Program wykona wycenę nieruchomości na podstawie zdjęć satelitarnych. Może zrewolucjonizować pracę firm ubezpieczeniowych

Program wykona wycenę nieruchomości na podstawie zdjęć satelitarnych. Może zrewolucjonizować pracę firm ubezpieczeniowych 1

Brak wiedzy o konstrukcji budynku kosztuje firmy ubezpieczeniowe nawet 4,5 mld dol. – szacują eksperci TensorFlight. Do oceny stanu nieruchomości przydatna jest analiza zdjęć satelitarnych, lotniczych i ulicznych. Dzięki niej można automatycznie poddać analizie budynki i ocenić ich konstrukcję, co dla ubezpieczycieli ma największe znaczenie. Obecnie przeprowadzenie takiej analizy jest procesem nie tylko wolnym, lecz także kosztownym. Dzięki programowi polskiego start-upu analiza będzie automatyczna i gotowa znacznie szybciej. Sprawdzi się też w ocenie ryzyka hipotecznego czy monitoringu budynku objętego hipoteką.

– Informacja o budynkach, jak np. typ konstrukcji, jest ekstremalnie wartościowa dla firm reubezpieczeniowych i ubezpieczeniowych. Firmy reubezpieczeniowe tracą 4,5 mld dol., bo nie znają poprawnego typu konstrukcji danego budynku. Oprócz typu konstrukcji dochodzi też wysokość budynku, jego przeznaczenie, liczba pięter, geometria budynku, wysokość i nachylenie dachu. Wszystkie te cechy korelują bardzo mocno z ryzykiem związanym z ubezpieczeniem tego budynku – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Zbigniew Wojna ze start-upu TensorFlight.

Obecnie ocena stanu nieruchomości jest zazwyczaj czasochłonna, wiąże się z dużymi kosztami, nie zawsze jest też bardzo dokładna. To istotne, zwłaszcza w miejscach, gdzie stosunkowo często mają miejsce katastrofy naturalne, np. drewniany budynek może wytrzymać trzęsienie ziemi, ale jest narażony na wichurę, odwrotnie jest przy ceglanym budynku. Brak dokładnej wiedzy o konstrukcji budynku może się okazać bardzo kosztowny, o czym nie raz przekonały się firmy ubezpieczeniowe. Dlatego program polskiego start-upu TensorFlight może się okazać prawdziwą rewolucją w analizie stanu budynku.

– Budujemy globalną bazę danych i informacji o budynkach komercyjnych, ale również w przyszłości rezydencyjnych. Ta baza jest budowana na podstawie wszelkich informacji, które możemy znaleźć w internecie, ale przede wszystkim na podstawie zdjęć wizualnych, pochodzących ze zdjęć satelitarnych, ze zdjęć lotniczych, pionowych i pod kątem, również ze zdjęć z widoku ulicy, pochodzących z samochodów typu Google Streetview – tłumaczy Zbigniew Wojna.

Program wykorzystuje rozwiązania machine learning, czyli podstawę sztucznej inteligencji, która wykorzystuje automatykę do rozpoznawania i uczenia się. Dzięki temu możliwa jest automatyczna i precyzyjna analiza, ta zaś jest konieczna przy wycenie polisy przez towarzystwa ubezpieczeniowe.

– Największym potencjalnym klientem i zainteresowanym są firmy reubezpieczeniowe, które muszą wyceniać bardzo duże portfolia na poziomie 100 tys. budynków naraz, analizują kilka milionów budynków rocznie. Oczywiście firmy ubezpieczeniowe również interesują się takimi danymi, ponieważ mogą automatycznie wyceniać zapytanie o polisę dla danego adresu bez potrzeby wprowadzania wielu pól, co znacznie zwiększa konwersję zainteresowanych do zakupionych polis. To także urzędy miast, gminy, które chciałyby znać inwentaryzację tego, co znajduje się w danym mieście – wymienia przedstawiciel TensorFlight.

Dokładna analiza nieruchomości z każdego poziomu stanowi wielką bazę informacji. Dostarcza danych o zmianach, jakie zaszły w konstrukcji budynku, informuje o nielegalnych nad- i przybudówkach. Może się okazać pomocna także przy wycenie nieruchomości, co istotne zwłaszcza przy kredycie hipotecznym. Jak przekonuje ekspert, na nowym programie mogą skorzystać wszyscy – nie tylko firmy re- i ubezpieczeniowe, ale zwykli mieszkańcy. Łatwiej będzie też karać tych nieuczciwych.

– Przez to, że te budynki są lepiej zanalizowane, ubezpieczyciele i reubezpieczyciele będą walczyli cenowo o klienta, natomiast Kowalskiemu, który buduje nielegalnie bądź niszczy budynek, trudniej będzie się ukryć. W tym momencie uśrednia się ryzyko na podstawie całego miasta czy dzielnicy, ale w momencie gdy będziemy mieli dokładniejszą informację, to osoby, które faktycznie dbają o budynek i mają go w dobrym stanie, będą miały polisy zdecydowanie tańsze, a osoby, które nie dbają, droższe – przekonuje Zbigniew Wojna.

Start-up negocjuje z firmą PZU, aby wdrożyć rozwiązanie TensorFlight w Polsce. Obecnie twórcy skupiają się jednak bardziej na rejonach, w których ryzyko związane z nieruchomościami są znacznie większe.

– Profil ryzyka w Polsce jest inny, nie mamy tylu katastrof, co np. w stanach południowych w USA. W Polsce jest zainteresowanie dachami, łatwopalnością dachu, materiałem dachu, to jest cecha, która jest wartościowa. Kiedy będziemy w stanie dokładniej zanalizować np. dach, to w przyszłości będzie miało potencjał do współpracy z polskimi firmami ubezpieczeniowymi – twierdzi Zbigniew Wojna.

W Polsce – według danych Polskiej Izby Ubezpieczeniowej – ubezpieczonych jest około 60 proc. mieszkań i domów. Dużą część skutków żywiołów można więc naprawić dzięki ochronie ubezpieczeniowej.

Popularne stały się inwestycje w dzieła sztuki, alkohole czy zabytkowe auta. Polacy zarabiają na nich nawet kilkaset procent

Popularne stały się inwestycje w dzieła sztuki, alkohole czy zabytkowe auta. Polacy zarabiają na nich nawet kilkaset procent 2

Inwestycje w sztukę, wino, zabytkowe auta czy numizmaty – tego typu alternatywne inwestycje zyskują coraz większą popularność. To nie tylko większa frajda dla inwestora-kolekcjonera, lecz także możliwość osiągnięcia większych zysków. Zaletą tych inwestycji jest ich oderwanie od koniunktury na giełdach. Ze względu na wysokie ryzyko strat lepiej się jednak zająć dziedziną dobrze sobie znaną.

Rynek inwestycji alternatywnych jest bardzo ciekawy i oferuje inwestorom teoretycznie bardzo wysokie stopy zwrotu, a częściowo nie jest skorelowany z trendami na rynkach instrumentów podstawowych, dlatego jest ciekawym urozmaiceniem w niebezpiecznych czasach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Majewski z Instytutu Finansów i Rachunkowości w Wyższej Szkole Bankowej w Toruniu. – W zasadzie nie ma górnej granicy możliwości osiągnięcia zysku. Niektóre aktywa na rynku inwestycji alternatywnych mogą przynieść inwestorowi nawet kilkaset procent w skali roku, ale tutaj wiele zależy od różnych czynników, w tym od szczęścia.

Przykładem może być rynek klasycznych samochodów.

W ostatnich kilkunastu latach odnotowaliśmy na nim bardzo duże wzrosty marek luksusowych, historycznych, klasycznych – informuje Piotr Majewski. – Niektórzy inwestorzy uzyskali kilkusetprocentowe stopy zwrotu w tym okresie. Wciąż na rynku samochodów można znaleźć pozycje, które rokują wysokie zyski. Zależy, co wybierzemy, jak jesteśmy cierpliwi, jakim kapitałem dysponujemy. Pewne modele są jeszcze niedowartościowane i można liczyć nawet na 30–40 proc. rocznie.

Inwestycje alternatywne to m.in. dzieła sztuki, rzeźby, obrazy, wina, whisky, kolekcje numizmatów, znaczków, starych samochodów. Każdy z tych rynków rządzi się odmiennymi prawami, a o ich popularności decyduje wiele czynników, w tym m.in. moda czy koniunktura na rynkach podstawowych – akcji, obligacji, funduszy.

– Podobnie jak przy innych rodzajach inwestycji ryzyko jest duże, możemy stracić naprawdę wiele, ale również możemy wiele zyskać. Przede wszystkim wskazany jest rozsądek oraz wiedza. Inwestując w dany rodzaj aktywów, powinniśmy przede wszystkim dosyć dużo o nich wiedzieć, a nie kierować się wyłącznie modą czy rekomendacją znajomych, którzy będą nas namawiali, przekonani, że akurat coś w tym momencie się opłaca – zastrzega Piotr Majewski.

Inwestycje alternatywne niosą ze sobą obok szansy na krociowe zyski ryzyko strat. Pierwszym przykładem bańki inwestycyjnej w historii była tulipanomania w Holandii w XVII wieku. W 1623 roku pojedyncza cebulka najbardziej poszukiwanych odmian tulipanów osiągała cenę nawet tys. guldenów, co było sumą ponad trzy razy wyższą niż średni roczny dochód obywatela Niderlandów. Tulipany i ich cebulki potrafiono wymieniać za nieruchomości, ziemię i bydło. W 1635 roku odnotowano sprzedaż czterdziestu cebulek za 100 tys. guldenów. Najwyższą cenę osiągnęła cebulka kupiona za 6 tys. guldenów. Popularność tych roślin spowodowała nawał spekulacji. W 1637 roku rynek się załamał z powodu zbyt wysokich cen oraz niewywiązywania się kontrahentów ze zobowiązań wynikających z kontraktów gwarantujących zakup cebulek po określonych cenach w przyszłości. Dlatego tak istotna jest znajomość dziedziny, w którą się inwestuje.

Trzeba wybrać sobie klasę aktywów, która nas interesuje, a następnie poświęcić trochę czasu na pozyskanie fachowej, eksperckiej wiedzy na ten temat, ponieważ często są to klasy aktywów bardzo unikatowe, o których dość trudno w popularnych źródłach informacji uzyskać szczegółowe dane na temat tego, co będzie działo się w przyszłości – radzi ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu. – Chyba że mamy zaufanego doradcę, który jest w stanie dzięki swojej wiedzy i umiejętności skierować nas w odpowiedni obszar i jednocześnie mamy do niego tyle zaufania, że przy braku własnej wiedzy możemy powierzyć swoje środki. Jednak zalecam interesować się tym, w co inwestujemy.

Szkodliwe lub rakotwórcze warunki pracy – jakie prawa mają zatrudnieni?

Wartości dopuszczalnych stężeń dla substancji chemicznych i warunki bezpiecznej pracy w Polsce są normowane od 1983 roku. Wejście Polski do Unii Europejskiej wymagało spełnienia szeregu dyrektyw w tej dziedzinie. Polscy przedsiębiorcy są reprezentowani w między resortowej komisji, która na bieżąco pracuje nad sugestiami pracowników i przedsiębiorców. Ma to kluczowe znaczenie dla ochrony zdrowia – zwłaszcza przy coraz szerszej gamie chemikaliów, na które zatrudnieni są narażeni każdego dnia.

– Staramy się współpracować z UE i na bieżąco ustalać wartości proponowane przez Unię – powiedziała agencji eNewsroom.pl Jolanta Skowroń, sekretarz międzyresortowej komisji ds. najwyższych dopuszczalnych stężeń i natężeń czynników szkodliwych dla zdrowia w środowisku pracy w Centralnym Instytucie Ochrony Pracy – Dostajemy projekty dyrektyw przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oraz przedstawiciela rządowego w Unii Europejskiej. Do wartości zgłaszamy uwagi, które dostarczają nam zarówno przedsiębiorcy, jak i związki zawodowe. Jeżeli pracownik dowie się – a powinien zostać powiadomiony – o narażeniu ze strony substancji rakotwórczej, to zawsze będzie współpracował z pracodawcą i będą starali się obniżyć te stężenia. Staramy się na bieżąco to monitorować i zgłosiliśmy listę substancji, dla których powinny być ustalone wartości unijne – dodała Skowroń.

Wynajem biura. Na co zwrócić uwagę?

Zakwaterowanie własnej firmy to jeden z podstawowych problemów, z jakim borykać się musi początkujący przedsiębiorca. W przypadku mikrofirm dobrą decyzją jest zdecydowanie się na najem lokalu. Podpowiadamy, na co zwrócić uwagę podczas rozglądania się za odpowiednią siedzibą dla twojej firmy!

Dlaczego wynajem?

Kupno własnego biura nadal pozostaje wydatkiem, który przekracza możliwości finansowe niejednej firmy. Tyczy się to zwłaszcza niewielkich przedsiębiorstw, dysponujących ograniczonym budżetem – zwłaszcza w początkowym okresie swojej działalności. Odpowiednim rozstrzygnięciem tej kwestii będzie podjęcie decyzji o wynajmie lokalu. Idealne biuro nie musi być bowiem twoją własnością, by móc dobrze spełniać swoje zadanie. Na rynku nieruchomości usługowych istnieje bowiem wiele firm oferujących profesjonalną obsługę zakwaterowania przedsiębiorstw.

Oszczędność czasu i kosztów

Problem dotyczący zakwaterowania przedsiębiorstwa obecny jest zwłaszcza w dużych, dynamicznie rozwijających się miastach. Najlepszym przykładem może być w tym momencie Wrocław. Biura do wynajęcia w centrum Wrocławia stają się bowiem usługą coraz bardziej popularną zarówno ze względu na wysokie ceny nieruchomości, jakie prezentuje tamtejszy rynek, jak również coraz mniejszą dostępność przestrzeni biurowych w atrakcyjnych lokalizacjach. Lokale przeznaczone do wynajęcia w celu prowadzenia działalności gospodarczej są przy tym najczęściej wykończone w pełnym standardzie, oferując satysfakcjonujące możliwości użytkowania dla przyszłych pracowników.

Biuro umeblowane czy nie?

W tym momencie nietrudno domyślić się, na co zwrócić uwagę decydując się na wynajem biura. Umeblowane przestrzenie zapewniają bowiem o wiele większe oszczędności dla przedsiębiorstw zwłaszcza w początkowym okresie ich działalności. Chociaż teoretycznie zakup mebli może być zostać wliczony w koszty prowadzenia działalności, to w przypadku ewentualnej przeprowadzki związanej zarówno z rozwojem firmy, jak również nagłym wypadkiem dostępności bardziej atrakcyjnego lokalu często zdarza się, że umeblowanie stanowić będzie niepotrzebny balast. Warto zatem rozwiązać ten problem już w zarodku.

Dogodna lokalizacja biura: istotny czynnik w budowaniu relacji

Podczas rozglądania się za odpowiednim miejscem dla prowadzenia twojej działalności istotnym czynnikiem jest również lokalizacja przyszłej siedziby firmy. Największą wartość przedstawiają miejsca zlokalizowane nieopodal centrum. Takie położenie zapewnia z jednej strony dobre skomunikowanie z pozostałą częścią miasta, z drugiej zaś stanowi ułatwienie dla kontrahentów, którzy już niebawem zaczną gościć w twoich progach. Dzięki dogodnej lokalizacji łatwo znajdą oni firmę, co może mieć pozytywny wpływ na opinię o przedsiębiorstwie. Dodatkowo korzystne umiejscowienie biura zapewnia łatwy dostęp do punktów usługowo-handlowych. Przyszli pracownicy na pewno docenią ten aspekt.

Wynajem biura – na co zwrócić uwagę?

Gdy już znajdziemy odpowiednie dla prowadzenia naszej działalności, w pełni umeblowane i położone w dogodnej lokalizacji, należy dokładnie zapoznać się z warunkami najmu. Dobrze jest w tym przypadku poprosić o wzór umowy najmu, który powinien być uważnie przeanalizowany zwłaszcza pod kątem tak zwanych kosztów ukrytych. Oprócz samego czynszu, wynajmujący może od nas również wymagać uiszczenia należności z tytułu między innymi:

  • opłat licznikowych (woda, elektryczność itd.);
  • opłat komunalnych (wywóz śmieci, sprzątanie);
  • opłat za media (przede wszystkim internet);
  • innych opłat, które nie wchodzą w skład czynszu.

Warto przy tym zwrócić się z zapytaniem o dostępność rachunków z poprzednich miesięcy. Pozwoli to oszacować przynajmniej część miesięcznych wydatków, które mogą jednak się zmienić. Bardzo ważne jest również ustalenie wysokości kaucji (jeśli jest wymagana) oraz dokładnych warunków jej zwrotu – nieuczciwi wynajmujący często starają się uzyskać dodatkowy zarobek żerując właśnie na tej należności.

Bezrobocie w Polsce 6,3%. Deutsche Bank znów ma problemy

Bezrobocie rejestrowane w Polsce wynosi zaledwie 6,3%. Liczone metodą BAEL zaledwie 4,5%. Dobre dane na temat sprzedaży z Wielkiej Brytanii. Deutsche Bank znów ma problemy.

Bezrobocie w Polsce

Zgodnie z oczekiwaniami stopa bezrobocia w kwietniu spadła w Polsce do 6,3%. Powodem jest początek prac sezonowych oraz oczywiście dalsza poprawa koniunktury. Jest to spadek aż o 1,3% względem zeszłego roku. Najwyższe bezrobocie jest w Warmińsko-mazurskim 11,1%, najniższe w Wielkopolsce – zaledwie 3,6%. Mierzony jest również wskaźnik wg. metodologii BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności). Ta druga metoda jest ankietowa, ale za bezrobotnych nie uznaje osoby, które pobierają zasiłek a nie szukają pracy. Szacunki z tej metodologii mówią, że bezrobocie wyniosło w Polsce zaledwie 4,5%.

Lepsze dane z Wielkiej Brytanii

Wczoraj poznaliśmy wyniki sprzedaży detalicznej w Wielkiej Brytanii. W ciągu roku sprzedaż rosła o 1,4%. Analitycy spodziewali się symbolicznego wzrostu o 0,1%. Wynik ten nie jest bardzo dobry, ale wyraźnie lepszy od oczekiwań co pozwoliło odrobinę umocnić się brytyjskiej walucie. Funt jest obecnie najtańszy od grudnia względem dolara, ale jest to raczej wynik bardzo dobrej passy amerykańskiej waluty niż słabości brytyjskiej.

Kolejny czynnik ryzyk

Ostatnie tygodnie ryzyka w Europie to głównie szukanie koalicjanta we Włoszech. To właśnie to spowodowało, że inwestorzy wycofywali się z Europy istotnie obniżając wartość złotego. Teraz pojawił się kolejny “stary” problem. Jest to kondycja Deutsche Banku. Wczoraj potwierdziły się plotki o zwolnieniach sięgających ponad 7000 osób a kurs akcji ponownie zanurkował. Nie jest co prawda jeszcze tak nisko jak w 2016 roku, ale wyraźnie widać, że inwestorzy boją się inwestycji w DB. Gdyby problem się pogłębiał można spodziewać się kolejnych osłabień złotego szczególnie względem franka szwajcarskiego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych, za to w godzinach wieczornych odbędzie się wiele wystąpień przedstawicieli FED.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Prawo do odliczenia VAT

Prawo do odliczenia podatku naliczonego jest jednym z najistotniejszych uprawnień podatnika VAT, stanowiących wyraz fundamentalnej zasady neutralności podatku od towarów i usług. Należy pamiętać, że przysługuje ono tylko w przypadku, gdy nabywane towary i usługi mają związek z czynnościami opodatkowanymi. Kwestia ta często jest przedmiotem sporów między podatnikami a organami podatkowymi.

Kiedy można odliczyć VAT?

Podatnik VAT ma prawo do odliczenia podatku naliczonego wynikającego z faktur dokumentujących nabycie przez niego towarów i usług, pod warunkiem że mają one związek z wykonywanymi przez podatnika czynnościami opodatkowanymi. Uprawnienie takie nie przysługuje w związku z zakupem towarów i usług związanych z czynnościami, które są ustawowo zwolnione z VAT. Może mieć również miejsce sytuacja, w której działalność gospodarcza podatnika ma charakter mieszany, czyli obejmuje zarówno czynności podlegające opodatkowaniu, jak i z niego zwolnione. Wówczas podatek naliczony odlicza się proporcjonalnie. Zgodnie z ustawą o podatku od towarów i usług proporcję dla potrzeb odliczenia ustala się jako udział obrotu rocznego uzyskanego „z tytułu czynności, w związku z którymi przysługuje prawo do obniżenia kwoty należnego VAT, w proporcji do całkowitego obrotu, tj. czynności, w związku z którymi podatnikowi przysługuje prawo do obniżenia kwoty podatku należnego, oraz czynności, w związku z którymi podatnikowi takie prawo nie przysługuje”.

Podatnik może odliczyć VAT na podstawie faktury, która musi spełniać ustawowe wymogi i nie może się mieścić w katalogu wyłączeń z art. 88 ust. 3 ustawy o VAT (m.in. faktura musi dokumentować rzeczywiste transakcje i być wystawiona przez podmiot istniejący). Ustawa przewiduje również ograniczenia, jeśli chodzi o prawo do odliczenia – np. w odniesieniu do wszystkich wydatków związanych z samochodami osobowymi podatnikowi przysługuje prawo do odliczenia 50% podatku naliczonego.

Prawo do odliczenia przysługuje oczywiście tylko zarejestrowanym podatnikom VAT i co do zasady w rozliczeniu za okres, w którym w związku z nabytymi lub importowanymi przez podatnika towarami lub usługami powstał obowiązek podatkowy. Jeśli podatnik nie skorzysta z tego prawa w tym okresie, może jeszcze dokonać odliczenia w deklaracji za jeden z dwóch kolejnych okresów rozliczeniowych. Nawet gdyby tego nie uczynił, to nie traci prawa do odliczenia, gdyż może je wykonać poprzez złożenie korekty deklaracji za okres, w którym powstało prawo do obniżenia należnego podatku, jednak nie później niż w ciągu 5 lat, licząc od początku roku, w którym takie prawo powstało.

Podatnicy szeroko interpretują prawo do odliczenia

Organy podatkowe, a w ślad za nimi podatnicy, ujmują prawo do odliczenia podatku naliczonego szeroko, dopuszczając nawet pośredni związek z czynnościami opodatkowanymi, który wprawdzie bezpośrednio nie przyczynia się do uzyskania obrotu, lecz przyczynia się do jego wzrostu poprzez ogólne oddziaływanie na działalność podatnika. Na przykład w interpretacji indywidualnej z dnia 7 listopada 2011 r. Dyrektor Izby Skarbowej w Warszawie potwierdził stanowisko podatnika, że prawo do odliczenia obejmuje również wydatki, które poniósł on, aby zapewnić zakwaterowanie pracownikom wykonującym pracę na jego rzecz poza miejscowością, w której zlokalizowany jest główny zakład podatnika. W ocenie organu nie budzi wątpliwości, że zakup takich usług w związku ze świadczeniem pracy poza miejscowością, w której znajduje się jej główny zakład, wykazuje pośredni związek z czynnościami opodatkowanymi wykonywanymi przez podatnika, a zatem przysługuje mu prawo do odliczenia VAT w związku z nabyciem tych usług.

W innym rozpoznawanym przypadku podatnik będący rolnikiem, prowadzący działalność w zakresie działów specjalnych produkcji rolnej, podążając najprawdopodobniej za przytoczonym wyżej tokiem rozumowania, uznał, iż w związku z tym, że udostępniał on zatrudnionym przez siebie pracownikom miejsca w zbudowanym przez niego hotelu pracowniczym, przysługuje mu prawo do odliczenia podatku. Zdaniem podatnika wydatki związane z budową, podstawowym wyposażeniem oraz bieżącym utrzymaniem hotelu, jako podyktowane koniecznością zapewnienia zatrudnienia, wykazują pośredni związek z prowadzoną przez niego działalnością gospodarczą. Organ podatkowy nie podzielił jego poglądu i uznał, że nieodpłatne udostępnianie pracownikom pokoi w hotelu pracowniczym stanowi nieodpłatne świadczenie usług związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej, które jako niepodlegające opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług nie daje podatnikowi prawa do obniżenia podatku należnego o podatek naliczony.

Sądy podkreślają wymóg bezpośredniego związku z czynnościami opodatkowanymi

Argumentację organu podatkowego co do braku prawa do odliczenia podatku naliczonego podzielił Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu w wyroku z dnia 30 maja 2017 r. (sygn. akt I SA/Po 1604/16), który stwierdził:

„Uprawnienie to powstaje (…) w przypadku, gdy podlegająca podatkowi VAT transakcja powodująca naliczenie podatku pozostaje w bezpośrednim i ścisłym związku z transakcją lub większą liczbą transakcji objętych podatkiem należnym. Odnosząc się do realiów sprawy będącej przedmiotem skargi rolnika-przedsiębiorcy WSA stwierdził, że wydatki poniesione przez skarżącego na budowę, wyposażenie i bieżące utrzymanie hotelu pracowniczego związane będą w sposób bezpośredni z czynnościami niepodlegającymi opodatkowaniu VAT oraz zwolnionymi od podatku. W takiej sytuacji (…) dochodzi do przerwania bezpośredniego i ścisłego związku pomiędzy poniesionymi przez podatnika wydatkami powodującymi naliczenie podatku a działalnością gospodarczą skutkującą powstaniem podatku należnego.”

