RODO a ochrona dzieci w internecie. Co się zmieni?

Co dziesiąty  polski internauta to małoletni w wieku od 7 do 14 lat – wynika z informacji podanej przez firmę Polskie Badanie Internetu. Aby zapewnić dzieciom bezpieczeństwo w wirtualnym świecie, opiekunowie muszą się mierzyć z wieloma wyzwaniami, RODO wychodzi im naprzeciw regulując kwestie ochrony danych osobowych w Internecie osób poniżej 16 roku życia. Obostrzenia dotyczą przede wszystkim reklamodawców i pozyskiwania przez nich zgód na wykorzystanie informacji o nieletnich i ich preferencjach.

Dzieci w sieci

Internet stał się naturalnym środowiskiem dla niemal wszystkich, nawet dla najmłodszych. Odchodzą one od tradycyjnych form rozrywek na rzecz tego, co oferują im rożne portale. Nie powinno dziwić to, że osoby niepełnoletnie posiadają własne skrzynki e-mail czy konta społecznościowe. Do tej pory większość podmiotów oferujących takie rozwiązania nie weryfikowała wieku użytkowników.

Maciej Kaczmarski ODO 24
Maciej Kaczmarski, Prezes zarządu, ODO 24.

Warto pamiętać, że dzieci korzystające z usług internetowych są bardziej niż osoby dorosłe narażone na wykorzystanie ich danych – bez świadomej zgody – np. w celach marketingowych. Na szczęście RODO dostrzega ten problem i normuje m.in. ich przetwarzanie w ramach społeczeństwa informacyjnego, czyli każdą usługę świadczoną elektronicznie na odległość, za wynagrodzeniem, która została indywidualnie zamówiona przez odbiorcę, taką jak. oglądanie filmów na żądanie czy słuchanie muzyki za pomocą aplikacji – mówi Maciej Kaczmarski, przewodniczący Rady, Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo.

W myśl art. 8 ust. 1 RODO, zgodne z prawem jest wykorzystywanie danych osobowych dziecka, które ukończyło 16 rok życia i wyraziło na to zgodę. Każde państwo członkowskie mogło obniżyć tę granicę, jednak nie dalej niż 13 lat. Przetwarzanie informacji poniżej ustanowionego wieku jest dozwolone wyłącznie po uzyskaniu przyzwolenia rodzica lub opiekuna prawnego lub po otrzymaniu od niego potwierdzenia zgody wyrażonej przez osobę nieletnią.

Jak będzie w Polsce?

W pierwszej wersji projektu nowej polskiej ustawy o ochronie danych osobowych ustawodawca wyraził chęć skorzystania z przysługującego mu prawa do obniżenia granicy wieku do 13 lat. Miało to zapewnić spójność nowego prawa z innymi przepisami  krajowymi, m.in. kodeksem cywilnym. Wbrew opiniom IAB oraz Konfederacji Lewiatan – pod koniec marca br. – zapis ten został usunięty. Co oznacza, że próg wieku w Polsce wynosi 16 lat.

Nasuwa się pytanie czy nowy przepis naraża administratorów informacji na dokładniejsze weryfikowanie wyrażonych zgód. Dostawca danej usługi w sieci z pewnością będzie zobowiązany podjąć techniczne realne działania w celu ich potwierdzenia oraz upewnienia się czy użytkownik spełnia wymóg dotyczący wieku, a jeżeli nie, to czy osoba sprawująca władzę rodzicielską lub opiekę nad dzieckiem wyraziła zgodę lub ją zaaprobowała – wskazuje Maciej Kaczmarski, przewodniczący  Rady, Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo. Unijny ustawodawca nie precyzuje konkretnych wytycznych odnośnie tej czynności – dodaje.

Hakerzy odpuszczają Polsce. Mniej ataków na nasze komputery…

mapApril

Dopiero 23 pozycję w europejskim rankingu najbardziej zagrożonych państwa w Europie pod względem bezpieczeństwa sieciowego zajęła Polska (dane za kwiecień). To wynik zmniejszonego zainteresowania naszym krajem lub mniejszej aktywności hakerów – wynika z najnowszego raportu firmy Check Point. Niepokojącym jest fakt, iż cyberprzestępcy zaczynają wprowadzać innowacje w swoich technikach w celu wykorzystania jeszcze większej liczby ofiar dla osiągnięcia większych zysków.

Analizy firmy Check Point Software Technologies wskazują, że w kwietniu najbezpieczniejszymi państwami w Europie pod względem bezpieczeństwa cybernetycznego były Irlandia (indeks zagrożeń – 28,4), Islandia (29,1) i Słowacja (29,3). Choć Polska znalazła się w ogonie Europy, zajmując dopiero 23 pozycję, jej indeks zagrożeń wynosił zaledwie 39,2 punktu (im mniej tym bezpieczniej), co wskazuje na zmniejszenie intensywności działań hakerskich na kontynencie europejskim.

Indeks zagrożeń (Europa)

Źródło: Check Point Software Technologies

1 Irlandia 28,4
2 Islandia 29,1
3 Słowacja 29,3
4 Malta 30,8
5 Norwegia 30,9
22 Włochy 38,9
23 Polska 39,2
24 Luksemburg 40,6

 

Kwiecień 2018 r. był czwartym miesiącem z rzędu, w którym tzw. cryptomining malware zdominował indeks najpopularniejszych programów typu malware. Coinhive wciąż jest najpowszechniejszym typem złośliwego oprogramowania na świecie, z udziałem na poziomie 16%. W Polsce udział ten jest jeszcze wyższy i sięga blisko 22%! Drugim najpopularniejszym cryptominerem jest Cryptoloot, osiągający globalny zasięg na poziomie 14% (blisko 16% w Polsce).

Top 3 najpopularniejszych typów malware

Kwiecień 2018

Nazwa rodziny malware Opis Udział światowy Udział

krajowy

Coinhive cryptominer przeznaczony do internetowego wykopywania kryptowaluty Monero podczas odwiedzin użytkownika na stronie internetowej bez jego wiedzy lub zgody.

Zaimplantowany JavaScript wykorzystuje zasoby obliczeniowe maszyn użytkowników końcowych do kopiowania „coinów”, wpływając w ten sposób na wydajność systemu.

15.81% 21.60%
Roughted kampania malvertisingowa na olbrzymią skalę, dostarczająca różnego rodzaju scam, adware, exploit kity oraz ransomware. Może być przeprowadzona w atakach na każdy typ platform i systemów operacyjnych. 10.59% 17.07%
Cryptoloot – Cryptominer wykorzystujący moc procesora lub procesora graficznego ofiary oraz istniejące zasoby do wytworzenia nowej waluty.

Dodaje transakcje do tzw. blockchainu, wprowadzając nową walutę.

14.42% 15.68%

Choć intensywność działań częściowo spadła, hakerzy rozwinęli nowe sposoby ataków i generowania zysków. Badacze Check Pointa zidentyfikowali nowy trend, w którym cyberprzestępcy atakują niezałatane luki w serwerach Microsoft Windows Server 2003 (CVE-2017-7269) i Oracle Web Logic (CVE-2017-10271) w celu nielegalnego generowania kryptowalut. Zdumiewający jest fakt, że aż 46% światowych organizacji zostało namierzonych przez hakerów dzięki podatności Microsoft Windows Server 2003, podczas gdy podatność serwera Oracle Web Logic narażała 40% organizacji na całym świecie.

Co ciekawe, łatki bezpieczeństwa dla obu serwerów są publicznie dostępne od co najmniej sześciu miesięcy, więc szczególnie niepokojącym jest fakt, że tak wiele organizacji zostało dotkniętych tymi zagrożeniami. Przypomina to wyraźnie organizacjom, że podstawy bezpieczeństwa, takie jak łatanie poprawek, mają kluczowe znaczenie dla zapewnienia bezpieczeństwa sieci. Aby naprawdę pozostać bezpiecznym, przedsiębiorstwa muszą stosować wielowarstwową strategię bezpieczeństwa cybernetycznego, która chroni zarówno przed istniejącymi rodzinami złośliwego oprogramowania, jak i przed zupełnie nowymi zagrożeniami.

Analiza firmy Check Point Software Technologies przedstawia ranking bezpieczeństwa, oparty o dane, zdobyte dzięki technologii ThreatCloud, badającej ponad 250 milionów adresów pod kątem wykrywania botów, ponad 11 milionów podpisów złośliwego oprogramowania oraz ponad 5,5 miliona zainfekowanych stron internetowych.

Fraud płatniczy – zjawiska oszustw płatniczych w polskim e-commerce

Fraud płatniczy jest często określany mianem jednego z najpoważniejszych zagrożeń, z jakim muszą się  dziś mierzyć firmy przyjmujące płatności online na całym świecie. Z najnowszego raportu firm EY i Nethone pt. „Bezpieczny handel w internecie” wynika, że większość przedsiębiorstw na polskim rynku e-commerce ma znikomą świadomość problemu wyłudzeń płatniczych. Aż 71% zbadanych firm nie wykorzystuje żadnego rozwiązania technologicznego służącego do zapobiegania fraudowi. Niemal wszystkie (95%) uczestniczące w badaniu sklepy internetowe akceptują karty płatnicze, jednak zaledwie 35% posiada jakiekolwiek procedury służące zapobieganiu chargebackom. Do branż wyjątkowo zagrożonych fraudem zaliczyć można m.in. dobra i usługi cyfrowe, gry komputerowe, usługi turystyczne oraz dobra luksusowe.

Specyfika polskiego e-commerce wpływa na niską świadomość problemu wyłudzeń płatniczych

Pomimo dużej skali występowania fraudu płatniczego na świecie, polski e-commerce jest głęboko podzielony, zarówno jeśli chodzi o świadomość problemu, jak i umiejętności radzenia sobie z nim. Wynika to przede wszystkim ze specyficznej struktury rynku e-handlu w Polsce, która charakteryzuje się dużym rozdrobnieniem przy jednoczesnym występowaniu nielicznej grupy dużych podmiotów. Znikoma obecność największych światowych graczy jest jednocześnie przyczyną i skutkiem bardzo silnej pozycji wąskiego grona lokalnych potentatów, którzy swoją ofertę kierują głównie na rynek krajowy. Jednocześnie, struktura preferowanych przez konsumentów metod płatności znacząco różni się od tej dominującej na większości rozwiniętych rynków. Podczas gdy niemal na całym świecie konsumenci dokonują płatności w internecie głównie za pomocą kart, polscy kupujący najchętniej wybierają szybkie przelewy oraz płatność za pobraniem. W konsekwencji, lokalni e-sprzedawcy postrzegają karty płatnicze jako poboczną metodę płatności, co przekłada się na niski stopień świadomości zagrożeń, jakie wiążą się z ich akceptowaniem, niezależnie od udziału w wolumenie transakcyjnym. Rynek się jednak zmienia. Coraz więcej polskich firm decyduje się na ekspansję zagraniczną, a nawyki płatnicze Polaków ewoluują za sprawą zyskujących na popularności globalnych serwisów nieoferujących innych niż karta metod płatności.  Brak wiedzy może się wkrótce okazać dla wielu polskich firm źródłem poważnego zagrożenia.

 Polski e-commerce cały czas się rozwija. Coraz więcej firm decyduje się wychodzić z ofertą poza granice kraju – na rynki, gdzie karty płatnicze górują nad wszystkimi innymi metodami płatności. Należy też zauważyć wpływ rosnącej na polskim rynku popularności globalnych serwisów oferujących, np. VoD czy usługi transportowe. Niejednokrotnie umożliwiają one wyłącznie płatność za pomocą karty. W efekcie, Polacy stopniowo oswajają się z płaceniem kartą online – mówi Hubert Rachwalski, CEO, Nethone. Potwierdzają to dane NBP – w ostatnim kwartale ubiegłego roku Polacy wykonali aż o 4,6 mln więcej transakcji kartowych online niż w analogicznym okresie 2016 r. Udział kart rośnie, a wraz z nim zwiększać się będzie zapewne skala problemu fraudu płatniczego – dodaje Rachwalski.

Z raportu EY i Nethone wynika, że 95% firm biorących udział w badaniu umożliwia swoim klientom dokonywanie płatności za pomocą karty kredytowej lub debetowej. U 65% badanych transakcje dokonywane kartą stanowią od 10 do 30% przyjmowanych płatności, a u 30% mają udział na poziomie poniżej 10%. 

Świadomość problemu fraudu płatniczego zależna od doświadczeń przedsiębiorców

Skala problemu fraudu płatniczego wśród polskich sprzedawców online jest niewielka, co wynika w znacznej mierze z niewielkiego udziału kart płatniczych w ich wolumenach transakcyjnych. Tylko 18% firm zadeklarowało, że miało w ciągu ostatnich 12 miesięcy do czynienia z fraudem, zaś 82% twierdzi, że nie odnotowało w tym okresie ani jednego przypadku wyłudzenia. Wraz ze wzrostem udziału kart w wolumenie transakcyjnym, gwałtownie rośnie częstotliwość występowania fraudu. Spośród firm z udziałem kart jako metody płatności na poziomie powyżej 20%, aż 64% deklaruje, że w ciągu minionych 12 miesięcy odnotowało przypadki fraudu.

– 81% badanych firm zadeklarowało, że nie postrzega fraudu płatniczego jako poważnego zagrożenia dla swojego biznesu. W tej populacji tylko 32% firm sprzedaje poza Polską, podczas gdy wśród firm postrzegających fraud jako problem, aż 85% działa oprócz Polski również na rynkach zagranicznych. Widać również, że w tej grupie karty są relatywnie częściej wykorzystywaną metodą płatności: aż 93% takich respondentów (vs 65% dla całej populacji) ma udział kart płatniczych na poziomie 10-30%
– 
wyjaśnia Marcin Bizoń, Associate Partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Nadużyć, EY Polska.

Z raportu EY i Nathone wynika również, że świadomość występowania i powagi problemu fraudu płatniczego, jest w znacznej mierze zależna od indywidualnych doświadczeń firm w tym zakresie. Dopiero odnotowanie fraudu zwraca uwagę przedsiębiorstw na istnienie problemu. Postrzeganie fraudu płatniczego jako poważnego zagrożenia wskazało 63% firm, u których takie zdarzenie odnotowano na przestrzeni minionych 12 miesięcy, podczas gdy wśród pozostałych respondentów tylko 9% udzieliło takiej odpowiedzi.

– O podwyższonej świadomości występowania problemu fraudowego oraz jego percepcji jako poważnego zagrożenia można dziś mówić niemal wyłącznie w przypadku firm, które handlują dobrami cyfrowymi, a także sprzedawców kierujących ofertę do klientów zagranicznych i posiadających wyższy od średniego poziom udziału transakcji kartowych w wolumenie transakcyjnym, jak np. biura podróży czy sklepy z dobrami luksusowymi  – tłumaczy Hubert Rachwalski.

Polscy przedsiębiorcy nie bronią się przed fraudami płatniczymi

Wyniki raportu wskazują, że 71% respondentów nie wykorzystuje żadnego rozwiązania technologicznego służącego do ograniczania fraudów płatniczych. Można również zaobserwować dużą zależność pomiędzy doświadczeniem własnym firmy z przypadkami fraudu a stosowaniem odpowiednich systemów zabezpieczających. 67% respondentów, którzy zetknęli się z fraudem płatniczym wykorzystuje rozwiązania ograniczające ryzyko wystąpienia wyłudzeń, podczas gdy wśród firm, które nie spotkały się z takim nadużyciem takie rozwiązania stosuje tylko 21% podmiotów.

– Firmy, które do tej pory nie korzystały z rozwiązań zabezpieczających przed wyłudzeniami, nie mają w planach takich inwestycji. Może to wynikać ze stosunkowo niewielkiej w tej populacji świadomości problemu i jego wagi. Aż 91% takich firm nie planuje wdrażania technicznych rozwiązań antyfraudowych, a 78% nie planuje jakichkolwiek zmian w obszarze przeciwdziałania fraudom płatniczym – zwraca uwagę Marcin Bizoń.

Świadomość korzyści ze stosowania rozwiązań zabezpieczających jest największa wśród biznesów korzystających z rozwiązań antyfraudowych (92%) oraz mających wysoki – co najmniej 15-procentowy – udział kart w wolumenie transakcyjnym (91%).

***

O badaniu

Raport pt. „Bezpieczny handel w internecie” powstał na podstawie pierwszego badania zjawiska oszustw płatniczych w polskim e-commerce, przeprowadzonego przez firmy EY i Nethone. Celem badania było sprawdzenie skali i percepcji problemu wśród polskich sklepów internetowych. Badanie przeprowadzono metodami CATI i CAWI na grupie 150 przedsiębiorstw. Każde ze zbadanych przedsiębiorstw charakteryzowało się rocznymi obrotami w kanałach online na poziomie co najmniej 100 mln zł. Osobami udzielającymi odpowiedzi na pytania byli członkowie zarządów, dyrektorzy finansowi oraz wskazani przez przedsiębiorstwa decydenci w zakresie zakupów rozwiązań z obszaru bezpieczeństwa IT i zarządzania ryzykiem. Spośród firm-respondentów, 99% prowadzi sprzedaż online na rynku krajowym, 42% sprzedaje swoje produkty/usługi klientom z Unii Europejskiej, 8% klientom z USA, a 7% klientom z Rosji, Ukrainy i innych państw.

Katarzyna Kacperska Dyrektor Generalną Novo Nordisk Pharma Sp. z o.o. w Polsce

Katarzyna Kacperska - Dyrektor Generalna Novo Nordisk Pharma Sp. z o.o.  w Polsce
Katarzyna Kacperska – Dyrektor Generalna Novo Nordisk Pharma Sp. z o.o. w Polsce

Z dniem 17 maja 2018 roku Dyrektorem Generalnym Novo Nordisk Pharma Sp. z o.o. w Polsce została Katarzyna Kacperska, która z firmą związana jest od 21 lat i zajmowała w tym czasie wiele istotnych dla firmy stanowisk w Polsce, Stanach Zjednoczonych Ameryki i Danii.

Kluczowym celem działań Dyrektor Generalnej polskiego oddziału Novo Nordisk będzie wzmocnienie rozwoju nowoczesnych metod leczenia cukrzycy, otyłości i hemofilii w Polsce oraz realizacja misji firmy, którą jest szeroko pojęta poprawa efektów leczenia oraz jakości życia pacjentów.

Szczególne wyzwanie stawiają przed firmą niezaspokojone potrzeby 3 milionów pacjentów diabetologicznych oraz wciąż wysoka śmiertelność z powodu powikłań cukrzycy.

Katarzyna Kacperska będzie również zaangażowana w akcentowanie udziału Novo Nordisk w rozwoju polskiej gospodarki, która jako lider innowacji w światowej diabetologii, nieustannie rozwija obszar R&D (Research & Development), by otwierać nowe rozdziały w terapii cukrzycy.

Katarzyna Kacperska rozpoczęła karierę w organizacji polskiej jako Analityk Sprzedaży,
a w kolejnych latach zajmowała stanowiska menedżerskie w strukturach Działu Marketingu będąc odpowiedzialną m.in. za opracowanie strategii rozwoju dla obszaru diabetologii Polski i krajów Europy Wschodniej.

W 2008 roku przeniosła się do Stanów Zjednoczonych Ameryki, gdzie jako Vice President, Commercial Effectiveness prowadziła zespół komercyjny będąc jednocześnie członkiem zarządu filii amerykańskiej, przyczyniając się do wzmocnienia pozycji firmy na rynku amerykańskim.

W 2014 roku Katarzyna Kacperska objęła stanowisko w centrali Novo Nordisk
w Kopenhadze jako Corporate Vice President, Diabetes Portfolio w dziale Commercial Strategy & Corporate Affairs. W tej roli była m.in. odpowiedzialna za rozwój portfolio insulin najnowszej generacji i wprowadzanie ich na rynki na całym świecie.

Katarzyna Kacperska jest absolwentką Wydziału Ekonomii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Ukończyła wiele międzynarodowych szkoleń organizowanych m.in. przez Harvard Business School i Wharton School of the University of Pennsylvania.

E-sport wpłynie na rozwój chmury

Marcin Zmaczyński – dyrektor regionalny Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej
Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud

Czy branża gamingowa może znacząco przyspieszyć rozwój chmury? Trudno nie zauważyć jak dużym zainteresowaniem cieszą się obecnie rozgrywki profesjonalnych graczy e-sportu. W Polsce  obserwujemy bardzo szybki rozwój rynku gier i powiązanego z nim e-sportu. Pozwala to założyć, że pokolenie młodych użytkowników, dla których korzystanie z ogromnego potencjału chmury jest czymś naturalnym, za kilka lat również będzie korzystać z podobnych rozwiązań zawodowo. Już w tej chwili sektor IT dostrzega potencjał drzemiący w usługach cloudowych, przenosząc swoją infrastrukturę właśnie do chmury. Jak wynika z badania Aruba Cloud 27 proc. badanych małych i średnich przedsiębiorstw działających w Polsce deklaruje korzystanie z usług chmurowych, 33 proc. z serwerów dedykowanych, a 31 proc. – z hostingu współdzielonego. Można założyć, że ten procent w najbliższych latach będzie jeszcze wyższy.

Warto przy tym odpowiedzieć sobie na pytanie w jakim tempie rozwija się branża gamingowa. E-sport staje się coraz popularniejszy w Polsce i z roku jest coraz bardziej dochodowym przedsięwzięciem. Ostatnią imprezę e-sportową w katowickim Spodku odwiedziło prawie 170 tysięcy osób. Jak wynika z badania Deloitte z kwietnia 2018 roku, w 2015 roku przychody w skali globalnej wynosiły 325 mln dolarów, a w tym roku ma to być miliard dolarów. Tylko w Niemczech szacuje się, że przychody z e-sportu w 2018 wynoszą 90 mln euro, w 2019 będzie to 110 mln, a w kolejnym 130 mln euro[1]. W Europie zyski czerpane z e-sportu mają szansę dojść do poziomu 345 mln USD – tak wynika z prognoz PayPal i SuperData[2]. Te statystyki sprawiają, że branża gamingowa jest nie tylko perspektywiczna w wymiarze rozrywkowym, ale również posiada ogromny potencjał od strony biznesowej.

Jakie jest zainteresowanie e-sportem?

Dysponując szeregiem badań jesteśmy w stanie oszacować stopień zainteresowania tematyką e-sportu i to, co wpływa na tak dynamiczny rozwój tego sektora. Według najnowszego badania ,,Kondycja polskiej branży gier’17” rozwój platform dla transmitowania rozgrywki jest jednym z powodów rosnącej popularności e-sportu, obok modelu free2play oraz mikrotransakcji w grach przyczynił się do dynamicznego rozwoju tej gałęzi rynku[3]. Wagę różnych form transmisji potwierdza wspomniany wcześniej raport SuperData, prognozujący, że w 2019 roku ilość osób zainteresowanych oglądaniem zmagań graczy w Internecie sięgnie 330 milionów. W Polsce trend ten dopiero się rozwija, 14 proc. respondentów badania Polish Gamers Research deklaruje zainteresowanie oglądaniem sportów elektronicznych podczas transmisji wideo, z czego 50 proc. z nich robi to na żywo w trakcie trwania turniejów. Warto jednak pamiętać, że grupa ta jest dość hermetyczna i realnie procent może być większy[4].

Chmura będzie sprzyjać rozwojowi gamingu

Jakie są zalety rozwiązań chmurowych w kontekście wpływu na rozwój branży gamingowej? Przede wszystkim zaletą infrastruktury chmurowej jest bardzo wysoka elastyczność i skalowalność, czyli zdolność do automatycznego zwiększenia zasobów IT wraz z rosnącymi potrzebami firmy czy instytucji. Solidny dostawca chmury gwarantuje też pełną redundancję, czyli zdublowanie wszystkich krytycznych elementów systemu IT, co minimalizuje ryzyko wystąpienia przestoju w przypadku jakiegokolwiek incydentu. Już w tej chwili najwięksi gracze stawiają na rozwiązania tworzone z przeznaczeniem dla graczy i deweloperów. W ten sposób starają się przygotować na rosnące zapotrzebowanie związane z gamingiem i być gotowym na rozwój tego sektora.

