Co roku 4 tys. mężczyzn w Polsce umiera z powodu raka prostaty. Najczęściej przyczyną jest zbyt późne wykrycie choroby

Co roku 4 tys. mężczyzn w Polsce umiera z powodu raka prostaty. Najczęściej przyczyną jest zbyt późne wykrycie choroby 1

Rak prostaty może być uleczalny, o ile zostanie odpowiednio wcześnie zdiagnozowany. Tylko co czwarty mężczyzna wykonuje jednak regularne badania profilaktyczne pod kątem nowotworów prostaty czy jąder. O wadze profilaktyki przypomina kampania Movember Polska, w ramach której przez cały listopad mężczyźni zapuszczają symboliczne wąsy. Akcja umożliwia udział w bezpłatnych badaniach w sześciu największych miastach Polski. Organizatorzy zamierzają przebadać 2 tys. mężczyzn.

Rak prostaty to drugi, po raku płuc, najczęściej diagnozowany nowotwór złośliwy wśród polskich mężczyzn, a jednocześnie trzecia przyczyna zgonów wywołanych chorobami onkologicznymi. Liczba zachorowań stale rośnie – według Krajowego Rejestru Nowotworów od lat 80. zwiększyła się ona blisko czterokrotnie. Co roku na nowotwór prostaty zapada ponad 9 tys. polskich mężczyzn, zaś 4 tys. umiera. Rośnie również zachorowalność na raka jądra, choć ten rodzaj nowotworu jest nieco rzadszy – rocznie choruje niespełna 1 tys. mężczyzn. Obie te choroby mogą być uleczalne, muszą jednak zostać wykryte na wczesnym etapie rozwoju. Niestety zdecydowana większość mężczyzn zgłasza się do lekarza zbyt późno.

– Mężczyźni wiedzą, że badania profilaktyczne są bardzo ważne. Według raportu Nationale-Nederlanden „Miej serce do zdrowia” ponad 70 proc. mężczyzn uważa, że badania są kluczowe w profilaktyce, natomiast tylko co czwarty je wykonuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marta Pokutycka-Mądrala, dyrektor komunikacji korporacyjnej Nationale-Nederlanden.

Świadomość mężczyzn w zakresie profilaktyki raka prostaty i jądra jest coraz większa, wciąż jednak niewystarczająco wysoka. Promowanie szerokiej wiedzy na temat tych nowotworów oraz ośmielanie panów do rozmów na temat swojego stanu zdrowia i wykonywania regularnych badań to cel rozpoczynającej się 2 listopada kampanii Movember Polska. Jest to międzynarodowa akcja, która narodziła się w 2003 roku w Australii. W Polsce obecna jest od 2014 roku – w jej ramach mężczyźni na całym świecie zapuszczają w listopadzie wąsy, by zachęcać innych do rozmów na ważne, lecz rzadko poruszane tematy nowotworów jąder i prostaty.

– W kampanii Movember chodzi o to, żeby edukować facetów na całym świecie o tym, że ich też mogą dopaść różne choroby. Nie chcemy straszyć nowotworami, tylko pokazać, że łatwo jest z tymi męskimi nowotworami wygrać, pod warunkiem że są one odpowiednio wcześnie wykryte – mówi Jakub Kajdaniuk, prezes zarządu Fundacji Kapitan Światełko.

Kampania Movember Polska obejmuje nie tylko szeroko zakrojone działania edukacyjne, lecz także umożliwia mężczyznom udział w bezpłatnych badaniach profilaktycznych. Dla panów przed 40 rokiem życia są to badania USG, starsi mężczyźni mogą się natomiast poddać badaniom poziomu PSA, czyli tzw. markera nowotworowego prostaty. Bezpłatne badania odbywać się będą między 2 listopada a 2 grudnia w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, Warszawie, Katowicach oraz Gdyni. Organizatorzy Movember Polska chcą w tym roku przebadać ponad 2 tys. mężczyzn.

 Kampania jest coraz bardziej rozpoznawalna. Poznajemy nowych ludzi, mówią: „Wiem, o co chodzi, to badania z wąsem”. Mamy też mnóstwo pozytywnych historii. Mężczyźni do nas piszą, dzwonią albo spotykają się z nami w trakcie eventów i mówią: „2–3 lata temu zbadałem się u was, uratowaliście mi życie, dzięki, że jesteście” – mówi Jakub Kajdaniuk.

Ambasadorami kampanii są w tym roku znani youtuberzy Cyber Marian i Chwytak oraz kierowcy rajdowi Kamil Winnicki i Filip Nivette. Wspólnie promują Movember Polska 2018 w teledysku do nowej wersji piosenki „Wąs! Wąs! Wąs!”, która w swobodny sposób wskazuje na znaczenie profilaktyki nowotworowej u mężczyzn.

 Z chęcią wziąłem udział w kampanii Movember, ponieważ sam zmagałem się z nowotworem 7 lat, więc temat ten jest mi bardzo bliski. Mam dużą publiczność i jestem w stanie dotrzeć do szerokiego grona – mówi Cyber Marian.

Do tej pory w ramach kampanii Movember Polska przebadano ponad 3 000 mężczyzn, wykrywając 40 przypadków zmian nowotworowych. Jak wynika z danych zgromadzonych przez organizatorów, z roku na rok z możliwości bezpłatnych badań korzysta coraz większa liczba panów. Na symbol kampanii wybrano czarny wąs, który w łagodny, nieprzerażający sposób przypomina panom o trudnym problemie, jakim są nowotwory.

– Tak jak kobiety mają w kampaniach różową wstążkę, która przypomina o tym, jak ważne jest samobadanie piersi, tak mężczyźni mają symbolicznego czarnego wąsa, który przypomina o tym, że warto się badać – mówi Marta Pokutycka-Mądrala.

Ekstraklasa rośnie w siłę. Dzięki nowym technologiom przychody spółki zanotują rekordowy poziom

Ekstraklasa rośnie w siłę. Dzięki nowym technologiom przychody spółki zanotują rekordowy poziom 2

Sezon 2018/2019 może się okazać rekordowy dla Ekstraklasy. Przychody mogą sięgnąć 190 mln zł i tym samym będą najwyższe w historii spółki. Pieniądze trafią głównie na konto klubów Ekstraklasy, ale zwiększy się też finansowanie programu promowania młodych polskich zawodników. Prezes Ekstraklasy przekonuje, że przychody spółki powinny dynamicznie rosnąć przede wszystkim ze względu na wprowadzane nowe rozwiązania. Już od 2019 roku rozgrywki będą pokazywane w technologii 4K. Duże wpływy może przynieść aplikacja, która uzupełnia transmisje spotkań.

 – Sezon 2018/2019 prognozujemy jako rekordowy pod względem przychodów. Mają one wynieść ponad 190 mln zł, z czego olbrzymią część otrzymają kluby i PZPN – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Animucki, prezes Ekstraklasy. – Ta dobra prognoza wynika z kilku czynników. Nasze prawa mediowe, które stanowią około 85 proc. całkowitych przychodów, zostały zwiększone, zachowaliśmy wpływy z praw międzynarodowych. Pozostałe 15 proc. to przychody marketingowe i udało się je podwoić, więc całkiem poważna suma, bo ok. 35 mln zł, z praw marketingowych wpłynie na konto Ekstraklasy, a potem na konta klubów. 

Przychody w tym sezonie mają być wyższe o 8 proc. od tych wypracowanych w poprzednim (181 mln zł) i tym samym osiągną rekordowy poziom. Do klubów trafi 160 mln zł, z czego 155 mln zł w formie gotówki, zaś 5 mln zł w formie barterów. 7 mln zł zasili konto PZPN. Dodatkowo 2 mln zł trafi na program promowania młodych polskich zawodników Pro Junior System.

– Co ważne, kwota stała ma wyodrębnianą pulę 12 mln zł na szkolenie dzieci i młodzieży. Każdy klub otrzymuje przed startem sezonu 750 tys. zł na dofinansowanie ich akademii piłkarskich. Myślę, że w przyszłych latach ta kwota zostanie powiększona i także wprowadzimy element premiowy, tak aby ci, którzy szkolą najlepiej, otrzymywali jeszcze większe finansowanie – zapowiada Marcin Animucki.

Jak przekonuje prezes Ekstraklasy, przychody spółki mają sukcesywnie rosnąć w dużej mierze dzięki nowym umowom na transmisje z rozgrywek, przede wszystkim w telewizji. Obecny kontrakt, który obowiązuje do końca tego sezonu, opiewa na ok. 150 mln zł rocznie, ale prawa telewizyjne na dwa kolejne sezony, które mają kupić nc+ i Telewizja Polska, mogą już opiewać na znacznie wyższą kwotę. Na wyższe przychody mają się też przełożyć realizowane inwestycje.

– Plany inwestycyjne Ekstraklasy dzielą się na kilka obszarów. Jednym z nich jest rozwój naszej spółki córki, czyli spółki producenckiej Ekstraklasa Live Park. Już informowaliśmy o zakupie nowego wozu 4K, tak aby od sezonu 2019/2020 być ligą, która pokazuje już transmisje w tej technologii – wskazuje Marcin Animucki.

Już teraz wszystkie mecze Ekstraklasy są nagrywane z użyciem systemu TRACAB. Dzięki temu wszystkie ruchy piłkarzy czy sędziów można śledzić z dokładnością do kilku centymetrów. Dzięki dziewięćdziesięciu kamerom zainstalowanym na wszystkich boiskach Ekstraklasy transmisje telewizyjne można wzbogacić o różne statystyki.

Doposażyliśmy także kluby w kolejne kamery, tak aby wzmocnić ich umiejętności, jeżeli chodzi o kwestie przygotowania treningowego. Te dane kluby otrzymują zaraz po meczu czy po treningach, tak aby sztaby trenerskie mogły na nich bazować – wyjaśnia prezes Ekstraklasy.

Pod względem nowinek technologicznych Ekstraklasa nie ustępuje Bundeslidze czy Premier League, także dzięki wprowadzonej aplikacji, na której kibice mogą przypomnieć sobie najlepsze fragmenty meczów, oceniać zawodników czy porozmawiać ze znajomymi.

 Naszym wewnętrznym projektem, który już działa od kilkunastu miesięcy, jest nowa oficjalna aplikacja Ekstraklasy. W przyszłości może być narzędziem wykorzystywanym także jako OTT, czyli nowy pomysł na pokazywanie meczów, ich skrótów czy bramek. To bardzo rozwojowe plany – podkreśla Marcin Animucki.

Nadchodzi rewolucja w płatnościach elektronicznych. Powstają rozwiązania pozwalające płacić w tle, bez wyjmowania smartfona z kieszeni

Nadchodzi rewolucja w płatnościach elektronicznych. Powstają rozwiązania pozwalające płacić w tle, bez wyjmowania smartfona z kieszeni 3

Płatności w tle są przyszłością płatności elektronicznych. Na rozwiązania otwartej bankowości oferowane przez fintechy otwierają się już kolejne banki, a sama technologia zapewnia zabezpieczenia na najwyższym poziomie. Polski startup oferuje system płatności, pozwalający płacić np. w restauracji, bez wyjmowania smartfona z kieszeni. Niemal 40 proc. klientów banków korzystających z bankowości elektronicznej deklaruje korzystanie z usług bankowych z użyciem urządzeń mobilnych.

– MyPocket jest to rozwiązanie, które umożliwia płatność automatyczną. Jest to połączenie platformy oraz urządzenia, które umożliwia wykonanie płatności w tle. Technologia Bluetooth umożliwia rozpoznanie użytkownika i przypisanie jego rachunku do zapłacenia np. w restauracji  do jego karty kredytowej albo portfela elektronicznego w aplikacji mobilnej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jonasz Gajewski, prezes polskiego start-upu MyPocket.

Dokonywanie płatności coraz częściej odbywa się automatycznie, czyli zupełnie bez udziału użytkownika lub za pomocą tylko jednego kliknięcia. W ciągu zaledwie dwóch pierwszych lat funkcjonowania polski system płatności mobilnych BLIK zarejestrował niemal 17-krotny wzrost ilości transakcji. Billon z kolei zamienia smartfon użytkownika w nośnik, na którym bezpośrednio mogą być przechowywane elektroniczne pieniądze służące do dokonywania płatności.

Uproszczenie procesu dokonywania płatności wydaje się być obecnie głównym zadaniem, jakie stawiają sobie fintechy. MyPocket umożliwia płatność bez konieczności wyciągania telefonu z kieszeni. To system autoryzowania automatycznych płatności, bez użycia karty płatniczej. Startup stworzył własne, niezależne urządzenie, z możliwością zintegrowania z innymi systemami i terminalami płatniczymi. Urządzenie działa w oparciu o technologię Bluetooth, dzięki której możliwe jest rozpoznanie podczas płatności użytkownika i jego rachunku, karty płatniczej albo portfela skonfigurowanego w aplikacji mobilnej.

– Nasze urządzenie jest dużo tańsze niż rynkowe rozwiązania i dużo bardziej elastycznie można je dostosować do modelu biznesowego każdego praktycznie miejsca i restauracji. Możemy dokonywać płatności praktycznie automatycznie, bez udziału drugiej osoby. Taka płatność jest bardziej w duchu open banking. Użytkownik cieszy się z tego, że może korzystać bardzo wygodnie ze swojego portfela –  przekonuje ekspert.

Polski start-up szuka obecnie partnera, który będzie odpowiadał za fizyczną obsługę płatności jako operator transakcji związanych z przelewami. Tymczasem na rozwiązania z zakresu otwartej bankowości coraz chętniej otwierają się banki. Przykładem może być Nest Bank, który zaprezentował niedawno swój najnowszy system bankowości mobilnej. Korzystający z niego klienci mogą podpiąć w zewnętrznej aplikacji SkyCash swoje konto w Nest Banku. Dzięki temu zyskają możliwość płacenia np. za przejazdy kolejowe bezpośrednio ze swojego konta.

Bank współpracuje jeszcze z dwoma innymi fintechami. Finanteq pomógł mu opracować model, w którym fintechy będą mogły integrować się z bankowością z użyciem otwartego API, a InteliWISE dostarcza narzędzia związane z obsługą chatbotów. Partnerzy banku mogą współpracować z nim na zasadzie sandboxa, dzięki czemu mają możliwość testowania swoich usług w rzeczywistym modelu. Nowoczesne rozwiązania finansowe będą wykorzystywać możliwości, jakie daje dyrektywa PSD2.

–  Wykorzystujemy zapisy dyrektywy PSD2 i integrujemy się z PolishAPI, ponieważ uważamy, że ta zmiana bardzo wpłynie na rynek płatności. Należy być gotowym na zmiany, które wejdą w przyszłym roku. Zapisy dyrektywy umożliwiają nam wykonanie płatności automatycznie, bez konieczności logowania się, wpisywania dodatkowych haseł – mówi Jonasz Gajewski.

Z raportu NetB@nk opracowanego przez Związek Banków Polskich wynika, że liczba klientów z dostępem do bankowości elektronicznej w Polsce na koniec I kwartału 2018 r. wyniosła 35,7 mln. W ujęciu rok do roku oznacza to wzrost o 6,5 proc.

38 proc. klientów mających dostęp do bankowości elektronicznej deklaruje korzystanie z usług bankowych z użyciem smartfona.

Polska z szansą na skok cywilizacyjny w zakresie inteligentnych sieci energetycznych. Nowa technologia pozwala monitorować zużycie prądu w czasie rzeczywistym

Polska z szansą na skok cywilizacyjny w zakresie inteligentnych sieci energetycznych. Nowa technologia pozwala monitorować zużycie prądu w czasie rzeczywistym 4

Wdrażanie inteligentnych sieci energetycznych zwiększa bezpieczeństwo energetyczne, optymalizuje podaż energii i zapobiega awariom dostaw, a także pozwala lepiej wykorzystać odnawialne źródła energii. Inteligentne opomiarowanie pozwala monitorować zużycie energii w domu czy firmie w czasie rzeczywistym. Na świecie stosuje się już bardzo zaawansowane systemy smart grid, ale polskie sieci energetyczne są stopniowo dostosowywane do światowych standardów. Według specjalistów mamy obecnie szansę na skok cywilizacyjny. Pierwszym krokiem może być współpraca Ministerstwa Energii z japońskim instytutem nowej energii.

– Sieć inteligentna to sieć, która w sposób dynamiczny integruje różne źródła wytwórcze i różnych odbiorców energii o różnej charakterystyce. Jeżeli mamy kabel, do którego przyłączamy wiatrak, panel fotowoltaiczny, gospodarstwo domowe i jakąś firmę, którzy w różnych momentach w czasie, w różnych godzinach doby zużywają różne ilości energii elektrycznej, ta sieć musi umieć zarządzić tym tak, żeby w każdej godzinie doby, w każdych odstępach 15-minutowych podaż zrównoważyła się z popytem – tłumaczy agencji Newseria Innowacje dr Robert Zajdler z Wydziału Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej.

Koncepcja budowy inteligentnej sieci energetycznej opiera się w głównej mierze na modernizacji już istniejącej sieci. W istniejących już sieciach energetycznych montuje się inteligentne urządzenia, które sprawiają, że sieć automatycznie reguluje swoją pracę. Dzięki temu zapobiega się np. przestojom w podaży energii. Dużo łatwiej i szybciej można też zlokalizować ewentualne awarie i wdrożyć odpowiedni plan, by nie pozostawić odbiorców bez dostaw energii.

– Elementem inteligentnej sieci jest inteligentne opomiarowanie, które w każdym momencie na bieżąco dostarcza informację o tym, jak przepływ elektronów w tej sieci wygląda i pozwala od razu dostosowywać pracę systemu do tego, co się dzieje. Jeżeli zawieje mocniej wiatr, jest od razu możliwość dostosowania. Jeżeli trochę mniej zaświeci słońce, jest możliwość dostosowania – tłumaczy dr Robert Zajdler.

Przykładem wdrożenia inteligentnych rozwiązań dla sieci energetycznych może być znajdujący się w ostatniej fazie realizacji projekt Inteligentny Półwysep Helski. Jego podstawowym celem jest uzupełnienie istniejącej już sieci energetycznej o takie elementy, które przekształcą ją w sieć inteligentną. Jednym z filarów jej działania jest system ELGrid, pozwalający na efektywne zarządzanie sieciami rozdzielczymi poprzez optymalizację ich pracy i ułatwianie przyłączania źródeł rozproszonych, takich jak odnawialne źródła energii. System jest w stanie m.in. szacować obciążenia szczytowe i prognozować zapotrzebowanie na energię, dzieląc je na obszary, oraz jej produkcję, uwzględniając różne źródła.

Od strony konsumenta najbardziej widocznym elementem zmodernizowanej sieci są inteligentne liczniki AMI. Odczyt ich stanu odbywa się zdalnie, bez udziału kontrolera. Co więcej, na liczniku można odczytać zużycie energii w niewielkich interwałach czasowych, dzięki czemu odbiorca łatwiej może zlokalizować, w jakich sytuacjach zużycie jest największe i optymalizować je.

– Polskie sieci stopniowo dostosowują się do tych nowych rozwiązań technologicznych. Przez pewien czas te modernizacje sieci nie szły tak dynamicznie, jak mogłyby iść. Na świecie poszło to dużo dalej, w kierunku bardziej innowacyjnych rozwiązań. Ale korzystamy z pewnych rozwiązań zastałych, przetestowanych i możemy dokonać skoku cywilizacyjnego w zakresie funkcjonowania tych sieci, w zakresie zarządzania nimi – mówi ekspert.

Wspólny projekt Ministerstwa Energii i japońskiej instytucji rządowej New Energy and Industrial Technology Development Organization (NEDO) na rzecz bezpieczeństwa systemu elektroenergetycznego ma na celu przetestowanie na wydzielonym obszarze Krajowego Systemu Elektroenergetycznego systemu, który realizował będzie wdrożenie automatyki odciążającej sieć (SPS) oraz hybrydowego magazynu energii elektrycznej (BESS). Ma to nie tylko usprawnić zarządzanie siecią, lecz także ułatwić wykorzystanie źródeł odnawialnych, zwłaszcza energetyki wiatrowej.

– Magazyny energii to technologia przyszłości. Mogą być zainstalowane zarówno na końcach sieci, jak i mogą być elementem stabilizującym sieć od strony operatorów tych sieci, czy dystrybucyjnej, czy przesyłowej – tłumaczy dr Robert Zajdler.

Według analityków MarketsandMarkets, światowy rynek smart grid wzrośnie z niemal 21 mln dol. w 2017 roku do niemal 51 mln dol. w roku 2022.

Planowane przeniesienie Klientów detalicznych wydzielonej części Deutsche Bank Polska do Santander Bank Polska

Deutsche Bank Polska S.A. będzie obsługiwać kredyty i pożyczki zabezpieczone hipotecznie, udzielone w walutach innych niż złoty (w tym również te udzielone pierwotnie w obcej walucie i przewalutowane na złoty), tj.: kredyt mieszkaniowy i konsolidacyjny, pożyczkę hipoteczną oraz konsumpcyjną zabezpieczoną hipoteką, a także kredyty i pożyczki udzielone w złotych (o ile posiadają wspólne zabezpieczenie hipoteczne z udzielonymi w walucie innej niż złoty albo przewalutowanymi na złoty), wraz z ich zabezpieczeniami oraz produktami ubezpieczeniowymi (grupowymi i indywidualnymi, takimi jak ubezpieczenie na życie, ubezpieczenie nieruchomości czy ubezpieczenie ryzyka utraty pracy, z wyłączeniem ubezpieczeniowych produktów inwestycyjno-oszczędnościowych z linii db Inwestuj w Przyszłość).

Bez zmian pozostaną warunki umów produktów kredytowych Deutsche Bank Polska S.A., w tym marża obowiązująca na dzień przeniesienia wydzielonej części Banku do Santander Bank Polska. W przypadku, gdy marża jest uzależniona od posiadania innych produktów Deutsche Bank Polska S.A. (konto osobiste, karta kredytowa czy produkt z linii „db Inwestuj w Przyszłość”), zachowana zostanie stawka obowiązująca na dzień włączenia wydzielonej części Deutsche Bank Polska S.A. do Santander Bank Polska (tj. 9 listopada 2018 r.), niezależnie od tego, czy Klient będzie korzystać z wyżej wymienionych produktów w przyszłości. Wyjątek stanowią produkty ubezpieczeniowe, zarówno grupowe, jak i indywidualne, oferowane wraz z produktami kredytowymi pozostającymi w Deutsche Bank Polska S.A. Ich posiadanie lub kontynuowanie może mieć wpływ na wysokość marży zgodnie z zasadami określonymi w dokumentacji kredytowej.

Informacje o kredycie lub pożyczce dostępne są w nowym systemie Internetowej Obsługi Kredytu – db hipoNET, do którego można logować się już teraz (szczegółowe informacje na temat sposobu logowania w dokumentach i sekcji „Najczęściej zadawane pytania” zamieszczonych na: https://www.deutschebank.pl/integracja/kredyt-walutowy.html

Zmianie uległy już numery rachunków kredytowych oraz rachunków do wcześniejszej spłaty należności z tytułu produktów kredytowych pozostających w Deutsche Bank Polska S.A. Klienci zostali poinformowani o nowych numerach rachunków z wyprzedzeniem. Utrzymana zostanie automatyczna spłata raty z rachunku bieżącego (konta osobistego) przeniesionego do Santander Bank Polska, na podstawie pełnomocnictwa udzielonego przez Klienta na rzecz Deutsche Bank Polska S.A. Spłata rat oraz wcześniejsza spłata należności z tytułu produktów kredytowych pozostających w Deutsche Bank Polska S.A. bez dodatkowych opłat będzie także możliwa we wszystkich oddziałach Santander Bank Polska (z wyłączeniem placówek bezgotówkowych i partnerskich) oraz poprzez usługi Santander online – w tym drugim przypadku, pod warunkiem zawarcia umowy o świadczenie usług bankowości elektronicznej z Santander Bank Polska.

Obsługa produktów kredytowych pozostających w Deutsche Bank Polska S.A. oraz kontakt z Deutsche Bank Polska S.A. możliwe będą poprzez kanały zdalne: Wirtualny Oddział, korespondencję listowną, e-mail oraz nowy system Internetowej Obsługi Kredytu db hipoNET (Deutsche Bank Polska S.A. nie będzie posiadać sieci oddziałów).

RODO a BHP

Unijne rozporządzenie (zwane popularnie RODO) oraz polska ustawa o ochronie danych osobowych weszły w życie już pięć miesięcy temu. Niestety, upływ czasu nie zmniejsza liczby błędnych interpretacji czy nadinterpretacji przepisów. Z absurdalnymi sytuacjami można zetknąć się w przychodni, przedszkolu czy urzędzie. Mogą one dotyczyć zarówno obsługi klienta, jak i tajemnicy korespondencji czy bezpieczeństwa i higieny pracy. Wszystko dodatkowo komplikuje się, gdy w grę wchodzi współpraca z podwykonawcami.

Każdy przedsiębiorca jest jednocześnie administratorem wielu danych osobowych. Jako pracodawca gromadzi i przetwarza dane pracowników, a jako producent lub dostawca usług czyni to samo z danymi osobowymi klientów.

Zgoda nie zawsze potrzebna

Jedno ze swoistych centrów przetwarzania danych osobowych w każdej firmie stanowią dział personalny i służby BHP. Regulacje RODO mają zastosowanie właściwie w każdej czynności prowadzonej lub organizowanej przez te komórki – począwszy od utworzenia i prowadzenia teczki osobowej pracownika, przez wstępne i okresowe badania lekarskie, po dokumentację chorób zawodowych czy wypadków przy pracy. Każdy pracodawca jest w związku z tym administratorem danych osobowych (ADO). Dotyczy to także kwestii monitoringu wizyjnego stanowisk pracy czy służbowej poczty elektronicznej – warto wiedzieć, że w tych dwóch kwestiach wejście w życie RODO zaowocowało zmianami w Kodeksie pracy.

W wielu przypadkach RODO stało się argumentem na rzecz utajniania wszelkich możliwych danych, ewentualnie traktowania jak dane osobowe informacji, które takimi danymi nie są. To z kolei skutkuje imposybilizmem: „nie można, nie da się, bo RODO, bo przecież potrzebujemy zgód na przetwarzanie danych osobowych”.

