Easy Forex: Bankructwo Grecji zostanie odroczone. Porozumienie nie rozwiąże jednak problemów tego kraju

CEO Magazyn Polska

Po ewentualnym bankructwie i powrocie do drachmy Grecja potrzebowałaby 2-3 lata, by wrócić do równowagi i normalnie funkcjonować na europejskich rynkach finansowych – ocenia Andrzej Kiedrowicz z Easy Forex. Jego zdaniem jednak do ogłoszenia niewypłacalności tego kraju na razie nie dojdzie i rozmowy w ostatniej chwili doprowadzą do porozumienia, które obu stronom da więcej czasu.

Minister finansów Grecji trochę działa tak, jakby w samotności mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Kiedrowicz, dyrektor polskiego oddziału Easy Forex.  Przedstawia te drastyczne cięcia fiskalne, reformy emerytalne, cięcia podatków, nie do końca porozumiewając się ze swoją partią, czyli Syrizą. Bardziej konserwatywna część partii jest przeciwko nowym propozycjom greckim.

Do końca czerwca Grecja musi oddać Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu 1,6 mld euro. Mogłaby jednocześnie liczyć na 7 mld euro nowej pożyczki, jednak tę wierzyciele uzależniają od zaakceptowania przez Ateny programu reform oszczędnościowych. Problem w tym, że na jego wdrożenie nie ma ochoty parlamentarna większość stojąca za obecnym greckim rządem.

Nawet, jeśli parlament przegłosowałby to porozumienie, to trzeba płacić kolejne transze, odsetki z wcześniej zaciągniętych pożyczek, a cały czas kasa jest pusta zwraca uwagę Andrzej Kiedrowicz. Tutaj rozwiązaniem tego problemu byłoby na pewno umorzenie części greckiego długu. Natomiast pojawia się pytanie, czy wierzyciele będą skłonni pójść aż na tak dalekie ustępstwa, gdyż już wcześniej część greckiego długu została umorzona.

Obecnie w ocenie dyrektora polskiego oddziału Easy Forex kraj ten może liczyć na 10-20-proc. redukcję zadłużenia, co tylko o kilka miesięcy przesunie w czasie problem Grecji. Bankructwo wydaje się zdrowszym rozwiązaniem. Tym bardziej że Grecja znajdzie się w innej sytuacji niż Argentyna, która po upadku do równowagi dochodziła 10 lat.

W przypadku Grecji może odbywałoby się to w trochę krótszym okresie, gdyż Grecja jest mimo wszystko w Unii Europejskiej, ma solidnych partnerów handlowych. Więc nawet w przypadku bankructwa i wprowadzenia z powrotem drachmy na pewno europejskie gospodarki chciałyby w jakiś sposób pomóc Grecji wyjść z tego dołka. Wydaje mi się, że w ciągu 2-3 lat Grecja zaczęłaby znowu normalnie funkcjonować na europejskich rynkach finansowych.

Na razie jednak analitycy spodziewają się raczej jakiegoś kompromisu.

To będzie kolejne porozumienie, które będzie tylko przenosić w czasie problemy, czyli to ostre zadłużenie Grecji, ponieważ długi trzeba będzie kiedyś spłacić, kolejne transze pożyczki pomogą tutaj tylko w krótkim okresie uważa Andrzej Kiedrowicz z Easy Forex. Grecja i tak już bardzo mocno zaciska pasa i w końcu mogą się skończyć te możliwości. Natomiast prawdopodobnie do końca czerwca to porozumienie uda się jednak osiągnąć.

Polskie fabryki motoryzacyjne biją eksportowe rekordy. Ich zagraniczna sprzedaż w 2015 roku może być najwyższa w historii

CEO Magazyn Polska

Wartość polskiego eksportu motoryzacyjnego może w tym roku po raz pierwszy w historii przekroczyć 20 mld euro ocenia firma analityczna i consultingowa AutomotiveSuppliers.pl. Na tak dobre perspektywy wskazują rekordowe wyniki marca, gdy polski fabryki sprzedały za granicą samochody i części warte 1,97 mld euro.

Po trzech miesiącach tego roku eksport polskiego przemysłu motoryzacyjnego przekroczył 5 mld euro i był większy o 14 proc., porównując z analogicznym okresem w 2014 roku. W samym marcu wynik był jeszcze lepszy, bowiem eksport samochodów i części był o 16,8 proc. wyższy niż rok wcześniej.

– Tylko w marcu zanotowaliśmy 2 mld euro wyeksportowanych produktów motoryzacyjnych, co jest najwyższą wartością w historii mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Orłowski z AutomotiveSuppliers.pl. Najwięcej eksportujemy części i komponentów, ponad 800 mln euro także w marcu, to nowy rekord w eksporcie samych części i komponentów.

O tak znaczącym wzroście w marcu zdecydowała wyższa o ponad 1/5 dynamika eksportu do krajów Unii Europejskiej. Najbardziej, bo o ponad 56 proc., wzrosła sprzedaż do Wielkiej Brytanii, która odbiera ponad 10 proc. polskich wyrobów motoryzacyjnych. Eksport do Niemiec wzrósł o ponad 12,6 proc.

Dla nas największym rynkiem nadal pozostaje rynek niemiecki zaznacza Rafał Orłowski O ile w tym rynku ogólnym, łączonym spośród kilku grup, jest to około 30 proc., o tyle w przypadku części i komponentów mówimy tutaj o wartości aż 40 proc.

Od początku 2015 roku eksport polskiego przemysłu motoryzacyjnego systematycznie rośnie. W styczniu o blisko 12 proc., w lutym o 13 proc. a w marcu o prawie 17 proc. W zeszłym roku polskie fabryki motoryzacyjne sprzedały za granicą samochody i części warte ok. 19 mld euro. W tym wynik powinien być jeszcze lepszy.

Na pewno będziemy ustanawiali nowe rekordy w każdej wartości, zarówno pod względem obrotu, sprzedaży, zatrudnienia, jak i eksportu ocenia ekspert AutomotiveSuppliers.pl. Zakładamy m.in. to, że po raz pierwszy wartość eksportu przemysłu motoryzacyjnego z naszego kraju przekroczy 20 mld euro w skali całego roku.

Grupa Casus Finanse i PiLab łączą siły

0

Najcenniejszym zasobem w branży windykacyjnej są dane, a dokładniej umiejętność ich analizy. W tej chwili Casus Finanse korzysta z kilku autorskich systemów, m.in. scoringowego, który automatycznie łączy konsultantów z numerami telefonów oraz transakcyjnego, służącego do obsługi windykacji, w którym znajdują się informacje na temat klientów i ich zobowiązań finansowych. Technologia spółki PiLab/BI zapewni Casus Finanse możliwość lepszej niż dotychczas kontroli ryzyka i bardziej efektywnego zarządzania bazą danych klientów z przeterminowanymi zobowiązaniami.

Dla naszych partnerów finansowych, którzy powierzają nam zarządzanie swoją bazą przeterminowanych płatności, bardzo ważna jest skuteczność w ich odzyskiwaniu. Casus Finanse na podstawie indywidualnych cech każdej sprawy dobiera dostosowany do jej specyfiki proces odzyskiwania wierzytelności, który wskazuje negocjatorom, jakie działania należy wykonać. Wyzwaniem jest przewidzenie reakcji klientów na działania – jak wiemy zachowania są zmienne w czasie. Przy wykonywaniu setek tysięcy połączeń telefonicznych tygodniowo, bardzo ważna jest optymalizacja tego procesu, czyli np. określenie, czy klienci mają więcej niż jeden numer telefonu, który telefon odbierają najczęściej, w jakich godzinach i w jakie dni – tłumaczy Sławomir Szarek, prezes Grupy Casus Finanse.

– Branża zarządzania wierzytelnościami narażona jest na obsługę portfeli, w których mogą zdarzać się nadużycia ze strony klientów. Platforma PiLab/BI, bazując na połączeniach bezpośrednich i pośrednich, pozwala szybko zidentyfikować podmioty, które mają np. ten sam numer telefonu lub ten sam adres. Dzięki temu można zbudować precyzyjne wzory działań oraz wychwycić nieprawidłowości w bazie, co przekłada się na konkretne oszczędności w obszarze odzyskiwania należności – tłumaczy Paweł Wieczyński, Prezes Zarządu PiLab SA.

Dzięki PiLab/BI będziemy w stanie przenalizować skuteczność naszych dotychczasowych działań, dzwonić do klientów w czasie dla nich odpowiednim oraz proponować optymalne rozwiązania. Wyraźnie poprawi to jakość i skuteczność naszych działań – dodaje Sławomir Szarek, prezes Grupy Casus Finanse.

W tej chwili współpraca PiLab i Casus Finanse ma charakter pilotażowy, w przyszłości system PiLab/BI może być wykorzystywany do analizowania kolejnych poziomów relacji pomiędzy danymi i skutecznego wykrywania wszelkiego typu nieprawidłowości w bazie, umożliwiając jej sprawniejszą i bardziej efektywną obsługę.

Airbus pracuje nad następcą modelu śmigłowca Caracal. To może oznaczać, że do Polski trafią przestarzałe śmigłowce

CEO Magazyn Polska

Szefowie Airbus Helicopters poinformowali podczas Międzynarodowego Salonu Lotniczego w Paryżu, że szykują następcę śmigłowca Caracal, którego chęć zakupu zgłosiła Polska. Nie wiadomo jednak, kiedy nowa maszyna miałaby pojawić się na rynku. Zdaniem majora Michała Fiszera, eksperta ds. lotnictwa, oczekiwanie na inaugurację tego modelu nie miałoby sensu, bo model o wstępnej nazwie X6 pojawi się w ofercie Airbus Helicopters najwcześniej za kilka lat. Według niego informacja ta potwierdza tylko, że zaproponowany Polsce Caracal jest starym śmigłowcem, opracowanym w II połowie lat 60., obarczonym poważnymi wadami.

Miejmy świadomość tego, że to nie jest opracowanie nowego samochodu czy nowej kreacji, tylko że ten śmigłowiec zacznie wchodzić do eksploatacji za kilkanaście lat. A wtedy to będziemy potrzebować następcę Caracala, jeżeli teraz go kupimy. W związku z tym czekanie na następcę mija się absolutnie z celem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes mjr Michał Fiszer.

MON po przetargu na 50 śmigłowców wielozadaniowych zdecydował o skierowaniu do testów modelu H225M Caracal wyprodukowanego przez Airbus Helicopters. Wypadły one pozytywnie, co oznacza, że pod koniec lata może zostać podpisana umowa offsetowa oraz umowa na zakup tych helikopterów. Według majora Fiszera była to błędna decyzja.

Błąd leży w wymaganiach przetargowych. Chcemy zastąpić postradzieckie śmigłowce niemalże identycznymi, zachodnimi, czyli takimi, które nie istnieją, ponieważ Zachód poza nielicznymi wyjątkami nie produkował nigdy śmigłowców tej klasy – mówi ekspert ds. lotnictwa. – Caracal to stary śmigłowiec, który został opracowany w II połowie lat 60. Jego konstrukcja była dość udana w owych latach, natomiast jeżeli chodzi o nasze potrzeby, to jest ona obarczona bardzo poważnymi wadami.

Major Fiszer zwraca jednak uwagę na to, że tak naprawdę Polska nie kupuje nowych śmigłowców. Maszyna dziś oferowana jako H225M Caracal pochodzi z 2000 r., a sama konstrukcja została opracowana pół wieku temu. Wywodzi się ona z modelu Aérospatiale SA 330 Puma, który został oblatany w 1965 r.

Później pojawiła się jego nowsza wersja Super Puma, a po przekształceniach własnościowych, kiedy powstała firma Eurocopter, wersję cywilną sprzedawano dalej jako Super Puma, a wersję wojskową już jako Cougar. Później Cougar otrzymał wyposażenie radioelektroniczne i inne drobne zmiany oblatanego pod nazwą Caracal. Niemniej jednak jest to taki sam stary śmigłowiec, który został opracowany w II połowie lat 60. – podkreśla mjr Fiszer.

Największą wadą Caracala według niego jest to, że jest to śmigłowiec niezdolny do pełnienia funkcji transportowych. Maszyna ta nie ma tylnej rampy, a kabina ładunkowa ma szerokość zaledwie 1,8 metra. Oznacza to, że fizycznie nie ma tam miejsca na pojazdy czy działa przeciwlotnicze, nawet jeśli wojsko znalazłoby metodę na ich załadowanie.

Major Fiszer zwraca uwagę na to, że Caracale mają zastąpić w polskim lotnictwie dwa modele produkcji radzieckiej – Mi-8 i Mi-17. Jednak w jego ocenie wymiana ta nie podniesie jakości polskiej floty powietrznej, a jedynie doprowadzi do zwiększenia udziału jednostek zachodnich kosztem radzieckich.

Wszędzie tam, gdzie państwo miało wybór  kupić śmigłowce zachodnie czy radzieckie lub później rosyjskie  wybierało te lepsze, czyli te radzieckie czy rosyjskie. Teraz my te lepsze zamieniamy na te gorsze, bo są zachodnie – krytykuje mjr Fiszer. – Jeżeli chcemy zastąpić Mi-8 i Mi-17, ponieważ potrzebujemy śmigłowca do transportu ciężkiego sprzętu dla taktycznych desantów powietrznych, to powinniśmy wybrać śmigłowiec, który ma możliwości transportu tego ciężkiego sprzętu dla desantu powietrznego.

Ekspert ds. lotnictwa podkreśla, że dużo lepszy rozwiązaniem byłoby kupienie śmigłowców AgustaWestland AW149 lub Sikorsky Black Hawk oraz dodatkowo mniejszą liczbę (np. osiem) transportowych boeingów CH-47 Chinook, wykorzystywanych przez wiele armii na całym świecie. Zauważa, że w przypadku wyboru śmigłowca AW149 byłoby to wyjątkowo łatwe, bo AgustaWestland ma licencję na produkcję Chinooków.

Rozwiązaniem byłby też zakup modelu NH90 produkowanego przez konsorcjum Airbus Helicopters, AgustaWestland i Fokkera. Fiszer zauważa, że w przetargu nikt tego modelu nie proponował w obawie przed kosztami, choć w rzeczywistości jest on znacznie tańszy niż Caracal.

Za pół roku nowe prawo upadłościowe. Poprawi ono sytuację firm i ich wierzycieli

CEO Magazyn Polska

Nowe przepisy restrukturyzacyjne mogą zapewnić przedsiębiorstwom większą szansę na gospodarcze przetrwanie. Upadłość nie musi oznaczać likwidacji firmy, możliwe będą cztery sposoby na zawarcie układu z wierzycielami. Przedsiębiorca z problemami finansowymi będzie miał możliwość wyboru najlepszej dla siebie procedury.

Nowe prawo restrukturyzacyjne, które wchodzi w życie 1 stycznia 2016 roku, niesie ze sobą fundamentalne zmiany w zakresie postępowania z niewypłacalnymi dłużnikami. Zamiast kompletnie nieefektywnego i niedziałającego postępowania upadłościowego w wersji układowej albo likwidacyjnej, będziemy mieli zupełnie osobne prawo restrukturyzacyjne. Daje ono dłużnikowi aż cztery drogi dojścia do zawarcia układu z wierzycielami – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Piotr Zimmerman, radca prawny w Kancelarii Zimmerman i Wspólnicy.

W czasie problemów finansowych przedsiębiorca będzie miał dostęp do takich procedur, które dadzą mu z jednej strony możliwość efektywnej restrukturyzacji, a z drugiej strony – zapewnią ochronę wierzycieli. Postępowanie restrukturyzacyjne będzie obejmować w zależności od stopnia zagrożenia firmy bankructwem: postępowanie o zawarcie układu, które pozwoli na porozumienie z wierzycielami bez nagłaśniania problemu, przyspieszone postępowanie układowe (do zawarcia układu będzie można dochodzić na zgromadzeniu wierzycieli), postępowania układowe (przeznaczone dla tych przedsiębiorców, którzy są na skraju niewypłacalności lub już są niewypłacalni) czy postępowanie sanacyjne (następuje restrukturyzacja zobowiązań, a dłużnik ma ograniczone możliwości zarządzania swoim majątkiem).

Największe szanse daję układowi zawieranemu w drodze samodzielnego zbierania głosów przez przedsiębiorcę. Ten zawiera umowę z nadzorcą, który będzie go wspomagał, następnie zbiera głosy od swoich wierzycieli, a gdy uzbiera ich komplet, to przedstawia układ sądowi do zatwierdzenia. To procedura bardzo szybka, łatwa, nieinwazyjna i niezwiązana z ryzykiem przekształcenia się w upadłość – ocenia ekspert.

Zmiana prawa pozwoli na zerwanie ze zbędnym formalizmem, więcej będzie też usprawnień, które w efekcie mogą pozwolić na uratowanie przedsiębiorstwa w złej sytuacji finansowej. O dalszym losie dłużnika najczęściej decydują najwięksi wierzyciele. Jeśli uda się porozumieć z nimi, to firma ma szanse normalnie funkcjonować. Na takie porozumienie, bez uruchamiania całej procedury ze wszystkimi wierzycielami, pozwala właśnie układ częściowy. To tylko jeden z elementów, jakie wprowadza ustawa.

Wprowadzona sprzedaż w upadłości, to sytuacja, gdzie przedsiębiorca znajduje chętnego na firmę, zawiera z nim wstępną umowę, a sąd, ogłaszając upadłość, zatwierdza sprzedaż. Dzięki temu w jednym dniu jest dokonana transakcję sprzedaży i ogłoszenie upadłości. Rynek nie jest zaniepokojony, przedsiębiorstwo normalnie działa pod rządami nowego nabywcy, a syndyk w upadłości zajmuje się już tylko podzieleniem otrzymanych pieniędzy – tłumaczy Zimmerman.

Jak podkreśla ekspert, rynek czekał na zmiany już od kilku lat, kiedy zaczęło się okazywać, że poprzednie przepisy, wprowadzone w 2003 roku, nie spełniają do końca swojej roli. Na nowym prawie skorzysta cały rynek, niezależnie od branży, choć ucieszy ono tych najczęściej narażonych na upadłość. Z raportu Euler Hermes wynika, że większość upadłości w maju 2015 r. dotyczyła firm zajmujących się obsługą procesów inwestycyjnych, rekrutacją czy wspierających działalność marketingowo-reklamową. W całym 2014 roku upadło w Polsce 820 firm, tendencja jest jednak spadkowa.

Na przepisy czekają też te podmioty, które obecnie nie mogą skorzystać z możliwości zawarcia układu, bo są wyjęte spod działania prawa upadłościowego. Instytucje i osoby prawne utworzone w drodze ustawy od stycznia przyszłego roku będą mogły już zawrzeć układ z wierzycielem – przekonuje radca prawny.

Część przepisów, które zaczną obowiązywać od stycznia 2016 roku, obowiązuje z powodzeniem w innych krajach. To sprawia, że ekspert pozytywnie ocenia wprowadzane zmiany, które przede wszystkim wpłyną na większą transparentność obrotu gospodarczego. Zostanie też wykształcony nowy zawód doradcy restrukturyzacyjnego.

W ustawie przewidziano mechanizmy wpływu wierzycieli na osobę syndyka, nadzorcy i zarządcy. Dzięki temu te podmioty będą pod podwójną kontrolą, po pierwsze sądu i sędziego komisarza tak jak do tej pory, a po drugie pod kontrolą rynku – wskazuje Zimmerman.

Po wprowadzeniu do ustawy o OZE zmian proponowanych przez Ministerstwo Gospodarki energetyka obywatelska stanie się nieopłacalna

CEO Magazyn Polska

Energetyka obywatelska to nie tylko tańsza energia dla gospodarstw domowych. To także większe bezpieczeństwo energetyczne kraju, ze względu na wielość rozproszonych źródeł energii. W Polsce rozwój energetyki obywatelskiej wciąż napotyka trudności administracyjne i prawne. Problemem jest m.in. projekt nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii.

Polska energetyka oparta jest obecnie na tzw. modelu scentralizowanym. Oznacza to, że większość energii produkowana jest w ponad 50 elektrowniach i elektrociepłowniach zlokalizowanych głównie na południu Polski. Z tego powodu wiele regionów kraju ma problemy z dostawami prądu. Co więcej, często na wsiach dochodzi do obniżenia napięcia, co skutkuje problemami z produkcją. Rozwiązaniem jest m.in. rozwój energetyki rozproszonej, opartej na małych, lokalnych źródłach bazujących głównie na energii odnawialnej. Zgodnie z ideą energetyki obywatelskiej każdy obywatel może sam produkować energię na własne potrzeby.

– Moglibyśmy wykorzystywać zasoby, które tak naprawdę się nie skończą, czyli energię pochodzącą z promieniowania słonecznego czy wiatru, oraz lokalnie produkowaną biomasę, dzięki temu produkcja rolna mogłaby być bardziej zdywersyfikowana i jednocześnie nie tylko produkować energię, lecz także tworzyć nowe miejsca pracy, zarówno przy konserwacji tych urządzeń, jak i przy przetwórstwie biomasy, biogazu – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Ogniewska, koordynatorka kampanii Klimat i Energia Greenpeace.

Energetyka obywatelska powinna się wiązać z oszczędnościami w budżecie domowym i większą kontrolę nad dostawami energii, powinna także zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne, i nie tylko na poziomie gospodarstw domowych. W razie awarii sieci duża ilość małych źródeł energii zabezpieczyłaby cały kraj przed odłączeniem od dostaw prądu i ciepła. Energetyka obywatelska może dotyczyć pojedynczych gospodarstw domowych, może także przybierać kształt spółek cywilnych lub spółdzielni. Jak mówi Anna Ogniewska, w Niemczech funkcjonuje obecnie prawie tysiąc tego typu spółdzielni, a prawie dwa miliony osób produkuje energię na własne potrzeby. W Polsce rozwój tego rodzaju energetyki jest poważnie utrudniony, ze względu na bariery administracyjne i prawne.

Ostatnio, po 5 latach pracy w Ministerstwie Gospodarki, udało się wreszcie przyjąć ustawę o odnawialnych źródłach energii, która i tak nie spełnia oczekiwań społecznych, jest dopiero pierwszym krokiem w kierunku rozwoju energetyki rozproszonej w Polsce. Udało się w niej wprowadzić taryfy gwarantowane, czyli stałe ceny na odbiór energii elektrycznej od właścicieli mikroinstalacji o mocy do 10 kW, takie, żeby były te instalacje choć trochę opłacalne, żeby mogły się zwrócić koszty inwestycji w tę instalację –  mówi Anna Ogniewska.

Ustawa weszła w życie 4 maja, a już w połowie tego samego miesiąca Ministerstwo Gospodarki przygotowało projekt nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii, w której zmienia na niekorzyść prosumenta zasady przyznawania wsparcia dla obywateli. W ocenie Instytutu Energii Odnawialnej wprowadzenie tych zmian do ustawy nie tylko obniży taryfy gwarantowane FiT, lecz także zwiększy koszty instalacji. W efekcie inwestycje te staną się nieopłacalne.

Aby propagować ideę energetyki obywatelskiej, powstał ruch „Więcej niż energia”, popierany m.in. przez Stowarzyszenie Gmin Przyjaznych Energii Odnawialnej, miasto Słupsk, Związek Pracodawców Forum Energetyki Odnawialnej, Stowarzyszenie ds. Rozliczania Energii i Polską Izbę Gospodarczą Energetyki Odnawialnej.

