Przemysł 4.0 w polskich firmach

Główną barierą rozwojową dla przedsiębiorstw w Polsce jest brak rąk do pracy. Coraz więcej podmiotów ma z tym problem. Firmy nie są w stanie zatrudnić tylu pracowników, ilu potrzebują. Jedyną ucieczką od tej kwestii jest automatyzacja produkcji i organizacji. Menedżerowie muszą pogodzić się z tym, że skończyła się era możliwości rozwoju firm przez inwestowanie w powiększanie zatrudnienia, bo nie ma kogo obsadzić na stanowiskach. Należy pamiętać, że automatyzacja wcale nie oznacza zwalniania pracowników. Zatrudnieni obecnie mają duże doświadczenie i wiedzę. Wystarczy dokształcić ich w zakresie zautomatyzowanej produkcji, aby mogli nią sterować i nadzorować działanie. Nowe rozwiązania łączą się ze wzrostem wydajności, dokładności i jakości wytwarzanych produktów.

– Prawdą jest, że inwestowanie w automatyzację jest dosyć kosztowne. To wysoki nakład finansowy, który trzeba ponieść jednorazowo – powiedział serwisowi eNewsroom Tomasz Szostek, dyrektor, S&OP Expert w Trio Advisory – Łatwiej dać pracę dodatkowym osobom, którymi można dynamicznie zarządzać i w stosunkowo prosty sposób zmniejszać czy zwiększać zatrudnienie. Zakup systemu czy linii produkcyjnej to duży wydatek, amortyzowany przez wiele lat. W tym przypadku nie ma płynności i dynamiki w finansowaniu. Wśród polskich przedsiębiorców brakuje świadomości, że należy inwestować w systemy automatyzacji produkcji. U wielu z nich można spotkać się problemem poniesienia wysokich kosztów z nią związanych. Sytuacja pod tym względem jest lepsza w przypadku działających w Polsce firm należących do grup międzynarodowych, czyli zagranicznego kapitału. Świadomość menedżerska jest tam na wyższym poziomie i zdecydowanie łatwiej podejmują decyzje o inwestowaniu w automatyzację. Nie oznacza to, że pracownicy stają się wtedy niepotrzebni. Zazwyczaj taka sytuacja nie powoduje spadku zatrudnienia, zwłaszcza w obliczu braku rąk do pracy. Biorąc pod uwagę światowe trendy coraz częściej pojawia się – zarówno w mediach, na konferencjach i w biznesie – idea tzw. Przemysłu 4.0. To pojęcie oznacza właśnie automatyzację procesów i produkcji. Jest ona dostępna dla każdego z przedsiębiorców. Nie jest związana tylko z dużymi fabrykami i wielkim przemysłem. Ideę tę można wprowadzić w każdej, nawet małej, polskiej firmie produkcyjnej. To okazja do wykorzystania dostępnych obecnie technologii za stosunkowo nieduże pieniądze. Nie należy obawiać się i bronić przed wprowadzeniem automatyzacji. To dobre rozwiązanie dla wszystkich. Warto zapoznać się z ofertą i podążać za światowym trendem – wskazał Szostek.

Smartfonom nie uda się zastąpić kamer sportowych. Na rynku pojawiają się innowacyjne rozwiązania

Smartfonom nie uda się zastąpić kamer sportowych. Na rynku pojawiają się innowacyjne rozwiązania 1

Czołowi producenci aparatów cyfrowych i smartfonów eksperymentują z wielosoczewkowymi układami optycznymi oraz sztuczną inteligencją, które mają poprawić jakość zdjęć. Choć współczesne smartfony z powodzeniem zastępują nam proste aparaty kompaktowe, to jeden segment rynku może się oprzeć smartfonowej ofensywie. Kamery sportowe są odporne na wodę, pył i warunki atmosferyczne, a ich ewentualne zniszczenie nie oznacza utraty wrażliwych danych. Rynek kamer sportowych rozwija się dynamicznie, a na rynek trafiają coraz bardziej innowacyjne urządzenia.

Kiedy smartfony zaczęto wyposażać w duże, kilkunastomegapikselowe matryce, coraz jaśniejsze obiektywy oraz lampy błyskowe LED, zakup prostych aparatów kompaktowych przestał być opłacalny. Wystarczyło raz kliknąć w ekran telefonu, aby zrobić zdjęcie, które nada się do upublicznienia w sieci a nawet wydrukowania do rodzinnego albumu. Szybko okazało się, że po smartfony sięgnęli także zawodowcy, gdyż dostrzegli w nich idealne narzędzie do dyskretnego fotografowania ludzi oraz zwierząt.

Mogłoby się wydawać, że po wprowadzeniu na rynek wodo- i pyłoodpornych smartfonów z certyfikatem IP68 z rynku znikną także kamery sportowe. Pomimo coraz to nowszych funkcji wideo w smartfonach, takich jak super slow motion, tak się jednak nie stało. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest to, że kamery sportowe są przeznaczone głównie do ekstremalnego filmowania, a w smartfonach odpornych na wodę i pył to tylko jedna z pobocznych funkcji.

–  Kamera GoPro nigdy nie utonie. Jak masz ją zamontowaną na kijku-bojce, GoPro ma to w ofercie, to taka kamera nie utonie. Możesz też mieć przyczepioną gąbkę pływającą do takiej kamery i także wówczas nie utonie. Jeśli wybierzesz się na wycieczkę wodną na ponton, czy kajak z telefonem, raczej nie będziesz robił odważnych ujęć z ręki, bo jak telefon wpadnie do wody, nawet jeśli będzie wodoszczelny, to po prostu pójdzie na dno – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Krawczyk z GoPro.

Mimo iż najnowsze smartfony zamknięto w szczelnych obudowach, a ich ekrany pokrywa się szkłem ochronnym, nie są one w stanie przetrwać ekstremalnych warunków podczas nagrywania filmów np. w trakcie jazdy na rowerze, pływania czy wspinania się po górach. Dodatkowo wielozadaniowość smartfonów oznacza, że używamy ich nie tylko do robienia zdjęć czy kręcenia filmów, ale także do logowania się do banku, do przechowywania ważnych danych, czy komunikowania się za pomocą maili. To wszystko powoduje, że utrata telefonu może rodzić znacznie większe konsekwencje, niż utrata kamery sportowej.

–  Telefony mają już naprawdę niesamowite zabezpieczenia, mają świetne specyfikacje techniczne, ale ludzie nie są na tyle odważni żeby stracić wszystkie swoje bardzo ważne rzeczy, wrażliwe dane, które trzymają w tym telefonie. W kamerze mamy zaś kartę microSD, na której trzymamy materiał, gdy go zrzucimy na komputer, to karta jest pusta. Nie mamy tam maili, kontaktów, dostępu do swoich kont, także jest to zdecydowanie bezpieczniejszy sprzęt do rejestrowania takich momentów – twierdzi Michał Krawczyk.

Na rynku kamer sportowych pojawiają się także coraz bardziej innowacyjne rozwiązania. Wiele urządzeń nagrywa już materiał w rozdzielczości 4K. Na rynek trafia właśnie kamera SiOnyx Aurora, potrafiąca rejestrować materiał w nocy. Ufundowane na Kickstarterze urządzenie posiada 1-calowy przetwornik CMOS (znacznie większy, niż w innych kamerach sportowych), pozwalający przechwytywać obraz z 10-krotnie większą jasnością niż typowy czujnik CMOS. Niedawno na rynku pojawiła się także kamera sferyczna GoPro Fusion, rejestrująca obraz dookoła w 360 stopni.

Według najnowszego raportu Market Research Future, na przestrzeni najbliższych pięciu lat rynek kamer sportowych będzie rósł w tempie 14 proc. średniorocznie, by w 2023 roku osiągnąć wartość 7,64 mld dolarów.

Kurs dolara w górę. Waluty EM mocno przecenione

Dolar rozpoczynał ten tydzień z animuszem. EUR/USD spadał w kierunku 1,17, USD/JPY rósł nad 111,30. GBP/USD osuwał się do 1,34. Przy silnym dolarze waluty EM zostały po raz kolejny mocno przecenione, EUR/PLN znalazł się w okolicach 4,3150.

Amerykańskiej walucie sprzyjały jeszcze napływające informacje: porozumienie na linii Waszyngton – Pekin odsuwa widmo wojen handlowych, chaos na włoskiej scenie politycznej nie sprzyja euro poprzez kanał rynku długu. Dwojako: poprzez spread rentowności włoskich i niemieckich papierów i podsycenie popytu na dług RFN przy ugruntowanej tendencji wyprzedaży obligacji USA.

Oczywiście polityczny pat to stały element włoskiej sceny politycznej i czynnik ten został przez rynki rozdmuchany, ale przecież dobrze dowodzi to prodolarowego sentymentu, w którym każdy pretekst by sprzedawać inne waluty zostanie wykorzystany do granic.

Taki obraz rynku w ostatnich dniach wynikał jednak także z jeszcze jednego czynnika: zmiany pozycjonowania spekulacyjnego. Skrajnie negatywne nastawienie do dolara zostało wymazane. Podobnie: największy w historii optymizm względem perspektyw euro. By przedłużyć rajd dolara i przekonać inwestorów do budowania długiej pozycji w tej walucie potrzebne będzie coś więcej.

W podobnej sytuacji niecały rok temu było euro: po wyborach we Francji zredukowano krótkie pozycje pod wpływem wyparowania ryzyka politycznego, ale do dalszej aprecjacji potrzebny był impuls ze strony ECB (pamiętne, czerwcowe wystąpienie Draghiego w Sintrze) i silne ożywienie koniunktury gospodarczej. Dolar raczej nie może liczyć na podobny scenariusz, a na pewno nie w najbliższych dniach. Zresztą z ostatnich wypowiedzi członków FOMC wyłania się spora doza ostrożności (wręcz zaskakująca).

Pojawiają się także pierwsze pary walutowe, w których notowaniach dochodzi do próby odwrócenia słabości względem dolara. W pierwszej kolejności należy wspomnieć o AUD/USD, gdzie powrót ponad 0,7560 otworzył drogę do zwyżki w kierunku wiosennych dołków. Droga ta jest zresztą skrzętnie wykorzystywana przez inwestorów i AUD/USD dynamicznie rośnie. EUR/USD wykonuje próbę odbicia w kierunku 1,18, ale losy kursu rozstrzygną się dopiero w okolicach 1,1820-50: droga do silniejszego odreagowania pozostaje nadal zamknięta. Słaby jest i powinien nadal być funt szterling: wycena sierpniowej podwyżki jest na tyle wyśrubowana, że rozczarowanie danymi z tego tygodnia może zmniejszyć jej prawdopodobieństwo. Na pewno negatywne dla brytyjskiej waluty są kolejne doniesienia potwierdzające fatalną pozycję gabinetu Theresy May.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

JR HOLDING S.A. dobrze rozpoczyna 2018 r.

JR HOLDING S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., osiągnęła 447 tys. zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym w 1 kw. 2018 r. przy skonsolidowanych przychodach netto ze sprzedaży wynoszących 1.036 tys. zł. Spółka utrzymuje stabilny poziom przychodów z tytułu wynajmu nieruchomości przez spółki zależne i pracuje nad pozyskaniem nowych projektów inwestycyjnych.

Grupy Kapitałowa JR HOLDING S.A. zakończyła 1 kw. 2018 r. skonsolidowanymi przychodami netto ze sprzedaży w wysokości 1.036 tys. zł, co było wynikiem bardzo zbliżonym do analogicznego okresu, kiedy to wyniosły one 1.053 tys. zł. Model biznesowy Spółki polegający na nabywaniu przez spółki zależne nieruchomości komercyjnych w atrakcyjnych cenach, ich modernizacji oraz zmiany struktury najemców, przynosi oczekiwane rezultaty w postaci stabilnych wyników finansowych Grupy. Strategia JR HOLDING S.A. zakłada nabywanie tylko nieruchomości komercyjnych, które już są wynajęte, generują przychody z wynajmu i są dochodowe. W ten sposób Spółka jest w stanie osiągać stabilne przychody z wynajmu już od momentu zakupu nieruchomości komercyjnej, a także po zakończeniu jej modernizacji i optymalizacji struktury najemców.

„Nasz wypracowany i sprawdzony model biznesowy spełnia oczekiwania i pozwala uzyskiwać stabilny poziom przychodów. Dzięki temu możemy kontynuować realizację strategii rozwoju, której głównym celem jest stały wzrost wartości Grupy dla naszych Akcjonariuszy. Nasze działania operacyjne oraz inwestycyjne są prowadzone zgodnie z założonym planem. Segment nieruchomości komercyjnych stanowi fundament biznesowy i bezpieczeństwo finansowe Grupy, dzięki czemu możemy myśleć o rozwoju segmentu inwestycyjnego.” – wyjaśnia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING S.A.

Drugim, bardzo perspektywicznym obszarem biznesowym JR HOLDING S.A. jest segment inwestycyjny. Spółka z sukcesem zaangażowała się kapitałowo w notowaną na rynku NewConnect spółkę Columbus Energy S.A., będącą liderem rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce. JR HOLDING S.A. jest również jednym z głównych akcjonariuszy w innej spółce notowanej na alternatywnym rynku – Synerga.fund S.A. W marcu br. podmiot ten przedstawił nową strategię rozwoju, zgodnie z którą będzie prowadził działalność w nowym sektorze technologii blockchain. Zarząd JR HOLDING S.A. cały czas analizuje nowe projekty inwestycyjne, poszukując takich, które mogą pozwolić osiągnąć ponadprzeciętne stopy zwrotu z inwestycji.

„Inwestycja w Columbus Energy S.A. przebiega zgodnie z planem. Dostrzegamy wysoki potencjał wzrostowy w tego typu projektach, dlatego w naszym portfelu inwestycyjnym znajduje się inna perspektywiczna spółka z rynku NewConnect – Synerga.fund S.A., która będzie rozwijała działalność w obszarze przyszłościowej technologii blockchain. Jestem przekonany, że dalszy rozwój segmentu inwestycyjnego pozwoli nam zwiększyć wartość Grupy w długoterminowym horyzoncie czasowym.” – podkreśla Prezes Ciszewski.

Fundusz Ekspansji Zagranicznej i ASM Group razem zainwestują na rynku DACH

Fundusz Ekspansji Zagranicznej FIZAN (FEZ), zarządzany przez PFR TFI S.A. (PFR TFI), oraz ASM Group S.A. (ASM), czołowa polska grupa kapitałowa specjalizująca się w świadczeniu kompleksowych usług wsparcia sprzedaży i outsourcingu, zawarły umowę o współpracy w celu realizacji transakcji przejęcia dużej grupy kapitałowej w regionie DACH (Austria, Niemcy, Szwajcaria).

Umowa inwestycyjna zawarta między FEZ a ASM  zakłada, że wspólna inwestycja na rynku DACH zostanie przeprowadzona przez spółkę celową, w której 50,1% proc. w kapitale zakładowym należeć będzie do ASM, a pozostałe 49,9 proc. do funduszu zarządzanego przez PFR TFI. Współpraca z ASM jest zgodna ze strategią inwestycyjną FEZ, który wspiera kapitałowo polskie firmy w realizowaniu ekspansji zagranicznej.

Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI
Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI

– Fundusz Ekspansji Zagranicznej to narzędzie, dzięki któremu możemy odciążyć polskich przedsiębiorców, którzy decydują się na zagraniczne akwizycje, Jeśli firma rozważa taką akwizycję, to do każdego dolara czy euro jesteśmy w stanie dołożyć drugiego dolara albo drugie euro. To zdecydowanie zwiększa możliwości inwestycyjne polskich firm. ASM to Grupa, której strategia biznesowa zakłada dynamiczny rozwój poza granicami Polski. Przeprowadzając analizę Grupy, wzięliśmy pod uwagę jej sytuację finansową, strategię, jak  również kompetencje zespołu zarządzającego. W jej wyniku uznaliśmy, że ASM ma spory potencjał ekspansji zagranicznej i warto ją wspierać w realizacji tej strategii. – powiedział Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI.

Umowa inwestycyjna zawarta przez FEZ z ASM ma dotyczyć procesu akwizycyjnego jednego z większych podmiotów działającego na rynku DACH (Austria, Niemcy Szwajcaria). Negocjacje dotyczące przejęcia trwają od dłuższego czasu i mają zostać zakończone w najbliższym czasie.

Ponad 27 miliardów złotych zostało w portfelach Polaków

Od ponad trzech lat Rada Polityki Pieniężnej utrzymuje stopy procentowe na najniższych poziomach w historii. Obniżki rozpoczęły się jesienią 2012 r., od tego czasu rata modelowego kredytu hipotecznego spadła o ponad 30 proc., a przeciętny kredytobiorca oszczędził dzięki temu 33 tys. zł, w skali społeczeństwa mówimy o kwocie 27,5 mld zł.

Osoba chcąca dziś pożyczyć na mieszkanie 300 tys. zł na 30 lat musi liczyć się z ratą w wysokości około 1381 zł. To stosunkowo niska rata. Jeszcze sześć lat temu, w pierwszej połowie roku 2010, klient z takimi samymi warunkami musiał być gotowy na wydatek rzędu 1984 zł. Od tego czasu Rada Polityki Pieniężnej dziesięciokrotnie obniżała stopy procentowe, a każda taka decyzja oznaczała realne oszczędności dla kredytobiorców. Dziś rata modelowego kredytu jest o ponad 30 proc. niższa niż sześć lat temu.

Z miesiąca na miesiąc zmiany wysokości raty kredytowej nie były spektakularne. Biorąc pod uwagę historyczne notowania wskaźnika WIBOR 3M (najczęściej to on jest bazą dla wysokości oprocentowania kredytów hipotecznych), w badanym okresie miesięczna zmiana wysokości raty ani razu nie przekroczyła 5 proc. W dłuższej perspektywie są to jednak konkretne pieniądze.

Modelowy kredyt hipoteczny

Do obliczeń eksperci BGŻOptima przyjęli kredyt hipoteczny zaciągnięty na początku 2012 r. na kwotę 300 tys. zł na 30 lat w systemie rat równych (to zdecydowanie najpopularniejsze w Polsce rozwiązanie), z marżą w wysokości 2 pkt. proc. i oprocentowaniem opartym na wskaźniku WIBOR 3M. Poszczególne banki w zróżnicowany sposób wyliczają bazę oprocentowania. W tym przypadku przyjęto, że bank brać będzie pod uwagę średniomiesięczny WIBOR 3M i aktualizować oprocentowanie z miesiąca na miesiąc.

BGŻOptima policzyła, ile Polacy zaoszczędzili od 2012 r. dzięki obniżkom stóp procentowych. Uwzględniając powyższe założenia wynika, że przez ostatnie sześć lat modelowy kredytobiorca zapłacił łącznie raty w wysokości 111,8 tys. zł. Gdyby założyć, że od maja 2012 r. rata nie zmienia się, byłoby to 144,8 tys. zł, co oznacza, że oszczędności wyniosły 33 tys. zł.

Zmiana wysokości raty modelowego kredytu hipotecznego w okresie maj 2012 – maj 2018

Zmiana wysokości raty modelowego kredytu hipotecznego w okresie maj 2012 – maj 2018źródło: obliczenia BGŻOptima
założenia: kredyt zaciągnięty na początku 2012 r. na 300 tys. zł na 30 lat, raty równe, marża 2,0 p.p.

27,5 mld zł oszczędności

A gdyby spojrzeć na to z szerszej perspektywy, czyli wszystkich kredytobiorców? Jak wynika z danych AMRON-SARFiN, Polacy spłacają 2,1 mln kredytów mieszkaniowych, łączna kwota zadłużenia wynosi 390 mld zł, z czego około 250 mld zł to kredyty złotowe (reszta rozliczana jest we franku szwajcarskim i euro), a lwia część zadłużenia to kredyty o zmiennym oprocentowaniu. W połączeniu z obliczeniami dokonanymi przez BGŻOptima dla modelowego kredytu oznacza to, że od wiosny 2012 r., dzięki obniżkom stóp procentowych, Polacy zaoszczędzili na ratach kredytów złotowych 27,5 mld złotych.

Rzecz w tym, że nie jesteśmy narodem skłonnym do oszczędzania. Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że stopa oszczędzania polskich gospodarstw domowych (stosunek oszczędności do dochodów do dyspozycji) wynosiła na koniec 2016 roku 3,6 proc., podczas gdy średnia dla krajów Unii Europejskiej wynosi 11 proc. Istnieje więc realna obawa, że te 27,5 mld zł w dużej części zostało przeznaczone na konsumpcję bieżącą.

Raty nie zawsze będą tak niskie

Wprawdzie na ostatnim posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła stopy procentowe bez zmian, ale prędzej czy później podwyżki się pojawią, a za nimi pójdą w górę raty kredytów mieszkaniowych. Rozsądny kredytobiorca powinien zabezpieczać swoją przyszłość i zaoszczędzone na niższych stopach pieniądze pomnażać za pośrednictwem bezpiecznych rozwiązań, jak konto oszczędnościowe, lokata, lub fundusze z grupy pieniężnych, bo gdy stopy  procentowe pójdą w górę, spłacanie kredytu będzie trudniejsze.

Dla wielu gospodarstw domowych skokowa zmiana wysokości raty kredytowej może być dużym obciążeniem. Warto zdawać sobie sprawę z tego, że wystarczy podwyżka stóp o 100 punktów bazowych, by raty kredytów złotowych wzrosły o 13 proc. Dwie takie podwyżki i osoba, która płaciła co miesiąc 1500 zł, musi przygotować się na wydatek prawie 1900 zł. Zatem warto zwrócić uwagę na fakt, że bez oszczędności budżety domowe mogą być narażone na ryzyko płynności.

***

Dorota Seń, ekspertka BGŻOptima

Wysokie ceny ropy wciąż wywierają negatywny wpływ na rynki obligacji

Sytuacja polityczna we Włoszech nie przyczynia się do wzrostu rentowności obligacji na pozostałych rynkach europejskich. Złoty nadal pozostaje pod presją silnego dolara. Pomimo solidnych krajowych danych gospodarczych kurs EURPLN rośnie, w poniedziałek chwilowo dochodząc już do 4,31.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Podczas poniedziałkowego handlu złoty początkowo osłabiał się. Kurs EURPLN wzrósł powyżej 4,31. Pod koniec dnia po lekkim umocnieniu euro do dolara para zeszła w okolice 4,29 (poniżej otwarcia sesji)

Złoty nadal pozostaje pod presją silnego dolara pomimo pozytywnych dla EM doniesień o zawieszeniu „wojny handlowej” pomiędzy USA a Chinami. Sekretarz skarbu S. Mnuchin w przeprowadzanym wywiadzie po zakończonych negocjacjach zapowiedział, że Stany Zjednoczone wstrzymają plany podwyższenia ceł na chińskie towary. Jest to reakcja na wolę Chin zmniejszenia deficytu handlowego z USA o blisko połowę poprzez otwarcie się na amerykański rynek.

Krajowe dane produkcyjne nie były w stanie pomóc naszej walucie, szczególnie, że pokazały – jak twierdzą ekonomiści banku – spowolnienie impetu wzrostu gdyż mimo odbicia produkcji (w kwietniu do 9,3% r/r z 1,8% wcześniej) wyniki oczyszczone z wahań sezonowych potwierdziły, że kwiecień był kolejnym miesiącem, w którym statystyczna miara trendu wzrostowego w przemyśle obniżyła się. Biorąc więc pod uwagę, że gospodarka polska jest w fazie ożywienia, dane mogły dawać lekki niedosyt.

Wysokie ceny ropy wciąż wywierają negatywny wpływ na rynki obligacji. Dodatkowo ostatnie wzrosty cen surowców widoczne są w mocniejszych odczytach inflacji. Inflacja PPI dla Polski wzrosła w kwietniu do 1,1% r/r po tym jak jeszcze w lutym dynamika roczna była ujemna. Jednak taki odczyt nie przyczynił się do przeceny polskiego rynku długu. Lokalna krzywa dochodowości spadła o około 2pb, podążając w podobnym kierunku jak główne rynki europejskie.

