Poprawa sentymentu na giełdach

Środa jak na razie przynosi zaskakującą poprawę sentymentu na rynku akcji, choć dane napływające z Azji są dalekie od pozytywnych. Mimo to jeden zielony dzień nie zakryje ponurej wymowy handlu w całym październiku, więc wypada pozostać ostrożnym. Przetasowania pod rozliczenia okresowe wciąż mogą wpływać na zmienność.

Pomijając fakt, że rynek akcji w Azji wziął wskazówki dla kierunku z wzrostowej sesji na Wall Street, innych powodów do pozytywnego sentymentu nie widać. Rządowa wersja indeksu PMI dla przemysłu z Chin wskazała na spadek do 50,2 w październiku z 50,8 we wrześniu i wyraźnie poniżej prognozy 50,6. To zaledwie mały krok od spadku poniżej 50 i zasygnalizowania recesji w sektorze. Sektor usługowy także zwolnił do 53,9 z 54,9 i prognozy 54,6. W komentarzu urząd statystyczny stwierdził, że na dane wpływ miał długi okres świąt oraz środowisko zewnętrzne. Choć nie sprecyzowano, czy pod środowiskiem zewnętrznym kryje się pogorszenie relacji handlowych z USA, ale nie trzeba być wielkim analitykiem, żeby połączyć jedno z drugim. Jakkolwiek większość firm spodziewa się podtrzymanie obecnego tempa produkcji, to prędzej z nadzieją na ożywienie konsumpcji wewnętrznej (przy aktywnej polityce fiskalnej) niż na poprawę warunków wymiany handlowej. Ankiety były wypełniane przed informacją z USA o szykowanym rozszerzeniu ceł na pozostałe towary z Chin i ciekawe, jak teraz wyglądałyby odpowiedzi przedsiębiorców? Pozytywną stroną dzisiejszych danych jest dowód dla władz w Pekinie, że reakcja z ich strony jest konieczna. Chiny czeka spowolnienie gospodarcze, ale nie załamanie, a rynek zdaje się obecnie wyceniać gorszy scenariusz niż faktycznie będzie miał miejsce.

Poprawa sentymentu na giełdach przyćmiewa też rozczarowujące dane z Australii. CPI w III kw. wzrósł o 0,4 proc. k/k, o 0,1 pkt proc. poniżej konsensusu, spychając dynamikę roczną do 1,9 proc. To ósmy kwartał z rzędu, kiedy CPI wypada poniżej prognoz i oznacza powrót inflacji poniżej celu RBA (korytarz 2-3 proc.). Bank centralny zakładał osłabienie inflacji, ale dopiero w IV kw., więc dzisiejsze dane przyspieszają niepokojący proces i trudno oczekiwać, aby na następnym posiedzeniu RBA podtrzymał neutralny ton. Odczyt inflacji będzie trucizną, która zatruje AUD, kiedy skończy się wsparcie z tytułu przejściowej poprawy sentymentu wokół chińskiego rynku akcji.

Dziś przed nami jeszcze HICP z Eurolandu, ADP z USA i PKB z Kanady, a wszystko w atmosferze rozliczeń na koniec miesiąca, które sugerują popyt na USD przy presji na EUR i GBP. Większość z przetasowań mogło zrealizować się wczoraj, więc dziś możliwa jest dwustronna zmienność (domykanie pozycji vs spekulacja pod odreagowanie). W szerszym ujęciu EUR/USD jest pod presją przewagi sprzedaży, GBP porzucany jest przez inwestorów zawiedzonych brakiem postępów ws. Brexitu. USD/JPY będzie korzystał na odbiciu rynku akcji, albo na ucieczce kapitału w dolara. Dla złotego święto w czwartek niesie ze sobą ryzyko wyprzedaży, jeśli zbiegnie się z powrotem awersji do ryzyka na rynkach globalnych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wypowiedzenie umowy o pracę – obowiązki pracodawcy i pracownika

Katarzyna Biel, ekspert wFirma.pl
Katarzyna Biel, ekspert wFirma.pl

Każda ze stron stosunku pracy ma prawo do wypowiedzenia umowy w dowolnym momencie. Przepisy jasno regulują kwestię zakończenie zatrudnienia. Podpowiadamy, o czym należy pamiętać w takiej sytuacji oraz jakie uprawnienia i obowiązki mają pracodawca i pracownik w tym zakresie.

Rodzaje wypowiedzenia umowy o pracę

Jak już zostało wspomniane, wypowiedzenie umowy o pracę może złożyć zarówno pracodawca, jak i pracownik. Kodeks pracy rozróżnia dwa typy wypowiedzenia:

  • z zachowaniem okresu wypowiedzenia,
  • bez zachowania okresu wypowiedzenia.

W pierwszym przypadku kwestia zakończenia stosunku pracy jest prosta – pracownik wykonuje swoje obowiązki do czasu upływu okresu wypowiedzenia. Inaczej jest dla umów, które będą rozwiązane bez zachowania okresu wypowiedzenia. Takiego wypowiedzenia można dokonać w nielicznych sytuacjach, które uregulowane zostały w Kodeksie pracy.

Pracodawca może rozwiązać umowę o pracę bez zachowania okresu wypowiedzenia:

  1. z winy pracownika (art. 52 K.p.), gdy pracownik:
    1. naruszy podstawowe obowiązki pracownicze,
    2. w trakcie umowy popełni przestępstwo, które uniemożliwia mu wykonywanie pracy oraz jest oczywiste bądź stwierdzone prawomocnym wyrokiem,
    3. w sposób zawiniony utraci uprawnienia do wykonywania pracy na zajmowanym stanowisku;
  2. z przyczyn niezawinionych (art. 53 K.p.), w razie:
    1. niezdolności do pracy spowodowanej chorobą, gdy trwa:

– dłużej niż 3 miesiące – przy zatrudnieniu u pracodawcy krótszym niż 3 miesiące,

– dłużej niż łączny okres pobierania z tego tytułu wynagrodzenia, zasiłku oraz pobierania świadczenia rehabilitacyjnego przez pierwsze  3 miesiące – o ile zatrudnienie u danego pracodawcy trwa dłużej niż pół roku albo niezdolność do pracy spowodowana była wypadkiem przy pracą bądź chorobą zawodową,

    1. usprawiedliwionej nieobecności, innej niż choroba, jeśli trwa dłużej niż 1 miesiąc.

Z kolei pracownik może wypowiedzieć umowę w trybie natychmiastowym (art. 55 K.p.) jeśli:

  1. lekarz stwierdzi szkodliwy wpływ pracy na zdrowie pracownika, a pracodawca nie przeniesie go w odpowiednim terminie do innej pracy, odpowiedniej ze względu na stan zdrowia i kwalifikacje zawodowe;
  2. pracodawca dopuści się ciężkiego naruszenia praw i obowiązków wobec pracownika.

Okresy wypowiedzenia umowy o pracę

Okresy wypowiedzenia dla umów zawartych na czas określony oraz nieokreślony są takie same. Ich długość zależy od czasu zatrudnienia u danego pracodawcy (art. 36 § 1 K.p.) i wynosi:

  • 2 tygodnie przy zatrudnieniu krótszym niż pół roku,
  • 1 miesiąc – dla osób zatrudnionych co najmniej pół roku,
  • 3 miesiące – jeśli stosunek pracy trwa minimum 3 lata.

Okres wypowiedzenia umowy na okres próbny zależny jest od tego, na jaki czas została ona zawarta (art. 34 K.p.). Przedstawia się to następująco :

  • 3 dni, jeśli umowa ma trwać krócej niż 2 tygodnie,
  • 1 tydzień, gdy umowa zawarta jest co najmniej na 2 tygodnie,
  • 2 tygodnie, przy umowach na 3 miesiące.

Dzienny okres wypowiedzenia rozpoczyna swój bieg od dnia następującego po dniu złożenia wypowiedzenia.

Przykład 1.

Pani Danuta wypowiedziała umowę zawartą na okres próbny 19.10.2018 r. Ma tylko 3 dni wypowiedzenia, które rozpocznie się 20.10.2018 r., a zakończy 22.10.2018 r.

Tygodniowy okres wypowiedzenia umowy rozpoczyna się od niedzieli następującej po dniu złożenia wypowiedzenia, zatem ostatnim dniem umowy w tym przypadku zawsze będzie sobota.

Przykład 2.

Pan Roman otrzymał od pracodawcy wypowiedzenie umowy o pracę 12.10.2018 r. Obowiązuje go 2-tygodniowy okres wypowiedzenia, który będzie trwał od 14.10.2018 r do 27.10.2018 r.

Miesięczny okres wypowiedzenia należy liczyć od 1. dnia miesiąca następującego po miesiącu złożenia wypowiedzenia, a kończy się on ostatniego dnia miesiąca.

Przykład 3.

Pani Maria złożyła wypowiedzenie pracodawcy 2.10.2018 r. Przysługuje jej miesięczny okres wypowiedzenia, który rozpocznie się od 1.11.2018 r. a zakończy 30.11.2018 r.

Zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy

Według art. 36(2) K.p. do upływu okresu wypowiedzenia pracodawca może zastosować tzw. zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy. W tym czasie pracownik nie wykonuje pracy, ale zachowuje prawo do wynagrodzenia, które liczone jest jak za urlop wypoczynkowy. Co ważne, pracownik nie musi wyrazić na to zgody, może to być jednostronna decyzja pracodawcy.

Urlop wypoczynkowy a wypowiedzenie umowy

Przed zwolnieniem ze świadczenia pracy pracownik powinien wykorzystać przysługujący mu urlop. Jeśli jednak pracodawca chce, aby pracownik do końca okresu zatrudniania wykonywał swoje obowiazki służbowe, a zatrudniony nie wystąpi z wnioskiem o wykorzystanie urlopu, to po zakończeniu umowy zakład pracy powinien wypłacić ekwiwalent za urlop wypoczynkowy. Oczywiście chodzi tu o urlop zaległy oraz przysługujący za dany rok proporcjonalnie do upływu okresu wypowiedzenia.

Skuteczność wypowiedzenia umowy

O tym, czy wypowiedzenie jest skuteczne, decyduje fakt, czy osoba, do której zostało takie pismo skierowane, miała realną możliwość zapoznania się z jego treścią, nawet jeżeli tego nie uczyniła. Co do zasady wypowiedzenie umowy o pracę powinno zostać złożone na piśmie. Dla celów dowodowych adresat powinien podpisać złożone oświadczenie. Nie oznacza to jednak, że wypowiedzenie umowy jest nieskuteczne, gdy składa się je w innej formie. Według przepisów Kodeksu cywilnego (art. 60) oświadczeniem woli będzie każde zachowanie wyrażające w sposób dostateczny wolę danej osoby, w tym również w postaci elektronicznej. Wypowiedzenie można złożyć również ustnie i będzie to akceptowalne pomimo niezastosowania się do wymogów formalnych. Ważne, aby mieć dowody potwierdzające dokonanie tej czynności.

Autor: Katarzyna Biel, ekspert wFirma.pl

Prawo ukraińskie. Odpowiedzialność dyrektora za długi spółki

Ustawa „O spółkach z ograniczoną odpowiedzialności i spółkach z dodatkową odpowiedzialnością”, która weszła w życie z dniem 16 czerwca 2018 roku („ Nowa Ustawa”) reguluje kwestie dotyczącej odpowiedzialności osób zarządzających spółką za jej zobowiązania jak i stawia im dodatkowe wymagania dotyczące działalności konkurencyjnej, przestrzegania informacji poufnych jak i konfliktów interesów.

Kim są osoby zarządzające w spółce?

Zgodnie z ust. 1 art. 42 Ustawy do osób zarządzających spółką zalicza się członków jej organu wykonawczego (dyrektorów), członków rady nadzorczej, a także inne osoby przewidziane w statucie spółki. Zasadą jest, że osoby zarządzające spółką ponoszą odpowiedzialność solidarną przed spółką m.in. w takich przypadkach za:

  • wprowadzenie w błąd wspólników spółki np. poprzez nie podanie prawdziwych informacji dotyczących sytuacji finansowej spółki w wyniku czego zostały wypłacone dywidendy (odpowiedzialność w wysokości dokonanych wypłat podlegających zwrotowi),
  • za straty wyrządzone spółce nienależytym działaniem lub bezczynnością (odpowiedzialność w granicach wyrządzonych strat).

Odpowiedzialność solidarna

Jest to rodzaj odpowiedzialności, w sytuacji w której występuje kilku dłużników, a wierzyciel ma prawo żądać pełnego lub częściowego wykonania zobowiązania (zgodnie z Kodeksem Cywilnym Ukrainy) zarówno od wszystkich dłużników, jak i od każdego z nich z osobna. Regulacje dotyczące odpowiedzialności solidarnej osób zarządzających spółką mają zastosowanie wyłącznie wówczas, gdy zostanie udowodnione, że te osoby przyczyniły się do powstania strat lub że pozew przeciwko osobom funkcyjnym mogą złożyć wyłącznie właściciele spółki z o.o., których prawa zostały naruszone lub sama spółka.

Dodatkowe ograniczenia

Nowa Ustawa zawiera regulacje dotyczące zakazu konkurencji, nieujawniania informacji poufnej oraz unikania konfliktu interesów. Nieprzestrzeganie regulacji bezwarunkową przez osoby zarządzające spółką w tym zakresie stanowi podstawę do rozwiązania stosunku łączącego tę osobę ze spółką ze skutkiem natychmiastowym bez obowiązku zapłaty na jej rzecz wynagrodzenia. Regulacje o zakazie konkurencji dotyczą wybranych czynności, które są zabronione bez uzyskania zgody walnego zgromadzenia uczestników spółki (lub rady nadzorczej – w przypadku jej powołania – dla członków organu wykonawczego).

Konflikt interesów. Kim są osoby powiązane?

Zgodnie z Nową Ustawą konflikt interesów to rozbieżność między obowiązkiem osoby zarządzającej spółką do działania w interesie spółki w całości, a własnymi prywatnymi interesami lub interesami powiązanych osób.

  • Osoby prawne pod warunkiem, że jedna z nich kontroluje drugą z nich, bądź obie kontrolowane są przez osobę trzecią,
  • Członkowie rodziny osoby fizycznej – współmałżonek, a także rodzice (rodzice adopcyjne), opiekun (kurator), braci, siostry, dzieci oraz ich współmałżonki,
  • Osoba fizyczna i członek jej rodziny, a także osoba prawna w przypadku, gdy ich kontroluje.

Przepisy Nowej Ustawy zakazują osobom zarządzającym spółką, bądź osobom z nimi powiązanymi otrzymywać jakiekolwiek wynagrodzenie, bądź korzyści związane z wykonywaniem przez nich czynności. Osoby zarządzające spółką zobowiązane są informować spółkę (wg zasad określonych w Nowej Ustawie) o każdym przypadku wystąpienia konfliktu interesów. Należy zauważyć, że osoby zarządzające spółką nie mogą m.in.: prowadzić działalności gospodarczej jako przedsiębiorca w formie osoby fizycznej , być uczestnikiem spółki pełnej (gdzie wszyscy wspólnicy ponoszą odpowiedzialność solidarną za zobowiązania spółki z majątku osobistego), być wspólnikiem spółki komandytowej z pełną odpowiedzialnością, członkiem organu wykonawczego, bądź rady nadzorczej w innym podmiocie prowadzącym podobną działalność co spółka ich zatrudniająca.

Istotne zmiany – podsumowanie

Nowa Ustawa wprowadza także inne następujące zmiany:

Obowiązek dyrektora lub kolegialnego organu wykonawczego dotyczący informowania wspólników spółki o obniżeniu wartości czystych aktywów spółki więcej niż 50 % w porównaniu z poprzednim rokiem.

Za nieprzestrzeganie tej powinności dyrektor ponosi odpowiedzialność za zobowiązania spółki w przypadku jej upadłości przez okres kolejnych 3 lat. Zgodnie z tym mechanizmem, w przypadku bezskutecznej egzekucji z majątku spółki, zgodnie z zasadą odpowiedzialności solidarnej zadłużenie może być egzekwowane z majątku osobistego dyrektora.
Dyrektor ponosi odpowiedzialność za przechowywanie wszystkich dokumentów spółki przewidzianych prawem m.in.: protokołów walnego zgromadzenia i z posiedzeń innych organów kolegialnych; wszystkich redakcji statutu; prawnych dokumentów dotyczących majątku; wewnętrznych regulaminów spółki regulujących działalność powołanych w spółce organów itp.

Za przechowywanie dokumentów ewidencji księgowej i sprawozdawczości finansowej, odpowiedzialność ponosi główny księgowy (w razie powołania).

Za naruszenie warunków przechowywania dokumentów wobec osób zarządzających przewidziano odpowiedzialność administracyjną (naruszenie nieumyślne) i karną (umyślne zniszczenie, uszkodzenie lub ukrycie dokumentów).

Przypominamy że każda spółka z o.o. zobowiązana jest do przystosowania własnych dokumentów założycielskich (statutów) do regulacji Nowej Ustawy.

Autor: Kateryna Suslova prawnik prawa ukraińskiego Departamentu Wschodniego Kancelarii Chałas i Wspólnicy

Wzrasta liczba upadłości i restrukturyzacji przedsiębiorstw w Polsce

Pomimo sprzyjającego otoczenia gospodarczego, jakie mamy ostatnio w Polsce, liczba upadłości i restrukturyzacji wzrosła po trzech kwartałach tego roku o 15 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Statystyki te nadal są pod dosyć dużym wpływem zmian w prawie upadłościowym i wyodrębnienia prawa restrukturyzacyjnego, jakie miało miejsce na początku 2016 roku. Wtedy to wprowadzono cztery różne formy restrukturyzacji. Na początku firmy dosyć niechętnie podchodziły do nowych rozwiązań. Jednak z każdym kwartałem ich wykorzystanie wzrastało.

– Obecnie po trzech kwartałach tego roku mamy do czynienia z 43 proc. restrukturyzacji w łącznej liczbie postępowań. Największą dynamikę upadłości odnotowuje się w transporcie. W tym sektorze ich liczba wzrosła o 50 proc. – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej – Problem ten dotyczy jednak również innych branży, jak choćby handlowej. Więcej upadłości widać m.in. wśród przedsiębiorstw zajmujących się handlem hurtowym. Sprzyjające otoczenie makroekonomiczne okazuje się nie być wystarczającym powodem, aby poprawiła się sytuacja płynnościowa firm w Polsce. Borykają się one z wieloma ograniczeniami. Sytuacja na rynku pracy jest dobra dla gospodarstw domowych, jednak dość niekorzystnie wpływa na przedsiębiorstwa. Te musza liczyć się z wyższymi wynagrodzeniami, a co za tym idzie – większymi kosztami pracy. Kolejnym problemem są również niedobory na rynku pracy. Trudności sprawiają też rosnące ceny surowców, wkładu do produkcji. Przez to sytuacja polskich firm nie jest tak dobra, jak obecne warunki makroekonomiczne w Polsce – ocenił Sielewicz.

Rozwój gigabitowego internetu zmieni sposób konsumpcji cyfrowej rozrywki. Użytkownicy jeszcze bardziej docenią formaty wideo i będą mogli się zanurzyć w wirtualnym świecie

Rozwój gigabitowego internetu zmieni sposób konsumpcji cyfrowej rozrywki. Użytkownicy jeszcze bardziej docenią formaty wideo i będą mogli się zanurzyć w wirtualnym świecie 1

Immersive experiences, czyli zanurzenie w świecie cyfrowej rozrywki, to jeden z trendów, który w najbliższych latach będzie zyskiwać na znaczeniu dzięki rozwojowi ultraszybkiego internetu, sztucznej inteligencji oraz wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Technologie na nowo zdefiniują cyfrową rozrywkę, która wkroczy także w takie obszary życia jak zdrowie czy edukacja – wynika z najnowszego raportu opracowanego przez infuture hatalska foresight institute we współpracy z UPC Polska. Eksperci wskazują, że technologia zapoczątkuje w rozrywce nową erę i przeniesie doświadczenia użytkowników na wyższy poziom.

Dostęp do internetu jest podstawą naszej działalności. Obserwujemy dziś na rynku szybki rozwój technologii światłowodowych, w tym DOCSIS 3.1, a w niedalekiej przyszłości także 5G, które zapewniają pełne połączenie z internetem o bardzo wysokiej prędkości. To bardzo ułatwi klientom korzystanie z treści i rozrywki niezależnie od miejsca, w którym się znajdują. To odpowiedź na bardzo silny trend, który obserwujemy, polegający na tym, że klienci chcą mieć dostęp do tych samych doświadczeń na wielu różnych ekranach. Moim zdaniem wszystkie ekrany są równe. Oznacza to, że ludzie chcą konsumować te same treści, bez względu na to, czy korzystają z telefonu komórkowego czy oglądają telewizję w domu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Redeleanu, prezes UPC Polska.

– Z badań przeprowadzonych wśród internautów wynika, że na przyszłość rozrywki w największym stopniu wpłynie superszybki internet. Internauci deklarują największą gotowość wykorzystania tej technologii w kontekście angażującej rozrywki, czyli wszelkiego rodzaju gier i sportu, ale także kultury, czyli np. możliwości oglądania czy uczestniczenia w koncertach w technologii 360 stopni, oraz w kategorii turystyki, czyli możliwości zwiedzania fizycznego świata ze swojego fotela w salonie – mówi Natalia Hatalska, analityk trendów, prezes infuture hatalska foresight institute.

Jak wynika z raportu „Giga Entertainment. Przyszłość rozrywki w dobie gigabitowego internetu, IoT oraz MEC” opracowanego przez infuture hatalska foresight institute we współpracy z UPC Polska, 57 proc. internautów oczekuje, że rozwój sieci gigabitowych spowoduje głębokie zmiany w cyfrowej rozrywce. Zapewni on nieograniczoną możliwość wykorzystywania formatu wideo w bardzo wysokiej jakości, w dowolnym miejscu i czasie, a także umożliwi natychmiastowe przesyłanie i pobierania dużej liczby danych i plików wideo oraz zapewni nowe doznania, których dostarczą technologie takie jak VR czy AR.

Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość w przyszłości będą wykorzystywane nie tylko w grach komputerowych, lecz także w obszarach związanych z podróżami, edukacją czy komunikacją międzyludzką. Prawie połowa badanych internautów (43 proc.), którzy mieli styczność z rozwiązaniami AR lub VR, jest zdania, że wkrótce będą one w powszechnym użyciu, przy czym 34 proc. uważa, że stanie się tak w ciągu najbliższych pięciu lat.

Sposób konsumpcji treści zmienia się na naszych oczach w zawrotnym tempie. Dziesięć czy piętnaście lat temu treści były analogowe. Teraz jest to o wiele bardziej złożone. Mamy różne ekrany, mamy standard HD, coraz częściej pojawia się 4K. Mamy wideo na życzenie, z którego korzysta coraz więcej osób  – mówi Robert Redeleanu.

Jak podkreśla prezes UPC Polska, dla odbiorców niezwykle ważny jest dziś dostęp do treści wysokiej jakości z każdego urządzenia, jakie mają.

W Polsce szczególnie dużą popularnością cieszy się usługa Replay, którą zaoferowaliśmy naszym klientom z dekoderem Horizon. 40 proc. klientów Horizon regularnie korzysta z tej opcji. Polega ona na tym, że użytkownicy mogą wrócić do programów czy filmów nadawanych nawet siedem dni wcześniej. W ten sposób oglądają więcej treści niż w przypadku tradycyjnie nadawanych filmów lub seriali. Podstawowym oczekiwaniem klientów jest możliwość dostępu do treści na każdym urządzeniu i na wszystkich ekranach, z których korzystają. Poza tym oczekują oni, że przejście z jednego urządzenia na drugie będzie płynne – wyjaśnia prezes UPC Polska.

W raporcie UPC i infuture hatalska foresight institute wyodrębniono sześć głównych trendów w obszarze konsumpcji rozrywki, które będą się rozwijać najszybciej dzięki gigabitowym prędkościom oraz nowym technologiom. Są to m.in. immersive world, czyli technologie i rozwiązania, które umożliwiają oglądanie treści wideo w zanurzeniu, connected culture, czyli aplikacje, dzięki którym widz nie jest już tylko pasywnym odbiorcą, lecz także doświadcza kultury wszystkimi zmysłami, oraz digital journey, czyli technologie umożliwiające odkrywanie i podróżowanie po całym świecie w wymiarze cyfrowym.

Kolejny trend, czyli unlimited knowledge, umożliwi wykorzystanie technologii w edukacji. Eksperci wskazują, że już dzisiaj aplikacje oparte na VR i AR pozwalają dotykać pierwiastków chemicznych, spacerować po mieście sprzed 400 lat, a nawet przeprowadzać próbne operacje. Z kolei digital well-being opiera się na technologiach wykorzystujących zmysł dotyku w celu poprawy zdrowia psychicznego i samopoczucia użytkowników. Wirtualna rzeczywistość wykorzystywana w aplikacjach umożliwi np. medytację w wirtualnym ogrodzie Zen lub walkę z lękami i fobiami.

Wśród technologii, które wpłyną na rozwój cyfrowej rozrywki, poza ultraszybkim internetem, są technologie haptyczne, które pozwolą nam na przeniesienie zmysłu dotyku do świata cyfrowego, sztuczna inteligencja, która już dzisiaj umożliwia nam personalizację rozrywki, oraz internet rzeczy czy mobile edge computing. To są te technologie, które będą najbardziej napędzały rozrywkę – podkreśla Natalia Hatalska.

Co istotne, dzięki technologiom, a w szczególności dzięki pogłębieniu personalizacji i partycypacji, doświadczenia użytkowników zostaną przeniesione na wyższy poziom, a cyfrowa rozrywka będzie zapewniać inkluzywne doświadczenia bez względu na wiek, stan zdrowia czy pochodzenie.

Autorzy raportu wskazują, że obok nowych technologii rozwój rozrywki napędzać będą również czynniki społeczne, takie jak kultura nanosekundy i Fear of Missing Out (lęk przed tym, że coś nas omija), a także czynniki ekonomiczne, przede wszystkim coraz bardziej popularny model subskrypcyjny.

W tej chwili wykorzystanie technologii w rozrywce wśród internautów jest wciąż niskie. W badaniu podzieliliśmy ich na dwie grupy – grupę technologiczną, która deklaruje, że interesuje się nowymi technologiami, oraz grupę, która raczej ich nie używa, co więcej, nawet nie ma świadomości, że one istnieją. W przypadku grupy technologicznej ta świadomość jest wyższa, ale poziom wykorzystania technologii jest na niewielkim poziomie ok. 20 proc. Jesteśmy więc na początku drogi – mówi Natalia Hatalska.

Cukrzyca dotyka w Polsce całe rodziny. Niepokojąco niski poziom wiedzy na temat choroby wśród chorych i ich bliskich

Cukrzyca dotyka w Polsce całe rodziny. Niepokojąco niski poziom wiedzy na temat choroby wśród chorych i ich bliskich 2

Cukrzyca jest chorobą społeczną. Dotyka nie tylko pacjentów, lecz także ich rodziny i najbliższe otoczenie. Mniej lub bardziej bezpośredni kontakt ma z tą chorobą kilkanaście milionów Polaków. Jednak aż 2/3 osób z nich przyznaje, że temat choroby nigdy nie pojawia się w rozmowach. Także sami pacjenci w zbyt małym stopniu zdają sobie sprawę z własnej sprawczości i odpowiedzialności za kontrolę przebiegu cukrzycy – wynika z opublikowanego właśnie raportu „Polska rodzina z cukrzycą”.

Pacjenci, którzy cierpią na cukrzycę typu 1, mają wiele schorzeń współistniejących, wśród których przeważają choroby sercowo-naczyniowe i choroby tarczycy. Ich bliscy nie zawsze mają tego świadomość. Odwrotnie jest jednak z depresją, do której przyznaje się 37 proc. badanych, za to większy odsetek ich bliskich (45 proc.) dostrzega jej objawy lub wie, że została zdiagnozowana.

