Aktywność szpiegowska Rosji zmusza USA do zatrudniania emerytowanych rosyjskich oficerów wywiadu

Reporter Jeff Stein w artykule opublikowanym w magazynie „Newsweek” stwierdza, iż wzrost aktywności rosyjskich służb wywiadowczych na terenie USA zmusił amerykańskie agencje wywiadowcze do ponownego zatrudniania emerytowanych rosyjskich specjalistów, którzy w różnych okresach przeszli na stronę Amerykanów. Jego zdaniem po zatruciu Siergieja Skripala w Wielkiej Brytanii rosyjscy uciekinierzy mieszkający w USA z niepokojem myślą o swoim bezpieczeństwie osobistym.

Nie podając jego danych, Stein zacytował jednego z takich uciekinierów, który utrzymuje, iż rosyjskim służbom byłoby łatwo odnaleźć Rosjan w USA, gdyby były naprawdę zdeterminowane. Zwykle służy im do tego śledzenie e-maili, SMS-ów lub rozmów telefonicznych do znajomych lub krewnych w Rosji. Niekiedy członkowie rodzin uciekinierów mogą być śledzeni przez wywiad rosyjski podczas wizyty w USA.

To samo źródło ujawniło, że aktywność rosyjskiego wywiadu została odnotowana przez amerykański kontrwywiad nadzorujący dzielnice, w których przebywają rosyjscy uciekinierzy. Aby stawić czoła „wzrostowi aktywności rosyjskiej w ciągu ostatnich dwóch lat”, FBI i CIA ponownie zatrudniają emerytowanych specjalistów rosyjskich oraz oficerów specjalizujących się w problematyce Rosji. Emerytowani oficerowie CIA, z którymi rozmawiał Stein, nie wykluczyli, iż rosyjski wywiad przeprowadzi „mokre operacje” na amerykańskim terenie.

CIA i FBI, poproszone o komentarz w tej sprawie, odmówiły odpowiedzi.

Źródło: „Newsweek” z 1.04.2018 r.

Od pierwszych szkiców Toyoty FT-1 do nowej Supry

Kilka lat temu Kevin Hunter i jego zespół ze studia Calty Design Research dla rozrywki narysowali kilka szkiców. Był to skromny początek jednego z najbardziej ekscytujących samochodów Toyoty ostatnich lat – konceptu FT-1, który szybko awansował do roli auta zapowiadającego powrót legendarnej Supry.

Kevin Hunter niedawno odwiedził Australię i w wywiadzie dla portalu motoring.com.au opowiedział więcej o początkach wciąż oczekiwanej, nowej Supry. Wraz z zespołem Calty Design Research narysowali je dla przyjemności, jednak kiedy już powstały, nie można było ich tak po prostu schować do szuflady.

Toyota FT-1 – entuzjazm od pierwszego wejrzenia

Szkice szybko zaczęły żyć własnym życiem – zainspirowały władze Toyoty do stworzenia koncepcyjnego supersamochodu FT-1, który stanowił pierwszą przymiarkę do reaktywacji jednego z najsłynniejszych sportowych modeli – Toyoty Supry. FT-1 Concept stał się dla nowej Supry podstawą pod względem designu i rozwiązań technicznych.

„Stworzyliśmy FT-1 z niczego. Nie dostaliśmy na niego nawet zlecenia z centrali Toyoty. To był nasz pomysł, który przedstawiliśmy zarządowi, żeby spróbować przywrócić Suprę do oferty Toyoty. Nie nazywaliśmy jej wtedy Supra. W tamtym czasie naprawdę mówiliśmy o niej FT-1. Jednak Supra miała być ostatecznym celem naszej pracy” – powiedział Hunter. – „Pokazaliśmy szkice mojemu szefowi w Japonii, który odpowiada za design Toyoty. Projekty mu się spodobały i dał nam zielone światło. Zrobiliśmy kilka poprawek i przedstawiliśmy projekt Akio Toyodzie, prezydentowi Toyoty. Współpracowaliśmy nawet z twórcami gry Gran Turismo, żeby mógł się nim przejechać. Wtedy pan Toyoda powiedział – zróbmy prototyp. Byliśmy bardzo szczęśliwi, to była w końcu nasza inicjatywa”.

Toyota FT-1 sensacją 2014 roku

Wkrótce projekt nabrał rozmachu. Czerwony koncept FT-1 wywołał sensację na targach w Detroit 2014, a kilka miesięcy później w Monterey Jet Center w Kalifornii Toyota pokazała jego kolejną wersję w stalowym kolorze, z wnętrzem przeprojektowanym w stylu pojazdów superbohaterów. Nazwa Supra została oficjalnie użyta po raz pierwszy podczas tegorocznych targów w Genewie, kiedy świat ujrzał GR Suprę Racing Concept. Prawdopodobnie w przyszłym roku w ślad za nim pojawi się długo oczekiwany samochód produkcyjny, który przywróci na rynek nazwę Supra.

Toyota GR Supra Racing

GR Supra Racing Concept to lekki, dwudrzwiowy samochód wyścigowy z napędem na tylną oś i silnikiem z przodu. Auto ma obniżone zawieszenie, wyczynowy układ wydechowy, wyścigowe koła BBS z oponami Michelin oraz hamulce z zaciskami i tarczami Brembo Racing. Rozwinięciem skrótu GR jest Gazoo Racing – wyczynowy zespół Toyoty, odpowiedzialny za udział marki w rajdach i wyścigach na całym świecie. Nowa Supra powstaje we współpracy z BMW, a jego bliźniaczym modelem będzie nowa generacja Z4.

Murapol nie skorzysta z opcji zakupu udziałów w spółce Widzew Łódź S.A.

Z dniem 31 maja br. wygasa opcja zakupu 79% udziałów w spółce Widzew Łódź S.A. (klubie piłkarskim Widzew Łódź) dla Murapol S.A.

Spółka informuje, że opcja ta nie została aktualnie wykonana z uwagi na jej plany związane z IPO. Murapol przy tym pragnie podkreślić, iż wysoko ocenia dotychczasową współpracę sponsoringową z tym szanowanym Klubem, którą pragnie kontynuować.

Powodem decyzji Murapolu są prace przygotowujące Spółkę do debiutu na giełdzie warszawskiej i w tym kontekście potrzeba reorganizacji Spółki w kierunku klasycznego dewelopera, ograniczającego ryzyko dywersyfikacji działalności poza działalność podstawową.

Majątek wspólny małżonków w upadłości konsumenckiej

Problem majątku wspólnego małżonków w przypadku ogłoszenia upadłości jednego z nich nie jest dostatecznie uregulowany w ustawodawstwie polskim. Niejasne przepisy rodzą liczne problemy interpretacyjne, z którymi coraz częściej mierzą się sądy upadłościowe. Rozwiązanie tego problemu jest istotne dla małżonków tych dłużników, którzy rozważają złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości, oraz dla wierzycieli upadłego. Nie ma bowiem dzisiaj pewności, czy w przypadku ogłoszenia upadłości przez jednego z małżonków ich majątek wspólny zostanie zaliczony do masy upadłości w całości czy tylko w udziale.

Domyślnym ustrojem majątkowym w małżeństwie jest wspólność ustawowa. Powstaje ona
z mocy ustawy z chwilą zawarcia małżeństwa. Wspólność ta obejmuje przedmioty majątkowe nabyte w czasie jej trwania przez oboje małżonków lub przez jednego z nich (majątek wspólny). Przedmioty majątkowe nieobjęte wspólnością ustawową należą do majątku osobistego każdego z małżonków, a ich katalog zamknięty można znaleźć w art. 33 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego[1] (dalej: k.r.o.).

W przypadku ogłoszenia upadłości konsumenckiej jednego albo obojga małżonków mogą pojawić się istotne problemy przy interpretacji przepisów o stosunkach majątkowych małżeńskich. Praktyka prowadzenia postępowań upadłościowych pokazuje, że najtrudniejsze jest ustalenie składu masy upadłości upadłego małżonka. Przepisy są niespójne, a ich interpretacje – różne. Nic dziwnego, że w orzecznictwie pojawiają się rozbieżności.

Zgodnie z art. 124 ust. 1 ustawy Prawo upadłościowe[2] (dalej: p.u.) z dniem wydania postanowienia o ogłoszeniu upadłości wobec jednego z małżonków powstaje pomiędzy nimi przymusowa rozdzielność majątkowa, o której mowa w art. 53 § 1 k.r.o. Podział majątku, który w całości wchodzi do masy upadłości upadłego, jest niedopuszczalny. Małżonek upadłego może dochodzić w postępowaniu upadłościowym należności z tytułu udziału w majątku wspólnym, jeśli zgłosi wierzytelność sędziemu-komisarzowi.

Umiejscowienie art. 124 p.u. w części pierwszej ustawy, tj. w przepisach ogólnych
o postępowaniu upadłościowym i jego skutkach, nie zaś w jej części trzeciej, tytule piątym, który opisuje postępowania upadłościowe wobec osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej, rodzi istotne problemy interpretacyjne. Choć przepis ten normuje sytuacje odnoszące się wprost do stosunków małżeńskich, nie jest bowiem oczywiste, czy intencją ustawodawcy było (i jest), aby w taki właśnie sposób uregulować stosunki majątkowe małżonków powstałe w sytuacji, w której wobec jednego z nich została ogłoszona upadłość konsumencka.

Aby lepiej zrozumieć problem, należy sięgnąć do art. 4912 ust. 1 p.u., który mówi, że
w sprawach nieuregulowanych w tytule dot. postępowań upadłościowych wobec osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej przepisy o postępowaniu upadłościowym stosuje się odpowiednio. Przepis ten wskazuje szereg wyłączeń, wśród których nie znajduje się art. 124 ust. 1 p.u. Odpowiednie zaś stosowanie danego przepisu oznacza możliwość jego zastosowania wprost (czyli beż żadnych modyfikacji), stosowanie go z modyfikacjami uwzględniającymi specyfikę regulowanej materii albo niestosowanie go
w ogóle. Odpowiednie zastosowanie więc znajdą w tym przypadku przepisy dotyczące zarówno postępowania o ogłoszenie upadłości, jak i postępowania upadłościowego –
z modyfikacjami wymuszonymi innym podmiotem postępowania i jego innym celem[3].

Istota sporu sprowadza się do tego, w jaki sposób należy właściwie interpretować wyraz „odpowiednio” użyty w przywołanym przepisie. O ile w doktrynie nie budzi wątpliwości, że nie da się w ogóle wyłączyć stosowania art. 124 ust. 1 p.u. do upadłości konsumenckiej, o tyle pojawiają się różne stanowiska co do tego, czy przez „odpowiednie” stosowanie art. 124 ust. 1 p.u. należy rozumieć stosowanie go wprost, czy z modyfikacjami. Rozwiązanie tego sporu jest niezwykle istotne – od tego, co wchodzi w skład masy upadłości, zależy bowiem stopień zaspokojenia wierzycieli.

Zgodnie z celem postępowania upadłościowego prowadzonego wobec osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej, wyrażonym w art. 2 ust. 2 p.u., postępowanie to należy prowadzić tak, aby w pierwszej kolejności umożliwić umorzenie zobowiązań upadłego, a w dalszej – zaspokoić roszczenia wierzycieli w jak najwyższym stopniu. O ile skład masy upadłości (szczególnie przy bardzo wysokich dysproporcjach pomiędzy masą
a zobowiązaniami upadłego) nie ma istotnego wpływu na przyszłe oddłużenie upadłego, o tyle wierzyciele są bardzo zainteresowani tym, aby ten skład był jak największy, bowiem od tego właśnie zależy stopień ich ewentualnego zaspokojenia. Z drugiej strony, zarówno małżonkowi, jak i najbliższej rodzinie upadłego zależy na tym, aby zachować jak najwyższy udział w majątku wspólnym, dlatego będą żywotnie zainteresowani tym, aby do masy upadłości upadłego wpłynęło jak najmniej z majątku wspólnego.

W komentarzach do prawa upadłościowego przeważa pogląd, iż art. 124 ust. 1 zd. 2 u.p.
w upadłości konsumenckiej powinien być stosowany wprost. Takie stanowisko reprezentują m.in. P. Zimmerman[4], R. Adamus[5] i S. Gurgul[6]. Odmienne zdanie w tej kwestii wyraził C. Zalewski, wg którego „w upadłości konsumenckiej nie ma zastosowania art. 124 ust. 1 zd. 2 pu, w efekcie w skład masy upadłości wchodzi jedynie udział we wspólnym majątku małżonków, nie zaś cały majątek dorobkowy małżonków”[7].

Na gruncie obowiązujących regulacji prawnych pogląd sędziego Zalewskiego wydaje się odosobniony i dyskusyjny, także w kontekście intencji ustawodawcy wyrażonych w projekcie ustawy o upadłości konsumenckiej[8], w którym nie przewidywano w ogóle odpowiedniego stosowania do niej przepisów ogólnych o postępowaniu upadłościowym. W projekcie wyliczono natomiast wszystkie przepisy, które nie mogą byś stosowane w postępowaniu upadłościowym prowadzonym wobec osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej. Wśród tych przepisów nie ma art. 124 ust. 1 p.u.

Zgodnie z art. 49111 ust. 1 p.u. wątpliwości co do tego, które z przedmiotów należących do upadłego wchodzą w skład masy upadłości, rozstrzyga sędzia-komisarz na wniosek syndyka lub upadłego. Należy zatem przyjąć, że dopóki taki wniosek do sędziego-komisarza nie wpłynie, nie powinien on podejmować w tym zakresie żadnych postanowień. Skład masy upadłości ustala więc syndyk przez sporządzenie spisu inwentarza oraz spisu należności, zgodnie z art. 69 ust. 1 i nast. p.u.

Wydając postanowienie w trybie art. 49111 ust. 2 p.u., sędzia-komisarz winien brać pod uwagę cel ustawy, wyrażony we wspomnianym art. 2 ust. 2 p.u. Powinien zatem nie tylko umożliwić umorzenie zobowiązań upadłego niewykonanych w trakcie postępowania upadłościowego, lecz również dążyć do zaspokojenia roszczeń wierzycieli w jak najwyższym stopniu.

Prowadzi to do wniosku, że do czasu uchwalenia nowych przepisów regulujących w sposób niebudzący wątpliwości kwestię składu masy upadłości upadłego małżonka w odniesieniu do majątku wspólnego małżonków, należy przychylić się do stanowiska zakładającego stosowanie w upadłości konsumenckiej art. 124 ust. 1 zd. 2 u.p. wprost.

[1] Ustawa z dnia 25 lutego 1964 r. Kodeks rodzinny i opiekuńczy (tj.: Dz.U. 2017 poz. 682 ze zm.).

[2] Ustawa z dnia 28 lutego 2003 r. Prawo upadłościowe (tj.: Dz.U. 2017 poz. 2344 ze zm.).

[3] P. Zimmerman, Prawo upadłościowe. Prawo restrukturyzacyjne. Komentarz, Wydawnictwo CH Beck, 2016 r., System Informacji Prawnej Legalis.

[4] P. Zimmerman, Prawo upadłościowe. Prawo restrukturyzacyjne. Komentarz, komentarz do art. 4912 p.u., Wydawnictwo CH Beck, 2016 r., System Informacji Prawnej Legalis (nb. 15).

[5] A. Adamus, Prawo upadłościowe. Komentarz, komentarz do art. 124 p.u., Wydawnictwo CH Beck, 2016 r., System Informacji Prawnej Legalis (nb. 5).

[6] S. Gurgul, Prawo upadłościowe. Komentarz, komentarz do art. 4912 p.u., Wydawnictwo CH Beck, 2016 r., System Informacji Prawnej Legalis (nb. 3).

[7] C. Zalewski, Skutki ogłoszenia upadłości konsumenckiej małżonków, Monitor Prawniczy, nr 22/2015, System Informacji Prawnej Legalis, s. 1221.

[8] Druk sejmowy nr 556, Sejm VI kadencji, Warszawa, 20 lutego 2008 r., dostępne w Internecie: http://orka.sejm.gov.pl/Druki6ka.nsf/0/55C995D573F814F9C12574570041EB05?OpenDocument. Dostęp: 13 maja 2018 r.

Dobre otwarcie roku na rynku inwestycyjnym w Polsce i na świecie

Jak pokazuje raport JLL „Global Market Perspective”, inwestycje w nieruchomości komercyjne w I kwartale tego roku na świecie osiągnęły najlepszy od dekady rezultat. Ich wartość sięgnęła 165 mld USD, o 15% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, mimo m.in. mniejszej stabilności na giełdach.

Świetny początek roku zanotował region Azji i Pacyfiku, wzrosty zanotował rynek amerykański. Również solidne otwarcie zaliczyła Europa, gdzie szczególnie warto zanotować wzrost wartości transakcji w Niemczech i Wielkiej Brytanii.

„Dobry wynik za pierwszy kwartał i zadowalająca kondycja globalnej gospodarki sprawiają, że światowe rynki są dobrej drodze do kolejnego solidnego roku. Można się spodziewać niewielkiego spadku całkowitych wolumenów na koniec 2018 r., co będzie spowodowane poszukiwaniem alternatywnych sposobów inwestowania w rynek nieruchomości. Na znaczeniu coraz bardziej zyskuje m.in. finansowanie dłużne, czy fuzje i przejęcia. Nie zmienia to jednak faktu, że apetyty inwestorów są nadal duże. Dobre nastroje na światowych rynkach znajdują odzwierciedlenie również w polskim segmencie nieruchomości komercyjnych, gdzie wartość transakcji w I kw. wyniosła ok. 2 mld euro”, komentuje Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce.

Rynek inwestycyjny w Polsce – sektor handlowy z kolejnym rekordem

W Polsce w I kwartale tego roku świetne rezultaty ponownie odnotował sektor handlowy, na który przypadły umowy kupna/sprzedaży o wartości ponad 1,7 mld euro, co było historycznie najlepszym otwarciem roku i znakomitą prognozą na koniec 2018.

„Biorąc pod uwagę liczbę i wartość toczących się transakcji oraz dostępność produktu, sektor handlowy ma szansę na wynik sięgający 3 mld euro w całym 2018 roku”, komentuje Agnieszka Kołat, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL.

Największą transakcją zamkniętą w ciągu trzech pierwszych miesięcy 2018 roku była sprzedaż przez ARES/AXA/Apollo Rida portfela 28 nieruchomości handlowych za około miliard euro na rzecz konsorcjum zarządzanego przez Griffin Real Estate. Z kolei największą pojedynczą transakcją był zakup Galerii Katowickiej przez malezyjski fundusz EPF od Meyer Bergman za nieujawnioną kwotę

W sektorze nieruchomości biurowych w Polsce dokonano trzech transakcji o łącznej wartości przekraczającej 120 mln euro. W pierwszym kwartale tego roku Globalworth powiększył swój portfel nieruchomości w Polsce o warszawski biurowiec Warta Tower (55 mln euro), hamburska firma Warburg-HIH Invest przejęła wrocławski biurowiec Pegaz (54 mln euro), a poufny najemca sfinalizował zakup biurowca BZ WBK, również we Wrocławiu.

W sektorze nieruchomości magazynowych, w rezultacie trzech umów kupna sprzedaży, wartość transakcji wyniosła ok. 100 mln euro. Prologis sprzedał część swojego portfela europejskiego – w tym jeden projekt w Sochaczewie – na rzecz ARES, lokalny deweloper Ideal Idea Formad sprzedał Park Idea Idea IV SBU w Warszawie na rzecz Segro, a Real Management sprzedało Good Point Puławska II firmie Hillwood.

Wraca problem frankowy

Strach przed przyszłością we Włoszech powoduje ucieczkę kapitału ze strefy euro. Jednym z kierunków jest frank szwajcarski, co z kolei powoduje, że kredytobiorcy znów otrzymali zimny prysznic. Ograniczenia dotacji dla Polski.

Strachu ciąg dalszy

W ramach strachu przed tym co może wydarzyć się we Włoszech pojawiła się groźba wyjścia ze struktur unijnych. O ile kraj o takich problemach z zadłużeniem być może faktycznie dobrze radziłby sobie z własną walutą to ilość turbulencji na rynkach związanych z takim procesem jest trudna do przewidzenia. Reakcją rynku jest ucieczka inwestorów do dolara i franka. Z tego właśnie powodu złoty traci do euro znacznie mniej niż do dolara czy franka. Dzisiaj od rana frank stracił już niemal 4 grosze. Nie jest to dobra wiadomość dla kredytobiorców.

Komisja frankowa wraca do pracy

Wydawało się, że projekt pomocy frankowiczom jest już martwy. Obudzić go jednak mogły zbliżające się coraz szybciej wybory samorządowe. Kto bowiem nie chciałby się przypodobać ponad 500 tysiącom gospodarstw domowych? Warto zwrócić uwagę, że omawiane obecnie projekty są odgrzewaniem starych pomysłów. Są to zwroty nadmiernych marż lub przywrócenie tych kredytów do ich złotowych odpowiedników. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że przy kursie 3,75 zł przewalutowanie zobowiązania może być mało opłacalne przez uwzględnienie 10 lat wyższych stóp procentowych. W rezultacie jak tylko pojawią się wyliczenia tych projektów szybko powinno okazać się, że temat jest jednak mniej nośny niż się politykom wydaje.

Spadek dotacji dla Polski?

Zapowiadane są zmiany w nowej polityce spójności w Unii Europejskiej. Tego typu zmiany nie odbędą się prawdopodobnie bez strat dla Polski. Brzmi to strasznie warto jednak na to spojrzeć również w inny sposób. W 2004 roku nasze PKB na osobę było poniżej połowy średniej unijnej. Wedle prognoz w tym roku osiągnie 75%. Oznacza to, że owszem wciąż gonimy Europę, ale dystans wyraźnie się zmniejsza. Nie może zatem dziwić, że mniej pieniędzy popłynie do państw dobrze sobie radzących, a proporcjonalnie więcej będzie ratować południe kontynentu. Co ciekawe jak utrzymana zostanie obecna tendencja zmian PKB jeszcze w tej dekadzie polskie PKB przekroczy greckie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Jak oszczędzamy? Jak inwestujemy?

Paweł Opoka, wiceprezes zarządu Aforti Holding / Grupa AFORTI
Paweł Opoka, wiceprezes zarządu Aforti Holding / Grupa AFORTI

Oszczędzanie to jedna z najtrudniejszych umiejętności, której nabycie umożliwia jednak realizację zarówno celów krótkoterminowych, jak i tych oddalonych w czasie. Co ważniejsze – budowa tzw. ‘poduszki finansowej’ nie tylko daje gwarancję bezpieczeństwa w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń losowych, ale po przejściu na emeryturę stanowi też doskonałe uzupełnienie środków otrzymywanych z FUZ. Oszczędzanie nie jest jednak mocną stroną Polaków, na co wskazuje m.in. Narodowy Bank Polski, według którego aż 15 milionów osób nie oszczędza i nie planuje tego robić w przyszłości. Jednocześnie, według ekspertów Aforti Holding, dynamika budowy portfeli oszczędności – w zestawieniu z innymi krajami UE – pozostaje niesatysfakcjonująca.

Według danych rynkowych tylko ok. 16-20 proc. Polaków deklaruje comiesięczne odkładanie określonej kwoty. Co więcej – według Eurostatu (2016 rok) stopa oszczędności gospodarstw domowych wyniosła w Polsce zaledwie 4,4 proc. PKB, co było jednym z najgorszych wyników w całej Unii Europejskiej. Gorzej od nas wypadły jedynie: Litwa, Łotwa i Cypr. Zdecydowanie wyższe wartości osiągnęli z kolei nasi południowi sąsiedzi ze Słowacji oraz Czech, ale także Rumunia oraz Bułgaria, które w kategoriach ekonomicznych są mniej rozwinięte od Polski. Ciężko więc winy doszukiwać się w braku odpowiednich środków finansowych, skoro nawet obywatele biedniejszych albo porównywalnych – czyli również rozwijających się – gospodarek potrafią lepiej zarządzać budżetem domowym.

Według danych Narodowego Banku Polskiego na koniec 2017 roku zasoby finansowe Polaków wynosiły ok. 2 bilionów złotych, co oznacza, że od 2009 roku wzrosły dwukrotnie. Niestety spora część tych środków nie wypracowuje żadnego zysku, gdyż przechowywana jest w gotówce lub na nieoprocentowanych rachunkach bieżących. W przysłowiowej „skarpecie” trzymamy 179 mld zł, a na kontach bankowych z zerową stopą zwrotu aż 452 mld zł, co sumarycznie daje kwotę 631 mld zł (31,6 proc. całości zasobów finansowych), która nie generuje zysków. Z punktu widzenia samych obywateli, przedsiębiorstw, jak też całej gospodarki, jest to sytuacja bardzo niekorzystna.

Analizy NBP wskazują jednocześnie, że w oprocentowanych instrumentach finansowych Polacy ulokowali na koniec 2017 roku ponad 300 mld zł. Najwięcej, bo aż 201 mld zł trafiło do Otwartych Funduszy Emerytalnych. Na kolejnych miejscach znalazły się: jednostki funduszy inwestycyjnych o wartości 134 mld zł, ubezpieczenia na życie o wartości 80 mld zł, a stawkę zamykały obligacje na kwotę 10 mld zł.