Nastrojom w Europie nadal ciążą zaś obawy o działania nowego włoskiego rządu Ruchu 5 Gwiazd oraz Ligi Północnej. Oficjalny antyeuropejski i zagrażający stabilności włoskich finansów publicznych program został już przedstawiony, a w poniedziałek rynki poznały kandydata na premiera Włoch (prof. prawa Giuseppe Conte). Rynki obawiają się wzrostu deficytu i kształtu stosunków Włoch z Unią Europejską, co wywiera presję na euro i pośrednio też na złotego. Obawy o poluzowanie dyscypliny fiskalnej i związane z tym większe emisje długu, przekładają się na dalszy wzrost rentowności włoskich obligacji, które w sektorze 10-letnim przekroczyły 2,30% (rosnąc w poniedziałek o około 10pb).

W tym tygodniu rynki czekają na publikację protokołu z ostatniego posiedzenia Fed (środa) oraz wystąpienie J. Powella, które będzie dotyczyło stabilności systemu finansowego oraz transparentności polityki monetarnej (piątek). Wydarzenia te powinny sprzyjać dolarowi, nie dając wsparcia rynkom EM. Dla notowań polskiego rynku stopy procentowej ważna powinna być również aukcja obligacji. Na regularnym przetargu Ministerstwo Finansów może zredukować sprzedaż z planowanych 3-6mld PLN w związku z nadwyżką budżetową oraz dużą poduszką płynnościową, co przemawia za plasowaniem większych podaży raczej podczas aukcji zamiany.

Wykres dnia: Inflacja producencka przyspieszyła w kwietniu na co wpływ miały między innymi wyższe ceny surowców.Złoty nadal pozostaje pod presją silnego dolara

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Polityka wysuwa się na pierwszy plan

W minionym tygodniu doszło do wzrostu ryzyka politycznego w różnych częściach świata. W Europie uwaga inwestorów skupiła się na Włoszech, gdzie politykom w końcu udało się dojść do porozumienia i utworzyć nowy rząd. Ruch Pięciu Gwiazd oraz Liga Północy utworzyły koalicję, jednak obie partie postrzegane są jako populistyczne i eurosceptyczne, co wzmaga niepewność na rynkach. Inwestorzy czekali również na rozwiązanie sporu Chin ze Stanami Zjednoczonymi. Jak się okazało, strony dążą do porozumienia i w weekend sekretarz skarbu Steven Mnuchin ogłosił wstrzymanie wojny handlowej. Jest to pozytywna informacja dla rynków, stąd sentyment rynkowy uległ poprawie. Innymi wydarzeniami bacznie obserwowanymi przez inwestorów była sytuacja na Bliskim Wschodzie oraz dalsze napięcia na linii USA-Korea Północna.

Ryzyko polityczne, rosnące rentowności amerykańskich obligacji oraz zwyżkujące ceny ropy naftowej nie wpływają pozytywnie na rynki wschodzące, do których należy Polska. Polski rynek akcji oraz waluta traciły na wartości. W skali całego tygodnia indeks WIG stracił -3,36%, indeks największych spółek WIG20 znalazł się -4,25% pod kreską, a indeksy mniejszych i średnich sWIG80 i mWIG40 spółek skurczyły się o, odpowiednio -0,28% i -2,35%. Należy zwrócić uwagę, iż spadki miały miejsce pomimo bardzo solidnych odczytów gospodarczych. PKB w pierwszym kwartale wzrósł 5,1% rdr, a dane z rynku pracy również przewyższyły prognozy analityków. W międzyczasie RPP utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie. W porównaniu do WIGu dobrze w minionym tygodniu poradził sobie fundusz Superfund Akcji, który stracił -0,88%, podczas gdy WIG, tak jak zostało to wspomniane powyżej, spadł o -3,36%.

W tym tygodniu w Polsce z istotnych odczytów warto wymienić sprzedaż detaliczną opublikowaną w środę oraz stopę bezrobocia w piątek. W Europie najważniejszymi odczytami będą wskaźniki PMI dla przemysłu i usług, które będą opublikowane w środę. Tego dnia zobaczymy również wielkości tych indeksów dla gospodarki amerykańskiej wraz z protokołem z ostatniego posiedzenia FOMC.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych SA

Zobacz korelacje na NZDUSd – Admiral Markets

Dolar nowozelandzki – waluta, którą również możemy zaliczyć do walut surowcowych. Powód jest ten sam, co w przypadku dolara australijskiego oraz dolara kanadyjskiego. Spora część eksportu Nowej Zelandii oparta jest na surowcach. Poniższa grafika przedstawia główne produkty eksportowe tego kraju.

eksport NZD

Źródło: atlas.media.mit.edu

Jak się okazuje gospodarka Nowej Zelandii słynie z eksportu produktów pochodzenia zwierzęcego. W całej sekcji „Animal Products” ponad 12 procent stanowi skoncentrowane mleko, potem masło 5.1 procent oraz pozostałe produkty związane z nabiałem.

Oprócz tego eksport Nowej Zelandii oparty jest na żywności (12 procent), drewna (8.7 procent), warzyw (6.2 procent) oraz pozostałych produktów. Z tego względu waluta NZD w największym stopniu uzależniona jest od produktów pochodzenia zwierzęcego oraz notowań towarów rolnych.

Produkty pochodzenia zwierzęcego – NZDUSD

Najłatwiejszym sposobem na sprawdzenie cen produktów pochodzenia zwierzęcego w Nowej Zelandii jest indeks GDT, który notowany jest na giełdzie Fonterry. Indeks wyliczany jest na podstawie aukcji nabiału na platformie Global Dairy Trade. Publikacja GTD odbywa się co dwa tygodnie, poniżej znajdują się notowania indeksu z ostatnich 10 lat.

GDT

Źródło: www.globaldairytrade.info

Niestety na stronie GDT nie możemy porównać indeksu z notowaniami NZDUSD. Aczkolwiek widząc wzrost cen aukcji nabiału możemy spodziewać się umocnienia dolara nowozelandzkiego. Natomiast spadek cen nabiału powinien być wiązany z wyprzedażą NZD. Poniżej przedstawiono także notowania NZDUSD na tle GDT index oraz korelację pomiędzy dwoma instrumentami.

NZD GDT

Od 2004 roku korelacja NZDUSD z indeksem GDT wynosiła powyżej 30 procent, czasami przekraczała 40. Widać, iż NZD reagował z opóźnieniem do notowań indeksu GDT, co można było wykorzystać jako swoją przewagę.

Oprócz tego warto również spojrzeć na korelację notowań NZDUSD z szerokim rynkiem surowców, który reprezentowany jest przez indeks CRB.

NZD indeks CRB

Korelacja pomiędzy NZDUSD (linia biała), a indeksem CRY często wynosiła 50 procent.

Korelacja – jak wykorzystać dane zjawisko na NZDUSD?

Korelacje można wykorzystać do potwierdzenia obranego kierunku transakcji na NZDUSD, z każdym razem, gdy kierunek transakcji zgadza się z kierunkiem notowań surowców zwiększa nasze prawdopodobieństwo sukcesu. Oprócz tego poprzez walutę NZD możemy uzyskać ekspozycję na rynek surowcowy.

Jak wykazała powyższa analiza korelacja NZDUSD oraz surowców nie jest bardzo duża, ponieważ w analizowanym przypadku mieliśmy także dolara amerykańskiego. Siłę korelacji NZDUSD oraz dolara amerykańskiego zobrazowano poniżej.

correlation martix

Źródło: Supreme Edition

Korelacja pomiędzy indeksem dolara, a parą walutową NZDUSD wynosi -81 procent, co należy uznać za bardzo silne powiązanie. Natomiast korelacja pary walutowej AUDUSD oraz NZDUSD wynosi +95 procent, ponieważ zarówno AUD jak i NZD uzależniony jest od surowców. Korelacje można sprawdzić za pomocą dodatku Supreme Edition.

Podsumowanie

Przy analizie kierunku ruchu dolara nowozelandzkiego warto wziąć pod uwagę kierunek notowań surowców oraz indeksu dolara. Jeżeli kierunek na indeksie dolara amerykańskiego jest przeciwny do kierunku NZDUSD, to mamy większe szanse na udaną transakcję.

Absencje chorobowe pracowników kosztują gospodarkę miliardy złotych. Firmy coraz częściej inwestują w opiekę zdrowotną dla pracowników

Absencje chorobowe pracowników kosztują gospodarkę miliardy złotych. Firmy coraz częściej inwestują w opiekę zdrowotną dla pracowników 2

Polscy pracownicy oczekują od swoich pracodawców benefitów pozapłacowych. Za najbardziej atrakcyjny uważany jest nadal pakiet opieki medycznej, który stał się już standardem w firmach. Na tego rodzaju inwestycję decyduje się coraz więcej przedsiębiorstw, widząc w tym szansę na zminimalizowanie kosztów związanych z absencjami chorobowymi pracowników. Tylko w 2017 roku polscy pracodawcy na zasiłki chorobowe za krótsze zwolnienia zapłacili ponad 6 mld zł, do tego dochodzą również koszty związane z organizowaniem zastępstw, niedotrzymaniem terminów czy wypłatą nadgodzin dla innych pracowników.

Statystyki pokazują, że z roku na rok w Polsce rośnie liczba absencji pracowniczych, a wraz z nimi kosztów ponoszonych z tego tytułu przez budżet państwa oraz przedsiębiorców. W 2017 roku na zasiłki chorobowe ZUS wydał ponad 10 mld zł, pracodawcy zapłacili natomiast 6,5 mld zł za zwolnienia do 33 dni. Z danych Medicover Polska wynika, że do najczęstszych przyczyn absencji należały choroby układu oddechowego, ruchu, trawiennego i krążenia oraz urazy i zatrucia. Długość przeciętnego zwolnienia lekarskiego wynosiła dwanaście dni.

– Koszty absencji pracownika w firmie są ogromne, liczone w miliardach złotych w skali całej gospodarki. To jest rzecz, której nie unikniemy, ale którą możemy minimalizować, dlatego wszelkie działania, które do tego zmierzają, są bardzo pozytywne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Białkowski, wiceprezes zarządu Medicover Polska.

Według raportu Medicover Polska najwyższy poziom absencji chorobowej mają pracownicy produkcji pracujący w systemie zmianowym – ponad 17 dni w przeliczeniu na osobę w skali roku. Nieobecności pracowników dezorganizują pracę w firmie oraz generują koszty związane z ewentualnymi zastępstwami, zwłaszcza przy wynajmowaniu pracowników spoza przedsiębiorstwa, wypłatą nadgodzin dla innych podwładnych, stratami z tytułu niedotrzymania terminów. Pracodawcy ponoszą również koszty wynikające ze zjawiska określanego mianem prezenteizmu.

– To jest sytuacja, w której chory pracownik przychodzi do pracy. Po pierwsze, jest mniej efektywny, po drugie, zaraża swoich kolegów i koleżanki, powodując, że ta absencja rośnie – mówi Artur Białkowski.

Mając świadomość kosztów ponoszonych z tytułu absencji pracowniczej, firmy coraz chętniej decydują się na inwestowanie w opiekę zdrowotną dla swoich podwładnych. Tego rodzaju benefit powoli staje się standardem, oferowanym nie tylko pracownikom najwyższego szczebla, lecz także zajmującym niższe stanowiska w hierarchii firmy. Opiekę zdrowotną zapewniają swoim podwładnym również firmy z sektora małych i średnich przedsiębiorstw.

– Często takie firmy zakładane są przez byłych pracowników korporacji, którzy mieli taką opiekę i doskonale wiedzą, jak dobrze to wpływa na zaangażowanie pracowników. Z tego powodu decydują się na wykupienie takiej opieki swoim obecnym pracownikom – mówi Artur Białkowski.

Benefity związane z opieką zdrowotną to także sposób na zwiększenie lojalności pracownika w stosunku do firmy oraz jego zaangażowania w pracę. Tego rodzaju oferty zwiększają ponadto atrakcyjność przedsiębiorstwa w oczach potencjalnych pracowników i pomagają w pozyskaniu najlepszych kandydatów na rynku. Z badań wynika, że ponad 46 proc. ankietowanych pracowników uważa pakiet opieki zdrowotnej za najbardziej atrakcyjny benefit pracowniczy.

– Wiemy doskonale od wielu naszych klientów, że właśnie dzięki temu dużo łatwiej jest im pozyskać dobrych pracowników z rynku, szczególnie dzisiaj, kiedy mamy bardzo niskie bezrobocie i brakuje pracowników. Pozyskanie dobrych kadr staje się kluczowym wyzwaniem dla pracodawcy – mówi Artur Białkowski.

Wśród pracodawców rośnie również zainteresowanie innymi niż pakiety opieki medycznej świadczeniami pozapłacowymi. Coraz więcej firm oferuje swoim podwładnym karty sportowe lub bilety do kina bądź teatru, korzystając np. z platform benefitowych, takich jak oferowana przez Medicover Benefits. Pracodawcy mogą alokować swój fundusz świadczeń socjalnych do wykorzystania przez pracowników na takiej platformie, zapewniając im elastyczność wyboru, z jakiego benefitu skorzysta.

– Ostatnio wprowadziliśmy na platformę benefit w postaci możliwości wynajmu przez pracownika samochodu. Zamiast kupować auto, pracownicy mogą podpisać umowę na rok, dwa lata i wynajmować samochód, płacąc stałą stawkę miesięczną, a po roku lub dwóch wymienić na nowy samochód. Taka opcja cieszy się ogromnym zainteresowaniem pracowników – mówi Artur Białkowski.

Polski przemysł obronny ma duży potencjał rozwoju. Szansą dla firm są przetargi na wyposażenie polskiej armii

Polski przemysł obronny ma duży potencjał rozwoju. Szansą dla firm są przetargi na wyposażenie polskiej armii 3

Polską armię należy modernizować równolegle z polskim przemysłem obronnym – przekonuje Krzysztof Krystowski, wiceprezes zarządu Leonardo Helicopters, właściciela PZL-Świdnik. Szansą na to jest udział krajowych podmiotów w przetargach na wyposażenie armii organizowanych przez MON. Ze względu na skalę i złożoność zamówień ich realizacja będzie przebiegać w ścisłej współpracy wielu polskich firm. Przykładem mogłaby być potencjalna współpraca PZL-Świdnik z Polską Grupą Zbrojeniową przy budowie śmigłowca bojowego.

Polską armię należy modernizować równolegle z polskim przemysłem obronnym. Mamy tutaj do czynienia z dwoma równorzędnymi filarami polskiej obronności. Z jednej strony jest armia i jej potencjał. Z drugiej strony jest potencjał polskiego przemysłu obronnego. Większość krajów, które mają ambicje strategiczne bycia dużym graczem, a takim krajem jest też Polska, nie mogą zapomnieć o rozwoju własnego potencjału przemysłowego, intelektualnego i technologicznego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes zarządu Leonardo Helicopters, właściciela PZL-Świdnik.

Zakłady, które produkują sprzęt dla wojska, napędzają gospodarkę. Kraje rozwinięte traktują przemysł zbrojeniowy jako priorytet i jeden z fundamentów obronności państwa. Także w Polsce podkreślana jest konieczność wzmacniania polskiej zbrojeniówki. Z danych MON wynika, że w ostatnich dwóch latach z dwustu pięćdziesięciu umów na modernizację sił zbrojnych na łączną kwotę ok. 20 mld zł, sto sześćdziesiąt (o wartości 13 mld zł) ulokowano właśnie w polskim przemyśle.

To bardzo ważne, żeby skomplikowane systemy uzbrojenia powstawały w Polsce i były wspierane przez polskie zakłady. Wiąże się to bezpośrednio z bezpieczeństwem państwa – przekonuje Krzysztof Krystowski.

Jak wskazuje wiceprezes Leonardo Helicopters, polskie firmy mają duży potencjał, zarówno w kontekście uzbrojenia lądowego, jak i lotniczego. Na rynku działa kilka zakładów, które mogą rywalizować z największymi światowymi firmami pod kątem rozwoju technologii i innowacji.

– Pytanie, jak wykorzystać ten potencjał w momencie przeznaczania pieniędzy na uzbrojenie tak, żeby ten potencjał nie tylko został utrzymany, lecz także się rozwijał. Choćby ze względu na miejsca pracy dla utalentowanych inżynierów. Jeśli będziemy kupowali całe uzbrojenie za granicą, polskie firmy przemysłu obronnego sprowadzą się do roli pośredników. Gdzie będzie tam więc miejsce dla inżyniera, technologa, gdzie będzie rozwój polskiej myśli technologicznej? To jest zagwarantowane tylko wtedy, gdy mamy w Polsce działający na dużą skalę przemysł, który pracuje dla polskiej armii, dzięki temu jest mocniejszy i eksportuje – tłumaczy Krystowski.

PZL-Świdnik startuje w dwóch przetargach MON na dostawę w sumie szesnastu śmigłowców: ośmiu dla wojsk specjalnych zdolnych do prowadzenia misji poszukiwawczo-ratowniczych w warunkach bojowych oraz ośmiu maszyn dla Marynarki Wojennej przeznaczonych do zwalczania okrętów podwodnych i prowadzenia misji ratowniczych na morzu. MON przyznaje jednak, że trwają prace nad zmianą założeń obu postępowań.

W obu przetargach oferujemy śmigłowiec AW101, który jest największym obecnie śmigłowcem produkowanym w Europie – bardzo doświadczonym, a jednocześnie ciągle niezwykle nowoczesnym rozwiązaniem. Nie wiemy, czy potrzeby armii wyrażone w postaci zapytania ofertowego nie będą się zmieniały – mówi wiceprezes Leonardo Helicopters.

Śmigłowiec AW101 to największy śmigłowiec opracowany i produkowany w Europie. Ma trzy silniki, zasięg wynoszący ponad 1,3 tys. km, pozwala na prowadzenie długotrwałych akcji poszukiwawczo-ratowniczych. Jego największa przewagą jest jednak to, że w istotnej części byłby produkowany w Polsce. Leonardo Helicopters zapowiedział już, że w razie wyboru ich śmigłowca udział w produkcji będą miały nie tylko należące do grupy zakłady w Świdniku, lecz także Polska Grupa Zbrojeniowa.

Kwestia zakupu przetargów robi się szczególnie istotna ze względu na ostatnie informacje z MON. Na początku maja wiceminister obrony narodowej Wojciech Skurkiewicz poinformował o tym, że pokładowe śmigłowce zwalczania okrętów podwodnych Kaman SH-2G Super Seasprite będą musiały zostać wycofane w najbliższych latach. Powodem jest brak wsparcia ze strony producenta. To może spowodować zmianę w zapytaniach ofertowych. Krzysztof Krystowski zapewnia, że Świdnik jest na to przygotowany.

– Mamy śmigłowiec AW159, który jest doskonałym rozwiązaniem. Będziemy więc elastycznie reagowali na zmieniające się potrzeby armii. Niech to jednak będzie dla nas wszystkich memento – kupowanie sprzętu za granicą bez wsparcia serwisowego, intelektualnego czy bez możliwości modernizacji w kraju w długim okresie doprowadza do takiej sytuacji, jaką mamy obecnie – mówi Krzysztof Krystowski.

Nakłady Polski na służbę zdrowia wciąż zbyt niskie. Dopiero w 2024 roku zbliżymy się do unijnej średniej

Nakłady Polski na służbę zdrowia wciąż zbyt niskie. Dopiero w 2024 roku zbliżymy się do unijnej średniej 4

Za sześć lat Polska będzie wydawać na zdrowie 6 proc. PKB. Ten wzrost nakładów wprawdzie zbliży nas do unijnej średniej, ale nie nadrobi długiego okresu niedoinwestowania. Dlatego do poprawy sytuacji w służbie zdrowia potrzebne są również inne działania, zwiększające efektywność wydawanych środków i skuteczność leczenia – podkreślają eksperci. Bez tego trudno będzie utrzymać wzrost gospodarczy. Dużą rolę do odegrania mają tu innowacje.

– Widzimy, przynajmniej w deklaracjach, że ochrona zdrowia zyskuje na znaczeniu. Pojawiła się zapowiedź wzrostu nakładów z obecnych 4,7 proc. do 6 proc. PKB, niestety dopiero w 2024 roku. To zbliży nas do średniej unijnej, choć problem leży w tym, że mamy za sobą ponad 20 lat chronicznego niedofinansowania służby zdrowia i wiele braków. To dotyczy kwestii pensji lekarskich, pielęgniarskich, ratowników medycznych, zadłużenia szpitali, a po stronie technologii medycznych czy lekowych przekłada się na wolniejszy dostęp polskich pacjentów do innowacyjnych terapii. W ciągu ostatnich kilku lat widzimy pewien postęp, ale ciągle jest to postęp zbyt wolny w stosunku do Europy Zachodniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karol Poznański, dyrektor ds. polityki zdrowotnej i komunikacji w MSD Polska.

Służba zdrowia w Polsce jest historycznie mocno niedofinansowana – po 1989 roku był to jeden z obszarów, który najbardziej niedomagał finansowo i nigdy nie był priorytetem dla żadnej z ekip rządzących. W latach 2009–2015 wydatki na służbę zdrowia w Polsce w przeliczeniu na mieszkańca wzrosły zaledwie o 0,7 proc. Według danych Komisji Europejskiej i OECD Polska znacząco odbiega od państw rozwiniętych pod względem nakładów na służbę zdrowia. Na jednego pacjenta przypada szacunkowo 1 259 euro rocznie. Wśród krajów UE mniej na ten cel wydają jedynie Chorwacja, Bułgaria, Łotwa i Rumunia. Dla porównania Luksemburg wydaje średnio ok. 6 023 euro na pacjenta rocznie.

 Wzrost nakładów jest absolutnie konieczny, ponieważ tych pieniędzy wydawaliśmy w ubiegłych latach za mało. Ale to nie wystarczy, musimy jeszcze myśleć o efektywności. W systemie, który ma chronicznie za mało pieniędzy, musimy każdą złotówkę obrócić dwa razy, zanim ją wydamy – mówi Karol Poznański.

Ekspert MSD Polska podkreśla, że obok wzrostu nakładów potrzebne są jeszcze mechanizmy zwiększające efektywność i skuteczność leczenia pacjentów. To istotne o tyle, że w perspektywie dziesięciu lat liczba ludzi starszych powyżej 60. roku życia wzrośnie o blisko 30 proc., co znacznie obciąży system. Wydłużenie ich aktywności zawodowej i produktywności będzie kluczowe dla utrzymania wzrostu gospodarczego.

 Przeciętny Polak żyje w miarę dobrym zdrowiu do 58. roku życia, a pracować musi do 65. Statystycznie daje to siedem lat, w trakcie których – z powodu problemów zdrowotnych – będzie niezbyt wydajnym pracownikiem albo po prostu pójdzie na rentę, czyli patrząc z perspektywy budżetu i społeczeństwa, stanie się kosztem. Dlatego istotne jest nie tylko, żebyśmy wydłużali długość życia, lecz także traktowali wydatki na zdrowie jako inwestycję – mówi Karol Poznański.

Wynika to z faktu, że inwestycje w zdrowie nie tylko podnoszą wydajność, lecz także zmniejszają też przyszłe koszty związane z leczeniem chorób, którym można zapobiec. Szacuje się, że wywołany chorobami absenteizm w UE wynosi od 3 do 6 proc. ogółu czasu pracy, co przekłada się na 2,5 proc. PKB.

Przykładem podejścia efektywnościowego jest stosowanie szczepień, które są najtańszą formą zapobiegania chorobom i najtańszą formą interwencji medycznej.

 Utrzymanie odpowiedniego poziomu inwestycji w opiekę zdrowotną jest bardzo ważne dla gospodarki każdego kraju. Dobre szczepionki są najbardziej efektywną inwestycją w system opieki zdrowotnej. Każda taka inwestycja się zwraca, bo zmniejszają się koszty hospitalizacji, koszty chorób dziecięcych, związane między innymi z tym, że rodzice muszą zostawać w domu. Szczepionki mają więc przełożenie na całą gospodarkę – dodaje Gabriele Grom, wiceprezes MSD na Europę Środkowo-Wschodnią.

Stan zdrowia polskiego społeczeństwa jest gorszy na tle ogółu mieszkańców Unii Europejskiej. Średnia liczba lat przeżytych w zdrowiu wynosi 62,7 dla kobiet i 59,8 lat w przypadku mężczyzn (na podstawie współczynnika Healthy Life Years – HLY wg danych Eurostat w Polsce w 2014 r.). U co drugiego mieszkańca Polski (52 proc.) występują długotrwałe problemy zdrowotne lub choroby przewlekłe, a 59 proc. Polaków skarży się na długotrwałe dolegliwości zdrowotne.