Jednym z potencjalnych ścieżek rozwoju branży gamingowej jest streaming oraz granie w chmurze, które nie wymaga drogiego sprzętu. Takie rozwiązanie już teraz sprawdza się w przypadku gier jednoosobowych. Jednak będzie się to stopniowo zmieniać, a użytkownicy będą zyskiwać coraz więcej możliwości grania nawet w najbardziej wymagające tytuły na swoich tabletach lub telewizorach, ponieważ całość skomplikowanych obliczeń graficznych będzie leżeć po stronie serwerów. Dlatego już teraz warto by pomyśleli o zapewnieniu swojemu biznesowi optymalnego zaplecza IT, bazującego na środowisku chmurowym. Utrzymywanie własnej infrastruktury niejednokrotnie stanowi duże wyzwanie finansowe i kadrowe dla małych i średnich firm. W przypadku chmury nie ma tego problemu– podsumowuje Marcin Zmaczyński,  Head of Marketing CEE w Aruba Cloud.

[1] Źródło: badanie ,,Global Predictions 2018”, Deloitte, 2017.

[2] Żródło: badanie ,,Rynek e-sportu w Polsce, PayPal i Superdata, 2017.

[3] Źródło: badanie ,,Kondycja polskiej branży gier’17”, Narodowe Centrum Kultury, 2017.

[4] Źródło: Badanie ,,Kondycja polskiej branży gier’17”, Narodowe Centrum Kultury, 2017.

Małgorzata Szwarc-Sroka podsumowuje wyniki J.W. Construction za I kwartał 2018 roku

Czy zakaz handlu w niedzielę zmieni uliczny krajobraz Krakowa?

Główne ulice handlowe w Krakowie przyciągają przede wszystkim najemców z sektora gastronomicznego – 42% to restauracje i kawiarnie. Odzież i akcesoria klienci znajdą w co czwartym lokalu, a 15% najemców oferuje usługi – wynika z raportu CBRE „Krakowskie Ulice Handlowe”. Eksperci CBRE wskazują, że w Polsce brakuje strategii zagospodarowania ulic handlowych. Sytuację może zmienić wprowadzony zakaz handlu w niedziele, gdyż samorządy skupią się na lepszym wykorzystaniu potencjału ulic.

Krakowskie ulice handlowe są zlokalizowane wokół Rynku Głównego. Najważniejsze z nich to: Floriańska, Grodzka i Szewska, a ich turystyczny charakter przyciąga przede wszystkim najemców z sektora gastronomicznego. Stolicę Małopolski w 2017 roku odwiedziło prawie 13 mln turystów, z czego co czwarty przyjechał z zagranicy (Małopolska Organizacja Turystyczna).

Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE
Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE

Mimo popularności i atrakcyjności Krakowa, wciąż jest relatywnie niewiele międzynarodowych marek z modą i akcesoriami przy głównych ulicach handlowych. To rezultat braku odpowiednich  lokali, zarówno pod względem wielkości jak i oferowanego standardu wykończenia i kontrybucji dla najemców. Wprawdzie sytuacja ulega stopniowej poprawie, co jest widoczne we wzrastającej liczbie rewitalizacji, jakie mają miejsce wzdłuż ulic handlowych. Jednocześnie widzimy wyraźną tendencję umacniania się gastronomii kosztem pozostałych branż – mówi Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE.

Ewolucja krakowskich ulic handlowych w stronę gastronomii

Ulica Floriańska jeszcze trzy lata temu charakteryzowała się dominującym odsetkiem najemców z sektora modowego. Jednak obecnie obserwuje się spadek ich udziału w ogólnej liczbie wynajmowanych lokali – z 36% w 2014 do 27% w 2018 roku. Jednocześnie wzrosła liczba najemców z sektora gastronomicznego z 27% w 2014 do 33% w 2018 roku. Współczynnik lokali niewynajętych pozostaje na stałym poziomie 3%.

Podobnie jak na Floriańskiej, sytuacja przedstawia się na ulicy Grodzkiej. Udział w składzie najemców sklepów z modą i akcesoriami spadł z 33% w 2014 do 29% w 2018 roku. Najliczniejszą grupę najemców stanowią podmioty gastronomiczne, których udział wzrósł od 2014 roku o 5 pp. do 34%. Na niekorzyść działa fakt, że udział niewynajętych lokali wzrósł do 4%.

Na ulicy Szewskiej również rośnie odsetek lokali gastronomicznych – włącznie ze sklepami spożywczymi jest ich aż 57%. Moda powoli wypierana jest z ulicy i stanowi jedynie 9% składu najemców. Niekorzystnym zjawiskiem jest wzrastająca liczba niewynajętych lokali, których udział w składzie najemców ulicy wyniósł 9%.

Na Krakowskim Rynku ponad połowę najemców stanowią restauracje, kawiarnie i puby (53%), a następnie lokale usługowe (16%), co mając na uwadze charakter miejsca, jest uzasadnione. Pozytywnym zjawiskiem jest spadająca liczba niewynajętych lokali (1%).

Niższe czynsze i zakaz handlu w niedzielę zmienią ulice handlowe?

Lokal przy ulicy handlowej musi spełniać kilka warunków: posiadać lokalizację w mieście o dużym natężeniu ruchu pieszych, dysponować witryną, która będzie mogła sprzedać markę przechodniom, oraz spełniać wymogi techniczne niezbędne z punktu widzenia prowadzenia działalności handlowej danej marki. Krakowskie ulice handlowe spełniają te warunki, ale blokadą są wysokie ceny wynajmu lokali oraz brak strategii zagospodarowania przestrzeni. Eksperci CBRE liczą, że zakaz handlu w niedzielę może to nieco zmienić. Klienci w niedzielę zamiast do galerii handlowej, być może wybiorą spacer ulicami miasta. To może skłonić samorządy lokalne do większej dbałości o urozmaicenie oferty i strategiczne zaplanowanie wynajmu lokali. Na korzyść atrakcyjniejszej oferty ulic handlowych wpłynęłoby także obniżenie czynszów.

– Na razie problemem ulic handlowych, nie tylko w Krakowie, ale też innych miastach, jest mała dostępność powierzchni handlowych, która mogłaby zachęcić marki, zwłaszcza luksusowe, do otwierania tam sklepów. Gdyby takich powierzchni było więcej, najemcy chętniej by się pojawiali. Na razie mamy do czynienia z sytuacją, w której właściciele sklepów z odzieżą obawiają się czy na ulicy, gdzie dominuje gastronomia, ich sprzedaż będzie satysfakcjonująca. W takiej sytuacji zachętą mogłoby być obniżenie czynszów. To z jednej strony przeszkoda dla niektórych wynajmujących, ale z drugiej strony, zawsze można uzgodnić warunki, które będą korzystne dla obu stron – podsumowuje Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE.

Lira turecka to kandydat do miana najgorzej waluty w 2018 r.

W bieżącym roku lira turecka (TRY) doświadczyła gwałtownej wyprzedaży, w maju kurs USD/TRY spadł do rekordowo niskiego poziomu. Według ekspertów Ebury dalsze osłabienie tureckiej waluty w stosunku do dolara pozostaje realnym scenariuszem.

Minęły czasy, gdy polskie instytucje finansowe, tj. TFI, chętnie inwestowały w Turcji. Dziś ten rynek nie należy do faworytów. Przykładowo, turecka waluta należy do grona najgorzej radzących sobie walut na świecie. Za słabość liry odpowiedzialne są przede wszystkim:
1) Narastające napięcia geopolityczne, jak i obawy związane z amerykańskim protekcjonizmem;
2) Presja na obniżenie stóp procentowych, której poddawany jest bank centralny;
3) Narastająca presja inflacyjna;
4) Potrzeba finansowania zewnętrznego ze względu na liczne zobowiązania dolarowe banków i korporacji.

Wykres 1. Kurs USD/TRY (maj ’17-maj ‘18)

Wykres 1 Kurs USD TRYŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 20/05/2018

Lirze szkodzą pogarszające się stosunki między Turcją a Stanami Zjednoczonymi, czyli najważniejszym partnerem handlowym kraju. Relacje między rządami pogorszyły się od czasu nieudanego puczu w lipcu 2016 r. –  o udział, w którym Turcja oskarża właśnie USA. Do wzrostu napięcia przyczynił się prezydent Recep Erdogan, który wyraził swoje niezadowolenie z amerykańskich działań względem Kurdów w północnej Syrii. W samej Turcji dodatkowo aresztowano kilku obywateli kraju pracujących w konsulatach Stanów Zjednoczonych. Kraje nałożyły na siebie nawzajem ograniczenia przepływu osób, a amerykański Kongres powtórzył groźbę sankcji wobec Turcji za zakup broni od Federacji Rosyjskiej.

Kondycja makroekonomiczna Turcji

Inwestorzy nie wydają się szczególnie zadowoleni z prób banku centralnego, który stara się powstrzymać wzrost cen w Turcji. Inflacja utrzymywała się na dwucyfrowym poziomie w niemal każdym miesiącu od początku 2017 r., co jest w dużej mierze spowodowane gwałtownym osłabieniem liry tureckiej. Dynamika cen mierzona indeksem CPI podskoczyła w kwietniu do niebotycznego poziomu 10,9% w ujęciu rocznym. Mimo, że dynamika cen spowalnia od listopada ubiegłego roku (kiedy to inflacja była najwyższa od czternastu lat), zdecydowanie jest ona wyższa o celu inflacyjnego Banku zawartego w widełkach 3-7%. Inflacja bazowa w kwietniu przekraczała 12% i była niewiele niższa od poziomu, który osiągnęła w 2004 r.

W kwietniu turecki bank centralny zdecydował się na podwyżkę jednej z kluczowych stóp procentowych, w nadziei na wyhamowanie inflacji, jak i ochronę kursu liry. Stopa LLW (późnego okna płynnościowego) została podniesiona w większym stopniu niż zakładał konsensus – o 75 punktów bazowych, do poziomu 13,5%. Stopa procentowa na jednotygodniowe transakcje repo pozostaje na stałym poziomie 8% od końcówki 2016 r.

Bank centralny i prezydent Erdogan znajdują się na kursie kolizyjnym. Prezydent Turcji określa sam siebie „wrogiem stóp procentowych” i wielokrotnie nawoływał on do obniżania poziomu stóp w Turcji. Inwestorzy mieli nadzieję, że w wyniku nadzwyczajnego spotkania na początku maja zapadnie decyzja o zacieśnianiu polityki monetarnej – niestety Erdogan nie wydaje się chętny do zmiany nastawienia. Bank centralny został w związku z tym zmuszony do zastosowania kilku mniej konwencjonalnych narzędzi, celem wzmocnienia waluty. Dotychczas jednak nie udało się osiągnąć tego celu. Do zastosowanych narzędzi należą: aukcje NDF (kontraktów forward bez dostawy), odcinanie pożyczkobiorców od możliwości korzystania z oprocentowania overnight na poziomie 9,25% oraz międzybankowego oprocentowania na overnight’y oraz zmniejszenie ilości walut zagranicznych, które pożyczkodawcy muszą utrzymywać jako rezerwy.

Wzrost wykorzystania późnego okna płynnościowego, który nastąpił na początku ubiegłego roku (od listopada 2017 r. Bank pożycza wyłącznie korzystając z tej stopy procentowej) pozwala wywnioskować, że realne stopy procentowe w Turcji są nieujemne. Wynoszą one obecnie ok. 2%, co daje pewne podstawy do optymizmu względem perspektyw dla liry. Walutę wsparłby scenariusz, w którym inflacja pod koniec roku zbliżyła by się do prognozowanego przez bank centralny poziomu 8,4%.

Turecka gospodarka na przestrzeni ostatnich kwartałów przyspieszała – aczkolwiek obecnie zdaje się przegrzewać. W ostatnim kwartale 2017 r. wzrost gospodarczy w Turcji wyniósł 7,3% rocznie (Wykres 2), dynamika wzrostu była największa wśród wszystkich gospodarek G20. Wzrost okazał się również dwukrotnie większy od tego z poprzedniego roku. Wydatki rządowe, jak i krajowa konsumpcja, były głównymi motorami wzrostu PKB – sektory usług, przemysłu i budownictwa rosły w tempie przekraczającym 10% rocznie. Ze względu na ożywienie gospodarcze w strefie euro, słabość waluty oraz poprawę w sektorze turystyki, zwiększył się również eksport. Odświeżone prognozy gospodarcze sugerują, że w bieżącym roku gospodarka Turcji może urosnąć nawet o 4,4%, o 0,9 p.p. więcej niż sugerowano wcześniej.

Wykres 2. Roczny wzrost PKB w Turcji (2007-2017)

Roczny wzrost PKB w Turcji
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 20/05/2018

Imponujący wzrost gospodarczy pozwolił prezydentowi Erdoganowi na ogłoszenie przyspieszonych wyborów, które odbędą się półtora roku przed zakładanym wcześniej terminem. Ordynacja wyborcza ustanawiająca zakaz udziału w wyborach nowych ugrupowań jest z pewnością na rękę Erdoganowi, ponieważ wyklucza to udział w wyborach największego zagrożenia dla jego władzy, tj. „Dobrej Partii” (iYi Parti). Zwycięzca wyborów przejmie pełnię praw, które zapewnia uchwalone w ubiegłym roku, niewielką przewagą głosów referendum konstytucyjne. Obecnie w sondażach zdecydowanie dominuje Erdogan, na obecną chwilę wygląda na to, że jego reelekcja jest praktycznie pewna.

Kiepskie prognozy

Pomimo dobrych danych dotyczących wzrostu gospodarczego w Turcji, perspektywy dla liry tureckiej w naszej opinii są słabe – a niedawna wyprzedaż waluty tylko utrzymuje nas w przekonaniu, że lira będzie należała do grona walut najbardziej wrażliwych na wyższe stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych. Wyraźny opór prezydenta Erdogana względem wyższych stóp procentowych pozostaje jednym z głównych kwestii generujących ryzyko, a rosnące napięcie ze Stanami Zjednoczonymi również nie wspiera perspektyw dla liry.

Rezerwy walutowe banku centralnego są niskie, stanowią ekwiwalent zaledwie czterech miesięcy tureckiego importu. Mocno problematyczną kwestią jest również deficyt na rachunku obrotów bieżących, który wzrósł do równowartości 5,5% PKB. Kończąc, potrzeba zewnętrznego finansowania tureckich banków i firm wyeksponowała je na zagrożenie nagłego przerwania przepływów pieniężnych – co stanowi poważne ryzyko dla bilansu płatniczego Turcji.

Zważając na powyższe, sądzimy, że dalsze osłabienie tureckiej waluty w stosunku do dolara pozostaje realnym scenariuszem. Lira jest tym samym poważnym pretendentem do miana najgorzej radzącej sobie waluty w bieżącym roku.

Autorzy: Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Nie takie RODO straszne – czyli bądźmy ostrożni, ale nie panikujmy

Znaczna część komentatorów roztacza niemal apokaliptyczne wizje związane z wchodzącym w życie 25 maja br. RODO, czyli ogólnym rozporządzeniem o ochronie danych osobowych. Kary przewidziane przez RODO robią duże wrażenie, ale pamiętajmy, że dla przedsiębiorcy mogą zaistnieć okoliczności łagodzące, które wpływają na ich zmniejszenie lub nawet zniesienie.

Ostrożność – tak, panika – nie

Jak powszechnie wiadomo, RODO wprowadza możliwość nakładania znacznych kar na organizacje, które nie będą w dostateczny sposób chronić dane osobowe. Wysokość kwot, o których mowa w RODO (4% globalnych przychodów firmy lub 20 mln euro) pobudza wyobraźnię i jest często przywoływana w dyskusjach na temat rozporządzenia. Czy jednak trzeba się nastawiać, że takie kary rzeczywiście będą wymierzane?

Naszym zdaniem nie ma powodów do paniki. Trzeba racjonalnie podejść do przechowywania danych osobowych, dbając o ich bezpieczeństwo i nie lekceważyć wymagań wynikających z RODO. W wielu organizacjach jest to dobry moment na weryfikację, czy posiadane dane osobowe są niezbędne do prowadzenia działalności. W przypadku naruszeń bezpieczeństwa przedsiębiorstwo będzie musiało wykazać, że podejmowało dobre decyzje dotyczące przetwarzania danych osobowych – komentuje Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce.

Włamania są nieuniknione

Według badania przeprowadzonego przez Fortinet aż 95% przedsiębiorstw w Polsce padło ofiarami naruszenia bezpieczeństwa w latach 2015–2017. – W miarę jak firmy udoskonalają swoje rozwiązania ochronne, przestępcy próbują być o krok przed nimi – mówi dyrektor Jolanta Malak. – Współczesne ataki są na tyle zaawansowane, że można zmniejszyć ryzyko ich wystąpienia, ale trudno je całkowicie wyeliminować. Przepisy zawarte w RODO pozwalają przypuszczać, że sankcje dotyczące naruszenia danych osobowych będą inaczej nakładane w zależności od tego, czy zagrożenie będzie wynikiem ataku cybernetycznego, czy też nieodpowiedniego przechowywania danych przez przedsiębiorstwa. W związku z tym, warto przygotować odpowiednie mechanizmy zabezpieczania danych, które dobrze wdrożone, pozwolą na świadome korzystanie z baz danych o klientach i pracownikach oraz ograniczą ryzyko utraty kontroli nad nimi.

Warto w tym miejscu przywołać dane z raportu Trustwave z 2017 roku o bezpieczeństwie globalnym. Cyberprzestępca ma przeciętnie 65 dni zanim jego atak zostanie wykryty. Im dłużej takie „okno” pozostaje otwarte, tym więcej czasu przestępca może poświęcić na wyszukanie, znalezienie i kradzież danych.

Jeśli przedsiębiorstwo wykryje naruszenie ochrony danych osobowych objęte przepisami RODO, ma 72 godziny na zgłoszenie tego faktu właściwemu organowi nadzorczemu, chyba że, o czym mówi art. 33 RODO, „jest mało prawdopodobne, by naruszenie to skutkowało ryzykiem naruszenia praw lub wolności osób fizycznych”. Oznacza to, że w ciągu trzech dni przedsiębiorstwo powinno określić, czyich danych osobowych dotyczyło naruszenie, jakie dane osobowe zostały narażone na zagrożenie oraz jaki jest stopień potencjalnego wpływu tego naruszenia na określone osoby fizyczne.

Aby spełnić te wymogi, przedsiębiorstwo, które wykryło naruszenie ochrony danych, musi bardzo szybko zidentyfikować systemy, do których dostał się przestępca. Zazwyczaj konieczne jest wówczas zbadanie ruchu sieciowego oraz sprawdzenie poszczególnych urządzeń i aplikacji – tłumaczy Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet.

Jeśli natomiast przedsiębiorstwo nie zgłasza przypadku naruszenia ochrony danych podmiotom zewnętrznym, musi uzyskać całkowitą pewność, że przepisy RODO na to zezwalają.

Nowoczesne zabezpieczenia to podstawa

Przepisy RODO zachęcają przedsiębiorstwa także do wdrażania nowoczesnych technologii zabezpieczających. Mówi o tym art. 25 rozporządzenia: „uwzględniając stan wiedzy technicznej, […] administrator – zarówno przy określaniu sposobów przetwarzania, jak i w czasie samego przetwarzania – wdraża odpowiednie środki techniczne i organizacyjne, takie jak pseudonimizacja, zaprojektowane w celu skutecznej realizacji zasad ochrony danych […]”.

Chociaż RODO nie definiuje w żadnym miejscu pojęcia „uwzględniające stan wiedzy technicznej”, to jednak wyraźnie wskazuje, że jest nim objęta pseudonimizacja. Polega ona na zastępowaniu identyfikatorów osobowych, takich jak imiona i nazwiska, ciągami odwracalnych, spójnych znaków służących za pseudonim. Kluczem jest oddzielny plik, który zestawia poszczególne identyfikatory osobowe z przypisanymi im pseudonimami.

Natomiast określenie, które technologie można uznać za nowoczesne, po prostu ewoluuje w miarę jak zmienia się rynek rozwiązań IT. – Uzasadnione wydaje się zatem założenie, że w celu zapewnienia odpowiedniej ochrony przesyłanych i przechowywanych danych przedsiębiorstwo musi korzystać z nowoczesnych technologii – wyjaśnia Jolanta Malak.

Nie czas na panikę

Do momentu wejścia w życie przepisów RODO nikt tak właściwie nie wie, jak poszczególne kraje będą te przepisy egzekwować. Ciekawa w tym kontekście jest wypowiedź Elizabeth Denham, brytyjskiej komisarz ds. informacji, która na swoim blogu napisała: Sianiem paniki jest sugerowanie, że od początku będziemy przykładnie karać przedsiębiorstwa za drobne naruszenia albo że kary maksymalne staną się normą.

Niemniej trzeba być gotowym na to, że RODO skieruje uwagę na wszystkie aspekty dotyczące podejścia przedsiębiorstwa do kwestii bezpieczeństwa. Każda organizacja na świecie, która przetwarza dane osobowe rezydentów UE, musi teraz rzetelnie ocenić swoją infrastrukturę zabezpieczeń informatycznych i wyciągnąć z tej oceny odpowiednie wnioski. Należy to oczywiście zrobić skrupulatnie i ostrożnie, z pewnością jednak nie ma potrzeby popadać w panikę.

Gorące lato dla frankowiczów, kurs franka nawet 3,8-3,85 zł

Za szwajcarską walutę trzeba płacić już ok. 3,70 zł, to ponad 20 gr więcej niż jeszcze miesiąc temu. Czemu frank tak wyraźnie zyskuje na wartości w relacji do złotego i dlaczego będzie trudno przerwać ten negatywny trend – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Nie ma dobrych informacji dla spłacających kredyty denominowane we franku. Szwajcarska waluta jest najdroższa od 7 miesięcy. Jeszcze w drugiej połowie kwietnia kurs CHF/PLN spadał poniżej poziomu 3,50. Co wydarzyło się przez ostatnie kilka tygodni, że rata dla frankowiczów poszybowała w górę o prawie 6 proc.?

Słaby złoty przez czynniki globalne

Przynajmniej od miesiąca inwestorzy obawiają się o kondycję rynków wschodzących. Wynika to przynajmniej z dwóch kwestii. Po pierwsze dolar wyraźnie zyskuje na wartości. Jest to skutek rosnących oczekiwań dotyczących przyszłych stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych oraz relatywnie lepszej kondycja gospodarczej USA. W innych państwach natomiast raczej mamy do czynienia z pogorszeniem koniunktury i względnie niskimi stopami procentowymi. To powoduje przypływ kapitału do dolara.

Drugim elementem zagrażający gospodarkom w Azji, Ameryce Łacińskiej czy w naszej części Europy jest drożejąca ropa naftowa. Dotyczy to oczywiście tych krajów, które muszą ją importować. Polska latem może tracić miesięcznie ok 1,5-1,8 mld zł tylko ze względu na wzrost ceny ropy naftowej w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego.

Poza wyższymi kosztami dla przedsiębiorstw oraz gospodarstw domowych kreuje to konieczność zakupu większej ilości walut zagranicznych, czyli pogłębia ogólny trend na rynku walutowym odpływu kapitału z rynków wschodzących, a więc i ze złotego.

Strach o strefę euro

Droga ropa oraz wysokie notowania dolara to negatywne informacje dla złotego. Jednak dla wyceny szwajcarskiej waluty do jej polskiego odpowiednika w dłuższym terminie jest ważniejsza inna, bardziej fundamentalna kwestia – ogólna sytuacja w strefie euro.

Tę relację określa zależność euro i franka. Do końca pierwszej połowy maja para EUR/CHF była wysoko, w okolicach poziomu 1,20. To oznaczało dość słabego franka i względnie silne euro. Niestety, od ponad tygodnia frank bardzo wyraźnie zyskuje na wartości do euro. Z czym to jest związane?

Przede wszystkim jest to rezultat formowania się populistycznego rządu we Włoszech. Wprowadzenie dochodu gwarantowanego dla obywateli na poziomie 780 euro miesięcznie, drastyczne obniżenie podatków oraz cofnięcie reform emerytalnych ma kosztować ok. 100 mld euro rocznie włoską gospodarkę. Jeżeli te zmiany zostaną wprowadzone, dług Italii wystrzeli górę, a rating kraju może zostać obniżony do poziomu śmieciowego.

Nowa koalicja co jakiś czas wraca także do kwestii opuszczenia strefy euro. Można oczekiwać, że jeżeli Bruksela nie pozwoli Rzymowi na realizację niekonwencjonalnej polityki gospodarczej, temat wyjścia z obszaru wspólnej waluty powróci. To właśnie ten element zaczyna obecnie wyceniać rynek poprzez wzmocnienie się franka w relacji do euro na poziomie ok. 3 proc. w drugiej połowie maja.

