Kosztowne prezenty to nie wszystko. Rodzice często w ten sposób rekompensują dzieciom brak czasu

Kosztowne prezenty to nie wszystko. Rodzice często w ten sposób rekompensują dzieciom brak czasu 1

Drogie prezenty na Dzień Dziecka nie zastąpią maluchom kontaktu z rodzicami. Brak wspólnie spędzanego czasu może skutkować w przyszłości zaniżonym poczuciem własnej wartości, wrażeniem odrzucenia, a nawet uzależnieniem od używek. Zaniedbując relacje z dziećmi, tracą również rodzice – od maluchów otrzymują bowiem bezwarunkową miłość.

– Dzieci, które nie miały odpowiedniej uwagi ze strony rodziców albo spędzały mało czasu z rodzicami, w dorosłości mogą mieć niższy poziom poczucia własnej wartości, a także niższy poziom samoakceptacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Oleksa-Marewska, psycholog, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Rodzice tworzą pierwszy system społeczny dziecka, w którym ich pociechy uczą się zachowania, kształtują poglądy i postawy wobec innych oraz poznają wzorce relacji międzyludzkich. Wspólne spędzanie czasu z dzieckiem ma więc fundamentalne znaczenie dla jego dalszego rozwoju psychicznego i emocjonalnego. Zaniedbanie tego elementu procesu wychowania może skutkować wieloma problemami, m.in. niegrzecznym zachowaniem dziecka, kłopotami z koncentracją, uzależnieniem od używek oraz zaburzonym postrzeganiem samego siebie.

– Przede wszystkim warto pomyśleć o tym, że nasze dzieci to nie jest kolejny obowiązek. Jeżeli tak do tego podchodzimy, to jesteśmy tym bardziej zniechęceni – mówi Karolina Oleksa-Marewska.

Aktywne spędzanie czasu bardzo dobrze wpływa na budowanie relacji między dzieckiem a rodzicem. Dla malucha istotna jest rozmowa z dorosłymi – opowiedzenie rodzicom o wydarzeniach w przedszkolu, zadanie pytań na interesujące go tematy. Na początek wystarczy kilka minut poświęconych wyłącznie dziecku. Ważne jest jednak, by w tym czasie rodzic skupiony był wyłącznie na kontakcie ze swoją pociechą. Wspólne oglądanie bajki wieczornej lub filmu nie spełni swojego zadania, jeśli rodzic będzie to robił bezrefleksyjnie.

– Jeżeli tylko oglądamy biernie coś, co leci w telewizji, to dziecko nie spędza z nami czasu, ono tylko ogląda telewizję. Jeżeli będziemy ten film oglądać, komentując, rozmawiając z dzieckiem, przytulając się na kanapie, dziecko dostanie miłość i uwagę, której potrzebuje. To dopiero jest jakościowy czas razem – mówi Karolina Oleksa-Marewska.

Zdaniem ekspertki nie ma gotowej recepty na udane spędzanie czasu z dziećmi. Ważne jest jednak, by zarówno dorośli, jak i maluchy, czerpali ze wspólnej aktywności satysfakcję. Jeżeli rodzic będzie znudzony, jego dziecko bardzo szybko wyczuje negatywne emocje i zniechęci się do wspólnej zabawy. Niezbędne jest więc wybranie odpowiednich rozrywek.

– Jeżeli mamy rodzinę aktywną, to wszelkiego typu spacery, rower, basen, wyjścia do parku rozrywki, na trampoliny, to są aktywności, które wszystkich będą pobudzać. Dla domatorów też coś się znajdzie. Możemy wspólnie obejrzeć film, porozmawiać, pośmiać się, możemy razem przygotować przekąski, zagrać w gry planszowe – mówi Karolina Oleksa-Marewska.

Współcześnie duże zagrożenie dla relacji rodzinnych stanowią nowe technologie. Smartfony i komputery, a zwłaszcza dostępne za ich pomocą media społecznościowe, skutecznie odciągają uwagę dorosłych od ich dzieci. Nadmierne przywiązanie rodziców do tego rodzaju urządzeń uczy dziecko, że jest to normalne zachowanie, więc w przyszłości właśnie w mediach społecznościowych szukać może uwagi oraz samoakceptacji. Psychologowie radzą więc odłożyć smartfony od czasu do czasu, aby dawać dzieciom pozytywne wzorce relacji międzyludzkich.

– Jeżeli w domu dziecko będzie widziało, że rodzice ze sobą rozmawiają, nie używając przy tym technologii, że telewizor nie jest ciągle włączony, to w przyszłości będzie to procentować. Ono też będzie wprowadzać u siebie w domu podobne wzorce – mówi Karolina Oleksa-Marewska.

Obecność nowych technologii w życiu dziecka to kwestia, która często zaprząta umysły rodziców przy okazji wyboru prezentu na Dzień Dziecka czy pierwszą komunię. Zdaniem psychologów od nowinek technicznych nie ma już ucieczki, a pozbawienie dziecka dostępu do smartfona czy laptopa może spowodować jego wykluczenie z grup rówieśniczych. Warto jednak zachować umiar i wprowadzać ograniczenia w używaniu nowych technologii.

– Telefon jest dzisiaj potrzebny, więc nie ma sensu zabraniać jego używania, z drugiej strony nie zapominajmy o tych bardzo klasycznych prezentach, jak rower. Jeżeli dziecko dostanie rower i tata czy mama będą z nim jeździć, będzie to świetna pamiątka komunijna, świetny prezent, ale także rozwój aktywności pozatechnologicznych – mówi Karolina Oleksa-Marewska.

Ekspertka podkreśla również, że wspólnie spędzany czas przynosi korzyści nie tylko dzieciom, lecz także rodzicom. Dzięki kontaktowi z dzieckiem dorośli otrzymują bezwarunkową miłość, wspólna zabawa natomiast to okazja do śmiechu i gimnastyki dla mózgu. Dzieci odznaczają się bowiem wysokim poziomem kreatywności i bogatą wyobraźnią, a częste przebywanie z nimi powoduje u rodziców stały wysiłek intelektualny.

Minister J. Emilewicz: Wykształcenie kadr dla branży kosmicznej to priorytet. Bez tego polskie firmy nie będą mogły się rozwijać

Sektor kosmiczny wymaga wysoko specjalistycznych kompetencji. Brak wyspecjalizowanych w tym kierunku kadr może zahamować jego rozwój. Zwłaszcza że wielu polskich wykwalifikowanych specjalistów z dziedziny IT, robotyki i pokrewnych branż wybiera rozwój i pracę dla zagranicznych podmiotów. Kształcenie kadr na potrzeby tej branży to jeden z priorytetów Polskiej Strategii Kosmicznej. Służą temu m.in. programy stażowe i nowe kierunki otwierane na wyższych uczelniach. 

– Mamy dzisiaj około dwustu stażystów w ESA, chcielibyśmy więcej. Kiedy spotykaliśmy się w styczniu, podczas przedłużenia umowy programu opcjonalnego dla Polski, wówczas nasi stażyści mówili, że oni po kilku latach spędzonych w Agencji chcieliby wrócić i pracować z krajowym sektorem. Mamy nadzieję, że takich wykwalifikowanych kadr będziemy mieć więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.

Polska jest członkiem Europejskiej Agencji Kosmicznej od listopada 2012 roku. Uczestniczy w programach obowiązkowych i w jedenastu programach opcjonalnych. Rodzimy sektor kosmiczny bierze m.in. udział w badaniu Marsa, badaniu atmosfery księżyców Jowisza (misja JUICE), lotach orbitalnych satelitów w formacji i obserwacji korony Słońca (misja Proba3) oraz w obserwacji  Ziemi (satelita Biomass). Na portalu ESA zarejestrowanych jest ponad trzysta polskich podmiotów zainteresowanych udziałem w przetargach, większość z nich to małe i średnie firmy – a od momentu przystąpienia do ESA polskie firmy uzyskały kontrakty na kwotę ok. 57 mld euro (na koniec 2017 roku). W ubiegłym roku polskie przedsiębiorstwa złożyły skutecznie ponad 171 aplikacji do Europejskiej Agencji Kosmicznej.

Członkostwo w ESA umożliwiło polskim podmiotom nie tylko dostęp do know-how, infrastruktury i możliwość uczestnictwa w projektach kosmicznych, lecz także otworzyło drogę do szkoleń i staży dla polskich inżynierów, naukowców i zdolnych absolwentów. Budowa kadr dla potrzeb sektora kosmicznego to jeden ze strategicznych celów Polskiej Strategii Kosmicznej przyjętej przez rząd na początku ubiegłego roku.

– Rynek pracy w sektorze kosmicznym jest dla najlepszych, to rynek bardzo zaawansowany, wymagający cierpliwości, ale on się musi w Polsce rozwijać. Kiedy zaczynaliśmy naszą obecność w ESA w 2012 roku, było raptem podmiotów trzydzieści podmiotów, które identyfikowały się z branżą kosmiczną. Dzisiaj jest ich już ponad trzysta. One wszystkie twierdzą, że mają świetnych pracowników, ale potrzeba im więcej, i temu służą właśnie program stażowe, m.in. finansowane przez ARP dla branży kosmicznej – mówi Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.

Polski sektor kosmiczny nie może jeszcze konkurować z europejskim ani światowym. Problemem jest nie tylko finansowanie (Polska przeznacza na sektor kosmiczny ok. 0,01 proc. swojego PKB, dla porównania USA i Rosja, ok. 0,25 proc. PKB), lecz także brak odpowiednich, wyspecjalizowanych w tym kierunku kadr. Zwłaszcza że wielu wykwalifikowanych ekspertów, specjalistów z dziedziny IT, robotyki i pokrewnych branż wybiera rozwój i pracę dla zagranicznych podmiotów. Dlatego kształcenie kadr na nowych kierunkach studiów związanych z przemysłem kosmicznym jest jednym z priorytetów Polskiej Strategii Kosmicznej.

W ostatnim czasie wiele wyższych uczelni otworzyło kierunki kosmiczne, kształceniu kadr w tym kierunku służy też program stażowy uruchomiony przez Agencję Rozwoju Przemysłu we współpracy ze Związkiem Pracodawców Sektora Kosmicznego.

Program jest skierowany do młodych naukowców i absolwentów z tytułem inżyniera lub magistra inżyniera na kierunkach takich jak m.in. automatyka i robotyka, elektronika i telekomunikacja, elektrotechnika, fizyka techniczna, informatyka, inżynieria materiałowa, lotnictwo i kosmonautyka, mechatronika, mechanika i budowa maszyn. Wyłonieni w programie stażyści podejmują praktyki w renomowanych polskich firmach z branży technologii kosmicznych (m.in. Astronika, Blue Dot Solutions i Creotech Instruments). Ich wynagrodzenie, wynoszące 4–6 tys. zł brutto, pokrywa ARP oraz firma, która uczestniczy w programie i przyjmuje na staż.

– Przedsiębiorca płaci połowę, a drugą połowę kosztów pracy absolwenta bądź jeszcze studenta w danej firmie pokrywa Agencja Rozwoju Przemysłu. Wsparcie obejmuje także uruchamianie kierunków na uczelniach, gdzie stypendia są wyższe niż standardowe, ponieważ chcemy tych rzeczywiście najlepszych pozyskać dla branży kosmicznej – mówi Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.

Pierwsza edycja konkursu „Rozwój kadr sektora kosmicznego” odbyła się w listopadzie 2016 roku, druga zakończyła się w połowie ubiegłego. 85 proc. uczestników programu znalazło stałe zatrudnienie w firmach, w których wcześniej odbyli staże.

Polska Strategia Kosmiczna została uchwalona w lutym ubiegłego roku. Zakłada, że do 2030 roku obroty rodzimych firm z tego sektora mają wynosić co najmniej 3 proc. ogólnych obrotów całej tej branży w Europie. Rodzime firmy mają być bardziej konkurencyjne i w większym stopniu uczestniczyć w programach kosmicznych, takich jak Horyzont 2020, Copernicus, Galileo czy GovSatCom. W sektorze kosmicznym powstają patenty i innowacje, które adaptują później inne branże, dlatego ma on przełożenie na całą gospodarkę. Morgan Stanley szacuje, że wartość przemysłu kosmicznego wynosi obecnie ok. 350 mld dol., natomiast w 2040 roku przekroczy już 1,1 bln dol.

Blisko 3,2 mld zł trafi w tym roku na inwestycje w Warszawie. Najwięcej na transport, drogi i kulturę

Blisko 3,2 mld zł trafi w tym roku na inwestycje w Warszawie. Najwięcej na transport, drogi i kulturę 2

W tym roku Warszawa chce przeznaczyć na inwestycje ponad 3,2 mld zł. Część z tej kwoty pozwoli nadrobić braki inwestycyjne w obszarze komunikacyjnym. Główny nacisk stolica kładzie na rozbudowę transportu miejskiego, w tym II linii metra. Duże środki trafią też na rozbudowę infrastruktury edukacyjnej i społecznej oraz kulturę – przede wszystkim budowę sali koncertowej na potrzeby Orkiestry Sinfonia Varsovia, Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Teatr Rozmaitości. Priorytetem dla władz Warszawy jest też walka z problemem niskiej emisji, m.in. poprzez likwidację kopciuchów.

 To nie przypadek, że w strukturze miejskich inwestycji wybijają się dwie duże pozycje mające związek z jednym obszarem – transportem. Warszawa nadgania straty cywilizacyjne, brak inwestowania historycznie w układ transportowy, głównie chodzi o metro oraz system tramwajowy. To dzisiaj główne uderzenie naszych inwestycji i tutaj wydajemy najwięcej środków. W drugiej kolejności mamy układ drogowy – zarówno budowę, jak też modernizację czy przebudowę dróg już istniejących – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Olszewski, wiceprezydent miasta stołecznego Warszawy.

W tym roku na inwestycje w budżecie Warszawy przeznaczono ponad 3,2 mld zł – 2,0 mld zł trafi na inwestycje o charakterze ogólnomiejskim, a 1,2 mld zł – dzielnicowym. Najwięcej wydatków na transport i komunikację pochłonie projekt i budowa II linii metra – 646,8 mln zł oraz modernizacja ciągu ulic Marsa – Żołnierska (odc. Węzeł Marsa – granica miasta) – 160,2 mln zł. Miasto planuje również zwiększenie finansowania zakupu usług komunikacji publicznej, na który zaplanowano 2,7 mld zł. Już teraz, jak wynika z Warszawskiego Badania Ruchu, ok. 47 proc. wszystkich podróży wykonywanych jest przy użyciu komunikacji zbiorowej, a w przypadku podróży innych niż piesze – 57 proc.

 Wiele inwestycji drogowych to również te, które mają związek z budową tras rowerowych. Warszawa w ciągu ostatnich pięciu lat podwoiła liczbę tras rowerowych. Dziś mamy już w toku realizację inwestycji, które spowodują, że będziemy mieli nawet dwa razy więcej tras rowerowych niż Kopenhaga –przekonuje Michał Olszewski.

W ciągu dwóch lat ruch rowerowy w Warszawie wzrósł o 40 proc. W 2015 roku według Warszawskiego Badania Ruchu na rowerze odbywało się 3,8 proc. podróży niepieszych, a obecnie już 5,5 proc. Każdego dnia po ulicach Warszawy porusza się ponad 75 tys. rowerzystów. W mieście jest ponad 500 km dróg rowerowych (stan na sierpień 2017 roku). Powstaje niemal 24-km ścieżka rowerowa do granicy z Konstancinem, ścieżka biegnąca wzdłuż Puławskiej ma zaś zostać doprowadzona do granicy z Lesznowolą.

– Inwestujemy także w rozbudowę infrastruktury edukacyjnej, społecznej, dostosowujemy miejskie placówki czy placówki pomocy społecznej, które zajmują się osobami w trudnej sytuacji, do bieżących potrzeb. Dużo nowych projektów pojawia się w obszarze opieki senioralnej, tzw. silver economy. Nie można też zapomnieć o projektach, w których poprawiamy miejską przestrzeń poprzez zieleń – przebudowę placów, bulwarów, to nasz flagowy projekt – wskazuje wiceprezydent m.st. Warszawy.

W ramach programu inwestycyjnego planowana jest budowa obiektów infrastrukturalnych, m.in. dwudziestu pięciu przedszkoli, siedemnastu szkół, dwunastu żłobków, dwóch szpitali oraz modernizacja sześćdziesięciu szkół, szesnastu przedszkoli, sześciu szpitali, pięciu żłobków i dziesięciu przychodni.

Duża część środków trafi też na kulturę. Jak podkreśla wiceprezydent stolicy, jest coraz większa presja na budowę oferty kulturalnej, która podnosi prestiż miasta.

– W najbliższym czasie czeka nas realizacja trzech największych inwestycji kulturalnych w historii miasta: Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Teatr Rozmaitości Warszawa oraz Sinfonia Varsovia. To będzie historyczny przełom. Tylko te trzy inwestycje łącznie będą kosztowały ponad 1,1 mld zł. Warszawa nigdy nie miała w jednym momencie tak dużego budżetu na budowę instytucji kultury – przekonuje Michał Olszewski.

Miasto zapowiada też powstanie centrów lokalnych na Mokotowie, Ochocie, Rembertowie, Ursusie, Żoliborzu i Wawrze. Planowane są też liczne przedsięwzięcia związane z rewitalizacją Pragi Północ i Południe.

Ale inwestycje w mieście to nie tylko wielkie projekty. W planie na ten rok ujęto też 257 przedsięwzięć związanych z budżetem partycypacyjnym na kwotę ok. 30 mln zł.

– W ostatnich latach mamy coraz więcej tytułów inwestycyjnych, coraz więcej mniejszych inwestycji. To efekt budżetu partycypacyjnego, w którym mieszkańcy sami zgłaszają swoje propozycje. Zaczynamy poprawiać drobne rzeczy, nie tylko zieleń, lecz także dostępność chodników, placów zabaw, przestrzeni rekreacyjnej. Mamy kilka takich projektów, które są bardzo ważne z punktu widzenia kształtowania postaw ekologicznych, jak np. Centrum Edukacji Ekologicznej – zaznacza Michał Olszewski.

Priorytetem dla miasta jest walka ze smogiem, na który duży wpływ – oprócz ruchu drogowego – ma liczba „kopciuchów”, czyli pieców starego typu. Tych zaś społecznicy naliczyli w Warszawie blisko 2 tysiące. Oprócz likwidacji szkodliwych kotłów, wprowadzono całkowity zakaz stosowania niektórych paliw. Zdaniem Olszewskiego, do 2021–2022 roku możliwe jest wyeliminowanie kopciuchów.

– Gospodarka odpadami to obszar, w którym czeka nas trochę dużych inwestycji, takich jak rozbudowa i modernizacja spalarni odpadów. Jest to problem trochę prostszy do rozwiązania niż zła jakość powietrza, bo jest łatwiej rozwiązywalny infrastrukturą, natomiast w przypadku jakości powietrza dużo zależy od zachowań mieszkańców, tego, w jaki sposób się poruszają, czym palą w piecach. Tu władze miasta mają o wiele mniejszy wpływ niż na gospodarkę odpadami – podkreśla Michał Olszewski.

Dzięki odpowiedniemu ociepleniu domu jednorodzinnego zużycie energii można zmniejszyć o prawie 70 proc. Taka inwestycja pomaga w walce ze smogiem

Dzięki odpowiedniemu ociepleniu domu jednorodzinnego zużycie energii można zmniejszyć o prawie 70 proc. Taka inwestycja pomaga w walce ze smogiem 3

Rynek termomodernizacji rozwija się jeszcze szybciej niż cały rynek budowlany. Eksperci zauważają, że rosną wymogi dotyczące energooszczędności, pojawiają się nowe regulacje, coraz większa jest też świadomość samych konsumentów dotycząca konieczności termomodernizacji budynków jednorodzinnych. Taka inwestycja z jednej strony wpływa lokalnie na jakość powietrza, a z drugiej strony – potrafi ograniczyć koszty ogrzewania nawet o 2/3. 

– Branża budowlana jest prawdopodobnie w najlepszej sytuacji od kilkunastu lat – zarówno w Polsce, jak i w Europie. Bierze się to z kilku przyczyn, najważniejszą jest znaczący wzrost gospodarczy w Polsce. Do tego dochodzą środki unijne, które są mocno absorbowane przez samorządy i firmy. Perspektywy rozwoju branży wydają się bardzo dobre i stabilne w kolejnych 2–3 latach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Kielar, prezes zarządu Rockwool Polska.

O systematycznej poprawie koniunktury w budownictwie świadczą wskaźniki makroekonomiczne. Według GUS w lutym tego roku produkcja budowlano-montażowa była wyższa o 31,4 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem 2016 roku. Tak dobrego lutego nie było od trzech lat. Trwający od kilkunastu miesięcy boom w budownictwie i rosnący popyt sprawia, że liczba zamówień przekracza już możliwości przedsiębiorstw budowlanych.

– Dla naszej branży istotne jest to, że wzrastają wymagania dotyczące energooszczędności. Rynek termomodernizacji rozwija się jeszcze dynamiczniej niż rynek budowalny. Poprawiają się uwarunkowania prawne, a także świadomość konieczności izolowania i budowania bardziej energooszczędnych budynków. To wymusza na rynku stosowanie bardziej energooszczędnych rozwiązań – mówi Andrzej Kielar.

Zgodnie z unijnym prawodawstwem od 2021 roku na terenie całej Unii Europejskiej nowo powstające budynki muszą się charakteryzować bardzo niskim zapotrzebowaniem na energię. Energooszczędność coraz mocniej zaznacza się też w świadomości samych konsumentów. Z ubiegłorocznego badania „Budownictwo energooszczędne oczami Polaków”, przeprowadzonego przez Kantar Public na zlecenie firm Danfoss, H+H, Rockwool i Velux, wynika, że 88 proc. Polaków zdecydowałoby się na budowę energooszczędnego domu. Co czwarty jest w pełni przekonany do takiej inwestycji. Główny powód to kryterium ekonomiczne, czyli oszczędności na kosztach eksploatacji i utrzymania. 84 proc. Polaków uważa również, że budowa domów energooszczędnych pozwala zmniejszyć problem smogu.

– Walka ze smogiem to wielowymiarowe zjawisko. Wiąże się przede wszystkim z niską emisją, czyli zanieczyszczeniami, które powstają przy spalaniu często bardzo złej jakości paliw w domach jednorodzinnych. Ale dotyczy również ograniczenia energochłonności takich budynków. Najlepszym na to sposobem jest termomodernizacja. Zanim będziemy ingerować w źródło ciepła, powinniśmy docieplić budynek. Jeżeli tego nie zrobimy – możemy zmienić źródło ciepła na bardziej wydajne i ekologiczne, ale ilość energii, która jest potrzebna do ogrzania tego budynku, i tak pozostanie taka sama – wskazuje Andrzej Kielar.

Jak wskazuje prezes Rockwool Polska, w przypadku budynków jednorodzinnych dobra termomodernizacja może ograniczyć zapotrzebowanie na energię aż o 2/3. To istotne o tyle, że nawet 70 proc. kosztów utrzymania takich budynków stanowią właśnie koszty ogrzewania.

– To wymierny efekt zarówno dla kieszeni użytkownika, jak i dla powietrza, bo emisja zostaje w ten sposób eliminowana. Około 90 proc. wszystkich zanieczyszczeń, które określamy jako smog, w polskich warunkach jest generowane przez tzw. niską emisję, czyli właśnie przez domy jednorodzinne – mówi Andrzej Kielar.

Potencjał termorenowacji i przełożenie na jakość powietrza dostrzegł też rząd, który pracuje nad projektem ustawy regulującej zasady wsparcia termomodernizacji budynków dla osób ubogich i wykluczonych energetycznie. Niebawem ma ruszyć pilotażowy program, w którym na ten cel zostanie przeznaczone 180 mln zł.

Na polskim rynku Rockwool działa od 25 lat. W tym czasie firma zainwestowała w swoje zakłady produkcyjne przeszło 1,6 mld zł, z czego 600 mln zł tylko w ciągu trzech ostatnich lat. Niedawno spółka zakończyła modernizację linii produkcyjnej w zakładzie w Małkini, a obecnie prowadzi kolejną inwestycję w tym zakładzie, która zakończy się w drugim kwartale przyszłego roku. Nowa linia, która powstaje w Małkini, pozwoli spółce zwiększyć moce produkcyjne. W 2016 roku zakończyła się też warta 330 mln zł modernizacja linii produkcyjnej w Cigacicach. Pierwszym filarem działalności grupy jest poprawa bezpieczeństwa pożarowego. Drugi filar to obniżenie zużycia energii w budynkach i w przemyśle oraz poprawa jakości powietrza.

