Najniższy od 5 lat wskaźnik pustostanów – 10%, najniższa od 2011 roku podaż nowej powierzchni – 16,3 tys. mkw., krótkoterminowe wzrosty czynszów – to najważniejsze wnioski z raportu CBRE „Q3 2018 Market View” podsumowującego warszawski rynek biurowy. Eksperci dodatkowo zwracają uwagę na inwestycyjny zawrót głowy w stolicy. W III kwartale br. wartość sprzedanych biurowców wyniosła 770 mln euro i była wyższa niż w całym 2017 roku.
Mikołaj Sznajder
Rozbieżność pomiędzy rosnącymi potrzebami najemców a ograniczoną, możliwą do natychmiastowego najmu powierzchnią przełożyła się na najniższy od ponad pięciu lat wskaźnik pustostanów w Warszawie. Na koniec III kwartału br. wyniósł on 10%, co oznacza spadek o 1 p.p. w porównaniu z poprzednim kwartałem. – W zestawieniu z tym samym okresem 2017 roku doszło do jeszcze większej zmiany, bo o -2,9 p.p. Warto zwrócić uwagę, że w aż 57% budynków biurowych w stolicy poziom wolnych powierzchni nie przekracza 200 mkw. Jednocześnie 80% najemców zgłasza zapotrzebowanie na biura o powierzchni przekraczającej wspomniane 200 mkw. Najtrudniej o duże biuro w Centralnej Warszawie (Centralny Obszar Biznesu), gdzie wskaźnik pustostanów wynosi zaledwie 6,5%– mówi Mikołaj Sznajder, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych CBRE.
Zmiany, zmiany, zmiany
W III kwartale br. na warszawskim rynku biurowym kilka istotnych budynków zmieniło właściciela. Łączny wolumen transakcji inwestycyjnych w tym czasie wyniósł w stolicy prawie 770 mln euro, a od stycznia do września tego roku – 1,2 mld euro. To dwa razy więcej niż w całym 2017 roku, w którym sprzedano w Warszawie biurowce za 600 mln euro.
Do największych transakcji należała sprzedaż dwóch budynków C i D będących częścią kompleksu Gdański Business Center za 200 mln euro. Biurowiec Spektrum Tower został przejęty przez Globalworth za 101 mln euro, a Skanska sprzedała Generation Park za 83 mln euro. Te trzy transakcje odpowiadają za połowę sprzedanego wolumenu w III kwartale br.
Większy wybór za dwa lata
Gdyby porównać podaż nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie na koniec czerwca i września br. – trudno dostrzec wielką różnicę. Po III kwartałach br. wyniosła ona 5,42 mln mkw., tylko o 16,3 tys. mkw. więcej niż trzy miesiące wcześniej. W stolicy oddano bowiem do użytku tylko dwa obiekty biurowe o takiej właśnie łącznej powierzchni. Jest to jeden z najniższych wyników od I kwartału 2011 roku, w którym oddano jeden projekt o powierzchni 5 tys. mkw. Eksperci CBRE zwracają uwagę, że z podobną sytuacją będziemy mieć do czynienia w końcówce tego roku, kiedy przybędzie ok. 70 tys. mkw. – Dopiero od II połowy 2019 roku możemy spodziewać się dostarczenia na warszawski rynek większego zasobu powierzchni. Jeśli firmie zależy na centralnej części stolicy, musi uzbroić się w jeszcze większą cierpliwość, bo tutaj nowe projekty będę dostępne bliżej początku 2020 roku. Łącznie w latach 2019-2020 w Warszawie przybędzie około 650 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni, z czego znaczna część przewidziana jest na 2020 rok– komentuje Mikołaj Sznajder z CBRE.
Największym obiektem biurowym, którego otwarcie zaplanowano na 2020 rok, jest Varso. Powierzchnia biurowca HB Reavis znajdującego się tuż przy Dworcu Centralnym ma wynosić 142 tys. mkw. Drugim co do wielkości projektem biurowym, który ma również zostać oddany w 2020 roku, jest The Warsaw Hub (78 tys. mkw.). Natomiast w przyszłym roku swoje drzwi otworzy Mennica Legacy Tower o powierzchni ponad 60 tys. mkw.
Krótkoterminowe podwyżki czynszów w centrum Warszawy
Dobra kondycja rynku, z której wynika wzmożona aktywność najemców, przesuwa przewagę w stronę właścicieli budynków. Po wzroście w pierwszym półroczu stawek czynszów w najbliższych miesiącach możemy podziewać się jedynie krótkoterminowych wzrostów cen najmu w istniejących budynkach. W centrum, najdroższej części stolicy, stawki wynoszą średnio 24 euro/m-s/mkw. W dłuższej perspektywie oddanie nowych budynków w okolicach Ronda Daszyńskiego osłabi presję na wzrost stawek czynszów w najbardziej prestiżowych biurowcach.
Ustawy i regulacje dotyczące transportu drogowego mają usprawniać pracę kierowców, poprawiać bezpieczeństwo na drodze oraz wyznaczać jasne zasady związane z uprawnieniami kontrolerów. W praktyce okazuje się jednak, że często przepisy są bardzo różnie interpretowane. Tym razem kłopotów może nastręczać art. 50 z nowej ustawy o transporcie drogowym. Opinie Wojewódzkich Inspekcji Transportu Drogowego są podzielone w kwestii rozpoznawania naruszeń i nakładania kar. A kierowcy o pracę w nocy pytają na potęgę. Telefon alarmowy OCRK we wrześniu i październiku odnotował ponad 400 zgłoszeń o poradę w tym właśnie temacie. W czym tkwi problem?
Od 3 września obowiązuje ustawa o transporcie drogowym, w tym zapis dotyczący przekroczenia czasu pracy w porze nocnej, wprowadzając karę, której do tej pory nie było. Teraz za takie naruszenie można zapłacić każdorazowo od 50 do kilkuset złotych w zależności od skali wykroczenia, ale ukarany zostaje wyłącznie przewoźnik. Sankcja wydaje się niewielka, jednak samo zrozumienie nowych przepisów jest dla kierowców kłopotliwe. Kontrolerzy zaś mają różne zdania na temat egzekwowania obowiązujących norm. W odpowiedzi na liczne pytania ze strony polskich przewoźników , ekspert OCRK omawia różne scenariusze zdarzeń i komentuje możliwe rozwiązania.
Regulamin
Łukasz Włoch, ekspert OCRK
Każda firma ma obowiązek ustalenia dwóch pór nocnych oraz poinformowania o tym swoich pracowników. Pierwsza przerwa wynika z ustawy o czasie pracy kierowcy i są to wybrane cztery godziny pomiędzy 00:00 a 7:00. – Najczęściej wyznaczany jest czas 00:00 – 4:00 rano, gdyż wtedy większość kierowców odbiera odpoczynek. Tutaj należy zwrócić szczególną uwagę na to, że nawet jedna minuta pracy w tej porze powoduje objęcie kierowcy limitem 10 godzin – mówi Łukasz Włoch, ekspert OCRK.
Drugim dokumentem obligatoryjnym dla pracowników firmy jest wybranie ośmiu godzin pomiędzy 21:00 a 7:00, co wynika z Kodeksu Pracy. Dlaczego? – W tych godzinach pracy należy się dodatek do wynagrodzenia w wysokości 20% pensji minimalnej, tj. około 2,28 do 2,76 PLN do każdej godziny. Ale ta pora nocna nie ma nic wspólnego z ograniczeniem czasu pracy kierowcy. Jednak przewoźnicy powinni pamiętać o innym naliczaniu wynagrodzenia, gdyż w przypadku braku wypłaty „dodatku nocnego” oraz kontroli Państwowej Inspekcji Pracy, takie naruszenie z pewnością zostanie ujawnione – mówi Włoch.
Jak zauważa ekspert OCRK, częstym błędem popełnianym zza kółka jest wliczanie do obowiązującego limitu 10 godzin wszystkich czynności pomiędzy odpoczynkami dobowymi. Tymczasem liczą się jedynie zdarzenia jazdy oraz innej pracy, które zostały zarejestrowane przez tachograf.
Na przykład
– Przewoźnicy, a szczególnie kierowcy powinni pamiętać, że jeśli w wyznaczonej porze nocnej wystąpi choć minuta pracy, to bezwzględnie kierujący nie może pracować dłużej niż 10 godzin w okresie 24 godzin od momentu rozpoczęcia jazdy. Na przykład, w firmie ustalono godziny nocne od godziny 3:00 do godziny 7:00, a pojazd ruszył o 5:00 w poniedziałek, czyli jeszcze w określonej w przedsiębiorstwie porze nocnej. Zatem nie można przekroczyć limitu 10 godzin między 5:00 w poniedziałek a 5:00 we wtorek. Taką sytuację ilustruje wykres zapisu tacho z programu 4Trans. Pokazane jest wyraźnie naruszenie, gdyż kierowca pracował 13 godzin. Przekroczył czas pracy o trzy godziny, co w tym wypadku podlega karze 50 PLN – mówi ekspert OCRK.
Zapis ewidencji czasu pracy kierowcy z oprogramowania 4Trans.
Podczas kontroli
Transportowcy obawiają się kar, gdyż bardzo łatwo jest doprowadzić do wykroczenia ze względu na nieuwagę lub nieznajomość przepisów. Sprawdzenie zapisów danych z tachografów może odbyć się na drodze, ale także w firmie. A co jeśli inspektor nie zna godzin pracy nocnej danego przedsiębiorstwa? – Sprawa jest prosta – wówczas weryfikuje się czas pracy pomiędzy 3:00 a 4:00, ponieważ zawsze w wyznaczonej porze nocnej ten przedział jest obecny. Wedle prawa kontroli mogą podlegać osoby wykonujące przewozy bez względu na rodzaj zatrudnienia. Jednak, ze względu na nieścisłości zawarte w art. 50 ustawy o transporcie drogowym, inspektorzy transportu drogowego w Polsce podczas kontroli drogowych odstąpili od sprawdzania przekroczeń dotyczących pracy w nocy. Z kolei podczas kontroli w przedsiębiorstwie część służb kontrolnych stosuje uproszczoną zasadę i nie bierze pod uwagę zdarzeń jazdy i pracy po wykonanym odpoczynku dobowym – mówi Łukasz Włoch.
Uwaga kierowcy, służby kontrolne to również Straż Graniczna, Państwowa Inspekcja Pracy, czy też Służba Celno-Skarbowa. Te organy mogą nakładać kary niezależnie od interpretacji Wojewódzkich Inspekcji Transportu Drogowego. Warto być czujnym i dobrze zrozumieć nowe przepisy.
Interpretacja indywidualna wydawana przez organy podatkowe musi, zgodnie z art. 14c. § 1. Ordynacji podatkowej, zawierać „wyczerpujący opis przedstawionego we wniosku stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego oraz ocenę stanowiska wnioskodawcy wraz z uzasadnieniem prawnym tej oceny” (Dz.U. 1997 nr 137 poz. 926 ze zm.). Wojewódzki Sąd Administracyjny w wyroku z 5 lipca 2018 r. przypomniał fiskusowi, że aby to uzasadnienie stanowiło rzetelną informację dla podatnika, powinien z niego wynikać tok rozumowania organu (I SA/Łd 346/18).
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Od 1 stycznia 2016 r. obowiązuje tzw. ulga badawczo-rozwojowa. Została ona wprowadzona w życie ustawą z dnia 25 września 2015 r. o zmianie niektórych ustaw w związku ze wspieraniem innowacyjności (Dz.U. 2015 r., poz. 1767), zastępując ulgę na nowe technologie. Ulga pozwala dodatkowo obniżyć podstawę opodatkowania o część kosztów uzyskania przychodów ujętych już w rozliczeniu prowadzonej działalności, pod warunkiem, że ich źródłem są nakłady na działalność badawczo-rozwojową (dalej: B+R). Koszty te przepis art. 18d ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz.U. 1992 nr 21, poz. 86 ze zm.) określa mianem „kosztów kwalifikowanych”.
Inwestycje w rozwój własnego produktu
Z takiej ulgi chciała skorzystać spółka, dokonująca inwestycji B+R dla rozwoju i zwiększenia konkurencyjności prowadzonej przez siebie działalności. Nakłady dotyczyły zarówno wprowadzania nowych technologii produkcji, jak i pozwalającego czuwać nad jej przebiegiem oprogramowania. Zdaniem spółki odmowa możliwości skorzystania z ulgi z uwagi na inwestycje B+R w rozwój własnego produktu prowadziłaby do dyskryminacji wobec innych przedsiębiorców nabywających nowe technologie z zewnątrz. Stanowisko przedsiębiorstwa potwierdzał szereg wydanych wcześniej interpretacji, w tym m.in.: Dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach z 22.06.2016 r., IBPB-1-2/4510-281/16/KP; DIS w Warszawie z 16.08.2016 r., IPPB5/4510-641/16-3/MR; Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 28.03.2017 r., 0461-ITPB3.4510.52.2017.1.DK czy DKIS z 25.05.2017 r., 1462-IPPB1.4511.93.2017.2.ES.
Firma zwróciła się do organu podatkowego z wnioskiem o wydanie interpretacji, czy ulgą z art. 18d ustawy o CIT mogą również zostać objęte odpisy amortyzacyjne dokonywane nadal w związku z wykorzystywaniem tych innowacji, ale których wdrożenie nastąpiło przed 1 stycznia 2016 r. Tu również stanowisko spółki potwierdzały interpretacje: DIS w Warszawie z 16.08.2016 r., IPPB5/4510-640/16-2/MR; DIS w Warszawie z 22.12.2016 r., 1462-IPPB5.4510.977.2016.1.MR; DIS w Poznaniu z 26.01.2017 r., 3063-ILPB2.4510.263.2016.1.AO.
Wdrażanie nowych technologii i innowacji to nie działalność badawczo-rozwojowa
Organ w wydanej interpretacji stwierdził, że podejmowanych przez spółkę inwestycji „…nie można uznać za działalność badawczo-rozwojową, skoro celem podjętych działań jest usprawnienie funkcjonowania prowadzonej przez Wnioskodawcę działalności gospodarczej. Wprowadzanie nowych technologii oraz wdrożenie innowacyjnego na skalę przedsiębiorstwa oprogramowania, nie przesądza jeszcze o realizacji czynności związanych z działalnością badawczo-rozwojową” (interpretacja indywidualna DKIS z 8 marca 2018 r., 0111-KDIB1-3.4010.18.2018.1.BM).
Ten sam argument stanął u podstaw negatywnej opinii organu również w zakresie możliwości zaliczenia do kosztów kwalifikowanych odpisów amortyzacyjnych. Organ przyznał, że mogłyby one zostać objęte ulgą, gdyby były dokonywane w związku z prowadzeniem prac badawczo-naukowych. Jednak w tym przypadku, zdaniem fiskusa, są powiązane tylko z bieżącą działalnością przedsiębiorstwa.
W skardze do WSA spółka podniosła, że wdrażanie nowych technologii i oprogramowania, ich testowanie i dostosowywanie do potrzeb działalności firmy wypełnia znamiona prac rozwojowych wyrażonych w art. 4a pkt 28 ustawy o CIT, zatem jest działalnością badawczo-rozwojową.
Sąd odniósł się krytycznie do argumentacji obu stron – nie tyle do stanowisk zajętych przez strony ile do sposobu ich przedstawienia. Zauważył, że spółka nie wyjaśniła precyzyjnie, czy wdrażane przez nią innowacyjne oprogramowanie zostało w całości nabyte, czy też w części przez nią wytworzone. Miało to jednak znaczenie marginalne. Sąd skupił się bowiem na „lakoniczności uzasadnienia zaskarżonej interpretacji” organu, prowadzącej do naruszenia wymogów art. 14c Ordynacji podatkowej (Dz.U. 1997 nr 137, poz. 926 ze zm.).
Poszukiwanie logiki toku rozumowania
Uchylając zaskarżoną interpretację, WSA zarzucił Dyrektorowi Krajowej Informacji Skarbowej, że w jej uzasadnieniu organ poprzestał jedynie na przytoczeniu regulacji prawnych. Krótkiej wykładni przepisów dokonał na gruncie teoretycznym, zamiast odnieść się przez ich pryzmat do konkretnych okoliczności zaprezentowanego przez spółkę stanu faktycznego.
„Z uzasadnienia prawnego interpretacji powinien zatem wynikać tok rozumowania organu interpretacyjnego, który doprowadził z jednej strony do zanegowania stanowiska wnioskodawcy, a z drugiej strony do przyjęcia przez organ stanowiska odmiennego. Uzasadnienie prawne musi bowiem stanowić rzetelną informację dla wnioskodawcy, dlaczego w jego sprawie określone przepisy znajdują zastosowanie, a także dlaczego wyrażony przez niego pogląd nie zasługuje na uwzględnienie” (I SA/Łd 346/18).
Nieznajomość prawa nie szkodzi urzędnikom
Przykład niniejszej sprawy kolejny raz pokazuje, że organy podatkowe niemal z urzędu przyjmują w relacji z podatnikiem rolę wroga, przeciwnika broniącego sprzecznego interesu majątkowego. Urzędnicy skarbowi zatracają się w tym antagonizmie do tego stopnia, że nawet przy braku pewności swoich racji brną w zaparte, byleby tylko tej racji nie przyznać podatnikom. Jest to wyraźny przejaw urzędniczego bezprawia. Brak zdolności logicznego uzasadniania wydawanych i sobie tylko przychylnych rozstrzygnięć dowodzi rażącej nieznajomości prawa podatkowego przez organy fiskusa – prawa, na podstawie którego działają. Jak trafnie zauważył Albert Einstein: „Jeżeli nie potrafisz czegoś prosto wyjaśnić – to znaczy, że niewystarczająco to rozumiesz”.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Rynek nieruchomości komercyjnych cieszy się coraz większym zainteresowaniem inwestorów. Wartość przeprowadzonych transakcji kupna/sprzedaży w pierwszych trzech kwartałach bieżącego roku w segmencie komercyjnym w Polsce przekroczyła 5 mld euro, z czego ponad 2 mld euro przypadło na sektor biurowy. Analitycy firmy doradczej Walter Herz prognozują, że w tym roku wolumen inwestycji może być największy w historii polskiego rynku.
W ostatnich latach rynek inwestycyjny w Polsce rozwijał się w tempie kilkunastu procent rocznie, co stanowi jeden z najlepszych wyników w Środkowo-Wschodniej części Europy. – Wzrost wartości transakcji w Polsce determinuje sprzyjająca sytuacja gospodarcza w naszym kraju, a także coraz wyższa jakość dostępnych nieruchomości, gwarantujących relatywnie atrakcyjne stopy zwrotu, przy utrzymującym się od dawna boomie na rynku najmu. To zwiększa płynność rynku, a tym samym stwarza bardzo dobrą sytuację dla nowych inwestorów – przyznaje Bartłomiej Zagrodnik, Prezes Zarządu w Walter Herz.
Polska w gronie najbardziej rozwiniętych gospodarek świata
W przypadku inwestycji dokonywanych w sektorze biurowym dominującą rolę odgrywają międzynarodowe fundusze, w tym kapitał europejski oraz amerykański. W naszym kraju kupują przede wszystkim inwestorzy z Niemiec, Austrii, Wielkiej Brytanii i USA, a w ostatnim czasie zauważalny jest też wzrost zainteresowania nieruchomościami komercyjnymi ze strony podmiotów z RPA i Dalekiego Wschodu, w tym Chin, Korei Południowej, Malezji i Singapuru. Widoczny jest również powrót do Polski podmiotów, które były już aktywne na naszym rynku, a teraz znów zaczynają planować tu swoje inwestycje. Udział polskich podmiotów w rynku inwestycyjnym jest wciąż znikomy. W odróżnieniu na przykład od kapitału z Czech, który rozszerza aktywność inwestycyjną nad Wisłą.
Szanse na zwiększenie zainteresowania światowych inwestorów naszym rynkiem, zdaniem ekspertów Walter Herz, zwiększa awans Polski do grona 25 najbardziej rozwiniętych rynków na świecie w indeksie FTSE Russel. To swoista gwarancja większego bezpieczeństwa, która stanowi pozytywny sygnał dla zdecydowanej większości wiodących funduszy inwestycyjnych, które się do tego indeksu benchmarkują. Polska będzie teraz postrzegana, jako bardziej stabilny rynek, na którym można długofalowo inwestować i uwzględniana przy dalszej budowie portfeli inwestycyjnych przez największych, globalnych graczy.
To z pewnością przyczyni się do dalszego rozwoju sektora nieruchomości komercyjnych w naszym kraju, zarówno jeśli chodzi o inwestycje, jak i rynek najmu. Tym bardziej, że już wcześniej również Stoxx, operator indeksów Deutsche Boerse Group podjął decyzję o przesunięciu Polski z Emerging Markets do DevelopedMarkets.
Dziewięć dużych ośrodków biznesowych
Jako najbardziej rozwinięty rynek w regionie CEE możemy wiele zaoferować. – Poza Warszawą, mamy osiem dobrze rozwiniętych biznesowych ośrodków regionalnych, znacznie więcej niż inne państwa w naszym regionie i większość krajów Europy Zachodniej. Dziewięć największych polskich miast kusi przede wszystkim inwestorów z segmentu bankowego i finansowego oraz sektora nowoczesnych usług dla biznesu – zwraca uwagę Bartłomiej Zagrodnik.
Dzięki coraz większemu zainteresowaniu inwestycjami w Polsce m.in. ze strony największych, międzynarodowych firm nasz, rodzimy rynek nieruchomości biurowych świetnie sobie radzi od kilku lat, zarówno w stolicy, jak i w innych miastach. W niezwykłym tempie rośnie przede wszystkim segment biurowy w Warszawie, która powszechnie uznawana jest już za rynek dojrzały. W ciągu ostatnich lat w mieście dokonał się ogromny skok jakościowy, jeśli chodzi o oferowaną powierzchnię w nowych projektach biurowych. Tym samym dostarczone zostały nowe produkty inwestycyjne.
Jak zauważa Bartłomiej Zagrodnik, w aglomeracji warszawskiej notowana jest zarówno rekordowo duża aktywność deweloperów, jak i niezwykle duży popyt na nowoczesną powierzchnię biurową, co dopinguje inwestorów do inicjowania kolejnych projektów. – Na stołecznym rynku popyt na biura przewyższa podaż. Dostępność powierzchni biurowych zmniejsza się, co przy utrzymującej się wysokiej absorpcji sprawia, że w niektórych lokalizacjach dochodzi do wzrostu stawek czynszowych – zauważa Prezes Zarządu Walter Herz.
Warszawa z rekordowymi wynikami
Całkowita podaż na rynku biurowym w Warszawie wynosi ponad 5,4 mln mkw. A w budowie, jak obliczają specjaliści Walter Herz, jest około 770 tys. mkw. powierzchni. – Mimo tak szerokiej realizacji nowych projektów, na warszawskim rynku biurowym możemy dziś obserwować efekt pewnego rodzaju luki podażowej. Taka sytuacja może utrzymać się jeszcze przez następne 18 miesięcy, do czasu ukończenia budowy i oddania do użytkowania dużych projektów, które są aktualnie w trakcie realizacji. Widoczne są coraz częściej renegocjacje obecnych umów na długo przed zakończeniem aktualnych kontraktów – przyznaje Bartłomiej Zagrodnik.
Stąd najemcy, szczególnie ci którzy potrzebują dużych powierzchni, decydują się coraz częściej na zawieranie umów przednajmu (prelease), zapewniając sobie tym samym najbardziej atrakcyjne lokalizacje. Dzięki dużej chłonności rynku, która w ubiegłym roku wyniosła ponad 800 tys. mkw. powierzchni, w Warszawie spada współczynnik pustostanów. Według danych Walter Herz, nowe inwestycje, które mają zostać oddane do końca przyszłego roku skomercjalizowane są już w ponad jednej trzeciej.
Warszawa jest jednym z najbardziej chłonnych rynków biurowych w Europie. Szczególnie dużym powodzeniem cieszy się wśród inwestorów z sektora nowoczesnych usług dla biznesu oraz firm z branży IT, finansów i bankowości, podmiotów doradczych, a także operatorów powierzchni coworkingowych, którzy w ostatnim czasie szybko zwiększają ofertę w otwieranych w Warszawie centrach.
Warszawski rynek przyciąga największe światowe firmy
Stolica Polski przyciąga coraz więcej największych, światowych graczy. W Warszawie biuro uruchomił w niej niedawno JP Morgan, jeden z największych banków na świecie. Na warszawski rynek weszła międzynarodowa sieć coworkingowa WeWork, a plany rozwoju swojego warszawskiego centrum usług ogłosił Standard Chartered, jedna z największych, globalnych instytucji bankowych.
Odbiorcą sporej ilości powierzchni biurowej w aglomeracji są centra usług dla biznesu. Według prognoz ABSL do końca 2020 roku w Warszawie będzie działać 240 centrów, w których zatrudnienie wzrośnie do 65 tys. osób. Swoje centra usług ma już w Warszawie 30 firm z listy 500 największych przedsiębiorstw świata magazynu Fortune (Fortune Global 500).
Nie zwalnia tempa również rozwój rynków regionalnych. Poza Warszawą, zasoby Krakowa i Wrocławia przekroczyły już milion mkw. powierzchni biurowych. Duża skala inwestycji realizowanych w największych miastach kusi fundusze inwestycyjne, które nabywając świeżo oddane i skomercjalizowane budynki, motywują deweloperów do rozpoczynania nowych projektów.
Kraków największym ośrodkiem BPO/SSC w Polsce
Oferta stolicy Małopolski, drugiego, największego rynku biurowego w Polsce przekracza obecnie 1,2 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Jak szacują eksperci Walter Herz, w budowie jest dziś w Krakowie ponad 300 tys. mkw. biur, a w tym roku na rynek może trafić nawet 190 tys. mkw. biur. Tempo wzrostu segmentu biurowego w aglomeracji jest imponujące. Od 2008 roku zasoby nowoczesnej powierzchni w mieście zwiększyły czterokrotnie.
Kraków jako najmocniejsza marka turystyczna w Polsce i jedna z najlepszych w Europie oraz świetny ośrodek akademicki i niezwykle zasobny rynek pracy stanowi atrakcyjną lokalizację dla inwestorów, szczególnie z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Szybki rozwój tego sektora, który możemy obserwować w mieście od kilkunastu lat, przekłada się na znakomitą kondycję rynku biurowego.
Firmy z sektora BPO/SSC i IT, dla których krakowski rynek jest główną lokalizacją w Polsce, generują popyt na większość powierzchni biurowej, która trafia do najemców na terenie aglomeracji. W minionym roku popyt na powierzchnię biurową w Krakowie przekroczył 200 tys. mkw.
Wrocław z dziesięciokrotnie większymi zasobami biurowymi od dekady
Nowoczesne usługi biznesowe są również specjalnością Wrocławia, który jest drugim, po Krakowie regionalnym ośrodkiem biurowym w kraju, dysponującym ponad milionem mkw. nowoczesnej powierzchni. A jeszcze przed dekadą wrocławski rynek dysponował zaledwie jedną dziesiątą obecnych zasobów. Zapotrzebowanie na nowe biura utrzymuje się w mieście na wysokim poziomie, co motywuje deweloperów do wzmożonej aktywności. Według danych Walter Herz we Wrocławiu w trakcie realizacji jest przeszło 300 tys. mkw. biur.
Czwartym krajowym rynkiem biurowym, którego wielkość przekroczy 1 mln mkw. powierzchni będzie prawdopodobnie Trójmiasto. Według wskazań specjalistów Walter Herz nastąpi to za dwa lata. Rosnąca atrakcyjność inwestycyjna Pomorza przekłada się na świetną sytuację rynku biurowego w regionie. Trójmiasto cieszy się obecnie rekordowo dużym zainteresowaniem, zarówno międzynarodowych, jak i polskich inwestorów.
Z danych Walter Herz wynika, że trójmiejski rynek oferuje aktualnie ponad 770 tys. mkw. biur. Na terenie aglomeracji w budowie pozostaje około 170 tys. mkw. nowoczesnej przestrzeni biurowej, z której większość ma zostać oddana do końca przyszłego roku. Ubiegły rok był dla Trójmiasta najlepszy w historii pod względem popytowym, zapotrzebowanie na biura sięgnęło 114 tys. mkw.
Trójmiasto dogania biurowe podium
Trójmiasto pozostaje dla inwestorów interesującym rynkiem także ze względu na swoje położenie. Gdańsk, Gdynia i Sopot oferują szeroki wybór różnego rodzaju powierzchni, a także podobnie, jak Kraków niewątpliwe walory turystyczne. Tak, jak w innych miastach regionalnych głównym najemcą powierzchni biurowej są tu firmy z sektora BPO/SSC, które odpowiadają za 65 proc. zeszłorocznego najmu Duża absorpcja notowana na trójmiejskim rynku sprawia, że utrzymuje się na nim najmniejszy współczynnik niewynajętej powierzchni biurowej w kraju.
