Potem jednak przyszła pora na realizację zysków z odbicia i cena ponownie spadła. Minimum z nocy nie przebiło jednak porannego dołka dlatego wielu analityków prognozuje zmniejszenie emocji na tym rynku do końca tygodnia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 15:45 – USA – wstępne dane na temat indeksu PMI dla przemysłu,
  • 16:00 – USA – sprzedaż nowych domów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Zatrudnienie obcokrajowców. O czym powinien wiedzieć przedsiębiorca?

Już ponad pół miliona obcokrajowców opłaca w Polsce składki na ubezpieczenia społeczne[1] – wynika z danych ZUS-u. Biorąc pod uwagę szarą strefę i nielegalne zatrudnienie, skala zarobkowej imigracji do Polski jest zapewne znacznie wyższa. Pracownicy zza wschodniej granicy chcą w Polsce pozostawać na dłużej niż pół roku, a pracodawcy oczekują zmiany procedur związanych z zatrudnieniem obcokrajowców. Eksperci inFakt wyjaśniają, na jakich zasadach odbywa się to obecnie i o czym powinien pamiętać przedsiębiorca, który chce zatrudnić imigranta.

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Dane pochodzące z „Barometru imigracji zarobkowej – II półrocze 2018” pokazują, że aż 75% pracowników z Ukrainy chce pozostać w naszym kraju dłużej niż pół roku[2]. Na tyle obecnie pozwala uproszczona procedura zatrudnienia. Wydłużenia tego terminu oczekują także pracodawcy, którzy mają trudności ze znalezieniem pracowników, a imigranci z Ukrainy i krajów azjatyckich wypełniają powstałą lukę na rynku pracy.

Jakie warunki musi spełnić cudzoziemiec?

Osoby, które chcą podjąć w Polsce pracę, a pochodzą z kraju Unii Europejskiej, Europejskiego Obszaru Gospodarczego lub Szwajcarii, mogą to zrobić bez konieczności ubiegania się o zezwolenia, które z kolei jest wymagane dla wszystkich pozostałych obcokrajowców. Ponadto muszą oni przebywać legalnie na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej. – O zezwolenie na pracę cudzoziemca występuje jego pracodawca do właściwego wojewody. W przypadku, kiedy dotyczy ono pracy sezonowej, należy wystąpić o nie do właściwego starosty powiatu – wyjaśnia Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt.

Procedura uproszczona

Wyjątek od zasady, że warunkiem legalnego wykonywania pracy przez cudzoziemca jest pozwolenie na pracę, dotyczy obywateli sześciu państw: Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy.

W ich przypadku może być zastosowana tzw. procedura uproszczona, nazywana także oświadczeniową. Pozwala ona na wykonywanie pracy w Polsce przez 6 miesięcy (niekoniecznie następujących po sobie) w okresie 12 następujących po sobie miesięcy bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę. – Limit 6 miesięcy pracy dotyczy konkretnej osoby, a nie pracodawcy. Cudzoziemiec może pracować na podstawie oświadczeń u więcej niż jednego pracodawcy, ale nie może przekroczyć limitu czasowego – podkreśla Aneta Socha-Jaworska.

Aby skorzystać z procedury uproszczonej, pracodawca musi uzyskać wpis do ewidencji oświadczeń w Powiatowym Urzędzie Pracy (PUP), a cudzoziemiec musi posiadać dokument potwierdzający tytuł pobytowy na terenie RP – na przykład odpowiednią wizę lub zezwolenie na pobyt czasowy.

W tym procesie ważne są następujące zasady:

  • nie może to dotyczyć pracy sezonowej;
  • pracodawca składa oświadczenie w PUP właściwym ze względu na siedzibę lub miejsce pobytu stałego;
  • do oświadczenia trzeba dodać potwierdzenie zapłaty kwoty 30 zł;
  • pracodawca musi posiadać i dołączyć do dokumentów własne oświadczenie o niekaralności;
  • wpisanie oświadczenia do ewidencji następuje w ciągu 7 dni od momentu jego przekazania;
  • starosta może odmówić wpisania oświadczenia do ewidencji, np. gdy pracodawca dopuścił się wcześniej przestępstw w zakresie zatrudniania cudzoziemcó

Jakie jeszcze obowiązki ma pracodawca?

Pracodawca po wpisaniu oświadczenia do ewidencji musi poinformować PUP o podjęciu pracy przez cudzoziemca najpóźniej w dniu faktycznego jej rozpoczęcia. Gdyby decyzja starosty była odmowna, to wówczas w terminie 7 dni od uzyskania decyzji należy poinformować o tym PUP.

Pracodawca musi zawrzeć z cudzoziemcem pisemną umowę o pracę i przetłumaczyć ją na język zrozumiały dla pracownika. Ponadto standardowo należy pracownika zgłosić do ZUS-u, opłacać za niego składki i zaliczki na podatek dochodowy, a także prowadzić dokumentację pracowniczą.

Po upływie 3 miesięcy zatrudnienia cudzoziemca na podstawie umowy o pracę pracodawca może złożyć wniosek o wydanie kolejnego zezwolenia na pracę na tym samym stanowisku. Wówczas wydawane jest ono w trybie uproszczonym, czyli z pominięciem tzw. testu rynku pracy. W takim przypadku cudzoziemiec będzie mógł również legalnie wykonywać pracę na rzecz dotychczasowego pracodawcy, oczekując na decyzję w sprawie zezwolenia na pracę w warunkach nie gorszych niż określone w oświadczeniu.

[1] Wypowiedź prezes ZUS prof. Gertrudy Uścińskiej w: https://biznes.newseria.pl/news/w-zus-ubezpieczonych-jest,p1905481850

[2] http://personnelservice.pl/download.php?fid=314

Ukraińcy nadal chcą pracować w Polsce i to od zaraz

54 proc. Ukraińców, myślących o wyjeździe do Polski w celach zarobkowych deklaruje, że jest gotowych do podjęcia pracy od zaraz. W tej grupie o natychmiastowym wyjeździe myślą zarówno kobiety (51 proc.), jak i mężczyźni (49 proc.). Ich oczekiwania finansowe najczęściej zaczynają się od 2,5 tys. zł netto i nie przekraczają 2,9 tys. zł. netto. Aż 91 proc. deklaruje, że w naszym kraju chciałoby zostać 3 miesiące i dłużej.

300 zł na czas pobytu w Polsce nieprzekraczający trzech dni i 75 zł na każdą kolejną dobę muszą posiadać obywatele Ukrainy, którzy nie mają obywatelstwa Unii Europejskiej. Przyjeżdżając do pracy w naszym kraju powinni udowodnić, że dysponują środkami potrzebnymi do utrzymania się podczas pobytu.* Mimo tych wymogów wielu Ukraińców – 54 proc. deklaruje, że pracę w Polsce jest w stanie rozpocząć od zaraz.

Od zaraz i za określoną kwotę

Z danych Grupy Progres zgromadzonych w ramach kampanii „Jeden telefon i masz pracę”, rekrutującej mieszkańców Ukrainy do pracy w Polsce wynika, że większość chętnych chciałaby pracować w Polsce od zaraz (54 proc.). Pozostali na przygotowanie do wyjazdu potrzebują trochę więcej czasu – 27 proc. Ukraińców jest w stanie przyjechać do Polski w ciągu miesiąca dla 19 proc. ten czas jest dłuższy lub uzależniają go od tego kiedy otrzymają wizę. Pytani o to, ile chcieliby zarabiać najczęściej mówią, że od 3 tys. zł netto do 3,4 tys. zł netto (29 proc.). Trochę mniej, bo od 2,5 tys. zł netto do 2,9 tys. zł netto chce zarabiać 34 proc. Ukraińców myślących o wyjeździe do Polski, a o kwocie 2 tys. zł netto do 2,4 tys. zł netto wspomina 21 proc. obywateli Ukrainy. Powyżej 3,5 tys. zł chciałoby zarabiać 13 proc. Ukraińców. Kwoty poniżej 2 tys. zł oczekuje 3 proc. obywateli Ukrainy.

Do Polski na dłużej

Polska nadal jest jednym z najchętniej wybieranych przez nich kierunków migracji zarobkowej. Nasi wschodni sąsiedzi chcieliby także pracować w naszym kraju dłużej niż dotychczas – trzy miesiące i więcej deklaruje aż 91 proc. Ukraińców. Największą grupę osób rozważających przyjazd do Polski od zaraz stanowią Ukraińcy miedzy 20 a 29 r.ż. (49 proc.), trochę starszych – od 30 do 39 r.ż. jest 21 proc., sporą grupę tworzą także osoby pomiędzy 40 a 49 r.ż. (14 proc.) i poniżej 20 r.ż. (12 proc.), najmniej (4 proc.) jest osób powyżej 50 r.ż.

Według Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej rok 2017 był rekordowy zarówno pod względem liczby wydanych zezwoleń na pracę cudzoziemca (236 tys.), jak i zarejestrowanych oświadczeń (ponad 1,8 mln). Wstępne dane za 2018 r. wskazują na kontynuację trendu rosnącego, choć wzrost ten jest obecnie mniej dynamiczny. W tej grupie znajdują się również Ukraińcy, którzy mogą przyjechać do Polski od zaraz i co więcej z chęcią zostaną u nas na dłużej.

W informacji wykorzystano dane Grupy Progres z kampanii „Jeden telefon i masz pracę” prowadzonej na Ukrainie od 4 lipca 2018 r. przez Grupę Progres.

*Rozporządzenie Ministra Spraw Wewnętrznych z dnia 31 października 2017 r. w sprawie środków finansowych wymaganych od cudzoziemca wjeżdżającego na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej oraz dokumentów, które mogą potwierdzić możliwość uzyskania takich środków, a także cel i czas trwania planowanego pobytu.

Słabe indeksy PMI w Europie osłabiają kurs euro

Podczas środowej sesji na rynku finansowym utrzymywała się podwyższona awersja do ryzyka. Negatywny wpływ na nastroje w Europie miała publikacja październikowych indeksów PMI dla Niemiec, Francji i strefy euro, które w większości okazały się nie tylko słabsze od wrześniowych odczytów, ale i oczekiwań rynkowych (poza sektorem usług we Francji). Wskaźniki pokazały negatywny wpływ niestabilnej sytuacji geopolitycznej na sektor przemysłowy, w tym głównie na branżę motoryzacyjną. Obniżyły się nie tylko bieżące oceny, ale i oczekiwania. Ankietowani wskazywali, że nasila się presja na wzrost cen. Ten umiarkowanie pesymistyczny sygnał doprowadził do spadku rentowności obligacji na praktycznie wszystkich europejskich rynkach i osłabił euro (kurs EUR/USD spadł poniżej 1,14). Lekko spadły nawet rentowności obligacji Włoch.

Wspomniane indeksy będą mieć znaczenie z punktu widzenia czwartkowego posiedzenia EBC. Chociaż bank centralny większą uwagę przywiązuje do długoterminowych prognoz, to zwróci uwagę na ryzyko silniejszego od oczekiwań spowolnienia gospodarki europejskiej w II połowie 2018 r. Ostatnie odczyty znajdą odzwierciedlenie w dyskusji na konferencji po posiedzeniu. Wspierać też będą ewentualną decyzję o wydłużaniu terminu zapadalności papierów utrzymywanych w portfelu EBC po zakończeniu QE. Spodziewać się można, że wydłużą się na rynku oczekiwania w odniesieniu do momentu wycofania się EBC z polityki ujemnych stóp procentowych. Jeszcze niedawno rynek FRA zakładał, że nastąpi to na przełomie 2019 i 2020 r. Teraz ta perspektywa może się wydłużyć, co sugerowałoby krótkoterminową presję na przecenę EUR w relacji do USD i spadek rentowności obligacji w strefie euro (pośrednio wzmacniający wyceny polskich obligacji).

Łagodna retoryka EBC i rosnącym pesymizmem odnośnie koniunktury gospodarczej w strefie euro sugerują spadek rentowności polskich obligacji 2-letnich do 1,50%, a 10-letnich do 3,10% (tymczasowo nawet poniżej tego poziomu). Z kolei na rynku walutowym wysoka awersja do ryzyka sprzyjać będzie wzrostowi kursu EUR/PLN, który testować może w krótkiej perspektywie opór techniczny na 4,32. Po prawie 3-miesięcznym okresie stabilizacji w przedziale 4,28-4,32 ewentualne przełamanie górnego ograniczenia kanału skończyłoby się pewnie silniejszym wzrostem w kierunku 4,34. Prawdopodobny dalszy ruch EUR/USD w okolice 1,13 dawałby dodatkowo impuls do wzrostu notowań USD/PLN w okolice 3,80.

Ministerstwo Finansów podało w środę, że podaż na piątkowej aukcji obligacji wyniesie 7-10 mld PLN. Ustalenie wyższego poziomu podaży może być potwierdzeniem potencjalnie mocnego popytu, ale również odzwierciedla korzystne uwarunkowania rynkowe. Mimo wysokiej oferty MF nie powinno mieć problemów z uplasowaniem papierów, a po przetargu możliwy jest wręcz spadek rentowności pobudzany niezaspokojonym popytem.

Wykres dnia: Od ostatniego posiedzenia EBC na rynku FRA wzrosły oczekiwania na podwyżkę stopy depozytowej w strefie euro.

Od ostatniego posiedzenia EBC na rynku FRA wzrosły oczekiwania na podwyżkę stopy depozytowej w strefie euro
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Rynek akcji ogarnęła fala wyprzedaży

Globalny rynek akcji ogarnęła fala wyprzedaży, a efekt kuli śnieżnej porywa ze sobą wszystkich, dla których nie są obce rozterki o wysokie wyceny, mijanie szczytu w dynamice przychodów, wyższe stopy procentowe, skutki wojny handlowej USA-Chiny, czy słabnące wskaźniki koniunktury w Europie. Czyżby to bliskość Halloween powodowała, że łatwiej ogarniają nas obawy o to, czego nie widzimy, ale może kryć się w ciemności? Jesteśmy już za tym etapem, gdyż teraz inwestorzy widzą krwistą czerwień w zmianach wartości indeksów.

Załamanie rynku akcji wymazało z S&P500 całe tegoroczne zyski, pogrom przeszedł przez rynki azjatyckie, a otwarcie w Europie nie wygląda lepiej. W mojej opinii rynki uginają się pod własnym ciężarem i cierpią z powodu pogorszenia sentymentu. Powody fundamentalne wskazane powyżej są obecne od wielu miesięcy i nagle teraz stały się bardziej niebezpieczne niż wcześniej? Trudno mi kupić tą teorię. Z drugiej strony, jeśli przewaga negatywnych czynników nad pozytywnymi jest 10:0, nie staje się na drodze rozpędzonego pociągu. Ale co można powiedzieć o 2018 r., to że nigdy nie można w pełni zaufać rynkowi i nie dziwic się, kiedy odwrót przyjdzie znienacka. Kto pamięta korektę z przełomu stycznia i lutego i późniejsze dynamiczne odbicie?

