Symbole narodowe chętnie stosowane w handlu. Zgodnie z prawem muszą być jednak przerobione

Symbole narodowe chętnie stosowane w handlu. Zgodnie z prawem muszą być jednak przerobione 1

Wydarzenia sportowe i państwowe nie mogą się obyć bez symboli narodowych, często także na ubraniach czy gadżetach. Godło, barwy narodowe i hymn nie mogą być jednak co do zasady umieszczane na przedmiotach przeznaczonych do sprzedaży. Dozwolona jest za to forma stylizowana artystycznie, która zawiera elementy dodane przez twórcę. Nie mogą one jednak narażać na śmieszność symboli narodowych i ich obrażać. Za zniszczenie i znieważenie grozi kara grzywny, a nawet pozbawienia wolności.

 Producenci nie mają prawa korzystać z symboli narodowych. Określa to ustawa z 31 stycznia 1980 roku, w której jasno jest wskazane, jakich symboli i w jakiej formie można używać. Mogą być one umieszczane na produktach do obrotu handlowego, pod warunkiem że są w odpowiedni  sposób przerobione artystycznie bądź stylizowane – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Basta, właściciel marki Sortmund i pomysłodawca kampanii „Symbole Narodowe – Dostrzegamy, Szanujemy, Informujemy”.

Zgodnie z przepisami symbole narodowe: godło, czyli wizerunek orła na czerwonym tle, biało-czerwone barwy flagi, której święto obchodzone jest 2 maja, oraz Mazurek Dąbrowskiego podlegają szczególnej ochronie prawnej. To oznacza, że zabronione jest ich użycie na przedmiotach przeznaczonych do obrotu handlowego. Nie oznacza to jednak, że koszulki i gadżety z godłem i flagą narodową są produkowane niezgodnie z prawem. Istotne, by w szczegółach różniły się od ustawowych.

– Zgodnie z przepisami, jeśli sam wykonam wzór orła, który będzie mieć głowę zwróconą w prawą stronę i rozłożone skrzydła, i naniosę go na tkaninę, to już nie jest to symbol narodowy nazywany godłem, tylko obraz przetworzony przeze mnie artystycznie – tłumaczy Grzegorz Basta.

Prawo nie wskazuje jednoznacznie, co dokładnie oznacza forma stylizowana artystycznie. Można jednak przyjąć, że nawet nieznaczna przeróbka godła, użycie innych od wskazanych w ustawie odcieni barw narodowych czy innych proporcji długości do szerokości w przypadku flagi oznacza, że można je komercyjnie wykorzystywać.

– Za niezgodne z przepisami wykorzystanie barw i symboli narodowych może grozić kara grzywny lub pozbawienia wolności do roku – przypomina Basta. – Dlatego warto się zapoznać szczegółowo z wytycznymi wskazującymi, jakie ich użycie jest dopuszczalne przez prawo.

Jak podkreśla pomysłodawca kampanii „Symbole Narodowe – Dostrzegamy, Szanujemy, Informujemy”, stylizacja artystyczna stosowana przez twórcę nie może w żaden sposób ośmieszać czy obrażać symboli narodowych.

– Ustawodawca nie określił, jakie występki można uznać za znieważenie. Z pomocą przychodzi jednak orzecznictwo, które jako takie występki przedstawia sytuację, w których dochodzi do złamania norm, które powszechnie są uważane przez społeczeństwo za lekceważenie, znieważanie, tudzież obrazę –wskazuje ekspert.

Symboli narodowych nie można też niszczyć – rozumie się przez to nieodwracalne pozbawienie właściwości charakterystycznych dla danego przedmiotu. Zabronione jest szydzenie, opluwanie czy podeptanie. Za zniszczenie lub znieważenie symboli państwowych grozi kara grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

Boom w biurach podróży. Rosną wydatki Polaków na różne formy spędzania czasu wolnego

Boom w biurach podróży. Rosną wydatki Polaków na różne formy spędzania czasu wolnego 2

Polacy kochają długie weekendy. Na wypoczynek na początku maja ze względu na korzystny układ kalendarza zdecydowało się znacznie więcej osób niż przed rokiem. Polacy przywiązują coraz większą wagę do tego, jak i gdzie spędzają czas wolny – ocenia dr Daniel Puciato z Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu. Przemysł, który pozwala nam ten czas zagospodarować, to jedna z najprężniej rozwijających się gałęzi gospodarki.

– Czas wolny jest coraz ważniejszą determinantą jakości życia ludzi, a tzw. przemysł wolnoczasowy, czyli kultura, turystyka, rekreacja, jest najszybciej rosnącym przemysłem w gospodarce światowej. 80 proc. Polaków wydaje swoje pieniądze na czas wolny. Średni wydatek wynosi 8 proc. naszych dochodów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Daniel Puciato, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Polacy wolny czas najchętniej spędzają z rodziną i przyjaciółmi. Podczas majówki tradycyjnie wyjeżdżamy na działki i grillujemy. Częściej decydujemy się też na wyjazdy, nie tylko krajowe. W tym roku sprzyja temu układ kalendarza. Ci, którzy wzięli trzy dni wolnego, mogą cieszyć się 9-dniowym urlopem. To zaś sprawia, że boom w ostatnich tygodniach przeżywały biura podróży.

– Blisko 50 proc. Polaków planuje jakiś wyjazd turystyczny zarówno krajowy, jak i zagraniczny. W przypadku wyjazdów zagranicznych wybieramy kurorty w takich krajach, jak Egipt, Hiszpania, Grecja czy Włochy. Bardzo popularne są stolice krajów europejskich, np. Rzym, Praga, Berlin, Paryż czy Madryt. Krajowe wyjazdy to najczęściej góry, wybrzeże i Mazury oraz duże polskie miasta – wymienia ekspert.

Częściej niż w latach ubiegłych decydujemy się na zagraniczną podróż, w dużej mierze ze względu na sprzyjający układ wolnych dni, a także na bardzo zimny kwiecień, który zmusił Polaków do poszukiwania słońca gdzieś dalej. Ze statystyk Neckermann Podróże wynika, że w tym roku na weekend majowy z biurem podróży wybierze się 30 proc. więcej klientów niż w 2016 roku. Travelplanet.pl wskazuje, że w poświątecznym tygodniu liczba rezerwacji wyjazdów na początek maja była nawet o 80 proc. wyższa niż w okresie przedświątecznym.

Coraz chętniej wybieramy też aktywny wypoczynek – popularnością cieszą się zorganizowane wycieczki piesze czy rowerowe, obozy sportowe czy rejs po mazurskich jeziorach.

Jak podkreśla Puciato, sposób wypoczywania zmienił się na przestrzeni ostatnich kilku lat.

– Coraz więcej Polaków wyjeżdża i są to wyjazdy w coraz dalsze kraje. Drugim trendem jest to, że coraz więcej wydajemy na takie wyjazdy – wybieramy droższe hotele i transport lotniczy. Bardzo popularna jest obecnie turystyka aktywna, kwalifikowana, sporty ekstremalne, spędzamy wolny czas coraz bardziej aktywnie. Mimo że głównie podróżują osoby w wieku produkcyjnym, to coraz więcej jest też seniorów – wskazuje Puciato.

Jak przekonuje ekspert Wyższej Szkoły Bankowej, zmiana upodobań Polaków to w dużej mierze wynik lepszej sytuacji gospodarczej i rosnących wynagrodzeń, a także coraz szybszego trybu życia.

– Pracujemy coraz więcej i ciężej, więc chcemy racjonalnie wypoczywać i każdą wolną chwilę spędzić na aktywnym wypoczynku. Innym aspektem jest moda. Wyjazdy turystyczne i aktywność są bardzo modne. To przejaw wielkomiejskiego stylu życia, do którego Polacy dążą. Potem chwalimy się takimi wyjazdami w mediach społecznościowych – tłumaczy dr Daniel Puciato.

Czwarta rewolucja przemysłowa zmienia rynek pracy. Najbardziej zagrożone zawody to robotnicy przetwórstwa spożywczego i pracownicy administracyjni

Czwarta rewolucja przemysłowa zmienia rynek pracy. Najbardziej zagrożone zawody to robotnicy przetwórstwa spożywczego i pracownicy administracyjni 3

Specjaliści nie mają wątpliwości – czwarta rewolucja przemysłowa zmieni kształt przyszłego rynku pracy. Sprawi, że większość zawodów zostanie skomputeryzowana, a ludzie podzielą się na tych, którzy są mądrzejsi od maszyn, i tych, którzy są od nich tańsi. Jedno jest pewne: pracownicy z sektora IT będą potrzebni.

Według raportu Wise „Czy robot zabierze Ci pracę? Sektorowa analiza komputeryzacji i robotyzacji europejskich rynków pracy” w Polsce najbardziej zagrożonymi zawodami są robotnicy przetwórstwa spożywczego, pracownicy administracji, pracownicy obrotu pieniężnego, sprzątaczki, robotnicy budowlani, górnicy, a także kolejarze, kasjerzy i kierowcy ciężarówek. Specjaliści przekonują za to, że pracownicy rynku IT mogą spać spokojnie, bowiem sztuczna inteligencja nie wygryzie ich z rynku pracy.

W bardzo potocznym rozumieniu można powiedzieć, że ludzie po tej czwartej rewolucji przemysłowej będą się dzielili na tych, którzy są mądrzejsi od maszyn, i na tych, którzy są tańsi od maszyn. To będą ci pracownicy, którzy nadal będą mieli pracę. Mam wielką nadzieję, że naszych absolwentów dotyczyć będzie raczej ta pierwsza kategoria, mądrzejszych od maszyn. Nie wyobrażam sobie, by sztuczna inteligencja miała większy wpływ w informatyce. Istnieje bardzo wiele różnych ścieżek rozwoju informatyków – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. Adam Wierzbicki, prorektor ds. naukowych z Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych.

Z kolei z badania przeprowadzonego przez Oxford Martin School wynika, że w konsekwencji postępu technologicznego w ciągu 10–20 lat niemal połowa wszystkich amerykańskich zawodów może zostać skomputeryzowana. Adam Wierzbicki przekonuje, że wśród tej grupy nie znajdą się analitycy, bowiem są oni kluczowym elementem układanki podczas tworzenia programów i systemów informatycznych.

Aby stworzyć nową aplikację, program czy system informatyczny, niezbędny jest kontakt z ludźmi. Analityk jest za to odpowiedzialny, jego zadaniem jest zrozumienie potrzeb klienta, w tym na pewno nie zastąpi go sztuczna inteligencja – twierdzi Adam Wierzbicki.

Ponadto prorektor ds. naukowych z Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych podkreśla, że na wielu płaszczyznach sztuczna inteligencja wciąż jest bezradna i nie jest w stanie zastąpić człowieka.

Od dziesiątek lat próbuje się zrobić takie rozwiązanie, które ze specyfikacji automatycznie przerodzi się w działający program. Do dzisiaj tego nie ma, nie spodziewam się wielkiego przełomu w tej dziedzinie. Ponadto jest też debugowanie – usuwanie błędów z programów. Udowodniono matematycznie, że niektórych błędów nie da się automatycznie usunąć, tak jak nie da się stwierdzić, czy program się zatrzyma. Choć sztuczna inteligencja może wspomóc proces usuwania błędu, to mimo wszystko niezbędna jest ingerencja człowieka. Tym samym w dziedzinie informatyki sztuczna inteligencja nie zastąpi ludzi – dodaje Adam Wierzbicki.

Specjalista nie ma wątpliwości, że informatycy zawsze będą potrzebni. Co więcej uważa, że informatyki będzie coraz więcej w naszym życiu, dlatego miejsc pracy w szeroko rozumianym sektorze IT też ma być jeszcze więcej.

Im bardziej sztuczna inteligencja będzie się rozpowszechniać na inne dziedziny, tym bardziej informatycy będą potrzebni. Jakiekolwiek wdrożenie technologii informacyjnej bardzo często generuje sporo różnych problemów, które trzeba rozwiązywać informatycznie. To jest samonapędzające się wzmocnienie, które będzie powodowało, że informatyki raczej będzie coraz więcej w naszym życiu. Dlatego też miejsc pracy w sektorze IT będzie coraz więcej wyjaśnia Adam Wierzbicki.

W przeszłości stanowiska, które przestawały istnieć w wyniku wprowadzania kolejnych innowacji, były powoli zastępowane przez nowe miejsca pracy w innych sektorach. Teraz ma być podobnie, z tą różnicą, że czwarta rewolucja przemysłowa wymusi na pracowniku, by ten był jeszcze lepiej wykształcony, a tym samym stał się mądrzejszy od maszyn.

Ludzie nadal będą potrzebni, pod warunkiem że będą mądrzejsi od maszyn, a to wymaga nieustannego dokształcania się, uczenia przez całe życie, szczególnie w technologiach informatycznych. Tego się nie da uniknąć, ponieważ te technologie starzeją się, dezaktualizują w tempie raz na kilka lat, czasem raz na dwa lata. Dlatego należałoby do tego podchodzić tak samo, jak staramy się przygotować naszych studentów – że będą musieli się uczyć całe życie, że będą musieli aktualizować cały czas swoją wiedzę – podsumowuje Adam Wierzbicki.

Jeżeli ceny węgla spadną polskie kopalnie będą potrzebowały dokapitalizowania

Branża energetyczna mówi, że kolejnego dokapitalizowania kopalń nie będzie. Pytanie co się będzie działo dalej, jeżeli ceny węgla spadną. A takiego scenariusza nie można wykluczyć. W takiej sytuacji polskie kopalnie będą potrzebowały dokapitalizowania. Problemem może być jednak to, że nikt nie będzie chciał pożyczyć pieniądze. O tym w rozmowie z MarketNews24 mówił Rafał Zasuń z portalu WysokieNapięcie.pl. Więcej w materiale wideo.

Wyniki finansowe FAST FINANCE za 2016 rok

FAST FINANCE spółka notowana na GPW, specjalizująca się w obsłudze wierzytelności detalicznych – zakończyła rok 2016 znaczą redukcją zadłużenia. Wskaźnik zadłużenia finansowego netto ukształtował się na poziomie 0,46 (spadek o 29% r/r), co otworzyło Spółce drogę do dywersyfikacji finansowania dalszego rozwoju. Obok finansowania zakupów poprzez emisje obligacji na polskim rynku, FAST FINANCE będzie w przyszłości pozyskiwać zagranicznych inwestorów zainteresowanych bezpośrednim udziałem w zysku z windykacji portfeli. Oparta o nowy model finansowania współpraca z zagranicznym Partnerem została już rozpoczęta w pierwszym kwartale 2017 roku.

FAST FINANCE w 2016 roku wypracowała skonsolidowane przychody ze sprzedaży na zbliżonym poziomie do roku poprzedniego w wysokości niemal 39,9 mln zł (spadek o 1,7%). Intensywna redukcja zadłużenia związana z wdrażaną dywersyfikacją modelu finansowania przełożyła się na obniżenie wskaźników zysku: zysk operacyjny wyniósł 12,7 mln zł (spadek o 32,1%), a zysk netto 8,1 mln zł (o 18,3% mniej niż w ubiegłym roku).

W okresie sprawozdawczym spółka systematycznie obniżała swoje zadłużenie. Wartość wskaźnika długu netto do kapitału własnego FAST FINANCE spadła r/r o 29,2% i na koniec 2016 roku wyniosła 0,46.

Jednym z naszych priorytetów w 2016 roku było obniżanie zadłużenia Spółki. Ostatecznie wartość wskaźnika zadłużenia finansowego netto na koniec roku osiągnęła, w historii FAST FINANCE, rekordowo niski poziom. Cel udało się zrealizować między innymi dzięki regularnemu procesowi skupu obligacji – komentuje Jacek Daroszewski, Prezes Zarządu FAST FINANCE S.A.

Od rozpoczęcia 2016 roku do dnia publikacji raportu rocznego wykupiono wszystkie obligacje serii F i G (notowane na rynku Catalyst) oraz serii J. Ponadto spółka wykupiła wymaganą warunkami emisji część obligacji serii M oraz serii L.

FAST FINANCE utrzymuje realizowany od lat i sprawdzony model biznesowy. Własny model wyceny oraz zarządzanie funduszem sekurytyzacyjnym przynoszą oczekiwane efekty i stabilne wyniki. Ponadto w 2016 roku podjęto kroki w kierunku pozyskania inwestora zagranicznego w celu dywersyfikacji źródeł finansowania dalszego rozwoju. Współpraca już się rozpoczęła, a ostateczny kształt wspólnych działań zostanie ustalony w bieżącym roku.

W 2016 roku na rynku windykacji miało miejsce wiele pozytywnych zmian, m.in.: poprawa wizerunku branży, zmiany regulacyjne (zniesienie bankowego tytułu egzekucyjnego oraz wprowadzenie podatku bankowego). Ponadto niesłabnącym zainteresowaniem cieszyły się kredyty konsumenckie.

Oceniamy, że te zmiany oraz dobra koniunktura gospodarcza wpłyną na wyższe wpłaty od dłużników i będą pozytywnie oddziaływać na wyniki finansowe FAST FINANCE w bieżącym roku – mówi Jacek Daroszewski, Prezes Zarządu FAST FINANCE S.A.

 

Najlepszy kwartał w historii Grupy GPW pod względem przychodów, które osiągnęły poziom 91 mln zł

W I kwartale 2017 r. GK GPW kontynuowała działania rozwojowe w zakresie poszerzania bazy klientów, budowania płynności oraz dyscypliny kosztowej zwiększającej efektywność Grupy. Dzięki temu Grupa Kapitałowa GPW wypracowała w I kw. 2017 r. rekordowe przychody ze sprzedaży w wysokości 91 mln zł oraz zysk netto w wysokości 27,7 mln zł. Zysk EBITDA osiągnął poziom 46,8 mln zł. Na rezultat pozytywny wpływ miały przede wszystkim rosnące obroty na rynku finansowym.

W I kwartale 2017 r. GK GPW osiągnęła rekordowe przychody ze sprzedaży. Jest to dowód na to, że oferta Grupy jest atrakcyjna dla uczestników rynku. Stale rosnące przychody GK GPW potwierdzają dobrą kondycję warszawskiej Giełdy. Mamy nadzieję, że sprzyjające nastroje rynkowe przyczynią się do dalszego rozwoju GPW oraz polskiego rynku kapitałowego z korzyścią zarówno dla emitentów jak i inwestorów. – powiedział Jarosław Grzywiński, p.o. Prezes Zarządu GPW.

Koszty operacyjne w I kw. 2017 r. wyniosły 46,5 mln zł., a wskaźnik kosztów do przychodów ukształtował się na poziomie 51,1%. Oznacza to wzrost o 0,9% rdr i jest to w głównej mierze związane ze zdarzeniami jednorazowymi i sezonowymi. W I kwartale br. miało miejsce zawiązanie rezerwy na opłatę z tytułu nadzoru na rzecz KNF w wysokości ok. 11,4 mln zł. Podobnie, jak w ubiegłym roku kwota ta została w całości naliczona w I kwartale, a następnie będzie korygowana w kw. III. W mijającym kwartale GK GPW przekazała darowiznę na rzecz Polskiej Fundacji Narodowej w wysokości 3 mln zł. W I kw. 2017 r. Urząd Skarbowy skorygował wysokość odsetek zastosowanych przez TGE od zobowiązań podatkowych z lat poprzednich
w wysokości 3,8 mln zł.

Przychody z rynku towarowego w I kw. br. utrzymały się na stabilnym poziomie i wyniosły 35 mln zł (spadek o 3% rdr) i w efekcie wygenerowały 38,5% przychodów Grupy GPW. W I kw. 2017 r. odnotowano rekordowe przychody z tytułu prowadzenia Rejestru Świadectw Pochodzenia, co jest efektem wzmożonej aktywności uczestników rejestru w obszarze umorzeń i wystawień. Przychody z tego tytułu wyniosły 9,1 mln zł i tym samym wzrosły o 14,6% rdr i 148,7% kdk.

Omówienie wyników finansowych Grupy GPW za I kw. 2017 r.

Zysk netto

Zysk netto Grupy GPW w I kw. 2017 r. wyniósł 27,7 mln zł, o 8,7% więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Wzrost w I kw. 2017 r. względem IV kw. 2016 r. to przede wszystkim wynik wyższych przychodów z rynku finansowego (+25,2%). Na jego poziom wpłynęła także jednorazowa korekta przez Urząd Skarbowy wysokości odsetek zastosowanych przez TGE od zobowiązań podatkowych z lat poprzednich w wysokości 3,8 mln zł.

Przychody z rynku finansowego

W I kw. 2017 r. przychody ze sprzedaży na rynku finansowym ukształtowały się na rekordowym poziomie 91 mln zł, co oznacza poprawę względem poprzedniego roku o 12,3% oraz o 11,4% kwartał do kwartału. Tym samym przychody z rynku finansowego stanowiły 61,2% całkowitych przychodów ze sprzedaży Grupy GPW, w porównaniu do 60,9% w IV kw. 2016 r. i 54,9% rok wcześniej. Na przychody z rynku finansowego składają się przychody z tytułu obsługi obrotu, obsługi emitentów i sprzedaży informacji.

Obsługa obrotu na rynku finansowym

W I kw. 2017 r. przychody z obsługi obrotu wyniosły 38,8 mln zł o odnotowały wzrost o 37,1% w stosunku do I kw. 2016 r. oraz 16,8% więcej niż IV kw. 2016 r. Największy wpływ na wzrost przychodów w tej linii miał wzrost przychodów z obrotu na rynku akcji (44,1% rdr oraz 18,1% kdk). W I kw. 2017 r odnotowano wzrost przychodów z instrumentów pochodnych o 8,9% w stosunku do IV kw. 2016 r. oraz 7,1% w porównaniu z I kw. 2016 r. Był on spowodowany rekordowym wolumenem obrotu kontraktami na akcje, jak również wzrostem wolumenu obrotu kontraktami terminowymi na indeks WIG20.

Obsługa emitentów

W I kw. 2017 r. przychody Grupy GPW z obsługi emitentów na rynku finansowym wyniosły 6,3 mln zł, co oznacza wzrost o 3,4% względem IV kw. 2016 r. i wzrost o 8,1% rdr. Tym samym przychody z obsługi emitentów w I kw. 2017 r. stanowiły 7% całkowitych przychodów Grupy GPW. Przychody z tytułu opłat za wprowadzenia wzrosły do poziomu 1,2 mln zł, o 47,8% w porównaniu z I kw. 2016 r. Przychody z opłat za notowanie wzrosły rok do roku o 2%, przy czym należy podkreślić, że podstawą ich naliczania w 2017 r. była kapitalizacja na koniec 2016 r.