– Cukrzyca dotyka coraz większej liczby osób. Chcemy wspierać pacjentów i ich bliskich. Stwierdziliśmy, że właśnie to badanie będzie dobrym przyczynkiem do dyskusji nad sposobem opieki nad pacjentami – nie tylko w kontekście samego chorego, lecz także jego rodziny. W cukrzycy bardzo wiele zależy od tego, czy i jakie wsparcie ma pacjent. Wyniki badania pokazują, że jest wiele do zrobienia w tym obszarze. W ramach fundacji i we współpracy ze wszystkimi stronami zainteresowanymi poprawą opieki nad pacjentami z cukrzycą będziemy proponować i realizować programy wspierające zarówno pacjentów, jak i ich bliskich – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Ewa Matusiak, prezes fundacji Zdrowie i Edukacja „Ad Meritum”.

Jak wynika z raportu „Polska rodzina z cukrzycą”, zaledwie 9 proc. bliskich z cukrzycą typu 1 zdaje sobie sprawę z tego, jak dużą rolę odgrywa zdrowe żywienie, aktywność fizyczna oraz regularna kontrola przebiegu choroby. W przypadku samych pacjentów ten odsetek jest wyższy i sięga 23 proc., natomiast zdecydowanie zbyt mało pacjentów zdaje sobie sprawę z własnej sprawczości i odpowiedzialności za kontrolę cukrzycy.

– Dziwi, ale również niepokoi znaczący brak wiedzy osób chorych na cukrzycę i ich bliskich dotyczący poziomu glikemii na czczo u osoby zdrowej. A przecież bliscy osób chorych na cukrzycę są w grupie ryzyka, u nich może wystąpić cukrzyca albo już na nią chorują i o tym nie wiedzą. Pomimo twierdzących odpowiedzi w przypadku cukrzycy typu 1 nikt nie wskazał prawidłowego wyniku. Podobnie zadziało się w przypadku bliskich osób z cukrzycą typu 2. Ten brak wiedzy dotyczący rozpoznawania cukrzycy o tyle jest niepokojący, że dzisiaj borykamy się z otyłością brzuszną, insulinoopornością, brakiem nawyków zdrowego żywienia i aktywności fizycznej – podkreśla Beata Stepanow, prezes Stowarzyszenia Edukacji Diabetologicznej.

Z badań przeprowadzonych na potrzeby raportu „Polska rodzina z cukrzycą” wynika również, że osoby z tym schorzeniem często pomijają pomiary stężenia glukozy we krwi bądź są zbyt zajęte, żeby pamiętać o ich regularnym wykonywaniu (48 proc.). Aż 80 proc. skarży się na to, że trudno jest im przestrzegać czasu pomiaru, a 60 proc. pomija badania z powodu bólu opuszków palców. Większość zgodnie przyznaje, że badanie jest bolesne i nieprzyjemne. Tymczasem monitorowanie stężenia glukozy we krwi jest kluczowe dla kontroli przebiegu cukrzycy.

– Im częściej chory mierzy cukier, tym lepszy jest wynik, bo – często nawet podświadomie – chory będzie się zachowywał w taki sposób, żeby utrzymywać cukier w dobrych granicach, jakie mu wyznaczyliśmy podczas wizyty w poradni czy w szpitalu. Ważna jest edukacja, czyli uświadamianie pacjentowi, jakie znaczenie ma pomiar cukru i co powinien zrobić, jeżeli jest on za niski lub za wysoki. Druga kwestia to sięganie po takie urządzenia, które będą przez chorych akceptowane, czyli będą dawały wiarygodne wyniki, a mierzenie cukru będzie bezbolesne. Zwykle osoby bez cukrzycy nie zdają z tego sprawy, ale mierzenie cukru, czyli kłucie się w opuszek palca, boli bardziej niż podanie sobie insuliny – wyjaśnia prof. Leszek Czupryniak, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Diabetologii WUM.

W ostatnich latach pojawiły się nowe urządzenia ułatwiające pomiary. Większość z nich nie jest jeszcze dostępna dla polskich pacjentów, ale lekarze mają nadzieję, że to się z czasem zmieni.

 Istnieje możliwość oznaczenia glikemii z zastosowaniem metody skanowania. Chory nosi sensor na ramieniu i przesuwając czytnik, zaprojektowany do współpracy z tym czujnikiem, może sobie odczytywać stężenie glukozy we krwi dowolną ilość razy w ciągu doby. Te urządzenia są dość kosztowne, ale cena pewnie będzie maleć, pewne jaskółki refundacyjne też się pojawiają – podkreśla prof. Leszek Czupryniak.

Podobnie sytuacja wygląda z lekami.

Od trzech lat zdobywamy – na podstawie badań naukowych – wiedzę o niektórych lekach stosowanych w leczeniu cukrzycy. To są inhibitory SGLT2 i agoniści receptora GLP-1. Wiemy, że te leki stosowane u pacjentów z wysokim ryzykiem sercowo-naczyniowym, chorobą wieńcową, po zawale serca, zmniejszają od 20 do 40 proc. ryzyko zgonu w ciągu 3–4 lat stosowania. Do tej pory nie mieliśmy ani takich leków, więc bardzo nas cieszy, że one się pojawiają. U nas niestety cały czas nie są refundowane, ale to się musi zmienić – podkreśla prof. Czupryniak.

Wyniki badań pokazują, że wśród chorych na cukrzycę typu 1 dramatyczne jest podejście do aktywności fizycznej. Aż 76 proc. nie uprawia żadnej, nawet podstawowej, aktywności zgodnie z zaleceniami lekarskimi, czyli trzy razy w tygodniu po 30 minut. Tylko 11 proc. chorych ćwiczy bądź uprawia sport samodzielnie, a 13 proc. – wspólnie z osobami bliskimi.

Co ważne, aż 2/3 osób bliskich, którzy mają w rodzinie bądź najbliższych otoczeniu chorych z cukrzycą, przyznaje, że temat choroby nigdy nie pojawia się w rozmowach.

 Najbardziej zaskakująca jest samotność osób, które mają cukrzycę, ale też samotność ich bliskich. Obie strony zostają z nią same i bardzo często na temat tych problemów, które niesie za sobą cukrzyca, nie rozmawiają. Te problemy są związane z codziennym funkcjonowaniem rodziny, zdrowym żywieniem, aktywnością seksualną albo innymi problemami intymnymi. Dla mnie, jako socjologa, najważniejszy jest aspekt relacyjności w chorobie przewlekłej, która dotyczy coraz większej liczby osób. Jeśli nie będziemy potrafili rozmawiać o niej z osobami bliskimi i będziemy uciekać od tematu, to nie będziemy potrafili rozmawiać o tej chorobie nawet z lekarzem. W ten sposób nie pomożemy ani sobie, ani rodzinie – podkreśla socjolog Tomasz Sobierajski.

 Chcemy, aby nasz raport był głosem osób chorych na cukrzycę i ich bliskich. Bardzo istotne jest to, że – jak pokazują badania – osoby chore na cukrzycę i ich bliscy darzą dużym zaufaniem lekarzy diabetologów i pielęgniarki diabetologiczne. To pokazuje, że edukacja diabetologiczna powinna się znaleźć w koszyku świadczeń gwarantowanych na poziomie ambulatoryjnej opieki specjalistycznej – dodaje Beata Stepanow, prezes Stowarzyszenia Edukacji Diabetologicznej.

Polskie firmy pozyskały na innowacje 90 mln euro z unijnego programu Horyzont 2020. Najaktywniejsze są przedsiębiorstwa małe i średnie

0

Polskie firmy pozyskały na innowacje 90 mln euro z unijnego programu Horyzont 2020. Najaktywniejsze są przedsiębiorstwa małe i średnie 3

Obok uczelni i instytutów badawczych, polskie firmy są największym beneficjentem unijnych grantów z programu Horyzont 2020. Na ich koncie jest w tej chwili 346 projektów, dofinansowanych na kwotę prawie 90 mln euro. Najbardziej aktywne w aplikowaniu o fundusze są przedsiębiorstwa małe i średnie, które przodują w tworzeniu innowacji. To m.in. dzięki unijnym grantom umacniają one swoją pozycję na rynkach zagranicznych, zwiększają swoją konkurencyjność i pozyskują partnerów biznesowych. Jednak polskie firmy wciąż pozostają w tyle za europejską czołówką w pozyskiwaniu środków na badania i innowacje.

Horyzont 2020 to największy instrument UE dedykowany wsparciu projektów badawczych i innowacyjnych. Beneficjentami Horyzontu mogą być jednostki naukowe, pojedynczy naukowcy, jak również przedsiębiorstwa małe, średnie i duże. Program ma na celu wsparcie najlepszych rozwiązań z zakresu badań i innowacji, które powstają w Europie – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Walczyk-Matuszyk, zastępca dyrektora w Krajowym Punkcie Kontaktowym Programów Badawczych UE (KPK).

Horyzont 2020 to największy w historii UE program wspierający badania naukowe i innowacje. W latach 2014-2020 na ten cel przeznaczonych jest 77 mld euro. O te środki mogą ubiegać się przedsiębiorcy, instytuty i jednostki naukowo-badawcze, jak i inne podmioty. Horyzont 2020 jest przeznaczony dla największych innowatorów. Celem programu jest stworzenie spójnego systemu finansowania innowacji: od koncepcji naukowej poprzez etap badań aż po wdrożenie nowych rozwiązań, produktów czy technologii na rynek. Ma on również ułatwić przedsiębiorcom wychodzenie ze swoimi produktami i usługami na rynki zagraniczne.

– W Polsce najaktywniejszą grupą, która aplikuje o te środki, są małe i średnie przedsiębiorstwa, które w sumie złożyły ponad 5 tys. aplikacji. Do tej pory polskie firmy zdobyły dofinansowania na łączną kwotę 90 mln euro – mówi Katarzyna Walczyk-Matuszyk.

Z danych KPK wynika, że polskie firmy coraz częściej aplikują i pozyskują granty na realizację innowacyjnych pomysłów z programu Horyzont 2020. Na ich koncie jest w tej chwili 346 projektów, dofinansowanych na kwotę 89,8 mln euro. Przedsiębiorcy plasują się w czołówce beneficjentów programu, tuż za uczelniami (355 projektów na 92 mln euro) i przed instytutami badawczo-naukowymi (336 projektów na 83,3 mln euro).

– Bardzo duża aktywność małych i średnich przedsiębiorstw pokazuje, że innowacje są szyte na miarę tego sektora. Te podmioty dużo łatwiej radzą sobie zarówno z rozwijaniem, jak i wdrażaniem innowacji. W ich przypadku ryzyko związane z takimi projektami ma zupełnie inny wymiar niż w dużych przedsiębiorstwach. MŚP są także dużo bardziej elastyczne, wchodząc ze swoimi rozwiązaniami na rynki zagraniczne. Dlatego stanowią dużą grupę aplikujących i beneficjentów programów ramowych – mówi Katarzyna Walczyk-Matuszyk.

Listę polskich małych i średnich przedsiębiorstw, które uzyskały największe dotacje z programu Horyzont 2020, otwiera firma SDS Optic, która rozwija urządzenie medyczne służące do wykrywania substancji aktywnych biologicznie, w tym markerów antynowotworowych (grant w wysokości 3,98 mln euro). Za nią uplasowała się poznańska spółka ITTI specjalizująca się w systemach IT (3,9 mln euro) oraz firma Synektik (3,68 mln euro), która rozwija innowacje z zakresu medycyny. Pierwszą dziesiątkę dużych przedsiębiorstw otwierają natomiast działająca w przemyśle stoczniowym firma Crist Offshore (2,4 mln euro), Orange Polska (1,55 mln euro) oraz Mostostal Warszawa (1,5 mln euro).

– Są to różne projekty, miedzy innymi dedykowane rozwijaniu innowacji w przedsiębiorstwach celem ich dalszej komercjalizacji, rozwijaniu biznesu wokół innowacji, ale także stricte badawcze, na wczesnych etapach gotowości technologicznej, czyli np. rozwój prototypu czy demonstracja w warunkach laboratoryjnych – mówi Katarzyna Walczyk-Matuszyk.

Jak podkreśla, dzięki unijnym grantom z programu Horyzont 2020 i rozwijaniu innowacji przedsiębiorstwa umacniają swoją pozycję na krajowym i europejskim rynku oraz zwiększają swoją konkurencyjność. Program pomaga im także pozyskiwać partnerów biznesowych bądź partnerów do kolejnych projektów B+R.

Strategie badań i rozwoju w polskim przemyśle można wdrażać na wiele sposobów. Można to robić wewnątrz własnej firmy albo posłużyć się modelem otwartych innowacji poprzez współpracę z graczami zewnętrznymi, graczami ekosystemu startupowego czy zewnętrznymi firmami MŚP. My jesteśmy zwolennikiem tej drugiej metody, czyli otwartych innowacji – mówi Tomasz Mazuryk, prezes FundingBox.

Jak podkreśla, koszty badań i rozwoju mogą być bardzo wysokie, dlatego firmy muszą nauczyć się skutecznie pozyskiwać wsparcie ze źródeł unijnych albo krajowych. Pomimo rosnącej aktywności w tym zakresie polskie firmy wciąż pozostają w tyle za europejską czołówką w aplikowaniu po unijne granty na badania i innowacje.

– Środków na ten cel jest bardzo dużo, tylko należy umiejętnie po nie sięgać. Polskie firmy niestety nie radzą sobie najlepiej z pozyskiwaniem środków z Horyzontu 2020 – w skali całej Europy są to pojedyncze punkty procentowe. Natomiast z każdym rokiem widzimy coraz większe zaangażowanie polskich firm i coraz większą skuteczność, obserwujemy bardzo duży postęp – mówi Tomasz Mazuryk.

Łatwiejszy start dla polskich fintechów. Piaskownica regulacyjna KNF pozwoli przetestować model biznesowy przed wejściem na rynek

Łatwiejszy start dla polskich fintechów. Piaskownica regulacyjna KNF pozwoli przetestować model biznesowy przed wejściem na rynek 4

Już na przełomie roku pierwsze start-upy tworzące innowacyjne rozwiązania dla branży finansowej rozpoczną testowanie swoich rozwiązań dzięki udziałowi w nowym projekcie Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego. Firmy uczestniczące w testach będą mogły liczyć na darmowe wsparcie szkoleniowe i merytoryczne ze strony operatorów takich jak banki, fundacje, akceleratory czy organizacje pozarządowe. Dzięki temu łatwiej będzie im uzyskać licencję. Długotrwały proces jej przyznawania jest obecnie jedną z najpoważniejszych barier rozwoju polskiego fintechu.

– Piaskownica regulacyjna to środowisko testowe, które ma umożliwić młodym podmiotom, młodym przedsięwzięciom start-upowym, a także instytucjom finansowym testowanie ich rozwiązań technologicznych związanych z działalnością w zakresie rynku finansowego – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Artur Granicki, dyrektor Departamentu Innowacji Finansowych FinTech w Urzędzie Komisji Nadzoru Finansowego.

Długi i mocno sformalizowany proces przyznawania licencji jest jedną z głównych barier rozwojowych, jakie wskazują polskie start-upy działające w sektorze fintechu – wynika z raportu „Fintech w Polsce. Bariery i szanse rozwoju”. Postępowania trwają zwykle powyżej dziewięciu miesięcy, podczas gdy w innych krajach Unii Europejskiej zamykają się one zazwyczaj w trzykrotnie krótszym czasie. Dzięki piaskownicy regulacyjnej, jaką na początku przyszłego roku uruchomi Urząd Komisji Nadzoru Finansowego, firmy fintechowe mają mieć teraz ułatwiony start.

– Piaskownica będzie działała w modelu zdecentralizowanym, natomiast testy będą się odbywały w dwóch modelach: w modelu w pełni wirtualnym, umożliwiającym testowanie rozwiązań w środowisku wirtualnym, oraz w modelu rzeczywistym, na rzeczywistych klientach, tak aby zbadać ich rzeczywiste potrzeby, rzeczywiste reakcje rynkowe na to, co się dzieje w używanej przez nich aplikacji czy używanym przez nich rozwiązaniu – tłumaczy Artur Granicki.

Najważniejszą korzyścią dla start-upów ma być znaczne skrócenie czasu potrzebnego na dopełnienie formalności wynikających z procesu licencyjnego oraz możliwość zweryfikowania swojego modelu biznesowego jeszcze przed rozpoczęciem postępowania licencyjnego. Ważne będzie też wsparcie szkoleniowe i merytoryczne ze strony operatorów polskiego sandboxa (piaskownicy regulacyjnej). Będą nimi mogły być banki czy organizacje pozarządowe, a także fundacje i akceleratory.

– Zakładamy, że dzięki weryfikacji przez Komisję ich rozwiązania i wsparciu przez KNF postępowania licencyjnego, te start-upy uzyskają w dużo szybszy sposób licencję. Będą miały też dodatkowe potwierdzenie dla potencjalnego inwestora, że model jest bezpieczny, zaaprobowany przez Komisję i albo są w trakcie uzyskiwania licencji, albo w krótkim czasie tę licencję uzyskają. Mamy nadzieję, że przełoży się to też na większe zainteresowanie inwestorów –twierdzi Artur Granicki.

Polski sandbox w dużej mierze opiera się na rozwiązaniach zaczerpniętych z Wielkiej Brytanii. Według Financial Conduct Authority (FCA), 90 proc. firm skupionych w brytyjskiej piaskownicy regulacyjnej z powodzeniem zaliczyło wejście na rynek. Powodzenie przedsięwzięcia skłoniło twórców do stworzenia globalnej piaskownicy Sandbox Fintech. Testy pierwszych podmiotów w polskiej platformie są zaplanowane na przełom grudnia i stycznia.

– Przyjmujemy start-upy zarówno związane z blockchain, jak i związane z działalnością ubezpieczeniową, działalnością inwestycyjną, działalnością bankową. Nie narzucamy tutaj żadnych ram. To operatorzy piaskownicy będą dokonywali wyboru start-upów do testowania, my się ograniczamy tylko do zatwierdzenia tych podmiotów, które zostaną zgłoszone przez operatorów piaskownicy – mówi dyrektor Departamentu Innowacji Finansowych FinTech w Urzędzie Komisji Nadzoru Finansowego.

Z raportu CEE FinTech Report sporządzonego przez Deloitte wynika, że polski rynek fintechów wyceniany jest na niemal 860 mln euro. Z kolei z analiz firmy doradczej PwC wynika, że fintechy mogą w najbliższych latach przejąć nawet jedną trzecią światowego rynku usług finansowych.

Jak nazwa domeny internetowej pomaga zwiększyć sprzedaż firmom w home.pl?

Adresy internetowe, czyli domeny są dzisiaj podstawą do budowania wizerunku w Internecie. Kampanie reklamowe, informacje o produktach oraz usługach, komunikacja biznesowa, czy nawet obsługa klientów jest dzisiaj związana z faktem posiadania unikalnej nazwy dla swojej strony WWW oraz poczty email. Inwestycja w domenę to inwestycja w przyszłość i powodzenie biznesu prawdziwego lidera.

Domena to unikalny adres internetowy, pod którym może znaleźć się dowolna strona internetowa, sklep internetowy, blog  lub adres poczty e-mail. To kierunkowskaz dla użytkowników, którzy poszukują konkretnych treści. W przypadku firmy to kluczowy element do budowania świadomości marki w sieci, świadczący o jej profesjonalizmie. Łatwa do zapamiętania nazwa strony WWW bardzo często zachęca klienta do odwiedzenia jej także w przyszłości. Obecnie na świecie istnieje wiele dużych firm, które swój sukces oparły właśnie na adresie domeny. Są to m.in. serwisy informacyjne i biura turystyczne.

Dopasuj adres do działalności swojej firmy

Idealna nazwa domeny powinna być łatwa do zapamiętania, krótka, kojarząca się z profilem działalności firmy lub tematyką strony WWW. Przy wyborze domeny powinniśmy się również zastanowić do kogo kierujemy nasze produkty i usługi. Jest to ważne, aby wybrać odpowiednie rozszerzenie domeny, które może zasugerować obszar prowadzonej przez nas działalności. Najpopularniejsza w Polsce domena z zakończeniem .pl podkreśla krajowy zasięg. Z kolei domena regionalna (np. .waw.pl, .szczecin.pl) świadczy o lokalnym biznesie. Polscy przedsiębiorcy doceniają również inne rozszerzenia. Taką domeną jest choćby europejski adres .eu i globalny .com. Myśląc o kolejnych latach i rozwoju firmy na pewno warto rozważyć opcję rejestracji większej liczby domen, dzięki czemu zabezpieczymy pulę adresów przed jej rejestracją przez konkurencję.

Wybrany adres jest zajęty? Rozwiązanie od home.pl

Każda domena jest unikalna. Oznacza to, że nie ma możliwości zarejestrowania dwóch identycznych nazw. Zarejestrowany adres schodzi z wolnej puli i może należeć wyłącznie do jednego abonenta. Natomiast istnieje możliwość zarejestrowania identycznej nazwy domeny w wielu rozszerzeniach (np. firmaxyz.com, firmaxyz.eu, firmaxyz.de). Coraz popularniejsze stają się również końcówki domen globalnych np. .art, .travel, .tech czy .online, które pozwalają na idealne dopasowanie rozszerzenia domeny do profilu działalności lub zainteresowań.

Kolejną alternatywą jest zakup zarejestrowanych już nazw z rynku wtórnego, czyli giełdy domen internetowych. Domeny są sprzedawane przez ich obecnych Abonentów w formie aukcji – cena dobrego adresu może osiągnąć pułap nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Własna domena to dla prawdziwego lidera wiarygodność i większa sprzedaż

Firmy, które nie mają własnej strony WWW, dla większości po prostu nie istnieją lub posiadają znikomą wiarygodność. Własna domena dodaje autentyczności i sprawia, że klienci łatwiej będą kojarzyć Twoją stronę WWW. Unikalna nazwa domeny od home.pl ma też ogromny wpływ na samą widoczność w sieci, a jak wiadomo lepsza widoczność oznacza większą sprzedaż. Dodatkowo, posiadając konta e-mail we własnej domenie, kierujemy od razu ruch na naszą stronę – użytkownicy kojarzą nazwę po znaku @ jako adres właśnie strony internetowej.

Przedsiębiorcy znający swoje najważniejsze źródła sprzedaży, wiedzą już jak ważna jest obecność strony internetowej w Google. Ten bezpieczny
i stabilny kanał sprzedaży jest wolny od awarii. Sprytne i kreatywne podejście do wyboru nazwy domeny może ułatwić wypozycjonowanie strony WWW firmy w przyszłości.

Wiele lokalnych firm usługowych rejestruje domenę z nazwą miejscowości, w której oferowane są usługi firm. Dzięki temu – ci lokalni liderzy przedsiębiorczości zdobywają codziennie nowych klientów. Klientów szukających usługodawców lub sklepów w swojej miejscowości. Właściwie wybrana nazwa domeny pomoże w sprzedaży również w przypadku firm które od lat inwestują w swoją markę. Domena z tą właśnie marką w nazwie będzie naturalnym miejscem, w którym klienci będą szukali więcej informacji o firmie. Tam też będą chcieli składać zamówienia.

Dobra domena elementem udanego biznesu

Ciekawa, chwytliwa nazwa domeny na pewno będzie rozpoznawalna i więcej osób będzie w stanie ją zapamiętać. Dobra domena pozwala na skuteczne odnalezienie firmy na tle gorzej pozycjonowanej konkurencji. Warto pamiętać, że na dobre imię firmy wpływają pozostałe działania np. jakość obsługi klienta, jakość oferowanych usług. Dlatego warto potraktować domenę jako jeden z kluczowych elementów, na bazie którego budujemy własny biznes.

Przyszłość mobilności: punkt widzenia głównych podmiotów działających w sektorze motoryzacyjnym

Rewolucja przemysłowa, która dokonuje się na naszych oczach, wymaga od firm produkcyjnych umiejętności dostosowania się do zmian i precyzyjnego określenia kompetencji kluczowych dla dalszego rozwoju.

Czwarta rewolucja przemysłowa to idea transformacji cyfrowej, opierająca się na wykorzystaniu w produkcji nowoczesnych technologii informatycznych i komunikacyjnych, która przekierowuje przemysł w stronę inteligentnej i elastycznej produkcji, dostosowanej do dynamicznie zmieniających się potrzeb klientów. Adaptacja w obliczu gwałtownych zmian, wymuszonych przez niezwykle szybkie tempo rozwoju technologii to główne wyzwanie stojące przed przedsiębiorstwami, które chcą utrzymać swoją pozycję i wzmacniać przewagę konkurencyjną.

Rewolucja w sektorze motoryzacyjnym

Jedną z najbardziej zaawansowanych technologicznie branż, która jednocześnie szybko adaptuje się do zmieniających się potrzeb rynku jest sektor motoryzacyjny. W Polsce jest to jedna z największych i najszybciej rozwijających się gałęzi przemysłu, dająca zatrudnienie prawie 200 tysiącom osób.

O tym, czy branża motoryzacyjna pozostanie kołem zamachowym polskiej gospodarki zadecyduje jej umiejętność dostosowania się do zmian w ramach czwartej rewolucji przemysłowej i umiejętność zarządzania wdrażaniem nowych technologii związanych z rewolucją przemysłową. Dzieje się tak, ponieważ oprócz kwestii związanych z samymi procesami produkcji, wdrożenie nowych technologii jest silnie i wielostronnie powiązane z rewolucją w mobilności społeczeństw. Zmiany w mobilności są bowiem elementem szerszej transformacji cyfrowej, która obejmuje między innymi mega-trendy w mobilności, takie jak, pojazdy autonomiczne, skomunikowane, czy współdzielone.

– Producenci samochodów będą wręcz zmuszeni do skorzystania z nowych możliwości, które stają się dostępne wraz z wdrażaniem koncepcji Przemysłu 4.0. Bez wątpienia liczyć się będzie szybka reakcja na zmieniające się potrzeby klientów, korzystanie z nowych modeli biznesu czy wręcz ich tworzenie oraz poszukiwanie nowych źródeł przychodów. Od tego będzie zależeć przyszłość każdego producenta samochodów – mówi Paweł Wideł, Wiceprezydent Konfederacji Lewiatan, Prezes Zarządu Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych.

Wprowadzenie tych rewolucyjnych zmian w mobilności zwiastuje przejście od obecnego modelu biznesowego, jakim jest produkcja, sprzedaż i finansowania samochodu, do nowego modelu, gdzie środek ciężkości będzie się przesuwał w stronę oferowania całego spektrum usług związanych z mobilnością. Będzie się to wiązać z wieloma konsekwencjami dla branży motoryzacyjnej.

– Istnieje jednak obawa, czy w krótkim okresie będzie finansowo opłacalne wytwarzanie na dużą skalę spersonalizowanych produktów. Zasadne jest więc wsłuchiwanie się w uwagi krytyczne ze strony branży, tak, aby nie hamując rozwoju, uniknąć potencjalnych zagrożeń, w tym ze strony regulacji. Jedynie myśląc strategicznie, w długim terminie będziemy w stanie znaleźć rozwiązania, które sprawią, że polski przemysł motoryzacyjny realnie będzie kołem zamachowym polskiej gospodarki – dodaje Paweł Wideł.

Już 27 listopada podczas International Automotive Business Meeting odbędzie się panel pt. „Przyszłość mobilności: punkt widzenia głównych podmiotów działających w sektorze motoryzacyjnym”, którego gospodarzem jest Związek Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych. Uczestnicy panelu w swojej debacie będą proszeni o to, aby nawiązując do stanu obecnego pokazać najbliższą przyszłość, wskazując kierunki, w których będzie się rozwijać branża, implementując innowacje technologiczne i społeczne.

Pinsy – metalowe znaczki, które pomogą wyeksponować Twoją firmę

pinsy_metalowe_na_zamowienieJak subtelnie, ale i elegancko, a jednocześnie niewielkim kosztem wyeksponować swoją firmę na uroczystych spotkaniach, imprezach czy targach? Doskonałym pomysłem są pinsy metalowe na zamówienie, które produkuje firma MCC Medale.