Pomimo silnych ruchów na rynku akcji, FX w dalszym ciągu pozostaje oderwany od ponurej rzeczywistości. Przede wszystkim uderzające jest, jak stabilny jest USD/JPY pomimo załamania indeksów, ale też spadku rentowności obligacji 10-letnich USA do 3,10 proc. Rynek walutowy przestał być barometrem nastrojów. Chaos informacyjny wokół istotnych spraw (gównie politycznych) spowodował, że inwestorzy rzucili ręcznik i zeszli z ringu, czekając na konkrety. Brexit zniszczył handel na GBP, a teraz spór o włoski budżet rozregulował EUR. Wszyscy patrzą na EUR/USD, który tylko w tym tygodniu miał 3 fałszywe sygnały wybicia poziomów technicznych (choć dodatkowo jeden prawdziwy). Dziś po południu EBC raczej nie pomoże ustabilizować sytuacji. Komunikat prawdopodobnie obędzie się bez niespodzianek, gdyż już ostatnim razem prezes Draghi przekazał, że stopy procentowe nie ulegną zmianie przynajmniej do jesieni przyszłego roku. Program QE ma się zakończyć w grudniu, ale ostateczne decyzje o jego przyszłości oraz polityce reinwestowania raczej będą podjęte na następnym posiedzeniu. Rozsądnym będzie wstrzymać wszelkie decyzje o strategii na przyszłość, które mogłyby zasugerować odchodzenie od akomodacyjnej polityki pieniężnej, szczególnie gdy wątpliwości budzi spór o włoskie finanse publiczce oraz słabnące indeksy PMI. Ogólnie zabarwienie konferencji może mieć gołębi charakter (odroczenie decyzji), ale z perspektywy rynku nie będzie w tym nic zaskakującego, stąd w normalnych warunkach wpływ takiej decyzji na EUR byłby umiarkowany. Tylko że obecnie nie mamy normalnych warunków.

Dziś także decyzja Norges Banku, gdzie dopiero co jesteśmy po podwyżce stopy procentowej i na kolejną nie zanosi się wcześniej, jak na wiosnę 2019 r. Ostatni istotny odczyt inflacji podnosi ryzyko jastrzębiego komunikatu, ale Norges Bank też nie chce strzelać sobie w stopę i napędzać aprecjacji korony (co by zgasiło presję inflacyjną). Ostrożny optymizm powinien wystarczyć.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Browar Jastrzębie S.A. podtrzymuje plany debiutu na NewConnect

Browar Jastrzębie S.A., Spółka działająca w branży piwowarskiej, podtrzymuje swoje plany wejścia na rynek NewConnect. Najpierw jednak przeprowadzi kampanię equity crowdfunding poprzez platformę finansowania udziałowego Beesfund, z której zamierza pozyskać do 4 mln zł na dalszy rozwój.

W ramach kampanii crowdfundingowej realizowanej poprzez platformę Beesfund, która rozpoczęła się w dniu 22.10.2018 r., Spółka zaoferuje inwestorom do 17.400.000 szt. akcji, które będą stanowiły 35,15% udziału w jej kapitale zakładowym. Browar Jastrzębie S.A. będzie chciał pozyskać z tej kampanii do 4 mln zł. Środki te zostaną przeznaczone na wyposażenie wytwórni, w tym zakup kadzi i osprzętu browarniczego. W ten sposób Spółka chce osiągnąć istotną pozycję na rynku browarów rzemieślniczych w Polsce. Kolejnym etapem rozwoju ma być debiut na rynku NewConnect.

„Obecnie funkcjonujemy jako browar kontraktowy, czyli zlecamy innym browarom produkcję piwa zgodnie z opracowanymi przez nas recepturami. To ogranicza możliwości technologiczne. Inwestycja w budowę browaru pozwoliłaby na zlikwidowanie wąskiego gardła, którym niewątpliwie jest brak odpowiedniej infrastruktury. Zdecydowaliśmy się na kampanię equity crowdfunding, ponieważ uważamy, że ten model pozyskania finansowania jest dla nas najbardziej optymalnym. Pozyskane środki chcemy wykorzystać na wyposażenie naszego browaru. Naszym następnym krokiem ma być debiut na rynku NewConnect. Upublicznienie Spółki na alternatywnym rynku powinno nas uwiarygodnić oraz pozwolić budować pozycję rynkową poprzez jeszcze lepszą transparentność.” – komentuje Piotr Piekarski, Prezes Zarządu Spółki Browar Jastrzębie S.A.

Browar Jastrzębie S.A. dynamicznie zwiększa swój udział w polskim rynku browarów „kraftowych”, a jego klienci wypili dotąd ponad 9650 litrów tego piwa. Z uwagi na coraz wyższą popularność marki i mody na tzw. „krafty”, założyciele Spółki zdecydowali się uniezależnić od zewnętrznych dostawców i zbudować własny browar. Obecnie Browar Jastrzębie S.A. ma w swojej ofercie aż 8 piwnych stylów, od standardowego Pilsa po mniej klasyczne pozycje takie jak: New Zeland Pale Ale lub Sorachi Ace Single Hop. Linia produktów zawiera aktualnie m.in. takie piwa jak: Jastrzębskie Inwestorskie, Jastrzębski Pils, Jastrzębska Belgian IPA, Jastrzębska Double IPA czy Jastrzębskie Trzy Zboża. Budowa własnej wytwórni pozwoli poszerzyć ofertę o kolejne piwne smaki.

„Widzimy, że popyt na nasze piwa rośnie cały czas i zwiększenie produkcji jest krokiem, którego oczekuje od nas rynek. Szacujemy, że własny browar będzie warzył 75 tys. litrów piwa miesięcznie, co pozwoli nam zaspokoić potrzeby rynkowe i stać się czołowym graczem wśród browarów rzemieślniczych w Polsce. Zamierzamy zbudować silną więź Akcjonariuszy z browarem, budując wokół niego społeczność ludzi, którzy chcą być nie tylko najlepszymi ambasadorami naszej marki, ale przede wszystkim dołączyć do piwnej rewolucji, która zmienia rynek browarniczy w Polsce.” – dodaje Prezes Piekarski.

51% kupujących w sklepach typu „Zrób to sam” nabywa materiały za pośrednictwem fachowców

Aż 51% ankietowanych z dużych miast, kupujących w sklepach typu „Zrób to sam”, stwierdza, że nabywa materiały za pośrednictwem obsługujących ich firm. 74% klientów z tej grupy robi to na zlecenie osób prywatnych. 63% ww. podmiotów prowadzi jednoosobową działalność, 21% – spółkę cywilną, natomiast 9% – spółkę z o.o. Zdaniem niektórych ekspertów, wyniki ankiety Grupy AdRetail mogą zaskoczyć ten segment. Idealnie też obrazują umacniający się na rynku trend. Według innych specjalistów, należy jeszcze zwrócić uwagę na to, że nie każda firma bierze towar na fakturę, bo do rozliczenia z usługobiorcą zwykle wystarczy paragon. To też może być mylące dla branży, która twierdzi, że głównie nastawia się na ruch klientów indywidualnych.

Jak wyjaśnia Maciej Tygielski, szef sprzedaży w Grupie AdRetail, celem badania było zweryfikowanie coraz częściej pojawiającej się na rynku hipotezy, która zakłada że większość klientów sklepów DiY to firmy. Nieco ponad połowa respondentów potwierdziła to założenie. 37% ankietowanych zapewniło, że najczęściej kupuje materiały remontowo-budowlane prywatnie. 12% osób nie pamiętało tego.

– Wyniki badania nie są dla mnie zaskakujące. Patrząc z perspektywy konsumenta, rozsądnie jest wynająć firmę – nawet małą, jednoosobową, która wykona usługi remontowo-budowlane i w ramach tego zrobi wszystkie zakupy. W praktyce to rozwiązanie okaże się dużo tańsze, szybsze i wygodniejsze niż samodzielne szukanie oraz kupowanie materiałów. Osoby prywatne często nie znają ich jakości i popełniają przy tym liczne błędy. Dlatego wśród klientów sklepów DiY mogą przeważać firmy – tłumaczy Zbigniew Kwapisz, Dyrektor jednej z filii Polskich Składów Budowlanych w Warszawie.

Według Macieja Tygielskiego, wyniki analizy mogą sugerować że warto robić promocje dedykowane dla biznesu. Sieci mają szansę zweryfikować teraz swoje dotychczasowe strategie, m.in. w zakresie łączenia ze sobą rabatów na różne artykuły. Ewentualne zmiany można zastosować w dniach roboczych, w godzinach 9.00-14.00, gdyż o tej porze były zbierane dane. Ekspert dodaje, że dobrym rozwiązaniem byłoby powtórzenie ankiety na większej grupie osób i miast. Klienci mogliby również być przepytywani przez cały dzień. Wówczas sieci uzyskałyby kompletny obraz sytuacji.

– W ramach kompleksowej obsługi, jaką oferują głównie małe firmy, robione są zakupy w sklepach DiY. Z mojego doświadczenia wynika, że około 60% klientów prosi o to, aby za nich nabywać potrzebne materiały. Dzięki temu oszczędzają swój czas i pieniądze. Mają też pewność, że fachowiec wybiera tylko sprawdzone produkty. Zazwyczaj też rozlicza się on z usługobiorcami na podstawie paragonów. Dotyczy to 70% przypadków. Czasem zamawiający chcą, aby wykonawca wziął dla nich fakturę. Jednak to są raczej wyjątki – stwierdza Jakub Witkowski, ekspert rynku budowlanego, szef warszawskiego zespołu Metamorfozy Mieszkań.

Pracownik jednej z największych sieci marketów DiY anonimowo zaznacza, że firma jest zdecydowanie nastawiona na klientów indywidualnych. Dodaje też, że branża może być zaskoczona wynikami przeprowadzonej ankiety. Komentuje także, że istotne jest to, o jakiej porze dnia rozmawiano z klientami poszczególnych placówek. Jeżeli było to w godzinach porannych, to wtedy, według jego wiedzy, występuje zdecydowana nadreprezentacja fachowców. Jednak z taką teorią nie do końca zgadzają się specjaliści z branży.

– Z przeprowadzonej ankiety wynika, że dane były zbierane w godzinach porannych i okołopołudniowych. O tej porze tak naprawdę najtrudniej jest spotkać fachowców. Osoby pracujące w mojej branży zaopatrują się w materiały raczej wcześnie rano, tj. pomiędzy 7.00 a 8.00, ewentualnie późnym popołudniem bądź wieczorem, czyli po 18.00. Nie wyklucza to jednak faktu, że w ciągu dnia sporadycznie też kupuje się różne rzeczy, gdy akurat czegoś zabraknie – mówi Jakub Witkowski.

Robiąc ww. zakupy jako firma, aż 74% ankietowanych wykonuje je na prywatne zlecenie. Ten wynik również potwierdza wieloletnie obserwacje Dyrektora Kwapisza. Ekspert uważa, że większość polskich konsumentów korzysta z profesjonalnej obsługi remontowo-budowlanej. Jest to stały trend, który będzie się umacniał wraz z poszerzaniem świadomości konsumentów, a także rozwojem ich potrzeb. Ludzie będą dążyli do maksymalnej wygody i oszczędności. Czasy, w których Polacy samodzielnie budowali czy remontowali domy lub mieszkania, dawno minęły. Dziś to się zwyczajnie nie opłaca. Oczywiście niektórzy lubią sami majsterkować, ale tych osób jest coraz mniej.

– Sklepy dysponują wskaźnikiem proporcji paragonów do faktur. Dzięki dowodom zakupów mają dostęp do wielu informacji na temat swoich klientów i prowadzonych przez nich firm. Ale kupujący nie dzielą się ze sprzedawcami wszystkimi sprawami, np. tym dla kogo realizują swoje zlecenia, czyli kto faktycznie korzysta z zakupionego sprzętu. Takie dane można częściowo wyczytać z naszej analizy, m.in. to, że 12% podmiotów zaopatrujących się w ww. sklepach obsługuje przedsiębiorstwa – dodaje ekspert z Grupy AdRetail.

Znaczną grupę, bo aż 63% respondentów robiących zakupy w imieniu firm, stanowią osoby prowadzące jednoosobowe działalności gospodarcze. 21% wskazuje spółki cywilne, a tylko 9% – spółki z o.o. Ekspert z Polskich Składów Budowlanych podkreśla, że prace budowlano-remontowe w większości wykonują specjaliści działający w pojedynkę. I to oni robią potrzebne zakupy dla klientów. Czasem zatrudniają pomocników. W dzisiejszych czasach nawet do wybudowania wielorodzinnego domu wystarcza 4-osobowa firma. Wyniki ankiety odzwierciedlają więc specyfikę tego rynku.

Ankieta została przeprowadzona przez Grupę AdRetail na terenie 6 dużych miast (Warszawy, Krakowa, Katowic, Wrocławia, Poznania oraz Łodzi) i ich najbliższych okolic w blisko 40 sklepach. Działania odbyły się na przełomie września i października br. Były realizowane w dniach roboczych w godzinach porannych i okołopołudniowych, tj. od 9.00 do 14.00. Uczestniczyło w nich 468 osób bezpośrednio robiących zakupy w placówkach DiY. Byli to klienci w wieku od 18. do 55. lat. Większość stanowili mężczyźni, tj. 61%. Kobiety miały udział na poziomie 39%.

W ciągu III kwartałów 2018 r. fundusze venture capital zainwestowały więcej niż w całym rekordowym 2017 r.

W trzecim kwartale 2018 r. fundusze venture capital zainwestowały na świecie ponad 52 mld USD. Pomimo znaczącego spadku inwestycji w odniesieniu do poprzedniego kwartału, wartość inwestycji w ciągu III kwartałów 2018 r. jest większa niż w całym rekordowym 2017 r. Najwięcej pieniędzy zainwestowano w Azji, która jest w tej chwili największym rynkiem konsumenckim. Prawie połowa finansowania funduszy trafia do spółek tworzących innowacyjne oprogramowanie dla biznesu i administracji. Jednak fundusze coraz chętniej inwestują w spółki biotechnologiczne, cyfrowego zdrowia czy oferujące innowacyjne usługi transportu miejskiego. Jak wynika z badania KPMG, Europa stanowi obecnie zaledwie 10% globalnego rynku inwestycji funduszy venture capital.

Rekordowe inwestycje funduszy venture capital w 2018 r.

W III kwartale 2018 r. łączna kwota zainwestowanych środków wyniosła 52 mld USD, co oznacza spadek o 25% w stosunku do poprzedniego kwartału. Warto pamiętać, że na wyniki drugiego kwartału wpłynęła rekordowa transakcja, w której chiński fintech oferujący usługi płatności on-line pozyskał od kilku funduszy aż 14 mld USD. Rok 2018 jest absolutnie rekordowy, jeśli chodzi o wartość inwestycji funduszy venture capital – w ciągu III kwartałów fundusze zainwestowały już więcej niż w rekordowym do tej pory 2017 r. W tej chwili Azja ze swoim olbrzymim rynkiem konsumenckim odgrywa kluczową role na rynku venture capital: 8 z 10 największych transakcji w III kwartale 2018 r. to inwestycje w azjatyckie spółki.

Analizy KPMG wskazują również, że fundusze preferują coraz bardziej dojrzałe startupy. W ciągu trzech kwartałów fundusze zainwestowały w 2 751 spółek w ramach pierwszej rundy finansowania, podczas gdy w rekordowym 2014 r. były to 7 352 spółki. W ciągu ostatnich 4 lat ponad dwukrotnie wzrosły mediany inwestycji robionych przez fundusze w ramach poszczególnych rund finansowania: w fazie zalążkowej (ang. seed) rozwoju z 0,5 mln USD w 2014 r. do w 1, 1 mln USD, a w przypadku wczesnej fazy (ang. early stage) z 2,8 mln USD do 5,9 mln USD.