Według ekspertów AFORTI, Polacy – podobnie zresztą jak obywatele innych krajów UE – nadal pozostają nieprzekonani do aktywów charakteryzujących się nawet niewielkim poziomem ryzyka. W kwestii oszczędzania czy inwestowania wykazujemy się mocno konserwatywną postawą. Warto przy tym podkreślić, iż obligacje skarbowe nie dość, że są bardziej bezpieczne od lokat czy funduszy, to przy obecnej polityce monetarnej i sytuacji gospodarczej gwarantują wyższe stopy zwrotu.

Innym istotnym problemem w kontekście inwestycyjnych praktyk Polaków jest brak zainteresowania budowaniem oszczędności emerytalnych. Według danych rynkowych jedynie 10 proc. osób pracujących posiada dodatkowe konto emerytalne, z czego tylko 3 proc. regularnie je uzupełnia. W efekcie środki gromadzone na emeryturę stanowią niecałe 16 proc. naszych zasobów finansowych. Dla porównania – w przypadku obywateli Niemiec prywatne programy emerytalne stanowią 38 proc. oszczędności, a u Brytyjczyków aż 58 proc. Nic więc dziwnego, że sprawą zainteresowali się również rządzący krajem, implementując prywatne Pracownicze Plany Kapitałowe, które mają zastąpić należące do państwa OFE.

Jednocześnie analizy Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie wskazują, że Polacy ulokowali 351 mld zł oszczędności w akcjach spółek, które nie są notowane na giełdzie. Co ciekawe, walorów przedsiębiorstw znajdujących się w publicznym obrocie Polacy posiadają ponad sześć razy mniej, bo jedyne 55 mld zł, a inwestorzy indywidualni odpowiadali w 2017 roku wyłącznie za 16 proc. obrotów na rynku głównym, wówczas gdy inwestorzy zagraniczni stanowili aż 53 proc, a instytucjonalni 31 proc.

O ile Polacy oszczędzają coraz więcej, to jednak w zestawieniu z innymi krajami UE dynamika budowy własnych portfeli oszczędności pozostaje niesatysfakcjonująca. Obawy budzi również skala środków pozostająca na nieoprocentowanych rachunkach bankowych oraz w gotówce, co nie sprzyja pomnażaniu własnych zasobów finansowych. Obserwując jednak rosnącą świadomość wśród obywateli oraz działania rządzących, ukierunkowane głównie na prywatne programy emerytalne, sytuacja będzie ulegać stopniowej poprawie. Pytaniem otwartym pozostaje czy owa „poprawa” zapewni bezpieczeństwo finansowe w kolejnych dekadach.

Enefit Green z grupy Eesti Energia przejmuje spółkę Nelja Energia

Zgodnie z podpisaną dziś umową, spółka energetyczna Eesti Energia stanie się właścicielem 100% udziałów w spółce Nelja Energia. Wartość transakcji wynosi 289 milionów euro. Ponadto Enefit Green przejmie zadłużenie Nelja Energia w wysokości 204 mln euro. Po przejęciu Nelja Energia Enefit Green zamierza nadal inwestować w rozwój produkcji energii odnawialnej w krajach regionu Morza Bałtyckiego.

Strategicznym celem Eesti Energia jest zwiększenie udziału energii elektrycznej produkowanej ze źródeł odnawialnych do 40% w portfelu produkcyjnym grupy do 2022 r. Cel ten będzie możliwy do osiągnięcia z jednej strony poprzez budowę nowych jednostek produkcyjnych, ale także przejęcie odpowiednich firm. Informacja o chęci sprzedaży Nelja Energia przez norweski Vardar, która pojawiła sie na początku roku, od razu wzbudziła nasze zainteresowanie, bo dostrzegliśmy w niej szansę na realizację naszej strategii –  powiedział Prezes Zarządu Eesti Energia Hando Sutter.

Sutter dodał także, że od kiedy rząd udzielił zgody Eesti Energia na wprowadzenie mniejszościowego udziału Enefit Green na giełdę w Tallinie, wszystkie zainteresowane osoby będą miały możliwość wzięcia udziału w rozwoju spółki w przyszłości. Eesti Energia udostępni dodatkowe informacje dotyczące pierwszej oferty publicznej, gdy tylko prace przygotowawcze osiągną odpowiedni poziom.

–  Posiadanie Nelja Energia w naszym portfelu uważamy za sukces, ale zgodnie ze strategią naszego właściciela wychodzimy z firm zlokalizowanych za granicą. Właściciele spółki Vardar postanowili skoncentrować się na energetyce wodnej w Norwegii i rozwoju produkcji energii w tym kraju. Ta umowa pomoże nam wdrożyć nową strategię powiedział Thorleif Leifsen, Prezes Vardar. 

Jak powiedział Aavo Kärmas, dyrektor zarządzający Enefit Green, dzięki przejęciu Nelja Energia Enefit Green staje się najszybciej rozwijającym się producentem energii odnawialnej w regionie Morza Bałtyckiego.

Energia odnawialna ma wspaniałą przyszłość i jesteśmy gotowi ją współtworzyć powiedział Kärmas. Dodał, że biorąc pod uwagę wielkość projektów rozwojowych Enefit Green i Nelja Energia w dziedzinie energii odnawialnej, istnieje wiele możliwości dalszej ekspansji. – Widzimy siebie w przyszłości w roli producenta energii odnawialnej w Estonii, Finlandii, na Łotwie, Litwie, a także w Polsce. We wszystkich tych krajach Eesti Energia również działa jako sprzedawca energii –  dodał dyrektor zarządzający Enefit Green.

Po przejęciu Nelja Energia, wolumen odnawialnej energii elektrycznej produkowanej przez Enefit Green wzrośnie istotnie od 0,4 TWh do ponad 1 TWh.

Ostateczne zatwierdzenie transakcji wymaga zgody estońskich, łotewskich i litewskich organów ds. konkurencji.

W 2017 r. Eesti Energia wyprodukowała łącznie 9 736 GWh energii elektrycznej, z czego 372 GWh zostały wyprodukowane przez spółkę Enefit Green zajmującą się energią odnawialną. Enefit Green posiada 4 farmy wiatrowe o łącznej mocy 111 MW, 3 elektrociepłownie w Estonii i na Łotwie, 1 elektrownię wodną, 1 elektrownię słoneczną. Jest także producentem energii odnawialnej z najbardziej zróżnicowanym portfelem źródeł energii w krajach bałtyckich. Firma produkuje przyjazną środowisku energię z wiatru, biomasy, wody, zmieszanych odpadów komunalnych i słońca.

Nelja Energia jest producentem energii odnawialnej w krajach bałtyckich. Jest właścicielem farm wiatrowe zlokalizowanych w Estonii i na Litwie. Całkowita moc 17 farm wiatrowych Nelja Energia wynosi 287 MW. Ponadto Nelja Energia ma mniejszościowy udział w dwóch kogeneracyjnych elektrociepłowniach biogazowych w Estonii. Firma posiada również fabrykę peletu i elektrociepłownię na Łotwie. W 2017 r. Nelja Energia wyprodukowała 0,8 TWh energii elektrycznej.

Vardar Eurus sprzedaje Enefit Green 77% akcji Nelja Energia. Pozostałe 23% akcji zostanie nabyte od inwestorów z Estonii.

Suma wszystkich strachów dla rynków wschodzących

Dane gospodarcze bez wpływu na rynek

Analizując zachowanie się rynków w maju można śmiało stwierdzić, że opublikowane w mijającym miesiącu dane gospodarcze pozostawały bez większego wpływu na zachowanie się giełdowych indeksów w kraju, jak i na rynkach zagranicznych. W połowie miesiąca GUS opublikował wstępne dane dotyczące tempa wzrostu polskiej gospodarki w I kwartale. Analitycy oczekiwali nieznacznego spowolnienia w stosunku do IV kwartału 2017, gdy PKB rosło w tempie 4,9%. Opublikowane dane okazały się być zaskakująco dobre, dynamika PKB wyniosła 5,1% r/r.  Do momentu publikacji finalnych danych, nie znamy rozbicia na części składowe, można jednak oczekiwać, że najsilniejszy wpływ na taką wartość miała konsumpcja prywatna. Dobrą sytuację polskiego konsumenta potwierdzają ostatnie dane o dynamice wynagrodzeń, która w kwietniu wyniosła 7,8% r/r. Przyzwoite odczyty zanotowała polska produkcja przemysłowa, której wzrost rok do roku wyniósł 9,3%. Nieco słabiej wypadła sprzedaż detaliczna, pomimo bardzo dobrych danych z rynku pracy, która w kwietniu zaskoczyła negatywnie, osiągając dynamikę 4,6% r/r wobec prognoz na poziomie 8,1%.

Optymistyczny obraz z krajowej gospodarki nie przełożył się na nastroje inwestorów, którzy po dobrym początku miesiąca w zdecydowanej większości sprzedawali krajowe walory, co wpłynęło na spadki giełdowych indeksów. Analogiczną ujemną korelację mogliśmy obserwować u naszego zachodniego sąsiada. Odczyty niemieckich wskaźników wyprzedzających wskazują na możliwe spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego w kolejnych miesiącach. Poznaliśmy m.in. indeks nastrojów analityków i inwestorów ZEW, który utrzymuje się na niskim poziomie -8,2 punktów oraz wstępny odczyt indeksu PMI dla niemieckiego sektora przemysłowego, który wyniósł 56,8 pkt. wobec oczekiwań na poziomie 57,8 punktów. Dla przypomnienia, taka wartość wskaźnika w dalszym ciągu wskazuje na pozytywne tendencje w sektorze, ale jeszcze pod koniec ubiegłego roku notował on wartość 63,3 punkty, stąd poziom optymizmu w zauważalny sposób spadł. Równocześnie jednak niemiecki rynek akcji zachowywał się w maju bardzo dobrze.

Suma wszystkich strachów dla rynków wschodzących

Maj nie był dobrym miesiącem dla aktywów notowanych na rynkach wschodzących. Silny wzrost rentowności amerykańskich obligacji, które w maju przełamały 30-letni trend spadkowy, wpłynął na odpływ aktywów z rynków rozwijających się. Przełożyło się to na wzrosty rentowności obligacji w tym regionie. Przykładowo polskie obligacje 10-letnie notowane są obecnie na poziome 3,25%, w ciągu ostatniego miesiąca dochodząc do poziomu 3,3%, gdy jeszcze w kwietniu mogliśmy obserwować poziomy bliżej 3,00%. Inną tendencją, z  maja jest zauważalne umocnienie się dolara amerykańskiego nie tylko wobec euro, gdzie kurs spadł z poziomu 1,21 na 1,17, ale i większości walut na rynkach wschodzących. Kolejnym elementem układanki są silne wzrosty cen ropy naftowej, które kontynuowały kwietniowe zwyżki, dochodząc do poziomu 80 dolarów za baryłkę w przypadku gatunku Brent. Ceny te wpływają na globalne oczekiwania inflacyjne, co może przełożyć się na politykę Fed i tempo podwyżek stóp procentowych w USA, wzmacniając powyższe tendencje. W przypadku czynników wpływających na nasz region (CEE) i krajowy rynek finansowy wspomnieć należy również o wzroście ryzyka politycznego związanego z ostatnimi wyborami we Włoszech oraz silne spadki tureckiej liry. Polska giełda jest w ostatnich miesiącach bardzo wrażliwa na zewnętrzne czynniki ryzyka. Wpływa na to względna płytkość naszego rynku i brak kapitału o charakterze długoterminowym. To wszystko przełożyło się na to, że indeks WIG20 od początku roku jest jednym z najsłabszych indeksów świata, tracąc prawie 10%. W perspektywie miesiąca, po dobrych pierwszych dwóch tygodniach maja, krajowe indeksy odnotowały straty przewyższające ostatnie wzrosty. Co więcej, spadki dotyczyły wszystkich segmentów rynku, zarówno dużych, jak i mniejszych spółek, co oznacza, że w wyprzedaży uczestniczyli nie tylko inwestorzy zagraniczni, ale również krajowi. Miało to miejsce w samym szczycie sezonu wyników za I kwartał, który jednak podobnie jak dane z gospodarki, w szerszej perspektywie pozostawał bez wpływu na wyniki indeksów. Było to widoczne w szczególności w notowaniach banków (stanowiących największy pod względem kapitalizacji sektor GPW), na postrzeganie których negatywnie wpływa przesunięcie perspektywy podwyżek stóp procentowych na koniec 2019 lub nawet 2020. W kończącym się właśnie miesiącu wyróżniającym się obszarem był sektor producentów gier komputerowych, w przypadku których część spółek zyskiwała po kilkadziesiąt procent bądź, jak w przypadku 11 Bit, nawet 140%.

Rotacja aktywów na rynki rozwinięte

W maju zadowoleni mogli być inwestorzy, którzy kupili aktywa na rynkach rozwiniętych, w szczególności w Stanach Zjednoczonych i w Europie Zachodniej. Hossa za oceanem wspierana była trwającym na przełomie kwietnia i maja sezonie wyników spółek z I kwartał, gdzie większość odczytów znacząco przekraczała oczekiwania analityków. Indeksom giełdowym pomagało uspokojenie nastrojów na linii USA – Chiny. Na napływ środków na rynek amerykański miały wpływ też coraz wyższe stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych oraz umacniający się dolar. Można wnioskować, że ostatni odpływ środków z rynków wschodzących związany był właśnie z tymi czynnikami, gdyż inwestorzy preferowali dużo bezpieczniejszy dochód w dolarze amerykańskim, zapewniający również coraz bardziej atrakcyjne stopy zwrotu. Pytanie, czy jest to tymczasowy efekt, czy też początek kolejnej dużej rotacji aktywów? Beneficjentem umacniającego się dolara (i coraz słabszego euro) okazały się być również europejskie rynki akcji. Największe spółki Starego Kontynentu to przedsiębiorstwa globalne, które z dużym prawdopodobieństwem będą korzystać na słabszej wspólnej walucie. Oddziaływać tu będą dwa czynniki. Pierwszy z nich sprawia, że słabsze euro sprawia, że dobra i usługi produkowane w Europie są dla nabywców rozliczających się przykładowo w dolarze amerykańskim po prostu tańsze, co przekłada się na wyższe wolumeny sprzedaży. Po drugie, przychody uzyskiwane w innych walutach będą przeliczane na większą ilość euro, co również nie pozostanie bez wpływu na przyszłe wyniki spółek europejskich. Przekładało się to na notowania europejskich indeksów giełdowych. Na przestrzeni miesiąca na wartości zyskiwały zarówno francuski CAC 40, jak również niemiecki DAX. Ten ostatni rynek może być w najbliższym czasie wspierany przez obniżenie przez Chiny ceł na sprowadzane samochody, z uwagi na duży udział sektora motoryzacyjnego w eksporcie do Państwa Środka (w skład indeksu wchodzą m.in. BMW, Daimler, Volkswagen oraz Continental).

Kamil Hajdamowicz, Doradca Inwestycyjny Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group

Kurs euro pod wpływem wydarzeń politycznych

Zeszły weekend przypominał kryzysy polityczne, które jeszcze kilka lat temu regularnie nawiedzały europejskie rynki.

Prezydent Włoch odmówił wyznaczenia na ministra finansów eurosceptycznego kandydata koalicji populistów, powołując się na obawy przed niedemokratycznym podjęciem decyzji o wyjściu ze strefy euro. Obie partie wchodzące w skład koalicji w trakcie kampanii zakładały bowiem pozostanie Włoch we wspólnym bloku walutowym.

W ubiegłym tygodniu obserwowaliśmy spowolnienie wzrostu dolara amerykańskiego. Konsekwencją gołębich „minutek” ze spotkania FED był spadek rentowności amerykańskich obligacji, które stanowiły swoiste “paliwo” wspierające wzrost amerykańskiej waluty. Z kolei poniedziałkowa przerwa od handlu w Londynie i Nowym Jorku oznacza, że wpływ wydarzeń z Włoch na światowe rynki finansowe nie jest jeszcze zupełnie jasny.

W najbliższym tygodniu rynki będą bacznie obserwować obie strony Atlantyku. Dla kursu euro głównym ryzykiem będzie po raz kolejny polityka we Włoszech i Hiszpanii. Dla dolara znaczenie będzie miała publikacja serii danych ekonomicznych, przede wszystkim tych dotyczących dynamiki cen oraz tych z amerykańskiego rynku pracy.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień lekkim osłabieniem w relacji do głównych walut, tracąc najbardziej w parze z dolarem amerykańskim. Kurs USD/PLN pod koniec tygodnia umocnił się do najwyższego poziomu od lipca ubiegłego roku. Złotemu nie sprzyjał odwrót od walut rynków wschodzących oraz słabość EUR.

Ubiegły tydzień nie przyniósł zbyt wielu istotnych informacji. Szczególną uwagę warto zwrócić na odczyt krajowej sprzedaży detalicznej, który mocno rozczarował, dodatkowo nie sprzyjając złotemu. Dynamika sprzedaży detalicznej spadła z poziomu 9,2 w marcu do 4,6% w kwietniu, tym samym była najniższa od ponad roku. Wyraźny spadek sprzedaży może sugerować, że coś negatywnego zaczyna dziać się z konsumpcją w Polsce, która ostatecznie stanowi jeden z głównych motorów polskiego wzrostu PKB. Przysłowiowa, “jedna jaskółka” nie czyni wiosny, jednak w tym kontekście warto z większą uwagą obserwować kolejne odczyty.

W tym tygodniu poznamy kilka ciekawych publikacji z polskiej gospodarki. Warto poświęcić chwilę aby wczytać się w strukturę wzrostu polskiego PKB w I kwartale, która zostanie opublikowana przy okazji środowej rewizji wstępnego odczytu. Istotne będą również nowe dane inflacyjne, które też poznamy w środę. Zgodnie z oczekiwaniami konsensusu dynamika cen w Polsce przyspieszyła z 1,6 w kwietniu do 1,8% w maju, rosnąc z uwagi na drożejące surowce.

GBP

Rozczarowujące dane o inflacji w Wielkiej Brytanii jak i brak postępów w negocjacjach ws. Brexitu negatywnie odbiły się na funcie. Wieści z Włoch również nie sprzyjały brytyjskiej walucie w parze z dolarem amerykańskim, kurs szterlinga względem euro pozostał jednak niemal niezmieniony. W najbliższym tygodniu jedyną istotną publikacją ze Zjednoczonego Królestwa będą dane dotyczące aktywności biznesu mierzonej wskaźnikiem PMI – stąd spodziewamy się, że kurs szterlinga będzie w dużym stopniu zależny od czynników zewnętrznych. Tymi najistotniejszymi będą najpewniej napływ danych makroekonomicznych ze Stanów Zjednoczonych oraz kolejne informacje dotyczące sytuacji we Włoszech.

EUR

Pogłębienie spadków indeksów PMI dla krajów strefy euro zostało przyćmione przez napływ dużo istotniejszych wieści z europejskiej sceny politycznej. Oprócz wybijającego się na pierwszy plan kryzysu instytucjonalnego we Włoszech, premier Hiszpanii zmierzy się w tym tygodniu z wotum nieufności, którego wynik jest ciężki do przewidzenia.

Silny wzrost rentowności włoskich obligacji, który przełożył się na rozszerzenie spreadu między papierami włoskimi, a tymi z innych krajów Starego Kontynentu sprawił, że ów wskaźniki pokazujące napięcie na południu Europy, osiągnęły poziomy najwyższe od kilku lat.

O ile mandat na utworzenie rządu technicznego otrzymała postać z politycznego establishmentu – były ekonomista MFW, Carlo Cottarelli – istnieją poważne obawy, iż jego program (i budżet) może nie otrzymać wystarczającego poparcia ze strony parlamentu – co doprowadzi do przyspieszenia kolejnych wyborów parlamentarnych w kraju. Jesteśmy zdania, że we Włoszech nie ma wystarczającej woli politycznej do wyjścia ze strefy euro. Oznacza to, że populiści albo jednoznacznie zrezygnują z polityki wrogiej względem wspólnej europejskiej waluty, albo stracą głosy. Na ten moment nic nie jest jednak pewne, co nie sprzyja wspólnej europejskiej walucie.

USD

Opublikowane w zeszłym tygodniu “minutki” ze spotkania Rezerwy Federalnej były bardziej gołębie niż oczekiwały rynki. Członkowie FED zdają się nie przejmować niedawnym wzrostem dynamiki cen mierzonej wskaźnikiem CPi, a tym bardziej nie spodziewają się oni, aby potrzebne było przyspieszenie tempa podnoszenia stóp procentowych. Komunikat ze strony FOMC przełożył się na wyhamowanie wzrostu obligacji Skarbu USA. W konsekwencji nastąpiło ponowne zbicie rentowności 10-letnich papierów dłużnych poniżej psychologicznej bariery 3%. Tym samym wyhamowało dalsze umocnienie dolara względem większości głównych nie-europejskich walut. Samo euro, ze względu na sytuację polityczną we Włoszech, poruszało się po równi pochyłej.

W tym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona przede wszystkim na danych na temat wzrostu dynamiki cen w USA (czwartek) oraz na comiesięcznym raporcie z rynku pracy (piątek). To właśnie te publikacje makroekonomiczne powinny być czynnikami wewnętrznymi, które mogą mieć istotny wpływ na dolara amerykańskiego.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

W najbliższych dniach kurs euro może spaść poniżej 4,29

Sytuacja polityczna we Włoszech sprzyja zwiększonemu popytowi na aktywa „bezpiecznej przystani”. Złoty stabilny. Podczas poniedziałkowego handlu EURPLN notowany był w okolicach 4,30-4,31 przy pustym kalendarzu makro i spadającym euro w kierunku 1,16 USD.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Podczas poniedziałkowego handlu złoty notowany był w okolicach 4,30-4,31 przy spadającym euro do dolara. W trakcie sesji europejskiej kurs EURUSD zmierzał w kierunku 1,16. Poprawa nastrojów na EM to zapewne zasługa umacniającej się liry tureckiej (po tym jak bank centralny Turcji zapowiedział reformę stóp procentowych, dostosowując się do standardów światowych – oprocentowanie tygodniowych operacji repo będzie równe obecnej stopie LLW i wyniesie 16,50%) oraz ponownego wyrażenia chęci spotkania się prezydenta D. Trumpa z północnokoreańskim przywódcą.

Najprawdopodobniej, dodatkowo przed silniejszą przeceną chroni naszą walutę technika (m.in. wysokie poziomy EURPLN) oraz oczekiwanie na wyższą majową inflację (publikacja w środę, 30 maja).  Możliwy wzrost CPI do 2,0% r/r z 1,6% choć zapewne nie będzie wystarczający, aby RPP zaostrzyła nastawienie w polityce monetarnej, to jednak stanowić może wymówkę dla realizacji zysków na krótkich pozycjach w PLN. W najbliższych dniach EURPLN może spaść poniżej 4,29.

Nie zmieni to faktu, że w tym tygodniu złoty nadal utrzymywać będzie niskie poziomy. Biorąc pod uwagę otoczenie zewnętrze (Turcja, Włoch, Hiszpania i oczekiwane podwyżki stóp w USA przy wciąż łagodnym EBC) perspektywy dla złotego nie są korzystne. Oczekiwany wzrost awersji do ryzyka i spadająca globalna płynność walutowa poza wyraźnym osłabieniem koszyka walut EM (widocznym w ostatnim czasie szczególnie w krajach najbardziej zadłużonych w dolarze), powinny stopniowo osłabiać PLN.

Na rynku dłużnym w ostatnich dniach obok problemów dotykających rynki wschodzące uwagę pochłaniała sytuacja polityczna we Włoszech. Brak porozumienia między koalicją Ligi oraz Ruchu Pięciu Gwiazd w rozmowach z prezydentem Matarellą dot. składu rządu zwiększa zmienność na włoskich instrumentach finansowych. Po rezygnacji G. Conte z kierowania rządem, prezydent powierzył rolę stworzenia rządu technicznego C. Cottarelli. Ryzyko przeprowadzenia przyspieszonych wyborów przełożyło się na wzrost rentowności włoskich 10-letnich obligacji o blisko 100pb w ciągu ostatnich dwóch tygodni.

W takim otoczeniu obserwowany jest wzmożony popyt na aktywa bezpiecznej przystani, przez co mocno spadły rentowności w Niemczech, które dla 10-letniego Bunda wynoszą około 0,35%. Spadek rentowności w krajach bazowych strefy euro powinien wytyczać również kierunek dla polskich instrumentów dłużnych. Dodatkowo potencjał do spadku rentowności wynika z dobrej sytuacji budżetowej, gdzie według ostatniego komunikatu Ministerstwa Finansów nadwyżka po kwietniu wyniosła 9,3 mld PLN. Co prawda MF zapowiada, że jest to sytuacja przejściowa i na koniec roku zostanie zanotowany deficyt, to lepsza realizacja budżetu może skutkować niższymi podażami obligacji, a czerwcowa podaż papierów nie powinna przekraczać tej z maja.

Wykres dnia: Stopniowe zacieśnianie polityki monetarnej w USA (redukcja bilansu + podwyżki stóp procentowych) będą zmniejszać globalną płynność i zwiększać presję na deprecjację złotego, mimo dobrych danych lokalnych.Stopniowe zacieśnianie polityki monetarnej w USA (redukcja bilansu + podwyżki stóp procentowych) będą zmniejszać globalną płynność i zwiększać presję na deprecjację złotego, mimo dobrych danych lokalnych
Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Dolar pozostaje mocny w końcówce miesiąca

Dolar pozostaje mocny w końcówce miesiąca. Choć amerykańska waluta ma za sobą kilka tygodni aprecjacji a ostatnie sygnały z Fed, czyli m.in. gotowość do zaakceptowania przejściowego nasilenia się inflacji mogłyby sugerować, że nieodzowna jest korekta. Głównym motorem siły dolara były ostro rosnące rentowności długu. Ostatnie nasilenie awersji do ryzyka i cofnięcie na rynku ropy sprawiły, że rentowność benchmarkowej dziesięciolatki spadła pod 2,90 proc., czyli w kilkanaście dni obniżyła się aż o ponad 20 pb. W przypadku USD/JPY obserwujemy powrót do kluczowej strefy 108,50 -70. Jej przebicie będzie otwierać drogę do pogłębienia zniżek w kierunku 106,00 i zaburzy wzrostowy układ w notowaniach.