Bartłomiej Zagrodnik zauważa, że beneficjentami spektakularnego rozwoju sektora nowoczesnych usług dla biznesu w Polsce, który w ciągu ostatniego roku uruchomił ponad 90 nowych centrów, są nie tylko największe ośrodki miejskie, ale i mniejsze rynki biurowe. – Sektor rozwija się również w takich miastach jak Lublin, Olsztyn, Białystok, Rzeszów, Radom, Kielce, Bydgoszcz, Toruń, Szczecin, Lublin, czy Opole – wymienia. I dodaje, że inwestorzy z tej branży poszukują nowych lokalizacji także w mniejszych ośrodkach miejskich w Polsce.
Duży projekt w zakresie wsparcia mniejszych miast planuje również Agencja Rozwoju Przemysłu, która zamierza w nich budować projekty biurowe dedykowane dla sektora BPO/SSC. Szansę na rozwój ryku BPO w niewielkich miastach przynosi także nowa ustawa o specjalnych strefach ekonomicznych. Nowe regulacje przewidują duże zachęty dla inwestorów. A to w połączeniu z odpowiednim potencjałem kadrowym niektórych mniejszych ośrodków może przynieść im inwestycje z tego sektora, a tym samym rozwój rynku biurowego.
Rozwój sytuacji na rynku akcji pozostaje w centrum uwagi inwestorów. Dla graczy na rynku walutowym widmo bessy bardziej niż do rozgrywania schematu bezpieczne vs. ryzykowne waluty zachęca do ograniczania ekspozycji w czymkolwiek. Do tego dochodzi koniec miesiąca, a przy S&P500 ponad 10 proc. niżej od szczytu, potrzeba dostosowania pozycji zabezpieczających jest duża.
Wall Street w paskudnym stylu zakończyło ubiegły tydzień, dziś giełda w Szanghaju dołożyła kolejne 2 proc. zniżek, a odbicie w Europie jest traktowane jako przejściowy moment ulgi. Worek z problemami jest wypchany i zamiast ubywać czynników ryzyka, dochodzą nowe. Dziś rano rynek z pomocą tabloidowych nagłówków spekuluje o schyłku władzy Angeli Merkel w Niemczech po fatalnych wyborach lokalnych w Hesji, gdzie poparcie dla partii koalicyjnych CDU i SPD spadło 10 pkt proc. Na razie pod ryzykiem stoi jej przywództwo w partii (prasa donosi, że nie będzie się ona starać o reelekcję), a biorąc pod uwagę, że kadencja Merkel ma trwać jeszcze przez kilka lat, Niemcy bez Merkel nie są bliskim scenariuszem. Mimo to Merkel dla strefy euro była synonimem stabilności i dbania o jedność, więc dyskusja o jej odejściu jest dolewaniem oliwy do ognia, kiedy problemy włoskiego budżetu ciążą na wycenie europejskich aktywów.
Spread między rentownościami 10-latek Włoch i Niemiec jest podwyższony, choć spada poniżej 270 pb po tym, jak w piątek agencja S&P utrzymała rating Włoch na BBB, ale obniżyła perspektywę do negatywnej ze stabilnej. Szanse na obniżkę ratingu nie były duże, choć spekulacji nie brakowało. Ulga może być jednak krótkotrwała, jeśli weźmiemy pod uwagę, że nie widać rychłego finału sporu włoskiego rządu z Komisją Europejską. Tydzień temu widzieliśmy, na ile zdała się mniej dramatyczna decyzja Moody’s o obniżce ratingu tylko o jeden stopień.
Rynki pozostają nieskorelowane przy nurkujących indeksach i względnej stabilności rynku walutowego. W najbliższych dniach raczej nie będzie lepiej, gdyż koniec miesiąca zwykle jest obarczony wpływem przetasowań w portfelach inwestycyjnych. Silne zmiany indeksów giełdowych wymuszają dostosowanie pozycji zabezpieczających przed ryzykiem kursowym. To na przykład będzie generować popyt na USD z tytułu zamykania krótkich pozycji przez japońskich inwestorów kupujących akcje na Wall Street. Sytuację ułatwi też brak istotnych danych w pierwszej części tygodnia. Dziś wrześniowy indeks PCE Core z USA nie powinien być źródłem zaskoczeń, gdyż jego odczyt niejako zdradził piątkowy raport o PKB, gdzie podano kwartalny PCE Core.
Dalej w tygodniu wskaźniki inflacji oraz aktywności biznesu udzielą wskazówek o sile globalnego ożywienia. Uwagę przyciągną decyzje Banku Japonii (śr) i Banku Anglii (czw), a raport z rynku pracy USA (pt) będzie głównym wydarzeniem tygodnia.
To będzie ciekawy tydzień, odbicie we Włoszech oraz krótszy tydzień złotego.
PKB, inflacja, rynek pracy.
Przed nami całkiem interesujący tydzień na rynku walutowym. Poniedziałkowa sesja powoli się rozkręca, z pewnym oporem żegnając się z weekendem. Wszystko wskazuje jednak na to, że stopniowo będziemy wchodzić na coraz wyższe obroty. Główna para walutowa na razie pozostaje poniżej poziomu 1,14$, choć powoli szala ryzyk przechyla się w stronę “zielonego”. Jeszcze dzisiaj poznamy odczyt o dochodach i wydatkach Amerykanów, przy okazji opublikowana zostanie bazowa inflacja. Wtorkowa sesja zostanie zdominowana przez odczyty PKB w wybranych gospodarkach Europy. Te najgorętsze będą dotyczyły Włoch oraz Francji. Poznamy też wstępny zbiorczy odczyt dla całej strefy euro. Przez cały tydzień będą też napływały odczyty indeksu PMI dla przemysłu. Na finał zaplanowano piątkowy odczyt z amerykańskiego rynku pracy. Dodatkowo rynek zapewne cały czas będzie pamiętał o zbliżających się wyborach w Stanach, które mają być swoistą cenzurką poczynań Trumpa.
S&P na ratunek Italii.
W piątek inwestorzy poznali najnowszy rating kredytowy dla Włoch. Co zaskakujące S&P nie zmienił samej oceny, obniżając jedynie perspektywę. Rynek przyjął tą decyzją z ogromnym optymizmem, wyraźnie zbijając rentowności włoskiego długu. Radość była tak wielka, że prawdopodobnie mało kto zadał sobie trud, by zapoznać się z tekstem tego raportu. Amerykanie wytknęli w nim wszystkie obawy, którymi żył rynek, dorzucając garść nowych. Przykładowo nie wierzą, że uda się utrzymać deficyt w zakładanych (i kontrowersyjnych) 2,4%, sugerując, że będzie wyższy o 30 punktów bazowych. Co więcej, nie zakładają już, że Włochom uda się utrzymać tendencję do zmniejszania poziomu relatywnego zadłużenia. Sam wzrost zresztą też jest zagrożony, poprzez wypychanie inwestycji z sektora prywatnego. Jednym zdaniem z tego raportu wynika wyjątkowo ponury krajobraz, a jedyne co w nim optymistyczne to nagłówek.
Co czeka złotego?
W poniedziałek nasza waluta traci na szerokim rynku. Oznacza to kontynuację trendu z zeszłego tygodniu. Osłabienie złotego cały czas jest co najwyżej pełzające – trochę ponad grosz na dolarze, pół grosza na euro. Jako że rynek wyraźnie szuka odwrotu od układu mocny dolar – słabe euro, sytuacja naszej waluty również może się w tym tygodniu lekko poprawić. Większych ruchów nie należy jednak się spodziewać, w czwartek ze względu na święto, duża część rynku będzie miała wolne. Niepewność związana z przyszłotygodniowymi wyborami w USA także może pomóc złotemu.
Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
W III kwartale 2018 roku na polski rynek magazynowy trafiło 683,4 tys. mkw. Tym samym na koniec września zasoby powierzchni magazynowej w Polsce przekroczyły 15 mln mkw., co oznacza, że w ciągu 5 ostatnich lat całkowity wolumen powierzchni podwoił się. W budowie pozostaje prawie 2 mln mkw., z czego ponad 25% w Polsce Centralnej.
Polska Centralna, zaraz po Warszawie i Górnym Śląsku, należy do najdynamiczniej rozwijających się regionów. To tu na koniec września zakończono budowę kolejnej części kompleksu Panattoni Central European Logistics Hub, który powstaje w Łodzi. Był to największy obiekt przemysłowo-magazynowy oddany w minionym kwartale (74 tys. mkw.). Dzięki temu podaż w Polsce Centralnej na koniec III kw. przekroczyła 2 mln mkw.
Warto także zwrócić uwagę na wschodnie regiony Polski (Lublin czy Białystok), gdzie w minionym kwartale dostarczono łącznie 75 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni przemysłowo-magazynowej.
W III kw. nieznacznie wzrósł wskaźnik pustostanów w Polsce dla sektora powierzchni przemysłowych, osiągając poziom 4,5%. Największą ilość powierzchni niewynajętej odnotowano w Warszawie (I strefa) oraz regionie wschodnim (11,4%).
Tomasz Kasperowicz, senior partner i dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International
— Jest to znaczący wzrost w porównaniu do poprzedniego kwartału, gdzie wskaźnik pustostanów wzdłuż wschodniej ściany Polski należał do jednych z najniższych w kraju i w II kw. 2018 r. wynosił 2,5%. Jest to związane przede wszystkim z faktem, że część powierzchni oddanej do użytku w ostatnim czasie nie została jeszcze wchłonięta przez rynek — mówi Tomasz Kasperowicz, senior partner i dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International.
Określenie krytycznych systemów oraz dokonanie analizy i testów w celu wykrycia ich podatności na potencjalne cyberataki, to kluczowy obszar nad jakim powinny pracować firmy z sektora energetycznego, w szczególności w branży naftowo-gazowej (Oil&Gas). Autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „An integrated approach to combat cyber risk. Securing industrial operations in oil and gas” ostrzegają, że w niektórych przypadkach nie jest potrzebna zaawansowana technologia czy wiedza, aby zaatakować wewnętrzne systemy informatyczne firm energetycznych.
Straty finansowe i wizerunkowe, choć mogą być ogromne, to należą do najmniej dotkliwych z możliwych skutków ataku na przedsiębiorstwo z sektora energetycznego. Efekty działania cyberprzestępców mogą być dużo bardziej rozległe i w skrajnych przypadkach oddziaływać na ludzkie zdrowie oraz życie.
– W Polsce szczególnie narażonym na cyberatak jest sektor naftowo-gazowy. To właśnie operatorzy tego segmentu rynku, świadczący kluczowe usługi, stanowią strategiczny punkt na mapie nie tylko bezpieczeństwa gospodarczego czy obywateli, ale także całego kraju. To wynik aktualnej sytuacji geopolitycznej, w tym rywalizacji wielu grup wpływów. Operatorzy, z uwagi na to, że posiadają systemy automatyki przemysłowej i systemy IT są grupą podwyższonego ryzyka – mówi Piotr Borkowski, Ekspert w obszarze cyberbezpieczeństwa w Zespole ds. Energii i Zasobów Naturalnych Deloitte.
Systemy (nie)bezpieczeństwa
W obliczu możliwych, niekiedy skrajnych, skutków cyberataków zupełny brak lub niedostateczna dbałość o zabezpieczenie przed nimi może dziwić. W wielu przypadkach twórcy systemów automatyki przemysłowej skupili się przede wszystkim na ich niezawodności, zamiast na potencjalnym zagrożeniu, jakie ich przejęcie przez np. terrorystów może oznaczać. – Systemy IT oraz OT, administrowane przez operatorów usług kluczowych, mogą zostać zaatakowane zarówno przez grupy wynajęte przez firmy konkurencyjne, grupy działające na rzecz obcych państw, jak również „zwykłych” przestępców, którzy w takiej formie swojej aktywności mogą upatrywać potencjalnie dobrego zysku. Wskazane systemy muszą być również jak najlepiej przygotowane na kampanie globalne, które często choć są nieukierunkowane to rykoszetem potrafią spustoszyć systemy niejednej dużej firmy. Tak wiele czynników ryzyka dla systemów IT oraz OT powinno być motywatorem do podjęcia wszelkich dostępnych środków, aby maksymalnie ograniczyć ryzyko ich wystąpienia – zaznacza Piotr Borkowski. Eksperci Deloitte zwracają uwagę, że skuteczność tych działań zależy od połączenia wiedzy o IT i inżynierii oraz pogodzenia ich niekiedy rozbieżnych punktów widzenia. Specjaliści przemysłowych systemów sterowania nie zawsze bowiem w pełni rozumieją współczesne zagrożenia bezpieczeństwa informatycznego, podobnie jak specjaliści od bezpieczeństwa IT często nie rozumieją procesów przemysłowych. Bez wsparcia IT systemy sterowania produkcją niezwykle trudno jest zabezpieczyć. Wynika to między innymi z tego, że choć nie zostały zaprojektowane do połączenia, dziś funkcjonują jako część sieci. Rozwój technologiczny sprzyja wydajności i obniżeniu kosztów, ale także otwiera przedsiębiorstwa na całą gamę cybernetycznych zagrożeń.
Ostrzeżenie z USA
O skali zagrożenia najlepiej świadczą próby ataków, które obserwujemy od lat. Już w 2003 r. jedna z amerykańskich elektrowni jądrowych w stanie Ohio została zainfekowana wirusem Slammer. Terroryści najpierw zaatakowali system firmy współpracującej z przedsiębiorstwem zarządzającym elektrownią. Potem łatwiej już było uderzyć w samą elektrownię, a wirus błyskawicznie atakował kolejne komputery. Slammer zablokował system odpowiedzialny za chłodzenie reaktora. Z kolei w 2014 r. zhakowane zostały systemy komputerowe operatora elektrowni jądrowej w Korei Południowej. Informacje i technologie zachodnich firm energetycznych nieustannie próbują wykraść hakerzy z konkurencyjnych krajów. Rozsyłają maile z zainfekowaną treścią, instalują szkodliwe oprogramowanie czy zmieniają treści na stronie internetowej atakowanej firmy. To ataki nieudane, gdzie straty są znikome lub nie było ich wcale. Ale w 2016 r. atak na ukraińską energetykę pozbawił prądu część Kijowa na dwa dni. Rok wcześniej podobny atak pozbawił prądu 225 tys. mieszkańców zachodniej Ukrainy. Przed cyberprzestępcami z Rosji na początku roku ostrzegał Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS) Stanów Zjednoczonych. Z jego analiz wynika, że scenariusz jest zazwyczaj podobny do tego w Ohio. Hakerzy atakują najpierw organizacje zewnętrzne, współpracujące z faktycznym celem ich ataku. Wirus rozprzestrzenia się poprzez zainfekowane konta pocztowe czy strony internetowe odwiedzane przez pracowników.
Różne motywy, jeden cel
– Nieznajomość wroga powinna być dużą zachętą do jak najlepszego zabezpieczenia systemów IT i OT. Dodatkowy akcelerator działań to wejście w życie w sierpniu tego roku ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, która w odniesieniu do systemów IT i ich bezpieczeństwa narzuca na operatorów usług kluczowych dodatkowe wymagania – mówi Piotr Borkowski.
Brak zabezpieczeń, nieprawidłowe testowanie systemów IT czy wdrażanie technologii bez wcześniejszych testów – to wszystko zostawia luki, z których mogą skorzystać cyberprzestępcy. Często pomijanym elementem w systemach bezpieczeństwa są także ludzie. Przez brak przeszkolenia w tym zakresie i wiedzy o ryzyku pracownicy przenoszą do systemu przedsiębiorstwa media zainfekowane złośliwym oprogramowaniem. Wiele osób wciąż jest przekonanych, że niepowodzenia czy awarie najczęściej są spowodowane warunkami pogodowymi, błędami ludzkimi i zmęczeniem sprzętu, a nie manipulacją cyberprzestępców.
Znalezienie podatności i ewentualnych błędów konfiguracyjnych w posiadanych systemach to priorytet dla firm naftowo-gazowych. Eksperci Deloitte zaznaczają, że pracę nad nimi powinien na bieżąco wykonać zespół specjalistów ds. biznesu, inżynierii i bezpieczeństwa IT. Niemożliwe jest zabezpieczenie wszystkiego w równym stopniu. Na szczycie listy powinny być więc krytyczne zasoby i infrastruktura. Aby przedsiębiorstwo było bezpieczne konieczne jest jego ciągłe i automatyczne monitorowanie oraz opracowanie mechanizmów wychwytujących potencjalny atak lub minimalizowanie jego skutków.
Niezaspokojony popyt będzie wspierał dalszy spadek rentowności obligacji. Złoty może osłabić się w najbliższych dniach z powodu rosnącej awersji do ryzyka.
Rynek walutowy i stopy procentowej
Ostatni tydzień na rynku finansowym przyniósł wzrost awersji do ryzyka. W efekcie widać było odpływ kapitału w kierunku aktywów bezpiecznych. Zyskiwały USD i CHF, a traciły waluty rynków wschodzących, w tym z naszego regionu. Dodatkowo widać było silne spadki rentowności obligacji skarbowych na globalnym rynku długu, pośrednio wspierające również polskie papiery. Nastroje w zeszłym tygodniu pogorszyły się na skutek zaostrzającej się dyskusji pomiędzy instytucjami unijnymi a Włochami, a także po publikacji słabszych od oczekiwań indeksów PMI i Ifo w strefie euro, zwiększających obawy o perspektywy europejskiej gospodarki w najbliższych kwartałach.
W najbliższych dniach sentyment nie powinien ulec zmianie. W scenariusz nieco słabszego wzrostu gospodarczego w strefie euro w II połowie 2018 r. powinny wpisać się publikacje danych nt. PKB w III kw. W przypadku większości odczytów w Europie prawdopodobne są nieco niższe dynamiki w relacji do poprzedniego kwartału. W takim scenariuszu kapitał nadal powinien płynąć w kierunku aktywów i walut bezpiecznych. Tę tendencję wspierać też będzie proces uzgodnień pomiędzy KE a rządem włoskim. Biorąc pod uwagę nieugiętą postawę Rzymu należy spodziewać się, że dopiero dalsza przecena obligacji włoskich może skłonić rząd do złagodzenia stanowiska. Oznacza to jednak, że w średnim terminie utrzyma się podwyższona premia za ryzyko.
W kraju obraz ten powinien zostać wzmocniony wstępną publikacją inflacji w październiku i indeksem PMI dla przemysłu. Można spodziewać się spadku CPI w okolice 1,7-1,8% r/r, co będzie wspierać dotychczasowe umiarkowane nastawienie RPP. Biorąc pod uwagę relatywnie wysoką korelację koniunktury w Polsce z trendami dominującymi w Unii Europejskiej istnieje ryzyko negatywnego zaskoczenia PMI. Jest to o tyle istotne, że ostatni odczyt wyniósł 50,5, a ewentualny spadek indeksu mógłby oznaczać poziom niższy niż psychologiczne 50.
W najbliższym tygodniu na rynku walutowym spodziewać się można testu oporu na 4,32 na EUR/PLN. Biorąc pod uwagę wspomniane negatywne nastroje nie jest wykluczony wzrost notowań w kierunku 4,34. Prawdopodobny spadek EUR/USD w kierunku przynamniej 1,13 skutkowałby wyraźniejszym wzrostem notowań USD/PLN powyżej 3,80.
Dla lokalnego rynku długu, poza wspomnianymi czynnikami, za spadkiem rentowności obligacji skarbowych przemawiać też będzie napływ nowego kapitału na rynek z tytułu wykupu obligacji skarbowych i drogowych. Te oczekiwania potwierdził wynik piątkowej aukcji obligacji, na której inwestorzy zgłosili popyt na 30 mld PLN. Dlatego w najbliższych tygodniach możliwy jest dalszy spadek rentowności 2-letnich papierów w kierunku 1,50%, natomiast 10-letnich nawet w kierunku 3,00%.
Wykres dnia: Piątkowa aukcja zakończyła się sukcesem Ministerstwa Finansów i potwierdziła wysoki popyt na obligacje skarbowe.
Źródło: Thomson Reuters
Autor / Źródło: Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski
Sieci zagraniczne obecne w Polsce od wielu lat prowadzą bardzo intensywne kampanie, jeśli chodzi o sprzedaż polskich produktów w swoich placówkach. Dana sieć podpisuje porozumienie i przekazuje informację do odpowiedników zagranicznych, które przejmują naszego kontrahenta – czyli negocjacje z rodzimą firmę przetwórczą. Wtedy pozostaje kwestia tego jak promować takie produkty. Najprostszym, a jednocześnie najlepiej trafiającym do konsumentów zagranicznych środkiem, są organizowane w sieciach handlowych „polskie dni”, we wszystkich krajach, w których zlokalizowane są sklepy.
– W ten sposób możliwe jest pokazanie jakości polskich produktów i ich ceny. Tak dowiaduje się o nich zagraniczny konsument – powiedziała serwisowi eNewsroom Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji – Poza tym Polska ma dobrze rozpracowaną kwestię współpracy z importerami, którzy również wykonują cześć tej pracy na rzecz polskich produktów. Kwestie marketingu i promocji pozostają oczywiście bardzo ważne i kosztowne. Bardzo wielu producentów nie stać na tak drogą kampanię w danej sieci zagranicą. Dobrym, kompromisowym rozwiązaniem jest więc wprowadzenie na obce rynki polskiego produktu pod własną marką. Obniża to koszty reklamy, a jednocześnie dany towar wchodzi na nowy rynek w obcym kraju. Bardzo dobrze zagranicą sprzedają się polskie wyroby mleczne – jogurty i inne, pokrewne produkty. Słynne są nasze rodzime oscypki oraz ogórki. Swojego czasu firma TESCO realizowała dużą kampanię, jeśli chodzi o sprzedaż pomidorów. Obecnie sieć sklepów Biedronka, bardzo mocno inwestująca w produkty BIO, prowadzi działania, które mają je wprowadzić pod tą marką do Portugalii – podkreśliła Juszkiewicz.
Od 1 stycznia 2019 roku trzy dokumenty – karta informacyjna leczenia szpitalnego, karta odmowy przyjęcia do szpitala oraz informacja specjalisty dla lekarza kierującego – będą wystawiane już wyłącznie w formie elektronicznej. Niedługo wejdą też obligatoryjne e-zwolnienia lekarskie, a po nich elektroniczne recepty i skierowania, które już za 2–3 lata będą wystawiane wyłącznie w tej formie. E-dokumentacja medyczna będzie wyzwaniem, bo duża część placówek i lekarzy nie ma jeszcze odpowiednich narzędzi ani zaplecza IT. Atende Medica udostępni im za darmo oprogramowanie, które pozwoli spełnić nowe wymogi dotyczące wystawiania elektronicznej dokumentacji.
– W 2019 roku wejdzie w życie sześć dokumentów elektronicznych. Będą to wypis ze szpitala, odmowa przyjęcia pacjenta do szpitala oraz informacja dla lekarza kierującego, a także trzy dokumenty przetwarzane na centralnych platformach, czyli e-recepta, e-skierowanie elektroniczne i zwolnienie lekarskie e-ZLA – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Judycki, wiceprezes zarządu Atende Medica.
Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia z 8 września 2015 roku w sprawie ogólnych warunków umów o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej z początkiem stycznia przyszłego roku wejdzie w życie elektroniczna dokumentacja medyczna (EDM). To oznacza, że trzy dokumenty – karta informacyjna leczenia szpitalnego, karta odmowy przyjęcia do szpitala oraz pisemna informacja specjalisty dla lekarza kierującego – będą obowiązywać wyłącznie w formie elektronicznej.
Dla innych dokumentów przewidziane są późniejsze terminy, dlatego wystawianie elektronicznych recept, zwolnień i skierowań nadal będzie opcjonalne. Obowiązkowe e-recepty wejdą w życie dopiero od 1 stycznia 2020 roku, natomiast e-skierowania dokładnie rok później w 2021 roku.
– Te kilka e-dokumentów faktycznie usprawni życie pacjentom i placówkom ochrony zdrowia. E-receptę pacjent będzie mógł mieć zawsze przy sobie, będzie mógł ściągnąć ten dokument z centralnej platformy. Dzięki temu wnuczek będzie mógł wykupić leki dla swojej babci bez potrzeby fizycznego przekazywania sobie recepty. Podobnie jest z e-skierowaniem. W tej chwili pacjent umawia się na wizytę do lekarza telefonicznie albo przez e-rejestrację, a następnie ma tydzień na dostarczenie papierowego skierowania. Kiedy wejdą skierowania w wersji elektronicznej, nie będzie już takiej konieczności – mówi Tomasz Judycki.
Pilotaż e-recept ruszył już na początku tego roku. Rozwiązanie ma poprawić bezpieczeństwo pacjentów i skrócić kolejki do gabinetów lekarskich, w których pacjenci oczekują wyłącznie na przepisanie recepty. W tej formie nie będzie możliwości ich fałszowania, a fundusz będzie mógł lepiej kontrolować wydawanie leków refundowanych. Rozładować kolejki pomogą także e-skierowania, które skrócą czas oczekiwania na badania i zabiegi.
– E-skierowanie będzie też dużym usprawnieniem dla placówek ochrony zdrowia, dlatego że wraz z nim pojawi się również pełna informacja o danych demograficznych pacjenta, imię, nazwisko, PESEL, adres. Wszystko to, co obecnie rejestratorka w przychodni czy w szpitalu wpisuje ręcznie do systemu z dowodu osobistego albo deklaracji pacjenta, będzie mogła jednym kliknięciem wczytać do systemu informatycznego. W tej chwili w wielu przychodniach wisi kartka, że pacjenci muszą przyjść 10 minut wcześniej, żeby założyć kartę pacjenta i zarejestrować wszystkie dane. Dzięki temu e-skierowaniom takie karteczki znikną – mówi Tomasz Judycki.
W przypadku e-zwolnień główną zaletą będzie usprawnienie przepływu dokumentacji pomiędzy pracownikiem, przedsiębiorstwem a Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Możliwość wystawiania e-ZLA lekarza mają już od kilkunastu miesięcy, jednak z ponad 23 tys. uprawnionych do tego lekarzy tylko niewielki odsetek przestawił się na formą elektroniczną. Większość wciąż wystawia zwolnienia w papierowej formie.
– Zwolnienia lekarskiego nie trzeba dostarczać do zakładu pracy, jeżeli zostało wystawione w formie elektronicznej. To rzeczywiście ułatwienie, ponieważ chory pacjent, który leży w domu, nie zawsze ma możliwość pojechania do pracy i dostarczenia papierowego zwolnienia od lekarza – mówi Tomasz Judycki.
Wiceprezes zarządu Atende Medica podkreśla, że tworzenie elektronicznej dokumentacji medycznej (EDM) – czyli tej, która będzie obowiązkowa od 1 stycznia 2019 roku – musi się odbywać według ściśle określonych reguł, zawartych w Polskiej Implementacji Krajowej HL7 CDA. Nie wszystkie podmioty mają jeszcze oprogramowanie, które to umożliwia. Placówkom, które nie mają zaplecza IT, Atende Medica bezpłatnie udostępni narzędzia niezbędne do tego, żeby spełnić nowe wymogi.
– Od stycznia trzy dokumenty: wypis ze szpitala, odmowa przyjęcia oraz informacja dla lekarza kierującego muszą być wystawiane w formacie HL7 CDA, czyli nie może to być prosty skan czy .pdf. Ten obowiązek pojawi się już za dwa miesiące, ale wiele placówek medycznych nadal nie ma oprogramowania, które umożliwia wystawianie takich dokumentów. Dlatego zaproponowaliśmy udostępnienie za darmo odpowiedniego oprogramowania każdemu, kto jest zarejestrowany w Rejestrze Podmiotów Wykonujących Działalność Leczniczą. Każda przychodnia, szpital i praktykujący lekarz może się do nas zwrócić, zarejestrować się i rozpocząć użytkowanie tego systemu. Oferujemy również przechowywanie dokumentów wytworzonych w tym systemie przez cały okres ich obowiązywania – mówi Tomasz Judycki.
Eksperci podkreślają, że wdrożenie e-dokumentacji medycznej będzie dla szpitali, przychodni i lekarzy dużym wyzwaniem. Dlatego termin wejścia w życie nowych przepisów był już wielokrotnie odsuwany w czasie. Jeszcze w kwietniu br. Naczelna Rada Lekarska apelowała do Ministra Zdrowia o uchylenie rozporządzenia, argumentując, że wprowadzenie EDM w styczniu spowoduje chaos i dezinformację, a większość podmiotów nie jest jeszcze gotowa na to rozwiązanie. Mimo to resort zadecydował o utrzymaniu tego terminu.
– Zależy nam na tym, żeby EDM w Polsce wreszcie ruszył i żebyśmy już przestali przekładać terminy. Jednak wszystkie placówki powinny być wyposażone w odpowiednie oprogramowanie i móc faktycznie produkować dokumenty elektroniczne. Ufamy, że uda się to wdrożyć, ponieważ dostarczane przez nas rozwiązanie wymaga jedynie dostępu do internetu i dowolnej przeglądarki, można go używać nawet na smartfonie. Każdy lekarz, który ma smartfona, może zacząć używać tego oprogramowania praktycznie od dzisiaj – mówi wiceprezes zarządu Atende Medica.
Z badań wynika, że na informatyzację w służbie zdrowia gotowi są sami pacjenci. Jak pokazuje przeprowadzone w tym roku na zlecenie LekSeek Polska badanie „E-zdrowie oczami Polaków”, za najbardziej atrakcyjne rozwiązania uważają właśnie możliwość wprowadzenia rejestracji online na refundowane wizyty oraz otrzymywanie recept i zwolnień lekarskich drogą elektroniczną.
