Fundusze unijne za lata 2007–2013 rozpędziły polską gospodarkę. Taki wynik może już się jednak nie powtórzyć

CEO Magazyn Polska

W poprzedniej perspektywie finansowej UE polska gospodarka rosła dzięki polityce spójności o 1 pkt proc. szybciej. Powstało wtedy blisko 350 tys. nowych miejsc pracy i ponad 1300 km autostrad i dróg ekspresowych – wynika z analiz wykonanych na zlecenie Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju. Ekonomiści zwracają jednak uwagę, że o ile udało się w krótkim okresie poprawić statystyki makroekonomiczne, to zbyt mało środków zainwestowano w poprawę konkurencyjności i innowacyjności.

Od 2004 do 2013 roku poziom dochodu na mieszkańca w Polsce odniesiony do średniej unijnej zwiększył się z 50 proc. do 67 proc. To jest potężny skok rozwojowy i skorzystaliśmy na nim wszyscy. Natomiast wśród branż, które skorzystały najbardziej z pewnością trzeba wymienić infrastrukturę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Borowski, główny ekonomista Crédit Agricole.

Z danych Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju wynika, że dzięki funduszom europejskim w latach 2007–2013 powstało lub zostało zmodernizowanych 11,016 tys. km dróg, w tym 1,355 tys. km autostrad i dróg ekspresowych. Ponadto wybudowano lub gruntownie zmodernizowano 1653 km linii kolejowych. W tym samym okresie dzięki współfinansowaniu ze środków UE powstało także 420 oczyszczalni ścieków i zrealizowano 528 inwestycji w zakresie odnawialnych źródeł energii.

To był czynnik, który znacząco przyspieszył wzrost gospodarczy w Polsce, ale przede wszystkim poprawił jakość istniejącej infrastruktury i zwiększył jej zasób. Z lepszej infrastruktury korzystamy wszyscy, nie tylko gospodarstwa domowe, ale i firmy. Dzięki niej mamy wyższą wydajność w skali całej gospodarki. Można zatem powiedzieć, że cała gospodarka na niej skorzystała – uważa Borowski. 

Według analiz wykonanych dla MIR, polityka spójności wpłynęła pozytywnie na tempo wzrostu gospodarczego w okresie od 2007 r. W 2012 r. według modelu Hermin, wzrost PKB dzięki wykorzystaniu funduszy unijnych był o 0,8 pkt proc. wyższy w porównaniu do scenariusza braku polityki spójności. Według modelu opracowanego przez Instytut Badań Strukturalnych, w 2012 r. dzięki środkom europejskim gospodarka rozwijała się szybciej o 1,1 pkt proc. Dzięki przyspieszeniu wzrostu gospodarczego w całym okresie od 2007 r. poziom PKB w 2012 r. był wyższy o 6,2 proc. (model EUImpactMod), a według modelu Hermin – nawet o 16,1 proc. w porównaniu do hipotetycznej sytuacji, gdyby gospodarka nie była zasilana funduszami UE. Autorzy opracowania na stronie MIR piszą jednak, że zasadnicza część tego wzrostu to tzw. efekt popytowy, z czym zgadza się Jakub Borowski.

– To jest potężna korzyść, potężne przyspieszenie wzrostu, dzięki programom wsparcia dla polskiej gospodarki. Natomiast te środki tylko w pewnym stopniu, w mniejszym, niż tego oczekiwaliśmy, przyczyniają się do zwiększenia konkurencyjności polskiej gospodarki. Innymi słowy, te środki były w znacznym stopniu przepalane w ramach pierwszej unijnej perspektywy finansowej – twierdzi główny ekonomista Crédit Agricole. 

Efekt popytowy wydatkowania środków unijnych polega na tym, że w krótkim okresie w związku z inwestycjami rosną wydatki firm i konsumentów oraz zatrudnienie w gospodarce. Po upływie czasu impuls popytowy zanika, dlatego ważniejsze jest, aby inwestycje współfinansowane przez UE generowały efekt podażowy, który trwale zwiększa dobrobyt. W skrócie, wymaga to takiego wyboru inwestycji, dzięki którym będzie rosła produktywność pracy i aktywów, jakie posiadają przedsiębiorstwa.

To jest dzisiaj podstawowe wyzwanie: w jaki sposób wydać tę potężną pulę środków unijnych, aby uczynić polską gospodarkę bardziej innowacyjną, aby nie kreować tylko dodatkowego popytu w gospodarce, ale żeby stworzyć też trochę podaży. Czyli stworzyć takie firmy, innowacje, techniki produkcji i produkty, które sprawią, że polska gospodarka będzie mocniejsza i bardziej widoczna na rynkach eksportowych – uważa Borowski.

Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju podaje, że z perspektywy finansowej 2007–2013 skorzystało ponad 28 tys. firm oraz 258 instytucji otoczenia biznesu. Wraz z wydatkami na infrastrukturę i politykę rynku pracy pozwoliło stworzyć około 350 tys. nowych miejsc pracy. Nie oznacza to jednak automatycznie tego, że gospodarka skorzystała na wszystkich ze stworzonych miejsc pracy czy dofinansowanych firmach. Rentowność wielu z unijnych projektów – a także sztucznie stworzonych miejsc pracy – będzie dopiero zweryfikowana przez rynek, czyli przez konsumentów i przedsiębiorców.

– Chodzi o to, aby środki trafiały do tych, którzy potrafią zamienić je na innowacje, na jakiś nowy produkt, na nową technikę produkcji, która popchnie polską gospodarkę do przodu, uczyni ją bardziej konkurencyjną. Znane są anegdoty na przykład taksówkarzy, którzy brali udział w kursach finansowanych ze środków unijnych, które miały podnosić ich znajomość języków obcych. Generalnie skuteczność takich kursów jest niska, jeżeli ta wiedza nie jest weryfikowana i ugruntowywana. To jest ciemny punkt i jednocześnie główne wyzwanie dla Polski dzisiaj – twierdzi Jakub Borowski.

Duże firmy coraz częściej odchodzą od tradycyjnych rozmów kwalifikacyjnych

CEO Magazyn Polska

Podczas rozmów kwalifikacyjnych pracodawcy oprócz sprawdzania kompetencji potencjalnego pracownika, coraz częściej badają także jego odporność na stres, zdolności analityczne oraz kreatywność. W ramach procesu rekrutacyjnego kandydat może zostać poproszony o opowiedzenie dowcipu lub zapytany o podejście do zdrady partnera. Nietypowe rekrutacje pomagają budować pozytywny wizerunek firmy jako pracodawcy.

Rekruterzy prześcigają się w wymyślaniu nietypowych pytań, które mają na celu zbadanie nie tyle kompetencji rozmówcy, ile jego kreatywności lub zdolności radzenia sobie ze stresem.