Zarówno powyższe orzeczenie, jak i interpretacje indywidualne organów podatkowych pokazują, że pośredni związek musi dotyczyć czynności opodatkowanych. Przerwanie takiego związku – np. poprzez odniesienie poniesionych wydatków do czynności, które nie podlegają opodatkowaniu VAT – skutkuje brakiem prawa do obniżenia podatku należnego.

Z uwagi na obszerność i zawiłość obowiązujących przepisów ustawy o podatku od towarów i usług w wielu przypadkach definitywne stwierdzenie, czy określone wydatki wykazują związek z czynnościami opodatkowanymi, może być problematyczne. W takim przypadku warto powierzyć rozliczenie podatku od towarów i usług kompetentnemu doradcy. Znakomitym zabezpieczeniem przed sporem z organem podatkowym może być również wystąpienie z wnioskiem o indywidualną interpretację prawa podatkowego, chroniącą podatnika, który się do niej zastosował.

Trzeba pamiętać, że każda sprawa powinna być rozpatrywana indywidualnie i często nawet najdrobniejsze szczegóły mogą zdecydować o tym, że pozornie oczywista podatkowo sytuacja bardzo się skomplikuje i wyniknie z niej niespodziewany spór z fiskusem.

Autor: radca prawny Robert Nogacki – Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

GfK prognozuje, iż w 2018 r. w UE sprzedaż detaliczna w sklepach stacjonarnych wzrośnie o 2,1%

GfK prognozuje, iż w 2018 r. w 28 krajach członkowskich Unii Europejskiej nominalny wzrost obrotów w stacjonarnym handlu detalicznym wyniesie 2,1 proc. Jednakże trendy w poszczególnych analizowanych krajach znacząco się różnią. Faktyczny wzrost przewidywany jest dla krajów takich jak Francja, Hiszpania i Węgry. W kilku krajach, niski wzrost niwelowany będzie nieznacznym wzrostem inflacji. Takie są wnioski płynące z nowo opublikowanego badania GfK dotyczącego handlu detalicznego w Europie w 2018 roku.

Oprócz różnych wyzwań gospodarczo-politycznych, europejska gospodarka zmaga się obecnie także ze znaczącymi zmianami spowodowanymi przez Brexit. Brak pewności co do przyszłych warunków handlu z USA rodzi obawy o potencjalny negatywny wpływ na eksport z krajów Europy. Wzorem lat ubiegłych dział GfK Geomarketing zbadał obecną i przyszłą sytuację w sektorze europejskiego handlu detalicznego, opierając się na kompleksowej analizie głównych wskaźników handlowych. Dzięki analizom trendów panujących w 32 krajach Europy oraz prognozie obrotów na rok 2018 badanie “European Retail in 2018” dostarcza cenne informacje dla sprzedawców detalicznych, inwestorów i deweloperów.

– Wszystkie kraje Europy skorzystały na wzroście gospodarczym w 2017 r. – wyjaśnia Przemysław Dwojak, ekspert ds. handlu detalicznego w GfK. – Ogólnie rzecz biorąc, przewidujemy, że w 2018 r. w sektorze stacjonarnego handlu detalicznego nastąpi dalszy wzrost, chociaż w niektórych krajach efekt wzrostu obrotów i podwyżek cen wzajemnie się zniosą.

Najważniejsze wnioski

Siła nabywcza

W 2017 r. średnia siła nabywcza każdego obywatela 28 państw członkowskich UE wynosiła 16.436 euro, co oznacza nominalny wzrost o 1,9 proc. w porównaniu do roku poprzedniego. Wśród krajów Unii Europejskiej jedynie Wielka Brytania (-1,5 proc.) zanotowała spadek siły nabywczej, co było częściowo spowodowane dewaluacją funta brytyjskiego. Jeżeli nie uwzględniać Wielkiej Brytanii, to dynamika z poprzednich lat utrzymała się. Stopy wzrostu w krajach Europy Środkowo-Wschodniej utrzymały się powyżej średniej. Miejsce Polski na mapie siły nabywczej doskonale ilustruje mapa, która wyraźnie dzieli Europę na część wschodnią i zachodnią. Polska dominuje nad kilkoma krajami w swojej części Europy, jednocześnie znacząco odbiegając zamożnością swoich mieszańców od części zachodniej.

Prognozy obrotów na rok 2018. Zeszłoroczny wzrost popytu zrekompensował spadek udziału rynkowego stacjonarnego handlu detalicznego na rzecz sprzedaży internetowej. Na rok 2018 GfK przewiduje nominalny wzrost obrotów o 2,1 proc. w 28 krajach Unii Europejskiej. Jednak wartość ta znajduje się tylko nieco poniżej prognozowanej stopy inflacji, co oznacza, że w obrotach handlu detalicznego w Europie przewidywany jest jedynie skromny rzeczywisty wzrost. Kraje Europy Wschodniej, które w poprzednich latach zajmowały najwyższe pozycje w rankingu, dzięki dalszym wzrostom przychodów ponownie znajdują się w czołówce w 2018 roku. GfK prognozuje znaczące stopy wzrostu w Bułgarii (+5,3 proc.), w Polsce (+5,6 proc) na Węgrzech (+6,0 proc.), w Czechach (+6,5 proc.) i w Rumunii (+7,5 proc.).

Inflacja

Przy stopie inflacji wynoszącej 1,7 proc. w 2017 r. kraje Unii Europejskiej zbliżyły się do zadeklarowanego przez Europejski Bank Centralny (EBC) wzrostu cen towarów konsumenckich o 2,0 proc. Konsumenci byli zmuszeni zapłacić więcej za te same towary w wielu krajach Europy Wschodniej, które w latach poprzednich zmagały się z deflacją. W Polsce wzrost cen wyniósł 1,6% i w dużej mierze podyktowany był rosnącymi wynagrodzeniami. Ponieważ EBC ogłosił, że nie dotknie bazowych stóp procentowych do 2019 r., GfK przewiduje, że trendy panujące w handlu detalicznym w 2018 r. będą przypominać te z roku poprzedniego. Spodziewany jest wzrost cen o 1,9 proc. na terenie całej Unii Europejskiej. Należy podkreślić, że prognoza ta zakłada, iż nie dojdzie do dalszego zaostrzenia sporów handlowych między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi.

Dostępność powierzchni handlowej

W 2017 r. w analizowanych krajach Europy odnotowano wzrost absolutnej ilości powierzchni handlowej. Jedynym wyjątkiem była Holandia, gdzie zarejestrowano spadek o 0,4 proc. Jednak w ujęciu per capita rysuje się odmienny obraz – w połowie badanych krajów powierzchnia sprzedaży per capita pozostawała na niezmiennym poziomie lub spadała. Wartości per capita dla tego wskaźnika znacząco różniły się w zależności od kraju. Przykładowo na mieszkańców krajów Beneluksu przypada ponad dwa razy więcej powierzchni sprzedaży (1,48 -1,64 m²) niż na mieszkańców Rumunii (0,72 m²) czy Polski (0,98 m²).

Produktywność powierzchni handlowej

Podobnie jak ma to miejsce w przypadku dostępności powierzchni handlowej per capita, produktywność powierzchni handlowej w Europie również się waha. Przykładowo w Szwecji wskaźnik ten spadł o -1,5 proc. do 6.000 EUR/m², co jednak nadal pozostaje wysokim wynikiem. Belgia również doświadczyła spadku w wydajności powierzchni handlowej w 2017 r., chociaż spadek ten był względnie niski i wyniósł jedynie 1,1 proc. Na Węgrzech restrykcyjna polityka planowania oraz protekcjonistyczne tendencje spowolniły ekspansję międzynarodowych sprzedawców detalicznych. W efekcie rozwój nowych dużych powierzchni handlowych był ograniczony. Znaczący wzrost obrotów w handlu detalicznym zwiększył wydajność powierzchni handlowej, która przez ostatni rok wzrosła o 6,9 proc. do 2.997 EUR/m². Dynamiczny wzrost produktywności powierzchni handlowej do pewnego stopnia zrównoważył rosnące koszty najmu na rynkach nieruchomości handlowych również w innych krajach Europy Wschodniej.

O badaniu
GfK dokonało analizy następujących wskaźników rynkowych w 32 krajach Europy: siła nabywcza, obroty w handlu detalicznym, udział handlu detalicznego w łącznych wydatkach populacji, prognoza obrotów w handlu detalicznym w 2018 r., ocena segmentu odzieżowego (zmagającego się m.in. z presją wywieraną przez handel internetowy), trendy w cenach towarów konsumenckich, dostępność i produktywność powierzchni handlowej, analiza wpływu zmiany godzin otwarcia sklepów w niedziele na Węgrzech. Obliczenia dotyczące obrotów i siły nabywczej dokonywane są w euro w oparciu o prognozę stawki wymiany walut opublikowaną przez Komisję Europejską 9 listopada 2017 roku. Terminem przygotowania badania był kwiecień 2018 roku.

Raport Marsh: rekordowy wzrost liczby ubezpieczeń transakcyjnych

Dzięki inwestorom strategicznym oraz funduszom Private Equity w 2017 r. nastąpił rekordowy wzrost liczby zawieranych ubezpieczeń ryzyk transakcyjnych. Kluczowym powodem korzystania z tego typu rozwiązań jest zmniejszenie ryzyka związanego z transakcjami w charakteryzującym się dużą konkurencyjnością środowisku fuzji i przejęć (M&A).

Raport Marsh: „Transactional Risk 2017: Year in Review”, potwierdza, że w ubiegłym roku nasi eksperci zawarli o 28% więcej polis ubezpieczeniowych od ryzyka transakcyjnego, w porównaniu do roku 2016, w skali globalnej. Średnie limity sumy ubezpieczenia także wzrosły – o 38%, na co wpływały rozmiar i liczba transakcji, w których skorzystano z ubezpieczenia.

Kluczowe wnioski i obserwacje z tegorocznego raportu:

  • Klienci korporacyjni  stanowią coraz większy portfel klientów korzystających z ubezpieczeń transakcyjnych i dziś stanowią 50% nabywców tego rodzaju polis.
  • Wzrasta popyt na tradycyjne, jak i innowacyjne produkty ubezpieczeniowe, szczególnie w zakresie ubezpieczeń ryzyk podatkowych.
  • Globalny rynek ubezpieczeń ryzyk transakcyjnych staje się coraz bardziej konkurencyjny pod względem składek, udziałów własnych i warunków ubezpieczenia.

Ubezpieczenia transakcyjne są istotną częścią procesu zawierania transakcji fuzji czy przejęcia. Prognozy wskazują, że zwiększony popyt na tego rodzaju rozwiązania będzie kontynuowany, przy jednoczesnym wzroście oczekiwań klientów w zakresie poziomu innowacyjności.

Małgorzata Splett – Dyrektor Działu FINPRO (Ubezpieczenia finansowe i profesjonalne) & PEMA (Fuzje i Przejęcia), Marsh Polska dodaje: „Wszystkie tendencje wskazane w raporcie mają również zastosowanie do ubezpieczanych za pośrednictwem Marsh Polska polskich transakcji fuzji i przejęć. Wśród kluczowych, typowo lokalnych tendencji należy wskazać:

  • 5 lat temu Marsh w Polsce rozpoczynał współpracę w zakresie fuzji i przejęć przede wszystkim  z klientami korporacyjnymi, aktywnymi na arenie M&A. Dlatego też 50% udział tych projektów w całym portfelu nie jest lokalnie nowością. Z drugiej strony, w roku 2017 częściej współpracowaliśmy z funduszami Private Equity, co związane było z wieloma wyjściami z inwestycji lokalnych funduszy Private Equity.
  • Zainteresowanie ubezpieczeniem znanych ryzyk podatkowych jest w Polsce niesłabnące – lokalnie plasujemy coraz więcej tego rodzaju polis, jednak biorąc pod uwagę często wysokie ryzyko związane z nieprzewidywalnością decyzji polskich organów skarbowych, niektóre ryzyka są nieubezpieczalne. W poprzednim roku pracowaliśmy przy projektach, gdzie klienci decydowali się nie tyle na polisy ryzyk podatkowych, ale na polisy ubezpieczenia tytułu prawnego – obok polis W&I. Jest to szczególnie ważne w przypadku, gdy ryzyko związane z tytułem jest istotne w danej transakcji, a wartość portfolio nieruchomości/spółki wysokie. Dzięki odrębnemu ubezpieczeniu tytułu prawnego kupujący może osiągnąć znacznie bardziej konkurencyjny koszt, nielimitowaną czasowo ochronę i pokrycie szersze niż w polisie W&I.
  • Tendencja cen ubezpieczeń transakcyjnych i poziomu udziałów własnych była podobna. Koszt polisy W&I oscylował w granicach 0,8-1,4% na polskich transakcjach, a udział własny zwykle na poziomie 0,5%wartości przedsiębiorstwa (enterprise value).”

Link do raportu: https://www.marsh.com/content/dam/marsh/Documents/PDF/US-en/transactional-risk-report-2017.pdf

Grupa RAFAKO po pierwszym kwartale z solidnym zyskiem mimo niższych przychodów

Po trzech pierwszych miesiącach 2018 roku Grupa Kapitałowa RAFAKO odnotowała blisko 300 mln złotych przychodów ze sprzedaży wypracowując przy tym 17,2 mln złotych zysku operacyjnego oraz 8,2 mln złotych zysku netto. Na osiągnięte wyniki Grupy największy wpływ miały wyniki wypracowane przez spółkę RAFAKO. W porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego, RAFAKO odnotowało wzrost przychodów ze sprzedaży oraz wyniku na wszystkich poziomach rachunku zysku i strat.

W pierwszym kwartale 2018 roku przychód ze sprzedaży Grupy Kapitałowej RAFAKO wyniósł 297,9 mln złotych, podczas gdy w analogicznym okresie 2017 roku wartość ta wyniosła 439,7 mln złotych. Obniżenie przychodów rok do roku wynika z niższych przychodów z kontraktu dotyczącego budowy nowego bloku energetycznego o mocy 910 MW w Elektrowni Jaworzno, co jest związane stopniem zaawansowania projektu i planowym niższym fakturowaniem. Mimo niższych przychodów, Grupie udało się wypracować solidny zysk netto na poziomie 8,2 mln złotych. W analogicznym okresie poprzedniego roku wartość ta wyniosła 10,65 mln złotych.

Największy udział w przychodach całej Grupy miała spółka RAFAKO, której przychód r/r w pierwszym kwartale wzrósł o prawie 13 proc. z 134,2 mln złotych w 2017 do 151,5 mln złotych w tym roku. Spółka osiągnęła w tym okresie zysk operacyjny i zysk netto na poziomie odpowiednio 9,2 mln złotych i 2,4 mln złotych, podczas gdy analogiczny okres ubiegłego roku zakończyła zyskiem operacyjnym wynoszącym 2,4 mln złotych i stratą netto na poziomie 8,77 mln.

Portfel zamówień

Wartość portfela zamówień Grupy na dzień 31 marca 2018 r. wynosiła ponad 3,0 miliardy złotych, z czego do realizacji w bieżącym roku przypada ponad 1 mld złotych i blisko 2,0 miliardy złotych na lata kolejne. Największą część portfela stanowi Projekt Jaworzno 910MW – 1,4 miliarda złotych, z czego 0,1 miliarda złotych pozostaje do realizacji przez RAFAKO i 1,3 miliarda złotych przez spółkę celową SPV Jaworzno. Znaczącą większość zleceń w strukturze portfela zamówień stanowią kontrakty z segmentu budownictwa energetycznego.

Nowe kontrakty i rynki

W 2018 roku, zgodnie z kierunkami wyznaczonymi w nowej strategii rozwoju, Spółka w efekcie działań zmierzających do pozyskania nowych kontraktów i rynków, zanotowała następujące zdarzenia:

  • 20 marca – oferta Spółki została wybrana przez Elering AS do realizacji „Budowy pod klucz tłoczni gazu Paldiski i Puiatu w Estonii” – wartość oferty Spółki wynosi 50 mln euro,
  • 29 marca – podpisanie umowy na zaprojektowanie, dostawę i montaż zbiornika LNG w Finlandii. Wartość umowy wynosi 13,4 mln euro.

Od stycznia do chwili obecnej podpisaliśmy kontrakty o wartości blisko 150 mln złotych. Wśród nich są już projekty związane z dostosowaniem do regulacji BAT. Aktualne oferty RAFAKO z pierwszą ceną wynoszą blisko 1,2 miliarda złotych. Do końca maja  planujemy podpisanie kontraktów na łączną kwotę powyżej 160 mln złotych. Nasze cele związane z pozyskaniem do portfela zamówień zleceń o wartości między 900 a 1,2 miliarda złotych w 2018 roku są jak najbardziej aktualne i realne. – mówi Agnieszka Wasilewska -Semail, prezes Zarządu RAFAKO S.A..

Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe pomogą, ale nie zastąpią pracy człowieka

Obecnie widać już pierwsze przejawy Rewolucji 5G. Z perspektywy zasięgu, przepustowości i ilości przetwarzanych danych komunikacja staje się coraz bardziej rozproszona i globalna. Ze względu na cyberbezpieczeństwo wszelkiego rodzaju zagadnienia związane z tak bardzo rozproszonym systemem muszą być wyposażone w rozwiązania, które za pomocą architektur i mechanizmów automatycznych zapewnią bezpieczeństwo użytkownikom. Ludzie od dawna nie są w stanie obsługiwać tak dużej ilości informacji.

– Potwierdzają to trendy takie, jak machine learning czy AI (ang. artificial intelligence). To rozwiązania, które są coraz częściej stosowane. Widać wyraźnie, że dostrzeżenie anomalii – a tym bardziej praca w czasie rzeczywistym – jest niewykonalne dla człowieka – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Bromirski, CTO w Cisco Systems Poland – Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe wprost wpływają na analizę ruchu życiowego, zachowań użytkowników, ich cech – jak obecność i przemieszczanie się. Dzięki takim informacjom zbieranym z sieci, z różnego rodzaju rozproszonych sensorów, można w czasie rzeczywistym podejmować decyzje. Jeśli kogoś nie ma w domu, niemożliwe jest korzystanie przez niego z Internetu za pomocą domowego łącza. Dzięki takiej wiedzy można powiadomić odpowiednie służby. Jeżeli ktoś korzysta z dostępu do uprawnionych informacji w firmie, nie może być jednocześnie po drugiej stronie globu i korzystać tam ze swojego terminala mobilnego czy telefonu. To pokazuje, że ktoś mógł np. sklonować czyjąś kartę SIM. Takie przypadki zaczynają być problemem dla ludzkich operatorów, głównie ze względu na ilość informacji w sieci rozproszonej. Dla maszyn i algorytmów uczenia maszynowego nie stanowi to wyzwania. Są w stanie reagować na takie anomalie w czasie rzeczywistym i w odpowiedni sposób je blokować. Maszyny nie wyeliminują jednak ludzi. To oni będą nadal podejmować najważniejsze decyzje. Urządzenie będą pozwalały im robić to szybciej i w bardziej efektywny sposób – dodał Bromirski.

Wynalazek polskich naukowców może zrewolucjonizować sterowanie orbitami okołoziemskimi. Możliwe będzie wykonywanie precyzyjnych zdjęć satelitarnych

Wynalazek polskich naukowców może zrewolucjonizować sterowanie orbitami okołoziemskimi. Możliwe będzie wykonywanie precyzyjnych zdjęć satelitarnych 3

Ferrofluidowe koło zamachowe pomoże sterować satelitami. Dzięki wynalazkowi polskich naukowców łatwiej będzie dokonywać pomiarów badawczych na orbicie okołoziemskiej. Naukowcy z AGH projektują układ sterowania orientacją satelity, który pozwoli np. na precyzyjniejsze wykonywanie zdjęć satelitarnych. Nowy system zostanie przetestowany na satelicie KRAKsat, który zostanie wyniresiony na orbitę okołoziemską w listopadzie 2018 roku. Przemysł kosmiczny jest uznawany za jeden z najbardziej perspektywicznych na świecie. Jego prywatna gałąź w ciągu 30 lat osiągnie wartość niemal 3 bln dolarów.

Satelita KRAKsat to satelita typu cubesat, czyli sześcian o boku 10 cm x 10 cm x 10 cm. Jego głównym zadaniem będzie przetestowanie autorskiego pomysłu naukowców AGH – ferrofluidowego koła zamachowego.

– Satelity na orbicie okołoziemskiej często potrzebują mieć możliwość sterowania swoją orientacją. Jest to powodowane tym, że przy wyrzuceniu satelity z rakiety, satelita taki posiada bardzo duże prędkości obrotowe i trzeba go wyhamować. Chcemy mieć możliwość sterowania instrumentami badawczymi, takimi jak np. kamera czy antena – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jan Życzkowski z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, koordynator projektu KRAKsat.

Opracowane na AGH rozwiązanie zakłada zbudowanie koła zamachowego z ferrofluidu, będącego cieczą magnetyczną. Oznacza to, że po zbliżeniu magnesu, ciecz będzie przez niego przyciągana. Ta właściwość ma być wykorzystana w urządzeniu wyposażonym w elektromagnesy i działającym na zasadzie zbliżonej do silnika krokowego.

– Satelity przebywające przez dłuższy czas na orbicie okołoziemskiej potrzebują kół zamachowych, żeby zmieniać i stabilizować swoją pozycję. Wszystkie koła zamachowe w tej chwili są mechaniczne, co oznacza, że posiadają części ruchome, co może wpływać na awaryjność tych urządzeń. W przypadku KRAKsat nie mamy części ruchomych, mamy pojemnik z ferrofluidem w środku, który zostaje rozpędzony, a wszystko inne jest nieruchome. Ferrofluid to ciecz, w której są malutkie drobinki żelaza, oddziałujące z polem magnetycznym. W ten sposób jest ona poruszana – mówi Rafał Janiczak, członek projektu KRAKsat.

Satelita zostanie wyniesiony na orbitę okołoziemską z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej w USA najprawdopodobniej w listopadzie 2018 roku.. Zdaniem koordynatora projektu, doświadczenia krakowskich naukowców powinny zainspirować inne uczelnie do pracy nad rozwiązaniami dla przemysłu kosmicznego, ponieważ jest on bardzo perspektywiczny w kontekście komercjalizacji.

– Przemysł kosmiczny jest bardzo przyszłościowy i bardzo ważne jest to, żeby w Polsce też bardzo prężnie się rozwijał. Polskie uczelnie i polskie firmy na pewno mają czym się pochwalić, mają wiele instrumentów w całym układzie słonecznym. Branża kosmiczna tak się rozwija, że robi się outsourcing pewnych części. Wiele firm składa całego satelitę, ale możliwość wysłania własnego satelity jest czymś, co my Polacy powinniśmy być w stanie zrobić – twierdzi Jan Życzkowski.

Według analityków z Bank of America Merrill Lynch  prywatny przemysł kosmiczny, który obecnie wycenia się na około 350 mld dolarów, w ciągu najbliższych 30 lat wzrośnie do kwoty niemal 3 bln dolarów.

Inteligentne okna to przyszłość budownictwa. Osłonią przed słońcem, a promieniowanie przekształcą w energię elektryczną.

Inteligentne okna to przyszłość budownictwa. Osłonią przed słońcem, a promieniowanie przekształcą w energię elektryczną. 4

Na rynku pojawia się coraz więcej materiałów, które zmieniają kolor na podstawie temperatury i wychwytują energię podobnie do ogniw słonecznych. Nowe technologie wykorzystywane w budynkach ograniczają nakłady na energię, na ogrzanie czy schłodzenie, ale same mogą służyć jako energetyczne bojlery. Inteligentne okna sprawdzą się zarówno w domach jednorodzinnych, jak i biurowcach. Eksperci przekonują, że inteligentne okna to przyszłość. Generują nawet kilkadziesiąt razy więcej energii, niż panele dachowe i pozwalają oszczędzić nawet 40 proc. energii.

Nowe technologie, które pozwalają oszczędzić energię, są coraz częściej stosowane w nowym budownictwie. To efekt coraz większej świadomości ekologicznej konsumentów. Z raportu „Budownictwo energooszczędne oczami Polaków” wynika, że blisko 90 proc. osób chciałoby mieszkać w domu energooszczędnym. Na rynku pojawia się też coraz więcej rozwiązań, które umożliwiają stworzenie energooszczędnego domu. Zdaniem ekspertów, przyszłością są inteligentne okna.

 – Okna iSun Cool to innowacyjne okna słoneczne, dzięki którym zaoszczędzimy energię. Okna nie tylko ograniczają nakłady energetyczne na chłodzenie czy ogrzewanie budynku, ale również generują energię elektryczną i podgrzewają wodę, ponieważ mogą służyć jako energetyczne bojlery – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Hesham Abdelaal, prezes iSunCool.

Takie technologie pojawiają się już na rynku. Solar Window Technology opracowała specjalną powłokę, która zamienia się w panele słoneczne, a widoczność okna się nie zmienia. Dzięki temu możliwy jest montaż paneli bez konieczności wymiany okien. Niewidoczny system przewodów pomaga w transporcie energii elektrycznej do przewodów budynku lub bezpośrednio do urządzeń. Dzięki persowskitom, materiałom wykonanym z mieszaniny pierwiastków o krystalicznej strukturze, można zaś osłonić mieszkanie czy biuro przed słońcem, a promieniowanie przekształcić  w energię elektryczną.

– W przypadku iSun Cool to w zasadzie przezroczysty panel, przez który wpada światło słoneczne. Fotony są następnie przekształcane w prąd elektryczny, który może być przechowywany w baterii, albo przesyłany bezpośrednio do sieci – tłumaczy Hesham Abdelaal.