Pinsy to od lat świetne gadżety nie tylko dla kolekcjonerów, ale coraz częściej stają się wizytówką każdej z firm. Z reguły mają dość prosty, ale konkretny wzór. Może to być logotyp firmy, jej wyjątkowy czy flagowy produkt lub po prostu nazwa. Chodzi przede wszystkim o wyeksponowanie najważniejszych elementów promocyjnych firmy, które zostaną nie tylko w miarę szybko zauważone, ale zapadną też w pamięć potencjalnym partnerom czy kontrahentom.

Niejednokrotnie pinsy metalowe na zamówienie można zobaczyć na marynarkach właścicieli i pracowników największych firm niemal z każdej branży: farmaceutycznej, budowlanej, samochodowej, klubów i federacji sportowych. Dobrze wykonany element podkreśla siłę marki, ale również stanowi element biżuterii. To subtelne, ale jednocześnie gustowne podkreślenie przynależności do danej firmy czy grupy, która świetnie wpływa na jej wizerunek i prestiż.

Pinsy metalowe na zamówienie nie muszą jednak stanowić jedynie celu reprezentacyjnego, ale również mogą służyć jako mały podarunek od firmy dla klienta. Dzisiejsza technologia, którą wykorzystuje firma MCC Medale, pozwala na stworzenie oryginalnego znaczka, który w przyszłości może nabrać ogromnej wartości. Wciąż nie brakuje kolekcjonerów, którzy zbierają pinsy. Najczęściej są to wpinki sportowe, gamingowe, motoryzacyjne, ale pomysłowość na kolejne tematy kolekcji dla pasjonatów nie ma końca.

pinsy_mcc_medale (1)

Przypinki – pamiątka dla pracowników

Pinsy metalowe na zamówienie to też doskonała forma odznaczenia ważnych osób w danej firmie. Przypinka, która może zostać wręczona w eleganckim etui lub ze specjalną drukowaną kartą do pinsów, będzie stanowiła pamiątkę na lata. To świetnie rozwiązanie między innymi w przypadku jubileuszów.

Firma MCC Medale zajmuje się produkcją pinsów metalowych na zamówienie najwyższej jakości. Przez lata działalności wypracowała sobie ogromną renomę – na tyle dużą, że jest uważana za jednego z największych producentów przypinek reklamowych w Polsce. Wszystko dzięki używaniu najlepszych komponentów i ręcznej technice produkcji.

MCC Medale potrafi wyprodukować pinsy metalowe na zamówienie w dowolnym kształcie, wielkości i kolorze. Każde zamówienie jest indywidualnie omawiane z klientem. Pracownicy firmy chętnie pomogą też stworzyć odpowiednią ofertę, a nawet projekt, który zostanie przygotowany przez doświadczonych grafików od podstaw.

Pinsy metalowe na zamówienie mogą mieć różny wymiar. Klasyczne wpinki to dobre rozwiązanie dla promocji firmy w przypadku wpięcia w klapę marynarki. MCC Medale oferuje również przypinki emaliowane, po które często sięgają firmy z kolorowymi logotypami. Dzięki specjalnym emaliom, którymi wpinki są wypełniane ręcznie, pinsy metalowe na zamówienie zyskają kolory. To szczególnie dobrze sprawdzi się w branżowych targach, eventach czy szkoleniach. Bardzo popularne są też przypinki z wklejką 3D. To z kolei rozwiązanie polecane firmom, którym zależy na małych, szczegółowych elementach lub informacjach, które będą niemożliwe do zrealizowania w odlewie.

W przypadku chęci wyprodukowania pinsów metalowych na zamówienie w ozdobnym etui lub z drukowaną kartą, należy wcześniej powiadomić pracowników MCC Medale, którzy chętnie doradzą lub pomogą w zaprojektowaniu najbardziej korzystnego rozwiązania.

Pinsy metalowe na zamówienie to doskonała, ale przede wszystkim niedroga forma promocji firmy. Ostateczny koszt zależy od rodzaju wpinki, a także wielkości całego zamówienia. Pracownicy MCC Medale indywidualnie podchodzą do każdego klienta i z pewnością przygotują jak najbardziej korzystną formę zamówienia.

Więcej informacji na temat pinsów metalowych na zamówienie można znaleźć na stronie internetowej firmy MCC Medale.

Gospodarka USA rozwija się 5 razy szybciej od strefy euro

Gospodarka w 19 krajach dzielących wspólną walutę rośnie najwolniej od 2013 r. Sytuacja po drugiej stronie Atlantyku jest zgoła odmienna, amerykańska gospodarka rozwija się o ponad 5 razy szybciej niż w strefie euro. Co to może oznaczać dla Polski i złotego? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Według Europejskiego Urzędu Statystycznego gospodarka rozwijała się w trzecim kwartale w tempie 0,2 proc. kwartał do kwartału (k/k). To byłby najniższy wzrost od II kw. 2014 r., jeżeli weźmiemy pod uwagę zaokrąglone dane, które w ogólnym przekazie publikuje Eurostat.

Faktycznie jednak, biorąc pod uwagę dokładniejsze odczyty w bazach danych Eurostatu, gospodarka 19 państw używających tej samej waluty rozwijała się w tempie 0,16 proc. k/k, czyli najwolniej od pierwszego I kw. 2013 r. To szokująca informacja, zwłaszcza że w 2017 r. rozwój w kwartale średnio sięgał niemal 0,7 proc. Co się dzieje z gospodarką Europy?

Niekończące się problemy i wytłumaczenia

Od początku 2018 r. dane PKB ze starego kontynentu są gorsze od oczekiwań. Najpierw uważano, że to kwestia srogiej zimy i po pierwszym słabym kwartale przyjdzie odbicie w drugim. Ono jednak nie nastąpiło, ale wtedy również znaleziono wytłumaczenie – strajki we Francji, a dodatkowo pojawiły się groźby wojny handlowej.

Trzeci kwartał z kolei upłynął pod dyktando fatalnych pomysłów gospodarczych nowego populistycznego rządu we Włoszech. Borykająca się od lat z problemami ekonomicznymi Italia dostała cios w postaci cofnięcia reformy emerytalnej, wprowadzenia dochodu gwarantowanego i poważnego konfliktu z Komisją Europejska, co znacząco pogorszyło nastroje w przemyśle. W rezultacie, według danych Istatu, Włochy w III kw. były w stagnacji przede wszystkim ze względu na kurczenie się produkcji.

Gospodarka Niemiec wcale nie wyglądała w okresie od lipca do września o wiele lepiej. Chociaż stabilność gospodarcza naszego zachodniego sąsiada jest niezaprzeczalna, to jednak nowe regulacje w sektorze motoryzacyjnym mogły spowodować, że w III kw. również w Niemczech mogliśmy mieć stagnację, o czym informował w ostatnim miesięcznym raporcie Bundesbank.

Jeszcze większy pesymizm bije z litewskich danych. Gospodarka tego niewielkiego kraju strefy euro skurczyła się w III kw. o 0,4 proc. k/k. To był najgorszy kwartał dla naszego północnego sąsiada od końca 2009 r., czyli okresu tuż po globalnym kryzysie finansowym. Tutaj jednak znowu mamy wytłumaczenie. Cytowany przez agencję Bloomberg ekonomista banku centralnego Darius Imbrasas stwierdził, że to wina suszy, która zaszkodziła zbiorom.

Stany Zjednoczone rozwijają się 5 razy szybciej

W USA ekonomiści nie muszą szukać żadnych wytłumaczeń. PKB urósł w trzecim kwartale o 0,86 proc. k/k przy tej samej metodologii publikacji danych, jaką stosuje Eurostat. Z tego wynika, że amerykański wzrost był o ponad 5 razy szybszy niż ten w strefie euro. W relacji rok do roku (r/r) wzrost w Ameryce był w III kw. prawie dwa razy szybszy niż na obszarze wspólnej waluty i wyniósł odpowiednio 3,04 proc., i 1,66 proc.

Przepaść dzielącą USA oraz strefę euro potwierdzają np. dane o wskaźnikach wyprzedzających dla przemysłu oraz dla usług. W Stanach są one na blisko historycznych szczytów, a w strefie euro dochodzą na niektórych subindeksach do czteroletnich minimów.

Zupełnie innych kierunek na obu obszarach walutowych widoczny jest także w przypadku produkcji przemysłowej. W sierpniu oraz we wrześniu rosła ona w okolicach 5 proc. r/r w Stanach Zjednoczonych. Dla strefy euro nie ma jeszcze danych za ubiegły miesiąc, ale w lipcu i w sierpniu ten wzrost wyniósł odpowiednio 0,3 oraz 0,9 proc. r/r.

Konsekwencje dla rynku walutowego

Tempo rozwoju Stanów Zjednoczonych prawdopodobnie nadal będzie wyraźnie przekraczać odczyty ze strefy euro. To również może oznaczać, że Rezerwa Federalna nadal będzie podnosić stopy procentowych i niewykluczone, że w drugim kw. 2019 r. sięgną one wartości ok. 3 proc.

Z drugiej strony rośnie ryzyko, że zaskakująco powolne tempo rozwoju strefy euro spowoduje, że Europejski Bank Centralny zacznie sugerować w najbliższych miesiącach możliwość późniejszej podwyżki stóp procentowych i utrzymanie ich na ujemnym poziomie przez cały 2019 r.

W rezultacie różnica pomiędzy stopami procentowymi w USA i w strefie euro będzie się nadal rozszerzać, co powinno być pozytywne dla dolara i negatywne dla wspólnej waluty.

Gorsze perspektywy dla strefy euro to także negatywna informacja dla polskiej gospodarki. Wzrost PKB nad Wisłą prawdopodobnie będzie znacznie wolniejszy, niż spodziewa się konsensus ekonomistów. To z kolei może zniechęcić polskie władze monetarne, by podwyższać stopy procentowe. Mogą nawet pojawić się opinie w Radzie Polityki Pieniężnej o konieczności ich obniżenia.

Taki scenariusz może wywołać dalsze globalne umocnienie się dolara i osłabienie euro. Na polskim rynku z kolei będzie rosło prawdopodobieństwo, że dolar przedłuży trend wzrostowy w relacji do powoli tracącego na wartości złotego. W rezultacie jeszcze przed końcem roku za amerykańską walutę możemy płacić nawet 4 zł.

Rynek centrów handlowych w Europie spowalnia

  • W pierwszej połowie 2018 roku oddano do użytku 1,0 mln m kw. nowej powierzchni w centrach handlowych – to o 10% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej.
  • W pierwszym półroczu br. odnotowano spadek ilości powierzchni handlowej będącej w budowie o 11% rok do roku w całej Europie i o 25% rok do roku w Europie Zachodniej.
  • Zasoby powierzchni w europejskich galeriach handlowych wzrosły w pierwszej połowie 2018 roku do 166,2 mln m kw.
  • Jedna trzecia powierzchni w centrach handlowych Europy została wybudowana ponad 20 lat temu.

Z najnowszej analizy rynku międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield wynika, że tempo przyrostu nowej powierzchni w centrach handlowych Europy zaczęło spowalniać, a dojrzałe rynki zbliżają się do poziomu nasycenia.

W ostatnich dwóch dekadach rynek centrów handlowych w Europie powiększał się średnio o 5,4 mln m kw. rocznie, ale w latach 2018-2019 średnia roczna podaż nowej powierzchni handlowej może wynieść zaledwie 3,5 mln m kw. Za mniejsze zapotrzebowanie na nową powierzchnię na Starym Kontynencie odpowiadają rozwinięte rynki handlowe i rosnąca popularność zakupów w kanale online.

Zapotrzebowanie na nowe centra handlowe maleje, ale inwestorzy mogą wykorzystywać okazje wynikające ze starzenia się zasobów na najbardziej dojrzałych rynkach inwestując w przebudowę istniejących obiektów, zwłaszcza że jedna trzecia powierzchni w galeriach handlowych Europy została wybudowana ponad 20 lat temu.

W pierwszych sześciu miesiącach 2018 roku rynek Europy Zachodniej powiększył się o 373 tys. m kw. nowej powierzchni handlowej (wzrost o 8,2% rok do roku), dzięki czemu łączne zasoby w tym regionie wzrosły do 108,8 mln m kw. Jednak w drugim półroczu i w 2019 roku w Europie Zachodniej może powstać tylko 2,1 mln m kw. nowej powierzchni, czyli o 25% mniej w ujęciu rocznym. Z kolei na mniej dojrzałym rynku Europy Środkowo-Wschodniej wybudowano 676 tys. m kw. (spadek o 18% rok do roku), wskutek czego całkowite zasoby powierzchni handlowej wyniosły tam 57,4 mln m kw. W drugiej połowie 2018 roku i w 2019 roku deweloperzy planują wybudować w tym regionie 4,0 mln m kw. nowej powierzchni (spadek o 2,4% rok do roku).

„Zmieniające się zachowania konsumentów i rosnąca popularność zakupów w kanale online będą w coraz większym stopniu wpływały na sytuację na bardziej dojrzałych rynkach, zwłaszcza w Europie Zachodniej. Z kolei na rozwijających się rynkach centrów handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej zapotrzebowanie na powierzchnię coraz częściej determinują trendy makroekonomiczne – zwłaszcza w Turcji i Rosji, gdzie w pierwszej połowie 2018 roku aktywność deweloperska spowolniła, w odróżnieniu od Polski, gdzie rozwój rynku handlowego napędza silna gospodarka” – mówi Silvia Jodlowski, starszy analityk w firmie Cushman & Wakefield.

Europa Zachodnia

Pod względem wolumenu nowej podaży liderem w Europie Zachodniej była Wielka Brytania, gdzie w pierwszej połowie 2018 roku oddano do użytku prawie 90 tys. m kw. nowej powierzchni – głównie w ramach rozbudowy o 69 tys. m kw. Centrum Handlowego Westfield w White City, w Londynie. Aktywność deweloperska jednak spowolniła z powodu mniejszego popytu na powierzchnię handlową, ekspansji sektora online, dużej podaży oraz wzrostu kosztów operacyjnych.

Drugie miejsce w Europie Zachodniej zajęła Francja, gdzie w pierwszym półroczu wybudowano 83 tys. m kw. nowej powierzchni w centrach handlowych. W 2018 roku powstanie o 24% mniej powierzchni w galeriach handlowych w ujęciu rocznym, czemu towarzyszyć będzie jednak wzrost podaży w nowych formatach: o 27% rok do roku w segmencie parków handlowych i o 5% rok do roku w centrach wyprzedażowych.

Podaż nowej powierzchni w centrach handlowych na poziomie 69 tys. m kw. zapewniła Finlandii trzecie miejsce w pierwszej połowie 2018 roku. Pomimo prognozowanego, dużego przyrostu nowej powierzchni w drugim półroczu i w 2019 roku (o 312 tys. m kw.), zapotrzebowanie na nową powierzchnię w Finlandii będzie nadal rosło na początku lat 20. za sprawą dynamicznego wzrostu liczby mieszkańców kraju i coraz większej siły nabywczej w Helsinkach i innych największych miastach.

Niemcy, gdzie prawie 60% istniejącej powierzchni w galeriach handlowych powstało ponad 20 lat temu, także mogą liczyć na dalszy wzrost zasobów. W drugiej połowie bieżącego roku i w 2019 roku wolumen nowej podaży może przekroczyć 200 tys. m kw., z czego 24% powstanie w ramach rozbudowy istniejących obiektów.

Europa Środkowo-Wschodnia

Silna gospodarka, której główną siłą napędową jest wzrost wynagrodzeń, niskie bezrobocie i utrzymujący się niski wskaźnik inflacji oraz wysoka konsumpcja prywatna, to nadal najważniejszy czynnik wpływający na rozwój rynku centrów handlowych w Polsce. W pierwszej połowie 2018 roku wybudowano ok. 125 tys. m kw. nowej powierzchni, dzięki czemu Polska zajęła trzecie miejsce w Europie pod względem aktywności deweloperskiej. W budowie pozostaje obecnie 444 tys. m kw. powierzchni, która zostanie oddana do użytku w drugiej połowie 2018 roku i w 2019 roku. Aktywność deweloperów skupia się na dużych i bardzo dużych obiektach, które powstają w największych aglomeracjach, oraz na mniejszych projektach, parkach handlowych i centrach convenience w mniejszych miastach.

Małgorzata Dziubińska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Analiz Rynkowych Cushman & Wakefield, Polska
Małgorzata Dziubińska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Analiz Rynkowych Cushman & Wakefield, Polska

„Biorąc pod uwagę budowane obecnie centra handlowe z planowanym terminem oddania do użytku do końca 2018 r., tegoroczna podaż nowych obiektów tego formatu będzie prawdopodobnie najwyższa od 3 lat. Dzięki stabilnej gospodarce, której główną siłą napędową pozostaje wysoka konsumpcja gospodarstw domowych, Polska jest wciąż bardzo atrakcyjnym rynkiem zarówno dla inwestorów, jak i dużych rozpoznawalnych marek. Dowodzi tego wejście na polski rynek marek takich jak: Dealz, Tedi, czy planowane otwarcie w Galerii Młociny pierwszego sklepu sieci Primark. W pierwszej połowie 2018 roku otwarto łącznie pięć nowych centrów handlowych, z czego największe to Forum Gdańsk i Gemini Park Tychy. Na drugą połowę roku planowane jest otwarcie kolejnych 11 obiektów, wśród których największy to Galeria Libero w Katowicach. Potwierdzeniem dobrej kondycji rynku jest również malejąca ilość powierzchni niewynajętej. Na koniec pierwszej połowy tego roku wskaźnik pustostanów na siedmiu z ośmiu głównych rynków obniżył się, a średnia dla całej Polski spadła z 4% do 3,2%” – komentuje Małgorzata Dziubińska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Badań Rynkowych, Cushman & Wakefield.

Podaż powierzchni w centrach handlowych w Turcji wzrosła w pierwszej połowie 2018 roku o zaledwie 358 tys. m kw., co oznacza spadek o prawie 40% w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej. Spowolnienie gospodarcze, utrzymująca się presja na czynsze wskutek wahań kursu tureckiej liry oraz ograniczanie wydatków przez gospodarstwa domowe spowodują, że trend spadkowy utrzyma się w drugiej połowie bieżącegcenteumo roku i w 2019 roku – w tym okresie na rynek trafi 925 tys. m kw. nowej powierzchni będącej obecnie w budowie. Oznacza to roczny spadek aktywności deweloperskiej o 30% w 2018 roku i o 19% w 2019 roku.

Rosja także odnotowała spowolnienie tempa przyrostu nowej powierzchni handlowej, ponieważ sieci handlowe ograniczyły plany ekspansji z powodu spadku wydatków konsumpcyjnych i ograniczonej dostępności kredytów. W pierwszej połowie bieżącego roku podaż nowej powierzchni w centrach handlowych była niższa w ujęciu rocznym o 7%, a w całym 2018 roku powstanie 570 tys. m kw., czyli najmniej od 2004 roku. Rosja jest jednak liderem w Europie pod względem wolumenu powierzchni w centrach handlowych, której otwarcie zaplanowano na następne 18 miesięcy – obecnie w budowie znajduje się ok. 1,9 mln m kw., co przełoży się na wzrost podaży w drugim półroczu 2018 roku i w przyszłym roku.

„Centra handlowe powstawały i rozwijały się nieprzerwanie od 20 lat w większości krajów Europy, przy czym najbardziej dynamicznie w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech. Większość rynków centrów handlowych osiągnęła lub niedługo osiągnie dojrzałość, a tempo przyrostu netto nowej powierzchni znacząco spowolni. Z tego względu aktywność deweloperska będzie w coraz większym stopniu skupiać się na rewitalizacji i modernizacji istniejącej powierzchni, ponieważ rośnie liczba starszych i przestarzałych obiektów. Ponad jedna trzecia powierzchni w europejskich centrach handlowych ma ponad 20 lat – w tym czasie zmodernizowano i przebudowano znaczną jej część, ale równie dużo wymaga unowocześnienia” – dodaje Silvia Jodlowski, starszy analityk w firmie Cushman & Wakefield.

Technologie, które zmienią rynek ubezpieczeń

  • Samo tylko upowszechnienie blockchain może wygenerować kilka miliardów dolarów oszczędności dla branży ubezpieczeń.
  • Automatyzacja i wykorzystanie sztucznej inteligencji skracają proces likwidacji szkód.
  • Systemy sprzedażowe oparte na chmurze obliczeniowej przyspieszają pracę pośredników ubezpieczeniowych.

Do tego, że postęp technologiczny jest jednym z głównych czynników wpływających na rozwój poszczególnych sektorów biznesu, nie trzeba nikogo przekonywać. Nie zawsze jednak zdajemy sobie sprawę z jego skali. Dobrym przykładem rozwiązania, które może znacząco zmienić funkcjonowanie różnych gałęzi gospodarki, jest technologia blockchain. Jak pokazują analizy PwC, w samych tylko ubezpieczeniach upowszechnienie jej stosowania może wygenerować od 5 do 10 miliardów dolarów oszczędności w obszarze reasekuracji[1].

Sektor finansowy, którego częścią są ubezpieczenia, jest jednym z największych beneficjentów rozwoju technologii i informatyzacji naszego życia. Możliwości, jakie daje stosowanie rozwiązań opartych na architekturze blockchain to tylko jeden z przykładów. Z prowadzonych przez nas obserwacji wynika, że na kształt produktów ubezpieczeniowych, sposób ich sprzedaży oraz proces wypłacania odszkodowań wpływ będzie miała również postępująca automatyzacja, rozwój sztucznej inteligencji oraz powszechne stosowanie rozwiązań w chmurze – zauważa Piotr Bartos, Country Manager Insly w Polsce.

Blockchain usprawnia proces reasekuracji

Można śmiało powiedzieć, że blockchain już na dobre zadomowił się w świecie finansów. Głównym tego przejawem jest rosnąca rola oraz popularność kryptowalut, których konstrukcja bazuje na tej technologii. Należy jednak zauważyć, że coraz uważniej blockchainowi przyglądają się również ubezpieczyciele. Rozproszona architektura danych, szybki dostęp do informacji oraz wysoki poziom bezpieczeństwa przechowywanych treści sprawia, że rozwiązanie to może znacząco usprawnić np. proces reasekuracji i jak wspomniano w przywołanej wyżej analizie PwC, wygenerować wielomiliardowe oszczędności z tego powodu. Wynika to m.in. z tego, że struktura procesu reasekuracji, podobnie jak architektura blockchain ma konstrukcję ciągu powiązań. Co to oznacza w praktyce? Dzięki wykorzystaniu tej technologii poszczególni uczestnicy łańcucha reasekuracji nie będą już musieli kontaktować się między sobą, żeby uzyskać lub zweryfikować informacje na temat zdarzenia ubezpieczeniowego, tylko będą mieli je dostępne od razu. Z perspektywy ubezpieczonego oznacza to, że szybciej otrzyma decyzję o przyznaniu odszkodowania i jego wypłatę.

Co więcej, w przypadku wybranych ubezpieczeń blockchain może też w ogóle wyeliminować konieczność zgłoszenia szkody przez posiadacza polisy. Dotyczy to na przykład polis turystycznych, które uwzględniają ubezpieczenie na wypadek opóźnienia lub odwołania lotu. Jeden z ubezpieczycieli testuje rozwiązanie, które samodzielnie pozyskuje te informacje i automatycznie wypłaca odszkodowanie, jeżeli dojdzie do opóźnienia lub odwołania lotu, który ubezpieczony zgłosił jako przedmiot polisy.

Sztuczna inteligencja pomoże przyjąć i przeanalizować zgłoszenie szkody

Na automatyzację procesu odszkodowawczego i uruchomienia świadczeń gwarantowanych przez polisę wpływ będzie miał również rozwój sztucznej inteligencji. Jednym z obszarów, w którym możemy zaobserwować to zjawisko, są ubezpieczenia zdrowotne, których dostawcy coraz częściej udostępniają posiadaczom polis urządzenia do zdalnego monitorowania stanu zdrowia. Zadaniem sztucznej inteligencji jest monitorowanie informacji dostarczanych przez nie i przekazywanie informacji do odpowiednich służb ratunkowych i ubezpieczyciela.

Automatyzacja obsługi polis z wykorzystaniem sztucznej inteligencji może też przyjąć formę botów odpowiedzialnych za przyjmowanie i wstępną weryfikacją wniosków o odszkodowanie. Może się to okazać wyjątkowo pomocne w przypadku szkód masowych spowodowanych gwałtownymi zjawiskami pogodowymi, kiedy w krótkim czasie do towarzystwa ubezpieczeń zgłasza się duża liczba poszkodowanych. Wstępna weryfikacja prowadzona przez sztuczną inteligencję może też ułatwić wykrycie ewentualnych prób wyłudzenia odszkodowania, na przykład poprzez analizę, czy identyczne roszczenie nie zostało zgłoszone już wcześniej.

Rozwiązania w chmurze usprawniają wystawianie polis i pomagają wykryć nadużycia

Przeciwdziałać ewentualnym próbom oszustwa pomagają również rozwiązania bazujące na chmurze obliczeniowej. Dzięki jej zastosowaniu połączeni z nią użytkownicy, np. likwidatorzy szkód, mają pełen wgląd w historię ubezpieczonego oraz ogółu zgłaszanych zdarzeń. Jednak jedną z głównych zalet stosowania oprogramowania w chmurze jest przyspieszenie procesu sprzedaży.

Korzystanie z oprogramowania w chmurze może się okazać szczególnie korzystne w przypadku multiagentów. Bazując na tej technologii, można stworzyć narzędzie, które pozwoli sprawnie dokonać analizy ofert różnych towarzystw ubezpieczeniowych i w krótkim czasie zaproponować klientowi najkorzystniejsze rozwiązanie, bez konieczności logowania do systemów poszczególnych ubezpieczycieli. Co więcej, fakt przechowywania danych w chmurze zapewnia do nich dostęp z różnych urządzeń, oczywiście po wcześniejszym zalogowaniu. Dzięki temu, przykładowo, w przypadku awarii komputera agent może kontynuować pracę za pośrednictwem smartfona, bądź tabletu – dodaje Piotr Bartos z Insly.

Warto również pamiętać, że digitalizacja wszystkich dokumentów związanych z polisą w chmurze zapewnia nie tylko sprawny dostęp do nich, ale zwiększa bezpieczeństwo ich przechowywania i przetwarzania. Serwery, na których są one przechowywane, są zdecydowanie lepiej zabezpieczone od dysków twardych komputerów osobistych czy szaf na dokumenty papierowe.

[1] Blockchain: The $5 billion opportunity for reinsurers, PwC

Polska na pierwszym miejscu wśród krajów z wysoką biegłością języka angielskiego

Firma EF Education First wydała dziś swój coroczny globalny raport znajomości języka angielskiego EF EPI. Polska znalazła się w nim na 1 pozycji wśród krajów kwalifikujących się poziomem wysokiej biegłości językowej i 13 w ogólnej klasyfikacji.

Badanie EF Education First wykazało, że rokrocznie Polacy rozwijają się językowo: w 2016 roku wynik EF EPI dla Polski wyniósł 61.49, w 2017 roku było to 62.07, a w tym roku przyznana punktacja podniosła się już do 62.45. Patrząc na tendencję wzrostową ostatnich lat, prawdopodobnie w następnym roku Polska po raz pierwszy będzie mogła pochwalić się wejściem do grupy krajów z bardzo wysokim stopniem zaawansowania językowego.

W międzynarodowym raporcie EF EPI przebadano zarówno poszczególne regiony Polski, jak i kilka miast. W ogólnym zestawieniu najlepiej wypadły południowo-zachodnie i centralne obszary kraju z wynikami wyższymi niż średnia statystyczna dla Polski, odpowiednio: 63.19 oraz 62.84. Tym samym mogą one pochwalić się bardzo wysoką znajomością angielskiego. Reszta regionów została zaklasyfikowana z wysoką znajomością języka angielskiego. Co ciekawe, południowa część Polski, wyprzedza z wynikiem 62.47 północną stronę Polski, której wynik wyniósł 59.32, czyli mniej niż w ubiegłym roku.