Inwestycje funduszy venture capital są coraz większe. Obecnie inwestuje się w startupy, które budują naprawdę innowacyjne rozwiązania technologiczne i planują ekspansję międzynarodową. A takie spółki potrzebują większych pieniędzy, żeby się szybciej rozwijać. Warto ten aspekt wziąć pod uwagę budując rynek venture capital w Polsce – mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

Fundusze VC szukają innowacyjnych startupów

Od wielu lat fundusze venture capital koncentrują się przede wszystkim na inwestycjach w spółki produkujące zaawansowane oprogramowanie wykorzystywane w cyfryzacji biznesu i administracji – aż 45% środków zainwestowanych przez fundusze służyło finansowaniu rozwoju firm softwarowych w III kwartale 2018 r. Nadal olbrzymim zainteresowaniem cieszył się sektor biotechnologii i cyfrowego zdrowia. Jednak ostatni kwartał to eksplozja transakcji spółek oferujących innowacyjne rozwiązania transportu miejskiego. Inwestuje się w spółki budujące elektryczne skutery, czy innowacyjne systemy dla autonomicznych pojazdów. Bardzo dużym zainteresowaniem cieszą się startupy oferujące rozwiązania usług transportowych w modelu współdzielenia zasobów (ang. economy sharing).

Cyfryzacja jest najważniejszym trendem na całym świecie i nic dziwnego, że fundusze tak chętnie inwestują w spółki, które rozwijają innowacyjny software wykorzystywany we wszystkich branżach. Inwestorzy bacznie obserwują, jakie są w tej chwili najważniejsze wyzwania społeczne i gospodarcze i stąd wynika duże zainteresowanie startupami z sektora zdrowia czy budującymi cyfrowe rozwiązania dla aglomeracji miejskich – mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

Europa stanowi tylko 10% globalnego rynku VC

Wartość inwestycji funduszy venture capital w Europie w trzecim kwartale 2018 r. wyniosła 5,2 mld USD. Było zdecydowanie mniej transakcji, za to znacząco wzrosła wartość pojedynczych inwestycji. Na sytuację na rynku europejskim wpływa zmniejszenie liczby inwestycji dokonywanych przez aniołów biznesu oraz liczby pierwszych rund finansowania. Największą inwestycją funduszy w ostatnim kwartale było pozyskanie 300 mln USD przez niemiecką firmę, oferującą usługi e-commerce w całej Europie.

Wielka Brytania i Niemcy to od wielu lat najsilniejsze rynki venture capital na naszym kontynencie. Pomimo zbliżającego się brexitu rynek brytyjski jest bardzo aktywny. Brexit w tej chwili wpływa bardziej na zmianę strategii międzynarodowej brytyjskich startupów – np. fintechy starają się pozyskać w krajach kontynentalnej Europy licencje pozwalające na świadczenie usług finansowych w ramach całej Unii Europejskiej. Natomiast w Niemczech po rekordowych inwestycjach funduszy w pierwszym kwartale 2018 r (prawie 1,5 mld USD), fundusze zainwestowały w trzecim kwartale ponad 830 mln USD. Coraz silniejszy staje się hiszpański rynek startupowy – w ciągu III kwartałów 2018 r. fundusze venture capital zainwestowały w hiszpańskie startupy ponad 650 mln USD.

Podobnie do światowego rynku, także w Europie sektor biotechnologii staje się coraz bardziej atrakcyjny dla funduszy venture capital. Największa inwestycja w tej branży o wartości 147 mln USD została dokonana w brytyjską spółkę, zajmującą się innowacyjnymi metodami leczenia genetycznego.

W Europie coraz silniejszą rolę w inwestycjach w innowacyjne spółki odgrywają korporacyjne fundusze venture capital. Przykładowo w Niemczech 2/3 wartości wszystkich inwestycji stanowią działania takich funduszy. Dla największych polskich przedsiębiorstw to wyraźny sygnał, że model korporacyjnego funduszu venture capital to jedno z najważniejszych rozwiązań dla skutecznego pozyskiwania innowacji z zewnątrz organizacji – mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

Branża budowlana pod ścianą

W czasie, kiedy gospodarka notuje najlepsze wzrosty – zbliżamy się do kryzysu. To, co widać na rynku – także polskim – to skok zamówień publicznych. Nałożył się na to rozwój branży mieszkaniowej, co z kolei skutkuje drastycznym brakiem sił wykonawczych. Oprócz tego w sektorze mamy do czynienia ze wzrostem cen. Przekłada się to na spadek rentowności – zwłaszcza tych kontraktów, które były pozyskiwane na innych marżach, umów w formule zaprojektuj-wybuduj. Teraz wchodzą one w realizację, jeszcze na starych budżetach. Problemy potęguje brak siły roboczej. Jak można wyjść z tej sytuacji?

– Po pierwsze zasobów należy szukać u naszych wschodnich sąsiadów. Powinniśmy zastanowić się, jak zwiększyć możliwość pozyskiwania pracowników z Ukrainy, Białorusi, a nawet Rumunii czy Czarnogóry. Tutaj potrzebne jest silne wsparcie ze strony rządu – powiedziała serwisowi eNewsroom Angelika Cieślowska, prezes Korporacji Budowlanej DORACO –Wydawane obecnie pozwolenia na pracę powinny mieć dłuższy okres. Krócej powinno zajmować zaś ich uzyskanie. Kolejnym problemem, który należy rozwiązać, są zatory płatnicze. Działania rządu, które idą w kierunku dodatkowego nadzoru, mogą nie mieć szansy powodzenia. Kwestia ta nie wynika z nieuczciwości, ale jest związana z odmiennymi procedurami, jakie są stosowanie zwłaszcza w zamówieniach publicznych. Najważniejszym tematem do przedyskutowania są jednak nierealne do realizacji dzisiaj budżety. Chodzi o ceny, które w krótkim czasie dramatycznie wzrosły. Nie jest to wzrost roczny, ale w ciągu 3-4 miesięcy. Budżety kontraktów wycenianych na początku roku, wchodzących do realizacji w jego drugiej połowie, nie odzwierciedlają sytuacji gospodarczej. Pojawia się pytanie, czy rząd będzie szukać rozwiązania tych problemów. To, co należy sprostować, to pozycja generalnego wykonawcy – który obecnie jest pokrzywdzony. Jeżeli nie pomoże się dużym firmom, które realizują projekty o wartości miliardów złotych, to problem przełoży się na budżet państwa. Przedsiębiorstwa te rozważają zerwanie kontraktów i wejście w spory. Konsekwencje tego mogą być poważne. Drugi przetarg na ten sam – realizowany wcześniej kontrakt – może nie mieć niższej ceny i lepszych warunków realizacji. Warto negocjować rozwiązanie tej sytuacji – obie strony powinny być tym zainteresowane – wskazała Cieślowska.

Raport – po III kwartałach w polskiej gospodarce hamuje dynamika, ale nie zmniejsza się liczba niewypłacalności firm

Euler Hermes zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. Dynamika wzrostu liczby niewypłacalności polskich firm spowolniła w III kwartale br., chociaż ich liczba nie ulega zmniejszeniu. Nie jest to efekt czynników zewnętrznych – w tym przede wszystkim dobrej koniunktury makroekonomicznej, ale punktu odniesienia – wysokiej liczby niewypłacalności przed rokiem, jej wzrostu już w II połowie 2017 roku. Wśród przyczyn niewypłacalności dominują te o charakterze strukturalnym – niedopasowanie modelu działalności do bieżących wyzwań rynkowych, a nie te mające charakter bieżący: koniunkturalny, branżowy, czy z otoczenia biznesowego (regulacje prawne, podatkowe etc.).

W ciągu III kwartałów 2018 roku w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 723 przypadkach niewypłacalności polskich przedsiębiorstw wobec 673 za okres trzech kwartałów 2017 roku (wzrost r/r o 7%).

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Kluczowe wnioski:

  • Wysoka baza liczby niewypłacalności w drugiej połowie 2017 roku przyczyną wyhamowywania dynamiki wzrostu liczby niewypłacalności (po pierwszym półroczu różnica r/r wynosiła nawet ponad 20%, w skali niektórych miesięcy nawet blisko 50%).
  • „Niewypłacalności rozłożone w czasie” – większość z analizowanych przypadków niewypłacalności nie mogła być zaskoczeniem, bieżące czynniki makro i mikroekonomiczne były w ich przypadku co najwyżej katalizatorem negatywnych tendencji trwających już od lat.
  • Nie należy więc spodziewać się odwrócenia trendu i spadku liczby niewypłacalności w roku przyszłym – po około 10% wzroście liczby niewypłacalności w całym 2018 roku, trzecim już z kolei roku zwiększania się tej liczby, w roku 2019 ich liczba powinna zwiększyć się o 3%.
  • Budownictwo – dopływ środków na rynek w trakcie sezonu pozwolił jedynie (przy blisko 20% dynamice wzrostu wartości prac budowlanych) na zastopowanie tendencji wzrostu liczby niewypłacalności, ale nie na jej odwrócenie. Trudno w tej sytuacji mówić o hossie budowlanej, na pewno nie widać jej w wynikach firm wykonawczych.

liczba niewypłacalnych firm

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

W sytuacji bezprecedensowego wzrostu gospodarczego w bieżącym roku mieliśmy w tym samym czasie do czynienia ze wzrostem liczby niewypłacalności polskich firm. Dlaczego na wynikach finansowych tych przedsiębiorstw nie wywarł pozytywnego wpływu wzrost PKB, konsumpcji czy ostatni – produkcji budowlanej? Oczywiście – wymieniać można problemy takie jak bardzo konkurencyjny rynek i w efekcie minimalną akumulację kapitału, zwłaszcza przez sektor MSP czy niepewne i krótkotrwałe źródła finansowania (w perspektywie roku dwóch a nie 3 do 5 lat jak na innych rynkach) oraz niezdolność do przełamania schematu niskiej wartości dodanej.

Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.
Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.

Jak ocenia to jednak Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka: „Zanika w pewnym stopniu schemat, że podczas wzrostu gospodarczego, boomu wszyscy rosną przynajmniej o wartość tego wzrostu, a prawdziwe kłopoty ujawniają się dopiero podczas recesji. Niedopasowanie modelu działalności wielu firm do bieżących wyzwań rynkowych jest jednak zbyt duże. Mają one model biznesowy, który się wyczerpał (oparty m.in. na niskich kosztach pracy), albo nie osiągnęły skali, która pozwalałaby im działać z zyskiem na konsolidującym się rynku. Przyczyny są więc generalnie wewnętrzne – leżą po stronie samych firm, w popełnianych błędach czy wyczerpaniu się energii i pomysłów u ludzi, którzy założyli je na początku transformacji ustrojowej. Decydujące jest więc przejście do gospodarki 3.0 a nawet 4.0 – i zazwyczaj zmiana pokoleniowa w biznesie.

liczba niewypłacalnych firm 2

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Budownictwo: wzrost inwestycji, ale nie zysków branży

Efektem bezprecedensowego dopływu środków na rynek jest (jak na razie) zatrzymanie fali wzrostu niewypłacalności firm budowlanych. Tymczasem już w roku ubiegłym liczba ta rosła i była stosunkowo wysoka. Trudno mówić więc o poprawie – a co dopiero o hossie, której nie widać też w wynikach firm budowlanych, nawet tych największych. Systematycznie spada ich rentowność, a w ślad za tym – wycena notowanych spółek budowlanych, która w ciągu 6 miesięcy br. zmniejszyła się o bezprecedensowe 38%. To prawdziwy obraz skali ryzyka wycenionego przez rynek kapitałowy. Kolejną wskazówkę o kondycji sektora będzie można poznać po sezonie budowlanym – gdy zmniejszy się lub ustanie bieżący dopływ środków, ujawniając rzeczywistą płynność finansową firm budowlanych i ich zdolność do regulowania zaległych zobowiązańliczba niewypłacalnych firm 3 liczba niewypłacalnych firm 4 liczba niewypłacalnych firm 5 liczba niewypłacalnych firm 6

Skonsolidowane wyniki finansowe PKN ORLEN w III kwartale 2018 r.

​Historyczny rekord segmentu detalicznego i wzrost udziału sieci Orlen w europejskich rynkach.

PKN ORLEN zakończył III kwartał 2018 roku z wynikiem EBITDA wg LIFO na poziomie 2,4 mld zł. Został on osiągnięty pomimo słabszego otoczenia makroekonomicznego (r/r) związanego ze wzrostem cen ropy oraz ograniczeń produkcyjnych w efekcie realizacji planowanych przestojów remontowych. Rekordowy wynik EBITDA wg LIFO na poziomie 723 mln zł wypracował segment detaliczny, odnotowując jednocześnie wzrost wolumenów sprzedaży o 7% (r/r) oraz wzrost udziałów rynkowych na wszystkich rynkach. W minionym kwartale Koncern sfinalizował transakcję przejęcia 100% udziałów w czeskim Unipetrolu oraz  wypłacił dywidendę za rok 2017, na poziomie 3 zł na akcję. W III kwartale br. do Komisji Europejskiej trafił pakiet analiz, który przybliżył PKN ORLEN do złożenia wniosku o zgodę na zakup akcji Grupy LOTOS.

W III kwartale 2018 roku PKN ORLEN osiągnął:

• 2,4 mld zł EBITDA wg LIFO
• Rekordowy wynik EBITDA wg LIFO segmentu detalicznego na poziomie 723 mln zł
• Wzrost wolumenów sprzedaży w detalu o 7% (r/r)
• Wzrost przychodów o 23% (r/r)
                                                         
W III kwartale 2018 roku odnotowano wzrost średniej ceny ropy Brent o 23 USD/bbl (r/r) oraz spadek modelowej marży downstream o (-) 1,1 USD/bbl (r/r). W tym czasie średni kurs PLN osłabił się względem EUR i USD. Na rynku polskim i litewskim odnotowano wzrost konsumpcji oleju napędowego i benzyny. W Czechach wzrosła konsumpcja oleju napędowego przy stabilnym zapotrzebowaniu na benzynę, natomiast w Niemczech odnotowano spadek konsumpcji obydwu produktów.

Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN
Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN

–  Bardzo dobre wyniki finansowe osiągnięte w III kwartale przez PKN ORLEN, mimo słabszego otoczenia makro, potwierdzają słuszność przyjętej przez nas polityki optymalizacji kosztów, usprawniania zarządzania i wdrażania nowych projektów. Wypracowane przez nas wyniki finansowe dają solidne  podstawy do realizacji  naszych strategicznych projektów – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN. – Warto zauważyć, że po raz kolejny w segmencie detalicznym padł rekord. Miniony kwartał przyniósł w Polsce dalsze zauważalne wzrosty konsumpcji paliw. Jeśli dodamy do tego wzrost osiąganych przez nas marż paliwowych i pozapaliwowych, udowadniamy, że segment detaliczny PKN ORLEN jest znakomicie przygotowany do wykorzystywania szans i trendów rynkowych. O tym, że klienci doceniają ofertę naszego segmentu detalicznego, świadczy również fakt, że w minionym kwartale udało nam się zwiększyć udziały rynkowe we wszystkich krajach, w których funkcjonuje nasza sieć stacji paliw – dodaje  – Prezes Daniel Obajtek.

Segment downstream Koncernu w III kwartale 2018 roku wypracował wynik EBITDA wg LIFO na poziomie 1,8 mld zł. Rezultat został osiągnięty przy ujemnym wpływie makro  oraz niższych wolumenach sprzedaży (r/r). Pogorszenie otoczenia makro (r/r) nastąpiło głównie w efekcie wyższych kosztów zużyć własnych na skutek wzrostu notowań ropy naftowej oraz pogorszenia marż na ciężkich frakcjach rafineryjnych, produktach petrochemicznych, nawozach i PCW, w części kompensowanych wyższymi marżami na produktach paliwowych. Natomiast spadek wolumenów sprzedaży (r/r) to efekt głównie cyklicznego postoju instalacji Steam Cracker w Unipetrol.