Tymczasem, chociaż rzeczywiście w większości przypadków wymagana jest wyraźna zgoda na przetwarzanie danych osobowych osoby, której dane dotyczą, to nie brakuje też sytuacji, gdy przetwarzanie jest niezbędne do wypełnienia obowiązków i szczególnych praw ADO, np. w dziedzinie prawa pracy. Tak dzieje się chociażby w przypadku szczególnej kategorii danych osobowych, jakimi są informacje dotyczące stanu zdrowia.

Z jednej strony RODO zabrania przetwarzania takich danych, z drugiej istnieją przesłanki legalizacyjne ich przetwarzania, np. w przypadku oceny zdolności pracownika do pracy. Wówczas zgoda pracownika na przetwarzanie jego danych osobowych nie jest potrzebna.

– Wyobraźmy sobie absurdalność sytuacji, w której człowiek, u którego lekarz medycyny pracy orzekł niezdolność do pracy, mógłby nie wyrazić zgody na przetwarzanie tej informacji i przekazanie jej pracodawcy. Konsekwencje takiej sytuacji mogłyby okazać się bardzo niebezpieczne zarówno dla tej osoby, jej współpracowników, jak i samego pracodawcy – mówi Piotr Kowalski, trener w Akademii EcoMS.

Zaspokoić ciekawość generalnego wykonawcy

Opisanej powyżej sytuacji nie można jednak rozciągać na całość czynności związanych z przeprowadzeniem okresowych badań albo szkoleń BHP. Przetwarzanie danych pracowników w celu umieszczenia publicznie dostępnych list osób zobowiązanych do odbycia badań czy szkolenia może już bowiem stanowić naruszenie przepisów o ochronie danych osobowych. Podobnie wygląda kwestia wysyłki do wielu odbiorców, bez ukrywania ich adresów e-mail, maila na ten temat, jeśli nie uzyskamy wcześniej stosownej zgody od każdej z tych osób.

Warto wiedzieć, że regulacje umożliwiające przetwarzanie danych osobowych bez konieczności uzyskania zgody pracowników dotyczą nie tylko ściśle określonych sytuacji, ale i wyłącznie bezpośredniego pracodawcy takich osób. Co w sytuacji, gdy np. na budowie pracują osoby zatrudnione przez różnych podwykonawców, a generalny wykonawca żąda od firmy podwykonawczej kserokopii lub skanów orzeczeń lekarza medycyny pracy czy zaświadczeń o odbyciu szkoleń z zakresu BHP?

– Takie oczekiwania nie mają uzasadnienia ani na gruncie przepisów RODO, ani na podstawie prawa pracy. To rolą bezpośredniego pracodawcy jest zapewnienie okresowych badań lekarskich czy szkoleń BHP. Żadne przepisy nie upoważniają podwykonawcy – będącego administratorem danych osobowych swoich pracowników – do udostępniania informacji na ten temat generalnemu wykonawcy. Nie może on w tym przypadku powołać się na przepisy Kodeksu pracy regulujące zasady współdziałania pracodawców, w sytuacji gdy w jednym miejscu pracę wykonują pracownicy zatrudnieni przez różnych pracodawców. Te przepisy nie dają bowiem bezpośrednich podstaw do udostępniania na zewnątrz dokumentacji medycznej lub związanej ze szkoleniami BHP – wyjaśnia Piotr Kowalski.

Czy możliwe jest zatem zgodne z przepisami prawa spełnienie wspomnianego żądania ze strony generalnego wykonawcy? Tak, jednak po uprzednim zawarciu umowy powierzenia danych pomiędzy podwykonawcą a wykonawcą zatrudniającym firmy zewnętrzne w zakresie przetwarzania danych osobowych oraz uzyskania stosownych zgód od każdego z pracowników, których dane miałyby zostać przekazane generalnemu wykonawcy.

Niewiedza może kosztować

Równie wiele co w dziale HR czy służbach BHP dzieje się w zakresie przetwarzania danych osobowych w działach sprzedaży czy obsługi klienta. Nadal nie brakuje przedsiębiorców, którzy dane raz pozyskane – np. przy zawieraniu umowy sprzedaży – wykorzystują do dalszego kontaktowania się z klientem, celem obsługi klienta lub przekazania treści marketingowych. Poszukując nowych odbiorców usług i produktów, kupują bazy potencjalnych klientów.

Biorąc pod uwagę fakt, że coraz częściej przedsiębiorcy działają nie tylko na rynku krajowym, lecz również paneuropejskim czy globalnym, w każdym z tym przypadków należy być świadomym i stosować się do zapisów i regulacji wynikających z RODO. Nieznajomość przepisów prawa nie zwalnia z odpowiedzialności za ich łamanie.

Mariusz Ryciak wicedyrektorem marketingu w OSHEE

Mariusz Ryciak awansował w strukturach wewnętrznych OSHEE i wraz z początkiem listopada objął stanowisko Wicedyrektora Marketingu. Dotychczas pełnił funkcję Szefa marki.

Jako wicedyrektor działu marketingu, Ryciak będzie odpowiedzialny za komunikację marketingową wszystkich marek z portfolio firmy – OSHEE, Kingi Pienińskiej i COMBU.

Mariusz Ryciak
Mariusz Ryciak

Mariusz Ryciak jest związany z OSHEE od 2017 roku. Wcześniej m.in. przez lata pracował w branży reklamowej oraz na rynku mediów. Swoją karierę zawodową rozpoczynał w Radiu Zet, następnie kierował Działem Sponsoringu w PTC. Był również szefem promocji dla sieci radiowych – Super FM i Ad.point. W 2004 roku wdrażał strategię wprowadzenia na rynek nowej stacji telewizyjnej – Podróże TV. Współtworzył agencje reklamowe Blue Angels i Brand New Heaven. Doradzał m.in. takim markom jak: North Fish, ALMAR, Żabka, Wojas, Grupa Radiowa Agory, Bakalland, FoodCare, Polfarma czy Pfizer. Jest współtwórcą i członkiem Kapituły konkursu Dyrektor Marketingu Roku oraz Jurorem EFFIE Polska.

Java i JavaScript to najchętniej wykorzystywane języki programowania

Dwa najpopularniejsze języki programowania wśród programistów to Java i JavaScript. Na kolejnych miejscach są odpowiednio C++, C#, Python i PHP, a potem jeszcze ponad 20 innych języków. Firmy stają się programistycznymi poliglotami ze względu na coraz powszechniejsze wykorzystanie platform developerskich w chmurze, które umożliwiają dobranie najlepszego języka do różnych zadań – wynika z badań zrealizowanych pośród firm w Europie, USA i Azji przez firmę badawczą ClearPath Strategies na zlecenie Cloud Foundry Foundation (CFF).

Dwa najpowszechniej używane języki programowania – czyli Java i JavaScript – uzyskały w badaniach odpowiednio 58 proc. i 57 proc. wskazań wszystkich respondentów. Niewiele mniej, bo 45 proc. miał C++, natomiast kolejne języki – C# (26 proc.), Python (25 proc.) i PHP (22 proc.) – są już nieco mniej popularne. Pierwszą dziesiątkę najpopularniejszych języków dopełniają: VB.NET (17 proc.), C (16 proc.), Visual Basic 6 (16 proc.) oraz VBA (15 proc.).

Na kolejnych miejscach znalazły się: Perl (12 proc.), Ruby (7 proc.) i Swift (6 proc.). Pozostałe wskazane w badaniu języki – Typescript, Objective C, Assembly, Matlab, R, Scala, Go, Groovy, Haskell, CofeeScript, Lua i inne – uzyskały 5 proc. lub mniej wskazań.

„Z analizy wyników badania wynika, że im większa firma, tym wykorzystuje większą liczbę języków programowania. Jest to podyktowane głównie faktem, że duże przedsiębiorstwa częściej korzystają z platform developerskich w chmurze do tworzenia i utrzymywania swoich aplikacji. Umożliwia to im stosowanie strategii wieloplatformowej w procesie tworzenia i rozwoju oprogramowania, a to z kolei prowadzi do wykorzystania większej liczby języków programowania, które są dobierane do realizacji konkretnych zadań. Potwierdzają to inne badania niedawno zrealizowane przez Cloud Foundry” – mówi Artur Witek, Wiceprezes Zarządu Grape Up, która należy do Cloud Foundry Foundation.

Wedle badań wspomnianych przez przedstawiciela Grape Up, aż 77 proc. przedsiębiorstw na świecie jest w trakcie zaawansowanych testów lub już korzysta z platform developerskich w chmurze – w modelu Platform-as-a-Service (PaaS). Z kolei 72 proc. firm stosuje lub rozważa zastosowanie kontenerów, a 46 proc. stosuje lub rozważa wykorzystanie architektury serverless. Jednocześnie aż 39 proc. przebadanych firm zadeklarowało korzystanie ze wszystkich tych trzech technologii równocześnie.

„Imponujące jest tempo adaptacji tych rozwiązań przez firmy. Pomiędzy końcem 2017 roku a marcem 2018 roku odsetek firm, które deklarują, że tworzą nowe aplikacje w chmurze lub modernizują w tym środowisku swoje stare systemy IT wzrósł z 48 proc. do 57 proc.” – mówi Artur Witek z Grape Up.

Badania Cloud Foundry zostały zrealizowane w marcu 2018 roku na reprezentatywnej grupie ponad 600 decydentów IT w firmach na terenie Stanów Zjednoczonych, Azji i Europy. Pełen raport z badań można zobaczyć tutaj: https://www.cloudfoundry.org/wp-content/uploads/Developer-Language-Report_FINAL.pdf.

Młodzi polscy inżynierowie chcą rozwiązać kosmiczny problem

Przetestowanie żagla deorbitacyjnego będzie najważniejszym elementem misji czwartego polskiego satelity – PW-Sat2. Żagiel, rozwiązanie zaprojektowane przez studentów Studenckiego Koła Astronautycznego (SKA) Politechniki Warszawskiej, ma szansę zapoczątkować nową erę w eksploracji kosmosu, zapobiegając pozostawaniu na orbicie niepotrzebnych i zaśmiecających go satelitów. W ramach swojej misji PW-Sat2 wykona łącznie cztery eksperymenty. Satelita zostanie umieszczony na orbicie 19 listopada 2018 r., z pokładu rakiety Falcon 9. Strategicznymi partnerami studenckiego projektu są gliwickie firmy Future Processing oraz FP Instruments. 

Inna Uwarowa w trakcie konferencji prasowej konsorcjum FP Space (3)

Inna UwarowaŻagiel deorbitacyjny zbudowany został z folii mylarowej o grubości dziesięciokrotnie cieńszej niż ludzki włos. Jego prototyp testowany był w warunkach stanu nieważkości i niskiego ciśnienia w wieży zrzutów w Bremie. Średnica zwiniętego żagla to około 8 cm, co jest niezwykle istotne ze względu na możliwość stosowania tego rozwiązania w mikrosatelitach. Żagiel, po otwarciu na orbicie, będzie miał wymiary 2×2 metry.

– Otwarcie żagla spowoduje znaczne zwiększenie powierzchni satelity, a co za tym idzie oporu aerodynamicznego, który na niskiej orbicie okołoziemskiej będzie hamował satelitę. Po przeprowadzeniu pozostałych trzech eksperymentów satelita rozłoży żagiel, co spowoduje stopniowe obniżanie jego orbity, a w konsekwencji spalenie w atmosferze Ziemi – mówi Inna Uwarowa, koordynator projektu. – Komputer pokładowy, czyli „mózg” PW-Sata2 został ufundowany oraz oprogramowany przez firmę Future Processing – dodaje Inna Uwarowa.

Ramiona żagla deorbitacyjnego zbudowane są ze sprężyn płaskich umieszczonych w mylarowych kieszeniach. Zmagazynowana energia sprężysta pozwala rozwinąć się żaglowi po jego wysunięciu z zasobnika, a kształt sprężyn pozwala zachować sztywność i stabilność nawet w warunkach normalnego ziemskiego ciążenia. Taka konstrukcja pozwoliła na osiągnięcie bardzo małych gabarytów żagla w konfiguracji zwiniętej (w zasobniku). PW-Sat2 ma kształt prostopadłościanu o wymiarach 10x10x22 cm, a żagiel zajmuje mniej niż 25 proc. objętości urządzenia.

Kolejny eksperyment będzie związany z określeniem PW-Sat2 na orbicie, którą umożliwi czujnik Słońca. Czujnik ten może być w przyszłości używany na innych satelitach orientacji przestrzennej. Dzięki temu instrumentowi panele słoneczne satelitów używających taki czujnik będą mogły być optymalnie ustawiane względem źródła światła. Zaprojektowany czujnik jest czujnikiem dwuosiowym i umożliwia wyznaczenie kierunku do Słońca w dwóch płaszczyznach. Elementy światłoczułe, określające natężenie padającego na nie światła, rozmieszczone są na czterech ściankach czujnika. W tym samym czasie promienie słoneczne padają na każdą ze ścianek pod różnym kątem, co pozwala określić kierunek do Słońca. Dane o natężeniu światła z każdej ze ścianek są przekazywane do procesora, gdzie przy użyciu odpowiedniego algorytmu i danych kalibracyjnych przeliczane są na wartości kątowe. Dokładność czujnika zbudowanego dla PW-Sat2 jest szacowana na około 1°. W satelicie zastosowana jest potrójna redundancja czujników światła.

Na pokładzie satelity umieszczone są także dwie kamery, które zarejestrują proces otwierania się żagla deorbitacyjnego. Dzięki temu możliwe będzie zweryfikowanie poprawnego otwarcia się żagla. Być może PW-Sat2 wykona i prześle zdjęcia Ziemi, niemniej jednak nie jest to priorytetem misji. Użyte kamery używają matrycy CMOS o rozdzielczości 640×480 px.

Czwartym eksperymentem jest mechanizm rozkładania paneli słonecznych zaprojektowany przez studentów. Ogniwa słoneczne są podstawowym źródłem energii dla komputera pokładowego i urządzeń PW-Sata2. Satelita będzie stosował ogniwa zarówno przymocowane na stałe do obudowy urządzenia jak i na rozkładanych panelach słonecznych. Mechanizm rozkładania paneli słonecznych został zaprojektowany tak, aby zajmować minimalną ilość miejsca oraz zgodnie z wymaganiami standardu CubeSat. Mechanizmy takie stosowane są do otwierania paneli, aby zwiększyć efektywną powierzchnię odbierania światła słonecznego, zbieranego przez fotoogniwa.

***
Informacje dodatkowe:

Dotychczas na orbitę okołoziemską trafiło ponad 8000 satelitów z czego współcześnie działa około 1900. Wśród pozostałych obiektów orbitujących wokół Ziemi są części rakiet, kawałki powłoki wahadłowców, człony rakiet z misji Apollo czy 32 reaktory atomowe, które zasilały satelity. „kosmicznym śmieciem” zagraża nie tylko istniejącym satelitom, ale również Międzynarodowej Stacji Kosmicznej[i]. Szybsze usuwanie śmieci ma także ograniczyć możliwość kolizji satelitów na orbicie, jak np. pierwsze w historii bezpośrednie zderzenie dwóch sztucznych satelitów Ziemi, które miało miejsce 10 lutego 2009 r. Skutkiem kolizji satelity Iridium 33 i Kosmos 2251 było powstanie ponad 600 różnej wielkości szczątków.

Satelita PW-Sat2 trafi na orbitę synchronizowaną ze Słońcem o wysokości ok. 575 km. Start na pokładzie rakiety Falcon 9 planowany jest na drugą połowę listopada 2018r. z bazy Vandenberg w Stanach Zjednoczonych. Partnerem strategicznym budowy PW-Sat2 są gliwickie firmy Future Processing oraz FP Instruments. Obydwie firmy udzielają studentom wsparcia merytorycznego, a wiosną 2016 roku ufundowały komputer pokładowy, dzięki czemu możliwe było przejście do kolejnego etapu projektu.

Studenci pracowali nad satelitą w cleanroomie (miejsce o podwyższonej czystości i kontrolowanych parametrach, o znikomej ilości zanieczyszczeń typu: pył, kurz, opary chemiczne) Centrum Badań Kosmicznych PAN oraz dzięki JM Rektorowi PW w Centrum Zaawansowanych Materiałów i Technologii CEZAMAT. Wcześniej przez wiele miesięcy projektowali i rozwijali swoje rozwiązania w Centrum Zarządzania Innowacjami i Transferem Technologii Politechniki Warszawskiej. Wraz z firmą SoftwareMill stworzyli narzędzie do analizy i prezentacji danych odebranych z satelity, które będzie dostępne dla internautów i radioamatorów. Współpracowali z takimi firmami jak OMAX Polska, EC Test Systems czy Astronika. Studenci podczas swoich prac uzyskali nieocenioną pomoc od PGNiG S.A., Instytutu Lotnictwa i Agencji Rozwoju Przemysłu. Swojego wsparcia podczas rozwoju projektu udzieliły firmy takie jak Polska Grupa Zbrojeniowa, ABM Space, Piasecka&Żylewicz, Weil, Komes, Spacive, Rapid Crafting czy Ltt. Partnerem strategicznym budowy PW-Sat2 są gliwickie firmy Future Processing oraz FP Instruments. Więcej o projekcie można przeczytać na stronie: http://pw-sat.pl/.

Dominik Roszkowski

[i] żródło: https://www.crazynauka.pl/wielki-kosmiczny-smietnik-do-sprzatniecia/

Czy czeka nas wyraźny spadek inwestycji zagranicznych w Polsce?

Na pierwszy rzut oka aktualne dane na temat inwestycji zagranicznych w Polsce nie wyglądają dobrze. Odnotowany został kilkudziesięcioprocentowy spadek. W naturalny sposób wywołuje to szerokie komentarze. Należy jednak rozdzielić w tym przypadku dwa zjawiska. Główna część tego spadku to kwestie pojedynczych rozliczeń – najczęściej wspomina się rozliczenie za jeden duży bank, który został odkupiony od zagranicznego inwestoraWarto też pamiętać, że w niektórych branżach inwestorzy nie do końca wiedząc, jaka będzie sytuacja na światowych rynkach – co widać zwłaszcza w sektorze automoto – mimo pojawiania się spektakularnych projektów, co do zasady spektakularnie nie inwestują. Zawsze należy pamiętać o bilansie dotyczącym zagrożeń. Ekonomiści pytani o możliwe scenariusze na przyszłość, zazwyczaj koncentrują się na tych najbardziej prawdopodobnych. W tym zakresie należy być optymistą. Warto zauważyć, że równolegle zawsze omawiane są też opcje bardziej alarmistyczne. Obecnie mogą one zostać zrealizowane z większym prawdopodobieństwem niż kiedyś. Scenariusze negatywne stanowiły 2-4 proc., teraz jednak przechodzą w sferę 5-10 proc.

– To czynnik, który może niepokoić w perspektywie przyszłych danych w inwestycjach zagranicznych. Inwestowanie to długi proces – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej – Często mamy przeświadczenie, że to chwilowy impuls i natychmiastowa realizacja. W świecie gospodarki realnej, jeżeli prowadzi się mało skomplikowaną działalność, to są kwestie kwartałów – w przypadku bardziej złożonej nawet lat. Należy wtedy zdecydować, czy zawierza się przyszłości ekonomicznej i otoczeniu gospodarczemu – że będą one na tyle stabilne, aby doprowadzić przedsięwzięcie do skutku. Patrząc na motywacje inwestorów, także zagranicznych, mocno obawiają się oni o koniunkturę światową. Wątpliwości budzą również pewne rozwiązania prawne, które będą obowiązywały na naszym rynku. W związku z tym może się zdarzyć, że część wyhamowania w inwestycjach zagranicznych może być spowodowane nie tylko czynnikami, jak rozliczenie dużego banku – ale i pojedynczymi decyzjami inwestorów, którzy zdecydują się na podjęcie mniejszych przedsięwzięć lub ich wstrzymanie czy odłożenie. Powyższe elementy będą obniżać wyniki w przyszłości. Co do zasady nie ma powodów, dla których w perspektywie kilku najbliższych kwartałów w gospodarce miałoby się dziać źle. Nie można jednak wykluczyć pojawienia się pewnych negatywnych czynników, które mogłyby zepsuć obecną sytuację – wskazał Soroczyński.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – październik 2018 r.

  • Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 19,7% rdr do 16,4 mld zł w październiku 2018 r.
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu kontraktami terminowymi o 33,6% rdr do poziomu 712,6 tys. szt. w październiku 2018 r.
  • Wzrost łącznej wartości obrotu akcjami na rynku NewConnect o 208,7% rdr do poziomu 294,6 mln zł
  • Wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 24,9% rdr do 94,8 mln zł
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 122,3 % do poziomu 29,3 TWh w październiku 2018 r.
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym r. o 35,0% rdr do 21,2 TWh w październiku 2018 r.
  • Wzrost wolumenu obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia[2] na rynku spot o 15,2% do 4,0 TWh w październiku 2018 r.

Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 16,5 mld zł w październiku 2018 r., czyli o 22,6% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń spadła w październiku 2018 r. o 19,7% rdr, do poziomu 16,4 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła w październiku 2018 r. 711,7 mln zł, o 23,2% mniej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec października 2018 r. wyniosła 55312.71 pkt i była o 14,7% niższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w październiku 2018 r. odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 208,7% rdr do poziomu 294,6 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect w październiku wzrosła o 221,7% rdr i wyniosła 293,2 mln zł.

W październiku 2018 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 712,6 tys. szt., o 33,6% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na waluty wzrósł o 89,1% do poziomu 180,1 tys. szt. Kontrakty na indeksy – wolumen wzrósł o 36,3% rdr do poziomu 394,1 tys. szt.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła 85,4mld zł na koniec października 2018 r. wobec 70,8 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku[3]. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń spadła w październiku 2018 r. o 26,8% rdr, do poziomu 177,1 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP sięgnęła w październiku tego roku 61,7 mld zł i była o 3,0% wyższa niż rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w październiku 2018 r. wyniósł 29,3 TWh, co oznacza wzrost o 122,3% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku forward wzrósł o 141,5% rdr do poziomu 26,7 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wyniósł w październiku 2018 r. 21,2 TWh, o 35,0% więcej niż rok wcześniej. Na rynku spot wolumen obrotu spadł o 5,2% do poziomu 1,7 TWh. Na rynku terminowym odnotowano natomiast wzrost o 40,2% do poziomu 19,5 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[4], na rynku spot wyniósł w październiku 2018 r. 4,0 TWh, co oznacza wzrost o 15,2% rdr. Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł o 34,1% rdr osiągając w październiku 2018 r. poziom 31,6 ktoe[5].

Kapitalizacja 420 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku wyniosła na koniec października 2018 r. 587,86 mld zł (135,72 mld EUR).

Łączna kapitalizacja 469 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła na koniec października tego roku 1 167,01 mld zł (269,44 mld EUR).

Na NewConnect w październiku 2018 r. zadebiutowała spółka PRZEDSIĘBIORSTWO ROBÓT INSTALACYJNYCH EKOPARK SA (oferta prywatna o wartości 1.001.000 zł).

Na rynku Catalyst w październiku zadebiutowały obligacje firmy POZNAŃSKA KORPORACJA BUDOWLANA PEKABEX S.A. o wartości 20 mln zł.

W październiku 2018 r. na GPW odbyły się 23 sesje giełdowe, w porównaniu do 22 sesji rok wcześniej.

W załączeniu dane o obrotach na rynkach prowadzonych przez Grupę GPW.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)

[3] Od 3 stycznia 2018 r. w związku z wejściem MiFID 2 obligacje Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK) są kwalifikowane jako obligacje skarbowe, a obligacje EBI jako obligacje komunalne. W związku z tym dane o wartości emisji obligacji nieskarbowych z poprzednich komunikatów obrotowych są nieporównywalne z danymi prezentowanymi w tym komunikacie.

[4] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[5] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Kurs dolara, euro, funta i franka – analiza techniczna 05.11.2018

Miniony tydzień, biorąc pod uwagę ostatni okres na rynkach, przyniósł nam sporą zmienność na polskich parach walutowych. Na początku poprzedniego tygodnia złotówka słabła do głównych walut, by ostatecznie szybko odrobić straty. Najbliższe dni również zapowiadają się ciekawie, a zaplanowane wydarzenia z pewnością pomogą wprowadzić zmienność na rynki.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 29.10.2018 – 05.11.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,3023 3,7597 3,7698 4,8388
Maksimum 4,3470 3,8118 3,8403 4,9375

 

Kurs franka CHF/PLN

Kurs franka CHF/PLNNotowania złotówki do franka szwajcarskiego uzależnione są w głównej mierze od sentymentu na rynkach i wydarzeń na szerokim rynku. Jako, że ostatnimi czasy nie mieliśmy bezpośrednich, zaskakujących informacji ani z Polski ani ze Szwajcarii ruchy tej pary walutowej były zbieżne z notowaniami USD/PLN oraz EUR/PLN. Na początku zeszłego tygodnia notowania CHF/PLN przebiły psychologiczną granicę 3,80 zł, tylko po to by wraz z początkiem nowego miesiąca spaść w okolice poziomu 3,76 zł. Była to najprawdopodobniej reakcja na doniesienia brexitowe oraz z frontu wojny handlowej między Chinami a USA. W nadchodzącym tygodniu możemy również spodziewać się ważnych informacji ze świata, a co za tym idzie amplituda wahań kursowych może być znacząca. Co prawda w środę rada Polityki Pieniężnej decyduje o wysokości stóp procentowych w Polsce, jednak z pewnością nie będzie to kluczowe wydarzenia dla notowań tej pary.

Kurs euro EUR/PLN

Kurs euro EUR/PLNZa nami ciekawy tydzień na parze EUR/PLN. W ostatnich dniach października cena wspólnej waluty dotarła do dawno już nie widzianego poziomu 4,34 zł. Okolice tej ceny to również górna granica konsolidacji trwającej od dłuższego czasu na tej parze. Po przekroczeniu poziomu 4,34 zł i wraz z rozpoczęciem nowego miesiąca kurs spadł  do poziomu, do którego zdążyliśmy się już chyba przyzwyczaić – 4,30 zł. Wzrost wartości złotówki na początku listopada spowodowany jest również chwilowym uspokojeniem na rynkach związanym z informacjami na temat zbliżającego się porozumienia w wojnie handlowej na linii USA – Chiny. W nadchodzącym tygodniu notowania tej pary walutowej będą najprawdopodobniej w głównej mierze uzależnione od wydarzeń w Stanach Zjednoczonych i kolejnych doniesień związanych z brexitem. Chyba, że odczyty indeksów PMI albo decyzja polskich władz monetarnych okażą się co najmniej zaskakujące.