Sprzedaż informacji

Przychody ze sprzedaży informacji w I kw. 2017 r. osiągnęły poziom 10,5 mln zł, co oznacza wzrost o 2,2% rok do roku i jednocześnie wzrost o 1% względem IV kw. 2016 r. Przychody z tej linii stanowiły 11,6% przychodów ze sprzedaży Grupy GPW. Wzrost przychodów w tytuł sprzedaży danych rynkowych jest przede wszystkim efektem rozwoju oferty Grupy GPW w zakresie danych non-display, wykorzystywanych do handlu elektronicznego oraz rosnącej liczby abonentów.

Przychody z rynku towarowego

W I kwartale 2017 r. przychody ze sprzedaży na rynku towarowym wyniosły 35 mln zł, wobec 36,1 mln zł, o 3% mniej niż rok wcześniej i jednocześnie o 12,1% więcej niż w IV kw. 2016 r. Ich udział w całkowitych przychodach Grupy w I kw. 2017 r. wyniósł 38,5%. Na przychody z rynku towarowego składają się przychody z tytułu obsługi obrotu, prowadzenia rejestru świadectw pochodzenia i rozliczenia transakcji.

Obsługa obrotu na rynku towarowym

Przychody z obsługi obrotu na rynku towarowym w I kw. 2017 r. spadły o 6,4% względem I kw. 2016 r., do poziomu 15,6 mln zł. Jest to jednocześnie spadek o 5,5 % kdk. O spadku przychodów z segmentu towarowego w głównej mierze zadecydował spadek o 31,3% kdk przychodów z obrotu energią, co miało związek z dużą niepewnością na rynku energii wynikającą z wejścia w życie dyrektywy MiFID II oraz spadkiem poziomu tzw. obliga obrotu energią elektryczną poprzez rynek regulowany. Jednocześnie przychody z obrotu gazem osiągnęły poziom 2,5 mln zł, co oznacza wzrost o 1% rdr i spadek o 17,4% kdk. Przychody Grupy z tytułu innych opłat od uczestników rynku towarowego w I kw. 2017 r. wyniosły 2,6 mln zł, w porównaniu do 2 mln zł w I kw. 2016 r., co oznacza wzrost o 30,8%. W porównaniu do IV kw. 2016 r. jest to spadek o 12,1%.

Prowadzenie Rejestru Świadectw Pochodzenia

W I kw. 2017 r. przychody z prowadzenia RŚP ukształtowały się na historycznym poziomie 9,1 mln zł, o 14,6% więcej niż rok wcześniej i 148,7% więcej niż w IV kw. 2016 r. Pozytywna zmiana przychodów prowadzenia Rejestru Świadectw Pochodzenia wynika przede wszystkim z wysokich przychodów z tytułu wystawiania i umorzenia zielonych świadectw pochodzenia.

Rozliczenie transakcji

Przychody z rozliczenia transakcji w I kw. 2017 r. wyniosły 10,3 mln zł, o 6,7% mniej niż IV kw. 2016 r. i 10,4% mniej niż w I kw. 2016 r. Spadek przychodów wynika przede wszystkim ze zmniejszenia wolumenu obrotu energią elektryczną na rynku terminowym.

Koszty działalności operacyjnej

W I kw. 2017 r. koszty działalności operacyjnej wyniosły 46,5 mln zł, czyli 0,9% więcej niż w analogicznym okresie w roku ubiegłym i 23,3% więcej niż w IV kw. 2016 r. Zasadniczy wpływ na ich poziom miało jednorazowe księgowanie opłat na KNF w wysokości 11,4 mln zł. Wskaźnik kosztów do przychodów w I kw. 2017 r. ukształtował się na poziomie 51,1%., w porównaniu do 56,29 % w I kw. 2016 r.

Koszty amortyzacji

W I kwartale 2017 r. koszty amortyzacji wyniosły 6,4 mln zł w stosunku do 6,1 mln zł w IV kwartale 2016 r. Na poziom kosztów miał także wpływ wzrost kosztów amortyzacji w stosunku do poprzedniego kwartału, który wynika z rozpoczęcia amortyzacji nakładów inwestycyjnych zrealizowanych na koniec 2016 roku związanych z dostosowaniem do spełnienia wymogów MiFID II. W minionym kwartale miał także miejsce spadek kosztów usług obcych, które wyniosły 9 mln w porównaniu z 7,6 mln rok wcześniej i 13,2 w IV kwartale 2016 r. Pozostałe koszty operacyjne wyniosły 1,2 mln zł (-6,9% kdk oraz -5,0% rdr).

Udział w zyskach jednostek stowarzyszonych

W I kw. 2017 r. zysk Grupy GPW z tytułu udziału w zyskach jednostek stowarzyszonych wyniósł 1,5 mln zł w porównaniu do straty w wysokości 1,4 mln zł w I kw. 2016 r oraz zysku w wysokości 1,2 mln zł w IV kw. 2016 r. Na udział w zyskach jednostek stowarzyszonych miały wypływ przede wszystkim wyniki Grupy KDPW i Aquis Exchange. W I kw. 2017 r. zysk KDPW przypadający na GPW wyniósł 2,0 mln zł w porównaniu do straty w wysokości 0,3 mln zł rok wcześniej oraz 2,1 mln w IV kw. 2016 r. Wynik KDPW został obniżony kdk w wyniku jednorazowego zaksięgowania rocznej opłaty na KNF w I kw. 2017 r. Platforma obrotu Aquis Exchange wygenerowała w I kw. 2017 r. stratę, z której 0,8 mln zł przypadło na Grupę GPW (w porównaniu do 0,9 mln zł straty IV kw. 2016 r. i 1,2 mln zł straty rok wcześniej).

Najwyższy odczyt inflacji bazowej w strefie euro od 4 lat

Inflacja bazowa w strefie euro urosła w kwietniu do poziomu 1,2% rok do roku, co jest najwyższym odczytem od 4 lat. Wzrost inflacji był wyższy od oczekiwanego przez analityków wzrostu na poziomie 1,0% oraz znacznie wyższy niż marcowy odczyt na poziomie 0,7%. Inflacja bazowa jest bacznie obserwowanym przez Europejski Bank Centralny wskaźnikiem wzrostu cen, gdyż nie zawiera w sobie zmiennych wskaźników takich jak ceny żywności czy energii.    Również inflacja CPI w strefie euro wyniosła w kwietniu 1,9% rok do roku, co było powyżej oczekiwań analityków na poziomie 1,8% oraz znacznie powyżej marcowego odczytu na poziomie 1,5%. Po tak silnych odczytach może zmienić się retoryka członków EBC którzy do tej pory nie widzieli przekonywującego trendu rosnącej presji inflacyjnej. Może to spowodować wygaśnięcie programu luzowania pieniężnego wcześniej niż w grudniu. W reakcji na te dane para EURUSD rośnie 0,5% i handluje w pobliżu poziomu  1,0930. Para EURGBP rośnie 0,3% i handluje w pobliżu poziomu 0,8450. Natomiast euro handluje stabilnie do złotego w pobliżu poziomu 4,22. Amerykańskie PKB w I kwartale tym razem rozczarowało i wzrosło jedynie o 0,7% wobec oczekiwanego wzrostu na poziomie 1,1%. Jest to annualizowany odczyt czyli kwartalny wzrost pomnożony cztery razy. Natomiast rok wcześniej PKB wzrosło o 2,1%.

Funt brytyjski umacnia się nieznacznie do innych walut pomimo słabszego od oczekiwań wzrostu gospodarczego w Wielkiej Brytanii. PKB w pierwszym kwartale urosło jedynie o 0,3%, co jest poniżej spodziewanego 0,4% wzrostu. Rok do roku PKB wzrosło o 2,1% wobec oczekiwanego 2,2% wzrostu. Niższy wzrost gospodarczy wynika ze spowolnienia wzrostu wydatków konsumenckich. Wydatki są niższe bo rosnąca inflacja nie przekłada się na wzrost płac.  Para GBPUSD rośnie 0,3% handlując w pobliżu poziomu 1,2940, natomiast w skali miesiąca zyskała aż 3,9% co jest najlepszym rezultatem od roku. Para GBPJPY rośnie 0,4% handlując w pobliżu poziomu 144 jenów, natomiast w skali miesiąca zyskała aż 4,2%. Funt nieznacznie osłabia się  natomiast do polskiej waluty, gdyż można go kupić ponownie za mniej niż 5 zł, natomiast w skali miesiąca zyskał on do złotego ponad 2,2%.

Spółki technologiczne znów mogą pochwalić się bardzo  dobrymi wynikami kwartalnymi dzięki czemu indeks NASDAQ zaliczył wczoraj kolejne historyczne maksimum na poziomie 6050 punktów. Kontrakty na indeks wskazują na kolejne rekordowe otwarcie na dzisiejszej sesji dzięki rosnącym ponad 3% kontraktom na akcje Alphabet Inc (właściciel Google) oraz Amazon.com.  Alphabet zaraportował zyski na poziomie $7,73 za akcję wobec oczekiwanych $7,39 za akcję. Z kolei zyski Amazon wyniosły $1,48 za akcję wobec spodziewanych $1,12, a przychody 35,7 miliardów dolarów wobec oczekiwanych 35,3 miliardów dolarów. W dniu dzisiejszym opublikują swoje kwartalne raporty naftowi giganci tacy jak Exxon Mobil Corp., Chevron Corp. czy Phillips 66 Co.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Czasowe wycofanie pojazdu z ruchu może powrócić do kodeksu drogowego – co na to ubezpieczyciele?

5. kwietnia br. do sejmowej Komisji Infrastruktury trafił poselski projekt ustawy o zmianie ustawy Prawo o ruchu drogowym. Przewiduje on możliwość czasowego wycofania pojazdu z ruchu. Przyjęcie nowelizacji oznaczałoby, że posiadacze motocykli czy aut sezonowych, takich jak kampery i kabriolety, będą mogli skorzystać z preferencyjnych cen polis OC w czasie, kiedy nie używają pojazdów. Jak wpłynie to na rynek ubezpieczeń komunikacyjnych?

Projekt ustawy przewiduje zmianę brzmienia art. 78a kodeksu drogowego, regulującego kwestię czasowego wycofania pojazdu z ruchu. W tej chwili taka możliwość przysługuje jedynie właścicielom samochodów ciężarowych i przyczep o masie całkowitej od 3,5 tony, ciągników samochodowych, pojazdów specjalnych oraz autobusów. Obecnie obowiązująca ustawa nie przewiduje natomiast takiej ewentualności dla właścicieli motocykli, skuterów, aut sezonowych, czy całkowicie niezdatnych do ruchu, np. po poważnym wypadku. To oznacza, że muszą oni odprowadzać pełne składki OC za cały rok, nawet za te miesiące, kiedy ich pojazdy stoją w garażu. Zerwanie ciągłości polisy grozi zaś naliczeniem kary przez Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny – za przerwę w polisie trwającą dłużej niż 14 dni trzeba zapłacić aż 4000 zł.

– „Przyjęcie tego projektu przyniesie niewątpliwe korzyści właścicielom pojazdów używanych sezonowo lub np. znajdujących się w długotrwałej naprawie. Będą oni mogli wówczas skorzystać ze specjalnych warunków ubezpieczenia OC. Wprawdzie nadal będą musieli posiadać polisę, jednak składka za okres, w którym auto będzie wycofane z ruchu ulegnie obniżeniu o co najmniej 95%” – komentuje Maciej Kuczwalski, ekspert CUK Ubezpieczenia. Choć projekt ustawy wzbudza entuzjazm kierowców, wielu zastanawia się, czy koszty procedury administracyjnej nie przewyższą ewentualnych oszczędności. Co prawda projekt uściśla, że opłata za wydanie decyzji nie będzie przewyższać kwoty 150 zł, jednak ostateczną jej wysokość poznamy dopiero po wejściu w życie ustawy.

Niepokój budzą także ewentualne skutki, jakie ustawa wywrze na rynek ubezpieczeń komunikacyjnych. Choć ceny OC nadal idą w górę, sektor ten wciąż pozostaje nierentowny. – „Kwoty świadczeń wypłacanych przez ubezpieczycieli przewyższają składki wnoszone przez kierowców. Tak długo, jak w rezerwach będzie brakowało środków na odszkodowania, ubezpieczyciele będą zmuszeni podnosić ceny OC. Na ten moment trudno jest przewidzieć, jakie skutki dla ubezpieczycieli będzie miało wprowadzenie prawa do czasowego wycofania pojazdu z ruchu, jednak z pewnością będzie to oznaczało niższe wpływy do rezerw. W efekcie takiej zmiany moglibyśmy mieć zatem do czynienia z kolejną falą podwyżek OC” – komentuje Maciej Kuczwalski.

W polskim prawie już kiedyś istniała możliwość czasowego wycofania pojazdu z ruchu. Jednakże przepis ten przestał obowiązywać w 1997 roku. Po prawie dwudziestu latach temat doczekał się ponownego podjęcia za sprawą interpelacji posła klubu Kukiz’15 Piotra Liroya-Marca. W listopadzie 2016 roku, w odpowiedzi na interpelację, Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa zapowiedziało, że poprze inicjatywę poselską.  Pod obrady Sejmu projekt trafił pod koniec marca. – „Prace legislacyjne są dopiero na początkowym etapie, dlatego nie sposób przewidzieć, czy ustawa wejdzie w życie i jakie ostatecznie będzie miała brzmienie. Póki co kierowcy samochodów używanych sezonowo są zmuszeni poszukiwać innych sposobów, które pozwolą im zaoszczędzić na OC. Na co warto zwrócić uwagę –różnice w cenach dla takich samych ubezpieczeń OC uwzględniających identyczny profil klienta, ale w różnych towarzystwach wynoszą nawet kilkaset złotych. Porównywanie ofert poszczególnych ubezpieczycieli jest obecnie najlepszym sposobem na oszczędności przy zakupie OC” – dodaje Maciej Kuczwalski.

Zmiany w zarządzie Ronson Europe

Tomasz Łapiński, członek zarządu i dyrektor finansowy Ronson Europe, związany ze Spółką od 2008 r., zostanie jej nowym prezesem. Zastąpi na tym stanowisku Shragę Weismana, który pozostanie w najbliższym czasie do dyspozycji Spółki, zapewniając płynne przekazanie obowiązków. Skład zarządu Ronson Europe uzupełni związany ze Spółką od 2007r. Rami Geris, obejmując funkcję dyrektora finansowego.

27 kwietnia Shraga Weisman złożył rezygnację z funkcji prezesa i członka zarządu Ronson Europe, przy czym do końca maja br. (lub dłużej, jeśli zajdzie taka potrzeba) pozostanie do dyspozycji zarządu Spółki w celu zapewnienia płynnego przekazania obowiązków.

Jednocześnie, rada nadzorcza Spółki zaproponowała Walnemu Zgromadzeniu mianowanie na prezesa zarządu Tomasza Łapińskiego, który obecnie sprawuje funkcję członka zarządu i dyrektora finansowego Spółki. Rada nadzorcza proponuje także powołanie Rami Gerisa, obecnie pełniącego funkcję kontrolera finansowego Spółki, do zarządu i powierzenie mu funkcji dyrektora finansowego.

Tomasz Łapiński i Rami Geris związani są ze Spółką od odpowiednio 2008 i 2007 r.

– W imieniu swoim, zarządu, rady nadzorczej Ronson Europe, jak również w imieniu naszych pracowników, chciałbym serdecznie podziękować Shradze Weismanowi za lata owocnej współpracy i ogromny wkład włożony w rozwój naszej Spółki. Jestem zaszczycony, że rada nadzorcza zaproponowała powierzenie mi funkcji prezesa zarządu. Naszych akcjonariuszy, kontrahentów i pracowników chciałbym zapewnić, że będziemy kontynuować rozwój i umacniać rynkową pozycję Ronson Development na polskim rynku mieszkaniowym. Spółką będą zarządzać osoby związane z nią od wielu lat. Połączenie ich wiedzy i kompetencji, przy wsparciu wiodącego akcjonariusza – pana Amosa Luzona – pozwoli na wykorzystanie pełnego potencjału naszej Spółki i naszych aktywów – powiedział Tomasz Łapiński, członek zarządu Ronson Europe.

Zgodnie z decyzją zarządu, Tomasz Łapiński przejął obowiązki prezesa zarządu, natomiast Rami Geris obowiązki dyrektora finansowego Spółki. Oficjalne powołanie ich na te stanowiska planowane jest podczas najbliższego walnego zgromadzenia akcjonariuszy Spółki.

Obecnie w skład zarządu Ronson Europe wchodzą także: Andrzej Gutowski jako dyrektor zarządzający A, który związany jest ze Spółką od 2003 r., pełniąc funkcję dyrektora sprzedaży i marketingu, oraz Erez Tik i Alon Haver jako dyrektorzy zarządzający B. W marcu br. Erez Tik i Alon Haver zostali powołani do zarządu w następstwie zmian właścicielskich, jakie zaszły w Ronson Europe na przełomie 2016 i 2017 r. Po odkupieniu przez Spółkę akcji własnych od Global City Holdings oraz ich umorzeniu, udział wiodącego akcjonariusza branżowego, tj. Luzon Group, wzrósł z niespełna 40% do ponad 66%.

Firma LG Electronics w I kw. 2017r. odnotowała 10-procentowy wzrost sprzedaży r/r

Firma LG Electronics ogłosiła, iż w pierwszym kwartale odnotowała przychody w wysokości 12,70 mld USD (14,66 bln KRW), co oznacza wzrost o 9,7 % w porównaniu do analogicznego okresu w roku 2016. LG niemal podwoiło swój dochód operacyjny, który finalnie wyniósł 798,3 mln USD (921,5 mld KRW), przy czym dział Home Appliance & Air Solutions osiągnął największy wynik od ośmiu lat.

W pierwszym kwartale b.r. dział LG Home Appliance & Air Solutions odnotował wzrost sprzedaży o 10% w porównaniu do analogicznego okresu w roku ubiegłym oraz o 15% w porównaniu do poprzedniego kwartału. Przychody w wysokości 4,02 mld USD (4,64 bln KRW) są odzwierciedleniem dobrych wyników uzyskanych w Azji oraz Ameryce Łacińskiej. Sprzedaż w Korei wzrosła aż o 33% w skali roku, dzięki ogromnemu zainteresowaniu pralkami TWINWash, klimatyzatorami, lodówkami oraz najnowszym systemem do pielęgnowania ubrań LG Styler. Według prognoz warunki biznesowe w znacznej części Azji i Ameryki Łacińskiej, czyli dwóch rynkach decydujących o wzroście, ulegną poprawie w kluczowej, dla firmy LG Electronics, części roku.
Dział LG Home Entertainment odnotował najwyższą marżę operacyjną w pierwszym kwartale, równą 8.8%, przy wartości sprzedaży 3,75 mld USD (4,33 bln KRW). Ten wynik był możliwy do osiągnięcia dzięki wzrostowi sprzedaży produktów Premium, poprawie struktury kosztów oraz uelastycznieniu strategii w odpowiedzi na wzrost cen paneli. Według prognoz, w następnym kwartale utrzyma się wzrost popytu na telewizory w Ameryce Północnej, Ameryce Łacińskiej oraz Azji, do którego przyczyni się coraz większa popularność telewizorów klasy Premium, zarówno OLED jaki i Ultra HD, a także wprowadzenie nowych telewizorów LG SIGNATURE W.
Przychody działu LG Mobile Communications wyniosły 2,61 mld USD (3,01 bln KRW), co oznacza wzrost o 4% w skali kwartału oraz o 2% w skali roku. Wynik pomogło osiągnąć wprowadzenie flagowego smartfona LG G6 oraz nowych modeli dla szerokiego odbiorcy. W tym kwartale firma sprzedała 14,8 mln sztuk smartfonów, o 10% więcej niż w Q1 2016 ubiegłego roku, głównie ze względu na wzrost popytu w obu Amerykach. Ubiegłoroczna reorganizacja zaczyna przynosić efekty i znacząco wpłynęła na wynik działu LG Mobile Communications. Prognozy pokazują, że w tym roku nasili się konkurencja cenowa w segmencie urządzeń dla szerokiego odbiorcy oraz najwyższych modeli smartfonów.

Dział LG Vehicle Components odnotował dobre wyniki sprzedaży, 759,2 mln USD (876,4 mld KRW), co oznacza wzrost o 48% w porównaniu do pierwszego kwartału 2016, wynikający w znacznej mierze z pomyślnej współpracy z General Motors w dziedzinie popularnego samochodu elektrycznego Bolt. Prognozy na dalszą część roku pokazują, że na rentowność będą wpływać ciągłe inwestycje w prace badawczo-rozwojowe.

Wyjaśnienia dotyczące kursów walut w 1. kw. 2017

Wyniki finansowe przed audytem ogłoszone przez firmę LG Electronics są oparte na Międzynarodowych Standardach Sprawozdawczości Finansowej (IFRS) i dotyczą kwartału kończącego się 31 marca 2017. Kwoty w wonach koreańskich (KRW) zostały przeliczone na dolary amerykańskie (USD) po uśrednionym kursie z odpowiedniego kwartału: 1154,32 KRW za 1 USD.

Polski złoty zyskał na spokojnej sytuacji politycznej w Europie

W tym tygodniu rynek europejski był w dobrym nastroju. Wynika to przede wszystkim z wyników pierwszej tury francuskich wyborów prezydenckich. Wyborcy zdecydowali, że w drugiej turze zmierzą się kandydaci Emmanuel Macron i Marine Le Pen.