Tradycyjnie najczulszą na ten czynnik walutą jest jen, który od połowy maja umocnił się do dolara o ponad 1,5 proc. Nieźle radzi sobie też defensywny frank – zyskał 0,5 proc. do USD, co sprawia, że EUR/CHF w tym czasie spadł do 1,15. Słaby jest natomiast funt, fatalnie radzi sobie też euro. Słabość ta jest uzasadniona i kontynuacją passy gorszych danych, i czynnikami politycznymi. Włoskie problemy z utworzeniem rządu ewoluują w kryzys konstytucyjny a dynamika wydarzeń w przypadku przedterminowych wyborów (wrzesień) faworyzuje skrajną prawicę i frakcje antyestablishmentowe. Wywiera to silny wpływ na sytuację na rynku obligacji i jednocześnie skutkować może odsunięciem terminu normalizacji polityki. Draghi przystępując do walki z kryzysem zadłużeniowym zapowiedział kilka lat temu, że ECB zrobi wszystko co potrzeba by zdławić spiralę wyprzedaży obligacji skarbowych. Bank osiągnął sukces wielkim kosztem, ale teraz błędem byłoby zbyt szybkie normalizowanie polityki, tym bardziej, że inflacja bazowa nie wykazuje ewidentnych oznak przyśpieszania. Nawet bez politycznego chaosu, gospodarka Eurolandu zaskakująco wyhamowała. Warto przy tym zwrócić uwagę, że inwestorzy w tym środowisku chłodzą swój entuzjazm względem perspektyw europejskich banków – pankontyntentalny, branżowy subindeks Stoxx 600 spada od 10 maja o ponad 5 proc. i stoi na krawędzi otwarcia sobie drogi do jeszcze głębszej przeceny. Jest to o tyle ciekawa kwestia, że w czasach kryzysu zadłużeniowego relatywna siła bankowych indeksów giełdowych była istotnie skorelowana z kursem EUR/USD.

EUR/USD trzeci raz z rzędu nie był w stanie sforsować 1,1750 i spada na nowe minima w okolicy 1,16. Naszym średnioterminowym celem dla kursu są okolice 1,1550 – praktycznie został on zrealizowany. Rynek jest już bardzo mocno wyprzedany, ale po stronie wspólnej waluty nie ma żadnych argumentów. Niewiele do zaoferowania inwestorom ma też funt: coraz mocniej podważana jest realność wakacyjnej podwyżki a niestabilność polityczna stała się drażliwym tematem. Spodziewamy się kontynuacji zniżek w ramach realizacji formacji podwójnego szczytu i do 1,31. Drogę do dalszej słabości względem USD ma otwartą również dolar kanadyjski.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

PPK – czyli potrzeba oszczędzania na emeryturę

Wprowadzenie ustawy o pracowniczych planach kapitałowych (PPK) będzie wyzwaniem zarówno dla osób o niższych zarobkach, jak i dla osób liczących swoje wynagrodzenie wyłącznie netto. Wprowadzenie PPK oznacza zmniejszenie dochodu netto do dyspozycji pracownika kosztem dzisiejszej konsumpcji i zrezygnowanie np. z biletów do kina w celu budowania swojej emerytury. Ktoś musi ponieść ten koszt. Pracodawca ponosi koszt dokładając 1,5% z własnej kieszeni, a pracownik – kosztem dzisiejszej konsumpcji – będzie odkładał na emeryturę.

– Dla wielu osób – w szczególności dla osób o niższych wynagrodzeniach – zrezygnowanie ze swoich 2% będzie miało znaczenie, dlatego bardzo możliwe jest przyjście tych osób do swoich pracodawców po podwyżkę – powiedział agencji eNewsroom.pl Marcin Wojewódka, radca prawny, członek zarządu Instytutu Emerytalnego – Po wprowadzeniu reformy możemy spodziewać się presji płacowej lub występowania takich osób z PPK, ponieważ pracodawcy odmawiając podniesienia wynagrodzenia nie będą w stanie przenosić całego kosztu zmian na siebie. Wyzwaniem dla PPK będzie pogodzenie rzeczywistego spadku dochodów do dyspozycji netto z potrzebą oszczędzania na emeryturę. Musimy patrzeć długoterminowo – brak oszczędności przy ciągłej konsumpcji oznacza minimalną i głodową emeryturę za kilkadziesiąt lat. Przyszli emeryci znowu zwrócą się do Państwa o pomoc, a ono zwróci się do przedsiębiorców i nałoży wyższe podatki. Koło się zamyka, a przyjdzie moment, kiedy trzeba będzie wyjść z tego kręgu – podsumował Wojewódka.

Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat

Z powodu pośpiechu przy wprowadzaniu podatku bankowego dochody z podatku na 2016 r. zostały zawyżone, ale już w następnym roku, po stosownych analizach, oszacowano je dość trafnie. Urzędy skarbowe i Minister Finansów skutecznie wykonywali zadania związane z poborem podatku bankowego. Zabrakło jednak wprowadzenia elementów nadzoru, które zapewniłyby jednolity sposób zarządzania podatkiem w urzędach skarbowych. NIK nie stwierdziła, by banki krajowe wykorzystywały krótkoterminowy zakup skarbowych papierów wartościowych do optymalizacji podatkowej. Wbrew obawom instytucji finansowych, wprowadzenie nowego podatku nie wpłynęło negatywnie na ich stabilność finansową.

Podatek bankowy obowiązuje w większości europejskich państw – wprowadziło go 21 z 28 państw UE. Konstrukcja podatku od sektora finansowego w poszczególnych państwach UE jest dostosowana do specyfiki lokalnego rynku finansowego. Opodatkowanie aktywów, analogicznie jak w Polsce, wprowadzono w 5 innych państwach: Finlandii, Francji, Grecji, Słowenii i na Węgrzech, jednakże w tych państwach przyjęto odmienną stawkę podatku oraz inny sposób ustalania podstawy opodatkowania. W 12 państwach podstawą opodatkowania są pasywa, w 3 państwach opodatkowanie odbywa się w inny sposób.Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat

1 lutego 2016 r. Ustawa o podatku była procedowana bardzo szybko i została uchwalona (15 stycznia 2016 r.) po 43 dniach od daty wpływu projektu poselskiego do Sejmu,  zanim Rząd formalnie przyjął w jej sprawie stanowisko. Tak szybkie tempo prac legislacyjnych spowodowane było koniecznością pozyskania dodatkowego źródła finansowania wydatków budżetowych, w szczególności wydatków społecznych, o których mowa w programie Rządu.

Zmiany wprowadzone w toku prac legislacyjnych polegały m.in. na tym, że zwiększono katalog obniżek podstawy opodatkowania o wartość aktywów w postaci skarbowych papierów wartościowych oraz rozszerzono zakres zwolnień podatkowych o podmioty objęte wdrożonym planem naprawczym. Pozostałe zmiany (rozszerzenie zakresu podmiotowego o instytucje pożyczkowe, zwiększenie miesięcznej stawki podatku z 0,0325 proc. do 0,0366 proc.) wpływały na zwiększenie dochodów z podatku.Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat 2

Podatkiem objęto instytucje finansowe: banki krajowe (banki mające siedzibę na terytorium RP), odziały banków zagranicznych, oddziały instytucji kredytowych, SKOK, krajowe zakłady reasekuracji, oddziały i główne oddziały zagranicznych ubezpieczeń i reasekuracji, a także instytucje pożyczkowe.Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat 3

Podstawą opodatkowania dla banków jest nadwyżka sumy wartości aktywów ponad kwotę 4 mld złotych, dla ubezpieczycieli jest to 2 mld zł, a dla firm pożyczkowych kwotą wolną od tego podatku będą aktywa o wartości ponad 200 mln zł. Podstawę pomniejsza się o fundusze własne banków, obligacje skarbowe znajdujące się w portfelu banków, aktywa nabyte od NBP stanowiące zabezpieczenie kredytu refinansowego udzielonego przez NBP oraz środki banków spółdzielczych utrzymywane na rachunkach w bankach zrzeszających. Średniomiesięczna wartość aktywów w analizowanym przez NIK okresie wzrosła z 1426,4 mld zł w 2016 r. do 1455,7 mld zł w 2017 r. (tj. o 2,1 proc.). Średniomiesięczna wartość podstawy opodatkowania wzrosła z 971,1 mld zł za 11 miesięcy 2016 r. do 979,5 mld zł za osiem miesięcy 2017 r. (tj. o 0,9 proc.).Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat 4

Zwolnione z podatku zostały banki państwowe, w tym Bank Gospodarstwa Krajowego. Podatku nie uiszczały też spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe (tzw. SKOK) i banki spółdzielcze, ze względu na nieosiągnięcie poziomu aktywów w wysokości 4 mld zł.

Najważniejsze ustalenia kontroli

Z powodu pośpiechu przy wprowadzaniu ustawy o podatku od niektórych instytucji finansowych,przeszacowano dochody z podatku bankowego na 2016 r. W trakcie prac nad budżetem na 2016 r. nie była znana ostateczna wersja projektu ustawy o podatku. Dochody planowano na podstawie projektu poselskiego ustawy, w stosunku do którego w uchwalonej ustawie o podatku nastąpiły zmiany. Według poselskiego projektu ustawy o podatku kwota wpływów została oszacowana na 6,5-7 mld zł. W projekcie Stanowiska Rządu założono, że dochody mogą wynieść ok. 4,8 mld zł, w ustawie budżetowej przyjęto kwotę 5,5 mld zł. Decyzję o przyjęciu tej kwoty podjął Minister Finansów.

Dochody uzyskane w 2016 r. (od marca do grudnia) wyniosły nieco ponad 3,5 mld zł tj. blisko 64 proc. prognozy przyjętej w ustawie budżetowej na rok 2016
(tj. 1,1 proc. dochodów budżetu państwa).
 Według Ministerstwa Finansów, zjawisko różnicy między planowanymi, a rzeczywistymi wpływami z podatku towarzyszy wprowadzaniu podatków sektorowych i występowało również w innych państwach, które wprowadziły podatek bankowy.

Skuteczność poboru podatku w 2017 r. poprawiła się – dochody z podatku wyniosły ponad 4,34 mld zł, tj. 110 proc. planu (tj. 1,3 proc. dochodów budżetu państwa). W ustawie budżetowej na 2017 rok prognozę dochodów z tytułu podatku bankowego przyjęto w kwocie prawie 3,94 mld zł. Ściągalność podatku w kontrolowanym okresie wyniosła 100 proc. Zaległości były krótkoterminowe, nie prowadzono egzekucji administracyjnej.

Z ustaleń kontroli wynika, że każdego miesiąca z podatku bankowego wpływała podobna kwota.Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat 5

Dominujący udział w zrealizowanych dochodach z podatku miały banki krajowe (83,5 proc.) oraz krajowe zakłady ubezpieczeń (15,8 proc.). Pozostałe podmioty zrealizowały łącznie 0,7 proc. wpływów (w tym instytucje pożyczkowe 0,6 proc.). W okresie od marca 2016 r. do września 2017 r. co najmniej raz deklaracje FIN-1 złożyło 90 instytucji finansowych (miesięcznie od 75 do 82 w kontrolowanym okresie).Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat 6

W okresie objętym kontrolą nastąpił zwiększony popyt ze strony sektora bankowego na polskie skarbowe papiery wartościowe (SPW).  Od końca stycznia 2016 r. do końca czerwca 2017 r. wartość portfela krajowych SPW w sektorze bankowym zwiększyła się o 72 mld zł, tj. o 40,1 proc. (ze 179,5 mld zł do 251,5 mld zł). Ponad połowa wzrostu zaangażowania banków w skarbowe papiery wartościowe  miała miejsce w pierwszych dwóch miesiącach obowiązywania podatku, chociaż wzrost zakupów można było zaobserwować już pod koniec 2015 r.Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat 7

NIK nie stwierdziła wykorzystywania zakupów skarbowych papierów wartościowych do optymalizacji podatkowej przez banki krajowe. W większym stopniu mechanizm zwiększania zakupów SPW w ostatnich dniach miesiąca i sprzedaży w pierwszych dniach następnego miesiąca wykorzystywały do optymalizacji podatkowej oddziały instytucji kredytowych. Dokonywane transakcje nie miały jednak znaczącego wpływu na podatek (banki posiadały ok. 98 proc. skarbowych papierów wartościowych, a oddziały instytucji kredytowych ok. 2 proc.).

Wprowadzenie podatku nie wpłynęło negatywnie na stabilność instytucji finansowych. Wprowadzenie podatku nie oddziaływało także negatywnie na stabilność sektora ubezpieczeniowego. Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego zwrócił jednak uwagę na problem zmniejszania środków własnych zakładów ubezpieczeń, co ma negatywny wpływ na utrzymanie odpowiedniego zabezpieczenia kapitałowego tych zakładów.Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat 8

W Ministerstwie Finansów monitorowano realizację planu dochodów z tytułu podatku od niektórych instytucji finansowych, stan zaległości i dane deklarowane przez podatników.

Ministerstwo Finansów monitorowało dane w zakresie zakupu skarbowych papierów wartościowych, a także obniżenia podstawy opodatkowania z tego tytułu. Ministerstwo Finansów nie udokumentowało natomiast, że analizowało i jest w posiadaniu danych o aktywach poszczególnych podmiotów, a także na temat wyłączeń poszczególnych podmiotów z opodatkowania oraz podstawy zwolnienia z opodatkowania. W ocenie NIK pobranie takich danych na początku funkcjonowania nowego podatku mogło mieć istotne znaczenie dla analizy zagrożeń związanych z poborem podatku. Ponadto posiadane dane z deklaracji FIN-1 dotyczą tylko podmiotów płacących podatek, a nie zawierają informacji dotyczących podmiotów mogących potencjalnie podlegać opodatkowaniu.

Ministerstwo Finansów współpracowało z Urzędem Komisji Nadzoru Finansowego (UKNF) w celu uzyskania informacji i wyjaśnień w zakresie funkcjonowania podatku od niektórych instytucji finansowych oraz danych o aktywach instytucji finansowych. Pozyskiwało także informacje i analizy z Narodowego Banku Polskiego (NBP) dotyczące wpływu podatku na marże i prowizje oraz koszty działalności sektora bankowego, analizy UKNF w zakresie wpływu podatku na sytuację banków komercyjnych oraz dane z Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych o transakcjach w zakresie skarbowych papierów wartościowych.

Postępowanie naczelników dwóch kontrolowanych przez NIK urzędów skarbowych rozliczających łącznie prawie 80 proc. dochodów z tytułu podatku bankowego było odmienne. W Drugim Mazowieckim Urzędzie Skarbowym w Warszawie (rozliczającym 51 proc.  podatku), identyfikowano ryzyko i weryfikowano podmioty potencjalnie objęte opodatkowaniem, a także prowadzono czynności sprawdzające i jedną kontrolę podatkową. Z kolei w Pierwszym Mazowieckim Urzędzie Skarbowym w Warszawie kontrolerzy NIK stwierdzili brak czynności zmierzających do wczesnego wykrywania podmiotów potencjalnie unikających opodatkowania, a działania ograniczono do sprawdzenia poprawności złożonych korekt deklaracji. W ocenie NIK, zabrakło wdrożenia mechanizmu zarządzania podatkiem, który zapewniłby jednolity sposób zarządzania podatkiem w urzędach skarbowych. Z ustaleń kontroli wynika, że nie wystąpiły negatywne skutki braku wdrożenia takiego mechanizmu.

Wnioski

Minister Finansów wprowadzając nowy podatek, przy relatywnie niewielkiej grupie podmiotów objętych podatkiem i urzędów pobierających podatek (głównie wyspecjalizowane urzędy skarbowe), powinien wprowadzić mechanizm zarządzania podatkiem.

Komentarz Małgorzaty Jackiewicz do wyników rynku ubezpieczeń zdrowotnych na koniec 2017 r.

Małgorzata Jackiewicz
Małgorzata Jackiewicz, Dyrektor Sprzedaży Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia

Według opublikowanych przez PIU danych liczba osób objętych ochroną oferowaną przez dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne wzrosła o 22% rok do roku i osiągnęła poziom 2,27 mln osób. Wartą uwagi jest również wysokość składki, jaką Polacy wydają na dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne. W 2017 r. składka przypisana brutto wzrosła o 18% rok do roku i osiągnęła wartość 684,5 mln zł.

Zaprezentowane przez Polską Izbę Ubezpieczeń dane jednoznacznie pokazują, że Polacy z roku na rok coraz liczniej korzystają ze świadczeń medycznych za pośrednictwem dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Wynika to m.in. z faktu, że coraz szersze grono firm niż dotychczas, szczególnie z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, decyduje się na zakup polisy grupowej dla swoich pracowników. Ponadto, Polacy doceniają komfort, jaki oferują dodatkowe ubezpieczenia, zwłaszcza wobec niemalejących kolejek w publicznych przychodniach, szczególnie do badań diagnostycznych, gdzie czas oczekiwania może wynieść nawet kilka miesięcy. Mimo to Polacy jednak cały czas traktują dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne jako pomoc doraźną, a nie zabezpieczenie na przyszłość. Zmiana tego nastawienia pozwoli rynkowi na jeszcze bardziej dynamiczny rozwój niż dotychczas.

Wpływ na kształt rynku i popularność polis medycznych ma również mylne przeświadczenie konsumentów, że jedynie najwyższe warianty ubezpieczenia z nielimitowanym dostępem do świadczeń zapewniają realną ochronę. To nieprawda. Biorąc pod uwagę częstotliwość, z jaką Polacy, którzy nie mają przewlekłych problemów ze zdrowiem, korzystają ze świadczeń medycznych w ciągu roku widać, że w większości przypadków już limitowany dostęp do konsultacji lekarskich i badań może zapewnić skuteczną pomoc w utrzymaniu dobrego stanu zdrowia. Ponadto, głównym problemem, z jakim borykają się pacjenci korzystający z publicznej służby zdrowia, jest długi czas oczekiwania na badania specjalistyczne. Warto pamiętać, że można znaleźć na rynku ubezpieczenie, które obejmuje swoim zakresem wyłącznie tego typu świadczenia. W związku z tym nawet taka polisa może okazać się znaczącą pomocą w razie wystąpienia problemów ze zdrowiem. Co więcej, regularne wykonywanie badań może mieć również bezpośrednie przełożenie na ewentualne wydatki potrzebne na ratowanie zdrowia. W momencie wczesnego zdiagnozowania problemu, jego wyleczenie może nie wymagać dodatkowych wizyt i działań nieobjętych posiadanym wariantem polisy. W przypadku, gdy okaże się, że zdiagnozowana choroba jest w zaawansowanym stadium rzeczywiście jedyną realną pomocą, będzie skorzystanie z najdroższego pakietu ubezpieczenia.

Małgorzata Jackiewicz, Dyrektor Sprzedaży Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia

Polityka w dalszym ciągu rozdaje karty

W ostatnim czasie po raz kolejny wzrasta niepewność na rynkach finansowych. Przyczyną jest sytuacja polityczna we Włoszech, w Hiszpanii, czy Turcji. Dodatkowo, okazało się, że Donald Trump zrezygnował ze spotkania z Kim Dzong Unem, przywódcą Korei Północnej. Co więcej, negocjacje pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami nadal trwają i póki co nie ogłoszono żadnych konkretnych decyzji. Wszystko to wpływa na sentyment na rynkach, a szczególnie w krajach rozwijających się. Mimo to, w Stanach Zjednoczonych głównym indeksom udało się wypracować pozytywną stopę zwrotu. W skali całego tygodnia S&P 500 zyskał 0,31%, DJIA 0,15%, a indeks giełdy Nasdaq wzrósł o 1,08%. W Europie natomiast dominował kolor czerwony. Niemiecki DAX stracił -1,07%, francuski CAC40 -1,28%, a brytyjski FTSE100 spadł o -0,62%.

W Polsce, podobnie jak w wyżej wymienionych krajach europejskich, dominowały spadki. Indeks szerokiego rynku WIG zakończył tydzień z wynikiem -0,86%, największe spółki (WIG20) straciły -0,77%, a indeksy mniejszych i średnich spółek sWIG80 i mWIG40 spadły o, odpowiednio -1,43% i -1,32%. W minionym tygodniu wyraźnie rozczarował odczyt sprzedaży detalicznej, który wyniósł 4,6% wobec oczekiwanych 8,1% rdr.

W tym tygodniu kalendarz makroekonomiczny zapowiada się nader interesująco. W Polsce w środę opublikowane zostaną wstępne dane CPI za maj oraz finalny PKB za pierwszy kwartał, a w piątek czekamy na PMI w przemyśle oraz protokół z ostatniego posiedzenie RPP. W Europie najistotniejsze mogą okazać się dane o inflacji CPI za maj (środa Niemcy, strefa euro w czwartek) oraz finalny odczyt PMI w przemyśle dla całej strefy euro. W Stanach Zjednoczonych również czeka nas sporo istotnych odczytów. W środę poznamy dane o zatrudnieniu według ADP oraz drugi odczyt PKB za pierwszy kwartał, w czwartek zostaną opublikowane dane o dochodach i wydatkach gospodarstw domowych, a także inflacji PCE, a w piątek, tak jak w każdy pierwszy piątek miesiąca, poznamy dane z amerykańskiego rynku pracy. W piątek warto również zwrócić uwagę na odczyt ISM dla przemysłu w USA.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych SA

Trans Polonia w I kwartale z 50 mln zł sprzedaży

Trans Polonia S.A., wiodący operator oferujący przewozy cysternowe paliw, płynnych surowców chemicznych i spożywczych oraz mas bitumicznych, w I kw. 2018 r. zanotował wzrost przychodów do blisko 50 mln zł oraz sukcesywnie obniżał dług i generował środki pieniężne z działalności operacyjnej, co sprzyja realizacji inwestycji, umożliwia wypłatę potencjalnej dywidendy oraz pozwala na poszukiwanie celów akwizycyjnych.  

Przychody ze sprzedaży w okresie styczeń-marzec 2018 r. były wyższe o 2,5 proc. wobec okresu sprzed roku i ustabilizowały się na poziomie blisko 50 mln zł. Wzrosty osiągnięto w segmencie przewozów paliw (skorelowane z ogólnym wzrostem konsumpcji paliw w Polsce) i płynnej chemii, niższą sprzedaż odnotowano głównie w usługach przewozów asfaltów (z uwagi na trudniejsze warunki pogodowe) oraz przewozach ładunków spożywczych.

Dariusz Cegielski, Prezes Zarządu Trans Polonia– I kwartał 2018 r. był dla działalności operacyjnej TPG okresem dobrym, ze stabilizacją pozycji rynkowej i tym samym osiągniętej sprzedaży, ale też szeregiem zdarzeń w większości o charakterze  jednorazowym, które wpłynęły na nasze wyniki. Głównie mamy na myśli koszty związane z prowadzonym procesem przejęcia operatora intermodalnego z regionu Beneluksu. Z przyczyn niezależnych od nas, nie zostaliśmy wybrani jako ostateczny nabywca podmiotu, ale zdobyliśmy ogromne doświadczenie w prowadzeniu tak wieloaspektowego procesu, które z pewnością zaowocuje w przyszłości – powiedział Dariusz Cegielski, Prezes Zarządu Trans Polonia S.A.

Zysk brutto na sprzedaży w I kw. 2018 r. wyniósł 4,8 mln zł (-11,5 proc., co wynika głównie z wyższej amortyzacji nowych jednostek cysternowych oraz dodatkowych kosztów przygotowania do pracy ww. sprzętu), zysk EBITDA ukształtował się na poziomie 3,2 mln zł (-30,9 proc., co zostało silnie obciążone kosztem prowadzonego procesu akwizycyjnego rzędu 1,4 mln zł), z kolei na stratę netto w wysokości blisko 1 mln zł dodatkowo wpłynęła mniej korzystna relacja różnic kursowych (przychody finansowe wyniosły 0,1 mln zł wobec 1,4 mln zł rok temu). Spółka w relacji do okresu sprzed roku osiągnęła korzystny cash-flow operacyjny w wysokości prawie 2 mln zł (wobec -4,5 mln zł).

– W minionym roku przeznaczyliśmy 17 mln zł na zakup nowych jednostek transportowych.
W pierwszych miesiącach br. ponieśliśmy dodatkowe koszty w postaci przygotowania nowych jednostek do pracy. Efekty takich wydatków będą widoczne w tegorocznych rezultatach w postaci zwiększonej skali przychodów i zysków
– dodał Dariusz Cegielski.

Zarząd Trans Polonii 21 maja br. podjął uchwałę w sprawie przedłożenia WZA rekomendacji wypłaty 4,8 mln zł (0,21 zł na akcję) dywidendy za 2017 r., co stanowi ponad 45 proc. skonsolidowanego zysku netto (10,5 mln zł). Rekomendacja uzyskała akceptację Rady Nadzorczej Spółki. Warunkiem wypłaty dywidendy ww. wysokości jest uzyskanie wymaganych zgód od instytucji finansujących Spółkę lub odpowiedniej modyfikacji umów kredytowych, zezwalających na taki krok. Zarząd podejmuje działania w tym kierunku i pozytywnie ocenia szanse na powodzenie wypłaty zysku.