Kurs dolara USD/PLN

Kurs dolara USD/PLNKurs USD/PLN zachowywał się podobnie do pozostałych notowań polskiej waluty. Ta najpierw mocno traciła by pod koniec tygodnia odrobić wszystkie straty. W pierwszej połowie  minionego tygodnia kurs USD/PLN dotarł w okolicę oporu w okolicy poziomu 3,84 zł. Jednak po doniesieniach z obozu Donalda Trumpa o pracach nad porozumieniem w sprawie wojny handlowej z Chinami inwestorzy postanowili nieco odwrócić się od amerykańskiej waluty, a jej cena na koniec zeszłotygodniowych notowań spadła zaledwie do 3,77 zł, czyli aż o 7 groszy. Nadchodzący tydzień dla dolara zapowiada się co najmniej tak emocjonująco jak ten miniony. Już jutro odbędą się wybory do kongresu w Stanach Zjednoczonych. Co prawda scenariusze nie zakładają wielkiej rewolucji jednak jak to bywa z wyborami warto poczekać na ogłoszenie wyników. Dodatkowo w drugiej części tygodnia czeka nas decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych. Najprawdopodobniej przedstawiciele komisji poczekają z podniesieniem kosztu pieniądza do grudnia. Nie mniej jednak powinniśmy z uwagą przyglądać się notowaniom dolara.

Kurs funta GBP/PLN

Kurs funta GBP/PLN            Kolejne doniesienia w sprawie brexitu i kolejny raz wspierają one funta. To właśnie do brytyjskiej waluty  na koniec zeszłotygodniowej sesji złotówka traciła najwięcej. W ciągu zeszłego tygodnia były bowiem momenty, w których nasza waluta traciła niecałe 10 groszy, a w najgorszym momencie cena funta wynosiła ponad 4,93 zł. Sprawcą umocnienia wartości były doniesienia (plotki) o kolejnych przełomach w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię. Tym razem, według informacji, doszło do porozumienia w kwestii dostępu brytyjskich instytucji finansowych do rynku unijnego. Jeżeli nawet w nadchodzącym tygodniu nie usłyszymy nowych plotek brexitowych, to powinniśmy zwrócić uwagę na zmienność w notowaniach brytyjskiej waluty. Poza odczytami PMI dla Wielkiej Brytanii poznamy bowiem tamtejsze wyniki PKB, a także wyniki produkcji przemysłowej.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Leasing 2.0, czyli samochód w abonamencie

Sektorem MSP polska gospodarka stoi – nie ma w tym stwierdzeniu ani cienia przesady: mikro-, małe i średnie firmy stanowią aż 99,8 proc. wszystkich przedsiębiorstw w Polsce[1] i 75 proc. wszystkich klientów firm leasingowych. Tzw. „misie” chętnie wybierają tę formę finansowania, dla wielu jest to bowiem jedyna szansa na zrealizowanie niezbędnych inwestycji, takich jak np. zakup firmowego samochodu. Choć blisko 9 na 10 przedsiębiorców, którzy skorzystali z leasingu, jest zadowolonych ze swojego wyboru[2], temu sposobowi finansowania nadal jest daleko do ideału. Co dla najmniejszych firm jest największą bolączką?

Sektor MSP: małe firmy – duże problemy

W małych i średnich przedsiębiorstwach pracuje blisko aż 70 proc. wszystkich osób zatrudnionych w sektorze prywatnym[3]. Jak wynika z najnowszego raportu PARP[4], sektor MSP, do którego coraz częściej zalicza się również mikrofirmy, stanowi podstawę polskiej gospodarki. Udział tego sektora w strukturze wszystkich przedsiębiorstw w naszym kraju wynosi aż 99,8 proc., z czego najliczniejsze są właśnie mikrofirmy – ponad 96 proc. Niestety, najmniejsi i mali przedsiębiorcy w codziennej działalności napotykają trudności, które są odwrotnie proporcjonalne do rozmiaru firm, które prowadzą.

Na czele listy problemów uniemożliwiających rozwój małym i średnim przedsiębiorstwom znajduje się brak środków finansowych na nowe inwestycje, szczególnie tych przeznaczanych na innowacje.  Choć nakłady na inwestycje dla sektora MSP w przeliczeniu na jedną firmę w 2016 r. wyniosły nieco ponad 41 tys. zł, to były one o 13 proc. niższe niż w poprzednio analizowanym okresie[5]. – To tłumaczy, dlaczego najmniejsi przedsiębiorcy zwracają również uwagę na bariery technologiczne. Brak inwestowania, także w nowe technologie oznacza jednocześnie brak szansy na rozwój i utrzymanie konkurencyjności rynkowej. Problemem dla sektora MSP są również wysokie obciążenia podatkowe. Firmy te charakteryzuje wysoka efektywność kosztowa – przedsiębiorcy, aby zrealizować wyznaczone cele, ponoszą wysokie, często niewspółmierne do zysków nakłady finansowe – co powoduje, że małym i średnim przedsiębiorstwom trudno jest utrzymać płynność finansową – komentuje Michał Czerny, Prezes Noble Finance. Tę uwagę potwierdzają dane zebrane przez PARP: blisko 25 proc. firm z sektora MSP deklaruje, że w okresie ostatniego roku groziła im utrata płynności finansowej.  Wyniki wskazują również zależność między utratą płynności finansowej, a wielkością firmy. Najbardziej obawiają się jej mikroprzedsiębiorstwa (prawie 1/4), a najmniej duże firmy (w granicach
4-5 proc.). Głównym powodem obaw przed utratą płynności finansowej są: opóźnienia
w płatnościach ze strony kontrahentów, odpłynięcie klientów do konkurencji i co jest z tym związane – utrata ważnych rynków zbytu.

Brak płynności finansowej oznacza, że przedsiębiorcy nie mają dodatkowych środków, które mogliby przeznaczyć na rozwój działalności, zdobycie nowych klientów i przez to poprawić swoją sytuację rynkową. Aby wyjść z tego błędnego koła, firmy korzystają z zewnętrznych źródeł finansowania.

Z naszych doświadczeń wynika, że pożyczone środki pozwalają na zakup np. nowego sprzętu IT, nowoczesnych maszyn niezbędnych w produkcji, a także nowych samochodów do firmy. W tym przypadku uzupełnienie floty służbowych pojazdów, czy w ogóle zakup pierwszego samochodu, może wyciągnąć firmę z niebytu, a z pewnością przyczynić się do jej rozwoju. Gdy w grę wchodzi kupno nowego auta, przedsiębiorcy wolą skorzystać z leasingu niż zaciągnąć kredyt – zauważa Michał Czerny, Prezes Noble Finance.

Leasing lepszy niż kredyt

O popularności leasingu świadczą dane zebrane przez Związek Polskiego Leasingu – w ciągu trzech pierwszych kwartałów 2018 r. branża leasingowa sfinansowała inwestycje o łącznej wartości 58,2 mld zł, przy wzroście rynku na poziomie 18,7 proc. r/r[6].  To mikro i małe przedsiębiorstwa stanowią blisko aż 3/4 wszystkich klientów firm leasingowych, dlatego wspomniana branża blisko połowę swoich usług kieruje do najmniejszych firm[7]. Co ciekawe, z cyklicznych badań prowadzonych przez Komisję Europejską wynika, że w Polsce prawie 40 proc. firm z sektora MSP korzysta z leasingu, zaś w Europie ten współczynnik wynosi jedynie 23 proc. Dlaczego leasing jest tak popularny wśród polskich przedsiębiorców?

Według badania zrealizowanego przez CBM Indicator[8], 42 proc. małych przedsiębiorstw korzysta lub w przeszłości korzystało z leasingu. – Bez wątpienia, jest to również grupa firm, która ma utrudniony dostęp do zewnętrznego finansowania, np. do uzyskania kredytu. Ponadto, aż 7 na 10 przedsiębiorstw aktualnie korzystających z leasingu twierdzi, że jest on tańszym i bardziej elastycznym sposobem finansowania niż kredyt – mówi Michał Czerny, Prezes Noble Finance. Jakie zalety najmniejsze firmy dostrzegają w leasingu? Ankietowani na pierwszym miejscu wskazali brak konieczności zakupu przedmiotu leasingu (55 proc.). Niższe koszty związane z utrzymaniem nabytego pojazdu oraz skorzystanie z ulg podatkowych zyskały kolejne miejsca (odpowiednio 36 i 33 proc. badanych). Mniejsze wymagania co do zabezpieczeń, zdolności kredytowej oraz mniej formalności związanych z samym zakupem również są cenionymi przez przedsiębiorców zaletami leasingu, na co wskazała 1/3 badanych.

Leasing 2.0, czyli samochód w abonamencie

Aż 87 proc. firm korzystających z leasingu jest zadowolonych z tej formy finansowania zakupu firmowego samochodu[9], co nie oznacza, że to rozwiązanie jest pozbawione wad. – Niektóre aspekty tradycyjnego leasingu, takie jak np. konieczność osobistego spotkania się z doradcą, czyli brak możliwości dopełnienia formalności przez Internet, długi proces decyzyjny dotyczący przyznania finansowania (jest tym bardziej uciążliwy, jeżeli decyzja o posiadaniu samochodu służbowego podejmowana jest z dnia na dzień), oraz „obowiązek” posiadania odpowiedniej historii kredytowej, sprawiają, że nie mogą, bądź nie chcą z niego korzystać przedsiębiorstwa, którym takie wsparcie byłoby szczególnie potrzebne. Wśród nich wymienić można np. start-upy czy firmy od niedawna obecne na rynku – wyjaśnia Michał Czerny, Noble Finance.

Dla takich firm, również z myślą o potrzebach wszystkich tych przedsiębiorców, którzy nie chcą sfinansować zakupu firmowego auta dzięki kredytowi i szukają jeszcze prostszych – i co nie mniej ważne – tańszych rozwiązań niż leasing, powstają usługi, odpowiadające na ich wymagania, np. umożliwiające długoterminowy najem samochodu na kartę. Jak to wygląda w praktyce? Cały proces najmu odbywa się online i nie zajmuje dłużej niż 10 min. Przedsiębiorca decyduje, na jaki okres chce wynająć pojazd (do wyboru ma 12, 24 lub 36 miesięcy) i wybiera na stronie markę oraz konkretny model, który go interesuje. Na koniec musi uzupełnić wymagane dane i dokonać płatności kartą,
a usługa jest uruchamiana. Wygodą jest również to, że cena za miesięczny najem w abonamencie zawiera już koszt ubezpieczenia, serwisu czy wymiany opon, więc przedsiębiorca nie musi się martwić
o te kwestie.

Długoterminowy najem samochodu na kartę to w skali Polski unikatowe rozwiązanie, dlatego ma szansę na zawsze zrewolucjonizować podejście do leasingu wśród rodzimych przedsiębiorców. Dlaczego? Eliminuje bariery napotykane przez firmy, które nie mogą skorzystać ani z leasingu tradycyjnie rozumianego, ani tym bardziej, nie mają szans na uzyskanie kredytu na zakup firmowego auta. Wygoda, którą oferuje usługa od Noble Finance, stałe, niskie koszty użytkowania samochodu w abonamencie przez cały okres najmu, powinny spełniać wymagania nie tylko przedsiębiorców z sektora MSP, szukających różnych rozwiązań, będących wsparciem w codziennej działalności, ale również młodych firm, z nowoczesnym podejściem do biznesu, które tego samego oczekują od proponowanych im usług.

[1] Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Raport o stanie małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce, czerwiec 2018.
[2] CBM INDICATOR – Prezentacja „Małe firmy o leasingu”. Konferencja prasowa ZPL 31.07.2017. Dane pochodzą
z Raportu INDICATORA „Małe firmy o usługach finansowych” 2017.
[3] Dane: PARP.
[4] Dane: PARP.
[5] Dane: PARP.
[6] Związek Leasingu Polskiego: http://www.leasing.org.pl/pl/aktualnosci/2018/branza-leasingowa-utrzymuje-wysoka-dynamike-wzrostu-wyniki-sektora-leasingowego-po-trzech-kwartalach.
[7] Dane: ZLP.
[8] Dane: CBM Indicator.
[9] Dane: CBM Indicator.

Niewypłacalność jako podstawa do upadłości firmy

Złożenie wniosku o upadłość przedsiębiorcy nie jest przywilejem, lecz obowiązkiem ustawowym, którego niedopełnienie może wywoływać konsekwencje m.in. podatkowe, czy te skutkujące zakazem prowadzenia działalności gospodarczej. Co więcej, ustawodawca przewidział określony termin na złożenie wniosku o ogłoszenie tzw. upadłości gospodarczej, który wynosi 30 dni od momentu zaistnienia ku temu podstawy.

Niewypłacalność przedsiębiorstwa podstawą złożenia wniosku o upadłość

Podstawową przesłanką do złożenia wspomnianego wniosku jest wystąpienie stanu niewypłacalności. Nie ma bowiem możliwości ogłoszenia upadłości wobec podmiotu, który jest wypłacalny i nie reguluje powstałych zobowiązań, bo przykładowo je kwestionuje. Badanie niewypłacalności jest podstawowym zadaniem sądu przy rozpoznawaniu złożonego wniosku.

Definicja niewypłacalności została ujęta w ustawie Prawo upadłościowe i zostały wyróżnione jej dwa rodzaje. Występuje bowiem niewypłacalność polegająca na utracie płynności finansowej, jak i występująca w postaci nadmiernego zadłużenia.

Niewypłacalność powstała na skutek utracenia płynności finansowej polega na tym, że dłużnik nie posiada już zdolności do regulowania swoich wymagalnych zobowiązań pieniężnych. Poprzez utratę zdolności należy z kolei rozumieć faktyczną okoliczność, która powoduje brak możliwości zapłaty na rzecz wierzyciela. Okoliczność ta winna być podparta rzetelną i obiektywną oceną obecnej oraz przyszłej sytuacji przedsiębiorstwa. Pewnym ułatwieniem w ocenie wystąpienia przesłanki do złożenia wniosku o upadłość firmy może być skorzystanie z domniemania. Zgodnie z art. 11 ust. 1a Prawa upadłościowego, domniemywa się, że dłużnik jest niewypłacalny, jeżeli opóźnienie w regulowaniu płatności przekracza trzy miesiące.

Co istotne, niewypłacalność powinna być weryfikowana w kontekście kluczowych z punktu widzenia prowadzonej działalności wierzycieli. Kierując się zdrowym rozsądkiem trudno jest uznać za niewypłacalne przedsiębiorstwo, które na bieżąco reguluje zobowiązania na kwotę 2 mln zł., pomijając płatności na rzecz dwóch kontrahentów w łącznej kwocie 2 tys. zł.

Druga definicja niewypłacalności, wynikająca z nadmiernego zadłużenia, odnosi się jedynie do osób prawnych i tzw. ułomnych osób prawnych. Dłużnik jest nadmiernie zadłużony, jeśli wartość jego majątku jest niższa niż wartość zobowiązań, a stan ten utrzymuje się przez okres przekraczający 24 miesiące. W kontekście tejże definicji występuje jednak pewne ograniczenie podmiotowe, ponieważ wykorzystuje się ją wobec:

  • osób prawnych;
  • jednostek organizacyjnych nieposiadających osobowości prawnej, którym odrębna ustawa przyznaje zdolność prawną.

Inne warunki ogłoszenia upadłości przedsiębiorcy

O ile niewypłacalność jest podstawowym kryterium decydującym o tym, czy należy złożyć wniosek o upadłość przedsiębiorstwa, o tyle są też inne warunki konieczne do spełnienia. Po pierwsze, firma powinna posiadać majątek, który wystarczy na pokrycie kosztów postępowania upadłościowego (m.in. wynagrodzenia syndyka), a także częściowo pozwoli zaspokoić wierzycieli. Jeśli dłużnik takiego majątku nie posiada, to sąd z pewnością oddali wniosek o upadłość. Nie zwalnia to jednak dłużnika z wykonania obowiązku w postaci złożenia wniosku. Po drugie, powinna występować tzw. wielość wierzycieli. Postępowanie upadłościowe wobec przedsiębiorcy można prowadzić wtedy, gdy występuje co najmniej dwóch wierzycieli.

Fortinet sfinalizował przejęcie spółki ZoneFox Limited

Fortinet przejął firmę ZoneFox Limited, która świadczy chmurowe usługi wykrywania i eliminowania zagrożeń wewnętrznych.

Przedsiębiorstwa zmagają się z gwałtownym wzrostem liczby punktów końcowych oraz użytkowników mających dostęp do danych i zasobów w chmurze. To z kolei zwiększa zapotrzebowanie na ochronę przed zagrożeniami wewnętrznymi. Jak wynika z 2018 Verizon Data Breach Investigations Report, 30% przypadków naruszeń bezpieczeństwa jest powodowanych zaniedbaniami lub świadomym działaniem użytkowników wewnętrznych (czyli np. pracowników lub współpracowników organizacji).

Przejęcie ZoneFox zwiększy możliwości platformy Fortinet Security Fabric. Umożliwi dalszy rozwój działalności Fortinet w zakresie ochrony punktów końcowych oraz zarządzania informacjami związanymi z bezpieczeństwem i zdarzeniami (SIEM, ang. Security Information and Event Management) poprzez zapewnienie klientom:

  • bardziej szczegółowego wglądu w to, co się dzieje w punktach końcowych oraz w powiązane z nimi przepływy danych i zachowania użytkowników zarówno w sieci, jak i poza nią;
  • możliwości uczenia maszynowego w celu filtrowania miliardów zdarzeń dziennie i wyciągania z nich wniosków dotyczących zagrożeń oraz wykrywania słabych punktów zabezpieczeń i powiadamiania użytkowników o podejrzanych działaniach;
  • unikalnej architektury przetwarzania w chmurze, umożliwiającej rejestrowanie kluczowych danych dotyczących użytkowników, urządzeń, zasobów, procesów i zachowań w celu łatwego analizowania i konfigurowania reguł;
  • pełnych możliwości analizy śledczej w połączeniu z prostym interfejsem wyszukiwania, który umożliwia analitykom szybkie ustalanie działań niezbędnych do zwiększenia poziomu bezpieczeństwa przedsiębiorstwa;
  • niewymagającego konfiguracji agenta, który jest łatwy i szybki we wdrożeniu – rozwiązanie można skalować do obsługi ponad 10 000 agentów, bez wpływu na wydajność;
  • zgodności z RODO, ISO 27001, HIPAA i PCI DSS oraz gotowych do wdrożenia reguł bezpieczeństwa.

Technologia ZoneFox będzie stanowić uzupełnienie platformy zabezpieczeń punktów końcowych FortiClient. Zwiększy to możliwości wykrywania zagrożeń punktów końcowych i reagowania na nie oraz rozszerzy rozwiązanie FortiSIEM o funkcje analizy zachowań użytkowników, zarówno w środowiskach fizycznych, jak i w chmurze.

– Dzięki połączeniu technologii ZoneFox z dotychczasowymi rozwiązaniami SIEM i zabezpieczeniami punktów końcowych Fortinet umożliwiamy klientom skuteczną obronę przed zagrożeniami wewnętrznymi. Pozwala to również na wyeliminowanie słabych punktów zabezpieczeń, a dzięki automatyzacji i uczeniu maszynowemu zapewnia ochronę przed coraz większą liczbą cyberzagrożeń – mówi Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce.

Jakość, ekologia czy cena? Trendy konsumenckie dla produktów regionalnych i lokalnych

Tylko nieliczni klienci z dużych miast nie mają potrzeby rozpoznawania tego, czy dany produkt jest lokalny – 12%. Natomiast 36% z nich poznaje taki towar już po opakowaniu. Z kolei łącznie ponad 60% ankietowanych chętnie sięga po tego typu artykuły. Decyduje o tym przede wszystkim ich jakość. Tak stwierdzi blisko 40% badanych. Ponadto spora grupa osób kieruje się regionalnym patriotyzmem – 27%. Mięso, wędliny, warzywa i owoce to najchętniej nabywane towary od miejscowych producentów. Następnie są sery i ryby. Niemal na samym końcu zestawienia znajduje się alkohol oraz pieczywo. Stawkę zamykają napoje i słodycze.

Rozpoznawanie produktów

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez portal Reklama FMCG oraz Grupę Mobilną Qpony-Blix, konsumenci w różny sposób rozpoznają produkty lokalnych wytwórców. Jednak największe znaczenie ma opakowanie – 36%. Potem są wymieniane dane producenta – 19%. Następnie jest wskazywana etykieta – 12%.

– Opakowanie jest całościowym, charakterystycznym wyróżnikiem produktu. Obejmuje m.in. projekt plastyczny i kolorystykę. Etykieta i dane producenta są na ogół mniej widoczne. Trzeba doczytać wszystkie informacje, umieszczone małym drukiem, a to już wymaga pewnego wysiłku od konsumenta – wyjaśnia Izabella Byszewska, prezes Zarządu Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego.

Zaledwie 12% badanych nie ma potrzeby rozpoznawania tego, czy dany produkt jest lokalny. Według Marcina Lenkiewicza, wiceprezesa Grupy Mobilnej Qpony-Blix, takich osób będzie ubywało. Konsument staje się coraz bardziej świadomy i poszukuje m.in. artykułów ekologicznych od lokalnych producentów. Oni z kolei powoli zaczynają tworzyć silne marki, które z czasem będą mocniej zapadać w pamięć.

Sięganie po lokalne

– Łącznie 62% ankietowanych stwierdziło, że chętnie sięga po produkty lokalnych wytwórców. W mojej ocenie, to jest dobry wynik. Świadczy to o tym, że klienci interesują się takimi artykułami. Sklepy, które odpowiednio eksponują towary regionalne, są lepiej postrzegane przez konsumentów. Tylko 1 na 5 respondentów deklaruje, że nie ma potrzeby nabywania takich artykułów – informuje Mateusz Chołuj z portalu Reklama FMCG.

Prawie dwa razy więcej osób było raczej na tak – 41%, niż w pełni przekonanych o tym, że chętnie sięga po lokalne produkty – 21%. Zdaniem Izabelli Byszewskiej, przeważające niezdecydowanie klientów może wynikać z niedostatecznej promocji wyrobów. A to z kolei jest związane z dominacją sklepów wielkopowierzchniowych na rynku. Wskazane artykuły giną wśród globalnych ofert.

– Tylko 14% ankietowanych nie jest zainteresowanych sięganiem po tego typu produkty. Dla nich ważniejsze są inne cechy towaru. W tej grupie konsumentów mogą być m.in. osoby, które są mocno przywiązane do swoich ulubionych, międzynarodowych marek i tylko takie wybierają – komentuje Marcin Lenkiewicz.

Motywacje klientów

Respondenci pytani o to, czym kierują się, wybierając produkty lokalne, głównie wskazywali jakość – 39%. Potem wymieniali regionalny patriotyzm – 27%. Mateusz Chołuj uważa, że producenci takich artykułów powinni zwrócić szczególną uwagę na te opinie. Warto podkreślać ww. silne strony swoich towarów podczas kampanii marketingowych.

– Należy dodać, że 10% badanych przy zakupie produktów lokalnych kieruje się innymi powodami, niewymienionymi w ankiecie. Co istotne, mniejsze znaczenie dla konsumentów ma ekologia – 9%, niska cena – 6%, opinia rodzinny czy znajomych – 4%, a także wysoki koszt zakupu – 2%. Jak widać, względy finansowe odgrywają znikomą rolę – podkreśla ekspert z Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Eksperci wnioskują, że Polacy chętnie wspierają małe, lokalne biznesy, w tym rolników, których praca jest powszechnie postrzegana jako bardzo ciężka. W ich przypadku zyski są mocno uzależnione od czynników zewnętrznych, m.in. od pogody. Z kolei produkty lokalne kojarzą się klientom z lepszą jakością, bo nie są sprzedawane na masową skalę. I to głównie motywuje polskiego konsumenta.

Preferowana żywność

– Z badania wynika również, że wśród lokalnych produktów konsumenci najchętniej kupują mięso i wędliny – 39%. Kojarzą się one z tradycją i nieprzemysłowym wytwarzaniem. Klienci zapewne mają w pamięci rozmaite afery dotyczące żywności przemysłowej, zawierającej m.in. szkodliwe dioksyny. Chcą jadać zdrowo i czuć się bezpiecznie – tłumaczy prezes Byszewska.

Na drugim miejscu są warzywa i owoce – 17%. Marcin Lenkiewicz zwraca uwagę na to, że tego typu artykuły mogą pozostawać dłużej świeże niż wędliny, oczywiście jeśli są przechowywane w odpowiednich warunkach. I dlatego są w zestawieniu dalej niż produkty mięsne. Konsumenci sięgają po żywność lokalną właśnie z uwagi na walory zdrowotne.

– Następnie respondenci wymieniają nabiał – 12%, a także sery – 11%. Tego typu artykuły mają dłuższy termin ważności. Dodatkowo ich producenci mocno reklamują swoje wyroby. Poprzez skuteczny marketing udało im się wykreować marki, które są znane również poza swoimi regionami. Obecnie widoczny jest trend promowania lokalnych produktów szerszemu kręgowi klientów. Wytwórcy powinni wykorzystać tę szansę – przekonuje ekspert z portalu Reklama FMCG.

Mniej popularny asortyment

Według zestawienia, rzadkim wyborem są lokalne ryby – 7%. Wynika to z tego, że niezbyt często pojawiają się w ofertach. Wyjątek mogą stanowić słodkowodne karpie czy pstrągi. Trudno też mówić o lokalności śledzi i szprotek poza regionami nadmorskimi.