Rynki początkowo obawiały się wygranej Marine Le Pen, która jest znana ze swoich populistycznych poglądów i negatywnego nastawienia do UE. Ze względu na to, że prognozy przed drugą turą wyborów faworyzują Emmanuela Macrona, nerwowość na rynku uległa wyraźnemu zmniejszeniu. Dzięki tym wydarzeniom umocnił się polski złoty jako waluta, która zyskiwała na stabilnym rozwoju. Jest to dobra wiadomość dla Polaków, którzy mają zobowiązania we frankach szwajcarskich, ponieważ frank, jako bezpieczna waluta, w tym okresie się osłabia (dodatkowo, SNB utrzymuje ujemne stopy procentowe). Optymizm jest uzasadniony, ale rynki są może aż nazbyt spokojne, ponieważ przed drugą turą wyborów może się jeszcze wiele wydarzyć. Handlowcy powinni być bardziej ostrożni. W tym tygodniu potwierdzona została dobra kondycja polskiego rynku pracy. Stopa bezrobocia spadła do 8,1%. Jest to pozytywną wiadomością dla polskich pracowników. Co więcej, można oczekiwać, że stopa bezrobocia będzie nadal spadać.

Jak już zostało wspomniane, złoty w tym tygodniu umacniał się i w piątek rano kurs wynosił 4,22 EUR/PLN. Kurs głównej światowej pary walutowej EUR/USD w piątek rano wynosił 1,09.

AKCENTA CZ a.s.

Samochód służbowy tylko do celów służbowych? Jak odliczyć koszty związane z autem?

Pod koniec 2016 roku okazało się, że przepisy dotyczące VAT-u od samochodów osobowych będą obowiązywać aż do końca 2019 roku. Ta informacja jest dobra dla rynku motoryzacyjnego, który lubi stabilizację – w tych warunkach bardziej się rozwija. Przy braku zmian przepisów, nadal możliwe będzie odliczenie 50% VAT od samochodów osobowych wykorzystywanych w działalności gospodarczej oraz wszelkich wydatków z tym związanych.

Podatnicy mogą liczyć na kształtujące się orzecznictwo, które będą mogli wykorzystywać w kolejnych latach. Orzecznictwo ma rozwiązać problem pracowników dostających samochód do domu i uprawnienia do parkowania tym autem pod domem. Czy oznacza to, że automatycznie samochód jest wykorzystywany do celów prywatnych?

– Pierwsze orzeczenie w tej kwestii wydał Naczelny Sąd Administracyjny – powiedziała agencji eNewsroom.pl Marta Szafarowska, doradca podatkowy, partner w kancelarii Gekko Taxens – Pracodawca ma stworzyć procedury, które uniemożliwiają pracownikowi wykorzystanie samochodu do celów prywatnych.

Pracownik może parkować pod domem, jednak dotyczyć to będzie niektórych osób – przede wszystkim handlowców ze względu na specyfikę pracy. Jest pewne obostrzenie – nie powinni oni używać samochodów w weekendy oraz dla innych celów prywatnych, np. wyjazd na wakacje. Pracownicy powinni być pod tym kątem monitorowani przez GPS lub inne zabezpieczenia. Konieczna będzie w tym przypadku ewidencja przebiegu pojazdu, wypełniana przez pracowników. Suma wszystkich czynników powoduje, że podatnik ma prawo odliczyć 100% VAT-u.

Metoda ta jest bardzo rzadko wykorzystywana przez podatników, którzy chcą w większości przypadków umożliwić pracownikom wykorzystanie samochodu do celów prywatnych aut. Udostępniając takie auto do celów prywatnych – bez poboru wynagrodzenia z tego tytułu – automatycznie podatnik jest skazany na odliczenie 50% VAT-u od wszelkich wydatków związanych z autem. W zakresie udostępnienia samochodu pracownikowi i wprowadzenia zasady odpłatności – szereg orzeczeń sadów administracyjnych potwierdza, że w mamy wówczas do czynienia z regularną działalnością gospodarczą. Podlega ona opodatkowaniu VAT i umożliwia odliczenie 100% VAT-u od wszelkich wydatków związanych z tymi samochodami. Maszyna wykorzystywana po części do wynajmu pracownikom, a po części do celów służbowych będzie musiała mieć prowadzoną ewidencję przebiegu pojazdu – dodała Szafarowska.

Donald Trump a NAFTA. Polska znów czarnym charakterem

Znamy już wstępne warunki pozostania USA w NAFTA. We francuskiej kampanii prezydenckiej Polska stała się czarnym charakterem. Chiny grożą sankcjami Korei Płn.

Donald Trump a Nafta

Ostatnimi dniami nie brakuje oprócz zmian w podatkach informacji o przyszłości USA w strukturach NAFTA (Północno Amerykańskiemu Stowarzyszeniu Wolnego Handlu). W środę przy okazji reformy podatków informacja brzmiała, że na razie USA się nie wycofa. Wczoraj została ona doprecyzowana. Pojawił się warunek pozostania. Jest to wynegocjowanie dobrych warunków handlowych z Meksykiem i Kanadą. Wyjście USA z porozumienia jest jego faktycznym rozwiązaniem, gdyż w tym trójkącie wymiana handlowa pomiędzy Meksykiem a Kanadą jest najmniej istotna. Jak na takie zjawisko mogą reagować rynki? Najprawdopodobniej będzie to kolejny cios, który meksykańskie peso otrzyma od działań Donalda Trumpa. Na Dolara kanadyjskiego efekt powinien być zdecydowanie mniejszy.

Polska bohaterem kolejnej kampanii wyborczej

Po tym jak kwestia emigrantów z Polski i naszej części świata zabierających pracę Brytyjczykom stała się ważnym elementem kampanii przed referendum w sprawie Brexitu przyszedł czas na wybory we Francji. Oboje kandydaci pojawili się u strajkujących pracowników fabryki sprzętu AGD, której produkcja ma być przeniesiona do Łodzi. Przy okazji dostało się naszemu krajowi, jak również Węgrom za nieprzestrzeganie wartości europejskich. Jest to dość ciekawa konstrukcja logiczna gdzie żeby zanegować swobodę przepływu osób i kapitału oskarża się drugą stronę o naruszanie wspólnych wartości. Czy to ma wpływ na rynki walutowe? Na razie nie. Warto natomiast zwrócić uwagę na niebezpieczną tendencję. W kampanii Macron wyraźnie skręca na prawo wiedząc, że prawie cała lewa strona wyborców i tak go poprze przeciwko Marine Le Pen. W efekcie żeby asekurować centrum składa w tej chwili obietnice, które potem będą realizowane. Tego typu izolacjonizm nie jest korzystny dla złotego.

Naciski na Koreę Płn

O ile gospodarczo Donald Trump nie osiągnął na razie zbyt wiele, o tyle w polityce w Azji idzie wyraźnie do przodu. Udało mu się wymóc na Chinach groźbę sankcji na Korei Północnej. Brak współpracy gospodarczej z Chinami zdaniem wielu specjalistów jest realną groźbą gospodarczą dla Phenianu. Wielu analityków ma jednak wątpliwości czy reżim nie będzie chciał reagować jakimś pokazem siły. Gdyby do tego doszło z pewnością byłoby to zauważalne na rynkach walutowych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Polska –  inflacja konsumencka,
  • 14:30 – USA – wzrost PKB.
  • 15:45 – USA – indeks Chicago PMI.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Kurs złotego do dolara, euro, funta 27.04.2017

Kurs złotego do dolara USDPLN

Kurs złotego do dolara USDPLNPoziom 3,89 został kolejny raz przetestowany, jednak popyt nie miał siły na jego wybicie górą. Brak zdecydowanej reakcji podaży pozwala zakładać, iż cena będzie jeszcze dzisiaj testować poziom oporu, a każda następna próba zwiększa szanse na wybicie. Kolejnym istotnym oporem jest poziom dołka z 18 kwietnia przy 3,94. W przypadku spadków wsparciem pozostaje przetestowany wczoraj w południe poziom 3,86. Po jego wybiciu możliwe są spadki do 3,82.

Kurs złotego do euro EURPLN

Kurs złotego do euro EURPLNOsłabienie EUR na szerokim rynku, po wczorajszym posiedzeniu i konferencji Draghiego, ma swoje odzwierciedlenie w kursie EURPLN. Jesteśmy przy kluczowym wsparciu na poziomie 4,21. W przypadku wybicia dołem wsparciem będzie poziom równości impulsów przy 4,2050, gdzie wypada dolne ograniczenie formacji 1 do 1. W przypadku wzrostów oporem pozostaje poziom 4,26.

Kurs złotego do funta GBPPLN

Kurs złotego do funta GBPPLNKurs funta będzie dziś pod presją danych o PKB o 10.30. W przypadku gorszych danych możliwe jest przetestowanie poziomu wsparcia przy 4,95, co by potwierdziło realizację formacji RGR. Jednak test wsparcia, przy jednoczesnym jego wybronieniu przez popyt, powinien dodać siły popytowi do wyciągnięcia kursu na poziomy powyżej 5 zł, potwierdzając w ten sposób realizację dużej formacji odwróconego RGR. W przypadku dobrych danych kurs może na dużej dynamice wybić górą okrągły poziom 5 zł od razu.
Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

W sieciach handlowych dobrze, ale nie każdemu

Kondycja finansowa – świetna, zaległych długów jak na skalę działania niewiele – 139 mln zł. Największe sieci handlowe w Polsce mają się dobrze – wynika z danych BIG InfoMonitor, BIK oraz wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska. Gorzej z samopoczuciem części ich pracowników, którzy przeciwko warunkom pracy przeprowadzą 2 maja strajk włoski.

Jak zapowiedziała krajowa sekcja pracowników handlu NSZZ Solidarność 2 maja przeciwko warunkom pracy zaprotestuje kilkanaście tysięcy pracowników handlu. W akcji, która będzie polegała na przesadnie skrupulatnym i dokładnym wykonywaniu powierzonych obowiązków mają wziąć udział zatrudnieni w ok. 300 dyskontach, hipermarketach i centrach dystrybucyjnych.

Kontrahenci sieci handlowych jak i udzielające im kredytów banki nie mają powodów do równie złych nastrojów jak protestujący pracownicy. Z analizy BIG InfoMonitor oraz BIK przeprowadzonej wśród 681 największych działających w Polsce sieci handlowych wynika, że problemy z regulowaniem swoich zobowiązań ma jedynie 29 z grupy sprawdzonych firm. Otwarte pozostaje pytanie, czy sieci handlowe faktycznie terminowo płacą swoim odbiorcom, czy też kontrahenci z obawy o relacje nie zgłaszają opóźnianych płatności do Rejestrów Dłużników BIG – zastanawia się Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

W każdym razie w 20 przypadkach problem dotyczy zaległości wyłącznie pozakredytowych, w sześciu pozakredytowych i kredytowych, a w trzech firmach wyłącznie obsługi kredytów. Zaległości posiadane przez niesolidne sieci handlowe warte są razem 139,4 mln zł, przy czym tylko na nieopłacone w terminie kredyty 9 przedsiębiorstw przypada 138,8 mln zł. Średnio przeterminowane kredyty przypadające na jedną firmę warte są 15,4 mln zł.

Jeśli chodzi o możliwości płatnicze, to nie ma wątpliwości, że zdecydowaną większość sieci handlowych stać na bezproblemowe obsługiwanie zobowiązań. Jak wynika z danych wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska są one bowiem od lat w bardzo dobrej kondycji finansowej. Nie inaczej sytuacja wyglądała na koniec kwietnia. Spośród blisko 420 firm zbadanych przez Bisnode Polska, 83 proc. wykazało się bardzo dobrą i dobrą kondycją finansową, z czego ponad 55 proc. bardzo dobrą. W słabej (6,7 proc.) i w bardzo złej kondycji (9,8 proc.) znajdowało się ok. 17 proc. tego typu przedsiębiorstw.

Doskonałą kondycję sieci handlowych potwierdzają wypracowywane wyniki. Największe firmy z każdym rokiem nie tylko otwierają nowe sklepy, ale wykazują także wielomiliardowe przychody i zwiększają zysk, co ciekawe przy spadającej jednocześnie rentowności. Sieci handlowe płacą też coraz większe podatki. W 2015 r. w większości przypadków wykazały wzrost odprowadzonego podatku CIT w porównaniu z rokiem 2014, choć ogólna tendencja była odwrotna. Tysiąc największych pod względem przychodów firm zapłaciło 13,5 mld zł podatku CIT, o 8,5 proc. mniej niż rok wcześniej.

ECB jeszcze nie odkrywa kart

ECB niewiele zmienił w swoim przekazie, co zabrało nieco pary z EUR, ale pozytywny sentyment po pierwszej turze wyborów we Francji dalej pozostaje. Dziś wstępne szacunki CPI z Eurolandu nie powinny rozczarować. Za to przy odczytach PKB z Wielkiej Brytanii, Kanady i USA ryzyka przeważają po negatywnej stronie.

Ogólne wrażenie po konferencji ECB jest takie, że nic by się nie stało, gdyby jej nie było. Nie można orzec się wrażeniu, że wciąż nierozstrzygnięta kwestia wyborów prezydenckich we Francji (druga tura dopiero 7 maja), ECB czuje, że ma związane ręce. Pomimo oznak wzmocnienia ożywienia gospodarczego, bank nie chce wprowadzać dodatkowego napięcia w postaci zasugerowania gotowości do wycofania się z ekspansji monetarnej, gdyż wywołane tym umocnienie EUR zdusi inflację. Zdecydowanie bardziej żywe będzie czerwcowe posiedzenie, gdzie ECB powinien czuć się bardziej komfortowo ze zmianą retoryki. Rynek o tym wie, ale bez otwartego sygnału z banku nie porwie się na dyskontowanie.

EUR/USD po krótkim pobycie na 1,0930 ostatecznie cofnął się wczoraj do 1,0850, ale dziś nie ma kontynuacji. EUR miało do oddania część z euforycznych wzrostów z tego tygodnia, jednak nie w całości. Jako że wtorkowy raport Reutersa (doniesienia o tym, że ECB jest już gotowy zmienić retorykę w czerwcu) okazał się mylny, tylko ta część wzrostów euro jest do odjęcia. Reszta siły waluty pozostaje z tytułu zmniejszenia się obaw o wygraną eurosceptyka we Francji (sondaże wskazują na zwycięstwo Macrona w drugiej turze). Przy pasywności ECB, w krótkim terminie może być trudno z wypracowaniem nowej fali aprecjacji euro. Ale presji na silniejsze spadki też nie ma.

W USA dziś liczą się dwie rzeczy. Po pierwsze tzw. government shutdown (wstrzymanie prac administracji publicznej), które jednak powinno udać się uniknąć. Według ostatnich doniesień z Waszyngtonu, Republikanie i Demokraci porozumieją się w sprawie uchwalenia krótkoterminowego finansowania na najbliższy tydzień i w tym czasie przygotują ustawę o podwyższeniu limitu zadłużenia na resztę roku. Jeśli jednak tak by się nie stało, to na okazję 100 dni prezydentury Trumpa pracownicy publiczni dostaną jutro przymusowe wolne. Dla rynków w poniedziałek oznaczałoby to tylko umiarkowaną presję na USD i Wall Street, gdyż to nie pierwszy raz kiedy stawką przepychanek międzypartyjnych jest budżet USA.

Po drugie, dziś poznamy wstępny szacunek PKB za I kwartał, gdzie tradycyjnie spodziewane jest sezonowe spowolnienie po silnym finiszu poprzedniego roku (2,4 proc.). Na przestrzeni tygodnia konsensus ewoluował z 1,3 proc. do 1 proc. obecnie, a wczorajsze słabe dane o marcowych zamówienia na dobra trwałe przyłożyły się do rewizji. Silniejsze spowolnienie jest czynnikiem ryzyka dla USD, choć trzeba też pamiętać, że nawet z samego FOMC płyną głosy, by nie wyciągać pochopnych wniosków z tej obciążonej sezonowością publikacji. Nie wyklucza to jednak przejściowego cofnięcia USD, jeśli dane wypadną źle.

Poza tym w kalendarzu emocje może wzbudzić wstępny szacunek PKB z Wielkiej Brytanii i tutaj bardzo możliwe jest potwierdzenie, że gospodarka brytyjska traci pęd nie bez winy obaw o Brexit i deprecjacji funta. Odczyt poniżej 0,4 proc. k/k zatrzyma ostatni rajd GBP. CPI z Eurolandu wskaże odbicie cen po słabym marcu, kiedy przesunięcie Wielkanocy zaniżyło dynamikę roczną i teraz efekt będzie odwrotny. Dla inflacji z Polski konsensus zakłada utrzymanie marcowego wyniku na 2 proc. r/r, ale niezależnie od odczytu PLN pozostanie niewzruszony z EUR/PLN w przedziale 4,21-4,23. W Kandzie przy odczycie PKB za luty ryzyko jest większe po stronie rozczarowania, biorąc pod uwagę potencjalne odreagowanie silnego wyniku za styczeń (0,6 proc. m/m).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Średnia pensja to mit? Ile naprawdę zarabiają Polacy?

Dla milionów pracujących Polaków średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw za 2016 r. w wysokości 4277 zł brutto, mocno różni się od rzeczywistości. Połowa zatrudnionych nie zarabia na rękę nawet 2,5 tys. zł, a pracownicy małych firm najczęściej muszą się godzić na pensję niższą niż 2 tys. zł netto – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Średnia ma to do siebie, że jest zniekształcona w przez wartości skrajne, a w przypadku wynagrodzeń najbardziej przez te najwyższe wielkości. Publikowane co miesiąc informacje GUS o średniej krajowej dodatkowo zaburza dobór danych do próby, ponieważ obejmuje wyłącznie przedsiębiorstwa zatrudniające powyżej 9 osób.

Takie przedsiębiorstwa, często z udziałem kapitału zagranicznego lub publicznego, zwykle działają w dobrze prosperujących miastach i rekrutują osoby z ponadprzeciętnym wykształceniem. Zatrudnienie w nich wynosi jednak tylko 6 mln pracowników, podczas gdy według danych GUS, w Polsce na umowach pracuje niemal 13 mln ludzi, a niespełna 3 mln prowadzi działalność na własny rachunek.

Dodatkowo tylko w samej Warszawie, gdzie przeciętne wynagrodzenie brutto w 2016 r. wynosiło 5537 zł, zatrudnionych było milion osób z około 6 milionów zaliczanych do badania. W rezultacie stolica, której udział wśród gospodarstw domowych wynosi w Polsce nieco ponad 5 proc., ma więcej niż 15-procentowy wkład w krajową średnią. W Łodzi natomiast, trzecim co do wielkości mieście Polski, w sektorze przedsiębiorstw pracuje 120 tys. osób, czyli zaledwie 12 proc. tego co w Warszawie.

Małe firmy to niskie zarobki

Więcej informacji dają kwartalne raporty GUS na temat „Zatrudnienie i wynagrodzenia w gospodarce narodowej”. Praktycznie jednak są one rozszerzone przede wszystkim o sektor publiczny, zatrudniający (dane z 30 września 2016 r.) niemal 3 miliony osób z przeciętnym miesięcznym wynagrodzeniem na poziomie 4545 zł brutto (w tym w administracji 4971 zł). Z raportów dowiadujemy się również, że średnio w całym sektorze prywatnym wynagrodzenie brutto wynosi 3880 zł. Akurat ta wartość obejmuje także miejsca pracy z mniej niż 9 pracownikami.

Co dwa lata GUS publikuje wyniki badania struktury wynagrodzeń (ostatnie za październik 2014 r. jest datowane na 11 grudnia 2015 r.). Tutaj możemy przeczytać, że przeciętne wynagrodzenie brutto w październiku 2014 r., w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób, wynosiło 4107 zł, ale już mediana tam pracujących to jedynie 3291 zł brutto. Oznaczało to, że połowa otrzymywała wynagrodzenie powyżej tej wartości, a połowa poniżej. Stanowiła ona także 80 proc. przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw. Nadal jednak, również w tym zestawieniu, nie ma informacji, jak wygląda rozkład zarobków w najmniejszych firmach.

Kluczowym elementem tego raportu jest natomiast fakt, że aż 37,1 proc. pracowników sektora prywatnego otrzymywało wynagrodzenia poniżej 2469 zł brutto. Było to więc zaledwie 60 proc. średniej krajowej. Statystyka ta cały czas nie obejmuje pracowników w firmach zatrudniających poniżej 9 osób. Szerzej dochody tych osób opisuje dopiero coroczne opracowanie GUS o mikroprzedsiębiorstwach. Według informacji za 2015 r. małe firmy dawały zatrudnienie 3,74 mln osób, w tym 1,31 mln jako pracownikom, których przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto wynosiło 2397 zł. To 58 proc. średniej w przedsiębiorstwach mających powyżej 9 pracowników w 2015 r.

Miliony Polaków zarabiają mniej niż 2 tys.

Biorąc pod uwagę, że trendy w dochodach dla danej grupy pracowników się nie zmieniały, to dla wielu Polaków średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw za 2016 r. (4277 zł brutto) miało niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Prawdopodobnie połowa zatrudnionych otrzymała wynagrodzenie bez potrącenia podatku i składek na ubezpieczenie emerytalne i zdrowotne poniżej 3420 zł. Przy umowie o pracę netto było to 2450 zł. Dodatkowo około 40 proc. zatrudnionych w sektorze prywatnym nadal zarabia na rękę mniej niż 2000 zł, co jeszcze wyraźniej pokazuje różnice pomiędzy popularną średnią krajową, a faktycznymi płacami znacznej części Polaków.

BIK: najnowsze dane o sprzedaży kredytów w Polsce

W marcu 2017 r., w porównaniu z marcem roku poprzedniego, udzielono o 1,5% więcej kredytów konsumpcyjnych na kwotę wyższą o 10,9%. Kredytów mieszkaniowych udzielono więcej o 16,6% i na kwotę wyższą o 27,2%. Kart kredytowych wydano mniej o 0,7% i na łączną kwotę limitów wyższą o 7,5%. Limitów kredytowych w kontach osobistych przyznano mniej o 9,2% i na łączną kwotę limitów wyższą o 1,6%.

W 1 kw. 2017 r., w porównaniu do roku poprzedniego, udzielono o 3,2% mniej kredytów konsumpcyjnych na kwotę wyższą o 5,4%. Kredytów mieszkaniowych udzielono więcej o 15,0% i na kwotę wyższą o 19,9%. Kart kredytowych wydano mniej o 2,9% i na łączną kwotę limitów wyższą o 5,9%. Limitów kredytowych w kontach osobistych przyznano mniej o 5,3% i na łączną kwotę limitów niższą o 2,5%.

Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne)

W marcu 2017 r. udzielono 618,0 tys. kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 7,4 mld zł. Stanowi to wzrost o 1,5% w ujęciu liczbowym i wzrost o 10,9% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do marca 2016 r. W 1 kw. 2017 r. udzielono 1,6 mln kredytów na łączną kwotę 18,6 mld zł. Jest to mniej o 3,2% w ujęciu liczbowym i więcej o 5,4% w ujęciu wartościowym, niż rok wcześniej.

– Marzec okazał się bardzo dobrym miesiącem pod względem wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych. Trwały jest trend, że kredyty udzielane są na wyższe kwoty niż w poprzednich okresach. Średnia kwota kredytu konsumpcyjnego wzrosła w marcu o 9,2% w porównaniu do roku poprzedniego. Obserwujemy jednocześnie, że kredyty gotówkowe udzielane są na relatywnie dłuższe okresy kredytowania. W całym 1 kw. 2017 r. kredytów konsumpcyjnych udzielono mniej o 3,2%, ale na kwotę wyższą o 5,4% – mówi Sławomir Grzybek, dyrektor Departamentu Business Intelligence Biura Informacji Kredytowej.

Kredyty mieszkaniowe

W marcu 2017 r. udzielono 21,4 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną kwotę 4,7 mld zł. Stanowi to wzrost o 16,6% w ujęciu liczbowym i o 27,2% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do marca 2016 r. W 1 kw. 2017 r. udzielono 55,4 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną kwotę 11,9 mld zł. Jest to więcej o 15,0% w ujęciu liczbowym i więcej o 19,9% w ujęciu wartościowym, niż rok wcześniej.

Średnia wartość udzielonego kredytu mieszkaniowego wyniosła 219,9 tys. zł w marcu 2017 r., w porównaniu do 201,7 tys. zł rok wcześniej (wzrost o 9,0%).

– 1 kw. 2017 r. możemy uznać za wyjątkowy dla kredytów mieszkaniowych. W tym okresie udzielono o 15,% więcej kredytów i na kwotę wyższą o 19,9% niż rok wcześniej. W dużym stopniu do tego wzrostu przyczynił się wyścig klientów o dofinansowanie wkładu własnego z programu MdM. W 2 kw. oczekujemy stabilizacji na rynku kredytów mieszkaniowych i poziomów sprzedaży porównywalnych do roku ubiegłego – dodaje Sławomir Grzybek z BIK.

Karty kredytowe

W marcu 2017 r. wydano 90,2 tys. kart kredytowych na łączną kwotę limitów 490 mln zł. Stanowi to spadek o 0,7% w ujęciu liczbowym i wzrost o 7,5% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do marca 2016 r. W 1 kw. 2017 r. wydano 249,0 tys. kart na łączną kwotę 1,3 mld zł przyznanych limitów. Jest to mniej o 2,9% w ujęciu liczbowym i więcej o 5,9% w ujęciu wartościowym, niż rok wcześniej. Średni limit na przyznanej karcie kredytowej wyniósł 5430 zł w marcu 2017 r., w porównaniu do 5015 zł rok wcześniej (wzrost o 8,3%).

– Sprzedaż kart kredytowych wygląda stabilnie w ostatnich miesiącach. W marcu wydano podobną liczbę kart kredytowych jak rok wcześniej, jednak na wyższą kwotę przyznanych limitów. W całym 1 kw. wydano mniej kart kredytowych (spadek o 2,9%), ale wyższą kwotę przyznanych limitów (wzrost o 5,9%). Pozytywną informacją jest, że po przeprowadzonych porządkach w portfelach kart kredytowych (najczęściej rezygnacji z kart nieaktywnych), obserwujemy stabilizację łącznej liczby posiadaczy kart kredytowych. Obecnie 4,8 mln Polaków jest właścicielem rachunku karty kredytowej – mówi Sławomir Grzybek z BIK.

Limity kredytowe w kontach osobistych

W marcu 2017 r. przyznano 43,5 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę limitów 204 mln zł. Stanowi to spadek o 9,2% w ujęciu liczbowym i wzrost o 1,6% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do marca 2016 r. W 1 kw. 2017 r. przyznano 138,3 tys. limitów na łączną kwotę 0,6 mld zł przyznanych limitów. Jest to mniej o 5,3% w ujęciu liczbowym i mniej o 2,5% w ujęciu wartościowym, niż rok wcześniej. Średni przyznany limit kredytowy wyniósł 4693 zł w marcu 2017 r., w porównaniu do 4191 zł rok wcześniej (wzrost o 12,0%).

– Po raz pierwszy od ponad 2 lat zanotowano pozytywną dynamikę wartości limitów kredytowych przyznanych w kontach osobistych. W marcu i całym 1 kw. 2017 r. limitów kredytowych przyznano mniej. Pozytywna dynamika wartości przyznanych limitów wyniosła 1,6% w marcu, w całym 1 kw. 2017 r. pozostała ujemna (-2,5%). Limit kredytowy jest obecnie dobrą alternatywą dla kredytu gotówkowego ze względu na znacznie niższą prowizję pobieraną za udzielenie kredytu. Kolejne miesiące pokażą czy rzeczywiście nastąpi odwrócenie spadkowych tendencji i powrót do korzystania przez klientów z limitów kredytowych w kontach osobistych – dodaje Sławomir Grzybek z BIK.

Konsolidacja w polskim handlu

Rola tradycyjnego handlu w Polsce będzie sukcesywnie spadać na rzecz sieci marketów, dyskontów i placówek formatu convenience. Przyłączanie się małych, lokalnych placówek do konsolidujących rynek sieci, jest dla wielu z nich szansą na przetrwanie. W tej grze rosną apetyty krajowych detalistów, w tym Polskiej Grupy Supermarketów.

Do 2020 r. należy spodziewać się dalszego spadku handlu tradycyjnego, zarówno pod względem sprzedaży (-3,7 proc. średniorocznie) i liczby sklepów (-4,3 proc. średniorocznie) – wynika z raportu „Polski rynek handlu spożywczego 2010-2020” firmy Roland Berger, który ukazał się w ubiegłym roku. Według jego autorów to kontynuacja trendu z lat 2010-2015, kiedy wzrost na rynku handlu spożywczego sięgał średniorocznie 3,4 proc., a handel tradycyjny kurczył się średnio o ponad 7 proc. rocznie, podczas gdy segment handlu nowoczesnego zwiększył swój udział o 15 pp. Poza spadkiem znaczenia samodzielnych punktów sprzedaży, innym, widocznym trendem jest zmniejszająca się dynamika wzrostu dyskontów, na czym najbardziej skorzystają segmenty convenience i supermarketów proximity.

Szansę w tych zmianach widzą nie tylko zagraniczne, ale i polskie firmy. Polska Grupa Supermarketów (PGS) chce zbliżyć polskie środowisko kupieckie oferując polskim przedsiębiorcom najlepsze warunki i planuje rozbudowywać sieć swoich punktów. – Uważamy, że siła marki polskiej sieci PGS daje mniejszym przedsiębiorcom i akcjonariuszom PGS wiele możliwości. Dodatkowo obecność partnerów w postaci kilku spółdzielni w naszej strukturze podnosi wartość dla pojedynczych akcjonariuszy. Dlatego prowadzimy rozmowy ze spółdzielniami handlowymi w różnych częściach kraju i chcielibyśmy zacieśnić współpracę z dużymi graczami np. KZRSS – mówi Michał Sadecki, prezes PGS, która chce się rozwijać m.in. poprzez zapraszanie do współpracy krajowych grup spółdzielczych. Obecnie sklepy spółdzielcze stanowią ok. 15 proc. wszystkich sklepów należących do PGS. Docelowo sieć planuje, że udział takich placówek wzrośnie dwukrotnie. Ale firma chce się też inwestować. – Naszym celem jest budowa polskiej grupy, opartej na krajowym kapitale, która w ofercie będzie mieć głównie nasze produkty. Dlatego rozważamy alianse zakupowe z innymi sieciami – zapowiada szef PGS.

Do grupy należy ok. 600 sklepów Top Market, a także Minuta8 i Delica oraz PSS Społem. Teraz analizuje możliwości inwestycyjne oraz opcje przejęcia wybranych punktów współpracujących w ramach innych sieci. Do tej pory sieć skupiała swoją działalność na Mazowszu, Lubelszczyźnie, Pomorzu, Warmii, Kujawach, Podlasiu oraz w województwie łódzkim, w planach jest rozbudowanie swojej obecności na południu i zachodzie Polski. Jak zapewniają przedstawiciele PGS, firma przygląda się punktom usytuowanym na osiedlach, w których można wdrożyć format convenience. Pierwszym etapem jest budowa 10 nowych sklepów na Dolnym Śląsku. Łącznie, w ciągu najbliższych sześciu miesięcy ma ich powstać 60-100, tak aby sieć wzrosła do 700 punktów w kraju. – Naszym celem jest stworzenie dogodnej alternatywy dla hipermarketów – przekonuje Michał Sadecki.

Ale to nie wszystko. PGS dodatkowo stawia na polskie produkty i rozwija współpracę z polskimi dostawcami i dystrybutorami. Na początku maja firma wprowadzi do sklepów markę własną Top Market, oferującą m.in. napoje, słodycze, makarony i produkty sypkie, a także alkohol. W pierwszej kolejności pojawią się dwie marki parasolowe, składające się m.in. z napojów, słodyczy, makaronów oraz produktów sypkich. Sieć zapowiada również własną markę piwną oraz spirytusową. Wszystkie produkty spod znaku Top Market mają powstawać we współpracy z Polskimi producentami i dostawcami. W dalszej kolejności planowane jest wdrożenie serii produktów ekologicznych i prozdrowotnych. Sieć prognozuje nawet 10-procentowy wzrost sprzedaży dzięki wprowadzeniu marek własnych.

Przed długim weekendem

Wczorajszy dzień upłynął pod znakiem oczekiwań na konferencję EBC. W jej konsekwencji euro zakończyło dzień na minusie. Traciły też indeksy giełdowe oraz rynek ropy.

W dniu wczorajszym zakończyło się posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego(EBC). Bank utrzymał stopy procentowe na dotychczasowym poziomie, co było zgodne z oczekiwaniami rynku. Zamieszanie wywołała jednak konferencja EBC, z której dowiedzieliśmy się, że obradujący nie rozmawiali o zakończeniu programu skupu aktywów. Takie postawienie sprawy odczytano na niekorzyść wspólnej waluty i do końca dnia euro traciło już na sile. Inwestorzy spodziewali się bardziej jastrzębiego nastawienia EBC.

Bez zmian zakończyło się też wcześniejsze posiedzenie Banku Japonii. Z publikowanych wczoraj danych makroekonomicznych, warto wyróżnić publikację z amerykańskiego rynku pracy. Według najnowszych danych w ostatnim tygodniu ilość wniosków o zasiłki dla nowo rejestrujących się bezrobotnych wzrosła do poziomu 257 000. Dziś poznamy dane o PKB z Wielkiej Brytanii a następnie z USA. W poniedziałek część rynków będzie zamknięta, więc niektóre pozycje inwestorów mogą być zamykane już dziś.

gbpusd28042017r

Funt umocnił się do dolara już na tyle, iż można mówić o próbach definitywnego wyrwania się z trendu spadkowego. Rynek GBP/USD musi jeszcze tylko pokonać pułap 1.30. Jeśli tak się stanie, celem będą okolice 1.35. Wskaźnik RSI jest jednak już mocno wykupiony, co każe zachować ostrożność w oczekiwaniu na wzrosty.

Sylwester Majewski

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Sztuczna inteligencja w biznesie. Polska firma stworzyła wirtualnego asystenta działu sprzedaży

Automatyzacja marketingu to jeden z trendów, który coraz mocniej wspiera działania biznesowe zarówno dużych, jak i mniejszych firm. Powstaje także coraz więcej nowatorskich rozwiązań mających na celu analizowanie doświadczeń na linii handlowiec–konsument. Jednym z nich jest Edward, wirtualny, ale inteligentny asystent działu sprzedaży.

Znaczenie sztucznej inteligencji jest coraz większe, a segment tego typu rozwiązań cieszy się stale rosnącym zainteresowaniem. Jak donosi raport „Sztuczna inteligencja w biznesie”, w samych Stanach Zjednoczonych wdrożenie rozwiązań AI (Artificial Intelligence) przyniesie w latach 2016–2020 60 mld dol. oszczędności. W 2020 r. wartość tego rynku ma osiągnąć 70 mld dol.

Tak naprawdę od jakichś dwóch lat mamy do czynienia ze wzrostem zainteresowania sztuczną inteligencją, algorytmami sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Na tym trendzie opieramy pomysł na naszą firmę. Chcemy wykorzystywać te algorytmy do zastosowań biznesowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Wesołowski, menadżer zarządzający z firmy 2040.io.

Edward to wirtualny, inteligentny asystent dla działu sprzedaży, który wykorzystuje algorytmy uczenia maszynowego. Innymi słowy, generuje zarówno podpowiedzi, jak i wnioski na podstawie zachowań konsumentów. Uczy się, jak działać z klientami, by zmaksymalizować zyski, a im dłużej działa, tym jego podpowiedzi są skuteczniejsze. Aplikacja będzie dostępna w kilku językach.

Edward jest projektem z góry nastawionym na wielojęzykowość. Zaczynamy w Polsce, ale będziemy atakować również rynek międzynarodowy. Tak naprawdę Edward uczy się na podstawie danych i zachowań klientów. Innymi słowy, kiedy klient zaczyna korzystać z Edwarda, przesyła do niego dane, a aplikacja analizuje je, wysuwając wnioski. W miarę powiększania się bazy klientów, Edward staje się coraz mądrzejszy i inteligentniejszy – twierdzi Tomasz Wesołowski.

W pewnym sensie Edward pełni rolę menadżera sprzedaży, od początku do końca analizuje relację z klientem i prześwietla poczynania handlowców. W konsekwencji wyciąga wnioski na podstawie danych gromadzonych w czasie rzeczywistym. Aplikacja będzie dostępna w ciągu miesiąca, aby z niej korzystać będzie trzeba wykupić miesięczny abonament rzędu kilkudziesięciu złotych. Edward stworzony został przede wszystkim z myślą o małych firmach.

Edwarda traktujemy jako asystę dla menadżera, co pozwoli odciążyć go od tych najbardziej żmudnych zadań. Jeżeli chodzi o stronę finansową to Edward jest naszą inwestycją. Do tej pory aplikacja jeszcze na siebie nie zarabia z tego względu, że ostatnie kilka miesięcy poświęciliśmy na prace związane z jej uruchomieniem. Edward będzie dostępny dla każdej małej firmy. Nie będzie kosztował dużo – będzie to miesięczny abonament rzędu kilkudziesięciu złotych – komentuje Tomasz Wesołowski.

Menadżer zarządzający start-upem dodaje, że Edward to kolejna generacja narzędzi wspomagających sprzedaż, która znacząco ułatwi pracę handlowcom. Śmiało można mówić o rewolucji, bowiem takich rozwiązań jest na razie niezwykle mało i wszystkie są w początkowej fazie rozwoju.

Edward jest bardzo innowacyjny z tego względu, że stanowi kolejną generację narzędzi wspomagających sprzedaż. Na początku mieliśmy zwykły notes, potem Excela i systemy CRM. Edward jest kolejną generacją proaktywnych asystentów, którzy będą niejako cały czas przy nas. Będą w naszej kieszeni i nie będziemy musieli, po pierwsze, wpisywać żadnych danych w jakieś skomplikowane systemy, po drugie, nie będziemy musieli sami wyciągać wniosków z tych danych, bo zrobi to za nas asystent. Jest to zupełnie nowa klasa rozwiązań, która w tym momencie bardzo dynamicznie się rozwija –  twierdzi Tomasz Wesołowski.

Naukowcy nie mają wątpliwości, że w okolicach 2040 roku sztuczna inteligencja dorówna ludzkim możliwościom. Właśnie z tego powodu twórcy Edwarda postanowili nadać swojemu start-upowi nazwę: 2040.io.

2040 to taka mediana przewidywań naukowców i osób zajmujących się sztuczną inteligencja. Rok, w którym sztuczna inteligencja dorówna nam możliwościami. To taka przewrotna nazwa odpowiadająca temu rokowi, być może stanie się to wcześniej, ale obecnie uważa się, że to będzie w okolicach właśnie 2040 roku – ocenia Tomasz Wesołowski.

Sprzedaż okularów VR na globalnym rynku w ciągu 2 lat urośnie do 30 milionów sztuk. Japoński Epson włączył się do walki o polski rynek

Sprzedaż okularów VR na globalnym rynku w ciągu 2 lat urośnie do 30 milionów sztuk. Japoński Epson włączył się do walki o polski rynek 4

Epson zaprezentował aż trzy nowe modele okularów do rozszerzonej rzeczywistości. Ofertę japońskiego producenta uzupełnią: BT-300, BT-350N i BT-2000. Jak na razie firma prowadzi selektywną sprzedaż, ale wkrótce ma się to zmienić, ponieważ branża skupiona wokół wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości dynamicznie się rozwija.  

Raport dotyczący sytuacji na rynku VR i AR przygotowany przez The Farm 51 pokazuje, że sprzedaż tego typu okularów w 2016 roku wyniosła blisko 2,5 mln sztuk. Co więcej, analitycy przewidują, że w 2018 roku na globalnym rynku pojawi się 30 mln takich urządzeń. Jedną z firm, która walczy o przyciągnięcie uwagi entuzjastów wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, jest Epson.

– Okulary do rozszerzonej rzeczywistości firmy Epson cieszą się dość dużym zainteresowaniem wśród naszych klientów i nie tylko. Na razie gadżety VR i AR to w moim odczuciu produkty będące na fali, ale równocześnie bardziej traktowane jako ciekawostka technologiczna. Jeśli chodzi o sprzedaż, to nie możemy mówić o setkach czy tysiącach sztuk, ponieważ Epson prowadzi bardzo selektywną sprzedaż – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Krzysztof Modrzewski, szef sprzedaży w Polsce i krajach bałtyckich z firmy Epson.

Oprócz urządzeń Facebooka i Oculusa na rynku VR/AR pojawili się już niemal wszyscy liczący się producenci sprzętu – Alcatel, Google, HTC, Microsoft, Samsung, Sony, a także firma Epson.

– Jeśli chodzi o okulary do rozszerzonej rzeczywistości, to Epson dołączył do grona innowatorów w tej dziedzinie krótko po firmie Google, która wprowadziła swój monokular już jakiś czas temu. W odróżnieniu od tamtego rozwiązania Epson oferuje klasyczne okulary. W tej chwili na rynek wchodzi już trzecia generacja tego produktu – model Moverio BT-300. Jest to rozwiązanie przeznaczone dla użytkowników domowych, dla amatorów różnych zastosowań w rozrywce, w gamingu oraz pasjonatów dronów – twierdzi Krzysztof Modrzewski.

W obliczu dużej konkurencji Epson nie składa broni, oferując dostosowane do potrzeb poszczególnych grup odbiorców warianty Moverio. Jeszcze w kwietniu pojawią się w sprzedaży dwa kolejne modele okularów, które tworzone są z myślą o najbardziej wymagającym użytkownikach lub klientach biznesowych. Mowa o BT-350 oraz BT-2000.

– BT-350 to rozwiązanie dostosowane do bardziej intensywnego użytkowania, przede wszystkim dla muzeów czy innych instytucji, gdzie konkretne okulary są wykorzystywane przez wiele osób. Funkcjonalnie to urządzenie nie różni się znacząco od wcześniej wspomnianego modelu, natomiast jest bardziej trwałe, przystosowane do intensywnej eksploatacji. Z kolei BT-2000 to rozwiązanie przeznaczone dla przemysłu, najbardziej wytrzymałe, o najwyższej jakości, umożliwiające długotrwałe wykorzystywanie również w trudnych warunkach – mówi Krzysztof Modrzewski.

Polska firma pracuje nad technologią utrwalającą DNA zwierząt domowych. Będzie ją można wykorzystać do klonowania swoich pupili

Polska firma pracuje nad technologią utrwalającą DNA zwierząt domowych. Będzie ją można wykorzystać do klonowania swoich pupili 5

W Polsce ponad połowa osób ma zwierzęta domowe, więc firma NexBio chce wykorzystać ten rosnący rynek. Wraz z firmą Animal Park planuje wypuszczenie na rynek produktu o nazwie „DNA pamięci”. Technologia DNA-Wet-Storage pozwala na izolację DNA zwierząt domowych wraz z utrwalaniem go w celu odtworzenia. To alternatywa dla kremacji i coś więcej niż tylko pamiątka. Biorąc pod uwagę rozwój technologii klonowania, za kilkanaście lat tak zachowane DNA będzie można wykorzystać.

– Coraz szybciej rozwija się rynek kremacji zwierząt domowych, jako biotechnolodzy dostrzegliśmy tutaj potencjał, jeżeli chodzi o utrwalanie DNA. Podczas klasycznej kremacji zwierzę ulega kremacji w piecu, dla właścicieli zwierząt domowych pamiątką staje się urna. Nasz pomysł jest taki, aby utrwalać DNA zwierząt domowych. Mamy technologię, dzięki której takie DNA jest stabilne minimum przez 30 lat – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Adam Kuzdraliński, prezes NexBio.

Według badania TNS Polska w Polsce ponad połowa osób ma zwierzęta domowe. Coraz częściej po śmierci pupili decydujemy się na kremację, choć zdecydowanie rzadziej niż np. nasi zachodni sąsiedzi (w Niemczech rocznie kremuje się ponad 80 tys. zwierząt). W dużej mierze decyduje o tym chęć posiadania pamiątki po zwierzęciu.

– Utrwalenie DNA to bardzo dobra alternatywa i pamiątka. Z drugiej strony bardzo mocno rozwija się nauka. DNA, w którym zapisana jest pełna informacja o danym zwierzęciu, może być wykorzystana za 20–30 lat, kiedy będzie możliwe np. klonowanie. Ponadto w DNA utrwalone są wszystkie informacje, które decydowały o tym, jak wyglądało i jaki charakter miało dane zwierzę – wskazuje Kuzdraliński.