– Znakomicie wpisujemy się we wszelkie trendy związane z termorenowacją i poprawą energooszczędności. Zapewniamy pewnego rodzaju bezpieczeństwo, głównie pożarowe. Bardzo wiele cech, które są charakterystyczne i unikalne dla wełny skalnej, może być wykorzystywane w budownictwie – mówi Andrzej Kielar.

Europejskie firmy inwestują w nową flotę aut. Polski producent przyczep i naczep chce skorzystać na tym trendzie

Europejskie firmy inwestują w nową flotę aut. Polski producent przyczep i naczep chce skorzystać na tym trendzie 4

Rynek naczep i przyczep w Europie dynamicznie rośnie. Również w Polsce zanotował w ostatnim czasie 9-proc. wzrost. Korzystny trend przekłada się na wyniki krajowych producentów. Grupa Wielton, jeden z największych producentów naczep i przyczep w Europie, w I kwartale zanotowała wzrost przychodów o 26 proc. Spółka chce wykorzystać dobrą koniunkturę i realizuje szereg inwestycji, które mają zwiększyć jej moce produkcyjne i portfolio produktowe. Stawia m.in. na automatyzację produkcji.

– Rynek naczep i przyczep w Europie znajduje się obecnie w fazie dynamicznego wzrostu – w pierwszym kwartale bieżącego roku we Francji wzrósł o 12 proc., we Włoszech o blisko 14 proc., a w Polsce o ponad 9 proc. w ujęciu rok do roku. Patrząc przez pryzmat danych rejestrowych za kwiecień, utwierdzamy się w przekonaniu, że II kwartał br. będzie podobny pod względem dynamiki wzrostu, aczkolwiek oczekujemy, że w drugim półroczu może nastąpić pewne spowolnienie. Rynek europejski nie będzie już rósł w tempie kilkunastu procent rok do roku, będzie to raczej wzrost kilkuprocentowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Golec, prezes zarządu Wielton.

Grupa Wielton to jeden z trzech największych producentów naczep, przyczep i zabudów samochodowych w Europie, a także jeden z dziesięciu największych w tej branży na świecie. W I kwartale łączna sprzedaż Grupy wyniosła blisko 4,4 tys. sztuk i była o ponad 20 proc. większa niż w analogicznym okresie 2017 roku. Osiągnięte przychody (prawie 480 mln zł) były o jedną czwartą wyższe niż przed rokiem, dzięki czemu zysk netto był na rekordowo wysokim poziomie, biorąc pod uwagę historyczne wyniki I kwartału (20,2 mln zł). W omawianym okresie blisko 70 proc. produkcji Grupa przeznaczyła na eksport.

– Umocniliśmy naszą pierwszą pozycję we Francji z blisko 19-proc. udziałem w rynku. Jesteśmy na pozycji nr 3 w Polsce z ponad 15-proc. udziałem oraz nr 5 w Rosji i we Włoszech. W tej chwili budujemy swoje udziały rynkowe w Niemczech, gdzie rok temu przejęliśmy spółkę Langendorf. Chcielibyśmy, żeby te udziały rynkowe w perspektywie 5 lat sięgnęły około dwóch tysięcy sztuk sprzedaży rocznej – mówi Mariusz Golec.

W ostatnim kwartale ubiegłego roku skonsolidowana sprzedaż Wielton i Langendorf na niemieckim rynku wyniosła nieco ponad sześćset sztuk produktów.

– Rynek niemiecki jest największym w Europie, z wielkością sprzedaży na poziomie 58 tys. sztuk w ubiegłym roku. Druga jest Francja ze sprzedażą 24,5 tys. Zaraz za nią plasuje się rynek polski, na którym łącznie zarejestrowano 23,8 tys. sztuk pojazdów. Pozycja Polski w Europie jest więc bardzo mocna –ocenia Mariusz Golec.

Grupa Wielton koncentruje się na inwestycjach, które mają zwiększyć moce produkcyjne przedsiębiorstwa. Jedną z najnowszych inwestycji, która znajduje się obecnie w fazie testów, jest zautomatyzowana linia lakiernicza do antykorozyjnego zabezpieczania podwozi i skrzyń metodą kataforezy. W kolejnych miesiącach planowane jest też oddanie do użytku dwóch linii do spawania belek głównych ram naczep, a także linii mającej usprawnić transport dolny i górny dla pneumatyki oraz montaż osi podwozia.

– W strategii mamy zapisany wzrost organiczny i poprzez akwizycje. Do wzrostu organicznego niezbędne są moce produkcyjne i na tym dzisiaj koncentrujemy swoje działania inwestycyjne. Te trzy inwestycje pozwolą nam zwiększyć moce produkcyjne, a także poprawić efektywność – podkreśla Mariusz Golec.

W planach przedsiębiorstwa jest również budowa nowoczesnego zakładu produkcji chłodni. Inwestycja jest na etapie projektowania, a jej zakończenie planowane jest na 2019 rok. Koszt inwestycji to 20 mln zł, z czego blisko połowa zostanie dofinansowana dzięki umowie zawartej z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju.

Prezes spółki ocenia, że przyszłością branży jest dopasowanie produktów do indywidualnych potrzeb klientów oraz dostarczanie kompleksowych rozwiązań, obejmujących m.in. monitorowanie produktu i przewożonego towaru.

– Inwestycje w Wielton to także automatyzacja procesów. Dzisiaj, podążając w kierunku przemysłu 4.0, fabryk przyszłości, wiemy, że niezbędna jest robotyzacja, automatyzacja i łączenie tych wszystkich systemów w jedną całość, aby poprawiać efektywność działania organizacji – mówi Mariusz Golec –Przyszłość dla naszej branży to także autonomiczność wspierająca, która nie wyeliminuje kierowcy, ale będzie go wspierać w jego działaniu. Czeka nas również zmiana w obszarze kompetencji naszych pracowników. Nowe technologie, roboty, touchpady – to w najbliższej przyszłości będzie codzienność. Do tego musimy się przygotować, tak aby konkurencja nie była nas w stanie wyprzedzić – dodaje.

Polska musi postawić na inwestycje w innowacje. To klucz do zbudowania konkurencyjnej gospodarki

Polska musi postawić na inwestycje w innowacje. To klucz do zbudowania konkurencyjnej gospodarki 5

Udział inwestycji w PKB wynosi 17–18 proc., co przekłada się na niską pozycję w rankingach innowacyjności i konkurencyjności na świecie. Tymczasem właśnie inwestycje w nowe technologie, robotyzacja, innowacje oraz badania i rozwój to przepis na długofalowy i jakościowy wzrost gospodarczy. Bez ich zwiększenia nie dogonimy najbardziej rozwiniętych gospodarek – wynika z raportu „Inwestycje szansą dla rozwoju Polski”. Aby polska gospodarka mogła aktywnie uczestniczyć w 4.0, potrzebne są też edukacja oraz odpowiednia infrastruktura, dzięki której mogą się rozwijać cyfrowe biznesy.

– Inwestycje tworzą podstawy długotrwałego rozwoju, a także budują pozycję konkurencyjną gospodarki. Możliwy jest wzrost gospodarczy, który będzie głównie oparty o większą konsumpcję, ale w dłuższym okresie gospodarka, która w taki sposób funkcjonuje, nie zbuduje pozycji konkurencyjnej. Dlatego ważne jest, żeby inwestować w te dziedziny, które będą się rozwijać w przyszłości i które mogą dać krajowi możliwość zbudowania lepszej pozycji w stosunku do konkurencji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Grzegorz Baczewski, dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan.

Pod względem wartości PKB Polska jest 23. gospodarką świata i 8. gospodarką Unii Europejskiej. Jednocześnie konkurencyjność i innowacyjność nad Wisła kuleją. Jesteśmy dopiero 15. gospodarką w UE i 39. na świecie pod tym względem. Także innowacyjność nie jest naszą mocną stroną. W Globalnym Rankingu Innowacji Polska zajmuje 38. miejsce na świecie i 23. spośród 28 krajów Unii. Z raportu „Inwestycje szansą dla rozwoju Polski”, który przygotowali Konfederacja Lewiatan i Orange Polska, wynika, że Polska budowała pozycję konkurencyjną w oparciu o wyczerpujące się tzw. rezerwy proste, nie zaś o innowacyjność konieczną do długofalowego i jakościowego rozwoju państwa. W 2008 roku udział inwestycji w PKB wynosił ponad 23 proc. Obecnie to 17–18 proc. Według prognoz, w 2050 roku Polska będzie spadać w rankingu największych gospodarek, w dużej mierze właśnie ze względu na braki w innowacyjności.

– Poziom inwestycji w polskim PKB zależy od inwestycji publicznych i te są m.in. tworzone w ramach funduszy unijnych. Połowa całości inwestycji w gospodarce to z kolei inwestycje przedsiębiorstw i właśnie na tej części należy się skupić. Musimy zwiększać skłonność przedsiębiorstw do inwestowania, ale to zależy m.in. od warunków dla prowadzenia biznesu, dostępności kapitału i zasobów, które pozwolą realizować inwestycje skutecznie. To także kapitał ludzki, otoczenie biznesu, środowisko regulacyjne, warunki podatkowe oraz dostęp do potencjalnego wsparcia – wskazuje Baczewski.

Do udziału w rewolucji 4.0 potrzebne są Polsce również inwestycje infrastrukturalne. Kluczowe znaczenie ma rozbudowa dostępu do internetu dużych prędkości. Nowoczesna infrastruktura telekomunikacyjna jest niezbędna, aby zbudować gospodarkę opartą na danych. W 2017 roku Polska była na 22. miejscu w UE, jeśli chodzi o dostęp firm do sieci szerokopasmowych i szybkiego internetu. Sytuacja zmienia się jednak na lepsze.

– Budowanie usług nowej generacji jest możliwe dzięki sieci szybkiego internetu opartego m.in. na technologii światłowodowej. Zadaniem na teraz jest jej rozwój. Orange Polska planuje do 2020 roku umożliwić podłączenie do internetu w tej technologii pięciu milionów gospodarstw domowych, co oznacza, że dostęp do superszybkiego internetu będzie mogło uzyskać ok. 10–15 mln mieszkańców naszego kraju – mówi Witold Drożdż, dyrektor wykonawczy ds. korporacyjnych w Orange Polska.

Obecnie w zasięgu światłowodów Orange Polska znajduje się ponad 2,7 mln gospodarstw domowych i firm. Na koniec 2020 roku ma to być już co najmniej 5 mln, nie tylko w dużych miastach, ale także w małych miejscowościach oraz na wsiach. Na rozbudowę sieci światłowodowej w całym kraju w latach 2016–2020 operator chce wydać ponad 4 mld zł.

W ciągu ostatnich 10 lat poprawiły się warunki do prowadzenia biznesu. W rankingu Doing Business Polska awansowaliśmy w tym czasie o niemal pięćdziesiąt pozycji – z 74. na 27. miejsce. Polscy przedsiębiorcy wciąż jednak skarżą się m.in. na częste zmiany regulacji i ram prawnych prowadzenia działalności. Choć większość firm chce inwestować, wiele wstrzymuje się z decyzjami, tłumacząc to niestabilną sytuacją legislacyjną. Dla ożywienia inwestycji kluczowe będzie zwiększenie skłonności do inwestowania zwłaszcza średnich i dużych firm, które odpowiadają za 70–75 proc. wszystkich nakładów inwestycyjnych przedsiębiorstw.

– Gdy patrzymy na nastroje przedsiębiorców i ich oceny sytuacji gospodarczej, co najbardziej przyciąga uwagę, to trudności w dostępie do zasobów siły roboczej i  niepewność, która płynie ze sfery regulacyjnej, zwiększając ryzyko inwestycji. To na czym powinniśmy się skupić to lepsza edukacja i stworzenie systemu uczenia się przez całe życie, który pozwoli ludziom rozwijać umiejętności i w pełni angażować się w procesy inwestycyjne w nowych technologiach. Ważne też, aby państwo tworzyło stabilne warunki dla firm – mówi dr Grzegorz Baczewski.

– Ze strony państwa potrzebujemy stabilnego, przewidywalnego prawa, które pozwala w średnim i długim horyzoncie planować procesy inwestycyjne z odniesieniem do aktualnie obowiązującego prawa albo takiego, które jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Co za tym idzie, ewentualny proces stanowienia nowego prawa powinien być transparentny i konsultowany szeroko ze wszystkimi uczestnikami rynku – dodaje Witold Drożdż.

Jednym z większych wyzwań dla Polski jest też zmiana systemu edukacji na opartą na nowych technologiach informacyjno-komunikacyjnych. Niezbędne jest ustawiczne kształcenie, inwestycja w wiedzę i umiejętności, aby nikogo nie wykluczać się z życia gospodarczego.

– Z nowoczesnych technologii i usług korzystają ludzie, którzy muszą chcieć i umieć to robić. Dlatego konieczne jest kreowanie popytu na rozwiązania cyfrowe i rozwijanie systemu edukacji, który umożliwia młodym ludziom zdobywanie umiejętności korzystania z nowych technologii – wskazuje Witold Drożdż.

Rząd uruchamia akcelerator cyberbezpieczeństwa. W jednym miejscu skupi najważniejsze firmy i start-upy z tego segmentu

Rząd uruchamia akcelerator cyberbezpieczeństwa. W jednym miejscu skupi najważniejsze firmy i start-upy z tego segmentu 6

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii planuje stworzyć kampus technologiczny zrzeszający wszystkich polskich specjalistów od cyberbezpieczeństwa w jednym miejscu. Już tej jesieni ma być wyłoniony operator przedsięwzięcia. Akcelerator przedsiębiorczości wzorowany na izraelskich rozwiązaniach ma zadbać o bezpieczeństwo państwa i przyciągnąć do Polski inwestorów z branży IT.

– Chcemy, aby firm, które zajmują się cyberbezpieczeństwem, było w Polsce więcej. Po drugie, aby dostarczały usługi dla polskiej administracji, po trzecie aby były w stanie promować się i pokazywać na zewnątrz. W tym celu za chwilę będziemy ogłaszać konkurs na akcelerator poświęcony cyberbezpieczeństwu, mamy nadzieję jesienią wyłonić operatora, który za sprawą programu akceleracyjnego skupi wszystkie spółki i talenty zajmujące się cyberbezpieczeństwem w jednym miejscu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.

Ministerstwo zaprosiło do współpracy i współtworzenia akceleratorów również organy administracji publicznej, które powinny być najbardziej zainteresowane projektami skupionymi wokół poprawy bezpieczeństwa przechowywania danych. Minister przyznała także, że polscy specjaliści odpowiedzialni za wdrażanie Doktryny cyberbezpieczeństwa RP bardzo mocno inspirują się rozwiązaniami wypracowanymi przez izraelskie władze na przestrzeni ostatnich kilku lat.

Izrael już w 2014 roku zapowiedział zbudowanie Narodowego Parku Cybernetycznego CyberSpark, w którym naukowcy, biznesmeni oraz start-upowcy współpracują nad wdrażaniem nowych mechanizmów cyberbezpieczeństwa. Kampus w Beer Szewie stanowi dziś jedno z najważniejszych centrów technologiczno-biznesowych Izraela, zrzeszając wokół siebie największe firmy oraz specjalistów z całego świata.

– Uczymy się od najlepszych. Dzisiaj najważniejsze pytanie to, jak sprawić, by wszystkie instrumenty, które w Polsce cyberbezpieczeństwem się zajmują, współpracowały ze sobą. I tutaj Izrael służy nam dobrym przykładem – przekonuje minister.

Jeśli polskie władze powielą izraelskie rozwiązania, firmy i start-upy współpracujące w ramach akceleratora mogą liczyć np. na ulgi podatkowe, dofinansowanie pensji pracowników czy szkolenia w zakresie cyberbezpieczeństwa. Ministerstwo liczy także na ścisłą współpracę intelektualną pomiędzy specjalistami z polskiego a izraelskiego kampusu technologicznego.

– Oczekujemy, że w wyniku wspólnych programów akceleracyjnych, nad którymi teraz pracujemy z izraelskim start-up Nation, powstaną firmy polsko-izraelskie opracowujące wspólne, ciekawe rozwiązania, atrakcyjne nie tylko dla Polski i Izraela, lecz także dla całego świat – twierdzi Jadwiga Emilewicz.

Według raportu opracowanego przez Cybersecurity Ventures od 2017 do 2021 roku wydatki na cyberbezpieczeństwo wzrosną do przeszło biliona dolarów. Autorzy raportu przewidują, że do 2021 roku rynek będzie rósł w tempie 12–15 proc. w skali roku.

Doktrynę cyberbezpieczeństwa RP opublikowano w 2015 roku jako odpowiedź na rosnące zagrożenie ze strony zorganizowanej cyberprzestępczości.

Satelity Putina: Jak Rosja będzie podbijać kosmos

„Rosja w ciągu najbliższych kilku lat wprowadzi na orbitę 600 satelitów komunikacyjnych, nawigacyjnych i teledetekcyjnych w programie Sfera” –  powiedział prezydent Władimir Putin w programie telewizyjnym „Linia prosta”. Mówiąc o potrzebie przywrócenia przywództwa w kosmosie w celu wystrzeliwania rakiet, Władimir Putin wspomniał o planach projektu Sfera, a także projekcie stworzenia ciężkiego pocisku. Według Putina uruchomienie ciężkiego pocisku powinno rozpocząć się w 2022 r., a pierwsze załogowe starty wystartować w 2024 r.

Wcześniej, w kwietniu 2018 r., Roskosmos zamówił szkic superciężkiej rakiety. Według wstępnych planów, opracowanie i uruchomienie superciężkiego kompleksu rakietowego (pocisk rakietowy i platforma startowa) powinno zostać przeprowadzone w ciągu najbliższych 10 lat. Jednak dane, dotyczące podziału finansowania projektu, nie były jeszcze dostępne w całości . Co więcej, pod koniec maja, dziennik Izwiestija, poinformował o możliwym obniżeniu budżetów Roskosmosu.

Program „Kula” nie został wcześniej wymieniony. Pojawiły się doniesienia o stworzeniu satelitów komunikacyjnych Sfera-B do 2018 r., Ale w tamtym czasie nie pasowały one do planowanych charakterystyk. Roskosmos zaproponował projekt Efir (z ros. eter) do uruchomienia 288 satelitów, w celu zapewnienia dostępu do Internetu w przestrzeni na terytorium Rosji. Budżet projektu oszacowano na prawie 300 miliardów rubli. Ale informacji przyznaniu finansowania nie udzielono.

Rosja ma obecnie na orbicie około 120 działających statków kosmicznych. Wzrost tej liczby o pięć razy jest w stanie na wiele przywrócić Rosji przywództwo w zakresie startów kosmicznych. Jest to jednak bardzo ambitne zadanie, ponieważ koszt wystrzelenia istniejących rosyjskich rakiet szacuje się na 40-60 milionów dolarów, więc wprowadzenie tak dużej grupy satelitów będzie kosztować miliardy dolarów.

Jak Rosja będzie dostarczać gaz do Chin

Eksportowe plany Rosji w kierunku wschodnim są bardzo ambitny. Jednakże Moskwa i Pekin różnią się nieco w ocenie perspektywicznego łącznego wolumenu dostaw rosyjskiego gazu

24 maja rozpocznie się Petersburskie Międzynarodowe Forum Ekonomiczne (PMFE-2018). Ministerstwo spraw zagranicznych CHRL już ogłosiło, że na spotkanie przybędzie delegacja  wysokiego szczebla. PMFE stał się ważnym obszarem do wzmacniania więzi inwestycyjnych i gospodarczych między Rosją a Chinami.

W ramach deklarowanej przez Rosję strategii „zakręt na Wschód” Moskwa i Pekin w ostatnich latach poważnie wzmocniły współpracę gospodarczą — partnerzy w dalszym ciągu zwiększają obrót towarowy. W szczególności na linii eksportu rosyjskiego surowca węglowodorowego do Chin: Rosja „pompuje” w Chiny coraz więcej ropy naftowej, a już w grudniu od przyszłego roku CHRL zacznie otrzymywać rosyjski gazociąg. Przy tym Pekin już nie raz deklarował swoją opinię na temat polityki sancyjnej Waszyngtonu wobec Moskwy — tutaj Chiny nie widzą przeszkód do współpracy inwestycyjnej z Rosją.

Na celowniku w centrum kształtowania się współpracy surowcowej między Moskwą i Pekinem, są symbioza i synergia: Chiny nadal będą otrzymywać odpowiednie ilości surowców energetycznych, które są coraz bardziej potrzebne dla rozwijającej się gospodarki, a Rosja — bezpiecznego strategicznego kupującego.

Ponadto, obecna atmosfera polityczna w Europie skłania Rosję do dywersyfikacji ryzyka eksortowego w układzie „Wschód — Zachód”, co jest istotnym czynnikiem dla stabilności krajowego sektora energetycznego.

Wiceprezes zarządu Gazpromu, Witalij Markelow, 14 maja podkreślił, że dostawa rosyjskiego gazu do chińskiej spółki CNPC (China National Petroleum Corporation) poprzez gazociąg Siła Syberii rozpocznie się na warunkach umowy – 20 grudnia 2019 roku. Wytyczono ponad 75% liniowej części gazociągu – odcinek od pola Chajandińskiego do Błagowieszczeńska. „Gazprom” zamierza ukończyć budowę Siły Syberii do granicy z Chinami przed końcem 2018 roku.

Aneks do umowy na sprzedaż gazu ziemnego na wschodniej trasie (Siła Syberii), zawartej pomiędzy Gazpromem i CNPC jeszcze w pierwszej połowie 2014 roku, została podpisana w lipcu ubiegłego roku w trakcie wizyty przewodniczącego CHRL, Xi Jinpinga, w Moskwie.

Podstawowy kontrakt Gazpromu i CNPC w sprawie dostaw gazu przez Siłę Syberii jest zawarty na okres 30 lat. Wraz z wydaniem systemu na planowaną moc CHRL, co roku będzie otrzymywał na 38 mld metrów sześciennych gazu. Wraz z wprowadzeniem systemu do możliwości projektowych ChRL, będzie on co roku otrzymywać 38 miliardów metrów sześciennych gazu.

Ponadto planujemy, że nasz gaz będzie dostarczany do Chin jeszcze dwoma drogami. Tak więc w 2015 roku Gazprom i CNPC podpisały porozumienie w sprawie podstawowych warunków dostaw gazu ze złóż zachodniej Syberii do Chin wzdłuż tak zwanej zachodniej trasy (Siła Syberii-2). Zdolność projektowa tego systemu wynosi do 30 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie. Jednak parametry cenowe umowy nie zostały jeszcze ostatecznie określone w tym miejscu. Strona chińska dała już do zrozumienia, że możliwe są nowe korekty – w kierunku zmniejszenia wydajności rury.

Również Gazprom kontynuuje rozmowy z CNPC w sprawie dostaw gazu rurociągowego z Dalekiego Wschodu. „Planujemy osiągnąć podstawowe warunki dostaw gazu z Dalekiego Wschodu do końca 2017 roku”, powiedział Aleksiej Miller w ramach SPIEF-2017 (St. Petersburg International Economic Forum). Jednak jak dotąd dialog w tej sprawie nie wykracza poza fazę aktywną.

Jak widać, rosyjskie plany eksportowe na wschodzie są bardzo ambitne. Ale Moskwa i Pekin wciąż nie są w stanie ocenić potencjalnego łącznego wolumenu dostaw rosyjskiego gazu do Państwa Środka. Na SPIEF-2018 może być możliwe podjęcie odpowiednich prób połączenia pozycji.

Korzystny moment dla Rosji w zbliżającym się otwarciu chińskiego eksportu i fakt, że powinien on otrzeźwić Stary Świat – w Brukseli z pewnością retoryka o hegemonii Gazpromu przycichnie. Na przykład, komisarze europejscy będą mogli odwołać się do cytatu Aleksieja Millera, że jeśli infrastruktura przyjmująca nie zostanie zbudowana w terminie po stronie UE (na granicy turecko-greckiej) w części tworzącej trasę korytarza południowego, w oparciu o projekt Turkish Stream, to gaz „przejdzie” na inne rynki.