– Smuci mnie niska pozycja pieczywa – 3% – wśród najbardziej cenionych miejscowych produktów. Lokalne piekarnie oferują naprawdę wysokojakościowe wyroby, wytwarzane tradycyjnymi metodami. Są one pozbawione dodatków chemicznych i tzw. polepszaczy, które obecnie nagminnie się stosuje. Być może działa tu czynnik cenowy. W marketach przemysłowe bułki kosztują grosze, a często są reklamowane jako produkty prosto z pieca. I to zachęca konsumentów do ich spożywania – zauważa ekspert z Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego.

Alkohole odnotowały 5%. Niemniej Marcin Lenkiewicz dostrzega, że rośnie sprzedaż regionalnych piw. Potwierdzają to również obserwacje Mateusza Chołuja z portalu Reklama FMCG. Eksperci podsumowują, że takie browary zyskują na popularności, ale wciąż mają do pokonania ogromną konkurencję w postaci znanych, międzynarodowych koncernów z dużymi budżetami reklamowymi.

Badanie zostało zrealizowane na terenie 6 dużych miast (Warszawy, Krakowa, Katowic, Wrocławia, Poznania i Łodzi) oraz ich najbliższych okolic. Ankieta była przeprowadzona w październiku br. wśród 620 osób bezpośrednio robiących zakupy w sieciach handlowych. Uczestniczyły w niej tylko te osoby, które na wstępie rozmowy wyraźnie zadeklarowały, że regularnie same robią zakupy – minimum raz w tygodniu. Respondenci mieli od 18 do 65 lat. 56% z nich to kobiety. 44% stanowili mężczyźni.

Z początkiem 2019 r. kolejne zmiany w zakresie cen transferowych

Kolejne zmiany w zakresie cen transferowych mają wejść w życie z początkiem 2019 r. – tak wynika z najnowszego projektu ustawy opublikowanego przez Ministerstwo Finansów. Dzięki nowym przepisom sporządzenie dokumentacji ma być prostsze, zwłaszcza dla małych przedsiębiorstw. Łatwiej ma być także z uzasadnieniem rynkowości stosowanych rozliczeń. Jednocześnie nowe regulacje mają doprowadzić do dalszego uszczelnienia systemu podatków dochodowych, czyli w praktyce większych kwot doszacowań podatku przez organy.

Kolejne zmiany

Rok 2018 upływa dla wielu przedsiębiorców pod znakiem cen transferowych. Obowiązek znany od lat ponownie stał się przedmiotem żywego zainteresowania, gdyż konieczne stało się sporządzenie dokumentacji wobec nowych zasad. Minister Finansów nie pozwala jednak przyzwyczaić się do nowych przepisów i już teraz proponuje kolejne zmiany. Zapowiada, że będzie prościej – podobne deklaracje towarzyszyły jednak niemal wszystkim zmianom przepisów podatkowych, nawet gdy efekt ich wprowadzenia był odwrotny od zamierzonego.

Nowe progi dokumentacyjne

Jedną z pozytywnych zmian przewidzianych w projekcie jest podniesienie progów dokumentacyjnych, czyli ustalenie wartości transakcji koniecznych do udokumentowania na wyższym poziomie. Obowiązujące obecnie przepisy ustalają próg na niskim poziomie – sporządzenia dokumentacji może wymagać transakcja już o wartości 50 000 euro. Na gruncie projektowanych regulacji co do zasady próg ten wyniesie 2 000 000 lub 10 000 000 zł. Jednocześnie wartość ta nie będzie uzależniona od wysokości przychodów i kosztów podatnika, tak jak ma to miejsce obecnie, więc próg ten będzie stały. Tym samym korzyść dla największych podmiotów może być niewielka. Niemniej dla wielu mniejszych przedsiębiorców może oznaczać to jednak zwolnienie z uciążliwego obowiązku.

Należy jednak mieć na uwadze jeszcze jeden aspekt planowanej zmiany. W razie jej wprowadzenia największe podmioty będą mogły spodziewać się znacznie częstszych i dokładniejszych kontroli w zakresie cen transferowych. Wobec faktu, iż jednym z celów nowych przepisów ma być uszczelnienie systemu podatkowego, ich faktyczne wejście w życie może oznaczać dużo częstsze kwestionowanie przyjmowanych rozliczeń między podmiotami powiązanymi.

Nowe zasady ustalania wynagrodzenia

Istotne zmiany przewidziano m.in. w zakresie dokumentowania usług o niskiej wartości dodanej. W myśl projektowanych regulacji organy podatkowe nie zakwestionują rozliczeń, jeśli strony w przypadku świadczenia tych usług ustalą narzut na kosztach nie większy niż 5% w przypadku nabycia usług i nie mniejszy niż 5% w przypadku ich sprzedaży. Tym samym będzie się wówczas przyjmowało, że wynagrodzenie ma charakter rynkowy.

Regulacja ta wydaje się być korzystna dla podatników, którzy unikną konieczności sporządzania analiz porównawczych dla tych usług. Istnieje jednak obawa, że organy podatkowe mogą być za bardzo przywiązane do owego progu 5%. Sporządzone analizy benchmarkingowe pokazują, że w przypadku niektórych usług o niskiej wartości dodanej rozpiętość narzutu, który należy traktować jako rynkowy, wynosić może nawet kilkadziesiąt procent. Tym samym wynagrodzenie może być ustalane na różnym poziomie, a mimo to zachować swój rynkowy charakter. Nowe przepisy nie powinny tego zmienić. Trzeba jednak mieć na uwadze potencjalne ryzyko w tym zakresie.

Podobne wątpliwości pojawiają się przy pożyczkach. Zgodnie z zakładanymi zmianami wynagrodzenie będzie traktowane jako rynkowe, jeśli oprocentowanie pożyczki zostanie ustalone w oparciu o rodzaj bazowej stopy procentowej i marżę określoną w obwieszczeniu Ministra Finansów oraz zostaną spełnione dodatkowe warunki. Również ta regulacja wielu podatnikom może ułatwić uzasadnienie przyjętego wynagrodzenia. Przy czym nie należy tracić z pola widzenia innych istotnych elementów umowy pożyczki, które mogą znacząco wpłynąć na wysokość wynagrodzenia.

Mniej formalności

Nowe regulacje przewidują także szereg innych zmian, które mogą istotnie zmienić zasady sporządzania dokumentacji. Ustalono m.in. nowe zasady określania obowiązku sporządzania dokumentacji grupowej, wprowadzając kryterium skonsolidowanych przychodów grupy powyżej 200 000 000 zł. Przepisy pozwalają także na przedstawienie tej dokumentacji w języku angielskim, co może stanowić ułatwienie dla grup międzynarodowych. Uwzględniono także możliwość korekty cen transferowych w przewidzianych w projekcie przypadkach, m.in. innej niż spodziewana rentowności transakcji. Także ta regulacja może okazać się korzystna dla przedsiębiorców i znacznie pomóc w uniknięciu ryzyka podatkowego. Jednocześnie planuje się zastąpienie sprawozdań CIT/TP lub PIT/TP składaniem raportów podsumowujących dla cen transferowych w wersji elektronicznej, co może wpłynąć na skuteczniejsze typowanie podmiotów do kontroli, a w konsekwencji wyższe kwoty doszacowanego podatku.

Zmiany pozytywne, ale…

Planowane regulacje w dużej mierze należy ocenić pozytywnie. Jeżeli wejdą w życie, bez wątpienia wiele podmiotów zostanie zwolnionych z obowiązku sporządzania dokumentacji. Nie trzeba będzie przygotowywać jej także do transakcji o stosunkowo niewielkich wartościach. Trudno jednak nie zauważyć pewnych zagrożeń wynikających z projektowanych zmian. Ich źródłem w zasadzie nie są jednak planowane przepisy, ale podejście organów podatkowych, które przyzwyczaiły przedsiębiorców do tego, że zawsze trzeba zachować wzmożoną czujność. Także plany wprowadzenia co do zasady korzystnych dla podatników zmian zmuszają ich do jeszcze większej uwagi i ponownego przyjrzenia się stosowanym rozliczeniom z podmiotami powiązanymi.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

GIVT wykorzysta sztuczną inteligencję – 11,5 mln zł od NCBiR na innowacyjny projekt

Platforma technologiczna GIVT, polski startup pomagający pasażerom linii lotniczych w uzyskiwaniu odszkodowań za zakłócone loty, otrzymała od NCBiR grant w wysokości 11,5 mln zł na rozwój systemu prognozowania i scoringu lotów. Środki te pochodzą z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, wspierającego prowadzenie badań naukowych i rozwój innowacyjnych technologii.

GIVT, który zgłosił swój projekt do konkursu „Szybka Ścieżka” dla MŚP, w ramach oceny wniosku otrzymał od NCBiR maksymalną możliwą ilość punktów za zasoby badawcze i techniczne.

Przygotowywany przez platformę system prognozowania i scoringu lotów ułatwi pasażerom planowanie podróży, pozwoli na automatyczną ocenę zakłóconych podróży pod kątem kwalifikowania ich do procedury odszkodowawczej oraz umożliwi szybsze i skuteczniejsze egzekwowanie praw pasażerów od przewoźników.

Jacek Komaracki, wiceprezes GIVT
Jacek Komaracki, wiceprezes GIVT

„Pracujemy nad unikatowym, opartym na sztucznej inteligencji, modelem analitycznym do oceny okoliczności zakłóconych lotów, niezależnym od danych zbieranych przez linie lotnicze. Inwestując w innowacyjne rozwiązania, zwiększamy skalę naszej działalności i wytyczamy trendy w rozwoju naszej branży – nie tylko na polską, ale i na międzynarodową skalę” – powiedział wiceprezes GIVT Jacek Komaracki.

Projekt jest realizowany we współpracy z wiodącymi naukowcami z Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego, kierowanymi przez dr hab. Piotra Sankowskiego – wybitnego informatyka i naukowca, laureata nagrody Narodowego Centrum Nauki w 2018 r. w obszarze nauk ścisłych i technicznych, specjalizującego się w algorytmach modelowania  rynków i analizie danych. Kierowany przez niego zespół ma opracować algorytmy aukcyjne oraz machine learning, które, po wdrożeniu przez GIVT do procesów biznesowych, pozwolą maksymalnie zautomatyzować i przyspieszyć proces obsługi klientów.

„Nasz system pozwoli rozwiązać jeden z kluczowych problemów ruchu lotniczego – dzięki wykorzystaniu wielu źródeł danych, w czasie rzeczywistym, będzie prognozował ryzyko wystąpienia zakłóceń oraz klasyfikował ich przyczyny. Rozwój technologiczny naszej platformy przyspieszy wiele procesów, uprości obsługę klientów oraz wpłynie na efektywność świadczonych przez nas usług. W efekcie realizacja projektu wpłynie na optymalizację kosztów, zwiększy naszą sprawność operacyjną i ułatwi przygotowanie nowych produktów” – wyjaśnił Jacek Komaracki.

Projekt rozpocznie się od badań w zakresie przygotowania systemu scoringu lotów i spraw klientów GIVT, czyli oceny prawdopodobieństwa realizacji sprawy na korzyść pasażerów. Następnie zostanie opracowany system predykcji lotów, który umożliwi określanie prawdopodobieństwa ich zakłóceń. System będzie analizował dane z obserwacji lotów w czasie rzeczywistym oraz wykonanych wcześniej.

Platforma technologiczna GIVT działa w Polsce od 2017 r., a od czerwca br. operuje na ponad 30 rynkach europejskich. Od początku swojej działalności stawia na innowacyjność, stale inwestując w rozwój oprogramowania wspieranego przez sztuczną inteligencję, machine learning i wykorzystanie big data. Z usług GIVT skorzystało już kilkadziesiąt tysięcy pasażerów. Obecnie spółka zatrudnia ponad 80 ekspertów z wielu branż, w tym lotniczej, finansowej, nowoczesnych technologii, konsultingowej, digital marketingu i usług prawnych.

Jak wynika z danych Eurostat, Eurocontrol i FlightStats, rynek, na którym działa GIVT, to około 15 milionów pasażerów w skali roku borykających się z opóźnionymi lub odwołanymi lotami. Szacuje się, że suma należnych rekompensat dla tej grupy wynosi około 5 miliardów euro rocznie.

Nowe zasady dystrybucji polis spowalniają sprzedaż

  • 98% respondentów ankiety stwierdziło, że dodatkowe obowiązki wydłużyły wystawianie polis.
  • 36% odnotowało w związku z tym spadek sprzedaży.

Od 1 października obowiązuje nowa ustawa o dystrybucji ubezpieczeń, która wprowadza do polskiego porządku prawnego zasady wskazane w unijnej Dyrektywie IDD. Wynikające z tego faktu dodatkowe obowiązki i czynności, jakie muszą wykonać dystrybutorzy polis przed sprzedażą ubezpieczenia, już od dawna elektryzują branżę. Pośrednicy obawiali się, że wydłużą one proces wystawiania polis. Czy nowe przepisy rzeczywiście utrudniły codzienną działalność agentów i multiagentów?

Pod koniec października przeprowadziliśmy ankietę wśród współpracujących z nami agentów i multiagentów, której zadaniem była ocena wpływu nowych zasad dystrybucji ubezpieczeń na proces sprzedaży polis. Tak jak sądziliśmy, 98% respondentów oceniło, że dodatkowe obowiązki wydłużyły proces sprzedaży ubezpieczeń. Okazało się jednak, że wbrew wcześniejszym przeświadczeniom, to nie analiza potrzeb klienta ma największy wpływ na bieżącą pracę agentów tylko dodatkowe obowiązki informacyjne, w tym m.in. konieczność przygotowanie karty produktu – zauważa Piotr Bartos, Country Manager Insly w Polsce, dostawcy oprogramowania wspomagającego pracę pośredników ubezpieczeniowych.

Rozszerzenie czynności informacyjnych jako obowiązek wpływający mocno lub bardzo mocno na codzienną pracę pośredników wskazało 69% respondentów. Analizę potrzeb klienta w ten sposób oceniło 58% z nich, a konieczność przygotowanie rekomendacji najlepszego rozwiązania 56%.

Czy dodatkowe obowiązki wpłynęły na przychody?

O ile agenci i multiagenci są zgodni co do faktu, że zmiana zasad sprzedaży polis negatywnie wpłynęła na czasochłonność procesu wystawiania polis, to w kwestii ilości realizowanych transakcji zdania są podzielone. Choć większość (58%) uważa, że nowe zasady nie wpłynęły na ich wyniki, to jednak spora grupa ma odmienne zdanie. 36% przepytanych przez Insly potwierdza, że wydłużenie czasu sprzedaży spowodowało, że sprzedają mniej polis, niż przed wejściem w życie ustawy. Warto jednak pamiętać, że jeden z obowiązków wprowadzonych 1 października może mieć pozytywny wpływ na sprzedaż ubezpieczeń w przyszłości. 64% pośredników ubezpieczeniowych traktuje analizę potrzeb klienta jako punkt wyjścia do szerszej rozmowy z klientami o jego potrzebach ubezpieczeniowych poza polisą, którą byli początkowo zainteresowani. Poznaniem innych rozwiązań i ewentualnym zakupem dodatkowego ubezpieczenia interesują się przede wszystkim osoby pragnące nabyć polisy majątkowe.

Jak pośrednicy przygotowali się do nowych zasad dystrybucji ubezpieczeń?

Oprócz sprawdzenia jaki wpływ mają nowe przepisy na codzienną działalność agentów, Insly zbadało również, w jaki sposób przygotowali się oni do nowych zasad sprzedaży ubezpieczeń. 71% skupiło się na wypracowaniu nowych procedur, 56% przygotowało nowy schemat procesu sprzedaży, a 47% zorganizowało dodatkowe szkolenia wewnętrzne.

Z naszych obserwacji rynku wynika również, że część pośredników, zwłaszcza multiagentów, rozważa zakup dodatkowego oprogramowania ułatwiającego porównanie ofert różnych towarzystw ubezpieczeniowych. Oczekują oni przede wszystkim wsparcia w sprawniejszym przygotowaniu analizy potrzeb klienta oraz rekomendacji produktów najlepiej odpowiadających zgłoszonym wymaganiom. W ten sposób chcą zmniejszyć ilość czasu potrzebną na spełnienie nowych obowiązków ustawowych – dodaje Piotr Bartos z Insly.

Potrzeba wsparcia zwłaszcza w tych obszarach wynika m.in. z tego, że mimo konieczności stosowania się do zmian, nie ma jeszcze dokładnych wytycznych nadzorcy w kwestii sposobu i zakresu przeprowadzenia analizy potrzeb klienta. W związku z tym wszyscy uczestnicy rynku stosują własne interpretacje przepisów, co wprowadza nieraz zamieszanie wśród pośredników, którzy muszą korzystać z różnych dokumentów, w zależności od towarzystwa ubezpieczeniowego, którego polisę zamierzają wystawić.

Źródło: Insly

W meblach dzieje się nieźle. W 2018 r. produkcja mebli w Polsce może wzrosnąć o nawet 10%

Eksperci sektorowi Santander Bank Polska spodziewają się, że polskie firmy meblarskie zamkną ten rok wolumenem produkcji na poziomie ok. 60 mln szt.. To o ok. 10% więcej niż w 2017 r., kiedy wolumen wyniósł 55,5 mln szt. Tak dobre szacunki wspierają dane o wysokim (i nadal rosnącym) wykorzystaniu mocy produkcyjnych sektora, sięgającym blisko 85%.

O tym, że w meblach dzieje się nieźle świadczą dane GUS za 9 miesięcy bieżącego roku. Od stycznia do września 2018 r. wzrost wartości produkcji sprzedanej branży sięgnął 6,7% r/r, a wzrost wolumenu produkcji ogółem 10,4%[1]. Najszybciej rozwija się produkcja mebli przeznaczonych do salonów i pokojów stołowych – wolumen produkcji utrzymuje dwucyfrowe tempo wzrostu, które na koniec września wyniosło aż 17,3% r/r. Odrobinę wolniejszy wzrost widać w kategorii mebli przeznaczonych do sypialni (+15% r/r). Wolumen produkcji mebli kuchennych zwiększył się o 7,1% r/r, a w przypadku mebli do siedzenia jest na zbliżonym poziomie, co w minionym roku.w 2018 r. wolumen produkcji mebli w Polsce może wzrosnąć

Uwiera rynek pracy…

Kilkunastoprocentowe wzrosty produkcji w branży meblarskiej w ostatnich latach cieszą, ale producentów w miarę zwiększania skali działania coraz mocniej uwierają trudności. Główne wyzwania dotyczą rynku pracy, szczególnie obecnie, czyli w sytuacji rekordowo niskiego bezrobocia. Podstawowym problemem jest dostępność (a właściwie niedostępność) pracowników. Począwszy od końca I półrocza 2015 r. brak rąk do pracy dotyka coraz większej liczby firm z branży. Obecnie stanowi jedną z głównych barier w rozwoju dla niemal 50% zakładów[2]. Problem z dostępnością kapitału ludzkiego oraz jego ceną jest powszechny w gospodarce, ale marna w tym pociecha dla branży meblarskiej. – W całym łańcuchu produkcji pracuje coraz większa liczba cudzoziemców. W niektórych przypadkach już teraz stanowią oni większość zespołów. Co więcej, pracownicy z zagranicy będą odgrywać coraz większą rolę w sektorze produkcji mebli. Na polskim rynku pracy ich udział (w ujęciu całej gospodarki) jest wciąż około 2-3 krotnie niższy niż w Europie Zachodniej – podkreśla Kamil Mikołajczyk, dyrektor ds. sektora produkcji przemysłowej w Santander Bank Polska. Aby przyciągnąć nowych pracowników i utrzymać obecnych, zakłady meblarskie są również zmuszone do podnoszenia płac. W II kwartale 2018 r. średnie wynagrodzenie w branży meblarskiej wzrosło o 7-9% r/r.

Uwierają i inne koszty

Oprócz rosnących kosztów pracowniczych rzeczywistością branży meblarskiej są także wzrosty cen surowców i energii elektrycznej. Na rosnące koszty płyt meblowych mocno wpłynęła kontynuacja trendu wzrostu cen drewna i klejów, co rynek obserwował już w 2017 r. Przykładowo, na rynku niemieckim podwyżki sięgają ok. 5% od początku roku. Dużym problemem dla branży są też ceny energii elektrycznej. W związku ze wzrostem cen surowców energetycznych oraz kosztów emisji CO2, cena energii elektrycznej w bieżących dostawach wzrosła w Polsce od początku roku o ponad 60%, zaś dostawy energii na przyszły rok podrożały aż o 30% w samym trzecim kwartale. – Ponieważ w okresie jesiennym kontraktowana jest większość umów, firmy muszą się liczyć nawet z ok. 30-50% wzrostem cen energii w odnawianych umowach z dostawcami – mówi Maciej Nałęcz, analityk sektora produkcji przemysłowej w Santander Bank Polska.produkcja mebli w Polsce

Firmy stopniowo podnoszą ceny w obliczu rosnących kosztów, jednak nie jest to proste na tak konkurencyjnym rynku. Wg oficjalnych danych rentowność branży na poziomie netto spadła od I kw. 2017 r. o ok. 1 p.p., tj. z 5,6% do 4,4%. – Należy podkreślić, że negatywne trendy nie dotyczą wyłącznie rynku polskiego, ale są widoczne w różnym stopniu w całej Europie. Można więc mieć nadzieję, że nawet jeśli w kolejnym roku utrzyma się wzrostowa tendencja kosztów, to Polska nie utraci swojej pozycji konkurencyjnej. To ważne, bo eksport jest i będzie przyszłością krajowej branży – mówi Kamil Mikołajczyk.

W tym kontekście branża meblarska bacznie obserwuje kluczowe rynki eksportowe, w tym m. in. Niemcy i Włochy. Widoczne lekkie hamowanie eksportu mebli z tych krajów może odbić się na sprzedaży polskich mebli w kolejnych kwartałach, bowiem włoskie i niemieckie firmy reeksportują pod własnymi markami produkcję, którą kupują w naszym kraju.

[1] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/inne-opracowania/informacje-o-sytuacji-spoleczno-gospodarczej/biuletyn-statystyczny-nr-92018,4,80.html.

[2] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/koniunktura/koniunktura/koniunktura-w-przemysle-budownictwie-handlu-i-uslugach-2000-2018-pazdziernik-2018,4,18.html.

Konsekwencje wolnego 12 listopada 2018 dla pracowników i pracodawców

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Ustanowienie 12 listopada 2018 roku dniem wolnym od pracy rodzi konsekwencje dla pracodawców i pracowników. Poniżej przedstawiam skutki, jakie niesie ze sobą ustawa w proponowanym kształcie.

  1. Zmiany w rozkładach (grafikach) pracy

Pracodawca powinien w terminie co najmniej 7 dni przed miesiącem, na który jest rozpisany grafik, poinformować o jego zmianie.

Taką zmianą jest dodatkowy dzień wolny 12 listopada. Termin 7 dni na poinformowanie o tym dniu wolnym minął 23 października, zatem pracodawcy, zgodnie z kodeksem pracy, nie mają możliwości terminowego poinformowania pracowników o dodatkowym dniu wolnym i naniesienia zmian w grafiku.

  1. Nierówne traktowanie pracowników

Pracownicy powinni być traktowani równo i mieć prawo do dnia wolnego w te same dni świąteczne. Natomiast w proponowanej ustawie określono wyłączenia, toteż niektórzy pracownicy będą musieli pracować 12 listopada. Są to np. zatrudnieni przez publiczne szpitale, ambulatoria i apteki oraz pracownicy branży handlowej.

  1. Współczynnik urlopowy

Współczynnik urlopowy jest potrzebny do wyliczenia ekwiwalentu urlopowego za niewykorzystany przez pracownika urlop. Ustala się go, odejmując od liczby dni w danym roku kalendarzowym liczbę przypadających w tym roku niedziel, świąt oraz dni wolnych od pracy wynikających z rozkładu czasu pracy w przeciętnie pięciodniowym tygodniu pracy, a otrzymany wynik dzieli się przez 12.

Z obliczeń na 2018 rok jeszcze do niedawna wynikał następujący współczynnik: [365 dni – (52 niedziele + 10 dni świątecznych + 52 soboty)] : 12 = 365 – 114 : 12 = 20,92.

Jeśli weźmiemy pod uwagę kolejny dzień świąteczny, a więc 12 listopada, współczynnik wyniesie [365 dni – (52 niedziele + 11 dni świątecznych + 52 soboty)] : 12 = 20,83.

Pojawia się więc pytanie, czy już wypłacone ekwiwalenty urlopowe trzeba będzie ponownie przeliczać i wypłacać wyrównania pracownikom. Różnice mogą być istotne.

Załóżmy, że pracownik otrzymuje wynagrodzenie za pracę w wysokości 8 000 zł brutto. W związku z rozwiązaniem umowy powinien otrzymać ekwiwalent urlopowy za 35 dni pracy, czyli 280 h.

Według obecnie obowiązującego współczynnika 20,92 za urlop pracownik otrzymałby wypłatę w wysokości 13 454 zł.

  • 8 000 : 20,92 = 382,41
  • 382,41 : 8 h = 47,8
  • 47,8 * 280 = 13 384 zł

Natomiast stosując współczynnik 20,83 uwzględniający nowe święto, do wypłaty byłaby kwota 13 440 zł.

  • 8 000 : 20,83 = 384,06
  • 384,06 : 8 h = 48
  • 48 * 280 = 13 440 zł

Różnica we wskazanym przykładzie jest niewielka, jednak im większa będzie podstawa do wyliczenia ekwiwalentu i liczba dni, za które trzeba go wypłacić, tym większa będzie różnica w przeliczeniach. Pojawia się zatem wątpliwość, czy przeliczać wypłacone już w tym roku ekwiwalenty urlopowe na nowo i dopłacać pracownikom brakujące kwoty. Moim zdaniem tak należałoby zrobić, ale poczekajmy jeszcze na oficjalne stawisko w tej sprawie np. ze strony Państwowej Inspekcji Pracy.

Należy też pamiętać, że ekwiwalent urlopowy trzeba wypłacić w dwóch sytuacjach – w przypadku rozwiązania lub wygaśnięcia stosunku pracy. W każdej innej sytuacji pracodawca nie ma takiego obowiązku, może natomiast zrobić to dobrowolnie.

Przyszłość finansów – ryzyko czy szansa?