Stabilna sytuacja finansowa Trans Polonii pozwala nam na znaczące podzielenie się zyskiem z naszymi Akcjonariuszami. Wysoki bufor gotówkowy zapewnia nie tylko swobodę w realizacji inwestycji, poszukiwaniu celów akwizycyjnych, ale także umożliwia wypłatę wysokiej dywidendy. W ten sposób chcemy docenić naszych Akcjonariuszy za wsparcie i pokładane zaufanie – uzupełnił Dariusz Cegielski, Prezes Zarządu Trans Polonii.

Czy obligacje mogą doprowadzić do krachu na Wall Street?

Obligacje są największym rynkiem na świecie, wpływają na rynek akcji, walut oraz surowców. Rentowność obligacji może także doprowadzić do bankructwa kraju czy też bessy na świecie. Ze względu na swoją wielkość oraz dużą gamę różnych obligacji jest najtrudniejszy na świecie. Bowiem każde państwo, miasto, przedsiębiorstwo może wyemitować obligację o różnym terminie zapadalności oraz innym rodzaju zabezpieczenia.

W bieżącym artykule skupimy się tylko na powiązaniach rynku obligacji z rynkiem akcji. W ostatnim czasie dużo osób zaczęło mówić o możliwej wyprzedaży na rynku akcji, która ma być spowodowana wzrostem rentowności. Czy jest to możliwe?

Tak, ponieważ rentowność obligacji (na przykładzie Stanów Zjednoczonych) uważa się za stopę wolną od ryzyka. Jeżeli rośnie stopa wolna od ryzyka, to inwestorzy oczekują coraz większej stopy zwrotu z bardziej ryzykownego rynku jakim są akcje. Jest to tzw. premia za ryzyko. Jeżeli wymagana stopa zwrotu jest mniejsza niż oczekiwana stopa zwrotu, to profesjonalni inwestorzy zaczynają wyprzedawać akcje.

Poniżej przedstawiono model premii za ryzyko firmy SH Cross Asset Research.

SH Cross Asset Research

Jak widać premia za ryzyko inwestowania w akcje jest najniższa od 2001 roku, wynosi 3 procent. Rekordowa niska wartość była w 2000 roku, gdzie premia za ryzyko inwestowania w akcje spadła poniżej 2 procent.

PE annual

Premia za ryzyko systematycznie maleje od 2012 roku, dlaczego? Po pierwsze nawet przy niezmienionej rentowności obligacji rosnące ceny akcji przekładają się na coraz gorsze wskaźniki wyceny. Natomiast gorsze wskaźniki wyceny na niższą spodziewaną stopę zwrotu. Z tego względu premia za ryzyko zaczyna maleć. Poniżej przedstawiono model oczekiwanej stopy zwrotu przygotowany przez Real Investment Advice na podstawie wskaźnika P/E.

Oś pionowa przedstawia spodziewaną stopę zwrotu z rynku akcji przez następne 20 lat. Z kolei na poziomej wskaźnik P/E. Na wykresie przedstawiono badania regresji liniowej pomiędzy wskaźnikiem P/E oraz roczną stopą zwrotu. Jak widać czym droższe akcje ty mniejsza spodziewana stopa zwrotu.

W związku z tym na rynku możemy wyróżnić dwa scenariusze.

Scenariusz 1: Rentowność obligacji spadnie, wzrośnie premia za ryzyko i akcje będą mogły kontynuować swoje wzrosty.

Scenariusz 2: Spadnie wycena akcji, co spowoduje obniżenie wskaźników analizy fundamentalnej i wzrost spodziewanej stopy zwrotu. W tym scenariuszu najpierw przyszłaby bessa, dopiero potem wzrost cen akcji.

Podsumowanie – S&P500

Notowania akcji znalazły się zbyt wysoko, dalsze wzrosty są coraz trudniejsze. Jeżeli rentowność obligacji po raz kolejny wzrośnie na nowe maksima, to dalszy wzrost cen akcji stanie się coraz mniej prawdopodobny. Oprócz tego długoterminowe inwestycje stoją pod dużym znakiem zapytania. Model przygotowany przez Real Investment Advice sugeruje, iż przy zakupie indeksu S&P 500 przez następne 20 lat możemy oczekiwać rocznej stopy zwrotu na poziomie 2 procent.

Dwie minuty wystarczą na obejście systemów bezkluczkowych w najnowszych autach. Na świecie liczba kradzieży samochodów drastycznie rośnie, w Polsce zaś spada

Dwie minuty wystarczą na obejście systemów bezkluczkowych w najnowszych autach. Na świecie liczba kradzieży samochodów drastycznie rośnie, w Polsce zaś spada 1

Kradzież auta z systemem bezkluczykowego otwierania drzwi nie stanowi obecnie dla złodziei większego problemu. Zabezpieczenia są na tyle słabe, że nowe auto można otworzyć i uruchomić w mniej niż dwie minuty. Zdaniem specjalistów potrzebne są udoskonalenia w zakresie bezpieczeństwa dostępu. W niektórych przypadkach dla poprawy sytuacji wystarczyłaby niewielka zmiana. Tymczasem statystyki pokazują, że liczba kradzieży nowych aut rośnie lawinowo.

– Ekstremalnie niebezpieczny jest przykład bezkluczykowego otwierania samochodu, tzw. keyless. Nie gwarantuje to bezpieczeństwa, złamanie tego systemu jest dziecinnie proste. Ostatnio jest dużo przykładów tego, jak kradną drogie samochody w ciągu 2–3 minut – alarmuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Smołko z STMicroelectronics, producenta systemów zabezpieczających.

Systemy keyless umożliwiają otwarcie i odpalenie samochodu bez używania kluczyka. Wystarczy kluczyk mieć np. w kieszeni (w bezpośredniej odległości od odbiornika, znajdującego się w aucie), aby otworzyć auto za pomocą przycisku na klamce i uruchomić silnik za pomocą specjalnego przycisku. System opiera się na radiowej transmisji danych i wymianie kodów między nadajnikiem i odbiornikiem, w zależności od modelu i marki zasięg komunikacji wynosi ok. kilkadziesiąt centymetrów. Złodzieje mogą jednak sygnał wysyłany z kluczyka przechwycić i dzięki temu otworzyć i uruchomić pojazd znajdujący się nawet kilkaset metrów od kluczyka.

– Przy samochodzie stoi jeden włamywacz z radiem, drugi z takim samym radiem idzie pod drzwi ofiary. Kluczyk często wisi w zamku w drzwiach (lub w kurtce w przedpokoju – przyp. red.). Gdy jeden dotyka klamki, odbiera sygnał w jedną walizkę, ta transmituje sygnał do drugiej walizki, a ta retransmituje do kluczyka i vice versa. Wystarczy minuta i jest po zabawie – tłumaczy Krzysztof Smołko.

Urządzenie pozwalające uzyskać dostęp do samochodu w taki sposób można kupić w internecie od chińskiego dostawcy za równowartość 84 zł. Pracę złodziejom dodatkowo ułatwiają uwarunkowania prawne, dzięki którym nie jest możliwe unieruchomienie samochodu w momencie, gdy znajdzie się on poza zasięgiem sygnału kluczyka. W rezultacie samochód jedynie komunikuje brak połączenia, a złodziej może bez problemu dotrzeć do miejsca, w którym zabezpieczenia zostaną ostatecznie rozkodowane. Tymczasem dla poprawy sytuacji wystarczyłaby niewielka modyfikacja.

– Europejskie prawo nie pozwala ze względów bezpieczeństwa na wyłączenie silnika w sytuacji, gdy kluczyk znika z samochodu, to zabezpieczenie na wypadek uszkodzenia lub rozładowania baterii. W związku z tym, jeżeli włamywacz tą metodą uruchomi samochód, to może go używać dopóki go nie wyłączy. Gdyby w tym urządzeniu zastosować mechanizmy bezpieczeństwa, choćby najbardziej banalne, np. skrócić czas, jaki mija między wysłaniem zapytania a odpowiedzią, to dramatycznie zmniejszyłoby prawdopodobieństwo włamania w ten sposób – przekonuje ekspert.

Kradzież nowych i kilkuletnich aut drastycznie wzrasta. Według danych brytyjskiego Urzędu Statystycznego (ONS) kradzież pojazdów w Wielkiej Brytanii wzrosła w 2017 r. o prawie 56 proc. w ujęciu rok do roku. W 2017 r. skradziono przeszło 89 tys. pojazdów. Z danych FBI wynika natomiast, że ogólna liczba skradzionych w Stanach Zjednoczonych aut wzrosła między rokiem 2015 a 2016 o 7,4 proc. W 2015 r. liczba aut skradzionych z użyciem kluczyka lub poprzez obejście systemu bezkluczykowego wzrosła w USA zaś o 22 proc.]

Jednocześnie stowarzyszenie Society of Motor Manufacturers and Traders podaje, że w porównaniu z połową lat 90. ubiegłego wieku mamy do czynienia z poważnym spadkiem kradzieży – wówczas rocznie kradziono nawet pół miliona aut. Tendencje spadkowe widać wyraźnie w Polsce, gdzie statystyki są odwrotne niż na Zachodzie. Według KGP w zeszłym roku łupem przestępców padło nieco ponad 10 tys. samochodów, czyli o 1,4 tys. mniej niż w 2016 r. Częściej mamy też do czynienia z kradzieżami aut luksusowych niż tych ze średniej półki.

Właściciele aut z systemami keyless mogą we własnym zakresie zabezpieczyć się przed kradzieżą. W sprzedaży są dostępne etui na kluczyk, które mają za zadanie utrudniać przechwycenie sygnału. Takie rozwiązanie kosztuje od kilkudziesięciu do około 250 zł. Za niespełna 600 zł można się natomiast uzbroić w zabezpieczenie w postaci montowanego do kluczyka klipsa, który też ma uniemożliwić przejęcie sygnału przez niepożądane osoby.

– Najbardziej banalnie można wziąć metalową skrzynkę, jak kiedyś na pieniądze i w tym trzymać kluczyk, ale na pewno można go zeskanować też stojąc np. w kolejce. Niestety, nie ma na to metody innej niż to, żeby producenci podjęli kroki prewencyjne – twierdzi Krzysztof Smołko.

Producenci samochodów wprawdzie zapowiadają opracowanie skutecznych zabezpieczeń przed kradzieżami na walizkę. Odporny na działania włamywaczy system zaproponował już Land Rover w najnowszym modelu Discovery. Zastosowany specjalny chip w module keyless dokładnie wylicza czas odpowiedzi między nadajnikiem a odbiornikiem i nie reaguje na działanie wzmacniaczy sygnału, używanych przez złodziei.

Analizy dokonane przez niemiecki Allgemeiner Deutscher Automobil-Club (ADAC) pozwoliły wyłonić sto najbardziej zagrożonych kradzieżą aut z systemem keyless. Aż trzynaście modeli na tej liście to auta marki BMW. Drugie miejsce na niechlubnej liście zajmuje Audi z dziesięcioma modelami, a czołówkę zamyka Renault z ośmioma niebezpiecznymi modelami.

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii: Polska Strategia Kosmiczna jest realizowana zgodnie z planem. Liczba polskich firm w sektorze wzrosła w ciągu 5 lat ponaddziesięciokrotnie

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii: Polska Strategia Kosmiczna jest realizowana zgodnie z planem. Liczba polskich firm w sektorze wzrosła w ciągu 5 lat ponaddziesięciokrotnie 2

Polska stawia na kosmos. Krajowy sektor kosmiczny rośnie w siłę – do 2030 r. obroty na tym rynku mają wzrosnąć do 3 proc. łącznych obrotów tego rynku na świecie. Rozwój zapewnia przyjęta w zeszłym roku Polska Strategia Kosmiczna. Priorytetem dla Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii i Polskiej Agencji Kosmicznej jest opracowanie Polskiego Programu Kosmicznego. Działania nakierowane są także na stymulowanie konkurencyjności, która jest motorem napędowym do tworzenia innowacji na rynku kosmicznym. W ciągu ostatnich 5 lat liczba podmiotów działających w sektorze kosmicznym wzrosła w Polsce dziesięciokrotnie.

– Priorytetem dla ministerstwa oraz Polskiej Agencji Kosmicznej jest stworzenie aktu wykonawczego w postaci Krajowego Programu Kosmicznego, nad którym intensywnie pracujemy. Dostarczy on instrumenty i konkretne działania. My, jako państwo, mamy obowiązek wspierać sektor kosmiczny poprzez działania o charakterze legislacyjnym, jak i finansowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Nowicki, zastępca dyrektora Departamentu Innowacji w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii.

Przyjęta Polska Strategia Kosmiczna zakłada, że do 2030 r. obroty polskiego sektora kosmicznego wyniosą co najmniej 3 proc. łącznych obrotów tego rynku, a Polska będzie posiadała dostęp do infrastruktury satelitarnej na potrzeby przede wszystkim bezpieczeństwa i obronności. Administracja publiczna ma zaś wykorzystywać dane satelitarne do codziennej pracy, a polskie przedsiębiorstwa mają rozpocząć eksport swoich usług i rozwiązań.

– Polska Strategia Kosmiczna to efekt pracy rządu oraz współpracy z przedsiębiorcami. Aktualny stan prac i zaawansowanie przedsiębiorstw pozwala na stwierdzenie, że jest to strategia słuszna, a określone w niej cele realizowane są według przyjętego harmonogramu – przekonuje Robert Nowicki.

Coraz więcej przedsiębiorców w Polsce dostrzega ogromny potencjał rozwojowy oraz finansowy branży. Tylko w ubiegłym roku Polacy złożyli ponad 170 aplikacji do Europejskiej Agencji Kosmicznej, a polskie wynalazki coraz częściej sprawdzają się podczas najważniejszych misji kosmicznych, np. firma Astronika opracowała jeden z kluczowych instrumentów misji NASA InSight, Kreta HP3 stworzonego do zbadania ciepła wydobywającego się spod powierzchni Marsa.

– Jednym z elementów, który powinniśmy jako państwo sobie postawić za cel wspólnie z przedsiębiorcami, jest opracowywanie konkretnych projektów związanych z polskim podbojem kosmosu. Polska Strategia Kosmiczna zakłada także wzrost konkurencyjności. Ta konkurencyjność oparta na innowacji, na planach, które się wpisują w działania ministerstwa powoduje, że my jesteśmy jako sektor prężni i jeszcze lepsi – przekonuje Robert Nowicki.

W ramach wzmacniania sektora kosmicznego rozwijane są także programy partnerstwa publiczno-prywatnego. 25 maja Śląskie Centrum Naukowo Technologiczne Przemysłu Lotniczego podpisało kontrakt z wieloletnim partnerem technologicznym, francusko-włoskim konsorcjum Thales Alenia Space. Umowa zakłada stworzenie paneli słonecznymi do pojazdów kosmicznych oraz opracowywanie nowych konstrukcji satelitarnych, które byłyby konkurencyjne dla obecnie stosowanych rozwiązań. Według wstępnych założeń pierwszy satelita z podzespołami zaprojektowanymi przez śląskich naukowców ma rozpocząć swoją misję już w przyszłym roku.

Program Start in Poland jest największym programem dla start-upów w Europie Środkowo‑Wschodniej. Jego budżet to niemal 3 mld zł. Mogą z niego skorzystać podmioty krajowe i zagraniczne. Fundusze pochodzą z Programu Inteligentny Rozwój i środków prywatnych.

– Jednym z elementów, który pozwala na realizację Polskiej Strategii Kosmicznej, jest wsparcie w programach opcjonalnych ESA, wsparcie w postaci instrumentów kapitałowych poprzez program Start in Poland. To kwestia akceleracji, gdzie my, jako ministerstwo, mamy możliwość i oferujemy akceleratory branżowe w krótkim okresie czasu – tłumaczy z-ca Dyrektora Departamentu Innowacji w MPiT.

Według raportu opracowanego przez analityków Bank of America Merrill Lynch w ciągu najbliższych 30 lat wartość światowej branży kosmicznej może wzrosnąć do 2,7 bln dol. Dynamiczny wzrost zainteresowania tym sektorem gospodarki widać również w Polsce – według Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii obecnie przeszło trzysta krajowych przedsiębiorstw zajmuje się rozwijaniem technologii z branży kosmicznej, a pięć lat temu było ich niespełna 30.

Firmy coraz częściej oferują swoim pracownikom programy emerytalne. Chcą w ten sposób zatrzymać specjalistów

Firmy coraz częściej oferują swoim pracownikom programy emerytalne. Chcą w ten sposób zatrzymać specjalistów 3

Pracownicze programy emerytalne organizowane przez – zwłaszcza dużych – pracodawców do niedawna nie cieszyły się specjalnym zainteresowaniem wśród pracowników jako pozapłacowy benefit. Jednak dyskusja wokół wieku emerytalnego, likwidacji otwartych funduszy emerytalnych i planowanych przez premiera Morawieckiego pracowniczych planów kapitałowych wzmocniła zainteresowanie tym tematem.

– Programy emerytalne jeszcze nie przebiły się do pierwszej trójki najpopularniejszych benefitów. Na razie bardziej popularne wydają się takie, z których można skorzystać od razu, czyli prywatna opieka medyczna, karnety na fitness czy siłownię. Paradoksalnie okazuje się, że z benefitów, na które często pracodawca wydaje określone pieniądze, wcale nie wszyscy pracownicy korzystają – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Łukawska, dyrektor ds. programów emerytalnych Skarbiec TFI. – Część pracodawców wprowadza systemy kafeteryjne, w których pracownik może sobie w ramach puli środków na niego przeznaczonych wybrać benefit najbardziej potrzebny. Spotkałam się jednak z badaniami, które pokazały, że wśród menadżerów około 70 proc. uważało plany emerytalne za pożądany benefit.

Z bieżących danych publikowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego wynika, że na dzień 9 maja 2017 roku działało w Polsce 1 110 takich programów. Komisja nie opublikowała jeszcze raportów rocznych za 2017 rok, ale na koniec 2016 roku na 1 106 PPE najwięcej ich było w województwie mazowieckim (206), śląskim (164), wielkopolskim (123) i pomorskim (105). W pozostałych regionach ich liczba nie przekraczała setki.

Zdaniem Agnieszki Łukawskiej taka korzyść ma szanse przebić się wkrótce do pierwszej piątki, zwłaszcza że w obliczu coraz głośniejszych opinii o emeryturze minimalnej pracownicy w coraz większym stopniu rozumieją, że emerytura z ZUS-u i II filaru będzie niewielka. A do tego dodatkowego programu dokłada się przecież pracodawca.

– Doświadczenie pokazuje, że dobrze, jeśli plan emerytalny w firmie jest współfinansowany przez pracodawcę i pracownika. Jeżeli chciałoby się zrzucić finansowanie planu tylko i wyłącznie na pracownika, to nie będzie to dla niego atrakcyjne – mówi Agnieszka Łukawska. – Jednym z dwóch rodzajów polskich programów emerytalnych są te, które działają na podstawie ustawy o PPE i one są rzeczywiście bardzo atrakcyjne dla pracownika, dlatego że tam składkę finansuje pracodawca. Pracownik może płacić, ale na zasadzie dobrowolności.

Jak wyjaśnia, składki finansowane przez pracodawcę są zwolnione z obowiązkowych wpłat na ubezpieczenia społeczne, a dodatkowo zgromadzone zyski są zwolnione z podatku od dochodów kapitałowych. Drugi rodzaj programu to plany pozaustawowe, w których pracodawca tworzy program według swoich standardów. Dzieje się tak zwłaszcza w dużych międzynarodowych koncernach. W takim przypadku nie przysługuje już ulga w podatku ani w składkach na ZUS, ale pracodawca może ten program stworzyć w taki sposób, w jaki działa on na całym świecie, a zatem może on być lepiej dostosowany do kultury korporacyjnej danego przedsiębiorstwa.

 Pracodawcy mają z planu emerytalnego takie korzyści, jak z każdego dobrze dobranego benefitu. Przede wszystkim jest to coś, co związuje pracownika z firmą. Jeżeli mamy do czynienia z rynkiem pracownika, przynajmniej w niektórych branżach, na pewno warto zaoferować pracownikowi coś więcej niż samo wynagrodzenie – przekonuje dyrektor w Skarbiec TFI. – Badania pokazują, że ludzie są zainteresowani benefitami. Oczywiście dyskusyjna jest kwestia, czy chcą na nie przeznaczyć bliżej 5 proc. czy 15 proc. swojego wynagrodzenia, ale chyba czasy, kiedy były tylko pensje bez żadnych benefitów, już dawno minęły.

Wskazuje też, że PPE kosztują firmę mniej niż podwyżka, nie tylko dlatego, że składki wpłacone do PPE nie podlegają obowiązkowym składkom na ubezpieczenia społeczne, ale też z przyczyn psychologicznych. Pracownik co miesiąc na pasku wypłaty widzi, ile pieniędzy zostało przesłanych do programu emerytalnego, może obserwować wartość zgromadzonych środków. Zdaniem ekspertów w przypadku podwyżki po pierwszej euforii pracownik się do tego bardzo szybko przyzwyczaja, za kilka miesięcy nie bardzo pamięta, ile wcześniej zarabiał i za jakiś czas będzie chciał znowu poprosić o podwyżkę.

Luki w zabezpieczeniach urządzeń połączonych z internetem furtką dla cyberprzestępców. Sytuację poprawić mają unijne regulacje

Luki w zabezpieczeniach urządzeń połączonych z internetem furtką dla cyberprzestępców. Sytuację poprawić mają unijne regulacje 4

W Polsce w 2017 roku 44 proc. firm poniosło straty finansowe na skutek cyberataków. Skala tego typu zagrożeń jest coraz większa. Wyzwaniem jest zapewnienie bezpieczeństwa urządzeniom podłączonym do sieci w ramach internetu rzeczy. Już teraz 70 proc. z nich ma luki, które umożliwiają hakerom przejęcie nad nimi kontroli. Podejmowane są jednak działania, które mają temu zapobiegać. W Unii Europejskiej trwają prace nad regulacjami, które wprowadzą obowiązek certyfikowania urządzeń pod kątem podatności na cyberzagrożenia.

– Skala i zasięg cyberzagrożeń na świecie są związane z transformacją cyfrową, z powszechnym użyciem różnego typu urządzeń cyfrowych i z podłączeniem ich do internetu. Skala jest ogromna i dotyczy zarówno korporacji, jak i małych przedsiębiorstw oraz osób prywatnych. Więcej do stracenia mają korporacje niż osoby prywatne, ale docelowo to tożsamość elektroniczna osób prywatnych będzie niezwykle cenna i powinna być bardzo mocno chroniona – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sławomir Panasiuk, wiceprezes zarządu Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych.

Cyberprzestępcy atakują coraz częściej. Z raportu Cisco Visual Networking Index wynika, że liczba ataków DDoS do 2021 roku wzrośnie 2,5-krotnie – do 3,1 mln rocznie. Ponieważ stają się one coraz silniejsze, mogą całkowicie sparaliżować sieć danej firmy i tym samym odciąć ją od internetu.

Raport PwC „Cyberruletka po polsku. Dlaczego firmy w walce z cyberprzestępcami liczą na szczęście” wskazuje zaś, że w 2017 roku 44 proc. polskich firm w wyniku cyberataków poniosło straty finansowe. Globalnie straty poniesione na skutek różnego rodzaju nielegalnych działań w cyberprzestrzeni firma McAffy szacuje na 440–600 mln dol.

– Przez to że świat uległ jeszcze większej transformacji w kierunku gospodarki cyfrowej, bardzo istotną rzeczą jest zwiększenie świadomości i przeciwdziałanie potencjalnym zagrożeniom. Nie da się w tej chwili uchronić przed cyberzagrożeniami, natomiast trzeba wiedzieć, że one są i trzeba umieć postępować w przypadku, kiedy takie cyberzagrożenie nastąpi – przekonuje Sławomir Panasiuk.

Z danych PwC wynika, że w Polsce jedynie 8 proc. firm jest dojrzałych pod względem bezpieczeństwa cybernetycznego – ma odpowiednie narzędzia i systemy zabezpieczeń, zespół ds. cyberbezpieczeństwa, a budżet na zabezpieczenia stanowi przynajmniej 10 proc. wartości całego budżetu IT. Średnio firmy przeznaczają na ten cel jedynie 3 proc. Co więcej, co piąta duża firma w Polsce nie ma żadnego specjalisty od cyberbezpieczeństwa, a 46 proc. nie stworzyło procedur reakcji na ewentualne incydenty.

– Podstawową kwestią jest posiadanie polityki bezpieczeństwa i wykonywanie audytów, poprawianie rozwiązań i edukacja pracowników. To najskuteczniejsze metody. Jeżeli nie będziemy prowadzili stałych audytów, poprawiali rozwiązań, nie przeniesiemy odpowiedzialności za cyberbezpieczeństwo na poziom zarządu, to bardzo trudno będzie efektywnie wydawać środki na ten obszar. Jedynym skutecznym rozwiązaniem jest planowanie działań w tym obszarze, planowanie budżetów, wyciągnięcie odpowiedzialności wysoko na poziom zarządu i traktowanie tego jako części codziennego biznesu – wskazuje wiceprezes KDPW.