Jak wynika z tegorocznej, III edycji „Badania stopnia informatyzacji podmiotów wykonujących działalność leczniczą” przeprowadzonego przez CSIOZ, w tej chwili tylko nieco ponad 56 proc. podmiotów jest przygotowanych do prowadzenia elektronicznej dokumentacji medycznej. Natomiast 47 proc. tych, które wskazały, że nie są jeszcze gotowe, ma w planach albo przynajmniej rozważa inwestycję umożliwiającą im prowadzenie EDM.
Najniższe od 28 lat bezrobocie w połączeniu ze wzrostem gospodarczym powoduje konkurencję między pracodawcami i presję zarówno na podnoszenie płac, jak i oferowanie pozapłacowych benefitów. Firmy dość powszechnie zapewniają pracownikom karty MultiSport, dodatkowe ubezpieczenia, opiekę zdrowotną i możliwość uczestniczenia w szkoleniach. Coraz więcej firm umożliwia też udział w wolontariacie pracowniczym albo inicjuje programy sportowe. Przykłady najlepszych propracowniczych inicjatyw wyłoniła rozstrzygnięta w tym tygodniu VIII edycja konkursu „Pracodawca Godny Zaufania”.
– Czasy, w których pracodawca mógł przebierać w pracownikach, już się skończyły. Jako pracownicy się z tego cieszymy, natomiast dla pracodawców rodzi to większe wyzwania. Oprócz podstawowych standardów pracodawcy muszą wychodzić z dodatkową ofertą, dodatkowymi benefitami i łączyć pracowników, tworzyć poczucie, że pracują w fajnej, dobrze zarządzanej, ale też przyjaznej firmie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Marczuk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
Z ostatniego „Barometru Rynku Pracy”, przygotowanego przez instytut Kantar Millward Brown na zlecenie Work Service, wynika, że problemy z brakiem specjalistów deklaruje już 49,7 proc. polskich firm, a 16,4 proc. pracodawców nie podejmuje nowych inwestycji z powodu deficytów kadrowych. Utrzymujące się od miesięcy rekordowo niskie bezrobocie, które we wrześniu wyniosło 5,7 proc., w połączeniu ze wzrostem gospodarczym i rosnącym zapotrzebowaniem na wykwalifikowane kadry powodują konkurencję między pracodawcami, presję na podnoszenie wynagrodzeń oraz większe skupienie na obszarze employer brandingu i oferowanie pracownikom pozapłacowych benefitów.
Z jednej strony pomaga to firmom przyciągać nowych kandydatów i pozycjonować się jako atrakcyjny pracodawca. To istotne o tyle, że na rynek pracy wkroczyło już pokolenie milenialsów i generacji Z, które – jak wynika z raportu Deloitte „Liderzy Przyszłości” – od pracodawców oczekują przede wszystkim wyzwań i umożliwienia im rozwoju zawodowego. Pozapłacowe benefity, możliwość ciągłego rozwoju oraz wartości, które reprezentuje firma, stają się w ich przypadku równie ważne, co wysokość pensji.
Z drugiej strony – pozapłacowe dodatki i dbałość o pracowników po prostu się firmom opłaca, bo zwiększa ich wydajność i zaangażowanie. W raporcie „Cała Polska tworzy idealne miejsca pracy” firma doradcza PwC przytacza dane, z których wynika, że zadowoleni pracownicy są o 43 proc. bardziej produktywni, o 86 proc. bardziej kreatywni, o 36 proc. rzadziej korzystają ze zwolnienia chorobowego.
W obszarze employer brandingu i benefitów pozapłacowych co chwilę pojawiają się nowe rozwiązania. Służbowy samochód, telefon czy elastyczne godziny pracy są już standardem. Firmy dość powszechnie zapewniają też pracownikom karty MultiSport, dodatkowe ubezpieczenia czy opiekę zdrowotną oraz możliwość uczestniczenia w szkoleniach podnoszących kwalifikacje. Dla pracowników istotne stają się także wartości i społeczne zaangażowanie firm, stąd coraz więcej firm umożliwia im udział w wolontariacie pracowniczym, akcjach charytatywnych. Rosnącą popularnością cieszą się też programy sportowe i drużyny, które działają w ramach firmy. Pracownicy wspólnie uprawiają sport i nawiązują relacje, co przekłada się nie tylko na ich zdrowie i wydajność, lecz także poprawia współpracę.
– Udowodniono naukowo, że osoby, które są aktywne fizycznie każdego dnia oraz decydują się na dodatkowe zajęcia sportowe, mają średnio o 5 dni absencji rocznie mniej niż ich nieaktywni współpracownicy – podkreśla Grzegorz Haftarczyk, członek zarządu Benefit Systems.
– Aktywnie zachęcamy naszych pracowników do uprawiania sportu, dzięki czemu są o wiele bardziej pozytywnie nastawieni do życia i do pracy, notujemy również mniej absencji. Widzimy też, że współpraca jest o wiele lepsza, ponieważ nasi pracownicy są zachęcani do pracy grupowej. Są to nie tylko gry zespołowe, lecz także wspólne wyjazdy na biegi czy wyścigi kolarskie. Podczas takich aktywności nawiązują się i pogłębiają przyjaźnie między osobami z różnych wydziałów – dodaje Aleksander Skołożyński, dyrektor finansowy spółki Emitel SA.
W tym tygodniu została rozstrzygnięta VIII edycja konkursu „Pracodawca Godny Zaufania”, której organizatorami są Krajowa Izba Gospodarcza i Fundacja Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”. W konkursie nagradzane są firmy i instytucje, które w zakresie polityki pracowniczej sięgają po ciekawe i skuteczne rozwiązania, uwzględniając rozwój zawodowy pracowników i ochronę ich praw. Celem jest przede wszystkim promowanie odpowiedzialnej polityki pracowniczej.
– Ten konkurs jest dla innych firm drogowskazem, że jeżeli będą robić coś nie tylko dla własnego pożytku, lecz także dla swoich pracowników, to zostaną dostrzeżeni – mówi Bartosz Marczuk.
W tegorocznej edycji konkursu wręczono dziewięć nagród. W kategorii „Motywacja” wyróżnienie trafiło do Benefit Systems, spółki, która oferuje program sportowo-rekreacyjny MultiSport, a swoim pracownikom zapewnia szeroki pakiet programów motywacyjnych m.in. z zakresu opieki zdrowotnej, aktywności fizycznej, ubezpieczeń, szkoleń oraz kursów językowych.
– Kartę MultiSport ma w Polsce ponad 900 tys. osób. Dodając rynki zagraniczne, jest ich ponad 1,1 mln. Osoby te pracują w 14 tys. firm, które są naszymi klientami. Z roku na rok rośnie zarówno liczba pracodawców gotowych wspierać pracowników w zakresie aktywnego stylu życia, jak i samych pracowników zainteresowanych dostępem do obiektów sportowo-rekreacyjnych. Zmiana ta cieszy, jednak mamy jeszcze wiele do zrobienia w zakresie aktywności fizycznej Polaków. W porównaniu z innymi krajami Europy Zachodniej czy Skandynawii w Polsce wskaźnik aktywności nadal jest relatywnie niski – mówi Grzegorz Haftarczyk, członek zarządu Benefit Systems.
W kategorii wolontariat tytuł „Pracodawcy Godnego Zaufania” trafił do Leroy Merlin Polska – za Fundację Leroy Merlin, której misją jest budowanie trwałego wkładu w rozwój społeczności lokalnych. Lux Med został nagrodzony w kategorii edukacja za możliwość rozwoju pracowników poprzez skierowane do nich programy edukacyjne, adresowane zarówno do personelu placówek, jak i do kadry menadżerskiej. Natomiast w kategorii zdrowie najlepszy okazał się Volkswagen Poznań, wyróżniony za kompleksową ofertę programów zdrowotnych dla pracowników (m.in. program zapobiegania rozwojowi chorób cywilizacyjnych oraz program wsparcia zdrowia psychicznego). Firma Kapsch Telematic Services została z kolei nagrodzona za szeroką ofertę programów stażowych skierowanych do studentów oraz międzynarodowy program wymiany pracowników.
– Współpracujemy z kilkoma uczelniami, m.in. z Akademią Ekonomiczną w Krakowie i Politechniką Śląską w Gliwicach. Te programy stażowe nie są standardowe, one są przygotowane indywidualnie dla poszczególnych studentów. Technologia, którą się zajmujemy, jest unikalna w skali światowej i nie ma nikogo innego, kto byłby w stanie przekazać studentom wiedzę z tego zakresu. Wydaje się, że to główny powód, dla którego zostaliśmy dostrzeżeni i wyróżnieni – mówi Marek Cywiński, dyrektor zarządzający Kapsch Telematic Services.
Aleksander Skołożyński, dyrektor finansowy spółki Emitel, która została wyróżniona tytułem „Pracodawcy Godnego Zaufania” w kategorii bezpieczeństwo, podkreśla, że potwierdzeniem propracowniczej polityki firmy jest fakt, że średni staż pracy zatrudnionych w niej pracowników przekracza 20 lat.
– To zachęca nas do tego, aby jeszcze więcej rzeczy z zakresu bezpieczeństwa robić dla naszych pracowników, tak aby mogli bezpiecznie dojść do mety w swojej karierze zawodowej. Nasi pracownicy pracują w bardzo trudnych warunkach, na bardzo dużych wysokościach i ta nagroda tylko potwierdza to, że obraliśmy dobry kurs w zapewnianiu im bezpieczeństwa – mówi Aleksander Skołożyński.
W VIII edycji konkursu „Pracodawca Godny Zaufania” w kategorii samorządów najlepsza okazała się Warszawy. Nagroda została jej przyznana za działania w ramach programów stażowych i praktyk oraz na rzecz pracowników zwłaszcza w obszarach aktywizacji zawodowej osób z orzeczeniem o niepełnosprawności. Kapituła konkursu wyróżniła również najlepszych dziennikarzy, którym bliska jest tematyka pracownicza.
PERN, potentat na krajowym rynku logistyki naftowej, który realizuje właśnie program megainwestycji, w ciągu najbliższych czterech lat wybuduje nowe zbiorniki na ropę i paliwa oraz dwa rurociągi – surowcowy i paliwowy. Spółka ogłosiła już przetarg na II etap rozbudowy gdańskiego Terminala Naftowego, który ma zwiększyć jego pojemność o prawie 400 tys. m³, co pozwoli sprawniej obsługiwać wpływające do Naftoportu tankowce. Grupa podkreśla, że inwestycje są efektem rosnącego zapotrzebowania na paliwa i oznaczają nowe miejsca pracy, a także wsparcie dla krajowej gospodarki.
– Plan megainwestycji PERN oznacza budowę nowych pojemności zbiornikowych na paliwa i nowych rurociągów. Nowe pojemności to z jednej strony zbiorniki na paliwa płynne, a z drugiej – na ropę naftową. Do tego dokładamy również rurociągi na ropę i paliwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Igor Wasilewski, prezes zarządu PERN SA.
W gdańskim Terminalu Naftowym znajduje się obecnie sześć zbiorników na ropę o łącznej pojemności 375 tys. m³. PERN zamierza wybudować dodatkowych pięć zbiorników, dzięki czemu będzie można sprawniej obsługiwać tankowce, które wpływają do Naftoportu. Dzięki planowanym inwestycjom możliwości gdańskiego Terminala Naftowego powiększą się o prawie 400 tys. m³ nowych pojemności magazynowych.
– Nasze inwestycje wynikają po pierwsze z rządowego programu „Polityka dla infrastruktury naftowej”, a po drugie z sytuacji na rynku. Wzrost zapotrzebowania na paliwa wymusza wzrost pojemności i dlatego podjęliśmy decyzję o budowie nowych zbiorników – mówi Igor Wasilewski.
Spółka podkreśla, że zarówno ostatnie dwa lata, jak i pierwsze półrocze br. przyniosły dynamiczny wzrost rynku paliwowego, który jest efektem wprowadzenia przez rząd nowych regulacji w postaci pakietu paliwowego, energetycznego i transportowego. Ich efektem było m.in. ograniczenie nielegalnych dostaw paliw płynnych do Polski tzw. szarej i czarnej strefy, a także znaczny wzrost popytu na świadczone przez PERN usługi.
Przetarg na rozbudowę gdańskiego terminala został już ogłoszony. Zgodnie z jego specyfikacją PERN zamierza wybudować trzy zbiorniki o pojemności 100 tys. m³ każdy oraz dwa zbiorniki o pojemności 45 tys. m³ każdy. Planowany termin wykonania inwestycji to 21 miesięcy od dnia podpisania umowy, co oznacza przełom sierpnia i września 2020 roku.
Spółka podkreśla, że zbiorniki w gdańskim Terminalu będą wybudowane zgodnie z obowiązującymi przepisami dotyczącymi ochrony środowiska. Wykonawca będzie też musiał zastosować podwójne dno – górne stalowe i drugie z geomembrany – oraz zainstalować system monitoringu przestrzeni międzydennej wraz z systemem automatyki, który będzie sygnalizować obecność ewentualnych węglowodorów.
Obecnie w bazie surowcowej w Gdańsku trwa już budowa dwóch zbiorników na ropę o łącznej pojemności 200 tys. m³, która ma się zakończyć w kwietniu 2020 roku.
–To potężny zastrzyk pieniędzy dla polskiej gospodarki, ponieważ wszystkie projekty realizujemy wspólnie z polskimi firmami. W ten sposób napędzamy polską gospodarkę, nie mówiąc o zasilaniu paliwami. Megainwestycje PERN oznaczają dla gospodarki również nowe miejsca pracy w polskich firmach – zaznacza Igor Wasilewski.
Rozbudowa gdańskiego Terminala Naftowego to jeden z kilku projektów inwestycyjnych PERN. Spółka finalizuje także budowę nowych pojemności paliwowych w Koluszkach i Nowej Wsi Wielkiej.
– Zapotrzebowanie na infrastrukturę paliwową pociąga za sobą również zapotrzebowanie na rurociągi, bo pomiędzy zbiornikami a rafinerią potrzebny jest rurociąg. Z tego powodu podjęliśmy decyzję o budowie rurociągu paliwowego Boronów–Trzebinia na dostawę paliwa do Aglomeracji Śląskiej oraz prowadzimy prace przygotowawcze do budowy rurociągu naftowego Gdańsk–Płock. Ponadto przystąpiliśmy do drugiego etapu budowy zbiorników na paliwa płynne. Kończymy etap projektowania, aby w przyszłym roku rozpocząć budowę w konkretnych bazach paliw. Oprócz tego podejmujemy prace modernizacyjne, aby utrzymać obecną infrastrukturę i zapewnić ciągłe dostawy paliw do naszych klientów – wymienia Igor Wasilewski.
Polski rynek coraz bardziej otwiera się na dostawy ropy z różnych kierunków – nie tylko z Rosji, lecz także z Morza Północnego, Arabii Saudyjskiej i USA. Krajowe rafinerie realizują inwestycje, które pozwalają im na zwiększenie przerobu z użyciem innych gatunków niż ropa rosyjska. Przedstawiciele PERN podkreślają, że dzięki inwestycjom Spółka jest przygotowana do tego, żeby zapewnić elastyczny transport każdego rodzaju surowca do rafinerii i zachować jego pełną jakość.
Grupa PERN to państwowa spółka, strategiczna z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego kraju, oraz potentat na krajowym rynku logistyki naftowej. Jest właścicielem rurociągu „Przyjaźń”, którym transportuje ropę naftową do krajowych rafinerii PKN Orlen i Grupy Lotos oraz dalej, do Niemiec. Należy do niej również większościowy pakiet udziałów w gdańskim Naftoporcie – jednym z największych naftowych terminali przeładunkowych na Bałtyku. Firma ma 3,5 mln m³ pojemności magazynowej na ropę naftową oraz 1,8 mln m³ na paliwa płynne. W należących do spółki bazach paliwowych magazynowana jest benzyna, olej napędowy, lekki olej opałowy, biokomponenty oraz paliwo lotnicze przeznaczone do bieżącej dystrybucji i zaopatrywania rynku, jak również zapasy interwencyjne.
Ponad 4 tys. projektów rewitalizacyjnych za 18 mld zł zrealizowały polskie jednostki samorządu terytorialnego na przestrzeni ostatnich 14 lat. Większość z nich została sfinansowana przy wsparciu środków unijnych. Z tej perspektywy finansowej samorządy wykorzystały zaledwie 279 mln z 7 mld zł zaplanowanych na ten cel. W latach 2019–2020 projekty rewitalizacyjne powinny jednak nabrać tempa – wynika z prognoz ekspertów DNB Bank Polska i analityków z Fitch Ratings. Tym bardziej że po 2020 roku dostęp do funduszy z UE będzie ograniczony i samorządy będą musiały szukać innych źródeł finansowania tego typu inwestycji. Zdaniem specjalistów spowoduje to wzrost popularności obligacji przychodowych i inwestycji realizowanych w partnerstwie publiczno-prywatnym.
Z raportu „Zdążyć przed zamknięciem unijnej kasy. Czy polskie samorządy stać na rewitalizację?”, który przygotowali eksperci DNB Bank Polska we współpracy z analitykami z Fitch Ratings, wynika, że w ostatnich 14 latach zrealizowano w Polsce ponad 4 tys. projektów rewitalizacyjnych o wartości przekraczającej 18 mld zł. Gros takich inwestycji został sfinansowany przy wsparciu środków unijnych.
– W poprzedniej perspektywie unijnej zrealizowano inwestycje związane z rewitalizacją na ponad 3,7 mld zł. W obecnej perspektywie na tego typu inwestycje zaplanowane zostało prawie 7 mld zł. Jednak skala wykorzystania środków unijnych na koniec sierpnia br. to zaledwie 279 mln zł. Widać więc, że jak na razie jest wiele projektów w planach, dużo funduszy zarezerwowanych w regionalnych programach operacyjnych, ale skala ich wykorzystania jest dość mała – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Zielińska, dyrektor biura sektora publicznego w DNB Bank Polska.
Najbardziej reprezentacyjne przykłady rewitalizacji, których dokonały samorządy w ostatnich latach, to m.in. warta blisko 57 mln zł rewitalizacja śródmieścia Wałbrzycha oraz 4,5 ha zabytkowych, poprzemysłowych terenów kopalni „Julia”, które obecnie pełnią funkcję centrum sztuki i kultury. Oba projekty przyczyniły się do zmiany wizerunku pogórniczego miasta oraz przyciągnęły nowych inwestorów i w konsekwencji wpłynęły na rozwój lokalnej gospodarki.
W Łodzi przeprowadzono spektakularną rewitalizację zabytkowego osiedla na Księżym Młynie. Inwestycja warta dotąd 125,8 mln zł została sfinansowana głównie z budżetu gminy i nadal trwa – skala inwestycji planowanych do końca 2020 roku to ok. 64 mln zł. Płock może się pochwalić rewitalizacją synagogi i utworzeniem Muzeum Żydów Mazowieckich. Wart 9 mln zł projekt miał na celu ocalenie dziedzictwa kultury żydowskiej i został w większości sfinansowany przy wsparciu środków z UE (7,5 mln zł).
– Wśród liderów jest Łódź i całe województwo, które dotąd zrealizowało projekty rewitalizacyjne za ponad 500 mln zł, z czego połowa była dofinansowana z UE. Jednak w wielu województwach tych projektów było za mało. W województwie podlaskim w tej perspektywie zaplanowane są inwestycje warte zaledwie kilkadziesiąt milionów złotych – mówi Małgorzata Zielińska. – Do skutecznego przygotowania takich projektów potrzeba odwagi, determinacji i dużo pracy, być może także powołania w samorządach specjalnych departamentów i osób, tworzenia warunków, prowadzenia konsultacji społecznych czy rozmów z partnerami prywatnymi.
Jak podkreśla, w kolejnych dwóch latach projekty rewitalizacyjne, które samorządy realizują przy wykorzystaniu środków z UE, powinny nabrać tempa. Polska jednak nadal pozostaje pod tym względem w tyle za resztą Europy i w porównaniu do Niemiec czy Wielkiej Brytanii wypada blado. W Niemczech w latach 1995–2006 na rewitalizację miast przeznaczono ze środków publicznych kwotę 23,5 mld euro, co po przeliczeniu na złote daje średniorocznie kwotę blisko trzykrotnie większą niż w Polsce. Jednym z powodów jest fakt, że w Polsce wciąż bardziej pożądane społecznie są inwestycje drogowe bądź infrastrukturalne.
– Każdy samorząd jest inny, każdy ma inne potrzeby i inną skalę problemów. Jedni chcą rewitalizować starówkę, inni myślą o całych dzielnicach i obszarach wymagających dużych nakładów, remontów czy rewitalizacji starych fabryk, loftów. Takie inwestycje się dzieją, nie można mówić, że ich nie ma. Z całą pewnością jest ich jednak wciąż za mało – podkreśla dyrektor biura sektora publicznego w DNB Bank Polska.
Eksperci podkreślają, że po 2020 roku dostęp do dotacji z funduszy strukturalnych UE czy innych środków pomocowych będzie już ograniczony i sytuacja samorządów diametralnie się zmieni. Finansowanie projektów rewitalizacyjnych stanie się trudniejsze, a lokalni włodarze będą musieli poszukać innych źródeł, które pozwolą realizować im ten cel. Jak wskazują specjaliści, realizowane projekty powinny być dochodowe i same się spłacać, a jednocześnie przynosić korzyści społeczne. Dlatego po 2020 roku preferowanym sposobem finansowania takich inwestycji najprawdopodobniej będzie PPP.
– Współpraca pomiędzy samorządem a sektorem prywatnym to obszar, który jest mocno promowany zarówno przez Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, jak i organizacje wspierające tego typu inwestycje. PPP może być jednym z pomysłów na rewitalizację miast, podobnie jak fundusze unijne i klasyczne finansowanie hybrydowe. Po części mogą być to właśnie fundusze unijne, a po części inwestycje realizowane przez samorząd przy współpracy z inwestorem prywatnym – mówi Małgorzata Zielińska.
Dyrektor biura sektora publicznego w DNB Bank Polska wskazuje, że Warszawa jest przykładem samorządu, który jak dotąd z dużymi sukcesami realizuje projekty rewitalizacyjne w formule partnerstwa publiczno-prywatnego.
– Przykładem jest chociażby warszawska Praga, Centrum Koneser, Port Praski. To są olbrzymie inwestycje. Port Praski to praktycznie cała nowa dzielnica, która powstała na zdegradowanym obszarze. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Ale rewitalizacja to nie tylko ładniejsze kamienice, nowe szkoły, restauracje, sklepy. Dzięki niej młodzi ludzie chcą mieszkać na warszawskiej Pradze – mówi Małgorzata Zielińska.
Projekty rewitalizacyjne wymagają dużych nakładów. Jak podkreślają specjaliści, wybór modelu finansowania zależy głównie od tego, jaką rolę w tym procesie chce pełnić gmina. Może ona występować jako inwestor bezpośredni albo pośredni, który stymuluje inwestycje, wprowadzając udogodnienia dla inwestorów. Wymaga to stworzenia przyjaznego klimatu do inwestowania i podtrzymywania współpracy z sektorem prywatnym.
Natomiast jeżeli gmina chce wystąpić jako bezpośredni inwestor, może wykorzystać środki własne, korzystać ze środków z funduszy strukturalnych UE czy też z innych środków pomocowych. Gmina może także zaciągać kredyty, pożyczki bankowe oraz emitować obligacje komunalne. Jednym z instrumentów, choć nadal mało popularnym, są również obligacje przychodowe. W latach 2005–2017 polskie samorządy wyemitowały obligacje przychodowe na ponad 1,8 mld zł, ale zdaniem ekspertów w najbliższych latach ich popularność będzie rosła, a wartość tego typu emisji powinna sięgnąć kilku miliardów złotych.
Raport ekspertów DNB Bank Polska i analityków z Fitch Ratings wskazuje, że polskie samorządy są w stosunkowo dobrej sytuacji finansowej i stać je na podejmowanie projektów rewitalizacyjnych.
– Prognozujemy, że w tym roku nadwyżka dochodów operacyjnych nad wydatkami operacyjnymi wyniesie 26 mld zł i będzie niższa niż w 2017 roku, kiedy wyniosła 28 mld zł. JST wydadzą w tym roku na inwestycje około 37 mld zł (ok. 15 proc. wydatków ogółem), czyli więcej niż w 2017 r., gdy inwestycje wyniosły 35 mld zł. Wzrost wydatków na inwestycje JST będzie wiązał się ze wzrostem zadłużenia, aczkolwiek nie będzie on znaczący – mówi Dorota Dziedzic, dyrektor w zespole finansów publicznych Fitch Ratings.
Z prognoz Fitch Ratings wynika, że znaczne zwiększenie wydatków majątkowych nastąpi w latach 2019–2020 ze względu na inwestycje samorządów współfinansowane ze środków unijnych, do których zaliczają się również projekty rewitalizacyjne. W opinii Fitch wydatki te przynajmniej w połowie będą finansowane ze funduszy Unii Europejskiej.
– Oceniamy, że na koniec 2018 roku dług całego sektora JST wyniesie 70 mld zł i będzie nieznacznie wyższy od ubiegłorocznego. Wpływ na to mają takie czynniki, jak zakumulowane środki pieniężne pochodzące z nadwyżek budżetowych wygospodarowanych po zakończeniu poprzedniej perspektywy unijnej czy fakt, że w ostatnich dwóch latach spłaty istniejącego zadłużenia były wyższe niż kwoty nowo zaciągniętego długu – mówi Dorota Dziedzic.
W polskich kuchniach zaczynają królować technologie, które pozwalają prosto i szybko przygotowywać zdrowe potrawy, są intuicyjne w użyciu, a czasem wręcz wyręczają użytkownika. Takie są oczekiwania konsumentów, więc producenci sprzętu prześcigają się w nowoczesnych rozwiązaniach, łącząc je z oryginalnym designem, który będzie pasował do każdego rodzaju kuchni. Takie połączenie można zobaczyć na przykładzie warszawskiej Akademii Kulinarnej Whirlpool, która przeszła niedawno gruntowną metamorfozę.
– W obecnych czasach konsumenci myślą przede wszystkim o tym, żeby odżywiać się zdrowo i smacznie. Nowe technologie mają pomagać im osiągnąć ten cel. W przypadku nowej linii urządzeń do zabudowy W Collection, którą Whirlpool właśnie wprowadza na rynek, jest to m.in. funkcja pary. Umożliwia ona gotowanie w piekarnikach na parze, co jest bardzo zdrowym sposobem przygotowywania potraw – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Cichocka, senior marketing manager, Poland and Baltic States w Whirlpool.
Marka Whirlpool wprowadziła właśnie na rynek nową gamę inteligentnych sprzętów AGD – W Collection. Urządzenia dostępne są w czterech liniach, które łączy elegancki design, nowoczesna technologia oraz intuicyjność użytkowania. Kolekcję tworzą przede wszystkim inteligentne urządzenia do gotowania – piekarniki, płyty indukcyjne, okapy oraz kuchenki mikrofalowe.
– Trzeba obalić mit, że przygotowywanie posiłków w kuchenkach mikrofalowych jest niezdrowe. Wręcz przeciwnie. Według ostatnich badań WHO okazuje się, że przygotowywanie potraw w mikrofalach – dzięki temu, że są one krócej poddawane są obróbce termicznej – jest dużo zdrowsze – mówi Joanna Cichocka.
Jak podkreśla, użytkownicy oczekują także, że sprzęty będą same podpowiadać odpowiednie dla nich rozwiązania, a w niektórych kwestiach nawet ich wyręczać. Temu ma służyć stosowana przez Whirlpool technologia 6. Zmysł, która uczy się preferencji danego konsumenta.
– Dzięki zaprogramowanym przepisom technologia ta prowadzi go przez cały proces przygotowywania potrawy, podpowiadając najlepsze rozwiązania. Nie trzeba się zastanawiać, w jakiej temperaturze upiec biszkopt, żeby nie było zakalca. Urządzenia W Collection podpowiedzą, w jakiej temperaturze piec potrawy, jak długo trzymać je w piekarniku, a nawet jakich składników powinniśmy użyć – wyjaśnia Joanna Cichocka.
W nowych sprzętach Whirlpool zastosowane zostały innowacyjne technologie, wśród których znajdują się m.in. opatentowana, czteropunktowa termosonda, która mierzy temperaturę w czterech różnych punktach pieczonej potrawy, zapewniając równomierne wypieczenie. Funkcja Cook4 umożliwia z kolei pieczenie czterech różnych potraw w tym samym czasie. Interfejs piekarnika sugeruje użytkownikowi najbardziej odpowiednią półkę dla poszczególnych potraw, podczas gdy system obiegu powietrza i mocniejszy silnik wentylatora zapobiegają mieszaniu się smaków i aromatów.
– Inteligentne urządzenia muszą być łatwe i intuicyjne w obsłudze. Temu służą m.in. duże wyświetlacze tekstowe, które obsługujemy podobnie jak smartfona, przesuwając palcem po ekranie i wybierając potrzebną funkcję. Coraz powszechniejsze staje się łączenie wszystkich urządzeń w ramach smart home w jedną domową sieć. Takie możliwości mamy także w linii urządzeń W Collection, które mogą być sterowane z poziomu aplikacji mobilnej. Dzięki temu, nie ruszając się z salonu, możemy nastawić piekarnik, żeby nagrzał się do odpowiedniej temperatury, a okap może nas powiadomić o tym, że pralka zakończyła cykl prania – wylicza Joanna Cichocka.