Latem kurs franka nawet 3,8-3,85 zł

Niepokoje o kondycję strefy euro połączone z niska wyceną  walut rynków wschodzących oraz wysokimi cenami surowców energetycznych to niebezpieczna mieszanka dla spłacających kredyty denominowane we franku. Na tę chwilę jest niewielka szansa, by sytuacja uległa poprawie. Raczej należy się liczyć z kolejnymi negatywnymi informacjami płynącymi z Włoch, a więc dalszym wzmocnieniem się franka do euro. To może oznaczać, że w wakacje za franka trzeba będzie płacić nawet 3,80-3,85 zł, jeżeli Rzym zdecyduje się na otwartą wojnę z fiskalnymi zasadami Unii Europejskiej.

Nawyki prezesów, przez które firmy tracą miliony

Wielozadaniowość, nadmierna kontrola i brak zaufania, nieprzemyślane zakupy, brak wiedzy o firmie, niedostępność, obawa przed zmianami – oto destrukcyjne nawyki Prezesów i zarządzających, przez które firmy często tracą pieniądze. Na szczęście nawyki można zwalczać, a pierwszym krokiem zawsze powinno być ich zidentyfikowanie. Mikołaj Dramowicz, założyciel i prezes zarządu datapax – firmy doradczej wyspecjalizowanej w automatyzacji i optymalizacji produkcji oraz przepływu informacji zwraca uwagę na najczęstsze złe nawyki i możliwe rozwiązania.

Multitasking nie istnieje – deleguj zadania!

Jednym z najczęściej spotykanych negatywnych nawyków jest skłonność do robienia wielu rzeczy naraz. Tymczasem, jeżeli ktoś wykonuje kilka zadań jednocześnie, efektywność wykonania dramatycznie spada, bo mózg musi przerzucać uwagę z jednego zadania na drugie, co oznacza, że za każdym razem zaczyna je od nowa. Szacuje się, że przeskakując z jednej czynności na drugą, dziennie marnujemy nawet 30 proc. naszego czasu!

Polscy menedżerowie mają problem z oddelegowaniem zadań. Z jednej strony narzekają na przeciążenie obowiązkami, a z drugiej często nawet nie próbują się nimi podzielić ze współpracownikami. Często łatwiej i szybciej jest poświęcić własny czas na dodatkową pracę, niż przyuczać, wymagać i rozliczać innych z poprawnego wykonania zadań. Prowizorycznie taka samodzielność może nawet wydawać się korzystna – w końcu na edukację pracowników, czy poprawianie ich błędów również trzeba byłoby znaleźć czas. Niestety, krótkowzroczność takiego myślenia widać dopiero w dłuższej perspektywie, kiedy Prezes zajmuje się wszystkim, lecz nie zadaniami kluczowymi dla jego funkcji i kondycji firmy.

Papierowy obieg dokumentów

Polscy prezesi w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw nadal zwlekają z cyfryzacją firm. E-biznes w Polsce stanowi zaledwie 4,1 proc. PKB. Dla porównania w Wielkiej Brytanii, Danii i Szwecji jest to 6-8 proc., czyli prawie 100% więcej niż w Polsce. Tym samym wraz Rumunią, Bułgarią, Grecją, Włochami, Chorwacją, Cyprem, Węgrami i Słowacją Polska zalicza się do państw Unii o niskim postępie procesów cyfryzacji. To wnioski płynące z „Raportu o postępie cyfrowym Europy (EDPR)” przygotowanym przez Europejski Urząd Statystyczny za rok 2017.

Papierowy obieg dokumentów w firmie to prawdziwa zmora. Według badań ICM na poszukiwanie właściwego dokumentu pracownicy marnują od 25 do 30 minut dziennie – to aż 90 godzin rocznie! Odpowiednio skonfigurowany system zrealizuje każdego dnia o wiele więcej zamówień niż nawet najszybszy i najwydajniejszy pracownik. Dodatkowo taki sposób pracy zmniejsza ryzyko wystąpienia różnego rodzaju błędów spowodowanych czynnikiem ludzkim, na których prostowanie pracownicy wykorzystują cenne minuty (co jednocześnie zmniejsza ilość możliwych do obsłużenia zamówień). Zautomatyzowany system sprzedaży pozwala na zwiększenie ilości obsługiwanych każdego dnia zamówień bez potrzeby zwiększania stanu osobowego firmy.

Oprócz oszczędności związanych z czasem i zwiększaniem wydajności pracy zyskujemy do wykorzystania przestrzeń, którą wcześniej zabierała archiwizacja dokumentów. Kilka tysięcy zgromadzonych papierowych kartek to zmora większości polskich biur i sekretariatów. Papier nie jest najtrwalszym nośnikiem danych, a więc nieodpowiednie warunki mogą doprowadzić do uszkodzenia i utraty ważnych dokumentów. Cyfryzacja firm to nie tylko szybki dostęp do informacji z przedsiębiorstwa, ale również bezpieczeństwo.

Procesami biznesowymi, których udoskonalenie warto rozważyć są operacje powtarzalne i monotonne np. przepływ dokumentów, ściąganie danych z systemów IT, tworzenie z nich excelowych raportów i ich wysyłka e-mailem jak również pozyskiwanie i utrzymanie Klientów, rekrutacja. Optymalizacja polega na dopasowaniu wspomnianych czynności do obecnej sytuacji w przedsiębiorstwie i celów, jakie firma chce zdobyć. Jeśli firma dąży do oszczędności, działanie będzie opierać się na minimalizacji kosztów jej działalności.

Przede wszystkim warto jednak pamiętać o beneficjentach tych usprawnień. Umiejętne zastosowanie nowoczesnych technologii może pozytywnie wpłynąć na efektywne wykorzystanie zasobów przedsiębiorstw, poprawić jakość pracy zatrudnionych osób i stworzyć nowe możliwości rozwoju.  Usprawnienia prowadzą również do zwiększenia mocy produkcyjnych, a to przekłada się na krótszy czas realizacji i możliwość obsługi większej liczby zleceń. To z kolei prowadzi do zwiększenia zysków przedsiębiorstwa. Efektywniejsze procesy przekładają się nie tylko na lepszą pracę całego przedsiębiorstwa i jej zyskowność, ale i na produkt końcowy. Konsumenci nie tylko szybciej otrzymują towar, który jest lepszej jakości, ale także — taniej, ponieważ optymalizacja może zwiększyć wydajność pracowników, znacznie redukując koszty pracy.

Niedostępność

Wizerunek idealnego prezesa jest różny, w zależności od osoby, która go tworzy. Inaczej idealnego przełożonego opiszą jego podwładni, a inaczej menedżer firmy. Niemniej jednak są pewne powtarzalne cechy niezależnie czy jest to np. badanie TNS OBOP prowadzone wśród ekspertów od HR, czy też badanie centrum szkoleniowego Jet wśród szeregowych pracowników. Oprócz wiedzy merytorycznej podkreślana jest często umiejętność słuchania innych i dostępność dla nich. Doświadczeni prezesi czasem zapominają o tym, że nie są „alfą i omegą” i że warto jest posłuchać młodszego stażem pracownika z działu produkcji. Pracownicy, którzy widzą w swoich szefach osobę kompetentną i godną zaufania, a także zawsze chętnego do pomocy i szukania najkorzystniejszych rozwiązań przywódcę zespołu, nie będą mieli wątpliwości, czy informować swojego przełożonego o napotkanych trudnościach.

Niewykorzystane szanse

Prawdopodobnie każdy handlowiec napotkał sytuację, gdzie sekretarka okazała się przeszkodą nie do obejścia. W takiej sytuacji niezależnie od jakości oferty z jaką dzwoni przedstawiciel, prezes firmy nie zdaje sobie z niej sprawy. Prezesi tracą, bo nie wiedzą ile mogą zyskać dzięki oferowanym rozwiązaniom. Mnogość różnych rozwiązań i dostawców maszyn sprawia, że nie mają oni czasu na dogłębną analizę rynku i opłacalności inwestycji oraz na poszukiwanie alternatywnych rozwiązań niewymagających znaczących nakładów finansowych.

Niewiedza

Często zarządzający nie zdają sobie sprawy z tego jak działa ich firma i z jakimi problemami borykają się poszczególne działy ich przedsiębiorstwa. Kupują najnowocześniejszą maszynę na halę, bo konkurencja też podobno ją ma. Ta potem stoi nieużywana, ale w jaki sposób można było to przewidzieć? Inwestycja w maszynę powinna być poprzedzona audytem. Często już niewielka zmiana technologiczna lub organizacyjna może przynieść nieoczekiwane rezultaty.

Obawa przed zmianami

Automatyzacja produkcji wiąże się ze zmianą niejednokrotnie utartych schematów działania. Nie dotyczy to tylko pracowników produkcyjnych i utrzymania ruchu, ale również zarządzających, którzy jednak częściej funkcjonują w dynamicznym środowisku i są bardziej przyzwyczajeni do radzenia sobie ze zmianami – nie wspominając, że to oni często są inicjatorem zmian.

Zmiany wywołują opór i strach związany z utratą kontroli, niepewnością, pytaniami „czy sobie poradzę” i dotykają wielu innych płaszczyzn. Zmiana to proces i jego znajomość daje możliwości wpływania na jego przebieg. Decydując się na automatyzację ważne jest aby wybrać odpowiedniego usługodawcę – profesjonalnych ekspertów, którzy realizują proces zmian kompleksowo, od A do Z.

– Zidentyfikowanie realnych przyczyn problemu to pierwszy krok do jego rozwiązania. W każdej firmie są obszary, które można ulepszyć. Wymaga to jednak czasu. Pierwszym krokiem jest wizyta w przedsiębiorstwie. Dzięki temu zapoznajemy się z procesem produkcyjnym, przepływem materiałów i informacji od zamówienia, aż do wyrobu końcowego, poznajemy kulturę przedsiębiorstwa, identyfikujemy problemy, które spowalniają rozwój danej firmy oraz wspólnie podejmujemy decyzję o kierunku działań. Kadry zarządzające przedsiębiorstwem, siłą rzeczy pochłonięte są czuwaniem nad bieżącą działalnością i nie zawsze są w stanie podjąć się tego zadania, dlatego ważne jest kompleksowe podejście. podsumowuje Mikołaj Dramowicz.

Poranny koszmar frankowiczów. Kurs franka powyżej 3,70 zł

Frank szwajcarski powyżej 3,70 zł po informacjach o problemach z utworzeniem rządu we Włoszech. Lira turecka wciąż gwałtownie traci. Trump może nie zaakceptować porozumienia z Chinami.

Poranny koszmar frankowiczów

Kredytobiorcy frankowi przyzwyczaili się już do tego, że frank będzie oscylował jak w drugiej połowie kwietnia w okolicach 3,50 zł. Ostatnie dni jednak wyraźnie pokazują, że nawet jeżeli będzie to prawdą to nie od razu. Wczorajszy dzień zaczynaliśmy w okolicach 3,65 zł dzisiaj o godzinie 9:00 frank szwajcarski przebił 3,70 zł. Powodem znów jest niepewność, która narosła wokół tworzenia rządu we Włoszech. Jak się okazuje sukces tworzenia gabinetu okazał się przedwczesny. Z jednej strony obecny prezydent zdecydowanie wolałby na stanowisku premiera lidera szefa Ligi Północnej. Z drugiej strony wśród kandydatów na ministrów pojawiło się kilka bardzo kontrowersyjnych postaci, w tym przeciwnik strefy euro jako minister gospodarki. Dodatkowym smaczkiem jest zweryfikowany przez media życiorys premiera, który jednak nie jest tak krystaliczny jak początkowo sądzono. Oprócz odwrotu inwestorów od walut naszego regionu znacznie bardziej widać ucieczkę z eur,o zarówno do franka, jak i do dolara. Frank jest najmocniejszy od początku marca. Dolar z kolei od listopada. To właśnie ten ruch spowodował, że złoty do franka stracił aż tak mocno.

Lira wciąż pod presją

Gdy wczoraj pisaliśmy o problemach tureckiej liry, za dolara płacono 4,60 liry, dzisiaj rano oglądamy już poziomy 4,80 liry za dolara. Oznacza to ponad 4% straty na wartości w ciągu jednego dnia. Warto pamiętać, że niemal dokładnie za miesiąc odbędą się przyspieszone wybory w Turcji. To właśnie one mają umożliwić jeszcze większą kontrolę Erdogana nad państwem. Ekonomiści wciąż są przerażeni koncepcją, że to wysokie stopy procentowe pobudzają inflację. Jeżeli w Turcji doszłoby do obniżki stóp procentowych, w obecnej sytuacji Turcja mogłaby zostawić pod względem problemów gospodarczych daleko w tyle Argentynę.

Konflikt handlowy USA-Chiny

Analitykom wydawało się, że efekt negocjacji ,w ramach którego Chiny zgodziły się istotnie obniżyć cła między innymi na samochody i części samochodowe w celu równoważenia wzajemnego bilansu handlowego, jest korzystne. Donald Trump jednak wyraził ostatnio dokładnie odmienne zdanie. Inwestorzy znów nie wiedzą zatem co będzie się działo. A skoro nie wiedzą to się boją i sprzedają. Wypowiedzi te spowodowały spadki na giełdzie i wzrost cen ropy. Tutaj powodem były szczególnie dalsze sankcje wobec i tak znajdującej się w opłakanym stanie Wenezueli.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych seria odczytów indeksów PMI w godzinach przedpołudniowych, potem warto zwrócić uwagę na:

  • 12:00 – Wielka Brytania – sprzedaż detaliczna wg. CBI,
  • 16:00 – USA – sprzedaż nowych domów,
  • 16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Ważny dzień dla kursu dolara

Po kilku dniach spokoju i próbie wyhamowania aprecjacji dolara nadchodzi najważniejszy tym tygodniu dzień, który rozpoczyna się przy słabych nastrojach inwestycyjnych wywołanych groźbą fiaska spotkania Trump – Kim w Singapurze.

Dane z Eurolandu w ostatnich kilku tygodniach wypadały blado, a na tle oczekiwań wręcz fatalnie (najgorzej od 3,5 lat). Dlatego też dzisiejsza seria PMI z gospodarek strefy euro udzieli odpowiedzi na pytanie czy spowolnienie koniunktury jest trwałe i głębokie. Oczywiście tempo wzrostu nadal pozostanie bardziej niż przyzwoite, ale bez poprawy w danych dającej podstawę by ECB wróciło do odważniejszej retoryki i przy negatywnych sygnałach z włoskiej sceny politycznej trudno będzie o poprawę sentymentu wokół wspólnej waluty. EUR/USD próbuje co prawda odnaleźć dołek przy 1,1720, ale fiasko próby trwałego wyjścia nad 1,18 każe zachować daleko idącą ostrożność. Z kolei schłodzenie sentymentu inwestycyjnego spycha USD/JPY w kierunku 110,00, jeśli szybko nie dojdzie do powrotu na wyższe pułapy, to scenariusz ataku na 112,20 trzeba będzie nieco odłożyć. Rynek nadal kupować chce dolara, więc w dzisiejszym protokole z majowego posiedzenia FOMC inwestorzy będą starali się szukać pozytywnych smaczków i jastrzębich sygnałów.

Nadal fatalnie radzi sobie funt szterling. GBP/USD ponownie znalazł się pod 1,34 na niespełna kilka godzin przed publikacją inflacji. Po gołębim wstrzymaniu się przez Bank Anglii od podwyżki w maju zagrożony staje się także sierpniowy, w tej chwili najbliższy realny termin zacieśnienia parametrów polityki. Ruch ze strony MPC jest na tyle mocno uwzględniony w cenach, że w przypadku rozczarowania i przy chaosie na scenie politycznej oraz słabnącej pozycji Theresy May funt nadal powinien pozostawać rażąco słaby względem innych walut z przestrzeni G-10. Spodziewamy się spadku GBP/USD w kierunku 1,31.

Pod presją znalazły się mocne ostatnio waluty surowcowe. Należy jednak pamiętać,
że w notowaniach (zwłaszcza) AUD/USD i NZD/USD doszło ostatnio do odbicia na tyle mocnego, że bezpośredni deprecjacyjny potencjał stał się mocno dyskusyjny. W perspektywie półrocznej nie ma szans ani na podwyżkę przez RBA, ani przez RBNZ. Nie jest ona też obecnie w żadnym stopniu wyceniona, więc obie waluty będą podążać za szerszym rynkowym sentymentem. NZD jawi się jako mniej atrakcyjny. Cierpi przez fatalny odczyt sprzedaży detalicznej, który odciśnie się mocnym piętnem także na publikacji dynamiki PKB. Znakiem ostrzegawczym jest też presja po publikacji przez RBNZ opracowania, w którym stwierdzono, że bank w przypadku kryzysu jest gotowy do sięgnięcia po skup aktywów. Dlatego też wydaje się, że w tej chwili rynek faworyzować powinien on dolara australijskiego, zresztą AUD/NZD powrócił ostatnio nad 200 sesyjną średnią i powinien kontynuować zwyżkę.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

W I kwartale 2018 r. fundusze venture capital zainwestowały blisko 50 mld USD w startupy na całym świecie

Cyfrowe innowacje niezmiennie pozostają w centrum zainteresowania inwestorów. Jak wynika z badania KPMG w I kwartale 2018 r. fundusze zainwestowały 49,3 mld USD (ponad 70% więcej niż kwartał wcześniej). USA jest zdecydowanie najważniejszym rynkiem inwestycyjnym – ponad 61% wszystkich pieniędzy zostało ulokowanych przez fundusze właśnie na tym rynku. Systematycznie zmniejsza się liczba transakcji, co dobrze ilustruje trend, że inwestorzy preferują większe inwestycje w bardziej rozwinięte startupy.

Fundusze venture capital już się nauczyły funkcjonować w realiach cyfrowej gospodarki i w naturalny sposób ograniczają swoje ryzyko, inwestując w coraz bardziej rozwinięte startupy. Takie podejście jest uzasadnione ekonomią biznesu venture capital – nakład czasu na selekcję projektów inwestycyjnych, wykonanie transakcji oraz wsparcie startupu w rozwoju, jest niezależny od wielkości zainwestowanych środków, a zależy bardziej od fazy rozwoju startupu i jego specyfiki mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

Znacząca rola korporacyjnych funduszy venture capital

Jak wynika z badania KPMG korporacje odgrywają coraz bardziej istotną rolę w ekosystemie finansowania rozwoju startupów – 21% wszystkich transakcji na całym świecie zostało zrealizowanych bezpośrednio przez korporacje lub przez tzw. korporacyjne fundusze venture capital.

Korporacje są świadome, że muszą pozyskiwać innowacje z zewnątrz i dlatego zakładają własne fundusze typu venture capital, które oprócz budowy wartości portfela inwestycyjnego mają przede wszystkim na celu inwestowanie w startupy tworzące rozwiązania wspomagające rozwój korporacji. Także duże przedsiębiorstwa w Polsce zaczynają dostrzegać korzyści z posiadania własnego korporacyjnego funduszu venture capital i stąd też ich zainteresowanie tworzeniem takich wyspecjalizowanych wehikułów inwestycyjnych – mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

Startupy bazujące na rozwiązaniach cyfrowych najpopularniejsze wśród inwestorów

Innowacyjne rozwiązania cyfrowe są podstawą modeli biznesowych i operacyjnych zdecydowanej większości startupów, w które inwestują fundusze. Jak wynika z badania KPMG 43% wszystkich transakcji było związanych z inwestycją w przedsiębiorstwa rozwijające nowoczesne oprogramowanie specjalistyczne. Inwestorzy są obecnie najbardziej zainteresowani rozwiązaniami bazującymi na zaawansowanej analizie danych cyfrowych oraz sztucznej inteligencji. Największe nadzieje są związane z wykorzystaniem takich rozwiązań w ochronie zdrowia w zakresie zarówno wczesnej diagnostyki (np. dodatkowe konsultacje), jak również opieki zdrowotnej i prewencji.

Adaptowanie innowacyjnych rozwiązań cyfrowych w sektorze usług zdrowotnych jest niezwykle szybkie. Ich wykorzystanie przynosi istotne korzyści nie tylko pacjentom czy lekarzom, ale także regulatorom sektora, zdecydowanie ułatwiając nadzór nad ochroną zdrowia i jakością świadczonych usług mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

W Europe w I kwartale 2018 r. zainwestowano w startupy 5,2 mld USD, czyli o 15% mniej niż w Q4 2017 r. Europa jest niestety dużo mniejszym rynkiem startupowym – 10,5% wszystkich środków pieniężnych na całym świecie zainwestowano na naszym kontynencie w ostatnim kwartale. Fundusze zaczęły też inwestować w zdecydowanie większe spółki – dwukrotnie spadła liczba transakcji w odniesieniu do poprzedniego kwartału. Analizy KPMG pokazują również, że inwestorzy europejscy interesują się przede wszystkim fintechami i rozwiązaniami bazującymi na sztucznej inteligencji. Wielka Brytania i Niemcy, to tradycyjnie główne rynki inwestycyjne w Europie (blisko 50% środków zainwestowanych w Europie). W ostatnim okresie bardzo dynamicznie wzrosły inwestycje w startupy we Francji i Hiszpanii.

Rynek venture capital w Polsce znajduje się niestety w dalszym ciągu w bardzo wczesnej fazie rozwoju. Nic dziwnego zatem, że biorąc pod uwagę skalę inwestycji w startupy w poszczególnych krajach europejskich, nadal nie jesteśmy na „radarze” dużych funduszy europejskich. Warto więc zastanowić się, jakie mechanizmy przyczyniły się do bardzo spektakularnego rozwoju hubów startupowych w Berlinie (ponad 1,1 mld. USD zainwestowanych w Q1 2018), czy Paryżu (ponad 500 mln USD), tak żeby skutecznie rozwijać budowany obecnie w Polsce ekosystem startupowy mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

Nowy standard RICS w zakresie ograniczenia ryzyka przestępstw finansowych

RICS zainicjował konsultacje w sprawie nowego standardu, który ma pomóc profesjonalistom rynku nieruchomości i firmom regulowanym przez RICS w ograniczeniu ryzyka związanego z łapówkarstwem oraz korupcją, praniem pieniędzy i finansowaniem terroryzmu *.

Projekt nowego standardu RICS o nazwie ‘Przeciwdziałanie łapówkarstwu oraz korupcji, praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu’ – Standardy Zawodowe, zobowiązuje ekspertów i firmy regulowane przez RICS do ograniczenia ryzyka prania pieniędzy i ma stanowić barierę ochronną przed przestępstwami finansowymi w codziennych operacjach biznesowych.

Inicjując szeroko zakrojone, globalne konsultacje RICS pragnie dowiedzieć się, czy proponowana formuła standardu spełnia potrzeby specjalistów i interesariuszy z branży i wystarczająco jasno określa ich zobowiązania do łagodzenia wpływu ryzyka malwersacji finansowych na ich praktykę biznesową.

Sektor nieruchomości to jeden z głównych celów nielegalnej działalności finansowej, wykorzystywany jako narzędzie legitymizacji lub „czyszczenia” zysków pochodzących z nielegalnych źródeł, często w ramach jednej transakcji.

Potwierdzają to badania przeprowadzone przez uznaną na arenie międzynarodowej grupę zadaniową ds. przeciwdziałania praniu pieniędzy (FATF), współpracującą z rządami w zakresie wymogów i regulacji prawnych mających na celu wyeliminowanie prania pieniędzy, finansowania terroryzmu i powiązanych zagrożeń w ramach globalnego systemu finansowego. Także inne międzynarodowe organizacje, takie jak Organizacja Narodów Zjednoczonych i Transparency International, określiły sektor nieruchomości jako wyjątkowo wrażliwy na nielegalne fundusze. **

Peter Bolton King, globalny dyrektor ds. profesjonalizacji i etyki w RICS
Peter Bolton King, globalny dyrektor ds. profesjonalizacji i etyki w RICS

„Ryzyko łapownictwa i korupcji, prania pieniędzy i finansowania terroryzmu rzuca się cieniem na nasz zawód, niezależnie od miejsca na świecie czy specjalizacji. Jeśli te zagrożenia nie będą przez nas właściwie zidentyfikowane i zarządzane, mogą mieć bezpośredni wpływ na naszą codzienną pracę, a także na przedsiębiorstwa i konsumentów oraz na zaufanie, jakim te grupy obdarzają nas, profesjonalistów branży. Określając zobowiązania naszych specjalistów i firm regulowanych przez RICS w zakresie przeciwdziałania praniu pieniędzy, nowy standard RICS promuje przejrzyste i etyczne postępowanie w biznesie, które umacnia zaufanie rynku do zawodu” – Peter Bolton King, globalny dyrektor ds. profesjonalizacji i etyki w RICS.