Konferencja „Future of Finance – ryzyko czy szansa?”, która odbyła się
23 października 2018 r. w Warszawie, była próbą stworzenia obrazu tego, jak dziś widzą swoją funkcję specjaliści ds. finansów i co przewidują na przyszłość.

Mówi się, że trwa czwarta rewolucja przemysłowa. Nowe technologie i powiązania w globalnej gospodarce zmniejszają potrzebę wykonywania rutynowych zadań. Organizacje są zmuszone rozważyć nowe modele operacyjne, ponieważ stare mogą zostać zakłócone.

Tymczasem komunikacja między organizacjami, a także osobami obejmującymi funkcje finansowe w różnych firmach, jest niewielka i nieczęsto dzielą się oni swoimi wizjami
i oczekiwaniami wobec przyszłości. Dlatego Association of International Certified Professional Accountants (Międzynarodowe Stowarzyszenie Dyplomowanych Specjalistów ds. Rachunkowości) – dzięki ponad 650 000 członków pracujących na całym świecie – podejęło próbę stworzenia kompleksowego obrazu tego, co dziś widzą profesjonaliści i co przewidują na jutro.

Globalny projekt badawczy Future of Finance oraz konferencja „Future of Finance – ryzyko czy szansa?”, która odbyła się 23 października w Warszawie jako pierwsza z serii międzynarodowych wydarzeń poruszających temat projektu, mają na celu zaprezentowanie różnych poglądów, aby uzyskać głębsze zrozumienie procesu zachodzących zmian.

Tematyka warszawskiej konferencji dotyczyła m.in. trendów, które radykalnie zmieniają rachunkowość i finanse. Przyszłość tych dziedzin wiąże się np. z rozwojem technologii
i automatyzacji. Już teraz zauważalna jest również zmiana sposobu postrzegania funkcji finansowej.

Stworzenie kompleksowego obrazu funkcji finasowej przyszłości ma na celu zarysowanie kierunku rozwoju organizacji w tym nadzwyczajnym czasie zmian oraz zapewnienie, że posiadacze Kwalifikacji Profesjonalnej CIMA nadążają za zmianami i mają ciągłą możliwości zatrudnienia w przedsiębiorstwach na całym świecie – powiedział Jakub Bejnarowicz, dyrektor regionalny na Europę, Association of International Certified Professional Accountants.

Wystąpienie inaugurujące konferencję wygłosił dr Noel Tagoe, Executive Vice President – Management Accounting Research and Curricula, Association of International Certified Professional Accountants. – Przyszłość finansów będzie rozgrywała się w cyfrowym świecie. Jako profesjonaliści ds. finasów, którzy chcą odgrywać w nim znaczącą rolę, musimy ponownie zdefiniować czym zajmują się finanse, przeprojektować sposób, w jaki to robią
i nauczyć się nowych umiejętności. Wtedy odkryjemy naszą profesję na nowo
– powiedział dr Tagoe.

W panelu dyskusyjnym, który moderował Shane Balzan, Senior Director, Curriculum Development, Association of International Certified Professional Accountants, wzięli udział: Aleksander Solski ACMA, CGMA, VP Finance Central & Eastern Europe, Unilever; Karol Bisek ACMA, CGMA, CFO, RBS Bank (Polska) S.A.; Mira Mech, Head of GBS Center in Poland, AkzoNobel; Bartek Ostrowski, Head of Group Finance & Senior Delivery Head for EMEA-Poland, UBS i Konstantinos Vairlis, CFO, Coca-Cola HBC Polska.

Przyszłość finansów rozgrywa się tak naprawdę teraz. 10 lat temu byliśmy księgowymi, dziś przejmujemy w organizacjach role „nawigatorów”, którzy mają realny wpływ na kluczowe decyzje – zauważył Bartek Ostrowski, Head of Group Finance & Senior Delivery Head for EMEA-Poland, UBS.

Jako finansiści musimy posiadać trzy rzeczy: ponadprzeciętną wiedzę biznesową i  techniczną, odpowiedni sposób myślenia i wysokie standardy etyki zawodowej. I co warto podkreślić, nie ma innej funkcji w organizacji, która prezentowałaby je wszystkie na raz – powiedział Karol Bisek ACMA, CGMA, CFO, RBS Bank (Polska) S.A.

Musimy nauczyć się, jak zarządzać ryzykiem wynikającym np. z robotyzacji. Nie możemy być tylko specjalistami ds. rachunkowości czy finansów. Musimy nauczyć się, jak pracować
z innymi działami w przedsiębiorswie i jak się z nimi komunikować. Musimy też zastanowić się, jak na nowo zdefiniować finanse
– podkreślała Mira Mech, Head of GBS Center in Poland, AkzoNobel.

Możliwości wynikające z cyfryzacji są ogromne. Ale musimy przyspieszyć proces uczenia się. I musimy zastanowić się, w jaki sposób możemy tworzyć dla organizacji większą wartość – dodał Konstantinos Vairlis, CFO, Coca-Cola HBC Polska.

Wybory do Kongresu USA, tajny plan May ws. Brexitu

Chociaż od startu miesiąca minęło kilka dni, rynki pozostają w fazie przejściowej, którą wydłuża niepewność przed wyborami do Kongresu USA. Rynki akcji starają się wypracować odbicie, ale apetyt na ryzyko nie może do końca się przebić na powierzchnię, co też wiąże trendy na rynku walutowym.

Wstępne wyniki głosowań, sondaże i przewidywania ekspertów jednomyślnie wskazują, że w wyborach do Kongresu (wtorek) Demokraci odzyskają większość w Izbie Reprezentantów, ale Republikanie utrzymają (jeśli nie wzmocnią) większości w Senacie. Spodziewany wynik nie powinien wywołać większej reakcji rynków, nawet jeśli podzielony Kongres może implikować mniej optymistyczny pogląd na perspektywy polityki gospodarczej. W większym stopniu ulgę rynkowi akcji powinno przynieść zdjęcie z rynków niepewności o wynik wyborów, a poprawa sentymentu będzie wspierać upłynnianie długich pozycji w USD. W temacie wydarzeń gospodarczych, posiedzenie FOMC (decyzja wyjątkowo w czwartek) prawdopodobnie nie dostarczy nowych informacji. Od czasu wrześniowego posiedzenia gospodarka utrzymała solidne tempo rozwoju, dzięki czemu Fed powinien podtrzymać dotychczasowy kurs i zmierzać ku kolejnej podwyżce stóp procentowych w grudniu. Zawirowania na rynkach finansowych mogą być wymienione w komunikacie, ale opierając się o wypowiedzi niektórych członków, nie stanowią dla FOMC powodu do niepokojów.

Ponadto w tematach pobocznych brakuje jednomyślnego przekazu. Administracja Trumpa pracuje lub nie nad propozycją porozumienia handlowego z Chinami. Osobiście dalej trzymam się nakreślonej w piątek teorii spiskowej, że Biały Dom celowo wypuszcza plotki o możliwym złagodzeniu sporu, by nie być wiązanym z załamaniem na Wall Street. Nie wykluczałbym, że kiedy temat wyborów do Kongresu zniknie z radarów, dojdzie do eskalacji konfliktu handlowego, zanim ostatecznie strony znajdą wspólną płaszczyznę dialogu. Po drodze sprawy mogą znowu wyglądać paskudnie, ale tym razem wrażliwość rynków może być dużo mniejsza.

EUR zostało w piątek strącone z wyższych poziomów doniesieniami agencji MNI, że Europejski Bank Centralny rozważa wdrożenie świeżej rundy długoterminowych pożyczek płynnościowych dla banków (Targeted longer-term refinancing operation, TLTRO). Perspektywa dodatkowego luzowania byłaby ważnym zwrotek w strategii EBC, choć przez weekend źródła Reutersa zaprzeczyły rychłym planom pożyczkowym. Sądzę, że uruchamianie nowego TLTRO jest obecnie bez sensu. Nawet jeśli istnieją obawy o wzrost napięć płynnościowych w systemie z tytułu wzrostu premii za ryzyko kredytowe Włoch (przez spór budżetowy z KE), sygnalizowanie potencjalnej gołębiości przy braku dowodów efektu zarażenia jest pozbawione wyczucia i ciosem refutacyjnym. Inwestorzy nie są głupi i prędzej czy później dostrzegą niespójność przekazu. Nie tędy droga, by zatrzymać odbicie EUR.

Nowy tydzień przynosi kolejną karuzelę doniesień prasowych dotyczących Brexitu. The Times donosi, że premier May ma tajny plan, który zapewni porozumienie w sprawie Brexitu i zyska aprobatę parlamentu. Plan ma zostać ujawniony dzisiaj i ma zawierać ustalone poza głównym tokiem negocjacji ustępstwa ze strony Brukseli pozwalające Wielkiej Brytanii pozostać w unii celnej, przez co uniknięty zostanie scenariusz ustalenia granicy z Irlandią. Jednak Guardian spekuluje, że szanse na porozumienie wynoszą „50:50”. Swoje trzy gorsze dorzucił The Telegraph, według którego brytyjski negocjator Raab nieoficjalnie zażądał prawa do wystąpienia Wielkiej Brytanii z planu „backstopu” już po trzech miesiącach jego trwania, co nie spotka się z ciepłym przyjęciem w UE. Z perspektywy rynku GBP nadzieja na porozumienie co rusz zderza się z pesymistycznym przekazem prasy, trzymając funta w klinczu. Można się spodziewać, że ta huśtawka będzie się dalej bujać w kolejnych dniach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czujniki magnetyczne – jak działają i gdzie sprawdzają się te urządzenia?

Czujniki magnetyczne, należące do typowych elementów automatyki przemysłowej, to rozwiązania mające wiele zalet. Są one chętnie wykorzystywane przede wszystkim ze względu na hermetyczną budowę, zróżnicowane kształty obudowy, szeroki zakres napięć i prądów przełączania oraz duże odległości działania, przy zachowaniu niewielkich wymiarów.

Czujniki magnetyczne reagują na pole magnetyczne, czyli – mówiąc ogólnie – na przestrzeń, w której działają siły magnetyczne. Mówiąc o polu magnetycznym, warto wspomnieć o wielkościach, które je charakteryzują. Są nimi: natężenie i indukcja pola magnetycznego oraz względna przenikalność magnetyczna.

Czujniki magnetyczne – zasada działania

Pole magnetyczne wytwarzane jest wokół magnesów, przewodników z prądem, a także wokół poruszającego się ładunku elektrycznego. W przypadku tytułowych produktów mamy do czynienia z reakcją na pole magnetyczne wytwarzane przede wszystkim przez magnesy stałe połączone z wykrywanym przedmiotem. Co istotne, przedmioty mogą być wykonane z różnego rodzaju materiałów, przy czym najwięcej korzyści wiąże się z zastosowaniem przedmiotów nieferromagnetycznych, które zapewniają większy zakres działania czujnika. Z uwagi na to, że pole magnetyczne przenika przez większość materiałów niemagnetycznych, możliwe jest wykrywanie przedmiotów również w przypadku, gdy między przedmiotem a czujnikiem obecne są diamagnetyczne przeszkody, takie jak np. plastikowe ścianki rur lub pojemników.

Własności magnetyczne materiałów

Czujniki magnetyczne – jak działają i gdzie sprawdzają się te urządzenia?

Na uwagę zasługuje fakt, że wszystkie substancje wykazują własności magnetyczne. Różnica przejawia się jedynie w sile oddziaływania z polem magnetycznym. Ze względu na zachowanie materiałów w polu magnetycznym, wyrażone przez względną przenikalność magnetyczną, materiały można podzielić na: diamagnetyczne, paramagnetyczne i ferromagnetyczne.

  • Diamagnetyki są to substancje, które ustawiają się w stałym polu magnetycznym prostopadle do kierunku linii sił pola. Materiałami diamagnetycznymi są: bizmut, cynk oraz miedź.
  • Paramagnetyki, ustawiają się one w polu magnetycznym równolegle do kierunku linii sił pola. Własnościami paramagnetycznymi cechują się m.in.: aluminium, chrom oraz mangan.
  • Z polem magnetycznym bardzo silnie oddziałują ferromagnetyki, które odznaczają się obecnością bardzo małych obszarów jednakowego namagnesowania (domeny magnetyczne). W przypadku umieszczonych w polu magnetycznym ferromagnetyków wraz ze wzrostem natężenia tego pola ulegają one namagnesowaniu i po usunięciu pola magnetycznego wykazują samoistne własności magnetyczne. Materiałami ferromagnetycznymi są: żelazo w temperaturze otoczenia, nikiel, kobalt oraz niektóre ich tlenki i węgliki.

Powyższe własności magnetyczne materiałów oraz ich zachowanie się w zewnętrznym polu magnetycznym umożliwiają budowę różnych odmian czujników magnetycznych.

Czujniki magnetyczne z kontaktronem lub hallotronem

Jeśli chodzi o czujniki magnetyczne, elementem reagującym na pole magnetyczne może być np. hermetyczny łącznik elektryczny (kontaktron) lub element półprzewodnikowy (hallotron).

Czujniki magnetyczne z kontaktronem działają w oparciu o pracę kontaktronu, który składa się z hermetycznej bańki szklanej, w której w atmosferze gazu obojętnego lub w próżni zatopione są dwie cienkie blaszki z materiału ferromagnetycznego. Pod wpływem odpowiednio ukierunkowanego zewnętrznego pola magnetycznego w stykach indukuje się własne pole magnetyczne, styki zaczynają się przyciągać i następuje ich zwarcie. Po usunięciu pola magnetycznego obie blaszki rozdzielają się na skutek ich sprężystości. Kontaktrony mogą więc zamykać i przerywać obwód elektryczny. Aby polepszyć pracę styków, ich styków pokrywa się – w zależności od przeznaczenia i warunków pracy – warstwą metalu szlachetnego takiego jak: ruten, rod, złoto czy wolfram. Podczas przesuwania magnesu wokół kontaktronu można zwierać lub rozwierać jego styki. Za każdym razem, gdy styki kontaktronu rozwierają lub zwierają obwód, przez który płynie prąd, może dojść do przebicia elektrycznego między stykami, co może przyczynić się do pogorszenia jakości kontaktronu, a nawet jego uszkodzenia. Dzięki zastosowaniu dodatkowych zabezpieczeń udaje się uniknąć degradacji powierzchni styku i zmniejszenia trwałości kontaktronu. Jeśli chodzi o maksymalną częstotliwość przełączeń kontaktronów, zależy ona od ich konstrukcji i własności materiałowych – mówi ekspertka firmy Newtech.com.pl.

Należy zauważyć, że magnetyczne czujniki kontaktronowe mogą mieć bardzo różne kształty obudowy – począwszy od prostych cylindrycznych i prostopadłościennych a skończywszy na bardzo złożonych formach geometrycznych. Od kształtu czujnika zależy, w jakim obszarze będzie mógł poruszać się magnes. W przypadku niektórych czujników przemieszczanie magnesu może być możliwie jedynie względem czoła czujnika. Oczywiście są też i takie czujniki, które pozwalają na przemieszczanie magnesu także względem bocznych powierzchni czujnika.

Z kolei czujniki magnetyczne hallotronowe wykorzystują występujący w półprzewodnikach efekt Halla – zjawisko fizyczne polegające na wystąpieniu różnicy potencjałów w przewodniku, w którym płynie prąd elektryczny, w sytuacji gdy przewodnik znajduje się w poprzecznym do płynącego prądu polu magnetycznym.

Do najważniejszych zalet hallotronów należy zaliczyć: niewielkie wymiary, w zasadzie nieinwazyjny charakter pomiaru, względną prostotę konstrukcji, a także łatwość ich integracji z innymi elementami elektronicznymi w jednym obwodzie scalonym.

Czujniki magnetyczne hallotronowe mogą występować w wersji omnipolarnej (reagują na dowolną polaryzację pola magnetycznego), unipolarnej (reagują tylko na określoną polaryzację pola magnetycznego) oraz bipolarnej (wyłączenie następuje przeciwnym biegunem pola magnetycznego niż włączenie).

Czujniki magnetyczne specjalne

Czujniki magnetyczne – jak działają i gdzie sprawdzają się te urządzenia?

Oprócz kontaktronów i hallotronów innymi elementami reagującymi na pole magnetyczne mogą być magnetorezystory AMR (anizotropowe elementy półprzewodnikowe cechujące się silną zależnością rezystancji od natężenia pola magnetycznego) lub też materiały o specjalnych własnościach magnetycznych.

Czujniki magnetorezystancyjne wykorzystują zjawisko polegające na zmianie oporności materiału, z którego wykonany jest czujnik, w obecności zewnętrznego pola magnetycznego. Struktura czujników magnetorezystancyjnych jest podobna do struktury czujników hallotronowych. To, co różni jeden typ czujników od drugich, to wyłącznie rodzaj elementu wrażliwego na zmiany pola magnetycznego. W przypadku czujników magnetorezystancyjnych elementem tym przeważnie są cztery magnetorezystory połączone w układ mostka Wheatstone’a . Zbliżanie magnesu do czujnika powoduje zmianę rezystancji czujnika i zrównoważenie mostka pomiarowego.

Innym rozwiązaniem są czujniki magnetyczne Wieganda, stosowane do rejestrowania przypadków zmiany kierunku namagnesowania (polaryzacji) rdzenia „przewodu impulsowego”. W sytuacji, gdy zewnętrzne pole magnetyczne (wytwarzane przez ruchome lub nieruchome małe magnesy) zmieni swój kierunek, polaryzacja namagnesowania rdzenia może zmienić się na odwrotną. Zaletami czujników Wieganda jest m.in. brak konieczności zasilania oraz możliwość zastosowania w trudnych warunkach środowiskowych.  Czujniki te odznaczają się wysoką częstotliwością generowanych impulsów oraz wysokim i powtarzalnym impulsem napięcia wyjściowego.

Warto wspomnieć też o czujnikach magnetycznych z magnesem. Te najprostsze czujniki magnetyczne, złożone z magnesu stałego i nawiniętej dookoła niego cewki, charakteryzują się rozdzielczością znacznie wyższą niż przy wykorzystaniu efektu Halla, a przy tym nie wymagają zasilania. Czujniki magnetyczne z magnesem, wykrywające ruch przedmiotu ferromagnetycznego, nie nadają się do wykrywania nieruchomych przedmiotów, gdyż napięcie wyjściowe uzależnione jest od szybkości zbliżania się wykrywanego przedmiotu do czujnika.

Czujniki magnetyczne a indukcyjne

Czujniki magnetyczne, służące do bezdotykowej detekcji obiektów, z powodzeniem stosowane są w tych miejscach, gdzie użycie czujników indukcyjnych byłoby niemożliwe. Ponadto czujniki magnetyczne mają znacznie większy zasięg pomiarowy – zależy on od zainstalowanego magnesu, jednak można go rozszerzyć. Inną zaletą czujników magnetycznych jest możliwość rozpoznawania magnesów przez różne rodzaje ścian (np. aluminiowe, drewniane, plastikowe czy ze stali nierdzewnej).

Co do czujników indukcyjnych, na uwagę zasługuje fakt, że tak naprawdę to jedyne czujniki, które mogą zostać wykonane we własnym zakresie – w tym celu wystarczy po prostu nawinąć cewkę. Zaletami tego rodzaju czujników są: prostota działania i konstrukcji, dokładność, a także brak prądu wzbudzenia i elementów ferromagnetycznych, dzięki czemu można w zasadzie bezinwazyjnie badać pole magnetyczne. W porównaniu z innymi czujnikami czujniki indukcyjne mają niestety stosunkowo niewielką czułość. Innymi wadami tych czujników są możliwość pomiaru tylko sygnałów przemiennych oraz zależność sygnału wyjściowego od częstotliwości indukcji, co w sposób znaczący utrudnia analizę przebiegów odkształconych – zwraca uwagę ekspertka Newtech.com.pl.

Mocowanie czujnika magnetycznego

Czujniki magnetyczne można bez problemu zamocować lub osadzić w elementach, które są wykonane z jakiegokolwiek materiału nieferromagnetycznego. Warto podkreślić, że wielkość wysunięcia czujnika ponad powierzchnię, w której został on osadzony, nie ma żadnego wpływu na jego czułość.  Z kolei, gdy konieczne jest osadzenie czujnika w materiale ferromagnetycznym, wówczas należy zadbać o jego możliwie duże wysunięcie ponad powierzchnię materiału ferromagnetycznego. Dobrym rozwiązaniem jest też użycie dodatkowej warstwy izolacyjnej z materiału niemagnetycznego (dielektryka), która powinna zostać umieszczona między czujnikiem a ferromagnetykiem. W przypadku mocowania magnesu do powierzchni ferromagnetycznych pole magnetyczne magnesu może zostać wzmocnione (gdy magnes mocowany jest na zewnętrznej powierzchni elementu ferromagnetycznego) lub osłabione (gdy magnes wpuszczony jest w głąb materiału ferromagnetycznego), wpływając na zmianę zakresu pracy czujnika.

Jeśli między czujnik a magnes wprowadzimy przedmiot wykonany z materiału nieferromagnetycznego,  zachowanie czujnika magnetycznego nie ulegnie zmianie. Zupełnie inaczej będzie wtedy, gdy między magnesem a czujnikiem znajdzie się przedmiot ferromagnetyczny. Konsekwencją takiej sytuacji najczęściej będzie zmiana stanu wyjścia czujnika, czyli zakłócenie jego pracy.

Obszary zastosowań

Czujniki magnetyczne znajdują zastosowanie w wielu różnych aplikacjach, służąc m.in. do: detekcji obiektów w ruchu postępowym lub obrotowym, wykrywania obiektów znajdujących się za ściankami plastikowymi (np. wewnątrz rur lub pojemników), wykrywania obiektów w agresywnych środowiskach (poprzez ścianki ochronne) czy też detekcji obiektów w miejscach o podwyższonej temperaturze.

Split payment oczami polskich firm

W ciągu trzech miesięcy od debiutu ze split payment miało do czynienia ponad 400 tys. polskich firm. Metoda pozwalająca na wydzielenie podatku VAT z płatności ma w założeniu uszczelnić system fiskalny. Motywy skarbu państwa są więc oczywiste. Jak jednak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor, sektor mikro, małych i średnich firm zachowuje dużą rezerwę wobec wprowadzonych zmian. Tylko jedna czwarta przedsiębiorstw jest zainteresowana stosowaniem split payment, a jedna trzecia dostrzega jego zalety. Zdecydowana większość, jeśli będzie go używać, to z konieczności, a nie dobrowolnie.

Mechanizm podzielonej płatności (ang. split payment) ma na celu zmniejszenie wyłudzeń podatku VAT i dotyczy transakcji między przedsiębiorstwami. Polega on na oddzieleniu z płatności za towary lub usługi kwoty podatku VAT i przelaniu go na osobny rachunek. Środki zebrane na koncie VAT firma może wykorzystać jedynie do rozliczeń swoich płatności VAT z urzędem skarbowym. Jak na razie stosowanie split payment jest dobrowolne.

Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że dotychczas płatność zainicjowało lub odebrało na rachunek VAT 414 tys. firm[i]. Liczba transakcji zrealizowanych poprzez split payment wyniosła 2,7 mln, a wartość VAT zapłaconego tą drogą — 10,7 mld zł. Oznacza to, że z metodą podzielonej płatności zetknął się co czwarty przedsiębiorca, a poprzez wydzielone rachunki przepłynęło 7,1 proc rozliczonego w tym czasie podatku VAT.

Niechęć i dystans

Liczba przedsiębiorstw, które zetknęły się ze split payment rośnie, co nie znaczy, że cieszy się on ich zaufaniem. Z badania BIG InfoMonitor wynika, że sceptyczna postawa wobec możliwości stosowania nowej metody płatności w transakcjach B2B dotyczy ponad połowy przebadanych małych i średnich firm (58 proc.) Chęć korzystania ze split payment wyraziła jedna czwarta uczestników badania, a 17 proc. nie opinii na ten temat.

Split payment 2Źródło: BIG InfoMonitor

– Z naszych badań wynika, że sektor MŚP nie jest obecnie przekonany do mechanizmu split payment. Ma on bowiem wpływ na płynność finansową firm, gdyż część pieniędzy zostaje unieruchomiona na rachunku VAT-owskim. Co może zmuszać do korzystania z dodatkowego kredytowania, a w części przypadków przyczynić się do poważnych problemów. W polskich warunkach dla wielu przedsiębiorców, które niemal każdego dnia toczą walkę o utrzymanie płynności finansowej m.in. ze względu na problemy z terminowym uzyskiwaniem płatności od kontrahentów, wdrożenie split payment może okazać się wyjątkowo trudne. Dlatego, warto byłoby poszerzyć zakres płatności z rachunku na który spływa VAT o inne zobowiązania wobec Skarbu Państwa jak PIT, CIT czy ZUS, nad czym resort finansów już się zresztą zastanawia. Z pewnością byłoby wówczas bezpieczniej z punktu widzenia stabilności finansowej firm i bardziej przejrzyście dla całej gospodarki – mówi Krzysztof Stefański, doradca podatkowy Grupy BIK. – Tym bardziej, że przedsiębiorstwa mocno się od siebie różnią i inaczej mogą odczuwać to rozwiązanie. Nie ma wątpliwości, że split payment w inny sposób wpływa na firmy, które głównie eksportują i na te które sprzedają na terenie kraju, a także na mikrofirmy, które same często płacą gotówką lub kartą płatniczą, a płatność za swoje usługi otrzymują w formie podzielonej płatności, czyli podatek VAT na konto VAT-owskie, z którego przy gotówkowych transakcjach nie mogłyby ruszyć pieniędzy – dodaje.

Ministerstwo Finansów rozważa wprowadzenie obowiązku korzystania z tego narzędzia przez niektóre branże i w obrocie niektórymi towarami. Aby tak się stało, wymagana jest zgoda Komisji Europejskiej. Niezależnie od tego, w resorcie finansów prowadzone są analizy dotyczące umożliwienia zapłaty z rachunku VAT także innych danin publicznych, chociażby składek ZUS.