W Katowicach powstaje budynek, gdzie całkowite roczne zużycie energii pierwotnej nie przekroczy 57 kWh na mkw. rocznie. Oprócz paneli fotowoltaicznych zaprojektowano również gazowe pompy ciepła oraz silniki do trigeneracji, które umożliwiają jednoczesną produkcję energii elektrycznej, cieplnej oraz chłodu. Możliwe ma być również odzyskiwanie energii z powietrza usuwanego z obiektu.

Zgodnie z przepisami unijnymi od roku 2021 wszystkie budynki będą musiały być efektywnie energetyczne. Wskaźnik rocznego zapotrzebowania na nieodnawialną energię pierwotną (EP) nie może przekroczyć w tym roku  95, a od stycznia 2021 roku wyniesie 75 kWh/mkw. rocznie. Energooszczędne rozwiązania stosuje się zarówno w domach jednorodzinnych (zwłaszcza panele fotowoltaiczne), jak i w biurowcach.

– Technologia może być wykorzystana zarówno w dużych biurowcach, jak i domach jednorodzinnych.  Dla nas korzystniejsze byłoby ich wykorzystywanie w większych budynkach, które posiadają całą niezbędną infrastrukturę. Ale można ją stosować także w normalnych domach, a nawet mieszkaniach – mówi prezes iSunCool.

Budowa energooszczędnego budynku niesie ze sobą na początkowym etapie wyższe koszty. Te jednak szybko się zwracają.

– Jeżeli mamy 120-metrowe mieszkanie z pięcioma oknami, to koszt montażu okien wyniesie nieco ponad 3 tys. euro. Koszt zwróci się po trzech latach, bo nasz produkt przynosi około 17 proc. oszczędność jeżeli chodzi o łączne koszty energetyczne – przekonuje ekspert.

Research and Markets ocenia, że rynek inteligentnych okien do 2023 roku będzie wart 5,6 mld dolarów.

Stare giełdowe sztuczki na młodym rynku kryptowalut

Cena bitcoina zbliża się do granicy 7 tys. dolarów, a spadając do najniższego poziomu od półtora miesiąca, ciągnie za sobą w dół praktycznie cały rynek kryptowalut. Do spadku mogło się przyczynić postępowanie wszczęte przez amerykański Departament Sprawiedliwości ws. manipulowania cenami kryptowalut – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Brak nadzoru i ścisłych regulacji rynku kryptowalut sprawia, że istnieje dużo większe prawdopodobieństwo (niż w przypadku regulowanych aktywów jak akcje itp.) manipulacji. Szczególnie w przypadku rynku, który regularnie poddaje się tak dużym wahaniom cenowym. Temu procederowi teraz zamierzają się przyjrzeć amerykańscy śledczy.

Na czym polegają podejrzane praktyki spoofingu i wash tradingu

Agencja informacyjna Bloomberg podała w środę, powołując się na nieoficjalne źródła, że Departament Sprawiedliwości w USA otworzył postępowanie karne w sprawie osób handlujących kryptowalutami. Uściślając, chodzi o to, czy te osoby dokonują nielegalnych praktyk, które służą manipulacji cenami, m.in. w przypadku bitcoina i ethereum. Amerykański organ będzie przyglądał się, czy używano praktyk m.in. spoofingu i wash tradingu.

Ten pierwszy polega na wysyłaniu zleceń i anulowaniu ich, jak tylko cena zacznie zmierzać w pożądanym kierunku. W wash tradingu osoba próbująca wpłynąć na ceny wytwarza fałszywy obraz popytu i podaży na rynku. Obie praktyki regulatorzy próbowali wyplenić latami na normalnych giełdach. Nadal można spotkać się z ich przypadkami, ale jest to już bardzo mały odsetek i raczej na aktywach cieszących się relatywnie mniejszą popularnością.

Można się liczyć z sankcjami i spadkami cen

Co warto zauważyć, wiele platform umożliwiających obrót kryptowalutami nie podlega regulacji ani nadzorowi władz w USA (CFTC czy SEC), które z kolei regulują obrót kontraktami terminowymi (futures) na bitcoina. Jeżeli natomiast amerykański organ federalny doszuka się oszustw na tzw. rynkach spot, gdzie kupuje się i sprzedaje kryptowaluty, może nałożyć na nie sankcje.

Fakt wszczęcia postępowania przez Departament Sprawiedliwości przeciw nielegalnym praktykom handlowym będzie najprawdopodobniej negatywnie oddziaływał na rynek kryptowalut i tłumił potencjalne wzrosty wartości. Biorąc pod uwagę duże wahania wartości kryptowalut i brak nadzoru nad obrotem, istnieje spora szansa, że wspomniany departament wykryje nieprawidłowości w obrocie i zostaną nałożone sankcje na niektóre giełdy.

Jeśli tak się stanie, może ograniczać to popyt i odstraszać potencjalnych inwestorów, co w krótkim okresie prawdopodobnie przyczyni się do spadku cen. Doniesienia z tego postępowania zarówno oficjalne, jak i nieoficjalne mogą również przyczyniać do zwiększenia poziomu wahań cen kryptowalut. Na to, jak sprawa z postępowaniem Departamentu Sprawiedliwości ostatecznie wpłynie na rynek kryptowalut w dłuższej perspektywie, najprawdopodobniej trzeba jednak będzie poczekać.

Nawet co trzecia praca dyplomowa nosi znamiona plagiatu. Jednolity System Antyplagiatowy pomoże walczyć z problemem, ale go nie wyeliminuje

Nawet co trzecia praca dyplomowa nosi znamiona plagiatu. Jednolity System Antyplagiatowy pomoże walczyć z problemem, ale go nie wyeliminuje 5

Plagiaty stają się coraz częstszym problemem na uczelniach. Już teraz szacuje się, że nawet co trzecia praca dyplomowa nosi znamiona plagiatu. Uczelnie są w stanie znaleźć tylko część skopiowanych fragmentów. Wprowadzenie Jednolitego Systemu Antyplagiatowego ma to zmienić, jednak zdaniem ekspertów przepisy są niejasne. Do wyeliminowania zjawiska konieczna jest odpowiednia edukacja studentów i wykładowców. Potrzeba także ścisłej współpracy między uczelniami a twórcami systemów antyplagiatowych – przekonują eksperci.

Kontrola antyplagiatowa powinna być częścią procedury dyplomowania studentów, powinna być skuteczna w ten sposób, że każdy powinien wiedzieć, co, w którym momencie i kiedy robi, jeżeli zostanie wykryte w pracy coś, co nie powinno w tej pracy być. My uważamy, że każda praca dyplomowa powinna być sprawdzana i zawsze do tego namawialiśmy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Gutowski, ekspert prawa autorskiego z Plagiat.pl.

Zapożyczanie całych prac to jedna z większych plag polskich uczelni. Plagiatowane są prace licencjackie, magisterskie, niekiedy także doktorskie. Studenci korzystają z pomocy stron internetowych, które specjalizują się w pisaniu prac, zagranicznych portali, wykorzystują prace obronione wcześniej na innych uczelniach.

– Z jednej strony plagiatuje się prace naukowe, ale plagiatem nazywamy także powielanie treści, które już gdzieś zostały opublikowane, niekoniecznie przez naukowców – wskazuje dr hab. Aneta Pieniądz, inicjatorka ruchu Obywatele Nauki z Uniwersytetu Warszawskiego.

Eksperci oceniają, że nawet 20–30 proc. wszystkich prac dyplomowych nosi znamiona plagiatu, jednak może ich być znacznie więcej. Zwłaszcza że pracownicy naukowi są często przepracowani i nie mogą kontrolować procesu powstawania pracy. Na niektórych wydziałach na jednego naukowca przypada nawet ponad sto prac dyplomowych. Z plagiatem należy walczyć, ale zdaniem ekspertów równie istotna jest kwestia odpowiedniej edukacji.

– Najskuteczniejszą procedurą antyplagiatową jest nauczenie studentów i pracowników nauki doceniać oryginalność swojej pracy, znaczenie i wartość własności intelektualnej, tego, że stworzą coś nowego – ocenia Krzysztof Gutowski.

Wszystkie uczelnie w Polsce mają obowiązek stosowania systemów antyplagiatowych (to efekt nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym z 2014 roku). Jednolity System Antyplagiatowy, który prawdopodobnie wejdzie w życie od roku akademickiego 2018/2019, ma uszczelnić ten system. Pozwoli porównywać prace z tymi zgromadzonymi w Ogólnopolskim Repozytorium Pisemnych Prac Dyplomowych, ale jest to tylko jedna z wielu baz, z których korzystają studenci. Zdaniem ekspertów na razie jednak jest zbyt dużo niejasności, by móc jednoznacznie ocenić propozycję zmian. Nie wiadomo na przykład, co znajdzie się w bazie, która będzie podstawą do sprawdzania prac.

Nikt nie wie, jaka będzie skala i zakres, po drugie, wielką niewiadomą jest to, w jaki sposób to będzie utrzymywane i rozwijane. Studenci to przeważnie osoby bardzo inteligentne i kreatywne. Z naszego doświadczenia wynika, że wszystkie narzędzia służące do automatycznej kontroli trzeba dostosowywać do zmieniających się warunków i pomysłów studentów. Wielu z nich będzie próbowało obchodzić takie systemy, będą znali system lepiej niż jego twórcy. Jeżeli nie będzie stałej współpracy między twórcami systemu a uczelniami, to on w którymś momencie, raczej szybciej niż wolniej, przestanie być skuteczny – przekonuje Krzysztof Gutowski.

Zdaniem ekspertów Jednolity System Antyplagiatowy to krok w dobrym kierunku. Zwłaszcza że dotychczas istniejące systemy sprawdzania prac były niedokładne i to, co w jednej uczelni było uznane za plagiat, w innej mogło zostać zaakceptowane jako oryginalna praca – na co wskazywała Najwyższa Izba Kontroli.

– To, że pojawia się jednolity system, na pewno jest sygnałem dla środowiska i w ogóle otoczenia społecznego uczelni i nauki, że to jest ważny problem, z którym trzeba walczyć. Nie będzie można już powiedzieć, że jakaś uczelnia dla siebie wprowadza system antyplagiatowy, a inna może się od tego uchylić – ocenia dr hab. Aneta Pieniądz.

Choć nowy system będzie dużym ułatwieniem i zdejmie część ciężaru z naukowców, uczelnie muszą się do niego przygotować, m.in. poprzez edukację pracowników i administracji.

– To kwestia przygotowania kadry administracyjnej, personelu, żeby również traktował obowiązek wprowadzania prac do systemu antyplagiatowego nie jako dodatkowe obciążenie, chociaż jest to konieczność wykonania kilku operacji, lecz jako standardowy element procedury służącej całej wspólnocie akademickiej – mówi dr hab. Aneta Pieniądz.

Eksperci podkreślają, że Jednolity System Antyplagiatowy nie zlikwiduje całkowicie problemu plagiatu. Nie wiadomo bowiem, na ile będzie on odporny na zabiegi edytorskie stosowane przez studentów, takie jak np. zmiana szyku zdania czy kilka słów w tekście. Nowe przepisy ułatwią życie promotorom, ale nie zastąpią ludzkiego oka.

 Plagiaty to pewna trudność interpretacyjna. Czasem mamy podobieństwo tekstu, ale tylko podobieństwo, dopiero analiza pokazuje, że ktoś próbował dokonać niewielkich zmian, żeby to ukryć i tego też maszyna nie wykaże. Zawsze jest grupa tekstów, które będą z punktu widzenia prawa plagiatami, ale maszyna ich nie wychwyci. Czasem pomysłowość tych, którzy chcą plagiatować, wyprzedza umiejętności maszyn – przekonuje dr hab. Aneta Pieniądz.

Od dziś firmy i instytucje będą funkcjonować w nowej rzeczywistości. W życie wchodzi RODO

Od dziś firmy i instytucje będą funkcjonować w nowej rzeczywistości. W życie wchodzi RODO 6

RODO, czyli unijne rozporządzenie dotyczące ochrony danych osobowych, zaczyna od dziś obowiązywać. Dla firm i wszystkich instytucji nowe prawo oznacza prawdziwą rewolucję i duże zmiany w dotychczasowym modelu funkcjonowania. Najbliższe miesiące pokażą, jak w praktyce będą działać nowe przepisy. Podmioty, które jeszcze się do nich nie przygotowały, powinny to zrobić jak najszybciej, zwłaszcza że RODO może spowodować zwiększoną aktywność cyberprzestępców, którzy będą testować stopień gotowości firm i instytucji na nowe przepisy.

 Najbliższe miesiące będą okresem karencji, podczas której instytucje rządowe i organizacje będą się oswajały z nowymi przepisami. Rozporządzenie RODO wymusi poważne zmiany w kontekście zarządzania relacjami z partnerami zewnętrznymi. Co istotne, podmioty przetwarzające dane, jak na przykład dostawcy usług w chmurze, będą odpowiedzialni za wycieki danych w takim samym stopniu jak ich administratorzy – mówi agencji Newseria Biznes Michał Przygoda, inżynier wsparcia sprzedaży w Trend Micro.

25 maja wchodzi w życie ustawa, która implementuje do polskiego prawodawstwa unijne RODO. Zastąpi ona dotychczasowy, wielokrotnie nowelizowany akt prawny, który obowiązywał w Polsce od przeszło 20 lat.

Nowe przepisy nakładają restrykcyjne wymogi na wszystkie podmioty – publiczne i prywatne, duże i małe – które gromadzą i przetwarzają dane osobowe. To oznacza, że do RODO musi się dostosować praktycznie każda firma, organizacja i instytucja. Od dziś muszą one m.in. każdorazowo uzyskiwać zgodę swoich klientów na przetwarzanie ich danych osobowych (w kontekście konkretnego procesu biznesowego, tzw. legitim interest), przeszkolić pracowników w zakresie nowych przepisów, powołać wewnętrznych inspektorów ochrony danych osobowych oraz wdrożyć cały szereg rozwiązań organizacyjnych i infrastrukturę IT, które zagwarantują maksymalny poziom bezpieczeństwa takich informacji.

Podmiotom, które nie dostosują się do nowych przepisów, grożą wysokie kary finansowe, sięgające 20 mln euro albo 4 proc. rocznych globalnych obrotów przedsiębiorstwa. O ich wysokości będzie decydował organ nadzorujący – nowo utworzony Urząd Ochrony Danych Osobowych. Ekspert Trend Micro podkreśla, że firmy i organizacje, które nie wdrożyły jeszcze odpowiednich rozwiązań w celu zapewnienia zgodności z RODO, powinny zabrać się za to jak najszybciej.

RODO znacznie również rozszerza obowiązki informacyjne firm wobec klientów. Oznacza to konieczność wymiany wszystkich klauzul, zgód i papierowych formularzy dotyczących zgód na ich gromadzenie i przetwarzanie – ich treść znacznie się rozszerzy. Dużą zmianą ma być sposób przedstawiania takich informacji: prosty, rzetelny i bardziej zrozumiały niż dotychczas.

 RODO to nie tylko konieczność pozyskania zgody od klientów, lecz przede wszystkim ochrona danych. Oznacza to przechowywanie i przetwarzanie danych w sposób bezpieczny, zgodny z prawem, a także umożliwienie wglądu w dane osobowe i umożliwienie trwałego usunięcia danych osobowych. Co więcej, oprócz przestrzegania przepisów RODO w obrębie własnej działalności, organizacje będą musiały oczekiwać od swoich partnerów, wykonawców, dostawców, przetwarzających dane osobowe, stosowania tych samych procedur i mechanizmów kontroli. Zabezpieczenie danych i zapewnienie zgodności będą największym wyzwaniem – mówi Michał Przygoda.

RODO to rewolucja nie tylko z perspektywy firm i instytucji, które przetwarzają dane osobowe, lecz także z perspektywy samych konsumentów. Nowa regulacja zwiększa kontrolę osób fizycznych nad swoimi danymi osobowymi i przyznaje im szereg praw, z których najważniejszym jest tzw. prawo do bycia zapomnianym. Oznacza ono, że dane osób, które sobie tego zażyczą, muszą zostać niezwłocznie i w całości usunięte z systemów administratora. Dotyczy to także kopii, linków, odniesień i dokumentacji papierowej, na przykład wydruków czy skanów dokumentów. Jeżeli wcześniej te dane zostały udostępnione albo trafiły do internetu, to administrator musi się upewnić, że wszystkie ich kopie i linki zostały skasowane i usunięte na dobre, nawet jeżeli są już w posiadaniu innych podmiotów.

Zgodnie z nowymi przepisami firmy muszą też w ciągu 72 godzin raportować każdy wyciek, zniszczenie bądź nieautoryzowane naruszenie danych osobowych do organu nadzorującego i powiadamiać o tym swoich klientów.

 Istotą rozporządzenia RODO jest wymuszenie na organizacjach i instytucjach większej przejrzystości, otwartości i odpowiedzialności za podejmowane działania. RODO definiuje sztywne ramy czasowe na zgłoszenie incydentu – 72 godziny. W przypadku niedostępności danych, np. poprzez atak ransomware, również takie zdarzenie może podlegać sankcjom RODO, jeżeli dostępu do danych nie da się odzyskać w określonym czasie. Dlatego tak ważne jest wykonywanie kopii zapasowej danych zgodnie z najlepszymi praktykami – mówi Michał Przygoda.

RODO wymusi na firmach większą dbałość o cyberbezpieczeństwo. Jak wynika z tegorocznej edycji raportu „Global Risks Report 2018”, przygotowanego przez Marsh we współpracy ze Światowym Forum Ekonomicznym, liczba cyberataków na przedsiębiorstwa podwoiła się w ostatnich pięciu latach. Eksperci prognozują, że ich skala będzie coraz większa, podobnie jak ich koszty. Ekspert Trend Micro ocenia też, że paradoksalnie nowe przepisy mogą się stać powodem zwiększonej aktywności cyberprzestępców, którzy będą testować, jak firmy są do nich przygotowane.

 Bazując na analizach Trend Micro, stwierdzamy, że coraz więcej cyberprzestępców odchodzi od ataków na oślep i wykonuje bardziej wyrafinowane ataki ukierunkowane, które gwarantują większy zwrot z inwestycji. Można podejrzewać, że część cyberprzestępców będzie chciała wyłudzić pieniądze od przedsiębiorców, starając się określić, jak dużą karę będą oni musieli zapłacić za naruszenie przepisów, a następnie zażądać okup w wysokości nieco niższej niż ta kara – mówi Michał Przygoda.

Prawie połowa Polaków jest aktywna fizycznie raz w tygodniu, a 30 proc. trzy razy w tygodniu. Do uprawiania sportu motywuje ich głównie zdrowie

Prawie połowa Polaków jest aktywna fizycznie raz w tygodniu, a 30 proc. trzy razy w tygodniu. Do uprawiania sportu motywuje ich głównie zdrowie 7

Polacy coraz bardziej przekonują się do aktywności fizycznej. Blisko połowa uprawia sport raz w tygodniu, a 30 proc. – nawet trzy razy w tygodniu – wynika z raportu MultiSport Index. Grupa osób aktywnych fizycznie różni się ze względu na podejście i motywację do uprawiania sportu. Blisko 7,5 mln Polaków traktuje ruch jako sposób na zachowanie zdrowia oraz formę relaksu. Dla prawie 6 mln osób aktywność to sposób na utrzymanie lub poprawę sylwetki. Ponad 3 mln preferuje sporty zespołowe. 

– Jak wynika z badania MultiSport Index 2018, 62 proc. Polaków deklaruje, że jest aktywnych fizycznie przynajmniej raz w miesiącu. To dużo, jednak musimy pamiętać o tym, że ponad 30 proc. społeczeństwa nie jest w ogóle aktywna, a to bardzo niepokojący wynik. Jeśli weźmiemy pod uwagę zalecenia WHO dotyczące codziennej aktywności fizycznej, nawet wspomniane wcześniej 62 proc. Polaków nie ćwiczy wystarczająco często. To ważne abyśmy nie tylko rozmawiali o aktywności, lecz także podejmowali konkretne działa mobilizujące do ruchu nasze społeczeństwo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Radzki, członek zarządu Benefit Systems.

Trend bycia fit, slim oraz healthy zyskuje na popularności. Z raportu Indeks MultiSport 2018, który powstał przy współpracy Benefit Systems i Kantar TNS, wynika, że większość Polaków uważa się za aktywnych fizycznie i przynajmniej raz w miesiącu spacerują, jeżdżą na rowerze, biegają, ćwiczą na siłowni czy w klubie fitness. Rośnie też odsetek Polaków, którzy spędzają aktywnie czas raz w tygodniu.

– Aktywność fizyczna Polaków w tej chwili stoi na niezłym poziomie, jednak w porównaniu do krajów skandynawskich dopiero raczkujemy, więc mamy bardzo dużo do zrobienia. Na szczęście rośnie grupa ludzi aktywnych, co wiąże się z poprawą świadomości Polaków – ocenia Julita Kotecka-Nerek, aktywna biegaczka, trenerka personalna oraz fizjoterapeutka.

Zdaniem ekspertów, choć sytuacja jest coraz lepsza, to wciąż jednak daleka od ideału. Światowa Organizacja Zdrowia zaleca przy aktywności fizycznej stosowanie zasady 3 x 30 x 130, czyli aktywność minimum trzy razy w tygodniu po 30 minut z tętnem na poziomie 130 uderzeń na minutę.

– Taki poziom aktywności fizycznej obserwujemy u około 30 proc. ludzi w Polsce, czyli mamy aż 70 proc. osób, które nie potrafią podejmować aktywności fizycznej w takim wymiarze, który gwarantowałby im odpowiedni poziom zdrowia – tłumaczy dr Janusz Dobosz z Narodowego Centrum Badania Kondycji Fizycznej.

Do aktywności fizycznej każdego motywuje coś innego. Według Indeksu MultiSport grupę osób aktywnych można podzielić na cztery grupy.

– Najliczniejsza grupa, ponad 7 mln ćwiczących Polaków, to grupa rekreacyjna, w której dominują osoby po 40 roku życia dbające o zdrowie. Wybierają najczęściej bieganie, jazdę na rowerze czy pływanie, które nie wymagają dużego nakładu finansowego – wskazuje Michał Będźmirowski, doktor nauk społecznych i twórca bloga Modny Tata.

Blisko 6 mln osób, czyli 28,6 proc. aktywnych Polaków, to grupa „Być fit!”. To osoby, które aktywność traktują jako sposób na utrzymanie lub poprawę sylwetki. Są skłonne na realizację swojego celu wydać pieniądze. To potencjalni użytkownicy obiektów sportowych, a ich liczba dynamicznie rośnie.

– Trzecia grupa to „Kumple z boiska”. To osoby, dla których zdrowie w hierarchii wartości nie zajmuje pierwszej pozycji. Przede wszystkim chodzi im o rywalizację sportową i zabawę. Nakłady finansowe nie są znaczące, wystarczy piłka i paru kolegów. To bardzo fajne, szczególnie jeśli chodzi o młodzież, bo w dzisiejszych czasach mamy problem, żeby aktywizować młodych Polaków – mówi Michał Będźmirowski.

Najmniej liczny segment – „Pro-amator” (ok. 3 mln) – stanowią najbardziej zaawansowane osoby, które w imię aktywności są skłonne do poświęceń. Nie odstraszają ich wczesne pobudki czy zła pogoda. To grupa, która rośnie w siłę, o czym świadczy m.in. popularność imprez biegowych i maratonów.

Najbardziej aktywni fizycznie są przeważnie ludzie młodzi, wykształceni, z dużych miast oraz osoby uczące się – to właśnie uczniowie i studenci stanowią ok. 20 proc. osób aktywnych fizycznie czy sportowo. O regularny wysiłek dba też zdecydowana większość osób z wyższym wykształceniem (76 proc.).

– Tam, gdzie mamy lepiej wykształcone osoby, lepiej sytuowane, mieszkające w bardziej zurbanizowanych miejscowościach, tam aktywność fizyczna jest wyższa. Głównie wykształcenie i dostęp do infrastruktury grają rolę – ludzie potrafią przekładać wiedzę, jaką dysponują na temat zdrowia, na swoje codzienne zachowania – przekonuje dr Janusz Dobosz.

Jak pokazuje MultiSport Index, na aktywność fizyczną wpływa także stopień zamożności. Wśród mało aktywnych osób dużo jest tych z najniższymi dochodami, którzy tłumaczą się brakiem środków na sport.

– Wiąże się to z dostępnością różnych zajęć sportowych, ale nie powinna być to wymówka, dlatego że równie dobrze możemy po prostu założyć buty na nogi i ruszyć w trasę. Bieganie i jogging to sporty dostępne dla wszystkich. Poza tym jest bardzo dużo otwartych treningów, ludzie mają w tej chwili ogromne możliwości, żeby wziąć udział w zajęciach z trenerem – przekonuje Julita Kotecka-Nerek.

Dwie trzecie osób korzystających z obiektów sportowych za nie płaci, z czego ponad połowa decyduje się na abonamenty lub karnety. Niemal co piąta osoba korzysta z kart typu MultiSport.

– Misją Benefit Systems jest wspieranie aktywności sportowej Polaków, dlatego prowadzimy działania dla trzech grup – dla dzieci, aby od najmłodszych lat kształtować dobre postawy związane z aktywnością, dla osób pracujących, to największa grupa, bo już prawie milion Polaków ma kartę MultiSport i dzięki niej mogą być aktywni sportowo, oraz dla seniorów, dla których przygotowaliśmy – na razie pilotażowy – program w Warszawie i Krakowie – podkreśla Adam Radzki.