Wszystkie pytania rekrutacyjne, które potem wyciekają do opinii publicznej, mają za zadanie budować wizerunek pracodawcy, tworzyć employer branding danego przedsiębiorstwa. Z nietypowych pytań rekrutacyjnych słyną firmy, które cieszą się dobrą opinią pracowników, czyli Google czy Facebook. Inne firmy starają się naśladować te trendy, również w Polsce pojawiają się nietypowe pytania podczas procesu rekrutacyjnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Łukasz Śrama z HR24, firmy zajmującej się doradztwem personalnym i zawodowym.

Podczas rozmowy kwalifikacyjnej pracodawca może zapytać, ile piłek mieści się w autobusie albo ile złotówek potrzeba, by zbudować wieżę wysokości Pałacu Kultury. Abstrakcyjne zagadnienie ma na celu ocenę zdolności kandydata do analitycznego myślenia. Zdarza się również, że pracodawca zada rozmówcy niedyskretne pytanie na temat jego życia prywatnego.

Przykład dziwnego pytania, na które ciężko odpowiedzieć: „jak myślisz, ile razy zdradziła cię twoja żona?”. Badamy, jak kandydat zachowuje się pod wpływem stresujących bodźców. Podczas rozmów kwalifikacyjnych kandydat może zostać też poproszony o opowiedzenie dowcipu. Wtedy też często pojawia się wahanie, niepewność, jak wybrnąć z takiej sytuacji, kiedy nic nie przychodzi do głowy – mówi Łukasz Śrama.

Eksperci przekonują, że w sytuacji, kiedy podczas rozmowy kwalifikacyjnej padnie krępujące pytanie, najważniejsze jest zachować spokój i spróbować na nie odpowiedzieć.

PKO Bank Polski – dywidenda za 2013 rok

Zarząd PKO Banku Polskiego zaproponował podział zysku za 2013 rok, w tym wypłatę dywidendy w wysokości 937,5 mln zł, czyli 0,75 zł z brutto na jedną akcję. Spójna z polityką dywidendową banku rekomendacja zapewnia zachowanie miar adekwatności kapitałowej na bezpiecznym poziomie oraz dalszy rozwój instytucji. Po zaopiniowaniu przez Radę Nadzorczą decyzje podejmie Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy.

Zarząd proponuje przeznaczyć na dywidendę 31,65 proc. zysku netto do podziału za 2013 r. z uwzględnieniem stosownych zasad rachunkowości. Polityka dywidendowa PKO Banku Polskiego, zaktualizowana w 2012 roku, zakłada stabilne realizowanie wypłat dywidend w długim terminie z zachowaniem zasady ostrożnego zarządzania instytucją i stosownie do możliwości finansowych Grupy Kapitałowej. Jest zgodna z rekomendacją UKNF odnoszącą się do wzmocnienia baz kapitałowych banków.

– PKO Bank Polski prowadzi stabilną politykę dywidendową przy jednoczesnym dynamicznym rozwoju skali działalności, realizowanym poprzez wzrost organiczny oraz fuzje i alianse strategiczne. Siła kapitałowa Banku pozwala nam na regularne dzielenie się zyskiem z akcjonariuszami – podkreśla Zbigniew Jagiełło, Prezes Zarządu PKO Banku Polskiego.

Wypłata dywidendy w rekomendowanej wysokości zapewni utrzymanie wskaźnika adekwatności kapitałowej powyżej 12 proc. oraz wskaźnika Tier 1 powyżej 9 proc. z zachowaniem niezbędnego bufora kapitałowego, co pozwoli utrzymać dobrą sytuację kapitałową i płynnościową Banku oraz zapewni rozwój działalności kredytowej.

Proponowanym terminem ustalenia prawa do dywidendy jest 18 września 2014 roku, zaś wypłaty dywidendy 3 października tego roku.

Deklaracja jest zgodna z ogólnymi rekomendacjami KNF skierowanymi do prezesów banków odnośnie wypłaty dywidendy z zysku za 2013 rok.

PKO Bank Polski, jako jedyny przedstawiciel sektora na GPW, dokonywał wypłat dywidendy w każdym roku od momentu debiutu w 2004 roku, co świadczy o silnych fundamentach i wysokich wynikach finansowych. W ubiegłym roku przy wypłacie z zysku netto za rok 2012 stopa dywidendy (na dzień dywidendy) wyniosła 4,9 proc.

Czas zmian, reorganizacje, nowy właściciel i nowe porządki w firmie

Gdy firmę przejmuje nowy właściciel, dotychczasowi pracownicy obawiają się zaprowadzenia nowych porządków. Zwłaszcza, gdy towarzyszą im duże zmiany organizacyjne, likwidacja działów, zwolnienia oraz renegocjacje umów. Czy także ciężarna pracownica w okresie ochronnym powinna obawiać się pogorszenia warunków pracy i płacy a nawet zwolnienia? Wątpliwości wyjaśnia ekspert, Marta Kosakowska, aplikant adwokacki w TGC Corporate Lawyers.

Zgodnie z art. 231 kodeksu pracy, jeśli dochodzi do przejścia zakładu w ręce innego pracodawcy, to ten staje się stroną w dotychczasowym stosunku pracy, jaki łączył zatrudnionych z poprzednim pracodawcą.

Jeśli więc ciężarna pracownica wcześniej zatrudniona została w oparciu o umowę o pracę na czas nieokreślony, zgodnie z art. 177 § 1 k.p. , obecny pracodawca nie może wypowiedzieć ani rozwiązać z nią umowy o pracę, zarówno w okresie ciąży, jak i podczas urlopu macierzyńskiego, chyba że zachodzą przyczyny uzasadniające rozwiązanie stosunku pracy bez wypowiedzenia (czyli zastosowanie zwolnienia dyscyplinarnego).

Rozwiązanie angażu zatrudnionej spodziewającej się dziecka może nastąpić jedynie w sytuacji likwidacji zakładu bądź ogłoszenia upadłości.

Również w sytuacji, gdy pracodawca zdecydowałby się dokonać w spółce zwolnień grupowych, nie ma powodu do zmartwienia. Zgodnie bowiem z art. 5 ust 5 ustawy z dnia 13 marca 2003 r. o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników, w okresie objęcia szczególną ochroną przed wypowiedzeniem lub rozwiązaniem stosunku pracy (czyli w okresie ciąży i urlopu macierzyńskiego), pracodawca może jedynie wypowiedzieć dotychczasowe warunki pracy i płacy. Ewentualne zastosowanie wypowiedzenia zmieniającego, na skutek którego zmniejszy się otrzymywane wynagrodzenie, spowoduje, iż do końca okresu szczególnej ochrony, pracownica będzie otrzymywała dodatek wyrównawczy.