Jest coraz więcej podmiotów, które apelują do polityków, żeby przejęli rozwiązania korzystne dla rozwoju energetyki obywatelskiej w Polsce. Bo w tej chwili np. jest tak, że szkoła nie może produkować energii na własne potrzeby, ponieważ nie ma takiej kategorii w prawie. Powinno to być zmienione, powinna istnieć możliwość tworzenia spółdzielni energetycznych. Powinno być też wsparcie dla produkcji zielonego ciepła, a nie tylko tak jak w tej chwili  dla produkcji energii elektrycznej – mówi Anna Ogniewska.

Ruch „Więcej niż energia” udostępnia też petycję na swojej stronie internetowej, którą można podpisać online. Zawiera ona apel do polityków, aby wprowadzili zmiany umożliwiające rozwój energetyki obywatelskiej w Polsce.

Rynek środków ochrony roślin w ciągu 10 lat podwoił swoją wartość

CEO Magazyn Polska

W ubiegłym roku rynek środków ochrony roślin szacowano na blisko 3 mld zł. W ciągu 10 lat jego wartość się podwoiła. Środki ochrony roślin są niezbędne do produkcji wysokiej jakości żywności, a ich brak może spowodować znaczącą redukcję plonów. Wolno je jednak stosować wyłącznie według rygorystycznych zasad, stąd tak ważne są regulacje, którym podlega rynek, nie tylko na poziomie krajowym, lecz także europejskim.

Środki ochrony roślin są niezbędne dla produkcji wysokiej jakości żywności – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Anna Tuleja, dyrektor Polskiego Stowarzyszenia Ochrony Roślin (PSOR).

Podstawą uzyskiwania plonów dobrej jakości jest umożliwienie roślinom wzrostu w środowisku wolnym od chwastów i szkodników. Brak odpowiednio stosowanych środków ochrony szybko spowodowałby zainfekowanie roślin i spadek ich walorów konsumpcyjnych.

To oznacza mniej zbóż, mniej warzyw, mniej owoców i mniej przetworów, które z nich powstają. Dlatego cała branża rolna postrzega ochronę roślin jako rzecz niezbędną do tego, aby rolnik mógł dostarczyć żywność konsumentowi – tłumaczy dyrektor PSOR.

Wedle danych PSOR, gdyby ograniczyć użycie środków ochrony w Europie, plony roślin oleistych byłyby o połowę mniejsze, pszenicy i innych zbóż o 40 proc., a warzyw i owoców – o 30 proc. Szacuje się, że taka sytuacja mogłaby spowodować miliardowe straty rolników i niższe dochody Unii, a także utratę samowystarczalności żywnościowej. Zasady stosowania środków ochrony muszą jednak podlegać szczegółowym regulacjom.

Mamy ustawę na poziomie krajowym, mamy też rozporządzenie na poziomie europejskim. Rolnik jest zobowiązany przestrzegać wszystkich tych przepisów, podobnie jak producent środków ochrony roślin. Wszystko po to, żebyśmy mieli absolutną pewność, że kiedy środek ochrony roślin zostanie wyprodukowany i zastosowany zgodnie z instrukcją użytkowania, nie będzie to miało żadnego negatywnego wpływu na żywność – mówi Tuleja.

Ze względu na ochronę zdrowia regulacje prawne wymagają przestrzegania ograniczeń dotyczących pozostałości środków ochrony roślin w żywności w postaci dopuszczalnej dawka dziennej (ADI), maksymalnego poziomu pozostałości (MRL) oraz maksymalnej dawki jednorazowej (ARfD).

Poziomy pozostałości są badane przez odpowiednie inspekcje, tak że możemy mieć pewność, kupując np. jabłka na bazarze, że zawierają one tylko tę nieszkodliwą ilość środków ochrony roślin – zaznacza dyrektor PSOR.

Spośród wszystkich środków chemicznych to właśnie pestycydy podlegają najostrzejszym regulacjom prawnym. PSOR podaje, że na jeden czynny składnik zarejestrowany do obrotu rynkowego przypada ponad 139 tys. innych, które nie wyszły poza etap koncesyjno-rozwojowy. Dlatego wprowadzenie na rynek jednego środka ochrony roślin zajmuje średnio 9 lat i kosztuje ponad 200 mln euro.

Nie wyobrażam sytuacji, w której rezygnujemy z regulacji, które dotyczą dopuszczania do obrotu środków ochrony roślin. W farmacji każdy lek musi być zarejestrowany, część jest przepisywana przez lekarza na receptę i z wyszczególnieniem zasad stosowania. Podobnie jest ze środkami ochrony roślin, które również muszą być stosowane według bardzo rygorystycznych zasad – podkreśla Anna Tuleja.

W galeriach handlowych pojawiły się rabatomaty. Wspierają sprzedaż i zbierają dane o zachowaniach klientów

CEO Magazyn Polska

Interaktywne platformy dla galerii handlowych, tzw. rabatomaty, jednocześnie przekazują praktyczne wiadomości konsumentom i zbierają o nich informacje. Obecnie działają w dziesięciu galeriach handlowych na terenie Polski. Choć działy marketingu tych obiektów ostrożnie podchodzą do tego rodzaju rozwiązań, to zarząd oferującej je spółki Tech Cave liczy na kilkudziesięcioprocentowy wzrost sprzedaży.

Rabatomaty to urządzenia, które wspierają sprzedaż i budują lojalność – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Paweł Przetacznik, prezes zarządu Tech Cave, członek grupy Internet Media Services.

To przede wszystkim, jak podkreśla Paweł Przetacznik, platforma komunikacyjna między galerią a klientami. Podstawowym zadaniem tych urządzeń jest przekazywanie informacji, które są przydatne konsumentom. Wskazują, w jaki sposób dotrzeć do wybranego sklepu lub jak najkrótszą drogą wyjechać z placówki handlowej (rozkłady jazdy wszystkich środków transportu publicznego). Jeżeli na terenie galerii jest kino, na tablicy może także pojawić się jego repertuar.

Promowane przez spółkę interaktywne plany galerii handlowych poza standardowymi funkcjami wyposażone są dodatkowo w opcję wskazywania, rezerwacji oraz wydrukowania kuponów rabatowych. Mają także wbudowane tzw. weryfikatory, które powodują, że wykorzystane bilety trafiają na serwer, przekazując tym samym informację o zachowaniach i preferencjach użytkowników.

Urządzenie przekazuje tylko takie informacje, które są potrzebne tu i teraz, by doświadczenie zakupowe klientów było pełniejsze i bardziej świadome – precyzuje Przetacznik. – Oprócz tego niosą informacje na temat tego, gdzie aktualnie są promocje. Wygląd tablicy może być zindywidualizowany, co pozwala kierować akcje promocyjne do różnych klientów na podstawie ich zachowań i poprzedniej aktywności. W związku z tym każdy może zobaczyć inną tablicę, z odmiennie rozmieszczonymi pinezkami ofert specjalnych.

Jak wynika z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych (PRCH) krajowi konsumenci mają obecnie do dyspozycji 450 galerii handlowych, co sytuuje Polskę w okolicach średniej unijnej. Połowa to większe i bardziej wszechstronne placówki handlowe. W budowie znajduje się 30 tego rodzaju obiektów, choć nieco mniejszych.

Jesteśmy obecnie na terenie czterdziestu galerii w Polsce ze zwykłymi interaktywnymi planami, lokalizatorami – informuje Przetacznik. – W około dziesięciu funkcjonuje nasze bardziej skomplikowane rozwiązanie, czyli rabatomat. Ale nie ma jednej, zunifikowanej linii tego, jak taka tablica powinna wyglądać. W różnych galeriach odmienne elementy systemu mogą być bowiem uruchamiane i używane.

Rabatomat współpracuje także z aplikacją mobilną. Z poziomu smartfona, tabletu i strony www klienci również mogą poszukiwać rabatów. Jednocześnie są to urządzenia gromadzące dane behawioralne o korzystających z jego funkcjonalności konsumentach. Na razie jednak rozmowy z galeriami, jak zauważa Przetacznik, nie należą do łatwych, gdyż – jak mówi – wiele osób w działach marketingu ma nie najlepsze doświadczenia z wcześniej działającymi programami lojalnościowymi.

Wprowadzenie ich oznacza zobowiązanie, z którego później bardzo trudno się wycofać – tłumacz prezes zarządu Tech Cave. – Wcześniej wiele galerii próbowało samodzielnie wdrażać jakiś program lojalnościowy i często kończyło się to niepowodzeniem. Wydaje nam się jednak, że obecnie mamy przepis i potrafimy to robić właściwie.

Jego zdaniem potencjał wzrostu sprzedaży rok do roku w przypadku tych urządzeń sięga kilkudziesięciu procent.

W ciągu dekady frekwencja na stadionach Ekstraklasy wzrosła o trzy czwarte. W ostatnim sezonie rozgrywki oglądało prawie 2,5 mln osób

0

CEO Magazyn Polska

Podczas ostatniej serii spotkań stadiony, na których grały drużyny T-Mobile Ekstraklasy, odwiedziło blisko 2,5 mln osób, co oznacza, że w ciągu dekady frekwencja wzrosła o 76 proc., a w ciągu pięciu lat się podwoiła.

Ostatnie rozgrywki były niezwykle emocjonujące, bo toczyły się o mistrzostwo Polski, o to, kto zagra w pucharach i jak będzie rozstawiony, a także o to, kto będzie grał w ekstraklasie w kolejnym sezonie – podsumowuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Animucki, wiceprezes spółki Ekstraklasa. – Wszystko było możliwe do ostatniej kolejki. Rozstrzygnięcia poznaliśmy finale, w ostatniej rundzie, co bardzo nas cieszy.

Podczas ubiegłego sezonu 2014/2015 w rozgrywkach wzięło udział łącznie 466 zawodników i padło 790 goli. Stadiony odwiedziło w sumie 2 463 999 osób, co oznacza, że w ciągu ostatniej dekady frekwencja wzrosła o 76 proc.

To najwyższy wynik w Polsce, jeżeli chodzi o rywalizację sportową w ramach ligi, co bardzo nas cieszy – zauważa Marcin Animucki. – Ale przed nami, oczywiście, jeszcze dużo pracy. Chcemy, aby nowoczesne stadiony Ekstraklasy, a mamy ich już prawie 14, były zapełnione także w kolejnych latach.

Jak zapewnia Animucki, Ekstraklasa dąży do sytuacji, w której wpływy z biletów będą sięgały jednej trzeciej wszystkich przychodów klubów. W ubiegłym sezonie łączne przychody sięgnęły 0,5 mld zł, a najwięcej przyniosła sprzedaż praw mediowych.

Od sezonu 2013/2014 rozgrywki o mistrzostwo Polski w piłce nożnej odbywają się dwustopniowo, według tzw. systemu ESA37. Najpierw, po 30 kolejkach sezonu zasadniczego, uczestnicy zostają podzieleni na grupę mistrzowską oraz spadkową, a liczba uzyskanych przez nich punktów jest zmniejszana o połowę. W trakcie fazy finałowej odbywa się siedem kolejek, po których zostają wyłonieni mistrz Polski, uczestnicy Ligi Europy oraz spadkowicze.

ESA37 miała wyeliminować tzw. mecze o pietruszkę w końcowej fazie sezonu oraz sprawić, aby piłkarze rozgrywali większą liczbę spotkań o realną, konkretną stawkę.

Emocje, które towarzyszyły rozgrywkom, przez cały czas były natężone, ale najbardziej – w rundzie finałowej – przekonuje wiceprezes Animucki. – Taki był nasz zamysł podczas tworzenia innowacyjnego systemu rozgrywek. Chodziło właśnie o to, aby w ostatnich meczach emocje były jak największe.

W nowym sezonie w rozgrywkach nie wezmą udziału drużyny z Bełchatowa i Bydgoszczy. Do Ekstraklasy dołączyły natomiast KGHM Zagłębie Lublin, swego czasu zdobywca tytułu mistrza Polski, oraz zespół Termalica Bruk-Bet z Niecieczy, beniaminek.

Staramy się przede wszystkim tak przygotować rozgrywki, aby były na jak najwyższym poziomie – zapewnia wiceprezes spółki Ekstraklasa. – Już w tym tygodniu mamy spotkanie z beniaminkami. Zależy nam na tym, aby miesiąc przed rozpoczęciem meczy zespoły wiedziały, jak się do nich przygotować. Nie łudźmy się: różnica między I ligą a Ekstraklasą jest dość duża. W grę wchodzi transmisja telewizyjna i centralne kontrakty marketingowe. Przed beniaminkami na pewno jest jeszcze dużo pracy. Mam jednak nadzieję, że czas, który pozostał, będzie przez nich wykorzystany efektywnie.

Debiutująca Termalica Bruk-Bet z Niecieczy to – zdaniem wiceprezesa Animuckiego – bardzo ciekawy zespół.

Na pewno budujący tę drużynę od podstaw właściciele mają pomysł na to, aby stać się zespołem, który może mile zaskoczyć – uważa Marcin Animucki. – Wszystko okaże się jednak na boisku.

Internet korzyści czy sieć zagrożeń?

82,1 proc. internautów obawia się o swoje bezpieczeństwo w sieci, ale jedynie 19,8 proc. z nich korzysta z zaawansowanych rozwiązań zabezpieczających – takie wnioski płyną z badania przeprowadzonego na zlecenie firmy Intel wśród polskich użytkowników Internetu. Dane nie napawają optymizmem, tym bardziej, że problem zagrożeń w sieci dotyczy coraz większej liczby Polaków. Z informacji Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w ubiegłym roku aż w 10 milionach polskich domów znajdował się przynajmniej jeden komputer, a dostęp do Internetu miało 74 proc. gospodarstw domowych.

Z Internetu w Polsce regularnie korzysta ponad 66 proc. osób w wieku 16-74 lat. Od poczty elektronicznej, wyszukiwania informacji o produktach i usługach, po bankowość elektroniczną i zakupy w sieci – coraz chętniej korzystamy z możliwości, jakie daje globalna sieć. Większa liczba osób korzystających z Internetu to jednak także większa liczba potencjalnych celów dla cyberprzestępców. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Intela, polscy internauci, choć świadomi zagrożeń, nadal niefrasobliwie podchodzą do kwestii bezpieczeństwa.

Wg danych GUS aż 79,5 proc. internautów w Polsce korzysta z poczty email, ponad trzy czwarte z nich przeszukuje Internet w poszukiwaniu informacji na temat interesujących ich produktów. Coraz więcej osób robi zakupy w sieci – w 2014 roku na e-zakupy wybrał się co drugi polski dorosły użytkownik Internetu. Niewiele mniejszą popularnością cieszy się także bankowość elektroniczna – z usług tego typu korzysta prawie 49 proc. internautów.

Sezon na wyłudzenia

Z badań przeprowadzonych przez ekspertów Intela wynika, że ponad 60 proc. internautów otrzymało w ciągu ostatniego roku wiadomość email z próbą wyłudzenia danych, informacji bądź pieniędzy. Odsetek ten może być jednak wyższy, gdyż 15 proc. ankietowanych nie wie, jak rozpoznać tego typu wiadomość. Choć to właśnie osoby o niskiej świadomości zagrożeń, dodatkowo nie korzystające z oprogramowania zabezpieczającego, stanowią najłatwiejszy cel dla cyberprzestępców, nie oznacza to, że ci bardziej zaawansowani użytkownicy mogą pozwolić sobie na zignorowanie problemu. Jak wykazało badanie Intela, ponad 90 proc. użytkowników desktopów i ponad trzy czwarte posiadaczy laptopów przyznało, że zdarzyło się, że ich komputer z dostępem do sieci był zainfekowany wirusem lub złośliwym oprogramowaniem.

– Internet stał się naszym codziennym narzędziem pracy, ale jednocześnie kryje coraz więcej zagrożeń, których często nie jesteśmy w stanie zidentyfikować. Komputery czy urządzenia mobilne, którymi posługujemy się zarówno w pracy, jak i w domu, są kopalnią danych. Niezabezpieczone stają się łatwym łupem dla cyberprzestępców – mówi Artur Długosz z Intel Technology Polska. Dlatego każde z urządzeń, na którym korzystamy z Internetu, powinno mieć zainstalowane oprogramowanie zabezpieczające – dodaje.

Świadomość coraz wyższa, zabezpieczeń brak

Mimo stosunkowo wysokiego poziomu świadomości zagrożeń, jakie czyhają na nich w sieci, większość internautów nie ma na swoich komputerach profesjonalnego oprogramowania zabezpieczającego. Na jego zakup zdecydowało się nieco ponad 19 proc. ankietowanych. Z pakietu bezpieczeństwa zainstalowanego na komputerze od nowości korzysta kolejne 21,8 proc. respondentów. Pozostali badani zadeklarowali, że zabezpieczają swoje komputery przy pomocy bezpłatnych programów, podstawowej zapory systemu operacyjnego lub wcale tego nie robią.

Bezpłatne oprogramowanie to zdecydowanie lepsze rozwiązanie niż brak jakiegokolwiek narzędzia. Warto jednak pamiętać, że w porównaniu z pełnymi pakietami bezpieczeństwa oferują one stosunkowo niski poziom ochrony. O ile te pierwsze oferują tylko wybrane, podstawowe funkcje zabezpieczające, o tyle te drugie potrafią zamienić komputer w twierdzę. Zaawansowane pakiety typu McAfee Internet Security chronią urządzenie przez złośliwym oprogramowaniem, trojanami, wirusami, oprogramowaniem szpiegującym i programami typu rootkit. Zabezpieczają także przed kradzieżą danych lub tożsamości, chronią prywatność, blokują podejrzany ruch w sieci oraz pomagają zoptymalizować i przyspieszyć prace komputera. Posiadają też dodatkowe narzędzia – np. moduł kontroli rodzicielskiej, pozwalający na blokowanie nieodpowiednich witryn oraz kontrolowanie czasu spędzanego przez dziecko w Internecie, filtr spamu i niebezpiecznych wiadomości e-mail. Ochrona najmłodszych i najbardziej podatnych na atak użytkowników sieci powinna być priorytetem dla rodziców. Wg GUS 79,5 proc. dzieci w wieku 12-15 lat spędza wolny czas na portalach społecznościowych. Mimo to, jak wynika z badania Intela, blisko jedna czwarta rodziców w żaden sposób nie chroni swoich dzieci przed zagrożeniami w sieci.

Mimo, iż polscy internauci odznaczają się dużą świadomością niebezpieczeństw czyhających na nich w Internecie, jedynie co piąty z nich jest gotów zainwestować w swoje bezpieczeństwo w sieci więcej niż 100 zł – mówi Artur Długosz z Intel Technology Polska. Posiadanie profesjonalnego pakietu bezpieczeństwa, choć wiąże się z wydatkiem, należy rozpatrywać w kategorii inwestycji. Utrata cennych danych, wyciek poufnych informacji, kodów, haseł – wszystko to może w perspektywie czasu kosztować zdecydowanie więcej niż inwestycja w bezpieczeństwo – dodaje.

Światowa premiera Alfy Romeo Giulia

Dzisiaj w Arese, niedaleko Mediolanu, w odnowionym Muzeum Alfy Romeo zaprezentowano nowy model Alfa Romeo Giulia, w topowej wersji Quadrifioglio (czterolistna koniczyna).

Debiut w obecności przedstawicieli międzynarodowej prasy odbył się w Muzeum Alfy Romeo w Arese, które 30 czerwca br. otworzy swoje podwoje ku zadowoleniu miłośników z całego świata.
Debiut w obecności przedstawicieli międzynarodowej prasy odbył się w Muzeum Alfy Romeo w Arese, które 30 czerwca br. otworzy swoje podwoje ku zadowoleniu miłośników z całego świata.

Nowe logo Alfy Romeo.

Alfa Romeo Giulia doskonale odzwierciedla nowy wzorzec marki, pozostając jednak wierną swojej stuletniej tradycji: zresztą, tylko ten, kto ma za sobą wielką przeszłość może mierzyć się z wyzwaniami przyszłości. Szacunek dla własnej historii widać również w nowym logo – firmowanym przez Robilant Associati – które nowy model prezentuje światu po raz pierwszy: na zewnątrz znaczek został odnowiony i zmodernizowany, nie tknięto jednak kształtu i cech charakterystycznych, które czynią z niego symbol rozpoznawalny i kochany na całym świecie.

„La meccanica delle emozioni” – mechanika emocji.

Jest pięć elementów, dzięki którym Alfa Romeo stała się jednym z najbardziej pożądanych marek samochodowych na świecie: wyraźnie włoska stylistyka, nowoczesne i innowacyjne silniki, doskonałe rozłożenie wagi (50/50), wyjątkowe rozwiązania techniczne, najlepszy stosunek masy do mocy. Są to niezbędne składniki do stworzenia Alfy Romeo.

Wystarczy usiąść za kierownicą nowego modelu, aby zrozumieć, że wkraczamy w inny wymiar, w którym wszystko skupia się wokół kierowcy, jego emocji i chęci przeżywania radosnych chwil podczas jazdy. Jest to zasługa bezpośredniego układu kierowniczego, natychmiastowej reakcji na pedał przyspieszenia oraz szybkim zmianom biegów i skutecznego układu hamulcowego. Do cech tych należy dodać również wybór napędu tylnego lub 4×4, które nie jest tylko hołdem złożonym autentycznym korzeniom legendarnej Alfy Romeo, ale również rozwiązaniem technicznym, które zapewnia wysokie osiągi i dobrą zabawę.

W Alfie Romeo wszystko to kryje się pod hasłem „meccanica delle emozioni” (mechanika emocji). Jest to silny i wyrazisty przekaz rozpowszechniany na całym świecie, po włosku, składając hołd ojczyźnie, w której marka powstała ponad 100 lat temu. To legenda, która do dziś wyprowadza symbol Made in Italy na codziennie przemierzane drogi, na najsławniejsze tory wyścigowe oraz do serc milionów miłośników na całym świecie.

Wyraźny włoski styl.

Alfa Romeo powstaje z doskonałej równowagi pomiędzy spuścizną, szybkością i pięknem, dzięki której staje się najwyższym wyrazem włoskiego stylu w dziedzinie motoryzacji. Nowa Giulia nie stanowi tu oczywiście wyjątku, ponieważ skupia w sobie trzy charakterystyczne cechy włoskiej stylistyki: wyczucie proporcji, prostotę i dbałość o jakość wykończenia. To jest właśnie „skóra”, którą styliści Alfy Romeo z niesamowitą starannością ukształtowali na „mechanicznym szkielecie”.

Proporcje oparte są na architekturze technicznej całego samochodu: dla Alfy Romeo punktem odniesienia jest równowaga pomiędzy rozkładem mas na osie (50/50) oraz tylny napęd. Aby lepiej zbilansować masy, silnik oraz mechanika muszą być ułożone pomiędzy dwoma osiami. Stąd pomysł na projekt Giulii: bardzo krótkie zwisy, długa maska silnika oraz długie błotniki przednie, „cofnięta” kabina pasażerska „wsparta” na kołach napędowych oraz tylne, „muskularne” błotniki, optycznie sugerujące punkt, w którym moc przekazywana jest na jezdnię. Wszystko to przekłada się na wyjątkowo długi rozstaw osi – najdłuższy w swojej kategorii – zamknięty w jednym z najbardziej kompaktowych nadwozi. Z tych proporcji powstaje dynamiczna forma, jaką można wyczytać z elipsy, patrząc na plan z góry. Poza tym, zaokrąglone krawędzie oraz otulające słupki nadają samochodowi smukłości, tworząc kształt „kropli”, która przypomina jeden z najpiękniejszych aut wszech czasów: Giuliettę Sprint.