Dla wielu przymus, dla innych szansa

Firmy zainteresowane split paymentem dzielą się na te zmuszone do wdrożenia nowego mechanizmu i chcące to zrobić z własnej woli. Dla zdecydowanej większości powodem wdrożenia mechanizmu jest konieczność. Aż 57 proc. zdaje sobie sprawę, że ich partnerzy biznesowi już stosują lub będą stosować tę metodę, a co dziesiąty przedsiębiorca zakłada, że będzie to wymóg państwa, wolą więc dostosować się we własnym zakresie wcześniej. Jako argument część badanych firm (8 proc.) podała chęć dochowania należytej staranności w obrocie gospodarczym. Znikoma część przedsiębiorców czuje się zobligowana do stosowania split payment poprzez współpracę z instytucjami rządowymi albo chce uniknąć w przyszłości ewentualnych problemów z klientami lub urzędami (w obu przypadkach było to 1,6 proc. badanych).

Co trzeci zwolennik split payment dostrzega zalety nowego rozwiązania. Prawie jedna piąta (19,8 proc.) badanych firm wskazuje na powiązane z tym przywileje podatkowe (szybszy zwrot VAT i ograniczenia sankcji lub solidarnej odpowiedzialności, obniżenie VAT-u). Szczególnie dotyczy to branży budowlanej, którą od początku 2017 r. w rozliczeniach wykonawców z podwykonawcami usług budowlanych obowiązuje mechanizm odwróconego VAT. Zgodnie z tym rozwiązaniem to nabywca usług, a nie ich wykonawca jest podmiotem zobowiązanym do rozliczenia podatku VAT. Podwykonawcy wystawiają, więc faktury bez VAT, ale jednocześnie dokonują zapłaty za nabywane towary oraz niektóre usługi z VAT i czekają na jego zwrot z Urzędu Skarbowego. Zdarza się, że trwa to ponad 120 dni. Branża liczy, że mechanizm split payment okaże się bardziej przyjazny.

W praktyce oznacza to, że podwykonawcy wystawiają faktury bez VAT, ale jednocześnie dokonują zapłaty za nabywane towary i niektóre usługi z VAT i czekają na jego zwrot z Urzędu Skarbowego. Zdarza się, że trwa to ponad 120 dni. Branża liczy, że mechanizm split payment okaże się bardziej przyjazny.

Z kolei 15 proc. widzi w propozycji Ministerstwa Finansów ochronę przed nieuczciwościami przy rozliczaniu podatku VAT.

Split paymentŹródło: BIG InfoMonitor

*Badanie „Skaner MSP” przeprowadzone przez Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research, na próbie 500 firm z sektora MŚP w tym na 126 firmach z próby, które wyraziły chęć stosowania split payment.

[i] https://www.wiadomoscihandlowe.pl/artykuly/podzielona-platnosc-bedzie-rozwijana,50192 https://www.pb.pl/system-sprawny-a-bedzie-doskonalszy-943224?smclient=5a3db6aa-7d94-11e6-874d-0cc47a1256ac

PayPal: Nadchodzi era streamingu. Polacy uwielbiają oglądać filmy i seriale online

  • Filmy, seriale i programy telewizyjne to najpopularniejsze rodzaje treści, za jakie płacą Polacy w sieci: ponad połowa ankietowanych konsumentów zadeklarowała taki zakup w ciągu ostatnich trzech miesięcy.
  • Wybierając internetowe platformy wideo, Polacy sprawdzają ilość dostępnych tytułów (72 proc.), możliwość obejrzenia ich na komputerze (47 proc.) oraz urządzeniach mobilnych (42 proc.).
  • Większość Polaków w ciągu ostatnich 3 miesięcy wydała na treści wideo online od 40 do 59 zł, przy wyborze metody płatności kierując się jej szybkością i wygodą użytkowania.
  • Wychodząc naprzeciw tym preferencjom, PayPal jest od teraz dostępny na platformie HBO GO.

Trudno o lepszy dowód na to, że świat staje się naprawdę cyfrowy niż zmiany zachodzące w branży muzycznej, filmowej i telewizyjnej. Obecnie, sam tylko streaming wideo odpowiada za ponad połowę światowego ruchu internetowego[1]. Jako że produkty cyfrowe są coraz ważniejszą częścią e-commerce, PayPal i SuperData przedstawiają wyniki Digital Goods Economy Survey.

Nasi użytkownicy sprzedający i kupujący produkty cyfrowe korzystają przy tym z rozwiązań online. Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się dokładniej przyjrzeć temu, co wpływa na ich popularność. Okazuje się, że decyduje o tym przede wszystkim wygoda – 52 proc. konsumentów kupuje filmy i seriale telewizyjne w wersji cyfrowej, ponieważ dzięki temu nie muszą wychodzić z domu. Z kolei dla 63 proc. liczy się to, że nie muszą czekać, aby je obejrzeć – komentuje Marcin Glogowski, Dyrektor Generalny PayPal w Europie Środkowej i Wschodniej.

Różne urządzenia, treści i gatunki

Polacy wpisują się w europejskie i światowe trendy związane ze streamingiem: 72 proc. Europejczyków właśnie tak ogląda swoje ulubione filmy i seriale (w Polsce to 58 proc. odbiorców). Warto zwrócić uwagę na fakt, że Polska znajduje się w pierwszej szóstce krajów Unii Europejskiej pod względem dostępności usług audiowizualnych na żądanie[2]. Według najnowszego badania PwC Polska, polski rynek mediów i rozrywki może osiągnąć wartość nawet 13,4 mld USD do końca 2022 roku – w porównaniu do oczekiwanych 10,6 mld USD na koniec 2018 roku[3].

Czym kierują się Polacy wybierając platformę streamingową? Przede wszystkim zwracają uwagę na ilość dostępnych tytułów (72 proc.), możliwość obejrzenia ich na komputerze (47 proc.) lub urządzeniu mobilnym (42 proc.). Dla 34 proc. istotne jest także, czy dana platforma daje dostęp do wielu filmów i seriali na raz.

Wśród oglądanych przez Polaków seriali telewizyjnych i filmów, najpopularniejsze kategorie to komedie (75 proc. ankietowanych oglądało je w ciągu ostatnich 3 miesięcy), filmy/seriale akcji (64 proc.) i dramaty (52 proc.). Co ciekawe, prawie tyle samo mężczyzn i kobiet ogląda horrory (odpowiednio 39 proc. i 38 proc.).

Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom współczesnych konsumentów, od teraz PayPal jest dostępny również na platformie HBO GO.

– Kupowanie filmów, seriali czy muzyki online jest jednym z najgorętszych trendów wśród współczesnych przedstawicieli generacji cyfrowej, dlatego tak bardzo cieszymy się ze współpracy z HBO GO – mówi Glogowski. – Metoda płatności ma ogromne znaczenie w przypadku produktów cyfrowych, szczególnie jeśli użytkownik korzysta z urządzenia mobilnego. Płacąc za produkty cyfrowe, czterech na pięciu konsumentów wybiera to rozwiązanie, które jest najprostsze w obsłudze. PayPal pasuje tu doskonale.

***

O badaniu

Badanie przeprowadzono na 25 rynkach i około 25 000 konsumentów na całym świecie (n=1000 dla każdego kraju). Badanie obejmowało wywiad w terenie oraz internetowy kwestionariusz ilościowy. Przeprowadzono je na zlecenie PayPal w 2018 roku przez SuperData Research. Badane kraje: Argentyna, Australia, Brazylia, Kanada, Chiny, Czechy, Francja, Niemcy, Grecja, Hong Kong, Węgry, w Indie, Izrael, Włochy, Japonia, Meksyk, Holandia, Polska, Rosja, RPA, Hiszpania, Szwecja, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Wielka Brytania.

[1] Źródło: Global Internet Phenomena report od Sandvine
[2] Źródło: Yearbook of the European Audiovisual Observatory 2017
[3] Źródło: Perspektywy rozwoju branży rozrywki i mediów w Polsce 2018-2022

Bogdan Łukasik: Handel przyszłości rzuca wyzwanie tradycyjnej roli sklepów

Wraz z rozwojem technologii, rozwiązania wdrażane w handlu online i offline coraz silniej na siebie oddziałują. Klienci oczekują od sklepów możliwości szybkich, wygodnych zakupów, personalizacji i intuicyjnej płatności. W efekcie, sprzedaż stacjonarna pod wpływem trendów społecznych, coraz chętniej sięga po nowe technologie i środki właściwe dla e-commerce. Dzięki temu może lepiej dopasowywać się do zmieniających się wymagań współczesnych klientów. Efektywna strategia musi więc uwzględniać synergię różnych kanałów sprzedaży.

Znaczenie e-commerce dynamicznie rośnie, kosztem sprzedaży detalicznej. Według prognoz PlanetRetail RNG do 2023 r. zakupy online na świecie będą stanowiły ponad jedną czwartą globalnego łańcucha sprzedaży (wzrost z 21% w 2018 r.). Nie zmienia to faktu, że w najbliższych latach większość sprzedaży nadal będzie odbywała się w placówkach handlowych. W przestrzeni sklepowej prezentowane są produkty, które konsument może dotknąć, obejrzeć, powąchać czy przymierzyć, co w efekcie wpływa na ilość zakupywanych towarów. Jednak podczas pobytu w sklepie może korzystać równolegle z wielu kanałów zakupowych. Dlatego prezentacja produktów w placówce handlowej powinna przyciągać uwagę i budzić zainteresowanie, uzupełniając zakupy online.

Zakupy e-Klienta

Gospodarstwa domowe na całym świecie kurczą się. To efekt nowoczesnego stylu życia i czynników społeczno-ekonomicznych. Równolegle społeczeństwo globalnie się starzeje. Prognozy z opracowanego w 2017 r. raportu „World Population Prospects są alarmujące – obciążenie demograficzne rokrocznie wzrasta i w 2030 r. osiągnie poziom 18% (dla porównania w roku 2000 wyniósł 11%). To zmusi rządy do podjęcia dodatkowych działań zabezpieczających tę grupę społeczną, napędzając tym samym erozję klasy średniej. Zachodzące zmiany będą miały również wpływ na kształtowanie się rynku detalicznego. Obserwujemy zderzenie pokoleń klientów, co wymusza na nas zróżnicowanie taktyki w kontaktach z młodszym, cyfrowo-rozwiniętym pokoleniem i starszymi konsumentami. Niezależnie od wieku, konsumenci oczekują od detalistów rozwiązań, które poprawią wygodę robienia zakupów.

Wg badań przeprowadzonych w zeszłym roku przez CBOS, z telefonów komórkowych korzysta 92% dorosłych Polaków. Smartfona używa ponad połowa (57%), a ponad dwie piąte (43%) – klasycznego telefonu komórkowego. Coraz większa aktywność cyfrowa i dynamiczny tryb życia wymagają od nas szybkiego pobierania i przetwarzania informacji. Z punktu widzenia detalisty jest również istotne w kontekście naszych ścieżek zakupowych. Dawniej, podczas zakupów wykazywaliśmy się ograniczoną aktywnością, dziś mamy znacznie bardziej rozproszoną uwagę. To całkowicie przekształca sposób, w jaki absorbujemy informacje o produkcie. Jesteśmy coraz bardziej impulsywni, a jednocześnie chcemy, aby zakupy przebiegały szybko i wygodnie. Widocznym przykładem zachodzących zmian jest wzrost popytu na produkty on-the-go – łatwych w przygotowaniu, wygodnych i porcjowanych, gotowych do spożycia od razu po zakupie.

Bogdan Łukasik, szef rady nadzorczej Modern-Expo Group
Bogdan Łukasik, szef rady nadzorczej Modern-Expo Group

– Ponieważ klienci coraz częściej nad potrzebę konsumpcji stawiają przeżywanie pozytywnych doświadczeń, sprzedawcy detaliczni powinny zastanowić się nad rearanżacją przestrzeni sklepu – mówi Bogdan Łukasik, szef rady nadzorczej Modern-Expo Group – międzynarodowego producenta kompleksowego wyposażenia dla branży retail. – Rosnące znaczenie kanału online rzuca wyzwanie tradycyjnej roli sklepów, zmuszając ich właścicieli do różnicowania swojej oferty i przekształcania w platformy łączące w sobie wszystkie kanały sprzedaży. Przestrzeń sklepowa powinna atrakcyjnie prezentować produkty i inspirować do ich kupna, nawet jeśli transakcja zostanie finalnie zrealizowana przez Internet – dodaje Łukasik. Jak wynika z badania, przeprowadzonego w tym roku przez Trusted Shops wraz z SW Research „Generacja Z na zakupach w Internecie”, 84% Polaków w wieku 18-24 lat z dostępem do Internetu kupuje online przynajmniej raz w miesiącu. Jednak to w sklepie stacjonarnym mogą fizycznie przetestować produkt i podjąć decyzję o jego zakupie. To, co zachęci go do zakupów, to z pewnością jednorodna polityka cenowa (online i offline) zachowanie spójności promocji i rabatów, czy też łatwość wymiany lub zwrotu produktu. – Ciekawym przykładem łączenia tradycyjnego handlu z e-commerce jest rosnąca na popularności usługa click and collect (ang. kliknij i odbierz), w której konsument wprawdzie zamówienie składa przez Internet bądź aplikację mobliną, jednak finalnie po odbiór produktu zgłasza się do sklepu stacjonarnego – wyjaśnia ekspert.

Handel przyszłości będzie bazował na m-commerce

Rozpowszechnienie smartfonów, które obecnie wypierają telefony komórkowe, spowodowało wzrost dostępności Internetu i różnorodnych aplikacji. – Smartfon i inne urządzenia przenośne pozwalają nam łączyć się z siecią gdziekolwiek jesteśmy. Dzięki łatwej dostępności, klienci coraz chętniej realizują swoje potrzeby zakupowe mobilnie. Oczekują przede wszystkim bezproblemowej i szybkiej płatności oraz wsparcia w zakupach w oparciu o ich indywidualne zapotrzebowanie. – tłumaczy Bogdan Łukasik. Przykładem rozwiązania jest inteligentny wózek. Nowoczesne urządzenie autoryzuje klienta poprzez system lojalnościowy, umożliwia synchronizację listy zakupów dzięki aplikacji mobilnej i w czasie rzeczywistym wskazuje trasy do każdego produktu. Klient robiący zakupy z pomocą inteligentnego wózka, może przejść przez strefę kasjera bez czekania w kolejce, realizując płatność za pomocą karty kredytowej lub aplikacji bankowej.

Technologia będzie wspierać, a nie eliminować tradycyjny handel. Jednak rosnące znaczenie e-commerce wymaga wdrożenia nowych rozwiązań także w trybie offline. – podsumowuje Bogdan Łukasik z Modern Expo.

Kurs funta umocnił się

Mimo, iż główna para oraz złoty w relacji do euro i dolara amerykańskiego zakończyły tydzień na niemal niezmienionym poziomie, w minionym tygodniu na rynku walutowym nie brakowało wahań. Jedną z najlepiej radzących sobie głównych walut okazał się funt brytyjski, który odrobił część ostatnich strat.        

Ubiegły tydzień przyniósł wzrosty na globalnych rynkach akcji i papierów dłużnych. Pod koniec tygodnia na rynki napłynęła informacja, iż w raczej nieodległej przyszłości prawdopodobnie można spodziewać się umowy handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami. W związku z obiema kwestiami w drugiej części tygodnia istotnie tracił dolar amerykański, który osłabiał się względem większości walut G10 z wyjątkiem walut uznawanych za bezpieczne (czyli względem jena japońskiego i franka szwajcarskiego).

Waluty gospodarek wschodzących zachowywały się niejednoznacznie. Spadek globalnych cen ropy negatywnie odbił się na walutach krajów w istotnym stopniu zależnych od wydobycia surowca, takich jak rubel rosyjski czy meksykańskie peso. Z kolei większość walut Azji doświadczyła wyraźnego umocnienia.

W tym tygodniu na sytuację na rynku walutowym mogą wpłynąć wyniki wtorkowych wyborów uzupełniających do amerykańskiego Kongresu. Zgodnie z najbardziej prawdopodobnym scenariuszem Partia Demokratyczna uzyska większość w Izbie Reprezentantów, natomiast Republikanie utrzymają kontrolę nad Senatem. W przypadku, gdyby Partia Republikańska uzyskała większość w obu izbach Kongresu, dolar najprawdopodobniej doświadczy umocnienia – w takim scenariuszu bowiem najszybciej dojdą do skutku proponowane przez amerykańską administrację kolejne obniżki podatków. Jeżeli jednak okaże się, że to Demokraci uzyskają większość w senacie, dolar może doświadczyć osłabienia – nie tylko ze względu na prawdopodobny paraliż legislacji, ale również z uwagi na fakt, iż Kongres mógłby rozpocząć dochodzenia ws. potencjalnego naruszania prawa przez Biały Dom.

PLN

Zarówno w relacji do euro, jak i dolara amerykańskiego, złoty zakończył ubiegły tydzień na poziomach zbliżonych do tych z jego rozpoczęcia. Polska waluta osłabiła się natomiast w parze z funtem brytyjskim – kurs GBP/PLN zakończył tydzień wzrostem rzędu 1%.

W kontekście ubiegłego tygodnia warto wspomnieć o kilku danych z Polski. Dynamika cen w październiku okazała się niższa od szacunków konsensusu i odczytu z poprzedniego miesiąca i wyniosła 1,7% w ujęciu rocznym. Relatywnie niska dynamika cen, w krótkim terminie, nie ma większego wpływu na złotego, jednak docelowo nie sprzyja polskiej walucie, gdyż przekłada się na opóźnianie tempa podwyżek stóp procentowych ze strony NBP.

Po drugie, w ubiegłym tygodniu rozczarowały również dane o aktywności w sektorze przemysłowym. Indeks PMI dla sektora w październiku wprawdzie okazał się lepszy od oczekiwań konsensusu, pozostał również powyżej poziomu 50, oddzielającego ekspansję od kurczenia się sektora. Mimo to, znajduje się on obecnie niebezpiecznie blisko tej granicy (w ostatnim miesiącu pomiarów – 50,4), a jego kompozycja sugeruje, że „przejście na drugą stronę” w najbliższym czasie jest bardzo prawdopodobne. Trzeci miesiąc z rzędu spadały zamówienia eksportowe. Co istotne w październiku spadło również zatrudnienie – po raz pierwszy od 5 lat. A obok kwestii zewnętrznych, to właśnie ograniczenia w podaży pracy są jednym z istotnych czynników wpływających negatywnie na aktywność w sektorze. Uwzględniając sytuację i perspektywy rynku pracy niewykluczone, że sektor będzie z tego powodu cierpiał również w kolejnych miesiącach.

Wydarzeniem bieżącego tygodnia w Polsce będzie środowe spotkanie Narodowego Banku Polskiego. Oczywiście, uwzględniając to, iż nikt nie spodziewa się zmian stóp procentowych ani teraz ani w najbliższej przyszłości bardziej istotna od samej decyzji będzie konferencja prasowa Banku po spotkaniu.

GBP

Szterling ma za sobą jeden z lepszych tygodni od co najmniej kilku miesięcy. Walutę Wielkiej Brytanii wspierały zarówno bardziej jastrzębi od oczekiwanego ton Banku Anglii, jak i pogłoski o tym, że w negocjacjach ws. Brexitu może niebawem dojść do przełomu. O ile zgodnie z oczekiwaniami konsensusu Komitet Polityki Monetarnej nie zdecydował się na podwyżkę stóp procentowych, decydenci dali jasno do zrozumienia, że obecne spowolnienie gospodarcze w Wielkiej Brytanii uznają jedynie za chwilowe. W sprawie Brexitu, według doniesień prasy, Unia Europejska jest skłonna zrobić kilka ustępstw, które pozwoliłyby Wielkiej Brytanii na tymczasowy dostęp do wspólnego rynku dóbr. Doprowadziło to do umocnienia funta.

W nadchodzącym tygodniu poznamy dane o dynamice PKB w Wielkiej Brytanii w III kwartale. Oprócz tego dla funta istotna będzie sytuacja na głównej parze oraz potwierdzenie lub zaprzeczenie ostatnich doniesień prasy w kwestii Brexitu.

EUR

Euro zakończyło ubiegły tydzień na mniej więcej tym samym poziomie, na którym go rozpoczęło. Wspólna europejska waluta doświadczyła wahań w obie strony – słabe dane o ekspansji gospodarczej w trzecim kwartale były równoważone ożywieniem inflacji bazowej. Nieobfitujący w istotne dane kalendarz ekonomiczny w tym tygodniu oznacza, że kurs euro powinien kształtować się w zależności od czynników zewnętrznych, w tym m.in. wyników wyborów w USA.

USD

Niektóre słabsze odczyty z USA zostały przyćmione przez bardzo dobry raport z amerykańskiego rynku pracy. Oprócz wysokiego poziomu kreacji nowych miejsc pracy i wyższego uczestnictwa w rynku pracy, wreszcie zaobserwowaliśmy wzrost średnich płac o tempie przewyższającym 3%. Dokładnie na takie dane czekała Rezerwa Federalna. O ile podczas listopadowego spotkania bank centralny nie podniesie stóp procentowych, o tyle dane o wzroście płac dają FOMC zielone światło umożliwiające kontynuację zacieśniania polityki monetarnej, z kolejną podwyżką nadchodzącą w grudniu.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury Polska

Polityka we Francji. Neutralne wybory w Polsce

Kolejne głosy w sprawie stóp procentowych w Polsce i znów brak konkretów. Poparcie formacji prezydenta we Francji topnieje na rzecz prawicy Marine Le Pen. Koniec wyborów samorządowych w Polsce.

Co z tymi stopami procentowymi?

W zeszłym tygodniu analitycy Deutsche Banku przewidywali podwyżkę stóp procentowych już w połowie przyszłego roku. Wypowiedzi członków RPP nie potwierdzają jednak tych przewidywań. Czytając je można jednak dojść do wniosku, że jednomyślność tego gremium skończy się już w najbliższych miesiącach. Jest zgoda co do dużego wpływu sytuacji w strefie euro na moment rozpoczęcia podwyżek. Z drugiej strony coraz więcej państw podnosi stopy procentowe już teraz nie czekając na działania EBC. Dobrym przykładem są chociażby Czesi, którzy już teraz mają wyższe stopy procentowe niż Polacy. Jaki wpływ mają stopy procentowe na waluty? Im wyższe stopy procentowe tym wyższe oprocentowanie inwestycji o niskim ryzyku. W rezultacie waluta taka drożeje, bo więcej inwestorów chce ją kupić.

Kolejna zmiana we Francji?

Zbliżające się wybory do europarlamentu pokazują bardzo niepokojącą dla rynków tendencje. Bardzo lubiana przez inwestorów formacja obecnego prezydenta traci poparcie. Zyskuje na znaczeniu Front Narodowy Pani Marine Le Pen. Jest to partia uważa często za skrajnie prawicową budzi lęk rynków. Podobnie jak zresztą większość antyestablishmentowych formacji. Gdyby jej wpływy dalej rosły byłby to sygnał by ostrożniej patrzeć na drugą największą gospodarkę strefy euro. To z kolei będzie się negatywnie przekładać na europejską walutę.

Druga tura wyborów bez wpływu na rynki

Wybory samorządowe w Polsce w większości najważniejszych ośrodków zakończyły się w pierwszej turze. To właśnie dlatego druga tura nie była już tak uważnie obserwowana. W piątkowy wieczór przed zamknięciem rynków było widać wyraźny ruch umacniający złotego. Jest to dziwna sytuacja, gdyż przeważnie inwestorzy wycofują się z rynków tuż przed wyborami. Tutaj jednak najwyraźniej nie widzieli ryzyk. Sam wybory przebiegły spokojnie i w większości przewidywalnie co dodatkowo uspokoiło rynki.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Work Service: Polscy emigranci pojadą pracować do krajów skandynawskich

Nadchodzący Brexit znacząco zmienia preferencje Polaków, którzy chcieliby wyjechać do pracy za granicę. Obecnie jedynie 3% z nich rozważa emigrację na Wyspy Brytyjskie. Najpopularniejszym kierunkiem wyjazdów, z wynikiem 23,3%, niezmiennie pozostają Niemcy. W pierwszej trójce wyboru polskich emigrantów znalazły się również Norwegia i niespodziewanie po raz pierwszy Szwecja – wynika z najnowszego raportu „Migracje Zarobkowe Polaków IX” przygotowanego przez Work Service, który w całości zostanie zaprezentowany 13 listopada br. Co ciekawe jednym z głównych powodów do emigracji zarobkowej są dla Polaków lepsze warunki socjalne.

Jeszcze rok temu dla niemal 19% Polaków rozważających emigrację w celu podjęcia pracy pierwszym wyborem była Wielka Brytania. Jej nadchodzące wyjście z Unii Europejskiej, spowodowało jednak znaczące zmiany w preferencjach rodaków dotyczących kierunków emigracji. W ciągu ostatniego roku odsetek osób planujących wyjazd do Zjednoczonego Królestwa spadł aż o 16 pp. i wynosi dziś zaledwie 3%. Zdecydowany wpływ na to miały informacje z ostatnich miesięcy na temat zaostrzenia tamtejszej polityki migracyjnej, a także brak porozumienia pomiędzy Londynem a Brukselą. Narastająca niepewność wokół możliwości zarobkowych na Wyspach spowodowała znalezienie bezpieczniejszych przystani na kontynencie Europejskim. Polacy zaliczyli do nich Niemcy, kraje skandynawskie i Holandię.

Wśród najczęściej wskazywanych przez Polaków kierunków wyjazdu po raz kolejny prym wiodą Niemcy. W najnowszym badaniu Work Service taką deklarację złożyło 23,3% respondentów. To wynik o 9 pp. niższy w stosunku do poprzedniej edycji raportu i wyników sprzed roku. Co ciekawe drugie miejsce zajęła Norwegia (15,6%), która w stosunku do ubiegłego roku zyskała 4,2 pp. Jednym z największych zaskoczeń raportu okazało się trzecie miejsce na podium najczęściej wybieranych przez Polaków krajów do emigracji – Szwecja, która w historii badań nigdy nie uzyskała wskazań przekraczających 5%, w obecnym stała się pierwszym wyborem 14,7% ankietowanych. Z drugiego na czwarte miejsce w ciągu ostatnich sześciu miesięcy spadła Holandia, co naturalnie wynika z sezonowej zmiany po zakończeniu okresu letniego.