 Leki ratujące życie i szczepionki nie tylko poprawiają stan zdrowia, lecz także wydłużają życie i zapewniają jego lepszą jakość. Dane europejskie pokazują, że wydłużenie oczekiwanej długości życia o jeden rok przekłada się na wzrost PKB o cztery procent. Bez wątpienia istnieje więc bezpośredni związek pomiędzy inwestycjami w innowacyjność, biotechnologię i branżę farmaceutyczną a długowiecznością ludzi. W ten sposób mamy więcej pracujących osób, które przyczyniają się do rozwoju gospodarki. To bezpośrednia korelacja – mówi Joseph BenAmram, prezes MSD na region EURAM (Europa, Rosja, Bliski Wschód i Afryka).

– Innowacje to bez wątpienia kierunek, który powinniśmy obrać, by poprawiać stan zdrowia społeczeństwa. Zadaniem innowacji jest poprawa jakości życia, zapobieganie chorobom, a czasami nawet ratowanie życia – podkreśla Gabriele Grom.

Zgodnie z zapowiedziami ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, w czerwcu ma się rozpocząć ogólnopolska debata o systemie służby zdrowia, której celem będzie wypracowanie rozwiązań na kolejnych 15–30 lat. Debata ma potrwać do wiosny 2019 roku i zostaną w nią zaangażowani wszyscy interesariusze: pacjenci, pracownicy i pracodawcy systemu służby zdrowia, eksperci i samorządy.

Nowe technologie wspierają aktywność fizyczną dzieci w wieku szkolnym. Podczas ćwiczeń uczestniczą w multimedialnej grze

Nowe technologie wspierają aktywność fizyczną dzieci w wieku szkolnym. Podczas ćwiczeń uczestniczą w multimedialnej grze 5

Polskie dzieci spędzają przed telewizorem średnio dwie godziny dziennie, a jeszcze więcej czasu poświęcają na aktywności przed komputerem i telefonem.  Nowe technologie nie muszą jednak odciągać ich od sportu. Wręcz przeciwnie – mogą do niego zachęcać, co udowadnia program Aktywne Szkoły MultiSport. W pierwszej edycji programu bierze udział ponad 10 tys. uczniów dolnośląskich szkół podstawowych.

Brak aktywności fizycznej u dzieci może prowadzić do poważnych komplikacji zdrowotnych, takich jak nadwaga i otyłość, wady postawy, zanik mięśni, upośledzenia działania układu odpornościowego, choroby serca i układu krążenia, cukrzyca, a nawet depresja. Światowa Organizacja Zdrowia traktuje brak ruchu jako jedno z największych zagrożeń dla zdrowia obok palenia tytoniu. Tymczasem – według danych WHO – ponad 80 proc. dzieci na świecie nie jest wystarczająco aktywnych fizycznie. W Polsce, jak pokazują badania NIK, co piąty uczeń szkoły podstawowej korzysta ze zwolnień z zajęć wychowania fizycznego.

– Młodzież unika aktywności fizycznej dlatego, że nie lubi się męczyć. Są leniwi, po co mają wykonywać wysiłek, jeżeli można spokojnie usiąść przy komputerze. Jest też obawa przed rywalizacją na lekcjach WF – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Rasała-Świtoń, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 7 Oleśnicy.

– Sport nie jest już tak atrakcyjny, jak był kiedyś. Dzisiejsze nowe technologie sprawiają, że jest dużo więcej alternatyw spędzania wolnego czasu – dodaje Bartosz Kaczmarek z Fundacji V4Sport.

Od aktywności fizycznej odciągają najmłodszych Polaków przede wszystkim komputery – badania pokazują, że ponad 40 proc. uczniów szkół podstawowych spędza przed ekranem komputera od dwóch do czterech godzin dziennie. W rezultacie polskie dzieci tyją najszybciej w Europie – zgodnie z raportem UNICEF w ciągu ostatnich dziesięciu lat w Polsce podwoił się odsetek maluchów z nadwagą. Według Instytutu Żywności i Żywienia już 23 proc. uczniów szkół podstawowych i gimnazjów ma nadwagę lub jest otyłych.

– Przeciętna sprawność fizyczna trochę się rozkłada. U dzieci najmłodszych widać większą aktywność, ale im starsza młodzież, tym aktywność mniejsza – wolą raczej korzystać z komórek i komputerów. To jest niezadowalający stan dla nas, pedagogów szkoły – mówi Dorota Rasała-Świtoń.

Zachęcaniu polskich dzieci do uprawiania aktywności fizycznej mają służyć takie programy jak Aktywne Szkoły MultiSport, którego fundatorem jest firma Benefit Systems, a za którego realizację odpowiada wrocławska Fundacja V4Sport. W programie bierze udział ponad 10 tys. uczniów z trzydziestu sześciu szkół z województwa dolnośląskiego. W jego ramach w ciągu najbliższych kilku miesięcy odbędzie się międzyszkolny turniej, którego głównym punktem jest multimedialny test sprawności fizycznej oparty o standard EuroFit Test.

– Aktywne Szkoły MultiSport angażują przede wszystkim rodziców i nauczycieli WF, a także samorządy i wszystkie osoby związane z dziećmi, aby pomogły im w rozpoczęciu i zwiększaniu aktywności fizycznej. Sam program składa się z kilku kluczowych elementów, ale to, co najważniejsze, to aktywność i dobra zabawa, bo dzięki niej dzieci chętniej chcą się ruszać, pokonywać swoje lęki – mówi Adam Radzki, członek zarządu Benefit Systems.

Europejski Test Sprawności Fizycznej EuroFit to narzędzie stworzone do pomiaru poziomu sprawności fizycznej Europejczyków. Ideą przyświecającą twórcom testu było zaprojektowanie metody badania, która bez względu na miejsce i okoliczności da miarodajny, ustandaryzowany wynik, dający się łatwo zinterpretować i porównywać. W ramach akcji Aktywne Szkoły MultiSport uczniowie dolnośląskich szkół zmierzą się m.in. z leniwymi mocami Złego Zła, władcy Galaktyki Bezruchu, którego celem jest wprowadzenie bezruchu w całym wszechświecie. Wykonując poszczególne ćwiczenia fizyczne, dzieci pokonują jego wysłanników.

– To, co my dzisiaj proponujemy dzieciom, to połączenie dwóch światów, czyli nowych technologii z aktywnością fizyczną. Część dzieci nawet nie do końca ma świadomość, że wykonuje ćwiczenia, tylko skupia się na tym, że pokonują potwory z Galaktyki Bezruchu – mówi Bartosz Kaczmarek.

– Pokonując potwory bezruchu, dzieci uczestniczą w konkretnych aktywnościach, a jest ich dziewięć. To m.in. skok z miejsca w dal czy też siady z leżenia. Dzięki nowym technologiom oprócz multimedialnej historii mamy również bardzo dokładne pomiary wyników każdego dziecka – dodaje Adam Radzki.

Ważnym elementem programu są również Plany Treningowe wspierające aktywność fizyczną, które wypracowali i realizować będą wspólnie rodzice, nauczyciele oraz przedstawiciele samorządów lokalnych. Zdaniem organizatorów akcji sukces w postaci większej aktywności fizycznej najmłodszych możliwy jest tylko w wyniku współpracy tych grup. Program Aktywne Szkoły MultiSport będzie trwał przez cały 2018 rok.

– Bardzo zależy nam na trwałych efektach, dlatego już teraz planujemy działania na przyszły rok. Chcielibyśmy, żeby program miał jeszcze szerszy zasięg i na trwałe wszedł do polskich szkół podstawowych – mówi Adam Radzki.

Za niecały miesiąc początek mundialu. Po raz pierwszy piłkarskie zmagania będzie można obejrzeć w jakości 4K

Za niecały miesiąc początek mundialu. Po raz pierwszy piłkarskie zmagania będzie można obejrzeć w jakości 4K 6

Już 14 czerwca odbędzie się mecz otwarcia piłkarskich mistrzostw świata. Klienci Orange Polska, którzy korzystają ze światłowodu, będą mogli śledzić sportowe zmagania najlepszych drużyn świata w najwyższej jakości obrazu 4K. Badania operatora wskazują, że dwie trzecie kibiców chciałoby oglądać sport w tej jakości. Transmisje w Orange TV będą dostępne bez dodatkowych opłat.

Wspólne oglądanie telewizji to wciąż ulubiony sposób spędzania czasu. Taką formę rozrywki – według badań Millward Brown – preferuje 57 proc. Polaków. Co ciekawe, wydarzenia sportowe wciąż najchętniej oglądamy w tradycyjnej telewizji – robi tak 30 proc. badanych. Dwóch na trzech Polaków, czyli aż 67 proc., deklaruje, że chce oglądać sport w jakości 4K.

Transmisje wydarzeń sportowych cieszą się największą oglądalnością. Mecz decydujący o awansie Polaków na mundial obejrzało 8,5 miliona widzów. W tym roku po raz pierwszy całe mistrzostwa świata w piłce nożnej będzie można śledzić w Orange TV w jakości 4K. Do tego potrzebne jest przede wszystkim odpowiednie łącze. Ze względu na jakość transmisji w 4K i jej potrzeby technologiczne usługa będzie dostępna wyłącznie w sieci światłowodowej.

– Przygotowaliśmy ofertę wszystkich sześćdziesięciu czterech meczów mistrzostw świata w piłce nożnej w oparciu o sublicencję zakupioną od nc+. Oferta będzie dostępna dla wszystkich klientów Orange Polska, którzy mają światłowód i telewizję z dekoderem, który pozwala na odbieranie w jakości 4K. W domach naszych klientów jest już 120 tys. takich urządzeń. Klienci Orange TV będą mogli obejrzeć całe mistrzostwa w jakości 4K bez żadnych dodatkowych opłat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Gaca, wiceprezes zarządu Orange Polska.

Aktualnie z Orange Światłowodu korzysta ponad 250 tys. klientów, a w zasięgu tej usługi jest już ponad 2,7 mln domów, biur i mieszkań. Dwóch na trzech klientów światłowodu korzysta również z Orange TV.

 Aby skorzystać z oferty, trzeba mieć światłowód i usługę telewizyjną. Można kupić je w pakiecie w ramach oferty Orange Love. Dekoder jest jej częścią – mówi Mariusz Gaca. – Klienci, którzy mają taki dekoder, nie muszą nic robić. Po prostu włączą kanał i będą się cieszyć emocjami piłkarskimi w najwyższej jakości. W zasięgu światłowodu mamy ponad 2,7 mln gospodarstw domowych. Wszyscy klienci, którzy przed rozpoczęciem mistrzostw kupią światłowód wraz z pakietem telewizyjnym, będą mogli obejrzeć piłkarskie spotkania właśnie w jakości 4K.

Klienci, którzy korzystają z łącza światłowodowego i telewizji od Orange, ale nie mają właściwego dekodera, mogą go wymienić na urządzenie obsługujące najnowszą technologię. Przy przedłużeniu umowy na dwanaście miesięcy lub dwadzieścia cztery miesiące otrzymają dekoder za darmo.

Z badań przeprowadzonych przez Orange wynika, że Polacy lubią nowinki technologiczne. Telewizor obsługujący jakość 4K ma już w swoim domu ok. 12 proc. Polaków, a kolejne 29 proc. planuje taki zakup w nadchodzących miesiącach. Chęć oglądania filmów, seriali i sportu w rozdzielczości 4K deklaruje aż 82 proc. Dlatego Orange Polska zamierza rozbudowywać ofertę w tej jakości. Od końca maja w bibliotece filmów 4K na żądanie będą się pojawiały hitowe produkcje studia Warner Bros.

– Oferta 4K w portfolio Orange Polska to nie tylko mundial. Pod koniec maja udostępnimy „Ligę Sprawiedliwości” i „Geostorm”. Mamy też wielogodzinny materiał, który zakupiliśmy od Discovery w jakości 4K, dostęp do Netlixa z poziomu naszego dekodera oraz dwa stałe kanały, które nadają w tej rozdzielczości – Festival 4K oraz Eleven Sports 1 – mówi wiceprezes Orange Polska.

Polskie start-upy inwestują głównie za środki publiczne. Zainteresowanie funduszami venture capital w Polsce rośnie, ale wiele z nich wciąż działa źle

Polskie start-upy inwestują głównie za środki publiczne. Zainteresowanie funduszami venture capital w Polsce rośnie, ale wiele z nich wciąż działa źle 7

Ponad 80 proc. inwestycji w rozwój polskich start-upów pochodzi z państwowych funduszy. Powodem jest wciąż zbyt słabo rozwinięty rynek funduszy prywatnych. Rynek inwestycji w start-upy obarczonych wysokim ryzykiem powoli się w Polsce profesjonalizuje. Już ok. 10–20 proc. działających w naszym kraju funduszy venture capital można uznać za naprawdę skuteczne i efektywne. Odsetek tych działających źle jest jednak wciąż zbyt duży.

– Obraz branży venture capital w Polsce dzisiaj jest taki, że jest 10–20 proc. najlepszych, którzy są perłami, którzy potrafią hodować bardzo dobre start-upy, mają relacje zagraniczne, potrafią wspomagać start-upy w pozyskiwaniu klientów, w rekrutacji kadry zarządzającej itd. 1/3 funduszy to fundusze bardzo złe –ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Julia Krysztofiak-Szopa, prezes zarządu fundacji Startup Poland.

Fundusze venture capital inwestują środki głównie w nowo powstające podmioty, obarczone dużym ryzykiem niepowodzenia inwestycji w średniej i dłuższej perspektywie czasowej. Z funduszy VC były finansowane takie potężne dziś światowe firmy, jak Snapchat, SpaceX, Uber czy Xiaomi. Polski rynek funduszy inwestycyjnych VC, choć jest bardzo młodym rynkiem, coraz bardziej się profesjonalizuje. Coraz więcej podmiotów świadczy start-upom usługi na coraz wyższym poziomie, choć poza wsparciem finansowanym, wciąż nie są to usługi kompleksowe.

– Start-upy dostrzegają, że rzeczywiście coraz bardziej profesjonalizuje się rynek funduszy VC, coraz łatwiej i lepiej z nimi rozmawiać, natomiast wciąż istnieje pewna dysproporcja pomiędzy tym, czego start-upy oczekują od funduszy poza kapitałem, a tym, co fundusze są w stanie rzeczywiście dostarczyć. Najbardziej widzimy dysproporcje w stosunku do pomocy funduszy w przygotowywaniu kolejnych rund inwestycyjnych, które pomogą np. w emisji na giełdzie – wskazuje ekspertka.

Jak wynika z opublikowanego przez fundację Startup Poland raportu pt. „Złota Księga venture capital w Polsce 2018” za pomocą środków publicznych finansowanych było aż 81 proc. transakcji inwestycyjnych wśród badanych start-upów. Zaledwie 20 proc. inwestorów deklaruje, że nie korzystało w inwestycji ze środków publicznych. Dodatkowo, kwoty inwestycji są w naszym kraju znacznie niższe niż za granicą.

– Do tej pory aż 4/5 wszystkich transakcji inwestycyjnych w Polsce było lewarowane środkami publicznymi, to bardzo dużo. Aby mieć na pokładzie głównie prywatny kapitał, co jest trudniejsze niż pozyskanie grantu np. z NCBiR, zresztą partnera naszego badania, trzeba mieć dużo relacji biznesowych pośród tych, którzy mogą inwestować w fundusze VC – twierdzi Julia Krysztofiak-Szopa.

Do największych inwestorów państwowych zalicza się Krajowy Fundusz Kapitałowy biorący udział w finansowaniu 37 proc. badanych transakcji. Na drugim miejscu znalazła się Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości z niemal 25-procentowym udziałem, a na trzecim Narodowe Centrum Badań i Rozwoju finansujące co dziesiątą z tych operacji.

Venture capital jest jednak coraz bardziej pożądanym wśród start-upów źródłem finansowania. W minionym roku 40 proc. z tych, które wspierały się zewnętrznym inwestorem, posiadało kapitał venture. Polskich inwestorów najbardziej interesują start-upy działające w obszarze big data, internetu rzeczy i technologii dla marketingu. Inwestycje typu venture w Polsce są jednak wciąż zbyt niskie, dlatego aż 44 proc. polskich start-upów inwestora poszukuje za granicą.

– Polskie fundusze VC są nieco w tyle w stosunku do standardów zagranicznych w bardziej dojrzałych ekosystemach innowacji. Fundusze w Polsce inwestują dużo mniej niż nasi sąsiedzi za zachodnia granicą. Przykładowo, w ponad jednej trzeciej rund inwestycyjnych w polskich start-upach wartość nie przekroczyła 500 tys. zł, podczas gdy w Europie przeciętna runda zalążkowa to 700 tys. euro, a w Krzemowej Dolinie 1,5 mln dol. Widać więc, że za wielokrotnie mniej staramy się hodować jednorożce (startupy o wartości 1 mld dol., przyp. red.) – mówi ekspertka.

Kapitał inwestycyjny pozwala start-upom tworzyć miejsca pracy. Ponad połowa firm biorących udział w badaniu zatrudnia od czterech do dwudziestu pracowników, a 10 proc. z nich – ponadpięćdziesiąt osób. W wyborze funduszu VC start-upowcy rzadko zdają się na pogłębioną analizę zasad współpracy. 49 proc. firm wybrało fundusz, ponieważ ktoś go polecił, 45 proc. starczyło dobre wrażenie i obietnice, a u 38 proc. zadecydowało doświadczenie funduszu w podobnych przedsięwzięciach. Obraz branży VC w Polsce – blisko 1/3 źle działających funduszy VC – powinien skłonić start-upy do uważniejszego dobierania partnerów biznesowych.

– Przeraziło nas, jak wielu start-upowców deklaruje, że umowa inwestycyjna, którą podpisywali, była trochę zrozumiała, trochę niezrozumiała. Nie można podpisywać dokumentów inwestycyjnych, jeżeli nie ma się 200 proc. zrozumienia tego, co się podpisuje. Po drugie, nie wszystkie start-upy mają swoich własnych prawników, a kiedy negocjują z funduszem, używają prawnika funduszu. To oczywiście wielka asymetria siły. Fundusz wie dużo więcej i płaci dużo więcej za prawników. Start-up musi również zainwestować w pozyskanie dla siebie dobrej obsługi prawnej – przekonuje prezes fundacji Startup Poland.

W 2017 roku w portfelach funduszy VC w Polsce znalazło się siedemset pięćdziesiąt firm. Na początku kwietnia 2018 r. Komisja Europejska poinformowała, że w ramach programu VentureEU zainwestuje 410 mln euro w najbardziej innowacyjne start-upy w UE.

Kiedy pracodawca musi zapewnić odzież roboczą?

Dopuszczenie pracownika do wykonywania obowiązków na stanowisku pracy bez odpowiedniego zabezpieczenia w postaci odzieży i obuwia roboczego to jawne łamanie prawa.

Dopuszczenie pracownika do wykonywania obowiązków na stanowisku pracy bez odpowiedniego zabezpieczenia w postaci odzieży i obuwia roboczego to jawne łamanie prawa. Obowiązek ten narzucają na pracodawcę zarówno przepisy prawa pracy, jak i ogólne przepisy BHP, choć nie bez znaczenia są tu też kwestie praktyczne i zdroworozsądkowe – stanowiska pracy, które wymagają odpowiedniego zabezpieczenia lub zwyczajnie narażają na uszkodzenie odzież własną pracownika powinny być wyposażone w odpowiednią odzież roboczą.

Kwestia zapewnienia odzieży ochronnej przez pracodawcę powinna być ujęta w odpowiednim regulaminie zakładowym, a sama odzież powinna być dostosowana do potrzeb konkretnego pracownika. Zapotrzebowanie na odzież roboczą nie występuje na każdym stanowisku – na niektórych sprawdzi się bowiem odzież ochronna, a czasami nawet odzież prywatna pracowników. Kiedy pracodawca musi zapewnić pracownikowi odzież roboczą, a kiedy może pozwolić sobie na jej brak?

Wymogi prawne

Paragraf 1 artykułu 237 Kodeksu Pracy reguluje przepisami obowiązek pracodawcy do zapewnienia pracownikom odzieży i obuwia roboczego spełniających wymogi odpowiednich norm w dwóch przypadkach.

Pierwszym z nich jest sytuacja, w której odzież własna pracownika mogłaby ulec zniszczeniu albo znacznemu zabrudzeniu. Druga, gdy ze względu na wymagania technologiczne, sanitarne lub BHP konieczne jest stosowanie specjalistycznej odzieży. Nie trudno zauważyć, że przepisy te w żaden sposób nie określają konkretnych stanowisk czy rodzajów wykonywanej pracy – liczą się wyłącznie warunki, w jakich dana praca jest wykonywana. To wspomniany wcześniej regulamin wewnątrzzakładowy, sporządzony na podstawie odpowiednich regulacji BHP i norm, wedle których firma funkcjonuje, określa które stanowiska wymagają stosowania odzieży roboczej.

Najczęstszym sposobem nakreślania regulaminów zakładowych odnośnie odzieży roboczej jest konsultacja pracodawcy z pracownikami zatrudnionymi na danych stanowiskach. To w rozmowie z nimi będzie on w stanie określić stanowiska pracy, na których dozwolone będzie stosowanie własnej odzieży i obuwia roboczego, pamiętając oczywiście o tym, że i te muszą spełniać odpowiednie wymogi bezpieczeństwa i higieny pracy.

Prawny zapis zabraniający stosowania własnej odzieży roboczej dotyczy wyłącznie sytuacji, w których praca na danym stanowisku jest związana z bezpośrednią obsługą maszyn i urządzeń technicznych oraz tych, w których pracownik podczas wykonywania prac będzie narażony na intensywne brudzenie lub skażenie odzieży i obuwia roboczego środkami chemicznymi, promieniotwórczymi, lub materiałami biologicznie zakaźnymi.

pracownik

Obowiązki pracodawcy w praktyce

Sytuacja zapewniania odzieży roboczej pracownikom przez pracodawcę nie zawsze wygląda w praktyce tak, jak powinna. Okazuje się bowiem, że wielu pracodawców informuje pracowników o tym, że zakupi odzież roboczą, po czym nie wywiązuje się z obowiązku i tym samym próbuje zmusić pracownika do korzystania z własnej odzieży. Pracownik taki ma prawo odmówić wykonywania pracy lub zażądać wypłaty ekwiwalentu pieniężnego za stosowaną odzież – prawo to przyznaje mu kodeks pracy.

Co więcej, pracownik może pozwać pracodawcę do sądu w momencie, kiedy ten wymusza na pracownikach stosowanie własnej odzieży, nie zapewniając jednocześnie ekwiwalentu za odzież. Odnosząc się po raz kolejny do wspomnianego wcześniej regulaminu wewnątrzzakładowego, bardzo częstym zabiegiem stosowanym przez pracodawców po ustaleniu szczegółów z pracownikami jest umieszczenie w regulaminie konkretnych stanowisk, które będą dopuszczały stosowanie własnej odzieży. To między innymi ten zapis pozwala na późniejsze ubieganie się pracowników o wypłatę ekwiwalentu za odzież. Ważne jest również to, że pracownik zainteresowany wypłatą ekwiwalentu wyraził wcześniej zgodę na korzystanie z własnej odzieży.

Ostatnią niezwykle istotną kwestią odnośnie odzieży roboczej zapewnianej pracownikom przez pracodawcę jest fakt, że to pracodawca odpowiada za czyszczenie i konserwację oraz wszelkie wymiany odzieży. Pracownik zatrudniony na stanowisku wymagającym stosowania odzieży roboczej nie ponosi odpowiedzialności za zniszczenie odzieży związane z normalnym wykonywaniem pracy.

Jeśli odzież ulegnie zniszczeniu i nie będzie zapewniała odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa, pracodawca musi dostarczyć pracownikowi nowy zestaw odzieży bezzwłocznie. Warto skorzystać z regularnych zakupów nowej odzieży, np. w hurtowniach takich sklep https://www.bhp-gabi.pl – dzięki temu łatwo można oszczędzić większą sumę w ujęciu rocznym. Pracownik może odmówić podjęcia pracy na stanowisku jeśli jego odzież jest uszkodzona i nie nadaje się do użytkowania.

