Tygodniowy przegląd rynku surowców: W centrum uwagi referendum w sprawie Breksitu
- W ubiegłym tygodniu sektor energetyczny traci najwięcej
- Był to mocny tydzień produktów rolnych dzięki kawie Arabica
- Profil ryzyka do zysku w związku z Breksitem wskazuje raczej na wzrosty
Na aktywność na rynku coraz większy wpływ ma niepewność związana z brytyjskim referendum, zaplanowanym na 23 czerwca. Sondaże wskazujące na coraz większe poparcie dla obozu opowiadającego się za opuszczeniem Unii sprawiły, że inwestorzy rzucili się do ucieczki, notowania akcji spadają, a na rynku obligacji dominują zwyżki.
Z kolei w środę po posiedzeniu Federalnego Komitetu Otwartego Rynku opublikowano komunikat o wyraźnie gołębim wydźwięku. FOMC obniżył prognozowaną ścieżkę zmian stóp procentowych, a obecnie jedynie sześcioro członków Komitetu przewiduje, że w 2016 r. dojdzie do jednej podwyżki oprocentowania.
W tej sytuacji na rynku surowców negatywne nastawienie inwestorów do ryzyka sprawiło, że indeks Bloomberg Commodity Index (BCOM) po raz pierwszy od sześciu tygodni zanotował spadek. Szczególnie ucierpiała ropa naftowa, nie z powodu pogorszenia się danych fundamentalnych, ale ze względu na fakt, że inwestorzy spekulujący musieli zmniejszyć swoją niemal rekordową ekspozycję na tym rynku po nieudanej próbie utrzymania ceny tego surowca powyżej 50 USD za baryłkę.
Tymczasem ceny złota i srebra wystrzeliły w górę; żółty metal jest najdroższy od prawie dwóch lat, co wynika z utrzymującego się popytu zarówno ze strony inwestujących w złoto fizyczne, jak i w produkty pośrednio związane z tym metalem. Pozycje w srebrze w ramach funduszy notowanych na giełdzie osiągnęły nowy rekord, natomiast po majowej korekcie zaangażowania o jedną trzecią fundusze hedgingowe obracające kontraktami terminowymi na złoto nadal zwiększały wielkość pozycji obliczonych na wzrosty.
Tragiczna śmierć Jo Cox, opowiadającej się za opcją pozostania w UE brytyjskiej posłanki z Partii Pracy, przyczyniła się do silnego zwrotu na rynku, spowodowanego osłabieniem dolara. Powodem było okrutne założenie, że to morderstwo przekona większą liczbę niezdecydowanych do pozostania w Europie. Nie ulega wątpliwości, że zaplanowane na 23 czerwca brytyjskie referendum jest najważniejszym wydarzeniem dla tego kraju – a także dla Europy – na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Ponieważ jego wyniki poznamy już w zbyt bliskiej przyszłości, aby można było formułować jakieś prognozy, przed głosowaniem, a w razie zwycięstwa opcji wyjścia z UE także po ogłoszeniu rezultatów zmienność na rynkach i w różnych klasach aktywów będzie podwyższona.
Jeśli chodzi o notowania kukurydzy, czynnikiem wspierającym cenę są prognozowane na najbliższe lato suche warunki pogodowe i krótkotrwała susza. Natomiast dzięki prognozom dobrych zbiorów w USA oraz znacznych zbiorów w Australii pszenica oddała już większość zysków odnotowanych na początku czerwca. W rezultacie przewaga ceny pszenicy nad ceną kukurydzy (nowe zbiory z grudniowym terminem dostawy) spadła z przeciętnych 112 USD z ostatniego półrocza do zaledwie 70 USD.
Notowania złota w tym miesiącu znacząco się odbiły, przede wszystkim po nieudanej próbie zaszczepienia przez FOMC na rynku bardziej jastrzębiego nastawienia. Słabsze od przewidywań wyniki zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych, opublikowane 3 czerwca, znów doprowadziły do obniżenia przewidywań co do stóp procentowych, po czym w środę po posiedzeniu Komitetu otrzymaliśmy wspomniany gołębi komunikat.
Te dwa wydarzenia więcej niż w połowie przyczyniły się do silnego odbicia, jakie obserwujemy w tym miesiącu. Pozostałe czynniki to premia związana z Breksitem, bardzo ograniczona w chwili obecnej ze względu na tymczasowe zawieszenie kampanii.
Chociaż rynek akcji ucierpiał, rentowność obligacji państwowych nadal malała, czego najnowszym przejawem jest spadek rentowności niemieckich 10-letnich obligacji bund do zera, odnotowany na początku ubiegłego tygodnia. Gdy już po referendum opadnie pył, inwestorzy nadal będą mieli do czynienia z otoczeniem, w którym coraz mniej jest obligacji z dodatnią rentownością. Naszym zdaniem fakt ten, w powiązaniu z gołębimi prognozami FOMC, będzie nadal sprzyjał alternatywnym inwestycjom w produkty takie jak metale szlachetne.
Obligacje państwowe coraz częściej odnotowują ujemną rentowność, tym samym sprzyjając przechodzeniu do innych rodzajów inwestycji, np. w złoto.
Popyt na oparte na złocie i srebrze produkty notowane na giełdzie nadal jest znaczny. Nawet w czasie majowej korekty popyt ten rósł. Inwestorzy taktyczni stosujący kontrakty terminowe byli głównymi sprawcami majowej wyprzedaży, w ramach której fundusze hedgingowe zmniejszyły wielkość pozycji obliczonych na wzrosty o jedną trzecią. Po ostrym zwrocie, jaki nastąpił w tym miesiącu, intensywnie odbudowują oni długie pozycje, a w tygodniu zakończonym 7 czerwca zwiększyli je o 20%.
Nadal najważniejszym pytaniem pozostaje kwestia wpływu wyniku brytyjskiego referendum na złoto. Naszym zdaniem profil relacji ryzyka do zysku jest raczej pozytywny. Opowiedzenie się przez Brytyjczyków za opuszczeniem Unii Europejskiej niemal na pewno pociągnęłoby za sobą dłuższy okres niepewności, w którym ucierpiałyby notowania akcji, natomiast obligacje nadal byłyby atrakcyjną formą inwestycji. Sytuacja ta może też wesprzeć dolara, co będzie pewnym utrudnieniem, jednak biorąc pod uwagę negatywną korelację, naszym zdaniem istnieje zwiększone ryzyko, że cena złota może osiągnąć poziom 1400 USD, maksimum z 2014 r.
Poparcie przez Wyspiarzy opcji pozostania w Unii spowodowałoby dużą zwyżkę na fali poczucia ulgi na wszystkich rynkach akcji; dolar zapewne straciłby na wartości, a przy nadal niewielkiej rentowności obligacji na całym świecie ryzyko spadków jest naszym zdaniem ograniczone.
Poziomem wsparcia dla notowań złota będzie cena 1271 USD i 1258 USD, a żeby inwestorzy znów nastawili się na wzrosty – po okresie konsolidacji – konieczne jest wyjście notowań z powrotem ponad poziom 1300 USD za uncję.
Trwająca od wielu tygodni zwyżka w notowaniach ropy naftowej straciła impet po tym, jak cena tego surowca nie utrzymała się na dłużej powyżej progu 50 USD za baryłkę. Większa niepewność związana z zaplanowanym na 23 czerwca brytyjskim referendum, a także coraz większe wykupienie rynku ropy, sprzyjały spadkowi notowań.
Po tygodniowej wyprzedaży cena ropy napotkała wsparcie, oddawszy 61,8% majowej zwyżki wywołanej zakłóceniami w podaży. Notowania tego surowca ucierpiały nie z powodu gorszych danych fundamentalnych, ale ze względu na fakt, że inwestorzy spekulujący musieli zmniejszyć niemal rekordową ekspozycję w tygodniu, w którym nastrojom inwestorów zaszkodziły obawy związane z Breksitem.
W comiesięcznym raporcie z rynku ropy opublikowanym przez Międzynarodową Agencję Energetyczną 14 czerwca wspomniano, że w przyszłym roku w segmencie tym może wytworzyć się stan równowagi, gdyż popyt nadal rośnie szybciej niż wydobycie.
Zaznaczono jednak, że pozbycie się „ogromnego nawisu zapasów” trochę potrwa i może ograniczyć znaczniejsze wzrosty cen.
Cotygodniowy raport o zapasach w Stanach Zjednoczonych zasadniczo sprzyjał notowaniom – pod względem wydobycia zyski z poprzedniego tygodnia uległy odwróceniu, natomiast zapasy zarówno ropy, jak i benzyny zmalały. Fakty te przyćmiła konieczność redukowania ryzyka oraz sygnały, że zakłócenia w dostawach z Kanady maleją, podczas gdy Iranowi udaje się zwiększać wydobycie i eksport znacznie szybciej, niż przewidywano.
Wzrost popytu, zwłaszcza na diesla w Indiach, w tym roku jest bardzo duży, jednak według agencji Reuters w najbliższych miesiącach może się to zmienić. Ubiegłoroczna susza przyczyniła się do wzrostu popytu na diesla do pomp irygacyjnych i generatorów. Ponieważ jednak prognozy wskazują na większe od przeciętnych opady w porze monsunu, popyt ten może teraz zmaleć, a w ujęciu netto Indie znów staną się eksporterem diesla.
Procesowi zmiany równowagi nadal sprzyjać będzie ryzyko zakłóceń w dostawach z Nigerii, Libii i Wenezueli. Natomiast producenci amerykańscy będą potrzebować utrzymania się ceny ropy dużo powyżej 50 USD przez dłuższy okres, np. kilka miesięcy, zanim stan ten przyczyni się do odwrócenia spadkowego trendu wydobycia.
Podtrzymujemy naszą opinię, że w najbliższych miesiącach cena ropy naftowej będzie oscylować w przedziale między 45 USD a niewiele ponad 50 USD za baryłkę. Najważniejszym czynnikiem powodującym niepewność jest obecnie brytyjskie referendum i wpływ, jaki ewentualna decyzja o opuszczeniu Unii może wywrzeć na pozycje zajmowane przez spekulantów.
Ole Hansen, szef działu strategii rynków towarowych, Saxo Bank
VN:F [1.9.22_1171]
Cameron, mistrz thrillerów
Brytyjczycy zgotowali rynkom całkiem udany thriller. Jego autorem jest oczywiście David Cameron, który sam wymyślił scenariusz. Na razie nie wiadomo, czy przejdzie do historii jako polityk, który wyprowadził Wielką Brytanię z UE, ale na pewno zapisze się w dziejach Imperium (nad którym nigdy nie zachodzi słońce) jako genialne dziecko Alfreda Hitchcocka. Sondaże w weekend… Czytaj więcej… »
Brexit zagrożeniem dla naszej waluty. Może również dojść do krótkoterminowego wzrostu rentowności polskich obligacji
Najpoważniejszym ryzykiem w krótkim terminie dla naszej waluty jest brexit – ocenia Kamil Maliszewski, analityk DM mBanku. W przypadku opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej, złoty znacznie osłabi się w stosunku do najważniejszych walut. Brexit wpłynie też na rentowność polskich obligacji, które zdaniem ekspertów mogą osiągnąć poziom 3,60 proc. Stracić może cała gospodarka, a brexit negatywnie odbije się również na polsko-brytyjskiej wymianie handlowej.
– Jeżeli faktycznie miałoby dojść do opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię, to myślę, że ścieżka kursu złotego na kolejne kwartały poszłaby w górę i raczej mówilibyśmy o poziomach 4,40–4,50 za euro, a nie 4,30 czy może w perspektywie końca roku nawet trochę poniżej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Kamil Maliszewski, analityk DM mBanku.
Polska, podobnie jak inne kraje regionu, oceniana jest jako rynek ryzykowny. W przypadku brexitu inwestorzy uciekliby w kierunku walut bardziej bezpiecznych, jak np. frank szwajcarski. Już teraz za franka trzeba płacić 4,10, jeśli faktycznie doszłoby do opuszczenia Unii przez Wielką Brytanię, jego kurs mógłby pójść znacznie w górę, podobnie jak euro czy dolara.
– Funt mógłby spaść do 5,30, może nawet 5,20, i to w pierwszych dniach po tym, kiedy decyzja o brexicie zostałaby podjęta. Jeżeli Wielka Brytania pozostanie w Unii Europejskiej i wszystko skończy się dobrze z perspektywy rynkowej, to funt zdecydowanie odzyska siłę, gdyż w ostatnich tygodniach był pod wyraźną presją, i wówczas ponownie możemy myśleć o wzrostach nawet do okolic 6 zł. To jednak horyzont przynajmniej kilku miesięcy – ocenia analityk.
Ponadto, jak przekonuje Maliszewski, zmiana prezesa NBP nie ma większego wpływu na naszą walutę. Adam Glapiński podkreśla, że polska polityka monetarna powinna być ostrożna i konserwatywna, a takie podejście – zdaniem eksperta DM mBanku – podoba się inwestorom.
– To nie będzie czynnik osłabiający złotego w kolejnych miesiącach. Większość członków Rady Polityki Pieniężnej wypowiada się bardzo jasno, że nie poparłoby obecnie obniżek stóp procentowych, więc wydaje się, że jest bardzo mała szansa, aby w ogóle te obniżki pojawiły się jeszcze w ramach obecnego cyklu gospodarczego – mówi Maliszewski.
W przypadku brexitu rosnąć może też rentowność polskich obligacji. Obecnie wynosi 3,26 proc. (na początku 2015 roku było to jeszcze 2 proc.). Jeśli Wielka Brytania zdecyduje o wyjściu z Unii może to spowodować wyprzedaż polskich obligacji i osiągnięcie przez nie poziomu 3,60 proc.To byłaby zła wiadomość dla rządu, bo Polska ponosiłaby znacznie wyższe koszty obsługi długu i w ten sposób zwiększyłaby deficyt.
– Aktywa z naszego regionu są pod presją, to widać po spadających indeksach, rosnących rentownościach obligacji, gwałtownym osłabieniu złotego. W związku z tym należy się uzbroić w cierpliwość i przeczekać ten okres do referendum 23 czerwca, gdyż, jeżeli nie zrealizuje się ten negatywny scenariusz, to jest szansa na spore odreagowanie i wzrost wartości polskich obligacji i spadek rentowności – podkreśla analityk.
Brexit miałby poważne skutki nie tylko na rynku walutowym, lecz także dla całej gospodarki. Na Wyspach żyje blisko 700 tys. Polaków, z czego 82 proc. ma w Wielkiej Brytanii pracę. Duża część zarobionych przez nich pieniędzy zasila polską gospodarkę. Opuszczenie Unii spowodowałoby spadek transferów do Polski, a część mieszkających na Wyspach Polaków mogłaby zwiększyć chęć powrotu do kraju.
– Konsekwencje będą poważne dla wszystkich krajów naszego regionu, wiele osób zarówno z Polski, jak i z Węgier czy Czech zamieszkuje w Wielkiej Brytanii, zarabia tam i sporą część swoich dochodów wysyła do kraju. Ich dochody mogą spaść choćby ze względu na ograniczenie zasiłków – podkreśla Kamil Maliszewski.
Na wyjściu Brytyjczyków z Unii stracą także eksporterzy. W ubiegłym roku wartość wyeksportowanych tam towarów sięgnęła 11 mld euro. Szacunki Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej wskazywały, że w tym roku wartość eksportu mogłaby dojść do poziomu 12 mld euro. Eksperci Euler Hermes oceniają, że straty na eksporcie produktów rolno-spożywczych mogą sięgnąć 100 mln euro rocznie.
Niepewność w Polsce i za granicą sprawia, że polscy przedsiębiorcy wstrzymują się z inwestycjami. To może pokrzyżować rządowe plany co do wzrostu PKB w tym roku
Niepewność co do przyszłości Unii Europejskiej oraz warunków prowadzenia biznesu w Polsce sprawiają, że wstępne założenia rządu do przyszłorocznego budżetu mogą być zbyt optymistyczne – uważa Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan. Według wstępnych założeń makroekonomicznych rządu udział inwestycji prywatnych w PKB zwiększy się do 16,6 proc. Tymczasem w I kwartale tego roku średnie i duże przedsiębiorstwa ograniczyły swoje inwestycje o blisko 10 proc.
– Potencjalnie jesteśmy w stanie osiągnąć te parametry, aczkolwiek widać już po danych dotyczących I kw., że gospodarka trochę słabnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.
Według rządowego planu inflacja ma osiągnąć 1,3 proc., a bezrobocie spaść do poziomu 8,1 proc. Starczewska-Krzysztoszek przestrzega jednak przed niebezpieczeństwem załamania się inwestycji, które są motorem napędowym wzrostu gospodarczego.
– W I kwartale tego roku przedsiębiorstwa średnie i duże, czyli zatrudniające od 50 pracowników w górę, obniżyły swoje inwestycje aż o 8,6 proc., a w skali całej gospodarki ten spadek inwestycji był dwuprocentowy – mówi Starczewska-Krzysztoszek.
Tymczasem z rządowego dokumentu wynika np. że w 2017 roku udział inwestycji sektora rządowego i samorządowego w PKB wzrośnie do 4,6 proc., po spadku o 0,1 proc. (do 4,3 proc.) w 2016 roku. Z kolei udział inwestycji prywatnych w PKB w 2016 roku zwiększy się z 15,7 proc. do 16,2 proc., a w 2017 roku do 16,6 proc.
– Inwestycje oczywiście są realizowane, ale w I kwartale były mniejsze niż w I kw. 2015 roku – mówi ekonomistka. – Rozmawiałam z przedsiębiorcami, pytając ich o to, jaka jest przyczyna tego, że inwestycje spadły i odpowiedź jest dosyć prosta: bardzo duża niepewność wewnętrzna i bardzo duża niepewność zewnętrzna.
Starczewska-Krzysztoszek podkreśla, że niepewność przedsiębiorców wynika m.in. z nowych przepisów czy pojawienia się nowych podatków, tych już obowiązujących, jak choćby podatek od instytucji finansowych czy wprowadzany od lipca podatek od sprzedaży detalicznej. Zdaniem ekonomistki przedsiębiorcy obawiają się, że nowymi podatkami zostaną objęte kolejne branże.
– Wprowadza się zakaz sprzedaży ziemi rolnej, a dla bardzo wielu przedsiębiorców to jest bardzo ważne aktywo, ważny element majątku, ponieważ on stanowi zabezpieczenie dla kredytu, a bez kredytu nie ma rozwoju. I takich sygnałów mamy wiele. Mamy już dwa podatki branżowe, jeden wdrożony – podatek od banków, drugi za chwilę zostanie wprowadzony – od lipca ma wejść podatek od sprzedaży detalicznej, więc przedsiębiorcy się zastanawiają, która branża będzie kolejna. I dlatego wstrzymują się z inwestycjami, a tak naprawdę to inwestycje budują wzrost gospodarczy – podkreśla Starczewska-Krzysztoszek.
Ekspertka przypomina też o ryzyku zewnętrznym. Jak większość ekonomistów zaznacza, że brexit będzie miał bardzo poważne konsekwencje nie tylko dla Brytyjczyków, lecz także dla całej Europy, w tym także bardzo silne konsekwencje dla Polski. Starczewska-Krzysztoszek zwraca uwagę także na słabnące Chiny.
– Ryzyko zewnętrzne też wywołuje niepewność – mówi Starczewska-Krzysztoszek. – Za chwilę referendum w Wielkiej Brytanii. Nie wiemy, co się wydarzy, ale istnieje poważne ryzyko, że Brytyjczycy podejmą decyzję o wyjściu z UE – dodaje. – Chiny słabną, jeśli chodzi o dynamikę wzrostu, a to oznacza istotny mniejszy popyt na surowce, a więc ceny surowców spadają. Jak ceny surowców spadają, to te kraje, które są eksporterami surowców, mniej zamawiają, a więc nasz eksport do tych krajów, jak już to widać, że jest mniejszy,
Zgodnie z założeniami wzrost gospodarczy w przyszłym roku ma wynieść 3,9 proc. Realne tempo wzrostu eksportu w PKB wyniesie 6,0 proc. w 2015 roku i 5,5 proc. w 2017 roku. Rząd proponuje też, aby minimalne wynagrodzenie za pracę w 2017 r. wynosiło 2 000 zł brutto, co oznacza wzrost o 8,1 proc. (150 zł) w stosunku do 2016 r. (obecnie pensja minimalna to 1 850 zł brutto). Kwota ta stanowiłaby 47,04 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej na 2017 r.
– Obecnie zagrożeń jest niebywale dużo – ostrzega Starczewska-Krzysztoszek. – Dlatego, gdy będziemy opiniować założenia do budżetu, to będziemy zachęcać rząd, aby przedstawił scenariusze, co się wydarzy, jeśli te zagrożenia zewnętrzne i wewnętrzne się zmaterializują i nie da się osiągnąć planowanego przez rząd wzrostu PKB.
Do 2018 roku Polacy będą wysyłać prawie 440 mln paczek rocznie. Firmy kurierskie i pocztowe inwestują w nowe formy dostaw
Rośnie zainteresowanie usługami kurierskimi i paczkowymi w Polsce. Z szacunków PwC wynika, że w kolejnych dwóch latach rynek będzie rósł o ponad 10 proc. rocznie, a jego wartość w 2018 r. może osiągnąć ponad 6,4 mld zł. Rynek napędza ponad 20-proc. wzrost e-handlu. W Poczcie Polskiej usługi paczkowe i kurierskie rosną dwukrotnie szybciej niż rynek.
W 2015 roku dostawy towarów zakupionych przez internet odpowiadały za 29 proc. ruchu paczek. Za trzy lata ten odsetek może wzrosnąć do 39 proc.
– Segment e-commerce w Polsce rośnie w tempie około 23 proc. rocznie, za tym oczywiście idą paczki pocztowe, których ruch rośnie o 10–12 proc. Jesteśmy już liderem tego rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Babut, click & collect manager w Poczcie Polskiej.
W pierwszych trzech miesiącach roku operator dostarczył 12 mln paczek kurierskich Pocztex, czyli o jedną piątą więcej niż rok wcześniej. Poczta spodziewa się dalszego wzrostu tego segmentu i to mimo bardzo silnej konkurencji na rynku.
– Klienci w Polsce mają bardzo dobry wybór operatorów kurierskich. Jest to naprawdę światowy standard. Ceny są bardzo niskie, bo poziom 15 zł, który klienci widzą zazwyczaj w sklepach internetowych, nie jest to żadna wartość zaporowa. W związku z tym e-zakupy dynamicznie rosną – dodaje Paweł Babut.
Dużym wyzwaniem dla operatorów logistycznych będzie jednak sprostanie radykalnie zmieniającym się w ostatnim czasie oczekiwaniom klientów.
– Klienci oczekują od firm kurierskich czy firmy pocztowej tego, że weźmiemy odpowiedzialność za czas dostarczenia przesyłki. Dzisiaj klient oczekuje, że przesyłka, która go kosztuje 15 zł, zostanie dostarczona w ciągu 48 godzin – mówi Paweł Babut. – 80 proc. dostarczanych przez nas przesyłek dociera w ciągu pierwszego dnia po nadaniu, kolejne 20 proc. w ciągu drugiego, więc jesteśmy nawet trochę powyżej oczekiwań klientów.
Jak podkreśla, oprócz terminowości liczy się także jakość dostawy, czyli to, żeby przesyłki nie były gubione po drodze, docierały niezniszczone, a proces zwrotu były jak najprostszy.
Ważne dla klientów są również późne godziny odbioru przesyłki oraz możliwość SMS-owego i mailowego kontaktu odbiorcy z kurierem. Nadal główną formą odbioru paczek jest przesyłka na adres domowy, natomiast bardzo dynamicznie rozwija się rynek click & collect, czyli odbiór w punkcie.
– Oferujemy dzisiaj klientowi trzy możliwości: wysyłkę do placówki pocztowej, na stację Orlen oraz do urządzeń samoobsługowych, które nazywamy automatami pocztowymi. Deklarujemy, że do 2020 roku będziemy mieli 10 tys. zewnętrznych punktów odbioru, w tej chwili mamy ich 5 tys. – podkreśla click & collect manager w Poczcie Polskiej.
Z tych 5 tys. ponad 4 tys. stanowią punkty własne Poczty Polskiej, a ponad 1 tys. to punkty partnerskie. Do końca 2020 roku punktów partnerskich ma być 10-krotnie więcej.
– Mamy w tej chwili 38 urządzeń samoobsługowych. To dopiero początek, zbieramy doświadczenia, widzimy, że klienci są zadowoleni z tej formy usługi. Jesteśmy jednym z unikalnych rynków na tle Europy. Polacy nie boją się urządzeń samoobsługowych, bardzo chętnie z nich korzystają, mamy ich 2 tys. na rynku. Poczta jest trzecim co do wielkości operatorem, który ma tego typu urządzenia – zaznacza Paweł Babut.
Ta opcja dostawy cieszy się coraz większym zainteresowaniem klientów, głównie ze względu na niższą cenę (o 25–40 proc.), szybkość dostawy, możliwość odbioru o dogodnej godzinie czy możliwość przekazaniu kodu innej osobie.
– E-commerce musi podążać za oczekiwaniami, szczególnie klientów biznesowych, którzy oczekują pełnego łańcucha wartości: od odbioru przesyłki, poprzez fulfilment, czyli pakowanie towarów, po wysyłkę do klientów w jak najkrótszym czasie. Prawdopodobnie będzie się skracał też czas od momentu decyzji klienta o zakupie do momentu wydania przesyłki, w związku z tym również czas dostawy do odbiorcy będzie się skracał. Pytanie, czy w związku z tym będzie się jakoś zmieniała cena dla klienta końcowego – mówi Pawel Babut.
60 proc. ruchu na polskim rynku paczek jest generowane przez pięć głównych branż: e-commerce, handel detaliczny, sprzedaż bezpośrednią, finanse i wydawnictwa. W kolejnych latach będzie wzrastał popyt na usługi dostawy paczek ponadgabarytowych w związku z rozwojem sprzedaży internetowej urządzeń RTV/AGD i mebli.
Do czasu zrównania wieku emerytalnego dla obu płci kobiety mogą pobierać okresową emeryturę kapitałową. Dotyczy to tylko tych, które gromadziły środki w OFE
Kobiety urodzone po 1948 r. do osiągnięcia przez nie powszechnego wieku emerytalnego przewidzianego dla mężczyzny urodzonego w tym samym roku i kwartale mogą liczyć na okresową emeryturę kapitałową. Otrzymają ją, jeśli są członkami OFE, ukończyły wiek emerytalny i mają wystarczające środki na subkoncie w ZUS. Okresowa emerytura kapitałowa wypłacana jest z tzw. nową emeryturą z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Trzeba o nią wystąpić z wnioskiem i wskazać OFE, w którym gromadzone były składki.
– Okresowa emerytura kapitałowa jest emeryturą pochodzącą ze środków zgromadzonych w otwartych funduszach emerytalnych. Stanowi uzupełnienie emerytury wypłacanej przez ZUS z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wiesława Lempska z Departamentu Świadczeń Emerytalno-Rentowych Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
Okresowa emerytura kapitałowa jest świadczeniem, na które mogą liczyć tylko kobiety urodzone po 31 grudnia 1948 roku, które należą do OFE, ukończyły wiek emerytalny, niższy niż ten określony dla mężczyzny urodzonego w tym samym roku i kwartale oraz mają ustalone prawo do emerytury na nowych zasadach. Ponadto kwota środków zgromadzonych na subkoncie w ZUS nie może być niższa niż 20-krotność kwoty dodatku pielęgnacyjnego (obecnie nieco ponad 4170 zł).
– Przy obliczaniu wysokości okresowej emerytury kapitałowej dzieli się środki zgromadzone na subkoncie w ZUS przez średnie dalsze trwanie życia, które przyjmuje się również przy ustalaniu wysokości emerytury z ZUS – wskazuje ekspertka.
Takie świadczenie panie będą mogły pobierać do czasu, gdy ich wiek zrówna się z wiekiem emerytalnym dla mężczyzny urodzonego w tym samym roku i w tym samym kwartale. Dopiero kobiety urodzone po 30 września 1973 roku będzie obowiązywał taki sam wiek emerytalny jak mężczyzn – 67 lat.
– Prawo do okresowej emerytury kapitałowej wygasa z dniem śmierci członka OFE lub z dniem wyczerpania się środków zgromadzonych na subkoncie w ZUS. Jest tak również w przypadku osiągnięcia wieku emerytalnego wynoszącego 67 lat lub też wcześniej, jeżeli dla danej osoby wiek emerytalny wynosi mniej niż 67 lat – przypomina Lempska.
Wysokość emerytury kapitałowej może być ponownie przeliczona, jeśli kobieta po dniu przyznania takiej emerytury podlegała ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowemu. Emerytura podlega również corocznej waloryzacji, podobnie jak inne świadczenia. Po zakończeniu pobierania świadczenia ZUS na nowo obliczy wysokość emerytury.
– Jeśli po przeliczeniu okaże się, że nowa emerytura będzie niższa niż poprzednia, nie ma obawy. Będzie wypłacana w dotychczasowej wysokości – zaznacza Wiesława Lempska.
Aby uzyskać okresową emeryturę kapitałową, wystarczy złożyć wniosek do ZUS. Można go też przesłać w formie elektronicznej. Należy pamiętać jednak o tym, że z wniosku oprócz wymaganych danych, jak PESEL czy adres zamieszkania i zameldowania, musi także wynikać, o jakie świadczenie dana kobieta się ubiega.
W Polsce powstaje największa platforma wsparcia start-upów w Europie Środkowo-Wschodniej. Na wsparcie innowacyjnych projektów trafi blisko 3 mld zł
W Polsce działa obecnie ponad 2,4 tys. start-upów. Blisko 60 proc. z nich rozwija się dzięki środkom własnym, a nieco mniej niż jedna piąta pozyskała finansowanie z funduszy venture capital. Program Start in Poland może to zmienić. Jego kluczowym elementem jest Fundusz PFR Ventures pod egidą Polskiego Funduszu Rozwoju, zarządzający pulą 2,8 mld zł. Celem platformy jest rozwijanie innowacyjnych projektów i pobudzenie zaangażowania prywatnego kapitału. – Chcemy stworzyć kompletną ofertę dla przedsiębiorców na polskim rynku – zapowiada Paweł Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju.
– Start in Poland to opracowany przez Ministerstwo Rozwoju program dla branży innowacji, start-upów, venture capital. Jego istotnym elementem jest zbudowanie w ramach Polskiego Funduszu Rozwoju nowej platformy inwestycji na rynku venture capital, czyli w przedsięwzięcia na wczesnym etapie rozwoju. W ramach platformy PFR Venture mamy blisko 3 mld zł. Będzie to największa platforma inwestycyjna w Europie Środkowo-Wschodniej i jedna z większych w całej Europie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Borys, prezes PFR.
PFR Ventures przy wykorzystaniu pieniędzy europejskich stworzy pięć zamkniętych funduszy inwestycyjnych: Starter FIZ, Biznest FIZ, Otwarte Innowacje FIZ, BRIdge VC FIZ oraz KOFFI FIZ. Przewidziane środki, czyli blisko 3 mld zł, zostały podzielone na trzy pule dostosowane do etapów rozwoju przedsiębiorstw. Ponad 1 mld zł trafi na projekty we wczesnej fazie rozwoju (Inkubacja). W ramach programów akceleracyjnych PARP rozdysponuje 35 mln zł dla przedsiębiorstw w fazie tworzenia modelu biznesowego. W ramach Scale Up start-upy będą mogły rozwijać swoje firmy w oparciu o potrzeby dużych przedsiębiorstw. Trzecia pula, Rozwój, jest przeznaczona dla inwestycji w etapie ekspansji (1,75 mld zł.).
– W ramach niektórych funduszy będziemy inwestowali bezpośrednio w spółki. W większości funduszy będziemy natomiast wybierali firmy inwestycyjne, które będą tworzyły fundusze i same wyszukiwały projekty. Nasz fundusz będzie inwestował do 50 proc. wartości inwestycji. Zakładamy że drugie 50 proc. będzie stanowił kapitał prywatny. Chcemy być kołem zamachowym dla rynku venture capital, aby rozwinął się do takiej skali, jak w Izraelu, Stanach Zjednoczonych czy w Niemczech. Chcemy, by każda złotówka publicznego kapitału mobilizowała jedną czy dwie kolejne na rynku prywatnym – tłumaczy Borys.
Jak przekonuje prezes PFR, istotne jest zlikwidowanie luki kapitałowej. W ramach programu start-upy mogą liczyć na maksymalne wsparcie 250 tys. zł, zaś grant dla akceleratora może sięgnąć 6 mln zł. Z deklaracji działających w Polsce start-upów wynika, że 60 proc. z nich rozwija się w oparciu o własne środki, a 18 proc. uzyskało dofinansowanie venture capital (dane „Polskie Startupy Raport 2015”).
– Obecnie problem polega na tym, że nawet jeżeli jest kapitał dostępny na wczesnym etapie, często brakuje go na etapie późniejszym. Dlatego polskie firmy muszą szukać tego kapitału za granicą, w efekcie dużo ciekawych, innowacyjnych projektów trafia do Stanów Zjednoczonych. Chcemy zamknąć tę lukę, czyli mieć kapitał i możliwość finansowania przedsięwzięć na każdym etapie jego realizacji, żeby stworzyć kompletną ofertę dla przedsiębiorców na polskim rynku – przekonuje Borys.
Program ma również zapełnić lukę kompetencyjną. Polskie przedsiębiorstwa często nie wiedzą, w jaki sposób mogą się rozwijać i komercjalizować projekty. Problemem jest również współpraca ze światem nauki. Tylko co czwarty start-up współpracuje z naukowcami.
– Duże spółki mają problem z zarządzaniem portfelem innowacji. Nie wiedzą, jak inwestować w fundusze venture capital. Chcemy też pomóc firmom zarządzającym na rynku, czyli firmom inwestycyjnym, strukturyzować tego typu firmę i pokazać jej, jak tworzyć fundusz inwestycyjny – wskazuje prezes PFR.
Jak przekonuje Borys, blisko 3 mld zł na rozwój firm powinny okazać się wystarczające. Dla porównania, Krajowy Fundusz Kapitałowy przez kilka lat działalności zaangażował się w nieco ponad 100 projektów na łączną kwotę ok. 200 mln zł.
– Rynek jest dość płytki, nie powinno więc być problemu z pieniędzmi. Bardziej obawiam się, czy będzie wystarczająca podaż ciekawych projektów inwestycyjnych, funduszy, firm zarządzających. Dlatego priorytetem w stosunku do tworzenia profesjonalnego procesu inwestycyjnego będzie w ramach PFR działalność doradcza, promocyjna, budowanie szerszego ekosystemu dla rynku venture capital i innowacji – zapowiada Paweł Borys.
Polska staje się atrakcyjnym rynkiem pracy dla mieszkańców Europy Wschodniej. Rośnie liczba wydanych zezwoleń na pracę, przede wszystkim dla Ukraińców
Dynamicznie rozwijająca się polska gospodarka i powstające nowe miejsca pracy sprawiają, że Polska jest atrakcyjnym rynkiem pracy dla cudzoziemców, przede wszystkim ze Wschodu. W ubiegłym roku w Powiatowych Urzędach Pracy zarejestrowano ponad 782 tys. wniosków o zamiarze powierzenia wykonywania pracy cudzoziemcom. To ponaddwukrotnie więcej niż rok wcześniej. Ponad 97 proc. oświadczeń dotyczyło obywateli Ukrainy. Korzystają na tym takie sektory jak budownictwo i rolnictwo, rośnie też udział przetwórstwa i produkcji.
– Od dwóch lat nasza gospodarka galopuje. Pracodawcy z Polski i Unii Europejskiej, którzy otworzyli tu swoje zakłady pracy, potrzebują pracowników. Często praca jest skoncentrowana w specjalnych strefach ekonomicznych, których zadaniem było obniżenie bezrobocia w danych regionach. Funkcjonujące w nich firmy tak się jednak rozwinęły, że bezrobocie jest tam teraz znikome, pracodawcy dowożą pracowników z okolicznych miejscowości. Dlatego niezbędnym rozwiązaniem dla kontynuacji rozwoju tych spółek są pracownicy z innych państw – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Korkus, prezes Grupy EWL, agencji pośredniczącej w zatrudnianiu obcokrajowców na polskim rynku pracy.
W ubiegłym roku polski PKB zwiększył się o 3,6 proc. To najlepszy wynik w ostatnich czterech latach. Na koniec ubiegłego roku stopa bezrobocia wyniosła 9,8 proc., przy 11,4 proc. rok wcześniej. Według GUS w 2015 roku powstało ponad 600 tys. etatów. Ponadto w okresie od I kwartału 2012 roku do IV kwartału 2015 roku liczba nowo powstałych miejsc pracy w Polsce znacznie przewyższała liczbę zlikwidowanych. To wszystko sprawia, że krajowy rynek pracy przyciąga cudzoziemców.
Sprzyjają temu również przepisy, jak wskazuje Korkus, jedne z najbardziej liberalnych w Europie. Zniesienie w 2009 roku dwustopniowej procedury ubiegania się o zezwolenie o pracę, obowiązku uzyskiwania przyrzeczeń wydania zezwolenia na pracę oraz ograniczenie liczby wymaganych dokumentów badanych przez administrację znacznie uprościły całą procedurę zatrudniania. Dziś rośnie liczba oświadczeń, na podstawie których obywatele Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy mogą wykonywać pracę na terytorium Polski w okresie do 6 miesięcy w ciągu kolejnych 12 miesięcy bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę.
– Od dwóch lat widzimy gigantyczny wzrost zapotrzebowania na pracę w Polsce, ciągle malejące bezrobocie, a mimo stałego dopływu coraz większej liczby ludzi spoza naszego kraju, zapotrzebowanie na pracowników jest coraz większe. Dlatego dostęp do rynku pracy Europy Wschodniej, czyli Ukrainy, Białorusi, Mołdawii, jest dla naszej gospodarki czymś nieodzownym – przekonuje Korkus.
W 2015 roku w powiatowych urzędach pracy zarejestrowano ponad 782 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy, dwukrotnie więcej niż rok wcześniej. Największa część (ponad 97 proc.) przypada na mieszkańców Ukrainy. Rośnie też liczba zezwoleń na pracę. W ubiegłym roku urzędy wojewódzkie wydały ich ponad 65,5 tys., co stanowi 50 proc. wzrost w porównaniu do 2014 roku. Przeważają te wydane dla mieszkańców Ukrainy (blisko 50,5 tys.), Białorusi (2 tys.) i Mołdawii (ok. 1,5 tys.).
– Ukraina do tej pory rozwijała się podobnie jak Polska. Wskutek zawirowań politycznych i wydarzeń na Wschodzie ten trend się odwrócił. Polska gospodarka rośnie, a ukraińska nurkuje. Spadek PKB sięgnął 15 proc. – to niewyobrażalne w europejskich realiach. Ukraina jest obecnie wiodącym krajem, który dostarcza nam pracowników – tłumaczy prezes EWL.
Jak podkreśla Korus, cudzoziemców najczęściej zatrudniają takie branże jak rolnictwo i budownictwo (po ok. 30 proc.). Polscy pracodawcy wykazują też coraz większe zainteresowanie pracownikami wyższego szczebla. W ubiegłym roku wydano blisko 6,2 tys. oświadczeń dla firm z sektora Informacji i komunikacji. Rok wcześniej było ich zaledwie 3,2 tys. Wzrost zapotrzebowania na specjalistów z zagranicy przełożył się także na liczbę wydanych zezwoleń na pracę dla informatyków spoza granic naszego kraju. W 2014 roku było ich 469, rok później – 1579.
– Dzięki rozwojowi gospodarczemu i temu, że powstaje dużo zakładów produkcyjnych w strefach ekonomicznych widzimy, że coraz większy jest udział produkcji, przetwórstwa i innych branż, które są w jakimś stopniu związane z pracami sezonowymi. Jest też duże zapotrzebowanie na pracowników w branży automotive, a ponieważ ich brakuje, pracodawcy zwracają się na Wschód – mówi ekspert.
Jak tłumaczy prezes EWL, cudzoziemcy ze Wschodu zostają w Polsce. Oświadczenia o zamiarze powierzenia wykonywania pracy pozwalają na jej wykonywanie wyłącznie w naszym kraju, wyłącznie dla tego pracodawcy, który takie oświadczenie wystawił.
– Większość ludzi, którzy do nas przyjeżdżają, szuka legalnej pracy i wiąże swoją przyszłość z naszym krajem. Polska jest dla imigrantów z Ukrainy bardzo przyjaznym krajem, nasze języki i kultury są podobne. Imigranci chcą sobie u nas ułożyć życie, zarobić i wrócić do siebie – przekonuje Andrzej Korkus.
Sponsoring sportowy wspiera sprzedaż koncernów motoryzacyjnych. Hyundai angażuje się w kolejną dyscyplinę sportu