Wyzwaniem jest też zapewnienie bezpieczeństwa urządzeniom IoT. Jak prognozuje Cisco, liczba urządzeń podłączonych do sieci w 2021 roku wyniesie 27 mld, przy 17 mld w 2016 roku. Jednocześnie według firmy EY 70 proc. urządzeń IoT ma braki, które umożliwiają łatwe przejęcie kontroli. Dlatego, według raportu Cyber Security Market by Solutions pt. „Global Forecast to 2021” opublikowanego przez firmę doradczą Markets and Markets, wydatki związane z bezpieczeństwem segmentu IoT wzrosną do blisko 29 mld dol. w 2020 roku (z 6,9 mld dol. w 2015 roku).

– Internet rzeczy to nie tylko codziennie używane urządzenia, które nas otaczają, czyli kamery internetowe, lodówki, pralki, kuchenki mikrofalowe czy żarówki, lecz także drukarki i urządzenia przemysłowe, które są dużo większym zagrożeniem. Producenci tych urządzeń będą zmuszeni regulacjami do ich certyfikowania i sprawdzania ich podatności na zagrożenia, bo w tej chwili w większości nie są zabezpieczone. Szczególnie wydawałoby się drobne urządzenia elektroniczne nie są badana pod kątem podatności na zagrożenia cybernetyczne – mówi Panasiuk.

To może się jednak zmienić. W UE pojawił się jednak pomysł, by uregulować kwestię certyfikowania urządzeń i systemów pod kątem ich podatności na cyberzagrożenia.

– Mam nadzieję, że to rozporządzenie przerzuci przynajmniej część odpowiedzialności za ochronę przed cyberzagrożeniami na producentów i dostawców rozwiązań, po drugie zwiększy bezpieczeństwo, ponieważ obecnie bardzo dużo ataków wynika z prostych luk w zabezpieczeniach. Jeżeli producenci już na etapie projektowania urządzeń i rozwiązań wprowadzą zabezpieczenia, będzie trudniej inicjować ataki – ocenia Sławomir Panasiuk.

Niedawno polski rząd przyjął ustawę o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, która ma zapewnić niezakłócone świadczenie usług kluczowych z punktu widzenia państwa i gospodarki oraz usług cyfrowych. Celem ustawy jest implementacja w Polsce dyrektywy NIS (Dyrektywa Parlamentu i Rady UE w sprawie środków na rzecz wysokiego wspólnego poziomu bezpieczeństwa sieci i systemów informatycznych na terytorium Unii).

Ambasador Izraela: Nasi inwestorzy coraz bardziej interesują się polskim rynkiem. Mamy z Polską duży potencjał współpracy

Ambasador Izraela: Nasi inwestorzy coraz bardziej interesują się polskim rynkiem. Mamy z Polską duży potencjał współpracy 5

Dla inwestorów Izrael jest dziś równie ważny, co Dolina Krzemowa. Niewielkie państwo może się pochwalić największymi wydatkami na innowacje, liczbą patentów i start-upów, które odniosły sukces na globalnym rynku. To efekt systemu rozwijanego przez izraelski rząd od lat 90. Jego integralną częścią jest cyberbezpieczeństwo – Izrael odpowiada za ok. 15 proc. globalnych wydatków na cyberochronę, a na tamtejszym rynku działa kilkaset firm z tego sektora. Najnowocześniejsze rozwiązania zostaną pokazane w tym tygodniu w Warszawie podczas konferencji Israel HLS & Cyber Technology Day. Jak podkreśla ambasador Anna Azari, izraelski biznes w coraz większym stopniu interesuje się polskim rynkiem. 

– Jesteśmy małym krajem, ale sektor technologii i innowacji jest dla nas bardzo ważny, odpowiada za ponad 40 proc. naszego eksportu. Myślę, że mamy z Polską dużo wspólnego i duży potencjał współpracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Azari, ambasador Izraela w Polsce.

Izrael – na arenie międzynarodowej określany jako „startup nation” – jest uważany za kolebkę innowacyjności i nowych technologii. To zasługa rządowego programu wsparcia dla start-upów Yozma, który jest rozwijany od lat 90. Dzięki niemu w latach 1990–2000 liczba izraelskich start-upów wzrosła dziesięciokrotnie, liczba inwestorów venture capital przekroczyła setkę, natomiast zainwestowane przez nie fundusze wzrosły trzydziestokrotnie, sięgając 1,3 bln dol.

– Mamy w Izraelu specjalny ekosystem dla innowacji i technologii, on się cały czas zmienia. Na początku istniał fundusz dla start-upów, z którego były finansowane te najbardziej perspektywiczne. Ci, którzy zakładali firmę i odnosili sukces, zwracali do funduszu zainwestowane pieniądze. Teraz system się zmienił, ponieważ izraelskie start-upy są już znane na całym świecie i często finansują je fundusze prywatne. Natomiast rząd wspiera raczej pozarządowe inicjatywy, inicjuje spotkania, daje infrastrukturę, miejsce i zapewnia możliwość współpracy – mówi ambasador Anna Azari.

Izraelski ekosystem wsparcia dla start-upów jest jednym z najlepszych na świecie. Na tamtejszym rynku działa kilkadziesiąt inkubatorów i akceleratorów finansowanych przez rząd, a sektor technologiczny zapewnia jedną piątą rocznego dochodu narodowego. Niewielkie, ośmiomilionowe państwo może się też pochwalić największą liczbą inżynierów, patentów i naukowców w przeliczeniu na setkę mieszkańców.

W Izraelu działa dziś ponad 5 tys. start-upów, podczas gdy w Polsce – czterokrotnie większej pod względem liczby ludności – jest ich ok. 2,5 tys. Żaden inny kraj na świecie nie przeznacza również tak dużej części swojego budżetu na badania i rozwój (ok. 4,3 proc. PKB, dla porównania w Polsce to ok. 1 proc. PKB). Ambasador Anna Azari ocenia jednak, że izraelscy biznesmeni w coraz większym stopniu interesują się polskim rynkiem, dostrzegając możliwości współpracy.

– Widzę w tym po części zasługę naszej ambasady. Jeszcze cztery lata temu było dość trudno zainteresować Izraelczyków tym rynkiem. Teraz Polska jest znana w Izraelu i mamy przykłady inwestycji naszych firm – działalność w Polsce otworzył między innymi jeden z największych izraelskich funduszy VC Pitango – mówi Anna Azari.

Założony w połowie ubiegłego roku fundusz TDJ Pitango Ventures to wspólne dziecko polskiej firmy inwestycyjnej TDJ i izraelskiego funduszu z dwudziestopięcioletnim doświadczeniem. Nowy podmiot zamierza zainwestować w perspektywiczne spółki nawet 210 mln zł. Potencjał polskiego rynku docenił też Yigal Erlich, legenda izraelskiej innowacyjności, założyciel jednego z największych funduszy venture capital, nazywany ojcem izraelskiego „startup nation”, który nad Wisłą inwestuje m.in. w spółki biotechnologiczne.

– Rynek jest dziś globalny. Myślimy o współpracy między start-upowcami a innowatorami, żeby zrobić coś wspólnie. Myślę, że to nasza przyszłość – mówi Anna Azari.

Ambasador podkreśla, że integralną częścią izraelskiego systemu innowacji jest cyberbezpieczeństwo, a Izrael odpowiada za około 15 proc. globalnych inwestycji w tego typu technologie. Cyberbezpieczeństwo jest istotne zwłaszcza w kontekście szacunków Marsh i Światowego Forum Ekonomicznego („Global Risks Report 2018”) które pokazują, że liczba cyberataków na przedsiębiorstwa podwoiła się w ostatnich pięciu latach. Eksperci szacują, że ich skala będzie coraz większa, podobnie jak ich koszty dla firm i instytucji publicznych.

– Inne kraje bardzo często postrzegają cyberbezpieczeństwo jako coś, co jest potrzebne dla tajnych służb etc. To nieprawda. Firmy, banki, infrastruktura – one muszą mieć zapewniony system cyberbezpieczeństwa. Izrael jest bardzo mocny w tej dziedzinie. Nie jesteśmy dużym państwem, ale mamy prawie 15 proc. inwestycji w technologie cyberbezpieczeństwa na całym świecie, w Izraelu to część naszego systemu innowacji – podkreśla Anna Azari.

Izrael to jedno z państw najczęściej atakowanych przez hakerów dlatego rząd, armia i biznes inwestują w cyberbezpieczeństwo znaczne środki. Najnowsze dane izraelskiego IVC Reaserch Center wskazują na szybki i znaczący wzrost firm z tej branży w IV kwartale ubiegłego roku.

30 maja odbędzie się w Warszawie konferencja „Israel HLS & Cyber Technology Day”. Z tej okazji do Polski przyjedzie siedemnaście izraelskich firm, które pokażą najnowocześniejsze technologie z obszaru homeland security i cybersecurity. W programie jest również panel merytoryczny z udziałem izraelskich i polskich ekspertów oraz spotkania B2B. Wydarzenie poświęcone w szczególności bezpieczeństwu infrastruktury krytycznej jest skierowane między innymi do przedstawicieli służb wymiaru sprawiedliwości i osób związanych z cyberbezpieczeństwem.

Jak podkreśla izraelska ambasador Anna Azari, w ostatnich latach Polskę i Izrael łączy nie tylko współpraca na polu innowacji, lecz także kwitnąca turystyka. Z drugiej strony cieniem na wzajemnych stosunkach wciąż kładzie się nowelizacja ustawy o IPN, która w lutym została podpisana przez Prezydenta Andrzeja Dudę i od razu skierowana przez niego do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli następczej (ustawa formalnie weszła w życie z początkiem marca br.).

– Rosnąca turystyka bardzo dobrze łączy obydwa kraje, ostatnie dane mówią o 300 tys. Izraelczyków, którzy odwiedzili Polskę. W większości nie są to już wycieczki historyczne, ale zwyczajna turystyka, shopping etc. W drugą stronę jest też dużo lotów do Izraela i nie są to tylko pielgrzymki. To łączy społeczeństwa, ale również biznesy. Na ten moment Polska i Izrael są przyjaciółmi, ta baza nie zniknie. Jednak przez historię z nowelizacją ustawy o IPN jesteśmy w stanie oczekiwania na decyzję Trybunału, to trochę zwalnia nasze projekty – mówi ambasador Anna Azari.

Z początkiem roku akademickiego zacznie obowiązywać nowy system antyplagiatowy. Uczelnie obawiają się kosztów i metodologii sprawdzania prac

Z początkiem roku akademickiego zacznie obowiązywać nowy system antyplagiatowy. Uczelnie obawiają się kosztów i metodologii sprawdzania prac 6

Ustawa o szkolnictwie wyższym i nauce, która znajduje się na etapie prac parlamentarnych, nałoży na wszystkie uczelnie w Polsce obowiązek weryfikowania prac dyplomowych za pomocą publicznego Jednolitego Systemu Antyplagiatowego. Nowe narzędzie, mimo że zacznie obowiązywać z początkiem nowego roku akademickiego, nie było jeszcze testowane przez uczelnie. Ich obawy budzą koszty wdrożenia i sama metodologia sprawdzania prac. Przedstawiciele uczelni podkreślają, że do skutecznej analizy antyplagiatowej potrzebne jest im stale aktualizowane narzędzie, z obszerną i rzetelną bazą porównawczą.

– System kontroli antyplagiatowej w Polsce jest obecnie na etapie permanentnych zmian. Kluczem do sukcesu jest doświadczenie i umiejętne wprowadzenie go w procedury uczelniane. Co z tego, że znajdą się dwie w 100 proc. identyczne prace, jeżeli nikt nie zareaguje? W naszej historii mieliśmy takie przypadki, gdzie znajdowaliśmy trzy takie same prace obronione na tej samej uczelni i nic z tym nie zrobiono – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Gutowski, ekspert prawa autorskiego w Plagiat.pl.

Poziom prac dyplomowych jest jednym z głównych wskaźników jakości nauczania. Dlatego plagiaty, parafrazowanie czy wręcz przepisywanie całych rozdziałów to dla uczelni duży problem. Szacuje się, że w Polsce około 20–30 proc. prac dyplomowych nosi znamiona plagiatu. W toku są prace nad ustawą o szkolnictwie wyższym i nauce (tzw. Ustawa 2.0), która wprowadza konieczność sprawdzania prac dyplomowych na uczelniach z użyciem publicznego Jednolitego Systemu Antyplagiatowego. Nowe narzędzie ma uszczelnić system i ukrócić niedozwolone praktyki.

– Formalnie obowiązek sprawdzania prac obowiązuje już w tej chwili. Jedne uczelnie korzystają z Plagiatu, inne z OSA, jeszcze inne mają własne produkty. Jednolity system jest dobrym rozwiązaniem, natomiast ważne jest to, na ile będzie on przyjazny. Te, które funkcjonują w tej chwili, czasami sprawiają problemy, generują mnóstwo danych, natomiast ocena, czy był plagiat, wymaga sporo trudu i doświadczenia ze strony nauczyciela akademickiego. Dlatego przyjazny interfejs czy forma prezentowania danych ma kluczowe znaczenie dla sprawnego funkcjonowania systemu. Należy pokładać nadzieje, że w jego budowaniu wezmą udział wszystkie zainteresowane strony, a zwłaszcza przedstawiciele użytkowników – mówi prof. Andrzej Kraśniewski, sekretarz generalny Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich z Politechniki Warszawskiej.

Jednolity System Antyplagiatowy (nad jego stworzeniem pracuje Ośrodek Przetwarzania Informacji – Państwowy Instytut Badawczy) ma być gotowy na nowy rok akademicki 2018/2019, jednak wciąż nie wiadomo, jak będzie wyglądać ani kiedy uczelnie będą mogły go chociażby przetestować.

– Jednolity System Antyplagiatowy jest tworem, który de facto nie istnieje. Wizja dopiero się tworzy, zastanawiamy się, jakie powinien mieć funkcje, jak powinien działać. Pojawiają się obawy, związane m.in. z repozytorium, które ma z nim współpracować. Uczelnie podnoszą kwestię kosztów, bo sam system ma być darmowy, natomiast pojawia się koszt wprowadzania archiwalnych prac dyplomowych do takiego repozytorium. To nie jest trywialne zadanie, łączą się z tym także problemy prawne, które nie do końca są rozstrzygnięte – mówi prof. Andrzej Kraśniewski.

Oprócz potencjalnych kosztów, obawy uczelni dotyczą również metodologii sprawdzania prac dyplomowych. Bazę porównawczą w nowym systemie ma stanowić Ogólnopolskie Repozytorium Pisemnych Prac Dyplomowych, o którym wciąż niewiele wiadomo, oraz archiwalne polskie strony internetowe. Uczelnie wskazują, że to rozwiązanie absurdalne, ponieważ studenci i doktoranci tworzą prace nie tylko w oparciu o polskojęzyczne źródła.

– System nie eliminuje drugiego zjawiska, które np. w Wielkiej Brytanii już uważane jest za bardziej szkodliwe niż plagiat, czyli kupowania prac dyplomowych, ale także przejściowych, np. esejów. Na rynku funkcjonuje mnóstwo firm, które piszą na zamówienie dowolny twór, który student później przedstawia jako własny. Tego system antyplagiatowy nie wykryje, a problem wydaje się narastać, i nie wiem, czy nie jest większym zagrożeniem dla procesów rzetelności studiowania niż to, że ktoś skopiował dziesięć linijek ze źródła internetowego – mówi prof. Andrzej Kraśniewski.

Przedstawiciele uczelni podkreślają, że do skutecznej analizy antyplagiatowej potrzebne jest stale aktualizowane narzędzie, z obszerną i rzetelną bazą porównawczą, oraz zaplecze techniczne, wsparcie w przypadku błędów systemu czy problemów technicznych. Prezes Fundacji Rektorów Polskich prof. Jerzy Woźnicki wskazuje też, że, obok właściwych narzędzi niezbędne jest kształtowanie świadomości studentów i doktorantów.

– Polskie prawo od 2005 roku przewiduje, że wykroczenie, jakim jest naruszenie zasady poszanowania autorstwa, nie przedawnia się. Organ, który wydał dyplom, nadał magisterium czy doktorat, może go w dowolnym momencie odebrać, jeżeli dojdzie do wtórnego zidentyfikowania plagiatu. Nie warto tego robić, bo można całe życie chodzić pod pręgierzem ryzyka ujawnienia. To wszystko trzeba mówić młodzieży, która pisze prace dyplomowe. Trzeba też kształtować pozytywną motywację do tego, aby student rozumiał, że on przyszedł się nauczyć, a nie się certyfikować, że to, co wynosi z uczelni, jest w głowie, a nie na papierze – podkreśla prof. Jerzy Woźnicki.

Targi Outsourcing Expo 2018

Już 27 września 2018 Targi Outsourcing Expo – II Ogólnopolskie Spotkanie Przedsiębiorstw. Dzień rozwoju dla Twojej firmy!

Targi Outsourcing Expo 2018Podczas wydarzenia, przedstawiciele polskiego biznesu dowiedzą się jak wprowadzić innowacje do swojej firmy i zoptymalizować koszty. A osoby zastanawiające nad swoją pierwszą działalnością pozyskają przydatną wiedzę, która będzie dla nich cenną wskazówką przy zakładaniu biznesu.

I Targi Outsorcigu Expo w liczbach:

Na zeszłorocznej edycji pojawili się przedstawiciele firm oferujących outsourcing usług dla przedsiębiorstw. Wśród wystawców znaleźli się liderzy 12 branż outsourcingu. Łącznie swoje oferty zaprezentowało ponad 100 firm do grupy 1134 Odwiedzających.

Ponad 100 stoisk wystawienniczych, panele dyskusyjne, Business Speed Dating, strefa networkingu i startupu, konferencje poświęcone korzyściom, jakie daje zlecanie części zadań na zewnątrz firmy – to tylko niektóre z propozycji czekających na gości targów Outsourcing Expo.

Wydarzenie odbędzie się 27 września na PGE Narodowym – najbardziej pożądanym i luksusowym obiekcie biznesowym w Polsce.

Polska jest liderem w zakresie rozwoju outsourcingu w Europie, stąd ogromne zainteresowanie wydarzeniem i potrzeba jego tworzenia.

Targi Outsourcing Expo  – druga, wzbogacona edycja

Podczas imprezy potencjał rynku usług zewnętrznych zaprezentują firmy z branży oustourcingowej z 12 sektorów i 150 podsektorów. Będą wśród nich firmy z obszarów: HR, wsparcie sprzedaży, IT, marketingu, TSL/usługi kurierskie, BPO, księgowość/rachunkowość, doradztwo/konsulting, call center, zarządzanie nieruchomościami, faktoring. Wśród zwiedzających nie może zabraknąć przedstawicieli biznesu, w szczególności małych i średnich firm, dla których tak ważna jest optymalizacja kosztów.

Model wydarzenia

Biznesowe spotkanie polskich przedsiębiorców i osób zarządzających. Zarówno wystawcy, jak i odwiedzający z pewnością docenią fakt, iż Targi gromadzą ponad 100 firm prezentujących swoją ofertę w wielu obszarach wsparcia przedsiębiorstw. To jedyne w Polsce wydarzenie biznesowe na tak dużą skalę.

Jednak Targi Outsourcing Expo będą mieć charakter nie tylko wystawienniczy, ale również networkingowy i edukacyjny.

Wydarzenia towarzyszące

Podczas Targów odbędą się prelekcje na dwóch scenach konferencyjnych – podzielone na bloki: hr, motywacja, innowacja, optymalizacja z wystąpieniem czołowych Prelegentów.

Wystąpienie każdego z Wykładowców, zakończy się panelem dyskusyjnym, który umożliwi zgłębienie tematu lub zadanie dodatkowych pytań.

Kolejnym wydarzeniem towarzyszącym będzie Business Speed Dating, czyli szybkie, kilkuminutowe spotkania jeden do jednego, podczas których obie strony w zwięzły sposób wymieniają się kontaktami, przedstawiają swoją działalność i ustalają, w jaki sposób mogą współpracować biznesowo.

Następny punkt Targów Outsourcing Expo, to strefa networkingu w której Odwiedzający będą nawiązywać kolejne relacje. O ile taka strefa nie jest nowością, to warto zaznaczyć, że o jej poprawny przebieg zadbają prawdziwi Specjaliści oraz prawdziwy Ekspert w tej dziedzinie – Grzegorz Turniak. Wszystko po to, aby każdy Odwiedzający czuł sie komfortowo bez względu na jego własne cechy osobowe, które ułatwiają lub utrudniają mu nawiązywanie kontaktów.

Nowością na tegorocznej edycji będzie strefa startupu, wydarzenie dedykowane osobom, które zakładają swój pierwszy biznes. Szukają inspiracji i motywacji do urzeczywistnienia swojego marzenia o posiadaniu własnej działalności. Nasi prelegenci pokażą, jak skutecznie przejść drogę od pomysłu aż do jego realizacji z sukcesem.

Sprzedaż biletów na Targi Outsourcing Expo – Ogólnopolskie Spotkanie Małych i Średnich Przedsiębiorstw już trwa. Warto rezerwować swoje miejsce wcześniej i kontaktować się z Organizatorami w celu określenia swoich preferencji podczas odbywających się tam spotkań biznesowych.

Szczegółowe informacje o Targach dostępne są w stronie: www.outsourcingexpo.pl i na profilu wydarzenia na Facebooku: Outsourcing EXPO.

National Sales Congress – Mistrzowskie Strategie Sprzedaży

National Sales CongresBiznes i sport to dziedziny, które przenikają się w życiu codziennym. Odpowiednia technika, nastawienie, determinacja wpływają na efekt końcowy.

Chęć zwycięstwa, dyscyplina, wytrwałość, umiejętność podnoszenia się po porażkach i wyciąganie z nich nauki, odpowiednie nastawienie mentalne – to wszystko ma swoje odzwierciedlenie zarówno w sporcie jak i w biznesie. Podczas Kongresu dowiesz się, jak zostać mistrzem sprzedaży, jak rozmawiać, negocjować z potencjalnym klientem.

Już 13 września 2018 roku na PGE Narodowym odbędzie się Kongres NSC – National Sales Congress. Wydarzenie, na którym udowodnimy, że “nothing is impossible”.

Kongres skierowany jest do osób pracujących w sprzedaży, a także dla managerów i kadry zarządzającej.

Potężna dawka motywacji!

Jeden dzień, 700 uczestników, ponad 8h inspirujących wykładów, pigułka wiedzy z zakresu skutecznej sprzedaży. Prelegenci to doświadczeni i uznani mówcy motywacyjni oraz praktycy w dziedzinie sprzedaży. Jedyna okazja w roku do spotkania ich wszystkich na jednej scenie!

Wśród prelegentów obecni będą m.in. Jacek Walkiewicz, Mateusz Grzesiak, Wojciech Herra, Jakub Cyran, Martin Lewandowski i inni. Organizatorom zależy, aby wykłady poświęcone były tematyce sprzedażowej oraz aby uczestnicy mogli dzięki nim odpowiednio ukierunkować się na sukces i zmotywować do działania, aby zrozumieli, że osiąganie sukcesu jest procesem.

Od strony sprzedażowej zaś, aby kongres był dla nich możliwością poszerzenia wiedzy z zakresu technik sprzedaży, omówienia poszczególnych etapów, jak reagować kiedy klient stanowczo odmawia, jak rozpoznawać potrzeby Klienta oraz jak optymalizować proces pozyskiwania leadów i zachęcić klientów do otwierania ofert.

Wydarzenia towarzyszące

Podczas Kongresu odbędą sie także wydarzenia towarzyszące. Wydarzenie będzie podzielone na bloki tematyczne. Każda strefa jest odpowiednio dostosowana do uczestników, jednocześnie sprzyjając nawiązywaniu relacji biznesowych – zatem każdy poza wiedzą, będzie bogatszy także o możliwości inrtatnej współpracy w przyszłości.

Kongres sprzedażowy

Jak to się dzieje, że niektórzy ludzie wygrywają częściej pomimo dysponowania tymi samymi zasobami co pozostali?

Umiejętności i zaangażowanie handlowców nie są wystarczającymi elementami efektywnej sprzedaży. Podczas Kongresu zostaną Państwo zainspirowani i wyposażeni w nową wiedzę, która przełoży się na sukces zawodowy i na stałe podniesie wyniki sprzedaży. Prezentacja skutecznych dróg dążenia do mistrzostwa w swojej dziedzinie ma na celu optymalizację Państwa codziennych działań, lepsze pozyskiwanie kontaktów, podniesienie skuteczności wykonywanych rozmów I szybszą finalizację sprzedaży.

Kongres managerów

Kongres Managerów to profesjonalne wykłady, pełne porad dobrego zarządzania prowadzone przez doświadczonych biznesmenów, których skuteczność potwierdza osiągnięty sukces w swojej branży oraz warsztaty organizowane we współpracy z Partnerem Merytorycznym Kongresu Managerów MBA –  Koźmiński Executive Business School. Wśród prelegentów będą obecni m.in. Nikolay Kirov – specjalista w zakresie: negocjacji, budowania relacji i kreowania wartości dodanej w biznesie; Michał Leszek – twórca najbardziej wyrazistej marki na rynku elektroniki Kruger&Matz oraz Martin Lewandowski – właściciel federacji KSW i współtwórca polskiego MMA.

Strefa networkingu

Sprzedaż w ciągu ostatnich paru lat zmieniła się – z szybkiego, bezosobowego procesu przekształciła się w proces powolny i wymagający osobowego zaangażowania. Sercem sprzedaży obecnie jest jakość relacji, które tworzą Państwo z potencjalnymi i istniejącymi klientami.

