Cyfryzacja w edukacji a kwestia e-learningu

Powszechność urządzeń mobilnych i dostęp do szybkiego Internetu, umożliwiające naukę z dowolnego miejsca i o każdej porze, stały się jednym z głównych czynników rozwoju edukacji. Potencjał e-learningu wciąż jednak wykorzystujemy zaledwie w ułamku procenta.

– Według klasycznej literatury SF, ludzie naszej epoki mieli nabywać pożądane umiejętności i wiedzę poprzez zażycie odpowiednich „uczących” pastylek albo wlewając informacje wprost do mózgu przy pomocy skomplikowanych maszyn. Wciąż daleko nam do tych wizji, ale nie próżnujemy. Digitalizacja to obecnie jeden z najważniejszych trendów w edukacji, a wartość rynku e-learningu na świecie szacuje się już na ok. 200 mld dol[1]. – mówi Robert Paszkiewicz, Dyrektor Sprzedaży w OVH Polska, dostawcy usług w chmurze.

Z danych wynika, że cyfryzacja stabilnie postępuje, tak w sektorze prywatnym, jak i publicznym. Zresztą, digitalizacja to jedno z ważniejszych zagadnień, o których stale mówi się w kontekście uniwersytetów przyszłości[2]. Jak natomiast prezentuje się teraźniejszość?

Uniwersytet, nowoczesność… i stara szafa (serwerowa)

Jak co roku wraz z początkiem roku akademickiego wracają problemy z systemami IT, zbudowanymi z myślą o ułatwieniu wielu administracyjnych kwestii, np. takich jak zapisy na zajęcia.

Jeden z najstarszych funkcjonujących w Polsce systemów – USOS (lub USOSweb), czyli Uniwersytecki System Obsługi Studiów, powstał niespełna 20 lat temu i zapoczątkował cyfryzację polskich uczelni. Zaprojektowano go tak, by towarzyszył studentom od momentu rekrutacji na studia, aż do uzyskania dyplomu. Opanowanie jego obsługi powinno być zatem jedną z pierwszych nowo nabytych umiejętności każdego studenta. Z założenia, system miał uprościć życie studentów, umożliwiając im załatwienie większości spraw związanych ze studiami przez Internet, z pominięciem konieczności stania w kolejkach do dziekanatu. W praktyce, prawie co drugi student negatywnie ocenia działanie cyfrowej administracji[3].

W przypadku USOS-a, studenci narzekają m.in. na system migracji danych. Pojawiają się zarzuty, że aktualizacja baz danych wykonywana raz na dobę uniemożliwia śledzenie zmian na indywidualnych kontach w czasie rzeczywistym. Jest jednak jeszcze inna wada, którą wytykają użytkownicy systemu. Najpoważniejszym zarzutem wobec USOS-a jest jego zawodność podczas elektronicznych zapisów na zajęcia i egzaminy. W momencie, w którym studenci mają zdecydować o kształcie swojego planu zajęć na najbliższy semestr, system przestaje płynnie działać. O powodzeniu zapisów decyduje natomiast przypadek[4].

Bolączką tego typu systemów do administrowania jest brak skalowalności zasobów – tłumaczy Robert Paszkiewicz, OVH Polska. – Nawet dobrze zaprojektowany system, który z powodzeniem obsługuje dziennie dziesiątki tysięcy zapytań, może odmówić posłuszeństwa, kiedy w przeciągu kilku sekund od startu zapisów, stara się z niego skorzystać jednocześnie kilka tysięcy studentów. Od strony technicznej przypomina to trochę atak DDoS w skali mikro.

E-learning w szkolnictwie – mile widziany gość

Informatyzacja uczelni jest realizowana dwojako – nie tylko poprzez umożliwienie studentom administracji studiami przez Internet, ale także poprzez przeniesienie części zajęć do środowiska cyfrowego. W tym celu powstały uczelniane platformy edukacyjne, takie jak Centrum Otwartej i Multimedialnej Edukacji Uniwersytetu Warszawskiego (platforma COME UW) czy Centrum Zdalnego Nauczania na Uniwersytecie Jagiellońskim, na których zajęcia odbywają się zdalnie, przez Internet. Edukacja w trybie online umożliwia większą elastyczność, co jest korzyścią dla studentów, którzy łączą studia z pracą lub preferują naukę online, we własnym tempie.

W e-learningu istotne jest stosowanie kompleksowych i niezawodnych rozwiązań informatycznych, które umożliwią sprawne działanie i bezpieczeństwo dedykowanych platform – dodaje Paszkiewicz.

Dzięki temu przeniesienie części zajęć lub całych studiów do Internetu staje się standardem na uczelniach z całego świata. Dzięki e-learningowi nawet studia na Harvardzie czy innych prestiżowych uczelniach stały się możliwe z każdego miejsca. Trend nauki przez internet coraz mocniej dociera także do Polski – pojawiają się oferty studiów prowadzonych całkowicie w trybie zdalnym. Mimo to jednak, według ekspertów, najważniejszym trendem w edukacji jest nie całkowite przeniesienie studiów do trybu online, ale edukacja mieszana (ang. blended learning). Rozwiązanie to łączy tradycyjne, stacjonarne metody uczenia z realizowaniem części zajęć przez internet. Blended learning ma według szacunków osiągnąć do 2020 roku wartość aż 447 mld. dol. rocznie[5]. Digitalizacja szkolnictwa nie jest zatem jedynie trendem, ale staje się standardem.

Trendy na globalnym rynku edukacji

Globalny rynek e-learningu każdego roku rośnie średnio o 5 proc., co według analityków ma skutkować tym, że w 2023 roku jego wartość przekroczy kwotę 240 mld dol[6]. Nieustannie rośnie także sektor EdTech (ang. Educational Technology, czyli sektor łączący edukację z nowoczesnymi technologiami). Według danych amerykańskiej firmy CB Insights, globalne inwestycje w startupy z sektora EdTech miały przekroczyć w 2017 roku kwotę 3 mld dol., co stanowi aż 24 proc. wzrost względem roku poprzedniego[7].

E-learning to wiedza podana w przystępnej, interaktywnej formie, ale także rozwijające się trendy, takie jak chociażby społeczne uczenie się (ang. Social Learning, SL) czy nauka przy użyciu technologii bezprzewodowych (ang. Mobile Learning, ML). Mimo, że te zjawiska te nie są niczym nowym, uważa się jednak, że dopiero teraz technologia staje się na tyle dojrzała, by można korzystać w pełni z jej możliwości, nie tylko na użytek własny, ale także chociażby w środowisku pracy.

Na znaczeniu zyskuje również microlearning, czyli przyswajanie małych partii materiału w postaci skondensowanych, przydatnych treści, które można opanować w kilka minut, z każdego urządzenia z dostępem do Internetu. Coraz większą popularnością cieszą się również otwarte kursy online (ang. Massive Open Online Course, MOOC), czyli ogólnodostępne szkolenia osadzone na platformach internetowych, do których największych należy chociażby Coursera. Trend ten wspierają nie tylko uczelnie[8], ale także największe firmy na świecie, które nie ograniczają się do inwestowania we własne platformy do rozwoju pracowników, ale także finansują szkolenia pracowników na zewnętrznych platformach. Przykładem może być firma Yahoo, która zwraca pracownikom koszty ukończenia płatnych kursów na takich platformach MOOC, jak wyżej wspomniana Coursera[9].

E-learning przyszłości to koniec e-learningu jaki znamy

Edukacja przyszłości naturalnie wchłania technologiczne nowości – coraz większe znaczenie w e-learningu zyskuje wykorzystanie wirtualnej rzeczywistości (ang. Virtual Reality, VR) i rzeczywistości rozszerzonej (ang. Augmented Reality, AR). Umożliwiają one kreowanie edukacyjnych środowisk poprzez łączenie elementów symulujących realny świat z fikcyjną warstwą szkoleniową. Umożliwia to przećwiczenie różnorodnych scenariuszy w kontrolowanych warunkach. Dlatego technologie te powoli, ale z powodzeniem, wdraża nie tylko coraz więcej polskich uczelni, ale i innych jednostek szkoleniowych.

– Obecnie e-learning nie jest jednak narzędziem tak doskonałym, jak mógłby być. Internet i rozbudowane aplikacje do nauki online dają nieograniczone możliwości, ale wciąż nie wykorzystujemy w pełni jego potencjału. – zauważa Robert Paszkiewicz, OVH Polska.

Znawcy tematu uważają, że barierą leżącą na drodze do powstania „e-learningu idealnego” są koszty i znaczące nakłady pracy, których wymagałoby zaangażowanie uczenia maszynowego (ang. Machine Learning, ML) czy głębokiego uczenia się (ang. Deep Learning, DL). Według badań przeprowadzonych przez firmę konsultingową Chapman Alliance, opracowanie jednej godziny treści e-learningowej może zająć od 49 aż do 125 godzin. W porównaniu z 22 do 82 godzin, które zajmuje szkolenie prowadzone przez instruktora, koszty w fazie tworzenia obu tych form edukacji znacząco się różnią[10].

E-learning nie powinien być jedynie przeniesieniem materiału szkoleniowego do internetu, ale zastosowaniem możliwości, które otwiera nam sztuczna inteligencja, albo system adaptive learning, który rozpozna postępy użytkownika i zmodyfikuje tryb nauki oraz przyswajany materiał indywidualnie. To właśnie indywidualizacja oraz personalizacja nauczania istotnych treści z akcentem na te, których nie są i nie będą w stanie pojąć maszyny, są przyszłością e-learningu – podsumowuje Paszkiewicz.

[1] https://bloomlearningtechnologies.co.nz/file/whitepapers/Docebo-eLearning-Trends-for-2018.pdf

[2] http://outsourcing.com.pl/project-management/252/2-3-naukowcow-przekonanych-ze-wspolpraca-uczelni-i-biznesu-to-priorytet/#_ftn1

[3] http://nzs.org.pl/wp-content/uploads/downloads/Raport%20-%20Cyfryzacja%20na%20uczelniach.pdf

[4] Odpowiedź twórców USOS-a na stawiane zarzuty: https://usosownia.uw.edu.pl/node/897

[5] http://beta.grzegorzmazurek.pl/wp-content/uploads/2017/05/ADL_Future_of_higher_education.pdf

[6] https://bloomlearningtechnologies.co.nz/file/whitepapers/Docebo-eLearning-Trends-for-2018.pdf

[7] https://www.cbinsights.com/research/ed-tech-startup-funding-deals-dollars/

[8] http://beta.grzegorzmazurek.pl/wp-content/uploads/2017/05/ADL_Future_of_higher_education.pdf

[9] https://bloomlearningtechnologies.co.nz/file/whitepapers/Docebo-eLearning-Trends-for-2018.pdf

[10] https://elearningindustry.com/artificial-intelligence-will-shape-elearning;

Europejski Tydzień Umiejętności Zawodowych (5-9 listopada 2018 r.)

Europejski Tydzień Umiejętności Zawodowych jest w tym roku organizowany jest przez Komisję Europejską pod hasłem „Odkryj swój talent”. Celem inicjatywy skierowanej do pracodawców i instytucji szkoleniowych jest zachęta do kształcenia i szkoleń zawodowych. Z badań Eurostat wynika, że Polska wciąż jest w ogonie Europy pod względem uczenia się osób dorosłych – jesteśmy na piątym miejscu od końca. Za nami są tylko Słowacja, Chorwacja, Bułgaria i Rumunia. Przodują zaś kraje skandynawskie ze Szwecją na czele.

Mimo, że europejskie badania sytuują Polskę na szarym końcu pod względem kształcenia i szkoleń zawodowych, dużo bardziej optymistycznie pokazują to najnowsze wyniki badania Bilansu Kapitału Ludzkiego 2018 (PARP)[1]. Według nich prawie 80 % (dokładnie 76,6) dorosłych Polaków  rozwija swoje kompetencje zawodowe ucząc się w szkołach, na studiach, kursach i szkoleniach. Polacy uczą się też samodzielnie, coraz częściej wykorzystując do tego Internet a także książki i prasę.

– Oferta szkoleń na rynku wciąż się powiększa dzięki dostępnym środkom unijnym, jednak wielu właścicieli mikro i małych firm nadal zbyt mało uwagi poświęca konieczności inwestowania w rozwój kwalifikacji pracowników. Badania PARP pokazują, że jedynie 20 proc. pracowników rozwijało swoje kompetencje zawodowe wykonując pracę przy wsparciu innych osób czy pod ich kierunkiem w ramach mentoringu, czy coachingu – mówi Marcin Kowalski, prezes zarządu firmy szkoleniowej Human Partner.

Europejski Tydzień Umiejętności Zawodowych obchodzony jest w tym roku od 5 do 9 listopada. Jest to inicjatywa Komisji Europejskiej adresowana głównie do instytucji z sektora kształcenia i szkoleń zawodowych, ale także do dużych przedsiębiorstw, sektora MŚP oraz szkół i firm doradczych.

Główne obchody Tygodnia odbędą się w Wiedniu, a ich największą atrakcją będzie rozdanie VET Excellence Award 2018 czyli „Nagród za doskonalenie zawodowe”. Zostaną one wręczone podczas finałowej gali 9 listopada, a zwycięzców ogłosi Marianne Thyssen, komisarz UE ds. zatrudnienia, spraw społecznych, umiejętności i mobilności pracowników.

Szansę na nagrodę za skuteczny program rozwojowy dla pracowników ma m.in. wrocławska firma konsultingowo-szkoleniowa Human Partner, która została nominowana jako jedyna polska firma z sektora MŚP w kategorii „Training at Work”.

Rozwój pracowników jest wpisany w DNA naszej firmy. Doskonale wiemy, że o przewadze konkurencyjnej na rynku decydują dziś przede wszystkim ludzie oraz jakość ich kompetencji. Dlatego niezwykle cieszymy się z nominacji do tej nagrody – podkreśla Marcin Kowalski.

Obok Human Partner do finału konkursu dostały się dwa inne zespoły z Polski w kategoriach „Teacher and Trainer” oraz „European Social Fund project”. Nagrody VET Excellence Award  są wyróżnieniem za najlepsze praktyki w kształceniu i szkoleniu zawodowym w całej Europie. Ich laureaci będą mieli prestiż stania się ambasadorami w swojej dziedzinie.

O zwycięstwie nominowanych w dużej mierze zadecydują głosy internautów. Do 7 listopada można głosować na stronie:

https://ec.europa.eu/eusurvey/runner/Awards-VET-Excellence-2018

[1] Bilans Kapitału Ludzkiego 2018 https://power.parp.gov.pl/home/bilans-kapitalu-ludzkiego-wyniki-badania

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W przyszłym tygodniu uwaga rynków najpierw skupi się na wynikach wyborów do Kongresu USA, gdzie wiele czynników wskazuje na odbicie przez Demokratów Izby Reprezentantów. Poza tym posiedzenia banków centralnych w Australii, Polsce, Nowej Zelandii i USA nie powinny przynieść niespodzianek. Dyskusją o tempie globalnego ożywienia wzbogacą kolejne publikacje indeksów PMI/ISM, dane z przemysłu i handlu zagranicznego.

Przyszły tydzień: wybory do Kongresu USA, FOMC, PMI i PKB z Wielkiej Brytanii, RPP, PMI i handel zagraniczny z Chin, RBA, RBNZ

USA

Wstępne wyniki głosowań, sondaże i przewidywania ekspertów jednomyślnie wskazują, że w wyborach do Kongresu (wt) Demokraci odzyskają większość w Izbie Reprezentantów, ale Republikanie utrzymają (jeśli nie wzmocnią) większości w Senacie. Spodziewany wynik nie powinien wywołać większej reakcji rynków, nawet jeśli podzielony Kongres może implikować mniej optymistyczny pogląd na perspektywy polityki gospodarczej. W większym stopniu ulgę rynkowi akcji powinno przynieść zdjęcie z rynków niepewności o wynik wyborów, a poprawa sentymentu będzie wspierać upłynnianie długich pozycji w USD. W temacie wydarzeń gospodarczych, posiedzenie FOMC (śr-czw) prawdopodobnie nie dostarczy nowych informacji. Od czasu wrześniowego posiedzenia gospodarka utrzymała solidne tempo rozwoju, dzięki czemu Fed powinien podtrzymać dotychczasowy kurs i zmierzać ku kolejnej podwyżce stóp procentowych w grudniu. Zawirowania na rynkach finansowych mogą być wymienione w komunikacie, ale opierając się o wypowiedzi niektórych członków, nie stanowią dla FOMC powodu do niepokojów.

Strefa euro

W strefie euro PMI dla usług (wt) jest tylko rewizją, a dane o sprzedaży detalicznej (śr) mają drugorzędne znaczenie. Dane o produkcji przemysłowej z Niemiec (śr) mogą być obciążone zmianami zasad emisji spalin, co wytworzyło zatory w produkcji. Ryzyka dla ożywienia w strefie euro nie są pierwszoplanowym tematem dla EUR, jednak mogą być hamulcowym odbicia przy wyciszeniu tematu włoskich finansów publicznych.

Wielka Brytania

Z Wielkiej Brytanii otrzymamy PMI dla usług (pon), dane z handlu zagranicznego, produkcji przemysłowej i PKB (pt). Po rozczarowującym odczycie PMI z przemysłu i równie słabych danych z sektora usługowego w strefie euro, niski odczyt PMI z brytyjskiego sektora usług nie będzie zaskoczeniem. Z danymi o produkcji wiąże się ryzyko słabszego odczytu pod wpływem doniesień o gorszej postawie sektora motoryzacyjnego we wrześniu. Nie powinno to jednak zagrozić dynamice PKB za III kw., która ma wzrosnąć do 0,6 proc. k/k z 0,4 proc. w II kw. Wszytko to jednak będzie tłem dla spekulacji o szansach porozumienia między Wielką Brytanią i UE w sprawie warunków Brexitu. W ostatnich dniach optymizm ponownie się przebudził, co może być istotną siłą ciągnącą GBP wyżej.

Polska

W Polsce tydzień przynosi decyzję Rady Polityki Pieniężnej (śr), gdzie zanosi się na kolejny neutralny rezultat. Nawet mimo słabszych danych za wrzesień, jest mało realne, aby Rada decydowała się na odważne zmiany w komunikacie na podstawie odczytów z jednego miesiąca, choć nawet i wzmocnienie retoryki gołębiego skrzydła niewiele zmienia w rynkowej ocenie szans na podwyżkę. Złoty wciąż cieszy się ograniczoną zmiennością (w porównaniu do innych walut rynków wschodzących), a przy uspokojeniu na globalnych rynkach EUR/PLN powinien zbiegać do poziomu równowagi blisko 4,30.

Chiny

Dane z Chin będą przyciągać uwagę w związku z toczącą się dyskusją o spowolnienie gospodarcze pod wpływem wojny handlowej z USA. PMI z przemysłu już wskazał, że tempo ożywienia spowalnia i kolejny negatywny impuls może przyjść z danych z usług (pon). Pod lupą będą dane z handlu (czw) i dynamika eksportu, gdzie słabość będzie szybko generować spekulacje o wpływie wojen handlowych. Ogólny obraz mogą jednak ratować kolejne przecieki o działaniach wspierających chińskiego rządu, zatem i ze słabych danych mogą iść pozytywne wnioski dla sentymentu.

Australia

W Australii mamy posiedzenie RBA (wt) i publikowany później (pt) Raport Polityki Monetarnej. Stopa procentowa pozostanie bez zmian, a w komunikacie prawdopodobnie zostanie podtrzymane stanowisko, że zmiany nie są planowane w najbliższym czasie. Słabe odczyty inflacji oraz obaw o sytuację na rynku kredytowym mogą podkreślić ryzyka w raporcie, nadając mu gołębi wydźwięk. Jeśli jednak sentyment wokół Chin będzie ulegał poprawie, powinno to mieć mocniejszy wpływ na AUD niż warunki lokalne. W Nowej Zelandii RBNZ (śr) także pozostawi stopę procentową bez zmian, ale nowy zestaw prognoz może zawierać wyższe ścieżki inflacji i PKB. Bank będzie starał się utrzymać neutralny ton komunikatu, ale między wierszami rynek może doszukiwać się bardziej konstruktywnego przekazu. Widzimy potencjał do kontynuacji spadków AUD/NZD.

Kanada

Dane z Kanady w przyszłym tygodniu są drugorzędne i głównie skupione na rynku budownictwa mieszkaniowego – pozwolenia na budowę (wt) i rozpoczęte budowy (czw). Nie powinny być to figury istotnie wpływające na CAD, stąd pierwsze skrzypce będą odgrywać generalny sentyment i wahania wartości USD. Kiepski raport z rynku pracy Kanady za październik ustawia ton po negatywnej stronie dla loonie i może on w mniejszym stopniu niż inne waluty surowcowe korzystać na poprawie apetytu na ryzyko.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ceny paliw spadną poniżej 5 zł/l

Czy polscy kierowcy, narzekając na wysokie ceny paliw, zdają sobie sprawę, że benzyna w naszym kraju jest najtańsza w całej Unii Europejskiej? Na dodatek perspektywy na rok 2019 wyglądają dziś mniej pesymistycznie niż jeszcze kilka tygodni temu – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Według danych Komisji Europejskiej benzyna bezołowiowa kosztowała w Polsce pod koniec października 5,08 zł za litr, czyli 1,18 euro. To zdecydowanie poniżej średniej w Unii kształtującej się na poziomie 1,48 euro czy wartości obserwowanych we Włoszech (1,66 euro/litr). Zwykle jednak nabywcy paliw w Bułgarii oraz w Rumunii mają tańszą „95” niż Polacy. Bywa też, że niższe ceny oferują stacje na Węgrzech, a czasami nawet w bogatym Luksemburgu. Dlaczego teraz Polska stała się unijnym liderem cen tankowania?

Podatki i krótkoterminowe zaburzenia

Choć różnice pomiędzy cenami detalicznymi benzyny w Unii są znaczne, to w większości przypadków zależą one głównie od podatków nałożonych przez państwo. Ceny paliw bez VAT-u, akcyzy, opłaty paliwowej czy innych krajowych danin są podobne w całej Wspólnocie.

Obecnie średnia cena litra benzyny w detalu po wyłączeniu wszystkich obowiązkowych podatków to ok. 0,61 centów w Unii. Taniej jest w Polsce, ale ta różnica, mimo że niemal największa w historii, nie przekracza czterech eurocentów za litr na korzyść tankujących nad Wisłą.

Najczęściej jednak waha się ona w granicach 2 eurocentów, a po okresach relatywnie tańszych paliw w Polsce zwykle przesuwa się na pewien czas do zera. Przez ostatnie dwa miesiące cena benzyny była więc niższa o ok. 10 groszy na litrze, niż wynikało to z wieloletnich zależności średnich cen w pozostałych krajach Unii. Niestety, na dłuższą metę detaliści nie zrezygnują z marż. Robią to tylko okresowo, by wygładzać np. silniejsze podwyżki w hurcie. Później te chwilowe straty marży są odrabiane, gdy cena podstawowego surowca, czyli ropy naftowej, spada.

Mniej pesymizmu na rok 2019

Oczekiwane silne spadki eksportu ropy naftowej przez Iran oraz problemy w Wenezueli spowodowały, że w tym roku ropa Brent momentami przekraczała 85 dol. za baryłkę. Na początku listopada jest ona jednak o kilkanaście dolarów poniżej szczytów i niewykluczone, że rok 2019 rozpocznie się jeszcze niższymi cenami.

Przede wszystkim cieszyć może wzrost wydobycia w USA. 1 listopada EIA opublikowała miesięczne dane wydobycia ropy z USA, które pokazały, że w ciągu roku (w porównaniu do sierpnia 2017 r.) wzrost produkcji ropy w Stanach Zjednoczonych wyniósł aż 22,7 proc. (o 2,1 mln baryłek w ujęciu dziennym). Obecnie Amerykanie wydobywają aż 11,3 mln baryłek ropy (b/d) każdego dnia i są największym producentem „czarnego złota” na świecie.

Rekordowe wydobycie w USA oznacza, że Amerykanie importują mniej ropy i jej produktów ze świata, a to z kolei sygnał, że dla innych krajów pozostaje więcej tego podstawowego surowca energetycznego. Średniomiesięczny import netto od stycznia do sierpnia br. wynosił zaledwie 2,88 mln b/d. Rok temu w analogicznym okresie było to 4,18 mln b/d, a jeszcze w 2011 r. import przekraczał 8,5 mln b/d.

Pozytywnym elementem może być także fakt, że Stany Zjednoczone, według doniesień agencji Bloomberg, mogą na pewien czas dać możliwość importu ropy z Iranu. Wraz z rekordową produkcją tego surowca w USA może to zmniejszyć ryzyko zbyt małej podaży w kolejnych miesiącach, a w 2019 r. doprowadzić nawet do nadpodaży na rynku ropy i odbudowy utraconych ostatnich zapasów.