Studenci coraz chętniej podejmują staże. O ile są płatne i związane z ich wykształceniem

Studenci coraz chętniej podejmują staże. O ile są płatne i związane z ich wykształceniem 8

Ponad 60 proc. studentów chce zdobyć doświadczenie jeszcze podczas studiów. Jednak tylko nieco ponad połowa pracujących studentów miała styczność z branżą zgodną z ich wykształceniem – wynika z raportu „Student w pracy 2018”. Zdobywanie doświadczeń zawodowych w czasie studiów może się okazać w przyszłości kartą przetargową podczas rozmowy o pracę. Studenci coraz chętniej podejmują staże, ale ważne dla nich jest to, żeby były płatne. Bezpłatne, niskiej jakości staże stanowią barierę w zrobieniu pierwszego kroku do kariery zawodowej – ocenia Marian Owerko, wiceprezes Polskiej Rady Biznesu.

Studenci chcą pracować w czasie wakacji, chcą odbywać staże. Po drugie, chcą pracować w swoim zawodzie, czyli zgodnie ze swoim kierunkiem studiów. Nie chcą już pracować za darmo, ale dostawać za to wynagrodzenie, aby utrzymać się w czasie wakacji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marian Owerko, wiceprezes Polskiej Rady Biznesu.

Jak wynika z badania „Student w pracy 2018”, przeprowadzonego przez agencję SW Research na zlecenie programu Kariera Polskiej Rady Biznesu, 64 proc. studentów zależy na zdobyciu doświadczenia w branży jeszcze podczas studiów. Polscy studenci są też aktywni zawodowo – 68 proc. spośród pracujących studentów ma na swoim koncie więcej niż jedną pracę. Problemem jest jednak oferta zgodna z ich wykształceniem. Zdecydowana większość (86 proc.) pracuje albo pracowało chociaż raz w zawodzie niezwiązanym z ich branżą, a tylko 56 proc. miało styczność z pracą w swoim zawodzie. 65 proc. deklaruje, że zależy im na stażu zgodnym z zainteresowaniami i wykształceniem.

Studenci chcą, by program był dobrze przygotowany. Oczekują, że stażysta będzie miał opiekuna, który będzie go prowadził przez okres praktyk. Oczekują, że dostaną za staż wynagrodzenie. Nie jest to tylko wynikiem ich fanaberii ekonomicznych, ale po prostu pozwala im to utrzymać się w mieście podczas odbywania stażu – wymienia Marian Owerko.

Doświadczenie zawodowe zdobyte w czasie studiów może być kartą przetargową podczas rozmowy o pracę. Pracodawcy chętnie zatrudniają osoby aktywne, które mają już pierwsze doświadczenia zawodowe, nawet jeśli nie są związane z branżą. Jednak problemem są wciąż bezpłatne staże. Z badania „Student w pracy 2018” wynika, że tylko co czwarty młody człowiek otrzymywał pieniądze w czasie praktyk.

Większość studentów nie podejmuje jednak stażu, jeżeli nie otrzymuje wynagrodzenia. Około 30 proc. studentów zadowala się wynagrodzeniem między 2–3 tys. zł, podobna grupa wynagrodzeniem między 3–4 tys. zł, a pozostali oczekują wynagrodzenia za staż powyżej 5 tys. zł – mówi wiceprezes Polskiej Rady Biznesu.

Najwięcej, bo ponad połowa studentów, zarabia 2–3 tys. zł miesięcznie, ale co piąty może liczyć na tysiąc złotych lub mniej. 14 proc. studentów zarabia powyżej 5 tys. zł.

Szansą dla młodych ludzi jest program Kariera Polskiej Rady Biznesu, gdzie studenci mają gwarancję, że otrzymają wynagrodzenie w takiej kwocie, która pozwoli im na samodzielne utrzymanie się w mieście podczas odbywania stażu (przynajmniej 2,5 tys. zł). Co czwarta osoba po zakończeniu stażu otrzymuje propozycję zatrudnienia.

W ramach 15. edycji programu Kariera prowadzimy rekrutację na sto miejsc stażowych w trzydziestu jeden spółkach członkowskich PRB – wskazuje Marian Owerko. – Każda z naszych firm jest dobrze przygotowana do prowadzenia stażu, ma swojego opiekuna. Staramy się też, żeby zarządzający organizacją, czyli prezes, był przynajmniej jeden dzień do dyspozycji studenta.

Do programu można się zgłaszać do końca maja, a rekrutacje potrwają do 30 czerwca. Zgłaszać mogą się osoby na III roku studiów licencjackich i studenci III–V roku studiów magisterskich. Staż mogą też odbyć absolwenci oraz studenci studiów uzupełniających.

Rynek biurowy wciąż rośnie. Napędza go rozwój centrów usług wspólnych

Rynek biurowy wciąż rośnie. Napędza go rozwój centrów usług wspólnych 9

Polska jest jedną z najbardziej atrakcyjnych lokalizacji dla centrów usług wspólnych, a rozwój tego sektora napędza rynek nieruchomości biurowych. W ubiegłym roku zarówno podaż, jak i popyt na nowe biura były rekordowe. Ze względu na wysoką konkurencję deweloperzy sięgają po coraz to nowe sposoby na przyciąganie najemców.

– Polska jest najchętniej wybieraną lokalizacją dla firm z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Jesteśmy już nie tylko solidni i niedrodzy, lecz także staliśmy się dostawcą wyspecjalizowanych usług dla tak wymagającego sektora jak sektor finansowy czy sektor IT. Mamy świetnie wyszkolonych i zmotywowanych do pracy ludzi oraz duże zasoby powierzchni biurowej. Za sukcesem Polski jako lidera w sektorze BSS stoi również kulturowa bliskość do rynków macierzystych, łatwa dostępność oraz satysfakcjonujący poziom życia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sylwia Piechnik, head of office leasing w spółce EPP inwestującej w sektorze nieruchomości komercyjnych na terenie całej Polski.

Polska jest jednym z najbardziej dynamicznie rosnących rynków dla BPO/SSC – nie tylko w regionie, lecz także na całym świecie. Jak wynika z ostatniego raportu ABSL za 2017 rok, na polskim rynku jest już 1 078 takich inwestycji, z których 748 to centra zagraniczne. W sumie zatrudniają one 244 tys. pracowników, a z szacunków wynika, że do 2030 roku ich liczba wzrośnie do 300 tys.

Sektor usług wspólnych to kluczowy czynnik, który napędza polski rynek biurowy. Jak wynika z danych firmy doradczej JLL, w ubiegłym roku urósł on o 736 tys. mkw. nowej powierzchni.

– Warszawa jest największym rynkiem biurowym nie tylko w Polsce, lecz także w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Oferując ponad 5 mln mkw. powierzchni biurowej, jest w stanie zaspokoić potrzeby nawet najbardziej wymagających najemców. Ponad 20 lat historii rynku biurowego w Warszawie zaowocowało dosyć zdefiniowaną koncentracją powierzchni biurowych w określonych dzielnicach. Obecnie dosyć mała podaż nowych terenów inwestycyjnych w centrum miasta skutkuje coraz większą liczbą projektów wysokościowych. Warszawa już niedługo będzie mogła się poszczycić najwyższym biurowcem w Europie – mówi Sylwia Piechnik.

Nowym trendem na rynku są analizy i badania preferencji pracowników, które pomagają zaaranżować przestrzeń tak, aby była przyjemnym miejscem pracy, gdzie w przerwach można się również zrelaksować. Zwłaszcza że – jak wynika z raportu Leesman Index – prawie 90 proc. pracowników biurowych deklaruje, że wygląd i funkcjonalność miejsca pracy mają dla nich duże znaczenie.

– Sektor nowoczesnych usług dla biznesu rozwija się w Polsce bardzo dynamicznie właśnie w miastach regionalnych, co ma bezpośredni wpływ na wzrost rynków biurowych w tych regionach. Obecnie mamy około 4 mln mkw. powierzchni biurowej w takich miastach jak Kraków, Wrocław, Poznań, Katowice czy Łódź. Ostatnio obserwujemy duże zainteresowanie inwestorów rynkami rozwijającymi się, głównie jest to podyktowane chęcią poszukiwania nowego pracownika. Przed takimi miastami jak Szczecin, Kielce, Rzeszów, Radom czy Bydgoszcz stoją nowe wyzwania i popyt na nowe powierzchnie biurowe jest tam kreowany – mówi Sylwia Piechnik.

Jak wynika z analiz JLL, na koniec 2017 roku zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Polsce wyniosły 9,7 mln mkw., z czego blisko 4,4 mln mkw. przypadło na główne rynki poza Warszawą. W realizacji jest blisko 2 mln mkw. powierzchni, z czego 1,1 mln mkw. powstaje na rynkach regionalnych. W ubiegłym roku zarówno podaż, jak i popyt na powierzchnie biurowe był rekordowy, w tym roku ten trend powinien się utrzymać.

– Z badań wynika, że ponad 80 proc. firm z sektora BSS zadeklarowało rozwój w najbliższych latach, co może oznaczać niesłabnący popyt na powierzchnie biurowe w Warszawie i miastach regionalnych. Jesteśmy nadal bardzo chętnie i często wybieraną lokalizacją dla tego typu usług. W rezultacie polski rynek biurowy staje się coraz bardziej wyspecjalizowany, a dostępne na nim projekty biurowe są coraz lepsze – mówi Sylwia Piechnik.

Droga firm do gospodarki obiegu zamkniętego

Gospodarka o Obiegu Zamkniętym (GOZ), czy też gospodarka cyrkularna to temat, o którym coraz więcej się mówi. Brakuje jednak konkretnych wskazówek, co należy zmienić, aby biznes włączył się w realizacje założeń tej idei. Instytut Innowacyjna Gospodarka przygotował raport „W kierunku gospodarki cyrkularnej – rekomendacje rozwoju i implementacji praktycznych rozwiązań dla biznesu”, który pokazuje konkretne rozwiązania przybliżające osiągnięcie tego celu. Podczas debaty towarzyszącej publikacji raportu, Paweł Herman ze Stena Recycling zaprezentował, w jaki sposób optymalizacja obiegu odpadów może przekonać biznes do Gospodarki Obiegu Zamkniętego.

Raport został przygotowany i przedstawiony po półrocznym cyklu spotkań przedstawicieli organizacji pozarządowych i branżowych, izb gospodarczych, przedsiębiorstw, uczelni i władz publicznych. Jego prezentacji towarzyszył panel dyskusyjny z reprezentantami biznesu.

Firmy dzieliły się swoimi doświadczeniami z zakresu przeciwdziałania marnotrawieniu żywności, zwiększania poziomu recyklingu i odzysku opakowań oraz elektroodpadów. Poruszono też kwestię budowania modeli finansowania inwestycji infrastrukturalnych, wspierających GOZ przy pomocy partnerstwa publiczno-prywatnego. Podkreślono także, że gospodarka odpadami jest najprostszą drogą do wdrażania przez firmy cyrkularnego modelu prowadzenia działalności.

– W niektórych firmach gospodarowanie odpadami jest dużym obciążeniem. Optymalizacja procesów związanych z tym obszarem, w duchu zrównoważonego rozwoju, może przekonać firmę do wdrożenia modelu cyrkularnego w całym przedsiębiorstwie. Aby było to możliwe trzeba spojrzeć na proces obiegu odpadów całościowo, od momentu zaprojektowania produktu aż po jego recykling – mówił Paweł Herman, ekspert Stena Recycling.

– W dzisiejszych czasach nie jest sztuką stworzyć nowy produkt. Wyzwaniem są rodzaje i ilość odpadów wytwarzanych w procesie produkcji oraz możliwość poddania produktu powtórnemu przetworzeniu w jak najwyższym stopniu. Do tego dochodzą: sortowanie u źródła, efektywna logistyka wewnętrzna i transport odpadów. Jednak, aby zmiana modelu biznesowego na cyrkularny była opłacalna dla firm, musi być większa świadomość społeczna, a nie tylko zmiany w środowisku przedsiębiorców – przekonywał Paweł Herman.

Dlatego pierwszym krokiem w optymalizacji procesu gospodarowania odpadami powinno być projektowanie dla recyklingu. Uwzględnienie już na etapie powstawania produktu tego jak połączone będą jego poszczególne elementy i czy łatwo będzie można je rozdzielić oraz przetworzyć. To może zredukować późniejsze koszty, zmniejszyć ilość odpadów i ułatwić odzysk.

Ten proces już się rozpoczął – konsumenci doceniają zrównoważone działania biznesu. Jak wskazują badania Stena Recycling (2017) aż 69% mieszkańców Polski chciałoby aby ich ulubione produkty były zaprojektowane i wytworzone według idei GOZ. Podobnie jest z gotowością do zmiany ulubionego produktu na taki, który wyprodukowano zgodnie ze zrównoważonymi zasadami – deklaruje ją 65% respondentów. Jednak, aby deklaracje mogły przełożyć się na konkretne wybory, konieczna jest edukacja społeczeństwa i pokazywanie gospodarki cyrkularnej w szerszej perspektywie.

Zdaniem Pawła Hermana zmianie powinno ulec również prawo. Właściwa legislacja, która uporządkowałaby dotychczasowe przepisy i przestawiła całą gospodarkę na nowe tory. W dzisiejszych czasach prawo nie zawsze nadąża za tym, co proponuje gospodarka cyrkularna, a przez to opóźnia jej wdrażanie. To kolejny ważny czynnik. Bez tych dwóch elementów, świadomego społeczeństwa i sprzyjającemu GOZ prawa, wysiłki biznesu mogą okazać się nietrwałe.

Podejrzenie unikania opodatkowania nie stoi na przeszkodzie w uzyskaniu interpretacji podatkowej

Od ponad 1,5 roku obowiązują art. 119a–119f Ordynacji podatkowej pozwalające organom podatkowym na zakwestionowanie czynności dokonywanych przez podatników, jeśli uznają, że czynności te mają charakter sztuczny i zmierzają jedynie do osiągnięcia korzyści podatkowej. Organy, powołując się na te regulacje i odmawiając podatnikom wydania interpretacji podatkowych, nie biorą jednak pod uwagę przesłanek wyłączających stosowanie klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania. Niedawno sąd administracyjny opowiedział się po stronie podatników.

Kiedy organ może odmówić wydania interpretacji?

Zgodnie z obowiązującym od 1 stycznia 2017 r. art. 119a Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. Ordynacja podatkowa, „czynność dokonana przede wszystkim w celu osiągnięcia korzyści podatkowej, sprzecznej w danych okolicznościach z przedmiotem i celem przepisu ustawy podatkowej, nie skutkuje osiągnięciem korzyści podatkowej, jeżeli sposób działania był sztuczny i zmierza do unikania opodatkowania. W takiej sytuacji skutki podatkowe czynności określa się na podstawie takiego stanu rzeczy, jaki mógłby zaistnieć, gdyby dokonano czynności odpowiedniej. W świetle ustawy za odpowiednią uznaje się czynność, której podmiot mógłby w danych okolicznościach dokonać, jeśli działałby rozsądnie i kierował się zgodnymi z prawem celami innymi niż osiągnięcie korzyści podatkowej sprzecznej z przedmiotem i celem przepisu ustawy podatkowej”. To klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania, którą posługują się m.in. organy wydające interpretacje podatkowe, odmawiając podatnikom ich wydania, jeśli wystąpi podejrzenie, że planowana czynność spełnia wyżej wymienione kryteria.

Z przytoczonego fragmentu art. 119a Ordynacji podatkowej wyraźnie wynika, że kryteria klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania są w znaczącym stopniu oceniane i pozostawiają organom dużo swobody interpretacyjnej, co naturalnie skutkuje sporami podatników z fiskusem. Przepisy określają szereg przesłanek wyłączających stosowanie klauzuli. Jedna z nich dotyczy sytuacji, w której korzyść podatkowa z tytułu czynności nie przekracza 100 tys. zł. Jednak, Organy dokonując oceny, czy w danej sprawie zachodzi ryzyko unikania opodatkowania, w wielu przypadkach poprzestawały na zasięgnięciu opinii ministra finansów (obecnie Szefa Krajowej Administracji Skarbowej). Jeśli minister finansów uznał, iż w danej sprawie istnieje uzasadnione przypuszczenie, że stan faktyczny lub przyszłe zdarzenie objęte wnioskiem o interpretację może zostać objęte klauzulą przeciwko unikaniu opodatkowania, to organy odmawiały podatnikom wydania interpretacji, nie analizując samodzielnie tego, czy wystąpiły przesłanki wyłączenia klauzuli w konkretnej sprawie.

Do niedawna fiskus i sądy administracyjne były jednomyślne

Rozstrzygnięcia fiskusa były oczywiście przedmiotem skarg do wojewódzkich sądów administracyjnych. Do niedawna w sprawach dotyczących stosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania sądy administracyjne konsekwentnie rozstrzygały w sposób niekorzystny dla podatników, uznając, że organy podatkowe mają prawo odmówić wydania interpretacji prawa podatkowego, jeśli zachodzi ryzyko, że planowana czynność zmierza do unikania opodatkowania i ma charakter sztuczny. Na przykład w wyroku z dnia 30 maja 2017 r. (sygn. I SA/Po 493/17) Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu przyznał rację fiskusowi, stwierdzając, że „Podatnik zamierzający podjąć działania, co do których istnieje podejrzenie, że są podejmowane przede wszystkim w celu osiągnięcia korzyści podatkowej, sprzecznej z przedmiotem i celem przepisu ustawy podatkowej, nie może (…) żądać wydania interpretacji indywidualnej zabezpieczającej te działania przed skutkami ewentualnej weryfikacji przez organy podatkowe”. W rozpoznawanej sprawie organ poprzestał na zasięgnięciu opinii ministra finansów, który uznał, że planowane przez podatnika czynności zmierzające do opodatkowania świadczeń dla pracowników niższą stawką podatku dochodowego od osób fizycznych mają charakter sztuczny i mogą zmierzać do unikania opodatkowania. W oparciu o otrzymane stanowisko organ odmówił wydania interpretacji prawa podatkowego, a słuszność takiego postępowania potwierdził sąd administracyjny. Tym samym sąd uznał, że nie jest konieczne badanie przesłanek zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, gdyż samo uzasadnione przypuszczenie organu jest wystarczającym argumentem, by odmówić wydania interpretacji.

Przełom w orzecznictwie sądów administracyjnych

Istotną zmianę w podejściu sądów administracyjnych do omawianego zagadnienia przyniósł wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach z dnia 28 września 2017 r. (sygn. I SA/Gl 497/17). Skład orzekający w sprawie po raz pierwszy nie zaaprobował postępowania organu podatkowego. Sąd podkreślił, że organy, jeżeli odmawiają wydania interpretacji prawa podatkowego z uwagi na uzasadnione przypuszczenie zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, muszą opierać się na informacjach wynikających ze stanu faktycznego (zdarzenia przyszłego) przedstawionego we wniosku o wydanie interpretacji, a nie jedynie na domysłach i wyczuciu, że taka klauzula będzie miała zastosowanie. Jeśli zatem ze złożonego przez podatnika wniosku o wydanie interpretacji nie wynika jednoznacznie, czy w danej sprawie zachodzi uzasadnione podejrzenie zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, to – zdaniem sądu – organ ma obowiązek wezwać podatnika do uzupełnienia takiego wniosku i zbadać ewentualne ryzyko wystąpienia takich przesłanek na etapie postępowania interpretacyjnego.

W omawianej sprawie działanie organu było tym bardziej błędne, że na etapie postępowania sądowego podatnik podał, że korzyść podatkowa z zaplanowanej przez niego czynności nie przekroczy 100 tys. zł, a tym samym klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania nie znajdzie zastosowania. Sąd nie podzielił argumentacji organu, iż określenie korzyści podatkowej wynikającej z czynności, wobec której zastosowano klauzulę przeciwko unikaniu opodatkowania, możliwe będzie dopiero w postępowaniu podatkowym. Skład orzekający krytycznie ocenił lakoniczne uzasadnienie odmowy wydania interpretacji, w którym organ ograniczył się jedynie do przytoczenia treści przepisów dotyczących klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowaniu i poprzestał na uzyskaniu równie ogólnej odpowiedzi ministra finansów, nie dokonawszy wnikliwej analizy rozpoznawanej sprawy. Konsekwencją wymienionych uchybień było uchylenie postanowień organów interpretacyjnych obu instancji.

Podatnik ma prawo polemizować z organem podatkowym

Omawiany wyrok pokazuje, że każdorazowe stosowanie klauzuli o przeciwdziałaniu unikaniu opodatkowania musi być poprzedzone wnikliwą analizą przesłanek przemawiających zarówno za jej zastosowaniem, jak i za wyłączeniem jej stosowania. Organy muszą wykazać się wnikliwością, jeśli chodzi o analizę zasadności tych przesłanek. Wszelkie ich uchybienia mogą być zaskarżone do sądu administracyjnego.

Trzeba pamiętać, że odmowa wydania interpretacji prawa podatkowego, a zatem odmowa rozstrzygnięcia przyszłej sytuacji prawnej podatnika przez organy, nie oznacza, że jest on definitywnie pozbawiony swojego prawa. Zmiana podejścia sądów administracyjnych, widoczna m.in. w cytowanym wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, pokazuje, że nie należy rezygnować z obrony swojego stanowiska i zawsze warto polemizować z organami podatkowymi, które się z nim nie zgadzają.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Lira osłabia się mimo wysiłków CBRT

Polski złoty ostatnimi czasy wykazuje się słabością w relacji do głównych walut. Wyprzedaż polskiej waluty to jednak nic w porównaniu z wyprzedażą innych walut rynków wschodzących.

Wczorajszy dzień dla liry tureckiej można określić mianem rollercoastera. Wyprzedaż liry w relacji do dolara w pierwszej części dnia dochodziła do 5,5%. Spadki na lirze były konsekwencją pogorszenia nastrojów na rynku, do których doszło m.in. w następstwie wtorkowej publikacji komentarza agencji Fitch, która wyraziła zaniepokojenie w kwestii niezależności Centralnego Banku Turcji (CBRT) i zasugerowała, że profil wiarygodności kredytowej kraju może ulec pogorszeniu (parafrazując: docelowo może dojść do obniżki ratingu).

Centralny Bank Turcji przez dłuższą chwilę milczał, po czym, podczas zwołanego nadzwyczajnego posiedzenia zdecydował się podnieść najważniejszą obecnie stopę LLW (późnego okna płynnościowego) o 300 punktów bazowych, z poziomu 13,5 do 16,5%. Tym samym realnie wyraźnie wzrosły koszty kredytu w Turcji (bo Bank dokonuje pożyczek, opierając się praktycznie wyłącznie na stopie LLW). W konsekwencji decyzji kurs USD/TRY natychmiast osłabił się o 6,5%, a lira odrobiła wszystkie straty z pierwszej części dnia.

Nie wiadomo na jak długo wysiłki CBRT okażą się skuteczne. Przyszłość tureckiej waluty nadal rysuje się w czarnych barwach. Dziś inwestorzy również wyprzedają lirę, od początku dnia w relacji do dolara amerykańskiego straciła niemal 3%, a to nawet pomimo porannej słabości dolara względem innych walut.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,28-4,32. Wspólna waluta nieco zyskiwała w parze ze złotym, dość wyraźnie traciła jednak w relacji do głównych walut, w tym w szczególności w parze z dolarem amerykańskim. Oprócz siły USD wspólnej walucie nie sprzyjały również dane gospodarcze oraz utrzymujące się obawy względem sytuacji na południu Europy.

Wczorajsze, wstępne odczyty PMI za maj rozczarowały. Praktycznie wszystkie najważniejsze indeksy wypadły gorzej od oczekiwań. Co istotne, najbardziej wyraźny jest spadek aktywności gospodarczej w wiodących europejskich gospodarkach (Niemczech, Francji). Poziomy indeksów PMI nadal są stosunkowo wysokie i sugerują ekspansję sektorów, jednak ich spadki następują bardzo szybko i są kontynuowane. Szczególnie rozczarowuje aktywność w sektorze usług, we wspomnianej Francji indeks ją mierzący spadł z poziomu 57,4 do 54,3.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,88-4,92. Funt umacniał się w parze ze złotym, jednak indeks GBP wczorajszy dzień zakończył na minusie.

Oprócz czynników z zewnątrz (przede wszystkim: siły USD), funta nie wspierały również informacje z kraju. Wczorajszy dzień przyniósł mieszane dane inflacyjne: mocniej od oczekiwań spadła inflacja bazowa, sam indeks CPI natomiast pozostał na tym samym poziomie, co miesiąc wcześniej.

Dzisiejszy dzień przynosi więcej optymizmu: na plus zaskoczyły dane o brytyjskiej sprzedaży detalicznej w kwietniu. Sprzedaż rosła o 1,6% w porównaniu z poprzednim miesiącem (dynamika w kwietniu miała być o połowę mniejsza) , wyraźnie rósł również indeks bazowy. W górę poszły też szacunki z poprzedniego miesiąca.

Wyższy wzrost sprzedaży jest pokłosiem m.in. lepszej pogody, która w kwietniu sprzyjała stacjonarnym zakupom. Do zwiększenia konsumpcji Brytyjczyków zachęca również wzrost płac, który – w związku z przyspieszeniem tempa dynamiki zarobków, jak i spadkiem inflacji – jest obecnie dodatni. Brytyjczycy mają w portfelach więcej pieniędzy, które mogą przeznaczyć właśnie. na konsumpcję.