Atrakcyjność kierunków skandynawskich to skutek panującej niepewności wokół zatrudnienia emigrantów w Wielkiej Brytanii, która w wyniku obaw przed Brexitem spadła na 5. pozycję naszego zestawienia. Jest to wynik najniższy od 2014 roku – mówi Tomasz Ślęzak, Wiceprezes Zarządu Work Service S.A. – Z kolei Norwegia, jak i Szwecja, kojarzone są z wysokimi zarobkami, które mogą być nawet 4-5 razy wyższe niż w Polsce, a także z dobrą opieką socjalną.  Nasze najnowsze badanie pokazuje, że nawet dla 31% Polaków lepsze warunki socjalne stanowią zachętę do wyjazdu za granicę, co naturalnie wpływa na wybór Skandynawii – dodaje Ślęzak.

Polscy emigranci pojadą pracować do krajów skandynawskich

***

Metodologia badania:

Dane prezentowane w ramach raportu Migracje Zarobkowe Polaków zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut badawczy Kantar Millward Brown S.A. Badanie zostało zrealizowane w okresie 19-23 września 2018 r. Badanie zrealizowano na próbie N=593 osób pracujących, bezrobotnych, uczących się oraz przebywających na urlopach macierzyńskich i wychowawczych. Próbę dobrano z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (zgodnej ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania). Wykluczono z niej osoby będące poza rynkiem pracy: emerytów, rencistów oraz osoby zajmujące się domem. Wyniki poddano procedurze ważenia na podstawie struktury zmiennych rekrutacyjnych wg danych GUS. Dokładność wyników zależy o liczebności analizowanej grupy i odsetka odpowiedzi. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby N=593 to +/- 4,1%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach projektu CATIBUS.

Postępowania sanacyjne w trzecim kwartale 2018

W trzecim kwartale 2018 roku nadal obserwujemy   wzrostowy trend liczby otwieranych postępowań restrukturyzacyjnych. Według raportu Zimmerman Filipiak Restrukturyzacja SA, przygotowanego we współpracy ze SpotData, szacowana liczba restrukturyzacji otwartych między lipcem a wrześniem 2018 wynosi 138 i jest aż o 60 proc. wyższa niż w III kwartale poprzedniego roku. Branżami, w których jest najwięcej restrukturyzacji pozostają przemysł oraz handel.

Nadal rośnie przewaga popularności postępowań restrukturyzacyjnych nad upadłościami – o ile w okresie styczeń-wrzesień poprzedniego roku restrukturyzacje stanowiły 37% wszystkich niewypłacalności, tak teraz jest to aż 44 proc.

Przy rosnącej liczbie nowych postępowań, liczba zatwierdzanych układów spadła w trzecim kwartale do 23 z 44, które zatwierdzono w wyjątkowo dobrym ostatnim kwartale 2017 roku. Świadczy to o dość niskiej skuteczności postępowań i przedłużającym się czasie ich trwania.

Na podstawie stanu wiedzy po trzecim kwartale utrzymujemy naszą prognozę, że obecny rok zakończy się liczbą 450-500 nowych restrukturyzacji (przy 380 w roku 2017).

Liczba otwieranych postępowań sanacyjnych od połowy 2017 roku fluktuuje wokół 30 w ciągu kwartału. W III kwartale 2018 roku otwarto 33 postępowania w tym trybie, czyli najwięcej od początku istnienia Prawa Restrukturyzacyjnego w Polsce.

Efektywność postępowań sanacyjnych jest cały czas relatywnie niska (dwa razy częściej postępowanie jest umarzane niż zatwierdzany jest układ). W ostatnim kwartale wystąpiła w tej kwestii istotna poprawa. Najprawdopodobniej (dane estymowane) zatwierdzono aż 8 układów.

Struktura geograficzna otwieranych postępowań nie różni się istotnie od struktury wszystkich postępowań restrukturyzacyjnych – liderem pozostaje Sąd Rejonowy dla m. st. Warszawy, a po nim sądy rejonowe w największych miastach.

Od początku roku medianowy czas procedowania 3 z 5 najważniejszych etapów postępowania sanacyjnego wydłużył się. Szybciej niż miało to miejsce wcześniej dokonywane są umorzenia. Nieznacznie krócej zajmuje również sądom otwieranie postępowań – mierzymy ten czas od momentu zabezpieczenia majątku. Aż o 17 dni roboczych wydłużył się medianowy czas od otwarcia postępowania do zatwierdzenia układu. Długi czas procedowania wynika niewydolności sądów rozpoznających sprzeciwy, a także z powodu potrzeby  wdrożenia wielu działań restrukturyzacyjnych.

Postępowanie sanacyjne jest jednym z dwóch postępowań, cieszących się wśród dłużników największym zainteresowaniem. W tej formie odbywa się około 25% restrukturyzacji.  

Ze względu na ich charakter odsetek umorzeń zawsze będzie wyższy niż zatwierdzonych układów. Jest to sytuacja normalna, gdyż często stan finansowy dłużnika decydującego się na ten rodzaj procedury jest często krytyczny. Do tego dochodzą trudności wynikające z realiów rynku.

Mimo wielu trudności, napotykanych przez firmy, które rozpoczęły postępowanie sanacyjne, otoczenie restrukturyzacji w Polsce jednak dojrzewa i udanych sanacji będzie coraz więcej.

Jednak w chwili obecnej statystycznie na 27 zatwierdzonych układów przypada 57 umorzonych postępowań sanacyjnych. Oznacza to, że dłużnik w sanacji ma dwa razy większe szanse na umorzenie postępowania i w konsekwencji upadłość niż na skuteczne zawarcie układu. Nie wykluczone więc, że po podsumowaniu kolejnego roku obowiązywania Prawa restrukturyzacyjnego konieczna okaże się nowelizacja ustawy – bez wątpienia bowiem w sanacji pokładano największe nadzieje i brak spodziewanego efektu musi budzić zaniepokojenie.

Szumowski: Eksport to przyszłość polskiej branży alkoholowej

Brak stabilizacji prawa dla produktów alkoholowych, a dokładnie spirytusowych, jest największą barierą rynku wewnętrznego w Polsce. Powstają dysproporcje między kategoriami. Preferowane są słabsze alkohole, które mają też niższy podatek akcyzowy. Jeśli chodzi o rynek zewnętrzny, to przyszłością polskich alkoholi jest eksport.

– Powinniśmy koncentrować się na kierowaniu naszych produktów za granicę i odpowiedniej ich promocji – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Szumowski, prezes Stowarzyszenia Polska Wódka – Stanowią one doskonały element narodowego prezentu. To także uzupełnienie polskiej oferty kulinarnej. Pod tym względem powinny być promowane, aby sięgać dalej. Rodzimy rynek jest już względnie nasycony i ustabilizowany. Problemem stają się obostrzenia legislacyjne i zaciskająca się pętla wokół alkoholu w myśl polityki prozdrowotnej. W tym przypadku znaczenie ma edukacja, a nie restrykcyjne prawo i regulacje. Polskie alkohole, a w szczególności wódka, stanowią rodzaj lodołamacza torującego drogę dla eksportu innych rodzimych towarów – niekoniecznie spożywczych. Kojarzy się ją z wysoką jakością i odpowiednią ceną. Do tego sięga przecież do kolebki – bo tradycja związana z wódką narodziła się przecież w Polsce, a nie w Rosji czy innych krajach – wyjaśnił Szumowski.

Firmy często testują nowe rozwiązania na realnych danych swoich klientów. To zwiększa ryzyko ich kradzieży

Firmy często testują nowe rozwiązania na realnych danych swoich klientów. To zwiększa ryzyko ich kradzieży 5

Wiele firm testuje nowe rozwiązania, opierając się na rzeczywistych danych obecnych klientów lub kontrahentów. Takie środowisko testowe zwiększa ryzyko wycieku poufnych informacji. To z kolei naraża przedsiębiorstwo na poważne konsekwencje – zarówno finansowe, wizerunkowe, jak i prawne, związane z RODO. Polska firma opracowała rozwiązanie, które zapewnia bezpieczeństwo i wiarygodność danych w środowisku nieprodukcyjnym. Informacje są anonimizowane w oparciu o polskie algorytmy, ale zachowują przy tym realizm i właściwości statystyczne.

– Testy i wdrożenia są najbardziej newralgicznym obszarem, w którym najczęściej dochodzi do wycieku danych. Zwykle te dane znajdują się poza systemem zabezpieczeń organizacji, dosyć często dochodzi do uproszczeń przy budowaniu środowisk testowych i wykorzystywane są dane produkcyjne, co może później powodować kłopoty. Zdarza się, że ktoś wykorzysta te dane w sposób niezgodny z polityką firmy. Z badań wynika, że jeden taki incydent bezpieczeństwa może kosztować organizację średnio 3,6 mln dol., a wyciek jednego rekordu danych to średnio koszt 141 dol. Każdy taki przypadek to też utrata reputacji, co już dużo trudniej wycenić – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Szadkowski, prezes Soflab Technology.

Wyciek danych klientów czy kontrahentów albo informacji dotyczących przedsiębiorstwa, takich jak raporty finansowe czy plany rozwoju, to dla firm zagrożenie, które może powodować ogromne straty zarówno finansowe, jak i wizerunkowe. Pokazuje to choćby ostatni przykład koncernów motoryzacyjnych. W lipcu br. 160 GB danych – w tym również takich, które były objęte klauzulą poufności – trafiło na publiczne serwery. Do sieci trafiły m.in. poufne dane Forda, General Motors, Tesli i Volkswagena.

Do takiego wycieku może dojść w wyniku ataku hakerskiego (według KPMG w ubiegłym roku 82 proc. polskich firm odnotowało przynajmniej jeden cyberincydent), jednak główną przyczyną jest czynnik ludzki, czyli celowe działanie albo zwyczajny brak ostrożności ze strony pracowników.

 Średni czas wykrycia takich incydentów to 191 dni, natomiast z badań wynika, że 56 proc. organizacji nigdy nie wykrywa wycieku danych. Dowiaduje się o tym od swoich klientów i dopiero wtedy uruchamiana jest cała procedura wyjaśniania zaistniałej sytuacji i poszukiwania źródeł problemu – mówi Tomasz Szadkowski.

Eksperci podkreślają, że środowisko testowe lub deweloperskie jest jednym z tych obszarów w firmie, gdzie najłatwiej dochodzi do wycieku danych. Tworzenie środowiska, które odwzorowuje dane produkcyjne, jest skomplikowane i czasochłonne. Dlatego często testy są przeprowadzane na danych rzeczywistych, np. klientów lub kontrahentów firmy. To jednak wiąże się z ryzykiem, że dostęp do nich będą mieć osoby nieuprawnione albo nie zostaną zachowane należyte środki bezpieczeństwa.

– Nie ma na rynku rozwiązań, które ograniczałyby wycieki danych w 100 proc. Dlatego istotne jest, żeby dane zabezpieczyć nie tylko od strony technicznej, lecz także od strony formalnej. Zawsze mamy do czynienia z technicznymi zabezpieczeniami czy monitoringiem, a z drugiej strony z użytkownikiem, który te dane wprowadza i nimi operuje. Tu pojawia się problem. O ile w przypadku produkcji każdy z operatorów jest świadom, że pracuje na danych klienta, o tyle w środowisku nieprodukcyjnym, podczas testów i szkoleń, ten sam użytkownik już nie pomyśli, że te informacje mogą być kopią danych z produkcji i pozostają wrażliwe – mówi Marcin Myrta, Business Intelligence i Smart Data Unit Manager w Soflab Technology.

Polska firma specjalizująca się w testowaniu i zapewnianiu jakości rozwiązań ICT opracowała rozwiązanie, które zapewnia bezpieczeństwo, spójność i wiarygodność danych w środowisku nieprodukcyjnym.

– Soflab GALL pozwala usunąć dane wrażliwe ze środowisk testowych i szkoleniowych. Te dane są anonimizowane, zaciemniamy je, miksujemy, zmieniamy. Robimy to jednak w taki sposób, aby nadal statystycznie i analitycznie odzwierciedlały produkcję – mówi Marcin Myrta.

Anonimizacja danych przez system Soflab GALL oznacza, że przykładowo zamaskowany wiek klienta nadal znajduje się w tej samej grupie, a suma kontrolna PESEL lub karty kredytowej jest obliczana poprawnie. Co istotne, anonimizacja odbywa się w oparciu o polskie algorytmy. W ten sposób osoby, które pracują na tych danych, nie zauważają różnicy i mogą skutecznie przeprowadzać testy, programować czy wykonywać analizy. Jednocześnie ryzyko wycieku i ujawnienia poufnych informacji zostaje wyeliminowane.

 Trzeba podkreślić, że jest to polskie rozwiązanie. Inne narzędzia dają być może zbliżone wyniki, natomiast GALL nastawiony jest na stricte polskie algorytmy. To nie będzie national ID, ale nasz polski numer PESEL albo NIP wylosowany spośród takich, które mają szansę faktycznie wystąpić na polskim rynku. Jeżeli oprogramowanie, którego używamy, w jakiś sposób waliduje te numery, to Soflab GALL jest na to przygotowany – podkreśla Marcin Myrta.

Bezpieczeństwo danych ma kluczowe znaczenie zwłaszcza teraz, kiedy od maja br. obowiązuje RODO, czyli ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych. Nakłada ono na firmy oraz wszystkie podmioty przetwarzające dane wyśrubowane wymogi dotyczące ich ochrony. Za niespełnienie należytych standardów firmom grożą wysokie kary. Rozwiązanie opracowane przez Soflab zapewnia bezpieczeństwo, a także umożliwia realizację prawa do zapomnienia, które jest jednym z najważniejszych wymogów RODO.

PGE, TVN i Polsat to najsilniejsze marki na polskim rynku. Najlepiej oceniana jest Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”

PGE, TVN i Polsat to najsilniejsze marki na polskim rynku. Najlepiej oceniana jest Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą” 6

PGE Polska Grupa Energetyczna, TVN, Polsat, Mercedes, BMW, „Gazeta Wyborcza” i „Przegląd Sportowy” – to najsilniejsze brandy na polskim rynku, które znalazły się na czele rankingu Top Marka 2018, przygotowanego przez Press-Service Monitoring Mediów oraz Magazyn Press. Na jego potrzeby przeanalizowano 52 mln materiałów z prasy, internetu i mediów społecznościowych. Badanie pokazało, że najlepiej postrzeganym brandem, który cieszy się najwyższym wskaźnikiem sentymentu, jest Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”, z kolei największe zasięgi buduje Grupa TVN. 

– Polskie marki są coraz silniejsze. Świetnie wykorzystują nadarzające się okazje związane z rewolucją medialną. Potrafią łączyć swoją komunikację, zarówno w mediach tradycyjnych, jak i w mediach społecznościowych, budując zaangażowanie. Często działają niekonwencjonalnie, podejmują takie praktyki, które wzbudzają jakieś emocje, w tym także negatywne, ale wszystko to powoduje, że na tle innych marek naprawdę potrafią się wyróżnić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sebastian Bykowski, dyrektor generalny PRESS-SERVICE Monitoring Mediów.

Top Marka to największy ranking medialności brandów na polskim rynku. Tegoroczna, XI edycja badania objęła aż 500 marek z 50 branż. Na potrzeby badania przeanalizowano łącznie 1 mln tekstów prasowych, 5 mln internetowych i aż 46 mln postów w mediach społecznościowych opublikowanych w okresie od 1 lipca 2017 roku do 30 czerwca br.

– Na tej podstawie wyłoniliśmy kilkaset różnych marek i uporządkowaliśmy je w 50 branżach. Z tego się zrodził ranking 500 najbardziej medialnych marek i brandów w polskiej przestrzeni medialnej – mówi Sebastian Bykowski.

W tegorocznej edycji autorzy wprowadzili nową metodologię badania. O pozycji danego brandu w rankingu zadecydowała siła marki określana jako wypadkowa kilku zmiennych (liczby publikacji, impaktu i indeksu sentymentu) świadczących zarówno o liczbie kontaktów odbiorców z marką, jak i jakościowej ocenie komunikatu na jej temat. Raport uwzględnia także inne elementy, jak np. rankingi branżowe, które miały wpływ na jego ostateczny kształt.

– Top Marka to największe badanie aktywności medialnej firm w polskiej przestrzeni medialnej. Tegoroczna edycja inicjatywy jest już jedenastą, co przez te wszystkie lata pozwoliło nam dostrzec różnego rodzaju trendy i zmiany zarówno na rynku medialnym, jak i w zakresie komunikacji, dlatego postanowiliśmy wprowadzić wiele modyfikacji w samej metodologii. W pewien sposób kluczową rzeczą, którą nam się udało zrobić, to było sprowadzenie doniesień medialnych, zarówno z mediów tradycyjnych, jak i z mediów społecznościowych, do takiego wspólnego mianownika, którym jest właśnie impact, zasięg który jest generowany przez informacje, jak i kontekst – mówi Sebastian Bykowski.

Jak podkreśla, kluczowy wniosek z tegorocznego badania jest taki, że liczy się nie tylko liczba doniesień medialnych dotyczących danej marki, lecz także ich wydźwięk i dotarcie do odbiorców. Badanie Top Marka pozwala analizowanym brandom porównać się na tle bezpośredniej konkurencji, ale i szerzej, w odniesieniu do innych branż. Ranking jest rodzajem komunikacyjnego drogowskazu i stanowi dla firm punkt wyjścia do tworzenia i modyfikowania strategii w tym zakresie.

– Dla firm, które chcą badać swój wizerunek, wartościową informacja jest określenie czy publikacje na ich temat osiągnęły określony zasięg. W zależności od tego, jaki cel strategiczny ma dana marka, dobiera odpowiednie narzędzie. Jeżeli chce szeroko rozpropagowywać informacje o sobie, może wybrać media tradycyjne, które świetnie sprawdzają się w tej roli. Kiedy chce raczej aktywizować społeczności wokół siebie, oczywiście wtedy lepszy będzie internet czy media społecznościowe. To wydaje się takim najbardziej wyraźnym trendem, że firmy, które stosują działania o charakterze public relations, zatrudniają dziś również specjalistów od mediów społecznościowych – mówi Sebastian Bykowski.

W tym roku topową marką całego rankingu została PGE Polska Grupa Energetyczna. O jej przewadze nad dwiema kolejnymi markami w badaniu zdecydował wyższy indeks sentymentu. Na 2. miejscu znalazł się TVN, który wyprzedził Polsat. Czwarte miejsce należało do Mercedesa, a pierwszą piątkę zestawienia zamknęło BMW. Na trzy kolejne miejsca trafiły tytuły prasowe – „Gazeta Wyborcza”, „Przegląd Sportowy” i „Super Express”. Na 9. miejscu znalazła się marka samochodów premium – Audi. Natomiast miejsce 10. rankingu należy do TVP Info. Ostatecznie w pierwszej dziesiątce rankingu 500 najsilniejszych marek znalazło się aż sześć brandów mediowych, trzy marki motoryzacyjne i jedna energetyczna.

– Oczywiście my również badamy wydźwięk tych informacji. Dla nas jest kluczowe to, czy informacje są pozytywne, neutralne czy negatywne. W tym kontekście wpływa to również na to, czy dana marka ma mocny wizerunek, czy też znajduje się w słabszej formie – mówi Sebastian Bykowski.

W tegorocznym rankingu Top Marka 2018 najwyższy indeks sentymentu odnotował brand z kategorii projekty charytatywne – Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”. Nieco niższą ocenę uzyskała sieć apteczna Super-Pharm. Trzecią najlepiej ocenianą marką została Szlachetna Paczka. Natomiast top 5 marek o największym wskaźniku dotarcia informacji otworzył TVN, za którym uplasowały się kolejno „Gazeta Wyborcza” oraz Polska Grupa Energetyczna.

– W świecie, w którym wiele produktów i usług jest do siebie bardzo podobnych – język komunikacji jest tym, co zapamiętują odbiorcy. Często ten wizerunek medialny decyduje o wyborze konkretnej usługi lub produktu przez konsumentów. Dużą rolę odgrywają w tym media, które są coraz silniejsze w tym procesie kreowania wizerunku. Dziś nie mówimy już o opiniach dziennikarzy i redaktorów z mediów profesjonalnych albo o opiniach naszych bliskich i znajomych, bo te dwa światy mocno się przeniknęły. W zasadzie mamy dziś do czynienia z jedną platformą medialną, w której spotykamy zarówno opinie profesjonalnych dziennikarzy, blogerów, influencerów, jak i opinie naszych najbliższych. To są ważne informacje dla firm i marek, bo komunikację można w dużym stopniu monitorować i mierzyć. Dzięki temu jesteśmy w stanie badać, jakie przekazy przenikają do świadomości odbiorców i czy one docierają do tych grup docelowych, dla których są budowane – mówi Sebastian Bykowski, dyrektor generalny Press-Service Monitoring Mediów.

Polska branża kosmiczna się rozwija. Minister Emilewicz największe szanse polskiego sektora upatruje w aplikacjach satelitarnych i nanosatelitach

Polskie firmy podbijają sektor kosmiczny. Działają głównie jako podwykonawcy, ale coraz częściej współpracują z największymi agencjami i firmami kosmicznymi na świecie. Polską specjalizacją już wkrótce mogą się stać nanosatelity i aplikacje satelitarne. Wysłaliśmy już w kosmos 80 instrumentów badawczych. Według minister Emilewicz polska branża jest na takim poziomie rozwoju, że może aktywnie uczestniczyć w światowym rynku technologii kosmicznych.

– To, co jest dzisiaj naszą ambicją, to aby któreś z podmiotów tego sektora stały się partnerami globalnych prime’ów bądź największych agencji kosmicznych, które najwięcej wydają na technologie kosmiczne. W Europie mówimy o Niemcach, Francuzach, Włochach, Brytyjczykach czy Hiszpanach, oczywiście o USA także, a zatem mówimy o europejskiej kosmicznej piątce i tych globalnych największych graczach – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.

Polska Agencja Kosmiczna poczyniła już pierwsze kroki ku nawiązaniu współpracy z największymi graczami na rynku technologii kosmicznych. Podczas warsztatów zorganizowanych we współpracy z delegacją naukową z Niemieckiej Agencji Kosmicznej omawiano m.in. osiągnięcia technologiczne obu państw w dziedzinie monitorowania zmian klimatycznych przy wykorzystaniu danych satelitarnych.

Z kolei polska firma Astronika podjęła współpracę z NASA i opracowała próbnik kosmiczny zaprojektowany z myślą o marsjańskiej misji InSight. Dzięki penetratorowi Kret HP3, sonda będzie się mogła wgryźć w marsjański grunt i pobrać próbki z głębokości ok. pięciu metrów. Lądownik powinien dotrzeć na Marsa 26 listopada, a po dwumiesięcznym okresie przygotowawczym rozpocznie dwuletnią misję badawczą.

– Mam nadzieję, że za chwilę będziemy celebrować szczęśliwy powrót z marsjańskiej misji, na którą polska firma inżynieryjna dostarczyła wiertło, dzięki któremu urządzenia badawcze mogą się osadzić na powierzchni Marsa. To bardzo skomplikowane, niszowe i wysublimowane technologicznie rozwiązanie. Do dziś nikt nie wie, że to właśnie polska firma, podwykonawca podwykonawcy, dostarczyła to rozwiązanie. Spotykamy się z NASA, aby uświadomić, że to rozwiązanie jest dostarczone przez małego, średniego polskiego przedsiębiorcę – mówi minister.

Polska ma już pewne doświadczenia w budowie nanosatelitów. Pierwszy był studencki PW-Sat 1 w 2012 r. Kolejne satelity z konstelacji Brite powstały w Centrum Badań Kosmicznych PAN we współpracy z Kanadą i Austrią. Niedawno polska firma Creotech nawiązała współpracę z Iceye, fińską firmą założoną przez Polaka, przy integracji satelitów radarowych.

Pomyśle testy przeszedł także kolejny polski satelita, który rozpocznie swoją misję w kwietniu przyszłego roku. Firma SatRevolution zaprojektowała Światowida w oparciu wyłącznie o polską myśl technologiczną. Ta niewielka sonda została przystosowana do obserwowania powierzchni ziemi w świetle widzialnym i posłuży do monitorowania poziomu wód, zmian pogodowych oraz jakości powietrza w celu planowania przestrzennego oraz monitorowania procesów wielkoobszarowych.

Polska Grupa Zbrojeniowa podpisała także umowę partnerską z ukraińską spółką Kiev Radio Plant. Współpraca ma zaowocować wymianą doświadczeń z zakresu technologii rakietowych i ułatwić polskim firmom wejście na światowy rynek zminiaturyzowanych rakiet sondujących. W ramach współpracy obu państw powołano do życia fundusz BRIdge Alfa, działający przy Narodowym Centrum Badań i Rozwoju, który będzie inwestował w polsko-ukraińskie projekty oraz technologie z sektora kosmicznego, takie jak system naddźwiękowych dronów MINI-REIS czy narzędzie do przetwarzania hydrologicznych danych satelitarnych MaxiMAPA.

– Z całą pewnością dzisiaj mamy do czynienia z rozwojem aplikacji satelitarnych. Często mówimy, że smartfon jest efektem inwestycji w politykę kosmiczną, ale również to wszystko, co w nim, a zatem aplikacje, które posługują się i dotyczą danych. Dzisiaj polskie firmy tworzą aplikacje oparte na geolokalizacji, zatem w zakresie rozwoju aplikacji satelitarnych na pewno mamy szansę na czempiona i zajęcie dobrej pozycji na rynku – dodaje Jadwiga Emilewicz.

W listopadzie odbędzie się pierwsza polska edycja Copernicus Hackathon, programu realizowanego przez Komisję Europejską do promowania start-upów rozpoczynających działalność w branży kosmicznej. Wydarzenie jest skierowane zarówno do środowisk akademickich, jak i biznesowych, wyspecjalizowanych w przetwarzaniu danych z satelitów obserwacji Ziemi, które chcą zaprezentować innowacyjne rozwiązania wykorzystujące dane satelitarne.

Spośród uczestników wyłoniony zostanie najciekawszy projekt, który weźmie udział w programie akceleracyjnym Copernicus, pomagającym pozyskiwać środki na komercjalizację badań z sektora kosmicznego.