Szansa na ceny poniżej 5 zł za litr

Najbliższe tygodnie nadal będą trudne dla kierowców. Detaliści będą odrabiać stracone w ostatnich miesiącach marże, a to oznacza, że mimo spadku cen ropy naftowej i paliw benzyna bezołowiowa utrzyma się lekko powyżej granicy 5,00 zł za litr.

Więcej zapłacą tankujący samochody napędzane silnikiem Diesla. Olej napędowy pozostaje drogi na europejskim rynku hurtowym, a okres niskich marż na stacjach wyraźnie dobiegł końca. W rezultacie ON może w listopadzie utrzymywać się w przedziale 5,20-5,30 zł/litr.

Na przełomie roku 2018 i 2019 sytuacja jednak powinna się nieco poprawić. Wszystko wskazuje na to, że podaż ropy zaspokaja popyt, a w takim scenariuszu powinniśmy zobaczyć ropę Brent poniżej 70 dolarów za baryłkę. W rezultacie rośnie szansa, że zarówno ON, jak i benzyna bezołowiowa spadną poniżej granicy 5,00 zł/litr.

Rekordowe inwestycje dużych graczy w kryptowaluty

Relatywnie niska wycena kryptowalut, spore straty od początku roku oraz wyciszenie tematu w mediach nie przeszkadzają inwestorom instytucjonalnym w lokowaniu rekordowych kwot w wirtualne waluty. Czy to znak, że ich ceny niebawem ponownie wkroczą na ścieżkę wzrostu? – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Królestwo bitcoina rozciąga się na ponad połowę wartości całego rynku kryptowalut. W piątek jego wartość rynkowa względem wszystkich konkurentów wynosiła 54 proc., wg Coinmarketcap. Ostatnio królestwo jednak mocno zubożało – tylko w tym roku bitcoin stracił niemal połowę swojej wartości, a jeszcze więcej od szczytu, gdy w połowie grudnia ub.r. kosztował blisko 20 tys. dolarów. Tymczasem dziś cena jednostki to ok. 6,4 tys. dol.

Rekiny płyną na żer

Spadek ceny, jaki obserwowaliśmy w tym okresie, odzwierciedla zmniejszająca się częstotliwość wyszukiwania tematów związanych z kryptowalutami i samym bitcoinem w największej internetowej wyszukiwarce Google. Zainteresowanie inwestorów detalicznych, tych którzy właśnie w przeważającej mierze byli odpowiedzialni za astronomiczne wzrosty kryptowalut, wyraźnie opada.

Tym większe zdziwienie może wywołać fakt, że odwrotną sytuację obserwujemy wśród inwestorów instytucjonalnych, tj. dużych graczy. Jak podaje CNBC, największy fundusz inwestujący w kryptowaluty na świecie, nowojorski Greyscale Investment, notuje właśnie rekordowy napływ kapitału. Z raportu finansowego firmy wynika, że tylko w trzecim kwartale inwestycje w fundusz zwiększyły się o 81 mln dolarów, a to o 33 proc. więcej niż w poprzednim kwartale. Z tej kwoty zdecydowana większość, 70 proc., pochodziła od inwestorów instytucjonalnych, czyli m.in. funduszy hedgingowych i emerytalnych (oczywiście niepolskich).

I w tym przypadku bitcoin także królował. 73 proc. całości inwestycji w tym okresie napłynęło do produktu związanego z najpopularniejszą z kryptowalut. Greyscale zarządza już aktywami w wirtualnych walutach o łącznej wartości 1,5 miliarda dolarów. Co ciekawe, w okresie od stycznia do września br., czyli akurat w czasie gdy kryptowaluty notowały stopniowy spadek cen, do funduszu napłynęło 330 mln dol. kapitału – najwięcej w historii jego istnienia, jeżeli popatrzymy na napływ kapitału od stycznia do końca września w poprzednich latach.

Ostrożności nigdy za wiele

Wydaje się więc dosyć jasne, że cenowe spadki inwestorzy instytucjonalni postrzegają jako dobrą okazję do zwiększenia ekspozycji na kryptowaluty. To z kolei może być sygnałem, że wyczekiwany wzrost cen jest tuż za rogiem. Może, bo kryptowaluty standardowym aktywem nie są i cały czas nierozwiązane pozostają kwestie regulacyjne czy zastosowania.

A zdrowego sceptycyzmu daleko szukać nie trzeba. BlackRock, który ma pod swoja wodzą aktywa o wartości 1,5 bilionów dol., nie zamierza angażować się w kryptowaluty i uruchamiać opartego o nie funduszu ETF.

Wprawdzie Larry Fink, prezes BlackRock, nie wykluczył takiej możliwości definitywnie, ale dodał, że wszystko zależy od wprowadzenia regulacji. “Ostatecznie musiałyby być poparte przez jakiś rząd” – powiedział w wywiadzie dla CNBC. “Nie czuje tego, by jakikolwiek rząd miał na to zezwolić, jeżeli nie będzie miał pojęcia, gdzie te pieniądze płyną, w związku z unikaniem podatków czy innymi kwestiami” – dodał.

Trend napływu coraz większej ilości kapitału do największego funduszy kryptowalutowego może być pozytywnym znakiem, ale należy również zachować dawkę sceptycyzmu. Kwoty inwestowane w kryptowaluty są cały czas relatywnie niewielkie. Wspomniany największy fundusz kryptowalut na świecie jest ciągle tysiąc razy mniejszy od największego funduszu zarządzającego tradycyjnymi aktywami.

Na początku 2019 r. spodziewamy się małego „paraliżu” na rynku nieruchomości

Z powodu likwidacji użytkowania wieczystego i przekształceniem go w prawo własności lub współwłasności, rynkowi mieszkaniowemu grozi na początku roku paraliż, którego skala trudna jest do ocenienia. Wszystko przez to, że bez zaświadczenia od dotychczasowego właściciela gruntu, mieszkanie nie będzie mogło zmienić właściciela. A na wydanie zaświadczenia, urzędy będą miały cztery miesiące.

Zgodnie z ustawą „o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe w prawo własności tych gruntów” 1 stycznia 2019 r. 2,5 mln gospodarstw domowych zostanie właścicielami lub współwłaścicielami gruntu, na którym mieszkają. Nie trzeba składać żadnych wniosków, gdyż przekształcenie zostanie przeprowadzone automatycznie. Dotychczasowi użytkownicy wieczyści otrzymają zaświadczenie pocztą (na adres, który wskazali w ewidencji gruntów i budynków) w ciągu roku od dnia przekształcenia. Chyba że będą wnioskować o wcześniejsze wystawienie dokumentu – wówczas urząd będzie miał na to cztery miesiące.

Po co ktoś miałby wnioskować o wydanie zaświadczenia przed czasem? Chęć poznania wysokości opłaty przekształceniowej i wysokości bonifikaty za jednorazową spłatę to nie wszystko. Okazuje się bowiem, że taki dokument będzie trafiał też do sądu prowadzącego księgi wieczyste i będzie podstawą ujawnienia prawa własności gruntu w KW oraz ewidencji gruntów i budynków.

Ujawnienie prawa własności gruntu w księdze wieczystej jest bowiem niezbędne do tego, by sprzedać nieruchomość na danym gruncie położoną. Bez tego notariusz nie ma podstawy do przygotowania transakcji.

– Istnieje więc ryzyko, że handel mieszkaniami i domami położonymi na działkach, które dziś są w użytkowaniu wieczystym, będzie na początku przyszłego roku utrudniony – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marcin Krasoń, analityk Home Broker. – To od sprawności działania i dobrej woli urzędników zależeć będzie, czy uda się sprzedać mieszkanie.

W negatywnym scenariuszu, osoba składająca wniosek o zaświadczenie o przekształceniu 4 stycznia 2019 r., otrzyma ten dokument na początku kwietnia. Szybka sprzedaż nieruchomości będzie wówczas niemożliwa. Jeśli kupującemu będzie się śpieszyć, poszuka innego mieszkania, a sprzedający zostanie z niczym.

A przy okazji warto pamiętać, że sprzedaż mieszkania przed zakończeniem 20-letniego okresu uiszczania opłaty przekształceniowej nie zwalnia z niej. Obowiązek ten przechodzi po prostu na nowego właściciela nieruchomości.

Dr Przemysław Kwiecień: Na koniec roku możemy się spodziewać umocnienia złotego

Za dolara i franka szwajcarskiego trzeba płacić ponad 3,80 zł. Polska waluta osłabiła się też wobec euro. Przyczyną jest rosnące ryzyko polityczne.

– Osłabienie złotego wynika z kwestii politycznych, nie tyle w kraju, co na Starym Kontynencie – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Najważniejsze przyczyny to brak porozumienia co do realizacji brexitu, spór o włoski budżet i narastająca niepewność o sytuację w Niemczech.

– Jeżeli te napięcia osłabną, złoty może się wzmocnić i pod koniec roku będziemy płacić 3,60-3,65 zł za dolara – ocenia ekspert.

Kurs funta, euro i dolara. Spojrzenie na główne waluty

Polski złoty wczoraj umocnił się w relacji do dwóch głównych walut, istotnie zyskując zwłaszcza w parze z dolarem amerykańskim.

Krajowej walucie sprzyjała przede wszystkim poprawa nastrojów wokół aktywów ryzykownych i odpowiadająca jej słabość USD, która umożliwiła wzrost innym głównym walutom oraz walutom emerging markets. Poprawa nastrojów wokół konfliktu handlowego na linii USA-Chiny oraz stabilizacja po ostatniej wyprzedaży na globalnych rynkach akcji to jedne z głównych czynników zewnętrznych wspierających polską walutę.

Co tyczy się informacji z kraju, ostatnie dni nie przyniosły optymistycznych informacji. Inflacja CPI w ostatnim miesiącu pomiarów wyniosła zaledwie 1,7% w ujęciu rocznym. Te oraz ostatnie, słabsze dane z krajowego rynku pracy nie sprzyjają perspektywom rychłych podwyżek stóp procentowych ze strony Rady Polityki Pieniężnej. A niektóre inne kraje regionu od jakiegoś czasu stopy podnoszą. Rumunia może nie być najlepszym przykładem, z uwagi na to, że boryka się z najwyższą inflacją wśród krajów UE. Jednak kraj z dużo bardziej umiarkowanym poziomem dynamiki cen, czyli Czechy, dokładnie wczoraj podjęły decyzję o podniesieniu referencyjnej stopy procentowej do poziomu 1,75%. Tym samym stopa procentowa u naszych południowych sąsiadów przekroczyła poziom referencyjnej stopy NBP.

Pozytywne nie są również ostatnie informacje płynące z sektora przemysłowego. Dzisiejszy indeks PMI wprawdzie pokazał odczyt wyższy od oczekiwanego i zbliżony do tego z poprzedniego miesiąca, tak jednak nadal znajduje się jedynie nieznacznie powyżej granicy oddzielającej ekspansję, od kurczenia się sektora. Problemy widać również, jeśli przyjrzymy się kompozycji danych. W październiku aktywność w sektorze nieco ratował wewnętrzny popyt, nowe zamówienia eksportowe natomiast malały trzeci miesiąc z rzędu. Po raz pierwszy od ponad 5 lat spadło zatrudnienie w sektorze, a niższe zamówienia i rosnąca presja kosztowa negatywnie wpływała na nastroje menedżerów – indeks je opisujący znalazł się na najniższym poziomie od 6 lat. Nietrudno wyobrazić sobie, żeby indeks w najbliższym czasie przebił graniczny poziom 50 punktów.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

Kurs euro – EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,32-4,34. Wspólna europejska waluta doświadczyła wczoraj znaczącego umocnienia w parze ze słabszym dolarem amerykańskim, jednocześnie nieco osłabiła się w relacji do funta brytyjskiego.

Dzisiejsza rewizja indeksu aktywności w przemyśle strefy euro nie przyniosła większych zaskoczeń. W październiku wskaźnik znalazł się na poziomie 52, minimalnie niższym niż podano we wstępnym szacunku.

Kurs funta – GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,89-4,94. Funt brytyjski był wczoraj jedną z lepiej radzących sobie walut świata. Szterlingowi sprzyjało zarówno osłabienie dolara amerykańskiego, jak i optymizm ze strony Banku Anglii.

W kontekście wczorajszego spotkania Banku Anglii warto wspomnieć, że BoE ostrzegł, że w przypadku „nieuporządkowanego” wyjścia z UE wcale niekoniecznie obcinałby stop procentowe, aby wspierać gospodarkę. Prezes BoE, Mark Carney stwierdził, że ruch nie byłby automatyczny i mógłby nastąpić w obu kierunkach. Nie jest to jednak scenariusz bazowy Banku – jeśli warunki wyjścia byłyby korzystne, oczekiwane podwyżki stóp procentowych mogłyby następować nieco szybciej.

Ostatnie dane gospodarcze ze Zjednoczonego Królestwa są dość mieszane: wczorajsza publikacja indeksu PMI dla przemysłu solidnie rozczarowała. Wskaźnik w październiku spadł bowiem do poziomu 51,1, tym samym w ostatnim miesiącu pomiarów znajdował się na najniższym poziomie od lipca 2016 r. sugerując, że sektor nie radzi sobie zbyt dobrze, podobnie jak przemysł reszty Europy. Dzisiejsze dane z kolei zaskoczyły na plus. Indeks aktywności w budownictwie pokazał poziom 53,2 wobec oczekiwanego 52. Tak wczoraj, jak i dziś dane z brytyjskiej gospodarki nie miały jednak istotnego przełożenia na handel.

Kurs dolara – USD

Kurs USD/PLN w czwartek spadł o 1,2%, wahając się w widełkach 3,78-3,84. Amerykańska waluta charakteryzowała się wczoraj wyjątkową słabością zarówno w relacji do głównych walut, jak i do walut rynków wschodzących. Słabość dolara amerykańskiego można w pewnym stopniu powiązać z ostatnimi doniesieniami, zgodnie z którymi Donald Trump chce zawrzeć porozumienie z Chinami podczas szczytu G20 w Argentynie, który odbędzie się w tym miesiącu. Agencja Bloomberg sugeruje, że prezydent USA złagodził swoje stanowisko i nakazał przygotować wstępny projekt warunków porozumienia, po rozmowie telefonicznej z przewodniczącym Chińskiej Republiki Ludowej, w której obaj liderzy wyrazili optymizm w kwestii rozwiązania sporu wokół handlu. Na informacje oczywiście pozytywnie zareagowały waluty, które były poddane wyprzedaży z powodu obaw związanych z konfliktem handlowym, czyli m.in. rupia indyjska, czy juan chiński.

Ostatnie dane z USA były dość mieszane. Opublikowane wczoraj indeksy aktywności w sektorze przemysłowym w październiku rozczarowały, co jest pewnym zaskoczeniem biorąc pod uwagę wcześniejsze odczyty, które zaskakiwały mocno na plus. W przeciwieństwie do ich europejskich odpowiedników nowe wskaźniki nadal jednak sugerują bardzo silną ekspansję sektora. Kluczowymi danymi, które poznamy dziś będą odczyty z amerykańskiego rynku pracy w październiku. Oprócz nich poznamy szacunek bilansu handlowego USA oraz dane o zamówieniach amerykańskich fabryk we wrześniu.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:30 – raport NFP z amerykańskiego rynku pracy w październiku
  • 13:30 – bilans handlowy USA we wrześniu
  • 15:00 – dane o zamówieniach amerykańskich fabryk we wrześniu

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Aforti Finance wchodzi z pożyczkami na rynek rumuński

Aforti Finance – spółka udzielająca pożyczek dla mikro, małych i średnich przedsiębiorców, należąca do Grupy AFORTI – startuje z usługami finansowymi
w Rumunii. Będzie to możliwe dzięki uzyskanej przez spółkę licencji niebankowej instytucji finansowej, wydanej przez Narodowy Bank Rumunii.
To urzędowe pozwolenie uprawnia Aforti Finance do prowadzenia działalności operacyjnej w zakresie udzielania rumuńskim przedsiębiorcom pożyczek pozabankowych.

Rumunia jest jednocześnie pierwszym z siedmiu planowanych na najbliższe lata rynków zagranicznych, na których partner finansowy firm z sektora MSP świadczyć będzie usługi pożyczkowe. W ramach szeroko zakrojonej ekspansji międzynarodowej, Aforti Finance zamierza dotrzeć ze swoją ofertą do takich krajów, jak: Czechy, Węgry, Chorwacja, Serbia, Bośnia i Hercegowina, Albania oraz Macedonia, w których wcześniej swoją działalność rozpocznie Aforti Exchangeplatforma wymiany walut online dla firm, również zarządzana przez holding finansowy AFORTI.

Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Grupy AFORTI
Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Grupy AFORTI

– Podbój rynków zagranicznych rozpoczęliśmy od ekspansji Aforti Exchange, bowiem wiążą się z tym znacznie niższe progi wejścia niż w przypadku spółek świadczących usługi finansowe, przy których niezbędna jest budowa modeli scoringowych. Nie zmienia to jednak faktu, że nasze działania na arenie międzynarodowej będziemy realizować konsekwentnie, zgodnie ze strategią rozwoju Grupy AFORTI na lata 2018-2020, rozwijając ofertę dla przedsiębiorców – tak w zakresie wymiany walut online, jak i pożyczkową – na co najmniej siedmiu kolejnych rynkach – podkreśla Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Aforti Holding, spółki notowanej od 2011 roku na rynku NewConnect.

Przetarcie biznesowych szlaków przez jedną ze spółek należących do Grupy AFORTI pozwoli nie tylko na bezpieczne i sprawne wdrażanie nowych usług pod kątem prawnym i operacyjnym, ale będzie także znacząco minimalizować ryzyko biznesowe i finansowe związane z uruchamianiem nowych biznesów na zagranicznych rynkach. Taka strategia ma również zapewnić Grupie Aforti efekt synergii między spółkami działającymi na arenie międzynarodowej.

Jak podkreśla Klaudiusz Sytek – Rynek rumuński – jako miejsce realizacji projektów biznesowych, tak w przypadku Aforti Finance, jak i Aforti Exchange – nie jest przypadkowy. To doskonale przemyślana decyzja, wynikająca między innymi z pozycji gospodarczej Rumunii w Europie. Kraj ten – wbrew pozorom – jest jedną z największych i najdynamiczniej rozwijających się gospodarek na Starym Kontynencie, stąd nasza obecność w tej części Europy.

W 2017 roku nominalny PKB Rumunii, wyrażony w cenach bieżących, wyniósł 206,9 mld USD, a mierzony w ten sam sposób PKB per capita osiągnął poziom 10,56 tys. USD. Według szacunków Komisji Europejskiej realny PKB Rumunii wzrósł tym samym o 6,7 proc. w 2017 roku względem 4,9 proc. rok wcześniej, a najważniejszymi sektorami odpowiadającymi za tworzenie PKB Rumunii był sektor usług i przemysłu, które wygenerowały odpowiednio ok. 64 proc. i 33 proc. PKB.

Komisja Europejska oraz Bank Światowy szacują, że gospodarka rumuńska nadal będzie rosnąć, przy jednoczesnym założeniu, że  tempo wzrostu spadnie do poziomu 4,5 proc. w 2018 roku i nawet do 4 proc. w 2019 roku. Z kolei według prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego wzrost gospodarczy Rumunii osiągnie w bieżącym roku nawet poziom 5 proc. Najbardziej optymistyczne szacunki wskazuje jednocześnie rumuńska Krajowa Komisja ds. Prognozy, według której w perspektywie średniookresowej na lata 2018-2021, w 2018 roku Rumunia osiągnie wzrost PKB sięgający nawet
6,1 proc.

– Bez wątpienia, Rumunia pozostanie liderem tempa wzrostu gospodarczego w Europie, stąd – podobnie, jak ma to miejsce w odniesieniu do wielu firm z Europy Zachodniej – aktywnie pracowaliśmy nad wejściem na ten dynamicznie rozwijający się, chociaż nadal bardzo młody rynek. Jego przewagą – jak w przypadku większości rynków wschodzących – są dodatkowo niższe bariery wejścia i ogromny potencjał rodzimych przedsiębiorców, którzy podążając za rozwojem krajowej gospodarki, aktywizują własne działania biznesowe, szukając szybkich i atrakcyjnych źródeł finansowania. Tym samym, wejście Aforti Finance na ten rynek powinno przynieść w kolejnych latach wymierne efekty, tak w formie pozytywnych wyników finansowych, jak też rosnącej rozpoznawalności i tym samym mocnej pozycji Aforti Finance na rynkach zagranicznych dodaje Klaudiusz Sytek.

Zmiany w Zarządzie ING Commercial Finance

Rada Nadzorcza ING Commercial Finance podjęła decyzję dotyczącą zmian w składzie zarządu spółki. Stanowisko Wiceprezesa Zarządu odpowiedzialnego za nadzór nad ryzykiem kredytowym i zarządzanie procesami z dniem 1 listopada 2018 roku objął Tomasz Grzybowski.

Tomasz Grzybowski
Tomasz Grzybowski

Tomasz Grzybowski jest związany z Grupą ING od ponad 20 lat. W latach 1997 – 2001 odpowiadał za relacje z kluczowymi klientami strategicznymi banku. Następnie objął stanowisko Kierownika Zespołu Wsparcia Kredytowego w segmencie średnich i dużych firm w ING Banku Śląskim. W 2007 r. został powołany na stanowisko Dyrektora Sprzedaży w ING Banku Hipotecznym. Następnie pełnił funkcję głównego decydenta kredytowego w ING Banku Śląskim, a w 2011 r. objął funkcję Dyrektora Centrum Kredytowego w Regionie Korporacyjnym. W latach 2013-2015 Tomasz Grzybowski zajmował stanowisko Wiceprezesa Zarządu ING Lease odpowiedzialnego za obszar ryzyka. Na stanowisku Dyrektora Departamentu Ryzyka Kredytowego w ING Banku Śląskim, które obejmował do końca października br., był odpowiedzialny za obszar klientów strategicznych oraz finansowanie specjalistyczne klientów korporacyjnych.

Tomasz Grzybowski jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej ze specjalizacją Finanse Przedsiębiorstw.

Paweł Mitoraj
Paweł Mitoraj

Paweł Mitoraj, dotychczasowy Wiceprezes Zarządu ING Commercial Finance od 2015 roku, od 1 listopada zajmuje stanowisko Wiceprezesa Zarządu ING Lease odpowiedzialnego za Zarządzanie Ryzykiem.

Paweł Mitoraj pracuje w Grupie ING od 1993 r. Przez wiele lat pełnił role kierownicze w obszarze sprzedaży, rozwoju produktów kredytowych, a następnie zarządzania kredytowym ryzykiem transakcyjnym w ING Banku Śląskim.

Zmiany w Zarządzie ING Lease

Rada Nadzorcza ING Lease podjęła decyzję dotyczącą zmian w składzie zarządu spółki. Na stanowisko Wiceprezes Zarządu odpowiedzialnej za Operacje, Finanse, IT i Zarządzanie Procesami powołano Alicję Żyłę. Wiceprezesem Zarządu odpowiedzialnym za Zarządzanie Ryzykiem został Paweł Mitoraj. Zmiany personalne weszły w życie 1 listopada 2018 roku.

Alicja Żyła jest związana z ING od ponad 20 lat, przez lata zajmowała szereg stanowisk związanych z rozwojem produktów i procesów detalicznych, zarządzania projektami, a także rozwój i realizację strategii biznesowej w zakresie bankowości dla klientów bankowości detalicznej. Od 2008 roku zajmuje stanowisko Dyrektora Banku w Pionie Operacji w ING Banku Śląskim. W tym czasie z sukcesem przeprowadziła szereg zmian, centralizując i optymalizując procesy wspierające wszystkie linie biznesowe banku. Wniosła ogromny wkład w zbudowanie systemu zarządzania operacyjnego banku.

Na stanowisku Wiceprezes Zarządu Alicja Żyła będzie odpowiadać za obszar operacji, finansów, IT oraz zarzadzanie procesami.

Paweł Mitoraj
Paweł Mitoraj

Paweł Mitoraj pracuje w Grupie ING od 1993 r. Przez wiele lat pełnił role kierownicze w obszarze sprzedaży, rozwoju produktów kredytowych, a następnie zarządzania kredytowym ryzykiem transakcyjnym w ING Banku Śląskim. Od 2015 r. pełnił rolę Wiceprezesa Zarządu ING Commercial Finance odpowiedzialnego za nadzór nad ryzykiem kredytowym i zarządzanie procesami.