Warszawa lepsza niż Berlin

Nieco większą rozbieżność biegłości językowej widać pomiędzy poszczególnymi miastami Polski. Coroczny lider rankingu, Warszawa, w porównaniu do ubiegłego roku zwiększyła swój poziom nieznacznie: z 64.30 na 64.42. Natomiast warto tutaj zauważyć, że w rankingu przebadanych 59 miast z całego świata, Warszawa zajmuje 14 miejsce, na równi z Zurychem. Jest to wynik lepszy chociażby od punktacji takich miast jak Berlin, Paryż czy Rzym. Z kolei najbardziej rozwijającym się językowo miastem 2018 jest Łódź, która poprawiła swój wynik z 60.15 na 61.72. Chwalona w zeszłorocznym zestawieniu za najszybszy rozwój Bydgoszcz, a także Poznań jako jedyne zanotowały spadek i zamykają listę porównywanych miast.

Polska rokrocznie ma coraz wyższe wyniki, co cieszy nas szczególnie, jako firmę oferującą naukę języka angielskiego za granicą mówi Sylwia Rogalska, Country Manager EF Polska. Nasze badania EF EPI pokazują, że kraje, w tym Polska, wciąż inwestują w edukację języka angielskiego. Warto odnotować też, że na tle innych, zamożniejszych krajów Europy, takich jak chociażby Szwajcaria czy Francja, poziom językowy Polaków jest znacznie wyższy. Jest to bardzo istotne z perspektywy dalszego biznesowego rozwoju Polski, która stara się zachęcić zagraniczne firmy do otwierania tu swoich oddziałów.

EF EPI kompasem światowego rozwoju językowego

Raport EF EPI pokazuje poziom biegłości językowej wśród obywateli z 88 krajów, dzieląc je na kraje: z bardzo wysoką biegłością językową, z wysoką biegłością językową, średnią biegłością językową, słabą biegłością językową oraz bardzo słabą biegłością językową. Tegoroczny raport EF English Proficiency Index to już ósma edycja największego międzynarodowego rankingu uwzględniającego stopień znajomości języka angielskiego, tworzonego przez Education First, firmę organizującą kursy językowe za granicą. Ponad 1,3 miliona uczestników, których językiem ojczystym nie jest angielski, wypełniło niezbędny do badania EF Standard English Test (EF SET), pierwszy na świecie darmowy i zestandaryzowany test języka angielskiego. W czołówce krajów z najlepszym angielskim znalazła się Szwecja, detronizując po kilku latach Holandię, która zajęła w tym roku drugie miejsce. Top 3 zamyka zaś Singapur. Najsłabiej z językiem angielskim radzą sobie Irak i Libia, a w Europie Albania i Turcja.Polska na pierwszym miejscu wśród krajów z wysoką biegłością języka angielskiego

Ciąg dalszy słabych odczytów z Europy

Miniony tydzień przyniósł rozczarowujące odczyty indeksów PMI, które zaczęły wywoływać obawy inwestorów o zachowanie europejskich gospodarek w ostatnim kwartale roku. Dziś poznaliśmy kolejne wstępne dane dotyczące przedostatniego kwartału, które wskazują na ewidentną słabość gospodarek wspólnego bloku, podtrzymując presję na euro. Odczyty nie sprzyjają również polskiemu złotemu.

Dynamika ekspansji gospodarczej w krajach należących do wspólnego bloku walutowego wyniosła 1,7% i była nieco niższa od oczekiwanych 1,8% rocznie. Faktyczna słabość danych objawia się jednak, gdy porównamy odczyty kwartał do kwartału. Wzrost gospodarczy w takim ujęciu wyniósł zaledwie 0,2%, wobec oczekiwanej dwukrotnie wyższej dynamiki. Jednocześnie był to najniższy poziom wzrostu gospodarczego od 2014 r.

Dokładając do tego fakt, iż ekspansji gospodarczej we Włoszech praktycznie nie było (kwartalna dynamika wyniosła 0%), ostatnie rozczarowujące dane PMI i słaby sentyment względem przyszłej sytuacji gospodarczej, perspektywy wspólnego bloku rysują się dość negatywnie. Niewykluczone, że kontynuacja słabości może stanowić przeszkodę dla przyszłych działań Europejskiego Banku Centralnego. Podnoszenie stóp procentowych w momencie problemów ze wzrostem europejskich gospodarek mogłoby bowiem jeszcze pogłębić negatywną sytuację. Wyraźne wyhamowanie ekspansji stawia również pod znakiem zapytania oczekiwany przez EBC silny wzrost inflacji bazowej, a to jej dynamika w największym stopniu powinna kształtować przyszłe ruchy Banku.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,30-4,33. Euro zyskiwało wczoraj w parze z kluczowymi walutami CEE, osłabiało się natomiast w relacji do dolara amerykańskiego. Wczoraj rynki przez chwilę żyły informacją o tym, że Angela Merkel nie będzie ubiegać się o reelekcję na szefa partii CDU i ogłoszeniem, że nie będzie startować w wyścigu o fotel kanclerza w 2021 r. Ostatecznie jednak na euro wyraźnie negatywnie wpływała przede wszystkim siła dolara amerykańskiego, wspieranego przez utrzymujące się na rynku ryzyko, materializujące się w postaci kolejnych spadków na amerykańskich indeksach.

Oprócz dzisiejszych danych o dynamice PKB w strefie euro warto zwrócić uwagę na popołudniowe wstępne odczyty opisujące dynamikę cen w Niemczech w październiku. Pozwolą one rynkowi przygotować się do jutrzejszych odczytów, obejmujących całą strefę euro.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,84-4,87. Mimo umocnienia w parze ze słabszym złotym, podobnie jak euro, brytyjska waluta charakteryzowała się wczoraj słabością w relacji do pozostałych głównych walut. Funtowi nie sprzyjała przede wszystkim siła dolara amerykańskiego.

W kontekście poniedziałku warto wspomnieć o prezentacji jesiennego budżetu. Brytyjski Kanclerz Skarbu, Philip Hammond poinformował o aktualizacji w górę prognoz gospodarczych oraz poprawie oczekiwań względem deficytu budżetowego. Hammond podczas przemówienia stwierdził, że chce „zakończyć okres zaciskania pasa”, informując jednocześnie o zwiększeniu niektórych wydatków socjalnych. Oczywiście, bieżące plany w istotnym stopniu zależą od przebiegu Brexitu – w przypadku niekorzystnego porozumienia lub jego braku, szacunki i plany niemal na pewno ulegną zmianie.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,6%, wahając się w widełkach 3,77-3,81. Amerykańska waluta w poniedziałek kontynuowała umocnienie zarówno względem złotego, jak i głównych walut. Wczorajsze dane o bazowej inflacji PCE oraz wydatkach i dochodach Amerykanów we wrześniu w ujęciu ogólnym były dość zbliżone do oczekiwań.

Wczorajsza, spadkowa sesja na amerykańskich indeksach pomogła dolarowi. Wieczorem pojawiły się informacje, że Stany Zjednoczone chcą nałożyć cła na całość chińskiego eksportu do USA, jeśli spotkanie Trump-Xi, które ma odbyć się w kolejnym miesiącu, nie przyniesie rezultatów. To również nie poprawiło sentymentu do ryzyka.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:00 – wstępny szacunek inflacji CPI/HICP w Niemczech w październiku
  • 15:00 – wskaźnik zaufania konsumentów w USA Conference Board w październiku

Autorzy: Roman Ziruk, Ebury Polska

PZF: Obroty rynku faktoringu po 3Q 2018 r. sięgnęły 170 mld zł (wzrost o 27,6 proc. r/r)

Firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów nie zwalniają tempa. Ich klientami jest już ponad 16 tys. przedsiębiorstw. W ciagu 9 miesięcy 2018 r. osiągnęły obroty o wartości ponad 170 mld zł. To aż 27,6 proc. więcej niż rok wcześniej. Polski sektor faktoringowy rośnie znacznie szybciej niż rynek światowy i europejski. Najczęściej wybieraną przez przedsiębiorców formą finansowania jest faktoring pełny, który zdejmuje ryzyko niewypłacalności kontrahentów.

FAKTORING W POLSCE WCIĄŻ PRZYSPIESZAFaktoring skutecznie przeciwdziała negatywnym skutkom zatorów płatniczych. Dzięki prostemu i szybkiemu finansowaniu przedsiębiorcy mogą bez przeszkód realizować swoje bieżące płatności, mimo długich terminów zapłaty, oferowanych odbiorcom (faktoring umożliwia otrzymanie do 90% wartości faktury już w dniu jej wystawienia). Zarządzający coraz częściej dostrzegają płynące z tego korzyści, dlatego od kilku lat chętniej sięgają po faktoring.

Polski Związek Faktorów skupia obecnie przeważającą część podmiotów świadczących tego rodzaju usługi. Zrzesza 28 członków: 5 banków komercyjnych, 22 wyspecjalizowane firmy faktoringowe oraz jeden podmiot mający status partnera.

Dynamiczny wzrost

Sektor faktoringowy w Polsce rośnie znacznie szybciej niż światowy i europejski. W ubiegłym roku globalne obroty faktorów sięgnęły 2,5 bln euro. Zanotowali oni wzrost o 9 proc. W Europie sektor urósł o 7 proc. Natomiast polski rynek faktoringu zanotował w 2017 r. wzrost aż o 16,7 proc., a w tym roku jeszcze przyspieszył.

Krajowy sektor faktoringowy obejmuje 3 proc. europejskich obrotów branży i zajmuje na Starym Kontynencie ósme miejsce. Z jego usług korzystało w Polsce po 3 kwartałach 2018 r. ponad 16 tys. firm. Wystawiły one 10,5 mln faktur, na podstawie których otrzymały finansowanie.FAKTORING W POLSCE WCIĄŻ PRZYSPIESZA 2

Dzięki rosnącemu uznaniu wśród przedsiębiorców, faktoring pozostaje najszybciej rozwijającą się usługą finansową. Podmioty zrzeszone w Polskim Związku Faktorów osiągnęły w ciagu 3 kwartałów 2018 r. obroty na poziomie 170,6 mld zł, czyli o 27,5 proc.więcej niż rok wcześniej.

Sebastian Grabek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF
Sebastian Grabek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF

Wzrost rynku o ponad jedną czwartą to efekt zarówno zacieśniania współpracy faktorów z dotychczasowymi klientami, jak i poszerzania grona odbiorców, szczególnie o mikroprzedsiębiorstwa. Podmioty, które kontynuują współpracę z faktorami oddają do finansowania coraz więcej faktur, na coraz wyższe kwoty. Do PZF przystępują także nowi członkowie, którzy kierują ofertę do mikroprzedsiębiorstw, stąd obok dynamicznego wzrostu obrotów, także silny wzrost liczby klientów mówi Sebastian Grabek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF.

Świadomi klienci

FAKTORING W POLSCE WCIĄŻ PRZYSPIESZA 3Faktoring jest usługą, która rozwiązuje kluczowy problem, z jakim borykają się przedsiębiorcy. Stanowi antidotum na opóźnienia w płatnościach. Są one wciąż największą barierą, jaka zdaniem przedsiębiorców stoi na drodze rozwoju firm w Polsce. Tak wynika z przeprowadzonego na zlecenie Polskiego Związku Faktorów badania postrzegania faktoringu.

– Dla ponad połowy przedsiębiorców kluczowymi problemami są: nieprzestrzeganie przez odbiorców terminów płatności faktur (tak zadeklarowało 67 proc. ankietowanych), domaganie się przez kontrahentów wydłużonych terminów zapłaty (58 proc.), a także ryzyko ich niewypłacalności (53 proc.). Dlatego możliwość korzystania z usług faktoringowych jest dla firm warunkiem powodzenia – mówi Sebastian Grabek.

FAKTORING W POLSCE WCIĄŻ PRZYSPIESZA 4Najpopularniejszą formą faktoringu. podobnie jak na innych rozwiniętych rynkach europejskich, trwale stał się faktoring pełny. Umożliwia on szybki dostęp do środków na finansowanie bieżącej działalności, połączony z ochroną przed ryzykiem braku zapłaty ze strony kontrahentów za dostarczone towary bądź usługi.

Podmioty zrzeszone w PZF objęły w ciagu 9 miesięcy 2018 r. w jego ramach ponad 90 mld zł wierzytelności, co stanowi 53,2 proc. obrotów. Kolejne 32,6 proc., generuje faktoring niepełny. Ok. 14 proc. przypada natomiast na faktoring importowy, odwrócony oraz wymagalnościowy.

– Faktoring pełny zabezpiecza przedsiębiorców przed nieprzewidzianymi trudnościami handlowymi. Chroni przed ryzykiem utraty płynności oraz wpadnięcia w pułapkę zatorów płatniczych. Oferta opiera się zarówno na finansowaniu działalności, jak i zdjęciu z firmy ryzyka niewypłacalności kontrahentów. Właśnie po takie rozwiązanie zarządzający sięgają coraz częściej. Dowodzi to ich rosnących oczekiwań, ale także większej świadomości ekonomicznej  wyjaśnia Sebastian Grabek.

Z usług faktoringowych w ujęciu sektorowym, najczęściej korzystają przedsiębiorstwa: produkcyjne i dystrybucyjne. W ich przypadku utrzymanie płynności finansowej ma fundamentalne znaczenie, ponieważ umożliwia utrzymanie silnej pozycji konkurencyjnej.

Czas na „Wolne Faktury”

Potencjał rynku faktoringowego pozwala na udzielanie finansowania znacznie większej liczbie firm, niż ma to miejsce obecnie. Na drodze do dalszego upowszechnienia tej usługi stoi jednak bariera prawna: zakaz cesji. Bez niej, rynek mógłby wspierać jeszcze większą liczbę przedsiębiorców, chroniąc ich przed zatorami płatniczymi. Dlatego branża jednomyślnie stoi na stanowisku, że zakaz cesji wierzytelności powinien zniknąć z umów handlowych. Polski Związek Faktorów uruchomił  więc kampanię „Wolne Faktury – bez zakazu cesji”. Jej celem jest uwolnienie przedsiębiorców od barier w dostępie do finansowania działalności.

– Klienci zwracają nam uwagę, że odbiorcy ich towarów i usług wprowadzają do kontraktów klauzule zakazujące cesji wierzytelności wynikających z faktur wystawionych na podstawie tych kontraktów, czym blokują dostawcom możliwość sięgnięcia po finansowanie w oparciu o faktury z tych kontraktów. Powoduje to, że nasi klienci niejednokrotnie wycofują się w przyszłości z zaopatrywania takich kontrahentów na czym tracą obie strony. Zakaz cesji powoli staje się więc klauzulą, która nikomu już nie przynosi korzyści. Traci natomiast gospodarka i wraz z nią budżet państwa – wskazuje Sebastian Grabek.

– Kampania „Wolne Faktury – bez zakazu cesji” ma uzmysłowić decydentom, że przepisy blokujące polskim firmom swobodny rozwój utrudniają utrzymanie dynamicznego tempa rozwoju gospodarczego. Zatory płatnicze, z którymi chce walczyć rząd biorą się między innymi właśnie z zakazu cesji wierzytelności – podsumowuje Sebastian Grabek.

Rosną oszczędności Polaków

49 proc. Polaków, czyli o 9 punktów proc. więcej niż rok temu, posiada oszczędności i nie obawia się nagłych, losowych wydatków. Kwota, która daje poczucie bezpieczeństwa finansowego to średnio 8400 złotych. Jednak blisko co piątej osobie wystarczyłyby oszczędności poniżej 2000 złotych – wynika z najnowszego cyklicznego badania Providenta.

W tegorocznym badaniu Barometr Providenta zdecydowana większość – 78 proc. respondentów – twierdzi, że oszczędzanie jest ważne. Niemniej jednak odsetek tak uważających spadł w porównaniu z zeszłym rokiem o 3 punkty proc. Zwolenniczkami oszczędzania jest 81 proc. spośród ankietowanych kobiet, natomiast wśród mężczyzn ten odsetek jest mniejszy i wynosi 75 proc. Jednocześnie ponad 40 proc. kobiet i ponad 1/3 mężczyzn (35 proc.) nie osiąga poziomu bezwzględnego minimum oszczędności, które ich zdaniem powinna posiadać osoba w ich sytuacji rodzinnej i życiowej.

Badanie potwierdziło też, że młodzi przywiązują mniejszą wagę do zabezpieczenia finansowego, niż starsi. 63 proc. ankietowanych w wieku 15-24 lat to zwolennicy oszczędzania, ale tylko co trzeci z nich ma odłożoną zadowalającą sumę pieniędzy. Wśród respondentów między 60. a 75. rokiem życia blisko 90 proc. to zwolennicy oszczędzania i ponad połowa ma zabezpieczoną kwotę, którą daje im poczucie bezpieczeństwa finansowego.

Wzrost kwoty oszczędności zapewniającej bezpieczeństwo finansowe

Provident Polska już trzeci rok z rzędu prowadzi badania dotyczące minimalnej kwoty oszczędności zapewniającej Polakom poczucie finansowego bezpieczeństwa. Dwa lata temu średnia kwota deklarowana przez badanych wyniosła 3240 złotych, rok temu wzrosła do 5000 złotych, by w tym roku przekroczyć próg 8400 złotych. Są to dane uśrednione. Co piąty respondent uczestniczący w badaniu Providenta jako bezpieczną wskazał sumę od 2000 do 5000 złotych. Natomiast niemal 1/4 badanych uważa, że stabilność finansową mogą zapewnić im oszczędności powyżej 10 000 złotych.  Co ciekawe, w dużych miastach, powyżej 500 tysięcy mieszkańców, taką kwotę podawała aż połowa osób. Najwyższe sumy wskazywały najczęściej osoby w wieku 45-59 lat, z wyższym wykształceniem, prowadzące własną firmę.

– Rosnący poziom minimalnych oszczędności zapewniających poczucie bezpieczeństwa wskazuje z jednej strony na wyższy, zauważalny przez respondentów koszt życia, a z drugiej strony wysokość kwot jest wyraźnie powiązana z obecnymi zarobkami i statusem materialnym. Im więcej zarabiamy tym więcej potrzebujemy, by zachować dotychczasowy poziom życia – mówi Anna Karasińska, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska. – Nasi respondenci podali, że muszą oszczędzać około roku by uzbierać konieczną kwotę najczęściej. W poprzednich latach, przy mniejszej kwocie, ten czas był o połowę krótszy – dodaje Anna Karasińska. Uczymy się więc oszczędzać i jesteśmy w tym bardziej wytrwali, ale z drugiej strony wyższa niż w poprzednim roku kwota dająca poczucie bezpieczeństwa jest trudniejsza do zgromadzenia – dodaje.

Wartość oszczędzania

Blisko połowa Polaków posiada oszczędności. Z badania Barometr Providenta wynika jednak, że 40 proc. zapytanych ma trudności z zaoszczędzeniem nawet niewielkiej kwoty, zapewniającej im i bliskim minimum bezpieczeństwa finansowego. Na szczęście ten odsetek corocznie powoli spada. W zeszłym roku ponad 43 proc. badanych nie zgromadziło odpowiedniej kwoty.

 – W 1924 roku przedstawiciele banków europejskich zainicjowali w Mediolanie Światowy Dzień Oszczędzania, uważając, że wiedza o oszczędzaniu zapewnia stabilny rozwój społeczeństw. Od ponad 90 lat, 31 października każdego roku, w większości krajów na świcie prowadzone są działania edukacyjne na temat oszczędzania, również w Polsce. To ważne, bo wiedza to pierwszy krok do podejmowania racjonalnych decyzji finansowych – mówi Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji zewnętrznej w Provident Polska. – Decyzja o oszczędzaniu oznacza konkretne działania, w tym planowanie domowego budżetu czy przeznaczanie określonej kwoty na oszczędności. Ważna jest żelazna konsekwencja. Dzięki temu łatwiej nam będzie zarządzać pieniędzmi, które nam zostaną, powiększać swoje oszczędności, a w konsekwencji gromadzić wystarczające środki na poprawę naszej sytuacji materialnej i spokojne życie – dodaje Karolina Łuczak.

Branżowa jakość kredytów spłacanych przez mikro-przedsiębiorców

Wśród 2,2 mln aktywnych gospodarczo mikro-przedsiębiorców zarejestrowanych w bazie CEiDG 50% stanowią firmy usługowe, 23% handlowe, 14% budowlane i 9% produkcyjne. Natomiast wśród mikro-przedsiębiorców z czynnymi kredytami bankowymi nadreprezentację mają firmy handlowe i produkcyjne (30% i 15%). Wynika to przede wszystkim ze specyfiki ich działalności, co ma bezpośrednie odzwierciedlenie w wykorzystywanych aktywach, a tym samym w zapotrzebowaniu na finansowanie kredytem bankowym. W firmach produkcyjnych duży udział mają aktywa trwałe (głównie rzeczowe), natomiast w handlu – aktywa obrotowe (głównie zapasy). Branżowa jakość kredytów spłacanych przez mikroprzedsiębiorców

Dobra koniunktura rodzi ryzyka. Słabiej w USA

Polski deficyt budżetowy może okazać się wyraźnie niższy niż dotychczas zakładano. Pytanie jak to wykorzystamy. Amerykańskie dane o wzroście wynagrodzeń budzą niepokój.

Dobra koniunktura zmniejsza deficyt

Ekonomiści z zadowoleniem odnotowuje, że ze względu na ogólnie bardzo dobrą koniunkturę w Polsce deficyt finansów publicznych może spaść w okolice 1%. Jest to obiektywnie bardzo dobra wiadomość. Oznacza bowiem, że znacznie mniej będziemy się zadłużać na koszt kolejnych pokoleń oraz w przypadku pogorszenia sytuacji mniejszy dług zawsze ułatwia dopinanie budżetu. To co niepokoi, to fakt, że dobry wynik budżetu może zostać nie tyle przeznaczony na zmniejszenie zadłużenia co wydany przed kolejną kampanią wyborczą. Dobrze wiemy, że łatwiej jest dać niż zabrać a w takiej sytuacji ewentualne pogorszenie koniunktury może mieć katastrofalne skutki.

Słabsze dane z USA

Wczoraj poznaliśmy niższe od oczekiwań dane na temat wzrostu dochodu Amerykanów. Rośnie on o 0,2% w ujęciu miesięcznym a nie jak uważają analitycy o 0,4%. Wydatki w dalszym ciągu wzrastają o 0,4%. Rosnące szybciej od dochodów wydatki zawsze budzi niepokój analityków. Pomimo rosnących stóp procentowych dynamika wzrostu wydatków wciąż jest dosyć wysoka co powoduje, że proces oddłużania społeczeństwa nie postępuje. Jest to o tyle groźne, że w ramach ewentualnego spowolnienia Amerykanie będą najprawdopodobniej bardziej zadłużeni niż w 2008 roku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 12:00 – Wielka Brytania – sprzedaż detaliczna wg CBI,
  • 14:00 – Niemcy – inflacja konsumencka,
  • 15:00 – USA – Conference Board.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Kurs dolara zwyżkuje względem euro i złotego

Czynniki lokalne powinny ograniczać pole do przesunięcia się krzywej dochodowości zauważalnie w górę. Inflacja PCE na komfortowym poziomie dla jastrzębiej polityki Fed-u wspiera dolara względem euro i złotego.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Poniedziałek przyniósł dalsze osłabienie złotego, czemu towarzyszyły relatywnie stabilne notowania euro do dolara. Nominalnie kurs EUR/PLN chwilowo wzrósł powyżej 4,33 przy EUR/USD oscylującym poniżej 1,14.

Na rynku utrzymuje się podwyższona awersja do ryzyka. Politycznie nastrojom ciąży utrzymujący się konflikt pomiędzy UE a rządem Włoch, a w poniedziałek dodatkowo nie sprzyjały mu informacje o rezygnacji A.Merkel z ubiegania się o kolejną kadencję na stanowisku przewodniczącej partii CDU. Na stanowisku kanclerz Niemiec Merkel planuje jednak pozostać do końca swojej kadencji, czyli do roku 2021, ale zapowiedziała jednocześnie, że jest to jej ostatnia kadencja. To mogło nieco zaniepokoić inwestorów, Merkel jest bowiem postrzegana jako synonim stabilności strefy euro i dbania o jedność wspólnoty. Fundamentalnie zaś nadal nie brakuje obaw o perspektywy globalnego wzrostu. Na rynku widać niepewność, co do skutków ekonomicznych konfliktu wokół handlu między USA a Chinami. Co prawda inwestorzy oczekują, że wprowadzane cła mogą zaszkodzić gospodarce USA, ale jednak w mniejszym stopniu niż jej partnerom. Weekendowe dane wskazały, że zyski chińskich firm wyhamowywały we wrześniu piąty miesiąc z rzędu, co automatycznie osłabiło chińskiego juana, przyczyniając się też do wzrostu euro do złotego. Tymczasem, gospodarka USA choć spowolniła w III kw. br., ale mniej niż oczekiwano, gdyż solidna konsumpcja i wzrost zapasów przeważyły nad spadkiem eksportu soi po wprowadzeniu nowych ceł. Ponadto, opublikowane w poniedziałek dane inflacyjne z USA (PCE i bazowy PCE) dodatkowo wsparły jastrzębią politykę Fed-u, nasilając oczekiwania na dalsze, stopniowe podwyżki stóp procentowych w USA, aż do poziomu co najmniej neutralnego.

Oczekuje się, że również planowane na ten tydzień dane z europejskich krajów potwierdzą pogorszenie się ich perspektyw gospodarczych. M.in. wtorkowy wskaźnik koniunktury ESI i dynamika PKB dla strefy euro powinny pokazać spowolnienie wzrostu. Spadający w przetwórstwie europejskim optymizm powinny zaś pokazać piątkowe publikacje wskaźników PMI dla przemysłu w Niemczech i w całej EZ.

Na rynku długu, po silniejszych spadkach rentowności polskich obligacji skarbowych pod koniec zeszłego tygodnia, w poniedziałek mieliśmy do czynienia z ich niewielkim odbiciem. Przy braku ważniejszych publikacji z lokalnej gospodarki, polskie papiery dłużne podążały za notowaniami na rynkach bazowych. Jednak w perspektywie tego tygodnia wciąż istotną rolę powinny odgrywać czynniki lokalne, takie jak dane o inflacji, informacja o miesięcznej podaży obligacji czy wskaźnik PMI, które powinny ograniczać pole do przesunięcia się krzywej dochodowości zauważalnie w górę.

Bacznie śledzony w ostatnim czasie spread włoskich obligacji 10-letnich nad niemieckimi spadł poniżej 300pb, co było reakcją na publikację raportu S&P’s. Agencja co prawda obniżyła perspektywę swojej oceny do negatywnej ze stabilnej, jednak nadal rating znajduje się na poziomie BBB. Utrzymanie oceny w sektorze inwestycyjnym (dwa stopnie nad śmieciowym), na krótko uspokoiło oczekiwania rynkowe, jednak premia za ryzyko pozostanie podwyższona do czasu uchwalenia budżetu, który zaakceptuje Komisja Europejska.

Wykres dnia: Stabilizacja inflacji bazowej PCE w okolicy celu Fed-u wspiera kontynuację podwyżek stóp procentowych w USA.

Stabilizacja inflacji bazowej PCE w okolicy celu Fed-u wspiera kontynuację podwyżek stóp procentowych w USA
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

„Poaching” po polsku, czyli zmagania Comarch i Asseco o przetarg w ZUS

Polski potentat ubezpieczeniowy ZUS stał się polem konkurencyjnych zmagań, smakowitym kąskiem dla wielkich oferentów z obszaru IT. Wydarzenie samo w sobie nie jest niczym nadzwyczajnym. Nadzwyczajne, jak na polskie warunki, są pieniądze towarzyszące walce oraz metody, po jakie sięgają rywale. Chodzi tu o kłusownictwo zatrudnieniowe (ang. employee poaching). Wprawdzie jest ono codziennością w konkurencyjnym świecie (np. w drapieżnej Ameryce), ale w przypadku polskich realiów warto poświęcić mu nieco więcej uwagi.

