Exact Systems: prawie połowa Polaków chce w przyszłości jeździć samochodami elektrycznymi lub hybrydowymi

Najbardziej pożądaną cechą samochodu przyszłości dla aż 40% polskich kierowców jest napęd alternatywny – wynika z badania „AUTOwybory Polaków” zrealizowanego przez instytut Millward Brown na zlecenie Exact Systems S.A. Jednak aż 79% przedstawicieli branży motoryzacyjnej uważa, że w ciągu najbliższych 5 lat nie ma możliwości, aby pojazdy z tradycyjnym napędem zostały wyparte przez samochody elektryczne czy hybrydowe. Taka rewolucja wymaga dużo więcej czasu. Szacuje się, że w 2025 roku napędy alternatywne będą stanowić jedną czwartą globalnej sprzedaży samochodów.

Z najnowszego raportu KPMG i PZPM wynika, że w pierwszym kwartale tego roku dynamicznie rozwijał się rynek aut z napędami alternatywnymi, czyli głównie hybrydowymi, ale też elektrycznymi. Liczba rejestracji wzrosła o 96% r/r i wyniosła prawie 5 tysięcy, czyli prawie tyle, ile przez pierwsze dwa kwartały ubiegłego roku. Taka dynamika w przyszłości będzie wspierana przez podjęty przez polski rząd plan elektromobilności, który zakłada, że do 2025 roku na polskich drogach będzie jeździło aż milion samochodów elektrycznych. Jednak osiągnięcie takiego wyniku w tak krótkim czasie może być trudne.

– Elektromobilność, mimo że nie szybko, to jednak na stałe wpisze się w przyszły obraz motoryzacyjny. Powodów jest kilka, ale najważniejsze to te natury ekologicznej – niska emisja CO2, brak hałasu – i kosztowej – większa niezależność od cen ropy, niższe koszty eksploatacji. Zanim jednak na dobre zadomowią się napędy w pełni elektryczne, przejściowo będą dominować napędy hybrydowe. Z szacunków wynika, że obecnie 4 na 100 sprzedawanych na świecie samochodów posiada alternatywny napęd.  W 2025 roku ten udział ma wzrosnąć do 24%, z czego tylko jedną czwartą będą stanowić auta elektryczne, pozostałe to napęd hybrydowy (65%) oraz napęd plug-in hybrid (11%) – mówi Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems S.A., odpowiedzialny za rozwój sprzedaży.

Napęd alternatywny standardem dopiero za kilka lat

Z badania „AUTOwybory Polaków” przeprowadzonego na zlecenie Exact Systems wynika, że dla 40% polskich kierowców najbardziej pożądaną cechą samochodu przyszłości jest napęd alternatywny. Jednak aż 8 na 10 przedstawicieli branży automotive w Polsce nie wierzy w to, że w ciągu najbliższych pięciu lat samochody z tradycyjnym napędem zostaną wyparte przez napędy alternatywne. Taki scenariusz przewiduje tylko 14% osób związanych z branżą – wynika z raportu Exact Systems „MotoBarometr 2016. Nastroje w automotive. Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Słowacja”.

– Pojazdy z napędami alternatywnymi z pewnością mają szansę znacznie ograniczyć produkcję samochodów z tradycyjnym silnikiem, ale na pewno nie w ciągu pięciu najbliższych lat. Jeżeli chodzi o produkcję to faktycznie, silników hybrydowych będzie montowanych coraz więcej. Trudniejsza jest z kolei sytuacja w obszarze napędów typowo elektrycznych z racji niedopracowanych technologicznie akumulatorów oraz braku rozpowszechnionej infrastruktury ładowania. Problemem aut elektrycznych jest głównie zasięg, w tym podatność m.in. na niskie temperatury, co przekłada się na parametry akumulatora obniżające zasięg. Natomiast autobusy miejskie już wypierają te z silnikami spalinowymi. To już się dzieje i perspektywa pięcioletnia jest bardzo realna – zwraca uwagę Roman Kantorski, Prezes Polskiej Izby Motoryzacji.

Brak „alternatywnego” optymizmu także u naszych sąsiadów

Optymizmu w tej kwestii nie widać również w innych europejskich krajach. W Niemczech aż 87% przedstawicieli branży zakłada, że scenariusz zastąpienia tradycyjnych napędów przez alternatywne w ciągu pięciu lat nie jest realny. W Czechach odsetek ten wynosi 70%. Nieco więcej optymistów znajdziemy na Słowacji, gdzie 45% specjalistów branżowych wierzy w opisany scenariusz, sceptyków jest natomiast 55%. Rosja to jedyny kraj, w którym odsetek przedstawicieli branży wierzących w możliwość wyparcia napędów tradycyjnych przez alternatywne jest wyższy, niż tych, którzy w to nie wierzą – 55% vs. 45%.

Sceptycyzm przedstawicieli branży to pochodna kilku czynników. Przede wszystkim zmiana technologiczna, z jaką wiąże się wprowadzenie napędu alternatywnego, to rewolucja na wielką skalę, której całkowite przeprowadzenie to kwestia kilkunastu, a nie kilku lat. Po drugie, zachęty producentów nie są jeszcze tak kuszące, aby pozwoliły na szybszą realizację planu. Po trzecie, konsumenci nadal są w fazie oswajania wizji samochodu przyszłości, stąd bardziej niż na napędzie zależy im na bezpieczeństwie, który oczywiście jest też pochodną zastosowanej technologii. To wszystko powoduje, że przedstawiciele branży nie widzą możliwości przeprowadzenia rewolucji w tak krótkim czasie – mówi Jacek Opala z Exact Systems S.A.

Bezpieczeństwo ważniejsze niż napęd

Najbardziej pożądaną cechą samochodu przyszłości jest zapewnienie ochrony życia kierowcy i pasażerów – taki pojazd chciałoby mieć aż 82% polskich kierowców. Na drugim miejscu wskazano możliwość dopasowania pojazdu do indywidualnych oczekiwań klienta (46%). Co czwarta osoba liczy na zaawansowane multimedia, takie jak np. wyświetlające się na szybach informacje o mijanych obiektach czy wykonywanie zadań poprzez sterowanie głosowe. Natomiast najrzadziej wskazywaną cechą samochodu była autonomiczność, czyli możliwość jazdy bez kierownicy – taką odpowiedź udzieliło zaledwie 14% kierowców.

Metodologia badań:

Badanie „AUTOwybory Polaków” zostało przygotowane i opracowane na zlecenie Exact Systems S.A. przez instytut Millward Brown S.A. Ankiety zrealizowano na próbie osób potrafiących odpowiedzieć na pytania dotyczące zakupu, napraw i awarii posiadanego samochodu (N=600) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania), wyniki poddano procedurze ważenia. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,05%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI w sierpniu i wrześniu 2016 roku.

Badanie „Nastroje w automotive. Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Słowacja” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczki, szyby samochodowe, dachy, kolumny kierownicze czy elementy bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 413 respondentów z 5 państw (Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Słowacja). Respondentami byli przedstawiciele zakładów motoryzacyjnych, w tym OEM i Tier, a w szczególności inżynierowie ds. jakości, dyrektorzy zakładów, managerowie ds. jakości i produkcji.  Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI), ankiet online oraz ankiet indywidualnych od lipca do września 2016 roku.

EFL: najmniejsze przedsiębiorstwa z największą poprawą nastrojów w II kwartale

Średnie firmy najlepiej w całym sektorze MŚP oceniają swoją sytuację w II kwartale br. – odczyt Barometru EFL[1] dla tej grupy wyniósł rekordowe 67,7 pkt. (+7,9 pp.). Jednak to mikrofirmy odnotowały największy wzrost wartości subindeksu „Barometru EFL” w porównaniu do poprzedniego kwartału (+10 pp.). Odsetek optymistów wśród firm zatrudniających do 9 pracowników wzrósł we wszystkich badanych obszarach. Między innymi, dwa razy więcej mikroprzedsiębiorców niż na początku tego roku spodziewa się większej sprzedaży swoich produktów i usług (23% vs. 11%).

Poprawa nastrojów w porównaniu do I kwartału br. jest widoczna w każdej kategorii podmiotów. Co więcej, w II kwartale br. po raz pierwszy odczyt „Barometru EFL” był wyższy niż 60 punktów zarówno w przypadku mikro, małych jak i średnich firm. Jednak warto zwrócić uwagę na najmniejsze podmioty, które na tle całego sektora MŚP mogą pochwalić się największą dynamiką wartości „Barometru EFL” kwartał do kwartału (+10 pp.).

W ostatnich pomiarach grupa firm zatrudniających do 9 pracowników była najbardziej pesymistyczna. Prognozy, czy to dotyczące planowanych inwestycji czy sprzedaży, były najgorsze w całym sektorze MŚP. Teraz jest zdecydowanie lepiej i mikroprzedsiębiorcy w swoich ocenach zbliżyli się do prognoz firm małych. Wciąż jednak z największym optymizmem mamy do czynienia wśród największych uczestników sektora MŚP. Dlaczego? Większe firmy często pod koniec roku otrzymują zamówienia na kolejny rok i łatwiej jest im oceniać swoją sytuację. Wśród mikrofirm to rzadkość i dlatego na początku roku te podmioty ostrożniej podchodzą do prognoz – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Mikrofirmy wychodzą z cienia …

Podczas gdy na początku roku tylko co dziesiąty mikroprzedsiębiorca prognozował wzrost sprzedaży swoich towarów, w II kwartale odsetek optymistów zwiększył się dwukrotnie – z 11% do 23%. Pochodną tego jest dużo lepsza ocena płynności finansowej w firmach mikro – odsetek oczekujących poprawy wzrósł niemal trzykrotnie – z 7,5% do 22%. Najmniejsze podmioty są również optymistyczne, jeśli chodzi o poziom inwestycji. Ich wzrostu w II kwartale br. spodziewa się ponad 35% respondentów. W związku z tym wzrosło zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne – z 14,5% w I kwartale br. do 20,1% w II kwartale br.

… ale to średniaki pozostają górą

Subindeks „Barometru EFL”, który informuje o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu, w II kwartale 2017 roku był ponownie najwyższy wśród średnich przedsiębiorstw i wyniósł 67,7 pkt. Mikro i małe firmy nieco słabiej oceniły swoją sytuacją – wartość odczytu wyniosła odpowiednio 61,5 pkt. oraz 61,8 pkt. Na poprawę nastrojów w każdej kategorii sektora MŚP największy wpływ miał duży odsetek respondentów przewidujących wzrost inwestycji. Największymi optymistami są średnie firmy, wśród których równo połowa spodziewa się więcej inwestować. Wśród małych firm odsetek ten wyniósł 37,7%, a mikro – 35,4%. Przedstawiciele MŚP liczą również na większą w porównaniu do poprzedniego kwartału sprzedaż. Najliczniejszą grupą optymistów znajdziemy w segmencie średnich firm (34,2%, +5 pp. k/k).

Rekordowa wartość głównego indeksu Barometru EFL na II kwartał

Wynik „Barometru EFL” za II kwartał 2017 roku po raz drugi w historii pomiarów przekroczył próg 60 pkt. (pierwszy raz w III kwartale 2015 roku) i wyniósł 63 pkt. Jednocześnie jest to najwyższa wartość od początku realizacji badania, czyli od I kwartału 2015 roku. W porównaniu do I kwartału br. wartość wskaźnika jest aż o 5,9 pkt. wyższa, natomiast do sytuacji sprzed roku o 5,2 pkt. Tym samym powtórzyła się sytuacja z ubiegłego roku, gdy pomiędzy I i II kwartałem 2016 roku odczyt Barometru wzrósł.

Inwestycyjny optymizm wśród przedsiębiorców z sektora MŚP utrzymuje się od początku roku i to może być dobry prognostyk dla polskiej gospodarki. Bo w ubiegłym roku wszystkie inwestycje spadły o niemal 8% w stosunku do 2015 roku, a ich udział w PKB wyniósł zaledwie 18%. W tym roku liczymy na poprawę tych wskaźników – mówi prezes EFL.

[1] „Barometr EFL” jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 4-10 maja 2017 r.

Pięć cech dobrego przywódcy, na które nie zwracasz uwagi

Istnieje wiele teorii na temat tego, jaki powinien być dobry przywódca. Niektóre stawiają na budowanie autorytetu, inne na umiejętność osiągania celów, a kolejne między innymi na dobrą organizację. Jednak na pewne cechy najlepszych liderów często nie zwraca się uwagi, choć są istotne dla funkcjonowania całego zespołu. Które z nich i dlaczego warto doskonalić?

Wewnętrzna spójność

Mówić jedno i robić drugie – w ten sposób na pewno nie zbuduje się swojej wiarygodności wśród członków zespołu. Dlatego dobry lider to ktoś, kto jest wewnętrznie spójny – zachowuje zgodność myśli, mowy i czynów. Działa w oparciu o swoje wartości i przekonania, jest więc autentyczny i uczciwy, dotrzymuje słowa, a to pozwala wzbudzać zaufanie – właśnie w ten sposób osiąga swoje cele. Taka wewnętrzna integralność przyczynia się także do szczerego zaangażowania, wprowadza do zespołu emocjonalną stabilność, spokój i opanowanie. Przywódca charakteryzujący się tą cechą potrafi też spojrzeć na sytuacje ze zdrowym dystansem, a dodatkowo jest konsekwentny bez względu na okoliczności. To sprawia, że pewne jego zachowania są dla jego współpracowników „przewidywalne” w pozytywnym rozumieniu tego słowa – podwładni wiedzą, jakie będą jego priorytety nawet w obliczu sytuacji problematycznych, a to ułatwia im zachowanie spokoju i zwiększa ich poczucie bezpieczeństwa.

Elastyczność

W przypadku kryzysów przydatna jest również umiejętność poszukiwania nowych rozwiązań. – Nie polega ona na zmienności w zakresie zasad postępowania, a na elastyczności na poziomie operacyjnym. Ważne jest, by lider potrafił szybko reagować nawet w obliczu problemów, by każdorazowo dostosowywać zdolności i doświadczenie swoje oraz zespołu do nowego kontekstu – wyjaśnia Hanna Malinowska – trener biznesu z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. – Oczywiście nie oznacza to rezygnacji z założonych celów, a optymalizację sposobów ich osiągnięcia. Taka zdolność szybkiej adaptacji do aktualnych warunków czy okoliczności pozwala na zachowanie energii i koncentracji nawet w bardzo dynamicznie zmieniającym się otoczeniu – dodaje. Istotną kwestią w przywództwie jest nie tylko sytuacyjne reagowanie, ale i długofalowe zarządzanie zmianą, które wymaga skutecznego planowania, wdrażania, wzmacniania, a także dalszego monitorowania jej efektów. Do tych zadań niezbędny jest stały rozwój elastyczności myślenia, na którą składa się otwartość na nowe doświadczenia, poszukiwanie niekonwencjonalnych rozwiązań czy wychodzenie poza schematy.

Optymizm

Według specjalistów w przywództwie nie tylko w obliczu zmian, ale i w codziennym funkcjonowaniu ważne jest też pozytywne nastawienie, oczywiście bez jednoczesnej rezygnacji z racjonalnego podejścia. Zachowanie uśmiechu na twarzy i wiara w to, że będzie dobrze niezależnie od nastroju i czynników zewnętrznych zwykle nie jest łatwe. Ludzie nie zawsze doceniają tę cechę, a jeszcze rzadziej wiążą ją z atrybutem przywódcy, jednak to właśnie ona pozwala dostrzegać możliwości w tym, w czym inni widzą problemy. Tymczasem to zdolność pożądana u liderów, pozwala bowiem podchodzić z otwartością do nowych wyzwań, które stale pojawiają się w dynamicznym otoczeniu biznesowym. Wbrew obiegowym opiniom optymizm niekoniecznie jest zarezerwowany dla charyzmatycznych ekstrawertyków, również introwertycy mogą być pozytywnie nastawieni zarówno do pracy, jak i ludzi, choć nie wyrażają tego w tak ekspresyjny sposób.

Umiejętne słuchanie

Wśród cech dobrego menedżera często wymienia się zdolności komunikacyjne. Niestety bywają one często rozumiane jedynie jako efektywne przemawianie.  Przekonujące przedstawienie planów czy podsumowanie zrealizowanych projektów jest istotne dla motywowania zespołu, jednak liczy się również umiejętność słuchania, bo to właśnie ona pozwala lepiej zrozumieć prawdziwe potrzeby i intencje rozmówcy – tłumaczy Hanna Malinowska z Integra Consulting Poland. – Jeśli  będzie nim  pracownik, to taki dialog może stanowić punkt wyjścia do zaplanowania jego dalszego wieloaspektowego rozwoju. Wspieranie współpracowników w doskonaleniu się jest niezmiernie ważne, bo przecież to właśnie ludzie stanowią o sukcesie organizacji – dodaje. Wnikliwe słuchanie przydaje się przywódcom także, kiedy w zespole pojawiają się konflikty – zapoznając się dokładnie z argumentami każdej ze stron, łatwiej wypracować porozumienie.

Pokora

Ta cecha również pomaga w zrozumieniu innych i znajdowaniu wspólnych rozwiązań, ale nie tylko. Często mówi się, że menedżer powinien być charyzmatyczny i pewny siebie – to ważne elementy charakterystyki każdego, za kim mają podążać inni, jednak dodanie do nich pokory sprawia, że przywódca nie wywyższa się. Akceptuje to, że nie zawsze wszystko wie, potrafi przyznać się do błędu, jest otwarty na uczenie się od każdego, włącznie z osobami o mniejszym doświadczeniu. Przez taką postawę staje się bliższy zespołowi, jest bardziej autentyczny. Pokorny lider nie szuka wymówek, czuje się odpowiedzialny zarówno za działania swoje, jak i współpracowników. Do tego potrzeba odwagi, nie należy więc kojarzyć tej cechy ze słabością i brakiem własnego zdania.

Bycie dobrym liderem nie jest łatwe – wymaga stałego uczenia się, samoświadomości i pracy nad sobą. To jednak trud warty podjęcia, bowiem jego efekty oddziałują na cały zespół. Doskonaląc się, warto uwzględnić również rozwój cech, na które na co dzień nie zwraca się uwagi, bo pomagają one w stawaniu się lepszym i skuteczniejszym przywódcą.

Drogerie będą sukcesywnie znikać z rynku? Biedronka znalazła sposób na ich klientów

Instytut badawczy ABR SESTA porównał strategie promocyjno-asortymentowe drogerii z lat 2015-2016. Z analizy wynika, że zmniejszyła się liczba sieci, a co za tym idzie – ich publikacji. Największym konkurentem dla całego sektora staje się Biedronka, która coraz bardziej inwestuje w promocje kosmetyków największych producentów. 

Biedronka, w odpowiedzi na inwestycję Lidla w artykuły tekstylne, postawiła na renomowane, markowe kosmetyki. W przeciągu roku liczba promocji marek narodowych wzrosła aż o 53% (1088 w 2016 roku vs 711 w 2015 roku). W ten sposób, dyskont sukcesywnie odbiera klientów drogeriom. Pierwszą, która pożegnała się z rynkiem, była Dayli. Zdaniem Marcina Dobka, eksperta z instytutu badawczego ABR SESTA, kolejne mniejsze sieci mogą podzielić jej los w ciągu najbliższych trzech lat. Segment drogerii jest bowiem bardzo rozdrobniony. Występuje w nim wielu graczy.

– Widać, że Biedronka zainwestowała we współpracę z takimi markami, jak Nivea – 72 promocje w 2016 roku vs 32 w 2015 roku, Dove, Bell, Garnier, Colgate, Adidas, Eveline, Rexona, Syoss, Fa i Axe. Liczba promocji kilku z nich podniosła się o ponad 100%. Najwyższy wzrost odnotowała marka Dove – o 215%, 20 promocji w 2015 roku zamieniła na 63 w 2016 roku. Trend jest zwyżkowy, gdyż przez pierwsze 4 miesiące 2017 roku już było 50 promocji Nivea, 30 Dove i 44 Colgate. Często te brandy są promowane w bardzo niskich cenach – mówi Marcin Dobek.

Jednocześnie delikatnie wzrosła liczba promocji marek własnych Biedronki. Natomiast ich udział zmniejszył się i odpowiada jedynie za 20% wszystkich wyróżnień w kategoriach kosmetycznych tej sieci. Promując się w dyskontach, producenci markowi odzyskują udziały rynkowe, utracone wcześniej na rzecz marek własnych. Jak przewiduje Marcin Dobek, wprowadzenie tak licznych marek narodowych zachęci część klientów drogerii do częstszych wizyt w dyskoncie. To w konsekwencji może spowodować dalszą koncentrację sieci na rynku drogerii w Polsce.

– W mojej ocenie, drogerie nie tak szybko znikną z rynku, ponieważ są bardzo mocno wyspecjalizowane w swojej dziedzinie. Chodzi tutaj o wiedzę i zrozumienie potrzeb swoich klientów, a także kontakty z obecnymi dostawcami. Brak też na rynku jasnego sygnału, że dyskonty, w tym Biedronka, chciały otworzyć osobny tego typu format, który bezpośrednio mógłby przesądzić o losach drogerii w Polsce. Sam przekaz w gazetkach promocyjnych jeszcze nie jest takim sygnałem, jak również nie wiele wskazuje na to, żeby tak się finalnie stało – mówi Michał Rosiak z Grupy AdRetail.

Liczba i struktura gazetek

Analizując strategie promocyjno-asortymentowe drogerii, można zwrócić uwagę na to, że struktura wydawanych publikacji nie zmieniła się znacząco pomiędzy rokiem 2015 i 2016. Drogerie od lat koncentrują się głównie na ulotkach i gazetkach regularnych. Jednak, jak wiadomo, w tym segmencie dominuje asortyment kosmetyczny. Dlatego, we wszystkich innych formatach te wydania byłyby uznawane za tematyczne.

– Z danych instytutu badawczego ABR SESTA wynika, że w dwóch ostatnich latach nastąpił ogólny spadek liczby publikacji w sektorze kosmetycznym. W zeszłym roku 16 monitorowanych drogerii wydało 318 gazetek do benchmarku vs 362 w 2015 roku. W dużej mierze wynikało to z tego, że 2 lata temu 22 publikacje należały do sieci Dayli, która w 2016 roku złożyła wniosek o upadłość. Ponadto, drogerie Douglas oraz Jawa rozpowszechniły odpowiednio 16 i 8 gazetek mniej w 2016 roku w porównaniu do roku poprzedniego – zauważa Michał Rosiak.

Lider rynku

Na rynku drogeryjnym inspirację dla konsumentek stanowi katalog Rossmana, „Skarb”, który zawiera informacje zarówno na temat trendów w makijażu, jaki i pielęgnacji oraz mody. Przedstawia również aktualną ofertę sieci oraz nowości, które będą w sprzedaży w najbliższym czasie. Ponadto, drogeria stawia na produkty dziecięce. Program Rossnę, w formie karty lojalnościowej, mobilizuje młode matki do stałych zakupów w tej sieci.

– W segmencie drogerii od lat niezmiennie wyróżnia się Rossmann z bogatą ofertą Non-Food. Sieć wychodzi poza typowy drogeryjny asortyment po to, by klienci więcej razy w tygodniu przychodzili do sklepu. W ten sposób, sieć także odróżnia się od innych drogerii, co jest obecnie bardzo ważne. Oferuje produkty przemysłowe, np. skarpetki czy świece zapachowe. Tego typu asortyment, mimo tego że nie należy do FMCG, stanowi tzw. Mass Market. Sięgamy po niego dosyć często – wyjaśnia Marcin Dobek.

Jak dodaje ekspert z Grupy AdRetail, gdyby Biedronka chciała na przykład mocnej rywalizować z Rossmanem, to nawet tak duży gracz, jak Jerónimo Martins miałby z tym spory problem. Ponadto, rodzi się pytanie o to, czy ta walka w ogóle byłaby opłacalna dla Biedronki.

Udział marki własnej

Produkty marki własnej stanowią istotną część oferty promocyjnej sieci Rossmann. Według Marcina Dobka, delikatny spadek jej udziału w FMCG, z 19% do 18%, według powierzchni modułów, nie oznacza, że sieć zaczyna zmieniać koncepcję. Nadal wyróżnia się pod tym względem na tle innych sieci. Tak duży gracz na rynku chce mieć swój udział w zysku z puli produktów tańszych. Ma bowiem dużą siłę negocjacyjną we współpracy z wytwórcami tych produktów, a także możliwość promowania asortymentu w swoich gazetkach.

– W latach 2015-2016 udział marki własnej w FMCG w większości drogerii wzrósł, według powierzchni modułów. W Blue z 6% do 12%, w Sephorze z 8% do 9%, w Douglas z 6% do 7%, w Super-Pharm z 3% do 5% czy w Hebe z 0,2% do 1%. Taka dynamika w kolejnych latach zapewne będzie nadal widoczna. Szczególnie może to dotyczyć Blue, ponieważ ta sieć przeznaczyła dwukrotnie większą powierzchnię na marki własne w rynku FMCG w 2016 roku, niż rok wcześniej – analizuje Michał Rosiak.

Kurs funta – niepewna sytuacja na parze GBPPLN

Najbliższe tygodnie dla funta mogą być najważniejszymi od wielu lat. Obecnie na parze GBPPLN jesteśmy blisko dołków z drugiej połowy 2016 roku, czyli okresu referendum dotyczącego Brexitu. Za niespełna 2 tygodnie dojdzie do kolejnego testu dla Brytyjczyków. Premier Theresa May pewna swojej przewagi ogłosiła przedterminowe wybory, licząc na wysokie zwycięstwo i pewny mandat do dokonywania zmian w Wielkiej Brytanii. Jednakże ostatnie sondaże pokazują, iż przewaga konserwatystów nad Partią Pracy zmniejszyła się do 5 pkt procentowych. Sytuacja ta spowodowała znaczną przecenę funta. Nauczeni doświadczeniem, iż na Wyspach ciężko jest w pełni wierzyć sondażom, dlatego też do momentu ogłoszenia wyników wyborów, rynek będzie rozpisywał wiele scenariuszy, co spotęguje większą zmienność ceny.

Kurs funta wykresGlobalna wyprzedaż na funcie powoduje, że funt jest stosunkowo blisko 5-letnich minimów i potwierdzenia dołka z momentu referendum z 2016 roku. Na wykresie tygodniowym jesteśmy w silnym trendzie spadkowym. Cena po przetestowaniu górnego ograniczenia kanału spadkowego znacząco spadła. W ciągu 5 tygodni funt stracił ponad 30 groszy, wyłamując na dużej dynamice kolejne wsparcia. Obecnie wsparciem jest poziom mierzenia 88,6% FIBO z ostatniego impulsu wzrostowego. Jest to ostatnia zapora przed testem poziomów dołków sprzed 5 lat oraz października 2016 roku. W przypadku odwrotu cena powinna kolejny raz przetestować górne ograniczenia kanału spadkowego. W tej chwili mamy jednak do czynienia z silną reakcją podaży, a najbliższe dni i sondaże będą nakreślać nowe ryzyka i potęgować niepewność.

Kurs funta wykres

Na wykresie 4-godzinnym możliwe jest zaksięgowanie formacji AB=CD, gdzie punkt D wypada dokładnie na mierzeniu 88,6% FIBO ostatniego impulsu wzrostowego z wyższego interwału, co dodatkowo wzmacnia wagę tego wsparcia. W przypadku wzrostów oporem będzie poziom mierzenia 78,6% FIBO oraz lokalnej strefy ZZB.

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Niezrozumiałe przepisy największym zagrożeniem branży TSL?