Produkty z nowej linii W Collection są elementem wyposażenia warszawskiej Akademii Kulinarnej Whirlpool. Akademia przeszła niedawno wizualną i technologiczną metamorfozę. Koncepcja redesignu została oparta na założeniu, że kuchnia, jako lokal, powinna być przede wszystkim kolorowa i radosna. Dlatego po pięciu latach biel na ścianach Akademii zastąpiły kolory – turkusowy, żółty i czerwony.
– We wzornictwie kuchennym dominuje trend, że wszystko jest białe, szare lub czarne, sterylne i gładkie. Ten trend powoli odchodzi, zastępuje go nowa moda na naturalne materiały, naturalne wykończenia i żywe kolory. W Akademii Kulinarnej Whirlpool nowe sprzęty są futurystyczne i robią wielkie wrażenie. Udało nam się zapewnić dla nich naturalne tło. Chcieliśmy pokazać, że sprzęty będą dobrze wyglądały nie tylko w kuchni – laboratorium, lecz także w zwykłej kuchni, domowej i ciepłej – mówi Jan Strumiłło, architekt i twórca koncepcji redesignu Akademii Kulinarnej Whirlpool.
W nowej, kolorowej odsłonie Akademia zaprasza pasjonatów gotowania na warsztaty pod okiem zawodowych kucharzy, które odbywają się trzy razy w tygodniu. Tematyka zajęć jest bardzo szeroka – od podstaw kulinarnych, przez tajniki kuchni włoskiej, aż po warsztaty tematyczne.
– Akademia Kulinarna Whirlpool to przestrzeń wielofunkcyjna, która służy wielu celom – gotowaniu, nagrywaniu, spotkaniom. Mieści się w przestrzeni, która wygląda inaczej niż zwykła kuchnia. To jest przestrzeń loftowa. My zmieniliśmy ją tak, żeby była bardziej swojska, ciepła i przyjazna dla użytkownika. Osiągnęliśmy to, stosując naturalne materiały, intensywne kolory i znacznie cieplejsze oświetlenie. Odchodzimy od laboratoriów w kierunku kuchni domowych – mówi Jan Strumiłło.
Każdego roku udar mózgu dotyka ponad 80 tys. Polaków i powoduje ok. 30 tys. zgonów. To trzecia, po chorobach serca i nowotworach, najczęstsza przyczyna śmierci i główny powód trwałej niepełnosprawności Polaków po 40 roku życia. 90 proc. czynników, które potęgują ryzyko udaru mózgu, można zmodyfikować albo całkiem wykluczyć samodzielnie. Wystarczy zmienić styl życia i dietę, rzucić palenie, ograniczyć alkohol i więcej się ruszać. W praktyce poziom wiedzy dotyczący przyczyn oraz objawów udaru mózgu jest jednak wciąż niski. Dlatego ważne, żeby szerzyć ją od najmłodszych lat. To właśnie cel Ogólnopolskiego Programu na rzecz Profilaktyki Udarowej pt. „I Ty możesz zostać superbohaterem”, który jest właśnie realizowany w szkołach w całej Polsce.
– Udar mózgu jest bardzo powszechną chorobą. Ryzyko, że ktoś z nas dozna udaru mózgu, wynosi 1 do 6. W skali Polski jest to rocznie około 80 tys. nowych przypadków, spośród których 25 proc. pacjentów nie przeżyje pierwszych trzech miesięcy. Kolejna połowa jest zagrożona trwałą niesprawnością, więc jest to istotny problem zdrowotny. W ujęciu ogólnym udar mózgu jest trzecią co do liczebności przyczyną zgonów i najczęstszą przyczyną niesprawności u osób dorosłych, więc jest to bardzo poważny problem, z którym radzimy sobie stopniowo coraz lepiej, ale nadal dalece nieoptymalnie –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Michał Karliński, neurolog w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.
Ryzyko wystąpienia udaru znacząco zwiększają schorzenia układu sercowo-naczyniowego, takie jak nadciśnienie tętnicze, choroba niedokrwienna serca i migotanie przedsionków, a także cukrzyca, otyłość, brak aktywności fizycznej, nadużywanie alkoholu czy palenie tytoniu.
– Szalenie istotna jest profilaktyka, dlatego że poprzez optymalizację stylu życia i leczenie chorób towarzyszących, takich jak nadciśnienie tętnicze, migotanie przedsionków, miażdżyca czy cukrzyca, możemy zmniejszyć ryzyko udaru mózgu. Co ważniejsze, możemy zapobiec połowie udarów mózgu poprzez wprowadzenie pięciu konkretnych zachowań prozdrowotnych, tj. niepalenie tytoniu, zachowanie prawidłowej masy ciała, regularną aktywność fizyczną, nienadużywanie alkoholu bądź spożywanie go w niewielkich ilościach i zdrowa dieta. Zdrowy styl życia naprawdę ma znaczenie – podkreśla dr Michał Karliński.
W praktyce poziom wiedzy dotyczący objawów udaru mózgu oraz czynników go wywołujących jest wciąż niski. Ważne, żeby szerzyć ją od najmłodszych lat i to właśnie jest celem Ogólnopolskiego Programu Edukacyjnego na rzecz Profilaktyki Udarowej.
– W ramach kampanii „Stop udarom” od 2012 roku razem z firmą Boehringer Ingelheim działamy na rzecz profilaktyki i prewencji udarów mózgu w Polsce. W tym roku po raz pierwszy zainicjowaliśmy nowy program pod nazwą „I ty możesz zostać superbohaterem”, który dociera przede wszystkim do młodzieży ze szkół podstawowych. To jest dość innowacyjne podejście do tematyki profilaktyki i prewencji udarów mózgu. Ten program w zamyśle ma dotrzeć do różnych grup społecznych i rodzin, zarówno do dzieci, ale poniekąd też do ich rodziców, dziadków, rodzeństwa. Dzieci mają zwrócić na ten problem uwagę rodziców, którzy potencjalnie są też narażeni na wystąpienie udaru mózgu – mówi Sebastian Szyper, prezes Stowarzyszenia Udarowcy, Liczy się Wsparcie!.
Program skierowany do uczniów piątych klas jest prowadzony w szkołach na terenie całej Polski. Ma formułę interaktywnych warsztatów edukacyjnych. W trakcie zajęć dzieci dowiadują się, jak działa mózg, jak dochodzi do udaru i jakie funkcje mózgu może on wyłączyć. Uczą się, jakie są objawy udaru mózgu i jak należy reagować w sytuacji ich wystąpienia. Scenariusze zajęć zostały przygotowane wspólnie z nauczycielami z Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych. Prowadzą je edukatorzy z Międzynarodowego Stowarzyszenia Studentów Medycyny IFMSA-Poland.
– Warsztaty odbywają się w trakcie 45-minutowej lekcji, podczas której uczymy dzieci o udarze mózgu. Na początku opowiadamy pewne ciekawostki o samym mózgu, jak on funkcjonuje, jak się odżywia. W ten sposób staramy się wytłumaczyć, czym jest udar i jak poważne może mieć konsekwencje –mówi Karolina Mitruczuk, edukatorka z IFMSA-Poland.
Dzięki interaktywnej formie warsztaty angażują uczniów i w przystępny sposób przekazują wiedzę, która może uratować komuś życie. W trakcie zajęć dzieci rozwiązują krzyżówki i quizy, a w części praktycznej przeprowadzają doświadczenie, które pokazuje przepływ krwi do mózgu. Oglądają też edukacyjną animację, w której główną rolę odgrywa Doktor Stroke – Pogromca Udarów, w którego wciela się aktor Michał Malinowski.
– Moim zadaniem, jako superbohatera, jest uświadamianie, jakim zagrożeniem jest udar mózgu, jakie konsekwencje niesie zignorowanie objawów. Z drugiej strony zwracam uwagę na fakt, że tym konsekwencjom możemy przeciwdziałać dzięki podstawowej wiedzy, którą można posiąść w kilka minut. To może później decydować o życiu, śmierci lub trwałej niepełnosprawności. Zanim zaangażowałem się w kampanię nie miałem pojęcia, że skala udarów mózgu w Polsce jest aż tak duża. Mówi się o nowotworach, chorobach serca, a to jest równie duży problem – mówi Michał Malinowski.
Inicjatorzy kampanii STOP UDAROM (www.stopudarom.pl) podkreślają, że w Światowym Dniu Udaru Mózgu, który jest obchodzony 29 października, warto przypomnieć sobie jego podstawowe objawy, czyli: usta wykrzywione, dłoń opadnięta, artykulacja utrudniona i rozmazane widzenie. Pierwsze litery każdego z nich składają się w słowo „udar”. W przypadku zaobserwowania takich symptomów u kogoś bądź u siebie należy bezwzględnie i jak najszybciej wezwać pogotowie.
W największych miastach świata pojawia się coraz więcej rozwiązań z zakresu smart city. Najczęściej spotykane są systemy zarządzania ruchem drogowym, które pozwalają redukować korki na drogach i ograniczać smog. W miastach takich jak Wiedeń, Londyn czy Nowy Jork, takie rozwiązania już funkcjonują, natomiast w polskich miastach dopiero są wdrażane. Skuteczność i bezpieczeństwo inteligentnych miast mógłby zwiększyć jeden standard, w którym pracowałyby wszystkie elementy smart city, takie jak kamery ze sztuczną inteligencją, inteligentne radary, czy czujniki pogody.
– Smart city to nie tylko oprogramowanie, to nie tylko usługi różnego typu które są dedykowane na potrzeby miast, to przede wszystkim społeczność, która myślenie swoje dedykuje właśnie typowi smart, które się rozwija nie tylko technologicznie, ale również mentalnie i umysłowo. To bardzo ważny aspekt rozwoju każdego miasta i każdej społeczności – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dawid Paruzel, dyrektor operacyjny Smart in, polskiego producenta rozwiązań inteligentnego miasta.
Współczesne projekty inteligentnych miast skupiają się głównie na kwestiach związanych z bezpieczeństwem społeczeństwa. Coraz częściej władze sięgają po systemy inteligentnego monitoringu, które umożliwiają służbom miejskim błyskawicznie reagowanie na wszelkie zagrożenia dla porządku publicznego. Aby jednak te informacje można było błyskawicznie przetwarzać i analizować, twórcy systemów inteligentnych muszą korzystać z rozwiązań automatyzujących pracę monitoringu.
Jednym z najciekawszych przykładów na wykorzystanie technologii inteligentnych do monitoringu obszarów miejskich jest system wdrożony przez chińskie władze. W kilkunastu miastach wykorzystuje się tam kamery CCTV podłączone do sztucznej inteligencji. Oprogramowanie korzysta z systemu rozpoznawania twarzy do automatycznego wyszukiwania osób poszukiwanych listem gończym. System ma już pierwsze sukcesy na koncie.
Z kolei inżynierowie Nokii opracowali oprogramowanie do analizy materiału wideo, które automatycznie zidentyfikuje potencjalne zagrożenia w środowisku miejskim: przeanalizuje prędkość ruchu pojazdów i będzie śledzić tempo poruszania się poszczególnych przechodniów. Dzięki temu nie tylko wykryje pirata drogowego i automatycznie zrobi mu zdjęcie, będzie w stanie zlokalizować źródło wybuchu masowej paniki i poinformować o tym służby bezpieczeństwa.
– Wszelkiego rodzaju oprogramowanie wspierające jest bardzo istotne, ale czujnik pogodowy czy czujnik zanieczyszczeń PM2,5 nie wystarczy, bo on nie wpływa na bezpieczeństwo bezpośrednie obywateli. Narzędzia, którymi dysponują służby obsługujące bezpieczeństwo miast, powinny dysponować informacją zintegrowaną i zunifikowaną. Powinny dysponować platformą z udostępnianymi informacjami od wszystkich służb miejskich z jednym panelem zarządczym, za pomocą którego operatorzy mogą reagować na zdarzenia – mówi ekspert.
Największym problemem, z jakim zmagają się niemal wszystkie miasta inteligentne, jest brak ujednoliconych wytycznych co do sposobu działania poszczególnych rozwiązań. Nie istnieje uniwersalne oprogramowanie, które pozwoliłoby szybko i sprawnie wdrożyć systemy inteligentne na nowe obszary i zintegrować je z istniejącą infrastrukturą miejską.
Problem ten zauważyli m.in. inżynierowie Huawei, którzy podczas konferencji Connect 2018 w Szanghaju zaproponowali nowy model funkcjonowania inteligentnych miast. Proponują, aby ideę smart city rozwijać w ramach struktury 1+4+N: jedno inteligentne centrum operacyjne (IOC), cztery sztuczne inteligencje wyspecjalizowane w różnych zadaniach oraz platforma N przeznaczona do instalowania innowacyjnych aplikacji rozszerzających możliwości systemów miejskich.
– Monitoring wizyjny w bardzo wielu miastach uruchamiany jest w podobnych, ale jednak mimo wszystko różnych technologiach. Jeśli będziemy chcieli zunifikować tego typu rozwiązania albo rozszerzyć np. w Warszawie, która jest dużą metropolią, będzie trudno zunifikować to do jednego panelu zarządczego. Podobnym miejscem jest Śląsk, w którym następuje zgrupowanie wielu miast, dużych, mniejszych miejscowości w jednym, metropolitalnym miejscu – mówi Dawid Paruzel
Unifikacja miejskiego Internetu Rzeczy według pomysłu Huawei pozwoliłaby szybko i sprawnie wymieniać informacje między kamerami CCTV, systemami do analizy ruchu drogowego, czujnikami podtopień oraz stacjami pogodowymi informującymi o zanieczyszczeniach. Ujednolicenie narzędzi ułatwiłoby także wdrażanie systemów inteligentnych tam, gdzie nie funkcjonują jeszcze żadne rozwiązania z zakresu smart city.
Wprowadzenie nowego standardu mogłoby być szansą dla polskich miast, które dopiero zaczynają wprowadzać elementy smart city, zwłaszcza w obszarze transportu.
– U nas w Polsce już w kilku miastach wdrażane są skutecznie elementy smart city. Dobrym przykładem jest wdrażanie w bardzo wielu lokalizacjach w Polsce technologii związanej z tzw. ITS, czyli inteligentnym zarządzaniem ruchem drogowym. Cała aglomeracja poznańska została wyposażona w inteligentne rozwiązania wspierające ruch drogowy, tak samo Wrocław czy Warszawa – wymienia ekspert.
Obecnie rozwiązania inteligentnego ruchu drogowego są rozszerzane np. w Lublinie. Projektowanie rozwiązań typu ITS, m.in. inteligentnych skrzyżowań, rozpoczęło się także na Śląsku, np. w Tychach i w Katowicach. Na świecie wdrażanie rozwiązań smart city jest jednak o wiele bardziej zaawansowane.
– W Wiedniu, Londynie, czy Nowym Jorku inteligentne systemy zarządzania ruchem drogowym powstały, m.in. po to, żeby zmniejszyć ilość zatorów, korków na drogach, przez to również ograniczyć ilość emisji CO2, a ostatnio jest to bardzo istotny temat w kontekście efektu cieplarnianego na świecie – twierdzi Dawid Paruzel.
Według raportu opracowanego przez firmę analityczną marketsandMarkets, wartość rynku technologii z zakresu smart city przez najbliższe pięć lat będzie rosnąć w tempie 23 proc., by w 2022 roku osiągnąć wartość 1,2 bln dol.
W pierwszym półroczu 2018 r. systemem BLIK dokonano 33 mln transakcji – to tyle, ile w całym ubiegłym roku. Popularność płatności mobilnych wpisuje się w ogólny trend, jakim jest odchodzenie od gotówki na rzecz cyfrowych form płatności. Już niebawem za zakupy będzie można zapłacić przybliżając do terminala obrączkę czy zegarek. W Stanach Zjednoczonych są już testowane sklepy, które same pobierają odpowiednią należność – klient bierze z półki interesujące go rzeczy i wychodzi ze sklepu, a transakcja dokonuje się w tle.
Polacy bardzo szybko przyswajają nowe technologie w finansach. Wprowadzona na polski rynek usługa Apple Pay w tydzień pozyskała 200 tys. użytkowników. Rosnące grono klientów zdobywa też elektroniczna portmonetka Google Pay. Usługę udostępnia w Polsce już 12 banków i korzysta z niej już przeszło 300 tys. klientów. Z kolei wprowadzonym trzy lata temu systemem BLIK dokonano w pierwszym roku 2 mln transakcji. Z kolei tylko w pierwszym półroczu br. ich liczba wzrosła już do 33 mln – to tyle, ile w całym ubiegłym roku (co i tak stanowiło czterokrotny wzrost względem 2016).
Na popularności zyskują także płatności zbliżeniowe. Według NBP 66 proc. Polaków uważa, że płatności smartfonem i kartą są wygodniejsze i prostsze, niż gotówką. W obrocie znajduje się już ponad 38 mln kart płatniczych, a 8 na 10 transakcji dokonywanych za ich pośrednictwem to transakcje zbliżeniowe. Polacy korzystają z transakcji zbliżeniowych trzykrotnie częściej niż ich europejscy sąsiedzi, ale polski rynek wciąż jest jednak daleko w tyle za państwami takimi jak Szwecja czy Szwajcaria, gdzie udział gotówki w obrocie wynosi już raptem kilka procent (w Polsce wciąż oscyluje wokół 40 proc.) na rzecz bardziej nowoczesnych form płatności.
Najnowszym trendem są płatności dokonywane poprzez urządzenia do noszenia, takie jak zegarek.
– Metody płatności takie jak wearables to w dużej mierze moda. Tym, co sprawia że płatności mobilne tak świetnie sobie radzą, jest fakt, że wszyscy mamy telefony. Natomiast fakt, że musimy kupić nowy gadżet aby móc płacić za pomocą wearables, niekoniecznie doprowadzi do masowej adopcji tego trendu. Jednak na dużych, ekskluzywnych konferencjach wyraźnie widać coraz więcej płatności zegarkiem czy obrączką – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marta Krupińska, współzałożycielka Azimo.
Z opublikowanego na początku tego roku badania Mastercard, dotyczącego otwartości klientów na nowoczesne formy płatności, wynika że 27 proc. Polaków chciałoby w przyszłości płacić zbliżeniowo urządzeniami ubieralnymi, takimi jak inteligentny zegarek czy opaska fitness. Według ekspertów Mastercard – w Polsce ta technologia ma szansę przyjąć się szybciej, niż w innych częściach Europy. Wynika to z faktu, że polski sektor bankowy należy do najbardziej innowacyjnych na świecie, a polscy klienci bankowości bardzo szybko adaptują technologiczne nowinki w finansach.
Płatności zbliżeniowe za pomocą gadżetów, które można na siebie włożyć, są równie proste jak płatności kartą. Obrączkę czy bransoletkę wystarczy przyłożyć do terminala płatniczego.
– Do terminala płatniczego przybliżamy np. obrączkę, która wysyła informację do naszego telefonu i możemy zatwierdzić tę transakcję telefonem, chyba, że jest ona poniżej pewnej kwoty. W dużej mierze jest to kwestia gadżetu, to że nie muszę wyciągnąć telefonu, nie musze wyciągnąć karty, tylko mogę machnąć ręką i transakcja jest dokonana – tłumaczy Marta Krupińska.
Według prognoz Mastercard – do 2020 roku już 62 proc. wereables, czyli urządzeń ubieralnych, ma być wyposażonych w funkcje płatnicze. Prawdziwą rewolucją będą jednak płatności, które nie wymagają od nas jakiejkolwiek uwagi.
– W tej chwili Amazon tworzy w USA supermarkety, w których możemy płacić w ogóle nie płacąc. Podchodzimy do półki, ściągamy z niej rzeczy i wychodzimy z supermarketu. To idea płacenia bez koszyka. To jest przyszłość – prognozuje Marta Krupińska.
Założony przez nią start-up Azimo działa na rynku międzynarodowych transferów gotówki i stanowi dziś konkurencję dla gigantów takich jak Western Union. Umożliwia przesłanie pieniędzy na numer telefonu komórkowego. W tym celu nie trzeba nawet znać numeru konta bankowego odbiorcy – wystarczy, że zaloguje się on do aplikacji na swoim telefonie i wpisze numer rachunku, na którym mają zostać zaksięgowane środki.
Według firmy badawczej Tractica, już w 2020 r. wartość transakcji dokonanych za pomocą urządzeń wearables sięgnie 500 mld dol. Wartość będzie rosnąć w najbliższych latach w tempie 177 proc. średniorocznie.
Podczas obchodów Dnia Organizacji Narodów Zjednoczonych (UN Day) przedstawiciele ambasad Francji, Stanów Zjednoczonych, Norwegii i Australii odebrali certyfikaty Partnerstwa SDGs „Razem dla środowiska” na znak ich zaangażowania w realizowanie Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ w Polsce. Ambasady współpracują z Centrum UNEP/GRID-Warszawa przy realizacji ekologicznych projektów.
Ochrona środowiska wymaga wspólnego wysiłku przedstawicieli wszystkich narodów świata. Tym bardziej czujemy się wyróżnieni zaangażowaniem i uwagą, z jakimi do naszych działań podeszli ambasadorzy Francji, Stanów Zjednoczonych, Norwegii i Australii, którzy swoje poparcie wyrazili poprzez podpisanie oficjalnych listów. Są one podstawą naszej dalszej wielopłaszczyznowej współpracy – mówi Maria Andrzejewska, Dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa.
Podczas uroczystości 25 października 2018 r. certyfikaty Partnerstwa SDGs „Razem dla środowiska” odebrali Ambasador Norwegii Olav Myklebust, Ambasador Australii Paul Wojciechowski, Adam Kapella reprezentujący Ambasadora Francji oraz Alison Behling reprezentująca Ambasador Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Ambasady realizują wspólnie z Centrum UNEP/GRID-Warszawa różnorodne działania ekologiczne, m.in. projekt ECO-MIASTO promujący zrównoważony rozwój polskich miast oraz Program GLOBE – Międzynarodowy Program Edukacyjny w Polsce.
Na zdjęciu (od lewej): Alison Behling reprezentująca Ambasador Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, Adam Kapella reprezentujący Ambasadora Francji, Dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa Maria Andrzejewska, Ambasador Norwegii Olav Myklebust i Ambasador Australii Paul Wojciechowski fot. UNEP/GRID-Warszawa
Partnerstwo SDGs „Razem dla środowiska” jest odpowiedzią na potrzebę budowy w Polsce przyjaznego klimatu oraz możliwie najlepszych warunków dla realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju, a szczególnie tych, które odnoszą się do kwestii środowiskowych. Oprócz ambasadorów wspiera je prawie czterdziestu partnerów instytucjonalnych oraz wielu partnerów indywidualnych.
Strajk w PLL LOT trwa już 8 dni. Przedstawiciel biura prasowego przewoźnika poinformował w piątek rano, że do tej pory odwołane zostały 74 rejsy na ponad 2 700 zaplanowanych. Po południu pojawiła się informacja o kolejnych dwóch odwołanych połączeniach dalekodystansowych: do Toronto i Tokio. Według szacunków Skycop odszkodowania dla poszkodowanych podróżnych mogą pochłonąć już ponad 6,5 mln zł. Konflikt w PLL LOT się pogłębia. Zarząd nie chce przywrócić do pracy zwolnionych pracowników, a strajkujący nie zamierzają ustąpić. Nie widać też szans na szybkie zakończenie konfliktu, co wzmacniają doniesienia, że 67 zwolnionych pracowników otrzymało propozycje pracy od konkurencyjnych firm.
LOT na bieżąco informuje swoich pasażerów o zmianach w rozkładzie, przebukowuje bilety na alternatywne rejsy własne lub innych linii lotniczych, aby pasażerowie mogli, jak najszybciej dostać się do swojego miejsca docelowego. Przewoźnik wyleasingował też kilka samolotów wraz z załogami, aby protest załóg w jak najmniejszym stopniu dotykał pasażerów.
–Pomimo wysiłków podejmowanych przez przewoźnika, zaskoczyły nas informacje o zwolnieniu strajkujących pracowników. To nie są standardy godne spółki należącej do Skarbu Państwa. Wiemy już o 76 odwołanych lotach, a także o licznych opóźnieniach. Jeśli posłużymy się danymi przekazanymi przez służby informacyjne LOT, to można przyjąć, że na jeden rejs przypada średnio około 82 pasażerów[1]. To oznacza, że odwołania lotów mogły dotknąć już ponad 6 tys. osób. Zakładając tylko najniższą stawkę odszkodowania wynikającą z przepisów unijnych, czyli 250 euro, protest może kosztować LOT już ponad 6,5 mln zł, a do tego dochodzą inne koszty, np. za wynajem dodatkowych samolotów. – wyjaśnia Marius Stonkus, prezes Skycop.
Strajk a walka o odszkodowanie
Unijne rozporządzenie 261/2004, którego celem jest ochrona pasażerów, przewiduje odszkodowania w wysokości od 250 do 600 euro za opóźnione i odwołane loty. Przepisy nie dotyczą wprost strajków personelu linii lotniczych. W kwietniu Europejski Trybunał Sprawiedliwości uznał jednak odpowiedzialność linii lotniczych za zakłócenia lotów wynikające z nieplanowanych strajków pracowników. Od tej pory każdy strajk może być rozpatrywany jako podstawa do wypłaty odszkodowania.
– Zachęcamy podróżnych, by walczyli o swoje prawa i występowali o odszkodowania za opóźnione o co najmniej 3 godziny i odwołane loty. Napięta sytuacja pomiędzy związkami zawodowymi i zarządem trwała w PLL LOT od wielu miesięcy. Przewoźnik miał szansę aby w trosce o dobro pasażerów odpowiednio przygotować się do protestu lub zapobiec mu, więc trudno tu mówić o nadzwyczajnych okolicznościach, które zwalniałyby z odpowiedzialności za zakłócenia dotykajace pasażerów – mówi Marius Stonkus.
[1] Siódmego dnia strajku biuro prasowe przewoźnika podawało informacje o zrealizowaniu 2 222 rejsów i przewiezieniu 183 tys. pasażerów, co daje średnio 82 pasażerów na lot.
Przyszły tydzień może przynieść karuzelę nastrojów, biorąc pod uwagę kruchość sentymentu na rynku akcji, podwyższoną zmienność na koniec miesiąca, a do tego publikacje istotnych danych. Wskaźniki inflacji oraz aktywności biznesu udzielą wskazówek o sile globalnego ożywienia. Uwagę przyciągną decyzje Banku Japonii i Banku Anglii, a raport z rynku pracy USA będzie głównym wydarzeniem tygodnia. Wszytko to w politycznym szumie związanym ze sporem nad włoskim budżetem, Brexitem i wyborami do Kongresu USA.
Przyszły tydzień: PCE Core, indeks zaufania konsumentów, ISM, NFP z USA, HICP/PKB z Eurolandu, BoE, PMI/CPI z Polski, BoJ, PMI z Chin, CPI z Australii, rynek pracy z Kanady
USA
Obfity kalendarz z USA zawiera PCE Core (pon), indeks nastrojów konsumentów (wt), ISM (czw) i NFP (pt). PCE jest preferowaną przez Fed miarą inflacji, nastroje konsumentów będą ważnym barometrem w obliczu zapaści rynku akcji, a ISM rzuci więcej światła na stanowisko firm w obliczu wojny celnej z Chinami. W raporcie z rynku pracy dynamika zatrudnienia powinna wrócić bliżej 200 tys. i otrząsnąć się z wpływu czynników jednorazowych (134 tys. we wrześniu). Płace będą gwiazdą raportu, a prognoza 0,3 proc. m/m ustawia wysoko poprzeczkę dla pozytywnych zaskoczeń. Przyszły tydzień będzie ostatnim przed wyborami do Kongresu USA (6 listopada), więc można spodziewać się, że polityka przyćmi dane, a zmienność USD będzie bardziej chaotyczna.
EBC
Po ostatnim posiedzeniu EBC wiemy, że bank pokłada nadzieje w przyspieszeniu inflacji w oparciu o silne płace. W październiku inflacja HICP (śr) może pokazać siłę na bazie wzrostu cen energii, ale efekty bazy powinny też pomóc podbić inflację bazową do 1,1 proc. Wstępny szacunek PKB (wt) raczej spowolni z 2,1 proc. r/r w II kw., biorąc pod uwagę rozczarowanie w wynikach przemysłu. Mieszany przekaz danych zostawi EUR na pastwie wieści dotyczących sporu o włoski budżet, gdzie o szybki finał będzie bardzo trudno.
Wielka Brytania
W Wielkiej Brytanii, jeśli na chwilę uda się oderwać od tematu Brexitu, uwagę przyciągną prezentacja budżetu (pon), PMI dla przemysłu (czw) i decyzja Banku Anglii (czw). Ostatnie dane fiskalne sugerują malejący deficyt, co powinno skutkować w niższych potrzebach pożyczkowych w następnym okresie – pozytywny sygnał. Aktywność w przemyśle pozostaje niezmienna od miesięcy i wahania PMI wokół 53 pkt powinny być odebrane neutralnie. Bank Anglii nie ma potrzeby sugerować zmiany nastawienia, gdyż ręce decydentów są związane w obliczu ryzyka, jakie niesie ze sobą niedogadany Brexit. Poza tym na rynku nie ma powodu, by kochać funta.