Segment detaliczny w III kwartale 2018 roku wypracował rekordowy rezultat EBITDA wg LIFO na poziomie 723 mln zł, co oznacza wzrost o 113 mln zł (r/r). Do dobrego wyniku przyczynił się wzrost wolumenów sprzedaży, łącznie o 7% (r/r), w tym: w Polsce o 5%, w Czechach o 9%, na Litwie o 11% i w Niemczech o 11%. W minionym kwartale Koncern odnotował wzrost udziałów na wszystkich rynkach, w tym o 2,6 pp (r/r) w Czechach, w efekcie pełnego efektu włączenia do sieci stacji paliw przejętych od OMV oraz o 0,4 pp (r/r) w Polsce. W tym czasie kontynuowano również konsekwentny rozwój oferty pozapaliwowej poprzez otwarcie 40 punktów gastronomicznych. Na koniec III kwartału funkcjonowało 1947 punktów, w tym 1631 Stop Cafe w Polsce, 248 Stop Cafe w Czechach, 23 Stop Cafe na Litwie oraz 45 Star Connect w Niemczech. W październiku na MOP Michałowice przy trasie S8 otwarto jedną z najnowocześniejszych stacji benzynowych w Europie, wyposażoną w rozwiązania typu drive-through. Znacząco zwiększają one jakość i szybkość obsługi, pozwalają również na poprawę wydajności oraz optymalizację procesów związanych z funkcjonowaniem stacji.

W III kwartale 2018 roku Koncern odnotował wzrost średniego wydobycia o 0,2 tys. boe/d (r/r). W tym okresie rezultat EBITDA wg LIFO segmentu upstream wyniósł 86 mln zł i był o ponad 60% wyższy niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. W Polsce odkryto złoża gazu Chwalęcin-1K w Wielkopolsce oraz Bystrowice-OU1 na Podkarpaciu. Zrealizowano zbrojenie i testy produkcyjne na otworze Bajerze-2 gdzie potwierdzono akumulację węglowodorów. W III kwartale kontynuowano akwizycję danych 2D i 3D, rozpoczęto też wiercenie otworów Miłosław-6H oraz Komorze-3H. Na aktywach kanadyjskich rozpoczęto wiercenie 6 odwiertów, a 3 odwierty zostały poddane szczelinowaniu. Do produkcji zostały włączone 3 odwierty na obszarze Kakwa oraz Lochend. W rejonie Kakwa kontynuowano rozbudowę instalacji do wstępnego przerobu gazu oraz instalacji do magazynowania wody.

W III kwartale Koncern zredukował poziom zadłużenia netto o 0,6 mld PLN (kw/kw) głównie w efekcie dodatnich wpływów z działalności operacyjnej w wysokości 3,6 mld PLN, redukując jednocześnie poziom dźwigni finansowej do 10,3%, która znajduje się na bezpiecznym, przewidzianym w strategii poziomie.

Mniej niż 10 proc. aktywnych zawodowo Polaków odkłada na dodatkowe emerytury. Przodują w tym 50-60-latkowie

Mniej niż 10 proc. aktywnych zawodowo Polaków odkłada na dodatkowe emerytury. Przodują w tym 50-60-latkowie 3

Na koniec I półrocza 2018 r. liczba prywatnych rachunków emerytalnych IKE i IKZE nie przekraczała 2 mln. Oznacza to, że na dodatkowe emerytury odkłada mniej niż 10 proc. aktywnych zawodowo Polaków. Przodują 50-60-latkowie, natomiast w mniejszości są młodsi, którzy powinni już myśleć o odkładaniu kapitału na przyszłość. Zwłaszcza, że większość Polaków na emeryturze będzie otrzymywać głodowe świadczenia. Oszczędzanie w młodym wieku nie jest łatwe, bo zbiega się w czasie z zakładaniem rodziny czy kupnem pierwszego mieszkania. Ważne jednak, żeby zacząć budować kapitał już na początku zawodowej ścieżki, co pozwoli zabezpieczyć przyszłą emeryturę bez dużych wyrzeczeń.

– Niezależne badania pokazują, że swoją przyszłość na emeryturze planuje 1/3 Polaków, natomiast nie potwierdzają tego dane na temat prywatnych rachunków emerytalnych. Polacy starają się nie myśleć o emeryturze, a jeżeli już, to decydują się na to na kilka lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Drybała, ekspert ds. kluczowych klientów Union Investment TFI.

Według grudniowego raportu OECD („Pensions at a Glance 2017”) pokolenie obecnych 20-latków, którzy rozpoczynają dopiero kariery zawodowe, może liczyć na emerytury w maksymalnej wysokości 38,6 proc. ostatniej pensji – i to pod warunkiem ciągłego zatrudnienia, począwszy od ukończenia 20 lat aż do momentu osiągnięcia ustawowego wieku emerytalnego. Także prognozy ZUS zakładają, że większość Polaków będzie otrzymywać na emeryturze równowartość 40-50 proc. swojej ostatniej pensji. Tak niskie świadczenia emerytalne to skutek demografii – starzejącego się społeczeństwa i niskiej dzietności.

–Statystyki są niepokojące, musimy szukać innych form odkładania na nasze emerytury. Większość z nas zastanawia się na co będzie mieć czas, myśli o podróżach, o spędzaniu czasu z rodziną, realizowaniu swoich marzeń. Natomiast jeżeli będziemy liczyć tylko na świadczenie ZUS – może po prostu nie wystarczyć pieniędzy i czasu, bo na emeryturze będziemy zmuszeni do dodatkowej pracy – zaznacza Grzegorz Drybała.

Ekspert Union Investment TFI podkreśla, że bez systematycznego oszczędzania są niewielkie szanse na zgromadzenie kapitału, który pozwoli uzupełnić ZUS-owską emeryturę. Tymczasem z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że ponad połowa (55 proc.) Polaków nie ma żadnych oszczędności. Na koniec czerwca br. liczba prywatnych rachunków emerytalnych IKE i IKZE nie przekraczała dwóch milionów. To oznacza, że na dodatkowe emerytury regularnie odkłada mniej niż 10 proc. aktywnych zawodowo Polaków. Co istotne, dane KNF pokazują, że najwięcej prywatnych rachunków emerytalnych mają 50-60-latkowie. Osoby przed 40-ką, które powinny już odkładać na przyszłość, są w wyraźnej mniejszości.

– To pokazuje, że z tych kont korzystają w większości osoby, które mają już zbudowany pewien kapitał i szukają dla swoich oszczędności bardziej zyskownych form oszczędzania. Trzeba natomiast pamiętać, że tego typu produkty są dedykowane do regularnego oszczędzania i powinny się nimi zainteresować przede wszystkim osoby, które są na zdecydowanie wcześniejszym etapie swojego życia zawodowego – podkreśla Grzegorz Drybała.

Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego i Indywidualne Konta Emerytalne to instrumenty długoterminowego oszczędzania na emeryturę w ramach dobrowolnego III filara. Można je założyć po ukończeniu 16 roku życia w jednym z kilkudziesięciu banków, domów maklerskich czy towarzystw funduszy inwestycyjnych. Umożliwiają gromadzenie i pomnażanie kapitału na emeryturę, ale są też źródłem ulgi podatkowej. Osoby uzyskujące dochód, osoby fizyczne, przedsiębiorcy, a także emeryci mogą odliczyć wpłaty dokonane na IKZE (w tym roku limit wpłat wynosi 5,331,60 zł) od podstawy opodatkowania, przez co kwota należnego do zapłacenia podatku będzie niższa. Zyskać można nawet 1,7 tys. zł rocznie. Środki zgromadzone na IKZE nie są również obciążone tzw. „podatkiem Belki”, czyli 19-proc. podatkiem od zysków kapitałowych.

– Co ważne, wpłaty na IKE i IKZE nie muszą być dokonywane regularnie, a środki nie są zablokowane i można z nich skorzystać w każdym momencie, nawet przed osiągnięciem wymaganego wieku emerytalnego. W regularnym oszczędzaniu najważniejsze jest jednak, żebyśmy zaczęli robić to jak najwcześniej i byli w tym konsekwentni. Oszczędzanie w młodym wieku, np. przed trzydziestką, jest trudne, ponieważ mamy wtedy duże potrzeby, a perspektywa emerytury jest dość odległa. Większość z nas zakłada w tym czasie rodzinę, kupuje mieszkanie czy chce podróżować. Ważne jednak, żeby starać się budować swój kapitał już na początku życia zawodowego, bo dzięki temu uzbieramy odpowiednią kwotę bez niepotrzebnych wyrzeczeń – podkreśla Grzegorz Drybała, ekspert ds. kluczowych klientów Union Investment TFI.

Afryka to prężnie rosnąca gospodarka i perspektywiczny kierunek dla polskich firm. Niezbędne rządowe wsparcie i instrumenty podziału ryzyka

Afryka to prężnie rosnąca gospodarka i perspektywiczny kierunek dla polskich firm. Niezbędne rządowe wsparcie i instrumenty podziału ryzyka 4

Kontynent afrykański to jeden z największych importerów żywności, którego gospodarka opiera się na słabo zmechanizowanym rolnictwie, co daje pole do popisu przedsiębiorstwom z sektora maszyn czy rolno-spożywczego. Potencjał afrykańskiego rynku dostrzegły już m.in. Chiny, ale firmy z Polski również coraz bardziej interesują się egzotycznym kierunkiem ekspansji. Prezes spółki Feerum – która realizuje w Tanzanii inwestycję wartą ponad 110 mln zł – podkreśla jednak, że działalność w Afryce wiąże się z wieloma wyzwaniami. Bez wsparcia rządu oraz instytucji finansujących ryzyko fiaska jest bardzo duże. 

Spółki, które rozpoczynają ekspansję na rynku afrykańskim, muszą wiedzieć, że dużym wyzwaniem są różnice formalno-prawne, podatkowe i trudności związane z każdą sferą prowadzenia działalności gospodarczej, choćby z innym odczytem upływającego czasu, bo na rynku afrykańskim odbywa się to trochę inaczej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Daniel Janusz, prezes zarządu Feerum S.A.

Afryka to prężnie rosnąca gospodarka i bardzo perspektywiczny kierunek dla polskich firm. Z prognoz Banku Światowego przytaczanych przez PAIH wynika, że do 2025 roku większość krajów afrykańskich osiągnie status państw o średnim dochodzie (powyżej 1 tys. dolarów na mieszkańca rocznie). Według MFW w ciągu najbliższych czterech lat średni wzrost PKB będzie oscylować wokół 4 proc. Obok szybkiego wzrostu gospodarczego, inwestorom sprzyja też przyrost demograficzny. Kontynent zamieszkuje 1,2 mld ludzi, ale liczba ta szybko rośnie.

– Spodziewamy się, że do 2050 roku przybędzie w Afryce około miliarda ludzi – mówi Daniel Janusz.

Prezes Feerum zwraca uwagę, że potencjał afrykańskiego rynku dostrzegły już m.in. Chiny. Tamtejsi inwestorzy coraz silniej zaznaczają swoją obecność na tym kontynencie.

– Widzimy, że w ekspansji zagranicznej przodują Chiny, które mocno wchodzą na ten rynek. Polskie firmy też mają na to szanse, choćby z tego względu, że jest to jedna strefa czasowa, a polski klimat nie odbiega tak mocno od klimatu w strefie Afryki Subsaharyjskiej. U nas ostatni rok to susza, większa nawet niż w niektórych częściach Afryki. Jednak żeby mieć taką zieleń jak w Tanzanii czy Zambii, musielibyśmy mocno nawozić grunty, aby osiągnąć ten sam poziom – mówi Daniel Janusz.

Konkurencja na polskim i europejskim rynku skłania firmy do poszukiwania nowych kierunków rozwoju. Stąd coraz więcej polskich przedsiębiorstw interesuje się Afryką. W 2017 roku kenijskie biuro PAIH obsłużyło w sumie 120 zapytań polskich firm z takich sektorów jak przetwórstwo żywności, budownictwo, meble, motoryzacja czy przemysł farmaceutyczny oraz zorganizowało 20 wizyt studyjnych, głównie dla polskich firm medycznych zainteresowanych wejściem do Kenii, która jest uważana za bramę na rynki Afryki Wschodniej. Do maja tego roku liczba zapytań polskich firm wzrosła już do 250.

– Rynkiem afrykańskim należy się zająć i to w każdej dziedzinie. On wymaga większej pracy, są trudności wynikające m.in. z braku wcześniejszej współpracy. Nie mamy zbyt dużego doświadczenia we współpracy poprzez rządy czy jednostki finansujące. Dlatego na tutejszym rynku duże znaczenia ma determinacja. Trzeba indywidualnie ocenić, czy branże, w które zamierza się inwestować, mają szanse dalszego rozwoju – mówi Daniel Janusz.

Do ekspansji w Afryce polskie firmy – zarówno te duże, jak i MŚP – zachęca PAIH. Jednocześnie eksperci podkreślają, że do inwestycji na egzotycznym rynku trzeba się dobrze przygotować, m.in. znaleźć partnera i zadbać o ubezpieczenie inwestycji. Afryka to z jednej strony szanse, ale i zagrożenia, które przedsiębiorcy z Polski muszą wziąć pod uwagę, planując ekspansję. Na kontynencie jest ponad 50 różnych państw o całkowicie odmiennej specyfice, zwyczajach, kulturze, biurokracji. Dużym zagrożeniem jest utrzymująca się korupcja i zmienność polityczna oraz zbrojne konflikty w niektórych regionach kontynentu.

Kluczowe znaczenie mają oczekiwania firm dotyczące wsparcia od polskiego rządu. Start działalności na tamtejszych rynkach bez wsparcia jednostek związanych z rządem czy instytucjami finansującymi w zasadzie nie ma szans na pozytywny finał. W tym momencie można działać wspólnie z bankami, które otwierają się na powiększenie swojego udziału w ryzyku inwestycji na tamtych rynkach. Jako Polska jesteśmy na początku tej drogi – podkreśla Daniel Janusz.

Wsparcie polskiego biznesu w ekspansji na terenie Afryki i zwiększenie wymiany handlowej to cel rządowego programu GoAfrica, który od pięciu lat realizuje Polska Agencja Inwestycji i Handlu. Pomaga on przedsiębiorcom m.in. w zbadaniu potencjalnego rynku i kanałów dystrybucji, zdobyciu kontaktów lokalnych, weryfikacji partnerów biznesowych, przygotowaniu firm do udziału w targach czy spotkaniach biznesowych. PAIH ma swoje przedstawicielstwa w Kenii, a od czerwca br. również w Kairze. W najbliższych miesiącach ma powstać jeszcze siedem biur w Afryce (w Maroko, Algierii, Etiopii, RPA, Nigerii, Senegalu i na Wybrzeżu Kości Słoniowej), docelowo będzie ich dziewięć.

W Afryce od lat obecne są także polskie przedsiębiorstwa m.in. z branży stoczniowej, rafineryjnej czy przetwórstwa spożywczego. Na tamtejszym rynku działa m.in. polski Ursus – producent ciągników, Asseco Poland, Pamapol, Mokate, Pietrucha Group czy producent naczep Wielton. W tym roku realizację inwestycji za ponad 110 mln zł (33 mln dolarów) w Tanzanii rozpoczęła również spółka Feerum. Firma wybuduje pięć kompleksów silosów zbożowych i obiektów magazynowych oraz zrewitalizuje już istniejące magazyny.

Nasz wewnętrzny rynek jest płaski, ze względu na zmniejszającą się liczbę ludności ma ograniczone możliwości rozwoju. Stąd też ekspansja na inne rynki ma dla nas kluczowe znaczenie. Takie było też założenie spółki, od samego początku chcieliśmy eksponować na rynki zagraniczne. W ostatnich latach,  kiedy ruszył program Go Africa, zaczęliśmy zajmować się analizą tego rynku, oceną jego głębokości i przyszłością naszych realizacji w Afryce – mówi prezes Feerum.