Polska, obok Francji czy Niemiec, wymieniana jest jako jedna z europejskich potęg w branży transportowej. Prawie ¼ wszystkich przewozów międzynarodowych na terenie UE wykonywana jest przez polskich kierowców, w samym zaś kraju nad Wisłą około 75% transportu odbywa się na drogach. Istnieją jednak czynniki, które mogą zagrozić dalszemu rozwojowi branży.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez markę VIAON wśród przedstawicieli firm transportowych, aż 46% respondentów uważa, że największym zagrożeniem dla rozwoju branży jest szybko zmieniające się prawo oraz jego niezrozumiałe przepisy. „Jeżeli chodzi o transport na terenie UE, to w zasadzie co roku mamy do czynienia z wprowadzaniem nowych przepisów czy regulacji.  Od stycznia br., m.in. wzrosły stawki kwoty płacy minimalnej, czy zaszły zmiany w kwestii zatrudniania kierowców spoza Unii Europejskiej. Co więcej, pod koniec maja Komisja Europejska przedstawi kolejne modyfikacje w ramach tzw. Pakietu Drogowego” – komentuje wyniki badania Bartosz Najman, CEO marki VIAON. Często zmieniające się przepisy prawa oznaczają dla właścicieli firm transportowych również więcej czasu poświęconego na interpretację nowych zasad. „Przedsiębiorcy często zmuszeni są zaniedbywać swoje obowiązki, aby móc zapoznać się i wdrożyć kolejne przepisy. Aby unikać tego typu sytuacji, warto zgłosić się do firm profesjonalnie zajmujących się analizą przepisów prawa, a tym samym oszczędzić czas i skupić się na swoich obowiązkach” – dodaje Bartosz Najman.

Zdaniem ankietowanych, następnym w kolejności czynnikiem mogącym negatywnie wpływać na branżę jest niewystarczająca liczba kierowców zawodowych na rynku pracy – taką odpowiedź wskazało 35% badanych. Obecnie deficyt kierowców w Polsce szacuje się na około 100 000 tysięcy[1], co wpływa nie tylko na branżę TSL, ale także na całą gospodarkę kraju. Jak podaje CEO VIAON, stanowi to poważny problem, ponieważ polski rynek pracy wkracza w etap rynku pracownika, co również wpłynie na większą rotację już zatrudnionych kierowców.

Wśród innych wskazanych odpowiedzi dotyczących zagrożeń branży transportowej, pojawiły się m.in. manipulacje kierowców (manipulacje tachografem, manipulacje związane z czasem pracy), które wskazało niecałe 7% ankietowanych, następne zaś wymieniane były kradzieże i porwania w transporcie (5%).

TSL

W tym samym badaniu wskazano, że managerowie i właściciele firm transportowych bardzo wysoko cenią sobie bezpieczeństwo zatrudnionych w przedsiębiorstwach kierowców zawodowych. Dla prawie 96% z nich zapewnienie właściwych warunków pracy jest istotne albo bardzo istotne.

„Z doświadczenia wiemy, że przedsiębiorcy bardzo poważnie podchodzą do kwestii bezpieczeństwa w transporcie. Równolegle, przeprowadzone przez markę VIAON badanie sugeruje, że nie wszyscy mają wiedzę na temat metod, które mogą w znaczący sposób minimalizować ryzyko kradzieży czy porwania, a także usprawnić komunikację na linii kierowca-spedytor” – podkreśla Bartosz Najman. Jednym ze sposobów wpływających na zwiększenie bezpieczeństwa jest zastosowanie systemów telematycznych, czyli połączenia rozwiązań telekomunikacyjnych, informatycznych i informacyjnych, które w praktyce pozwalają obniżyć koszty związane z obsługą floty samochodów ciężarowych,
a także zwiększyć poziom bezpieczeństwa.

Badanie zostało przeprowadzone przez VIAON podczas konferencji TSL Biznes w Sosnowcu
w kwietniu br., organizowanej na targach Transportex. Celem ankiety było zbadanie opinii przedstawicieli branży transportowej na temat potencjalnych zagrożeń dla rozwoju tej gałęzi. Wśród respondentów byli m.in. właściciele firm transportowych, managerowie wysokiego szczebla, spedytorzy i logistycy.

[1] Dane pochodzące z raportu PwC „Rynek pracy kierowców w Polsce” z października 2016 r., https://www.pwc.pl/pl/pdf/pwc-raport-rynek-pracy-kierowcow.pdf

Bartosz Grejner: kurs dolara będzie się stabilizował pomiędzy 3,7 a 4 zł

Przez pięć kolejnych miesięcy amerykańska waluta straciła do złotego ok. 13 proc., a niemal połowa z tego spadku nastąpiła w ostatnim miesiącu. Gdyby utrzymało się takie tempo zmian, to już pod koniec sierpnia za dolara moglibyśmy płacić tylko 3 zł. Czy to jednak realny scenariusz? – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, należy przeanalizować przyczyny ostatniej przeceny dolara, nie tylko wobec złotego, ale na całym globalnym rynku. W małych odstępach czasowych splotło się kilka wydarzeń niekorzystnych dla notowań USD.

Po pierwsze, rynek mógł być nieco zawiedziony brakiem widocznych postępów w realizacji zapowiedzi przedwyborczych nowego prezydenta USA, m.in. zmian w systemie podatkowym. Po drugie, poniżej oczekiwań wypadł odczyt inflacji konsumenckiej w Stanach Zjednoczonych. Wywołało to spekulacje, że ścieżka wzrostu cen nie jest pewna, co może zmniejszać tempo podwyżki stóp procentowych. Po trzecie, na notowania dolara wpłynęły aspekty polityczne, znacznie pogarszając nastroje na rynku. Chodzi również o zapis rozmów z majowego posiedzenia komitetu monetarnego Rezerwy Federalnej. Osłabienie dolara wywołała przedstawiona tam propozycja wolniejszego od oczekiwań redukowania bilansu Rezerwy.

Na rynkach pojawiła się obawa, iż te problemy nowej administracji Białego Domu mogą utrudnić lub opóźnić m.in.: wprowadzenie zmian w systemie podatkowym, repatriacji zysków zagranicznych czy zwiększania wydatków infrastrukturalnych. Płytsza i rozłożona na dłuższy czas stymulacja gospodarki amerykańskiej może oznaczać niższą presję inflacyjną i niższe tempo wzrostu gospodarczego, co przekłada się na mniejsze prawdopodobieństwo realizacji wcześniejszych sugestii podwyżek stóp procentowych przez Rezerwę Federalną.

Potencjalnie niższe stopy procentowe (lub niższe tempo ich podnoszenia) mogą osłabiać walutę. Dolar w relacji do euro oddał już wszystkie zyski wypracowane od listopadowych wyborów do Białego Domu i Kongresu.

Lepsza sytuacja w Europie i Polsce

Z kolei polskiej walucie pomagał ostatnio lepszy nastrój na rynku europejskim, szczególnie w strefie euro. Wskaźniki aktywności sektora przemysłowego i usług znajdują się tu w trendach wzrastających, podobnie jak nastroje konsumentów oraz przedsiębiorstw. Zwycięstwo Emmanuela Macrona w wyborach prezydenckich we Francji usunęło niepewność co do przyszłości strefy euro i UE. Tym samym zwiększył się popyt na europejskie aktywa, w szczególności krajów rozwijających się, co istotnie zwiększyło popyt na złotego, przekładając się na istotny wzrost jego wartości.

Dane makroekonomiczne dotyczące Polski również wspierały złotego. Po słabym październiku, od listopada do marca w szybkim tempie rosły zarówno sprzedaż detaliczna, jak i produkcja przemysłowa. To m.in. przyczyniło się do przekraczającego oczekiwania tempa wzrostu PKB w I kwartale, które wyniosło 4 proc. w stosunku do analogicznego okresu w zeszłym roku.

Adam Glapiński, prezes Narodowego Banku Polskiego (NBP) i przewodniczący Rady Polityki Pieniężnej podczas majowej konferencji prasowej zapowiedział, że polska gospodarka może wzrosnąć 4 proc. w całym 2017 r.

Wysokie tempo wzrostu PKB możliwe do utrzymania?

Scenariusz z 4-procentowym wzrostem polskiej gospodarki wcale nie musi się sprawdzić, co również może ograniczać wartość złotego. W kilku minionych kwartałach szybkie tempo wzrostu PKB w dużej mierze wynikało ze zwiększonych wydatków konsumpcyjnych, do czego przyczynił się rządowy program Rodzina 500 plus.

Jednak w drugiej części 2017 r. pozytywne wpływy programu na tempo wzrostu PKB mogą wygasać. Odniesieniem będzie bowiem zeszły rok, w którym PKB już wznosił się na bardzo wysoki poziom. Tu utrzymanie dynamiki zmian może się okazać nie do zrealizowania, uwzględniwszy, że 500 plus nie ulega zwiększeniu.

Ponadto dane Głównego Urzędu Statystycznego za I kwartał wskazują, że inwestycje prywatne (przedsiębiorstw) w dalszym ciągu nie wzrastają. W trzech początkowych miesiącach br. wskaźnik zmniejszył się w stosunku do ub.r. o 0,4 proc. A przecież już w każdym z kwartałów 2016 r. był on na ujemnym poziomie.

Dane NBP o rachunku bieżącym Polski dają wskazówki co do przyszłego poziomu inwestycji. Pokazują mianowicie, że praktycznie nie napływają do nas środki unijne. I jeżeli nadal nie będą napływać, tempo wzrostu – i owszem – może się zwiększyć, ale na poziomie niższym od oczekiwań, wpływając na spowolnienie tempa wzrostu PKB. Za tym pójdzie nieco niższy poziom inwestycji, co w sumie negatywnie przełoży się na wycenę złotego.

Choć polskiej walucie pomagają dziś dobre nastroje obecnie panujące w strefie euro, ta sama strefa może pod koniec br. zacząć wywierać wpływ odwrotny. Europejski Bank Centralny (EBC) prowadzi obecnie ultrałagodną politykę monetarną, m.in. dokonując comiesięcznego skupu obligacji w wysokości 60 mld euro czy utrzymując stopę depozytową na ujemnym poziomie. Ten pierwszy program w założeniu miał trwać do końca roku i oczekuje się, że właśnie w drugiej połowie 2017 r. EBC może sugerować jego zakończenie. Gdy to nastąpi, a w strefie euro utrzyma się ścieżka wzrastającej inflacji bazowej (do celu 2 proc.), EBC może również zacząć podwyższać stopy procentowe pod koniec 2018 r.

Taki ruch stałby w kontraście ze stanowiskiem polskiej Rady Polityki Pieniężnej, której przewodniczący sugeruje pozostawienie stóp procentowych na niezmienionym poziomie (1,5 proc.) nie tylko w 2017 r., ale również w 2018 r. Zacieśnianie polityki monetarnej przez EBC z jednoczesnym utrzymaniem stóp procentowych w Polsce, może powodować odpływ kapitału z naszego kraju, co przełożyłoby się na ogólne osłabienie złotego, nie tylko w relacji do euro.

Dolar po 3 zł już w sierpniu? Raczej bliżej 4 zł

Skala spadku wartości dolara w relacji do złotego w ostatnim miesiącu może sugerować, że już pod koniec sierpnia moglibyśmy płacić za dolara 3 zł. Taka cena obowiązywała ostatnio trzy lata temu. Czy wróci za trzy miesiące?

To możliwe, jednak mało realne. Wszak dolar musiałby w dalszym stopniu globalnie się osłabiać. Tymczasem w scenariuszu bazowym nadal pozostają dwie podwyżki stóp procentowych w USA, co w najbliższych miesiącach powinno wzmacniać amerykańską walutę. Z kolei aktualna wycena złotego już uwzględnia wszystkie korzystne wpływy i teraz bardziej należy się liczyć ze spadkiem niż dalszym umocnieniem. W najbliższych miesiącach kurs amerykańskiej waluty wobec polskiej prawdopodobnie będzie się stabilizował pomiędzy 3,7 a 4 zł.

Wkrótce wybory w Wielkiej Brytanii, reformy we Francji

8 czerwca Brytyjczycy pójdą do urn w przyspieszonych wyborach. Prezydent Macron zapowiada odejście od idei państwa opiekuńczego. Szanse na podwyżkę stóp w USA rosną mimo słabych danych.

Wraca temat referendum niepodległościowego w Szkocji

8 czerwca odbędą się wybory do brytyjskiej izby gmin. Mało prawdopodobne jest by mimo dużego poparcia Szkocka Partia Narodowa utrzymała aż tyle miejsc co ma teraz (dla przypomnienia 56 z 59 przeznaczonych dla Szkocji). Wciąż jednak zanosi się na jej zdecydowane zwycięstwo. Zapowiada ona, że w takim scenariuszu będzie dążyć do powtórzenia referendum separatystycznego, gdyż poprzednie nie uwzględniało brexitu. Do referendum potrzebna jest zgoda parlamentu brytyjskiego, która obecnie jest raczej nieosiągalna. Pytanie co się stanie po wyborach kiedy kilkadziesiąt głosów SNP może być konieczne do utworzenia rządu.

Czy Francja skończy z państwem opiekuńczym?

Prezydent Macron zapowiedział, że państwo opiekuńcze jest anachronizmem i FRancja potrzebuje reform. Biorąc pod uwagę zadłużenie względem PKB na poziomie niemal dwa raz wyższym od Polski, bezrobocie o 2% wyższe od tego nad Wisłą i gigantyczne wydatki publiczne taka decyzja i tak wydaje się spóźniona o całe lata. Oczywiście jest jeszcze jedno “ale”. Nie będą to zmiany, które wszystkim od razu poprawią sytuację. Podstawowym problemem jest zebranie większości i zdobycie poparcia społecznego dla zmian, a to może być trudne szczególnie, że jednym z głównych obszarów jest prawo pracy. W efekcie programy muszą być podzielone na części w przeciwnym razie silne związki zawodowe sparaliżują kraj. Oznacza to, że droga do reform będzie długa i wyboista.

Szanse na podwyżkę stóp w USA

14 czerwca staje się coraz gorętszym tematem. Dane z USA wciąż nie rozpieszczają  inwestorów. Niby zrewidowano wzrost gospodarczy annualizowany z 0,9% na 1,2%. Z drugiej strony opublikowano spadające zamówienia na dobra. Słabiej wypadł również indeks Uniwersytetu Michigan. W rezultacie po początkowej euforii gdzie szanse na pozostanie stóp na obecnym poziomie spały do 12% znów mamy kilku procentową korektę. Przy tak niskich prawdopodobieństwach podwyżka wydaje się nieunikniona, ale jeżeli dalej będziemy oglądać słabe odczyty FED może nie chcieć dławić gospodarki droższym kredytem.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym brak ważnych danych. Powodem niemal pustego kalendarza jest Dzień Pamięci w USA oraz Majowe Święto Bankowe w Wielkiej Brytanii. W tym  kontekście Dzień Smoczych Łodzi w Chinach jest tylko dodatkiem.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Analiza pozycji dużych graczy 27.05.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 27.05.2017 1– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 27.05.2017 2-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Najciekawsze instrumenty z punktu widzenia raportu COT

Z punktu widzenia raportu COT powinniśmy zainteresować się złotem oraz euro.

Złoto

W poprzednim tygodniu inwestorzy na złocie zwiększyli swoją ekspozycję po długiej stronie rynku o 30 tysięcy kontraktów. Co więcej, zostało zamknięte 15 tysięcy kontraktów krótkich. Jest to o 22 procent więcej długich pozycji niż poprzednio, co przekłada się na bardzo byczy sygnał.

Pozycje funduszy zarządzających, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy zarządzających, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: Cme Group

Ruch wzrostowy na tym instrumencie zawdzięczamy wyprzedaży dolara amerykańskiego na szeroką skalę oraz spadku rentowności obligacji 10-letnich. Jak to wygląda na wykresie?

Notowania złota, interwał dzienny

Analiza pozycji dużych graczy 27.05.2017 3

Źródło: Admiral Markets

Cóż, piątkowe zamknięcie pokazało, że byki mają sporo siły. Z jednej strony udało im się pokonać poziom 1260 USD za jedną uncję, ale do trwałego przebicia potrzeba pokonać poziom 1270 USD i 1300 USD. O ile ten pierwszy nie powinien stanowić problemu, to drugi – jak najbardziej. Co dalej? Wszystko zależy od indeksu dolara oraz rentowności obligacji. Tak jak wcześniej wspominałem, indeks dolara znalazł się na dolnej bandzie kanału spadkowego, co wróży korektę. Z kolei cena obligacji 10-letnich znalazła się tuż ponad silnym wsparciem, dlatego przy podejmowaniu decyzji na złocie warto spojrzeć na notowania długu.

Euro

Skrajny optymizm na euro trwa dalej. Fundusze lewarowane po raz kolejny otworzyły ponad 14 tysięcy pozycji długich i zamknęły 13 tysięcy krótkich. Warto również zauważyć, że na rynku jest już tylko 5 tysięcy krótkich pozycji względem długich. Ale czy taki optymizm jest uzasadniony? Z jednej strony tak, najnowsze publikacje makroekonomiczne ze Stanów Zjednoczonych dają duże do życzenia. Dalsze podwyżki stóp procentowych w tym nie pomogą. Aczkolwiek w Strefie Euro cały czas trwa luzowanie monetarne przy rosnącej inflacji. Ostatnie wzrosty były również napędzane Francją oraz wypowiedziami polityków o zbyt słabym euro.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Analiza pozycji dużych graczy 27.05.2017 4

Źródło: Cme Group

Reasumując, w najbliższym czasie, po takich wzrostach możemy liczyć na większą korektę. Gdzie może się zatrzymać?

Notowania EUR/USD, interwał dzienny

Analiza pozycji dużych graczy 27.05.2017 5

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie dziennym najbliższe wsparcie znajduje się w okolicy poziomu 1.1160. Jeżeli niedźwiedziom uda się je pokonać, to kolejne wsparcie znajduje się na okrągłym poziomie 1.10.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Polscy przedsiębiorcy działający w Wielkiej Brytanii nie muszą się bać brexitu. Niepewna sytuacja rodzin korzystających z dodatków socjalnych

Polscy przedsiębiorcy działający w Wielkiej Brytanii nie muszą się bać brexitu. Niepewna sytuacja rodzin korzystających z dodatków socjalnych 6

W Wielkiej Brytanii działa około 40 tys. polskich firm. Przedsiębiorcy je prowadzący nie muszą się bać brexitu, ponieważ rząd Theresy May zamierza stworzyć korzystne warunki dla przedsiębiorców, zwłaszcza jeżeli w wyniku negocjacji Wielka Brytania straci dostęp do europejskich rynków. Dopuszcza nawet możliwość maksymalnej obniżki podatku CIT i wprowadzenia przywilejów na kształt rajów podatkowych. Powody do obaw mają za to Polacy, którzy mieszkają na Wyspach krócej niż pięć lat, mają rodziny i korzystają z dodatków socjalnych.

– Wielka Brytania stara się ugrać jak najwięcej przy twardym brexicie, żeby nie oddawać do unijnej kasy miliardów euro. Aktualnie całkowicie zamyka się na Unię i chce kontrolować przepływ zagraniczny. Ogłoszenie wcześniejszych wyborów parlamentarnych to zagranie socjotechniczne, obliczone na wywołanie chaosu i wynegocjowanie lepszych warunków wyjścia z UE. Im więcej mandatów, tym większe poparcie dla twardego, mocnego brexitu. To natomiast będzie się wiązało się z problemami dla Polaków na Wyspach – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Sadecki, finansista i analityk biznesowy, menadżer i wykładowca oraz laureat prestiżowej nagrody MDIT dla najlepszych doradców inwestycyjnych w USA.

Przedterminowe wybory w Wielkiej Brytanii odbędą się 8 czerwca, trzy lata wcześniej, niż wynika to z wyborczego kalendarza. W połowie kwietnia brytyjska premier Theresa May zwróciła się z taką prośbą do Izby Gmin, argumentując to potrzebą silnego przywództwa w negocjacjach dotyczących wyjścia z UE. Wygrana Partii Konserwatywnej da Theresie May silny mandat społeczny do twardych negocjacji w sprawie brexitu. Sondaże wskazują na coraz niższą przewagę torysów nad Partią Pracy, chociaż w momencie ogłoszenia przedterminowych wyborów różnica sięgała nawet 20 proc. Jednym z kluczowych punktów programu Partii Konserwatywnej jest zdecydowane ograniczenie imigracji. Partia Pracy deklaruje, że nie zamierza przeszkadzać imigrantom w pracy i życiu na Wyspach.

Negocjacje UE z Wielką Brytanią mają rozpocząć się w ciągu najbliższych kilku tygodni. Ich celem będzie uregulowanie statusu prawie 3 milionów obywateli UE na Wyspach oraz około 2 milionów brytyjskich obywateli mieszkających na kontynencie, a także wypracowanie nowych zasad współpracy handlowej, dostępu do europejskich rynków i ponad 400 mln potencjalnych konsumentów.

Jak zauważa analityk biznesowy Krzysztof Sadecki, wyborcze zwycięstwo Partii Konserwatywnej i twardy brexit będą oznaczały kłopoty dla mieszkających na Wyspach Polaków. Szczególnie tych, którzy mają rodziny albo korzystają z dodatków socjalnych.

– Sytuacja Polaków, którzy żyją z socjalu, znacznie się pogorszy. Wielka Brytania chce między innymi ograniczyć dodatki socjalne dotyczące dofinansowania na mieszkanie. Aktualnie dokłada od 30 do 70 proc. w ramach dofinansowania dla osób, które mają problem z utrzymaniem się na terenie Wielkiej Brytanii, a mają rodziny – mówi Krzysztof Sadecki.

Według zapowiedzi Theresy May Polacy, którzy mieszkają i pracują na Wyspach, nie muszą się obawiać brexitu. W marcu Izba Lordów (wyższa izba parlamentu) przegłosowała poprawkę gwarantującą zachowanie praw wszystkim imigrantom w Wielkiej Brytanii w ciągu 3 miesięcy od uruchomienia procedury wyjścia z UE. Jednak dwa tygodnie później Izba Gmin odrzuciła tę poprawkę tym samym przyszłość Polaków mieszkających w UK wciąż pozostaje niepewna.

Możliwe scenariusze zakładają, że Polacy przebywający na Wyspach krócej niż 5 lat będą się musieli ubiegać o pozwolenia na pobyt i pracę. Brytyjskie urzędy mogłyby wydawać wizy pracownicze dla obywateli państw UE. Z pewnością ograniczone zostaną im też świadczenia socjalne.

Według brytyjskiego urzędu statystycznego ONS (Office for National Statistics) liczba Polaków w Wielkiej Brytanii od momentu otwarcia tamtejszego rynku w 2004 roku zwiększyła się 20-krotnie, a na Wyspach mieszka ponad 916 tys. Polaków (największa mniejszość narodowa). Część z nich, zwłaszcza bez rezydentury, może być zmuszona do wyjazdu z Wielkiej Brytanii.

Według prognoz resortu rozwoju do kraju może wrócić nawet 200 tys. Polaków. Z kolei Polski Instytut Spraw Międzynarodowych podaje liczbę dwukrotnie większą, czyli nawet 400 tysięcy. Krzysztof Sadecki prognozuje, że Polacy po brexicie nie będą masowo wracać do kraju, a jeżeli zostaną zmuszeni do wyjazdu, wybiorą inny kierunek emigracji.

– Polacy, którzy odważyli się wyemigrować z kraju i przenieśli się do Wielkiej Brytanii, poznali lepszą jakość życia, większe pieniądze i wartość ich pracy. Znają już język, są specjalistami. Albo pozostaną w Wielkiej Brytanii, albo wyemigrują do Kanady lub Australii. Do Polski nie mają po co wracać, ponieważ tutaj emerytur może wcale nie być, a poza tym są przyzwyczajeni do minimalnie 8 funtów za godzinę. Tutaj płaca minimalna wynosi 1,7 tys. zł, a taką kwotę mogą zarobić tam w kilka dni – mówi Krzysztof Sadecki.

Zdaniem eksperta powodów do obaw nie mają natomiast polscy przedsiębiorcy działający na Wyspach, ponieważ tworzą wartość dodaną dla brytyjskiej gospodarki. Dla firm, które prowadzą na ją w Wielkiej Brytanii, UK chce wprowadzić szereg przywilejów i ulg, stając się państwem na kształt raju podatkowego.

– Wielka Brytania chce stworzyć specjalny klimat gospodarczy dla małych, dużych i średnich przedsiębiorstw, co wiąże się z tym, że będzie konkurowała z Delaware, wyspą Guernsey, Manem, Maltą czy Luksemburgiem. Zamierza utworzyć specjalne strefy, które będą napędzały ich gospodarkę za pieniądze obywateli z innych krajów. Będą to między innymi preferencyjne warunki finansowania przedsiębiorstw i nowoczesne systemy tworzenia spółek gospodarczych – mówi Krzysztof Sadecki.

Według wcześniejszych zapowiedzi ministra finansów Philipa Hammonda, jeżeli Wielka Brytania straci dostęp do jednolitego europejskiego rynku, wprowadzi minimalne podatki i może się stać konkurencją dla UE. Taką możliwość potwierdziła szefowa rządu Theresa May. Podatek CIT dla firm w Wielkiej Brytanii miałby zostać obniżony do rekordowo niskiego poziomu 10 proc. Lider laburzystów Jeremy Corbyn skomentował, że taki scenariusz może zagrozić wojną handlową z Europą. Jak zauważa analityk biznesowy Krzysztof Sadecki, ulgi dla przedsiębiorców w Wielkiej Brytanii już w tej chwili są bardzo atrakcyjne.

– Ulgi podatkowe do tej pory były dość duże. Zniżka dyrektora w firmie to około 13 tysięcy funtów. Dodatkowo dochodziła jeszcze ulga z dywidendy na poziomie 35 tysięcy funtów. Łącznie to dawało około 50 tysięcy funtów ulgi podatkowej w skali roku – mówi Krzysztof Sadecki.

Według szacunków Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej na Wyspach prowadzi działalność około 40 tys. przedsiębiorstw prowadzonych przez Polaków. Z raportu, który w 2014 roku opracowały think tank Centre for Entrepreneurs i DueDil, wynika, że imigranci prowadzą 14 proc. wszystkich firm w Wielkiej Brytanii. Co siódma została założona przez osobę z innym paszportem.

Imigranci w Wielkiej Brytanii pracują w takich sektorach jak finanse, handel, gastronomia, turystyka, budownictwo i służba zdrowia. Z ubiegłorocznej analizy Resolution Foundation wynika, że w niektórych branżach stanowią nawet do 40 proc. siły roboczej. W latach 20002011 wkład imigrantów w brytyjski system finansów publicznych przekroczył 20 miliardów funtów (dane Centre for Research and Analysis on Migration za 2014 r.). Z kolei polski Instytut Sobieskiego wyliczył, że sami tylko Polacy dokładają do brytyjskiego PKB średnio 7 mld funtów rocznie.

Rośnie produkcja i zapotrzebowanie na płynny gaz. Dobre wiadomości dla kierowców tankujących samochody LPG

Rośnie produkcja i zapotrzebowanie na płynny gaz. Dobre wiadomości dla kierowców tankujących samochody LPG 7

Na całym świecie rośnie zarówno produkcja, jak i konsumpcja płynnego gazu LPG. Eksperci z sektora paliwowego prognozują, że ten trend się utrzyma. W Polsce rodzima produkcja LPG odpowiada zaledwie za jedną piątą zapotrzebowania, dlatego odpowiedzią na rosnące potrzeby konsumpcyjne jest import tego surowca, głównie z Rosji. Eksperci zaznaczają, że wraz z rosnącą produkcją nastąpi pozytywna presja na ceny, która może je obniżyć i ustabilizować, a to dobra informacja szczególnie dla kierowców tankujących LPG. 

Rynek gazu płynnego na świecie rośnie i takiej tendencji możemy oczekiwać także w najbliższym okresie. Rośnie produkcja tego surowca w USA, gaz płynny jest skojarzony z gazem łupkowym, w związku z czym zwiększenie wydobycia gazu łupkowego powoduje zwiększoną produkcję gazu LPG. Jeśli chodzi o możliwości eksportowe, to na Bliskim Wschodzie otwiera się Iran. Tak więc gazu pojawia się coraz więcej, ale rośnie też jego konsumpcja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sylwester Śmigiel, prezes Gaspol SA oraz członek prezydium Polskiej Organizacji Gazu Płynnego.

Jak wynika z podsumowania POGP, w ubiegłym roku w Polsce konsumpcja gazu płynnego LPG wyniosła blisko 2,4 tys. ton i była wyższa w ujęciu rocznym o 4,9 proc.