Na stanowisku Wiceprezesa Zarządu Paweł Mitoraj będzie odpowiadać za obszar zarządzania ryzykiem.

Jacek Studziński, dotychczasowy Wiceprezes Zarządu ING Lease odpowiedzialny za obszar Finansów i Operacji zdecydował się zakończyć swoją karierę w ING, z którym był związany od 2004 roku. Od tego czasu zajmował stanowiska w obszarze finansów, sprzedaży, zarządzania finansami oraz IT. W 2015 roku objął stanowisko Dyrektora Departamentu Finansów w ING Lease, a następnie powołano go do Zarządu spółki.

Oscar Swan, dotychczasowy Wiceprezes Zarządu ING Lease odpowiedzialny za obszar ryzyka zdecydował się zakończyć swoją karierę w ING. W 1995 r. rozpoczął współpracę z ING w warszawskim oddziale ING Bank NV. Był wieloletnim Wiceprezesem Zarządu ING Banku Śląskiego odpowiedzialnym za obszar Ryzyka, a także zajmował stanowiska związane z zarządzaniem ryzykiem w Grupie Kapitałowej ING Banku Śląskiego. Od 2015 r. pełnił funkcję Wiceprezesa Zarządu ING Lease.

Świeży start

Obraz rynku na początku nowego tygodnia jest zgoła inny od tego, jak go zostawiliśmy w październiku. Pozytywne doniesienia w temacie relacji handlowych USA-Chiny stały się katalizatorem odwrotu na rynnach – odbijają indeksy giełdowe, a na FX upłynniane są długie pozycje w USD. Złoty jest silniejszy przy nie tak tragicznym odczycie PMI dla przemysłu. Reszta rynku czeka na raport NFP z USA.

Październik został oddzielony grubą kreską i inwestorzy liczą na świeży start w przedostatnim miesiącu roku. Pomocne są doniesienia z obszaru relacji handlowych USA-Chiny. Według wpisu prezydenta USA Trumpa na Twitterze, odbył on dobrą rozmowę z prezydentem Chin Xi Jingpingiem, głównie o handlu. „Dyskusje idą w dobrym kierunku” i dobrze rokują przed planowanym spotkaniem na szczycie G20 pod koniec miesiąca. Dodatkowo dziś Bloomberg doniósł, że Trump zlecił członkom gabinetu, by przygotowali potencjalną umowę porozumienia, która mogłaby sygnalizować zawieszenie broni w konflikcie handlowym. Wszystko brzmi wyjątkowo dobrze, choć pozostanę przezorny do czasu aż będziemy mieli coś bardziej formalnego, na czym będziemy mogli oprzeć nas zachwyt. To wszystko może być polityczną grą, w której Trump chce wygrać i osłabienie czujności przeciwnika jest skuteczna strategią. Ponadto przyszłotygodniowe wybory do Kongresu mogą wymagać przypomnienia tematu wojen handlowych, ale bardziej jako dowód „wielkości Ameryki” niż przyczyny spadków na Wall Street. Mimo tej ostrożności, trzeba jednak przyznać, że po zeszłomiesięcznych zawirowaniach inwestorzy każdy przebłysk szans na porozumienie przyjmą z zadowoleniem. Oczekiwania zostały obniżone do takiego poziomu, że teraz łatwiej będzie wyprowadzić rajd apetytu na ryzyko z korzyścią dla chińskiego juana (i innych walut rynków wschodzących) i Shanghai Composite (a zanim dla globalnego rynku akcji). Na starcie listopada sytuacja wygląda dużo lepiej niż się zapowiadał kilka dni temu.

Dziś oczywiście jest piątek z NFP, choć przy całych zawirowaniach globalnego sentymentu dane mogą zejście na dalszy plan. W raporcie z rynku pracy dynamika zatrudnienia powinna wrócić bliżej 200 tys. i otrząsnąć się z wpływu czynników jednorazowych (we wrześniu przez wpływ huraganów zatrudnienie wzrosło tylko o 134 tys.). Tradycyjnie już płace będą gwiazdą raportu, a prognoza 0,2 proc. będzie neutralnym wynikiem. Jeśli będzie mniej, to jeden słabszy miesiąc po trzech miesiącach z rzędu odczytów na 0,3 proc. nikogo nie zaniepokoi. Z drugiej strony kolejny silny wynik nie przyspieszy zacieśniania Fed i nie podniesie oczekiwań na podwyżkę stóp procentowych już za tydzień (ale grudzień jest niemal pewny). Dla USD ważniejsze w ostatniej dobie było spieniężanie zysków po ostatnim radzie i teraz rynek złapał równowagę, której przed weekendem nie będzie chciał zaburzać.

Około przerwy świątecznej złoty książkowo osłabił się niemal do 4,35 za euro (górna granica wahań z ostatnich czterech miesięcy), ale ponieważ wczorajszy handel nie przyniósł pogłębienia awersji do ryzyka (wręcz przeciwnie) EUR/PLN zaczął zbiegać do jądra swojego zakresu zmienności (tj. 4,30). Na 4,32 dalej jesteśmy w strefie lekko nieprzychylnego położenia, ale przy rozwinięciu rajdu ryzyka polska waluta powinna mieć się lepiej. Na szczęście (dla złotego) nie zrealizowały się nasze kasandryczne wizje w odniesieniu do indeksu PMI dla polskiego przemysłu, który w październiku nie spadł poniżej granicy 50 pkt, a zatem nie zasygnalizował kurczenia się sektora. Szczegóły raportu nie są jednak zbyt optymistyczne – w październiku odnotowano trzeci z rzędu spadek liczby nowych zamówień, a prognozy produkcji są najsłabsze od niemal sześciu lat. Złoty będzie teraz większym zakładnikiem zewnętrznego sentymentu, gdyż dane krajowe na razie przestają być solidną tarczą ochronną.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zatrudnianie cudzoziemców przez polskie przedsiębiorstwa

Polska jest coraz atrakcyjniejszym kierunkiem zarobkowym dla obywateli krajów spoza Unii Europejskiej. Jak wskazują wszelkie dane statystyczne, polscy pracodawcy coraz częściej korzystają z usług pracowników pochodzących z Ukrainy, Albanii, Armenii czy Gruzji, a także z odleglejszych rejonów świata jak Indie, czy Bangladesz. Zanim jednak zdecydują się na zatrudnienie cudzoziemca muszą uzyskać stosowne zezwolenia.

Zezwolenie na pracę dla obywateli państw trzecich

Zezwolenie na pracę jest dokumentem, który umożliwia cudzoziemcom podjęcie legalnej pracy. Należy jednak pamiętać, że wspomniane zezwolenie nie legalizuje jeszcze ich pobytu. Oprócz dokumentu zezwalającego na podjęcie pracy konieczne jest jeszcze posiadanie podstawy do legalnego pobytu, np. zezwolenia na pobyt czasowy, czy wizy, a w wybranych przypadkach wystarczy jedynie paszport biometryczny.

Wniosek o zezwolenie na pracę powinien zostać złożony do urzędu wojewódzkiego właściwego z uwagi na siedzibę pracodawcy. Co więcej, z takim wnioskiem nie występuje potencjalny pracownik, lecz robi to pracodawca. Uzyskanie zezwolenia na pracę umożliwia cudzoziemcom podjęcie zatrudnienia u konkretnego pracodawcy. Jeśli chciałby on zmienić miejsce pracy, to konieczne jest wystąpienie przez nowego pracodawcę o kolejne zezwolenie.

Zezwolenie na pracę jest wydawane w drodze decyzji administracyjnej w trzech egzemplarzach. Jeden jest przeznaczony dla pracodawcy, drugi dla pracownika, a trzeci zostaje w aktach urzędu wojewódzkiego. Złożenie wniosku wiąże się z uiszczeniem opłaty administracyjnej, która wynosi:

  • 50 zł, jeżeli zezwolenie na pracę ma obowiązywać przez okres krótszy niż 3 miesiące;
  • 100 zł, jeżeli zezwolenie na pracę ma obowiązywać przez okres dłuższy niż 3 miesiące;
  • 200 zł, jeżeli cudzoziemiec zostaje delegowany do Polski w związku z realizacją usługi eksportowej.

Wraz z wnioskiem należy jeszcze przygotować stosowne dokumenty. Będą to m.in. oświadczenie podmiotu powierzającego wykonywanie pracy cudzoziemcowi, wydruk z KRS lub kopia dowodu osobistego pracodawcy (w zależności od formy prawnej), kopia wszystkich stron paszportu cudzoziemca, czy umowy stanowiącej o warunkach zatrudnienia wskazanych we wniosku. W niektórych przypadkach konieczne może być przedłożenie tzw. testu rynku pracy, który jest wydawany przez starostę.

Procedura powinna trwać do jednego miesiąca, a w szczególnych przypadkach do dwóch.

Zatrudnianie obywatela Ukrainy, Białorusi, Rosji, Mołdawii, Gruzji i Armenii

Uproszczona forma uzyskania legalnego zatrudnienia została przeznaczona dla obywateli Ukrainy, Białorusi, Rosji, Mołdawii, Gruzji i Armenii. Pracodawca może zdecydować się na zatrudnienie cudzoziemca pochodzącego z ww. krajów bez konieczności posiadania zezwolenia na pracę przez okres do 6 miesięcy w ciągu kolejnych 12, gdy złoży do powiatowego urzędu pracę oświadczenie o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi. Starosta wydaje stosowną decyzję w terminie 7 dni roboczych. Jeśli sprawa tego wymaga, to procedura może się przedłużyć do 30 dni.

Jeśli cudzoziemiec przepracuję wskazane 6 miesięcy, to konieczne jest uzyskanie zezwolenia na pracę w celu kontynuowania zatrudnienia.

Ustawa o elektromobilności może być dla miast trudna w realizacji. Problemem pozyskanie środków i dopasowanie infrastruktury ładowania do potrzeb komunikacyjnych

Ustawa o elektromobilności może być dla miast trudna w realizacji. Problemem pozyskanie środków i dopasowanie infrastruktury ładowania do potrzeb komunikacyjnych 1

Uchwalona w styczniu tego roku ustawa o elektromobilności nakazuje m.in., by w średnich i większych gminach i powiatach już za dwa lata udział pojazdów niskoemisyjnych wynosił 10 proc. W kolejnych trzech ma się on podwoić. Ustawa nakłada też na samorządy obowiązek stopniowego zwiększania floty autobusów zeroemisyjnych i budowy infrastruktury do ich ładowania. Realizacja nowych przepisów może być trudna – oceniają eksperci. Nie wskazują one bowiem źródeł finansowania tych inwestycji. Ponadto wbudowanie stacji ładowania pojazdów elektrycznych w istniejącą tkankę miejską może być trudne do pogodzenia z logiką transportu w danym mieście.

– Wprowadzenie ustawy o elektromobilności nakłada szereg obowiązków na miasto. Mówi ona wprost o pewnej liczbie pojazdów komunikacji publicznej, mówi o autobusach zeroemisyjnych, określa na poszczególne lata progi procentowe, ile takich pojazdów powinno się znaleźć, natomiast równolegle nie zapewnia możliwości odpowiedniego przygotowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Załuska, prezes spółki Mobilis, świadczącej usługi transportu publicznego m.in. w Warszawie, Krakowie i Bartoszycach. – Pojazdy elektryczne czy elektrobusy są pojazdami dosyć specyficznymi. Żeby one mogły świadczyć prace przewozowe na ulicach, muszą być ładowane i doładowywane, a do tego potrzebna jest infrastruktura.

Zgodnie z ustawą o elektromobilności i paliwach alternatywnych gmina czy powiat, w którym mieszka ponad 50 tys. mieszkańców, ma zapewnić lub zlecić usługę komunikacji miejskiej podmiotowi, którego udział autobusów zeroemisyjnych we flocie użytkowanych pojazdów na terenie danej jednostki samorządowej wynosi co najmniej 30 proc. Próg ten ma zostać osiągnięty od 1 stycznia 2028 roku. Według prognoz PSPA (Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych) na ulicach polskich gmin i miast ma wówczas jeździć ponad 3,5 tys. autobusów elektrycznych. Jednym z problemów jednak jest konieczność ładowania przez nie baterii i stworzenie analogicznej do stacji paliw infrastruktury punktów ładowania pojazdów.

Odpowiednie doprowadzenie tej infrastruktury w już istniejącą tkankę miejską jest w większości wypadków bardzo istotnym problemem – ocenia Dariusz Załuska. – Wiąże się to z doprowadzeniem określonych mocy w określone miejsca, które optymalne z punktu widzenia przewozowego niekoniecznie muszą być optymalne z punktu widzenia infrastruktury. Tu pojawiają się pierwsze problemy związane z tym, w jakim zakresie i gdzie to jest możliwe i czy taka moc jest dostępna.

Drugim istotnym elementem jest kwestia finansowania budowy takiej infrastruktury w wyznaczonym przez ustawodawcę terminie. Minimalna liczba punktów ładowania zainstalowanych do dnia 31 grudnia 2020 roku w ogólnodostępnych stacjach ładowania zlokalizowanych w gminach wynosi 1 tys. w gminach o liczbie mieszkańców wyższej niż 1 mln, w których zostało zarejestrowanych co najmniej 600 tys. samochodów i na 1 tys. mieszkańców przypada co najmniej 700 pojazdów samochodowych; 210 w gminach o liczbie mieszkańców wyższej niż 300 tys., w których zostało zarejestrowanych co najmniej 200 tys. pojazdów samochodowych i na 1 tys. mieszkańców przypada co najmniej 500 pojazdów; 100 w gminach o liczbie mieszkańców wyższej niż 150 tys., w których zostało zarejestrowanych co najmniej 95 tys. pojazdów samochodowych i na 1 tys. mieszkańców przypada co najmniej 400 samochodów oraz 60 w gminach o liczbie mieszkańców wyższej niż 100 tys., w których zostało zarejestrowanych co najmniej 60 tys. pojazdów samochodowych i na 1 tys. mieszkańców przypada ich co najmniej 400.

Ustawa określa, w jakich miastach ile punktów ładowania powinno być, ale to jest bardzo ogólne, w każdym mieście może to inaczej wyglądać, a przede wszystkim ustawa nie wskazuje źródła finansowania, nie daje żadnych ulg, a końcowo przenosi te koszty na odbiorcę, czyli na przewoźnika, który będzie płacił czy to za prąd, czy za gaz – wskazuje prezes zarządu Mobilis. – Ci, którzy będą wykonywać te inwestycje i później operować tymi punktami, przeniosą to w koszty świadczenia usługi dostawy prądu. Tutaj nie ma żadnych zachęt do tego, żeby przyspieszyć realizację tworzenia tej infrastruktury i żeby pełne koszty nie były przenoszone w pierwszej kolejności na miasto, a później na przewoźników.

Gminy i powiaty, których liczba mieszkańców przekracza 50 tys., powinny zapewnić udział autobusów zeroemisyjnych w użytkowanej flocie pojazdów w wysokości co najmniej 5 proc. od 1 stycznia 2021 roku, 10 proc. od 1 stycznia 2023 roku, 20 proc. od 1 stycznia 2025 roku i 30 proc. od 1 stycznia 2028 roku. W ocenie branży to bardzo napięty harmonogram. Zakup autobusu niskoemisyjnego to koszt 2–2,5 razy wyższy niż tradycyjnego.

Jeżeli byłoby to wprowadzane stopniowo, miałoby to pewną logikę. I gdyby na to były środki, bo dzisiaj obowiązek jest przekazywany, natomiast nie przekazuje się żadnych środków, gminy mają same je znaleźć. Pół biedy, jeżeli mają dostęp do środków unijnych, które w znacznym stopniu mogą wykorzystać na zakupy autobusów, ale później ten tabor trzeba utrzymać – wyjaśnia Dariusz Załuska. – Jeśli chodzi o autobusy elektryczne, to producenci obiecują, że ona wytrzyma 10 lat, gwarancji nie dają. Trzeba się liczyć z wymianą baterii w trakcie eksploatacji, a to jest koszt kilkuset tysięcy złotych na autobus.

Polskie firmy coraz śmielej działają na skalę międzynarodową. Mogą przy tym korzystać z pomocy państwa

Polskie firmy coraz śmielej działają na skalę międzynarodową. Mogą przy tym korzystać z pomocy państwa 2

Eksport polskich firm rośnie. W ciągu ośmiu miesięcy tego roku wyeksportowały one towary warte 143,6 mld zł, czyli o prawie 7 proc. więcej niż w tym samym okresie 2017 roku. Doradztwo, ubezpieczenie eksportu i finansowe wsparcie rządowych funduszy to tylko niektóre z możliwości, z których może skorzystać polski przedsiębiorca podejmujący decyzję o wyjściu poza granice Polski. Takich firm jest coraz więcej.

Zachęcam przedsiębiorców do tego, żeby rozwój lokować za granicą. W naszym przypadku to jest bardzo dobry ruch strategiczny, dlatego że dywersyfikujemy biznes i czynniki ryzyka w oparciu o poszczególne segmenty, a jednocześnie skutecznie, konsekwentnie budujemy grupę, budujemy polskiego lidera wsparcia sprzedaży w Europie – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Stańczak, prezes ASM Group.

Po ośmiu miesiącach 2018 roku eksport polskich firm wyniósł 143,6 mld euro, więcej o 6,7 proc. niż w ciągu ośmiu miesięcy 2017 roku. Eksport do Unii Europejskiej wzrósł o 7,1 proc. (do 115,2 mld euro), w tym do Niemiec o 9,3 proc., Czech – o 6 proc., Francji – o 7,4 proc., Niderlandów – o 7,5 proc. (dane Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii za GUS). W przypadku eksportu do Wielkiej Brytanii odnotowano nieznaczny wzrost o 0,3 proc., zaś do Włoch spadek o 1,1 proc. Spośród państw unijnych aż do 17 z nich odnotowano szybszy niż przeciętnie wzrost sprzedaży polskich towarów, w tym najszybszy do Luksemburga – o 44 proc., Irlandii – o 30,6 proc., Słowenii – o 20,1 proc., Chorwacji oraz Rumunii – po 17 proc.

Według wrześniowej fali badania Bibby MSP Index ponad połowa rodzimych firm prowadzi działalność eksportową.

Stawiamy obecnie na ekspansję zagraniczną, dlatego że po 20 latach obecności na rynku polskim osiągnęliśmy poziom lidera w branży. Kolejnym istotnym elementem, wydaje się naturalnym, jest rozwój biznesu za granicą. Jesteśmy po kilku akwizycjach. Jesteśmy dziś obecni w pięciu krajach, planujemy kolejne akwizycje w Europie – deklaruje Adam Stańczak. – Chcemy dalej rozwijać swoje przedsiębiorstwo w oparciu o przejęcia podmiotów na rynkach zagranicznych po to, żeby poszerzać kompetencje, grono klientów, jak również budować po prostu wartość grupy.

ASM Group to firma od 20 lat działająca w branży marketingowo-handlowej. Obsługuje ponad 1,5 tys. klientów na rynkach polskim, włoskim, niemieckim, austriackim i szwajcarskim. Trzy rynki niemieckojęzyczne spółka pozyskała w tym roku, dokonując na początku czerwca przejęcia 91,6 proc. udziałów w większej od siebie grupie z branży, Vertikom. Przy przejęciu niemieckiej firmy spółkę wspomógł Fundusz Ekspansji Zagranicznej, zarządzany przez PFR TFI z Grupy Polskiego Funduszu Rozwoju. Wraz z ASM Group utworzył on w Niemczech spółkę, która dokonała akwizycji wartej ponad 22 mln euro grupy.

Przykład naszej firmy pokazuje, że można skorzystać nie tylko z pomocy kredytów bankowych czy różnych instrumentów dłużnych, jakie są dostępne na rynku, lecz także ze wsparcia Funduszu Ekspansji Zagranicznej, dzięki któremu udało nam się przeprowadzić transakcję – przekonuje Adam Stańczak. – Polska giełda w ostatnim czasie ma trudności z tym, żeby realizować skutecznie możliwość pozyskania finansowania, więc w dużej mierze opieramy swój plan rozwoju na możliwościach finansowania z własnych środków, a z drugiej strony na możliwościach pozyskania kredytowania lub instrumentów dłużnych, jakie banki oferują, stąd też aktywny udział FEZ rzeczywiście pomaga w realizacji planów strategicznych rozwoju spółek w Europie.

Jak podkreśla Adam Stańczak, wsparcie finansowe to nie jest jedyna forma pomocy państwa, z jakiej mogą skorzystać przedsiębiorcy chcący wyjść z działalnością poza rynek polski. Polska Agencja Inwestycji i Handlu, także z Grupy PFR, w ciągu dwóch lat działania Zagranicznych Biur Handlowych pozyskała inwestycje o wartości 350 mln euro. Istnieje też możliwość ubezpieczenia należności eksportowych, np. w KUKE.

Na etapie transakcji we Włoszech, która odbyła się kilka lat temu, korzystaliśmy z działań doradczych. Na pewno przy pomocy instrumentów państwowych możemy wykorzystać wiedzę lub istotne informacje po to, żeby ograniczyć pewne ryzyka związane z ekspansją na danym rynku – radzi szef ASM Group. – Każdy kraj ma swoje uwarunkowania prawne, ekonomiczne i kulturowe, o czym należy pamiętać. Niewątpliwie pomoc instytucji, które już są obecne w formie różnych organizacji, może się przydać w nauce tego, jak postępować na danym rynku.

Cyberprzestępcy wykorzystają do wykradania danych sztuczną inteligencję. Technologia, by pozostać nierozpoznaną, będzie udawać żywego człowieka

Cyberprzestępcy wykorzystają do wykradania danych sztuczną inteligencję. Technologia, by pozostać nierozpoznaną, będzie udawać żywego człowieka 3

Dynamiczny rozwój sztucznej inteligencji może się obrócić przeciwko ludziom. Przestępcy mogą wykorzystać systemy inteligentne oraz narzędzia automatyzujące do przeprowadzenia ataków na coraz szerszą skalę. Zagrożenie może również przyjść ze strony asystentów głosowych, którzy mogą do nas dzwonić i podając się za konsultantów telefonicznych, wykradać nasze wrażliwe dane. Technologia jest już na tyle zaawansowana, że trudno rozpoznać, czy rozmówcą jest człowiek czy maszyna.

– W chwili obecnej jesteśmy świadkami znacznej automatyzacji cyberprzestępczości. Dzięki dostępności różnorodnych narzędzi wiele osób przekazuje złośliwe oprogramowanie i wykonuje powiązane z tym czynności, nie zdając sobie nawet sprawy, w jaki sposób to wszystko działa – alarmuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Juraj Malcho, dyrektor ds. technologii z firmy ESET.

Firma Neustar przeprowadziła w październiku badania wśród 301 specjalistów IT zajmujących się tematyką bezpieczeństwa informacji, aby się dowiedzieć, jak zapatrują się na rozwój technologii sztucznej inteligencji. Choć 87 proc. ankietowanych stwierdziło, że widzą w SI narzędzie, które pomoże walczyć z cyberprzestępczością, to aż 82 proc. obawia się, że może doprowadzić do narodzin nowych, niebezpiecznych form ataków ze strony hakerów. Połowa badanych stwierdziła, że SI może posłużyć do wykradania danych osobowych, a 16 proc. respondentów stwierdziło, że może zdestabilizować działania biznesowe oraz zwiększyć koszty związane z zapewnieniem bezpieczeństwa sieci.

Specjaliści z ZeroFOX postanowili sprawdzić, czy sztuczna inteligencja rzeczywiście może ułatwić pracę cyberprzestępcom. Naukowcy wykorzystali technologię uczenia maszynowego do pokazania botowi SNAP_R, jak zachowują się użytkownicy Twittera. Następnie sprawdzono, w jaki sposób łatwiej będzie rozprzestrzenić szkodliwe linki – za pośrednictwem człowieka czy maszyny. Sztuczna inteligencja działała znacznie szybciej, infekując w tym samym czasie czterokrotnie więcej użytkowników niż haker.

– Automatyzacja ataków odbywać się będzie poprzez chatboty czy też linguboty. Obecnie ktoś musi podnieść słuchawkę, zadzwonić i wykorzystać pewne tricki psychologiczne, aby uzyskać od rozmówcy określone dane. Niebawem możemy mieć do czynienia ze zautomatyzowanymi, cyfrowymi specjalistami poszukującymi konkretnych informacji. Wykorzystując w tym celu odpowiednie zwroty i formy odpowiedzi, będą postępować tak, jak doskonali psycholodzy. Myślę, że jest to szczególnie niebezpiecznie, zwłaszcza że w grę wchodzą dziesiątki tego rodzaju ataków dziennie – przewiduje Juraj Malcho.