Finansowa majówka, czyli dlaczego warto wysłać nasze nawyki i bariery na długi weekend

Odłożyć czy wydać? Takie pytanie zadajemy sobie niemal każdego dnia, zanim sięgniemy po portfel. Zazwyczaj nie ma wyjścia – życie kosztuje. Jednak mniejsze sumy moglibyśmy bez problemu odłożyć. „Moglibyśmy”, ale tego nie robimy.

Dlaczego?
Badania pokazują, że odsetek osób, które chcą lub uważają, że powinno się oszczędzać, od lat utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie. – Wynika to z normy społecznej oraz faktu, że ludzie, którzy oszczędzają, są postrzegani jako rozsądni i racjonalni – wyjaśnia prof. Tomasz Zaleśkiewicz ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. W rzeczywistości nasze zachowania znacząco odbiegają od deklaracji. Jedynie niewielki odsetek Polaków oszczędza, a jeszcze mniejszy robi to regularnie.

Uzasadnienie jest zazwyczaj podobne: „nie mam z czego”. Jednak bardzo często, wbrew powszechnemu przekonaniu, to nie wysokość zarobków blokuje nas przed oszczędzaniem. Psychologowie zajmujący się problematyką naszych zachowań finansowych wskazują, że taka postawa może mieć również inne podłoże.

– Wraz ze wzrostem zasobności rośnie poziom aspiracji. Z psychologicznego punktu widzenia nie jest więc oczywiste, że jeśli ludzie mają więcej pieniędzy, to będą więcej odkładać – twierdzi prof. Tomasz Zaleśkiewicz.

Sytuację tę komplikuje fakt, że oszczędzanie jest całkowicie sprzeczne z naturą człowieka. – Jest ono dla nas czymś nienaturalnym, wręcz nieprzyjemnym. Nie lubimy odraczać gratyfikacji. Bezpieczniej jest konsumować niż odkładać coś na przyszłość, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy – tłumaczy.

Odległy cel utrudnia mobilizację
Odkładanie pieniędzy jest dla nas tym trudniejsze, im bardziej odległy cel obierzemy. – Trudno jest zmusić ludzi, żeby uruchomili w umyśle długoterminową perspektywę i już teraz zaczęli oszczędzać na coś, co wydarzy się np. za trzydzieści lat, np. na emeryturę – mówi prof. Zaleśkiewicz.

Dodatkową przeszkodę stanowi fakt, że w Polsce nie ma tradycji samodzielnego oszczędzania na przyszłość, a ze słowem „emerytura” nierozerwalnie wiąże się hasło „ZUS”. – „Zdejmuje” to z ludzi myślenie w kategoriach, że sami muszą wykonać wysiłek i wziąć odpowiedzialność za to, co wydarzy się gdy już będą musieli przejść na emeryturę – ocenia prof. Zaleśkiewicz. – A wytworzenie pewnych norm, nawyków jest szalenie trudne. Czasami wymaga to nawet kilku pokoleń – dodaje.

Finansowy żargon i postrzeganie ryzyka
Przed skorzystaniem z dostępnych na rynku narzędzi ułatwiających odkładanie i pomnażanie pieniędzy wielu z nas powstrzymuje też stosunkowo hermetyczny język, jakim posługują się przedstawiciele instytucji finansowych. Sprawia on, że ludziom bardzo trudno jest zrozumieć mechanizm działania produktu, tym bardziej na tle skomplikowanych procesów zachodzących na rynku finansowym.

Zdaniem Tomasza Zaleśkiewicza uproszczenie języka finansowego i posługiwanie się pojęciami lepiej obrazującymi działanie produktów finansowych, ekonomii i współzależności, jakie między nimi zachodzą, pomogłoby podejmować ludziom bardziej sensowne i rozsądne decyzje.

Barierą w korzystaniu z różnorodnych produktów finansowych jest też sposób w jaki ludzie postrzegają ryzyko inwestycyjne. Jak twierdzi badacz, nie ma to nic wspólnego z metodami oceny ryzyka stosowanymi przez profesjonalne instytucje finansowe. – Ludzie „mierzą” ryzyko zupełnie innymi kategoriami, np. czy mają nad czymś kontrolę lub czy coś znają. To, co jest ludziom znane, automatycznie wydaje im się bardziej bezpiecznie, nawet jeśli nie ma to nic wspólnego z danymi rzeczywistymi, obiektywnymi” – tłumaczy.

Zdaniem Piotra Minkiny z Union Investment TFI, to zapewne jeden z powodów, dla którego lokaty bankowe są tak bliskie Polakom, podczas gdy istnieją inne produkty, które charakteryzują się zbliżonym poziomem ryzyka, a często przynoszą zauważalnie wyższe zyski.

Warto też mieć świadomość, że aby efektywnie odkładać pieniądze, powinniśmy zmienić sposób myślenia. Nie traktujmy oszczędzania i pomnażania środków w kategoriach straconej szansy czy odmówienia sobie przyjemności. Lepiej pomyślmy, co zyskujemy – możliwość zrealizowania większego celu, marzenia lub stabilność finansową.
Mity związane z pomnażaniem kapitału

Przyjrzyjmy się także największym mitom, które narosły wokół pomnażania kapitału lub mówiąc bardziej fachowo – „inwestowania”.

Mit 1 – Inwestowanie jest dla ekspertów
Nieprawda. Podobnie jak w przypadku innych usług, nie musimy się na nich profesjonalnie znać, aby z satysfakcją z nich korzystać. Wystarczy wybrać rzetelną, przejrzystą i nadzorowaną przez KNF firmę inwestycyjną, która może się pochwalić dobrymi, wieloletnimi wynikami i stabilną kadrą. To jej specjaliści będą naszymi ekspertami od zarządzania pieniędzmi. My tylko zdecydujemy, na jak długo i w jaki sposób będą pomnażane nasze oszczędności.

Mit 2 – Inwestowanie jest czasochłonne
Nieprawda. Kluczowe jest zmobilizowanie się i zrobienie pierwszego kroku. Po wyborze konkretnego produktu, co można zrobić także w banku, wystarczy ustawić stałe zlecenie przelewu z konta. Nasz kapitał cały czas będzie „pracował” a my nawet tego nie odczujemy.

Mit 3 – Inwestowanie jest drogie
Kolejny mit. Aby zacząć pomnażać kapitał wystarczy 100 lub 200 zł miesięcznie. Nie obciąży to naszego domowego budżetu. Ważna jest systematyczność.

– Jeśli uświadomimy sobie pewne psychologiczne mechanizmy wpływające na nasze zachowanie, możemy wiele zyskać. Co więcej, przy odpowiedniej taktyce uda nam się nie tylko odłożyć satysfakcjonującą sumę pieniędzy, ale co ważniejsze – zrobić to bez wielkich wyrzeczeń i zaciskania pasa – mówi Piotr Minkina z Union Investment TFI.
Może zatem warto wykorzystać wolny czas, by określić swoje cele, ze spokojem przeanalizować wydatki? Może jesteśmy w stanie wyrobić sobie pewne pozytywne nawyki, które z czasem zaprocentują?