USD

Kurs USD/PLN w środę wzrósł aż o 1,1%, wahając się w widełkach 3,63-3,69. Amerykańska waluta wczoraj kontynuowała wzrost w relacji tak do złotego, jak i w relacji do głównych walut.

Amerykańskiego dolara wspierała poprawa sentymentu, sprzyjało jej również osłabienie euro. Dane gospodarcze ze Stanów Zjednoczonych również nie zaszkodziły – w przeciwieństwie do europejskich, amerykańskie indeksy aktywności biznesu nie zawiodły, a były lepsze od oczekiwań.

Co tyczy się najbardziej wyczekiwanej publikacji wczorajszego dnia, czyli “minutek” z ostatniego spotkania FOMC, one również nie zawiodły, nie przyniosły jednak też wiele nowego. Z zapisu ostatniego posiedzenia wynika, że większość członków banku centralnego nie obawia się wyraźnie wyższej inflacji, niemniej FOMC nadal wspiera kolejne podwyżki stóp procentowych. Zgodnie z szacunkami inwestorów na rynku futures, do następnego wzrostu kosztów pieniądza powinno dojść już w czerwcu.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:30 – publikacja protokołu z posiedzenia EBC
  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
  • 16:00 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w kwietniu
  • 16:35 – przemawia Raphael Bostic z FOMC
  • 19:00 – przemawia prezes BoE, Mark Carney
  • 20:00 – przemawia Patrick Harker z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Lawinowo rośnie liczba postępowań karnych skarbowych

W 2018 r. liczba wszczętych wobec menedżerów firm postępowań karnych skarbowych z głównych artykułów Kodeksu karnego skarbowego może wynieść nawet 100 tys. W porównaniu z 2017 r. będzie stanowiło to wzrost o ponad 50% – szacują eksperci firmy doradczej PwC.

Z analizy PwC wynika, że w ostatnich latach liczba postępowań z Kodeksu karnego skarbowego (KKS) dynamicznie rośnie. Organy administracji skarbowej coraz częściej wszczynają tego typu postępowania wobec menedżerów firm ich właścicieli. W 2017 r. liczba takich spraw wyniosła ok. 65 tys., a zgodnie z szacunkami ekspertów PwC w tym roku może wzrosnąć nawet do 100 tys.

Jednym z przejawów zwiększonej aktywności zreformowanego w formie KAS aparatu skarbowego jest zwiększona liczba wszczynanych i prowadzonych karnych skarbowych postępowań przygotowawczych. Ryzyko sankcji osobistej, dawniej rzadko stosowane w praktyce, w dzisiejszej rzeczywistości staje się jednym ze skutecznie wykorzystywanych instrumentów prawnych w walce o uszczelnienie systemu podatkowego. Stanowi przy tym wyzwanie w wewnętrznym zarządzeniu bezpieczeństwem podmiotów wszystkich podatników funkcjonujących w Polsce i podlegających aktywności kontrolnej fiskusa. – Jan Tokarski, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC

Eksperci PwC zwracają uwagę, że postępowania z KKS coraz częściej są wszczynane równolegle do postępowań podatkowych. Co to oznacza dla menedżerów i przedsiębiorców? Przede wszystkim zwiększone ryzyko sankcji finansowych, które mogą zostać na nich nałożone. Mowa tu karach w wysokości nawet do kilkudziesięciu milionów złotych.

Dodatkowo, organy ścigania znacznie częściej stosują zabezpieczenia na majątku osobistym właścicieli i członków zarządów, takie jak przymusowe hipoteki na nieruchomości lub blokada rachunków bankowych.

Organy celno-skarbowe wykorzystują od dawna istniejące narzędzia do uszczelniania systemu podatkowego. W toku prowadzonych postępowań podatkowych fiskus nie tylko gromadzi dowody służące uzasadnieniu błędów w rozliczeniach podatkowych, ale dużą energię wkłada w identyfikację osób odpowiedzialnych za powstałe nieprawidłowości. W konsekwencji oprócz nakładania określonych sankcji, stawia także zarzuty karne członkom zarządów, odpowiedzialnym za rozliczenia podatkowe. Należy przy tym pamiętać, że te ryzyka są dla przedsiębiorców dużo bardziej istotne, bowiem konsekwencje z tego wynikające materializują się w wyroku skazującym sądu karnego, nie tylko w postaci dodatkowej kary finansowej nakładanej na osobę fizyczną – sprawcę, ale również w formie kary ograniczenia lub pozbawienia wolności oraz np. zakazu pełnienia funkcji w organach spółek prawa handlowego. Z tej perspektywy niezwykle istotnym stało się konsekwentne przedstawianie pozytywnych okoliczności związanych z kwestionowanym zagadnieniem gospodarczym, przede wszystkim w kontekście osobistej odpowiedzialności karnej lub karnej skarbowej. – Marcin Ginel, wicedyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC
Kolejne zmiany na horyzoncie

Do tej pory postępowania karne skarbowe były wszczynane głównie w sprawach związanych z podatkiem VAT. Zdaniem ekspertów PwC w najbliższym czasie będziemy obserwować zmianę w tym zakresie i większe zainteresowanie organów ścigania również podatkiem CIT.

Istotne są również przygotowywane zmiany w dotychczasowych przepisach. Obecnie trwają prace nad nowelizacją Kodeksu karnego skarbowego, przewidujące m.in. ograniczenie możliwości odstąpienia od wymierzenia kary. Na nowelizację czeka także ustawa o odpowiedzialności karnej podmiotów zbiorowych – w myśl nowych przepisów kary mają zostać zwiększone do 30 mln zł.

Przychody klubów Ekstraklasy w 2017 r.

Przychody klubów grających w rozgrywkach LOTTO Ekstraklasa wyniosły w 2017 roku 550,4 mln zł. Gdyby jednak doliczyć do tej sumy wpływy z transferów zagranicznych, kwota ta wzrosłaby do 695,6 mln zł. Z raportu firmy doradczej Deloitte „Piłkarska liga finansowa” wynika, że w 2017 roku przychody klubów z działalności transferowej wyniosły 152,6 mln zł, z czego transfery zagraniczne wygenerowały 145,2 mln zł. Liderem rankingu pod względem przychodów pozostaje niezmiennie Legia Warszawa.

– Kolejny rok z rzędu roczne przychody klubów Ekstraklasy przekraczają poziom 0,5 mld zł. Ubiegłoroczny wynik był co prawda nieco gorszy niż w 2016 roku, ale trzeba uwzględnić fakt, że ze względu na śladowy udział polskich drużyn w rozgrywkach europejskich znacznie zmniejszyły się wpływy z tytułu praw telewizyjnych wypłacane przez UEFA – mówi Marcin Diakonowicz, Partner, Lider Sports Business Group Deloitte. To spowodowało, że łączne przychody klubów Ekstraklasy zmniejszyły się o 5 proc. rok do roku. Wyłączając jednak ze statystyk wpływy z Ligi Mistrzów, które w 2016 roku wyniosły 93,2 mln zł, a w 2017 r. 25 mln zł, przychody klubów Ekstraklasy wzrosły o 39,6 mln zł i wyniosły w ub. roku 525,4 mln zł.

Odnotowany wzrost wyników na rynku krajowym w 2017 r. był efektem rekordowych przychodów komercyjnych w wysokości 269,7 mln zł i z kategorii „dzień meczu”, które wyniosły 95,7 mln zł. – Przychody z dnia meczu wzrosły dzięki awansowi do rozgrywek Ekstraklasy Górnika Zabrze oraz wzrostowi przychodów w tej kategorii w Lechu Poznań. Wzrost przychodów komercyjnych wynikał głównie z dobrej współpracy Śląska Wrocław z władzami tego miasta oraz zwiększenia przychodów komercyjnych Jagiellonii Białystok – mówi Przemysław Zawadzki, Dyrektor w Dziale audytu, ekspert Sports Business Group Deloitte.

Po raz pierwszy w historii raport Deloitte zawiera również informacje na temat przychodów z tytułu transferów. W ubiegłym roku wyniosły one 152,6 mln zł, z czego 145,2 mln zł był to efekt transferów zawodników do klubów zagranicznych. W roku 2017 najwyższe przychody z tytułu transferów krajowych i zagranicznych zanotował Lech Poznań. W przypadku Kolejorza było to 56 mln zł. Na drugim miejscu znalazła się Legia Warszawa z wpływami na poziomie 34 mln zł. Trzecia w kolejności Lechia Gdańsk może się pochwalić 22,7 mln zł.

Na pozycji lidera bez zmian

Legia Warszawa pod względem finansowym dominuje w Ekstraklasie od 2011 roku. Tym razem tegoroczny Mistrz Polski osiągnął w 2017 roku łączne przychody na poziomie 138,3 mln złotych. W 2016 roku było to 207,4 mln zł. Spadek wynika przede wszystkim z braku awansu do fazy grupowej UEFA Champions League.

Drugie miejsce pod względem przychodów zajął ponownie Lech Poznań. Klub ten odnotował w 2017 r. wzrost wpływów do 65,8 mln zł, czyli o 19 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Różnica ta wynika przede wszystkim z gry w rundach kwalifikacyjnych Ligi Europy i walki o mistrzostwo Polski, co znacząco zmieniło strukturę przychodów Lecha na korzyść przychodów z tytułu transmisji oraz dnia meczowego. Trzecie miejsce w rankingu przychodów Deloitte należy do Lechii Gdańsk. Łączne analizowane przychody w 2017 roku wyniosły w przypadku drużyny z Gdańska 39,9 mln złotych. Kluczową kategorię przychodów klubu z Trójmiasta stanowią przychody komercyjne.

Coraz silniejsza Ekstraklasa

W ubiegłym roku dziewięć klubów poprawiło swoje wyniki finansowe. Największe wzrosty zanotowały Jagiellonia Białystok (15 mln zł), Śląsk Wrocław (12 mln zł) oraz Lech Poznań (11 mln zł). W ciągu jedenastu ostatnich lat łączne przychody klubów Ekstraklasy wyniosły ponad 4 mld zł. Jak długą drogę w tym czasie przebyła najlepsza polska liga piłki nożnej pokazuje fakt, że w 2007 roku jej przychody wyniosły zaledwie 202,5 mln zł, czyli prawie dwa i pół razy mniej niż obecnie. – Przychody wypracowywane przez kluby Ekstraklasy charakteryzuje trend wzrostowy. Systematycznie rosną wpływy uzyskiwane na rynku krajowym i już pracujemy nad rozwiązaniami, które pozwolą lidze zwiększać przychody w kolejnych latach. Najważniejszym projektem będzie proces sprzedaży praw mediowych, który rusza w tym roku. Dodatkowe wpływy ma nam przynieść także nasza autorska aplikacja wpisująca się w nowy trend second screen experience oraz rozgrywki e-sportowe Ekstraklasy, do uruchomienia których intensywnie się przygotowujemy – mówi Marcin Animucki, Prezes Zarządu, Ekstraklasa S.A.

Rezerwy w przychodach komercyjnych

W porównaniu do lig zagranicznych pod względem finansowym polska Ekstraklasa z przychodami na poziomie 129 mln euro w roku 2017 prezentuje się na poziomie porównywalnym np. do ligi szkockiej ze 149 mln euro przychodów oraz austriackiej – 161 mln euro przychodów w sezonie 2015/2016. Wpływy z dnia meczowego w LOTTO Ekstraklasa są wyższe niż w lidze duńskiej, a z transmisji są wyższe niż w lidze szkockiej, austriackiej i szwedzkiej. Różnicę widać w kategorii przychodów komercyjnych. Przed Ekstraklasą stoją możliwości pozyskania dodatkowych środków dzięki większemu zaangażowaniu firm w promowanie swoich marek poprzez sponsoring klubów piłkarskich. Otwarta jest też droga do osiągania większych przychodów z wykorzystania stadionów poza dniem meczu.

Pod względem frekwencji rok 2017 był porównywalny do poprzedniego. Średnio wynosiła ona 9,4 tys. kibiców na mecz ligowy, podczas gdy rok wcześniej było to 9,6 tys. osób. Sześć z szesnastu klubów zanotowało wzrost w tej kategorii. Liderem poprzedniego roku został Lech Poznań, który mógł się pochwalić obecnością średnio ponad 20 tysięcy kibiców na mecz. Na drugim i trzecim miejscu uplasowały się Górnik Zabrze i Legia Warszawa.

Frekwencja na meczach Ekstraklasy jest porównywalna do frekwencji w lidze belgijskiej czy rosyjskiej, a znacznie wyższa niż w wysoko notowanej w rankingu UEFA lidze ukraińskiej czy lidze czeskiej.

Optymalny poziom wynagrodzeń

Zarządzanie poziomem wynagrodzeń nie jest w Europie jednorodne. Przyjmuje się, że optymalny poziom wynagrodzeń w stosunku do przychodów powinien wynosić 60 proc. W przypadku klubów Ekstraklasy w 2017 roku średnia wyniosła 64 proc. (rok wcześniej 59 proc.). Kluby o zbliżonym do optymalnego poziomie wskaźnika wynagrodzeń to: Legia Warszawa, Śląsk Wrocław, KGHM Zagłębie Lubin, Jagiellonia Białystok, Pogoń Szczecin. Z kolei kluby notujące niski poziom tego wskaźnika to: Lech Poznań, Cracovia, Arka Gdynia.

Kluby przekraczające optymalny poziom wskaźnika wynagrodzeń to: Wisła Płock, Lechia Gdańsk, Górnik Zabrze, Korona Kielce, Wisła Kraków, Piast Gliwice i Sandecja Nowy Sącz. Należy jednak zaznaczyć, że Górnik Zabrze i Sandecja Nowy Sącz to kluby, które pół roku w omawianym okresie spędziły w I lidze, co powoduje, że wskaźnik może być nieco zaburzony.

O raporcie:

Raport Deloitte został sporządzony w oparciu o przychody klubów Ekstraklasy, pochodzących z trzech źródeł: z dnia meczu (wpływy ze sprzedaży biletów, karnetów i cateringu), praw do transmisji (uwzględniające również premie za udział w europejskich pucharach) oraz komercyjnych (wpływy reklamowe, sponsoring, sprzedaż gadżetów). Ranking analizuje przychody klubów, które w roku 2017 grały w rozgrywkach Ekstraklasy. Dane pochodzą ze sprawozdań finansowych za rok kalendarzowy 2017. Zostały one dostarczone przez kluby i nie były weryfikowane przez Deloitte. Do porównań z klubami oraz ligami zagranicznymi wykorzystano dane z brytyjskiego raportu Deloitte „Annual Review of Football Finance”.

Indeks Zaległych Płatności Polaków – maj 2018

Spadło tempo przyrostu zaległości konsumentów, wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz bazy BIK.

Suma przeterminowanych zobowiązań zwiększyła się o niecałe 1,24 mld zł, podczas gdy w minionym roku rosła w ciągu kwartału o ponad 2 mld zł. Łączna wartość zaległości Polaków przekroczyła na koniec I kwartału 65,7 mld zł (wzrost 1,9 proc.). O ile suma zaległości powiększyła się wolniej, to jednak liczba niesolidnych dłużników wzrosła znacząco, bo o ponad 176 tys. do 2 691 458 osób (wzrost o 7 proc.). W rezultacie już 85 na 1000 dorosłych mieszkańców Polski nie radzi sobie z obsługą rat kredytów i bieżących rachunków. Tym samym obrazujący to Indeks Zaległych Płatności Polaków wzrósł od końca 2017 r. o 5,6 pkt. – z 79,7 do 85,3 pkt. Już w siedmiu województwach kraju co najmniej co dziesiąta osoba dorosła ma problemy finansowe, a na Ziemi Lubuskiej, Pomorzu Zachodnim i Dolnym Śląsku nawet co dziewiąta. Wskaźnik uwzględnia opóźnienia w spłacie m.in. rat kredytów, pożyczek, rachunków za telefon, internet, telewizję kablową, kar za jazdę na gapę, kosztów sądowych czy też alimentów. Opóźnienia dotyczą min. 200 zł wobec jednego wierzyciela i są przeterminowane o co najmniej 30 dni. Właśnie legislacyjne skrócenie z 60 do 30 dni terminu opóźnienia w spłacie zobowiązania, pozwalającego na wpis do rejestru dłużników Biura Informacji Gospodarczej osoby czy firmy, w dużej mierze przełożyło się na zwiększenie liczby dłużników prezentowanych w tej edycji Raportu InfoDług. Statystyki pokazują jednocześnie, że w przypadku rat kredytowych im krótsze opóźnienie, tym częściej dotyczy niższych kwot, co z kolei wpłynęło na znaczący spadek średniej kwoty zaległości Polaków o 1220 zł do 24 423 zł.

Zadłużona Polska Zachodnia

Indeks Zaległych Płatności Polaków

Ważne liczby

Łączna kwota zaległych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych na koniec I kwartału 2018 r., wyniosła 65,7 mld zł. W stosunku do danych z końca grudnia 2017, nieterminowe płatności Polaków odnotowane w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w bazie Biura Informacji Kredytowej powiększyły się o 1,24 mld zł. W ciągu kwartału o 0,97 mld wzrosły zobowiązania pozakredytowe do 36,35 mld zł i o 0,27 mld zł zaległości kredytowe – do 29,38 mld zł.Indeks Zaległych Płatności Polaków 2

Choć wartościowo widoczny jest większy przyrost długów pozakredytowych, to patrząc na udział liczby dłużników, zdecydowanie więcej przybyło ich w bazie BIK. Liczba niesolidnych dłużników pozakredytowych w rejestrze BIG InfoMonitor w I kwartale tego roku wzrosła o 15 743 do 2 051 300 osób, natomiast dłużników niespłacających na czas rat kredytów widocznych w BIK przybyło o 242 417 do 1 193 757 osób. W sumie Polaków posiadających zaległe zobowiązania było na koniec marca 2018 r., w obu bazach 2 691 458. Liczba ta jest mniejsza niż łączna suma dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, ponieważ 553 599 osób (20,6 proc.) ma jednocześnie źle obsługiwane długi kredytowe i pozakredytowe.

Ujęcie geograficzne średniego zadłużeniaIndeks Zaległych Płatności Polaków 3

Średnia wartość zadłużenia przypadająca na jednego niesolidnego dłużnika w kraju wynosi 24 423 zł. Jeszcze kwartał temu, tj. na koniec grudnia było to 25 643 zł, czyli zmniejszyła się o 1 220 zł. Średnie zaległości różnią się w zależności od regionu. W trzech województwach przekraczają średnią dla kraju: w mazowieckim, gdzie jest to już 31,5 tys. zł na dłużnika, w małopolskim – po 26,8 tys. zł oraz w pomorskim – 25,5 tys. zł. Najmniejsze zaległości mają mieszkańcy woj. warmińskomazurskiego, świętokrzyskiego oraz lubuskiego. Z kolei patrząc już na liczbę osób z zaległymi zobowiązaniami na 1000 dorosłych mieszkańców, w czołówce znajdują się woj. lubuskie i zachodniopomorskie – gdzie jest już po 112 niesolidnych dłużników. Najlepiej prezentują się natomiast woj. podkarpackie, małopolskie i podlaskie.

Przeciętna zaległość w różnych grupach wiekowych

Przeciętna zaległość zmniejszyła się prawie we wszystkich grupach wiekowych z wyjątkiem osób w wieku 18-24 lat, tu bowiem wzrosła o 54 zł w porównaniu z danymi na koniec IV kwartału 2017 r. Największy spadek średniej zaległości odnotowano wśród osób między 35 a 44 rokiem życia – o 1 545 zł oraz w wieku 45–54 lata – o 1 304 zł. Największa średnia zaległość przypada na osoby w wieku 45-54 lata i wynosi 33 494 zł.

Do najwyższej średniej zaległości Polaków, z oczywistych względów, przyczyniają się kredyty mieszkaniowe, przeciętnie jedna osoba, która opóźnia spłatę kredytu na zakup nieruchomości, ma do spłaty 140 115 zł. Wraz z ujęciem w statystykach osób, które opóźniają spłatę zobowiązań o 30 dni, a nie 60 jak wcześniej, znacząco spadła kwota zaległości niesolidnych kredytobiorców i to bez względu na rodzaj kredytu. W największym stopniu obniżyła się przeciętna zaległość spłacających kredyty mieszkaniowe z 241,56 tys. zł do 140 tys. zł. Spadki widoczne są również w przypadku pozostałych zobowiązań kredytowych: kredytów konsumpcyjnych – z 23 517 zł do 19 459 zł oraz w karcie kredytowej – z 5 603 zł do 5 093 zł. – 30-dniowe opóźniania spłaty rat kredytów są bardzo niestabilne, w różnych okresach potrafią dotyczyć mniejszej lub większej liczby zobowiązań, nie ma tu też reguły co do ich wysokości. Tego typu opóźnienia często wynikają z zapomnienia lub jednorazowego zdarzenia losowego i zazwyczaj co drugi kredytobiorca po chwili znów terminowo obsługuje kredyt – zwraca uwagę prof. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK.

Z kolei w odniesieniu do zaległości pozakredytowych, we wszystkich tytułach odnotowano wzrosty. Wciąż najwyższą wartość średniego zadłużenia mają zobowiązania alimentacyjne – 36 964 zł na osobę. Na drugiej pozycji znajduje się średnia zaległość wierzytelności windykowanych, która wynosi obecnie 11 438 zł.

Zaległe płatności kredytowe zazwyczaj są o wiele wyższe od zaległości pozakredytowych. Wyjątek od tej reguły widać jedynie wśród osób po 65 roku życia, gdzie wartości te są porównywalne i wynoszą w obu przypadkach po ponad 16 tys. zł.

Najbardziej zauważalne różnice występują w przedziale wiekowym 45-54 lat. Osoby w tym wieku mają średnie zaległości pozakredytowe warte 24 394 zł, a kredytowe 36 506 zł.Indeks Zaległych Płatności Polaków 6

Rekordziści Polski

Długi 10 najbardziej zadłużonych osób w kraju stanowią 5,4 proc. łącznej kwoty zaległości wszystkich Polaków. To już w sumie ponad 355 mln zł, z których ponad 66,9 mln zł należy do 61-letniego mieszkańca województwa lubelskiego, otwiera on niechlubną listę dłużników – rekordzistów. Średnia wieku najbardziej zadłużonych osób w Polsce wynosi niemal 60 lat. Są to głównie mężczyźni. Wśród 10 rekordzistów znalazły się tylko dwie kobiety, na 6. i 8. pozycji, z długami na 25,7 oraz 24,7 mln zł. Najwięcej rekordzistów zamieszkuje Mazowsze. Z kolei już wśród 16 wojewódzkich rekordzistów nie ma żadnej kobiety.Indeks Zaległych Płatności Polaków 7

Rekordziści w województwach

Z kolei już wśród 16 wojewódzkich rekordzistów nie ma żadnej kobiety. Najstarszy dłużnik-rekordzista pochodzi z Małopolski i ma 69 lat, a do oddania ponad 21,3 mln zł. Listę otwierają dłużnicy z województw: lubelskiego (66,9 mln zł), podkarpackiego (46,3 mln zł) i mazowieckiego (45,7 mln zł).Indeks Zaległych Płatności Polaków 8

Kwota zadłużenia i liczba dłużników w województwachIndeks Zaległych Płatności Polaków 9

W porównaniu z poprzednim kwartałem, zaobserwowano wzrost liczby dłużników we wszystkich województwach, najbardziej na Mazowszu (o 8,9 proc.), Małopolsce (8,4 proc.) i Podlasiu (8,2 proc). Natomiast kwoty zaległości najbardziej zwiększyły się na Dolnym i Górnym Śląsku oraz na Podkarpaciu – po ok. 5 proc. Sytuacja jest jednak zróżnicowana, na Pomorzu Zachodnim suma przeterminowanych zobowiązań spadła aż o 6,9 proc., czyli o ok. 280 mln zł, na Mazowszu – o 2,3 proc. (250 mln zł). Mimo to Mazowsze nadal dominuje pod względem kwoty zaległości niesolidnych konsumentów. Najmniej długów i dłużników mają woj.: podlaskie, opolskie i świętokrzyskie.

*Kredyt Trendy, Raport półroczny 2017 r. str.21, https://media.bik.pl/publikacje/read/388320/kredyt-trendy-raport-2017 r.

Informacje przedstawione w publikacji pochodzą z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej. Dotyczą wyłącznie zaległości osób fizycznych na minimum 200 zł, przeterminowanych o co najmniej 30 dni, wcześniejsze publikacje dotyczyły opóźnień 60 dniowych. Zmiana metodologii jest wynikiem nowych regulacji prawnych pozwalających wpisać dłużnika do BIG po 30 dniach opóźnienia od wyznaczonego terminu płatności. W aktualnym Newsletterze InfoDług materiał i wyliczenia oparte są o dane z końca marca 2018 r.

Włochy tematem nr 1. Korekta w Turcji

Tworzenie rządu we Włoszech to temat, który dostarcza rynkom nadspodziewanie wiele emocji. W Turcji podwyżka stopy procentowej hamuje gwałtowne spadki waluty.