Polska
W Polsce zakładamy wzrost inflacji (śr) w październiku o 0,4 proc. m/m na wyższych cenach energii, ale efekty bazy obniżą wskaźnik roczny do 1,8 proc. r/r (z 1,9 proc.). Szacujemy obniżenie indeksu PMI dla przemysłu (pt) do 49,9, co byłoby silnym sygnałem mijania szczytu cyklu koniunkturalnego. Utrata przez złotego pozytywnego zaplecza danych makro może być bolesnym ciosem w obliczu wzrostu rynkowej awersji do ryzyka, pchając EUR/PLN w kierunku 4,35.
Japonia
Nie oczekujemy niespodzianek po posiedzeniu Banku Japonii (wt-śr). W obliczu zawirowań rynkowych i niepewności o wpływ wojen handlowych jest mało realne, aby BoJ decydował się na dyskusję o zmianie nastawienia. Przy wyhamowaniu wzrostów rentowności obligacji skarbowych USA i stabilizacji USD/JPY nie ma potrzeby modyfikować polityki wobec rentowności japońskich 10-latek (ostatnio dopuszczono do zwiększenia fluktuacji do 0,2 proc.). Jak na razie USD/JPY względnie opiera się korelacji z dołującym rynkiem akcji, ale presja wzrasta.
Chiny
Przy skupieniu uwagi wokół kondycji chińskiej gospodarki, odczyty październikowych indeksów PMI z Państwa Środka (śr, czw) mogą być silnym determinantem rynkowych nastrojów. Największym ryzykiem jest osunięcie Caixin PMI dla przemysłu poniżej bariery 50 pkt, która rozdziela ożywienie od recesji w sektorze. Przy wzmacniającym się wpływie ceł importowych nie jest to wykluczone.
Australia
W Australii na pierwszym planie będzie odczyt CPI za III kw. (śr). W ujęciu rocznym inflacja ma osłabić się poniżej 2 proc., przypominając, że daleko jesteśmy momentu, kiedy RBA zmieni swoje nastawienie na jastrzębie. W efekcie globalne czynniki będą miały największy wpływ na AUD i przy problemach Chin dolar australijski jest łatwym celem. W Nowej Zelandii do wyrwania NZD spod presji awersji do ryzyka przydałoby się pozytywne zaskoczenie w odczycie indeksu zaufania biznesu (śr). W obecnym klimacie jednak jakikolwiek rajd kiwi szybko spotka się z reaktywacją podaży.
Kanada
Z Kanady nadejdą dane o PKB (śr) i z rynku pracy (pt). Główna uwaga będzie na dynamice wynagrodzeń, gdyż to ostatni element układanki, którego Bank Kanady potrzebuje, by spodziewać się szybszego wzrostu inflacji i w rezultacie przyspieszyć z zacieśnianiem monetarnym. Wysoki odczyt wzmocni rynkowe spekulacje o możliwej podwyżce jeszcze w tym roku (grudzień), co dałoby istotne wsparcie dla CAD. Do tego czasu jednak kanadyjki dolar będzie miał kłopoty z utrzymaniem wartości w obliczu pogorszenia sentymentu globalnego.
Raport „DNA of Real Estate” przedstawia analizę sektora nieruchomości biurowych, handlowych i logistycznych w Europie
Czynsze w budynkach biurowych w Europie rosną ósmy kwartał z rzędu
W ujęciu rocznym czynsze najbardziej wzrosły w sektorze nieruchomości biurowych – o 2,5%
Czynsze w obiektach logistycznych rosną najszybciej od 2008 roku przy jednocześnie największej kompresji stóp kapitalizacji
Z najnowszego raportu „DNA of Real Estate”, opracowanego przez międzynarodową firmę doradczą Cushman & Wakefield, wynika, że czynsze za wynajem powierzchni biurowych w Europie rosną nieprzerwanie od ośmiu kwartałów, przy czym w trzecim kwartale 2018 roku wzrosły o 0,7%.
W ujęciu rocznym stawki czynszowe w Europie wzrosły najbardziej w sektorze nieruchomości biurowych, bo aż o 2,5%. Z kolei na rynku nieruchomości logistycznych wzrost czynszów wyniósł 1,8% w skali roku oraz 1,9% w minionym kwartale – jest to najszybsze tempo wzrostu od 2008 roku.
Czynsze za wynajem powierzchni handlowych znacząco wzrosły od czasu ostatniego kryzysu finansowego i są obecnie o ponad 30% wyższe niż w 2008 roku, do czego w największym stopniu przyczyniły się trendy wzrostowe w Europie Zachodniej. Jednak w trzecim kwartale bieżącego roku stawki czynszowe w tym segmencie rynku obniżyły się o 0,4%, a w ujęciu rocznym o 0,5%.
Nigel Almond, dyrektor działu badań rynków kapitałowych w firmie Cushman & Wakefield
Nigel Almond, dyrektor zespołu ds. analiz danych w firmie Cushman & Wakefield, powiedział: „Największe rynki w Europie, czyli Francja, Niemcy, kraje nordyckie i Beneluksu oraz Wielka Brytania, w dużym stopniu odrobiły straty od czasu ostatniego kryzysu finansowego, a czynsze powróciły do poziomów sprzed kryzysu lub je przekroczyły. Rynki semi-core, w tym Irlandia, Włochy, Portugalia, Europa Środkowo-Wschodnia i Hiszpania, bardziej odczuły następstwa kryzysu, ale czynsze przy głównych ulicach handlowych w tych krajach generalnie wzrosły, co świadczy o utrzymującym się popycie na najbardziej atrakcyjne lokale w największych miastach europejskich”.
„We wszystkich kategoriach aktywów na głównych rynkach nieruchomości Europy Środkowo-Wschodniej obserwujemy takie same trendy jak na całym kontynencie. W Polsce rosną czynsze za wynajem powierzchni biurowych i logistycznych, a Praga odnotowuje najszybsze w Europie tempo wzrostu kosztów najmu lokali przy głównych ulicach handlowych. Przewidujemy, że w Europie Środkowo-Wschodniej kompresja stóp kapitalizacji będzie się pogłębiać we wszystkich sektorach nieruchomości”, dodał Soren Rodian Olsen, Partner, dyrektor działu rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield.
Nieruchomości biurowe
Czynsze za wynajem powierzchni biurowych w Europie wzrosły w ujęciu rocznym o ponad 2% piąty kwartał z rzędu, ale są nadal niższe o 1,4% w porównaniu z poziomem zarejestrowanym w trzecim kwartale 2008 roku, czyli przed kryzysem.
Wzrosty odnotowano na 12 spośród 47 monitorowanych rynków, przy czym przede wszystkim w Niemczech (4,1% w Monachium, 1,9% w Hamburgu i 1,6% w Berlinie). Ze względu na silny popyt i ograniczoną dostępność powierzchni biurowej czynsze wzrosły także na rynkach regionalnych w Wielkiej Brytanii (o 6,2% w Bristolu, 4,5% w Edynburgu i 2,1% w Newcastle). Największy wzrost miał miejsce w Sofii, gdzie czynsze wzrosły o 7,1% w ciągu kwartału i o ponad 11% w ujęciu rocznym w wyniku dużej aktywności najemców.
Stopy kapitalizacji dla nieruchomości biurowych w Europie obniżyły się o 1 pb do 4,41%, a ich kompresja na siedmiu z 47 monitorowanych rynków wyniosła od 10 do 25 pb. W Monachium zmniejszyły się o 10 pb do 2,7% – najniższego poziomu w Europie. Stopy kapitalizacji spadły na czterech z pięciu rynków biurowych w Niemczech, przy czym najbardziej we Frankfurcie, bo aż o 25 pb, co świadczy o dużym zainteresowaniu inwestorów i dobrej kondycji rynku. O tyle samo obniżyły się stopy kapitalizacji w Budapeszcie i Lizbonie.
Nieruchomości logistyczne
Sektor nieruchomości logistycznych nadal odnotowuje dobre wyniki zarówno pod względem aktywności najemców, jak i inwestorów, o czym świadczy największy kwartalny wzrost czynszów (na równi z sektorem biurowym) oraz najgłębsza kompresja stóp kapitalizacji, które w przypadku najlepszych obiektów logistycznych w Europie obniżyły się o 5 pb w ciągu kwartału oraz o 41 pb w ujęciu rocznym i wynoszą obecnie 5,9%.
Do wzrostu czynszów w Europie o 0,7% przyczyniły się przede wszystkim rynki regionalne w Wielkiej Brytanii, w tym Leeds (8,7%), Cardiff (8,3%) i Bristol (3,6%). Jest to spowodowane przez duży popyt wśród najemców i absorpcję nowej podaży w warunkach ograniczonej dostępności powierzchni logistycznych. Wzrosty odnotowano także w Moskwie (6,6%), Dublinie (4,4%) i Budapeszcie (3,8%).
Stopy kapitalizacji spadły poniżej 6% – w porównaniu z drugim kwartałem 2018 roku były niższe o 5 pb i wynoszą obecnie 5,90%. Kompresję o ponad 20 pb odnotowano w krajach Beneluksu, a w Brukseli i Antwerpii o 40 pb (z 5,90% do 5,50%). Stopy kapitalizacji obniżyły się na 17 spośród 45 rynków logistycznych. W Niemczech wynoszą obecnie 4,45%, co oznacza, że zmniejszyły się o 11 pb w ciągu kwartału i o 65 pb rok do roku. Stopy kapitalizacji na wszystkich monitorowanych rynkach utrzymują się na bardzo zbliżonym do siebie poziomie (od 4,4% do 4,6%).
Główne ulice handlowe
Czynsze za powierzchnie handlowe wzrosły w minionym kwartale tylko na czterech spośród 41 monitorowanych rynków: w Pradze (4,5%), Sztokholmie (3,7%), Londynie (2,3%) i Helsinkach (1,4%). Jednak wskutek dwucyfrowego spadku w Stambule stawki czynszowe w skali całego kontynentu obniżyły się o 0,4%. W porównaniu z dynamicznie rozwijającymi się sektorami nieruchomości biurowych i logistycznych, czynsze na rynku powierzchni handlowych w pięciu największych miastach Niemiec utrzymują się na stabilnym poziomie od 18 miesięcy.
Drugi kwartał z rzędu – po raz pierwszy od pierwszego kwartału 2012 roku – więcej rynków nieruchomości handlowych odnotowało wzrost stóp kapitalizacji niż spadek. Na rynkach regionalnych w Wielkiej Brytanii zarejestrowano wzrost o 25 pb w Cardiff, Manchesterze i Newcastle. Stopy kapitalizacji wzrosły także w Stambule i Zurychu, wskutek czego średnia ważona dla najlepszych nieruchomości handlowych w Europie wyniosła 3,25% (wzrost o 3 pb). Rosną także w Wielkiej Brytanii, gdzie w drugim kwartale 2016 roku spadły do rekordowo niskiego poziomu 3,12%. Na wszystkich pozostałych największych rynkach stopy kapitalizacji są obecnie najniższe od 10 lat.
Nota dla Wydawcy
Dane przedstawione w raporcie dotyczą czynszów i stóp kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości. Dane sumaryczne dla poszczególnych krajów i regionów stanowią średnią ważoną PKB rynków monitorowanych w tych lokalizacjach. Dodatkowe informacje dostępne na żądanie.
Złoty pozostaje słaby, jednak w ostatnim czasie nie jest poddawana większym wahaniom. Złoty jest względnie stabilny mimo zmian na głównej parze oraz utrzymujących się globalnych ryzyk. Para EUR/PLN cały czas znajduje się w górnej części wąskiego korytarza, w którym pozostawała od końcówki lipca.
Wczorajszy dzień przyniósł poprawę na globalnych rynkach akcji – zyskiwały indeksy europejskie i amerykańskie. Dziś jednak na rynki akcji ponownie powróciła czerwień: kluczowe azjatyckie indeksy w nocy traciły ok. 0,5%, z kolei europejskie otworzyły się z luką rzędu 1,5%. Amerykańskie futures również nie radzą sobie dobrze, co wzmacnia obawy względem amerykańskiej sesji. Jeżeli niepewność na rynkach będzie się utrzymywać, niewykluczone, że przełoży się docelowo na nieco głębszą przecenę polskiej waluty.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w czwartek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,31-4,32. Mimo względnej stabilizacji w parze ze złotym, wspólna waluta istotnie traciła w relacji do dolara amerykańskiego, zyskiwała z kolei w parze ze słabszym funtem brytyjskim.
Wydźwięk wczorajszej konferencji Europejskiego Banku Centralnego był dość optymistyczny – prezes Draghi stwierdził, że pozostaje przekonany, iż dynamika cen powróci do celu inflacyjnego. Draghi nie przywiązał również zbyt dużej wagi do ostatnich słabszych odczytów z gospodarek strefy euro, sugerując, że są one oznaką jedynie „gorszego momentum”. Nie wyrażał również większych obaw o sytuację Włoch, jednak nie omieszkał skrytykować ostatnich działań kraju, sugerując, że na poprawę sytuacji na włoskim rynku długu może wpłynąć przede wszystkim „obniżenie tonu” włoskiego rządu.
Piątek nie przyniesie żadnych istotnych danych z europejskich gospodarek. W drugiej części dnia warto jednak zwrócić uwagę na przemówienia Mario Draghiego oraz Benoita Couere z EBC. Inwestorzy będą wyczekiwać również zakończenia europejskiej sesji, w godzinach wieczornych decyzję w sprawie ratingu Włoch opublikuje bowiem agencja Standard&Poor’s. Niewykluczone, że S&P zdecyduje się na obniżkę ratingu z poziomu BBB do BBB- (najniższego ratingu inwestycyjnego) lub – co najmniej – na zmianę perspektywy oceny wiarygodności kredytowej kraju ze stabilnej do negatywnej.
GBP
Kurs GBP/PLN w czwartek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,85-4,88. Waluta osłabiała się również w relacji do głównych walut. Szterlingowi wczoraj nie sprzyjało umocnienie dolara amerykańskiego oraz informacje, że negocjacje w sprawie Brexitu zostały wstrzymane ze względu na brak porozumienia w zespole premier May.
USD
Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,77-3,79. Dolar wczoraj zyskiwał w relacji do słabszych głównych walut.
Wczorajsze dane makroekonomiczne z USA były mieszane: we wrześniu rozczarowały dane o bazowych zamówieniach środków trwałych i bilans handlowy; pozytywnie zaskoczyły odczyty z rynku nieruchomości, względnie neutralne były z kolei cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych.
Piątek przyniesie informacje o realnych wydatkach konsumpcyjnych w III kwartale br. Kluczowymi danymi będą jednak szacunki zanualizowanej dynamiki PKB USA w III kwartale. Zgodnie z oczekiwaniami, wspierana przez amerykańską ekspansywną politykę fiskalną ekspansja gospodarcza wyniosła imponujące 3,3% w ujęciu zanualizowanym.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:30 – dynamika PKB USA w III kwartale br.
14:30 – dane o realnych wydatkach konsumpcyjnych i bazowy indeks cen wydatków konsumpcyjnych PCE w USA w III kwartale br.
16:00 – indeks nastrojów konsumentów Michigan w USA w październiku
16:00 – przemawia prezes EBC, Mario Draghi
16:15 – przemawia Benoit Coeure z EBC
Godziny wieczorne – rewizja ratingu Włoch przez S&P
Z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2017 roku cudzoziemcy zostawili w Polsce aż 41,5 mld zł, o 6% więcej niż rok wcześniej. Najwięcej wydały osoby przekraczające granicę z Niemcami (16 mld zł) oraz Ukrainą (7,7 mld zł). Ukraińcy pozwalali sobie na wyższe wydatki podczas jednej wizyty – w sklepach i restauracjach zostawiali średnio 751 zł, podczas gdy Niemcy 461 zł. Eksperci Personnel Service wskazują, że otwarcie na ruch przygraniczny i wydłużenie okresu legalnej pracy dla obywateli Ukrainy w Polsce będzie miało pozytywny wpływ na PKB.
W 2017 roku granicę Polski przekroczyło 171,6 mln cudzoziemców, co stanowi prawie 60% wszystkich przekroczeń granicy. Ich liczba w porównaniu do 2016 roku wzrosła o ok. 4%. Obcokrajowcy zostawiają też w Polsce coraz więcej pieniędzy. Jak wskazał GUS, najwyższe wydatki, biorąc pod uwagę lądową granicę, ponieśli cudzoziemcy przekraczający granicę z Niemcami, a następnie z Ukrainą. Jeżeli jednak spojrzymy na średnie wydatki ponoszone przez przedstawicieli poszczególnych państw podczas jednej wizyty w Polsce – rekordowe kwoty zostawili Ukraińcy.
Krzysztof Inglot – Work Service
– W 2017 roku Ukraińcy przekroczyli polską granicę aż 21 mln razy. To nie powinno dziwić, zwłaszcza biorąc pod uwagę skalę imigracji zarobkowej do naszego kraju. Pamiętajmy jednak, że przyjeżdżają do nas nie tylko pracownicy, ale także odwiedzające ich rodziny czy znajomi – oni także zostawiają w Polsce niemałe pieniądze. Przeciętnie w sklepach wydają 751 zł, czyli o prawie 38 zł więcej, niż rok wcześniej. To sporo, biorąc pod uwagę, że średnie wynagrodzenie na Ukrainie wynosi niewiele więcej, bo ok. 1 tys. zł – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.
Cudzoziemcy jadą do Polski na zakupy
Obcokrajowcy, którzy przyjechali do Polski w 2017 roku jako główny cel wizyty deklarowali zakupy (66,1% odpowiedzi). W celach służbowych i zawodowych podróżowało 9% wszystkich cudzoziemców.
Największym zainteresowaniem obcokrajowców cieszyły się towary nieżywnościowe, na które wydali łącznie 24,4 mld zł (59% ogółu ich wydatków). Na żywność i napoje bezalkoholowe przeznaczyli 5,1 mld zł (12,3%), a na alkohol i wyroby tytoniowe łącznie 4,2 mld zł (10,0%). W porównaniu z 2016 r. wydatki cudzoziemców były wyższe – na towary nieżywnościowe o 5,8%, na żywność i napoje bezalkoholowe o 11,9%, a na napoje alkoholowe i wyroby tytoniowe (razem) o 3,1% – podaje Główny Urząd Statystyczny. Co ciekawe, Ukraińcy wyróżniali się dużym udziałem w zakupach materiałów do budowy, remontu i konserwacji mieszkania lub domu oraz odzieży i obuwia.
– Wzrost wydatków cudzoziemców, również Ukraińców, w Polsce oczywiście pozytywnie wpływa na naszą gospodarkę. Z punktu widzenia PKB najlepszym rozwiązaniem byłoby pozwolić Ukraińcom pracować i osiedlać się w Polsce na dłużej. Na razie mogą zostawać u nas tylko pół roku. Wydłużenie tego okresu do np. 3 lat dałoby pozytywny efekt nie tylko dla pracodawców, ale również gospodarki. Ukraińcy zaczęliby zarabiać i wydawać w Polsce, a nie tak jak do tej pory, gdzie sporą część wynagrodzenia wysyłają do ojczyzny. Trzy czwarte z nich zarabia w Polsce powyżej 2,5 tys. zł – podsumowuje Krzysztof Inglot.
Regulacje w zakresie rejestracji aut z silnikami benzynowymi i wysokoprężnymi.
Norwegia jest liderem europejskich rankingów z największą liczbą sprzedaży samochodów elektrycznych.[1] Kraj jako jeden z pierwszych zapowiedział zakaz sprzedaży aut z silnikami benzynowymi i diesla. Celem rządu jest rejestracja od 2025 roku wyłącznie aut z silnikami z zerową emisją spalin. W Danii sektor transportu jest obecnie odpowiedzialny za jedną czwartą emisji dwutlenku węgla. Duński rząd, który będzie dążył do zakazu sprzedaży samochodów napędzanych paliwem do 2030 roku. Jednocześnie premier Lars Løkke Rasmussen wyraził nadzieję, że do 2030 r. będzie w Danii milion samochodów elektrycznych lub hybrydowych.[2]
Podobne działania zapowiedział islandzki rząd ogłaszając nowy plan działania dotyczący środowiska, który zakłada zaprzestanie wykorzystywania wszystkich paliw kopalnych przed rokiem 2050. Od 2030 roku zostanie zakazane rejestrowanie pojazdów z silnikami wysokoprężnymi i benzynowymi. Jedynym wyjątkiem będzie rejestracja aut na oddalonych obszarach kraju, w których trudno byłoby korzystać z pojazdów innych niż pojazdy napędzane benzyną lub olejem napędowym. Dzięki nowym przepisom nastąpi zmniejszenie emisji CO² pochodzącego z islandzkich dróg o połowę w roku 2030.[3]
Zrównoważony rozwój – model nordycki
Jednym z wyznaczników ekologicznych działań państw jest miejsce jakie zajmują w raportach nt. zrównoważonego rozwoju. W trzeciej edycji raportu z 2018 roku opisującego coroczne postępy w osiąganiu zrównoważonego rozwoju przygotowanego przez Bertelsmann Stiftung i Sustainable Development Solutions Network (SDSN) Szwecja, Dania, Finlandia i Norwegia plasują się w pierwszej dziesiątce. Szwecja zajmuje pierwsze miejsce w rankingu, a Dania i Finlandia odpowiednio drugie i trzecie miejsce, zaś Norwegia plasuje się na 6. pozycji)[4]. Jak wynika z Raportu SDG „Globalne obowiązki – realizacja celów” 2018 opisującego coroczne postępy w osiąganiu zrównoważonego rozwoju kraje skandynawskie są obecnie na najlepszej drodze do osiągnięcia celów zrównoważonego rozwoju przed rokiem 2030. Warto przypomnieć, że dokument określający cele zrównoważonego rozwoju został przyjęty przez wszystkie 193 państwa członkowskie ONZ Rezolucją Zgromadzenia Ogólnego 25 września 2015 roku w Nowym Jorku. Niemcy i Francja to jedyne kraje grupy G7, które znalazły się w pierwszej dziesiątce rankingu. Stany Zjednoczone zajmują 35. pozycję, podczas gdy Chiny i Rosja zajmują odpowiednio 54. i 63. miejsce.
W dniu 23 października 2018 roku Sejm RP przegłosował rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy – Ordynacja podatkowa oraz niektórych innych ustaw (druk nr 2860) oraz rządowy projekt ustawy o Solidarnościowym Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych (druk nr 2848).
Oba projekty były przedmiotem gruntownej krytyki wielu uczestników przeprowadzonych konsultacji społecznych, w tym również ZPP. Pierwszy z nich zakłada bowiem wprowadzenie do polskiego systemu podatkowego szeregu zmian o charakterze bardzo istotnym dla podmiotów gospodarczych, odnoszących się m.in. do kwestii raportowania o schematach podatkowych, czy też zmian dotyczących klauzuli obejścia prawa podatkowego. Są to działania, które w zamierzeniu ustawodawcy mają uszczelnić system i doprowadzić do zwiększenia dochodów budżetowych, w praktyce jednak mogą być dla podatników niebezpieczne. Ponadto, w ramach projektu, ustawodawca wprowadza tzw. exit tax, zgodnie z którym opodatkowane miałyby zostać dochody z niezrealizowanych zysków. Oznacza to de facto opodatkowanie przeniesienia składnika majątku poza terytorium Polski, w wyniku którego Rzeczpospolita traci w całości albo w części prawo do opodatkowania dochodów ze zbycia tego składnika, a także zmiana rezydencji podatkowej, w wyniku której Polska traci w całości albo w części prawo do opodatkowania dochodów ze zbycia składnika majątku będącego własnością podatnika, w związku z przeniesieniem jego miejsca zamieszkania do innego państwa.
Jest to rozwiązanie wynikające poniekąd z dyrektywy ATAD – jednak polski ustawodawca zdecydował się implementować przepisy w sposób zaostrzony względem minimalnych wymagań ustanowionych w dyrektywie, obejmując podatkiem również osoby fizyczne nieprowadzące działalności gospodarczej.
Warto zaznaczyć, że przyjęty projekt został wyodrębniony z projektu większego, który był uprzednio przedmiotem konsultacji społecznych i zawierał szereg innych rozwiązań, obejmujących m.in. preferencyjne
opodatkowanie dochodów z praw własności intelektualnej, czy też zmianę zasad podatkowego rozliczania kosztów rat leasingowych. W toku konsultacji społecznych, ZPP złożył krytyczne stanowisko do projektu zwracając uwagę na część niekorzystnych rozwiązań, a także poddając krytyce fakt, że dyrektywę ATAD polski ustawodawca zdecydował się implementować w pośpiechu czyniącym proces konsultacji w zasadzie iluzorycznym (zaledwie dwa tygodnie na zgłoszenie uwag do bardzo obszernego projektu, przy jednoczesnym konsultowaniu nowej Ordynacji podatkowej), mimo że czas na transpozycję mija dopiero z końcem 2019 roku. Nasze stanowisko w powyższym zakresie pozostaje niezmienne – wyrażamy stanowczy sprzeciw wobec wprowadzania nowych rozwiązań podatkowych, tak głęboko ingerujących w interesy podatników, w tak krótkim czasie, bez uwzględnienia uwag złożonych w toku konsultacji społecznych, a także bez dogłębnej analizy i dyskusji nad orzecznictwem TSUE odnoszącym się do koncepcji exit tax oraz jego wpływem na ostateczny kształt polskiej regulacji.
Podczas tej samej sesji plenarnej uchwalono ponadto również drugi projekt ustawy – o Solidarnościowym Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych. Fundusz ten miałby być finansowany ze składek obciążających wynagrodzenia pracowników oraz nowego podatku o stawce 4 proc., którego podatnikami będą osoby osiągające roczne dochody na poziomie miliona złotych. Warte zauważenia, że wysokość wspomnianej składki nie została w ustawie podana – ma być na bieżąco określana w ustawie budżetowej. W rzeczywistości zatem, polski ustawodawca, pod pretekstem stworzenia Funduszu (w dużej mierze pokrywającego się kompetencyjnie z już istniejącym PFRON), zdecydował się na zwiększenie pozapłacowych kosztów pracy (co gorsza – w wysokości nie określonej na stałe w ustawie), a także likwidację liniowego podatku dochodowego od działalności gospodarczej i wprowadzenie do skali podatkowej trzeciego progu w wysokości miliona złotych. ZPP już kilkukrotnie zdecydowanie krytykował ten pomysł, wskazując na jego antyrozwojowy charakter, a także niebezpieczeństwo wprowadzenia dalej idących zmian w przyszłości, zmierzających w kierunku stworzenia w Polsce progresywnego systemu opodatkowania dochodów.
Reasumując, 23 października polski Sejm uchwalił dwa projekty ustaw wprowadzające istotne, niekorzystne dla podatników zmiany. Jak wynika z informacji dotyczącej głosowań, niestety niewielu posłów sprzeciwiło się tym inicjatywom, co pozostawiamy do rozwagi w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych.
Obywatelstwo ekonomiczne, które w uproszczeniu można nazwać obywatelstwem za pieniądze, to według „The Economist” (27.09.2018 r. Genewa) wielki biznes i łatwe pieniądze dla małych krajów, ale też potencjalna szansa dla kryminalistów. Były premier Tajlandii Thaksin Shinawatra, pozbawiony władzy w wyniku zamachu stanu w 2006 r., zapytany o to, jak został obywatelem Montenegro odpowiedział „kupiłem wyspę”. Wypowiedź tę można potraktować w kategorii żartu, ale w istocie nim nie jest. Obywatelstwo można kupić, ale to nie wyjaśnia fenomenu zjawiska. Przyjrzyjmy się mu zatem z bliska.
Istota obywatelstwa ekonomicznego
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Obywatelstwo w zamian za poczynione inwestycje nie jest procederem nowym, gdyż liczy sobie już ponad 30 lat. Do jego prekursorów zaliczane jest Królestwo Tonga na południowym Pacyfiku, które w 1983 r. zaczęło sprzedawać paszporty za kilka tysięcy dolarów, ograniczając formalności do kilku zdawkowych pytań. Dziś sektor CRBI (ang. Citizenship and Residence by Investment) wzoruje się na ustawie przyjętej w 1984 r. w małej federacji Saint Kitts i Nevis na Morzu Karaibskim, oferującej obywatelstwo obcokrajowcom, którzy dokonali „znacznych” inwestycji. Obecnie jej populacja wynosi około 50 tys. mieszkańców, z których połowa z paszportami federacji żyje poza granicami.
Jeszcze ważniejsze dla branży było to, że w 1986 r. Kanada wprowadziła program pobytu w zamian za inwestycje. Okazało się to niezwykle atrakcyjne dla mieszkańców Hongkongu, zaniepokojonych zbliżającym się przekazaniem ich prowincji we władanie Chinom w 1997 r. Wprawdzie Kanada w 2014 r. wycofała się z programu, ale nadal jest on oferowany w prowincji Quebec.
W ślad za Kanadą poszły inne kraje, w tym Stany Zjednoczone, które w 1990 r. wprowadziły wizy EB-5, wymagające inwestycji w wysokości co najmniej 1 mln USD lub 500 000 USD w „ukierunkowanym” obszarze wysokiego bezrobocia.