W dłuższej perspektywie Moskwa stawia na parytet rynków zbytu w układzie „Wschód — Zachód”, który dywersyfikuje ryzyko eksportowe Rosji A Komisja Europejska będzie usprawiedliwiona jako wystawca prawnych przeszkód dla działalności Gazpromu w krajach UE.

Amerykański rynek pracy radzi sobie świetnie

Piątek przyniósł kolejne bardzo dobre informacje z amerykańskiego rynku pracy. W maju rynek wytworzył 223 tys. miejsc pracy (konsensus zakładał wzrost o 188 tys.), tym samym indeks ponownie znalazł się powyżej psychologicznego poziomu 200 tys. Średnia krocząca z dwunastu miesięcy wzrosła ponownie do poziomu 197 tys. – najwyższego od roku.

Wykres 1: Zmiana zatrudnienia w sektorach pozarolniczych w USA (2013-2018)

Zmiana zatrudnienia w sektorach pozarolniczych w USA
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 01/06/18

Raport z rynku pracy zawierał również informacje o wzroście dynamiki płac, która przyspieszyła do 2,7% rocznie. Zarobki w maju rosły najszybciej od początku roku (Wykres 2). Tempo wzrostu płac jest niewiele wolniejsze od najwyższego od ośmiu lat poziomu, który zanotowaliśmy we wrześniu 2017 r. Co więcej, stopa bezrobocia niespodziewanie spadła do 3,8%, czyli najniższego poziomu od osiemnastu lat (technicznie rzecz biorąc było to nawet mniej – 3,775%, jednak wynik został zaokrąglony w górę). Pozytywnie zaskoczyła również stopa partycypacji.

Wykres 2: Dynamika przeciętnych godzinowych zarobków w US w ujęciu rocznym (2008-2018)

Dynamika przeciętnych godzinowych zarobków w US w ujęciu rocznym
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 01/06/18

Dzisiejsze dane są kolejnym pozytywnym znakiem, który sugeruje, że gospodarka Stanów Zjednoczonych radzi sobie lepiej niż większość rozwiniętych gospodarek świata. Dane potwierdzają również nasze oczekiwania dotyczące podwyżek stóp procentowych – do najbliższego wzrostu kosztów kredytu powinno dojść już w czerwcu. Całościowo, bieżący rok powinien przynieść naszym zdaniem cztery podwyżki stóp procentowych w USA. Rynki obecnie szacują, że prawdopodobieństwo wystąpienia takiego scenariusza to 25% – postępujący wzrost prawdopodobieństwa tego scenariusza powinien wspierać amerykańską walutę w relacji do euro i polskiego złotego.

Autor: Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

BioMaxima S.A. będzie rosnąć poprzez realizowane inwestycje

BioMaxima S.A., notowany na NewConnect polski producent podłoży mikrobiologicznych, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, zakończyła 2017 r. jednostkowym zyskiem netto w wysokości 808 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie 29.726 tys. zł. Spółka w minionym roku koncentrowała swoje działania na przygotowywaniu i realizowaniu nowych projektów inwestycyjnych, które mają pozwolić na jej dynamiczny rozwój i wzrost wartości.

Na poziomie skonsolidowanym BioMaxima S.A. wypracowała w 2017 r. ponad 805 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży sięgnęły 32.955 tys. zł. Poprzedni rok był najbardziej intensywny w historii Spółki pod względem wielkości pozyskanego finansowania zewnętrznego, ilości i skali przygotowywanych oraz uruchamianych projektów rozwojowych. Pomimo realizowania bardzo znaczącego programu inwestycyjnego, wiążącego się z dodatkowymi kosztami, BioMaxima S.A. zanotowała wzrost przychodów zarówno w ujęciu jednostkowym, jak i skonsolidowanym, rozwijając przy tym swój core business oraz utrzymując wskaźniki finansowe na bardzo bezpiecznym poziomie. Zarząd Spółki jest przekonany, że prowadzone inwestycje umożliwią jej wejście na znacznie wyższy stopień rozwoju oraz przełożą się na umacnianie pozycji rynkowej.

„Rok 2017 poświęciliśmy na programowanie inwestycji, które umożliwią BioMaxima przyspieszony rozwój w następnych latach. Zaplanowane w ubiegłym roku projekty oraz zorganizowane finansowanie będą skutkowały wprowadzeniem do sprzedaży nowego asortymentu pozwalającego Spółce na zwiększenie przychodów oraz reorganizację przedsiębiorstwa, umożliwiającą poprawę wskaźników finansowych po zakończeniu inwestycji.” – podkreśla Łukasz Urban, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.

We wrześniu ub. roku rozpoczęte zostały prace przy budowie nowego Zakładu Produkcyjnego oraz Centrum Badawczo-Rozwojowego w Lublinie, które na dzień publikacji raportu przebiegają terminowo. Nowy Zakład umożliwi Spółce zwiększenie jej wydajności oraz poszerzenie oferty o nowe linie produktowe. W 2017 roku BioMaxima S.A. zainicjowała we współpracy z zespołem UMCS w Lublinie projekt opracowania innowacyjnej technologii testów do oznaczania minimalnego stężenia hamującego (ang. Minimal Inhibitory Concentration, MIC) antybiotyku, która uzupełni portfel testów AST do badania lekooporności. Prace nad nią zmierzają już w kierunku finalizacji.

W 2017 r. Spółka prowadziła prace badawczo-rozwojowe nad nowym analizatorem biochemicznym BM-200, którego seryjna produkcja ma rozpocząć się w zakładzie w Lublinie w drugim kwartale tego roku. BioMaxima S.A. liczy na wysokie zainteresowanie tym urządzeniem, w szczególności na rynkach zagranicznych. Emitent realizuje również prace rozwojowe szeregu innych nowych technologii w obszarze mikrobiologii w tym produktów Real –Time PCR do szybkiej molekularnej diagnostyki zakażeń mikrobiologicznych żywności, adresowanych do rynku przetwórstwa spożywczego.

„Po zakończeniu budowy zakładu, BioMaxima uruchomi produkcję nowych pozycji asortymentowych jak probówki dip-slide, czy suplementy podłoży mikrobiologicznych, którymi zastąpi obecnie dystrybuowane produkty, co pozwoli Spółce zwiększyć rentowność. W dalszej kolejności będą wprowadzane innowacyjne technologie, takie jak pożywki do hodowli komórkowych, testy MIC, czy kolejny aparat BM 300, które przede wszystkim będą oferowały potencjał wzrostu przychodów. Dzięki tym projektom BioMaxima będzie w coraz większym stopniu polegała na sprzedaży własnych technologii.” – dodaje Prezes Urban.

W 2017 r. rozpoczęto proces konsolidacji rumuńskich spółek BioMaxima Clinical Srl. oraz Roco Sistem Srl., którego nadrzędnym celem jest zbudowanie jednej spójnej organizacyjnie i operacyjnie spółki, zdolnej do bardziej efektywnego działania. Zakończenie tego procesu przesunęło się na 2018 r., ale Zarząd BioMaxima S.A. działając poprzez trzy rumuńskie spółki w dalszym ciągu traktuje rynek w Rumunii jako bardzo perspektywiczny.

Spółka wygenerowała w pierwszym kwartale 2018 r. zysk EBITDA dla jednostki dominującej w kwocie 617 tys. zł oraz 251 tys. zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym, a jej przychody netto ze sprzedaży przekroczyły 7.922 tys. zł. BioMaxima S.A. wprowadziła w minionym kwartale nowe logo oraz system identyfikacji graficznej firmy. Uruchomiony został też nowy serwis internetowy Emitenta. Aktualnie trwają prace nad wdrożeniem nowego systemu informatycznego (ERP) dla Spółki, który usprawni procesy zarządcze, produkcyjne oraz obsługę klienta.

W Szwajcarii zablokowano 1 mld franków Wiktora Wekselberga

Prawnicy Renowy już przygotowują pozwy przeciwko szwajcarskim bankom i ich pracownikom. Zdaniem ekspertów, szanse na uzyskanie odszkodowania strat w sądzie są niewielkie

Szwajcarskie banki, obawiając się sankcji ze strony USA, zablokowały środki na rachunkach osobistych Wiktora Wekselberga, i teraz miliarder zamierza pozwać ich do sądu – poinformował w ubiegłym tygodniu tygodnik Schweiz am Wochenende.

Źródło „Forbes” w grupie Renowa ustaliło, że chodzi o około 1 mld franków. Środki blokowały nie tylko publiczne banki (UBS, Credit Suisse i Julius Baer), ale i prywatne. Jego zdaniem, roszczenia do tych banków są obecnie w trakcie przygotowania. Konta Wekselberga mógł zablokować nawet Bank of Cyprus, którego miliarder jest współwłaścicielem z udziałem 9,27%. O tym „Forbes”, powiedział pracownik jednej ze spółek pracujących z Bank of Cyprus. Jednak tej informacji nie udało się potwierdzić w Renowie.

Schweiz am Wochenende podkreśla, że konta zostały otwarte zgodnie z prawem szwajcarskim, a aktywa w nich były denominowane we frankach, a nie w dolarach. Źródła gazety twierdzą, że oprócz roszczeń cywilnoprawnych wobec banków mogą być złożone i karne — odpowiedzialny za blokadę pracowników. „Szwajcarskie banki są w szponach” — zapewniło nasze źródło w pobliżu Renowy w rozmowie dla wydawnictwa.

Formalnie, sankcje zakładały, że operacje z firmami i osobami, które były pod ich adresem, były zabronione amerykańskim bankom, ale, jak się wydaje, szwajcarskie banki zdecydowały się na reasekurację, uważa partner firmy Tertychny Agabalyan Marat Agabalian. „Banki szwajcarskie są generalnie bardzo ostrożne w relacjach z klientami, ale w tym wypadku obawiają się sankcji w formie odpowiedzialności finansowej wobec USA, ponieważ większość takich banków prowadzi działalność i posiada odpowiednie aktywa w USA, w związku z tym ryzyko utraty aktywów jest wystarczająco duże „, wyjaśnia Agabalian. Władze USA mogą w rzeczywistości nałożyć odpowiednią odpowiedzialność na każdą osobę, która narusza nałożone przez nie sankcje kontynuuje ekspert. Jego zdaniem jest mało prawdopodobne, aby banki naruszyły prawo szwajcarskie: „Najpierw otrzymają 20 opinii prawników, a dopiero wtedy podejmą pewne działania”.

Wykładowca katedry prawa międzynarodowego na Uniwersytecie im. M. Łomonosowa w Moskwie  i ekspert ds. sankcji 1 uważa, że sytuacja jest niejednoznaczna. „Z punktu widzenia prawa szwajcarskiego takie działania (blokada kont Wekselberga. — Forbes) są nielegalne. Z punktu widzenia prawa amerykańskiego, które stosuje się do regulacji sankcji jest to uzasadnione”- wyjaśnia. Zdaniem eksperta, Wekselberg naprawdę ma szanse wygrać sąd w Szwajcarii. „Tylko wyrok będzie salomonowy”, — dodaje rozmówcy Forbes i wyjaśnia: istnieje duże prawdopodobieństwo, że formalnie sąd uzna, że banki naruszyły prawa klienta, a odmowę usługi, powołując się na amerykańskie sankcje, za nielegalną. Ale najważniejsze jest nadal kwestia rekompensaty strat. „Tutaj, powołując się na doktrynę finansowo-ekonomicznej rentowności (przetrwania) banku, sąd najprawdopodobniej nie wyegzekwuje na rzecz Weksleberga znaczących kwot. Banki nałożą na wybitnych ekonomistów i prawników ekspertyzy i będą w stanie udowodnić sądowi, że nieprzestrzeganie amerykańskich wymogów sankcyjnych będzie skutkować ogromnymi karami finansowymi dla banku, odłączeniem się od systemu dolara i ostatecznie— przetrwaniem” — podsumowuje Glandin.

Blokada dotknęła nie tylko kont osobistych Wekselberga. Schweiz am Wochenende twierdzi, że w ciągu kilku dni wiele banków w tym UBS i Credit Suisse, odmawiała rosyjskiemu miliarderderowi dostępu do dużych pakietów akcji w szwajcarskich firmach przemysłowych Sulzer, OC Oerlikon i Schmolz + Bickenbach. Pakiety akcji zostały ustanowione jako zabezpieczenie dwóch kredytów na kwotę ponad 1 mld franków szwajcarskich, które Wekselberg otrzymał od grupy zachodnich banków, wśród których byli JPMorgan, UBS i Credit Suisse. Po wprowadzeniu sankcji w kwietniu Vekselberg musiał spłacić te pożyczki przed terminem. Po spłacie przemysłowe aktywa zostały ostatecznie zwolnione z hipoteki, twierdzi źródło „Forbes” w Renowie. Wcześniej minister finansów Anton Siluanow powiedział dziennikarzom, że „Renova” otrzymała wsparcie państwa, ale  nie chciał powiedzieć, co to było. Jak później wyjaśnił w Ministerstwie Finansów, był to kredyt z Promsvyazbank (PSB) na warunkach rynkowych. Rzecznik Renowy, Andrzej Storch, potwierdził te informacje szwajcarskiemu wydawnictwu: „Nigdy nie zamierzaliśmy ubiegaś się o pomoc finansową do państwa rosyjskiego. I w związku z tym jej nie otrzymaliśmy”. Wyjaśnił, że kredyty były udzielane na warunkach rynkowych.

Z deszczu pod rynnę

Uspokojenie sytuacji politycznej na Półwyspie Apenińskim. Trump i jego kolejne działania w wojnie handlowej. Europa, Kanada i Meksyk nie dadzą za wygraną i straszą odwetem wobec USA. Reakcji na rynkach i walutach jeszcze nie widać.

Italia będzie miała rząd

W ostatnich dniach rynki żyły przede wszystkim tematem Włoch. Finał tego zamieszania też jest zaskakujący. Giuseppe Conte w końcu ugiął się prezydentowi i przyjął misję tworzenia nowego rządu i został tym samym premierem. Przypomnijmy już wcześniej zrezygnował on z tego a kością niezgody było stanowisko ministra finansów. Problem rozwiązano, także eurosceptyczny kandydat otrzyma inne stanowisko. Reakcja na rynkach jest oczywiście pozytywna co widać choćby po włoskich papierach dłużnych, których rentowność znacznie spadła.

Rajoy straci stanowisko premiera

Spora nerwowość jest również w Hiszpanii. Jeszcze dzisiaj swoje stanowisko prawdopodobnie straci premier Rajoy. Sytuacja też rozwija się dość dynamicznie, gdyż jeszcze wczoraj opozycja nie miała wymaganej większości. Czy to coś może zmienić dla rynków? W tym momencie trudno wyrokować, bo o żadnych planach czy pomysłach nie ma mowy. Tak naprawdę nie wiadomo do końca kto obejmie stery w rządzie. Niemniej jednak, patrząc na Włochy jak potrafiły namieszać, trzeba bacznie śledzić i tę część Europy.

Trump znów w formie

Prawdziwy jednak problem dla rynków pojawił się jednak wczoraj. Kolejny raz Trump udowodnił jak potrafi być nieprzewidywalny. Nałożenie ceł na stal i aluminium na UE, Kanadę i Meksyk praktycznie wypowiada wojnę handlową. Tym bardziej, że nie wydaje się, by te kraje miały spokojnie siedzieć i przyjąć bez walki takie zarządzenie prezydenta USA. Działania odwetowe z pewnością będą.

Stąpanie po cienkim lodzie

Tyle tylko, że Trump nie bierze jednego pod uwagę, że Europa może choćby z Kanadą czy Chinami wejść w układ i wymierzyć kontrę w USA. Wtedy Ameryka zamiast zysków z zamykania się na świat może odnieść spore straty. Wydaje się jednak, że prezydent Trump chce w ten sposób ukarać te kraje za sprzeciw wobec zerwania umowy nuklearnej z Iranem przez USA. Niestety więc gdy sytuacja nieco się uspokoiła na rynkach mamy kolejny, który musi wywołać zamieszanie. Póki co jeszcze reakcji na walutach nie widzimy. Euro w stosunku do dolara nawet odrabia straty i jest już na poziomie 1,17.

Kilka ważnych danych z USA

Dzisiaj na rynkach przede wszystkim odczyty z rynku pracy z USA o 14.30. O 16 ważny wskaźnik ISM dla przemysłu też z Ameryki. Jeśli dane okażą się lepsze od prognoz możliwa jest kontra sprzedających na głównej parze walutowej świata. Wtedy też nieco gorzej może się zachowywać złoty, który dzisiaj porusza się w dość wąskim paśmie wahań.

Pawlak Krzysztof – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Wzrost cen w Europie

W tym tygodniu zostały opublikowane wyniki majowego indeksu CPI w strefie euro i w Polsce. W obu przypadkach inflacja wzrasta, jednak głównie z powodu wzrostu cen ropy, który doprowadził do podniesienia cen paliw. W Polsce inflacja między-rocznie wzrosła o 1,7%, a w strefie euro o 1,9%. Nadal nie widać jednak perspektyw do zaostrzenia polityki pieniężnej] w Polsce, jak i w strefie euro. Spekuluje się jedynie na temat tego kiedy w Eurolandzie zostanie ukończony program QE. Jednakże, nawet jeśli zakończyłby się w tym roku, podwyżki stop nie są możliwe wcześniej niż w drugiej połowie przyszłego roku. Do opóźnienia zaostrzenia polityki pieniężnej] może się również przyczynić wzrost ryzyka związanego z sytuacją we Włoszech. W kraju tym własnie zapadła decyzja o wcześniejszych wyborach. Ponadto, w przypadku, gdy sytuacja we Włoszech się nie poprawi, problemy mega pojawić się również w innych krajach. Włoskie turbulencje oddziaływają na inne gospodarki strefy euro, w tym mogą mieć szczególnie negatywny wpływ na gospodarki Grecji, Francji i Hiszpanii. Są to bowiem kraje, które maja już obecnie sporo własnych problemów.

Złoty w ostatnim czasie systematycznie się osłabiał, a w tym tygodniu kontynuował spadek – chociaż tylko minimalnie. Ten stan można przypisać głównie korekcie po wzmocnieniu z ubiegłego i początku obecnego roku. Swoją role odgrywa również opóźnianie zaostrzenia polityki pieniężnej. Ze względu na dobra sytuacje gospodarczą w Polsce można się spodziewać, ze w najbliższych tygodniach dojdzie do korekty, ponieważ osłabienie złotego nie odpowiada obecnej sytuacji gospodarczej kraju. Kurs złotego w piątek rano był na poziomie 4,31 EUR/PLN. Eurodolar na koniec tygodnia wynosił 1,17 EUR/USD.

Presja wydajnościowa w przemyśle jest silna

Odczyt PMI polskiego przemysłu za maj 2018 r. wyniósł 53,3 co pokazuje silny ogólny wzrost sektora. Jednocześnie odczyt jest najniższy od sierpnia 2017 r. co oznacza spowolnienie wzrostu trwającego już 44 miesiąc z rzędu.

W raporcie za maj IHS Markit zwraca uwagę na presję wydajnościową. Poprawa koniunktury jest na tyle silna, że wystawia na próbę zdolności produkcyjne polskiego przemysłu, co znalazło odzwierciedlenie w najszybszym od stycznia 2015 r. tempie wzrostu zaległości produkcyjnych, oraz największym wydłużeniu opóźnień w dostawach od grudnia 2010 r.

Presja kosztów produkcji pozostała wysoka, a firmy wskazują głównie na wzrost cen stali oraz wpływ osłabienia polskiej waluty. Wzrost liczby nowych zamówień był skromny, a wpływ na to miał spadek zamówień eksportowych.

Firmy w perspektywie 12 miesięcy nadal spodziewają się wzrostu produkcji. Źródła wzrostu widzą w nowych produktach i nowych klientach.

Michał Mordel, Starszy Analityk, Michael/Ström Dom Maklerski

Sporo do przetrawienia

Ostatnie kilkadziesiąt godzin to spory natłok istotnych informacji i znaczna zmienność na rynku walutowym. Zresztą to swoista wisienka na torcie ostatnich szalonych kilkunastu dni.

We Włoszech został ostatecznie uformowany rząd Ruchu Pięciu Gwiazd i Ligi Północnej. Kontrowersyjny eurosceptyk P. Savona, którego kandydatura do objęcia teki Ministra Finansów wywołała ostry spór i stała się zarzewiem kryzysu politycznego obejmie w nim stanowisko ministra ds. europejskich.

W Hiszpanii, premier Rajoy prawdopodobnie nie uzyska wystarczającego poparcia by jego gabinet przetrwał wotum nieufności. Nowym premierem bedzie zapewne lider socjalistów Pedro Sanchez. Sytuacja w Hiszpanii nie powinna przerodzić się w chaos porównywany z włoskim, ale wzmaga negatywny szum.

Czasowe zwolnienie Meksyku, Kanady i UE z ceł na stal i aluminium nie zostało prolongowane. Wszystko wskazuje, że wraz z końcem II kwartału temat wojen handlowych powraca z całą mocą. W przestrzeni G-10 najmocniej odczuwa to dolar kanadyjski. USD/CAD po środowym silnym spadku, powraca w kierunku 1,30.

Przypomnijmy też, że zgodnie z publikowanym wczoraj wstępnym szacunkiem, inflacja HICP w Eurolandzie przyspieszyła z 1,2 proc r/r w kwietniu aż do 1,9 proc. r/r w maju. Odczyt zdecydowanie pokonał tym samym rynkowy konsensus (1,6 proc. r/r). Co więcej, inflacja bazowa podskoczyła z 0,7 do 1,1 proc. r/r. Widzimy wysokie prawdopodobieństwo, że kondycja europejskiej gospodarki jest daleko lepsza niż jej percepcja po serii rozczarowań danymi makro. Intensyfikacja presji inflacyjnej jest najlepszym sposobem by zacząć przełamywać serię negatywnych niespodzianek, ale potrzebny jest też do tego spokój na scenie politycznej strefy euro.

W ostatnich dwóch tygodniach mieliśmy zatem: nowe szczyty rentowności obligacji skarbowych USA i wyprzedaż aktywów EM, polepszenie relacji na linii Chiny – USA dot. handlu zagranicznego, ich pogorszenie z państwami eksportującymi auta do Stanów Zjednoczonych i wczorajsze zniesienie wyłączeń z ceł na stal i aluminium dla UE, Kanady oraz Meksyku. W zakresie geopolityki doświadczyliśmy schłodzenia na linii Korea Płn. – USA i wycofania się administracji Trumpa ze spotkania z Kimem w czerwcu (a następnie ponowne zbliżenie). Do tego należy dodać gigantyczne turbulencje na scenie politycznej Włoch, mniejsze w Hiszpanii oraz domniemaną skłonność OPEC do zwiększenia wydobycia.

W takim środowisku niepewności i chaosu rynki weszły w tryb risk on/off i wiele wskazuje na to, że popyt na ryzykowne aktywa zostanie przytłumiony, a na pewno chimeryczny. Dość mocno podkopane zostały przy tym filary wzrostu rentowności długu USA. W tym środowisku trudniej będzie o wzrosty USD/JPY, ale dopóki kurs nie spadnie pod 108,50 w cenach zamknięcia struktura wzrostowa nie zostanie zanegowana. EUR/USD po zrealizowaniu naszego średnioterminowego celu dla spadków, czyli 1,1550 znalazł się w fazie korekty i wczoraj odbił do 1,1720. Wciąż nie została jednak przebita strefa 1,17-1,1750, która zamyka drogę do mocniejszego odreagowania do 1,1820-50 a potencjalnie w kierunku 1,20 i 200 sesyjnej średniej ruchomej. EUR/PLN również osiągnął nasz cel dla zwyżki, czyli 4,3350. W średnim terminie oczekujemy powrotu w kierunku 4,25. Katalizatorem takiego ruchu byłoby zejście pod 4,29. Wydarzeniem dnia są dane z rynku pracy USA, kluczem jak zawsze będzie dynamika wynagrodzeń, która miesiąc do miesiąca powinna zdaniem rynku wzrosnąć 0,3 proc. względem kwietnia. Przy uspokojeniu nastrojów w Europie i przy łagodnej twarzy FOMC zaprezentowanej w protokole z ostatniego posiedzenia Fed, dolar może być podatniejszy na korekcyjne osłabienie w przypadku rozczarowania.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

Smartfon zamiast terminala. Nowe rozwiązanie może zrewolucjonizować rynek płatności

Smartfon zamiast terminala. Nowe rozwiązanie może zrewolucjonizować rynek płatności 7

Smartfony zastępują już karty płatnicze. Mogą też pełnić rolę wygodnych terminali do przyjmowania płatności. Dotychczas sklepy i usługodawcy musieli się wyposażyć w terminal płatniczy, by przyjmować płatności dokonywane kartą lub smartfonem. Dla tych mniejszych często był to zbyt wysoki koszt. Na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań, które mają maksymalnie uprościć płatności, skierowanych właśnie do drobnych przedsiębiorców. Rynek płatności może zrewolucjonizować aplikacja mobilna, która umożliwia przyjmowanie płatności bezgotówkowych poprzez smartfony.