Drugi aspekt włoskiego stylu to prostota, za którą kryje się jeden z najbardziej złożonych w przemyśle, kreatywnych procesów: projektowanie samochodu. To właśnie styl ma za zadanie ukryć długą i złożoną pracę za prostą i naturalną linią, która ukazuje elegancję form oraz wyrafinowany włoski gust. To samo podejście przenika całą historię wzornictwa Alfy Romeo, które zawsze wyrażało się w czystych i wyrazistych liniach. Dlatego też nowa Alfa Romeo jest jednoznacznie identyfikowalna, a to dzięki kilku prostym cechom: linii wyżłobionej na bokach, która zaznacza drzwi i otacza klamki oraz – rzecz jasna – legendarnemu, charakterystycznemu trójkątnemu grillowi (Trilobo) na masce, być może najsławniejszym i najbardziej rozpoznawalnym logo w świecie motoryzacji.

Wreszcie, włoski styl charakteryzuje się wysoką jakością powierzchni, co oznacza tworzenie bogatych i harmonijnych refleksów poprzez bryły. Końcowym rezultatem jest nowa Giulia o plastycznym kształcie, który przypomina dużego kota, uchwyconego tuż przed skokiem. Tę samą inspirację odnajdujemy we wewnętrzu samochodu, które jest czyste i proste i gdzie wszystko skoncentrowane jest wokół kierowcy, o czym świadczy chociażby zebranie wszystkich przycisków na małej kierownicy, zaprojektowanej tak, aby mogła dopasować się do każdego stylu jazdy. To jednak nie wszystko. Miejsce kierowcy zostało „skrojone” tak jak materiał, z ukośnym tunelem, delikatnie pofalowaną deską rozdzielczą oraz oprzyrządowaniem ukierunkowanym na kierowcę; zostało „odszyte” tak jak ubranie, z niesamowitą starannością i z użyciem wysokiej jakości materiałów: włókna węglowego, drewna i materiałów miłych dla oka i przyjemnych w dotyku.

Nowoczesne i innowacyjne silniki.

Innym elementem, który wyróżnia prawdziwą Alfę Romeo, są nowoczesne i innowacyjne silniki. Z tego powodu, dla topowej wersji Quadifoglio postanowiono stworzyć jednostkę napędową wyjątkową pod względem technologii i osiągów, która stanie się nowym punktem odniesienia marki.

Mowa tu o turbodoładowanym silniku benzynowym z 6 cylindrami, opracowanym przez techników Ferrari, który rozwija moc 510 KM i zapewnia budzące entuzjazm osiągi: między innymi przyspieszenie od 0 do 100 km/h w zaledwie 3,9 sekundy. Nawiasem mówiąc, pomimo fantastycznej wartości mocy i momentu obrotowego, nowa jednostka napędowa jest zaskakująco ekonomiczna, dzięki sterowanemu elektronicznie systemowi dezaktywacji cylindrów. Oczywiście, tak jak wszystkie pozostałe silniki najnowszej generacji, i te benzynowe, jak i te wysokoprężne, 6-cylindrowy silnik Giulii wykonany jest w całości z aluminium, aby zredukować całkowitą masę samochodu, szczególnie tę przenoszoną na oś przednią, generując charakterystyczny dla Alfy Romeo dźwięk.

Doskonały rozkład masy.

Cechą charakterystyczną nowej Giulii jest przemyślane zarządzanie masami i materiałami, które umożliwiło doskonałe rozłożenie masy na osie w proporcji 50/50. Jest to cecha, która okazała się istotna dla przyjemności jazdy Alfą Romeo. Została uzyskana dzięki pracy zarówno nad układem samochodu, jak i umieszczeniu wszystkich najcięższych elementów w możliwie najbardziej centralnej pozycji.

Oprócz rozkładu masy, tak samo istotne dla optymalnej jazdy są zawieszenia. Na osi tylnej zastosowano rozwiązanie wielowahaczowe typu Multilink, które jednocześnie gwarantuje wysokie osiągi, przyjemność jazdy i komfort. Niezależne dwuwahaczowe zawieszenie osi przedniej to nowa konstrukcja, która optymalizuje „filtrowanie” nierówności, jednocześnie gwarantując szybkie i precyzyjne manewry w każdych warunkach. Autorskie rozwiązanie zawieszenia Alfa Romeo, jest w stanie zapewnić wysokie przyspieszenia boczne w każdej sytuacji i przy każdej prędkości. Dzięki temu jazda nową Alfą Romeo Giulia jest zawsze naturalna i instynktowna, również dzięki najbardziej bezpośredniemu na rynku przełożeniu układu kierowniczego.

Wyjątkowe i ekskluzywne rozwiązania techniczne.

Zgodnie z kulturą techniczną Alfy Romeo, projekt, wykonanie oraz wybór materiałów na podwozie i zawieszenia muszą być zawsze doskonałe. W wyniku tego postanowiono, że elektronika powinna zostać wykorzystana tylko do spotęgowania doznań podczas jazdy, zapewnionych już zresztą przez doskonałą mechanikę.

Świadczą o tym ekskluzywne rozwiązania techniczne zastosowane w nowym samochodzie, takie jak na przykład technologia Torque Vectoring, która dzięki podwójnemu sprzęgłu pozwala tylnemu mechanizmowi różnicowemu odrębnie sterować momentem każdego z kół. W ten sposób przekazywanie mocy na podłoże poprawia się również w warunkach niskiej przyczepności. Pozwala to prowadzić samochód bezpiecznie i zawsze bardzo przyjemnie, bez konieczności nagłych interwencji ze strony systemu kontroli stabilności. W nowej Alfie Romeo pojawia się również po raz pierwszy Integrated Brake System, innowacyjny system elektro-mechaniczny łączący kontrolę stabilności z tradycyjnym wspomaganiem hamulców, który zapewnia natychmiastową reakcję hamulca i rekordowo krótką drogę hamowania, jak również pozwala na optymalizację obciążeń.

Oprócz doskonałej wartości współczynnika Cx, perfekcyjnego zbalansowania sił na zakrętach oraz docisku aerodynamicznego, nowy model wyposażony jest w Active Aero Splitter, system przedni, który aktywnie zarządza dociskiem aerodynamicznym, zapewniając w ten sposób lepsze osiągi i przyczepność, nawet przy dużych prędkościach. Wszystkie te nowoczesne systemy są zarządzane przez Chassis Domain Control, „mózg” elektronicznego sterowania samochodu, który przydziela każdemu z nich precyzyjne zadanie, aby zoptymalizować osiągi i przyjemność jazdy.

Nie można również zapominać, że nowa Alfa Romeo Giulia oferuje unowocześniony selektor Alfa DNA, który modyfikuje dynamiczne zachowanie samochodu w oparciu o wybory dokonywane przez kierowcę: Dynamic, Natural, Advanced Efficient (tryb wydajności energetycznej, który po raz pierwszy został zastosowany w Alfie Romeo) i oczywiści Racing (w wersjach o wysokich osiągach).

W kabinie pasażerskiej nowy samochód oferuje najwyższy poziom jakości, bezpieczeństwa, wyposażenia i komfortu, a dodatkowo jeden, bardzo typowy dla Alfy Romeo element: centralne zorientowanie przyrządów i przycisków na kierowcę. Nieprzypadkowo wszystkie główne przyciski są wbudowane w kierownicę, jak w bolidzie Formuły 1, natomiast interfejs człowiek/samochód składa się z dwóch pokręteł, które prosto i łatwo regulują selekor Alfa DNA oraz system infotainment.

Najlepszy stosunek masy do mocy.

Aby uzyskać doskonały stosunek masy do mocy, wynoszący poniżej 3 kg/KM, nowa Giulia łączy świetne osiągi silnika z szerokim zastosowaniem ultralekkich materiałów we wszystkich częściach samochodu. Na przykład, użyto włókno węglowe na wał napędowy, maskę silnika i dach albo aluminium na silnik, hamulce, zawieszenia (w tym przednie punkty mocowania gniazd amortyzatorów oraz ramę przednią i tylną) oraz wiele elementów karoserii, takich jak drzwi i błotniki. Poza tym, belka poprzeczna tylna wykonana jest z kompozytu aluminium i tworzywa.

W celu zmniejszenia masy całkowitej, dopracowano również układ hamulcowy, wprowadzając aluminiowe elementy oraz tarcze węglowo-ceramiczne, natomiast siedzenia mają konstrukcję wykonaną z włókna węglowego. Pomimo optymalizacji mas, samochód może się pochwalić najlepszą w swojej kategorii sztywnością skrętną, zapewniając w ten sposób ponadczasową jakość, komfort akustyczny oraz poręczność również w przypadku ekstremalnych naprężeń.

Salesforce: w 5 lat ilość danych wzrośnie od 10 do 50 razy

Według firmy Salesforce, dramatyczny przyrost danych generowanych przez ludzi, urządzenia i firmy będzie coraz silniej stawiał biznes przed trzema wyzwaniami. Firmy będą walczyć na polu szybkości reagowania, personalizacji w relacjach z klientami i umiejętności selekcji danych do przetwarzania i dalszego wykorzystywania.

W trakcie dorocznej konferencji Salesforce Cloud Tour amerykańska firma opierała się na prognozach wzrostu ilości danych generowanych w skali globalnej. Zdaniem firmy, tak silny wzrost połączony z rozwojem mobilności i społeczności internetowych już dziś stawia firmy przed nowymi wyzwaniami.

Dramatyczny przyrost danych

W ciągu ostatnich 12 miesięcy na świecie wygenerowano niemal 90% wszystkich danych cyfrowych, jakie powstały w ciągu ubiegłych dekad. Ten wzrost nieustannie postępuje: zdaniem Salesforce, do 2020 roku w skali globalnej ogół danych przetwarzanych przez firmy wzrośnie od 10 do 50 razy! Ilość danych mobilnych wzrośnie 10-krotnie, ilość danych nieustrukturyzowanych 19-krotnie, a danych odnoszących się do sprzedawanych produktów będzie aż 50 razy więcej w stosunku do obecnego wolumenu. W obliczu takiego wzrostu firmy zmuszone są nie tylko działać szybciej (tzn. umieć przetwarzać większe wolumeny danych dla sprawnego prowadzenia procesów biznesowych). Muszą też umieć decydować, które z kategorii danych wykorzystywać w swojej działalności, ponieważ analizowanie wszystkiego wiąże się ze zbyt dużymi nakładami, co z kolei obniża efektywność.

Zmiany po stronie konsumentów

Równolegle do logarytmicznego przyrostu danych zmienia się rynek po stronie popytu. Klienci stają się coraz bardziej świadomi. Coraz chętniej też wymieniają się opiniami o produktach, korzystając ze społeczności. I jest to zjawisko, którego biznes nie może lekceważyć. Wg Salesforce do roku 2017 już ponad 2,3 mld ludzi (ok. 31% populacji globu) będzie uczestnikami społeczności w Internecie. Coraz więcej ludzi do zakupów wykorzystuje sieć, w tym – już dziś – większość kieruje swoje zapytania do wyszukiwarek przez urządzenia mobilne. Nic dziwnego, że w takich okolicznościach klienci stają się wymagający, co dla praktyki biznesowej oznacza konieczność podnoszenia jakości obsługi klientów – szybkiego reagowania, dokładności, terminowych realizacji i – co dziś bardzo ważne – personalizowania relacji. Jak pokazują dane Salesforce, nie jest to łatwe, bowiem obecnie aż 77% klientów twierdzi, że nie jest dostatecznie angażowanych w kupowane przez siebie produkty i usługi. To z jednej strony pokazuje, że jest ogromny potencjał do budowania lojalności klientów. Z drugiej strony, dość często powtarza się teza, że w dzisiejszym świecie klienci są coraz mniej lojalni. Prawdą jest jednak, że wszyscy lubimy być obsługiwani należycie, zgodnie z naszymi oczekiwaniami i wyobrażeniami. W dzisiejszym świecie do spełnienia tych wymagań firmy potrzebują właściwego przetwarzania danych. I, jak podkreśla Salesforce, biznes dziś bardziej potrzebuje innowacji, niż infrastruktury.

Konsekwencje dla biznesu

Zmiany po stronie konsumentów oraz przyrost danych sprawiają, że firmy zmuszone są dziś stawiać czoła nowym wyzwaniom. Salesforce za najważniejsze z nich wskazał:

  • szybkość reagowania na informacje płynące z rynku – jest uwarunkowana m.in. zdolnością do analizy strumieni danych z mikrozdarzeń (kontakty klienta z firmą, transakcje, wpisy na profilach internetowych, dynamiczne dane z geolokalizacji) oraz do wdrażania na podstawie tych analiz określonych działań ukierunkowanych na klientów,
  • personalizowanie kontaktów z klientami we wszystkich punktach styku konsumenta z marką, firmą lub produktem. Wyzwanie to należy rozumieć zarówno jako ciągłe podnoszenie jakości obsługi klientów, jak i elastyczne reagowanie na zgłaszane przez nich indywidualne potrzeby czy oczekiwania,
  • właściwe dobieranie źródeł i kategorii danych do analizy i dalszego przetwarzania – nadawanie kategoriom priorytetów, tak aby optymalizować koszty analizy informacji oraz nie zaciemniać obrazu spowodowanego nadmiarem informacji (trzymanie się celów, dostrzeganie rzeczywistych oczekiwań klientów).

Szybkie zmiany czyli szanse i zagrożenia

Dla biznesu każda zmiana jednocześnie stanowi ryzyko, ale także niesie ze sobą szansę. Bardzo wyraźnie widać to obecnie, szczególnie na przykładzie firm, które zdecydowały się zaadaptować do nowych realiów rynkowych. Z badań Salesforce wynika, że firmy, które zdecydowały się wykorzystać platformy do integracji, analizy i przetwarzania danych w procesach sprzedaży, obsługi klientów, komunikacji z rynkiem, marketingu i zarządzania relacjami z klientami zwiększają efektywność w obszarze sprzedaży średnio o kilkadziesiąt procent. Np. notują średni wzrost sprzedaży na poziomie 37%, o poprawiają współczynnik utrzymania klientów (lojalności) o 45% uzyskując podobny poziom wzrostu satysfakcji klientów. Firmy, które nauczyły się szybko przetwarzać dane i komunikować z rynkiem (sprzedaż / marketing / obsługa) poprawiły aż o 43% konwersję zapytań ofertowych.

Może się wydawać, że w dobie tak silnej konkurencyjności dla firmy wypracowanie w ciągu roku dwucyfrowego wzrostu jest dziś wyjątkowo trudne. Zapewne tak jest w przypadku firm, które nie dostosowują się do zmian.

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Europa i Polska mogłyby przyciągnąć nowe inwestycje badawczo-rozwojowe. Do tego potrzebny jest spójny system zachęt podatkowych na innowacje

Zdaniem 58% światowych inwestorów, badania i rozwój to funkcja biznesowa, która w przyszłości przyciągnie najwięcej projektów do Europy. Spośród tych, obecnych już na starym kontynencie, tego zdania jest 63% badanych – wynika z raportu EY „Atrakcyjność inwestycyjna Europy 2015″. 35% inwestorów ceni Europę za jej osiągnięcia w dziedzinie badań i rozwoju oraz innowacji, a zaledwie 3% ocenia potencjał innowacyjny tego obszaru jako niski.

W 2014 roku w Europie powstało 288 bezpośrednich inwestycji zagranicznych w dziedzinie badań i rozwoju w Europie. To pozom porównywalny z ubiegłym rokiem. Niestety, w tym samym czasie utworzyły one o 17% mniej miejsc pracy – zaledwie nieco ponad 10 000. W Polsce takich projektów w ubiegłym roku było zaledwie 6 i stanowiły one w sumie 5% wszystkich inwestycji.

Europa i Polska mogłyby przyciągnąć nowe inwestycje badawczo-rozwojowe

Wszyscy badani przez EY podkreślają, że Europa musi poprawić wdrażanie w życie rezultatów badań oraz ich komercjalizację. Zwracają też uwagę na konieczność szerszego stosowania ulg podatkowych.

Badania i rozwój w Polsce

Według roboczego sprawozdania Komisji Europejskiej o sytuacji gospodarczej Polski „Sprawozdanie krajowe – Polska 2015 r.” nakłady na B+R w naszym kraju zwiększają się, ale łącznie w 2013 roku wyniosły zaledwie 0,9% PKB.

– W porównaniu z wieloma krajami, Polska, w sferze podatkowej i prawnej, nie oferuje mechanizmów, które przyciągałyby działalność badawczą czy innowacyjną – mówi Paweł Tynel, Partner w EY odpowiedzialny za inwestycje i innowacje. Są oczywiście fundusze unijne, które będą pełniły niezwykle ważną rolę w zachęcaniu firm polskich oraz międzynarodowych do realizacji działań z obszaru B+R w Polsce, ale brak rozwiązań podatkowych stawia nas w niekorzystnej sytuacji w porównaniu z wieloma innymi krajami. Pamiętać należy bowiem, że konkurujemy tutaj o projekty w wadze ciężkiej – z lokalizacjami, z których dane firmy się wywodzą – dodaje.

„Atrakcyjność inwestycyjna Europy 2015"

W unijnym rankingu B+R Polska zajmuje 25. miejsce na 28 krajów. Istniejące od 10 lat ulgi podatkowe na nowe technologie są niewystarczające, zwłaszcza, że dotyczą zakupu już istniejących technologii, a nie wsparcia na opracowanie nowych i zgodnie z planami rządu mają przestać obowiązywać od początku 2016 roku. W 2013 roku z tej ulgi skorzystało zaledwie 75 firm.

Co robią inni?

Wiele krajów Unii Europejskiej oferuje inwestorom korzystne opodatkowanie dochodów z praw własności intelektualnej. Polegają na tym, że dochody osiągane z rezultatów badań czy patentów są opodatkowane niższą stawką. Takie rozwiązanie stosuje Belgia, Francja, Hiszpania, Holandia, Portugalia oraz Wielka Brytania. Polska, mimo wykształconej kadry i niższych niż na Zachodzie kosztów pracy, nie będzie krajem preferowanym przez inwestorów nastawionych na B+R, jeśli nie zaoferuje podobnych rozwiązań.

Czarny scenariusz?

Zdarza się, że międzynarodowe firmy zlecają swoim polskim spółkom zależnym badania, ale efekty prac, w tym patenty, są wykorzystywane przez jeszcze inną spółkę – córkę, w kraju, w którym są odpowiednie ulgi podatkowe. Co prawda dochody z rezultatów badań nie trafiają do Polski, ale powstają nowe miejsca pracy. Jednak OECD planuje ograniczyć tego rodzaju rozwiązania, w ramach działań mających przeciwdziałać przenoszeniu dochodów pomiędzy krajami. Niewykluczone więc, że część firm przestanie zlecać badania polskim spółkom z grupy. A to może oznaczać nie tyle brak wzrostu nakładów na badania i rozwój, co wręcz ich spadek.
Polska mogłaby wprowadzić porównywalne do Europy Zachodniej rozwiązania przyciągające inwestycje w badania i rozwój – twierdzi Paweł Tynel – które byłyby zgodne z wymogami OECD. Wtedy, dzięki wykształconej kadrze i porównywanemu otoczeniu prawnemu, miałaby szansę znaleźć się na krótkiej liście krajów wybieranych przez międzynarodowe koncerny na centra badawczo-rozwojowe – dodaje.

Dodatkową szansą dla Polski jest perspektywa budżetowa UE na lata 2014 – 2020, ponieważ zakłada szerokie wspieranie projektów badawczych. Przeznaczono na ten cel 10 mld euro. Jeśli zostanie to połączone z ulgami podatkowymi może zachęcić wiele polskich firm do inwestycji w nowe dla nich obszary oraz zmotywować inwestorów zagranicznych do wejścia w działania poza produkcją.

 

Pracownik poszukiwany. Kto ma szansę?

Pracodawcy w Polsce są umiarkowanie optymistyczni co do planów zwiększania zatrudnienia w najbliższych miesiącach   Spośród 750 przebadanych w Polsce pracodawców, 13 proc. przewiduje zwiększenie całkowitego zatrudnienia, 4 proc. zamierza redukować etaty a 78 proc. nie planuje zmian personalnych w najbliższym kwartale – wynika z raportu raportu Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia.

Stopa bezrobocia w Polsce wciąż maleje, a obserwowana na rynku pracy sytuacja jest stabilna i umiarkowanie optymistyczna, – komentuje Iwona Janas, Dyrektor Generalna ManpowerGroup w Polsce. – Po przedwakacyjnym wzroście zapotrzebowania na pracowników możemy spodziewać się, że w III kwartale popyt na nich nieco zmaleje. Jest to jednak spowodowane sezonowością rynku pracy i nie powinno stanowić powodów do obaw. Nasz kraj jest wciąż jednym z najszybciej rozwijających się rynków, a potrzeba powiększania zespołów będzie się utrzymywać na stabilnym poziomie, dotycząc zarówno osób na stanowiskach specjalistycznych, jak i wykwalifikowanych pracowników fizycznych. To zapotrzebowanie na pracowników, w połączeniu ze zwiększającymi się trudnościami w ich pozyskaniu, wpływa na odczuwaną presję płacową. Możemy więc spodziewać się wzrostu nakładów na wynagrodzenia oraz systemy motywacji pracowniczej, choć na duże skoki przyjdzie nam jeszcze poczekać – dodaje Iwona Janas.

Najwyższą prognozę netto zatrudnienia odnotowano dla Sektorów Transport, Logistyka, Komunikacja, +14 proc., oraz Handel detaliczny i hurtowy, +11 proc. Wyraźny optymizm widać także w Budownictwie i Produkcji przemysłowej, gdzie uzyskany wynik wynosi +8 proc. dla obu. Na umiarkowanie pozytywny trend wskazują prognozy uzyskane dla branż Finanse/Ubezpieczenia/Nieruchomości/Usługi oraz Instytucje sektora publicznego, odpowiednio +6 proc. i +3 proc. Ujemną prognozę netto zatrudnienia odnotowano dla trzech sektorów. Najniższy wynik uzyskano dla branż Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi, a także Kopalnie/Przemysł wydobywczy, odpowiednio -6 proc. i -4 proc.. Mało optymistyczne prognozy odnotowano też dla sektorów Restauracje i hotele oraz Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo, odpowiednio -1 proc. i 0 proc.

Czym deweloperzy kierują się przy wyborze gruntów pod nowe osiedla?

Czy deweloperzy posiadają działki pod budowę kolejnych projektów? Które firmy poszukują gruntów inwestycyjnych? Analitycy portalu nieruchomości Dompress.pl zapytali inwestorów, czym kierują się przy wyborze parceli pod przyszłe inwestycje mieszkaniowe.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Dysponujemy obecnie bankiem ziemi, pozwalającym na wybudowanie blisko 120 000 m kw. mieszkań. Na podstawie wyników badań preferencji potencjalnych nabywców oraz sumy doświadczeń pozyskujemy tereny w perspektywicznych lokalizacjach, harmonijnie współgrających z rozwojem miasta. W 2015 roku starannie założony plan rozwojowy spółki został zauważony i doceniony przez jednego z uczestników rynku finansowego, który po przeprowadzeniu szczegółowej analizy finansowej Grupy Wawel Service, objął w całości emisję obligacji, opiewającą na 11 mln zł. Pozyskane środki pozwolą na przyspieszenie tempa rozwoju firmy, w tym zakup gruntów pod przyszłe inwestycje.