Cel, który eliminuje straty czasu. Materiał ekspercki

Każdego dnia wykonujemy dziesiątki, a niekiedy nawet setki różnych czynności. Niezależnie od natłoku obowiązków warto jednak w pewnym momencie zwolnić i zastanowić się, jaki cel mają te podejmowane przez nas działania. Jak się bowiem okazuje, wiele niepotrzebnych zadań wykonujemy mechanicznie i bezrefleksyjnie, marnując w ten sposób codziennie mnóstwo czasu.

Większość ludzi marzy o tym, by ich każdy kolejny dzień obfitował w szereg nowych wyzwań, doświadczeń, wrażeń czy decyzji. Proza życia często sprowadza nas jednak na utarte ścieżki, na których czyhają wciąż te same, powtarzalne czynności i zachowania.

Nad tym, jak się z tego wyrwać, przynajmniej raz na jakiś czas zastanawiają się niemal wszyscy: przedsiębiorcy i pracownicy, doświadczeni i nowicjusze, specjaliści i stażyści. Prędzej czy później dochodzą oni do zatrważającego wniosku: na działania zupełnie nieistotne tracimy zbyt dużo czasu!

Co zatem należy w sobie zmienić, by zyskać pewność, że za 10 lat nie będziemy wciąż w tym samym miejscu?

Bez celu tracisz czas

– Najlepszym sposobem, by zagwarantować sobie stały rozwój, a jednocześnie uniknąć wrażenia marnowania czasu, jest określanie długofalowych celów. Żyjąc „tu i teraz” narażamy się bowiem na to, że przez cały czas pracować będziemy na sukcesy innych osób, wg ich życzeń, a nie naszych – wyjaśnia Grzegorz Frątczak, ekspert zarządzania czasem.

Co więcej, działając bez wizji możemy w pewnym momencie złapać się na tym, że wykonujemy niemalże wszystko, co nam zlecono, nie zastanawiając się przy tym, jak wpłynie to na nasze dalsze losy.

Tak naprawdę to tylko od nas zależy więc, jaki skutek będą miały wspomniane setki czynności, których podejmujemy się każdego dnia: czy przybliżą nas do zaplanowanego efektu, czy też sprawią, że zmarnujemy czas kręcąc się w kółko.

Cel pozwala uniknąć bólu głowy

Wyznaczony przez nas cel pozwoli nadać sens wielu pomniejszym zadaniom. Taki sposób funkcjonowania sprawdzi się jednak również w dużo bardziej prozaicznych sytuacjach z życia codziennego.

Wyobraźmy sobie, że nasz znajomy proponuje nam wyjście do teatru na ostatnią sztukę prezentowaną w jakimś konkretnym terminie. Jednocześnie w tym samym czasie zaplanowano transmisję meczu piłki nożnej najlepszych drużyn Europy.
¬
– Staniemy w tym momencie przed nie lada problemem, co wybrać. Są osoby, dla których dylemat ten wiązał się będzie nawet z niemałym bólem głowy. Jeśli jednak przypomnimy sobie, że jeszcze w styczniu postanowiliśmy w tym roku się przede wszystkim ukulturalniać, ostateczna decyzja okaże się szybka, łatwa i przyjemna – podpowiada Grzegorz Frątczak.

Długofalowe cele upraszczają więc nasze życie, a jednocześnie pozwalają zaoszczędzić czas, który do tej pory trwoniliśmy na zastanawianie się i przedstawianie samemu sobie różnych argumentów przemawiających za jednym bądź drugim rozwiązaniem.

Małe cele, duży sukces

Kierując się wizją efektu końcowego z całą pewnością dużo łatwiej jest osiągnąć sukces. Istotna przy tym jednak jest umiejętność odpowiedniego projektowania swojego czasu poprzez wyznaczanie krótszych (tygodniowych, kwartalnych czy nawet rocznych) punktów kontrolnych.

– Jeśli postanowiliśmy, że za dwa lata nasza firma będzie miała 10 mln zł obrotów, kwoty tej nie możemy podzielić na poszczególne miesiące i tylko oczekiwać stałych przyrostów. Zamiast tego, lepiej zdecydować się na systematyczne odbywanie np. 20 spotkań z klientami i rozliczanie siebie z efektów nawiązanych relacji– zauważa przedstawiciel CEO Solutions.

Co więcej, działając w ten sposób szybko odkryjemy, jakich zasobów, umiejętności czy doświadczeń brakuje nam jeszcze do realizacji zamierzeń i będziemy w stanie odpowiednio zareagować. Tego typu podejście ułatwi nam także eliminowanie działań czy zachowań, które w rzeczywistości oddalają nas od naszego celu.

– Skoro bowiem wiemy, że za naszym sukcesem stanąć powinny owe spotkania, wszystko inne schodzi na dalszy plan. Nawiązujemy kontakt, szukamy lokalizacji, rezerwujemy swój czas i nie mamy trudności z odrzucaniem tego, co nam w tym przeszkadza – dodaje specjalista zarządzania czasem.

20%, które decyduje o wszystkim

Bez wątpienia na początku najtrudniej będzie przyzwyczaić się właśnie do owej eliminacji wszystkiego, co zbędne. Warto jednak w tym momencie przypomnieć sobie zasadę Pareto, która mówi, że nawet 80% efektów jest przeważnie wynikiem tylko 20% czynności.

W praktyce, to 1/5 działań decyduje o tym, w jakim kierunku zmierzać będzie nasze życie. Klucz do sukcesu stanowi zatem racjonalna ocena, które z wykonywanych przez nas na co dzień czynności mieszczą się w tej grupie, a jednocześnie przybliżają nas do osiągnięcia wybranego efektu końcowego.

Rekordowa liczba zeznań podatkowych została wysłana przez internet. Jest już 5 milionów e-PIT-ów

CEO Magazyn PolskaZ roku na rok coraz więcej osób rozlicza się z fiskusem przez internet. W tym elektronicznie wysłano już 5 mln e-PIT-ów. Dla tych, którzy z wypełnieniem formularzy czekają do ostatniego momentu,  wysłanie PIT-u drogą elektroniczną może być dobrym rozwiązaniem, bo znacznie przyspieszy i ułatwi całą procedurę.

Obserwujemy coraz większe zainteresowanie przesyłaniem PIT-ów przez internet, i to nas bardzo cieszy. W 2011 roku odliczaliśmy do pierwszego miliona, w 2012 roku – do drugiego, w 2013 roku – do trzeciego, dzisiaj odliczamy do pięciu milionów. Mamy nadzieję pobić ten rekord – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiesława Dróżdż, rzeczniczka Ministerstwa Finansów.