– Fastpass to pierwszy mobilny terminal BLIK. Pozwala w łatwy sposób stworzyć z każdego urządzenia mobilnego terminal do przyjmowania płatności BLIK-iem. Pobieramy, instalujemy, łatwo, szybko, przyjemnie, w bardzo krótkim czasie jest gotów do działania i do pobrania płatności, gdzie tylko jej potrzebujemy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jacek Dziura z tpay.com.

Z badania przeprowadzonego przez eService wynika, że płatności bezgotówkowe preferuje 56 proc. konsumentów, głównie ze względu na wygodę i oszczędność czasu. W fizycznych punktach sprzedaży dominuje jednak sprzedaż gotówką, z użyciem kart – 18 proc. transakcji. W dużej mierze odpowiadają za to najmniejsi przedsiębiorcy, dla których posiadanie terminala wiąże się z kosztami, często zbyt wysokimi. Istnieją już jednak aplikacje, które pozwalają w terminal zamienić zwykły smartfon.

Podobne rozwiązanie testował już Mastercard, gdzie telefony mogły przyjmować wszystkie płatności zbliżeniowe – zarówno wykonane za pomocą zwykłej karty, jak i telefonem. Aplikacja Fastpass idzie jeszcze dalej i umożliwia przyjmowanie transakcji BLIKIEM, czyli polskim systemem płatności mobilnych, opierającym się na kodach jednorazowych. Nie potrzeba ani gotówki, ani karty płatniczej, ani terminala. Wystarczą urządzenia mobilne, a płatność jest praktycznie natychmiast księgowana na koncie sprzedawcy.

– Przyjmowanie płatności jest bardzo intuicyjne, wpisujemy kwotę i pobieramy sześciocyfrowy kod BLIK od osoby, która musi zapłacić za produkt, osoba akceptuje tę płatność w ramach swojej aplikacji bankowej. Klient nie musi się realnie logować na stronę banku, dzisiejsze aplikacje prawie wszystkie maja już BLIK-a, to dużo łatwiejsza i szybsza od karty, i dodatkowo bezpieczna forma płatności – przekonuje Jacek Dziura.

Aplikacja jest szansą na rozwój dla małych przedsiębiorców – sprzedawców na targu czy osób trudniących się przewozem osób. Wystarczy smartfon, a klient może zapłacić bez gotówki. Tym samym nie tylko płatność będzie szybsza, lecz także większy będzie zysk dla przedsiębiorcy. Konieczność płatności gotówką często sprawiała, że klient rezygnował z zakupu.

– Fastpass jest na tyle wygodny, że każdy może z niego skorzystać, niezależnie od tego, czy jest to taksówkarz, sprzedawca na małym targu, osoba w kiosku, chociażby kurier, wszystkie miejsca, gdzie potrzebna jest mobilność, ale nie trzeba pełnego terminala, wtedy możemy zainstalować Fastpass i w każdej chwili pobierać płatności – tłumaczy ekspert. – Sama aplikacja jest darmowa, my standardowo jako operator płatności zawsze działamy na małym fee, najczęściej to poniżej 1 proc., ok. 0,7 proc. – dodaje.

BLIK cieszy się coraz większą popularnością. W 2017 roku przeprowadzono nim 33 mln transakcji o łącznej wartości 4,5 mld zł (wzrost o 270 proc. rdr.). Dwukrotnie wzrosła też liczba użytkowników korzystających z tej formy płatności. Dziennie dokonywanych jest średnio 131 tys. transakcji.

Każdego roku ginie osiem tysięcy dzieci. Specjalna aplikacja pomoże je odnaleźć w ciągu kilku minut od zaginięcia

Każdego roku ginie osiem tysięcy dzieci. Specjalna aplikacja pomoże je odnaleźć w ciągu kilku minut od zaginięcia 8

Co roku w Polsce zgłasza się zaginięcie ośmiu tys. osób w wieku poniżej 18 lat. System alarmowy Child Alert, działający od 2013 roku, został wykorzystany dotąd dwukrotnie, podczas gdy tylko w 2017 r. polska policja przyjęła 1,4 tys. zgłoszeń dotyczących zaginięcia dzieci w wieku poniżej 13 lat. Pomóc w ich odnalezieniu mogą aplikacje mobilne. Fundacja Itaka do odnajdywania osób wykorzystuje popularnego Snapchata. Tymczasem polski start-up stworzył autorską aplikację, która wysyła powiadomienia użytkowników o zgubie do znajdujących się w zasięgu użytkowników aplikacji. To pozwala na odnalezienie dziecka, psa, samochodu czy nawet walizki nawet w ciągu kilku minut od kradzieży czy zgubienia.

– Aplikacja I see you to narzędzie do odnajdywania rzeczy i osób, które się zgubiły. Optymalizuje proces odnalezienia zguby w pierwszych minutach. To jest ten moment, kiedy najłatwiej i najszybciej można coś odnaleźć. Instalujemy aplikację i konfigurujemy, co chcemy chronić. W przypadku np. dziecka podajemy imię, wzrost, kolor oczu i włosów czy zewnętrzne cechy charakterystyczne. W momencie gdy coś się wydarzy i dziecko zginie, jednym przyciskiem wysyłamy alert: „Zginęło mi dziecko”. Ten alert otrzymują inni użytkownicy aplikacji, którzy są w okolicy i w zasięgu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Lorych, współtwórca aplikacji I see you.

Kiedy użytkownik aplikacji wciśnie przycisk „Widzę”, zgłaszający otrzymuje informację o lokalizacji zdarzenia. W tym momencie można uruchomić czat, aby dopytać o szczegóły i upewnić się, czy znalezione dziecko, zwierzę lub przedmiot jest tym, którego szuka. Aplikacja podpowie nam takźe, co lub kogo możemy chronić. W bazie znajdziemy zarówno dzieci, osoby starsze, chore, rodziców, jak i rowery, samochody, koty czy psy.

–  Są tu także mniejsze przedmioty jak portfele, telefony czy walizka. Wyobraźmy sobie, że stoimy do odprawy, rozmawiamy z kimś i w tym czasie ktoś nam kradnie plecak. Dzięki aplikacji możemy w szybki sposób zgłosić to, co nam zginęło – zauważa Marcin Lorych.

Aplikacja może się okazać przydatna zwłaszcza w obiektach zamkniętych, w których lokalizowanie kogoś lub czegoś za pomocą lokalizatorów GPS może być utrudnione. Zakres rozsyłania powiadomień jest ściśle ograniczony. W przypadku ludzi ustalono go na dwa kilometry, uznając, że taki dystans jest w stanie przebyć człowiek w ciągu 15 minut od zaginięcia. Ograniczenie to wprowadzono po to, aby powiadomienia otrzymywały wyłącznie ci, którzy mają realną szansę na znalezienie danej osoby. Gdyby system informował o wszystkich poszukiwanych, użytkownicy szybko by się do niego zrazili.

– Nie ma sensu, żeby informację o zaginionym dziecku w Trójmieście otrzymywał ktoś w Warszawie i odwrotnie, dlatego ten zasięg jest w ten sposób zdefiniowany. W przypadku aut ten zasięg będzie oczywiście większy, wyniesie około 5–10 km, żeby samochód jadący szybko mógł też być zlokalizowany przez innego użytkownika I see you – dodaje ekspert.

Jak podaje Fundacja Itaka, każdego roku w Polsce zgłasza się zaginięcie około osiem tys. osób poniżej 18 roku życia, a tylko w 2017 roku policja przyjęła 1,4 tys. zgłoszeń zaginięcia dzieci poniżej 13 roku życia.

W 2013 roku uruchomiono w Polsce system alarmowy Child Alert, który wykorzystuje skoordynowane działania mediów oraz Policji do rozpowszechnienia wizerunku zaginionego dziecka. Ma on jednak spore ograniczenia i uruchamia się go wyłącznie w przypadku zagrożenia życia lub zdrowia poszukiwanego, w związku z czym dotychczas skorzystano z niego jedynie dwukrotnie.

25 maja, przy okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka Zaginionego, fundacja Itaka uruchomiła program SNAP&SEEK, wykorzystujący do poszukiwania zaginionych Snapchata. W odnalezieniu zagubionych osób – a także zwierząt i przedmiotów – coraz częściej pomagają smartfony, które niemal zawsze mamy pod ręką.

– Z naszych badań wynika, że ludzie będą chronili głównie dzieci i psy. To dlatego postanowiliśmy udostępnić aplikację na Google Play najpierw na Androida w symboliczny dzień, 1 czerwca, na Dzień Dziecka. Na iOS-a pojawi się za około sześć tygodni – zapowiada przedstawiciel I see you.

Według raportu opracowanego przez firmę Mobee Dick ze smartfonów korzysta obecnie 64 proc. Polaków, a 48 proc. deklaruje, że spędza z nimi ponad dwie godziny dziennie. Najczęściej wykorzystujemy smartfony do sprawdzania wiadomości oraz przeglądania mediów społecznościowych.

Jak podaje firma App Annie, w 2017 roku pobrano na całym świecie 175 mld aplikacji, o 60 proc. więcej niż w 2015 roku.

Lotnisko Chopina przygotowuje się do coraz większej liczby pasażerów. W tym roku może obsłużyć rekordową liczbę pasażerów

Lotnisko Chopina przygotowuje się do coraz większej liczby pasażerów. W tym roku może obsłużyć rekordową liczbę pasażerów 9

Rośnie ruch na Lotnisku Chopina. Tylko do końca kwietnia lotnisko obsłużyło pięć milionów osób, a już co czwarty pasażer jest pasażerem tranzytowym. Rok 2018 może się okazać rekordowy, a liczba pasażerów przekroczy szesnaście milionów. Aby przyjąć rosnący ruch, konieczna jest przebudowa lotniska. Dzięki inwestycjom maksymalna liczba operacji lotniczych na Lotnisku Chopina mogłaby się zwiększyć z czterdziestu dwóch do ponadpięćdziesięciu na godzinę, co znacząco zwiększy przepustowość portu. Przebudowane będą też terminale i infrastruktura podziemna.

Pierwsze miesiące 2018 roku są dla warszawskiego Lotniska Chopina rekordowe. Od początku stycznia do końca kwietnia lotnisko obsłużyło niemal pięć milionów pasażerów, co oznacza blisko 15-proc. wzrost w ciągu roku. Rośnie też pozycja warszawskiego lotniska jako atrakcyjnego punktu przesiadkowego w Europie Środkowo-Wschodniej.

– Najbardziej cieszy nas to, że sprawdza się nasza strategia pozycjonowania Lotniska Chopina jako lotniska hubowego. Już co czwarty pasażer obsłużony na tym lotnisku był pasażerem tranzytowym. Coraz więcej osób z krajów ościennych jest obsługiwanych na naszym lotnisku. To dla nas bardzo istotny sukces, dlatego że realizuje naszą misję, którą jest tworzenie masy krytycznej ruchu przesiadkowego, która zostanie później przeniesiona na Centralny Port Komunikacyjny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Szpikowski, prezes zarządu PPL, dyrektor Lotniska Chopina w Warszawie.

W 2017 roku Lotnisko Chopina obsłużyło 15,75 mln pasażerów (wzrost o 22,7 proc. rdr.). Zostało zakwalifikowane tym samym do grupy „Szybkich i wściekłych”, czyli dziewiętnaście lotnisk z największą dynamiką wzrostu od 2012 roku (według organizacji ACI). Warszawskie lotnisko okazało się bezkonkurencyjne pod względem wzrostu liczby pasażerów wśród lotnisk UE, w grupie drugiej, czyli obsługującej 10–25 mln pasażerów. W klasyfikacji wszystkich europejskich lotnisk zajęło drugie miejsce.

Ruch pasażerów będzie wciąż dynamicznie rosnąć. Nawet najbardziej pesymistyczne warianty zakładają, że w ciągu 10 lat lotnisko będzie obsługiwać rocznie przynajmniej 24 mln pasażerów. Dlatego choć w 2027 roku Lotnisko Chopina ma zostać zamknięte, a jego rolę przejmie wielki Centralny Port Komunikacyjny, to konieczna jest przebudowa, by w najbliższych latach lotnisko mogło przyjmować coraz większą liczbę pasażerów.

– Ze względu na decyzje podjęte w przeszłości mamy bardzo ograniczone możliwości rozbudowy. Podejmiemy rozbudowę Lotniska Chopina, ale już w ramach konkretnego planu, konkretnej funkcji tego lotniska jako lotniska przesiadkowego. W taki sposób będzie ono budowane, ale tak czy inaczej mamy ograniczenia środowiskowe – wyjaśnia Mariusz Szpikowski.

Ograniczeniem lotniska jest liczba operacji na godzinę, obecnie maksymalnie to czterdzieści dwa przyloty i odloty, a w ciągu doby liczba operacji wynosi prawie sześćset. Do tego dochodzą ograniczenia operacji lotniczych w porze nocnej (w godzinach 23.30–5.30 nie mogą startować i lądować samoloty) oraz krzyżujące się drogi startowe. Start odbywa się nad miastem, a rozbudowa jest utrudniona ze względu na drogi położone wokół lotniska.

– Limituje nas infrastruktura, środowisko związane z położeniem lotniska w mieście, dlatego nie możemy go dalej rozbudować. Limitują nas fale przylotów i odlotów, gdyż zapotrzebowanie na ruch pasażerski w ciągu doby nie jest równomierne. W godzinach szczytowych trudno jest znaleźć miejsce dla kolejnych pasażerów. Dlatego z jednej strony robimy wszystko, żeby maksymalnie zwiększyć przepustowość lotniska, ale jednak mamy limity, których nie jesteśmy w stanie w żaden sposób pokonać – tłumaczy dyrektor Lotniska Chopina.

Plan przebudowy zakłada m.in. budowę heliportu dla VIP-ów, dzięki której ma się poprawić przepustowość pasów startowych (obecnie helikoptery po drodze do miejsca startu przecinają pasy startowe).

– Kluczowym elementem jest porozumienie z wojskiem w kwestii przeniesienia operacji helikopterowych w inne miejsce, czyli heliportu. Byłoby to bliżej wieży PAŻP, z drugiej strony lotniska, co powodowałoby, że operacje śmigłowcowe nie blokowałyby nam dróg startowych. Z drugiej strony moglibyśmy w części północnej, bliżej płyty wojskowej, budować stanowiska postojowe dla dreamlinerów kodu E – wyjaśnia Mariusz Szpikowski.

Wydłużony o kilkaset metrów będzie tzw. pirs południowy, czyli część terminala, w której pasażerowie po odprawie czekają na wejście do samolotu. W północnej stronie terminala mają być wygospodarowane nowe stanowiska dla samolotów dalekiego zasięgu. Więcej ma być też stanowisk dla samolotów (o ok. czterdzieści).

– Istotnym czynnikiem jest rearanżacja i przebudowa samych terminali, potrzebujemy rozbudować strefę non-Schengen i zwiększyć przepustowość punktów kontroli bezpieczeństwa, kontroli paszportowej. Współpracujemy ze Strażą Graniczną, rozmawiamy o bramkach ABC, automatycznej kontroli paszportowej – wskazuje Mariusz Szpikowski.

Według zapowiedzi rozbudowa potrwa dwa lata, choć wciąż jeszcze nie wiadomo, kiedy dokładnie rozpoczną się prace.

Gospodarka pędzi, ale trochę spowolni

W pierwszym kwartale br. PKB wzrósł o 5,2 proc. (o 0,1 pkt proc. więcej niż w szybkim szacunku) w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku – podał GUS.

Motorem napędowym wzrostu gospodarczego był popyt krajowy, który wzrósł o 6,8 proc. i był wyższy niż w IV kwartale 2017 roku (5,1 proc.). Konsumpcja zwiększyła się o 4,8 proc. i była nieco niższa niż w IV kwartale ubiegłego roku (5 proc.).

Przyspieszyły nieco inwestycje, które wzrosły w ujęciu rocznym o 8,1 proc. i był to najwyższy wzrost od I kwartału 2015 roku. Ale oczekiwania były większe. Jest szansa, że w kolejnych miesiącach inwestycje będą rosły w tempie dwucyfrowym.

Negatywny wpływ na tempo wzrostu gospodarczego miało saldo handlu zagranicznego. W kolejnych kwartałach nie ma co liczyć na ożywienie wymiany handlowej. I tym samym eksport netto będzie miał negatywny wpływ na tempo wzrostu gospodarczego.

Trudno będzie utrzymać tak wysokie tempo wzrostu gospodarczego w kolejnych kwartałach. Największym zagrożeniem może być spowolnienie w strefie euro. Kryzys polityczny we Włoszech powoli przeradza się w kryzys ekonomiczny, który może zainfekować całą Europę. Kłopoty przeżywa też Hiszpania, gdzie ważą się losy rządu. Słabsze, szacunkowe odczyty wskaźnika PMI w maju dla Niemiec i strefy euro sugerują, że naszą gospodarkę czeka lekkie spowolnienie. W Niemczech, gdzie trafia już prawie 28 proc. eksportu, wskaźnik PMI był najniższy od 15 miesięcy. Nie można również zapominać o problemach Turcji, zagrożonej nawet niewypłacalnością. Nie dziwi więc, że na rynkach finansowych zapanował niepokój i niepewność, także w Polsce, gdzie słabnie złoty i spadają ceny akcji na giełdzie.

Mimo to ten rok powinien być bardzo udany dla naszej gospodarki. Tempo wzrostu PKB może wynieść 4,6 proc., czyli tyle samo, co w roku ubiegłym. Tymczasem w budżecie na 2018 r. zapisano, że PKB urośnie o 3,8 proc. Wyższe tempo wzrostu gospodarczego w tym roku to dobra informacja dla budżetu, bo oznacza większe wpływy z podatków. Na razie w budżecie utrzymuje się nadwyżka. Na koniec roku pojawi się jednak deficyt, ale może być znacznie niższy 41,5 mld zł zapisane w ustawie budżetowej.

Motorem napędowym gospodarki pozostanie konsumpcja. Prawie dwie trzecie Polaków zapowiada, że w tym roku wyda więcej pieniędzy na zakupy niż w 2017 r. Optymizm wzmaga bardzo dobra sytuacja na rynku pracy – niskie bezrobocie, łatwość w znalezieniu nowego miejsca pracy. Szybko rosną też wynagrodzenia. Według różnych prognoz mają być wyższe w tym roku realnie o 3,8 proc., co sytuuje nas w czołówce państw UE.

Gdyby jednak kryzys gospodarczy rozlał się po Europie, gospodarstwa domowe mogłyby zmniejszyć skłonność do konsumpcji, co od razu odbiłoby się negatywnie na tempie wzrostu PKB.

Zbigniew Maciąg, ekspert Konfederacji Lewiatan

PKB na piątkę z dużym plusem, spowolnienie będzie łagodne

GUS podwyższył swoje wstępne szacunki, z których wynikało, że polska gospodarka rozwijała się pierwszym kwartale w tempie 5,1 proc. Okazało się, że PKB wzrósł o 5,2 proc., a więc wyraźnie mocniej niż się wcześniej spodziewano. W kolejnych kwartałach tak wysokiej dynamiki raczej już się nie uda utrzymać, ale poważniejsze osłabienie nam nie grozi.

Realny wzrost PKB o 5,2 proc. to powtórzenie bardzo dobrego, najwyższego od prawie siedmiu lat wyniku z trzeciego kwartału ubiegłego roku. Tak duża zwyżka PKB w pierwszych trzech miesiącach obecnego roku potwierdza dobrą kondycję polskiej gospodarki i pozwala zakładać, że spowolnienie, które spodziewane jest w kolejnych kwartałach, będzie dość łagodne. Zawdzięczamy ją wciąż bardzo wysokiemu popytowi krajowemu, który wzrósł o 6,8 proc., a więc najmocniej od pierwszego kwartału 2008 r., a więc od dziesięciu lat. Nieznacznie obniżyła się dynamika spożycia gospodarstw domowych, utrzymując się jednak na wysokim poziomie 4,8 proc. (w czwartym kwartale 2017 r. wyniosła 5 proc.). Najbardziej pozytywnym zjawiskiem, jakie zanotowano w pierwszych miesiącach obecnego roku, jest wyraźne przyspieszenie inwestycji. Wzrost nakładów na środki trwałe wyniósł 8,1 proc., wobec 5,4 proc. w ostatnich trzech miesiącach ubiegłego roku i 3,6 proc. we wspomnianym trzecim kwartale 2017 r., gdy dynamika PKB była taka sama, jak obecnie. Jak można się było spodziewać, lekko niekorzystnie na tempo wzrostu gospodarczego wpłynęły wyniki handlu zagranicznego, gdzie zanotowano przewagę importu nad eksportem.

Prawdopodobieństwo powtórzenia ubiegłorocznego wyniku, czyli wzrostu o 4,6 proc. jest niewielkie, szczególnie wobec uwarunkowań i zagrożeń zewnętrznych. Wyraźne spowolnienie jest już widoczne w Niemczech (obniżenie się tempa wzrostu w pierwszym kwartale z 2,3 do 1,6 proc.) oraz części państw naszego regionu. Czynnikami ryzyka są też możliwe konsekwencje nasilającego się protekcjonizmu, amerykańskiej polityki celnej oraz sankcji nałożonych na Rosję i zapowiadanych wobec Iranu. Rezerwy tkwią zaś w sile konsumpcji prywatnej oraz inwestycjach i w tych obszarach można oczekiwać pozytywnych niespodzianek. Dynamika płac i sprzedaży detalicznej nie osiągnęły jeszcze nawet poziomu z lat 2010-2012, a tempo wzrostu spożycia w sektorze gospodarstw domowych dalekie jest od tego z lat 2006-2008, mimo rekordowo niskiej i nadal malejącej stopy bezrobocia. Inwestycje powinny zaś wkrótce osiągnąć dwucyfrową dynamikę wzrostu, co będzie podtrzymać wysokie tempo wzrostu PKB. Widoczne od kilku tygodni wyraźne osłabienie złotego, gdyby okazało się tendencją bardziej trwałą, mogłoby z kolei wesprzeć naszych eksporterów i spełnić podobną rolę jak w czasie poprzedniego kryzysu, przynajmniej częściowo kompensując ewentualne perturbacje w światowym handlu oraz konsekwencje słabszej kondycji naszych największych partnerów handlowych.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Złoty odrabia straty. Kurs dolara umocnił się

Polski złoty wczorajszy dzień zakończył osłabieniem, dziś jednak odrabia straty. Zyskuje podobnie jak pozostałe ryzykowne aktywa, które znalazły się na nieuzasadnionych, wyjątkowo niskich poziomach w następstwie wczorajszych ruchów.

Wczorajszy dzień obfitował w jedne z najbardziej interesujących sesji na rynkach finansowych od początku roku. Zmiany polityczne na Półwyspie Apenińskim – rozpad koalicji populistów i nominacja rządu technicznego przewodzonego przez byłego ekonomistę MFW, Carlo Cottarelliego – na rynki zadziałały niejako “z opóźnionym zapłonem”. Informacje z Włoch napłynęły w weekend, jednak największą zmienność odnotowaliśmy właśnie we wtorek. Było to związane z tym, iż poniedziałek był dniem bez handlu zarówno w USA jak i w Wielkiej Brytanii.

Gdy we wtorek inwestorzy ze Stanów Zjednoczonych i Zjednoczonego Królestwa wrócili na rynek, dołączyli do wyprzedaży włoskich aktywów, z których najbardziej znamienną było pozbywanie się włoskiego długu. To ono sprawiło, że od początku tygodnia rentowności włoskich obligacji 2-letnich wzrosły z okolic 0,3% nawet do 2,8%. Tak ogromne ruchy są zjawiskiem bez precedensu: w  przypadku gospodarek rozwiniętych, tak gwałtowne i duże skoki cen obligacji po prostu nie mają miejsca.