Polski producent ma wybudować w Tanzanii silosy i magazyny do przechowywania ok. 190 tys. ton ziarna, głównie kukurydzy. Dla tamtejszego rządu inwestycja ma strategiczne znaczenie, ponieważ duża część corocznych zbiorów gnije ze względu na wysokie temperatury i porę deszczową. Nowa infrastruktura przyczyni się do poprawy wydajności sektora rolniczego. Finansowanie inwestycji pochodzi w całości z kredytu udzielonego Tanzanii przez polski rząd, a na potrzeby projektu spółka Feerum zarejestrowała oddział na tamtejszym rynku.

– To świetny moment, żeby wskoczyć na rynek, który jest jeszcze nieokiełznany. Weszliśmy na rynek tanzański, otworzyliśmy tam oddział, mamy zarejestrowaną spółkę i licencję, czyli możemy budować obiekty przemysłowe na terenie Tanzanii. Wysłaliśmy tutaj najlepszych inżynierów i maszyny budowlane za blisko 3 mln dol. – mówi Daniel Janusz.

Polska firma liczy, że Tanzania może stanowić dla niej bramę do innych afrykańskich rynków. Obecnie 40 proc. wyprodukowanej w Afryce żywności marnuje się z powodu złych metod zbioru oraz przechowywania. Tymczasem szacuje się, że zapotrzebowanie na zboże na tym kontynencie wzrośnie o ponad 330 proc. do 2050 roku.

Kobiety stanowią tylko 11 proc. zatrudnionych w branży cyberbezpieczeństwa. Zarabiają mniej niż mężczyźni

Kobiety stanowią tylko 11 proc. zatrudnionych w branży cyberbezpieczeństwa. Zarabiają mniej niż mężczyźni 5

Kobiety w cyberbezpieczeństwie powinny być bardziej widoczne i częściej wychodzić przed szereg, a praca w tej branży ma im wiele do zaoferowania – uważa Mary-Jo de Leeuw, wiceprezes Women in Cyber Security Foundation. Jak na razie, kobiety w cyberbezpieczeństwie – podobnie jak w całym sektorze IT – są niedoreprezentowane, stanowiąc jedynie ok. 11 proc. wszystkich pracowników i zarabiając mniej niż mężczyźni. Zdaniem ekspertów, to jednak będzie musiało się zmienić, ponieważ liczba wolnych wakatów w branży sięga nawet 300 tys. Przyciągnięcie do zawodu większej liczby kobiet jest już koniecznością.  

Świat musi stać się miejscem bezpiecznym cyfrowo. W tym celu wszyscy powinniśmy trzymać się razem – zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Wszyscy musimy czuć się częścią misji, jaką jest zapewnienie cyberbezpieczeństwa. Kobiety odgrywają w niej istotną rolę, umożliwiając realizację wspólnie przyjętych celów i pomagając w tym innym kobietom – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mary-Jo de Leeuw, współzałożycielka i wiceprezes Women in Cyber Security Foundation, zwyciężczyni Cybersecurity Excellence Award 2018.

Z badania przeprowadzonego w ubiegłym roku przez Frost&Sullivan dla ISC oraz Centre for Cyber Safety and Education wynika, że kobiety stanowią raptem 11 proc. pracowników zatrudnionych w branży cyberbezpieczeństwa na całym świecie i taka sytuacja utrzymuje się od 2013 roku. Ponad połowa z nich spotkała się w pracy z jakąś formą dyskryminacji. Kobiety w cyberbezpieczeństwie zarabiają nawet 1/5 mniej niż mężczyźni na tych samych stanowiskach – podkreślili autorzy badania. Co więcej, mężczyźni zatrudnieni w tej branży mogą liczyć na awans 9-krotnie częściej niż kobiety.

Eksperci podkreślają, że braki kadrowe w cyberbezpieczeństwie na całym świecie sięgają ok. 300 tys. wolnych wakatów, dlatego konieczne jest zrównanie szans kobiet i mężczyzn oraz przyciągnięcie do zawodu większej liczby kandydatek. Mary-Jo de Leeuw ocenia, że kobiety w tej branży powinny być również bardziej widoczne.

Kobiety powinny wyjść przed szereg, narobić trochę szumu i pokazać, na co je stać. Jest wśród nas wiele kobiet, również matek, więc jeśli chcą zaistnieć w tym obszarze, mogą wystąpić w mediach, na forum publicznym, dostać się na scenę i zwyczajnie przemówić do tłumów – mówi Mary-Jo de Leeuw.

Jak podkreśla, praca w sektorze cyberbezpieczeństwa ma wiele zalet. Stwarza możliwości rozwoju, zapewnia wyzwania i przede wszystkim – jest ciekawa, dlatego dla młodych kobiet w IT jest to warta polecenia ścieżka kariery.

Z technologicznego punktu widzenia praca w obszarze cyberbezpieczeństwa oznacza, że jest się na szczycie świata. Wie się dokładnie, co dzieje się w danym momencie oraz jest się na bieżąco z wszystkimi innowacjami i nowinkami technologicznym. To jest naprawdę przyjemna część tej pracy – mówi Mary-Jo de Leeuw.

Niedostateczna liczba kobiet to problem nie tylko cyberbezpieczeństwa, ale i całego sektora IT. Z danych Komisji Europejskiej wynika, że kobiety stanowią zaledwie ok. 30 proc. pracowników IT w Europie. Natomiast w Polsce – jak wynika z raportu „Kobiety w IT 2018” Fundacji Carrots – 53 proc. kobiet zatrudnionych w IT uważa, że kobiecie trudniej niż mężczyźnie jest poradzić sobie w branży nowych technologii. Połowa z nich ocenia też, że zarabiają mniej niż mężczyźni na tych samych stanowiskach. Mimo to aż 72 proc. kobiet zatrudnionych w branży IT jest zadowolonych ze swojej pracy.

Mary-Jo de Leeuw to współzałożycielka i wiceprezes Women in Cyber Security Foundation (WiCS), która wspiera kontakty między kobietami specjalizującymi się w różnych dziedzinach cyberbezpieczeństwa (badania, programowanie, polityka, architektura, projektowanie, zarządzanie, etc.). Fundacja łączy kobiety, które mają takie same zainteresowania i ambicje związane z bezpieczeństwem cybernetycznym. Mary-Jo de Leeuw jest specjalistą ds. cyberbezpieczeństwa i innowacji oraz partnerem zarządzającym RevNext, a także założycielką platformy „Internet of Toys”, której celem jest uregulowanie rynku i kwestii bezpieczeństwa zabawek podłączonych do sieci.

Z zaawansowanym rakiem piersi można żyć jak z chorobą przewlekłą. Pacjentkom w Polsce brakuje jednak nowych terapii

Z zaawansowanym rakiem piersi można żyć jak z chorobą przewlekłą. Pacjentkom w Polsce brakuje jednak nowych terapii 6

Każdego roku rak piersi jest diagnozowany u ok. 18 tys. Polek. U co trzeciej pacjentki następuje progresja do stadium zaawansowanego, u ok. 5–10 proc. z nich rak piersi jest rozpoznawany dopiero wtedy, gdy daje przerzuty do innych organów. Dzięki nowym metodom leczenia coraz częściej można z zaawansowanym rakiem piersi żyć jak z chorobą przewlekłą, jednak w Polsce dostępność do nowoczesnych terapii dla pacjentek z chorobą rozsianą wciąż jest ograniczona. Dlatego kobiety te wymagają szczególnego wsparcia. Fundacja OnkoCafe prowadzi kampanię „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa”, w której zwraca uwagę na potrzebę wsparcia pacjentek przez system ochrony zdrowia, społeczeństwo, a w sposób szczególny – także przez mężczyzn. 

Na przestrzeni ostatnich 10–15 lat dostrzegalny jest postęp w leczeniu zaawansowanego raka piersi, ale z pewnością jest on nadal niewystarczający, zarówno jeśli chodzi o oczekiwania lekarzy, jak i pacjentek, które chorują na rozsianego raka piersi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. med. Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld z Kliniki Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej w Centrum Onkologii w Warszawie.

Każdego roku rak piersi jest diagnozowany u ok. 18 tys. Polek. Prawie połowa z nich (ok. 5 tys.) umiera, ponieważ choroba jest wykrywana zbyt późno. U ok. 5–10 proc. pacjentek nowotwór rozpoznawany jest dopiero wówczas, gdy choroba daje przerzuty do innych organów. Rozpoznanie zaawansowanego raka piersi jest równoznaczne ze stwierdzeniem choroby nieuleczalnej.

Mimo postępu medycyny pogłębia się dysproporcja w dostępie do skutecznych i nowych metod leczenia. W przypadku chorych na uogólnionego HER2-ujemnego hormonozależnego raka piersi najbardziej znaną i stosowaną od ponad kilkunastu lat metodą leczenia jest hormonoterapia. Chemioterapia, która bardzo obciąża organizm, jest konieczna tylko w wąskich, uzasadnionych przypadkach.

Polskie pacjentki mają w tej chwili dostęp do wielu metod skutecznego leczenia, kiedy chorują na rozsianego raka piersi. Natomiast istnieją takie terapie, które w Polsce nie są jeszcze refundowane. Ostatnio wiele wydarzyło się w zakresie leczenia hormonozależnego, HER2-negatywnego raka piersi. Pojawiły się nowe leki wydłużające okres, przez który pacjentka może być leczona hormonoterapią, czyli stosunkowo mało toksyczną metodą. Natomiast w Polsce te leki wciąż są nierefundowane. Niestety, ceny są na tyle wysokie, że pacjent sam nie jest w stanie ich sobie kupić, chociaż są dostępne w aptece – podkreśla dr n. med. Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld.

Obecnie w Polsce nie jest refundowana żadna z terapii z wykorzystaniem leków z grupy inhibitorów CDK4/6, które poprawiają skuteczność hormonoterapii. Z drugiej strony dostęp do refundacji tej grupy leków, mają mieszkanki m.in. Austrii, Niemiec, Danii, Holandii, Norwegii, Szwecji, Słowenii, Szwajcarii czy Islandii. Eksperci podkreślają, że brak refundacji nowych terapii jest jednym z kluczowych problemów Polek chorych na uogólnionego raka piersi.

– Dostępność do technologii i nowych leków w Polsce następuje z ogromnym opóźnieniem w porównaniu do innych krajów europejskich – w tym również tych, które przebyły podobną drogę co Polska i są na podobnym poziomie. Jeżeli jakiś lek nie jest refundowany w Polsce, ale jest dostępny w Niemczech czy we Francji, to można jeszcze zrozumieć. Natomiast jeżeli jest on refundowany w Bułgarii, Rumunii, na Węgrzech i w Czechach, to trudno pojąć, dlaczego tak się dzieje – dodaje prof. Tadeusz Pieńkowski, prezes Polskiego Towarzystwa do Badań nad Rakiem Piersi.

40 proc. pacjentek zgłasza występowanie codziennego bólu i dyskomfortu związanego z zaawansowanym rakiem piersi. Dlatego terapia w stadium zaawansowanym koncentruje się na poprawie jakości życia kobiet zmagających się z chorobą.

Prof. Tadeusz Pieńkowski podkreśla, że w polskim systemie leczenia chorych na raka piersi potrzeba lepszej organizacji, wiedzy i edukacji oraz dodatkowych pieniędzy. Wielkim problemem pozostaje też poczucie wykluczenia i stygmatyzacji, z którym borykają się pacjentki.

– Pacjentki z zaawansowanym rakiem piersi potrzebują poczucia bycia zaopiekowaną przez system i państwo, któremu wiele lat służyły, pracowały, płaciły podatki i ZUS. Teraz czują się osamotnione – mówi Anna Kupiecka, prezes Fundacji OnkoCafe. – Potrzebują też dużo wsparcia emocjonalnego, od bliskich. Rodzina, przyjaciele, współpracownicy nie wiedzą, jak się zachować, dlatego trochę odczarowujemy ten temat tabu. Od kilku lat mówimy głośno o tym, że taki problem istnieje i trzeba przestać się go bać, ponieważ pomocy potrzebują zarówno kobiety chore, jak i ich bliscy.

Fundacja OnkoCafe wystartowała z trzecią już edycją kampanii „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa”. Akcja skupia się szczególnie na wsparciu kobiet zmagających się z zaawansowanym rakiem piersi, które żyjąc w cieniu choroby, są niewidzialne dla społeczeństwa i systemu. Projekt skierowany jest zarówno do kobiet, jak i do mężczyzn, których kampania ma zachęcić do włączenia się m.in. w profilaktykę raka piersi, ale również zwiększyć świadomość wagi wsparcia, którego potrzebują kobiety chore na zaawansowanego raka piersi. W ubiegłym tygodniu miała miejsce premiera kalendarza „Power of community 2019”, w którym wystąpiło 12 mężczyzn. Całkowity dochód z tegorocznego kalendarza przeznaczony jest na wsparcie kobiet z zaawansowanym rakiem piersi i ich bliskich.

Kalendarz ma zwrócić uwagę na problem, jakim jest zbyt późne zgłaszanie się kobiet na badania. Codzienna praca fundacji pokazuje, że wciąż niewielu mężczyzn ma wiedzę na temat nowotworów piersi, a my chcemy to zmienić. Nasz kalendarz z jednej strony pokazuje kobietom, że mężczyźni są silni i odważni, że można na nich liczyć. Z drugiej strony, dajemy mężczyznom instrukcję, jak rozmawiać z kobietą na trudne tematy oraz przede wszystkim jak badać piersi. Myślę, że pierwszą rzeczą, jaką my mężczyźni możemy zrobić, jest stworzenie kobietom poczucia bezpieczeństwa. Pokazujemy że jesteśmy przy nich, bez względu na to, co się stanie i że mogą na nas liczyć – mówi Jakub Popławski, twórca kalendarza „Power of Community 2019”.

– Zdecydowałam się zostać ambasadorką tej kampanii, dlatego że wierzę w profilaktykę. Kobiety chorują coraz częściej, a ten projekt może sprawić, że będą się też częściej badały. Kalendarz jest piękny, bardzo kobiecy, mimo że są w nim sami mężczyźni. Myślę, że pokazuje piękno nie tylko ludzkiego ciała, lecz także ludzkiej duszy – dodaje Daria Ładocha, ambasadorka kampanii „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa”.

Kalendarz można kupić na stronie www.breastfit.onkocafe.pl.

Żywność roślinna coraz częściej króluje w restauracjach. To zmienia nawyki żywieniowe Polaków

Żywność roślinna coraz częściej króluje w restauracjach. To zmienia nawyki żywieniowe Polaków 7

Na polskim rynku przybywa wegetariańskich i wegańskich restauracji. Specjalne menu dla osób, które wykluczyły z diety mięso i inne produkty pochodzenia zwierzęcego, wprowadzają też tradycyjne restauracje serwujące mięso. Wpływa na to większa świadomość żywieniowa Polaków oraz duża dostępność produktów roślinnych. Coraz większa oferta w tym zakresie powoduje, że więcej konsumentów jest gotowych ograniczyć spożycie mięsa. Ponad połowa Polaków deklaruje, że częściej zastępują produkty pochodzenia zwierzęcego produktami roślinnymi ​– wynika z danych RoślinnieJemy.

Potencjał żywności roślinnej jest ogromny. Jest ona wymieniana jako jeden z największych obecnie trendów w branży HoReCa. Widać to chociażby na podstawie danych plasujących Warszawę jako trzecie miejsce na świecie pod względem liczby wegańskich restauracji. Wyprzedzają nas pod tym względem tylko Los Angeles i Berlin. To pokazuje niesamowity ruch społeczny w samej Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Tarkowski, dyrektor F&B w restauracji Concordia Taste.

Jak podkreśla, dynamiczny wzrost liczby restauracji dla osób, które wykluczyły mięso ze swojej diety, widać również w Poznaniu.