– W Polsce nieznacznie wzrosła sprzedaż rok do roku. W krajach Europy Zachodniej jest mniej więcej stabilnie, ale z pewnością rośnie popyt i konsumpcja gazu na Dalekim Wschodzie. Istotną rolę, jeśli chodzi o zwiększenie zapotrzebowania na gaz płynny, odgrywają Chiny – dodaje Sylwester Śmigiel.

W 2016 roku produkcja gazu płynnego w Polsce wzrosła o 17,3 proc. do poziomu 440 tys. ton, jednak stanowiło to zaledwie 18,6 proc. krajowego zapotrzebowania na ten surowiec. Dlatego głównym źródłem zaopatrzenia w płynny gaz są zagraniczne dostawy, głównie z Kazachstanu, Białorusi i przede wszystkim z Rosji. Import surowca z Rosji stanowił w ubiegłym roku blisko dwie trzecie (59 proc.) całości dostaw.

Po ponownym uruchomieniu terminalu morskiego w Gdyni w ubiegłym roku znacznie wzrósł import płynnego gazu drogą morską. Analitycy prognozują, że w niedalekiej przyszłości Polska może się spodziewać dostaw LPG z Bliskiego Wschodu, ale będzie to uzależnione od czynników ekonomicznych i kosztów transportu.

Produkcja będzie rosła i spodziewamy się, że może ona być trochę większa niż globalny popyt, w związku z czym pozytywna presja może powodować stabilne ceny, co jest dobrą informacją dla konsumentów gazu płynnego – mówi Sylwester Śmigiel.

Jak podaje Polska Organizacja Gazu Płynnego, w 2016 roku ceny hurtowe propanu i butanu były w całej Europie niższe średnio o 14 proc. Wpłynęły na to przede wszystkim niższe notowania cen ropy naftowej.

Ceny hurtowe autogazu były kształtowane przez poziom cen zaopatrzeniowych, które na wszystkich etapach dystrybucji utrzymywały się na relatywnie niskim poziomie. Dlatego ubiegły rok był pomyślny dla kierowców, którzy tankują samochody płynnym gazem LPG. W opinii analityków sektora paliwowego taki będzie również nadchodzący okres.

Gaz płynny nie odgrywa decydującej roli, jeśli chodzi o konsumpcję energii pierwotnej, to odpowiada zaledwie za ok. 2–3 proc. To nie gaz płynny decyduje o cenach globalnych energii, jednak w niszach, gdzie jest on używany, będzie można go kupować w stabilnych cenach – prognozuje Sylwester Śmigiel.

Obsługa gotówki w gospodarce kosztuje 17 mld zł. Bank Pocztowy i Poczta Polska chcą upowszechnić płatności bezgotówkowe

Obsługa gotówki w gospodarce kosztuje 17 mld zł. Bank Pocztowy i Poczta Polska chcą upowszechnić płatności bezgotówkowe 8

W Polsce wciąż dominuje gotówka – w ten sposób przeprowadzanych jest nawet 90 proc. transakcji. To jednak kosztowne. Szacunki mówią o tym, że nawet 1 proc. PKB, czyli 17 mld zł. W rozpowszechnianie obrotu bezgotówkowego angażuje się także Poczta Polska i Bank Pocztowy. Od maja oferują klientom wspólną kartę płatniczą z funkcją zbliżeniową i zwrotu gotówki. To element długofalowej strategii unowocześniania usług – wkrótce będzie można płacić kartą za przesyłki kurierskie.

– Uruchomienie wspólnej karty płatniczej jest symbolicznym rozpoczęciem realizacji nowej Strategii Rozwoju Banku Pocztowego, nad którą kończymy obecnie prace, oraz potwierdzeniem faktu, że wspólnie chcemy i możemy się stać sprawnym narzędziem w realizacji Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, w tym budowy Polski Cyfrowej, najbliżej obywateli, w lokalnej Polsce, na każdej poczcie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Zawadzki, prezes zarządu Banku Pocztowego.

Nowa karta MasterCard, oferowana przez Bank Pocztowy i Pocztę Polską, to kolejna inicjatywa na rzecz zwiększania obrotu bezgotówkowego. Wcześniej Poczta udostępniła w swoich placówkach 8 tys. terminali płatniczych. Liczba transakcji kartowych przekroczyła 3 mln.

Nowa oferta ma być elementem budowy lojalnych, długotrwałych relacji ze wspólnymi klientami Banku Pocztowego i Poczty Polskiej – mówi o nowej ofercie obu spółek Sławomir Zawadzki. – Nowoczesna bankowość pocztowa to obecność usług finansowych w całej sieci Poczty Polskiej, a nie bank na poczcie w wąskim zakresie. Bank Pocztowy powinien się stać kręgosłupem usług finansowych Poczty Polskiej po to, by były one coraz bardziej nowoczesne, ponieważ Poczta Polska jest największą instytucją usługową w Polsce.

Ze względu na skalę działalności Poczty Polskiej, której sieć oddziałów liczy 4600 placówek własnych oraz ok. 2600 agencyjnych, i która zatrudnia 80 tys. pracowników, nowoczesne technologie wprowadzane przez tę instytucję będą miały widoczny wpływ na stopień digitalizacji rynku, a we współpracy z Bankiem Pocztowym – także rynku usług finansowych. Grupa Poczty Polskiej podpisała wraz z Ministerstwem Cyfryzacji i Ministerstwem Infrastruktury i Budownictwa porozumienie o strategicznej współpracy w obszarze cyfryzacji państwa.

Potencjał Grupy Poczty Polskiej naszym zdaniem nie był do tej pory wykorzystany – mówi Kazimierz Smoliński, wiceminister infrastruktury i budownictwa. – W tej chwili mamy pierwsze duże wspólne przedsięwzięcie. Cieszę się, że Poczta z Bankiem przedstawia ofertę, która wpisuje się w naszą politykę cyfryzacji państwa, ale jednocześnie zwiększa bezpieczeństwo obrotu pieniądza.

Sławomir Zawadzki zaznacza, że w Poczta Polska i Bank Pocztowy są jedynymi instytucjami, które mogą być najbliżej obywatela w czasach, w których inne banki komercyjne pod presją wyników zmniejszają liczbę placówek stacjonarnych. Tylko w 2016 roku zniknęło ich z polskiego rynku ok. 800.

To istotna usługa dla tych klientów, którym zależy na obsłudze w oddziale. Jest ich wciąż wcale niemało. Z badań dr hab. Dominiki Maison z Uniwersytetu Warszawskiego wynika, że konto internetowe ma 69 proc. mających konto bankowe. Niemal co trzeci musi więc załatwiać sprawy finansowe w banku. W dodatku spośród posiadaczy kont internetowych 16 proc. pozostaje nieaktywna. Nawet spośród tych, którzy korzystają z konta internetowego, 8 proc. przyznaje się, że częściej kontaktuje się jednak z bankiem osobiście.

Również klienci Poczty Polskiej oczekują takich usług, jak karty płatnicze, usług mobilnych, dostępności usług przez internet. Chcą, żeby Poczta się zmieniała i przekazywała informacje o przesyłkach, listach poleconych, żeby realizowała coraz bardziej nowoczesne usługi cyfrowe – mówi prezes Banku Pocztowego. – To robi Poczta, to robi Bank Pocztowy również jeśli chodzi o profil usług finansowych, tworząc nową bankowość mobilną EnveloBank. Przygotowujemy się do nowoczesnej strategii.

Poczta Polska i Bank Pocztowy planują dalsze działania, które mają zachęcić klientów do płacenia kartą czy przez internet, jak przy wspomnianym projekcie Envelo.

W niedalekiej przyszłości również wprowadzimy możliwość płacenia kartą za odbiór przesyłek wysyłanych ze sklepów internetowych – zapowiada Grzegorz Kurdziel, członek zarządu Poczty Polskiej ds. sprzedaży, marketingu i pionu ochrony.

Z badań Dominiki Maison wynika, że o ile w 2013 roku często płaciło kartą 64 proc. jej użytkowników, to już w 2016 roku odsetek ten wzrósł do 74 proc. Także o 10 pkt proc. zwiększył się udział osób korzystających ze zbliżeniowej funkcji kart. W ubiegłym roku wynosił on 66 proc.

– Najnowsze badania firmy badawczej Maison & Partners wskazują, że 61 proc. Polaków chciałoby płacić bezgotówkowo wszędzie, w każdym sklepie czy punkcie usługowym, bez wyjątku. To zasługa m.in. płatności zbliżeniowych, które są w naszym kraju niesłychanie popularne. Polacy zauważyli, że ta technologia skraca kolejki, przyspiesza płatność – mówi Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny polskiego oddziału MasterCard Europe. – Myślę, że obszar edukacji, przekonywania do płatności bezgotówkowej, jest cały czas bardzo ważny i nad tym wszyscy powinniśmy pracować.

Do 2020 roku prawie połowa inwestycji samorządowych będzie realizowana we współpracy z prywatnymi firmami. Ich wartość ma wynieść 11,5 mld zł

Do 2020 roku prawie połowa inwestycji samorządowych będzie realizowana we współpracy z prywatnymi firmami. Ich wartość ma wynieść 11,5 mld zł 9

W ramach partnerstwa publiczno-prywatnego realizowanych jest co roku w Polsce kilkanaście projektów. Tymczasem współpraca biznesu i samorządów to klucz do rozwoju regionów i innowacyjności gospodarki. Prognozy Ministerstwa Rozwoju są jednak obiecujące i wskazują, że do 2020 roku wartość projektów realizowanych w formule PPP wzrośnie o 45 proc., z dotychczasowych 5,6 mld zł do 11,5 mld zł. Obecnie ważną rolę w realizacji zadań o strategicznym znaczeniu dla samorządów pełni Bank Gospodarstwa Krajowego.

– Partnerstwo biznesu i samorządu, aby było skuteczne, powinno wyglądać tak, jak BGK realizuje z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości, Polską Agencją Inwestycji i Handlu, Polskim Funduszem Rozwoju czy Korporacją Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych. Razem tworzymy grupę instytucji wspierających rozwój Polski. Rola BGK w tym obszarze jest największa ze względu na skalę naszej działalności – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Włodzimierz Kocon, wiceprezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

W Polsce partnerstwo publiczno-prywatne stopniowo cieszy się coraz większą popularnością, choć jeszcze dużo brakuje nam do europejskich potęg. Od 2009 roku w Polsce pojawiło się ponad 350 pomysłów na projekty PPP. Zawarto 113 umów, a ich łączna wartość przekracza 5,6 mld zł. Prognozy resortu rozwoju wskazują jednak, że ze względu na wprowadzone ułatwienia (np. nowelizacja ustawy o koncesji na roboty budowlane lub usługi) do 2020 roku wartość projektów realizowanych w formule PPP zwiększy się o 45 proc. do ponad 11,5 mld zł. Obecnie istotną rolę w realizacji zadań o strategicznym znaczeniu dla samorządów pełni BGK.

 BGK nie ogranicza się tylko do oferowania instrumentów, lecz także zapewnia doradztwo, który z instrumentów jest najkorzystniejszy dla miasta przy danym projekcie czy potrzebie inwestycyjnej. Proponujemy klasyczne kredyty, finansujemy samorządy, zapewniając im środki na realizację różnego typu inwestycji w postaci instrumentów zwrotnych. BGK zarządza Funduszem Dopłat, który dofinansuje realizacje z zakresu budownictwa socjalnego i komunalnego. Z kredytów finansowane są zaś różne przedsięwzięcia samorządów, od bardzo małych np. związanych z remontem szkoły, po te o olbrzymiej skali – wymienia Kocon.

BGK udziela pomocy finansowej samorządom realizującym przedsięwzięcia termomodernizacyjne i remontowe, wspiera tworzenie lokali socjalnych, stosuje dopłaty ze środków budżetowych do oprocentowania kredytów udzielonych na usuwanie skutków powodzi czy huraganów, współfinansuje gminne inwestycje w obszarze nieruchomości i wspiera dynamikę inwestycji w projekty infrastrukturalne.

 Można tu wymienić choćby ostatnio podpisaną umowę z samorządem Krakowa, w której BGK współfinansuje budowę Trasy Łagiewnickiej – wskazuje Włodzimierz Kocon.

BGK zapewnia wsparcie w wysokości 298 mln zł (ok. 69,3 mln euro). Budowa Trasy Łagiewnickiej, dwujezdniowy odcinek obwodnicy o długości 3,7 km wraz z tunelami oraz nowa linia tramwajowa o długości 1,7 km, to kluczowa inwestycja, która wedle założenia ma zmniejszyć korki i poprawić bezpieczeństwo w Krakowie. Zakończenie budowy planowane jest na 2020 rok.

– Mamy też instrumenty kapitałowe. Bank utworzył kilka funduszy inwestycyjnych, co najmniej dwa z nich, czyli Fundusz Municypalny i Fundusz Inwestycji Samorządowych, powstały z myślą o współpracy z samorządami i zapewniają im kapitał na różne przedsięwzięcia – mówi Kocon.

W kręgu zainteresowania Funduszu Municypalnego znajdują się przede wszystkim projekty, które służą rozwojowi zasobów nieruchomości wykorzystywanych przez gminy w ramach realizacji zadań własnych. To przede wszystkim nieruchomości mieszkaniowe i obiekty użyteczności publicznej.

– Nie można też zapomnieć o kolejnej grupie instrumentów finansowych, które wykorzystujemy we współpracy z samorządami, czyli środkach europejskich. Przykładem może być program Jessica, w ramach którego w 3 województwach sfinansowaliśmy ponad 100 projektów rewitalizacji oraz projektów związanych z poprawą gospodarki energetycznej w miastach – podkreśla Włodzimierz Kocon.

W obszarze obsługi środków europejskich bank docelowo będzie współpracował z z samorządami 15 województw, które powierzą BGK 6,5 mld zł na wsparcie rozwoju przedsiębiorczości, rynku pracy i projektów rewitalizacyjnych. W tym roku rozpoczęła się też realizacja programów europejskich z perspektywy unijnej na lata 2014–2020. Na wsparcie rozwoju gospodarczego w tej sześciolatce trafi ok. 9 mld zł ze środków zarządzanych przez BGK (przy 2 mld zł w poprzedniej perspektywie).

Szczyt zachorowań na nowotwory krwi wśród dzieci przyda między 1 a 5 rokiem życia. 60 proc. rodziców chorych dzieci rezygnuje z pracy

Szczyt zachorowań na nowotwory krwi wśród dzieci przyda między 1 a 5 rokiem życia. 60 proc. rodziców chorych dzieci rezygnuje z pracy 10

Co czwarty chory z nowotworem krwi musi zrezygnować z pracy, a kolejne 28 proc. musi znacznie ją ograniczyć – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Fundacji DKMS. Blisko 60 proc. rodziców zaprzestało jakiejkolwiek aktywności zawodowej z powodu opieki nad chorym dzieckiem. Na olbrzymie koszty społeczne chorób nowotworowych zwracano uwagę podczas tegorocznego Światowego Dnia Walki z Nowotworami Krwi.

Istnieje przeszło 130 rodzajów nowotworów krwi. Obchody Światowego Dnia Walki z Nowotworami Krwi [obchodzonego na całym świecie 28 maja – red.] mają podnieść świadomość na temat tego, czym w ogóle są nowotwory krwi. Pacjentom można pomóc poprzez rejestrowanie się w bazie dawców szpiku jako dawca niespokrewniony. To jest jeden cel, natomiast drugi, nadrzędny – to mądre i efektywne wsparcie pacjentów onkohematologicznych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Ewa Magnucka-Bowkiewicz, prezes Fundacji DKMS. – Postęp w medycynie następuje, ale pozostają jeszcze kwestie psychologiczne i kosztów społecznych.

Jak wynika z badania „Perspektywa społeczna leczenia i kosztów chorób nowotworowych krwi” przeprowadzonego na zlecenie Fundacji DKMS, to rodzice dzieci z chorobami hematoonkologicznymi ponoszą największe społeczne koszty ich leczenia.

Wyniki badań pokazują, że choroba diametralnie zmienia życie społeczne i rodzinne rodziny dotkniętej tą chorobą. W przypadku dzieci choroba oznacza, że 60 proc. mam – bo to ich głównie to dotyczy – natychmiast wypadają z rynku pracy. 30 proc. zasadniczo ogranicza swoją aktywność – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego, autorka badania.

Nawet jeśli rodzic pozostaje aktywny zawodowo podczas leczenia, to przebywa na zwolnieniu lekarskim średnio 129 dni w roku, często jest też zmuszony korzystać z bezpłatnych urlopów.

Długi pobyt matki w szpitalu bardzo często wiąże się z rezygnacją z pracy. To jest problem, którego koszty ponosi całe społeczeństwo. Kobieta, która nie wraca szybko do pracy, pozostając z dzieckiem w szpitalu, wypada z rynku i ma później problem ze znalezieniem zatrudnienia. To powoduje, że zostaje osobą trwale bezrobotną. To szerszy aspekt społeczny chorób nowotworowych, który wszystkich nas dotyczy – mówi Jolanta Czernicka-Siwecka, prezes Fundacji Iskierka.

Co roku w Polsce choroby nowotworowe krwi diagnozuje się u 300–400 dzieci. Szczyt zachorowań przypada między 1 a 5 rokiem życia – w tym okresie najczęściej występują u dzieci białaczki limfoblastyczne. Jak podkreśla prof. Tomasz Szczepański, prezes Polskiego Towarzystwa Onkologii i Hematologii Dziecięcej, kiedy dziecko dotyka choroba nowotworowa, razem z nim choruje też cała rodzina.

Z reguły przy dziecku zostaje matka. Czasami stykamy się z brutalną rzeczywistością, ponieważ jest za mało miejsc hotelowych dla rodziców. Mam nadzieję, że w Polsce zwiększy się wrażliwość na potrzeby hematologii i onkologii dziecięcej – mówi prof. Tomasz Szczepański.

Dla 59 proc. rodziców choroba dziecka wiąże się z ograniczeniem życia społecznego czy towarzyskiego. Natomiast 28 proc. zostaje z niego całkowicie wykluczonych. Zdecydowana większość (78,2 proc.) rodziców przyznaje, że choroba dziecka negatywnie odbiła się też na sytuacji materialnej rodziny. Prawie wszyscy potwierdzili, że sami ponoszą dodatkowe wydatki, które nie są refundowane przez NFZ.

– Ponad 80 proc. rodziców zgłaszało konieczność pokrywania z własnej kieszeni zakupu leków, suplementów, różnych środków zalecanych przez lekarzy. W przypadku osób dorosłych jest to ponad 65 proc. – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka

Dla przykładu, średnie koszty noclegu opiekuna dziecka poza szpitalem wynoszą ok. 525 zł miesięcznie i jest to jedna z wielu pozycji związanych z leczeniem, którą rodzice muszą pokryć z własnej kieszeni. Ponad 38 proc. dzieci chorych na nowotwory krwi musiało skorzystało z odpłatnych wizyt u specjalistów poza systemem refundacji NFZ.

Największe koszty, które rodzina ponosi, to są leki, noclegi, dieta, rehabilitacja, badania diagnostyczne, na które w publicznej służbie zdrowia trzeba długo czekać. Żeby nie zwlekać, rodzice je finansują z własnych środków, często przy wsparciu fundacji po to, żeby było szybciej, sprawniej, dokładniej i żeby przynajmniej z tego poziomu medycznego ten spokój był zachowany – mówi Jolanta Czernicka-Siwecka.

Lekarze zwracają uwagę na to, że to błędne koło, ponieważ obawy rodziców związane z zatrudnieniem czy pogorszeniem życia rodzinnego często odbijają się na małych pacjentach i naruszają ich poczucie bezpieczeństwa.

Jak pokazuje raport przygotowany na zlecenie Fundacji DKMS, w przypadku dorosłych sytuacja nie wygląda wcale lepiej. Co czwarty pacjent, który zachorował na jeden z nowotworów krwi, musiał całkowicie zrezygnować z zawodowej aktywności, a co trzeci – poważnie ją ograniczyć. Lekarze zwracają uwagę na to, że koszty długiej hospitalizacji i zwolnień lekarskich uderzają w rynek pracy i całą gospodarkę, mocno odbijając się na budżecie Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Dlatego bardzo ważne jest to, żeby w kosztach leczenia chorób onkohematologicznych uwzględniać nie tylko koszty bezpośrednie, które pokrywa NFZ, lecz także koszty społeczne, które ponoszą pacjenci i ich rodziny.

Badanie wskazuje, że dla 36 proc. pacjentów nowotwór wiąże się z ograniczeniem zaangażowania w codzienne funkcjonowanie rodziny. Podobnie jak w przypadku dzieci choroba u dorosłych pacjentów oznacza również dodatkowe wydatki, co uderza w domowy budżet.

Ponad dwie trzecie (65 proc. pacjentów) wskazuje, że ponosi dodatkowe koszty związane z koniecznością zakupów leków, preparatów lub terapii nierefundowanych, wskazanych przez lekarza jako niezbędne w procesie leczenia. Często z własnej kieszeni płacą również za badania diagnostyczne, laboratoryjne, rezonans magnetyczny czy tomografię. Średni roczny poziom wydatków oscyluje wokół 1350 zł.

Kontakt z klientami już nie tylko przez call center. Rośnie rola nowych technologii i mediów społecznościowych

Kontakt z klientami już nie tylko przez call center. Rośnie rola nowych technologii i mediów społecznościowych 11

Postępuje wirtualizacja usług call center. Coraz więcej firm przenosi swoje usługi do chmury. Zmienia się także sama usługa. Obsługa klienta to już nie tylko infolinie i akwizycje przez telefon. Profil nowego typu klienta z pokolenia millenialsów, który oczekuje szybkiej i spersonalizowanej usługi, sprawia, że kontakt przenosi się do mediów społecznościowych. Coraz większą rolę w obsłudze klientów pełnią nowe technologie.

– Nowe rozwiązania, które pojawią się na rynku call center, to integracja różnych kanałów kontaktu. W związku z tym, że to millenialsi stali się grupą docelową dla większości firm, obsługa będzie przenoszona do mediów społecznościowych, na Facebooka, czat. Telefon dla call contact center był podstawowym kanałem kontaktu, teraz zmienia się to na rzecz kanałów cyfrowych – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Łukasik, dyrektor sprzedaży w UniCall.

Branża contact center stawia na wielokanałowość. Obsługa klienta, najczęściej kojarzona z infoliniami, przenosi się do sieci. Przede wszystkim wynika to innych potrzeb klientów, głównie millenialsów, którzy oczekują szybkiej i spersonalizowanej obsługi w różnych kanałach, często przez aplikacje mobilne.

– Czat gra coraz większą rolę. Młode osoby są przyzwyczajone do korzystania z czatu Facebooka, Whats Appa czy innych aplikacji, więc kontakt z centrum obsługi klienta przenosi się do kanałów internetowych, interaktywnych, innych niż telefon – podkreśla ekspert.

Jak wskazuje Łukasik, w obsłudze klienta istotną rolę odgrywają nowe technologie. Jeszcze kilka lat temu wykorzystywano ręczne telefony czy z urządzenia z automatycznym wybieraniem numerów. Obecnie klientom, którzy dzwonią na infolinie, brakuje cierpliwości, nie chcą czekać na rozmowę kilka czy kilkanaście minut.

– Klienci oczekują, że to dział obsługi klienta do nich oddzwoni. Za tym stoją oczywiście technologie, które pozwalają na identyfikację i na oddzwonienie, odpowiednie kolejkowanie połączeń, żeby skontaktować się z klientem, rozpoznać go w systemie CRM banku czy innego dostawcy – przekonuje dyrektor sprzedaży w UniCall.

Szansą na zwiększenie efektywności działania call contact center jest przeniesienie usług do chmury, przede wszystkim w modelu CaaS (cloud as a service). Na taki krok decydują się przede wszystkim małe i średnie firmy, które w ten sposób szukają także oszczędności. Wirtualizują się także same usługi call center, jednym z przykładów może być telepraca, czyli praca konsultantów z domów.

– Innym obszarem wirtualizacji jest dostęp do systemów klientów. Wiele banków czy instytucji finansowych nie udostępnia swoich baz danych na zewnątrz. Jedyny dostęp do systemu, do klientów, jest przez system wewnętrzny banku. To kolejny obszar wirtualizacji, o którym możemy mówić w kontekście call center – podkreśla Marcin Łukasik.

Największe wycofanie w historii rynku kryptowalut

Rząd Trumpa próbuje ugasić pożar ze wszystkich sił. Podczas gdy prezydent sforuje NATO za nie płacenie swoich udziałów, jego własny zięć, Jared Kuschner, jest przedmiotem śledztwa w sprawie powiązań z Rosją. Tymczasem sekretarz stanu, Rex Tillerson, podróżując po Wielkiej Brytanii próbuje uśmierzyć strach o przeciekach w Agencji Wywiadowczej Stanów Zjednoczonych.

Podsumowanie_sektorów_26_05_2017

Oczywiście Wielka Brytania ma swoje własne problemy. Dziś wznowiona zostanie kampania wyborcza. W obliczu brutalnego ataku terrorystycznego w Manchesterze, wyborcy wywierają priorytetowy nacisk na bezpieczeństwo narodowe. Dla wielu jest to kwestia ważniejsza niż Brexit. To, co wyglądało na łatwe zwycięstwo Theresy May i trudny Brexit, przerodziło się w zaciętą walkę zaledwie dwa tygodnie przed końcem. Przeprowadzane w ciągu ostatnich kilku tygodni sondaże wskazują, że nawet przed atakiem różnica coraz bardziej się zmniejszała.

Sonaż_UK_26_05_2017

Jeszcze dziś w USA zostaną ogłoszone dane na temat PKB za pierwszy kwartał 2017. Analitycy oczekują niewielkiego wzrostu ze względu na tzw. „efekt Trumpa”.

PKB_USA_26_05_2017

Jak powszechnie się spodziewano, OPEC ogłosił znaczne cięcia produkcji w marcu 2018. Rynki od razu zareagowały. Giełda pozostaje jednak odporna. W rzeczywistości niewielkie straty w sektorze energetycznym zostały w dużej mierze zrównoważone przez resztę rynku. Ogólnie rzecz biorąc, zmienność na rynkach pozostaje dosyć niska, a indeks VIX ponownie zbliża się do rekordowo niskich notowań poniżej 10 punktów.Indeks_VIX_26_05_2017

Ropa_26_05_2017

Wygląda na to, że wszyscy spekulanci zdążyli już się przenieść na inne rynki. Ostatniej nocy widzieliśmy największe wycofanie w historii rynku kryptowalut. Bitcoin spadł o ponad 500 dolarów w kilka godzin. Całkowita kapitalizacja rynkowa wszystkich cyfrowych walut zmniejszyła się o 15 miliardów dolarów!Notowania_krypotwaluty_26_05_2017

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Przyszły tydzień raczej wystartuje na dwa tempa w związku ze świętem w USA w poniedziałek. W kolejnych dniach rynek USD będzie czekał na raport z rynku pracy i indeks ISM z przemysłu, które są ostatnią szansą na wpłynięcie na decyzję Fed. W Eurolandzie w centrum uwagi będą wystąpienie Draghiego i inflacja CPI. CAD będzie wrażliwy na wszelkie odchylenia odczytu PKB od prognoz, tak jak AUD na sprzedaż detaliczną.

Przyszły tydzień: NFP, ISM/PMI, CPI z Eurolandu/Polski, PKB ze Szwecji/Kanady, CAPEX z Australii

Obchody Dnia Pamięci w USA w poniedziałek spowodują, że regularna aktywność rynków ruszy dopiero we wtorek. W kalendarzu z USA wyróżniają się indeks cenowy PCE Core (wt), ISM dla przemysłu (czw) i raport z rynku pracy (pt). PCE Core ma wzrosnąć o 0,1 proc. m/m, choć nie powstrzyma to przed spadkiem wskaźnika rocznego z 1,6 proc. do 1,5 proc. przez wpływ obniżenia opłat telekomunikacyjnych. Odczyty regionalnych wskaźników aktywności przemysłu były ostatnio mieszane (spadek NY Empire State, wysoki Philly Fed), zatem po ISM oczekuje się stabilizacji (54,9). W raporcie NFP tempo wzrostu zatrudnienia (prog. 180 tys.) systematycznie traci na istotności, podczas gdy o wymowie danych będzie decydować dynamika płac. Spodziewany wzrost o 0,3 proc. m/m wypchnie dynamikę roczną do 2,7 proc., co powinno wystarczyć Fed do forsowania trzech podwyżek w całym roku. Jest mało prawdopodobne, aby dane mogły odwieść Fed od czerwcowej podwyżki stóp procentowych (która jest już zdyskontowana przez rynek), jednak słabe dane mogą zaważyć na oczekiwaniach tempa zacieśniania w drugiej części roku. Dobre dane i wyciszenie ryzyk politycznych mogą obudzić umocnienie dolara pod koniec tygodnia.