Szczególnie niebezpieczna może się okazać technologia, która w założeniu ma ułatwiać nam życie. Asystent głosowy Google Duplex, wykorzystując technologię uczenia maszynowego, może prowadzić rozmowę w taki sposób, że rozmówca nie rozpozna, że ma do czynienia z maszyną. Sztuczna inteligencja mówi płynnie, przytakuje rozmówcy i kiedy wyszukuje odpowiedzi na bardziej skomplikowane pytania – wzdycha. Google Duplex stworzono po to, aby wyręczyła nas np. w rezerwowaniu stolików czy umawianiu spotkać w firmach, które nie prowadzą systemu rezerwacji online.

W rękach cyberprzestępców narzędzie może się zamienić w maszynę do wyłudzania danych. Można wykorzystać je do podszywania się pod przedstawicieli banków czy jednostek państwowych. W przygotowaniu są kolejne technologie, które z jednej strony mają przyspieszać obliczenia i ułatwiać nam życie, ale z drugiej mogą się stać poważnym zagrożeniem.

– Być może w ciągu 10 lat w użyciu znajdą się komputery kwantowe, które całkowicie zmienią znane nam w tej chwili oblicze kryptografii. Gdybym jednak miał spojrzeć na najbliższe trzy do pięciu lat, to myślę, że nastąpią zmiany związane z większą automatyzacją określonych rodzajów ataków. Skupiłbym się tutaj na działaniach, które korzystają lub wiążą się z użyciem sztucznej inteligencji czy uczenia maszynowego – mówi ekspert.

Brytyjska sieć handlowa Marks & Spencer już teraz wykorzystuje sztuczną inteligencje na infoliniach. Kiedy klienci dzwonią do firmy, chatbot Twilio prosi o zadanie pytania. System rozpoznawania mowy wysyła zapytanie do sztucznej inteligencji Google Dialogflow, która analizuje jej treść i decyduje, z jakim oddziałem połączyć danego klienta. Na podobnej zasadzie mogą działać asystenci głosowi od cyberprzestępców. Tyle że zamiast przekierowywać rozmowę na inny numer, poprowadzą ją tak, aby wyłudzić nasze dane osobowe.

W 2017 roku wartość rynku asystentów głosowych wyniosła niemal 1,7 mld dol. Eksperci z Research and Markets szacują, że do 2023 roku branża będzie rozwijała się w tempie 32 proc. średniorocznie, aż osiągnie wartość 9 mld dol.

Za 10 lat w zawodach technologicznych liczba kobiet i mężczyzn się zrówna. Obecnie największą barierą są stereotypy

Za 10 lat w zawodach technologicznych liczba kobiet i mężczyzn się zrówna. Obecnie największą barierą są stereotypy 4

Choć tradycyjnie zawody związane z naukami ścisłymi, takie jak matematyka, inżynieria czy technologia kojarzą się z męskim światem, kobiety wkraczają w nie coraz odważniej. Służą temu nie tylko programy typu „Dziewczyny na politechniki”, lecz także proste wymogi rynku pracy, na którym brakuje inżynierów i programistów. Za 10 lat proporcje między oboma płciami w zawodach technologicznych powinny się wyrównać – podkreśla dr Aleksandra Przegalińska z Akademii Leona Koźmińskiego.

– Kobiety w branży technologicznej będą coraz bardziej obecne. Nie mogę powiedzieć, żebyśmy byli w tym punkcie, w którym powinniśmy być, czyli że jest tyle samo kobiet co mężczyzn w tej dziedzinie. Właściwie to nie musi być, ale tych wymagań branży technologicznej jest tak dużo, że coraz więcej ludzi powinno ją zasiedlać – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Aleksandra Przegalińska, ekspertka w obszarze sztucznej inteligencji z Akademii Leona Koźmińskiego i MIT Center for Collective Intelligence. – Bardzo ważne jest to, żeby w tym rozwoju technologicznym uczestniczyła cała populacja.

Z opublikowanego na początku 2018 roku raportu ośrodka badawczego DELab Uniwersytetu Warszawskiego wynika, że na uczelniach technicznych studentki stanowią obecnie ponad jedną trzecią wszystkich słuchaczy (37 proc.). I choć z badania ankietowego wynikło, że 65 proc. Polaków postrzega zawód automatyka czy robotyka jako męski, 64 proc. sądzi to samo o profesji inżyniera energetyka, a 59 proc. o programiście, to coraz więcej absolwentek szkół średnich podejmuje trud nauki na kierunkach ścisłych.

– Na pewno widać dobre trendy, rokujące pozytywnie na przyszłość. Myślę, że w ciągu najbliższych 10 lat będziemy mieć coraz więcej kobiet, które będą reprezentować branżę technologiczną, będą w niej pracować na wszystkich szczeblach, łącznie z zarządczymi – przewiduje dr Aleksandra Przegalińska. –Na studiach technicznych, technologicznych, teleinformatycznych, ścisłych jest coraz więcej dziewczyn. Nawet jeśli teraz w świecie zawodowym spotykamy mniej kobiet, to za kilka lat nie będzie to już żadną kwestią.

W Polsce 36 proc. stanowisk zarządczych obsadzonych jest przez kobiety. Jak pokazały badania, spośród siedmiu wskazanych stanowisk dyrektorskich tylko jedno – dyrektor ds. personalnych – uznane zostało przez ankietowanych Polaków za raczej kobiece (22 proc. wskazań) niż męskie (13 proc.). Pozostałe posady kierownicze, w tym fotel menadżera wysokiego szczebla, wciąż przypisuje się mężczyznom. Największe różnice występowały w przypadku dyrektora ds. logistyki (35 proc. versus 8 proc.), najmniejsze dyrektora ds. administracyjnych (21 proc. wobec 19 proc.).

Tymczasem z doświadczeń Aleksandry Przegalińskiej wynika, że zarówno mężczyźni, jak i kobiety dysponują cechami predestynującymi ich do pracy na stanowiskach zarządczych i w branżach z obszaru STEM (nauka, technologia, inżynieria, matematyka).

– W branży technologicznej potrzeba skupienia i koncentracji oraz ciężkiej pracy. W moim obszarze data science potrzeba dużo pieczołowitości. Myślę, że i kobiety, i mężczyźni są obdarzeni tymi cechami. Istotne jest to, żeby kobiety przestały się tych branż bać – podkreśla ekspertka. – One nie są przesadnie trudniejsze niż inne branże. Myślę, że są w miarę przystępne. Programowanie nie jest szalenie trudną dziedziną. Jedyna bariera jaka jest, to ta w głowie, myśl, że może się do tego nie nadajemy. Uważam, że wszyscy się nadają.

Tego typu myśleniu sprzyjają stereotypy społeczne często powielane w rodzinach. Co dziesiątej studentce zdarzyło się usłyszeć że studia techniczne nie są dla kobiet, co czwarta była zniechęcana do podjęcia studiów ścisłych przez rodzinę, a 17 proc. utwierdzano w przekonaniu, że sobie nie poradzą z nauką – wynika z badań Fundacji Edukacyjnej Perspektywy. Według Aleksandry Przegalińskiej praktyka jest zupełnie inna – kobiety są chętnie przyjmowane przez kolegów z pracy, a ich nieco inne spojrzenie na rzeczywistość często pomaga rozwiązać problem w nietuzinkowy sposób.

– Chociaż głównie pracuję z mężczyznami, to mam raczej doświadczenia pełnej inkluzji, zaproszenia, radości z tego, że jesteśmy różni, że w zespole są kobiety i mężczyźni – ocenia Aleksandra Przegalińska. – Myślę, że panowie się cieszą z tego, że w tych typowo męskich zespołach pojawiają się dziewczyny. One często mają inną perspektywę na rozwiązanie danego problemu, inny pomysł, zgłaszają swoje zastrzeżenia. Wszyscy odetchną z ulgą, jeśli w tej branży będzie więcej kobiet.

Think global, Go global, czyli FinTech & InsurTech Digital Congress 2018

Wzrastające tempo innowacji oraz rozwoju technologicznego, sprawiło że współczesnym organizacjom przyszło funkcjonować w niezwykle konkurencyjnym i nieprzewidywalnym środowisku rynku globalnego. Największą wartością jest umiejętność elastycznej adaptacji do zmieniającego się otoczenia. Konieczne staje się wykorzystanie nadarzających się szans w otoczeniu biznesowym. Aby efektywnie wykorzystać potencjał szybko rozwijającego się rynku, trzeba edukować swoich pracowników tak, aby nie bali się automatyzacji, digitalizacji i robotyzacji, a następnie wprowadzać nowoczesne rozwiązania do praktyk biznesowych. Firma, która otworzy się na zmiany będzie musiała również przeformułować swoją kulturę organizacji, dostosowując ją do nowych, panujących zasad. Jest to złożone, ważne wyzwanie, naprzeciw któremu wyszedł FinTech & InsurTech Digital Congress, który odbędzie się 13-14 listopada 2018 r., w hotelu Westin w Warszawie.11.13-14-FinTech-KG1168,-InsurTech-KG1169_Partner_20%_ENG_CEO-Biznes-w-praktyce

W pogoni za trendami

Must have rynku ubezpieczeń to z całą pewnością wejście w świat off-linowy. Pozyskanie klienta digitalowego to wyzwanie dla wielu branż. Odpowiedzią na przekonanie do siebie klienta, który już wcześniej stracił zaufanie do firm ubezpieczeniowych, może być multi-chanelling. Pomoże również zmiana formuły z długoterminowych umów na krótkoterminowe ubezpieczenia. Potrzeby konsumentów wymuszają również nieoferowane wcześniej produkty takie jak ubezpieczenia dla kobiet w ciąży. Nad tymi zagadnieniami pochylą się prelegenci, przedstawiając problem z perspektywy międzynarodowej. Podczas IV InsurTech Digital Congress odbędą się również business use cases, które obrazują konkretne przykłady wykorzystywanych narzędzi w nowoczesnych organizacjach. AI, machine learning, voice recognition to dobrodziejstwa dzisiejszych czasów, które pomagają pokonać konkurencję w walce o klienta. Bot rozpoznający szkody, nie tylko skraca czas jej likwidacji, ale zwiększa zadowolenie i zaangażowanie klienta, który może w każdej chwili zgłaszać problem przez komunikator. W szacowaniu szkód wykorzystywane są również drony. Nowoczesne rozwiązania pozwalają zobaczyć więcej i wyjść naprzeciw potrzebom klienta, przyzwyczajonego do nowoczesnych zdobyczy techniki. Współczesny rynek usług medycznych został zrewolucjonizowany przez telemedycynę i MedTech, dzięki którym pacjent ma łatwiejszy dostęp do opieki medycznej, niż kiedykolwiek wcześniej. Zakres podstawowych ubezpieczeń zdrowotnych znacznie się rozszerzył przyjmując formę pacjentocentryzmu. Nowe trendy w InsurTech dotknęły też klasyczne ubezpieczenia na życie. Na kwotę stawki ma już teraz wpływ stylu życia klienta, jego aktywność fizyczna, a nawet wkład jaki wnosi w ochronę środowiska.

Przestrzeń dla inwestorów

Rok 2018 stoi pod znakiem zwiększonych transakcji inwestycyjnych. To właśnie inwestycje napędzają biznes i są wyznacznikiem rozwoju. Aby takie przedsięwzięcia miały możliwość zaistnienia, potrzebne jest partnerstwo między osobami posiadającymi kapitał, a młodymi startupami. Czy aby tradycyjne firmy finansowe dobrze współpracowały z fintechami, potrzebny jest moderator, który pozwoli im wysłuchać wzajemne argumenty i dojść do porozumienia? Na przeciw temu wyzwaniu wyszedł V FinTech Digital Congress. Obecna sytuacja to około 200 fintechów na 5-6 największych banków w Polsce, które mają możliwości inwestowania w nowe technologie. Oznacza to, że wiele rozwojowych, przyszłościowych pomysłów może nie przetrwać, ze względu na brak możliwości zaistnienia w biznesie.  Rozwiązaniem jest stworzenie miejsca, w którym inwestorzy przedstawią swoje potrzeby i oczekiwania oraz jasno określa jakie warunki musi spełniać start-up, aby zyskał ich zainteresowanie. Z drugiej strony potrzebna jest przestrzeń, aby młode firmy dowiedziały się, gdzie się udać po kapitał początkowy i w jaki sposób mają przedstawić swój pomysł, aby wzbudził on zainteresowanie inwestora. Dysproporcję widać również między fintechami, które cechuje elastyczność, zwinność, nieszablonowość i kreatywność, a klientami, którzy nadal są przywiązani do tradycji i obawiają się zmian. To właśnie do inwestora należy wybór, na które nowoczesne rozwiązania, ich zdaniem, są przygotowani konsumenci. Wniosków na przyszłość trzeba szukać za granicą, dlatego w Kongresie będą uczestniczyć międzynarodowi eksperci. To właśnie z najbardziej rozwiniętych rynków Unii Europejskiej potrzebne są przykłady konkretnych rozwiązań. Podczas Kongresu nie zabraknie sucess stories, w ramach których zostaną podane przykłady udanych rund negocjacyjnych zakończonych nawiązaniem współpracy.

Swoją obecność podczas FinTech & InsurTech Digital Congress potwierdzili już:

  • Robin Daina, CEO & Founder Connexa
  • Jakub Kiwior, General Manager, Poland and Hungary at Visa Europe
  • Stefan Krueger, VP Investment Bank, Morgan Stanley
  • Jacek Obłękowski, CEO, Horum Bank
  • Michał Pawlik, CEO, SMEO
  • Adam Rozwadowski, Założyciel Enel-Med i Fundator/CEO Fundacji Zdrowia Publicznego”Pro Bono”
  • Tal Sharon, Managing Director at Equitech Financial Consulting; a Fintech Master at FinTech-Aviv
  • Martin Zalewski, Growth, Transformation & Innovation Expert; Board Advisor & Startup Mentor, Fr. Strategy & Transformation Director, Lloyds Banking Group

FinTech & InsurTech Digital Congress to platforma wymiany doświadczeń kluczowych ekspertów z kraju i z zagranicy, gdzie technologia spotyka się z sektorem finansowym – Nie ma drugiego takiego miejsca, gdzie w pigułce można dowiedzieć się, co zaszło w ostatnim czasie w zakresie fintech oraz insurtech, zatem nad czym warto skupić swoją uwagę w przyszłości – twierdzi Anna Streżyńska, CEO, MC2 Solutions, była Minister Cyfryzacji.

Kongres realizowany jest w ramach działalności grupy MMC Polska organizującej prestiżowe kongresy, konferencje, warsztaty i szkolenia biznesowe w Polsce dedykowane specjalistom, kadrze menadżerskiej oraz zarządom firm.

Wszelkie informacje na temat FinTech & InsurTech Digital Congress można znaleźć za pośrednictwem oficjalnej strony kongresu: www.fintechdigitalcongress.pl oraz profili społecznościowych na portalach Facebook, Twitter oraz LinkedIn.

XIX Ogólnopolski Kongres Energetyczno-Ciepłowniczy POWERPOL 2019

W imieniu Europejskiego Centrum Biznesu pragniemy zaprosić Państwa do udziału w XIX edycji Ogólnopolskiego Kongresu Energetyczno-Ciepłowniczego POWERPOL, który odbędzie się w dniach 14-15 stycznia 2019 r. w Warszawie w Hotelu Sofitel Warsaw Victoria. Patronem Medialnym Kongresu jest CEO Magazyn Polska. Temat przewodni brzmi: „Rok 2019: Zrównoważony rozwój polskiej energetyki”

Rok 2019 jest dla polskich wytwórców i dostawców energii czasem intensywnych zmian związanych zarówno z otoczeniem legislacyjnym, optymalizacją procesów wytwarzania, zapewnieniem bezpieczeństwa operacyjnego spółek strategicznych, przygotowaniem nowych inwestycji jak i nowymi priorytetami rządowej polityki energetycznej w zakresie zrównoważonego rozwoju, efektywności energetycznej, ochrony środowiska, elektromobilności, OZE oraz czystości powietrza.

informacja podstawowa-grafikaKongres jest okazją do wymiany opinii i doświadczeń pomiędzy przedstawicielami największych w kraju przedsiębiorstw energetycznych, najważniejszych organizacji branżowych, środowisk akademickich i przedstawicieli biznesu. W tym gronie chcemy poruszyć kwestie kondycji i perspektyw dla sektora elektroenergetycznego i gazowego oraz szans na rozwój elektromobilności i kogeneracji, budowania rynku mocy, a także coraz silniejszego wpływu legislacji i sytuacji międzynarodowej na bezpieczeństwo energetyczne. Szczegółowe informacje: www.powerpol.pl

Charakterystyka postępowania o zatwierdzenie układu – restrukturyzacja przedsiębiorstwa

postępowanie o zatwierdzenie układuRestrukturyzacja firmy przebiega w ramach jednego z czterech postępowań restrukturyzacyjnych przewidzianych prawem. Wybór właściwego postępowania zależy od kondycji przedsiębiorstwa, możliwości finansowych i obecnych relacji z wierzycielami, a także zdolności menadżerskich kadry zarządzającej, czy ilości wierzytelności spornych. Jednym z postępowań restrukturyzacyjnych jest postępowanie o zatwierdzenie układu.

Przesłanki wszczęcia postępowania o zatwierdzenie układu

Warunkiem umożliwiającym skorzystanie z restrukturyzacji firmy jest wystąpienie stanu zagrożenia niewypłacalnością lub utrata zdolności do regulowania wymagalnych zobowiązań pieniężnych, czyli niewypłacalność. Jak pokazuje praktyka, dłużnicy, którzy korzystają z postępowania o zatwierdzenie układu z reguły są we wstępnej fazie problemów z płynnością finansową, więc można mówić o występowaniu zagrożenia utratą zdolności spłaty zobowiązań.

Dodatkowo, czynnikiem wpływającym na możliwość skorzystania z tego rodzaju postępowania jest ilość wierzytelności spornych. Nie mogą one przekraczać 15% wierzytelności kwestionowanych w odniesieniu do sumy wierzytelności uprawniających do głosowania nad układem.

Przebieg postępowania o zatwierdzenie układu

Postępowanie o zatwierdzenie układu odbywa się w znacznej mierze bez udziału sądu. Inicjowane jest poprzez zawarcie umowy przez dłużnika z osobą posiadającą licencję doradcy restrukturyzacyjnego, który pełni funkcję nadzorcy układu. Co do zasady, doradca restrukturyzacyjny powinien wykonać te czynności, które przewiduje ustawa, a także związane z procedurą restrukturyzacji, m.in.:

  • przeprowadzić weryfikację stanu przedsiębiorstwa pod kątem ekonomicznym;
  • zdiagnozować powody obecnej sytuacji firmy;
  • przygotować program restrukturyzacji wraz z harmonogramem.

Następnie, doradca restrukturyzacyjny sporządza spis wierzytelności, również spornych, określa propozycje układowe i zbiera pisemne głosy wierzycieli. Dobrym rozwiązaniem jest przygotowywanie propozycji układowych w porozumieniu z wierzycielami (przynajmniej tymi kluczowymi), aby szanse na zaakceptowanie przez nich propozycji było większe. Jeżeli za przyjęciem układu wypowie się większość wierzycieli, która ma łącznie co najmniej 2/3 sumy wierzytelności uprawniających do głosowania nad układem, to doradca restrukturyzacyjny winien złożyć wniosek do sądu.

Ostatecznie, sąd zatwierdza uzgodniony wcześniej układ, a nadzorca układu staje się nadzorcą wykonania układu.

Korzyści z wykorzystania postępowania o zatwierdzenie układu

Restrukturyzacja firmy wywiera określone skutki, m.in. w sferze zarządu własnego dłużnika. Postępowanie o zatwierdzenie układu nie pozbawia jednak dłużnika zarządu własnego. Z uwagi na prowadzenie postępowania bez udziału sądu, posiada ono o wiele mniej formalny charakter niż pozostałe procedury. W przypadku zatwierdzenia układu dłużnik może liczyć m.in. na redukcję zadłużenia, czy prolongatę spłaty (w zależności od koncepcji zawartych w propozycjach układowych). Dodatkowo, wraz z wydaniem postanowienia w przedmiocie zatwierdzenia układu dochodzi do zawieszenia postępowań egzekucyjnych dotyczących wierzytelności objętych z mocy prawa układem, a także możliwe jest uchylenie zajęć w zawieszonym postępowaniu egzekucyjnym lub zabezpieczającym. Niedopuszczalne jest też wszczęcie nowych postępowań komorniczych wobec wierzytelności objętych układem z mocy prawa.

Koszty zatrudnienia i brak pracowników barierami rozwoju polskich firm

Z deficytem pracowników borykało się w III kwartale br. 53% przedsiębiorstw w budownictwie i 45% w przemyśle. Wzrost kosztów zatrudnienia sygnalizowało 55-63% firm w budownictwie, przemyśle, handlu detalicznym i transporcie – wynika z danych GUS.

W cieniu publikacji danych o bieżącej koniunkturze znalazł się materiał GUS o koniunkturze z perspektywy historycznej. Dostarcza on unikatowego wglądu w postrzeganie barier działalności przedsiębiorstw w przemyśle, budownictwie i usługach z ostatnich niemal dwudziestu lat. Płyną z niego ciekawe wnioski. Po pierwsze, relatywnie niewielkie różnice między deklaracjami podmiotów różnej wielkości sugerują, że większość barier ma charakter uniwersalny.

– Nie oznacza to jednak, że przedsiębiorstwa znajdują na nie sposób jednakowo skuteczny. Ich wyniki finansowe wskazują, że z barierami łatwiej radzą sobie duże podmioty. Oznaczałoby to, że największym beneficjentem znoszenia barier rozwojowych są mniejsze firmy – mówi Sonia Buchholtz, ekspertka ekonomiczna Konfederacji Lewiatan

Po drugie, niezmiennie widoczna jest korelacja barier z fazami cyklu koniunkturalnego. Niedostateczny popyt, problemy finansowe czy niepewność sytuacji gospodarczej tradycyjnie są deklarowane częściej w okresach spowolnienia, natomiast niedobór pracowników czy koszty zatrudnienia stają się bardziej dotkliwe w okresach rozkwitu. Z deficytem zasobów pracy (zwłaszcza wykwalifikowanej) – kiedyś marginalnym, w III kwartale 2018 borykała się nawet ponad połowa przedsiębiorców: 53% w budownictwie, 45% w przemyśle, 44% w transporcie i logistyce, 29% w handlu detalicznym. Jest to wyraźnie więcej niż w poprzednim szczycie koniunktury i nawet relatywnie wysokie wynagrodzenia nie chronią przed deficytem pracowników.

– Z tego samego powodu obserwujemy wzrost roli kosztów zatrudnienia, które hamowały działalność w 55-63% podmiotów w budownictwie, przemyśle, handlu detalicznym, transporcie i logistyce czy administrowaniu. Niedobór pracowników i wzrost kosztów zatrudnienia to obecnie dwie najpowszechniej deklarowane bariery funkcjonowania przedsiębiorstw. Niewątpliwie więc ujawnia się potrzeba refleksji nad długookresową polityką aktywizacji zawodowej i podnoszenia kompetencji pracowników – zauważa Sonia Buchholtz.

Po trzecie, na więcej uwagi zasługuje dotkliwość obciążeń na rzecz państwa, która przewija się we wszystkich badaniach nad rozwojem przedsiębiorczości. Bariera ta ma charakter antycykliczny – rosnący w okresach dobrej koniunktury popyt pozwala łatwiej pokryć wyższe obciążenia (chociaż nawet teraz deklaruje tę barierę 37-47% przedstawicieli największych branż). Z kolei w okresach spowolnienia poszukiwaniu oszczędności towarzyszy większa refleksja nad wydatkami, w tym wydatkami na rzecz państwa. W tym kontekście racjonalne zmniejszanie obciążeń na rzecz państwa będzie zawsze długookresowo z korzyścią dla przedsiębiorczości.

Warto też spojrzeć na niski poziom i trend spadkowy bariery popytowej. Popyt stanowi fundament przedsiębiorczości. Jeszcze w 2010 roku z deficytem popytu borykało się nawet 74% przedsiębiorstw przemysłowych i 40% w budownictwie. Przybywa firm, które żadnych barier nie deklarują. Nie powinno to jednak nas zmylić. Około 9 na 10 podmiotów nadal takie bariery funkcjonowania widzi. Warto także rozważyć, czy na horyzoncie nie czają się nowe wyzwania, których badanie GUS jeszcze nie identyfikuje.