Jest tu bardzo dużo odradzających się dzielnic, w których powstaje wiele nowych konceptów stricte wegańskich lub wegetariańskich – mówi Tomasz Tarkowski. – Żywność roślinna to produkt bardzo dostępny, nieobarczony wysokimi marżami, tworzony przez młodych ludzi, którzy utożsamiają się z tą marką.

Dostęp do produktów roślinnych będzie jeszcze łatwiejszy dzięki zmianom w prawie, które umożliwią rolnikom bezpośrednią sprzedaż do restauracji.

Umożliwia to zrezygnowanie z pośredników i uczynienie tych dóbr bardziej dostępnymi dla restauracji, dla odbiorców detalicznych – mówi Tarkowski.

Pojawiające się jak grzyby po deszcze nowe restauracje wegańskie czy wegetariańskie oraz coraz większa oferta sklepów w tym zakresie to odpowiedź na zmieniające się nawyki żywieniowe Polaków. Jak wynika z badań Mintel, co trzeci polski konsument eliminuje z codziennych posiłków mięso czerwone, a 19 proc. – nabiał. Eksperci spodziewają się, że odsetek ten będzie rósł.

– W perspektywie 10 lat 3/4 klientów restauracji i sklepów będą to milenialsi i generacja Z, czyli osoby, które obecnie mają dużą świadomość co do sposobu i jakości żywienia, która przekłada się na ich styl życia – mówi Tomasz Tarkowski.

Produkty wegetariańskie rewolucjonizują dietę ludzi na całym świecie. Jak podaje Instytut im. Heinricha Bölla, na przestrzeni minionych 50 lat zarówno produkcja, jak i konsumpcja mięsa zmieniła się diametralnie. Przykładowo, w 1950 roku statystyczny Brytyjczyk zjadał 20 g drobiu i 250 g wołowiny na tydzień. Obecnie je 250 g drobiu i zaledwie 120 g wołowiny tygodniowo. Równolegle obserwuje się, że coraz większy odsetek ludzi na świecie świadomie ogranicza spożycie mięsa oraz wędlin.

 W samej restauracji jako standardowe nasze rozwiązania propagujemy już alternatywy wegetariańskie, na życzenie także wegańskie. Wychodzimy więc naprzeciw potrzebom rynku, który determinuje nasze działania, z takimi inicjatywami jak roślinne poniedziałki czy stałe opcje wegetariańskie w menu regularnym – mówi Tomasz Tarkowski.

Istotny wkład w popularyzację produktów wegetariańskich w ostatnim czasie ma nowa piramida żywienia i Światowa Organizacja Zdrowia WHO. Jak opisuje serwis dietetyczny cookandlife.pl, spośród produktów spożywczych najważniejsze są warzywa i owoce, które wskoczyły na pierwsze miejsce wśród grup produktów zalecanych do spożycia. Zdeklasowały tym samym zboża, które w poprzedniej piramidzie zajmowały pierwsze miejsce. Dziennie powinno się spożywać co najmniej 400 gramów warzyw i owoców. Mięso jest dopiero na piątym miejscu i ma to być co najwyżej dodatek do warzyw.

Za podążającymi trenami idą także rolnicy i naukowcy.

– Studenci UW pracują nad wegańskim jogurtem. To świetna alternatywa dla jogurtu pochodzenia zwierzęcego, która będzie bazować na zbożach. Proso będzie generatorem tego jogurtu. Innym przykładem jest szukanie rozwiązań w zakresie roślinnego białka, które jest obecnie szeroko wykorzystywane w tofu, czyli białka sojowego. Już jest opatentowany i wdrażany sposób wykorzystania białka z rzepaku, czyli produktu ogólnie dostępnego, lokalnego, który niezmiernie wpłynie na odbiór, dostępność i spopularyzowanie diet wegańskich, diet roślinnych­ – podkreśla ekspert.

Polacy opracowali technologię tagowania w materiałach filmowych. To rewolucja w reklamie, pozwalająca na zakupy bezpośrednio w wideo

Polacy opracowali technologię tagowania w materiałach filmowych. To rewolucja w reklamie, pozwalająca na zakupy bezpośrednio w wideo 8

Interaktywność może być głównym kierunkiem rozwoju wideo w najbliższych latach. Już teraz Instagram testuje możliwość oznaczania osób i produktów w materiałach filmowych. Zaawansowaną technologią tagowania wideo dysponuje także polska firma, która właśnie uruchamia pierwszy duży projekt. Dzięki tagom wideo, marki mogą notować zwiększoną sprzedaż. Interaktywne wideo może być jednak przydatne również w akcjach charytatywnych. Niemal 90 proc. marketerów planuje w najbliższym czasie wykorzystać elementy interaktywne w kampaniach reklamowych.

– Technologia Tagmax pozwala internaucie na oglądanie materiału wideo, który zawiera różne elementy interaktywne, taki jak możliwość dokonania zakupu, dowiedzenia się więcej o wyświetlanym aktualnie przedmiocie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Radosław Sosnowski, członek zarządu FreeTiVi.

Platforma Tagmax umożliwia dodawanie do filmów tagów pozwalających np. dokonać zakupu wyświetlanego na filmie produktu, pobrać pliki z dodatkowymi informacjami uzupełniającymi treść materiału czy wyświetlić dodatkowe komentarze w formie wyskakującego okienka. Jak przekonują twórcy platformy, 67 proc. odbiorców wypróbowuje interaktywne narzędzia, a dodatkowe treści zamieszczone w filmie generują współczynnik klikalności na poziomie 16 proc.

– Każdy może wziąć dowolne wideo i wymyślić sobie do tego taką interaktywność jakiej oczekuje, wejść w reakcję z widzem. Można np. oglądając Jamesa Bonda, bezpośrednio w filmie kupić Astona Martina, którym on jeździ. Oczywiście trzeba mieć tego Astona Martina na sprzedaż bądź mieć landing page do informacji. Robi się z tego pop-up store, czyli coś, co może wyskoczyć na stronie internetowej np. portalu zasięgowego i w tym może się pojawić informacja, którą chcemy pokazać, czy towary, które chcemy sprzedać – tłumaczy ekspert.

Technologia dostarczana przez polski start-up została wykorzystana już przez Program 3 Polskiego Radia do przeprowadzania głosowania w talent show „StartNaGranie”. To pierwszy w historii konkurs, w którym na uczestników głosuje się kupując ich muzykę bezpośrednio z poziomu nagrania. Oddanie głosów na wybranych artystów polega na zakupie ich piosenki za określoną kwotę. Aby kupić piosenkę trzeba użyć przycisku „GŁOSUJ” widocznego na interaktywnym wideo z występu. Wybór kwoty ma wpływ na jego pozycję w konkursie.

Interaktywne wideo sprawdza się również w przypadku charytatywnych zbiórek pieniędzy. Mended Little Hearts to film, którego bohaterem jest Max, dziecko z wadą serca. Dzięki interakcji polegającej na wpłacie zadeklarowanej kwoty odbiorca ma możliwość kształtowania świata, w jakim żyje animowany bohater. Zerowa wpłata to sterylne, białe otoczenie, w którym Max nie czuje się dobrze. W zależności od sumy przekazywanych pieniędzy, w świecie bohatera mogą pojawić się przyjaciele, zwierzęta czy kolorowe otoczenie. Ostatni kadr filmu to zdjęcie rodziny prawdziwego Maxa, który żyje dzięki pomocy ofiarodawców.

– Tagi wideo to jest coś, czego brakowało do tej pory filmom. Teraz już każdy ma telefon z płaskim ekranem dotykowym. Proszę mi powiedzieć, że komukolwiek oglądając YouTube nie brakuje możliwości kliknięcia, żeby dowiedzieć się więcej o wykonawcy piosenki, albo zobaczyć jaką bluzkę ma właśnie ta pani. To absolutnie naturalny kierunek rozwoju – przekonuje Radosław Sosnowski.

Interaktywne wideo testują już największe platformy społecznościowe. Serwis Instagram rozpoczął testy funkcji oznaczania osób i produktów na filmikach. Niedawno Facebook uruchomił platformę Watch, agregującą wszystkie filmowe materiały z serwisu. Kwestią czasu jest dodawanie innowacyjnych funkcji, takich jak tagowanie w materiałach wideo.

– Przyszłość technologii wideo idzie w kierunku interaktywności. To jest absolutnie normalne i zrozumiałe patrząc na wszystko, co się dzieje ze stronami internetowymi i ze wszystkim, co mamy dookoła. Kierunek dla mnie jest pewien. To klikalne wideo – przewiduje Radosław Sosnowski.

Z danych zebranych przez Adobe wynika, że do końca 2018 roku 88 proc. marketerów planuje wdrożyć kampanie zawierające interaktywne elementy, takie jak linki, przyciski czy quizy. W ocenie analityków dodanie warstwy interaktywnej może poskutkować pięciokrotnym zwiększeniem współczynnika konwersji. Z raportu DemandGen wynika, że 91 proc. kupujących w modelu B2B preferuje treści interaktywne i wizualne.

Bezprzewodowy stetoskop pozwoli zbadać dziecko bez wychodzenia z domu. Wykrywa zapalenie płuc skuteczniej od lekarzy pierwszego kontaktu

Bezprzewodowy stetoskop pozwoli zbadać dziecko bez wychodzenia z domu. Wykrywa zapalenie płuc skuteczniej od lekarzy pierwszego kontaktu 9

Inteligentny stetoskop wykrywa zapalenie płuc trzy razy bardziej skutecznie niż lekarze interniści – twierdzą twórcy urządzenia StethoMe. Wystarczy przyłożyć urządzenie do klatki piersiowej dziecka, by otrzymać odczyt obecnych w niej dźwięków. Za pomocą mobilnego sprzętu można także bezinwazyjnie zmierzyć np. temperaturę. Opracowywane dzięki sztucznej inteligencji wyniki pozwolą błyskawicznie reagować na każdy problem ze zdrowiem dziecka, lecz będą także wiarygodną dokumentacją dla lekarza. Bezprzewodowy stetoskop ma być dostępny na polskim rynku w 2020 roku.

– StethoMe to elektroniczny, inteligentny domowy stetoskop, czyli malutkie urządzenie, które chcemy aby docelowo znalazło się w każdym domu. Chcemy aby w przypadku jakichkolwiek problemów zdrowotnych z dzieckiem, rodzic miał możliwość przyłożenia stetoskopu do klatki piersiowej dziecka, urządzenie nagra dźwięki, nasz moduł sztucznej inteligencji je przeanalizuje i poinformuje rodzica czy z dzieckiem dzieje się coś złego – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Wojciech Radomski, prezes zarządu StethoMe.

Stetoskop to urządzenie znane medycynie od ponad dwustu lat i wykorzystywane w diagnostyce schorzeń z obszaru klatki piersiowej, serca i jamy brzusznej. Do tej pory używali go jedynie lekarze, gdyż osoby bez wykształcenia medycznego nie są w stanie prawidłowo interpretować przekazywanych przez stetoskop dźwięków.

Dzięki poznańskim naukowcom, stetoskop może znaleźć się w wyposażeniu apteczki każdego domu. Nowoczesne urządzenie składa się wyłącznie z głowicy wyposażonej w monitor wyświetlający komunikaty dla pacjenta. Urządzenie wykorzystuje zaawansowane rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji w całości zaprojektowane przez polskich naukowców.

– Urządzenie składa się z ponad 170 małych komponentów elektronicznych, które współpracuje ze smartfonem, ze smartfona dane są wysyłane na nasz serwer, gdzie są analizowane przez ten moduł sztucznej inteligencji – mówi Wojciech Radomski.

Nowoczesny stetoskop ma niewielkie rozmiary i jest łatwy w użyciu. Dzięki niemu rodzice, zaniepokojeni stanem zdrowia dziecka, mogą szybko sprawdzić, czy ich obawy są słuszne. Wystarczy przyłożyć stetoskop do klatki piersiowej malucha – urządzenie zarejestruje dźwięki, przeanalizuje je za pomocą sztucznej inteligencji, a następnie poinformuje rodzica, czy z dzieckiem dzieje się coś niedobrego. Inteligentny stetoskop umożliwia też przesłanie tych danych lekarzowi, który decyduje o dalszym postępowaniu.

– Nie jest to tylko rozwiązanie dla rodzica. Jest to również źródło bardzo cennych informacji dla lekarza. Dzięki ciągłemu monitoringowi i dodatkowym informacjom, które zbieramy, lekarz będzie miał możliwość postawienia lepszej, dokładniejszej diagnozy – przekonuje prezes zarządu StethoMe.

Twórcy inteligentnego stetoskopu przekonują, że jest on znacznie bardziej skuteczny niż przeciętny lekarz pierwszego kontaktu. Powołują się przy tym na badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych, które pokazały relatywnie niską efektywność wykrywania zapalenia płuc przez internistów. Średnia skuteczność lekarzy pierwszego kontaktu w interpretacji dźwięków charakterystycznych dla tej choroby wyniosła zaledwie 25 proc.

– Nasze rozwiązanie już na dzień dzisiejszy, mimo, że nie jest jeszcze wprowadzone na rynek, ma skuteczność rzędu 80 proc. Nadal pozostaje 20 proc. możliwości pomyłki, ale wykrywa zapalenie płuc o wiele bardziej skutecznie niż statystyczny lekarz – twierdzi ekspert.

Poznańscy naukowcy planują wprowadzenie bezprzewodowego stetoskopu na rynek na początku 2020 roku. Urządzenie ma znaleźć się w każdym domu, podobnie jak termometr.

– Chcielibyśmy, aby to rozwiązanie było dostępne dla przysłowiowego Kowalskiego. Nie mówimy tu o sprzedaży bezpośrednio urządzenia do rodzica, a raczej osadzenie tego w różnego rodzaju programach medycznych. Jeżeli ktoś ma np. wykupioną prywatną opiekę medyczną, to w ramach abonamentu otrzyma nasze urządzenie – mówi Wojciech Radomski.

Według prognoz SNS Research, światowy rynek mHealth w najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 35 proc. średniorocznie.

Nowe zarządzenie NFZ skróci kolejki tylko dla niektórych pacjentów

Dnia 17 września br. Narodowy Fundusz Zdrowia opublikował nowe zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej z zakresu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Z założenia zarządzenie to miało rozwiązać problem wydłużającego się czasu oczekiwania pacjentów do specjalisty. Jednak wprowadzone regulacje będą mogły mieć zastosować jedynie do pacjentów pierwszorazowych.

Głównym celem wprowadzenia nowych przepisów jest skrócenie kolejek do wybranych specjalistów, a co za tym idzie uzyskanie redukcji czasu oczekiwania na świadczenia. Zgodnie z nowym zarządzeniem Narodowy Fundusz Zdrowia deklaruje, że jeśli placówki skrócą kolejki w wybrankach specjalnościach o więcej niż 20%, wówczas NFZ zapłaci więcej tym placówkom, stosując współczynnik rozliczeniowy 1,2.

Z interpretacji nowego zarządzenia wynika jednak, że najbardziej realne jest skrócenie czasu oczekiwania dla pacjentów „pierwszorazowych”. Natomiast osiągnięcie skrócenia czasu oczekiwania o więcej niż 20% w „przypadkach stabilnych” będzie trudne do uzyskania. Przede wszystkim ze względu na to, że duża liczba skierowań w „trybie pilnym” znacznie wydłuża czas oczekiwania pacjentów tzw. „stabilnych”. Co więcej, skróceniu czasu oczekiwania pacjentów „stabilnych” nie sprzyja także wprowadzone ostatnio rozszerzenie zakresu uprawnień do korzystania ze świadczeń opieki zdrowotnej poza kolejnością.