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp

LC Corp należy do grona największych spółek deweloperskich w Polsce. Od 2010 roku, w którym to sprzedano 200 mieszkań, spółka utrzymuje bardzo wysoką dynamikę wzrostu i już w 2014 roku sprzedano ich ponad 1200. W kolejnych latach planujemy utrzymanie wysokiej pozycji wśród największych spółek deweloperskich, a to wymaga szerokiego i ciągle uzupełnianego banku ziemi. Tym samym spółka jest aktywna na rynku gruntów i poszukuje w szczególności działek pod inwestycje z segmentu popularnego, które dają możliwość osiągnięcia dynamicznego tempa sprzedaży w cenach oczekiwanych przez potencjalnych nabywców. Miasta, na których obecnie szczególne się skupiamy to Warszawa, Wrocław, Trójmiasto oraz Kraków.

Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu Polnord

Mamy potężny bank gruntów, wyceniony na ok. 1 mld zł, które pozwalają nam realizację projektów na wiele lat. Jednocześnie szukamy nowych możliwości inwestycyjnych, więc stale monitorujemy rynek gruntów. A jeśli pojawi się okazja, nawet w lokalizacjach, w których jesteśmy obecni również nie powiemy nie.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Mamy bardzo dokładnie przemyślany plan rozwoju na najbliższe lata i zgromadziliśmy już bank gruntów, pozwalający na realizację ponad 1000 mieszkań w Warszawie. Jednocześnie cały czas jesteśmy otwarci na akwizycje nowych gruntów i stale ich poszukujemy. Nie ograniczamy się do konkretnych dzielnic, staramy się dokładnie analizować każdą działkę także pod kątem najbliższej okolicy i zainteresowania nabywców. Aktualnie prowadzimy cztery realizacje w obrębie Bielan oraz dwie na terenie Śródmieścia i bliskiej Woli, uważamy te rejony za rozwojowe. Rozważamy też całkiem nowe lokalizacje oraz oczywiście powrót do dzielnic, gdzie osiągnęliśmy bardzo dobre wyniki sprzedaży w poprzednich realizacjach na Bemowie i Ursynowie.

Anna Sitnik, dyrektor sprzedaży Dolcan

Stale poszukujemy gruntów pod nowe inwestycje. Mamy również zgromadzoną odpowiednią ilość ziemi do budowy kolejnych etapów powstających już osiedli i realizacji nowych projektów. Przy wyborze gruntów kierujemy się głównie ich lokalizacją i atrakcyjnością dzielnicy, w której się znajdują. Ważna jest infrastruktura, dostępność mediów, komunikacja oraz bliskość terenów zielonych i rekreacyjnych.

Magdalena Rurarz, dyrektor działu sprzedaży i marketingu Victoria Dom

Victoria Dom jest spółką rozwijającą się dynamicznie. Mamy grunty pod nowe inwestycje i poszukujemy działek pod następne. Główne kryteria wyboru to lokalizacja działki i atrakcyjność otoczenia, koszt zakupu, warunki zabudowy i potencjał rynkowy projektu.

Katarzyna Żarska z firmy Marvipol

Jeszcze w tym roku Marvipol Development rozpocznie realizację drugiego etapu inwestycji Central Park Ursynów z ponad 400 mieszkaniami. Zakładamy, że może to nastąpić najpóźniej na przełomie trzeciego i czwartego kwartału tego roku. Zakończenie inwestycji, która obejmuje ponad dwa i pół tysiąca mieszkań zlokalizowanych w 24 budynkach, przewidziane jest do 2020 roku. W najbliższym czasie planujemy zakup nieruchomości gruntowej w dzielnicy Białołęka. Kryterium wyboru gruntów stanowi odpowiednia cena w porównaniu do atutów lokalizacji.

Karolina Guzik, koordynator sprzedaży Skanska Residential Development Poland

Stale poszukujemy gruntów pod budowę kolejnych inwestycji. Ważna jest dla nas przede wszystkim dogodna lokalizacja, ale także dobra komunikacja z innymi częściami miasta oraz bogata w zielone tereny rekreacyjne okolica. Staramy się, by wszystkie nasze inwestycje usytuowane były w bezpośrednim sąsiedztwie szkół, sklepów oraz tras rowerowych. W ten sposób powstają nowoczesne osiedla, przyjazne dla ich mieszkańców i doskonale wpisujące się w istniejącą tkankę miejską.

Michał Witkowski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Atlas Estates

W obecnych realiach rynkowych deweloperzy nie budują już rozległych banków ziemi, ale nabywają działki pod realizację inwestycji, które mają rozpocząć się w nieodległej przyszłości. Taką strategię stosuje też Atlas Estates. W zeszłym roku zakupiliśmy w Warszawie dwie działki, na których w tym roku chcemy rozpocząć budowę nowych osiedli – jedną na Żoliborzu przy ul. Krasińskiego, drugą na Woli przy ul. Nakielskiej. W tym roku planujemy zakup kolejnych gruntów, na które mamy zarezerwowaną kwotę 50 mln zł. Skupiamy się przy tym na gruntach położonych w lewobrzeżnej Warszawie, w niewielkiej odległości od centrum.

Nasz obecny bank ziemi pozwala na realizację ok. 1000 mieszkań. Docelowo chcemy go powiększyć dwukrotnie, a być może nawet trzykrotnie, w zależności od atrakcyjności dostępnych na rynku ofert sprzedaży działek. Należy przy tym zauważyć, że od ok. dwóch-trzech lat ceny gruntów rosną, niektóre nawet o 20-30 proc.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Bank ziemi, który posiadamy wystarczy nam na wiele lat. Są to grunty, które zakupiliśmy w ubiegłych latach po bardzo preferencyjnych cenach. Na bieżąco jednak monitorujemy rynek i nie wykluczamy zakupów, jeśli oferta będzie wystarczająco atrakcyjna. Interesują nas działki położone w centrum dużych miast lub przyszłościowych lokalizacjach w aglomeracjach.

Urszula Hofman, reprezentująca Grupę Inwest

Grupa Inwest od 15 lat z sukcesem realizuje projekty deweloperskie, głównie na warszawskiej Pradze Południe i Pradze Północ. Poszukując nowych gruntów inwestycyjnych kierujemy się przede wszystkim lokalizacją nieruchomości. Nie bez znaczenia pozostaje też aspekt przygotowania gruntu do realizacji inwestycji. W znacznej części Warszawy nie zostały jeszcze uchwalone miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego, co skutkuje długotrwałymi procedurami administracyjnymi. Obecnie kilka działek, na których zamierzamy budować nasze projekty jest właśnie w trakcie administracyjnego procedowania. W większości przypadków mamy zawarte umowy przedwstępne, które zmierzają do zakupu gruntu, ale już z uzyskanymi decyzjami administracyjnymi. To nasza baza pod przyszłe projekty. Wciąż szukamy ciekawych terenów inwestycyjnych co nie jest łatwe, gdyż sprzedający są często niezorientowani w możliwościach inwestycyjnych i znacznie zawyżają ceny nieruchomości. Nierzadko dzieje się tak za namową pośredników.

Zuzanna Kordzi dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic

Prowadzimy działalność nieprzerwanie od ponad 30 lat, jesteśmy jednym z najbardziej doświadczonych deweloperów na rynku. Posiadanie banku ziemi i poszukiwanie kolejnych działek budowlanych jest dla nas rzeczą naturalną, konieczną dla zachowania ciągłości inwestycyjnej. Z uwagi na długość procesu inwestycyjnego od zakupu działki do wprowadzenia oferty do sprzedaży może minąć nawet kilka lat. Dlatego też decydując się na zakup działki należy przede wszystkim rozważyć potencjał rozwojowy danej lokalizacji, bo z upływem czasu wiele może się zmienić. Przykładem jest tu działka, na której wybudowaliśmy osiedle Hubertus. Kupiliśmy ją w momencie, w którym Służewiec nie był jeszcze warszawskim biurowym City, a w krajobrazie przeważały stare budynki poprzemysłowe. Dziś to jedna z najbardziej efektownych części Warszawy.

Jarosław Jankowski, prezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Obecnie nie posiadamy gruntów przeznaczonych pod przyszłe projekty. Nie oznacza to jednak, iż nie czynimy starań w tym kierunku i nie planujemy kolejnych inwestycji. Wnikliwie obserwujemy rynek, analizujemy aktualną sytuację, jednocześnie prowadzimy rozmowy z partnerami, z którymi w przyszłości moglibyśmy zrealizować projekty mieszkaniowe. Poszukujemy lokalizacji, które podobnie jak ul. Jana Kazimierza – gdzie obecnie realizujemy projekty Miasto Wola i Stacja Kazimierz – będą wyróżniały się doskonałym skomunikowaniem z centrum, bliskością rozbudowanej infrastruktury transportowej oraz dogodnym dostępem do licznych punktów handlowo-usługowych. Koncentrujemy nasze poszukiwania na takich dzielnicach, jak: Wola, Bemowo, Mokotów, czy Praga Południe.

Jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji ze względu na to, że posiadamy bardzo silną i stabilną strukturę właścicielską, na której czele stoi Polska Grupa Zbrojeniowa. Przynależność do tego podmiotu oznacza dla nas szansę kooperacji z kilkudziesięcioma firmami z szeroko rozumianej grupy spółek Skarbu Państwa, posiadającymi aktywa nieruchomościowe w atrakcyjnych lokalizacjach.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w firmie Home Invest

W ostatnim czasie firma Home Invest dokonała zakupu gruntu wraz z pozwoleniem na budowę w warszawskiej dzielnicy Włochy, u zbiegu ulic Śląskiej i Popularnej. Powstanie tam kameralne osiedle mieszkaniowe Monte Verdi, wraz z lokalami usługowymi w parterze budynku. Rozpoczęcie budowy nastąpi jeszcze w tym roku. Kolejna nasza inwestycja, która jest już w fazie projektowania, będzie realizowana na Mokotowie przy ulicy Woronicza. Nieustannie poszukujemy działek pod kolejne inwestycje na terenie Warszawy. Kluczowym kryterium przy ich zakupie jest lokalizacja, tj. dobra infrastruktura i połączenie z centrum oraz najważniejszymi punktami w stolicy. Home Invest zamierza przeznaczyć w tym roku 80 mln złotych na nowe grunty inwestycyjne na terenie Warszawy.

Autor: Kamil Niedźwiedzki

Linie lotnicze nie wypełniają dostatecznie swojego obowiązku informowania pasażerów o ich prawach

Polscy pasażerowie mają według Rozporządzenia 261/2004 prawo do odszkodowania lotniczego przy opóźnieniu lub odwołaniu lotu oraz nadkomplecie pasażerów. Na mocy tego samego rozporządzenia linie lotnicze mają obowiązek informowania pasażerów o przysługujących im prawach. Firma zajmująca się uzyskiwaniem odszkodowań lotniczych, refund.me, ustaliła jak bardzo różni się ilość przekazywanych przez linie lotnicze informacji. Zaledwie połowa przedsiębiorstw lotniczych publikuje informacje w języku polskim. Istnieją również różnice w łatwości odnajdywania istotnych informacji na stronach internetowych linii lotniczych.

W ramach analizy stron pod uwagę został wzięty język strony i łatwość odnalezienia informacji dotyczących praw pasażerów. Kolejnym kryterium była ilość oferowanych informacji i ich jasność. Przeanalizowane zostały linie lotnicze: LOT, Wizzair, Norwegian, Aeroflot, easyJet, airberlin, KLM, German Wings, British Airways, SAS, Lufthansa i Ryanair. Jedynie Lufthansa, Ryanair, Air Berlin, easyJet, LOT i Wizzair publikują kluczowe informacje o prawach pasażera w języku polskim. Na stronach pozostałych linii lotniczych pasażerowie mogą uzyskać informacje między innymi w języku angielskim.

Najbardziej jasne są informacje na stronie internetowej Lufthansy. Wystarczy jedno kliknięcie, aby pasażerowie odnaleźli informacje na temat praw pasażerów lotniczych. Warto wymienić tu również Norwegian i British Airways, które oferują na swoich stronach internetowych formularz, gdzie bezpośrednio może zostać złożona reklamacja. Polityka informacyjna Aeroflotu natomiast pozostawia wiele do życzenia: z trudem można odnaleźć niewielką ilość informacji na temat praw pasażerów. Brakuje również wzmianki Rozporządzenia WE nr 261/2004 Parlamentu Europejskiego i Rady.

Podobnie jest z innymi liniami lotniczymi, które nie pomagają pasażerom odnaleźć wyżej wymienionego rozporządzenia unijnego. Tylko trzy linie lotnicze udostępniają bezpośredni link do Rozporządzenie Unii Europejskiej na swoich stronach. Są to: LOT, Norwegian und Ryanair.

„Udzielanie szczegółowych i przystępnych informacji na temat praw pasażera nie leży w interesie linii lotniczych, które każdego roku muszą wypłacać miliony euro odszkodowania“, wypowiada się Eve Büchner, założycielka i CEO firmy refund.me oraz ekspert ds. praw pasażerów. „W rzeczywistości tylko około 10% polskich pasażerów jest świadomych swojego prawa do odszkodowania. W ten sposób tracą oni rocznie 21 milionów złotych w kwocie odszkodowań“.

Brytyjczycy zwracają się w stronę zabezpieczeń biometrycznych

Dwie trzecie brytyjskich klientów banków uważa tradycyjne metody zabezpieczeń kont i aplikacji mobilnych za przeżytek. Coraz bardziej popularne za to stają się rozwiązania biometryczne, takie jak pobieranie odcisków palców, rozpoznawanie głosu i wyglądu a nawet rozpoznawanie DNA.

Biometria już od wielu lat działa w służbie bankowości dostarczając produktów usprawniających lepszą identyfikację klientów. W Polsce w wielu miastach działają pojedyncze bankomaty skanujące układ naczyń krwionośnych palca, a niektóre banki zapowiadają wykorzystanie identyfikacji głosu. Na wyspach jednak takie innowacje są znacznie popularniejsze o czym świadczy najnowszy raport firmy Telstra.

Tradycyjnie najbardziej przychylni nowym technologiom są najmłodsi klienci spośród których blisko 75% deklaruje, że chętnie używa biometrycznych zabezpieczeń a prawie 70% uważa, że jest to lepsze rozwiązanie niż tradycyjny kod PIN albo hasło. Ponad połowa (52%) chętnie korzystałaby z czytnika linii papilarnych w swojej aplikacji mobilnej. Nieco mniej użytkowników opowiada się za czytnikiem tęczówki (33%), systemem rozpoznawania twarzy (30%), rozpoznawania pulsu (29%) i rozpoznawania głosu (27%). System identyfikacji klientów na podstawie pulsu jest stosunkowo nowym wynalazkiem, który testuje aktualnie brytyjski Halifax.

Ciepłe przyjęcie biometrycznych innowacji na wyspach wynika z popularnych w ostatnich latach kradzieży tożsamości. W swoim raporcie Telstra pokazuje, że ofiarami takich praktyk padło ponad 30% badanych. Takie przypadki wpłynęły na większą nieufność Brytyjczyków do tradycyjnych zabezpieczeń, takich jak PIN albo hasło.

autor: Filip Ficner

 

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 24.06.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Rynek kupna mieszkań na wynajem coraz atrakcyjniejszy

Mzuri Investments – specjalizująca się w inwestycjach w nieruchomości na wynajem –  zakończyła pierwszy etap gruntownego remontu kamienicy przy ul. Pabianickiej 35 w Łodzi. Wszystkie powstałe mieszkania zostały od razu sprzedane celem wynajmu.

Kamienica została kupiona od prywatnego właściciela przez firmę Mzuri Investments 30 pażdziernika 2013 roku. Po uprawomocnieniu pozwoleń na budowę, remont kamienicy ruszył latem 2014 roku. – Znacząco podnieśliśmy standard – mówi Jarosław Kalinowski, Dyrektor ds. Budowlanych w firmie Mzuri Investments – W momencie zakupu nie było centralnego ogrzewania, brakowało wygód, w kamienicy były stare instalacje, przeciekający dach i wiele innych niedogodności – dodaje Kalinowski. Dziś kamienica ma nowy dach, nowe instalacje, ciepło miejskie i własny węzeł cieplny, elewacja została ocieplona, wszystkie okna wymienione, a wjazdu na posesję strzeże brama. – Wprowadziliśmy tę kamienicę w XXI wiek. Mieszkańcom zapewnimy elegancki, schludny i wygodny standard życia – chwali się Kalinowski. Lokale miały bardzo atrakcyjne ceny – najtańsze 14-metrowe kawalerki kosztowały ok. 75.000 zł w standardzie „pod klucz”, czyli łącznie z wyposażeniem kuchni, łazienki (również w AGD) oraz umeblowaniem  – Zależało nam nie tyle na zarobku, ile na rozbudowaniu bazy mieszkań na wynajem w Łodzi. Wydaje nam się, że jest to ważne dla przyszłości miasta – tłumaczy Artur Kaźmierczak, prezes Mzuri Investments.

Łódź jest atrakcyjnym miejscem na inwestycje w mieszkania na wynajem – jest trzecim największym miastem w Polsce pod względem liczby mieszkańców i jednym z największych w kraju ośrodków akademickich. Leży w centrum Polski przy skrzyżowaniu dwóch głównych autostrad, co wróży dobrze jej rozwojowi, zwłaszcza po ukończeniu połączenia północ – południe i obwodnicy miasta. – Wbrew obiegowym opiniom saldo migracji z Łodzi to jedynie minus 1643 osoby rocznie (znacznie mniej niż np. w Poznaniu – minus 2310 osób). W dodatku ok. 80 proc. osób opuszczających Łódź przenosi się do jej miast satelickich pracując i wydając pieniądze w Łodzi. Cała metropolia łódzka jest przy tym obszarem w miarę stabilnym demograficznie – wyjaśnia Kaźmierczak. Łódź przyciąga coraz więcej inwestycji, w tym z sektora SSC/BPO, który dla inwestorów w mieszkania jest szczególnie atrakcyjny, gdyż jego pracownicy z reguły raczej wynajmują niż kupują swoje mieszkania.

Znaleźli się już pierwsi chętni najemcy, którzy zarezerwowali mieszkania, zachęceni niskimi cenami najmu oferowanymi przez Mzuri. – Najtańsze mieszkanie można wynająć w kamienicy przy Pabianickiej już za 590 zł miesięcznie (w tym opłaty) – wyjaśnia Krzysztof Bystrosz, wiceprezes Mzuri i rodowity Łodzianin – Jest to bardzo atrakcyjna cena dla mieszkań w tej okolicy i w tak dobrym standardzie. Pierwsi najemcy wprowadzą się do mieszkań już w czerwcu.

Zachęcone sukcesem Pabianickiej, Mzuri Investments, jest w trakcie nabywania kolejnej kamienicy przy ul. Targowej w Łodzi. Tym razem działając jako udziałowiec Mzuri CFI 1, czyli platformy grupowego inwestowania w nieruchomości, którego pionierem w Polsce jest Mzuri CFI. Mzuri CFI ma na celowniku kolejne łódzkie kamienice.

Najlepiej opłacani dyrektorzy generalni na świecie

Najlepiej opłacanym dyrektorem generalnym był w 2014 roku David Zaslav z Discovery Communications. Jego roczne zarobki wyniosły ponad 156 mln USD, tym samym jest on najlepiej opłacanym CEO od czasów Tima Cooka z Apple, którego wynagrodzenie w 2011 roku osiągnęło 376 mln USD.

Kolejne miejsca na podium piastują Michael Fries (Liberty Global) i Mario Gabelli (GAMCO Investors), którzy zarobili kolejno prawie 112 mln USD i 89 mln USD.

 

Tabela 1. Roczne wynagrodzenia całkowite dyrektorów generalnych (brutto w USD)

dyrektor generalny firma roczne wynagrodzenie

całkowite w USD

David M. Zaslav Discovery Communications 156 077 912
Michael T. Fries Liberty Global 111 914 319
Mario J. Gabelli GAMCO Investors 88 518 411
Satya Nadella Microsoft 84 308 755
Nicholas Woodman GoPro 77 427 175
Gregory B. Maffei Liberty Media & Liberty

Interactive

73 750 882
Lawrence J. Ellison Oracle 67 261 251
Steven M. Mollenkopf Qualcomm 60 740 592
David T. Hamamoto NorthStar Realty Finance 60 334 396
Leslie Moonves CBS 54 403 721

Źródło: Opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie The New York Times
Najlepiej zarabiająca kobieta w rankingu to Marissa Mayer z Yahoo. Uplasowała się na 14 miejscu z rocznym wynagrodzeniem w wysokości 42 mln USD.

Ewelina Jurczak
Sedlak & Sedlak

Ogólnopolskie Badania Wynagrodzeń 2014

NBP rozpoczyna prace nad banknotem 500 zł i prezentuje zmodernizowane 200 zł

Narodowy Bank Polski zaprezentował banknot o nominale 200 zł ze zmodernizowanymi zabezpieczeniami, który będzie wprowadzany do obiegu od lutego 2016 r. Banknoty o niższych nominałach zostały już zmodernizowane i od kwietnia 2014 r. pojawiają się sukcesywnie w naszych portfelach. Tym samym NBP kończy modernizację banknotów obiegowych i rozpoczyna prace nad banknotem o nominale 500 zł, który trafi do obiegu najwcześniej w 2017 r.

Banknot 200 zł jest obecnie najwyższym nominałem, a w związku z tym został wyposażony w najbardziej zaawansowane technologicznie zabezpieczenia, m.in. w nitkę okienkową z efektem zmienności optycznej (dynamiczna zmiana koloru ze złotego do zielonego). Podobnie jak w przypadku niższych nominałów projekt graficzny banknotu o nominale 200 zł nie uległ zmianie, jednak zastosowanie nowych zabezpieczeń powoduje, że różnice pomiędzy banknotami zmodernizowanej i dotychczasowej emisji będą widoczne.

 

NBP rozpoczyna prace nad banknotem 500 zł

Celem wprowadzenia nowego nominału jest obniżenie kosztów emisji i sprawne zarządzanie zapasem strategicznym banknotów przechowywanych przez NBP. Na nowym banknocie znajdzie się wizerunek króla Jana III Sobieskiego, dzięki czemu zostanie zachowana chronologiczna ciągłość serii „Władcy polscy”. NBP nie planuje wprowadzenia banknotów 500 zł do obiegu przed 2017 r.

Seria banknotów „Władcy polscy” zaprojektowana przez Andrzeja Heidricha, którą posługujemy się obecnie, została wprowadzona do obiegu w 1995 r. Na składających się na serię banknotach znaleźli się dotychczas polscy władcy z dynastii Piastów i Jagiellonów w kolejności chronologicznej odpowiadającej wzrostowi nominałów: Mieszko I, Bolesław Chrobry, Kazimierz Wielki, Władysław Jagiełło i Zygmunt I Stary. Producentem wszystkich polskich banknotów jest Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych.