Ameryka uderzy sankcjami w reżim Wenezueli

W atmosferze wszechobecnego strachu Nicolas Maduro znów zdobył władzę w Wenezueli, chociaż opozycja i znaczna część świata wzywała do odwołania wyborów. Reżim w Caracas nie posłuchał. Teraz Stany Zjednoczone i ich sojusznicy mogą nałożyć sankcje uniemożliwiające Wenezueli eksport oraz import ropy naftowej – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Więzienie opozycjonistów, przejęcie Sądu Najwyższego oraz Komisji Wyborczej przez władze, a także umieszczenie specjalnych czerwonych namiotów przed lokalami wyborczymi, gdzie skanowano dokumenty obywateli i zachęcano do głosowania na Maduro, to zachowania przeczące zasadom państwa prawa.

Obecnie jednak dużo ważniejszy jest fakt, że w Wenezueli panuje olbrzymia bieda. Brakuje żywności i leków. Wojsko brutalnie broni reżimu, a Caracas nie wpuszcza do kraju organizacji humanitarnych. Do tej pory Unia Europejska oraz USA nałożyły względnie łagodne sankcje na osoby i przedsiębiorstwa powiązane z Maduro. Czy wypaczone wybory zmienią podejście Waszyngtonu i Amerykanie zastosują opcję nuklearną, czyli obejmą sankcjami wenezuelską ropę?

Sankcje przyspieszą upadek reżimu

„Musimy się upewnić, że sankcje będą nakierowane na skorumpowany reżim, a nie na zwykłych ludzi. Sankcje na przemysł naftowy są bardzo ważnym krokiem. One są teraz intensywnie analizowane” – mówił w niedzielę w Buenos Aires zastępca sekretarza stanu USA John Sullivan.

Według danych EIA Stany Zjednoczone nadal importują ok. 200-300 tys. baryłek ropy naftowej z Wenezueli. To mniej więcej 15-20 proc. bieżącego wydobycia tego południowoamerykańskiego kraju. Dodatkowo również USA eksportują kilkadziesiąt tys. baryłek dziennie lekkiej ropy i produktów przemysłu petrochemicznego, które są używane do rozcieńczenia ekstra-ciężkiej wenezuelskiej ropy. Bez importu ze Stanów Zjednoczonych wenezuelski eksport jest praktycznie niemożliwy, gdyż ropa z pasa rzeki Orinoco ma praktycznie formę stałą i bez rozcieńczenia nie nadaje się ani do transportu, ani do eksportu.

Utrata amerykańskiego rynku dla Wenezueli oraz zakaz importu z USA mogłyby szybko doprowadzić do upadku socjalistyczne władze. Ta decyzja może być nawet podjęta w najbliższych dniach.

Ropa bez sankcji też droga

Wstrzymanie się z nałożeniem obostrzeń na wenezuelski handel surowcami wcale nie oznacza, że produkcja będzie rosła. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) szacuje, że tylko i wyłącznie ze względu na brak inwestycji w sektorze naftowym wydobycie do końca roku może spaść o kolejne kilkaset tys. baryłek dziennie (bpd). Obecnie Wenezuela produkuje ok 1,4 mln bpd, czyli o ponad 600 tys. mniej niż jeszcze półtora roku temu.

Fatih Birol, dyrektor wykonawczy IEA, wypowiadając się w poniedziałek dla agencji Bloomberg, stwierdził, że sytuacja w Wenezueli jest obecnie „główny ryzykiem” dla rynku ropy naftowej. Birol również sugerował, że zagrożenia dla bilansu podaży i popytu są nawet większe niż w przypadku Iranu.

Sankcje na Wenezuelę to nie to samo co na Iran

W perspektywie kilku miesięcy nie ma dobrego rozwiązania, jeżeli chodzi o podaż ropy z Wenezueli. Zarówno w przypadku sankcji, jak i ich braku można oczekiwać spadku produkcji, mniejszej globalnej podaży tego surowca energetycznego i wysokich cen.

Wydaje się jednak, w dłuższym okresie zdecydowanie lepszy jest scenariusz z sankcjami. Z jednej strony powinien on pozbawić reżim Maduro władzy, a więc rozpocząć również normalny proces inwestycyjny w sektorze wydobywczym. Wenezuelska ludność mogłaby także zacząć czerpać korzyści z największych na świecie złóż ropy naftowej.

W przypadku uruchomienia sankcji Amerykanie mogą skorzystać ze swoich rezerw strategicznych, które pozwolą na zmniejszenie presji na wzrost cen. USA również prawdopodobnie wywrze presję na Arabię Saudyjską i ich sojuszników, by w razie tak gwałtownego spadku podaży została zwiększona produkcja przez państwa zrzeszone w OPEC.

W przeciwieństwie do irańskich sankcji te nałożone na Wenezuelę mogą więc przerwać trend niższego wydobycia ropy. Dodatkowo będą one miały poparcie znacznej części świata (UE, Kanada, większość krajów Ameryki Łacińskiej), a także prawdopodobnie przysłużą się do pomocy lokalnej ludności, która jest ofiarą olbrzymiego kryzysu humanitarnego oraz gospodarczego.

Większość walut jest obecnie najdroższa w tym roku

Kolejny spadkowy tydzień na złotym. Większość walut jest obecnie najdroższa w tym roku. Złoty ofiarą spadków na EURUSD. Bierność RPP nie napawa optymizmem.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 14.05.2018-21.05.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2545 3,5555 3,5508 4,8220
Maksimum 4,3055 3,6740 3,6725 4,9275

 

EUR/PLN

kurs euroEuro jeszcze na początku maja dwukrotnie próbowało pokonać wsparcie na poziomie 4,236 zł. Obie próby okazały się nieudane i od prawie dwóch tygodni wspólna waluta systematycznie drożeje. Efektem tego jest dzisiejszy atak na 4,30 zł, który prawdopodobnie zakończy się trwałym złamaniem tej bariery. Ostatni raz euro kosztowało aż tyle w październiku zeszłego roku, kiedy to udało się tylko na chwilę pokonać tę barierę. Jeśli obecny ruch się nie zatrzyma EUR/PLN, wróci na poziomy ostatnio widziane na przełomie 2016 i 2017 roku. Warto pamiętać, że jeszcze na początku kwietnia euro było o 15 groszy tańsze, więc dynamika ruchu jest wyjątkowo duża. Prędzej czy później zapewne będziemy obserwować jakiś ruch korekcyjny, co nie zmienia faktu, że obecny trend spokojnie może sięgnąć co najmniej 4,35 zł.

USD/PLN

kurs dolaraJeszcze większe ruchy obserwujemy ostatnio na dolarze. Tak naprawdę to on jest odpowiedzialny za ostatnie osłabienie złotego. Silny ruch spadkowy na głównej parze walutowej świata, zwyczajowo już przyniósł osłabienie się walut z koszyka EM (emerging markets). Dodatkowo nastrój wokół tego koszyka psują argentyńskie peso oraz turecka lira, które gwałtownie ostatnio tracą na wartości. W takim otoczeniu złotemu trudno się bronić przed spadkami, zwłaszcza że brakuje impulsu choćby z banku centralnego. Spowodowało to, że dolar zdecydowanie przebił poziom 3,60 zł i bez przerwy kieruje się na północ. Na początku maja można było mieć jeszcze nadzieje na zakończenie złej passy złotego zwłaszcza ze względu na wcześniejszy nieudany atak na ten opór. Po nim dolar potaniał do 3,55 zł. Ostatni tydzień jednak już zdecydowanie należał do amerykańskiej waluty, dlatego dzisiaj dolar jest już 12 groszy droższy.

GBP/PLN

kurs funtaPara GBP/PLN od początku maja znajduje się w kanale wzrostowym, który ma szerokość blisko 10 groszy. W ostatnim czasie zdążyliśmy się już przyzwyczaić do większej zmienności na tym instrumencie. Obie waluty mają swoje problemy i obie są podatne na mocniejsze tąpnięcia. Funtowi cały czas ciąży zamieszania związane z brexitem. Dodatkowo coraz częściej odczyty makroekonomiczne zawodzą, co może wskazywać na to, że rachunek za rozwód będzie większy, niż pierwotnie się spodziewano. Złotemu z kolei nie pomaga sytuacja w Niemczech, gdzie coraz więcej wskazuje na  nadchodzące spowolnienie. Nikt chyba już nie ma wątpliwości, że uderzy ono także w naszą gospodarkę i to pomimo rezygnacji z normalizacji polityki pieniężnej przez RPP. Funt ostatnio przebił 4,90 zł, patrząc jednak na to, że obecnie znajdujemy się przy górnym ograniczeniu kanału, to w najbliższym czasie prawdopodobnie możemy się spodziewać osłabienia brytyjskiej waluty.

CHF/PLN

kurs frankaFrank jeszcze niedawno, bo w połowie kwietnia kosztował zaledwie 3,46 zł. Wiele wskazywało wtedy, że szwajcarska waluta poszuka spokoju na szerokim rynku, co by miało oznaczać stabilizację kursu CHF/PLN w okolicach 3,50 zł. Tak się jednak nie stało, rosnące rentowności amerykańskiego długu, a co za tym idzie, turbulencje dla euro i złotego spowodowały powrót do silnego franka. Ten kosztuje już 3,67 zł, a to jeszcze może nie być koniec ruchu w górę. Już teraz jesteśmy na tegorocznych maksimach, więc silniejsze opory znajdują się wysoko ponad obecnym kursem. Sobotnie porozumienie między Chinami a USA może zwiastować powrót sentymentu dla bardziej ryzykownych aktywów, jednak jest zdecydowanie za wcześnie by wyciągać z tego jakieś optymistyczne wnioski dla złotego.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Presja płacowa rośnie?

Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło w kwietniu o 7,8% r/r (PKO i konsensus 7,2% r/r vs 6,7% r/r w marcu). Był to najsilniejszy wzrost od stycznia 2012, kiedy dynamika była jednorazowo podbita przez zmiany podatkowe. Biorąc pod uwagę zmienność miesięcznych danych odczyt mógł być podwyższony przez jednorazowe wypłaty premii (standardowi podejrzani to górnictwo i rafinacja ropy naftowej), jednak szczegółowe dane poznamy dopiero po publikacji Biuletynu Statystycznego (25 maja).

Uwzględniając wyniki przeprowadzonego przez NBP badania koniunktury, jesteśmy ostrożni z ogłaszaniem przyspieszenia trendu wzrostu wynagrodzeń.

Dynamika zatrudnienia była w kwietniu zgodna z oczekiwaniami i utrzymuje się na poziomie 3,7% r/r od trzech miesięcy. Kwietniowe badanie PMI pokazało kontynuację wzrostu zatrudnienia w przemyśle, chociaż w nieco wolniejszym tempie. Przy rekordowo niskiej stopie bezrobocia i kurczącym się zasobie wolnej siły roboczej, wzrost zatrudnienia jest coraz częściej osiągany dzięki zatrudnianiu obcokrajowców. Wg Szybkiego Monitoringu NBP w 1q18 odsetek dużych firm zatrudniających obcokrajowców wzrósł do 30%. Najczęściej zatrudnianiem obcokrajowców posiłkują się przedsiębiorstwa transportowe (42%) i z przetwórstwa przemysłowego (38%).

Fundusz płac w sektorze przedsiębiorstw wzrósł w kwietniu realnie o 10,1% r/r, najsilniej od września 2008, potwierdzając, że rosnące dochody w połączeniu z niską inflacją są bardzo silną podstawą dla wzrostów konsumpcji (wg naszego szacunku o 5,2% r/r w 1q18). Biorąc pod uwagę dobre nastroje oraz dochody z innych źródeł zakładamy, że konsumpcja będzie kontynuowała silny wzrost, pozostając głównym motorem wzrostu PKB w 2018.

Presja płacowa rośnieDane o płacach, chociaż lepsze niż zakładaliśmy, wpisują się w oczekiwane przez nas utrzymanie wzrostu płac w przedziale 7-8% r/r w 2018. Buforem przed wyraźnie szybszym wzrostem wynagrodzeń są wciąż niewykorzystane zasoby na krajowym rynku pracy (zatrudnienie w rolnictwie, niska aktywność kobiet) oraz napływ pracowników z zagranicy (chociaż oceniamy, że potencjał migracyjny Ukrainy stopniowo się wyczerpuje). Dane nie muszą też być sprzeczne z obrazem rynku pracy nakreślonym przez RPP podczas ostatniej konferencji prasowej.

Autor/Źródło: PKO Bank Polski

Prezes BEST SA o ekspansji we Włoszech i charakterystyce rynku wierzytelności nieregularnych

Włoski rynek wierzytelności do 2015 roku był zamknięty, a liczba transakcji bardzo mała. Tamtejsze banki kumulowały wierzytelności nieregularne w swoich bilansach. Ich całkowita wartość wciąż znacznie przekracza 200 miliardów euro. W szczytowym momencie, 2-3 lata temu, było to ponad 300 miliardów. W porównaniu z polskim rynkiem, który szacuje się na ok. 17 miliardów euro, to zasadnicza różnica. Wiąże się jednak z określonym ryzykiem. Włochy są o wiele słabiej rozwinięte pod względem infrastrukturalnym, jeśli chodzi instytucje wspierające windykację. Jej proces jest znacznie dłuższy niż w Polsce. Nie ma takich udogodnień, jak chociażby elektroniczne postępowanie upominawcze, czyli e-sąd w Lublinie. Cała droga sądowa odbywa się przez tamtejszy system, co potrafi trwać nawet 10 lat. Włosi zorientowali się jednak, że to droga donikąd i zaczęli wprowadzać zmiany. Grupa BEST testuje włoski rynek wierzytelności nieregularnych. W 2017 – pierwszym roku obecności we Włoszech – zakupiła portfele o łącznej wartości nominalnej 280 milionów euro. Na tej podstawie planuje zbudować strategię na kolejne lata.

– Polski i włoski rynek wierzytelności nieregularnych są jak dwa różne światy. Nasz jest ustabilizowany, dobrze rozwinięty, z dobrą infrastrukturą prawną i instytucjonalną – o silnych podmiotach, które na nim dominują – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Borusowki, prezes BEST SA – To także stałe transakcje i dopływy portfeli oraz bardzo dobre finansowanie. Rynek włoski jest znacznie mniej dojrzały – to szansa dla polskich, doświadczonych podmiotów. Grupa BEST chciałaby docelowo być jednym z ważniejszych graczy na tamtejszym rynku. W 2018 roku planujemy kontynuowanie inwestycji w tempie podobnym do ubiegłorocznego oraz zbudowanie własnych operacji we Włoszech. Obecnie korzystamy z lokalnych serwisantów, czyli firm pomagających windykować. To najlepsze podejście ze względu na ich dużo większe doświadczenie i dłuższą obecność na rynku. W przyszłości możemy kupić odpowiednią firmę serwisową lub zbudować własne operacje od zera. To plan na 2018 rok – ocenił Borusowski.

Kurs dolara umacnia się względem każdej głównej waluty

Nieraz zwracaliśmy uwagę na to, że dla rentowności kluczowych 10-letnich obligacji skarbowych USA poziom 3% stanowi pewną psychologiczną barierę, której przekroczenie ma znaczenie dla inwestorów.

Zeszły tydzień przyniósł wyprzedaż amerykańskich papierów wartościowych, co wymusiło ich silny wzrost do najwyższego poziomu od 7 lat. Rynki zareagowały zgodnie z oczekiwaniami – inwestorzy pozbywali się aktywów ryzykownych, podczas gdy dolar umacniał się względem każdej głównej waluty.

Na przestrzeni ostatnich dni najgorszy los spotkał waluty krajów wschodzących, które osłabiła zarówno ucieczka od ryzykownych aktywów, jak i siła dolara. Najmocniej odbiło się to na walutach Ameryki Łacińskiej. Real brazylijski, peso kolumbijskie, waluty Chile oraz Meksyku – wszystkie osłabiły się w ubiegłym tygodniu o ok. 2%.

W związku z brakiem istotniejszych danych gospodarczych jak i spotkań decyzyjnych banków centralnych gospodarek G4, inwestorzy będą przyglądać się rozwojowi sytuacji politycznej we Włoszech. Populistyczna koalicja szykuje się tam do utworzenia rządu, a jej nowe niepokojące postulaty (jakkolwiek na ten moment dość mgliste) mogą być źródłem konfliktu z instytucjami Unii Europejskiej.

PLN

W ubiegłym tygodniu polski złoty, podobnie jak pozostałe waluty emerging markets doświadczył wyprzedaży w relacji do głównych walut. Walutom EM nie sprzyjała ucieczka od aktywów ryzykownych i umocnienie dolara amerykańskiego, związane ze wzrostem rentowności amerykańskich papierów dłużnych.

Ubiegły tydzień przyniósł stosunkowo mało odczytów makro z Polski. Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na wzrost PKB Polski w I kwartale br, który przyspieszył z poziomu 4,9% notowanego w ostatnim kwartale ubiegłego roku (odczyt zrewidowany w dół) do 5,1% sugerując, że polska gospodarka oparła się pogorszeniu nastrojów i spowolnieniu ekspansji na Zachodzie. W kontekście naszego kraju warto również wspomnieć o spotkaniu Rady Polityki Pieniężnej, które zakończyło się utrzymaniem stóp procentowych na stabilnym poziomie. Bieżący tydzień również przyniesie kilka informacji z kraju. Warto zwrócić uwagę szczególnie na środową publikację danych o sprzedaży detalicznej w kwietniu.

GBP

Funt brytyjski przetrwał umocnienie dolara lepiej od większości walut G10. Informacje o silnym wzroście zatrudnienia i nominalnej dynamiki płac wspierały funta. Brytyjskiej walucie sprzyjał również brak negatywnych informacji dotyczących  negocjacji ws. Brexitu.

Bieżący tydzień będzie kluczowy dla szterlinga. W środę opublikowany zostanie raport o dynamice cen w kwietniu, dzień później ukażą się dane dotyczące sprzedaży detalicznej. Decydenci Banku Anglii niedawno deklarowali, że przyszłą politykę monetarną uzależniać będą od danych makroekonomicznych – stąd spodziewamy się, że kurs funta będzie reagował na każdą z istotnych publikacji.

EUR

Dynamika PKB w Niemczech w I kwartale wypadła trochę poniżej oczekiwań, aczkolwiek dane zostały przyćmione przez informacje z Włoch. W wyniku negocjacji partie populistyczne ostatecznie były w stanie zawrzeć porozumienie. Kluczowym źródłem niepewności w kwestii Włoch obecnie są negatywne nastroje względem wspólnej europejskiej waluty, które niedawno głosiły obie partie. Nie wiadomo w jakim stopniu zostaną one odzwierciedlone we wspólnym programie rządowym – aczkolwiek warto zwrócić uwagę, że większość zapisów podważających obecność Włoch w strefie euro zostało wykluczonych ze wstępnego porozumienia.

Pozostajemy optymistyczni w kwestii ewentualnej konfrontacji nowego włoskiego rządu z instytucjami unijnymi. Niemniej, będziemy bacznie obserwować spread między rentownościami niemieckich i włoskich obligacji, co po raz kolejny staje się czynnikiem zaczynającym mieć wpływ na cenę wspólnej waluty.

Bieżący tydzień nie przyniesie zbyt wielu istotnych informacji makroekonomicznych ze strefy euro. Warto będzie jednak zwrócić uwagę na publikację “minutek” z ostatniego spotkania Europejskiego Banku Centralnego, które zostaną opublikowane w czwartek.

USD

Przewodniczący Rezerwy Federalnej z San Francisco, John Williams, zasugerował porzucenie polityki kierowania oczekiwaniami rynku w związku z normalizacją polityki monetarnej, co poskutkowało wzrostem stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Przebicie przez rentowności 10-letnich obligacji USA  poziomu 3% i pozostawanie powyżej tego psychologicznego poziomu było paliwem dla wzrostu dolara amerykańskiego.

Bieżący tydzień nie przyniesie zbyt wiele istotnych informacji makro. Kluczową publikację – podsumowanie spotkania FOMC – poznamy w środę. Rynek prawdopodobnie będzie jednak zwracał uwagę przede wszystkim na informacje z rynku długu, jak i na kwestie polityczne.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Złoty najsłabszy od pół roku. Wenezuela bez zmian

Zielone Świątki powodują, że dwa ważne europejskie rynki mają dzisiaj dzień wolny. Złoty w dalszym ciągu w odwrocie. Wybory prezydenckie w Wenezueli nie poprawiły sytuacji.

Złoty najsłabszy od pół roku

Ostatnie dni i wzrost niepewności na rynkach spowodował, że inwestorzy postanowili wycofać swoje środki z ryzykownych regionów. Za taki wciąż uchodzi niestety Europa Środkowo-Wschodnia. Po ostatnich ruchach euro przekroczyło 4,30 zł, frank i dolar 3,67 zł a funt z kolei  4,93 zł. Są to najwyższe poziomy od początku 2018 roku. Ostatni raz tak słabego złotego oglądaliśmy w październiku 2018 roku. Powodem jest strach inwestorów przed rozwojem sytuacji we Włoszech. Powoli jednak mamy do czynienia z sytuacją, że niewiele gorszego może się wydarzyć. Skoro inwestorzy boją się koalicji lub powtórnych wyborów to przynajmniej jeden z tych scenariuszy się wydarzy a wtedy w ramach poczucia ulgi waluty powinny trochę powrócić w stronę poprzednich poziomów.

Dobre dane z Polski

Dzisiaj o godzinie 10:00 poznaliśmy ważne dane z Polski. Produkcja przemysłowa rośnie w ciągu roku o 9,3%. Jest to bardzo dobry wynik, niestety analitycy spodziewali się 9,5% wzrostu. Warto zwrócić uwagę, że produkcja budowlana wzrasta o imponujące 19,7%. Co ciekawe pomimo odczytu poniżej oczekiwań inwestorzy spojrzeli przychylniejszym okiem po tych danych na złotego. Najprawdopodobniej dane te były dobrym pretekstem by zamknąć pozycję na złotówce i zrealizować zyski na ostatnim osłabieniu. Ze względu na dzień wolny na ważnych rynkach dzisiaj warto wziąć pod uwagę, że jutro do pracy wrócą Niemcy i Szwajcarzy co może ponownie namieszać na walutach.

Wenezuela bez zmian

Obecny prezydent Nicolas Maduro wygrał wybory prezydenckie w Wenezueli. Opozycja wskazuje na wiele nieprawidłowości podczas samego głosowania. Warto jednak zwrócić uwagę, że szanse kontrkandydata najmocniej zaprzepaścił pomysł bojkotu wyborów przez opozycję, W rezultacie wynik pierwszej rundy wyniósł 68% do 22% pomimo doprowadzenia  gospodarki kraju do fatalnego stanu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak już ważnych danych. Warto natomiast zwrócić uwagę, że Zielone Świątki są powodem dnia wolnego w Niemczech, Szwajcarii, na Węgrzech i w Norwegii. W rezultacie można spodziewać się mniejszej zmienności na rynkach walutowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Coface: Bałkany Zachodnie w UE – do przejścia jeszcze długa droga

17 maja 2018 r. w Sofii odbył się szczyt Unia Europejska – Bałkany Zachodnie. Spotkanie służyło potwierdzeniu zaangażowania UE na rzecz rozszerzenia Unii o państwa Bałkanów Zachodnich. Ekonomiści Coface uważają przystąpienie tych krajów do UE za prawdopodobnie, zwłaszcza że stanowiłoby ono przeciwwagę dla rosyjskiej i chińskiej obecności w regionie.