Jak tłumaczy prezes NexBio, wyizolowanie DNA zwierzęcia jest alternatywą dla kremacji. Tak jak urna z prochami pupila stanowi pamiątkę po zwierzęciu, tak samo może nią być również DNA. Będzie ono gotowe do wykorzystania za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat do odtworzenia pupila, i to nie tylko z wyglądu, ale i w dużej mierze z zachowania i charakteru. Obecnie wynalazek jest na etapie prototypowania.

– Współpracujemy z lubelską firmą Animal Park, która rozwija krematoria dla zwierząt domowych, rozpoczynamy proces już wdrażania tego produktu. Potencjał jest bardzo duży, ponieważ ta technologia może być wykorzystana do celów naukowych. Można wyizolować DNA i pozostawić je w warunkach poza zamrażarką, czyli nie trzeba mieć w laboratorium zamrażarki, może być w ten sposób utrwalone i używane w badaniach nawet po 30 latach – tłumaczy prezes NexBio.

Jak mówi Kuzdraliński, rozwiązanie proponowane przez Nexbio to nowość na rynku europejskim, jednak po raz pierwszy zostało wprowadzone w Stanach Zjednoczonych.

Firma dodatkowo pracuje nad nowatorskimi metodami wykrywania chorób roślin uprawnych we wczesnym stadium. Jak mówi Kuzdraliński, pozyskanie finansowania nie było dużym problemem.

– Pracujemy nad wdrożeniem genetyki do rozpoznawania mikroorganizmów, które powodują choroby roślin. Pracujemy również nad tym, żeby wykorzystać genetykę w hodowli koni, zwłaszcza wyścigowych. Łączymy biznes z nauką, a dzisiaj coraz częściej powstają programy, które chętnie finansują takie przedsięwzięcia – wskazuje prezes NexBio.

Spółka powstała w ramach projektu współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, Inicjowanie działalności innowacyjnej. W tym roku firma wygrała krajowy finał konkursu Chivas The Venture i w lipcu będzie walczyć o milion dolarów z 30 start-upami z całego świata w Los Angeles.

Jak przekonuje Kuzdraliński, celem firmy jest nie tyle stworzenie w przyszłości idealnego zwierzęcia, ile przede wszystkim poszerzenie wiedzy o materiale diagnostycznym.

– Rolnik uprawiający rośliny chce wiedzieć, jaka będzie pogoda, zbiera dane dotyczące gleby. My dajemy mu kolejne narzędzia. Biotechnologia jest już na takim etapie rozwoju, że powinna wyjść z laboratoriów i zacząć być wdrażana w życiu codziennym – przekonuje Adam Kuzdraliński.

Dziennie dochodzi do ok. 100 tysięcy cyberataków na Polskę. Najczęściej z terytorium Rosji

Dziennie dochodzi do ok. 100 tysięcy cyberataków na Polskę. Najczęściej z terytorium Rosji 6

Obecność w sieci jest obarczona dużym zagrożeniem. Badania przeprowadzane przez firmę F-Secure między październikiem 2016 a marcem 2017 roku wskazują, że dziennie dochodzi w Polsce do około 100 tysięcy cyberataków. Najczęściej pochodzą one z terytorium Rosji, Niemiec oraz naszego własnego kraju.

Cyberataki w kierunku Polski głównie pochodzą z Rosji – to aż 65 493 próby ataków dziennie. Na drugim miejscu pod tym względem plasują się Niemcy, a na trzecim – sama Polska. Za to nie lada zaskoczeniem jest obecność na czwartej pozycji Holandii, a na piątej Belgia. Informacje zostały uzyskane dzięki autorskiej sieci Honeypotów, czyli serwerów, które udają łatwy cel i są przynętą dla cyberprzestępców.

– Cyberataki na Polskę pochodzą z całego świata, natomiast widzimy, że głównie płyną z Rosji. Jest to związane prawdopodobnie z tym, że infrastruktura w tym kraju jest na tyle łatwa do wykorzystania przez cyberprzestępców, jednocześnie monitoring infrastruktury i reakcje organów ścigania są na tyle niewystarczające, że nie neutralizują oni tych ryzyk – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Leszek Tasiemski, wiceprezes Rapid Detection z firmy Center F-Secure.

Dość wysoko na liście znajduje się wspomniana już wcześniej Holandia. Z jej strony w kierunku Polski dochodzi do 6732 cyberataków dziennie. W tym przypadku podejrzenie pada na słabo zabezpieczone serwerownie, które wykorzystywane są do ataków przeprowadzanych przez przestępców z innych krajów.

– Musimy pamiętać o tym, że źródła ataków, które my widzimy, to źródło systemu, z którego atak nastąpił. Natomiast nie oznacza to lokalizacji przestępcy. Całkowicie możliwe i prawdopodobne jest to, że przestępca znajdujący się np. w Chinach wykorzystuje albo rosyjskie albo holenderskie serwery do tego, żeby zaatakować. Musimy pamiętać o tym, że źródło ataku oznacza maszynę, z której zaatakowano, a nie fizyczną lokalizację atakującego – wyjaśnia Leszek Tasiemski.

Wiceprezes Rapid Detection podkreśla, że istotne znaczenie ma również geopolityka, bowiem w wielu krajach regulacje oraz sposoby zabezpieczeń są niewystarczające, przez co aktywność cyberprzestępców jest znacznie większa. Warto zauważyć, że hakerzy mają rozmaite sposoby na zainfekowanie naszych komputerów.

To, co widzimy, to są głównie ataki polegające na rekonesansie, czyli przestępcy sprawdzają z jakiego typu maszyną mają do czynienia, w jaki sposób mogą ją zainfekować. Widzimy bardzo dużą aktywność prób dodawania naszych maszyn do botnetów, czyli w tym momencie po takim ataku przeprowadzonym skutecznie, maszyna staje się maszyną zombie, częścią botnetu, która może dalej być wykorzystywana do ataków Denial of Service (DoS). Z drugiej strony widzimy popularny malware, który jest skierowany przeciwko platformie Windows. Tutaj mamy do czynienia z malware typu ransomware, który szyfruje nasze dane za okupy  – komentuje Leszek Tasiemski.

W sieci nikt nie jest bezpieczny i niemal wszyscy w mniejszym lub większym stopniu są narażeni na atak. Cyberprzestępcy bezlitośnie wykorzystują naiwność i nieuwagę użytkowników. Ataki przeprowadzane są w sposób nietargetowany, a więc zupełnie przypadkowy.

– Narażeni są wszyscy w równym stopniu. Informacje o atakach i ataki są przeprowadzane w sposób nietargetowany. Oznacza to tyle, że przestępcy nie wiedzą, kogo atakują, dlatego atakują wszystkich. Ofiarą hakerów może stać się instytucja, firma, a nawet osoba prywatna – twierdzi Leszek Tasiemski.

Specjaliści nie mają wątpliwości – najczęściej ofiarami cyberataków są użytkownicy, którzy nie mają zabezpieczeń, a także ci, którzy są nieuważni i lekkomyślni. Oczywiście posiadanie firewalla nie zawsze uchroni przez cyberprzestępcą, natomiast może znacząco zminimalizować ryzyko takiego ataku.

– Większość tych ataków udaje się powstrzymać za pomocą najprostszych środków, jak chociażby domowe firewalle, firmowe firewalle czy oprogramowanie antywirusowe. W większości przypadków użytkownicy nawet nie wiedzą o tym, jak często ich maszyna jest atakowana. Co ciekawe, kiedy włączamy komputer, który nigdy wcześniej nie był podłączony do Internetu, już po 15–20 min następują pierwsze ataki – ostrzega Leszek Tasiemski.

Wyjazd na tanią majówkę wciąż możliwy. Pozwalają na to serwisy działające w modelu współdzielenia

Wyjazd na tanią majówkę wciąż możliwy. Pozwalają na to serwisy działające w modelu współdzielenia 7

Majówka w tym roku dla części osób może potrwać nawet dziewięć dni. To dobra okazja na wiosenny wyjazd, jeśli tylko pogoda dopisze. Ci, którzy czekają z decyzją na ostatnią chwilę, mają jeszcze szansę na organizację taniego wyjazdu. Dobrym sposobem jest skorzystanie z modelu współdzielenia, czyli wspólnych przejazdów, wynajmu czyjegoś mieszkania czy wspólnych posiłków. Dzięki temu wypoczynek w tak gorącym okresie nie nadwyręża codziennego budżetu.

– Majówka w tym roku wygląda bardzo korzystnie kalendarzowo. Jeśli się postaramy, możemy mieć majówkę pięcio-, a nawet dziewięciodniową. Długi weekend majowy to dobra okazja do zaplanowania ciekawego wyjazdu przy wykorzystaniu możliwości, jakie daje tzw. ekonomia dzielenia. To serwisy łączące osoby prywatne, które mają pewne niewykorzystane zasoby z tymi, które chętnie z nich korzystają, np. w zakresie  transportu, zakwaterowania czy wspólnej konsumpcji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Pawelec, country manager BlaBlaCar w Polsce.

Coraz popularniejsze staje się podróżowanie w ramach sharing economy. Ekonomia współdzielenia zakłada odejście od trendu posiadania dóbr na rzecz ich użytkowania i dzielenia się nimi, czemu sprzyja przede wszystkim rozwój mediów społecznościowych. Najchętniej z takiego modelu korzysta najmłodsze pokolenie, ale coraz częściej również starsi sięgają po usługi oferowane w ramach ekonomii współdzielenia. Podstawą jest zaufanie.

 W przypadku serwisu BlaBlaCar organizujemy wspólne przejazdy, w ramach których kierowcy, którzy wybierają się w jakąś podróż i mają wolne miejsce w samochodach, oferują miejsca innym pasażerom. Ci dzięki temu mają niedrogą alternatywę dla innych środków transportu – ocenia Pawelec.

Podróżowanie w ramach współdzielenia pozwoli oszczędzić koszty tym, którzy z decyzją o wyjeździe czekają do ostatniej chwili, uzależniając go np. od pogody.

– Ceny są takie same w piątek tuż przed wyjazdem, jak np. przy rezerwacji tydzień wcześniej. Podobnie jest w przypadku innych serwisów. Często jest też tak, że oferty udostępniania jakichś zasobów pojawiają się także w ostatniej chwili – mówi przedstawiciel BlaBlaCar w Polsce.

Podstawową zasadą współdzielenia jest to, że kierowca, który zabiera pasażerów, nic na tym nie zarabia. Dostaje jedynie zwrot części kosztów paliwa dzielonych po równo między pasażerami.

– Ceny za miejsce oferowane przez kierowców są stałe. Rekomendujemy kierowcom odpowiednią cenę, która jest dopasowana do dystansu podróży. Ma to na celu dbanie o to, by kierowcy pokrywali koszty przejazdy, a nie na nich zarabiali – tłumaczy Pawelec.

Jak przekonuje, podróże w ramach współdzielenia to nie zawsze wyjazdy na krótkie trasy.

– Przeciętna podróż w serwisie BlaBlaCar w Polsce wynosi ok. 300 kilometrów, ale bardzo dużo przejazdów odbywa się między państwami. Można bardzo łatwo znaleźć przejazdy do Niemiec czy Holandii, które są częstym celem weekendowych wyjazdów. W lecie pojawiają się też przejazdy do Chorwacji czy innych krajów południowej Europy – wymienia Michał Pawelec.

Współdzielenie możliwe jest jednak nie tylko w transporcie, lecz także np. przy noclegach. Pojawia się coraz więcej serwisów (np. Airbnb, CouchSurfing czy HomeExchange), gdzie użytkownicy oferują wynajem pokoi czy całych mieszkań, najczęściej za niewielką opłatą, choć zdarzają się też zupełnie darmowe oferty. W takiej sytuacji gospodarze zazwyczaj oczekują wspólnego spędzenia czasu czy wymiany doświadczeń.

 To pewnego rodzaju rewolucja w podróżowaniu. Dawniej byliśmy przyzwyczajeni do zatrzymywania się w pensjonacie lub hotelu. Dzisiaj coraz częściej zwracamy uwagę na to, aby nie tylko ekonomicznie spędzić gdzieś czas, lecz także żeby spotkać na miejscu osoby, które pokażą nam miasto. Myślę, że jest to aspekt ekonomii współdzielenia, który coraz bardziej się liczy, zwłaszcza dla młodszych osób – podkreśla Pawelec.

Powoli na popularności zyskuje idea wspólnego biesiadowania. W branży gastronomicznej można skorzystać z oferty takich serwisów jak EatWith czy Colunching. Działają podobnie jak serwisy umożliwiające współdzielenie kosztów transportu.

– Pojawiły się już w sieci serwisy, dzięki którym można znaleźć osoby, które przygotowują posiłki np. u siebie w domu. Można się z nimi skontaktować, zobaczyć, jak oceniły ich inne osoby, umówić się na pewną cenę i nie tylko ekonomicznie, lecz także w dobrym towarzystwie zjeść posiłek – tłumaczy ekspert.

Firma PwC ocenia, że do 2025 roku wartość przychodów sektorów działających w modelu współdziałania sięgnie 335 mld dol. przy 15 mld dol. w 2014 roku. Z badania przeprowadzonego na potrzeby raportu „(Współ)dziel i rządź! Twój nowy model biznesowy jeszcze nie istnieje” wynika, że w Polsce z tego typu serwisów korzysta nawet 26 proc. osób.

 Coraz więcej osób, zwłaszcza młodszych, szuka serwisów, które poza oszczędnościami dają im też dodatkowe profity społeczne. W BlaBlaCar mamy zarejestrowanych już 2 mln użytkowników, myślę że jest to trend rosnący i coraz więcej ludzi będzie szukało alternatywy dla tradycyjnych usług – ocenia Michał Pawelec.

Biżuteria z bursztynu i metali szlachetnych polskim hitem eksportowym. Odpowiada za 70 proc. światowego rynku

Biżuteria z bursztynu i metali szlachetnych polskim hitem eksportowym. Odpowiada za 70 proc. światowego rynku 8

Polska jest potęgą w łączeniu bursztynu z metalami szlachetnymi. Szacuje się, że ponad 70 proc. światowej biżuterii z bursztynu pochodzi właśnie z Polski. Zdecydowana większość trafia do Azji, przede wszystkim Chin, także Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej. W przypadku produktów z najwyższej półki, najbardziej luksusowych, z najlepszym bursztynem, na eksport trafia ponad 90 proc. – ocenia Michał Kosior, dyrektor biura Międzynarodowego Stowarzyszenia Bursztynników.

Bursztyn od kilku lat jest produktem coraz bardziej luksusowym, takie są wymagania rynku. To już nie są typowo babcine korale, jakie znamy z kurortów nadmorskich, ale bardzo dobrze zaprojektowane i wykonane produkty jubilerskie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Kosior, dyrektor biura Międzynarodowego Stowarzyszenia Bursztynników.

Biżuteria z bursztynu jest polską specjalnością. Wartość produkcji biżuterii w naszym kraju wynosi ok. 200 mln euro, plantwear ma również dużą sprzedaż w naszym kraju, choć trudno jednoznacznie ocenić faktyczną wartość rynku, przede wszystkim ze względu na fakt, że większość firm zajmujących się produkcją wyrobów z metali szlachetnych ozdabianych bursztynem to małe, jednoosobowe firmy.

W 95 proc. producentami są małe firmy rodzinne, które nie podlegają statystykom GUS. Nie widzimy, gdzie się produkuje biżuterię, to często nie są miejsca, które się eksponują. Natomiast z pewnością możemy mówić o kilkuset milionach złotych produkcji rocznie – ocenia Kosior.

Stolicą bursztynu w Polsce jest Gdańsk. Szacuje się, że na Pomorzu w branży związanej z obróbką bursztynu pracuje ok. 10 tys. osób. Choć w Polsce rośnie też zainteresowanie bursztynem, który przestaje się kojarzyć z biżuterią dostępną w każdym nadmorskim sklepie z pamiątkami, a z ekskluzywną i nowoczesną, to zdecydowana większość produkcji trafia na zagraniczne rynki.

Produkcja i handel to są przede wszystkim targi i eksport, głównie na rynki Azji, Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych – wskazuje dyrektor biura Międzynarodowego Stowarzyszenia Bursztynników.

Łącznie wyroby z bursztynu eksportujemy do ponad 80 krajów na świecie. Szacuje się, że ponad 70 proc. biżuterii z wykorzystaniem bursztynu pochodzi właśnie z Polski.

W przypadku produktów z najwyższej półki, tych najbardziej luksusowych, drogich, w złocie, z diamentami, z najlepszym bursztynem, na eksport trafia ponad 90 proc. – zaznacza ekspert.

Polska jest największym na świecie producentem biżuterii z bursztynu bałtyckiego. Pod względem produkcji srebrnej biżuterii zdobionej bursztynem w Europie wyprzedzają nas tylko Włochy i Niemcy. Jak przekonuje Kosior, w zagranicznej sprzedaży biżuterii z bursztynem nie mamy większej konkurencji, zwłaszcza że inni duzi producenci bursztynu specjalizują się w innych produktach.

W Chinach robi się przede wszystkim tradycyjną chińską biżuterię i chińskie rzeźby. To nie jest dla nas konkurencja, zresztą Chińczycy generalnie są skoncentrowani na swoim rynku. Litwini produkują biżuterię bez udziału metali szlachetnych – złota i srebra. Rosjanie natomiast specjalizują się w produkcji przedmiotów użytkowych – wymienia Michał Kosior.

IKEA wprowadza do sprzedaży panele słoneczne. Dzięki nim konsumenci mogą obniżyć rachunki za prąd

IKEA wprowadza do sprzedaży panele słoneczne. Dzięki nim konsumenci mogą obniżyć rachunki za prąd 9

IKEA wprowadziła do sklepów instalacje fotowoltaiczne. Eksperci sieci oszacują zyski i koszty związane z tym zakupem, zamontują instalację w domu i pomogą w podłączeniu jej do sieci elektrycznej. Skorzystanie z oferty „IKEA. Energia słoneczna dla domu” może przynieść znaczące oszczędności. W ciągu 25 lat użytkowania instalacji rachunki za prąd można obniżyć w sumie z 61 tys. nawet do 24 tys. zł – szacują przedstawiciele szwedzkiej firmy.

„IKEA. Energia słoneczna dla domu” to rozwiązanie na rzecz bardziej ekologicznego i oszczędnego stylu życia. Przedmiotem programu jest wytwarzanie czystej energii poprzez instalacje fotowoltaiczne. Jest on skierowany przede wszystkim do właścicieli domów jednorodzinnych i gospodarstw domowych, które są zainteresowane oszczędnościami i ekologią – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Dulko-Gaszyna, kierownik ds. zrównoważonego rozwoju IKEA Retail w Polsce.

Instalacja fotowoltaiczna na dachu domu przekształca promienie słoneczne w prąd, który zasila sprzęty gospodarstwa domowego. Jego nadwyżka jest automatycznie przekazywana do sieci (można ją odebrać w stosunku 1:0,8 kWh w ciągu roku). W ten sposób konsument staje się prosumentem, który jednocześnie zużywa i produkuje czystą, ekologiczną energię. Gospodarstwo domowe może dzięki temu zaoszczędzić na wysokości rachunków za prąd. W przeciwieństwie do kolektorów słonecznych, które umożliwiają tylko podgrzanie wody, fotowoltaika jest bardziej wszechstronna w zastosowaniu.

Instalacja ta składa się z kilku podstawowych elementów. Są to moduły fotowoltaiczne, które tworzą panel umieszczany najczęściej na dachu, falownik, system okablowania oraz system do montażu. Instalacja przetwarza promieniowanie słoneczne, a dokładniej fotony, które są zawarte w promieniach słonecznych, w energię elektryczną. Promień słoneczny i zawarty w nim foton, padając na ogniwo fotowoltaiczne, wytrąca elektron, który później tworzy prąd. Prąd powstaje przy uderzeniu fotonu o płytkę krzemu znajdującą się w module fotowoltaicznym – wyjaśnia Karol Gobczyński, menadżer ds. klimatu i energii w IKEA Group.

Panele słoneczne i wszystkie elementy niezbędne do ich zamontowania od 28 kwietnia 2017 roku są dostępne we wszystkich sklepach IKEA w Polsce. Firma, we współpracy z GEO Solar, zaoferuje klientom kompleksową usługę: od doradztwa, przez opracowanie projektu i kosztorys, po montaż i wsparcie w podłączeniu instalacji fotowoltaicznej do sieci.

Stworzyliśmy rozwiązanie pod klucz. Podczas wizyty w sklepie, w specjalnie ku temu stworzonej strefie energii dla domu, można zasięgnąć informacji o ofercie, użyć kalkulatora oszczędności, a następnie przejść przez cały proces: od audytów domu poprzez indywidualną wycenę, umowę zakupu, montaż, a potem skorzystać z opcji serwisu i monitorowania. Ponieważ instalacja fotowoltaiczna ze względów bezpieczeństwa jest obwarowana różnymi wymogami prawnymi i technicznymi, nie ma możliwości zamontowania jej samodzielnie – mówi Katarzyna Dulko-Gaszyna.

Na początku klient wraz z doradcą przeanalizuje rachunki za energię, żeby sprawdzić, jakie jest roczne zużycie w gospodarstwie domowym. W oparciu o tę informację można dobrać instalację odpowiedniej wielkości. Opłacalność będzie zależała również od kąta i kierunku nachylenia dachu, ale energię z instalacji fotowoltaicznej można będzie wytwarzać nawet w pochmurne dni.

– Potencjał energetyczny w Polsce to około 1 tys. kWh, które możemy pozyskać z 1 mkw. Możemy oszacować, że bez tej inwestycji na przestrzeni 25 lat gospodarstwo domowe zapłaci za energię 61 tys. zł. Natomiast jeżeli zainwestuje w wytwarzanie energii ze słońca, ta kwota wyniesie 24 tys. zł. To duża różnica – mówi Karol Gobczyński.

Szwedzka sieć podkreśla, że prawidłowo zainstalowane panele fotowoltaiczne są w praktyce bezobsługowe. Dodatkowo są objęte bezpłatną gwarancją na okres 25 lat.

Świadomość klientów szybko wzrasta. Już jedna czwarta Polaków deklaruje, że chciałaby mieć instalację fotowoltaiczną na swoim dachu. Widzimy, że jest potrzeba rynkowa, na którą chcemy odpowiedzieć poprzez tę ofertę. Ponieważ to spora inwestycja, przedstawimy też długofalową ofertę finansowania, która umożliwi spłacanie instalacji fotowoltaicznej z oszczędności, które generuje gospodarstwo domowe – mówi Karol Gobczyński.

Program „IKEA. Energia słoneczna dla domu” to efekt współpracy ze spółką GEO Solar, należącą do grupy GEO Renewables, jednego z liderów globalnego rynku odnawialnych źródeł energii. W Polsce grupa działa od 2010 roku i zrealizowała projekty, których wartość przekroczyła 2 mld zł.

– Zależy nam na zrównoważonym rozwoju. Mamy duże doświadczenie w zakresie fotowoltaiki. Na budynkach IKEA na całym świecie działa już ponad 700 tys. modułów fotowoltaicznych. Mamy doświadczenie w konstruowaniu ofert odpowiadających na realne potrzeby Polaków, a potrzeba czystej energii, a w dodatku taniej energii, jest z pewnością bardzo ważna – mówi Katarzyna Dulko-Gaszyna.

W lutym ubiegłego roku Grupa IKEA w Polsce osiągnęła „niezależność energetyczną”, co oznacza, że sama produkuje tyle energii, ile zużywają wszystkie jej biura, sklepy, centra handlowe i dystrybucyjne na terenie kraju. Poza siecią sklepów meblowych do szwedzkiej grupy należy w Polsce 6 farm wiatrowych, a w niektórych jej sklepach zainstalowane zostały pompy geotermalne i kolektory słoneczne do podgrzewania wody. Globalną niezależność energetyczną firma chce osiągnąć do 2020 roku. Zapobieganie zmianom klimatu oraz promowanie odnawialnych źródeł energii i gospodarki niskoemisyjnej jest filarem strategii całej szwedzkiej grupy.

Ostatni dzwonek na rozliczenie się z fiskusem. Eksperci przypominają o przysługujących ulgach

Ostatni dzwonek na rozliczenie się z fiskusem. Eksperci przypominają o przysługujących ulgach 10

Na ulgę prorodzinną mogą liczyć rodzice i opiekunowie dziecka – przy jednym dziecku można odliczyć ponad 1,1 tys. zł. Nawet 1,5 tys. zyskają ci, którzy odkładają pieniądze na IKZE, a na 760 zł mogą liczyć użytkownicy internetu, którzy jeszcze nie korzystali z ulgi. Na zmniejszenie dochodu do opodatkowania pozwalają również darowizny na rzecz organizacji pożytku publicznego. Tylko w 2016 roku Polacy odliczyli od podatku łącznie 6,4 mld zł.

 Najpopularniejszą ulgą jest ulga na dzieci. Przysługuje ona osobom, które mają jedno dziecko, ale pod warunkiem że nie przekroczą one odpowiedniego limitu dochodów. W przypadku drugiego dziecka już tego limitu nie ma. Można uzyskać po ponad 1 tys. zł na pierwsze i drugie dziecko – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Leszek Zięba, ekspert Związku Firm Doradztwa Finansowego i mFinanse.

Limit dochodów dla rodziców i opiekunów jednego dziecka wynosi 112 tys. zł (56 tys. zł w przypadku rodzica samotnie wychowującego dziecko). W przypadku większej liczby pociech limity już nie obowiązują. Wówczas na pierwsze i drugie dziecko można uzyskać nieco ponad 1,1 tys. zł, na trzecie dziecko – 2 tys. zł i po 2,7 tys. zł na czwarte i każde kolejne. Kwoty rozlicza się proporcjonalnie za każdy miesiąc sprawowania opieki.

– Ulga ta jest o tyle istotna, że kwoty, które możemy uzyskać, odliczamy bezpośrednio od podatku. Stąd jest to znacząca kwota, którą można sobie odpisać – tłumaczy Zięba.

Z odliczenia nie mogą jednak skorzystać te osoby, które uzyskują dochody opodatkowane 19-proc. stawką podatku.

Dodatkowo rodzice, którzy korzystają z publicznej lub prywatnej opieki nad dziećmi, mogą skorzystać z ulgi na żłobki i przedszkola. Wydatki na ten cel mogą pokryć dzięki nieopodatkowanym świadczeniom od pracodawcy. Na żłobki i opiekunów dziennych rodzice dostaną maksymalnie 400 zł miesięcznie, a na przedszkola – 200 zł.

– Inną ulgą, o której warto pomyśleć przy rozliczaniu PIT-u za ubiegły rok, jest ulga z tytułu oszczędzania na indywidualnym koncie zabezpieczenia emerytalnego – przypomina ekspert ZFDF.

Przy oszczędzaniu na IKZE można maksymalnie uzyskać 1,5 tys. zł, choć dotyczy to osób, których roczne dochody przewyższają 85,5 tys. zł, a w związku z tym płacą 32-proc. podatek. Pozostałe osoby odzyskają do 875 zł. Nieco więcej, bo 920 zł będzie można odzyskać za wpłaty dokonane w 2017 roku przy rozliczeniu w 2018 roku. Jak wynika z danych na koniec 2016 roku IKZE miało ponad 643 tys. osób (dane KNF).

– Inne ulgi, z których możemy skorzystać, to ulgi z tytułu darowizn na cele kultu religijnego czy cele związane z darowiznami, z opiekuńczą i charytatywną działalnością kościołów. Możemy również uzyskać ulgę, oddając krew i przedstawiając odpowiednie zaświadczenie – mówi Zięba.

Honorowi dawcy krwi mogą odliczyć wartość przekazanej darowizny na cele krwiodawstwa, a wysokość ulgi zależy od ilości oddanej krwi (każdy litr krwi to 130 zł). Odliczenie z tego tytułu łączy się z darowiznami na cele kultu religijnego. W sumie nie może przekroczyć 6 proc. dochodu. W ramach finansowania celów kultu religijnego wesprzeć można kościoły czy związki religijne. Przy wsparciu instytucji kościelnych w działaniach charytatywno-opiekuńczych ulga może być odliczona w całości, istotne przy tym jest potwierdzenie przekazanych darowizn.

– Nadal funkcjonuje ulga internetowa, jednak skorzystać z niej mogą tylko te osoby, które w przeciągu ostatnich 2 lat jej nie rozliczały. Jeśli ktoś rozliczał tę ulgę w ubiegłym roku, to tylko w tym może jeszcze z niej skorzystać, bo przysługuje ona w dwóch kolejno po sobie następujących latach – podkreśla Leszek Zięba.

Odliczyć można jedynie koszty użytkowania sieci. Oznacza to, że podatnikom nie przysługuje ulga z tytułu instalacji, modernizacji czy rozbudowy infrastruktury dostępu do internetu. Maksymalnie można odzyskać 760 zł, jednak pod warunkiem że z sieci korzysta się w celach prywatnych.

W tym roku termin złożenia deklaracji podatkowej upływa 2 maja. Jeśli zapomnieliśmy odliczyć ulgę, zawsze można jeszcze złożyć korektę zeznania podatkowego.

Rosną ceny i frekwencja w hotelach. Grupa Orbis kontynuuje wzrosty

Rosną ceny i frekwencja w hotelach. Grupa Orbis kontynuuje wzrosty 11

Po rekordowo dobrych wynikach finansowych za ubiegły rok Grupa Orbis kontynuuje trend wzrostowy. W pierwszym kwartale 2017 roku wzrosła frekwencja, jak i średnia cena za pokój w jej hotelach. Zwiększyły się również przychody grupy, która zapowiada, że w tym roku zamierza skupić się na dalszych inwestycjach i wyzwaniom, które stawia kurczący się rynek pracy. 

– Rynek hotelowy jest w dobrej kondycji, dzięki czemu jesteśmy w stanie osiągać coraz lepsze wyniki. Obłożenie w I kwartale było wyższe niż w całym 2014 roku. Rośnie realna dynamika rynku, z której możemy wyciągnąć znaczną wartość. Średnia stawka za pokój, która jest naszym wyzwaniem na ten rok, rośnie w tempie 3 proc. Połączenie tego wszystkiego daje nam prawie 10-proc. wzrost. To wyraźny sygnał, że się rozwijamy – podsumowuje wyniki w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Gilles Clavie, prezes zarządu Orbis.

Największy wschodnioeuropejski operator hoteli przedstawił swoje wyniki finansowe za I kwartał 2017 roku. W ciągu trzech pierwszych miesięcy roku Orbis odnotował 11,15 mln zł straty netto. To 17-proc. poprawa względem analogicznego okresu rok wcześniej, kiedy strata sięgnęła 13,44 mln zł. Ze względu na sezonowość turystyki pierwszy kwartał roku zawsze jest jednak słaby dla branży hotelarskiej.

Przychody Orbisu wzrosły natomiast o 7,6 proc., osiągając poziom 266 mln zł. Jak podaje grupa, w połączeniu z kontrolą kosztów przełożyło się to na wzrost EBITDA (wynik operacyjny przed uwzględnieniem kosztów wynajmu nieruchomości, amortyzacji, wpływu zdarzeń jednorazowych, wyniku na działalności finansowej i podatku) sięgający 10,7 proc. Z kolei zysk EBITDA wyniósł 38,1 mln zł i był prawie o połowę (43,6 proc.) wyższy w ujęciu rocznym.

Wskaźnik RevPAR (przychody na jeden dostępny pokój, najważniejszy wskaźnik dla operatorów hotelowych) wzrósł o 9,5 proc. do poziomu 126,7 zł. Natomiast frekwencja w hotelach należących do grupy Orbis zwiększyła się o 3,5 pkt proc., a średnie ceny za pokój I kwartale tego roku wzrosły o 3 proc., sięgając 212,1 zł.

Wyniki finansowe Orbisu za cały 2016 rok były rekordowo wysokie i grupa spodziewa się, że ten trend uda się utrzymać. Konsekwentnie zamierza również realizować wdrożoną trzy lata temu strategię, która jest na bieżąco aktualizowana zgodnie ze zmianami, które zachodzą na hotelowym rynku.

– Strategia jest oparta na trzech filarach. Pierwszym są wyniki, w ramach których chcemy podnosić średnią stawkę za pokój, zmieniając statystyczny profil klienta. To bardzo ważny warunek, który musimy spełnić, żeby osiągać trwały wzrost, czyli cel naszej strategii. Bardzo istotna jest też część gastronomiczna, która ma coraz większe znaczenie i pozwala nam na dywersyfikację przychodów, ponieważ nie podlega tym samym wahaniom sezonowym, co tradycyjny biznes hotelowy. Ponadto, jak zawsze stawiamy na jakość i satysfakcję gości – mówi Gilles Clavie.

Istotnym elementem strategii Orbisu jest też optymalizacja portfela hoteli. Grupa skupia się na wysoko rentownych projektach i uważnie obserwuje rynek w poszukiwaniu okazji inwestycyjnych. Minionych kilkanaście miesięcy było okresem dużej aktywności grupy w zakresie akwizycji i wykupu nowych nieruchomości hotelowych. Tylko w I kwartale tego roku Orbis wykupił z leasingu pięć swoich hoteli w Budapeszcie.

– Wcześniejsze warunki najmu były niekorzystne, więc woleliśmy przejąć te aktywa, zapewniając sobie przy tym dobre warunki finansowe. W ramach naszego portfela nadal odkupujemy niektóre hotele, a inne przekazujemy franczyzobiorcom, ponieważ to pozwala nam zachować wszystkie obiekty hotelowe w ramach sieci AccorHotels, co zwiększa rozpoznawalność marek i satysfakcję gości – uzasadnia Gilles Clavie.

Plany inwestycyjne Orbisu na pozostałą część 2017 roku zakładają utrzymanie regularnych nakładów kapitałowych. Około 5 proc. rocznych obrotów grupy jest przeznaczane na inwestycje związane utrzymaniem hoteli i dostosowaniem usług do oczekiwań klientów. Hotelowy operator zaznacza, że coraz większą wagę przywiązuje również do inwestycji w IT i nowe technologie.

– Wi-Fi musi być absolutnie doskonałe, a internet tak szybki, jak to możliwe, ponieważ tego chcą klienci. Mamy więc regularne nakłady kapitałowe oraz konkretne projekty, które nazywamy rozwojowymi. Są to w sumie cztery hotele, trzy w Polsce i jeden na Litwie, których renowacje będą nas kosztować około 150 mln zł. To mniej więcej tyle, ile wydaliśmy w ubiegłym roku – mówi Gilles Clavie.

Prezes zarządu Orbisu zauważa, że największym wyzwaniem dla całej grupy jest aktualnie rynek pracy i brak dostępności kadr. To bolączka nie tylko branży hotelowej, lecz także całej gospodarki w Polsce i wielu innych państwach w tym regionie Europy.

– Rynek pracy jest coraz bardziej napięty, będzie coraz trudniej. Mamy do tego trojakie podejście. Kluczowa jest promocja marki pracodawcy. Musimy też być atrakcyjni pod względem wynagrodzeń i opiekować się pracownikami. Musimy ich angażować. Musimy dawać im możliwość ekspresji, aby byli bardziej niezależni, zauważalni, autentyczni. Temu służą wszystkie działania, które podejmujemy – mówi Gilles Clavie.

Orbis powoli wdraża też nowy model rekrutacji, oparty nie na doświadczeniu, ale na osobowości pracowników. Taki model sprawdził się już m.in. w krakowskim hotelu Mercure i gdańskim ibisie, gdzie cały zespół hotelowy został zrekrutowany w dużej mierze na podstawie cech osobowościowych.

– Bardzo dynamicznie zmieniamy naszą kulturę korporacyjną, wdrażamy nowy model przywództwa. Już w zeszłym roku zdaliśmy sobie sprawę, że mamy do czynienia z coraz silniejszą konkurencją rynkową. Dlatego postanowiliśmy zareagować zdecydowanie i opracowaliśmy zestaw rozwiązań. Dzięki temu na niektórych rynkach rotacja pracowników została znacząco ograniczona, co naprawdę nie było łatwe. Wszystkie te sygnały napawają mnie optymizmem względem całego nadchodzącego roku – ocenia Gilles Clavie, prezes zarządu Orbis.

Grupa hotelowa Orbis to największa sieć hoteli w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej. Jej obiekty pod markami Sofitel, Pullman, MGallery, Novotel, Mercure, ibis, ibis Styles i ibis budget działają w 16 państwach. Strategicznym inwestorem Orbisu jest francuska grupa Accor. Z końcem marca tego roku sieć Orbisu składała się w sumie z 116 hoteli dysponujących ponad 19,7 tys. pokoi, z czego większość (ok. 70 hoteli) działa na polskim rynku.

W ubiegłym roku ZUS wstrzymał wypłatę prawie 16,3 mln zł zasiłków chorobowych. Nieuzasadnione zwolnienia lekarskie to koszty dla pracodawców

W ubiegłym roku ZUS wstrzymał wypłatę prawie 16,3 mln zł zasiłków chorobowych. Nieuzasadnione zwolnienia lekarskie to koszty dla pracodawców 12

Pracownicy nie zawsze wykorzystują zwolnienie lekarskie zgodnie z jego przeznaczeniem. Powinno ono służyć jak najszybszemu powrotowi do zdrowia. Nieuzasadnione zwolnienia to dodatkowe koszty dla pracodawców. Dlatego pracownicy są coraz częściej kontrolowani. W 2016 roku wydano 22,2 tys. decyzji wstrzymujących wypłatę zasiłków chorobowych na kwotę prawie 16,3 mln zł.

– Pracownikowi symulowanie choroby się opłaca. Jest to jednak duży koszt dla pracodawców. Przez pierwsze 33 dni zwolnienia, a w przypadku osób powyżej 50 roku życia – przez 14 dni zwolnienia wynagrodzenie wypłaca pracodawca. Jeżeli więc ktoś zamierza skorzystać ze zwolnienia, a nie ma ku temu przesłanek, to zyskuje wynagrodzenie, które jest mu nienależne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Pracownik ma prawo do wynagrodzenia albo zasiłku chorobowego za czas choroby. Najpierw otrzymuje wynagrodzenie od pracodawcy (przez 33 albo 14 dni w roku kalendarzowym), a jeśli niezdolność do pracy się wydłuża, to zasiłek chorobowy. Świadczenia stanowią rekompensatę utraconego wynagrodzenia dla osoby, która z powodu choroby nie jest w stanie wykonywać pracy.

 Często zdarza się jednak, że zwolnienia lekarskie są wykorzystywane w celach sprzecznych z ich istotą i służą pracownikom do realizacji jakichś własnych zadań bądź wykonywania konkurencyjnej pracy zarobkowej. To zwiększa dwukrotnie dochód pracownika – przekonuje Lisicki.

W czasie choroby pracownik otrzymuje zwykle zasiłek w wysokości 80 proc. swojej pensji. 100 proc. należy się w razie choroby w czasie ciąży, wypadku w drodze do pracy lub z pracy, choroby zawodowej czy wypadku przy pracy. Jak wskazuje ekspert Konfederacji Lewiatan, dla pracodawców konieczność wypłaty zasiłku chorobowego to koszt 1,5 mld zł rocznie.

Krótkoterminowe zwolnienia utrudniają pracodawcom organizację pracy. Dlatego istotna jest kontrola, czy okres zwolnienia wykorzystywany jest zgodnie z jego przeznaczeniem. Pracodawcy coraz częściej korzystają z możliwości kontroli zasadności wystawionych zwolnień, bo rośnie liczba nadużyć.

– Mali, średni, a także więksi pracodawcy informują nas o tym, że jest taki problem jak nadużywanie zwolnień lekarskich albo wykorzystywanie ich niezgodnie z celem, na jaki zostały wystawione – zaznacza Robert Lisicki.

Potwierdzają to kontrole, które zgodnie z ustawowymi uprawnieniami przeprowadza także ZUS. W 2016 roku przeprowadzono 569,5 tys. kontroli osób mających zaświadczenie o czasowej niezdolności do pracy. W konsekwencji wydano 22,2 tys. decyzji wstrzymujących dalszą wypłatę zasiłków chorobowych na kwotę prawie 16,3 mln zł. Łączna kwota obniżonych i cofniętych świadczeń pieniężnych w całym 2016 roku wyniosła 203,8 mln zł.

Jeśli pracodawca podejrzewa, że pracownik symuluje lub wykorzystuje zwolnienie lekarskie do wykonywania innej pracy zarobkowej, to może przeprowadzić kontrolę. Ma takie prawo, jeśli zatrudnia (zgłasza do ubezpieczenia chorobowego) powyżej 20 osób. Mniejsze firmy mogą występować o przeprowadzenie kontroli do ZUS.

– Na badanie do lekarza orzecznika wzywamy tylko osoby, które mają adnotację na zwolnieniu „może chodzić”. Osoby, które powinny leżeć, mogą być zbadane w domu. Osobę wytypowaną do kontroli można skierować na badania dodatkowe. Jeśli lekarz orzecznik stwierdzi, że dana osoba odzyskała zdolność do pracy, wystawia zaświadczenie korygujące i ustala wcześniejszą datę ustania niezdolności do pracy. Z takim zaświadczeniem należy się zgłosić do pracodawcy i podjąć pracę. Możemy również skontrolować dokumentację medyczną, która jest podstawą wystawienia zwolnienia lekarskiego – wymienia Małgorzata Lipowska, lekarz inspektor nadzoru orzecznictwa lekarskiego z Departamentu Orzecznictwa Lekarskiego w centrali ZUS.

Jak przypomina Lipowska, każde zwolnienie powinno przyspieszyć powrót do zdrowia. Pracownik, który w czasie niezdolności do pracy orzeczonej zaświadczeniem lekarskim wykonuje pracę zarobkową lub wykorzystuje to zwolnienie niezgodnie z jego celem, musi liczyć się z tym, że straci prawo do zasiłku chorobowego.

– W trakcie zwolnienia lekarskiego, powinniśmy się stosować ściśle do zaleceń lekarskich, przyjmować leki, korzystać z zapisanych zabiegów, z rehabilitacji leczniczej – mówi Małgorzata Lipowska.

Po BoJ, przed EBC

Środa przyniosła uspokojenie na rynkach walutowych. Ponownie bardzo dobrze wypadł rodzimy rynek akcji, szczególnie na tle Europy i USA. Na ropie nie udało się bykom utrzymać przewagi.

Ceny ropy zakończyły wczorajszy dzień na niewielkim minusie i to pomimo całkiem niezłych danych z USA na temat zapasów paliw. Zapasy ropy zmniejszyły się o 3,6 milionów baryłek. W Polsce tymczasem kolejne dobre dane z gospodarki oraz wzrosty indeksu WIG20. Stopa bezrobocia spadła do poziomu 8,1%, a nowe zamówienia w przemyśle w marcu wzrosły w ujęciu r/r o 33,0 proc. Indeks WIG20 zakończył dzień z wynikiem 1,31%. Końcówka wczorajszej sesji w USA była nerwowa, więc możliwe jest, iż dziś główny indeks giełdowy w Polsce rozpocznie dzień w gorszych nastrojach.

Bank Japonii zakończył dziś posiedzenie. Parametry polityki banku nie uległy zmianie. Konferencję banku oceniono jednak jako najbardziej optymistyczną względem japońskiej gospodarki od 9 lat. Nie jest to jednak jedyne posiedzenie w dniu dzisiejszym. O godzinie 9:30 decyzję ogłosi bank centralny Szwecji. Natomiast o 13:45 Europejski Bank Centralny. Konferencja EBC rozpocznie się o 14:30 i zapewne będzie bacznie śledzona przez inwestorów.

eurusd27042017r

Eurodolar porusza się w bocznej konsolidacji, o lekko wznoszącym się charakterze. Luka otwarcia jaka powstała po wyborach we Francji służyć teraz będzie za wsparcie. Mowa o okolicach 1.075. Pierwszym oporem będzie 1.1150, a następnie dopiero obszar pod 1.14. Wskaźnik RSI daje na chwilę obecną przewagę grającym na zwyżkę euro.

Sylwester Majewski

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Przez 25 lat amerykańskie firmy zainwestowały w Polsce prawie 30 miliardów dolarów

Polska jest bardzo ważnym europejskim krajem dla inwestorów ze Stanów Zjednoczonych. Przez ostatnie 25 lat amerykańskie firmy zainwestowały w naszym kraju prawie 30 miliardów dolarów. Dla amerykanów jesteśmy – ze względu na ponad 38 milionową populację – dużym rynkiem w skali europejskiej oraz krajem ogromnych możliwości tworzenia fabryk, czy nowych sektorów.

– Dla amerykańskich firm ogromne znaczenie ma możliwość długoterminowych wzrostów w Polsce – powiedział agencji eNewsroom.pl Tony Housh, prezes Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce – Ogromnym plusem polskiego rynku jest produkcja, technologia oraz innowacje na bardzo wysokim poziomie – powiedział Housh.

Wsparcie rozwoju start-upu to nie tylko finansowanie. Ważne jest także udzielenie pomocy merytorycznej

Wsparcie rozwoju start-upu to nie tylko finansowanie. Ważne jest także udzielenie pomocy merytorycznej 13

Do końca 2016 r. w Polsce powstało ponad 2670 start-upów, z czego 20 proc. deklaruje, że zajmuje się produkcją oprogramowania. Gdyby nie podmioty zajmujące się akceleracją, wiele tego typu projektów nie miałoby szans wypłynięcia na głębokie wody i pokazania się światu. Zdaniem ekspertów ważne jest by wsparcie akceleratora nie ograniczało się wyłącznie do dofinansowania.

Większość współczesnych start-upów związanych jest z e-usługami, rynkiem mobilnym i nowymi technologiami. Średni wiek tego typu przedsiębiorstw nie przekracza przy tym 2 lat, a ich założycielami są osoby wieku 20–30 lat. To podstawowe dane z najnowszego raportu stworzonego przez Fundację Startup Poland. A jednak mimo kreatywnych, często dobrych pomysłów młode firmy nie potrafią ich zmaterializować. Dlatego często poszukują porady w wyborze właściwego modelu biznesowego lub inwestora, który nadałby ich poczynaniom odpowiedni kształt i umożliwił szybszy rozwój.

– Interesujemy się rynkiem szeroko i jesteśmy otwarci na różnego rodzaju branże, przy czym to nie oznacza, że nie ma obszarów, w których szczególnie czujemy się kompetentni bądź dla których mamy pewne upodobania czy przekonanie, że są to sektory istotne dla aktualnej i przyszłej gospodarki. W sensie czysto technicznym czy formalnym projekty zgłaszają się do nas poprzez informację, którą odnajdują na stronie internetowej, identyfikując, że Grupa Investin jest akceleratorem innowacyjnych projektów. Ponadto w przeszłości organizowaliśmy też nabory, adresując do start-upów informacje o poszukiwaniu przez nas interesujących projektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Koral, prezes Grupy Investin.

Aby dany projekt doczekał się realizacji i sukcesu rynkowego, potrzebuje nie tylko wsparcia finansowego, lecz także całego zaplecza biznesowego. Droga, którą musi przejść młoda firma, by zainteresować potencjalnych inwestorów, jest długa i trudna.

– Zazwyczaj trafiają do nas projekty na bardzo wczesnych etapach rozwoju, dlatego naszym zadaniem jest je odpowiednio wyakcelerować, obudowując je w dokumentację biznesową, jak również całą koncepcją biznesową, zanim możliwe będzie wyjście z tym przedsięwzięciem na rynek i zainteresowanie nim potencjalnych inwestorów. Najczęściej są to przedsięwzięcia, które wymagają już w pierwszej kolejności takiego bardzo zasadniczego biznesowego wsparcia. To wsparcie powinno towarzyszyć również na późniejszych etapach — dodaje Piotr Koral.

Dane raportu Startup Poland 2016 pokazują jasno, że z dotacji z Unii Europejskiej korzysta 24 proc. nowych firm, 22 proc. opiera swoją działalność na wsparciu funduszy typu venture capital, natomiast 17 proc. działa z aniołami biznesu. Warto zauważyć, że zaledwie 6 proc. start-upów znalazło strategicznego inwestora branżowego i tyle samo posiłkuje się kredytem.

– Grupa Investin przygotowuje się do uruchomienia własnego potencjału inwestycyjnego. Od dawna pracujemy nad zbudowaniem funduszu venture capital i mamy pełną świadomość, że proces inwestycji nie oznacza wygaśnięcia zaangażowania w biznesowe wsparcie przedsięwzięcia, a intensyfikację tego wsparcia na jego różnych odcinkach. To już nie są takie działania stricte akceleracyjne, to jest business development, typowe budowanie przedsiębiorstwa i skalowanie jego działalności, dlatego zaangażowanie musi być stale obecne – twierdzi Piotr Koral.

Zaangażowanie o charakterze biznesowym i wsparcie akceleratora ewoluuje, kiedy dany projekt potężnieje, przekształcając się w dojrzewające przedsięwzięcie. Według prezesa firmy Investin, szeroko rozumiany konsulting odgrywa istotną rolę na każdy etapie dojrzewania start-upu.

– Konsulting ma wielowymiarowy charakter, to zdolność do opracowywania zarówno złożonych dokumentacji, jak i ekspertyz w każdym obszarze wsparcia dla procesu komercjalizacji innowacyjnego przedsięwzięcia. W jego skład wchodzą: wyceny innowacyjnych projektów, analizy potencjału projektów technologicznych, analiza wszystkich kwestii prawnych, własności intelektualnej oraz kwestii finansowo-podatkowych i marketingowych – wymienia Piotr Koral.

Prezes firmy Investin prognozuje, że w nowej perspektywie budżetowej Unii Europejskiej coraz większy nacisk kładziony będzie na wsparcie przedsiębiorców w umożliwieniu im efektywnego wyjścia na światowe rynki.

– Bardzo istotne są szeroko rozumiane procesy internacjonalizacji działalności polskich firm, zwłaszcza z sektora małych i średnich przedsiębiorstw. To jest widoczne zarówno w Polsce Wschodniej, jak i w regionalnych programach operacyjnych poszczególnych województw. Ogólnie rzecz ujmując to bardzo bliskie temu, czym Grupa Investin zajmowała się do tej pory, dlatego również uczestniczymy w tych działaniach. Co więcej, uzyskaliśmy akredytację Ministerstwa Rozwoju, stąd jesteśmy firmą, która może udzielać wsparcia w obszarze konsultingu innowacyjnego dla polskich przedsiębiorstw – podsumowuje Piotr Koral.

Rynek technologii chmurowych w Polsce dynamicznie rośnie. Przed końcem 2020 roku przekroczy wartość 1 mld zł

Rynek technologii chmurowych w Polsce dynamicznie rośnie. Przed końcem 2020 roku przekroczy wartość 1 mld zł 14

Polski rynek technologii chmurowych ma przed sobą bardzo dobre perspektywy, a odsetek firm korzystających ze świadczonych w ten sposób usług będzie dynamicznie rosnąć – przekonuje Krzysztof Rocki z firmy Red Hat. Jego opinię potwierdzają analizy PMR oraz IDC. Wynika z nich, że w najbliższych latach segment będzie rozwijał się w dwucyfrowym tempie, a przed końcem 2020 roku przekroczy wartość 1 mld zł.

– Wszyscy marzymy o tym, żeby być na chmurze, ale wszyscy również zdajemy sobie sprawę z tego, że ta chmura musi być kontrolowana. Jako Red Hat szukamy narzędzi, które pozwoliłyby nam zarządzać ogromną ilością zgromadzonych tam informacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Krzysztof Rocki, szef Red Hat na Europę Centralną i Wschodnią.

Cloud computing jest jednym z najszybciej rozwijających się obszarów polskiego rynku informatycznego. Jak wynika z analizy przygotowanej przez firmę badawczą PMR, wartość krajowego rynku usług oferowanych w technologii chmurowej (zarówno publicznej, jak i prywatnej) wzrosła o ponad 30 proc. i przekroczyła wartość 600 mln zł.

– Do tego typu usług podchodzimy z pełną odpowiedzialnością. Robimy to w swoim stylu, czyli open source’owym. To oznacza, że pozwalamy wszystkim współpracować z nami. To są miliony projektów na całym świecie, gdzie ludzie piszą oprogramowania, które my z kolei sprawdzamy – wyjaśnia Rocki. – Jeżeli cokolwiek z tych rzeczy ma sens, to zakupujemy tego rodzaju rozwiązanie. Po zakupie udostępniamy kod źródłowy i otwieramy go dla wszystkich – dodaje szef Red Hat.

W opinii eksperta funkcjonowanie w oparciu o model open source stanowi kolejny krok w ewolucji usług informatycznych i pozwala na oferowanie usług o niespotykanej dotąd skali. To także bodziec do dynamicznego rozwoju rynku usług chmurowych. Jak wynika z raportu IDC, tempo wzrostu tego segmentu w ostatnich latach było w naszym kraju aż 7-krotnie szybsze niż w przypadku całego sektora IT. Podobny trend widoczny jest także w skali globalnej. Według szacunków Gartnera światowy rynek przekroczył w 2016 roku wartość 200 mld dol., rosnąc w dwucyfrowym tempie.

– Polski rynek jest bardzo chłonny. Musimy jednak pamiętać o dwóch podstawowych rzeczach. Dla firm, które funkcjonują od wielu lat, przestawienie się na funkcjonowanie w chmurze jest bardzo trudne. Dla firm nowych, które pojawiają się na tym rynku, ten model chmury jest najlepszy, bo koszty utrzymania, koszty działalności są ograniczone do tego czasu, w którym z tego korzystamy tłumaczy manager.

Jak wynika z danych PMR, na początku ubiegłego roku już 25 proc. dużych przedsiębiorstw korzystało z technologii chmury, a wartość tego segmentu stanowiła już 1,5 proc. całego polskiego rynku IT. W porównaniu do wysokorozwiniętych gospodarek nasz kraj wciąż ma jednak wiele do nadrobienia. W skali globalnej usługi oparte o technologię chmury odpowiadają już za przeszło 3 proc. łącznych przychodów sektora IT.

– Kiedy spojrzymy na gigantów telekomunikacyjnych, bankowych, to oni również bardzo chętnie wchodzą w technologię chmur. Jednym z takich pionierów jest Allegro, który potrafił w tej chmurze dokonać olbrzymiej rewolucji – zauważa Rocki.

Wśród innych polskich pionierów ekspert wymienia także Orange, PKO BP czy Pekao SA. Szef polskiego oddziału Red Hat podkreśla przy tym, że jedną z głównych zalet technologii chmurowej jest jej elastyczność.

Nowe technologie wywołają rewolucję w gospodarce. Polskie firmy muszą się przygotować na cyfryzację

Nowe technologie wywołają rewolucję w gospodarce. Polskie firmy muszą się przygotować na cyfryzację 15

Modernizacja infrastruktury IT, zmiana rynku pracy i bezpieczeństwo danych to trzy największe wyzwania związane z cyfrową transformacją – uważa Aongus Hegarty, szef Dell EMC w regionie EMEA. Polskie przedsiębiorstwa postrzegają cyfryzację zarówno jako szansę, jak i zagrożenie. Technologie takie jak chmura, big data i internet rzeczy jednak całkowicie zmienią model ich funkcjonowania. Obecnie tylko 40 proc. rodzimych firm jest na to przygotowanych.

– Dla wszystkich firm i przedsiębiorstw najważniejsza jest teraz cyfrowa transformacja, czyli wpływ technologii na gospodarkę i biznes oraz na to, jak firmy mogą adaptować technologie w wielu różnych obszarach, aby ich działalność stawała się bardziej efektywna, produktywna. Chodzi również o kreowanie nowych modeli biznesowych i rozwiązań dla klientów dzięki innowacyjnym produktom i usługom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aongus Hegarty, szef Dell EMC w regionie Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki.

Z ubiegłorocznego badania Deloitte Digital („Digital Transformation 2016”) wynika, że polskie firmy obawiają się cyfrowej transformacji, ale rozumieją, że nie ma od niej odwrotu. Cyfryzację postrzegają jako czynnik, który zadecyduje o ich przewadze konkurencyjnej i utrzymaniu się na rynku. Ponad połowa (51 proc.) polskich przedsiębiorstw ma wizję transformacji cyfrowej, a 41 proc. opracowało szczegółowy plan biznesowy i inwestycyjny.

Szef Dell EMC w regionie EMEA zauważa, że przedsiębiorstwa, które w porę dostrzegą szanse płynące z cyfrowej transformacji i wdrożą odpowiednią strategię, mogą wyprzedzić konkurencję i umocnić swoją rynkową pozycję. Natomiast te, które prześpią szansę, będą musiały się zmierzyć z sytuacją wręcz odwrotną.

– Transformacja cyfrowa to zarówno szansa, jak i zagrożenie. Wiele firm w Polsce docenia korzyści płynące z transformacji cyfrowej, ale z drugiej strony to dla nich również pewne zagrożenie, bo konkurencja nie śpi – podsumowuje Aongus Hegarty.

Cyfryzacja biznesu umożliwia wejście na rynek z zupełnie nowym modelem, np. w branżach takich jak bankowość, co dobrze obrazuje dynamiczny rozwój fintechów. PwC szacuje, że w nadchodzących latach fintechy mogą przejąć nawet do 33 proc. światowego rynku usług finansowych. Zmienia się też model pracy. Powstaje coraz więcej firm, które nie mają stacjonarnych oddziałów i pracują wyłącznie elektronicznie. Transformacja wymusza duże zmiany nie tylko w tradycyjnych branżach, lecz także w sektorze publicznym.

– Mamy w Polsce dużych i bardzo dynamicznych klientów prywatnych, a także z sektora publicznego: z obszaru opieki zdrowotnej, edukacji i administracji publicznej. Są też bardzo mali klienci, którzy startują w nowych obszarach, takich jak internet rzeczy i analiza danych. Dzięki technologii pomagamy im przekształcać firmy i rozwijać nowe modele technologiczne z perspektywy cyfrowej, dzięki której pracownicy stają się bardziej wydajni, stale pozostając w kontakcie. Cała infrastruktura IT także się poprawia z punktu widzenia efektywności – mówi Aongus Hegarty.

Szef Dell EMC w regionie EMEA wymienia trzy kluczowe obszary cyfrowej transformacji. Pierwszym jest modernizacja IT, infrastruktury technologicznej. Firmy generują ogromne ilości danych, które chcą przetwarzać, analizować i archiwizować w optymalny sposób. Stąd rozwój takich technologii jak big data, centra danych i chmura obliczeniowa.

– Drugim elementem są pracownicy, którzy stają się coraz bardziej mobilni, więc muszą mieć stały dostęp do systemów informatycznych swojej firmy. Technologie pozwolą ludziom pracować z domu lub z każdej innej lokalizacji. To będzie jeden z ważniejszych trendów. Jednocześnie przepływ danych w takim modelu musi pozostawać bezpieczny. Bezpieczeństwo jest trzecim elementem. Począwszy od urządzeń użytkownika końcowego, poprzez infrastrukturę, skończywszy na rozwiązaniach chmurowych – wszystkie te elementy muszą być bezpieczne – mówi Aongus Hegarty.

Jednym z głównych trendów, które wpłyną na kształt cyfrowej transformacji, będzie również internet rzeczy (IoT), który pozwoli gromadzić i wnikliwiej analizować dane z różnych źródeł, dzięki czemu możliwe będzie stworzenie zupełnie nowych produktów i usług.

Globalna firma analityczna IDC prognozuje, że do końca 2017 roku dwie trzecie największych firm na świecie postawi cyfrową transformację w centrum swojej strategii. Będą rozwijać rozwiązania takie jak big data, mobilność, internet rzeczy oraz media społecznościowe. Kluczowe będą jednak technologie chmurowe. Do 2020 roku wydatki firm na oprogramowanie, sprzęt, wdrożenia, serwis oraz zarządzanie usługami w chmurze wyniosą w skali globalnej ponad 500 mld dol., czyli trzykrotnie więcej niż obecnie  wylicza IDC, która przewiduje, że cyfrowa transformacja będzie odczuwalna w każdej branży i już za kilka lat zmieni kształt światowej gospodarki.

Pacjenci w Polsce mają problem z komunikacją z lekarzami i urzędnikami. Rozmowa często toczy się przez media

Pacjenci w Polsce mają problem z komunikacją z lekarzami i urzędnikami. Rozmowa często toczy się przez media 16

Media odgrywają coraz większą rolę w kształtowaniu polityki zdrowotnej. Wskazują błędy w systemie i podpowiadają rozwiązania. Mogą być też rzecznikiem pacjentów, zwłaszcza w kontaktach z urzędnikami. To dzięki pośrednictwu mediów chorzy często otrzymują dostęp do nowoczesnych leków i terapii. Innym problemem komunikacyjnym w służbie zdrowia są relacje na linii pacjent–lekarz. Zmiana podejścia obu stron mogłaby przynieść lepsze efekty w postaci bardziej skutecznego leczenia.

 W Polsce wciąż jeszcze wisi nad systemem zdrowotnym widmo systemu paternalistycznego, w którym wyłącznie lekarz decydował o tym, jakie ma być leczenie i jak będzie wyglądał proces terapeutyczny. Lekarz nie słuchał pacjenta, a pacjent nie miał w sobie dość woli i świadomości, żeby porozmawiać na temat swoich odczuć związanych z terapią. Dążymy do tego, żeby w relacjach pacjent–lekarz rządziły relacje partnerskie. Tylko to może doprowadzić do optymalizacji procesu terapeutycznego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Laskowski, dyrektor Działu Strategii Komunikacyjnych Instytutu Komunikacji Zdrowotnej.

Pacjenci nie wiedzą, jak rozmawiać z lekarzem i nie czują się pewnie w tych rozmowach. Dlatego często to lekarz decyduje o terapii i leczeniu, a pacjent ma się dostosować. Pacjenci oczekują od lekarza przede wszystkim uwagi, wysłuchania tego, co pacjent ma do powiedzenia. Istotna jest także empatia – pacjent powinien mieć poczucie, że lekarzowi zależy na wygraniu z chorobą. Szwankuje też sam język komunikacji – lekarze często używają fachowej terminologii, która dla zwykłego pacjenta jest niezrozumiała. Z drugiej strony chorzy często zatajają przed lekarzami istotne dla powodzenia terapii informacje. To wszystko może się przekładać na stosunkowo niską skuteczność leczenia.

– Jeżeli będziemy mieli stosunki partnerskie, wtedy mamy gwarancje, że proces diagnostyczny i leczenie będą przebiegały optymalnie. Wyższa będzie wówczas efektywność, a spadną koszty społeczne i ekonomiczne. Potrzebne są do tego jednak odpowiednie umiejętności. Lekarz musi być uczony na studiach, jak komunikować się z pacjentem, a pacjent musi być edukowany, mieć świadomość, że rozmowa z lekarzem jest konieczna – tłumaczy Witold Laskowski.

Niejako rzecznikiem pacjentów mogą być media. Eksperci podkreślają, że ich interwencja jest szczególnie istotna w relacjach chorzy–urzędnicy. Chodzi m.in. o zwrócenie uwagi przedstawicieli resortu zdrowia i rządu na brak dostępu do drogich terapii, szczególnie przy leczeniu rzadkich schorzeń, w których leki nie są refundowane.

– Pacjenci nie mają możliwości spotkania i porozmawiania z urzędnikami, przebicia się do świadomości decydentów. Media na pewno odgrywają tu ważną rolę – są rzecznikami, przedstawiają problem pacjentów i same pytają ministerstwo, decydentów, co z tym fantem zrobią – tłumaczy Klara Klinger, dziennikarka „Dziennika Gazety Prawnej”.

Urzędnicy często nie mają świadomości potrzeb pacjentów. Dlatego, jak wskazuje dziennikarka, choć niekiedy media ingerują być może zbyt mocno, to często jest to jedyna droga.

– Nigdy nie da się do końca wyeliminować takiej sytuacji, gdzie wszyscy pacjenci byliby szczęśliwi i otrzymywali wszystkie terapie, których potrzebują. Nie ma chyba takiego państwa na świecie. W Polsce nadal jednak szwankuje komunikacja między urzędnikami a przedstawicielami pacjentów – podkreśla Klara Klinger.

Media pełnią też ważną funkcję w kształtowaniu polityki zdrowotnej. Podpowiadają kierunek, w jakim powinna się ona rozwijać z uwzględnieniem potrzeb pacjentów. Choć to specjaliści opracowują politykę zdrowotną, potrzebne jest spojrzenie z zewnątrz.

– My, jako media, pełnimy rolę pomocniczą: podpowiadamy, korygujemy, zwracamy uwagę na istotne błędy – podkreśla Hubert Biskupski, zastępca redaktora naczelnego „Super Expressu”. – Wiadomo, że trochę inne są oczekiwania pacjentów, inne lekarzy, jeszcze inne producentów leków czy farmaceutów. Dla tych oczekiwań trzeba znaleźć wspólne rozwiązanie. My ze swojej definicji jesteśmy rzecznikiem pacjentów.

Jak tłumaczy Biskupski, rolą mediów jest nie tylko wypracowanie płaszczyzny porozumienia między pacjentami a lekarzami, lecz także zwiększenie świadomości swoich praw u pacjentów. Szacuje się, że rocznie dochodzi nawet do kilkudziesięciu tysięcy pomyłek lekarskich. Pacjenci wiedzą, że w takiej sytuacji mają prawo do rekompensaty.

 Mamy coraz większą świadomość prawną. Jeżeli doszło do błędu lekarskiego, to pacjenci za pośrednictwem różnego rodzaju instytucji albo osobiście dążą do uzyskania odszkodowań. Te zaś są coraz wyższe, z czego doskonale zdają sobie sprawę lekarze, którzy starają się ubezpieczać i te błędy eliminować –przekonuje Hubert Biskupski.

O roli mediów w kształtowaniu polityki zdrowotnej rozmawiali eksperci podczas panelu dyskusyjnego „Media rzecznikiem pacjenta”, który odbył się w ramach I Międzynarodowego Kongresu Patient Empowerment. Organizatorem wydarzenia był Instytut Komunikacji Zdrowotnej, a honorowy patronat sprawowało Ministerstwo Zdrowia. Pacjent jako partner to idea, która przyświecała organizatorom wydarzenia.

Blisko 84 mln Europejczyków mieszka w zagrzybionych i wilgotnych domach. Poprawa warunków mieszkaniowych zmniejsza ryzyko zachorowania na astmę

Blisko 84 mln Europejczyków mieszka w zagrzybionych i wilgotnych domach. Poprawa warunków mieszkaniowych zmniejsza ryzyko zachorowania na astmę 17

W zagrzybionych i wilgotnych domach mieszka blisko 84 mln mieszkańców Europy. Dla 2 mln osób było to bezpośrednią przyczyną zachorowania na astmę lub innych dolegliwości ze strony układu oddechowego, alarmują eksperci przy okazji Światowego Dnia Astmy, który przypada 2 maja. Polacy częściej niż reszta mieszkańców Wspólnoty obawiają się niekorzystnych warunków w swoich domach. Wskazuje na to blisko połowa społeczeństwa – wynika z badania „Barometr Zdrowych Domów 2016” Grupy VELUX.

– Największe obawy budzi występowanie w domu grzybów i pleśni. Jednocześnie te niekorzystne warunki wiążemy z występowaniem różnych chorób. Wiele osób skarży się na katar sienny, alergie i bóle głowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Kupska-Kupis, architekt z firmy VELUX.

Jak podaje niemiecki Instytut Fraunhofera, w wilgotnych i zagrzybionych domach mieszka około 84 mln Europejczyków. Takie warunki zwiększają o 40 proc. ryzyko zachorowania na choroby układu oddechowego, takie jak astma, alergie i przewlekła obturacyjna choroba płuc. Szacuje się, że u 2,2 mln Europejczyków chorych na astmę schorzenie wywołały właśnie niezdrowe warunki mieszkaniowe.

Badanie „Barometr Zdrowych Domów 2016” przeprowadzone na zlecenie Grupy VELUX pokazało, że Polacy częściej niż reszta Europejczyków obawiają się występowania w swoich domach grzybów i pleśni. Wskazuje tak blisko co drugi (46 proc.), podczas gdy europejska średnia wynosi 40 proc.

– Wiele osób deklaruje, że w ich rodzinach któryś z domowników choruje na przewlekły nieżyt nosa, a 17 proc. ankietowanych wskazało astmę. Istnieją badania potwierdzające, że zachorowalność na astmę wzrasta o 50 proc. w przypadku osób, które mieszkają w zapleśniałych i zagrzybionych budynkach – podkreśla Monika Kupska-Kupis.

– W aglomeracjach, takich jak Katowice czy Warszawa, występuje bardzo duża częstotliwość napadów astmy siennej i oskrzelowej, przekraczająca 30 proc. Powoduje je u ludzi układ immunologiczny nastawiony na to, żeby zwalczać pyłki, alergeny i zarodniki pleśni. Zwalczając je, wywołuje właśnie napady astmy – dodaje prof. dr hab. n. med. Edward Zawisza, alergolog, członek Polskiego Towarzystwa Zwalczania Chorób Alergicznych.

Grzyby i pleśnie są bardzo silnym alergenem, atakującym ludzki układ oddechowy i skórę. Rozwijają się w wilgotnych mieszkaniach, co najczęściej wynika z wadliwej konstrukcji architektonicznej, braku wentylacji i cyrkulacji świeżego powietrza. Atakują głównie ściany albo obicia drewnianych mebli, zwłaszcza starych i zużytych. Dlatego prof. Edward Zawisza podkreśla, że profilaktykę astmy i chorób układu oddechowego trzeba zacząć właśnie od skontrolowania panujących w domu warunków.

– Leczenie jest skuteczne wtedy, kiedy zapobiega się napadom chorobowym. Dlatego w mieszkaniach nie powinno być starego drewna czy betonu albo pordzewiałych cegieł, na których rosną tysiące zarodników pleśni, takich jak aspergillus. Trzeba temu zapobiegać, stosując leki przeciwgrzybicze i zmieniając budownictwo mieszkaniowe na bardziej przyjazne – mówi prof. Edward Zawisza.

Choroby układu oddechowego są nie tylko problemem społecznym, lecz także gospodarczym. Instytut Fraunhofera wyliczył, że bezpośrednie wydatki na leczenie oraz hospitalizację pacjentów z chorobami dróg oddechowych wynoszą około 82 mld euro rocznie w skali całej Europy. Koszty z tytułu leczenia astmy, które ponosi europejska gospodarka, są szacowane na prawie 20 mld euro rocznie.

Zdaniem ekspertów Instytutu promocja profilaktyki zdrowotnej i odpowiednie regulacje prawne dotyczące budownictwa mieszkaniowego mogą spowodować, że do roku 2050 roku liczba Europejczyków mieszkających w wilgotnych i zagrzybionych domach obniży się o połowę, a wywołane złymi warunkami choroby układu oddechowego będą występować o 25 proc. rzadziej.

Niezbędne są renowacje budynków mieszkalnych – szczególnie w miastach, gdzie często całe dzielnice są wypełnione starymi kamienicami, liczącymi po kilkadziesiąt lat. Dla nowo budowanych mieszkań trzeba przyjąć odgórne kryteria, które uwzględnią nie tylko energooszczędność, lecz także warunki zdrowotne.

– Problem zawilgoconych i starych budynków najczęściej wynika z ich złego stanu technicznego, a także z zachowań mieszkańców, na przykład zbyt rzadkiego wietrzenia pomieszczeń. Powstawaniu pleśni i grzybów można dość łatwo zapobiec, wietrząc pomieszczenia 2–4 razy dziennie. Ponadto dobrym rozwiązaniem jest stosowanie okien z nawiewnikami, które niezależnie od tego, czy okno jest otwarte, czy zamknięte, powodują wpływanie świeżego powietrza i uniemożliwiają powstawanie pleśni i grzybów – dodaje Monika Kupska-Kupis.

Szybkie pożyczki dostępne w salonach prasowych. Firmy pożyczkowe rozwijają sprzedaż nie tylko w internecie

Szybkie pożyczki dostępne w salonach prasowych. Firmy pożyczkowe rozwijają sprzedaż nie tylko w internecie 18

Wartość pożyczek udzielanych online to 3 mld zł. Segment firm pożyczkowych rośnie w internecie, ale także w punktach stacjonarnych. Vivus Finance uruchomił sprzedaż w sieci saloników prasowych InMedio i Relay na terenie całej Polski. Firma rozwija strategię skupioną na prostocie i wielokanałowości.

– Na polskim rynku pożyczkowym działa ponad sto podmiotów. Łączna sprzedaż firm, które udzielają pożyczek przez internet, przekracza 3 mld zł. Mówimy o grupie bardzo młodych konsumentów, liczącej ponad 3 mln ludzi. Dokonują zakupów w internecie albo przez smartfona. Prawie połowa naszych klientów bierze pożyczkę właśnie przez telefon komórkowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Loukas Notopoulos, prezes zarządu, Vivus Finance.

Założona pięć lat temu spółka Vivus Finance w krótkim czasie awansowała do grona największych na rynku firm udzielających pożyczek krótkoterminowych. Pod marką Zaplo.pl oferuje też klientom pożyczki ratalne i długoterminowe przez internet.

Vivus nie przestaje rozwijać swojej sieci sprzedaży. W tym miesiącu podpisał umowę z międzynarodową grupą Lagardere Travel Retail, do której należy w Polsce m.in. sieć saloników prasowych InMedio i Relay oraz sklepy 1Minute, Virgin i Hubiz.

Jak podkreśla prezes firmy Loukas Notopoulos, poszerzenie sieci sprzedaży o punkty stacjonarne pozwoli lepiej odpowiedzieć na potrzeby klientów, którzy krótkoterminowymi pożyczkami finansują na przykład większe zakupy przez internet albo w galeriach handlowych. To element strategii spółki, która skupia się na pojęciu „omniobecności”, czyli obecności w wielu kanałach sprzedaży.

– Bardzo dużo mówi się o dostępie do klienta poprzez różne kanały. Konsumenci mogą dotrzeć do nas zarówno przez telefon komórkowy, jak i na zwykłym laptopie. Taka sytuacja ma miejsce w przypadku naszych charakterystycznych klientów, którzy biorą jedną lub dwie pożyczki w ciągu roku, żeby sfinansować zakupy przez internet. Ale konsumenci robią też zakupy w centrach handlowych, dlatego musimy być dostępni wszędzie, na przykład w salonikach InMedio, gdzie klient może wziąć pożyczkę i dostać pieniądze na miejscu – tłumaczy Loukas Notopoulos.

Umowa podpisana z Lagardere Travel Retail pozwoli Vivusowi na rozszerzenie sieci sprzedaży stacjonarnej o ponad 670 lokalizacji na terenie całej Polski. Punkty handlowe należące do międzynarodowej grupy znajdują się w często uczęszczanych miejscach, takich jak lotniska, duże dworce i punkty przesiadkowe, stacje metra czy galerie handlowe.

Prezes firmy podkreśla, że strategia Vivus Finance skupia się na prostocie, dlatego wnioskowanie o pożyczkę ma być bardzo proste i zajmować nie więcej niż 15 minut. Po tym czasie klient, który zostanie pozytywnie zweryfikowany, będzie mógł otrzymać pieniądze w gotówce lub przelewem na wskazane konto.

– Klient, który chce kupić ubrania, sprzęt RTV, AGD albo sfinansować inny zakup, wchodzi do saloniku InMedio. Na miejscu może zawnioskować o pożyczkę i od razu otrzymać gotówkę. To jest właśnie omniobecność. Jesteśmy jedyną firmą, która ma tak szeroką sieć sprzedaży. Obecnie testujemy również inne kanały sprzedaży detalicznej, typowe convenience store – mówi Loukas Notopoulos.

Magdalena Charczuk, dyrektor ds. marketingu w Lagardere Travel Retail zaznacza, że współpraca z Vivusem wpisuje się też w strategię rozwijania portfolio usług dostępnych w punktach handlowych należących do grupy. Podstawę oferty InMedio, Relay czy 1Minute stanowią książki, prasa, słodycze i przekąski. Klienci coraz szukają jednak także prostych i łatwo dostępnych usług, w tym również finansowych.

– Przykładowo usługa przekazów finansowych, którą realizujemy od trzech lat z Western Union, stale się rozwija. Jest potencjał i zapotrzebowanie na tego typu usługi finansowe w naszej grupie docelowej. Dlatego my konsekwentnie od kilku lat rozszerzamy portfolio naszych usług pozamaterialnych, komplementarnych do oferty produktowej. Sieci saloników prasowych i sklepów typu convenience, aby rozwijać się na dość trudnym i konkurencyjnym rynku, muszą cały czas myśleć o rozszerzaniu swojej oferty i budowaniu swoich przewag konkurencyjnych – mówi Magdalena Charczuk.

Grupa Azoty Puławy zapowiada nowe inwestycje w produkcję nawozów. Do 2021 roku przeznaczy na ten cel ponad 1 mld zł

Grupa Azoty Puławy zapowiada nowe inwestycje w produkcję nawozów. Do 2021 roku przeznaczy na ten cel ponad 1 mld zł 19

Grupa Azoty Puławy do 2021 roku przeznaczy ponad 1,1 mld zł na inwestycje w segmencie nawozów. Rozbudowa i modernizacja instalacji kwasu azotowego oraz budowa nowej linii produkcyjnej mają pozwolić na wytworzenie nowych nawozów, a to przyczyni się do zwiększenia oferty dla rolników. Segment nawozów dziś generuje blisko 60 proc. przychodów.

– Kontrakt z firmą thyssenkrupp Industrial Solutions na dostawę licencji technologii oraz kluczowych urządzeń pod nową, piątą już, jednostkę kwasu azotowego, która będzie budowana w puławskich zakładach, jest kolejnym krokiem do budowy największego w Polsce i jednego z największych w Europie kompleksów nawozowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Janiszek, prezes zarządu Grupy Azoty Puławy.

24 kwietnia Grupa Azoty Puławy podpisała umowę z niemiecką firmą thyssenkrupp Industrial Solutions AG o udzieleniu licencji na technologię produkcji kwasu azotowego. Oprócz budowy nowej jednostki produkcyjnej kwasu azotowego mają też powstać nowe instalacje neutralizacji i produktów nawozowych. Dodatkowo planowana jest modernizacja dotychczasowych czterech linii produkcyjnych kwasu azotowego.

– Ponad 60 proc. naszych przychodów pochodzi ze sprzedaży nawozów. Inwestycje będą miały przełożenie na całą Grupę. Będziemy dysponowali niezwykle elastycznymi instalacjami, dużo większą ofertą dla naszych odbiorców rolników – tłumaczy prezes Grupy Azoty Puławy.

Dzięki instalacji kwasu azotowego i budowie dwóch linii granulacji mechanicznej saletry portfolio produktów rozszerzy się o saletrzak i saletrę amonową mechanicznie granulowaną, czyli produkty o wyższych parametrach bezpieczeństwa w transporcie i lepszej aplikacji na polach, oraz saletrę wapniową, saletrę magnezową, saletrę potasową i saletrę wapniowo-magnezową, czyli nowe nawozy dla ogrodnictwa i warzyw.

– Ta inwestycja o wartości 695 mln zł będzie korelowała z prowadzoną już inwestycją w Puławach – granulacji mechanicznej saletry, która będzie kosztowała kolejne 385 mln zł – zapowiada prezes Janiszek.

Łącznie do 2021 roku na inwestycje w segmencie nawozów Grupa Azoty Puławy przeznaczy ok. 1,1 mld zł. To największe projekty realizowane w tym segmencie działalności w ostatnich latach.

– Kierujemy się zasadą, że nie można w nieskończoność eksploatować instalacji nawozowych, tylko trzeba je eksplorować. Dlatego poza tym, że zwiększymy wydajność i paletę produktów, będziemy także ponosili znacznie mniejsze koszty produkcji z tytułu oszczędności w surowcach – przekonuje Jacek Janiszek.

W Grupie trwają też prace nad 40 projektami badawczo-rozwojowymi z obszaru produkcji rolnej, biotechnologii, optymalizacji i dywersyfikacji procesów produkcyjnych.

Grupa Azoty Puławy zapowiada również inwestycje energetyczne. Zamiast budowy bloku gazowo-parowego, ma powstać blok energetyczny oparty o węgiel kamienny, lepiej dopasowany do potrzeb spółki. Po uruchomieniu tej inwestycji całkowita emisja dwutlenku węgla będzie mniejsza niż w przypadku zakładanego wcześniej bloku gazowego. Jak tłumaczy prezes Grupy, budowa bloku gazowo-parowego wymagałaby dodatkowych nakładów inwestycyjnych na integrację tego projektu z instalacjami zakładów oraz na modernizację istniejącej elektrociepłowni.

– Nie bez znaczenia były też aspekty związane z bezpieczeństwem naszej podstawowej produkcji chemii i nawozów. W przypadku elektrowni gazowej zdecydowaną część wyprodukowanej energii elektrycznej musielibyśmy lokować na rynku, a to – biorąc pod uwagę możliwość wypadnięcia takiej elektrowni – mogłoby stanowić duży problem po wejściu w rynek bilansujący – wskazuje Jacek Janiszek.

W 2016 roku Grupa Azoty Puławy osiągnęła przychody na poziomie 3,3 mld zł, a zysk netto przekroczył 270 mln zł. Jak wskazuje prezes Grupy, biorąc pod uwagę sytuację na rynku nawozów, wyniki można uznać za satysfakcjonujące.

– Najważniejszy wpływ na wynik miał wzrost cen gazu jako surowca podstawowego, który stanowi ponad 80 proc. kosztów, przy jednoczesnej wysokiej presji na ceny nawozów – ocenia Jacek Janiszek.

Pod względem skali realizowanych inwestycji w segmencie nawozowym Grupa Azoty Puławy jest liderem zarówno w Polsce, jak i w całej Grupie Azoty. Nowe projekty pozwolą stworzyć w Puławach największy kompleks nawozowy w Polsce i jeden z największych w Europie. Dzięki nim puławskie zakłady w istotny sposób zwiększą skalę i wydajność produkcji, poprawiając w dużym stopniu efektywność wytwarzanych nawozów. Nowe inwestycje w znaczący sposób ograniczą wpływ instalacji na środowisko.

Misje na Marsa i Jowisza przy wsparciu polskich wynalazków. Polscy inżynierowie projektują mechanizmy, które wyruszą na podbój kosmosu

Pierwsza europejska zrobotyzowana misja na Marsa z odbędzie się z udziałem polskich inżynierów. Specjaliści firmy Sener Polska projektują rozwiązania, które zapewnią zasilanie marsjańskiego łazika. Polskie urządzenia wezmą udział także w misji JUICE, która będzie badała Jowisza i jego księżyce.

Rozwiązanie zaprojektowane przez polskich inżynierów ma pełnić rolę „pępowiny” łączącej łazik marsjański z lądownikiem. Mechanizm ten odegra kluczową rolę dla powodzenia pierwszej europejskiej misji marsjańskiej.

Po wylądowaniu na Marsie łazik musi się uruchomić. Nie będzie miał własnego zasilania, więc musimy skorzystać z zasilania lądownika. Na tym właśnie polega zadanie naszego mechanizmu. Ma on zapewnić stabilne zasilanie łazika po to, by mógł on otworzyć panele słoneczne, nakierować anteny, nawiązać kontakt z Ziemią, uruchomić komputer pokładowy czy przejść z pozycji spakowanej do operacyjnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Bukała, dyrektor generalna firmy Sener Polska.

Europejska Agencja Kosmiczna planuje wysłanie misji ExoMars na Czerwoną Planetę w 2020 roku. Jej zadaniem będzie poszukiwanie śladów życia oraz zbadanie geochemicznych właściwości Marsa. Całe przedsięwzięcie jest olbrzymim wyzwaniem zarówno pod względem technicznym, jak i organizacyjnym. Pierwsza poważna kwestia to trudna podróż międzyplanetarna.

Nie dość, że musimy przetrwać start z Ziemi, to jeszcze czeka nas 9 miesięcy podróży w przestrzeni międzyplanetarnej pomiędzy Ziemią a Marsem, gdzie występuje bardzo wysokie promieniowanie, a magnetosfera Ziemi nas już nie chroni. Najpierw jesteśmy wystawieni na wiatry słoneczne, a następnie czeka na nas bardzo gwałtowne lądowanie na obcej planecie. Potem ten mechanizm będzie musiał działać w warunkach środowiskowych obcej planety, w innej atmosferze, z innym składem pyłów – komentuje Aleksandra Bukała.

Kolejnym wyzwaniem będą wyśrubowane standardy ochrony międzyplanetarnej.

To oznacza, że nie możemy zanieczyścić żadnymi ziemskimi organizmami powierzchni Marsa. To są wszystko dodatkowe wyzwania i ograniczenia, które musimy wziąć pod uwagę – podkreśla Aleksandra Bukała. – W dodatku ostatnia faza będzie wymagała od nas niezwykłej precyzji – musimy elastycznie unieść mechanizm, a następnie po zakończeniu całej procedury odłączyć go w sposób ściśle kontrolowany, tak by opadł na dno lądownika, nie przeszkadzając łazikowi w opuszczeniu platformy.

Urządzenie rozmiarami zbliżone jest do ludzkiego ramienia. Mimo niewielkich gabarytów, projekt budowy mechanizmu pochłonie kilka milionów złotych. Wysokie koszty wynikają z faktu, że jest to pierwszy tego typu projekt. Konieczność zapewnienia temu mechanizmowi stuprocentowej niezawodności wymusza prace nad kilkoma wariantami.

Zbudowaliśmy już pierwszy prototyp, poddaliśmy go testom, które ujawniły pewne błędy i teraz produkujemy drugi, usprawniony model. On też będzie musiał przejść testy. Potem jeszcze budujemy tzw. model kwalifikacyjny, który poddany zostanie różnym testom funkcjonalnym, w tym również niszczącym, a dopiero na samym końcu dostarczymy dwa modele, tzw. lotne – wyjaśnia Aleksandra Bukała. – Muszą być dwa, ponieważ jest to krytyczny mechanizm dla całej misji. Jeżeli zawiedzie, cała misja zakończy się fiaskiem, stąd nasz klient podjął decyzję o zdublowaniu tego mechanizmu.

Inny mechanizm, nad którym również pracują inżynierowie z firmy Sener Polska, poleci na Jowisza, a konkretnie na orbity jego lodowych księżyców. Misja JUICE jest o tyle skomplikowana, że będzie bardzo rozciągnięta w czasie, co niesie za sobą kolejne wyzwania. To pierwsza tak duża misja w ramach programu naukowego ESA „Kosmiczna Wizja”. Jednym z jej głównych celów jest zbadanie księżyców Jowisza, a wszystko po to, by sprawdzić, czy występuje na nich życie. Sonda zostanie wystrzelona z Ziemi w 2022 roku, a do Jowisza dotrze w 2030 roku.

Szacuje się, że jeśli wszystko odbędzie się bez komplikacji, to sama podróż potrwa 7,5 roku. W tym czasie nasze mechanizmy będą musiały przetrwać w takim stanie, by być w pełni gotowe do pracy przez kolejne 4 lata. To, co jest dla nas najtrudniejsze, to zapewnienie wysokiej żywotności projektowanych mechanizmów oraz to, że urządzenia te są duże i ciężkie. Jeszcze takich sprzętów lotnych nie wykonywaliśmy – mówi dyrektor generalna firmy Sener Polska.

W misji znaczącą rolę odegra specjalny wysięgnik, na którym będą umieszczone instrumenty naukowe, badające między innymi wpływ grawitacji Jowisza na jego lodowe księżyce: Ganimedesa, Europę i Kallisto. Naukowcy podejrzewają, że naprężenia powstające w jądrach tych księżyców spowodowane bliskością ogromnego Jowisza generują ciepło pozwalające na występowanie wody w stanie płynnym. Zbadanie tych podpowierzchniowych oceanów będzie głównym zadaniem instrumentów. Jako że same czujniki są bardzo czułe na zakłócenia wynikające z bliskości statku kosmicznego, wysięgnik umożliwi im uzyskanie dokładnych pomiarów.

Projektowany przez nas we współpracy z partnerami zagranicznymi specjalny wysięgnik o długości 11 metrów ma za zadanie odsunąć instrumenty jak najdalej od sondy JUICE. Chodzi o to, żeby oddalić te czujniki od zakłóceń wynikających np. z przepływu prądu w obwodach satelity. Nasz wysięgnik też nie może być namagnetyzowany, więc musimy zachować tzw. magnetyczną czystość, co w przypadku mechanizmów projektowanych z elementów metalowych i łatwo przewodzących prąd wcale nie jest takie proste – podkreśla Aleksandra Bukała.