– Wśród nich fundamentalna będzie odpowiedź na pytanie, do jakiego stopnia brak dostępu do nowoczesnych technologii utrudni funkcjonowanie firmom. Nie należy także zapominać o roli niefinansowych obciążeń na rzecz państwa, w tym obowiązków sprawozdawczych czy uciążliwości kontroli. Od zdolności do skutecznego niwelowania tych barier zależeć będzie zarówno długookresowy wzrost gospodarczy, jak i zdolność do łagodzenia okresów spowolnień gospodarczych – dodaje Sonia Buchholtz.

„Milkną” ważni informatorzy CIA w rządzie rosyjskim

Według „The New York Times” w ostatnich miesiącach spadła aktywność tajnych informatorów CIA w rosyjskim rządzie, na których USA opierały swoją taktykę i strategię działania wobec Moskwy. Sieć była budowana latami. Składała się z urzędników zajmujących wysokie stanowiska na Kremlu i w innych rosyjskich instytucjach rządowych. Informatorzy mieli kluczowe znaczenie w ujawnianiu rosyjskich prób ingerencji w wybory prezydenckie z listopada 2016 r. Dziennik, cytując „obecnych i byłych oficerów wywiadu”, utrzymuje, iż nie wierzą oni w schwytanie lub likwidację agentów. Prawdopodobnie w związku z nasilonymi działaniami kontrwywiadu rosyjskiego zostali „uśpieni”. Moskwa zintensyfikowała działania kontrwywiadowcze od czasu incydentu z Siergiejem Skripalem, kiedy to stosunki między Kremlem a większością krajów Zachodnich były chyba najgorsze od czasów zimnej wojny. W konsekwencji informatorzy „ocenili, że przekazywanie informacji jest zbyt niebezpieczne”.

Sytuacja ta pozbawiła CIA i inne amerykańskie agencje ważnych źródeł informacji w obliczu ostrego konfliktu z Rosją. Brak danych pogłębił się w marcu 2018 r. wraz z wydaleniem kilkudziesięciu amerykańskich dyplomatów z Rosji w odwecie za wydalenie 60 rosyjskich pracowników placówek dyplomatycznych.

Wielu dyplomatów wyrzuconych z Rosji było w rzeczywistości funkcjonariuszami wywiadu działającymi pod „przykryciem”. Nieliczni, którzy pozostali „znajdują się pod niewiarygodnym nadzorem” rosyjskich służb kontrwywiadowczych. Waszyngton nadal zbiera informacje z Rosji za pośrednictwem innych kanałów, w tym przechwytu satelitarnego, ale wywiad USA uważa, iż nastąpiła degradacja wartości informacji płynących z Rosji.

Źródło: The New York Times z 24.08.2018 r.

Rynek powierzchni biurowych w miastach regionalnych w III kwartale 2018 r.

  • Na regionalnym rynku biurowym obserwowany jest trend decentralizacji firm z sektora usług dla biznesu, przez co zwiększa się aktywność w mniejszych ośrodkach, takich jak Rzeszów, Bydgoszcz, Toruń, Gliwice czy Częstochowa, gdzie w III kw. 2018 r. zarejestrowano nowe transakcje najmu.
  • Największy przyrost powierzchni niewynajętej kwartał do kwartału został zanotowany w Krakowie (+1,33 pp.) a największy spadek w Poznaniu (-1,15 pp.)
  • Absorpcja netto po pierwszych trzech kwartałach 2018 roku wyniosła 400 000 mkw. i w porównaniu do analogicznego okresu w 2017 roku była wyższa o ponad 22%. Relatywnie wysoki wskaźnik jest w dużym stopniu efektem dostarczenia powierzchni biurowej zabezpieczonej umowami przednajmu zawartymi w 2017 roku.
  • Skanska rozpoczyna realizację swojego pierwszego projektu w Gdańsku. Biurowiec Wave będzie oferował blisko 48 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, a planowana data oddania do użytku to 2020 rok.
Michał Wachowicz, konsultant w dziale rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield
Michał Wachowicz, konsultant w dziale rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield

– W pierwszych trzech kwartałach 2018 roku wolumen inwestycyjny w miastach regionalnych w sektorze biurowym osiągnął EUR 670m, co stanowi przyrost o 210% w porównaniu do odpowiedniego okresu w roku poprzednim. Miastem o największej aktywności inwestycyjnej był Kraków, gdzie zamknięto 3 transakcje o łącznej wartości EUR 225m. Drugim, pod tym względem, rynkiem był Wrocław, gdzie 5 nieruchomości biurowych zmieniło właścicieli, a łączna wartość transakcji wyniosła EUR 220m – powiedział Michał Wachowicz, konsultant w dziale rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield.

W trzecim kwartale 2018 roku na największych regionalnych rynkach biurowych w Polsce (Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Katowicach, Poznaniu, Łodzi, Szczecinie i Lublinie) oddano 21 nowych inwestycji, co przełożyło się na wzrost dostępnej powierzchni o ponad 176 tys. mkw. Dzięki nowej podaży całkowite zasoby w głównych miastach regionalnych wyniosły 4,81 mln mkw. Największym z dostarczonych na rynek budynków jest Olivia Prime A w Gdańsku (28 000 mkw.), zlokalizowany w Łodzi budynek Ogrodowa Office (24 700 mkw.) oraz pierwsza faza projektu Podium Park w Krakowie (15 700 mkw.). Analitycy firmy doradczej Cushman & Wakefield spodziewają się, że przy realizowanym obecnie wolumenie nowej podaży – prawie 140 000 mkw. – całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na największych regionalnych rynkach mogą zbliżyć się do granicy 5 mln mkw. na koniec roku.

Pomimo dość wysokiej liczby nowych inwestycji, wskaźnik pustostanów nie zmienia się znacząco. Na koniec trzeciego kwartału 2018 roku średnia dla ośmiu największych miast regionalnych wyniosła 9,7%, co stanowi wzrost o 0,4 pp. w stosunku do poprzedniego kwartału. Najmniej powierzchni niewynajętej znajdowało się w Poznaniu (6,6%), a najwięcej w Lublinie (18,9%).

Całkowita aktywność najemców w ośmiu największych miastach regionalnych od stycznia do września 2018 roku wyniosła 421 400 mkw. i była o 9% niższa w porównaniu do analogicznego okresu w rekordowym 2017 roku, ale jednocześnie o 4% wyższa od średniej trzyletniej. W strukturze popytu w analizowanym okresie największym zainteresowaniem najemców cieszyły się Kraków (46 000 mkw.), Trójmiasto (40 400 mkw.) Wrocław (38 100 mkw.). To również w tych miastach zarejestrowano największe transakcje, tj. renegocjację umowy Capgemini w Krakowie (11 850 mkw. w Rondo Business Park), umowę przednajmu zawartą w Trójmieście przez firmę Sii (10 100 mkw. w Olivia Prime A), a także umowę ekspansji Credit Agricole we Wrocławiu (9 850 mkw. Business Garden I).

Jan Szulborski, konsultant w dziale Badań i Doradztwa, Cushman & Wakefield
Jan Szulborski, konsultant w dziale Badań i Doradztwa, Cushman & Wakefield

– W pierwszych trzech kwartałach 2018 roku aktywność najemców skupiała się na trzech największych rynkach biurowych, czyli w Krakowie, Wrocławiu i Trójmieście. Niemniej jednak, dzięki zauważalnemu trendowi decentralizacji firm z sektora usług dla biznesu, obserwujemy zwiększoną aktywność najemców, nie tylko w średnich ośrodkach, takich jak Łódź, Poznań czy Katowice, ale również w mniejszych miastach, takich jak Rzeszów, Bydgoszcz, Toruń, Gliwice czy Częstochowa, gdzie w III kw. 2018 r. zarejestrowano nowe transakcje najmu – powiedział Jan Szulborski, konsultant w dziale Badań i Doradztwa, Cushman & Wakefield, autor raportu.

W trzecim kwartale 2018 roku, na analizowanych rynkach wyjściowe stawki czynszów w najlepszych lokalizacjach utrzymały się na stabilnym poziomie i wyniosły między 12 a 14,5 EUR/mkw. miesięcznie.

Narzucenie obowiązku zawierania umów na dostawę owoców w Polsce

Praktycznie żadne z państw Unii Europejskiej poza Polską nie zdecydowało się na wprowadzenie obowiązku zawierania umów na dostawę tak wielu grup produktów rolnych w formie zaproponowanej w Rozporządzeniu 1308/2013. Niezastosowanie się do nowych obowiązków może skutkować m.in. karą w wysokości 10% zakupionych produktów, co może mieć negatywne skutki dla wielu branż w Polsce, w tym dla producentów soków – wynika z analizy ekspertów firmy doradczej PwC, przygotowanej na zlecenie Stowarzyszenia Krajowej Unii Producentów Soków.

Obowiązek zawierania umów na dostawę produktów rolnych ma swe źródło w przepisach europejskich. Unijny prawodawca w Rozporządzeniu 1308/2013 nie narzucił jednak krajom członkowskim obowiązku wprowadzenia przymusu zawierania tego typu umów w zakresie obrotu wszystkimi produktami rolnymi – w odniesieniu do większości kategorii produktów przewidziano jedynie taką możliwość, ale ostateczną decyzję pozostawiono poszczególnym rządom. Celem wprowadzenia tego typu rozwiązania ma być wzmocnienie współpracy w łańcuchu dostaw żywności na terenie Unii Europejskiej.

Choć rozwiązanie zaproponowane przez UE nie jest obligatoryjne w odniesieniu do rynku owoców i warzyw, Polska skorzystała z możliwości rozszerzenie postanowień Rozporządzenia 1308/2013 i w 2015 r. wprowadziła do polskiego porządku prawnego obowiązek zawierania umów na dostawę tych produktów. W ślad za nowymi obowiązkami wprowadzono również sankcje dla przetwórców i dystrybutorów, którzy nabywaliby owoce i warzywa bez zawarcia odpowiedniej umowy. Kara pieniężna, która grozi dziś za brak umowy w formie narzuconej przepisami Rozporządzenia 1308/2013, wynosi 10% wartości zakupionych produktów.

W celu zbadania skutków wprowadzenia obowiązku zawierania tego typu umów, eksperci PwC poddali analizie aktualną sytuację polskiego rynku owoców, a także zbadali czy porównywalne obciążenia zostały wprowadzone w innych krajach UE.

Dziś największym problemem, z którym w praktyce borykają się strony umowy na dostawę produktów rolnych jest odpowiednie określenie ceny na poszczególne produkty na kilka miesięcy przed dostawą towarów. Jest to szczególnie trudne dla uczestników rynku owoców. Ceny rynkowe jabłek mają charakter sezonowy i zależą w dużej mierze od czynników takich jak pogoda i trendy światowe. Z tego względu ustalenie ceny na kilka miesięcy przed datą dostawy jest praktycznie niemożliwe i zawsze będzie powodowało nieuzasadnione straty po jednej ze stron umowy. Co ważne, w przypadku owoców również niemożliwe jest odwołanie się do obiektywnych wskaźników ułatwiających ustalenie ceny, jak ma to miejsce np. w przypadku innych produktów rolnych, takich jak zboże i rzepak – produktów, które są przedmiotem obrotu na światowych giełdach towarowych. Takie rozwiązanie może więc wcale nie wzmocnić sadowników, którzy w latach gorszej pogody i niższych zbiorów poniosą straty, ale też może osłabić producentów polskich soków na arenie międzynarodowej, którzy w latach nadpodaży będą zmuszeni do zakupu surowca po zawyżonych cenach. – Katarzyna Urbańska, wicedyrektor ds. regulacji w PwC

Jak wynika z analizy, produkcja owoców w Polsce staje się coraz bardziej efektywna. W latach 2009-2018 średnia produkcja jabłek z jednego hektara wzrosła o 5 ton. W 2016 r. Polska była trzecim na świecie eksporterem jabłek w ujęciu ilościowym. Około 82% polskich jabłek kierowanych jest na eksport – mniejszość stanowią jabłka do konsumpcji, zdecydowana większość eksportowana jest pod postacią soku zagęszczonego. Polski rynek jabłek jest silnie powiązany z rynkiem międzynarodowym, ceny sprzedaży owoców są więc w dużej mierze determinowane przez realia i uwarunkowania światowe, w tym w dużej mierze przez cenę sprzedaży soku zagęszczonego oferowaną w danym roku na rynkach europejskich.

Dodatkowo, jak wynika z raportu PwC, polskim sadownikom nie pomaga ich wysokie rozdrobnienie. Liczba małych gospodarstw o powierzchni nieprzekraczającej 1 ha jest bardzo duża – mała skala produkcji i brak odpowiedniej wiedzy oraz przygotowania utrudniają utrzymanie rentowności produkcji. W dodatku, tylko część z ponad 148 tysięcy sadowników obecnych w Polsce zrzesza się w ramach grup producenckich. Jak wynika z dostępnych danych, udział sprzedaży realizowanej przez organizacje producentów owoców w całkowitej wartości sprzedanych owoców i warzyw stanowił w Polsce zaledwie 16% w 2016 r., podczas gdy już w 2011 r. średnia dla Unii Europejskiej wynosiła 35,5%, wskaźnik dla Austrii równał się 22,5%, a w krajach takich jak Irlandia, Wielka Brytania i Holandia – ponad 50%.

W Polsce mamy również do czynienia z niedostosowaniem podaży jabłek do popytu. Zbyt wielu rolników decyduje się na produkcję jabłek deserowych, które teoretycznie oferują wyższą stopę zwrotu, ale wiążą się również z koniecznością poniesienia wyższych kosztów. Brak odpowiednio wysokiego popytu na jabłka deserowe oraz niesatysfakcjonująca jakość części produkcji powodują, że jabłka te są sprzedawane jako jabłka przemysłowe. W efekcie, ich produkcja jest nierentowna.

Eksperci PwC podkreślają, iż praktycznie żadne z państw UE poza Polską nie zdecydowało się na wprowadzenie obowiązku zawierania umów na dostawę produktów rolnych w formie zaproponowanej w Rozporządzeniu 1308/2013. Wynika to najczęściej z istnienia w tym obszarze alternatywnych regulacji krajowych. We Francji producent rolny ma możliwość odmowy podpisania umowy, a klauzule renegocjacyjne są obowiązkowe. Z kolei w Hiszpanii wzorce umów dla poszczególnych kategorii owoców są zatwierdzane w rozporządzeniach ministra rolnictwa i rybołówstwa i są one przygotowywane każdorazowo dla konkretnego sezonu. W Belgi i Holandii skoncentrowano się na zachęcaniu i wspieraniu producentów rolnych do zrzeszania się w większe grupy.

Zdaniem autorów analizy należałoby rozważyć wyłączenie owoców z zakresu przymusowych umów na dostawę produktów rolnych, albo rząd powinien zdefiniować obiektywne wskaźniki, umożliwiające stronom działającym na rynku owoców prawidłowe ustalenie ceny na kilka miesięcy przed dostawą produktów. Dodatkowo, warte rozważenia jest umożliwienie stronom renegocjacji zawartych umów – na wzór rozwiązań przyjętych w innych krajach.

Black Friday z każdym rokiem popularniejszy

Black Friday przypadający w tym roku na 23 listopada rozpocznie gorączkę zakupów trwającą aż do świąt Bożego Narodzenia. W Stanach Zjednoczonych to wieloletnia tradycja, ale Polacy też polubili promocje, z których coraz chętniej korzystają.

Black Friday to prawdziwe święto zakupów. Jedne źródła donoszą, że tradycja zakupowego szaleństwa odbywającego się zawsze w następny dzień po Święcie Dziękczynienia w Stanach Zjednoczonych wzięła swoją nazwę od paraliżu komunikacyjnego, jaki przeżyła Filadelfia w 1966 roku. Wówczas to Amerykanie tak tłumnie ruszyli na zakupy, że miejscowa policja nie mogła sobie poradzić z chaosem i sytuację nazwała mianem Black Friday. Inni twierdzą, że zyski ze sprzedaży tego dnia od dziesięcioleci są tak wielkie, że księgowi zapisujący je używali tylko czarnego atramentu (czerwony zarezerwowany był na straty). W jakim stopniu czas ten wpływa na decyzje zakupowe za oceanem, a w jakim na naszym rodzimym gruncie?

Amerykanie kupują prezenty

Według danych statista.com w Stanach Zjednoczonych, kolebce Black Friday, wartość sprzedanych produktów podczas ostatniego Czarnego Piątku wzrosła o 16,8 proc. w odniesieniu do edycji w roku 2016. Coraz większą popularnością cieszy się też tzw. Cyber Monday – poniedziałek następujący zaraz po Czarnym Piątku, kiedy również przeceniane są produkty w sieci. W tym przypadku zanotowano podobny wzrost – 16,9 proc. Gdyby jednak przyjrzeć się celom, jakie przyświecają Amerykanom podczas korzystania z promocji, okaże się że w tym zakupowym szaleństwie jest metoda. Wyniki ankiety przeprowadzonej w Stanach z 2017 r. wskazują motywy, jakie kierują konsumentami: 42 proc. osób uzasadnia, że to świetny moment, aby zakupić świąteczne prezenty, 39 proc. robi to dla tradycji, 33 proc. uważa, że to świetna okazja, by kupić wartościowy produkt w atrakcyjnej cenie, a 31 proc. argumentuje, że to sposobność do kupna produktów, na które nie stać ich w innym czasie.

Według branżowych szacunków, przeciętny Amerykanin w okresie od Black Friday do końca roku 2017 wydał na zakupach niemal 1000 dolarów, podczas gdy na przykład pięć lat temu ta kwota wynosiła około 750 dolarów.

Polacy po prostu kochają promocje

W Europie, w tym i Polsce, tradycja Black Friday również zdążyła się rozgościć na dobre, tym bardziej, że Polacy od zawsze lubią promocje i wyprzedaże. Co więcej, dla wielu z nas ciekawa promocja jest główną przyczyną podjęcia decyzji zakupowej. Według badania opublikowanego przez agencję doradczą KPMG, pod koniec 2017 roku dla 76 proc. Polaków niska cena jest głównym czynnikiem motywującym do zakupu, a dla połowy (49 proc.) powodem, aby zwlekać z decyzją zakupową do czasu, aż zostanie ona właśnie obniżona.

O ile w Stanach Zjednoczonych zamiłowanie do Black Friday wynika w dużym stopniu z tradycji, o tyle w Polsce na wyniki sprzedażowe spory wpływ ma wciąż naprawdę atrakcyjna oferta i skuteczna komunikacja na linii marka-klient. Obok coraz bardziej popularnych nowoczesnych kanałów sprzedażowych, dla polskich konsumentów bardzo ważne wciąż są tradycyjne SMS-y, które mogą odegrać istotną rolę w zakupowym szaleństwie.

– Wyniki badania „Komunikacja SMS w Polsce” potwierdzają, że aż 76,2 proc. konsumentów otrzymuje za pośrednictwem SMS-ów bieżące informacje dotyczące rabatów i innych ofert handlowych. Co równie ważne, aż 69 proc. osób z tego grona utrzymuje, że chce takie wiadomości otrzymywać nadal – komentuje Edyta Godziek, Marketing & PR Manager Platformy SerwerSMS.pl, zajmującej się wysyłką SMS-ów. To jasny sygnał, że jest to aprobowana, a nawet pożądana forma komunikacji z potencjalnymi klientami – dodaje.

Reklama w Google AdWords, na Facebooku, kampanie display, powiadomienia push zdaniem ekspertów nie gwarantują dotarcia z komunikatem do klienta „tu i teraz”, jak to się dzieje w przypadku SMS-ów.

– W okresie, kiedy do konsumentów trafia szczególnie dużo przekazów reklamowych, warto postawić na kreację, która albo wyjątkowo wyróżni się formą, albo dotrze do obiorcy maksymalnie bezpośrednio i nie będzie musiała konkurować z setkami banerów, billboardów czy zalegających w skrzynce ulotek. SMS-y mają to do siebie, że otwieramy je bezpośrednio po otrzymaniu na nasz telefon – bardzo osobiste, stale towarzyszące nam urządzenie. Z wiadomością docieramy zatem natychmiast, możemy być pewni, że zostanie ona odczytana, ba, nawet odebrana dużo bardziej osobiście, bowiem istnieje możliwość jej personalizacji. To jednocześnie sposób prosty, szybki i tani, pozwalający informować o danej akcji nieograniczoną praktycznie liczbę odbiorców. Współcześnie także sama postać SMS-a daje wiele możliwości w zakresie tworzenia angażującego komunikatu – wylicza Edyta Godziek. Jak widać elementów wpływających na efektowność i efektywność kampanii SMS jest sporo, dlatego wciąż warto wdrażać je do pakietu narzędzi reklamowych – uzupełnia.

W wielu krajach to właśnie listopad, a nie grudzień, jest miesiącem generującym największe zyski sprzedawcom. Bez wątpienia Black Friday to doskonały pretekst, aby te wyniki sprzedażowe jeszcze podnosić, przy jednocześnie stosunkowo najniższych nakładach na promocję. Warto także pamiętać, że z roku na rok wzrasta ilość transakcji dokonywanych przez smartfony, zatem komunikaty dostarczane na telefony, mogą zwiększyć szansę na tego typu interakcję. Nie znaczy to oczywiście, że SMS to rozwiązanie dedykowane działalności e-Sklepów. Wspomniane już badanie „Komunikacja SMS w Polsce” wskazuje, że chęć odwiedzenia sklepu internetowego po otrzymaniu SMS-a promocyjnego deklaruje 79,5 proc. ankietowanych, a punktu stacjonarnego – 76,6 proc. Różnica zatem jest niewielka. Jak więc w tym roku przedsiębiorcy wykorzystają idący za Black Friday potencjał? Czy słupki zakupowe poszybują w górę? To się niebawem okaże. Na pewno i tegoroczne podsumowanie nie umknie uwadze marketerom.

Rosja poszukuje zaginionych rakiet nuklearnych

Według źródeł zbliżonych do amerykańskiego wywiadu Rosja organizuje zakrojone na szeroką skalę poszukiwania rakiet nuklearnych, które kilka miesięcy temu zaginęły podczas testowania. Mogą one być częścią nowego systemu rakietowego o nieograniczonym zasięgu, który prezydent W. Putin wychwalał w czasie swojego corocznego wystąpienia 1 marca 2018 r. System został tak zaprojektowany, że mógłby ominąć znane systemy obrony przeciwrakietowej, a tym samym byłby „niewrażliwy na przechwycenie”.

Według obserwatorów nowa broń rosyjska rozwijana jest od ponad 15 lat. Jednak wbrew twierdzeniom Putina nigdy nie została pomyślnie przetestowana. Amerykanie twierdzą, że rosyjskie wojsko wypróbowało te rakiety co najmniej cztery razy w okresie od listopada 2017 r. do lutego 2018 r. oraz że wszystkie pociski rozbiły się na długo przed osiągnięciem zamierzonego celu. Moskwa zaprzecza jednak informacjom o rozbiciu rakiet.

Amerykańska sieć informacyjna CNBC twierdzi, że Rosja przygotowuje się do rozpoczęcia operacji poszukiwania jednego z pocisków jądrowych, który zaginął w listopadzie 2017 r. Uważa się, że pocisk rozbił się na Morzu Barentsa, rozległym obszarze wodnym położonym u północnych wybrzeży Rosji i Norwegii. CNBC, cytując anonimowe źródła wywiadowcze, poinformowała, że rosyjska misja poszukiwawcza będzie składała się z trzech statków, z których co najmniej jeden będzie specjalnie przygotowany do obsługi materiałów promieniotwórczych. Amerykańska stacja ujawniła, że rosyjska misja poszukiwawcza nie ma określonego harmonogramu. Rosyjski rząd nie skomentował rewelacji CNBC.

Źródło: Agencja informacyjna CNBC z 23.08.2018 r.

Urzędnicy USA dyskutowali plany zamachu wojskowego z oficerami Wenezueli

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump miał upoważnić amerykańskich urzędników do tajnych spotkań z wenezuelskimi wojskowymi, którzy planowali zamach stanu przeciwko prezydentowi Nicolásowi Maduro. Informacje ujawnił „The New York Times”, cytując „rozmowy z 11 aktualnymi i byłymi amerykańskimi urzędnikami” oraz informacje anonimowego wenezuelskiego dowódcy wojskowego. Ten ostatni stwierdził, że uczestniczył w tajnych rozmowach, których kilka odbyło się w ciągu ostatniego roku. Według dziennika spotkania zainicjował sam Trump, który w sierpniu 2017 r. nie wykluczał „opcji wojskowej”, aby „przywrócić spokój” w Wenezueli. Ta wypowiedź spowodowała, że co najmniej trzy grupy wenezuelskich wojskowych, sprzeciwiających się władzy prezydenta Maduro, podjęły próby dotarcia do Białego Domu.