Rozliczenie się z urzędem skarbowym drogą elektroniczną jest nie tylko najłatwiejszym, lecz także najbezpieczniejszym i najtańszym sposobem.

Oszczędzamy czas na dojazd do urzędu skarbowego, a co za tym idzie, również czas na stanie w kolejce do okienka. Oszczędzamy pieniądze na znaczek pocztowy, który ewentualnie chcielibyśmy nakleić na list, który trzeba zanieść do skrzynki pocztowej. Wystarczy dzisiaj podłączenie do internetu, komputer, wygodny fotel, PIT za zeszły rok, ponieważ przychód z tego PIT-u będzie nam potrzebny do podpisu elektronicznego naszego zeznania, i około siedmiu do dziesięciu minut, żeby wypełnić elektroniczny druk – mówi Wiesława Dróżdż.

Elektroniczne wysłanie formularza pomoże także ustrzec się najczęstszych błędów, jakie popełniają podatnicy – przede wszystkim mowa tu o błędach rachunkowych czy o braku podpisu na zeznaniu. W sytuacji, gdyby zeznanie było wypełniane i wysyłane w tradycyjny sposób, urzędnicy nie mają możliwości poprawy ewentualnych błędów. Wówczas podatnik jest wzywany przez urząd skarbowy do korekty zeznania albo – w przypadku braku podpisu – do jego uzupełnienia.

Jeżeli decydujemy się na formę elektroniczną, takich błędów nie zrobimy. Po pierwsze, system wyliczy za nas wysokość podatku, a po drugie nie przyjmie naszego zeznania rocznego, jeżeli nie będzie tam wypełnionych wszystkich wymaganych pól, czyli między innymi naszego podpisu – zaznacza Dróżdż.

Jak wskazują statystyki Ministerstwa Finansów, rozliczenie z fiskusem drogą elektroniczną najczęściej wybierają osoby w wieku 31–40 lat – to niemal 28 proc. wszystkich przekazanych rozliczeń. Wśród młodszych osób, do 30. roku życia, taki sposób rozliczenia wybiera ponad 21 proc. podatników.

Po 10 latach w Unii Polska niemal podwoiła PKB. Kolejna perspektywa będzie trudniejsza

CEO Magazyn Polska

Na tle nowych i starych krajów członkowskich Unii Europejskiej Polska bardzo dużo zyskała dzięki dobrze wykorzystanym środkom unijnym uważa Jerzy Kwieciński, były wiceminister rozwoju regionalnego. Polski PKB wzrósł o dwie trzecie, a eksport – prawie trzykrotnie. Na wspólnym unijnym rynku korzystają przedsiębiorcy, którzy mają większy rynek zbytu, a także pracownicy, którzy mogą przemieszczać się po krajach UE w poszukiwaniu pracy. W najbliższych latach konieczne będzie jednak dostosowanie się do nowych priorytetów wspólnoty, jak wzrost innowacyjności i wykorzystania odnawialnych źródeł energii.

Polski PKB wzrósł z 924 mld w 2003 r. do ponad 1,6 bln zł w ubiegłym, a eksport jest dwa i pół razu wyższy. Do krajów członkowskich UE eksportujemy ponad trzy razy więcej niż przed akcesją.

Wynika to z uczestnictwa Polski w bardzo dużym rynku Unii Europejskiej. Jest to zdecydowanie najważniejszy ze wszystkich czynników, który wpływa na te nasze sukcesy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Jerzy Kwieciński, były wiceminister rozwoju regionalnego i ekspert BCC. – Korzystamy z funduszy unijnych, które do nas napływają, przede wszystkim na inwestycje. I korzystamy jako społeczeństwo ze swobodnego wyboru miejsca pracy, poruszania się. To sprawiło, że jakość naszego życia stała się wyższa.

Jak podkreśla, najbardziej na akcesji skorzystało Mazowsze i sama Warszawa. Województwo jest pod względem rozwoju gospodarczego powyżej unijnej średniej, a sama stolica – gdyby ją wyłączyć z województwa – byłaby jednym z najbogatszych miast w całej UE.

Skorzystały również regiony, które są stosunkowo niedaleko położone od centrum Unii Europejskiej, czyli województwa dolnośląskie, wielkopolskie i śląskie, które jednocześnie były bardzo dobrze skomunikowane z resztą Unii Europejskiej, czy to trasami drogowymi, kolejowymi, czy lotniczymi. Regiony, które są dalej od centrum Unii Europejskiej, czyli regiony Polski Wschodniej, będąc jednocześnie gorzej skomunikowane, miały zdecydowanie mniejsze możliwości rozwoju. Ale trzeba wyraźnie powiedzieć, że wszystkie nasze regiony wyraźnie skorzystały na uczestnictwie w Unii Europejskiej – podkreśla Jerzy Kwieciński.

Z funduszy strukturalnych i Funduszu Spójności zostało zrealizowanych  bądź jest w trakcie realizacji prawie 140 tys. projektów o łącznym budżecie ponad 350 mld zł i wsparciu z UE na kwotę ponad 200 mld zł. Średnio na jedną osobę w Polsce Unia przekazała ok. 5 400 zł. Nie sprawdziły się więc zapowiedzi pesymistów, którzy wróżyli, że Polska będzie musiała zwracać do unijnego budżetu nawet połowę dotacji.

Oczywiście są pewne problemy, ale jeżeli porównujemy siebie z innymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej, naprawdę wypadamy nieźle. Zwłaszcza że pieniędzy unijnych mamy zdecydowanie najwięcej ze wszystkich krajów członkowskich. To stawia przed nami znacznie większe wyzwania aniżeli przed innymi krajami członkowskimi – mówi Kwieciński.

Do tej pory większość inwestycji dotyczyła infrastruktury i na nią poszło najwięcej unijnych pieniędzy. W nowej perspektywie finansowej 2014–2020 zmieniają się priorytety, środki unijne muszą przede wszystkim być przeznaczane na poprawę innowacyjności.

– Niestety była to – i nadal jest – nasza bolączka. Nie tylko naszego kraju, naszego społeczeństwa, lecz przede wszystkim naszej gospodarki. Musimy oprzeć konkurencyjność naszej gospodarki w najbliższych latach na innowacyjności, a nie tylko na niskich kosztach pracy czy na samym uczestnictwie Polski w Unii Europejskiej – mówi były minister rozwoju regionalnego. – Kolejnym wyzwaniem dla nas będą środki przeznaczane na rynek pracy. Pomimo sporych pieniędzy, do tej pory,jakość naszego kapitału ludzkiego, a szczególnie jego dostosowanie do wymogów rynku pracy, nadal są dla nas bardzo dużym wyzwaniem.

Innym problemem, z którym Polska będzie musiała się zmierzyć do 2020 roku, będzie dostosowanie się do wymagań unijnych dotyczących ochrony środowiska.