Sektorem szczególnie narażonym na nielegalną działalność finansową jest budownictwo głównie z uwagi na przekupstwo i korupcję w ramach procesów zamówień i zawiązywania umów. Potwierdza to m.in. badanie przeprowadzone przez globalną firmę konsultingową PwC Global Economic Crime Survey z 2014 r., które określa budownictwo jako jeden z sektorów szczególnie podatnych na przypadki przekupstwa i korupcji. Również Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) zidentyfikowała sektor budowlany jako globalny sektor wysokiego ryzyka w zakresie łapówkarstwa i korupcji, często poprzez procesy zamówień publicznych.

Nowy standard zawodowy RICS kreśli jasny opis zarządzania ryzykiem związanym z łapówkarstwem oraz korupcją, praniem pieniędzy i finansowaniem terroryzmu i jest zgodny z kodeksem postępowania RICS. Określa ramy etyczne i działania zawodowego dla ekspertów RICS, zapewniając praktykom i firmom jasne i spójne zasady dotyczące tego, co stanowi naruszenie przyjętego postępowania.

„Walka z łapówkarstwem i korupcją, praniem pieniędzy i finansowaniem terroryzmu nie jest nowa dla RICS ani dla naszego zawodu w ogóle. Rządy wprowadzają specjalne regulacje prawne a niektóre z organizacji stosują surową politykę, które mają chronić je przed tymi przestępstwami, a większość osób rozumie reperkusje z nimi związane. Jako globalna organizacja zawodowa RICS ma obowiązek określić minimum wymagań i zobowiązań dla swoich ekspertów i firm regulowanych, aby zapewnić, że ich działania nie zawierają ani nie ułatwiają przekupstwa, korupcji, prania pieniędzy ani finansowania terroryzmu. Ważne jest zatem, aby nasi praktycy, firmy regulowane przez RICS, klienci korzystający z usług rzeczoznawców i inne zainteresowane strony wzięły udział w naszych konsultacjach, aby finalny standard odzwierciedlał rzeczywistość nowoczesnego zawodu i profesjonalnej praktyki zawodowej”.

Wraz z ogłoszeniem jego finalnej wersji standard RICS będzie miał zastosowanie do wszystkich dyscyplin reprezentowanych przez ekspertów RICS na całym świecie. Konsultacje trwają od maja do lipca br. i są dostępne na stronie www.rics.org/amlps

Kompap: wzrost sprzedaży o 49% w I kwartale 2018

Grupa Kompap SA, do której należą dwie wiodące drukarnie dziełowe w Polsce – BZGraf i OZGraf, a także drukarnia offsetowa rolowa Imprimus, od stycznia do marca 2018 roku wypracowała przychody ze sprzedaży w wysokości 21,88 mln zł, co oznacza wzrost o 49% r/r. Jednocześnie o 63% zwiększył się w tym czasie skonsolidowany zysk brutto ze sprzedaży do poziomu 4,95 mln zł wobec 3,03 mln zł przed rokiem. Grupa zakończyła pierwszy kwartał zyskiem netto w wysokości 0,72 mln zł. Rok wcześniej na tym poziomie notowała 1,47 mln zł.

– Włączenie do grupy pod koniec zeszłego roku Imprimusa zaowocowało skokowym zwiększeniem sprzedaży Kompapu. Jednocześnie w związku z tym, że nowo zakupiona drukarnia notowała w przeszłości duże straty, konieczne było szybkie rozpoczęcie  procesu restrukturyzacji w tej spółce. Z początkiem roku wdrożyliśmy więc szereg działań mających na celu poprawę generowanych przez nią wyników. Co istotne, uzyskaliśmy satysfakcjonujące efekty znacznie szybciej niż się spodziewaliśmy, które pozwalają nam oczekiwać pozytywnego wyniku finansowego w Imprimusie już w II kwartale 2018 roku ­– mówi Waldemar Lipka, prezes zarządu Kompap SA.

– W dalszym ciągu pracowaliśmy nad zwiększaniem wydajności w naszych dotychczasowych zakładach – w Białymstoku i Olsztynie. Już w kwietniu 2018 roku uroczyście uruchomiliśmy w OZGrafie pierwszą w Polsce, a jednocześnie jedenastą na świecie kompletną linię do oprawy twardej linii Kolbus. Jej instalacja oznacza wzrost potencjału olsztyńskich zakładów w zakresie produkcji książek w twardej oprawie niemal o połowę – do około 7-8 mln egzemplarzy. Nie zwalniamy jednak tempa i będziemy konsekwentnie pracować nad budowaniem sprzedaży, zarówno na rynku krajowym, jak i za granicą. Chcemy przy tym korzystać z synergii zakupów wszystkich naszych zakładów – dodaje Waldemar Lipka.

Podstawą  działalności Kompapu jest druk, przede wszystkim druk dziełowy, za który grupa ceniona jest zarówno Polsce, jak i za granicą. W I kwartale 2018 roku skonsolidowane przychody z tytułu działalności produkcyjnej, czyli sprzedaży gotowych książek, katalogów, czasopism i innych artykułów poligraficznych wyniosły 21,12 mln zł wobec 14,04 mln zł rok wcześniej. Grupa eksportuje swoje produkty do kilkunastu krajów europejskich, w  tym na tak wymagające rynki jak Norwegia, Szwecja, Dania, ale też Niemcy czy Wielka Brytania. Na koniec 2017 roku sprzedaż zagraniczna odpowiadała za niemal ¼ przychodów całej grupy.

Zmiany w podatku dochodowym od osób fizycznych w krajach UE

Łotwa wprowadziła znacznie wyższą kwotę wolną od podatków niż w Polsce dla najmniej zarabiających. W Holandii i Danii podwyższono opodatkowanie osób o niskich dochodach. Rumunia bardzo obniżyła podatki i ma wzrost gospodarczy dwukrotnie wyższy od Polski.

Podatek dochodowy od osób fizycznych w krajach UE jest zwykle rzadko zmieniany, ale ostatnio kilka państw zdecydowało się na istotne korekty. Łotwa zrezygnowała z podatku liniowego, ale wprowadziła dużą kwotę wolną od podatków dla najmniej zarabiających, istotnie wyższą niż w Polsce.

Szczególnie ciekawym przykładem jest Rumunia, która ma znacznie niższy VAT i CIT niż Polska, a ostatnio obniżyła PIT. – Rumunia, która ma podatek liniowy, zmniejszyła opodatkowanie z 16 do 10 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Joanna Narkiewicz-Tarłowska, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC. – Jest to związane z tym, że Rumunia stawia na szybki wzrost gospodarczy, stymulowany niskimi podatkami.

Nie jesteśmy krajem, w którym podatki są niskie. Z raportu  firmy doradczej PwC “Praca w UE – podatki i składki 2018” wynika, że w Polsce przeciętnie zarabiający singiel otrzymuje 71% swojego pełnego wynagrodzenia (średnia UE 73%). Pozostała część to podatek PIT oraz obowiązkowe składki odprowadzane w imieniu pracownika przez pracodawcę: na ubezpieczenie emerytalne i rentowe oraz chorobowe (ZUS), a także na ubezpieczenie zdrowotne (NFZ). Oznacza to, że w zestawieniu z pozostałymi krajami UE zajmujemy 15. lokatę (ex aequo z Chorwacją, Łotwą i Rumunią). Pierwsze trzy miejsca należą do Cypru (91%), Malty (81%) oraz ex aequo Estonii, Irlandii i Wielkiej Brytanii (80%).

W nieco gorszej sytuacji pod tym względem znajdują się polskie rodziny. Co prawda, przy przeciętnych dochodach mogą one liczyć na 77% wynagrodzenia (średnia UE wynosi 79%), ale to zaledwie 18. miejsce w zestawieniu wszystkich 28 krajów Unii Europejskiej (ex aequo ze Szwecją). Analiza PwC uwzględnia popularne ulgi na dziecko i rozliczenie małżeńskie.

Powstają w Polsce nowe stacje ładowania pojazdów elektrycznych. Za pomocą aplikacji mobilnej można zarezerwować ładowarkę, naładować auto, a nawet zapłacić

Powstają w Polsce nowe stacje ładowania pojazdów elektrycznych. Za pomocą aplikacji mobilnej można zarezerwować ładowarkę, naładować auto, a nawet zapłacić 1

Udział samochodów z silnikiem elektrycznym w Polsce wynosi jedynie 0,2 proc. Do 2025 roku po polskich drogach ma już jednak jeździć milion pojazdów elektrycznych. Obecnie problemem jest brak infrastruktury, zwłaszcza mała liczba punktów ładowania. Na rynku pojawia się jednak coraz więcej innowacyjnych rozwiązań – droga, która ładuje przejeżdżające pojazdy elektryczne, czy superszybkie ładowarki, które naładują samochód w kilka minut. W Polsce dostępne są innowacyjne ładowarki, które zarezerwować można w aplikacji mobilnej. Umieszczone przy centrach handlowych czy hotelach są ułatwieniem dla kierowców i pozwalają naładować samochód w ciągu maksymalnie trzech godzin.

Raport DNB i PwC, „Kierunki 2018. Ingerencja państwa w wybranych sektorach gospodarki – skala i warunki sukcesu” wskazuje, że udział samochodów z silnikiem elektrycznym w Polsce wynosi jedynie 0,2 proc., w krajach skandynawskich to już ponad 30 proc. Problemem w rozwoju elektromobilności jest brak infrastruktury i utrudniony do niej dostęp, zwłaszcza do stacji ładowania pojazdów.

– Przede wszystkim, żeby budować stacje ładowania, trzeba mieć do tego know-how i odpowiednie systemy. Ładowanie samochodów elektrycznych to coś zupełnie innego niż tankowanie samochodu, ponieważ nie odbywa się przez kilka minut na stacji, tylko odbywa się w czasie, kiedy kierowca robi inne rzeczy, np. zakupy, jest w teatrze czy kinie. Dlatego stacje ładowania są i będą lokalizowane przy punktach usługowych – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jakub Tabędzki, prezes EneGIVE, start-upu dostarczającego stacje ładowania pojazdów elektrycznych.

Na świecie pojawiają się rozwiązania, które mają znacznie ułatwić życie kierowcom aut zasilanych prądem. W Szwecji niedawno otwarto pierwszą na świecie drogę, która ładuje przejeżdżające pojazdy elektryczne. Szwajcarska firma ABB przekonuje zaś, że stworzyła ładowarkę, która wytwarza 350 kW i naładuje samochód w trzy minuty. Także w Polsce wdrażane są innowacyjne ładowarki, które maksymalnie skracają czas ładowania. Cały system funkcjonuje przez aplikację mobilną, co bardzo upraszcza cały proces.

– Stacje ładowania powinny być wygodne dla kierowcy, kierowca powinien móc, już jadąc, sprawdzić, czy taka stacja jest dostępna, zarezerwować ją i w prosty sposób uruchomić ładowanie w momencie, kiedy dotrze na miejsce. Najprostszym i najwłaściwszym rozwiązaniem jest aplikacja mobilna, która pozwala kierowcy jeszcze przed wyruszeniem na zakupy sprawdzić, czy stacja ładowania, która odpowiada jego potrzebom, jest dostępna, zarezerwować ją i uruchomić ładowanie w momencie przyjazdu – przekonuje Jakub Tabędzki.

Aby skorzystać z ładowarki, wystarczy ściągnąć aplikację na telefon, dzięki niej znaleźć najbliższą ładowarkę (nawigacja doprowadzi kierowcę na miejsce), sprawdzić, czy jest wolna, ile kosztuje ładowanie, rozpocząć i zakończyć cały proces, a także za niego zapłacić. Stawka za 1 kW wynosi 1,23 zł (stacja ładowania 22 kW prąd zmienny) i 1,85 zł (stacja ładowania 50 kW, prąd stały). Punkty ładowania umieszczone są przy najczęściej uczęszczanych miejscach, takich jak centra handlowe, stacje benzynowe. To szansa dla usługodawców na zwiększenie przychodów.

– Żeby przekonać punkty usługowe do budowy stacji ładowania, trzeba pokazać im korzyści w postaci klientów, którzy zostawią u nich pieniądze, a także przychodów z ładowania, które dostaną. Nie da się takich korzyści osiągnąć bez specjalistycznego systemu i zaplecza, to jest właśnie to, co oferujemy. To rozwiązanie kompleksowe, które pozwoli firmie usługowej czy sieci marketów skupić się na robieniu swojego biznesu, a nam pozwoli na obsłużenie klientów, którzy chcieliby załadować swój pojazd – wskazuje prezes EneGIVE.

Ładowanie samochodu trwa od 30–40 minut do nawet kilku godzin. Ten czas klienci mogą spędzić właśnie w centrum handlowym lub w budynku przy którym zostawią pojazd. To zaś oznacza większe przychody danej placówki. Szacuje się, że cztery samochody elektryczne naładowane dziennie mogą wygenerować miesięczny rachunek za prąd w wysokości nawet 2 tys. zł.

– Pierwsze wdrożenia będą bardzo szybko. Pod koniec maja zostanie uruchomione pierwsze rozwiązanie w Bydgoszczy przed jednym z nowo otwartych centrów outletowych – zapowiada Jakub Tabędzki.

W 2017 roku zarejestrowano w Polsce 907 aut z napędem elektrycznym. Z kolei ubiegłoroczne badanie SW Research na zlecenie PSPA pokazało, że 12 proc. Polaków planuje w najbliższym czasie zakup samochodu elektrycznego, a 31,5 proc. wciąż się nad tym zastanawia.

Według analityków Markets and Markets wartość rynku stacji ładowania pojazdów elektrycznych wzrośnie z 5,3 mld dol. w 2018 roku do 30,4 mld dol. w 2023 roku, przy średnim tempie wzrostu sięgającym 42 proc. rocznie.

Uczniowie walczą z wykluczeniem niepełnosprawnych. Innowacyjne projekty coraz częściej rodzą się w szkołach

Uczniowie walczą z wykluczeniem niepełnosprawnych. Innowacyjne projekty coraz częściej rodzą się w szkołach 2

Innowacyjność nie jest domeną wyłącznie start-upów oraz wielkich korporacji. Coraz częściej innowacyjne projekty powstają także już w szkołach średnich. Uczniowie nie tylko konstruują urządzenia i projektują aplikacje dla zabawy. Często przyświeca im wyższy cel, którym jest znoszenie barier. W liceach powstały m.in. inteligentna kamizelka z GPS-em rozpoznająca przedmioty na drodze osób niewidomych, czytnik alfabetu Braille’a z syntezatorem mowy czy pętla indukcyjna dla osób niedosłyszących. Za innowacyjne wynalazki w służbie ludzkości coraz częściej odpowiedzialne są najmłodsze pokolenia.

– Młodzi ludzie przestali używać nowych technologii tylko dla zabawy i dlatego że mają taką wiedzę i takie możliwości, a zaczęli sobie stawiać bardzo mądre pytania: co my możemy zrobić, aby te nowe technologie służyły innym i mogły zmienić ich świat na lepsze? Taka postawa wynika z potrzeby bycia potrzebnym innym i potrzeby zmiany świata – mówi Małgorzata Jankowska z wydawnictwa Nowa Era, kierownik programu „Projekt z klasą”.

Niepełnosprawni uczniowie na każdym kroku napotykają na bariery architektoniczne, społeczne oraz technologiczne, które wykluczają ich z funkcjonowania w gronie rówieśników. Jak się okazuje, z pomocą mogą przyjść koledzy i koleżanki z klasy. Na świecie powstaje coraz więcej uczniowskich projektów poświęconych rozwiązywaniu problemów osób niepełnosprawnych. Przy odpowiednim wsparciu ze strony nauczycieli projekty te mogą wejść do powszechnego użycia.

– Młodzi ludzie umieją i lubią przeciwdziałać wykluczeniu osób niepełnosprawnych, a także mają ku temu możliwości. Okazuje się, że można w warunkach szkolnych stworzyć rozwiązania, które będą pomagały innym, i to na większą skalę – mówi Małgorzata Jankowska.

Zespół Szkół nr 6 im. Jana III Sobieskiego w Jastrzębiu-Zdroju od 2009 roku pomaga swoim podopiecznym opracowywać projekty na konkursy wynalazczości, a od 2012 roku wspiera realizację projektów poświęconych ułatwianiu życia osobom niepełnosprawnym. W ciągu kilku lat uczniowie stworzyli m.in. system ułatwiający korzystanie z komputera, naszyjnik dla niewidomych informujący o przeszkodach na ich drodze czy Nietoperza – inteligentną kamizelkę rozpoznającą przedmioty na drodze osób niewidomych wyposażoną w GPS, który ułatwia dotarcie do najczęściej odwiedzanych miejsc. Uczniowie z innych rejonów Polski także nie są gorsi.

– Licealiści z Białegostoku opracowali czytnik alfabetu Braille’a, chcąc wspomóc osoby uczące się dopiero tego alfabetu. Ten czytnik przekaże nam na głos to, co zostało napisane za pomocą kropek alfabetu Braille’a. Dzięki temu osoba, która jest osobą niewidzącą, będzie mogła sprawdzić, czy dobrze zinterpretowała napisany tekst. Jestem przekonana, że to jest duże ułatwienie dla osób niewidzących, gdyż niejako pomaga im w pokonywaniu własnych trudności bez pomocy osób trzecich – opowiada ekspertka.

Równie ciekawie prezentuje się pętla indukcyjna wymyślona przez uczniów z Raciborza. Projekt powstał z myślą o nowym koledze z klasy, który zmagał się z poważną wadą słuchu. Aby słyszeć nauczyciela, Marcin musiał siedzieć w pierwszej ławce, ale nawet to nie gwarantowało, że wychwyci każde słowo. Z pomocą przyszli mu uczniowie, którzy zaprojektowali system wspomagający.

– Pętla indukcyjna to specjalne okablowanie klasy, wzmacniacz audio i mikrofon, którym posługuje się nauczyciel. W momencie, kiedy uczeń z wadą słuchu przełączy swój aparat słuchowy na współdziałanie z pętlą indukcyjną, wtedy ta eliminuje niepotrzebne dźwięki i wszelkie szmery, które mogłyby rozpraszać takiego ucznia. Niezależnie od tego, czy siedzi w pierwszej ławce czy w ostatniej, po prostu wszystko świetnie usłyszy – wyjaśnia przedstawicielka wydawnictwa.

Największa fala uczniowskich innowacji dopiero przed nami. Dzięki wprowadzeniu nauki programowania do szkół za pisanie aplikacji i programów komputerowych biorą się coraz młodsze pokolenia. Dwunastoletni Alexander Knoll opracował program Ability App, który pomoże osobom z niepełnosprawnością poruszać się po przestrzeni publicznej, informując ich, gdzie umiejscowiono windy i rampy dla wózków inwalidzkich oraz w których restauracjach znajdą menu napisane językiem Braille’a.

Projektem Alexandra zainteresowała się Ellen DeGeneres, amerykańska aktorka i prowadząca talk-show „The Ellen DeGeneres Show”, która wręczyła chłopakowi czek na 25 tys. dol. na pokrycie kosztów dokończenia aplikacji i wdrożenia jej do powszechnego użytku. Polscy uczniowie także mogą liczyć na granty i pomoc finansową przy realizacji swoich projektów.

– Liczymy na to, że dzięki grantom Nowej Ery uda się przejść od fazy planowania do fazy realizacji, gdyż zdobyte fundusze to jest ten pierwszy krok, żeby zakupić potrzebne elementy składowe, by te projekty wcielić w życie. Zakładamy również, że mając ze sobą nasze certyfikaty, młodzież ma otwarte drzwi do regionalnych sponsorów, u których mogliby się ubiegać o kolejne dofinansowanie – mówi Małgorzata Jankowska.

W VIII edycji konkursu „Projekt z klasą” przyznano pięćdziesiąt pięć nagród o łącznej sumie 60 tys. zł. Była to pierwsza edycja, w której udział mogli brać nie tylko uczniowie szkół ponadpodstawowych, lecz także podstawowych.

ORLEN przejmie pełną kontrolę nad czeskim Unipetrolem

Rada Nadzorcza PKN ORLEN wyraziła zgodę na nabycie przez Koncern pozostałych akcji spółki Unipetrol reprezentujących ok. 5,97% kapitału zakładowego. PKN ORLEN zamierza zaoferować w wykupie cenę 380 CZK za jedną akcję i tym samym utrzymać poziom cenowy z wezwania z grudnia 2017 roku, na które pozytywnie odpowiedzieli akcjonariusze Unipetrol posiadający łącznie ponad 31 proc. akcji spółki. Do finalizacji transakcji niezbędna będzie m.in. zgoda Czeskiego Banku Narodowego.

Decyzja ta otwiera nam drogę do osiągnięcia pełnej kontroli nad istotną spółką w portfolio Grupy ORLEN, jaką jest Unipetrol. To dopiero początek finalizowania całego procesu. Na obecnym etapie jest on zależny od pozytywnej decyzji Czeskiego Banku Narodowego, do którego trafi nasz wniosek dotyczący wykupu pozostałych akcji. Zakładamy, że ostateczne rozliczenie transakcji mogłoby nastąpić w IV kwartale 2018 r. – podkreśla Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Obecnie PKN ORLEN posiada 94,03% udziałów w akcjonariacie czeskiej spółki. Wykup pozostałych mniejszościowych akcjonariuszy będzie przeprowadzany z zamiarem wycofania akcji Unipetrol z obrotu na Praskiej Giełdzie Papierów Wartościowych.

W skład Unipetrol a.s. wchodzą rafinerie w Litvinowie i Kralupach, największa na lokalnym rynku sieć stacji paliwowych Benzina (400 stacji) oraz spółka Spolana, jedyny producent PCW i kaprolaktamu na tym rynku. Bardzo istotna jest część petrochemiczna firmy zlokalizowana w Litvinowie, gdzie obecnie realizowana jest największa w historii Czech inwestycja petrochemiczna, w instalację do produkcji polietylenu.

Gruziński rynek atrakcyjny dla przedsiębiorców

Gruzja jest obecnie liderem przemian ekonomicznych i gospodarczych zarówno w regionie, jak i na świecie. Kierunek przyjęty przez tamtejszy rząd w zakresie reform gospodarczych oraz społeczno-prawnych sukcesywnie wpływa na poprawę pozycji kraju w rankingach. Zmiany te skutecznie torują drogę do struktur europejskich i ogólnie wytyczonego kierunku rozwoju gospodarki. Ważne są kwestie zakładania podmiotu gospodarczego. Inwestor zagraniczny może rozpocząć działalność w ciągu jednego dnia, w tzw. house of justice. Procedura jest łatwa, a opłaty niewielkie. Nie ma także rozbudowanego elementu prawnego – umowy są proste i nie ma blokad dotyczących wspólników. Każdy inwestor traktowany jest tak, jak obywatel Gruzji.

– Ważny jest także przejrzysty i przyjazny przedsiębiorcy system podatkowy. Wysokość VAT-u to 18 proc., a podatku dochodowego – 20 proc. – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Raźniewski, prezes Polsko-Gruzińskiej Izby Przemysłowo-Handlowej – W porównaniu z Polską są to warunki, które naprawdę pozwalają rozwijać się gruzińskim firmom, a inwestorom lokować tam biznes i bez przeszkód go rozwijać. Na pozycję Gruzji – jako lidera przemian – wpływa jej położenie na Kaukazie Południowym w sąsiedztwie dużych państw, jak Turcja czy Azerbejdżan. To doskonały rynek na rozpoczęcie ekspansji zagranicznej w regionie. Duże znaczenie ma także rozwijająca się turystyka. W 2017 roku Gruzję odwiedziło ponad 7,5 mln osób. Oznacza to wzrost liczby turystów o 17 proc. r/r. W pierwszym kwartale 2018 roku poziom ten nadal był wysoki i wyniósł 14 proc. Wielu turystów – to też duża liczba potencjalnych nabywcy towarów i usług. W połączeniu z jasnym i przyjaznym firmom systemem gospodarczym daje to atrakcyjne warunki i ciekawą ofertę dla biznesu – przede wszystkim z branży budowalnej, nieruchomości oraz infrastruktury – podkreślił Raźniewski.