W konsekwencji miało to doprowadzić do „szeregu potajemnych spotkań za granicą”, z których pierwsze odbyło się jesienią 2017 r. Spiskowcy twierdzili, że reprezentują kilkuset członków Narodowych Boliwariańskich Sił Zbrojnych, których celem jest obalenie prezydenta Maduro i ustanowienie tymczasowego rządu gwarantującego pokojowe i wolne wybory. Wyrazili zainteresowanie bezpiecznym sprzętem łączności, który mogliby wykorzystać do koordynacji operacji.

Ostatecznie Biały Dom uznał, że przedsięwzięcie byłoby zbyt ryzykowne ze względu na możliwy rozlew krwi. Ponadto urzędnicy rządu USA byli zaniepokojeni składem rebeliantów. Przynajmniej jeden z nich łamał prawa człowieka, a wcześniej był oskarżany o udział w przemycie narkotyków i bliski związek z rewolucjonistami Sił Zbrojnych Kolumbii, które znajdują się na oficjalnej liście zagranicznych organizacji terrorystycznych Waszyngtonu. W końcu spiskowcy zrezygnowali z planów zamachu.

Biały Dom odrzucił sugestie gazety, oświadczając, że ważny jest „dialog ze wszystkimi Wenezuelczykami, którzy przejawiają pragnienie demokracji”. Odmówił udzielenia odpowiedzi na konkretne pytania dotyczące możliwego poparcia zamachu. Prezydent Maduro wcześniej obwinił USA za dwie próby zamachu na jego życie w ciągu ostatnich 18 miesięcy, z których ostatnia miała się odbyć przy użyciu eksplodującego drona.

Francja oskarża Rosję o szpiegostwo danych satelitarnych

Francuska minister obrony Florence Parly oskarżyła Rosję o próbę przechwytywania francuskiej komunikacji satelitarnej, nazywając ją aktem szpiegostwa. Jej zdaniem w ubiegłym roku Rosja próbowała przechwycić transmisje i szpiegować satelitę zapewniającą bezpieczną komunikację francuskiego wojska. Ujawniła, że satelita Athena-Fidus, obsługiwany wspólnie przez Francję i Włochy, był inwigilowany przez rosyjski Luch-Olymp, znany z zaawansowanej zdolności odsłuchowej.

Według francuskiej minister próby podsłuchiwania sąsiadów są nie tylko nieprzyjazne, ale także stanowią akt szpiegostwa, stąd urzędnicy podjęli „odpowiednie środki” i nadal monitorują satelitę po jej odejściu. W zeszłym miesiącu Waszyngton oskarżył Moskwę o opracowanie broni anty-satelitarnej, powołując się na „bardzo nietypowe zachowanie” rosyjskiego obiektu kosmicznego.

Parly stwierdziła, iż Francja, a w szczególności wojskowa komunikacja, operacje i manewry mogą być zagrożone w przypadku braku odpowiedniej reakcji.

Oczekuje się, że prezydent Francji Emmanuel Macron przedstawi w przyszłym roku „strategię obrony kosmosu”, a komitet doradczy do listopada 2018 r. wypracuje odpowiednie propozycje.

Źródło: The Guardian z 07.09. 2018 r.

Konwencja MLI (ang. Multilateral Instrument to Modify Bilateral Tax Treaties)

Z początkiem 2019 r. Polacy, którzy mają w Polsce rodzinę, ale pracują i zarabiają wyłącznie za granicą, będą musieli rozliczać się także z rodzimym fiskusem. Jest to konsekwencja przepisów, które weszły w życie 1 lipca 2018 r. Początkowo nowe regulacje będą dotyczyły jedynie osób pracujących w Austrii oraz Słowenii, ale z czasem lista zobowiązanych podmiotów będzie się wydłużała. Powyższe jest rezultatem międzynarodowych regulacji Konwencji MLI (ang. Multilateral Instrument to Modify Bilateral Tax Treaties), mających na celu walkę z unikaniem podwójnego opodatkowania.

Centrum życia wyznacza rodzina

W świetle dotychczas obowiązujących przepisów, jeżeli podatnik pracuje za granicą, a w Polsce nie uzyskuje żadnych dochodów, ma obowiązek rozliczyć się tylko z zagranicznym urzędem skarbowym. Natomiast od stycznia 2019 r. osoby posiadające rezydencję podatkową w Polsce, o ile uzyskują dochody wyłącznie zagranicą będą musiały złożyć deklarację PIT również w naszym kraju. Nie ma przy tym znaczenia, czy osiągnęły tutaj jakikolwiek dochód. Istotna jest sama okoliczność złożenia zeznania podatkowego. Konwencja przewiduje, że centrum interesów osobistych lub gospodarczych (ośrodek interesów życiowych) pracownika wyznacza miejsce, w którym na stałe zamieszkuje jego rodzina. Nowe przepisy nie zmienią zatem sytuacji osób nieposiadających małżonka i dzieci oraz wszystkich tych, którzy wraz z całą rodziną przenieśli się na obczyznę. Co innego, gdy jeden z członków rodziny pracuje w Słowenii, Austrii, na Wyspie Jersey lub Wyspie Man (jak dotąd tylko w tych czterech krajach oraz w Polsce przepisy konwencji MLI weszły w życie), a jego rodzina zdecydowała się pozostać w Polsce. Ustalenie „ośrodka interesów życiowych” osoby pracującej za granicą będzie zatem kluczowe dla określenia jej obowiązków wobec polskiego fiskusa.

Wysokość podatków pozostanie bez zmian

Wprawdzie nowe przepisy wprowadzają dodatkowe obowiązki dokumentacyjne, to jednak wysokość płaconych podatków pozostanie bez zmian (chyba że podatnik uzyskuje przychody także w Polsce). Wszystko dzięki uldze abolicyjnej przewidzianej w ustawie o PIT, która zwalnia osoby zarabiające za granicą z obowiązku ponoszenia dodatkowego ciężaru fiskalnego. Osoby, które będą musiały rozliczyć się w Polsce, powinny pamiętać o jeszcze jednej istotnej kwestii – odprowadzeniu zaliczki na podatek dochodowy. Jednakże zobowiązani podatnicy mogą starać się o ograniczenie poboru zaliczek. Stosowny wniosek należy złożyć przed upływem terminu płatności pierwszej zaliczki, a zatem przed 20 stycznia 2019 r. Jest to niewątpliwie dodatkowe utrudnienie dla osób, które z uwagi na to, że nie osiągają w Polsce żadnych dochodów, nie muszą płacić tutaj podatków. Na szczęście problem zauważyło już Ministerstwo Finansów, które rozważa wprowadzenie rozwiązań usuwających niepotrzebne obowiązki administracyjne.

Ile osób obejmie nowy obowiązek?

Według danych GUS na emigracji przebywa około 2,5 mln Polaków. Najwięcej w Wielkiej Brytanii, Holandii, Niemczech oraz Irlandii. Nie wiadomo jednak dokładnie, jak wielu Polaków, którzy mieszkają i pracują w państwach będących stroną Konwencji MLI, ma swój „ośrodek interesów życiowych” w Polsce. W świetle nowych przepisów pojawia się też wiele problematycznych kwestii natury prawnej, związanych z posiadaniem rodziny. Zgodnie
z prawem bezdzietna para pozostająca w separacji nadal tworzy związek małżeński, ale trudno tutaj przecież mówić o jakimkolwiek wspólnym pożyciu. Zatem na początku, często to sam podatnik będzie mógł zadecydować, czy chce rozliczać się w Polsce. Jeśli nie,  to pomocne w tym będzie przekonujące udowodnienie, że centrum jego interesów osobistych lub gospodarczych znajduje się w innym kraju.

Konsekwencje karnoskarbowe braku złożenia zeznania

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że znaczna część rodaków pracujących za granicą nie ma i nie będzie miała pojęcia o nowych przepisach, przez co nie złoży wymaganego zeznania podatkowego. Być może w początkowym okresie funkcjonowania nowych przepisów osoby te będą mogły liczyć na łagodniejsze potraktowanie przez fiskusa. Należy jednak pamiętać, że zaniechanie złożenia deklaracji organowi podatkowemu usankcjonowane jest w art. 56 § 4 Kodeksu karnego skarbowego, a grzywna za popełnienie tego wykroczenia określona jest kwotowo – od jednej dziesiątej do dwudziestokrotnej wysokości minimalnego wynagrodzenia. W 2018 r. rozpiętość kary wynosi zatem od 210 zł do 42 000 złotych. Biorąc pod uwagę, że zaniedbanie będzie najczęściej wynikało ze zwykłej niewiedzy, a nie chęci ukrywania dochodów, pracujący za granicą mogą spodziewać się grzywny w najniższym przedziale.

Kiedy odczujemy skutki konwencji?

Pierwsze skutki nowych regulacji będziemy mogli zaobserwować najszybciej dopiero za 2-3 lata. Dlaczego tak długo trzeba czekać? Wraz z początkiem 2019 r. zobowiązani podatnicy zapłacą lub nie pierwsze zaliczki, a mniej więcej po roku organy kontroli skarbowej zaczną weryfikować ich poprawność. Na pierwsze decyzje i interpretacje organów podatkowych, a być może nawet orzeczenia sądowe, będzie trzeba poczekać kolejne kilka miesięcy. Dopiero wówczas tak naprawdę będzie można określić, jak dużą grupę podatników obejmie obowiązek rozliczania się w Polsce, a także jakie są skutki nowych regulacji.

Które państwa będą następne?

Jak wskazano powyżej, Konwencja MLI, choć została stworzona przede wszystkim w celu ograniczenia unikania opodatkowania przez wielkie korporacje oraz walki z przerzucaniem zysków za granicę, uderzy rykoszetem także w część Polaków pracujących za granicą. Nie ulega wątpliwości, że liczba osób, których dotyczyć będzie obowiązek podwójnego rozliczania się z fiskusem, będzie systematycznie rosła. Jest to spowodowane faktem, iż z upływem czasu kolejne państwa będą podpisywały Konwencję MLI. Od 1 października 2018 r. Konwencja MLI zaczęła także obowiązywać w Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, Serbii
i Szwecji.

Trudno przy tym przewidywać, kiedy przepisy zaczną obowiązywać w kolejnych krajach, chętnie wybieranych przez naszych rodaków jako destynacje pracownicze (np. Irlandia). Pewne jest natomiast, że stroną konwencji nie zostaną Stany Zjednoczone.

Podsumowując, osoby pracujące za granicą, które pozostawiły swoje rodziny w Polsce, powinny zwrócić szczególną uwagę na zmieniające się w tym zakresie przepisy, a w razie wątpliwości skonsultować swoją sytuację z wykwalifikowanym prawnikiem lub doradcą podatkowym.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ceny w Polsce. Japonia z ujemnymi stopami

GUS podał, że ceny w październiku rosły najwolniej od maja tego roku. Indeks sprzedaży detalicznej na wyspach poniżej oczekiwań. Japończycy wciąż z ujemnymi stopami procentowymi.

Inflacja w Polsce nie rośnie

Część analityków bała się, że nie podnoszenie stóp może spowodować wzrost inflacji. Spowolnienie gospodarcze w Europie okazało się jednak przeciwdziałać równie skutecznie. Dzisiaj GUS podał, że ceny wzrastają o 1,7% w skali roku. Dla przypomnienia cel inflacyjny wynosi 2,5% i ma 1% “tolerancji”. Ceny zatem są pod kontrolą i na pożądanym poziomie. Warto zwrócić uwagę, że pomimo wzrostu cen ropy inflacja wcale nie wzrosła tak wyraźnie. Oznacza to, że prognozy o niepodnoszeniu stóp procentowych w Polsce w następnych kwartałach są jak najbardziej zasadne. Im bliżej będziemy podwyżek stóp tym mocniejszy będzie złoty.

Słabsze dane z Wielkiej Brytanii

Indeks sprzedaży detalicznej wg. CBI wyniósł zaledwie 5pkt to wyraźnie gorzej niż spodziewane 20 punktów. Funt i tak jest obecnie blisko październikowych minimów, ale im więcej słabszych danych się pojawia tym większa szansa, że się z nich nie odbije za szybko. Powodem jest niepokój inwestorów w sprawie negocjacji Brexitowych, które pomimo tego, że do marca powinny się zakończyć co chwila się blokują. Z drugiej strony nie brakuje opinii, że jeżeli tylko Brytyjczycy osiągną porozumienie funt powinien przekroczyć psychologiczną barierę 5 zł.

Japonia wciąż z ujemnymi stopami procentowymi

Bank Japonii wciąż utrzymuje stopy procentowe na poziomie -0,1%. W rezultacie różnica pomiędzy oprocentowanie w USA a Japonii nie uległa zmniejszeniu. Efektem tej rozbieżności jest większe zainteresowanie inwestorów dolarem, w którym pojawiają się lepsze stopy zwrotu. To właśnie dlatego od dołka z pierwszego kwartału tego roku dolar umocnił się względem jena o imponujące kilkanaście procent.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:15 – USA – raport ADP z rynku pracy,
  • 13:30 – Kanada – miesięczne PKB,
  • 14:34 – USA – indeks Chicago PMI.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Lepsze dane ze strefy euro nie pomagają wspólnej walucie

Euro w relacji do dolara amerykańskiego notuje coraz niższe poziomy. Zmiana sytuacji na głównej parze nie sprzyja również złotemu. Czy czeka nas pogłębienie spadków?

Dzisiejsze dane o inflacji w strefie euro przerwały passę ostatnich słabych odczytów ze wspólnego bloku. Wstępne szacunki sugerują, że dynamika cen w strefie euro obecnie znajduje się na najwyższym poziomie niemal od 6 lat. Niespodziewanie mocniej od oczekiwań rosła również inflacja bazowa – w październiku indeks znalazł się na poziomie 1,1% w ujęciu rocznym. Nie jest to wprawdzie istotne wyłamanie z notowanych ostatnich poziomów, jednak może być uznane za pozytywny sygnał w kontekście oczekiwanych przyszłych działań ze strony EBC. Niestety, wspólna waluta nie odnotowała umocnienia po publikacji, kurs EUR/USD cały czas pozostaje w trendzie spadkowym.

Wracając na moment na krajowe podwórko: złoty pozostaje słaby. Polskiej walucie cały czas nie sprzyja postępujące umocnienie dolara amerykańskiego. Nie brakuje jednak również pozytywnych informacji, które mogą ograniczać skalę deprecjacji polskiej waluty.

Po pierwsze, pozytywne jest to, iż mimo wczorajszego umocnienia USD, wzrostu rentowności włoskich papierów dłużnych, a także bardzo słabych danych każących poddawać w wątpliwość bieżącą kondycję i perspektywy gospodarek wspólnego bloku, euro zyskiwało względem ważonego koszyka walut. To m.in. może sugerować, że potencjał do dalszej wyprzedaży wspólnej waluty jest dość ograniczony. Wzmocnienie lub nawet stabilizacja na głównej parze mogłoby pomóc złotemu.

Sytuację nieco poprawia również fakt uspokojenia na rynkach akcji – amerykańskie i azjatyckie indeksy podczas ostatnich sesji odrabiały straty, a dziś główne europejskie rynki otworzyły się z dodatnią luką (wyżej niż na wczorajszym zakończeniu) i kierują się na północ. Mimo, iż podchodzimy do niej z dystansem, podstawowa analiza techniczna również budzi pewien optymizm – cały czas nie przebiliśmy od góry poziomów notowanych w połowie sierpnia. Niewykluczone również, że w okolicy wspomnianych poziomów poustawiane są zlecenia mogące wspierać euro.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,32-4,33. Wtorek przyniósł osłabienie euro w relacji do dolara amerykańskiego, waluta zyskiwała jednocześnie względem ważonego handlem koszyka walut. Wczorajsze dane o dynamice PKB strefy euro w III kwartale istotnie rozczarowały. Wzrost gospodarczy w ujęciu rocznym wprawdzie był zbliżony do oczekiwań, w ujęciu kwartalnym wyniósł natomiast 0,2% wobec oczekiwanej dwukrotnie wyższej dynamiki. Tym samym kwartalna dynamika wzrostu była najniższa od 2014 r.

Na plus wczoraj zaskoczyły z kolei wstępne dane o inflacji w Niemczech. Dynamika CPI w największej gospodarce strefy euro wyniosła 2,5% rocznie wobec oczekiwanych 2,4% i poziomu 2,3% notowanego w poprzednim miesiącu. Dzisiejsze bardzo słabe dane dotyczące sprzedaży detalicznej u naszych zachodnich sąsiadów zdecydowanie jednak przeważyły nad wczorajszymi pozytywnymi doniesieniami. W ujęciu rocznym sprzedaż spadła o 2,6%, tym samym Niemcy odnotowały największy spadek sprzedaży od 2013 r.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,84-4,87. Wczoraj brytyjska waluta radziła sobie słabo również w relacji do głównych walut. Na wyprzedaż funta, obok umocnienia dolara amerykańskiego, wpływ miały informacje publikowane przez jedną z agencji ratingowych należących do tzw. Wielkiej Trójki. Agencja Standard & Poor’s ostrzegła, że prawdopodobieństwo Brexitu bez porozumienia (tzw. no-deal Brexit) istotnie wzrosło w ostatnim czasie. Agencja prognozuje, że realizacja takiego scenariusza miałaby znaczący niekorzystny wpływ na brytyjską gospodarkę. Zdaniem S&P prawdopodobna jest m.in. recesja, wzrost inflacji do okolic 5%, wzrost stopy bezrobocia do poziomów kryzysowych i silny spadek cen nieruchomości. Realizacja takiego scenariusza oczywiście mogłaby negatywnie wpłynąć na wiarygodność kredytową kraju.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,80-3,82. We wtorek dolar amerykański zakończył dzień istotnym umocnieniem również w relacji do głównych walut.

Wczorajsze dane z USA zaskoczyły na plus. Indeks Conference Board, opisujący zaufanie konsumentów, w październiku wzrósł z poziomu 135,3 (odczyt zrewidowano w dół) do 137,9 i był nieco lepszy od oczekiwań, czyli poziomu 136. Różnica może się wydawać nieznacząca, jednak w tym miejscu warto zaznaczyć, że obecnie indeks dobił do najwyższego poziomu w bieżącym cyklu. Nastroje konsumentów w USA pozostają bardzo dobre, co sugeruje utrzymanie wysokiego poziomu konsumpcji, która – jak sugerował odczyt dynamiki PKB z poprzedniego tygodnia – wyraźnie wspierała wyższy wzrost gospodarczy w III kwartale roku.

Dziś opublikowane zostaną dane ADP o zatrudnieniu w USA w październiku oraz dane o kosztach zatrudnienia w USA w III kwartale br. Oprócz nich poznamy również odczyt indeksu Chicago PMI w październiku.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Pracodawco, zobacz czego pragną pracownicy

Warszawa, 31 października 2018 r. – Dla polskich pracowników atrakcyjne miejsce pracy to takie, które pozwala się rozwijać i zdobywać nowe umiejętności. Jednak przy wyborze pracodawcy, duże znaczenie dla kandydatów mogą mieć także dodatki pozapłacowe. Choć najbardziej pożądane są szkolenia, pakiet medyczny czy też prywatne ubezpieczenie, to mile widziane przez pracowników są również dodatkowe dni urlopowe, czy darmowe przekąski w biurze – wynika z badania Confidence Index przeprowadzonego w III kwartale 2018 r. przez firmę rekrutacyjną Michael Page.

Niemal 60 proc. ankietowanych przyznało, że głównym powodem poszukiwania nowego miejsca zatrudnienia jest chęć zdobycia dodatkowych umiejętności. W 36 proc. przypadków taka decyzja może być również podyktowana brakiem możliwości do rozwoju w obecnej firmie. Z kolei dla 47,2 proc. badanych powodem do szukania nowego pracodawcy jest perspektywa otrzymania lepszego wynagrodzenia – wynika z badania Confidence Index przeprowadzonego w III kwartale 2018 r. przez firmę rekrutacyjną Michael Page.

Poza wyższą pensją oraz możliwościami rozwoju, polscy pracownicy zwracają uwagę również na benefity pozapłacowe. Spośród nich, najbardziej pożądane są szkolenia – są one istotne dla 90 proc. ankietowanych. Niewiele mniej, bo 86 proc. respondentów chce mieć dostęp do prywatnej opieki zdrowotnej, a 72 proc. liczy na pakiet ubezpieczeniowy. Dla niemal połowy respondentów (49 proc.) atrakcyjnym dodatkiem do pensji jest również karta sportowa. Niemal taki sam odsetek badanych chętnie skorzystałby z możliwość wzięcia dodatkowych dni urlopowych.

Coraz więcej firm oferuje swoim pracownikom różnorodne benefity, dlatego takie dodatki jak karta sportowa, czy pakiet medyczny choć nadal cenione, w większości firm są już standardem. Wobec tego, na kandydatach większe wrażenie mogą zrobić te mniej popularne i rzadziej spotykane, jak np. karty podarunkowe, które chciałoby dostawać 42 proc. respondentów, czy programy oszczędnościowe, które chwali ponad 41 proc. ankietowanych. Dodatkowo, już 27 proc. badanych liczy na darmowe  przekąski i owoce w biurze – mówi Piotr Dziedzic, Dyrektor w Michael Page i członek zarządu Polskiego Forum HR.

Dlaczego specjaliści zmieniają pracę

Serwis Pracuj.pl postanowił sprawdzić, jakie postawy przyjmują obecnie polscy specjaliści – finansiści, programiści, marketingowcy, inżynierowie, handlowcy i inni – na rynku pracy i wobec pracodawców. Analitycy przebadali grupę ponad 4000 respondentów, użytkowników Pracuj.pl, których zapytano m.in. o sposoby poszukiwania zatrudnienia, warunki pracy, plusy i minusy pracodawców czy postawy przyjmowane wobec codziennych wyzwań zawodowych. Wyniki badań prezentujemy w serii tekstów „Specjaliści o rynku pracy”.

Zmiana na lepsze? Bardzo chętnie

wykres 1Według badań Pracuj.pl, aż 63% specjalistów szuka obecnie nowej pracy – niezainteresowany zmianą firmy jest tylko nieco więcej niż co trzeci respondent (37%). Na zmianę nieco częściej decydują się mężczyźni niż kobiety.. Co jednak jeszcze bardziej interesujące, aż 84% specjalistów, którzy nie działają aktywnie w poszukiwaniu pracy, byłoby otwartych na rozważenie ciekawej oferty zatrudnienia, gdyby została im złożona.

Na rynek pracy coraz większy wpływ ma duże zapotrzebowanie na kadry, niedobór pracowników i rosnąca liczba ciekawych ofert zatrudnienia. Według danych GUS bezrobocie we wrześniu wyniosło w Polsce zaledwie 5,7%. Z kolei na Pracuj.pl w III kwartale 2018 roku liczba ofert pracy wzrosła o blisko 11% rok do roku. Tej sytuacji towarzyszy duża mobilność specjalistów, którzy szukają lepszych warunków. Widać ją zwłaszcza w najbardziej rozwijających się branżach, gdzie rotacja na stanowiskach cenionych specjalistów ds. IT, finansów czy sprzedaży potrafi sięgać kilkunastu procent rocznie. -Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Employer Branding Manager w Grupie Pracuj

Zrobić krok do przodu

wykres 2Dlaczego ankietowani specjaliści decydują się zmienić pracę? Aż 7 na 10 badanych podejmuje ten krok, bo w swojej ocenie zarabiają zbyt mało. Wyższa pensja pozostaje niezmiennie głównym czynnikiem, skłaniającym respondentów do wyboru nowego pracodawcy. Na jej znaczenie wskazywał ubiegłoroczny raport Pracuj.pl „Pensja, zadania, szef”. Co oczywiste, oprócz specjalistów na znaczenie wysokości pensji szczególnie zwracają uwagę pracownicy fizyczni (zobacz raport „Na tropie dobrej pracy”). Kolejnymi najpopularniejszymi powodami chęci zmiany miejsca zatrudnienia, wskazywanymi przez specjalistów, są brak możliwości rozwoju i awansu (54%) oraz brak poczucia bycia docenionym przez pracodawcę (49%).

Co nas powstrzymuje

Brak otwartości na nowe oferty zadeklarowała zdecydowana mniejszość badanych. Dlaczego więc decydują się pozostać w obecnym miejscu zatrudnienia? 6 na 10 z tych respondentów deklaruje, że lubi swoją obecną pracę. Więcej niż połowa (53%) wskazuje na dobrą atmosferę, panującą w zespole. Niewiele mniej (49%) obawia się, że zbyt częsta zmiana miejsc zatrudnienia będzie źle odebrana przez kolejnych pracodawców. Tylko mniej niż co trzeci badany (31%) deklaruje, że w pracy trzymają go satysfakcjonujące zarobki.