Będziemy mieli olbrzymie wyzwania związane z gospodarką niskoemisyjną, bo to jest nowy priorytet Unii Europejskiej, który zakłada promowanie wykorzystania odnawialnych źródeł energii i zwiększenie efektywności energetycznej. Ale to jak najbardziej jest ujęte w celach naszego kraju i powinno pozwolić nam na większą niezależność energetyczną w przyszłości – podsumowuje Jerzy Kwieciński.

W ofercie banków pojawią się odwrócone kredyty hipoteczne. Rząd przyjął projekt regulacji w tym zakresie

CEO Magazyn Polska

Rząd przyjął projekt Ministerstwa Finansów dotyczący ustawy o odwróconym kredycie hipotecznym. Jeśli ustawa zostanie przyjęta przez Sejm i Senat, to banki będą mogły udzielać osobom starszym kredytów, których zabezpieczeniem będzie posiadana przez nich nieruchomość. Resort finansów zapewnia, że ustawa zawiera wystarczające regulacje chroniące klientów. Jeśli nowy produkt zyska popularność, w konsekwencji zwiększy się podaż nieruchomości na rynku.

Odwrócona hipoteka w tej chwili na polskim rynku nie funkcjonuje z tego względu, że był szereg barier prawnych, które musieliśmy wyeliminować, żeby banki mogły ją zaoferować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Wachnicka, zastępca dyrektora Departamentu Rozwoju Rynku Finansowego w Ministerstwie Finansów. – One już od dawna monitorują sytuację prawną na rynku w zakresie tego produktu. Zakładamy, że już prowadzą analizy i przygotowują się do tego, żeby móc go zaoferować. Sądzimy więc, że nastąpi to szybko, co nie znaczy, że produkt będzie w ofercie wszystkich banków.

We wtorek rząd przyjął projekt ustawy o odwróconym kredycie hipotecznym i zdecydował o skierowaniu go do Sejmu. Wprowadzenie tego produktu do oferty banków ma pomóc starszym osobom podreperować domowy budżet. Odwrócona hipoteka polega na tym, że bank wypłaca klientowi – zazwyczaj właśnie osobie starszej – daną kwotę kredytu (jednorazowo lub np. co rok lub co miesiąc), którego zabezpieczeniem jest posiadana przez klienta nieruchomość.

Po śmierci kredytobiorcy dana nieruchomość nie staje się automatycznie własnością banku. To do spadkobierców klienta należy decyzja, czy spłacą w banku wypłacony do tej pory kredyt i zachowają nieruchomość czy też przeniosą prawo własności nieruchomości na bank.

Choć ustawa nie precyzuje, kto może korzystać z odwróconego kredytu, to zapewne same banki wprowadzą limit wiekowy dla klientów. W tym przypadku młodszy wiek klienta oznacza bowiem większe ryzyko dla banku.

Resort finansów, pracując nad nowymi regulacjami, koncentrował się na odpowiednim zabezpieczeniu interesów klientów.

Jednym z elementów jest możliwość odstąpienia od umowy. Standardowo przy kredycie konsumenckim mamy na to 14 dni od jej zawarcia, tutaj przedłużyliśmy ten termin do 30 dni. Wzięliśmy pod uwagę, że grupą beneficjentów tego produktu będą osoby starsze, które być może będą potrzebowały więcej czasu na podjęcie takiej decyzji i namyślenie się, czy ta oferta była odpowiednia – mówi Wachnicka.

Banki będą też musiały przekazać potencjalnemu klientowi – co najmniej na 7 dni przed podpisaniem umowy – formularz informacyjny. Jego wzór zostanie określony w rozporządzeniu ministra finansów. To oznacza, że w każdym banku kredytobiorca otrzyma informacje na takim samym formularzu, dzięki czemu łatwiej będzie mu porównać oferty.

W formularzu znajdą się wszystkie istotne informacje dotyczące produktu – a więc prawa i obowiązki stron, kwota kredytu, jej stosunek do wartości nieruchomości i dodatkowe opłaty – dodaje przedstawicielka Ministerstwa Finansów.

Ustawa przewiduje także możliwość wcześniejszej, bezpłatnej spłaty kredytu oraz ogranicza odpowiedzialność klienta maksymalnie do wartości nieruchomości. Precyzuje też przypadki, w których bank może wypowiedzieć umowę przed terminem. Chodzi tu o zaniedbywanie przez klienta swoich podstawowych obowiązków, takich jak płacenie podatków, związanych z nieruchomością, dokonywanie niezbędnych napraw czy utrzymywanie nieruchomości w odpowiednim stanie. Jeżeli kredytobiorca naruszy te obowiązki, to bank będzie mógł wypowiedzieć umowę, ale nie od razu.

Najpierw będzie musiał kredytobiorcę wezwać do tego, żeby przestał te obowiązki naruszać, a jeśli to nie poskutkuje, to będzie musiał zażądać upoważnienia do wypełniania tych obowiązków w imieniu klienta. Bank będzie mógł wypowiedzieć umowę dopiero wtedy, gdy kredytobiorca nie zechce nawet podpisać tego upoważnienia – tłumaczy Wachnicka.

Jej zdaniem przyjęcie ustawy może mieć również wpływ na rynek nieruchomości – przekazywane bankom nieruchomości będą trafiały na rynek, co doprowadzi do zwiększenia podaży nieruchomości, a w konsekwencji do obniżki cen.

Zastąpienie bramek na autostradach elektronicznym poborem opłat pozwoli zaoszczędzić ponad 15 mld zł do 2025 r.

CEO Magazyn Polska

Polscy kierowcy tracą z powodu korków przed autostradowymi bramkami w sumie 8 mln godzin w ciągu roku. Do tego dochodzą koszty w postaci większego zużycia paliwa, które szacuje się nawet na 5 mln litrów i wyższa emisja dwutlenku węgla. Analitycy firmy doradczej Audytel SA i Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych policzyli, że wprowadzenie elektronicznego poboru opłat na całej sieci autostrad w kraju przyniosłoby do 2025 roku 15,2 mld zł oszczędności w skali całej gospodarki.

Braliśmy pod uwagę trzy scenariusze. Jeden to kontynuacja stanu istniejącego, czyli wykorzystanie w dalszym ciągu manualnych punktów poboru opłat. Ten scenariusz jest dość słaby, zwłaszcza z punktu widzenia użytkowników autostrad, którzy korzystają z nich w czasach szczytu komunikacyjnego i stoją w korkach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Emil Konarzewski, partner zarządzający Audytel SA.

Korki przed punktami poboru opłat mają negatywne skutki nie tylko dla kierowców i środowiska naturalnego, lecz także operatorów autostrad. W okresach wzmożonego ruchu, takich jak np. święta czy długie weekendy, część kierowców rezygnuje z przejazdu autostradami. W rezultacie niska przepustowość punktów poboru opłat obniża przychody operatorów.

Drugi scenariusz, który wzięliśmy pod uwagę, to pełna elektronizacja wszystkich systemów poboru na autostradach w Polsce. W tym scenariuszu zakładamy, że istniejące systemy manualne stopniowo zostałyby po prostu zastąpione wszędzie przez systemy elektroniczne – wyjaśnia Konarzewski.

Według analizy firmy doradczej Audytel SA i Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych, scenariusz numer dwa jest najbardziej korzystny ekonomicznie, ponieważ do 2025 r. pozwoli uzyskać oszczędności w wysokości 15,2 mld zł. Jego realizacja wymagałaby objęcia elektronicznym systemem także tych odcinków autostrad, które są obecnie zarządzane przez prywatnych koncesjonariuszy. Jednak nawet gdyby pominąć odcinki prywatnych zarządców, to oszczędności i tak przekroczyłyby 12 mld zł.

To jest scenariusz mieszany, który przewiduje, że na części odcinków autostrad, zwłaszcza tych, gdzie w tej chwili już są zainstalowane systemy manualne, one po prostu by pozostały. Natomiast wszystkie inne, nowe odcinki, gdzie jeszcze nie ma żadnych inwestycji w systemy, od razu byłyby budowane w taki sposób, żeby można było tam stosować systemy elektroniczne. Ten pośredni wariant jest i tak lepszy od utrzymywania tylko i wyłącznie  systemów manualnych – twierdzi partner zarządzający Audytel SA.

Ze względu na oszczędności dla kierowców i operatorów, do pełnej elektronizacji poboru opłat dążą w większości również inne kraje europejskie. Elektroniczne systemy są powszechne, zwłaszcza w odniesieniu do pojazdów ciężarowych, i teraz dąży się do ich rozszerzenia na pojazdy lekkie.

W przypadku pojazdów ciężkich bardzo duża część jest oparta na systemie i winietowym, i elektronicznym. Systemów manualnych jest relatywnie mało i będzie ich coraz mniej. Natomiast w systemach dla pojazdów lekkich jest nieco inaczej. Zdecydowana przewaga należy dziś do systemów winietowych, ale już zmierzających w kierunków elektronicznych – mówi Anna Dąbrowska, prezes Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych (CATI) w Warszawie.

Według prezes CATI obok efektywności ekonomicznej za wprowadzeniem systemu elektronicznego w Polsce przemawia także to, że funkcjonuje on już w odniesieniu do pojazdów ciężkich.

My już okres winietowy mamy za sobą, nie będziemy do niego wracać z całą pewnością, w związku z czym de facto do wyboru zostają nam dwa  manualny i elektroniczny. I ten wybór jako długoterminowy wybór jest dosyć prosty – uważa Dąbrowska.

Przed długimi weekendami Polacy wypożyczają kabriolety, auta sportowe i większe vany. Jenak rynek wynajmu aut w Polsce wciąż daleko za zachodnimi sąsiadami

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej Polaków przekonuje się do wypożyczania samochodów. Rynek – na wzór rynków zachodnich – rozwija się dynamicznie, choć przede wszystkim w dużych aglomeracjach. Zainteresowanie ofertą wypożyczalni rośnie szczególnie przed długimi weekendami czy w okresie wakacyjnym. Klienci poszukują wtedy kabrioletów i sportowych aut lub większych, rodzinnych vanów. Ale z wypożyczalni chętnie korzystają też duże korporacje i mniejsze firmy.

– Rynek w Polsce rozwija się bardzo dynamicznie. Perspektywy są bardzo dobre, dlatego że możemy się odnieść do rynków zachodnich, chociażby do niemieckiego. Tam wypożyczanie samochodów jest czymś zupełnie normalnym, co nikogo nie dziwi. W Polsce również staje się powoli standardem, ale wciąż tylko w dużych aglomeracjach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Żurek, dyrektor zarządzający ds. leasingu w Sixt rent a car Polska.

Wysoki potencjał wzrostu rynku i wciąż niewielka konkurencja sprawiają, że firmy wypożyczające samochody z optymizmem patrzą na polski rynek. Rosnąca popularność wynajmu samochodów sprawia, że na rynku zaznaczają się wyraźne segmenty, np. mniej zamożnych klientów, małych i średnich firm, korporacji czy wreszcie klientów wymagających i zamożnych.

– Od tego, kto wypożycza, zależy, na jak długo i jakie to są samochody. Wiadomo, że korporacje mają swoje odgórne postanowienia, co wypożyczać, komu i za ile, i do tego wtedy musimy się dostosować – tłumaczy Żurek.

W okresie wakacyjnym lub w czasie długich weekendów popularność wypożyczalni aut rośnie. Najczęściej poszukiwane są duże samochody rodzinne lub sportowe. Część zamożnych klientów lub miłośników motoryzacji poszukuje wtedy konkretnej marki lub modelu.

–  Długie weekendy są planowane przez naszych klientów już od dłuższego czasu. Wtedy królują samochody, które dają trochę smaku motoryzacji, są to samochody typu cabrio, samochody sportowe czy też samochody typu van, które mają miejsca na siedem osób i dzięki temu mieści się cała rodzina – mówi dyrektor w Sixt rent a car Polska.

Naturalną konsekwencją dużej segmentacji rynku wynajmu aut są też znaczne różnice w cenach. Firma Sixt, wypożyczając droższe samochody, dodatkowo ogranicza ryzyko, stawiając wyższe wymagania kierowcom – muszą oni mieć ukończone co najmniej 25 lat i posiadać prawo jazdy od 3 lat. W przypadku samochodów z klasy ekonomicznej minimalny wiek kierowcy to 19 lat, a jego staż – rok.

– Ceny są bardzo zróżnicowane w zależności od modelu samochodu. Oferujemy samochody od klasy samochodów ekonomicznych typu Ford Fiesta, Renault Clio, do samochodów luksusowych, bardzo drogich, jak modele Mercedesa MG czy samochód sportowy typu Camaro. To są auta, które klienci od nas biorą na urlopy czy krótsze lub dłuższe wycieczki – podkreśla Łukasz Żurek.

Klienci biznesowi, podobnie jak i prywatni, są bardzo zróżnicowaną grupą pod względem potrzeb, dlatego firmy stosują różne narzędzia marketingowe. Wśród nich są rabaty, programy lojalnościowe czy udogodnienia pozwalające szybciej rezerwować samochody.

– Mamy całą masę promocji i bonusów. Prowadzimy programy lojalnościowe dla naszych klientów, które pozwalają nam wynajmować taniej, oraz wynajmować łatwiej i szybciej. Każdy znajdzie w pakiecie coś ciekawego, zarówno duża korporacja, która chce podpisać stałą umowę na wiele lat, jak i klient, który potrzebuje samochodu na kilka godzin – twierdzi Łukasz Żurek.