Problem południa Europy

Gdyby Włosi nie mieli już za mało problemów z samym utworzeniem rządu to swoje rady dorzuca Komisja Europejska. O ile pogląd, że wysoki poziom zadłużenia włoskiej gospodarki może zagrać stabilności euro jest jak najbardziej słuszny to sytuacja ta nie jest przecież wcale nowa. Głównym powodem niepokoju jest niepewny kierunek jak obierze nowy rząd. Z jednej strony wypowiedzi potencjalnego kandydata na premiera sygnalizowały, że zdaje on sobie sprawę z wagi problemów. Z drugiej podczas kampanii pojawiło się wiele haseł zarówno ze strony Ruchu Pięciu Gwiazd, jak i Ligi Północnej, które mogą sugerować, że dyscyplina budżetowa zostanie jeszcze poluzowana. Pewną kotwicą dla ekspansywnej polityki powinno być to co dzieje się na rynku obligacji. W ciągu zaledwie 10 dni rentowność obligacji wzrosła o pół punktu procentowego. Oznacza to, że o tyle więcej musi otrzymać zysku ktoś kto jest skłonny inwestować we włoskie papiery dłużne. Aż strach pomyśleć ile będzie wynosić ten parametr jeżeli EBC przestanie sam skupować obligacje.

Lira na pozornie lepszej ścieżce

Jest taki moment w trakcie kryzysów gospodarczych, że trzeba jednak czasem ugryźć się w język i podjąć kilka racjonalnych decyzji. Wczoraj Bank Centralny Turcji podniósł jedną ze stóp procentowych z 13,5% do 16,5% co ciekawe nie ruszył pozostałych. Po ostatnich komentarzach samego Erdogana na temat tego jak należy prowadzić politykę monetarną wielu inwestorów skreśliło już Turcję. Powrót do racjonalności wyraźnie ucieszył inwestorów. Wielu analityków wskazuje jednak na fakt, że ruch ten może się samemu prezydentowi nie spodobać. Prawdopodobnie właśnie dlatego podniesiono tylko stopę po której banki pożyczają pieniądze nie ruszając tej po której lokują. Ta dziwna konstrukcja może być właśnie próbą pogodzenia poglądu prezydenta na wpływ stóp na inflację z tym co należało zrobić. Wątpliwe jest by bankierzy centralni szli na konflikt wiedząc, że z dużym prawdopodobieństwem Erdogan za miesiąc zdobywa władzę niemal absolutną w kraju. W najgorszym momencie za jednego dolara trzeba było płacić wczoraj ponad 4,9 liry. Po ogłoszeniu decyzji cena spadła poniżej 4,55 liry za dolara. To prawie 10% różnicy. Jest to bardzo duży skok biorąc pod uwagę, że problemy kraju nie zniknęły przecież jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Czasem słońce czasem deszcz

Jak to często w tym roku bywa optymizm z początku tygodnia dotyczący relacji handlowych i sytuacji geopolitycznej, w jego połowie zamienia się w nerwową atmosferę, w której dominować zaczyna awersja do ryzyka. Wiele wskazuje jednak na to, że powinna zostać ona szybko opanowana a ryzykowne aktywa i waluty będą w najbliższych kilkudziesięciu godzinach ponownie przyciągać inwestorów.

Jednocześnie treść protokołu z posiedzenia FOMC nie zawiera zbyt wielu tez mogących wyraźnie wesprzeć dolara i przełożyć się na kontynuację trwającego już miesiąc umocnienia. Oczywiście czerwcowa podwyżka jest już przesądzona, ale rynek nie otrzymał żadnych wskazówek odnośnie do liczby podwyżek w drugiej połowie roku. Warto zauważyć, że z dokumentu nie uderza przekonanie decydentów o nieodzowności wybuchu presji inflacyjnej: tylko nieliczni z nich obawiają się przekroczenia celu inflacyjnego. Aprecjacyjny trend dolara wygląda na “zmęczony”, więc będzie sprzyjać to korekcie.

Jeśli zgodnie ze swoim zwyczajem Trump zacznie łagodzić stanowisko w sprawie importu aut i porozumienia NAFTA, to jej głównymi benefity beneficjentami powinny być dolar australijski, nowozelandzki a zwłaszcza kanadyjski. Euro również stoi przed szansą na korektę, wspólnej walucie sprzyja fakt, że eurosceptyk Savona prawdopodobnie nie obejmie żadnego z gospodarczych i finansowych resortów w rządzie Giuseppe Conte. Czynnik włoskiej polityki można zatem uznać za “zgrany”, ale do mocniejszego odbicia niż w kierunku 1,18-1,1850 euro potrzebuje też lepszych danych makroekonomicznych. A na nie trzeba będzie poczekać… Nadal negatywnie podchodzimy do funta szterlinga. Uważamy, że każde mocniejsze odbicie będzie wykorzystywane przez inwestorów do sprzedaży tej waluty ze względu na malejące szanse na wakacyjną podwyżkę stóp oraz niepewną sytuację polityczną. Powrót rentowności amerykańskich 10 latek ponad 3,0 proc. i wygasanie awersji do ryzyka powinny pozwolić USD/JPY na odrobienie części silnych spadków z dwóch ostatnich dni. Choć były one dotkliwe, to struktura tendencji wzrostowej nie została wyraźnie zachwiana i oczekujemy szybkiego powrotu ponad 110,00.

W pozytywniejszym środowisku, które ma szansę wykrystalizować się w drugiej części tygodnia, złoty będzie stać przed szansą odrobienia części strat. EUR/PLN niemal osiągnął zakładany przez nas cel 4,33 i powinien krążyć wokół 4,30. Otwiera to drogę do nieco głębszego odreagowania USD/PLN.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

Najnowsze dane o sprzedaży kredytów w Polsce – kwiecień 2018 r.

W kwietniu 2018 r., w porównaniu do analogicznego okresu 2017 r. zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym, instytucje finansowe udzieliły więcej kredytów mieszkaniowych, konsumpcyjnych, oraz przyznały limitów kredytowych. Najwyższy wzrost wartościowy odnotowano w przypadku kredytów mieszkaniowych (+19,3%) oraz kredytów konsumpcyjnych (+12,2%). W ujęciu liczbowym, najwyższy wzrost w stosunku do kwietnia 2017 r. dotyczył limitów kredytowych (+20,5%) oraz kredytów mieszkaniowych (+9,1%). Styczniowe zwiększenie sprzedaży kart kredytowych niestety miało charakter incydentalny.

W kwietniu podobnie jak w lutym – marcu 2018 r. sprzedaż kart kredytowych – w stosunku do kwietnia 2017 r. ponownie ma tendencję negatywną. Spadła zarówno liczba wydawanych kart kredytowych (-2,7%), jak i wartość przyznawanych limitów (-2,9%). Po jednej trzeciej roku 2018 r., o ile nie wystąpią nieprzewidziane zdarzenia, to na rynku kredytów mieszkaniowych można oczekiwać bardzo dobrej sprzedaży w ujęciu wartościowym w całym 2018 r., tym bardziej, że oddaliło się widmo podwyżek stóp procentowych, a kredyty zaciągane są na coraz wyższe kwoty (efekt rosnących cen mieszkań).

Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne)

W kwietniu 2018 r. banki SKOK-i udzieliły łącznie 614,1 tys. kredytów konsumpcyjnych na kwotę 7,18 mld zł. Stanowi to wzrost o 4,6% w ujęciu liczbowym i o 12,2% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2017 r.

– W czterech pierwszych miesiącach 2018 r. dodatnie dynamiki liczby udzielonych kredytów konsumpcyjnych dotyczyły kredytów we wszystkich przedziałach kwotowych. 7,1% dynamikę odnotowały kredyty niskokwotowe (w przedziale do 1 tys. zł.), a najwyższe dodatnie dynamiki wzrostu dotyczyły kredytów wysokokwotowych powyżej 20 tys. zł (12,2%).

W ujęciu wartościowym banki i SKOK-i udzieliły w okresie styczeń – kwiecień 2018 r. kredytów konsumpcyjnych na kwotę o 8,7% wyższą niż w tym samym okresie 2017 r. Wzrost odnotowano w każdym z sześciu przedziałów kwotowych – najwyższy wśród kredytów > 20 tys. zł (+11,5%) oraz na kwoty z przedziału 3,5 – 7 tys. zł – (+7,6%). Co ciekawe o 7,2% wzrosła również wartość kredytów do 1 tys. zł, który to segment był od kilku lat silnie eksplorowany przez firmy pożyczkowe. Podobną sytuację mieliśmy w poprzednim miesiącu. Można więc już powiedzieć, że banki być może ponownie zainteresowały się tym segmentem rynku kredytów konsumpcyjnych. Kolejne miesiące pokażą, czy jest to trwały trend. Po dobrej 1/3 roku 2018 r. wydaje się, że można z większym optymizmem patrzeć na cały rok w aspekcie wartości udzielanych kredytów konsumpcyjnych (wartość może przekroczyć 80 mld zł), pod warunkiem jednak, że nie wystąpią negatywne zdarzenia zarówno o charakterze globalnym, jak i lokalnym, które zmniejszyłyby apetyt banków na ryzyko, a gospodarstwa domowe zniechęciły do zaciągania kredytów konsumpcyjnych, należy więc uważnie analizować otoczenie globalne i makroekonomiczne, a także zjawiska konsolidacyjne w sektorze bankowym – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Co ważne, sprzedaży kredytów konsumpcyjnych nie towarzyszy praktycznie wzrost ryzyka kredytowego, pomimo zaciągania kredytów na coraz wyższe kwoty. Jakość portfela kredytowego utrzymuje się na bezpiecznym stosunkowo niskim poziomie, co potwierdza miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów konsumpcyjnych. Jego bieżący odczyt to 5,48% – dodaje mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

Kredyty mieszkaniowe

W kwietniu 2018 r. banki udzieliły łącznie 19,3 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 4,74 mld zł. Stanowi to wzrost o 9,1% w ujęciu liczbowym i wzrost o 19,3% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2017 r.

– Kwiecień 2018 r. jest już kolejnym dobrym miesiącem dla kredytów mieszkaniowych zarówno pod względem liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Na rynku kredytów mieszkaniowych nadal panuje więc duży optymizm. Dwucyfrowa dynamika w ujęciu wartościowym, po części wynika ze struktury udzielanych kredytów mieszkaniowych. 57 % wartości udzielonych w 2018 r. kredytów mieszkaniowych przypada na kredyty powyżej 250 tys. zł (25,9% z przedziału 250 – 350 tys. zł i 31,1% powyżej 350 tys. zł). Ponadto dynamika udzielanych kredytów mieszkaniowych w poszczególnych przedziałach kwotowych jest zróżnicowana, w przedziale 100 – 150 tys. ujemna (-3,4%) zaś > 350 tys. bardzo wysoka aż 30,6% w porównaniu do czterech pierwszych miesięcy 2017r. Po wynikach pierwszych czterech miesięcy br. można z większym optymizmem patrzeć na cały 2018 r. na rynku kredytów mieszkaniowych tym bardziej, że deweloperzy prognozują rekordy sprzedaży, a widmo podwyżek stóp procentowych istotnie się oddaliło, co zachęca do zaciągania kredytów mieszkaniowych zarówno na własne potrzeby, pod wynajem czy w celach inwestycyjnych. Na rynku pierwotnym rośnie liczba transakcji bez wsparcia kredytem bankowym, ich udział jest już wyższy niż transakcji finansowanych kredytem. W optymizmie jest jednak pewna rysa: w kwietniu 2018 r. w porównaniu do marca 2018 r. banki udzieliły o 8,8% mniej kredytów mieszkaniowych i na kwotę o 6% niższą. Takie samo zjawisko odnotowaliśmy w poprzednim roku – wyjaśnia prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Karty kredytowe

W kwietniu 2018 r. banki wydały 82,6 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 449 mln zł. Stanowi to spadek o 2,7% w ujęciu liczbowym i spadek o 2,9% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2017 r.

– Podobnie jak w lutym oraz marcu, tak i w kwietniu br. odnotowaliśmy powrót negatywnej tendencji, z którą mieliśmy do czynienia już od dłuższego czasu, a pozytywne efekty sprzedażowe odnotowane w styczniu 2018 r. były tylko jednorazowymi zdarzeniami, a nie trwałym odwróceniem, obserwowanego od wielu miesięcy negatywnego trendu w kartach kredytowych, związanego z wydawaniem coraz mniejszej liczby kart. Liczba wydanych kart kredytowych w czterech pierwszych miesiącach 2018 r. jest o 8,7% niższa niż w analogicznym okresie zeszłego roku. Najwyższy spadek dynamiki przyznawanych limitów kart kredytowych r/r aż o 40,4% odnotowaliśmy w przypadku kart o limicie od 2 do 3,5 tys. zł. Dodatnia dynamika wydawanych kart dotyczyła kart z limitami w przedziale 1 – 2 tys. zł (5,9%) i 4,5 do 10 tys. zł (+12,7%) – mówi prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Limity kredytowe w kontach osobistych

W kwietniu 2018 r. przyznano łącznie 54,2 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę obejmującą przyznane limity 251 mln zł. Stanowi to wzrost aż o 20,5% w ujęciu liczbowym i wzrost o 8,3% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2017 r.

– W kwietniu 2018 r. nadal obserwujemy widzianą już od kilku kwartałów dodatnią dynamikę liczby przyznanych limitów kredytowych w kontach osobistych (+20,5%) w porównaniu z kwietniem ubiegłego roku. Już od początku 2017 r. obserwujemy wzrost zainteresowania limitami kredytowymi w kontach osobistych. Zjawisko to jeszcze wyraźniej widać w czterech pierwszych miesiącach 2018 r. – 9,2% wzrost w porównaniu do analogicznego okresu 2017 r. Analizując przyznawane limity w określonych przedziałach kwotowych widzimy, że w okresie styczeń – kwiecień 2018 r. 64% wartości przyznanych limitów w kontach osobistych koncentruje się w przedziale > 7 tys. zł. Limity te mają 19% udział w ogólnej liczbie przyznanych limitów kredytowych. Wydaje się, że za nadal utrzymującą się popularność limitów kredytowych stoi fakt, że stanowią one tańszą alternatywę dla kredytów gotówkowych w zakresie finansowania bieżących potrzeb konsumpcyjnych gospodarstw domowych – dodaje prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Polska firma opracowała technologię wytwarzania paliwa z plastiku. Pomoże rozwiązać problem zalegających odpadów

Polska firma opracowała technologię wytwarzania paliwa z plastiku. Pomoże rozwiązać problem zalegających odpadów 10

Na świecie zalega niemal 5 mld ton plastiku. Częściowym rozwiązaniem tego problemu może być wytwarzanie paliw z plastiku. Z plastikowych odpadków mogą powstać paliwa odpowiadające właściwościami benzynie i olejowi napędowemu. Unikatową technologię ich produkcji opracowała polska firma. Zgodnie z projektem dyrektywy unijnej wielcy odbiorcy będą musieli częściowo korzystać z biopaliw, do których należą także paliwa z plastiku.

– Paliwo, które produkujemy, w zasadzie nie różni się od benzyny czy ropy. Jest ono jednak korzystniejsze dla środowiska. Po pierwsze, pozbywamy się plastiku, który osiada w naszym środowisku, w naszych oceanach. Jeżeli czegoś z tym nie zrobimy, to w 2050 roku w oceanach będzie więcej plastiku niż ryb. Po drugie, wyprodukowanie jednego litra paliwa z plastiku powoduje o 12,5 proc. mniej emisji dwutlenku węgla niż wyprodukowanie litra paliwa z ropy. Także wydobywanie ropy z ziemi powoduje większą emisję dwutlenku węgla, bo ten plastik już mamy. I po trzecie, nie musimy transportować ropy z Bliskiego Wschodu czy Rosji, ponieważ plastikowe odpadki są produkowane lokalnie, co także redukuje emisję dwutlenku węgla – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Susan Kim-Chomicka, prezes Handerek Technologies.

Opracowana przez polską firmę technologia pozwala przerabiać plastikowe odpady na paliwa ciekłe o jakości nieróżniącej się od zwykłej benzyny czy ropy naftowej, mogące służyć do napędu pojazdów i maszyn. W niskociśnieniowym procesie przekształca odpady plastikowe, których nie da się poddać dalszemu recyklingowi, w całkowicie rafinowane frakcje oleju napędowego i benzyny.

Technologia jest opłacalna ekonomicznie i nie wymaga żadnych dotacji, a dodatkowo jest samowystarczalna energetycznie i nie generuje nieużytecznych odpadów jako produktów ubocznych. Z kilograma odpadów można wydobyć litr paliwa płynnego, takiego jak olej napędowy EN590, benzyna EN228 czy paliwo lotnicze. Paliwo z recyklingu nie trafi jednak bezpośrednio na stacje benzynowe.

– Nawet jeżeli przerobimy cały plastik, to powstałe z niego paliwo będzie stanowić jedynie trzy procent globalnej produkcji ropy. To za mało, by móc oferować je na stacjach benzynowych. W roboczej wersji europejskiej dyrektywy o biopaliwach znajduje się jednak zapis, że do biopaliw zalicza się również paliwa produkowane z odpadków, w tym z plastiku. W tej sytuacji wielcy odbiorcy będą zmuszeni brać część paliwa od nas, dzięki czemu spełnią przyszłe unijne wymogi  – zauważa Susan Kim-Chomicka.

Przy takich regulacjach prawnych biznes polegający na wytwarzaniu paliwa z odpadków ma szansę nie tylko na sukces biznesowy, lecz także na wymierne korzyści dla środowiska naturalnego. Polska produkuje rocznie około 180 mln ton śmieci – wynika z danych Eurostatu. W całej Unii Europejskiej jest to ponad 2,5 mld ton. W 2014 roku w krajach Wspólnoty przetworzono łącznie 2,3 mld ton śmieci (wliczając również te pochodzące z importu). Około 47 proc. z nich poddano procesom unieszkodliwiania odpadów innym niż spalanie, kolejne 36 proc. przeznaczono do odzysku innego, niż odzysk energii i wypełnianie wykopów. Wiele odpadów wciąż jednak bezużytecznie zalega.

– Na lądzie zalega prawie pięć miliardów ton plastiku. Co roku w oceanach ląduje prawie osiem milionów ton plastiku. Jeżeli czegoś z tym nie zrobimy, nasze środowisko ulegnie zagładzie. A ponieważ i tak używamy ropy, dzięki paliwom z przetworzonego plastiku możemy zdywersyfikować źródła jej pochodzenia, a jednocześnie pomóc środowisku – twierdzi ekspertka.

Z analiz Zion Market Research wynika, że światowy rynek biopaliw osiągnie w 2022 roku wartość niemal 219 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 4,5 proc.

Chiny planują zniesienie polityki kontroli urodzeń

Chiny planują zniesienie (poluzowanej pod koniec 2015) polityki kontroli urodzeń, co może mieć miejsce już w 4q18. Działania takie nie zapobiegną jednak starzeniu się społeczeństwa – liczba ludności w wieku produkcyjnym maleje kontrybuując do problemów związanych z brakiem pracowników.

Podaż na rynku pracy stała się barierą dla wzrostu gospodarczego. Skutki zmian pojawią się po latach.

– Do tej pory wzrost chińskiej gospodarki był oparty na państwowych inwestycjach, ale te coraz bardziej okazują się nieefektywne – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Lekooporne bakterie zabijają setki tysięcy ludzi rocznie. Polska firma pracuje nad zahamowaniem rozwoju superbakterii

Lekooporne bakterie zabijają setki tysięcy ludzi rocznie. Polska firma pracuje nad zahamowaniem rozwoju superbakterii 11

Rozwój medycyny nie nadąża za ewolucją superbakterii odpornych na wiele rodzajów leków. Według WHO każdego roku z ich powodu umiera 700 tys. pacjentów, a do 2050 roku liczba ta może wzrosnąć do 10 mln. Polscy naukowcy chcą temu zapobiec poprzez wprowadzenie precyzyjnego systemu diagnostycznego, który umożliwi określenie pełnego profilu lekooporności bakterii.

– Jedną rzeczą jest wykryć zakażenie, drugą rzeczą jest wyleczyć pacjenta, który jest zakażony lekooporną bakterią. Na całym świecie jest to w tej chwili tak duży problem, że zainteresowały się nim media, a wielu ludzi słyszało czy doświadczyło tego problemu wśród bliskich czy znajomych. Infekcje są coraz trudniejsze do wyleczenia i czasami zwykłe zakażenie górnych dróg oddechowych może się kończyć kilkoma tygodniami w szpitalu, a może nawet gorzej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Garstecki, prezes firmy Scope Fluidics.

Polscy lekarze coraz częściej diagnozują zarażenie lekoopornymi bakteriami. W zeszłym roku aż 1,7 tys. pacjentów zaraziło się superbakterią New Delhi, a w styczniu na Pomorzu u ośmiu pacjentów zdiagnozowano zakażenie bakterią Klebsiella pneumoniae typu OXA-48 odporną na najsilniejsze antybiotyki. Z kolei za naszą wschodnią granicą, na Ukrainie, szaleje epidemia gruźlicy. Każdego dnia bakteria przyczynia się do śmierci dwudziestu pacjentów i zarażenia stu dwudziestu osób. Antybiotyki przegrywają walkę z bakteriami.

Jak twierdzi ekspert, za taki stan rzeczy w dużej mierze odpowiada branża medyczna, która nie miała bodźca biznesowego, aby prowadzić badania nad antybiotykami nowej generacji. Panowało mylne przekonanie, że wysoka skuteczność terapii antybiotykowych zwalnia ośrodki naukowe z konieczności opracowywania nowych medykamentów. Przez ostatnie 20–30 lat przemysł farmaceutyczny nie reagował na bieżąco na nabywanie przez bakterie lekooporności.

– Podobnie jest z systemami diagnostycznymi, nie było bodźca ekonomicznego do tego, żeby budować systemy, które udzielałyby pełnej informacji o lekowrażliwości bakterii. Te systemy, które są dostępne, dostarczają informacji o ograniczonej liczbie antybiotyków i często to nie są tzw. rzeczywiste poziomy MIC, czyli precyzyjnie podane stężenia antybiotyku, który nie pozwala na wzrost bakterii, tylko uproszczona klasyfikacja pomiędzy podatne a oporne – zauważa Piotr Garstecki.

W konfrontacji z lekoopornymi bakteriami takie informacje okazują się niewystarczające. Aby zastosować skuteczną, celowaną terapię i świadomie dobrać antybiotyk, lekarz musi mieć pełną wiedzę na temat lekowrażliwości bakterii, a co za tym idzie – skuteczności konkretnych medykamentów. Nad systemem, który ma to zapewnić, pracuje polska firma.

– W projekcie BacterOMIC wykorzystujemy mikroprzepływy po to, żeby na jednorazowym kartridżu zmieścić dziesięciokrotnie więcej komór inkubacyjnych w porównaniu do obecnego lidera rynku. To jest ilość, która umożliwi nam dostarczenie pełnej potrzebnej dla lekarza informacji. Korzyść dla pacjenta przede wszystkim jest taka, że szybciej uzyska skuteczne leczenie, tzn. nie będzie empirycznie, doświadczalnie leczony antybiotykiem, tylko antybiotyk zostanie wybrany precyzyjnie, tak żeby zabić bakterię, która jest powodem zakażenia. Jest to element odpowiedzi na nadużywanie antybiotyków – twierdzi ekspert.

Systemy szybkiej i precyzyjnej diagnostyki mogą się okazać jednym z najważniejszych sposobów na walkę z lekoopornością bakterii. BacterOMIC nie będzie przeznaczony dla placówek pierwszego kontaktu, opracowano go z myślą o szpitalach i dużych laboratoriach klinicznych, w których pomoże leczyć pacjentów z ciężkimi zakażeniami.

– Z końcem marca zakończyliśmy budowę prototypu systemu BacterOMIC. Mamy system, analizator, który w sposób automatyczny prowadzi oznaczenia, i kartridż, który w tej chwili wytwarzamy w setkach sztuk. Przed nami jeszcze kilka lat pracy. Premierę tego systemu planujemy na 2022 rok – zapowiada Piotr Garstecki.

Według prognoz firmy Evaluate wartość globalnego rynku technologii medycznych przekroczy w 2022 roku 520 mld dol.

Nadchodzą nowe regulacje w zakresie technologii blockchain i kryptowalut

Obecnie jedną z najważniejszych regulacji wymaganych w zakresie technologii blockchain i kryptowalut są przepisy dotyczące przeciwdziałania w zakresie prania pieniędzy i finansowania terroryzmu. 

W wielu krajach powoli wchodzą one w życie. Widać więc odpowiedni kierunek zmian – mają one doprowadzić do tego, aby wymagania wobec takiej działalności nie odbiegały od obowiązujących na tradycyjnym rynku finansowym. Może to doprowadzić do otwarcia rynku. Wszystkie podmioty istniejące w branży będą musiały działać zgodnie z przepisami, które dotychczas nie istniały. Wymagają one m.in. identyfikacji klienta, analizy i historii transakcji, tego skąd pochodzą środki.

Są to regulacje, które z jednej strony zabezpieczają transakcje, aby nie były one wykorzystywane do prania brudnych pieniędzy i finansowania terroryzmu. Pozwalają jednak też na to, aby rynek zaczął działać w pełni transparentnie i zgodnie z prawem.

Dotychczas było to niemożliwe, ponieważ nie istniały odpowiednie przepisy.

– W Polsce w ciągu trzech najbliższych miesięcy wejdzie w życie nowa ustawa o przeciwdziałaniu w zakresie prania  brudnych pieniędzy, która wprowadza m.in. czwartą i piątą dyrektywę unijną w tym zakresie –  powiedział serwisowi eNewsroom Paweł Kuskowski, prezes firmy Coinfirm

 Reguluje ona podmioty takie, jak giełdy wymiany walut i portfele obsługujące wymianę walut, czyli tzw. wallety.