Młodzi innowatorzy wsparciem dla sektora energetycznego. Tworzą rozwiązania dla dużych koncernów czy całych sektorów gospodarki

Młodzi innowatorzy wsparciem dla sektora energetycznego. Tworzą rozwiązania dla dużych koncernów czy całych sektorów gospodarki 3

Młode, innowacyjne firmy są coraz ważniejszym elementem tworzenia innowacji w biznesie. Często to w małych firmach powstają rozwiązania, które odpowiadają na najpilniejsze potrzeby dużych koncernów czy całych sektorów gospodarki. Poszukiwania najlepszych start-upów energetycznych zakończyła właśnie firma EIT InnoEnergy. W krajowym finale międzynarodowego konkursu PowerUp! zwyciężył start-up Indoorway, który stworzył narzędzie umożliwiające szczegółową analizę ruchu wewnątrz budynków.

Start-upy są bardzo ważnym elementem kultury innowacji, rozwoju technologii i modeli biznesowych, ale nie są jedynym elementem. Start-upy muszą o tym pamiętać, że nie działają w odosobnieniu, że muszą współpracować z przemysłem, z korporacjami, po to, żeby osiągać sukces i to jest absolutnie konieczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Majchrowicz, Business Development Manager w EIT InnoEnergy.

Dwustronna współpraca jest korzystna dla obu stron. Start-upy zyskują odbiorcę swoich rozwiązań, wsparcie w rozwoju i fundusze na ten cel. Duże korporacje w zamian otrzymują świeże spojrzenie na wyzwania, które przed nimi stają, i często innowacyjne na skalę światową rozwiązania, które mogą zdecydować o ich przewagach konkurencyjnych.

Dostrzegamy wartość i potencjał start-upów, dlatego organizujemy konkursy takie jak PowerUp!, czyli największy w Europie Środkowo-Wschodniej konkurs dla start-upów realizujących innowacje w dziedzinie cleantech – mówi Maciej Majchrowicz.

Celem konkursu jest wyłonienie najlepszych start-upw i umożliwienie im współpracy z największymi graczami rynku energii. Do tegorocznej, czwartej edycji konkursu – organizowanego w ramach EIT InnoEnergy – zgłosiło się ponadtrzysta start-upów. Aby wzmocnić wolę walki, organizatorzy podnieśli w tym roku główną nagrodę z 20 do 30 tys. euro. Nagrody za drugie i trzecie miejsce w konkursie wynoszą kolejno 10 i 5 tys. euro. Ponadto najlepiej rokujące start-upy zostaną zaproszone do akceleratora Highway by InnoEnergy, w którym na rozwinięcie działalności mogą zdobyć aż 150 tys. euro.

– Jesteśmy tuż po finale krajowym w Polsce. Zbliża się wielki finał w Czechach. Poziom jest bardzo wysoki, na pewno będziemy tę inicjatywę podtrzymywać. InnoEnergy to most, który likwiduje barierę między start-upem a korporacją. Fundusze, takie jak InnoEnergy, muszą dobrze znać wymagania przemysłu. To jest wiedza, którą przekazujemy start-upom. Wartością, którą zapewniamy – oprócz inwestycji sięgającej 150 tys. euro – jest gigantyczna sieć kontaktów, dostęp do najlepszych talentów, ekspozycja na największe fundusze VC – podkreśla Maciej Majchrowicz.

Międzynarodowy konkurs PowerUp! jest podzielony na piętnaście finałów regionalnych. W ubiegłym tygodniu została rozstrzygnięta polska edycja.

– Nie ukrywam, że w tegorocznej edycji poziom był bardzo wysoki, a walka o podium bardzo zacięta. Musieliśmy w jury przeprowadzić dyskusje, które były nakierowane na to, że start-up, który wygra, powinien mieć jak największe szanse na wejście i rozwój biznesu w niedalekiej przyszłości – mówi Michał Maćkowiak, dyrektor ds. innowacji w Rafako i juror konkursu.

Zwycięzcą polskiej edycji PowerUp! został w tym roku start-up Indoorway, stworzony dla właścicieli nieruchomości, menadżerów obiektów oraz działów marketingu, aby ułatwić im podnoszenie wydajności przestrzeni oraz zwiększyć zaangażowanie klientów. Narzędzie Indoorway pozwala na szczegółową analizę ruchu wewnątrz budynku.

– To rozwiązanie może być stosowane w wielu różnych miejscach – skupiamy się głównie na branży nieruchomościowej oraz przemyśle. Możemy wykorzystać nasze rozwiązanie do nawigacji wewnątrz biur, mapowania budynków, pokazywania nowym pracownikom, jak poruszać się po firmie, optymalizowania linii produktowych, zarządzania dostępem do budynków, monitorowania bezpieczeństwa pracowników. W miejscach takich jak centra przeładunkowe czy magazyny możemy wykorzystać to rozwiązanie do monitorowania pracy wózków widłowych, optymalizacji planu takiego magazynu czy optymalizacji przepływów towaru – wylicza Marek Przytuła, dyrektor operacyjny Indoorway.

Zwycięski start-up liczy, że wygrana przyczyni się do rozwoju biznesu i pozwoli dotrzeć do potencjalnych inwestorów.

– Przede wszystkim liczymy na współpracę z branżą energetyczną i zaprezentowanie naszego start-upu jako uniwersalnego rozwiązania, które może być zastosowane w wielu różnych gałęziach przemysłu. Współpraca z korporacjami i możliwość kontaktu z zarządami tych firm daje nam też możliwość bardzo szybkiego testowania naszego produktu i bardzo szybkiego dostosowywania naszej oferty do potrzeb rynkowych – mówi Marek Przytuła.

Na 1617 czerwca zaplanowany jest międzynarodowy bootcamp z udziałem start-upów, które zwyciężyły w regionalnych kwalifikacjach. Wielki finał tegorocznego konkursu PowerUp! zaplanowano na 19 czerwca.

Nawet 500 tys. miejsc pracy może przybyć dzięki ustawie o wspieraniu nowych inwestycji. Zyskają zwłaszcza mniejsi przedsiębiorcy

Nawet 500 tys. miejsc pracy może przybyć dzięki ustawie o wspieraniu nowych inwestycji. Zyskają zwłaszcza mniejsi przedsiębiorcy 4

Do 15 lat zwolnienia podatkowego i obniżenie o 98 proc. wymogu nakładów inwestycyjnych – ustawa o wspieraniu nowych inwestycji kilka dni temu wpłynęła do Senatu. Uzyskanie takiej pomocy będzie możliwe na terenie całej Polski, a nie jak do tej pory tylko w specjalnych strefach ekonomicznych. Eksperci podkreślają, że zmiany idą w dobrym kierunku, bo zwiększają atrakcyjność inwestycyjną kraju. Zyskają zwłaszcza mikro-, mali i średni przedsiębiorcy. Dzięki wprowadzonym zmianom ma powstać nawet 500 tys. nowych miejsc pracy.

10 maja Sejm uchwalił ustawę o wspieraniu nowych inwestycji, która zakłada, że cała Polska stanie się specjalną strefą ekonomiczną.

– To ustawa, bardzo wyczekiwana przez wielu przedsiębiorców, którzy czekają na nowe mechanizmy wsparcia, powiela mechanizmy z ustawy o specjalnych strefach ekonomicznych, czyli jest to regionalna pomoc inwestycyjna polegająca na uldze podatkowej, zwolnieniu podatkowym w zależności od kwoty zainwestowanych środków, od terenu, na którym ta inwestycja została dokonana. Jest natomiast kilka istotnych zmian – wsparcie będzie udzielane na obszarze całego kraju, nie będzie ograniczone tylko do terenów stref, w różnej wysokości w zależności od miejsca inwestycji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Milczarek, radca prawny, wspólnik w Kancelarii ECOVIS Milczarek i Wspólnicy.

Ustawa o wspieraniu nowych inwestycji zakłada preferencje podatkowe uzależnione od miejsca inwestycji, jej charakteru i jakości tworzonych miejsc pracy. Warunki uzyskania pomocy dla przedsiębiorców będą uzależnione m.in. od stopy bezrobocia w powiecie i dostosowane do wielkości przedsiębiorcy. Im wyższe bezrobocie na danym obszarze, tym niższe będą wymagania w zakresie minimalnej wartości inwestycji – dla najmniejszych firm znacząco obniżono minimalne wymagania wartości inwestycji (od 80 do 98 proc. w stosunku do kryterium dla dużych firm). Zwolnienie podatkowe będzie można uzyskać na okres nawet 10–15 lat.

– To zmiany idące w bardzo dobrym kierunku, ponieważ zwiększają atrakcyjność inwestycyjną Polski. Nasi sąsiedzi, Czechy czy Słowacja, miały już podobne mechanizmy przewidziane na swoich terenach. Teraz te mechanizmy wchodzą również do Polski. Bardzo istotne, że decyzje o wsparciu są udzielane na długi okres, podczas tego czasu przedsiębiorca może skorzystać z przyznanej ulgi, korzystać z tych ulg wielokrotnie, występować o ulgi na różnych obszarach, w kilku miejscach – mówi Marcin Milczarek.

Polska od lat jest jednym z kluczowych miejsc dla inwestorów. Raport ośrodka fDi Markets z grupy „Financial Timesa” wskazuje, że w 2017 roku inwestorzy zadeklarowali uruchomienie w Polsce projektów o łącznej wartości 14,8 mld dol. (wzrost o 49 proc.). Jednocześnie jednak z danych OECD wynika, że do kraju napłynęło w ubiegłym roku tylko nieco ponad 4,8 mld dol., to najniższy wynik od 2013 roku, co dało Polsce 13. miejsce w Unii Europejskiej. Dlatego tak istotne są wszystkie działania, które mogą się przełożyć na większą atrakcyjność dla inwestorów.

– Beneficjentem zmian będą w pierwszej kolejności przedsiębiorstwa mikro-, małe i średnie, ponieważ dla nich te kryteria inwestycyjne są zasadniczo obniżone, dzięki czemu będą one musiały angażować znacznie mniejsze środki. Beneficjentami będą też pracownicy, ponieważ przewiduje się, że powstanie pół miliona nowych miejsc pracy. Zyska też Skarb Państwa, ponieważ na skutek zwiększonego zatrudnienia i aktywności inwestycyjnej większe będą wpływy do budżetu. Skorzystają sami przedsiębiorcy, ponieważ będą mogli przeprowadzać nowe inwestycje w moce wytwórcze czy w działalność badawczo-rozwojową, a koszty z tym związane będą dla nich zasadniczo niższe – wymienia radca prawny.

Na ustawie o wspieraniu nowych inwestycji mogą zyskać również średnie miasta, zwłaszcza te, którym grozi zapaść społeczno-gospodarcza. Obecnie już 122 z 255 średnim miastom w Polsce grozi marginalizacja (według ubiegłorocznej analizy Polskiej Akademii Nauk). Nowe zasady mają zachęcić przedsiębiorców do zakładania firm w regionach słabiej rozwiniętych, które przez słabą infrastrukturę czy brak kadr nie były dotychczas w stanie konkurować o inwestorów z większymi miastami.

– Aby skorzystać z nowych mechanizmów, trzeba będzie spełnić zarówno kryteria ilościowe, czyli określoną wielkość inwestycji, jak i kryteria jakościowe, czyli będą się liczyły inwestycje w sektory, które są zgodne ze Strategią Odpowiedzialnego Rozwoju, również ze średniookresowymi strategiami regionalnymi. Będzie trzeba zapewnić nowe miejsca pracy. Za spełnienie kryteriów przyznawane są punkty – tłumaczy Marcin Milczarek.

Projekt inwestycyjny będzie mógł otrzymać maksymalnie 10 punktów jakościowych w obszarze rozwoju naukowego (współpraca z uczelniami), rozwoju strukturalnego (zatrudnienie kadry ze specjalistycznym wykształceniem), zrównoważonego rozwoju (kluczowe jest miejsce inwestycji) oraz rozwoju zasobów ludzkich (dodatkowe benefity dla pracowników). Minimalne koszty inwestycji uzależnione będą od poziomu bezrobocia w powiecie, w którym ma być realizowana nowa inwestycja – w powiecie ze stopą bezrobocia niższą od 60 proc. przeciętnej stopy bezrobocia w kraju przedsiębiorca musi ponieść wydatki na poziomie minimum 100 mln zł. Tam, gdzie stopa bezrobocia jest wyższa od 250 proc. średniej krajowej, minimalna kwota inwestycji wyniesie już 10 mln zł.

Gaz będzie mieć coraz większe znaczenie dla wytwarzania prądu i ciepła. Pomoże to w walce ze smogiem

Gaz będzie mieć coraz większe znaczenie dla wytwarzania prądu i ciepła. Pomoże to w walce ze smogiem 5

Gaz ziemny w coraz większym stopniu będzie zastępować węgiel i będzie mieć coraz większe znaczenie w skojarzonym wytwarzaniu prądu i ciepła – podkreślają eksperci ekspert EWE Polska. To powinno pomóc w walce o czystsze powietrze. Do tego konieczna jest jednak rozbudowa sieci gazowych, bo dziś prawie połowa mieszkańców Polski nie ma do nich dostępu.

 Gaz ziemny jest paliwem, które będzie zastępować węgiel w zaspokajaniu rosnącego popytu na energię elektryczną. Poza tym będzie zastępował także węgiel w likwidowanych, wyeksploatowanych elektrowniach zawodowych. Najlepszym sposobem wykorzystania gazu w energetyce jest wysokosprawna kogeneracja i wydaje nam się, że jej udział będzie bardzo dynamicznie rósł w przyszłości – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Ryszard Stefański, dyrektor Działu Rozwoju Przedsiębiorstwa EWE Polska

Kogeneracja jest procesem technologicznym, który polega na jednoczesnym wytwarzaniu w elektrociepłowni energii elektrycznej i ciepła użytkowego. To jedna z najbardziej wydajnych metod przetwarzania energii pierwotnej, zapewniająca ponad 30-proc. oszczędności w porównaniu z wytwarzaniem energii i ciepła w systemie rozdzielonym. Dodatkowo jest bardziej ekologiczna i przyczynia się do ograniczania emisji dwutlenku węgla, dlatego wsparcie kogeneracji jest narzędziem ekologicznej polityki energetycznej Polski i Unii Europejskiej.

 Mamy wiele możliwości w walce o czystsze powietrze i likwidację niskiej emisji. Trzeba zacząć od tych, które dają największe efekty przy jak najmniejszym nakładzie finansowym. Pierwszym z takich działań jest wyeliminowanie węgla i innych paliw stałych jako źródła ogrzewania w indywidualnych domach i mieszkaniach. Węgiel może zostać tylko w dużych elektrociepłowniach i elektrowniach, które mają odpowiedni sposób filtracji spalin – podkreśla dr hab. Ryszard Stefański.

Niezbędnym elementem walki ze smogiem w Polsce powinna być rozbudowa infrastruktury, przede wszystkim sieci ciepłowniczych w miastach. W Polsce potencjał dla rozwoju ciepłownictwa jest wciąż bardzo duży, ponad sto miast średniej wielkości nie ma jeszcze elektrociepłowni, a w wielu aglomeracjach sieć ciepłownicza wymaga gruntownej modernizacji.

Tam, gdzie nie ma sieci ciepłowniczych, zastępuje je sieć gazowa. Nadal jednak jest ona słabo rozwinięta, prawie połowa mieszkańców Polski wciąż nie ma do niej dostępu. W takich przypadkach dobrym rozwiązaniem są pompy ciepła i inne technologie oparte na energii elektrycznej.

 Kolejny sposób na walkę ze smogiem jest wyeliminowanie oleju napędowego jako źródła paliw w transporcie miejskim, zwłaszcza w centrach miast. Bardzo ważna – i niskokosztowa – jest też edukacja ekologiczna społeczeństwa. Wydaje się, że mamy tutaj olbrzymie zaniedbania. Trzeba już od poziomu szkoły podstawowej edukować na temat smogu i sposobów walki z tym zjawiskiem. Możemy również zadbać o to, żeby miasta sprzątały i myły ulice, dlatego że bardzo duża część smogu krąży w obiegu zamkniętym – opada na ulice i wznosi się ponownie – wylicza dr hab. Ryszard Stefański.

W walce z zanieczyszczeniem powietrza w Polsce można wykorzystać również nowe technologie i rozwiązania, które sprawdziły się już wcześniej na niemieckim rynku. Pozwalają one połączyć wytwarzanie energii z odnawialnych źródeł z jej magazynowaniem, sterowaniem i tworzeniem bodźców ekonomicznych dla zużywania energii z OZE wtedy, kiedy jest ona dostępna.

– Ważne, aby opłacało się zużywać prąd wtedy, kiedy na przykład mocno świeci słońce albo wieje silny wiatr. To jest dosyć trudne, wymaga głębokiej digitalizacji, natomiast takie rozwiązania można wprowadzić. Tutaj olbrzymie pole do popisu mają koncerny energetyczne – mówi dr hab. Ryszard Stefański.

Zdaniem eksperta EWE Polska biznes ma dużą rolę do odegrania w walce ze smogiem. Przede wszystkim może dostarczyć odpowiednią infrastrukturę, która zapewnia kompleksowe, bezpieczne i niskoemisyjne źródła ogrzewania.

– Misją naszej firmy jest rozbudowa sieci gazowej na terenach do tej pory niezgazyfikowanych, dostarczanie kompleksowej usługi przedsiębiorstwom, także w oparciu o wysokosprawną kogenerację, która zastępuje węgiel i inne paliwa stałe. Pozwoli to na bardzo wysokie redukcje zanieczyszczeń na obszarach miejskich, podmiejskich i w strefach przemysłowych – mówi dr hab. Ryszard Stefański.

Czego nie zabraniają przepisy, tego Szef KAS opiniami zakaże

Trwa uszczelnianie systemu podatkowego. Część tego procesu przeprowadzana jest w drodze corocznej nowelizacji ustaw podatkowych. Dla przykładu, z początkiem stycznia 2018 r. w samej ustawie o PIT zmianie uległa treść 22 artykułów (na 58 istniejących), a w ustawie o CIT zmian dokonano w aż 33 artykułach (na 42 istniejące). Jednakże tam, gdzie ustawodawca pozostawił furtki, rzeczywistość prawną mają odpowiednio zmieniać ostrzeżenia Ministerstwa Finansów lub opinie wydawane przez Szefa KAS.

Zmiana przepisów

Aby wyeliminować możliwość obniżania obciążeń podatkowych z tytułu wykreowania wysokiej wartości początkowej znaków towarowych, dającej kilkuletnią tarczę podatkową (bazę odliczanych kosztów uzyskania przychodów), z początkiem stycznia 2018 r. ustawodawca wprowadził do przepisów o PIT i CIT nowe regulacje. Wyłączają one z kosztów uzyskania przychodów odpisy amortyzacyjne/opłaty licencyjne od wcześniej nabytych przez podatnika lub spółkę niebędącą osobą prawną znaków towarowych, od których udzielane były licencje (PIT: art. 23 ust. 45a lit. a, ust. 45c, ust. 64; CIT: art. 16 ust. 64a, ust. 73). Rok 2017 był zatem ostatnim, za który można było pomniejszyć sobie przychód przy użyciu tego rodzaju kosztów.

Jednak zgodnie z (niezmienionymi ostatnią nowelizacją) przepisami (art. 23 ust. 1 pkt 6 ustawy o PIT i art. 16 ust. 1 pkt 6 ustawy o CIT) nie stanowi kosztu uzyskania przychodów niezamortyzowana część wartości początkowej środka trwałego, po zaprzestaniu jego wykorzystywania w działalności gospodarczej, w przypadku gdy wycofanie środka trwałego jest związane ze zmianą profilu działalności podatnika.

Żaden z przepisów ustaw o PIT i CIT nie wyłącza z kosztów uzyskania przychodów niezamortyzowanej wartości środka trwałego wycofanego z ewidencji środków trwałych bez zmiany profilu działalności, a tym bardziej żaden z przepisów nie wyłącza z kosztów uzyskania przychodów wycofanych z ewidencji wartości niematerialnych i prawnych – znaków towarowych (w tym przypadku bez znaczenia jest, czy wycofanie ma związek ze zmianą profilu prowadzenia działalności czy też nie).

Stąd do kwalifikacji podatkowej omawianych wydatków (możliwości zaliczenia lub nie do kosztów podatkowych niezamortyzowanej wartości początkowej znaku towarowego) zastosowanie powinny znaleźć zasady generalne, tj. należy ocenić, czy dany wydatek został poniesiony w celu osiągnięcia, zachowania lub zabezpieczenia źródła przychodów.

Możliwości zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów niezamortyzowanej wartości wycofanego z działalności znaku towarowego dotyczy wiążąca interpretacja podatkowa wydana (przez Dyrektora KAS) w indywidualnej sprawie (nr pisma: 0111-KDIB1-3.4010.478.2017.1.MST).

Opinie

W pewnym momencie Dyrektor KAS, prawdopodobnie na skutek przypływu wniosków o wydanie interpretacji przepisów w omawianym zakresie, zorientował się, że istniejące przepisy (co sam zdążył potwierdzić) dają nadal możliwość odzyskania części kosztów związanych z amortyzacją podatkową nabytego znaku towarowego.

W konsekwencji 19 kwietnia 2018 r. ukazała się opinia Szefa KAS, tym razem dotycząca wycofania znaku towarowego z działalności spółki osobowej (rebranding).

Szef KAS poinformował, że w sytuacji, w której – w ramach opisanego schematu – dojdzie do rebrandingu pozwalającego na zaliczenie do kosztów podatkowych niezamortyzowanej wartości znaków towarowych (bez zmiany profilu działalności gospodarczej), wystąpi uzasadnione przypuszczenie możliwości zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania.

Klauzula

Hasło „klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania” pojawia się coraz częściej i póki co jest wykorzystywane, jeżeli przepisy nie opodatkowują danych czynności, tj.:

  • w opiniach wydawanych przez Szefa KAS (art. 14b § 5c pkt 5 Ordynacji podatkowej);
  • w ostrzeżeniach kierowanych do podatników (w ramach realizacji zaleceń raportu końcowego OECD z 2015 r. w zakresie przeciwdziałania erozji bazy podatkowej i przerzucania zysków (BEPS), działania nr 12);
  • przy odmowie udzielania odpowiedzi na złożone wnioski o wydanie wiążących interpretacji podatkowych (art. 14b § 5b Ordynacji podatkowej).

Efekt jest taki, że tam, gdzie polskie przepisy jakichś działań nie zabroniły, podatnicy są z góry na różny sposób ostrzegani lub informowani, że nawet jeśli chcieliby coś zrobić, to robić tego nie powinni, bo Szef KAS może skorzystać z klauzuli.

Użycie klauzuli dotyczącej unikania opodatkowania stało się sposobem na tych podatników, którzy – działając w zaufaniu do państwa i stanowionego przez nie prawa – prowadzą działalność gospodarczą i dokonują rozliczeń podatkowych na zasadach przewidzianych przez obowiązujące przepisy. Dla tych, którzy chcieliby się upewnić, że zakwalifikowanie danego wydatku do kosztów uzyskania przychodów i tym samym obniżenie podstawy opodatkowania nie stanowi przypadkiem podstawy do zastosowania klauzuli o unikaniu opodatkowania, przygotowany został mechanizm opinii zabezpieczających, umożliwiających podatnikom poznanie stanowiska administracji podatkowej odnośnie do planowanych lub podjętych już transakcji, do których potencjalnie zastosowanie może znaleźć klauzula (art. 119b § 1 pkt 2, art. 119w–zf Ordynacji podatkowej). Czasochłonna (6 miesięcy) i kosztowna (20 tys. zł) procedura jak dotąd nie cieszy się popularnością wśród podatników, którzy cały czas wierzą, że to, jak dane zdarzenie zakwalifikować podatkowo, powinno wynikać wprost z przepisów.

Teoretycznie przepisy dotyczące klauzuli unikania opodatkowania nie mogą być stosowane dowolnie. Pewne ograniczenie wprowadza chociażby art. 119d Ordynacji podatkowej, który stanowi, że „czynność uznaje się za podjętą przede wszystkim w celu osiągnięcia korzyści podatkowej, gdy pozostałe cele ekonomiczne lub gospodarcze czynności, wskazane przez podatnika, należy uznać za mało istotne”. A więc tak długo, jak podatnik jest w stanie wskazać na podstawy biznesowe podejmowanych przez siebie działań i ich istotność dla prowadzonej działalności, dyspozycja art. 119a nie powinna mieć zastosowania.