Wprowadzone w 1995 r. zabezpieczenia oraz system zasilania obrotu gotówkowego funkcjonują bez zarzutu, a poziom fałszerstw znaków pieniężnych w Polsce jest niski. Jednak postęp technologiczny, który dokonał się w ostatnich latach, wymaga przeprowadzenia technicznej operacji polegającej na modernizacji zabezpieczeń banknotów powszechnego obiegu. Jej celem jest zwiększenie bezpieczeństwa obrotu gotówkowego w perspektywie kolejnych lat.

Jak dłużnikom udaje się uniknąć odpowiedzialności za długi

Nie udało się odzyskać pieniędzy od spółki? To nie koniec świata – do odpowiedzialności można pociągnąć byłych członków zarządu! Majątek osobisty prezesa nie pozwala na zaspokojenie roszczeń? Rzeczywiście nie ma pieniędzy, a może tylko ukrywa majątek? Jak skutecznie przerwać bieg przedawnienia?

Procesy sądowe o zapłatę obfitują w wiele interesujących zwrotów akcji. Dla wierzycieli są one irytujące bo oddalają perspektywę odzyskania gotówki – przyznają adwokaci Tomasz Celary i Łukasz Federwspółpracujący z Kancelarią Prawną Pragma Inkaso SA i zdradzają skuteczne sposoby, którymi wierzyciele mogą w sądzie skutecznie walczyć o swoje pieniądze.

Nie tak łatwo odzyskać należną gotówkę

Tomasz Celary
Tomasz Celary

Machinacje dłużników wprawionych w unikaniu odpowiedzialności za długi oznaczają dla części wierzycieli bezpowrotnie utraconą gotówkę. Pozbawieni profesjonalnej pomocy prawnej są w takich przypadkach skazani na porażkę, ale i tak w większości sądowa egzekucja roszczeń wiąże się ze żmudnym postępowaniem dowodowym oraz długim i kosztownym procesem – podkreśla adwokat Tomasz Celary.

Dłużnik nie posiada majątku, a może go ukrywa?

Uciekanie z majątkiem to najczęściej stosowana przez dłużników strategia. Polega na zbyciu, najczęściej fikcyjnym lub przekazaniu w formie darowizny majątku na rzecz osób trzecich, zwykle najbliższych członków rodziny – wylicza Łukasz Feder. Gdy wskutek czynności prawnej dokonanej przez dłużnika ze świadomością pokrzywdzenia wierzycieli osoba trzecia uzyskała korzyść majątkową, każdy z wierzycieli może żądać uznania tej czynności za bezskuteczną względem niego. Podstawą prawną jest skarga pauliańska.

Jeżeli dłużnik działał ze świadomością pokrzywdzenia wierzycieli, a osoba trzecia o tym wiedziała lub mogła się dowiedzieć, wystąpienie z tym rodzajem powództwa jest wskazane i z dużym prawdopodobieństwem pozwoli odzyskać gotówkę. W naszej praktycesukcesem odzyskiwaliśmy już w ten sposób pieniądze poszkodowanych wierzycieli – przekonuje Łukasz Feder.

Przyznaje też, że przy odpowiedniej determinacji nie tak trudno dowieść świadomego działania dłużnika i jego intencji uniknięcia odpowiedzialności za długi. Instytucja skargi paulińskiej służy właśnie obronie pokrzywdzonych wierzycieli, którzy wskutek zaskarżonej czynności prawnej utracili możliwość zaspokojenia swoich roszczeń.

Bezskuteczna egzekucja wobec spółki? Nie wszytko stracone!

Bezskuteczna egzekucja wobec spółki zwykle nie ma nic wspólnego z manipulacjami, ale i tak oznacza dramat dla rzeszy wierzycieli. W przypadku upadłości likwidacyjnej po prostu rzadko starcza majątku na zaspokojenie roszczeń wszystkich wierzycieli. Tomasz Celary przekonuje jednak, że to wcale nie musi przekreślać szans na odzyskanie gotówki i zachęca do korzystania z możliwości jakie stwarza instytucja uregulowana w art. 299  kodeksu spółek handlowych.

Odpowiedzialność osobista członków zarządu oznacza, iż odpowiadają oni swoim majątkiem prywatnym za całość zobowiązań spółki, solidarna – że wszyscy przedstawiciele spółki z o.o. odpowiadają za cały dług. Przesłanką do dochodzenia odpowiedzialności wobec członka zarządu jest stwierdzona bezskuteczność egzekucji wobec spółki.Jeżeli można przypuszczać, że majątek osobisty członków zarządu pozwoli odzyskać pieniądze zwykle przekonuję wierzycieli do skorzystania z tej możliwości – podkreśla Tomasz Celary.

Czas ma znaczenie

Dużym zagrożeniem dla skutecznego egzekwowania roszczeń jest długa pobłażliwość wierzyciela, która może doprowadzić do przedawnienia długu. Jeżeli po upływie określonych ustawowo terminów dłużnik podniesie przed sądem zasadny zarzut przedawnienia, to tego rodzaju zobowiązanie można zaliczyć w poczet długów straconych. Z tego powodu warto wiedzieć, że dla roszczeń wynikających z prowadzenia działalności gospodarczej termin przedawnienia wynosi 3 lata, ale już w przypadku roszczeń o zapłatę za sprzedaż rzeczy w ramach przedsiębiorstwa tylko 2 lata i raptem rok dla długów wynikających z umowy przewozu i spedycji.

Przedsiębiorca może przerwać bieg przedawnienia poprzez złożenie do sądu pozwu o zapłatę lub wniosku o zawezwanie dłużnika do próby ugodowej – wiąże się to ze znacznie niższymi kosztami, a daje ten sam efekt tzn. nawet jeżeli nie doprowadzi do zawarcia ugody to przerwie bieg przedawnienia. Przerywa go również uznanie długu. Uznaniem długu jest np. zawarta między stronami umowa, w której potwierdzają istnienie długu i jego wysokość. Uznaniem długu może być również pisemne zwrócenie się przez dłużnika do wierzyciela z prośbą o rozłożenie należności na raty – wyjaśnia Łukasz Feder.

Prawnicy z Kancelarii Prawnej Pragma Inkaso twierdzą, że sytuacja beznadziejna to wyłącznie stwierdzona niewypłacalność dłużnika. Wszędzie tam gdzie dłużnik posiada majątek, z którego można zaspokoić zasadne, bezsporne i nieprzedawnione roszczenie jest kwestią czasu. W każdym przypadku dużym wsparciem jest doświadczenie kancelarii wyspecjalizowanej w sądowym dochodzeniu roszczeń wynikających z obrotu gospodarczego.

 

Badania i rozwój siłą napędową polskiej gospodarki?

Nowe technologie to jeden z obszarów przyczyniających się do znacznego wzrostu cywilizacyjnego. Ich rozwój jest aktualnie najszybszy w historii. Wyznaczają dynamikę jakości życia poprzez wprowadzanie innowacyjnych produktów i usług. Stworzenie tej nowoczesności nie byłoby możliwe gdyby nie działania badawczo-rozwojowe prowadzone przez ośrodki naukowe, fundacje, instytuty i korporacje

Badania i rozwój (B+R) to znaczący aspekt pochłaniający sporą część przychodów dużych międzynarodowych koncernów (takich jak Google, Cisco, Microsoft, SAP), ponieważ stworzenie i wdrożenie nowych produktów na rynku pozwala zdobyć przewagę konkurencyjną i ugruntować pozycję lidera osiągając dobrą reputację wśród klientów. Działalność B+R coraz częściej jest także domeną małych i średnich firm, w tym start-upów, które korzystają z programów dotacji rządowych i unijnych. Chociaż działania polskich władz w tym zakresie kojarzą się raczej z rozdzielaniem pieniędzy z UE, rzadziej dotowaniem z programów poszczególnych ministerstw i brakiem elastycznego podejścia do ulg podatkowych skierowanych do rodzimych firm (z podatku za to zwalniani są zagraniczni przedsiębiorcy), to w praktyce okazuje się, że inicjatywa ze strony polskiej administracji jest bardziej przekrojowa i wielopłaszczyznowa.

Skąd pozyskać środki na B+R?

W zakresie działań B+R najbardziej znaczącą instytucją w Polsce jest Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR) podlegające Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego. To właśnie NCBiR jest odpowiedzialne za rozdysponowanie środków unijnych w ramach dotacji dla przedsiębiorstw. Dofinansowanie UE przewidziane na lata 2014-2020 uwzględnia wielką pulę na działania B+R w ramach kilku programów, ale przede wszystkim Programu Inteligentny Rozwój (PO IR). Jego budżet wynosi ponad 35 mld złotych, a główny cel to wzrost innowacyjności polskiej gospodarki przez zwiększenie nakładów na badania i rozwój ponoszonych przez przedsiębiorstwa. Szczególny akcent jest położony na rozwój nowoczesności, zwłaszcza poprzez zwiększenie komercjalizacji wyników badań i zastosowania ich w gospodarce (wdrażanie nowych produktów i usług). W ramach PO IR rozpisano osiem konkursów, w tym m.in. Działanie 1.1 Projekty B+R przedsiębiorstw z poddziałaniami: Prace B+R związane z wytworzeniem instalacji pilotażowej/demonstracyjnej; Badania przemysłowe i prace rozwojowe realizowane przez przedsiębiorstwa (warto zaznaczyć, że wsparcie kierowane jest zarówno do MSP, jak i dużych firm); Poddziałanie 4.1.4 Projekty aplikacyjne (zwiększenie skali wykorzystania nowych rozwiązań technologicznych niezbędnych dla rozwoju przedsiębiorstw oraz poprawy ich pozycji konkurencyjnej); Demonstrator (z którego można uzyskać dofinansowanie na projekty demonstracyjne i instalacje prezentujące efekty badań, budżet konkursu to 830 mln zł); Innomed (dotyczący prac rozwojowych nad rozwiązaniami w zakresie medycyny nowoczesnej, budżet to 300 mln zł); Innolot w ramach Działanie 1.2 Sektorowe programy B+R skoncentrowany na wsparciu prac rozwojowych w lotnictwie. Na uwagę zasługują konkursy spoza PO IR, które dotyczą komercjalizacji efektów prac naukowych, w tym konkurs Go Global skierowany do MSP z sektora wysokiej i średnio-wysokiej technologii. Przeznaczeniem dotacji ma być przede wszystkim stworzenie warunków do wejścia lokalnych przedsiębiorstw na rynki międzynarodowe. Maksymalna wartość dofinansowania projektu wynosi 150 tys. zł. Niemałe środki będą rozdysponowane również w ramach finansowania badań stosowanych w ramach programów strategicznych. Wyróżnić tutaj można zwłaszcza: Strategmed, którego celem jest postęp w zwalczaniu chorób cywilizacyjnych poprzez implementację nowoczesnej profilaktyki, diagnostyki, metod leczniczych i rehabilitacyjnych. Budżet programu to 800 mln zł. Biostrateg z kolei dotyczy wsparcia badań w obszarach związanych ze środowiskiem naturalnym, rolnictwem i leśnictwem, a przewidziany budżet programu to 500 mln. zł. Konkurs Lider z kolei został zaadresowany do młodych ludzi, którzy chcą poszerzyć swoje horyzonty w zakresie zarządzania realizacją projektu badawczego, w tym w kierowaniu własnym zespołem naukowym. Założeniem programu jest inicjowanie i umacnianie kooperacji między naukowcami, a przedsiębiorcami. Interesującą ofertę dotacji zawiera projekt pilotażowy E-pionier w ramach programu Polska Cyfrowa (PO PC) Działanie 3.3. Celem konkursu jest stymulowanie potencjału zdolnych programistów dla zwiększenia zastosowania rozwiązań cyfrowych w administracji i gospodarce. To pierwsza ogólnokrajowa inicjatywa zakładająca finansowanie powstawania rozwiązań w modelu zamówień przedkomercyjnych (PCP – pre-commercial procurement). Konkurs jest ciekawy ze względu na start-upową grupę docelową, ponieważ będzie realizowany we współpracy z wyspecjalizowanymi akceleratorami. Na fundusze mogą liczyć projekty ICT skoncentrowane na rozwiązywaniu ważnych problemów społecznych lub gospodarczych. Budżet programu to 100 mln zł. Ponadto oferowanych jest dziesięć programów międzynarodowych dotyczących m.in. badań obejmujących zagadnienia z zakresu logistyki i łańcuchów dostaw, technologii materiałowych, surowców nieenergetycznych, czy ICT w obszarze wspierania osób starszych. Warto wspomnieć jeszcze o grantach rządowych Ministerstwa Gospodarki przyznawanych na podstawie Programu wspierania inwestycji o istotnym znaczeniu dla gospodarki polskiej na lata 2011 – 2020. Przedsiębiorcy mogą ubiegać się wsparcie z tytułu tworzenia nowych miejsc pracy oraz realizacji inwestycji na terenie kraju.

Finansowanie działań B+R dla start-upów

Instytucją wspierającą rozwój obszaru B+R jest Polski Instytut Badań i Rozwoju. Jego zadanie polega na promowaniu nowych rozwiązań technologicznych, a także występowanie w roli partnera podczas ich komercjalizacji. PIBiR współpracuje z wieloma przedsiębiorstwami produkcji przemysłowej, funduszami specjalizującymi się w finansowaniu i wdrażaniu innowacji, a także z inwestorami indywidualnymi oraz partnerami medialnymi. Dzięki temu stanowi most łączący naukowców z przemysłem, pomagając urzeczywistniać nowoczesne rozwiązania poprzez wyprowadzenie rezultatów badawczych z laboratoriów do gospodarki. Nie bez znaczenia jest fakt, że instytut aktywnie pomaga w pozyskiwaniu dotacji na realizację projektów badawczych dla firm ze środków krajowych, unijnych oraz innych źródeł finansowania. Wspólnie z NCBiR prowadzi także własny program inwestycyjny Bridge Alfa, w ramach którego weryfikuje koncepcje projektów i sponsoruje ich dalszy rozwój, aż przekształcą się w niezależne spółki. W kolejnych etapach rozwoju spółek uczestniczą już fundusze venture capital. Bridge Alfa stanowi więc swego rodzaju fundusz zalążkowy. To oferta skierowana szczególnie dla start-upów, ponieważ proces inwestycyjny zakłada preinkubację, inkubację i komercjalizację.

Administracja wspiera innowacje nowymi programami

Na polu rozwoju przedsiębiorczości praktyczne działania podejmowane są przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, które powołało i finansuje program Top 500 Innovators, mający na celu podniesienie kompetencji pracowników naukowych i ośrodków badawczych w zakresie kooperacji z podmiotami gospodarczymi i komercjalizacją swoich przedsięwzięć. Zamiarem tych działań jest zapewnienie przenikania wyników prac B+R do gospodarki. Laureaci programu otrzymują możliwość wyjazdu na staże i szkolenia zagraniczne (m.in. do Doliny Krzemowej). Pobudzenie współpracy nauki z biznesem jest aktualnie priorytetowym celem działań rządu w kwestii wsparcia innowacyjności. Stworzenie dogodnych warunków zbliżenia tych dwóch środowisk ma dać impuls do szybszego rozwoju polskich technologii i ich powszechnego wykorzystania.

Wśród rozmaitych programów skierowanych do MSP znajdują się także te związane z podnoszeniem kwalifikacji i rozwojem kapitału ludzkiego. Fundacja Edukacyjna Perspektywy wraz z Ministerstwem Administracji i Cyfryzacji oraz Ambasadą amerykańską przygotowała pierwszy w Polsce program mentoringu kobiecego skierowany głównie do absolwentek uczelni technicznych. Celem jest stworzenie właściwych warunków do budowania kobiecych karier w płaszczyźnie STEM (Science, Technology, Engineering, Mathematics). Charakterystyczne dla programu jest to, że w roli mentorów występują kobiety sukcesu reprezentujące powyższe branże, a każda uczestniczka będzie bezpośrednio „prowadzona” przez daną mentorkę w toku osobistych spotkań i realizować będzie wyznaczone cele.

Rząd stara się także pozyskać strategicznych partnerów, którzy pomogą w rozwoju rodzimej branży technologicznej. W tym celu Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego wspólnie z Departamentem Stanu USA powołało program „U.S.-Poland Innovation Program PLUS-IP”. Jego celem jest utworzenie platformy kooperacji w zakresie innowacji i umożliwienie kontaktów między polskimi oraz amerykańskimi środowiskami akademickimi, biznesowymi, firmami high-tech a przedstawicielami władzy. Projekt ma wzmocnić nowoczesny ekosystem Polski i przynieść korzyści obu krajom głównie za sprawą wspólnie prowadzonych projektów badawczych.

Polskie firmy chcą wydawać więcej na B+R

Aktualnie Polska wydaje na B+R zaledwie około 0,9 proc. PKB, a według strategii rozwoju przedsiębiorczości do 2020 roku współczynnik ten ma wzrosnąć do 2 procent. W Europie liderami są Finowie i Szwedzi, wydający na B+R około 3,5 procent PKB. Przy wprowadzeniu naszego kraju na drogę innowacji niezbędne jest stworzenie inicjatyw umożliwiających wzrost poziomu wydatków polskich firm na badania i rozwój. Komisja Europejska i Europejski Bank Inwestycyjny dostrzegają potrzebę wprowadzenia ulg podatkowych, które stanowiłyby zachętę dla polskich przedsiębiorstw. Według raportu Deloitte z lipca 2014 r. (Badania i rozwój w Polsce) zwiększyła się liczba firm, które deklarują wzrost wydatków na B+R w stosunku do 2013 r. ale jednocześnie odnotowaliśmy spowolnienie dynamiki wzrostu wydatków na badania i rozwój. Coraz większa liczba przedsiębiorstw realizuje projekty wspólnie z zewnętrznymi centrami badawczymi (wzrost z 66 proc. do 82 proc.), co może wskazywać, że inicjatywy zbliżenia biznesu i nauki zaczynają odnosić skutek. Od 2013 r. nastąpiły zmiany w sposobie definiowania przez przedsiębiorstwa działań badawczo-rozwojowych. W 2014 r. największa liczba respondentów (55,6 proc.) wskazała, iż działalność ta obejmuje zmiany, ulepszenia istniejących produktów, procesów oraz usług służące poprawie wydajności i udoskonaleniu właściwości tych produktów, procesów i usług. 48,6 proc. ankietowanych prowadzi działalność B+R mającą na celu rozwój nowych produktów, procesów i usług, co oznacza spadek z 78 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Jeszcze bardziej zmniejszyła się liczba respondentów, którzy uznali, że B+R to wspólna realizacja projektów badawczych ukierunkowanych na doskonalenie bądź rozwój nowych produktów, procesów i usług z innymi spółkami grupy kapitałowej.

Nie tylko dotacje, potrzebne też ulgi podatkowe na B+R

Przedsiębiorstwa w Polsce zaznaczają potrzebę wprowadzenia ulg podatkowych związanych z działalnością B+R. Z badań Konfederacji Lewiatan dotyczących firm z sektora MMŚP wynika, że prawie 20 proc. z tych przedsiębiorstw uważa, że ulga podatkowa zachęciłaby je do zaangażowania się w działalność badawczo-rozwojową. Tendencję tę zaczynają dostrzegać władze, które zapowiedziało wprowadzenie zachęt podatkowych już w 2016 r. co wydaje się nazbyt optymistycznym założeniem. Aktualnie przedsiębiorcy mają dwie możliwości dotyczące ulg: odliczenie od podstawy opodatkowania 50 proc. wydatków na zakup innowacyjnej technologii oraz comiesięczne odpisy od podstawy opodatkowania w wysokości do 20 proc. przychodów z tytułu działalności B+R z zastrzeżeniem, że firma posiada status Centrum Badawczo-Rozwojowego. Jak pokazują światowe doświadczenia, najbardziej skuteczną formą stymulowania firm do zwiększania wydatków na B+R jest system hybrydowy, czyli połączenie ulg podatkowych z dotacjami i grantami.

Zgodnie z prowadzoną w UE strategią EUROPA 2020, nakład środków na działania badawczo-rozwojowe w Polsce musi zostać zwiększony do 2 proc. PKB w 2023 r. Według polskiego rządu już za niecałą dekadę tylko połowa tych pieniędzy będzie pochodzić z budżetu państwa, podczas gdy reszta będzie finansowana przez firmy. Z pewnością nie będzie to możliwe, jeśli w porę nie zostaną wprowadzone zachęty podatkowe, a być może dalsze udogodnienia dla przedsiębiorców.

Autor: Tomasz Gutkowski

Źródło: www.web.gov.pl

Telepraca to światowy trend – jak zapewnić bezpieczeństwo pracy zdalnej?

Z ubiegłorocznego raportu Gartnera wynika, że komputer stacjonarny jest wciąż najpopularniejszym urządzeniem wykorzystywanym do pracy, także tej zdalnej. Co zrobić, by uniknąć wycieku firmowych danych? Jak edukować pracowników i jakie technologie wdrażać?

Mariusz Rzepka, dyrektor Fortinet na Polskę, Białoruś i Ukrainę
Mariusz Rzepka, dyrektor Fortinet na Polskę, Białoruś i Ukrainę

Telepraca to światowy trend, który coraz bardziej widoczny jest także w polskich firmach. Nic w tym dziwnego, ponieważ model ten oferuje wiele korzyści dla obu zainteresowanych stron. Pracownicy są bardziej elastyczni i dostępni, nie tracąc przy tym czasu na dojazdy do pracy, a pracodawcy ograniczają koszty operacyjne. Nawet firmy, które otwarcie nie promują telepracy, dostrzegają jej zalety np. w trakcie podróży pracownika lub choroby jego dziecka.

Oprócz widocznych plusów, praca zdalna niesie ze sobą jedno, często nieoczywiste dla pracodawcy zagrożenie w postaci wycieku bądź utraty strategicznych danych przedsiębiorstwa. Jak zatem zabezpieczać środowisko pracy poza firmową siecią?

Ważne jest, aby stosować kompleksowe podejście do zabezpieczeń punktów końcowych i dostępu zdalnego zamiast zastanawiać się, czy pracownicy stosują coś więcej niż tylko szyfrowanie WEP oferowane w standardzie przez każdy domowy router. Oto kilka sposobów na stworzenie bezpiecznego środowiska pracy zdalnej bez względu na lokalizację.

  1. Używaj sieci VPN

To najważniejszy postulat. Niezależnie od tego, w jaki sposób pracownik uzyskuje dostęp do zasobów przedsiębiorstwa, jeśli używa do tego odpowiednio wdrożonego tunelu VPN, pobierane i wysyłane przez niego treści są bezpieczne. Dostępne są również sieci VPN oferowane jako usługa, które służą do zabezpieczania sesji na urządzeniach mobilnych za pośrednictwem publicznej sieci Wi-Fi, przy czym stworzenie sieci VPN pod kontrolą przedsiębiorstwa jest łatwiejsze, tańsze i bezpieczniejsze niż poleganie na sieci VPN działającej w chmurze publicznej.

  1. Wymagaj instalacji programów antywirusowych i ich aktualizowania

Instalowanie aktualizacji programów antywirusowych i poprawek do systemów operacyjnych nie znajduje się na liście zadań pracowników, dlatego wdrożenie usług, które automatycznie zainstalują aktualizacje na klientach znajdujących się poza siecią przedsiębiorstwa jest bardziej niż wskazane.