Marki o znanej i ugruntowanej pozycji na rynku coraz częściej podejmują współpracę ze światem sportu na zasadzie sponsoringu. Wspierając sportowców, wzmacniają świadomość marki wśród klientów, a co za tym idzie – globalną sprzedaż. Przykładem jest firma Hyundai, która od lat jest partnerem FIFA i UEFA oraz rajdów WRC, a od dwóch lat wspiera także Tour de Pologne. Na potrzeby organizatorów wyścigu koncern przekazał blisko 60 aut.
– Hyundai jest zorientowany na sport, jest zorientowany na swoich klientów kibiców. Chce być z nimi i wspólnie przeżywać wielkie emocje sportowe, które następnie kojarzą się pozytywnie z poszczególnymi wydarzeniami. To największa zaleta działalności sponsorskiej – przyznaje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Leszek Płonka, dyrektor zarządzający Hyundai Motor Poland.
Hyundai jest wieloletnim partnerem międzynarodowych organizacji piłkarskich UEFA i FIFA. Na potrzeby trwających we Francji mistrzostw koncern przeznaczył do dyspozycji UEFA ponad 360 samochodów do obsługi logistycznej wydarzenia.
Oprócz partnerstwa z międzynarodowymi organizacjami Hyundai podejmuje także inicjatywy lokalne. Od ubiegłego roku koncern wzbogacił portfolio wspieranych przez siebie wydarzeń sportowych o prestiżowy Tour de Pologne.
– Podobnie jak w ubiegłym roku teraz także jesteśmy dostawcą logistyki. Dostarczamy flotę prawie 60 samochodów do obsługi logistycznej tego ważnego przedsięwzięcia kolarskiego. Jesteśmy także sponsorem koszulki dla najlepszego sprintera – mówi Leszek Płonka.
W ubiegłym roku w ramach projektu TdP wprowadzono do sprzedaży nowy model Hyundai Tucson w najwyższej wersji wyposażeniowej. Jak podkreśla dyrektor koncernu w Polsce, była to świetna promocja nowego SUV-a, która ułatwiła jego rynkowy debiut.
– Tucson sprawdził się doskonale w realiach Tour de Pologne i zyskał dużą popularność wśród naszych klientów – mówi Płonka.
Tegoroczna flota samochodów Hyundai składa się m.in. z samochodów Tucson, które będą jechały w peletonie i pozostaną do dyspozycji sędziów oraz H350, które będą służyć głównie do transportu sprzętu kolarskiego i innego ciężkiego sprzętu. We flocie znajdą się również auta i40 wagon, Santa Fe oraz flagowe limuzyny Genesis – samochody z segmentu premium, którymi będą poruszać się specjalni goście.
– Przygotowanie floty 57 samochodów było dosyć dużym wyzwaniem, ponieważ musimy pamiętać o tym, że auta będą eksploatowane w nietypowym, trudnym terenie – szczególnie mam tu na myśli odcinki na południu Polski. Do tego samochody będą użytkowane w sposób nietypowy technicznie. Podczas wyścigu mamy do czynienia z dynamicznym przyspieszaniem, zwalnianiem, dlatego musieliśmy zabezpieczyć całą flotę w taki sposób, żeby rzeczywiście te samochody były niezawodne i nie sprawiały problemu organizatorom – mówi Katarzyna Kaszubkiewicz, PR Manager Hyundai Motor Poland
Hyundai jest także sponsorem nagród głównych 73. Tour de Pologne. Dla najlepszej zawodniczki tegorocznego wyścigu przewidziano nowy model Hyundai Elantra, natomiast na zwycięzcę edycji dla mężczyzn czeka Hyundai Tucson, będący najlepiej sprzedającym się modelem Hyundaia w Europie.
– Sądzę, że nasza współpraca ze sportem w dalszym ciągu będzie polegała głównie na działalności sponsorskiej imprez sportowych, wsparciu m.in. w postaci udostępniania floty samochodów, spotkaniach czy wspieraniu wybitnych sportowców – mówi Leszek Płonka.
Inną dyscypliną, w którą Hyundai jest mocno zaangażowany, są rajdy WRC. Hyundai i20 WRC, który w nich startuje, jest doskonałą promocją standardowego modelu i20, na bazie którego zbudowano auto rajdowe. Przedstawiciele koncernu zapowiadają, że niedługo pojawi się nowa linia modelowa samochodów sportowych.
Saxo: Złoto może osiągnąć poziom 1400 USD za uncję
Przed brytyjskim referendum, które ma odbyć się 23 czerwca, metale szlachetne bardzo skorzystały na niepewności panującej na rynku. W maju po bardzo mocnym rozpoczęciu zarówno złoto, jak i srebro uległo pędowi do realizacji zysków.
Osłabienie wynikało z ponownego umocnienia się dolara a także z wypowiedzi prezes Rezerwy Federalnej Janet Yellen i jej kolegów z Federalnego Komitetu Otwartego Rynku, który próbował przywrócić bardziej jastrzębi akcent w odniesieniu do prędkości i częstotliwości przyszłych podwyżek stóp procentowych.
Te próby wprowadzenia bardziej jastrzębiego nastawienia na rynku zniweczono 3 czerwca, kiedy to z powodu słabszych niż oczekiwano danych z raportu na temat zatrudnienia w USA ponownie spadły oczekiwania co do stóp procentowych. Następnie w środę po ostatnim posiedzeniu FOMC pojawiła się wyraźnie gołębia wypowiedź. FOMC obniżył swoje prognozy dotyczące jego ścieżki zmian w odniesieniu do stóp procentowych i obecnie ich podwyżkę w 2016 r. przewiduje już tylko 6 członków.
Poza zmianą perspektywy Rezerwy Federalnej weszliśmy już na ostatnią prostą przed brytyjskim referendum, a ponieważ obóz postulujący wyjście z UE zyskuje na sile, rynek obniża poziom ryzyka, jednocześnie poszukując schronienia podczas szalejącej burzy.
W związku z potencjalnie negatywnym wynikiem referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii rodzą się pytania dotyczące nie tylko wpływu na Wielką Brytanię, lecz również efektu domina rozlewającego się na resztę Europy. Inne kraje, gdyby miały taką możliwość, prawdopodobnie również wyrażałyby sceptycyzm wobec Unii Europejskiej.
Malejące oczekiwania co do podwyżki amerykańskich stóp procentowych, spadające akcje i rosnąca zmienność w połączeniu ze spadającą rentownością obligacji i ogólnym wyższym poziomem niepewności powodują, że złoto przebija się przez szczyt z początku maja. Ze względu na obecne osłabienie funta brytyjskiego XAU/GBP osiągnęła najwyższy poziom od niemalże trzech lat.
Zapotrzebowanie na produkty notowane na giełdzie wspierane przez złoto utrzymuje się na wysokim poziomie. Nawet podczas korekty w maju zapotrzebowanie nadal rosło. Inwestorzy kierujący się jakąś taktyką, korzystający z kontraktów futures byli głównymi winowajcami majowej wyprzedaży, podczas której fundusze hedgingowe zmniejszyły swoje stawki na wzrosty złota o 1/3. Z powodu gwałtownego odwrotu w tym miesiącu były one zajęte odbudowywaniem długich pozycji, a w tygodniu kończącym się 7 czerwca dodały 20%.
Wielką niewiadomą pozostaje kwestia tego, jakiego rodzaju wpływ na żółty metal będzie miało referendum. Stosunek ryzyka do zysku postrzegamy jako wykazujący tendencję rosnącą. Wynik za wyjściem z Unii Europejskiej niemalże by zagwarantował dłuższy okres niepewności, podczas którego ucierpiałyby akcje, a popyt na obligacje by się utrzymywał. Podczas gdy możemy wesprzeć dolara, tym samym stwarzając pewną przeszkodę, wywołującą negatywną korelację, to widać również większe zagrożenie, że złoto mogłoby poszybować w kierunku 1400 USD, czyli do szczytu z 2014 r.
Wynik za pozostaniem w UE początkowo na światowych giełdach spowodowałby wywołaną ulgą zwyżkę, ale przy prawdopodobieństwie osłabienia się dolara i utrzymaniu niższej rentowności obligacji na świecie widać też ryzyko spadków ograniczone do poziomu 1250 USD za uncję.
Ole Hansen, szef działu strategii rynków towarowych, Saxo Bank
VN:F [1.9.22_1171]
Pieniądze z programu 500+ trochę wspierają sprzedaż detaliczną
Sprzedaż detaliczna wzrosła w maju 2016 r. o 2,2 proc. r/r w cenach bieżących, a o 4,3 proc. w cenach stałych – podał GUS.
Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan
Sprzedaż detaliczna w maju wzrosła o 4,3 proc. r/r (ceny stałe), a miesiąc wcześniej – o 5,5 proc. Miesiące, w których rozpoczęły się wypłaty z programu 500+ były więc dla handlu nieznacznie lepsze niż 1. kwartał br. Sprzedaż detaliczna w ciągu pierwszych 3. miesięcy 2016 r. wzrosła bowiem o 4,4 proc. w cenach stałych. Po 5. miesiącach, czyli uwzględniając kwiecień i maj dynamika jest nieco wyższa – bo sprzedaż detaliczna wzrosła o 4,6 proc. r/r w cenach stałych. Można zatem założyć, że mamy na razie niewielki konsumpcyjny efekt 500+.
Warto jednak przyjrzeć się strukturze sprzedaży detalicznej, czyli temu na co zostały przeznaczone pieniądze z programu 500+. W pierwszej kolejności wzrost dotyczył pojazdów samochodowych, których sprzedaż w maju wzrosła o prawie 15 proc. (ceny stałe), a miesiąc wcześniej o ponad 19 proc. Wzrosła także dość silnie sprzedaż tekstyliów, odzieży i obuwia – wzrost o prawie 19 proc. (ceny stałe) w maju i prawie 23 proc. w kwietniu. „Beneficjentami” programu 500+ są także niewyspecjalizowane sklepy, których sprzedaż wzrosła w maju o ponad 8 proc., a w kwietniu o ponad 7 proc. Na programie 500+ korzystają także producenci mebli, sprzętu rtv i agd (wzrost o ponad 15 proc. w kwietniu, ale już „tylko” o prawie 7 proc. w maju), a także kosmetyków i farmaceutyków (wzrost w kwietniu o 13 proc., a w maju „tylko” o 6,5 proc.). Niestety znacznie mniejsze wzrosty dotyczą sprzedaży książek.
Oczywiście dwa miesiące to zbyt krótki czas na analizy i oceny. To raczej czas na przyglądanie się decyzjom gospodarstw domowych korzystających z programu 500+. A „przyglądanie się” pokazuje, że gospodarstwa domowe nasycają się samochodami, wymianą mebli, sprzętu rtv, agd, bowiem dynamika sprzedaży tych produktów w maju była już niższa niż w kwietniu. Teraz zapewne zobaczymy wzrost sprzedaży usług wakacyjnych, a w sierpniu – wzrost sprzedaży artykułów potrzebnych do szkoły i, miejmy nadzieję, książek.
Czyli pierwsze miesiące wydatkowania otrzymanych pieniędzy z programu 500+ podyktowane są chęcią zaspokojenia potrzeb, które do tej pory nie były zaspokojone, a przynajmniej nie w zakresie oczekiwanym przez gospodarstwa domowe. Czy ma to coś wspólnego z inwestycjami w dzieci. Bardzo pośrednio – może tak. Ale to, na co zostaną długoterminowo przeznaczone pieniądze z programu 500+ zobaczymy dopiero w końcu 2016r. Miejmy nadzieję, że wydatki te będą naprawdę miały charakter inwestycji w dzieci. Szkoda byłoby „przejeść” ponad 17 mld zł w 2017 r., a w kolejnych latach po blisko 23 mld zł.
Konfederacja Lewiatan
Przy tej dynamice budownictwa i przemysłu zagrożony 3,8% wzrost
Produkcja sprzedana przemysłu wzrosła w maju 2016 r. o 3,5 proc. r/r, produkcja budowlano-montażowa ciągle spada – podał GUS.
Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan
Przemysł rośnie w porównywalnym tempie do pierwszych miesięcy 2015 r. – w ciągu 5. miesięcy 2016 r. wzrósł o 4,0 proc., w zeszłym roku w tym samym okresie o 4,1 proc. Utrzymanie takiego, raczej przeciętnego, tempa wzrostu produkcji sprzedanej przemysłu nie daje szans na wzrost PKB na założonym w budżecie państwa na 2016 r. poziomie 3,8 proc. Tym bardziej, że budownictwo jest ciągle w dołku – w ciągu 5. miesięcy produkcja budowlano-montażowa spadła o 12,5 proc. r/r. A przedsiębiorcy budowlani mówią, że poziom zadłużenia firm rośnie.
Ponieważ pieniędzy na rynku na projekty budowlane jest mniej (nie uruchomione środki unijne), to wyścig o zlecenia które się pojawiają jest coraz większy. Skutkuje to obniżaniem cen przez firmy budowlane do poziomu nie pozwalającego na pokrycie kosztów. Efektem będą bankructwa firm budowlanych, szczególnie tych mniejszych. Obraz zatem nie jest optymistyczny.
Przemysł tworzy ok. 25 proc. PKB, a razem z budownictwem 1/3 polskiego PKB, więc to jak dynamicznie rośnie ich produkcja i sprzedaż ma kluczowe znaczenie dla wzrostu gospodarczego w Polsce.
W maju wzrost odnotowało 25 działów przemysłu, a 9 zamknęło miesiąc spadkami produkcji sprzedanej, w tym dział naprawa, konserwacja i instalowanie maszyn i urządzeń (spadek o 10,5 proc.). Do spadków w dziale wydobywanie węgla kamiennego i brunatnego, czy w dziale wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę zdążyliśmy się już „przyzwyczaić”, i znamy ich źródła.
Natomiast spadek w dziale naprawa, konserwacja, a szczególnie instalowanie maszyn i urządzeń, niepokoi i potwierdza, że mamy problemy z inwestycjami. Instalowanie maszyn i urządzeń to bowiem część składowa procesu inwestycyjnego. W grupie rosnących działów przemysłu GUS nie pokazuje także produkcji maszyn i urządzeń, co jest kolejnym źródłem niepokoju wskazującym na osłabienie inwestycji. Rośnie jednak kolejny miesiąc z rzędu produkcja wyrobów tekstylnych ( o prawie 18 proc.), ale tę trudno uznać za produkcję o wysokim stopniu przetworzenia i wysokiej wartości dodanej. Rośnie także kolejny miesiąc z rzędu produkcja sprzedana komputerów, wyrobów elektronicznych i optycznych, a także pojazdów samochodowych. Wyjątkowo silnie wzrosła w maju br. produkcja artykułów spożywczych. Zapewne w przewidywaniu zwiększonego popytu wynikającego z dochodów gospodarstw domowych z programu 500+.
Na GUS-owskiej liście rosnących w maju br. działów przemysłu nie ma głównych branż eksportowych, m.in. wspomnianych maszyn i urządzeń, mebli, chemii, wyrobów z surowców niemetalicznych, urządzeń elektrycznych. Miejmy nadzieje, że nie oznacza to osłabienia wzrostu eksportu.
Majowe wyniki przemysłu nie są złe, jednak dynamika spowalnia, szczególnie w branżach eksportowych. Coraz większym niepokojem napawa sytuacja w budownictwie. Nie wydaje się, aby efekt 500+ poprawił znacząco tę sytuację.
Konfederacja Lewiatan
Projekt w sprawie geo-blokowania powinien zachęcać firmy do ekspansji
Projekt rozporządzenia w sprawie zniesienia blokowania geograficznego (geo-blokowanie), który przedstawiła Komisja Europejska ma ułatwić dostęp konsumentów do towarów i usługi oferowanych w innych państwach członkowskich. Nie uda się to jednak bez realnego ułatwienia przedsiębiorcom sprzedaży za granicą – uważa Konfederacja Lewiatan.
W ramach tzw. pakietu e-commerce Komisja Europejska przedstawiła projekt rozporządzenia w sprawie blokowania geograficznego oraz innych form dyskryminacji (rozporządzenie w sprawie geo-blokowania).
Projekt zmierza do zniesienia ograniczeń w dostępie obywateli i firm unijnych do towarów i niektórych usług oferowanych w innych państwach członkowskich UE. W odniesieniu do towarów wprowadza on obowiązek sprzedaży, ale nie obowiązek dostarczenia towaru do innych państw (obligation to sell, but not to deliver).
W nawiązaniu do prowadzonych przez Ministerstwo Rozwoju konsultacji społecznych dotyczących geo-blokowania Konfederacja Lewiatan przygotowała stanowisko w tej sprawie.
– W naszej ocenie projekt Komisji wymaga doprecyzowania m.in. w kwestiach związanych z rozumieniem pojęcia „kierowania usług i towarów” na określone rynki oraz relacji rozporządzenia do innych przepisów unijnych i krajowych, m.in. dotyczących bezpieczeństwa produktów – mówi Magdalena Piech, prawnik w Konfederacji Lewiatan.
– Konieczne jest zagwarantowanie przedsiębiorcom prawa do uwzględniania w cenie produktów lub usług obiektywnych kosztów, związanych np. z koniecznością przewalutowania płatności lub w przypadku usług, które wiążą się z wysłaniem przesyłki do klienta (np. biletu na koncert) – kosztów związanej z tym dostawy – dodaje.
Konfederacja Lewiatan podkreśliła w swoim stanowisku, że w braku zmian, projekt doprowadzi do skutków sprzecznych z założeniami, tzn. zniechęci przedsiębiorców do rozszerzania działalności poza granice swojego kraju.
Zgodnie z projektem rozporządzenia jeśli klient będzie zainteresowany kupnem towaru od przedsiębiorcy z innego państwa, będzie on musiał wskazać adres doręczenia w państwie działalności przedsiębiorcy. Zgodnie z projektem, przedsiębiorca w takiej sytuacji nie będzie mógł różnicować warunków sprzedaży towaru. Jeśli konsument z innego państwa niż państwo prowadzenia działalności przedsiębiorcy będzie chciał korzystać z oferowanych przez niego usług świadczonych elektronicznie (np. rezerwacja hotelu on-line) lub w miejscu prowadzenia działalności (np. wynajem samochodów), przedsiębiorca nie będzie mógł różnicować tzw. warunków dostępu (czyli ceny lub warunków dostawy) ze względu na przynależność państwową, miejsce zamieszkania lub miejsce prowadzenia działalności klienta.
Projekt wprowadza też zakaz blokowania dostępu do stron lub przekierowywania na strony internetowe skierowane do innych państw (np. „sklep.pl” lub „sklep.uk”) bez zgody klienta. Wyjątkiem będzie sytuacja gdy blokowanie lub przekierowanie wynika z obowiązków nałożonych na przedsiębiorcę przez przepisy UE lub przepisy krajowe.
Projekt nie dotyczy usług, które polegają na zapewnieniu dostępu do utworów chronionych prawem autorskim. Ułatwienie dostępu obywateli Unii do takich usług regulowane jest w projekcie rozporządzenia w sprawie unijnego rozporządzenia w sprawie zapewnienia możliwości transgranicznego przenoszenia na rynku wewnętrznym usług online w zakresie treści (stanowisko Konfederacji Lewiatan w sprawie rozporządzenia o przenoszalności usług).
Stanowisko Konfederacji lewiatan w sprawie geo-blokowania.
Stanowisko Konfederacji Lewiatan dotyczące projektu unijnego rozporządzenia w sprawie zapewnienia możliwości transgranicznego przenoszenia na rynku wewnętrznym usług online w zakresie treści.
Konfederacja Lewiatan
Marcin Krasoń, Home Broker: Koniec prosperity deweloperów czy efekt statystyczny?

Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazały pierwsze od dawna wyraźne spadki aktywności deweloperów. Na razie jest jednak za szybko na ogłaszanie końca dobrego okresu na rynku. By to ocenić potrzeba trochę więcej czasu niezbędnego do przyjrzenia się wynikom w dłuższym okresie.
W pierwszych pięciu miesiącach tego roku deweloperzy rozpoczęli budowę 33 440 nowych lokali mieszkalnych, to o 1,2 proc. mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. W samym maju były to 6 072 mieszkania, co rok do roku oznacza spadek o 26,7 proc. Gdy jednak przyjrzymy się tej statystyce w dłuższym okresie, badając okresy 12-miesięczne, to okaże się, że aktualny poziom (86 100 mieszkań) jest o 11,1 proc. wyższy niż przed rokiem i o 2,5 proc. niższy niż miesiąc temu.
| Liczba | Zmiana r/r | |
| Oddane mieszkania | 72 625 | +29,0% |
| Rozpoczęte budowy | 86 100 | +11,1% |
| Wydane pozwolenia na budowę | 100 145 | +20,2% |
Aktualnie rynek jest w okresie zbierania plonów pracy sprzed roku-dwóch. Z miesiąca na miesiąc przybywa mieszkań oddawanych do użytkowania. W ostatnich 12 miesiącach było ich 72,6 tys., wartość ta niemal nieprzerwanie rośnie od wiosny ubiegłego roku, w kwietniu 2015 r. wynosiła 55,4 tys. Spodziewamy się dalszych wzrostów tego wskaźnika jeszcze przez kilka kwartałów. Realizacja inwestycji deweloperskiej trwa bowiem około dwóch lat, a statystyka GUS-u pokazywała wzrost liczby rozpoczętych budów przez niemal całe ostatnie trzy lata. Nowych mieszkań na rynku nie powinno więc brakować przez jeszcze co najmniej dwa lata.
Spadkowy miesiąc (w samym maju obniżyły się wszystkie wskaźniki aktywności deweloperów, zarówno w ujęciu rok do roku jak i miesiąc do miesiąca) może być jednak statystycznym wypadkiem przy pracy związanym z dwoma długimi weekendami jakie były w kalendarzu. Jest to bowiem okres, który nie sprzyja jakiejkolwiek aktywności biznesowej.
Co zmieni Mieszkanie Plus?
Rynek mieszkaniowy z zaciekawieniem wyczekuje konkretów związanych z Mieszkaniem Plus. W czerwcu pojawiły się kolejne uszczegółowienia nowego programu rządowego, ale nadal pozostaje w nim sporo pytań. Na razie pewni możemy być tego, że pomysł ma opierać się na kilku filarach: wsparciu budownictwa społecznego, wprowadzenia tanich mieszkań na wynajem oraz stymulowaniu indywidualnego oszczędzania na mieszkanie.
Najbardziej interesująco zapowiada się drugi z tych punktów, czyli budowa tanich mieszkań na wynajem, które na dodatek lokatorzy będą mogli po latach wykupić. Teoretycznie lokale te mają być dostępne dla wszystkich, ale z zapowiedzi polityków wynika, że preferowane będą rodziny wielodzietne oraz osoby, których nie stać na kredyt hipoteczny i rynkowy najem. To ostatnie zastrzeżenie jest o tyle ważne, że ogranicza dostępność tanich mieszkań. Należy też pamiętać, że nieruchomości te nie będą budowane w wysokim standardzie, mogą nie mieć garaży, a ich położenie na mapie miasta pozostawiać wiele do życzenia.
Bez względu na powyższe, pojawienie się dużej liczby tanich mieszkań na wynajem powinno doprowadzić do obniżek stawek także w innych segmentach rynku, pozornie odległych od oferty programu Mieszkanie Plus. Nie ma się jednak co spodziewać rewolucji i gwałtownych spadków, bo program jest rozpisany na wiele lat i na jego efekty trzeba będzie zaczekać. Najem w Polsce rozwija się w ostatnich latach dynamicznie i takie inicjatywy mogą ten rozwój tylko przyśpieszyć, z korzyścią dla wszystkich.
Z zapowiedzi wynika, że pierwsze inwestycje w programie Mieszkanie Plus zostaną uruchomione na początku 2018 r., co oznacza, że wprowadzić się do nowych mieszkań będzie można raczej nie szybciej niż na przełomie 2019 i 2020 roku.
Lewiatan ocenia reformę administracji skarbowej
Lewiatan ocenia reformę administracji skarbowej
2016-06-17
Trwają prace nad utworzeniem Krajowej Administracji Skarbowej. Projekt zmian pomimo prowadzonych konsultacji z pracodawcami i pracownikami w Radzie Dialogu Społecznego został już skierowany do Sejmu. Zakłada konsolidację administracji podatkowej, służby celnej oraz kontroli skarbowej w jedną Krajową Administrację Skarbową, która ma być spójna i jednolita, a dzięki temu lepiej wypełniać obowiązki. Zdaniem Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan niektóre regulacje mogą jednak znacząco pogorszyć sytuację przedsiębiorstw.
W ocenie Lewiatana zmiany w administracji podatkowej są konieczne, przedsiębiorcy od dawna wskazują na problemy z załatwieniem spraw, niekompetentną obsługą, brakiem zainteresowania urzędników przestępczością gospodarczą i kierowaniem swojej opresyjności w kierunku legalnie działających firm.
– Należy mieć nadzieję, że po zmianach funkcjonowanie skarbówek poprawi się, niemniej już na etapie konsultacji projektu widać, że w niektórych obszarach sytuacja przedsiębiorców znacząco się pogorszy. Przede wszystkim za sprawą osłabienia kontroli wydawanych decyzji. Od części decyzji, przeprowadzonych w wyniku postępowania podatkowego powstałego po kontroli celno – skarbowej, nie będzie już odwołania do dyrektora izby skarbowej (po zmianie dyrektora izby administracji skarbowej), a jedynie odwołanie do tego samego organu. Takie rozwiązanie niesie ze sobą ryzyko uzgadniania ostatecznego rozstrzygnięcia pomiędzy komórkami organu kolejno rozpatrującymi sprawy w pierwszej i drugiej instancji – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.
Może dojść do nacisków na pracowników komórek odwoławczych, aby szybko, a nie wnikliwie rozpatrywać sprawę. Ponadto, utrata niezależności przez organy II instancji, doprowadzić może do patologicznych sytuacji, w których błędy komórek I instancji nie będą zauważane i korygowane. W konsekwencji przeniesienie ciężaru oceny postępowania podatkowego na sądy spowoduje większe ich obłożenie i dłuższe oczekiwanie na rozstrzygnięcie sprawy.
Andrzej Nikończyk, doradca podatkowy, przewodniczący Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan zauważa, że wbrew wcześniejszym zapowiedziom reforma administracji skarbowej nie eliminuje dualizmu kontroli. Kontrolę podatkową będą prowadzić tak jak obecnie urzędy skarbowe, a kontrolę celno – skarbową urzędy celno – skarbowe (odpowiednik obecnych urzędów kontroli skarbowej). Tryb obu kontroli wpływa w istotny sposób na uprawnienia procesowe podatnika, i tym samym budzi daleko idące wątpliwości dlaczego jeden podatnik, w tym samym zakresie, będzie podlegać kontroli podatkowej, zaś inny kontroli celno-skarbowej.
Konieczne jest wskazanie warunków objęcia podatnika jednym, bądź drugim typem kontroli, gdyż inaczej będzie dochodzić do naruszenia zasady równości, przez to, jaki organ będzie przeprowadzał kontrolę. Wykluczenie dualizmu kontroli, powinno dotyczyć nie tylko wprowadzenia jednego typu kontroli, ale poprzez określenie w jakich sytuacjach podatnik podlega kontroli podatkowej, a w jakich (np. przypadki kwalifikowane związane z przestępczością podatkową) podlega kontroli celno-skarbowej.
W projekcie przewidziano także rozszerzenie zakresu czynności sprawdzających na wszystkich podatników, którzy brali udział w dostawie towaru lub usługi. W ocenie Rady Podatkowej nie wpłynie to na wynik kontroli, ponieważ rozliczenie podatnika nie zależy od tego, co zrobili kontrahenci kontrahenta. Często podatnik nawet nie wiem, kto to jest, a często nawet nie ma prawa o tym wiedzieć ze względu na tajemnicę handlową i skarbową.
Konfederacja Lewiatan
Brexit: katastrofa czy szansa?
Eksperci Saxo Banku o konsekwencjach wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej dla Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej
Ryzyko polityczne większe niż gospodarcze
Steen Jakobsen, Główny Ekonomista Saxo Bank
Potencjalnie negatywny wynik referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii oznacza, że nad Polską pojawia się szczególna groźba. Wynika ona z tego, że środki przesyłane do kraju przez mieszkających w Wielkiej Brytanii Polaków pozostają istotnym źródłem finansowania gospodarki. Wyobraźmy sobie, że sceptycy mają rację i UE oddali się od Wielkiej Brytanii (w co osobiście szczerze wątpię), wówczas środki przekazywane do kraju przez rodaków drastycznie zmaleją.
Sukces Polski w obecnym kryzysie finansowym jest niepodważalny, jednak w ogromnej mierze opierał się on na zdolności Polski do szybszego i lepszego dostosowywania się do swoich nowych europejskich kuzynów.
Polska nadal będzie wygrywać rywalizację o outsourcing w Europie, często pozyskując globalne firmy lokalizujące w Polsce swoje działy logistyki, call center i centra danych. Ten proces zawsze odbywa się przy jednoczesnym zrozumieniu faktu, że pełna integracja europejska będzie i powinna być kontynuowana.
Z powodu Breksitu zagrożony jest wielki strumień pieniędzy; wynika z tego potrzeba bliższego przyjrzenia się, jak skonstruowana jest Europa i jak odtąd będzie się rozwijać. Od biurokratów z Brukseli słyszymy starą śpiewkę, że problem Europy polega nie na tym, iż mieliśmy do czynienia z nadmiarem, lecz raczej na tym, że czegoś brakowało… Polska skorzystała na tym najbardziej; w związku z tym grozi jej zarówno duże niebezpieczeństwo uszczuplenia przesyłanych przez UE środków, jak i spadek bezpośredniego handlu z Wielką Brytanią.
Mimo wszystko nadal jestem pewien siły polskiej gospodarki, może w mniejszym stopniu jej ram konstytucyjnych i polityki, ale akceptuję zachodzący tu proces demokratycznych przemian, który należy uszanować.
Krótkoterminowa perspektywa dla Polski stanowi pewne wyzwanie: mniej przekazywanych środków finansowych w realiach niższego wzrostu (z Wielką Brytanię w UE lub bez niej), mniej atrakcyjny klimat polityczny w niezmiennych warunkach i z pewnością eskalacja konfliktu z UE, w wyniku którego Polska ryzykuje, że stanie się pierwszym krajem ostatecznie uznanym za niespełniający wymogów unijnych.
W rezultacie tych wszystkich okoliczności złoty już teraz znacznie się osłabił, niemniej jednak taka sama sytuacja miała miejsce w wielu innych wrażliwych gospodarkach w Europie. Polska nie jest wyjątkiem, jeśli chodzi o wyzwania związane z Breksitem, a mimo wszystko utrzymuje swoją konkurencyjność. Jednak jej gospodarka będzie zwalniać, coraz trudniej będzie jej odgrywać rolę dogodnej przystani dla inwestycji, chyba że uda się rozwiązać powyższe problemy, co oczywiście się powiedzie.
Wracając do zbliżającego się referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, należy się spodziewać osłabienia złotego, a także giełdy i w miarę możliwości przeczekać do momentu głosowania w przyszłym tygodniu oraz uciec się do taktycznej wyprzedaży ryzykownych aktywów, przyjmując długą pozycję w odniesieniu do Polski. Zgodnie z naszymi analizami w NAJGORSZYM WYPADKU: GBP może się osłabić o 5-6%, obroty na giełdzie mogą spaść o 5%, jednak w konsekwencji stanowiłoby to niemalże stuprocentową gwarancję obniżki stóp procentowych przez Bank Anglii z poziomu 25 do 50 punktów bazowych, a następnie nieograniczonej płynności zapewnionej przez EBC. W ujęciu jednosesyjnym widać duży przedział na 24 czerwca, jednak wydaje się, że w ciągu 48/72 godzin wszystko powróci już do względnego spokoju.
Nadal uważam, że z Breksitem w mniejszym stopniu wiąże się ryzyko gospodarcze, w większym natomiast ryzyko polityczne – to, czy Wielka Brytania zagłosuje za pozostaniem w UE czy za też wyjściem, przedefiniowanie Unii będzie priorytetem. Bardzo wierzę, że w ciągu następnej dekady UE lepiej się dostosuje do nowej sytuacji, zwłaszcza że były polski premier Donald Tusk bardzo dobrze robi, uczciwie dyskutując na temat tego wyzwania.
Na tej podstawie twierdzę, że nie tylko rola Polski ma polegać na przyczynianiu się do rozwoju Europy, lecz że Europa jako całość wyjdzie na tym lepiej, jeśli chodzi o cały ten dzisiejszy krzyk o referendum w sprawie pozostania w Unii.
Polska jest dowodem na to, że Europa, a w tym również kraje Europy Wschodniej po roku 1989, stały się bardziej konkurencyjne. W mojej karierze nie spotkałem się z lepszą sytuacją w Polsce i w Europie w skali mikro. Trochę tylko szkoda, że krótkoterminowa negatywna sytuacja w skali makro nadal przyćmiewa tę wielką zmianę. Jeśli spojrzymy na nią w mniejszym stopniu z perspektywy makro (polityka, bank centralny i ogólne zamieszanie polityczne), a w większym w mikro, uświadomimy sobie, jak bardzo Europa po tym mini kryzysie się umocni.
Najbardziej straci funt
John J. Hardy, dyrektor ds. strategii rynków walutowych:
Jeżeli Wielka Brytania wyjdzie z Unii i na rynkach wystąpi szeroko zakrojony „efekt zarażenia”, może to nieco osłabić waluty Europy Środkowo-Wschodniej, mimo iż w znacznie mniejszym stopniu, niż w przypadku funta szterlinga. W tym momencie jednak nie jestem pewien, czy zagrożenie spadkiem kursu funta i apetyt na ryzyko są tak wysokie, jak uważa rynek. Nawet w przypadku Brexit jakakolwiek wczesna reakcja może przyczynić się do relatywnie szybkiego umocnienia, ponieważ wielu inwestorów będzie zadowolonych z faktu, iż referendum będzie już za nami. Ważniejszym pytaniem dotyczącym walut Europy Środkowo-Wschodniej jest to, czy decyzja o opuszczeniu lub pozostaniu Wielkiej Brytanii w Unii będzie mieć w dłuższej perspektywie jakiekolwiek znaczenie dla podtrzymania przy życiu UE.
Kiedy jedno centrum nie działa, rynek znajdzie kolejne
Realne zagrożenie wiąże się z dyskusją inicjowaną przez inne kraje po ewentualnym Breksicie – mówi Simon Fasdal, dyrektor ds. inwestycji o stałym dochodzie w Saxo Banku.
Jeżeli dojdzie do Breksitu, jak wpłynie on na napływ kapitału do państw Europy Środkowo-Wschodniej i jaka może być reakcja na rynku obligacji?
Bardzo trudno formułować takie prognozy. Mimo, że należy przyjąć, iż po Breksicie apetyt na ryzyko spadnie, nie jestem do końca przekonany, że wpłynie to negatywnie na przepływy kapitału w Europie Środkowo-Wschodniej. Jednym ze scenariuszy mógłby być odpływ kapitału na rynki bardziej ryzykownych aktywów denominowanych w euro i ogólna ucieczka z epicentrum (EUR i GBP) w kierunku obligacji o wyższej ocenie inwestycyjnej i bezpieczniejszych walut. W takiej sytuacji do państw Europy Środkowo-Wschodniej napłynąłby znaczny kapitał, w szczególności w odniesieniu do aktywów czy krajów o lepszej ocenie.
Czy polskie spółki planujące emisje obligacji za granicą miałyby po ewentualnym Breksicie jakiekolwiek problemy z plasowaniem długu? Jaka byłaby sytuacja innych krajów, takich jak Czechy, Węgry czy Rumunia?
Nie, nie wierzę w to. W przypadku scenariusza całkowitej awersji do ryzyka nastąpiłaby ucieczka inwestorów, a obligacje rządowe w ujęciu ogólnym skorzystałyby z pozytywnych przepływów kapitału. Naturalnie, istnieje również ryzyko, że inwestorzy zachowają ostrożność wobec Europy Środkowo-Wschodniej ze względu na niepewność dotyczącą przyszłego kształtu strefy euro. Pozytywne wyniki odnotowywane przez państwa Europy Środkowo-Wschodniej to niewątpliwie solidny argument za dodaniem tych aktywów do portfela w przypadku ewentualnej wyprzedaży.
Jak zachowają się obligacje rządowe państw Europy Środkowo-Wschodniej?
Istnieje duża szansa, że odnotują dobre wyniki, szczególnie w przypadku, gdy rentowności bazowe pójdą w dół.
Czy Brexit jest w stanie wpłynąć na rosyjskie obligacje, ich wycenę i kolejne emisje?
Zawirowania na rynku zawsze mogą przyczynić się do zwiększenia różnic i pogorszenia wyników. Uważamy, że Brexit i w konsekwencji pogorszenie perspektyw dla Europy i Zjednoczonego Królestwa przyczyni się do utrzymania globalnego środowiska niskich rentowności przez dłuższy czas, co będzie korzystne dla rynków obligacji gospodarek wschodzących, takich jak obligacje rosyjskie. Jednym z czynników ryzyka jest ogólna wyprzedaż walut rynków wschodzących, nie sądzę jednak, by był to scenariusz wysokiego ryzyka.
Czy wyjście Wielkiej Brytanii z UE oznacza globalną recesję na rynku obligacji, tj. czy Londyn mógłby utracić status kluczowego światowego centrum finansowego?
Nie – jeżeli jedno centrum nie działa jak należy, rynek znajdzie inne. Rynki cechuje obecnie cyfryzacja i globalizacja.
W przypadku, gdyby Brexit nie nastąpił, a Zjednoczone Królestwo pozostałoby w Unii, czy zmieniłoby to cokolwiek na rynku obligacji w ujęciu globalnym, szczególnie w Europie Środkowo-Wschodniej?
Uważam, że w przypadku pozostania Wielkiej Brytanii w Unii bardzo wzrośnie apetyt na ryzyko, zwłaszcza w odniesieniu do akcji. Przewiduję również, że rentowności bazowe w Europie znacznie wzrosną, a na rynkach zapanuje powszechny optymizm. W takiej sytuacji preferowane będą aktywa Europy Środkowo-Wschodniej o krótszej zapadalności i nieco wyższym ryzyku. Spready kredytowe staną się węższe, co będzie korzystne dla rynków wschodzących ogółem.
Czy wpłynęłoby to na wyceny i okazje do sprzedaży obligacji – zarówno korporacyjnych, jak i rządowych – w Polsce, na Węgrzech, w Rumunii, w Czechach, w Rosji?
Nie, ale w dłuższej perspektywie, jeżeli rynek latem ogarnie optymizm, Fed ponownie stanie się ostrożna, co mogłoby zapoczątkować niekorzystny cykl dla rynków wschodzących i negatywnie wpłynąć na niektóre państwa Europy Środkowo-Wschodniej.
Czy Brexit wpłynie na rating Polski i – w ujęciu bardziej globalnym – na poziom ryzyka inwestycyjnego w państwach Europy Środkowo-Wschodniej?
Nie, nie uważam tak. Brexit to zjawisko krótkotrwałe. Realne zagrożenie wiąże się z dyskusją inicjowaną przez inne kraje po ewentualnym Breksicie. Co do zasady, istnieje znaczna opozycja wobec polityków strefy euro i może to zachęcić inne kraje do wyjścia z Unii w ramach protestu przeciwko ich mocy decyzyjnej.
VN:F [1.9.22_1171]
GBP/USD – po referendum