Wracając do omawianej sytuacji, w przypadku, w którym podatnik będzie dysponował dokumentacją wskazującą na sens ekonomiczny i gospodarczy decyzji związanej z koniecznością wycofania z działalności znaku towarowego (np. na skutek żądania zaprzestania posługiwania się znakiem towarowym łudząco podobnym do innego zarejestrowanego wcześniej znaku), a dodatkowo będzie działał w granicach przewidzianych przez przepisy podatkowe, ostrzeżenia wydawane przez Szefa KAS nie powinny mieć wpływu na kwalifikację podatkową procesu rebrandingu.

Dlatego też za słuszne uznać należy zawarte w treści zamieszczonej ostatnio informacji Szefa KAS zastrzeżenie, że ocena stanu prawnego powinna być dokonywana dla każdego stanu faktycznego osobno.

Trzeba przy tym pamiętać, że arbitralna odmowa wydania interpretacji podatkowej podlega kontroli instancyjnej oraz sądowej. Nawet po negatywnym rozpatrzeniu zażalenia przez Dyrektora KAS podatnik może dochodzić swoich racji przed sądami administracyjnymi. Wykazanie, że postanowienia wydane przez organy KAS naruszają przepisy prawa, może doprowadzić do wyeliminowania ich z obrotu prawnego. Zmuszenie fiskusa do wydania interpretacji podatkowej może okazać się sporym wyzwaniem, ale też przynieść wymierne oszczędności podatkowe.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

W gabinetach stomatologicznych można coraz częściej skorzystać z zabiegów medycyny estetycznej. Takich klinik będzie przybywać na polskim rynku

W gabinetach stomatologicznych można coraz częściej skorzystać z zabiegów medycyny estetycznej. Takich klinik będzie przybywać na polskim rynku 6

Stomatologia to już nie tylko leczenie zębów, lecz także dbałość o estetykę twarzy, poprawianie figury czy struktury włosów – podkreśla dr Urszula Jarosz z Varsovia Dental. Choć skomplikowane zabiegi medycyny estetycznej może wykonać tylko chirurg, to stomatolog może pomóc poprawić urodę, pozbyć nadmiaru tkanki tłuszczowej, rozjaśnić cerę czy ujędrnić skórę twarzy. Lekarz stomatolog ma szeroką wiedzą na temat budowy twarzy oraz doświadczenie w zakresie stosowania różnego rodzaju procedur medycznych. Dlatego na rynku pojawia się coraz więcej gabinetów stomatologicznych z ofertą medycyny estetycznej.

 Obecnie stomatologia to nie tylko leczenie zębów, dbałość o estetykę uśmiechu, lecz także dbałość o estetykę twarzy, a nawet poprawianie figury czy struktury włosów. Medycyna estetyczna w stomatologii zyskuje na popularności dzięki chirurgii, którą wykonujemy na dziąsłach czy w jamie ustnej, oraz przez ortodoncję – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Urszula Jarosz, ortodonta, protetyk i implantolog z Varsovia Dental.

W klinikach stomatologicznych można coraz częściej nie tylko zadbać o zęby, lecz także poprawić urodę. Wśród najczęstszych zabiegów medycyny estetycznej wykonywanych w gabinecie stomatologicznym jest m.in. wampirzy lifting, czyli terapia osoczem bogatopłytkowym, która wypełnia zmarszczki, ujędrnia cerę, a także stymuluje odrost włosów oraz je zagęszcza.

Można też zdecydować się na zabieg lipolizy iniekcyjnej, przy którym pod wpływem wstrzykiwanego preparatu dochodzi do likwidacji komórek tłuszczowych, lub mezoterapię – nakłuwanie cienkimi igiełkami odpowiednich miejsc, aby zatrzymać proces starzenia. Często leczenie ortodontyczne powinno zostać uzupełnione zabiegami z zakresu medycyny estetycznej, np. korekta łuków zębowych może oznaczać konieczność korekty warg.

 Często obserwuję pacjentki, które dzięki aparatowi ortodontycznemu miały w bardzo ładny sposób podparte wargi, po zdjęciu aparatu stwierdzają, że ich wargi są dużo węższe, niż były w trakcie leczenia ortodontycznego. Jeżeli ortodonta czy stomatolog zna pacjentkę przez 2–3 lata leczenia, łatwiej może zrobić mezoterapię, czyli kwasem hialuronowym wypełnić usta w taki sposób, aby nie zniszczyć jej wyglądu, tylko poprawić to, do czego się przyzwyczaiła –tłumaczy dr Urszula Jarosz.

Choć najbardziej inwazyjne, skomplikowane zabiegi lepiej wykonywać tylko w sprawdzonych klinikach chirurgicznych, u stomatologa można z łatwością wykonać te drobniejsze, które poprawiają jakość skóry, włosów czy pomagają powstrzymać starzenie się ciała.

Według danych Data Bridge Market Research rynek medycyny estetycznej w stomatologii osiągnie wartość ponad 26,5 mld dol. w 2024 roku (przy nieco ponad 10 mld dol. w 2016 roku). Jak ocenia Urszula Jarosz, takie zabiegi są bezpieczne, o ile wykonuje je lekarz o odpowiednich kwalifikacjach. Stomatolog ma dużą wiedzę na temat budowy twarzy, wie, gdzie znajdują się wszystkie naczynia krwionośne, wiązki nerwowe i potrafi dobrać odpowiednie składniki do zabiegów. Lekarze zajmujący się medycyną estetyczną w gabinetach stomatologicznych swoją wiedzę ogólnomedyczną rozwijają na studiach podyplomowych lub specjalistycznych kursach z medycyny estetycznej. Na takie kompetencje nie zawsze można liczyć w salonach kosmetycznych.

 Taki trend obserwuje się nie tylko w Polsce, lecz także w wielu krajach Europy Zachodniej. Pacjenci lubią wykonywać zabiegi i leczyć się u kogoś, komu ufają. Lekarz stomatolog zwykle przez dłuższy czas prowadzi pacjenta, wiadomo więc, czy ma delikatną rękę. Dzięki temu łatwiej podjąć decyzję o poddaniu się zabiegom, które nie zawsze są przyjemne – podkreśla dr Urszula Jarosz.

Legalni bukmacherzy sfaulowani przez urzędników?

Legalnie działający w Polsce bukmacherzy chcą przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej dostosować ofertę do oczekiwań klientów – utrudnia to jednak powoli działające Ministerstwo Finansów. Przeciąga ono procedurę zmiany regulaminu zakładów bukmacherskich, która jest niezbędna do wprowadzenia tymczasowej rejestracji konta użytkownika. Jeśli ten rodzaj rejestracji nie zostanie szybko wdrożony, gracze postawią na serwisy zagranicznych firm, które kierują swoją ofertę do polskich graczy nielegalnie, ale w których rejestracja jest błyskawiczna.

Takie wydarzenia jak Mistrzostwa Świata w piłce nożnej zawsze powodują, że ruch u bukmacherów wzrasta kilkukrotnie. Zacięta rywalizacja nie toczy się więc tylko na boisku, ale również między samymi firmami bukmacherskimi, które walczą między sobą o klienta. Jednym z najważniejszych oręży w tej walce jest łatwość rejestracji w serwisie internetowym i szybkość postawienia zakładu. Wielu graczy właśnie te cechy ceni sobie najbardziej. Fakt, czy dany bukmacher posiada, czy nie posiada zezwolenia na organizowanie zakładów w Polsce w przypływie piłkarskich emocji schodzi dalszy plan. Zagraniczni operatorzy, którzy nie podlegają reżimowi polskich przepisów rejestracji nowych klientów dokonują błyskawicznie. Z kolei polscy bukmacherzy zmuszeni do przestrzegania polskiego porządku prawnego (i płacenia w Polsce podatków) zmuszeni byli zaimplementować skrupulatne i czasochłonne procedury weryfikacji graczy.

Dlatego legalni operatorzy, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom graczy, chcą wprowadzić konta tymczasowe, przewidujące uproszczoną procedurę rejestracji nowych klientów. Niektórym bukmacherom Minister Finansów już na to zezwolił i zatwierdził stosowne zmiany w ich regulaminach. Niestety pozostali wciąż czekają na decyzję resortu finansów. I jeśli się jej nie doczekają, to wielu ich potencjalnych klientów wybierze serwisy nielegalne. Winić będzie można mentalność polskiego urzędnika i zwykłą biurokrację.
Na czym polega uproszczona procedura rejestracyjna? Klient korzystający z konta tymczasowego będzie mógł dokonać ograniczonego depozytu pieniędzy, które przeznaczy na zakłady. Ponadto konto tymczasowe uniemożliwi dokonanie jakichkolwiek wypłat pieniężnych do czasu ukończenia pełnej rejestracji, na co gracz będzie miał 30 dni od dnia dokonania rejestracji uproszonej. Podsumowując: wilk syty i owca cała, bo gracz będzie mógł w łatwy sposób dokonać rejestracji i postawić zakład, przy czym jednocześnie będzie miał obowiązek dopełnienia wszystkich formalności w określonym terminie.

W celu dostosowania swojej działalności do wymagań rynku i nawiązania realnej konkurencji z zagranicznymi bukmacherami, polscy operatorzy muszą dokonać zmian w swoich ofertach, a to każdorazowo wymaga zgody Ministerstwa. Zgodnie z przepisami ustawy o grach hazardowych rozpatrzenie wniosku w sprawie zatwierdzenia regulaminu lub jego zmiany następuje w terminie 6 miesięcy od dnia jego złożenia. Jest to wyjątkowo długi termin na załatwienie sprawy, zupełnie nieprzystający do dynamiki życia gospodarczego, w którym gdzie decyzje trzeba podejmować szybko i na bieżąco. W przeciwnym razie z tego rynku się wypada, a coraz większą jego część zagarniają dla siebie zagraniczni bukmacherzy. Co gorsze, resort finansów nawet w przypadku niezbyt skomplikowanej zmiany wcale nie kwapi się, aby zatwierdzać ją przed upływem tego półrocznego terminu. Tym samym niektórzy polscy bukmacherzy mogą nie zdążyć dostosować swojej oferty do realiów rynku przed rozpoczęciem Mistrzostw Świata.

Szara strefa w zakładach bukmacherskich jest nadal duża i resortowi finansów powinno zależeć na tym, aby robić wszystko by jej rozmiar ograniczyć. Trzeba bowiem pamiętać, że jeśli gracz wybierze polskiego bukmachera, to nawet jeśli swój zakład przegra, Skarb Państwa zyska na tym 12 proc. z podatku pobieranego od każdego zakładu. Jeśli natomiast wybierze bukmachera zagranicznego, to Polska całkowicie przegrywa. Wygrywa zaś sprytny zagraniczny operator i budżet innego państwa, najczęściej raju podatkowego.

Opieszałe rozpatrywanie wniosków powoduje zatem, że polscy bukmacherzy będą na straconej pozycji w rywalizacji z bukmacherami, którzy nie posiadają zezwolenia Ministra Finansów na urządzanie zakładów i w Polsce podatków nie płacą. Odpływ graczy spowoduje, że straci polski legalny biznes. A w rezultacie stracą wszyscy, bo miliony złotych z podatków zamiast do naszego budżetu, trafią za granicę.

W związku z tym Ministerstwo Finansów powinno ogłosić w najbliższych dniach pełną mobilizację i na poważnie zająć się sprawami legalnie działających bukmacherów, aby zapewnić im w tej trudnej rywalizacji z szarą strefą choć odrobinę zasad fair play .

Łukasz Czucharski, Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej

Nowy typ umów dla pomocników sezonowych przy zbiorach. Może zlikwidować szarą strefę w rolnictwie

Nowy typ umów dla pomocników sezonowych przy zbiorach. Może zlikwidować szarą strefę w rolnictwie 7

Nowelizacja ustawy o ubezpieczeniu społecznym rolników reguluje zatrudnianie pomocników przy zbiorach. Wprowadza dla nich specjalny typ umowy cywilnoprawnej, która może zostać zawarta na maksymalnie 180 dni w ciągu roku. Rolnik, który zatrudnia pomocnika na podstawie takiej umowy, musi odprowadzić za niego zryczałtowane składki na ubezpieczenia wypadkowe, macierzyńskie, chorobowe oraz składkę zdrowotną. Nowy typ umów może ucywilizować zatrudnianie pracowników sezonowych, którzy bardzo często pracują na czarno.

Nowela wprowadza do obrotu nowy typ umowy cywilnoprawnej – będzie to tzw. umowa o pomocy przy zbiorach. Może ona zostać zawarta z pomocnikiem rolnika, czyli osobą, która pomaga mu przy zbiorach owoców, warzyw czy innych płodów rolnych.

– Tym, co jest rewolucyjne w nowej umowie, jest fakt, że będzie ona podlegać oskładkowaniu. Składki będzie płacił rolnik, który zatrudni pomocnika. Będą to składki na ubezpieczenia wypadkowe, macierzyńskie, chorobowe oraz składka zdrowotna, przy czym będą one zryczałtowane. Ich wysokość będzie kształtować się na poziomie około 180 zł miesięcznie – mówi agencji Newseria Biznes Monika Kolasińska, radca prawny w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Nowy typ umów ma szansę ucywilizować branżę zatrudniania pracowników sezonowych, ponieważ dotychczas bardzo często wykonywali oni prace w szarej strefie – de facto bez żadnych umów, a więc automatycznie również bez żadnego ich oskładkowania.

Do tej pory pracownicy sezonowi byli najczęściej zatrudniani albo na zasadzie zupełnego braku umowy, czyli wykonywali swoją pracę w szarej strefie, albo też na podstawie umowy o dzieło, ponieważ jest ona nieoskładkowana. Jest to bardzo problematyczne, ponieważ charakter prac związanych ze zbieraniem owoców czy warzyw niespecjalnie nakłada nam się na charakter umowy o dzieło, która jest umową rezultatu. Tutaj trudno mówić o takim rezultacie, zwłaszcza kiedy ta praca sezonowa jest wykonywana przez dłuższy czas, w okresie zbiorów, na przykład przez całe wakacje – wyjaśnia Monika Kolasińska.

Zgodnie z nowelizacją umowa o pomocy przy zbiorach może zostać zawarta także z osobami pracującymi w Polsce na podstawie zezwolenia na pracę. To istotne o tyle, że prac sezonowych bardzo często podejmują się w Polsce pracownicy ze Wschodu, głównie z Ukrainy i Białorusi, którzy często są zatrudniani na czarno. W ich sytuacji największym atutem będzie możliwość legalnego zatrudnienia przy stosunkowo niewielkim koszcie po stronie pracodawcy.

Zmiany oceniam jako mały krok naprzód. Dlaczego mały? Przedstawiciele pracowników i związków zawodowych zwracają uwagę na to, że znowelizowana ustawa nie będzie zawierała żadnych gwarancji dotyczących minimalnego wynagrodzenia dla osób wykonujących pracę sezonową. Jest to problematyczne o tyle, że nie będziemy mieli żadnej gwarancji uposażenia, które będzie otrzymywał pomocnik rolnika w zamian za wykonywanie swojej pracy – wskazuje Monika Kolasińska.

Minusem jest też fakt, że nowa ustawa nie wprowadza żadnych dodatkowych gwarancji zabezpieczających takiego pomocnika, dotyczących na przykład maksymalnego czasu pracy czy kwestii związanych z wymogami BHP.

Nowelizacja ustawy o ubezpieczeniu społecznym rolników oraz niektórych innych ustaw została podpisana przez prezydenta 8 maja. Większość jej zapisów weszła w życie w ubiegłym tygodniu, zapisy dotyczące organów np. Prezesa Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, wojewody i starosty zaczną obowiązywać od 1 stycznia 2019 roku.

Premium RE Summit już w czerwcu w Warszawie

Najważniejsi przedstawiciele sektora real estate, zarządcy nieruchomości, deweloperzy, inwestorzy, przedstawiciele instytucji finansowych i sieci handlowych spotkają się w Hotelu Sheraton podczas „Premium RE Summit”. Konferencji przyświecać będzie idea debaty o perspektywicznych kierunkach rozwoju i wyzwaniach przed jakimi stoją firmy związane z rynkiem handlowym i branżą nieruchomości. Wydarzenie odbędzie się 11 czerwca w hotelu Sheraton pod patronatem honornym Polskiej Izby Handlu.

Polska jest liderem w regionie Europy Centralnej i Południowej pod względem wartości transakcji na rynku nieruchomości, jednocześnie polski rynek staje się coraz dojrzalszy i bardziej wymagający. Przed branżą real estate stoją wyzwania związane z globalizacją, digitalizacją i cyfryzacją. Rozwój technologii wpływa na wszystkie rynki – handlowy, magazynowy, biurowy. Zaproszeni eksperci wypracują innowacyjne rozwiązania dla branży, wskażą perspektywy rozwoju w kontekście nowych technologii i globalnych trendów. Zmiany regulacji prawnych na rynku nieruchomości, programy rządowe, wprowadzenie nowych narzędzi inwestycyjnych, big data oraz e-commerce to istotne problemy, nad którymi pochylą się prelegenci podczas „Premium RE Summit”.

Do udziału w konferencji zostali zaproszeni między innymi: Grzegorz Furtak – ekspert
w dziecinie pricingu, założyciel pricingLAB; Mariusz Rodak – Dyrektor Generalny BPI Polska, Michał Olszewski – Zastępca Prezydenta m. st. Warszawy, Renata Juszkiewicz – Prezes Zarządu, Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, Iain Maxwell – Dyrektor Zarządzający Canon Polska, Beata Osiecka – Prezes Zarządu Kinnarps Polska czy Katarzyna Zawodna – Prezes Zarządu, Skanska Commercial Development Europe.

Rejestracja na wydarzenie już otwarta: http://www.executive-club.com.pl/konferencje/european-retail-congress/11-czerwca-2018/rejestracja/

Włoskie pomysły…

Nowe władze Italii nie przestają zaskakiwać. Najpierw chcą umorzenia długu, który jest w posiadaniu EBC. Kilka dni po wycofaniu się z tego pomysłu zamierzają wyemitować równoległą walutę, by finansować rosnące wydatki. A potrzeb jest co niemiara – nawet 100 dodatkowych mld euro każdego roku. To wszystko jednak zamiast dolce vita może się skończyć dla Włoch śmieciowym ratingiem – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Włochy po wyborach zachowują się jakby złowiły złotą rybkę, albo przynajmniej odkryły roponośne złoża równe tym w Zatoce Perskiej. Nagle na wszystko mają znaleźć się pieniądze. Niższy wiek emerytalny – proszę bardzo. Dochód gwarantowany w wysokości 760 euro miesięcznie – nie ma problemu. Skoro już zagościł powszechny dobrobyt, to jeszcze obniżymy podatki – 15 lub 20 proc. liniowej daniny od gospodarstw domowych oraz przedsiębiorstw. Bogaci nie muszą przecież płacić wysokich podatków…

Gdy jednak nowe władze w Rzymie zejdą na ziemię, będą musiały zmierzyć się z szarą rzeczywistością. Kraj ma czwarty najwyższy poziom długu do PKB wśród wszystkich ocenianych przez S&P Global Ratings państw. Wynosi on ponad 130 proc. Potencjalny wzrost gospodarczy jest w okolicach 1 proc. głównie ze względu na starzejące się społeczeństwo i niską produktywność. Coroczny strukturalny deficyt jest na poziomie ok. 2,0 proc. PKB – jak wynika z wiosennych szacunków Komisji Europejskiej. Włochy mogą sobie pozwolić na maksymalnie kilkanaście miliardów euro dodatkowych wydatków. Skąd więc wezmą 100 mld euro na spełnienie wyborczych obietnic?

Włosi będą płacić walutą równoległą?

Gdy brakuje pieniędzy często pojawiają się nietuzinkowe pomysły. Tę zasadę potwierdza przykład władz nad Tybrem. Żeby kosztowne projekty nie zwiększyły krajowego zadłużenia i nie został przekroczony limit deficytu według kryterium z Maastricht, pojawiła się idea równoległej waluty.

Tą walutą miałyby być krótkoterminowe instrumenty dłużne rządu, których nie wlicza się do zadłużenia sektora finansów publicznych, ale stanowią jednocześnie quasi środek płatniczy – IOU (I Owe yoU – fonetycznie z angielskiego “jestem ci winien”). Przykładowo państwo buduje drogę, ale zamiast zapłacić za nią prywatnemu wykonawcy w euro firma budowlana otrzymuje częściowo zapłatę w IOU.

Otrzymane IOU przez przedsiębiorstwo może zostać wykorzystane np. do zapłacenia podatków. Z IOU mogliby korzystać także zwykli obywatele, np. płacąc za usługi użyteczności publicznej czy nawet za bilety komunikacji zbiorowej. Zalety? IOU nie będzie wliczać się do zadłużenia, a więc Bruksela nie powinna się zbyt mocno czepiać Rzymu za brak dyscypliny fiskalnej.

Według Ligi, jednej z dwóch koalicyjnych partii, emisja 70-100 mld euro w IOU pozwoli „dać kopa gospodarce” – pisze agencja Bloomberg. Prawda jest jednak zupełnie inna. Na razie to pomysły emisji „ukrytego długu” dały kopa rentownościom obligacji skarbowych Włoch, które wystrzeliły do niespełna trzyletnich szczytów. Włosi muszą teraz płacić za pożyczanie na 10 lat znacznie więcej niż np. Portugalia, której rating jest na poziomie śmieciowym.

Rating pod obserwacją

Inwestorzy po kryzysie zadłużeniowym z 2012 r. są bardzo wrażliwi na różnego rodzaju sztuczki. Grecy także mieli pomysł wprowadzenia waluty równoległej i wszyscy pamiętają, jak to się skończyło – faktycznym bankructwem kraju.

Niezależnie, czy pomysły Ligii oraz Ruchu 5 Gwiazd o wprowadzeniu równoległej waluty spełnią się, agencje ratingowe będą szybko reagować na jakiekolwiek projekty poważnego zwiększenia obciążeń fiskalnych Włoch – ukrytych bądź jawnych. Dodatkowe koszty na poziomie 100 mld euro rocznie na pewno spowodują nakręcenie się spirali zadłużenia i zaburzenie stabilności włoskiego długu.

Pod koniec kwietnia, jeszcze przed uformowaniem się nowej koalicji, S&P ostrzegał, że „jeżeli nowy rząd zrezygnuje z konsolidacji fiskalnej lub odwróci reformy strukturalne”, rating może być pod presją. W poniedziałek natomiast Fitch pisał, że koalicja populistycznych partii poprzez silne złagodzenie fiskalne i potencjalną utratę wiarygodności zwiększa ryzyka dla profilu kredytowego kraju.

To się źle skończy

Niezależnie, czy Włochy zdecydują się silną stymulację fiskalną, czy też zrezygnują z bizantyjskich wydatków, i tak całe zamieszanie źle skończy się dla Italii. W pierwszym przypadku dług do PKB wystrzeli w górę, co praktycznie na pewno sprowokuje redukcję ratingu do śmieciowego.

W drugim natomiast jeżeli populistyczne partie zrezygnują ze swoich planów, wtedy jeszcze bardziej zmniejszy się zaufanie społeczne do lokalnej polityki. A to w kolejnym wyborczym rozdaniu tylko zradykalizuje poglądy Włochów i zwiększy presję na realizację fatalnych gospodarczo propozycji.

Nowe obowiązki dla spółek w ustawie o KRS

dr Anna Rataj, radca prawny, Senior Associate w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie
dr Anna Rataj, radca prawny, Senior Associate w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie

W dniu 15.03.2018 r. weszła w życie ustawa z 26.01.2018 r. o zmianie ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2018 r., poz. 398). Obok elektronicznych sprawozdań finansowych ustawa wprowadziła kolejną nowość – nałożyła na spółki obowiązki w zakresie przekazywania sądowi rejestrowemu adresów określonych kategorii osób.