Nad płynnym przebiegiem poznawania i pogłębiania relacji biznesowych będzie czuwał Grzegorz Turniak – znany ekspert networkingu w Polsce, autor książek, artykułów i filmów edukacyjnych.

Partnerem Strefy Networkingu jest Akademia Rekomendacji, wiodąca w Polscew firma szkoleniowo-konsultingowa działająca w obszarze networkingu i rekomendacji.

Strefa partnerów

Strefa wystawiennicza, miejsce które umożliwia porównanie ofert z przekroju różnych branż dla wszystkich uczestników. To doskonała okazja do podpisania kontraktów biznesowych, zapoznania się z ofertą konkurencji i ofertą firm świadczących usługi dla biznesu.

ABS Investment S.A. wypracowuje blisko 4 mln zł zysku netto w 2017 r.

ABS Investment S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od lutego 2011 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną, zanotowała 3,97 mln zł zysku netto w 2017 r. i utrzymała w ten sposób bardzo dobre wyniki finansowe w trzyletnim cyklu. Emitent pracuje nad aktualizacją strategii rozwoju na lata 2018-2020 oraz rozważa połączenie ze spółką Beskidzkie Biuro Consultingowe S.A.

Spółka dzięki efektywnej działalności i skutecznym zarządzaniu portfelem inwestycyjnym zakończyła 2017 r. najwyższym zyskiem netto w całej swojej historii wynoszącym ponad 3,97 mln zł. W latach 2015-2017 łączny zysk netto osiągnięty przez ABS Investment S.A. wyniósł blisko 10,3 mln zł, co istotnie zwiększyło poziom aktywów oraz kapitałów własnych. Osiągnięcie tak dobrych wyników finansowych przez Emitenta było rezultatem budowy portfela inwestycyjnego w oparciu bardzo restrykcyjne kryteria wraz z uwzględnieniem możliwości budowania synergii pomiędzy spółkami portfelowymi. Przyjęta przez ABS Investment S.A. strategia rozwoju okazała się trafna, a jej realizacja przebiegła zgodnie z planem, czego potwierdzeniem są wypracowywane bardzo wysokie zyski i stały wzrost wartości Spółki. Emitent przekroczył również opublikowane prognozy finansowe na 2017 r.

„Jestem bardzo zadowolony z wyników, jakie udało się wypracować zarówno w 2017 roku, jak i w ostatnich 3 latach. Są one szczególnie dobre w kontekście sytuacji rynkowej, jak i wyników firm konkurencyjnych. W 2015 roku wypracowany wynik był dwukrotnie lepszy od pierwotnie planowanego i tym samym poprzeczka została zawieszona wysoko. Ostatnie 3 lata to okres bardzo dynamicznych zmian w portfelu inwestycyjnym i to właśnie te zmiany oraz pojawienie się wielu nowych spółek odpowiadają za nasze dobre wyniki. We wszystkich ostatnich trzech latach wypłacaliśmy Akcjonariuszom dywidendę i realizowaliśmy skup akcji własnych.” – podkreśla Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki ABS Investment S.A.

W 2017 r. Spółka złożyła wniosek o wpis na listę ASI i wycofała się z działalności doradczej oraz handlowej, co wynikało z regulacji prawnych i wpłynęło na zmniejszenie osiąganych przychodów. Strumień dywidend wypłacanych przez spółki portfelowe ABS Investment S.A. wyniósł w minionym roku ok. 140 tys. zł. Emitent również podzielił się wypracowanym w 2016 r. zyskiem ze swoimi Akcjonariuszami, a wartość dywidendy na 1 akcję sięgnęła 0,04 zł. Spółka dokonała także w lipcu 2017 r. terminowego wykupu obligacji serii o łącznej wartości nominalnej w kwocie 1 mln zł. W tymże miesiącu na rynku Catalyst zadebiutowały z kolei obligacje serii B. ABS Investment S.A. realizuje również skupy akcji własnych, będące uzupełnieniem polityki dywidendowej, zakładającej aktywny udział Akcjonariuszy w podziale osiąganych zysków.

„Rozpoczęcie procedury wpisu na listę ASI spowodowało z jednej strony konieczność reorganizacji firmy, co skutkuje mocnym ograniczeniem strumieni przychodowych, a z drugiej strony działalność ABS będzie bardziej przejrzysta, klarowna i transparentna. Aktualnie trwa również reorganizacja spółki BBC – wydzielenie części doradczej, z którą ABS planuje dokonać fuzji. Te wydarzenia oraz zdecydowane pogorszenie koniunktury na rynku kapitałowym spowodowały konieczność zmiany strategii działania, nad którą obecnie pracuje Zarząd ABS. Niestety w mojej ocenie warunki do funkcjonowania w branży inwestycyjnej się pogorszają i jest to raczej już stały trend.” – dodaje Prezes Jarosz.

Wyniki finansowe ABS Investment S.A. w minionym roku należy uznać za duży sukces, szczególnie biorąc pod uwagę nienajlepszą koniunkturę na rynku kapitałowym oraz słabsze wyniki finansowe innych podmiotów również działających w branży inwestycyjnej. Siła ABS Investment S.A. wynika w dużej mierze z konsekwencji w budowaniu stabilnego i perspektywicznego portfela inwestycyjnego, jego stałej optymalizacji oraz negocjowaniu atrakcyjnych cen zakupu pakietów akcji i dążeniu do wprowadzania do obrotu nienotowanych serii akcji. Ważnym aspektem w umacnianiu pozycji rynkowej ABS Investment S.A. jest także zwiększanie zaangażowania w spółkach portfelowych, co pozwala na uczestniczenie w wytyczaniu kierunków ich dalszego rozwoju.

„Od początku istnienia ABS szczególny nacisk kładliśmy na taki dobór spółek portfelowych, by w jak największym stopniu była możliwa współpraca między nimi. I to zawsze był, jest i mam nadzieję będzie nasz atut. Zawsze można jeszcze tą współpracę poprawić, ale z efektów jestem zadowolony. W zdecydowanej większości spółek z portfela TOP15 notowanych i TOP5 nienotowanych posiadamy ilość głosów, która umożliwia nam realny wpływ na wydarzenia w spółkach. Uczestniczymy też aktywnie w nadzorowaniu spółek portfelowych poprzez obecność w ich Radach Nadzorczych.” – zakończył Prezes Jarosz.

W styczniu 2018 r. Zarząd ABS Investment S.A. poinformował, że po przeprowadzonych rozmowach z Zarządem notowanej na rynku NewConnect spółki Beskidzkie Biuro Consultingowe S.A. (BBC) podjął decyzję o przeanalizowaniu opcji strategii rozwoju Spółki polegającej na możliwości stworzenia Grupy Kapitałowej z BBC jako podmiotem zależnym lub połączenia się z BBC w drodze przejęcia tej spółki, przy uprzednim wydzieleniu działalności doradczej do podmiotu zależnego. Spółka pracuje też nad zaktualizowaniem strategii rozwoju na kolejny 3-letni cykl, a więc na lata 2018-2020.

Polacy idą do centrum handlowego, które jest blisko i ma dużo sklepów, a już niedługo będą tam też spać i pracować

Dogodna lokalizacja to najważniejszy czynnik decydujący o wyborze centrum handlowego wskazywany przez 71% Polaków. Dla 67% liczy się urozmaicona oferta, a dla 56% obecność interesujących ich sklepów – wynika z raportu CBRE „Shopping Centre 4.0”. Eksperci CBRE podkreślają, że w związku z zakazem handlu w niedzielę, w najbliższych miesiącach i latach centra handlowe będą łączyły funkcję zakupowo-rozrywkową z biurową i mieszkaniową. Najwięcej nowej powierzchni handlowej powstanie w Warszawie.

– Polski rynek powierzchni handlowych starzeje się. Prawie połowa obecnie istniejących obiektów ma ponad 10 lat. To oznacza konieczność modernizacji i remontów, choć nie tylko wiek centrów handlowych wpływa na decyzję o zmianach. Ich wprowadzeniu sprzyjają też m.in. ewoluujące oczekiwania konsumentów, z którymi mamy teraz do czynienia, m.in. ze względu na wprowadzony zakaz handlu w niedzielę. Już teraz wiele centrów handlowych pracuje nad nowymi pomysłami, które urozmaicą i uatrakcyjnią ofertę, przede wszystkim w częściach gastronomicznej i rozrywkowej – mówi Magdalena Frątczak, Szefowa sektora handlowego w CBRE.

Sklepy na wyciągnięcie ręki

Decyzje sieci handlowych i właścicieli nieruchomości handlowych, dotyczące zmian czy remontów, są zazwyczaj podejmowane przez pryzmat potrzeb konsumentów. A te są bardzo konkretne. Dla 71% odwiedzających centra handlowe największe znaczenie ma dogodna lokalizacja, 2 na 3 zwraca uwagę na urozmaiconą ofertę, a 56% poszukuje konkretnych sklepów i marek. Tuż za podium znalazło się ogólne wrażenie z wizyty, które jest ważne dla 44% osób. Ofertę gastronomiczną jako istotną uznaje co czwarty odwiedzający centrum handlowe.

Centra handlowe naszpikowane technologią

Potrzeby klientów to jedno, ale na wygląd i funkcjonalność centrum handlowego coraz bardziej wpływają nowinki technologiczne. Z raportu CBRE „Shopping Centre 4.0” wynika, że w niemal 8 na 10 sklepów już funkcjonuje lub zostanie niedługo wprowadzona integracja mediów społecznościowych i sklepów stacjonarnych. Połowa najemców centrum handlowego udostępnia klientom darmowe WiFi na terenie obiektu, a co trzeci wprowadza interaktywne wystawy i przymierzalnie. Mniej popularna, bo na razie rozważana przez 9% właścicieli sklepów, jest technologia beacon.

Sklep Jaguar Land Rover zlokalizowany w Wielkiej Brytanii to przykład tego, jak innowacyjne formaty sklepów i rozwiązania już są oferowane klientom. Dzięki nowoczesnemu podejściu do sprzedaży, klient ma możliwość skonfigurowania samochodu dokładnie tak, jak tego chce, ponieważ każdy aspekt kupowanego pojazdu można indywidualizować – mówi Magdalena Frątczak, Szefowa sektora handlowego w CBRE.

Stolica centrów handlowych

Wysoka siła nabywcza na jednego mieszkańca w połączeniu z relatywnie niską gęstością detaliczną przyciągają deweloperów do Warszawy. Stolica jako najbogatsze miasto w Polsce zachęca inwestorów do odkrywania lokalnego potencjału i inicjowania nowych projektów. Z raportu CBRE „Warszawski rynek handlowy w I kwartale 2018” wynika, że obecnie w Warszawie znajduje się 150 tys. mkw. powierzchni handlowej w budowie.

W Warszawie widoczny jest jeszcze jeden istotny trend. Deweloperzy koncentrują się na integracji kilku funkcji – detalicznej, biurowej lub mieszkaniowej – w jeden system. Przykładem takiego projektu jest m.in. Art. Norblin, Koneser czy CEDET – mówi Magdalena Frątczak.

Jednoosobowa działalność gospodarcza czy osobowa spółka prawa handlowego?

Stając przed wyborem formy prowadzenia działalności gospodarczej, przyszły przedsiębiorca powinien wziąć pod uwagę kilka czynników. Po pierwsze, powinien zastanowić się nad efektywnością podatkową danej formy prowadzenia działalności. Po drugie – nad optymalizacją wyeksponowania jego majątku osobistego na ryzyko gospodarcze. Po trzecie – nad stopniem skomplikowania procedur i nad kosztami, z jakimi będzie musiał się liczyć, jeśli zdecyduje się na konkretną formę prawną. Dopiero po przemyśleniu wskazanych zagadnień i ustaleniu swoich priorytetów przedsiębiorca może dokonać świadomego wyboru, którego potem nie będzie żałował.

Jakie są możliwości?

Gdy w głowie przedsiębiorcy narodził się już plan, jak zamierza zarobić miliony, powinien zastanowić się, w jakiej formie będzie prowadził działalność. Polskie prawo przewiduje możliwość prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej na podstawie ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, zawiązania spółki cywilnej przez dwóch lub więcej przedsiębiorców na podstawie Kodeksu cywilnego i założenia na podstawie Kodeksu spółek handlowych różnych spółek prawa handlowego, a więc spółek osobowych (jawna, partnerska, komandytowa i komandytowo-akcyjna) i kapitałowych (spółka z ograniczoną odpowiedzialnością i spółka akcyjna). Każda z tych form prawnych ma swoje wady i zalety.

Aby świadomie podjąć decyzję, którą z tych form wybrać, należy najpierw zastanowić się, na czym nam najbardziej zależy – na płaceniu najniższych możliwych podatków, na oddaleniu od siebie ryzyka gospodarczego czy na minimalizacji kosztów stałych, które na początku działalności mogą okazać się zabójcze.

Osoba dopiero chcąca założyć swój pierwszy biznes powinna już na początku odrzucić spółkę akcyjną i komandytowo-akcyjną jako podmioty o zbyt wysokim stopniu skomplikowania, a przez to bardzo kosztowne w obsłudze, i objęte podatkiem CIT. Takiej osobie odradzić można również spółkę cywilną, która z uwagi na nieliczne regulacje oraz niemożność wydzielenia majątku spółki jest formą nadmiernie narażającą majątek prywatny wspólnika na ryzyko gospodarcze. Spółka partnerska to z kolei podmiot zarezerwowany dla stosunkowo wąskiej grupy przedsiębiorców wykonujących wolne zawody wymienione w ustawie. O tych formach prawnych w dalszej części artykułu nie będzie mowy.

Efektywność podatkowa

Na niwie podatkowej należy wyróżnić dwie grupy podmiotów będących podatnikami. Będą to albo wspólnicy spółki (zobowiązani do zapłaty podatku dochodowego od osób fizycznych), albo sama spółka (objęta podatkiem dochodowym od osób prawnych). Do pierwszej grupy należą przedsiębiorca indywidualny oraz trzy spółki osobowe (jawna, partnerska i komandytowa), do drugiej zaś – spółki komandytowo-akcyjna, z ograniczoną odpowiedzialnością i akcyjna. Przepisy dotyczące pierwszej grupy czynią podatnikiem przedsiębiorcę, a nie spółkę. Tym samym przedsiębiorca prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą oraz wspólnik spółki jawnej i komandytowej będą traktowani podatkowo dokładnie tak samo – jako osoby prowadzące pozarolniczą działalność gospodarczą i opodatkowane na zasadach ogólnych. Na drugim biegunie będą spółki kapitałowe i spółka komandytowo-akcyjna. Interesująca nas spółka z ograniczoną odpowiedzialnością będzie zatem podmiotem opodatkowania CIT-em, a następnie, gdy wypłaci zysk swoim wspólnikom, będą oni zobowiązani do odprowadzenia podatku od zysków kapitałowych – za podstawę opodatkowania posłuży wysokość dywidendy. Jeśli więc przedsiębiorca nie jest w stanie pogodzić się z podwójnym opodatkowaniem swoich dochodów, to powinien raczej odrzucić sp. z o.o.

Optymalizacja ryzyka gospodarczego

Każda forma prawna naraża przedsiębiorcę na inne ryzyko gospodarcze. I tak: przedsiębiorca prowadzący jednoosobową działalność odpowiada za zobowiązania związane z prowadzeniem przez siebie działalności gospodarczej całym swoim majątkiem – nie tylko tym, który do prowadzenia działalności gospodarczej był wykorzystywany. Nie da się wydzielić z majątku przedsiębiorcy np. salonu fryzjerskiego z wyposażeniem, który będzie wystawiony na ryzyko gospodarcze. Za długi zaciągnięte w związku z prowadzeniem salonu przedsiębiorca będzie mógł stracić również mieszkanie czy samochód.

Na drugim biegunie jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością – jej wspólnicy nie są odpowiedzialni za zobowiązania spółki. Nie ma jednak formy prawnej, w której można zupełnie bezkarnie odciąć się od zobowiązań zaciągniętych przez przedsiębiorcę. W przypadku spółki z o.o. osobą lub osobami wyeksponowanymi na ryzyko gospodarcze są członkowie organu uprawnionego do reprezentacji spółki. Można nawet sformułować ogólną zasadę, że kto jest uprawniony do reprezentacji spółki, ten może za jej zobowiązania być pociągnięty do odpowiedzialności. Zagadnienie odpowiedzialności członków zarządu jest dużo bardziej złożone, ale na potrzeby tego tekstu wystarczy ogólna zasada, że członek zarządu za zobowiązania spółki może odpowiadać subsydiarnie wobec spółki, czyli wtedy, gdy egzekucja wobec niej okaże się bezskuteczna.

Pomiędzy tymi skrajnościami są spółki osobowe. Ten artykuł traktuje o dwóch ich typach: spółce jawnej i komandytowej. Jeśli chodzi o te podmioty, można z czystym sumieniem uogólnić, że wspólnicy reprezentujący spółkę są subsydiarnie odpowiedzialni za jej zobowiązania (podobnie jak członkowie zarządu spółki z o.o.). W przypadku spółki jawnej są to, co do zasady, wszyscy wspólnicy, a w przypadku spółki komandytowej – w której występują dwa rodzaje wspólników: komandytariusz i komplementariusz – wszyscy komplementariusze.

Stopień skomplikowania i koszty

Pod względem stopnia skomplikowania i kosztów prowadzenia działalności najbardziej godna polecenia jest jednoosobowa działalność gospodarcza. Mamy w niej do czynienia z uproszczonymi zasadami prowadzenia księgowości oraz minimum formalności związanych z rejestracją w odpowiedniej ewidencji, a także bardzo szczątkową sprawozdawczością finansową. Rejestracja i wszelkie zmiany w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej są bezpłatne.

Nieco bardziej skomplikowane i kosztowne jest prowadzenie spółki jawnej. Nadal cieszy się ona przywilejem uproszczonej księgowości, a umowa między wspólnikami może być zawarta na piśmie (nie ma konieczności wizyty u notariusza), jednak spółka jawna musi zostać zarejestrowana w Krajowym Rejestrze Sądowym i składać co roku sprawozdania finansowe. Rejestracja w KRS jest płatna, tak jak każdy wniosek o dokonanie najmniejszej nawet zmiany, o ujawnienie wzmianki o złożeniu sprawozdania finansowego czy przyjęcie do akt dokumentów.

Jeszcze droższa i trudniejsza w obsłudze jest spółka komandytowa. Umowa tej spółki i wszelkie jej zmiany muszą być sporządzone w formie aktu notarialnego. Ponadto spółka komandytowa jest obowiązana do prowadzenia pełnych ksiąg handlowych w rozumieniu ustawy o rachunkowości.

Najbardziej skomplikowaną z analizowanych form jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Umowa sp. z o.o. zawierana jest w formie aktu notarialnego, a wszelkie jej zmiany zapadają na zgromadzeniach wspólników protokołowanych przez notariusza. Prowadzi ona tzw. pełną księgowość, a Kodeks spółek handlowych obwarowuje działania jej organów szeregiem wymogów korporacyjnych, które muszą być spełnione pod rygorem nieważności czynności prawnej lub odpowiedzialności odszkodowawczej wobec spółki.

Jednoosobowy przedsiębiorca, a także wspólnicy spółek osobowych oraz jednoosobowi wspólnicy spółek z o.o. traktowani są również jak przedsiębiorcy w świetle prawa ubezpieczeń społecznych.

Co w takim razie wybrać?

Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Wybierając formę prawną działalności gospodarczej, należy zawsze zastanowić się, na czym najbardziej nam zależy: na jak najmniejszych ciężarach publicznoprawnych, na odsunięciu od siebie ryzyka gospodarczego czy na tym, żeby nie utonąć w gąszczu przepisów i procedur. Odpowiedź, która sama się nasuwa, brzmi oczywiście: na wszystkim tak samo! Niestety nie da się mieć wszystkiego.

Oczywiście każdy pomysł na biznes wymaga indywidualnego podejścia, a najlepiej również przeanalizowania go przez osobę dobrze znającą się na rzeczy i orientującą się w zasadach odpowiedzialności za zobowiązania podmiotów oraz formalizmach związanych z ich funkcjonowaniem.

Pamiętajmy, że zaoszczędzenie pieniędzy poprzez rezygnację z pomocy doświadczonego prawnika, który doradzi, co będzie dla nas najlepsze przy danej skali działalności, może zemścić się na nas w dwójnasób. Najważniejsze jest, aby do sprawy podejść możliwie pragmatycznie i nie podejmować decyzji jedynie na podstawie ogólników i półprawd, które znajdziemy w Internecie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Nowy tydzień, nowe szanse

Ubiegły tydzień inwestorzy zaczynali we wręcz szampańskich nastrojach, ale kończyli go w minorowych. Dziś jest podobnie, tzn. awersja do ryzyka nagle wyparowała. Przede wszystkim to zasługa kolejnej zmiany zdania przez Prezydenta Trumpa, który jednak wyraził wolę spotkania z liderem północnokoreańskiego reżimu. Dodatkowo, pozytywne wieści płyną z Półwyspu Apenińskiego.

Pozytywna reakcja euro i włoskich aktywów na fiasko utworzenia rządu Ligi Północnej i Ruchu Pięciu Gwiazd pokazuje jakie mniemanie o pomysłach potencjalnego gabinetu, w którym tekę ministra finansów miał objąć eurosceptyk P. Savona (to jego kandydatura była kością niezgody). Najlepszym wyjściem z punktu widzenia euro byłby w tej chwili gabinet technokratów pod przewodnictwem Cottarelliego. Jeśli nie uzyskałby on poparcia w parlamencie, to pełniłby funkcję rządu technicznego, do wyborów, które (zgodnie ze spekulacjami włoskiej prasy) mogłyby odbyć się 9 września. Po włoskiej scenie politycznej nigdy nie wiadomo czego się spodziewać, ale naiwnością byłoby spodziewać się realizacji najbardziej optymistycznego scenariusza. To nie koniec chaosu, w końcu Ruch Pięciu Gwiazd straszy impeachmentem prezydenta Mattarelli… Euro jest dziś co prawda najmocniejszą z głównych walut (EUR/USD nad 1,17), ale dopóki nie została sforsowana bariera 1,1760 nie można mówić o głębszym odreagowaniu trwających już przeszło miesiąc spadków.

Poniedziałkowa sesja, ze względu na brak publikacji makro oraz święto w USA powinna upłynąć bez większych emocji. Potem wydarzenia zaczną jednak stopniowo nabierać tempa. W strefie euro wtorek to publikacje agregatów pieniężnych – danych ciekawych i ważnych z punktu widzenia polityki ECB, ale nie mających potencjału by wstrząsnąć rynkiem. Inaczej będzie w środę i w czwartek, kiedy napłyną informacje o wstępnej dynamice cen w maju (z Niemiec i całego Eurolandu). Można zakładać, że dynamika cen konsumenta zbliży się do celu polityki monetarnej. Jeśli stanie się tak, nie tylko za sprawą wyższych cen paliw, ale także odbicia inflacji bazowej, to może być to ważny przyczynek do tego by inwestorzy znów cieplej myśleli o przecenionym euro. Do trwałego odbicia euro potrzebna jest jednak głębsza poprawa w danych. Piątkowy odczyt indeksu PMI będzie przy tym mniej interesujący niż pierwsze wartości wskaźników dla gospodarek peryferyjnych, czyli Hiszpanii Włoch.

Druga część tygodnia to też wysyp danych z USA. W środę poznamy drugi szacunek PKB za pierwszy kwartał i część rynku spodziewa się rewizji w dół. Poza tym opublikowane zostaną nastroje konsumenckie oraz zmiana zatrudnienia w sektorze prywatnym według ADP. Poza tym światło ujrzy beżowa Księga Fed, czyli opisowa diagnoza stanu gospodarki, z uwzględnieniem koniunktury w poszczególnych regionach. W dokumencie należy oczywiście przede wszystkim szukać oznak nasilenia się presji cenowej i płacowej. W czwartek, poza tradycyjną publikacją liczby wniosków o zasiłek, poznamy między innymi kolejne informacje z hamującego rynku nieruchomości, wydatki i przychody Amerykanów oraz bazowy deflator PCE. Najważniejszy może jednak okazać się indeks Chicago PMI, który podobnie jak regionalny barometry koniunktury powinien wzrastać. Nastroje amerykańskiego przemysłu znów wyraźnie odbiegają in plus od sentymentu branży po drugiej stronie Atlantyku. Pierwszy piątek miesiąca to publikacje dotyczące kondycji rynku pracy w maju. Silne przyrosty zatrudnienia i rekordowo niskie bezrobocie nikogo już nie dziwią – USD potrzebuje przyspieszenia presji płacowej. Dodatkowo poznamy indeks ISM, który powinien w ślad za innymi barometrami koniunktury potwierdzić dobrą kondycję sektora przemysłowego.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

Co czwarta firma byłaby skłonna płacić Ukraińcowi więcej niż Polakowi

Polacy lubią Ukraińców. Aż 85% ma do nich pozytywny lub neutralny stosunek, co wiąże się z przekonaniem, że Ukraińcy nie odbierają Polakom pracy. Takie obawy ma tylko co dziewiąta osoba – wynika z „Barometru Imigracji Zarobkowej – I półrocze 2018”. Jednak już co trzeci Polak twierdzi, że obecność Ukraińców w Polsce wpływa na obniżenie wynagrodzeń. Eksperci Personnel Service zwracają jednak uwagę, że już teraz pracownicy z Ukrainy zarabiają tyle samo co Polacy. A w obliczu deficytu kadrowego, co czwarty pracodawca byłby skłonny zapłacić Ukraińcowi więcej niż Polakowi.