Ścisła integracja handlowa i ekonomiczna

Po przerwie spowodowanej wojnami w latach 90. oraz kryzysami finansowymi w latach 2008–2011 kraje Bałkanów Zachodnich (Albania, Bośnia i Hercegowina, Kosowo, Macedonia, Czarnogóra i Serbia) pogłębiły związki gospodarcze z Unią Europejską. UE jest największym partnerem handlowym regionu, odpowiadającym za 83 proc. eksportu i 67 proc. importu. Od 2008 r. towarowa wymiana handlowa między UE a Bałkanami Zachodnimi zwiększyła się o 80 proc., do czego przyczyniły się Umowy o Stabilizacji i Stowarzyszeniu. Wysoki deficyt handlowy regionu wynika z wąskiej bazy produkcyjnej, obejmującej towary o niskiej wartości dodanej. Jest on finansowany głównie przelewami od emigrantów (prawie jedna czwarta populacji mieszka za granicą) oraz zagranicznymi inwestycjami bezpośrednimi, głównie z Europy Zachodniej. Przelewy od emigrantów stanowią około 10 proc. PKB Albanii, Bośni i Hercegowiny, Czarnogóry i Serbii. W przypadku Kosowa jest to około 15 proc., ale w Macedonii już tylko 4 proc. Europejska obecność zaznacza się szczególnie w bankowości, telekomunikacji, energetyce i turystyce oraz, w mniejszym stopniu, w sektorze produkcyjnym. Zagraniczne inwestycje bezpośrednie stanowią 40 proc. PKB w Albanii, Bośni i Hercegowinie, 70 proc. w Serbii i 113 proc. w Macedonii. Powszechne korzystanie z euro w regionie świadczy o wysokiej zależności od cyklu gospodarczego w strefie euro oraz jej polityki monetarnej.

Korupcja, wysokie bezrobocie i niski PKB na mieszkańca oznaczają, że do przejścia jest jeszcze długa droga

Z uwagi na strategiczne położenie geograficzne regionu oraz obawy Unii Europejskiej dotyczące ryzyka rozlania się konfliktów między sąsiadującymi krajami na większy obszar, a także ze względu na potrzebę zrównoważenia wpływów Rosji i Chin, przyjęcie tych krajów do UE jest prawdopodobne. Należy oczekiwać, że proces ten rozpocznie się od dwóch najbardziej zaawansowanych kandydatów – Serbii i Czarnogóry – prawdopodobnie jeszcze przed 2025 r. Ich członkostwo pociągnęłoby za sobą ograniczone dodatkowe koszty dla Unii Europejskiej. Europejska pomoc finansowa na lata 2014–2020 wynosi około 7 mld EUR (z czego większość przypada na wsparcie reform administracyjnych i instytucjonalnych). Szacuje się, że procedura nabywania członkostwa mogłaby zostać zrealizowana kosztem dodatkowych środków rzędu około 2 proc. budżetu EU‑28 na 2017 r.

Niemniej jednak ze względu na poważne niedostatki systemu sprawowania władzy uzyskiwanie członkostwa w UE przez kraje Bałkanów Zachodnich będzie długim procesem. Poważnym problemem w regionie jest korupcja w sektorach publicznym i prawnym, a Bałkany Zachodnie zajmują ostatnie miejsca w europejskim rankingu Transparency International z 2017 r. Obraz sytuacji pogarszają niskie wskaźniki WGI (wskaźnik dobrego rządzenia) Banku Światowego sygnalizujące małą stabilność polityczną w Albanii, Macedonii, Kosowie i Czarnogórze, rozdrobnienie instytucjonalne w Bośni i Hercegowinie, oraz słabość systemowych uregulowań dotyczących upadłości i niewypłacalności przedsiębiorstw.

Średni PKB na mieszkańca[1] na Bałkanach Zachodnich ledwie zbliża się do jednej czwartej poziomu dla EU‑15 i odpowiada połowie poziomu dla 11 państw członkowskich Europy Wschodniej. Konwergencja, która była już zaawansowana w latach powojennych, nagle zatrzymała się w czasie kryzysów finansowych z powodu braku konkurencyjności. Bezrobocie utrzymuje się na poziomie 16,2 proc. całej populacji w wieku produkcyjnym oraz 37,6 proc. wśród młodszych obywateli zdolnych do pracy. Bank Światowy szacuje, że przy aktualnym tempie wzrostu PKB (średnio tylko nieco ponad 3 proc.) średni PKB na mieszkańca na Bałkach Zachodnich zrówna się ze średnią UE za około 60 lat.

[1] według kursów wyznaczonych na podstawie parytetu siły nabywczej

2/3 naukowców przekonanych, że współpraca uczelni i biznesu to priorytet

Promowanie dostępu do rynku pracy dzięki umowom z przedsiębiorcami, digitalizacja zasobów i lepsze zaplecze do badań naukowych – to priorytety dla uczelni wyższych wskazane przez naukowców z całego świata zapytanych przez IPSOS. Wyniki badań to element przygotowań do IV Międzynarodowego Spotkania Rektorów w Salamance, które zaczęło się 21 maja i potrwa do 22 maja. Główne zagadnienia, które poruszą naukowcy to: digitalizacja, badania naukowe i wpływ kształcenia wyższego na społeczeństwo. Patronem wydarzenia jest Grupa Santander.

Badanie IPSOS[1] przeprowadzono na ponad 9 tys. członków społeczności akademickich w 19 krajach. Wynika z niego, że według naukowców trzy najważniejsze zadania jakie ma przed sobą uniwersytet to: kształcenie specjalistów w swoich dziedzinach, digitalizacja zasobów naukowych oraz promowanie dostępu do rynku pracy m.in. poprzez umowy zawierane z przedsiębiorcami. Dzięki temu szkoły wyższe mają wpływ na kształtowanie społeczeństwa i mogą łatwiej odpowiadać na zmieniające się otoczenie. Kluczowy jest również łatwy dostęp do badań naukowych, które powinny być lepiej dofinansowane.

TOP3 w Salamance: digitalizacja, badania i społeczeństwo

IV Międzynarodowe Spotkanie Rektorów w Salamance „Universia 2018” zorganizowano pod hasłem „Uniwersytet, Społeczeństwo i Przyszłość”. Ponad 600 rektorów i przedstawicieli środowiska akademickiego z 26 krajów bierze udział w debatach skupionych wokół trzech głównych tematów: „Nauczanie i uczenie się w świecie cyfrowym”, „Badania naukowe: paradygmat pod nadzorem?” oraz „Wkład uczelni wyższych w rozwój społeczny i terytorialny”.

Tłem do rozmów są wyniki badania IPSOS. Opinie ankietowanych na temat dostępu do rynku pracy zostaną omówione podczas dyskusji, w jaki sposób uczelnie wyższe mogą wpłynąć na rozwój społeczeństwa w XXI wieku. Członkowie społeczności akademickiej zainicjują także debatę na temat digitalizacji zasobów dydaktycznych, w tym w kontekście programów do nauczenia online. Ostatnia dyskusja skupi się na dostępie do większej ilości zasobów i lepszego zaplecza dla badań naukowych.

Walka o uniwersytet przyszłości

Celem spotkania w Salamance jest wypracowanie wizji uniwersytetu przyszłości, który będzie lepiej odpowiadał na potrzeby społeczne i rynku pracy, miał lepsze zaplecze do badań naukowych oraz będzie zdigitalizowany. Dyskusje będzie można śledzić w mediach społecznościowych lub na oficjalnej stronie poświęconej wydarzeniu: www.universiasalamanca2018.com. Na koniec opublikowany zostanie „List z Salamanki”, zawierający główne wnioski i propozycje działań w dążeniu do stworzenia uniwersytetu przyszłości oraz realizacji misji uczelni wyższych.

Wydarzenie odbywa się pod patronatem Grupy Santander, która według raportu Varkey/UNESCO-Fortune 500 jest największym na świecie mecenasem nauki.

Poprzednie edycje programu Universia odbywały się w Río de Janeiro (Brazylia, 2014), Guadalajarze (Meksyk, 2010) oraz w Sevilli (Hiszpania, 2005).

[1] Badanie przeprowadzono metodą wspomaganych komputerowo wywiadów indywidualnych w dniach 11.02-5.03.2017 w 19 krajach (Argentyna, Boliwia, Brazylia, Chile, Kolumbia, Kostaryka, Ekwador, Salwador, Hiszpania, Gwatemala, Honduras, Meksyk, Nikaragua, Panama, Paragwaj, Peru, Portugalia, Dominikana, Urugwaj) na próbie 9343 respondentów.

 

Dolar nie zwalnia tempa

Rentowność długu USA lokalny szczyt osiągała jeszcze w końcówce ubiegłego tygodnia, ale dolar jest tak rozpędzony, że kontynuuje aprecjację. Warto jednak zaznaczyć, że poniedziałkowe rozstrzygnięcia mogą być zwodnicze, gdyż w Niemczech obchodzone są Zielone Świątki a kalendarz makro z głównych gospodarek świeci pustkami.

W tym tygodniu w Polsce poznamy resztę z kwietniowej paczki danych. Sezonowe zamieszanie związane z terminem Wielkanocy będzie ciążyć na wynikach produkcji przemysłowej pry znanych perspektywach polityki RPP złoty przede wszystkim pozostanie pod wpływem pogarszającego się klimatu wobec rynków wschodzących w dobie aprecjacji USD. Odpływ kapitału z lokalnego rynku długu będzie ciągnął za sobą złotego w kierunku 4,32-4,34 za euro. Najsilniejszym z przedstawicieli koszyka powinien być rubel, a największe pole do osłabienia ma rand.

W najbliższych dniach, w strefie euro uwaga będzie na odczytach indeksów PMI (śr) i niemieckim indeksie Ifo (pt), które pozwolą odpowiedzieć na pytanie, czy słabość w aktywności gospodarczej z pierwszego kwartału zaczyna przemijać i EBC może powrócić do dyskusji o normalizacji polityki. Silne dane mogą podnieść EUR, choć nie będzie to proste w konfrontacji z wpływem rosnących rentowności obligacji USA i niepewnością włoskiej sceny politycznej. Mowa o jakimkolwiek trwalszym odreagowaniu spadków i powrocie do 1,20 może być dopiero po wyjściu EUR/USD ponad 1,1840.

Z kolei funt potrzebuje mocnych danych, jeśli w ogóle ma zostać przerwana trwająca spirala przeceny. GBP/USD na początku handlu w tym tygodniu jest najniżej w tym roku. Przy 1,34 testowana jest obecnie średnia 55 – tygodniowa, ale fakt, że kurs nie wykonał żadnego odbicia z dotychczasowych dołków 1,35 i kontynuuje zniżki, na pewno nie jest oznaką siły popytu na funta. Celem dla notowań mogą okazać się nawet okolice 1,31. Funtowi nie pomaga również sytuacja na brytyjskiej scenie politycznej i fatalna pozycja gabinetu Theresy May. Prawdopodobnie próżno będzie szukać pomocy w danych o inflacji (środa), kiedy wygasające efekty pobrexitowej deprecjacji GBP będą spychać inflację bazową niżej. Większe nadzieje są w kwietniowej sprzedaży detalicznej (czw), gdzie spodziewane jest silne odbicie po fatalnych danych za marzec. Dodatkowo szum związany
z negocjacjami Brexitu podnosi zmienność na funcie i to w obu kierunkach, dlatego taktycznie preferujemy chwilowo zostawić GBP w spokoju, dopóki dane nie dadzą podstawy do stabilniejszej aprecjacji.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

InsurTech – partner czy rywal?

Nowe technologie dopiero na dobre zagoszczą na rynku ubezpieczeniowym. Pionierami we wprowadzaniu innowacji w branży są start-upy, zwane InsurTechami. Czy dynamika ich rozwoju na polskim rynku zagraża tradycyjnym spółkom z obszaru ubezpieczeń?

Dzięki nowym technologiom ubezpieczyciele mają możliwość pozyskania nowych klientów, usprawnienia procesów wewnętrznych, a tym samym obniżenia kosztów. Rewolucja technologiczna w ubezpieczeniach zaczyna odbywać się na naszych oczach, powoli zmieniając tradycyjne modele biznesowe. Systemy informatyczne, wykorzystujące sztuczną inteligencję,  w przyszłości będą dokonywać analizy ryzyka ubezpieczeniowego, polisy ubezpieczeniowe będą sprzedawane za pośrednictwem aplikacji mobilnych, a systemy RPA będą wspierać lub zastąpią pracowników, wykonujących prace manualne. Zdaniem 86% szefów spółek ubezpieczeniowych w Polsce, firmy z obszaru InsurTech stanowią inspirację dla firm o ugruntowanej pozycji na rynku i spowodują możliwość uzyskania synergii pomiędzy firmami innowacyjnymi, a  tymi wciąż jeszcze działającymi w sposób tradycyjny. Z kolei 1/3 pracowników spółek ubezpieczeniowych jest zdania, że każda firma ubezpieczeniowa, aby odnieść sukces, musi stać się firmą InsurTech-ową – wynika z badania[1] przeprowadzonego przez firmę doradztwa personalnego HRK S.A.

To dopiero początek rozwoju branży

Jak pokazują wyniki badań zrealizowanych przez HRK S.A., ubezpieczyciele są świadomi możliwości, jakie niesie ze sobą korzystanie z innowacyjnych rozwiązań technologicznych. 71% badanych deklaruje, że ich pracownicy mają obecnie możliwości rozwoju kompetencji cyfrowych, a aż 80% planuje w najbliższym czasie rozpocząć nowe projekty, które pozwolą na rozwój kompetencji związanych z digitalizacją. Nieco innego zdania są pracownicy. W ich ocenie tylko niespełna 40% firm ubezpieczeniowych stwarza pracownikom możliwości rozwoju kompetencji cyfrowych, do których należy zaliczyć: zarządzanie i usprawnianie aplikacji, znajomość podstaw programowania, analizę i modelowanie metadanych, pracę na odległość czy w rozproszonych zespołach, komunikację w przestrzeni wirtualnej oraz krytyczne podejście do informacji (fake news). – Spora różnica pomiędzy oceną pracodawców a pracowników może wynikać z faktu, że firmy ubezpieczeniowe, które zdecydowały się na wprowadzanie nowych technologii, robią to powoli i małymi kroczkami. W związku z tym dostęp do innowacyjnych narzędzi, a tym samym szansę na rozwój kompetencji cyfrowych mają, jak na razie, nieliczni. Jednak już dziś możemy prognozować, że za trzy, cztery lata nowe technologie będą wykorzystywane w codziennej pracy przez całe zespoły, a nie – jak obecnie – pojedynczych pracowników – mówi Piotr Mazurkiewicz, Partner Zarządzający w firmie doradztwa personalnego HRK S.A.

infografika badanie InsurTech – pracownicyCo ciekawe sami pracownicy bardzo pozytywnie oceniają swoje umiejętności. Ponad 60% specjalistów, ekspertów i managerów z branży twierdzi, że posiada dobrze lub wysoko rozwinięte kompetencje pożądane wśród kandydatów na rynku InsurTech. Również ponad 60% pracowników zadeklarowało, że w przypadku otrzymania oferty pracy ze spółki InsurTech na stanowisko podobne do obecnie zajmowanego, rozważyłoby jej przyjęcie. – Może to oznaczać, że firma ubezpieczeniowa, która będzie wdrażać innowacje z ogromną łatwością będzie pozyskiwać najlepszych specjalistów z branży – komentuje ekspert HRK S.A.

Pracodawcy, zapytani o to, w jakich branżach poszukują kandydatów do rozwoju nowych rozwiązań technologicznych w swoich organizacjach, wskazali na banki (52%), firmy z obszaru nowych technologii (43%), konkurencyjne firmy ubezpieczeniowe (38%) oraz firmy e-commerce i telecomy (33%).

Współcześni konsumenci oczekują od ubezpieczycieli coraz wyższego poziomu świadczonych usług. Dla pokolenia tzw. Millenialsów, którzy stanowią coraz liczniejszą grupę klientów, ogromne znaczenie ma rozwój aplikacji mobilnych, które pozwalają na zdalne załatwienie spraw formalnych. Również starsze pokolenia (choć w mniejszym stopniu) doceniają rozwiązania i możliwości, jakie dają nowe technologie i z łatwością przyzwyczajają się do szybkiej i cyfrowej obsługi. A w którym obszarze, zdaniem specjalistów, nastąpi największa rewolucja technologiczna? Ponad 60% respondentów wskazało na obsługę klienta. Na dalszych pozycjach znalazła się sprzedaż (48%), ocena ryzyka (46%), likwidacja szkód (44%) i płatności składek (26%).

infografika badanie InsurTech – szefowieGotowość zmiany po stronie klientów stała się już faktem, nie tylko w branży ubezpieczeniowej. Tradycyjne firmy, które w najbliższej przyszłości nie wykorzystają swojej szansy, mogą mieć pewność, że firmy z obszaru InsurTech wyjdą naprzeciw oczekiwaniom klientów, odpowiadając na ich potrzeby w najlepszy możliwy sposób. I choć sam proces technologicznej rewolucji w branży ubezpieczeń dopiero się zaczyna, już dziś można śmiało stwierdzić, że na rynku „wygranymi” będą te spółki, które szybciej podążą za technologicznymi trendami.

[1] W badaniu przeprowadzonym przez HRK S.A. wzięło udział 21 Prezesów Zarządów i Dyrektorów Personalnych spółek ubezpieczeniowych w Polsce. Drugą grupę respondentów stanowiło 86 specjalistów, ekspertów i managerów spółek ubezpieczeniowych. Badanie zostało zrealizowane w kwietniu i maju br.

Kwiecień kolejnym miesiącem wzrostu niewypłacalności wśród firm produkcyjnych i w budownictwie

Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. W kwietniu 2018r. w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 76 przypadkach niewypłacalności przedsiębiorstw wobec 67 w kwietniu 2017 r. (wzrost o 13%). Od początku roku opublikowano informacje o niewypłacalności 336 polskich przedsiębiorstw wobec 291 w tym samym okresie ubiegłego roku (+15%).

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Kluczowe wnioski:

  • Budownictwo jak na razie nie stało się kołem zamachowym gospodarki – mimo rozwoju sezonu budowlanego liczba niewypłacalności w branży wciąż rośnie (w kwietniu było ich 18, czyli dwukrotnie więcej niż przed rokiem). Nie są to już jedynie firmy małe – dwie z trzech największych niewypłacalności dotyczyło właśnie firm budowlanych. W większości przypadków są to firmy o obrotach od kilkunastu do ok. 30 milionów złotych, często firmy prac wyspecjalizowanych – czyli podwykonawcy dużych firm ogólnobudowlanych.
  • Polska produkcją stoi, także w dziedzinie niewypłacalności przedsiębiorstw – sektor o największej liczbie niewypłacalności, bo aż 22 w kwietniu. Były to firmy produkujące na potrzeby budownictwa, ale także wyroby konsumenckie (nie tylko żywność) i inwestycyjne.
  • Czy czekają nas problemy coraz większych przedsiębiorstw, zjawisko obserwowane już w innych krajach? Najwyższy wzrost liczby niewypłacalności dotyczył spółek akcyjnych – aż o 48% r/r (37 firm).
  • Usługi – największą grupa w tym gronie były niewypłacalne firmy z sektora obsługi nieruchomości i inwestycji.
  • Handel hurtowy – 7 z 11 niewypłacalnych hurtowni dostarczało wyroby na potrzeby budownictwa bądź do obsługi procesów inwestycyjnych (zbiorniki, maszyny, urządzenia etc.)
  • Liczba niewypłacalności w IV wzrosła r/r najbardziej w województwach pomorskim (najliczniejsze – firmy produkcyjne) oraz wielkopolskim (tutaj głównie – firmy budowlane) Jednak największym odwróceniem dotychczasowego trendu był wzrost niewypłacalności w woj. podkarpackim, podobnie jak w woj. pomorskim efekt przede wszystkim problemów sektora produkcyjnego (trzy z czterech niewypłacalności). Z kolei największe niewypłacalności w kwietniu w budownictwie to… firmy z województwa podlaskiego.

Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy AllianzŹródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Gospodarka jest w tej chwili w dość dziwnym momencie: rośnie PKB, rośnie eksport, wiele firm ma dosyć duże zasoby gotówki a z drugiej strony mamy duży wzrost niewypłacalności oraz pogorszenie r/r tempa spłaty zobowiązań w całej gospodarce (firmy płacą sobie gorzej, niż rok temu) – mówi Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka. Z czego to wynika? Jedną z głównych przyczyn jest to, iż dystrybucja korzyści z rozwoju gospodarczego nie jest równa. Te np. tak znacznie rosnące inwestycje są przede wszystkim inwestycjami w wielkie projekty infrastrukturalne, z czego korzysta dosyć wąskie grono dużych wykonawców. Stąd mimo, iż gospodarka rośnie, to ryzyko w gospodarce, m.in. ze względu na znaczne rozwarstwienie również rośnie.

Świetne wyniki makro wiążą się ponadto w dużej mierze z wyższymi kosztami firm (efekt zacieśnienia podatkowego, jak i wzrostu kosztów pracy oraz surowców), które z tego powodu (ale nie wyłącznie) nie korzystają na wzroście obrotów i wspomnianym wzroście PKB. Tak naprawdę z punktu widzenia wielu polskich firm w obecnej sytuacji rośnie ich ekspozycja na ryzyko, a nie dochody, gdyż zwiększaniu się obrotów niekoniecznie towarzyszy wzrost zysku.

Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz 2Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Budownictwo jak na razie nie stało się kołem zamachowym gospodarki

Widać już pierwsze symptomy przegrzania – w budownictwie brakuje wszystkiego: nie tylko pracowników czy materiałów, ale także czasu na realizację kontraktów jak i wystarczających marż z ich realizacji. Są już więc pierwsze przypadki firm opuszczających inwestycje, dla których zapłacenie kary za niewykonanie kontraktu wiążą się z mniejszymi stratami, niż kontynuowanie ich realizacji. Jak dodaje Tomasz Starus: „Wiele firm – nie tylko mniejszych podwykonawców, ale także firm usługowych obsługujących proces inwestycyjny, handlowych czy w końcu produkcyjnych odczuje skutki niskiej lub wręcz ujemnej rentowności budownictwa.”

Polska produkcją stoi – także w dziedzinie niewypłacalności przedsiębiorstw

Oprócz niewypłacalnych firm produkujących na potrzeby budownictwa wszystkie kategorie wyrobów budowlanych – wyroby tartaczne, z betonu, tworzyw sztucznych i metalu (9 przypadków) widoczna jest także mająca problemy grupa firm wytwarzających art. wyposażenia mieszkań (np. szkło i ceramika) i produkty użytku osobistego (jak tekstylia). Nadal upadają firmy produkujące i instalujące maszyny i oprzyrządowanie przemysłowe – świadectwo (minionych?) niskich nakładów przedsiębiorstw.

Czy czekają nas problemy coraz większych przedsiębiorstw, zjawisko obserwowane już w innych krajach?

Większość upadłości dotyczyło firm z sektora MSP, który nie jest w stanie czerpać korzyści ze wzrostu gospodarczego. Przeciwnie, rosnąca konsumpcja i eksport wymagając jednocześnie dużej konkurencyjności cenowej i kredytowej obnaża ich słabość w tym względzie. Sprzedają coraz więcej ci, którzy mogą zejść z cenami na poziom dla nich nieosiągalny oraz kredytować sprzedaż przez okres i na skalę, na którą polski sektor MSP nie może sobie pozwolić. Tym niemniej obroty aktualnie niewypłacalnych firm są z reguły o rząd wielkości większe, niż w minionych miesiącach (podobnie jak we wspomnianym budownictwie) – średni obrót firm z tego grona oscylował już w granicach kilkunastu, a nie kilku milionów złotych. Co więcej, w kwietniu najwyższy wzrost liczby niewypłacalności dotyczył spółek akcyjnych – aż o 48% r/r (37 firm). Czyżby koncentracja wchodziła na coraz wyższy poziom?

To pewien paradoks, że koncentracja następuje nie w chwili kryzysu, ale boomu gospodarczego (przynajmniej pod względem wskaźników makroekonomicznych). Podobnie jak wzrost liczby upadłości firm budowlanych w okresie największego wzrostu nakładów na inwestycje budowlane… Paradoksy, które w Polsce stają się faktem, tak jak chociażby 15% wzrost niewypłacalności (od początku roku) przy 5% wzroście PKB w I kwartale – podsumowuje Tomasz Starus.

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Sprawdź pozycje funduszy lewarowanych na GOLD oraz WTI

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Według ostatniego raportu Commitents of Traders warto zainteresować się surowcami, w szczególności złotem oraz ropą naftową.

Złoto – coraz mniejsza pozycja netto

Według ostatniego raportu COT zarządzający na rynku kontraktów terminowych po raz kolejny zmniejszyli swoje zaangażowanie po długiej stronie rynku oraz powiększyli po krótkiej. Tym razem pozycja długa została zredukowana o ponad 5 tysięcy kontraktów, natomiast długa powiększona o ponad 16 tysięcy.