Dla EUR największym ryzykiem w przyszłym tygodniu jest głębszy od oczekiwań spadek inflacji. Kierunek jest pewny, gdyż wygaszeniu ulegają efekty bazowe niskich cen ropy naftowej sprzed roku, z kolei odreagowanie około wielkanocnych podwyżek cen obniży inflację bazową. Konsensus przewiduje spadek CPI z 1,9 proc. w kwietniu do 1,5 proc. w maju, a dla inflacji bazowej odpowiednio 0,9 proc. z 1,2 proc. Niższe odczyty podkopią nadzieje jastrzębi z ECB na kontynuowane nasilenie presji inflacyjnej. Sądzimy, że rynek zapędził się z oczekiwaniami przed czerwcowym posiedzeniem ECB i widzimy potencjał do osłabienia EUR w kolejnych tygodniach.

W przyszłym tygodniu odczyty PMI dla przemysłu i budownictwa są dopiero pod koniec tygodnia i funt impulsów do handlu będzie musiał szukać gdzieś indziej. Rynek stopniowo przerzuca uwagę na wybory powszechne w Wielkiej Brytanii (8 czerwca), a sondaże wskazują na kurczenie się przewagi Partii Konserwatywnej. Tym samym funt traci premię, która wyniosła go w górę, kiedy skrócono kadencję parlamentu. Kolejny sondaż w tym kierunku będzie podsycał sprzedaż GBP. Pozostajemy negatywnie nastawieni dla funta, od początku sceptycznie podchodząc do jego siły z poprzednich tygodni. Start negocjacji ws. Brexitu w drugiej połowie czerwca będzie dolewał oliwy do ognia, a dane makro w coraz mniejszym stopniu stanowią tarczę ochronną. Rewizja w dół PKB za I kw. jest tego dobitnym dowodem.

W Skandynawii głównym wydarzeniem będzie PKB ze Szwecji (wt). Konsensus przewiduje wzrost w I kw. o 3,2 proc. r/r, co oznaczałoby wynik o 0,2 pkt proc. powyżej prognoz Riksbanku. To oferuje potencjalny impuls wzrostowy da SEK, choć sam bank na razie pozostaje niewzruszony i utrzymuje gołębi przekaz. Stąd ewentualna reakcja SEK na lepsze dane może być krótkotrwała. W Norwegii sprzedaż detaliczna (wt), PMI (czw) i stopa bezrobocia (pt) powinny mieć ograniczony wpływ na NOK. Mimo to oczekujemy, że EUR/NOK będzie powoli schodził w dół.

W Polsce mamy rewizję odczytu PKB za I kw. z przedstawieniem komponentów wzrostu (śr), wstępny szacunek CPI (śr) oraz PMI dla przemysłu (czw). W PKB powinno wyróżniać się przyspieszenie w inwestycjach. Inflacja powinna pozostać na 2 proc. r/r przy znoszącym się efekcie spadku cen paliw i wzrostu cen żywności. Solidny odczyt PMI dla przemysłu Niemiec dobrze rokuje dla nastrojów w polskich przedsiębiorstwach. Pozytywny sentyment w stosunku do rynków wschodzących daje podstawy do osuwania się EUR/PLN w stronę 4,15, ale sceptycznie podchodzimy dla dalszych spadków i widzimy wysokie ryzyko odbicia.
Z Japonii otrzymamy serię ważnych danych gospodarczych za ubiegły miesiąc. Stopa bezrobocia (wt) powinna pozostać na 2,8 proc., a sprzedaż detaliczna (wt) wypaść płasko. Po produkcji przemysłowej (śr) oczekuje się odreagowania marcowego spadku. Jen znajduje się na rozdrożu między dobrą postawą rynków akcji a spadającymi rentownościami obligacji USA (przez polityczne zamieszanie w Waszyngtonie), jednak pierwszy czynnik powinien ostatecznie dominować osłabiając jena.

Kalendarz w Australii zawiera dane z rynku nieruchomości (wt), kredytowego (śr), CAPEX i sprzedaż detaliczną (czw). Te ostanie dwie pozycje mogą mieć najsilniejszy wpływ na AUD. Rajd surowców przemysłowych na przełomie roku powinien zachęcać firmy wydobywcze do podwyższenia planów inwestycyjnych, dzięki czemu CAPEX powinien się poprawić. W przypadku sprzedaży detalicznej po dwóch miesiącach spadków w kwietniu oczekiwane jest odbicie. W Nowej Zelandii pozwolenia na budowę domów (wt) są drugorzędne, ale w centrum uwagi będzie prezentacja Raportu Stabilności Finansowej RBNZ (śr), gdzie można liczyć na pozytywną ocenę kondycji gospodarki. Sądzimy, że w kolejnych dniach NZD powinien prezentować relatywnie lepszą postawę niż AUD.

W Kanadzie najważniejsza publikacja to marcowe PKB razem ze zbiorczym odczytem za cały pierwszy kwartał (śr). Rynek spodziewa się solidnego odbicia do 3,7 proc. z 2,6 proc. w IV kw., ale rozpiętość szacunków jest spora, więc trudno będzie pozycjonować się na coś konkretnego. Po względnie optymistycznym wydźwięku komunikatu po ostatnim posiedzeniu BoC, większe zaskoczenie będzie przy gorszym odczycie. Osłabienie cen ropy naftowej zabrało wsparcie dla CAD, ale przy niezdecydowanej postawie USD możemy widzieć powrót spadków USD/CAD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak się przygotować do kontroli skarbowej? Pytania i odpowiedzi

Jakie uprawnienia ma kontroler? Czy jego wizyta może być niezapowiedziana? Kiedy jest czas na poprawienie błędów? O odpowiedź na najbardziej nurtujące przedsiębiorców pytania, poprosiliśmy eksperta.

Wizyta kontrolerów urzędu skarbowego niekoniecznie musi być źródłem stresu dla przedsiębiorcy. Warto ułatwić sobie i kontrolującym pracę, odpowiednio przygotowując się do kontroli skarbowej. O to, jak to zrobić, zapytaliśmy Wojciecha Kosarzeckiego, Dyrektora Biura Podatków w Impel Business Solutions.

Czy kontrola skarbowa może być niezapowiedziana?

Wojciech Kosarzecki, Impel Business Solutions: – Przepisy stanowią, że kontrola podatkowa prowadzona przez urząd skarbowy, powinna odbywać się za zawiadomieniem, nie krótszym niż 7 dni. Od tej zasady są jednak wyjątki. Po pierwsze, kontrola prowadzona przez urzędy celno-skarbowe odbywa się bez zawiadomienia. Po drugie, urzędy skarbowe mogą nie stosować 7-dniowego terminu np. w przypadku, gdy kontrola wiąże się z podejrzeniem popełnienia przestępstwa lub wykroczenia.

Czy 7 dni wystarczy, by przygotować się do kontroli?

7-dniowy termin to przede wszystkim czas na zabezpieczenie spraw organizacyjnych, takich jak np. dostępność księgowego lub zapewnienie kontrolującym miejsca pracy. Oczywiście można i powinno się także w tym terminie przejrzeć deklaracje, upewnić się co do podjętych wcześniej decyzji dotyczących kosztów, przychodów itp. 7 dni pobieżnego przeglądania dokumentów nie zastąpi jednak rzetelnego i prawidłowego prowadzenia spraw księgowych i podatkowych na bieżąco w ciągu roku.

Jakie dokumenty podlegają kontroli?

W polskim prawie obowiązuje otwarty katalog dowodów, czyli kontrolujący może żądać przekazania wszystkich dokumentów, które mogą przyczynić się do wyjaśnienia sprawy. W pierwszej kolejności przedmiotem kontroli są oczywiście dokumenty księgowe i podatkowe, czyli deklaracje, faktury, rachunki, umowy etc., ale można spodziewać się, że kontrolerzy poproszą o dodatkowe informacje i wyjaśnienia.

Jakie jeszcze uprawnienia ma kontroler?

Uprawnienia kontrolujących urzędników są szerokie. Mogą żądać dostępu nie tylko do dokumentów, ale także do lokali kontrolowanego podmiotu, zbierać i zabezpieczać dowody rzeczowe. To nie koniec. Kontrolerzy mogą także przesłuchiwać świadków, dokonywać oględzin i zwracać się do różnych podmiotów, np. kontrahentów kontrolowanego przedsiębiorcy, o wyjaśnienia. Właściwe zabezpieczenie procedury i dopilnowanie, aby kontrolujący działali z przepisami, to zadanie dla doradcy podatkowego.

Poprawienie błędów w dokumentacji. Czy jest możliwe podczas kontroli?

Tak, jeśli podatnik zauważył, że popełnił błędy, np. wykrył nieprawidłowość w deklaracji podatkowej, to po zawiadomieniu go przez urząd skarbowy o kontroli, a przed jej rozpoczęciem, ma prawo do korekty deklaracji. Prawo takie przysługuje również po zakończeniu kontroli, czyli po otrzymaniu protokołu kontroli, oczywiście o ile kontrolowany zgadza się z ustaleniami kontroli.

Podsumowanie FutureTech Congress 2017

W Warszawie zakończył się FutureTech Congress – dwudniowe wydarzenie poświęcone innowacjom w branżach fintech, insurtech i big data.

Podczas dwóch dni debat i wystąpień, polscy i zagraniczni eksperci rozmawiali o wpływie technologii na przyszłość biznesu. W kongresie wzięło udział ponad 2,5 tys. uczestników oraz ponad 150 panelistów i mówców, reprezentujących takie branże jak fintech, insurtech i big data jak również finanse, bankowość, ubezpieczenia, IT, doradztwo, w tym grono startupów, inwestorów, liderów rynku jak i administracji publicznej.

Gość honorowy Kongresu, Wicepremier Mateusz Morawiecki, podczas swojego wystąpienia podkreślał, że polskie fintechowe rozwiązania przebijają się już na międzynarodowych rynkach. – Chcemy być Doliną Krzemową Europy Środkowo-Wschodniej. Coraz więcej twórczych projektów, wspólnych inicjatyw ma miejsce w Polsce i krajach Europy Środkowej – tłumaczył Morawiecki pierwszego dnia FutureTech Congress. – Państwo powinno tworzyć dla przedsiębiorców możliwie dobre warunki do rozwoju. Jeśli możemy też wspierać ich grantami czy inspirowaniem współpracy z uczelniami i innymi firmami to tak właśnie rodzą się nowoczesne ekosystemy gospodarcze – podkreślał Wicepremier.

Na FutureTech Congress, którego organizatorem było MM Conferences S.A., składały się trzy ścieżki tematyczne: FinTech Digital Congress, InsurTech Digital Congress, BIG DATA: Think Big CEE Congress. Podczas każdej z tych części omawiane były tematy dotyczące perspektyw rozwoju tych sektorów.

Mówcami Kongresu byli zarówno eksperci z zagranicy m.in.: Chris Skinner, Stephen Brobst, Spiros Margaris czy Ghela Boskovich, jak i czołowi polscy przedsiębiorcy i menedżerowie z sektora finansowego i technologicznego: Zbigniew Jagiełło, Łukasz Wejchert czy Cezary Stypułkowski.

Kongresowi towarzyszyło również FutureTech Night wraz z rozdaniem nagród FutureTech Awards dla najlepszych rozwiązań, produktów i usług w branży fintech, insurtech i big data. Wśród nagrodzonych firm znaleźli się ZenCard, Alfavox, Grupa Warta, Polski Standard Płatności, Vivus Finance, Currency One, Alior Bank oraz Samsung Electronics Polska.

Partnerami FutureTech Congress byli: Asseco Poland, Atende, Atos, Samsung, Visa, Blue Media, ITMAGINATION, G2A, PZU Inwestycje, EmiTel, Starter24, APA Group, Teradata, Swaper, KIR, Beyond.pl, PayU, Idea Bank, IBM, Grupa LEW, Vivus, OKI, dLK Legal, Qlik, BLIK, Iwoca, KPMG, Be Group, Abak, Profescapital, CallPage, SALESmanago, PiLab, MyTaxi, Netia, Cloud Credit, Benefit Solution Group, Bireta, Meeting Application, Balthazar.

Ile Wielka Brytania zapłaci za Brexit?

Już od dobrych kilku miesięcy trwa dyskusja, ile Wielka Brytania zapłaci za wyjście z Unii Europejskiej. W zależności od źródła liczby wahają się od 0 do 100 mld euro. Jednak finalna kwota prawdopodobnie nie będzie zależeć od jakichkolwiek wyliczeń, tylko od konsensusu politycznego pomiędzy Londynem i Brukselą – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Pierwsze analizy dotyczące „rachunku za Brexit” (Brexit bill) pojawiły się niedługo po brytyjskim referendum. W październiku 2016 r. „Financial Times” pisał, że za wyjście z Unii Brytyjczycy zapłacą 20 mld euro. Ledwie miesiąc później „FT” sugerował, że jest to już ok. 40-60 mld.

Najnowsze wyliczenie “FT” podbite przez żądania z Polski

Od początku roku serię analiz na ten temat przygotował także Bruegel. Wiodący europejski think tank nie podaje dokładnej kwoty, ale określa przedział od 25,4 do 65,1 mld euro. Najwięcej uwagi przykuły jednak najnowsze wyliczenia przygotowane przez szefa brukselskiego biura „FT” Alexa Barkera opublikowane na początku maja, gdzie cena Brexit bill rośnie do 100 mld euro. Dzieje się tak, podkreśla finansowy dziennik, z powodu dodatkowych żądań związanych z polityką rolną ze strony Polski i Francji.

Biorąc pod uwagę fakt, że czołowym argumentem w kampanii za wyjściem Zjednoczonego Królestwa z UE była kwestia wstrzymania płacenia składek do unijnego budżetu, kwota 100 mld euro może na Brytyjczykach robić olbrzymie wrażenie. Na Wyspach jest ok. 26 mln gospodarstw domowych. Z prostego rachunku wynika, że każde z nich za Brexit musiałoby zapłacić niespełna 4 tys. euro.

100 mld euro może brzmieć abstrakcyjnie dla Brytyjczyków, patrząc jaki wkład do wspólnego budżetu miało Zjednoczone Królestwo. Przez ostatnie pięć lat Wielka Brytania dokładała się do unijnej kasy po ok. 7,5 mld euro netto rocznie. Hipotetyczny rachunek wynosiłby więc dla Brytyjczyków ponad 13-letnią normalną składkę, co już z samego założenia wydaje się bardzo trudne do zaakceptowania.

Stare, bieżące i przyszłe rachunki

Jakie argumenty miałyby uzasadniać tak wysoką zapłatę od Zjednoczonego Królestwa? Płatności do Unii składają się z wielu składowych, chodzi o środki związane z bieżącym budżetem, a także kwoty wieloletnich zobowiązań wynikających z poszczególnych programów Wspólnoty.

Największą kategorią według kalkulacji Bruegel i “FT” są zobowiązania pozostające do spłaty (RAL), które zostały wygenerowane w poprzednich latach (np. projekty drogowe), a nie doszło jeszcze do faktycznej płatności. „FT” określa, że dla całej Unii wynoszą one 241 mld euro, z czego 36,2 mld przypada na Wielką Brytanię (na koniec 2018 r.).

Dużą częścią Brexit bill stanowią również inne planowane zobowiązania (OPC) na lata 2019 i 2020, czyli projekty inwestycyjne dla mniej rozwiniętych unijnych regionów. W tym wypadku udział Zjednoczonego Królestwa został oszacowany na 27,6 mld euro.

Ciekawą kategorią są również świadczenia emerytalne dla unijnych urzędników. Są one finansowane bezpośrednio z budżetu UE. Według wyliczeń think tanku Centre for European Reform średnie roczne świadczenie emerytalne wynosi ponad 67 tys. euro. „FT” ocenia, że zwiększa to koszty Brexitu dla Wielkiej Brytanii o kolejne 10 mld euro.

Unia ma także domagać się składki od Wielkiej Brytanii na roczne budżety w latach 2019 i 2020, z których podstawowym elementem są dotacje dla rolników. Miałoby to kosztować Zjednoczone Królestwo dodatkowe 27,4 mld euro. Ostatnia z głównych pozycji to zabezpieczenie od Brytyjczyków części kwoty na udzielone pożyczki innym krajom. Na koniec 2015 r. według danych Bruegel kredyty unijne udzielone kilkunastu państwom świata (przede wszystkim Portugalii, Irlandii, Rumunii czy Ukrainie) wynosiły 56 mld euro. „FT” szacuje, że Bruksela od Londynu będzie wymagała 11,9 mld euro na zabezpieczenie tych kredytów.

Co na to Brytyjczycy?

W zamówionej na początku roku przez Izbę Lordów analizie prawnej brytyjskie zobowiązania w stosunku do Unii w momencie opuszczenia Wspólnoty wynoszą zero. Prawdopodobnie więc Londyn zacznie negocjacje, stojąc na stanowisku, że Brytyjczycy zdecydowali się na opuszczenie UE i niczego już nie muszą płacić.

Jeżeli Bruksela będzie domagać się wypełnienia brytyjskich zobowiązań w kolejnych latach, to część środków powinna także wracać na Wyspy z unijnego budżetu i zmniejszać ogólny rachunek Brexit bill. Jednak, jak pisze Bruegel, Unia może domagać się od razu płatności z góry, a dopiero później stopniowo zwracać część swoich zobowiązań wobec Zjednoczonego Królestwa.

Stosunkowo wysokie wymagania mogą także wynikać z tego, że pozycja Brukseli jest zdecydowanie lepsza niż Londynu. Jeżeli negocjacje zostaną zerwane i Unia zamknie dostęp do jednolitego rynku brytyjskim towarom i usługom (zwłaszcza sektorowi finansowemu), wtedy Brytyjczycy stracą znacznie więcej niż mieszkańcy Unii.

Długie negocjacje i rozwiązanie polityczne

Do tej pory Bruksela nie przedstawiła dokładnych wyliczeń za Brexit bill. Ze strony unijnych przedstawicieli czasami pojawia się wartość 50-60 mld euro, ale zwykle w trybie potwierdzania sugerowanych przez dziennikarzy kwot, a nie przekazywania własnych kalkulacji. Również Brytyjczycy nie udostępnili żadnych wyliczeń oprócz powtarzających się opinii, że medialne rachunki są zdecydowanie za wysokie.

W najbliższych miesiącach Unia i Wielka Brytania prawdopodobnie nie sprecyzują swoich stanowisk. Gdy to w końcu nastąpi, dyskusja obejmie najpewniej nie tylko konkretną kwotę zobowiązań, ale też cały pakiet nowych relacji Londynu z Brukselą, co sprawi, że rozmowy mocniej oprą się na polityce niż na konkretnych wyliczeniach.

Powyższa kwestia może mieć także fundamentalne znaczenie dla funta. Gdyby wzrosły obawy, że konsensusu nie uda się wypracować i Wielka Brytania zmierza do twardego Brexitu, tracąc przy tym nieskrępowany dostęp do unijnego rynku, to wartość szterlinga może bardzo wyraźnie się obniżyć.

Sytuacja polityczna i gospodarcza w strefie euro sprzyja złotówce

Pozytywny sentyment do walut rynków wschodzących, w połączeniu z bardzo dobrymi danymi z polskiej gospodarki, pozwala umacniać się złotemu zwłaszcza w stosunku do dolara. Dodatkowo ustabilizowanie się sytuacji politycznej i gospodarczej w strefie euro sprzyja złotówce. Jednakże ten rajd ku umacnianiu się złotego może zostać gwałtownie zatrzymany. Rynek oczekuje na kolejne informacje z gospodarki Stanów Zjednoczonych oraz wyników wyborów w Europie, co będzie powodowało wzrost ryzyka oraz zmienności na rynku walut. Złoty w stosunku do dolara i euro jest tak mocny, jak w pierwszej połowie 2016 roku, czy 2015 roku w przypadku EUR, ale rzut oka na wykresy pokazuje, jak bardzo się skorygował w późniejszym okresie.

W czwartek dolar kilkukrotnie testował poziom 3,7120. Tak taniego dolara mieliśmy w marcu 2016 roku. Co ciekawe na eurodolarze mamy poziom 1,12, czyli dokładnie taki jaki był w marcu 2016 roku. Różnica scenariuszy późniejszych ruchów była taka, iż Eurodolar rósł do poziomu 1,15-1,16, a dolar w stosunku do złotówki zmienił trend na wzrostowy, zmniejszając korelację między parami.

W krótkim terminie dolar może przetestować dolne ograniczenie kanału trendowego ze wsparciem na okrągłym poziomie 3,70. W przypadku wzrostów oporem będzie poziom 3,7550, gdzie już kilkukrotnie w tym tygodniu reagowała podaż. W przypadku wybicia tego poziomu dalsze wzrosty może powstrzymać górne ograniczenie kanału trendowego.

ergokantor-pl-usdpln-26-05Po gorszych danych z gospodarki brytyjskiej funt ponownie się osłabił. Przez prawie 2 tygodnie rynek bronił poziom 4,8360, jednak po czwartkowych danych wsparcie pękło. Kolejnym punktem, który może okazać się zwrotnym dla ceny, może być poziom 4,7680, gdzie wypada głębokie mierzenie 88,6% Fibo, a ponadto cena już reagowała na tym poziomie w listopadzie 2016 roku. Dopóki cena nie wybije nowych dołków, możemy mówić o rysowaniu się prawego ramienia formacji odwróconego RGR. W przypadku wzrostów oporem pozostaje niedawne wsparcie przy 4,8360. Należy jednakże pamiętać, iż z interwału miesięcznego możemy być świadkami kończenia się fali 5 całego impulsu spadkowego, co może sugerować, iż podaż będzie chciała wyrysować jeszcze nowe dołki.

ergokantor-pl-gbppln-26-05Z szerokiego interwału tygodniowego po raz kolejny jesteśmy poniżej poziomu mierzenia 61,8% Fibo impulsu wzrostowego oraz tuż przy dolnym ograniczeniu kanału trendowego. Bardzo ważne jest zamknięcie się świecy tygodniowej, która może dać nam sygnał do dalszego umocnienia się złotego. W przypadku ruchu w dół cena może przetestować poziom 4,09, natomiast w razie odwrócenia się trendu, korekta może napotkać opór na poziomie 4,1853, a następnie przy okrągłym poziomie 4,20.

ergokantor-pl-eurpln-26-05

Michał Bartos, Główny Analityk Walutowy ergokantor.pl

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Niebezpieczne e-maile – jak się przed nimi ochronić?

Wiadomości mailowe są obecnie jedną z najbardziej powszechnych form komunikacji, zarówno w sferze zawodowej jak i prywatnej. Codziennie otrzymujemy ich od kilku do nawet kilkudziesięciu. E-maile wykorzystują także cyberprzestępcy. Wysyłają za ich pomocą złośliwe oprogramowania, które są niebezpieczne nie tylko dla adresata wiadomości, ale również całej organizacji. Jak pokazał niedawny cyberatak na podmioty w prawie 150 krajach na świecie, hakerzy mogą doprowadzić do paraliżu dużych korporacji, szpitali, instytucji państwowych itd. Czy można się przed nimi ochronić? Co zrobić gdy dostaniemy niebezpiecznego e-maila?

Prosty sposób na atak

Korzystając z poczty elektronicznej jesteśmy narażeni na „złapanie” groźnych wirusów. Hakerzy podszywając się najczęściej pod znane firmy lub instytucje przesyłają w załącznikach do e-maili pliki ze złośliwym oprogramowaniem, które po uruchomieniu kradnie, wyłudza lub szyfruje dane. Według raportu PwC „Ochrona biznesu w cyfrowej transformacji” 96% średnich i dużych przedsiębiorstw działających w Polsce doświadczyło ponad 50 incydentów naruszenia bezpieczeństwa w ciągu roku. Większość z nich związana była właśnie z atakami phishingowymi.

Niebezpieczna wiadomość – jak ją rozpoznać

Przestępcy wykorzystujący phishing działają zazwyczaj w podobny sposób. Wysyłają niebezpieczny e-mail z pozoru wyglądający na bardzo ważną wiadomość. Już sam tytuł e-maila ma zwracać uwagę adresata, skłaniać do jego otworzenia i sprawdzenia zawartości załącznika. Często zdarzają się wiadomości zatytułowane: „Zaległa faktura VAT – przedsądowe wezwanie do zapłaty ” lub „Nieodebrana przesyłka – wezwanie do odbioru”.  Nierzadko, aby uwiarygodnić przekaz, a także przestraszyć odbiorcę hakerzy podszywają się pod takie instytucje jak np. Krajowy Rejestr Długów. Należy zwracać szczególną uwagę na adresy mailowe nadawców takich wiadomości. Mogą być one łudząco podobne do kontaktów pracowników danej instytucji, drobnych różnic warto szukać w nazwach domen. Najgroźniejszym elementem takich e-maili są załączone do nich pliki przypominające skan faktury, wezwania lub innego ważnego pisma. Naszą czujność powinien obudzić ich format, zazwyczaj są one przesyłane w formacie ZIP, który wymaga rozpakowania – wyjaśnia Damian Gąska, specjalista ds. bezpieczeństwa informacji, ODO 24.

Jak postępować z e-mailami typu phishing

Po zauważeniu w skrzynce elektronicznej potencjalnie niebezpiecznej wiadomości większość osób po prostu ją usuwa. W ten sposób jednak chroni tylko siebie i swoje dane. Zalecanym działaniem w takiej sytuacji jest zgłoszenie podejrzanego e-maila, jako SPAMu lub niebezpiecznej wiadomości administratorowi poczty elektronicznej – mówi Damian Gąska.

Jeśli już otworzymy załącznik ze złośliwym oprogramowaniem, to możemy jedynie spróbować ograniczyć skutki jego działania. Po otwarciu załącznika z tzw. malware w większości przypadków uruchamiany jest kod wykonywalny, dlatego jeśli pobierany plik wyda nam się niebezpieczny najlepiej jest jak najszybciej wyłączyć laptop lub stację roboczą komputera desktopowego. Ten prosty zabieg pozwala przerwać uruchomiony proces. Ponowne włączenie komputera zalecane jest w obecności specjalisty, który będzie mógł odpowiednio zareagować – wskazuje specjalista ODO 24.

Jeżeli zaś w wyniku uruchomienia „złośliwego” załącznika nastąpi zaszyfrowanie lub uszkodzenie danych, to niestety mamy małe szanse na ich odzyskanie. W takiej sytuacji należy jak najszybciej  zmienić hasła systemów, z których korzystaliśmy za pomocą urządzenia, które zostało zainfekowane, zwłaszcza tych zapisanych w pamięci przeglądarki.

Ochrona to podstawa bezpieczeństwa

Przed skutkami działań cyberprzestępców mogą ochronić nas odpowiednie zabezpieczenia techniczne. Najprostszym jest program antywirusowy, który  jeśli jest regularnie aktualizowany pod względem wirusów pełni skutecznie rolę bariery przed zagrożeniami z sieci. Warto jednak pamiętać, że najsłabszym ogniwem zazwyczaj jesteśmy my sami. Dlatego też należy stosować zasadę ograniczonego zaufania do treści otrzymywanych poprzez program pocztowy. Jeżeli chcemy wiedzieć czego się wystrzegać, dobrze jest śledzić nowe zagrożenia. Możemy to robić np. poprzez śledzenie aktualności portali, które się tym zajmują (tj. Niebezpiecznik czy Zaufana Trzecia Strona) – mówi Damian Gąska z ODO 24.

Będzie pomoc finansowa dla firm w restrukturyzacji – nowelizacja ustawy

Do Rządowego Centrum Legislacji trafił projekt nowelizacji ustawy o prawie restrukturyzacyjnym, która zapewni przedsiębiorcom naprawiającym swoje firmy konkretną pomoc finansową ze strony państwa.