Liczba „migrantów inwestycyjnych” nadal rośnie. Każdego roku tysiące paszportów jest kupowanych i sprzedawanych głównie przez ludzi bardzo bogatych. Liczba nabytych na rynku pozwoleń na pobyt dochodzi do setek tysięcy. Rozwijająca się branża – konsultanci, prawnicy, bankierzy, księgowi i pośrednicy w obrocie nieruchomościami – zajmuje się doradzaniem inwestorom niezadowolonym z ograniczeń wynikających z ich obecnego obywatelstwa.
Całkowity rozmiar działalności CRBI jest nieznany. Rada Migracji Inwestycyjnej (IMC) – grupa lobbingowa – szacuje, że rocznie w ten sposób nabywa obywatelstwo 5000 osób, inwestując około 3 mld USD. Znacznie wyższe liczby wiążą się z „pobytem”. Na przykład same USA wydają rocznie około 1000 wiz EB-5.
Popyt na długoterminowe wizy i paszporty rośnie, a więc coraz więcej krajów podnosi swoją atrakcyjność. Około 100 państw oferuje program „pobyt za inwestycje”. Kilkanaście państw proponuje obywatelstwo w tym pięć karaibskich państw wyspiarskich, Vanuatu, Jordania oraz – w obrębie UE – Austria, Cypr i Malta.
Ostatnim uczestnikiem tego rynku stała się Mołdawia, która w lipcu 2018 r. podpisała umowę z konsorcjum projektującym program „obywatelstwo za inwestycje”, oraz Czarnogóra, która w tym samym miesiącu ogłosiła, że w październiku 2018 r. uruchomi własny program.
Obywatelstwo ekonomiczne jest dedykowane dla osób, które pilnie potrzebują innego paszportu, czy to z powodów podatkowych, biznesowych czy podróży. Pobyt w zamian za inwestycje to nie to samo, co inwestowanie w obywatelstwo. Złote programy wizowe takie jak w Portugalii i Grecji ostatecznie przyniosą drugi paszport, ale zajmie to co najmniej sześć lat. Inne kraje jak np. Panama oferują wizę Friendly Nations, która wprawdzie ułatwi warunki pobytu, ale wymaga lat na naturalizację i nie ma 100% gwarancji jej powodzenia.
Obywatelstwo kontrowersyjne?
Nad branżą ciążą jednak ciemne chmury. Podejrzewa się, że jest nadmiernie skomercjalizowana, a uzyskiwanie praw i przywilejów, które patrioci w danym kraju uważają za święte i nie na sprzedaż, ułatwiają życie oszustom i terrorystom. Kwestia ta jest szczególnie „delikatna” w przypadku Unii Europejskiej. Dotyka wszak jednej z najbardziej „krajowych” kompetencji, ale ma konsekwencje ogólnounijne. Paszport członka UE jest również paszportem całej Unii – wiza „Schengen” zapewnia dostęp do 22 członków UE i czterech innych krajów.
W czasach, gdy imigracja jest kontrowersyjna, zwłaszcza ostatnio w Europie, idea nabywania prawa pobytu, a nawet obywatelstwa za gotówkę, wzbudza niesmak. Nie zmienia tego fakt, iż liczby te są nieznaczne w porównaniu z całkowitymi przepływami migracyjnymi. Dla przykładu w 2016 r. 863000 obywateli spoza UE otrzymało jej obywatelstwo; co roku Ameryka naturalizuje 700000-750000 osób. Jednak migranci inwestycyjni ucieleśniają wolności dostępne dla nielicznych beneficjentów globalizacji. Budzą więc oczywisty sprzeciw. Theresa May, premier Wielkiej Brytanii, określiła tę grupę ludzi mianem „obywateli znikąd”.
Fakt, że niektórzy z nabywców paszportów są oszustami, czyni biznes jeszcze bardziej niepopularnym.„Umożliwienie oszustom i przestępcom kupowanie rezydentury to skandal” – napisano w „Times of London” w czerwcu 2018 r. Wprawdzie nigdzie nie jest tak swobodnie, jak niegdyś w Królestwie Tonga, ale podejrzenia, że jest to biznes, w którym pieniądze pomagają ludziom podstępnym, są bardzo żywe.
Zarówno UE, jak i OECD, kluby bogatych krajów, spoglądają podejrzliwie na systemy CRBI. Jeszcze w tym roku Komisja Europejska opublikuje raport na temat programów, które są oferowane przez członków UE. Branża obawia się najgorszego. W sierpniu Vera Jourovej, komisarz ds. sprawiedliwości, powiedziała niemieckiemu dziennikowi „Die Welt”, że Komisja jest „bardzo zaniepokojona” i nie życzy sobie „żadnych koni trojańskich w UE”.
OECD natomiast obawia się, że programy CRBI można wykorzystać do niweczenia wysiłków na rzecz walki z oszustwami podatkowymi i praniem brudnych pieniędzy. Osoba unikająca opodatkowania może to uczynić, przyjmując obywatelstwo lub miejsce zamieszkania w drugim kraju, a otwierając rachunek bankowy w trzecim.
Przedstawiciele branży CRBI postrzegają trend obywatelstwa ekonomicznego jako pożądany i nieunikniony. Używa się tu kilkupoziomowej argumentacji. Po pierwsze wskazuje się na korzyści ekonomiczne dla krajów prowadzących takie programy. Mówi się o nich jak o dobrodziejstwie zwłaszcza dla małych krajów, o ograniczonych możliwościach przemysłowych, które chcą ożywić swoje gospodarki. Często przywoływanym przykładem jest Dominika zdewastowana pod koniec 2017 r. przez huragan Maria, a dwa lata wcześniej spustoszona przez huragan Erika. MFW oblicza, iż dochody z CRBI w tym kraju to 10% PKB. Jako sukces prezentowana jest również Malta, gdzie branża migracyjno-inwestycyjna ma dobre wyniki gospodarcze.
Drugim argumentem jest korzyść dla samych migrantów. Wielu klientów CRBI po prostu chce ułatwień w poruszaniu się, a te oferują niektóre paszporty. Branża przedstawia się jako obrońca liberalizmu i globalizacji w czasie, gdy są to wartości zagrożone.
Wreszcie trzeci aspekt dotyczy tych, którzy potrzebują paszportów lub praw pobytu z mniej czystych pobudek: unikania podatków lub policji, prania nieuczciwych pieniędzy lub – co najgorsze – do angażowania się w terroryzm. Aby przeciwstawić się przekonaniu, że są to pożądani klienci, w czasie forum IMC w Genewie delegaci mówili o należytej staranności w stosowaniu zasady „poznaj swojego klienta”. Jonathan Cardona, dyrektor programu CRBI ukierunkowanego na Maltę, stwierdził, że zaaprobował ponad 900 paszportów w ciągu czterech lat, ale odrzucił 22% wnioskodawców, głównie z powodu „braku jasności” co do źródła ich bogactwa. Wysoki odsetek ma sugerować, że sito kontrolne jest niezwykle gęste.
„Najlepsze” obywatelstwa ekonomiczne – próba rankingu
Co czyni obywatelstwo najlepszym? Wiele osób uważa, że jakość paszportu określa liczba krajów, które paszport pozwala odwiedzić. Eksperci branży CRBI twierdzą jednak, że paszport nie jest definiowany wyłącznie przez pryzmat jego przywilejów podróżniczych. Gdyby tak było, to Stany Zjednoczone znalazłyby się wśród najlepszych obywatelstw na świecie i nikt nie chciałby się go wyrzekać. W rzeczywistości bycie obywatelem USA z ogromnym obciążeniem podatkowym jest niekiedy gorsze niż bycie obywatelem Saint Lucia i Czarnogóry, który od czasu do czasu potrzebuje wizy, ale ma znacznie większą swobodę osobistą i finansową.
Programy CRBI, jak zaznaczono, wdraża około 100 krajów, a kilkanaście wprost sprzedaje obywatelstwo, więc nie sposób przyjrzeć się wszystkim. Warto natomiast zwrócić uwagę na te z największymi tradycjami i najbardziej przyciągające klientów.
Cypr proponuje obecnie najdroższe obywatelstwo, szybki czas jego uzyskania, ale też perspektywy zwiększonej biurokracji. Do niedawna czas oczekiwania na naturalizację wynosił 57 dni, ale w związku z perturbacjami w UE proces ten się wydłużył. Obywatelstwo można uzyskać, inwestując 2 mln EUR w nieruchomości, obligacje rządowe, lokaty bankowe w banku na Cyprze lub inwestując w nową spółkę (kwota ta została zmniejszona pod koniec 2016 r.). Walorem Cypru jest to, iż można inwestować, a nie bezzwrotnie darować. Jednak warunkiem uzyskania obywatelstwa jest utrzymywanie domu na Cyprze na sumę 0,5 mln EUR. Dzięki inwestycjom „paszportowym” rozwija się wiele miast, w tym Limassol określany mianem „Moskwy nad Morzem Śródziemnym”. Niewątpliwy minus – Cypr nie jest częścią strefy Schengen, a jego paszport nie otwiera drzwi do Stanów Zjednoczonych.
Uzyskanie obywatelstwa Malty jest możliwe stosunkowo szybko, bo w ciągu 15 miesięcy, ale trzeba zapłacić około 1 mln EUR. W przeciwieństwie do rezydentury, która jest prostszym procesem, obywatelstwo maltańskie jest nieco bardziej skomplikowane, częściowo z powodu niejasnej polityki rządu. Malta oferuje program inwestycyjny, który pozwala na dostęp zarówno do Unii Europejskiej, jak i strefy Schengen bez granic. Paszport maltański jest jedynym, który oferuje bezwizowy dostęp do wszystkich sześciu dużych krajów anglojęzycznych, w tym do Stanów Zjednoczonych.
W przeciwieństwie do Cypru Malta wymaga darowizny dla rządu, która wynosi 650 000 EUR dla głównego wnioskodawcy plus 25 000 EUR dla małżonka i każdego małoletniego dziecka. Dorosłe dzieci w wieku do 25 lat i pozostające na utrzymaniu rodziców mogą zostać dodane za dodatkową opłatą 50 000 EUR na osobę. Oprócz darowizny należy także zainwestować 150 000 EUR w maltańskie obligacje rządowe lub od czasu do czasu maltańskie akcje na okres pięciu lat. Ponadto istnieje obowiązek kupna domu na głównej wyspie za 350 000 EUR lub więcej, ewentualnie wynajęcia lub pięcioletniej dzierżawy za co najmniej 16 000 EUR rocznie.
W Saint Kitts i Nevis można inwestować lub przekazywać pieniądze rządowi, ale mamy pewność, że pieniądze ułatwią proces uzyskania obywatelstwa. Państwo prowadzi oryginalny program paszportów ekonomicznych od 1984 r., a inne programy karaibskie są jego kopią. Wymagania zawsze były proste: można przekazać pieniądze na rządowy fundusz rozwoju lub nabyć „zatwierdzone” nieruchomości. Darowizna stanowi zazwyczaj lepszą opcję, ponieważ nieruchomość jest znacznie droższa. Obecnie darowizna zaczyna się od 150 000 USD.
Inwestycja w nieruchomości wynosi 200 000 USD i więcej. Można ją odsprzedać za kilka lat, ale prawdopodobnie nie otrzyma się pełnego zwrotu pieniędzy. Opcja nieruchomości wiąże się z dodatkowymi opłatami rządowymi. Atutem Saint Kitts jest szybki czas uzyskania paszportu, bo około 45 dni, jeśli ma się uzasadniony powód, a od niedawna oferuje się bezwizowe wjazdy do Rosji. Państwo straciło swój paszportowy blask, kiedy w 2014 r. utraciło prawo bezwizowego wjazdu do Kanady.
Paszport Dominiki wyróżnia się jakością, ale i ceną. Obecnie jego wartość to 100 000 USD. Tańsze wydaje się tylko Belize. Przywileje paszportowe są podobne do tych z Saint Kitts i Nevis, z wyjątkiem prawa bezwizowego wjazdu do Rosji. Dominika wymaga od obywateli ekonomicznych podstawowej znajomości angielskiego. Podlega ona kontroli.
Najbardziej interesującymi atutami Grenady jest bezwizowy dostęp do Rosji i Chin, a także to, że jako jedyne karaibskie państwo posiada program paszportowy, który jest częścią amerykańskiego programu traktatowego E-2. Zasadniczo oferuje uproszczoną procedurę do pobytu w USA dla właścicieli firm, co czyni ją jeszcze bardziej atrakcyjną. Grenada w zamian za obywatelstwo proponuje darowiznę w wysokości 150 000 USD dla jednej osoby lub 200 000 USD dla pary małżeńskiej. Można także kupić zatwierdzone nieruchomości o wartości 350 000 USD.
Saint Lucia oferuje najnowszy program obywatelski na Karaibach. Obecnie darowizna za obywatelstwo wynosi 100 000 USD – tyle samo co na Dominice. Saint Lucia pozwala również inwestować w nieruchomości lub rozpocząć działalność gospodarczą. Oferuje też świadczenia dla rodzin – darowizny i opłaty uwzględniają włączenie do wniosku rodziców zależnych. W przypadku kupna nieruchomości wymagana jest wartość 300 000 USD. Przy opcji inwestycji biznesowych wymaga się 3,5 mln USD i utworzenia trzech miejsc pracy.
W styczniu 2017 r. Turcja wprowadziła program obywatelstwa gospodarczego w celu wsparcia kulejącej gospodarki. Nieco wcześniej turecka lira pogrążyła się w stosunku do dolara amerykańskiego, a akty terroryzmu spowodowały, że sprzedaż nieruchomości w Stambule spadła do najniższego poziomu. Chcąc ponownie przyciągnąć inwestorów, turecki rząd postanowił zaoferować obywatelstwo milionom inwestorów.
Oferta była prosta: inwestycja miliona dolarów w nieruchomości i uzyskanie obywatelstwa. Jedynym zastrzeżeniem było ograniczenie tytułu własności zmuszające nabywcę do posiadania nieruchomości przez trzy lata. W niektórych przypadkach możliwe było uniknięcie podatku VAT przy zakupie nieruchomości, co zmniejszało koszty.
Inne opcje przewidywały inwestycje kapitałowe w wysokości 2 mln USD lub po prostu zdeponowanie 3 mln USD w tureckim banku albo zatrudnienie 100 pracowników. Każda z tych inwestycji powinna trwać co najmniej przez trzy lata.
W związku z tym, że lira turecka wciąż jest słaba, a stopy procentowe wysokie, rząd zgodził się w 2018 r. na radykalne obniżenie ceny nieruchomości w zamian za obywatelstwo do 300000 USD, co czyni ofertę konkurencyjną. Początkowo program był skierowany do bogatych Arabów, ale obniżka kosztów inwestycji przyciągnie i inne osoby.
Wnioski
Trudno na podstawie pobieżnego przeglądu wskazać najlepszy program obywatelstwa ekonomicznego. Wszystko zależy od oczekiwań klienta i jego możliwości. Dla tych, których „goni” czas, dobrym rozwiązaniem może być Malta, Dominika i St. Lucia. Dla tych, którzy nie ścigają się z nim – atrakcyjne mogą okazać się inne lokalizacje. Jeśli chce się mieć prawie 100% gwarancji uzyskania obywatelstwa w ciągu 4-12 miesięcy, powyższe programy są interesujące. Kluczem do uzyskania drugiego paszportu jest pewność legalizmu, a więc ważne jest unikanie oszustw i opłacania skorumpowanych urzędników.
Dobry program musi spełnić kilka kryteriów. Po pierwsze musi być stosunkowo szybki. Malta jest jedynym programem na tej liście, który zajmuje więcej niż kilka miesięcy. Po drugie musi być towarem. Oznacza to, że każdy może wziąć udział w paszportowej „konkurencji”. Chodzi też o to, aby nie był podatny na polityczne kaprysy. Po trzecie program powinien być dobrze zorganizowany. Oznacza to stałe kwoty inwestycji i wyraźną ścieżkę do obywatelstwa. Programy CBI działają niemal jak biznes – każdy kraj, który oferuje mętną ścieżkę do drugiego paszportu, winien być brany pod lupę i zaliczany do innej kategorii. Wreszcie program musi być legalny, czyli zgodny z prawem kraju oferującego i prawem międzynarodowym.
Autor:radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski.
Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
W tym tygodniu głównym wydarzeniem na polu europejskiej polityki pieniężnej było posiedzenie EBC. Sytuacja jest w jej przypadku dość skomplikowana. Z jednej strony, EBC widzi wzrost presji inflacyjnej, co skłania jej członków do zakończenia programu QE pod koniec tego roku. Z drugiej strony, nie można nie zauważyć cały czas narastającego ryzyka.
Pomimo opinii Mario Draghiego, że zagrożenia dla ogólnego wzrostu gospodarczego strefy euro są zrównoważone, nerwowość wciąż rośnie. Powodami są np. niezbyt udane negocjacje w sprawie Brexitu, planowany deficyt budżetu Włoch, czy też rosnące obawy związane z wojną handlową między Chinami i USA. Ponadto, niektóre duże gospodarki, takie jak niemiecka czy chińska, zwalniają.
Wskaźniki wyprzedzające w strefie euro wskazują na znaczne spowolnienie wzrostu gospodarczego. Spośród możliwych opcji aktualnie najbardziej prawdopodobne jest, że program QE naprawdę zostanie ukończony w tym roku. Decyzja o tym czy w przyszłym roku nastąpi podniesienie stóp procentowych, zostanie podjęta na podstawie rozwoju makroekonomicznego.
W każdym razie, na rynkach panuje nerwowość i istnieje ryzyko, że kursy walut mogą być bardziej zmienne w najbliższej przyszłości. Na wyżej wymienione zagrożenia reaguje również polski złoty.
W tym tygodniu się osłabił, w piątek rano jego wartość była na poziomie 4,31 EUR/PLN. Kurs eurodolara w tym czasie wynosił 1,14 EUR/USD.
Netia opublikowała skonsolidowane wyniki finansowe i operacyjne za III kw. br. Grupa wypracowała w tym okresie 341 mln zł przychodów i 94 mln zł skorygowanego zysku EBITDA. Na rynku B2B osiągnięto stabilizację przychodów, natomiast na rynku B2C wyraźnie zredukowano tempo erozji przychodów, m.in. za sprawą istotnego wzrostu liczby usług na zmodernizowanych sieciach własnych.
– Mamy za sobą kolejny kwartał, w którym odnotowujemy solidne wyniki operacyjne, a także stabilne trendy w zakresie przychodów i poprawy rentowności z zyskiem EBITDA na poziomie ok. 27 proc. – powiedział Andrzej Abramczuk, Prezes Zarządu i Dyrektor Generalny Netia S.A.
– Cieszy zwłaszcza długoterminowa stabilizacja przychodów na rynku B2B i – osiągnięty po raz pierwszy od półtora roku – wzrost liczby usług świadczonych na rynku B2C na sieciach własnych, co zawdzięczamy jeszcze bardziej dynamicznie rosnącej liczbie abonentów dostępów szerokopasmowych i usług TV, świadczonych na bazie sieci zmodernizowanych do standardu światłowodowego. – dodał Andrzej Abramczuk.
Solidna pozycja finansowa
Na przychody w ogólnej kwocie 341 mln zł (-1 proc. kwartał do kwartału) złożyło się 182 mln zł wypracowane na rynku B2B (+1 proc. k-d-k), 153 mln zł (-2 proc. k-d-k) na rynku B2C oraz 6 mln zł wygenerowane przez spółkę Petrotel. Systematycznie rośnie udział usług szerokopasmowych i innych usług (w tym TV oraz ICT) w miksie przychodowym Netii. Obecnie tego typu usługi zapewniają 75 proc. przychodów, a ich dodatnia dynamika w ostatnich kwartałach coraz skuteczniej niweluje spadki generowane przez tradycyjnie już malejącą liczbę usług głosowych.
Skorygowany zysk EBITDA za III kw. br. wyniósł 94 mln zł (+1 proc. k-d-k), co oznacza marżę na poziomie 27,5 proc. Ze względu na niewielki zakres zdarzeń jednorazowych, zysk EBITDA wyniósł w tym okresie 93 mln zł (+1 proc. k-d-k). Zysk operacyjny (EBIT) wyniósł 21 mln zł i był zbliżony do tego w poprzednich kwartałach. W III kw. 2018 r. Spółka osiągnęła dodatnie przepływy wolnych środków pieniężnych na poziomie operacyjnym (OpFCF) w wysokości 19 mln zł, zaś zadłużenie netto wyniosło na koniec września br. 213 mln zł (-10 proc. k-d-k), co stanowi dźwignię finansową w wysokości 0,54x Skorygowanego zysku EBITDA za rok 2017.
B2C rośnie dzięki modernizacji sieci i TV
Na rynku B2B Netia konsekwentnie realizuje strategię transformacji i rozwoju zaawansowanych rozwiązań ICT pod marką NetiaNext. W efekcie – pomimo silnej presji ze strony konkurencji – utrzymuje przychody na stabilnym poziomie.
Na rynku B2C pod koniec września br. liczba świadczonych usług (RGU) wyniosła 1,439 mln (-13 tys.). Netii ubyło w tym czasie 17 tys. usług głosowych i 6 tys. usług dostępu do internetu, zwłaszcza na sieci obcej (BSA, LLU na sieci Orange Polska). Przybyło natomiast usług mobilnych (+ 2 tys., do łącznie 150 tys.) i telewizyjnych, do czego przyczyniło się m.in. znaczące wzbogacenie oferty telewizyjnej Netii w ostatnich miesiącach oraz uruchomienie nowych kampanii reklamowych.
Na koniec września już 741 tys. (wzrost o 4 tys. w stosunku do poprzedniego kwartału) stanowiły usługi świadczone na sieciach własnych Grupy Netia. Było to zasługą wzrostu o ok. 9 tys. liczby dostępów szerokopasmowych NGA oraz jeszcze szybszego wzrostu liczby usług TV (+ 6 tys. w ciągu kwartału, + 16 tys. w ciągu 9 miesięcy 2018 r.) przy jednoczesnym wzroście ARPU z usług TV o ponad 7 pp. Na koniec września br. na rynku B2C Netia świadczyła 202 tys. usług TV.
Wskaźnik liczby usług na klienta wzrósł do 1,66x, natomiast średni przychód na klienta (ARPU) utrzymuje się na stabilnym poziomie 56 zł. Już 65 proc. klientów usług dostępu do internetu jest obsługiwanych przy wykorzystaniu sieci własnych.
Do końca września 2018 r. nakłady inwestycyjne (CAPEX) wyniosły 185 mln zł. Inwestycje sieciowe to 85 mln zł, w tym nakłady przypisane i rozliczone w ramach projektu modernizacji sieci do standardu światłowodowego (Sieć XXI w.) wyniosły 48 mln zł. Za sprawą szerokiej skali toczących się projektów, znaczna część wydatków została ujęta w sprawozdaniu finansowych w kategorii „zobowiązania inwestycyjne”, które na koniec września br. wyniosły 99 mln zł.
Zwiększona podaż na aukcji obligacji nie powinna prowadzić do wzrostu rentowności polskich papierów. Dolar umacnia się wobec euro dzięki oczekiwaniom na bardziej agresywną politykę monetarną w USA niż w strefie euro.
Rynek walutowy i stopy procentowej
Czwartek nie przyniósł wielkich zmian na rynkach finansowych, gdzie notowania polskich aktywów pozostawały stabilne. Kurs EURPLN kontynuował w trakcie ostatniej sesji ruch w górę, przekraczając poziom 4,31, jednak zmienność na polskiej walucie wciąż jest niska względem wahań historycznych. W przeciągu ostatnich dwóch miesięcy złoty pozostawał wobec euro w ciasnym przedziale 4,27-4,33. Naszym zdaniem istnieje przestrzeń do przesunięcia się kursu EURPLN w stronę górnego ograniczenia tego przedziału, na co wpływ będą w dużym stopniu wywierały wydarzenia zagraniczne związane ze spowolnieniem aktywności gospodarczej w strefie euro.
Październikowe posiedzenie EBC nie przyniosło przełomu w polityce monetarnej strefy euro, gdyż zgodnie z oczekiwaniami bank utrzymał stopy procentowe bez zmian. Podczas konferencji prasowej prezes EBC Mario Draghi podtrzymywał retorykę wskazującą na utrzymywanie akomodacyjnej polityki monetarnej w strefie euro nawet pomimo końca programu QE w grudniu tego roku. EBC zamierza utrzymać stopy procentowe bez zmian przynajmniej do końca lata przyszłego roku, co jest obecnie zgodne z wyceną rynkową wobec stopy depozytowej. Rynek jednak ma bardziej agresywne oczekiwania wobec działań w USA (które i tak nie doceniają prognoz Fed), co przyczyniało się do ruchu pary EURUSD poniżej granicy 1,14.
1 z 3
Na rynku stopy procentowej nieznacznie wzrosły rentowności polskich obligacji, jednak polska krzywa na swoim dłuższym końcu wciąż utrzymuje się o około 10pb niżej od szczytu z tego miesiąca. W czwartek głównym wydarzeniem na polskim rynku była publikacja minutes z ostatniego posiedzenia RPP. Członkowie Rady wciąż oczekują stabilizacji stóp procentowych w kolejnych kwartałach co powinno sprzyjać realizacji celu inflacyjnego. W minutes pojawiła się opinia, że wzrost cen energii elektrycznej może wpłynąć na wzrost CPI zarówno w krótkim jak i długim okresie. Podobnego zdania co do cen energii jest członek RPP Eugeniusz Gatnar, który uważa że RPP może rozważyć podwyżkę stóp o 25pb w pierwszym kwartale 2019 roku. Obecnie rynek wycenia jedną podwyżkę stóp procentowych pod koniec przyszłego roku, jednak nie skutkowało to zauważalnym wzrostem rentowności krótkoterminowych papierów, które wciąż pozostają blisko stopy referencyjnej NBP, a w sektorze 2-letnim powinny wciąż kształtować się w okolicy 1,55%.
W piątek na aukcji Ministerstwo Finansów zaoferuje obligacje za 7-10mld PLN, gdzie sprzedaż może być zbliżona do górnej granicy tego przedziału. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że emisja netto w październiku pozostanie niska (wykupy zapadających papierów) nie będzie to naszym zdaniem prowadzić do zauważalnego przesunięcia się polskiej krzywej dochodowości w górę. Oczekujemy, że papiery 10-letnie będą utrzymywać się blisko poziomu 3,20% w najbliższych tygodniach.
Wykres dnia: Oczekiwania wobec zmian stóp procentowych w strefie euro oraz USA wskazują na potencjał do utrzymania siły dolara wobec euro.
We wrześniu 2018 r., w porównaniu z wrześniem 2017 r. w ujęciu wartościowym, banki i SKOK-i udzieliły kredytów na wyższą kwotę w trzech z czterech grup produktowych. Najwyższy wzrost odnotowano w przypadku kredytów mieszkaniowych (+23,3%). Przyznane limity na kartach kredytowych wzrosły o (+7,1%). Natomiast kwota udzielonych kredytów konsumpcyjnych wzrosła o (+1,9%). W ujęciu liczbowym, w stosunku do września 2017 r. odnotowano wzrost sprzedaży tylko kredytów mieszkaniowych (+9,7%), a w pozostałych trzech grupach produktowych zostało udzielonych mniej kredytów konsumpcyjnych (-1,9%), przyznano mniej limitów kartowych (-8,5%) i kredytowych (-6,6%).
Analizując trzy kwartały 2018 r. w porównaniu do analogicznego okresu sprzed roku widzimy, że najwyższe dynamiki zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym dotyczą kredytów mieszkaniowych odpowiednio: (+9,4%), (+19,1%).
W okresie styczeń – wrzesień 2018 r. kredytobiorcy zaciągnęli więcej kredytów mieszkaniowych oraz kredytów konsumpcyjnych a także na wyższe kwoty niż w tym samym okresie rok temu. Nadal negatywnie w okresie pierwszych dziewięciu miesięcy 2018 r. w porównaniu do tego samego okresu sprzed roku, w obu ujęciach tj. liczbowym i wartościowym, przedstawia się sytuacja w kartach kredytowych. W okresie 01-09.2018/01-09.2017 przyznano o (-4,7%) mniej kart i na (-2,1%) niższą wartość limitów.
Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne)
We wrześniu 2018 r. banki SKOK-i udzieliły łącznie 595,3 tys. kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 6,852 mld zł. Stanowi to spadek o 1,9% w ujęciu liczbowym, wzrost o 1,9% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do września 2017 r.
W ujęciu wartościowym banki i SKOK-i udzieliły w pierwszych 3 kwartałach 2018 r. 5 469,8 tys. kredytów konsumpcyjnych (wzrost o 4,7%) na kwotę 62,830 mld zł, tj. o 7,2% wyższą niż w tym samym okresie 2017 r. Należy jednak odnotować fakt, że banki we wrześniu 2018 r. w porównaniu do sierpnia 2018 r. udzieliły o 7,8% mniej kredytów konsumpcyjnych i na kwotę o 2,7% niższą.