Krótkoterminowo domykanie długich oraz otwieranie coraz większej ilości krótkich pozycji jest niedźwiedzim sygnałem. Natomiast w długim terminie byczym, ponieważ linia netto znalazła się na bardzo niskim poziomie, gdzie historycznie zawsze dochodziło do mocniejszego odbicia oraz rajdu wzrostowego.

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Scenariusz ten potwierdzony jest przez analizę techniczną. Z jednej strony w poprzednim tygodniu stronie podażowej udało się pokonać krótkoterminowy opór 1300 USD. Dzięki temu otworzyli drogę do dalszej wyprzedaży w okolicę mocnego, tygodniowego wsparcia 1250 USD za uncję.

Notowania złota, interwał tygodniowy

Notowania złota, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

W krótkim terminie notowania mogą dotrzeć do wspomnianego wsparcia, natomiast jego przebicie jest już bardzo mało prawdopodobne, co sugeruje niska ilość pozycji długich względem krótkich w portfelu zarządzających na kontraktach terminowych. Po obronionym wsparciu notowania po raz kolejny z dużym prawdopodobieństwem dojdą do 1560 USD za uncję, gdzie mamy opór w postaci szczytów z 2016 oraz 2017 roku.

WTI – zarządzający inkasują zyski

OPEC dopiął swego. Ropa naftowa znalazła się w trendzie wzrostowym. Dodatkowo decyzja USA o przywróceniu sankcji wobec Iranu skutkowała ostatnim impulsem wzrostowym. Dzięki temu zarządzający na rynku kontraktów terminowych otrzymali doskonałą okazję do realizacji zysków z długich pozycji.

Zgodnie z tym w poprzednim tygodniu zarządzający zredukowali swoje zaangażowanie po długiej stronie rynku o ponad 20 tysięcy kontraktów terminowych. Natomiast pozycja krótka została powiększona o ponad 3 tysiące kontraktów.

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Warto również zauważyć, że zarządzający już od półtora miesiąca realizują zysk, aczkolwiek dopiero teraz zaczęła rosnąć krótka pozycja, co zmniejsza prawdopodobieństwo kontynuacji obecnych wzrostów.

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Według analizy technicznej czas na korektę. Notowania ropy WTI znalazły się na górnym ograniczeniu kanału wzrostowego, w której poruszają się od połowy 2017 roku. Celem korekty może być strefa oporu 66 USD. Należy jednak pamiętać, że dalsze zaostrzenie sytuacji USA-IRAN sprzyja nagłej aprecjacji tegoż surowca.

Dział Analiz Admiral Markets

Dialog może pomóc w złagodzeniu napięć społecznych w Polsce. Umiejętnie prowadzony może odwrócić negatywne zjawiska

Dialog może pomóc w złagodzeniu napięć społecznych w Polsce. Umiejętnie prowadzony może odwrócić negatywne zjawiska 8

Blisko połowa Polaków uważa, że społeczne podziały i konflikty nasiliły się w ciągu ostatnich dwóch lat. Dwie trzecie miało kontakt z mową nienawiści, a co trzeci przyznaje w badaniach, że sam stosuje wobec innych obraźliwe stwierdzenia. Różnice poglądów, stereotypy i uprzedzenia wywołują sytuacje konfliktowe nawet w społeczeństwach z pozoru wolnych od głębokich podziałów. Umiejętnie poprowadzony dialog może wzmocnić więzy społeczne i odwrócić negatywne trendy.

– W Polsce żyje 38 mln obywateli, a to oznacza 38 mln różnych poglądów. Nawet jeżeli nie ma poważnych konfliktów, to są w społeczeństwie tarcia, które definiują Polskę. Nie możecie sobie pozwolić na to, żeby one się nawarstwiały i podzieliły społeczeństwo. Dialog ma moc tworzenia i wzmacniania tkanki społecznej. Nie musimy akceptować i usprawiedliwiać wszystkiego, ale możemy się nauczyć czegoś o innych. To oczywiście czasochłonny i złożony proces, ale dialog może pomóc w złagodzeniu napięć społecznych w Polsce, bez względu na to, jak byłyby ostre, i zmienić nastawienie ludzi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Alfredo Zamudio, szef Nansen Center for Peace and Dialogue z Norwegii.

Według ubiegłorocznych badań CBOS prawie połowa Polaków (47 proc.) jest zdania, że w ciągu ostatnich dwóch lat wzmogły się społeczne podziały i konflikty. Dwie trzecie (65 proc.) wskazuje na politykę jako ten wymiar życia społecznego, który najbardziej dzieli polskie społeczeństwo. Tylko 2 proc. Polaków uważa, że polskie społeczeństwo żyje w pełnej zgodzie i nie jest w żadnym stopniu podzielone ani skonfliktowane.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu „Mowa nienawiści: Raport z Polskiego Sondażu Uprzedzeń”, opracowanego przez Centrum Badań nad Uprzedzeniami, Polki i Polacy coraz częściej spotykają się z obraźliwymi wypowiedziami. 2/3 osób miało kontakt z mową nienawiści, a co trzecia przyznaje się do stosowania wobec innych obraźliwych stwierdzeń. Dochodzi do tego głównie w internecie (szczególnie w przypadku młodzieży) i w telewizji (w przypadku dorosłych). Nienawistne stwierdzenia najczęściej są kierowane pod adresem uchodźców. Badania pokazują też rosnące znieczulenia na obraźliwe treści: im większy ludzie mają z nimi kontakt, tym bardziej przestają postrzegać taki język jako poważny problem społeczny.

Szef Nansen Center for Peace and Dialogue podkreśla, że dialog może odwrócić negatywne trendy i wzmocnić więzi społeczne. Dlatego jest to umiejętność niezastąpiona w życiu publicznym, w codziennych relacjach międzyludzkich i w biznesie. Każdy może się go nauczyć, ale niezbędna jest umiejętność słuchania.

– Nie trzeba być ekspertem ani studiować na Harvardzie, żeby nauczyć się dialogu. Musimy nauczyć się rozumieć i słuchać, również tego, co nam się nie podoba. W procesie uczenia się musimy się przyzwyczaić również do słuchania nieprzyjemnych wiadomości, które nas irytują. Prawdopodobnie dalej nie będą nam się one podobać, ale być może przy okazji nauczymy się czegoś nowego. Być może w tym procesie słuchania zdobędziemy jakieś informacje, których wcześniej nie wiedzieliśmy, a które w danej kwestii mogą zmienić nasze nastawienie albo je poprawić – mówi Alfredo Zamudio.

Czynnikiem, który może utrudnić dialog, jest asymetria sił. Nie da się konstruktywnie rozmawiać, kiedy jedna strona dominuje nad drugą, kiedy brakuje szacunku albo dochodzi do aktów przemocy.

– Bezbronny nie może prowadzić dialogu z uzbrojonym. Nie mówię tylko o prawdziwej broni, lecz także o niewidzialnych narzędziach dominacji. Bardzo ważne jest to, by dialog był rozmową prowadzoną z pokorą i skromnością przez strony znajdujące się wobec siebie na równorzędnych pozycjach – mówi Alfredo Zamudio.

Szef Nansen Center for Peace and Dialogue podkreśla również, że istnieje zasadnicza różnica między dialogiem a debatą, która jest ważnym elementem demokracji.

– W debacie chodzi o to, żeby twój głos został usłyszany. Dialog daje przestrzeń do wypowiedzenia się innym. Sam wybierasz, w czyj głos chcesz się wsłuchiwać: we własny czy w głos innych. Różnica pomiędzy dialogiem a debatą polega na tym, że dialog daje możliwość uczenia się, a to jest ważne dla zrozumienia świata, w którym żyjemy – mówi Alfredo Zamudio.

Norweska organizacja Nansen Center for Peace and Dialogue od 20 lat doskonali metody dialogu i wprowadza dialog w skonfliktowanych społecznościach, również w tych pogrążonych w wojnie, m.in. na Bałkanach, w Afganistanie, Kenii, Iraku czy na Ukrainie. Do Polski została zaproszona przez Orange Polska w ramach współpracy przy zainicjowanym właśnie projekcie „Wyłącz ego. Zrozum drugiego”. Celem jest umożliwienie aktywistom i przedstawicielom pięćdziesięciu organizacji pozarządowych, którzy na co dzień pracują nad rozwiązywaniem konfliktów, udziału w certyfikowanym szkoleniu z prowadzenia dialogu metodą Nansen Center. Dzięki temu będą mogli działać skuteczniej, przyczyniając się do budowania więzi społecznych.

Polskie firmy inwestują trzy razy więcej niż międzynarodowe korporacje. Wciąż jednak za mało przeznaczają na innowacje

Polskie firmy inwestują trzy razy więcej niż międzynarodowe korporacje. Wciąż jednak za mało przeznaczają na innowacje 9

Statystyczny polski przedsiębiorca ma niespełna 45 lat, jest dobrze wykształcony i pracowity – taki obraz wyłania się z raportu „Przedsiębiorcy odczarowani” przygotowanego przez Polityka Insight na zlecenie Polskiej Rady Biznesu. Polscy przedsiębiorcy są dobrymi pracodawcami, cenionymi przez zatrudnionych. Mają 50-proc. udział we wzroście gospodarczym i inwestują trzy razy więcej niż międzynarodowe korporacje. Do ich słabych stron zaliczyć można wciąż niską innowacyjność i brak wizji ekspansji zagranicznej.

– Polski przedsiębiorca ma niespełna 45 lat i jest jednym z najmłodszych statystycznie przedsiębiorców w Europie. Jest dobrze wykształcony – tylko 1 proc. polskich przedsiębiorców nie ma średniego lub wyższego wykształcenia. Jest pracowity, pracuje prawie 47 godzin, w tym w niedziele. Na szczęście nie tylko jest mężczyzną, bo prawie 30 proc. polskich przedsiębiorców to kobiety – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Olechowski, wiceprezes Polskiej Rady Biznesu.

W badaniu wzięto pod uwagę osoby, które są założycielami firmy oraz zatrudniają co najmniej jedną osobę. Wykluczyło to ponad milion prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. Średnie zatrudnienie wynosi 4,5 osoby na firmę, co oznacza, że sektor mikro, zatrudniający do 9 osób obejmuje 88 proc. wszystkich przedsiębiorstw w Polsce. Duże firmy (powyżej 250 pracowników) to zaledwie 0,3 proc. wszystkich polskich przedsiębiorstw. Jak policzyli autorzy raportu, w Polsce jest to 662 tys. przedsiębiorców, którzy łącznie prowadzą 884 tys. firm.

Polski przedsiębiorca zatrudnia najwięcej pracowników (licząc tylko umowy o pracę) spośród wszystkich grup firm. Z 3,9 mln pracowników polscy przedsiębiorcy dawali 30 proc. etatów w kraju, w tym dwukrotnie więcej niż międzynarodowe korporacje. Wskaźnik wynagrodzeń brutto w polskich przedsiębiorstwach był w 2016 roku wyższy o 274 zł niż średnia dla całej gospodarki. Średnia pensja w tym przypadku wyniosła 4 131 zł.

– Przedsiębiorca wyzyskiwacz to mit. Polski przedsiębiorca dzisiaj płaci lepiej niż średnio w gospodarce, o mniej więcej 10 proc. – informuje Jacek Olechowski. – Pomimo tego prowadzi biznes, który jest dwa razy bardziej rentowny niż typowa firma. Warto pamiętać, że kiedy mówimy o polskich przedsiębiorcach, to mówimy przede wszystkim o bardzo małych firmach. 99 proc. polskich przedsiębiorców to mikroprzedsiębiorstwa.

Okazuje się także wbrew obiegowym opiniom, że polscy przedsiębiorcy dużo chętniej inwestują w maszyny, samochody, fabryki i nowe technologie IT niż firmy z kapitałem zagranicznym. Łączna suma inwestycji polskich przedsiębiorców w 2016 roku przekroczyła 145 mld zł.

– Dzisiaj polscy przedsiębiorcy inwestują trzy razy więcej niż międzynarodowe koncerny w Polsce. To nie dlatego, że koncerny inwestują mało. Polscy przedsiębiorcy są po prostu kluczowym ogniwem naszej gospodarki, stąd bardzo istotna jest praca nad zwiększaniem ich skłonności do inwestycji, nad tworzeniem ekosystemu, który w tych inwestycjach pomaga. Każdy procent zwiększonych inwestycji to dużo pieniędzy dla gospodarki – przekonuje wiceprezes Polskiej Rady Biznesu.

Wkład badanej grupy w polską gospodarkę stanowi około 35 proc. PKB. Dwa lata temu wytworzyli oni prawie 570 mld zł PKB, o 100 mld zł więcej niż wszystkie pozostałe firmy z korporacjami i spółkami akcyjnymi włącznie. Zarazem to tylko o 48 mld zł mniej niż wytworzyło państwo z pozostałymi sektorami gospodarki.

– Polscy przedsiębiorcy dokładają do wzrostu gospodarczego ponad 50 proc. Na przykład w 2016 roku, kiedy polskie PKB urosło o 3 proc., to udział w tym polskich przedsiębiorców wynosił 1,6 pkt proc. – mówi dr Adam Czerniak, główny ekonomista Polityki Insight, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej.

Polscy przedsiębiorcy płacą do ZUS składki, pozwalające na roczną wypłatę 3 mln emerytur. W formie podatków i składek ZUS przekazali tylko w ubiegłym roku ponad 186 mld zł. Dla porównania wszystkie największe korporacje zapłaciły w 2016 roku podatek w wysokości 860 mln zł.

– Polscy przedsiębiorcy odprowadzają 80 mld zł składek, zarówno na ubezpieczenia społeczne płaconych przez siebie, jak i tych odprowadzanych za swoich pracowników. Dodatkowo 106 mld zł wszelakiego rodzaju podatków CIT czy PIT, bo mamy bardzo dużo osób fizycznych wśród polskich przedsiębiorców. Odprowadzają także dosyć istotną kwotę podatku VAT – wylicza dr Adam Czerniak, autor raportu „Przedsiębiorcy odczarowani”.

Zaletą polskich firm jest też to, że ich dochody są w zrównoważony sposób dzielone miedzy pracodawcę a pracowników, a będąc osadzone na lokalnych rynkach, lepiej sobie radzą niż korporacje w okresach spowolnienia. Ta cecha ma jednak drugie oblicze: jest także ich słabością, jednym z obszarów, w których mogłyby poprawić swoją aktywność.

– Do słabych stron polskich przedsiębiorstw zaliczyć należy to, że są mało innowacyjne. Niestety, nie miały jeszcze motywacji do tego, żeby zwiększyć innowacyjność. Drugą słabością jest to, że większość z nich jednak niechętnie samodzielnie wychodzi za granicę – zauważa dr Adam Czerniak. – Eksport polskich przedsiębiorstw jest dużo mniejszy niż eksport międzynarodowych korporacji czy dużych spółek Skarbu Państwa. Bez wyjścia za granicę polscy przedsiębiorcy będą rośli coraz wolniej. 

Cyfryzacja kraju nabiera tempa. Do 2025 roku wszystkie gospodarstwa domowe w Polsce będą miały dostęp do szybkiego internetu

Cyfryzacja kraju nabiera tempa. Do 2025 roku wszystkie gospodarstwa domowe w Polsce będą miały dostęp do szybkiego internetu 10

Powszechny dostęp do szerokopasmowego internetu o prędkości 100 Mb/s we wszystkich gospodarstwach domowych przed 2025 rokiem oraz ponad 30 tys. szkół podłączonych do szybkiej i bezpiecznej sieci OSE do 2020 roku – to kluczowe rządowe założenia dotyczące cyfryzacji. Unijne środki na ten cel są wydatkowane zgodnie z planem. Jednocześnie rząd pracuje nad zapewnieniem bezpieczeństwa sieci, czemu ma służyć przyjęty niedawno projekt ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa.

– Wydatkowanie środków w ramach pierwszej osi Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa, przeznaczonych na dostęp do szybkiego internetu, przebiega naprawdę bardzo dobrze. Jesteśmy po rozstrzygnięciu dwóch konkursów, w tej chwili zakończyło się składanie wniosków w trzecim konkursie. Jest to najlepiej wdrażana oś w ramach tego programu. Nie mamy zagrożenia, że te środki nie zostaną wydane – wręcz przeciwnie. Będziemy raczej przesuwać środki do tej osi, żeby jak najwięcej gospodarstw domowych objąć zasięgiem szybkiego internetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominik Kopera, zastępca dyrektora Departamentu Telekomunikacji w Ministerstwie Cyfryzacji podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Program Operacyjny Polska Cyfrowa to główne źródło unijnych dotacji na budowę sieci szerokopasmowego internetu w Polsce. Zakończony w lutym konkurs przyniósł rekordowe efekty – operatorzy telekomunikacyjni zobowiązali się podłączyć do szybkiej sieci 1,3 mln gospodarstw domowych i blisko 10 tys. szkół. Do 2 mld zł wkładu publicznego w ramach uruchomionej dźwigni inwestycyjnej zobowiązali się dołożyć 1,7 mld zł ze środków własnych. W tym miesiącu zakończył się etap składania wniosków w trzecim konkursie.

– Celem na 2025 rok jest powszechny dostęp do szerokopasmowego internetu o szybkości 100 Mb/s, ale już teraz realizujemy inwestycje, które pozwolą nam go osiągnąć. W ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa przeznaczamy ponad 1 mld euro na inwestycje w szybkie sieci szerokopasmowe. W konkursach organizowanych w ramach pierwszej osi POPC preferowane były sieci zapewniające przepustowość właśnie na poziomie 100 Mb/s, dlatego myślę, że do 2025 roku powinniśmy zrealizować nasz cel – mówi Dominik Kopera.

Jak zapowiedział w marcu minister cyfryzacji Marek Zagórski, dodatkowa pula środków prawdopodobnie zostanie przesunięta z drugiej do pierwszej osi POPC. Zostanie z nich sfinansowana część infrastruktury Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej. Rządowe plany zakładają, że ramach OSE do końca 2020 roku 30,5 tys. szkół w całej Polsce zostanie podłączonych do szybkiego internetu o przepustowości minimum 100 Mb/s. W tym roku do OSE zostanie podłączonych 1,5 tys. lokalizacji (ok. 2 tys. szkół).

Stworzona przez Ministerstwo Cyfryzacji OSE będzie publiczną siecią telekomunikacyjną, a odpowiedzialny za jej wdrożenie, uruchomienie i utrzymanie jest Państwowy Instytut Badawczy NASK. Zapewni on również system bezpieczeństwa oraz treści edukacyjne dla szkół przydatne w kształceniu umiejętności cyfrowych.

– Projekt OSE został powierzony do realizacji NASK w zakresie budowy infrastruktury i bezpieczeństwa przepływu danych, czyli bezpieczeństwa dostępu do internetu w ramach tej sieci. To bezpieczeństwo przejawia się w kilku aspektach. Pierwszym jest ochrona przed atakami. Drugim – bezpieczeństwo treści, które będą dostarczane wraz z dostępem do internetu, co jest szczególnie istotne w przypadku tak wrażliwych użytkowników jak młodzież – mówi dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor instytutu badawczego NASK.

NASK w realizacji zadań z zakresu bezpieczeństwa korzysta ze swoich wieloletnich doświadczeń. Działający w ramach NASK zespół CERT Polska specjalizuje się w reagowaniu na zagrożenia bezpieczeństwa w sieci. Ma bardzo dobrze rozwiniętą sieć współpracy z odpowiednikami w Europie i na świecie. To istotne o tyle, że w skutecznym zapobieganiu atakom dużą rolę odgrywają nie tylko narzędzia informatyczne, lecz także wymiana informacji i współpraca z podobnymi jednostkami w innych krajach.

– Dzięki temu wszyscy się wzajemnie ostrzegają, że nastąpiły anomalie w przepływie danych i można się spodziewać ataku. Z drugiej strony, jeżeli ten atak jest już zidentyfikowany, można poprosić inne CERT-y o pomoc w zneutralizowaniu i likwidowaniu jego skutków. Taką współpracę – zgodnie z projektem ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa – będziemy mieć obowiązek prowadzić w ramach trzech CSIRT-ów: MON, GOV i NASK. Mimo że ten obowiązek powstaje dopiero teraz, my robimy to już od dawna – podkreśla Wojciech Kamieniecki.

Pod koniec ubiegłego miesiąca Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa. Nowe prawo wdroży na gruncie krajowym wymogi unijnej dyrektywy NIS, uchwalonej w 2016 roku, której celem jest zapewnienie wysokiego poziomu bezpieczeństwa sieci i systemów informatycznych na terytorium całej UE.

– Dyrektywa NIS wyróżnia kilka kluczowych sektorów, które powinny być objęte szczególną ochroną i działaniami na rzecz podwyższenia poziomu bezpieczeństwa. W Polsce przyjęliśmy taką konfigurację, że nie ma centralnego, superinteligentnego ciała, które zna się na wszystkich sektorach i problemach specyficznych dla energetyki, transportu, wody, administracji i zdrowia. Dlatego to ministrowie będą tworzyli sektorowe, specyficzne obowiązki dla operatorów – mówi Krzysztof Silicki, zastępca dyrektora NASK ds. cyberbezpieczeństwa i innowacji .

Państwowy Instytut Badawczy NASK zwraca też uwagę na konieczność działań integrujących społeczność użytkowników poprzez budowanie partnerstwa i współpracy w ramach nowych regulacji prawnych. Dyrektywa NIS oraz projekt wdrżającej ją ustawy definiuje obszary odpowiedzialności zespołów CSIRT poziomu krajowego. Zespół CSIRT GOV w ABW ma odpowiadać za urzędy administracji centralnej i infrastrukturę krytyczną. Będzie też monitorować i minimalizować zagrożenia o charakterze terrorystycznym, niezależnie od tego jakiego podmiotu zagrożenie dotyczy. Zespół CSIRT MON będzie odpowiedzialny za analizę incydentów i monitorowanie zagrożeń obserwowanych w ramach struktur resortu obrony narodowej. Do CSIRT NASK będą raportować m.in. dostawcy usług cyfrowych, administracja samorządowa, pozostałe konkretne podmioty, wymienione w dokumencie oraz inne spoza obszarów odpowiedzialności zespołów CSIRT MON i ABW.

Magazynowanie energii warunkiem bezpieczeństwa energetycznego kraju. Chwiejność dostaw może zagrozić wzrostowi gospodarki

Magazynowanie energii warunkiem bezpieczeństwa energetycznego kraju. Chwiejność dostaw może zagrozić wzrostowi gospodarki 11

Magazynowanie energii jest warunkiem koniecznym, by ustabilizować system i poprawić bezpieczeństwo energetyczne. Ma duże znaczenie zwłaszcza w przypadku mniej stabilnych źródeł odnawialnych. Od kliku lat rozwijane są różne technologie przechowywania energii. Koncern energetyczny EWE zamierza wprowadzić na polski rynek rozwiązanie oparte na akumulatorach, które w Niemczech są instalowane zarówno na dużą skalę, jak i w małych gospodarstwach domowych.

– Magazynowanie energii jest wyzwaniem, które ma ustabilizować system energetyczny. Magazyny są kosztownym elementem, ale bez tego nie da się zapewnić odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa energetycznego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Daniel Waschow, prezes zarządu EWE Polska.

Magazynowanie energii jest kluczowe dla poprawy bezpieczeństwa energetycznego i rozwoju energetyki odnawialnej. Jego głównym celem jest bilansowanie sieci w cyklu dobowym – łagodzenie obciążenia sieci elektroenergetycznej w szczytach oraz gromadzenie energii wtedy, gdy następuje jej nadprodukcja. Ma to szczególnie istotne znaczenie w przypadku niesterowalnych źródeł odnawialnych. Magazynowanie na dużą skalę utrzymuje nadwyżkę, gdy produkcja energii wiatrowej i słonecznej przekracza popyt, a następnie uwalnia ją do sieci, gdy zasoby energii odnawialnej są niewystarczające do zaspokojenia konsumpcji.

– Coraz więcej źródeł odnawialnych wchodzi do sieci. To powoduje, że trzeba utrzymać równowagę między produkcją a zużyciem. Poza tym na tle całego rynku UE Polska ma jedną z najgorszych sytuacji dotyczącą bezpieczeństwa energetycznego. Może to nawet zagrozić rozwojowi gospodarczemu, ponieważ dla firm inwestujących w Polsce bardzo istotna jest pewność dostaw energii. W przeciwnym razie grozi to stratami w produkcji – zauważa Daniel Waschow.