Należy jednak pamiętać, że pacjent pierwszorazowy objęty opieką medyczną wymaga często kontynuacji leczenia. W związku z tym zwiększenie przyjęć pociągnie za sobą potrzebę zwiększenia funduszy na leczenie tych dodatkowych pacjentów. Nie ma jednak pewności, że zastosowanie do rozliczenia świadczeń zdrowotnych współczynnika 1,2 pokryje zwiększone koszty leczenia poszczególnych świadczeniodawców. To może doprowadzić do powstania tzw. „nadwykonań”. Pozostaje więc pytanie do Narodowego Funduszu Zdrowia: Kto za to zapłaci?

Pragniemy podkreślić, że każda możliwość otrzymania dodatkowych środków finansowych dla AOS, by zapewnić pacjentom dostęp do świadczeń jest przez nas popierana – jednak wprowadzenie premiowania podmiotu w tym kształcie uważamy za bezcelowe. Droga do skrócenia kolejek, a tym samym zapewnienia szybszego dostępu pacjenta do świadczeń, jest priorytetem nas wszystkich. Plan ten nie może być jednak realizowany bez szerszego spojrzenia na skutki wprowadzanych regulacji!

Andrzej Mądrala, Wiceprezydent Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej

Jak prowadzić księgę przychodów i rozchodów z Taxomatic?

Program Taxomatic to rewolucyjny program do prowadzenia księgowości samodzielnie online. Stworzony został głównie dla małych oraz średnich przedsiębiorców oraz dla biur rachunkowych. W dzisiejszym artykule zastanowimy się, co takiego w sobie posiada to narzędzie, że warto za jego pomocą prowadzić KPiR.

Nie da się ukryć, że wielu przedsiębiorców rozlicza się ze swojej działalności za pomocą księgi przychodów i rozchodów. Ta forma rozliczania dotyczyć może wyłącznie firm, które nie generują przychodów netto większych niż 1,2 mln euro. W księdze tej zawiera się zarówno przychody firmy, jak i koszty ich uzyskania (a więc na przykład kupienie produktów czy materiałów, paliwa, samochodu, czy też koszty związane z badaniami, jeśli mówimy np. o firmie produkującej kosmetyki).

Jak wiadomo – w dzisiejszych czasach już nie prowadzi się tradycyjnych ksiąg papierowych. Nie dość, że trwałoby to o wiele dłużej, to jeszcze wymagałoby posiadania magazynu lub archiwum, w którym byśmy je trzymali. Teraz swój renesans przeżywają księgi elektroniczne, prowadzone w Internecie za pomocą chmury.

Takie rozwiązanie oferuje między innymi program do księgowania online Taxomatic. Dlaczego warto skorzystać z oferty tego narzędzia? Czym zdobył zaufanie wielu użytkowników?

taxomatic_wnetrzeprogramu

1. Zgodność z prawem i aktualność

Nie trzeba chyba wyjaśniać nikomu, dlaczego zgodność programu z prawem oraz jego aktualność są tak istotne. Dzięki Taxomatic możemy nie martwić się o te dwie kwestie, a co za tym idzie – o legalność naszych działań i poprawność prowadzonej księgi przychodów i rozchodów.

2. Bezpieczeństwo naszych danych

Co więcej – dane zawarte w księdze przychodów i rozchodów to informacje, które powinny być znane tylko nam oraz urzędowi skarbowemu. Dlatego właśnie należy wybierać wyłącznie programy korzystające z bezpiecznych chmur z certyfikatami. Narzędzie Taxomatic korzysta z technologii bezpieczeństwa takich jak Microsoft Azure oraz SSL Secure.

3. Łatwość korzystania

Komfort oraz wygoda użytkowania danego programu to również istotne kryteria. Księga przychodów i rozchodów nierzadko zawiera wiele pozycji, które należy aktualizować i wciąż powiększać ich liczbę. Dlatego właśnie warto wybierać narzędzia gwarantujące intuicyjność korzystania oraz łatwość w poznawaniu poszczególnych funkcji. Taxomatic jest programem przejrzystym, dzięki czemu prowadzenie w nim księgi przychodów i rozchodów będzie łatwe, szybkie i przyjemne.

Fizjoterapeuci a obowiązek ubezpieczeniowy – projekty nowelizacji ustawy o działalności leczniczej i ustawy o zawodzie fizjoterapeuty

W ostatnim czasie środowisko fizjoterapeutów podnosiło niezwykle ważny temat dotyczący kwestii konieczności rejestracji jednoosobowych działalności gospodarczych jako podmiotów leczniczych. Wskazywano, że aktualnie obowiązujące przepisy nie uwzględniają specyfiki działania fizjoterapeutów oraz zawierają rozwiązania, które nie są tak korzystne jak w przypadku innych samodzielnych zawodów medycznych. Obecne procesowane projekty ustaw mają to zmienić. Nowe przepisy regulują też na nowo kwestie związane z obowiązkowym ubezpieczeniem dla fizjoterapeutów.

Andrzej Twardowski, Dyrektor Biura Ubezpieczeń Medycznych i OC w INTERCzy fizjoterapeuta prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą musi się rejestrować jako podmiot leczniczy?

To pytanie zadawało sobie wielu przedstawicieli tego zawodu. W myśl obecnie obowiązujących przepisów fizjoterapeuci mieli czas tylko do końca listopada tego roku, aby dokonać takiej rejestracji, inaczej mogli stracić prawo do wykonywania zawodu. To ma się jednak właśnie zmienić. Projektowane zmiany zakładają okres przejściowy umożliwiający prowadzenie działalności gospodarczej bez wpisu do rejestru podmiotów leczniczych do dnia 31 października 2019 r. Po tym terminie będzie można wybrać formę prawną prowadzonej działalności.

Podmiot leczniczy czy praktyka zawodowa?

Problem, na który zwracało uwagę środowisko fizjoterapeutów, polegał na tym, że ustawa o działalności leczniczej nie zawierała szczegółowych przepisów dotyczących prowadzenia podmiotów leczniczych przez fizjoterapeutów, dlatego podlegaliby oni zasadom ogólnym, które dotyczą głównie szpitali, dużych przychodni i ambulatoriów. Wymogi , które nakłada ustawa w tym przypadku były dalekie od tych, które posiadają inne samodzielne zawody medyczne. Dlatego Krajowa Izba Fizjoterapeutów starała się o wprowadzenie przepisów analogicznych jak obowiązują w takich przypadkach lekarzy, lekarzy dentystów, pielęgniarki i położne. Te grupy zawodowe są objęte odrębnymi przepisami i mogą wykonywać swój zawód w ramach działalności gospodarczej w specjalnej formie prawnej jaką są praktyki zawodowe. Nowe projekty ustawy o z dnia 15 kwietnia 2011 o działalności leczniczej (Dz. U. z 2018 r. poz. 160, z późn. zm.) i ustawy z dnia 25 września 2015 r. o zawodzie fizjoterapeuty wprowadzają teraz tożsame uprawnienia także dla fizjoterapeutów. Będą oni mogli rejestrować swoje jednoosobowo prowadzone firmy jako indywidualne lub grupowe praktyki fizjoterapeutyczne. Podobnie więc jak lekarze i pielęgniarki nie będą musieli zakładać podmiotów leczniczych. To bardzo oczekiwana zmiana w środowisku fizjoterapeutów.

Jakie ubezpieczenie dla fizjoterapeuty?

Ubezpieczenie, podobnie jak w przypadku lekarzy i pielęgniarek, to ważna część zawodu fizjoterapeuty. Odpowiedzialność cywilna za błędy w procesie fizjoterapeutycznym to przede wszystkim odpowiedzialność finansowa. Odpowiednia polisa chroni fizjoterapeutę przed płaceniem odszkodowań, zadośćuczynień i rent z własnej kieszeni. Prawo nakłada na fizjoterapeutów posiadanie odpowiedniej polisy odpowiedzialności cywilnej (OC). Jakie ubezpieczenie powinien posiadać fizjoterapeuta w myśl aktualnie obowiązujących przepisów oraz jakie będzie musiał mieć po wejściu w życie planowanych nowelizacji ustaw? Obowiązek ubezpieczeniowy i zakres polisy zależy od formy prawnej jaką posiada prowadzona przez fizjoterapeutę firma.

Podmiot leczniczy:

Zgodnie z obecnym stanem prawnym każdy fizjoterapeuta prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą w formie podmiotu leczniczego ma obowiązek wykupienia ubezpieczenia obowiązkowego OC z sumami gwarancyjnymi 75 tys. euro na jedno zdarzenie i 350 tys. euro na wszystkie zdarzenia.

Projekt zmian prawnych zakłada zniesienie obowiązku rejestracji jednoosobowych firm jako podmiotów leczniczych. Obowiązek ten ma zostać zniesiony w listopadzie 2018 roku. Od tego momentu osoby prowadzące działalność gospodarczą nie w formie podmiotów leczniczych będą podlegały dobrowolnemu ubezpieczeniu odpowiedzialności cywilnej.

Zniesienie obowiązku nie oznacza, że fizjoterapeuta prowadzący działalność gospodarczą nie będzie mógł zarejestrować podmiotu leczniczego. Po wejściu w życie nowych przepisów będzie można zarejestrować się zarówno jako podmiot leczniczy jak i praktyka zawodowa, a dokładniej jako indywidualna lub grupowa praktyka fizjoterapeutyczna. Projektowana ustawa zakłada okres przejściowy do końca października 2019 r., po którym fizjoterapeuta prowadzący działalność gospodarczą będzie musiał wybrać formę prawną prowadzonej dzielności.

Praktyka zawodowa:

W myśl planowanych nowelizacji możliwość uzyskania wpisu jako praktyka zawodowa przez fizjoterapeutów prowadzących działalność gospodarczą będzie możliwe od 1 kwietnia 2019 roku. Ubezpieczenie obowiązkowe podmiotu wykonującego działalność leczniczą w formie praktyki zawodowej to polisa OC z sumami gwarancyjnymi: 30 tys. euro na jedno zdarzenie i 150 tys. euro na wszystkie zdarzenia. Osoby prowadzące działalność gospodarczą, które nie określiły się jako podmiot leczniczy lub praktyka zawodowa nadal będą podlegały dobrowolnemu ubezpieczeniu odpowiedzialności cywilnej, do końca okresu przejściowego.

Koniec okresu przejściowego:

Projektowane zmiany przepisów zakładają okres przejściowy, na określenie formy prawnej prowadzonej działalności, do 31 października 2019 roku. Po tym czasie wybór formy prawnej prowadzanej przez siebie działalności gospodarczej będzie obowiązkowy. Fizjoterapeuta będzie musiał wybrać czy chce uzyskać wpis jako praktyka zawodowa czy jako podmiot leczniczy. Od tego momentu planowany obowiązek ubezpieczeniowy to:

  1. Podmiot leczniczy: ubezpieczenie obowiązkowe OC podmiotu wykonującego działalność leczniczą z sumami gwarancyjnymi: 75 tys. euro na jedno zdarzenie i 350 tys. euro na wszystkie zdarzenia
  2. Praktyka zawodowa: ubezpieczenie obowiązkowe OC podmiotu wykonującego działalność leczniczą z sumami gwarancyjnymi 30 tys. euro na jedno zdarzenie i 150 tys. euro na wszystkie zdarzenia.

W odpowiedzi na nowe regulacje prawne INTER przygotowało, we współpracy ze środowiskiem fizjoterapeutów, dedykowany pakiet ubezpieczeń „INTER Fizjoterapeuta”. Występuje on w dwóch wariantach do wyboru. Pierwszy – Standardowy – to ubezpieczenie OC obowiązkowe na sumy gwarancyjne wymagane ustawą dla podmiotów leczniczych oraz dodatkowo ubezpieczenie od naruszenia praw pacjenta i ochrona prawna w życiu zawodowym. W wariancie drugim –  Premium – dodatkowo zyskujemy ochronę prawną w życiu prywatnym, ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków, ubezpieczenie na wypadek ekspozycji na materiał zakaźny HIV/WZW oraz świadczenia pieniężne w przypadku agresji pacjenta. Cały czas rozmawiamy z fizjoterapeutami i wspólnie dostosowujemy naszą ofertę do ich potrzeb i zmieniających się przepisów. Nasza oferta dla tej grupy zawodowej to nie tylko polisy wymagane ustawą, ale też możliwość rozszerzenia ochrony o dodatkowe pakiety jak np. INTER Świadczenie Dzienne, które zapewnia ochronę na wypadek czasowej niezdolności do pracy na skutek nieszczęśliwego wypadku. Wypłacamy wtedy świadczenia za każdy dzień w którym fizjoterapeuta nie może wykonywać pracy i uzyskiwać przychodów.

Komentarz Andrzeja Twardowskiego, Dyrektora Biura Ubezpieczeń Medycznych i OC w INTER.

Walka z cyberprzestępczością ­– wywiad z Nickiem Lantuhem, CEO spółki Fidelis Cybersecurity

Nick Lantuh, , CEO firmy Fidelis Cybersecurity.
Nick Lantuh, , CEO firmy Fidelis Cybersecurity.

W obliczu rosnącej cyberprzestępczości i szpiegostwa prowadzonego przez różne kraje coraz bardziej odczuwalne są braki umiejętności ochrony cyberbezpieczeństwa. Mimo wdrożenia najnowocześniejszych technologii ochrony zespoły ds. bezpieczeństwa często nie mają wystarczająco dużo personelu lub umiejętności, aby skutecznie monitorować zagrożenia i reagować, a tym bardziej by tropić zagrożenia w celu głębszego poznania ich mechanizmów i wzmocnienia ochrony przed kolejnymi atakami. Braki te są szczególnie dotkliwe w mniejszych firmach, w których brakuje specjalnych zespołów ds. bezpieczeństwa. O problemie cyberprzestępczości opowiada Nick Lantuh, CEO firmy Fidelis Cybersecurity.

Wywiad z Nickiem Lantuhem, CEO spółki Fidelis Cybersecurity

Kilka miesięcy temu firma Fidelis zleciła badanie stanu zespołów ds. bezpieczeństwa, które potwierdziło podejrzenia, jak bardzo te zespoły są obecnie przeciążone. Ponad 60% respondentów przyznaje, że nie są w stanie sklasyfikować nawet jednej czwartej otrzymywanych na co dzień alertów. Jakie to są alerty i dlaczego jest to takie trudne do klasyfikacji?

Nick Lantuh: Alerty są trudne z powodu wdrożonych systemów. Obecny sposób zapewnienia bezpieczeństwa opiera się na narzędziach Security Information and Event Management (do zarządzania informacją dotyczącą bezpieczeństwa i zdarzeniami). To co my robimy inaczej, to korzystanie z nieprzetworzonych danych sieciowych. Czyli umiejętność jasnego, pewnego, dokładnego i szybkiego patrzenia ‒ możemy spojrzeć na całość zawartości sieci, całość danych z sesji związanych z atakami, metadane. Mając to wszystko możemy zareagować na wszystkie przychodzące ataki z perspektywy detection and response (wykrywania i reagowania) i zareagować na dane opuszczające sieć z perspektywy detection and response.

Czy i jak można ustalić, czy dany dokument lub plik wykonywalny był już wcześniej w danym środowisku, jakiego typu jest to plik, kto jest jego twórcą, kto otrzymał jego kopię i kto był zalogowany na komputerze, z którego wysłano ten plik?

NL: Tak, nasza technologia umożliwia wgląd w zawartość, dokumenty i stwierdzenie czy wiąże się  z nimi ryzyko. Możemy bez problemu odpowiedzieć na pytania: kto, co, gdzie, kiedy, jakie rzeczy się działy. Jeżeli ma Pani informacje, które nie powinny trafić poza organizację, my mamy możliwość ich zastrzeżenia/klasyfikacji i wykrycia. Możemy podjąć działania, aby zapobiec wyjściu tego typu informacji poza organizację.