Obowiązujące od 1 stycznia 2016 roku nowe prawo restrukturyzacyjne dało pierwszeństwo działaniom naprawczym przed likwidacją firmy. Nowe przepisy nie tylko pomagają ocalić firmy przed upadłością, powstrzymują egzekucje komornicze i wypowiedzenie przez banki wcześniej zawartych umów, ale także zapewniają dłużnikom ochronę przed sprzedażą majątku za bezcen i chronią miejsca pracy.

Zgodnie z nowym prawem restrukturyzowane przedsiębiorstwa mogą ubiegać się również o pomoc publiczną, np. w formie rozłożenia na raty długu wobec Skarbu Państwa (takiego jak zaległe składki ZUS czy podatki należne Urzędowi Skarbowemu). Zgodnie jednak z przepisami Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej dotąd pomoc publiczna mogła być udzielana przedsiębiorcom jedynie w wyjątkowych sytuacjach – i to dopiero po uzyskaniu zgody Komisji Europejskiej w ramach tzw. procedury notyfikacji. Niestety, notyfikacja to długi proces, trwa średnio nawet 15 miesięcy.

Pożyczka już przed restrukturyzacją

Dlatego Ministerstwo Rozwoju i Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowały nowelizację prawa restrukturyzacyjnego, zgodnie z którą przedsiębiorca może otrzymać pomoc finansową nawet jeszcze przed wszczęciem postępowania restrukturyzacyjnego. Ma to umożliwić mu opracowanie planu restrukturyzacyjnego lub prowadzenie działalności gospodarczej, dopóki plan ten nie zostanie wdrożony.

– Ta nowelizacja była bardzo oczekiwana przez przedsiębiorstwa, które znajdują się w trakcie restrukturyzacji, oraz ich zarządców. Wierzyciele publicznoprawni w zasadzie nie mogli dotąd rozkładać zadłużenia na raty, gdyż mogło to stanowić niedozwoloną pomoc publiczną – wyjaśnia Małgorzata Anisimowicz, doradca restrukturyzacyjny z kancelarii PMR Restrukturyzacje SA. – Nowe przepisy nie tylko pozwolą na zawieranie układów, ale i otworzą ścieżkę do finansowania restrukturyzacyjnego, a nie ma udanej restrukturyzacji bez finansowania pomostowego. Oby jak najszybciej ta nowelizacja zaczęła obowiązywać – podsumowuje.

Kto dostanie pomoc finansową?

O pomoc na ratowanie (tymczasowe wsparcie prerestrukturyzacyjne) udzielane w formie pożyczki będą się mogli ubiegać przedsiębiorcy, wobec których nie toczy się jeszcze postępowanie restrukturyzacyjne, a np. dopiero został złożony wniosek o otwarcie takiego postępowania. Pożyczka ma im pomóc w odzyskaniu płynności finansowej firmy oraz dać czas na opracowanie planu jej naprawy.

Z kolei pomoc na restrukturyzację jest przeznaczona na zrealizowanie planu restrukturyzacji, który ma przywrócić firmę do dobrej kondycji. Takie wsparcie może być udzielone również w formie pożyczki, ale także dopłaty, objęcia akcji, obligacji lub udziałów. O taką pomoc będą mogli się ubiegać przedsiębiorcy objęci już jednym z sądowych postępowań restrukturyzacyjnych. Tym samym ułatwienie dostępu do finansowania restrukturyzacyjnego znakomicie ułatwi samą restrukturyzację przedsiębiorstw i ochroni je przed upadłością i likwidacją.

Zyski najlepiej czują się w kieszeni

Rynek ropy trzy tygodnie kupował plotki przed szczytem OPEC i w czwartek sprzedał fakty. Fundamentalnie ropa jeszcze powróci do wzrostów, ale najpierw rynek musi powrócić do zmysłów. Traci też funt, gdyż rynek traci cierpliwość, a informacje nie pomagają. EUR/USD i EUR/PLN są stabilne przed długim weekendem w USA.

Wczorajsze zachowanie ceny ropy naftowej najlepiej pokazuje, jak bardzo rynki finansowe polegają na krótkoterminowym kapitale spekulacyjnym, który bezlitośnie potęguje zmienność. OPEC z kilkoma krajami spoza kartelu ustalił przedłużenie porozumienia o cięciu wydobycia o 1,8 mln baryłek/dzień o kolejne 9 miesięcy do końca marca 2018 r. Decyzja była zgodna z przekazem, jaki od tygodni budowali członkowie OPEC, choć do ostatniej chwili w grę wchodziły nawet głębsze cięcia. Zatem rynek otrzymał to, na co liczył, kiedy pompował ceny ropy o ponad 15 proc. od początku majowego dołka, a że nie otrzymał nic ponadto, łatwiej było o odwrót. Choć porozumienie jest pozytywne dla wypracowania równowagi popytu i podaży, czwartek przyniósł klasyczną „sprzedaż faktów”. Żyjemy w czasach, kiedy bardziej niż długofalowy efekt danej informacji liczy się chęć do szybkiego spieniężenia zysków. Podobne reakcje można zaobserwować np. wokół decyzji banków centralnych. Teraz na rynku ropy kapitał spekulacyjny realizuje zyski, a techniczne naruszanie zleceń stop tylko napędza spadki. Z perspektywy fundamentalnej WTI jest teraz bliżej do powrotu do konsolidacji ze stycznia i lutego, tj. 51-55 USD/b, ale wpierw rynek musi powrócić do zmysłów.

WTI od wczoraj straciła 6,5 proc. i to odciska swoje piętno na walutach surowcowych: RUB, NOK, CAD, ale też i AUD. Innym „przegranym” handlu na koniec tygodnia jest GBP, gdzie przypominają o sobie ryzyka polityczne. Ostatni sondaż pokazał skurczenie się przewagi Partii Konserwatywnej do najniższego poziomu, odkąd Theresa May została premierem. To może być bardzo zły prognostyk dla funta przed czerwcowymi wyborami powszechnymi – wszak kwietniowy rajd brytyjskiej waluty wziął się z zapowiedzi przyspieszonych wyborów. Wówczas rynek interpretował decyzję jako szansę na wzmocnienie pozycji May, zyskanie większej liczby miejsc w parlamencie i uniezależnienie polityki od skrajnych frakcji chcących „twardego Brexitu”. Dodatkowo prasa donosi, że zamachowiec z Manchesteru mógł stworzyć więcej niż jedną bombę. Obraz techniczny również przestał być sprzyjający dla funta, gdyż szereg nieudanych prób złamania GBP/USD 1,30 zaczyna się mścić kapitulacją kupujących. Pozostajemy negatywnie nastawieni dla funta, od początku sceptycznie podchodząc do jego siły z poprzednich tygodni. Start negocjacji ws. Brexitu w drugiej połowie czerwca będzie dolewał oliwy do ognia, a dane makro w coraz mniejszym stopniu stanowią tarczę ochronną. Wczorajsza rewizja w dół PKB za I kw. jest tego dobitnym dowodem.

Reszta rynku jest względnie spokojna. EUR/USD przykleił się do 1,12, a na krajowym podwórku EUR/PLN flirtuje z 4,17. Im bliżej końca tygodnia zmienność będzie wygasać, gdyż Amerykanie niechętnie będą podchodzić do handlowania, mając na uwagę długi weekend (Dzień Pamięci w poniedziałek). W kalendarzu dominują odczyty z USA. PKB za I kw. ma zostać zrewidowane w górę z 0,7 proc. do 0,9 proc. z pomocą korekty przyrostu zapasów i sprzedaży detalicznej. Dane o zamówieniach na dobra trwałe mają za sobą cztery miesiące wzrostów i przyszedł czas na odreagowanie. Indeks Uniwersytetu Michigan jest tylko rewizją.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dzieci kosztują 10 mld zł, a zaległości produkujących dla nich firm 22,5 mln zł

O wyceniany na 10 mld zł rynek artykułów dla dzieci walczy wielu graczy i choć wydatki rodziców na najmłodszych wciąż rosną, połowa firm produkujących z myślą o dzieciach jest w złej lub słabej kondycji finansowej. Zaległości wobec kontrahentów i banków firm zaopatrujących m.in. najmłodszych w żywność, odzież i zabawki nie są jednak alarmujące, wynoszą 22,5 mln zł – wynika z danych BIG InfoMonitor, BIK oraz Bisnode Polska.

W przeddzień światowego Dnia Dziecka sprawdziliśmy jak prezentują się w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, BIK oraz wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska firmy wytwarzające m.in. na potrzeby najmłodszych. Przeanalizowaliśmy trzy branże: Produkcję artykułów spożywczych homogenizowanych i żywności dietetycznej (PKD 1086), Produkcję pozostałej odzieży i dodatków do odzieży (PKD 1419) oraz Producentów gier i zabawek (PKD 3240). Działalnością taką zajmuje się łącznie prawie 5 tys. przedsiębiorstw z czego największą grupę stanowią producenci odzieży 3,3 tys., firm spożywczych jest ok. 200, a wytwórców gier i zabawek ok. 1,4 tys. Choć rynek produktów dla dzieci wart jest obecnie w Polsce ok. 10 mld zł i jak podaje firma doradcza PMR*, ostatnio rok do roku rośnie o 4 – 5 proc. korzystając z pozytywnych tendencji w gospodarce, nie wszystkim obecnym na nim graczom dobrze się wiedzie.

 Najgorzej mają się najmniejsi

Z analizy międzynarodowej wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska wynika, że w świetnej kondycji finansowej jest ponad 34 proc. analizowanych firm, kolejnych 15 proc. ma sytuację dobrą. Tym samym wychodzi, że 51 proc. znajduje się w słabej i złej kondycji finansowej. W grupie, prawie 32 proc. przedsiębiorstw, w bardzo trudnej sytuacji są głównie mikro i małe firmy, z zatrudnieniem nie większym niż 20 osób, i przychodem rocznym nieprzekraczającym 5 mln zł **.

Dzieci kosztują 10 mld zł, a zaległości produkujących dla nich firm 22,5 mln zł
Źródło: Bisnode Polska

Połowa wydatków idzie na odzież, jedna czwarta na zabawki, a jedna dziesiąta na żywność

Według PMR główne segmenty wydatków na artykuły dziecięce stanowi odzież i obuwie – około połowy, udział zabawek sięga w wydatkach rodziców 25 proc., a żywność ok. 10 proc. Do tego dochodzą kosmetyki dziecięce – prawie 16 proc. Należy zauważyć, że w przypadku żywności wielu rodzimych producentów zostało przejętych przez światowe koncerny. Jeśli chodzi o odzież, polskie firmy muszą zmagać się silną konkurencją ze strony globalnych uznanych marek, a jednocześnie z produktami pochodzącymi z Azji. Z kolei wart 2,5 mld zł rynek zabawek (pojęcie to zawiera również np. sprzęt sportowy oraz akcesoria dla dzieci), podlega presji silnej konkurencji wewnętrznej jak również importu z Dalekiego Wschodu.

Najczęściej nieterminowo regulują swoje zobowiązania producenci żywności

Najczęściej nieterminowo regulują swoje zobowiązania producenci żywności

W danych dotyczących zaległości wobec kontrahentów i banków widać, że odsetek firm z płatnościami przeterminowanymi o min. 60 dni na kwotę co najmniej 500 zł wśród trzech prezentowanych branż sięga 4 proc. Tym samym nie odbiega znacząco od średniej dla całego sektora produkcyjnego, w którym 5 proc. firm (z Sekcji Przetwórstwo Przemysłowe) posiada zaległe zobowiązania kredytowe i pozakredytowe.

Sytuacja poszczególnych producentów znacząco się jednak różni. Odsetek firm produkujących odzież z przeterminowanymi zobowiązaniami kredytowymi i pozakredytowymi wynosi 3,5 proc., w przypadku producentów gier i zabawek jest to 4 proc. ale już produkcja artykułów spożywczych homogenizowanych i żywności dietetycznej, prezentuje się znacznie słabiej. Zaległości wobec kontrahentów i banków ma niemal co ósme przedsiębiorstwo spożywcze (12 proc.). Znaczące są tu również kwoty zaległości.

 22,5 mln zł zaległości, głównie kredytowych

Łączna wartość zaległych zobowiązań zarejestrowanych w bazach BIG InfoMonitor i BIK (przeterminowanych powyżej 60 dni na kwotę wyższą niż 500 zł) firm z trzech klas PKD (1086, 1419 i 3240) wynosi 22,5 mln zł, z czego zdecydowana większość – 93 proc. to zaległości z tytułu niespłacanych w terminie kredytów bankowych. Przy czym kredyty ma 20 proc. firm zajmujących się wytwarzaniem zabawek oraz 19 proc. producentów żywności. W najmniejszym stopniu po pieniądze z banków sięgają producenci odzieży, kredyty ma 15 proc. z nich. Średni dług wobec kontrahenta waha się w zależności od prezentowanej branży od 5,3 tys. zł – u producentów gier i zabawek do 15,3 tys. zł – u producentów artykułów spożywczych. Z kolei przeciętna wartość zaległości kredytowej wynosi od 31 tys. zł i również jest najniższa u producentów zabawek do ponad 685 tys. zł u producentów artykułów spożywczych.

Biorąc pod uwagę rosnącą sprzedaż polskich producentów zabawek, ich niskie przeciętne zaległości jak i niski odsetek firm w kłopotach, nie zaskakują. Jak wynika z danych ośrodka badawczego NPD***, firmy, które zaopatrzyły małych Polaków w 2015 r. towarem o wartości 2,5 mld zł jednocześnie wyeksportowały zabawki i gry za ponad 4,5 mld zł. Było to o prawie 60 proc. więcej niż rok wcześniej. Największa popularnością cieszą się u zagranicznych nabywców, polskie lalki, gry, misie i klocki. Głównym rynkiem eksportowym jest Unia Europejska, gdzie trafia w ujęciu wartościowym prawie 90 proc. produkcji. Największym odbiorcą naszych zabawek są Niemcy (ponad 30 proc. całego eksportu), ale Polacy wysyłają zabawki do ponad 150 krajów na całym świecie, nawet tak odległych i egzotycznych jak Ekwador, Oman czy Nowa Zelandia.

*Raport PMR „Rynek produktów dla dzieci w Polsce 2015”, Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2015-2020

 **Analizą finansową zostało objętych blisko 200 aktywnych firm, cyklicznie i systematycznie publikujących swoje dane finansowe w sądzie gospodarczym lub bezpośrednio przekazujących sprawozdania Bisnode Polska. Badanie zostało przeprowadzone 18 maja 2017 roku.

Na ocenę kondycji finansowej firm bezpośredni wpływ miały takie wskaźniki jak płynność, wysokość zadłużenia i rentowność. – Dodatkowo wzięta została pod uwagę zdolność finansowa podmiotu, poziom zarejestrowanych, przeterminowanych płatności, zarejestrowane wnioski z sądów gospodarczych o upadłość lub postępowanie naprawcze, ogłoszenie upadłości, rozpoczęcie procesu likwidacji oraz negatywne sygnały prasowe.

Ocena kondycji finansowej branży odbywała się na podstawie danych finansowych nie starszych niż dwa lata. W przypadku spółek prawa handlowego za podstawę do oceny brano bilans i rachunek wyników. W przypadku podmiotów nieprowadzących pełnej księgowości oparto się na danych o przychodach, kosztach i wyniku finansowym podmiotu zadeklarowanych przez właścicieli firm.

***NDP – Amerykańska firma badawcza, która prowadzi badania rynkowe w różnych branżach w ok. 20 krajach świata. W Polsce przez ostatnie lata zbierała dane o sprzedaży zabawek w sieciach handlowych: Smyk, Empik, Tesco, Carrefour, ToysRUs i Makro.

Przygotuj się na przyszły tydzień 26.05.2017

Jak w co każdy piątek miesiąca poznajemy dane pochodzące z amerykańskiego rynku pracy. Na podium oczywiście jest ilość nowych miejsc pracy poza rolnictwem, stopa bezrobocia oraz płaca godzinowa. Oprócz tego poznamy raport o stabilności finansowej w Nowej Zelandii, australijską sprzedaż detaliczną oraz amerykańskie zapasy ropy naftowej.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Nonfarm payrolls – nowe miejsca pracy poza rolnictwem

Dane z amerykańskiego rynku pracy zostaną opublikowane o godzinie 14:30. Oprócz samych miejsc pracy poznamy stopę bezrobocia oraz czynnik, który na przełomie ostatnich kilku miesięcy jest najważniejszy – płacę godzinową.

Stopa bezrobocia

Stopa bezrobocia

Źródło: Admiral Markets

Stopa bezrobocia spada sukcesywnie od 2009 roku. Aktualnie znalazła się na poziomie 4.4 procenta, co sugeruje bezrobocie naturalne. Jest to wielkość bezrobocia w warunkach równowagi na rynku pracy. Jest to odsetek siły roboczej obejmujący tych, którzy nie chcą podjąć pracy przy płacy realnej zapewniającej równowagę i są dobrowolnie bezrobotni.

W takich warunkach powinniśmy zobaczyć rosnącą inflacje oraz presję na wzrost płacy, jeżeli w takich warunkach płaca pozostaje na takim samym miejscu, to mamy do czynienia z niezdrowym rynkiem pracy.

Płaca godzinowa M/M

Płaca godzinowa M/M

Źródło: Bloomberg

Prognoza wzrostu płaci godzinowej miesiąc do miesiąca wynosi 0.3 procenta. Wszystko poniżej tej wartości powinno doprowadzić do wyprzedaży dolara amerykańskiego. Odczyt powyżej prognozy powinien umocnić dolara amerykańskiego. Nie zapominajmy również o samym odczycie nowych miejsc pracy w sektorze pozarolniczym. Konsensus rynkowy zakłada 175 tysięcy nowych miejsc pracy. Strategie, które możemy przyjąć pod publikację piątkowych danych makroekonomicznych została przedstawiona poniżej.

Możliwe zachowanie EUR/USD na piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy

Możliwe zachowanie EUR/USD na piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy

Źródło: Opracowanie własne

Przez ostatnie kilka miesięcy mogliśmy zaobserwować dwie reakcje związane z publikacją danych. Pierwsza była powiązana z liczbą miejsc pracy. Wyższy odczyt od prognozy doprowadzał do umocnienia dolara amerykańskiego, słabszy odwrotnie.

Niemniej jednak w warunkach neutralnej stopy bezrobocia liczy się płaca godzinowa, która powodowała druga rekcję na rynku. Wszystkie możliwe scenariusze oraz reakcję pary walutowej EUR/USD zostały przedstawione w powyższej tabeli.

Instrumenty do obserwacji

Jednym z ciekawszych instrumentów do obserwacji jest ropa naftowa. OPEC doszedł do porozumienia i ograniczenie wydobycia ropy naftowej zostało przedłużone o 9 miesięcy, ale co to zmienia? Tylko tyle, że rynek nie zostanie zalany ropą naftową od razu, ale dopiero po zakończeniu dealu. Chyba, że wydobycie w Stanach Zjednoczonych diametralnie spadnie.

Popyt i podaż ropy naftowej w USA

Popyt i podaż ropy naftowej w USA

Źródło: Real Investment Advice

Na powyższym wykresie zobrazowano wydobycie ropy naftowej w Stanach Zjednoczonych (linia niebieska) na tle amerykańskiego popytu. O ile podaż od 2005 roku wzrosła o prawie 4 mln baryłek dziennie, o tyle popyt spadł z 21 do 20 milionów baryłek dziennie. Jeżeli wzrost gospodarczy nie ruszy z kopyta, to czarne złoto powinno poruszać się w konsolidacji. Drugim ratunkiem dla notowań ropy może być redukcja podaży ze strony Stanów Zjednoczonych.

Notowania WTI, interwał dzienny

Notowania WTI, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie dziennym notowania powinny poruszać się w konsolidacji. Niedźwiedzie z pewnością będą chciały zejść na dolne wsparcie w okolicy 43 USD za baryłkę, poziom ten nie powinien stanowić dla nich problemu.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Polska firma stworzyła inteligentne identyfikatory. M.in. automatycznie rejestrują czas pracy, chronią pracodawcę przed oszustwami ale również sprawdzają, czy personel przestrzega zasad BHP

Polska firma stworzyła inteligentne identyfikatory. M.in. automatycznie rejestrują czas pracy, chronią pracodawcę przed oszustwami ale również sprawdzają, czy personel przestrzega zasad BHP 12

Dotychczasowe systemy kontroli czasu pracy wymuszały na pracowniku odbijanie zwykłego bądź magnetycznego identyfikatora zaraz po znalezieniu się w miejscu pracy. Timate ma raz na zawsze to zmienić. Inteligentny identyfikator nie tylko automatycznie zarejestruje czas pracy i ochroni pracodawcę przed oszustwami ze strony pracowników, ale zadziała też w drugą stronę – zapobiegnie przesadnemu wykorzystywaniu, nadmiernej eksploatacji osób wykonujących pracę.

Karta Timate jest to pierwsze urządzenie, które automatycznie po wejściu do pracy rejestruje czas pracy bez konieczności odbijania czy zbliżania czegokolwiek do czytników. Timate jest elektroniczna wersją zwykłego identyfikatora. Dane zebrane z rejestracji czasu pracy wysyłane są automatycznie do chmury, do pracodawcy, a jednocześnie karta posiada wyświetlacz, za pomocą którego pracownik może otrzymać informację o czasie swojej pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Łempiński, prezes zarządu TENVIRK (firmy rozwijającej projekt Timate).

Inteligentny identyfikator automatycznie zarejestruje czas pracy w chwili, kiedy pracownik wejdzie w zasięg centralki umieszczonej na terenie firmy – niezależnie od tego czy jest to biuro czy teren budowy. Timate kończy monitorowanie pracownika w momencie, kiedy opuszcza miejsce pracy. Pod tym względem nie różni się zbytnio od zwykłej karty magnetycznej, ale z jedną istotną różnicą: identyfikator natychmiast wykryje wszelkie prób oszustw.

Karta wychwytuje również takie przypadki związane z pozostawieniem karty. Jeśli pozostawimy kartę nieruchomo i wyjdziemy z terenu zakładu, to karta przerywa wtedy liczenie czasu pracy. Jeśli oddamy naszą kartę koledze, wtedy również nasza karta również przerywa liczenie czasu pracy i sygnalizowane jest dodatkowo pewnego rodzaju nadużycie związane z noszeniem dwóch kart przez jedną osobę – wyjaśnia Tomasz Łempiński.

Czujnik ruchu zainstalowany w identyfikatorze nie tylko ochroni przed wspomnianymi próbami nadużyć, ale również sprawdzi, czy dany pracownik przestrzega zasad BHP np. czy nosi na głowie kask.

Wszystkie te elementy wykrywane są za pomocą analizy ruchu. Analizujemy, czy karta się rusza, a następnie czy rusza się w podobny sposób, jeśli jedna osoba nosi dwie karty. Tę zasadę stosujemy również do monitorowania czy pracownik przestrzega zasad bezpieczeństwa. Jest to pierwszy system, który wykrywa w czasie rzeczywistym, czy pracownik nosi kask na głowie. Na kasku mamy czujnik, pracownik ma kartę i jeśli te dwa urządzenia w podobny sposób się ruszają, to ten system wie, że pracownik używa środka ochrony osobistej – tłumaczy Tomasz Łempiński.

Prezes zarządu firmy TENVIRK zapowiada, że karta Timate rozwiązuje wszystkie dotychczasowe problemy systemów ewidencji czasu pracy – rozpoznaje nadużycia bez korzystania z biometrii, kamer czy modułów GPS.

Karta jest przede wszystkim systemem bezobsługowym. Nie wymaga akcji ze strony pracownika. Co więcej, mierzy czas pracy w sposób ciągły, co oznacza, że jest to pierwsze rozwiązanie, które można zastosować w terenie otwartym np. na budowie. Nie trzeba tworzyć bramek, systemów przejść, które zmuszają pracownika do wykonywania odbicia czasu pracy, bo karta rejestruje wszystko automatycznie – twierdzi Tomasz Łempiński.

Inteligentny identyfikator dostarcza szeregu przydatnych danych o pracowniku. Informuje m.in. o jego aktywności, co pozwala pracodawcy nadzorować intensywność wykonywanych obowiązków i dbać o jego bezpieczeństwo.

System tworzy pewnego rodzaju platformę Internet of Things i umożliwia implementację funkcji, które dotychczas były mało opłacalne lub zbyt skomplikowane do wprowadzenia. System opiera się na funkcjach rejestracji czasu pracy i rozszerza te funkcje o następne możliwości. Podstawową funkcją jest wspomaganie procedur bezpieczeństwa i higieny pracy, w tym możliwość wykrywania wypadków albo upadku pracownika – dodaje Tomasz Łempiński.

Timate to projekt dofinansowany ze środków Unii Europejskiej i prowadzony w ramach programu „Szybka ścieżka” przygotowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Prezes zarządu TENVIRK podkreśla, że firma posiada już gotowy prototyp identyfikatora, który obecnie oczekuje na testy. Prognozuje, że urządzenie zostanie wprowadzone do obiegu pod koniec 2018 roku, a koszt wdrożenia systemu będzie porównywalny do rozwiązań, które obecnie funkcjonują na rynku.

W  tej chwili poszukujemy partnerów – firm, które chciałyby z nami przetestować ten system u siebie w  przedsiębiorstwach oraz firmy czy instytucji, które mają potencjał badawczo-rozwojowy i które mogłyby nam pomóc w badaniach tego typu systemu. Do końca roku planujemy uruchomienie pilotażowych wdrożeń, a produkt komercyjny będzie gotowy pod koniec 2018 roku. Koszty wdrożenia takiego sytemu nie będą znacząco różnić się od kosztów dotychczas stosowanych systemów rejestracji czasu pracy – podsumowuje Tomasz Łempiński.

Branża funeralna to przestrzeń na ciekawe innowacje. Polskie prawo ogranicza jednak kreatywność i możliwości przedsiębiorców

Branża funeralna to przestrzeń na ciekawe innowacje. Polskie prawo ogranicza jednak kreatywność i możliwości przedsiębiorców 13

Rynek funeralny zmienia wizerunek i coraz częściej wychodzi naprzeciw oczekiwaniom klientów, które na przestrzeni ostatnich lat uległy znaczącej zmianie. Nowoczesne nomadyczne i zindywidualizowane społeczeństwa oczekują innowacyjnych rozwiązań i usług także podczas obrzędu pogrzebowego. Polskie prawo utrudnia jednak wprowadzenie wielu innowacji, które dostępne są już na zachodzie Europy.

Branża funeralna idzie z duchem czasu, oferując coraz więcej innowacyjnych usług, poczynając od tworzenia coraz szerszego asortymentu urn biodegradowalnych (zarówno do pochówków ziemnych, jak i tych na wodę), poprzez tzw. biżuterię funeralną (zawierającą prochy zmarłych lub zamieniającą prochy w diamenty), a kończąc na udostępnianiu relacji wideo z pogrzebów na żywo w sieci internetowej czy wirtualnych cmentarzach. Jednak sytuacja, którą mamy w kraju, jest niezwykle archaiczna, ponieważ nasze prawo pogrzebowe nie uległo żadnej nowelizacji od końca lat pięćdziesiątych. Jak na razie najbardziej innowacyjnym produktem dostępnym na polskim rynku są urny przeznaczone do pochówków na morzu, takie jak urna Kami firmy Nurn. Ich użycie jest zgodne z prawem, które od wczesnego średniowiecza zakładało możliwość chowania zmarłych na morzu.

– Ceremoniał wygląda następująco: w miejscu, gdzie osoba zmarła, odbywa się pożegnanie, a następnie urna transportowana jest nad morze. W ceremonii mogą wziąć udział najbliżsi. Polskie prawo zakłada, że przy złożeniu prochów na wodę kuter musi odpłynąć od brzegu na co najmniej 3 mile i dopiero wtedy urna jest wodowana za pomocą specjalnego kosza. Można też przeprowadzić streaming pogrzebu w internecie dla osób, które nie mogą osobiście uczestniczyć w pogrzebie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Joanna Jurga, projektantka i współzałożycielka firmy Nurn.