  1. Zablokuj korzystanie z usług przechowywania danych w chmurze publicznej

Jako że usługi takie jak Dropbox czy Google Drive mają coraz więcej funkcji i są coraz łatwiejsze w obsłudze, użytkownicy mogą ulec pokusie i przesyłać pliki służbowe do chmury. Niestety po odejściu pracownika z firmy pracodawca nie ma możliwości sprawdzenia, czy zasoby przedsiębiorstwa nie pozostały na komputerze w jego biurze domowym. Blokada dostępu do takich usług podczas korzystania przez pracowników z sieci przedsiębiorstwa zapewnia ochronę danych.

  1. Zainwestuj w narzędzia eliminujące zgrywanie plików na przenośne dyski

Gdy pracownik nie będzie mógł przesłać plików do swojego Dropboxa bądź innego folderu w chmurze, prawdopodobnie zechce zgrać je na pendrive lub inny nośnik wymienny w celu późniejszego skorzystania z nich w domu. Takie nośniki mogą być siedliskiem wirusów. Co zrobić? Najlepiej zakupić oprogramowanie klasy biznesowej do bezpiecznego synchronizowania i udostępniania plików oraz do współpracy.

  1. Jeśli to możliwe, zabezpiecz środowisko pracy

O ile nie jest możliwe odwiedzenie każdego użytkownika w jego domu, zainstalowanie punktu dostępu z optymalnymi ustawieniami bezpieczeństwa, a następnie centralne zarządzanie nim, można poprosić pracowników zdalnych o wdrożenie silnego szyfrowania na domowych routerach. Nawet jeśli będzie to oznaczać konieczność przeprowadzenia użytkownika krok po kroku przez proces instalacji lub zakupienia punktów dostępu 4G (które domyślnie używają szyfrowania), warto zapewnić względne bezpieczeństwo sieci domowych.

  1. Bezpieczeństwo zaczyna się od edukacji

Nawet specjaliści ds. bezpieczeństwa i hakerzy nie rodzą się ze swoją wiedzą. Dlatego nie powinniśmy wymagać od pracowników, że będą w stanie uniknąć najnowszych ataków.

Niestety często w tę pułapkę wpada kadra zarządzająca przedsiębiorstwa. Większość firm stosuje firewalle, systemy zapobiegania włamaniom i ochronę przed szkodliwym oprogramowaniem w celu zabezpieczenia swoich sieci, ale ignoruje najsłabsze ogniwo w łańcuchu bezpieczeństwa: człowieka. Nawet największe przedsiębiorstwa dysponujące solidnymi zabezpieczeniami mogą zostać narażone na ryzyko, gdy niczego nieświadomy użytkownik padnie ofiarą wyrafinowanego ataku wykorzystującego techniki inżynierii społecznej, nieopatrznie ujawniając dane logowania lub wprowadzając złośliwe oprogramowanie do firmowej sieci.

6 ½. Miej strategię

Zastosowaliśmy w tym punkcie ułamek, gdyż ten postulat powinien być oczywisty. Niemniej niedawno przeprowadzone badania pokazują, że wiele przedsiębiorstw nie ma strategii w zakresie urządzeń osobistych, biur domowych oraz zdalnego dostępu do sieci i zasobów przedsiębiorstwa. Być może ten punkt powinien być numerem jeden, gdyż dobra, przemyślana strategia, akceptowalna zarówno dla działu informatycznego, jak i pracowników, stanowi fundament bezpieczeństwa. Aby wdrażać technologie, przedsiębiorstwa potrzebują strategii!

Mariusz Rzepka, dyrektor Fortinet na Polskę, Białoruś i Ukrainę.

Monika Jakubczyk oraz Szymon Urbanowicz awansowali na stanowisko Partnera w Deloitte

Firma doradcza Deloitte rozwija się i wzmacnia swoje struktury w Warszawie. Od czerwca br. nowym Partnerem w dziale audytu została Monika Jakubczyk. Szymon Urbanowicz został Partnerem odpowiedzialnym za zarzadzanie ryzykiem przedsiębiorstw. 

Monika Jakubczyk posiada wieloletnie doświadczenie audytorskie zdobyte w Polsce jak i w Stanach Zjednoczonych, gdzie pracowała w biurze Deloitte w Nowym Jorku. Nadzoruje i kieruje badaniami sprawozdań finansowych jak również projektami doradztwa rachunkowego polskich spółek publicznych oraz międzynarodowych korporacji.

Specjalizuje się w Międzynarodowych Standardach Sprawozdawczości Finansowej (MSSF) oraz Amerykańskich Standardach Sprawozdawczości Finansowej. Jest także odpowiedzialna za współpracę Deloitte ze Stowarzyszeniem Emitentów Giełdowych i Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie w zakresie konferencji dotyczących sprawozdawczości MSSF, jak również autorem licznych publikacji związanych z tematyką MSSF.

Monika jest członkiem Brytyjskiego Stowarzyszenia Biegłych Rewidentów (ACCA). Ukończyła MBA na Politechnice Warszawskiej organizowane we współpracy z London Business School. Jest członkiem Klubu Deloitte SheXO skierowanego dla kobiet biznesu oraz liderem wewnętrznego Programu Mentoringu Rodzicielskiego.

„Monika od lat jest ważną częścią zespołu Deloitte. Jej udział w budowaniu naszego sukcesu na rynku audytu jest bezsprzeczny. Szczególnie jej współpraca ze spółkami publicznymi pozwoliła nam zdobyć pozycję lidera wśród firm audytorskich, badających firmy z warszawskiego parkietu” – mówi Radosław Kuboszek, Partner Zarządzający działem Audytu Deloitte.

Nowy Partner Szymon Urbanowicz odpowiedzialny za zarzadzanie ryzykiem przedsiębiorstw, wcześniej był odpowiedzialny za usługi w zakresie audytu wewnętrznego oraz zarządzania ryzykiem korporacyjnym i finansowym. Posiada wieloletnie doświadczenie we wdrażaniu rozwiązań w zakresie ryzyk finansowych, kredytowych, płynności oraz zarządzania skarbem.

Wraz ze swoim zespołem ekspertów świadczy również usługi audytu procesów gospodarczych oraz implementacji zintegrowanego podejścia do zarządzania ryzykiem.

Nowy Partner w Deloitte jest odpowiedzialny za rozwój systemu informatycznego Exante, który jest wykorzystywany przez wiodące polskie przedsiębiorstwa i grupy kapitałowe do zarządzania ryzykiem rynkowym. Szymon Urbanowicz ukończył Politechnikę Szczecińską oraz program Advanced Management Program w IESE Business School.

„Ze swoją wiedzą i doświadczeniem Szymon wraz z zespołem, którym kieruje, dostarcza klientom szerokie i zintegrowane portfolio usług w obszarze zarządzania ryzykiem. Firma Deloitte wspiera  pracowników, którzy stale rozwijają swoje kompetencje. Jestem przekonany, że jego unikatowa wiedza będzie efektywnie wykorzystana we współpracy z klientami” – mówi Zbigniew Szczerbetka, Partner zarządzający działem konsultingu Deloitte w Europie Środkowej.

Oddziały bankowe pozostają kluczowym kanałem sprzedaży i obsługi klienta

Z wyjątkiem kredytów ratalnych i funduszy inwestycyjnych, ponad 90 proc. produktów bankowych jest sprzedawanych w oddziałach. Klienci bardzo często wybierają wizytę w placówce nawet po to, by zlecić przelew i sprawdzić przy okazji saldo na rachunku. Tymczasem utrzymanie średniej wielkości oddziału to koszt sięgający nawet miliona złotych rocznie. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte ponad 80 proc. Polaków jest skłonna korzystać ze zdalnych kanałów obsługi, ale migracja ta musi być inspirowana przez banki.

Utrzymujący się niski poziom stóp procentowych, obniżony poziom opłat za transakcje kartowe, zwiększona składka na BFG oraz zmiany regulacyjne wywierają dużą presję na przychody banków. Tymczasem koszty utrzymania instytucji bankowych nie maleją. „Z naszych wyliczeń wynika, że utrzymanie średniej wielkości oddziału, zatrudniającego 6-7 osób, to wydatek około miliona złotych w skali roku. Koszt ten utrzymuje się na stałym poziomie na przestrzeni około 8 lat” – wyjaśnia Piotr Sadza, Dyrektor w Sektorze Instytucji Finansowych Deloitte.

Presja na efektywność finansową oddziałów idzie w parze z rozwojem nowych technologii, które umożliwiły powstanie alternatywnych w stosunku do oddziału kanałów sprzedaży i obsługi klienta. „Nowoczesne technologie dostarczają narzędzi do budowania bliższych relacji z klientem, personalizowania oferty bankowej na nieznaną wcześniej skalę czy dotarcia do klienta najwygodniejszymi dla niego kanałami. Jak jednak wynika z naszego badania, oddziały wciąż stanowią istotny element nowego modelu wielokanałowej obsługi klientów.– mówi Dariusz Szkaradek, Partner, Lider Sektora Instytucji Finansowych w Polsce Deloitte. „Banki muszą odpowiadać na potrzeby zarówno klientów przyzwyczajonych do oddziałów, jak i tych, których gotowość do migracji do kanałów zdalnych rośnie”  – dodaje.

Do banku idziemy nawet po to by sprawdzić saldo

Z badania przeprowadzonego przez Deloitte wynika, że z wyjątkiem jednostek funduszy inwestycyjnych, kredytów ratalnych i samochodowych, oddziały bankowe w Polsce odpowiadają za ponad 90 proc. sprzedaży produktów bankowych. W przypadku zakładania ROR-ów odsetek ten sięga aż 95 proc. Proste transakcje bezgotówkowe, takie jak przelewy, zlecenia stałe czy sprawdzenie historii rachunku blisko połowa respondentów również realizuje w oddziałach. Do bieżącej obsługi pozostałych poza ROR produktów, dziewięciu na dziesięciu badanych także wskazuje oddział. Tylko jedna piąta badanych korzysta w tym obszarze również z bankowości internetowej. Bardzo niewielki odsetek, bo jedynie 1-3 proc. (w zależności od produktu) preferuje aplikacje mobilne.

Dopuszczamy możliwość zakupu kolejnych produktów w kanałach zdalnych

Pomimo bardzo konserwatywnych przyzwyczajeń, około 70 proc. klientów dopuszcza możliwość zakupu kolejnych produktów finansowych w kanałach zdalnych, zaś ponad 80 proc. mogłoby w ten sposób obsługiwać już posiadane produkty. Wskazuje to na bardzo duże możliwości kształtowania przez banki ich modeli sprzedaży i obsługi klienta, choć musi się z tym wiązać aktywna polityka migracji klientów. Zaledwie 6 proc. klientów korzystających z usług bankowych głównie w oddziale, wskazało bowiem kanały zdalne jako preferowane przy zakupie kolejnych produktów finansowych. W przypadku obsługi, odsetek ten wynosi od 10 do 24 proc. w zależności od typu produktu i charakteru realizowanej czynności. Jeżeli chodzi o transakcje gotówkowe, to Polacy w 78 proc. korzystają już z bankomatów i są gotowi ograniczyć lub prawie całkowicie zrezygnować z wypłat gotówki realizowanych w oddziałach. Zupełnie inaczej wyglądają wpłaty na rachunek, które w 80 proc. realizowane są za pośrednictwem oddziałów. Upowszechnienie wpłatomatów wydaje się przy tym znacznie trudniejszym zadaniem, co wynika bardzo często z niedostatecznego zaufania i zawodności dostępnych dzisiaj rozwiązań technicznych.

Najważniejszy bezpośredni kontakt z pracownikiem banku

63 proc. klientów korzystających z oddziałów wskazało na potrzebę bezpośredniego kontaktu z pracownikiem banku. Bardzo często oczekują oni od doradcy kompetentnej porady (37 proc.) oraz pomocy w wypełnieniu dokumentów wymaganych przez bank (34 proc.). Dla niemal jednej trzeciej klientów ważne jest to, że mogą otrzymać papierową umowę lub potwierdzenie złożonych dyspozycji. Klienci korzystają również z oddziałów w sytuacjach, kiedy nie są w stanie załatwić swoich spraw finansowych innym kanałem. Taką odpowiedź wskazało 27 proc. badanych, co może wskazywać, że cały czas istnieje duże pole do poprawy procesów obsługi klienta w kanałach zdalnych.

5 segmentów klientów różniących się pod względem preferencji kanałowych

Analiza preferencji kanałowych ujawniła pięć segmentów klientów. Około 15 proc. stanowią klienci oddziałowi wykazujący bliską zeru skłonność do migracji do innych kanałów obsługi. Niewiele mniej konserwatywna jest kolejna grupa 20 proc. klientów, bardzo istotnych dla banków z powodu posiadania przez nich dużej liczby produktów bankowych. Zaledwie 6 proc. stanowią znajdujący się na drugim biegunie klienci nowocześni, którzy już dzisiaj w dużym stopniu obsługują swoje bankowe potrzeby poza placówkami. Pozostałe dwie grupy klientów są stosunkowo otwarte na eksperymentowanie z kanałami zdalnymi, przy czym z reguły wynika to z ich niewielkiego doświadczenia z usługami finansowymi i ograniczonych dotychczas kontaktów z bankami. Co ciekawe, pomimo wyraźnych różnic preferencji, badanie nie wykazuje istnienia prostych i jednoznacznych zależności demograficznych, co czyni identyfikację potrzeb klientów w zakresie preferowanych przez nich kanałów obsługi o wiele trudniejszą.

Placówka w bezpośredniej okolicy miejsca zamieszkania

Badanie Deloitte pokazało, że aż 2/3 klientów jest gotowych poświęcić na dotarcie do oddziału nie więcej niż 15 minut w przypadku prostych spraw związanych z ROR lub lokatą. Większy odsetek deklaruje akceptację dla dłuższego czasu dotarcia do placówki w przypadku zakupu lub obsługi bardziej złożonych produktów, takich jak kredyt hipoteczny. 60 proc. klientów oczekuje, że oddział ich banku będzie zlokalizowany w pobliżu ich miejsca zamieszkania. Podobny odsetek respondentów preferuje wizyty w placówce w godzinach popołudniowych, po pracy. Około 1/4 klientów chciałaby odwiedzać placówki swojego banku w godzinach porannych w drodze z domu do pracy.

Poważne i tradycyjne postrzeganie instytucji finansowej

Zaledwie 16 proc. klientów byłoby zainteresowanych zakupem w oddziale produktów niefinansowych pod warunkiem, że nie stoją one w sprzeczności z powagą tej instytucji. Najczęściej wymieniali oni sprawy urzędowe, porady prawne oraz usługi telekomunikacyjne. Respondenci niechętnie natomiast widzieliby oddział w charakterze sklepu wielobranżowego, gdzie mogliby nabyć bilety, usługi turystyczne lub rozrywkę.

Konsekwencje dla sektora finansowego

Badanie przeprowadzone przez Deloitte wskazało na bardzo tradycyjne i konserwatywne przyzwyczajenia klientów w zakresie wykorzystywanych kanałów sprzedaży i obsługi produktów finansowych. Z drugiej strony widać wyraźnie, że choć oddział pozostaje kluczowym kanałem, klienci są gotowi do stopniowej migracji do kanałów zdalnych. „Z perspektywy banków oznacza to konieczność wyboru optymalnej strategii kanałowej oraz przeprowadzenie szeregu działań zmierzających do poprawy jakości i kompleksowości obsługi klienta we wszystkich kanałach, przy jednoczesnym zapewnieniu wysokiej efektywności kosztowej”  – mówi Piotr Sadza. – Z tego punktu widzenia najważniejsza wydaje się transformacja sieci oddziałów, rozwój strategii wielokanałowych oraz inwestycje w CRM i zaawansowane narzędzia analityczne w celu lepszego poznania preferencji swoich klientów.” – podsumowuje.

Choć najlepiej sprzedają się kompaktowe „dwójki” i „trójki”, coraz więcej osób zwraca uwagę na lokale o dużych powierzchniach.

W Warszawie najlepiej sprzedają się nowe lokale o powierzchniach od 41 do 60 metrów. Ich udział, jak szacują analitycy serwisu RynekPierwotny.pl,  zajmuje obecnie ponad połowę transakcji realizowanych w stolicy. Nietrudno więc na tej podstawie wyliczyć, że są to przeważnie oferty dwu i trzy pokojowe. Deweloperzy zaznaczają przy tym, że uwagę potencjalnych nabywców przykuwają coraz większe powierzchnie.

Klienci koncentrują się  na „dwójkach”, w tym również o takich metrażach i rozkładach, które można zaaranżować na trzy pokoje.  Stąd dużym wzięciem cieszą się powierzchnie od 40 do 55 mkw. Dużą popularność wzbudzają również trzypokojowe lokale liczące 50 – 70 mkw. Ostatnio  coraz większym wzięciem cieszą się także mieszkania, na które popyt w ostatnich latach był nikły – liczące 90 czy nawet 100 mkw. – tłumaczy Tomasz Sznajder, wiceprezes Polnordu .

Ok. 22 proc. klientów celuje w powierzchnie mieszkań w przedziale 61 – 80 mkw., czyli w lokale trzy i czteropokojowe. Z kolei niecałe 17 proc. umów zawieranych na stołecznym rynku pierwotnym dotyczy ofert do 40 metrów.

Kawalerki jednak dość szybko znikają z rynku gdyż są chętnie kupowane przez inwestorów, chcących zarabiać na ich wynajmie.  Z drugiej strony, przy tym ogólnym trendzie ku większym powierzchniom, również i inwestorzy kupują chętniej dwu i trzypokojowe „M”. W grę wchodzą oczywiście osiedla o rozbudowanej infrastrukturze, blisko uczelni wyższych oraz w lokalizacjach dobrze skomunikowanych z centrum Warszawy i innymi jej dzielnicami – opowiada Tomasz Sznajder.

Deweloperzy realizujący projekty w Warszawie na bieżąco reagują na potrzeby klientów.  Jak podaje serwis RynekPierwotny.pl – ich dzisiejsza oferta jest niemal idealnie dopasowana do popytu: Prawie 49 proc. podaży stanowią lokale najpopularniejsze czyli  liczące 41 – 60 mkw. Kolejne 25 proc. oferty to propozycje o powierzchniach 61 – 80 mkw. a prawie 15 proc.  stanowią mieszkania najmniejsze, do 40 metrów.

Zdaniem warszawskich deweloperów, oferta kawalerek utrzyma się albo na dotychczasowym poziomie albo jej udział w kolejnych kwartałach nieco zmaleje. Zastępować je będą dwa pokoje o niewielkich powierzchniach (35-40 mkw.). Jednocześnie można się spodziewać lekkiego wzrostu podaży dużych mieszkań liczących cztery i więcej pokoi.

Z pewnością klienci mają dziś w czym wybierać. W sumie, jak podaje REAS, do kupienia jest ok. 17 tys. mieszkań. Deweloperzy widać dobrą passę na rynku śmiało wprowadzają kolejne projekty, co  w następnych kwartałach, przy dobrym, ale stabilnym popycie może zaowocować pewną nadwyżką lokali. Z drugiej strony, niełatwo znaleźć dziś upragniony metraż i liczbę pokoi, w wybranych lokalizacjach w inwestycjach już gotowych. Jak bowiem wyliczają analitycy REAS, w ciągu I kw. 2015 r. liczba mieszkań w oddanych projektach zmalała o ponad 400, do ok. 3,1 tys. ofert. Ich udział w całej nowej podaży  w stolicy sięga więc 17,5 proc.

Dobre sygnały z gospodarki w połączeniu z  zapowiadanym  dłuższym  okresem niskich  stóp  procentowych  zachęcają do zakupu  i zaciągania  kredytów. Na zakup  mieszkań  będą  w  coraz  większym  stopniu  decydować  się  osoby  lub rodziny  już  posiadające  własne  mieszkanie.  Dla  tych  nabywców  deweloperzy muszą przygotować odpowiednio atrakcyjną  ofertę.  Jeśli  tak się stanie, wówczas  przeciętne  ceny  oferty  mogą nieco  wzrosnąć, ale sprzedaż utrzyma się na wysokim poziomie – przekonują w raporcie przedstawiciele REAS.

Większość Polaków nie tylko nie oszczędza, ale żyje na kredyt

Choć mamy coraz większą świadomość konieczności zabezpieczenia przyszłości, większość Polaków nie tylko nie oszczędza, ale żyje na kredyt.

Mimo rosnącej świadomości potrzeby odkładania środków na przyszłość, większości z nas nie udało się zgromadzić żadnych oszczędności. Co więcej, systematycznie rośnie liczba zaciąganych kredytów oraz poziom zadłużenia gospodarstw domowych.

Podczas tegorocznej konferencji WallStreet, zorganizowanej przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, FAST FINANCE S.A., partner wydarzenia, postanowiła rozpoznać, jak plasują swoje środki uczestnicy konferencji.

Przeprowadzona ankieta wykazała, że zadeklarowani aktywni inwestorzy najchętniej lokują swój kapitał na rynku akcji – tak odpowiedziało 29 proc. ankietowanych, w następnej kolejności korzystają z ofert banków – 17 proc. odpowiedzi, a na trzecim miejscu znalazły się inwestycje na rynku Forex – 13 proc. ankietowanych. Z kolei według badania przeprowadzonego w październiku 2014 roku przez TNS Polska, za najbardziej opłacalną, a zarazem najbezpieczniejszą formę lokowania oszczędności uznawana jest lokata bankowa.

Jak wynika z przygotowanego przez BIG InfoMonitor i Związek Banków Polskich raportu, długi Polaków na koniec 2014 roku były warte aż 40,94 mld i wzrosły w stosunku do stanu sprzed 5 lat o blisko 45 proc. Obecnie na liście dłużników znajduje się 2,4 mln osób, tak więc średnio na jedną osobę przypada ponad 17 tysięcy złotych długu. Te dane dopełniają obrazu kondycji polskiego społeczeństwa, w którym wciąż bardziej pożyczamy, na bieżące wydatki, niż inwestujemy w trosce o przyszłość.

Rynek wierzytelności detalicznych, na którym od ponad 10 lat działa FAST FINANCE jest nie tylko wtórny wobec rynku kredytów, ale także następczy. Oznacza to, że tempo zaciągania przez Polaków kredytów wyznacza jutrzejszy stan rynku windykacji – komentuje Jacek Daroszewski, Prezes Zarządu FAST FINANCE.Dlatego śledzimy na bieżąco akcję kredytową banków i szeroko interesujemy się kondycją gospodarstw domowych. Nasza rola polega na restrukturyzacji dłużników, którzy po uregulowaniu swoich zobowiązań w wykonalnym dla siebie tempie odzyskują zdolność kredytową – dodaje Jacek Daroszewski.

BNP Paribas Real Estate rozszerza obszar działania w Europie Środkowo-Wschodniej

Sukces banków w najbliższej dekadzie wymaga zmian w pięciu obszarach

Oczekiwania akcjonariuszy w zakresie coraz wyższych zysków, rosnące wymagania klientów, rządów i regulatorów, a także umiarkowane tempo wzrostu gospodarczego w kolejnych latach mogą oznaczać dla banków okres słabej koniunktury i spowolnionego wzrostu. Do tego dochodzi postępująca globalizacja, cyfryzacja, zmiany demograficzne i na rynku pracy. W tej sytuacji, jak wynika z raportu EY „Globalne perspektywy bankowości 2015. Bankowość nowej generacji”, banki muszą na nowo zdefiniować swoją rolę, żeby osiągnąć sukces w najbliższych 10 latach. Zmiany sposobu myślenia powinny dotyczyć pięciu obszarów: rentowności, konkurencji, głównej działalności, nowych technologii i struktury.

– Największy sukces odniosą te banki, które zmienią swój profil biznesowy – zmniejszą zakres usług i uproszczą struktury, ale zwiększą swój zasięg. Skoncentrują się na mniejszej liczbie segmentów klientów, ale będą działać na większej liczbie rynków. Banki, które zdefiniują się na nowo, wypracują innowacyjne produkty i prostszy model działania będą miały oczekiwane przez inwestorów zyski. Staną się instytucjami nowej generacji, łatwo dostosowującymi się do ciągle zmieniającego się otoczenia, zdobywającymi nowe rynki i nowych klientów – tłumaczy Iwona Kozera, Partner EY, Dyrektor Grupy Rynków Finansowych na Europę Centralną i Środkowo-Wschodnią. – Banki poza wewnętrzną potrzebą zmian, muszą także dopasować się do globalnych megatrendów, które przenikają wszystkie sektory. Są to globalny rynek, cyfryzacja, zmiany demograficzne i zmiany na rynku pracy. Niektóre z nich, jak m.in. innowacje technologiczne, mają ogromny potencjał do wprowadzenia rewolucji na tym rynku. W momencie, gdy potrzeby klientów mocno ewoluują, technologie stworzą nowe obszary działania dla banków – dodaje Iwona Kozera.

Nastawienie na rentowność i rozwój

Większa rentowność to główne oczekiwanie wyrażane przez interesariuszy banków. Osiągnięcie tego celu jest możliwe poprzez poprawienie efektywności i wydajności oraz poszerzenie posiadanego portfela klientów. Raport EY: Sukces banków w najbliższej dekadzie wymaga zmian w pięciu obszarach

Do tego niezbędna będzie zmiana i odbudowa zaufania. Według 87% badanych małych i średnich przedsiębiorstw w Wielkiej Brytanii instytucje finansowe działają tylko zgodnie z własnym interesem nie myśląc o kliencie. Z kolei do poprawy wyników potrzebne będzie poszukiwanie motorów wzrostu. – Jest kilka obszarów, które mogą być źródłem wzrostu rentowności – mówi Iwona Kozera. – Jednym z nichmoże być infrastruktura. Szacuje się, że do 2030 roku wydatki na nią na świecie pochłoną 57 bilionów USD. Finansowanie takich projektów może być sposobem na generowanie dodatkowych przychodów – dodaje.

Kolejnym polem jest współpraca z organizacjami spoza sektora finansowego. Firmy telekomunikacyjne, technologiczne czy handlowe z chęcią skorzystają z informacji o klientach, które są w posiadaniu banków. Nowe, wspólne produkty pozwolą instytucjom finansowym na powiększenie udziału w rynku. Szansą dla międzynarodowych instytucji finansowych z kolei może być ekspansja zagraniczna. Do 2025 roku rynki wschodzące będą odpowiadały za 55% dochodu rozporządzalnego na świecie, obecnie jest to 40%. To może stwarzać bankom nowe możliwości. W bankowości detalicznej, rosnąca liczba ludności w tej części świata i wzrost dochodów będą generowały większy popyt na usługi transakcyjne w krajach o niższym i średnim dochodzie. 39% osób, które obecnie nie mają kont bankowych, nie ma ich z powodu zbyt niskich wpływów.

Nowa konkurencja na rynku

Praktycznie każdy aspekt współczesnej bankowości ma bezpośredniego konkurenta. Powstają firmy udzielające pożyczek internetowych P2P, małe banki inwestycyjne, unie kredytowe, kantory online, rozwija się też crowd funding.Raport EY: Sukces banków w najbliższej dekadzie wymaga zmian w pięciu obszarach

– Konkurenci banków mają niższe koszty operacyjne oraz są w mniejszym stopniu dotknięci wymogami regulacyjnymi, mogą więc zaoferować klientom tańsze produkty. Organizacje te potrafią też dobrze wykorzystywać posiadane informacje o klientach, a ich modele biznesowe są lepiej przystosowane do szybkiego reagowania na zmieniające się potrzeby klientów – mówi Piotr Frankowski, Starszy Menedżer w Grupie Rynków Finansowych EY. – Konkurencja zaostrza się także w uniwersalnych bankach. Coraz częściej instytucje stawiają na tworzenie niewielkich, efektywnych kosztowo oddziałów – kiosków – w często uczęszczanych miejscach, oferując dłuższe godziny pracy oraz szybszą i bardziej zautomatyzowaną obsługę. Banki konkurują też poziomem obsługi klienta czy wprowadzaniem nowych rozwiązań technologicznych – dodaje.

Uproszczenie bankowości

Banki powinny przeanalizować wszystkie elementy swojej działalności i określić, które z nich rzeczywiście przynoszą wartość. Zdaniem EY niektóre banki już wycofują się z bycia bankiem uniwersalnym i rezygnują ze świadczenia niektórych usług, często także dokonując dezinwestycji.

Uproszczenie bankowości oznacza także uproszczenie produktów. Regulatorzy koncentrują się na ochronie klientów oraz stabilności produktów bankowych, które muszą spełniać potrzeby klientów. Z doświadczenia EY wynika, że wielkość udziału w rynku nie ma związku z liczbą oferowanych produktów. Nastawienie na adresowanie potrzeb klienta to kolejne pole pozwalające bankom zwiększyć rentowność – mówi Paweł Preuss, Partner Zarządzający Działem Ryzyka Finansowego, EY.

Banki powinny także zastanowić się nad rozłożeniem standardowych produktów finansowych na czynniki pierwsze, żeby każdorazowo móc z tych komponentów zbudować produkt skrojony na miarę. Równocześnie powinny pracować nad nowymi rozwiązaniami i wyprzedzać oczekiwania klientów.

Nowoczesne technologie

Powszechność smartfonów i nowoczesnych technologii zmusza banki do cyfryzacji. Obecnie smartfony to 45% rynku (na podstawie danych z 48 rozwijających się i rozwiniętych państw). W 2011 roku było to 27%.

Nowoczesne technologie zmieniają nie tylko klientów, ale też stanowią impuls dla banków do wprowadzania zmian w procesach wewnętrznych, a często wręcz redefiniowania modelu obsługi klientów– mówi Piotr Frankowski – dzięki czemu banki stają się coraz efektywniejsze i wydajniejsze. Dla wielu klientów mobilne technologie już teraz są podstawową metodą dostępu do konta – dodaje.

Globalne badanie klientów bankowości przeprowadzone przez EY w 2014 roku wskazuje, że bankowość internetowa oraz bankomat są najczęściej wykorzystywanym kanałem komunikacji z bankiem.Raport EY: Sukces banków w najbliższej dekadzie wymaga zmian w pięciu obszarach

Nowy dyrektor zarządzający działu Beauty Care Henkel Polska

Tomáš Alföldi został mianowany dyrektorem zarządzającym działu Beauty Care Henkel Polska. Na nowym stanowisku, kierując całym biznesem kosmetycznym Henkla w Polsce, odpowiada za działania marketingowe i wyniki sprzedaży takich henklowskich marek kosmetycznych jak Schwarzkopf, Palette, Taft, Syoss, got2b, Schauma, Gliss Kur, Fa oraz Vademecum.

Tomáš Alföldi dyrektor zarządzający działem Beauty Care Henkel Polska
Tomáš Alföldi dyrektor zarządzający działem Beauty Care Henkel Polska

– Zadanie, jakie stawiam przed sobą jako dyrektorem zarządzającym działu Beauty Care, to dalsze umacnianie pozycji naszych marek i budowanie tym samym silnej pozycji Henkla na polskim rynku. To, na czym będę się koncentrował, to z pewnością wprowadzanie światowych innowacji produktowych na rynek polski w oparciu o nasze wcześniejsze doświadczenia oraz rozumienie potrzeb lokalnych klientów i konsumentów. Będzie mi także zależało na dalszym wzmacnianiu relacji z naszymi partnerami handlowymi oraz rozwoju umiejętności i profesjonalizmu polskiego zespołu pracowników. Bo innowacyjna oferta produktowa, doskonałe relacje biznesowe z partnerami oraz silny zespół pracowników – to trzy filary, na których będę chciał oprzeć sukces kosmetyków Henkla w Polsce mówi Tomáš Alföldi.

Tomáš Alföldi dołączył do międzynarodowego zespołu firmy Henkel na Słowacji w 2003 roku, gdzie w latach 2003-2005 obejmował kolejno stanowiska dyrektora sprzedaży działu Beauty Care (kosmetyków), dyrektora sprzedaży działu Laundry & Home Care (środków piorących i czystości) oraz dyrektora zarządzającego Beauty Care Henkel Slovensko. Po przerwie kontynuował swoją karierę w międzynarodowych strukturach firmy Henkel, pełniąc od 2009 roku funkcję dyrektora zarządzającego działu Beauty Care Henkel Hungary. Następnie był odpowiedzialny za sprzedaż w kanale nowoczesnym w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. W 2012 roku objął stanowisko prezesa i dyrektora zarządzającego działu Beauty Care Henkel Vietnam.

Poza pracą w ramach struktur Henkla Tomáš Alföldi zdobywał także doświadczenia zawodowe w firmach Wrigley, Red Bull, SAB Miller i Coca-Cola.

Nowy dyrektor zarządzający działu Beauty Care Henkel Polska jest Słowakiem, ma 49 lat. Jest absolwentem Słowackiego Uniwersytetu Technicznego w Bratysławie na wydziale Mechatroniki. Jest żonaty i ma dwoje dzieci. Prywatnie interesuje się sportem – do jego ulubionych aktywności należą rafting i pływanie kanadyjką, jazda na motorze, nartach i snowboardzie, kolarstwo górskie, a także tenis ziemny i stołowy.

Centra obsługi biznesu dynamizują rynek biurowy

Sektor usług dla biznesu, w którym w najbliższych latach prognozowany jest 60 proc. wzrost zatrudnienia, w znacznym stopniu przyczyni się także do rozwoju regionalnych rynków biurowych   

Bartłomiej Zagrodnik_prezes zarządu Walter Herz
Bartłomiej Zagrodnik_prezes zarządu Walter Herz

Liczba osób pracujących w centrach usług dla biznesu z kapitałem zagranicznym w Polsce, z 150 000 do 2020 roku ma wzrosnąć do 250 000 zatrudnionych, wynika z prognoz zaprezentowanych podczas 6. Konferencji ABSL, która odbyła się w dniach 16-17. czerwca br. w Krakowie. ABSL szacuje ponadto, że w ciągu ostatnich 2 lat zatrudnienie w tym segmencie polskiego rynku wzrosło o 36 proc.

W ostatnim czasie największa liczba inwestycji zagranicznych w Polsce lokowana jest właśnie w segmencie nowoczesnych usług dla biznesu. Według najnowszych obliczeń ABSL, w Polsce działa 532 centra usług z kapitałem zagranicznym, z tego 70 firm notowanych jest na Fortune Global 500 List.

Najwięcej osób zatrudniają krakowskie centra usług dla biznesu

Jak wynika z analiz ABSL, najwięcej osób zatrudniają centra obsługi biznesu w Krakowie (35, 7 tys.), Warszawie (27 tys.) i Wrocławiu (23,7 tys.), Trójmieście (13,7 tys.), Łodzi (13,1 tys.), aglomeracji katowickiej (11,2 tys.) i Poznaniu (9 tys.).

Sektor usług dla biznesu to jedna z najszybciej rozwijających się gałęzi polskiej gospodarki. Aż 82 proc. firm z tej branży planuje rozwój i poszerzenie wachlarza swoich usług.

Kluczowa dla rozwoju outsourcingu w naszym kraju jest wysoka ocena Polski w globalnych klasyfikacjach. W raporcie Tholons Top 100 Outsourcing Destinations 2014, oceniającym atrakcyjność lokalizacji dla lokowania centrów obsługi biznesu, Kraków zajął 9 miejsce. Na mapie światowego outsourcingu zdobył najwyższą pozycję spośród miast europejskich. Na 32 miejscu w zestawieniu znalazła się Warszawa, a na 65 pozycji Wrocław, który poprawił wynik o 10 oczek.

Wzrasta stopień zaawansowania świadczonych usług outsourcingowych

Firmy obsługujące procesy biznesowe świadczą coraz bardziej zaawansowane usługi, także dla przedsiębiorstw o międzynarodowym zasięgu. Jak podaje ABSL, na przestrzeni ostatnich 3 lat aż 89 proc. obecnych w naszym kraju firm sektorowych zwiększyło poziom zaawansowania oferowanych  usług. Centra usług w Polsce pracują najczęściej dla firm prowadzących działalność w zakresie bankowości, usług finansowych i ubezpieczeń, przedsiębiorstw handlowych, oraz firm z branży nowoczesnej technologii i telekomunikacji.

Wyrastający na gwiazdę polskiej gospodarki – sektor usług dla biznesu – wpływa także na rozwój innych segmentów rynku. Wraz z nim rośnie również rynek biurowy. Centra BPO, ITO, SSC, R&D generują w  wielu ośrodkach regionalnych w całym kraju znaczący popyt na powierzchnię biurową. Poza głównymi aglomeracjami, jak Warszawa, Kraków, Wrocław, czy Poznań, także w mniejszych miastach, jak Szczecin, Bydgoszcz, Toruń, Lublin, Rzeszów, Bielsko-Biała, Opole czy  Radom, Olsztyn i Białystok rozwijają się centra świadczące usługi dla biznesu.

Centra generują połowę popytu na biura na krajowych rynkach regionalnych  

W 2013 roku międzynarodowe firmy outsourcingowe wynajęły w Polsce ponad 220 000 m kw. powierzchni biurowej, z czego prawie 200 000 m kw. przypadło na lokalizacje poza Warszawą. Analitycy firmy doradczej Walter Herz zauważają, że to centra obsługi procesów biznesowych są przede wszystkim siłą napędową rozwoju rynków regionalnych w naszym kraju. To na nich w 2013 roku wygenerowały łącznie ok. 50 proc. popytu na powierzchnię biurową.

– Ekspansja sektora nowoczesnych usług dla biznesu ma korzystny wpływ na polski rynek biurowy. Świadczy o tym choćby najniższy w kraju wskaźnik niewynajętej powierzchni biurowej, notowany na poziomie 5,8 proc. w Krakowie, który jest głównym ośrodkiem outsourcingu w Polsce – wskazuje Bartłomiej Zagrodnik, partner zarządzający w Walter Herz.

Bartłomiej Zagrodnik zwraca uwagę, że firmy z sektora usług dla biznesu zajmują w Krakowie ponad połowę całkowitej powierzchni biurowej. W Łodzi i we Wrocławiu są najemcami ponad 40 proc. biur, a w Trójmieście i Katowicach niespełna jednej trzeciej powierzchni, jaką dysponują aglomeracje.

Mniejsze rynki biurowe z dużym potencjałem wzrostu

Rozwój sektora outsourcingu w naszym kraju dobrze wróży szczególnie tym rynkom, gdzie planowana jest nowa podaż powierzchni biurowej. – Niewątpliwie, największy wybór najemcy mają w Warszawie, gdzie obecnie w budowie jest ok. 700 000 m kw. biur, z tego połowa oddana zostanie do użytku jeszcze w tym roku – szacuje Bartłomiej Zagrodnik.

Według obliczeń Walter Herz, we Wrocławiu powstaje obecnie 180 m kw. biur, w Trójmieście blisko 140 tys. m kw., a w Krakowie w realizacji jest ok. 140 tys. m kw. powierzchni biurowej.

Zdaniem Bartłomieja Zagrodnika, największy potencjał rozwoju spośród mniejszych miast mają rynki biurowe w Bydgoszczy, Rzeszowie, Szczecinie i Lublinie, które cieszą się zainteresowaniem firm z branży BPO i SSC. – Spośród niedużych ośrodków regionalnych najbardziej rozbudowuje się rynek biurowy właśnie w Bydgoszczy, Rzeszowie, Szczecinie i Lublinie, gdzie firmy outsourcingowe są już obecne, tworząc tym samym dobry klimat dla rozwoju oraz pozyskania kolejnych inwestorów – informuje.

Analizy Walter Herz wskazują, że rozwój sektora nowoczesnych usług dla biznesu w Polsce to także szansa na wzrost rynku biurowego w takich miastach jak Olsztyn, Białystok, Toruń, Bydgoszcz, Kielce, czy Opole, w których centra usług dla biznesu zaznaczyły już swoją obecność.

 

O emeryturze powinniśmy zacząć myśleć już przed 30-tką

Dzisiejsi 22-latkowie w chwili przejścia na emeryturę otrzymają od 25 do 35 procent ostatniej pensji – wynika z prognoz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych[1]. Będzie to efekt dwóch czynników – po pierwsze, ze względu na niż demograficzny, w 2060 roku może być od 3,5 do nawet 5 milionów Polaków mniej niż obecnie. Po drugie, rośnie średnia długość życia na emeryturze. Komisja Europejska w najnowszym raporcie „The 2015 Ageing Report”[2] potwierdza te informacje, wskazując Polskę jako jeden z krajów, który prawdopodobnie zmierzy się z rosnąca liczbą problemów ekonomiczno-budżetowych, wynikających z procesu starzenia się społeczeństwa. Eksperci informują – jeżeli chcemy, aby nasz poziom życia na emeryturze był podobny do obecnego, powinniśmy możliwie szybko wziąć sprawy w swoje ręce i rozpocząć gromadzenie własnego kapitału.

„Obserwacja rynku oraz dane Komisji Nadzoru Finansowego potwierdzają, że realne działania w celu zabezpieczenia przyszłości na emeryturze najczęściej podejmujemy dopiero po 50-tce. Z jednej strony zjawisko to jest zrozumiałe, ponieważ przeważnie w tym wieku osiągamy stabilizację zawodowo-finansową. Właśnie wtedy zaczynamy zastanawiać się, co zrobić, aby polepszyć naszą sytuację materialną na „jesieni życia”. Warto jednak pamiętać, że takie podejście ustawia nas na słabszej pozycji niż miałoby to miejsce przy oszczędzaniu już od 30. roku życia. W odkładaniu środków mogą nam pomóc takie narzędzia, jak Indywidualne Konto Emerytalne lub Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego, które nie tylko mają za zadanie pomnożyć zebrany przez nas kapitał, ale również posiadają kilka ciekawych udogodnień. Są nimi możliwości optymalizacji podatkowej – ulgi w przypadku IKZE lub zwolnienia z 19 proc. podatku od zysków na IKE.” – mówi Jacek Treumann, członek zarządu Legg Mason TFI SA.

Według ekspertów, aby nasze życie na emeryturze było zabezpieczone finansowo, powinniśmy rozpocząć odkładanie kapitału w jak najmłodszym wieku – a najlepiej już w chwili wejścia na rynek pracy. Początkowo najważniejsza jest nie wysokość odkładanych środków, a sam fakt oszczędzania i wpojenia sobie mechanizmu gromadzenia majątku. Dopiero wraz ze wzrostem zasobności naszego portfela powinniśmy stopniowo zwiększać wartość odkładanych pieniędzy.

W chwili podjęcia decyzji o oszczędzaniu warto zapoznać się z dostępnymi na rynku narzędziami, które pomogą w odkładaniu środków na emeryturę. Ciekawymi i funkcjonalnymi rozwiązaniami zdaniem ekspertów są np. IKE oraz IKZE. Oba konta posiadają różne zalety. Przykładowymi zaletami są: w przypadku IKE – zyski zwolnione od zryczałtowanego, 19-procentowego podatku, natomiast w przypadku IKZE – ulga podatkowa, która za 2015 może wynieść nawet do 1 520,26 zł. Oba konta posiadają limity wpłat, które w 2015 roku wynoszą – dla IKE 11 877zł, a dla IKZE 4 750,8 zł. Co więcej, w razie nieoczekiwanej potrzeby, można wypłacić zaoszczędzone środki w trakcie okresu oszczędzania na emeryturę i zadysponować je na dowolny cel. Czyni to te narzędzia niezwykle funkcjonalnymi i wygodnymi w użytkowaniu.” – mówi Jacek Treumann, członek zarządu Legg Mason TFI SA.

Jak wynika z danych KNF[3], młodzi mężczyźni (do 30. roku życia) częściej decydują się na otwarcie konta IKE i IKZE, natomiast kobiety przeważają w grupach wiekowych od 40+. Ciekawe jest także to, że w ujęciu ogólnym więcej kont, zarówno IKE, jak i IKZE, posiadają właśnie kobiety.

[1] http://www.zus.pl/bip/prognozy_fus/prognoza_do_2060_MGIPS.pdf
[2] http://ec.europa.eu/economy_finance/publications/european_economy/2015/pdf/ee3_en.pdf
[3] https://www.knf.gov.pl/Images/Raport_IKE_IKZE_2014_tcm75-41353.pdf

Inwestorzy i politycy wierzą w porozumienie

Mimo że formalnie nie doszło do zawarcia ugody, rynkom wystarczyły informacje, że w rozmowach nastąpił postęp, i że greckie propozycje są ‘’’dobrą bazą’’ do dalszych negocjacji. Od poniedziałku giełdy w Francji i Niemiec zyskują ponad 4%. O super euforii można mówić w przypadku giełdy w Atenach.

Krzysztof Furmańczak - dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Krzysztof Furmańczak – dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Pierwszego dnia tygodnia wzrosty w Helladzie sięgały 9%, a we wtorek główny indeks zakończył dzień ponad 6% plusie. Greckie papiery dłużne zaczęły w końcu spadać, wyceny dwuletnich obligacji spadły o 3,3% do 21%.

Należy pamiętać, iż reformy zaproponowane przez Tsiprasa muszą zostać zaakceptowane nie tylko przez słynną Troikę (czyli EBC, MFW i KE), ale także przez parlamenty poszczególnych państw UE. Istnieją obawy, że przedstawione rozwiązania pojawiły się zbyt późno by kraje UE zdążyły je przegłosować przed 30 czerwca. Miejmy nadzieję, że grecki premier nie będzie miał problemów z przekonaniem do zmian członków swojej partii. Populistyczna Syriza składa się bowiem z różnych frakcji. Jej najbardziej radykalni politycy zapowiadali wczoraj, iż mogą nie poprzeć swojego przywódcy. Nie chcą bowiem łamać obietnic wyborczych, których głównym punktem było zakończenie programu oszczędzania prowadzonego przez poprzedni rząd. Tymczasem mieliby głosować za ograniczeniem emerytur, podwyżką podatków czy redukcją wydatków na wojsko.

Panujący na rynkach optymizm studziła nieco wypowiedź Christine Lagarde, dyrektor zarządzający MFW, która uważa, że jeszcze ogromna część pracy jest do zrobienia, a czasu mamy coraz mniej. Nie wiadomo także czy przedstawione plany oszczędności są wystarczające, czy nie okaże się za kilka miesięcy, że w greckiej kasie znowu brakuje pieniędzy na bieżące wydatki.

Podczas wczorajszej sesji na rynku walutowym uwagę zwrócił wyjątkowo mocny dolar. Główna para EUR/USD zakończyła dzień spadkiem rzędu niemal 200 pipsów. Z kolei para USD/PLN wzrosła wczoraj o ponad 4 grosze do poziomu 3,72. Co ciekawe dolarowi nie zaszkodziły gorsze dane ze Stanów odnośnie zamówień środków trwałych. Wydaje się, że za umocnieniem amerykańskiej waluty w głównej mierze odpowiada członek FOMC Jerome Powell, który miał przemówienie we wtorek o godz. 14. Powell jest przekonany do dobrej kondycji amerykańskiej gospodarki i spodziewa się aż dwóch podwyżek stóp procentowych w tym roku, w wrześniu i w grudniu.

W kalendarzu makro mamy dziś o godz. 10:00 wskaźnik nastrojów biznesowych Ifo w Niemczech. Również o 10:00 poznamy stopę bezrobocia dla Polski za maj (prognoza 10,8% poprzednia wartość 11,2%). Ze Stanów Zjednoczonych o 14:30 poznamy PKB za pierwszy kwartał, a o 16:30 zapasy ropy naftowej. O godz. 19:00 odbędzie się spotkanie Eurogrupy w sprawie Grecji.

EUR/PLNeur Komentarz walutowy 24.06.2015

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 24.03.2015 do 24.06.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,1840. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,1300, a następnie poziom 4,1025, zniesienie Fibonnaciego 38,2%.

CHF/PLNchf Komentarz walutowy 24.06.2015

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 24.03.2015 do 24.06.2015

Kurs CHF/PLN jeszcze niedawno poruszał się w trendzie bocznym pomiędzy poziomami 3,8000 a 3,9400, po czym wyskoczył w górę i utworzył trend wzrostowy. Aktualnie przebił linie oporu na poziomie 3,9700. Najbliższym oporem będzie teraz ostatnie maksimum na poziomie 4,0200. Dla ruchu w dół wsparciem jest obecnie 3,9700 czyli 23,6% zniesienie Fibonnaciego.

USD/PLNusd Komentarz walutowy 24.06.2015

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 24.04.2015 do 24.06.2015

Kurs USD/PLN wybił się górą z kanału spadkowego. Opór stanowić będzie majowe maksimum na poziomie 3,8203. W przypadku ruchu w dół wsparciem będzie najpierw linia łącząca minima ostatnich tygodni w okolicach 3,6600 a następnie dolne ograniczenie kanału na poziomie 3,6050.

GBP/PLNgbp Komentarz walutowy 24.06.2015

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 24.04.2015 do 24.06.2015

Kurs GBP/PLN znajduje się w szerokim kanale wzrostowym. Po zbliżeniu się do linii wsparcia, kurs skutecznie się odbił i skierował ku górze. Istotnym poziomem oporu dla dalszych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,8800. W przypadku ruchu w dół wsparciem jest dolne ograniczenie kanału wzrostowego na 5,7500.

Sześćdziesiąt nieruchomości w sześćdziesiąt dni

Fuzje i przejęcia kapitałowe potrafią wzbudzać wiele emocji – zwłaszcza, gdy w grę wchodzą duże pieniądze i rynkowi liderzy. Uwaga kierowana jest zwykle na efekty transakcji, w cień schodzi ogrom prac służących jej przygotowaniu. Polski rynek nieruchomości obiegła niedawno informacja o przejęciu kontrolnego pakietu akcji Echo Investment S.A. przez fundusz inwestycyjny Griffin Group. Uchylamy fragment kulis przygotowań do akwizycji.

Echo Investment S.A. to jedna z największych w Europie firm inwestycyjno-deweloperskich. O planach przejęcia pakietu kontrolnego firmy przez działający na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej fundusz Griffin mówiło się już w końcu ubiegłego roku, w maju br. zgodę na transakcję wydała Komisja Europejska.

Standardowe badanie w niestandardowym wydaniu

Realizacja transakcji wymagała rzetelnej wiedzy dotyczącej stanu prawnego należących do Echo Investment nieruchomości. Wiązało się to z koniecznością przeprowadzenia badania due diligence obejmującego ponad sześćdziesiąt nieruchomości – budynków mieszkalnych, biurowych oraz centrów handlowych, jak i gruntów niezabudowanych, których wartość szacowana jest na około pięć miliardów złotych. O skali trudności przedsięwzięcia, poza liczbą obiektów, świadczył również czas, w jakim inwestor musiał podjąć ostateczną decyzję biznesową. Zostaliśmy zobowiązani do przeprowadzenia całości prac i przedstawienia kompletnego raportu due diligence nieruchomościowego w przeciągu zaledwie dwóch miesięcy – mówi adwokat Michał Bisiorek, wspólnik kancelarii BCLA Bisiorek Cieśliński Adamczewska i Wspólnicy, której Griffin Real Estate powierzył realizację zadania.

Standardowe badanie stanu prawnego nieruchomości obejmuje między innymi weryfikację tytułu prawnego do niej i występowania ewentualnych roszczeń osób trzecich; sprawdzenie, czy względem realizowanej inwestycji nie jest prowadzone jakieś postępowanie administracyjne, lub wręcz wydana niekorzystna ostateczna decyzja, która mogłaby zagrażać jej ukończeniu. Wymagana jest także analiza ksiąg wieczystych, rejestrów gruntów, planów zagospodarowania przestrzennego oraz decyzji środowiskowych i dotyczących warunków zabudowy.

Projekt razy sześćdziesiąt

Standardowo takie badanie zajmuje od jednego do trzech tygodni dla jednej nieruchomości. W tym przypadku analiza musiała uwzględnić kilkadziesiąt obiektów zlokalizowanych na terenie całego kraju, z różną historią własności.

W zależności od urzędu i regionu mieliśmy do czynienia z różnymi trybami uzyskiwania dokumentów – wskazuje adwokat Agnieszka Adamczewska, wspólnik kancelarii BCLA. Można powiedzieć, że musieliśmy starannie zaplanować sześćdziesiąt projektów, które dopiero miały złożyć się na realizację całego zlecenia.

Aby zminimalizować ryzyko błędu, całość prac została podzielona na trzy etapy: w pierwszym BCLA we współpracy z miejscowymi kancelariami prawnymi zajęła się pozyskaniem potrzebnych dokumentów, a w szczególności aktami ksiąg wieczystych; drugi etap objął weryfikację występowania poważnych wad, które mogłyby mieć znaczenie z punktu widzenia decyzji inwestycyjnej. Na koniec całość uzyskanych informacji została zebrana w kompleksowym raporcie.

Liczby mówią za siebie

Realizacja badania prawnego wiązała się z koniecznością analizy ponad stu trzydziestu ksiąg wieczystych wraz z towarzyszącymi im aktami – niektóre liczyły nawet ponad trzydzieści tomów. Łącznie analiza stanu prawnego sześćdziesięciu nieruchomości przełożyła się na potrzebę zweryfikowania około czterdziestu tysięcy dokumentów.

Wyzwaniem logistycznym okazał się również transfer skanów oraz archiwizacja olbrzymiej ilości danych – takiej liczby dokumentów nie można efektywnie wysyłać e-mailem ani przechowywać w pamięci komputera podręcznego – zauważa adwokat Marcin W. Cieśliński, wspólnik kancelarii BCLA.

Na przestrzeni niespełna dwóch miesięcy zespół kancelarii BCLA zadał też sprzedającemu przeszło pół tysiąca pytań. W sytuacji, kiedy realizacja zlecenia zależna jest w znacznym stopniu od  decyzji osób trzecich i obowiązujących je procedur – kluczowe jest zaangażowanie strony sprzedającej i – nomen omen – due diligence, czyli należyta staranność – podsumowuje adwokat Michał Bisiorek.

Polskie LNG: trzeci zbiornik w Świnoujściu zwiększy moc regazyfikacyjną terminalu i pozwoli na świadczenie nowych usług

0

CEO Magazyn Polska

Popyt na gaz skroplony w centralnej i wschodniej Europie będzie się utrzymywać, bo obecnie w tej części Starego Kontynentu istnieją tylko dwie przeznaczone do rozładunku LNG instalacje. Na początku kwietnia br. została podpisana umowa na opracowanie studium wykonalności w zakresie budowy trzeciego zbiornika na terenie powstającego terminalu w Świnoujściu. Zwiększy on możliwości regazyfikacyjne instalacji do 7,5 mld metrów sześciennych rocznie i pozwoli na świadczenie dodatkowych usług.

Zapotrzebowanie na gaz w części zachodniej Europy może być pokrywane z terminali regazyfikacyjnych, w ogóle bez importu z kierunku wschodniego i południowego – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tadeusz Tański, kierownik biura strategii i analiz w spółce Polskie LNG. – W części wschodniej Europy jest nasz terminal, litewski oraz grecki. Tutaj tylko niewielki procent zapotrzebowania można pokryć z tych terminali regazyfikacyjnych.

Powołana do obsługi inwestycji spółka Polskie LNG nie martwi się zatem, jak przekonuje Tadeusz Tański, o poziom zapotrzebowania na usługi terminalowe oraz popyt na błękitne paliwo, które już niebawem będzie dostarczane do Świnoujścia.  

W tej części Europy zapotrzebowanie na gaz i usługi terminalowe będzie kształtowało się na dosyć wysokim poziomie – przekonuje kierownik biura strategii i analiz w spółce Polskie LNG. – Oczywiście nowa infrastruktura będzie stanowiła zabezpieczenie na wypadek różnych zdarzeń, takich jak np. przerwy w dostawach gazociągami.

Zgodnie z obecnie realizowaną wersją inwestycji na terenie Świnoujścia powstały dwa zbiorniki, które będą mogły przyjmować do 5 mld metrów sześciennych gazu rocznie. Na początku kwietnia br. spółka Polskie LNG zawarła z firmą Tractebel Engineering SA umowę na opracowanie Wielowariantowego Studium Wykonalności w zakresie rozbudowy terminalu o trzeci zbiornik i infrastrukturę towarzyszącą. Dzięki zwiększeniu mocy regazyfikacyjnej obiekt będzie mógł przyjmować do 7,5 mld metrów sześciennych gazu ziemnego.

Polskie LNG jest firmą infrastrukturalną, więc będzie świadczyło usługi regazyfikacji oraz przeładunku gazu skroplonego, ale stricte handlować paliwem nie będzie. Chcemy świadczyć usługi dla możliwie dużej liczby użytkowników terminalu. To firmy obrotowe będą sprowadzać LNG do kraju, dla konsumpcji wewnętrznej w Polsce oraz – mam nadzieję – także w regionie – mówi Tański.

Dzięki nowej inwestycji terminal w Świnoujściu będzie mógł również świadczyć takie usługi, jak bunkrowanie statków czy przeładunek na mniejsze jednostki.

Inwestycja w tej wersji, którą kończymy, pozwala na usługi regazyfikacji i przeładunku na ciężarówki – mówi Tański. – Natomiast nie możemy w tym wariancie przeładować LNG ze zbiorników na mniejsze statki po to, by na przykład dystrybuować paliwo na Morzu Bałtyckim do innych państw. To bardzo istotne, aby terminal w tym kierunku rozwijać. Pozwoli to na zwiększenie mocy regazyfikacyjnej i świadczenie nowych usług.

Wielowariantowe Studium Wykonalności stanowić ma pogłębioną analizę w zakresie m.in. technicznym, finansowym, środowiskowym i formalno-prawnym. Celem opracowania jest wskazanie najbardziej optymalnego wariantu ewentualnej rozbudowy terminalu w Świnoujściu, kosztów oraz rentowności inwestycji w zależności od wachlarza usług.

W zdrowym ciele…grubszy portfel!

To, czego do niedawna tylko się domyślaliśmy, teraz wiemy już na pewno: wysportowane osoby zarabiają więcej niż ich nieaktywni koledzy i koleżanki. Pracodawcy płacą uprawiającym regularnie sport ok. 10 proc. więcej, bo postrzegają ich jako osoby bardziej pewne siebie, z predyspozycjami do przywództwa w grupie.

Badania potwierdzające taką zależność przeprowadzono w USA. Analizowano kariery zawodowe absolwentów szkół średnich. Okazało się, że osoby aktywne fizycznie zarabiały średnio od 5 do 15 proc. więcej niż ich niećwiczący rówieśnicy. Jak jest geneza tej zależności? Badacze wyszli od tego, że sport wymaga odporności psychicznej i zdolności do pokonywania wewnętrznych barier. To taka rozrywka „dla twardzieli”. I stąd już tylko jeden krok do prostego porównania: sukces zawodowy jest podobny do rywalizacji o miejsce na podium.

Ankietowanych pytano, którzy pracownicy najczęściej zdradzają cechy przywódcze, odznaczają się wyższą samooceną i lepiej zarządzają swoim czasem. Odpowiedź była jednoznaczna: to ci, którzy regularnie uprawiali sport. Potwierdza te „amerykańskie” wnioski Dominik Śliwowski, członek zarządu ITP SA., dyrektor generalny Technogym – firmy dostarczającej na polski rynek urządzenia do medycyny estetycznej i sprzęt wellness. — Osoby, które regularnie ćwiczą są bardziej wytrwałe w przeciwnościach, lepiej ukierunkowane na cel i bardziej gotowe konkurować z innymi. Wszystko to sprawia, że zdobywają lepiej płatne stanowiska. Potwierdzają to nasze obserwacje rynku — wyjaśnia Śliwowski, którego firma wyposaża w sprzęt największe kluby fitness oraz prywatne siłownie osób z listy 100 najbogatszych Polaków.

Wiadomość o zbawiennym wpływie sportu na zawartość portfela byłby może tylko jedną z sensacji sezonu ogórkowego gdyby nie placówka naukowa, która ogłosiła te rewelacje. Cornell University to jeden z ośmiu prestiżowych uczelni amerykańskich skupionych w tzw. Ivy League (Liga Bluszczowa). Są w niej m.in. uniwersytety: Harvarda, Columbia, Yale i Princeton, a więc ośrodki o najpoważniejszym dorobku naukowym, wyjątkowo często z noblowskim laurem. Skoro ogłoszono, że uprawianie sportu sprzyja wyższym zarobkom to jest to nowy kanon.

W Polsce poważnych studiów w tej materii jeszcze nie prowadzono, ale wyniki na pewno będą zbliżone. Globalne korporacje, które wyznaczają standardy praktycznie w każdej dziedzinie dotyczącej zasobów ludzkich, rządzą się u nas prawami takimi jak w Nowym Jorku, Hongkongu czy Paryżu i Berlinie. Jedyne co może nas różnić, to niewielkie opóźnienie w implementacji światowych wzorów i trendów. Globalna moda na aktywność fizyczną dotarła do nas z pewnym opóźnieniem, ale z każdym rokiem znacząco zmniejszamy dystans w stosunku do liderujących w Europie Niemców, Szwajcarów i Skandynawów. Polacy coraz chętniej korzystają np. z klubów fitness. Już blisko 3 mln z nas należy do jednego z 2,5 tysiąca klubów fitness i trenuje w nich pod okiem profesjonalnych trenerów często na sprzęcie identycznym z tym ustawionym w salach np. New York Athletic Club.

Inne dane także sytuują nas w gronie państw o nowoczesnym podejściu do aktywności fizycznej. Według badania Eurobarometr prowadzonego systematycznie przez Komisję Europejską, ponad 40 proc. z nas uprawia sport przynajmniej raz w tygodniu (jeszcze w 2010 r. było to zaledwie 25 proc.!)


— Częściej ćwiczą ludzie młodsi, lepiej wykształceni, lepiej oceniający swoją sytuację materialną. Aktywni fizycznie są mieszkańcy miast, a także kadra kierownicza i specjaliści z wyższym wykształceniem. Jeżeli zauważamy wzrost popularności niektórych form aktywności fizycznej, to głównie w tych wskazanych wyżej grupach, a nie w całym społeczeństwie — zwraca uwagę dr Krzysztof Puchalski, socjolog zdrowia z SWPS.

Podobnie jak na świecie, najbardziej aktywni są mieszkańcy większych aglomeracji, przede wszystkim ze względu na duży wybór obiektów sportowych i proponowanych zajęć ale także nasycenie rynku pracy przez korporacje coraz powszechniej oferujące jako podstawowe świadczenie pozapłacowe karty sportowe (np. MultiSport). Aktywny tryb życia staje się coraz bardziej popularny. Najczęściej chodzimy na siłownię, fitness i basen.

* * *

Najbardziej aktywni są mieszkańcy województwa mazowieckiego. Według Benefit Systems, przypada na nich aż 30 proc. wszystkich wizyt w obiektach sportowych. Co ciekawe, jest tu do zaobserwowania korelacja sportu z wysokością zarobków. Według ogólnopolskiego badania wynagrodzeń firmy doradztwa HR Sedlak&Sedlak z 2013 roku, najwyższe zarobki otrzymywali pracownicy zatrudnieni właśnie w województwie mazowieckim. Połowa z nich zarabiała więcej niż 5,4 tys. zł brutto miesięcznie. Pojawia się więc pytanie: czy mieszkańcy Mazowsza dlatego zarabiają więcej niż inni, że częściej uprawiają sport, czy też dlatego są wysportowani, bo stać ich na regularne płacenie za basen lub siłownię? 

 

Opracowanie: FedorConsulting

Bank Zachodni WBK chce podbić wyniki polskiego eksportu do Chin z Bank of Shanghai i Santander Hong Kong

Bank Zachodni WBK chce wesprzeć polskie firmy w zwiększaniu wolumenów eksportu do Chin i w ten sposób pomóc zasypać ogromny, wynoszący prawie 66 mln zł, deficyt handlowy Polski w obrotach z Państwem Środka. W tym celu BZ WBK rozpoczyna bliską współpracę z Bank of Shanghai, gdzie właśnie zaczął działać International Desk Grupy Santander – specjalny zespół doradców obsługujących klientów z zagranicy, w tym z Polski.

Polska importuje z Chin ok. 10 razy więcej niż do nich eksportuje. Eksperci Banku Zachodniego twierdzą, że deficyt można zmniejszyć, bo Polska ma wszelkie predyspozycje, aby zwiększać eksport do Państwa Środka – nasze produkty są wysokiej jakości i mogą być oferowane w rozsądnych jak na tamtejsze realia cenach. Co więcej, według ekspertów Banku, polscy przedsiębiorcy już od dawna wiedzą, że Chiny mają potencjał, o czym świadczą przyrosty polskiego eksportu, który w niektórych latach rósł bardzo dynamicznie. – Chiny nie od wczoraj są w centrum uwagi całego świata, podobnie jak nie od wczoraj wiadomo, że rosnąca zamożność obywateli Chin i zmieniające się wzorce kulturowe stwarzają popyt na towary z Zachodu, w tym z Europy. Niestety biznes w Chinach nie jest łatwy. To daleki rynek i odmienna kultura, z bardzo specyficznymi ramami dla funkcjonowania biznesu i żeby zacząć realnie działać na tym rynku trzeba mieć na miejscu naprawdę dobre wsparcie organizacyjne – mówi Robert Antczak, odpowiedzialny za rozwój biznesu międzynarodowego w Banku Zachodnim WBK.

Takie wsparcie Bank Zachodni WBK oferuje w Chinach poprzez swoich partnerów, czyli Santander Hong Kong oraz Bank of Shanghai. Od marca 2015 r., kiedy w Bank of Shanghai zaczął działać specjalny zespół zajmujący się obsługą klientów z zagranicy (tzw. International Desk), wsparcie dla polskich eksporterów na rynku chińskim ma już bardzo praktyczny wymiar. – Posiadanie w Chinach lokalnego banku, zaufanego i przygotowanego do obsługi firm np. europejskich, jest naprawdę bardzo ważne. Chiny są otwarte na świat, spragnione produktów spoza Azji, ale tam na miejscu wymagania formalne wobec zagranicznych kontrahentów są bardzo wysokie. Przykładem jest choćby otwarcie konta w chińskim banku. Wydaje się, że nie ma nic prostszego, ale tak niestety nie jest. Funkcjonuje kilkanaście typów rachunków a to, jakie konto obowiązuje dla danego typu działalności, definiują szczegółowe wytyczne odgórne. Nie jest łatwo się w nich odnaleźć. Chiński bank, wcześniej przygotowany do obsługi danego klienta przez bank polski, usuwa tego typu trudności – podkreśla Robert Antczak.

– Chińskie przepisy dla biznesu są jednymi z najbardziej skomplikowanych i szybko zmieniających się. Nie tylko istnieją różne wymagania dla różnych gałęzi przemysłu, ale dodatkowo to, co dziś jest bezwzględnym wymogiem, w przyszłym miesiącu może być już nieaktualne. W takim otoczeniu formalno-prawnym, wielu dostawców usług – bankowych i niebankowych – po prostu nie może nadążyć za zmianami – dodaje Maggie Zhang, szefowa International Desk w Bank of Shanghai.

Bank of Shanghai działa we wszystkich najważniejszych gospodarczo prowincjach i łącznie ma 307 oddziałów. Oprócz silnej reprezentacji w Szanghaju, jest obecny w drugiej gospodarczej stolicy Chin czyli Hongkongu, zagłębiu produkcyjnym nowych technologii Shenzhen i innych ośrodkach takich jak Tianjin, Nanjing, Suzhou, Hangzhou, Ningbo i Chengdu. International Desk w Bank of Shanghai pomaga klientom Banku Zachodniego WBK dokładnie rozpoznać warunki działania w danej branży oraz popyt na konkretne produkty, dostarcza szczegółowe analizy, organizuje usługi uzupełniające.

Eksperci Banku Zachodniego WBK podkreślają, że z punktu widzenia polskich firm planujących ekspansję na rynek Państwa Środka i przede wszystkim ze względu na trudność chińskiego rynku, najistotniejsze jest właśnie to, że International Desk w Bank of Shanghai rozwija bliskie kontakty z podmiotami trzecimi, takimi jak chińskie instytucje rządowe, izby branżowe, kancelarie prawne, firmy doradcze, księgowe, podatkowe i logistyczne, a przede wszystkim ambasady poszczególnych krajów. Stąd BZ WBK może zapewnić polskiej firmie całe spektrum wsparcia „pozabankowego” i znacznie ułatwić właściwie pełną organizację biznesu w Chinach. Przychodząc do BZ WBK firma zyskuje usługi finansowe, ale w pakiecie dostaje pozafinansowe, za które normalnie musiałaby zapłacić jednej z firm doradczych, które wyspecjalizowały się w usługach dla firm celujących w Chiny. – Bariera językowa, pozyskanie odbiorców, organizacja finansowania, wybór strategii sprzedaży, lokalne regulacje to tylko niektóre z wyzwań dla polskich firm na rynku chińskim. International Desk w BZ WBK i Bank of Shanghai zapewniają dostęp do bazy klientów i usług niefinansowych, których klienci nie znajdą w innych bankach. Polski klient zostanie przez nas poprowadzony przez cały proces – mówi Maggie Zhang.

Robert Antczak podkreśla także bliską współpracę Banku Zachodniego WBK z Santander Hong Kong. Przykładowo dla polskich importerów BZ WBK przygotowuje zabezpieczenie płatności z odroczonym terminem zapłaty i jednocześnie zapewnia ofertę finansowania dla ich dostawców, czyli chińskich eksporterów do Polski, z płatnością „at sight”, tj. po potwierdzeniu wysyłki towaru i dostarczeniu wymaganych dokumentów. – Wspólne strukturyzowanie transakcji przez nas i Santander Hong Kong umożliwia bezpieczny i płynny obrót między firmami – mówi Robert Antczak.

10 czerwca br. Bank Zachodni WBK zorganizował wirtualną misję do Chin dla przedstawicieli branży spożywczej – producentów mleka, mięsa, makaronów, słodyczy i przetworów owocowo-warzywnych. Nasi przedsiębiorcy spotkali się z potencjalnymi odbiorcami swoich towarów w Chinach.