Badania potwierdzają trendy w rozwoju kadr, które obserwujemy od co najmniej kilku lat. Wysokie zarobki pozostają oczywiście wciąż najważniejszym czynnikiem, przyciągającym talenty do pracy. O „presji płacowej” mówi z resztą 69% firm, przebadanych ostatnio przez NBP. Tym, co jednak utrzymuje pracowników na dłużej, jest satysfakcja osiągana w pracy i dobra atmosfera, budowana przez kierownictwo i działy HR. O ile więc pensja przyciąga i kusi specjalistę, o tyle kwestie „miękkie” pomagają zbudować z nim dłuższą, dojrzałą relację. -Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Employer Branding Manager w Grupie Pracuj

Praca: ważna, ale nie najważniejsza

Badania Pracuj.pl pokazują, że specjaliści są bardzo otwarci na zmianę pracy, a ich główną motywacją są większe zarobki i możliwości rozwoju kariery. Mimo takiej postawy, większość badanych stawia istotną granicę między życiem zawodowym a osobistym. Aż 66% specjalistów przebadanych przez Pracuj.pl postrzega pracę głównie jako źródło utrzymania i zdobycia środków na realizację pozazawodowych pasji czy zapewnienie bytu rodzinie. Zdecydowanie mniej respondentów, bo nieco więcej niż co trzeci badany, idzie dalej i deklaruje, że kariera jest dla nich bardzo ważna. To osoby, które są skłonne poświęcić część życia prywatnego dla rozwoju czy awansu.

Wyniki badania Pracuj.pl „Specjaliści na rynku pracy” pokazują wyraźnie, że na rynku działa duże grono specjalistów gotowych na zawodowe zmiany. Rośnie jednak także świadomość, jak ważna jest wyraźna granica między pracą a życiem osobistym. Warto wyciągać wnioski z tych postaw. Na rynku pracy specjalistów coraz lepiej widoczne będą te firmy, które w ofertach pracy będą eksponować zarówno konkurencyjne wynagrodzenia, realnie działające programy rozwoju karier, jak i gwarancję zachowania równowagi między życiem prywatnym a zawodowym. Ważne, by za tymi obietnicami kryły się konkretne pomysły. -Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Employer Branding Manager w Grupie Pracuj

Automatyzacja produkcji a bariery rozwojowe

Mikołaj Dramowicz, prezes datapax
Mikołaj Dramowicz, prezes datapax

Wyobraźmy sobie przyszłość, w której ludzie mają więcej czasu na zajmowanie się tym, na czym im naprawdę zależy. Przyszłość, w której korzystanie ze zdobyczy cywilizacji nie odciska piętna na naszym zdrowiu i otoczeniu. Aby tak było musimy wykorzystać dostępne zasoby, aby odpowiadać na nasze potrzeby, czyli systemy produkcji i dystrybucji. Zwiększenie skuteczności tych systemów zależy po części od stopnia automatyzacji, czyli wykonywania określonych zadań bez udziału człowieka. O barierach stojących przed przedsiębiorcami na drodze do zwiększenia opłacalności działań opowiada Mikołaj Dramowicz, prezes datapax – firmy audytorsko doradczej.

Brak rąk do pracy blokuje automatyzację

Podczas tegorocznej edycji Polskiego Kongresu Przedsiębiorczości został poruszony temat braku rąk do pracy. Przedstawiciele międzynarodowego biznesu, MŚP, nauki, rządu i samorządu wskazywali na emigrację zarobkową Polaków, często poprzedzoną wysokiej jakością kształceniem z jednej strony oraz brakami w przygotowaniu infrastruktury dla imigrantów z drugiej. Pomimo, iż taka sytuacja to podatny grunt na rozwiązania z zakresu automatyzacji, jest również ograniczeniem. Proces analizy, projektowania oraz wdrażania zmian technologicznych i organizacyjnych wymaga określonych kompetencji, w tym zrozumienia procesu podejmowania istotnych decyzji w firmie, a wykształceni specjaliści często decydują się na pracę za granicą lub są tak obłożeni bieżącymi zadaniami w firmie, iż podjęcie projektu automatyzacji jest praktycznie niewykonalne. Warto wspomnieć, że problem ten dotyczy zarówno zakładów przemysłowych, jak i firm zajmujących się dostarczaniem rozwiązań z zakresu automatyzacji.

Klęska urodzaju

Kolejną barierą na drodze automatyzacji jest dostęp do rozwiązań. Tylko w Polsce znajduje się kilkaset firm zajmujących się automatyzacją przemysłu. Wykonując zadania kierownika produkcji, technologa czy szefa utrzymania ruchu może być ciężko znaleźć czas, aby dodatkowo śledzić rynek automatyzacji, obserwować nowości, dopasować i wybrać optymalne rozwiązanie. Z kolei mniejsze firmy inżynierskie nie mają zasobów na budowę profesjonalnych zespołów sprzedażowych, aby docierać do swoich Klientów.

Rozwiązania mogą zaskoczyć swoją elastycznością i zastosowaniami, jak np. robot do obsługi zautomatyzowanej linii produkcyjnej czy cobot – robot współpracujący z człowiekiem, którego możemy ustawiać w dowolnym miejscu w zależności od potrzeb i ekspresowo uczyć wymaganej sekwencji ruchów dosłownie prowadząc go za mechaniczną rękę.

Większe firmy mają komfort budowy działu automatyzacji, który jest w stanie w ramach obowiązków śledzić rynek, jeździć na konferencje, spotykać się z dostawcami. Tutaj barierą może okazać się właśnie wielkość firmy, gdzie procedury i podział budżetu z góry mogą nałożyć ograniczenia, rozdrobnić wysiłki nawet do poziomu działu firmy. Zmniejsza to pole widzenia osób zaangażowanych w proces automatyzacji, ponieważ nie leży w ich interesie analiza korzyści dla całej firmy, a jedynie jej wybranego fragmentu, co może skutkować niewykorzystanym potencjałem usprawnień.

Mnogość czynników

Następną barierą jest proces decyzyjny. Niestety zdarza się, iż inwestycja w automatykę jest nietrafiona, maszyna nie pracuje wydajnie, tworzą się dodatkowe zapasy i kolejka niezrealizowanych zleceń. Rozpoczyna się kosztowny, niezdyscyplinowany powrót do poprzednich metod pracy. Nie jest to zresztą nic zaskakującego. Proces decyzyjny jest skomplikowany, wpływa na niego wiele czynników. Od kwestii zarządczych, jak wielkość i zwrot z inwestycji oraz ocena ryzyka, przez kwestie technologiczne związane z czasem cyklów, przezbrojeniami, istniejącą infrastrukturą, aż po kwestie związane z logistyką, przepływem materiału przez produkcję, analizą wąskiego gardła, jak również prognozami sprzedaży, zakupem surowców, dostępnym miejscem magazynowym itd. A wszystko są to procesy, którymi finalnie zarządzają ludzie i w których ludzie uczestniczą. Ludzie, którzy często wykonywali daną czynność wielokrotnie w ustalony sposób, którzy mogą czuć opór przed zmianą, którzy mogą się jej obawiać. Automatyzacja to również nowe kompetencje, często nowe role, których do tej pory nie braliśmy pod uwagę. Niezależnie od zajmowanego stanowiska, każdy ma limit zmian, które może przejść w określonym czasie, dlatego równie ważne jest wzięcie pod uwagę innych toczących się w firmie projektów. Dlatego ostatnią opisaną barierą jesteśmy my, ludzie, z ludzką obawą przed zmianą. Aby niwelować obawy, nie zapominajmy precyzyjne i szeroko komunikować co robimy i dlaczego, nie pozostawiając pola domysłom.

Automatyzacja procesu automatyzacji

Jeżeli chcemy, abyśmy jako społeczeństwo podnieśli jakość naszego życia, jedną z rzeczy, którą mamy do zrobienia jest przygotowanie skuteczniejszego systemu produkcji i dystrybucji. Dziś łatwiej jest automatyzować procesy powtarzalne, nawet jeśli są skomplikowane niż procesy proste, które stanowią wyjątki i są niepowtarzalne. Dlatego zwróćmy uwagę na nowy model biznesowy, łączący bezpośrednio odbiorcę z dostawcą. Trend ten obserwujemy w wielu obszarach naszego życia. Flagowym przykładem jest transport miejski. O skuteczności przekonać mógł się każdy, kto za pomocą smartfona zorganizował sobie w krótkim czasie transport samochodem, rowerem czy opłacił przejazd komunikacją miejską. Kolejnym i nie ostatnim przykładem jest handel częściami samochodowymi, łączący bezpośrednio warsztaty z producentami i dystrybutorami. Dziś nie ma technologicznych barier, aby połączyć firmy poszukujące rozwiązań z zakresu automatyki z dostawcami tychże rozwiązań w sposób, który minimalnie angażuje czasowo obie strony. Nie ma przeszkód, aby przekazać decydentom narzędzia zdolne wykonać skomplikowaną, wielowątkową, ale jednak powtarzalną analizę produkcji, potrafiące skutecznie wskazać najbardziej opłacalne rozwiązania dla indywidualnego przypadku rozwiązania.

Trzeci kwartał 2018 r. na GPW pod wpływem awansu do rynków rozwiniętych przez FTSE Russell i zmian regulacyjnych na rynku towarowym

  • Przychody ze sprzedaży GK GPW na poziomie 85,7 mln zł w III kw. 2018 r. (wzrost o 5,7% rdr)
  • Przychody z rynku finansowego na poziomie 47,1 mln zł (spadek o 3,5% rdr)
  • Wzrost przychodów z rynku towarowego o 19,2% rdr do poziomu 38,1 mln zł
  • Zysk netto Grupy Kapitałowej GPW na poziomie 37,7 mln zł w III kw. 2018 r.
  • Wzrost kosztów operacyjnych do 43,0 mln zł pod wpływem wyższej opłaty na rzecz Komisji Nadzoru Finansowego (KNF)

GK GPW wypracowała w III kwartale 2018 r. zysk netto na poziomie 37,7 mln zł. Wpływ na ten wynik miała m.in. decyzja Ministerstwa Finansów, o m.in. podniesieniu obliga giełdowego do 100% na rynku energii elektrycznej. Nowe przepisy obowiązują oficjalnie od 2019 r., jednak już w minionym kwartale można było zaobserwować wzrost aktywności uczestników rynku energii elektrycznej. Informacja ta przełożyła się na wzrost wolumenów na rynku energii o ponad 130% w ujęciu rocznym oraz wzrost przychodów z obrotu energią elektryczną o 148,9% rdr. W III kwartale miało także miejsce przekwalifikowanie Polski z Emerging Markets do Developed Markets przez agencję FTSE Russell, co przełożyło się na rekordowe obroty na rynku akcji 21 września, które wyniosły 5,4 mld zł. Pomimo trudnego otoczenia rynkowego, GK GPW wypracowała stabilne przychody ze sprzedaży na poziomie 85,7 mln zł, co oznacza wzrost o 5,7% rdr i niewielki spadek w ujęciu kwartalnym o 1,0%.

Marek Dietl, prezes Zarządu GPW
Marek Dietl, prezes Zarządu GPW

Wrześniowa reklasyfikacja przyczyniła się do wzrostu obrotów na giełdzie. W perspektywie długoterminowej korzyści może być znacznie więcej. Dostęp do nowej puli inwestorów to ogromna szansa na dalszy wzrost wolumenów i wycen polskich spółek. Przed nami okres wytężonej pracy, ale również nowych możliwości.- powiedział Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

Grupa GPW wciąż koncentruje się na utrzymaniu wysokiej dyscypliny kosztowej. Wzrost kosztów operacyjnych wynika głównie z tego, że w III kwartale nastąpiło rozliczenie rocznej opłaty na rzecz KNF, która w 2018 r. wyniosła 12,5 mln zł w porównaniu do 5,6 mln zł w 2017 r. Wskaźnik kosztów do przychodów (C/I) ukształtował się na poziomie 50,2%, wobec 40,1% w III kw. 2017 r. oraz 46,2% w II kw. 2018 r.

Omówienie wyników finansowych Grupy GPW za III kw. 2018 r.

Zysk netto

Zysk netto Grupy GPW w III kw. 2018 r. wyniósł 37,7 mln zł (-19,8% rdr i -52,3% kdk). Spadek zysku netto jest w znacznej mierze spowodowany wyższym poziomem kosztów operacyjnych w związku z opłatą poniesioną przez GK GPW na rzecz KNF w wysokości 12,5 mln. zł.

Rynek Finansowy

Przychody z rynku finansowego

W III kw. 2018 r. przychody ze sprzedaży na rynku finansowym wyniosły 47,1 mln zł (-3,5% rdr i 0,2% kdk). Tym samym stanowiły one 55,0% całkowitych przychodów ze sprzedaży Grupy GPW. Na przychody z rynku finansowego składają się przychody z tytułu: obsługi obrotu, obsługi emitentów i sprzedaży informacji.

  • Obsługa obrotu na rynku finansowym

W III kw. 2018 r. przychody z obsługi obrotu na rynku finansowym wyniosły 30,7 mln zł w porównaniu do 31,9 mln zł rok wcześniej i 30,1 mln zł w II kw. 2018 r. Na pogorszenie wyniku największy wpływ miała niższa aktywność uczestników na rynku akcji.

  • Obsługa emitentów

W III kw. 2018 r. przychody Grupy GPW z obsługi emitentów na rynku finansowym wyniosły 5,4 mln zł, w porównaniu do 6,3 mln zł przed rokiem oraz 5,8 mln zł w II kw. 2018 r. Przychody z tytułu opłat za notowania osiągnęły 4,8 mln zł w III kw. 2018 r. w porównaniu z 4,9 mln zł rok wcześniej i 5,0 w II kwartale br. Głównym czynnikiem kształtującym wysokość przychodów za notowanie jest liczba notowanych emitentów na rynkach GPW oraz ich kapitalizacja na koniec poprzedniego roku. Niższa aktywność na rynkach IPO i SPO w III kw. 2018 r. przyczyniła się do spadku przychodów z tytułu wprowadzania do 0,6 mln zł, wobec 1,3 mln zł odnotowanych w analogicznym okresie przed rokiem. Jednocześnie jest to poziom zbliżony do I i II kwartału 2018 r., gdzie przychody te osiągnęły poziom 0,8 mln zł.

  • Sprzedaż informacji

Przychody ze sprzedaży informacji w III kw. 2018 r. wyniosły 11,1 mln zł (+3,7% rdr

i -0,5 % kdk). Wzrost przychodów ze sprzedaży informacji w porównaniu do zeszłego roku wynika ze wzrostu liczby odbiorców danych GPW w tym także wzrostu liczby abonentów. Przychody z tej linii biznesowej stanowią już 12,9% przychodów ze sprzedaży Grupy GPW.

Rynek Finansowy

Przychody z rynku towarowego

W III kw. 2018 r. przychody ze sprzedaży na rynku towarowym wyniosły 38,1 mln zł (+19,2% rdr i -2,8% kdk), a więc odpowiadały za 44,5 proc. całkowitych przychodów Grupy GPW w tym okresie. Na przychody z rynku towarowego składają się przychody z tytułu: obsługi obrotu, prowadzenia rejestru świadectw pochodzenia i rozliczenia transakcji.

  • Obsługa obrotu na rynku towarowym

Przychody z obsługi obrotu na rynku towarowym w III kw. 2018 r. wyniosły 20,3 mln zł (+21,8% rdr i +3,6% kdk). W III kw. 2018 r. wzrosły przychody z obrotu energią, kształtując się na poziomie 5,3 mln zł (+148,9% rdr i +22,4% kdk). Przychody z obrotu gazem w tym okresie wyniosły 3,1 mln zł (+60,4% kdk i -8,8% rdr). Z kolei przychody z  tytułu obrotu prawami majątkowi do świadectw pochodzenia sięgnęły 9,0 mln zł (7,3% rdr i -15,2% kdk). Przychody Grupy z tytułu innych opłat od uczestników rynku towarowego w III kw. 2018 r. wyniosły 2,9 mln zł (+6,1% rdr i +6,1% kdk). Wysokość innych opłat od uczestników rynku zależy w dużej mierze od liczby i aktywności Członków IRGiT, w szczególności liczby wykonywanych transakcji.

  • Prowadzenie Rejestru Świadectw Pochodzenia

W III kw. 2018 r. zanotowano wzrost przychodów z prowadzenia RŚP 13,5% w stosunku rocznym, oraz spadek o 26,6% w ujęciu kwartalnym. Wzrost przychodów z tytułu prowadzenia RŚP w stosunku do analogicznego okresu 2017r. wynikał z wyższej aktywności w zakresie umarzania świadectw pochodzenia.

  • Rozliczenie transakcji

Przychody z rozliczenia transakcji w III kw. 2018 r. wyniosły 11,1 mln zł (+18,0% rdr i +5,7% kdk). Na zmianę przychodów z tego tytułu wpływ mają wolumeny obrotu na wszystkich rynkach prowadzonych przez TGE.

  • Sprzedaż informacji

Przychody ze sprzedaży informacji na rynku towarowym w III kw. 2018 r. osiągnęły poziom 103 tys. zł wobec 87 tys. zł w analogicznym okresie przed rokiem i 132 tys. zł w II kw. 2018 r.

Koszty działalności operacyjnej

W III kw. 2018 r. koszty działalności operacyjnej wyniosły 43,0 mln zł (+7,6% kdk i +32,4% rdr). Wskaźnik kosztów do przychodów (C/I) ukształtował się na poziomie 50,2% wobec 40,1% w III kw. 2017 r. oraz 46,2% w II kw. 2018 r.

  • W III kwartale koszty amortyzacji były wyższe w ujęciu rocznym +8,3% a w kwartalnym spadły o 1,8% osiągając poziom 7,9 mln zł. Wzrost kosztów amortyzacji rdr wynika z amortyzacji dwóch nowych systemów wprowadzonych w 2017 r. w TGE : X-Stream (maj) i Sapri (listopad).
  • Łączne koszty osobowe wyniosły 16,5 mln zł w III kw. 2018 r. w porównaniu z 16,6 mln w poprzednim kwartale oraz 15,1 w III kwartale 2017 r. Wzrost kosztów rok do roku wynika m.in. z większego zatrudnienia oraz wzrostu wynagrodzeń.
  • W III kwartale 2018 r. GK GPW odnotowała wzrost kosztów czynszów do poziomu 2,3 mln zł (+5,1% rdr i +18,2% kdk). Wzrost kosztów wynika z wynajęcia dodatkowej powierzchni na piątym piętrze siedziby GPW w celu poprawy warunków pracy GK GPW.
  • Koszty usług obcych wyniosły w III kw. 2018 r. 11,1 mln zł, co oznacza spadek o 8,5% rdr i spadek o 3,1% w ujęciu kwartalnym. Podwyższony poziom kosztów związany był przede wszystkim z doradztwem przy sprzedaży Aquis Exchange oraz przy aktualizacji strategii w II kw. 2018 r.

Przychody i koszty finansowe

Przychody finansowe w III kwartale 2018 wyniosły 1,8 mln zł w porównaniu do 1,3 mln zł rok wcześniej i 48,2 mln zł w II kwartale bieżącego roku, które wynikały ze sprzedaży udziałów w spółce stowarzyszonej Aquis Exchange. W tym kwartale na przychody finansowe składają się głównie odsetki z tytułu lokat bankowych oraz nadwyżka dodatnich różnic kursowych. Natomiast na koszty finansowe, które osiągnęły 2,2 mln zł, największy wpływ miały koszty odsetkowe obsługi zadłużenia z tytułu emisji obligacji serii C, D i E wraz z kosztami emisji obligacji rozliczanymi w czasie.

Udział w zyskach jednostek stowarzyszonych

W III kw. 2018 r. zysk Grupy GPW z tytułu udziału w zyskach jednostek stowarzyszonych wyniósł 3,4 mln zł, w porównaniu do 3,6 mln zł w III kw. 2017 r. oraz 4,5 mln zł w II kw. 2018 r. Na udział w zyskach jednostek stowarzyszonych miały wypływ przede wszystkim wyniki Grupy KDPW i Centrum Giełdowego.

Inwestycje w Polsce są uzależnione od tego, czy nasi pracownicy pozostaną konkurencyjni

Nasz rynek jest atrakcyjny dla zagranicznych firm związanych z usługami IT. Tutaj mają dostęp do wielu wykwalifikowanych specjalistów, odnoszących sukcesy na międzynarodowych olimpiadach. Inwestorów przyciągają również koszty pracy, które pozostają zdecydowanie niższe w porównaniu z wieloma krajami Unii Europejskiej. Eksportujemy nie tylko aplikacje, ale także nowoczesne rozwiązania dla korporacji działających globalnie. Jednak mamy coraz większy problem z niedoborem pracowników. Sytuację powinno poprawić budowanie świadomości cyfrowej oraz promowanie kształcenia programistów, niekoniecznie na studiach wyższych. Zdaniem ekspertów, inwestowanie w Polsce nie jest chwilowym trendem, ale obsługę informatyczną można łatwo przenieść do innego państwa. Trzeba zatem zadbać o kadry i o odpowiednie warunki, aby tego typu biznes od nas nie uciekał.

Atrakcyjna lokalizacja

Rośnie znaczenie rynku IT w Polsce, co dostrzegają zagraniczne firmy. Wiele z nich prowadzi tutaj swoją działalność. Od lat funkcjonują też centra usług wspólnych i laboratoria. Inwestycje mają związek m.in. z dużymi zasobami wykwalifikowanych kadr i jednocześnie niskimi kosztami pracy. Kandydaci są kuszeni nie tylko wynagrodzeniami i perspektywami przyspieszenia kariery zawodowej. Pracodawcy zapewniają im także udział w ważnych projektach oraz dostęp do najnowocześniejszych rozwiązań technologicznych.

– Polska jest jedną z najbardziej atrakcyjnych lokalizacji w Europie dla świadczenia usług outsourcingu procesów biznesowych, w tym również związanych z IT. Naszymi atutami są przede wszystkim niskie koszty pracy. Istotny jest też dostęp do wykształconej kadry, dobrze znającej język angielski. Mamy dużą liczbę absolwentów studiów informatycznych i korzystne gospodarczo położenie geograficzne. Wszystko to sprawia, że powstało u nas ponad 1100 centrów usług, czyli najwięcej w regionie. Dla porównania, w Rumunii czy w Czechach podobnych ośrodków jest czterokrotnie mniej – mówi Paweł Olszynka, dyrektor Działu Doradztwa i Analiz Rynku ICT w PMR.

Z kolei Krzysztof Łuczak, prezes firmy technologicznej Proxi.cloud, podkreśla, że na świecie brakuje informatyków. Problem ten jest szczególnie widoczny w krajach wysoko rozwiniętych, gdzie rynki są już nasycone. Polska też zmaga się z tego typu trudnościami, ale jednocześnie kształci dużo programistów. Powstają kolejne centra usług, które zawsze znajdują sporo chętnych do pracy. Zdaniem eksperta, kwestie finansowe są jednak najważniejsze dla zagranicznych firm. Z kolei coraz częściej zarobki u nas i w innych krajach są porównywalne, a rozbieżności wynoszą 20-30%. Dla korporacji z Europy inwestycja np. w Indiach oznacza spore różnice kulturowe i czasowe, co przekłada się na mniejszą wygodę pracy, ale też na efektywność. W kontaktach z Polakami nie ma takich utrudnień, a rzetelność wykonywanych obowiązków zawodowych stoi na wysokim poziomie.

– Mamy bardzo dobrych specjalistów, co pokazują wszelkie rankingi najwyższych umiejętności. Świadczą o tym też gigantyczne osiągnięcia na międzynarodowych zawodach i olimpiadach informatycznych. Ich laureaci są rozchwytywani przez pracodawców. Dzięki tym sukcesom marka świetnego polskiego informatyka jest znana na konkurencyjnym, światowym rynku. To sprawia, że największe globalne firmy informatyczne mają u nas swoje centra rozwojowe. Zatrudniają one tysiące profesjonalistów, na których jest wielki popyt. Wystarczy przejść się po uczelniach, żeby usłyszeć o tym od młodych ludzi. Od drugiego, trzeciego roku studenci mają już niezwykle dochodową pracę, co niekiedy odbija się na ich toku studiów – zaznacza Włodzimierz Marciński, prezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego.