Panika we Włoszech zaczęła przelewać się również na inne rynki – inwestorzy odwrócili się od większości aktywów uznawanych w danym momencie za ryzykowne, pozbywając się nie tylko włoskiego długu (i euro), ale również globalnych akcji, czy walut EM. To właśnie z tego powodu cierpiał złoty, który tracił najbardziej w relacji do walut, które znalazły się “po bezpiecznej stronie”, czyli franka szwajcarskiego i dolara amerykańskiego. Sam “timing” odwrotu od ryzyka na rynku walutowym był interesujący – złoty tracił przede wszystkim w drugiej części dnia, kiedy z rynku zeszli europejscy, brytyjscy i krajowi inwestorzy, których miejsce zastąpili Amerykanie.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

PLN

Polski złoty wczorajszy dzień zakończył osłabieniem, dziś jednak odrabia straty. Zyskuje podobnie jak pozostałe ryzykowne aktywa, które znalazły się na nieuzasadnionych, wyjątkowo niskich poziomach w następstwie wczorajszych ruchów.

Dzisiejsze umocnienie nie ma istotnego związku z krajowymi danymi, które w ujęciu ogólnym rozczarowały. Inflacja CPI w maju jest wyraźnie niższa od oczekiwań (1,7% wobec szacowanych przez konsensusu 1,9% rocznie). Ekspansja krajowego PKB wprawdzie jest nieco większa niż wcześniej szacowano (5,2% wobec 5,1% rocznie), jednak struktura wzrostu gospodarczego, w której przeważa udział konsumpcji prywatnej i zapasów (rozczarowały inwestycje i eksport) sugeruje, że w kolejnych kwartałach polska gospodarka może nieco zwolnić.

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek umocnił się o 1%, wahając się w widełkach 4,29-4,34. Wspólna waluta zyskiwała w parze ze złotym, istotnie tracąc jednak w relacji do głównych walut. Euro nie sprzyjał wzrost niepokoju we Włoszech: rozwiązanie koalicji partii populistycznych oraz utworzenie rządu technicznego oznacza niemal pewne kolejne wybory w kraju – może do nich dojść już we wrześniu.

Przejdźmy do informacji z EBC: we wczorajszej wypowiedzi Sabine Lautenschlaeger stwierdziła, że Bank może podjąć decyzję w kwestii wygaszenia programu QE już w czerwcu, a stopy mogą pójść w górę za rok. W kontekście decyzji EBC w kwestii programu QE interesujące jest, czy EBC nie będzie chciał wstrzymać się z wygaszeniem zakupów. Zakończenie QE przełożyłoby się prawdopodobnie m.in. na wzrost kosztów obsługi długu we Włoszech (EBC jest głównym kupującym włoskie obligacje, bez popytu ze strony banku centralnego ceny obligacji powinny spaść, a rentowności pójść w górę).

Dzisiejsze dane makro ze strefy euro są stosunkowo dobre. Notujemy wyższy od oczekiwanego wzrost sprzedaży detalicznej i lepsze dane z rynku pracy w Niemczech. Oprócz tego na zachodzie Europy przyspiesza inflacja – dynamika HICP w Hiszpanii zdecydowanie przebiła oczekiwania (2,1% wobec szacowanych 1,7% rocznie). Wzrost inflacji w innych gospodarkach mógłby dać pretekst do rewizji w górę prognoz inflacji EBC (jednak z uwagi na to co stoi za wzrostem inflacji – wzrost cen surowców – aktualizacja prawdopodobnie nie dotyczyłaby indeksu bazowego). Po czterech miesiącach, w maju  indeks nastrojów biznesowych w strefie euro  odnotował minimalny wzrost, co jest kolejną dobrą informacją.

GBP

Kurs GBP/PLN  we wtorek umocnił się o 1,2%, wahając się w widełkach 4,91-4,98. Szterling zyskuje w parze ze słabym złotym, jednak jest wyraźnie słabszy w relacji do głównych walut. Brytyjskiej walucie cały czas nie sprzyjają: odsuwanie w czasie oczekiwań względem podwyżek stóp procentowych (rynek raczej nie spodziewa się, żeby do kolejnego podniesienia kosztów kredytu doszło przed listopadem), obawy o perspektywy gospodarcze kraju oraz brak postępów w kwestii negocjacji dotyczących Brexitu.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek umocnił się o 1,6%, wahając się w widełkach 3,69-3,76. Dolar amerykański zakończył dzień umocnieniem nie tylko w parze ze złotym, USD był nieco silniejszy w relacji do ważonego koszyka walut – wyraźnie osłabił się kurs EUR/USD, jednak było to związane przede wszystkim ze słabością wspólnej europejskiej waluty.

Wczorajszy dzień nie przyniósł zbyt wielu istotnych danych gospodarczych z amerykańskiej gospodarki. Zaufanie konsumentów w USA mierzone przez wskaźnik Conference Board wzrosło w maju do poziomu 128 z 125,6 notowanych w kwietniu.

Dziś opublikowane zostaną dane ADP z amerykańskiego rynku pracy, które stanowić będą przedsmak piątkowych payrollsów. Po południu poznamy również rewizję dynamiki PKB USA w I kwartale br. Pod koniec dnia opublikowana zostanie tzw. Beżowa Księga FED zawierająca informacje o sytuacji gospodarczej 12 dystryktów, w których FED ma swoje regionalne siedziby.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:15 – raport ADP z amerykańskiego rynku pracy w maju
  • 14:30 – rewizja dynamiki PKB USA w I kwartale br.
  • 20:00 – publikacja “Beżowej Księgi” FED

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Rosji nie wystarczy zboża z powodu złej pogody

W syberyjskim okręgu federalnym, na który przypada jedna czwarta wszystkich zebranych w Rosji zbóż, do końca maja zrealizowano zaledwie 30% normy zakładanej przez akcję siewną. Deficyt może doprowadzić do wzrostu cen na zboża podczas najbliższej jesieni.

Rolnictwo to branża, w której czynnik ludzki nie odgrywa wysokiej roli. Sukces firmy w tym zakresie zależy w dużej mierze od warunków pogodowych. Dobry plon jest możliwy, tylko w przypadku, gdy ziarno zostanie zasiane w określonym czasie. W tym roku w drugiej dekadzie maja na rolniczym Ałtaju, w obwodzie omskim, nowosybirskim i kemerowskim, a także w innych regionach Syberii spadł śnieg. W rezultacie Rosja znalazła się na progu deficytu zbóż i innych roślin uprawnych.

Według stanu na koniec maja akcję siewną zakończono na południu kraju, ale za Uralem nawet jej nie rozpoczęto. Przy tym w azjatyckiej części Rosji do początku czerwca powinna zostać zrealizowana w 80%. Jest to pierwszy taki przypadek od ponad dziesięciu lat.

Dlaczego akcja siewna się nie powiodła

Według kalendarza siewnego, podstawowe zboża takie jak pszenica, jęczmień i owies w wymienionej strefie klimatycznej, powinny zostać zasiane w okresie od 25 kwietnia do 10 maja. Możliwe jest przeniesienie siewu na późniejszy termin, ale akcja nie może się przeciągnąć dłużej niż o tydzień. Takie restrykcyjne terminy wynikają z tego, że każda roślina ma swój określony okres wegetacyjny, który zagwarantuje jej otrzymanie dostatecznej ilości słonecznych dni, ciepła i wilgoci.

Jeśli okres siewu przesuwa się na później, to roślina pozostaje bez odpowiedniej ilości światła słonecznego, wilgoci i ciepła, a tym samym nie osiągnie dojrzałości. Dodajmy do tego fakt, że na Syberii, w przeciwieństwie do południa Rosji, w drugiej połowie sierpnia, często zdarza się pora deszczowa, co znacznie wpływa na jakość plonów: przy silnym opóźnieniu siania zamiast zbóż zbóż należytej jakości otrzymuje się paszę.

W tym sezonie w określonej strefie klimatycznej do dwudziestego maja zostało zasianych tylko 25-30% powierzchni, co automatycznie postawiło lokalne gospodarki w strefie maksymalnego ryzyka. I mowa tu nie tylko branży  Syberyjskiego Okręgu Federalnego. Na SOF przypada 25% zbioru wszystkich zbóż w Rosji, w związku z tym zmiany w koniunkturze rynku zbóż syberyjskiego regionu nieuchronnie wpłyną na ogólnorosyjski rynek zbóż.

Co wydarzy się jesienią

Jesienią sytuacja na Syberii może stać się krytyczna. Znaczne opóźnienia w okresach siewu mogą doprowadzić do tego, że zboża w regionie nie obrodzą, rynek odczuje niedobór wysokiej jakości ziarna, a tym samym — wzrost cen. Zdając sobie sprawę z tego, już dziś rolnicy szukają sposobów, aby złagodzić skutki ewentualnego deficytu.

Rolnicy, którzy mają możliwości finansowe i wystarcające zapasy siewne, są zmuszeni szybko zamienić swoje pola pod późniejsze plony rolne, które w Syberii wysiewa się przy końcu maja. Zaliczane są do nich:  gryka, soja, rzepak i słonecznik. Jednak nie każdy może sobie pozwolić na zakup ich nasion: z powodu anomalii klimatycznych ich cena jest dzisiaj trzy-cztery razy wyższa niż zazwyczaj.

Sytuacja, która powstała w Syberyjskim Okręgu Federalnym, może doprowadzić do tego, że w całym kraju podaż na zboża zmniejszy się o około 10-15%. Proporcjonalnie do tych wskaźników nastąpi wzrost cen. Przy tym bardzo prawdopodobnym jest, że będzie uprawiana wystarczająca ilość roślin przemysłowych, takich jak rzepak i soja, a już z pewnością można przewidzieć kolejne nadprodukcje gryki. Przypomnijmy, że w ubiegłym roku odnotowano jej rekordowe plony, co pozwoliło rolnikom zapewnić sobie zapas danego zboża do jesieni bieżącego roku. Kolejny rekord postawi w trudnej sytuacji rolników, którzy zajmują się wyłącznie gryką: wyjściem może okazać sie tylko szukanie alternatywnych dochodów w ramach branży.

Włoskie obligacje gwałtownie tracą

Inwestorzy wyraźnie uciekają z włoskich papierów dłużnych. Złotówka gwałtownie traci, ale od rana wraca. Polska dostanie zdecydowanie mniej w ramach polityki spójności.

Włoski koszmar

Pewnym wskaźnikiem tego jak stabilnie jest w danym kraju jest zachowanie się obligacji. Im bardziej inwestorzy ufają, że rząd jest wypłacalny tym taniej pożyczą mu pieniądze. Co dzieje się obecnie we Włoszech? Na początku maja inwestorzy akceptowali 1,75% zysku za trzymanie włoskich obligacji 10-letnich rocznie. Wczoraj okazało się, że rynek oczekiwał przez moment aż 3,25%. Dzień co prawda zakończył się już w okolicach 3%, ale oznacza to, że jeden z najbardziej zadłużonych krajów Europy właśnie utracił dostęp do bardzo tanich pożyczek. W połączeniu z niepewnością polityczną nie stawia to Włoch w komfortowej sytuacji.

Złotówka w odwrocie

To właśnie strach przed tym co stanie się we Włoszech był powodem wczorajszego zamieszania na rynkach. W dół szły główne indeksy giełdowe w Europie i za oceanem. Traciły również waluty uważane za ryzykowne. Wczoraj za euro w najgorszym momencie można było otrzymać 4,34 zł, za franka 3,80 zł, za funta 4,99 zł a dolara 3,76 zł. W odwrocie było również euro dlatego straty złotego względem franka czy dolara były proporcjonalnie większe niż względem euro. Od rana większość z tego ruchu została skorygowana. Dzisiaj opublikowano dane na temat wzrostu PKB w Polsce w I kwartale. Były one zgodne z oczekiwaniami i nie wpłynęły już na notowania waluty.

Prawie 20 mld euro mniej z Unii Europejskiej

Wedle przecieków ze spotkania Komisji Europejskiej w nowej 7 letniej perspektywie ma do Polski trafić 64 miliardy euro w ramach polityki spójności. Na lata 2014-2020 zaplanowanych było 83,9 miliarda. Głównym powodem cięć jest opuszczenie Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię oraz potrzeba dostosowania wsparcia do realnej sytuacji państw. Proporcjonalnie więcej tracą Węgrzy, Estończycy i Czesi. Powodem jest fakt, że gospodarki naszego regionu przez te lata znacznie nadgoniły unijną średnią. Z tego też powodu część nieprzekazanych do Europy Środkowo-wschodniej środków trafi na Południe kontynentu głównie do Włoch, Grecji i Hiszpanii.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
  • 20:00 – USA – stenogramy z posiedzenia FOMC.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Fundamenty: pozytywy, ale na drugim planie

Eurodolar osiągnął średnioterminowy cel dla spadków, czyli październikowy dołek 1,1550. EUR/PLN doszedł do 4,3350, czyli między innymi szczytu z ubiegłej jesieni. Przy braku danych makroekonomicznych nastroje inwestorów wyznaczały dotychczas przede wszystkim chaos na włoskiej scenie politycznej i i obawy przed powrotem kryzysu zadłużeniowego. W drugiej części tygodnia uwaga powinna skupić się także na danych makro.

W normalnych warunkach można byłoby zakładać pozytywny dla euro i dla złotego scenariusz. Dziś poznamy bowiem wstępną inflację konsumencką z Niemiec a jutro całego Eurolandu. Wskaźniki powinny odbić nie tylko za sprawą wyższych cen paliw, ale również podbicia inflacji bazowej. Podobnie w Polsce spodziewamy się że ceny konsumenta były w maju 1,9 procent wyższe niż przed rokiem, a inflacja bazowa przyspieszyła do 0,7 proc. rok do roku. Jednocześnie poznamy dziś rewizję pierwszego szacunku dynamiki PKB. Spodziewamy się jej potwierdzenia na poziomie 5,1 proc. rok do roku. Zakładamy dynamikę inwestycji na poziomie 13,7 proc. rok do roku i utrzymywanie się przyzwoitej dynamiki konsumpcji, która pozostaje głównym filarem wzrostu (4,6 proc. rok do roku). Negatywną kontrybucję powinien mieć za to eksport netto. Złoty pozostaje jednak pod wpływem szerszego sentymentu względem koszyka emerging markets. Nie widzimy szans, by w najbliższych miesiącach mogło dojść do pozytywnego dla waluty powrotu rynków do dyskontowania cyklu podwyżek stóp procentowych. W średnim horyzoncie spodziewamy się powrotu EUR/PLN poniżej 4,30.

W przypadku euro sytuacja jest odmienna. Dane wypadają na tle oczekiwań najgorzej od kilku lat (a przecież w grudniu panował jeszcze hurraoptymizm). Sentyment wokół euro jest fatalny, ale wyższa inflacja, w tym bazowa mogłaby skłonić część rynku do porzucenia skrajnego pesymizmu. Do tego potrzebne jest jeszcze wyraźniejsze uspokojenie nastrojów na rynku obligacji skarbowych Włoch. Nie zakładamy trwałych i silnych turbulencji i powrotu kryzysu zadłużeniowego. Ze względu na m.in. politykę ECB wycena włoskich obligacji fałszowała nieco w ostatnich kwartałach faktyczne ryzyko kredytowe. Pozytywne jest też to, że na rynkach długu państw peryferyjnych nie dochodzi do efektów rozlewania się i zakażania. Na razie jednak rynek widząc problemy Włoch nie będzie się kwapił do powrotu do wyceny śmielszego tempa polityki przez ECB. Gdy zamieszanie nieco się uspokoi, wspólna waluta powinna powrócić do odrabiania strat. Ważnym punktem w dzisiejszym kalendarzu jest decyzja Banku Kanady. Ostatnie informacje z gospodarki i niepewność związana z przyszłością porozumienia NAFTA to argumenty za gołębim nastawieniem. Jeśli dodamy do tego załamanie na rynku ropy, to uzasadnione wydają się być oczekiwania, że USD/CAD będzie kontynuować wzrosty do 1,3130.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

Blisko 8,5 mln osób w Polsce korzysta już z aplikacji zakupowych… i będzie ich coraz więcej!

Według analiz Spicy Mobile[1] już ponad 40 proc. polskich użytkowników korzysta z różnego rodzaju aplikacji zakupowych[2]. W czołówce rankingu tych najchętniej uruchamianych w zeszłym roku uplasowały się: OLX.pl, Allegro, Rossmann PL oraz… chiński gigant AliExpress Shopping App[3]. O rosnącej popularności platform, które nie tylko stanowią ważny element strategii marketingowych prowadzonych przez firmy w Internecie, ale również pozwalają zwiększyć zyski ze sprzedaży stacjonarnej, świadczy, chociażby sukces drogerii. Tylko w grudniu ubiegłego roku aplikacja udostępniona przez Rossmanna została uruchomiona blisko 40 mln razy. Dlaczego konsumenci decydują się na instalowanie na swoich smartfonach aplikacji zakupowych i jakie korzyści wynikają z tego faktu dla marek, które zdecydowały się oddać
w ręce swoich klientów takie narzędzia?

Jeszcze w styczniu ubiegłego roku zasięg aplikacji popularnej drogerii wynosił zaledwie 0,5 proc., natomiast już pod koniec roku ponad 14 proc., goniąc tym samym firmy, które znalazły się w czołówce rankingu. Tylko w grudniu 2017 r. użytkownicy uruchomili ją blisko 40 mln razy. Śladem rynkowych gigantów podąża francuska sieć hiper- i supermarketów. Według analiz Spicy Mobile, aplikacja udostępniona przez markę od stycznia do grudnia ubiegłego roku zaliczyła sześciokrotny wzrost wywołań na pierwszy ekran startowy. Firma zamierza zainwestować w rozwiązania digitalowe, np. uruchamiając e-grocery (internetowy sklep z artykułami spożywczymi), aby w ciągu najbliższych kilku lat stać się liderem sprzedaży żywności przez Internet, osiągając zyski z tego tytułu na poziomie 5 mld euro rocznie. Dlaczego coraz więcej firm postanawia inwestować w podobne rozwiązania?

– Kroki podejmowane przez rynkowych gigantów, a także przez firmy, które od niedawna są  obecne na rynku, pokazują, że najefektywniejsze są te kampanie marketingowe, które łączą świat rzeczywisty z wirtualnym, czyli wykorzystują omnichannel. W praktyce oznacza to prowadzenie sprzedaży stacjonarnej i jednoczesne wdrażanie narzędzi z obszaru e-commerce czy m-commerce, takich właśnie jak aplikacje zakupowe, które wspierają działania marketingowe i sprzedaż w sieci. Niewtajemniczeni słysząc pierwszy raz o takim rozwiązaniu, mogą przypuszczać, że aplikacje zakupowe są po prostu platformami, za pośrednictwem których marki sprzedają swoje produkty w kanale mobile. W gruncie rzeczy tylko część aplikacji umożliwia konsumentom bezpośrednio dokonywanie w nich zakupów, ale za to każda z nich może wspierać sprzedaż stacjonarną – zauważa Krzysztof Grabowski, ekspert ds. technologii.

Jak to jest możliwe? Użytkownik, korzystając z aplikacji zakupowej, może znaleźć w niej szczegółowe informacje o interesujących go produktach, które oferowane są w sprzedaży stacjonarnej czy listę aktualnych promocji. Zakładając konto, może dołączyć do programu lojalnościowego i np. regularnie korzystać z kuponów rabatowych. Firmy wykorzystują aplikacje zakupowe również do zbierania informacji o konsumentach. To z kolei pozwala im na przygotowywanie dla swoich klientów spersonalizowanej oferty zakupowej.

– Można się spodziewać, że sukces aplikacji znajdujących się w czołówce rankingu udostępnionego przez Spicy Mibile przekona inne firmy obecne na naszym rynku do wprowadzenia na rynek autorskich, podobnych rozwiązań. Aplikacje zakupowe obecnie są bowiem kolejnym sposobem pozwalającym firmom zarządzać customer experience. Dbanie
o to, aby klienci mieli wyłącznie pozytywne doświadczenia w kontaktach z daną marką, już na stałe wpisało się w strategie biznesowe nie tylko tych największych przedsiębiorstw. Osoby, które regularnie korzystają z takich platform, regularnie śledzą działania marki i przez to pozostają z nią w stałym kontakcie. Aplikacje zakupowe to już sprawdzony sposób na zdobycie lojalnych klientów –
dodaje Krzysztof Grabowski.

Kanał mobile nakręca rynek aplikacji zakupowych

Rosnąca popularność aplikacji zakupowych wśród polskich użytkowników, nie miałaby miejsca bez rozwoju kanału mobile. Obecnie w Polsce ze smartfonów korzysta ponad 60 proc. społeczeństwa, czyli prawie 23 mln osób i jak prognozują eksperci, liczba ta będzie stopniowo wzrastać w następnych latach. Decydując się na zakupy przez Internet, coraz częściej wybieramy kanał mobile. Z raportu Izby Gospodarki Elektronicznej wynika[4], że w 2017 r. zakupy przy pomocy smartfona lub tabletu zrobiła ponad 1/3 ankietowanych i w tej kwestii nie odbiegamy od światowych statystyk. Co prawda w Europie najwięcej zakupów w sieci realizowanych jest przy użyciu laptopów lub komputerów stacjonarnych, ale na horyzoncie widać jednak tendencję wzrostową na korzyść smartfonów. Blisko 40 proc. osób korzysta ze swoich telefonów podczas zakupów online – wynika z raportu DPDgroup Barometr E-shopper 2017.

Smartfon dla wielu osób jest pierwszą rzeczą, po którą sięgają zaraz po przebudzeniu i nie rozstrajają się z nim praktycznie do wieczora. Przed wyjściem z domu sprawdzamy pogodę w dedykowanej aplikacji. Telefon towarzyszy nam w drodze do pracy, np. gdy chcemy sprawdzić, na których trasach występują korki. W ciągu dnia sięgamy po niego wielokrotnie, sprawdzając pocztę, czy słuchając muzyki na platformie streamingowej. Dlatego kanał mobile jest tak istotny w biznesie i nie mogą na niego pozostawać obojętne nawet te marki, które zdecydowały się oferować swoje produkty głównie stacjonarnie – twierdzi Krzysztof Grabowski, ekspert ds. technologii. Smartfon jest ważnym elementem każdego etapu ścieżki zakupowej.

Podczas zakupów w sklepach „tradycyjnychkonsumenci w swoich telefonach szukają informacji o produktach, sprawdzają rekomendacje pozostawione w sieci przez innych użytkowników, czy porównują ceny. Korzystają również ze specjalnych bonów zniżkowych, które dostępne są tylko w aplikacjach zakupowych. Te pozwalają również na sporządzanie listy rzeczy, które planuje się kupić. Dzięki specjalnym aplikacjom zrobimy nawet zakupy z pomocą personal shoppera. W przymierzalni wystarczy zrobić sobie zdjęcie w wybranej stylizacji, następnie udostępnić je w aplikacji, a ta pomoże nam zdecydować, czy dokonaliśmy dobrego wyboru. Proces zakupowy rozpoczyna się w jednym kanale – mobile, a kończy się w drugim, przy sklepowej kasie. To zjawisko będziemy obserwować coraz częściej – dodaje Grabowski.

Duża nisza do zajęcia

Chociaż aplikacje zakupowe stają się coraz bardziej popularne w naszym kraju, to jednak nie wszyscy konsumenci dali się przekonać do korzystania z nich. Według badania zrealizowanego przez Kantar TNS na zlecenie Philips Lighting[5], 6 na 10 Polaków zna aplikacje zakupowe, ale głównym źródłem informacji o aktualnych promocjach są nadal papierowe gazetki reklamowe rozsyłane np. przez sieci spożywcze. Sięga po nie co drugi klient. Tylko 6 proc. konsumentów korzysta z aplikacji podczas zakupów w sklepach stacjonarnych. Dlaczego? Na szczycie listy powodów skłaniających do niekorzystania z aplikacji zakupowych znalazła się ogólna niechęć do uruchomiana takich programów na smartfonach (37 proc. ankietowanych). Na dalszych miejscach uplasowały się ex aequo: sprzeciw użytkowników smartfonów przed zakładaniem konta w aplikacji, obawa o bezpieczeństwo danych osobowych, czy brak dostrzegania korzyści z korzystania z aplikacji (22 proc.). Jedną z ostatnich pozycji zajmują złe doświadczenia związane z wcześniejszym używaniem wspomnianych platform (4 proc.).