– W pierwszych dziewięciu miesiącach 2018 r. dodatnie dynamiki liczby udzielonych kredytów konsumpcyjnych dotyczyły kredytów we wszystkich przedziałach kwotowych. Najniższą dynamikę miały kredyty w przedziale 7 do 20 tys. zł, które pozostały na poziomie zeszłego roku. Drugą pod względem wartości dodatnią dynamikę (+8,4%) odnotowały kredyty niskokwotowe (w przedziale do 1 tys. zł), a najwyższa dodatnia dynamika wzrostu dotyczyła kredytów wysokokwotowych powyżej 20 tys. zł (+10,5%). Nadal więc rosną głównie kredyty nisko i wysokokwotowe. Zjawisko to obserwujemy już od kilku kwartałów.
Również w ujęciu wartościowym w pięciu z sześciu przedziałów kwotowych w okresie styczeń – wrzesień 2018 r. w porównaniu do okresu styczeń – wrzesień 2017 r. odnotowano wzrosty – najwyższy wśród kredytów > 20 tys. zł (+9,9%) oraz na kwoty z przedziału do 1 tys. zł – (+8,2%). Ujemną dynamiką na poziomie (-0,4%) charakteryzowały się jedynie kredyty w przedziale 7 – 20 tys. zł. Widzimy więc ponowny wzrost zainteresowania banków finansowaniem niskokwotowym, co sygnalizowaliśmy już w poprzednich Newsletterach.
We wrześniu 2018 r. zaobserwowaliśmy spadek o 7,8% liczby udzielonych kredytów konsumpcyjnych (-7,8%) w porównaniu do sierpnia 2018 r. W dużej mierze za zjawisko to może odpowiadać spadek sprzedaży detalicznej, która we wrześniu br. w ujęciu miesięcznym była niższa o 3,9%.Sprzedaż detaliczna w omawianym okresie odnotowała największy spadek w sektorze pojazdów mechanicznych: – 6,3% m/m.Czy są to już pierwsze oznaki nadchodzącego spowolnienia polskiej gospodarki?Najbliższe miesiące powinny dać nam odpowiedź na to pytanie. Rosnące obawy o ogólne pogorszenie koniunktury mogą skłaniać gospodarstwa domowe do coraz większej ostrożności, jeśli chodzi o ich wydatki, a to niewątpliwie wpłynie negatywnie na chęć zaciągania kredytów konsumpcyjnych – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.
– Nadal rosnącej sprzedaży kredytów konsumpcyjnych nie towarzyszy praktycznie wzrost ryzyka kredytowego, a wręcz przeciwnie w okresie ostatnich 12 miesięcy (wrzesień 2018 do września 2017 poziom ryzyka portfela spadł o (-0,45). Jakość portfela kredytowego od kilku lat utrzymuje się na bezpiecznym, stosunkowo niskim poziomie szkodowości, co potwierdzają miesięczne odczyty Indeksu Jakości portfela kredytów konsumpcyjnych. Jego bieżący (wrześniowy) odczyt to 5,6%. Tak dobrej sprzedaży przy tak niskim ryzyku kredytowym sprzyja niewątpliwie dobra sytuacja gospodarcza, która przekłada się na dobrą sytuację gospodarstw domowych oraz nadal niskie stopy procentowe. Niemniej należy uważnie obserwować i analizować ewentualne zagrożenia, które mogą pojawić się w przyszłości i negatywnie odbić się na szkodowości kredytów konsumpcyjnych – dodaje prof. Rogowski.
Kredyty mieszkaniowe
We wrześniu 2018 r. banki udzieliły łącznie 18,3 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 4,684 mld zł. Stanowi to wzrost o 9,7% w ujęciu liczbowym i wzrost o 23,3% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do września 2017 r. W pierwszych trzech kwartałach 2018 r. banki udzieliły łącznie 173,2 tys. kredytów mieszkaniowych na kwotę 42,22 mld zł. Oznacza to, że w porównaniu z analogicznym okresem 2017 r., banki udzieliły o 9,4% więcej kredytów mieszkaniowych i na kwotę o 19,1% wyższą.
– Wrzesień 2018 r. jest już kolejnym rekordowo dobrym miesiącem dla kredytów mieszkaniowych, zarówno pod względem liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Na rynku kredytów mieszkaniowych nadal panuje więc bardzo dobra koniunktura. Za dziewięć miesięcy wartość udzielonych kredytów wynosi już 42,22 mld zł. Wartość sprzedaży kredytów mieszkaniowych jest nadal i w mojej opinii jeszcze przez pewien okres (dwa – trzy kwartały) będzie napędzana wzrostem cen mieszkań. Dwucyfrowa dynamika wzrostu kredytów mieszkaniowych w trzech kwartałach br. w ujęciu wartościowym (19,1%), po części wynika ze struktury udzielanych kredytów mieszkaniowych. 61% wartości udzielonych w okresie styczeń – wrzesień 2018 r. kredytów mieszkaniowych przypada na kredyty powyżej 250 tys. zł.
Dynamika udzielanych kredytów mieszkaniowych w poszczególnych przedziałach kwotowych jest zróżnicowana. W dwóch najniższych przedziałach kwotowych do 100 tys. zł oraz 100 – 150 tys. dynamika dziewięciu pierwszych miesięcy 2018 r. w relacji do dziewięciu miesięcy 2017 r. w ujęciu liczbowym jest ujemna, odpowiednio (-17,5%) oraz (-5,2%). Również w ujęciu wartościowym dynamika w tych przedziałach jest ujemna odpowiednio (-16,1%) oraz (-4,7%). Najwyższa dynamika zarówno wolumenu, jak i wartości dotyczy kredytów z przedziału > 350 tys. aż (38,5%) liczbowo i (37,1%) wartościowo, w porównaniu do dziewięciu pierwszych miesięcy 2017 r. Za boom na rynku kredytowym odpowiadają więc w większości kredyty wysokokwotowe – wyjaśnia prof. Waldemar Rogowski z BIK.
Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych we wrześniu 2018 r. wyniósł jedynie (0,78%), co potwierdza wieloletnią już obserwację dotyczącą niskiego ryzyka kredytowego związanego z tymi kredytami. W ostatnich 12 miesiącach (wrzesień 2018 do września 2017) jakość portfela jeszcze się poprawiła, o czym świadczy spadek Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych o (-0,2%). Na razie nie widać istotnych zagrożeń, które w krótkim horyzoncie czasowym mogłyby istotnie wpłynąć na wzrost szkodowości tych kredytów a tym samym na wzrost poziomu ryzyka kredytowego. Musimy jednak pamiętać, że kredyty mieszkaniowe udzielane są na wiele lat, a co za tym idzie narażone są na ryzyko związane z cyklem gospodarczym. Wzrost bezrobocia, spadek dochodów gospodarstw i ewentualny wzrost stóp procentowych wpłynie na wzrost wskaźnika DTSI, będącego relacją obciążeń z tytułu obsługi posiadanego zadłużenia do wartości dochodów – uzupełnia prof. Rogowski.
Karty kredytowe
We wrześniu 2018 r. banki wydały 72,1 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 467 mln zł. Stanowi to spadek o 8,5% w ujęciu liczbowym i wzrost o 7,1% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do sierpnia 2017 r. Jednak analizując okres styczeń – wrzesień 2018 r. roku mamy do czynienia z trendem negatywnym zarówno w aspekcie liczbowym, jak i wartościowym.
W porównaniu do okresu styczeń – wrzesień 2017 r. banki wydały bowiem o 4,7% mniej kart i przyznały o 2,1% niższą wartość limitów kartowych.
– We wrześniu 2018 r., podobnie jak w poprzednich miesiącach 2018 r., (z wyjątkiem stycznia i czerwca br.) odnotowaliśmy powrót do negatywnej tendencji, z którą mieliśmy do czynienia już od dłuższego czasu. Okazało się, że czerwiec podobnie jak styczeń był tylko jednorazowym zdarzeniem, a nie zapowiedzią poprawy sytuacji na rynku kart kredytowych. Najwyższą ujemną dynamikę liczby przyznawanych limitów na kartach kredytowych, styczeń – wrzesień 2018 r. vs styczeń – wrzesień 2017 r., minus 29,5%, odnotowaliśmy w przypadku kart o limicie od 2 do 3,5 tys. zł. Dodatnia dynamika wydawanych kart, dotyczyła kart z limitami w przedziale do 1 tys. zł (5,3%), 1 – 2 tys. zł (9,0%) oraz 4,5 do 10 tys. zł (+12,4%). Dodatnie dynamiki dotyczyły więc, podobnie jak w przypadku kredytów konsumpcyjnych, nisko i wysokokwotowych limitów. Jednak sprzedaż kart z najwyższymi limitami (ponad 10 tys. zł), również odnotowała ujemną dynamikę
(-6,5%) – dodaje prof. Rogowski z BIK.
Limity kredytowe w kontach osobistych
We wrześniu 2018 r. banki przyznały łącznie 53,3 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę 203 mln zł. Stanowi to spadek o 6,6% w ujęciu liczbowym i spadek o 15,7% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do września 2017 r. W całym okresie styczeń – wrzesień 2018 r. banki łącznie przyznały 505,2 tys. limitów kredytowych na łączną kwotę 2,157 mld zł. W porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku oznacza to wzrost o 4,9% w ujęciu wolumenowym oraz 1,6% w ujęciu wartościowym.
– We wrześniu 2018 r. zaobserwowaliśmy wysoką ujemną dynamikę liczby przyznanych limitów kredytowych w kontach osobistych (-6,6%) w porównaniu z wrześniem ubiegłego roku, jak i w porównaniu do zeszłego miesiąca (-6,2%). W ujęciu wartościowym wystąpił jeszcze wyższy spadek wartości przyznawanych limitów kredytowych. We wrześniu br. w porównaniu do września 2017 r., spadek wartości przyznanych limitów wyniósł aż (-15,7%), a w ujęciu wrzesień do sierpnia 2018 r. (-15,8%). Jednak w okresie styczeń – wrzesień 2018 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2017 r. banki przyznały zarówno więcej limitów kredytowych, jak i na wyższe kwoty – odpowiednio: (+4,9%) i (+1,6%). Analizując przyznawane limity w określonych przedziałach kwotowych widzimy, że w okresie styczeń – wrzesień 2018 r. 62,3% wartości przyznanych limitów w kontach osobistych koncentrowało się w przedziale > 7 tys. zł. Limity te miały 17% udział w ogólnej liczbie przyznanych limitów kredytowych. Najwyższe dodatnie dynamiki wzrostu przyznawanych limitów kredytowych dotyczyły obu kategorii z najniższych przedziałów kwotowych tj. poniżej 500 zł i 500 – 1 tys. zł. (odpowiednio – 12,9% i 15,8%). W przypadku limitów w najwyższym przedziale kwotowym > 7 tys. zł. dynamika r/r wyniosła jedynie 1% – mówi prof. Waldemar Rogowski z BIK.
Choć Small Planet Airlines na Litwie były w ostatnim roku rentowne, to konieczna jest restrukturyzacja firmy z powodu kłopotów finansowych polskich linii Small Planet Airlines Sp. z o. o. i Small Planet Airlines GmbH w Niemczech. Przewoźnikowi nie udało się odpowiednio kontrolować rozwoju i wzrostu kosztów operacyjnych w tych krajach, a to z kolei sprawiło, że litewski oddział Small Planet Airlines nie otrzymuje już dochodów z usług świadczonych przez te dwie spółki.
W związku z zaistniałą sytuacją firma zdecydowała się na restrukturyzację w celu ograniczenia obecnej infrastruktury jak również ochrony działalności przewoźnika przed wymaganiami usługodawców zewnętrznych – linie Small Planet są gwarantem dla polskich i niemieckich firm, dlatego też strony trzecie świadczące usługi będą starały się odzyskać pieniądze poprzez litewski oddział. Poprzez ten proces spółka ma na celu zyskać czas na spłacenie narosłych długów.
Restrukturyzacja Small Planet Airlines nie będzie miała wpływu na loty, które linie lotnicze obsługują z Litwy i baz w innych krajach. Podobnie w przypadku biur podróży działających na Litwie, które zawarły wieloletnie umowy z liniami – rejsy te będą kontynuowane. Według przedstawicieli przewoźnika restrukturyzacja w Polsce i w Niemczech różni się od tej prowadzonej na Litwie: w tym roku spółki w Polsce i w Niemczech poniosły znaczne straty, co stało się przyczyną wprowadzanych zmian. Z drugiej strony Small Planet na Litwie są rentowne: oczekuje się, że do końca roku zysk operacyjny osiągnie 3,4 mln euro. Niemniej jednak kwota, jaką firma będzie musiała zapłacić, aby pokryć długi polskiej i niemieckiej spółki, jest znacznie wyższa. Aby restrukturyzacja w Polsce i Niemczech przebiegła pomyślnie, potrzebny jest inwestor. Prowadzone są rozmowy z podmiotami zainteresowanymi litewskim przewoźnikiem.
Small Planet Airlines były rentowne zarówno w 2015 r., jak i 2017 r. – zysk przed opodatkowaniem wyniósł odpowiednio 4,5 mln euro i 2,3 mln euro. Przewiduje się, że do końca 2018 r. dochody przewoźnika powinny wynieść 112,7 mln euro – o jedną piątą więcej niż w roku poprzednim. Biorąc pod uwagę fakt, że latem bieżącego roku firma obsłużyła o jedną trzecią więcej pasażerów i przewiozła ponad 204 000 osób, SPA ma nadzieję, że w okresie zimowym 2018-2019 odnotuje stały wzrost i przewiezie z Litwy około 100 000 osób.
W sezonie zimowym Small Planet Airlines będą dysponować 8 samolotami. Dwa będą latać z Wilna, a kolejne dwa z Billund, natomiast cztery będą wykorzystywane w sezonowych rejsach w Azji, obsługując Bamboo Airways w Wietnamie oraz Small Planet Airline Co. Ltd w Kambodży. Jeden samolot będzie służył jako samolot pomocniczy, działający w przypadku opóźnień lotów w celu zmniejszenia niedogodności odczuwanych przez pasażerów. Podobną liczbę samolotów linia lotnicza eksploatowała w 2014 roku.
Z uwagi na to, że usługi świadczone na rzecz polskich i niemieckich przedsiębiorstw zostały albo ograniczone, albo całkowicie zniesione, Small Planet Airlines będą musiały zwolnić również część personelu na Litwie. Przewoźnik twierdzi, że zmiany te nie będą miały wpływu na pasażerów, gdyż wszystkie loty zaplanowane na sezon zimowy będą realizowane.
Ogłoszono już, że do końca listopada litewska firma czarterowa zwolni 44 z 362 pracowników, w tym personel lotniczy. Jest to odpowiedź na restrukturyzację spółek w Polsce i Niemczech, z myślą o optymalizacji ich działalności, zapobieganiu upadłości i przyciągnięciu inwestorów.
Należy zauważyć, że litewscy wierzyciele otrzymali następujące pismo: „Pragniemy poinformować, że zgodnie z przepisami obowiązującymi na Litwie pasażerowie, którzy podpisali umowy ze Small Planet Airlines o wypłaceniu odszkodowania, ale jeszcze go nie otrzymali, stają się wierzycielami spółki. Plan restrukturyzacji przedsiębiorstwa obejmuje spłatę wszystkich wierzycieli. Dokładne warunki spłaty będą zależeć od procesu restrukturyzacji, o którym pasażerowie zostaną poinformowani indywidualnie. Wraz z niniejszym pismem przedstawiamy informacje na temat przedłożenia sprawy restrukturyzacji Small Planet Airlines”.
– Do grudnia 2017 roku Skycop miał dobre relacje ze Small Planet Airlines, jednak sytuacja zaczęła się zmieniać na początku bieżącego roku. – wyjaśnia Marius Stonkus, prezes Skycop – Najpierw występowały opóźnienia w płatnościach, a następnie poinformowano nas, że zostaną one całkowicie wstrzymane. Linia lotnicza swoją decyzję argumentowała brakiem wystarczających środków finansowych przeznaczonych na odszkodowania. Jednak nawet po tym oświadczeniu kontynuowaliśmy z nią współpracę – otrzymaliśmy nawet obietnicę, że wypłaty odszkodowań zostaną wznowione w najbliższej przyszłości. Niestety, to się nie stało. Ciągle jednak dążyliśmy do odnowienia płatności. Kiedy w maju 2018 roku zauważyliśmy niepokojące sygnały dotyczące działalności Small Planet Airlines, skontaktowaliśmy się zarówno z liniami lotniczymi, jak i władzami lotniczymi, aby zgłosić zdarzenia, które naraziły na nieprzyjemności ich klientów.
24 maja 2018 roku Skycop zwrócił się do władz lotniczych o zobligowanie Small Planet Airlines do działania zgodnie z prawem oraz do wypłaty odszkodowań należnych pasażerom z tytułu utrudnień w podróży. Poproszono również władze o ocenę, czy unikanie płacenia rekompensat jest oznaką tego, że sytuacja finansowa linii lotniczych nie spełnia norm nałożonych na przewoźnika lotniczego.
4 czerwca 2018 r. Skycop otrzymał pismo od władz lotniczych, w którym stwierdzono, że CAA stale monitoruje sytuację finansową i stan bezpieczeństwa lotów linii lotniczych, a tym samym, zdaniem CAA, nie ma powodu, aby unieważnić licencję na wykonywanie przewozów wydaną Small Planet Airlines.
Obecna sytuacja potwierdza, że obawy finansistów i ekspertów prawnych Skycop były uzasadnione. – Dołożyliśmy wszelkich starań, aby zrekompensować niedogodności, z jakimi borykają się podróżni. Jednak same władze zapewniły nas, że nasze obawy są nieuzasadnione – mówi Marius Stonkus – Wyczerpując wszystkie środki poprzedzających postępowanie sądowe, 21 czerwca 2018 r. wystosowaliśmy do Small Planet Airlines ostateczne ostrzeżenie za pośrednictwem naszych partnerów prawnych Motieka & Audzevicius, dając przewoźnikowi 30 dni na wypłatę odszkodowania. W tym okresie linia lotnicza nie wypłaciła pasażerom należnych im kwot, ani nie przedstawiła planów płatności w ratach, dlatego też 29 sierpnia 2018 r. złożyliśmy pozew zbiorowy do Wileńskiego Sądu Okręgowego. 12 września 2018 r. otrzymaliśmy rekomendację sądu, że indywidualne sprawy będą korzystniejsze niż pozew zbiorowy – pierwsze takie pozwy złożyliśmy więc 2 października 2018 roku. Chcielibyśmy przeprosić naszych klientów za tak długi proces dochodzenia ich praw. Obiecujemy jednak, że dotrzymamy słowa. Nawet w momencie gdy Small Planet Airlines ogłosi plany restrukturyzacji, będziemy składać kolejne wnioski i starać się o wypłatę odszkodowań – dodaje Stonkus.
Jeśli Small Planet Airlines nie znajdą wkrótce inwestora, będą zagrożone upadkiem. Efekt domina w spółkach siostrzanych poza Litwą może ostatecznie przełamać ich zdolność do radzenia sobie z problemami. Jednak nawet w tej sytuacji, Skycop zrobi wszystko, co w jego mocy, aby uzyskać odszkodowania za zakłócone loty.
Turbulencje na globalnym rynku akcji nie ustają i mimo prób odbicia na Wall Street, Azja i Europa pozostają w oparach pesymizmu. Przedweekendowe domykanie pozycji może przynieść uspokojenie, co na FX oznaczałoby przyhamowanie rajdu USD. EUR jednak dalej męczy się z tematem włoskiego budżetu, a neutralny przekaz EBC nie zaoferował solidnego wsparcia.
Prezes EBC Mario Draghi wykonał swoją misję. Bardzo mu zależało, by nie wywołać większego zamieszania na europejskich aktywach i cel ten został osiągnięty na tyle, na ile się dało. Przekaz dotyczący parametrów polityki monetarnej pozostał bez zmian – QE prawdopodobnie zakończy się w grudniu, a o podwyżkach stóp procentowych nie ma co myśleć aż do „końca lata przyszłego roku”. Na konferencji prasowej Draghi przyznał, że napływające dane ze strefy euro są gorsze od oczekiwań, ale nie ma tu mowy o spowolnieniu, a jedynie uznaje to jako przyhamowanie tempa ożywienia i powrót do średniej po imponującym ubiegłym roku. EBC wciąż pozostaje optymistyczny co do rozwoju sytuacji w przyszłości, choć zdaje sobie sprawę ze „specyficznych” ryzyk, które osłabiają ożywienie: spowolnienie w niemieckim sektorze samochodowym, niepewność o handel międzynarodowy, Brexit. Draghi musiał też odnieść się do sporu wokół włoskiego budżetu, ale zaznaczył, że nie widać oznak „zarażenia” na innych europejskich rynkach, a on jest przekonany, że strony dojdą do porozumienia.
Neutralny w każdy aspekcie przekaz nie zmienia obrazu rynku EUR. W trakcie konferencji widzieliśmy próby podejścia EUR/USD do 1,1430, kiedy kto chciał, to wyczytywał optymizm ze słów Draghiego. Finalnie jednak nadzieje na jastrzębie wzmianki w stylu „szklanka jest do połowy pełna” zostały zawiedzione. Jeśli spór KE-Rzym ma pozostać głównym tematem na Starym Kontynencie, EUR pozostanie pod presją.
Reszta świata FX w ciągu ostatniej doby miała dwie odsłony. Po środowym pogromie na rynku akcji, czwartek przyniósł odbicie w Europie i USA, co pomogło też podnieść się walutom ryzykownym. Ale rynki azjatyckie upierają się przy swojej depresji i osłabienie chińskiego juana do najniższego poziomu do 10 lat podsycało niepokój. To odbiło się wyraźnie na AUD i NZD, który tracą dziś najwięcej. Jeszcze nie uciekliśmy od ponurych nastrojów z połowy tygodnia i choć Wall Street próbowało siebie wczoraj przekonać, że będzie już lepiej, nic nie jest do końca przesądzone (co do dalszego kierunku). Mimo tego, po tak burzliwym tygodniu i z perspektywą dwóch wolnych dni rośnie skłonność do domykania pozycji, które były ostatnio najbardziej zyskowne. To przede wszystkim może przynieść korektę rajdu USD.
Po południu w kalendarzu mamy wstępny PKB z USA za III kw. Mocny wyniki ponad 3 proc. będzie świadczyć o utrzymanym solidnym pędzie ożywienia, ale dla nikogo nie będzie to niespodzianką, więc nie spodziewam się skoku zmienności po publikacji. Wieczorem agencja S&P podejmie decyzję w sprawie ratingu Włoch. Obniżka zawsze jest ryzykiem, choć tym razem niewielkim, biorąc pod uwagę, że jeszcze w kwietniu S&P potwierdziło rating BBB po jego podwyżce w październiku 2017 r.
Szef EBC tonował nastroje na konferencji po posiedzeniu EBC. Nie boi się o inflację a ryzyka uważa za zbilansowane. Wskaźniki PMI dla strefy euro są bliskie poziomów wskazujących na recesję. PKB dla USA za III kwartał najważniejszą publikacją.
Bez emocji w minorowych nastrojach
Tak jak można było się spodziewać wczorajsze posiedzenie EBC nie przyniosło żadnych nowych informacji. Prezes EBC niejako z konieczności wskazał na pogarszające się dane makro w strefie euro. Z pomocą by jednak nie wpaść w recesję ma być dalej prowadzona łagodna polityka monetarna mimo zakończenia programu QE z końcem roku. Prawdopodobnie oznacza to, że stopy w całym przyszłym roku pozostaną na niezmienionym poziomie a bardzo możliwe, że nawet w 2020 roku. Sytuacja w Europie rysuje się w naprawdę ciemnych barwach i nie dziwi, że prezes EBC spokojnym tonem konferencji niejako uciekał od tematów wrażliwych.
Z szacunku do rodaków omijamy ten temat
Według szefa EBC ostatnie nieznaczne spadki inflacji nie stanowią zagrożenia gdyż wzrost cen i tak jest wyższy niż na początku roku. I akurat tutaj można się zgodzić z Mario Draghim gdyż rosnące ceny ropy w ostatnim czasie w dłuższym terminie muszą wywrzeć presję na inflację. Co do zrównoważonych ryzyk dla wzrostu gospodarczego można już mieć wątpliwości. Temat Włoch, Brexit czy wojny handlowe z pewnością odbiją się na gospodarkach strefy euro. Tym bardziej, że rodacy Draghiego ani myślą uginać się przed UE.
Wspólna waluta traci… bo są na to twarde argumenty
Po wystąpieniu prezesa Draghiego euro mocno zaczęło tracić. Wydaje się jednak, że to nie była konsekwencja jego słów a raczej kontynuacja trendu spadkowego na wspólnej walucie. Po prostu inwestorzy liczyli na jakieś zaskoczenie i jastrzębi komentarz jeśli takowy się nie pojawił dalej wyprzedawali wspólną walutę. EUR/USD ruszył na południe osiągając minimum ostatnich dwóch miesięcy znacznie poniżej 1,1370. Sytuacja na głównej parze jest więc jasna i klarowna obowiązuje trend spadkowy. Z jednej strony słabość euro poparta mocnymi argumentami z drugiej strony presja na umocnienie dolara w obawie przed wyprzedażą na amerykańskich giełdach.
Ważne dane zza oceanu
Dzisiaj na rynkach kluczowa będzie publikacja PKB z USA o 13.30. Publikacja bardzo istotna, która pokaże czy w USA jest tak dobrze a w Europie aż tak źle. Lepszy odczyt jeszcze pogłębi ruch spadkowy na EUR/USD. Nieco później o 16.00 swoje wystąpienie ma prezes EBC, nie liczymy jednak na nowe fakty a raczej powtórzenie słów z wczoraj.
Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Badania Eurostatu potwierdzają, że do 2020 r. Polska ma duże szanse, aby stać się największym producentem mięsa indyczego w Unii Europejskiej, tym samym pokonując Niemcy. Do tej pory rodzimym producentom udało się wyprzedzić Francuzów. W dalszej perspektywie, przy utrzymaniu obecnej dynamiki wzrostu – mogą stać się liderem produkcji tego mięsa w Europie.
Rynek indyka w Polsce
Z roku na rok produkujemy coraz więcej mięsa indyczego. A jeszcze trzy lata temu palmę pierwszeństwa dzierżyły Niemcy, Francja i Włochy. Zaledwie rok później Polska pokonała Włochy z wynikiem ponad 342 tys. ton wyprodukowanego mięsa. Wzrost produkcji nieznacznie zwolnił w 2017 r., gdy odkryto w kraju ogniska ptasiej grypy ptaków. Mimo to, w pierwszych miesiącach b.r. Polska utrzymała drugie miejsce w Europie z wynikiem 128 tys. ton, czyli o 15 ton więcej niż Francja i o 31 ton więcej niż Włochy.
– Od kilkunastu lat wiedziemy prym w produkcji drobiu w Europie. Rozwój w kierunku mięsa indyczego jest dość naturalnym krokiem dla polskich drobiarzy. Szczególnie ze względu na rosnący poziom spożycia tego mięsa na świecie. Tylko między 2014 a 2016 r. jego produkcja w Polsce wzrosła o ponad 43 procent i trend wzrostowy cały czas rośnie – komentuje Marcin Prażanowski, specjalista ds. drobiu De Heus.
Jemy coraz więcej drobiu
W USA spożycie drobiu to nawet 45 kg na osobę, a w Izraelu ponad 60 kg. Polacy zjadają go nieco mniej, bo tylko 30,5 kg na osobę rocznie. Coraz większą popularnością cieszy się indyk. Wszystko wskazuje, że do 2025 r. roczne spożycie tego mięsa na świecie wyniesie 6,7 miliona ton. – Indyk to świetne jakościowo mięso. Zawiera mniej niż 2 procent tłuszczu, a aż 27 procent białka. Niewiele osób wie, że mięso indyka dzieli się na białe i czerwone. Te pierwsze to mięso z piersi i skrzydeł. Nogi zalicza się jednak do mięsa czerwonego – dodaje Prażanowski.
Oczekiwania konsumentów
Perspektywy rozwoju rynku indyczego są obiecujące, ale nie oznacza to, że na drobiarzy nie czekają wyzwania. Jednym z nich są rosnące oczekiwania konsumentów. I dotyczą one nie tylko walorów smakowych, ale przede wszystkim procesów związanych z odpowiedzialną produkcją i bezpieczeństwem produktu gotowego. Jakość staje się coraz ważniejszym czynnikiem decydującym o wyborze danego produktu. Flagowym projektem, który wspiera hodowców w spełnianiu wymogów odpowiedzialnej produkcji jest Akademia Indyka.
23 października odbyła się już II Konferencja Akademii Indyka, organizowana przez firmę De Heus przy współpracy z Firmami Aviagen, Grelavi, Panda, Zakład Drobiarski Stasin oraz grupami producentów: Farmer i Euro Indyk. To cykliczne wydarzenie już na stałe zagościło w kalendarzu spotkań całej branży skupionej wokół produkcji indyczej.
Hodowcy, przedstawiciele środowisk akademickich oraz lekarze weterynarii spotkali się w Toruniu, aby omówić aktualne problemy i wyzwania, przed którymi stoją producenci.