Istota i tło konfliktu

System informatyczny ZUS – Kompleksowy System Informatyczny (KSI) to trudny obszar do obsługi. Uchodzi za jeden z najbardziej skomplikowanych i najdroższych systemów w Europie. Odpowiada za obsługę ok. 24 mln Polaków utrzymujących się z rent i emerytur, a ponadto nadzoruje prawidłowy pobór składek od milionów firm i pracowników. Przytłaczająca większość emerytów jest zależna od poprawnego działania tego systemu.

W listopadzie 2017 r. przetarg na obsługę KSI wygrała firma Comarch Janusza Filipiaka. W konkursie startowały cztery firmy, w tym Asseco Poland dotychczas obsługujące ZUS za kwotę 595 mln zł. Tymczasem Comarch zaproponował sumę 242 mln i przetarg wygrał. Asseco nie pomógł fakt, iż znacznie obniżyło swoje oczekiwania – do poziomu 374 mln.

Porównanie obu rywali do Goliata (Asseco) i Dawida (Comarch) byłoby lekką przesadą, ale warto napomknąć, iż firmy te znacząco różnią się między sobą rozmiarem. Asseco to największa firma software’owa z polskim kapitałem i największa spółka informatyczna notowana na GPW. Według listy Truffle100 firma jest siódmym dostawcą usług na rynku europejskim. Krakowski Comarch natomiast zajmuje w tym zestawieniu 50. pozycję. Zysk netto Asseco Poland wzrósł w pierwszym kwartale 2018 r. do 97,30 mln wobec 92,40 mln zł w roku poprzednim. Comarch w tym samym okresie wypracował 5,43 mln zł zysku netto (1,40 mln zł w 2017 r.). Niezależnie od tych wskaźników wygląda na to, iż Dawid pokonał Goliata.

Jednak ani jedna, ani druga firma nie była zadowolona z wyniku przetargu (Asseco, bo przegrała, zaś Comarch pomimo wygranej narzekał na zbyt wysoką ocenę Asseco). Obie złożyły odwołanie, ale w styczniu 2018 r. Krajowa Izba Odwoławcza nie zmieniła rezultatu przetargu. Sprawa trafiła więc do sądu, gdzie firmy stawiają sobie poważne zarzuty o nieuczciwą konkurencję.

ZUS ustami prezes prof. Gertrudy Uścińskiej wyraził zadowolenie z faktu, iż koszty utrzymania KSI spadną o połowę oraz że po raz pierwszy w historii można mówić o realnej konkurencji w przetargu. Comarch będzie odpowiedzialny za utrzymanie systemu przez kolejne cztery lata, ale dopiero po okresie przejściowym.

Oprócz utrzymania KSI w ZUS-ie czekają jeszcze inne pieniądze. W przetargu na modyfikację i rozwój KSI wpłynęły dwie oferty… Asseco Poland i Comarchu, a ZUS w lipcu 2018 r. podjął decyzję o wyborze obu oferentów. Ponadto Asseco Poland podpisało umowę na modyfikację Kompleksowego Systemu Informatycznego ZUS w związku z nowymi przepisami, dotyczącymi przechowywania akt pracowniczych. Umowa ta opiewa na kwotę 24,5 mln zł brutto.

Pozornie z punktu widzenia ZUS, bo nie zmagających się rywali, wszystko wygląda doskonale, ale nawet średnio zorientowany obserwator musi postawić kilka pytań. Pierwsze, chyba ważniejsze od tego, jak Comarch wycyzelował tak niską cenę, brzmi: dlaczego Asseco, które obsługiwało ZUS przez 20 lat, obniżyło swoje usługi aż o 120 mln zł? Czy poprzednia wycena była wygórowana? Innymi słowy, czy była zdzierstwem na podatniku?

Dlaczego Comarch wycenił się tak nisko? Co podejrzliwszym od razu nasuwa się analogia z tanim chińskim konsorcjum Covec przy okazji budowy autostrady A-2. Asseco wytyka rywalowi przede wszystkim rażąco niską cenę, twierdząc, iż Comarch nie uwzględnił rzeczywistych kosztów osobowych, pełnych kosztów 12-miesięcznego okresu przejściowego, przejęcia usług i zapewnienia infrastruktury techniczno-systemowej.

Przy okazji sporu wśród internautów pojawiają się głosy, że prezes Comarchu Janusz Filipiak to pupilek polityków „dobrej zmiany”. Fakty raczej tego nie potwierdzają. Wprawdzie w listopadzie 2016 r. prezydent Andrzej Duda podczas Kongresu 590 w Jesionce koło Rzeszowa przyznał Filipiakowi nagrodę indywidualną za szczególne zasługi dla polskiej przedsiębiorczości, ale to o niczym nie świadczy, bo szef Comarchu to rzadko spotykane połączenie naukowca z biznesmenem.

Atmosfera stała się gorąca w ostatnich miesiącach, ponieważ Comarch w okresie przejściowym nie zaliczył dwóch egzaminów będących testem kompetencji. Według „Pulsu Biznesu” w dwóch próbach udało się wykonać sześć z siedmiu zadań. Teoretycznie, według wcześniejszych zapewnień, oznaczałoby to fiasko, ale ZUS dał firmie jeszcze jedną szansę. Jeśli Comarch by jej nie wykorzystał, na placu gry pozostałoby „stare dobre” Asseco. Udało się. Do trzech razy sztuka. I tu kolejna wątpliwość, bo nie było wcześniejszych informacji o dawaniu szansy w nieskończoność dla słabego, ale mającego dobrego protektora, ucznia, którego na siłę przepycha się do następnej klasy. Tylko czego ów oczekuje w zamian? A może to tylko zawoalowany, choć korzystny dla budżetu, dumping? Czy aby korzystny dla klienta i „żywiciela” ZUS, czyli emeryta Kowalskiego i rencisty Nowaka, a wcześniej czy później każdego z nas? Być może nadal pokutuje przekonanie jak za minionego systemu, iż beneficjentem nie jest Kowalski i Nowak, lecz sam ZUS.

Walka trwa, a jej najnowszą metodą jest tzw. poaching, czyli kłusownictwo na pracowników. Obie firmy „podkupują” sobie pracowników, bo to głównie w ich głowach, zwłaszcza tych, którzy obsługiwali ZUS, znajduje się niezbędna wiedza. Według doniesień „Pulsu Biznesu” Comarchowi udało się pozyskać dwóch pracowników Asseco z obszaru KSI. W dużej mierze jednak Comarch poluje na byłych pracowników rzeszowskiej spółki. Asseco też zwiększa zatrudnienie w obszarze KSI. W tym roku pozyskało 20 osób, a wśród nich byłego pracownika Comarchu.

Poaching, czyli jak „kłusują” na świecie

Czym właściwie jest „poaching”? Lapidarnie rzecz ujmując jest to kadrowa droga na skróty. Zatrudnienie pracownika z konkurencyjnej firmy zazwyczaj oznacza pozyskanie kogoś, kto już zna branżę i może wnieść do nowej firmy cenną, unikalną wiedzę, a nawet klientów. Proceder jest niezwykle kuszący, jednak wymaga ostrożności i pewnej finezji, szczególnie w przypadku właścicieli małych firm. Obciążony jest bowiem ryzykiem polegającym na tym, iż nikt nie chce zdobyć reputacji kłusownika, wejść w „wymianę ciosów” z rywalem i – co najgorsze – zostać pozwanym za złamanie przepisów o zakazie konkurencji.

Przedsiębiorstwa parające się poachingiem starają się być subtelne. Nie rekrutują bezpośrednio, ale przez firmy headhunterskie. Zachowują w ten sposób dystans do na ogół źle postrzeganego kłusownictwa. Rekrutujący nie kupują CV, ale konkretnego człowieka, ponieważ z faktu, iż ktoś pracuje u konkurencji na poszukiwanym stanowisku nie wynika, iż sprawdzi się w kulturze nowej firmy. Prawdziwą pułapką mogą być kwestie prawne, stąd też dokładnie sprawdza się, czy kandydat może konkurować z obecnym pracodawcą. Niektóre państwa traktują umowy o zakazie konkurencji bardzo poważnie. Należy pamiętać, że rozmowa z kandydatem, który jest związany umową o zakazie konkurowania, jest kwestią wyważenia ryzyka i korzyści, a nie tylko oceną kompetencji.

„Kłusujące” firmy sprawdzają, rzecz jasna, czy konkurent nie gra w tę samą grę. Obowiązuje tu prosta zasada wyrażona w zdaniu „Znaj dobrze swoje gwiazdy i upewniaj się, że są otoczone opieką i dobrze opłacane”. Nawet jeśli firma jest świetnym pracodawcą, to przecież „trawa może wydawać się bardziej zielona po drugiej stronie”.

Niektóre firmy uciekają się do niekonwencjonalnych metod pozyskiwania pracowników konkurencji. Dla przykładu MediConnect Global Inc. zaparkował samochód kempingowy z napisem „Teraz zatrudniamy” (ang. Now Hiring) na parkingach konkurenta w porze lunchu i rozdawał ulotki. Ta sztuczka z mobilnym centrum rekrutacyjnym podobno zakończyła się kadrowym sukcesem. Inna firma – Electronic Arts– w poszukiwaniu programistów, umieściła billboard z takim samym napisem, „Now Hiring”, przed biurami konkurencyjnej firmy zajmującej się grami – Radical Entertainment. Swoisty smaczek tkwił w fakcie, iż informacja „Now Hiring” została podana w kodzie ASCII, którym firma posługiwała się w programowaniu. Wielu rekruterów działa pod tzw. przykryciem, aby nawiązywać kontakty i porozmawiać z trudno dostępnymi „supergwiazdami” innych firm.

Wracając do kłusownictwa zatrudnieniowego pomiędzy Comarch i Asseco należy sobie uświadomić, iż dla światowych gigantów IT poaching to chleb powszedni. W dużych firmach technologicznych najlepszym sposobem na znalezienie talentu jest przejęcie go od konkurencji, bez konieczności szkolenia pracownika od zera, co jest niezwykle kosztowne. Według danych firmy Talentful z listopada 2016 r. do największych „kłusowników” w obszarze IT należały w kolejności: Google, Microsoft, Amazon, Apple, IBM. Wśród mediów społecznościowych Facebook z powodzeniem kłusował wśród pracowników Twittera i LinkedIna. Dla przykładu firma Google pozyskała 12 798 pracowników od innych dużych firm technologicznych. Przejęła od Microsoft 4 151 pracowników, a ta „zrewanżowała” się odebraniem 896 osób. Apple zabrało 1 334 osoby z Microsoft. Między IBM a Dell panował niemal zrównoważony handel wymienny: IBM stracił na jego rzecz 2 302 pracowników, pozyskując 1 753.

W przypadku, gdy firma zatrudniała specjalistę z konkurencji, zazwyczaj pozyskiwała też kilku innych, gdyż ten „najważniejszy” zazwyczaj chce pracować ze znanym zespołem, ze swoimi kolegami.

Wnioski

Zmagania poachingowe Comarchu i Asseco nie wywołują zdziwienia wśród specjalistów. Problem tkwi jedynie w przestrzeganiu prawa, w szanowaniu klauzul o zakazie konkurencji. Kiedy chodzi o pieniądze z budżetu, wówczas państwo ma możliwości korzystania z całego arsenału sił i środków. Pytanie, czy chce oraz, czy to robi? Ma przecież wszystkie trzyliterowe i czteroliterowe instytucje (ABW, CBA, NIK, CBŚP), ale też i te, którym problematyka uczciwej konkurencji powinna być najlepiej znana (UOKiK). A co ma zrobić prywatny biznes? Świat rekrutacji jest konkurencyjny, a konkurencja wymaga niekiedy drastycznych środków. Warto rozpocząć współpracę z podmiotami, którym znane są zarówno metody „podkupowania”, ale też i ochrony przed takimi praktykami. Warto mieć wsparcie profesjonalnego wywiadu i kontrwywiadu gospodarczego. Czy poaching jest praktyką etyczną? Wydaje się, że termin ten został niesprawiedliwie obciążony złymi skojarzeniami. Z pewnością wywołuje emocje, ale nie ma powodu, aby w czambuł potępiać tę powszechną praktykę zatrudniania. Lojalność wobec pracodawcy jest cechą godną podziwu, ale nie jest wymogiem na całe życie. Oczywiście, żaden pracodawca nie jest szczęśliwy, gdy prawdziwy talent odchodzi do konkurencji na własnych warunkach. Zwłaszcza jeśli firma zainwestowała w niego czas, pieniądze i szkolenia. Innowacyjne firmy, które opracowują nowe produkty lub usługi, muszą po prostu wymagać od pracowników podpisania dobrze przygotowanej przez znającą się na rzeczy kancelarię prawną klauzuli o zakazie konkurowania. Są to prawnie wiążące umowy, które uniemożliwiają pracownikom zajmowanie stanowiska w podobnej firmie przez określony czas po rezygnacji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Prognoza długoterminowa rupii indyjskiej (INR)

Zdaniem ekspertów Ebury ostatnia wyprzedaż waluty Indii (INR) była nieco przesadzona i wynikała głównie z czynników zewnętrznych. Dlaczego warto śledzić wydarzenia gospodarcze w tym kraju? Według szacunków HSBC[1], Indie do 2030 mają stać się trzecią gospodarką świata po Chinach i USA, wyprzedzając Japonię i Niemcy.

Indie: Przyszła światowa potęga gospodarcza

Rupia indyjska (INR) ma za sobą kilka trudnych miesięcy. Do wyprzedaży waluty doszło jeszcze przed ogólną wyprzedażą walut rynków wschodzących. Rupia okazała się być szczególnie wrażliwa na aprecjację dolara amerykańskiego, jak i na niepokój związany z protekcjonizmem Stanów Zjednoczonych. Od początku bieżącego roku indyjska waluta osłabiła się względem dolara amerykańskiego o ponad 12%, a kurs pary USD/INR w październiku znalazł się na najwyższym poziomie w historii.

Kurs USD/INR (październik ’17-październik ’18)

Kurs USD INR
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 26/10/2018

Gorsze relacje z USA

W ostatnich miesiącach na losy indyjskiej waluty w istotnym stopniu wpływało widmo amerykańskiego protekcjonizmu. Nie jest czymś bardzo zaskakującym, biorąc pod uwagę, że Stany Zjednoczone są największym partnerem handlowym Indii, odpowiadającym za jedną piątą dochodów tego kraju z eksportu. Prezydent Trump wielokrotnie oskarżał Indie o nakładanie „olbrzymich” opłat celnych na towary importowane ze Stanów Zjednoczonych, w tym m.in. na samochody. Obecny premier Indii Narendra Modi stawia doprowadzenie do porozumienia handlowego między Indiami a USA jako jeden ze swoich priorytetów, co związane jest również z faktem, że już za rok obywatele tego kraju zagłosują w wyborach powszechnych.

Mimo rosnącej niepewności wokół sytuacji w handlu, Indie były w stanie wykazać całkiem imponujący wzrost gospodarczy w drugim kwartale 2018 roku. W ujęciu rocznym wyniósł on aż 8,2%, co jest najszybszym tempem wzrostu gospodarczego w Indiach od pierwszego kwartału 2016 roku. Popyt wewnętrzny pozostaje silny, a w tym roku dobrze radzą sobie również inwestycje. Indyjską gospodarkę napędzał również wzrost wydatków rządowych, jak i gwałtowny wzrost sektora produkcji przemysłowej, który na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy rósł nawet o ponad 6%.

Poprawa obserwowana w wielu wskaźnikach gospodarczych skłania nas ku poglądowi, że w najbliższych kwartałach gospodarka Indii powinna rosnąć w dość wysokim tempie, najpewniej o ponad 7% rocznie. Silny wzrost indyjskiego PKB w pierwszej połowie roku zdaje się potwierdzać nasz pogląd dotyczący tego, że wprowadzenie podatku od dóbr i usług (GST), jak i wykluczenie z bazy monetarnej banknotów o wysokich nominałach w 2016 roku są wydarzeniami o krótkotrwałym i ograniczonym wpływie na ogólną aktywność gospodarczą kraju.

Wzrost PKB Indii (2013-2018)

Wzrost PKB Indii
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 26/10/2018

W związku z osłabieniem waluty, rosnącą inflacją i ryzykiem globalnej wojny handlowej, Bank Rezerw Indii (RBI) podczas sierpniowego spotkania ogłosił kolejną podwyżkę stóp procentowych. Stopy wzrosły o 25 punktów bazowych i obecnie wynoszą 6,5%. Była to już druga podwyżki stóp RBI w tym roku.

Przewodniczący RBI, Urjit Patel oświadczył, że Bank dąży do utrzymania stabilnego wzrostu gospodarczego w obliczu rosnącego ryzyka związanego ze zmianami w globalnym handlu jak i zmiennością na rynku walutowym. Na ostatnim posiedzeniu w październiku decydenci postanowili utrzymać obecny poziom stóp procentowych, rozczarowując ekonomistów spodziewających się podwyżki kosztów pieniądza. Jednocześnie jednak bank centralny dokonał zmiany swojego nastawienia ze stanowiska neutralnego w kierunku „skalibrowanego zacieśniania”, sugerując, że podwyżki w kolejnych miesiącach są prawdopodobne.

Od czasu sierpniowej podwyżki stóp procentowych inflacja w Indiach spowolniła. Mimo słabości rupii, dynamika cen w ostatnich miesiącach znajdowała się raczej poniżej środka celu inflacyjnego RBI, który wyznaczony jest widełkami 2-6%. W ciągu dwunastu miesięcy, tj. od połowy 2017 r. inflacja gwałtownie rosła. W czerwcu wzrost cen osiągnął poziom 5%, co było najwyższą wartością tego wskaźnika od dwóch lat. W sierpniu dynamika cen spadła jednak do wartości 3,7%, a we wrześniu wyniosła 3,8% w ujęciu rocznym. Prognozy inflacji zostały ponownie obniżone w sierpniu, a RBI spodziewa się, że dynamika cen wyniesie 4,6% przed końcem pierwszego półrocza 2019 r. Poprzednia prognozą zakładała dynamikę cen na poziomie 4,9% w ujęciu rocznym.

Kluczowym zadaniem banku centralnego jest zapewnienie stabilności cen. Spowolnienie inflacji może ograniczyć potrzebę wyższych stóp procentowych. Przewodniczący RBI, Urjit Patel, podkreśla, że bank centralny będzie nadal uważnie monitorować dynamikę cen w nadchodzących miesiącach.

Niedawny spadek inflacji oznacza, że realne stopy procentowe są względnie wysokie. Obecnie wynoszą one około 2,8%. Ponieważ krajowa presja inflacyjna w nadchodzących miesiącach prawdopodobnie pozostanie dość łagodna, utrzymywanie się wysokich realnych stóp procentowych powinno, naszym zdaniem, pomóc rupii w odrobieniu strat po ostatniej wyprzedaży.

Realne stopy procentowe w Indiach (2012-2018)

Realne stopy procentowe w Indiach
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 26/10/2018

Co więcej, Bank Rezerw Indii utrzymuje relatywnie wysoki poziom rezerw walutowych, i to pomimo ostatnich sygnałów sugerujących, że bank centralny interweniował w celu powstrzymania spadku kursu walutowego. Rezerwy nieco zmalały w wartościach względnych, niemniej nadal pozostają na dość wysokim poziomie i odpowiadają wartości ośmiu miesięcy krajowego importu. Powinno to zapewnić bankowi wystarczającą ilość środków, aby w razie potrzeby mógł on interweniować w celu ochrony waluty.

Z kolei – nieco bardziej pesymistycznie – należy wskazać także, że ostry wzrost globalnych cen ropy stanowi przeszkodę dla potencjalnego umocnienia indyjskiej waluty. Indyjska gospodarka jest bowiem importerem netto tego surowca. Światowe ceny ropy od połowy ubiegłego roku wykazują stały trend wzrostowy, co miało niekorzystny wpływ na bilans handlowy Indii. Ceny ropy Brent wzrosły gwałtownie powyżej 80 USD za baryłkę we wrześniu, a licząc od połowy 2017 r. zwiększyły się o ponad 70%. Przyczyniło się to do wzrostu deficytu w bilansie handlowym Indii, który jest obecnie najwyższy od ponad trzech lat. Nie jest to pozytywna informacja dla gospodarki tego kraju. Deficyt na rachunku bieżącym w Indiach zwiększył się do 2,4% PKB w drugim kwartale 2018 r., przy czym pojawiły się pierwsze sygnały sugerujące, że w krótkim terminie, sytuacja ta może ulec pogorszeniu.

Rezerwy walutowe Indii (2000-2018)

Rezerwy walutowe Indii
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 26/10/2018

Prognoza Ebury

Uważamy, że ostatnia wyprzedaż rupii była nieco przesadzona i wynikała głównie z czynników zewnętrznych, a mianowicie wyższych cen ropy i zagrożeń ze strony amerykańskiego protekcjonizmu. Te ostatnie stanowią według nas niewiele więcej niż taktykę negocjacyjną. Uważamy, że utrzymujący się wysoki poziom rezerw walut obcych, nadal umiarkowany deficyt na rachunku obrotów bieżących i wyższe realne stopy procentowe powinny umożliwić walucie odrobienie części ostatnich strat w krótkim okresie. Docelowo spodziewamy się powrotu kursu USD/INR w okolice poziomu 68.

  USD/INR EUR/INR INR/PLN
E-2018 72 84 0,050
Q1-2019 71 82 0,051
Q2-2019 70 81 0,051
Q3-2019 68 78 0,053
E-2019 68 78 0,053

 

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

[1] HSBC, „The world in 2030”

Deloitte: W ciągu 3 lat globalne inwestycje na rozwiązania oparte o chmurę podwoją się

Firmy zmieniły swój sposób postrzegania chmury. Nie jest już ona wyłącznie elementem infrastruktury IT. Inwestycje w chmurę zaczynają być koniecznym elementem biznesu, poprawiającym jego wydajność i wspierającym innowację. Z badania firmy doradczej Deloitte „Oustourcing Survey 2018. Traditional outsourcing is dead. Long live disruptive outsourcing” wynika, że najważniejszymi powodami wdrażania tego rozwiązania są przyspieszenie innowacji technologicznej, umożliwienie szybszego wprowadzania usług i produktów na rynek oraz poprawa wydajności.                                                          

Deloitte przeprowadził badanie rynku outsourcingu wśród 521 liderów i przedstawicieli kadry kierowniczej wiodących firm, działających w 6 branżach – technologia/media/telekomunikacja, usługi finansowe, dobra konsumenckie, energetyka, surowce i przemysł, administracja i sektor publiczny oraz life sciences i ochrona zdrowia. Większość (86 proc.) respondentów pracuje w organizacjach, których roczne przychody przekraczają miliard dolarów.

Odpowiadając na pytanie dotyczące obszarów, na które ankietowani szczególnie zwracają uwagę przy rozważaniu i kontraktowaniu usług chmurowych, dwie trzecie z nich (68 proc.) wskazuje bezpieczeństwo danych. –  Z jednej strony obawiamy się nowych rozwiązań, a z drugiej często jest tak, że znamy i akceptujemy słabe strony swojej infrastruktury do czasu wystąpienia incydentu. Jednocześnie zdarza się, że dane, które przetwarzamy są nieustrukturyzowane, rozsiane w niezliczonej ilości folderów, poczcie elektronicznej, na laptopach i urządzeniach mobilnych. Zapanowanie nad niespójnością zabezpieczeń oraz  chaosem informacyjnym w tradycyjnym modelu jest coraz trudniejsze i kosztowniejszemówi Marcin Lisiecki, Starszy Menedżer w dziale Cyberbezpieczeństwa, Deloitte. Jak dodaje, właśnie rozwiązania pozwalające na inwentaryzację danych, ich klasyfikację, szyfrowanie i bezpieczne współdzielenie się nimi  są coraz częściej standardowymi komponentami  chmury.

Podczas wdrażania tego typu rozwiązań ankietowani za istotne kwestie uznali również odporność na zagrożenia oraz awarie i wydajność (45 proc.) oraz zgodność dostawcy i rozwiązania z wymogami regulacyjnymi (39 proc. ) jako obszary szczególnej wagi.

Marcin Lisiecki, Menadżer w dziale cyberbezpieczeństwa Deloitte
Marcin Lisiecki, Menadżer w dziale cyberbezpieczeństwa Deloitte

– Trzeba zdawać sobie sprawę, że tylko największe firmy stać na wdrożenie takich zabezpieczeń technologicznych, jakie mają czołowi dostawcy chmury. Można założyć, że własne środowisko IT przeciętnej firmy jest gorzej zabezpieczone niż jej zasoby w chmurze. Ale trzeba pamiętać, że same techniczne zabezpieczenia to nie wszystko i że bezpieczeństwem w chmurze również trzeba umieć zarządzać. To dla wielu organizacji może być jeszcze wyzwaniem. Podobnie jest ze spełnieniem wymagań regulacyjnych – w większości przypadków wdrożenie chmury nie powinno odbywać się w sprzeczności z regulacjami.  Wymagane jest jednak dostosowanie podejścia, procesów zarządczych oraz umiejętność wykazania zgodności regulatorowi, co stanowi nowe wyzwania, z którymi firmy mają jeszcze niewielkie doświadczenie – dodaje Marcin Lisiecki.

Pytani o praktyczne wyzwania podczas implementacji chmury ankietowani wskazują na migrację danych (58 proc.) i wymagania bezpieczeństwa (56 proc.). W dalszej kolejności przywołują optymalizację systemów (modyfikację, aby wykorzystać możliwości chmury – np. w kontekście autoskalowania) (44 proc.), zapewnienie zgodności z regulacjami (40 proc.) i znalezienie zastosowania dla infrastruktury pozostałej po przeniesieniu systemów do chmury (40 proc.).

Katalizator innowacji

64 proc. liderów, którzy zdecydowali się na wprowadzenie w swoich firmach rozwiązań chmurowych traktowało je jak niezbędny katalizator innowacji IT, dla 63 proc. celem adopcji chmury było umożliwienie szybszego wprowadzania produktów czy usług na rynek.

– Chmura przestała być postrzegana wyłącznie w kontekście infrastruktury IT organizacji. Odpowiedzi udzielone przez naszych ankietowanych wskazują wyraźnie, że wśród celów wdrażania chmury najmocniej wybrzmiewają te o charakterze biznesowym – wspomaganie innowacji i tzw. time-to-market, czyli czas od pomysłu do wprowadzenia produktu na rynek. Redukcję kosztów, czyli kwestię o której głównie mówiło się jeszcze kilka lat temu, wskazuje jedynie co trzeci ankietowany. Interesujące jest również to, że 38 proc. ankietowanych wskazuje poprawę odporności i bezpieczeństwa jako powód wdrażania chmury – mówi Jakub Garszyński, Lider usług Cloud, Deloitte.

2/3 badanych oczekuje redukcji kosztów operacyjnych IT w wyniku wdrożenia rozwiązań w chmurze. Co ciekawe, jednak 35 proc. ankietowanych spodziewa się, że koszty te wzrosną.– To pokazuje, że zarządy firm gotowe są powiększyć budżet operacyjny IT, w zamian za wartość biznesową, elastyczność i łatwość wdrażania nowatorskich rozwiązań, którą daje chmura – dodaje Jakub Garszyński.