Potrzebę inwestowania w magazyny energii pokazał przykład Australii. Po wielkim blackoucie we wrześniu 2016 roku, który pozbawił prądu 1,7 mln ludzi, tamtejszy rząd ogłosił przetarg na budowę magazynów energii, które miały zapobiec takim wydarzeniom w przyszłości. Wygrała go Tesla, która we współpracy z Neoen wybudowała bateryjny magazyn energii o mocy 100 MW i pojemności 129 MWh – największą obecnie taką instalację na świecie (oddaną do użytku pod koniec ubiegłego roku). Poza stabilizacją lokalnej sieci, która zapewnia bezpieczeństwo dostaw, gigantyczny magazyn energii w południowej Australii zapewnia też duże przychody Tesli.

Eksperci są zgodni, że nie można mówić o rozwoju OZE i energetyki nowej generacji bez odpowiednich technologii magazynowania energii. Jak wynika z danych International Energy Agency („World Energy Outlook 2016”) obecna moc magazynowania energii wynosi niewiele poniżej 3 proc. światowych zdolności produkcyjnych energii elektrycznej i jest zdominowana przez jedną technologię – elektrownie szczytowo-pompowe (ESP). W Polsce moc elektrowni szczytowo-pompowych jest szacowana na blisko 1800 MW. Energia może być jednak przechowywana przy użyciu kilku różnych technologii, które w ostatnich latach są rozwijane na potęgę – od akumulatorów litowo-jonowych poprzez technologie chemiczne, mechaniczne i termalne po magazyny sprężonego powietrza budowane na poziomie sieci dystrybucyjnych.

– Są różne opcje magazynowania energii – mogą to być zwykłe akumulatory, ale istnieją również inne sposoby, jak magazynowanie energii w formie ciepłej wody. Od lat istnieje też rozwiązanie, którym są elektrownie szczytowo-pompowe. To jest technologia, która bardzo dobrze sprawdza się w rzeczywistości. Wiadomo, że ona jest zależna od geografii i geologii, ale jest to sprawdzona technologia w magazynowaniu prądu – mówi Daniel Waschow.

Międzynarodowa Agencja Energii Odnawialnej w ubiegłorocznym raporcie wskazuje, że elektrownie szczytowo-pompowe są rozwiązaniem przyszłości, które będzie wykorzystywane jeszcze przez długi czas ze względu na jego skalowalność. IRENA oszacowała również, że koszty magazynowania energii elektrycznej powinny spaść o 2/3 przed rokiem 2030.

– Oczywiście, koszty są istotnym aspektem magazynowania energii. Trzeba jednak podkreślić, że koszty akumulatorów mocno spadły w ciągu ostatnich 2–3 lat. Z drugiej strony, na takiej technologii można też zarabiać. Dzięki nowej ustawie o rynku mocy w Polsce po raz pierwszy pojawiła się taka możliwość – choć może nie zarabiania, a raczej dorabiania – mówi Daniel Waschow. – Jestem przekonany, że to dopiero początek rozwoju magazynów. Za 3–5 lat wszyscy będziemy mądrzejsi i już niedługo pojawią się konkretne przykłady tego, jak bilansować magazyny pod kątem opłacalności ekonomicznej.

Niemiecki koncern energetyczny EWE w ubiegłym roku ogłosił projekt budowy gigantycznego magazyny energii, który ma zapewnić bezpieczeństwo energetyczne liczącego trzy miliony mieszkańców Berlina. Według wstępnych założeń instalacja miałaby zostać uruchomiona w 2023 roku.

– Na rynku niemieckim budujemy duże magazyny na podstawie akumulatorów, jak również małe akumulatory dla domków jednorodzinnych. Taką technologię chcemy wprowadzić również na polski rynek. Naszym zdaniem jest tu dla niej duży potencjał. Jestem też przekonany, że istnieje potrzeba stosowania takich technologii, które pomagają w rozbudowie sieci, rozbudowie systemu, przed którym stoją duże wyzwania – mówi Daniel Waschow.

Polska firma ma pomysł na walkę ze smogiem. Powietrze w mieście mają oczyścić zielone przystanki

Polska firma ma pomysł na walkę ze smogiem. Powietrze w mieście mają oczyścić zielone przystanki 12

Polska firma ma pomysł na poprawę jakości powietrza w miastach. Zielone przystanki mają oczyszczać powietrze, którymi oddychamy, czekając na tramwaj lub autobus. Pierwsze przystanki mogą się pojawić już w trzy miesiące po znalezieniu inwestora. W wyniku zanieczyszczeń powietrza co roku na świecie umiera kilka milionów ludzi.

Siedem milionów ludzi zmarło w 2016 roku wskutek oddychania powietrzem złej jakości ­– wynika z danych Światowej Organizacji Zdrowia. WHO podaje, że na pięćdziesiąt najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie, aż trzydzieści trzy leżą w Polsce. Problem najbardziej nasilony staje się w okresie grzewczym, kiedy do niskiej emisji, pochodzącej z transportu i przemysłu, dochodzi również emisja związana z ogrzewaniem mieszkań i domów jednorodzinnych.

Problem smogu jest w Polsce na tyle duży, że na rynku pojawiają się coraz to nowsze rozwiązania, mające chronić nas przed złej jakości powietrzem. Są oczyszczacze powietrza, które można postawić w domu. Są maski, które na bieżąco filtrują powietrze podczas spacerów. Pojawią się też innowacyjne doniczki i rośliny antysmogowe, które uderzają w nieczyste powietrze ze zdwojoną siłą. Na większą skalę walkę ze smogiem zapowiadają przedstawiciele  polskiej firmy Degrum.

– Chcemy zamienić zwykłe przystanki na zielone, czyli takie, które będą oczyszczać powietrze ze smogu. Na początku w polskich miastach, a potem także w europejskich. Będzie to specjalny system filtrów, ukryty w pomieszczeniu technicznym w przystanku. Będzie on zaciągał zanieczyszczone powietrze z zewnątrz, oczyszczał je i wrzucał czyste powietrze do środka przystanku – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Szymanowicz, współzałożyciel firmy Degrum.

Zadaniem systemu nie będzie oczyszczanie ze smogu całych miast, lecz tworzenie w nich stref czystego powietrza właśnie na przystankach, gdzie wdychamy zanieczyszczone powietrze w oczekiwaniu na autobus czy tramwaj.

– Smog jest problemem, gdyż oddziałuje na zdrowie ludzkie. Gdyby nie to, nikt by się nim nie zajmował. Zmieniamy więc podejście i nie chcemy oczyszczać miast ze smogu, ale tworzyć w nich strefy, gdzie ludzie będą mogli przebywać w czystym powietrzu – mówi Jakub Szymanowicz.

Projekt zielonych przystanków znajduje się aktualnie na etapie poszukiwania inwestora. Po jego znalezieniu, zgodnie z zapewnieniami producenta, pierwszy taki przystanek stanie w jednym z Polskich miast w ciągu trzech miesięcy. Miasto zostanie wybrane w drodze konkursu internetowego.

– Postawimy taki przystanek tam, gdzie byłoby największe zainteresowanie. Chcemy działać szybko i stworzyć strefy wolne od smogu, bo to bardzo działa na zdrowie ludzkie. Wiadomo jednak, że to jest rozwiązanie na teraz, a musimy działać systemowo. Musimy zlikwidować niską emisję i zmienić transport na elektryczny. Dzięki naszemu rozwiązaniu promujemy też transport publiczny – przekonuje przedstawiciel Degrum.

Smog powstaje w największym stopniu w wyniku tak zwanej niskiej emisji. Składają się na nią pyły i szkodliwe gazy pochodzące z transportu i domowych palenisk czy lokalnych kotłowni zawieszone na wysokości do czterdziestu metrów. Dlatego jest ona szczególnie niebezpieczna dla zdrowia ludzi. Pyły zawieszone w powietrzu przedostają się do układu oddechowego i zatruwają cały organizm. Najbardziej szkodliwe są cząsteczki pyłu zawieszonego o oznaczeniu PM 2,5 oraz PM 10.

Według raportu TechSci Research globalny rynek oczyszczaczy powietrza przekroczy w 2020 r. wartość 19 mld dol.

Rozwój rynku aut elektrycznych pobudzi wiele sektorów gospodarki. Skorzystają także firmy informatyczne

Rozwój rynku aut elektrycznych pobudzi wiele sektorów gospodarki. Skorzystają także firmy informatyczne 13

Przy tak dużym projekcie jak elektromobilność cały przemysł idzie do przodu – mówi Roman Szwed, prezes Grupy Atende. Rozwój tego sektora będzie oznaczać korzyści dla wielu polskich firm, nie tylko tych związanych z przemysłem motoryzacyjnym czy energetycznym. W samochodach elektrycznych będą potrzebne rozwiązania z zakresu internetu rzeczy, systemy informatyczne, które pozwolą rozliczyć na stacji usługę ładowania takiego auta. Wreszcie samochody muszą być zasilane, a więc potrzebna jest inteligentna i w pełni sterowalna sieć dystrybucji energii w Polsce. Duże pole do popisu mają tutaj firmy informatyczne, które na rozwoju elektromobilności mogą sporo zyskać. 

 Kiedy rynek elektromobilności w zakresie produkcji samochodów wejdzie w fazę rozwoju, skorzysta na tym wiele różnych gałęzi przemysłu, w tym oczywiście również informatyka. Nie patrzę na to w ten sposób, że powstanie jedna polska firma, która wytworzy wielką polską markę i będziemy konkurować z Mercedesem. Nie o to w tym chodzi. Chociażby przy produkcji czy wytwarzaniu podzespołów do samochodów elektrycznych może zarobić bardzo wiele polskich firm, a jeśli uda się stworzyć znaną polska markę, to znakomicie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Roman Szwed, prezes zarządu Atende.

Elektromobilność jest jednym z priorytetów obecnego rządu. Jej rozwój ma umożliwić powstanie nowych branż i technologii oraz stworzyć nowy łańcuch wartości w polskim przemyśle. Z wyliczeń Cambridge Econometrics i Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych wynika, że do 2030 roku elektryfikacja transportu drogowego przyczyni się do stworzenia około 50,8 tys. nowych miejsc pracy oraz wzrostu polskiej gospodarki o 0,3 proc. Do 2050 roku ten wzrost może sięgnąć nawet 1,1 proc.

W ubiegłym roku przyjęto strategiczne dokumenty dotyczące rozwoju elektromobilności w Polsce. Od stycznia tego roku obowiązuje ustawa, która ma kompleksowo uregulować tę branżę i wprowadza system zachęt dla nabywców elektryków. W toku są również prace nad prototypem polskiego samochodu elektrycznego, który w 2019 roku ma trafić do małoseryjnej produkcji. Rząd liczy, że pobudzi to innowacje i nowe technologie w polskim przemyśle motoryzacyjnym.

Zgodnie z rządowym Planem Rozwoju Elektromobilności do 2025 roku po polskich drogach ma jeździć już milion samochodów elektrycznych. Jak podkreśla prezes Atende, ta liczba jest często podawana w wątpliwość, ale nawet jeżeli będzie to 800 tys. samochodów elektrycznych czy nieco mniej, to będziemy mogli mówić o wielkim sukcesie.

– Aby elektromobilność mogła się rozwinąć, z oczywistych względów potrzebne są dostawy dużej ilości prąd. Trzeba też nim sterować, co wymaga inteligentnej sieci. Myślę, że jest koniecznością stworzenie inteligentnej sieci dystrybucji energii w Polsce, w pełni sterowalnej i opomiarowanej. Można wymienić wiele elementów, zależnych od wielu różnych gałęzi przemysłu, które bezpośrednio lub pośrednio wiążą się z elektromobilnością. To powoduje, że przy tak dużym projekcie cały przemysł dostaje impuls rozwojowy – powiedział Roman Szwed podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Plan Rozwoju Elektromobilności zakłada, że do 2020 roku ma powstać w Polsce około czterystu punktów szybkiego ładowania samochodów i ok. sześciu tysięcy publicznych punktów ładowania o normalnej mocy. Rozwój tej infrastruktury będzie wymagać rozwiązań, które pozwolą rozliczać taką usługę. Grupa Atende stworzyła system informatyczny, który to umożliwia.

– Spółka A2 Customer Care z naszej grupy kapitałowej stworzyła system do rozliczania słupków do ładowania, którego jeszcze nikomu nie sprzedaliśmy, ale już negocjujemy z kilkoma firmami. Tym sposobem bierzemy bezpośredni udział w rozwoju elektromobilności. Mamy również w planach rozwiązania z zakresu internetu rzeczy, ponieważ samochody elektryczne zapewne będą dużo bardziej skomunikowane ze sobą i ze światem zewnętrznym. Jest więc wiele dziedzin, w których przemysł związany z elektromobilnością będzie korzystał, niekoniecznie związanych bezpośrednio z samymi samochodami elektrycznymi – mówi Roman Szwed.

Grupa Atende chce się wpisać w rządowe plany i skorzystać na rozwoju polskiego rynku elektromobilności. Systemem, który umożliwia rozliczanie usługi ładowania samochodu elektrycznego i rezerwację miejsc na stacjach ładowania, są już zainteresowane duże koncerny i przedsiębiorstwa energetyczne.

– Wyobraźmy sobie, że w jakiejś dzielnicy dużego miasta 200 tys. ludzi wróci z pracy do domu samochodami elektrycznymi i wetknie wtyczkę do gniazdka w tym samym momencie. Wówczas ta sieć nie wytrzyma obciążenia i mówiąc kolokwialnie – padnie. Ładowaniem dużej liczby samochodów elektrycznych trzeba sterować, zarządzać, planować – nie da się inaczej. Poza tym akumulatory tych samochodów mają dużą pojemność. Można ten prąd oddać do sieci i wykorzystać, ale tym także trzeba odpowiednio zarządzać. Do tego są potrzebne odpowiednie narzędzia informatyczne. To ten element, w którym my, jako firma informatyczna, upatrujemy swojej roli do odegrania – mówi Roman Szwed.

Prezes Atende podkreśla również, że energetyka nowej generacji nie obędzie się bez magazynów energii. Bez nich niemożliwa będzie stabilizacja produkcji i dostaw energii, zwłaszcza przy rosnącym udziale źródeł niezależnych, odnawialnych.

– Wszyscy mają świadomość, że magazyny energii są potrzebne. Jeśli nie ma w danym momencie dużego zapotrzebowania, a jest duża produkcja, trzeba prąd gdzieś zmagazynować. Także stabilizacja sieci to konieczność. Im więcej źródeł niezależnych, fotowoltaiki, siłowni wiatrowych, elektrowni biogazowych, tym więcej musi być magazynów energii – mówi Roman Szwed.

Jak wyjaśnia, potrzebne są zarówno małe magazyny energii na poziomie gospodarstw domowych, jak i duże – stabilizujące całe systemy dystrybucji energii i służące do jej długiego przechowywania.

Zapewne świat pójdzie w stronę magazynowania wodoru uzyskiwanego z nadmiarowej podaży energii elektrycznej, bo w ten sposób uda się przechowywać energię długo i efektywnie. Do tego wszystkiego potrzebne są systemy informatyczne, a my staramy się mieć odpowiednie systemy w momencie, kiedy są potrzebne – podsumowuje prezes Atende.

Polacy najszybciej w Europie adaptują nowinki technologiczne i innowacje w finansach. Krajowy rynek fintech wart 860 mln euro

Polacy najszybciej w Europie adaptują nowinki technologiczne i innowacje w finansach. Krajowy rynek fintech wart 860 mln euro 14

Polska jest jednym z fintechowych liderów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej z rynkiem wartym blisko 860 mln euro. Po części wynika to z faktu, że na tle innych krajów europejskich krajów polscy konsumenci najszybciej adaptują technologiczne nowinki i innowacje w finansach. Podobnie jest z biznesem, co widać na przykładzie dynamicznie rosnącej popularności mikrofaktoringu online. Innowacyjna usługa jest dedykowana sektorowi MŚP i freelancerom, dla których brak odpowiednich produktów finansowych w ofercie tradycyjnych banków. Dzięki fintechom rynek usług finansowych dla biznesu szybko się rozwija.

– Rynek usług finansowych dla przedsiębiorców dynamicznie się zmienia. Banki próbują być na czele tej innowacji, ale dosłownie każdego dnia powstają fintechy oferujące produkty w kolejnej niszy. Dużą rewolucją na rynku usług finansowych jest wprowadzenie faktoringu online, który umożliwia polskim przedsiębiorcom rozwój biznesu. Co ważne, jest to usługa przeznaczona dla firm, które do tej pory nie mogły liczyć na finansowanie ze strony banków –powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach Krzysztof Węcławowicz, country manager Finiaty.

Fintechy to firmy i start-upy oferujące innowacyjne, pionierskie usługi finansowe, bazujące na nowych technologiach. Przykładem mogą być płatności oparte na blockchain, aplikacje mobilne do zarządzania finansami, wykorzystanie sztucznej inteligencji w procesach kredytowych, rozwiązania biometryczne w finansach, czy mikrofaktoring online dla przedsiębiorstw.

Coraz częściej mówi się, że fintechy nie zagrażają tradycyjnemu sektorowi bankowemu, ale tworzą ofertę komplementarną. Jak wynika z ubiegłorocznego raportu PwC „Banki i fintechy: małżeństwo z rozsądku”, w Polsce już prawie połowa (44 proc.) banków deklaruje współpracę z fintechami, a niemal co piąty (17 proc.) kupuje od nich produkty i usługi.

– Fintechy są uzupełnieniem oferty banków, muszą szukać swoich nisz. Ponieważ taką niszą może być na przykład wielkość klienta, firmy fintechowe uzupełniają ofertę banków, nie konkurując z nimi. Dowodem na to, że istnieje duże pole do rozwoju dla fintechów jest zainteresowanie usługami mikrofaktoringu. Nie narzekamy na brak klientów, finansujemy bardzo wielu polskich przedsiębiorców – mówi Krzysztof Węcławowicz.

Jak wynika z wyliczeń Deloitte, wartość branży fintech w Europie Środkowo-Wschodniej sięga 2,2 mld euro, z czego na Polskę przypada 860 mln euro. Polska jest jednym z fintechowych liderów w regionie. Po części wynika to z faktu, że na tle innych europejskich nacji polscy konsumenci najszybciej adaptują technologiczne nowinki i innowacje w finansach, co udowodniły już płatności bezgotówkowe. Podobnie jest z biznesem – widać to na przykładzie dynamicznie rosnącej popularności mikrofaktoringu online na polskim rynku.

Finiata – fintech wywodzący się z Niemiec – wkroczyła na polski rynek w czerwcu ubiegłego roku i w ciągu kilku miesięcy stała się jednym z liderów mikrofaktoringu. W pierwszym miesiącu działalności z jej usług skorzystało ponad 2 tys. polskich firm, które uzyskały blisko 2 mln zł na poczet wystawionych faktur. Obecnie na platformie jest już zarejestrowanych około 18 tys. przedsiębiorców.

– Kluczową innowacją, którą Finiata wprowadziła na rynek B2B jest sztuczna inteligencja, wykorzystywana przez nas do podejmowania decyzji kredytowych. Nasi klienci mogą złożyć wniosek o finansowanie online i dostarczyć nam – bez żadnych dodatkowych dokumentów – dane do podjęcia decyzji, która zapada w ciągu kilku chwil – mówi Krzysztof Węcławowicz.

Wśród polskich firm z sektora MŚP istnieje duża potrzeba poprawienia płynności finansowej ze względu na problem zatorów płatniczych. Często jest on wynikiem polityki zakupowej dużych firm, które stosują długie terminy płatności. W okresie pomiędzy wykonaniem zlecenia i wystawieniem faktury a otrzymaniem zapłaty podwykonawca musi utrzymać bieżącą płynność finansową. Nie każdego stać na to dzięki środkom własnym. Małe i średnie przedsiębiorstwa często nie spełniają też warunków do ubiegania się o kredyt w banku, a pożyczki pozabankowe są wysoko oprocentowane. Z kolei klasyczny faktoring jest skomplikowany i niedostępny dla mniejszych firm, zwłaszcza jeśli działają na rynku krócej niż dwanaście miesięcy.

W takich przypadkach firmom pomaga mikrofaktoring. Za pośrednictwem platformy online Finiaty przedsiębiorstwo rejestruje fakturę i tego samego dnia otrzymuje jej pełną wartość (w klasycznym faktoringu zwyczajowo jest to 80–90 proc.). Limity faktoringowe są przyznawane po automatycznej ocenie kredytowej przez zaawansowany, samouczący się algorytm. Miktofaktoring odbywa się w formie cichej, co oznacza, że przedsiębiorca nie musi się martwić, jak korzystanie z dodatkowego finansowania wpłynie na jego relacje z kontrahentem. Oferta Finiaty skierowana jest do sektora małych i średnich przedsiębiorstw oraz freelancerów, dla których do tej pory brakowało odpowiednich produktów finansowych w ofercie tradycyjnych banków.

– Chcemy finansować praktycznie każdego polskiego przedsiębiorcę. Wybraliśmy faktoring cichy z regresem, bo jest to produkt uniwersalny. Finiata zamierza dzięki temu rozwijać się równie dynamicznie, jak robiła to do tej pory – mówi country manager firmy, Krzysztof Węcławowicz.

Ochrona majątku – jak robić to poprawnie, legalnie i skutecznie

Każdy przedsiębiorca prowadzący działalność gospodarczą obciążony jest ryzykiem błędnych decyzji czy nierzetelności kontrahentów. Podjęte ryzyko może doprowadzić go na szczyt lub strącić na samo dno. W tej drugiej sytuacji zagrożony może być majątek osobisty przedsiębiorcy, w ogóle nie używany do prowadzenia działalności. Każdy majątek można jednak chronić na różne sposoby, które jeśli nie wyeliminują ryzyka zupełnie, to na pewno odpowiednio je zminimalizują. Aby ochrona majątku była skuteczna, trzeba pamiętać o kilku zasadach.

O ochronie majątku myśl zawczasu

Gdy wierzyciel puka do drzwi, podejmowanie prób ochrony majątku i zoptymalizowania ryzyka – często pośpiesznie, najprostszymi przychodzącymi do głowy metodami – to działanie spóźnione. Jeśli w stosunku do majątku przedsiębiorcy prowadzona jest egzekucja komornicza, to spóźnienie to jest na tyle znaczne, że nic nie można już zrobić.

Jeżeli bowiem działania dłużnika zmierzają do tego, aby uniemożliwić spłatę długu wobec wierzyciela, to zarówno dłużnik, jak i beneficjenci wszelkich przysporzeń, które mogą zostać poczytane za dokonane z pokrzywdzeniem tego wierzyciela, mogą zostać przez niego pozwani. Wierzyciel może bowiem skorzystać z instytucji tzw. skargi pauliańskiej i podnieść roszczenie o uznanie czynności prawnej dokonanej z jego pokrzywdzeniem za bezskuteczną wobec niego. Wyrok pauliański daje możliwość zaspokojenia się przez wierzyciela wprost z przedmiotu, którego dotyczyła zakwestionowana czynność.

Trzeba więc działać najpóźniej wtedy, gdy w stosunku do majątku przedsiębiorcy prowadzone są postępowania sądowe. Aby próba ochrony majątku miała jakiekolwiek szanse powodzenia, musi być przeprowadzona wyjątkowo rozważnie. Na pewno nie można bez namysłu popędzić do notariusza i podarować wszystkich swoich aktywów najbliższej rodzinie. O gorsze rozwiązanie naprawdę trudno.

Nie daruj, bo będziesz się tłumaczył

Trudniej bowiem wybronić się przed roszczeniem pauliańskim, jeśli postanowiliśmy swój majątek nieodpłatnie przekazać innej osobie albo zaangażowaliśmy w całą transakcję członków rodziny lub stałych partnerów życiowych czy biznesowych. A to na dłużniku i obdarowanym będzie ciążyło udowodnienie, że nie doszło do pokrzywdzenia wierzyciela. Jest to wyjątek od reguły dotyczącej ciężaru dowodu – instytucja skargi pauliańskiej przewiduje domniemanie działania z pokrzywdzeniem wierzyciela, jeśli czynności mają charakter nieodpłatny lub dokonywane są na rzecz osób najbliższych lub stałych partnerów gospodarczych.