Według ankiety przeprowadzonej przez Bloomberga wśród ekonomistów wynika, że większość z ankietowanych osób w przypadku Brexit-u widzi parę walutową poniżej 1.35, w przypadku pozostania w Unii Europejskiej na poziomie 1.50. Jest to bardzo realny scenariusz, aczkolwiek musimy pamiętać o Bankach Centralnych, które z dużym prawdopodobieństwem wkroczą do interwencji.
ECB, BOJ, BOE, BAC – to właśnie te, Banki Centralne, prawdopodobnie szykują się na akcje skoordynowaną w celu uratowania funta szterlinga oraz euro przed nadmierną deprecjacją w ciągu jednego dnia.
Z ostatnich sondaży opublikowanych przez Ipsos Mori oraz Survation wskazują na większe poparcie sceptyków Unii Europejskiej. Według Bloomberga prawdopodobieństwo opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanie wzrosło z 32% do 42% w tym tygodniu.
Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Finansowy
Państwo powinno kupić warszawską giełdę
Warszawska giełda jest hybrydą własnościową. Od ponad 5 lat jest spółką publiczną, ale pełną kontrolę nad nią poprzez akcje uprzywilejowane posiada Skarb Państwa. Może to rodzić komplikacje w zarządzaniu spółką, która z jednej strony nie może ignorować interesów akcjonariuszy mniejszościowych, a z drugiej jej strategia powinna wpisywać się w plany Skarbu Państwa.
Interesy te mogą stać ze sobą w sprzeczności. Naturalne, że mniejszościowym akcjonariuszom, nie mającym wpływu na strategiczne decyzje, zależy na krótkoterminowych zyskach. Z kolei Skarbowi Państwa może zależeć na budowie silnego centrum finansowego wspierającego finansowanie gospodarki w długim terminie. Zasadna jest albo całkowita prywatyzacja GPW i oparcie ją o inwestora strategicznego, mającego wpływ i interes we właściwym nią zarządzaniu albo przeciwnie: delisting i pełna kontrola Skarbu Państwa – piszą autorzy raportu “GPW nowe otwarcie albo marginalizacja”, przygotowanego przez Martis Consulting.
-Nacjonalizacja giełdy jest lepszym z tych dwóch wariantów – mówi w rozmowie z MarketNews24 prezes Martis Consulting, Dariusz Jarosz, współautor raportu. – GPW SA jako spółka zostanie wtedy wycofana z obrotu giełdowego, powróci do działalności non profit, a skoro nie będzie musiała dzielić się zyskiem z akcjonariuszami, z których największym jest Skarb Państwa, to będzie mogła obniżyć opłaty dla spółek trafiających na giełdę.
WTI – czy to powrót do długoterminowych spadków?
Ropa naftowa WTI przez ostatnie kilkanaście miesięcy podrożała o ponad 20$. Na początku 2016 roku za jedną baryłkę ropy należało zapłacić niecałe 30$, teraz jest to 47$, a tydzień temu trzeba było zapłacić ponad 50$.
W bieżącym tygodniu „czarne złoto” znajduje się pod presją sprzedających, czy jest to powrót do długoterminowych spadków? Niekoniecznie. Producenci ropy naftowej w dalszym ciągu mają ogromny problem i przy obecnych cenach ropy narażeni są na bankructwo. Zbyt niskie ceny ropy doprowadzą, wcześniej, czy później do szeregu bankructw, a tym samym podaż zostanie ograniczona. Dlatego też długoterminowym scenariuszem pozostanie kontynuacja trendu wzrostowego.
Na interwale tygodniowym najbliższym wsparciem jest strefa popytu 43.30-45.70. Jeżeli stronie sprzedającej uda się ją pokonać, to kolejnym celem może być okolica 40 USD.
Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych
Raport EY: Banki muszą dopasować się do potrzeb nowego pokolenia pracowników i klientów – generacji Y
W nadchodzącej dekadzie technologia zrewolucjonizuje kwestię zatrudnienia w bankach. Zmniejszy się liczba pracowników, którzy sprawują tradycyjne role, natomiast ci, którzy zostaną, będą zajmować się nowymi obszarami. Dlatego dopasowanie zasobów ludzkich do zmian technologicznych jest równie ważne, jak przeobrażenie produktów czy procesów – wynika z raportu EY pt. „Globalne perspektywy bankowości 2016. Zmieniając talenty. Bankier przyszłości.”
– Niski wskaźnik rentowności kapitału własnego, wyższe koszty i nowe regulacje – to wyzwania, przed którymi stoi sektor bankowy – mówi Iwona Kozera, Partner EY, Lider Doradztwa Biznesowego, Europa Centralna i Południowo-Wschodnia. Instytucje finansowe zmieniają swoje strategie i wycofują się z kapitałochłonnych części biznesu na rzecz tych, które nie wymagają dużych nakładów finansowych. Następuje także zmiana priorytetów z zatrudniania nowych osób do bezpośredniej obsługi klienta, w inwestowanie w pracowników wsparcia. Wiodące banki zmieniają się w bardziej elastyczne instytucje, które łatwiej dopasowują się do zmieniających się trendów i coraz częściej koncentrują się na swojej podstawowej działalności oraz głównych klientach. Inwestują w wiele kanałów sprzedaży a także w nowoczesne technologie i urządzenia, które wspierają sprzedaż. Tworzą produkty wspólnie z nowym pokoleniem klientów i w oparciu o jego potrzeby. Zmieniają infrastrukturę i badają różne modele usług żeby dostarczyć lepszą jakość.
4 globalne megatrendy
W procesie zmian – także w obszarze ludzkim – banki muszą brać pod uwagę globalne megatrendy, które będą także przekładać się na pracowników: globalizację, zmiany demograficzne, biznes cyfrowy i zmiany na rynku pracy:
1) rozdźwięk między rynkami rozwiniętymi i rozwijającymi się stopniowo się zawęża. Rozwija się prawdziwie globalny rynek. Rosnące koszty pracy zmuszą banki do poszukiwania tańszych sposobów na dostarczanie usług, a coraz większa mobilność pozwoli na uzupełnianie niedoboru talentów na niektórych rynkach.
2) osoby wchodzące na rynek pracy będą zmieniać zatrudnienie częściej niż poprzednie pokolenia. Z drugiej strony w krajach rozwiniętych, takich jak Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania średni staż pracy się wydłuża. Wydłuża się także wiek emerytalny, co oznacza konieczność dopasowania stanowisk i szkoleń do potencjału osób wchodzących na rynek pracy jak i tych powyżej 60 roku życia.
3) cyfrowe innowacje zmieniają bankowość, doświadczenie klienta i poprawiają efektywność branży. Użycie nowych technologii takich jak druk 3D pomoże instytucjom usprawnić procesy. Dla banków oznacza to przedefiniowanie ról, które mogą odgrywać ludzie i maszyny.
4) konkurencja o talenty staje się coraz bardziej zaciekła. Coraz większa samodzielność pracowników sprawia, że zmienia się rodzaj pracy, który może ich motywować. Banki muszą znaleźć równowagę między zatrudnianiem coraz droższych specjalistów a rekrutacją pracowników z szerszego grona i utrzymaniem ich.
Pokolenie Y
Banki muszą zrozumieć oczekiwania nowego pokolenia pracowników. Do 2025 roku aż 72% pracowników będą stanowić przedstawiciele pokolenia Y. Są to osoby, które urodziły się w latach 1981-2000. Zrozumienie potrzeb tej generacji będzie kluczowe dla banków. Niektóre instytucje finansowe już wprowadzają programy lifestylowe dla pracowników. Pokolenie Y wyróżnia się większą mobilnością i skłonnością do zmiany pracy w sytuacji, gdy pracodawca nie zapewnia im wystarczająco atrakcyjnego wynagrodzenia, możliwości rozwoju albo dostatecznej elastyczności. Millenialsi na co dzień korzystają z internetu i urządzeń mobilnych a media społecznościowe są nieodłączną częścią ich życia. Jest to pokolenie najbardziej zaawansowane technologicznie. Z jednej strony jest bardziej przedsiębiorcze i łatwiej się adoptuje do nowych warunków, z drugiej, trudniej współpracuje w grupie i często brakuje mu odpowiedniego doświadczenia. Zadaniem banków jest odpowiednie zarządzanie talentami i kompetencjami, tak, by ewentualne braki w umiejętnościach nie przełożyły się na jakość świadczonych usług.
Równowaga między automatyzacją a kontaktem bezpośrednim
Postęp technologiczny spowoduje, że część stanowisk zniknie. Z kolei pracownicy sprzedaży coraz częściej będą korzystać z tabletów czy aplikacji przy obsłudze klientów. Wzrośnie liczba etatów dla osób wprowadzających nowe technologie. Aż 47% zawodów w gospodarkach rozwiniętych w najbliższych 20 latach może zostać zautomatyzowana. Banki muszą przemyśleć, w jaki sposób zrównoważyć udział nowych technologii i czynnika ludzkiego. Obecnie największe nakłady inwestycyjne są skierowane na automatyzację procesów, które do tej pory były domeną pracowników. Ma to na celu poprawę efektywności i jakości oraz redukcję kosztów przede wszystkim w obszarze bankowości elektronicznej. Technologia jest także narzędziem poprawy produktywności. W przypadku takich transakcji, jak np. zakup produktów inwestycyjnych, bezpośredni kontakt z przedstawicielem instytucji finansowej nadal jest istotny. Wyposażenie doradcy w tablety pozwala na skrócenie procesu sprzedaży i ograniczenie liczby papierowych dokumentów.
Automatyzacja zaczyna przenikać obszary do tej pory zarezerwowane dla relacji międzyludzkich jak np. wealth management. W Azji jeden z banków wprowadził platformy elektroniczne oparte o algorytmy, które doradzają osobom z majątkiem na poziomie 1 mln USD. Inna firma zaproponowała robota, który był w stanie wyczuwać emocje klienta i mówił 19 językami. Banki powinny powołać grupy robocze składające się z osób z HR i działów technologicznych by wskazać, które obszary powinny zostać zautomatyzowane, a które powinny zostać w gestii pracowników. Działy, które wymagają zdolności interpersonalnych to dział analiz, call-center a także obsługa zamożnych klientów. W kolejnych latach zatrudnienie w bankach na pewno znajdą pracownicy IT – zarówno ci zajmujący się sztuczną inteligencją, jak i programiści.
Rośnie znaczenie różnorodności
O sukcesie banków będą świadczyć pracownicy o bardzo różnych kompetencjach i z różnym doświadczeniem, którzy będą w stanie wykreować innowacje. Instytucje finansowe powinny się na to otworzyć. – Obecnie, w znacznej większości zarządów i rad nadzorczych, przeważają mężczyźni. Tymczasem wiele badań wskazuje, że rady nadzorcze, w których udział kobiet jest wyższy, lepiej pracują. W zróżnicowanych zespołach reprezentowane są różne punkty widzenia. Bardziej zrównoważone pod względem płci zarządy oznaczają również lepszy ład korporacyjny i wyższy poziom przestrzegania norm etycznych, co ma wpływ na wyniki spółki. Zgodnie z szacunkami, globalnie kobiety kontrolują około 70% wydatków gospodarstw domowych na dobra konsumpcyjne. Wydaje się więc oczywiste, że im więcej kobiet na stanowiskach decyzyjnych, tym dokładniejszy ogląd ekonomicznych zachowań konsumentów, a w efekcie produkty lepiej dopasowane do ich potrzeb – mówi Iwona Kozera. Korzyści z różnorodności nie dotyczą tylko najwyższych stanowisk. Zespoły transakcyjne, w których jest więcej kobiet niż mężczyzn w dłuższej perspektywie finansowej generują lepsze wyniki. Sektor bankowy nie odzwierciedla różnorodności w obszarze płci, pochodzenia i doświadczenia.

W poszukiwaniu talentów
Banki muszą zadbać o utrzymanie zaangażowania pracowników od momentu rekrutacji, do opuszczenia firmy. W 2007 roku co trzeci absolwent jednej z najlepszych szkół biznesu na świecie, amerykańskiej Wharton School rozpoczynał pracę w banku, w 2005 roku już tylko co piąty. Oznacza to, że banki muszą otworzyć się na nowe uczelnie i kierunki, a w niektórych przypadkach także być może zrezygnować z wymogu wyższego wykształcenia. Instytucje finansowe będą potrzebowały coraz więcej informatyków. Ci zwykle chętniej aplikują do firm technologicznych niż do banków. Instytucje finansowe muszą dopasować swoją ofertę pracy do oczekiwań różnych pokoleń. Bardziej doświadczeni pracownicy zwykle lepiej sprawdzają się w doradzaniu klientom, ale gorzej radzą sobie z nowinkami technologicznymi. Z kolei pokolenie Y bardzo sprawnie porusza się w obszarze nowych rozwiązań technologicznych, za to często nie dysponuje wystarczającą wiedzą i doświadczeniem, żeby służyć pomocom klientom. Zadaniem banków jest odpowiednie wykorzystanie dostępnych kompetencji w ramach różnorodnych zespołów.
Nowe zasady delegowania pracowników za granicę i przyjmowania ich w Polsce to więcej obowiązków dla pracodawców
Ważna zmiana dla firm, które wysyłają pracowników za granicę. Od 18 czerwca br. zaczynają obowiązywać nowe przepisy dotyczące pracowników delegowanych, czyli osób wykonujących pracę w innym kraju Unii Europejskiej niż kraj ich zatrudnienia. Właściwe organy będą mogły zbadać czy przedsiębiorstwo prowadzi znaczącą działalność w państwie siedziby oraz czy delegowanie pracownika ma charakter tymczasowy. Nowe przepisy dotyczą wszystkich branż. Pracodawcy będą zmuszeni do przechowywania dokumentacji dotyczącej delegowania oraz ustanowienia osoby przeznaczonej do kontaktu z właściwymi organami państwa przyjmującego. Dodatkowo są zobowiązani do składania oświadczenia umożliwiającego przeprowadzenie kontroli.
– Według nowych przepisów pracodawcy będą zmuszeni do obowiązkowego przechowywania dokumentacji dotyczącej delegowania oraz ustanowienia osoby przeznaczonej do kontaktu z właściwymi organami państwa przyjmującego, a także składania oświadczenia właściwemu organowi umożliwiającego przeprowadzenie kontroli sytuacji faktycznej – mówi dr Karol Raźniewski, Dyrektor w Zespole People Advisory Services w Dziale Doradztwa Podatkowego EY.
Delegowanie w praktyce oznacza wysyłanie pracowników o kluczowych kompetencjach lub wymaganym potencjale rozwojowym do wykonywania określonych zadań w pewnym okresie czasu poza granicami kraju, w którym pracownik świadczy pracę w danym momencie. Pracowników delegują m.in. firmy farmaceutyczne, finansowe, budowlane czy doradcze.
– Cele, dla których pracodawcy delegują pracowników są różne, od udziału w konkretnych projektach (zasilenie danego zespołu w osoby o pożądanej wiedzy i kompetencjach niezbędnych przy danych projektach), poprzez cele rozwojowe, tj. podniesienie kwalifikacji pracowników, przygotowanie do nowej roli po powrocie pracownika z oddelegowania (awans), nauka standardów globalnych w firmie, jak również szkolenie pracowników, transfer wiedzy od pracowników z jednego kraju do drugiego. Celem może być również rozwój danego biznesu za granicą – tłumaczy Marek Jarocki, Dyrektor w Zespole People Advisory Services w Dziale Doradztwa Podatkowego EY.
Wprowadzenie ustawy o delegowaniu pracowników w ramach świadczenia usług jest efektem implementacji Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/67/UE w sprawie egzekwowania dyrektywy 96/71/WE dotyczącej delegowania pracowników w ramach świadczenia usług.
Nowe warunki delegowania
Decyzja o wprowadzeniu tej dyrektywy ma na celu uszczegółowienie zasad delegowania pracowników oraz ustanowienie jednolitych elementów, które ułatwiają na unijnym szczeblu wspólną interpretację, zapobiegającą nadużywaniu i obchodzeniu obowiązujących przepisów. – Dotychczas obowiązująca dyrektywa (nr 96/71/WE) została uchwalona w 1996 r. i zawierała dość ogólne zapisy, stwarzając pole do niedomówień. Nowe prawo ma zapewnić większą ochronę praw pracowników. Umożliwi także państwom członkowskim weryfikację firm delegujących, ale w taki sposób, że nie będzie ona zagrażała swobodzie świadczenia usług w Unii Europejskiej – mówi Marek Jarocki.
Najważniejsza dla pracodawców zmiana oznacza wprowadzenie mechanizmów, które umożliwią właściwym organom badanie czy przedsiębiorstwo, które deleguje pracownika, rzeczywiście prowadzi znaczącą działalność w państwie siedziby oraz czy delegowanie pracownika ma charakter tymczasowy.
Określając prowadzenie „znaczącej” działalności, będą brane pod uwagę m.in. takie elementy jak lokalizacja pomieszczeń biurowych, państwo, gdzie opłacane są podatki i składki ubezpieczeniowe, miejsce zatrudnienia personelu administracyjnego, liczba wykonanych umów lub wielkość obrotu uzyskanego w państwie członkowskim, z uwzględnieniem szczególnej sytuacji nowo powstałych firm i sektora małych i średnich przedsiębiorstw.
– Zgodnie z nowymi przepisami, brak spełnienia jednego lub większej liczby elementów faktycznych delegowania, nie będzie oznaczał automatycznie, że dany przypadek nie stanowi delegowania. Ocena tych elementów dostosowana jest do konkretnych przypadków, uwzględniając specyfikę danej sytuacji – mówi dr Karol Raźniewski.

Co się stanie, kiedy stosunek nie zostanie uznany za delegowanie
W przypadku, kiedy dany stosunek pracy nie zostanie zakwalifikowany jako delegowanie, pracodawca może zostać zobowiązany do pełnego stosowania regulacji ochronnych w odniesieniu do pracownika, takich, które obowiązują w państwie przyjmującym – co znacząco może ograniczyć korzyści płynące z delegowania. W zależności od obowiązującego w danym kraju prawa, taki pracodawca będzie mógł zostać pociągnięty do odpowiedzialności, w tym również kar pieniężnych. W przypadku Polski, uprawnienia do egzekwowania przepisów ustawy będzie miała Państwowa Inspekcja Pracy. W polskim projekcie ustawy o oddelegowaniu pracowników, w ramach świadczenia usług, ustalono karę grzywny za naruszenie przepisów o delegowaniu pracowników na oraz z terytorium Polski, która wynosi od 1 tys. do 30 tys. złotych.
– Nowe przepisy to nowe obowiązki dla pracodawców. To także zwiększenie transparentności i poprawa wymiany informacji o oddelegowaniach pomiędzy władzami różnych krajów – podsumowuje Marek Jarocki.
Panika na rynku
czerwiec 17, 2016 08:05

Wczorajszego dnia cena złota pokonała swoje 22 miesięczne maksimum, po czym z impetem powróciła. Wszystko za sprawą, a jakże Brexit-u. Czwartek był dniem chaotycznym, na samym początku nadchodzące sondaże z Wielkiej Brytanii kolejny raz wskazały na coraz większe poparcie sceptyków Unii Europejskiej.
Po opublikowaniu sondaży przez Ipsos Mori oraz Survation zaczęła się panika, każdy sprzedawał co się dało, indeksy giełdowe traciły, ryzykowane aktywa były wyprzedawane, wszyscy kierowali się w stronę bezpiecznej przystani.
Jednakże pod koniec dnia trafiła do nas informacja, że posłanka, Jo Cox została zamordowana. Posłanka ta była zaangażowana w pomoc uchodźcom oraz kampanię na rzecz pozostania WK w UE. Pojawiły się plotki o możliwym przesunięciu „Brexit-u”, dlatego też na rynek szybko powrócił optymizm.
Na wykresie dziennym po tak dużym rajdzie powinna przyjść korektą, która nie powinna zejść poniżej wsparcia 1190-1207.
Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych
Banki centralne szykują się na Brexit
Kampania w sprawie Brexitu została dzisiaj zawieszona z powodu zabójstwa brytyjskiej posłanki Jo Cox, zwolenniczki pozostania Wielkiej Brytanii w UE. Tragedia wstrząsnęła opinią publiczną, a jej skutki są na razie trudne do przewidzenia. Pojawiają się sugestie o motywach politycznych zabójstwa, ale mogą być one nieprawdziwe. W każdym razie ostatnie godziny przez referendum będą wyjątkowo nerwowe. Plotki o przesunięciu terminu glosowania z powodu morderstwa Jo Cox zostały zdementowane.
Finał tygodnia nie jest bogaty w informacje gospodarcze, ale może być interesujący chociażby z tego powodu, że na dzisiaj przypada Dzień Trzech Wiedźm, czyli termin wygasania serii kontraktów terminowych na indeksy, akcje oraz opcje. Interesująca będzie zwłaszcza ostania godzina handlu. Ciekawe, jaki wpływ na tradycyjne wyjątkowo zmienny rynek w takim dniu jak dzisiaj będzie miała perspektywa Breksitu.
Po południu głos zabierze Mario Draghi, prezes EBC. Nie wiadomo, czy w przemówieniu odniesie się do bieżących wydarzeń, ale rynki na pewno będą na to czekały. Draghi wielokrotnie komentował Brexit, ale tym razem przydałaby się konkretna informacja na temat szykowanej skoordynowanej akcji przez największe banki centralne w przypadku wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Doniesienia na ten temat krążą na rynku, ale do tej pory nie zostały potwierdzone.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Inwestorzy powracają
czerwiec 17, 2016 08:40

Inwestorzy powracają na rynek złota oraz srebra. Skupują coraz więcej jednostek w fundusze ETF. Fundusze za pozyskane środki finansowe w swoim prospekcie emisyjnym są zobligowane do nabycia fizycznego metalu szlachetnego.
Warto zauważyć, że od początku roku kapitał nieprzerwanie napływa w stronę srebra, które jest tanie. Razem z kontynuacją trendu coraz więcej osób się nim zainteresuje, zatem trend wzrostowy powinien nabrać rozpędu.

Na interwale miesięcznym została przerwana długoterminowa linia trendu spadkowego. Na dzień dzisiejszy, długoterminowym scenariuszem pozostanie kontynuacja trendu wzrostowego.
Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych
Polska Grupa Oknoplast prognozuje 600 mln zł przychodów w tym roku. Spółka spodziewa się utrzymania trendu wzrostowego na rynku okien

Aktualizacja 9:28
Jak wynika z danych zebranych przez InterConnection Consulting, w minionym roku w regionie po raz pierwszy od dłuższego czasu zanotowano ilościowy wzrost sprzedaży okien, który wyniósł 1,5 proc. Szacunki pokazują jednocześnie, że do 2019 roku utrzyma się średni roczny wzrost w okolicach 3,5 proc. Na tym tle polski Oknoplast wypada nadzwyczaj dobrze, bo w ciągu pierwszych czterech miesięcy tego roku zanotował wzrost sprzedaży na poziomie 30 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku.
– Za pierwsze cztery miesiące odnotowaliśmy sprzedaż wyższą o 30 proc. w stosunku do pierwszych czterech miesięcy zeszłego roku. Na dynamikę wzrostu największy wpływ ma koniunktura oraz nasze produkty, czyli okna Pixel i Prolux. Te nowości, które wprowadziliśmy w ostatnich latach, spowodowały tę dużą dynamikę wzrostu – mówi agencji informacyjnej Newseria Mikołaj Placek, prezes firmy Oknoplast.
Placek szacuje, że w tym roku Grupa osiągnie obrót na poziomie 600 mln zł. To wzrost o 80 mln zł w stosunku do ubiegłego roku, gdy firma miała 520 mln zł obrotu.
– W tym roku planujemy osiągnąć sprzedaż na poziomie 600 mln zł. Wzrost ten planujemy w grupie, na którą składają się trzy spółki. To nie tylko Oknoplast, lecz także Aluhaus, czyli producent okien i drzwi aluminiowych, oraz trzecia marka – firma WnD znajdująca się pod Łodzią, w Rąbieniu, działająca w segmencie ekonomicznym – mówi prezes Placek.
Grupa Oknoplast posiada 2500 salonów w Europie, i zamierza otwierać ok. 300 nowych punktów sprzedaży rocznie. Z tego 3/4 z nich ma być ulokowanych na najbardziej obiecujących rynkach, tzn. w Polsce, Niemczech, we Francji oraz Włoszech.
– W tym momencie Oknoplast wraz z marką WnD i Aluhaus ma 2500 salonów sprzedaży w całej Europie. W tym roku chcielibyśmy zwiększyć ich liczbę o około 10 proc., czyli 300 nowych. W zasadzie na wszystkich rynkach cały czas się rozwijamy. Natomiast głównymi rynkami są Polska, Niemcy, Francja i Włochy. Szacujemy, że 75 proc. z 300 salonów będą stanowić te cztery rynki – mówi prezes Oknoplastu.
Według analityków ubiegłoroczna sprzedaż okien w Polsce sięgnęła 5,6 mln sztuk. To prawie 2 proc. więcej niż przed rokiem. Głównym motorem jest rynek mieszkaniowy, który konsumuje niemal 60 proc. produkcji okien.
Eksperci podkreślają, że dynamiczny wzrost rynku wspiera niskie oprocentowanie kredytów, wzrost wynagrodzeń, lepsze funkcjonowanie rynku pracy, w tym spadek bezrobocia. Najmocniejszą grupę produktową w Polsce są okna PVC z udziałem w rynku wynoszącym 75 proc., okna drewniane stanowią 16,5 proc. sprzedaży, a metalowe 6,5 proc..
Korzystny stosunek jakości do ceny sprawia, że dominującym materiałem do produkcji okien w Polsce, Czechach i na Słowacji jest PVC, ale jego udział w rynku spada. InterConnection Consulting przewiduje, że w ciągu trzech lat segment okien PVC straci blisko 1 proc. udziałów, głównie na korzyść okien metalowych. Rynek nowego budownictwa, którego udział w 2015 roku wyniósł 56,8 proc., pozostanie dominującym segmentem rynku i ciągle będzie wzrastał. Dodatkowo domy mieszkalne mające 58 proc. udział w rynku okien i dominujące nad budynkami komercyjnymi do 2019 r. utrzymają swoją pozycję.
Brexit może spowodować osłabienie się złotego, przede wszystkim wobec euro. To oznacza wyższe raty kredytów i większe długi zagraniczne

Na wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej mogą zyskać tylko polscy eksporterzy, cała gospodarka jednak na tym straci – przekonuje Witold Orłowski z Akademia Finansów i Biznesu Vistula. Brexit może osłabić złotówkę wobec euro, dolara czy franka. Słabsza złotówka to wyższe raty kredytów dla wszystkich zadłużonych w obcych walutach, również przedsiębiorstw, to zaś mogłoby obciążyć sektor bankowy. Tania złotówka to także wzrost zagranicznych długów, a obecnie zagraniczne zadłużenie Skarbu Państwa wynosi 475 mld zł.
– Jeśli Brytyjczycy opowiedzą się za wyjściem z Unii Europejskiej, to należy się spodziewać osłabienia wielu walut, w tym złotego, i można sobie wówczas wyobrazić euro za 5 zł. Natomiast same zmiany kursu walutowego, po pierwsze, są czymś, z czym musimy się w gospodarce rynkowej liczyć. Po drugie, na każdej zmianie ktoś zyskuje, ktoś traci – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Witold Orłowski z Akademii Finansów i Biznesu Vistula.
Osłabienie waluty to dobra wiadomość dla eksporterów, którzy mogą liczyć dzięki temu na wyższe marże. To zaś powinno się przełożyć na większy eksport na koniec roku. To jednak jedyna grupa, dla której słaba złotówka oznacza zyski. Stracą importerzy, sprowadzane towary będą droższe, a przeciętny Polak odczuje to przede wszystkim na stacjach benzynowych. Wyższe koszty paliwa przekładają się na droższy transport, a koszt podwyżki najczęściej przerzucany jest na klienta.
– Droższa benzyna to oczywiście droższe wyjazdy zagraniczne i droższe importowane towary. Ogólnie konsumenci w przypadku słabszego złotego odczuliby podrożenie towarów. Mamy co prawda deflację, w związku z tym nie byłaby to może dramatyczna zmiana, ale jednak ludzie są na to bardzo wrażliwi – ocenia Orłowski.
Jak wskazuje ekspert, przy poważnym osłabieniu złotówki do euro, na poziomie ok. 5 zł, skutki mogłyby być poważniejsze. Przede wszystkim słaba złotówka uderza w posiadaczy kredytów w obcych walutach, a tych w Polsce jest dużo. To nie tylko kredytobiorcy we frankach szwajcarskich, choć wśród kredytów hipotecznych ci przeważają. Ponadto ok. 100 tys. kredytów mieszkaniowych jest rozliczanych w euro. Duża jest też wartość walutowego zadłużenia Polaków w relacji do PKB (na poziomie 10 proc.).
– Również polskie przedsiębiorstwa mają pozaciągane kredyty w walutach obcych, dlatego tym razem problem nie dotyczyłby tylko kredytów mieszkaniowych. Część tych kredytów mogłaby nie być spłacana, czyli problem mogą mieć banki. Banki mają obowiązek mieć zrównoważone bilanse, są przygotowane na zmiany kursu walutowego, natomiast jeśli efektem zmian kursu byłoby np. gwałtowne zwiększenie się udziału niespłacanych kredytów, to wtedy bilans banków się pogarsza. A jeśli banki są w kłopotach, to wszyscy musimy się składać na ich ratowanie – przekonuje ekspert.
Tania złotówka oznacza także, że rosną nasze zagraniczne długi. Polska może to mocno odczuć. Jeszcze kilka lat temu w rękach zagranicznych inwestorów znajdowało się 35 proc. Skarbu Państwa. Obecnie zagraniczne zadłużenie przekracza 475 mld złotych, co stanowi ok. 56 proc. całego długu. Przy słabszej polskiej walucie rosną koszty obsługi długu przy obecnym zadłużeniu i tak na wysokim poziomie.
– Zwiększy się też koszt wykupu obligacji, które minister finansów musi wykupić, a jeśli są w walutach obcych, to znaczy, że musi wymienić złotówki i wykupywać. Oczywiście, im wyższy będzie kurs złotego, tym więcej to będzie ministra kosztowało, to tak samo może wpłynąć negatywnie na stan finansów publicznych – tłumaczy Witold Orłowski.
Kopex musi być przygotowany do konkurowania w czasach, gdy ceny węgla spadają. To priorytet restrukturyzacji firmy

Od dołka w połowie lutego ceny węgla systematycznie rosną, ostatnio oscylując w okolicach 50 dolarów za tonę. Ceny węgla wprawdzie zmieniają się cyklicznie, ale szefostwo firmy Kopex SA przyznaje, że na ostatnie spadki cen spółka nie była przygotowana. To ma się zmienić, bo Kopex w ramach restrukturyzacji chce uelastycznić swoją strukturę kosztową.
– Cieszy nas, że ceny węgla odbiły – mówi Dariusz Pietyszuk, p.o. prezesa firmy Kopex SA. – Ale czy ta tendencja się utrzyma, czy nie, tego nie wiemy.
W 2015 r. średnia cena węgla w portach ARA wyniosła ok. 57 dol. za tonę i była niższa o blisko jedną czwartą niż rok wcześniej. Spadkowy trend w cenach węgla dla energetyki utrzymuje się od końca 2011 roku, gdy za tonę płacono blisko 120 dolarów. Ten rok nie zapowiadał się również dobrze, bo jeszcze w lutym za tonę płacono znacznie poniżej 45 dolarów.
Grupa Kopex to generalny wykonawca przedsięwzięć inwestycyjnych w górnictwie węgla kamiennego, brunatnego i rud metali nieżelaznych. Zajmuje się projektowaniem, produkcją, dostawą oraz montażem maszyn i kompletnych systemów technologicznych. W skład grupy wchodzi ponad 30 firm.
W I kwartale 2016 roku Kopex odnotował blisko 20 mln zł skonsolidowanej straty netto wobec blisko 7,5 mln zł zysku rok wcześniej. 7,44 mln zł zysku rok wcześniej podała spółka w raporcie. Skonsolidowane przychody ze sprzedaży sięgnęły 219,82 mln zł (327,41 mln zł w I kw. 2015 roku). W całym ubiegłym roku spółka miała blisko 1,1 mld zł przychodów.
– Kopex nie był przygotowany na tak niskie ceny węgla, na tak niski poziom inwestycji – mówi Pietyszuk. – Naszym priorytetem, obojętnie czy ceny węgla urosną czy nie, jest takie uelastycznienie struktury kosztowej spółki, aby była przygotowana nawet na niższe poziomy, bo nie da się uniknąć cykliczności na rynku węgla.
Przypomina, że cztery lata temu był wielki entuzjazm na rynku węgla, później sytuacja się zmieniła i w tej chwili panuje wielki pesymizm. Ale z kolei osiem lat temu też był wielki pesymizm.
Grupa przechodzi aktualnie restrukturyzację, która ma sprawić, że Kopex będzie w stanie konkurować nawet w momentach, kiedy ceny węgla spadają. Program restrukturyzacji zakłada m.in. zmianę struktury zadłużenia, redukcję zatrudnienia i sprzedaż aktywów niezwiązanych z podstawową działalnością, np. projektu kopalni.
Kopex cały czas rozgląda się także za kontraktami na rynkach zagranicznych, które już od dawna dają ponad połowę przychodów spółki. Zdaniem p.o. prezesa pomaga mu w tym to, że jest rozpoznawalną marką w branży na całym świecie. Firma działa m.in. w Australii, realizuje kontrakty w Argentynie. Jednym z kluczowych dla firmy rynków jest Rosja, gdzie górnictwo jest bardzo silne, a spółka realizuje kilka kontraktów, a także kolejne umowy z Argentyną.
– O kontrakcie w Argentynie mówimy od dawna, a perspektywy na tym rynku wyglądają bardzo dobrze – mówi Pietyszuk. Ale dodaje, że sprawy opóźniają się z powodu tamtejszego zmiany rządu I zahamowania projektu budowy elektrowni. – Teraz ta elektrownia ruszyła. W tej chwili jest na rozruchu próbnym, więc maszyny, które Kopex miał sprzedać, niedługo okażą się potrzebne – mówi Pietyszuk. Liczy też na kolejne kontrakty w Argentynie w nadchodzących latach.
Spółka szuka też inwestora. Bardzo prawdopodobne, że będzie nim firma TDJ, właściciel konkurencyjnego Famuru. TDJ złożył już do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wniosek o przejęcie Kopeksu.
Nowe technologie mogą uleczyć polską służbę zdrowia. Widoczne efekty przyniosłyby 3 mld euro przeznaczone na innowacje

Polski system opieki zdrowotnej wciąż w ogonie Europy. Według najnowszego rankingu Euro Health Consumer Index w 2015 roku pod względem poziomu leczenia wśród 35 krajów byliśmy na 34. miejscu. Polska służba zdrowia ma szansę na poprawę, ale tylko jeśli będzie oparta na inwestycjach w e-medycynę, czyli nowe technologie, odpowiednie zarządzanie i innowacje. Przykład powinniśmy brać od najlepszych, m.in. od lidera rankingu, czyli Holandii.
– Musimy mieć przede wszystkim sprawny system zarządzania. Obecny system jest krytykowany zarówno przez podmioty opieki zdrowotnej, sektor prywatny, jak i przez obywateli. Sprawny system musi być również oparty na nowych rozwiązaniach, szczególnie teleinformatycznych. Ten proces został rozpoczęty parę lat temu, ale niestety system nadal nie działa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Kwieciński, wiceminister rozwoju.
W rankingu Euro Health Consumer Index, przygotowanym przez szwedzki think tank, jesteśmy na przedostatnim miejscu wśród sklasyfikowanych 35 krajów, wyprzedzając jedynie Czarnogórę. Lepiej niż nad Wisłą jest w Albanii, Rumunii, Bułgarii czy na Węgrzech. Polska wypada najgorzej pod względem dostępu do leków i czasu oczekiwania na wizytę u lekarza czy zabiegi.
Na szczycie rankingu jest Holandia, od której, jak podkreślają eksperci, powinniśmy czerpać przykład, mimo że oba systemy się od siebie różnią.
– Nie możemy porównać tych systemów 1:1, bo mamy zupełnie inny system finansowania opieki zdrowotnej. U nas główną pozycję przyjmuje płatnik publiczny, czyli Narodowy Fundusz Zdrowia, w systemie holenderskim dominuje system ubezpieczeń prywatnych. Te systemy są więc inne, a więc i nawyki ludzi, społeczeństwa są inne. Inne jest też nastawienie personelu – mówi Izabela Marcewicz-Jendrysik, dyrektor Warszawskiego Szpitala dla Dzieci.
Holenderski system ochrony zdrowia oparty jest na partnerstwie publiczno-prywatnym. Choć zarządzany jest centralnie przez tamtejsze Ministerstwo Zdrowia, to resort nie jest jego właścicielem. Od czasu reformy z 2006 roku w tamtejszy rząd jedynie kontroluje prawidłowość działania, założenia zdrowotne, socjalne i finansowe.
Podstawą działania holenderskiego systemu jest konkurowanie towarzystw ubezpieczeniowych i świadczeniodawców o pacjenta. Tamtejszy rząd jest zobowiązany do rzetelnego przekazywania obywatelom informacji o listach oczekujących, jakości i cenach usług. Towarzystwa ubezpieczeń są za to zobligowane do oferowania wszystkich usług zgodnych z podstawowym zakresem, konkurując ceną i jakością ubezpieczeń. Obywatele Holandii płacący składki zdrowotne sami decydują, do kogo ona trafi. Udział całkowitych wydatków publicznych na zdrowie w PKB Holandii wynosi 11,1 proc., podczas gdy w Polsce jedynie ok. 4,6 proc.
W nowej perspektywie UE na poprawę sytuacji w służbie zdrowia Polska dostanie 3 mld euro. Dla przykładu Rumuni dostają ponad cztery razy mniej środków, a Węgrzy około sześciu razy mniej. Wiceminister rozwoju Jerzy Kwieciński podczas konferencji Ambasady Królestwa Niderlandów dotyczącej transformacji opieki zdrowotnej podkreślał, że Polska, wykorzystując unijne środki, musi przede wszystkim kłaść nacisk na inwestycje w informatyzację i nowoczesne rozwiązania.
– Te pieniądze pójdą na kształtowanie państwowego systemu opieki zdrowotnej, w tym na tzw. e-zdrowie, bo musimy mieć sprawne systemy informatyczne. Po drugie będziemy przeznaczali znacznie więcej pieniędzy na innowacje w zdrowiu, nie tylko na farmaceutyki, lecz także na generyki, na urządzenia telemedycznych, czyli wykorzystanie technologii teleinformatycznych w usługach medycznych. Może się to stać polską specjalnością – podkreśla Jerzy Kwieciński.
W Holandii 94 proc. społeczeństwa korzysta z internetu, z tego aż 64 proc. używa tego narzędzia, korzystając z usług zdrowotnych.
– Ważne są dwie kwestie. Po pierwsze, skoordynowana opieka zdrowotna, która jest możliwa dzięki technologii cyfrowej łączącej profilaktykę, diagnostykę, leczenie, a później rehabilitację. Po drugie, współpraca różnych środowisk: akademickich, medycznych, rządowych, samorządowych, a także firm prywatnych oraz stowarzyszeń pacjentów. Wszystkie środowiska wspólnie powinny wypracować najlepsze rozwiązania – zaznacza Tomasz Lisewski, dyrektor generalny Philips na region Europy Środkowo-Wschodniej.
Jak podkreśla, rozwiązania technologiczne mogą zwiększyć efektywność służby zdrowia poprzez obniżanie kosztów. Dzięki skoordynowanej opiece zdrowotnej, lepszej profilaktyce i diagnostyce czas przebywania w szpitalu pacjentów będzie krótszy i poprawi się jakość leczenia.
– Z punktu widzenia wykorzystania funduszy europejskich ważne jest planowanie strategiczne. Trzeba wiedzieć, czego się chce, trzeba liczyć koszty. Należy dobrze wykorzystać infrastrukturę, którą się ma, pisać mądre projekty i pamiętać o tym, że sto procent dotacji to jest potem sto procent kłopotów, ponieważ nie można jej w pełni wykorzystać. Zanim się napisze projekt i kupi nowe urządzenia, dobrze jest zbadać rynek i zobaczyć, gdzie, w jakiej odległości i ile tych urządzeń jest i jak one są obłożone, bo wtedy dopiero będą one wykorzystane w stu procentach – mówi Ewa Sosnówka-Tkaczyk, kierownik działu ds. funduszy europejskich Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.
Polacy mają złe nawyki żywieniowe i przesadzają z używkami. Resorty zdrowia i sportu będą zachęcać do zmiany stylu życia na zdrowszy
Ok. 140 mln zł w tym roku trafi na realizację celów Narodowego Programu Zdrowia, m.in. na promocję aktywności fizycznej. – Ponad 50 proc. Polaków nie podejmuje żadnej aktywności – mówi Witold Bańka, minister sportu. Resort zdrowia chce także promować zdrowe odżywianie i walczyć z używkami. Nowa ustawa antynikotynowa ma sprawić, że Polska za kilkadziesiąt lat będzie wolna od tytoniu, ale dopuszcza ona sprzedaż nowatorskich wyrobów tytoniowych.
– Nie dbamy o swoje zdrowie, mamy fatalne nawyki żywieniowe, kupujemy produkty z ogromną ilością cukru, z różnymi szkodliwymi substancjami. Stosunkowo mało wiemy, co jest zdrowe. Jemy za mało warzyw, za mało owoców, pijemy za dużo alkoholu, a 30 proc. naszego społeczeństwa niestety pali papierosy. Ogólnie powinniśmy natychmiast zmienić nasze nawyki zdrowotne, żebyśmy żyli długo i szczęśliwie – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Pinkas, wiceminister zdrowia.
Problemem jest również brak ruchu. Z badań Akademii Wychowania Fizycznego wynika, że systematycznie spada poziom aktywności fizycznej, szczególnie wśród najmłodszych. Zaledwie 20 proc. Polaków regularnie uprawia sport, a ponad połowa społeczeństwa nie podejmuje żadnej aktywności fizycznej. To jeden z powodów, dla których coraz większy odsetek dzieci i dorosłych walczy z nadwagą i otyłością.
– Na pewno jednym z głównych zadań nie tylko mojego resortu, lecz także resortów zdrowia i edukacji narodowej jest to, aby sport upowszechniać, żebyśmy zmienili mentalność w kontekście uprawiania aktywności fizycznej – mówi Witold Bańka, minister sportu i turystyki. – To jest problem cywilizacyjny, globalny. Niestety, współczesne dzieci i młodzież to pokolenie tabletów, więc musimy podejmować szeroko zakrojone działania, np. różnego rodzaju programy zachęcające do uprawiania sportu.
Jak podkreśla, Światowa Organizacja Zdrowia zaleca, aby dorośli co najmniej 150 minut w tygodniu poświęcali na umiarkowaną aktywność fizyczną lub 75 minut na intensywną. W przypadku dzieci powinna być to co najmniej godzina dziennie.
– Kluczowa jest edukacja, która powinna zostać wdrożona już na poziomie rodziny. To rodzice powinni edukować dzieci, bo one powinny zostać przyzwyczajone do odpowiednich zachowań prozdrowotnych już w domu. To z jednej strony ustrzeże nas przed wzrostem zachorowalności na choroby cywilizacyjne, a z drugiej strony może zmniejszy ich występowanie – mówi dr Rafał Stec z Kliniki Onkologii w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie.
W działania na rzecz zmiany stylu życia aktywnie włącza się również resort zdrowia, m.in. poprzez realizację Narodowego Programu Zdrowia. W tym roku przeznaczy na ten cel 140 mln zł.
– Po raz pierwszy w historii Polski jest tak, że Narodowy Program Zdrowia jest obudowany w środki finansowe, dzięki którym można kupować różne programy edukacyjne, prowadzić analizy związane z epidemiologią, z trendami epidemiologicznymi, również badania naukowe są z tym związane. Ale przede wszystkim to także mądre prowadzenie polityki dotyczącej zdrowia w sieci, w mediach społecznościowych – mówi Pinkas.
– Ważną kwestia jest też wczesne wykrywanie chorób nowotworowych, chorób układu krążenia czy układu oddechowego. Nowotwór na wczesnym etapie jest praktycznie stuprocentowo wyleczalny. Pacjent nie jest narażony na żadne trudne leczenie onkologiczne. Wystarczy pójść na to badanie: czy to będzie cytologia, czy mammografia, czy kolonoskopia – mówi dr Stec.
Celem resortu zdrowia jest też walka z nałogiem tytoniowym. Temu służyć ma nowelizowana ustawa antynikotynowa, nad którą trwają prace. Jarosław Pinkas podkreśla, że leczenie chorób odtytoniowych to koszt 140 mld zł w ciągu 10 lat.
– Ustawa jest w Sejmie, jest daleko zaawansowana. Myślimy, że sporo zmieni w Polsce. Marzymy o tym, żeby za pomocą tej ustawy doprowadzić do sytuacji, że Polska będzie za kilkadziesiąt lat wolna od tytoniu – mówi wiceminister zdrowia.
Podczas debaty „Gazety Polskiej” przyznał, że podejścia tego nie zmienia również fakt, że nowa ustawa umożliwia sprzedaż nowatorskich wyrobów tytoniowych, które mają zawierać mniejszą ilość substancji smolistych i które de facto mają być mniej szkodliwe dla zdrowia. Takie papierosy, nazywane produktami potencjalnie obniżonego ryzyka, powstały w wyniku współpracy biznesu i nauki i zostały dopuszczone do sprzedaży w kilku krajach, m.in. w Stanach Zjednoczonych czy Japonii.
– Na świecie realizowane są różne badania nad mniej szkodliwymi rozwiązaniami dla zdrowia – mówił podczas debaty Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Polska Akademia Nauk ogłosiła rozpoczęcie badań nad nowym produktem „potencjalnie obniżonego ryzyka”, który jest mniej szkodliwy niż tradycyjny papieros. Według badań udało się dzięki niemu zmniejszyć szkodliwość palenia o niemal 90 proc. To dobre rozwiązanie dla tych, którzy nie dają sobie rady z rzuceniem palenia – zatwardziałych palaczy. Te innowacje oczywiście są uruchamiane ze względów zdrowotnych, jednak realizuje je przemysł we współpracy z naukowcami.
W Polsce badania nad takim produktem koncernu Philip Morris rozpoczęła właśnie Polska Akademia Nauk. Mają one za zadanie porównać szkodliwość tradycyjnych papierosów oraz nowego wyrobu, w którym tytoń się podgrzewa, a nie spala. Podczas debaty eksperci, również lekarze, podkreślali, że jeśli badania takie udowodnią mniejszą szkodliwość palenia, powinno zostać to zakomunikowane społeczeństwu.
Nowe miejsca pracy i większa innowacyjność. Współczesna gospodarka nie może się rozwijać bez szerokopasmowego internetu

W latach 2011–2015 ilość przesyłanych danych wzrosła o 660 proc. To wymaga stałych inwestycji w internet szerokopasmowy. Dzięki środkom unijnym i inwestycjom prywatnych inwestorów na koniec 2015 roku w całym kraju było 440 tys. km, co stanowi wzrost o 65 proc. względem 2013 roku. Dalsze inwestycje są konieczne, bo zapotrzebowanie na transmisję danych będzie rosło jeszcze szybciej. – Szerokopasmowy internet to miejsca pracy, oszczędność czasu i innowacyjność – podkreśla prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.
– Współczesna gospodarka nie może poradzić sobie bez nowoczesnych technologii opartych na szerokopasmowym internecie. Internet i komunikacja elektroniczna to krwiobieg każdej gospodarki. W tej chwili, aby przyciągać inwestorów do Polski, nie wystarczy mieć wybudowanego lotniska czy dróg asfaltowych, trzeba mieć wybudowane infostrady, czyli musimy mieć wszędzie światłowód – mówi agencji Newseria Biznes Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.
Rozbudowa sieci światłowodów jest konieczna przede wszystkim ze względu na dynamicznie rosnącą transmisję danych. Jak wynika z inwentaryzacji przeprowadzonej przez UKE po 2015 roku, w ubiegłym roku wielkość transmisji wyniosła blisko 560 mld MB, podczas gdy w 2011 roku było to niecałe 74 mld MB. To wzrost o 660 proc.
– Najnowsze trendy, czyli komunikacja machine-to-machine, internet of things, to są rzeczy, które wymagają szybkich łączy, to są technologie, na podstawie których będzie działała gospodarka w każdym kraju, więc musimy budować światłowody i szybkie łącza – mówi Magdalena Gaj. – Żadna gałąź innowacyjna gospodarki nie jest w stanie powiedzieć, że jest innowacyjna, jeżeli nie posługuje się technologiami cyfrowymi. Wzrost kompetencji cyfrowych, nowe innowacyjne zawody, a więc i wzrost konkurencyjności Polski to są plusy szerokopasmowego internetu.
Od kilku lat Polska jest ogromnym placem budowy sieci światłowodowej. Dzięki środkom unijnym z perspektywy 2007–2013, czyli ok. 4 mld zł, wybudowano prawie 30 tys. km sieci szkieletowo-dystrybucyjnej. Swoim zasięgiem objęła ponad 280 tys. gospodarstw domowych. Sieci te będą wykorzystywane przez beneficjentów nowych programów do budowy sieci dostępowych, czyli do użytkownika końcowego.
– Liczba kolokacji wzrosła o ponad 150 proc., o około 60 proc. wzrosła liczba węzłów światłowodowych. To jest to, co przyniosła nam perspektywa wykorzystująca środki publiczne – mówi Magdalena Gaj. – Przy tym mamy ogromną liczbę inwestycji prywatnych, małych i średnich przedsiębiorców, ale również inwestycji operatorów kablowych czy operatorów telekomunikacyjnych w sieci światłowodowe.
Za dużą część inwestycji odpowiadają także operatorzy mobilni.
– Za każdym razem, kiedy prezes UKE przeprowadza przetarg czy aukcję na częstotliwości, nakłada stosowne zobowiązania inwestycyjne na przedsiębiorców telekomunikacyjnych. Tak było w 2013 roku po przetargu na częstotliwości z zakresu 1800 MHz, tak jest teraz po aukcji na częstotliwości 800 MHz. W związku z tym te inwestycje, które idą w tysiące wybudowanych stacji bazowych, dzieją się na naszych oczach i myślę, że możemy też to zobaczyć na naszych telefonach komórkowych – podkreśla prezes UKE.
Łącznie w Polsce jest 420 tys. km linii światłowodowych, czyli prawie 65 proc. więcej niż w 2013 roku. Ta liczba będzie w dalszym ciągu rosnąć, bo w nowej perspektywie 2014–2020 na budowę dostępu do szerokopasmowego internetu trafi 1 mld euro z programu operacyjnego Polska Cyfrowa. Jego celem jest m.in. zwiększenie pokrycia Polski zasięgiem sieci szerokopasmowych.
– Do 2020 roku będ budowane sieci dostępowe, czyli już do końcowego użytkownika. Duży nacisk będziemy kładli na podłączanie placówek oświatowych i placówek służby zdrowia. Będziemy mieć też dalsze inwestycje przedsiębiorców prywatnych. Decyzje regulacyjne, które będą podejmowane przez prezesa UKE będą też służyły temu, żeby przedsiębiorców zachęcić do inwestycji prywatnych – zapowiada Magdalena Gaj.
Realizacja POPC zbliży Polskę do osiągnięcia celów Europejskiej Agendy Cyfrowej. Zakłada ona, że do 2020 roku każde gospodarstwo domowe będzie miało dostęp do łącza o przepustowości co najmniej 30 Mb/s, a co drugie – 100 Mb/s.
– Nie ma pytania, czy wypełnimy, czy nie wypełnimy celów Europejskiej Agendy Cyfrowej. My po prostu musimy je wypełnić i nie dla tego dokumentu, tylko dla siebie samych – mówi Magdalena Gaj.
O pobudzaniu inwestycji w sieci szerokopasmowe rozmawiali uczestnicy zorganizowanego przez UKE Krajowego Forum Szerokopasmowego, które odbyło się w czwartek 16 czerwca w Warszawie.
Modernizacja budynków przynosi znaczne oszczędności energii. Samorządy coraz częściej decydują się na takie projekty we współpracy w prywatnymi inwestorami

Efektywne zarządzanie zużyciem energii pozwala na znaczne oszczędności. Samorządy coraz częściej dostrzegają korzyści płynące z modernizacji energetycznej i decydują się na realizację projektów w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Kilkanaście z nich zostało zrealizowanych z firmą Siemens. Do września ma zakończyć się modernizacja energetyczna 28 budynków w Płocku, która pozwoli zmniejszyć zużycie energii cieplnej ponad 25 proc., a elektrycznej o blisko 33 proc.
– Najnowszym przykładem współpracy w obszarze efektywności energetycznej jest realizowany obecnie projekt partnerstwa publiczno-prywatnego dla Płocka. To ponad 20 obiektów oświatowych oraz również w części urząd miasta. Mamy ambitny plan, żeby skończyć realizację jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego – mówi agencji Newseria Biznes Marek Tobiacelli, dyrektor działu efektywności energetycznej w Siemens Polska.
Jak wskazuje GUS, w Polsce efektywność energetyczna stopniowo się poprawia (w latach 1996–2013 energochłonność polskiej gospodarki zmniejszyła się o ponad 50 proc.). Wciąż jednak jest wedle szacunków byłego resortu gospodarki dwukrotnie niższa niż średnia unijna i trzykrotnie niższa niż w najbardziej rozwiniętych krajach.
Jak pokazują doświadczenia Europy Zachodniej, wyższe oszczędności w zużyciu energii gwarantują projekty w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Współpraca w tej formule zakłada, że znaczna część wynagrodzenia partnera prywatnego będzie pochodzić z oszczędności wygenerowanych przez działania termomodernizacyjne. Samorządy nie muszą więc zabezpieczać kwot potrzebnych na wynagrodzenie inwestora w pełnej wysokości. Dlatego też, jak przekonuje ekspert Siemensa, samorządów i organizacji państwowych nie trzeba przekonywać do inwestycji w ramach PPP, konieczne jest jednak wsparcie prawne.
– Finansujemy całe przedsięwzięcie, partner publiczny może mieć wszystkie środki od nas i spłacać je ratalnie wraz z osiąganiem efektów. Może też włączyć w to środki, np. pomocowe unijne – zaznacza Tobiacelli. – Płock jest naszym dwunastym projektem. Mamy też wiele innych, które są realizowane w innych formach współpracy, nie w ramach PPP.
Zawarta w listopadzie umowa między władzami Płocka a Siemensem obejmuje 14 szkół, 7 przedszkoli, żłobek, basen oraz budynek urzędu miasta. Siemens wykonuje prace termomodernizacyjne, modernizację instalacji centralnego ogrzewania, oświetlenia wewnętrznego i zewnętrznego w oparciu o oprawy LED, trzech kotłowni oraz instalację paneli fotowoltaicznych na basenie, montaż pompy ciepła oraz wdrożenie systemu zarządzania energią.
– W Płocku zastosowaliśmy systemy pomieszczeniowe, w związku z tym, uzgadniając tryb działania danej szkoły, zajęcie pomieszczeń, możemy regulować temperaturę, co przynosi bardzo dobre efekty. Mamy też niewiele elementów typowo budowlanych – ocieplenie czy wymianę okien. Stosujemy też nowatorskie rozwiązanie, które umożliwi sterowanie oświetleniem bez przebudowy instalacji elektrycznej – wymienia ekspert Siemensa.
Jak wskazuje Tobiacelli, w każdym projekcie stosowane są inne rozwiązania, optymalne dla danego budynku. Analizuje się, jakie oszczędności może dać zastosowanie określonej innowacji. Siemens zagwarantował, że w Płocku średnie zużycie energii elektrycznej będzie niższe o blisko 33 proc., a energii cieplnej o ponad 25 proc. Ma być to możliwe dzięki zastosowaniu systemów sterowania temperaturą pomieszczeń. Monitoring i zarządzanie energią mają być prowadzone zdalnie z centrum zarządzania energią.
– Etap uzyskiwania oszczędności jest wieloletni. W przypadku Płocka będzie trwać 17 lat. W tym okresie musimy spełnić gwarancję oszczędności pod rygorem wysokich kar. Wiąże się to oczywiście nie tylko z zarządzaniem energią z użyciem naszego centrum zarządzania zdalnych połączeń, lecz także z zapewnieniem działania całego sprzętu w pełnym okresie. To swoista gwarancja, której partner prywatny udziela partnerowi publicznemu – tłumaczy dyrektor działu efektywności energetycznej w Siemens Polska.
Modernizacja budynków publicznych w Płocku to kolejny projekt realizowany przez Siemens w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. W całej Polsce zdalny system internetowy zarządzania zużyciem energii obejmuje ponad 200 obiektów użyteczności publicznej, m.in. w Sosnowcu, Rudzie Śląskiej, Bytomiu, Radzionkowie, Wołowie, Kluczborku i Karczewie. Samorządy coraz częściej dostrzegają korzyści płynące z projektów efektywności energetycznej i oszczędności, jakie mogą one przynieść, zwłaszcza że budynki pochłaniają nawet 40 proc. finalnej energii. Takie działania są też dostrzegane i doceniane przez instytucje międzynarodowe. Projekt w Sosnowcu zyskał uznanie Berlińskiej Agencji Energii i Komisji Europejskiej, które przyznały mu nagrodę European Energy Service Project 2015. Najbardziej ekologiczna i najtańsza jest ta energia, której nie zużyjemy.
– Opóźnienie nowelizacji ustawy o zamówieniach publicznych i przedłużające się prace nad regulaminami związanymi z dystrybucją środków unijnych przez jednostki zarządzające wstrzymują nowe projekty. Mamy pojedyncze przykłady współpracy ze Skarbem Państwa. Sąd w Nowym Sączu jest pierwszym takim projektem i z deklaracji Ministerstwa Rozwoju domyślam się, że te projekty będą powstawać teraz w większej liczbie – ocenia Marek Tobiacelli.
W przypadku Brexitu cena złota może przekroczyć 1400 dol. za uncję

Notowania złota najbardziej zależą obecnie od wyników referendum w Wielkiej Brytanii oraz wniosków Rezerwy Federalnej z oceny kondycji gospodarki Stanów Zjednoczonych. Zdaniem Pawła Żuka z Mennicy Złota w przypadku brexitu cena kruszcu może wzrosnąć nawet o blisko 10 proc. i przekroczyć poziom 1400 dol. za uncję.
– W przypadku brexitu spodziewałbym się wzrostu ceny złota nawet do 1400 dol. za uncję – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Żuk, główny analityk w firmie Mennica Złota. – Ale i tak same czynniki techniczne i sytuacja makroekonomiczna, dość drastyczny spadek rentowności obligacji w ostatnim czasie, a także kłopoty tradycyjnych parkietów spokojnie powinny przełożyć się na to, że w czasie wakacji zobaczymy cenę powyżej 1300 dol.
Głównie na skutek obaw o kondycję światowej gospodarki notowania złotego kruszcu od początku roku wzrosły o ponad jedną piątą. Po koniec grudnia za jedną uncję złota płacili około 1050 dol. Obecnie jej cena zbliża się do 1300 dol. Notowania tego metalu szlachetnego bardzo silnie związane są z kondycją waluty amerykańskiej.
– Ostatnie odbicie z poziomu około 1200 dol. zawdzięczamy głównie fatalnemu raportowi z amerykańskiego rynku pracy za maj – tłumaczy Paweł Żuk. – Poważnie zachwiał on możliwością podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych już w terminie czerwcowym, do której byliśmy przygotowywani od początku roku.
Notowania złota podczas wakacji zdaniem analityka Mennicy Złota będą zależały przede wszystkim od wyniku brytyjskiego referendum w sprawie ewentualnego brexitu oraz dalszych losów amerykańskiej gospodarki.
We środę Federalny Komitet Otwartego Rynku Stanów Zjednoczonych pozostawił stopy procentowe bez zmian (główna została utrzymana na poziomie 0,25 do 0,5 proc.). Polityka Fed została określona jako akomodacyjna (dostosowywanie podaży pieniądza do nominalnego popytu). Rezerwa czeka z podwyżką na poprawę na rynku pracy i oczekuje powrotu inflacji do poziomu 2 proc.
Członkowie Fedu podtrzymali jednak plan dwóch obniżek stop w tym roku. Nie zapowiedziano jednak ich dokładnych terminów, ale inwestorzy są niemal pewni, że pierwsza nastąpi w przyszłym miesiącu. Zależy to jednak od rozwoju wypadków na rynkach finansowych po referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w UE. Dalsze opóźnienie podwyżki stóp procentowych zdaniem Pawła Żuka osłabiłoby dolara i wzmocniło wycenę kruszcu.
Według banku HSBC, jednego z największych holdingów finansowych świata, jeżeli Brytyjczycy zagłosują za opuszczeniem UE, to cena złota może przekroczyć poziom 1400 dol. za uncję. Jak napisali specjaliści tej instytucji w swojej ostatniej analizie (połowa czerwca.), aprecjacja może się nasilić, jeżeli po referendum pojawią się wątpliwości dotyczące kierunku, w którym podąży Wspólnota po odłączeniu się Wielkiej Brytanii. Kruszec może także dodatkowo skorzystać na oporze inwestorów przed lokowaniem kapitałów w brytyjskich funtach, które będą wtedy tracić, czy nawet euro (także zagrożona spadkiem wartości w przypadku brexitu waluta).
– Dla krajowych inwestorów atrakcyjne są poziomy w okolicach 1300 dol. – ocenia Paweł Żuk. – W ostatnim roku, osiemnastu miesiącach, zarabiali oni nie tyle na samej zwyżce notowań metalu, ile na wzroście notowań dolara względem złotego. Polski inwestor musi jednak brać pod uwagę dwa kluczowe czynniki: wycenę szlachetnego kruszcu w dolarze i mnożnik w postaci kursu złotego wobec amerykańskiej waluty.
Ale cena złota w szczytowym momencie kryzysu finansowego, jak przypomina Paweł Żuk, przekraczała nawet 6000 zł za uncje.
– Obecnie jesteśmy zdecydowanie poniżej dolarowych poziomów z tamtego czasu, gdy złoto było wycenione nawet na 1800 dol. – zauważa Paweł Żuk. – Obecnie mamy 1280 dol. Po przeliczeniu na złotówki jest to ponad 5 tys. zł.
Wymiana walut online staje się coraz popularniejsza. W tym roku wartość rynku może wzrosnąć nawet do 40 mld zł

Szacuje się, że wartość obrotów w internetowych kantorach wyniosła w 2015 roku blisko 30 mld zł. Branża rosła w tempie ponad 20 proc. Choć w tym roku dynamika może być nieco mniejsza, to przedstawiciele branży szacują wzrost do poziomu 35–40 mld zł. – Spready na walucie są nieporównywalne do tych oferowanych przez kantory stacjonarne i banki, a dodatkowo wymiana online jest prosta i przyjemna – przekonuje Michał Hojowski z Rkantor.com.
– Rynek wymiany walut online jest dzisiaj wyceniany na ok. 30 mld zł obrotu. Rośnie w tempie 20 proc. rocznie. To bardzo dynamicznie rozwijający się rynek, przede wszystkim dlatego, że logowanie i wejście do systemu jest bardzo proste. W naszym rozwiązaniu kładziemy nacisk na dużą transparentność – klient zawsze widzi kursy, czyli ma de facto dostęp do rynku międzybankowego – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Hojowski, prezes zarządu Raiffeisen Solutions, spółki właściciela Rkantor.com.
Na rynku działa ok. 50 kantorów internetowych, a ich liczba stale rośnie. Serwisy internetowej wymiany walut działają w Polsce od kilku lat, a szacuje się, że korzysta z nich nawet 0,5 mln osób. Wartość rynku w tym roku może sięgnąć 35–38 mld zł, potencjał jest jednak znacznie większy. Według przedstawicieli serwisów Internetowykantor.pl i Walutomat, cytowanych w raporcie Interaktywnie.com, w e-kantorach Polacy wymieniają 20 proc. tego, co w tradycyjnych kantorach.
Ze względu na zbliżający się sezon wakacyjny kantory internetowe spodziewają się wzmożonego ruchu w serwisach.
– Turystom opłaca się wymieniać walutę w kantorach internetowych z dwóch powodów. Po pierwsze, wymiana jest prosta, łatwa i przyjemna. Wszystko dzieje się w sferze online. Do założenia profilu i loginu w kantorach internetowych wystarczy 10 minut, dowód osobisty i właściwie otrzymujemy dostęp do subkont w wielu walutach za darmo i możliwości zakupu waluty po bardzo dobrych cenach. Po drugie właśnie cena jest atrakcyjna – podkreśla Hojowski.
Kursy w kantorze internetowym aktualizowane są co 15 sekund. Można poczekać na odpowiedni moment, a walutę kupić, gdy kurs będzie najbardziej korzystny. Przede wszystkim jednak przewagą e-kantorów są znacznie niższe marże. Średni spread na czterech najważniejszych walutach (dolar, euro, funt i frank szwajcarski) w internetowych kantorach nie przekracza 1 proc., w kantorach tradycyjnych często sięga 2 proc. Nieporównywalnie droższa jest wymiana walut w bankach, gdzie spread przekracza 6 proc.
Rkantor.com, należący do Grupy Raiffeisen, ruszył pod koniec 2015 roku. Wśród głównych użytkowników serwisu są nie tylko turyści, lecz także osoby spłacające kredyty walutowe, pracujące poza granicami kraju oraz małe i średnie firmy.