CIO inicjatorem zmian

Eksperci Deloitte wskazują, że najczęściej za inicjatywą wdrożenia chmury stoją dyrektorzy IT. Dzieje się tak w aż 60 proc. organizacji. Ale wartość Cloud docenia również reszta kadry kierowniczej. O wprowadzeniu tego rozwiązania decydują także – sami lub w porozumieniu z CIO – dyrektorzy generalni (37 proc.), a także dyrektorzy finansowi (20 proc.) i operacyjni (17 proc.). To dowodzi, że nie tylko eksperci branży IT widzą w rozwiązaniach chmurowych wartość i coraz częściej nie tylko oni są inicjatorami zmian. Według specjalistów Deloitte do zadań nowoczesnych dyrektorów IT należy nie tylko edukowanie zarządów firm w tematach technologicznych, ale także współtworzenie strategii biznesowej wykorzystując przewagi, które może dać technologia.

Jak wynika z badania Deloitte CIO Survey, dyrektorzy IT oczekują, że najbliższe trzy lata będą czasem podwojenia wydatków na rozwiązania oparte o chmurę, a zatem, że zwiększą się one z obecnych 22 do 44 proc. sumy wydatków na IT. Już obecnie prawie jedna trzecia CIO (32 proc.) odpowiedziała, że chmura wspiera aplikacje krytyczne dla biznesu. Należy oczekiwać, że ten odsetek będzie się zwiększał – firmy, wraz ze wzrostem zaufania do dostawców chmury oraz nabywaniem doświadczenia we wdrażaniu i zarządzaniu takimi rozwiązaniami, będą coraz chętniej wykorzystywać chmurę do krytycznych dla biznesu zastosowań – mówi Jakub Garszyński.

Kurs euro w kierunku 4,35

Inwestorzy na rynkach tak bardzo byli głodni pozytywnych informacji, że są gotowi przymknąć oko na potencjalne czynniki ryzyka. Przeciwne w skutkach doniesienia związane z relacjami handlowymi USA i Chin tylko połowicznie znajdują odzwierciedlenie w handlu. Rynek ma nadzieję na „wspaniałe porozumienie”, które jednak ma być negocjowane pod groźbą rozszerzenia ceł na wszystkie chińskie towary.

W nocy inwestorzy zderzyli się z dwoma przeciwstawnymi komunikatami. Najpierw Bloomberg doniósł, że szykuje nałożenie ceł w wysokości 25 proc. na pozostałe chińskie towary warte ponad 250 mld USD, jeśli listopadowe negocjacje między prezydentami Donaldem Trumpem i Xi Jinpingiem nie przyniosą przełomu. Oznaczałoby to podwojenie restrykcji celnych i byłoby zaskakującym scenariuszem, biorąc pod uwagę, że według badań 40 proc. chińskich przedsiębiorstw nie zakładało eskalacji sporu handlowego. Dlaczego zatem nastroje na rynkach finansowych na otwarciu wtorkowego handlu w Europie zdają się wypełnione optymizmem? Wyjaśnienie leży w słowach prezydenta Trumpa z udzielonego stacji Fox wywiadu, gdzie stwierdził, że spodziewa się „wspaniałego porozumienia” z Chinami. Trump dodał jednak, że on chciałby zawrzeć umowę już teraz, ale nie wydaje mu się, aby Chiny były już na to gotowe. Z całego tego szumu kończymy z optymistycznymi nastrojami, jakby rynki to była karcianka, gdzie ostatnia wyrzucona karta neguje efekty poprzednich. Nie wiemy, co Trump do końca miał na myśli oraz czy jego „wspaniałe porozumienie” nie zawiera w sobie oclenia całego importu z Chin. Z kolei władze Chin już wcześniej sygnalizowały, że nie zamierzają prowadzić negocjacji z „pistoletem przystawionym do głowy”. Warto o tym pamiętać w kolejnych tygodniach, kiedy nie powinno brakować zwrotów akcji w temacie wojen handlowych. Dziś jednak nadzieja triumfuje i pozwólmy jej trwać.

Rynek akcji odbija, a na rynku walutowym lepszy sentyment wobec Chin oznacza umocnienie AUD i NZD przy rajdzie USD/JPY. Handlowy szum nakłada się na potencjalny chaos związany z rozliczeniami na koniec miesiąca, gdzie spodziewany jest silniejszy popyt na USD oraz podaż EUR i GBP. Przy odbiciu indeksów giełdowych wzrosty USD/JPY zdają się jeszcze bardziej racjonalnym wyborem, choć pewnym hamulcem może być wizja jutrzejszej decyzji Banku Japonii. Osobiście nie oczekuję niespodzianek od BoJ. W obliczu zawirowań rynkowych i niepewności o wpływ wojen handlowych jest mało realne, aby BoJ decydował się na dyskusję o zmianie nastawienia. Przy wyhamowaniu wzrostów rentowności obligacji skarbowych USA i stabilizacji USD/JPY nie ma też potrzeby modyfikować polityki w odniesieniu do rentowności japońskich 10-latek, dla których cel ustanowiony jest na okolice 0 proc.

Wtorkowy kalendarz może wydawać się bogaty, ale mało w nim powodów do ekscytacji. PKB za III kw. z Eurolandu ma wskazać spowolnienie do 1,8 proc. r/r z 2,1 proc. w II kw. z uwagi na rozczarowanie w wynikach przemysłu. Dla EUR to drugorzędna sprawa, gdyż waluta w pierwszej kolejności cierpi przez premię za ryzyko związaną z kłopotami fiskalnymi Włoch. Nawet zapowiedź kanclerz Merkel oddania przewodnictwa w CDU w grudniu nie jest istotna, jeśli Merkel planuje pozostać szefem rządu jeszcze przez dwa lata, co dla rynku walutowego oznacza niemal wieczność. Po południu uwaga skupi się na indeksie nastrojów konsumentów z USA z pytaniem, jak korekta na giełdach przekłada się na samopoczucie Amerykanów.

EUR/PLN pierwszy raz od początku września znalazł się na 4,33 i tak wyraźnie oddalił się od „miękkiego sufitu” na 4,32, który ograniczał od góry konsolidację notowań. Jeden grosz wydaje się niewiele, ale z perspektywy wypłaszczania handlu w ostatnich tygodniach jest to zmiana dość istotna. Słabość była widoczna także wśród innych walut regionu, co sugeruje czynnik zewnętrzny prawdopodobnie powiązany z końcem miesiąca. Reszta tygodnia nie zapowiada się zbyt korzystnie dla złotego. Święto w czwartek niesie ze sobą ryzyko wyprzedaży, jeśli zbiegnie się z awersją do ryzyka na rynkach globalnych (kto pamięta 15 sierpnia?). W piątek opublikowany zostanie indeks PMI dla polskiego przemysłu, gdzie widzimy ryzyko odczytu poniżej 50 pkt., co byłoby silnym sygnałem mijania szczytu cyklu koniunkturalnego i negatywnie będzie rzutować na walutę. Utrata przez złotego pozytywnego zaplecza danych makro może być bolesnym ciosem w obliczu wzrostu rynkowej awersji do ryzyka, pchając EUR/PLN w kierunku 4,35.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Mieczysław Groszek: Czy płatności elektroniczne są bezpieczne?

Wejście w obrót bezgotówkowy – oprócz zalet w postaci wygody i większych możliwości – rodzi także pytanie o jego bezpieczeństwo. Kwestia ta jest coraz bardziej aktualna i często poruszana w ostatnim czasie. W przypadku gotówki sprawa ta była prosta i zależna głównie od nas samychPrzy płatnościach  elektronicznych tracimy z pola widzenia pieniądz, który rozliczamy. W tej sytuacji potrzebna jest świadomość i wiedza na temat zagrożeń. Polski system płatniczy jest bardzo nowoczesny i rozciąga się to nie tylko na użytkowość, ale i sposób zabezpieczenia. Istnieje na to wiele dowodów – zarówno jeśli chodzi o stronę techniczną, jak i edukacyjno-informacyjną. Banki prowadzą kampanie społeczne pokazujące na czym polegają ryzyka w cyberprzestrzeni i jak można się przed nimi zabezpieczyć. Działania te mają charakter uniwersalny, choć oczywiście dla płatności jest to szczególnie istotne. Odpowiednie zabezpieczenie wymaga przestrzegania elementarnych zasad. Uczy tego także obrót bezgotówkowy.

– Pieniądz elektroniczny i związane z nim procesy można bardzo dokładnie śledzić i opisać. Użytkownik ma wiedzę o tym, co się z nimi dzieje. W ten sposób możemy kontrolować, czy wybrany przez nas bank lub punkt handlowy spełnia odpowiednie procedury bezpieczeństwa – powiedział serwisowi eNewsroom dr Mieczysław Groszek, prezes Fundacji Polska Bezgotówkowa – Często jest to domyślne, jednak używając nowych technologii warto sprawdzać kwestie bezpieczeństwa. Przy płatnościach są one szczególnie ważne. Po pierwsze, należy zwracać uwagę na reputację i zaawansowanie danej instytucji, której decydujemy się zaufać w obrocie bezgotówkowym. Po drugie, system płatniczy jest nadzorowany. Tego, czego instytucje finansowe, którym powierzamy nasze pieniądze bezgotówkowe, nie zrobią wystarczająco solidnie z własnej inicjatywy – pilnują także organy nadzoru – w Polsce głównie Komisja Nadzoru Finansowego.  Ważne regulacje wprowadziło również rozporządzenie RODO. Dzięki temu oddawane w cyberprzestrzeni dane i prywatność są chronione. Płatności bezgotówkowe mają więc ważną edukacyjną rolę. Oprócz wygody kształtują świadomość bezpieczeństwa i uczą zachowania w Internecie. Nowoczesność naszego systemu może być przeniesiona na jego bezpieczeństwo. Im lepsze narzędzia, tym bardziej są dla nas pewne – dodał Groszek.

Oszczędności ma 49 proc. Polaków. Średnio potrzebują 8 400 zł, aby czuć się bezpiecznie

0

Oszczędności ma 49 proc. Polaków. Średnio potrzebują 8 400 zł, aby czuć się bezpiecznie 5

Prawie połowa Polaków ma oszczędności i nie obawia się nagłych losowych wydatków. Średnia kwota, która daje im poczucie bezpieczeństwa finansowego, to 8 400 zł. Blisko co piątej osobie wystarczyłyby jednak oszczędności poniżej 2 000 zł, natomiast co czwarta potrzebuje mieć odłożone co najmniej 10 000 zł, aby czuć się bezpiecznie. Z drugiej strony, aż 40 proc. Polaków ma trudności z zaoszczędzeniem nawet niewielkiej kwoty, zapewniającej im minimum bezpieczeństwa finansowego – wynika z najnowszego badania Barometr Providenta.

 Aż 78 proc. badanych uważa, że oszczędzanie jest ważne. Ten odsetek spadł co prawda w porównaniu z zeszłym rokiem o 3 pkt proc., natomiast nie jest to drastyczna zmiana. Ogólnie w trendzie wieloletnim rośnie poczucie, że oszczędzanie jest ważne i ludzie coraz częściej i coraz chętniej odkładają pieniądze. Mają świadomość tego, że powinni oszczędzać na różne cele na przyszłość – mówi agencji Newseria Biznes Anna Karasińska, ekspert ds. badań rynkowych Provident Polska.

Z cyklicznego badania Barometr Providenta wynika, że blisko połowa Polaków – czyli o 9 pkt. proc. więcej niż rok temu – ma oszczędności i nie obawia się nagłych losowych wydatków. Zwolenniczkami oszczędzania jest 81 proc. ankietowanych kobiet, natomiast wśród mężczyzn ten odsetek jest nieco mniejszy i wynosi 75 proc. Jednocześnie ponad 40 proc. kobiet i 35 proc. mężczyzn nie ma takich oszczędności, które ich zdaniem powinna mieć osoba w ich sytuacji rodzinnej i życiowej.

Z badania wynika również, że młodzi przywiązują mniejszą wagę do zabezpieczenia finansowego niż osoby starsze. 63 proc. ankietowanych w wieku 15–24 lat to zwolennicy oszczędzania, ale tylko co trzeci z nich ma odłożoną zadowalającą sumę pieniędzy. Wśród respondentów między 60 a 75 rokiem życia blisko 90 proc. to zwolennicy oszczędzania i ponad połowa z nich ma zabezpieczoną kwotę, którą daje im poczucie bezpieczeństwa finansowego.

 Są to osoby, które najczęściej zbierają na czarną godzinę i nie jest to już oszczędzanie inwestycyjne lub na konkretny cel, tylko na wypadek, gdyby się coś zdarzyło – mówi Anna Karasińska.

Średnia kwota, która daje badanym poczucie bezpieczeństwa finansowego, to 8 400 zł. Jeszcze dwa lata temu wynosiła ona 3 240 zł, a rok temu – 5 000 zł. Jest to jednak kwota uśredniona – blisko co piątej osobie wystarczyłyby jednak oszczędności poniżej 2 000 zł. Natomiast niemal 1/4 badanych uważa, że stabilność finansową mogą zapewnić im oszczędności powyżej 10 000 zł. Najwyższe sumy wskazywały najczęściej osoby w wieku 45–59 lat, z wyższym wykształceniem, prowadzące własną firmę i mieszkające w dużych miastach.

– Mają na to wpływ wyższe zarobki Polaków. Szczególnie osoby w dużych miastach, z wyższym wykształceniem, podnoszą wartość tej średniej. Natomiast młodzi, którzy oszczędzają nieco rzadziej i mniej chętnie, deklarują, że te kwoty powinny być nieco niższe. Na wzrost średniej kwoty wpływa również fakt, że koszt życia jest zauważalnie wyższy, więc potrzebujemy więcej, by czuć się bezpiecznie. Czas potrzebny na to, aby zebrać bezpieczną kwotę, również się wydłużył. W zeszłym roku na kwotę 5 000 zł musieliśmy oszczędzać pół roku, obecnie kwotę 8 400 zł musimy odkładać przez rok – dodaje Anna Karasińska.

Jak wynika z Barometru Providenta, 40 proc. badanych ma trudności z zaoszczędzeniem nawet niewielkiej kwoty, zapewniającej im minimum bezpieczeństwa finansowego. Ten odsetek powoli spada – w ubiegłym roku trudności z odłożeniem odpowiedniej kwoty miało 43 proc. badanych.

 W zależności od grupy wiekowej, miejsca zamieszkania czy sytuacji rodzinnej do oszczędzania skłaniają nas różne cele. Sprzyja temu oczywiście nadwyżka finansowa, konsumpcyjne wysycenie, tzn. kiedy zapewnimy swoje podstawowe potrzeby, możemy już zacząć oszczędzać. To są cele aspiracyjne, natomiast w przypadku oszczędzania na przyszłość czy na niespodziewane wydatki nie powinniśmy czekać na jakąś zachętę, tylko faktycznie zacząć systematycznie oszczędzać – podkreśla ekspert ds. badań rynkowych Provident Polska.

Formalności administracyjne to wciąż największa bariera przy zatrudnianiu cudzoziemców. Skarży się na nie prawie połowa firm

Formalności administracyjne to wciąż największa bariera przy zatrudnianiu cudzoziemców. Skarży się na nie prawie połowa firm 6

Pracownicy z zagranicy są jednym z niewielu kół ratunkowych dla polskich firm – podkreśla Agnieszka Zielińska z Polskiego Forum HR. Trudności wciąż sprawiają jednak formalności administracyjne przy zatrudnianiu cudzoziemców. Pomysły takie jak przypisanie zezwolenia na pracę do pracownika zamiast do pracodawcy, rozszerzenie listy państw, których obywatele mogą pracować w Polsce na podstawie oświadczenia, oraz wydłużenie legalizacji pracy na podstawie oświadczeń do dwunastu miesięcy mogłyby znacznie poprawić sytuację na polskim rynku pracy. 

Patrząc na sytuację na polskim rynku pracy i ogromny deficyt kandydatów, jednym z kół ratunkowych dla polskich pracodawców jest zatrudnienie cudzoziemców. Skala tego zjawiska dość mocno rośnie, co widzimy chociażby w agencjach zatrudnienia. Coraz większa liczba pracowników tymczasowych czy osób rekrutowanych przez agencje to właśnie cudzoziemcy, głównie pracownicy z Ukrainy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Zielińska, kierownik Polskiego Forum HR.

Dane GUS pokazują, że liczba zezwoleń na pracę cudzoziemców w Polsce systematycznie rośnie. W całym ubiegłym roku wydano ich 235,6 tys., czyli prawie dwukrotnie więcej (o 108,2 tys.) niż w 2016 roku i sześciokrotnie więcej niż jeszcze pięć lat temu. Zezwolenia na pracę najczęściej przyznawane są obywatelom Ukrainy, którzy w ubiegłym roku stanowili 80 proc. cudzoziemców. Co istotne, zdecydowana większość, bo aż 97,7 proc., to nowe zezwolenia, a nie przedłużenia dotychczasowych.

Najnowsze dane MRPiPS pokazują z kolei, że w I półroczu br. wydano już 820 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom (w całym 2017 roku było ich w sumie 1,8 mln). Większość z nich (92 proc.) dotyczyła Ukraińców. Wynik I półrocza jest o 13 proc. niższy niż przed rokiem, jednak uwzględniwszy nowy rodzaj wniosków o zezwolenie na pracę sezonową, których wydano w tym czasie 157 tys., wzrost wynosi 3 proc. Eksperci agencji rekrutacyjnej Personnel Service oceniają, że zmniejszona dynamika to efekt nowych przepisów dotyczących zatrudniania cudzoziemców, które ograniczają wydawanie fikcyjnych oświadczeń.

W I półroczu br. najwięcej oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom składali pracodawcy z sektorów: przetwórstwo przemysłowe (35 proc.), budownictwo (22 proc.), agencje pracy tymczasowej (16 proc.) oraz transport i gospodarka magazynowa (11 proc.). Dla tych branż zatrudnianie cudzoziemców to często jedyny sposób utrzymania ciągłości produkcji i działalności przedsiębiorstw.

– Dopóki rozwój technologii i spowodowany tym wzrost efektywności pracy nie będzie na tyle szybki, że będziemy w stanie uzyskać spodziewane efekty własnymi zasobami, to pracownicy z zagranicy są naszym jedynym wyjściem – podkreśla Agnieszka Zielińska.

Jak wynika z ostatniego badania „Barometru Imigracji Zarobkowej” Personnel Service, 14 proc. pracodawców uważa, że rekrutacja pracowników z Ukrainy jest teraz trudniejsza niż w przeszłości (wzrost o 3 pkt proc. w porównaniu do poprzedniego półrocza). Firmy, które dostrzegają trudności w rekrutacji obywateli Ukrainy, na pierwszym miejscu wskazują formalności administracyjne (41 proc.), a na drugim maksymalny, sześciomiesięczny okres pracy w ciągu roku (35 proc.). Badanie pokazuje, że aż trzy czwarte (73 proc.) pracowników z Ukrainy oraz 66 polskich pracodawców chciałoby, aby możliwość legalnej pracy została wydłużona powyżej sześciu miesięcy.

– Od początku roku funkcjonuje znowelizowana ustawa, która wprowadziła szereg rozwiązań usprawniających tę procedurę i okres oczekiwania [na zezwolenie na pracę – red.] został skrócony. Niemniej jednak dostrzegamy, że pracowników z Ukrainy i kandydatów chętnych do tego, aby przyjechać do pracy do Polski, już nie wystarcza. Na dodatek w sąsiednich krajach, np. w Niemczech, także rozluźnia się polityka dotycząca zatrudniania pracowników z Ukrainy – zauważa Agnieszka Zielińska.

Co za tym idzie, polscy pracodawcy muszą szukać kandydatów nie tylko za wschodnią granicą, ale również w innych krajach, m.in. w Azji.

Tam pojawia się duży problem zatoru administracyjnego, ponieważ uzyskanie dokumentu pobytowego dla pracowników z krajów azjatyckich, mimo że oni mają już zezwolenie na pracę w Polsce, jest niezwykle trudne. Kolejki w konsulacie w New Delhi sięgają od ośmiu do dziesięciu miesięcy, co absolutnie nie przystaje na to, w jaki sposób funkcjonuje biznes, i nie odpowiada na nasze potrzeby – mówi Agnieszka Zielińska.

Obecnie 39 proc. polskich firm zatrudnia obcokrajowców spoza Unii Europejskiej – wynika z opublikowanego w czerwcu raportu Stowarzyszenia Interwencji Prawnej (SIP) i Fundacji Konrada Adenauera. W średniej wielkości przedsiębiorstwach ten odsetek jest znacząco wyższy i wynosi 65 proc., wśród małych firm na taki krok zdecydowała się blisko połowa. Zdecydowana większość, bo aż 81 proc. firm, rozważa zatrudnienie kolejnych obcokrajowców. Istotną barierą są jednak skomplikowane i czasochłonne procedury wymagane przy zatrudnianiu zagranicznych pracowników spoza UE.

Kierownik Polskiego Forum HR podkreśla, że najbardziej palące potrzebne zmiany w formalnościach dotyczących zatrudniania cudzoziemców to m.in. przyspieszenie procedowania dokumentów i wniosków o legalizację zatrudnienia.

Rejestracja oświadczeń przebiega już dość sprawnie, z zezwoleniami jeszcze mamy kilka uwag dotyczących informatyzacji tego procesu. To są szczegóły, które jednak wpływają na funkcjonowanie całego systemu. Postulowaliśmy też o to, żeby rozszerzyć listę państw, których obywatele mogą pracować w Polsce na podstawie oświadczenia, czyli tej uproszczonej procedury. Na razie nie mamy jednak żadnych sygnałów, że coś się w tym kierunku dzieje. Mieliśmy też pomysł, żeby zezwolenie na pracę szło nie za pracodawcą, ale za pracownikiem, co przy obecnym poziomie rotacji mogłoby wiele ułatwić. To są główne obszary wymagające usprawnienia – wymienia Agnieszka Zielińska.

Ocenia również, że sytuacja rynkowa będzie wymuszać na pracodawcach zatrudnianie coraz większej liczby cudzoziemców, dzięki czemu poprawi się też ich sytuacja w Polsce i otwartość na pracowników z zagranicy.

Wskazane jest, aby polska legislacja podążała za potrzebami pracodawców i usprawniała te systemy. Były plany wydłużenia legalizacji pracy na podstawie oświadczeń do dwunastu miesięcy, ale na razie ten temat ucichł. Miejmy nadzieję, że wróci, bo to rzeczywiście byłoby duże usprawnienie. Mamy w Polsce coraz mniej opcji, a obecny problem deficytu kandydatów trzeba jakoś rozwiązać, zanim wpłynie na ogólną sytuację ekonomiczną kraju – podkreśla Agnieszka Zielińska.

Polacy coraz chętniej decydują się na telekomunikacyjne pakiety. Korzysta z nich już 10 mln osób

Polacy coraz chętniej decydują się na telekomunikacyjne pakiety. Korzysta z nich już 10 mln osób 7

Pakiety łączące różne usługi telekomunikacyjne dostępne u jednego dostawcy cieszą się w Polsce coraz większą popularnością. Według danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej na takie rozwiązanie zdecydowało się ponad 10 mln konsumentów. Potwierdzają to dane z rynku – Orange Polska ogłosił właśnie, że z pakietu Orange Love korzysta już ponad milion klientów. Potencjał rozwoju tego rynku wciąż jest bardzo duży. 

Sprzedaż pakietów usług to najszybciej rosnący segment rynku telekomunikacyjnego – pokazuje raport Urzędu Komunikacji Elektronicznej podsumowujący ubiegły rok. W ciągu ostatnich czterech lat liczba klientów takich ofert wzrosła blisko trzykrotnie. Tylko w ciągu ostatniego roku liczba klientów korzystających z pakietów zwiększyła się o 29 proc., a jednocześnie wartość tego segmentu rynku wzrosła do 4,72 mld zł.

W porównaniu z innymi krajami Europy polscy klienci jednak nadal rzadziej korzystają z ofert, w ramach których pojedynczy dostawca tworzy pakiet usług telefonii stacjonarnej, komórkowej i dostępu do internetu.

– Przykładowo we Francji lub Hiszpanii znakomita większość klientów wybiera pakiety. W Polsce ten trend jest nadal dosyć ograniczony. Przekonujemy jednak Polaków, że to ma sens, że to się opłaca i w ogólnym rozrachunku jest to prostsze rozwiązanie. Zamiast wielu usługodawców i kilku rachunków mamy bowiem jeden rachunek i jednego dostawcę, z którym się kontaktujemy. To łatwiejsze, wygodniejsze i bardziej opłacalne – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska.

Raport UKE pokazuje, że dominujące są pakiety usług w tej samej technologii, czyli telefonia mobilna i internet mobilny (60,1 proc.) albo internet stacjonarny i telewizja (11,1 proc.). Najrzadsza konfiguracja (7,2 proc.) łączy telefonię stacjonarną, internet stacjonarny i telewizję. Na polskim rynku usługi łączone pojawiły się mniej więcej dziesięć lat temu, ale dopiero w ostatnich latach nastąpił prawdziwy boom. W tym roku rynek rośnie równie dynamicznie. Jedną z tzw. ofert konwergentnych, czyli łączących w jeden pakiet usługi stacjonarne, mobilne i telewizję, jest wprowadzona nieco ponad półtora roku temu oferta Orange Love. Dziś ma już w Polsce przeszło milion użytkowników. Tylko w trzecim kwartale br. przybyło ich 41 tys.

Łączenie usług w pakiety to nie tyle przyszłość, ile teraźniejszość branży telekomunikacyjnej. Wprowadziliśmy Orange Love 19 miesięcy temu i w tym czasie zdążyliśmy do niej przekonać milion Polaków – podkreśla Jean-François Fallacher.

Łączenie ofert internetu, telefonii i telewizji w ramach różnych technologii (mobilnej i stacjonarnej) ułatwia codziennie funkcjonowanie klientom, którzy płacą jeden rachunek i mogą korzystać z wybranych usług tam, gdzie chcą, i na dowolnym urządzeniu. Ponieważ więcej oznacza taniej – usługi łączone przekładają się na znaczne oszczędności w domowych budżetach. Plusem jest także ich prostota i wygoda. Jak wynika z badania UKE podsumowującego 2017 rok, dotyczącego preferencji konsumentów, 92,9 proc. klientów wyraża ogólne zadowolenie z usług wiązanych. Doceniają oni wygodę, przejrzystość oferty, jakość usług i niską cenę. Łączenie usług to również korzyść dla operatora, ponieważ jest sposobem na zatrzymanie klientów na dłużej, co na konkurencyjnym rynku telekomunikacyjnym ma istotne znaczenie. Z badań Orange Polska wynika, że klienci korzystający z pakietów konwergentnych są bardziej zadowoleni z oferty niż ci, którzy kupili tylko internet lub same usługi mobilne. Chętniej też polecają usługi operatora innym.

Usługi konwergentne są bardzo przystępne cenowo. Czasami wychodzę na kawę w centrum Warszawy i widzę, że café latte kosztuje 15 zł. Nasz pakiet oferujemy więc w cenie sześć–siedem kaw miesięcznie. Sądzę, że to bardzo przystępna oferta – mówi Jean-François Fallacher.

W ramach takich pakietów usług Orange oferuje miks technologii stacjonarnej i mobilnej. Ze statystyk operatora wynika, że klienci Orange Love korzystają średnio z ponad czterech usług, a na jednego przypadają niemal dwie karty SIM. Ponad 600 tys. klientów tej oferty korzysta z usługi telewizyjnej, a ponad 150 tys. ze światłowodu.

Przełom w leczeniu niedokrwiennego udaru mózgu. Skuteczny zabieg w Polsce wykonuje tylko 7 placówek

Przełom w leczeniu niedokrwiennego udaru mózgu. Skuteczny zabieg w Polsce wykonuje tylko 7 placówek 8

Skuteczność leczenia udaru mózgu zależy od tempa, w jakim zostanie ono wdrożone. Nowoczesna terapia o nazwie trombektomia mechaniczna może zostać zastosowana nawet sześć godzin po wystąpieniu objawów. Daje ona trzykrotnie lepsze efekty niż tradycyjnie stosowana tromboliza. W Polsce dostępna jest jednak tylko w siedmiu placówkach – w Lublinie, Rzeszowie, Krakowie, Katowicach, Gdańsku, Warszawie i Grodzisku Mazowieckim – w ramach programu pilotażowego.