Z Polski w świat

O obliczu krajowego rynku decydują centra IT oraz R&D, a także spółki zajmujące się świadczeniem wsparcia kadrowego czy leasingu całych zespołów specjalistów. Paweł Olszynka zaznacza, że dynamiczny rozwój outsourcingu wynika z rosnącego zainteresowania firm nowoczesnymi rozwiązaniami, w tym automatyzacją i cyfrową transformacją. Najczęściej delegowane na zewnątrz są prace deweloperskie, a także usługi wsparcia i utrzymania aplikacji na rzecz korporacji, często działających globalnie. Ekspert zwraca też uwagę na ciągły rozwój polskich przedsiębiorstw. One coraz częściej rozumieją, że o konkurencyjności decydują nowe technologie i innowacyjność.

– Musimy sobie zdawać sprawę, że nie ma czegoś takiego jak polska technologia, staliśmy się częścią informatyki światowej. Nie produkujemy hardware’u poza jakimiś drobnymi urządzeniami i systemami wbudowanymi, ale to nie są komputery czy routery. W tej chwili koncentrujemy się na rozwiązaniach software’owych. One bazują na tym, na czym cały świat pracuje. Nasi informatycy korzystają z tych wszystkich narzędzi, które są dostępne wszędzie – stwierdza Włodzimierz Marciński.

Polskie firmy IT eksportują już nie tylko aplikacje, ale także realizują indywidualne zamówienia oraz całościowe projekty. Dyrektor z PMR podkreśla, że dotyczy to m.in. utrzymania infrastruktury i systemów w centrach danych. Międzynarodowa strategia rozwoju największych przedsiębiorstw zakłada często obecność na światowych rynkach poprzez lokalne spółki. To umożliwia obsługę dużych zleceń, np. składanych przez sektor publiczny. Mniejsi gracze, w tym startupy, tworzą natomiast rozwiązania dla zagranicznych klientów, działając tutaj. Paweł Olszynka wskazuje na dane GUS. Wynika z nich, że w 2015 roku polskie firmy, świadczące usługi IT, osiągały ponad 38% przychodów ze sprzedaży na rzecz usługobiorców z innych państw. W ciągu roku nastąpił więc wzrost o 6,3%.

Braki na rynku

– Według różnych szacunków, deficyt specjalistów z sektora technologii informatycznych w kraju wynosi od 30 do 60 tys. To 5-10% ogółu zatrudnionych na stanowiskach związanych z IT. Braki rosną co roku o kolejne 3-5%. Polska nie jest pod tym względem wyjątkiem, a niż demograficzny tylko pogłębia ten problem. Z mojego doświadczenia wynika, że najbardziej pożądanymi pracownikami na rynku są programiści, w tym przede wszystkim Java, Python czy NET. Stale wzrasta także zapotrzebowanie na architektów IT, developerów, analityków czy testerów. Powyższa luka, w połączeniu z korzystną sytuacją makroekonomiczną kraju, powoduje, że w Polsce funkcjonuje rynek pracownika. W efekcie dziewięciu na dziesięciu specjalistów nie szuka aktywnie pracy tylko czeka na dobre oferty – informuje dyrektor Działu Doradztwa i Analiz Rynku ICT w PMR.

Natomiast prezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego zaznacza, że stosunkowo mało młodzieży zdaje maturę z informatyki, ponadto brakuje kobiet w tej branży. Marciński zwraca uwagę też na The Digital Economy and Society Index (DESI – Indeks Gospodarki Cyfrowej i Społeczeństwa Cyfrowego). To zestawienie jest od lat publikowane przez Komisję Europejską. Uwzględnione są w nim różne dziedziny, m.in. umiejętności cyfrowe czy informatyzacja przedsiębiorstw i usług publicznych. Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc. Ten wynik jest gorszy m.in. od Węgier i Czech. Potrzebne są więc działania, które umożliwią osiągnięcie wyższego poziomu cyfryzacji. Bardzo ważne pozostaje również budowanie świadomości cyfrowej.

– Warto promować wśród młodych ludzi kształcenie w kierunku programowania. Prawda jest taka, że nie trzeba skończyć studiów, aby zostać programistą i być konkurencyjnym na rynku pracy. Wystarczą 2-3 lata nauki, która może odbywać się z pominięciem poziomu akademickiego. Z mojej perspektywy, najlepszą ścieżką rozwoju jest wybór technikum informatycznego, a następnie pójście fakultatywnie na studia. Musimy też patrzeć na demografię, a to oznacza konieczność sprowadzania specjalistów. Jest ogromny potencjał na takich rynkach, jak Białoruś czy Ukraina. Zachęcajmy osoby zza wschodniej granicy, żeby przyjeżdżały do nas do pracy w obszarze IT. Ich komfort życia znacznie się zwiększy, a jednocześnie będą pracować blisko swoich rodzinnych stron – dodaje Krzysztof Łuczak.

Spokojna przyszłość?

Zagraniczne firmy nadal będą inwestować w Polsce w branży IT. Paweł Olszynka podkreśla, że tylko w 2018 roku powstanie ok. 50-60 samych centrów usług wspólnych. One będą musiały mierzyć się z brakami kadrowymi i rywalizacją o specjalistów. Jednak w obecnej sytuacji rynkowej, pracodawcy stają się coraz mniej wybredni. Oczekiwania mają natomiast pracownicy. Według dyrektora z PMR, warunki finansowe nie są jednak najważniejsze dla kandydatów. Oni dążą do zdobycia pracy dającej satysfakcję i mającej duże znaczenie, np. społeczne. Chcą uczestniczyć w ważnych projektach, które zmieniają biznes klientów lub usprawniają działanie instytucji publicznych.

– Ten trend z zagranicznymi firmami będzie się nasilać. Przez kolejne 10, 20 czy 30 lat pozostaniemy kosztowo efektywniejsi, niż kraje Europy Zachodniej, a część przedsiębiorstw nie zechce przenosić się np. na rynki azjatyckie. Można więc spać spokojnie, ale należy zapewnić wystarczająco dużo pracowników i odpowiednie warunki do prowadzenia biznesu. Trzeba się liczyć również z tym, że to są usługi, które łatwo można przenieść do innego kraju. Nie ma dużych nakładów na infrastrukturę i sprzęt, więc to jest kapitał ludzki. Pytanie, czy w Polsce będzie on na tyle atrakcyjny, aby zachęcać kolejnych inwestorów. Jeśli ktoś planuje wejść na ten rynek, to prawdopodobnie wybierze miasto, w którym już są centra usług IT – przekonuje ekspert z firmy technogennej Proxi.cloud.

W opinii Włodzimierza Marcińskiego, informatyka nie ma konkretnej, narodowej „twarzy”. Ciekawe projekty i zlecenia będą kierowane zawsze do najlepszych. Globalne korporacje doskonale zdają sobie sprawę, kto może sprostać ich oczekiwaniom. Inwestycje w Polsce będą więc uzależnione od tego, czy tutejsi pracownicy pozostaną konkurencyjni cenowo i intelektualnie. Ekspert, podsumowując, radzi, aby uczestniczyć w międzynarodowych konsorcjach. Nie dostrzega także w tym żadnego zagrożenia. Rozwój wymaga najbardziej kreatywnych rozwiązań, a o nie łatwiej u boku rynkowych potentatów, niż lokalnych firm. Świat nie czeka, a zamknięcie się na niego będzie oznaczało krok wstecz.

Taksówkarze chcą ujednolicenia zasad dla pośredników. Ci z kolei oczekują porozumienia na wzór estoński

Korporacje taksówkowe nie chcą się pozbyć konkurencji, ale oczekują równego traktowania wszystkich podmiotów. Ich oponenci uważają zmiany, proponowane przez Ministerstwo Infrastruktury, za archaiczne i nieprzystające do prawa UE. Wprowadzenie licencji dla pośredników oceniają jako poważne utrudnianie dostępu do rynku. Konieczność rejestracji w CEIDG bądź posiadania numeru KRS przez spółkę ma być nadmiarem biurokracji i chęcią usunięcia technologicznych spółek transportowych z obecnego obiegu. Z kolei taksówkarze chcą, by Uber czy Taxify odpowiadały za przejazdy tak samo jak oni. Są też przekonani, że co najmniej 25% wydatków, ponoszonych przez Polaków na przewozy, jest transferowana za granicę bez opodatkowania. I dodają, że na to nie powinno być zgody.

Ministerstwo Infrastruktury niespodziewanie przesłało do Rady Ministrów projekt ustawy o transporcie, która może utrudnić lub uniemożliwić działalność przewoźników – operatorów aplikacji umożliwiających przewóz pasażerów przez kierowców niebędących taksówkarzami. Zdaniem Krzysztofa Urbana, dyrektora zarządzającego firmą mytaxi, zmiany zmierzają w kierunku zapewnienia jednolitych, minimalnych wymogów wobec wszystkich kierowców świadczących takie usługi.

– Dzięki ustawie tacy przewoźnicy wreszcie będą rozliczani za to, co robią. Na warszawskim rynku jest nie tylko Uber czy Taxify, ale co najmniej 40 podmiotów wykonujących, według obowiązującego w Polsce prawa, nielegalny przewóz osób. Aplikacje taksówkowe takie jak mytaxi czy iTaxi pokazują, że model biznesowy Ubera można zastosować w pracy z licencjonowanymi taksówkarzami.  Obecnie nie ma przepisów dla pośredników, którzy przyjmują i wydają zlecenia przewozu. Zatem nie odpowiadają za to, co dzieje się po kursie – komentuje Artur Wnorowski, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Taksówkarzy „Warszawski Taksówkarz”.

Według Alexa Kartsela, country managera Taxify w Polsce, firma jest otwarta na współpracę z decydentami politycznymi, zarówno na szczeblu centralnym, jak i samorządowym, w zakresie uregulowania rynku przewozu osób. Mimo zaproponowanych, niekorzystnych dla firmy zmian, które pojawiły się w projekcie ustawy, liczy ona na możliwość prowadzenia dialogu, uwzględniającego argumenty każdej ze stron.

Zdaniem Artura Wnorowskiego licencjonowani taksówkarze są pod pełną kontrolą. Szefowie korporacji taksówkowych oraz Miasto Stołeczne Warszawa posiadają ich dane i udostępniają na żądanie odpowiednich służb. U innowacji technologicznych nie ma takiego wymogu. Usługodawca udziela aplikacji, a po stronie kierowcy leżą wszystkie problemy związane z licencjami czy ubezpieczeniami i innymi dokumentami obowiązującymi w polskim prawie. W efekcie nie ma kogo pociągnąć do odpowiedzialności, oprócz kierowcy wykonującego przewóz.

– Proponowane zmiany w ustawie są archaiczne i niejednoznaczne. Ograniczają możliwość korzystania z aplikacji do zamawiania przejazdu kierowcom, a pasażerom – prawa wyboru. Dodatkowe formalności biurokratyczne utrudniają funkcjonowanie firm z branży nowoczesnych technologii w Polsce. Na razie czekamy przede wszystkim na opinię, czy takie zapisy są zgodne z prawem unijnym – mówi Alex Kartsel.

W opinii Krzysztofa Urbana, konkurencja na rynku jest pozytywnym czynnikiem motywującym do dalszego rozwoju, jednak musi się ona odbywać na uczciwych prawach dla wszystkich. Nowa ustawa regulująca wykonywanie usług przewozu osób w miastach powinna wprowadzić transparentne i równe zasady postępowania dla wszystkich uczestników rynku. Dyrektor zarządzający mytaxi uważa również, że usługi taksówkowe i przewozu osób powinny zostać objęte takimi samymi regulacjami, tzn. przywilejami jak i ograniczeniami.

– W Estonii, kraju przyjaznym startupom, gdy na rynku pojawiło się Taxify i inne tego typu aplikacje, rząd podjął pierwsze próby uregulowania tematu. W 2017 roku wypracowano porozumienie satysfakcjonujące wszystkich. Wprowadzono jedną licencję dla taksówkarzy i kierowców niezawodowych, której koszt wynosi ok. 40 euro. Ponadto każdy kierowca świadczący usługę przewozu osób musi posiadać legitymację i kartę pojazdu – wskazuje ekspert z Taxify.

Natomiast Artur Wnorowski jest przekonany, że co najmniej 25% pieniędzy wydawanych przez Polaków na usługi przewozowe oferowane przez Uber lub Taxify jest transferowana za granicę bez opodatkowania. Twierdzi też, że sam za przykładowo zarobione 100 zł oddaje daniny w kraju, a z tych samych kwot u przewoźników działających w szarej strefie 25 zł trafia do USA i 5 zł do Holandii, do centrów billingowych zagranicznych spółek. Partnerzy innowacji technologicznych zatrudniają zwykle obcokrajowców, wykorzystując ich nieświadomość, bo Polacy znający przepisy nie podejmą takiej pracy z uwagi na zagrożenie karami administracyjnymi za wykonywanie transportu bez wymaganych uprawnień. Nowe prawo ma też wprowadzić licencje dla pośredników, jak Uber czy Taxify.

– To nadmierne obciążenie utrudniające dostęp do rynku i ograniczające konkurencję. Zgodnie z unijną dyrektywą takie wymogi powinny być przyznawane w sposób niedyskryminujący. Wszelkie ograniczenia tej wolności muszą być uzasadnione i proporcjonalne. Zasady nakładania sankcji powinny być jasno określone. Co więcej, uważamy, że należy wdrażać rozwiązania uwzględniające prymat cyfryzacji. A to właśnie imperatyw uznany przez polskie władze – podsumowuje Krzysztof Urban, dyrektor zarządzający mytaxi.

Liczba rejestracji aut osobowych wzrosła o 13,5% r/r

W trzech pierwszych kwartałach 2018 r. w Polsce zarejestrowano 403,3 tys. nowych samochodów osobowych – o 13,5% więcej w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. W tym samym czasie liczba rejestracji aut przez klientów instytucjonalnych zwiększyła się o 17,8%. Dynamicznie rośnie liczba rejestracji samochodów z segmentu premium – wzrost o 16,6% oraz aut z napędami alternatywnymi (zwłaszcza hybrydowymi), których od początku roku zarejestrowano 17 163 sztuki (+33,4% r/r). Z taśm montażowych zjechało w tym czasie więcej samochodów dostawczych i ciężarowych (+17,1% r/r) oraz pojazdów do transportu publicznego (+15,4% r/r). Samochodów osobowych wyprodukowano 345,5 tys. sztuk i było to mniej niż rok wcześniej (-13,2% r/r). Łącznie od początku roku polskie zakłady opuściło 496,6 tys. pojazdów samochodowych, co oznacza spadek o 5,9% r/r.

Ogółem od stycznia do września br. zarejestrowano 349,1 tys. nowych samochodów osobowych marek popularnych – o 40,1 tys. więcej w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Rejestracje klientów instytucjonalnych w tej grupie, w tym okresie wyniosły 239,8 tys. zaś klientów indywidualnych – 109,3 tys., co oznacza wzrost odpowiednio o 17,3% oraz 4,4% w porównaniu do pierwszych trzech kwartałów 2017 r. Tymczasem w segmencie premium+ w pierwszych trzech kwartałach 2018 r. zarejestrowano w Polsce 54,2 tys. nowych samochodów osobowych, tj. o 16,6% więcej w porównaniu do poprzedniego roku. Motorem wzrostu tej części rynku są nabywcy instytucjonalni – ich rejestracje wyniosły 49,4 tys. co oznacza wzrost o blisko 20% w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku.

Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego
Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego

Imponujące wzrosty w segmencie premium+ oczywiście są powodem do zadowolenia, jednak zapowiadane nowe przepisy podatkowe – m.in. w obszarze leasingu mogą spowodować znaczne spowolnienie wzrostu tego segmentu – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Wzrost rejestracji w większości segmentów aut osobowych

W pierwszych trzech kwartałach 2018 r. wzrosła liczba rejestracji w większości segmentów. Najpopularniejszy segment małe/średnie SUV-y odnotował 30% wzrost, segment C wzrósł o 10%, zaś segment B o 4%. Najwyższy wzrost został odnotowany w segmencie samochodów klasy wyższej (segment E – 43%) oraz w klasie luksusowej (segment F – 32%). Spadek odnotowano natomiast w segmencie dużych MPV (-18%) oraz małych i średnich MPV (-22%). Stale rośnie popularność samochodów z napędami alternatywnymi, przy czym wciąż znacznie więcej takich pojazdów kupują klienci instytucjonalni niż prywatni. W ich grupie odnotowano zdecydowanie wyższe tempo wzrostu +43,2% wobec +5,4% wśród klientów indywidualnych.

Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce
Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce

Od stycznia do września 2018 r. o 33,4% wzrosła liczba rejestracji samochodów osobowych z napędami alternatywnymi w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku. Ogółem na łącznie zarejestrowanych 17 163 aut z napędem alternatywnym 16 205 stanowiły samochody z napędem hybrydowym (+33,2%), a 958 samochody elektryczne (+36,9%) – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

rejestracje nowych samochodów w polsce naped alternatywny

Grupa MOL prezentuje wyniki za trzeci kwartał – najlepszy wynik od trzech lat

  • W trzecim kwartale 2018 r. oczyszczony wynik CCS EBITDA Grupy wzrósł o 23 proc. do poziomu 708 mln USD. Cel na cały rok 2018 to 2,4 mld USD.
  • Udział segmentu Upstream w wynikach Grupy skoczył o 70 proc. r/r, podczas gdy segment Usług Konsumenckich osiągnął najlepszy wynik w historii.
  • Zysk netto wyniósł 323 mln USD w trzecim kwartale i 835 mln USD od początku roku 2018.

Grupa MOL podała dzisiaj wyniki finansowe za trzeci kwartał 2018 r. Znaczący wzrost wyniku CCS EBITDA w trzecim kwartale przyczynił się do przekroczenia progu 2 mld USD za pierwszych dziewięć miesięcy roku 2018.

Segment Upstream zanotował 70 proc. wzrost w stosunku do trzeciego kwartału ub.r., przynosząc 319 mln USD EBITDA, głównie dzięki rosnącym cenom ropy i gazu. Średnia dzienna produkcja wyniosła w trzecim kwartale 108,3 tys. baryłek ekwiwalentu ropy naftowej (boepd), a rosnąca produkcja na złożu Catcher w UK w dużym stopniu zrównoważyła wpływ typowych w tym okresie prac remontowych instalacji.

Segment Downstream zanotował w trzecim kwartale niemal niezmieniony wynik CCS EBITDA na poziomie 262 mln USD, pomimo niższej marży rafineryjnej i petrochemicznej. Spadająca marżowość w dużym stopniu została skompensowana wyższą produkcją i poprawą marży na sprzedaży produktów rafineryjnych w trzecim kwartale.

Segment Usług Konsumenckich wciąż notuje dwucyfrowe wzrosty, dzięki rosnącej zyskowności oferty pozapaliwowej oraz pozytywnym trendom na rynku paliw. Segment kolejny raz ustanowił rekordowy wynik na poziomie 147 mln USD, notując 11 proc. wzrost r/r. Na rozwój segmentu największy wpływ ma rosnąca sieć sklepów Fresh Corner, których liczba wzrosła w ostatnim roku z 363, do 606 punktów.

Wynik niższy niż w ubiegłym roku zanotował segment Gas Midstream. W związku z rosnącymi cenami energii i niższymi wolumenami przyniósł w ostatnim kwartale wynik EBITDA na poziomie 25 mln USD.

Zsolt Hernádi
Zsolt Hernádi

Zsolt Hernádi, Prezes i CEO Grupy MOL podsumował: „Solidny wynik za trzeci kwartał pozwoli nam bez problemu osiągnąć lub nawet przekroczyć tegoroczny cel CCS EBITDA, wyznaczony na poziomie 2,4 mld USD. Jednocześnie, ostatnie trzy miesiące przyniosły dalsze postępy w naszej transformacji biznesowej. Zwiększyliśmy zarówno wynik EBITDA, jak i wolne przepływy gotówkowe o ponad 20 proc. Dzięki rosnącym cenom ropy naftowej, segment Upstream odpowiadał za największą część wpływów. Jednocześnie segment usług konsumenckich kontynuował dwucyfrowe wzrosty, a segment Downstream utrzymał wynik porównywalny z zeszłorocznym, pomimo mniej korzystnych warunków makroekonomicznych. W trzecim kwartale zawarliśmy również kontrakty EPC w ramach naszego flagowego projektu Polyol, a także strategiczne partnerstwo w zakresie recyklingu tworzyw sztucznych.”

Złoty pod presją

W najbliższych dniach publikacje danych nie powinny prowadzić do zauważalnego wzrostu rentowności polskich obligacji skarbowych. W wyniku utrzymującego się niskiego apetytu na ryzykowne aktywa złoty nadal pozostaje pod presją.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Złoty pozostaje pod presją. We wtorek kurs EUR/PLN wzrósł powyżej 4,332. Niski apetyt na ryzykowne aktywa to nadal wynik docierających na rynek słabych danych koniunkturalnych ze strefy euro, konfliktu fiskalnego pomiędzy Brukselą a Rzymem, oraz jastrzębiego Fed-u wspieranego solidnymi publikacjami z USA. Złotego dodatkowo osłabia tracący na wartości chiński juan, który zbliża się już do poziomu 7,00 USD. Choć chińskie władze zapewniają, że ta psychologiczna bariera nie powinna zostać przełamana, niemniej możliwość nałożenia kolejnych ceł na towary importowane z Chin ciąży juanowi. Donald Trump wyraził co prawda przekonanie, że podczas listopadowego szczytu G20 mogłoby dojść do zawarcia „wielkiego porozumienia” handlowego z Państwem Środka, jednak gdyby ono się nie powiodło USA są gotowe wprowadzić nowe cła na kolejne importowane towary z Chin (wg doniesień Bloomberga). To wydaje się dość prawdopodobne biorąc pod uwagę, że kompromis ze strony Chin może być trudny.

W strefie euro opublikowano dane potwierdzające pogarszanie się koniunktury gospodarczej. W III kw. 2018 r. PKB wzrósł o 0,2% kw/kw wobec 0,4% w II kw. Z kolei w ujęciu rocznym dynamika sięgnęła 1,7% wobec 2,2% w poprzednim okresie. Wcześniej pogarszającą się aktywność w UE pokazały też wstępne odczyty PMI, których finalne publikacje poznamy w pierwszych dniach listopada. Utrzymywanie się słabych nastrojów w Europie potwierdziła wtorkowa publikacja wskaźników ESI, pokazując, że w siedmiu z dziesięciu gospodarek Europy Środkowo-Wschodniej indeksy koniunkturalne obniżyły się. W rezultacie, w październiku ogólny indeks nastrojów gospodarczych w EZ wyniósł 109,8 wobec 110,9 miesiąc wcześniej. Z kolei indeks Conference Board obrazujący nastroje amerykańskich konsumentów wzrósł w październiku do poziomu 137,9 pkt (najwyższego od września 2000). W rezultacie EUR/USD zmierzając w kierunku 1,13 powoduje, że EUR/PLN osiąga coraz wyższe poziomy.

Na polskim rynku stopy procentowej doszło do wzrostów rentowności papierów ze środka oraz dłuższego końca krzywej dochodowości, które nie przekraczały jednak 5pb. Zaplanowane na kolejne dni publikacje powinny jednak ograniczać presję do zauważalnego wzrostu rentowności obligacji skarbowych, które w sektorze 2-letnim powinny pozostawać blisko 1,55%, 5-letnim 2,50% oraz 10-letnim 3,20%. W środę Ministerstwo Finansów poda plan podaży papierów w listopadzie. Zgodnie z planem finansowania na cały IV kw., możliwe jest przeprowadzenie jeszcze jednego przetargu regularnego z podażą do 6mld PLN oraz jednej aukcji zamiany. Pozytywny wpływ na notowania polskich papierów ma wciąż korzystna sytuacja fiskalna. Według prognoz MFW deficyt fiskalny może osiągnąć w Polsce w tym roku zaledwie 0,3% PKB.

W strefie euro nie doszło do większych ruchów na krzywych dochodowości, gdzie wspomniany słabszy odczyt PKB dla strefy euro równoważony był przez wyższe odczyty flash CPI za październik. Inflacja w Niemczech okazała się wyższa od oczekiwań rosnąc do 2,5% r/r z 2,3% we wrześniu. Dane z Niemiec wskazują, że presja cenowa nie słabnie tak jak jeszcze niedawno tego oczekiwano, co powstrzymuje dalsze spadki rentowności obligacji spowodowane spowalniającym wzrostem gospodarczym. W środę wstępne dane inflacyjne za październik opublikuje GUS.

Wykres dnia: Pomimo mocniejszego od oczekiwań wzrostu inflacji w Niemczech nie doszło do wyraźniejszego wzrostu rentowności Bundów.

Pomimo mocniejszego od oczekiwań wzrostu inflacji w Niemczech nie doszło do wyraźniejszego wzrostu rentowności Bundów
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski