Co trzeci chory na raka prostaty przegrywa walkę z nowotworem. Nowoczesne terapie stosowane przed chemioterapią mogą wydłużyć życie pacjentów o 4 lata

Co trzeci chory na raka prostaty przegrywa walkę z nowotworem. Nowoczesne terapie stosowane przed chemioterapią mogą wydłużyć życie pacjentów o 4 lata 1

W Polsce stale wzrasta zachorowalność na raka prostaty. Jeszcze w 2012 roku choroba ta diagnozowana była u 11 tys. mężczyzn, obecnie już u blisko 16 tys. Walkę z rakiem przegrywa blisko 30 proc. pacjentów. Nowoczesne terapie wdrażane jeszcze przed chemioterapią mogą jednak sprawić, że rak prostaty stanie się chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną, a życie chorych mężczyzn zostanie wydłużone nawet o 4 lata. Dzięki niskiej toksyczności leków nowej generacji stosowanych w terapii prechemo pacjenci dłużej pozostaną również aktywni. Leczenie to nie jest jednak dziś dostępne dla polskich mężczyzn.

Rak gruczołu krokowego to drugi, po raku płuc, nowotwór dotykający mężczyzn. W Polsce co roku diagnozowany jest u blisko 16 tys. osób, chorych wciąż jednak przybywa. O ile w krajach Europy Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych spadła w ostatnich latach zarówno zachorowalność, jak i umieralność, o tyle w Polsce według prognoz w ciągu najbliższych 12 lat zachorowalność na raka gruczołu krokowego może wzrosnąć o 29 proc. Nowotwór ten występuje najczęściej u mężczyzn po 45 roku życia, a ryzyko zachorowania zwiększa się wraz z wiekiem. Ponad połowa chorych w momencie rozpoznania ma co najmniej 70 lat.

 Przy raku gruczołu krokowego kluczowa jest szybka diagnoza i szybkie wdrożenie najwłaściwszego leczenia, bo ten rak zabija. Co godzinę jeden mężczyzna na świecie umiera z powodu raka gruczołu krokowego – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Piotr Chłosta, urolog, prezes Polskiego Towarzystwa Urologicznego, kierownik Katedry i Kliniki Urologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Wcześnie zdiagnozowany nowotwór prostaty u większości pacjentów może być całkowicie wyleczalny. Lekarze podkreślają więc konieczność wykonywania regularnych badań profilaktycznych i zgłaszanie się do urologa w przypadku jakichkolwiek nieprawidłowości w działaniu układu moczowego.

Co więcej, nowoczesne terapie mogą sprawić, że rak prostaty stanie się chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną. Wybór rodzaju terapii uzależniony jest od stadium rozwoju choroby. Na wczesnych jej etapach standardem jest leczenie chirurgiczne polegające na całkowitym wycięciu gruczołu krokowego. Prostatektomia może być niekiedy uzupełniona radioterapią. Zdarza się, że radioterapia stosowana jest alternatywnie do operacji – dzieje się tak w przypadku mężczyzn, którzy nie mogą być leczeni chirurgicznie lub odmawiają poddania się zabiegowi.

– Jeśli chodzi o najbardziej zaawansowane stadium choroby, to w grę wchodzi leczenie systemowe, ale nie tylko tradycyjne, hormonalne, polegające na tzw. deprywacji androgenowej, czyli pozbawienia wpływów androgenów na komórki nowotworu, lecz także stosowanie leków hormonalnych zupełnie nowej generacji, które mają trochę inny mechanizm działania – mówi prof. Maciej Krzakowski z Centrum Onkologii-Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie.

Hormonoterapia to standardowe postępowanie terapeutyczne u chorych z nowotworem w fazie uogólnionej, jest także stosowana jako leczenie uzupełniające u niektórych pacjentów poddanych radioterapii lub u tych, u których nie można było zastosować terapii radykalnej. W przypadku zaawansowanego stadium chemioterapia może być również łączona z hormonoterapią na wczesnym etapie leczenia. U większości pacjentów chemioterapię stosuje się jednak w ostatniej fazie choroby, gdy komórki raka stają się oporne na wcześniejsze leczenie. W wielu krajach europejskich standardem jest zastosowanie leczenia nieinwazyjnego, wdrażanego przed chemioterapią, czyli na wcześniejszym etapie choroby.

Kiedyś wydłużając życie naszych podopiecznych o 2–3 miesiące, byliśmy bardzo usatysfakcjonowani. Teraz to się zmieniło. Nie mówimy o 2, 3, 5 miesiącach, a co najmniej o 56 miesiącach dobrej jakości życia, u niektórych jesteśmy w stanie osiągnąć jeszcze dłuższy okres do czasu wystąpienia progresji – mówi prof. Piotr Chłosta.

Skuteczne leczenie przed chemioterapią pozwala nie tylko znacznie wydłużyć życie pacjentów, lecz także istotnie poprawić jego jakość. Terapia ta opóźnia powstawanie progresji, odsuwa konieczność wdrożenia toksycznej dla organizmu chemioterapii i związanej z nią hospitalizacji. W ten sposób generuje się znaczne oszczędności dla budżetu państwa, bo chorzy pozostają aktywni zawodowo.

W Polsce jednak dostęp do tego rodzaju terapii jest znacznie ograniczony. Zdaniem ekspertów poziom opieki nad polskimi pacjentami z rakiem prostaty wciąż odstaje od poziomu państw Europy Zachodniej. Chorzy zbyt późno otrzymują skuteczne, nowoczesne terapie, w dodatku stosowane są one głównie u pacjentów w drugiej, a nie pierwszej linii leczenia.

Różnimy się możliwościami wykorzystania nowoczesnych leków hormonalnych, bo one powinny być stosowane wcześniej, już w pierwszej linii leczenia opornego na kastrację raka gruczołu krokowego – mówi prof. Maciej Krzakowski.

– Dostęp do najnowszych technologii chirurgicznych, mówię tutaj o taryfikacji procedur laparoskopowych czy braku dostępności do procedur robotycznych, czy leczenia przed chemioterapią, jest czymś, co odróżnia naszych podopiecznych od pacjentów w innych krajach Europy – dodaje prof. Piotr Chłosta.

Edukowanie Polaków w zakresie skutecznej walki z rakiem prostaty i konieczności wykonywania badań profilaktycznych jest celem kampanii „Im szybciej, tym lepiej”. Akcja została zainicjowania w listopadzie 2016 roku przez Stowarzyszenie Mężczyzn z Chorobami Prostaty „GLADIATOR”. W jej ramach powstał album prezentujący historie pacjentów zmagających się z rakiem prostaty, u których wczesna diagnoza zaowocowała sukcesem terapeutycznym.

Aplikacje mobilne ułatwiają szukanie pracy. Wypierają gazety i serwisy internetowe z ofertami

Aplikacje mobilne ułatwiają szukanie pracy. Wypierają gazety i serwisy internetowe z ofertami 2

Technologie mobilne ułatwiają szukanie nowej pracy. Dzięki aplikacjom dla kandydatów firmy mogą kierować do nich sprofilowane oferty pracy. Z drugiej strony kandydaci mogą nimi wygodnie zarządzać i błyskawicznie aplikować na wybrane propozycje. Mobilność zaczyna rządzić na rynku pracy – uważają eksperci Work Service.

– Aplikacje mobilne coraz częściej zastępują klasyczne metody komunikacji. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku poszukiwania pracy. Zamiast siadać przy komputerze i przeglądać ogłoszenia, kandydat woli wziąć telefon i czekać na informację o jak najlepszej ofercie pracy. Rozwiązania mobilne to przyszłość – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Adamczyk, dyrektor działu IT w Work Service SA.

Posiadanie telefonu komórkowego deklaruje 75 proc. Polaków – wynika z ubiegłorocznego sondażu Accenture („Igniting Growth in Consumer Technology”). Jeszcze wyższą liczbę podaje firma doradcza PwC, która szacuje, że z telefonów komórkowych korzysta już 94 proc. Polaków („Technologie mobilne we współczesnej Polsce”).

Popularność kanału mobilnego potwierdza też najnowsze cykliczne badanie Gemius, które pokazuje, że w marcu tego roku liczba internautów sięgnęła w Polsce 27,7 mln, z czego 20,6 mln przypada na użytkowników korzystających z sieci właśnie za pośrednictwem urządzeń mobilnych.

– Nie wyobrażamy sobie już dostępu do banku czy różnego rodzaju usług bez telefonu komórkowego. Coraz rzadziej włączamy komputer w domu, a coraz częściej wyciągamy z kieszeni smartfon. Z mobilnego internetu korzysta 40 proc. dorosłych Polaków. O ile jeszcze dzisiaj wykorzystujemy inne kanały, o tyle jutro może się okazać, że telefon będzie jedyną metodą komunikacji – mówi Piotr Adamczyk.

Posiadacze smartfonów korzystają z wielu aplikacji służących m.in. do zamawiania jedzenia, przelewów bankowych, uprawiania sportu, wyszukiwania informacji. Mobilne technologie coraz częściej ułatwiają też szukanie pracy, uzupełniając tradycyjne serwisy i portale ogłoszeniowe.

– Telefony są świetnym elementem dotarcia do pasywnego kandydata. Ponieważ coraz mniej ludzi aktywnie szuka pracy, rejestrując się w różnego rodzaju bazach danych, to informacja o ofercie pracy musi do nich dotrzeć. Przekazywanie spersonalizowanych ofert pracy do konkretnego kandydata jest bardziej efektywne niż udostępnienie jej szerokiemu gronu ludzi, którzy nie wiedzą, czy dana propozycja pracy jest dla nich odpowiednia, czy też nie, a najczęściej w ogóle jej nie przeglądają – mówi Piotr Adamczyk.

Podstawą aplikowania o pracę wciąż jest profesjonalne CV, bazujące na doświadczeniu kandydata. Aplikacje mobilne zwiększają jednak szansę na znalezienie posady i stwarzają całe spektrum możliwości: filtrowanie ogłoszeń i udostępnianie ich znajomym, lokalizowanie pracodawcy, możliwość aplikowania w ciągu kilku minut i wybrania dodatkowych parametrów, na przykład terminu, w którym pracownik będzie mógł rozpocząć pracę na nowym stanowisku.

Za pośrednictwem mobilnej aplikacji kandydat, który szuka pracy, może na bieżąco zarządzać ofertami zatrudnienia i sprawdzać status swojej aplikacji, a nawet skontaktować się z rekruterem na czacie.

Jak zauważa dyrektor działu IT w Work Service, ze względu na rekordowo niskie bezrobocie rynek pracy w Polsce się zmienia. Ofert zatrudnienia jest więcej niż kandydatów, szczególnie na stanowiskach specjalistycznych, przez co umacnia się rynek pracownika. To powoduje, że kandydaci do pracy są coraz bardziej wymagający, ale coraz mniej aktywni. Kanał mobilny stwarza pracodawcom większe możliwości dotarcia do nich.

– Kandydaci do pracy rzadziej szukają pracy aktywnie, przeszukując portale i strony z ogłoszeniami. Oczekują, że dostaną gotową ofertę. Szczególnie teraz, kiedy ten rynek pracownika jest coraz wyraźniejszy, tę pasywność trzeba jakoś przełamywać – mówi Piotr Adamczyk.

Zdaniem eksperta Work Service technologie mobilne będą iść w kierunku personalizacji. Już teraz firmy i przedsiębiorstwa przetwarzają ogromne ilości danych, które dotyczą nie tylko klientów, lecz także pracowników. Efektywne wykorzystanie tych informacji w przyszłości pozwoli pracodawcy wysyłać spersonalizowaną ofertę pracy do konkretnego kandydata na dane stanowisko.

– Biorąc pod uwagę ilość danych o użytkownikach, które są zbierane za pomocą smartfonów, można prognozować, że w przyszłości będziemy otrzymywać tylko te oferty pracy, które mogą wzbudzić nasze zainteresowanie. Firma będzie wiedziała, do kogo wysłać ofertę, jaka jest efektywność dotarcia do danego kandydata, a same oferty pracy będą lepiej dopasowane – przewiduje Piotr Adamczyk.

Z mobilnych aplikacji korzystają nie tylko kandydaci, którzy szukają nowej posady. Coraz częściej są też one potrzebne pracownikom, którzy za ich pośrednictwem chcą zarządzać pracą.

– Pracownicy potrzebują aplikacji, które są związane z obsługą ich bieżącej pracy. Chcą mieć informację o tym, jaka jest stawka godzinowa, ile przepracowali, ile dni brakuje do urlopu. Podobnie wygląda to z dostępem do banku, szukamy tam informacji o stanie konta i przeprowadzonych transakcjach – mówi Piotr Adamczyk.

Jak wynika z siódmej edycji Barometru Rynku Pracy, który powstaje cyklicznie na zlecenie Work Service, Polacy powoli odchodzą od tradycyjnego modelu poszukiwania pracy, coraz większą popularność zyskuje za to segment mobilny, internet i media społecznościowe. To z kolei wymusza większą aktywność w tych kanałach zarówno na pracodawcach, jak i całym rynku. Największa w tej części Europy agencja HR-owa wprowadziła na rynek własną, bezpłatną aplikację, która ułatwia znalezienie pracodawcy lub pracownika. Za jej pośrednictwem można na bieżąco śledzić rekrutacje, otrzymywać powiadomienia o nowych ofertach pracy i aplikować na wybrane ogłoszenia.

Aplikacja ma też funkcję „moja praca” dla osób, które nie szukają nowej posady, ale chcą zarządzać swoją historią zatrudnienia. Umożliwia m.in. śledzenie statusu podpisanych umów, informuje o przelaniu wynagrodzenia i pozwala się skontaktować na czacie z doradcą personalnym, który doradzi w rozwoju kariery.

Polacy mają stereotypowe podejście do przywództwa. W ich oczach lider jest charyzmatycznym mężczyzną w średnim wieku

Polacy mają stereotypowe podejście do przywództwa. W ich oczach lider jest charyzmatycznym mężczyzną w średnim wieku 3

Wykształcony mężczyzna w wieku 38 lat, mający rodzinę i charakteryzujący się autorytetem i charyzmą – tak wizerunek polskiego lidera opisują Polacy badani przez SW Research na zlecenie Center for Leadership. Eksperci zauważają, że to stereotypowe podejście nie zawsze ma odzwierciedlenie w rzeczywistości. Niezależnie od tego, czy lider jest mężczyzną, czy kobietą, czy ma charyzmę, czy nie, powinien umieć inspirować innych do działania i napędzać pozytywne zmiany. W kształceniu takich przywódców ma pomóc projekt Leadership Academy for Poland, który startuje już po raz drugi.

Bardzo często przywództwo utożsamiane jest z charyzmą, z pewnego rodzaju siłą, formalnym stanowiskiem. Jak się głębiej nad tym zastanowimy, to dochodzimy do wniosku, że przywództwo jest czymś innym. To nie jest finalna decyzja, tylko aktywność, w szczególności forma mobilizowania ludzi do tego, żeby rozwiązywać trudne problemy, z którymi zmaga się dana społeczność, organizacja czy kraj  wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Cezary Wójcik, założyciel i dyrektor akademicki Leadership Academy for Poland (LAP).

Jak podkreśla, lider nie musi znać odpowiedzi na wszystkie pytania, mieć gotowe recepty, ale powinien umieć zachęcać innych do działania. Tego też oczekują po przywódcy Polacy. Jak wynika z badania SW Research, zdecydowana większość ankietowanych jako typowe zachowanie liderów wskazuje inspirowanie otoczenia do działania (82 proc.), współpracę z innymi osobami (81 proc.) i podejmowanie często trudnych oraz niepopularnych decyzji (81 proc.).

Dzisiaj sztuką jest to, żeby zebrać ludzi i zaangażować ich we wspólne rozwiązywanie problemów  mówi prof. Wójcik.  Człowiek skromny paradoksalnie ma znacznie większą siłę oddziaływania na rzeczywistość i większą zdolność do jej zrozumienia niż człowiek, który jest przekonany o swojej racji.

Wśród najważniejszych cech charakteryzujących przywódcę wymieniano – poza charyzmą – umiejętność nawiązywania relacji z ludźmi, odpowiedzialność, bycie godnym zaufania, kreatywność i zaangażowanie.

Kiedy pytamy Polaków o to, kim jest lider, Polacy bardzo często odpowiadają, że mężczyzna. To jest błąd, bo kobiety robią wiele dobrego i zmieniają realnie rzeczywistość wokół nas – mówi prof. Cezary Wójcik.  To, co jest im potrzebne, to nie tyle zwiększenie kompetencji, ile bardzo często po prostu uwierzenie w to, że są równie wartościowe jak mężczyźni, że to, co robią, jest niezwykle wartościowe.

Zdaniem profesora świat potrzebuje więcej mądrych przywódców. Przełamaniu stereotypowego podejścia do kwestii przywództwa oraz kształceniu nowoczesnych liderów na miarę naszych czasów służyć ma projekt Leadership Academy for Poland, w którym w tym roku weźmie udział 40 potencjalnych przywódców.

Nadrzędnym celem Akademii jest stworzenie w Polsce światowej klasy edukacji. Zaczynamy od przywództwa, ale tak naprawdę chcemy rozwijać także inne dziedziny. Dzisiaj w Akademii chodzi o przestrzeń dla utalentowanych Polaków, aby rozwijali swoje kompetencje przywódcze  wyjaśnia założyciel LAP. Udało nam się stworzyć jeden z najlepszych na świecie programów rozwoju przywództwa.

Jego twórcy podkreślają, że proces kształcenia jest możliwy tylko przy współpracy biznesu i nauki, dlatego w Akademię zaangażowani są uznani profesorowie Uniwersytetu Harvarda, a także duże koncerny takie jak Deloitte, Orange czy Kapsch.

– Partnerzy wspierają LAP na wiele sposobów. Po pierwsze, pomagają nam docierać poprzez środowiska, w których aktywnie działają, do utalentowanych Polaków. Pomagają nam merytorycznie, bo rozmowy z nimi są wzbogacające. Dzięki temu możemy udoskonalać program. Partnerzy pomagają nam wreszcie finansowo. Bez ich wsparcia Akademia nie mogłaby istnieć – mówi prof. Cezary Wójcik.

Rekrutacja do LAP rusza 1 czerwca. Twórcy Akademii do 20 czerwca czekają na zgłoszenia osób zarówno z sektora biznesu, administracji publicznej, jak i organizacji pozarządowych, świata mediów i kultury czy środowiska start-upów. Idealny kandydat to osoba w wieku między 25 a 45 lat, mająca potencjał przywódczy, zaangażowana, otwarta i z doświadczeniem z zakresu zarządzania.

Akademia będzie w tym roku dłuższym, bo 4-miesięcznym programem, a po jej zakończeniu uczestnicy otrzymają roczne wsparcie swoich działań przywódczych  mówi założyciel LAP.

Ubiegłoroczna edycja Akademii zakończyła się dużym sukcesem. Uczestnicy podkreślają, że miała ona znaczący wpływ na ich rozwój zawodowy i osobisty.

Producenci słuchawek stawiają na innowacje. Nowa linia produktów z szeregiem funkcji zarezerwowanych do tej pory dla smartfonów

Producenci słuchawek stawiają na innowacje. Nowa linia produktów z szeregiem funkcji zarezerwowanych do tej pory dla smartfonów 4

Słuchawki to jeden z tych segmentów rynku elektroniki użytkowej, w którym rozwój i pojawiające się innowacje w dużej mierze opierają się na technologii łączności bezprzewodowej. Na bazie komunikacji poprzez Bluetooth powstała też zupełnie nowa kategoria tego typu produktów – hearables, czyli inteligentne słuchawki.

– Innowacyjne rozwiązania znajdują się w słuchawkach bezprzewodowych, które rozwijają się w tempie błyskawicznym, w zasadzie co pół roku pokazujemy coś nowego, np. nowy profil kompresji dźwięku, przesyłu bezprzewodowego. Opieramy się tu na Bluetooth – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Kuhn, menadżer marketingu w firmie Aplauz, która dystrybuuje w Polsce produkty Sennheiser.

Jeszcze kilka lat temu słuchawki wyposażone w aktywny system tłumienia hałasu stanowiły rzadkość i pojawiały się w ofercie zaledwie kilku producentów. Obecnie ta innowacja staje się coraz bardziej popularna. W warunkach laboratoryjnych naukowcom udało się stworzyć system aktywnego tłumienia dochodzących z zewnątrz dźwięków, który wykazywał się skutecznością na poziomie 99,7 proc. Zwykłe słuchawki wyposażone w tego typu rozwiązanie nie są tak skuteczne, ale zasada działania jest podobna – mikrofony wbudowane w słuchawki rejestrują dochodzące z zewnątrz odgłosy, a następnie słuchawki generują dodatkowe fale dźwiękowe o odwrotnej amplitudzie, tłumiące oryginalny hałas. Również w tej technologii zaszły w ostatnim czasie zmiany powiązane m.in. z liczbą wbudowanych mikrofonów.

– Druga rzecz, często powiązana ze słuchawkami bezprzewodowymi, to aktywny system redukcji szumów, który w tej chwili opiera się już na 3–4 mikrofonach, których suma sygnału jest puszczana do ucha w odwrotnej fazie, dzięki czemu redukuje szumy zewnętrzne – dodaje Paweł Kuhn.

Specjalista zaznacza, że przy tworzeniu słuchawek ważną rolę odgrywa także samo wykonanie produktu, ponieważ wykorzystanie najlepszych materiałów daje gwarancje, że urządzenie będzie nie tylko komfortowe, lecz także zapewni wysokiej jakości brzmienie.

– Każdy element ma wpływ na brzmienie: poduszki, ich materiał i grubość, to, czym są pokryte, jak są zrobione w środku. Oczywiście, to tylko jeden z elementów składowych i warto dodać, że najważniejszym z nich jest przetwornik. Bardzo wiele zależy od miejsca produkcji, dlatego firma Sennheiser stawia na gwarancję niemieckiej jakości – tłumaczy Paweł Kuhn.

Menadżer marketingu z firmy Aplauz podkreśla, że obecnie największe doświadczenie w produkcji przetworników ze wszystkich europejskich producentów ma firma Sennheiser. Dlatego właśnie niemiecki producent uważany jest za jednego z liderów rynku sprzętu audio.

– Najdroższe słuchawki marki Sennheiser to przy okazji w ogóle najdroższe i najlepsze słuchawki dostępne w oficjalnej sprzedaży. Model HE1 nawiązujący do absolutnie legendarnego produktu Sennheiser Orpheus z lat 90., są to słuchawki elektrostatyczne sprzedawane łącznie ze wzmacniaczem lampowym obudowanym w marmur Carrara. Kosztują ponad 200 tys. zł. Sprzedaliśmy ok. 100 sztuk na świecie, a produkujemy je zaledwie od roku – mówi Paweł Kuhn.