Wyniki badania zrealizowanego przez Kantar TNS można traktować jako cenne wskazówki nie tylko dla specjalistów IT, którzy projektują aplikacje zakupowe, ale przede wszystkim dla marek, które chciałyby wprowadzić na rynek swoje platformy. Można bowiem dowiedzieć się z nich, co odstrasza konsumentów od takich aplikacji i co sprawiłoby, aby ci chętniej z nich korzystali. Blisko 65 proc. pytanych używałoby aplikacji sklepowych, gdy te oferowałyby specjalne rabaty. Co druga osoba, uruchamiając taką platformę na swoim smartfonie, chciałby również móc sprawdzić np. informacje o produkcie – komentuje Krzysztof Grabowski, ekspert ds. technologii.

Oddając w ręce klientów aplikację zakupową, należy pamiętać również o tym, że takie narzędzie powinno być user friendly, czyli przede wszystkim intuicyjne w obsłudze. Należy zadbać o stałe uaktualnianie informacji znajdujących się w aplikacji, np. tych dotyczących oferty czy promocji. Dziś niezbędne jest również to, aby takie narzędzie umożliwiało personalizację. Użytkownik, logując się pierwszy raz w aplikacji i podając informacje dotyczące swoich preferencji, potem za każdym razem, gdy będzie ją uruchamiał, powinien widzieć listę sugerowanych produktów, które będą odpowiadać jego potrzebom. Wtedy bowiem jest większa szansa na to, że dokona zakupu w sklepie online danej marki, czy też w bardziej tradycyjny sposób.

[1] Spicy Mobile, Mobigate Report, styczeń – grudzień 2017.

[2] W analizach wzięto pod uwagę urządzenia z systemem Android.

[3] W analizach wzięto pod uwagę zasięg aplikacji i liczbę wywołań na pierwszy ekran.

[4] Izba Gospodarki Elektronicznej, raport Płatności cyfrowe 2017.

[5] Kantar TNS na zlecenie Philips Lighting, Zachowania zakupowe konsumentów w sklepach, 2018.

RODO w blogosferze – o czym trzeba pamiętać?

Prowadzisz bloga i zastanawiasz się, w jakim zakresie przepisy RODO dotyczą Twojej działalności? Eksperci inFakt wyjaśniają, jakie obowiązki muszą spełnić blogerzy i którzy spośród nich są w myśl przepisów rozporządzenia administratorami danych osobowych.

To, w jakim zakresie RODO będzie obowiązywało blogera, zależy od skali jego działalności. Inne wymogi są postawione przed osobą, która jedynie publikuje wpisy na platformie blogowej, a inne przed osobą, która wysyła newslettery do czytelników czy też zbiera kontakty od potencjalnych klientów. W tym ostatnim przypadku bloger przetwarza dane osobowe i będą go obowiązywały przepisy dotyczące administratorów tych danych.

Blog na zewnętrznej platformie

Kiedy bloger ogranicza się do publikowania postów na jednej z dedykowanych do tego platform, RODO może nie mieć zastosowania. Dane osobowe są bowiem wówczas przetwarzane przez właściciela platformy blogowej – jako przykłady można podać np. Disqus.com lub Blogspot.com. Czytelnik, który czyta wpisy blogera w jednym z takich miejsc, wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych przez właściciela platformy.

Nie zaszkodzi oczywiście ostrożność – bloger powinien upewnić się, czy właściciel platformy przestrzega przepisów RODO – najlepiej sprawdzić regulamin i / lub dopytać przedstawiciela platformy.

Warto pamiętać, że w określonych przypadkach także sam bloger może podlegać przepisom RODO. – Jeżeli na blogu jest możliwość zamieszczania komentarzy i bloger może je moderować, to w mojej opinii dochodzi do przetwarzania danych osobowych – zwraca uwagę Magda Sławińska-Rzemek, ekspert w firmie inFakt, oferującej nowoczesne rozwiązania księgowe.

Blog na własnej stronie

Blogerzy, którzy publikują na własnej stronie internetowej, mają szerszy zakres obowiązków związanych z RODO. Jeśli dodatkowo wysyłają np. newsletter do swoich czytelników, niesie to kolejne konsekwencje.

Jeżeli zbieramy dane subskrybentów, aby wysyłać newslettery, to należy przyjąć, że przetwarzamy dane osobowe. Wobec tego należy pamiętać o wywiązaniu się ze wszystkich wymogów nakładanych przez RODO – mówi Magda Sławińska-Rzemek

Jakie są obowiązki blogera?

Bloger, który przetwarza dane osobowe i w myśl RODO staje się ich administratorem, musi pamiętać o kilku obowiązkach, wśród których są:

– przygotowanie rejestru czynności przetwarzania danych osobowych – jest to tabela, w której ujęte są podstawowe wiadomości takie jak dane blogera; nazwa czynności, które wymagają przetwarzania danych; wskazanie celu ich przetwarzania oraz podstawy prawnej; określenie kategorii osób, których dane będą przetwarzane oraz termin usunięcia danych;

– zawarcie umowy przetwarzania danych – np. w sytuacji, kiedy bloger przekazuje dane czytelników lub subskrybentów firmie świadczącej usługi hostingowe;

– wdrożenie środków ochrony danych – czyli odpowiednie zabezpieczenie i zaszyfrowanie urządzeń, na których są przetwarzane dane, a także zainstalowanie odpowiedniego oprogramowania ochronnego;

– opublikowanie odpowiednich klauzul o przetwarzaniu danych osobowych – muszą być zawarte w miejscu zbierania danych.

Natomiast przygotowanie polityki prywatności nie jest obowiązkowe. Jeśli jednak bloger zechce ją opracować, to powinna ona zawierać m.in. informacje o plikach cookies czy o polityce bezpieczeństwa.

Należy tutaj zaznaczyć, że RODO dopiero weszło w życie i brak jest jeszcze jakichkolwiek opinii ze strony instytucji stosujących te przepisy – zwraca uwagę Magda Sławińska-Rzemek. – W doktrynie prawa pojawia się wiele, czasem sprzecznych ze sobą, poglądów i interpretacji. W Polsce nie zostały jeszcze uchwalone wszystkie akty prawne związane z RODO, a ich wejście w życie również będzie miało znaczący wpływ na sposób interpretacji tego rozporządzenia – podsumowuje ekspertka.

Przyczyny ostatnich zmian na głównych parach walutowych

Od połowy kwietnia kluczowym wydarzeniem na rynku walutowym była silna aprecjacja dolara względem niemal każdej waluty G10 i walut rynków wschodzących. Co stało za jego umocnieniem? Ebury, firma oferująca rozliczania transakcji walutowych, wyjaśnia.

Euro i funt brytyjski w relacji do dolara amerykańskiego obecnie znajdują się na najniższych poziomach notowanych w bieżącym roku. Pierwsza waluta jest obecnie najsłabsza od lipca ubiegłego roku, natomiast funt w parze z USD stracił niemal 8% wartości na przestrzeni nieco ponad miesiąca i jest obecnie najsłabszy od listopada. Waluty rynków wschodzących również ucierpiały, indeks walut EM MSCI (w relacji do USD) stracił ok. 3,5% od końca stycznia, właśnie m.in. z uwagi na siłę dolara. Wyraźnie osłabił się również polski złoty. Co jednak stało za tak dużym umocnieniem dolara amerykańskiego, które wywołało na rynku takie zamieszanie?

Kurs EUR/USD & GBP/USD (sierpień ’17-maj ’18)

Kurs EUR USD & GBP USDŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 29/05/2018

Oto kilka istotnych przyczyn gwałtownego umocnienia dolara:

  • Rentowności amerykańskich obligacji są najwyższe od lat

Inwestorzy na rynkach finansowych ostatecznie zaczęli zwracać uwagę na rozszerzającą się różnicę między stopami procentowymi w USA i Europie. Od początku roku, rentowności obligacji rządu USA znajdują się w stabilnym trendzie wzrostowym. Związane jest to z tym, iż oczekuje się, że Rezerwa Federalna będzie kontynuowała podwyżki stóp procentowych w 2018 r. Znaczenie w tym wypadku ma to, że podwyżki mają być nieco bardziej agresywnie niż w poprzednich latach. Pod koniec kwietnia, po raz pierwszy od siedmiu lat, rentowności 10-letnich papierów rządu USA wzrosły powyżej psychologicznego poziomu 3% i – wyłączając spadek na przestrzeni ostatnich kilku dni – wzrosły o 50 punktów bazowych od początku roku.

Co istotne dla inwestorów, spread między rentownościami 10-letnich obligacji rządu USA i ich niemieckimi odpowiednikami w tym miesiącu rozszerzył się do najwyższego poziomu od 1989 r. Różnica między rentownościami w nadchodzących tygodniach może jeszcze się zwiększyć, jeśli tendencja, z którą mamy do czynienia ostatnio będzie kontynuowana.  Mowa tu o napływie silnych danych z USA i tych gorszych od oczekiwań konsensusu w przypadku odczytów ze strefy euro.

Spread między rentownościami 10-letnich obligacji rządowych USA & Niemiec (maj ’17-maj ’18)Spread między rentownościami 10-letnich obligacji rządowych USA & NiemiecŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 29/05/2018 

  • Gospodarka USA prze do przodu, ekspansja w strefie euro słabnie

Ostatnie dane z gospodarki USA były dobre. Amerykański rynek w wysokim tempie tworzy nowe miejsca pracy, a inflacja wzrosła do najwyższego poziomu od ponad roku. Preferowana przez FED miara dynamiki cen, indeks PCE, obecnie znajduje się powyżej celu inflacyjnego Rezerwy Federalnej. Z niezłymi danymi z USA, które potwierdzają dobrą kondycję amerykańskiej gospodarki, kontrastują dane napływające z Europy.  Odczyty makroekonomiczne w tym roku raczej rozczarowywały, sugerując, że gospodarki wspólnego bloku walutowego w 2018 r. mogą doznać spowolnienia ekspansji.

W ujęciu ogólnym, w 2017 r. wzrost gospodarczy w strefie euro był najwyższy od dekady. Ostatnie odczyty nie są jednak zbieżne z obrazem utrzymania tak imponującego tempa ekspansji gospodarczej. Dynamika PKB strefy euro w I kwartale roku wyhamowała do poziomu 0,4% w ujęciu kwartalnym. Ostatnie odczyty indeksów PMI opisujących aktywność biznesu w gospodarkach wspólnego bloku były gorsze od oczekiwań. Indeks zbiorczy (średnia ważona indeksu dla usług i przemysłu) obecnie znajduje się na najniższym poziomie od stycznia ubiegłego roku. Indeks zaskoczeń ekonomicznych Citi, który pokazuje różnicę między faktycznymi odczytami, a spodziewanymi przez ekonomistów poziomami wskaźników ekonomicznych obecnie znajduje się na najniższym poziomie od niemal 7 lat. Podczas gdy od września ubiegłego roku ten sam indeks dla Stanów Zjednoczonych pokazuje dodatnie poziomy (co oznacza, że w ujęciu ogólnym dane gospodarcze są lepsze od oczekiwań konsensusu ekonomistów).

Indeks zaskoczeń ekonomicznych Citi (2014-2018)

Indeks zaskoczeń ekonomicznych CitiŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 29/05/2018

  • Kryzys polityczny we Włoszech wywołuje panikę na rynku

Niepewność utrzymująca się we włoskiej polityce nie sprzyjała euro. Rynki finansowe zaczęły oczekiwać, że antyestablishmentowy Ruch Pięciu Gwiazd (M5S) i Liga ostatecznie utworzą koalicję rządzącą, ponad dwa miesiące po marcowych wyborach. Samo to nie zostało dobrze przyjęte przez inwestorów, co nie jest specjalnym zaskoczeniem, jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę nieortodoksyjnych pomysłów partii, które – jeśli weszłyby w życie – mogłyby zagrozić relacjom Włoch z UE oraz pogorszyć i tak słabą kondycję fiskalną. Włochy obecnie są jednym z najbardziej zadłużonych krajów świata, relacja długu do PKB to ponad  130%.

Relacja długu Włoch do PKB kraju (2000-2018)Relacja długu Włoch do PKB kraju

Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 29/05/2018

Pod koniec maja kraj doświadczył kryzysu politycznego, po tym jak zrezygnował nowy premier, Giuseppe Conte, co w konsekwencji było zakończeniem próby utworzenia koalicji rządzącej. Rezygnacja nowego premiera nastąpiła po tym, jak prezydent Włoch, Sergio Mattarella sprzeciwił się zaakceptowaniu kandydatury eurosceptycznego ekonomisty Paolo Savony, który, wspierany przez populistów miał objąć stanowisko ministra finansów. Mattarella odrzucił jego kandydaturę z obawy przed pogorszeniem relacji kraju z UE oraz potencjalnym wyjściem ze wspólnego bloku walutowego.

 

Prezydent mianował nowy „techniczny” rząd pod przewodnictwem byłego ekonomisty Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Carlo Cottarelliego. Nowy premier musi zaprezentować program, w tym nowy budżet. Mandat do utworzenia rządu nie oznacza jednak, że Cottarelli otrzyma wsparcie ze strony włoskiego parlamentu. Jego brak będzie oznaczał, że nowe wybory mogą odbyć się już jesienią.

  • Szanse na podwyżki stóp procentowych w Wielkiej Brytanii słabną po publikacji rozczarowujących danych gospodarczych

Ostatnie kilka tygodni było również interesującym okresem dla funta brytyjskiego. Waluta obecnie radzi sobie z rozczarowaniem słabnących perspektyw szybkich podwyżek stóp procentowych ze strony Banku Anglii w tym roku. Spadek inflacji, słabsze dane gospodarcze w I kwartale oraz stosunkowo gołębia retoryka BoE podczas ostatniego spotkania w maju sprawiła, że rynki finansowe raczej nie spodziewają się, że do podwyżki stóp procentowych w Wielkiej Brytanii dojdzie wcześniej niż w listopadzie. Podobnie jak w przypadku strefy euro, indeks zaskoczeń ekonomicznych Citi dla Wielkiej Brytanii również jest głęboko ujemny – w maju spadł do najniższego poziomu od 2012 r., co oznacza, że dane gospodarcze w ujęciu ogólnym są wyraźnie gorsze od oczekiwań ekonomistów.

Prognoza Ebury

Ogólnie rzecz biorąc, ostatni przejaw siły dolara amerykańskiego był zgodny z tym, czego oczekiwaliśmy od dłuższego czasu. Rezerwa Federalna w tym roku powinna podnieść stopy procentowe co najmniej trzykrotnie. Podczas gdy inne banki centralne krajów G10, w szczególności Europejski Bank Centralny, na podwyżki stóp procentowych będą decydować się dopiero w dalekiej przyszłości. W związku z tym spodziewamy się, że silny dolar może nam towarzyszyć jeszcze przez wiele miesięcy.

Autorzy: Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Czy upadłość konsumencka potrzebuje zmiany?

Obecne przepisy regulujące postępowanie upadłościowe wobec osób fizycznych obowiązują od początku 2015 roku i na efekty nowelizacji nie trzeba było długo czekać. Wraz ze zmianą ustawy liczba upadłości uległa diametralnej zmianie. Na przestrzeni lat 2009-2014 upadłość konsumencką udało się ogłosić zaledwie 120 osobom. Z kolei w 2015 roku przybyło 2112 nowych upadłych. Obecnie tendencja wciąż pozostaje wzrostowa i szacuje się, że w 2018 roku liczba ogłoszonych upadłości konsumenckich wyniesie więcej niż 10 000. Warto się zatem zastanowić, czy i tak już zliberalizowane przepisy potrzebują kolejnej zmiany, o których wciąż się dyskutuje.

Upadłość konsumencka 2018 – obecne regulacje

Filip Kozik, prawnik z Kancelarii prawnej KL Law Polska
Filip Kozik, prawnik z Kancelarii prawnej KL Law Polska

– Upadłość konsumencka jest dla osób, które nie prowadzą działalności gospodarczej, a stały się niewypłacalne nie na skutek umyślnego działania lub rażącego niedbalstwa. Co istotne, w ten sam sposób nie mogły pogłębiać swojej niewypłacalności. Oprócz wymienionych przesłanek, występują też inne powody oddalenia wniosków, np.: brak terminowego wniosku o upadłość, jeżeli dłużnik utracił zdolność do wywiązywania się z zobowiązań prowadząc działalność gospodarczą lub czynność prawna dłużnika została prawomocnie uznana za dokonaną z pokrzywdzeniem wierzycieli. W takich sytuacjach upadłość konsumencka wciąż pozostaje jednak możliwa, jeśli przemawiają za tym względy humanitarne lub względy słuszności – wyjaśnia Filip Kozik, prawnik z Kancelarii prawnej KL Law Polska zajmującej się oddłużaniem konsumentów.

Postępowanie upadłościowe konsumenta inicjowane jest przez złożenie odpowiednio przygotowanego wniosku do sądu gospodarczego, w którym jest wydział ds. upadłościowych. Wniosek ten powinien zostać rozpoznany w ciągu 2 kolejnych miesięcy, lecz trzeba się liczyć z możliwością przeprowadzenia przez sąd rozprawy, co nieznacznie opóźni wydanie ostatecznego postanowienia. Jeśli dłużnik spełnia warunki upadłości konsumenckiej, to zostaje wszczęte postępowanie z udziałem syndyka, który dąży do zaspokojenia wierzycieli na skutek spieniężenia majątku. Kolejnym etapem może być plan spłaty wierzycieli ustalony na maksymalnie 36 miesięcy z uwzględnieniem możliwości finansowych upadłego. Następnie dochodzi do umorzenia zobowiązań niezaspokojonych w toku postępowania.

Podstawową funkcją upadłości konsumenckiej, w obecnym kształcie, jest umożliwienie osobie niewypłacalnej uzyskanie oddłużenia. Kwestią drugorzędną jest ewentualne zaspokojenie wierzycieli w związku z likwidacją masy upadłościowej. Warto podkreślić, że w praktyce bardzo często mamy do czynienia z osobami, które nie posiadają żądnego majątku. Nieruchomości, czy ruchomości, nie mają żadnego wpływu na postanowienie sądu o ogłoszeniu, bądź oddaleniu wniosku. Co więcej, brak majątku przekłada się na krótsze postępowanie z udziałem syndyka, więc jest to niewątpliwa korzyść. Dodatkowo, uwzględnienie wniosku powoduje, że dłużnik unika postępowań windykacyjnych, sądowych o zapłatę, czy egzekucyjnych. Może w spokoju oczekiwać na kolejne kroki syndyka i czekać na oddłużenie – podkreśla Filip Kozik.

Propozycje zmian w upadłości konsumenckiej

O ewentualnej nowelizacji przepisów o upadłości konsumentów zaczęło być głośno już w roku ubiegłym. Trwają bowiem prace nad przygotowaniem procedury, gdzie jedynym warunkiem ogłoszenia upadłości konsumenckiej będzie status osoby niewypłacalnej. Ma też wzrosnąć rola osób posiadających licencję doradcy restrukturyzacyjnego, którzy pomogą dłużnikom w zawarciu pozasądowego układu z wierzycielami.

Nowe przepisy mogą ułatwić niektórym osobom ogłoszenie upadłości konsumenckiej. W szczególności tym, które umyślnie doprowadziły do swojej niewypłacalności. Należy się jednak zastanowić, czy nie wpłynie to negatywnie na tempo pracy sądów. W chwili obecnej 2-miesięczny termin na rozpoznanie wniosku jest raczej teoretyczny. W praktyce, niekiedy trzeba czekać po kilka miesięcy. Wraz ze zniesieniem przesłanek negatywnych upadłości, liczba spraw wzrośnie kilku, jeśli nie kilkunastokrotnie. Wśród propozycji są też dobre rozwiązania, np.: umożliwienie przedsiębiorcy, który traci nieruchomość w trakcie upadłości, aplikowanie o przyznanie kwoty na wynajem innego lokalu mieszkalnego chroniąc go przed bezdomnością. Obecnie, jest to możliwe jedynie w trakcie procedury upadłości konsumenckiej – kończy Kozik.

Wycena produktów, wycena usług oraz budżet firmy, czyli jak postawić pierwsze kroki nową firmą

Decyzja o otworzeniu własnego biznesu nie jest łatwa. Jednak jeżeli ją podejmiesz musisz przeanalizować wszystkie „za” i „przeciw”. A to dopiero początek. Kolejnym korkiem będzie: budżet firmy oraz wycena usług lub wycena produktów.

Sam sobie sterem, żeglarzem okrętem

Ten cytat z „Ody do Młodości” Adama Mickiewicza doskonale oddaje filozofię prowadzenia własnego przedsiębiorstwa. Większość osób podejmuje ją dopiero po kilku latach pracy w czyjejś firmie. Mamy dość słuchania czyichś poleceń, z którymi nie zawsze się zgadzamy i decydujemy się na odejście i spróbowanie sił jako właściciel małego biznesu. Jednak nie jest to łatwa sprawa. Musimy spełnić szereg wytycznych administracyjnych, no i przede wszystkim dostać kredyt z banku. A to dopiero pierwszy etap naszej drogi do sukcesu. Jednak kolejne zależą już wyłącznie od nas.

Co będziesz robił?

Kluczy do sukcesu jest całe mnóstwo. Nie ma jednej sprawdzonej recepty, której zastosowanie pozwoli nam stać się milionerami. Mimo to początek drogi ma duże znaczenie na jej dalszym etapie. Mówią wprost – musisz wybrać odpowiednią branżę. Są takie, w których o sukces łatwiej i są takie, w których jest on niezwykle trudny. Oczywiście równie istotne jest to, co ty sam uważasz za sukces. Jeżeli jest to wypłata lepsza niż w poprzedniej pracy, szanse na osiągnięcie tego są zdecydowanie wyższe niż w przypadku „sukces to dominacja na lokalnym/krajowym rynku”. Dlatego musisz dokładnie zaplanować, co chcesz robić i w jaką branżę wejść.

Na początek – ustal budżet firmy

Dopiero, gdy już masz obraz swojej drogi, załatwione wszystkie decyzje administracyjne, możesz przejść do dalszych działań. Jednym z nich, ale szalenie istotnym jest ustalenie budżetu firmy. Budżet firmy to najważniejszy dokument, jakim będziesz się posługiwał, zaś arkusz kalkulacyjny, znany bardziej jako „Excel” stanie się twoim najlepszym przyjacielem. W budżecie firmy masz opisane wszystkie wpływy i wszystkie wydatki. Im bardziej będzie on szczegółowy, tym większą będziesz miał kontrolę nad wydatkami. Budżet firmy to nie tylko wydatki na pensje pracowników, wpływy z kontraktów z klientami, czy opłaty za czynsz, media, itp. W tym dokumencie notujesz każdy spodziewany wydatek. Od długopisów i papieru ksero po myszki komputerowe. Będąc tak skrupulatnym możesz lepiej zarządzać swoją firmą. Dokładnie wiesz, ile pieniędzy możesz przeznaczyć na konkretną rzecz. Budżet firmy powinieneś ustalać minimum raz w roku, choć dobrą praktyką jest robienie tego nawet 2-3 razy w ciągu roku.

Następnie – wycena produktów i wycena usług

Wraz z budżetem firmy, musisz również określić, na ile cenisz siebie i swoje usługi. Wycena usług i wycena produktów to filar każdej firmy. Wieść gminna niesie, że im wyższa cena usługi lub produktu, tym wyższa ich jakość. Z kolei prawidłowo prowadzony budżet firmy, wycena usług i produktów to gwarancja sukcesu. Im lepiej ocenisz swoje możliwości finansowe i zaplanujesz działania swojej firmy, tym łatwiej będzie ci pracować. Pamiętaj, że początek drogi definiuje jej dalszą część. Dlatego poświęć na to odpowiednio dużo czasu, by następnie móc w spokoju pracować.

Polskie dzieci chcą uprawiać sport. 20 tys. filmów z treningami i 35 tys. spalonych kalorii w akcji Drużyna Energii

Polskie dzieci chcą uprawiać sport. 20 tys. filmów z treningami i 35 tys. spalonych kalorii w akcji Drużyna Energii 10

35 tys. spalonych kalorii i 20 tys. filmów z treningami nadesłanych przez uczniów – to bilans pierwszej edycji programu Drużyna Energii. Organizatorzy czują ogromną satysfakcję z zaangażowania uczestników, pokazuje ono bowiem, że polskie dzieci chcą uprawiać sport, potrzebują jedynie odpowiednich bodźców. Zwycięzcą tegorocznej rywalizacji została podstawówka z Gdyni, nagrodzona kwotą 10 tys. zł.

Z danych Ministerstwa Sportu i Turystyki wynika, że w ciągu ostatnich dwóch dekad poziom aktywności fizycznej polskich dzieci gwałtownie zmalał. Według NIK 15 proc. uczniów klas IV–VI szkoły podstawowej korzysta ze zwolnień lekarskich z zajęć WF. W gimnazjum odsetek ten wzrasta natomiast do 23 proc. Niechęć do sportu wynika w dużej mierze ze zmiany sposobu spędzania wolnego czasu – współczesne dzieci wolą bowiem komputer i internet niż boisko. Eksperci nie mają wątpliwości, że wzbudzenie w najmłodszych zainteresowania sportem to zadanie przede wszystkim dla rodziców oraz nauczycieli.

– W każdym mieście są zapaleńcy, którzy z pasją uprawiają sport i krzewią ideę sportu wśród dzieci. Mówimy tu o nauczycielach, to są ludzie, którzy są najważniejsi. To oni pokazują drogę dzieciakom, od nich wszystko się zaczyna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Ignaczak, były siatkarz, ambasador Drużyny Energii.

Zainteresowanie polskich dzieci aktywnością fizyczną było celem programu Drużyna Energii, zainaugurowanego jesienią 2017 roku. Inicjatorem akcji jest Energa SA, partnerem sportowym została marka New Balance, Ministerstwo Sportu i Turystyki oraz Instytut Matki i Dziecka udzieliły natomiast patronatu. Program skierowany był do uczniów klas VI i VII szkół podstawowych – do konkursu zgłosiło się ponad 600 placówek, 100 z nich zostało wybranych do trwających pół roku rozgrywek. Dla tych uczestników raz w tygodniu ambasadorzy akcji publikowali w internecie filmy ze specjalnie przygotowanymi ćwiczeniami. Zadaniem uczniów było nagranie własnych filmów, na których odtwarzali treningi gwiazd.

– To bardzo fajny program, dający możliwość obcowania dzieciakom z gwiazdami, a przede wszystkim ze sportem. Propagujemy sport, pokazujemy im, że to jest fajna forma spędzania wolnego czasu, dająca możliwości, takie jak rozwój osobisty i rozwój odpowiednich cech charakteru, które mogą pomóc im w życiu codziennym – mówi Krzysztof Ignaczak.

Raz w miesiącu ambasadorzy programu, czyli siatkarz Krzysztof Ignaczak, były piłkarz Marek Citko, dziennikarz sportowy Bartosz Ignacik oraz youtuber sportowy Krzysztof Golonka, odwiedzali wybrane szkoły, by przeprowadzić trening na żywo. Tegoroczna edycja to 2,2 tys. przejechanych kilometrów, ponad 20 tys. nadesłanych przez uczniów filmów z ćwiczeniami i ok. 35 tys. kalorii spalonych podczas treningów z gwiazdami sportu.

– Zaangażowanie dzieci i szkół przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Serce rośnie. Jesteśmy bardzo zadowoleni i bardzo dumni z tego, że ten pilotażowy projekt przebiegł tak pomyślnie – mówi Robert Leszczyński, dyrektor ds. marketingu w New Balance.

Wielki finał został rozegrany 24 maja na gdańskim stadionie Energa. I miejsce zdobyła Szkoła Podstawowa nr 6 im. Antoniego Abrahama z Gdyni. II miejsce przypadło Szkole Podstawowej nr 13 im. Polskich Olimpijczyków z Żor. Na III pozycji uplasowała się natomiast Szkoła Podstawowa nr 4 im. Stanisława Moniuszki z Kętrzyna. Przedstawiciele tych placówek odebrali nagrody w wysokości 10 tys., 7 tys. oraz 4 tys. zł, które mają przeznaczyć na renowację sal sportowych. Zarówno organizatorzy, jak i ambasadorzy Drużyny Energii, są przekonani, że tego typu akcje są w Polsce bardzo potrzebne.

– Widzieliśmy w dzieciach chęć rywalizacji i ćwiczeń. Takie bodźce sportowe są potrzebne. Szkoły niesamowicie się przygotowały. Wyczuwa się pozytywne emocje – mówi Marek Citko, były piłkarz, ambasador Drużyny Energii.

– Wierzę, że obecność gwiazd i znakomitych sportowców spowoduje wykształcenie w dzieciach trwałego nawyku uprawiania sportu. Nie każdy będzie mistrzem, nie każdy będzie zdobywał medale imprez międzynarodowych, natomiast ważne, żeby każdy znalazł czas na kontakt ze sportem – dodaje Robert Leszczyński.

Organizatorzy są zadowoleni z efektów programu i już zapowiadają jego kontynuację. Mają nadzieję, że ich inicjatywa na stałe wpisze się w kalendarz wydarzeń sportowych i zyska popularność. Już w tym roku program został nominowany do nagrody na Gali Mistrzów Sportu. W kolejnych edycjach Drużyny Energii treningi układane przez gwiazdy mają być coraz bardziej skomplikowane. Zwiększać się będzie również skala trudności poszczególnych ćwiczeń. Niewykluczone, że pojawią się również inne niż w tej edycji dyscypliny sportu.

– Jesteśmy naprawdę urzeczeni poziomem tego programu, również fantastycznego finału. Mam nadzieję, że w przyszłym roku spotkamy się w jeszcze większym gronie – mówi Grzegorz Ksepko, wiceprezes zarządu ds. korporacyjnych Energi SA.

Branża PR przechodzi rewolucję. To wpływ mediów społecznościowych i większej niż kiedykolwiek potrzeby wiarygodnej informacji

Branża PR przechodzi rewolucję. To wpływ mediów społecznościowych i większej niż kiedykolwiek potrzeby wiarygodnej informacji 11

Media społecznościowe stały się ważnym narzędziem budowania wizerunku, komunikacji z dziennikarzami i bezpośrednimi odbiorcami. Zmieniły one radykalnie krajobraz branży public relations, ale na rynku wciąż jest miejsce dla tradycyjnej prasy, radia i telewizji – uważają eksperci i przedstawiciele agencji PR z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Polski i USA, którzy wzięli udział w debacie „Komunikacja – trendy. Perspektywa międzynarodowa”. Do kluczowych trendów, które wpłyną na przyszłość branży, zaliczyli też wiarygodność przekazu i coraz mocniejszy nacisk na weryfikowanie źródeł informacji. 

– Tradycyjne media są wciąż bardzo ważnym kanałem dla naszych klientów, ale dynamicznie rośnie znaczenie mediów cyfrowych i serwisów społecznościowych. Dla większości naszych klientów nowe media cyfrowe są równie ważne, co tradycyjne. To oznacza wielkie wyzwania i zmiany w sposobie, w jakim pracujemy. Wcześniej pracowaliśmy bezpośrednio z dziennikarzami, czyli mieliśmy kontakty ze stosunkowo niewielką grupą odbiorców, którzy korzystali z naszego kontentu i publikowali informacje. Dziś, dzięki kanałom w mediach społecznościowych, trafiamy wprost do szerokiego grona odbiorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes James Kelliher, chief executive oficer agencji PR Whiteoaks International.

Media społecznościowe są dla PR-owców ważnym narzędziem pracy, budowania wizerunku, sposobem komunikacji z dziennikarzami i influencerami. Niemal żadna kampania PR nie obejdzie się już bez zaangażowania social mediów.

– Dziś PR nie może istnieć bez mediów społecznościowych, one stały się ważną częścią naszej oferty. Wyzwaniem dla nas, jako specjalistów od PR, jest dostosowanie się do zmian. Musimy być elastyczni, cały czas się uczyć i mieć pewność, że używamy najbardziej skutecznych narzędzi, dzięki którym nasi klienci mogą dotrzeć ze swoim przekazem do grup docelowych – podkreśla James Kelliher.

Maura FitzGerald, współzałożycielka i partner agencji Version 2.0 Communications podkreśla, że media społecznościowe pozwalają trafić z wybranym przekazem bezpośrednio do odbiorców, do liderów opinii i nawiązać z nimi dialog. To w radykalny sposób zmienia krajobraz branży public relations. Ocenia również, że PR i social media świetnie się uzupełniają, ale tradycyjne media, czyli prasa, radio i telewizja, wciąż docierają do szerokiego grona odbiorców i pozostają bardzo ważne dla pokazywania dłuższych, bardziej pogłębionych historii.

– Przedstawiciele PR-u muszą nie tylko rozumieć i śledzić to, co dzieje się w tradycyjnych mediach, lecz także być aktywni w mediach społecznościowych. Musimy zrozumieć Twittera, Facebooka czy LinkedIn, który staje się bardzo ważnym narzędziem dla naszych klientów, a także Instagrama, który w USA przebił popularnością Facebooka. Za 10–15 lat tradycyjne media, prasa, radio, telewizja wciąż będą istnieć, ale coraz więcej ludzi będzie korzystać z platform społecznościowych, by dotrzeć do innych ze swoim przekazem. Ludzie będą rozumieli to medium lepiej i będą w stanie wykorzystywać je w sposób bardziej efektywny – mówi Maura FitzGerald.

– Zawód profesjonalisty PR mocno się zmienia, my, jako ludzie, którzy doradzają organizacjom, musimy wiedzieć, co się dzieje, które z nowinek warto wypróbować, w którym kierunku warto pójść. Musimy być cały czas na topie, żeby wiedzieć, w jaki sposób to wykorzystać dla naszych działań PR. Również firmy są coraz bardziej chętne, aby wchodzić w nowe narzędzia, w innowacje. Widzą, że nie da się działać starymi sposobami. Mamy nowy rynek i nowe pokolenie, które komunikuje się w zupełnie inny sposób. Nie da się stosować starych narzędzi do nowej rzeczywistości i firmy to widzą – dodaje Dorota Sapija, dyrektor zarządzająca Omega Communication.

Dziś firma – nawet jeżeli nie jest obecna w mediach społecznościowych – powinna uważnie śledzić, kto i co o niej pisze w tym kanale. Co istotne, dzięki komunikacji związanej z mediami społecznościowymi, z bezpośrednim dotarciem do grup docelowych – obecnie PR, który przez wiele lat był utożsamiany wyłącznie z media relations, zyskał na znaczeniu i może realnie pełnić strategiczną funkcję w organizacjach.

– Powinniśmy dążyć do tego, żeby PR był uwzględniany w strategii firmy, w zarządzaniu reputacją. Reputacja zawsze była ważna dla firm, natomiast w tej chwili są one poddane dużo szerszej ocenie, dlatego że są oceniane przez klientów, przez wszystkie osoby, które mają kontakt z tą firmą. Te osoby mogą natychmiast przekazać swoją opinię za pomocą social mediów czy komunikatorów. To sprawia, że firmy powinny zdecydowanie bardziej dbać o swój wizerunek i o to, w jaki sposób zarządzają swoimi relacjami – już nie tylko z mediami, lecz także z pojedynczymi osobami. Wiadomo, że krytyczna opinia w social media, może być naprawdę bardzo bolesna dla ogólnego wizerunku firmy i dla biznesu – podkreśla Dorota Sapija.

Dyrektor Omega Communication ocenia, że obok wzrostu znaczenia mediów społecznościowych, ważnym trendem w branży PR będzie powrót do wiarygodności i do zaufanych źródeł informacji.

 – Ludzie zaczynają coraz mocniej weryfikować informacje, sprawdzać źródła, są coraz bardziej wyedukowani w tym, w jaki sposób korzystać ze źródeł cyfrowych, i to jest dobra wiadomość dla PR – podkreśla Dorota Sapija.

Media społecznościowe i trendy w branży PR były kluczowym tematem podczas ubiegłotygodniowej debaty „Komunikacja – trendy. Perspektywa międzynarodowa”, organizowanej przez WIN PR Group, w której wzięli udział przedstawiciele agencji PR z Wielkiej Brytanii, Niemiec, USA i Polski.

Polska w czołówce równouprawnienia na rynku pracy. Kluczową rolę w wyrównywaniu płac kobiet i mężczyzn pełnią start-upy

Polska w czołówce równouprawnienia na rynku pracy. Kluczową rolę w wyrównywaniu płac kobiet i mężczyzn pełnią start-upy 12

Kobiety zarabiają mniej na tych samych stanowiskach co mężczyźni, rzadziej zakładają własne firmy i rzadziej zasiadają na stanowiskach kierowniczych. To problem o charakterze ogólnoświatowym, z którym zmagają się największe światowe gospodarki. W Polsce, choć liczba kobiet na stanowiskach kierowniczych sięga 40 proc., to już ich zarobki są znacznie niższe niż mężczyzn. Wraz z popularyzacją i wzrostem znaczenia start-upów, kobietom łatwiej jest wejść na rynek pracy i zaistnieć nawet w tych branżach, które do niedawna uważane były za typowo męskie. Pomagają w tym licznie organizowane konkursy dla kobiecych start-upów oraz rosnąca liczba kobiet w roli aniołów biznesu.

– Obecność kobiet na rynku start-upów wciąż się zwiększa, chociaż nie w takim tempie, w jakim by mogła. Wciąż decydującym momentem do podjęcia wyzwania wśród kobiet jest wiek od 25 do 35 lat. Największą barierą, którą należy znieść, są nierówne szanse i możliwości w stosunku do mężczyzn, zwłaszcza w tym kluczowym okresie życia – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Luigi Amati, przewodniczący Business Angels Europe, podczas konferencji InfoShare 2018 w Gdańsku.

Z problemem nierówności na rynku w dość radykalny sposób postanowiły się uporać władze Islandii. Od początku roku w tym kraju obowiązuje ustawa zabraniająca jakiejkolwiek dyskryminacji pracowników, w tym m.in. ze względu na płeć. Firmy zatrudniające ponad 25 pracowników mają obowiązek dostarczać dokumenty potwierdzające, że kobiety i mężczyźni pracujący na tych samych stanowiskach mają równe płace. Jeśli w ramach audytu okaże się, że firma nie ma stosownego certyfikatu, zostanie obciążona wysoką grzywną.

Przykładem kobiecego start-upu w polskich realiach jest Geek Girls Carrots założony przez Kamilę Sidor. Firma zachęca kobiety do nauki programowania i pomaga im w znalezieniu pracy w branży IT, która od lat jest zdominowana przez mężczyzn. Geek Girls Carrots organizuje konferencje, prowadzi szkolenia i pomaga w znalezieniu pracy.

– Istnieje wiele start-upów, którymi kierują kobiety, odnosząc sukcesy. To jest coraz bardziej widoczny trend. Im więcej kobiet zacznie działać w charakterze aniołów biznesu, tym więcej inwestycji będzie kierowanych do firm zarządzanych przez kobiety. Nie chcę przez to powiedzieć, że mężczyźni jako anioły biznesu inwestują wyłącznie w firmy prowadzone przez mężczyzn, jednak da się tu zauważyć pewną tendencję – zaznacza ekspert.

Na polskim rynku mamy sporo dowodów na to, że kobiety mogą odnieść start-upowy sukces. Kinga Kośnik założyła prawdopodobnie najbardziej kobiecy start-up, Love The Dress, i udowodniła, że z wypożyczania luksusowych sukienek można zrobić intratny biznes. Równie ciekawie prezentuje się projekt yosh.ai prowadzony przez Kasię Dorsey, który został wyróżniony w warszawskim półfinale Women Startup Competition. Start-up, nazywany przez pomysłodawców „Siri dla mody”, wykorzystuje sztuczną inteligencję, aby podsunąć klientom sklepów internetowych te produkty, które najlepiej wpisują się w ich gusta.

W branży pojawia się także coraz więcej konkursów skierowanych właśnie do kobiet. Pod koniec minionego roku wystartował projekt Cross European Union Women Business Angels. Inicjatywa ma za zadanie połączyć kobiece anioły biznesu z kobietami rozpoczynającymi swoją biznesową karierę, skierowana jest do założycielek start-upów oraz początkujących menadżerek. Długofalowym celem przedsięwzięcia będzie stworzenie społeczności młodych bizneswoman, które będą wspierały się i wymieniały zdobytą wiedzą.

Business Angels Europe wraz z niemiecką organizacją BAND 18 czerwca 2018 roku w Hamburgu przyzna nagrody Golden Aurora dla kobiet będących aniołami biznesu. Nagrody trafią do kobiet, które odnoszą największe sukcesy w kierowaniu wyróżniającymi się start-upami.

– Kolejny projekt, który prowadzimy, nosi tytuł „Kobiety-anioły biznesu dla przedsiębiorców” (WA4E – przyp. red.). Postanowiliśmy wesprzeć inwestycje z udziałem aniołów, zwłaszcza wśród kobiet, ponieważ jak wskazują statystyki, odsetek kobiet w gronie aktywnych aniołów biznesu wynosi niecałe 10 proc., tymczasem około połowę grupy najzamożniejszych mieszkańców Europy stanowią kobiety. Widać zatem, że kobiety, które są aniołami biznesu, mają ogromny potencjał i my chcemy go wspierać, i mamy także wsparcie Parlamentu Europejskiego – zauważa Luigi Amati.

Brytyjski dziennik „The Economist” co roku publikuje indeks szklanego sufitu, czyli ranking państw określający stopień równouprawnienia kobiet na rynku pracy. W Polsce 40 proc. stanowisk kierowniczych jest obsadzonych przez kobiety, co daje nam czwartą pozycję w rankingu za Stanami Zjednoczonymi, Islandią i Węgrami.

Mimo tego dysproporcje w zarobkach względem płci wciąż są duże. Zgodnie z Ogólnopolskim Badaniem Wynagrodzeń kobiety w 2017 roku zarabiały o 19 proc. mniej niż mężczyźni zajmujący te same stanowiska. Co więcej, 70 proc. przedsiębiorców nie planuje wprowadzić programów niwelujących różnice płacowe ze względu na płeć pracownika.

Krótkowzroczność może mieć już co drugie dziecko. Niekorygowana powoduje problemy w nauce

Krótkowzroczność może mieć już co drugie dziecko. Niekorygowana powoduje problemy w nauce 13

Wzrok to najważniejszy ze zmysłów, którymi dzieci poznają świat. Maluchy rzadko skarżą się na upośledzenie widzenia, nie powoduje ono bowiem bólu, dzieci nie wiedzą też, jak powinny widzieć prawidłowo. Rodzice często zaniedbują jednak kontrolne wizyty u okulisty. Tymczasem niekorygowane wady wzroku, głównie krótkowzroczność, obniżają sprawność ruchową, przyczyniają się do problemów w nauce, a w efekcie spadku poczucia własnej wartości.

Upośledzenie widzenia to problem dotykający ponad połowę polskich dzieci. Do najczęściej występujących wad wzroku należy astygmatyzm, zez oraz krótkowzroczność. Ta ostatnia wada powstaje na skutek czynników genetycznych, może się jednak rozwinąć również w wyniku patrzenia z bliska np. na ekran komputera czy smartfona, a także intensywnego wzrostu dziecka, zwłaszcza w okresie 4–6 lat oraz 8–14 lat. Nie ma możliwości zatrzymania rozwoju wad wzroku, możliwe jest jednak ich korygowanie i zmniejszenie dyskomfortu widzenia u dziecka, dlatego nawet najmłodsze maluchy powinny być objęte kontrolą lekarską.

– Dzieci nie wiedzą, jak mogą doskonale widzieć, i nie potrafią nam tego opowiedzieć, to my musimy być czujni i zwracać uwagę na pierwsze objawy, które możemy zauważyć u dziecka od pierwszych miesięcy. Na co powinniśmy zwrócić uwagę, np. mrużenie oczu, zmęczenie oczu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. med. Anna Maria Ambroziak, specjalista chorób oczu w Instytucie Oka.

Niekorygowane wady wzroku powodują duży dyskomfort w codziennym życiu oraz mogą być przyczyną kłopotów w nauce i nieprawidłowego rozwoju fizycznego. Słabiej widzący uczeń będzie miał problemy zarówno z nauką czytania, jak i z odnalezieniem się na zajęciach WF, jego sprawność motoryczna będzie bowiem znacznie obniżona. Może to niekorzystnie odbić się na rozwoju emocjonalnym dziecka, zaważyć na jego poczuciu własnej wartości i pewności siebie. Ponadto nieskorygowane odpowiednio wcześniej wady wzroku zwiększają ryzyko zachorowań na poważne choroby oczu, takie jak jaskra czy AMD w wieku dorosłym.

– Wada wzroku może sprawiać, że dziecko jest mniej sprawne ruchowo niż mogłoby być, cieszy się gorszą opinią w swoim otoczeniu, i dorośli, i rówieśnicy, uważają je za mniej bystre, mniej sprawne niż jest naprawdę. W dziecku stopniowo utrwala się niskie poczucie własnej wartości. To straszne kule u nogi na dalsze życie – mówi dr Aleksandra Piotrowska, psycholog dziecięcy, Uniwersytet Warszawski.

Na zahamowanie pogłębiania się krótkowzroczności można wpłynąć, dbając o regularną przerwę w pracy oczu. Warto nauczyć dziecko, by po każdej godzinie lekcyjnej wykonywało proste ćwiczenie, polegające np. na patrzeniu w dal. Maluchy powinny też przynajmniej godzinę dziennie spędzać w naturalnym oświetleniu. Aby wykryć wadę wzroku na wczesnym etapie rozwoju, należy regularnie badać wzrok dziecka, zwłaszcza jeśli rodzice sami cierpią z powodu krótkowzroczności.

– Chciałabym, żeby pojawiły się jakiekolwiek badania przesiewowe, żebyśmy wiedzieli, że nasze dzieci należy badać w 6. miesiącu życia, nawet jak są zdrowe, w 1. roku życia, a później regularnie co rok, 2 lata. Jeżeli dziecko ma krótkowzroczność, musimy pamiętać, że czasami badanie i dopasowanie pełnej korekcji będzie konieczne raz na sześć miesięcy w okresie intensywnego wzrostu – mówi dr Anna Maria Ambroziak.

Wad wzroku nie należy korygować samodzielnie, o konieczności korekcji oraz wyborze soczewek powinien decydować wyłącznie lekarz specjalista. Dobierając okulary dla malucha, warto się kierować kilkoma parametrami, m.in. jakością i trwałością materiału, z jakiego oprawki i soczewki zostały wykonane. W przypadku dzieci, często pozostających w ruchu, jest to niezwykle istotny czynnik. Równie ważna jest waga, grubość i przezierność soczewki, im lżejsze okulary, tym dłużej i chętniej dziecko będzie je nosiło.

– W przypadku korekcji wzroku u najmłodszych pacjentów warto zwrócić szczególną uwagę na odpowiednią trwałość i odporność okularów na uszkodzenia, na które są one znacznie bardziej narażone w przypadku dzieci niż osób dorosłych. Trwałe okulary zapewniają zarówno komfort, jak i bezpieczeństwo w trakcie zabaw oraz wzmożonej aktywności fizycznej, które są nieodzownymi elementami w zachowaniu dzieci. Kolejną kwestią, którą warto rozważyć w doborze okularów dla tej grupy wiekowej, jest kolorystyka i atrakcyjność samych opraw okularowych. Wiadomo, że dzieci chętniej będą nosiły okulary, jeśli podobają się one im i rówieśnikom – mówi dr n. biol. Robert Grabowski, dyrektor medyczny Vision Express.

W przypadku najmłodszych dobrze sprawdzają się oprawki wykonane z tworzyw sztucznych, a nie metalu. Są lżejsze, bardziej trwałe, kolorowe oraz elastyczne, nie przeszkadzają więc w zabawie lub aktywności fizycznej. Dobrze dobrane okulary muszą idealnie pasować rozmiarem, a więc nie zsuwać się z nosa, nie uciskać skóry oraz utrzymywać tarczę blisko oczu, tak aby dziecko nie zerkało ponad oprawkami – może to pogarszać efekty korekcji oraz powodować dyskomfort malucha. Warto też pamiętać o tym, że dzieci, podobnie jak dorośli, powinny nosić okulary przeciwsłoneczne, zwłaszcza latem.