Zarówno sanepid, jak i polskie prawo restrykcyjnie podchodzą do przepisów związanych z grzebaniem zmarłych, zabraniając chociażby rozsypywania prochów w lesie, parku czy przydomowym ogródku, nie mówiąc o trzymaniu urny w domu czy pochówkach w całunie. Dlatego też urna składana na wodzie może być jedyne na morzu (nie ma możliwości zwodowania urny na jeziorze lub rzece).

– Jeśli chodzi o nasz lokalny rynek, to w dużym stopniu zajmujemy się edukacją z zakresu designu funeralnego, trendów, identyfikacji i komunikowania się z klientem. Urny Kami są na razie u nas ciekawostką i projektem, który stanowi pretekst do rozmowy na temat kondycji branży i jej przyszłości. W ofercie mamy również urny z ceramiki czy betonu, które po za unikatowym designem i wysoką jakością wykonania doskonale sprawdzają się na tradycyjnych pogrzebach. Branża funeralna w Polsce mimo ograniczeń legislacyjnych rozwija się szybko i jest otwarta na nowości. To moment, kiedy branża wyprzedziła prawo – twierdzi Joanna Jurga.

W Polsce rynek jest niezwykle zróżnicowany, duże miasta oczekują zupełnie innych rozwiązań niż małe miejscowości i wsie. Dlatego firma Nurn stara się edukować Polaków i stworzyć całe zaplecze know-how, które w przyszłości pozwoli wprowadzić innowacyjne usługi również w kraju.

– W Polsce daleko posunięte innowacje nie są jeszcze popularne, dlatego dziś skupiamy się na edukowaniu zarówno samej branży, jak i klientów na temat tego, jakie mają możliwości i co na świecie już się dzieje. Aczkolwiek w Holandii, która na tle Europy jest najbardziej postępowa, pochówki na wodzie, w powietrzu, w całunie czy cmentarzu pełnym drzew zamiast na nagrobków już się odbywają – podkreśla Joanna Jurga.

Firma Nurn stworzyła pierwszą biodegradowalną urnę z celulozy, która na dodatek nadaje się do pogrzebów w morzu. Współzałożycielka firmy Nurn podkreśla, że zapotrzebowanie na biodegradowalne urny jest coraz większe, szczególnie na zachodzie Europy, gdzie biodegradowlaność produktów jest niezwykle ważna.

– Głównym naszym rynkiem jest Europa Zachodnia, aczkolwiek negocjujemy umowy w Stanach i Kanadzie. Skupiamy się na krajach, które są najbardziej zaangażowane ekologicznie, czyli np. na Holandii, Skandynawii i Wielkiej Brytanii. Jesteśmy też obecni na targach w Walencji. W Hiszpanii i Portugalii pochówki morskie są również możliwe, dlatego tam także szukamy partnerów – wyjaśnia Joanna Jurga.

Przez ostatnie dwa lata na rynku funeralnym można dostrzec wiele nowych innowacji i usług. Rośnie też świadomość właścicieli domów pogrzebowych, co do wizerunku firmy i potrzeb klientów. Ci drudzy nierzadko w internecie szukają gotowych rozwiązań niedostępnych na krajowym podwórku.

– Mamy ogromny szacunek do branży, którą się zajęliśmy, uważamy, że daje ona ogromne możliwości zarówno projektowe, jak i biznesowe. Choć jest to teren nie łatwy, to przynosi wiele satysfakcji. Nieustająco rośnie świadomość zarówno samej branży, jak i jej klientów, a przy globalnym rynku, jeżeli potencjalny klient nie znajdzie tego, czego szuka w zakładzie pogrzebowym, to zamówi produkt w internecie. Naszym celem jest tworzenie obiektów funeralnych, które służą nie tylko w trakcie pogrzebu, lecz także pomagają przejść przez proces żałoby i pozwalają pamiętać o zmarłych. Klient wymusił na rynku, żeby ten zaczął się zmieniać. I faktycznie tak się dzieje – podsumowuje Joanna Jurga.

Wirtualna rzeczywistość pozwala zobaczyć Warszawę w niezwykłej wersji: nietkniętą przez zniszczenia II wojny światowej

Wirtualna rzeczywistość pozwala zobaczyć Warszawę w niezwykłej wersji: nietkniętą przez zniszczenia II wojny światowej 14

Rzeczywistość wirtualna oferuje wiele niezwykłych możliwości, ale jedną z najbardziej pobudzających wyobraźnię jest alternatywna wersja historii świata. „Wykreślona Warszawa” to właśnie projekt z kręgu VR, który pozwala zobaczyć, jak wyglądałaby stolica Polski w latach 40. ubiegłego wieku, jeśli nie dotknęłyby jej zniszczenia związane z II wojną światową. 

Użytkownicy aplikacji – korzystając z gogli VR – mogą się przejść po kilku warszawskich lokalizacjach. Jak podkreślają twórcy „Wykreślonej Warszawy”, aplikacja jest zwieńczeniem poszukiwań warszawskich budynków zaprojektowanych w XX-leciu międzywojennym, które w związku z wojną nigdy nie doczekały się realizacji. Finalny projekt ma być wykorzystywany w muzeum, natomiast obecnie zespół szuka inwestorów.

Projekt „Wykreślona Warszawa” porusza temat Warszawy – takiej, jaką byłaby, gdyby nie wybuchła II wojna światowa. Projekt traktuje o dzielnicy zaprojektowanej przez Bogdana Pniewskiego, architekta, który działał przed i po wojnie. Zaprojektował on całą dzielnicę, która mieściłaby się obecnie na terenie Pól Mokotowskich w Warszawie. Na tym etapie aplikacji prezentujemy budynek, który wchodził w skład dzielnicy Marszałka Józefa Piłsudskiego – Gmach Polskiego Radia – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Adamski, współautor aplikacji „Wykreślona Warszawa”.

Aplikacja została stworzona przez Pictureworks Studio pod kierownictwem Piotra Greinera, Marcina Adamskiego i Marcina Ryśniaka. Dzięki technologii wirtualnej rzeczywistości „Wykreślona Warszawa” pozwala się przenieść do alternatywnej rzeczywistości i w lata 40. XX wieku. Pozwala zobaczyć, jak wyglądałaby stolica, gdyby nie tragiczne wydarzenia II wojny światowej, podczas której Niemcy zniszczyli blisko 85 proc. całej zabudowy miasta.

Zdecydowaliśmy się na użycie technologii wirtualnej rzeczywistości, ponieważ wydaje się ona idealna do tego typu przedstawień różnych wizji. Rozpoczynamy wędrówkę z pracowni profesora Bogdana Pniewskiego, z czasów takich, jak wyglądała ona przed wojną. W pracowni możemy podziwiać różne szkice tej dzielnicy, możemy też podejść do makiety, która znajduje się koło klimatycznego kominka i przejść jeszcze jeden wymiar głębiej, przenieść się w punkty na makiecie, które pokazują, jak wyglądałaby Warszawa w latach czterdziestych, gdyby wojna nie wybuchła – tłumaczy Marcin Adamski.

Wizualizacja ukazuje m.in. budynek Polskiego Radia, który miał powstać przy placu Unii Lubelskiej. Zaplanowano tam również miejsce na studio telewizyjne. To tylko jeden z projektów przygotowanych w dwudziestoleciu międzywojennym, które ze względu na wydarzenia wojenne nigdy nie doczekały się realizacji.

Współtwórca aplikacji wskazuje, że projekt mógłby być elementem wzbogacającym muzealną ekspozycję, dlatego mógłby trafić do jednego z warszawskich muzeów. Obecnie trwają poszukiwania zainteresowanej instytucji.

Projekt ma jednak także zastosowania w architekturze. Ten konkretny opowiada o architekturze, która nie powstała. Jest to projekt poniekąd o architekturze utopijnej. Technologia wirtualnej rzeczywistości jest o tyle ciekawa, że pozwala na odczucie tej rzeczywistości, która nie powstała. W związku z tym nadaje się idealnie do pokazywania zarówno projektów, które nie powstały, takich jak np. nowo budowane osiedle mieszkaniowe, budynki biurowe, jak i tych, które powstały kiedyś, a nie miały okazji ujrzeć światła dziennego – przekonuje Marcin Adamski.

Dlatego twórcy aplikacji nie wykluczają, że będzie ona miała inne, nie tylko muzealne zastosowanie. Premiera „Wykreślonej Warszawy” planowana jest na jesień tego roku.

Jesteśmy zainteresowani poszukiwaniem inwestorów, osób, które są zainteresowane samym tematem, chciałyby wesprzeć nasz zespól i przyczynić się do powstania aplikacji – mówi Marcin Adamski.

Jedna trzecia Polaków zabiera pracę do domu. Przez brak odpoczynku efektywność pracowników spada

Jedna trzecia Polaków zabiera pracę do domu. Przez brak odpoczynku efektywność pracowników spada 15

Ponad połowa pracowników w ciągu dnia odczuwa znużenie i senność. Jednocześnie podobny odsetek przyznaje, że pracuje dłużej niż 8 godzin dziennie, a jedna trzecia zabiera pracę do domu – wynika z raportu Human Power. Przemęczenie i brak wystarczającej ilości snu – to największe grzechy polskich pracowników, które nie pozwalają im efektywnie pracować. Przeszkodą jest także niewłaściwa dieta i brak odpowiedniej ilości ruchu.

– Jeżeli myślimy o tym, żeby zacząć zarządzać własną energią w pracy, to dobrze zdać sobie sprawę  tego, co w ciągu dnia tę energię nam daje, a co nam ją zabiera: jakie działania, nawyki, rytuały, sytuacje nas zasilają, a jakie drenują. Kiedy będziemy to wiedzieli, warto pomyśleć o tym, co prostego możemy zmienić, żeby dało jak najlepszy efekt – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Czernecka, psycholog ds. efektywności i prezes zarządu Human Power.

Jak wskazują autorzy raportu „Praca, moc, energia w polskich firmach”, ponad połowa pracowników w ciągu dnia odczuwa znużenie i senność, a 60 proc. czuje zmęczenie tuż po przebudzeniu. Ponad 1/3 ankietowanych osób przyznaje, że zabiera pracę do domu, a ponad połowa – że pracuje dłużej niż 8 godzin dziennie. Autorzy raportu podkreślają, że pracownicy przede wszystkim powinni zadbać o „fundament fizyczny”, czyli po wyczerpującej pracy pozwolić sobie na krótką regenerację, odpoczynek i odpowiednią dawkę snu.

– W ciągu dnia, będąc bardzo aktywnymi, zaciągamy pewien dług, który musimy spłacić w nocy. Zdarza się jednak tak, że jeśli mamy do zrobienia coś pilnego, to rezygnujemy ze snu i odpoczynku. W związku z czym pierwsza zasada brzmi: wysypiaj się i to nie 5–6 godzin. To absolutne minimum dla naszej biologii, ale nie jest to wystarczający czas, by następnego dnia pracować na najwyższym poziomie efektywności. Trzeba do tego dodać jeszcze jedną bądź dwie godziny snu – tłumaczy Małgorzata Czernecka.

Niedobór snu skutkuje spadkiem koncentracji, spowolnieniem reakcji, pogorszeniem nastroju, niższą odpornością emocjonalną na nieprzewidziane sytuacje i kryzysy oraz większą podatnością na infekcje.

Bardzo ważne jest także właściwe odżywianie. Brak czasu, nawał obowiązków i stres sprawiają, że podstawą menu pracowników często są śmieciowe przekąski, pozbawione witamin i składników odżywczych. Wyniki raportu Human Power potwierdzają, że większość badanych osób nie przestrzega zalecenia, aby spożywać 5 posiłków dziennie, a 30 proc. przyznaje, że w ciągu tygodnia je dania wysoko przetworzone typu fast food.

– Naszym najważniejszym narzędziem jest mózg, a do efektywnej pracy potrzebuje dużo paliwa, czyli glukozy. To, co jemy, nie powinno być przypadkowe. W związku z tym dobrze jest zadbać o to, żeby nasze posiłki były dobrze zbilansowane, pełnowartościowe, ale też żeby uzupełniały glukozę w naszej krwi. Czyli trzeba wyeliminować słodycze, słodkie napoje, a zastąpić je sałatkami i kaszami, czyli czymś, co nas rzeczywiście na długo zasila – mówi Małgorzata Czernecka.

Trzecia zasada to aktywność fizyczna. Odpowiednia porcja ruchu dziennie pozwala zredukować stres i wzmocnić układ odpornościowy.

– Dzięki ruchowi jesteśmy bardziej aktywni w pracy, ale też zabezpiecza on nasze neurony przed stresem. Innymi słowy, jak idziemy na siłownię, to nie ćwiczymy tylko mięśni, lecz także nasz układ nerwowy, bo dźwiganie kilkudziesięciokilogramowej sztangi jest takim samym stresem dla naszego układu nerwowego jak stres emocjonalny. W związku z czym stres fizyczny przygotowuje nas na stres emocjonalny. To jest bardzo ważne – podkreśla Małgorzata Czernecka.

Istotna jest również dobra organizacja swojego czasu pracy, umiejętność planowania i selekcji zadań.

– Od rana, kiedy jesteśmy w najlepszej kondycji, bierzemy się za najtrudniejsze zadania. Wyłączamy wszystkie rozpraszacze, wyciszamy telefon, zamykamy pocztę mailową i koncentrujemy się na najtrudniejszym zadaniu. Po nim robimy sobie przerwę. Ważne też, żeby sprioretyzować zadania, czyli wiedzieć dokąd zmierzamy, a nie płynąć z prądem. Tego trzeba bardzo pilnować – mówi Małgorzata Czernecka.

Wdrażanie tych zasad powinno następować stopniowo. Na początek dobrze by było wybrać jedną – najlepiej tę, którą najłatwiej i najprzyjemniej będzie nam realizować i od tego zacząć. Nie można też zniechęcać się po pierwszej porażce. Trzeba umieć wyciągnąć z niej właściwe wnioski i w razie potrzeby zacząć wszystko od nowa. Kluczem do sukcesu jest konsekwencja, wiara w siebie i wewnętrzna motywacja. Zdrowy i zrelaksowany pracownik jest o wiele bardziej zmotywowany do pracy i osiąga znacznie wyższe wyniki.

Start-upy mogą liczyć na coraz większe wsparcie finansowe. To zwiększy ich szanse na sukces rynkowy

Start-upy mogą liczyć na coraz większe wsparcie finansowe. To zwiększy ich szanse na sukces rynkowy 16

W Polsce działa ok. 2,7 tys. start-upów. Zdecydowana większość z nich, bo aż 73 proc., znajduje się na jednym z dwóch środkowych etapów rozwoju. Tylko 15 proc. jest na etapie ekspansji rynkowej. Liczba firm, które odnoszą rynkowy sukces, może być większa głównie dzięki dynamicznemu rozwojowi instytucji wspierających start-upy i większym możliwościom finansowania innowacyjnych przedsięwzięć.

– Widzimy, że w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy nastąpiła gigantyczna zmiana, powstało siedem bardzo dużych, silnych centrów start-upowych w samej tylko stolicy, które gromadzą przedsiębiorców, mentorów, inwestorów oraz korporacje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Plutecki, szef Google Campus Warsaw. – To bardzo silny trend, który będzie jeszcze przyspieszać.

Z ostatniego raportu „Polskie Startupy. Raport 2016” przygotowanego przez Startup Poland wynika, że w Polsce działa około 2,7 tys. takich przedsiębiorstw. Większość zajmuje się produkcją oprogramowania, a swoje produkty i usługi kieruje do innych przedsiębiorstw w kanale B2B (business to business). To stosunkowo młode przedsiębiorstwa, których średni wiek nie przekracza dwóch lat, co daje Polsce trzecie miejsce wśród najmłodszych firm w Europie, po Rumunii (1,3 roku) oraz Włoszech (1,7).

73 proc. start-upów jest na etapie intensywnych prac nad rozwojem produktu lub testowania modeli przychodowego i biznesowego. To środkowe fazy rozwoju takich młodych firm. Firm w zupełnie początkowej fazie jest 12 proc., a w końcowej fazie ekspansji – 15 proc.

– Surowa statystyka dowodzi, że nie ma takiej możliwości, aby każdy, kto ma pomysł, szybko i nagle osiągał sukces – wskazuje Rafał Plutecki. – Liczba sukcesów do tej pory oscylowała wokół 10–20 przedsiębiorstw rocznie, co nie było złym wynikiem. Dzięki bardziej rozwiniętemu systemowi wsparcia będziemy mogli znacznie zwiększyć tę liczbę i przyspieszyć dynamikę wolumenu przedsiębiorców, którzy chcą zakładać firmy, budować wiedzę i globalne przedsiębiorstwa.

Jak wynika z badania dla przeciętnego krajowego start-upu pracuje od sześciu do ośmiu osób. Aż 83 proc. podmiotów w pierwszym półroczu ubiegłego roku zwiększyło liczbę zatrudnionych o jedną do trzech osób. Najwięcej, bo przeszło dziesięć, przyjęły do pracy organizacje w fazie ekspansji.

Zdaniem szefa Google Campus Warsaw idealny ekosystem opiera się na byłych przedsiębiorcach, osobach, które przeszły już drogę od pomysłu do uruchomienia organizacji zatrudniającej kilkuset pracowników i osiągającej sukcesy. Mogą to być inni start-upowcy lub ich pracownicy czy członkowie zarządów.

– Oni są pierwszym filarem, wokół którego tworzą się całe ekosystemy – zapewnia Rafał Plutecki. – Generalnie w grę wchodzą korporacje, inwestorzy, mentorzy. Do tego niezbędne jest także finansowanie. Od pomysłu do osiągnięcia poziomu rentowności potrzeba z reguły około siedmiu lat i to przy założeniu, że wszystko idzie dobrze. W tym czasie zarówno firmy, jak i ekosystem potrzebują pieniędzy, wsparcia, sponsorów, organizacji, przedsiębiorstw, które niczego w zamian nie będą oczekiwać, po prostu zechcą pomóc. Zarówno zamożne korporacje, jak i rządy są idealnymi źródłami.

Według badania Fundacji Startup Poland ponad połowa krajowych firm na wczesnym etapie rozwoju (52 proc.) finansuje swoją działalność przede wszystkim ze środków własnych. Plutecki przyznaje, że szczególnie we wstępnej fazie, gdy projekt nie jest jeszcze uplasowany na rynku, nie przynosi zysków i nie generuje obrotów, właściciele firm mogą mieć problem z dostępem do kapitału. Brakuje im bowiem dużej i stale rosnącej grupy klientów.

– Rolę źródła należy wówczas pobudzić, bo prywatne fundusze inwestycyjne mają z reguły bardzo wysoki poziom selekcji projektów, start-upów, zespołów – wyjaśnia Rafał Plutecki. – Gdy firma ma na koncie pierwszy sukces, który nie musi być wielki, globalny, ale lokalny, w skali miasta lub kraju, to automatycznie gotowa jest na finansowanie ze strony choćby profesjonalnych funduszy venture capital. Sytuacja się wtedy odwraca, bo fundusze nie mają dobrych projektów. Gdy ktoś dojdzie do tzw. serii A finansowania, ma już dużo łatwiej. Jeżeli firma osiąga dobre wyniki, nawet nie bardzo wysokie, może liczyć na szybsze i większe wsparcie.

Start-upy będą też mogły liczyć na wsparcie Polskiego Funduszu Rozwoju. Planuje on uruchomić 5 funduszy PFR Ventures o wartości 2,2 mld zł, a dodatkowe 1,5 mld zł ma pochodzić od inwestorów prywatnych. Według zapowiedzi szefa PFR Pawła Borysa, dzięki tym środkom i innych działaniach wspierających start-upy Polska ma szansę zbudować najsilniejsze otoczenie biznesowe dla tych przedsiębiorstw.

Zadłużeni we frankach szwajcarskich mają szansę na chwilę oddechu. Pod koniec roku waluta może kosztować ok. 3,5 zł

Zadłużeni we frankach szwajcarskich mają szansę na chwilę oddechu. Pod koniec roku waluta może kosztować ok. 3,5 zł 17

W ciągu ostatniego półrocza frank szwajcarski potaniał o ponad 7 proc. Od kilku tygodni balansuje na dolnej granicy przedziału, w którym porusza się od przeszło dwóch lat, czyli ok. 3,80 zł. Zdaniem Przemysława Kwietnia, głównego ekonomisty XTB, w sprzyjających okolicznościach za pół roku może osiągnąć niewidziany od uwolnienia franka poziom 3,5 zł. To dobra wiadomość dla kredytobiorców.

– Na pewno dla inwestorów pierwszą barierą jest poziom 3,80 zł, bo poniżej tego poziomu nie udało się zejść od ponad dwóch lat. Jest bardzo duża szansa na to, że w kolejnych miesiącach to się uda. To jak bardzo złoty będzie w stanie się umocnić, zależy od sytuacji gospodarczej w Europie i od koniunktury na giełdach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Szczególnie ten drugi element jest moim zdaniem nie do końca przewidywalny, bo giełdy bardzo mocno rosły w ostatnich miesiącach. Jeśli wszystko poszłoby dobrze, to poziom 3,50 zł na koniec roku jest realny, ale podkreślam, jest to optymistyczny scenariusz.

15 stycznia 2015 roku Szwajcarski Bank Narodowy uwolnił franka od powiązania z kursem euro na poziomie nie niższym niż 1,20 franka za euro. Szwajcarska waluta natychmiast się umocniła, przez moment dorównując euro wartością. Potem ustabilizowała na poziomie ok. 1,10 za euro, na którym pozostaje do dziś. W przypadku złotego kurs skoczył powyżej 4,3 zł (nie licząc chwilowego wystrzału powyżej 5 zł), po czym ustabilizował się nieco poniżej tego poziomu. Raty kredytów dla frankowiczów wciąż są jednak wyższe niż przed czarnym czwartkiem.

– Kurs franka szwajcarskiego od ponad dwóch lat przebywał w takim dość wąskim paśmie wahań: 3,80–4,25 zł. Obecnie jesteśmy przy tym dolnym ograniczeniu, frank kosztuje niewiele powyżej 3,80 zł. Moim zdaniem są spore szanse na to, że w tym roku zejdziemy poniżej tej bariery – przekonuje Przemysław Kwiecień.

Tłumaczy, że składa się na to kilka czynników. Jednym z nich jest poprawa nastrojów na rynkach finansowych, co zachęca inwestorów do lokowania pieniędzy w bardziej ryzykowne aktywa, takie jak papiery czy waluty rynków wschodzących. Widać to wyraźnie na wykresie Warszawskiego Indeksu Giełdowego, który po spadkach z 2015 roku i niskim trendzie bocznym obserwowanym przez większość 2016 roku, od jesieni pnie się w górę. Tylko w 2017 roku zyskał ponad 17 proc.

– Drugi czynnik to poprawa sytuacji gospodarczej w Europie, w tym w Polsce. Inwestorzy ewidentnie docenili w tym roku Stary Kontynent, który pozytywnie zaskoczył od strony koniunktury gospodarczej – wyjaśnia główny ekonomista XTB. – O ile na koniec 2016 roku mówiło się, że to Stany Zjednoczone są w świetnej sytuacji gospodarczej, o tyle w tym roku Stany trochę rozczarowują, a Europa pokazała bardzo wyraźne przyspieszenie. To powoduje, że euro zyskuje wobec dolara, ale też zyskują waluty innych europejskich gospodarek, w tym szczególnie krajów rozwijających się, takich jak Polska. Z tego tytułu złoty radzi sobie bardzo dobrze.

Amerykański PKB wzrósł w I kwartale 2017 roku o 0,7 proc. (ujęcie zannualizowane), podczas gdy spodziewano się wzrostu o 1,2 proc. Przyczyną było przede wszystkim osłabienie wzrostu konsumpcji. Tymczasem w Niemczech wzrost rok do roku po uwzględnieniu czynników sezonowych wyniósł 1,7 proc., a w ujęciu kwartalnym – 0,6 proc. Bez uwzględniania czynników sezonowych niemiecka gospodarka urosła rok do roku o 2,9 proc. Są to dane zgodne z oczekiwaniami, świadczące o dobrej kondycji niemieckiej gospodarki. To dobra wiadomość dla Polski, mocno powiązanej gospodarczo z Niemcami. Według wstępnej informacji polski PKB w I kwartale wzrósł o 4,0 proc. rdr., czyli zdecydowanie mocniej niż wynosiło tempo wzrostu z 2016 roku.

– O ile te dobre nastroje się utrzymają, to również euro i złoty powinny zyskiwać wobec franka. Pamiętajmy o tym, że mieliśmy kilka pozytywnych rozstrzygnięć na scenie politycznej, udało się nie dopuścić do scenariusza, gdzie moglibyśmy się martwić o wyjście z Francji z UE. Prognozy przed wyborami w Niemczech też są dobre, także z tego punktu widzenia nastąpiło spore uspokojenie – mówi Przemysław Kwiecień. – Summa summarum wiele od ubiegłego roku zmieniło się dla złotego na plus. O ile jeszcze rok temu mówiliśmy o tym, że agencje ratingowe mogłyby obniżać ratingi, to teraz idziemy w odwrotnym kierunku. Agencje już poprawiają swoją ocenę i sygnalizują, że ewidentnie jest lepiej. Inwestorzy to widzą.

W maju agencja Moody’s podniosła perspektywę ratingu Polski z negatywnej do stabilnej. To samo w grudniu 2016 roku uczyniła agencja Standard & Poor’s. Perspektywę stabilną Polska ma też w trzeciej agencji, Fitch, która ponownie oceni nasz kraj 7 lipca. Oznacza to, że agencje nie przewidują zmiany ratingu Polski w ciągu najbliższych dwóch lat.

Decyzja o zakupie okrętów podwodnych w najbliższych tygodniach. MON wybiera między trzema ofertami

Decyzja o zakupie okrętów podwodnych w najbliższych tygodniach. MON wybiera między trzema ofertami 18

W przetargu na dostawę okrętów podwodnych oferty są trzy: francuska, niemiecko-norweska i szwedzka. Każda z nich ma swoje silne strony – podkreśla Jerzy Polaczek, poseł PiS i wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Spraw Wewnętrznych. Jego zdaniem niemiecka oferta gwarantuje partnerstwo gospodarcze i polityczne, ale pod znakiem zapytania pozostaje kompletność oferty. Okręty mają być bowiem wyposażone w rakiety manewrujące, zdolne niszczyć cele w odległości kilkuset kilometrów. Na razie gwarantuje to tylko francuska stocznia. Kontrakt z Francuzami mógłby być nowym otwarciem we wzajemnych stosunkach po sprawie z przetargiem na helikoptery.

– Zakup okrętów podwodnych dla marynarki wojennej to potencjalna kooperacja z Niemcami i Norwegią, Szwecją lub z Francją. Każdy z tych wariantów ma swoje silne punkty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Polaczek, poseł PIS, wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Spraw Wewnętrznych.

W ramach programu modernizacyjnego Orka (wartego ok. 10 mld zł) MON planuje kupić trzy okręty podwodne nowego typu, które znajdą się na wyposażeniu Marynarki Wojennej. W maju resort obrony narodowej poinformował, że decyzja dotycząca wyboru oferty i zakupu okrętów zapadnie w ciągu najbliższych tygodni.

Resort negocjuje obecnie z Francją, która zaoferowała Polsce wyposażone w rakiety okręty podwodne typu Scorpène. Prowadzi też rozmowy norwesko-niemieckie dotyczące zakupu okrętów 212CD, produkowanych przez holding stoczniowy TKMS. Trzecią opcją jest oferta Szwecji, która zaproponowała okręty typu A26 (producentem jest Saab). Jednak zdaniem ekspertów w ostatecznym rozrachunku rząd dokona wybory pomiędzy pierwszymi dwoma.

Poseł PIS Jerzy Polaczek zaznacza, że program modernizacyjny Sił Zbrojnych RP jest już opóźniony w każdym z ważniejszych jego projektów. Dlatego potrzebne jest przyspieszenie.

Jak podkreśla, zakup okrętów podwodnych i towarzysząca mu umowa offsetowa stworzą szansę rozwoju dla polskiego przemysłu obronnego i stoczniowego.

– W przypadku Niemiec silnym punktem jest partnerstwo i gospodarcze, i militarne, bo Niemcy są jednym z bardziej uznanych producentów sprzętu wojskowego, ale jest zawsze pytanie o kompletność tej oferty – mówi Jerzy Polaczek.