Dla każdego pliku?

NL: Dla każdego rodzaju pliku, dla wszystkich rodzajów danych.

Kto jest twórcą tego oprogramowania?

NL: Twórcą jest spółka Fidelis Network Security. Istniejemy od 16 lat i zabezpieczamy część najwrażliwszych danych na świecie dla największych organizacji, zarówno rządowych, jak i wielkich globalnych koncernów. Robimy to dla sieci, punktów końcowych, środowisk w chmurze, środowisk hybrydowych. Zajmujemy się tym już od dawna.

W jaki sposób firmy czy spółki mogą zapewnić sobie wsparcie w zakresie bezpieczeństwa teleinformatycznego?

NL: Najlepszym sposobem na wsparcie jest posiadanie rozwiązań, które dają prędkość i dokładność w przypadku rzeczywiście występujących zagrożeń. W dzisiejszym świecie klienci są zalewani alertami i nie wiedzą, które są dobre, a które złe. W niektórych przypadkach organizacje dostają miliony alertów dziennie i naprawdę nie mogą ocenić, co jest dobre, a co złe. Docierają jedynie do bardzo, bardzo małego odsetka. Dzięki technologiom jakie dostarcza spółka Fidelis możemy dotrzeć do informacji, które stanowią podstawę działania, we wszystkich rodzajach środowisk, wszystkim klientom.

Przejdźmy do klientów. Kto korzysta z Państwa oprogramowania?

NL: Do naszych obecnych klientów należy wiele globalnych marek z pierwszego tysiąca, a także wiele bardzo wrażliwych środowisk rządowych, zarówno cywilnych jak i związanych z resortami bezpieczeństwa. Zabezpieczamy przed zagrożeniami i utratą danych niektóre z największych i najbardziej skomplikowanych środowisk świata.

Czym jest technologia dezinformacji?

NL: Technologia dezinformacji została stworzona, żeby spowolnić atakującego. Wytwarzamy środowisko interesujące dla atakującego, ale tak, żeby następnie nie mógł uzyskać żadnych informacji od organizacji. Polega to na zbudowaniu i uruchomieniu emulowanego środowiska sieciowego, które odzwierciedla obecne i działa identycznie z nim. Kiedy to robimy, odkrywamy i klasyfikujemy całość zasobów sieciowych spółki, potrafimy zidentyfikować Shadow IT, rzeczy spółki, które są podłączone i uruchomione: drukarki, aparaty, skanery, rutery, inne urządzenia związane z Internetem rzeczy. Następnie budujemy emulację, która wygląda tak samo, jak sieć. Zostawiamy ślad z okruszków w sieci istniejącej, który zachęci atakujących do wejścia do środowisk emulowanych i podglądania ich. Są one przynętą: kiedy atakujący w nie wejdzie, będzie można zaobserwować ruchy poziome wewnątrz organizacji, śledzić atakującego i zapobiegać eksfiltracji danych.

Co zapewnia Fiedelisowi szczególne miejsce na rynku?

NL: Jesteśmy bardzo innowacyjni, korzystamy zarówno z własnej innowacji, jak i przejęć. Ekosystem, który stworzyliśmy działa jako środowisko dostarczające organizacjom pełnego wglądu. Chodzi tu nie o perspektywę bazującą na logach czy na protokole NetFlow, ale o perspektywę bazującą na zawartości, metadanych i analizie sesji. Zbieramy wszystkie nieprzetworzone dane z punktu końcowego, nieprzetworzone dane z sieci, mamy wgląd dla całego przedsiębiorstwa: lokalnie, ale też w centrach danych i chmurze. Taki wgląd we wszystkie porty i protokoły w całym środowisku hybrydowym jest naprawdę wyjątkowy i bardzo się cieszymy, że możemy to wprowadzić na rynek. Mamy usługę typu Managed Detection and Response (usługę zarządzania wykrywaniem i reagowaniem), która polega na monitorowaniu naszych infrastruktur dla klientów 7 dni w tygodniu, 24 godziny na dobę, 365 dni w roku.

Otrzymali Państwo wsparcie finansowe. Jak duże i na jakie cele?

NL: Tak, otrzymaliśmy niedawno finansowanie w postaci 25 milionów USD i to finansowanie zostanie przeznaczone na przyrostowe, dodatkowe innowacje w naszym pakiecie produktów oraz na udoskonalenie naszej strategii wejścia na rynek, a także na ciągły rozwój naszej oferty usług typu detection and response.

Limit odnawialny, czyli jak zabezpieczyć się finansowo przed niespodziewanymi wydatkami?

Dla osób, które nie mają odłożonych oszczędności pokrycie nawet niewielkiego, niespodziewanego wydatku może okazać się niemałym wyzwaniem. W uniknięciu niepotrzebnego stresu i problemów z płynnością może im pomóc między innymi limit odnawialny. Stanowi on swego rodzaju zabezpieczenie finansowe i pozwala czuć się zawsze dobrze przygotowanym na nadejście nieoczekiwanych wydatków.

Limit odnawialny, zwany również limitem kredytowym oraz linią kredytową, podobnie jak klasyczne kredyty i pożyczki umożliwia pozyskanie środków, które można przeznaczyć na całkowicie dowolne cele. Dzięki niemu, w zależności od szczegółów oferty i posiadanej zdolności kredytowej, można mieć do dyspozycji od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Już w tym miejscu pojawia się istotna różnica między nim a tradycyjnymi metodami pożyczania pieniędzy; otóż w przypadku limitu na rachunek klienta nie wpływa od razu z góry określona ilość środków. Poniżej przedstawiamy, co jeszcze wyróżnia limit kredytowy oraz wyjaśniamy, w jaki właściwie sposób może zapewnić zabezpieczenie finansowe.

Limit odnawialny a tradycyjne produkty kredytowe i pożyczkowe

Kredyty i pożyczki działają tak, że już na etapie składania wniosku klient dokładnie określa jaką sumę i na jak długo chciałby pożyczyć. Następnie analitycy danej instytucji badają jego sytuację finansową oraz historię kredytową i udzielają decyzji w sprawie finansowania. W przypadku pozytywnego rozpatrzenia wniosku, bank lub firma pożyczkowa udostępnia mu umowę pożyczki bądź kredytu.

Jeśli klient zaakceptuje wszystkie warunki umowy i złoży pod nią podpis, na jego rachunek bankowy przelewana jest ustalona ilość środków. Późniejszej spłaty zobowiązania dokonuje w ramach comiesięcznych rat lub ewentualnie jednorazowym przelewem – tak jest w przypadku pożyczek chwilówek. Tymczasem konstrukcja limitu odnawialnego wygląda inaczej zarówno w zakresie sposobu udostępniania środków, jak i późniejszej spłaty zadłużenia.

Limit kredytowy jako stałe zabezpieczenie finansowe

Limit odnawialny sprawdza się w roli swego rodzaju zabezpieczenia finansowego z tego względu, że zapewnia stały dostęp do ustalonej puli pieniędzy, z której można swobodnie i wielokrotnie korzystać. W praktyce wygląda to tak, że dzięki umowie zawartej z instytucją finansową można w każdej chwili pożyczyć dowolną kwotę, mieszczącą się w przyznanym limicie. Co ważne, pożyczając w ten sposób środki nie trzeba ani kontaktować się z  kredytodawcą, ani przechodzić przez jakiekolwiek dodatkowe procedury czy formalności.

Limit odnawialny – w ofercie zarówno banków, jak i firm pożyczkowych

Podkreślenia wymaga fakt, że limit odnawialny oferują obecnie już nie tylko banki, ale również firmy pożyczkowe (np. instytucja Euroloan – www.euroloan.pl). Pod względem konstrukcyjnym oferty te różnią się przede wszystkim tym, że limit bankowy jest ściśle powiązany z rachunkiem osobistym klienta, natomiast produkt instytucji pożyczkowej jest obsługiwany z poziomu osobnego konta pożyczkobiorcy. W przypadku bankowego limitu kredytowego środki są już podpięte do rachunku osobistego i klient zaczyna z nich korzystać automatycznie, gdy tylko jego saldo spadnie poniżej zera. Jeśli chodzi o propozycję sektora pozabankowego, to w tym wypadku najpierw składa się dyspozycję wypłaty za pomocą osobnego konta, a dopiero później pożyczkodawca realizuje przelew pieniędzy.

Elastyczna spłata na uczciwych zasadach

Limit kredytowy odznacza się atrakcyjnym sposobem spłaty, jak również korzystnymi zasadami naliczania opłat za użytkowanie produktu. Klient spłaca zadłużenie nie według ściśle określonego harmonogramu, lecz w dogodnych dla siebie terminach i kwotach – instytucja finansowa oczekuje jedynie, że każdego miesiąca będzie regulował ustaloną kwotę minimalną. Należy przy tym podkreślić, że każda wpłata na poczet spłaty długu przyczynia się jednocześnie do odbudowania dostępnego dla niego limitu.

Banki i instytucje pożyczkowe poza odsetkami pobierają zwykle jeszcze opłatę w momencie zawarcia bądź odnowienia umowy, przy czym nie jest to regułą i nie zawsze ona występuje. Same odsetki naliczane są tylko od wykorzystanej wielkości limitu, a w okresie niekorzystania z produktu nie trzeba ponosić żadnych innych, dodatkowych kosztów. Oznacza to, że dzięki limitowi odnawialnemu można zapewnić sobie zabezpieczenie finansowe za niewielką cenę lub nawet całkowicie bezpłatnie.

O czym jeszcze warto pamiętać?

Pilny remont samochodu, awaria pralki bądź lodówki, nieplanowana wizyta u stomatologa, czy po prostu brak gotówki tuż przed wypłatą – to tylko przykładowe sytuacje, w których przydaje się szybki i łatwy dostęp do dodatkowych środków. Dzięki limitowi odnawialnemu nie trzeba wówczas zajmować się gorączkowymi poszukiwaniami korzystnej oferty kredytu lub pożyczki. W takim wypadku niezbędna gotówka jest już pod ręką i można od razu uporać się z niespodziewanym wydatkiem.

Larry Ellison nakreśla kierunki dalszego rozwoju technologii chmurowych

W swoim wystąpieniu inaugurującym konferencję Oracle OpenWorld Larry Ellison, prezes i dyrektor Oracle ds. technicznych, przedstawił wizję dotyczącą chmury drugiej generacji, zaprojektowanej specjalnie dla przedsiębiorstw, bezpieczniejszej i bardziej zaawansowanej technologicznie niż jakakolwiek inna chmura dostępna na rynku.

Podczas gdy chmury pierwszej generacji są oparte na technologiach sprzed dekady, chmura Oracle Gen 2 Cloud została utworzona, aby pomóc przedsiębiorstwom w bezpiecznym uruchamianiu najbardziej wymagających obciążeń. Dzięki swojej unikatowej architekturze i funkcjom platforma Oracle Cloud jest wyjątkowo bezpieczna, wydajna i ekonomiczna. Ponadto Oracle Gen 2 Cloud to jedyna infrastruktura utworzona pod kątem uruchamiania Oracle Autonomous Database ― pierwszej i jedynej na rynku autonomicznej bazy danych.

Podstawą platformy Oracle Gen 2 Cloud jest infrastruktura Oracle Cloud Infrastructure, która została zaprojektowana z myślą o bezpiecznym uruchamianiu każdego obciążenia w środowisku przedsiębiorstwa. Nowoczesne rozwiązania IaaS firmy Oracle obsługują bazę danych Oracle Autonomous Database i zapewniają wyższy poziom bezpieczeństwa w całej sieci, co oznacza lepszą ochronę danych o znaczeniu newralgicznym.

Ellison omówił bieżący stan ochrony przed zagrożeniami cybernetycznymi, określając go jako „niewystarczający”. W związku z tym ważnym problemem przedstawił nowe, wysoce zautomatyzowane usługi zabezpieczające dostępne na platformie Oracle Cloud Infrastructure, które szybko wykrywają zagrożenia oraz pomagają w zapobieganiu im i usuwaniu ich skutków. Opisał również Oracle Autonomous Database ― najpopularniejszą i najbardziej zaawansowaną technologicznie na świecie bazę danych, która dodatkowo wzmacnia zabezpieczenia Oracle, pomagając w zapobieganiu cyberatakom i kradzieży danych. Baza ta w unikatowy sposób skanuje system pod kątem zagrożeń oraz aktualizuje zabezpieczenia bez przerywania pracy. Oracle Autonomous Database rewolucjonizuje zarządzanie danymi. Dzięki funkcjom automatycznego zarządzania, dostrajania oraz wdrażania aktualizacji i poprawek umożliwia użytkownikom szybsze wprowadzanie innowacji na bezpiecznej platformie z opłatą za faktyczne wykorzystanie.

Ellison zaprezentował również rozszerzone funkcje autonomicznej bazy danych i nowe opcje jej wdrażania, takie jak Dedicated Exadata Cloud Infrastructure i Cloud at Customer. Klienci mogą wdrożyć rozwiązanie Autonomous Database na platformie Dedicated Exadata Cloud Infrastructure, która umożliwia izolowanie obciążeń, co zapewnia jeszcze większe bezpieczeństwo i niezawodność obciążeń o znaczeniu newralgicznym. Z kolei rozwiązanie Oracle Autonomous Database Cloud at Customer nadaje się idealnie dla klientów, którzy z powodu obowiązujących regulacji postanowili nie przenosić się do chmury publicznej, ale chcą korzystać z bazy Oracle Autonomous Database we własnym centrum obliczeniowym.

Ponadto Ellison przedstawił wyniki testów porównawczych w formie krótkich prezentacji. Okazało się, że istnieją duże różnice między wydajnością rozwiązań Oracle i Amazon. Baza danych Oracle Autonomous Database została porównana z kluczowymi rozwiązaniami firmy Amazon ― Oracle Database na platformie Amazon Relational Database Service (RDS), Amazon Aurora i Amazon Redshift. Bezpośrednie porównania wykazały również, że Oracle Autonomous Database może działać bez przerw i zakłóceń w trakcie aktualizacji. Umowy SLA dla produktów firmy Amazon przewidują niezawodność i dostępność na poziomie 99,95% (z wyłączeniem większości przyczyn planowanych i nieplanowanych przestojów), podczas gdy Oracle oferuje umowy SLA gwarantujące poziom 99,995%.

Cytaty z wystąpienia Ellisona:

  • „Celem projektantów rozwiązania Oracle Gen 2 Cloud było stworzenie bezpiecznej platformy, na której można uruchamiać wszystkie obciążenia. Łatwo powiedzieć, ale zbudowanie bezpiecznej chmury okazało się bardzo trudne i wymagało wprowadzenia zasadniczych zmian w architekturze naszej chmury”.
  • „W celu skutecznego wykrywania zagrożeń wykorzystaliśmy wiele najnowszych rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji i automatycznym uczeniu. Nasi klienci nie muszą już walczyć z cyberprzestępcami, mając związane ręce”.
  • „Wprowadzamy kolejne generacje technologii obliczeniowych, ale naszym celem zawsze była ochrona Waszych inwestycji w aplikacje i dane oraz ułatwienie ich przenoszenia do środowisk nowej generacji. Dotyczy to również platformy Oracle Gen 2 Cloud”.
  • „Baza danych Oracle Autonomous Database jest bardzo łatwa w obsłudze. Nie wymaga zdobywania nowych umiejętności ani wykonywania jakichkolwiek działań. Dzięki temu programiści pracują produktywniej, szybciej tworzą nowe aplikacje i lepiej analizują dane. System staje się naprawdę niezawodny i nigdy nie ulega awarii”.