– Dobór odpowiednich okularów przeciwsłonecznych jest bardzo istotny. Pamiętajmy, żeby zapewnić soczewki, które mają odpowiednie i skuteczne filtry ograniczające wpływ szkodliwego promieniowania UVA i UVB. Pamiętajmy ponadto o możliwości zastosowania soczewek mających filtr polaryzacyjny, który na pewno poprawi kontrast, ostrość i jakość widzenia u najmłodszych pacjentów – mówi dr Robert Grabowski.

Tego rodzaju okulary, podobnie jak korekcyjne, powinny być kupowane wyłącznie w specjalistycznych placówkach. Modele dostępne w drogeriach lub na bazarach nie zapewniają bowiem właściwej ochrony przed promieniowaniem słonecznym. Z badań wynika jednak, że tylko 20 proc. klientów kupuje okulary przeciwsłonecznych w odpowiednich placówkach.

Marki odzieżowe stawiają na nowe technologie. Dzięki inteligentnym przymierzalniom czy elektronicznym metkom sprzedaż ubrań może znacząco wzrosnąć

Marki odzieżowe stawiają na nowe technologie. Dzięki inteligentnym przymierzalniom czy elektronicznym metkom sprzedaż ubrań może znacząco wzrosnąć 14

Trwa rewolucja technologiczna w odzieżowych sklepach stacjonarnych. Wprowadzane przez firmę LPP nowe technologie do handlu, w tym testowane właśnie radiowe metki elektroniczne, mają skuteczniej dopasowywać asortyment do oczekiwań klientów. Z kolei inteligentne przymierzalnie pomogą klientom w doborze strojów i dodatków. Tradycyjny handel zmieni się więc w spersonalizowany marketing i sprzedaż omnichannel, w której nie ma podziału na sklepy stacjonarne i online. 

– Jesteśmy po rewolucji e-commerce’owej, która zmieniła naszą branżę i nasze doświadczenia oraz chwilę przed rewolucją technologiczną, która nastąpi w sklepach stacjonarnych. Fashion tech to określenie na wszystkie technologie używane w sklepach i w handlu online, które pomagają sprzedawać odzież i dopasowywać asortyment do oczekiwań klientów. Dzisiejsze technologie pozwalają na personalizowanie preferencji klientów, ale również digitalizację odzieży, lepszą jej prezentację na stronie internetowej czy skuteczniejsze zatowarowanie naszych salonów, zbieżne z oczekiwaniami naszych klientów –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Kujawa, wiceprezes zarządu LPP.

W czasach, gdy konsumenci mają wiele możliwości wyboru, nowe technologie mogą pomóc markom i sprzedawcom detalicznym w osiągnięciu efektywności biznesowej oraz poprawie oferty. To istotne, zwłaszcza w erze e-commerce, gdzie zakupy są proste, szybkie, a dzięki personalizacji na stronie prezentowane są te rzeczy, które z dużym prawdopodobieństwem trafią w gust klienta. Sklepy stacjonarne, by móc być równie skutecznymi, muszą postawić na nowe technologie.

– Musimy wdrożyć takie technologie, które pozwalają nam zasypać przepaść pomiędzy e-commerce a siecią stacjonarną. E-commerce dostarcza nam mnóstwo danych analitycznych. Możemy dzięki temu monitorować, co robi nasz klient, jakie produkty ogląda, jak często odwiedza naszą stronę, co kupuje. Nasza firma stawia na technologie, które pozwalają nam taką samą analitykę zastosować w naszych salonach – wskazuje Jacek Kujawa.

Firmy modowe, które skutecznie wdrażają odpowiednie technologie, będą mogły zwiększyć swoją przewagę konkurencyjną m.in. poprzez personalizację produktów, zapewnienie nowych doświadczeń zakupowych klientom oraz udoskonalanie procesów logistycznych. Im większa wiedza o klientach, tym większe prawdopodobieństwo przeprowadzenia odpowiednich działań marketingowych. Ponad 60 proc. klientów może zmienić swoje decyzje zakupowe dzięki spersonalizowanemu marketingowi (badania Millward Brown).

– Używamy takich technologii jak mapy ciepła, które pozwalają analizować zachowanie klienta, a przez to optymalizować układ sklepu i dostosowywać go do zaobserwowanych preferencji. Potrafią także zidentyfikować wiek oraz płeć naszych odbiorców. Najnowszą technologią, nad którą pracujemy, jest RFID, czyli radiowa metka elektroniczna, która z odległości kilku metrów pozwala nam zidentyfikować ubranie – wymienia wiceprezes LPP.

Platformy online, jak Amazon czy Zalando, wykorzystują możliwości, jakie daje sztuczna inteligencja, aby pomóc w uzyskaniu precyzyjnych wyników wyszukiwania produktów. Dzięki temu wyświetlane wirtualne witryny sklepowe są dostosowane do indywidualnych klientów, w oparciu o ich unikalne preferencje. W sklepach stacjonarnych podobne możliwości dają nowe technologie – pozwalają sprawdzić, jakim towarem zainteresowany jest dany klient, jaka ekspozycja przyciągnęła jego uwagę, co bierze do przymierzalni, a co z tego kupuje.

– W przyszłości planujemy uruchamiać inteligentne przymierzalnie, czyli metaforę strony internetowej. Przymierzalnia rozumie, kto do niej wchodzi, co wnosi i zaczyna podpowiadać: „z tą sukienką najlepiej komponuje się ten sweter, te szpilki, przymierz je”. Jeżeli nie pasuje rozmiar, wskaże, jakie inne rozmiary dostępne są w danym sklepie. Wówczas klient poprzez naciśnięcie przycisku będzie mógł przywołać sprzedawcę, który dostarczy mu pożądany towar. To są technologie, które kiedyś były dostępne w e-commerce. Cała rewolucja fashion tech dąży do tego, żeby wyrównać szanse pomiędzy handlem w internecie a handlem w sieci stacjonarnej – podkreśla Kujawa.

Nowe technologie pozwalają także lepiej zarządzać asortymentem. Dzięki dokładnej analizie sprzedaży, LPP do każdego sklepu dobiera odpowiedni towar. To zaś przekłada się na większy koszyk zakupowy i wyższy zysk. Firma stawia też na wielokanałowość (omnichannel), która zwiększa satysfakcję klienta – w przypadku braku danej rzeczy w sklepie stacjonarnym klient może od razu zamówić ją z e-sklepu lub produkt zakupiony online zwrócić lub wymienić w jednym z 1 700 salonów.

– W salonach mamy 6 000 smartfonów, na których mobilna aplikacja pozwala nam monitorować stan towaru i nim zarządzać, a przy tym szybciej dostarczyć klientowi informacje, o które prosi. Strategią naszej firmy jest wykorzystanie wielu kanałów – dzięki podejściu omnichannel jesteśmy w stanie dać naszym klientom więcej możliwości. Klienci w sklepach mogą obejrzeć towar. Jeżeli go nie ma, możemy dzięki aplikacji bardzo łatwo skierować ich do sklepu internetowego, zamówić towar. Dzięki temu powiększamy nasze magazyny salonowe o to, co jest w internecie – relacjonuje Piotr Zyziuk, eneterprise architect w LPP.

Takie rozwiązanie zmniejszy ryzyko, że klient poszuka niedostępnego towaru w konkurencyjnej sieci. Nowe technologie i lepiej dopasowana dzięki nim oferta sprawiają, że klienci chętniej wracają do danego sklepu.

– Inwestujemy w sprzęt, budowę infrastruktury. Dodatkowo kupujemy np. drukarki mobilne do drukowania etykiet i smartfony, na których możemy uruchamiać aplikację. Okazuje się, że koszty budowy infrastruktury Wi-Fi i zakupu sprzętu są niższe w porównaniu do korzyści, jakie mamy poprzez lepsze zarządzanie towarem. Jesteśmy w stanie lepiej alokować produkty do naszych sklepów i dopasować asortyment do oczekiwań naszych klientów, zwiększając przy tym skuteczność sprzedaży – podkreśla Piotr Zyziuk.

Polska branża kosmiczna rośnie w siłę. W Polsce powstaną podzespoły do satelitów i statków kosmicznych

Jeszcze do niedawna o przemyśle kosmicznym w Polsce mówiło się z przymrużeniem oka. Obecnie sektor ten jest dla polskiego przemysłu zupełnie realny – ocenia Bartłomiej Płonka, prezes Śląskiego Centrum Naukowo-Technologicznego Przemysłu Lotniczego. Polskie firmy są coraz bardziej aktywne w branży kosmicznej, a opracowywane przez nie technologie wykorzystują światowi giganci. W Polsce powstaną m.in. podzespoły do satelitów i statków kosmicznych. Zakłada to umowa podpisana przez Śląskie Centrum Naukowo-Technologiczne Przemysłu Lotniczego z Thales Alenia Space, światowym liderem technologii kosmicznych.

Śląskie Centrum Naukowo Technologiczne Przemysłu Lotniczego (SCNTPL) podpisało umowę partnerską z Thales Alenia Space, czyli światowym liderem technologii kosmicznych. Współpraca trwała już kilka lat, umowa jest jej zwieńczeniem i zakłada m.in., że w Polsce będą budowane podzespoły do satelitów i statków kosmicznych.

– Umowa ma kilka wymiarów. Po pierwsze, transfer istniejących technologii strukturalnych z Francji do Polski. Będziemy również rozwijać produkcję w Polsce pod marką SCNTPL. I, co najważniejsze, będziemy wspólnie pracować nad rozwojem przyszłych technologii strukturalnych. Wraz z umową strategiczną podpisaliśmy pierwsze zamówienie na pierwsze elementy struktur satelitarnych, które będą na orbicie okołoziemskiej już w przyszłym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jean-Loic Galle, prezes zarządu Thales Alenia Space.

SCNTPL i TAS zaplanowały rozwijać wspólne inicjatywy, które mają na celu badanie, rozwój i produkcję konstrukcji satelitarnych.

– Polska ma dużą determinację, by rozwijać przemysł kosmiczny. Chce być częścią europejskiej wspólnoty kosmicznej. Europejska Agencja Kosmiczna podjęła inicjatywę skierowaną do nowych państw członkowskich i Polska jest jej częścią. Po drugie, Polska ma bardzo utalentowanych inżynierów, jest również bardzo konkurencyjna, jeżeli chodzi o rozwój i produkcję części mechanicznych dla satelitów – tłumaczy Jean-Loic Galle.

Eksperci podkreślają, że polskie firmy coraz częściej zostają wykonawcami elementów urządzeń wykorzystywanych w misjach kosmicznych. Taka umowa, jak ta podpisana przez TAS z SCNTPL, to szansa na rozwój dla wielu polskich firm.

– Do niedawna o przemyśle kosmicznym w Polsce mówiło się z przymrużeniem oka. Podpisanie umowy świadczy o tym, że ten sektor jest dla polskiego przemysłu zupełnie realny i do osiągnięcia. To dla nas wyzwanie, ale też krok milowy w rozwoju firmy i naszych kompetencji – ocenia Bartłomiej Płonka. –Współpracujemy nie tylko z Thales Alenia Space, lecz także zapraszamy do tej bilateralnej współpracy innych polskich przedsiębiorców czy instytucje naukowe i kooperujemy razem, żeby opracować nowoczesne materiały dla lotnictwa i przemysłu kosmicznego.

W Polsce przemysł kosmiczny dynamicznie rośnie od momentu przystąpienia do Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) w 2012 roku. Krajowe firmy otrzymały od tego czasu finansowanie w wysokości kilkudziesięciu milionów euro, co stanowiło silny impuls do rozwoju. Polski sektor kosmiczny rośnie w siłę. Jeszcze dwa lata temu na rynku istniało blisko 30 firm, które same identyfikowały się z branżą kosmiczną. Obecnie jest ich już ponad 300, a tylko w ubiegłym roku Polacy złożyli skutecznie ponad 171 aplikacji do Europejskiej Agencji Kosmicznej.

Polscy naukowcy są też coraz bardziej aktywni. Ostatnim sukcesem polskiego przemysłu był udział w misji NASA InSight gdzie firma Astronika zbudowała unikatowe urządzenie w skali światowej do penetracji powierzchni Marsa – Kret HP3.

– Polska jest nowym graczem na rynku kosmicznym, więc doświadczenie lokalnych firm nie jest zbyt duże. Minie sporo czasu, zanim jakaś polska firma będzie w stanie samodzielnie zbudować satelitę. Jesteście na początku długiej drogi, ale jestem przekonany, że polskie firmy uczą się bardzo szybko i będą w stanie uczestniczyć w programie europejskim, skierowanym zarówno do klientów instytucjonalnych, jak i komercyjnych. Mogą się – tak jak SCNTPL – również stać częścią globalnego łańcucha dostaw dla takiej firmy jak Thales Alenia – wskazuje Jean-Loic Galle.

Mimo dynamicznego rozwoju sektora kosmicznego Polska wciąż przeznacza na niego bardzo niewiele – około 0,01 proc. PKB. Dla porównania w Stanach Zjednoczonych i Rosji jest to ok. 0,25 proc. PKB. Powoli zaczyna się to jednak zmieniać, głównie dzięki przyjętej Polskiej Strategii Kosmicznej. Dokument zakłada, że do 2030 roku obroty rodzimych firm z tego sektora mają wynosić co najmniej 3 proc. ogólnych obrotów całej tej branży w Europie. Rodzime firmy mają być bardziej konkurencyjne i w większym stopniu uczestniczyć w programach kosmicznych.

– Przychodzą lepsze czasy, a w Polsce tym bardziej, ponieważ znamy strategię odpowiedzialnego rozwoju premiera Morawieckiego, już funkcjonuje strategia dla polskiego sektora kosmicznego, jest opracowywany specjalny polski program dla sektora, więc myślę, że to wszystko ma na celu, żeby wspierać ten sektor – przekonuje Bartłomiej Płonka.

Mocny dolar nadal ciąży walutom z koszyka EM

W ostatnich dniach głównym czynnikiem osłabiającym popyt na bardziej ryzykowne aktywa jest sytuacja we Włoszech, gdzie brak zdolności uformowania rządu (przy narastającym konflikcie z prezydentem) może skutkować przyspieszonymi wyborami parlamentarnymi (prasa włoska spekuluje, że mogą one przypaść na wrzesień). Te zaś mogłyby pokazać jak Włosi widzą swoje miejsce w EZ, bowiem przebiegałyby zapewne pod znakiem pozostania bądź opuszczenia przez kraj strefy euro. Zamieszanie wokół trzeciej gospodarki krajów wspólnoty, gdzie do głosu dochodzą eurosceptycy, budzi niepokój o ewentualne opuszczenie strefy euro przez Włochy. Na tę chwilę Włosi są podzieleni, czy chcą korzystać ze wspólnej waluty. Ich poparcie dla tego projektu to tylko 45% i jest ono najniższe wśród wszystkich krajów według badania Komisji Europejskiej z grudnia ub.r. Na rynku widać więc podwyższoną awersję do ryzyka, która negatywnie wpływa na waluty EM oraz ciąży europejskim giełdom.

Dolara względem euro wspiera ponadto polityka pieniężna prowadzona przez amerykańską Rezerwę Federalną, która mocno kontrastuje z postawą EBC. Gospodarka strefy euro wyhamowała wzrost i to jeszcze przed ujawnieniem się politycznych problemów Włoch. Jak pokazały ostatnie publikacje zbiorczy indeks PMI aktywności gospodarczej dla strefy euro spadł do poziomu najniższego od 1,5 roku, zaś dla Niemiec okazał się najsłabszy od 20 miesięcy. Tymczasem Fed, przy rozwijającej się w przyzwoitym tempie gospodarce najprawdopodobniej podniesie w tym roku koszt pieniądza jeszcze co najmniej dwa razy, co fundamentalnie tłumaczy siłę dolara względem głównych walut.

Najprawdopodobniej walutę naszą „chronią” oczekiwania na wyższe odczyty inflacyjne z Polski. Rynek spodziewa się, że środowe dane pokażą wzrost indeksu CPI o blisko 2,0% r/r z 1,6% miesiąc wcześniej. W ocenie ekonomistów majowy wynik będą pchały w górę nieuwzględnione w odczycie inflacji za kwiecień rosnące cen ropy naftowej na świecie (80 USD za baryłkę Brent) oraz słaby złoty. Choć majowe (wstępne) dane inflacyjne zapewne nie będą wystarczające, aby RPP zaostrzyła swoje mocno gołębie nastawienie w polityce monetarnej, to jednak stanowić mogą wsparcie dla złotego, choć zapewne krótkotrwałe.

Wykres dnia: Rosnąca na świecie awersja do ryzyka nasila popyt na bezpieczne aktywa. Poniżej rynkowy indeks „strachu” VIX na tle umacniającego się franka szwajcarskiego do euro (linia niebieska, p.oś, odwr.).

Rosnąca na świecie awersja do ryzyka nasila popyt na bezpieczne aktywa
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

Szwecja oskarża uchodźcę z Tybetu o szpiegostwo dla Chin

Szwedzkie władze oskarżyły 49-letniego Dorjee Gyantsana, podającego się za sympatyka niepodległości Tybetu, o szpiegowanie tybetańskich uchodźców na rzecz chińskiego rządu. Mężczyzna uczestniczył w spotkaniach poświęconych niepodległości Tybetu, a podczas wizyty Dalajlamy w Norwegii zgłosił się do radiostacji Głos Tybetu, oferując swoją pomoc.

Według aktu oskarżenia Gyantsan, który pochodzi z Tybetu, a mieszka na przedmieściach Sztokholmu, gromadził informacje o sytuacji życiowej, relacjach rodzinnych i spotkaniach tybetańskich uchodźców i dysydentów. Następnie przekazywał te dane chińskim służbom m.in. na spotkaniach w Polsce i Finlandii. Gyantsan przybył do Szwecji jako uchodźca w 2002 r., mieszkał przez pierwsze pięć lat w środkowej Szwecji, a następnie przeprowadził się do Sztokholmu, gdzie został przyjęty do społeczności tybetańskiej.

Adwokat Gyantsana poinformował, iż jego klient zaprzecza oskarżeniom. Prokurator państwowy Mats Ljungqvist stwierdził zaś w rozmowie z „Dagens Nyheter”, że jest to klasyczny przykład szpiegostwa wśród uchodźców.

Na podstawie aktu oskarżenia, złożonego w sądzie okręgowym w południowym Sztokholmie, Gyantsanowi zarzuca się szpiegostwo w okresie od lipca 2015 r. do lutego 2017 r. oraz przyjęcie przynajmniej raz gotówki jako wynagrodzenia – w wysokości 6000 USD, przekazanej w opakowaniu na lekarstwa.

Gyantsan został aresztowany w lutym 2017 r., ale zwolniono go po kilku tygodniach. Grozi mu kara do 4 lat więzienia. Szwedzka służba bezpieczeństwa SAPO inwigilowała go od 2010 r.

Przewodnicząca liczącej 140 osób wspólnoty tybetańskiej w Szwecji, Jamyang Choedon, powiedziała, że była zszokowana informacją, że potężna KPCh jest zainteresowana tak małą grupą Tybetańczyków w Szwecji.

Ostatni tego rodzaju przypadek szpiegostwa odnotowano w Szwecji w 2009 r., kiedy sąd skazał szwedzkiego obywatela ujgurskiego pochodzenia na 16 miesięcy więzienia za zbieranie informacji o swoich byłych rodakach w Szwecji, Norwegii, Niemczech i Stanach Zjednoczonych na rzecz chińskiej służby wywiadowczej.

Źródło: „The New York Times” z 12.04.2018 r. (na podstawie publikacji „Dagens Nyheter” i „Aftonbladet”).

Szef niemieckiego Urzędu Ochrony Konstytucji ostrzega przed chińskimi inwestycjami

Szef niemieckiego Urzędu Ochrony Konstytucji, służby bezpieczeństwa i kontrwywiadu Hans Georg Maassen na spotkaniu z dziennikarzami ostrzegł przed ryzykiem, jakie dla bezpieczeństwa niosą chińskie bezpośrednie inwestycje w sektor wysokich technologii w Niemczech i ogólnie w Europie.

Poinformował, że jego agencja zauważyła korelację między chińskimi cyberatakami a przejęciem niemieckich firm technologicznych przez chińskie firmy. Niemieccy kontrwywiadowcy byli zdezorientowani, kiedy odnotowali redukcję chińskich działań cyberprzestępczych w 2016 r. Zorientowali się jednak szybko, że te operacje zostały zastąpione przez „legalne metody” – takie jak bezpośrednie przejęcia niemieckich firm high-tech przez podmioty chińskie. Powodem tych przejęć było uzyskanie dostępu do niemieckiego know-how.

Jego zdaniem szpiegostwo przemysłowe w cyberprzestrzeni nie jest już potrzebne, bowiem jedna strona może wykorzystywać liberalne regulacje ekonomiczne, aby zakupić firmy, a następnie przystąpić do ich „wypatroszenia”, swoistej „kanibalizacji” i uzyskać w ten sposób dostęp do know-how. Zauważył, iż Niemcy nie sprzeciwiają się inwestycjom zagranicznym i wolnemu przepływowi kapitału, łącznie z chińskim.

Dodał jednak, że pewne bezpośrednie inwestycje w określone technologie mogą zagrozić bezpieczeństwu wewnętrznemu. Maassen wymienił kilka przykładów, w tym przejęcie niemieckiej firmy Kuka zajmującej się robotyką przez chińskiego inwestora w 2016 r. Ponadto w ciągu ostatnich kilku miesięcy chińskie firmy podjęły próbę zakupu udziałów operatora niemieckiej sieci energetycznej 50 Hertz, producenta samochodów Daimlera i Cotesa, niemieckiego producenta z branży lotniczej.

Maassen ujawnił, iż Niemcy, Francja i Włochy naciskają na Brukselę, aby zaktualizowała i zmodernizowała swoje procedury kontroli zagranicznych przejęć tych firm, które zajmują się produkcją i sprzedażą „wrażliwych technologii”. Nowy unijny mechanizm kontroli powinien funkcjonować z końcem 2018 r.

Źródło: intelNews.org z 12.04.2018 r.

Były dyrektor CIA ujawnia, iż armia USA w Syrii zabiła 200 Rosjan

Były dyrektor CIA Mike Pompeo, który niedawno został mianowany sekretarzem stanu USA, potwierdził dane z raportu z lutego 2018 r., iż wojska USA zabiły w Syrii ponad 200 żołnierzy rosyjskich. Według źródeł Pentagonu do starcia zbrojnego doszło 7 lutego 2018 r., kiedy 500 żołnierzy reżimu Asada przekroczyło Eufrat i weszło na terytorium syryjskie kontrolowane przez Kurdów na północny zachód regionu Deir al-Zour. Kurdowie zostali wsparci przez żołnierzy USA, artylerię i myśliwce, które wykonały uderzania na wojska syryjskie. Amerykanie oceniają, że śmierć poniosło ok. 100 żołnierzy, a 200–300 zostało rannych. Później liczba ta wzrosła do kilkuset zabitych.

Na konferencji prasowej, która miała miejsce tuż po starciach, sekretarz obrony James Mattis odmówił komentarza, ponieważ strona amerykańska prowadziła z Rosjanami rozmowy na temat tego, co się wydarzyło.

Jednak 12 kwietnia 2018 r. M. Pompeo, na przesłuchaniu przed komisją senacką jako kandydat na sekretarza stanu, potwierdził, iż Rosjanie w regionie Deir al-Zour stracili kilkuset żołnierzy. Oświadczył, iż administracja Trumpa podtrzymuje twardą linię wobec Rosji.

Nawiązując do wydalenia 60 rosyjskich dyplomatów ze Stanów Zjednoczonych, które ostatnio miało miejsce, Pompeo stwierdził, że „w Syrii kilka tygodni temu Rosjanie spotkali swój miecz. Zginęło kilkuset Rosjan”.

Komentarz Pompeo został odebrany przez media jako potwierdzenie przez wysokiego rangą urzędnika rządu USA incydentu w Deir al-Zour, który dotychczas pozostawał tajemnicą. Pompeo powiedział też m.in., że Kreml „jeszcze nie otrzymał pełnego przesłania o determinacji USA, by zablokować agresję Rosji. Musimy dalej nad tym pracować”.

Źródło: intelNews.org z 13.04.2018 r.