Nowe okręty podwodne mają trafić do Marynarki Wojennej w 2023 roku. Według zapowiedzi MON i szefa resortu Antoniego Macierewicza jednostki muszą mieć na wyposażeniu rakiety manewrujące (mogą razić cele w odległości kilkuset kilometrów) i zapewnić polskiej flocie realną możliwość wykorzystania broni odstraszania.

W pierwotnym scenariuszu Polska miała kupić okręty podwodne wspólnie z innym państwem NATO (najprawdopodobniej z Norwegią), co stworzyłoby możliwość wspólnego wynegocjowania korzystniejszej ceny. Jednak w lutym Norwegowie zadecydowali o zakupie czterech jednostek od niemieckiej grupy TKMS. Zamówienie złożyli wspólnie z niemieckim rządem, który kupi dwa identyczne okręty dla Bundesmarine. Jednostki powstaną na bazie okrętów podwodnych typu 212CD, które na wyposażeniu mają już m.in. Włochy. Norweski resort obrony wskazał, że Polska również może się przyłączyć do tego zamówienia. Okręty zaproponowane Polsce przez ThyssenKrupp Marine Systems nie są jednak wyposażone w rakiety manewrujące – przez co oferta jest niekompletna.

Dlatego zdaniem wiceszefa sejmowej Komisji Spraw Wewnętrznych polski rząd powinien również bardzo poważnie przyjrzeć się ofercie Francji, która spełnia wymogi postawione przez MON. Ponadto, współpraca z Francją byłaby okazją do resetu w stosunkach dyplomatycznych po zerwaniu kontraktu na zakup śmigłowców Caracal.

– Oferta zakupu przez Polskę okrętów podwodnych typu Scorpène jest już na wstępie uzupełniona o rakiety manewrujące. Te jednostki są dobrą propozycją wyposażenia polskiej armii. Są znane nie tylko w Europie, bo Francuzi eksportowali te okręty również do innych państw. Przypuszczam, że MON również to wszystko uwzględni i będzie kontynuować rozmowy. Po historii z caracalami, którą ja oceniam jako trafną decyzję rządu, jest to także pewna możliwość politycznego resetu – przyznaje Jerzy Polaczek.

Zaproponowane przez Francuzów okręty Scorpène, produkowane przez koncern DCNS, można uzbroić w pociski manewrujące, zdolne niszczyć cele naziemne w promieniu 1000 km. Takie jednostki mają już między innymi Brazylia, Indie i Chile.

Zdaniem wiceszefa sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych o wyborze zwycięskiej oferty przesądzi umowa offsetowa, dzięki której do przemysłu obronnego trafią nowe technologie, a część kontaktu na okręty podwodne będzie realizowana w Polsce.

Polska przyciąga coraz więcej zagranicznych inwestorów. Szacuje się, że w ubiegłym roku napłynęło do kraju 50 mld zł

Polska przyciąga coraz więcej zagranicznych inwestorów. Szacuje się, że w ubiegłym roku napłynęło do kraju 50 mld zł 19

Inwestycje zagraniczne napędzają wzrost gospodarczy Polski. Szacuje się, że w 2016 roku napływ zagranicznych inwestycji bezpośrednich do Polski przekroczył 50 mld zł. Dużym beneficjentem jest m.in. Dolny Śląsk. Nowe inwestycje budują wizerunek Polski jako atrakcyjnego miejsca do inwestycji, wpływają też na rozwój poszczególnych regionów kraju. Choć dominuje u nas kapitał francuski i niemiecki, jednym z ważniejszych inwestorów stają się także kraje skandynawskie.

Raport ośrodka analitycznego Polityka Insight wskazuje, że wartość zagranicznych inwestycji bezpośrednich w Polsce wynosi ponad 712 mld zł (stan na koniec 2015 roku). W ciągu ostatnich 25 lat co roku do Polski napływało średnio 26 mld zł kapitału. Duża część tych inwestycji trafia na Dolny Śląsk. Tylko w 2015 roku 14 z 56 projektów ulokowano właśnie tam.

– Dolny Śląsk przyciąga inwestycje zarówno dużych, prestiżowych inwestorów, jak i tych, którzy podążają za nimi, tworząc miejsca pracy. Ważne są dla nas ogromne, prestiżowe inwestycje, a takich było kilka. To bardzo mocny sektor automotive: Toyota, Mercedes, Volkswagen, wielu podwykonawców. Za nimi idą przedsiębiorstwa małe i średnie, firmy rodzinne, które tworzą najwięcej miejsc pracy i stwarzają klimat przedsiębiorczości – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Bramorski, pełnomocnik marszałka województwa dolnośląskiego ds. kontaktów międzynarodowych.

Nowe inwestycje na Dolnym Śląsku zapowiadają m.in. Mercedes, Toyota, Xeos, LG, Lufthansa i Whirlpool. To zaś może być magnesem dla kolejnych projektów inwestycyjnych.

– Potrafiliśmy zbudować markę, wykorzystać atuty w postaci położenia geograficznego, dobrej komunikacji, która jest postrzegana jako poprawa dostępności regionu, a także potrafiliśmy zdyskontować kapitał ludzki. Wrocław jest znakomitym ośrodkiem akademickim, który zapewnia kadry, możliwość lokowania nie tylko prostej produkcji, lecz także ośrodków badawczych – wskazuje Bramorski.

Raport Polityka Insight wskazuje, że w 2015 roku blisko jedna trzecia zagranicznych inwestycji bezpośrednich była ulokowana w przemyśle (ponad 229 mld zł), z czego najwięcej w firmach motoryzacyjnych i przetwórstwa spożywczego (po 44 mld zł). Na Dolnym Śląsku dominuje sektor automotive, a Wrocław to centrum outsourcingu procesów biznesowych.

– Cieszymy się zarówno z inwestorów, którzy wchodzą w istniejące już przedsiębiorstwa, jak i z inwestycji typu greenfield, które tworzą nam nowe miejsca pracy czy nowe technologie. Istotne są reinwestycje. Oznaczają, że przedsiębiorcy, których przyciągnęliśmy, są zadowoleni, doceniają nasz region i postanowili się tu rozwijać – podkreśla pełnomocnik marszałka województwa dolnośląskiego ds. kontaktów międzynarodowych.

Zagraniczne firmy więcej zysków reinwestują w Polsce (30,4 mld zł w 2015 roku), niż wypłacają pod postacią dywidend (28,9 mld zł). Najwyższe reinwestowane zyski odnotowano w przypadku przedsiębiorstw z Niemiec (6,2 mld zł), Niderlandów (5,7 mld zł) i Francji (2,5 mld zł). To właśnie dzięki reinwestycjom firmy z kapitałem zagranicznym są średnio kilkukrotnie większe od przedsiębiorstw opartych wyłącznie na kapitale krajowym.

– Przez ostatnich 5 lat zainwestowaliśmy w Polsce blisko 600 mln zł w rozwój i modernizację naszych zakładów produkcyjnych. Inwestujemy również bardzo dużo w rozwój polskiego rynku i eksportu. Wraz z rozwojem biznesu rosną również wpływy do budżetu państwa, przede wszystkim z podatków. Zatrudniamy blisko 4 000 osób. Kooperujemy z coraz większą siecią polskich firm, dostawców, kooperantów i biorąc pod uwagę poszerzony łańcuch dostaw, nasz wpływ na polską gospodarkę jest jeszcze większy – tłumaczy Jacek Siwiński, dyrektor generalny VELUX Polska.

Inwestycje zagranicznych firm w znaczący sposób wpływają na rozwój polskiej gospodarki. Dzięki ulokowanemu w Polsce kapitałowi zagranicznemu i aktywności międzynarodowych korporacji poziom PKB tylko w 2015 roku był wyższy o 15,6 proc., niż gdyby inwestycji zagranicznych nie było.

– Na świecie jest dużo niepewności i turbulencji politycznych, należy więc tym bardziej dbać o wizerunek Polski jako miejsca do inwestowania. Pokazywanie takich przykładów, jak Grupa VELUX, która przez dziesięciolecia inwestowała w Polsce i odnosi sukces, jest bardzo ważne dla budowania wizerunku Polski, jako atrakcyjnego rynku do inwestowania – przekonuje dyrektor generalny VELUX Polska.

Inwestycje zagraniczne mają także bezpośrednie przełożenie na rozwój regionu.

– Dzięki dobrej współpracy z regionami i lokalnymi władzami nasza działalność i współpraca w ramach regionu ma nie tylko wymiar biznesowy, lecz także społeczny. Istnienie takich pracodawców przyczynia się do zwiększenia konkurencyjności regionów i podnoszenia kompetencji pracowników – mówi Jacek Siwiński.

W Polsce większość zainwestowanego kapitału pochodzi z Europy, przede wszystkim z Niemiec (19,1 proc.) i Francji (10,8 proc.). Rośnie znaczenie inwestycji ze Skandynawii, których udział w 2015 roku sięgnął 5,3 proc.

– Skandynawskie firmy działają we wszystkich gałęziach gospodarki w Polsce. Są obecne w bankowości, w przemyśle meblowym i w motoryzacji. Ostatnio największą popularnością cieszą się centra usług wspólnych (BPO, SSC) – wskazuje Carsten Nilsen, przewodniczący Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej. – Szybko rozwija się sektor IT. Jesteśmy także obecni w sektorze spożywczym, m.in. w przetwórstwie rybnym. Polacy kupują dużo ryb ze Skandynawii. Do tego dochodzi przemysł stoczniowy i sektor handlowy –wymienia.

Szacuje się, że firmy ze Skandynawii stanowią ponad 8 proc. wartości kapitału zagranicznego w Polsce. Liczba firm z kapitałem skandynawskim systematycznie rośnie. W ciągu 10 lat ich liczba wzrosła o blisko 50 proc.

– Obecni w Polsce skandynawscy inwestorzy cały czas rozwijają swoje biznesy. Wprowadzają więcej innowacji i nowych technologii. W ten sposób przyczyniają się do rozwoju polskiej gospodarki. Polska jest bardzo dużym rynkiem, więc trudno się dziwić zainteresowaniu inwestorów. Dzięki rozbudowanej infrastrukturze mają oni łatwy dostęp do innych państw unijnych – podkreśla przewodniczący Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej.

Firmy ze Skandynawii wyróżniają się poziomem innowacyjności. Ich liczba w naszym kraju wciąż rośnie, czemu sprzyja pomoc państwa i dyplomacja ekonomiczna.

– Organizujemy spotkania biznesowe, które są szansą dla nowych firm, by spotkać innych skandynawskich przedsiębiorców. Organizujemy też spotkania ze stroną polską, na których promujemy skandynawskie firmy w polskich miastach i przed polskimi partnerami. Co roku organizujemy 70–80 takich wydarzeń, w 2016 roku wzięło w nich udział ponad 6 tys. osób – mówi Carsten Nilsen.

Raport Polityka Insight pt. „Co przyniosły przyniosły inwestycje zagraniczne. Wpływ na gospodarkę Polski w ostatnim ćwierćwieczu” dostępny na stronie Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej.

Wyniki Grupy Enea za I kwartał 2017 r.

O 10,6% w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego wzrósł zysk netto Grupy Enea, który ukształtował się na poziomie 321 mln zł. Innowacyjny koncern surowcowo-energetyczny w I kwartale 2017 r. uzyskał 2.710 mln zł przychodów ze sprzedaży netto oraz wypracował 666 mln zł EBITDA. Grupa chce współtworzyć w Polsce ekosystem innowacji i podejmuje związane z tym inicjatywy. Działania Enei nakierowane są na umacnianie bezpieczeństwa energetyczne kraju i pewność dostaw energii dla Klientów.

Grupa Enea w I kwartale 2017 r. odnotowała wzrost wyników operacyjnych. W tym okresie Grupa wyprodukowała 3.756 GWh energii elektrycznej, czyli o 12,1% więcej w porównaniu z I kwartałem ubiegłego roku. Koncern surowcowo-energetyczny osiągnął również wzrost sprzedaży usług dystrybucyjnych odbiorcom końcowym o 5,2% r/r, która ukształtowała się na poziomie 4.975 GWh. Firma zwiększyła także wolumen sprzedaży energii elektrycznej i paliwa gazowego odbiorcom detalicznym o 120 GWh, czyli o 2,4% r/r. Grupa może się również pochwalić wzrostem sprzedaży węgla o 205 tys. ton, czyli o 9,4% r/r.

– Budujemy optymalny model funkcjonowania Grupy, który wzmacnia jej siłę i pozycję rynkową. Prowadzimy racjonalny program inwestycyjny dbając zarazem o bezpieczeństwo finansowe i stabilność. Koncentrujemy się na wypracowaniu synergii i efektów kosztowych. Uzyskujemy wyniki finansowe na zakładanym poziomie, osiągamy wzrost sprzedaży i produkcji w całym łańcuchu wartości. Konsekwentnie realizujemy naszą Strategię Rozwoju, a dzięki temu dbamy o bezpieczeństwo energetyczne kraju, stabilność i niezawodność dostaw dla naszych Klientów – powiedział Mirosław Kowalik, prezes Enei.

Grupa Enea koncentruje się zarówno na wzroście organicznym, jak i poprzez stanowiące okazje rynkowe akwizycje. Taki model rozwoju zwiększa siłę rynkową Enei i pozwala Grupie budować trwałe przewagi konkurencyjne w wymagającym otoczeniu.

W I kwartale 2017 r. Grupa wydała na inwestycje 1.841 mln zł, z czego 1.347 mln zł przeznaczono na inwestycje kapitałowe, w tym rozliczenie transakcji przejęcia jednego z najefektywniejszych wytwórców energii elektrycznej w kraju – Elektrowni Połaniec – w wysokości 1.264 mln zł. Przy nabyciu Elektrowni Połaniec Enea skorzystała głównie ze środków własnych, w tym także ze środków pozyskanych w ramach pierwszej publicznej emisji akcji oraz emisji obligacji dostępnej w ramach programu gwarantowanego przez Bank Gospodarstwa Krajowego.

– Trwa rozpoczęty tuż po transakcji proces integracji Enei Połaniec z Grupą. Dzięki temu Grupa będzie mogła w pełni korzystać z synergii jakie niesie ze sobą inwestycja i utworzony przez Eneę wydobywczo-wytwórczy obszar Kozienice-Bogdanka-Połaniec – zaznaczył Mirosław Kowalik.

Nakłady inwestycyjne w obszarze wytwarzania w trakcie trzech pierwszych miesięcy roku ukształtowały się na poziomie 245 mln zł. Z kolei w obszarze dystrybucji wyniosły 150 mln zł.

W I kwartale br. na budowie wysokosprawnego bloku energetycznego 1.075 MW na parametry nadkrytyczne w Elektrowni Kozienice przeprowadzono zimny rozruch kotłowni rozruchowej, systemu pompowni wody surowej i elektrofiltru. Zakończono również tzw. gorący rozruch układu nawęglania w zakresie rozładunku węgla na place węglowe – rozładowano 12 tys. ton węgla. Wystawiony został także raport o gotowości pola 400 kV do podania napięcia oraz nastąpiło zasilenie energią elektryczną 400kV transformatorów BAT 10-30, BBT 10-20. Cała inwestycja, na którą składa się ok. 30 tys. szczegółowych zadań, jest obecnie gotowa w 98%.

Celem Enei jest współtworzenie ekosystemu innowacji w Polsce

Grupa stawia na innowacyjność we wszystkich ogniwach łańcucha wartości. Potwierdzeniem takiego podejścia jest zaangażowanie Enei w rozwój elektromobilności. W kwietniu 2017 r. Enea została członkiem klastra „Polski Autobus Elektryczny – łańcuch dostaw dla elektromobilności”. Klaster został utworzony z inicjatywy firmy Solaris w listopadzie 2016 r., a do współpracy przystąpiły uczelnie, jednostki naukowe i przedsiębiorstwa. Celem klastra jest współpraca na rzecz rozwoju e-mobilności, w szczególności autobusów elektrycznych i komponentów służących do ich budowy, które będą oparte na rozwiązaniach technicznych wypracowanych w Polsce. Projekt ustawy o elektromobilności, której wejście w życie planowane jest na styczeń 2018 r., zakłada, że od 2028 r. 30% miejskiej floty autobusowej będzie złożonych z pojazdów elektrycznych. Z perspektywy sektora elektroenergetycznego przewidywany rozwój e-mobilności wpłynie na zwiększenie zapotrzebowania na energię elektryczną oraz na przyszłe funkcjonowanie systemu elektroenergetycznego.

Pojawiające się nowe technologie, rosnące oczekiwania Klientów oraz zmieniające się otoczenie gospodarcze w Polsce i na świecie wpływają na zmiany w sposobie funkcjonowania Operatorów Systemów Dystrybucyjnych. Odpowiedzialna w Grupie za obszar dystrybucji spółka Enea Operator z powodzeniem wdraża innowacyjne rozwiązania, koncertujące się na modernizacji i rozbudowie sieci dystrybucyjnej zgodnie z wiodącymi trendami w energetyce, którymi są m.in. rozwój inteligentnych sieci i nowoczesnych systemów IT wspierających zarządzanie siecią, czy nowe rozwiązania instytucjonalne i techniczne, takie jak klastry, spółdzielnie energetyczne, czy rynek prosumencki.

Przykładową inwestycją, wpisującą się w te trendy, jest uruchomiona w marcu br. nowoczesna Centralna Dyspozycja Mocy, która pozwala na zarządzanie z jednego miejsca należącą do Enei Operator siecią wysokiego napięcia w północno-zachodniej Polsce. CDM umożliwi elastyczne, szybkie i kompleksowe reagowanie na wydarzenia występujące w sieci 110 kV. Inwestycja istotnie przyczynia się do zapewnienia ciągłości dostaw energii elektrycznej do Klientów.

W wymagającym otoczeniu rynkowym i regulacyjnym Grupa Enea generuje satysfakcjonujące wyniki finansowe

W I kwartale 2017 r. Grupa Enea wypracowała 2.710 mln zł przychodów ze sprzedaży netto. Skonsolidowana EBITDA ukształtowała się na poziomie 666 mln zł. Zysk netto, po wzroście o 10,6% r/r, wyniósł 321 mln zł.

W okresie styczeń-marzec 2017 r. najwyższa EBITDA, 262 mln zł, zrealizowana została w obszarze dystrybucji. Najwyższy przyrost EBITDA, wynoszący 33 mln zł, wypracowany został w obszarze obrotu, który I kwartał 2017 r. zamknął wynikiem EBITDA wynoszącym 51 mln zł. EBITDA obszaru wytwarzania wyniosła w analizowanym okresie 202 mln zł, natomiast obszaru wydobycia, po wzroście o 18,6% r/r, 178 mln zł.

Działalność Grupy znajduje się pod presją otoczenia rynkowego i regulacyjnego. Naszym zadaniem jest elastyczna adaptacja do jego warunków. W każdym ogniwie naszego łańcucha wartości prowadzimy aktywne działania optymalizacyjne, starając się budować nowe i maksymalnie wykorzystywać już istniejące efekty synergii. To znajduje odzwierciedlenie w generowanych wynikach finansowych – powiedział Mikołaj Franzkowiak, wiceprezes Enei ds. finansowych.

LW Bogdanka po I kwartale 2017 r. – dobre wyniki finansowe i operacyjne pomimo utrzymujących się niskich cen węgla

Grupa Kapitałowa Lubelskiego Węgla Bogdanka wypracowała w I kwartale 2017 r. przychody ze sprzedaży sięgające 465,2 mln zł (wzrost o 10,6% r/r) oraz zysk netto w wysokości 68,2 mln zł (wzrost o 25,2% r/r). Wynik EBIT w omawianym okresie wyniósł 89,7 mln zł (wzrost o 13,8% r/r), a EBITDA 179,8 mln zł (wzrost o 3,7% r/r).

Osiągnięte wyniki finansowe LW Bogdanka ocenia jako dobre. Utrzymanie wysokich wskaźników rentowności, pomimo niskiego poziomu cen węgla, było możliwe dzięki wzrostowi sprzedaży, przy jednoczesnej konsekwentnej kontroli kosztów i optymalizacji nakładów inwestycyjnych. Rentowność EBITDA w I kwartale 2017 r. wyniosła 38,7%, co oznacza, że jest niezmiennie jedną z najwyższych w branży.

W I kwartale tego roku, produkcja węgla handlowego osiągnęła poziom ponad 2,4 mln ton. Na podobnym poziomie utrzymywała się również sprzedaż w tym okresie, co oznacza, że wzrosła o 9,4% r/r. Długość wyrobisk korytarzowych wykonanych w pierwszych trzech miesiącach 2017 r. wyniosła ponad 7,9 km, co oznacza wzrost o 23,4% w porównaniu z tym samym okresem w 2016 r.

Bogdanka utrzymuje silną pozycję rynkową. Po I kwartale 2017 r. jej udział w rynku sprzedaży węgla energetycznego kształtował się na poziomie 17,8%, a w rynku węgla energetycznego dostarczanego do energetyki zawodowej na poziomie 25,7%.

Wyniki finansowe LW Bogdanka osiągnięte po pierwszym kwartale tego roku oceniam jako dobre, biorąc pod uwagę utrzymujące się niskie ceny węgla. Ich wypracowanie było możliwe dzięki realizacji założeń produkcyjnych i sprzedażowych – w tym wyższej o 9,4% sprzedaży węgla – oraz konsekwentnej kontroli kosztów i optymalizacji nakładów inwestycyjnych. Utrzymujemy silną pozycję, z wysokimi udziałami rynkowymi i pozostajemy najbardziej efektywną oraz najnowocześniejszą kopalnią węgla kamiennego w Polsce – powiedział Krzysztof Szlaga, prezes Lubelskiego Węgla Bogdanka.

Do najważniejszych wydarzeń minionego kwartału zaliczyć należy ogłoszenie przez Bogdankę strategii rozwoju dla Obszaru Wydobycie Grupy Enea do roku 2025, z perspektywą do roku 2030, która zakłada dwa scenariusze rozwoju: bazowy oraz elastycznego rozwoju, który zakłada średnioroczną produkcję węgla na poziomie ok. 9,2 mln ton.

Mając na uwadze aktualną i przewidywaną sytuację rynkową realizujemy scenariusz elastycznego rozwoju. W tym roku planujemy produkcję na poziomie ok. 9 mln ton. W zaprezentowanej strategii za kluczowe inicjatywy uznajemy ścisłą współpracę i realizację synergii w ramach obszaru wydobywczo-wytwórczego Kozienice-Bogdanka-Połaniec, podwojenie bazy zasobów operatywnych, a także wdrożenie szeregu kluczowych innowacyjnych inicjatyw strategicznych. Zgodnie z przedstawioną w Strategii polityką dywidendową, pod koniec kwietnia jako Zarząd Bogdanki wydaliśmy też rekomendację wypłaty dywidendy z zysku za 2016 r. w wysokości 1 zł na akcję – dodał Krzysztof Szlaga.

Grupa Enea zwiększa poziom satysfakcji Klientów

W centrum uwagi Enei zawsze jest Klient, dlatego Grupa koncentruje się na jak najlepszym dopasowaniu oferty do potrzeb Klienta. Innowacyjny koncern surowcowo-energetyczny musi myśleć wyprzedzająco, aby dostarczyć Klientom w odpowiednim momencie to, czego potrzebują – taka jest rola Grup energetycznych we współczesnym świecie.

Enea każdego dnia podejmuje działania, aby wzmocnić relacje z obecnymi Klientami i zachęcić potencjalnych Klientów do skorzystania z oferty. Jedną ze służących temu aktywności jest rozwój programu lojalnościowego „Strefa Zakupów”. Przystępujący do niego Klienci mają możliwość zamawiania produktów renomowanych marek w atrakcyjnych cenach.

Trwa również nowa kampania skierowana do Klientów – „W Enei wygrywasz”. Jej celem jest zachęcenie Klientów do regularnego kontaktu i sprawdzania najnowszych ofert i propozycji.
Z kolei od początku maja, w Biurach Obsługi Klienta zaczął obowiązywać nowy Standard Obsługi Klientów. To świeże spojrzenie na zasady obsługi Klientów w placówkach Enei. W I kwartale 2017 r. wzmocniliśmy również badanie potrzeb Klientów na początkowym etapie rozmowy z nimi.

Grupa Enea stawia na zarządzanie oparte na zasadach zrównoważonego rozwoju

Enea od lat prowadzi liczne projekty i wspiera różne inicjatywy w zakresie społecznej odpowiedzialności biznesu. Ostatnio firma przystąpiła do Programu Partnerstwa Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Jest to długofalowy i kompleksowy program współpracy z firmami – liderami odpowiedzialnego biznesu, które poprzez swoje zaangażowanie i działania przyczyniają się do szerzenia idei odpowiedzialnego biznesu w Polsce i kreowania dobrego klimatu wśród różnych grup interesariuszy. Partnerzy strategiczni to firmy, które mogą pochwalić się dorobkiem w zakresie odpowiedzialności społecznej i zrównoważonego rozwoju.

Grupa jako jeden z elementów społecznej odpowiedzialności biznesu, szczególnie w branży energetycznej, rozumie wspieranie lokalnego szkolnictwa zawodowego. Przykładem aktywności Grupy w tym zakresie w I kwartale 2017 r. jest podpisana w marcu przez Eneę Operator umowa o współpracy ze złotowskim Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego. Współpraca ma przyczynić się do zwiększenia atrakcyjności absolwentów szkoły na rynku pracy oraz ułatwić Enei Operator poszukiwanie wyspecjalizowanych Pracowników technicznych.

Stabilna kondycja finansowa Murapolu

Agencja ratingowa EuroRating utrzymała ocenę długoterminową Murapol S.A. na poziomie BB z perspektywą stabilną. Agencja zwróciła uwagę na zadawalającą sytuację finansową Spółki oraz wysoką efektywność zaangażowanego majątku.   

Uznanie agencji ratingowej zyskała utrzymywana wysoka rentowność sprzedaży oraz wysokie stopy zwrotu z aktywów i kapitału własnego. Ponadto, na plus została zaliczona polityka reinwestowania przez Spółkę 90 proc. wypracowywanych zysków. Pozytywnie oceniono także stale dywersyfikowaną ofertę handlową Grupy, zarówno pod względem geograficznym, jak i segmentów rynku, co, jak podkreślono, znacznie zmniejsza jej wrażliwość na wahania popytu na lokalnych rynkach czy zmiany chłonności  poszczególnych segmentów rynku klienckiego. Analitycy agencji EuroRating zwrócili uwagę na efektywność modelu biznesowego Grupy, który ogranicza zapotrzebowanie na kapitał oraz jednocześnie generuje wysokie zwroty z zaangażowanego majątku. Podkreślono także atuty bieżącego zagospodarowywania nabywanych nieruchomości, co eliminuje etap zamrażania kapitału w postaci banku ziemi. Zwrócono również uwagę na pojawianie się dodatniego cash flow netto na bardzo wczesnym etapie projektu inwestycyjnego, jako efektu uruchamiania jego komercjalizacji już w momencie otrzymania PnB. Analitycy podkreślili także, że całość prac związanych z inwestycjami realizowana jest wewnątrz Grupy, co pozwala jej osiągać wysokie marże na projektach. Ponadto model biznesowy Murapolu zakłada realizowanie tylko takich inwestycji, na których zakładana marża brutto wynosi co najmniej 30 proc., co, jak czytamy w raporcie, jest poziomem wyższym niż przeciętna marża u innych deweloperów mieszkaniowych.

Wśród zagrożeń analitycy agencji EuroRating zwrócili uwagę na uzależnienie Murapolu od finansowania na rynku kapitałowym, co powoduje że Spółka jest podatna na wahania awersji inwestorów do ryzyka. W raporcie zwrócono również uwagę na możliwe pogorszenie koniunktury na rynku mieszkaniowym, które może mieć wpływ na działalność Grupy Murapol. Podkreślono jednak, że ze względu na bardzo wysoki poziom marż, Murapol ma w tym zakresie spory margines bezpieczeństwa.