Są to jedne z najbardziej progresywnych zmian w Europie, a być może nawet na świecie. Regulacje te zrównują działalność biur i firm płatniczych, a nawet banków z działalnością podmiotów obsługujących płatności kryptowalutoweJeżeli ustawa wejdzie w życie, tradycyjne instytucje finansowe będą miały problem z wypowiadaniem umów oraz odmową otwarcia kont dla giełd i portfeli kryptowalutowych. Głośnym w ostatnim czasie przypadkiem jest sprawa giełdy Bitfinex, która miała konto obsługujące transakcję w jednym z banków spółdzielczych. 

Bardzo duże środki, które przez nie przeszły, zostały zatrzymane jako pochodzące – rzekomo – z działalności przestępczej. Nie ma jednak pewności, czy tak rzeczywiście było. Dzięki rozwiązaniom regulacyjnym będzie możliwość rzetelnego sprawdzenia działalności danego podmiotu i tego, w jakim zakresie nie był on zgodny z istniejącymi przepisami. Obecnie środki mogą zostać zajęte i uznane za pochodzące z nielegalnych działań bez pewności, czy tak naprawdę było. Jeżeli nowe przepisy wejdą w życie, będzie można analizować przypadki pod kątem zgodności z konkretnymi regulacjami – wskazał Kuskowski.

Duże zmiany w przepisach o ochronie danych. Firmy nie są gotowe na kompleksowe zarządzanie nimi

Duże zmiany w przepisach o ochronie danych. Firmy nie są gotowe na kompleksowe zarządzanie nimi 12

RODO wejdzie w życie już w piątek. Dostosowanie się do nowych przepisów całkowicie zmieni rolę branży IT w kontekście ochrony prywatności i będzie wymagać ścisłej współpracy wszystkich struktur organizacyjnych w firmie. Część z nich wciąż nie jest na to gotowa. Przedsiębiorstwa muszą się nauczyć właściwie zarządzać cennym zasobem, jakim są dane.  Nie tylko po to, żeby dostosować się nowego prawa, lecz także po to, by odpowiadać na wyzwania rynku związane z cyfryzacją. 

Jesteśmy w epoce, w której dane – ich posiadanie, zdolność ich gromadzenia i budowania różnego rodzaju analiz opartych na danych – stają się paliwem XXI wieku. Patrząc z perspektywy inwestycji, największe zyski i największe pieniądze są dzisiaj właśnie w tym środowisku, które obraca danymi. Połączenie wielu źródeł danych, zdolność do ich zanalizowania i wyciągania konstruktywnych wniosków służących podejmowaniu decyzji biznesowych czy osobistych – to jest dzisiaj jest absolutnie krytyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Artur Borowski, country manager NetApp w Polsce

Według szacunków IBM codziennie powstaje 2,5 miliarda gigabajtów nowych danych. Z kolei IDC podaje, że w 2025 roku ich liczba wzrośnie już dziesięciokrotnie. Do tego czasu cyfrowy wszechświat (dane tworzone i kopiowane co roku) osiągnie 180 zetabajtów. Znaczenie danych jako głównego surowca przyszłości podkreślają Komisja Europejska, ONZ czy OECD, natomiast brytyjski dziennik „The Economist” w ubiegłym roku uznał dane za najważniejszy surowiec XXI wieku, który generuje już więcej pieniędzy niż ropa.

Według raportu „Data Utilization Intensity 2017”, opracowanego na zlecenie resortu cyfryzacji, dostęp, analiza i wykorzystanie danych już w tej chwili wpływają w 48 proc. na produktywność polskiej gospodarki i w 46 proc. na PKB całej Unii Europejskiej.

 Wchodzimy w świat samochodów, które jeżdżą same, i maszyn, które podejmują za nas inteligentne decyzje – od prozaicznego zaopatrzenia lodówki w mleko czy masło po poważne obszary, jak diagnostyka medyczna, w której komputery wspierają pracę lekarza. Wszystkie te narzędzia pomagają nam w istotny sposób zmienić jakość tego, co robimy i unikać fundamentalnych błędów. To jest wyścig, który się już zaczął. Chodzi o to, żeby wykorzystać cały ten potencjał danych do znalezienia swojej niszy rynkowej i wyższości technologicznej, a przez to w lepszy sposób dotrzeć do klienta i odpowiedzieć na jego aktualne potrzeby – podkreśla Artur Borowski.

Rosnąca liczba danych, ich przetwarzanie oraz zarządzanie nimi stają się istotne dla firm nie tylko ze względu na rozwój biznesu, lecz także na zmieniające się przepisy prawne.

 RODO to w tej chwili bardzo ważna kwestia dla branży IT, ponieważ jesteśmy w głównym nurcie ochrony danych. Rozporządzenie nie dotyczy tylko firm działających w UE, lecz także wszystkich, którzy robią interesy z unijnymi przedsiębiorstwami – mówi Thomas Kaiser, dyrektor NetApp na region Europy Wschodniej i Turcji.

RODO, czyli ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych, zacznie obowiązywać 25 maja br. Regulacja ujednolici przepisy w tym zakresie na terenie wszystkich dwudziestu ośmiu państw członkowskich UE, ale jej skutki odczują przedsiębiorstwa i organizacje na całym świecie. RODO ma charakter eksterytorialny – obejmie każdą firmę, która ma dostęp do danych osobowych rezydentów UE, niezależnie od tego, gdzie się znajduje ani w jaki sposób gromadzone są dane. Mówiąc prościej – oznacza to, że wszystkie firmy, które mają do czynienia z danymi obywateli krajów UE, będą musiały przestrzegać nowych przepisów.

Głównym celem RODO jest zwiększenie kontroli konsumentów i osób fizycznych nad tym, w jaki sposób wykorzystywane są ich dane osobowe. Nowa regulacja zastąpi też dotychczasowe, wielokrotnie nowelizowane przepisy, dostosowując je do współczesnych wyzwań związanych z cyfryzacją i nowymi technologiami.

To najwyższy czas na nowe przepisy, bo poprzednie rozwiązania pochodziły z 1995 roku, więc są całkowicie przestarzałe. 20 lat temu nie było przecież smartfonów, Google’a ani Ubera, tymczasem dziś każdy nasz krok jest śledzony przez coś lub przez kogoś. Dlatego ochrona danych jest tak ważna – podkreśla Thomas Kaiser.

Nowe unijne przepisy zrewolucjonizują biznes i całkiem zmienią sposób myślenia o ochronie danych osobowych. Nałożą restrykcyjne wymogi na wszystkie podmioty, publiczne i prywatne, duże i małe, które gromadzą i przetwarzają takie informacje. To oznacza, że do RODO musi się dostosować praktycznie każda firma i organizacja.

Dyrektor NetApp na Europę Wschodnią i Turcję zauważa, że rozporządzenie RODO całkiem zmieni rolę branży IT w kontekście ochrony prywatności. Ocenia również, że część firm wciąż nie jest gotowa na wejście w życie nowych przepisów.

– Podstawową rolą branży IT w ochronie prywatności jest zarządzanie danymi, podczas gdy w przeszłości było to raczej zarządzanie ich przechowywaniem. Najważniejsze dla IT jest znalezienie porozumienia z departamentami biznesowymi, tak byśmy byli przygotowani na nowe prawo. RODO wejdzie w życie w maju i jeszcze nie wszyscy są na to przygotowani – mówi Thomas Kaiser.

Przed 25 maja przedsiębiorstwa muszą wdrożyć odpowiednie rozwiązania, zarówno informatyczne, jak i organizacyjne, które zagwarantują maksymalny poziom bezpieczeństwa danych osobowych, przeszkolić pod tym kątem pracowników, powołać wewnętrznych inspektorów danych osobowych i znacznie szerzej informować klientów o tym, jak są wykorzystywane informacje na ich temat. Dlatego dostosowanie się do RODO wymaga ścisłej współpracy wszystkich struktur organizacyjnych w firmie.

Ważne, aby wszystkie departamenty wspólnie stworzyły coś w rodzaju zespołu zadaniowego, który wdrażałby nowe prawo. Druga kwestia to budowa infrastruktury IT. Kilka lat temu była ona bardziej zdecentralizowana, każda firma miała własne centrum przetwarzania danych. Dziś mamy chmurę i nikt tak naprawdę nie wie, gdzie znajdują się jego dane. Musimy mieć pewność, że wszyscy działają zgodnie z prawem. Na to składają się ludzie, technologie, aplikacje – wszystko jest ważne. Dlatego firmy potrzebują zespołu zadaniowego o szerokich kompetencjach – mówi Thomas Kaiser.

Jak podkreśla, same rozwiązania informatyczne i odpowiednia infrastruktura IT – choć muszą gwarantować maksymalny poziom bezpieczeństwa – nie są w stanie odpowiedzieć na wszystkie wyzwania związane z RODO. Do unijnego rozporządzenia firmy muszą się dostosować też od strony prawno-administracyjnej.

– Nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na wszystkie wyzwania, które niesie za sobą RODO, ale możemy zagwarantować, że infrastruktura jest bezpieczna i sprawdzona. Możemy także dostarczyć wiele usług, które przydadzą się przy dostosowywaniu firmy do nowych przepisów. Nasi klienci korzystają przy tym z naszego doświadczenia, ponieważ my sami także musieliśmy dostosować się do RODO – mówi Thomas Kaiser.

Facebook inwestuje w Polsce. Otwiera centrum dialogu i szkoleń z kompetencji cyfrowych

Facebook inwestuje w Polsce. Otwiera centrum dialogu i szkoleń z kompetencji cyfrowych 13

Przestrzeń to nowo otwarte warszawskie centrum Facebooka nastawione na wspieranie społeczności. Ma być miejscem publicznej debaty i budowania więzi. Będą w nim także organizowane szkolenia i warsztaty, między innymi dotyczące cyfrowych kompetencji oraz świadomego odbioru mediów i treści w internecie. Przestrzeń będzie też otwarta dla przedsiębiorców, małych i średnich firm. To pierwszy taki ośrodek Facebooka w Europie, który ma dowodzić kluczowego znaczenia Polski dla społecznościowego giganta.

– Przestrzeń Facebooka jest nowym miejscem na mapie Warszawy. Geneza całego pomysłu wzięła się z tego, że słuchamy naszych użytkowników, naszych społeczności. Rozmawiając z przedstawicielami zarówno polskich małych i średnich firm, jak i organizacji charytatywnych czy z administratorami grup, które są bardzo aktywne na Facebooku, często słyszymy, że brakuje im miejsca do dialogu, spotykania się ze sobą, ale też do prowadzenia różnego rodzaju szkoleń. Taki jest właśnie cel Przestrzeni. Ten projekt świadczy też o tym, jak ważna jest Polska na mapie Facebooka, jak bardzo chcemy się angażować w naszym kraju – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Turowski, szef polityki publicznej Facebooka w Polsce.

Przestrzeń to nowe centrum Facebooka, otwarte w tym tygodniu w Warszawie przy ul. Koszykowej 61. Ma być miejscem spotkań społeczności, organizacji debat, szkoleń i warsztatów. To pierwszy taki ośrodek Facebooka w Europie, podobne zostaną wkrótce otwarte również w Hiszpanii i Włoszech. Przestrzeń jest miejscem działającym zarówno online, jak i offline, gdzie grupy funkcjonujące wirtualnie zyskają możliwość zaistnienia w rzeczywistości. Jest nastawiona na wspieranie społeczności, ale otwarta również dla biznesu.

– Takie miejsca jak Przestrzeń Facebooka są bardzo istotne dla kształtowania świadomości młodych przedsiębiorców. Przestrzeń ma być skierowana do fundacji, małych i średnich przedsiębiorstw, które tutaj będą się edukowały, rozmawiały, szukały rozwiązań swoich problemów. Wiadomo, że jedno takie miejsce nie zmieni polskiej rzeczywistości, ale samo w sobie jest bardzo ważne – mówi Paweł Pudłowski, przewodniczący sejmowej Komisji Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii.

– Zależy nam na tym, żeby Przestrzeń była taka jak sam Facebook – bezpieczną przestrzenią dialogu dla lokalnej społeczności. Panele tematyczne będą bardzo zróżnicowane. Na pewno będziemy działać na rzecz programów, które mają uczyć ludzi, jak w świadomy sposób czytać media w XXI wieku, oraz programów dotyczących bezpieczeństwa w internecie. Będą one ogłaszane w następnych tygodniach i miesiącach – dodaje Jakub Turowski.

Równolegle z otwarciem warszawskiej Przestrzeni społecznościowy gigant ogłosił zakrojony na szeroką skalę program szkoleniowy, który będzie realizować w Polsce. Szkolenia podnoszące kompetencje cyfrowe będą skierowane do młodzieży, nowych uczestników rynku pracy, a także małych i średnich przedsiębiorstw. Co istotne, będą się odbywać nie tylko w Warszawie.

– To pierwszy duży program szkoleniowy, który będziemy wdrażać w kolejnych miesiącach w całej Polsce. W ciągu roku chcemy przeszkolić 50 tys. młodych Polaków w temacie włączenia cyfrowego i umiejętności cyfrowych. Cel jest taki, żeby dać im lepsze umiejętności i lepszy start na rynku pracy, żeby mogli łatwiej, prościej i skuteczniej rozpocząć swój własny biznes – mówi Jakub Turowski.

Szef polityki publicznej Facebooka w Polsce podkreśla, że otwarcie warszawskiej Przestrzeni potwierdza, jak duże znaczenie ma polski rynek dla społecznościowego serwisu. Facebook jest obecny w Polsce dokładnie od dziesięciu lat, a warszawskie biuro odpowiada za koordynację działalności serwisu w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Otwarcie centrum ma być również cegiełką Facebooka na rzecz budowania cyfrowego społeczeństwa i gospodarki.

– Ostatnia publikacja raportu DESI, który pokazuje, jak ucyfrowione jest społeczeństwo, niestety plasuje nas na 24. miejscu w Europie. Jesteśmy czwarci od końca, więc inicjatywy, które pomagają się nam poruszać w przestrzeni cyfrowej, a firmom lepiej wykorzystywać przestrzeń cyfrową do prezentacji swojej oferty, zdobywania klientów i zawierania transakcji, to jest to, czego poszukujemy – podkreśla Paweł Pudłowski.

Miliardy na internet w szkołach i naukę programowania dla uczniów. Za kilka lat kompetencje cyfrowe będą potrzebne w większości zawodów

Miliardy na internet w szkołach i naukę programowania dla uczniów. Za kilka lat kompetencje cyfrowe będą potrzebne w większości zawodów 14

Za 5–10 lat w większości zawodów będą wykorzystywane kompetencje cyfrowe, dlatego musimy inwestować w ich rozwój – podkreśla Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju. Temu służyć ma część środków z 10 mld zł, które trafi na cyfryzację w ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa. Ważnym elementem jest także projekt Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, która za dwa lata połączy wszystkie 30,5 tys. polskich szkół i zapewni uczniom dostęp do szybkiego internetu, zaplecza technologicznego i programów edukacyjnych. To największy taki projekt w Europie.

Cyfryzacja to nie tylko wyzwanie cywilizacyjne, lecz także to w tej chwili przyszłość funkcjonowania społeczeństwa i gospodarki. Już w tej chwili wiemy, że za kilka lat większość zawodów, mówi się o 90 proc., będzie bezpośrednio albo pośrednio wykorzystywało kompetencje cyfrowe. Aby na to przygotować nasze społeczeństwo, naszą gospodarkę, musimy stworzyć system edukacji na możliwie najwyższym poziomie, żeby kształcił młodych obywateli do tej nowej roli – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju.

Z ubiegłorocznego raportu UKCCIS (UK Council for Child Internet Safety) wynika, że już ponad połowa polskich dzieci ma własnego laptopa – to najwyższy wynik wśród wszystkich przebadanych krajów (dalej plasują się Szwecja, Wielka Brytania, Niemcy i Hiszpania). Polskie dzieci mają też najwięcej telefonów w porównaniu do swoich rówieśników z Niemiec, Włoch i Holandii, które zajęły kolejne miejsca.

Gorzej wypada za to dostęp do technologii i internetu w polskich szkołach. Według danych Ministerstwa Edukacji Narodowej tylko 10 proc. (niewiele ponad 3 tys.) szkół i placówek oświatowych ma obecnie dostęp do sieci o takich parametrach, które umożliwiają wykorzystywanie jej do nauki i prowadzenia lekcji. 40 proc. korzysta z dostępu do internetu o przepustowościach nieprzekraczających 10 Mbps, a jedna czwarta polskich uczniów nie ma możliwości korzystania z sieci nawet na lekcjach informatyki.

Dzieci już w tej chwili żyją w cyfrowym świecie, są otoczone nowoczesnymi technologiami. Szkoła musi być dla nich środowiskiem, w którym zdobywają wiedzę. Internet jest bazą, która otwiera możliwości, ale potrzebni są również kompetentni nauczyciele, urządzenia końcowe, infrastruktura wewnętrzna. Wreszcie potrzebne są również e-zasoby, które będą dobrze przefiltrowane i sprawdzone, żeby internet w szkole i treści dostarczane uczniom były w pełni bezpieczne – mówi Marek Zagórski, minister cyfryzacji.

Te zaległości ma nadrobić Ogólnopolska Sieć Edukacyjna, która do 2020 roku ma połączyć wszystkie 30,5 tys. szkół w Polsce i zapewnić im dostęp do szybkiej sieci o przepustowości minimum 100 Mbps. Dzięki temu lekcje we wszystkich polskich szkołach będą prowadzone przy wykorzystaniu nowych technologii i internetu, a uczniowie i nauczyciele będą rozwijać cyfrowe kompetencje. Projekt ma też wyrównać różnice pomiędzy szkołami z obszarów wiejskich a tymi w dużych miastach.

We wcześniejszych latach były realizowane całkiem ciekawe inicjatywy, na przykład e-podręczniki. Ale wyglądało to mniej więcej tak, jakbyśmy chcieli dać samochód komuś, kto nie ma prawa jazdy i nie umie jeździć. Po prostu nie było możliwości fizycznego korzystania z tej oferty. OSE pozwoli nam te wszystkie projekty realizować równolegle w całej Polsce – mówi Marek Zagórski.

Za wdrożenie, uruchomienie i utrzymanie OSE odpowiada Państwowy Instytut Badawczy NASK. Zapewni on również system bezpieczeństwa oraz treści edukacyjne dla szkół, które będą przydatne w kształceniu umiejętności cyfrowych.

Ten proces już się rozpoczął, pierwsze 1,5 tys. lokalizacji, czyli ponad 2 tys. szkół, zostanie przyłączonych do OSE do końca tego roku, w kolejnym – 12 tys., a w 2020 roku sieć obejmie już mniej więcej 90 proc. placówek. W ten sposób zrealizujemy największy tego typu projekt w Europie – podkreśla Marek Zagórski. – W Niemczech podobny program jest dopiero w realizacji, na świecie takie kompleksowe rozwiązanie działa tylko w dwóch państwach. OSE będzie bardzo ważnym narzędziem dla uczniów, nauczycieli, a także dla ministra odpowiedzialnego za edukację.

Ogólnopolska Sieć Edukacyjna ma podnieść cyfrowe kompetencje wśród dzieci i młodzieży. To istotne o tyle, że, jak pokazuje ubiegłoroczny aportu Edu-Tech, opracowany na bazie danych Eurostatu, Polska plasuje się w ogonie państw OECD pod względem kompetencji cyfrowych uczniów, a nauka programowania jest jedną z najsłabiej rozwiniętych umiejętności. Odsetek młodzieży, która korzystając ze specjalistycznego języka kodowania, napisała przynajmniej jeden program, wynosi w Polsce 14 proc., podczas gdy w Finlandii jest kilkukrotnie wyższy i sięga prawie 40 proc.

Do tematu kompetencji cyfrowych podchodzimy kompleksowo. Zdecydowaliśmy się finansować zarówno edukację podstawowych kompetencji cyfrowych, jak i tych bardziej zaawansowanych, czyli nauki programowania. W samej Wielkopolsce zostanie przeszkolonych prawie szesnaście tysięcy uczniów, a wraz z nimi ponad tysiąc nauczycieli, których chcemy nauczyć programowania i tego, jak rozwijać kompetencje cyfrowe u dzieci – mówi Wanda Buk, dyrektor Centrum Projektów Polska Cyfrowa.

Jak podkreśla, mimo niekorzystnych statystyk Polacy całkiem dobrze radzą sobie z wyzwaniami związanymi z nowymi technologiami.

– Dobrym przykładem na to są wyniki Polski w klasyfikacji medalowej międzynarodowej olimpiady informatycznej. Przez kilkanaście ostatnich lat na przemian konkurujemy z Rosją i Chinami, nie ustępując im miejsca. To jest szalenie budujące i potwierdzające drzemiący w nas talent – zapewnia Wanda Buk.

Środki na rozwój cyfrowych kompetencji pochodzą za programu operacyjnego Polska Cyfrowa, w ramach którego łącznie 10 mld zł trafi na cyfryzację kraju i społeczeństwa.

Ważne jest, żeby mieć dobrą infrastrukturę. Jako państwo chcemy to zapewnić, budując infrastrukturę internetu szerokopasmowego w całym kraju, starając się zapewnić dostęp dla wszystkich gospodarstw domowych, również w ramach białych plam, gdzie budownictwo jest rozproszone, gdzie najtrudniej dotrzeć z szybkim internetem i gdzie często jest to nieopłacalne dla inwestorów prywatnych – dodaje Jerzy Kwieciński.

Rekordowe zainteresowanie sportowym programem Drużyna Energii. Uczniowie polskich szkół nadesłali ponad 20 tys. filmów z treningami

Rekordowe zainteresowanie sportowym programem Drużyna Energii. Uczniowie polskich szkół nadesłali ponad 20 tys. filmów z treningami 15

Polskie dzieci są zainteresowane aktywnością sportową. W programie Drużyna Energii wzięło udział sto szkół, których uczniowie w ciągu niespełna pół roku nadesłali ponad 20 tys. filmów z własnymi treningami sportowymi. Organizatorzy odczuwają satysfakcję, udało im się bowiem za pomocą internetu oderwać dzieci od komputerów. Jeszcze przed finałem zapowiadają kontynuację projektu w kolejnych latach.

Internet to dla dzisiejszych polskich dzieci naturalne środowisko. Według danych Fundacji Orange dostęp do sieci ma ponad 90 proc. dzieci w wieku szkolnym. Co czwarty przebadany przez fundację rodzic deklaruje, że jego pociechy mogą stale korzystać z internetu, gdyż ich telefon jest wyposażony w pełen pakiet danych. Internet jest potrzebny dzieciom i nastolatkom przede wszystkim do sprawdzania bieżących wiadomości, korzystania z poczty elektronicznej oraz mediów społecznościowych. Dla wielu rodziców internet to przede wszystkim zagrożenie, organizatorzy programu Drużyna Energii postanowili jednak pokazać, że sieć można wykorzystywać w pozytywnych celach.

– Łączymy tutaj kontakt z dziećmi poprzez social media, gdzie dzisiejsza młodzież jest non-stop obecna. Tam nasi ambasadorzy, którzy mają wyniki sportowe, równocześnie zasięgi i dosyć duże kanały na YouTube, z łatwością radzą sobie z tym, aby być obecnym w świecie dzieci i zachęcać je do tego, by wykonywać ćwiczenia, które im przedstawiają – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Leszczyński, dyrektor ds. marketingu, New Balance.

Drużyna Energii to ogólnopolski program zainicjowany jesienią 2017 roku przez Grupę Energa i skierowany do uczniów klas VI i VII szkół podstawowych. Placówki zgłaszali nauczyciele, do uczniów należało natomiast nagranie dwuminutowego filmiku prezentującego sportowy charakter szkoły. Do kolejnego etapu zakwalifikowało się sto szkół z całej Polski. Dla tych uczestników raz w tygodniu ambasadorzy akcji, czyli siatkarz Krzysztof Ignaczak, były piłkarz Marek Citko, dziennikarz sportowy Bartosz Ignacik oraz youtuber sportowy Krzysztof Golonka, publikowali w internecie filmy ze specjalnie przygotowanymi ćwiczeniami.

– Bardzo się cieszymy, że możemy pomagać nauczycielom szerzyć i propagować kulturę fizyczną, bo mamy nadzieję również na to, że z tych dzieciaków, które tutaj biegają, wyrosną przyszłe gwiazdy sportu, a jeżeli nie, to przynajmniej damy im to zdrowie – mówi Krzysztof Ignaczak.

Na podstawie filmów publikowanych przez ambasadorów Drużyny Energii uczniowie nagrywali własne filmy, na których odtwarzali dany trening. Za każde nadesłane wideo szkoła otrzymywała punkty, a najbardziej aktywne placówki zostawały finalistami programu. Do tych szkół raz w miesiącu przyjeżdżali ambasadorzy Drużyny Energii, aby poprowadzić z dziećmi trening na żywo. Organizatorzy programu już dziś twierdzą, że zainteresowanie ze strony szkół i uczniów przeszło ich oczekiwania.

– Zaangażowanie uczniów miło nas zaskoczyło, mieliśmy oczywiście nadzieję, że wykażą się hartem ducha, ale to, jaki zapał wykazały dzieci z każdej ze stu szkół biorących udział w projekcie, naprawdę daje nam nadzieję na to, że młode pokolenia Polaków cały czas będą zainteresowane sportem – mówi Andrzej Lis-Radomski, Grupa Energa.