Specjalista podkreśla, że najlepsze słuchawki elektrostatyczne z oferty Sennheiser wyposażono w szereg innowacji, w tym m.in. przetwornik zasilany prądem o napięciu 400 woltów.

– Im dalej od przetwornika znajduje się transformator, który podaje ten prąd, tym większe są zniekształcenia. Dlatego Sennheiser opracował technologię, gdzie ten transformator jest zintegrowany w słuchawkach. Oczywiście dla użytkownika nie ma żadnej różnicy, po prostu zakłada na uszy dosyć duże słuchawki. One i tak byłyby duże, bo model elektrostatyczny tym się cechuje. Zniekształcenia harmoniczne, z którymi walczymy we wszystkich słuchawkach, są tutaj na absolutnie minimalnym poziomie, niedostępnym dotychczas, rzędu jednej tysięcznej procenta – wyjaśnia Paweł Kuhn.

Dla kontrastu najtańsze słuchawki z fabryki niemieckiego producenta można kupić  za kilkadziesiąt złotych.

– Im wyższa cena słuchawek, tym mają więcej do zaoferowania, np. obsługę smartfonów zarówno z systemem iOS, jak i Android, grubsze, bardziej wytłumiające poduszki, większe nauszniki, które bardziej otaczają nasze uszy, dając jeszcze lepszą jakość odsłuchu. Im więcej materiału i tych drobnych elementów, tym więcej trzeba zapłacić – podsumowuje Paweł Kuhn.

Ostre zdjęcia w ciemności i w ruchu możliwe dzięki nowym technologiom. Producenci smartfonów stawiają na zaawansowane obiektywy

Ostre zdjęcia w ciemności i w ruchu możliwe dzięki nowym technologiom. Producenci smartfonów stawiają na zaawansowane obiektywy 5

Zarejestrowanie ostrych zdjęć w ciemności i w przypadku obiektów w ruchu stanowiło zawsze największy problem dla użytkowników smartfonów. Sony opracowało jednak rozwiązania, które mają umożliwić wykonywanie udanych fotografii nawet w takich warunkach.

– Szereg badań wskazuje na to, że są dwa obszary, które zazwyczaj są problematyczne dla klientów. To zdjęcia robione w ciemności i zdjęcia robione w ruchu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Agnieszka Jaśkiewicz, dyrektor ds. marketingu w Sony Mobile Polska. – W związku z tym już od modelu Sony Xperia X proponujemy klientom w naszym aparacie technologie, dzięki którym aparat automatycznie radzi sobie z obiektami w ruchu. Już wtedy zastosowaliśmy hybrydowy autofocus, natomiast teraz, w najnowszych modelach, proponujemy technologię Predictive Capture.  

W ostatnim czasie japoński koncern zmienił globalną strategię w segmencie smartfonów. Sony wstrzymało na razie premiery urządzeń z tzw. średniej półki i postawiło na dwa nowe modele, które można nazwać sztandarowymi. W ocenie analityków rynku szczególnie Xperia XZ Premium ma zadatki, aby stać się jednym z najlepiej sprzedających się urządzeń w palecie firmy. Jego zalety to wysokiej jakości podzespoły połączone z rozsądną ceną i unikalnymi funkcjami, takimi jak Predictive Capture.

Dzięki tej technologii aparat śledzi obiekt poruszający się w kadrze, wykorzystując do tego hybrydowy system ustawiania ostrości. Automatycznie wykrywa ruch i pozwala na zarejestrowanie do czterech zdjęć zanim użytkownik w ogóle naciśnie spust migawki.

– Predictive Capture dokłada do tego dodatkową funkcję i rejestruje to, co się dzieje jeszcze przed naciśnięciem spustu migawki i automatycznie wykrywa ruch – wyjaśnia Agnieszka Jaśkiewicz. – To oznacza, że jeżeli mamy snowboardzistę, który skacze, i już go chcemy uchwycić na zdjęciu, to smartfon wykrywa ruch i zaczyna rejestrować obraz, a później proponuje nam najlepsze z możliwych ujęć.

Hybrydowy autofocus znajduje się już w większości modeli Sony. Dodatkowo w przypadku Xperii XZ Premium dochodzi właśnie technologia Predictive Capture, kluczowa ze względu na ustawianie ostrości na obiektach w ruchu.

– Funkcje te są funkcjami automatycznym smartfona. Dlaczego tak jest? Dlatego, że my wiemy, że większość osób robi zdjęcia w trybie automatycznym, nie manualnym – mówi Agnieszka Jaśkiewicz. – Chcemy, by dla klienta było to jak najprostsze, jak najłatwiejsze w użytkowaniu i dało mu możliwość cieszenia się super jakością zdjęć bez szukania dodatkowych opcji w smartfonie. Te funkcje automatycznie działają w tle.

Firma badawcza IDC szacuje, że w ubiegłym roku sprzedano w Polsce niemal 8 mln smartfonów, co oznacza ponad 5-proc. wzrost w porównaniu z 2015 rokiem. Prognozy mówią, że w 2017 roku sprzedaż smartfonów dalej będzie rosła i osiągnie liczbę ponad 8,4 mln urządzeń, z czego 90 proc. będą stanowiły smartfony wyposażone w technologię LTE. Przestaje to być zatem wyróżnik decydujący o zakupie nowego smartfona, natomiast w dalszym ciągu kupujący zwracają uwagę właśnie na możliwości urządzeń związane z fotografowaniem i filmowaniem.

Przekształcenie domu w „smart home” nie musi na początku być drogie. Ważny jest system, który integruje wszystkie urządzenia

Przekształcenie domu w "smart home" nie musi na początku być drogie. Ważny jest system, który integruje wszystkie urządzenia 6

Firma Fibaro stworzyła ekosystem, który integruje całą gamę domowych urządzeń i wspomaga codzienne czynności. Wszystko po to, by domownicy nie musieli sobie zawracać głowy rutynowymi obowiązkami, które pochłaniają zarówno czas, jak i energię.

Nie zdając sobie z tego sprawy, używamy różnego rodzaju urządzeń, które nazywamy smart – są to telewizory, klimatyzatory, rolety zewnętrzne, systemy audiowideo, a także urządzenia z automatyki domowej, takie jak zraszacze do ogrodu i inne. Cała magia ekosystemu Fibaro polega na tym, że mózg centralki pozwala integrować ze sobą wszystkie elementy systemu – mówi agencji informacyjnej Newsera Innowacje Krzysztof Banasiak, członek zarządu Fibaro.

System Fibaro umożliwia integrację domowych urządzeń za pomocą specjalnych przycisków, czujników, pilotów, a także oprogramowania na tablety czy smartfony. Dzięki nim można je dowolnie personalizować czy konfigurować w taki sposób, by np. włączały się o danej porze i dostosowywały się do wymagań użytkownika.

Powiedzmy, że chcemy codziennie o 17 oglądać wiadomości, do tego chcemy mieć sufit podświetlony na niebiesko, zamknięte rolety i którąś z lampek nocnych zapalonych na 30%. System Fibaro można skonfigurować w taki sposób, że codziennie o 17 sam automatycznie dostosuje się do wszystkich zaleceń: podniesie głos w naszym systemie audio, włączy telewizor, spuści rolety, pozapala odpowiednie oświetlenie i po zakończeniu programu wróci ponownie do trybu dziennego czy wieczornego – wyjaśnia Krzysztof Banasiak.

System Fibaro sprawdzi się nie tylko w domu jako manualny włącznik dowolnych urządzeń elektrycznych i scen, ale również w firmie, jako urządzenie wspomagające czynności oraz obsługę klientów. Co więcej, system doskonale nadaje się również do tego, by korzystać z niego w sytuacjach alarmowych np. jako przycisk kontaktu z opiekunem czy wezwania pomocy.

Samo wdrożenie integracji to bardzo ciężki kawałek chleba, tym bardziej, że zarządzanie wszystkimi pojedynczymi ekosystemami, mającymi różne technologie nie jest łatwe. Mimo to technologia Fibaro potrafi w jednym miejscu wykorzystać możliwości każdego z tych elementów systemu naszego domu – przekonuje Krzysztof Banasiak. Po czym dodaje ­– Weźmy np. rolety, oświetlenie, ogrzewanie, sprzęt audio i sprzęt wideo. To wszystko zaczyna współgrać i żyć de facto w harmonii. Klient zyskuje nie tylko czas, ale przede wszystkim komfort.

Koszty instalacji zależą od tego, czym zainteresowany jest dany klient i jak wiele urządzeń będzie chciał zintegrować. Innymi słowy, użytkownik ekosystemu może dokładać do niego kolejne urządzenia, lecz musi liczyć się z dodatkowymi inwestycjami.

Ciężko dokładnie oszacować całkowite koszty. To tak, jakbyśmy próbowali na oko powiedzieć, ile kosztuje dom lub mieszkanie. Klienci, którzy jeszcze nie mieli okazji użytkować naszego systemu, mogą zacząć np. od zdalnego sterowania roletami zewnętrznymi domu, w takim przypadku koszt instalacji wyniesie ok. 1500 zł. Oczywiście w każdej chwili klienci mogą dojść do wniosku, że już czas, aby zacząć sterować ogrzewaniem, a później innymi elementami, znajdującymi się w domowej przestrzeni. W takiej sytuacji użytkownicy mogą dokupić kolejne elementy, aż w końcu stworzą w swoim domu inteligentny ekosystem – tłumaczy Krzysztof Banasiak.

Oferta firmy Fibaro, w której znajdują się: sensory, aktory, wyzwalacze i centrale, pozwala wyjść naprzeciw oczekiwaniom klientów, oferując im wszystko to, czego w danym momencie potrzebują.

Nasz ekosystem charakteryzuje się bardzo bogatym portfoliem produktów, dlatego jesteśmy w stanie sprostać praktycznie wszystkim potrzebom naszego klienta. Jako Fibaro potrafimy zbudować inteligentny dom w zależności od wymagań i potrzeb klienta – podsumowuje Krzysztof Banasiak.

Polski startup opracował multimedialne aplikacje, które pomogą w terapii autyzmu u dzieci. W światowej ekspansji firmie pomoże Google

Polski startup opracował multimedialne aplikacje, które pomogą w terapii autyzmu u dzieci. W światowej ekspansji firmie pomoże Google 7

Nowe technologie są integralną częścią dzisiejszej medycyny. Przy wsparciu najnowocześniejszych nowinek technicznych udaje się nie tylko ratować ludzkie życie, ale i wyznaczać innowacyjne trendy, mające podnosić standardy, a co za tym idzie efektywność w procesie leczenia i terapii. Firma DrOmnibus tworzy specjalne narzędzia multimedialne dla dzieci z autyzmem, dzięki którym terapia przynosi jeszcze lepsze rezultaty.

DrOmnibus tworzy narzędzia multimedialne przeznaczone dla dzieciaków z zaburzeniami zachowania i rozwoju takimi jak autyzm.  W tym momencie grupa wiekowa to 3-14 lat – mówi agencji informacyjnej Michał Ryś, założyciel i dyrektor finansowy firmy DrOmnibus. Po czym dodaje – Nasza innowacyjność polega na tym, że z jednej strony wykorzystujemy technologie mobilne, z drugiej strony opieramy się na potwierdzonej naukowo metodzie terapeutycznej, czyli tak naprawdę przełożyliśmy na tablet, ale też tablicę internetową, komputer już z potwierdzoną skutecznie metodę pracy z dziećmi z autyzmem. Dajemy terapeutom możliwość prowadzenia terapii o wiele bardziej efektywniej.

Specjalista zaznacza, że aplikacje są kompatybilne z najważniejszymi systemami operacyjnymi. Co więcej, uważa, że „apki” najlepiej sprawdzą się na tabletach, bowiem przyciągną uwagę dzieci i pozwolą wejść w interakcję z programem.

Nasze aplikacje opieramy głównie na trzech systemach, czyli iOS, Android i Windows, z tym że rekomendujemy zawsze, żeby aplikacja była wykorzystywana na tablecie. Tym bardziej, że oferuje dotykowy ekran, który sam w sobie podnosi uwagę dziecka, co jest dużo lepszym rozwiązaniem aniżeli relacja myszka-komputer czy myszka-ekran – wyjaśnia Michał Ryś.

Warto zaznaczyć, że DrOmnibus jest jedynym start-upem z Polski, który zakwalifikował się do programu Launchpad Accelerator – obejmującego firmy z regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Start-up został doceniony nie tylko za innowacyjność, ale i samą charakterystykę.

Jako jedynej firmie z Polski udało nam się dostać na Google Launchpad. Bardzo fajny program organizowany przez Google i przez najbliższe pół roku będziemy współpracować bardzo blisko z Google&HASH39;m, żeby nasz biznes, bo to nie tylko misja, ale też biznes rozwinął się na skalę globalną – komentuje Michał Ryś.

Założyciel i dyrektor finansowy firmy DrOmnibus podkreśla, że w 2018 roku start-up ruszy na podbój amerykańskiego rynku. Tym bardziej, że kolejne innowacyjne projekty szybko znajdują zainteresowanie wśród inwestorów na całym świecie.

W tym roku finalizujemy nasz produkt przeznaczony dla dzieciaków. Chcemy żeby wszedł w fazę badań klinicznych. Do końca roku mamy zamiar zebrać rundę finansowania przeznaczoną na badania kliniczne. Ponadto zbieramy środki na naszą technologię, która umożliwi pracę z osobami starszymi z MSI Alzheimerem. Już złożyliśmy w tym celu projekt do firmy Bayer, która sfinansuje go prawie w 80 proc.. Od 2018 roku wyjdziemy poza Polskę i Wielką Brytanię. Celujemy zwłaszcza w rynek amerykański, który i w tym momencie stał się dla nas bardzo ciekawy – podsumowuje Michał Ryś.

PAIH: Jak inwestor powinien wpisywać się w plan rządu i strategię regionów?

Jaki jest idealny profil inwestora, który byłby zgodny z oczekiwaniami i realizowałby założenia strategii gospodarczej rządu oraz wpisywałby się w strategię regionów? Gdy trafia on do miasta, tam efekt ekonomiczny jest najbardziej znaczący, oddziałuje wtedy głównie lokalnie. Najważniejsze jest wykazanie balansu pomiędzy ilością zachęt, z których skorzysta a stworzonym ekosystemem – nie tylko miejscami pracy, co jest oczywistym bezpośrednim efektem inwestycji.

– W środowisku lokalnym inwestor powinien również spowodować tzw. efekt spillover, gdzie wskutek inwestycji pojawiają się dostawcy, poddostawcy, lokalni odbiorcy, czyli wzrasta również klaster wokół przedsiębiorcy – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Senger, wiceprezes Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu – Prowadzimy negocjacje i rozmowy z przedsiębiorcami z zagranicy. Pamiętajmy jednak, że inwestorzy, którzy mogą korzystać z zachęt, pochodzą również z Polski. Duża część nowych inwestycji należy właśnie do nich. Idealny poziom zachęt – zwolnień podatkowych i grantu rządowego – powinien być zrównoważony stworzonymi miejscami pracy, ale również efektem gospodarczym w postaci nowych polskich poddostawców, co zwiększa efekt klasteringu lokalnego.

W kwestii oczekiwań inwestorów, agencja oferuje – oprócz zachęt i doradztwa lokalizacyjnego, także pomoc w zrozumieniu rynku pracy, co jest największym wyzwaniem. Wraz ze wzrostem skomplikowania umieszczanych w Polsce procesów, rośnie również złożoność tego, co musi być wykonywane przez pracowników. Zmniejsza się więc liczba gotowych już na rynku pracy osób. Oferujemy współpracę z organizacjami pracodawców danego sektora, uniwersytetami zapewniającymi dobre programy szkoleniowe. W mniej oczywistych lokalizacjach, jak mniejsze miejscowości, staramy się dotrzeć do władz lokalnych, szkół wyższych, których jest ponad 400 równo rozłożonych po całym kraju. Chcemy pokazać, że profil pracownika jest dziś bardziej złożony. To jedno z wyzwań, nad którym pracujemy wspólnie z naszymi partnerami – wskazuje Senger.

Program „Rodzina 500+” wspiera wzrost obrotów w handlu detalicznym, ale jest też druga strona medalu

Zgodnie z prognozami Coface realny wzrost PKB sięgnie w tym roku 3,6 proc. Główną siłą napędową naszej gospodarki pozostaje konsumpcja gospodarstw domowych, która odpowiada za blisko 60 proc. wzrostu gospodarczego Polski. A sprzyja jej widoczny skok wynagrodzeń (od 2010 r. wynagrodzenia wzrosły o ponad 20 proc.) i poprawa na rynku pracy. Bodźcem wpływającym na wydatki gospodarstw domowych i tym samym na wyższe obroty branży handlowej nadal pozostaje program „Rodzina 500+”. Jednak poza korzyściami wynikającymi z bieżącej sytuacji makroekonomicznej, na handel czekają specyficzne dla branży trudności i wyzwania.

Grzegorz SIELEWICZ, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej Coface
Grzegorz SIELEWICZ, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej – Coface

Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej: Podczas, gdy w 2015 roku dynamika sprzedaży detalicznej wyniosła 3,7 proc. r/r (w cenach stałych), w 2016 roku zwiększyła się do 5,7 proc., a w pierwszych czterech miesiącach 2017 roku sięgnęła 6,9 proc. Przyspieszenie dynamiki widoczne jest od połowy zeszłego roku, kiedy to już w pełni wypłacano świadczenia przysługujące beneficjentom programu „Rodzina 500+”. Wyższe obroty notuje większość kategorii sprzedaży detalicznej. Należą do nich zarówno dobra trwałego użytku, czyli meble, RTV i AGD, jak również kosmetyki, farmaceutyki oraz odzież i obuwie. Wydaje się jednak, że program „Rodzina 500+” przyczynia się do zwiększonej sprzedaży zwłaszcza w sklepach wielobranżowych, supermarketach i hipermarketach. Dane GUS wskazują, że dynamika sprzedaży detalicznej w tego typu placówkach pozostawała w tym roku na solidnym poziomie.

34 proc. beneficjentów programu deklaruje, że wszystkie pieniądze z „Rodziny 500+” wydaje od ręki (badanie ZBP/TNS realizowane w sierpniu zeszłego roku). Część z uzyskanych środków przeznaczanych jest na oszczędności lub odkładana na większe zakupy. Ma to miejsce zwłaszcza w większych miastach, gdzie sytuacja na rynku pracy jest wyjątkowo dobra. W mniejszych miejscowościach dodatkowe dochody, uzyskiwane w ramach świadczenia z programu „Rodzina 500+”, w większości przeznaczane zostają na konsumpcję. W tym wypadku bardziej zyskują na tym lokalne sklepy niż odległe galerie handlowe.

Większa konsumpcja gospodarstw domowych nie jest jednak tylko zasługą programu „Rodzina 500+”. Polacy są skłonni kupować coraz więcej, a ich możliwości zakupowe wspiera poprawa sytuacji na rynku pracy. Stopa bezrobocia osiągnęła najniższy poziom w ostatnich 26 latach. Jednocześnie utrzymuje się dynamiczny wzrost wynagrodzeń, przekraczający już 4 proc. r/r. W rezultacie konsumpcja prywatna umacnia się w znacznym stopniu dzięki dobrej sytuacji na rynku pracy, a nie wyłącznie programowi.

Warto dodać, że program „Rodzina 500+” pośrednio spowodował presję na wzrost płac, a w niektórych przypadkach, porzucanie pracy, zwłaszcza w miejscowościach o niskiej regionalnej średniej wynagrodzeń i wśród rodzin wielodzietnych. Świadczenie przysługujące uprawnionym beneficjentom na jedno dziecko to ponad 1/3 minimalnego wynagrodzenia netto. W rezultacie wiele podmiotów w handlu było zmuszonych podnieść płace, aby przeciwdziałać ewentualnemu odejściu dotychczasowych pracowników. Starają się oni również przyciągnąć nowe osoby do pracy, co stało się trudniejsze w obliczu dobrej sytuacji na rynku. Zgodnie z badaniami koniunktury realizowanymi przez GUS, niedobór pracowników staje się coraz bardziej uciążliwą barierą w prowadzeniu bieżącej działalności i rozwoju firm. Ostatnio publikowane wyniki badań wskazują, że braki na rynku pracy ograniczają działalność co piątej firmy handlu detalicznego w Polsce. Koszt wynikający z wyższego wynagrodzenia pracowników jest trudny do przenoszenia na klientów ze względu na dużą konkurencję w handlu detalicznym. Wyższe obroty to także szansa na wyższe zyski, jednak przy bardzo ograniczonej możliwości zwiększania marż.

Przez ponad 2 lata w polskiej gospodarce obecna była deflacja cen, która wynikała głównie ze spadku cen surowców na rynkach światowych. Natomiast obserwowany na przestrzeni ostatnich miesięcy wzrost cen surowców powoduje tym samym wzrost inflacji. Zgodnie z przewidywaniami Coface, inflacja w tym roku nie będzie znacznie odbiegać od celu inflacyjnego Narodowego Banku Polskiego. Jednak wzrost wynagrodzeń w ujęciu realnym nie sięgnie już tak wysoko jak to odnotowano w dwóch poprzednich latach. Konsumenci doświadczając wzrostu cen mogą być mniej skłonni do dokonywania zakupów zwłaszcza, że obecny skok dotyczy w dużym stopniu cen żywności, które stanowią sporą część typowego koszyka zakupowego polskiego konsumenta. Niemniej jednak otoczenie gospodarcze znacznie sprzyja branży handlowej.

Wywiad z Erkanem Soyem, dyrektorem zarządzającym Criteo w krajach Europy Środkowo-Wschodniej

Erkan Soy, dyrektor zarządzający CEE w Criteo
Erkan Soy, dyrektor zarządzający CEE w Criteo

Jakie są obecnie główne trendy w handlu elektronicznym – w perspektywie globalnej i w Polsce?

Cyfrowy handel znajduje się w trendzie wzrostowym. W 2016 roku penetracja e-Commerce w Polsce wyniosła 56%, co przybliżyło nas do krajów Europy Zachodniej, gdzie handel elektroniczny pozostaje na dość stabilnym poziomie. Popularyzację e-Commerce obserwujemy także na innych rynkach regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Dla polskich firm działających w sektorze e-handlu pozyskanie nowych klientów niesie ogromny potencjał, bo pozwala także na geograficzną ekspansję na innych rynkach. Jednym z najważniejszych globalnych trendów w handlu elektronicznym jest rosnąca rola m-Commerce. Szacujemy, że jego udział w ogólnej sprzedaży online wynosi 37 procent. W  Wielkiej Brytanii i Japonii ponad połowa wszystkich e-transakcji jest dokonywana z poziomu smartfona lub tabletu.  Polska, z 17 proc. udziałem transakcji mobilnych w e-handlu, nadal ma sporo do nadrobienia w stosunku do krajów zachodniej Europy, ale sytuacja ta powinna się zmienić w ciągu najbliższych miesięcy. Rosnąca liczba stron internetowych zoptymalizowanych pod mobile to znak, że w krótkim czasie zakupy z poziomu urządzeń mobilnych mogą stać się coraz powszechniejsze. Jak miało to miejsce w na przykład w Turcji, gdzie 2 lata temu udział transakcji mobilnych wynosił zaledwie 11%, obecnie to 24%, z wciąż bardzo wysokim tempem wzrostu.

Dlaczego udział m-Commerce w e-handlu w Polsce jest niższy niż średnia globalna?

Jest ku temu kilka powodów. Jak wspomniałem – jeszcze do niedawna niewielka liczba stron internetowych była zoptymalizowana pod mobile. Kolejny powód to brak wystarczającej dostępności aplikacji zakupowych. Ale kluczowe może być niskie zaufanie do zakupów i płatności mobilnych. Polacy nie mają wystarczającego dostępu do płatności za pomocą jednego kliknięcia i innych, wygodnych form płatności, mają również ograniczone zaufanie do płatności online za pomocą kart kredytowych. Podobną sytuację obserwowano 2-3 lata temu w Niemczech, kiedy to  smartfony służyły głównie do przeglądania produktów, a nie kupowania. Odkąd zakupy przy użyciu smartfonów stały się wygodniejsze dla użytkowników, zaufanie do m-Commerce wzrosło i dziś prawie 4 na 10 transakcji wykonywanych w Niemczech jest finalizowanych z poziomu smartfona. Co się wydarzyło? Zakupy z poziomu smartfona stały się znacznie wygodniejsze: z jednej strony ekrany są coraz większe, a połączenia internetowe – szybsze, dodatkowo rośnie liczba publicznych punktów dostępu Wi-Fi. Z drugiej strony sprzedawcy skupili się na swoich mobilnych ofertach, aby witryny były przyjazne dla urządzeń przenośnych dzięki łatwej w obsłudze nawigacji z poziomu urządzenia mobilnego, zoptymalizowanemu doświadczeniu użytkownika i płatności za pomocą jednego kliknięcia. Ten przykład pokazuje, że jeśli sprzedawcy odpowiadają na potrzeby użytkowników, ci są skłonni przedkładać wygodę ponad obawy. Spodziewamy się podobnych zmian w Polsce, w okresie krótszym nawet niż 3 lata.

Badania Criteo pokazują, że Polacy lubią zmieniać urządzenia w procesie zakupowym. Co to oznacza dla detalistów?

To prawda, Polacy lubią korzystać z wielu urządzeń w procesie zakupowym. W ciągu dnia szukają produktów na smartfonach, ale po powrocie do domu finalizują transakcje na komputerze lub laptopie. W 40% wszystkich transakcji e-Commerce w Polsce użytkownicy skorzystali z minimum dwóch urządzeń w czasie przeglądania oferty sklepu online, co daje wyższy wskaźnik niż ten odnotowany w Stanach Zjednoczonych (31%). Upowszechnienie cyfrowych kanałów sprzedaży sprawia, że ​​ścieżka zakupowa klientów jest dziś bardziej rozproszona niż kiedykolwiek, ponieważ konsumenci, szukając produktów, porównując ceny i dokonując zakupu, korzystają z wielu urządzeń. Sprzedawcy powinni  brać pod uwagę fakt, że tradycyjne narzędzia analityczne skupiają się na urządzeniach, tym samym dostarczając ograniczony lub silosowy wgląd w ścieżkę zakupową klienta. Przejście do podejścia ukierunkowanego na użytkownika, które wykorzystuje zaawansowane narzędzia pomiarowe cross-device, pozwoli na dokładne zidentyfikowanie zachowania konsumenta i pełny wgląd w jego doświadczenie zakupowe. To kluczowe by zapewnić użytkownikom możliwie najlepsze doświadczenie zakupowe na każdym urządzeniu, z którego korzystają.

Czy w obliczu gwałtownego rozwoju e-commerce sklepy stacjonarne powinny czuć się zagrożone?

Kilka lat temu sprzedawcy zaobserwowali trend o nazwie „showrooming”, gdzie klienci oglądali produkty w sklepie, by następnie kupić je drogą online. Od tej pory sklepy stacjonarne czują zagrożenie ze strony handlu e-Commerce. Dziś jednak branża obserwuje odwrócenie tego trendu. Wyniki badania przeprowadzonego przez Criteo pokazują, że co najmniej 10-15 procent sprzedaży w sklepach jest przypisana do nowego modelu zakupowego, zwanego „webrooming”, gdzie klienci zbierają informacje o produktach w sieci, a następnie idą do sklepu stacjonarnego, aby dokonać zakupu. Forrester Research szacuje, że do 2018 roku w Stanach Zjednoczonych webrooming wygeneruje sprzedaż na poziomie 1,8 biliona dolarów. Aby odnieść sukces, sklepy stacjonarne muszą wykorzystać nowe kanały, za pomocą których klienci poszukują produktów i dokonują zakupów. Dotarcie do klientów drogą online z pewnością otworzy nowe możliwości przed sklepami stacjonarnymi. W Criteo uważamy, że przyszłością handlu detalicznego będzie omnichannel, reklama internetowa powinna także odzwierciedlać tę nową rzeczywistość. Integracja danych CRM offline, np. z kart lojalnościowych, może być dobrym sposobem na uczynienie reklamy internetowej jeszcze bardziej trafnym sposobem na dotarcie do użytkowników. Z drugiej strony sprzedawcy detaliczni mogą oferować kupony w sklepach online, aby zachęcić klientów do zakupów w sklepach fizycznych.

Czy widoczny obecnie trend sztucznej inteligencji zmieni system sprzedaży, który znamy na dzień dzisiejszy?

Przez ostatnią dekadę opracowaliśmy najbardziej zaawansowany samouczący się algorytm przeznaczony do generowania sprzedaży i stworzyliśmy skalowany ekosystem 15 000 sprzedawców detalicznych i 18 000 bezpośrednich wydawców. Każdego miesiąca nasz silnik analizuje dane ponad 1,2 miliarda użytkowników, aby dostarczyć najbardziej precyzyjne prognozy w czasie rzeczywistym. To pozwala na pokazanie użytkownikowi najbardziej adekwatnej marki w danej chwili i najlepszej rekomendacji produktowej w formacie, który skutecznie przyciągnie uwagę użytkownika. Możemy przewidzieć, kiedy użytkownik będzie chciał dokonać zakupu, tym samym więc pomagamy naszym klientom zwiększać sprzedaż. W taki właśnie sposób działa dziś handel internetowy.

Czy e-Commerce czeka centralizacja, czy specjalizacja w zakresie oferowanych produktów. Czy może 2 w 1?

Zarówno sprzedawcy, jak i wyspecjalizowane sklepy niszowe mogą odnieść sukces w handlu elektronicznym. Sekretem sukcesu jest skala, co oznacza możliwość dotarcia do jak największej liczby potencjalnie zainteresowanych kupujących, poprzez kierowanie do nich indywidualnych reklam, które odpowiadają na aktualne potrzeby.

Sfinks z przychodami blisko 43 mln zł po I kw. 2017 r.

Spółka Sfinks Polska, zarządzająca sieciami restauracji Sphinx, Chłopskie Jadło i WOOK, w I kwartale 2017 r. osiągnęła przychody jednostkowe w wysokości 42,88 mln zł oraz EBITDA w wysokości 2,00 mln zł. W odpowiedzi na zmieniające się warunki rynkowe i presję kosztową w I kwartale br. Sfinks przygotował nową strategię, która pozwoli mu zarządzać siecią 400 lokali w ciągu najbliższych 5 lat.

– Analizując nasze wyniki za I kwartał 2017 w odniesieniu do danych za I kwartał 2016, obejmujący okres od grudnia do lutego, należy wziąć pod uwagę, że mieliśmy wówczas do czynienia z przesunięciem okresu obrachunkowego, co zaburza bezpośrednią porównywalność, a tymczasem w gastronomii nie można rozpatrywać wyników w oderwaniu od czynnika sezonowego. Jeśli zatem odniesiemy nasze wyniki do okresu styczeń-marzec 2016 r., kiedy przychody ze sprzedaży wyniosły 42,56 mln zł, okazuje się, że w raportowanym właśnie kwartale zanotowaliśmy ich wzrost. Co istotne zwiększenie obrotów wypracowaliśmy przy sieci mniejszej o 4 lokale oraz pomimo ubiegłorocznej korekty cen, jaką wprowadziliśmy w odpowiedzi na rosnące koszty płac. W I kwartale 2017 r. rentowność na sprzedaży utrzymała się na zbliżonym poziomie do wskaźników notowanych w okresie od stycznia do marca zeszłego roku. Ponadto pod względem sprzedaży na podkreślenie zasługuje też bardzo dobry wynik Chłopskiego Jadła, które zwiększyło obroty w minionym kwartale o blisko 22% – wyjaśnia Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska SA.

–  Z punktu widzenia naszej działalności szczególnie istotne są zmiany na rynku pracy. W połowie ubiegłego roku podjęliśmy działania, które miały ograniczać wpływ wzrostu kosztów wynagrodzeń na naszą efektywność i umożliwić grupie rozwój w zmieniających się warunkach rynkowych. Obserwujemy już efekty tych działań, a dodatkowo na przełomie I i II kwartału wprowadziliśmy kolejne zmiany w technologii i ofercie mające na celu dalszą poprawę efektywności. Odnosząc obecne wyniki do tych sprzed roku trzeba wziąć pod uwagę, że ubiegłoroczne dane są w dużym stopniu obciążone zdarzeniami jednorazowymi, jak umorzenie odsetek bankowych i odszkodowanie od kontrahenta. One powodują, że wyniki netto są właściwie nieporównywalne, a lepszy obraz sytuacji dają dane sprzedażowe i operacyjne – dodaje Sylwester Cacek.

Jednocześnie odpowiedzią spółki na zmieniające się warunki gospodarcze jest nowa strategia rozwoju na lata 2017-2022, którą Sfinks ogłosił pod koniec I kwartału. Zgodnie z nią grupa chce zbudować komplementarne portfolio marek gastronomicznych obejmujące ok. 400 lokali. Sfinks zamierza rozwijać posiadane sieci i wchodzić w nowe segmenty rynku gastronomicznego, jak pizza i pasta, fast casual dining, quick service restaurants, bary bistro i gastro puby. Sieci będą rozwijane zarówno na drodze wzrostu organicznego, jak i poprzez przejęcia. Wzrost sprzedaży ma być również generowany dzięki uruchomieniu usługi delivery na szeroką skalę, a także w wyniku rozwoju międzynarodowego, który ma dotyczyć sieci Sphinx. W ciągu 5 lat ma być ona obecna w co najmniej trzech krajach.

– Naszym priorytetem jest budowanie wzrostu wartości spółki dla akcjonariuszy i to przyświeca wszystkim naszym działaniom. Dlatego kontynuujemy prace, które mają zapewnić nam systematyczny rozwój. Otwieramy kolejne restauracje pod marką Sphinx, ale też pracujemy nad nowymi markami, na które mamy umowy licencji czy masterfranczyzy. Zarówno lokale pod marką Fabryka Pizzy, jak i Meta pojawią się w naszej ofercie jeszcze w tym roku. Jesteśmy też gotowi i otwarci, by skokowo powiększyć skalę naszej działalności w wyniku akwizycji. Mamy know-how i zaplecze, by poprowadzić kilkukrotnie większą liczbę lokali niż obecnie w ramach posiadanych struktur w centrali  – dodaje prezes Sfinksa.

Sfinks regularnie prowadzi działania dotyczące akwizycji na rynku. Ich wynikiem było podpisanie w I kwartale br. umowy o współpracy z właścicielami marek Meta Seta Galareta, Meta Disco oraz Funky Jim. Podobną umowę spółka zawarła pod koniec 2016 r. z właścicielem Fabryki Pizzy. Z kolei już w maju br. Sfinks ogłosił, że negocjuje zakup 100% udziałów spółki prowadzącej portal internetowy niezwiązany z branżą gastronomiczną, z którego usług korzysta ponad 1,5 mln klientów w Polsce. Przejęcie to byłoby źródłem synergii w kontekście realizacji strategii rozwoju i planowanego wdrożenia usługi delivery oraz możliwości zaoferowania klientom dodatkowych atrakcyjnych usług.

Sfinks kontynuuje też działania prosprzedażowe w swoich sieciach. W I kwartale br. wprowadzono nowe menu w sieci Chłopskie Jadło oraz znaczący projekt w restauracjach Sphinx, w ramach którego w bieżącym roku dania we wkładkach z nowościami oparte będą na oryginalnych przepisach ekspertki kuchni libańskiej, Samar Khanafer – autorki kulinarnego bestsellera pt. „Hummus, za’atar i granaty” i popularnego bloga blogSamar.com. Pierwsza z wkładek – „Kofta, za’atar i daktyle” – została wprowadzona w sieci Sphinx w lutym br.

Na poziomie skonsolidowanym w I kwartale 2017 r. spółka Sfinks Polska osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 43,84 mln zł wobec 43,67 mln zł za I kw. 2016 i 46,19 mln zł za I kwartał poprzedniego roku obrachunkowego, tj. miesiące grudzień 2015 – luty 2016. Od stycznia do marca 2017 spółka odnotowała EBITDA w wysokości 2,01 mln zł oraz wynik netto -1,72 mln zł. W I kwartale 2016 r. dane te kształtowały się odpowiednio na poziomach: 3,78 mln zł oraz 5,40 mln zł, zaś w okresie grudzień 2015 – luty 2016: 2,89 mln zł oraz 4,58 mln zł.

Wyniki Murapolu za 2016 r.

Grupa Murapol w 2016 roku wypracowała 486,9 mln zł przychodów, osiągając zysk z działalności operacyjnej na poziomie 123,4 mln zł oraz zysk netto w wysokości 120,8 mln zł. Zaprezentowane dane zostały ustalone wg standardów sprawozdawczości finansowej stosowanej przez deweloperów.

– Odpowiadając na potrzeby zgłaszane przez naszych obligatariuszy, którzy oczekiwali zaprezentowania wyników finansowych całej Grupy Kapitałowej Murapol jako dewelopera, konsolidującego wszystkie podmioty kontrolowane, opracowaliśmy takie sprawozdanie finansowe pro-forma. Uzyskane w ten sposób cyfry, zbadane przez biegłego rewidenta, potwierdzają dobrą politykę inwestycyjną Grupy oraz trafność naszych decyzji biznesowych. – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Murapol S.A. – Zaprezentowane dane pozwalają także porównać wyniki wypracowane przez Grupę Murapol w ubiegłym roku z danymi finansowymi innych deweloperów. – dodaje Michał Sapota.

Wymóg sporządzenia sprawozdania finansowego pro-forma Grupy Murapol wynikał z warunków emisji obligacji serii S, T, U, W, Z Murapol S.A. Przedstawione dane pro-forma pokazują sytuację finansową i wyniki Grupy Kapitałowej Murapol, jakie kształtowałyby się w sytuacji gdyby spółka dominująca nie spełniała definicji podmiotu inwestycyjnego i konsolidowałaby wszystkie podmioty kontrolowane, zarówno bezpośrednio jak i pośrednio.

Wzrost PKB w Polsce. Co z rynkami wschodzącymi?

GUS zrewidował w górę wzrost PKB, wyniósł on w ciągu roku 4,2%. Dane makroekonomiczne z zachodu poniżej oczekiwań analityków. Jak długo waluty rynków wschodzących będą rosnąć.

Wzrost gospodarczy w Polsce

O godzinie 10:00 poznaliśmy dane na temat wzrostu PKB. W ujęciu rocznym wyniósł on imponujące 4,2% po oczyszczeniu o czynniki sezonowe. Głównym motorem wzrostu były wydatki konsumentów. Rosły one aż o 4,9%, co jest zasługą przede wszystkim rosnących płac oraz spadającego bezrobocia. Wzrost inwestycji o 1% również powinien cieszyć, ale nie tak bardzo jeżeli skonfrontujemy go z 9% spadkiem w 4 kwartale 2016. Istotna okazała się też wymiana międzynarodowa. Zarówno import jak i eksport wzrosły o ponad 9%. Parametry te mają jednak niższą wagę w tym wskaźniku. Dobre perspektywy dla Polski potwierdzają rynki. Waluta po silnym umocnieniu niemal nie zanotowała korekty a koszty obsługi długu są najniższe od pół roku.

Dane makroekonomiczne

Wczoraj poznaliśmy wstępne dane na temat inflacji w Niemczech. W ujęciu rocznym ceny rosną o 1,5% czyli o 0,1% wolniej niż oczekiwano. Gorzej wypadły też dane ze Szwajcarii gdzie indeks instytutu KOF wyniósł 101,6 pkt wobec spodziewanych 106,2. Dane o dochodach i wydatkach amerykanów pokryły się dokładnie z oczekiwaniami i rosły o 0,4% w ujęciu miesięcznym. Na koniec dnia poznaliśmy jeszcze słabszy od oczekiwań indeks zaufania konsumentów Conference Board. Wynik 117,9 był o 2 pkt niższy od przewidywań.

Szykuje się korekta na rynkach wschodzących?

Coraz więcej w mediach specjalistów zapowiada, że giełdy i waluty rynków wschodzących dadzą dobrze zarobić w kolejnych miesiącach. Skoro wszyscy wiedzą, że będzie tak dobrze to dlaczego sami wcześniej nie kupili? Ostatnie miesiące to wszakże silne umocnienia i to nie tylko walut naszego regionu, ale również bardziej egzotycznych, np. rubla czy rupii indyjskiej. Pytanie zawsze pozostaje takie samo. Jak długo potrwa ten trend i czy znowu nie potwierdzi się stwierdzenie, że optymalnym momentem na sprzedaż jest ten kiedy w mediach mówią by kupować.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

14:00 – Polska – inflacja konsumencka,

14:30 – Kanada – wzrost PKB,

15:45 – USA – indeks Chicago PMI.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Forum TFI: inwestorzy ponownie uwierzyli w krakowskie kamienice

Fundusz Prestiżowe Inwestycje Krakowskie 2 FIZ (PIK 2 FIZ), utworzony przez Forum TFI, z sukcesem zakończył emisję certyfikatów inwestycyjnych kierowanych do inwestorów zewnętrznych. Zainteresowanie okazało się większe niż planowano, skutkiem czego wartość zapisów musiała zostać zredukowana do ustalonego statutem poziomu 25 mln zł. Środki pozyskane od inwestorów zewnętrznych wraz z wkładem finansowym ze strony partnera branżowego zostaną teraz zainwestowane w rewitalizację kamienic zlokalizowanych na krakowskim Kazimierzu.

Efektem inwestycji realizowanych przez PIK 2 FIZ mają być lokale o wysokim standardzie wykończenia. Ich sukcesywna sprzedaż umożliwi cykliczne uwalnianie w funduszu gotówki, a przez to stopniowe wypłaty środków pieniężnych inwestorom poprzez wykupy należących do nich certyfikatów inwestycyjnych po cenie uwzględniającej 6,8 proc. zysku w skali roku. Zakładany czas trwania wykupów to 4 lata, począwszy od czerwca 2018 roku.

– PIK 2 FIZ to kolejny fundusz nieruchomościowy w ofercie Forum TFI. Jego konstrukcja jest zbliżona do PIK FIZ, który pierwszy zainwestował aktywa swoich inwestorów w renowacje kamienic, ale też jako pierwszy polski fundusz nieruchomościowy wykupił wszystkie certyfikaty inwestycyjne inwestorów zewnętrznych. PIK 2 FIZ różni się od swojego poprzednika przede wszystkim tym, że uwzględnia już ograniczenia wynikające ze zmiany warunków prawnych dotyczących opodatkowania funduszy inwestycyjnych zamkniętych. Nowy model wypracowany przez Forum TFI umożliwia lokowanie aktywów w nieruchomości w sposób, który nadal daje inwestorom szanse na atrakcyjne zyski. Fundusze z serii „PIK” tworzą tym samym nowy standard inwestycji w nieruchomości. W przyszłości na pewno będziemy kontynuowali jej rozwój, tym bardziej że polski rynek nieruchomości wciąż ma przed sobą znaczny potencjał wzrostu” — komentuje Artur Rawski, Prezes Zarządu Forum TFI S.A.

Strategia inwestycyjna pierwszego funduszu – PIK FIZ – opierała się na okazyjnym zakupie nieruchomości położonych w centrum Krakowa, który miał gwarantować późniejszą atrakcyjną cenę sprzedaży wykończonych w wysokim standardzie apartamentów. Celem było osiągnięcie stopy zwrotu na poziomie 9 proc. w skali roku. Metoda ta okazała się na tyle skuteczna, że w czasie krótszym niż początkowo zakładano, bo w ciągu zaledwie dwóch lat, fundusz zwrócił inwestorom zewnętrznym cały wpłacony przez nich kapitał wraz z zakładanym zyskiem.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 31.05.2017

Rynek gazu naturalnego jest podatny na sezonowość, co może stworzyć ciekawą okazję w nadchodzących miesiącach. Błękitne paliwo uzależnione jest od pogody, dlatego w miesiącach wakacyjnych notowania tegoż instrumentu mają tendencję spadkową. Dla przykładu, 17 letnia średnia stopa zwrotu dla czerwca wynosi 0,51 proc, ale dla lipca i sierpnia wartości wynoszą odpowiednio -2,19 oraz -3,44 procenta.

Sezonowość na rynku gazu naturalnego

Sezonowość na rynku gazu naturalnego

Źródło: Bloomberg

Jak widać, na początku drugiego półrocza dochodziło przeważnie do spadku notowań gazu ziemnego. Spadek notowań na tym instrumencie powinien być również wspierany przez ostatnie pozycjonowanie się zarządzających na kontraktach terminowych.

Pozycje funduszy zarządzających, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy zarządzających, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: Cme Group

Pozycję netto zarządzających znalazły się na swoim historycznym szczycie, możemy zatem zadać sobie pytanie, kto zdoła wypchnąć ceny gazu na jeszcze wyższe poziomy? Jeżeli nie dojdzie do żadnej katastrofy naturalnej, która obniży podaż surowca, to przez najbliższe trzy miesiące powinniśmy spodziewać się jego wyprzedaży.

Notowania gazu ziemnego, interwał dzienny

Notowania gazu ziemnego, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie dziennym notowań gazu naturalnego jesteśmy w dużej konsolidacji. Przez najbliższe trzy miesiące cena gazu może spaść w okolicę poziomu 2.666. Co więcej, na wykresie możemy wyznaczyć formację techniczną RGR, która sugeruje głębsze spadki. Najbliższe trzy miesiące powinny rozwiać nasze wątpliwości.

Snapchat!

Kolejna złota inwestycja czy wydmuszka giełdowa? W ramach przypomnienia, Twitter cały czas nie zarabia, a jest notowany na giełdzie. A jak to wygląda w tym przypadku? Na chwile obecną spółka ponosi spore straty, a takie wskaźniki jak marża netto (-127%), ROE (-49%) czy ROA (-38%) powodują, że optymistów musimy szukać ze świeczką. Niemniej jednak mamy hossę na rynku, a niedoświadczeni inwestorzy cały czas są bardzo optymistyczni co do najbliższej przyszłości. Inwestorzy kupili wizję przedsięwzięcia, jaką oferuję Snapchat, ale zapomnieli, że spółka konkuruje z innymi gigantami jak: Facebook, WhatApp i Messenger.

Notowania snapchata, interwał czterogodzinny

Notowania snapchata, interwał czterogodzinny

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie czterogodzinnym fajerwerków nie ma. Po udanym IPO, cena akcji runęła w dół. Dopóki Snap nie wymyśli sposobu na zmniejszenie kosztów, a zwiększenie przychodów, to niestety – osiągnięcie punktu 0 może nigdy się nie powieść. W samym zeszłym roku spółka zanotowało 515 milionów straty i to pomimo sześciokrotnego zwiększenia przychodów.

Notowania spółki dalej powinny poruszać się w trendzie horyzontalnym między strefą popytu 18.85, a strefa podaży 24.00. Niemniej jednak prawdopodobieństwo spadku notowań jest o wiele większe niż ich wzrost.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Grupa Abadon Real Estate po I kw. 2017 r.

Grupa Abadon Real Estate w ciągu pierwszych trzech miesięcy br. wypracowała 54,7 mln zł przychodów, osiągając zysk z działalności operacyjnej na poziomie 2,3 mln zł oraz zysk netto przypadający jednostce dominującej w wysokości 1,6 mln zł. W okresie tym Grupa zakontraktowała, w ramach zamówień otrzymanych od podmiotów z holdingu Murapol, obsługę inwestycji w systemie generalnego wykonawstwa o wartości 123,9 mln zł.

– Pierwszy kwartał bieżącego roku był dla Grupy Abadon Real Estate okresem konsekwentnego poszerzania kompetencji poprzez, z jednej strony przejęcie spółki Home Credit Group Finanse i Nieruchomości, świadczącej usługi sprzedaży i pośrednictwa kredytowego, z drugiej zaangażowanie kapitałowe w grupę budowlaną AWBUD. Działania te są konsekwencją naszej strategii rozwoju, zakładającej budowanie podmiotu posiadającego ogół kompetencji i zasobów niezbędnych do realizacji projektów z szeroko rozumianego rynku nieruchomościowego. Jako Grupa posiadamy duże doświadczenie w obszarze budownictwa mieszkaniowego, a przejęcie AWBUD pozwoli nam wejść z ofertą wysokospecjalistycznych usług na inne segmenty rynku nieruchomościowego. – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Abadon Real Estate S.A.

77 proc. przychodów ze sprzedaży wypracowanych przez Grupę Abadon RE w pierwszym kwartale 2017 roku pochodzi z działalności usługowej, obejmującej m.in. generalne wykonawstwo, usługi architektoniczno-projektowe, akwizycje i marketing. Pozostałe 23 proc. to wpływy zrealizowane przez dystrybutora materiałów budowlanych – Cross Bud Sp. z o.o.

W pierwszym kwartale br. Grupa Abadon RE podpisała z podmiotami z holdingu Murapol, poza umowami na obsługę w systemie generalnego wykonawstwa, także list intencyjny, na mocy którego będzie kompleksowo realizowała projekty nieruchomościowe, które powstaną na gruntach zakupionych ze środków pochodzących od inwestorów Murapol HRE FIZAN. Dzięki tej współpracy Grupa zamierza wypracować co najmniej 400 mln zł przychodów w ciągu najbliższych pięciu lat.

Strategia Grupa zakłada, poza świadczeniem usług na rzecz podmiotów z holdingu Murapol, wyjście z ofertą do inwestorów zewnętrznych, zainteresowanych realizowaniem projektów inwestycyjnych na polskim rynku nieruchomościowym.

Filmy w jakości 4K rewolucjonizują rynek domowej rozrywki. Za zmianami nie nadąża telewizja

Filmy w jakości 4K rewolucjonizują rynek domowej rozrywki. Za zmianami nie nadąża telewizja 8

Rynek domowej rozrywki w ostatnich latach przeżywa rewolucję związaną z przejściem na wykorzystanie materiałów w wysokiej rozdzielczości 4K. Eksperci twierdzą, że przeszliśmy już do etapu, w którym filmów czy programów nadawanych w tej rozdzielczości jest dużo, ale rewolucja 4K jeszcze się nie dokonała. Za zmianami nie nadąża przede wszystkim telewizja. 

Eksperci podkreślają, że nowości techniczne można podzielić na takie, które wprowadzane są na rynek nieco na siłę, poprzez próby tworzenia określonej mody i sztuczne nakręcanie popytu, oraz na te, które sprzedają się same, ze względu na ich bezdyskusyjne, widoczne od razu zalety. Do tych ostatnich zalicza się niewątpliwie technologia wyświetlania obrazów (filmów, programów, gier) w wysokich rozdzielczościach, określanych ogólnie mianem 4K. Oferuje ona zdecydowanie więcej szczegółów i bardziej wyrazistą kolorystykę, zapewniając widzom rozrywkę na jeszcze wyższym poziomie.

– Kilka lat temu jeden z moich znajomych wrócił z Hollywood, gdzie odwiedził kilka studiów filmowych. Okazało się, że już wtedy filmowcy byli zafascynowani HDR i możliwościami, jakie daje obraz 4K. Więcej szczegółów, większe natężenie kolorów, możliwość pokazania detali, które wcześniej nam umykały. Jeżeli dziś pójdziemy do sklepu, to zauważymy, że tych telewizorów 4K albo inaczej UHD z technologią Quantum Dot jest z roku na rok coraz więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Henryk Chorążewski z Samsung Electronics Polska.

Ekspert podkreśla, że technologia 4K, a także 8K, która również rysuje się już na horyzoncie, to przyszłość rynku domowej rozrywki. Mimo to wprowadzenie do obiegu największych rozdzielczości nie jest takie proste, bowiem problemem są nie tylko ograniczenia techniczne i dystrybucyjne, lecz także wysokie koszty inwestycji. Na przykład sporo filmów w wysokiej rozdzielczości można znaleźć już w internecie, jednak problem polega na tym, że nie odzwierciedlają one rzeczywistej jakości, czemu winna jest m.in. słaba szybkość transferu.

– Jeżeli chodzi o content, to bardzo dużo filmów UHD jest w internecie, coraz więcej jest na płytach blu-ray, są też telewizje satelitarne, które nadają taki sygnał 4K. Niestety, w Polsce nie ma stacji, które wykorzystywałyby tę technologię. Wprowadzenie 4K nie jest łatwe ze względu na szereg ograniczeń. Mimo to materiałów w technologii 4K przybywa, a w przyszłości będzie ich jeszcze więcej, przynajmniej tak wskazują nasze analizy i prognozy – twierdzi Henryk Chorążewski.

Ekspert z firmy Samsung nie ma też wątpliwości, że nowoczesne telewizory muszą nadążyć za zmieniającą się rzeczywistością rynkową. Nie jest to wcale proste w dobie Internetu i usług typu VOD (wideo na życzenie). Warto zauważyć, że pierwsze telewizory 4K pojawiły się w sprzedaży w 2013 roku, ale były stosunkowo drogie. Dopiero w 2015 roku ku uciesze wielu użytkowników doszły do głosu telewizory 4K ze średniej półki cenowej. To zaowocowało wynikiem sprzedaży na poziomie 8 mln, jak wynika z badań przeprowadzonych przez Digital Entertainment Group z sierpnia 2016 roku. Obecnie rynek jest na etapie przejściowym, ultrawysoka rozdzielczość 4K stała się powszechniejsza i dziś coraz trudniej znaleźć na półce sklepowej telewizor, który  jej nie oferuje.

– Dzisiaj telewizor to nie tylko telewizja. To także wszystko to, co mamy w internecie, dlatego każdy film oglądany na telewizorze UHD będzie wyglądał lepiej niż na zwykłym telewizorze Full HD. Jeżeli chodzi o materiały w rozdzielczości Ultra High Definition, to takich materiałów najwięcej znajdziemy w tej chwili w internecie. W serwisie YouTube materiałów 4K są już setki tysięcy i ciągle ich przybywa – tłumaczy Henryk Chorążewski i dodaje – Kolejnym źródłem są serwisy VOD. W tych serwisach coraz częściej pojawiają się filmy nagrane w rozdzielczości Ultra HD. Możemy ich szukać w player.pl, HBO Go, Netfliksie i na wielu innych platformach.

Pewnym problemem dla użytkowników może być jednak nieuporządkowany sposób oznaczania rozdzielczości ekranów urządzeń i materiałów. Na rynku spotkać można określenia takie jak 4K, UHD (wraz z Ultra HD czy Ultra High Definition), a w pobliżu pojawiają się też nieraz pojęcia oznaczające nieco niższe rozdzielczości, takie jak QHD czy Quad HD. Znanym i powszechnie rozumianym pojęciem jest za to Full HD (1920×1080 pikseli), więc Ultra HD w 4K najłatwiej zdefiniować w odniesieniu do tego. To aż 4 razy więcej pikseli niż Full HD, podczas gdy w 8K to aż 16 razy więcej pikseli niż Full HD. Zależność jest prosta – im wyższa rozdzielczość, tym lepsza, bardziej szczegółowa jest jakość wyświetlanego obrazu.

– Rzeczywiście spotykamy kilka określeń, które dla osób, które przychodzą do sklepu, są często bliskoznaczne. Uważają one, że 4K, UHD czy Ultra HD to to samo. To wynika trochę z tego, że jako pierwsze pojawiło się określenie 4K, czyli format zapisu obrazu w wysokiej rozdzielczości. Jednak przy tym formacie otrzymujemy trochę więcej danych i trochę więcej pikseli, które nie są potem pokazywane w momencie, kiedy ten obraz odtwarzamy. A obraz odtwarzamy na telewizorach Ultra High Definition. Natomiast UHD, Ultra HD czy Ultra High Definition to jest to samo – telewizor, który wyświetla obraz w wysokiej rozdzielczości – wyjaśnia ekspert.

Wśród źródeł materiałów w rozdzielczości 4K warto wymienić także aparaty i kamery nagrywające w 4K, smartfony wyposażone w nagrywanie 4K czy oferujące najwyższą jakość materiału odtwarzacze blu-ray UHD. Te ostatnie pojawiły się zaledwie rok temu, dlatego nie dziwi fakt, że filmów na płytach BD UHD dopiero przybywa. Specjalista z firmy Samsung Electronics Polska przypomina też jednak o możliwości, jakie daje transmisja w jakości Ultra High Definition w przypadku telewizji satelitarnej.

– W tej chwili np. Astra ma 4 kanały czy więcej, w których obraz przesyłany jest w jakości Ultra High Definition. Miałem okazję oglądać takie transmisje i wygląda to naprawdę doskonale, wręcz wierzyć się nie chce, że są to programy nagrywane bez specjalnego oświetlenia, nie w studiu, tylko na żywo. Naprawdę robi to olbrzymie wrażenie – ocenia Henryk Chorążewski.

W ciągu najbliższych lat większość gier będzie wykorzystywała wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość. Nowe technologie napędzają rynek gier i producentów konsol

W ciągu najbliższych lat większość gier będzie wykorzystywała wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość. Nowe technologie napędzają rynek gier i producentów konsol 9

Wirtualna rzeczywistość coraz szerzej wkracza do gier dostępnych na konsole i rewolucjonizuje świat rozrywki. Trójwymiarowy obraz w połączeniu z dźwiękiem 3D i technologią śledzenia ruchów różnych części ciała sprawiają, że technologia VR zdobywa popularność w piorunującym tempie. Zdaniem ekspertów w ciągu najbliższych kilku lat większość gier będzie wykorzystywała rzeczywistość wirtualną lub rozszerzoną. 

Wirtualna rzeczywistość już kształtuje rynek gier wideo. Coraz częściej po elementy VR sięgają producenci gier, którzy przesuwają granicę rozrywki coraz dalej. W maju tego roku miała miejsce premiera PlayStation VR Aim, nowego kontrolera celowniczego, który może zrewolucjonizować świat gier FPS (first-person shooter), czyli tzw. „strzelanek”.

– Od premiery PlayStation VR w październiku 2016 roku sukcesywnie udowadniamy, że jest to dla nas bardzo ważny sprzęt, a wirtualna rzeczywistość jest ważnym aspektem w katalogu produktów PlayStation. Od premiery, w pierwszych 3 miesiącach na platformę PlayStation VR zostało wydanych ponad 50 gier – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Monika Paplińska, communication manager w Sony Interactive Entertainment Polska.

PlayStation VR oferuje  aplikacje, dzięki którym można też oglądać 360-stopniowe filmy w serwisach typu YouTube czy Netflix. Doświadczeń jest bardzo dużo i zdecydowanie nie ograniczają się one wyłącznie do grania.

– Jeśli prześledzić PlayStation Store, to strony w sklepie wirtualnym można przewijać, jest bogaty wybór gier czy różnego rodzaju doświadczeń. Inwestujemy, aby PlayStation VR i wirtualna rzeczywistość gościła w domach naszych graczy, czego dowodem jest choćby premiera gry Farpoint i nowego akcesorium, które ma pogłębić jeszcze wrażenie rozgrywki, czyli kontrolera celowniczego VR Aim – przekonuje ekspertka Sony Interactive Entertainment Polska.

PlayStation VR Aim trafił do sprzedaży 17 maja, wraz z grą „Farpoint”.W ciągu kilku miesięcy urządzenie będzie mogło być również wykorzystane w grach „The Brookhaven Experiment”, „Arizona Sunhine”, czy „ROM: Extraction”. Podstawą gier jest PlayStation VR.

– Mając PlayStation VR możemy korzystać z niego w bardzo różny sposób, m.in. wykorzystując „głowę” wraz z goglami na głowie i kontrolerem. Można wykorzystywać także dualshock 4, najnowszy PlayStation VR Aim, a także kontroler PlayStation Move znany z konsoli PlayStation 3 – wymienia Paplińska.

PlayStation VR Aim jest przydatny przede wszystkim w tzw. „strzelankach”, PlayStation Move pasuje natomiast do gier zręcznościowych, gdzie kluczowe jest przemieszczanie się. Dualhock jest niezbędny w grach sportowych, a panel dotykowy pozwala precyzyjnie wskazać np. miejsce strzelenia gola, czy wybranie prędkości pojazdu w grach rajdowych.

– PlayStation VR to jednak nie tylko gry. Mamy też innego rodzaju kontent, który zadowoli wszystkich domowników, dostępny w serwisie YouTube, który umożliwia oglądanie filmów 360 stopni. To także serwisy typu Netflix, które oferują oglądanie tego typu filmów i programów. Tych doświadczeń jest bardzo dużo i nie ograniczają się one tylko do grania i podziwiania nowych światów – tłumaczy Monika Paplińska.

Wartość rynku gier w 2017 roku może w tym roku wynieść blisko 110 mld dol. Jak pokazują doświadczenia producentów konsol, w przypadku wybranych tytułów gier liczba użytkowników wybierających wersję VR sięga 10 proc.

Studenci z Politechniki Wrocławskiej budują bolid wyścigowy na wzór Formuły 1. Model weźmie udział w międzynarodowych zawodach

Studenci z Politechniki Wrocławskiej budują bolid wyścigowy na wzór Formuły 1. Model weźmie udział w międzynarodowych zawodach 10

PW Racing Team to grupa ponad 60 studentów Politechniki Wrocławskiej, pracująca nad skonstruowaniem nowego aerodynamicznego bolidu wyścigowego, przypominającego samochody Formuły 1. Konstrukcja ma wziąć udział w wielu prestiżowych zawodach, zrzeszających najlepsze uczelnie techniczne z całego świata.

PW Racing Team ma już na swoim koncie pierwsze sukcesy międzynarodowe. Zeszłoroczne doświadczenia mają przełożyć się na kolejne przyszłe wyróżnienia, między innymi dzięki skonstruowaniu nowego, lepszego bolidu.

– Nasze sukcesy z ubiegłego roku to piąte miejsce w klasyfikacji generalnej zawodów w Wielkiej Brytanii i w Czechach oraz wygranie konkurencji Acceleration w najbardziej prestiżowych zawodach w Niemczech. W tym roku planujemy co najmniej powtórzyć te sukcesy, a przy odrobinie szczęścia otrzeć się o pierwszą trójkę w klasyfikacji generalnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Maciej Repelowski, konstruktor tylnego skrzydła, należący do zespołu PW Racing Team.

Nowy bolid RT08 w porównaniu do swych poprzedników jest jeszcze bardziej aerodynamiczny. Studentom udało się zmodernizować całą konstrukcję oraz znacząco obniżyć jej wagę. Dzięki temu bolid będzie jeszcze bardziej wszechstronny i z łatwością poradzi sobie m.in. w takiej konkurencji jak Skid Pad, która polega na przejechaniu bardzo wąskiego toru w kształcie ósemki.

– Najbardziej zauważalną różnicą w nowej konstrukcji RT08 będzie zwiększona ilość elementów aerodynamiki, poprawi to zachowanie samochodu w zakrętach, pomoże nam podczas zawodów w kilku konkurencjach. Implementacja pakietu aerodynamicznego pozwala na zwiększenie przyczepności i docisku na zakrętach, co pomaga nam osiągać lepsze wyniki. Podstawowym założeniem przy projektowaniu nowego bolidu było zmniejszenie jego masy. Niemal cały rok każdy dział pracował nad tym, aby wykorzystując najnowsze technologie ten cel osiągnąć. Jako że jesteśmy już na etapie wykonawstwa bolidu, mogę powiedzieć, że ten cel się udał – twierdzi Maciej Repelowski.

PW Racing Team to zespół przyszłych inżynierów, który liczy ponad 60 studentów. Młodzi konstruktorzy mają możliwość tworzenia innowacyjnych bolidów wyścigowych, które prezentowane są podczas zawodów na arenie międzynarodowej.

– PW Racing Team to zespół podzielony na poszczególne działy: zawieszenie, silnik, przeniesienie napędu, konstrukcja nośna, aerodynamika, elektronika oraz dział marketingu, które od września do czerwca pracują nad nowym bolidem – wylicza Maciej Repelowski. Jak mówi budowa bolidu składa się z kilku faz – Najpierw jest etap koncepcji, gdzie zastanawiamy się nad tym, jak powinien wyglądać nowy samochód, później etap designu, gdzie projektujemy poszczególne elementy, etap wykonawstwa, gdzie wysyłamy nasze projekty do firm zajmujących się tworzeniem poszczególnych komponentów. Później auto jest składane i testowane tak, aby w 100 proc. wykorzystać potencjał nowej konstrukcji na zawodach.

Młody konstruktor podkreśla, że projekt pozwala przyszłym inżynierom nie tylko nabyć doświadczenie, ale i obcować z najnowszymi technologiami. Zdobyte umiejętności mają im się przydać w przyszłości na rynku pracy.

– PW Racing Team pozwala nam wykorzystać w praktyce wiedzę, którą nabywamy podczas studiów. Jest również szansą na to, aby działać z najnowszymi technologiami dostępnymi na rynku, takimi jak włókno węglowe czy druk 3D. Jest to również sprawdzian naszych umiejętności i pracy w dużej grupie ludzi – podsumowuje Maciej Repelowski.

Byli pracownicy i sympatycy Nokii stworzyli własną firmę. Stoją za wielkim powrotem telefonów tej marki

Byli pracownicy i sympatycy Nokii stworzyli własną firmę. Stoją za wielkim powrotem telefonów tej marki 11

Firma HMD Global stoi za wielkim powrotem marki Nokia na rynek producentów telefonów i smartfonów. Związani od wielu lat z Nokią pracownicy postanowili założyć niezależną firmę i wskrzesić fińską markę na tym rynku. Zapowiadają kolejne premiery kultowego telefonu Nokia.

HMD Global przez 10 lat będzie wyłącznym licencjobiorcą marki Nokia, której używa na telefonach, smartfonach i w przyszłości prawdopodobnie tabletach – zdradza nam Robert Siewierski, country manager HMD Global. – Nasza firma powstała tylko i wyłącznie dla Nokii, by przywrócić jej świetność. Chcemy wprowadzać na rynek produkty Nokia. Żadnych innych.

Nad jakością najnowszych produktów czuwa zespół specjalistów, przy czym warto podkreślić, że niektórzy z pracowników HMD Global związani są z firmą Nokią od wielu lat. Jak deklaruje polski przedstawiciel marki, firma zachowa dzięki temu swój unikalny charakter, sięgając do korzeni i czerpiąc z doświadczenia to, co najlepsze.

HMD Global to nie tylko ludzie, którzy wcześniej pracowali w Nokii. To są osoby, które śmiało można nazwać fanatykami brandu Nokia. To są inżynierowie, którzy współpracowali z Nokią przy tworzeniu poprzednich modeli. Dzisiaj bardzo chętnie włączyli się do tej nowej rodziny. Są to architekci, projektanci, którzy kochali ten brand i chcą mu poświęcić czas i zaangażowanie. Projektują dla nas nowe urządzenia i są z nami na pokładzie – przekonuje Robert Siewierski.

Country manager HMD Global przyznaje, że wszystkie telefony produkowane są w Chinach, ale zaznacza, że HMD to firma wyłącznie fińska, z siedzibą główną w Espoo – tej samej miejscowości, z której wywodzi się sama Nokia.

Plany na przyszłość firmy zakładają, że oprócz odświeżonej Nokii 3310, która dopiero co pojawiła się na rynku, entuzjaści smartfonów mogą spodziewać się w tym roku wielu nowych modeli, wyposażonych w najnowszą wersję systemu Android.

Za kilka tygodni na polskim rynku pojawią się trzy smartfony Nokia 3, Nokia 5 i Nokia 6, a do końca roku może pojawią się inne modele. Nokia 3 i Nokia 5 to smartfony, które będą pierwsze na rynku, a kilka dni później, dosłownie tydzień, pojawi się Nokia 6. Nokia 6 to 5,5-calowy smartfon. Nokia 5 to 5,2 cala, a Nokia 3 to 5 cali – wylicza Robert Siewierski i dodaje – Wszystkie smartfony charakteryzują się jednym. Bez względu na to, jaką mają specyfikacje techniczną, wyróżniają się świetną jakością wykonania i zawsze będą oferować najnowszą wersję Androida i jest to natywny Android, bez żadnych naszych nakładek, naszych dodatków. Po prostu czysty Android.

Ropa ciągle bez rozstrzygnięć

Poniedziałkowy marazm towarzyszył inwestorom również i wczoraj. Ogólna tendencja na rynku walutowym nie sprzyjała dolarowi. Nienajlepsze nastroje panowały też na parkietach akcyjnych.

Główny indeks warszawskiej giełdy, WIG20, zanotował wczoraj spadki rzędu 1.3%, kończąc dzień poniżej bariery 2300 pkt. Niewiele lepiej było później na parkietach w USA. Wszystkie główne indeksy giełdowe odnotowały spadki. Słabo prezentował się też dolar amerykański, tracąc do euro 0.27%, a do dolara nowozelandzkiego ponad 0.6%. Słabości tej nie wykorzystano na rynku ropy, której ceny spadały wczoraj o około 0.7%. Pojawiły się obawy, iż ograniczenia w wydobyciu tego surowca nie zdołają wpłynąć na sytuację, wspierając wzrosty cen.

Publikowane wczoraj dane z USA zbliżone były do prognoz – zarówno w przypadku wzrostu dochodów jak też sytuacji na rynku nieruchomości. Za nami nocne dane z Japonii, gdzie produkcja przemysłowa wzrosła o 4%. Dziś rano poznamy dane o aktualnym bezrobociu w Niemczech (prog.:5.7%). O godzinie 15:45 poznamy wartość indeksu Chicago PMI. Natomiast wieczorem o 20:00 opublikowany zostanie raport „Beżowa księga” autorstwa FED.

Ropa ciągle bez rozstrzygnięć 12

Ostatnie spadki na rynku ropy pomimo swego dramatyzmu nie zmieniły diametralnie sytuacji technicznej. Na wykresie (WTI) widzimy, iż nadal nienaruszony jest kluczowy obszar wsparcia na 47$-47.5$. Wskaźnik RSI zmaga się z poziomem 50 pkt, jednak nawet przy dalszych spadkach sugerować będzie najwyżej boczną konsolidację. Najbliższy opór mamy na wysokości 52$.

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Część zabiegów medycyny estetycznej ma być wykonywana tylko przez lekarzy. Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało konsultacje w tej sprawie

Powiększanie ust, wypełnianie zmarszczek czy ujędrnianie twarzy – choć zabiegi medycyny estetycznej są stosunkowo bezpieczne, to przybywa pacjentów, którzy odczuli ich negatywne skutki, ponieważ wykonała je osoba niewykwalifikowana. Dlatego Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało konsultacje w sprawie uregulowania kwestii wykonywania zabiegów upiększających. Muszą one być zdefiniowane wprost jako świadczenia zdrowotne i wykonywane przez lekarzy – podkreślają przedstawiciele Polskiego Towarzystwa Medycyny Estetycznej i Anti-Aging.

Z roku na rok coraz więcej osób korzysta z zabiegów upiększających, przez co liczba gabinetów medycyny estetycznej dynamicznie rośnie. Eksperci podkreślają, że takie procedury są zwykle mało inwazyjne i bezpieczne, pod warunkiem że są wykonywane za pomocą sprawdzonych preparatów, w odpowiednich warunkach i przez specjalistów. Rzeczywistość jest jednak inna.

– Coraz więcej gabinetów kosmetycznych i osób bez wykształcenia medycznego wykonuje zabiegi medycyny estetycznej. Osoby, które wykonują zabiegi medyczne, a nie mają odpowiedniego wykształcenia, mówią, że to nie jest leczenie, tylko estetyka. Tak, ale jakikolwiek zabieg estetyczny wymaga zbadania pacjenta, postawienia diagnozy, wyboru sposobu terapii, leczenia powikłań, bo te również się zdarzają. Dopiero wtedy jest to pełna usługa – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Andrzej Ignaciuk, lekarz medycyny estetycznej, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Estetycznej i Anti-Aging.

Skutki zabiegów wykonywanych przez amatorów mogą być opłakane. Najczęściej są to różnego rodzaju infekcje, martwica tkanek czy reakcje alergiczne. Co więcej, nieodpowiednie zaaplikowanie botoksu może doprowadzić nawet do śmierci.

Z danych Polskiego Towarzystwa Medycyny Estetycznej i Anti-Aging wynika, że rośnie liczba zgłoszeń od pacjentów, którzy doświadczyli negatywnych skutków zabiegów wykonywanych przez osoby bez odpowiedniej wiedzy i wykształcenia. Problem narasta, dlatego konieczne jest uregulowanie prawa w tym zakresie.

– Za pośrednictwem Naczelnej Izby Lekarskiej zaproponowaliśmy takie sformułowania prawne, które pozwolą wykluczyć jakiekolwiek wątpliwości, czy wykonywanie zabiegów medycznych przez nie-lekarzy jest legalne, czy nielegalne. Ministerstwo Zdrowia przyjęło apel o zastanowienie się nad tą problematyką. Zobaczymy, jakie będą tego konsekwencje – mówi dr Andrzej Ignaciuk.

Chodzi przede wszystkim o uaktualnienie zapisów w ustawie o zawodzie lekarza.

– Oprócz tych wszystkich celów, jakie ma lekarz, czyli leczenie, prewencja, powinna być również wzmianka o działaniach mających na celu poprawienie jakości życia, rozumianej jako poprawa estetyki i funkcjonowania organizmu. To pozwoliłoby uciąć raz na zawsze spory, czy zabiegi estetyczne to leczenie, czy nie. Tam, gdzie podaje się lek, gdzie stosuje się jakąś terapię i istnieje ryzyko, mogą się tym zajmować tylko lekarze – podkreśla dr Andrzej Ignaciuk.

W odpowiedzi na apel Ministerstwo Zdrowia zgodziło się z ekspertami i podkreśliło, że wykonywanie zabiegów lekarskich z zakresu medycyny estetycznej to udzielanie świadczeń zdrowotnych, więc osobami uprawnionymi są jedynie lekarze mający specjalistyczną wiedzą teoretyczną i praktyczną.

– Czym więcej będzie zabiegów wykonywanych przez nie-lekarzy, tym większe prawdopodobieństwo, że zdarzy się jakieś nieszczęście. Oczywiście, lekarz też może popełnić błąd, ale jednocześnie to on jest osobą, która ten błąd powinna umieć wychwycić i sobie z nim poradzić. Po drugie, lekarz najczęściej przyjmuje w miejscach, które są przygotowane do udzielenia pierwszej pomocy. Poza tym ma dostęp do leków, które to umożliwiają. Dodatkowo lekarz jest osobą ubezpieczoną, co też ma znaczenie – żaden zakład ubezpieczeń nie wypłaci odszkodowania poszkodowanej pacjentce, która poddała się zabiegowi lekarskiemu wykonywanemu przez nie-lekarza i w środowisku nielekarskim – wyjaśnia dr Andrzej Ignaciuk.

Ministerstwo zapowiedziało, że skonsultuje z resortami odpowiedzialnymi za edukację i gospodarkę konieczność wprowadzenia regulacji w zakresie wykonywania świadczeń z zakresu medycyny estetycznej.

Prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Estetycznej i Anti-Aging przyznaje, że dużo zależy również od rozwagi pacjentów.

– Bądźmy ostrożni w wyborze usług z zakresu medycyny estetycznej. Sprawdzajmy, czy osoba, która je wykonuje, jest przede wszystkim lekarzem. Chyba nie ma sensu ryzykować swojego zdrowia i wyglądu, szukając 100–200 złotych oszczędności  – dodaje dr Andrzej Ignaciuk.

Detektory podczerwieni znajdują nowe zastosowanie w przemyśle. Branża prognozuje dynamiczne wzrosty sprzedaży

Detektory podczerwieni znajdują nowe zastosowanie w przemyśle. Branża prognozuje dynamiczne wzrosty sprzedaży 13

Branża fotoniczna prognozuje wzrost całego rynku do ponad 600 mld euro w 2020 roku, a rynek średniej podczerwieni ma rosnąć średnio o 37 proc. rocznie. Detektory podczerwieni znajdują coraz to nowe zastosowania. Wykorzystuje je sektor przemysłowy, konsumencki i zbrojeniowy. Vigo System, lider w dziedzinie fotonowych detektorów podczerwieni, zakłada zwiększenie sprzedaży i w efekcie chce kilkukrotnie obniżyć ich cenę.

Detektory znajdują zastosowanie w ochronie środowiska, monitoringu emisji zanieczyszczeń, spalin samochodowych czy pomiaru jakości powietrza. To także analizatory oddechu do zastosowań medycznych – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Piekarski, członek zarządu Vigo System.

Prognozy spółki wskazują, że detektory podczerwieni będą wykorzystywane także np. do wykrywania materiałów niebezpiecznych oraz kontrabandy.

Komisja Europejska uznała fotonikę za jedną z kluczowych technologii warunkujących postęp całej gospodarki unijnej. Do tej pory rozwiązania stosowane w nauce dziś coraz częściej znajdują zastosowanie w przemyśle. Obejmuje ona gałąź przemysłu związaną z wykorzystaniem światła, np. w diodach, laserach, światłowodach, różnego typu sensora i systemach detekcyjnych. Branża fotoniczna prognozuje, że rynek wzrośnie do 600 mld euro w 2020 roku (w 2014 roku było to ok. 350 mld euro).

Najszybciej ma się rozwijać segment oparty na technologiach podczerwieni. Rynek średniej podczerwieni ma rosnąć w tempie średniorocznie na poziomie 37 proc., do 7 mld dol. w 2019 roku. Rośnie zapotrzebowanie na detektory podczerwieni. Yole Developpement szacuje, że wartość rynku detektorów podczerwieni w 2020 roku sięgnie 0,5 mld dolarów (przy nieco ponad 200 mln dol. w 2015 roku).

Podstawowym założeniem naszej nowej strategii do 2020 roku jest budowa nowego zakładu produkcyjnego. Ma to nam pozwolić na zwiększenie wolumenu produkcji z 5 tys. do ponad 100 tys. detektorów rocznie. Dzięki temu będziemy mogli osiągnąć efekt skali i znacząco obniżyć ich cenę. Obecnie to średnio ponad 1 tys. euro za jeden moduł detekcyjny, chcemy zejść do 200–300 euro za detektor – wskazuje Łukasz Piekarski. – To pozwoli nam wejść na nowe rynki, tam, gdzie obecnie cena stanowi największą barierę.

W I kw. tego roku najszybciej rosła sprzedaż dla klientów przemysłowych. Podobnie ma być w II kw. Większe zapotrzebowanie na detektory sprawia, że Vigo System inwestuje w rozbudowę mocy produkcyjnych. W tym roku ma się rozpocząć inwestycja w Ożarowie Mazowieckim. Pierwszy etap to koszt ok. 30 mln zł.

– Planujemy wybór generalnego wykonawcy w lipcu lub w sierpniu i rozpoczęcie robót budowlanych w II połowie roku. Budowę chcemy zakończyć do połowy 2018 roku, a następnie stopniowo zwiększać predykcję w nowym zakładzie – zapowiada przedstawiciel Vigo System.

Spółka zakłada wzrost przychodów ze sprzedaży do 80 mln zł w 2020 roku i utrzymanie wysokiego poziomu inwestycji w badania i rozwój (na poziomie ok. 10 proc. przychodów rocznie). Nakłady na projekty badawczo-rozwojowe maja wzrosnąć z 4 mln zł w 2016 roku do 6 mln zł w 2017 roku.

Pozwala nam to rozwijać nasze produkty, poprawiać parametry techniczne, zdobywać nowe rynki. W ramach Horyzontu 2020 prowadzimy dwa ciekawe projekty dotyczące analizatorów jakości wody. Dzięki jednemu z nich będziemy w stanie skutecznie i bardzo szybko badać jakość wody w sieciach wodociągowych, dzięki drugiemu będziemy w stanie monitorować zanieczyszczenia pochodzące np. z platform wiertniczych – tłumaczy Piekarski.

Vigo System ma za sobą najlepszy rok w historii. W 2016 roku przychody przekroczyły 25,6 mln zł mimo mniejszych zamówień z sektora zbrojeniowego i kolejowego.

Pozostali klienci złożyli natomiast tyle zamówień, że udało się to skutecznie zrekompensować. Szczególnie istotny jest dla nas wzrost zamówień z sektora przemysłowego, mieliśmy bardzo duży wzrost produkcji dla tego segmentu. Ciekawe zamówienie mamy też z sektora wojskowego – przyznaje Łukasz Piekarski.

W I kw. tego roku firma wypracowała 6,3 mln zł przychodów, o ok. 35 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2016 roku. Sprzedaż wzrosła w przemyśle (57 proc. wzrost), kolejnictwie, nauce i wojskowości.

78 proc. firm otrzymuje płatności nawet 30 dni po terminie. Zatory płatnicze są zmorą polskiego biznesu

78 proc. firm otrzymuje płatności nawet 30 dni po terminie. Zatory płatnicze są zmorą polskiego biznesu 14

Ponad połowa polskich firm została zmuszona do zaakceptowania dłuższych terminów płatności – wynika z Europejskiego Raportu Płatności 2017 przygotowanego przez Intrum Justitia. Zdecydowania większość przedsiębiorców otrzymuje zapłatę 30 dni po terminie, a 13 proc. czeka na nią nawet do 60 dni. Jeśli doliczymy do tego średni czas określony na fakturze, daje nam to 2 lub 3 miesiące bez wpływów na konto firmy. Zdaniem 45 proc. z nich to celowe działanie kontrahentów. 

Na podstawie Europejskiego Raportu Płatności 2017 możemy wyróżnić cztery najważniejsze powody opóźnianych płatności. Są to przede wszystkim trudności finansowe kontrahentów oraz celowe opóźnienia w płatnościach. Na ten drugi powód wskazuje aż 45 proc. badanych. Pozostałe dwa powody wymieniane przez respondentów to nieefektywne procedury administracyjne klientów oraz spory dotyczące dostarczanych produktów i usług – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes wyniki badania Katarzyna Płusa, ekspertka Intrum Justitia.

Wprawdzie ryzyko związane z zatorami płatniczymi jest w tym roku niższe niż w ubiegłym, wciąż jednak wiele przedsiębiorstw zmaga się z nieterminowymi płatnościami. Ma to znaczący wpływ na stabilność finansową firmy. 30-dniowe opóźnienie w płatności standardowej faktury na 30 dni oznacza dla przedsiębiorcy dwa miesiące bez wpływów. Jedna trzecia firm wskazuje, że najpoważniejszą ich konsekwencją jest utrata płynności finansowej.

Wymieniane były także utrata dochodów, zagrożenie dla istnienia firmy, brak możliwości rozwoju i co za tym idzie – brak możliwości zatrudniania pracowników i konieczność zwolnień. Przed takim dylematem staje co piąty pracodawca – mówi Katarzyna Płusa.

Co ciekawe, tylko co trzeci przedsiębiorca przekazuje niezapłacone faktury do windykacji. Robią to średnio po upływie 83 dni od terminu płatności.

Chcąc uniknąć nieterminowych płatności, przedsiębiorcy najczęściej wybierają przedpłatę – wskazuje na to 38 proc. respondentów. Wśród innych środków zapobiegawczych znalazły się faktoring, gwarancje bankowe, ubezpieczenia wierzytelności czy wcześniejsza ocena zdolności kredytowej kontrahentów. Niestety, prawie połowa, bo aż 42 proc. przedsiębiorców nie stosuje żadnego z wymienionych środków zapobiegawczych – mówi ekspertka Intrum Justitia.

Z podobną skalą problemu zatorów płatniczych zmagają się takie europejskie kraje jak Portugalia i Hiszpania. Tam również kontrahenci czekają średnio 30 dni od terminu z faktury. Najkrócej na zaległe płatności czekają firmy austriackie – średnie opóźnienie wynosi tu ok. 10 dni.

Narastający problem nieterminowych płatności dostrzegła Komisja Europejska, z której inicjatywy powstały przepisy o zwalczaniu zaległości w rozliczeniach między firmami.

Okazuje się, że tylko 8 proc. polskich przedsiębiorców zna dyrektywę Unii Europejskiej w sprawie zwalczania opóźnień w płatnościach. Jest to bardzo słaby wynik na tle średniej w UE, gdzie znajomość dyrektywy deklaruje 31 proc. firm. Co pocieszające, przedsiębiorcy twierdzą, że doskonale znają przepisy krajowe dotyczące opóźnionych i nieuregulowanych płatności. Aż 63 proc. twierdzi, że ma taką wiedzę i jest to o 6 punktów procentowych lepszy wynik niż wynosi średnia europejska – mówi Katarzyna Płusa.

Ankietowani przez Intrum Justitia przedsiębiorcy podkreślali, że problem zatorów płatniczych mogłyby rozwiązać nowe regulacje prawne. 42 proc. firm opowiada się za wprowadzeniem bardziej restrykcyjnych przepisów. Tylko 17 proc. twierdzi, że lepsze byłyby dobrowolne inicjatywy ze strony firm.

Nieterminowe płatności mają negatywny wpływ na system gospodarczy w całej Europie, ponieważ powodują zmniejszony przepływ środków finansowych. Gdyby kontrahenci otrzymywali na czas wszystkie zobowiązania, to regularny zastrzyk gotówki pozwalałby im na rozwój firmy, na inwestycje, na zatrudnianie nowych pracowników. To wszystko mogłoby się przyczynić do wzrostu gospodarczego w całej Europie – mówi Katarzyna Płusa.

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju zainwestował już w Polsce 8,5 mld euro. Teraz wspiera zagraniczną ekspansję polskich firm

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju zainwestował już w Polsce 8,5 mld euro. Teraz wspiera zagraniczną ekspansję polskich firm 15

Działalność na rynkach zagranicznych prowadzi ponad 15 tys. polskich przedsiębiorstw. Zdecydowana większość operuje w krajach Europy Zachodniej, ale uwaga krajowych firm coraz częściej znów zwraca się w stronę Ukrainy. Zdaniem Grzegorza Zielińskiego z Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju jak tylko sytuacja za wschodnią granicą się ustabilizuje, spółki ruszą w tym kierunku. Ekspansję zagraniczną polskich firm wspiera także EBOiR, który w ciągu 25 lat zainwestował w Polsce 8,5 mld euro w 380 projektów.

Po ponad 25 latach transformacji polskie spółki mocno dojrzały. Świetnie konkurują na rynku polskim, ale często jest on dla nich za mały i szukają szczęścia w biznesie za granicą. Rolą EBOiR jest wspieranie polskich spółek, które próbują rozwijać swój biznes poza granicami kraju. Robimy to zarówno poprzez finansowanie kredytowe, dłużne, jak i przez inwestycje bezpośrednie, kiedy wspieramy polskie podmioty dokonujące akwizycji zagranicznych, bezpośrednich – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Zieliński, dyrektor generalny na Polskę i kraje bałtyckie w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju.

Na ekspansję zagraniczną stawiają nie tylko najwięksi rynkowi gracze, lecz także sektor małych i średnich firm. Jak wskazuje badanie „Smart Industry Polska 2017”, przeprowadzone na zlecenie firmy Siemens i Ministerstwa Rozwoju, 28,7 proc. rodzimych przedsiębiorstw z sektora MŚP konkuruje na zagranicznych rynkach – większość w krajach Europy Zachodniej (75 proc.), a jedna trzecia operuje na rynkach poza UE.

Każdego rok staramy się wspierać 2–3 transakcje. Oczywiście ich wolumen jest zależny od uwarunkowań rynkowych. Często pracujemy na transakcjach, które stawiają naszych klientów w sytuacji, kiedy muszą konkurować aukcyjnie z innymi. Nie zawsze efektem jest zamknięcie transakcji. Skala jest zależna de facto od wielkości polskiej spółki – powiedział Grzegorz Zieliński podczas debaty „Polacy na podbój światowych rynków” zorganizowanej przez Executive Club.

Ekspansja zagraniczna polskich firm nabiera coraz większej dynamiki. Do wejścia na inne rynki zachęca szansa na zwiększenie popyt, nowi klienci i wyższe ceny, co przekłada się na możliwość zwiększenia dochodów. Krajowy rynek jest nasycony w wielu branżach, eksport stwarza zaś przedsiębiorstwom możliwość dalszego rozwoju

– Kiedy konkurencja na rynku polskim sprawia, że marże są pod bardzo dużym naciskiem, na sąsiednim rynku marże mogą być zdecydowanie wyższe. To moment, w którym warto się zastanowić, czy przeniesienie części produkcji do innego kraju nie spowoduje lepszego wzrostu EBITDA całej grupy – tłumaczy dyrektor generalny na Polskę i kraje bałtyckie w EBOiR.

Jak przekonuje ekspert, warunki do inwestycji są obecnie dość dobre. Polska gospodarka przyspiesza, firmy zwiększają wydatki na inwestycje, coraz więcej z nich planuje wejście na zagraniczne rynki.

Dobre perspektywy ma rynek ukraiński, choć niestabilna sytuacja polityczna nie sprzyja rozwijaniu tego kierunku. Stopniowo rośnie jednak eksport, zwłaszcza po słabym 2015 roku (wedle GUS wzrost o 16 proc. do 3,8 mld dol.).

– Niespełnionym oczekiwaniem jest Ukraina, której już od dłuższego czasu się przyglądają z zainteresowaniem polskie spółki, niemniej ryzyko związane z sytuacją, zwłaszcza na wschodzie Ukrainy, odstrasza inwestorów od podejmowania trudnych i często bardzo odważnych decyzji. Zakładamy, że wcześniej czy później sytuacja zmieni się korzyść i polskie spółki ruszą w tym kierunku – przekonuje Grzegorz Zieliński.

Wraca dyskusja o przyjęciu przez Polskę euro. Rząd nie podejmie takiej decyzji bez poparcia społeczeństwa

Wraca dyskusja o przyjęciu przez Polskę euro. Rząd nie podejmie takiej decyzji bez poparcia społeczeństwa 16

W drugiej połowie maja media obiegła, szybko potem zdementowana, informacja o przymusowym przyjęciu euro przez wszystkie kraje Unii Europejskiej do 2025 roku. Choć Polska spełnia już wszystkie – poza obecnością w systemie ERM II – kryteria konwergencji, do strefy euro się na razie nie wybiera. Zdaniem Tomasza Wojtasiewicza z Wyższej Szkoły Bankowej przystąpienie do unii walutowej miałoby swoje dobre strony dla gospodarki, ale nie nastąpi to bez poparcia społecznego, którego w tej chwili nie ma.

W poniedziałek 22 maja „Frankfurter Allgemeine Zeitung” podał informację o tym, że w poprzednim tygodniu doszło do spotkania unijnych komisarzy Pierre’a Moscoviciego i Valdisa Dombrovskisa z wybranymi europarlamentarzystami. Z wyniesionej ze spotkania notatki wynikało, że rozmawiano m.in. o „dokończeniu unii walutowej do 2025 roku”. Media obiegła wieść o przymusowym przyjęciu euro przez kraje członkowskie Wspólnoty.

 Warto byłoby się zastanowić, w jaki sposób wyciekła ta informacja, która została zdementowana w ciągu kilkunastu godzin – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Wojtasiewicz z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. – Źródło prowadzi do Frankfurtu. W końcu to niemiecka gazeta podała takie nowinki. Może to oznaczać, że skoro nastąpi brexit, to z racji tego, że Londyn jest centrum finansowym, to musi ono się gdzieś przenieść. Bardzo możliwe, że Frankfurt będzie chciał przejąć pałeczkę od Londynu.

Rewelacja gazety została zresztą szybko zdementowana: jeden z głównych jej bohaterów, komisarz UE ds. euro Valdis Dombrovskis oświadczył na konferencji w Brukseli, że doszło do nieporozumienia. „Omawialiśmy spełnienie warunków unii walutowo-gospodarczej do 2025 r. Pod koniec miesiąca powstanie na ten temat dokument, ale to nie oznacza, że wszystkie państwa UE do tego czasu muszą być w strefie euro” – tłumaczył. Informacja ożywiła jednak dyskusję na temat rozszerzenia unii walutowej.

 Wszystkie państwa raczej nie skorzystałyby z wejścia do unii monetarnej w jednym momencie z prostego względu: każdy kraj rozwija się w innym tempie, ma aktualnie różny poziom stóp procentowych, poziom rozwoju gospodarczego, więc trudno się spodziewać, żeby w jednym momencie doszło do takiego rozszerzenia strefy euro – przekonuje Wojtasiewicz.

Obecnie spośród członków UE do strefy euro nie należy tylko osiem państw (nie licząc Wielkiej Brytanii, której za dwa lata we wspólnocie ma już nie być): Polska, Czechy, Węgry, Bułgaria, Rumunia, Chorwacja, Dania i Szwecja.

 Wejście do unii monetarnej dla Polski oznaczałoby wiele wyzwań, ale też wiele korzyści. Z jednej strony możemy liczyć na to, że będąc w unii monetarnej, będziemy posługiwać się jedną walutą, a więc ułatwi to przedsiębiorcom handel z innymi krajami wewnątrz UE, ponieważ nie będzie potrzeby zakładania dodatkowych kont bankowych i przewalutowania transakcji, więc nie będzie też dodatkowych opłat, prowizji z tego tytułu – zauważa. – Z drugiej strony wymusi na przedsiębiorcach większą innowacyjność, przedsiębiorczość, gospodarność swoim majątkiem, co też w konsekwencji powinno wpłynąć na lepszą wymianę handlową.

Ekspert podkreśla jednak, że same negocjacje dotyczące przystąpienia do strefy euro musiałyby być prowadzone twardą ręką, żeby uzyskać korzystny dla przedsiębiorców i konsumentów przelicznik. Większość obywateli krajów, w których euro obowiązuje, narzekała po jego wprowadzeniu na odczuwalne podwyżki cen.

– Na ten moment Polska spełnia wszelkie wymogi UE, żeby wejść do strefy euro. Pytanie tylko, czy faktycznie chcemy do niej wejść. Społeczeństwo wypowiada się negatywnie na ten temat. O ile jeszcze w 2009 roku mieliśmy więcej zwolenników wejścia do strefy euro, o tyle teraz mamy więcej przeciwników w społeczeństwie – mówi Tomasz Wojtasiewicz z wrocławskiej WSB.

Polska w Traktacie Akcesyjnym zobowiązała się do przyjęcia euro, ale bez określania żadnych terminów. Obecnie spełnia trzy istotne kryteria konwergencji: stabilności cen, fiskalne i stóp procentowych. Nie uczestniczy jednak w mechanizmie ERM II. Co więcej, w lutym zlikwidowano przy Narodowym Banku Polskim Biuro Integracji ze Strefą Euro.

Dialog Branżowy: należy wypracować najlepsze praktyki przetargowe w zakupach marketingowych. Zasady współpracy z agencjami wymagają głębokich zmian

Dialog Branżowy: należy wypracować najlepsze praktyki przetargowe w zakupach marketingowych. Zasady współpracy z agencjami wymagają głębokich zmian 17

W procesie zamawiania usług marketingowych coraz częściej uczestniczą działy zakupów. Ich uczestnictwo w tym procesie często wiąże się z twardymi negocjacjami cenowymi. Nowa rola tych działów oznacza, że potrzebne są nowe zasady współpracy z agencjami i dostarczycielami usług komunikacji marketingowej. Służyć temu ma powołany przez branżę Dialog, w ramach którego doświadczeni eksperci i specjaliści opracują katalog dobrych praktyk przetargowych. 

Jak zauważa Paweł Tyszkiewicz, pełnomocnik zarządu Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR, w ostatnich latach w branży pojawił się nowy gracz. Dotychczas usługi agencji kupowały zwykle działy marketingu, które ma w strukturze większość firm.

– Przez wiele lat jedynym odbiorcą i kupującym usługi marketingowe był firmowy dział marketingu. Po kryzysie finansowym działy zakupów, które wcześniej kupowały głównie proste usługi, zaczęły również kupować idee. Większość zaproszeń do rozmów, które przez ostatnie lata wysyłaliśmy do firm, uzyskiwała odpowiedź, która przychodziła już nie z działu marketingu, ale właśnie z działu zakupów. To jest podstawowa zmiana, którą dziś odczuwamy. Widzimy, że po drugiej stronie zmienił się aktor – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Tyszkiewicz.

Pełnomocnik Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej zauważa, że nowe działy zakupów mają ogromną potrzebę pogłębiania wiedzy i uczenia się branżowych praktyk.

– Zgłaszają też, że chcieliby być uwzględniani w procesie zakupowym znacznie wcześniej, a nie zapraszani na sam koniec, kiedy dochodzi już do etapu negocjacji cenowych, ponieważ to zmienia całą sytuację – dodaje Paweł Tyszkiewicz.

– Działy zakupów zadają praktyczne pytania, których my sami od dawna sobie nie zadawaliśmy. Dzięki temu wyjaśniamy sobie pewne rzeczy, co powoduje, że nasze koszty funkcjonowania mogą spaść albo możemy się podjąć ich restrukturyzacji. Zmienia się również podejście do tego, co chcemy osiągnąć od strony merytorycznej – mówi Paweł Kastory, prezes zarządu DDB&tribal i należącej do niej grupy firm.

Jednym z kluczowych obszarów jest aspekt finansowania projektów komunikacji marketingowej. Ponieważ reklamodawcy chcą płacić za nie jak najpóźniej, ciężar finansowania przez kilka miesięcy ponosi agencja marketingowa, która często musi w tym celu zaciągnąć kredyt bankowy.

– Żeby agencja mogła sfinansować kilkumilionowy projekt przez kilka miesięcy, musi iść do banku i kupić te pieniądze. Dotychczas agencje nie pokazywały reklamodawcom, ile płacą bankom i ile kosztuje ich pieniądz. Ten koszt jest później przerzucany na nas, reklamodawców. Widząc ten koszt, możemy zrobić analizy: czy chcemy płacić później, ale dać zarobić bankowi? Czy zapłacimy wcześniej, ale trochę mniej? Nas pieniądz kosztuje taniej niż agencje kreatywne, które nic z tego nie mają – wyjaśnia Andrzej Zawistowski, członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Managerów Logistyki i Zakupów (PSML).

Prezes DDB&tribal Paweł Kastory podkreśla konieczność optymalizowania obustronnej współpracy. Dużą rolę może odgrywać w nim dział zakupów, pełniący rolę pośrednika pomiędzy firmą a dostarczycielami usług komunikacji marketingowej.

– My z działem marketingu nigdy nie rozmawialiśmy o tym, jak jesteśmy zorganizowani, jak jest zorganizowany klient i jak ten cały proces zakupowy przebiega, aby jak najniższym kosztem osiągać najlepsze efekty. Dział zakupów zadaje te pytania obu stronom. I wtedy obie strony są zobligowane, żeby się nad nimi zastanawiać i zaoferować jak najlepsze metody współpracy – mówi Paweł Kastory.

– Beneficjentem optymalizacji jest każda ze stron. Nie dotyczy ona wyłącznie działu zakupów, marketingu czy samej tylko agencji. Tak naprawdę wszystkie trzy strony uczestniczące w procesie zakupowym czy w przetargu mają z niej namacalne korzyści. Im ten proces jest krótszy, bardziej przewidywalne są jego kolejne kroki, tym większa korzyść dla wszystkich stron. Z zakupowego punktu widzenia potrzebujemy w działach zakupów takich procesów, które zakończą się pomyślnym zakontraktowaniem bardzo dobrej agencji – dodaje Małgorzata Olczak, manager na rynek Europy Środkowo-Wschodniej w GlaxoSmithKline Consumer Healthcare.

Wypracowaniu dobrych praktyk w wielostronnej współpracy ma służyć Dialog Branżowy – to powołany przez przedstawicieli agencji i reklamodawców projekt, który ma wypracować najlepsze praktyki przetargowe w zakupach marketingowych. Obejmuje cykl spotkań i warsztatów, które odbywają się przy udziale najbardziej doświadczonych praktyków i ekspertów obu stron tego procesu. Celem Dialogu jest też stworzenie katalogu dobrych praktyk w odniesieniu do każdej kategorii reklamowej, takiej jak np. komunikacji PR, brandingu, eventów, zakupu mediów czy produkcji TV.

– Dialog Branżowy to taki okrągły stół, gdzie wszyscy siedzimy po tej samej stronie i rozmawiamy ze sobą. Nie podczas przetargu czy negocjacji, tylko w formie normalnego dialogu, gdzie każdy może powiedzieć, jakie ma bolączki i jakie widzi elementy do poprawy, zarówno po swojej stronie, jak i po stronie reklamodawcy – mówi Andrzej Zawistowski.

Trzy czwarte dzieci w wieku 3–9 lat co najmniej przez godzinę dziennie używa komputera. Większość gra i ogląda bajki

Trzy czwarte dzieci w wieku 3–9 lat co najmniej przez godzinę dziennie używa komputera. Większość gra i ogląda bajki 18

72 proc. dzieci w wieku 3–9 lat przez co najmniej godzinę dziennie używa w domu komputera. Zdecydowana większość z nich ogląda bajki i gra w gry internetowe lub komputerowe. Tylko co piąte wykorzystuje ten czas w sposób twórczy. Zamiast puszczać dzieciom bajki, można pokazać, że same mogą je współtworzyć – przekonują eksperci z firmy Mattel. Pierwsze lata szkoły to idealny moment, żeby zacząć uczyć dzieci programowania. To rozwija w nich logiczne myślenie i kreatywność, czyli cechy, które przydadzą się nie tylko przyszłemu informatykowi.

– Większość dzieci w wieku 3–9 lat spędza czas, grając w gry komputerowe, internetowe lub oglądając bajki. Zaledwie 23 proc. dzieci zajmuje się tworzeniem, kreatywnością, rysowaniem [badanie „Zabawki są ważne” przeprowadzone przez IPSOS na zlecenie firmy Mattel – red.] – mówi agencji informacyjnej Newseria Danuta Leszko-Rowsell, brand manager Barbie w firmie Mattel Poland.

Czas spędzony przed komputerem nie musi być tylko zabijaniem nudy. Wszystko zależy od tego, jakie narzędzia będą miały dzieci do dyspozycji. Potrzebna jest również odpowiednia motywacja i trochę technicznych wskazówek.

– Jeśli chcemy, by czas spędzony przed komputerem był wykorzystany efektywnie, by dzieci się rozwijały, a to, co robią, było twórcze, należy umożliwić im taki kontakt z technologią, ze światem wirtualnym, aby miały szansę pokazać swoje umiejętności, same tworzyły bajki, filmy i różne inne elektroniczne, komputerowe programy – podkreśla Danuta Leszko-Rowsell.

Programowanie to komunikacja z komputerem poprzez wydawanie mu poleceń. Dzięki aplikacjom komputer wie, jak ma zareagować na określone komendy, jakie działania wykonać, co zapisać w pamięci oraz co pokazać na wyświetlaczu. Zdaniem ekspertów każdy może się nauczyć programowania, a szczególnie łatwo przychodzi to w młodszym wieku. Dzieci bowiem chłoną wiedzę, a połączenie nauki z zabawą jeszcze szybciej pozwoli im tę wiedzę przyswoić.

– Kodowanie i programowanie nie jest takie straszne, jak nam się zazwyczaj wydaje. Ta nauka będzie skuteczna, jeśli pokażemy dzieciom, że jest to pomocne nie tylko w programowaniu i kodowaniu nowych bajek, filmów czy programów, lecz także że w ten sposób uczą się logicznego myślenia, myślenia skutkowo-przyczynowego, rozwijają wyobraźnię, umiejętność analizy, tworzenia i bycia kreatywnym – tłumaczy Danuta Leszko-Rowsell.

Nauka programowania pozwala zrozumieć, jak działają urządzenia elektroniczne, i uczy wykorzystywać technologie w twórczy sposób.

– Kodowanie to przede wszystkim świetna zabawa zarówna dla dziewczynek, jak i dla chłopców. Najlepszym przykładem jest Barbie, która inspiruje do tego, by spełniały swoje marzenia, by były, kim chcą. W ostatnim filmie „Barbie w świecie gier” jest ona właśnie programistką, która nie boi się podejmować żadnych wyzwań, która pokonuje wirusa komputerowego, razem ze swoimi przyjaciółkami przeżywa różnorodne przygody i pokazuje, że jak tylko się chce, można zrobić wszystko – wyjaśnia Danuta Leszko-Rowsell.

Z myślą o dziewczynkach i we współpracy z firmą Samsung firma Mattel organizuje konkurs dla szkół i dzieci z klas 1–3 „Mistrzynie kodowania z Barbie”.

– 45 proc. dziewczynek wciąż najchętniej bawi się lalkami, kreując i odgrywając różne scenariusze i role. Te tematyczne zabawy nie tylko stymulują spostrzegawczość i uwagę, lecz także rozwijają inicjatywę, pomysłowość i zaradność. To cechy niezwykle przydatne przy programowaniu – mówi przedstawicielka firmy Mattel.

Celem konkursu jest zachęcenie nauczycieli, nie tylko informatyki, do łączenia nauki programowania w języku Scratch z edukacją wczesnoszkolną. Dla uczniów to szansa na zdobywanie e-kompetencji i rozwijanie umiejętności matematycznych oraz impuls pobudzający wyobraźnię, zachęcający do logicznego i niestandardowego myślenia. To także nauka współdziałania i zespołowego realizowania celów.

– W tym konkursie, używając programu Scratch, dzieci mają pokazać, jak realizować swoje marzenia, jak być tym, kim się chce. Barbie zachęca wszystkie dziewczynki do udziału w tym konkursie, ale całe grupy klasowe mogą również wziąć udział w przygotowaniach i później zgłosić swój projekt – dodaje Danuta Leszko-Rowsell.

Programiści są jednymi z najbardziej poszukiwanych osób na rynku pracy. Według statystyk w całej Europie brakuje kilkuset tysięcy takich fachowców. Zdobyta w ten sposób wiedza to inwestycja w przyszłość.

Co z funtem?

Tym razem poniedziałek był wyjątkowo spokojnym dniem. Zmiany na głównych rynkach finansowych były niewielkie. Na krajowym podwórku złoty nieznacznie się umocnił, a indeks WIG20 stracił 0.12%.

Początek tygodnia zazwyczaj jest dniem spokojnym. Wczoraj pod tym względem było wyjątkowo, bowiem zarówno w USA jak i w Wielkiej Brytanii mieliśmy dzień wolny od handlu. W konsekwencji zmiany na głównych rynkach były niewielkie. W tym zastoju mimo święta wybijał się nieco bardziej funt brytyjski. Inwestorzy wyraźnie nabrali optymizmu po weekendowym sondażu, dającym ugrupowaniu premier Theresy May wygraną w nadchodzących wyborach. Skala tego oczekiwanego sukcesu ciągle jednak jest niewiadomą.

Dziś większość rynków działać będzie już normalnie. Za nami dane z Japonii gdzie bezrobocie utrzymuje się na tym samym poziomie, 2.8%. W dalszej kolejności poznamy dane o koniunkturze gospodarczej w strefie euro. Z Niemieckiej gospodarki napłyną informacje o aktualnej inflacji konsumenckiej. Niewiele później w USA opublikowane zostaną dane o dochodach i wydatkach amerykanów oraz najnowsze dane z rynku nieruchomości.

Co z funtem? 19

Rynek EUR/GBP chyba uciekł bykom spod noża. W ostatnim czasie nastąpił powrót ponad linię spadkową oraz poziom 0.86. Równocześnie wskaźnik RSI porusza się ponad pułapem 50pkt. Wygląda to więc na klasyczną konsolidację boczną. Oporem jest tutaj poziom 0.88. Wsparcia można szukać gdzieś przy 0.85. Dopóki jednak RSI utrzymuje się ponad linią wzrostową, byki ciągle mają szansę na wzrosty.

Sylwester Majewski

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Na zaćmę choruje już milion Polaków. Amerykańskie badania wskazują, że chirurgiczne usuwanie zaćmy wydłuża życie

Na zaćmę choruje już milion Polaków. Amerykańskie badania wskazują, że chirurgiczne usuwanie zaćmy wydłuża życie 20

Zaćma to najczęstsza przyczyna utraty wzroku u osób powyżej 65 roku życia. Choruje na nią 65 mln osób na świecie, a w Polsce – 1 mln. Na operację zaćmy w Polsce czeka się średnio około 2 lat. Dlatego coraz więcej osób decyduje się na zabieg komercyjny (ok. 15-17 tys. osób rocznie). Operacja wykonywana prywatnie pozwala nie tylko usunąć zaćmę, lecz także wszczepić soczewkę korygującą we współistniejącą wadę wzroku. Amerykańskie badania wskazują, że chirurgiczne usuwanie zaćmy wydłuża życie. Osoby, które poddały się zabiegowi, są też mniej narażone na niepełnosprawność.

Jednym z dużych problemów jest występowanie zmętnienia soczewki, kiedy dochodzi do osłabienia wzroku. To osłabienie oczywiście występuje w różnej skali. Może przeszkadzać na tyle, że chory w ogóle nie będzie w stanie funkcjonować, czyli może dojść nawet do odwracalnej ślepoty. To wciąż najczęstsza przyczyna odwracalnej ślepoty na świecie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Radosław Różycki, specjalista chorób oczu z Centrum Medycznego MML.

Pierwszym objawem zaćmy jest zaburzenie ostrości widzenia, przymglone widzenie, problemy z oceną odległości czy większe zmęczenie oczu. Przyczyny dolegliwości mogą być inne niż zaćma, dlatego z objawami należy się udać do okulisty.

Choć zaćma dotyka ludzi młodych, a problem z ostrością widzenia mają coraz częściej 20-latkowie, choroba ta rozwija się przede wszystkim u osób starszych.

Zaćma praktycznie może dotyczyć każdego człowieka. Mamy do czynienia z zaćmą wrodzoną u dzieci, potem na skutek różnych chorób oczu, urazów, chorób ogólnych może dojść do wystąpienia zaćmy w starszym wieku. Natomiast bezsprzecznie najczęściej dotyczy ona osób po 65 roku życia, gdzie ten odsetek wzrasta powyżej 70 proc., bo starzejemy się i starzeją się nasze oczy – podkreśla dr Radosław Różycki.

Raport Krajowego Biura Badań Ekonomicznych wskazuje, że Amerykanie po 65 roku życia także dzięki chirurgicznemu usunięciu zaćmy żyją dłużej o 1,8 roku, a także są mniej narażeni na niepełnosprawność.

Dzięki mikrochirurgii zaćmy, która znacznie się unowocześniła, możemy wpłynąć znacząco na poprawę jakości życia. Lepsze widzenie to większe bezpieczeństwo, mniej urazów, właściwe zażywanie leków. To również szereg innych czynności życiowych, bez których żyje się trudno – ocenia specjalista chorób oczu.

Eksperci podkreślają, że na operację nie warto czekać, bo im szybciej zaćma zostanie zoperowana, tym lepiej. Zwłaszcza że na wczesnym etapie ryzyko zabiegu jest znikome. Rośnie zaś wraz ze stopniem zaawansowania zaćmy, której często towarzyszą inne dolegliwości okulistyczne.

– Im zaćma jest mniej dojrzała, tym łatwiejsza do usunięcia. Zaćma to soczewka w oku, która mętnieje, a stopień zmętnienia informuje chirurgów o stopniu twardości jądra soczewki, które trzeba usunąć. Im soczewka starsza, tym twardsza, tym więcej energii trzeba użyć, żeby ją usunąć. Jeżeli aplikujemy więcej energii, operacja jest dla pacjenta bardziej szkodliwa – tłumaczy Różycki.

Średnio na operację zaćmy w Polsce refundowaną przez NFZ czeka się ponad 22 miesiące, jednak w zależności od regionu czy miasta okres ten może się wydłużyć nawet do 2–3 lat.

Czas oczekiwania zależy od kontraktu, który ma dana placówka. Bo jeżeli jest kontrakt bardzo duży, to terminy z reguły oscylują w granicach 1–1,5 roku, jeżeli te kontrakty są mniejsze, czas się wydłuża – ocenia ekspert.

Długi czas oczekiwania sprawia, że coraz więcej osób decyduje się na zabieg komercyjny. Rocznie jest to 15–17 tys. Polaków. Obecnie trwa kampania edukacyjna „Wyjdź z kolejki. Rozważ zabieg odpłatny” (www.wyjdzzkolejki.pl). Jej celem jest upowszechnianie wiedzy na temat zaćmy, w tym w szczególności jej przyczyn, objawów, sposobów leczenia, procedur związanych z dostępem do świadczeń zdrowotnych i miejsc ich wykonywania, jak również propagowanie profilaktyki.

Pacjenci decydują się na operacje komercyjne głównie ze względów życiowych: poprawa widzenia i szybki powrót do wykonywania swoich czynności jest tym głównym czynnikiem. Cenę operacji zaćmy oceniam jako stosunkowo niską w porównaniu z tymi, które oferują nasi koledzy za Odrą czy w Stanach Zjednoczonych, gdzie operacje są pięciokrotnie droższe – mówi dr Radosław Różycki.

Odpłatne zabiegi pozwalają też na usunięcie współtowarzyszących zaćmie wad wzroku. Chirurgia prywatna umożliwia wszczepienie różnego rodzaju soczewek, które korygują współistniejące wady wzroku i pozwalają nawet na życie bez okularów. Przy zabiegu refundowanym przez NFZ nie jest to możliwe.

Pacjenci, którzy mają wadę wzroku, zawsze powinni rozważyć możliwość wszczepienia soczewek, które korygują dodatkowe problemy. Nie tylko samą zaćmę, ale wadę wzroku, astygmatyzm czy inne problemy związane z optyką. Pula soczewek się poszerza, wchodzą soczewki, które można zastosować w chorobach związanych ze zwyrodnieniami siatkówki, są dodatkowe soczewki doszczepiane do oczu które umożliwiają korekcję wad resztkowych –tłumaczy specjalista chorób oczu.

Badanie kwalifikacyjne pozwala stwierdzić, jakie rozwiązanie będzie dla danego pacjenta optymalne i jaka soczewka sprawdzi się najlepiej.

– Badania kwalifikacyjne powalają dokładnie określić, jakie pakiety możemy zaproponować danemu pacjentowi, czy soczewkę monofokalną, czyli jednoogniskową, czy wieloogniskową, a może soczewkę korygującą dodatkowe problemy optyczne u danego pacjenta – wskazuje ekspert.

Polscy pacjenci mają dostęp do najnowocześniejszych terapii z użyciem sprzętu stosowanym także na Zachodzie, m.in. za pomocą energii laserowej i najpopularniejszą za pomocą ultradźwięków.

Filmy oglądamy coraz częściej na małym ekranie. To wyzwanie dla operatorów komórkowych

Filmy oglądamy coraz częściej na małym ekranie. To wyzwanie dla operatorów komórkowych 21

Popularność treści wideo w internecie rośnie w ekspresowym tempie. Wideo odpowiada za 45 proc. ruchu w sieci, a sam YouTube za 30 proc. – podkreślają przedstawiciele T-Mobile. Blisko 60 proc. widzów konsumuje te treści na urządzeniach mobilnych. Rosnąca popularność wideo to wyzwanie dla operatorów sieci komórkowych. T-Mobile odpowiada na nie ofertą Supernet Video. Dzięki niej użytkownicy nie będą musieli się martwić o transfer danych podczas streamingu w popularnych serwisach wideo.

– Widzimy bardzo dynamiczny wzrost popularności treści wideo. Generują one dziś blisko 45 proc. ruchu w naszej sieci, a za 30 proc. odpowiada YouTube. Te liczby będą się znacząco zwiększać. Przewidujemy, że w 2020 roku 75 proc. ruchu w naszej sieci będą generowały treści wideo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Thomas Lips, członek zarządu i dyrektor ds. technologii i innowacji T-Mobile Polska.

Eksperci szacują, że jeszcze w tym roku urządzenia mobilne będą odpowiadały za trzy czwarte całego ruchu w internecie. Dla większości internautów smartfon to pierwsze urządzenie, za pomocą którego łączy się z siecią. Coraz częściej telefon to po prostu platforma do konsumowania treści wideo. Już dziś na urządzeniach mobilnych użytkownicy oglądają trzykrotnie więcej filmów niż na komputerach stacjonarnych.

Bardzo łatwo przewidzieć przyszłość segmentu wideo. Wystarczy spojrzeć na młode pokolenie. Dziś młodzi ludzie oglądają więcej tego typu treści na smartfonach niż w telewizji. Pewnego dnia, i to już niedługo, smartfony staną się najpopularniejszą platformą do konsumowania treści wideo. Prześcigną nawet telewizję – ocenia Frederic Perron, członek zarządu i dyrektor ds. rynku prywatnego T-Mobile Polska.

Trend ten potwierdzają też statystyki największego serwisu wideo na świecie. Użytkownicy YouTube’a oglądają codziennie łącznie prawie miliard godzin materiałów, większość na urządzeniach mobilnych.

Widzimy bardzo dużą dynamikę wzrostu oglądalności wideo na platformie YouTube w Polsce, 60 proc. rok do roku. Co więcej, 60 proc. tego ruchu pochodzi z urządzeń mobilnych, co de facto oznacza, że jesteśmy platformą mobilną. Wszystko, co robimy, robimy przede wszystkim pod kątem urządzeń mobilnych i mniejszych ekranów – tłumaczy Tomasz Czudowski, szef marketingu B2B YouTube Emerging Markets.

Taki trend będzie się utrzymywał, zwłaszcza że dla najmłodszego pokolenia smartfon to centrum świata. Z YouTube’a korzysta 4 mln osób w wieku 16–24 lata. To więcej niż z tradycyjnej telewizji. Rosnące zainteresowanie użytkowników treściami wideo to jednak poważne wyzwanie dla platform wideo.

Żeby podołać takiemu wzrostowi oglądalności wideo, musimy mieć odpowiednią infrastrukturę. Budujemy własną, bo jako organizacja musimy dostarczyć wideo użytkownikowi w milisekundę, aby zapewnić mu możliwie jak najlepsze doświadczenia, tzw. user experience. Po drugiej stronie mamy operatorów, chociażby telekomunikacyjnych, którzy muszą pomagać i dostarczać tę treść do końcowego urządzenia – tłumaczy Czudowski.

Przedstawiciele T-Mobile podkreślają, że również dla operatorów rosnąca dynamicznie popularność treści wideo jest dużym wyzwaniem. Tylko w ubiegłym roku wolumen danych transmitowanych przez klientów tej sieci w technologii LTE wzrósł o ponad 200 proc. Wideo razem z aplikacjami społecznościowymi i komunikatorami odpowiadają za połowę całego ruchu w sieci T-Mobile.

Dlatego rozbudowujemy naszą sieć. Tylko w 2017 roku podwoimy jej pojemność. Jesteśmy gotowi na dynamiczny wzrost popularności treści wideo w naszej sieci – wskazuje Thomas Lips.

– Po pierwsze, trzeba mieć najlepszą sieć, by zaoferować klientom dobrej jakości treści wideo. I my tę najlepszą sieć mamy, co potwierdzają także podmioty zewnętrzne. Po drugie, potrzebna jest prosta oferta, którą klienci bez problemu zrozumieją. Żadnych gwiazdek. To właśnie oferujemy. Myślę, że klientom się to spodoba – podkreśla Frederic Perron.

Na rynku właśnie pojawiła się nowa oferta T-Mobile Supernet Video. W jej ramach klienci sieci mogą korzystać z nielimitowanego transferu popularnych serwisów wideo i VOD, m.in. YouTube, Netflix, TVP Sport, Showmax czy VOD.pl. W jakości DVD usługa będzie kosztować 5 zł, w jakości FULL HD (1080p) – 15 zł miesięcznie. W każdej chwili będzie można zmienić parametry usługi lub z niej zrezygnować.

Stowarzyszenie Komunikacji Marketingowej: należy wypracować najlepsze praktyki przetargowe w zakupach marketingowych. Zasady współpracy z agencjami wymagają głębokich zmian

Stowarzyszenie Komunikacji Marketingowej: należy wypracować najlepsze praktyki przetargowe w zakupach marketingowych. Zasady współpracy z agencjami wymagają głębokich zmian 22

W procesie zamawiania usług marketingowych coraz częściej uczestniczą działy zakupów. Ich uczestnictwo w tym procesie często wiąże się z twardymi negocjacjami cenowymi. Nowa rola tych działów oznacza, że potrzebne są nowe zasady współpracy z agencjami i dostarczycielami usług komunikacji marketingowej. Służyć temu ma powołany przez branżę Dialog, w ramach którego doświadczeni eksperci i specjaliści opracują katalog dobrych praktyk przetargowych. 

Jak zauważa Paweł Tyszkiewicz, pełnomocnik zarządu Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR, w ostatnich latach w branży pojawił się nowy gracz. Dotychczas usługi agencji kupowały zwykle działy marketingu, które ma w strukturze większość firm.

– Przez wiele lat jedynym odbiorcą i kupującym usługi marketingowe był firmowy dział marketingu. Po kryzysie finansowym działy zakupów, które wcześniej kupowały głównie proste usługi, zaczęły również kupować idee. Większość zaproszeń do rozmów, które przez ostatnie lata wysyłaliśmy do firm, uzyskiwała odpowiedź, która przychodziła już nie z działu marketingu, ale właśnie z działu zakupów. To jest podstawowa zmiana, którą dziś odczuwamy. Widzimy, że po drugiej stronie zmienił się aktor – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Tyszkiewicz.

Pełnomocnik Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej zauważa, że nowe działy zakupów mają ogromną potrzebę pogłębiania wiedzy i uczenia się branżowych praktyk.

– Zgłaszają też, że chcieliby być uwzględniani w procesie zakupowym znacznie wcześniej, a nie zapraszani na sam koniec, kiedy dochodzi już do etapu negocjacji cenowych, ponieważ to zmienia całą sytuację – dodaje Paweł Tyszkiewicz.

– Działy zakupów zadają praktyczne pytania, których my sami od dawna sobie nie zadawaliśmy. Dzięki temu wyjaśniamy sobie pewne rzeczy, co powoduje, że nasze koszty funkcjonowania mogą spaść albo możemy się podjąć ich restrukturyzacji. Zmienia się również podejście do tego, co chcemy osiągnąć od strony merytorycznej – mówi Paweł Kastory, prezes zarządu DDB&tribal i należącej do niej grupy firm.

Jednym z kluczowych obszarów jest aspekt finansowania projektów komunikacji marketingowej. Ponieważ reklamodawcy chcą płacić za nie jak najpóźniej, ciężar finansowania przez kilka miesięcy ponosi agencja marketingowa, która często musi w tym celu zaciągnąć kredyt bankowy.

– Żeby agencja mogła sfinansować kilkumilionowy projekt przez kilka miesięcy, musi iść do banku i kupić te pieniądze. Dotychczas agencje nie pokazywały reklamodawcom, ile płacą bankom i ile kosztuje ich pieniądz. Ten koszt jest później przerzucany na nas, reklamodawców. Widząc ten koszt, możemy zrobić analizy: czy chcemy płacić później, ale dać zarobić bankowi? Czy zapłacimy wcześniej, ale trochę mniej? Nas pieniądz kosztuje taniej niż agencje kreatywne, które nic z tego nie mają – wyjaśnia Andrzej Zawistowski, członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Managerów Logistyki i Zakupów (PSML).

Prezes DDB&tribal Paweł Kastory podkreśla konieczność optymalizowania obustronnej współpracy. Dużą rolę może odgrywać w nim dział zakupów, pełniący rolę pośrednika pomiędzy firmą a dostarczycielami usług komunikacji marketingowej.

– My z działem marketingu nigdy nie rozmawialiśmy o tym, jak jesteśmy zorganizowani, jak jest zorganizowany klient i jak ten cały proces zakupowy przebiega, aby jak najniższym kosztem osiągać najlepsze efekty. Dział zakupów zadaje te pytania obu stronom. I wtedy obie strony są zobligowane, żeby się nad nimi zastanawiać i zaoferować jak najlepsze metody współpracy – mówi Paweł Kastory.

– Beneficjentem optymalizacji jest każda ze stron. Nie dotyczy ona wyłącznie działu zakupów, marketingu czy samej tylko agencji. Tak naprawdę wszystkie trzy strony uczestniczące w procesie zakupowym czy w przetargu mają z niej namacalne korzyści. Im ten proces jest krótszy, bardziej przewidywalne są jego kolejne kroki, tym większa korzyść dla wszystkich stron. Z zakupowego punktu widzenia potrzebujemy w działach zakupów takich procesów, które zakończą się pomyślnym zakontraktowaniem bardzo dobrej agencji – dodaje Małgorzata Olczak, manager na rynek Europy Środkowo-Wschodniej w GlaxoSmithKline Consumer Healthcare.

Wypracowaniu dobrych praktyk w wielostronnej współpracy ma służyć Dialog Branżowy – to powołany przez przedstawicieli agencji i reklamodawców projekt, który ma wypracować najlepsze praktyki przetargowe w zakupach marketingowych. Obejmuje cykl spotkań i warsztatów, które odbywają się przy udziale najbardziej doświadczonych praktyków i ekspertów obu stron tego procesu. Celem Dialogu jest też stworzenie katalogu dobrych praktyk w odniesieniu do każdej kategorii reklamowej, takiej jak np. komunikacji PR, brandingu, eventów, zakupu mediów czy produkcji TV.

– Dialog Branżowy to taki okrągły stół, gdzie wszyscy siedzimy po tej samej stronie i rozmawiamy ze sobą. Nie podczas przetargu czy negocjacji, tylko w formie normalnego dialogu, gdzie każdy może powiedzieć, jakie ma bolączki i jakie widzi elementy do poprawy, zarówno po swojej stronie, jak i po stronie reklamodawcy – mówi Andrzej Zawistowski.

Ekologia trafiła do świata mody. Powstała kurtka wyprodukowana z 21 butelek PET

Ekologia trafiła do świata mody. Powstała kurtka wyprodukowana z 21 butelek PET 23

Columbia OutDry Extreme ECO to pierwsza kurtka sportowa do zadań specjalnych, która została wyprodukowana wyłącznie z materiałów uzyskanych z recyklingu. Jest wodoodporna, oddychająca, a przede wszystkim w pełni ekologiczna. Wykonano ją z 21 butelek PET, ponadto nie zawiera ona perfluorowęglowców (PFC).

Kurtka OutDry Extreme ECO została wykonana w 100 proc. z materiałów z recyklingu, od materiału wykorzystanego do samej produkcji kurtki, poprzez nici, ściągacze, suwaki – wszystko zostało wykonane z materiałów uzyskanych z recyklingu. Co więcej, do jej produkcji nie wykorzystano żadnych barwników – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Rafał Tyszkiewicz z firmy Columbia Sportswear. Po czym dodaje: – Dzięki temu zaoszczędziliśmy przy produkcji każdej z tych kurtek 49 litrów wody. Kurtka została wyprodukowana bez wykorzystania tzw. perfluorowęglowców, co jest bardzo istotne, bo związki te się nie rozkładają.

Standardowe kurtki przeciwdeszczowe nie przepuszczają wody, ponieważ wyposażono je warstwę zawierającą perfluorowęglowce (PFC), czyli związki tworzące silne wiązania cząsteczkowe. Tworzą skuteczną, wodoszczelną warstwę ubrania, ale niestety są równocześnie szkodliwe dla środowiska, a nawet zdrowia. Kurtka OutDry Extreme ECO ma natomiast konstrukcję, która eliminuje wymóg stosowania PFC.

– Ta kurtka skonstruowana jest z dwóch warstw, podczas gdy klasyczna kurtka wodoodporna zbudowana jest z trzech: warstwy odprowadzającej wilgoć od ciała, membrany i warstwy zewnętrznej, która chroni kurtkę przed działaniem czynników zewnętrznych, wodą i wnikaniem jej do wewnątrz. I to ta warstwa kumulowała całe mnóstwo perfluorowęglowców – wyjaśnia Rafał Tyszkiewicz i dodaje – Dzięki eliminacji tej warstwy i wyciągnięciu membrany na zewnątrz udało nam się pozbyć wszystkich szkodliwych czynników, a jednocześnie stworzyć kurtkę, która jeszcze lepiej chroni przed wodą i umożliwia odprowadzanie wilgoci na zewnątrz, gwarantując cyrkulację powietrza na najwyższym poziomie.

Specjalista podkreśla, że OutDry Extreme ECO to pierwsza kurtka sportowa, która jest w pełni ekologiczna. Model, który dostępny jest w damskiej i męskiej wersji w cenie 840 zł, otrzymał znak Blue Sign, co oznacza, że na każdym etapie produkcji kurtka spełnia restrykcyjne wymogi, jeśli chodzi o ochronę środowiska.

Jednym z fundamentów procesu recyklingu jest oszczędność energii, źródeł naturalnych i niezaśmiecania środowiska. Kurtka otrzymała znak Blue Sign – organizacji, która śledzi produkcję produktów tekstylnych, od materiałów źródłowych do produktu finalnego. Również poziom konsumpcji energii potrzebny do wyprodukowania produktu jest jednym z czynników, który został wzięty pod uwagę – tłumaczy Rafał Tyszkiewicz.

Eko-kurtka otrzymała już szereg wyróżnień, m.in. na łamach prestiżowego czasopisma National Geographic, które niedawno oznaczyło ją jako najbardziej ekologiczną kurtkę w historii w ramach nagrody “Gear of the Year”. To także przykład tego, że producenci z branży sportowej są coraz bardziej świadomi i częściej myślą o ochronie środowiska.

Obecnie branża tekstylna skupia się przede wszystkim na działaniach związanych z produkcją w bardziej przyjazny dla środowiska sposób, poprzez eliminację szkodliwych środków chemicznych, szkodliwych barwników, redukcję odpadów i konsumpcji energii oraz wody potrzebnych do jej wyprodukowania. Na drugim końcu łańcucha firmy promują ponowne wykorzystanie produktów, Zachęcając do przedłużanego użytkowania produktów, a po zakończeniu ich użytkowania, do oddania ich w celu recyklingu – podsumowuje  Rafał Tyszkiewicz.

W co trzeciej pracy dyplomowej można znaleźć cechy plagiatu. Jednolity System Antyplagiatowy może nie rozwiązać tego problemu

W co trzeciej pracy dyplomowej można znaleźć cechy plagiatu. Jednolity System Antyplagiatowy może nie rozwiązać tego problemu 24

Nawet 20–30 proc. prac dyplomowych nosi znamiona plagiatu. Już teraz na uczelniach spoczywa obowiązek sprawdzania systemami antyplagiatowymi wszystkich prac. Mogą one jednak wyłapać jedynie część skopiowanych fragmentów. Od roku akademickiego 2018/2019 ma się pojawić wymóg stosowania przez uczelnie tzw. Jednolitego Systemu Antyplagiatowego. Ustawodawca dostrzegł problem, nie będzie to dobre rozwiązanie – ocenia Krzysztof Gutowski, ekspert ds. prawa autorskiego z Plagiat.pl.

 – Eksperci są zgodni, że w od kilkunastu do 20–30 proc. prac dyplomowych można znaleźć nieuprawnione zapożyczenia czy też cechy plagiatu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Gutowski, ekspert ds. prawa autorskiego z Plagiat.pl.

Plagiaty, przepisywanie całych rozdziałów czy dużych fragmentów prac na studiach, to istotny problem. Nie dotyczy on tylko prac semestralnych czy rocznych, lecz także prac dyplomowych, na podstawie których student uzyskuje tytuł zawodowy. Z plagiatem należy walczyć, ale zdaniem ekspertów równie istotna jest kwestia odpowiedniej edukacji.

– Można podejść do tego zagadnienia na zasadzie karania, egzekwowania zapisów ustawowych, że skoro tylko ktoś zaczerpnął fragment czyjegoś utworu i nie oznaczył go właściwie w swojej pracy, to popełnił plagiat i w związku z tym powinien zostać ukarany. Z drugiej strony student jest na etapie przyswajania wiedzy. Powinniśmy go kształcić, że takich rzeczy robić nie należy. Ujawnia się tu rola promotora, nie do przecenienia w procesie kończenia studiów – przekonuje dr Mariusz Kuziak, pełnomocnik rektora ds. systemu antyplagiatowego na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie.

Wszystkie uczelnie w Polsce mają obowiązek stosowania systemów antyplagiatowych (to efekt nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym z 2014 roku). Jednolity System Antyplagiatowy, którego wprowadzenie zapowiadane jest od roku akademickiego 2018/2019, ma uszczelnić system. Pozwoli porównywać prace z tymi zgromadzonymi w Ogólnopolskim Repozytorium Pisemnych Prac Dyplomowych. Nie podjęto jednak decyzji, by analizować wszystkie prace za pomocą jednego programu antyplagiatowego. Ponadto w serwisie znajdują się prace obronione po 2009 roku, brakuje tych starszych.

– Stworzenie Ogólnopolskiego Repozytorium Pisanych Prac Dyplomowych będzie skuteczne tylko na krótki czas. Pozwoli wyeliminować z obiegu naukowego i obiegu uczelnianego prace sprawdzane wielokrotnie, czyli sprzedawane po obronie i ponownie bronione na innych uczelniach. Ale to tylko jeden z przejawów nieuczciwości, który po wprowadzeniu i przetestowaniu pierwszej fali dyplomów przestanie odgrywać rolę – ocenia Gutowski.

Wprowadzenie Jednolitego Systemu Antyplagiatowego świadczy o tym, że ustawodawca dostrzega problem plagiatu, wciąż jednak brak szczegółów dotyczących jego wejścia w życie.

– W dalszym ciągu trwają negocjacje. Moja uczelnia otrzymała ostatnio pismo informujące, że trwają prace w Ośrodku Przetwarzania Informacji, które mają na celu stworzenie takiego systemu i że uczelnia powinna wskazać odpowiednią osobę, która będzie się kontaktować z twórcami systemu w celu ustalania szczegółów i konsultowania poszczególnych rozwiązań – mówi dr Mariusz Kuziak.

Nie wiadomo więc, czy nowy system pozwoli wykryć także parafrazy prac naukowych, równie często stosowane przez studentów, co sam plagiat. Ocenia się, że choćby minimalna zmiana tekstu zapożyczonego z książek, np. zmiana szyku zdania czy zastąpienie kilku słów, o kilka procent zmniejsza szanse na wykrycie plagiatu w systemach. We wskazaniu plagiatu odpowiedzialność spoczywa na promotorze, ten jednak ze względu na liczbę studentów, nie zawsze jest w stanie rozpoznać plagiat.

Studentów nie odstraszają kary, jakie mogą ich spotkać za podpisanie swoim nazwiskiem czyjejś pracy.

– Jeśli promotor udowodni plagiat, studentowi może grozić wiele konsekwencji. W zależności od tego, czy był to plagiat umyślny, nieumyślny, czy była to bardzo widoczna próba oszukania uczelni, grożą mu kary od otrzymania oceny niedostatecznej za pracę, co wiąże się z powtarzaniem roku, aż do konsekwencji z tytułu prawa autorskiego i prawa karnego, czyli wysokie kary łącznie z pozbawieniem wolności, jeżeli mamy do czynienia z plagiatem polegającym na kupnie pracy dyplomowej czy przepisaniu całego dzieła – wymienia Krzysztof Gutowski.

Polska firma stworzyła inteligentne lustra. Potrafią rozpoznawać wiek, płeć i emocje osoby się w nich przeglądającej

Polska firma stworzyła inteligentne lustra. Potrafią rozpoznawać wiek, płeć i emocje osoby się w nich przeglądającej 25

Inteligentne urządzenia opanowały rynek produktów konsumenckich. Niemal każdy przedmiot codziennego użytku ma już swój odpowiednik typu smart. Nie inaczej jest z lustrami, czego przykładem są urządzenia produkowane przez polską firmę Abyss Glass, przeznaczone do zastosowań marketingowych. Urządzenia te potrafią nie tylko rozpoznać wiek czy płeć klienta, lecz także jego emocje i dzięki temu dostosować ofertę odpowiednio do jego preferencji i nastroju.

Abyss Glass zajmuje się produkcją interaktywnych luster. Oprócz samego hardware’u produkujemy również oprogramowania. Mam tu na myśli analizę wizyjną opartą na samouczących się sieciach neuronowych, która umożliwia rozpoznawanie emocji, wieku i płci. Na podstawie tych parametrów wyświetlamy odpowiednią treść dla klienta, dzięki czemu jest ona lepiej stargetowana i po prostu mamy większe prawdopodobieństwo, że osoba stojąca przed tym lustrem zobaczy to, co ją interesuje, np. inną treść wyświetlimy młodej dziewczynce, a inną starszemu panu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Arkadiusz Adamek, współzałożyciel firmy Abyss Glass.

Ekspert podkreśla, że lustro zostało wykorzystane jako innowacyjny nośnik informacji – ma przyciągać wzrok, a przy okazji przemycać treść marketingową, którą użytkownicy mogą się zainteresować.

Na tradycyjnym lustrze nic się nie wyświetla. My to zmieniliśmy, biorąc pod uwagę to, że to lustro naturalnie przyciąga spojrzenie, kiedy pojawi się na nim jakaś treść, jest bardzo duża szansa, że ktoś zwróci na nią uwagę. Nasze lustro jest odpowiedzią na zjawisko, które nazywa się baner blindness, czyli ślepota banerowa – wyjaśnia Arkadiusz Adamek.

Oprócz wspomnianej analizy wizyjnej lustro wyposażono również w szereg technologii, takich jak choćby czujniki ultrasoniczne i czujniki ruchu. Warto zaznaczyć, że sterowanie urządzeniem jest proste i w pełni intuicyjne m.in. za sprawą dotyku.

Każde lustro musi mieć dostęp do internetu, co umożliwia nam zmianę treści przez tworzony przez nas panel webowy. To nic innego, jak taki prosty kreator, który umożliwia zdalną edycję treści. Możemy na te lustra nagrywać zdjęcia, animacje, filmy czy prezentacje. Na dobrą sprawę wszystko, co chcemy, dowolny content marketingowy. I możemy wrzucać i wgrywać go na dowolną liczbę luster – tłumaczy Arkadiusz Adamek.

Abyss Glass zajmuje się wyłącznie produkcją interaktywnych luster, co daje firmie przewagę nad zagraniczną konkurencją. Ponadto specjalista zaznacza, że polski produkt jest o wiele bardziej funkcjonalny od konkurencyjnych rozwiązań, które obecnie są dostępne na rynku.

Bardzo duże firmy zajmują się produkcją podobnych luster. Natomiast nie mają tak szerokiego wachlarza dodatkowych funkcjonalności, o których wspominałem, czyli rozpoznawanie wieku, płci czy emocji. Co więcej, te firmy produkują mnóstwo różnych rzeczy, dlatego to nie jest ich core business, nie zajmują się tym w 100 proc., a my właśnie wręcz przeciwnie – zajmujemy się wyłącznie produkcją interaktywnych luster – podkreśla Arkadiusz Adamek.

Polska firma nie przestaje udoskonalać swojego produktu. Obecnie pracuje nad dołączeniem do lustra czytników RFID, które umożliwią rozpoznawanie produktów, z którymi osoba wchodzi do przymierzalni.

Takie rozwiązanie będzie miało zastosowanie w branży odzieżowej czy retailowej, ponieważ osoba będąca w przymierzalni będzie w stanie rozpoznać, co już ze sobą wzięła. Lustro na podstawie odpowiedniego oprogramowania będzie w stanie zaproponować pasujące do tego produkty albo produkty, które wybrały inne osoby, więc to duże ułatwienie. Poza tym będzie można np. zdalnie poprosić ekspedientkę o inny rozmiar – podsumowuje Arkadiusz Adamek.

Klienci coraz częściej przenoszą rachunki do innych banków. W I kwartale zdecydowało się na to blisko 10 tys. osób

Klienci coraz częściej przenoszą rachunki do innych banków. W I kwartale zdecydowało się na to blisko 10 tys. osób 26

Coraz więcej Polaków decyduje się na przeniesienie rachunku do innego banku. Tylko w I kwartale tego roku na taki krok zdecydowało się blisko 10 tys. osób, o 68 proc. więcej niż rok temu. Na każde trzy wnioski składane w systemie Krajowej Izby Rozliczeniowej, w dwóch jako nowy bank klienci wskazują Crédit Agricole. W marcu trafiły tam niemal wszystkie rachunki przenoszone z innych banków. 

– Polacy coraz częściej decydują się na zmianę banku. Jest to już dosyć stała tendencja. Obserwujemy to również w innych branżach – w telefonii komórkowej już ponad 1,5 mln klientów zmieniło swojego operatora. U nas ten proces nie jest tak dynamiczny, ale zauważalny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jędrzej Marciniak, wiceprezes Crédit Agricole.

Z danych Krajowej Izby Rozliczeniowej wynika, że w I kwartale 2017 roku Polacy złożyli 9,86 tys. wniosków o przeniesienie rachunków do innego banku. Najwięcej, bo ok. 4 tys., wpłynęło w marcu. Dla porównania w I kwartale 2016 roku wniosków było 5,8 tys., a w całym 2016 roku blisko 41 tys.

 Wiąże się to z wysokością opłat, wysokością kosztu kredytu czy kosztu depozytu, ale coraz częściej, decydujemy się na zmianę ze względu na aspekty emocjonalne, bo ktoś poleca nam inny bank. Zwracamy uwagę na jakość obsługi, długoterminowe relacje i wówczas decydujemy się na zmianę – ocenia wiceprezes Crédit Agricole.

Jak przekonuje Marciniak, proces zmiany rachunku jest prostą operacją. Za pomocą systemu Ognivo, którym zarządza Krajowa Izba Rozliczeniowa, wystarczy złożyć wniosek o przeniesienie rachunku, a wszystkimi formalnościami zajmuje się bank, którego stajemy się klientem. Informacje o zmianie konta automatycznie przekazywane są także do odpowiednich instytucji, m.in. do ZUS czy urzędu skarbowego.

– Doradca wykona za nas całą operację. Będzie to trwało kilka dni, ale dotyczy nie tylko podstawowego produktu, jakim jest konto osobiste, lecz także wszystkich innych zobowiązań, które mamy w innym banku – wskazuje Jędrzej Marciniak.

W ponad 60 proc. wniosków składanych w systemie KIR jako nowy bank wskazywany jest Crédit Agricole. W marcu tego roku bank ten przejął niemal wszystkie rachunki przenoszone z innych banków. Taki trend utrzymuje się od 2015 roku. Jak przekonuje wiceprezes banku, to wynik nie tylko tradycyjnej oferty kredytów czy depozytów.

– Mamy również bardzo przejrzystą ofertę związaną z przeniesieniem. Klienci doceniają nas jako bank, który buduje długoterminowe relacje, doceniają to, że mamy dobrych doradców i wysoką jakość obsługi. 2/3 klientów to nasi ambasadorzy, którzy wystawiają nam wysokie oceny. Sami również przyszli do nas, bo ktoś polecił im nasz bank, a teraz sami polecają go następnym osobom – tłumaczy Marciniak.

Crédit Agricole jest bankiem uniwersalnym, oferującym klientom wszystkie produkty i usługi bankowe: rachunki rozliczeniowe i oszczędnościowe, karty kredytowe, konta walutowe, kredyty gotówkowe i hipoteczne, lokaty, a także różnego rodzaju ubezpieczenia i usługi assistance. Bank obsługuje też duże korporacje oraz sektor małych i średnich przedsiębiorstw. Działa także w sektorze rolniczym.

– Jesteśmy trzecią pod względem wielkości grupą bankowo-finansową w Europie. W Polsce mamy ponad 400 placówek własnych, kilkaset placówek franczyzowych i biur kredytowych. Łącznie współpracuje z nami ponad 2 mln klientów – wymienia Jędrzej Marciniak.

KFC zmienia model działania restauracji. Inwestuje w usługi mobilne i technologie, które usprawnią i przyspieszą obsługę gości

KFC zmienia model działania restauracji. Inwestuje w usługi mobilne i technologie, które usprawnią i przyspieszą obsługę gości 27

Branża gastronomiczna coraz bardziej się digitalizuje. Mobilne technologie ułatwiają i przyspieszają obsługę gości, a także zwiększają ich satysfakcję. Sieć restauracji KFC, która już od pewnego czasu wykorzystuje mobilne kanały, pracuje nad wprowadzeniem w Polsce rewolucyjnego rozwiązania w swojej aplikacji. „Zamów i odbierz” (Skip The Line) to funkcja, która umożliwi gościom pominięcie kolejki w restauracji, zamówienie jedzenia na konkretną godzinę, płatność mobilną i stworzenie własnego kubełka. Takich możliwości nie mają jeszcze klienci sieci w żadnym z innych państw w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

– Rozwój usług mobilnych i nowoczesne technologie coraz silniej wpływają na rynek restauracyjny. Szukamy rozwiązań i usług, które są w stanie szybko, ale z zachowaniem wysokiej jakości, zaspokoić nasze potrzeby. Ważnym trendem jest także personalizacja – lubimy dostawać coś, co sami możemy wykreować. Jako marka stawiamy sobie wysoko poprzeczkę i w zgodzie z potrzebami naszych gości tworzymy rozwiązania, które je spełnią – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Jędrychowski, digital manager marki KFC.

Według przeprowadzonych w 2015 roku badań National Restaurant Association konsumenci cenią sobie wykorzystywanie rozwiązań mobilnych w branży restauracyjnej. Ośmiu na dziesięciu badanych przyznaje, że technologia zwiększa ich wygodę, a 45 proc. uważa, że dzięki niej wizyta w restauracji jest przyjemniejsza. Zdaniem 70 proc. konsumentów mobilne technologie przyspieszają obsługę, a jedna trzecia przyznaje, że dzięki nim częściej zamawia jedzenie na wynos. Sieć restauracji KFC, która według „Raportu gastronomicznego 2016” instytutu GfK należy do czołówki najpopularniejszych w Polsce, wyznacza trendy i rozwija mobilne usługi.

– Zaczęliśmy od aplikacji mobilnej z możliwością realizowania kuponów w restauracji. Potem wprowadziliśmy usługę zamówień przez aplikację z dostawą do domu. Trzecim etapem – wcale nie ostatnim – jest funkcja aplikacji „Zamów i odbierz”, która umożliwi złożenie zamówienia i płatność za pomocą telefonu komórkowego oraz odbiór w restauracji bez konieczności oczekiwania w kolejce do kasy – wyjaśnia Maciej Jędrychowski.

Dzięki nowej funkcji aplikacji, czas obsługi gości skróci się do minimum. Nowe rozwiązanie jest obecnie testowane w kilkunastu restauracjach w Polsce. Po fazie pilotażu, latem tego roku zostanie udostępnione w Google Play oraz AppStore, a skorzystać będą mogli z niego goście blisko 170 lokali KFC w całym kraju. Zasięg usługi ma być stopniowo rozszerzany i docelowo obejmie ponad 200 polskich restauracji marki.

Digital manager sieci KFC podkreśla, że taka funkcjonalność jest pionierska w branży restauracyjnej w Polsce. Usługa „Zamów i odbierz” umożliwi nie tylko złożenie zamówienia bez czekania w kolejce do kasy. Za jej pośrednictwem goście będą mogli zapłacić mobilnie z poziomu aplikacji, tworzyć spersonalizowane menu (np. skomponować własny kubełek), a nawet zamówić jedzenie na konkretną godzinę i odebrać gorące danie w lokalu.

– W restauracjach KFC w Europie czy Stanach Zjednoczonych nie ma na razie takiej usługi. Polscy goście skorzystają z niej jako pierwsi. Możliwość personalizacji posiłku i wybór godziny odbioru, wygodna płatność mobilna czy w pierwszym etapie także kartą przy odbiorze, to absolutna nowość w naszych restauracjach – zaznacza Maciej Jędrychowski.

W Skip the Line będą się pojawiały też przygotowane specjalnie dla konkretnego użytkownika promocje. Aplikacja pozwoli także na działania z zakresu real time marketingu.

– Możemy personalizować oferty specjalne, bazując na lokalizacji, pogodzie czy bieżących wydarzeniach, niekoniecznie związanych z branżą restauracyjną. Będziemy mogli reagować szybko i w nawet ciągu godziny zaproponować ofertę specjalną dostępną np. w wybranych lokalach – mówi Maciej Jędrychowski.

Po uruchomieniu aplikacji KFC i wybraniu funkcji „Zamów i odbierz” w menu pojawi się adres najbliższej restauracji (z możliwością zmiany na inną lokalizację), w której możemy skorzystać z usługi. Kolejny krok to wybór ulubionych pozycji z menu, określenie godziny odbiory i płatność – mobilna, z poziomu aplikacji lub oznaczenie płatności kartą przy odbiorze. Następnie użytkownik otrzyma numer zamówienia, a system pokaże szacowany czas jego przygotowania lub potwierdzi wybraną godzinę odbioru. Komunikaty o postępach realizacji będą wyświetlane na bieżąco w aplikacji i na ekranie w restauracji, a informacja o gotowym posiłku zostanie dodatkowo potwierdzona SMS-em.

Rośnie podatność na cyberataki

Ostatni atak hakerski miał do tej pory największą skalę pod kątem zainfekowanych urządzeń oraz komputerów. Mówi się, że atak miał miejsce w rekordowej liczbie państw – od 90 do 200 krajów. Zdarzenie to było bardzo poważne, ale oparte na prostym mechanizmie. Narzędzie, które zostało użyte do ataku, było wykradzionym oprogramowaniem z zasobów Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Za cyberatakiem stał zespół hakerów nazywanych „Shadow Brokers”, którzy zmodyfikowali i użyli narzędzie zwane „Ransomeware”.

– Po zainstalowaniu tego złośliwego oprogramowania na komputerze pojawiało się żądanie zapłaty równowartości 300 dolarów w walucie BitCoin – powiedział agencji eNewsroom.pl Tomasz Szymanik, dyrektor sprzedaży UseCrypt – Przez pierwsze 3 dni taka była cena za odblokowanie danych na komputerze, a po ich upływie kwota wzrosła dwukrotnie – do wartości 600 dolarów w BitCoinie. Atak został przeprowadzony przez rozesłanie złośliwego oprogramowania mailem – wykorzystano lukę w systemie Windows, która została już dosyć dawno zdiagnozowana i firma Microsoft opracowała łatkę zabezpieczającą tę lukę. Doszło tutaj do zaniechania po stronie użytkowników – niezainstalowanie upgrade’u oprogramowania oraz otwarcie załącznika przesłanego pocztą. Można to określić jako niefrasobliwość przy użytkowaniu. Są to klasyczne błędy popełniane w zakresie zachowania bezpieczeństwa użytkowania sprzętu i software’u. Skala ataku pokazuje stałą podatność na tego typu działania. System Windows oraz jego różne odmiany są zainstalowane na ponad 90% komputerów na świecie. Podatność procentowa cyberataki jest więc bardzo duża – nawet jeśli kilka lub kilkanaście procent użytkowników nie przeprowadzi aktualizacji systemu, to liczba potencjalnych miejsc ataku jest gigantczna – podsumował Szymanik.

Kiedy start-up ma szansę odnieść sukces?

Usługi ograniczone do urządzeń, które można sprzedawać tylko na określonym terenie danego kraju, nie mają przyszłości. Polski rynek jest za mały, aby start-up mógł utrzymać się na nim z przychodów uzyskiwanych w – mimo wszystko – nadal biednym społeczeństwie oraz realizować swoje zamierzenia kapitałowe. Te start-upy, które idą w kierunku uzupełnienia istniejących już technologii lub internalizacji, odnoszą dziś sukcesy.

– Do tej pory udało nam się zainwestować w spółki z zakresu informatyki dedykowanej konkretnej dziedzinie gospodarki czy nauki – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Girek, prezes Data Techno Park oraz Cube.ITG – Są to obszary związane z bezpieczeństwem, medycyną i sektorem bankowym. Spodziewamy się sukcesów start-upów z obszaru medycyny. Te zaś z obszaru telemedycyny z potencjałem realizacji wyłącznie w Polsce, bez perspektywy internacjonalizacji, mogą się nie powieść. W ich przypadku mieliśmy do czynienia z zaangażowaniem osobistym, ciekawym pomysłem i wstrzeleniem się w rynek w momencie jego wzrostu w obszarze projektów e-zdrowie w Polsce. Nasz cel inwestycyjny związany jest z minimalnym zwrotem, którego oczekujemy od pomysłodawcy. To średnio 15% w skali roku. Mamy nadzieję na uzyskanie takich efektów po 4-8 latach istnienia start-upu – dodał Girek.

Polska waluta w dobrej kondycji. Funt znów w głębokiej defensywie.

Złoty pozostaje mocny ale widoczne są sygnały końca trendów spadkowych. Testy ostatnich minimów na EUR/PLN i CHF/PLN zakończyły się fiaskiem. Chwilowy powrót wzrostów na dolarze nieco popsuł sentyment do walut krajów wschodzących. Biorąc jednak pod uwagę dobry stan polskiej gospodarki gwałtowna przecena nam nie grozi. Funt pod ścianą w obliczu słabnących sondaży poparcia partii Theresy May.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 15.04.2017-29.05.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,1700 3,8100 3,7100 4,7770
Maksimum 4,3470 4,0020 4,0100 5,1090

 

eurEUR/PLN porusza się nadal w ramach wyrysowanego kanału spadkowego. Mimo wszystko widać jednak, że trend aprecjacyjny złotego nieco wyhamował. Test ostatniego minimum zakończył się fiaskiem i może to oznaczać, że trudno będzie w najbliższych dniach osiągnąć niższe poziomy. Pamiętać trzeba jednak, że fundamentalnie żadnych zmian nie ma. Sytuacja gospodarcza w Polsce jest bardzo dobra. Również koniunktura na rynkach europejskich nam sprzyja. Kolejne dane makro wspierają kwotowania złotego PKB w I kwartale na poziomie 4%, również na plus działa podwyższenie perspektywy ratingu przez Moody’s. Ale złoty jest bardzo wrażliwy na ruchy na szerokim rynku szczególnie na EUR/USD. W razie niepokojów traci szybko na wartości. Na EUR/PLN bardzo możliwy jest ruch korekcyjny na bazie choćby podbicia notowań dolara, ale jakaś gwałtowna wyprzedaż nam nie grozi.  Fakt pozostaje czynnik ryzyka politycznego w postaci osoby Trumpa i jego ewentualnego odejścia ze stanowiska. Ale z drugiej strony mamy czynnik prodolarowy czyli podwyżka stóp w czerwcu, która jest praktycznie przesądzona. Oporem w przypadku wzrostów będzie 4,21.

chf

Również na CHF/PLN jesteśmy nieco wyżej niż wypada ostatnie minimum. Kolejna próba zejścia poniżej 3,80 nie udała się i niemal od razu doszło do kilku groszowego wzrostu. Trend spadkowy pozostaje jednak nadal aktualny a obecnie jesteśmy w okolicach górnego ograniczenia wyrysowanego kanału. Schłodzenie sentymentu na walutach krajów wschodzących bazowało na poprawie wskaźników makro z USA i podbiciu wyceny waluty amerykańskiej. Nieco traciły większe giełdy na świecie co przełożyło się na większe zainteresowanie tzw bezpiecznymi przystaniami a więc i frankiem szwajcarskim. Nie ma jednak dramatu taki niewielki ruch korekcyjny nawet się przyda. Nie ma obecnie powodów dla których trend spadkowy mógłby się odwrócić. Ewentualna korekta nie powinna mieć większego zasięgu. Gwałtowna przecena nam nie grozi biorąc twarde fundamenty polskiej gospodarki.

usd

USD/PLN znów ustanowił nowe minimum. Środowe minutki FED nieco rozczarowały inwestorów i dolar nieco stracił. W efekcie dno wypadło na poziomie 3,71. Jednak inwestorzy po kilku dniach wrócili do dolara. Doszli do wniosku, że owszem większej ilości podwyżek stóp nie będzie ale przecież redukcja bilansu Fed to również działania zacieśniające politykę monetarną. Do tego doszły lepsze dane na temat wzrostu gospodarczego. EUR/USD spadł poniżej 1,12. W efekcie USD/PLN nieco poszedł w górę i jesteśmy 4 grosze wyżej. Ale wcale nie jest powiedziane, że teraz dolar nagle zacznie znów falowo rosnąć. Cały sentyment wokół waluty amerykańskiej psuje Trump, który podpada coraz większej rzeszy ważnych ludzi na świecie. A do tego mamy EBC, od którego rynki oczekują działań w kierunku odchodzenia od luźnej polityki monetarnej. Tylko czy nie są to zbyt wygórowane oczekiwania. Sytuacja więc dla USD/PLN nie jest jasna. Póki co pozostajemy w kanale spadkowym a wsparcie i opór wyznaczają ograniczenia kanału spadkowego.

gbp

GBP/PLN spada do poziomów niewidzianych od okresu referendum w sprawie Brexitu. Po spokojnych tygodniach robi się nerwowo. Sytuacja wydawała się jasna i klarowna a więc pewne zwycięstwo we wcześniejszych wyborach partii premier Theresy May. Liczyła ona na przekonujące zwycięstwo i tym samym realizowanie swojego programu wyjścia ze strefy euro. Ostatnie sondaże pokazują jednak słabnącą przewagę konserwatystów nad partią pracy. Może nie sam wynik robi jakieś wrażenie ale pokazuje jak nieprzewidywalne są sondaże w Wielkiej Brytanii. Musi to więc spotęgować nerwowość na brytyjskiej walucie, która do większości głównych walut powraca do kilku letnich minimów. Mimo, że w ostatnich dniach sporo było pozytywów dla funta choćby dane z rynku pracy czy sprzedaż detaliczna to niemal całkowicie one wyparowały. Niewykluczone więc jeżeli sondaże będą dalej zmniejszać przewagę przypomnijmy na początku było to 20% to możliwe są dalsze dołki na GBP/PLN.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl