Rośnie skuteczność leczenia tętniczego nadciśnienia płucnego. Do przełomu wciąż jednak daleko

CEO Magazyn Polska

Tętnicze nadciśnienie płucne pojawia się nawet u osób poniżej 30. roku życia, a jego pierwsze objawy utrudniają prawidłową diagnozę. Pacjenci skarżą się na ciągłe zmęczenie i niską wydolność fizyczną, dlatego część z nich zmienia dietę i tryb życia w nadziei na poprawę. Choroba w tym czasie rozwija się podobnie do nowotworu, a chory ma coraz większe problemy z oddychaniem. Terapia jest bardzo droga – jej koszt sięga kilkudziesięciu tysięcy złotych, dlatego lekarze czekają na przełom w leczeniu, jaki mogą przynieść badania farmakologiczne.

– Tętnicze nadciśnienie płucne jest rzadką chorobą. Średnia zachorowalność to 50 przypadków na milion osób. Tak więc można przewidzieć wielkość populacji chorych, by lepiej organizować leczenie. Tętnicze nadciśnienie płucne dotyka relatywnie młodych osób, średnia wieku to 50 lat. Pacjenci zaczynają zauważać trudności w czasie ćwiczeń fizycznych i mają problemy z ich wykonaniem, podczas gdy wcześniej ich nie mieli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Nazzareno Galiè, kardiolog z Uniwersytetu Bolońskiego.

Nie ma sposobu, by poprzez profilaktykę zmniejszyć ryzyko zachorowania na tętnicze nadciśnienie płucne (TNP). Dotyka ono zarówno aktywnych, jak i nieaktywnych fizycznie, młode i starsze osoby. Choć choroba ma podłoże genetyczne, to rozwija się ona u 20 proc. osób z mutacją. Lekarze wciąż nie wiedzą jednak, co uaktywnia nieprawidłowy gen.

Nasza wiedza dotycząca tej choroby jest wciąż ograniczona. Są pacjenci, u których tętnicze nadciśnienie płucne rozwija się bez jasnych powodów. W innych przypadkach nadciśnienia możemy zidentyfikować zwężenie aorty lub np. zwyrodnienia tkanek. Pomimo niedostatku wiedzy dotyczącej przyczyn choroby, mamy teraz wiele sposobów leczenia. Jest 10 molekuł, które możemy wykorzystać w leczeniu – wskazuje prof. Nazzareno Galiè.

Choć nie są znane przyczyny zachorowań na tętnicze nadciśnienie płucne, to aktualna wiedza medyczna pozwala dobrze opisać mechanizm rozwoju choroby.

Polega on na tym, że tętniczki płucne, które normalnie są miejscem, przez które przepływa krew do pęcherzyków płucnych, żeby tam uzyskać tlen, a oddać dwutlenek węgla, zaczynają się zwężać. Nie dlatego że się kurczą, tylko dlatego że zarastają. To jest proces proliferacji podobny trochę do choroby nowotworowej, tyle że nie dający przerzutów – wyjaśnia prof. Adam Torbicki z Europejskiego Centrum Zdrowia w Otwocku.

To powoduje, że osoby będące wcześniej aktywne fizycznie, zaczynają mieć trudności z wejściem po schodach na pierwsze piętro, a nawet z płynnym mówieniem. Niedostateczny dopływ tlenu do płuc sprawia, że wielu chorych nie jest w stanie normalnie funkcjonować i musi rezygnować z pracy i jakiegokolwiek wysiłku fizycznego. Chorzy są przekonani, że uporczywe zmęczenie jest wynikiem niezdrowego trybu życia, nadmiernego stresu w pracy itp. Często utwierdzają ich w tym lekarze pierwszego kontaktu. Jak podkreśla prof. Torbicki, z tego powodu od stwierdzenia pierwszych objawów do postawienia właściwej diagnozy mijają średnio dwa lata.

W innych schorzeniach również mogą występować podobne objawy, a kluczowym i najwcześniej pojawiającym się jest ograniczenie wydolności fizycznej spowodowane dusznością. Przy wysiłku, który do tej pory był normalnie tolerowany, pojawia się uczucie duszności, które ogranicza możliwość jego wykonania. To jest najczęstszy objaw, który powinien zwrócić naszą uwagę – wyjaśnia.

Czas ma tutaj kluczowe znaczenie, bo choroba rozwija się podobnie do nowotworu.

Jednym ze sposobów na złagodzenie objawów choroby, ale nie likwidację jej przyczyn, jest zabieg zwany septosomią przedsionkową. Polega on na wykonaniu otworu między przedsionkami serca, co pozwala odciążyć przepracowaną prawą komorę serca. Skuteczność takiego zabiegu jest zróżnicowana w zależności tempa rozwoju choroby u pacjenta. Część z nich już po kilkunastu miesiącach może potrzebować transplantacji płuc, a innym zabieg pomaga na wiele lat. W Polsce taki przeszczep można wykonać tylko w jednym miejscu – Śląskim Centrum Chorób Serca.

– Polska ma zorganizowany i co najważniejsze rozwijający się system refundacji leków. Ma też sieć coraz bardziej doświadczonych ośrodków – ponad 20 ośrodków w Polsce jest w pobliżu pacjentów, tak, by oni nie musieli podróżować, mając ciężką i ograniczającą ich wydolność fizyczną chorobę. Myślę, że na pewno mogłoby być lepiej, ale biorąc pod uwagę nasze możliwości finansowe i organizacyjne, staramy się robić jak najwięcej. Mówię tutaj o Ministerstwie Zdrowia, NFZ i przede wszystkim o lekarzach, którzy walczą w tych ośrodkach o życie i zdrowie pacjentów – mówi prof. Adam Torbicki.

Część lekarzy wskazuje jednak, że leki refundowane są dostępne jedynie dla pacjentów w zaawansowanej fazie choroby – w III lub IV klasie niewydolności serca. Według prof. Torbickiego im później rozpocznie się leczenie, tym szybciej choroba postępuje, co zwiększa koszty leczenia pacjenta. Kolejnym problemem jest to, że zgodnie z programem lekowym obowiązującym od 2008 r. pacjentowi przysługują nie więcej niż dwa leki na tętnicze nadciśnienie płucne. Kolejne nie są już objęte refundacją, co praktycznie uniemożliwia kontynuację leczenia (jeśli jest ono potrzebne), bo koszt terapii sięga kilkudziesięciu złotych miesięcznie. Dlatego zdaniem lekarzy potrzebna jest kontynuacja badań naukowych, które pozwolą skuteczniej (i taniej) leczyć chorych.

Poszukiwania są prowadzone stale w dziedzinie farmakologicznej. Czekamy na wyniki przynajmniej dwóch bardzo ważnych badań, które mogą coś więcej zdziałać. Ale przełomu, który pozwoliłby wyleczyć tę chorobę, a nie tylko ją opóźniać i hamować, w tej chwili jeszcze nie ma. Nie traćmy nadziei – uważa profesor z Europejskiego Centrum Zdrowia w Otwocku.

Przełom może pojawić się już wkrótce, dzięki wynikom badania SERAPHIN, które wykazało twarde punkty końcowe w leczeniu TNP. Z badania wynika bowiem, że substancja o nazwie macitentan nie tylko jest dobrze tolerowana przez pacjentów, lecz także pomaga zmniejszyć śmiertelność pacjentów z TNP.

Polskie firmy coraz lepiej weryfikują spółki przed przejęciem. Błędy w ocenie mogą doprowadzić do upadłości firm przejmujących

CEO Magazyn Polska

Sprawdzenie finansów i portfela klientów to najważniejsze kroki przed przejęciem firmy. Błędna ocena przejmowanej spółki może nie tylko nie poprawić wyników finansowych, lecz wręcz doprowadzić do poważnych problemów i upadłości kupującego. To tym istotniejsze, że już co trzecia firma w Polsce planuje rozwój poprzez fuzję czy przejęcie, również na rynku zagranicznym. Firmy, które przeprowadziły udaną restrukturyzację w ostatnich latach, są gotowe na ryzyko akwizycji.

Jest dużo czynników, na które trzeba zwrócić uwagę. Po pierwsze, trzeba sprawdzić fundamenty: z czego składa się przychód, czy to nie jest przypadkiem firma, która ma 2-3 klientów czy partnerów handlowych, i jeżeli jeden albo drugi zdecyduje się na zmianę, to stabilność i przychody kompletnie mogą być wywrócone – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Harczuk, prezes zarządu Euler Hermes Collections. – W branży usługowej zwracamy uwagę na to, jaki jest portfel zamówień i na co można liczyć, nie na dziś, tylko na przestrzeni kilku miesięcy.

Harczuk podkreśla, że polskie firmy są kreatywne i starają się szukać nowych kierunków rozwoju swojej działalności. Przejęcia są jedną z nich. Jak wynika z badania Grant Thornton, już 33 proc. przedsiębiorców w Polsce planuje rozwijać biznes w ciągu kolejnych trzech lat poprzez fuzje i przejęcia. Zdaniem rozmówcy Newserii Biznes często jednak spółki podejmują decyzję o akwizycji bardzo spontanicznie. Nie zawsze wcześniej dokładnie sprawdzają sytuację finansową kupowanej spółki, często zbyt szybko wchodzą też w transakcje z partnerami zagranicznymi.

Harczuk dodaje, że niewłaściwa decyzja o przejęciu może mieć poważne konsekwencje dla firm. Nawet dobrze prosperujące spółki mogą mieć problemy, gdy przejmą zadłużone przedsiębiorstwo.

Takie przypadki notowaliśmy np. na polskim rynku, że firma o zdrowych fundamentach nabyła podmiot, który pozaciągał dużo zobowiązań, dał bardzo dużo poręczeń i okazało się, że przejmujący nie był w stanie temu sprostać – przypomina Harczuk. – Bardzo istotne jest, żeby w tego typu projekty angażować osoby z doświadczeniem, które wcześniej robiły taką analizę przed nabyciem przedsiębiorstwa, tak, żeby nie kupić upadającego podmiotu.

Podkreśla, że sposób weryfikacji zależy od branży. W usługach niezbędna jest ocena stabilności portfela zamówień i potencjału rozwoju firmy. W handlu przed przejęciem należy spojrzeć na rozliczenia z odbiorcami. Ważna jest nie tylko ich terminowość, lecz także dywersyfikacja. Firmy zależne od niewielkiej liczby klientów, nawet jeśli są to duzi kontrahenci, są narażone na problemy z płynnością w przypadku wycofania się ze współpracy choćby jednego z nich. Zdarza się też tak, że wśród klientów są firmy z problemami finansowymi lub nawet upadłe, co oznacza, że nie uregulują one swoich należności.

To może być największą niespodzianką, że oczekujemy spływu należności w nowo nabytej spółce, a potem się okazuje, że on powinien mieć miejsce, ale kluczowy partner upadł – podkreśla Harczuk. Dodaje jednak: – Muszę przyznać, że sytuacja w polskich przedsiębiorstwach powoli się poprawia. Dużo firm przeszło restrukturyzację, dostosowało się do nowej sytuacji, w której obrót jest mniejszy i transakcji z odbiorcami jest stosunkowo niedużo.

Harczuk podkreśla, że w restrukturyzacji i planowaniu ważną rolę odgrywają dyrektorzy finansowi. To oni są odpowiedzialni za redukcję kosztów, ocenę dynamiki wzrostu przychodów i zapobieganie ewentualnym spadkom. Harczuk dodaje, że Euler Hermes cały czas stara się doceniać i podnosić ratingi profesjonalnie zarządzanym firmom, które mają swoje finanse pod kontrolą.

Prace sezonowe w rolnictwie słabo płatne. Na niskie płace narzekają nawet pracownicy z Ukrainy

CEO Magazyn Polska

Maleją stawki za prace sezonowe w rolnictwie, ale za to przybywa lepiej płatnych ofert w budownictwie. Niskie wynagrodzenia zniechęcają Polaków, którzy częściej szukają pracy sezonowej za granicą. Do Polski przyjeżdżają za to pracownicy ze Wschodu – już nie tylko z Ukrainy i Białorusi, ale nawet z Uzbekistanu.

Stawki, jakie są w tej chwili, zwłaszcza przy pracach sezonowych w rolnictwie, są stosunkowo niskie. W tym roku jest bardzo duży wysyp truskawek, to stawka za same truskawki maleje, w związku z tym i wynagrodzenie dla samych zbierających maleje – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Adamkiewicz, prezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia i agencji Wadwicz.

Polacy, zwłaszcza młodzi, niechętnie podejmują pracę sezonową za takie wynagrodzenie. Zamiast tego szukają podobnych zajęć w Europie Zachodniej, gdzie są one znacznie lepiej płatne. Wyjazdy, w tym także studentów, będą miały jednak wpływ na stopę bezrobocia, bo aż 25 proc. osób zarejestrowanych w urzędach pracy to ludzie młodzi. Jak wynika z szacunków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, w maju wskaźnik wyniósł 12,5 proc., ale w miesiącach letnich może spaść nawet poniżej 12 proc. Byłby to najlepszy wynik od października 2011 r.

Prace sezonowe w polskim rolnictwie są bardziej atrakcyjne dla pracowników ze Wschodu. Adamkiewicz zauważa jednak, że Ukraińcy zaczynają już narzekać na niskie płace. Mimo to stanowią oni razem z Białorusinami większość sezonowych imigrantów. Coraz więcej osób przyjeżdża jednak nawet z Mołdawii, Azerbejdżanu czy Uzbekistanu.

 Są to również nasi potomkowie, którzy chcą się w Polsce odnaleźć, i są takie agencje, które zaczynają te osoby ściągać – mówi Adamkiewicz.

Dodaje, że lepsza sytuacja jest w budownictwie. W tej branży widać nie tylko coraz większe zapotrzebowanie na pracowników wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych, lecz także wzrost wynagrodzenia.

 Brakuje dekarzy i każdy, kto już miał praktykę w ubiegłym roku, pracował na budowie choćby przez miesiąc, już jest traktowany jako wykwalifikowany i ma szansę jako pracownik dorywczy sobie dorobić. Pracownicy typowo fizyczni  z tym nie ma problemu, co roku w tej samej liczbie – tłumaczy Adamkiewicz.

Wzrost płac w tym sektorze częściowo wynika ze wzrostu płacy minimalnej w Polsce, która obecnie wynosi 1 680 zł brutto, czyli o 80 zł więcej niż rok temu. Jednak Adamkiewicz podkreśla, że nie w całym kraju wzrost jest równomierny. Najgorzej jest na Lubelszczyźnie, gdzie stawki są cały czas na tym samym, niskim poziomie.

Adamkiewicz ocenia, że w województwie lubelskim płace nie rosną, bo brakuje tam dużego przemysłu, a rozwój gospodarczy jest stosunkowo wolny. Dodaje, że z uwagi na wysokie bezrobocie w tym regionie (w kwietniu wyniosło 14 proc.) pracownicy są skłonni pracować za mniejsze wynagrodzenie, bo to dla nich często jedyna szansa na zarobek.

Mundial napędza popyt na telewizory. W tym roku popularne są duże ekrany i technologia 4K

CEO Magazyn Polska

Rozpoczynające się w czwartek piłkarskie mistrzostwa świata tradycyjnie poprawią sprzedaż telewizorów. Choć w tym roku w rozgrywkach nie wystąpi nasza reprezentacja, Polacy i tak chętnie kupują nowy sprzęt, szczególnie o dużej przekątnej ekranu. Rynek dodatkowo napędza nowa technologia 4K.

Każde wydarzenie sportowe jest związane ze zwiększonym zapotrzebowaniem na telewizory – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Siedlecki, dyrektor marketingu RTV Euro AGD. – Na kilka dni przed rozpoczęciem mistrzostw widzimy zwiększony popyt na telewizory. Wydaje nam się, że będzie on szczególnie widoczny w sprzedaży produktów o dużych rozmiarach – 46, 47, 50 cali.

Wzrost sprzedaży hamuje nieco brak reprezentacji Polski w rozgrywkach. Siedlecki ocenia jednak, że brak naszej kadry kompensuje nieco miejsce rozgrywania mundialu. Brazylia to kraj tradycyjnie kojarzony z piłką nożną na wysokim poziomie. Polacy zawsze przychylnie patrzyli na reprezentację tego kraju, więc teraz z dużym zainteresowanie będą śledzić mistrzostwa.

Poza zwiększonym zainteresowaniem telewizorami o dużej przekątnej ekranu, popyt na rynku napędzają też nowe technologie.

Na wymianę telewizorów na nowe wpływa nowoczesna technologia, tzw. 4K, czyli telewizory bardzo wysokiej rozdzielczości, ultra HD – podkreśla Siedlecki.

Technologia 4K (nazwa pochodzi od ok. 4000 pikseli w poziomie) to stosunkowo nowy standard bardzo wysokiej rozdzielczości. Wyświetlacze o tej rozdzielczości mają cztery razy więcej pikseli niż powszechne wyświetlacze Full HD.

Piłkarski mundial rozpocznie się w najbliższy czwartek meczem Brazylii z Chorwacją. 32 reprezentacje narodowe będą rywalizowały do 13 lipca. Finał odbędzie się na stadionie Maracanã w Rio de Janeiro. Tytułu bronią Hiszpanie.

Ewa Grenda nową prezes INFARMY

0

10 czerwca 2014 roku, decyzją Zarządu Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA, stanowisko prezesa Zarządu objęła Ewa Grenda, dyrektor generalna Roche Polska, dotychczas członek Zarządu INFARMY.

„To dla mnie ogromny zaszczyt. Dziękuję członkom Zarządu INFARMY za powierzenie mi tak odpowiedzialnego i wymagającego zadania. Pamiętając o tym, że fundamentem działań firm farmaceutycznych jest dobro pacjenta, będę starała się pracować na rzecz zwiększenia przejrzystości w naszej branży podejmując dialog ze wszystkimi partnerami społecznymi i instytucjonalnymi w celu tworzenia dobrego klimatu dla rozwoju innowacyjności w dziedzinie farmakoterapii w Polsce” – zadeklarowała nowa prezes INFARMY.

Ewa Grenda jest dyrektor generalną firmy Roche Polska od 2005 roku. W latach 2011-2013 odpowiadała także za zarządzanie siedmioma dodatkowymi rynkami w regionie. Pracę w firmie Roche Polska rozpoczęła w 1991 roku, początkowo jako przedstawiciel medyczny, pełniąc przez lata wiele różnych funkcji w strukturze organizacji. Ewa Grenda jest absolwentką wydziału Biologii na Uniwersytecie Gdańskim. Po skończeniu studiów pracowała naukowo i dydaktycznie przez kilka lat.

„Jestem zadowolona z wyboru nowego prezesa naszego Związku. Tym bardziej, że decyzję o powierzeniu Pani Ewie Grendzie tego stanowiska podjęliśmy niemal jednogłośnie. Ewa to manager z ogromnym doświadczeniem, a prywatnie ceniona i lubiana przez wszystkich osoba. Jestem przekonana, że sprosta wyzwaniu, jakim jest przewodniczenie największej organizacji zrzeszającej innowacyjne firmy farmaceutyczne w Polsce. Oddaję INFARMĘ w dobre ręce” – skomentowała wybór swojej następczyni Marynika Woroszylska–Sapieha, dyrektor generalna Grupy Sanofi w Polsce.

Zgodnie ze statutem INFARMY nowa prezes będzie pełniła funkcję przez dwa lata.

Pracowitość – droga do sukcesu widziana oczami pracowników i pracodawców

Uczciwością i pracą ludzie się bogacą. To powiedzenie pięknie brzmi, ale ma niewiele wspólnego z rzeczywistością – przynajmniej według niektórych Polaków. Znacząca liczba dni wolnych od pracy, świąt czy łatwość otrzymania zwolnienia lekarskiego działają na niekorzyść pracodawcy. 

Polacy są niezwykle pracowitym narodem. Nasi fachowcy cenieni są na całym świecie, a przedsiębiorcy w niejednym kraju przecierają oczy ze zdumienia, widząc ich zaangażowanie w pełnieniu obowiązków. Jednak, jak w każdej dziedzinie życia – tak i w pracy – znajdzie się kilka „czarnych owiec”, przez co, obraz postrzegania wszystkich staje się negatywny.

Jaka jest różnica w podejściu do pracy między pracownikiem a pracodawcą? Ten drugi pracuje średnio 8 godzin dłużej tygodniowo. Jak mówi serwisowi infoWire.pl Andrzej Malinowski, prezydent organizacji Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej „[…] przyczyna jest prosta. Po pierwsze, pracodawca nie ma lekko – odpowiada za całość majątku. Dodatkowo musi przebijać się przez gąszcz przepisów. Cały czas myśli o przyszłości firmy”.
Te słowa potwierdza Cezary Kaźmierczak, Prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców „[…] Przedsiębiorcy przede wszystkim pracują dla siebie. Mają większą odpowiedzialność związaną z wykonywaną pracą i w związku z tym poświęcają jej więcej czasu. Badania zdecydowanie przeczą stereotypom, że przedsiębiorcy to klasa próżniacza, która nie zajmuje się niczym, poza wyzyskiwaniem biednych pracowników”.

Kultura i umiejętność stworzenia dobrych warunków pracy w zespole to bardzo ważny element, który decyduje o relacjach pracodawcy z pracownikiem. Jak zaznacza Andrzej Malinowski „[…] ciągle brakuje u nas właściwego podejścia do pracy. W innych krajach jest tak, że związki zawodowe i pracownicy włączają się w życie przedsiębiorstwa i traktują je jak swoje. U nas bardzo często mamy do czynienia wyłącznie z postawami roszczeniowymi”.

Podejście do obowiązków i utożsamianie się z miejscem pracy to jedno. Natomiast uczciwość względem pracodawcy to kolejna, ogromnie istotna kwestia. Jak uważa Andrzej Malinowski „[…] korzystanie ze zwolnień lekarskich w Polsce jest stosunkowo łatwe. Lekarze nie dbają w sumie również o własny interes, ponieważ w ostatecznym rozrachunku, wszyscy płacimy podatki”. I tutaj różnica między pracownikiem a pracodawcą jest największa. Zdaniem Dominiki Maison, psycholog z Uniwersytetu Warszawskiego „[…] pracodawcy i pracownicy inaczej podchodzą do korzystania ze zwolnień lekarskich. W zeszłym roku dwa razy więcej pracowników etatowych było na zwolnieniu lekarskim, w stosunku do pracodawców. Wśród pracowników etatowych grupą, która najczęściej przebywała na zwolnieniach, były osoby w wieku 24-34 lata. To zaskakujące, ponieważ jest to grupa, która teoretycznie powinna być zdrowa”.

Co jest przyczyną takiego stanu rzeczy? „Plagą dla przedsiębiorców są lekarze, którzy wydają fałszywe zwolnienia. Z różnego rodzaju danych wynika, że najbardziej chorowite grupy społeczne w Polsce to policjanci i urzędnicy” – mówi serwisowi infoWire.pl Cezary Kaźmierczak.

Prawda, jak w większości przypadków, leży gdzieś pośrodku. Zdaniem Dominiki Maison „[…] Oczywiste jest, że są tacy pracownicy, którzy pracują bardzo dużo i poświęcają się swojej pracy, jak również tacy, którzy pracę traktują niezbyt poważnie. Duże znaczenie mają wartości moralne”. Prawdopodobnie ci, którzy łatwo sięgają po zwolnienia lekarskie, również w innych obszarach życia są mało odpowiedzialni.

Każdy pracownik wymaga atrakcyjnych warunków pracy i poszanowania jego osoby przez zatrudniającego. Podobne wymagania ma pracodawca. Obie strony muszą zdać sobie sprawę, że są od siebie zależne. Bez tego nie ma sukcesu firmy, który przekłada się na dobro zarówno pracodawcy, jak i pracownika.

Czego boimy się na wakacjach? Wyniki badania opinii

Urlop to dla nas przede wszystkim wypoczynek, ale dobry humor na wakacjach potrafią zepsuć nam liczne obawy związane z wyjazdem. Najczęściej martwimy się, że przekroczymy limit wydatków, zostaniemy okradzeni lub zgubimy bagaż. Boimy się też zachorować oraz o to, że przytrafi się nam niebezpieczny wypadek. Niepokoi nas również perspektywa zastania na miejscu złych warunków zakwaterowania – wynika z najnowszego badania „Polak na wakacjach”, przeprowadzonego przez firmę ARC Rynek i Opinia na zlecenie Liberty Direct.

Niemal co drugi Polak obawia się, że długo wyczekiwane wakacje będą go kosztowały więcej, niż to wynikało z jego wcześniejszych planów (44 proc.). W jaki sposób założona cena wypoczynku może wzrosnąć? Turysta może zostać na przykład okradziony. O takiej ewentualności myśli aż 39 proc. wyruszających w podróż Polaków. Tyle samo niepokoi się o swoje zdrowie i zastane na miejscu warunki zakwaterowania i wyżywienia. Ryzyko wypadku martwi 33 proc. respondentów, a 32 proc. (z powodu słabej lub żadnej znajomości języka) przeraża perspektywa komunikacji z obcokrajowcami. Badani boją się także, że z przyczyn losowych będą zmuszeni odwołać wyjazd (24 proc.), stracą bagaż (19 proc.) albo zgubią się w obcym kraju (15 proc.).

– Pomimo wielu obaw, jakie wciąż budzą w nas zagraniczne wyjazdy, często wyruszamy w podróż bez dodatkowej ochrony. Choć z roku na rok coraz więcej Polaków pamięta o ubezpieczeniu podróżnym, w dalszym ciągu ponad 40% z nas uważa, że jest to niepotrzebne – mówi Ilona Tomaszewska, ekspert ds. ubezpieczeń turystycznych Liberty Direct. – Tymczasem polisy turystyczne oferowane w Polsce należą do najtańszych w Europie i można je kupić już od 10 zł dziennie. To nie tylko prosty sposób na pozbycie się urlopowego stresu, ale też realne zabezpieczenie, w skrajnych przypadkach pozwalające zaoszczędzić nawet kilkadziesiąt tysięcy euro – dodaje Tomaszewska.

Z wyprzedzeniem i na własną rękę

Obawy związane z wyjazdem staramy się ograniczać, rozpoczynając przygotowania na długo przed urlopem. 76 proc. Polaków planuje wakacje z co najmniej trzymiesięcznym wyprzedzeniem – w tym całe 5 proc. aranżuje kolejne wyjazdy z rocznym, a 37 proc. z półrocznym zapasem. Tylko 8 proc. z nas korzysta z ofert last-minute.

Urlop pod kontrolą

Na wakacjach cenimy sobie spokojne formy wypoczynku i staramy się unikać ryzyka. Młodzi wolą spędzać wakacje nad morzem, a starsi podziwiając zabytki związane z kulturą i historią. Plażowanie i zwiedzanie to zresztą ulubione zajęcia Polaków na urlopie – wskazało je odpowiednio 68 i 56 proc. respondentów. Lubimy też poznawać nowe kultury (45 proc.), wypoczywać w górach (42 proc.) i na łonie natury (38 proc.), poznawać nowych ludzi (32 proc.), a także brać udział w imprezach i innych rozrywkach, takich jak koncerty czy festiwale (29 proc.). 17 proc. Polaków idealny wyjazd kojarzy z wypoczynkiem w SPA.

Tylko 23 proc. badanych lubi spędzać wolny czas aktywnie. W tej grupie jako najchętniej uprawianą wakacyjną „aktywność” 66 proc. wskazało turystykę, 58 proc. jazdę na rowerze, 27 proc. jazdę na nartach, 21 proc. wspinaczkę lub bieganie, a 10 proc. nordic walking. Bardziej intensywne sporty okazały się mniej popularne – jedynie (9 proc.) z nas uprawia na urlopie windsurfing, a żeglarstwo i pływanie (3 proc.).

Kierunek: Europa

Pomimo licznych obaw związanych z wyjazdami, podróżujemy często i chętnie. Tylko 29% Polaków wybiera się w zagraniczną podróż rzadziej niż raz na dwanaście miesięcy. Największy odsetek turystów (42 proc.) wyjeżdża co rok, 21 proc. co 6 miesięcy, a 4 proc. co kwartał. Raz w miesiącu lub częściej podróżuje jedna setna z nas, a 4 proc. w ogóle nie opuszcza granic kraju w celach turystycznych.

Najchętniej podróżujemy po Starym Kontynencie (52 proc.) i Polsce (40 proc.). Ok. 8 proc. polskich turystów zwykle wyjeżdża na wakacje poza Europę – to najczęściej osoby pomiędzy 25. a 34. rokiem życia.

* Raport przygotowano w oparciu o badanie opinii publicznej przeprowadzone w marcu przez firmę ARC Rynek i Opinia metodą ankiet internetowych CAWI na próbie 1029 osób. Cytowanie wyników możliwe tylko za podaniem źródła: „Polak na wakacjach”, raport z badania ARC Rynek i Opinia na zlecenie Liberty Direct, marzec 2014.

Rynek bankowości mobilnej – I kw. 2014 – raport PRNews.pl i Bankier.pl

Już blisko 2,8 mln polaków ma dostęp do bankowości mobilnej – wynika z danych zebranych przez PRNews.pl i Bankier.pl. Dostęp z poziomu telefonu komórkowego oferuje dziś większość banków w Polsce. Zobacz liderów zestawienia.

W tym roku mija 10 lat od pojawienia się na rynku pierwszej aplikacji mobilnej. Pionierem w tym segmencie był Raiffeisen Bank Polska, który udostępnił posiadaczom telefonów komórkowych program napisany w Javie. Przez lata bankowość mobilna pozostawała jednak w sferze ciekawostki technologicznej. Obecnie zaczyna być głównym nurtem bankowości.

Aplikację mobilną do obsługi produktów bankowych udostępnia dziś swoim klientom 18 banków. Równolegle funkcjonują też serwisy lite, czyli specjalne wersje serwisów internetowych dostosowane do przeglądania na telefonach komórkowych.

– Bankowość mobilna jeszcze kilka lat temu postrzegana była jako ciekawostka technologiczna dla najbardziej zaawansowanych użytkowników. Liczby pokazują, że dziś obsługa konta z poziomu telefonu jest już w zasadzie standardem – mówi Wojciech Boczoń, redaktor prowadzący PRNews.pl.

Liderem bankowości mobilnej w Polsce w pierwszym kwartale 2014 roku jest mBank z 733 tys. użytkowników. Daleko za nim plasują się: PKO BP (441 tys.) i Pekao SA (422 tys.).

Aplikacje mobilne stają się wygodniejszą alternatywą dla bankowości internetowej. Niewykluczone, że za jakiś czas większość opcji dostępna będzie z poziomu telefonu, a tradycyjne systemy transakcyjne zaczną być wykorzystywane do bardziej zaawansowanych funkcji.

Zobacz najbardziej mobilne banki w I kwartale 2014 roku: http://prnews.pl/raporty/raport-prnewspl-rynek-bankowosci-mobilnej-i-kw-2014-3141685

Dynamiczny rozwój rynku cloud computingu

Jak wskazują wyniki badania przeprowadzonego przez PMR wśród 300 największych firm IT w Polsce w maju 2014 r., zawarte w raporcie „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”, oczekiwania głównych graczy względem dalszego rozwoju rynku cloud computingu w Polsce są optymistyczne. Większość respondentów spodziewa się jego dynamicznego rozwoju w latach 2014 i 2015, przede wszystkim w modelu SaaS.

W porównaniu z wynikami uzyskanymi w 2013 r. opinie respondentów odnośnie rozwoju cloud computingu okazują się jeszcze bardziej optymistyczne. We wszystkich trzech kategoriach wzrósł odsetek respondentów, którzy przewidują dynamiczny rozwój rynku. Jednocześnie zmalał udział respondentów nieprzewidujących dalszego rozwoju. Z trzech głównych modeli technologii cloud computing, SaaS uznawany jest za najbardziej perspektywiczny. Zbliżony, ponad 30% odsetek respondentów oczekiwał dynamicznego wzrostu modelu IaaS oraz PaaS w latach 2014-2015.

W opinii największych firm nadal kluczowym czynnikiem wpływającym na rozwój rynku cloud computingu w Polsce jest poszukiwanie przez firmy oszczędności. Istotnym okazuje się również wzrost mobilnego internetu i rynku aplikacji mobilnych oraz coraz większa ilość przetwarzania danych. Waga bezpieczeństwa, jako czynnika wpływającego na rynek cloud computingu w 2014 r., uległa zmniejszeniu. Jedynie 15% respondentów uznało go za czynnik kluczowy. Rok wcześniej, w analogicznym badaniu, odsetek ten wynosił 23%. Jeszcze wyższy w skali spadek zanotowały regulacje prawne, jako czynnik wpływający na rynek cloud computingu. W 2014 r. jedynie 3% respondentów uznało ten czynnik za kluczowy. W 2013 r. odsetek zanotował wartość o 10 p.p. wyższą.

Technologia cloud computing nie jest już tylko atrakcyjnym medialnie trendem. Działania marketingowo-edukacyjne dostawców w coraz większym stopniu przeradzają się w konkretne decyzje biznesowe, które w następstwie odzwierciedlają się w wartości rynku. Coraz większa liczba przedsiębiorstw, zarówno w segmencie MŚP jak i korporacyjnym, jest świadoma korzyści wynikających z zastosowania tej technologii. Katalizuje to dalej działania dostawców, którzy zarówno w szerszych kampaniach, jak i w bezpośrednich negocjacjach z klientami końcowymi korzystają z analiz obliczających dokładne korzyści możliwe do uzyskania dzięki zastosowaniu modelu usługowego. Jest to proces dalszego „zawężenia” działań marketingowych i przekształcania ich w rzeczywistą sprzedaż. Ten długotrwały proces, który obecnie wchodzi w swoją bardziej dojrzałą fazę, wpływa pozytywnie na rozwój rynku. Należy jednak zaznaczyć, że wprowadzenie usług cloud computingu nie jest działaniem jednorazowym, lecz procesem rozłożonym w czasie. Przedsiębiorstwa przeznaczają na model usługowy najpierw wybrany przez siebie proces, najczęściej peryferyjny. Zazwyczaj ten etap decyduje o dalszym ustosunkowaniu się przedsiębiorstwa do modelu usługowego. W przypadku pozytywnych doświadczeń, kolejne procesy migrowane są dalej do modelu usługowego. Oznacza to ewolucyjny sposób rozwoju rynku.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”.

NIK o nieruchomościach zajętych pod drogi gminne

Właściciele prawie jednej piątej nieruchomości zajętych pod drogi gminne nie mogą liczyć na szybkie uzyskanie od gmin odszkodowania. Dzieje się tak z powodu nieuregulowanego statusu prawnego tych nieruchomości lub braku stosownych wpisów w księgach wieczystych. Przewlekle prowadzone postępowania odszkodowawcze sprawiają, że byli właściciele na wypłaty odszkodowań muszą czekać od kilku miesięcy do roku, a w skrajnych przypadkach – nawet od 4 do 10 lat. Taka opieszałość podważa zaufanie do instytucji publicznych – alarmuje NIK.

Tylko w trzech gminach (ze skontrolowanych 20) prawo własności gminy było ujawnione w księgach wieczystych dla wszystkich nieruchomości zajętych pod drogi gminne. W pozostałych 17 gminach aż 17,5 proc. działek nie miało stosownych wpisów. Zajmowały one 15,6 proc. wszystkich nieruchomości zajętych pod drogi gminne. Z kolei część nieruchomości w ogóle nie spełnia warunków do złożenia wniosku o ujawnienie prawa własności w księgach wieczystych, gdyż gminy nie dysponują koniecznymi dokumentami. Do tego stanu rzeczy przyczyniły się wieloletnie zaniedbania wójtów, którzy wnioski w tych sprawach składali z nawet kilkunastoletnim opóźnieniem.

Główną przyczyną tych zaniedbań jest brak wiedzy wójtów o posiadanych nieruchomościach i ich stanie prawnym. Źródłem takiej wiedzy powinna być rzetelnie prowadzona ewidencja nieruchomości. Kontrola pokazała jednak, że gminy lekceważyły ten obowiązek. Wójtowie tłumaczyli się brakiem środków finansowych na uporządkowanie i uzupełnienie dokumentacji. Niekiedy dochodziło do sytuacji, w których wójtowie o działkach z nieuregulowanym statusem prawnym dowiadywali się od kontrolerów NIK.

Kłopoty mają także byli właściciele działek, które objęte są postępowaniami odszkodowawczymi. Na wypłatę odszkodowań muszą czekać zwykle kilka miesięcy, w skrajnych przypadkach całe lata. W trakcie kontroli wyszły na jaw sytuacje, kiedy odszkodowania wypłacono po upływie od 4 do 10 lat.

NIK w trakcie kontroli wykryła m. in. następujące nieprawidłowości w gminach:

W 17 urzędach gmin (na 20 skontrolowanych) do 30 czerwca 2013 roku nie uregulowano stanu prawnego lub nie ujawniono w księgach wieczystych prawa własności prawie 2 tys. działek. Jest to blisko jedna piąta ( 17 proc.) z wszystkich zajętych pod drogi gminne. Zajmują one prawie 256 ha, co stanowi 15,6 proc. ogółu powierzchni zajętych pod drogi w kontrolowanych gminach. W skrajnych przypadkach nieuregulowany status prawny miała większość działek (np. w gminie Michałowice w województwie mazowieckim aż 62, 7 proc.).
Wszystkie gminy opieszale prowadziły postępowania dotyczące ustalenia wysokości odszkodowań. W rezultacie byli właściciele zmuszeni byli czekać na wypłatę zbyt długo. W połowie ze zbadanych spraw nieruchomości przejętych w trybie ustawy – Przepisy wprowadzające (21 na 40 zbadanych) od złożenia wniosków przez byłych właścicieli do daty wypłaty odszkodowania upłynęło od 4 do 10 lat. Np. w gminie Otwock byli właściciele na wypłatę czekali 10 lat, natomiast w gminie Legionowo prawie 7 lat. Z kolei byli właściciele, którzy wysokość odszkodowania ustalali w drodze negocjacji (takiej procedury wymagały tereny przejęte na podstawie przepisów ustawy o gospodarce nieruchomościami) na wypłaty czekali zwykle od roku do dwóch lat.
Gminy zwlekają ze składaniem wniosków do wojewody o wydanie decyzji stwierdzającej nabycie prawa własności. Decyzja taka jest warunkiem uregulowania stanu prawnego działki. Trzy w ogóle nie złożyły takich wniosków. Wojewodowie z kolei zwlekają z wydaniem takich decyzji. Kontrolerzy zbadali losy 127 wniosków i okazało się, że po upływie 7-8 lat w 18 przypadkach postępowania trwały do czasu zakończenia kontroli. Wojewodowie tłumaczą się skomplikowanym charakterem spraw, w ocenie NIK jednak nie może to być powodem zaniechania odpowiednich działań.
W prawie wszystkich urzędach gmin (z wyjątkiem jednego) kontrola stwierdziła nierzetelne prowadzenie zarówno ewidencji gminnego zasobu nieruchomości, jak ewidencji księgowej oraz ewidencji dróg. Wykazy zawierały nieaktualne, niepełne lub błędne dane. W pojedynczych przypadkach gminy w ogóle nie prowadziły ewidencji. Oznacza to brak wiedzy wójtów dotyczącej rzeczywistej liczby działek, powierzchni oraz stanu prawnego nieruchomości.
W trakcie kontroli wójtowie niektórych gmin przyznali, że od kontrolerów NIK dowiedzieli się jaka jest prawdziwa liczba nieruchomości o nieuregulowanym statusie prawnym.
Wójtowie 15 gmin (75 proc. skontrolowanych) przekazywali Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad dane dotyczące dróg gminnych – ich długości i powierzchni niezgodne ze stanem faktycznym. Wynikało to z błędów w ewidencjach gminnych: w ośmiu urzędach gmin dane w ewidencjach dróg gminnych zawierały błędy, w sześciu były nieaktualne. W czterech ewidencji dróg w ogóle nie prowadzono.
NIK po kontroli sformułowała zalecenia dla prezydentów, burmistrzów i wójtów, które dotyczyły przede wszystkim:

przyspieszenia wypłat odszkodowań byłym właścicielom;
ustalenia faktycznej liczby i powierzchni nieruchomości zajętych pod drogi gminne, ustalenia, które z nich wymagają uregulowania stanu prawnego lub ujawnienia prawa własności gminy w księgach wieczystych oraz wykonania tych zadań;
aktualizacji ewidencji dróg gminnych, zapewnienie ich prawdziwości oraz przekazania prawdziwych danych do GDDKiA;
zapewnienie spójności danych zawartych w różnych ewidencjach (nieruchomości, dróg, księgowej).

NIK o przetargach informatycznych w ZUS

NIK poinformowała Prezesa ZUS, że przebieg postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, przeprowadzonego przez ZUS w 2013 r. na usługę wsparcia, eksploatacji i utrzymania Kompleksowego Systemu Informatycznego (KSI), nie gwarantował dotrzymania, wynikających z prawa zamówień publicznych zasad uczciwej konkurencji oraz równego traktowania potencjalnych wykonawców. ZUS, ustalając termin na złożenie wniosku o dopuszczenie do udziału w postępowaniu (35 dni), nie zapewnił potencjalnym wykonawcom, innym niż firma Asseco Poland SA (realizująca usługi związane z utrzymaniem KSI od 1997 r.), realnej możliwości zapoznania się z dokumentacją dotyczącą przedmiotu zamówienia.

NIK zauważyła, że już w 2010 r. ZUS w zaniechał stosowania trybów konkurencyjnych, udzielając zamówienia na wsparcie i utrzymanie KSI z wolnej ręki firmie Asseco Poland SA.  ZUS wybór trybu tłumaczył  wówczas brakiem możliwości zapoznania się przez innych, potencjalnych wykonawców z dokumentacją dotyczącą przedmiotu zamówienia, oceniając, że potencjalny wykonawca musiałby się zapoznawać z nią przez co najmniej 12 miesięcy.  Prezes Urzędu Zamówień Publicznych (UZP), ocenił,  że wspomniane postępowanie z 2010 roku zostało przeprowadzone z naruszeniem prawa, a Krajowa Izba Odwoławcza (KIO), podtrzymała jego stanowisko. NIK podziela opinię przedstawioną w uchwale KIO, według której ZUS dopuścił się w 2010 roku nieuprawnionego zaniechania stosowania przepisów dotyczących trybów konkurencyjnych przy udzielaniu zamówienia.

NIK poinformowała Prezesa ZUS, że uwzględniając oceny i opinie Prezesa UZP oraz KIO odnoszące się do postępowania realizowanego przez ZUS w 2010 r.,  również w postępowaniu z 2013 roku na wsparcie i utrzymanie KSI zamawiający (czyli ZUS) nie zapewnił przestrzegania zasad uczciwej konkurencji i równego traktowania wykonawców. Podanie w ogłoszeniu czasu (niewiele ponad jeden miesiąc) na złożenie wniosku o dopuszczenie do udziału w postępowaniu przetargowym, a następnie dwóch miesięcy na zapoznanie się ze specyfikacją istotnych warunków zamówienia – przy założeniu, że czas niezbędny na zapoznanie się z dokumentacją dotyczącą KSI (ponad 10 tysięcy różnego rodzaju dokumentów), przez innego niż dotychczasowy (czyli Asseco Poland SA) wykonawcę, powinien wynieść co najmniej 12 miesięcy (według oceny ZUS z 2010 roku) – prowadziło wprost do wyboru dotychczasowego wykonawcy.

NIK poinformowała też Prezesa ZUS, że przy realizacji zamówień publicznych, zarówno w 2010 r., jak i w 2013 r., pracownicy ZUS wykonujący czynności w prowadzonych postępowaniach pozostawali z przedstawicielami firmy ubiegającej się o udzielenie zamówienia w takim stosunku prawnym lub faktycznym, który mógł budzić uzasadnione wątpliwości, co do ich bezstronności.

Zdaniem NIK zaistniały przesłanki przesądzające o konieczności wyłączenia niektórych pracowników ZUS z podejmowania czynności  w postępowaniach przetargowych z 2010 r. oraz z 2013 r., w wyniku których ZUS zawierał umowy z firmą Asseco Poland SA.

W 2010 roku dwoje pracowników ZUS złożyło oświadczenie o braku okoliczności, których istnienie powoduje obowiązek wyłączenia się z prac komisji, mimo że w dniu złożenia oświadczenia (15 września 2010 r.) zasiadali, wspólnie z przedstawicielem firmy Asseco Poland SA, (który w dodatku reprezentował Asseco Poland SA w tym postępowaniu) w radzie  jednej z fundacji.  Wspomnianych dwoje pracowników ZUS twierdzi w swoich zeznaniach, że złożyło rezygnację z uczestnictwa w radzie fundacji… 20 września 2010 r. Rezygnacja ta została przyjęta jednak uchwałą Rady Fundacji dopiero 22 lutego 2014 r. a stosowny wpis do KRS został dokonany 14 marca 2014 r.

W 2013 roku w postępowaniu, którego przedmiotem była eksploatacja i utrzymanie KSI, tych samych dwoje pracowników ZUS uczestniczyło w pracach komisji przetargowej, składając oświadczenia o braku okoliczności prawnych i faktycznych, powodujących ich wyłączenie z prac komisji, mimo że wykonawcę, tj. Asseco Poland SA, reprezentowały dwie osoby które zasiadały wspólnie ze wspomnianymi pracownikami ZUS w radzie jednej z fundacji, przynajmniej do 15 września 2010 roku. Kontrolerzy ustalili, że takie przypadki występowały też w innych postępowaniach przetargowych  2013 r.

NIK poinformowała Prezesa ZUS, że okoliczność ta może budzić uzasadnione wątpliwości, co do bezstronności wspomnianych przedstawicieli ZUS w postępowaniach o udzielenie zamówienia publicznego, zarówno w 2010 r., jak i 2013 r.

ZUS ma teraz 21 dni (poczynając od 9 czerwca 2014 roku) na złożenie zastrzeżeń, które zostaną rozpatrzone przez Kolegium NIK. Dopiero wówczas informacje przekazane w wystąpieniu pokontrolnym Prezesowi ZUS staną się prawomocnymi ustaleniami NIK.

Rząd zaczyna prace nad przyszłorocznym budżetem. Główny cel to ograniczenie deficytu

CEO Magazyn Polska

Ograniczenie deficytu do poziomu poniżej 3 proc. PKB będzie jednym z głównych celów przyszłorocznego budżetu, nad którego założeniami będzie obradowała dziś Rada Ministrów. Według prognoz resortu finansów w 2015 roku wzrost PKB wyniesie 3,8 proc., a inflacja 2,3 proc. Rząd prawdopodobnie przyjmie ostrożne założenia projektu budżetu, by uniknąć konieczności jego nowelizacji. W sferze budżetowej wynagrodzenia nadal nie wzrosną.

To będzie kolejny, niestety, trudny budżet dla Polski, ponieważ Polska jest objęta procedurą nadmiernego deficytu i musimy podejmować działania, które będą ten deficyt ograniczały do poziomu poniżej 3 proc. PKB. Plan jest taki, że mamy to zrobić w przyszłym roku. Liczymy na to, że przyspieszające ożywienie poprawi sytuację po stronie dochodowej, ale rząd będzie na pewno dmuchał na zimne – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Rosati, europoseł Platformy Obywatelskiej i były przewodniczący sejmowej Komisji Finansów Publicznych.

Rosati przypomina, że ograniczenie deficytu budżetowego jest niezmiernie ważne, bo jeśli nie uda się go osiągnąć, Komisja Europejska może nałożyć na Polskę kary. Mogłoby to doprowadzić do wstrzymania wypłat środków unijnych dla naszego kraju. Polska jest objęta tą procedurą od 2009 r., ale na początku czerwca Bruksela pochwaliła już proces ograniczania deficytu w naszym kraju i zapowiedziała, że nie będzie podejmować dalszych kroków.

Ograniczenie deficytu pozostaje wyzwaniem, choć dzięki szybszemu niż w ubiegłym roku wzrostowi PKB zwiększą się dochody państwa z podatków. Jak poinformował w połowie maja Mateusz Szczurek, minister finansów, gospodarka Polski ma w przyszłym roku wzrosnąć o 3,8 proc., co stawia nasz kraj w europejskiej czołówce. Prawdopodobnie podobne założenie znajdzie się w rządowym projekcie budżetu.

Jeśli chodzi o założenia inflacyjne i założenia dotyczące wzrostu PKB, to uważam, że one są racjonalne. Można mieć nadzieję, że może inflacja odrobinę przyspieszy powyżej tych założeń [2,3 proc. według założeń MF – red.], co zawsze sprzyja budżetowi, ale myślę, że akurat od tej strony założenia makroekonomiczne prawidłowo odzwierciedlają stan obecnej wiedzy na temat tego, co będzie się działo w przyszłym roku – twierdzi Rosati.

Przyznaje jednak, że optymistyczne dane nie oznaczają tego, iż budżet będzie łatwy. Rząd z pewnością przyjmie ostrożne założenia, by uniknąć konieczności nowelizacji w trakcie roku. Taka sytuacja miała miejsce w sierpniu ubiegłego roku i wzbudziła polityczne kontrowersje.

Ostrożność oznacza kontrolę nad wydatkami. Jak planuje Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, po raz kolejny zamrożone zostaną wynagrodzenia w sferze publicznej.

To jest zła wiadomość dla wszystkich zatrudnionych w sektorze publicznym. Mam nadzieję, że to będzie ostatni rok, kiedy to zamrożenie będzie obowiązywać, ale Polska musi wyjść z tej procedury nadmiernego deficytu i obniżyć go do poziomu poniżej 3 proc. – podkreśla Rosati.

S&P: Zagraniczni inwestorzy chcą kupować wysoko oprocentowane obligacje z Europy Środkowo-Wschodniej

CEO Magazyn Polska

W okresie kryzysu Europa Środkowo-Wschodnia doświadczyła silnego odpływu kapitału, bowiem postrzegana była jako region nieoferujący tak dużych rentowności jak inne kraje z koszyka rynków rozwijających się [np. BRIC]. Teraz jednak zagraniczni inwestorzy coraz częściej poszukują właśnie obligacji wysoko oprocentowanych z Polski, Słowenii, Rumunii czy Węgier. Korzystne perspektywy rozwoju mają także lokalne rynki długu, stąd na początku roku agencja S&P otworzyła swoje biuro w Warszawie.

Obligacje krajów naszego regionu wciąż nie oferują wyższych zwrotów niż papiery z innych rynków wschodzących, jednak ich profil ryzyka i potencjał staje się coraz bardziej zbliżony do rynków rozwiniętych przy zachowaniu wyższej od nich rentowności.

Co miesiąc nadajemy rating nowemu podmiotowi w tej części Europy, więc są już widoczne efekty obecności biura na miejscu. Z punktu widzenia budowy relacji z naszymi obecnymi klientami udało nam się je zacieśnić. Udało nam się też zdobyć nowych klientów i budujemy bardzo aktywną współpracę z bankami inwestycyjnymi, z wszystkimi kluczowymi podmiotami rynku kapitałowego, dla których byliśmy tylko podmiotem operującym z Londynu, a teraz jesteśmy fizycznie obecni – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Petrykowski, dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią w agencji ratingowej Standard & Poor’s.

Biuro Standard & Poor’s w Warszawie jest centralą dla regionu Europy Środkowo-Wschodniej. O lokalizacji biura w stolicy Polski zadecydowały m.in. dobre perspektywy gospodarki, wysoki potencjał rozwoju krajowego rynku obligacji korporacyjnych, a także coraz większe zainteresowanie polskich firm pozyskiwaniem kapitału na zagranicznych rynkach. S&P dostrzega podobne tendencje w całym regionie.

Ten rosnący popyt na zagraniczny kapitał coraz rzadziej natrafia na barierę, jak miało to miejsce w apogeum kryzysu, kiedy inwestorzy woleli lokować kapitał w tzw. bezpiecznych przystaniach, takich jak obligacje USA, Szwajcarii lub Niemiec. Rosnące zainteresowanie spółkami z Europy Środkowo-Wschodniej jest spowodowane szybko poprawiającą się koniunkturą w takich państwach, jak Polska, Węgry czy Rumunia. Większość gospodarek regionu przeszła po 2008 r. przez recesję, która wymusiła na firmach redukcję poziomu zadłużenia i cięcia kosztów. Dzięki tej restrukturyzacji poprawiła się zdolność kredytowa spółek, a przyspieszający wzrost PKB zachęca je do pożyczania pieniędzy na rozwój.

Mamy kilka bardzo interesujących rozmów z emitentami, nie tylko w Polsce, lecz także w regionie, dotyczących coraz aktywniej pojawiającego się trendu emisji obligacji wysoko oprocentowanych, czyli tzw. high-yield bonds. Jest zapotrzebowanie zagranicznych inwestorów instytucjonalnych na tego typu aktywa z tej części Europy – uważa Petrykowski.

Z punktu widzenia inwestorów zagranicznych korzystna jest również relacja rentowności i ryzyka inwestycyjnego w regionie Europy Środkowo-Wschodniej w porównaniu ze strefą euro. Różnice w rentownościach długu korporacyjnego między tymi regionami są pochodną różnic w stopach procentowych banków centralnych oraz długoterminowych obligacji skarbowych. Dodatkowym źródłem różnic w oprocentowaniu obligacji może być także ryzyko kredytowe, czyli prawdopodobieństwo ich niespłacenia. Poprzez obligacje wysoko oprocentowane rozumie się papiery o tzw. ratingu spekulacyjnym, czyli poniżej ratingu inwestycyjnego (BB+ lub niżej).

Firmy z Europy Środkowo-Wschodniej decydują się na emisję obligacji na zagranicznych rynkach także z powodu słabo rozwiniętych lokalnych rynków długu. Obligacje wielu z nich nie są opatrzone ratingiem, co może zwiększać ryzyko dla inwestorów, a w konsekwencji obniżać płynność na rynku. W konsekwencji, w przypadku dużych emisji, korzystniejsze może być ich uplasowanie na większych rynkach Europy Zachodniej.

Jesteśmy partnerem, który rozumie rynek obligacji wysoko oprocentowanych. Współpracujemy z kilkoma emitentami pod kątem pomocy w procesach ratingowych pod przyszłe emisje. Chcemy dalej iść torem wspierania rynku, chcemy dalej iść torem wyspecjalizowania się w tych dużych transakcjach dla emitentów, którzy szukają dostępu do wyspecjalizowanej bazy inwestorskiej – mówi dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią w S&P.

Polski rynek obligacji Catalyst istnieje dopiero od 2009 r. i wciąż jest w początkowej fazie rozwoju. Notowane są na nim nie tylko obligacje korporacyjne, lecz także skarbowe, komunalne oraz obligacje infrastrukturalne, emitowane przez BGK. Rynek Catalyst powinien kontynuować szybki rozwój nie tylko z powodu efektu doganiania zachodniego poziomu rozwoju rynków finansowych, lecz także dzięki zmianom w sektorze bankowym. Regulacje w ramach Bazylei III zobowiązują banki do zwiększenia płynnych rezerw, co może pozbawić część firm dostępu do kredytu bankowego. Alternatywą dla nich może stać się emisja obligacji.

Pozytywnym impulsem do rozwoju rynku Catalyst teoretycznie mogły być ostatnie zmiany w OFE, ponieważ fundusze emerytalne straciły możliwość inwestowania w obligacje skarbowe. Wszystko jednak wskazuje na to, że bardzo niewielka część ubezpieczonych w II filarze emerytalnym pozostawi swoje składki w OFE – do końca maja taką wolę wyraziło jedynie 1 proc. uprawnionych. To sprawia, że rynek Catalyst potrzebuje dalszej promocji – zarówno po stronie potencjalnych emitentów, jak i inwestorów. Obok przyznawania ratingów i doradztwa emitentom, S&P stara się wspierać rozwój rynku także poprzez edukację.

Staliśmy się bardzo aktywnym uczestnikiem rynku kapitałowego, pojawiamy się na różnego rodzaju konferencjach, eventach. Tak więc w bardzo aktywny sposób staramy się edukować rynek i być uczestnikiem, który współpracuje z różnego typu ciałami krzewiącymi wiedzę dotyczącą rynku finansowego – mówi Marcin Petrykowski.

Decyzja EBC o wprowadzeniu ujemnych stóp procentowych oznacza kolejne rekordy na giełdach. I kłopot dla RPP

CEO Magazyn Polska

Inwestorzy w Europie Zachodniej i USA entuzjastycznie zareagowali na decyzję EBC o poluzowaniu polityki pieniężnej w strefie euro. Choć nastroje na GPW są obecnie dalekie od euforii, to silnie drożeją polskie obligacje oraz złoty. Dalsze umacnianie się polskiego długu i waluty może być problemem dla Rady Polityki Pieniężnej, ponieważ będzie tworzyć presję na obniżkę stóp procentowych. Zwłaszcza że inflacja znajduje się znacznie poniżej celu RPP, który jest na poziomie 2,5 proc.

To jest historyczna decyzja, która w pewnym stopniu zmienia układ gry na rynkach, przynajmniej w ujęciu średnioterminowym. Trzeba mieć na uwadze, że ujemne stopy procentowe i inne decyzje podjęte przez Europejski Bank Centralny powinny doprowadzić przede wszystkim do obniżenia kursu euro, w tym również w stosunku do złotego. Generalnie złoty i waluty naszego regionu będą zyskiwać na prawdopodobnym napływie kapitałów zagranicznych na te rynki, zyskiwać będzie też przy okazji polski dług – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Kiepas, dyrektor działu analiz w Admiral Markets.

Polskie obligacje skarbowe silnie drożeją od początku 2014 r. W efekcie rentowności 10-letnich papierów dłużnych spadły o blisko 1 pkt proc. do poziomu ok. 3,5 proc. To najniższy poziom od maja 2013 r., kiedy to rentowności na krótki moment zbliżyły się do 3 proc. Od kilku miesięcy drożeją nie obligacje nie tylko państw Europy Środkowo-Wschodniej, lecz także strefy euro, w tym takich krajów, jak Hiszpania, Grecja czy Portugalia.

Rosnącej wycenie polskich obligacji w ostatnich miesiącach towarzyszył coraz mocniejszy złoty. Kurs EUR/PLN spadł poniżej 4,10, co oznacza, że polska waluta w stosunku do euro jest najmocniejsza od ponad roku. Złoty umocnił się także w stosunku do dolara, którego kurs spadł poniżej 3 zł, ale – zdaniem Marcina Kiepasa – powinien się teraz ustabilizować wokół tej wartości.

Decyzja Europejskiego Banku Centralnego o poluzowaniu polityki monetarnej powinna mieć stosunkowo silny wpływ na notowania złotego. Złoty powinien zyskiwać na wartości. Jest szansa, że w perspektywie sześciu miesięcy euro wróci w okolice 4 zł. Szwajcarski frank mógłby w tej sytuacji wrócić w okolice nawet 3,3 zł. Natomiast jeżeli chodzi o parę dolar/złoty będzie ona stabilna i będzie wahała się w okolicach 3 zł – przewiduje dyrektor działu analiz Admiral Markets.

Silne poluzowanie polityki monetarnej przez EBC zostało entuzjastycznie przyjęte także na rynkach akcji. Indeksy S&P 500 oraz niemiecki DAX od trzech lat znajdują się w trendzie wzrostowym i w piątek pobiły kolejne, historyczne rekordy. Wszystko wskazuje na to, że amerykański indeks niedługo przebije psychologiczny poziom 2000 pkt, a DAX na dobre przebije granicę 10 tys. pkt.

To będzie pozytywny impuls. Można oczekiwać kolejnych, wieloletnich rekordów. Nie ma pewności, jak zareaguje warszawska giełda. Można mieć nadzieję, że część taniego kapitału pompowanego przez banki centralne trafi również do Polski, na polski rynek akcji i będzie on się spisywał nieco lepiej niż dotychczas. Na razie warszawska giełda nie rozpieszcza inwestorów – powiedział Marcin Kiepas podczas konferencji Wall Street w Karpaczu.

Nie jest wykluczone jednak, że polski rynek ożywi się i na GPW z powrotem zawita hossa. To dlatego, że perspektywa ograniczenia bardzo luźnej polityki pieniężnej EBC jest odległa, a sam bank centralny jest mocno zdeterminowany, by przyspieszyć wzrost cen i PKB w strefie euro. Dlatego zdaniem Kiepasa EBC będzie jeszcze wzmacniał efekty swojej decyzji, interweniując słownie, by przekonać rynki o swojej determinacji.

Decyzja EBC jest bardzo istotna z punktu widzenia takich państw jak Polska, które są relatywnie małymi, otwartymi gospodarkami i mają elastyczne kursy walutowe. To dodatkowy czynnik, który w najbliższych miesiącach będzie musiała wziąć pod uwagę Rada Polityki Pieniężnej.

To luzowanie jest na tyle mocne, że niejako tworzy dużą presję na to, żeby nasza Rada Polityki Pieniężnej również obniżyła stopy, czy w jakiś sposób złagodziła swoją politykę monetarną. Tyle tylko, że Rada jest w tej niewdzięcznej sytuacji, że sama sobie zamknęła niejako drzwi do obniżki, sugerując, że do końca III kwartału stopy się nie zmienią – prognozuje dyrektor działu analiz Admiral Markets.

Po decyzji EBC prezes NBP prof. Marek Belka powiedział dziennikarzom, że „nie komplikuje ona naszego (RPP – przyp. red.) życia” oraz że prawdopodobieństwo cięcia stóp procentowych nie jest zerowe, ale nie jest „scenariuszem bazowym”. Również prof. Jan Winiecki i prof. Anna Zielińska-Głębocka zaznaczyli, że ewentualna obniżka jest możliwa tylko pod warunkiem wyraźnego wyhamowania wzrostu PKB. Według Marcina Kiepasa, RPP nie zdecyduje się na poluzowanie polityki pieniężnej, ale może opóźnić moment pierwszej podwyżki stóp procentowych.

Cięcie stóp w IV kwartale to byłaby już decyzja spóźniona. Sądzę, że Rada będzie podkreślać na kolejnych posiedzeniach, że jest gotowa do obniżki stóp procentowych. Natomiast do samej obniżki nie dojdzie. Stąd też raczej będziemy świadkami przesuwania się okresu i oczekiwań na pierwsze podwyżki stóp procentowych i nie jest wykluczone, że nawet do końca 2015 roku stopy w Polsce nie wzrosną –  uważa Marcin Kiepas.

Już 2/3 leków sprzedawanych w Polsce to zamienniki leków innowacyjnych. O ich wyborze decyduje głównie cena

CEO Magazyn Polska

Tanie krajowe leki generyczne są podstawą bezpieczeństwa lekowego Polaków – uważają eksperci. Jak podaje Ministerstwo Gospodarki, krajowa produkcja leków zaspokaja około 60 procent zapotrzebowania na leki. Aby jednak zapewnić większe bezpieczeństwo i uniknąć sytuacji, w której brakuje niektórych leków, wskaźnik ten powinien być wyższy, a wszystkie farmaceutyki ratujące zdrowie i życie powinny być produkowane właśnie w Polsce.

Produkcja leków w Polsce w ujęciu ilościowym zaspokaja w 60 procentach zapotrzebowanie klientów. Jak zaznaczają eksperci, celem przemysłu farmaceutycznego jest zwiększenie tego wskaźnika, tak, by w konkretnych grupach móc ustalić standardy jakościowe, nie tylko pod względem innowacyjności, lecz także ceny produktów. To pomoże poprawić bezpieczeństwo lekowe w Polsce.

– Nie może dochodzić do takich sytuacji, jak parę lat temu, gdzie w niektórych strefach terapeutycznych zabrakło leków, bo nie były produkowane w Polsce. Chciałbym, ażeby wszystkie, szczególnie leki ratujące zdrowie i życie, a także dla osób chorych przewlekle, były produkowane na terenie naszego kraju – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Błaszczyk, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

Większa liczba farmaceutyków produkowanych w kraju powinna zwiększyć ciągły dostęp Polaków do medykamentów, jednak nie zależy to wyłącznie od siły polskiego przemysłu farmaceutycznego. 

Dlatego liczymy na współpracę również ze strony innych środowisk, a także regulatorów, jakim jest Ministerstwo Zdrowia, abyśmy mogli uniknąć sytuacji braku leków. Im więcej technologii, im więcej leków będzie produkowanych przez polskich wytwórców, tym większe bezpieczeństwo lekowe kraju i na pewno najlepsze ceny. Tańsze leki generyczne to podstawa polityki lekowej państwa – podkreśla Błaszczyk.

Specyfiką polskiego sektora farmaceutycznego jest wysoki udział w sprzedaży leków generycznych. Zamienniki leków innowacyjnych, o podobnym składzie i skuteczności, stanowią ponad 65 procent wszystkich sprzedawanych farmaceutyków, co daje Polsce pozycję niekwestionowanego lidera pod tym względem w Europie. Znacznie niższa cena sprawia, że farmaceutyki te są dostępne dla szerszej grupy odbiorców. 

Mamy jedne z najbardziej przystępnych cen leków w całej Unii Europejskiej, niezależnie od dochodu per capita. Dzięki temu, że mamy tak silny polski przemysł farmaceutyczny dający bezpieczeństwo lekowe, możemy zapewnić dostępność najnowszych technologii lekowych, a jednocześnie dzięki temu wytwarzać presję na innych producentów spoza naszego kraju, którzy muszą podążać za konkurencją – podsumowuje Piotr Błaszczyk.

Co piąty pracodawca zamierza zwiększyć wynagrodzenia. To dwa razy więcej niż przed rokiem

CEO Magazyn Polska

Od początku roku podwyżki wprowadził co trzeci przedsiębiorca, a zamierza to zrobić kolejne 20 proc. Pracodawcy jako główne powody podniesienia pensji w najbliższym półroczu podają zwiększenie efektywności pracy zatrudnionych i w konsekwencji poprawę kondycji finansowej firmy. W przyszłym roku wzrośnie również płaca minimalna – propozycją resortu pracy zajmie się dziś rząd.

Na dzisiejszym posiedzeniu ministrowie zajmą się między innymi proponowaną podwyżką płacy minimalnej oraz średniorocznymi wskaźnikami wzrostu wynagrodzeń w budżetówce na 2015 rok. O ile najniższe wynagrodzenie powinno rosnąć, o tyle urzędnicy raczej nie mają co liczyć na podwyżki.

W sferze prywatnej wynagrodzenia od początku roku podniosło 32 proc. pracodawców ankietowanych przez firmę Randstad. 

W tej chwili 20 proc. pracodawców deklaruje, że chce zwiększać wynagrodzenie w kolejnym półroczu. Wydawać by się mogło, że to jest gorszy wynik w porównaniu z podwyżkami z I połowy roku, aczkolwiek to nie jest sezon na zwiększanie wynagrodzeń. O tej samej porze w ubiegłym roku taki zamiar deklarowało 10 proc. pracodawców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Gurszyńska z Randstad Polska.

46 proc. badanych przez Randstad pracodawców zadeklarowało, że główną przesłanką wzrostu wynagrodzeń jest wzrost efektywności pracy pracownika. Tylko 12 proc. pracodawców uważa, że sama poprawa kondycji finansowej firmy jest wystarczającą przesłanką dla zwiększenia wynagrodzenia.

Z kolei z oceny pracowników widzimy, że sama poprawa sytuacji finansowej firmy jest dla nich wystarczającą przesłanką dla zwiększenia wypłaty. Jak widać te perspektywy rzeczywiście są nieco odmienne – zauważa Gurszyńska.

Równie optymistyczne okazują się zapowiedzi firm dotyczące zwiększania zatrudnienia. Co czwarty pytany pracodawca w najbliższych miesiącach będzie zatrudniać. To jeden z najwyższych odsetków w ostatnich pięciu latach.
 
Co istotne, to nie będą tylko poszczególne stanowiska pracy. Dosyć duża grupa badanych mówiła o kilku, nawet kilkunastu czy 20-proc. wzroście zatrudnienia – wyjaśnia Gurszyńska. – Głównymi motorami zwiększenia zatrudnienia będzie produkcja, budownictwo, ale też handel i usługi czy też usługi dla firm.
 
Optymizm wyrażający się w deklaracjach o zwiększaniu zatrudnienia bądź wynagrodzenia ma swoje źródło w coraz lepszej kondycji polskiej gospodarki. 37 proc. ankietowanych pracodawców spodziewa się dalszego ożywienia gospodarczego. Rok temu wzrost prognozowało jedynie 14 procent badanych przez Randstad Polska.

Pracodawcy w Polsce zazwyczaj pozytywnie oceniają kondycję finansową swoich firm. Zdaniem 62 procent jest ona dobra lub bardzo dobra, a przeciwnego zdania jest tylko 7 procent.

Koniec dużych inwestycji na lotniskach. Małe porty walczą o przyciągnięcie ruchu

CEO Magazyn Polska

Po boomie inwestycyjnym na lotniskach spodziewanych jest kilka lat spowolnienia. Istniejąca infrastruktura wystarczy do ok. 2020–2022 roku. Potem eksperci przewidują kolejną falę inwestycji. W ostatnich latach poprawiła się infrastruktura najpopularniejszych portów lotniczych. Niektóre dotychczasowe projekty, takie jak budowa lotnisk w Radomiu i Szczytnie, budziły spore kontrowersje.

Przez ostatnie kilka lat mieliśmy do czynienia z boomem inwestycyjnym na lotniskach. Rozbudowane były praktycznie wszystkie elementy infrastruktury lotniskowej. Ten czas zmierza powoli ku końcowi z dwóch przyczyn. Po pierwsze, infrastruktura już została rozbudowana i na kilka lat do przodu jest wystarczająca. Po drugie, weszliśmy w  nowy okres budżetowy Unii Europejskiej, w którym środków na rozbudowę infrastruktury lotniskowej nie ma – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sebastian Gościniarek, partner w BBSG Baca Gościniarek i Wspólnicy.

Gościniarek ocenia, że poczynione w ostatnich latach inwestycje wystarczą co najmniej do 2020 r. Dopiero potem można spodziewać się kolejnej fali nowych projektów. Większość inwestycji w ostatnich latach otrzymała duże wsparcie ze środków unijnych. Brak tego dofinansowania automatycznie spowolni plany, choć niektóre samorządy wciąż zabiegają o własne porty lotnicze.

W ciągu ostatnich lat inwestycje objęły wszystkie polskie lotniska. W głównych portach lotniczych powstały m.in. nowe terminale oraz elementy infrastruktury lotniskowej, takie jak drogi kołowania i płyty postojowe. W Katowicach-Pyrzowicach trwa budowa nowej drogi startowej. W ciągu ostatnich dwóch lat otwarte zostały trzy nowe lotniska. Modlin i Lublin przyjęły pierwsze samoloty w 2012 r., a lotnisko w Radomiu zostało pod koniec maja br. wpisane do rejestru Urzędu Lotnictwa Cywilnego. Do końca 2015 r., czyli do końca okresu rozliczeniowego poprzedniej perspektywy budżetowej UE, ma ruszyć także lotnisko w Szczytnie-Szymanach. Gościniarek przyznaje jednak, że szczególnie te dwa ostatnie lotniska są kontrowersyjne.

To jest jedna strona medalu. Druga strona medalu to jest bardzo pożyteczna praca wykonana na lotniskach już istniejących, związana z budową infrastruktury i przygotowaniem lotnisk do obsługi zwiększonego ruchu. Nie ma wątpliwości, że ten ruch będzie coraz większy. Pozostaje tylko pytanie o tempo wzrostu tego ruchu. W mojej ocenie będzie ono imponujące, może nie tak jak było w latach 20042008, gdy mieliśmy do czynienia z kilkunastoprocentowymi wzrostami, ale myślę, że powinniśmy się liczyć ze wzrostem 6-7 proc. rocznie przez najbliższych kilka lat – ocenia Gościniarek.

Dodaje, że każde powstające lotnisko może mieć bardzo korzystny wpływ na lokalną gospodarkę, ale warunkiem jest przyciągnięcie ruchu lotniskowego, bez którego nie ma mowy o korzyściach. To właśnie największe wyzwanie dla władz m.in. portu lotniczego w Radomiu. Na razie lotów regularnych do tego miasta nie ogłosiła żadna linia lotnicza. Od połowy czerwca miały być oferowane loty czarterowe do Egiptu, ale z uwagi na małe zainteresowanie biuro podróży odwołało wyloty z Radomia. Na początku działalności ruch na tym lotnisku będzie zatem minimalny.

Brak ruchu lotniczego prowadzi do złej sytuacji finansowej lotnisk. Budowane kosztem ok. 200 mln zł lotnisko w Szczytnie-Szymanach, jak otwarcie przyznają władze spółki, przez pierwszych kilka lat działalności będzie deficytowe.

Nie tylko jabłka. Polska liderem w produkcji malin, czarnych porzeczek i borówki amerykańskiej

CEO Magazyn Polska

Polska jest liderem w produkcji i eksporcie nie tylko jabłek, lecz także malin, borówek amerykańskich czy pomidorów. Na sprzedaży wszystkich produktów rolno-spożywczych w ubiegłym roku krajowi producenci zarobili 20 miliardów euro. Polska stała się czołowym dostawcą warzyw i owoców dla Europy, coraz większą rolę grają też rynki pozaeuropejskie.

Polska jest największym eksporterem produktów rolno-spożywczych w Unii Europejskiej – mówi Marek Wcisło, dyrektor zarządzający Kompass Poland, firmy dostarczającej informacje biznesowe i bazy danych.

W ubiegłym roku z Polski wyjechało prawie 1,5 mln ton owoców o wartości 715 mln euro. Rolnicy zebrali w sumie 3,3 mln ton owoców. Równie dobrze radzą sobie producenci warzyw – w 2013 roku zebrano 4,4 mln ton, eksport sięgnął 674 tys. ton, a jego wartość to 580 mln euro. W pierwszej połowie sezonu 2013/2014 duży wzrost odnotowali producenci pomidorów – od lipca do grudnia ub.r. sprzedali 64 tys. ton produktów. Coraz więcej trafia na rynek rosyjski – sprzedaż w tym okresie wzrosła o 45 proc. W ostatnich latach zwiększyła się również sprzedaż marchwi, przekraczając poziom 30 tys. ton rocznie.

– Z owoców dużo sprzedajemy malin – to jest 20 proc. światowej produkcji. W czarnej porzeczce jesteśmy też liderem, mamy 50 proc. światowej produkcji – wyjaśnia Marek Wcisło. – Ciekawostką jest borówka amerykańska, ale produkowana w Polsce, i tutaj też jesteśmy jednym z głównych dostawców światowych tego produktu. Bardzo dużo też sprzedajemy pieczarek, jesteśmy liderem w zakresie eksportu do krajów właśnie takich, jak Niemcy, Rosja czy Anglia.

W Polsce produkuje się ok. 15 tys. ton borówki amerykańskiej, ale ze względu na niewielki popyt w kraju większość trafia na eksport. Polscy producenci pieczarek wyeksportowali w ubiegłym roku ponad 260 tys. ton tego produktu. Największym ich konkurentem są Holendrzy. Jak podkreślono w raporcie Kompass Poland, według holenderskich statystyk wysoka jakość i konkurencyjna cena polskich grzybów zmiotła z tamtejszego rynku ok. jednej piątej producentów w ostatnich latach.

Popularne za granicą są również polskie truskawki. Ich sprzedaż w ubiegłym roku wzrosła o 22 proc. Silną konkurencją są hiszpańscy producenci. W ubiegłym sezonie 60 proc. importu truskawek do Polski pochodziło właśnie z Hiszpanii.

Europa to główny klient polskich producentów – w krajach UE sprzedają 87 proc. eksportu. Ale nie dotyczy to wszystkich produktów – w przypadku jabłek 80 procent owoców trafia do Rosji. Eksporterom pomagają liczne akcje promujące polską żywność, które są prowadzone na zagranicznych rynkach.

– Coraz częściej interesujemy się dalszymi krajami, jak Portugalia, eksportujemy do Japonii. Szukamy nowych rynków zbytu – mówi Wcisło. – Potrafimy pozyskać dużo środków z Unii Europejskiej, bo 20 proc. wszystkich wydatków na promocję trafia właśnie do Polski. Dobrym przykładem jest konsekwentna kampania w Rosji promująca nasze jabłka, na którą wydaliśmy 4 mln euro.

W Polsce producentom owoców i warzyw sprzyja moda na zdrowe żywienie i odchodzenie konsumentów od produktów mięsnych na rzecz owoców i warzyw.

– W Polsce jest dość stabilnie, jeżeli chodzi o warzywa i owoce. Na pewno pomaga dieta fit, która jest mocno promowana w mediach i przez media, np. sportowe, a więc moda na coraz więcej warzyw i owoców. W dużych miastach jest większe spożycie tego typu produktów – wyjaśnia Wcisło.

Z uprawy warzyw i owoców utrzymuje się w Polsce prawie 160 tys. gospodarstw. Prym wiedzie województwo mazowieckie – z tego regionu pochodzi 70 proc. wszystkich eksportowanych owoców i warzyw. Do liderów należą też Lubelszczyzna, Wielkopolska i okolice Sandomierza.

Rynek wina będzie rósł stabilnie. Jego lider, firma Ambra, chce rozszerzać działalność na inne alkohole

CEO Magazyn Polska

Grupa Ambra, lider krajowego rynku dystrybutorów win, rozszerza działalność na inne typy alkoholi. Choć rynek wina będzie rósł o co najmniej 5 proc. rocznie, to spółka chce przyspieszyć swój rozwój właśnie dzięki innym trunkom. W ofercie Ambry są już brandy oraz – szczególnie perspektywiczny – cydr. To większe rynki niż wino, które stanowi tylko ok. 8 proc. alkoholu pitego w Polsce.

 W zeszłym roku i w ostatnich miesiącach na rynku wina mieliśmy lekkie spowolnienie wzrostu. Rynek wzrósł o 3 proc. Jeżeli przyjmiemy, że na przestrzeni najbliższych 10 lat będzie on rósł średnio o 5 proc. rocznie, co jest raczej ostrożną i bardzo realną perspektywą, to właściwie wyznacza naszą ścieżkę wzrostu organicznego wraz z tym rynkiem. Wszystkie innowacje, nad którymi pracujemy, kierują się do tych obszarów, z których możemy jeszcze coś do tego naturalnego wzrostu jako lider wina dołożyć – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Ogór, prezes Grupy Ambra SA.

Ambra już teraz jest liderem na rynku wina i ma 20-proc. udział w tym sektorze. Jak podkreśla Ogór, motorem wzrostu są typowe wina stołowe, czyli m.in. marki El Sol, Sutter Home czy Fresco. Wermuty i wina musujące (m.in. marki Cin Cin i Dorato) od kilku lat utrzymują się na stałym poziomie.

Ogór zapowiada, że ten wzrost przełoży się na wzrost przychodów i zysk na koniec roku obrotowego spółki, który przypada 30 czerwca. W październiku akcjonariusze mogą liczyć na znaczną dywidendę. Choć perspektywy dla rynku wina są bardzo dobre, Ogór zapowiada, że inne typy alkoholi będą coraz bardziej obecne w ofercie spółki.

Myśląc o rozwoju, staramy się zrozumieć zachowania wszystkich konsumentów, nie ograniczać się do kategorii produktowej, w której jesteśmy. W życiu konsumenta nie jest tak, że na przykład wermut Cin Cin konkuruje jedynie z innym produktem swojej kategorii. On konkuruje wieczorem z bardzo wieloma innymi propozycjami: czy to będzie likier, czy jakiś drink, czy może napój niskoalkoholowy. I tak szukamy tych potencjałów – tłumaczy Ogór.

Pierwszą inwestycją w tym kierunku było nabycie marek brandy Pliska i Słoneczny Brzeg – tej pierwszej już w 2010 r., a drugiej w 2012 r. Obecnie spółka ma 16-proc. udział w sprzedaży tego typu alkoholu. Jak zapowiada Ogór, teraz Ambra skoncentruje się na słabszych napojach alkoholowych, takich jak cydr.

Ogór przypomina, że w Polsce rocznie pije się nawet 3,5 mld litrów piwa i orzeźwiających napojów o niskiej zawartości alkoholu. Dlatego nawet 1-proc. udział w tym segmencie rynku oznacza bardzo wysoką sprzedaż.

85 proc. konsumpcji alkoholu w Polsce to są napoje piwne, czyli napoje orzeźwiające, lekkie napoje alkoholowe. Widzimy bardzo wyraźnie, że te propozycje są zdominowane przez produkt z gruntu męski. A tymczasem populacja nasza składa się również z 50 proc. kobiet. I dlatego w ostatnich pięciu latach udział miksów różnego rodzaju produktów innowacyjnych i piw smakowych się podwoił. Dzisiaj to już jest 10 proc. sprzedaży piwa, które zostało złagodzone dla tej kobiecej rzeszy konsumentów. I tak też powstał pomysł na Cydr Lubelski – tłumaczy Ogór.

Dodaje, że Ambra, choć działa też na rynkach zagranicznych (Czechy, Słowacja i Rumunia), koncentruje się na rynku krajowym. Rynek alkoholu w Polsce to ok. 27 mld zł rocznie. Rynki eksportowe dla Ambry stanowią mniej niż 5 proc. przychodów grupy.

Rynek wideo w internecie rozwija się dynamicznie. Dalsze inwestycje w ten segment planuje Grupa Onet.pl

CEO Magazyn Polska

Już co czwarty odwiedzający portal Onet.pl ogląda materiały wideo, a suma ich odtworzeń w kwietniu przekroczyła 55 mln. Rynek wideo w Polsce czeka w najbliższych latach dynamiczny rozwój – to za sprawą inwestycji w ten segment zarówno graczy online’owych, jak i mediów tradycyjnych. Wideo – obok kontentu na urządzenia mobilne – będzie główną siłą napędową rozwoju rynku reklamy internetowej.

Nasze autorskie formaty wideo – krótkie formy informacyjne i rozrywkowe oraz materiały dostępne w ramach usługi VOD, jak treści premium, filmy, seriale czy dokumenty tygodniowo, ogląda prawie 4,5-5 mln użytkowników. To prawie jedna czwarta internautów odwiedzających strony portalu i doskonały wynik, jak na nasze krajowe realia – szacuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Bednarski, prezes zarządu Grupy Onet.pl i zdradza, że w kwietniu materiały wideo oferowane przez Onet.pl były odtwarzane 55-57 mln razy.

Bednarski podkreśla, że tak dobre wyniki są efektem inwestycji w ten segment, które zrealizowano na przestrzeni ostatnich 3-4 lat.

Nasze inwestycje zakończyły się sukcesem. Posiadamy własne studio, a także doskonały team kilkudziesięcioosobowy, który zajmuje się produkcją naszych formatów, jest ich już ok. 20. Szereg dziennikarzy, reporterów wideo pracuje bezpośrednio na poszczególnych obszarach tematycznych, kanałach, serwisach. Efektem tej pracy są materiały reporterskie, m.in. z Ukrainy czy rajdu Dakar, a także inne materiały, np. lifestyle’owe, pokazy mody, również na żywo – wylicza Bednarski.

Jak podkreśla, Onet.pl, obok platformy YouTube, jest zdecydowanym liderem w tej kategorii w Polsce. W gronie istotnych graczy Bednarski wymienia także stacje telewizyjne – jak TVN czy Polsat, które również od kilku lat są aktywne w internecie.

Rynek kontentu wideo będzie się zmieniał, wciąż mamy do czynienia z jego wczesną fazą rozwoju. Wpłynie na to bezpośrednio rozwój urządzeń z dostępem do sieci, szczególnie szerokopasmowych i LTE. Wideo będzie rosło w siłę i spodziewam się fali dużych inwestycji w ten obszar ze strony nie tylko podmiotów online’owych, lecz także mediów tradycyjnych – przewiduje prezes Grupy Onet.pl.

Bednarski szacuje, że w perspektywie kilku kolejnych lat rynek wideo w naszym kraju zwiększy się kilkukrotnie i będzie, obok reklamy mobilnej, główną siłą napędową rozwoju segmentu reklamy internetowej w Polsce. 

Geewa z portfela MCI z nowym finansowaniem

0

Geewa, producent gry Pool Live Tour, którego głównym inwestorem jest MCI Management, pozyskała kolejną rundę finansowania o wartości 4,2 mln dolarów na dalszy rozwój portfela oferowanych gier.

Geewa, producent i wydawca gier typu multiplayer, takich jak Pool Live Tour i Age of Defenders, poinformowała o sfinalizowaniu rundy inwestycyjnej o wartości 4,2 mln dolarów. Głównym inwestorem w tej rundzie jest Springtide Ventures, fundusz inwestycyjny należący do KKCG, wiodącej grupy inwestycyjnej działającej w Republice Czeskiej. W rundzie uczestniczył również dotychczasowy główny inwestor spółki, MCI Management. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na rozwój oferty gier na platformach online oraz mobilnych.

– Ponieważ mocno wierzymy w koncepcję gry jako usługi (ang. Game as a Service), koncentrujemy się na rozwoju gier typu multiplayer, które  angażują i dostarczają emocji graczom przez długi czas. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że w KKCG znaleźliśmy silnego partnera finansowego, który podziela naszą wizję i strategię w zakresie rozwoju gier, i który będzie wspierał nas w umacnianiu pozycji naszej spółki jako wiodącego wydawcy gier przeglądarkowych i mobilnych w Europie Środkowo-Wschodniej – powiedział Jens Hilgers, Prezes Zarządu Geewa.

Geewa, producent i wydawca casualowych gier, czyli gier rekreacyjnych do codziennego, użytku, planuje w tym roku wprowadzić na rynek 3 nowe gry. Spółka będzie równocześnie kontynuowała dotychczasową strategię publikacji co roku nowych gier działających na platformach online i mobile oraz wzbogacania treści i funkcjonalności gier oferowanych obecnie.

Niezwykle optymistycznie o przyszłej współpracy z MCI i Spółką wypowiada się Michał Tomanek, Dyrektor Inwestycyjny KKCG. – Cieszymy się, że będziemy mogli wspierać Geewa w jej przyszłych działaniach w zakresie rozwoju gier mobilnych typu multiplayer – powiedział Michał Tomanek. Jako długoterminowy inwestor widzimy duży potencjał portfela gier oferowanych przez Geewa – dodaje.

Springtide Ventures, członek grupy KKCG, dołączył do grona inwestorów zaangażowanych już w Geewa, tj. MCI.TechVentures, funduszu z grupy MCI Management SA, inwestującego w spółki na etapie wzrostu w Europie Środkowo-Wschodniej, Niemczech, Turcji i Rosji, a także Klaasa Kerstinga, przedsiębiorcy inwestującego w gry komputerowe (Gameforge, Flaregames, Supercell) oraz doradcy branżowego i inwestora Paula Heydona (Unity, Supercell).

Dotychczasowy główny inwestor spółki Geewa, fundusz MCI.TechVentures, jest również przekonany zarówno o dużym potencjale wzrostu sektora gier online i na platformy mobilne,  jak i samej spółki, w związku z tym zdecydował się na udział  w bieżącej rundzie inwestycyjnej. Sylwester Janik, Partner w MCI Management, zarządzający funduszem MCI.TechVentures, powiedział: – Cieszymy się że Springtide Ventures dołączył do grona inwestorów Geewa. Spółka buduje swoją wartość jako wydawca gier multiplayer oferowanych na kilku platformach na rynku globalnym, wykorzystując kompetencje swojego zespołu jak i rosnące zainteresowanie użytkowników nowymi grami – mówi Sylwester Janik. – W roku 2014 oczekiwana wartość światowego rynku gier online wynosi 80 miliardów dolarów. Jestem przekonany, że inwestycja Springtide Ventures oraz MCI pozwoli spółce na realizację jej strategii oraz wzmocnienie pozycji rynkowej – dodaje.

Doradcą inwestycyjnym spółki był MM Partners, butik inwestycyjny działający na terenie Europy Środkowo-Wschodniej.

GEEWA

Geewa to producent i wydawca casualowych gier typu multiplayer, w tym popularnej gry  Pool Live Tour. Spólkaoferuje gry działające na wielu platformach online oraz mobile. . Obecnie, gry oferowane przez Geewa przyciągają ponad 10 milionów graczy miesięcznie na całym świecie. W spółce pracuje ponad 60 specjalistów z 11 różnych krajów, zlokalizowanych w biurach w Pradze, Brnie i Berlinie.

Cztery lata projektu „Inkubowanie Nowych Innowacyjnych Spółek W Krakowskim Parku Technologicznym”

KPT - Krakowski Park TechnologicznyO projekcie opowiadają:
Marcin Bielówka, Prezes Zarządu Funduszu Zalążkowego KPT Sp. z o.o.
Dr Marcin Molo, dyrektor finansowy / Członek Zarządu Funduszu Zalążkowego KPT Sp. z o.o.

Proszę wyjaśnić jak działa fundusz i jaki był cel projektu?

(Marcin Bielówka) Fundusz Zalążkowy KPT jest funduszem seed capital – akceleratorem przedsiębiorczości. Mówiąc wprost – Fundusz inwestuje pieniądze w nowe, innowacyjne firmy. W praktyce oznacza to założenie spółki razem z osobami, które mają pomysły i kompetencje do zrealizowania perspektywicznego biznesu.

Mówimy tutaj o wsparciu dwuetapowym. Przed formalnym zawiązaniem spółki wraz z pomysłodawcą dokonujemy niezbędnych analiz, przygotowujemy biznesplan, korzystając zarówno ze swojego doświadczenia, jak i z szerokiego wachlarza zewnętrznych ekspertów, z którymi współpracujemy. Drugi krok to inwestycja i współuczestniczenie w rozwoju spółki w zakresie wsparcia biznesowego, analitycznego i merytorycznego.

(Marcin Molo) Swoje miejsce w ekosystemie inwestycyjnym określamy, jako dostarczanie kapitału na etapie walidacji rynkowej projektów tak, aby po naszej inwestycji były one atrakcyjne dla inwestorów komercyjnych, takich jak fundusze Venture Capital, aniołowie biznesu czy inwestorzy branżowi. Jesteśmy beneficjentem programu Innowacyjna Gospodarka, ze środków którego zainwestowaliśmy dotychczas w 19 spółek i planujemy kolejne inwestycje. W późniejszym etapie również w oparciu o środki uzyskane ze sprzedaży udziałów w wyinkubowanych spółkach.

Czy cele projektu zostały osiągnięte?

(Marcin Bielówka) Przez 4 lata działania Funduszu spływały do nas setki aplikacji, rozmawialiśmy z dziesiątkami projektodawców. W efekcie wyinkubowaliśmy i założyliśmy 19 spółek. Do końca projektu, ich liczba powinna jeszcze wzrosnąć. Najbardziej dojrzałe z naszych spółek już potwierdziły swoją atrakcyjność, dla inwestorów komercyjnych i uzyskały kolejne rundy finasowania od funduszy Venture oraz aniołów biznesu. Mamy za sobą pierwszy tzw. exit, czyli wyjście kapitałowe z inwestycji i jesteśmy w trakcie negocjowania kolejnych. Dzięki temu zainwestowane pieniądze wrócą do gry i pozwolą na realizację kolejnych inwestycji. Z całą odpowiedzialnością mogę więc powiedzieć: tak, cele projektu zostały osiągnięte i na ich bazie możemy kontynuować oraz rozwijać dalszą działalność Funduszu.

A co uważacie Państwo za największe dotychczasowe wyzwanie w ramach projektu, co było najważniejsze lub najtrudniejsze, co można uznać za sukces, a co za porażkę?

(Marcin Molo) Fundusz Zalążkowy Krakowskiego Parku Technologicznego zaczął działać w 2010 roku. Niewątpliwie największym wyzwaniem, z jakim musieliśmy zmierzyć się już od samego początku było wypracowanie takich mechanizmów funkcjonowania, aby efektywnie połączyć kompetencje naukowców, analityków, prawników oraz praktyków biznesowych. W szczególności chodziło tu o wypracowanie skutecznego mechanizmu naboru i preinkubacji projektów. Skoordynowane wsparcie ze strony wszystkich osób w mniejszym lub większym stopniu zaangażowanych w dany projekt jest bowiem konieczne dla efektywnej weryfikacji merytorycznej projektu, stworzenia modelu biznesowego i w końcu wypracowania umowy inwestycyjnej. I na tym polu odnieśliśmy sukces. Nasz model działa, a 19 zrealizowanych inwestycji pokazuje jego skuteczność. Pamiętajmy, ze Fundusz jest w pewnym sensie również start-up`em. W portfelu mamy kilkanaście różnych spółek, które były tworzone według różnych modeli. Nasze podejście do współpracy, selekcji, kierunku działań też przez ten czas ewoluowało – cały czas się uczymy. W tej chwili mogę powiedzieć, że po tych kilku latach osiągnęliśmy wysoką efektywność jeśli chodzi o tworzenie konstrukcji kapitałowych adekwatnych do danego projektu i otoczenia, w którym będzie funkcjonował. Rozwijamy się, konsekwentnie budujemy wartość naszej marki. Zdaję sobie sprawę, że przed nami kolejne ważne wyzwania – realizacja wyjść kapitałowych i reinwestycje. Na szczęście solidne fundamenty zostały już zbudowane.

(Marcin Bielówka) Słowo „porażka” w naszym słowniku nie istnieje. Nie dlatego jednak, że takich nie było, ale dlatego że rozumiemy porażki w nieco innym kontekście – są dla nas drogą do coraz lepszego działania. Nie możemy mówić o porażkach, jako czymś negatywnym, praktycznie w żadnym aspekcie funkcjonowania funduszu, czy samego projektu. Oczywiście nie dało się uniknąć błędnych decyzji, ale to właśnie te nietrafione projekty bardzo dużo nas nauczyły. Z każdej sytuacji, która nie poszła do końca po naszej myśli wyciągnęliśmy odpowiednie wnioski. One również budują nasz know-how i ułatwiają podejmowanie trafnych decyzji, teraz i w przyszłości.

Z kolei największym sukcesem dla nas są przede wszystkim sukcesy naszych spółek. System wiem.co funkcjonuje w wielu polskich gminach ostrzegając ludzi o zagrożeniach i informując o tym co dla nich lokalnie ważne; Vocabla ma setki użytkowników na całym świecie; Synerise z HG Beaconami wspiera nie tylko relacje z klientami w największych sieciach handlowych, ale pomaga zwiedzającym w Muzeum Sztuki Nowoczesnej MOCAK w Krakowie; Sherlybox wystartował na Kickstarterze i po 4 dniach zebrał kwotę finasowania założoną na miesiąc. Aplikacje DrOmnibus stanowią unikalną w skali światowej pomoc dla dzieci z zaburzeniami rozwoju, takimi jak autyzm, ADHD i in. Można by tak pewnie jeszcze przez chwilę wymieniać.

Co dalej ze spółkami portfelowymi FZ KPT?

(Marcin Molo) Fundusz działa w pewnym schemacie – inwestujemy w spółkę, rozwijamy ją i w odpowiednim momencie finalizujemy inwestycję sprzedając nasze udziały. Część naszych spółek będzie rozwijać się dalej bez naszej pomocy, część będzie poszukiwać dodatkowego kapitału. Niektóre z nich, osiągnęły już taką dojrzałość biznesową, że szykują się do kolejnej rundy finasowania i poszukują inwestorów gotowych wesprzeć ich dalszy rozwój; inne już znalazły inwestorów. Pamiętajmy, że większość spółek dopiero buduje i testuje rozwiązania. Na wielkie wyjścia z inwestycji dopiero przyjdzie czas.

Jak oceniają Państwo aktualną sytuację oraz przyszłość o projektów start-up`owych w Polsce?

(Marcin Molo) Moim zdaniem na to pytanie nie da się udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Z pewnością możemy mówić o ogromnej dynamice rozwoju rynku i środowiska start-up`owego w ostatnich latach. Widać to chociażby po ilości inicjatyw kierowanych do pomysłodawców. W Krakowie niemal codziennie odbywają się mniejsze i większe wydarzenia dedykowane tym, którzy maja innowacyjny pomysł, chcą założyć swój biznes, znaleźć inwestora. Kraków, jako atrakcyjne miejsce przyciąga też wiele znanych osób z zagranicy. Także podaż projektów jest duża, a co ważniejsze są one coraz lepiej przygotowane, a Ci pomysłodawcy, którzy potrafią wyciągać wnioski z popełnianych błędów (swoich i cudzych) z pewnością mają większe szanse na odniesienie sukcesu rynkowego. Z drugiej jednak strony wydaje mi się, że wciąż wiele osób z tego środowiska skupia się na samym procesie „robienia start-up`u” zapominając, że faza „start-up” jest etapem przejściowym, służącym (posługując się definicją Stewa Blanka) wypracowaniu i walidowaniu modelu biznesowego, a właściwym celem jest zbudowanie rentownego biznesu.

A jeśli mogliby Panowie ocenić, pod względem kondycji, branży, pomysłu, to jakie projekty zgłaszały się do Funduszu?

(Marcin Bielówka) Aplikacje, jakie otrzymujemy są bardzo zróżnicowane, zarówno pod kątem ich jakości, stopnia innowacyjności czy zaawansowania projektu. Podobnie z samymi pomysłodawcami – zespoły są bardziej lub mniej kompetentne i zaangażowane. W początkowym okresie działalności Funduszu najwięcej było projektów z obszaru IT. Wydaje się to naturalne, biorąc pod uwagę dynamikę rozwoju oraz atrakcyjność tej branży. Projektów IT jest na rynku zwyczajnie najwięcej. Jednak z biegiem czasu, odkąd my sami zaczęliśmy kłaść nacisk na projekty ‘twardsze’, proporcje te zmieniły się. Niezmiennie jednak od samego początku cechą wspólną projektów, jakie staramy się wybierać, jakim poświęcamy szczególną uwagę jest rozwiązywanie istotnych, a nierozwiązanych lub rozwiązywanych źle problemów potencjalnych klientów.

Część spółek FZ KPT wywodzi się ze środowiska naukowego, jaki ma to wpływ na działanie Funduszu?

(Marcin Molo) To nie jest tak, że wszystkie nasze projekty pochodzą ze środowisk naukowych, bo nie tylko tam powstają innowacje. Ale takich projektów jest coraz więcej. Coraz częściej naukowcy biorą pod uwagę założenie spółki z inwestorem, jako jedną ze ścieżek wykorzystania efektów swojej pracy naukowej. Teraz są to pierwsze jaskółki, ale jestem przekonany, że w nadchodzących latach będziemy mieli do czynienia z efektem kuli śniegowej. Ważne jest, aby mieć realistyczne oczekiwania; umieć łączyć i uzupełniać kompetencje. Jeżeli będziemy oczekiwać, że przez sam fakt założenia spółki zostaniemy biznesmenem i będziemy zarabiać krocie, to rozczarowanie jest murowane. Sukces wymaga pracy, pracy i jeszcze raz pracy. I to zarówno od pomysłodawcy, jak i inwestora, który przecież nie tylko finansuje, ale też nierzadko funkcjonuje, jako biznesowy mentor.

A czy Panów zdaniem projekty start-zupowe różnią się znacząco od tych pochodzących ze środowiska akademickiego?

(Marcin Molo) Projekty ze środowiska akademickiego też mają charakter start-up`owy. To, co natomiast wyróżnia pomysłodawców wywodzących się z tego środowiska, to fakt, że główny nacisk kładą oni na produkt i technologię. Projekty tego rodzaju z pewnością tworzą „twardsze” bariery wejścia dla konkurencji oparte na wieloletniej pracy naukowej, unikalnej technologii, często także ochronie własności intelektualnej. Z drugiej strony pomysłodawcy ze środowiska akademickiego mniejszą wagę przywiązują do aspektów rynkowych i biznesowych, które jednak są podstawą sukcesu każdego projektu biznesowego i w tym aspekcie najczęściej oczekują naszego wsparcia.

FZ KPT wspiera młodych przedsiębiorców, ale też współpracuje z instytucjami i ośrodkami naukowymi. Co takie projekty, dają Polsce i regionowi woj. Małopolskiego?

(Marcin Bielówka) Rozwój przedsiębiorczości i swoista (bardzo zdrowa!) moda na start-up`y jest w dużym stopniu niezależna od działań instytucji otoczenia biznesu. Powstają miejsca do wspólnej pracy, organizowane są spotkania, na których można wymienić doświadczenia, konkursy i konferencje. Inwestorzy oczywiście chętnie zaangażują się finansowo i merytorycznie w spółkę, która ma potwierdzony model biznesowy i powracających klientów. Jednak najtrudniej jest znaleźć oczywiście te pierwsze kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy, które są potrzebne na dopracowanie produktu i zweryfikowanie go na rynku. Tu widzimy wciąż niesłabnącą naszą rolę. Zasilamy małopolski ekosystem innowacyjnej przedsiębiorczości, na tym etapie, na którym pieniądze z rynku są jeszcze nieosiągalne, a już nie wystarczają same idee, wiedza i pomysły.

Co dalej? Jakie są dalsze plany FZ KPT?

(Marcin Bielówka) Stworzyliśmy jakościowy instrument finansowania projektów biznesowych we wczesnej fazie rozwoju, który na trwałe wpisał się już w krakowski ekosystem innowacyjnej przedsiębiorczości. Będziemy działać dalej. Wypracowaliśmy wysokie standardy współpracy; jesteśmy rozpoznawalni i doceniani przez projektodawców, którzy chcą z nami współpracować, doceniają nasze metody pracy i zaangażowanie. Środki uzyskane ze sprzedaży udziałów w spółkach, w które teraz zainwestowaliśmy, będą reinwestowane w kolejne projekty. Planujemy również skorzystać z nowych programów w kolejnej perspektywie finansowej. Zarówno samodzielnie, jak i z ośrodkami, w których powstają innowacje rozwiązania. Jesteśmy otwarci na współpracę z uczelniami, z którymi planujemy tworzyć wehikuły inwestycyjne i dzięki temu budować transparentną ścieżkę komercjalizacji wiedzy.

Ostatnie pytanie – biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie z obecnymi spółkami portfelowymi FZ KPT, jakie Panowie mogą dać wskazówki młodym przedsiębiorcom?

(Marcin Molo) Dobry start-up powinien pozwolić na walidację modelu biznesowego przy jak najmniejszych nakładach finansowych. Zazwyczaj nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy projekt odniesie sukces rynkowy dopóki tego nie sprawdzimy, chodzi generalnie o to, aby stracić relatywnie mało na to, aby się o tym przekonać. Stąd inwestorzy preferują projekty, w których pierwsza runda finansowania jest relatywnie mała, pozwala za to w dużym stopniu zwalidować podstawowe założenia biznesowe przedsięwzięcia. Sam projekt (i pomysłodawca) powinien przy tym być elastyczny, potrafić dostosować się do zmiennych realiów rynkowych, które poznajemy w pierwszym okresie działania firmy. Natomiast nie powinien starać się za wszelką cenę udowadniać słuszności swojej koncepcji. Trzeba słuchać klientów, analizować i interpretować wskaźniki, nie bać się eksperymentów. Pierwsza faza start-up`u to w istocie eksperyment, którego celem jest dopasowanie produktu i modelu biznesowego do rynku. Dobrze jeżeli stosunkowo wcześnie powstaje produkt w wersji minimalnej (tzw. MVP) oraz istnieje tzw. plan B, czyli scenariusz działania w przypadku braku zakładanego sukcesu rynkowego.

Fundusz Zalążkowy KPT jest funduszem seed capital – akceleratorem przedsiębiorczości.

FZ KPT działa, jako spółka celowa założona przez Krakowski Park Technologiczny Sp. z o.o. oraz Spółkę Zarządzającą Funduszem, SATUS Sp. z o.o. dla realizacji projektu „Inkubowanie nowych innowacyjnych spółek w Krakowskim Parku Technologicznym”. Wsparcie FZ KPT to nie tylko kapitał. Rozumiejąc zróżnicowane potrzeby oraz wymogi przed jakimi staje nowa, rozwijająca się firma Fundusz wspiera ją również na poziomie merytorycznym, doradczym oraz biznesowym, wszystko po to, aby powstający biznes rozwijał się zgodnie z przyjętą strategią oraz naszymi wspólnie określonymi oczekiwaniami. Fundusz poszukuje, inicjuje i inkubuje przedsięwzięcia o charakterze innowacyjnym, z różnych branż ze szczególnym naciskiem na projekty technologiczne i inżynierskie.
www.fzkpt.pl

Żeby zachować konkurencyjność polskiego hutnictwa, trzeba przyspieszyć prace nad polskim planem dla tego sektora

Konkurencyjność polskiej metalurgii cierpi ze względu m. in. na niespotykaną w innych krajach akcyzę na energię elektryczną, niewyjaśnioną kwestię statusu kolorowych certyfikatów i brak rekompensat za tzw. carbon leakage – przekonują eksperci z firmy doradczej EY Polska. Polska musi jak najszybciej przygotować własny plan ochrony przemysłu hutniczego, aby zadbać o konkurencyjność lokalnego sektora metalurgicznego na europejskim i światowym rynku. Prace zostały już rozpoczęte, ale inne kraje UE są w tym zakresie dużo bardziej zaawansowane.

Komisja Europejska przygotowała tzw. Steel Action Plan. Jest to zestaw działań ukierunkowanych na ochronę przemysłu hutniczego w Europie. Plan posłużył władzom m. in. Hiszpanii, Włoch czy Wielkiej Brytanii do przygotowania własnych, lokalnych planów ochrony miejsc pracy w hutnictwie. Wszystkie te kraje od wielu miesięcy pracują nad działaniami legislacyjnymi i organizacyjnymi, których celem ma być poprawa poziomu konkurencyjności lokalnych sektorów hutnictwa stali. W Polsce tymczasem dopiero zapadła decyzja o tym, że taki podobny plan będzie przygotowywany.

Polski przemysł stalowy z większą mocą

Realnym zagrożeniem dla polskiego przemysłu stalowego w Unii Europejskiej jest jego dalsza marginalizacja. Obecnie produkcja stali w Polsce stanowi jedynie 5% produkcji europejskiej. – Skutki upadku tej części przemysłu byłyby katastrofalne dla całej Polski, a w szczególności dla poszczególnych regionów, gdzie przyczyniłyby się do eksplozji bezrobocia strukturalnego. Co więcej, należy podkreślić, że branża ta jest silnie związana z innymi gałęziami, np. z górnictwem węgla, zarówno poprzez wykorzystanie energii elektrycznej (w Polsce co dwudziesta megawatogodzina zużywana jest bowiem w hutnictwie), jak również poprzez bezpośrednie wykorzystanie węgla do produkcji koksu niezbędnego w procesach zintegrowanych w hutnictwie stali. Koncentrując działania na tym, aby nasze hutnictwo stali przestało mieć najniższe wykorzystanie mocy produkcyjnych (63% w Polsce wobec znacznie powyżej 70% w UE), pomagamy tym samym całej polskiej gospodarce – mówi Jarosław Koziński, Partner Zarządzający Działem Doradztwa Podatkowego EY.

Zapewnienie konkurencyjności polskiej metalurgii wymaga wspólnych działań rządu i przedstawicieli biznesu. Szansę na taką platformę współpracy może stanowić zespół ds. metalurgii zaproponowany ostatnio przez ministra gospodarki. Zdaniem ekspertów firmy doradczej EY, równolegle do prac tego zespołu powinny być niezwłocznie podjęte decyzje i działania w trzech obszarach wsparcia: akcyzy na energię elektryczną, kolorowych certyfikatów oraz rekompensat związanych z carbon leakage.

Problem nr 1: Polski „wynalazek” – akcyza na energię dla metalurgii

Polski przemysł metalurgiczny – dzięki wielomiliardowym inwestycjom technologicznym zrealizowanym w ostatniej dekadzie – należy dziś do najnowocześniejszych na świecie, zarówno pod względem efektywności energetycznej, jak i wymagań środowiskowych. Dzisiejsza wysoka konkurencyjność krajowej metalurgii w ujęciu technologicznym jest jednak skutecznie niwelowana przez podatkowe i okołopodatkowe koszty produkcji. Do najistotniejszych kosztów tego typu, negatywnie wyróżniających Polskę na tle Unii Europejskiej, należy akcyza od energii elektrycznej zużywanej w procesach metalurgicznych. – Polska jest obecnie jedynym państwem członkowskim posiadającym duże zakłady metalurgiczne i tradycyjnie zorientowanym na przemysł, które utrzymuje opodatkowanie podatkiem akcyzowym energii elektrycznej zużywanej w procesie metalurgicznym. Danina ta zwiększa koszty działalności przedsiębiorstw metalurgicznych w Polsce, co przyczynia się do zintensyfikowania zjawiska tzw. „carbon leakage”, czyli przenoszenia produkcji przemysłowej poza terytorium Unii Europejskiej w wyniku wysokich kosztów związanych z polityką klimatyczną – mówi Zbigniew Liptak, Dyrektor w Dziale Doradztwa Podatkowego EY.

Problem nr 2: Zwolnienie hutnictwa z umarzania certyfikatów – pomoc publiczna czy nie?

Metalurgia – jako jeden z najbardziej energochłonnych i wrażliwych na wzrost cen energii elektrycznej sektorów – bezpośrednio odczuwa wzrastającą ilość ciężarów publicznych wynikających z restrykcyjnej polityki klimatycznej. W związku z wejściem w życie „małego trójpaku energetycznego”, który w istotny sposób znowelizował prawne otoczenie funkcjonowania energetyki, najbardziej energochłonni odbiorcy przemysłowi mają obowiązek uzyskiwania i przedstawienia do umorzenia tzw. kolorowych certyfikatów (np. zielonych – wydawanych na energię ze źródeł odnawialnych). Jednocześnie przepisy małego trójpaku przewidują możliwość częściowego (nawet do 80%) zwolnienia z tego obowiązku odbiorców z wybranych sektorów (w tym – produkcji metali). Zwolnienie to może stanowić pomoc publiczną, przez co jego wejście w życie uzależnione jest od uzyskania pozytywnej decyzji Komisji Europejskiej. Mamy zatem obecnie do czynienia z bardzo szkodliwą sytuacją – branża, która w opinii wszystkich potrzebuje tańszych nośników energii, obecnie zmaga się z dodatkowym niespodziewanym narzutem na cenę energii elektrycznej.

Problem nr 3: Rekompensaty za carbon leakage. W Niemczech tak, w Polsce nie.

Restrykcyjna polityka klimatyczna Unii Europejskiej doprowadziła do znacznego wzrostu kosztów produkcji liczonego w dziesiątkach milionów euro, a w efekcie do zjawiska carbon leakage. Zgodnie z postanowieniami Komisji Europejskiej, państwa członkowskie mogą przyznać pomoc dla przedsiębiorstw w sektorach i podsektorach narażonych na utratę konkurencyjności z powodu wyższych cen energii. Wsparcie powinno umożliwiać pokrycie części kosztów związanych z uwzględnieniem obciążeń wynikających z systemu handlu uprawnieniami do emisji w cenie energii elektrycznej. Polska nie podjęła dotychczas działań zmierzających do przyznania tego rodzaju pomocy publicznej. Schematy pomocy w tym zakresie zostały zatwierdzone przez Komisję i wprowadzone w Belgii, Niemczech, Hiszpanii czy Holandii.

Informacje o światowej produkcji stali – na podstawie raportu EY „Globalny rynek stali 2014”

Światowe spowolnienie gospodarcze ostatnich lat odcisnęło mocne piętno kryzysu na polskim i europejskim przemyśle metalurgicznym. Ograniczenie indywidualnej konsumpcji oraz zapotrzebowania ze strony przemysłu przetwórczego pogrążyło zarówno branżę stalową, jak również produkcję metali nieżelaznych. Problemy te szczególnie mocno zaistniały w Europie, której udział w globalnej produkcji stali skurczył się o 5 p.p. (do lekko powyżej 10%). Tym samym, kryzys z 2008 roku mocno nadwyrężył sytuację unijnych producentów stali, co doprowadziło do pojawienia się przerostu zdolności produkcyjnych w wysokości około 80 milionów ton stali. Brak odpowiednich działań na lokalnym rynku może stanowić zagrożenie dla utrzymania około 200 tysięcy miejsc pracy

W skali światowej ma miejsce znaczny wzrost produkcji stali, który jednak skoncentrowany jest w krajach Dalekiego Wschodu, w tym przede wszystkim w Chinach – wynika z raportu firmy doradczej EY „Globalny rynek stali 2014”.

Głodowe emerytury przyszłego seniora

Pracujący Polacy mają coraz mniej czasu na podjęcie decyzji, czy składkę emerytalną przekazywać do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, czy Otwartych Funduszy Emerytalnych. Na dokonanie wyboru ubezpieczony ma czas do końca lipca. Wielu rozważa swoją decyzję pod kątem wysokości świadczenia otrzymywanego na starość. Jednak, jak zaznaczają eksperci — bez względu na wybór — na godną emeryturę, nie ma co liczyć.

Rodzi się nas coraz mniej, przybywa za to osób starszych. Obecnie na jednego emeryta lub rencistę przypadają cztery osoby w wieku produkcyjnym. W przyszłości będą to zaledwie dwie osoby. Znając polskie tendencje demograficzne, od dawna szuka się sposobu na zabezpieczenie świadczeń emerytalnych. Ostatnia reforma dotyczy wyboru miejsca odprowadzania składek przez osoby pracujące. Jak zaznacza serwisowi infoWire.pl Łukasz Piechowiak, ekspert portalu Bankier.pl „[…] trzeba rozwiać podstawowy mit. To nie jest wybór między ZUS czy OFE, bo wszyscy i tak trafią do tego pierwszego. Otwarty Fundusz Emerytalny jest rozwiązaniem uzupełniającym. Cały wybór polega na wyrażeniu zgody na korzystanie z dodatkowego miejsca do odkładania pieniędzy na emeryturę.[…] Jeśli chcemy, by część składki była przekazywana do OFE, to należy wypełnić odpowiednią deklarację”.

Składka emerytalna wynosi obecnie 19,52% tak zwanej podstawy wymiaru składek. Ubezpieczony zgodnie z założeniem reformy może całość składki emerytalnej odkładać na specjalnym subkoncie w ZUS. Może też zadecydować, aby część jego składki emerytalnej (2,92%), która trafia do ZUS-u, była przekazywana do funduszu. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że jeśli się zdecydujemy na OFE, to będzie tam trafiać jedynie 1/7 całej składki emerytalnej. Od jednego złotego jest to zaledwie 15 groszy. „[…] OFE wiąże się jednak z ryzykiem. Jeżeli dojdzie do kryzysu finansowego, załamania na giełdzie lub innej tragedii to pieniądze z naszych składek, zainwestowane w papiery wartościowe mogą tanieć i będzie strata” – zaznacza Łukasz Piechowiak.

Nic dziwnego, że z 14 milionów Polaków uprawnionych do wyboru miejsca odprowadzania składek emerytalnych, za OFE opowiedziało się do tej pory jedynie 144 tysięcy osób. Czarnego scenariusza, jakim będzie dla OFE prognozowana utrata ponad 98% klientów, nikt nie przewidział. Eksperci podkreślają, że może to wynikać z zakazu reklamy funduszy, z małej wiedzy Polaków na temat systemu emerytalnego oraz odkładania przez nich decyzji na ostatnią chwilę. Termin ten upływa 31 lipca 2014 roku.

W Polsce średnia emerytura wynosi około 1500 złotych. W porównaniu do świadczeń w Wielkiej Brytanii – 6200 złotych czy w Niemczech – 8100 złotych – rodzima wypada bardzo skromnie. Obecne pokolenie pracujących 30 – latków może liczyć na jeszcze mniejsze świadczenia, wręcz głodowe. Jak podkreśla Cezary Kaźmierczak, Prezes Związku Przedsiębiorstw i Pracodawców „[…] Z całą pewnością rząd jest dużo większym gwarantem wypłat jakiejkolwiek emerytury – chociażby wynosiła ona 400 złotych, bo na więcej nie ma co liczyć – niż inna prywatna instytucja. Jestem za tym, by OFE istniało, ale jako dobrowolne fundusze, które się wzajemnie ubezpieczają. Niestety – czas odkładania pieniędzy na starość jest zbyt długi, by emerytury kapitałowe, się sprawdziły”.

Przyszły polski senior nie ma powodów do zadowolenia. Jeśli będzie zdrowy, to może uda się mu dorobić do skromnej emerytury. Warto jednak zdać sobie sprawę, że przeciętny Polak oddając przez 40 lat część swojej pensji do ZUS-u, pobiera emeryturę jedynie przez 8 lat, bo później umiera.

Dla emerytów, których przyszłość rysuje się w czarnych barwach istnieje jednak rozwiązanie – mówi serwisowi infoWire.pl Cezary Kaźmierczak, „[…] jedyny, taki potwierdzony empirycznie, na przykładzie stuleci system emerytalny, który się sprawdza — to są dzieci”.

Mailing sprzedażowy – jak go tworzyć, aby nie trafił do kosza

Na naszą skrzynkę mailową każdego dnia trafia co najmniej kilka newsletterów. Pomimo, że nie wszyscy odbiorcy je odczytują, a niektórzy traktują jak spam, to e-mail marketing jest skuteczną metodą reklamy online. Największą jego zaletą jest drzemiący w nim potencjał sprzedażowy. Pytanie brzmi, jak go w pełni wykorzystać?

Przy tworzeniu mailingu trzeba pamiętać,że liczy się pierwsze wrażenie. Bardzo ważne elementy to przede wszystkim adres, nazwa nadawcy oraz temat wiadomości. To one budują pierwsze wrażenie i mogę przekonać odbiorcę do otwarcia wiadomości. Wszystko co dzieje się potem ma wpływ na postrzeganie danej firmy i powoduje kształtowanie się oczekiwań.

Jeśli nie zrobisz dobrego wrażenia na początku, to Twoja wiadomość, a wraz z nią szansa na pozyskanie klienta i sprzedaż przepadną. Nieudana próba przekonania odbiorcy do otwarcia i przeczytania wiadomości może mieć negatywny wpływ na kampanie realizowane w przyszłości. – mówi Katarzyna Kołodziejczyk, Management Board Assistant Grupa 365 NET.

Adres i nazwa firmy muszą wzbudzać zaufanie odbiorców oraz wywoływać pozytywne emocję, zachęcające do zapoznania się z ofertą. Jeżeli chodzi o temat wiadomości, warto wypróbować kilka strategii. Do najbardziej popularnych należą: forma pytająca, personalizacja, liczby czy wariacje ilości znaków.

Nawet jeżeli odbiorca otworzy naszą wiadomość należy mieć na uwadze, że mamy niewiele czasu, aby przedstawić mu naszą ofertę, korzyści z niej płynące oraz podtrzymać zainteresowanie. Dobrym sposobem jest przedstawienie oferty głównej w nagłówku i podkreślenie dodatkowych korzyści w jasny sposób przy użyciu wyliczeń i pogrubień. Pamiętajmy też, że nie możemy skupiać się na samej sprzedaży. Dobrze jest też doradzać naszym klientom, pokazać im trendy oraz zaprezentować produkty z jak najlepszej strony. Przy doborze sposobu przekazu trzeba też pamiętać, jaka jest nasza grupa docelowa i jakimi rządzi się prawami. Potencjalni klienci mogą być bardzo zróżnicowani pod wieloma względami, dlatego komunikacja z nimi musi być zbudowana tak, aby każdy z nich korzystając z Twoich usług czuł, że spełniasz właśnie jego potrzeby. Dobrze jest przeanalizować i przetestować za pomocą jakich tekstów i grafik najskuteczniej można komunikować się z każdą z grup odbiorców. Skutecznym sposobem jest przeprowadzenie testów A/B polegających na wysyłaniu różnych formatów wiadomości do różnych odbiorców. Wtedy można uzyskać informację, które z nich przynoszą najlepsze efekty. Bardzo ważna jest również forma graficzna maila, jego atrakcyjność i schludność zarazem. Elementem, który zwraca uwagę, zawsze jest górny pasek wiadomości. Warto więc, aby był atrakcyjny wizualnie i zachęcał do przeczytania reszty wiadomości.

Najbardziej istotnym elementem mail sprzedażowych pozostaje jednak po prostu skuteczne wezwanie klientów do działania, takie które jasno będzie mówić jakie mają wykonać akcje. Przyciski wzywające do działania powinny być łatwe do zauważenia oraz zawierać odpowiedni tekst. Ponadto przyciski te powinny być też uzupełnione o różnego rodzaju elementy motywujące, takie jak chociażby informacja o rabacie, kupony promocyjne, darmowa dostawa czy też opinia innych użytkowników, którzy skorzystali z danej usługi lub kupili dany towar.

Kiedy nasz odbiorca dokona już zamówienia jest to prócz sukcesu newslettera, także początek waszej komunikacji. Należy zadbać o to, aby klient w dalszym ciągu czuł się traktowany specjalnie. Możliwa do wytworzenia więź może mieć bowiem charakter długookresowy, co z pewnością zaprocentuje w przyszłości.

ING Bank Śląski wyróżniony przez Prezydenta RP

ING Bank Śląski otrzymał nominację do Nagrody Gospodarczej Prezydenta RP. Kapituła XII edycji konkursu, spośród 121 zgłoszonych firm, wybrała 15 najlepszych.

ING Bank Śląski został zgłoszony przez Urząd Marszałkowski w Katowicach, w kategorii „Ład Gospodarczy i Społeczna Odpowiedzialność Biznesu”. W imieniu Zarządu ING Banku Śląskiego, prestiżowe wyróżnienie z rąk Prezydenta Bronisława Komorowskiego, odebrała Justyna Kesler, Wiceprezes Zarządu Banku.

Firmy zgłaszane są do konkursu przez zewnętrzne podmioty m.in. urzędy marszałkowskie, organizacje pozarządowe, instytucje społeczne i kulturalne oraz media, w pięciu kategoriach: „Innowacyjność”, „Obecność na Rynku Globalnym”, „Ład Korporacyjny i Społeczna Odpowiedzialność Biznesu”, „Zielona Gospodarka” oraz „Trwały Sukces”.

Społeczna odpowiedzialność biznesu i działania w tym obszarze wspierają realizację celów biznesowych ING Banku Śląskiego. Strategia CSR określa cele, działania oraz mierniki w obszarach relacji z klientami, relacji z pracownikami, działalności na rzecz społeczeństwa oraz działalności na rzecz środowiska naturalnego. Zgodnie z jej założeniami, w 2013 roku, został opublikowany Raport Społecznej Odpowiedzialności Biznesu ING Banku Śląskiego za lata 2011-2012 zatytułowany „ING Sztuka Odpowiedzialności”. Podsumowuje on postępy w realizacji założeń oraz wyznacza cele na kolejne lata. Bank znajduje się w składzie pierwszego w Polsce giełdowego indeksu spółek odpowiedzialnych społecznie – RESPECT Index oraz w elitarnym gronie firm wyróżnionych certyfikatem Top Employer oraz Top Employer Europe. Bank jako jedyna instytucja finansowa został wyróżniony Złotym Listkiem CSR Polityki 2014.

Zadania, które codziennie odwlekamy

Wielu z nas, myśląc o swojej bliższej lub nieco dalszej przyszłości, plany ma na ogół ambitne. Podejmujemy wiele postanowień, które dotyczą zarówno sfery prywatnej, jak i zawodowej. Kłopot w tym, że dużej części owych zamierzeń nigdy nie udaje nam się wdrożyć w życie. Warto zastanowić się, co może być głównym powodem takiego stanu rzeczy i jak w łatwy sposób przejść od myśli do czynu.

Reakcje na brak realizacji nieustannie odwlekanych czynności bywają skrajnie różne. Jedni obwiniają przede wszystkim siebie i swoje lenistwo, inni zaś szukają wymówek i usprawiedliwień w postaci braku czasu, niesprzyjającego otoczenia czy niedogodnego momentu.

Żadna z tych dróg nie przybliża nas jednak do rozwiązania problemu. Zamiast tracić więc niepotrzebnie czas i energię, należałoby spojrzeć na całą sprawę z dystansu i spróbować zdefiniować powody, dla których nadal stoimy w miejscu.

Podejmij konkretną decyzję

W większości przypadków za brakiem aktywności stoi brak konkretnej decyzji. Niezależnie od tego, za co się zabieramy, do sukcesu nie wystarczy bowiem samo postanowienie. Równie istotny jest pierwszy krok, za którym będą mogły pójść kolejne.

Określenie celu ogólnego jest oczywiście niezwykle ważne. W ten sposób nasze działania zyskują kierunek, a my sami w każdej chwili możemy łatwo sprawdzić, czy nadal pozostajemy na wybranej drodze. Nie można jednak przy tym zapominać o czymś z pozoru znacznie prostszym, czyli o mocno osadzonej w codziennych realiach decyzji.

Wyobraźmy sobie sytuację: uznaliśmy, że najwyższy czas opróżnić naszą szafę ze starych, już od dawna nie noszonych ubrań. Za tym postanowieniem powinno iść jeszcze kolejne dotyczące tego, co z nimi zrobimy – na koniec miesiąca przekażemy je potrzebującym lub też w piątek o godzinie 20 wyrzucimy do śmieci.

Odrób pracę domową

Drugim, często występującym powodem odwlekania realizacji któregoś z naszych zamierzeń jest brak wiedzy potrzebnej do działania. Nigdy nie postawimy choćby pierwszego kroku, jeśli najzwyczajniej w świecie nie wiemy, co mamy robić.

Podstawą będzie zatem kompletne zapoznanie się z całym tematem. Nie uda nam się np. zmienić modelu biznesowego swojej firmy, jeśli nie będziemy wiedzieli, czym charakteryzują się poszczególne sposoby funkcjonowania przedsiębiorstw oraz które z nich mają szansę sprawdzić się w naszym przypadku.

Bez choćby próby zgłębienia zagadnienia, wokół którego się poruszamy, realizację ambitnego planu będziemy odkładać w nieskończoność, nie mając przy tym świadomości, dlaczego tak się dzieje.

Mądrze planuj swój czas

Mało kto zdaje sobie sprawę, że przyczyną braku aktywności może być także nieumiejętne projektowanie swojego czasu. Każda czynność podejmowana w ciągu dnia powinna bowiem pozostawać w zgodzie z naszym naturalnym rytmem dobowym.

Fatalnym pomysłem będzie chociażby planowanie działań wymagających wysokiej koncentracji i dużych pokładów kreatywności na popołudnie. Po obiedzie przeważnie notujemy znaczny spadek energii, czas ten warto więc przeznaczyć na mniej obciążające zadania, niż tworzenie nowej oferty handlowej.

Próba zmuszenia się do intelektualnego wysiłku w tym wypadku i tak prawdopodobnie skończy się frustrującym niepowodzeniem. Co innego, gdy zajmiemy się tym z samego rana, kilka chwil po przyjściu do biura – nawet nie zauważymy kiedy od dawna odkładana praca została wykonana.

Zrób, oddeleguj albo wykreśl

Stojące przed nami zadania zawsze należy też prawidłowo ocenić. Warto zadać sobie pytanie: co tak naprawdę się stanie, jeśli dana rzecz nie zostanie zrealizowana?
Odpowiedź wskaże nam w tym wypadku nasz pierwszy krok, gdyż albo będziemy musieli „wziąć się w garść” i zacząć działać, przekazać ten obowiązek innemu pracownikowi lub zwyczajnie o nim… zapomnieć.

W praktyce każde z tych rozwiązań przybliży nas do ostatecznego sukcesu: przestaniemy myśleć i po prostu wykonamy to, co do nas należy, oddelegujemy problem znajdując swoje zastępstwo albo zrezygnujemy z danej aktywności i pozbawieni psychicznego obciążenia pójdziemy do przodu.

Dziel na racjonalne etapy

Z całą pewnością warto też wyrobić sobie nawyk dzielenia dużych i przytłaczających zadań na znacznie mniejsze, możliwe do zrealizowania etapy. Często bowiem nie działamy dlatego, że stojące przed nami wyzwanie znacznie przekracza nasze siły.

Małe, prostsze czynności wykonujemy zdecydowanie chętniej, niż ogromne i trudne projekty. Określając pierwszy krok należy więc wybrać choćby najdrobniejszy element, którego realizacja nie będzie skomplikowana czy czasochłonna. Jak już wiemy, za tą konkretną decyzją szybko pójdą kolejne, a całe przedsięwzięcie okaże się prostsze, niż początkowo zakładaliśmy.

Lean management czyli szczupłe zarządzanie na nowo – informacja ekspercka

Zaczątków filozofii lean management można dopatrywać się w latach 40. XX wieku. Jednak dopiero dziś, dzięki nowoczesnym technologiom, można w pełni zrealizować założenia tej koncepcji.

Lean management to – w największym skrócie – podejście polegające na dążeniu do wytworzenia określonej wartości przy możliwie najmniejszym wykorzystaniu zasobów. Istotą koncepcji jest identyfikacja i eliminowanie niesprawności oraz niezoptymalizowanych elementów procesu, takich jak: nadprodukcja, zbędny ruch, oczekiwanie, niepotrzebny transport, zapasy, wytwarzanie braków czy nadmierna obróbka. Dziś wielką rolę w realizacji tych założeń odgrywać mogą różnorodne systemy automatyzacyjne.

Zautomatyzowane gromadzenie danych do analiz VSM

Jednym z podstawowych narzędzi pozwalających na wykrycie potencjalnych źródeł marnotrawstwa jest mapowanie strumienia wartości – ang. Value Stream Mapping (VSM). Metoda polega na wynotowaniu wszystkich działań składających się na kompletny proces – od otrzymania surowców aż po komisjonowanie i spedycję towarów – i przypisanie czasów trwania kolejnym sekwencjom. Sygnałem do podjęcia interwencji może być nieproporcjonalna długość wybranych cykli lub opóźnienia i przestoje wynikające z nadmiernego czasu trwania pewnych etapów procesu.

Jeżeli płynność przemieszczania się materiałów w kolejnych sekwencjach jest zakłócona ze względu na czynności intralogistyczne, warto zastanowić się nad wykorzystaniem w diagnostyce elementów systemu zarządzania flotą. – Fleet Manager 4.x dostarcza pełnej informacji na temat funkcjonowania pojazdów składających się na park maszynowy danego przedsiębiorstwa – podpowiada Przemysław Wlazeł, Dyrektor Działu Klientów Strategicznych firmy STILL Polska.

– Dla każdej z jednostek możliwe jest automatyczne tworzenie raportów z danymi na temat osiąganych prędkości, załadunku i czasów użytkowania. Zestawienie tego typu informacji jest dobrym uzupełnieniem mapy strumienia wartości i może znacząco ułatwić wyciąganie trafnych wniosków na temat przyczyn niesprawności w transporcie magazynowym – tłumaczy Wlazeł.

Jeśli w wyniku analiz okaże się, że zasadna jest zmiana organizacji przestrzennej regałów lub punktów załadunku, dodatkowym, cennym źródłem informacji mogą być sprzężone z oprogramowaniem wózka system kamer i czujników optycznych. Tego typu urządzenia pozwalają śledzić w czasie rzeczywistym pozycję maszyny i ruchy konieczne do wykonania danej czynności. Podobne udogodnienia mogą przynieść szczególnie duże korzyści w wypadku rozbudowanej floty, samodzielne obserwowanie której wiązałoby się z istotnymi nakładami czasowymi.

Aplikacje wspierające TPM

Część danych uzyskiwanych z aplikacji służących do zarządzania flotą można wykorzystać jako sugestię co do kierunku zmian w zakresie Optymalnego Utrzymania Ruchu. Total Productive Maintenance (TPM) zakłada dążenie do osiągnięcia tzw. poziomu trzech zer: zero awarii, zero braków, zero wypadków przy pracy. Cel realizuje się poprzez oddziaływania na kadrach – poprzez szkolenia i zwiększanie odpowiedzialności – oraz na maszynach – przede wszystkim dzięki przedkładaniu obsługi predykcyjnej (zapobiegać) nad reakcyjną (nie leczyć).

Jako że systemy zarządzania flotą pozwalają powiązać zarówno wyżej wymienione dane, jak i informacje na temat wypadków, awarii i użytkowania baterii z konkretnym operatorem, łatwo można zidentyfikować osoby, które w pierwszej kolejności powinny przejść dodatkowe przeszkolenie z zakresu dbałości o sprzęt lub jego obsługi. Jednocześnie, świadomość nieuchronności wykrycia zawinionych zaniedbań może zachęcać pracowników do ostrożniejszego korzystania z urządzeń.

Istnieją jednak również aplikacje przeznaczone do realizacji zadań TPM po stronie maszyny.
– Popularność zyskują zautomatyzowane układy diagnostyczne – mówi Przemysław Wlazeł z firmy STILL Polska. – Przykładem jest STILL ProActiv. Aplikacja na bieżąco monitoruje stan techniczny wózka widłowego. Nie tylko pozwala na szybkie wykrycie pierwszych symptomów niesprawności, ale również przesyła informację do serwisantów. Znacząco skraca to czas reakcji mechaników na wieść o awarii i sprawia że na miejsce przyjeżdżają z niezbędnymi częściami i narzędziami. Pozwala to znacząco niwelować przestoje – dodaje ekspert.

Wdrożenie zautomatyzowanych systemów zarządzania flotą i jej diagnostyki nie zastąpi wnikliwej refleksji nad przebiegiem procesów w przedsiębiorstwie. Nie sprawi, że wszyscy pracownicy stosować będą wpisaną w lean management metodę 5S – Selekcji, Systematyki, Sprzątania, Standaryzacji i Samodyscypliny. Na pewno może być jednak cennym źródłem danych, pozwalającym zdjąć z kadry część obowiązków związanych z permanentnym doskonaleniem funkcjonowania organizacji.

Zarząd UNIQA w niezmienionym składzie w kolejnej kadencji

0
  • Prezes zarządu Andrzej Jarczyk oraz wiceprezes Grzegorz Kulik będą pełnić dotychczasowe funkcje przez kolejne 3 lata
  • Dezyzja Rady Nadzorczej spółek Grupy UNIQA w Polsce o przedłużeniu kadencji zapadła 2 czerwca 2014 r.
  • Kontynuacja strategii UNIQA 2.0.

Decyzją Rady Nadzorczej spółek Grupy UNIQA Andrzej Jarczyk, prezes, i Grzegorz Kulik, wiceprezes, będą sprawować swoje stanowiska przez kolejne trzy lata.

Andrzej Jarczyk stanowisko prezesa zarządu spółek UNIQA objął w styczniu 2011 r. Poprzednio, od listopada 2007 r. był prezesem zarządu spółek Grupy Generali w Polsce. W latach 1996 – 2007 związany był z Grupą PZU, gdzie od 2003 roku pełnił funkcję dyrektora Biura Sprzedaży w centrali PZU, odpowiadając za realizację polityki sprzedaży dla klientów indywidualnych oraz sektora MSP.

Jest absolwentem Wydziału Zarządzania Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Studiował również „Zarządzanie przedsiębiorstwem” na Uniwersytecie w Bochum. Ukończył „Eurekans Management Development Program” – międzynarodowe studia dla managerów spółek Grupy Eureko z zakresu współpracy międzynarodowej, podstaw finansów i zarządzania projektami.

Grzegorz Kulik wiceprezesem zarządu UNIQA został w maju 2011 r. Od tego czasu skutecznie realizuje startegię grupy w zakresie techniki ubezpieczeniowej. Odpowiada za likwidację szkód, produkty ubezpieczeniowe i aktuariat. Poprzednio, w Generali, pełnił funkcję dyrektora Departamentu Ubezpieczeń Komunikacyjnych, dyrektora Departamentu Leasingu oraz dyrektora Departamentu Ubezpieczeń Majątkowych Klienta Indywidualnego. W latach 2000 – 2008 związany z PZU, najpierw w Inspektoracie w Krakowie, a następnie w centrali, gdzie przeszedł kolejne szczeble kariery aż do stanowiska zastępcy dyrektora Biura Sprzedaży. Jest absolwentem Wydziału Zarządzania Akademii Ekonomicznej w Krakowie.

Decyzja Rady Nadzorczej jest potwierdzeniem kierunku wynikającego zw strategii Grupy: UNIQA 2.0, której elementem jest stabilne zarządzanie. W ubiegłym roku Rada Nadzorcza zdecydowała o przedłużeniu kadencji dwóm pozostałym członkom zarządu Małgorzacie Michalak- Bartkowiak oraz Adamowi Łoziakowi.

Aktualny skład zarządu spółek Grupy Ubezpieczeniowej UNIQA w Polsce:

  • Andrzej Jarczyk – prezes zarządu,
  • Małgorzata Michalak-Bartkowiak – wiceprezes zarządu ds. finansowych,
  • Adam Łoziak – wiceprezes zarządu ds. współpracy z mieszkalnictwem,
  • Grzegorz Kulik – wiceprezes zarządu ds. techniki ubezpieczeniowej.

Bank Pekao laureatem Nagrody GPW Media w zakresie prowadzenia Relacji Inwestorskich przy wykorzystywaniu nowoczesnych metod komunikacji internetowej

0

Bank Pekao SA podczas VI Kongresu Relacji Inwestorskich Spółek Giełdowych SEG otrzymał nagrodę specjalną za komunikację z inwestorami za pomocą nowoczesnych metod komunikacji w Internecie.

Przyznając nagrodę eksperci GPW Media docenili jakość komunikacji Banku Pekao z inwestorami przy pomocy nowoczesnych metod  komunikacji w sieci. Bank Pekao od wielu lat transmituje w Internecie, na żywo prezentacje wyników finansowych, jak również obrady Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy, czyli najważniejsze wydarzenia korporacyjne dla inwestorów. Transmisje te dostępne są również off-line. Podczas transmisji  prezentacji wyników finansowych inwestorzy mają możliwość zadawania pytań do Spółki również drogą mailową. Dzięki transmisjom internetowym wszyscy inwestorzy mogą brać aktywny udział w konferencjach organizowanych przez Bank i bezpośrednio komunikować się ze spółką, uzyskując w ten sposób informacje na temat działalności Banku.Bank Pekao laureatem Nagrody GPW Media w zakresie prowadzenia Relacji Inwestorskich przy wykorzystywaniu nowoczesnych metod komunikacji internetowej 1

Modlin planuje powiększenie terminala i budowę hotelu przy lotnisku. W przyszłym roku możliwy nowy przewoźnik

CEO Magazyn Polska

Najpóźniej w lipcu lotnisko w Modlinie chce rozpocząć prace związane z budową hotelu przy lotnisku. Otwarcie zaplanowano na koniec 2015 r. lub na 2016 r. Port lotniczy planuje też rozbudowę terminala i inne inwestycje okołolotniskowe za 40 mln zł. Od zimy liczba pasażerów może rosnąć szybciej, bo bazę w Modlinie otwiera Ryanair.

Zakładam, że postępowanie zaczniemy jeszcze w tym miesiącu, najpóźniej w przyszłym i sądzę, że otwarcie hotelu będzie na przełomie 2015 i 2016 roku, a może w 2016 roku. To będzie zależało od tego, jak długo będzie trwała budowa. Mieliśmy postępowanie wcześniej, pojawiły się firmy chcące to zrobić, ale rozpoczniemy proces w tym miesiącu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Okienczyc, prezes Mazowieckiego Portu Lotniczego Warszawa-Modlin.

Hotele w bezpośrednim sąsiedztwie lotniska działają już m.in. przy głównym warszawskim lotnisku Chopina i w Gdańsku, a w Krakowie budowa jest na ukończeniu. Okienczyc podkreśla, że to intratne przedsięwzięcie dla partnerów biznesowych, więc jest pewien, że wiele firm będzie zainteresowanych budową hotelu w Modlinie.

Prezes podwarszawskiego portu dodaje, że budowa hotelu to nie jedyna inwestycja. Łącznym nakładem 40 mln zł w Modlinie powiększona zostanie ogrodzona część lotnicza i zbudowany zostanie północny punkt kontroli, w którym sprawdzane będą pojazdy i przesyłki wjeżdżające na teren lotniska. Port lotniczy szykuje się też do rozbudowy terminala pasażerskiego. Na razie trwa pozyskiwanie projektu. Na potrzeby lotniska ma też powstać linia kolejowa bezpośrednio do terminala, choć na razie nie wiadomo, kiedy województwu i PKP PLK uda się zrealizować tę inwestycję.

Zwiększenie przepustowości lotniska jest potrzebne, bo w sezonie zimowym przybędzie połączeń. Od końca października, czyli wejścia w życie zimowego rozkładu lotów, bazę w Modlinie otworzy Ryanair.

To jest informacja dla nas, że zwiększy się ruch, który Ryanair oferuje. Będą nowe połączenia. Jednym z bardzo istotnych elementów dla pasażerów jest to, że mają być dwa połączenia dziennie do Gdańska i Wrocławia. To jest dość istotny element w krajowym ruchu, bardzo wiele osób lata na jeden dzień. Teraz mamy tylko jedno połączenie, co nie do końca wypełnia tę ofertę. Ale jesteśmy przekonani, że oferowanie rano i wieczorem lotów do tych miast pozwoli nam także na rozwój na tym odcinku – prognozuje Okienczyc.

Ryanair jest obecnie jedynym przewoźnikiem w Modlinie. Zbazowanie jednego Boeinga 737-800 oznacza nie tylko nowe połączenia do Madrytu, lecz także zatrudnienie lokalnych pracowników. Przez pierwszych pięć miesięcy tego roku Modlin obsłużył ponad 600 tys. pasażerów, a cel na ten rok to 1,6 mln osób.

Okienczyc zapowiada jednak, że w przyszłym roku Ryanair będzie miał w Modlinie konkurencję.

Jesteśmy w trakcie rozmów, w zasadzie od rozpoczęcia działalności lotniska. Mam nadzieję, że będziemy w stanie przedstawić konkrety po wakacjach. W sezonie 2015 powinniśmy już rozpocząć współpracę z kolejnym przewoźnikiem – zapowiada Okienczyc. – Mówimy o liniach zarówno tanich, jak i czarterowych. Rozmawiają z nami także tradycyjni przewoźnicy. Ci, z którymi najbardziej intensywne rozmowy prowadzimy, nie operują z lotniska Chopina.

Trwają prace nad globalnym porozumieniem ws. klimatu

CEO Magazyn Polska

Do 15 czerwca w Bonn potrwa konferencja ONZ w sprawie zmian klimatycznych. To kolejna okazja do dalszych prac nad globalnym porozumieniem klimatycznym po 2020 roku, które powinno zostać sfinalizowane w przyszłym roku. Unia Europejska zapowiada, że do października określi swój wkład do międzynarodowego porozumienia. Polska liczy, że unijne cele klimatyczne nie będą zbyt ambitne, bo oznaczałyby problemy dla europejskich gospodarek.

Dotychczasowe propozycje Komisji Europejskiej dotyczące wymogów klimatycznych po 2020 roku budzą sprzeciw strony polskiej.

Polska sprzeciwia się mapie drogowej do roku 2050. Uważamy też, że obecne propozycje Komisji Europejskiej dotyczące horyzontu 2030 roku są nadmiernie ambitne i nie uwzględniają fiaska kolejnych konferencji klimatycznych – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki.

Pierwszy pakiet energetyczno-klimatyczny zakłada plan 3×20, czyli redukcję emisji dwutlenku węgla o 20 proc., zwiększenie o 20 proc. efektywności energetycznej oraz osiągnięcie 20-proc. udziału odnawialnych źródeł w wytwarzanej energii. Komisja Europejska zaproponowała jednak bardziej ambitne cele: nakłania do redukcji emisji gazów cieplarnianych o 40 proc. w stosunku do roku 1990 i osiągnięcie 27-proc. udziału OZE. W energetycznej mapie drogowej (Energy Roadmap) dąży do m.in. dekarbonizacji, czyli wyeliminowania węgla jako paliwa energetycznego. Unijne projekty budzą kontrowersje, szczególnie w Polsce, gdzie głównym paliwem w elektrowniach są węgiel kamienny i brunatny. Polski rząd stoi na stanowisku, że Europa powinna zaczekać na deklaracje ws. klimatu ze strony innych państw, które są większymi emitentami dwutlenku węgla.

Ograniczanie emisji gazów cieplarnianych to wielki wysiłek ekonomiczny. Tempo redukcji musi być dostosowane do tego, co postanowi świat, czyli do decyzji Stanów Zjednoczonych, Indii, Chin czy Rosji. To racjonalne podejście – uważa Janusz Steinhoff.

Jak podkreśla, Europa odpowiada za niewielki procent emisji i należy do najmniejszych emitentów na świecie. Zgodnie z wymaganiami przyjętymi w protokole z Kioto w latach 2008-2012 UE przekroczyła swój oficjalny cel redukcji dwutlenku węgla o ok. 4,2 mld ton. W drugim okresie (2013-2020) poziom emisji gazów cieplarnianych może być nawet o 24,5 proc. niższy niż 14 lat temu (zgodnie z protokołem powinien być o 20 proc. niższy).

Trzeba przyjąć, że klimat to jest problem globalny, musi być globalnie załatwiony, a tempo redukcji emisji dwutlenku węgla w Europie musi być uzależnione od stanowiska kolejnych szczytów klimatycznych – mówi Steinhoff. – Prezydent USA Barack Obama przekazał ostatnio, że Stany Zjednoczone zamierzają zredukować emisję dwutlenku węgla do roku 2030 aż o 30 proc. To optymistyczny sygnał. Sądzę, że sojusznikiem Europy będą właśnie Stany Zjednoczone.

O możliwości narzucenia limitu emisji dwutlenku węgla wspominał też na trwających w Bonn rozmowach klimatycznych przedstawiciel władz chińskich, nie podał jednak żadnych konkretów.

Eksperci przestrzegają, że jeśli nad rozwiązaniem problemu klimatycznego nie będą pracowały wszystkie państwa w równym stopniu, a Europa pozostanie w awangardzie z najbardziej restrykcyjnymi wymogami energetyczno-klimatycznymi, zapłacą za to gospodarki państw członkowskich.

Jedynym efektem bardzo restrykcyjnych norm emisji dwutlenku węgla w Europie będzie alokacja tych emisji do innych krajów i również alokacja części przemysłu ciężkiego. Inaczej mówiąc, europejskie huty przeniosą się na Ukrainę, do Federacji Rosyjskiej, Indii i Stanów Zjednoczonych. Tam będą produkowały stal i emitowały dwutlenek węgla, a my będziemy przywozić tę stal do Europy, dodatkowo emitując w trakcie transportu dwutlenek węgla, czyli byłoby to rozwiązanie co najmniej nieracjonalne – wyjaśnia Steinhoff.

Polska już znacząco obniżyła emisję dwutlenku węgla, redukując ją o 30 proc. w stosunku do 1988 roku, ale narzucane przez Komisję Europejską dalsze tempo redukcji destrukcyjnie wpłynie na energetykę i przemysł. Znaczące ilości dwutlenku węgla emituje przede wszystkim elektroenergetyka.

W ramach pakietu klimatyczno-energetycznego już przyjęliśmy na siebie konieczność wprowadzenia odnawialnych źródeł energii na poziomie 15 proc. – tutaj Polska ma derogację do 2020 roku. To jest oczywiście kosztowna operacja. To wszystko wpływa na cenę energii elektrycznej. Natomiast bezdyskusyjna jest trzecia część pakietu, czyli obniżenie energochłonności gospodarki. Ta część jest symbiozą ekonomii i ekologii, tutaj akurat jedno z drugim nie stoi w sprzeczności – mówi ekspert.

Konferencja ONZ w Bonn trwa między 4-15 czerwca. Spotkanie stanowi okazję do dokonania dalszych postępów w kierunku globalnego porozumienia klimatycznego na okres po wygaśnięciu protokołu z Kioto, czyli po 2020 roku. Prace nad porozumieniem mają zostać sfinalizowane w przyszłym roku.

Firmy pożyczkowe chcą regulacji rynku, a nie produktów

CEO Magazyn Polska

Najpierw edukacja klientów i regulacja samego rynku, a potem, w razie potrzeby, oferowanych produktów – przedstawiciele firm pożyczkowych uważają, że taką kolejność powinny uwzględniać rządowe propozycje uporządkowania tego rynku. Jak pokazują negatywne doświadczenia z firmami pożyczkowymi, często ważniejsze jest to, kto pożycza, a nie w jaki sposób. Przedstawiciele branży uspokajają, że krótkoterminowe pożyczki na małe kwoty nie znikną z rynku. Mimo że regulacje, nad którymi trwają prace, spowodują zachwianie rynku i potrzebę dostosowania się firm do nowych wymogów.

Od wielu miesięcy nasza branża postulowała wprowadzenie rejestru firm pożyczkowych. Jednak rząd zaczyna się z tego wycofywać – zauważa Dominik Wieliński prezes zarządu Optima SA. – Ostatnie skandale pokazały, że trzeba patrzeć na to, kto na rynku funkcjonuje, a nie koniecznie na to, co sprzedaje. Trzeba się przyjrzeć graczom.

Jak podkreśla, przedstawiciele branży wielokrotnie apelowali o to, że trzeba najpierw uregulować rynek, a potem zabrać się za regulacje produktów. Dziś brakuje nawet tak podstawowych informacji, jak np. o liczbie podmiotów działających na rynku.

Jako branża powinniśmy jak najwięcej uwagi poświęcać metodom działania firm, a nie samym ofertom, które są przecież wynikiem walki konkurencyjnej – przekonuje Wieliński w rozmowie z agencją Newseria Biznes. – Powinniśmy wprowadzić jakieś rozwiązania ograniczające dostęp do tego rynku tym, którzy z pewnym zamiarem oszustwa czy nieetycznego działania na ten rynek wchodzą.

Nowe propozycje, przyjęte na początku maja przez Radę Ministrów, zakładają ustawowe wymogi dotyczące rozpoczynania i prowadzenia działalności polegającej na udzielaniu kredytów konsumenckich. Formą obowiązującą dla firm pożyczających z własnych środków będzie spółka kapitałowa z kapitałem zakładowym co najmniej 200 tys. zł. Innym wymogiem będzie niekaralność osób z zarządu, rady nadzorczej lub komisji rewizyjnej oraz prokurentów.

Regulacje zakładają również, że koszty kredytu (z wyłączeniem odsetek) nie będą mogły przekroczyć 25 proc. całkowitej kwoty kredytu oraz dodatkowo 30 proc. całkowitej kwoty tego kredytu w stosunku rocznym (nie więcej jednak niż 100 proc. całkowitej kwoty kredytu).

–  Najlepszym sposobem na to, żeby uregulować cenę, jest po prostu pozwolić jej pojawić się na nowym rynku, i wtedy prawo popytu i podaży, czyli konsument, ustali cenę. Wszelkie sztuczne ingerencje powodują, że na końcu wychodzą nam jakieś dziwne rzeczy i jesteśmy bardzo blisko stworzenia czegoś, co będzie nieskuteczne, chwilowo zachwieje rynkiem pożyczek, ponieważ będziemy musieli się dostroić, dopasować naszą ofertę i nasz model działania do nowych regulacji – mówi Dominik Wieliński.

Ekspert zapewnia jednocześnie, że będzie to zachwianie krótkotrwałe. Jego zdaniem wdrożenie nowych regulacji proponowanych przez resort finansów, nie będzie dla działających na rynku firm problemem. Jednak otwarte pozostaje pytanie, jakie będą tego koszty, co w konsekwencji przełoży się na ofertę dla klientów.

Uważam, że nie ma takiego ograniczenia, które spowodowałoby w długim okresie wyeliminowanie biznesu z rynku. Bez względu na to, jakie te regulacje będą, znajdziemy rozwiązanie – zapewnia prezes Optima SA. – To rozwiązanie ma być korzystne również dla nas, dla biznesu. Jednak może się okazać, że nowa konstrukcja pożyczki będzie bardzo skomplikowana.

Z tego powodu kluczowa dla przyszłości rynku jest także edukacja klientów. Wieliński podkreśla, że różnego typu akcje były już podejmowane, np. przez Narodowy Bank Polski, jednak byłyby one bardziej skuteczne, gdyby włączono do nich same firmy pożyczkowe i ich klientów.

Wprowadzenie limitów kosztów kredytu w ocenie PwC nie powinno znacząco zaburzyć funkcjonowania rynku. Może ograniczyć przede wszystkim ofertę pożyczek o niewielkiej wartości udzielanych na bardzo krótki okres (do 500 zł na 3 miesiące), jednak firmy nie zrezygnują raczej z najbardziej popularnych wśród klientów produktów (ok. 1 tys. zł na okres do 18 miesięcy) – mimo że regulacja obniży ich rentowność. Eksperci PwC przewidują, że część firm przesunie się z segmentu tradycyjnego do segmentu online, co wiąże się z niższymi kosztami prowadzenia działalności. Zadłużenie Polaków w firmach pożyczkowych wynosi 3-4 mld zł.

Ministerstwo Finansów zaproponowało zmiany w Ustawie z  dnia 21 lipca 2006 r. o nadzorze nad rynkiem finansowym oraz w Ustawie z dnia 29 sierpnia 1997 r. Prawo Bankowe, a także w niektórych innych ustawach. Planowane regulacje mają dotyczyć m.in. poszerzenia uprawnień organów nadzoru finansowego oraz zmian w zasadach dostępu i wymiany informacji o kredytach udzielonych przez firmy nie będące bankami.

W przyszłym roku rusza budowa olbrzymiego parku rozrywki niedaleko Warszawy. Ma kosztować 100 mln euro

CEO Magazyn Polska

W lutym 2015 roku ma ruszyć budowa dużego aquaparku pod Mszczonowem. Inwestycja w olbrzymi park rozrywki niedaleko Warszawy pochłonie ok. 100 mln euro. To obecnie priorytetowy projekt Global City Holdings (dawniej Cinema City International) w Polsce. Pierwsi goście spodziewani są w październiku 2016 roku.

Spółka GCH pierwszy etap projektu zrealizuje wspólnie z niemiecką firmą Wund, operatorem i właścicielem dużych aquaparków. 

Rozpoczęły się już prace projektowe, zamierzamy je zakończyć w listopadzie br., a budowa ruszy w lutym 2015 r. W październiku 2016 r. chcemy przyjąć pierwszych gości – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Kotłowska, dyrektor relacji inwestorskich Global City Holdings.

W międzyczasie spółka będzie przygotowywać kolejne etapy realizacji przedsięwzięcia.

Efektem pierwszego etapu prac będzie aquapark z składający się z trzech dużych części.

Pierwszą z nich stanowić będzie basen, wyspa tropikalna z odsuwanym dachem. Projektem referencyjnym dla tego aquaparku jest obiekt w miejscowości Erding w Niemczech, największy tego typu basen w Europie – informuje Kotłowska. – Drugą część stanowić będzie strefa zdrowia, spa z różnymi funkcjami, a trzecią część – Centrum Galaxy z systemem zjeżdżalni dla osób, które poszukują bardzo intensywnych wrażeń, ale oczywiście także ze strefą dla dzieci – dodaje przedstawicielka Global City Holdings.

Spółka szacuje, że w pierwszym roku działalności aquapark odwiedzi nawet milion osób. Obiekt będzie otwarty przez cały rok.

Cała inwestycja będzie kosztowała ok. 100 mln euro. Park of Poland powstanie na około 20-hektarowym terenie w pobliżu Mszczonowa.

Coraz więcej Polaków stosuje energooszczędne rozwiązania w swoich mieszkaniach

CEO Magazyn Polska

Wymiana żarówki i AGD na energooszczędne oraz ocieplanie budynków i wymiana okien na bardziej szczelne – to najczęściej podejmowane przez Polaków kroki, by oszczędzać energię w mieszkaniu. Powodem, dla którego decydują się na tego typu zmiany, są przede wszystkim względy finansowe i oszczędności w kosztach eksploatacji.
 
Świadomość Polaków dotycząca energooszczędności rośnie z roku na rok. Najważniejszy pozostaje aspekt finansowy związany z obniżeniem kosztów eksploatacji czy ogrzewania. Jednak ponad połowa zainteresowanych energooszczędnością zauważa także korzyści związane z wygodą, zdrowiem i ekologią.

Polacy są bardzo zainteresowani energooszczędnością i mają coraz większą świadomość dotyczącą wszelkich zagadnień z nią związanych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Siwiński, dyrektor generalny VELUX Polska. – Wyraźnie widzimy, że chcą inwestować w takie rozwiązania. Dotyczy to zarówno nowego budownictwa, jak i renowacji starego. Sądzę, że wpływ na to ma globalna debata o energooszczędności. 

Z badania „Energooszczędność w moim domu” wynika, że dwie trzecie Polaków w ciągu 2012 roku podjęła korki, by zmniejszyć zużycie energii w swoim mieszkaniu – to m.in. wymiana żarówek, AGD, ocieplenie ścian czy wymiana okien. Co piąty ankietowany zadeklarował, że zamierza takie działania podjąć w przyszłości, choć nie wie dokładnie kiedy. Natomiast 12 proc. deklarowało, że ze względów finansowych na razie nie planuje inwestycji w energooszczędność.

Głównym atutem, jaki Polacy dostrzegają w energooszczędności, są korzyści finansowe. Prawie połowa ankietowanych chce oszczędzać energię właśnie z powodu możliwości obniżenia kosztów eksploatacji. Pozostali wymieniali ochronę środowiska naturalnego (22 proc. wskazań), poprawę jakości i komfortu życia (16 proc.) oraz pozytywny wpływ na zdrowie (12 proc.).

Jako producent okien i dostawca energooszczędnych rozwiązań bardzo wyraźnie widzimy ten trend w naszych statystykach i zainteresowaniu klientów naszymi produktami. Wyraźnie w ostatnich latach widzieliśmy, że produkty bardziej energooszczędne, bardziej zaawansowane sprzedają się coraz lepiej i ich udział w naszym portfelu jest coraz większy. Dla mnie jest to też jednoznaczny sygnał, że to zainteresowanie jest i że ono rośnie – mówi Siwiński.

Energooszczędność to zarówno mniejsze koszty eksploatacji, jak i możliwość uzyskania dopłat do kredytów – np. z programu „Dopłaty do kredytów na domy energooszczędne” Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Program, którego budżet wynosi 300 mln zł, jest skierowany do osób fizycznych budujących dom jednorodzinny lub kupujących dom lub mieszkanie od dewelopera. NFOŚiGW szacuje, że budżet pozwoli na realizacje ok. 12 tys. nieruchomości.

Za dom energooszczędny uważa się taki, w którym można uzyskać oszczędności do 80 procent energii i kosztów. Z kolei budynki zeroenergetyczne cechuje zerowe zużycie dostarczanej z zewnątrz energii i brak emisji dwutlenku węgla. Taki budynek konsumuje własną energię, którą pobiera z odnawialnych źródeł energii, np. ze słońca. Coraz częściej mówi się także o budynkach plusenergetycznych, które nie tylko wytwarzają energię na potrzeby własne, lecz także mają nadwyżkę, którą mogą odprowadzać np. do sieci elektrycznej.

Nowe dyrektywy unijne i nowe polskie przepisy zmierzają do tego, że już za kilka lat będziemy mogli budować wyłącznie domy niemal zeroenergetyczne – mówi Jacek Siwiński dyrektor generalny VELUX Polska.

Dyrektywa z 2010 r. w sprawie charakterystyki energetycznej budynków zobowiązuje państwa członkowskie do doprowadzenia do tego, aby od początku 2021 r. wszystkie nowo powstające budynki były obiektami o niemal zerowym zużyciu energii.

Według ogłoszonych 1 stycznia br. wytycznych polskich władz wynikających z konieczności dostosowania się do przepisów unijnych zużycie energii powinno być stopniowo redukowane do 2021 r. Oznacza to, że zużycie energii służącej np. do ogrzewania powinno być mniejsze o 31-38 proc.  Z kolei budynki użyteczności publicznej muszą dokonać zmniejszenia o emisji o ok. 40 proc. już do 2018-2019 r.

Przepisy te wytyczają kierunki działań, natomiast praktyka pokazuje, że technologie i rozwiązania po stronie biznesu już dawno istnieją, a dobre produkty spełniają nie tylko te normy, lecz nawet wychodzą do przodu, spełniając jeszcze bardziej surowe wymagania – zauważa Siwiński.

Hawe doprowadzi światłowody bezpośrednio do domów

Hawe stawia na rozwój sieci FTTH, czyli światłowodów doprowadzonych bezpośrednio do domów. Spółka liczy na rozdzielenie rynku operatorów infrastruktury światłowodowej i dostawców usług. Dla klientów oznacza to większą wolność wyboru oferty m.in. telewizji kablowej czy dostępu do internetu, a dla Hawe – szansę na rozwój jako „operator operatorów”.

Hawe ma dzisiaj 4,5 tys. kilometrów sieci światłowodowej. Można zakładać, że ten wkopany w ziemię kabel będzie służył nam i operatorom, którzy ewentualnie go od nas wydzierżawią czy kupią, między 25 a 30 lat. Co 7-10 lat trzeba zmieniać tylko urządzenia, ale sam kabel to jest 30 lat – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Witoń, prezes zarządu Hawe SA. – Dzisiaj chcemy z sieci szkieletowej i dystrybucyjnej rozbudować naszą część dystrybucyjną i przejść do tego, co jest według mnie najistotniejszą częścią tej strategii, a zatem do budowy FTTH w naszym kraju.

FTTH (fiber to the home) to usługa polegająca na doprowadzeniu połączeń światłowodowych bezpośrednio do użytkowników końcowych. Witoń podkreśla, że rozbudowa tej sieci może następować zarówno w modelu partnerskim, czyli we współpracy z operatorami zainteresowanymi dostawą usług do konkretnych miast, jak i w modelu otwartym. W tym drugim to odbiorca będzie wybierał interesującą go usługę i jej dostawcę.

Dzięki rozwojowi usługi FTTH klienci zyskają większy wybór m.in. telewizji kablowej, dostępu do internetu czy usług telefonicznych. Witoń ocenia, że w ciągu kolejnych lat nastąpi rozdzielenie dostawców infrastruktury światłowodowej i usług, podobnie jak ma to miejsce np. na rynku energii elektrycznej. Dlatego podkreśla, że poza podstawową działalnością Hawe związaną ze sprzedażą i dzierżawą światłowodów operatorom krajowym i zagranicznym, to właśnie FTTH daje duże możliwości.

Uważamy, że w przyszłości rynek telekomunikacyjny powinien się podzielić, podobnie jak energetyka, na dwie podgrupy. U góry będą to operatorzy na platformie Open Service Exchange. Ta platforma będzie podłączona pod takich operatorów jak my, czyli typowych operatorów infrastruktury. Człowiek, który siedzi przed swoim komputerem, będzie patrzył na portfolio tych usług i będzie wybierał to, co według niego, po przetestowaniu, zostanie uznane za ofertę najlepiej odpowiadającą jego potrzeb – przewiduje Witoń.

Dodaje, że dzięki temu klienci zyskają znacznie większą swobodę wyboru. Nie będą ich już bowiem ograniczały oferty operatorów. Witoń prognozuje, że na rynku całkowicie zostaną oddzielone usługi końcowe i infrastruktura. Światłowody w modelu FTTH pozwolą na poprawę statystyk dostępu do internetu w Polsce, co powinno się przełożyć na wzrost konkurencyjności gospodarki.

Według Witonia właśnie dzięki tzw. ostatniej mili cyfrowej, czyli programowi poprawiającemu dostęp użytkowników indywidualnych do sieci szkieletowej, Polska ma szansę dogonić Niemcy czy Francję. Jak wynika ze statystyk Eurostatu, w 2012 r. w Polsce tylko 69 proc. gospodarstw domowych miało dostęp do standardowego internetu szerokopasmowego. Był to najniższy wskaźnik w Unii Europejskiej, w której średnia wyniosła ponad 95 proc. gospodarstw.

Dziś już nie ma takiej możliwości, żebyśmy mogli sobie pozwolić na wyłączenie sieci internetowej. Wszystkie procesy, wszystkie aplikacje, które wspierają nas na co dzień, są niezbędne do dalszego rozwoju. Ta jakość, która jest niezbędna dla przedsiębiorstw i klientów końcowych, będzie się przekładała na konkurencyjność naszej gospodarki – ocenia Witoń.

Dodaje, że rewolucja technologiczna związana z upowszechnieniem dostępu do internetu daje nowe szanse w życiu zawodowym, w służbie zdrowia, administracji i innych obszarach. Pozwala również rozwijać pasje i zainteresowania. Witoń dodaje, że lepszy dostęp do internetu to też wyzwania związane m.in. z kontrolą treści oglądanych przez dzieci i instalacją aplikacji ograniczających im swobodę surfowania.

Zwolenników slow food nie brakuje. Jednak taka żywność wciąż jest droga i trudno dostępna

CEO Magazyn Polska

Ruch slow food zakłada ochronę ginących gatunków roślin i zwierząt oraz niespieszne smakowanie żywności. Jego promocja wymaga dużych nakładów finansowych, a same produkty nie są masowo dostępne, głównie ze względów finansowych. Prawdopodobnie slow food pozostanie więc ruchem niszowym, który będzie wyszukiwał i promował regionalne, oryginalne produkty. Trudno więc spodziewać się, by w jakimkolwiek stopniu zagroził tradycyjnym producentom.

 Rynek slow food jest rynkiem niszowym. Jest to rynek, który wymaga sporych nakładów zarówno promocyjnych, jak i reklamowych dla odbiorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego.

Jego zdaniem jest to główną przeszkodą dla rozwoju produktów slow food w Polsce. Organizacja została założona w 1986 roku we Włoszech jako sprzeciw wobec rozprzestrzeniania się barów fastfoodowych. Przez ponad 25 lat jako organizacja rozprzestrzeniła się na kilkadziesiąt krajów i zrzesza kilkadziesiąt tysięcy członków. Jej główne zadania – ochrona niszowych produktów żywnościowych oraz promowanie wysublimowanych smaków – realizowane są raczej oddolnie.

 Ten rynek rozwija się spokojnie, mamy w Polsce sporo ludzi, którzy zajmują się promocją i wdrażaniem tych produktów, które często są produktami niszowymi – mówi Różański. – Ci ludzie szukają czegoś wykwintnego, doskonałego, często zapomnianego, jak np. gęś, która w Polsce jest rzadko jadana.

Polskie smaki, które chroni i promuje organizacja, to na przykład góralskie oscypki czy czerwona krowa, której stado znajduje się pod opieką ojców cystersów ze Szczyrzyca. W innych krajach pod jej opieką są ziemniaki andyjskie rosnące w Peru, śliwki slatko z Bośni czy ser z mleka jaków z Tybetu. W większości przypadków są to produkty trudno dostępne, przez co bardzo drogie. I to sprawia, że ruch rozwija się bardzo powoli – ocenia prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego.

 Nie każdego stać na to, żeby pozwolić sobie na zakup bardzo drogich, wykwintnych produktów – mówi Różański.

Jak dodaje – dzisiaj też trudno o takie osoby, które – nawet jeśli je na to stać – mogą sobie pozwolić na przeznaczenie tak dużej ilości czasu na przygotowywanie i smakowanie oryginalnych produktów.

 Oczywiście ten rynek jest otwarty na gusta i trzeba go w pewnym sensie zabezpieczać. Ale tak naprawdę dzisiaj w takiej pogoni, przy szybkim systemie pracy, kiedy mamy coraz mniej czasu na to, żeby się zajmować poszukiwaniem wykwintnych dóbr kulinarnych, trudno jest wróżyć temu systemowi żywienia sukces – twierdzi Różański.

Spada sprzedaż motocykli. Trend ma odwróć nowe prawo o kierujących pojazdami

CEO Magazyn Polska

Nowelizacja przepisów, która umożliwi osobom mającym prawo jazdy na samochód osobowy prowadzenie motocykli o pojemności silnika do 125 cm3, może przyczynić się do wzrostu sprzedaży jednośladów. Specjaliści upatrują w niej szansy na ożywienie polskiego rynku motoryzacyjnego, który nie radzi sobie najlepiej. W maju zarejestrowano w kraju niecałe 6,4 tys. nowych jednośladów. To o 30 proc. mniej niż przed rokiem.

Liczba rejestrowanych w Polsce jednośladów i ich sprzedaż od kilku lat spada. W ubiegłym roku na naszych ulicach pojawiło się o 12 proc. mniej jednośladów niż rok wcześniej, a sprzedawcy nowych motocykli odnotowali wyniki słabsze o ponad 17 proc. Pierwszy kwartał tego roku był całkiem dobry, ale już miesiące wiosenne – kiedy sprzedaż powinna znacząco się zwiększyć – przyniosły rozczarowanie. W maju zarejestrowano 30 proc. mniej jednośladów niż w maju 2013 roku. Spadek dotyczył zarówno motocykli (11,8 proc.), jak i motorowerów (ok. 33 proc.). Od stycznia do maja liczba rejestracji wyniosła 22 481 sztuk i była o 8,1 proc. niższa niż rok temu.

– Nowelizacja prawa o ruchu drogowym powinna spowodować wzrost sprzedaży motocykli najbardziej praktycznej klasy, czyli tej o mniejszych pojemnościach silnika – uważa Lech Potyński, redaktor naczelny „Świata Motocykli”. – Pojazdy klasy 125 cm3 są dobrą alternatywą dla ludzi, którym zależy przede wszystkim na szybkim i sprawnym przemieszczaniu się po mieście. Motorowery dla takich osób wydają się często zbyt małe, a motocykle turystyczne czy cruisery z kolei zbyt drogie i za duże. Niewielkie jednoślady są w takim przypadku idealnym wyborem i w całej Europie świetnie się sprawdzają.

W piątek 6 czerwca zmiany w ustawie o kierujących pojazdami przyjęli senatorowie. Przyjęto poprawkę, zgodnie z którą kierowcy z prawem jazdy kat. B (czyli na samochód osobowy) będą mogli jeździć wszystkimi motocyklami o pojemności silnika do 125 cm3. Nowe zasady mają dotyczyć osób, które mają prawo jazdy przez minimum trzy lata. Nowelizację musi jeszcze zatwierdzić Sejm, a potem trafi na biurko prezydenta.

Branża motoryzacyjna w nowych przepisach upatruje szansy na wzrost rynku i przyciągnięcie nowych klientów. Obecnie największą popularnością kupujących cieszą się pojazdy wyższej klasy o dużych pojemnościach.

– To dość nietypowa sytuacja, charakterystyczna dla naszego kraju – mówi Lech Potyński. – Wynika trochę ze słabości naszej klasy średniej. Motocykle kupują u nas przede wszystkim ludzie najzamożniejsi, którzy wybierają drogie maszyny głównie do celów rekreacyjnych, oraz biedniejsi, których nie stać na samochód i którzy wybierają pojazdy z najniższej półki. Tymczasem, w większości krajów motocykl to wybór ludzi klasy średniej, którzy potrzebują pojazdu umożliwiającego szybkie i bezproblemowe dotarcie do pracy.

Zdaniem specjalistów kultura motocyklowa, rozpowszechniona w krajach zachodniej i południowej Europy, będzie jednak powoli rozwijać się także w Polsce. Mimo mniej sprzyjających warunków pogodowych.

– W kraju zarejestrowanych jest ponad milion jednośladów i pomimo obecnej zadyszki rynku, wciąż ich przybywa – mówi Lech Potyński. – Co prawda sporo tych pojazdów to motocykle używane, importowane we własnym zakresie, myślę jednak, że ta tendencja będzie się powoli zmieniać. Jednoślady są obecnie najekonomiczniejszym i najszybszym środkiem transportu, szczególnie w mieście. Ich popularność będzie więc wzrastać, podobnie jak udział w rynku nowych pojazdów. A ewentualna nowelizacja przepisów powinna w tym dodatkowo pomóc.

Z analizy Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego (na podstawie danych Centralnej Ewidencji Pojazdów) wynika, że od początku roku sprowadzono do Polski 26 220 sztuk używanych jednośladów. To nieco ponad 5 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

W Polsce brakuje informatyków. Firmy sięgają po specjalistów ze Wschodu

Zapotrzebowanie na specjalistów z branży IT rośnie w takim tempie, że pracodawcy mają problem ze znalezieniem odpowiednio wykwalifikowanej kadry. W całej UE już brakuje do pracy 274 tys. informatyków, a za sześć lat liczba ta może wzrosnąć do miliona. W Polsce problem ten dotyka m.in. Wrocław i okolice, bo wiele firm polskich i zagranicznych zdecydowało o lokalizacji tam swoich centrów badawczo-rozwojowych czy call center. Część pracodawców sięga po specjalistów z zagranicy lub oferuje pracę zdalną.

Zapotrzebowanie na informatyków jest ogromne. W zasadzie w każdym najprostszym nawet urządzeniu mamy elektronikę i procesor, który trzeba oprogramowaćmówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Szawlis, prezes zarządu InsERT SA, firmy działającej na rynku oprogramowania dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Komisja Europejska w raporcie „E-skills for job in Europe” wskazała, że popyt na pracowników branży teleinformatycznej rośnie 4 proc. rocznie, przewyższając podaż. Dziś na rynku pracy w UE brakuje blisko 275 tys. pracowników z umiejętnościami cyfrowymi. Urzędnicy szacują, że w przyszłym roku wolnych stanowisk będzie ponad 500 tys., a w 2020 roku ta liczba może wzrosnąć do miliona. Brak pracowników jest najbardziej odczuwalny w Wielkiej Brytanii, Niemczech i we Włoszech. Również pracodawcy w Polsce mają z tym duży problem. Szczególnie dotkliwy jest on dla przedsiębiorców działających we Wrocławiu i okolicach, mimo że tutejsze uczelnie mocno stawiają na kierunki związane z IT. Powodem jest to, że wiele zagranicznych firm wybiera Dolny Śląsk na siedzibę swoich oddziałów i centrów call center czy badawczo-rozwojowych.

We Wrocławiu bardzo trudno znaleźć pracowników IT i dlatego często szukamy ich za granicą, zwłaszcza wschodnią. Tu pojawia się jednak problem językowy, gdyż trudno jest Ukraińcowi wytłumaczyć np. co to jest amortyzacja środków trwałych. Myślę, że przepływ informatyków będzie następował, naszym problemem będzie to, jak sobie radzić z tymi barierami językowymi – zauważa Szawlis.

Poza importem specjalistów z innych krajów rozwiązaniem może być praca zdalna, niewymagająca obecności pracowników w biurze. Jednak w praktyce nie zawsze pomysł ten się sprawdza.

Część zadań na pewno można już wykonywać z domu, jednak bezpośredni kontakt jest bardzo potrzebny. Programiści także muszą się spotykać i mieć ze sobą kontakt, aby współpracować – mówi Szawlis.

Niedobór informatyków jest problemem ogólnoświatowym. Według raportu Manpower Group „Niedobór talentów” opublikowanego w 2013 r., pracownicy działów IT są wśród dziesięciu najbardziej dotkniętych niedoborem talentów zawodów zarówno w skali świata, jak i w rejonie EMEA obejmującym Europę,  Bliski Wschód i Afrykę. Podobnie jest w Polsce, gdzie pracownicy IT znajdują się na ósmym miejscu wśród zawodów, w których najbardziej brakuje pracowników. W czołówce tych profesji w naszym kraju znajdują się wykwalifikowani pracownicy fizyczni, inżynierowie, technicy, przedstawiciele handlowi i kierowcy.

InsERT SA dostarcza oprogramowanie dla małych i średnich firm. Jak podkreśla prezes firmy, to rynek lokalny, na którym ciężko zaistnieć za granicą.

Ten rynek jest specyficzny. Nie znam przypadku, przynajmniej w Europie, gdy firma z jednego państwa lokalizuje swój produkt w innym państwie i osiąga znaczący sukces – mówi Szawlis. – Rynki są tutaj lokalne. Nawet jeśli jakiś wielki koncern wykupuje małą firmę, to produkty są tworzone lokalnie. Dlatego w tej niszy rynkowej, w której się poruszamy, nie ma czegoś takiego jak produkty zagraniczne w Polsce lub polskie za granicą.

Trwała utrata wartości inwestycji długoterminowych

Inwestycje to przede wszystkim aktywa finansowe, nieruchomości oraz wartości niematerialne i prawne, które służą osiągnięciu korzyści ekonomicznych przez jednostkę. W jakich sytuacjach zachodzi trwała utrata ich wartości i jak należy dokonać odpisu aktualizującego podpowiada Monika Borczyńska, Junior Manager w Dziale Audytu Baker Tilly Poland.

Wartość nieruchomości inwestycyjnych można określić stosując, tak jak w wypadku środków trwałych, wycenę według cen nabycia lub kosztów wytworzenia, pomniejszoną o odpisy amortyzacyjne lub umorzeniowe oraz o odpisy z tytułu trwałej utraty wartości. Alternatywą jest wycena według ceny rynkowej bądź inaczej określonej wartości godziwej. Decyzja co do metody wyceny należy do właściciela aktywów.

Spośród nieco innych metod wybierać można w przypadku udziałów zaliczanych do inwestycji długoterminowych. Jednostka może wyceniać je według ceny nabycia pomniejszonej o odpisy z tytułu trwałej utraty wartości, według wartości godziwej albo skorygowanej ceny nabycia.

Po co aktualizacja wartości inwestycji?
Aktualizacja do realnej wysokości wartości bilansowej inwestycji służy zapewnieniu rzetelnego i wiernego obrazu jednostki oraz wyniku finansowego prezentowanego w księgach rachunkowych i w sprawozdaniu finansowym. Chroni również przed wykazywaniem w bilansie inwestycji w zawyżonej wartości. Związana z aktualizacją konieczność weryfikowania zdolności aktywów do przynoszenia jednostce w przyszłości korzyści ekonomicznych, uzasadnia stosowanie przez jednostki rozwiązań i wskazówek opisanych w Krajowym Standardzie Rachunkowości numer 2 „Utrata wartości aktywów”.

Należy przede wszystkim pamiętać, że określenie wartości składników aktywów powinno następować z zachowaniem zasady ostrożności. Nakazuje ona aktualizację wyceny aktywów wykazywanej w księgach rachunkowych i sprawozdaniu finansowym, do wartości możliwej do odzyskania. Szczególnie, jeśli jest ona niższa od wykazywanej w dniu bilansowym wyceny danego składnika. Oznacza to konieczność uwzględniania przesłanek, które mogłyby mieć wpływ na trwałą utratę wartości aktywów.

Kiedy utrata jest trwała
Trwała utrata wartości zachodzi, gdy istnieje duże prawdopodobieństwo, że kontrolowana przez jednostkę inwestycja nie przyniesie w przyszłości (w znaczącej części lub w całości) przewidywanych korzyści ekonomicznych. Taki stan rzeczy uzasadnia dokonanie odpisu aktualizującego doprowadzającego wartość składnika inwestycji wynikającą z ksiąg rachunkowych do ceny sprzedaży netto, a w przypadku jej braku – do ustalonej w inny sposób wartości godziwej.

Za cenę sprzedaży netto składnika inwestycji przyjmuje się możliwą do uzyskania na dzień bilansowy cenę jego sprzedaży, bez podatku od towarów i usług, pomniejszoną o rabaty, opusty i inne podobne zmniejszenia oraz koszty związane z przystosowaniem składnika aktywów do sprzedaży i dokonaniem tej sprzedaży.

Uwaga: Jeżeli nie jest możliwe ustalenie ceny sprzedaży netto danego składnika aktywów, należy w inny sposób określić jego wartość godziwą na dzień bilansowy.

Pamiętajmy, że za wartość godziwą przyjmuje się kwotę, za jaką dany składnik aktywów mógłby zostać wymieniony, a zobowiązanie uregulowane na warunkach transakcji rynkowej pomiędzy zainteresowanymi i dobrze poinformowanymi, niepowiązanymi ze sobą stronami.

Odpis z tytułu trwałej utraty nieruchomości inwestycyjnych ujmujemy w korespondencji z pozostałymi kosztami operacyjnymi. Odpisu z tytułu trwałej utraty wartości aktywów finansowych dokonujemy natomiast w korespondencji z kosztami finansowymi.

W kolejnych okresach sprawozdawczych, po przeprowadzeniu procedury aktualizacji wyceny inwestycji, zasadne może okazać się podwyższenie lub odwrócenie odpisu aktualizującego wycenę aktywów dokonanego uprzednio w toku wyceny bilansowej. Każdorazowe przeprowadzenie procedury aktualizacji wyceny inwestycji i odwrócenie odpisu aktualizującego ich wycenę, w tym przeprowadzonych ocen, szacunków i obliczeń, wymaga odpowiedniego udokumentowania w księgach rachunkowych oraz ujawnienia danych dotyczących utraty wartości aktywów.

Odwrócenia częściowego lub całkowitego odpisu z tytułu trwałej utraty nieruchomości inwestycyjnych dokonujemy w korespondencji z pozostałymi przychodami operacyjnymi. Jeżeli dochodzi do odwrócenia odpisu z tytułu trwałej utraty wartości aktywów finansowych, ujmujemy je w korespondencji z przychodami finansowymi.