– Już od jakiegoś czasu wynagrodzenia Polaków i Ukraińców są zbliżone. Moment, w którym Ukraińcom płaciło się mniej, szybko przeszedł do historii, co wynika z prostego faktu. Zapotrzebowanie na kadrę ze Wschodu szybko rośnie, więc pracodawcy muszą oferować im atrakcyjne warunki, zbliżone do tych oferowanych rodakom. Coraz częściej też, oprócz wynagrodzenia, pracodawcy oferują Ukraińcom różne benefity, takie jak zakwaterowanie, Internet czy dowóz do miejsca pracy, co dodatkowo wpływa na podniesienie ich realnego zarobku – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.

Lubimy Ukraińców, ale obawiamy się o wysokość pensji

Aż 42% polskich pracowników ma pozytywny stosunek do Ukraińców pracujących w Polsce. Neutralne nastawienie zgłasza 44% osób. W porównaniu do II kwartału 2017 roku, wzrósł nieznacznie odsetek negatywnie postrzegających pracowników z Ukrainy – prawie 11% w tej edycji vs. 7% pół roku temu. Najwięcej osób o negatywnym nastawieniu znajdziemy wśród osób z wykształceniem podstawowym – 27% w porównaniu do zaledwie 5% wśród osób z wykształceniem wyższym oraz wśród najmłodszych respondentów – 16% w porównaniu do 6% wśród 45-54-latków.

Pozytywny stosunek do Ukraińców to pochodna spokoju o własne miejsce pracy. Aż 89% polskich pracowników jest zdania, że obywatele Ukrainy nie odbierają pracy Polakom. Przeciwną opinię wyraża co dziesiąta osoba (11%), w tym głównie osoby z wykształceniem podstawowym (29%). Inaczej kwestia wygląda w przypadku wynagrodzeń. 38% polskich pracowników uważa, że napływ obywateli Ukrainy na polski rynek pracy hamuje wzrost wynagrodzeń. Warto odnotować, że to o 4 p.p. mniej niż w poprzedniej edycji badania. Natomiast 58% respondentów jest zdania, że Ukraińcy nie wpływają na wzrost wynagrodzeń w polskich firmach.

Ukrainiec z wyższą pensją niż Polak?

Bezrobocie w Polsce spada. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w kwietniu wyniosło zaledwie 6,3%, to najniższy poziom od 1990 roku. Pogłębiające się w związku z tym trudności rekrutacyjne powodują, ze rośnie odsetek pracodawców skłonnych płacić obywatelowi Ukrainy więcej „na rękę” niż Polakowi. Taką deklarację złożyło aż 24% pracodawców, w porównaniu do zaledwie 16% w II półroczu 2017 roku.

Badanie na panelu badawczym Ariadna pokazało, że aż 24% Polaków uważa, że obcokrajowy powinni zarabiać zdecydowanie mniej lub trochę mniej niż oni. To zaskakujące wyniki, zwłaszcza jeżeli pomyślimy o 2,5 mln naszych rodaków, którzy przebywają na emigracji. Wydawałoby się, że powinniśmy być wyczuleni na kwestię nierówności płac, bo sami chcielibyśmy zarabiać tyle, ile nasi zachodni sąsiedzi. Na szczęście tę kwestię reguluje rynek. Już teraz Ukraińcy zarabiają tyle samo co Polacy i ze względu na duże na nich zapotrzebowanie, ta sytuacja nie ulegnie zmianie – podsumowuje Krzysztof Inglot.

CPO są zgodni że nowoczesne technologie mogą istotnie zwiększyć wydajność procesów zakupowych

Nowoczesne technologie zajmują wysokie miejsce na liście priorytetów dyrektorów działów zakupów (CPO). Ponad jedna trzecia menedżerów uważa, że dzięki digitalizacji będą w stanie zrealizować cele zakupowe i dostarczyć wartość biznesową. W Polsce takiej odpowiedzi udzieliło aż 46 proc. ankietowanych. Jak wynika z globalnego badania firmy doradczej Deloitte „Leadership: Driving innovation and delivering impact. The Deloitte Global Chief Procurement Officer Survey 2018” nadal największym zainteresowaniem w działach zakupów cieszy się analityka danych, ale jednocześnie głównymi barierami w digitalizacji jest brak integracji i jakość danych.

Największy odsetek CPO wskazujących na wagę cyfryzacji zanotowano w Ameryce Południowej (47 proc.), a najniższy w regionie Azji i Pacyfiku (19 proc.). W regionie EMEA (Europa, Afryka i Bliski Wschód) było to 31 proc. – Szybkość wdrażania i poziom cyfryzacji w działach zakupów wciąż są dalekie od oczekiwań i przede wszystkim rosnących potrzeb. Jeżeli się to nie zmieni, to zamiast spodziewanego przez CPO wzrostu roli kierowanych przez nich działów, efekt może być zupełnie odwrotny – mówi Jakub Rosiecki, Starszy Menedżer w dziale konsultingu Deloitte.

Co ciekawe wśród poszczególnych branż największy odsetek menedżerów, którzy wierzą we wpływ digitalizacji na ich biznes odnotowano w sektorze publicznym (39 proc.). Na przeciwległym biegunie znajduje się branża energetyczna i produktów konsumenckich (po 18 proc.).

Mimo, że cyfryzacja zakupów jest wymieniana jako kluczowy czynnik w ich strategii, to aż 17 proc. ankietowanych firm w skali globalnej nie ma strategii cyfryzacji zakupów. W tym niechlubnym wyścigu przoduje region Azji i Pacyfiku (32 proc.). Zdecydowanie lepiej wygląda sytuacja w obu Amerykach. Cyfrowej strategii zakupów nie ma wypracowanych jedynie 14 proc. firm północnoamerykańskich i 11 proc. w Ameryce Południowej.

Analityka wciąż na czele

W których obszarach dyrektorzy zakupów widzą zastosowanie dla technologii cyfrowych? Przede wszystkim w obsłudze płatności (57 proc.). W Polsce takiej odpowiedzi udzieliło 46 proc. badanych. Zdaniem 56 proc. mogą być one użyteczne również w zarządzaniu zapotrzebowaniem, a w opinii 43 proc. badanych w zakupach operacyjnych. W Polsce ten ostatni obszar wskazało aż 62 proc. menedżerów.

Technologie, które najbardziej wpłyną na biznes w kolejnych dwóch latach to zdaniem ankietowanych liderów zakupów przede wszystkim zaawansowana analityka (54 proc. wskazań). Rok wcześniej było to 10 pp. więcej. Połowa ankietowanych jako główne korzyści wykorzystania analizy danych wskazała na optymalizację kosztów, a 48 proc. na poprawę efektywności procesów zakupowych.

Polscy CPO zamierzają inwestować przede wszystkim w aktualizację i unowocześnienie systemów ERP (92 proc., podczas gdy na świecie wskazało tę odpowiedź jedynie 33 proc. badanych), a na aktualizację i unowocześnienie narzędzi zakupów operacyjnych 77 proc. Pokazuje to, że polskie firmy zdają sobie sprawę z konieczności usprawnień w obszarze ewidencji wydatków zakupowych i poprawy wsparcia zakupów przez systemy ERP. – mówi Jakub Rosiecki. Na szczęście managerowie zakupów w Polsce zdają sobie sprawę z istotności rozwoju nowych obszarów wsparcia systemowego – na analitykę stawia 85 proc. menedżerów w Polsce.

Robotyka w Polsce dopiero znajdzie się w obszarze zainteresowania

Eksperci Deloitte wskazują też na rosnącą rolę automatyzacji procesów z wykorzystaniem robotów. Jej popularność w ciągu roku wzrosła prawie dwukrotnie, z 13 do 24 proc., co związane jest z korzystnym poziomem zwrotu z inwestycji oraz dużą skalowalnością tej technologii. – Polscy dyrektorzy nie wskazywali na robotyzację jako technologię mogącą mieć zastosowanie w zakupach, co jest istotnym sygnałem wskazującym na duży potencjał optymalizacji rodzimych przedsiębiorstw. Tymczasem robotyka umożliwia automatyzację powtarzalnych czynności, pozwalając jednocześnie skrócić czas realizacji procesów, ograniczyć liczbę błędów i obniżyć koszty w stopniu wyższym niż dotychczas wykorzystywanymi metodami – mówi Paweł Zarudzki, Lider robotyki procesowej w Dziale Konsultingu Deloitte. – Robotyzacja pozwala na automatyzację żmudnych procesów np. wymagających logowania się do różnych rozproszonych systemów informatycznych, uspójniania danych, przetwarzania zapotrzebowań, zamówień czy obróbki faktur. Zakupy operacyjne są obszarem, który bardzo dobrze poddaje się robotyzacji – dodaje.

Problematyczne dane

Głównymi barierami digitalizacji, których pokonanie mogłoby usprawnić proces zakupów są brak integracji danych w łańcuchu dostaw (46 proc.), a także niska jakość samych danych (45 proc.). W Polsce

na brak integracji danych wskazało jedynie 15 proc. CPO. Z kolei dla polskich działów zakupów znacznie większym problemem w porównaniu do reszty świata jest zaangażowanie i wsparcie od zarządzających. Na ten problem wskazało 62 proc. badanych, podczas gdy na świecie było to jedynie 30 proc. – Polacy nie widzą problemu w braku kompetencji analitycznych, za to badanie pokazało brak dostępności zasobów w tym obszarze. W Polsce taka odpowiedź uzyskała 38 proc., podczas gdy na świecie było to 24 proc. W praktyce oznacza to, że mamy duży problem z dostępnością analityków – mówi Jakub Rosiecki.

Spada cena ropy

W USA i Wielkiej Brytanii dzień wolny od pracy. We Włoszech kolejna próba utworzenia rządu technicznego, a od wyborów mija już trzeci miesiąc. Ropa naftowa spadła już ponad 5 dolarów od szczytów.

Najprawdopodobniej spokojniejszy dzień

Często jest tak, że jeżeli w kilku głównych gospodarkach mamy dzień wolny to na rynkach dzieje się mniej. Dzisiaj wypadają dwa ważne święta. W USA mamy Dzień Pamięci, z kolei w Wielkiej Brytanii mamy dość dziwne święto zwane Wiosennym Świętem Bankowym. Dni te wynikają z wyraźnie mniejszej liczby świąt państwowych niż w innych krajach i są wyrównaniem dla pracowników. Można się zatem spodziewać, że dzisiaj rynki będą się zachowywać bardziej asekuracyjnie, czekając na reakcje Anglosasów.

Zamieszania we Włoszech ciąg dalszy

Giuseppe Conte zrezygnował z misji tworzenia rządu. Obecnie głównym kandydatem na stanowisko premiera jest ekonomista z przeszłością w Międzynarodowym Funduszu walutowym Carlo Cottarelli. Jest to dziwny wybór ze strony prezydenta. W niedawnej przeszłości Conte współpracował z lewicowym rządem Enrico Letty. W rezultacie może być poważny problem z zebraniem wymaganego poparcia do votum zaufania. Z drugiej strony nie wszyscy będą zainteresowani kolejnymi wyborami w związku z czym wbrew pierwszym zapowiedzią może się udać zebrać poparcie. Jeżeli rząd nie uzyska poparcia czekają nas przyspieszone wybory. Gdyby do nich doszło można spodziewać się dalszego wzrostu ryzyk na rynkach. Biorąc jednak pod uwagę jak sytuacja wygląda obecnie spora część z tego jest już w cenach.

Ropa w dół

Rosja i Arabia Saudyjska rozmawiają na temat zwiększenia wysokości dostaw ropy naftowej. Oficjalnym powodem jest ograniczenie niepokoju odbiorców surowca, aczkolwiek ciężko uwierzyć, że producentom zależy na zbiciu ceny. Zwiększenie produkcji prawdopodobnie ma na celu utrzymanie cen wysoko, ale na tyle by nie czynić alternatywnych źródeł wydobycia opłacalnymi. Rynki czekają na wynik rozmów. Jeżeli dojdzie do zwiększenia wydobycia, powinno to w dalszym ciągu wpływać negatywnie na cenę, a co za tym idzie również powinno pozwolić odetchnąć kierowcom na stacjach paliw.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Polska Izba Ubezpieczeń publikuje wyniki rynku ubezpieczeń zdrowotnych na koniec 2017 r.

Na koniec 2017 r. o 22 proc. zwiększyła się liczba Polaków z dodatkowym ubezpieczeniem zdrowotnym. Z prywatnych polis korzysta już 2,27 mln osób – wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń. Eksperci prognozują, że liczba ta będzie rosła, zwłaszcza w kontekście zmniejszających się wydatków na świadczenia specjalistyczne zapewniane w ramach publicznej opieki zdrowotnej oraz coraz niższą ocenę jej jakości.

W 2017 r. składka przypisana brutto na rynku dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych wzrosła o 18 proc. i osiągnęła wartość 684,5 mln zł.

– Trend rosnący w kontekście prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych postępuje od lat. Pomimo ciągłych zmian w publicznej służbie zdrowia, Polacy ciągle wydają się zauważać jego niedociągnięcia, a wymagania społeczeństwa co do jakości i dostępności rosną. Tym samym alternatywa w postaci prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego staje się atrakcyjna dla coraz większej liczby Polaków – mówi Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Rośnie liczba zarówno ubezpieczonych grupowo, jak i indywidualnie. Zgodnie z raportem PIU „Jak ubezpieczenia zmieniają Polskę i Polaków” opublikowanego w listopadzie ubiegłego roku, dostęp do opieki medycznej może nawet o 70 proc. ograniczać nieobecność w pracy z powodu choroby. Wyniki raportu potwierdzają, że przedsiębiorcy dostrzegają wartość prywatnej opieki zdrowotnej i zdają sobie sprawę z kosztów związanych z nieobecnością pracowników, określanych nawet na 30 tys. zł na osobę rocznie. W sytuacji niskiego bezrobocia niemal wszyscy pracodawcy cierpią na brak rąk do pracy i rywalizują o pracowników. Tym samym rośnie wartość ubezpieczeń zdrowotnych, zarówno jako najbardziej pożądanego przez pracownika benefitu pozapłacowego, jak i narzędzia pozwalającego utrzymywać kadrę w dobrym zdrowiu. Dobre zdrowie pracowników przekłada się na efektywność – najnowsze badania pokazują, że koszty tzw. prezenteizmu, czyli zmniejszonej wydajności pracowników, którzy mimo choroby przychodzą do pracy, mogą wielokrotnie przekraczać koszty zwykłej absencji.

Oprócz polis grupowych, rośnie też zainteresowanie dodatkowymi ubezpieczeniami zdrowotnymi wśród osób, które chcą zapłacić za odpowiednie pakiety dla siebie i swojej rodziny z własnej kieszeni.

– Oczywiście podstawowym powodem zakupu pakietów jest szybki i bezpośredni dostęp do specjalistów.  Dodatkowo sprzyja temu rozwój rynku i usług oferowanych przez prywatne podmioty. Warto pamiętać, że oprócz dostępności wolnych terminów, Polacy coraz częściej zwracają uwagę i oceniają oferty pod kątem zakresu usług i jakości świadczonej opieki. Tym samym, warto oceniać rynek nie tylko pod kątem coraz większej popularności ubezpieczeń, ale i rozszerzania wachlarza usług dostępnych w prywatnych placówkach czy sieciach – dodała Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Akcesoria komputerowe do pracy biurowej a sprzęt gamingowy – podstawowe różnice

Laikowi ciężko zrozumieć różnice między poszczególnymi typami sprzętu komputerowego. Laptopy, ultrabooki, komputery stacjonarne, do tego te wszystkie akcesoria. Co nadaje się do pracy z multimediami (np. obróbki wideo), co do pracy biurowej, a co do gier komputerowych? Z tego artykułu dowiesz się, czym różni się sprzęt gamingowy od typowego sprzętu biurowego. Dzięki temu wyposażając stanowisko pracy unikniesz niepotrzebnych nieporozumień.

Sprzęt gamingowy nie bez powodu uchodzi na najwygodniejszy i dostosowany do wielogodzinnej pracy przy komputerze. Z jakością i materiałami w parze idzie również wysoka cena takich produktów – tworząc tym samym aurę prestiżu wśród firm i modeli dedykowanych dla profesjonalnych oraz zawodowych graczy komputerowych.

Czy do zadań biurowych potrzebne są drogie akcesoria, które wykorzystywane są w trudnych warunkach przez graczy? Warto się nad tym zastanowić, szukając odpowiedniej propozycji wyposażenia swojego miejsca pracy.

Wygodny fotel

Jeśli chodzi o freelancerów, to w ich przypadku fotele gamingowe doskonale sprawdzą się w warunkach domowego wykonywania zleceń. Są niezwykle wygodne i nawet wielogodzinne podejmowanie pracy, nie obciąży boleśnie stawów, mięśni i kręgosłupa.

Nie nadają się jednak jako wyposażenie biurowe, ponieważ daleko im do biznesowego designu, który powinien tworzyć wrażenie elegancji, profesjonalizmu, a nawet luksusu i wyjątkowego podejścia do detali.

Praca biurowa i gaming mają jednak jedną wspólną cechę – w obydwu przypadkach mamy do czynienia z wielogodzinną pracą przy biurku, siedząc na fotelu, który jest podporą dla naszych mięśni, stawów i kręgosłupa, więc nie należy go lekceważyć. Powinien być on w obydwu przypadkach stabilny i dostosowany do preferencji użytkownika.

Podsumowując, nieraz jedyną różnicą w przypadku foteli gamingowych i biurowych jest ich wygląd, wykorzystane materiały, kształt, wielkość i cena. W każdym przypadku należy kierować się ergonomią i zdrowiem kręgosłupa.

Klawiatura, mysz i słuchawki z mikrofonem

Tutaj zaczyna się podział na zadania biurowe. Graficy nie będą potrzebować drogiej klawiatury gamingowej, która wytrzyma walkę z wielogodzinnym stukaniem w klawisze Pisarze, copywriterzy i programiści, nie potrzebują zaawansowanych myszek z wieloma funkcjonalnościami, ponieważ ich zadaniem jest układanie słów i znaków.

Graficy większość czasu w swojej pracy korzystają z myszki, więc dodatkowe przyciski są dla nich doskonałym narzędziem. Pozwalają one m.in. przypisać konkretne, najczęściej wykorzystywane wtyczki do poszczególnych elementów, przyspieszając tym samym pracę. Gamerzy wykorzystują tę funkcjonalność w grach, do takich czynności jak szybka zmiana broni, użycie dodatkowych mocy i wykorzystanie ekwipunku – w zależności od preferowanych tytułów i trybów rozgrywki.

dell-bluetooth-mouse

Przykład prostej, wygodnej myszy bezprzewodowej – Dell Bluetoth Mouse WM615 (źródło: https://gigam.pl/91-akcesoria)

Czy copywriterzy, pisarze i programiści, wyobrażają sobie pracę bez klawiatury wysokiej jakości? Z pewnością nie! Gamingowe modele mechaniczne lub membranowe wysokiej jakości, gwarantują komfort i 10 razy wyższą wytrzymałość, niż ma to miejsce w przypadku klasyczny modeli. Chcąc wyposażyć swoje biuro, warto jednak zrezygnować z animowanego podświetlenia, które będzie mienić się pełną paletą kolorów – warto postawić na coś eleganckiego, jednobarwnego lub nieposiadającego podświetlenia.

Zatrudnienie w Call/Contant Center, również można uznać za pracę biurową, która powinna być wyposażona w akcesoria najlepszej jakości. Pracownicy biurowi wykonują swoje zadanie z pomocą słuchawek i mikrofonu, jednak nie muszą być one tak dobrej jakości jak modele gamingowe. Gry oferują dźwięk przestrzenny, by gracze z dobrymi słuchawkami, mogli usłyszeć skąd słychać wroga i strzały – w przypadku pracowników infolinii, muszą oni jedynie słyszeć i rozumieć swojego rozmówcę.

Wprowadzenie ulgi podatkowej na termomodernizację domów może rozwiązać problem smogu. Według ekspertów powinna ona wynosić 25 proc. wartości inwestycji

Wprowadzenie ulgi podatkowej na termomodernizację domów może rozwiązać problem smogu. Według ekspertów powinna ona wynosić 25 proc. wartości inwestycji 7

Receptą na walkę ze smogiem może się okazać powszechna ulga na termomodernizację domów do wysokości 25 proc. inwestycji. Ulga odliczana od podatku PIT mogłaby uzupełnić system dotacyjny skierowany do rodzin objętych ubóstwem energetycznym. Działania rządu powinny być też nakierowane na wprowadzenie restrykcyjnych norm na paliwa stałe, preferencyjnych kredytów budowlanych oraz edukację społeczeństwa – wynika z opublikowanego raportu WEI i Instytutu Jagiellońskiego. Autorzy podkreślają, że w walkę ze smogiem trzeba angażować również biznes i przedsiębiorców.

 Pracujemy na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to wprowadzenie niezbędnych norm jakościowych i standardów emisyjnych. Chcemy, żeby wszystkie paliwa stałe stosowane w polskich paleniskach domowych trzymały określone standardy jakościowe, a po drugie, żeby kotły miały określoną jakość. Proces określania tych norm już kończymy, bo rozporządzenie dotyczące norm emisyjnych dla kotłów zostało wydane. Ostatnio w Sejmie przeprowadzono też pierwsze czytanie ustawy dotyczącej norm jakości paliw stałych. Ten proces się domyka. To z pewnością przyniesie dużą poprawę, bo na rynku nie będzie już pozaklasowych urządzeń i paliw – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Woźny, pełnomocnik premiera ds. programu „Czyste powietrze”.

Standardy emisyjne dla kotłów na paliwa stałe, normy jakościowe dla paliw oraz kwestie ubóstwa energetycznego to filary przyjętego w ubiegłym roku programu „Czyste powietrze”, który ma zaowocować redukcją emisji szkodliwych substancji do otoczenia i ograniczyć problem smogu. Walka ze smogiem to jeden z rządowych priorytetów, ponieważ polskie miasta mają z nim duży problem – na opublikowanej przez WHO liście pięćdziesięciu europejskich aglomeracji z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem aż trzydzieści trzy znajdują się właśnie w Polsce.

– Mnóstwo polskich domów jest fatalnie termomodernizowanych, wyposażonych w kotły na paliwa stałe, tzw. kopciuchy. Nie damy rady wspomagać poszczególnych miejscowości z poziomu Warszawy, dlatego musimy współpracować z samorządami w województwach i miastach. Pierwszą linią pomocy są objęte trzydzieści trzy miasta z listy WHO. Chcemy współpracować z marszałkami i prezydentami tych miast, żeby przeprowadzać termomodernizację i wspierać w tym najmniej zamożne osoby. Ta operacja została uruchomiona rok temu. Musimy zinwentaryzować wszystkie środki publiczne, które mamy na ten cel, bo Polska nie może sobie pozwolić, żeby bez koordynacji wydawać pieniądze publiczne – czy to rządu, czy samorządów, czy NFOSIGW. Musi być wspólny mianownik, jakim jest poprawa powietrza w Polsce – podkreśla Piotr Woźny.

W lutym br. Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu orzekł, że Polska złamała unijne prawo, dopuszczając do wielokrotnych, nadmiernych stężeń pyłu zawieszonego PM10 w powietrzu. Na tej podstawie Komisja Europejska może nałożyć na Polskę kary finansowe sięgające nawet 4 mld zł. Zanieczyszczenie pyłem PM10, który zawiera substancje toksyczne oraz przenika do płuc i górnych dróg oddechowych, jest spowodowane głównie niską emisją z ogrzewania gospodarstw domowych.

– Głównymi przyczynami smogu w Polsce są nietermomodernizowane domy rodzinne, wybudowane przed 1979 rokiem. Budownictwo w tym okresie charakteryzowało się dużo niższymi normami, co powoduje większą emisję smogu. Kolejne przyczyny to transport samochodowy, osobowy. Transport publiczny też generuje smog, ale przez to, że przewozi dużą liczbę osób, jest zdecydowanie mniej istotny w tym procesie – mówi Krzysztof Prudel, analityk Warsaw Enterprise Institute.

Z opublikowanego właśnie raportu WEI i Instytutu Jagiellońskiego wynika, że receptą na walkę ze smogiem może się okazać powszechna ulga na termomodernizację domów do wysokości 25 proc. inwestycji, pod warunkiem że nie przekroczy ona kwoty 53 tys. zł. Ulga, odliczana w podatku PIT, miałaby uzupełnić system dotacyjny, skierowany wyłącznie dla rodzin objętych ubóstwem energetycznym. Autorzy raportu postulują również wprowadzenie restrykcyjnych norm na paliwa stałe, preferencyjne kredyty budowlane oraz szeroką kampanię informacyjno-edukacyjną.

– To może ograniczyć smog w Polsce poprzez ułatwienie przeprowadzenia termomodernizacji i zmniejszenie jej kosztów. Dodatkowym wsparciem dla termomodernizacji mógłby być system kredytów o obniżonych kosztach przez gwarancje państwowe, które pozwoliłyby na wstępnym etapie na sfinansowanie tych termomodernizacji – mówi Krzysztof Prudel.