Obowiązek zgłaszania adresów osób reprezentujących spółkę wraz z oświadczeniem o zgodzie na powołanie

Zgodnie z nowym art. 19a ust. 5 UKRS, do wniosku o wpis do rejestru osób reprezentujących podmiot (członków zarządu), likwidatorów oraz prokurentów należy dołączyć oświadczenie takich osób o wyrażeniu zgody na powołanie, oraz wskazać ich adresy do doręczeń. Wymogu dołączenia oświadczenia obejmującego zgodę nie stosuje się, jeżeli wniosek o wpis jest podpisany przez osobę, która podlega wpisowi albo która udzieliła pełnomocnictwa do złożenia wniosku o wpis, albo której zgoda jest wyrażona w protokole z posiedzenia organu powołującego daną osobę lub w umowie spółki.

Spółki figurujące w rejestrze mają obowiązek złożyć takie oświadczenie wraz z pierwszym wnioskiem składanym do sądu rejestrowego, jednak nie później niż 18 miesięcy od wejścia zmiany UKRS w życie (tj. do 15 września 2019 r.), chyba, że dane adresy do doręczeń znajdują się w aktach rejestrowych.

Ponadto, zgodnie z art. 19a ust. 5b UKRS, każdą zmianę adresu do doręczeń osób wskazanych w ust. 5 należy przedstawić sądowi rejestrowemu wraz z oświadczeniem wskazanym powyżej. Zgłoszenie zmian nie podlega opłacie sądowej. Zgłoszenia mogą być składane przez podmiot wpisany do KRS lub przez osoby, które są zobowiązane do przekazywania i aktualizowania swoich adresów do doręczeń.

Obowiązek zgłaszania adresów osób uprawnionych do powołania zarządu

Nowy przepis art. 19a ust. 5d UKRS wprowadził obowiązek złożenia listy obejmującej nazwisko i imię oraz adres do doręczeń albo firmę lub nazwę i siedzibę członków organów lub osób uprawnionych do powołania zarządu. W przypadku, gdy wspólnikiem jest osoba prawna (np. spółka zagraniczna), należy podać imiona i nazwiska oraz adresy do doręczeń członków organu uprawnionego do reprezentowania tej osoby prawnej. Każdorazową zmianę tych osób oraz danych tych osób należy zgłosić sądowi rejestrowemu, przedkładając nową listę.

Spółki figurujące w rejestrze mają obowiązek złożyć taką listę przy pierwszym wniosku składanym do sądu rejestrowego, jednakże nie później niż 18 miesięcy od momentu wejścia w życie zmian UKRS (tj. do 15 września 2019 r.)

Również w tym przypadku każdą zmianę adresu do doręczeń osób wskazanych w ust. 5d należy przedstawić sądowi rejestrowemu wraz z oświadczeniem wskazanym powyżej. Zgłoszenie zmian nie podlega opłacie sądowej. Zgłoszenia mogą być składane przez podmiot wpisany do KRS lub przez osoby, które są zobowiązane do przekazywania i aktualizowania swoich adresów do doręczeń.

Podsumowanie

W uzasadnieniu do projektu ustawy z 26.01.2018 r. o zmianie ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2018 r., poz. 398) wskazano, iż w dotychczasowej praktyce sądów rejestrowych powszechnym problemem było nieskuteczne doręczanie wezwań do członków organów spółek oraz osób uprawnionych do ich reprezentacji. Powodowało to między innymi, że w przypadku postępowań przymuszających sąd rejestrowy musiał ustalać aktualne adresy osób, na które nałożono grzywnę, co nie zawsze pozwalało na skuteczne doręczenie postanowień członkom organów i umożliwienie im zaskarżenia takiego orzeczenia, a ponadto generowało koszty po stronie sądu.

Do chwili zgłoszenia zmiany adresu doręczenia będą dokonywane przez sąd rejestrowy na dotychczasowy adres przekazany do akt rejestrowych. Z przepisów kodeksu postępowania cywilnego wynika, że w razie niemożności doręczenia pisma procesowego (orzeczenia) z uwagi na niezgłoszenie oświadczenia o zmianie adresu do doręczeń, pozostawiane ono będzie w aktach sprawy ze skutkiem doręczenia, chyba że inny adres do doręczeń lub miejsce zamieszkania i adres będą sądowi znane.

Przekazywane sądowi rejestrowemu adresy nie są wpisywane do rejestru lecz jedynie gromadzone w aktach rejestrowych spółki. Należy jednak pamiętać, że akta te są jawne. Zgodnie z art. 10 ust. 1 UKRS każdy ma prawo przeglądania akt rejestrowych podmiotów wpisanych do KRS, chyba że ustawa stanowi inaczej.

EY Global Delivery Services Poland otwiera nowe biura w Warszawie i Wrocławiu

Coraz mniej Polaków myśli o emigracji, ale do wyjazdu szykują się debiutanci

Tylko 11,8%, aktywnych lub potencjalnych uczestników polskiego rynku pracy, rozważa emigrację zarobkową. Jest to wynik najniższy od 4 lat – wynika z raportu „Migracje zarobkowe Polaków VIII” publikowanego przez Work Service. Coraz częściej dobra praca w kraju zatrzymuje Polaków na rodzimym rynku pracy, choć różnice płacowe nadal stanowią najsilniejszy magnes emigracyjny. Co ciekawe, 56% osób, które myślą o zagranicznym zatrudnieniu, to debiutanci, czyli osoby, które po raz pierwszy będą emigrować za pracą.

Z najnowszej, ósmej, edycji raportu „Migracje Zarobkowe Polaków” wynika, że obecnie 11,8% Polaków rozważa zagraniczny wyjazd zarobkowy. To wynik o 2 p.p. niższy niż w poprzedniej edycji badania, a zarazem najniższe wskazanie w historii badań realizowanych przez Work Service. Pula osób, które zdecydowanie lub raczej myślą o emigracji to 8% całej dorosłej populacji Polski, czyli niemal 2,6 mln osób. To, co stanowi niepokojący sygnał, to wzrost o 4 p.p. odsetka wskazań, wśród osób planujących wyjazd na stałe. Brak powrotu do kraju zakłada obecnie 24% badanych. Co równie istotne, 1/3 badanych, bez względu na planowaną długość wyjazdu, planuje zabrać ze sobą rodzinę, która do tej pory historycznie stanowiła największą barierę migracyjną. W przypadku wyjazdów na stałe, ten odsetek sięga już 40% wskazań.

Obecna sytuacja jest dość złożona, bo z jednej strony wyraźnie widzimy, że poprawiająca się sytuacja na rynku pracy wyhamowuje plany emigracyjne, czego potwierdzeniem jest wskazanie jedynie 8% badanych mówiących o potrzebie wyjazdu ze względu na brak pracy w kraju. Co więcej, 3/4 Polaków absolutnie odrzuca możliwość poszukiwania zagranicznej pracy, co jest najwyższym wskazaniem w historii naszych badań. Z drugiej strony widzimy, że 56% osób myślących o emigracji to debiutanci, a więc Polacy po raz pierwszy planujący ten krok. Paradoksalnie nie są to jedynie osoby młode. W tej grupie przeważają Polacy w średnim wieku, którzy zdobyli już doświadczenie na polskim rynku pracy. Biorąc pod uwagę te wszystkie trendy możemy powiedzieć, że nie tylko nowa (mniej liczna) grupa Polaków planuje wyjechać, ale pojawiają się w niej osoby chcące po raz pierwszy spróbować życia za granicą, a przy tym rośnie ryzyko, iż nasza gospodarka w trwały sposób może te osoby utracić – komentuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.Coraz mniej Polaków myśli o emigracji, ale do wyjazdu szykują się debiutanci

Profil potencjalnego emigranta

Emigrację najczęściej rozważają osoby młode, między 18 a 34 rokiem życia (51%). Warto podkreślić, że o 6 p.p. wzrosło zainteresowanie pracą za granicą w grupie wiekowej 35-44 lata. Co istotne, 85% planujących wyjazd stanowią osoby niemające wyższego wykształcenia. Obecnie tylko 1/5 Polaków z wykształceniem zawodowym myśli o wyjeździe, co stanowi wskazanie o 9 p.p. niższe niż w poprzedniej edycji badania. Aż 69% osób, które chcą emigrować posiada zatrudnienie, a jedynie 13% bezrobotnych myśli o wyjeździe. Pod względem miejsca zamieszkania wyróżnia się region centralny, a więc województwa mazowieckie i łódzkie, w których 31% respondentów myśli o emigracji. Dla porównania, na Dolnym Śląsku podobne deklaracje składa tylko 5% Polaków. Co więcej, ponad 2/3 potencjalnych emigrantów pochodzi z terenów wiejskich lub małych miejscowości do 100 tys. mieszkańców.

Większość deklarujących opuszczenie naszego kraju to osoby młode lub w średnim wieku, a jednocześnie blisko 1/4 osób pragnie uczynić to na stałe. Korelacja tych czynników w połączeniu z czynnikiem demograficznym nabiera zupełnie nowego, szczególnego znaczenia dla kształtowania polityki społecznej państwa. Przyjmując, że dane i założenia GUS z 2016 roku potwierdzą się i udział osób starszych w populacji mieszkańców Polski zwiększy się z 21,5% w 2013 roku mln do 40,4% (13,7 mln) w roku 2050, to przy zachowaniu trendu migracyjnego osób młodych w kolejnych latach, zachowaniu homogenicznego układu struktury populacji i tendencji do zamykania się na migrantów przybywających do Unii Europejskiej oraz bezpośrednio do Polski – grozi nam kryzys całego systemu rynku pracy, jak i pomocy socjalnej – podkreśla Łukasz Polinceusz, Ekspert Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego.Coraz mniej Polaków myśli o emigracji, ale do wyjazdu szykują się debiutanci 2

Powody i bariery emigracji bez zmian

Głównym i niezmiennym powodem, który skłania Polaków do emigracji są wyższe niż w naszym kraju zarobki. Obecnie przeszło 8 na 10 badanych rozważających podjęcie pracy poza Polską wskazuje na różnice płacowe. Drugim, najważniejszym czynnikiem dla badanych jest wyższy standard życia (36%), a na trzecim miejscu, po raz pierwszy tak wysoko w zestawieniu, pojawiły się czynniki związane z polityką socjalną (29%). W hierarchii czynników skłaniających do wyjazdu o 12 p.p. spadła liczba osób, które szukają lepszych perspektyw zawodowych, a o 16 p.p. zmniejszył się odsetek osób narzekających na brak odpowiedniej pracy w kraju. Z kolei, po stronie barier migracyjnych na pierwszej pozycji pozostaje przywiązanie do rodziny i przyjaciół, na którą wskazuje 64% badanych. Co istotne, 40% Polaków nie chce emigrować z powodu atrakcyjnej pracy w kraju, co jest wyższym wskazaniem o 5 p.p. w porównaniu do wyników sprzed roku. Tylko 5% Polaków boi się emigracji ze względu na złe traktowanie naszych rodaków poza krajem.

***

Informacje o badaniu:

Dane prezentowane w ramach raportu Migracje Zarobkowe Polaków VIII zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut badawczy Kantar Millward Brown S.A. Badanie zostało zrealizowane w okresie 20-29 marca 2018 r.

Badanie zrealizowano na próbie N=708 osób pracujących, bezrobotnych, uczących się oraz przebywających na urlopach macierzyńskich i wychowawczych. Próbę dobrano z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (zgodnej ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania). Wykluczono z niej: emerytów, rencistów oraz osoby zajmujące się domem. Wyniki poddano procedurze ważenia na podstawie struktury zmiennych rekrutacyjnych wg. danych GUS. Dokładność wyników zależy o liczebności analizowanej grupy i odsetka odpowiedzi. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby N=708 to +/- 3,75%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach projektu CATIBUS .

Kurs funta zyskuje. Złoty wyraźnie odżywa

Pierwsza połowa wczorajszego dnia przyniosła osłabienie polskiej waluty – kurs EUR/PLN wzbił się w okolice poziomu 4,31, tym samym był najwyżej od października ubiegłego roku. W drugiej części dnia złoty jednak zaczął wyraźnie odżywać.

W pierwszej kolejności warto zwrócić uwagę, iż polskiej walucie sprzyjało umocnienie euro. Para EUR/USD po pięciu dniach nieprzerwanych spadków i zejściu do najniższego poziomu od końcówki ubiegłego roku, ostatecznie wczoraj przerwała złą passę, kończąc dzień na plusie, nawet pomimo wzrostu niepokoju na południu Europy, odzwierciedlonego w rosnących rentownościach obligacji rządu Włoch.

Złotemu docelowo mogło pomóc również zawieszenie konfliktu handlowego na linii USA-Chiny (USA zgodziły się na nie nakładanie sankcji handlowych w zamian za redukcję chińskiej nadwyżki w handlu z USA), które nieco rozbudziło apetyt do ryzyka, co było widoczne na parkietach giełd amerykańskich, jak i na GPW.

Na przestrzeni ostatnich kilkunastu godzin dodatkowo obserwowaliśmy spadek rentowności polskich obligacji 10-letnich. Wzrost cen krajowych papierów może sugerować pozytywny dla złotego ruch kapitału w naszą stronę.

Dane z krajowej gospodarki również były dobre, jednak raczej nie przełożyły się na wzmocnienie waluty. Produkcja przemysłowa w kwietniu rosła o ponad 9% i była zbliżona do oczekiwań konsensusu. Dobry odczyt po części powiązać można z efektami statystycznymi i faktem, że w kwietniu br. mieliśmy o jeden dzień roboczy więcej niż rok wcześniej, jednak niezależnie od okoliczności trudno nazwać 9-procentowy wzrost indeksu rozczarowującym. Pytanie, czy uda się utrzymać aktywność w sektorze. Patrząc na Europę Zachodnią i Niemcy wydaje się, że może być to trudne.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek obniżył się o 0,2%, wahając się w widełkach 4,29-4,31. Wspólna waluta była wczoraj w stanie odrobić (wprawdzie niewielką) część ostatnich strat w parze z dolarem amerykańskim i kontynuuje dobrą passę również dziś.

Nie można jednak zapominać o tym, że napięta sytuacja we Włoszech nadal wpływa na rynek obligacji. To z kolei skupia na sobie uwagę Europejskiego Banku Centralnego, czyli – z uwagi na prowadzony przez Bank skup obligacji krajów strefy euro w ramach programu QE – jednego z głównych kupujących włoskie papiery. EBC obecnie posiada włoskie obligacje o wartości ok. 340 mld EUR. Aby pojąć skalę: obligacje w rękach EBC mają wartość  ponad 130% włoskiego PKB. Bank będzie ich miał jeszcze więcej, tak długo jak będzie skupował europejskie obligacje w ramach programu QE i reinwestował środki uzyskiwane z zapadających obligacji (obecnie realną datą wygaszenia programu QE wydaje się grudzień).

Co ciekawe, różnica między rentownościami papierów dwóch krajów Starego Kontynentu uznawanych za ryzykowne: Włoch i Hiszpanii jest obecnie największa od sześciu lat, wyraźnie wskazując gdzie w obecnym momencie inwestorzy dostrzegają ryzyko.

Obecnie obaw nie budzi sam fakt utworzenia populistycznej koalicji, a raczej to, że inwestorzy muszą podejmować decyzje w środowisku zwiększonej niepewności: obecnie nie mamy żadnych konkretnych informacji jak będzie wyglądać polityka nowego rządu. Rynek zakłada jedynie, że populiści będą znajdować się na kursie kolizyjnym z UE oraz, że mogą prowadzić zaawansowane (nie wiadomo czy odpowiedzialne) działania fiskalne.

GBP

Kurs GBP/PLN  w poniedziałek obniżył się o 0,9%, wahając się w widełkach 4,88-4,92. Brytyjskiej walucie cały czas szkodzą: brak podwyżek ze strony BoE (i brak pozytywnych sygnałów sugerujących, że owe podwyżki niedługo nadejdą), słabsze wyniki gospodarcze i obawy o negocjacje w kwestii Brexitu. W obliczu braku istotniejszych informacji z kraju, funt w znaczącym stopniu reaguje jednak również na sytuację zewnętrzną, odpowiadając na zmiany na głównej parze.

Dziś jednak indeks GBP zyskuje. Brytyjską walutę wspierają słowa jednego z członków Banku Anglii, Gertjana Vlieghe. W swojej wypowiedzi poinformował, że na przestrzeni horyzontu prognozy (trzech najbliższych lat) spodziewa się nieco większej liczby podwyżek stóp procentowych niż obecnie zakładają rynki (inwestorzy obecnie nie są przekonani, czy dojdzie nawet do trzech podwyżek). W jego opinii możliwych jest nawet sześć podwyżek, jednak wszystko będzie zależało od sytuacji w gospodarce Zjednoczonego Królestwa.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek obniżył się o 0,3%, wahając się w widełkach 3,64-3,67. Amerykańska waluta na początku bieżącego tygodnia przerwała ostatnie, wielodniowe umocnienie, co po części związane jest prawdopodobnie z wyhamowaniem wzrostu rentowności amerykańskich papierów dłużnych, poprawą sentymentu do ryzyka i wzmocnieniem europejskiej waluty.

Kluczową informacją, która w ostatnim czasie napłynęła z USA jest porozumienie z Chinami. Stany Zjednoczone zgodziły się wstrzymać wprowadzenie taryf celnych na import produktów z Chin, w zamian za co Chiny zobowiązały się doprowadzić do redukcji amerykańskiego deficytu w handlu z Państwem Środka. Informacje, które otrzymaliśmy są dosyć ogólne, jednak wystarczyły, aby nieco wesprzeć sentyment do aktywów ryzykownych.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

Brak istotnych publikacji

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Biura przyszłości – wyniki badań dotyczące trendów i kierunków rozwoju powierzchni biurowych do 2020 r.

  • Według ponad 67% polskich najemców biur w przyszłości najważniejszą cechą nowoczesnej powierzchni biurowej będą strefy relaksu i rekreacji.
  • Dwie trzecie firm bierze pod uwagę zmieniające się wymagania młodego pokolenia pracowników przy wyborze biura.
  • Pokolenie tzw. millenialsów (84%) oczekuje, że ich miejsce pracy będzie znajdowało się w lokalizacji z łatwym dojazdem.

Najemcy powierzchni biurowej w Polsce oczekują, że biura przyszłości będą przede wszystkim komfortowe, a zapewnić mają to strefy relaksu z wygodnymi fotelami, grami lub wspólną jadalnią – taki wniosek płynie z badania przeprowadzonego przez Union Investment we współpracy z Keralla Research Institute. Badanie obejmowało reprezentatywną próbę 150 najemców na siedmiu największych polskich rynkach biurowych. Z badania wynika, że nowoczesna powierzchnia biurowa powinna się charakteryzować przede wszystkim: nowoczesnym systemem klimatyzacji i wentylacji (80%), wysokim i przestronnym wnętrzem (78%) oraz – co ważne – dostępem do naturalnego światła (74%).

Najbardziej pożądane biuro może być albo przestrzenią otwartą z wydzielonymi strefami pracy i relaksu, albo powierzchnią podzieloną na osobne biura dla dwóch-trzech osób. Anonimowy „open space”, w którym myślą przewodnią jest zmieszczenie jak największej liczby stanowisk pracy na jak najmniejszej przestrzeni, nie budzi już entuzjazmu wśród polskich najemców biur.

Strefy relaksu zwiększają komfort

Jak podkreślają autorzy badania, w kolejnych latach możemy spodziewać się, że oczekiwania najemców będą rosnąć. Dwie trzecie badanych najemców deklaruje, że od nowoczesnego budynku biurowego oczekiwać będą zapewnienia stref relaksu. Mogą to być np. strefy ciszy z wygodnymi siedzeniami, bezpłatna siłownia czy wspólna jadalnia. Ponad połowa ankietowanych (57%) ceni także to, że zarządca budynków bez dodatkowych kosztów oferuje  powierzchnie wcześniej rozplanowane i przygotowane pod oczekiwania danego najemcy. Ponad 50% respondentów wskazywało także bogatą ofertę gastronomiczną i usługową w budynku, a także dobre wyciszenie pomieszczeń.

Wyniki badania potwierdzają, że przyjęliśmy słuszne założenie zakładając, że komfort powinien być priorytetem jeśli chodzi o powierzchnie biurowe w naszym portfolio – mówi Christian Jansen, menedżer ds. współpracy z najemcami na rynku polskim w Union Investment Real Estate GmbH. W czasie, gdy konkurencja o najemców się zaostrza, wyniki badania są dla całej branży bodźcem do myślenia o dalszym zwiększaniu dobrego samopoczucia najemców przy stałej dbałości o aspekt ekonomiczny. Presja na zmiany w segmencie biurowym pochodzi obecnie szczególnie ze strony młodszego pokolenia pracowników, którzy mają jasne wyobrażenie o tym, jak ma wyglądać ich miejsce pracy. Pracodawcy, którzy potrzebują młodych specjalistów, muszą brać pod uwagę ich oczekiwania względem powierzchni biurowej – dodaje Jansen.

Wymagania młodego pokolenia w centrum uwagi

Około dwie trzecie firm zauważa, że wkraczające na rynek młode pokolenie pracowników ma inne wymagania wobec biur niż ich poprzednicy. Są one coraz częściej brane pod uwagę przy wyborze lokalizacji biura, szczególnie w przypadku większych firm, zatrudniających ponad 250 pracowników. Dla młodszego pokolenia bardzo istotne są: łatwy dojazd do budynku (84%), strefy rekreacyjne (69%) oraz infrastruktura rowerowa (62%). Ponadto, 40% badanych uważa, że bardzo istotne dla młodych pracowników są aplikacje mobilne dedykowane danemu budynkowi. 35% respondentów uważa, że młodzi pracownicy bardzo lubią wydarzenia organizowane w biurowcu, np. wykłady motywacyjne prowadzone przez ekspertów z innych firm i sektorów. Wyniki badań pokazują, jak młode pokolenie wpływa na rozwój oferty udogodnień w przestrzeni biurowej.

Zrównoważona przestrzeń i dobry dojazd

Potrzebie komfortu i wygody zazwyczaj towarzyszy oczekiwanie, że budynek będzie funkcjonował w oparciu o zasady zrównoważonego rozwoju. Dla ponad 63% najemców istotne jest, by do „biura przyszłości” można było łatwo dojechać rowerem oraz by znajdowały się w nim udogodnienia dla rowerzystów, takie jak prysznic, zadaszony stojak czy stacja napraw. To wpisuje się w bardziej ogólne wymaganie najemców, by ich biuro było dobrze skomunikowane (63% respondentów uważa, że jest to ważne). Co ciekawe, nie wszyscy najemcy uważają, że dobra dostępność jest równoznaczna z centralną lokalizacją budynku. Jedynie 40% badanych stwierdziło, że woleliby, by ich biuro było umiejscowione w centrum miasta. Około 30% woli lokalizację w dzielnicach peryferyjnych, a 14% uważa, że lokalizacja jest bez znaczenia jeśli tylko połączenia komunikacyjne są dogodne.

Warszawa i Kraków oferują najlepszą przestrzeń biurową

Jak wynika z badania, rynki w Warszawie i w Krakowie mają najlepiej dopasowaną do potrzeb najemców ofertę powierzchni biurowych. Ok. 57% respondentów warszawskich stwierdziło, że ich oczekiwania względem powierzchni biurowej są spełnione w znacznym stopniu. W Krakowie ten odsetek wynosi 53%. Następne miejsca zajmują Gdańsk i Łódź (49%). Na niższych miejscach w rankingu uplasowały się Poznań i Wrocław z wynikami odpowiednio 46% i 40%. Jednak w ujęciu całościowym, wszystkie siedem badanych lokalizacji dobrze wypadło w badaniu. W Warszawie jedynie 9% badanych osób stwierdziło, że nie wszystkie ich oczekiwania są spełnione. W Gdańsku, Poznaniu i Wrocławiu wskaźnik ten wyniósł ok. 35%. Oznacza to, że nawet w miastach, które zajęły niższe miejsca w rankingu, około dwóch trzecich najemców wyraża zadowolenie z dostępnej oferty biurowej.

Z punktu widzenia inwestora fakt, że oferta na wszystkich siedmiu przebadanych rynkach w Polsce jest dobrze oceniana to bardzo pozytywna wiadomość – mówi Adam Irányi, zarządzający inwestycjami Union Investment Real Estate w Europie. Ale nawet w przypadku biur, które nie spełniają w pełni oczekiwań najemców, zawsze możliwe jest podniesienie wartości poprzez aktywne zarządzanie portfelem po ich akwizycji.