Udar mózgu to nagłe, występujące miejscowo zaburzenia krążenia, w wyniku których krew nie dociera do tkanki mózgowej. Wśród czynników odpowiedzialnych za występowanie udaru znajduje się nadwaga, palenie tytoniu, cukrzyca, miażdżyca, nadciśnienie tętnicze, niektóre schorzenia serca, przewlekły stres oraz wiek. Najczęściej chorują osoby po 65 roku życia, choć 15 proc. wszystkich pacjentów stanowią chorzy, którzy nie ukończyli 45 lat. Udar objawia się przede wszystkim nagłym zaburzeniem czucia w jednej połowie ciała, problemami z widzeniem, gwałtownie występującymi zawrotami głowy z nudnościami i wymiotami, a także zaburzeniami mowy. Osoba, u której występują tego rodzaju symptomy, powinna natychmiast trafić do szpitala.

– Wizyty u lekarza rodzinnego czy okulisty wydłużają czas diagnostyki udaru i powodują, że chory trafia do szpitala w momencie, kiedy nie możemy mu już pomóc. Oczywiście, możemy diagnozować dalej przyczyny udaru, ale wszystkie metody leczenia interwencyjnego należy wykonać w określonym oknie czasowym: tromboliza – cztery i pół godziny, a trombektomia – sześć godzin – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. n. med. Jarosław Sławek, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

Podstawą działania lekarzy specjalistów jest odpowiednio szybka diagnoza, a więc ustalenie, czy u pacjenta wystąpił udar niedokrwienny czy krwotoczny. Przyczyną pierwszego z nich jest niedrożność tętnicy zaopatrującej mózg w krew, drugi pojawia się natomiast na skutek pęknięcia ściany tętnicy mózgowej. Udary niedokrwienne występują znacznie częściej – stanowią 85 proc. wszystkich przypadków i mogą być skutecznie leczone. W diagnostyce wykorzystywana jest tomografia komputerowa oraz ultrasonografia tętnic domózgowych – na ich podstawie pacjent kwalifikowany jest do określonego leczenia. Nowością w terapii udaru niedokrwiennego jest trombektomia mechaniczna.

 Zabieg polega na wyciągnięciu cewnikiem skrzepliny z naczynia mózgowego, które ta skrzeplina zamyka. To jest metoda znacznie skuteczniejsza niż dotychczas stosowana tromboliza, czyli podanie leku, który rozpuszcza tę skrzeplinę. Skuteczność jest 2–3-krotnie wyższa – mówi prof. Jarosław Sławek.

Zabieg trombektomii mechanicznej ma nieco szersze okno terapeutyczne niż zabieg trombolizy, można go bowiem przeprowadzić sześć godzin po wystąpieniu udaru. Najnowsze badania dają nadzieję, że już wkrótce okno to powiększy się do szesnastu, a nawet dwudziestu czterech godzin. Trombektomia jest zabiegiem inwazyjnym, który powinien być wykonywany w specjalistycznych ośrodkach. W Polsce jest obecnie ponad dwadzieścia tego rodzaju placówek, resort zdrowia objął refundacją operację wykonywane tylko w siedmiu z nich w ramach programu pilotażowego.

 Pilotaż nie jest w interesie pacjentów, dla których ważny jest szeroki dostęp do ośrodków neurologicznych wykonujących trombektomię mechaniczną. Sama metoda nie wymaga sprawdzenia pod kątem skuteczności, natomiast sprawny system wymaga jej finansowania. Niezrozumiałe zatem dla nas jest przewlekanie, odkładanie w czasie, brak mapy drogowej, która wyznaczałaby włączanie kolejnych ośrodków do leczenia za pomocą tej metody – mówi prof. Jarosław Sławek.

Ograniczony dostęp do nowoczesnych terapii to nie jest jedyny problem polskiej neurologii. Równie istotne znaczenie ma deficyt młodych kadr. Specjalizację tę wybiera bowiem stosunkowo niewielki odsetek studentów uczelni medycznych. Zdaniem eksperta może to mieć związek ze stereotypowym postrzeganiem neurologii jako specjalizacji diagnostycznej, a nie terapeutycznej. Pozyskanie nowych kadr, zwłaszcza dla oddziałów szpitalnych, oraz podwyższenie poziomu edukacji przyszłych neurologów są więc jednymi z najistotniejszych wyzwań Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

– Chcemy inicjować także badania naukowe, również postulować o lepszą organizację opieki nad chorymi neurologicznymi w Polsce, bo ta obecna jest bardzo kosztochłonna i bardzo nieefektywna pod względem ekonomicznym – mówi prof. Jarosław Sławek.

Media społecznościowe zmieniają branżę kosmetyczną. Trendy w makijażu wyznaczają obecnie gwiazdy

Media społecznościowe zmieniają branżę kosmetyczną. Trendy w makijażu wyznaczają obecnie gwiazdy 9

Ciepły brąz na powiekach i czerwień na ustach – tak powinien wyglądać makijaż na jesień i zimę 2018/2019. Trendy wyznaczają obecnie nie tylko słynni wizażyści, lecz przede wszystkim popularne w internecie celebrytki.

Gwałtowny rozwój mediów społecznościowych w istotny sposób wpłynął na branżę kosmetyczną. Sezonowe trendy w makijażu wyznaczają obecnie nie tylko najwięksi światowi styliści i wizażyści, lecz przede wszystkim celebrytki cieszące się największą popularnością wśród internautów. Należy do nich m.in. polska modelka Joanna Krupa, której profil na Instagramie obserwuje 1,3 mln internautów.

– Często to właśnie one narzucają trendy, bo jeśli coś wygląda dobrze na czerwonym dywanie, to cały świat chce to nosić i cieszyć się tym. Trendy w makijażu inspirowane są w dużej mierze stylizacjami celebrytek – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Neil Young, ambasador makijażu marki Douglas.

Zdaniem eksperta do lamusa odchodzi także podział na sezonowe trendy wyznaczane przez pory roku. Na tę zmianę również miały wpływ media społecznościowe. Dzięki internetowi marki kosmetyczne docierają bowiem do kobiet żyjących w różnych strefach klimatycznych. Ten sam przekaz trafia więc zarówno do klientek, które w danym momencie cieszą się słonecznym latem, jak i tych, które doświadczających zimowych mrozów.

– Nie wierzę już w podział na jesień, zimę, wiosnę i lato. Jeśli czujesz się w czymś dobrze, noś to! Niezależnie od koloru i niezależnie od stylu. Jeśli w czymś jest ci dobrze, noś to i czerp z tego przyjemność! – mówi Neil Young.

W sezonie jesienno-zimowym zawsze sprawdzi się klasyka, czyli mocno podkreślone usta. Najlepiej wybrać pomadkę w odcieniach czerwieni, która kojarzy się właśnie z tymi porami roku. Oko można podkreślić graficzną kreską, wykonaną eyelinerem lub kredką. Panie, które lubią mocniejszy makijaż oka, mogą użyć również cieni w klasycznej kolorystyce.

– Jeśli chodzi o paletę cieni, odzwierciedla ona w dużej mierze charakter sezonu. Dominują w niej ciepłe brązy, miedź, złoto, barwy metaliczne – mówi Neil Young.

Postępujące zmiany klimatyczne wymuszają pilną zmianę źródeł energii. Nowe technologie ograniczają emisję dwutlenku węgla oraz pochłaniają go z powietrza

Postępujące zmiany klimatyczne wymuszają pilną zmianę źródeł energii. Nowe technologie ograniczają emisję dwutlenku węgla oraz pochłaniają go z powietrza 10

W ciągu najbliższych kilku dekad globalne ocieplenie może osiągnąć niebezpieczny poziom – alarmują klimatolodzy i apelują o redukcję emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Coraz więcej państw w odpowiedzi na to rezygnuje z obciążającej środowisko energetyki węglowej na rzecz odnawialnych źródeł energii. To jednak za mało. Aby skutecznie zredukować efekt cieplarniany, potrzebne są technologie pochłaniające dwutlenek węgla już znajdujący się w atmosferze.

– Nowe technologie mogą pomóc w walce ze zmianami klimatycznymi. Mówimy przede wszystkim o wdrażaniu odnawialnych źródeł energii. Te technologie są już sprawdzone, są coraz tańsze. Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat koszt energii wytwarzanej z fotowoltaiki spadł o 73 proc., a koszty energii produkowanej z wiatru spadły o jedną czwartą. Ta branża rozwija się w sposób bardzo dynamiczny – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Jędrzejewski, rzecznik polityczny Koalicji Klimatycznej.

Potrzeba wprowadzania zmian w polityce energetycznej jest bardzo pilna. Mogą o tym świadczyć przewidywania klimatologów z działającego przy Organizacji Narodów Zjednoczonych Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC). Z analiz zespołu badawczego pod przewodnictwem prof. Jamesa Hansena wynika, że jeżeli roczne emisje dwutlenku węgla rosłyby o 2 proc., to do końca XXI wieku jego stężenie w atmosferze byłoby dwukrotnie większe niż obecnie i wynosiłoby 864 ppm.

Zdaniem naukowców przy ograniczeniu stężenia do 350 ppm, udałoby się zamknąć wzrost globalnej temperatury na poziomie nieprzekraczającym 1,5 stopnia Celsjusza. Takie ocieplenie i tak skutkowałoby poważnymi zmianami pogodowymi, znacznym podniesieniem poziomu mórz i zachwianiem naturalnych ekosystemów, ale ich skala nie wykraczałaby poza bezpieczne normy.

– Jeżeli będziemy przechodzili na odnawialne źródła energii, energetykę rozproszoną, energetykę obywatelską, jeżeli będziemy stosowali te sprawdzone i możliwe do wdrożenia technologie, przyczyni się to i do rozwoju gospodarczego, i do zwiększenia rynku pracy, i do znacznego zmniejszenia liczby chorób. Jeżeli zmniejszymy emisję, będziemy mieli czystsze powietrze. Powietrze mniej zanieczyszczone oznacza, że mniej ludzi przedwcześnie z tego powodu umrze czy mniej osób z tego powodu zachoruje – apeluje Krzysztof Jędrzejewski.

Kluczowy może być rozwój technologii pozwalającej na magazynowanie wyprodukowanej energii. Dotychczas za dużą wadę energetyki odnawialnej uznawany był fakt, że wyprodukowaną energię należy spożytkować w czasie rzeczywistym. Co więcej, w przypadku fotowoltaiki okresy gorszego nasłonecznienia i godziny nocne są czasem, w którym energia produkowana jest cząstkowo lub wcale. Wydajne magazyny energii mogłyby rozwiązać problem podaży energii w tych okresach.

– Następuje bardzo intensywny rozwój magazynów energii, jednocześnie spadek cen tychże magazynów, bo do tej pory pewna stabilność energetyki ze źródeł odnawialnych była uzależniona od możliwości jej magazynowania. To się w sposób bardzo dynamiczny zmienia – wskazuje Krzysztof Jędrzejewski.

Zdaniem analityków z firmy doradczej Frost & Sullivan to właśnie systemy magazynowania energii w akumulatorach w najbliższych latach będą jednym z najważniejszych sposobów na spopularyzowanie OZE. Wartość światowego rynku magazynów energii do 2024 roku ma przekroczyć 8 mld dol. Coraz więcej krajów decyduje się więc na odejście od energetyki węglowej na rzecz wytwarzania jej ze źródeł odnawialnych.

– W 2017 roku Chiny zainwestowały w OZE około 125 mld dol., 30 proc. więcej niż rok wcześniej, USA inwestują na poziomie 40 mld dol. rocznie. Bardzo ambitny plan, tzw. Solar India, czyli słoneczne Indie, ma z kolei na celu odchodzenie od energetyki węglowej w tym kraju, a przechodzenie na odnawialne źródła energii – mówi rzecznik polityczny Koalicji Klimatycznej.

Polska wciąż pozostaje pod tym względem w tyle za światowymi liderami. Rodzima energetyka nadal aż w 85 proc. oparta jest na węglu. Dywersyfikacji źródeł energii mają służyć założenia rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Zakłada ona stopniowe i efektywne kosztowo zwiększanie udziału OZE w źródłach energii w ciągu najbliższej dekady.

Ograniczenie emisji do atmosfery gazów cieplarnianych nie rozwiązuje jednak zdaniem naukowców z IPCC problemu związanego z efektem cieplarnianym. Według nich należy opracować metody redukcji dwutlenku węgla już wyemitowanego. Realizowany przez Islandczyków projekt CarbFix zakłada np. wtłoczenie do wnętrza Ziemi dwutlenku węgla wymieszanego z siarkowodorem. Bazalt, czyli skała wulkaniczna, do której została wtłoczona mieszanina, stała się podłożem dla reakcji gazu z wodą. Produktem reakcji była substancja stała podobna do kredy. Mineralizacji uległo w wyniku eksperymentu nawet do 98 proc. dwutlenku węgla.

Z kolei wspierany przez Billa Gatesa kanadyjski start-up Carbon Engineering opracował technologię wychwytywania dwutlenku węgla wprost z powietrza. Polega ona na zasysaniu powietrza za pomocą wielkich wentylatorów do wieży chłodniczej. Powietrze wchodzi w niej w reakcję z wodorotlenkiem potasu. W wyniku szeregu reakcji można uzyskać paliwo, którego koszt produkcji wynosi około dolara za litr.

– Przestańmy budować kolejne bloki węglowe, tak jak ostatnio pan minister Tchórzewski funduje nam wbrew wszelkiej logice ekonomicznej czy społecznej elektrownię Ostrołęka C, a zacznijmy transformację, zacznijmy odchodzenie od węgla, a przejdźmy na rozwój odnawialnych źródeł energii i zwiększanie efektywności energetycznej – konkluduje Krzysztof Jędrzejewski.

Sztuczna inteligencja zautomatyzuje branżę cyberbezpieczeństwa. Będzie wskazywać i sama zwalczać zagrożenia

Sztuczna inteligencja zautomatyzuje branżę cyberbezpieczeństwa. Będzie wskazywać i sama zwalczać zagrożenia 11

Branża informatyczna nadal boryka się z niedoborem ekspertów zajmujących się walką z przestępczością w internecie. Analitycy z firmy Fortinet oszacowali, że w 2022 roku w samej tylko Europie zabraknie 350 tysięcy specjalistów od cyberbezpieczeństwa. Problem niedoboru kadrowego może rozwiązać sztuczna inteligencja oraz programy automatyzujące proces wykrywania zagrożeń. W przyszłości SI w branży bezpieczeństwa cybernetycznego będzie rozróżniać zagrożenia podobnie jak człowiek, ale o wiele szybciej i na większą skalę.

– Główną rolą sztucznej inteligencji w cyberbezpieczeństwie jest postrzeganie obrazu zagrożenia tak, jak widzi go człowiek. Obecnie analitycy ds. bezpieczeństwa tworzą obraz sytuacji z małych elementów. Pozyskują informacje, zadają pytania i w ten sposób budują pełny obraz. To jest trudne zadanie dla maszyny, natomiast sztuczna inteligencja potrafiłaby wykonywać ten proces automatycznie, postrzegając zagrożenia tak jak my i zalecając nam kolejne kroki do podjęcia bez otrzymania wcześniejszych instrukcji, jak to zrobić – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Aviv Mor z Verint Systems.

Cyberprzestępczość to dziś problem o charakterze globalnym, z którym zmagają się zarówno użytkownicy prywatni, jak i firmy czy organizacje publiczne. O skali zagrożenia najlepiej świadczy badanie przeprowadzone przez Fortinet, które wykazało, że w ciągu ostatnich dwóch lat aż 95 proc. polskich firm doświadczyło problemów związanych z naruszeniem bezpieczeństwa systemów informatycznych. Skala problemu jest na tyle duża, że na rynku od lat brakuje specjalistów do walki z cyberprzestępczością.

Brytyjska organizacja Qufaro zajmująca się problemami bezpieczeństwa w sieci planuje nawet powołać szkołę National College of CyberSecurity, która wyedukuje przyszłych specjalistów. To jednak może nie wystarczyć, aby uodpornić systemy informatyczne na ataki ze strony cyberprzestępców.

Pomocne może się okazać wykorzystanie sztucznej inteligencji. Systemy automatyzujące ochronę danych wykonają większość pracy za człowieka, dzięki czemu uczelniom uda się szybciej wyszkolić brakującą kadrę informatyczną.

– Automatyzacja cyberbezpieczeństwa pozwala na obniżenie poziomu umiejętności wymaganego do pracy w centrum bezpieczeństwa. Przeniesienie zadań z ludzi na maszyny umożliwia obniżenie wymagań w zakresie przeszkolenia i umiejętności pracowników centrum bezpieczeństwa – tłumaczy ekspert.

Sztuczna inteligencja powinna przede wszystkim zautomatyzować proces wykrywania zagrożeń. Dzięki wykorzystaniu technologii uczenia maszynowego SI mogłaby precyzyjnie odsiać prawdziwe zagrożenia od fałszywych alarmów, które nadmiernie obciążają pracę zespołów ds. bezpieczeństwa internetowego. Firma Red Hat podczas konferencji AnsibleFest 2018 zaprezentowała, jak platforma Ansible automatyzuje najważniejsze procesy bezpieczeństwa. Oprogramowanie może samoczynnie wykrywać podejrzane działania w sieci, analizować zagrożenia i zapobiegać włamaniom. Ansible potrafi także przekonfigurować firmową zaporę sieciową i automatycznie wpisać źródła ataku na czarną listę.

Podobne rozwiązania wdroży dla swoich klientów firma Oracle. Nowa platforma bezpieczeństwa Oracle Cloud Infrastructure będzie automatycznie instalowała poprawki bezpieczeństwa i wykorzysta technologię uczenia maszynowego do rozpoznawania nowych zagrożeń. Sztuczna inteligencja zostanie także wykorzystana do usuwania skutków cyberataków.

– Dzięki zastosowaniu automatyzacji w centrum bezpieczeństwa możemy znacznie szybciej dostrzec, zrozumieć i zareagować na czyhające w sieci zagrożenia, a tym samym schwytać osoby przeprowadzające atak zaraz po tym, jak złamią zabezpieczenia, zanim będzie za późno. Atakujący ciągle dostosowują swoje sposoby działania. Nie sądzę, aby należało dążyć do pełnego bezpieczeństwa, ale jego wysoki stopień pozwala zidentyfikować zagrożenie i zareagować na tyle szybko, by zapobiec szkodom. Do tego powinno się dążyć – twierdzi Aviv Mor.

Firma analityczna Technavio szacuje, że rynek technologii cyberbezpieczeństwa wykorzystujący sztuczną inteligencję do 2022 roku będzie się rozwijał w tempie 29 proc. średniorocznie. Z kolei według analityków z Reaserch and Markets wartość rynku zautomatyzowanych systemów cyberbezpieczeństwa wzrośnie do 5,8 mld dol. w 2025 roku przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 23 proc.                                                              

VII Konferencja Top Industry Summit

VII edycja jednego z najważniejszych wydarzeń branży przemysłowej – konferencja Top Industry Summit odbędzie się już 7 listopada w warszawskim hotelu The Westin pod patronatem honorowym Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju.

EC_Top-IndustryObecnie coraz częściej mówi się o wszechobecnej robotyce, czy sztucznej inteligencji, które stają się nieodłącznym elementem naszego życia. Sektor energetyczny, farmacja czy przemysł ciężki, nie wspominając o wszelkiego rodzaju produkcji, to tylko część sektorów, w których automatyzacja jest wykorzystywana na szeroką skalę. Tegorocznemu forum przyświeca idea debaty o wyzwaniach, jakie stwarza postępująca czwarta rewolucja przemysłowa.

Zaproszeni eksperci ze świata nauki i biznesu podzielą się swoją wiedzą dotyczącą rozwoju nowych technologii oraz odpowiedzą na wszelkie pytania nurtujące gości. Wśród podejmowanych tematów znajdą się zagadnienia dotyczące przemysłu w dobie robotyki i automatyki, współczesnej wizji mobilności, efektywności sektora gazowego i energetycznego czy też cyberbezpieczeństwa oraz sztucznej inteligencji. Poznamy również odpowiedzi na pytania jak skutecznie wykorzystać potencjał płynący z machine learning oraz jak stworzyć nowoczesną firmę w oparciu o efektywną współpracę biznesu i nauki.

Zgodnie z tradycją, zwieńczeniem konferencji będzie gala rozdania „Diamentów Top Industry”. Nagrody te uhonorują najważniejsze osiągnięcia oraz najbardziej wyróżniające się spółki, projekty i osobowości w całej branży. Kapituła konkursowa nagrodzi laureatów w kategoriach takich jak: produkt roku, osobowość branży, lider technologii ale i wiele innych.

Partnerem głównym wydarzenia jest PKO Bank Polski.

Partnerami złotymi zostali: Engie Polska, Future Pipe Industries, Nask SA oraz Toyota Motor Poland.

Partnerami wydarzenia są: APA Group, Autoland, Bank Gospodarstwa Krajowego, Robert Bosch, Canon Polska, Cigno Consulting, Kancelaria DZP, Fracht FWO Polska, Ghelamco, ING Bank Śląski, Kongsberg Automotive, Lyreco, Marvipol, Microstrategy, Nord Partner, Pocztylion Arka Powszechne Towarzystwo Emerytalne, Precia Polska, Sage Polska.

Partnerem gali natomiast jest Alfavox.

Rejestracja na wydarzenie: http://www.executive-club.com.pl/konferencje/chemia/7-listopada-2018/rejestracja/

W Polsce, podobnie jak w większości krajów wysokorozwiniętych, nadal istnieją nierówności edukacyjne wśród dzieci

Mieszkanie w zamożnym kraju nie gwarantuje równego dostępu do wysokiej jakości edukacji, zauważa UNICEF w opublikowanym dziś raporcie „Niesprawiedliwy Start” dotyczącym nierówności edukacyjnych wśród dzieci w krajach wysokorozwiniętych, w tym w Polsce. Dzieci w mniej zamożnych krajach często doświadczają mniejszych nierówności edukacyjnych pomimo gorszej sytuacji ekonomicznej danego kraju.

W raporcie „Niesprawiedliwy Start. Nierówności edukacyjne wśród dzieci w krajach wysokorozwiniętych” UNICEF porównał wyniki 41 państw członkowskich UE i OECD pod względem nierówności edukacyjnych na poziomie wychowania przedszkolnego, szkoły podstawowej oraz szkoły średniej. Autorzy zbadali również powiązania między nierównościami edukacyjnymi a takimi czynnikami jak: zawód rodziców, imigranckie pochodzenie, płeć dziecka, a także charakter szkoły.

Z danych zaprezentowanych w Raporcie wynika, że Finlandia, Łotwa oraz Portugalia mają systemy edukacji zapewniające najwyższy poziom równości na wszystkich trzech poziomach edukacji i znalazły się w najwyższej części tabeli rankingowej. Z kolei Australia, Nowa Zelandia i Słowacja znalazły się na dole rankingu ze względu na duże nierówności utrzymujące się we wszystkich trzech obszarach. Polska znalazła się w najwyższej części tabeli rankingowej na dwóch poziomach: wychowania przedszkolnego oraz szkoły średniej.

W poszczególnych krajach występują znaczące różnice w zakresie nierówności na poszczególnych etapach kształcenia. Irlandia i Słowenia znalazły się na dole tabeli rankingowej (znaczne nierówności) pod względem upowszechnienia uczestnictwa w wychowaniu przedszkolnym, ale przesuwają się na jej początek (niskie nierówności) na poziomie szkoły średniej. We Francji wskaźnik uczestnictwa w wychowaniu przedszkolnym należy do jednego z najwyższych wśród badanych krajów, lecz na poziomie szkoły średniej kraj ten plasuje się w dole tabeli rankingowej. Holandia znajduje się na czele zestawienia pod względem wyrównanych wyników w zakresie osiągnięć w czytaniu w szkole podstawowej, jednak spada na 26. miejsce w rankingu (na 38 krajów) w tym obszarze wśród 15-latków.

W ogólnych rankingach Polska wypada bardzo dobrze w zakresie nierówności edukacyjnych. Możemy się poszczycić tym, że należymy do grona najlepszych. Jednak jeżeli przyjrzymy się bardziej szczegółowo ustaleniom Raportu, to możemy zauważyć, że w dalszym ciągu w naszym kraju istnieją duże nierówności edukacyjne. Wynikają one w znacznym stopniu z sytuacji społeczno-ekonomicznej rodzin. Niestety do tej pory nasz system edukacyjny nie był w stanie ich ograniczyć, powiedział Marek Krupiński, Dyrektor Generalny UNICEF Polska.

W Polsce niemal wszystkie dzieci (99,7%) uczęszczają do przedszkola na rok przed oficjalnym wiekiem rozpoczęcia nauki w szkole podstawowej, jest to element obowiązkowy edukacji. Jednak tylko 8% dzieci w wieku poniżej 3 lat jest zapisanych do żłobków i innych placówek opieki nad dziećmi, co stawia nas na 3. od końca miejscu wśród badanych krajów. Gorzej sytuacja wygląda tylko w Czechach i na Słowacji.

89% dzieci w Polsce osiąga dobry poziom umiejętności w czytaniu (na poziomie średniozaawansowanym lub wyższym) w 4. klasie szkoły podstawowej. Mimo to luka osiągnięć w czytaniu w Polsce (pomiędzy uczniami z najlepszymi i najgorszymi wynikami) jest dość duża i plasuje Polskę na 15. miejscu wśród 31 krajów. Oznacza to, że nierówności edukacyjne na tym poziomie kształcenia są znaczące.

86% dzieci w wieku 15 lat osiąga podstawową (poziom 2) umiejętność czytania, co plasuje Polskę w czołówce międzynarodowej. Niestety istnieje bardzo duża różnica w oczekiwaniach młodzieży co do kontynuacji nauki na poziomie wyższym. Wśród dzieci rodziców o wysokim statusie zawodowym chęć dalszego kształcenia deklaruje 60% uczniów, zaś wśród dzieci rodziców o niskim statusie zawodowym tylko 39%. Tak duża różnica w tym zakresie dotyczy jedynie Polski, stawiając nas na ostatnim miejscu wśród badanych krajów.

Krzysztof Szczerbacz: Czy Ukraińcy wyjada z Polski do Niemiec?

Czy istnieje realne zagrożenie, że obywatele Ukrainy pracujący obecnie w Polsce wyjadą do Niemiec w związku z potencjalnym szerszym otwarciem niemieckiego rynku pracy dla Ukraińców? – komentarz ARC Rynek i Opinia na podstawie wyników badania zrealizowanego wśród Ukraińców.

Ostatnio pojawiły się w mediach informacje, że polscy pracodawcy mogą wkrótce stanąć przed wielkim problemem odpływu pracowników z Ukrainy z naszego kraju. Z badań przeprowadzonych w tym roku przez naszą firmę wynika, że jest kilka typów ukraińskich pracowników w Polsce. Wśród nich są tacy, którzy regularnie przyjeżdżają tutaj do pracy i wracają na Ukrainę. Niektórzy jednorazowo, niektórzy regularnie, jednak ich domem i miejscem do życia pozostaje Ukraina. Oni nie zamierzają przenosić się do Polski na stałe. Ta grupa to 28% Ukraińców pracujących w Polsce. Są też ludzie młodzi, studenci, dla których Polska jest miejscem przejściowym i którzy w dużej mierze rozważają dalszą emigrację po ukończeniu studiów. Jednak największa grupa badanych – 38% – zamierza zostać w naszym kraju na stałe, a kolejne 24% jeszcze nie podjęło w tym zakresie żadnej decyzji. Z naszego badania wynika również, że Ukraińcy są bardzo zadowoleni z pobytu w naszym kraju, przede wszystkim z poziomu życia (88%), dostępności różnych usług (83%) i życzliwości Polaków (75%). Trzy czwarte Ukraińców ma stałą pracę, co trzeci pracuje w swoim zawodzie. Prawie połowa planuje kupić w Polsce nieruchomość.