– Rynek dzisiaj się bardzo zmienia. To już nie są ciężkie, wielkie i bardzo kosztowne satelity. Wszyscy na świecie dzisiaj mówią, że będziemy otoczeni konstelacją mikro- i nanosatelitów. Kilka lat temu studenci z Politechniki Warszawskiej wysłali PW-Sat 1. Wiosną – mamy nadzieję szczęśliwie – zostanie wysłany w kosmos PW-Sat 2, więc tutaj naprawdę otwiera się okienko możliwości dla Polski – twierdzi minister Emilewicz.

Według szacunków firmy Morgan Stanley wartość rynku technologii kosmicznych w 2040 roku może przekroczyć 1,1 bln dol.

Liczba zachorowań na raka do 2035 roku wzrośnie prawie dwukrotnie. Nowe technologie przyspieszające diagnostykę pozwolą ograniczyć śmiertelność

Liczba zachorowań na raka do 2035 roku wzrośnie prawie dwukrotnie. Nowe technologie przyspieszające diagnostykę pozwolą ograniczyć śmiertelność 7

Diagnostyka nowotworowa jest czasochłonna i skomplikowana, przez co wielu chorych traci szansę na przeżycie. WHO ocenia, że 1/3 zgonów można by uniknąć, gdyby proces ten był szybszy. Z pomocą przychodzą nowe technologie. Przykładem jest mikrosonda do wykrywania nowotworów piersi. Urządzenie spółki SDS Optic ma trafić na rynek w 2021 roku i pozwolić zmniejszyć umieralność na ten typ nowotworów o 30 proc. Tego typu rozwiązania umożliwiające przeprowadzenie mało inwazyjnych badań w czasie rzeczywistym będą potężnym przełomem w walce z nowotworami. To istotne o tyle, że według WHO liczba zachorowań na raka podwoi się w ciągu kolejnych dwóch dekad.

W obszarze, jakim są tzw. biologiczne techniki diagnostyczne w diagnostyce nowotworowej, przez kilkadziesiąt ostatnich lat nie wydarzyło się kompletnie nic. Biopsje były 50 lat temu i są do dzisiaj. Poprawiła się trochę diagnostyka laboratoryjna w obszarach mikroskopowych czy w obszarach odczynników, ale nadal ten etap pobrania tkanki, wysyłania i czekania na wyniki trwa długo i dla pacjentek jest bardzo trudny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Sagan, dyrektor ds. rozwoju i członek rady nadzorczej SDS Optic.

Jak podkreśla, poważnym problemem dla świata medycyny jest także starzenie się zawodu patologa, który analizuje w laboratorium próbki tkanek pobrane od pacjentów. Dzisiaj średnia wieku patologów w Europie Zachodniej to ponad 60 lat, a napływ nowych specjalistów do zawodu jest niewielki. Według prognoz WHO już za kilkanaście lat w Europie może zabraknąć patologów, którzy będą analizować pobierane od pacjentów tkanki.

Z opublikowanego na początku tego roku raportu NIK („Dostępność i efekty leczenia nowotworów”) wynika, że w 2017 roku mniej niż połowa szpitali wykonujących onkologiczne zabiegi operacyjne miała w swojej strukturze zakład patomorfologii. Najwyższa Izba Kontroli podkreśliła też, że w Polsce proces diagnostyki nowotworowej jest długotrwały, nieskoordynowany i przerywany długimi okresami oczekiwania – zarówno na wizytę u lekarza specjalisty, jak i na badania diagnostyczne i ich wynik.

Zdaniem dyrektora ds. rozwoju SDS Optic nowe technologie, które umożliwią przeprowadzenie bezbolesnego, mało inwazyjnego badania w czasie rzeczywistym będą potężnym przełomem w diagnostyce i walce z nowotworami.

– Każdy lekarz ucieszyłby się, mogąc zdiagnozować pacjentkę u siebie w gabinecie, bez konieczności pobierania od niej próbki, wysyłania i czekania kilka tygodni na wynik. Jeżeli lekarz onkolog otrzyma taki wynik biopsji czy histopatologii przykładowo po trzech tygodniach, to on niestety nie wie, co się z jego pacjentką aktualnie dzieje, ponieważ złośliwe nowotwory potrafią być bardzo mocno przerzutowe już po kilku tygodniach – mówi Mateusz Sagan.

Rak piersi to najczęstszy nowotwór występujący u kobiet. Na całym świecie każdego roku notuje się ok. 1,7 mln przypadków i około pół miliona zgonów. W Polsce każdego roku rak piersi jest diagnozowany u ok. 12 tys. kobiet. Połowa z nich (ok. 6 tys.) umiera, ponieważ choroba jest wykrywana zbyt późno. U ok. 5–10 proc. pacjentek nowotwór rozpoznawany jest dopiero wówczas, gdy choroba daje przerzuty do innych organów.

Mikrosonda do wczesnego wykrywania raka piersi, którą rozwija SDS Optic, ma usprawnić proces diagnostyki i zredukować umieralność z powodu raka piersi o 30 proc. Urządzenie wyklucza potrzebę pobierania od pacjentki tkanek do badania, a precyzyjny wynik lekarz i pacjentka poznają w kilkanaście minut. Spółka ma już gotowy prototyp urządzenia, a na rozwój wynalazku pozyskała grant w wysokości blisko 4 mln euro z programu realizowanego przez Komisję Europejską. Wcześniej otrzymała też 3 mln zł dofinansowania z funduszu INNOventure. Według wcześniejszych zapowiedzi mikrosonda ma trafić na rynek w 2021 roku.

Potężnym wyzwaniem w leczeniu chorób cywilizacyjnych jest wczesna diagnostyka i jej czas. WHO twierdzi, że 1/3 osób umierających co roku na raka dałoby się uratować, gdyby ta diagnostyka była szybsza. Ponieważ każdego roku na świecie z powodu różnego rodzaju nowotworów umiera ponad 8 mln ludzi – to oznacza, że prawie 3 mln moglibyśmy uratować, gdyby diagnostyka była szybsza – mówi dyrektor ds. rozwoju i członek rady nadzorczej SDS Optic.

Według danych Krajowego Rejestru Nowotworów każdego roku w Polsce diagnozę nowotworową słyszy około 160 tys. pacjentów (w 2015 roku liczba zachorowań wyniosła 163,3 tys.), z których 100–110 tys. umiera. Według danych przytaczanych przez NIK rak jest w Polsce drugą najczęstszą przyczyną zgonów, zaraz po chorobach układu krążenia (w 2015 r. ponad 27 proc. zgonów mężczyzn oraz prawie 24 proc. wśród kobiet). Od 1999 roku liczba zachorowań na nowotwory w Polsce zwiększyła się o 46 proc., a liczba zgonów – o 23,2 proc.

Skuteczność leczenia onkologicznego Polsce jest gorsza niż w większości pozostałych krajów UE. Uśredniony pięcioletni odsetek przeżyć wśród pacjentów chorych na nowotwór wynosi ok. 43 proc. i jest niższy niż w krajach zachodnioeuropejskich. W 2015 roku koszty chorób nowotworowych dla polskiej gospodarki przekroczyły 17 mld zł, przy czym koszty opieki i leczenia stanowiły mniej niż połowę tej kwoty. Z szacunków wynika, że do 2025 r. zachorowalność na choroby onkologiczne wzrośnie o ponad 25 proc., a nowotwory staną się wówczas główną przyczyną zgonów w Polsce.

Podobny trend obserwuje się na świecie. Każdego roku diagnozuje się około 14 mln zachorowań i ponad 8 mln zgonów spowodowanych chorobami nowotworowymi. Według prognoz Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem (IARC), która jest agendą WHO, liczba pacjentów z chorych na raka będzie skokowo rosnąć. W 2030 roku wzrośnie już do 22 mln, a w 2035 – do 24 mln.

Zmienia się rola kobiet w nowych technologiach. Widać to także w Polsce

Zmienia się rola kobiet w nowych technologiach. Widać to także w Polsce 8

W Polsce na 1,2 mln naukowców i inżynierów 600 tys. to kobiety. Jak pokazuje raport „Kobiety w IT i TECH 2018”, na tle innych krajów wypadamy bardzo dobrze. W całej Europie wśród 17 mln inżynierów i naukowców 7 mln to kobiety. Szacuje się, że włączenie większej liczby kobiet, pobudziłoby znacząco ten rynek, który cierpi na brak wykwalifikowanych pracowników.

– Kobiety mogą bardzo dużo dać tej branży, mogą ją wzbogacić ilościowo, a niedobór specjalistów, ekspertów czy po prostu pracowników w branży IT jest bardzo dotkliwy, na każdym odcinku, na odcinku jednej firmy, całego państwa, Europy i świata. Po drugie wydaje się, że kobiety mają pewien specyficzny potencjał społeczny i bardzo odpowiedzialnie myślą o przyszłości świata, o swojej przyszłości, o swoim otoczeniu, więc jeżeli one będą mocniej zaangażowane w ten odcinek tworzenia rozwiązań pewnych problemów cywilizacji za pomocą technologii, to być może ten świat będzie zmierzał też w trochę lepszym kierunku niż dotychczas – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Biznes dr Bianka Siwińska, dyrektor zarządzająca Fundacji Edukacyjnej Perspektywy.

Jak pokazuje „Raport Women in IT”, 53 proc. pracownic firm IT w Polsce uważa, że kobiecie jest trudniej niż mężczyźnie poradzić sobie w tej branży. Jako najważniejszy powód gorszych perspektyw podają one panujące stereotypy i przekonanie o tradycyjnych rolach społecznych kobiet. Połowa pracowniczek IT uważa, że mężczyźni osiągają wyższe wynagrodzenie za tę samą pracę.

Według raportu „Kobiety w IT i TECH 2018” tylko w Europie w branży brakuje miliona specjalistów. Jak podaje Komisja Europejska, tylko dzięki kobietom PKB ma szansę rosnąć o 16 mld euro rocznie.

– Rynek pracy bardzo potrzebuje kobiet, czeka na nie i bardzo cieszy się każdą inżynierką, a programistki wręcz są rozchwytywane na pniu, natomiast też jest zjawisko dyskryminacji w branży. Często widać, dziewczyny same o tym mówią, że cały czas są traktowane dziwnie, że otoczenie bardzo zmaskulinizowane w pewien sposób działa nie przygnębiająco, 53 proc. dziewczyn według raportu odczuwa pewną dyskryminację w miejscu swojej pracy, dziewczyn, które pracują w IT – dodaje dr Bianka Siwińska.

Udział kobiet wśród studentów kierunków informatycznych w Polsce wynosi 14,3 proc. Wzrósł on w stosunku do roku poprzedniego o jedną ósmą. Jest to historycznie największy wzrost w tej dziedzinie. Co ważne, liczba studentek informatyki rośnie w tej chwili dwa razy szybciej niż studentów płci męskiej. Zainteresowanie tym obszarem wśród młodych Polek najwyraźniej się zwiększa. Rodzi się trend, który za kilka lat będzie miał wpływ na rynek pracy w nowych technologiach w Polsce.

– Przede wszystkim obecnie cały świat się cyfryzuje i zapotrzebowanie na specjalistów w obszarze IT, obszarze informatyki, telekomunikacji jest olbrzymie i nie jesteśmy w stanie go zaspokoić, dlatego tak ważne jest, żeby potencjał połowy społeczeństwa, jakim są kobiety, uruchamiać. Tu już nie chodzi o płeć, tylko chodzi o to, żeby więcej zdolnych ludzi w tych obszarach działało. W tym momencie w Polsce brakuje nam 50 tys. specjalistów, w Europie 1 mln specjalistów, a do roku 2050 w Europie powstanie kilka milionów nowych miejsc pracy w tym obszarze, dlatego nie możemy sobie pozwolić na to, żeby lekceważyć i nie używać potencjału kobiet w tym segmencie rynku.

Polskie dzieci za mało ćwiczą i źle się odżywiają. Regularna aktywność fizyczna może zadecydować o ich sukcesie w przyszłości

Polskie dzieci za mało ćwiczą i źle się odżywiają. Regularna aktywność fizyczna może zadecydować o ich sukcesie w przyszłości 9

Ponad 25 proc. dzieci w wieku 12–13 lat, które nie mają żadnej dodatkowej aktywności fizycznej poza lekcjami WF-u, ma nieprawidłową masę ciała. Projekt badawczy HASHzacznijodlekkiej przeprowadzony wśród polskich nastolatków wykazał, że regularne ćwiczenia fizyczne są zarówno kluczem do zdrowia fizycznego, jak i osiągnięcia sukcesu w przyszłości. Zdaniem ekspertów w tej kwestii jednak dużo jest jeszcze do zrobienia. Konieczna jest także zmiana sposobu odżywiania. W jadłospisie dzieci brakuje bowiem warzyw i owoców, a dominują cukry proste.

HASHzacznijodlekkiej to projekt, który został przeprowadzony przez Wydział Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (SGGW) w Warszawie, Polski Związek Lekkiej Atletyki (PZLA) oraz Nestlé Polska. Badaniem objęto ponad tysiąc nastolatków – dziewcząt i chłopców w wieku 12–13 lat z różnych regionów kraju. Połowa z nich uczestniczyła w programie Lekkoatletyka dla każdego (LDK).

– W 2017 roku postanowiliśmy sprawdzić, jaki wpływ ma regularna aktywność fizyczna na kondycję i wzrost nastolatków w Polsce. W ramach projektu badawczego HASHzacznijodlekkiej porównaliśmy dzieci, które aktywnie uczestniczą w programie edukacyjnym Lekkoatletyka dla każdego z ich kolegami w tym samym wieku i z tego samego miejsca zamieszkania, które nie ćwiczą w żadnym tego typu programie. To był cel badania – sprawdzić, jaki jest wpływ regularnej aktywności fizycznej na nastolatków, na ich ciało, na kondycję – mówi agencji informacyjnej Newseria Blanka Mellova, kierownik Centrum ds. Żywienia, Zdrowia i Wellness w Nestlé Polska.

Nastolatki były porównywane między innymi pod kątem budowy ciała i sprawności fizycznej, sposobu odżywiania oraz kompetencji społeczno-emocjonalnych. Badanie potwierdziło, że uprawianie sportu pomaga w utrzymaniu prawidłowych parametrów fizycznych, w tym m.in. masy ciała i obwodu talii. U ok. 80 proc. ćwiczących w ramach LDK były one w normie. Pod względem wydolności fizycznej lepiej wypadła młodzież z dużych miast – zarówno ćwicząca, jak i niećwicząca. Przeczyłoby to zatem powszechnemu przekonaniu, że w mniejszych miejscowościach żyje się aktywniej.

– Tylko niecałe 9 proc. dzieci, które regularnie ćwiczą dwie godziny tygodniowo, ma nieprawidłową masę ciała, mówimy tutaj o nadwadze i otyłości. Natomiast wśród dzieci, które nie ćwiczą regularnie poza zajęciami WF w szkole, ten odsetek wynosi 25,5 proc., czyli co czwarty nastolatek ma nieprawidłową masę ciała – mówi Blanka Mellova. – U polskich nastolatków od dekad obserwujemy ciągły wzrost stosunku masy ciała w porównaniu do wzrostu. Jeżeli porównujemy to do danych europejskich, to Polska jest mniej więcej w środku stawki. Nie należymy do państw, gdzie ten odsetek jest bardzo duży.

Z badania wynika, że aktywność fizyczna nie zawsze idzie w parze z prawidłowym odżywianiem. Pomimo teoretycznie wyższej świadomości na temat jego roli, u młodzieży ćwiczącej w ramach LDK regularne uprawianie sportu nie przekłada się na przestrzeganie właściwych nawyków żywieniowych. Obie badane grupy nastolatków przede wszystkim spożywają za dużo cukrów prostych. Ale to nie są ich jedyne grzechy żywieniowe.

– Najważniejszy z nich jest taki, że jedzą za mało warzyw – tylko trzy porcje dziennie, a rekomendowanych jest pięć. Poza tym piją za mało mleka – tylko jedną porcję dziennie, a rekomendowane są trzy – mówi Blanka Mellova.

Dlatego też duże zadanie stoi przed rodzicami, którzy od wczesnych lat życia dziecka powinni kształtować w nim prawidłowe nawyki żywieniowe.

– To rodzic decyduje o tym, co dziecko ma w swoim tornistrze jako drugie śniadanie, co zje na obiad czy kolację. Będzie to bardzo ważnym zadaniem dla nas, żeby dotrzeć do rodziców. Program edukacyjny Lekkoatletyka dla każdego skupia się również na budowaniu odpowiednich nawyków żywieniowych wśród dzieci – mówi Blanka Mellova.

Eksperci tłumaczą, że życiowy sukces pomagają osiągnąć m.in. otwartość, umiejętność pracy w zespole, wiara we własne możliwości i realizację zamierzonych celów. A z badania wynika, że regularne uprawianie sportu kształtuje i wzmacnia tzw. profil mistrza. Charakteryzowało się nim 30 proc. osób ćwiczących w ramach LDK – to o 8,5 pkt proc. więcej niż w grupie niećwiczącej.

Sztuczna inteligencja rewolucjonizuje rynek marketingu i reklamy. Pozwala precyzyjnie trafiać z przekazem do klientów

Sztuczna inteligencja rewolucjonizuje rynek marketingu i reklamy. Pozwala precyzyjnie trafiać z przekazem do klientów 10

Do internetu rzeczy podłączonych jest coraz więcej urządzeń, które codziennie wysyłają coraz więcej cennych danych, zwłaszcza pod kątem marketingowym. Wyzwaniem dla marketerów pozostaje ich opracowanie, by profilować oferty i reklamy pod konkretnych klientów. Kluczowe w tym procesie ma być wykorzystanie sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego, które pozwoli trafiać z przekazem do konkretnych klientów w odpowiednim czasie, np. przez wysłanie powiadomienia na smartfona o promocji podczas wizyty w sklepie. W prezentacji ofert klientom pomaga także technologia wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości.

– Wykorzystanie sztucznej inteligencji pozwoli właścicielom marek lepiej sprofilować i usprawnić przekaz. Będzie też miało spory wpływ na budżet marketingowy. To ogromna szansa dla marek, choć wymagająca dostępu do odpowiedniej technologii, posiadania analityków danych, wybitnych ekspertów od mediów i sporej wiedzy w zakresie customer journey w ramach firmy i poza nią. Takie firmy jak Amazon czy Alibaba już wykorzystują dane do profilowania i projektowania doświadczenia klienta. W niedalekiej przyszłości to będzie coś absolutnie kluczowego dla marek – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tanguy Pincemin z Dunnhumby.

Przykładem wykorzystania danych do sporządzania ofert marketingowych mogą być beacony, które działają np. w centrach handlowych. W momencie gdy klient przechodzi obok takiego urządzenia umieszczonego w sklepie, na smartfonie włącza się specjalna aplikacja. Za jej pośrednictwem klient jest informowany o promocjach w danym sklepie. Identyfikacja konkretnego użytkownika może dać dostęp do historii jego transakcji, co pomaga jeszcze bardziej spersonalizować ofertę, na przykład poprzez udzielenie rabatu.

– Analityka danych pozwala marketingowcom dobrać najlepszy możliwy przekaz i w najlepszym możliwym momencie dostarczyć go do najbardziej obiecującego klienta. Oznacza to, że z punktu widzenia właścicieli marek, marketing prawdopodobnie stanie się bardziej efektywny. Z kolei po stronie klientów, kontakt z reklamą będzie bardziej płynny. Skoro korzystają na tym obie strony, zarówno klienci, jak i marki, taka zmiana jest czymś pozytywnym –przekonuje Tanguy Pincemin.

Szczególnie duże oczekiwania marketingowcy wiążą ze sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym. Boty, czyli programy wykonujące czynności w zastępstwie człowieka i posługujące się tekstem lub ludzkim głosem, są wykorzystywane przez firmy na stronach internetowych, w aplikacjach, a także w mediach społecznościowych. Dzięki nim możliwe jest zapewnienie klientom wsparcia w zakresie najczęściej zadawanych pytań o dowolnej porze i z dowolnego miejsca bez wykorzystywania zasobów ludzkich.

Kolejnym poziomem w marketingowej komunikacji mogą być asystenci głosowi. Za pomocą Alexy, Asystenta Google czy Siri lub Cortany można m.in. sprawdzić pogodę, zrobić zakupy, porównać cenę jakiegoś towaru czy umówić wizytę lekarską. Za pomocą komend głosowych wydawanych asystentom głosowym dokonało zakupów 57 proc. posiadaczy inteligentnych głośników dostarczanych przez Amazona i Google. Zdaniem specjalistów wyzwaniem dla marketingowców będzie w najbliższej przyszłości wykorzystanie sztucznej inteligencji już nie tylko do bezbłędnej obsługi klienta, lecz także sporządzania dla niego spersonalizowanych ofert.

– Obecnie właściciele marek próbują zrozumieć, w jaki sposób mogą wykorzystać technologie cyfrowe do budowania najwyższej klasy doświadczenia klienta. Nie jest to łatwe, ponieważ możliwości świata cyfrowego są dla wielu z nich nowością. Poza tym wiążą się one z interakcją z klientami na różnych urządzeniach i poprzez szereg różnych kanałów komunikacji. Wymaga to zrozumienia zasady działania wszystkich tych kanałów, a następnie opracowania takiej platformy marketingowej, która pozwoli na przesyłanie odpowiednich wiadomości lub odpowiednich ofert na właściwe urządzenia – tłumaczy ekspert.

Marketerzy z powodzeniem wykorzystują także technologię wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Marka Volvo przy promocji modelu XC90 wykorzystała gogle Google Cardboard do wizualizacji jazdy próbnej. Z kolei Ikea proponuje możliwość wykorzystania rozszerzonej rzeczywistości do sprawdzenia, czy dany mebel dobrze komponuje się z wnętrzem mieszkania klienta.

Do internetu podłączanych jest coraz więcej urządzeń, które zbierają coraz więcej danych. Według Forbesa światowy rynek IoT wzrośnie z niemal 160 mld dol. w 2016 roku do niemal 460 mld dol. w roku 2020 przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 28,5 proc. W efekcie firmy będą miały możliwość sięgnięcia po jeszcze większe zasoby danych, by uzyskać lepsze wyniki sprzedaży.

– Około 90 proc. wszystkich naszych danych zebraliśmy w okresie ostatnich dwóch lat. Oznacza to, że mamy coraz większy zasób do wykorzystania. Każdego dnia tych danych będziemy produkować coraz więcej, korzystając z naszych smartfonów i całego mnóstwa innych urządzeń podłączonych do sieci. Dzięki temu będziemy mogli jeszcze bardziej poprawiać komunikację z naszymi klientami tak, byśmy mogli trafiać do nich z odpowiednim przekazem w odpowiednim momencie – mówi Tanguy Pincemin.

Według analityków MarketsandMarkets rynek sztucznej inteligencji w marketingu do 2025 r. osiągnie wartość ponad 40 mld dol. W najbliższych latach ma rosnąć w tempie blisko 30 proc. średniorocznie.

Stabilizacja notowań kursów EUR/PLN oraz EUR/USD

Wstępny odczyt PKB strefy euro za III kwartał spadł z 2,2% do 1,7%, październikowy wskaźnik sentymentu gospodarczego kolejny raz obniżył się (ze 110,9 do 109,9), a na dodatek również główne koło zamachowe eurolandu, czyli gospodarka niemiecka, również zaczęła okazywać oznaki hamowania (realna sprzedaż detaliczna z Niemiec zaskoczyła in minus i we wrześniu spadła aż o -2,6% w skali rok do roku wobec oczekiwań na poziomie 0,9% oraz 1,5% poprzednio w sierpniu). Na tym tle rynki zaczęły oczekiwać, że to wszystko będzie miało również swoje przełożenie na piątkowy polski odczyt PMI sektora wytwórczego za październik i zaczęły osłabiać złotego wobec euro windując do środy kurs EUR/PLN do poziomu 4,3475 (maksimum tygodnia).

Pomoc dla złotego przyszła zza oceanu. Rozmowa telefoniczna Trump-Jinping przyniosła na tyle wyraźną poprawę nastrojów na linii USA-Chiny, że rynki zaczęły optymistyczniej postrzegać możliwość zażegnania sporu handlowego między obydwoma mocarstwami gospodarczymi. Co prawda nie padły, żadne wiążące deklaracje, gdyż Chiny cały czas domagają się równouprawnienia, premier Chin proponuje kompromis w postaci „spotkania się w połowie drogi” żądań USA, a doradca ekonomiczny Białego Domu ostrzega, że brak porozumienia będzie oznaczał zwiększone tempo nakładania ceł na chińskie towary, jednak rynki zareagowały pozytywnie. Globalny wzrost apetytu na ryzyko spowodował umocnienie euro wobec dolara (EUR/USD odbił od ważnego technicznie poziomu 1,13) a złoty zaczął odzyskiwać wcześniejsze straty wobec tych obu walut.

W końcówce ubiegłego tygodnia złotemu pomogły również dane Caixin PMI sektora wytwórczego z Chin, które wbrew oczekiwaniom rynków nie spadły poniżej poziomu 50 oddzielającego ekspansję od recesji (50,1 wobec oczekiwanych 49,9 oraz 50 poprzednio), oraz lepszy od oczekiwań odczyt polskiego wskaźnika PMI sektora wytwórczego (50,4 wobec oczekiwanego 50,1 oraz 50,5 poprzednio). W tych okolicznościach dobrym nastrojom na rynkach nie zaszkodziły mocne dane z amerykańskiego rynku pracy (NFP wzrosło do 250 tys. wobec oczekiwań na poziomie 183 tys. oraz 113 tys. we wrześniu).

W tym tygodniu oczekujemy stabilizacji notowań kursów EUR/PLN oraz EUR/USD. Ani posiedzenie RPP ani FOMC nie powinny przynieść raczej żadnych nowych informacji, które w obliczu braku ważniejszych danych makroekonomicznych mogłyby silniej wahnąć wspomnianymi parami walutowymi w jednoznacznym kierunku.

Wykres dnia: Umocnienie juana do dolara w rezultacie poprawy nastrojów na linii USA-Chiny pomogło spaść kursowi EUR/PLN.

Umocnienie juana do dolara
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Żródło: Jarosław Kosaty / PKO Bank Polski