Walka ze smogiem jest w interesie całego społeczeństwa – zarówno ze względu na potrzebę oddychania czystym powietrzem, jak i z powodów finansowych, takich jak wzrost wydatków na opiekę zdrowotną czy spadek atrakcyjności turystycznej polskich miast. Dlatego jak podkreślają autorzy raportu, działania wszystkich podmiotów w tym zakresie powinny być skoordynowane, a w walkę ze smogiem powinien się angażować również biznes i przedsiębiorcy.

Jak zauważa Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska – firmy, która uczestniczyła w pracach nad raportem – redukcja zanieczyszczeń powietrza to nie jest jedyna korzyść z realizacji programu powszechnej termomodernizacji budynków. Dzięki kompleksowym remontom poprawie uległyby również warunki panujące w budynkach, które mają przełożenie na zdrowie ich mieszkańców. Ze zleconego przez VELUX ubiegłorocznego badania „Barometr Zdrowych Domów” wynika, że 22 proc. domów jednorodzinnych w Polsce jest zawilgoconych, 23 proc. ma niewystarczający dostęp do światła dziennego, a 26 proc. jest niedogrzanych.

 Robimy dużo w kwestii podnoszenia świadomości, edukowania na temat tego, jak walka ze smogiem i poprawa standardów budynków są ważne dla zdrowia ludzi i dla gospodarki. Jesteśmy jednym z partnerów okrągłego stołu, który został zorganizowany przez WEI, jesteśmy też inicjatorem raportu „Barometr zdrowych domów”, na podstawie którego pokazujemy wyraźnie, jak niedoskonały jest stan budynków w Polsce. Duży ich odsetek jest nie tylko nieenergooszczędny, lecz także zagrzybiony i nie zapewnia mieszkańcom zdrowych warunków do życia. Poprzez zaangażowanie ekspertów docieramy z tego typu informacjami do rządzących. Staramy się wpływać na to, by zaproponowano bardziej ambitne, kompleksowe i wszechstronne działania, by rozwiązać problem niezdrowych domów w Polsce – podkreśla Jacek Siwiński.

Firmy coraz częściej inwestują w zdrowie pracowników. W ten sposób zwiększają ich motywację do pracy i wydajność

Firmy coraz częściej inwestują w zdrowie pracowników. W ten sposób zwiększają ich motywację do pracy i wydajność 8

Dbałość o psychiczne i fizyczne zdrowie pracowników to inwestycja, która szybko się zwraca. Przemęczony i zestresowany podwładny pracuje z mniejszym zaangażowaniem i wydajnością, a poprzez liczne absencje chorobowe naraża firmę na straty finansowe. Coraz więcej pracodawców inwestuje więc w rozwiązania z obszaru corporate wellness, oferując swoim pracownikom m.in. dopasowaną do ich aktywności i trybu życia opiekę medyczną oraz zajęcia sportowe. Wysiłek fizyczny bowiem redukuje stres, wzmacnia motywację i zwiększa poczucie własnej wartości.

Polacy należą do najbardziej usatysfakcjonowanych pracowników w Europie – z badania ADP Polska wynika, że pod tym względem wyprzedzają nawet Szwajcarów i Niemców. Jednocześnie Polacy znajdują się w czołówce pracowników odczuwających największy stres w związku z pracą zawodową. 22 proc. ankietowanych twierdzi, że stresogennych sytuacji doświadcza codziennie, a 24 proc. – raz w tygodniu. Według badania przeprowadzonego na zlecenie MonsterPolska.pl 34 proc. Polaków denerwuje się głównie nadmiarem obowiązków. Przedsiębiorcy w coraz większym stopniu rozumieją jednak, że zestresowany pracownik wykonuje swoje zadania mniej efektywnie i z mniejszym zaangażowaniem.

 Firmy, które chcą być liderami rynku, starają się dziś zapewnić pracownikom warunki pracy, które pozwolą im zadbać o swoje zdrowie i które sprzyjać będą zachowaniu równowagi pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym. Powinniśmy więc podać w wątpliwość taki model pracy, w którym tylko dociążamy pracownika dodatkowymi godzinami pracy i stale stawiamy mu kolejne, trudne do spełnienia cele – mówi agencji informacyjnej Newseria Robert Korzeniowski, czterokrotny mistrz olimpijski, menedżer programu Medycyna dla Sportu i Aktywnych Grupy LUX MED.

Wśród tej grupy pracodawców coraz większą popularność zyskują programy corporate wellness. Ich podstawowym założeniem jest holistyczne podejście do życia i funkcjonowania pracowników, wsparcie ich zdrowia psychicznego i fizycznego oraz dbałość o zachowanie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Jednym z najistotniejszych komponentów budujących tę równowagę jest aktywność sportowa.

– Dziś firmy inwestują nie tylko w nowe technologie i dobre rozwiązania w zarządzaniu, lecz także w aktywność sportową oraz wszystko, co jest związane z budowaniem dobrostanu pracownika – mówi Robert Korzeniowski.

Regularne uprawianie sportu zapewnia poprawę ogólnego stanu zdrowia, przypływ energii i siły, polepszenie nastroju, a także redukcję napięcia psychicznego i stresu. Sport pozytywnie wpływa również na zwiększenie motywacji do wysiłku oraz poczucie własnej wartości, co przekłada się na konkretne wyniki w pracy zawodowej.

– Jeżeli nie umiemy jeździć na rowerze za własnym dzieckiem, jeżeli nie potrafimy pływać albo nie znajdziemy czasu na to, żeby na wakacjach pójść na spacer czy wycieczkę górską, prawdopodobnie nie będziemy mieć też wysokiego poczucia własnej wartości – mówi Robert Korzeniowski.

Aby osiągnąć pozytywne efekty zdrowotne, nie trzeba uprawiać aktywności fizycznej codziennie – wystarczy dwa lub trzy razy w tygodniu, ale regularnie. Rodzaj sportu należy ponadto dopasować do wieku, stanu zdrowia i temperamentu pracownika. Warto się skonsultować w tym przypadku ze specjalistą od medycyny sportowej, by mieć pewność, że wybrana aktywność jest optymalna dla zdrowia i bezpieczna dla pracownika.

– Potencjał benefitów jest bardzo duży, ale powiedzmy sobie szczerze, człowiek zawsze znajduje sobie ileś powodów, dla których właśnie dzisiaj nie pójdzie na basen czy siłownię. Nic bardziej nas nie zmotywuje jak grupa czy pewne programy, które się wdraża w sposób proaktywny – mówi Robert Korzeniowski.

Zdaniem eksperta biznes i sport mają ze sobą wiele wspólnego. Strategia rozwoju przedsiębiorstwa obejmuje bowiem te same elementy, które obecne są w zawodowym życiu sportowców, takie jak systematyczność, właściwe określanie celów, budowanie wizji na miarę aktywów jakimi się dysponuje, a także nieszablonowy sposób działania polegający m.in. na umiejętności podejmowania ryzyka.

Dzisiaj niebywale ważne jest to, aby budować pewną kulturę korporacyjną w firmach, które chcą być liderami na rynku, w oparciu o filozofię związaną ze sportem, również postawę codziennego funkcjonowania, które sportową aktywność uwzględniają – mówi Robert Korzeniowski.

Transakcje kartą najbardziej narażone na oszustwa płatnicze w sieci. 18 proc. firm zetknęło się z tym zjawiskiem

Transakcje kartą najbardziej narażone na oszustwa płatnicze w sieci. 18 proc. firm zetknęło się z tym zjawiskiem 9

Zjawisko oszustw płatniczych w handlu internetowym nie jest w Polsce tak powszechne, jak na świecie – wynika z badania EY i Nethone. W ostatnim roku zetknęła się z nim mniej niż jedna piąta firm, ale straty spowodowane takim zdarzeniem mogą być olbrzymie. Ryzykiem fraudu płatniczego najbardziej obciążone są płatności kartą, a te stanowią dziś ok. 10 proc. ogółu. Wraz z rosnącą popularnością tego środka płatniczego w sieci, jak pokazują przykłady innych krajów, problem oszustw płatniczych będzie coraz poważniejszy.

Z przeprowadzonego wspólnie z firmą Nethone pierwszego w Polsce badania oszustw płatniczych w polskim e-commerce wynika, że to zjawisko nie jest jeszcze mocno rozpowszechnione w naszym kraju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Bizoń, associate partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Nadużyć w EY Polska. – 18 procent respondentów naszego badania w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zetknęło się z problemem fraudu płatniczego. Nie jest to dużo w porównaniu do świata, ale sądzimy, że tendencja będzie wzrostowa. Będzie to problem, z którym firmy będą musiały się mierzyć coraz częściej.

Raport „Bezpieczny handel w Internecie” miał sprawdzić, jakie doświadczenia mają polskie e-sklepów z oszustwami internetowymi oraz w jaki sposób próbują się one przed nimi bronić.

Ryzykiem fraudu płatniczego najbardziej obciążone są płatności kartą, dlatego w naszym badaniu skupiliśmy się na tym, jak firmy sobie radzą z problemem fraudu płatniczego w odniesieniu do kart płatniczych – informuje Marcin Bizoń. – Udział kart płatniczych nie jest największy wśród naszych respondentów, znacznie popularniejsze w Polsce są szybkie przelewy i płatność za pobraniem, niemniej udział kart rośnie, w związku z tym sądzimy, że zagrożenie będzie coraz większe.

Zdaniem autorów raportu problem będzie jednak narastał wraz ze wzrostem popularności usługi subskrypcyjnej, ekspansji polskich firm za granicę, gdzie płatność kartami jest znacznie bardziej powszechna, oraz korzystania przez polskich internautów z serwisów zagranicznych.

Z najnowszych dostępnych danych Narodowego Banku Polskiego za IV kw. 2017 roku wynika, że w tym okresie odnotowano znaczące wzrosty w liczbie i wartości transakcji dokonanych w internecie. Klienci przeprowadzili 16,4 mln transakcji kartowych w sieci, czyli o 3,2 mln więcej niż w poprzednim kwartale, a to wyraźny wzrost – o 24 proc. Łączna wartość transakcji opiewała na kwotę 2,5 mld zł (wzrost o 15,2 proc.), a średnia wartość transakcji przeprowadzonej w internecie lekko spadła i wyniosła 150 zł (w poprzednim kwartale 162 zł).

Szczególnie zagrożone fraudem płatniczym są sektory, które częściej przyjmują karty płatnicze. Mam na myśli serwisy subskrypcyjne, w których zazwyczaj płacimy kartą, ale też sektory dóbr luksusowych, gdzie jest jednostkowo duża wartość transakcji. Tam właśnie wysoka wartość transakcji przyciąga przestępców, więc są to sektory szczególnie narażone – komentuje przedstawiciel EY.

Z badania przeprowadzonego wśród stu pięćdziesięciu polskich firm działających w e-handlu i mających ponad 100 mln zł rocznego obrotu z tego tytułu wynika, że zaledwie 10 proc. wartości transakcji opłacanych jest kartami. Dominują szybkie przelewy (43 proc.) oraz płatności za pobraniem (34 proc.), co jest specyfiką polskiego rynku i pewnym paradoksem, bo pierwsze łączą się z koniecznością zapłaty z góry bez żadnej gwarancji, drugie podyktowane są natomiast nieufnością. Natomiast płatność kartą oferuje możliwość skorzystania ze zwrotu środków za transakcję dokonaną kartą (chargeback), co np. bardzo opłacało się konsumentom w przypadku bankructw biur podróży, które miały miejsce kilka lat temu. Ta właśnie ewentualność mnoży jednak ryzyko oszustw.

Oszustwa płatnicze wpływają na biznes e-commerce w znaczącym stopniu w dwóch elementach. Po pierwsze, mamy do czynienia ze stratami finansowymi w związku z procederem fraudu płatniczego, po drugie – z utraconymi korzyściami, które nie są realizowane przez właścicieli platform e-commerce poprzez wykorzystanie systemów regułowych, odrzucających próby zdrowych użytkowników chcących dokonać zakupu – wyjaśnia Hubert Rachwalski, prezes firmy Nethone. – Biznes e-commerce, korzystając z systemów regułowych, nie jest w stanie w pełni wykorzystać potencjału, który przed nim stoi.

Zdecydowanie większą świadomość na temat fraudów w internecie i konieczności zabezpieczania się przeciwko nim mają te firmy, które z oszustwami już się zetknęły. Jest to jednak mniejszość. 71 proc. przedsiębiorców działających w sieci nie stosuje żadnego zabezpieczenia. Pozostałe w większości zatrudniają menadżerów ds. ryzyka (16 proc.), wdrażają systemy oparte na zestawie reguł, określających, jakie transakcje mogą być zagrożeniem i próbą oszusta (6 proc.), a zaledwie 3 proc. stosuje nowoczesne inteligentne systemy oparte na sztucznej inteligencji. Te ostatnie są oczywiście droższe, ale zdaniem szefa Nethone w dłuższym okresie bardziej się opłacają.

– Trudno mówić o wdrożeniach systemów informatycznych w perspektywie kilku miesięcy i możliwości zwrotu, ale obserwujemy coraz częściej, nawet w perspektywie pierwszego roku, korzyści wynikające z możliwości procesowania większej liczby transakcji. Te analizy dotyczące użytkowników na danej platformie czy kwestia trzymania pod kontrolą oszustw to są wszystko korzyści, które bardzo szybko zwracają się podmiotom działającym w sieci – ocenia Hubert Rachwalski.

Innowacyjne łopatki do turbin wiatrowych obniżają koszt ich działania. Wkrótce wiatraki staną także w miastach

Innowacyjne łopatki do turbin wiatrowych obniżają koszt ich działania. Wkrótce wiatraki staną także w miastach 10

Odnawialne źródła energii wciąż stanowią w Polsce szczątkowy odsetek w produkcji energii elektrycznej. Sytuacja może się zmienić dzięki opracowaniu nowej metody wytwarzania tańszych, lżejszych i bardziej wytrzymałych łopatek do turbin. Obniżenie w ten sposób kosztów obsługi turbin ma zapewnić farmom wiatrowym rentowność. To zaś pozwoli stawiać tego typu urządzenia nawet w miastach. Technologia trafi na rynek w ciągu dwóch lat. W dalszej perspektywie Polska może się stać liderem w zakresie morskich farm wiatrowych. Pierwsze takie farmy mają powstać na Bałtyku na początku przyszłej dekady.

– W Rotoby chodzi o całkowicie nową technologię produkcji łopatek do turbin wiatrowych, z zupełnie nowych materiałów. Największym problemem w branży turbin wiatrowych jest ociągnięcie rentowności. Jest to trudne zwłaszcza przy małej skali. Dziś ta branża nie przynosi zysków, między innymi z powodu wysokich cen materiałów, z których produkowane są turbiny, oraz kosztów konserwacji. My to upraszczamy i powodujemy, że staje się to tańsze dla ludzi, więc zaczyna się opłacać stawianie turbin również w miastach, wszędzie tam, gdzie wieje wiatr – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Roberto Ventura, prezes Rotoby.

Energia pochodząca z wiatru jest, obok słonecznej i wodnej, najpopularniejszym z odnawialnych źródeł energii. Choć w Polsce panują dość dobre warunki dla wytwarzania energii z siły wiatru, zwłaszcza w pasie nadmorskim, to elektrownie w większości nie są rentowne.

Rotoby opracowało innowacyjne turbiny wiatrowe wyposażone w łopatki z materiałów termoplastycznych. Charakteryzują się one mniejszą o 20 proc. wagą i większą wytrzymałością niż powszechnie stosowane łopatki z włókna szklanego. Dodatkowym atutem jest możliwość ich pełnego recyklingu oraz niskie koszty utrzymania, gdyż takie turbiny są praktycznie bezobsługowe.

Start-up konstruuje także nieduże turbiny wiatrowe, możliwe do zastosowania w mniejszych systemach o wielkości do sześciu metrów. To pozwoli na ich umiejscowienie np. w miastach.

– Turbina Rotoby może maksymalnie wytworzyć 1,4 kilowata energii. Można je jednak również łączyć w grupy i dzięki temu wytwarzać więcej energii. Mówimy tu o szczytowym momencie, w którym prędkość wiatru osiąga sześć metrów na sekundę – przekonuje Roberto Ventura.

Według Europejskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej w 2015 roku pod względem łącznej mocy nowych zainstalowanych turbin Polska znalazła się na drugim miejscu w Europie, tuż za Niemcami. Pierwszą przemysłową farmę wiatrową w Polsce oddano do użytku w 2001 r. Farma Barzowice powstała w gminie Darłowo w województwie zachodniopomorskim. Polska ma zarazem jeden z największych potencjałów do rozwoju morskich farm wiatrowych. Pierwsze farmy wiatrowe na Bałtyku mają powstać na początku przyszłej dekady. Wcześniej na rynek mają trafić turbiny Rotoby.

– W ciągu roku, najdalej dwóch, będziemy mieli produkt gotowy do wprowadzenia na polski rynek, gdzie warunki wietrzne są korzystne. Mamy też zainteresowanie z Holandii czy z Austrii, ale polski rynek z pewnością już jest gotowy na takie rozwiązania – ocenia prezes Rotoby.

Z danych opublikowanych przez Agencję Rynku Energii wynika, że elektrownie wiatrowe wytworzyły w Polsce w 2017 roku 3485 GWh energii elektrycznej. Dla porównania w poprzednim roku było to 2981 GWh. W ogólnej produkcji energii elektrycznej stanowi to udział sięgający zaledwie 2 proc.

W 2016 roku aż 70 proc. farm wiatrowych w Polsce nie tylko nie wypracowało zysku operacyjnego, lecz także przyniosło straty sięgające nawet kilkunastu milionów złotych. Ogółem strata na działalności farm wiatrowych została wyceniona na 3 mld zł.

Zgodnie z przewidywaniami Global Market Insights światowy rynek energetyki wiatrowej do 2024 roku przekroczy wartość 170 mld dol.

Formalności barierą w zatrudnianiu Ukraińców. Urzędy nie nadążają z wydawaniem pozwoleń

Formalności barierą w zatrudnianiu Ukraińców. Urzędy nie nadążają z wydawaniem pozwoleń 11

Rekordowo niskie bezrobocie wpływa na systematyczny wzrost zapotrzebowania na kadrę zza wschodniej granicy. Ułatwieniem dla pracodawców miały być nowe przepisy, obowiązujące od stycznia tego roku oraz nowa kategoria uproszczonego zezwolenia na pracę sezonową. W praktyce okazało się, że urzędy pracy nie są przygotowane do zmian. Każdego dnia rejestrowanych jest nawet dziesięciokrotnie mniej oświadczeń niż wcześniej. Problemem jest również to, jak zatrzymać ukraińskich pracowników, z których tylko co dziesiąty bierze pod uwagę osiedlenie się w Polsce na stałe.

– Polska gospodarka zdecydowanie potrzebuje pracowników z zagranicy. Cenne jest to, że rząd widzi te wyzwania i że trwają prace nad nowymi propozycjami w tym zakresie. Niezbędne jest usprawnienie całego procesu rejestracji zezwoleń na pracę, o które występują pracodawcy i agencje zatrudnienia, oraz wzmocnienie administracji, która się tym zajmuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Piechota, prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej.

Jak wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w 2017 roku zostało wydanych ponad 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi (wzrost o 39 proc. rok do roku). Zdecydowana większość, bo 94 proc. wszystkich oświadczeń dotyczyło obywateli Ukrainy, na których zapotrzebowanie wzrosło rok do roku o 36 proc.

Zapotrzebowanie na kadrę zza wschodniej granicy rośnie ze względu na sytuację na polskim rynku pracy – utrzymujące się od miesięcy historycznie niskie bezrobocie hamuje rozwój firm. Jak wynika z tegorocznego „Barometru Imigracji Zarobkowej” przygotowanego przez Kantar Millward Brown na zlecenie Personnel Service, już niemal co piąta firma w Polsce (19 proc.) zamierza w najbliższym czasie rekrutować pracowników z Ukrainy. Wśród dużych przedsiębiorstw ten odsetek jest znacznie wyższy i sięga 42 proc.

Pewnym ułatwieniem dla pracodawców miały być nowe przepisy, obowiązujące od stycznia 2018 roku. Wprowadzona została nowa kategoria uproszczonego zezwolenia na pracę sezonową (umożliwia legalny pobyt i pracę w Polsce nie przez sześć, ale przez dziewięć miesięcy w ciągu roku) oraz opłata za rejestrację oświadczenia o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. Kolejna zmiana to spoczywający na pracodawcy obowiązek informowania, czy obcokrajowiec, dla którego zostało wydane nowe, uproszczone zezwolenie na pracę sezonową, rzeczywiście podjął zatrudnienie.

– Wprowadziliśmy pewne regulacje, które eliminują czarny rynek oświadczeń pracodawców, ale w ślad za tym nie wzmocniliśmy służb zatrudnienia, które obsługują cały ten proces. Niestety, wąskim gardłem jest również działalność urzędów wojewódzkich. Urzędnicy, którzy weryfikują dokumenty i przygotowują decyzje o pozwoleniu na pobyt czasowy i na zatrudnienie w Polsce, po prostu nie wyrabiają przy tym ciśnieniu i aktualnych potrzebach. Dlatego potrzebne jest wzmocnienie administracji w tym zakresie – podkreśla Jacek Piechota.

Z danych agencji Personnel Service, specjalizującej się w rekrutacji pracowników zza granicy, wynika, że od momentu wprowadzenia nowych przepisów każdego dnia rejestrowanych jest nawet dziesięciokrotnie mniej oświadczeń niż wcześniej. Trudności wynikają m.in. z wydłużenia procedury weryfikacji oświadczeń i zwiększonej liczby załączników do wniosku.

W poprzednim systemie liczba dokumentów była ograniczona do jednej strony oświadczenia dla urzędu pracy i jednej, którą musiał wypełnić pracodawca. Aktualnie pracodawca musi dostarczyć do urzędu osiem różnych dokumentów, w tym m.in. wypełnione oświadczenie o zamiarze powierzenia pracy, potwierdzenie zapłaty 30 zł za jego rejestrację oraz kserokopię paszportu cudzoziemca z wszystkimi ostemplowanymi stronami. W razie błędu w dokumentacji termin rejestracji oświadczenia wydłuża się do 30 dni.

Co więcej, poprzednio to pracodawca odpowiadał za prawidłowość danych wpisywanych w oświadczeniu, a urzędnik jedynie przyjmował wniosek i sprawdzał, czy okres zatrudnienia pracownika z zagranicy nie będzie przekraczał 6 miesięcy. W tej chwili odpowiedzialność za prawidłowość tych danych spoczywa na urzędniku, przez co proces weryfikacji dokumentów znacznie się wydłużył. Dane Personnel Service pokazują, że 37 proc. polskich przedsiębiorców właśnie formalności administracyjne uznaje za największą trudność i barierę w rekrutowaniu pracowników ze Wschodu.

– Problemem jest również to, jak zatrzymać ukraińskich pracowników. Mamy dzisiaj nową rzeczywistość, w której Ukraińcy na paszportach biometrycznych poruszają się po całej Europie i widzą, że na rynkach zachodnich wynagrodzenia są lepsze. Dlatego ważne jest, aby stworzyć im dobrą atmosferę, zapewniać warunki socjalne i dotrzymywać określonych zobowiązań. W dobrym kierunku działa PIP, która utworzyła specjalne call center dla Ukraińców, ale rzecz w tym, żeby szeroko upowszechnić tę wiedzę – także po ukraińskiej stronie, wśród osób, które dopiero wybierają się do pracy w Polsce – podkreśla Jacek Piechota.

Prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej zauważa, że niezbędne jest, aby w debacie publicznej rozróżnić kwestię emigracji politycznej, która często wzbudza głosy sprzeciwu, od migracji ekonomicznej.

– Nie można utożsamiać tych dwóch pojęć. Dzięki Ukraińcom polska gospodarka dzisiaj w ogóle może się rozwijać, to trzeba szczególnie podkreślać. W tym systemie przedsiębiorca najpierw oczekuje wskazania przez urząd pracy polskiego pracownika. Tak jest stworzony system, więc nie można mówić, że Ukraińcy zabierają pracę Polakom. Jeżeli urząd w ciągu dwóch tygodni nie wskaże polskiego pracownika, dopiero wtedy wydawane jest zezwolenie na zatrudnienie cudzoziemca – podkreśla Jacek Piechota.

Ze statystyk wynika, że w Polsce pracownicy z Ukrainy są zatrudniani najczęściej w rolnictwie, przetwórstwie przemysłowym i budownictwie. Z raportu Personnel Service „Barometr Imigracji Zarobkowej” wynika, że dwie trzecie ukraińskich pracowników (62 proc.) planuje ponownie przyjechać tutaj w celach zarobkowych. Przyciągają ich przede wszystkim bliskość geograficzna, atrakcyjne wynagrodzenia i relatywnie łatwa do pokonania bariera językowa. Z drugiej strony, tylko 11 proc. Ukraińców chce się osiedlić w Polsce na stałe. Dla większości emigracja ma charakter okresowy, przejściowy.

– Ukraińcy dobrze się tutaj czują, mają rozbudowaną bazę własnych kontaktów. Polska jest postrzegana bardzo pozytywnie w sondażach opinii społecznej na Ukrainie, polskie społeczeństwo jest najbardziej lubianym i cenionym. Mamy wszystkie atuty ku temu, by ich tutaj ściągać. Inna rzecz, że po ukraińskiej stronie też zaczyna brakować rąk do pracy, a przedsiębiorcy zaczęli już podnosić wynagrodzenia i namawiać do pozostania na Ukrainie – zauważa Jacek Piechota.