Wygląda więc na to, że zdecydowana większość Ukraińców może chcieć nadal zostać w naszym kraju. Dlaczego?

Krzysztof Szczerbacz
Krzysztof Szczerbacz z ARC Rynek i Opinia

Krzysztof Szczerbacz z ARC Rynek i Opinia: W emigracji ważny jest nie tylko aspekt finansowy, lecz również społeczny i kulturowy. Język ukraiński jest podobny do polskiego, kulturowo również nasze narody są zbliżone. Można założyć, że dużo trudniej byłoby się odnaleźć Ukraińcom, zwłaszcza tym dojrzałym, z dziećmi w Niemczech niż w Polsce. To pokazuje, że obywatele Ukrainy odnaleźli w Polsce stabilizację i z pewnością nie jest to oczywiste, że ze względu na wyższe zarobki są gotowi emigrować dalej. Oczywiście są różne rodzaje prac i można przypuszczać, że otwarcie rynku niemieckiego dla pracowników z Ukrainy może negatywnie wpłynąć na zatrudnienie przy pracach sezonowych, które nie wymagają znajomości języka oraz szczególnej aklimatyzacji w nowym miejscu. Bliskość kulturowa czy poczucie stabilizacji nie mają tutaj dużego znaczenia. Ważny jest jak najwyższy zarobek w jak najkrótszym czasie.

Ukraińcy dobrze czują się w Polsce

Źródło: ARC Rynek i Opinia, maj 2018

Dane pochodzą z badania zrealizowanego przez ARC Rynek i Opinia miało na celu ustalenie zwyczajów konsumenckich i postaw obywateli Ukrainy przebywających w Polsce. Badanie zrealizowano metodą CAWI (ankiety online) oraz metodą wywiadów realizowanych z wykorzystaniem tabletów przez ankieterów. Realizacja badania miała charakter modułowy. Zrealizowano łącznie 532 wywiady. Badaną populację stanowili obywatele Ukrainy przebywający obecnie w Polsce. Respondentów nie rekrutowano wśród osób pracujących sezonowo na wsi (np. przy zbiorach owoców). Termin realizacji badania: kwiecień-maj 2018.

Czwarta rewolucja przemysłowa w praktyce. Europa wciąż w ogonie

Najnowszy raport PwC obnaża prawdę o współczesnym przemyśle, który w większości pozostaje obojętny na technologiczną rewolucję. Ta ignorancja okupiona jest niemałą ceną. W regionie Azja-Pacyfik, gdzie największy odsetek producentów cieszy się cyfrową dojrzałością, spodziewany jest 17-procentowy wzrost przychodów wynikających bezpośrednio z adopcji technologii przemysłu 4.0. Europa tymczasem wciąż pozostaje w ogonie.

Czwarta rewolucja przemysłowa trwa w najlepsze, jednak jej wpływ na przedsiębiorstwa produkcyjne wciąż pozostaje znikomy – wynika z raportu PwC „Global Digital Operations Study 2018”. Nie oznacza to wcale, że brak działań w obszarze cyfrowej transformacji obejdzie się bez konsekwencji. – Firmy, które nie zaczną wprowadzać radykalnych zmian, czeka walka o przetrwanie. Jednak tylko nieliczne firmy czerpią realne korzyści z przemysłu 4.0. Nazywamy je cyfrowymi championami – pisze dr Reinhard Geissbauer z zespołu konsultingowego PwC.

Przemysł 4.0 w dużym skrócie można zdefiniować jako dogłębną cyfryzację procesów zachodzących w przedsiębiorstwach produkcyjnych poprzez implementację zaawansowanych systemów IT, przemysłowego internetu rzeczy, analityki danych i sztucznej inteligencji.

Kryzys adaptacji

W badaniu przeprowadzonym przez PwC wzięło udział 1155 menedżerów reprezentujących największe przedsiębiorstwa produkcyjne w 26 krajach. Zebrane w ten sposób informacje pozwoliły autorom raportu zapoznać się z posiadanymi przez nie rozwiązaniami technologicznymi, aktualnym stanem kluczowych ekosystemów, szczegółami na temat oferowanych produktów i usług oraz współpracy z dostawcami i partnerami. Zyskując wgląd w kluczowe obszary działalności firm produkcyjnych, doszli oni do niepokojących wniosków: zaledwie 10 proc. przebadanych podmiotów osiągnęło poziom cyfrowych championów. Reszta wciąż pozostaje daleko w tyle i, nawet posiadając technologie przemysłu 4.0, nie potrafi czerpać z nich wymiernych korzyści. Skąd bierze się ta przepaść?

Dążymy do tego, by zespolić świat fizyczny z wirtualnym w sposób, który znacząco usprawnia działanie tego pierwszego. Taki poziom cyfryzacji wymaga nie tylko sporego budżetu, lecz także wprowadzenia fundamentalnych zmian w zarządzaniu przedsiębiorstwem. Zbieranie danych nie jest już sztuką. Wyzwanie polega na wyciąganiu z nich wartościowych wniosków, a to wymaga zmiany myślenia i utartych sposobów działania. Nagrodą są: skok produktywności, wyższy poziom bezpieczeństwa, lepsza jakość i mniejsze marnotrawstwo – wyjaśnia Piotr Rojek, dyrektor zarządzający w DSR, firmie specjalizującej się w dostarczaniu nowoczesnych rozwiązań IT dla przemysłu.

Jego zdaniem wymiana informacji pomiędzy ludźmi, maszynami i systemami komputerowymi stanowi siłę czwartej rewolucji przemysłowej. Siłę, którą należy umiejętnie okiełznać, by przyniosła oczekiwane rezultaty.

Eksperci są zgodni, że stabilny wzrost przychodów wynikający z adaptacji technologii przemysłu 4.0 można osiągnąć wyłącznie, gdy nie są one dodatkiem do przestarzałego modelu przedsiębiorstwa, lecz stanowią impuls do zmian w każdym jego obszarze – od sposobu zarządzania po relacje z klientami.

Takie zmiany w początkowym stadium zazwyczaj są niewygodne i kosztują sporo energii, jednak stojąc w miejscu, pozwalamy innym, by nas wyprzedzili, a na to żadna firma nie może sobie pozwolić. Trudność polega na tym, że nie ma gotowców, które pasowałyby do każdej organizacji. Dopiero angażując zespoły na różnych szczeblach do poszukiwania nieoczywistych rozwiązań, możemy pełnymi garściami czerpać z nowych technologii. Inaczej zawsze będą jedynie dodatkiem – zwraca uwagę Irek Piętowski, trener i konsultant innowacji w firmie doradczo-szkoleniowej DT Makers, specjalizującej się w design thinking. To kreatywna metoda tworzenia nowatorskich rozwiązań w oparciu o głębokie zrozumienie potrzeb użytkownika, stosowana m.in. przez IBM, Accenture i BMW.

Championi spijają śmietankę

Z adaptacją technologii przemysłu 4.0 najlepiej radzą sobie firmy z regionu Azja-Pacyfik (APAC), gdzie 19 proc. producentów osiągnęło poziom cyfrowych championów. Tamtejsze firmy wprowadzają cyfrowe produkty i usługi szybciej niż reszta świata. Wynika to m.in. z entuzjazmu młodych, zaznajomionych z nowymi technologiami managerów korporacyjnych oraz rosnących kosztów produkcji, które azjatyckie firmy starają się obniżyć poprzez digitalizację. Obrana przez nie strategia zdaje się przynosić rezultaty. Na przestrzeni pięciu najbliższych lat liderzy przemysłu 4.0 w Azji spodziewają się 17-procentowego wzrostu przychodów wynikających bezpośrednio z technologicznej transformacji. Tymczasem w Ameryce na status cyfrowych championów zasłużyło 11 proc. przedsiębiorstw. W Europie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce (EMEA) takich firm jest zaledwie 5 proc.

Ich znakiem rozpoznawczym są rozbudowane i wciąż dopracowywane cyfrowe produkty i usługi. Również dotarcie do klientów, samodzielnie lub przez pośredników, odbywa się przy pomocy internetu. Według PwC takie firmy specjalizują się w pozyskiwaniu insightów konsumenckich i w inteligentny sposób łączą oczekiwania klientów z szytymi na miarę rozwiązaniami, wzbogacając tradycyjne produkty o dodatkowe usługi, oprogramowanie, analitykę danych i inne wartości wynikające z posiadania rozszerzonych sieci partnerskich. Aby to osiągnąć, cyfrowi championi wykorzystują otwarte platformy i likwidują granice – wewnętrzne i zewnętrzne. W efekcie ponad połowa ich przychodów pochodzi z ulepszonych cyfrowo lub wyłącznie cyfrowych produktów i usług. PwC prognozuje, że inwestycje w nowe technologie i cyfrowe ekosystemy przyniosą im 15-procentowy wzrost przychodów w ciągu następnych pięciu lat.

Taki poziom cyfryzacji wydaje się nieosiągalny dla większości polskich producentów. Według Piotra Rojka ich spora część zatrzymała się na wdrożeniu systemu ERP i spoczęła na laurach. Istnieje również grono firm, które realizują przemyślaną strategię transformacji, inwestując spore środki w technologie przemysłu 4.0. – Budżety na cyfryzację przemysłu rosną od dłuższego czasu. Wdrażając nowoczesne systemy IT i przemysłowy internet rzeczy, możemy zwiększyć wydajność jednostek produkcyjnych o kilkadziesiąt procent, znacząco zredukować zastoje, ograniczyć awarie maszyn i zwiększyć jakość wyrobów. Producenci mają tego świadomość i nie chcą pozostać w tyle. To dobra postawa, natomiast jeśli chcemy dogonić liderów cyfrowej transformacji, musimy robić o niebo więcej – uważa dyrektor zarządzający w DSR.

Warszawski rynek biurowy w świetnej kondycji

Pozytywne nastroje najemców, deweloperów i inwestorów znajdują odzwierciedlenie w spektakularnym popycie na biura i obniżającym się wskaźniku pustostanów. Rynek się zmienia, a rosnąca aktywność firm coworkingowych jest tego najlepszym przykładem.

Popyt wciąż w górę

Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

„Warszawski rynek biurowy po raz kolejny osiągnął świetne wyniki.  Zarówno fundusze inwestycyjne, jak i firmy poszukujące nowych lokalizacji na swoją działalność, coraz częściej wybierają właśnie stolicę. Pozytywne nastroje są poparte spektakularnym popytem na biura, obniżającym się wskaźnikiem pustostanów i coraz większą różnorodnością produktu dostępnego na rynku. Od stycznia do końca września aktywność najemców osiągnęła blisko 632 000 mkw”,  wyjaśnia Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

Tradycyjnie już największą popularnością wśród firm cieszyło się Centrum z podpisanymi umowami na ponad 178 000 mkw., następnie Mokotów – prawie 138 000 mkw. oraz Centralny Obszar Biznesu, gdzie wynajęto blisko 136 000 mkw.

Jakub Sylwestrowicz
Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL

“Jedną z najciekawszych umów najmu w tym roku było odnowienie i ekspansja Deloitte w Q22. Transakcja ta potwierdza, że najemcy coraz częściej będą zwracać uwagę na lokalizację nieruchomości, jej cechy funkcjonalne, udogodnienia w okolicy, jak również na długofalowe możliwości powiększania biura w danym budynku. Co warto odnotować, oprócz międzynarodowych firm, które wchodzą na polski rynek, istotnym źródłem popytu na biura w Warszawie są również podmioty z sektora publicznego, coraz częściej wybierające na swoje siedziby nieruchomości komercyjne. Przykładem takiej transakcji jest umowa Komisji Nadzoru Finansowego w budynku Piękna 2.0”, podkreśla Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL.

Coworkingi polubiły Warszawę

Najgorętszym trendem w Warszawie jest dynamiczny rozwój operatorów przestrzeni elastycznych, a do najbardziej aktywnych należą Regus, Spaces i WeWork.

“Łącznie, do końca III kwartału operatorzy elastycznych przestrzeni biurowych wynajęli aż 86 000 mkw. Te koncepty wzbogacają ofertę warszawskiego rynku oraz są świetnym uzupełnieniem tradycyjnych umów najmu. Współczesny model pracy ewoluuje, a nieruchomości komercyjne dostosowują się do zmian, jak i czerpią korzyści z nowych trendów”, dodaje Jakub Sylwestrowicz.

Podaż – wielkie projekty przed nami

„Na rosnące zapotrzebowanie na biura odpowiadają deweloperzy realizując projekty, które zmieniają panoramę współczesnej biznesowej Warszawy. W tym roku rynek wzbogacił się o 190 000 mkw., a w realizacji pozostaje kolejne 740 000 mkw. Należy przy tym zauważyć, że Warszawa jest jednym z najbardziej chłonnych rynków biurowych w Europie, co oznacza, że realizowane projekty nie zachwieją równowagi pomiędzy podażą a popytem”, tłumaczy Mateusz Polkowski.

Do największych nowych obiektów oddanych w tym roku należały Proximo II, Equator IV i Koneser.

Pustostany i czynsze

Poziom pustostanów w Warszawie pozostaje w tendencji spadkowej i pod koniec III kwartału 2018 wyniósł 10%. W centralnych regionach wynosi 6,6%, co jest najniższym wynikiem od 2012 roku.

Najwyższe czynsze transakcyjne wzrosły w centralnych częściach Warszawy ze względu na wysoki popyt, niski wskaźnik pustostanów (który jest znacznie poniżej średniej dla całego miasta) oraz rosnące koszty budowy (wzrost średnio o 15-20% w porównaniu z 2012 r.). W szerokim centrum czynsze  dla najlepszych nieruchomości wynoszą od 17 euro do 23,5 euro / mkw. /miesiąc, a poza nim od 11 euro do 15 euro/ mkw. / miesiąc.

Wyprzedaż aktywów ryzykownych wspiera dolara amerykańskiego

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem w relacji do dwóch głównych walut, co związane było praktycznie w całości z siłą dolara amerykańskiego i odwrotem od ryzyka.

Enrique Diaz-Alvarez – Ebury
Enrique Diaz-Alvarez

Ubiegły tydzień przyniósł kontynuację odwrotu od ryzyka na rynkach. Gwałtownych spadków doświadczyły przede wszystkim globalne indeksy giełdowe. Nawet dość wyraźny spadek rentowności amerykańskich obligacji skarbowych nie był w stanie istotnie poprawić sentymentu do aktywów postrzeganych za ryzykowne. Optymizmu nie wspierały również dane gospodarcze. Największą niespodzianką była publikacja rozczarowujących odczytów indeksów aktywności biznesowej w strefie euro, co dodatkowo szkodziło sentymentowi. Tym razem dolar amerykański został potraktowany przez inwestorów jako waluta „bezpieczna” i umocnił się względem wszystkich pozostałych walut gospodarek G10 z wyłączeniem jena japońskiego.

W tym tygodniu najważniejsze dla rynku walutowego będą publikacje dotyczące dynamiki cen w strefie euro oraz comiesięczny raport z amerykańskiego rynku pracy. Inwestorzy będą również zwracać szczególną uwagę na rozwój sytuacji związanej z sentymentem do ryzyka. Nie powinny im również umknąć informacje dotyczącego konfliktu Włoch i KE wokół włoskiego budżetu. Istotna w tym kontekście będzie również ewolucja spreadu włoskich obligacji i pozostałych krajów strefy euro.

PLN

Ubiegły tydzień przyniósł lekkie osłabienie polskiego złotego w relacji do euro i znaczącą wyprzedaż w parze z dolarem amerykańskim. Jednoczesne złoty umocnił się w parze ze słabszym funtem brytyjskim.

W ostatnim tygodniu poznaliśmy nowe dane GUS o bezrobociu w Polsce. Zgodnie z najnowszym odczytem we wrześniu bezrobocie w Polsce wyniosło 5,7% i było niższe od oczekiwań. Tym samym wskaźnik w ostatnim miesiącu pomiarów znalazł się na najniższym poziomie od 1990 r. Dane budzą nieco optymizmu po ostatnich, słabszych odczytach o dynamice płac i zatrudnienia.

W najbliższą środę opublikowane zostaną wstępne szacunki wzrostu dynamiki cen w Polsce w październiku. Pod koniec tygodnia poznamy z kolei odczyt październikowego indeksu PMI dla przemysłu kraju, który w ostatnim czasie istotnie rozczarowywał. W ostatnim miesiącu pomiarów indeks znalazł się na poziomie zbliżonym do granicy wyznaczającej ekspansję.

GBP

Wyprzedaż aktywów ryzykownych z zeszłego tygodnia odbiła się dość mocno na funcie brytyjskim. Na kształtowanie się kursu szterlinga miało wpływ zarówno umocnienie dolara amerykańskiego, jak i – ponownie – sytuacja polityczna. Według doniesień brytyjski rząd nie jest w stanie dojść do porozumienia co do propozycji ustępstw, które wielka Brytania musi przedstawić Unii Europejskiej w celu wznowienia negocjacji ws. Brexitu. Impas w brytyjskim rządzie wystraszył inwestorów, a funt brytyjski w minionym tygodniu okazał się najgorzej radzącą sobie walutą G10. W naszej opinii wyprzedaż funta brytyjskiego była jednak nadmierna. Jakiekolwiek jastrzębie komentarze płynące z czwartkowego spotkania Banku Anglii w naszej opinii mają potencjał do wyraźnego wzmocnienia szterlinga, zwłaszcza, jeśli sentyment do ryzyka ustabilizuje się w najbliższych dniach.

EUR

Rozczarowujące odczyty indeksów aktywności biznesowej w październiku, które zostały opublikowane w ubiegłym tygodniu sprawiły, że inwestorzy stali się bardziej ostrożni. Są to kolejne dane, które powodują wzrost obaw – w zeszłym miesiącu inflacja bazowa w strefie euro również okazała się niższa od oczekiwanej przez konsensus. Słabe dane gospodarcze w tym momencie wydają się jednak nie mieć istotnego wpływu na Europejski Bank Centralny. Podczas październikowego spotkania, przewodniczący EBC, Mario Draghi, stwierdził wyraźnie, że słabość gospodarek bloku walutowego jest tymczasowa, tym samym nie ma potrzeby zmieniać stanowiska EBC w kwestii polityki monetarnej, czy nawet oczekiwań. Mimo to, w ostatnim czasie wspólna europejska waluta nie była wspierana ani przez dane makro, ani przez ogólną niechęć do ryzyka. Stąd w ubiegłym tygodniu kurs euro w relacji do dolara amerykańskiego wyłamał się z dotychczasowego korytarza wahań, istotnie osłabiając się w stosunku do USD.

W tym tygodniu inwestorzy prawdopodobnie skupią się przede wszystkim na kluczowych, wstępnych danych o inflacji w strefie euro, które poznamy w środę.

USD

Ostatnie dane gospodarcze płynące ze Stanów Zjednoczonych były mieszane, jednak w ujęciu ogólnym były zdecydowanie lepsze niż te dla strefy euro. Zanualizowany wzrost PKB kraju w trzecim kwartale był wysoki, jednak w obliczu rosnącego oprocentowania kredytów hipotecznych dość istotnie zmalała aktywność na rynku nieruchomości.

W piątek poznamy kolejny istotny raport z amerykańskiego rynku pracy, który powinien rzucić nieco więcej światła na kondycję rynku pracy i szerzej – amerykańskiej gospodarki. Nie widzimy powodów, aby w tym momencie wątpić w jej siłę. Będziemy jednak z pewnością obserwować, czy utrzymujące się, niskie bezrobocie i wysoki poziom kreacji nowych miejsc pracy będą przekładać się na utrzymanie presji płacowej.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury Polska

Savills: Alternatywne nieruchomości mieszkaniowe cieszą się coraz większą popularnością wśród inwestorów

Z najnowszych danych międzynarodowej firmy doradczej Savills wynika, że alternatywne nieruchomości mieszkaniowe cieszą się coraz większym zainteresowaniem inwestorów. W ubiegłym roku wolumen dużych transakcji inwestycyjnych w sektorze mieszkaniowym na świecie przekroczył wartość inwestycji na rynkach nieruchomości handlowych czy magazynowych.

Według Savills globalny wolumen transakcji inwestycyjnych w sektorze prywatnych akademików wzrósł w ostatnich pięciu latach o 87%. Dojrzałość rynku brytyjskiego i amerykańskiego w połączeniu z niewielką podażą i dużym popytem na prywatne domy studenckie oznacza, że w nadchodzącym roku największe możliwości inwestowania w tym sektorze zaoferują miasta Europy Południowej. Niemniej jednak zapotrzebowanie na nieruchomości mieszkaniowe , obiekty co-livingowe i domy seniora na całym świecie sprawia, że wszystkie rynki oferują możliwości lokowania kapitału. Skala inwestycji w tego rodzaju aktywa jest jednak niewystarczająca szczególnie w Wielkiej Brytanii.

Z raportu międzynarodowej firmy doradczej Savills Global Living wynika, że największa podaż prywatnych domów studenckich występuje w Wielkiej Brytanii, gdzie zakwaterowanie może znaleźć 27% wszystkich studentów, a najmniejsza – w Europie Południowej. We Włoszech, które są czwartym największym rynkiem w Europie pod względem liczby studentów, wskaźnik ten w skali całego kraju nie przekracza 5%.

Z analizy danych o poszczególnych miastach uzyskanych od firmy StudentMarketing, która prowadzi badania i gromadzi dane dotyczące domów studenckich i mikroapartamentów, wynika, że najmniejsze możliwości zakwaterowania studentów oferują: Rzym (zaledwie 6500 łóżek na 220 500 studentów, czyli zakwaterowanie znajdzie tylko 3% studiujących), Porto (3,5%), Florencja (3,8%), Barcelona (4,9%) i Madryt (5,7%). Według Savills miasta te zapewniają inwestorom najlepsze możliwości lokowania kapitału ze względu na dużą liczbę studentów zagranicznych i wysokie średnie stawki czynszów w prywatnych akademikach.

Europy Zachodniej i poszukują możliwości wzrostu w stabilnym środowisku - mówi Kamil Kowa, członek zarządu i dyrektor działu doradztwa kapitałowego i wycen, Savills Polska
Europy Zachodniej i poszukują możliwości wzrostu w stabilnym środowisku – mówi Kamil Kowa, członek zarządu i dyrektor działu doradztwa kapitałowego i wycen, Savills Polska

– Liczba studentów zagranicznych w Polsce wzrosła pięciokrotnie w ostatniej dekadzie i w bieżącym roku akademickim wynosi już 73 000. Polska zajmuje szóste miejsce w Europie pod względem populacji studentów, a przy tym odnotowuje dynamiczny wzrost gospodarczy i oferuje bardziej atrakcyjne stopy kapitalizacji w porównaniu z Europą Zachodnią. Wszystko to sprawia, że nasz kraj będzie jednym z najpopularniejszych kierunków inwestycyjnych dla wielu inwestorów, którzy są już obecni w krajach Europy Zachodniej i poszukują możliwości wzrostu w stabilnym środowisku – mówi Kamil Kowa, członek zarządu i dyrektor działu doradztwa kapitałowego i wycen, Savills Polska

W roku akademickim 2017/2018 w Polsce studiowało blisko 1,3 miliona studentów, jednak w 490 akademikach oferowanych zarówno przez uczelnie państwowe, jak i prywatne, zakwaterowanie może znaleźć tylko niespełna 130 000 osób, czyli 10% studiujących. Potencjał tego rynku dostrzegły m.in. takie firmy jak Student Depot, Basecamp, Golub GetHouse (Livinn) czy chociażby Zeitgeist Asset Management. Część z już realizowanych lub planowanych inwestycji oferować będzie bardzo wysoki standard. Z szacunków Savills wynika, że w Polsce segment prywatnych domów studenckich zapewnia miejsca dla ok. 4000 studentów.

– Przewidujemy, że oprócz prywatnych akademików coraz większą popularnością będzie się cieszył inny sektor rynku mieszkaniowego, tj. mieszkania na wynajem instytucjonalny. Ze względu na zbliżający się szczyt aktualnego cyklu koniunkturalnego wiele funduszy jest zainteresowanych zwiększeniem alokacji kapitału w aktywa bardziej odporne na ewentualnie spowolnienie – dodaje Kamil Kowa.

globalny dział badań Savills na podstawie danych StudentMarketing, 2018
Źródło: globalny dział badań Savills na podstawie danych StudentMarketing, 2018

Wśród pierwszych w Polsce projektów w sektorze mieszkań na wynajem instytucjonalny należy wymienić aktywa zarządzane przez fundusz Catella obejmujące część budynku Złota 44 w Warszawie, budynek Pereca 11 oraz obecnie realizowany kompleks trzech budynków w Krakowie przy ul. Rakowickiej. Kolejne duże inwestycje stanowią Browary Warszawskie, czyli projekt zarządzany przez spółkę Resi4Rent z grupy Griffin RE oraz Liberty Tower, inwestycję Golub GetHouse. Również domy seniora w przyszłości mogą zyskiwać na popularności. Populacja osób powyżej 65. roku życia liczy już w Polsce ponad 6,5 mln osób.

– Domy studenckie w Europie są powszechnie uznawane za pełnoprawną kategorię aktywów charakteryzującą się wystarczającą płynnością. Coraz więcej inwestorów, w tym zagranicznych i instytucjonalnych, uważa inwestowanie w akademiki za idealny sposób na dywersyfikację portfeli i uzyskanie wyższych zwrotów z inwestycji niż w przypadku tradycyjnych klas aktywów. Inwestorzy doceniają także fakt, że domy studenckie uważane są za aktywa odporne na recesję, ponieważ liczba studentów zagranicznych stale rośnie – rosła nawet w czasie kryzysu sprzed dekady – dodaje Samuel Vetrak, dyrektor generalny StudentMarketing.

Według Savills w 2017 roku wartość inwestycji w sektorze prywatnych domów studenckich osiągnęła rekordowy poziom 17,5 mld USD w skali globalnej, co oznacza wzrost o 4% z 16,9 mld USD w 2016 roku. Ponad połowa tego wolumenu (51%, 8,9 mld USD) przypadła na Wielką Brytanię i Europę Zachodnią – to wzrost o 35% w porównaniu z 6,6 mld USD w 2016 roku. Największą aktywność inwestycyjną w sektorze domów studenckich w Europie odnotowano w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Hiszpanii (zob. graf poniżej).

Savills wskazuje także na zainteresowanie operatorów domów studenckich sektorem nieruchomości mieszkaniowych i co-livingowym oraz na związane z tym możliwości rozłożenia ryzyka inwestycyjnego na kilka różnych rodzajów aktywów. Wolumen inwestycji w sektorze instytucjonalnego najmu mieszkań na ośmiu największych rynkach europejskich przekroczył w ubiegłym roku 27 mld euro, czyli wzrósł o 19% od 2013 roku, ale nadal stanowi niewielki ułamek inwestycji w USA. Szwecja, Holandia, Dania i Niemcy mają dobrze rozwinięte rynki mieszkań na wynajem instytucjonalny, które oferują największą płynność.

– Ze względu na coraz lepszą jakość zarządzania, umacnianie się marek poszczególnych operatorów oraz niewystarczającą podaż profesjonalnie zarządzanych nieruchomości prywatnych na wynajem na wielu rynkach, podmioty takie jak The Fizz i Milestone wprowadzają na rynek nowe produkty wychodząc naprzeciw oczekiwaniom klientów. Sektor instytucjonalnego najmu mieszkań w Wielkiej Brytanii jest nadal na wczesnym etapie rozwoju – w 2017 roku całkowity wolumen transakcji inwestycyjnych wzrósł tam o 20% w porównaniu z rokiem 2016 do 2,6 mld funtów, co stanowi zaledwie 18% wolumenu odnotowanego w Niemczech. W ubiegłym roku 70% stanowiły transakcje typu forward funding oraz terminowe transakcje kupna. Zainteresowanie budową nowych obiektów może przyczynić się do wzrostu aktywności transakcyjnej w przyszłości – dodaje Marcus Roberts dyrektor działu mieszkaniowych rynków kapitałowych w Savills, Europa.