Obiekty handlowe odwiedzane są najczęściej w czwartki, piątki i poniedziałki

  • Nadal rośnie udział oferty gastronomicznej i rozrywkowej w centrach handlowych
  • W budowie pozostaje ponad 500 000 m kw. powierzchni handlowej. Prawie 80% tej liczby zostanie oddane do użytku w bieżącym roku, z czego blisko 60% w największych aglomeracjach
  • Rośnie znaczenie mniejszych miast i miejscowości poniżej 100 tys. mieszkańców, na które przypadnie ponad 30% podaży nowej powierzchni handlowej zaplanowanej na rok 2018

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowuje pierwszy kwartał na rynku nowoczesnych powierzchni handlowych w Polsce w raporcie MARKETBEAT: Rynek powierzchni handlowych w Polsce.

W pierwszym kwartale 2018 roku łączne zasoby powierzchni handlowej w Polsce wyniosły 14,3 mln m kw. Na koniec marca br. oddano do użytku zaledwie 52 600 m kw. powierzchni w trzech nowych centrach handlowych: Gemini Park o pow. 36 600 m kw. w Tychach, Rondo Wiatraczna o pow. 11 000 m kw. w Warszawie oraz Galeria Nad Potokiem o pow. 5 000 m kw. w Radomiu. Na rynku kontynuowany jest trend związany z modernizacją, przebudowami i rozbudowami istniejących centrów handlowych, którego przyczyną są starzenie się istniejących obiektów, zmieniające się oczekiwania klientów oraz coraz silniejsza konkurencja. W ramach zmian w pierwszym kwartale 2018 roku modernizację przeszły m.in. Futura Park w Krakowie, Auchan Bydgoszcz i Arkady we Wrocławiu. Rośnie również znaczenie oferty gastronomicznej i rozrywkowej w nowoczesnych centrach handlowych. Obiekty handlowe zmieniają się z tradycyjnych miejsc do robienia zakupów w ośrodki do spędzania wolnego czasu i spotkań ze znajomymi. Udział najemców z sektora „entertainment” i F&B w całkowitej powierzchni handlowej najlepszych obiektów sięga już nawet 20%.

Obecnie w budowie pozostaje ponad 500 000 m kw. powierzchni, z czego prawie 80% zostanie oddane do użytku w 2018 roku. Blisko 60% nowej podaży będą stanowić otwarcia centrów handlowych w największych aglomeracjach tj. Forum Gdańsk (62 000 m kw.) czy Galerii Libero w Katowicach (45 000 m kw.). Wzrost aktywności deweloperskiej odnotują również mniejsze miasta i miejscowości poniżej 100 tys. mieszkańców, na które przypadnie ponad 30% nowej podaży zaplanowanej na rok 2018. To rynki z dużym potencjałem zakupowym, gdzie nasycenie powierzchnią handlową jest stosunkowo niskie.

Małgorzata Dziubińska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Analiz Rynkowych Cushman & Wakefield, Polska
Małgorzata Dziubińska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Analiz Rynkowych Cushman & Wakefield, Polska

– Dużym wyzwaniem dla rynku handlowego w Polsce jest wprowadzenie zakazu handlu w niedziele oraz jego potencjalny wpływ na liczbę odwiedzających i wielkość obrotów. Wstępne dane wskazują na wzrost odwiedzalności centrów handlowych w czwartki, piątki i poniedziałki oraz spadek w soboty. Zarządzający zarówno centrami handlowymi, jak i relacjami z najemcami uważnie obserwują, jak będą zmieniać się zachowania klientów. Bardziej szczegółowa analiza będzie możliwa dopiero po 4-6 miesiącach – komentuje Małgorzata Dziubińska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Badań Rynkowych, Cushman & Wakefield, autorka raportu.

W przyszłym roku nowa podaż będzie niższa niż w 2018, głównie dlatego, że planowane jest otwarcie tylko jednego dużego centrum handlowego, Galerii Młociny w Warszawie o powierzchni 71 000 m kw. Obecnie, obiekt jest już wynajęty w 75%.

– Wprowadzenie zakazu handlu w niedziele może pozytywnie wpłynąć na rozwój rynku e-commerce w Polsce. Obecnie rynek ten dynamicznie rozwija się, a wzajemne uzupełnianie się kanałów sprzedaży internetowej i tradycyjnej jest istotnym trendem, do którego muszą dostosować się wszyscy jego uczestnicy. Rozwój handlu internetowego może być dodatkową szansą dla sieci handlowych na uzyskanie przewagi konkurencyjnej i zwiększenie lojalności klientów – powiedziała Anna Oberc, Associate, Dyrektor Operacyjny, Dział Powierzchni Handlowych, Cushman & Wakefield.

– Początek roku nie zapowiadał, aby na polskim rynku handlowym pojawiły się nowe marki. Inwestorzy uważnie obserwują rynek i wstrzymują się z decyzjami obserwując ruch w centrach handlowych po wprowadzeniu częściowego zakazu handlu w niedzielę. W konsekwencji, w pierwszym kwartale 2018 roku w Polsce zadebiutowały dwie nowe marki: Fissman z gastronomicznym wyposażeniem domu oraz Dealz, międzynarodowa sieć sklepów, będąca częścią największej w Europie sieci dyskontów Poundland, oferująca m. in. produkty przemysłowe, spożywcze, drogeryjne, zabawki i dekoracje dla domu. W tym roku również kolejne marki, jak np. Tedi sklep z artykułami gospodarstwa domowego, papierniczymi, elektrycznymi, zabawkami i asortymentem do majsterkowania planują otwarcia pierwszych punktów w Polsce – dodaje Lucyna Śliż, Associate, Dyrektor Rozwoju Biznesu, Dział Powierzchni Handlowych, Cushman & Wakefield.

Zakup nowego mieszkania na wynajem coraz mniej opłacalny

Inwestycje w mieszkania na wynajem, to obecnie jeden z najpopularniejszych sposobów lokowania kapitału przez Polaków. Według raportu E-VALUER INDEX 2018 firmy Emmerson Evaluation, wyższe stopy zwrotu (ok. 5,3-5,5%) w przypadku nowych mieszkań, łatwiej uzyskać w mniejszych miastach wojewódzkich niż w największych aglomeracjach (4,1-5,4%). Jednocześnie rentowność najmu w całej Polsce spada w związku z galopującym wzrostem cen nieruchomości, zaznaczają eksperci Emmerson Evaluation.

W analizie Emmerson Evaluation porównano stopy zwrotu z inwestycji w mieszkania na wynajem w aglomeracjach takich jak, Warszawa, Kraków, Poznań i Wrocław oraz mniejszych stolicach wojewódzkich – Lublin, Białystok, Łódź i Szczecin. Poziom stóp został obliczony jako relacja możliwych do uzyskania rocznych dochodów właściciela do ceny jaką trzeba zapłacić za mieszkanie kupowane pod wynajem w nowej inwestycji mieszkaniowej (nie starszej niż z 2015 r.). Przyjęty model uwzględniał szacunkowy koszt opłat administracyjnych w poszczególnych lokalizacjach, zryczałtowany podatek od przychodów z wynajmu w wysokości 8,5% oraz straty w dochodach związanej z 1,5 miesięcznym okresem przeznaczonym na poszukiwanie nowego najemcy.

Czynsze rosną, ale rentowność spada

Boom na inwestycje w mieszkania na wynajem był dodatkowym czynnikiem napędzającym wzrost ich cen w ostatnich latach, szczególnie w roku ubiegłym. Wg danych zebranych w raporcie Emmerson Evaluation w 2017 r. na rynku pierwotnym dynamika wzrostu cen lokali mieszkalnych w niektórych miastach Polski osiągnęła nawet 10-16%. W dodatku, nowe inwestycje sprzedawały się szybciej niż rok wcześniej. W ślad za rosnącymi cenami mieszkań rosły także rynkowe stawki najmu. – Właściciele inwestycji przeznaczonych na wynajem podnoszą czynsze, aby zachować satysfakcjonujący poziom rentowności zakupu. Obserwujemy jednak, że stopy zwrotu z najmu nowych lokali z roku na rok spadają. Próg 5% jest osiągany raczej przy wyjątkowo dobrych lokalizacjach, a jedynie w tych najlepszych możliwe jest osiągnięcie rentowności powyżej 6%. Takie okazje jednak zdarzają się już bardzo rzadko – komentuje Dariusz Książak, Prezes Zarządu Emmerson Evaluation.  Średnie stopy, jakie można obecnie uzyskać z wynajmu mieszkania, podane w raporcie E-VALUER INDEX 2018 wynoszą w przypadku Warszawy 4,3-5,1%, Krakowa 4,5-5,2%, Poznania 4,1-5,2% i Wrocławia 4,4-5,4%.

Według wyliczeń Emmerson Evaluation nieco wyższą stopą zwrotu charakteryzują się mniejsze miasta wojewódzkie. – Na tych rynkach ceny transakcyjne lokali mieszkalnych nie są tak mocno wyśrubowane, jak w największych aglomeracjach. Jednocześnie, wiele z nich jest atrakcyjna pod kątem inwestycji w wynajem, ze względu na obecność dużych ośrodków akademickich – zauważa Dariusz Książak. Przykładem takich miast mogą być Łódź czy Lublin, gdzie wg danych raportu E-VALUER INDEX 2018 średnia stopa zwrotu wynosi odpowiednio 5,5% i 5,3%. Eksperci Emmerson Evaluation przeanalizowali także pod tym kątem rynek Białegostoku i Szczecina, gdzie rentowność inwestycji oscylowała na podobnym poziomie (5,3 oraz 5,4%).

Jakie lokale wynajmują się najlepiej?

Największa podaż mieszkań na wynajem w nowym budownictwie występowała w obrębie centrum analizowanych miast oraz w przypadku aglomeracji, w dzielnicach charakteryzujących się w ostatnich latach największą aktywnością deweloperów, jak np. Krzyki we Wrocławiu.

Pod względem typów niedawno wybudowanych lokali mieszkalnych przeznaczonych na wynajem rynkowa oferta w poddanych analizie miastach była dość jednolita. Dominowały mieszkania dwupokojowe, ich udział w dostępnej ofercie wynosił od 53% w Poznaniu do 66% w Szczecinie. Mniejszą popularnością cieszyły się mieszkania 3-pokojowe, mieszkań 1-pokojowych w ofercie, było najmniej.

W czterech największych aglomeracjach ujętych w raporcie czynsz[1] za mieszkanie dwupokojowe w dzielnicach centralnych, śródmiejskich przekraczał 2 tys. zł. W danych zaprezentowanych przez Emmerson Evaluation widoczne są także duże różnice w wysokości czynszu ze względu na lokalizację. – W Warszawie, Krakowie i Poznaniu różnica między najbardziej atrakcyjnymi częściami miasta, a dzielnicami najtańszymi dla najpopularniejszych mieszkań dwupokojowych wynosiła średnio ponad 460 zł. Tylko we Wrocławiu rozwarstwienie to było znacznie mniejsze i nie przekraczało 300 zł – podaje ekspert Emmerson Evaluation. Wśród mniejszych miast wojewódzkich uwzględnionych w raporcie przecięty czynsz za dwa pokoje nie przekraczał 1,7 tys. zł. Jednym wyjątkiem jest Łódź, gdzie wynajmujący musiał zapłacić kwotę przeszło 1,8 zł.

Zakup nowego mieszkania na wynajem coraz mniej opłacalny

Eksperci Emmerson Evaluation przewidują, że stopy zwrotu z wynajmu nowych mieszkań w najbliższym czasie będą  maleć. – Przy tak dużym wzroście cen lokali w nowych inwestycjach, kupującym coraz ciężej będzie uzyskać satysfakcjonującą rentowność z wynajmu. Wynajmujący już nie mają za dużego pola do zrekompensowania sobie niższych stóp zwrotu poprzez podwyżki czynszu, a konkurencja na rynku mieszkań na wynajem rośnie – podsumowuje Dariusz Książak z Emmerson Evaluation.

[1] Przy obliczaniu median czynszu najmu uwzględniono straty poniesione na negocjacje w wysokości 5% czynszu ofertowego. W analizie założono miesięczne stawki czynszu netto tj. niezawierające opłat administracyjnych, opłat za miejsca postojowe, komórki lokatorskie oraz kosztów poniesionych na media.

Krakowski boom biurowy

Kraków jest najbardziej chłonnym, regionalnym rynkiem biurowym w Polsce, a także niekwestionowanym, krajowym liderem sektora usług dla biznesu. O intensywnym rozwoju branży w stolicy Małopolski w ostatnich latach świadczy choćby liczba otwieranych centrów IT/SSC/BPO, których w mieście działa już 158. W ciągu ostatniego roku na terenie aglomeracji powstało niemal dwa razy więcej nowych ośrodków niż w Warszawie. Stąd ogromny popyt na krakowskie biura.

Z danych Walter Herz wynika, że w 2017 roku do najemców trafiło w Krakowie przeszło 200 tys. mkw. powierzchni, o kilka procent więcej niż rok wcześniej, a w tym roku popyt na biura nie jest mniejszy. Największym odbiorcą nowej powierzchni są centra usług wspólnych dla biznesu.

Prawie 75 tys. osób zatrudnionych w sektorze usług dla biznesu

W tym segmencie w aglomeracji krakowskiej zatrudnionych jest już około 68 tys. osób. A z szacunkowych obliczeń ASPIRE, organizacji zrzeszającej największe firmy SSC/BPO/IT, wynika, że w tym roku miejsce pracy w sektorze IT i usług dla biznesu znajdzie w Krakowie kolejne prawie 7 tys. osób. Na koniec bieżącego roku w krakowskich centrach będzie pracowało już około 75 tys. osób.

W całym kraju firmy sektorowe skupiają aktualnie 265 tys. osób. Około 20 proc. więcej niż przed rokiem. Z szacunków wynika, że w roku 2020 usługi dla biznesu może świadczyć już ponad 300 tys. osób. Według danych ABSL, tylko w 2017 roku powstało w Polsce 51 nowych centrów usług dla biznesu.

Kraków ugruntował już swoją pozycję najsilniejszego ośrodka outsourcingowego, nie tylko w Polsce, ale także na globalnej mapie, co potwierdzają zestawienia Tholons Top 100 Outsourcing Destinations. W ostatnim rankingu stolica Małopolski znalazła się na 8. miejscu wśród najatrakcyjniejszych miast na świecie dla inwestycji w segmencie SSC/BPO/IT. Według danych stowarzyszenia ASPIRE, całkowita wartość roczna tego sektora w przypadku Krakowa wynosi 2,6 mld euro.

Popyt na krakowskie biura wyższy od podaży

Mateusz Strzelecki, Partner w firmie Walter Herz zauważa, że za intensywnym wzrostem sektora usług dla biznesu w Krakowie idzie szybki rozwój rynku biurowego. – 2017 rok był dla miasta rekordowy pod względem ilości oddanej powierzchni biurowej. Oferta zwiększyła się o 193 tys. mkw. biur, a zasoby Krakowa przekroczyły 1,1 mln mkw. powierzchni. Co ciekawe, ubiegłoroczny popyt na krakowskie biura przewyższył nową podaż. Za tak wysoką absorpcją rynku kryją się między innymi transakcje najmu obejmujące całe budynki, które zawierane są często przez jednego najemcę – wyjaśnia Mateusz Strzelecki.

Z raportu Focus on Kraków opracowanego przez Pro Progressio, Polską Agencję Inwestycji i Handlu, Antal i Walter Herz wynika, że w stolicy Małopolski jest aktualnie w budowie ponad 300 tys. mkw. powierzchni biurowych. W trakcie realizacji znajduje się m.in. 20 budynków klasy A. Natomiast kolejne 150 tys. mkw. biur jest już przygotowywane do budowy.

W Krakowie nie ma wyraźnie zarysowanych stref biurowych. Główne obszary zabudowy biurowej to północno-zachodnia część miasta w okolicy ulicy Armii Krajowej oraz północno-wschodnia cześć Krakowa w rejonie alei Jana Pawła II, gdzie powstaje na przykład Podium Park (22,6 tys. mkw.) i O3 Business Campus (19 tys. mkw.).

Intensywna zabudowa centrum Krakowa

Swoją pozycję biurową ugruntowuje w ostatnim czasie centrum miasta, szczególnie obszar w okolicy ronda Mogilskiego i Grzegórzeckiego, gdzie powstają takie inwestycje jak: High5ive (32,3 tys. mkw.), Mogilska Office (12 tys. mkw.), Unity Centre (46 tys. mkw.) z 27 kondygnacyjną wieżą Unity Tower mierzącą 102 metry, która będzie najwyższym budynkiem w Krakowie, V. Offices (24,9 tys. mkw.), czy Fabryczna Office Park (13,5 tys. mkw.). Biurowo rozwija się także południowa część aglomeracji w rejonie ulicy Wadowickiej i Wielickiej, gdzie w budowie jest m.in. Equal Buisness Park (22,3 tys. mkw.) i Tischnera Office (33,6 tys. mkw.).

Średnia stawka czynszowa za powierzchnie biurowe w Krakowie, jak podaje Walter Herz, wynosi około 14 euro/mkw./m-c. i od dawna utrzymuje się na tym samym poziomie.

Drugi co do wielkości rynek biurowy w kraju jest wyraźnie tańszy od Warszawy, ale zdaniem Mateusza Strzeleckiego nie tylko czynnik kosztowy jest tym, co przyciąga do miasta inwestorów. – Kraków wyróżnia się przede wszystkim najwyższym w Polsce potencjałem edukacyjnym. Stolica Małopolski może pochwalić się największą liczbą wykwalifikowanych specjalistów w kraju – przyznaje ekspert Walter Herz.

Siła Krakowa tkwi w dużym zapleczu akademickim. Co roku w liczącym 770 tys. mieszkańców mieście kończy studia średnio około 50 tys. osób, z czego ponad 13 tys. stanowią absolwenci szkół technicznych, których na przykład w Warszawie jest tylko ponad 7 tys. Największa liczba absolwentów krakowskich uczelni to specjaliści z obszaru finansów, lingwistyki i IT.

Autor: Walter Herz

Włochy mają kandydata na premiera. Problemy liry i peso

Znamy kandydata na premiera koalicji Ruchu Pięciu Gwiazd I Ligi Północnej. Waluty Turcji i Argentyny wciąż mają poważne problemy.

Znamy kandydata na premiera Włoch

Szefem rządu w Rzymie ma zostać Giuseppe Conte. Profesor prawa bez przeszłości w wielkiej polityce. Kandydat jest wyborem Ruchu Pięciu Gwiazd, ale wedle zapowiedzi członków Ligi Północnej jest efektem kompromisu. Nowy rząd oczywiście ma za zadanie dbać o Włochów, a nie o wielkie korporacje. Jako główny cel nowy rząd wskazuje doprowadzenie do wzrostu gospodarczego w celu zmniejszenia zadłużenie państwa. Biorąc pod uwagę skalę zadłużenie Włoch jest to konieczny krok o ile kraj ten chce uniknąć greckiego scenariusza. Jaka była reakcja rynków? Na walutach było czuć ulgę. Inwestorzy zmniejszali zainteresowanie bezpiecznymi walutami i wracali do walut państw rozwijających się. Zyskał na tym również złoty. Euro, które wczoraj dotarło powyżej 4,31 zł dzisiaj spadło już do 4,27 zł. Franki z wczorajszych 3,67 zł dzisiaj dotarły do 3,63 zł. Warto zwrócić uwagę, że wczoraj mieliśmy dzień wolny zarówno w Niemczech jak i w Szwajcarii stąd część z tych inwestorów nie zdążyła wczoraj reagować na informacje. Co ciekawe spokój na rynkach nie przekłada się na włoskie obligacje. O ile papiery głównych gospodarek Unii Europejskiej zyskały na wartości po osiągnięciu wstępnego porozumienia to obligacje Włoch wczoraj dalej traciły na wartości.

Problemy Turcji i Argentyny

Jak uważają złośliwi wyścig o miano najgorszego wyniku walutowego 2018 został już zakończony za sprawą Wenezueli. Są jednak w dalszym ciągu dwie duże waluty, które są w bardzo złej kondycji. Jest to lira turecka i peso argentyńskie. Argentyna od tygodnia skutecznie stabilizuje walutę i sytuację, co wcale nie znaczy, że znowu nie zbankrutuje. Gorzej wygląda sytuacja w Stambule. W ciągu tygodnia lira straciła na wartości kolejne 5% a końca spadków nie widać. Wielu analityków wskazuje na bardzo dziwne zachowanie banku centralnego, który w obliczu istotnej inflacji nie podnosi stóp procentowych. Ruch taki jednocześnie stabilizował by zarówno utratę wartości waluty jak i wzrost cen.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak już ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Finansowy portret MŚP w II kwartale 2018. Leasing detronizuje kredyt, ale wciąż 9 na 10 firm sięga do własnych portfeli

1 na 3 firmy z sektora MŚP planuje w II kwartale więcej inwestycji niż w poprzednim. Podstawowym źródłem ich finansowania pozostają środki własne (90 proc. wskazań), ale biorąc pod uwagę zewnętrzne narzędzia, przedsiębiorcy najczęściej sięgają po leasing (50 proc. wskazań) – wynika z „Barometru EFL”[1]. Wśród małych i średnich firm widać również największe od ponad 3 lat zainteresowanie ubezpieczeniem majątku firmy (40,5 proc.).

Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
Radosław Kuczyński, prezes EFL

– Zarządzający przedsiębiorstwami z sektora MŚP stawiają na dywersyfikację narzędzi, z których korzystają w celu finansowania swoich inwestycji. Oczywiście cały czas najchętniej wybierana jest gotówka i to dobrze, bo zainwestowana „pracuje” i przyczynia się do wzrostu wartości przedsiębiorstwa. Jeśli natomiast chodzi o instrumenty zewnętrzne, to zestaw trzech z nich jest najpopularniejszy. Składa się z leasingu, kredytu bankowego i ubezpieczenia majątku firmowego. O ile obecność leasingu i kredytu nie dziwi, o tyle fakt, że aż 4 na 10 przedsiębiorców korzysta z ubezpieczenia majątku firmy, może być interesujący. W moim przekonaniu świadczy to o coraz większej dojrzałości finansowej małych i średnich firm, które w ten sposób zabezpieczają swoje inwestycje na wypadek niespodziewanych szkód – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Po pierwsze, liczą się trzy narzędzia zewnętrzne

Barometr EFL Od początku realizacji badania „Barometr EFL” przedstawiciele sektora MŚP najczęściej finansują swoją działalność środkami własnymi. Z podobną sytuacją mamy do czynienia w II kwartale br. – aż 90% przedsiębiorców zadeklarowało, że sięga do swoich kieszeni, żeby inwestować. Biorąc pod uwagę finansowanie zewnętrzne, na fotel lidera powrócił leasing, z którego korzysta co druga mała i średnia firma (50,3 proc.). Po kredyt bankowy sięga 45,7 proc. przedsiębiorców, a aż 40,5 proc. wybiera ubezpieczenie majątku firmy. W przypadku tego ostatniego produktu finansowego, jest to najwyższy wynik od I kwartału 2015 roku (41,8 proc.).

Po drugie, im większy tym odważniejszy

Niezmiennie widać też kolejną tendencję, zgodnie z którą, im firma zatrudnia więcej pracowników, tym częściej korzysta z leasingu. Podczas gdy wśród mikro firm 36,5 proc. zarządzających bazuje na tym produkcie, to wśród małych ten odsetek wynosi 53,6 proc., a wśród średnich podmiotów aż 2/3 przedsiębiorców finansuje swoją działalność leasingiem (65,8 proc.). Wynik ten koresponduje z największym optymizmem wśród „średniaków” dotyczącym planów inwestycyjnych na najbliższe miesiące – 38 proc. z nich twierdzi, że będzie w II kwartale więcej inwestować. Co więcej, 1 na 5 firm zatrudniających od 50 do 249 pracowników uważała, że będzie mieć większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne. Wśród mikro firm tylko co dziesiąty przedsiębiorca wyrażał taką opinię.

Po trzecie, produkujemy i handlujemy w leasingu

Kolejny kwartał z rzędu firmy produkcyjne najczęściej ze wszystkich (6 branż) korzystają z leasingu (62% wskazań). Jest to związane z finansowaniem w ten sposób maszyn i urządzeń do produkcji. Nieco mniej przedsiębiorstw, bo 58 proc., leasinguje inwestycje w transporcie, m.in. flotę pojazdów. Trzecią branża za pan brat z leasingiem jest handel, którego 53,3 proc. przedstawicieli sięga po leasing.

[1] Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 19-27 kwietnia 2018 r.