– Jesteśmy pierwszą, i do dnia dzisiejszego, wciąż jedyną na polskim rynku spółką deweloperską, która dostrzegła atuty oceny sytuacji finansowej ze strony niezależnej, wyspecjalizowanej firmy badawczej. Dbając o przejrzystość komunikacji z inwestorami, którymi są zarówno obligatariusze, jak również nabywcy certyfikatów inwestycyjnych FIZ-ów tworzonych we współpracy z wiodącymi krajowymi TFI, podjęliśmy decyzję o uzyskaniu obiektywnej oceny ratingowej naszej kondycji finansowej. W związku z tym, że nasz rozwój w dużej mierze opiera się na partnerstwie z inwestorami, których systematycznie zapraszamy do partycypowania we wzroście działalności, zależy nam na zapewnieniu im dostępu do aktualizowanych okresowo opinii niezależnych ekspertów, którzy oceniają naszą sytuację finansową oraz trafność podejmowanych decyzji biznesowych. – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Murapol S.A.   

Pierwszy raport analizujący sytuację finansową Murapol S.A. agencja EuroRating opublikowała 25 stycznia 2016 roku, nadając Spółce ocenę BB z perspektywą stabilną. Od tego czasu agencja przeprowadziła pięć weryfikacji utrzymując rating na niezmienionym poziomie. Okresowe aktualizacje, oparte na analizach  wyników finansowych Murapolu, wydarzeń w Grupie, jak i zmian w otoczeniu zewnętrznym, oceniają warunki funkcjonowania Spółki, a co się z tym wiąże, bezpieczeństwo inwestycyjne instrumentów finansowych opartych na jej działalności.

Monetia zmienia właściciela – transakcja warta 16,6 mln PLN

Aplitt SA zawarła umowę ze wszystkimi wspólnikami Certis Investements, w wyniku której pośrednio nabyła 100 procent udziałów w Monetii, liderze outsourcingu transakcyjnego dla sektora public. Ostateczna wartość transakcji wyniosła 16,6 mln złotych.

Aplitt stał się właścicielem, największej pod względem liczby oddziałów, firmy wyspecjalizowanej w outsourcingu transakcyjnym i obsłudze transakcji gotówkowych. Nabycie 100% udziałów w Monetii zostało przeprowadzone ze środków własnych spółki Aplitt SA.

Monetia będzie działać pod własną marką i będzie kierowana przez dotychczasowy zarząd firmy. Dzięki transakcji Aplitt nabyła szeroką sieć dystrybucyjną Monetii o dużym potencjale rozwojowym i ugruntowanej, mocnej pozycji rynkowej. Roczna kwota procesowanych przez Monetię płatności wynosi 3,6 mld zł

Monetia jest obecnie liderem w realizowaniu usługi outsourcingu transakcyjnego dla urzędów skarbowych, sądów, jednostek samorządu terytorialnego. Drugą grupę jej strategicznych klientów stanowią banki, dla których spółka uruchamia i outsoursuje oddziały.

– Monetia jest akwizycyjnie atrakcyjną spółką zarówno z uwagi na swoją aktualną pozycję rynkową, jak i potencjał rozwojowy. Oprócz wspierania dalszego rozwoju dotychczasowej działalności pod marką Monetia, liczymy na uzyskanie dostępu do rynku. Sieć placówek Monetii może stać się atrakcyjnym kanałem dystrybucji produktów finansowych. Obecnie rozpoczynamy prace, które pozwolą nam w najbardziej efektywny sposób osiągnąć synergię działań. Z biznesowego punktu widzenia działalność Monetii ma charakter niskokosztowy i przez to jest znakomicie dywidendowa, co bezpośrednio przełoży się na uzyskanie zwrotu z inwestycji poprzez wzrost wartości udziałów spółkipowiedziała Alicja Kuran-Kawka, członek zarządu ds. produktów i administracji w Aplitt.

 – Zyskaliśmy silnego partnera zarówno w zakresie wdrożeniowym, jak i technologicznym. Przy okazji jest to firma z dużym doświadczeniem w sektorze finansowym. Warto przypomnieć, że Monetia poza obsługą transakcji gotówkowych, chce się dynamicznie rozwijać w obszarze outsourcingu transakcyjnego dla instytucji obsługujących klientów detalicznych. – powiedział Wojciech Jóźwiak, prezes zarządu Monetii.

Monetia oprócz ponad 700 oddziałów posiada także szeroką, stałą bazę 400 klientów instytucjonalnych, z którymi rozlicza się abonamentowo. Miesięcznie obsługuje w systemie nisko prowizyjnym 1,5 mln transakcji klientów detalicznych.

Mama wraca do pracy. Oferty, finanse, prawa, czyli jak wyglądają realia zatrudnienia matek

Czy będę miała powrót do pracy? – to pytanie trapi każdą młodą matkę, która chce wrócić do firmy po urlopie macierzyńskim, mówi Jolanta Mróz z Kredyt Inkaso, powroty bywają trudne, ale optymistyczny jest fakt, że obecny rynek pracy jest rynkiem pracownika.

Matki są dobrymi pracownikami, niestety firmy rzadko oferują elastyczne godziny pracy

Wśród pracodawców rośnie świadomość, że matki są dobrymi pracownikami. Są sumienne, pracują intensywnie, bo nie mają czasu na korytarzowe plotki i są terminowe. Aż 75 proc. badanych przez Work Service odpowiedziała, że matki są bardzo dobrymi pracownikami, a 15 proc. pracodawców znała, że są nawet lepsze od pozostałych członków zespołu.

Faktem jest, że matki wymagają od firmy dobrej organizacji pracy i elastycznych godziny pracy. I tu w Polsce wciąż jest kłopot. Z badań Eurostatu wynika, że Polska należy do grupy państw, które charakteryzują  się najmniejszą elastycznością czasu pracy. Przeciętnie w krajach Unii Europejskiej co czwarta kobieta w wieku 25–49 lat, mająca status pracownika, może dostosować w pewnym stopniu swój czas pracy do obowiązków prywatnych. W Finlandii i Szwecji na elastyczny wymiar pracy może liczyć 44 proc. pracowników, w Niemczech – blisko 38 proc., a w Polsce – to zaledwie 10 proc.

Z badań Biura Badań Społecznych Obserwator wynika, że kobiety, które wróciły do pracy z czasem odczuwają narastający trud łączenia pracy zawodowej z opieką nad dzieckiem. Taki problem ma aż 45 proc. mam. Dla porównania 34 proc. mężczyzn. Zdaniem badanych, trudności w godzeniu obowiązków zawodowych z opieką nad dziećmi wynikają przede wszystkim ze złego planowania czasu pracy w firmach. W tym kontekście pracujący rodzice najczęściej wskazywali: sztywne godziny pracy, niedostosowany do sytuacji rodzinnej pracowników (16 proc.), zbyt długi czas pracy (15 proc.), zmienność godzin pracy (12 proc.) oraz konieczność pracy w godzinach nadliczbowych (11 proc.).

Płace kobiet wciąż niższe

Mimo że kobiety pracują na równi z mężczyznami, to z danych GUS opublikowanych w lipcu 2016 roku wynika, że kobiety w Polsce wciąż zarabiają mniej niż mężczyźni. W badaniu za 2014 rok wzięto pod uwagę zarobki 7746,8 tys. osób, które pracowały w firmach powyżej 9 osób. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto wyniosło 4107,72 zł. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto mężczyzn było o 20,6 proc. wyższe od przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto kobiet. W 2014 roku wskaźnik zróżnicowania wynagrodzeń  kobiet i mężczyzn  (Gender Pay Gap – GPG) dla Polski wyniósł 7,7, co oznacza, że kobiety za godzinę pracy zarabiały średnio o 7,7 proc. mniej od mężczyzn.

Prawo pracy po powrocie

Co ważne, przed i po macierzyńskim kobieta ma prawo do takiej samej wysokości pensji. Po powrocie z urlopu macierzyńskiego młoda matka może także ubiegać się o zmniejszenie wymiaru godzin do połowy pełnej wartości. Jeśli wiec matka pracowała 40 godzin, może na swój wniosek pracować 20 godzin.

Matki muszą mieść świadomość, że szef nie może ich wyrzucić bez powodu. Zwolnienie po urlopie macierzyńskim może nastąpić jedynie w sytuacji, kiedy dojdzie do całkowitej likwidacji miejsca pracy, gdy pracodawca ogłosi upadłość bądź ogłosi zwolnienie grupowe. Szef może zwolnić także pracownika dyscyplinarnie.

Zawody deficytowe i przyszłościowe. Kto szukają firmy w poszczególnych województwach?

Młode mamy wracające do pracy albo szukają pracy w dotychczasowym zawodzie, albo szukają nowego fachu. Z ogólnopolskiego badania „Barometr zawodów 2017” realizowanego na zlecenie Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że najłatwiej o pracę będzie specjalistom, którzy są na listach deficytowych. Każde z województw ma swoje listy zawodów. I choć najbardziej pożądanymi pracownikami są specjaliści z tzw. męskich zawodów np. murarz czy brukarz to wiele zawodów deficytowych mogą jednak wykonywać kobiety. Jakie zawody są zawodami przyszłości w danych województwach?

W województwie dolnośląskim w 2017 roku wśród zawodów deficytowych są m.in. fryzjerki i fizjoterapeutki.

W województwie kujawsko-pomorskim wskazano aż 40 grup zawodów deficytowych m.in. jest zapotrzebowanie na grafików komputerowych i samodzielnych księgowych.

Województwo lubelskie odnotowuje wzrost ofert wśród opiekunów osób starszych lub niepełnosprawnych, pielęgniarek i położnych oraz spedytorów i logistyków.

W województwie lubuskim wyróżniono 49 zawodów deficytowych, w tym jest deficyt wysoko wykwalifikowanej kadry.

Województwo łódzkie odczuwa stały niedobór pracowników. Prowadzi to do obniżania stawianych przed nimi wymagań – kwalifikacje zawodowe i wykształcenie stają się mniej istotne na stanowiskach niższego i średniego szczebla.

W prognozie na 2017 rok dla województwa małopolskiego obserwuje się kontynuację tendencji występujących na rynku pracy od kilku lat. Przewiduje się wystąpienie 32 zawodów deficytowych m.in. grupy zawodów z branży transportowej, produkcyjnej, gastronomicznej, medycznej oraz informatycznej.

Województwo mazowieckie stanowi największy rynek pracy w Polsce, jednak wewnętrzne zróżnicowanie sprawia, że prognozy  dla poszczególnych powiatów nie są jednolite. W skali województwa za deficytowe zostały uznane takie zawody jak m.in. pielęgniarki i położne, kucharze i fryzjerzy.

W województwie opolskim pojawiły się także zawody, które przeszły z grupy nadwyżkowych do deficytowych – są to fizjoterapeuci i masażyści oraz pracownicy socjalni.

W województwie podkarpackim pracodawcy poszukują głównie specjalistów i personelu średniego szczebla, sprzedawców i pracowników sektora usług.

W woj. podlaskim poszukiwani są głównie pracownicy fizyczni.

W województwie pomorskim grupę deficytów tworzą przede wszystkim zawody budowlane, związane z transportem i spedycją, gastronomią, opieką zdrowotną i pomocą społeczną oraz handlem.

W województwie śląskim w związku z ciągle rozwijającym się outsourcingiem finansowo-księgowym coraz częściej, szczególnie w większych miastach województwa śląskiego, występuje rosnące zapotrzebowanie na specjalistów ds. finansowo-księgowych ze znajomością języków obcych. Zawodami deficytowymi będą również: pracownicy telefonicznej i elektronicznej obsługi klienta, ankieterzy i teleankieterzy oraz przedstawiciele handlowi. Zgodnie z opiniami ekspertów cały czas rośnie zapotrzebowanie na pracowników w sektorze usługowym. Szczególnie szybko rozwija się handel, wzrasta zapotrzebowanie na tego typu pracowników.

W województwie świętokrzyskim niedobór prognozowany jest wśród: przedstawicieli handlowych, krawców i pracowników produkcji odzieży.

W województwie warmińsko‑mazurskim prawdopodobny będzie niedobór tapicerów, na których zapotrzebowanie zgłasza mocno rozwinięta branża meblarska.

W województwie wielkopolskim zwraca uwagę silny deficyt pracowników z branży transportowej oraz spedycyjno-logistycznej. Trudności ze znalezieniem odpowiedniej liczby pracowników wystąpią w branży meblarskiej – duże deficyty są prognozowane w zawodach: stolarz, szwaczka, tapicer.

W województwie  zachodniopomorskim wystąpi zwiększone zapotrzebowanie na kucharzy i szefów kuchni oraz na recepcjonistów, z uwagi na turystyczny charakter regionu (szczególnie w powiatach nadmorskich). Wysokie będzie zapotrzebowanie w zawodzie opiekuna osób starszych, zgłaszane przez agencje zatrudnienia oraz pracodawców poszukujących osób do pracy za granicą, głównie w Niemczech.

Warto szukać, bo 2017 rok upływa pod znakiem rynku pracownika

Mimo niższych płac dla kobiet i kłopotów w łączeniu życia zawodowego z opieką nad dziećmi warto szukać. Trwający rok zdecydowanie należy do pracowników. Mamy rekordowo niskie bezrobocie, a w ogłoszeniach coraz częściej pojawia się sformułowanie „elastyczny czas pracy”. Poza tym pracodawcy często gwarantują szkolenia w nowych, deficytowych zawodach.

U blisko połowy chorych agresywny nowotwór tarczycy jest diagnozowany zbyt późno. Przyczyną jest niska świadomość Polaków

U blisko połowy chorych agresywny nowotwór tarczycy jest diagnozowany zbyt późno. Przyczyną jest niska świadomość Polaków 20

Z roku na rok zwiększa się zachorowalność Polaków na raka rdzeniastego tarczycy, także wśród ludzi młodych. Jest to jeden z bardziej agresywnych nowotworów tego organu. Wcześnie wykryty może być całkowicie uleczalny, jednak blisko połowa pacjentów zgłasza się do lekarza w zaawansowanym stadium choroby. Przyczyną jest niska świadomość na temat nowotworów tarczycy – znaczna część Polaków nie zdaje sobie sprawy z ich istnienia, nie wie też, jakie badania profilaktyczne należy wykonywać.

Rak rdzeniasty tarczycy to nowotwór powstający w komórkach C tarczycy, odpowiadających za znaczną część produkcji hormonu kalcytoniny. Najczęściej diagnozowany jest u kobiet po 50. roku życia, może jednak wystąpić także u osób młodszych, między 20. a 40. rokiem życia. Jest to rzadki nowotwór, stanowiący 4–5 proc. wszystkich zachorowań na raka tarczycy. W Polsce rocznie rozpoznawany jest u ok. stu osób. Przyczyny choroby nie są całkowicie znane – u niektórych pacjentów rozwija się ona sporadycznie, u innych ma podłoże genetyczne. Objawy raka rdzeniastego tarczycy to m.in. chrypka, powiększenie węzłów chłonnych na szyi oraz problemy z przełykaniem.

 Zdecydowanie powinna nas zaniepokoić nadmierna potliwość, chroniczne zmęczenie i wyczuwalne guzki w obrębie tarczycy czy też węzłów, bo one pojawiają się w momencie, kiedy nowotwór w organizmie się rozwija. To podstawowa rzecz, na którą trzeba zwrócić uwagę – mówi agencji informacyjnej Newseria Joanna Charchuta, pacjentka i przedstawicielka organizacji Łąka Motyli.

Rak rdzeniasty tarczycy długo rozwija się w ukryciu, nie dając jednoznacznych objawów. W efekcie blisko połowa chorych diagnozowana jest już w zaawansowanym stadium choroby, gdy nowotwór daje przerzuty do innych narządów, głównie wątroby i płuc. Tymczasem we wczesnym etapie rak rdzeniasty tarczycy może być całkowicie uleczalny. Zdaniem ekspertów problemem jest jednak niska świadomość Polaków w zakresie nowotworów tarczycy.

 To ma swoje skutki. Nowotwór szybko rozpoznany i bez przerzutów może być operowalny, dzięki czemu ratujemy człowieka. Rak wykryty w zaawansowanej formie, wtedy kiedy już są przerzuty, jest praktycznie niewyleczalny – mówi Elżbieta Kozik, prezes Ruchu Społecznego Polskie Amazonki.

W diagnostyce raka rdzeniastego tarczycy najważniejsze jest badanie stężenia kalcytoniny we krwi oraz badanie ultrasonograficzne tarczycy i węzłów chłonnych szyi. Podstawową metodą leczenia jest natomiast chirurgiczne usunięcie gruczołu tarczowego wraz z guzem nowotworowym. Niekiedy stosowana jest również radioterapia. Problemem jest jednak zaawansowane stadium choroby oraz jej agresywny charakter – rak rdzeniasty jest bowiem oporny na terapie lekowe stosowane w przypadku innych nowotworów tarczycy m.in. leczenie jodem radioaktywnym.

– System leczenia raka rdzeniastego w Polsce pozostawia wiele do życzenia. Praktycznie pacjentom oferowana jest pomoc w formie chirurgicznej. W wielu przypadkach taka pomoc jest niewystarczająca. Poziomy kalcytoniny, czy markera związanego z rakiem rdzeniastym utrzymują się czasami na bardzo wysokim poziomie pomimo zabiegów chirurgicznych – mówi Joanna Charchuta.

W przypadku pacjentów z zaawansowaną postacią nowotworu lub nieoperowalnym guzem, możliwe jest zastosowanie nowoczesnych terapii celowanych. Opóźniają one rozwój choroby oraz poprawiają jakość życia pacjentów. Od 2012 roku terapie te dostępne są w większości krajów Unii Europejskiej, w Polsce jednak nie znajdują się na liście leków refundowanych. Jedyną szansą dla polskich pacjentów jest uczestniczenie w kontrolowanych badaniach klinicznych.

– Mamy wrażenie, że nie dostajemy tego, co powinnyśmy  dostać, że odbiera nam się szansę na dalsze normalne życie, tylko dlatego, że ten lek jest dla nas niedostępny. Jest to odczucie  zablokowania, wewnętrznego buntu i ogromna bezsilność wobec systemu – mówi Joanna Charchuta.

Organizacja Polskie Amazonki Ruch Społeczny od 2014 roku prowadzi kampanię „Motyle pod Ochroną”, której celem jest wsparcie pacjentów z rakiem tarczycy oraz budowanie większej świadomości tego nowotworu wśród Polaków. W ramach kampanii organizowane są eventy i wykłady, w czasie których chętne osoby mogą poddać się badaniu ultrasonograficznemu tarczycy i węzłów chłonnych szyi. Organizatorzy akcji chcą przekonać Polaków, że wcześnie wykryty rak rdzeniasty tarczycy jest całkowicie uleczalny, dlatego warto poddawać się badaniom profilaktycznym.

– Tarczyca jest właściwie motorem naszego życia, od tego zależy nasz stan psychiczny i fizyczny. Tarczyca w ogóle dysponuje naszym samopoczuciem, czyli warto się nią zajmować. Walczymy o to, żeby człowiek miał możliwość dostania się do lekarza endokrynologa i robienia podstawowych badań – mówi Elżbieta Kozik.

W ramach kampanii „Motyle pod Ochroną” opracowany został również poradnik dla osób chorych na raka tarczycy. Znajdują się w nim wszelkie niezbędne dla pacjentów informacje dotyczące ich choroby m.in. badań kontrolnych i dostępnych sposób terapii. Poradnik można pobrać bezpłatnie ze strony internetowej kampanii. 25 maja obchodzony jest Światowy Dzień Tarczycy.

Bezrobocie w Polsce rekordowo małe, ale problemy nadal duże

GUS podał, że w kwietniu br. stopa bezrobocia osiągnęła 7,7 proc., czyli najniższy poziom od połowy roku 1991.  Tylko jak pogodzić dane o malejącej stopie bezrobocia z tym, że Polska tworzy jeden z najmniej intratnych rynków pracy w UE?

Już marcowy odczyt GUS – 8,1 proc. – powtórzyły i skomentowały najważniejsze serwisy gospodarcze. Tak niskiego bezrobocia nie notowano bowiem w Polsce od ponad ćwierć wieku. Najczęściej borykaliśmy się w tym okresie ze stopą bezrobocia rzędu kilkunastu proc., ale zdarzały się miesiące, w których wartość wykraczała poza barierę 20 proc. W tym kontekście nowe dane GUS – za kwiecień, ze spadkiem do 7,7 proc. – muszą cieszyć, mimo że odnotowano dość dużą rozbieżność między regionami: od 4,6 proc. w woj. wielkopolskim do 13,3 proc. w woj. warmińsko-mazurskim.

Znawcy rynku zapowiadają przy tym, że to jeszcze nie koniec redukcji. – Stopa bezrobocia najprawdopodobniej zachowa tendencję spadkową i pod koniec roku może osiągnąć 7 proc. – szacuje Bartosz Grejner, analityk serwisu wymiany walut Cinkciarz.pl.

Dlaczego rekord goni rekord

Tegoroczne rekordy powstały w konsekwencji tendencji utrzymującej się od drugiego kwartału 2013 r. Stopa bezrobocia sięgała wtedy 14 proc., po czym konsekwentnie malała. Przedsiębiorstwa w Polsce oferują teraz zdecydowanie więcej ofert pracy niż przed rokiem. Poprawiła się też ogólna kondycja krajowej gospodarki. Dane statystyczne wykazują, że dynamicznie wzrastała produkcja przemysłowa oraz sprzedaż detaliczna. Podobną poprawę obserwujemy zresztą w innych europejskich krajach.

– Wskaźniki nastroju konsumentów i przedsiębiorców wskazują na coraz lepszą sytuację i perspektywy dla największych gospodarek strefy euro. Polska nie jest tu zatem wyjątkiem. Wręcz dziwne byłoby, gdybyśmy w tak sprzyjających okolicznościach nie odczuli poprawy sytuacji na krajowym rynku pracy – komentuje analityk Cinkciarz.pl. – Przecież staramy się dogonić najbardziej rozwinięte gospodarki Europy – dodaje.

Sezon na pracownika i kwestia pensji

Zmniejszaniu się liczby bezrobotnych sprzyja także pora roku. Marzec i kwiecień otwierają paletę miesięcy na prace sezonowe. Z analizy kilku wcześniejszych lat wynika, że po styczniu i lutym, gdy odsetek ludzi bez zatrudnienia zwykle wzrastał, marzec z równą częstotliwością przynosił spadki. Wprawdzie nie były one wielkie – o 0,3-0,4 pkt proc, ale istotne jest to, że w tym roku tendencję zniżkową udało się utrzymać. Stało się tak, mimo że w styczniu i lutym stopa bezrobocia wynosiła odpowiednio – 8,6 i 8,5 proc., czyli zdecydowanie najmniej od 1992 r.

Kolejnym czynnikiem, który wzmacnia sytuację na polskim rynku, są rosnące płace. Średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w marcu br. wyniosło 4578 zł brutto, czyli o 5,2 proc. więcej niż przed rokiem. Był to zarazem najwyższy wzrost od czerwca ub.r.

– Gdy pojawia się więcej ofert zatrudnienia i rosną płace, w naturalny sposób ludzie chętniej skłaniają się do tego, by szukać pracy. Tempo wzrostu płac jest znacznie szybsze niż inflacji, stąd siła nabywcza naszych wynagrodzeń wzrastała – tłumaczy analityk Cinkciarz.pl.

Do danych o przeciętnym wynagrodzeniu należy jednak podchodzić z pewną rezerwą. Średnią, nie medianę, zawyżają ludzie z najwyższymi zarobkami. Stąd wielu pracującym w Polsce wartość 4,5 tys. zł brutto wydaje się przesadzona, ponieważ jest dla nich nieosiągalna. Duża część Polaków nie zarabia nawet 60 proc. średniej krajowej.

Dzieje się tak m.in. dlatego, że do wyliczania średniej krajowej GUS uwzględnia zarobki z przedsiębiorstw zatrudniających więcej niż 9 osób. Tymczasem małe firmy (do 9 pracowników) dają posady milionom Polaków, lecz z reguły nie oferują wysokich płac. Przeciętne wynagrodzenie, wliczające już te najmniejsze firmy, wyniosło w 2016 r. 4047 zł brutto. – Dla porównania w Niemczech było to ok. 3,7 tys. euro, czyli cztery razy więcej niż w Polsce. Widać zatem, że choć wzrost płac może nam się wydawać imponujący i na pewno cieszy, to do rozwiniętych gospodarek europejskich jeszcze Polsce sporo brakuje – tłumaczy analityk Cinkciarz.pl.

Niskie bezrobocie nie mówi całej prawdy

Europejski Urząd Statystyczny, posługując się inną metodą, wyliczył, że stopa bezrobocia w Polsce wynosi 5,3 proc., co przekłada się na miejsce w ścisłej czołówce Unii Europejskiej i oznacza wartość niemal 3 pkt proc. niższą niż średnia dla wszystkich unijnych krajów.

Jednak stopa bezrobocia sama w sobie nie jest dobrym miernikiem kondycji rynku pracy. Ten sam Europejski Urząd Statystyczny klasyfikuje Polskę w ogonie państw UE pod względem o wiele istotniejszego wskaźnika, czyli odsetka ludzi zatrudnionych, który w Polsce dla wieku 20-64 lata wynosi 69,9 proc., przy unijnej średniej – 71,5 proc. i np. 77,8 proc. w Czechach oraz 79,1 proc. w Niemczech.

– Szczególnie jeżeli chodzi o zatrudnienie osób z najniższym wykształceniem, ich odsetek w Polsce jest jednym z najniższych w całej Europie, wynosi niecałe 40 proc. w przedziale wiekowym 20-64 lata, podczas gdy średnia dla Unii jest o blisko 15 pkt. proc. wyższa, a np. dla Niemiec czy Wielkiej Brytanii o połowę wyższa. Dodatkowe słabości polskiego rynku pracy wynikają ze: zbyt niskiego współczynnika wakatów, stosunkowo dużej dysproporcji w wynagrodzeniach oraz różnic w liczbach oferowanych miejsc pracy pomiędzy poszczególnymi regionami. Współczynnik wakatów może odzwierciedlać niezaspokojony popyt na pracę oraz potencjalnie dysproporcje pomiędzy umiejętnościami osób gotowych do pracy, a profilem osób, jakich szukają pracodawcy. Wakaty skupione są w największych ośrodkach, ale nadal relatywnie niska mobilność pracowników może powodować większy poziom bezrobocia w niektórych regionach – wyjaśnia Bartosz Grejner. – Regiony Polski mocno różnią się także pod względem średnich płac – kontynuuje analityk Cinkciarz.pl. – Cały czas obserwujemy znaczną dysproporcję pomiędzy zachodnimi a wschodnimi województwami, z wyłączeniem Mazowieckiego. Lepiej zarabia się na zachodzie kraju. Jednak dla Warszawy średnia wynosi nieco ponad 5,5 tys. zł, stąd woj. mazowieckie należy do płacowych wyjątków na wschodniej ścianie Polski.

Atrakcyjni dla sąsiadów z Ukrainy

Rosnące płace i nowe oferty pracy nie zawsze wydają się atrakcyjne Polakom zapatrzonym na zarobki w Niemczech, Skandynawii czy we Francji. Niemniej polski rynek pracy staje się coraz bardziej atrakcyjny dla pracowników z Ukrainy. W polskich miastach na ulicach coraz częściej słychać język naszych sąsiadów zza wschodniej granicy, powstają też biura pośrednictwa dla obywateli Ukrainy, którzy starają się o posady w Polsce. W ub.r. aż 84,5 proc. wszystkich wydanych w naszym kraju zezwoleń na pracę dla cudzoziemców należało do Ukraińców.

– Napływ imigrantów nie zmienia w istotny sposób tego, co dzieje się na naszym rynku pracy. Nie jest to regułą, niemniej przybysze często podejmują zajęcia, którymi Polacy interesują się najmniej. I nie jest ich aż tylu, by zrównoważyć ubytek osób w wieku produkcyjnym, które nie są zainteresowane pracą w Polsce. Chodzi tu m.in. o emigrację zarobkową wielu młodych i wykształconych obywateli naszego kraju, którzy wyjechali za pracą do krajów oferujących nieporównywalnie o wyższe zarobki, a także o starzejące się społeczeństwo polskie czy hipotetyczny wpływ obniżenia wieku emerytalnego – konkluduje analityk Cinkciarz.pl.