– Misją Akademii Indyka jest wparcie hodowców m.in. poprzez konsolidację działań mających na celu trafienie do świadomości konsumenta z jasnym i klarownym przekazem: hodowla i produkcja mięsa indyczego odbywa się pod ścisłą kontrolą m.in służb weterynaryjnych. Finalny produkt, czyli mięso indycze jest zdrowe i bezpieczne dla konsumenta – deklaruje Marcin Prażanowski z De Heus.
Hodowcy mieli okazję wysłuchać trzech prelekcji oraz wziąć udział w warsztacie pt. „Oczekiwania konsumenta indyka”. Ważnym tematem poruszanym podczas konferencji był również rola weterynarza w poprawie bezpieczeństwa i jakości mięsa indyczego.
Od końca sierpnia tego roku samorządy mają obowiązek zgłaszania w ciągu 24 godzin incydentów naruszenia bezpieczeństwa teleinformatycznego. Takie informacje muszą wpływać do CERT Polska, działającego w NASK. Eksperci Instytutu zachęcają, by zgłaszać wszelkie podejrzane e-maile i inne próby ataków. Dzięki temu większa będzie wiedza o cyberbezpieczeństwie w urzędach, a tym samym możliwa będzie skuteczniejsza walka z zagrożeniami. O tym dyskutowano podczas 22. konferencji SECURE, organizowanej przez NASK.
– Cyberbezpieczeństwo stanowi duże wyzwanie dla wielu interesariuszy. Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa obejmuje m.in. jednostki samorządowe. Jest duże wyzwanie z kilku powodów. Po pierwsze: to liczna i zróżnicowana grupa. Obejmuje zarówno małe ośrodki gminne, jak i większe samorządy czy urzędy marszałkowskie. Stopień przygotowania na ataki teleinformatyczne jest więc różny, tak jak kadry, którymi dysponują. Po drugie, do tej pory jednostki samorządowe nie miały obowiązku informowania o incydentach bezpieczeństwa teleinformatycznego. Dlatego staramy się dotrzeć z informacją, że pojawiły się dodatkowe obowiązki takie jak raportowanie incydentów do CERT Polska w NASK. To ma znaczenie, ponieważ musimy znać stan bezpieczeństwa w urzędach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Silicki, dyrektor NASK.
Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa weszła w życie 28 sierpnia br. To pierwszy w Polsce akt prawny dotyczący tego obszaru. Nowe prawo wdraża na gruncie krajowym wymogi unijnej dyrektywy NIS, przyjętej w 2016 roku, której celem jest zapewnienie wysokiego poziomu bezpieczeństwa sieci i systemów informatycznych na terytorium całej Unii Europejskiej. W Polsce regulacja ma bardziej szczegółowy charakter – ustawą objęty został również m.in. sektor telekomunikacyjny, finansowy i administracja publiczna, na które przepisy nakładają nowe obowiązki.
– Przed samorządami stoją duże wyzwania dotyczące ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Do tej pory radziły sobie w sposób nieuregulowany. W zależności od wielkości jednostki przygotowanie kadry informatycznej oraz zarządzanie cyberbezpieczeństwem w urzędzie było bardzo zróżnicowane. Ustawa nałożyła na samorządy obowiązek zgłoszenia osoby kontaktowej, która będzie obsługiwała sprawy związane ze zgłaszaniem incydentów, a także wyznaczenia koordynatora na poziomie różnych jednostek organizacyjnych – mówi Agnieszka Aleksiejczuk, dyrektor departamentu społeczeństwa informacyjnego w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Podlaskiego, uczestnicząca w debacie podczas konferencji SECURE 2018.
Zgodnie z ustawą w ciągu 24 godzin od momentu wykrycia zagrożenia bądź incydentu naruszenia bezpieczeństwa samorządy muszą zgłaszać takie przypadki do właściwego Zespołu Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego, czyli CSIRT (MON, ABW lub NASK) Należy zaznaczyć, że w przypadku spółek samorządowych infrastrukturalnych, które znajda się w wykazie Operatorów Usług Kluczowych i jednocześnie w wykazie Infrastruktury Krytycznej, właściwym CSIRT będzie CSIRT GOV lub CSIRT MON.
– Takiego zgłoszenia można dokonać na naszej stronie incydent.cert.pl, gdzie znajduje się odpowiedni formularz, do którego trzeba wpisać wszystkie informacje wymagane w ustawie. Jako incydent ustawa definiuje wszelkiego rodzaju działania zakłócające bezpieczne dostarczanie usług dla obywateli z wykorzystaniem systemów informatycznych – podkreśla Przemysław Jaroszewski, kierownik zespołu CERT Polska w NASK. – Im więcej wiemy, im więcej informacji otrzymamy, tym lepiej jesteśmy w stanie przeanalizować, co dzieje się w obszarze cyberbezpieczeństwa i tym skuteczniej jesteśmy w stanie ostrzegać podmioty administracji samorządowej i informować je, jak ustrzec się przed zagrożeniami.
Agnieszka Aleksiejczuk ocenia, że do tej pory poziom świadomości dotyczącej cyberzagrożeń na szczeblu administracji był bardzo zróżnicowany. Duże jednostki, jak np. duże miasta czy urzędy marszałkowskie, radziły sobie znacznie lepiej niż małe gminy, w których informatyk odpowiedzialny za ten obszar często jest zatrudniony na część etatu albo umowę-zlecenie. Dlatego z perspektywy małych jednostek przeciwdziałanie i radzenie sobie z zagrożeniami było bardzo trudne.
– Nowością jest to, że zgłaszanie incydentów stało się obowiązkiem. Myślę, że niedługo będziemy już mieć dane pokazujące, jak faktycznie jest z tym bezpieczeństwem. Ustawa daje nam też możliwość kontaktu z tymi urzędami i szerzenia wiedzy na temat standardów bezpieczeństwa i dobrych praktyk –dodaje Krzysztof Silicki.
Dyrektor NASK podkreśla, że urzędy są zinformatyzowane w coraz większym stopniu, a obywatele coraz częściej kontaktują się z nimi i załatwiają sprawy urzędowe przez internet i aplikacje. To wymusza większą dbałość o cyberbezpieczeństwo. Do tej pory nie było rzetelnych danych, które pokazywałyby, na ile urzędy faktycznie są bezpieczne i jak często stykają się z zagrożeniami. Dzięki nowej ustawie eksperci NASK zyskają takie informacje, co pozwoli skuteczniej tworzyć system cyberbezpieczeństwa na różnych poziomach.
– Zachęcamy do zgłaszania podejrzanych listów elektronicznych z załącznikami, które mogą się okazać złośliwe. Pozwoli nam to stwierdzić, czy jest to przypadkowa kampania, czy może atak ukierunkowany na zapoznanie się z kontraktami, które podpisują samorządy, zainstalowanie złośliwego oprogramowania na konkretnych komputerach. Zachęcamy też do zgłaszania ataków typu DoS, zakłócających dostępność, np. systemów rejestracji kierowców, podmiany strony www czy ataków na profile społecznościowe. Słowem – wszystkich sytuacji, które wzbudzają podejrzenia. Nawet jeżeli nie odniosły skutku, to pomogą nam dowiedzieć się więcej, a być może ostrzec innych, którzy nie poradziliby sobie sami z takim atakiem – podkreśla Przemysław Jaroszewski.
Od początku tego roku do końca września, CERT Polska – działający w NASK zespół reagowania na incydenty cyberbezpieczeństwa – odnotował w polskich sieciach 2 690 incydentów związanych z naruszeniem bezpieczeństwa w internecie. Ponad połowę z nich (51,64 proc.) stanowiły oszustwa komputerowe, wśród których najczęściej odnotowywany był phishing, czyli fałszywa korespondencja e-mail lub strony internetowe mające na celu wyłudzenie pieniędzy lub poufnych informacji.
Pacjenci z agresywną postacią przewlekłej białaczki limfocytowej żyją nie więcej niż 2 miesiące. Ratunkiem jest dla nich nowoczesny lek, o unikalnym mechanizmie działania, który powoduje śmierć komórek nowotworowych. W Stanach Zjednoczonych już 2 lata temu uzyskał on status terapii przełomowej. W Polsce jest dostępny, jednak poza procesem refundacyjnym. Obecnie czeka na niego ok. 50 osób, dla których jest on ostatnią szansą na życie.
Przewlekła białaczka limfocytowa to najczęściej występujący rodzaj nowotworu układu krwiotwórczego. Występuje przede wszystkim u osób, które przekroczyły 65 rok życia – zachorowania wśród młodszych pacjentów należą do rzadkości. Przyczyny rozwoju choroby nie są znane, choć lekarze przypuszczają, że u jej podłoża leżą uszkodzenia genetyczne, niekoniecznie występujące dziedzicznie. Podstawą terapii pozostaje więc farmakologia. W pierwszej linii stosowana jest nowoczesna immunochemioterapia, czyli leczenie celowane w komórki białaczkowe.
– W kolejnych etapach postępujemy w zależności od tego, jak chory odpowiada na leczenie. U chorych, którzy mają remisję choroby, czyli nie mają objawów choroby po pierwszym leczeniu, możemy je powtórzyć, natomiast część z chorych niestety nie będzie odpowiadała na takie leczenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Krzysztof Giannopoulos, kierownik Oddziału Hematologicznego Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej.
Najgorsze rokowania dotyczą osób z takimi zaburzeniami genetycznymi, jak mutacja TP53 oraz delecja 17p. Ich obecność uniemożliwia odpowiedź organizmu na standardową immunochemioterapię, pacjenci powinni, więc otrzymywać leki działające niezależnie od tych defektów genetycznych. W 2018 roku resort zdrowia zajął się tą grupą chorych i wprowadził na listy refundacyjne lek o nazwie ibrutynib, hamujący rozrost komórek nowotworowych. Terapia ta przynosi bardzo dobre efekty, jednak znaczna część pacjentów z czasem uodparnia się na jej działanie.
– Ci chorzy w zasadzie są pozostawieni bez możliwości nowoczesnego leczenia, także konieczne jest wprowadzenie kolejnej linii terapeutycznej. Co ważne, to nie jest linia dla wszystkich chorych, tylko dla osób mających najgorsze rokowania, dla których nie mamy żadnej opcji terapeutycznej – mówi prof. Krzysztof Giannopoulos.
Nabycie odporności na ibrutynib skutkuje gwałtownym przyspieszeniem rozwoju choroby i znaczącym pogorszeniem rokowań – pacjenci w tej sytuacji zazwyczaj mają przed sobą zaledwie kilkanaście tygodni życia. Odpowiedzią na ich potrzeby jest lek o nazwie wenetoklaks uznawany w USA za terapię przełomową w leczeniu przewlekłej białaczki limfocytowej. Farmaceutyk ten odblokowuje mechanizmy prowadzące do śmierci komórek białaczkowych. Wenetoklaks został zarejestrowany w krajach Europy Zachodniej, również w Polsce, nie trafił jednak na listy refundacyjne.
– Sytuacja tych pacjentów jest już nawet nie dramatyczna, lecz wręcz tragiczna, dlatego że ich mediana przeżycia w tej sytuacji to niecałe dwa miesiące. To jest sytuacja, z którą zmaga się ok. 50 osób w Polsce i one wymagają pilnej pomocy. Ten lek powinien się bezwarunkowo znaleźć na najbliższej liście refundacyjnej – mówi Aleksandra Rudnicka, rzecznik Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych.
Nowy lek cechuje ponadto obniżona toksyczność, co oznacza, że jest on lepiej tolerowany przez organizm pacjentów niż pozostałe farmaceutyki. Jest to szczególnie ważne w przypadku osób starszych, najczęściej zmagających się z chorobami współtowarzyszącymi. Wielu pacjentów poddawanych terapii wenetoklaksem jest w stanie normalnie funkcjonować, a nawet realizować się na rynku pracy.
– Ci pacjenci, jeśli będą mogli żyć, to będą mogli realizować swoje plany, pracować i do budżetu państwa wnosić podatki. Gdybyśmy przeliczyli te koszty, które dzięki temu zaoszczędzimy jako społeczność, to na pewno jest to opłacalne, ale oczywiście najważniejszy jest argument ludzki. Chodzi o ludzkie życie, o to, że ci pacjenci nie doczekają do następnej listy – mówi Aleksandra Rudnicka.
Polska Koalicja Pacjentów Onkologicznych podejmuje szereg działań, których celem jest wsparcie pacjentów z agresywną postacią przewlekłej białaczki limfocytowej. Jej członkowie wystosowali kilkanaście apeli do resortu zdrowia, w których domagali się wprowadzenia nowoczesnego leku na listy refundacyjne, zorganizowali również spotkanie w Senacie poświęcone sytuacji tej grupy chorych.
Dla służby zdrowia i jej transformacji w kierunku nowych technologii duże znaczenie będzie mieć negocjowana obecnie nowa perspektywa budżetowa Unii Europejskiej i środki przeznaczone na digitalizację, działania społeczne oraz ochronę zdrowia. Część funduszy z 9 mld euro w ramach programu „Cyfrowa Europa” ma trafić właśnie do sektora zdrowotnego. Prezes Philips w krajach Europy Środkowo-Wschodniej Reinier Schlatmann podkreśla, że aby sprostać wyzwaniom, przed którymi stoi ochrona zdrowia, kluczowy jest rozwój usług eHealth, jak również wspierające go decyzje oraz współpraca pomiędzy poszczególnymi podmiotami tego sektora.
– Cyfrowa transformacja w służbie zdrowia to konieczność. Jest to jeden z najważniejszych kierunków działania, jeśli weźmiemy pod uwagę globalne tendencje w tej dziedzinie: starzenie się społeczeństw, wzrost występowania chorób przewlekłych i znaczne ograniczenie środków na opiekę zdrowotną. Chodzi o łączenie danych w jednym systemie, a także ich przekazywanie z różnych środowisk, od lekarza rodzinnego do szpitala, od domów pacjentów do oddalonych od nich lekarzy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Reinier Schlatmann, prezes Philips w krajach Europy Środkowo-Wschodniej.
Cyfryzacja i nowe technologie, takie jak telediagnostyka, sztuczna inteligencja, dedykowane aplikacje i urządzenia mobilne, będą odgrywać w medycynie coraz większą rolę – wynika z raportu „Pacjent w świecie cyfrowym” firmy doradczej PwC. Już w tym momencie 60 proc. pacjentów z Europy Środkowo-Wschodniej jest gotowych, by korzystać z telemedycyny.
– Cyfryzacja w służbie zdrowia zapewni dane, które pomogą się skupić na osiągnięciu lepszych rezultatów leczenia pacjentów. Po drugie, poprawi poziom opieki nad nimi, na przykład poprzez rozwiązania z zakresu teleopieki, łącząc lekarza znajdującego się w jednym miejscu z pacjentem w innej lokalizacji. Ponadto zapewni zarówno świadczeniodawcom, jak i pacjentom odpowiednie dane, dzięki czemu zyskają oni między innymi większą kontrolę nad swoim zdrowiem – mówi Reinier Schlatmann.
Jednym z rozwiązań, dzięki któremu pacjenci w Polsce zyskają większa kontrolę nad swoimi danymi medycznymi i procesem leczenia, będzie Internetowe Konto Pacjenta, które ma zostać uruchomione w przyszłym roku. IKP będzie bezpłatną aplikacja internetową, która zapewni dostęp do wyników badań, zaplanowanych wizyt, historii leczenia i wystawionych zwolnień lekarskich zgromadzonych w jednym miejscu. To jeden z kilku rządowych projektów w obszarze cyfryzacji służby zdrowia. W tym roku przeprowadzono też pilotaż e-recepty. Od stycznia 2020 roku elektroniczne recepty mają być już wystawiane we wszystkich gabinetach lekarskich w Polsce. Kolejny jest pilotaż elektronicznych skierowań oraz zwolnień lekarskich, które zaczną obowiązywać od 1 grudnia br. i docelowo całkiem zastąpią tradycyjne L4.
Jan Olbrycht, poseł Parlamentu Europejskiego, ocenia, że dla służby zdrowia i jej transformacji w kierunku nowych technologii duże znaczenie będzie mieć negocjowana obecnie nowa perspektywa budżetowa UE i środki przeznaczone na digitalizację, działania społeczne oraz ochronę zdrowia.
– Mamy nadzieję, że w nowej perspektywie rzeczywiście będą środki, które umożliwią wzmocnienie tego sektora. Z jednej strony jest to wspieranie różnego typu programów społecznych, co wiąże się z uchwalonym w Göteborgu nowym filarem, któremu poświęcony jest Europejski Fundusz Społeczny. Tym razem będzie on poszerzony. Znajdą się w nim zarówno elementy typowe dla działań społecznych, jak i związane ze służbą zdrowia – mówi Jan Olbrycht.
Zgodnie z propozycją Komisji Europejskiej w nowej perspektywie ma zostać uruchomiony także pierwszy w historii program „Cyfrowa Europa”, który przewiduje zainwestowanie 9,2 mld euro w latach 2021–2027 na projekty cyfryzacji. Część z tych środków zostanie przeznaczona także na digitalizację w służbie zdrowia.
– Na razie mówimy o projekcie. Wsparcie będzie z jednej strony tam, gdzie mówimy o podstawowych badaniach naukowych, czyli następcy Horyzontu 2020. Z drugiej strony to działania związane z tzw. inwestycjami InvestEU, czyli gwarancjami dla różnego typu firm. Myślę, że w następnej perspektywie sektor zdrowotny będzie wspierany w sposób bardziej wyrazisty niż w aktualnej perspektywie na lata 2014–2020 – mówi Jan Olbrycht.
Prezes Philips na Europę Środkowo-Wschodnią Reinier Schlatmann podkreśla, że cyfryzacja służby zdrowia oznacza wiele wyzwań związanych m.in. z przekazem danych, poufnością i bezpieczeństwem informacji czy kwestią refundacji usług telemedycznych. Jak zaznacza, w cyfryzacji służby zdrowia bardzo ważna jest również współpraca pomiędzy poszczególnymi podmiotami z tego sektora.
– Wyzwania stojące przed ochroną zdrowia są tak duże, że żaden podmiot nie podoła im, działając samodzielnie. Dlatego też współpracujemy z organami rządowymi i kręgami akademickimi, a także innymi podmiotami będącymi interesariuszami sektora ochrony zdrowia. W ten sposób mamy pewność, że łączymy wszystkie zagadnienia w celu wypracowania możliwe najlepszego rozwiązania – mówi Reinier Schlatmann.
Prof. Marek Gzik, dziekan Wydziału Inżynierii Biomedycznej Politechniki Śląskiej, dodaje, że dzięki środkom z UE poprawia się również współpraca nauki i biznesu, która skutkuje m.in. wspólnymi projektami.
– Dzisiaj projekty, jakie zdobywamy na uczelni, są w zdecydowanej większości realizowane wspólnie z firmami. Milowym krokiem będzie dla nas projekt realizowany wspólnie z Philips z wykorzystaniem funduszy z Unii Europejskiej. Dzięki temu projektowi zbudujemy kilkanaście doskonale wyposażonych laboratoriów, które pozwolą nam znacznie poprawić naszą ofertę naukową – mówi prof. Marek Gzik.
Mniej więcej jedna trzecia kierowców jeździ przez cały rok na zimowych lub letnich oponach. Mimo że większość właścicieli aut deklaruje, że sezonowa wymiana powinna być obowiązkowa. Jazda na niewłaściwym ogumieniu stanowi duże zagrożenie dla bezpieczeństwa. W przypadku opon, które obracają się z prędkością ponad tysiąc razy na minutę, nie ma dużego marginesu bezpieczeństwa, który pozwalałby jeździć na zużytym ogumieniu, kupionym z drugiej ręki lub z niesprawdzonego źródła.
– Polacy są podzieleni w kwestii świadomości kierowców dotyczącej konieczności wymiany opon z letnich na zimowe i odwrotnie. Co innego deklarują w badaniach, a co innego widać w warsztatach. Zimą można zaobserwować, że 1/3 samochodów jeździ wciąż na letnich oponach. Wiosną jest jeszcze gorzej – wielu kierowców nadal jeździ na oponach zimowych przy temperaturach powyżej 20 st. C – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego.
Sezonowa wymiana opon przede wszystkim wpływa na bezpieczeństwo na drodze. Zimówki, na których powinno się jeździć, gdy temperatura spada poniżej 7 st. C, zapewniają optymalną przyczepność przy pokonywaniu gołoledzi, śniegu i roztopów. Samochód poruszający się na zimowych oponach ma krótszą drogę hamowania niż ten, który wciąż jeździ na letnich oponach. To dlatego, że zimówki – oznaczone symbolem płatka śniegu na tle góry – są zbudowane ze specjalnej mieszanki, która zawiera więcej naturalnej gumy i krzemionki. Dzięki temu są bardziej miękkie, elastyczne i nie twardnieją, kiedy temperatura spada poniżej kilku stopni Celsjusza. Różnią się także budową – opony zimowe mają specjalną rzeźbę bieżnika i gęsto umieszczone nacięcia, tzw. lamele, które zapewniają lepszą przyczepność na śliskiej, ośnieżonej nawierzchni.
– Brak zimowych opon przy obniżonej temperaturze zagraża bezpieczeństwu naszemu oraz innych kierowców i pieszych. Mimo łagodniejszych zim zalecamy wymianę opon na zimowe, ponieważ jest to niezbędne dla bezpieczeństwa i komfortu jazdy. Trzeba pamiętać także o wyważeniu kół – należy to robić przy każdej sezonowej wymianie opon, kolizji pojazdu, wjechaniu w większą dziurę bądź na krawężnik. Brak lub nieprawidłowe wyważenie kół – oprócz drgań na kierownicy – może spowodować uszkodzenia w układzie kierowniczym lub zawieszeniu. Powoduje to również nierównomierne zużycie opon podczas jazdy – podkreśla Marcin Paleński, właściciel SB Car Wash.
Eksperci podkreślają, że regularna wymiana ogumienia ma też znaczenie dla portfeli kierowców. Opony użytkowane w warunkach innych niż te, do których zostały fabrycznie przystosowane, zużywają się znacznie szybciej.
W praktyce wielu kierowców zapomina lub bagatelizuje sezonową wymianę opon, mimo że w badaniach zdecydowania większość opowiada się za obowiązkową wymianą ogumienia. Jak wynika z sondażu, przeprowadzonego w końcówce ubiegłego roku przez Moto Data, trzy czwarte (76 proc.) polskich kierowców deklaruje, że wymienia opony z letnich na zimowe i odwrotnie, natomiast 78 proc. opowiada się za wprowadzeniem takiego obowiązku. W polskim prawie nie ma jak na razie takiego zapisu, choć jest on wielu krajach europejskich, m.in. w Austrii, Czechach, Francji, Niemczech czy na Słowacji.
– Świadomość dotycząca wpływu opon na bezpieczeństwo nie jest tak duża, jak byśmy chcieli. Może dlatego, że opona jest na dole, poniżej linii wzroku kierowcy. Rzadko na parkingu zdarza się, że kierowca przed wyruszeniem w trasę obejrzy, czy opona nie ma żadnych dziur, spękań, wyrw, a to jest naprawdę bardzo ważne. Opona jest jedynym elementem, który łączy samochód z drogą. Nieważne, czy ma on 100 czy 300 KM mocy – jego jedyna zdolność do hamowania i przyspieszania opiera się na oponach – mówi Piotr Sarnecki.
Dyrektor Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego podkreśla, że w przypadku opon, które obracają się z prędkością ponad tysiąca razy na minutę, nie ma dużego marginesu bezpieczeństwa, który pozwalałby jeździć na zużytym ogumieniu, kupionym z drugiej ręki albo z niesprawdzonego źródła. Równie ważnym aspektem – o którym kierowcy często zapominają – jest także regularna kontrola ciśnienia w oponach, która wpływa na ich żywotność.
– Taka kontrola zajmuje 3 minuty i wpływa również na bezpieczeństwo, bo niedopompowana opona ma wydłużoną drogę hamowania, gorszą przyczepność, gorszą odporność na aquaplaning. Ma też dużo większe tarcie wewnętrzne, więc następuje przegrzanie i zużycie warstw wewnętrznych, ale też nieodpowiednie zdzieranie się samego bieżnika. Nieważne, czy mamy opony najtańsze czy najdroższe, każdą z nich można zniszczyć, jeżeli przez kilka tygodni będzie jeździła niedopompowana – podkreśla dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego.
Jak podkreśla, data produkcji opony nie ma dla jej żywotności większego znaczenia. Opony, które są przechowywane w odpowiednich warunkach w magazynach fabrycznych bądź hurtowniach, nie tracą żadnych właściwości i zachowują parametry fabryczne nawet przez kilka lat. Kluczowa dla zachowania żywotności opon jest nie data produkcji, ale to, czy kierowca o nie dba i jak często sprawdza ciśnienie w oponach.
– Opony za 2 tys. zł za sztukę można zniszczyć dokładnie tak samo, jak opony za 200 zł za sztukę, jeśli nie będziemy o nie dbać i dobrze ich przechowywać. Czasem widzę sterty opon ułożone pod chmurką, na słońcu, a to niestety ma wpływ na ich starzenie się i niszczenie – mówi Piotr Sarnecki.
Producenci sprzętu kuchennego prześcigają się w udoskonalaniu swoich produktów. Liczy się zarówno oryginalny design, jak i funkcjonalność. Nowoczesne lodówki pełnią funkcję partnera w zakupach: przypominają o konieczności zrobienia zakupów, wysyłają zamówienie do sklepu, a nawet podpowiadają, jak przyrządzić określone dania. Innowacyjne piekarniki umożliwiają przygotowanie coraz bardziej wyszukanych dań.
W ciągu ostatnich kilkunastu lat zmienił się tryb życia Polaków i ich preferencje kulinarne. Szybkie tempo codziennego życia nie zawsze pozwala na spożywanie odpowiedniej liczby posiłków i delektowanie się ich smakiem. Jednocześnie Polacy przywiązują coraz większą wagę do jakości pożywienia, traktując je jako przyjemność, a nie tylko konieczność.
– Nawet najlepszy kucharz nie zdziała nic bez odpowiednich narzędzi. Jako profesjonalista mam w swojej restauracji wysokiej jakości sprzęt do gotowania. Co ważne i co wpływa na te trendy światowe, to coraz częściej taki sprzęt mamy także w domach – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes podczas pierwszych urodzin Cook Story by Samsung Michel Troisgros, wybitny francuski szef kuchni, który cieszy się ogromnym uznaniem w kulinarnym świecie, doceniony aż trzema gwiazdkami Michelin.
Miłośnicy dobrego jedzenia chcą gotować jak profesjonalni szefowie kuchni i przygotowywać coraz bardziej wyszukane dania, a technologia wychodzi na przeciw tym potrzebom. Nowoczesne kuchnie odznaczają się ciekawym, choć zazwyczaj nastawionym na minimalizm designem, który sprawia, że pomieszczenie to staje się sercem każdego mieszkania – w kuchni nie tylko przyrządza się dania, lecz także spędza czas na rozmowach z bliskimi, spożywa posiłki, czyta książki czy odrabia lekcje. Eleganckie wzornictwo idzie w parze z daleko posuniętą funkcjonalnością.
– U mnie w domu gotuję zarówno ja, jak i moja żona i też mamy wysokiej jakości sprzęt, jakiego używają profesjonaliści. Korzystamy z najlepszej lodówki, piekarnika, płyty indukcyjnej, lecz także drobnych sprzętów wysokiej jakości – noży, desek, robotów i mikserów. Wyposażenie w najlepszy sprzęt przekłada się bezpośrednio na ogromną przyjemność z gotowania – mówi Michel Troisgros.
Nowinki technologiczne pozwalają przygotowywać wiele różnych dań w jednym czasie, nawet w małej kuchni – taką możliwość zapewniają choćby piekarniki wyposażone w dzielone drzwi. Urządzenie ma specjalny separator, dzięki któremu można piec jednocześnie tak różne potrawy jak pieczeń i ciasto.
– Sprzęt się zmienia razem z użytkownikiem, z naszymi zwyczajami, ponieważ jemy lepiej, coraz bardziej wyszukane potrawy, coraz trudniej komponowane. Współczesna, innowacyjna kuchnia coraz bardziej się integruje z użytkownikiem, podpowiada, co on ma robić i jak – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Olaf Krynicki, rzecznik prasowy Samsung.
Jest to możliwe między innymi dzięki aparatom fotograficznym umieszczonym wewnątrz lodówki. Robią one zdjęcia zawartości po każdym zamknięciu drzwi, a fotografie, w razie potrzeby, wyświetlane są na ekranie smartfona. Inteligentne lodówki wyposażone są ponadto w system umożliwiający zarządzanie przepisami kulinarnymi. Są w stanie wysłać na smartfon właściciela informację o produktach, które potrzebne są do przygotowania określonego dania oraz skoordynować działanie innych urządzeń kuchennych podczas gotowania. Jak choćby wysłać sygnał do piekarnika, w jakiej temperaturze powinna piec się przygotowywana potrawa.
Ciekawe przepisy, także na dania kuchni orientalnych, oraz kulinarne triki podnoszące walory smakowe przyrządzanych posiłków można poznać podczas warsztatów w Cook Story by Samsung. W zajęciach mogą uczestniczyć zarówno osoby indywidualne, jak i grupy, niezależnie od poziomu zaawansowania w sztuce kulinarnej. W październiku przestrzeń świętowała swoje pierwsze urodziny.