Do tej pory uczestnicy programu nadesłali ponad 20 tys. filmików. Projekt został także zauważony przez media, organizatorzy nie kryją zaskoczenia liczbą publikacji na ten temat oraz nominacją do nagrody projektu roku w konkursie „Przeglądu Sportowego”. Za swój największy sukces uważają jednak zachęcenie polskich dzieci do większej aktywności fizycznej i przynajmniej chwilowe porzucenie laptopów i smartfonów na rzecz sportu.

– Ważne jest to, że nie musieliśmy do tego używać siły, wystarczyło stworzyć pewne zachęty, które zmotywują ich samych do tego, żeby wstały od urządzeń, żeby poszły na podwórko, poszły na boisko i zaczęły trenować – mówi Andrzej Lis-Radomski.

– Jeżeli będziemy wysyłać takie impulsy, przypominać dzieciom o tym, co jest ważne, że sport daje i sławę, i pieniądze, i popularność, a przede wszystkim daje olbrzymią satysfakcję, medale, puchary, mistrzostwa – to te impulsy w pewnym momencie spowodują, że oni może też w siebie uwierzą i spróbują uprawiać to systematycznie – mówi Marek Citko, były piłkarz, ambasador Drużyny Energii.

Finał Drużyny Energii odbywa się dziś (24 maja) w Gdańsku. Zwycięzcy otrzymają 10 tys. zł, zdobywcy 2. miejsca – 7 tys. zł, a drużyna, która uplasuje się na 3. miejscu, zostanie nagrodzona kwotą 4 tys. zł. Pieniądze te mają zostać przeznaczone na wyposażenie sal gimnastycznych w tych szkołach. Organizatorzy już dziś planują kolejne edycje programu, od początku myśleli bowiem o długofalowym projekcie.

– Będziemy stopniować nasze ćwiczenia, one będą coraz trudniejsze. W kolejnych etapach będziemy dołączali ćwiczenia, które będą wymagały większego zaangażowania, dłuższego spędzenia czasu z piłką na sali, więc będziemy również rozwijać dzieciaki w ten sposób – mówi Krzysztof Ignaczak.

Morfologia krwi może uratować życie. Blisko połowa Polaków wykonuje ją rzadziej, niż zalecają lekarze

Morfologia krwi może uratować życie. Blisko połowa Polaków wykonuje ją rzadziej, niż zalecają lekarze 16

Im wcześniejsza diagnoza, tym większe szanse na wygraną walkę z nowotworem krwi. Większość tego rodzaju chorób wykrywana jest jednak na późnym etapie rozwoju, głównie ze względu na nieswoiste i bagatelizowane objawy. Tymczasem nowotwór można zdiagnozować na podstawie prostego badania, jakim jest morfologia krwi obwodowej. 43 proc. Polaków wykonuje je jednak znacznie rzadziej, niż zalecają lekarze. Mało który Polak łączy również morfologię z możliwością wykrycia chorób krwi.

Zachorowalność na nowotwory układu krwiotwórczego i chłonnego rośnie. Według danych Krajowego Rejestru Nowotworów liczba nowych zachorowań w Polsce podwoiła się na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Nowotwory układu krwiotwórczego i chłonnego coraz częściej dotykają także ludzi młodych oraz dzieci – co roku choroby te diagnozuje się u ponad 1 tys. osób poniżej 17 roku życia. Rokowania w przypadku chorób hematoonkologicznych mogą być dobre, o ile nowotwór zostanie rozpoznany na wczesnym etapie rozwoju. Diagnostyka nastręcza jednak trudności ze względu na nieswoiste objawy, jakie daje ta grupa schorzeń.

– Najpowszechniejsze są objawy wynikające z triady objawów laboratoryjnych, czyli objawy niedokrwistości, małopłytkowości i związane ze zmniejszoną liczbą neutrofili [białych krwinek układu odpornościowego – red.] – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Ewa Lech-Marańda, dyrektor Instytutu Hematologii i Transfuzjologii. – Objawy, których nie możemy ignorować, to objawy niedokrwistości, osłabienie, szybkie męczenie się, zmniejszona tolerancja wysiłku, nawracające zakażenia, trudno leczące się objawy takie jak krwawienie z nosa, z dziąseł przy myciu zębów, powiększające się węzły chłonne, które nie są związane z zakażeniem – dodaje.

Niespecyficzne objawy chorób hematoonkologicznych często bywają traktowane jako efekt szybkiego tempa życia lub starzenia się organizmu, a przez to bagatelizowane. Osoby skarżące się na przewlekłe zmęczenie, utratę masy ciała czy nawracające infekcje długo nie zgłaszają się do lekarza. Tymczasem nowotwór może zostać szybciej wykryty dzięki prostemu badaniu, jakim jest morfologia krwi obwodowej, które warto uzupełnić o badanie OB i badanie ogólne moczu.

– Z morfologii można się dowiedzieć, czy nie mamy jakiejś istotnej choroby krwi lub poważnych zaburzeń innych narządów, takich jak przewód pokarmowy czy płuca, bo one również manifestują się we krwi – mówi prof. dr hab. n. med. Wiesław Jędrzejczak, krajowy konsultant w dziedzinie hematologii.

Badanie sondażowe zrealizowane przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia na zlecenie firmy Novartis w ramach kampanii „Odpowiedź masz we krwi” pokazuje jednak, że świadomość Polaków w tym zakresie nie jest dostatecznie wysoka. 83 proc. respondentów uważa, że morfologię należy wykonywać raz na dwanaście miesięcy, co jest zgodne z rekomendacjami ekspertów, ale aż 43 proc. wykonuje ją zdecydowanie rzadziej. Zdecydowana większość ankietowanych nie wie, że to podstawowe badanie laboratoryjne może pomóc w wykryciu groźnych chorób, a tylko co piąty uczestnik badania zdawał sobie sprawę, że morfologia pomaga zdiagnozować białaczkę. Ponad połowa Polaków jest również błędnie przekonana, że morfologia jest obowiązkowym badaniem w ramach medycyny pracy.

– Medycyna pracy zajmuje się głównie ochroną zdrowia związaną z warunkami pracy, natomiast w przypadku pewnych niepokojących objawów lekarz medycyny pracy może rozszerzyć zakres badań, możemy mieć wpływ na wczesne wykrywanie tych chorób, skierować do lekarza rodzinnego, a ten z kolei do hematologa – mówi lek. Paweł Wdówik, krajowy konsultant w dziedzinie medycyny pracy.

Zdaniem eksperta coraz większa liczba pracodawców rozszerza zakres podstawowych badań dla pracowników, finansując je z własnych środków.

Regularne badania krwi obwodowej powinny wykonywać także dzieci, choroby hematologiczne mają bowiem ogromny wpływ na ich rozwój psychofizyczny. Najczęstszą chorobą przewlekłą u dzieci jest niedokrwistość z niedoboru żelaza, skutkująca między innymi spadkiem możliwości intelektualnych. Dzieci coraz częściej zapadają również na nowotwory hematologiczne, zwłaszcza białaczki stanowiące 26 proc. wszystkich nowotworów dziecięcych. Wcześnie wykryte dają dobre rokowania, sięgające 90 proc. wyleczalności. Lekarze radzą, by nie czekać na ewentualne objawy choroby, lecz regularnie poddawać dziecko badaniom profilaktycznym w postaci morfologii krwi obwodowej.

 Diagnostyka chorób krwi u dzieci i dorosłych jest prawie taka sama. Musimy wykonać morfologię krwi i z niej odczytać, czy kolejne badania są potrzebne, czy nie. W niektórych rozpoznaniach musimy wykonać punkcję szpiku kostnego, żeby powiedzieć, jak ten szpik działa, bo morfologia krwi mówi o tym, co mamy we krwi, a za wszystko jest odpowiedzialny szpik kostny – mówi prof. dr hab. n. med. Wojciech Młynarski, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Onkologii i Hematologii Dziecięcej.

Zwiększenie świadomości Polaków w zakresie istoty wczesnej diagnostyki nowotworów hematologicznych dla powodzenia terapii jest celem kampanii „Odpowiedź masz we krwi”, której partnerami są Polskie Towarzystwo Hematologów i Transfuzjologów, Polskie Towarzystwo Onkologii i Hematologii Dziecięcej oraz Instytut Hematologii i Transfuzjologii. Patronat honorowy nad kampanią objęli konsultant krajowy w dziedzinie hematologii prof. dr hab. n. med. Wiesław W. Jędrzejczak oraz konsultant krajowy w dziedzinie medycyny pracy lek. Paweł Wdówik. Organizatorzy kampanii chcą za jej pośrednictwem upowszechnić wiedzę na temat chorób krwi i szpiku kostnego, zwłaszcza ich niespecyficznych objawów, oraz poprawić wykrywalność chorób hematologicznych.

Zmiana w zarządzie Work Service S.A.

W dniu 23 maja br. Rada Nadzorcza powołała Piotra Ambrozowicza w skład Zarządu Work Service S.A. Obejmie on funkcję Wiceprezesa odpowiedzialnego za nadzór nad polityką finansową i rachunkową Grupy oraz nadzór finansowy nad Spółkami zależnymi Grupy Kapitałowej Work Service. Zastąpi na tym stanowisku Krzysztofa Rewersa, który złożył rezygnację z pełnionej dotychczas funkcji.

Chciałem bardzo podziękować Krzysztofowi za ogromny wkład i pracę jaką w ostatnich miesiącach i latach wykonał dla naszej spółki. Życzę mu powodzenia w dalszych planach zawodowych – mówi Maciej Witucki, Prezes Work Service S.A. – Tymczasem mogę powitać w naszym gronie Piotra Ambrozowicza, który po 4 latach przerwy wraca do Grupy Work Service, aby przejąć odpowiedzialność za prowadzenie polityki finansowej. Jestem przekonany, że jego znajomość zarówno branży jak i naszej firmy, a także zdobyte w ostatnich latach doświadczenie, będzie bardzo cenne dla naszego dalszego rozwoju – dodaje Maciej Witucki.

Z dniem 23 maja br. Piotr Ambrozowicz przejmie obowiązki Krzysztofa Rewersa i będzie odpowiedzialny za finanse oraz budowanie efektywności inwestycyjnej i kosztowej Grupy Work Service. Piotr Ambrozowicz jest absolwentem Wydziału Informatyki i Zarządzania na Politechnice Wrocławskiej oraz Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, gdzie obronił doktorat w zakresie nauk ekonomicznych. W latach 2006 – 2010 swoją karierę zawodową związał z firmą FagorMastercook SA, w której rozpoczynał swoją działalność od stanowiska dyrektora finansowego, następnie Wiceprezesa i Członka Zarządu do Członka Komitetu Finansowego międzynarodowej grupy Fagor. W latach 2010-2014 był związany z Work Service S.A., gdzie pełnił funkcję Wiceprezesa Zarządu odpowiedzialnego za politykę finansową. Następnie w latach 2014-2015 objął stanowisko CEO CEE OTTO Polska, agencji zatrudnienia wchodzącej w skład OTTO Work Force. W ostatnim czasie Piotr Ambrozowicz pełnił funkcję Wiceprezesa Zarządu OT Logistics S.A., gdzie odpowiadał  m.in. za rozwój grupy kapitałowej, a także nadzorował procesy akwizycji i ich finansowania.

Niedziele bez handlu odbiły się na zakupach

Sprzedaż detaliczna wzrosła w kwietniu br., w ujęciu rocznym, w cenach stałych, o 4 proc. (wobec 8,8 proc. w marcu) – podał GUS.

Sprzedaż detaliczna w ubiegłym miesiącu była najniższa od ponad dwóch lat. W porównaniu z marcem spadła o 5,9 proc. W marcu, z powodu Świąt Wielkanocnych, nie było jeszcze widać negatywnego wpływy zakazu handlu w niedziele na sprzedaż w wielkich sieciach handlowych. W kwietniu, kiedy mieliśmy aż cztery niedziele niepracujące, sprzedaż w niewyspecjalizowanych sklepach, czyli hiper- supermarketach, czy dyskontach spadła o 1,9 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. W stosunku do marca spadek wyniósł 13,9 proc. Warto jednak pamiętać, że przed rokiem Święta Wielkanocne obchodziliśmy w połowie kwietnia i zakupy przedświąteczne skumulowały się w tym miesiącu. W tym roku szczyt zakupów wypadł w marcu.

Sprzedaż w sieciach handlowych mogła być jeszcze niższa, gdyby nie zmasowane akcje promocyjne sklepów zachęcające klientów do robienia zakupów w piątek i sobotę, wydłużenie godzin pracy, szczególnie w dni poprzedzające wolne niedziele. Co ciekawe, na kiepski kwiecień narzekają także właściciele małych sklepów, (sprzedaż spadła o kilka procent), które miały być beneficjentami niedzielnego ograniczenia handlu.

Po wprowadzeniu zakazu handlu w niedziele na tłumy klientów liczyły również sklepy internetowe. Wyniki marca wydawały się potwierdzać te nadzieje, gdyż znacząco wzrosła sprzedaż. Ale już kwiecień rozczarował. Co prawda obroty dalej rosły, ale udział niedziel w sprzedaży spadł. W dłuższej perspektywie, zamkniecie sklepów stacjonarnych w niedziele, powinno jednak sprzyjać e-sklepom.

Na razie, na zakazie handlu w niedziele tracą wszyscy. Duże sieci handlowe, mali przedsiębiorcy i sklepy internetowe. Za wcześnie jednak wyciągać daleko idące wnioski, tylko na podstawie dwóch nietypowych miesięcy. Coś więcej o skutkach dla gospodarki zakazu handlu w niedziele będziemy mogli powiedzieć dopiero za kilka miesięcy.

Wydaje się, że kwiecień nie będzie zapowiedzią ochłodzenia koniunktury w handlu, a tylko „wypadkiem przy pracy”. I to mimo tego, że GUS podał też dzisiaj, że w maju obniżyły się bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej i wyprzedzający wskaźnik ufności. Nastąpiło pogorszenie zarówno obecnych, jak i przyszłych nastrojów konsumenckich w stosunku do poprzedniego miesiąca.

Bardziej prawdopodobne jest utrzymanie wysokiej skłonności do konsumpcji. Prawie dwie trzecie Polaków zapowiada, że w tym roku wyda więcej pieniędzy na zakupy niż w 2017 r. – wynika z europejskiego badania L Observatoire Banku BGŻ BNP Paribas. Optymizm wzmaga bardzo dobra sytuacja na rynku pracy – niskie bezrobocie, łatwość w znalezieniu nowego miejsca pracy. Zajmuje to obecnie średnio 2,5 miesiąca, czyli znacznie mniej czasu niż kilka lat wcześniej. Szybko rosną też wynagrodzenia. Według różnych prognoz mają być wyższe w tym roku realnie o 3,8 proc., co sytuuje nas w czołówce państw UE.

Autor: Zbigniew Maciąg, Konfederacja Lewiatan

Dobry początek roku dla regionalnych rynków biurowych

  • Deweloperzy wykazują się wysoką aktywnością na głównych rynkach biurowych. W pierwszym kwartale 2018 roku nowa podaż w regionach wyniosła 129 050 m kw., co oznacza wzrost 92% r/r.
  • W 2018 roku w Krakowie i we Wrocławiu zostanie oddane do użytku tylko o 20% i 30% nowej powierzchni biurowej mniej niż w Warszawie.
  • Na większości regionalnych rynków biurowych widoczny jest trend konsolidacji najemców z sektora BPO/SSC pod jednym adresem, czego przykładem jest transakcja Clariant w Łodzi.
  • Wskaźnik powierzchni niewynajętej w Trójmieście jest na najniższym poziomie od 2012 roku pomimo relatywnie dużej aktywności deweloperów.

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield opublikowała raport MarketBeat podsumowujący pierwszy kwartał 2018 roku na regionalnych rynkach powierzchni biurowej. Po rekordowym 2017 roku następuje stabilizacja – całkowity zasób powierzchni biurowej w tym segmencie na koniec Q1 2018 wyniósł 4,5 mln mkw., co oznacza wzrost o 3% q/q. Jednocześnie zmniejszył się wskaźnik pustostanów o 0,6 pp. do 9,3%. Największą aktywność deweloperów obserwuje się na rynkach wrocławskim i krakowskim.

Łącznie w pierwszym kwartale 2018 roku na regionalnych rynkach biurowych w Polsce do użytku zostało oddane siedem nowych inwestycji, co przełożyło się na wzrost dostępnej powierzchni o prawie 130 tys. m kw. Oznacza to, że wolumen powierzchni biurowej oferowanej w największych miastach regionalnych przekroczył już 4,5 mln mkw., a do końca roku ma zostać przekroczona granica 5 mln. Największym z nowych budynków jest gdańska Olivia Star wybudowana przez Olivia Business Center. Wieżowiec oferuje łącznie 45,6 tys. mkw. Na drugim i trzecim miejscu znalazły się odpowiednio krakowski O3 Business Campus III (19 200 mkw.) oraz .KTW I w Katowicach (18 250 mkw.).

Obserwując poszczególne rynki widać, że najaktywniejsze są Kraków i Wrocław. To właśnie w tych dwóch miastach do końca roku na rynek ma być dostarczone najwięcej nowej powierzchni (ponad 180 tys. mkw. w Krakowie i blisko 166 tys. mkw. we Wrocławiu). Co więcej, we Wrocławiu i w Krakowie doszło do zawarcia dwóch największych transakcji w tym kwartale. Santander Consumer Bank wynajął 10 000 mkw. we wrocławskim Business Garden Wrocław I, natomiast w Krakowie umowę przednajmu na 8 960 m mkw. w budynku .BIG podpisała firma State Street.). Na trzecim miejscu znalazło się Trójmiasto, które ma w tym samym czasie wzbogacić się o blisko 105 tys. m kw. nowej powierzchni biurowej. W pozostałych badanych miastach wolumen będzie zdecydowanie niższy: 53 tys. w przypadku Łodzi, 40 tys. w Lublinie i Katowicach.

Początek 2018 roku, po bardzo intensywnym zakończeniu 2017 r., przyniósł ostudzenie i charakteryzuje się dążeniem do stabilizacji. Łącznie sfinalizowano transakcje o sumarycznej powierzchni 127 100 mkw., czyli o prawie 30% mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Temu zjawisku z kolei towarzyszy systematyczne zapełnianie się pustostanów – spadek o 0,6 pp. do 9,3%, z czego najkorzystniej pod tym względem wygląda rynek trójmiejski (7,7%), a najmniej korzystnie lubelski (17,1%). – Spadek wskaźnika pustostanów był spowodowany stosunkowo wysoką absorpcją, która w pierwszym kwartale 2018 roku wyniosła 101 200 mkw., dzięki oddaniu na rynek projektów, które w większości były już zabezpieczone umowami przednajmu – tłumaczy Jan Szulborski, konsultant w dziale Doradztwa i Badań Rynkowych, Cushman & Wakefield, autor raportu.

Ponadto zauważalna jest stabilizacja cen najmu (od 12 do 14,5 euro/mkw. miesięcznie), a nawet lekkie wzrosty w Poznaniu oraz Wrocławiu (wzrost o 0,5 euro), co jest spowodowane ograniczeniem dostępności najbardziej atrakcyjnych powierzchni w tych dwóch miastach.

Wyłudzenia VAT. Fiskus będzie musiał się bardziej postarać, by ukarać przedsiębiorcę

Naczelny Sąd Administracyjny stoi na stanowisku, że w sprawach dotyczących wyłudzeń w VAT organ podatkowy ma obowiązek dokładnego ustalenia stanu faktycznego oraz udowodnienia podatnikowi wzięcia udziału w oszustwie podatkowym. Brak obiektywnych przesłanek skutkuje niemożliwością ukarania przedsiębiorcy.

Ostatnie orzecznictwo korzystne dla przedsiębiorców

Tylko w grudniu ubiegłego roku Naczelny Sąd Administracyjny wydał dwa wyroki, z których można wywieść obowiązek każdorazowego udowodnienia podatnikowi działania zmierzającego do wyłudzenia VAT. W jednym z nich, wydanym 20 grudnia 2017 r. w sprawie o sygn. I FSK 388/16, NSA stwierdził:

„Krajowe organy administracyjne i sądowe powinny odmówić prawa do odliczenia, jeżeli zostanie udowodnione na podstawie obiektywnych przesłanek, że skorzystanie z tego prawa wiązałoby się z przestępstwem lub nadużyciem. Niezgodne z zasadami funkcjonowania prawa do odliczenia jest sankcjonowanie odmową możliwości skorzystania z prawa do odliczenia podatku naliczonego podatnikowi, który nie wiedział i nie mógł wiedzieć, że w ramach danej transakcji dostawca dopuścił się przestępstwa lub że inna transakcja w łańcuchu dostaw, dokonana przed transakcją przeprowadzoną przez owego podatnika lub po niej miała miejsce z naruszeniem VAT.”

Dwa dni wcześniej ten sam sąd uznał, że „prawidłowe ustalenie stanu faktycznego w zakresie rzeczywistego wykonania transakcji jest podstawowym i kluczowym elementem dla ustalenia powstania oraz możliwości skorzystania przez podatnika z prawa do odliczenia podatku naliczonego” (wyrok NSA z 18 grudnia 2017 r., sygn. I FSK 352/16). Podobnie zostało wskazane w wyroku NSA z 25 stycznia 2018 r., sygn. I FSK 664/16).

Oznacza to jedynie, że NSA zaczął zauważać i wytykać błędy fiskusa, które niejednokrotnie są powielane przez sądy administracyjne. Co istotne, sprawy, których przytoczone wyroki dotyczą, nie są „świeże” – decyzje w I instancji zostały wydane dużo wcześniej, bo w 2014 r., a odnoszą się do zdarzeń z lat 2008 i 2012. W tamtym okresie fiskus jeszcze nie był tak aktywny w kwestii wyłudzenia VAT. Od momentu, w którym nasiliły się kontrole i postępowania, zwiększyła się również liczba popełnianych błędów proceduralnych, dotyczących głównie gromadzenia dowodów i ich oceny. Można mieć nadzieję, że NSA również te „nowe” błędy zauważy i wytknie, a to przełoży się bezpośrednio na lawinowe uchylanie decyzji podatkowych.

Obowiązek udowodnienia podatnikowi, że naruszył prawo

Kontrole i postępowania podatkowe ujawniają szereg błędów popełnianych przez organy.
W praktyce jednak utrudniona jest polemika co do ustaleń faktycznych i oceny materiału dowodowego, zwłaszcza na etapie administracyjnym. Nie może ona bowiem opierać się wyłącznie na przedstawieniu własnych ustaleń – trzeba też wykazać, w którym momencie organ nieprawidłowo ocenił materiał dowodowy. Właśnie dlatego niejednokrotnie dopiero etap sądowy – przede wszystkim postępowanie przed Naczelnym Sądem Administracyjnym – umożliwia podatnikowi podważenie ustaleń organów. A jak wynika z przytoczonych wyroków, to na tych właśnie organach ciąży obowiązek udowodnienia (a nie uprawdopodobnienia!) albo tego, że dane transakcje w ogóle nie miały miejsca, albo tego, że podatnik nie działał w dobrej wierze. Organy jednak zapominają o tym i desperacko poszukują najmniejszych nawet dowodów przemawiających na niekorzyść przedsiębiorcy, pomijając dowody korzystne, a nawet odmawiając stronie przeprowadzenia jakiegoś dowodu. Takie postępowanie przeczy podstawowym zasadom wyrażonym w Ordynacji podatkowej (oraz przepisom szczególnym).

Ustalenia faktyczne organu a rzeczywistość – czy warto polemizować?

Jak wskazał NSA, to ustalenia faktyczne zgodne z rzeczywistością stanowią fundament, na którym powinna się opierać decyzja podatkowa. Jeśli zatem występują nieprawidłowości
w tym zakresie, należy je wykazać, a przez to również podważyć zasadność wydanej decyzji. Tylko w ten sposób można obronić się przed arbitralnością i abstrakcyjnym karaniem w sytuacji, gdy organ jedynie podejrzewa nielegalność działań podatnika. Dla organów to zdecydowanie zła wiadomość – będą musiały się bardziej przyłożyć, jeśli będą chciały ukarać podatnika. Stawka jest wysoka: organ może nie tylko odmówić prawa do odliczenia VAT z faktur zakupowych, ale również skorzystać z dobrodziejstwa art. 108 ustawy o VAT, tj. de facto nałożyć na podatnika karę w postaci obowiązku zapłaty podatku wykazanego następnie w (nierzetelnych) fakturach sprzedażowych.

Na etapie sądowym trzeba umiejętnie wykazać, że organ określony błąd popełnił, a także – że mógł on mieć istotny wpływ na wynik sprawy. W praktyce obowiązek podatnika sprowadza się do przekonania WSA (a następnie NSA, jeśli nie uda się w I instancji), iż organy podatkowe m.in. prowadziły postępowanie w sposób tendencyjny, zakładając nieuczciwość strony
i pomijając konkretne dowody. Samo stwierdzenie, że sytuacja taka miała miejsce, nie odniesie sukcesu. Choć więc to na organie ciąży obowiązek udowodnienia pewnych okoliczności implikujących pozbawienie prawa do odliczenia VAT, to na skarżącym ciąży obowiązek udowodnienia, iż organ swojego obowiązku nie dopełnił. Dlatego tak ważna jest znajomość oraz interpretacja przepisów proceduralnych, orzecznictwa sądów administracyjnych oraz poglądów doktryny.

Wyroki NSA dają podatnikom nadzieję, że sądy rzetelnie i wnikliwie rozpoznają sprawę, mając na uwadze zarówno interes publiczny, jak i słuszny interes podatnika – o co ostatnimi czasy trudno na etapie administracyjnym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.