Ogólnie rzecz biorąc, darowizna jest środkiem prawnym, którego używać należy wyłącznie wtedy, gdy darczyńca przez uszczuplenie swego majątku nie powoduje swojej niewypłacalności i gdy rzeczywiście chce swój majątek komuś nieodpłatnie przekazać. Pozorne darowizny odbiją się czkawką szybciej, niż można by się tego spodziewać.

Liczyć się należy także z tym, że wyjątkowo zdeterminowany wierzyciel spróbuje wszcząć przeciwko nierzetelnemu wierzycielowi postępowanie karne. Wyzbywanie się majątku, spłacanie niektórych wierzycieli w sytuacji, gdy inni pozostają niezaspokojeni, a także pozorne tworzenie nowych podmiotów gospodarczych w celu przesunięcia do nich praw majątkowych i uniemożliwienia ściągnięcia należności od dotychczasowego dłużnika – te działania w określonych warunkach mogą być uznane za przestępstwa.

Ochrona majątku po polsku

Tak naprawdę jedynym w pełni skutecznym sposobem na ochronę majątku osobistego jest nieposiadanie go. Należy więc pozbyć się majątku, ale zachować nad nim kontrolę.

Pierwszym poziomem ochrony majątku osobistego jest przekazanie go do podmiotu z siedzibą na terytorium Polski. Do najpopularniejszych i jednocześnie najrozsądniejszych sposobów należy zaliczyć założenie spółki kapitałowej lub fundacji. Wybór formy prawnej zależy od stanu faktycznego, ponieważ wiąże się ze zgoła odmiennymi skutkami podatkowymi i cywilnoprawnymi.

Jeżeli tworzymy spółkę kapitałową, musimy wziąć pod uwagę przede wszystkim, że w razie wniesienia na pokrycie udziałów lub akcji w spółce wkładu niepieniężnego innego niż przedsiębiorstwo lub jego zorganizowana część, wartość rynkowa tego wkładu będzie stanowiła przychód po stronie wnoszącego. Aby wkład nie podlegał opodatkowaniu, musi być pieniężny albo mieć postać przedsiębiorstwa lub jego zorganizowanej części. Do tego dochodzi drugi aspekt – własność udziałów lub akcji. Skoro przedsiębiorca wnosi wkłady na ich pokrycie, to staje się ich właścicielem. A te nośniki własności mogą być również przedmiotem egzekucji. Otwarte pozostaje pytanie o ich atrakcyjność i zbywalność. O odpowiednią redakcję postanowień umowy spółki powinien zadbać doświadczony prawnik.

Z kolei w przypadku utworzenia fundacji fundator wyzbywa się nieodpłatnie majątku, nie dostając nic w zamian. Warto jednak pamiętać, że fundacja to nie tylko korzyści, ale także ograniczenia. Musi ona bowiem prowadzić działalność statutową w celu publicznie użytecznym, pozostaje pod nadzorem właściwego ministra, a odzyskanie włożonych w nią środków może okazać się karkołomnym zadaniem. Stworzenie tej formy prawnej nie musi się jednak wiązać z zupełną utratą kontroli nad zainwestowanym majątkiem.

Im dalej, tym bezpieczniej?

Drugim poziomem ochrony majątku jest odpowiednie wykorzystanie instytucji zagranicznych. Popularne rozwiązania są w gruncie rzeczy bardzo podobne do tych już przedstawionych – wniesienie majątku do spółki albo do fundacji. Ich charakter jest jednak nieco inny.

W zależności bowiem od rodzaju aktywów, które mają być chronione, stosuje się spółki osobowe lub kapitałowe z różnych jurysdykcji. W niektórych przypadkach kluczowa jest przynależność do Europejskiego Obszaru Gospodarczego, w innych – luźny stosunek władz danego kraju do kwestii formalnych czy utrudniona dostępność informacji w rejestrach.

Wspomniane spółki mogą występować albo jako podmioty będące faktycznym właścicielem majątku, albo jako tzw. holdingi.

W niektórych jurysdykcjach występują fundacje prywatne, czyli podmioty powoływane stricte do posiadania majątku prywatnego ich fundatorów i zarządzania nim. Są to podmioty, które nie muszą prowadzić jakiejkolwiek działalności publicznie użytecznej i mogą służyć wyłącznie dbaniu o majątek ich fundatora. Majątek do nich przekazany może być bez większych utrudnień przeniesiony z powrotem na założyciela lub na wskazane przez niego osoby.

Reasumując, aby chronić majątek skutecznie, trzeba zacząć to robić odpowiednio wcześnie, skorzystać z pomocy fachowca oraz zawsze w sposób przemyślany dopasowywać rozwiązania do danego stanu faktycznego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Nowe regulaminy portali społecznościowych

Facebook, Instagram, LinkedIn i inne portale społecznościowe zmieniają zasady dotyczące prywatności użytkowników. Ma to związek z niedawnym skandalem wokół Cambridge Analytica oraz zbliżającym się RODO. Wiele osób może być zaskoczonych ich zakresem. Dlatego warto nie akceptować nowych regulaminów bez ich czytania. Użytkownicy, którzy wykażą się wytrwałością znajdą zapisy, które mogą budzić kontrowersje.

Czy RODO ochroni naszą prywatność w internecie?

Już niedługo – 25 maja br. – obowiązywać zacznie europejskie rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO). Dlatego internetowi giganci wprowadzają odpowiednie zmiany, aby się do niego dostosować. Facebook, Instagram, LinkedIn i wiele innych serwisów ponownie zachęca do zweryfikowania swoich ustawień prywatności. Przy okazji zbierają wszystkie wymagane zgody od swoich obecnych użytkowników. Co więcej, na Facebooku pojawił się również komunikat odnośnie zbliżającej się daty rozpoczęcia obowiązywania RODO.

Zapewne większość z nas nie będzie chciała rezygnować z korzystania z usług komunikatorów ze względu na zmiany w regulaminach i konieczność ich akceptacji. Gdy wyświetli nam się powiadomienie o zmianie polityki prywatności, po prostu klikniemy „zaakceptuj”. Google i Facebook działający w tym obszarze to monopoliści, a niekorzystanie z ich oferty bez pozostawiania informacji na swój temat jest niemal niemożliwe – mówi adw. Katarzyna Kirylczuk, ODO 24.

Otwierając „wyskakujące” okienka jesteśmy przeprowadzani przez kilka ekranów, na których znajdują się szczegóły odnośnie udostępniania i zarządzania danymi. Ponadto na Facebooku możemy się zapoznać z model biznesowym portalu, który opiera się na wykorzystywaniu zebranych informacji do sprzedawania treści reklamowych, przez co trafiają do nas jedynie konkretne i spersonalizowane komunikaty promocyjne.

Co powinno wzbudzić wątpliwości użytkowników?

Kontrowersyjny może okazać się m.in. zapis, w którym Facebook nakłania nas do wyrażenia zgody na rozpoznawanie twarzy. Jeśli to zrobimy, algorytmy stworzą na podstawie udostępnionych zdjęć „wzór” naszych rysów, dzięki któremu analizowane będą następnie wszystkie nowo wrzucane fotografie. Jeżeli znajdzie się na nich nasz „cyfrowy wzór” zostaniemy o tym poinformowani. Portal tłumaczy, że to rozwiązanie ma pomóc w uniknięciu sytuacji kiedy ktoś się pod nas podszywa. Jednak taka baza może stać się łakomym kąskiem dla różnych organizacji.

Pamiętajmy o tym, że dane osobowe to nie jedynie imię, nazwisko i numer PESEL. Jest to spore uproszczenie, prawdopodobnie wynikające z tego, że w przepisach ustawy o ochronie danych osobowych z 1997 r. zaliczano do nich jedynie informacje „pozwalające na określenie tożsamości tej osoby”, dopiero później termin ten rozszerzono na „wszelkie informacje dotyczące zidentyfikowanej lub możliwej do zidentyfikowania osoby fizycznej”, czyli uwzględniono także kolor oczu czy rysy twarzy – wskazuje Katarzyna Kirylczuk, ODO 24.

Niestety kiedy nie chcemy udostępnić niektórych informacji o nas, sytuacja staje się nieco trudniejsza. Trafiamy w miejsce, gdzie ponownie jesteśmy nakłaniani do wyrażenia zgód. Po ponownym „przeklikaniu” dopiero na trzeciej stronie możemy ostatecznie nie zaakceptować niektórych z nowych zasad.

W momencie kiedy wyświetlą się nam komunikaty z prośbą o ponowne zaakceptowanie regulaminu należy poświęcić kilka chwil i przejść przez wszystkie punkty, dokładnie się z nimi zapoznając, a następnie przyjrzeć się zgodom, które zamieszczone zostały do naszej akceptacji. Dzięki temu w pewnym stopniu będziemy mogli ograniczyć portalom i mediom społecznościowym dostęp do naszych danych. Jeżeli jednak nie zaakceptujemy warunków korzystania z danego serwisu, czyli regulaminu i tego jak przetwarzane będą nasze dane, nie będziemy mogli korzystać z danego portalu, ponieważ zgodnie z przepisami RODO administrator nie będzie mógł przetwarzać naszych danych, co ostatecznie oznacza konieczność usunięcia konta  – podsumowuje Katarzyna Kirylczuk, ODO 24.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W przyszłym tygodniu kalendarz makro nie zawiera wielu istotnych publikacji, co powinno wspierać utrzymanie dotychczasowych trendów. Protokół z posiedzenia FOMC potwierdzi optymizm banku i gotowość do kolejnej podwyżki stóp procentowych już w czerwcu. Wskaźniki PMI z Eurolandu będą analizowane pod kątem sygnałów odbicia ożywienia po słabym pierwszym kwartale. Funt może reagować na dane o inflacji i sprzedaży detalicznej z Wielkiej Brytanii.

Przyszły tydzień: minutki FOMC, zamówienia na dobra trwałe z USA, PMI z Eurolandu, Ifo z Niemiec, CPI/sprzedaż z Wlk. Bryt., sprzedaż/bilans handlowy z NZ

W USA wchodzimy w okres przewagi drugorzędnych danych, które jednak powinny wskazywać na przyspieszenie ożywienia gospodarczego w drugim kwartale. Spadek sprzedaży nowych domów (śr) będzie konsekwencją nadzwyczajnych wzrostów miesiąc wcześniej, które nie są do utrzymania, za to wyniki na rynku wtórnym (czw) powinny potwierdzić solidną postawę popytu. Nastroje wśród gospodarstw domowych są bardzo dobre, o czym przypomni indeks Uniwersytetu Michigan (pt). Po zamówieniach na dobra trwałe bez środków transportu (pt) oczekuje się dobrego odczytu, co sugerowały regionalne wskaźniki aktywności biznesu. Wreszcie minutki FOMC (śr) raczej nie będą zawierać przełomowych informacji podobnie, jak ubogi w niespodzianki był komunikat po posiedzeniu. Inwestorzy będą się doszukiwać wskazówek dotyczących ścieżki stóp procentowych w drugim półroczu, choć biorąc pod uwagę, że rynek już dyskontuje trzy podwyżki do końca roku (o jedną więcej niż wynika z projekcji Fed), szanse na jastrzębi impuls są niewielkie. Jednocześnie na horyzoncie nie widać nic, co mogłoby skłaniać do rezygnacji z kupowania USD i wzrostu rentowności obligacji USA, więc trendy z mijającego tygodnia wydają się niezagrożone.

W strefie euro główna uwaga będzie na odczytach indeksów PMI (śr) i niemieckim indeksie Ifo (pt), które pozwolą odpowiedzieć na pytanie, czy słabość w aktywności gospodarczej z pierwszego kwartału zaczyna przemijać i EBC może powrócić do dyskusji o normalizacji polityki. Silne dane mogą podnieść EUR, choć nie będzie to proste w konfrontacji z wpływem rosnących rentowności obligacji USA i niepewnością włoskiej sceny politycznej.
Funt potrzebuje mocnych danych, jeśli w ogóle ma zostać przerwana trwająca spirala przeceny. Jednak próżno będzie szukać pomocy w danych o inflacji (śr), kiedy wygasające efekty pobrexitowej deprecjacji GBP będą spychać inflację bazową niżej. Większe nadzieje są w kwietniowej sprzedaży detalicznej (czw), gdzie spodziewane jest silne odbicie po fatalnych danych za marzec, gdzie trudna pogoda zaważyła na odczycie. Dodatkowo szum związany z negocjacjami Brexitu podnosi zmienność na funcie i to w obu kierunkach, dlatego taktycznie preferujemy chwilowo zostawić GBP w spokoju, dopóki dane nie dadzą podstawy do stabilniejszej aprecjacji.

W Polsce poznamy resztę z kwietniowej paczki danych. Sezonowe zamieszanie związane z terminem Wielkanocy będzie ciążyć na wynikach produkcji przemysłowej (pon) i sprzedaży detalicznej (śr), z kolei w stopie bezrobocia powinny się coraz mocniej ujawniać efekty wzrostu zatrudnienia w rolnictwie. Złoty przede wszystkim pozostanie pod wpływem pogarszającego się klimatu wobec rynków wschodzących w dobie aprecjacji USD. Odpływ kapitału z lokalnego rynku długu będzie ciągnął za sobą złotego w kierunku 4,32-4,34 za EUR.

W Japonii odczyty makro dotyczą bilansu handlowego (pon), PMI dla przemysłu (śr) i inflacji w rejonie Tokio (pt). Żaden z tych raportów nie wpłynie na rynek jena, gdzie główna uwaga pozostaje skupiona na śledzeniu rynku długu USA. Dalszy wzrost rentowności bez oznak wzrostu awersji do ryzyka będzie wspierał marsz USD/JPY w stronę 112.

Na Antypodach tylko dane z Nowej Zelandii są warte uwagi. Sprzedaż detaliczna (pon) i bilans handlowy (czw) mogą oferować przeciwwagę dla zewnętrznego sentymentu, gdzie USD miażdży pozostałe waluty G10. Jako że AUD może być w czołówce walut najbardziej narażonych na presję ze strony USD, przyszły tydzień może przynieść lepszą postawę NZD vs AUD.

W Kanadzie mamy pusty tydzień bez istotnych publikacji, co nie będzie pomagać CAD. Po rozczarowaniu w odczytach sprzedaży detalicznej i CPI wyraźnie maleją szanse, aby Bank Kanady na posiedzeniu 30 maja zdecydował o podwyżce stopy overnight. To ogranicza potencjał do budowania ekspozycji w loonie w okresie do posiedzenia BoC. Dodatkowo aura niejasności wokół rozmów w sprawie NAFTA odbiera zapał do kupowania CAD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wenezuela – fikcja wyborów i prawdziwy kryzys

Obrazy humanitarnego dramatu i ogromnej zapaści gospodarczej Wenezueli w niedzielę przegrają z propagandową machiną prezydenta Maduro. Wybory, tylko z pozoru wolne, nic nie zmienią. Zwiększy się napięcie na światowym rynku ropy naftowej, co w Polsce przełoży się na wyższe ceny paliw – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Hasła typu spadek PKB o połowę czy hiperinflacja to najmniej dramatycznie brzmiące informacje napływające z Wenezueli. Zdecydowanie poważniejszy jest fakt, że 90 proc. społeczeństwa nie stać na zakup żywności, a według WHO w szpitalach jest tylko 30 proc. niezbędnych leków, co faktycznie paraliżuje ich pracę.

Wszystko to dzieje się w kraju, w którym jeszcze kilka lat temu PKB na mieszkańca niewiele odbiegało od tego obserwowanego w Polsce, a do Wenezueli przyjeżdżali imigranci z całej Ameryki Łacińskiej w poszukiwaniu dobrze płatnej i pewnej pracy. Jeszcze bardziej zaskakująca może być informacja, że według niezależnych badań opinii publicznej przeprowadzonych pod koniec stycznia przez amerykański think tank Atlantic Council aż 30 proc. obywateli popiera reżim Nicolasa Maduro i ocenia, że dobrze wykonuje swoje obowiązki.

Ideologia wspólnego wroga

Badania Atlantic Council pokazują oczywiście, że obywatele borykają się z poważnymi problemami. 76 proc. uważa, że jakość życia pogorszyła się przez ostatni rok, 84 proc. potwierdza, że brakuje żywności, a 86 proc., że kraj cierpi na niedostatek leków. Nie wszyscy jednak obwiniają za to reżim Maduro, mimo że to on faktycznie sprawuje władzę nad całym krajem po przejęciu kilka lat temu sterów w Sądzie Najwyższym, zmarginalizowaniu kontrolowanego przez opozycję parlamentu i zainstalowaniu w sektorze wydobywczym byłych wojskowych.

Aż 81 proc. obywateli nie zgadza się na embargo na wenezuelską ropę, chociaż wprowadzenie takich sankcji spowodowałoby natychmiastowy upadek reżimu Maduro, gdyż jest to dla niego jedyne źródło dochodu. Pozwala mu nie tylko opłacać wiernych wojskowych, ale również „kupować” sobie poparcie Kuby, Boliwii czy Nikaragui, przekazując tym państwom darmową bądź sprzedawaną po preferencyjnych cenach ropę naftową.

Maduro zbudował również propagandowe imperium, którego podstawowym przekazem jest podkreślanie istnienia wspólnego wroga, przed którym kraj musi się jednoczyć. Tym zagrożeniem są oczywiście Stany Zjednoczone i ich sojusznicy, którzy – wg propagandy Maduro – odpowiadają za fatalną sytuację bytową większości wenezuelskiego społeczeństwa.

Jak propaganda przekuwa porażkę w sukces

Wspólny wróg to jednak nie jedyna narracja Maduro. Działania propagandowe są prowadzone na niewyobrażalną skalę. Z jednej strony jest to propaganda sukcesu, która dosłownie zalewa media społecznościowe. Prorządowe organizacje, ministerstwa, a nawet porty lotnicze czy szpitale są zaangażowane w promowanie zwycięstw odnoszonych mimo przeciwności losu.

Otwarcie nowego oddziału intensywnej terapii, paczki żywnościowe dla najbiedniejszych, nowa instalacja do odsalania wody to wszystko jest dokładnie fotografowane czy nawet nagrywane poprzez drony, by robiło wrażenie na odbiorcy. Wiadomości rozsyłają instytucje i przedsiębiorstwa wierne Maduro. Tych są setki, jeśli nie tysiące, gdyż praktycznie cała gospodarka została znacjonalizowana.

Reżim sprytnie wykorzystuje wydarzenia, które normalnie powinny zostać odebrane jako porażka. Kilka dni temu z Wenezueli wycofał się z kraju jeden z wiodących na świecie producentów płatków kukurydzianych. Przy obecnych warunkach nie mógł prowadzić podstawowej działalności. Ekipa Maduro, co zresztą zostało przez niego przedstawione na Twitterze, szybko uruchomiła przejętą fabrykę i zaczęła produkować śniadaniowy przysmak. Kolejny sukces.

Propaganda przyjmuje także bardziej wyrafinowane metody działania. Reżimowa telewizja promuje jedynego liczącego się opozycyjnego kandydata, który zdecydował się wziąć udział w prezydenckich wyborach. Dlaczego? Jego uczestnictwo oczywiście legitymizuje oczekiwaną wygraną Maduro. Gdyby, cała opozycja, jak zresztą zakładał plan, zbojkotowała wybory, zbyt duża część społeczeństwa mogłaby się poczuć oszukana. Wygrać z samym sobą to przecież żaden sukces.

Złe informacje dla polskich kierowców

Zaplanowane na niedzielę wybory są jednak ważne nie tylko w kontekście zmian politycznych i układu sił w Ameryce Łacińskiej. Mają też szczególne znaczenie dla rynku ropy naftowej. Przy napiętej sytuacji na Bliskim Wschodzie spadki produkcji ropy w Wenezueli powodują szybszą redukcję globalnych zapasów i presję na wzrost cen.

Im szybciej dojdzie do zmiany reżimu w Wenezueli, tym większa szansa na zwiększenie produkcji ropy. Optymistycznie w tym kontekście wypowiadał się niedawno między innymi prezydent Kolumbii Juan Manuel Santos. Nowe władze zapewniłyby prawdopodobnie powrót zagranicznych koncernów i inwestycje w wenezuelskim sektorze wydobywczym.

Z kolei utrzymanie się status quo to praktycznie gwarancja pogłębienia zapaści eksportu ropy z tego kraju, a więc i wysokich cen na polskich stacjach paliw. Niestety, biorąc pod uwagę siłę reżimu i niewystarczający opór społeczny, ten drugi scenariusz jest bardziej prawdopodobny.

PFR TFI: Rola instytucji państwowych w ekspansji zagranicznej polskich firm

Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI
Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI

Kluczowa rola instytucji państwowych i doradców w ekspansji zagranicznej polskich firm – Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI, w debacie Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Uczestnicy debaty „Ekspansja zagraniczna” podczas EKG w Katowicach zastanawiali się nad możliwościami polskich firm w obszarze rozwijania działalności poza granicami naszego kraju. W toku wymiany poglądów ustalono, że polskie firmy korzystają z kilku sposób na internacjonalizację. Jednym z popularniejszych jest rozbudowa własnych struktur poprzez otwierania zagranicznych spółek. Innym sposobem są zagraniczne przejęcia. Jak wskazali dyskutanci, zdecydowaną zaletą tego rozwiązania jest szybki dostęp do rynku, klientów i pracowników. Spółki otrzymują szybki wzrost skali działalności, ale dzieje się to pewnym kosztem – tego typu inwestycja wymaga znacznych nakładów inwestycyjnych.
Jedną z bardziej aktywnych firm w obszarze ekspansji zagranicznej jest Famur. Spółka od lat rozwija się poza Polską, ale jej ekspansja zagraniczna weszła na nowy wyższy poziom po przejęciu krajowego konkurenta – firmy Kopex. Dziś prawie 40 proc. jej rocznych przychodów pochodzi z zagranicznych rynków, ale spółka stawa sobie za cel zwiększyć skalę internacjonalizacji. W pierwszym kroku Famur chce zrównoważyć przychody z rynku krajowego i zagranicznego. Kolejnym przykładem success story w ekspansji zagranicznej z udziałem polskiej firmy jest LPP. Gdańska spółka rozwija się w innych krajach poprzez intensywny wzrost eksportu.

Podczas debaty zgodnie ustalono, że sporym utrudnieniem w inwestowaniu za granicą są różnice kulturowe. Jak wskazali rozmówcy, indywidualne podejście do każdego rynku może być decydujące, jeśli firmy chcą skutecznego podboju innych państw. Polskie firmy, które decydują się na internacjonalizację, zwykle nie robią tego na własną rękę. W rozwijaniu biznesu za granicą pomagają im zewnętrzni doradcy, ale też różnego rodzaju instytucje państwowe oferujące szeroki wachlarz instrumentów wsparcia. Takie wsparcie polskim firmom oferuje m.in. PFR TFI poprzez swój Fundusz Ekspansji Zagranicznej.

Mamy narzędzia, dzięki którym możemy odciążyć polskich przedsiębiorców, którzy decydują się na zagraniczne akwizycje, Zajmuje się tym nasz Fundusz Ekspansji Zagranicznej. Jeśli firma rozważa taką akwizycję, to do każdego dolara czy euro jesteśmy w stanie dołożyć drugiego dolara albo drugie euro. To zdecydowanie zwiększa możliwości inwestycyjne polskich firm – wyjaśnił Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI.

Piotr Kuba podkreślił również, że FEZ pełni przy tym rolę pasywnego inwestora – To przedsiębiorca zna się na biznesie i rozumie go. My się do tego nie wtrącamy. Zapewniamy sobie tylko jedno miejsce w radzie nadzorczej, by mieć informacje o firmie. Po drugie, dzielimy z polskimi firmami ryzyko inwestycji w zagraniczne projekty, ale bez regresu do krajowych aktywów – dodał Piotr Kuba.

Horyzont czasowy inwestycji FEZ jest dopasowany do specyfiki poszczególnych przedsięwzięć i zwykle zawiera się w przedziale od 5 do 7 lat. Udział funduszu w finansowaniu projektu będzie zwykle wynosić od kilku do kilkudziesięciu milionów złotych, ale nie będzie stanowił więcej niż 50% wartości całej inwestycji