Udogodnieniem jest również to, że ze względu na dużą sieć punktów wynajmu w kraju i za granicą klient może wypożyczyć auto w jednym mieście, a oddać do wypożyczalni w innym.

Co roku przybywa 6 tys. chorych na białaczkę. W bazie dawców szpiku w Polsce jest 0,5 mln dawców, w Niemczech 5 mln

CEO Magazyn PolskaCo roku w Polsce przybywa ponad 6 000 nowych przypadków białaczki. Dla wielu chorych jedyną szansą na życie jest przeszczepienie szpiku lub komórek macierzystych. W polskiej bazie dawców niespokrewnionych jest około 500 tys. potencjalnych dawców, natomiast w niemieckiej jest ich 5 mln. Tymczasem prawdopodobieństwo znalezienia dawcy szpiku wynosi 1:25 tys. Transplantację szpiku propagować będą w ten weekend wolontariusze KGHM, którzy przejadą na rowerach ponad 400 km.

Od 1 do 4 maja pokonamy ponad 400 km na rowerze, informując o tym, że przeszczep szpiku jest metodą walki z białaczką, że ratuje życie. W miejscach postoju będziemy rejestrować potencjalnych dawców szpiku. Akcja „Rowerem po szpik” organizowana jest po raz pierwszy. W długi weekend majowy poświęcamy swój czas. Jesteśmy przeszkoleni, będziemy szukać, informować i uświadamiać, co to jest białaczka, jak walczyć z tą chorobą i jak łatwo uratować komuś życie – mówi agencji informacyjnej Newseria Bogusław Godlewski, koordynator wolontariatu w KGHM Polska Miedź SA.

Kilkudziesięciu pracowników, wolontariuszy KGHM, przejedzie z Lubina do Kołobrzegu w ramach akcji „Rowerem po szpik dla Justyny”. Wolontariusze będą rejestrować potencjalnych dawców szpiku od godziny 13 w następujących miejscowościach: 1 maja w Nowym Tomyślu, 2 maja w Choszcznie i przez dwa dni (3, 4 maja) w Kołobrzegu. Podczas rejestracji odbędzie się również kwesta na rzecz chorej na chłoniaka Justyny Husarek.

Akcja odbywa się w ramach programu wolontariackiego w KGHM „Miedziane serce”. KGHM zapewnia odpowiedni sprzęt, zabezpieczenie medyczne i logistyczne akcji.

To jest pomysł naszych pracowników, wolontariuszy z KGHM-u, którzy postanowili połączyć swoją pasje, jeżdżenie na rowerze, ze szczytną ideą. Ponieważ organizujemy bardzo dużo tego typu akcji i rejestracji potencjalnych dawców szpiku, zarejestrowaliśmy już ponad 800 osób. Wśród tych 800 osób trzy osoby oddały szpik – wyjaśnia Bogusław Godlewski.

Wolontariusze z KGHM, którzy brali udział w „Biegu Piastów” czy w Festiwalu Biegowym Forum Ekonomicznego w Krynicy, zdają sobie sprawę z tego, że im więcej osób zarejestruje się w Krajowym Banku Dawców Szpiku, tym większe szanse na odnalezienie genetycznego bliźniaka, który może pomóc choremu na białaczkę.

Co godzinę w naszym kraju ktoś dowiaduje się, że choruje na białaczkę i że to jest choroba śmiertelna. W polskiej bazie dawców jest około 500 tys. potencjalnych dawców szpiku, natomiast w niemieckiej jest ich 5 mln. Proszę zobaczyć, jaka to duża różnica i jaka skala – podsumowuje Godlewski.

Drużyna Szpiku KGHM należy do ogólnopolskiej Fundacji Dar Szpiku im. Anny Wierskiej w Poznaniu. Została utworzona przez pracowników spółki i zajmuje się propagowaniem zdrowego trybu życia i organizacją akcji rejestracji potencjalnych dawców.

Co dziesiąty aktywny zawodowo Polak pracuje za granicą. Od jutra otwiera się kolejny rynek pracy – w Szwajcarii

CEO Magazyn Polska

Od 2004 r. z Polski wyjechało za pracą tyle osób, ile mieszka w Warszawie, czyli blisko 2 mln pracowników i przedsiębiorców, głównie na rynki starej unijnej piętnastki. To najwięcej spośród państw naszego regionu, z wyjątkiem Rumunii, skąd wyjechało 2,4 mln osób. W ostatnim czasie zjawisko ponownie przybrało na sile, wbrew oczekiwaniom, że będą następowały powroty do kraju. W rezultacie obecnie aż 10 proc. aktywnych zawodowo Polaków pracuje poza granicami kraju – wynika z raportu think-tanku CEED Institute.

Wyjeżdżają młode roczniki, które w dużej mierze osiedlają się już za granicą, nie chcą wracać i ściągają do siebie rodziny. To powoduje, że będzie nas jeszcze więcej ubywać, że będziemy się starzeć szybciej, niż miałoby to miejsce w sytuacji, kiedy ci Polacy zostawaliby w kraju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Zajdel-Kurowska, członek zarządu NBP.

Jeszcze szybsze starzenie się społeczeństwa grozi wyhamowaniem wzrostu gospodarczego w Polsce, a taki scenariusz uniemożliwiłby szybki wzrost płac, który jest potrzebny do ograniczenia skali emigracji. Z perspektywy wyjeżdżającego pracownika lub przedsiębiorcy emigracja jest korzystna, bo pozwala podnieść poziom życia i rozwijać nowe umiejętności. Często jest też jedyną szansą na pracę za godziwą płacę.

Bilans na poziomie kraju, który traci potencjalnych pracowników, jest jednak negatywny. Ekonomiści nie mają wątpliwości, że w dłuższym okresie beneficjentami zjawiska migracji są kraje przyjmujące, czyli np. Irlandia, Wielka Brytania i Niemcy. Zyskują na tym tamtejsze firmy, jak również budżety państw, tymczasem w Polsce skala emigracji powiększa i tak duży deficyt w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

Nie ulega wątpliwości, że emigracja o dużej skali ma również wpływ na finanse publiczne. Ludzie, którzy pracują za granicą, z całą pewnością nie będą mieli wkładu do tutejszego systemu zabezpieczeń socjalnych. Czyli wyjeżdżając, wzbogacają w gruncie rzeczy w krótkim i długim okresie ten kraj, który ich gości – uważa Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.

Bilans emigracji jest dla Polski negatywny także po uwzględnieniu napływu pieniędzy, jakie emigranci wysyłają do swoich rodzin.

Co roku do Polski trafia ponad 4 mld euro transferu z pracy Polaków za granicą. 3,5 mld euro z tych środków to są transfery z pracy Polaków w krajach unijnych. Można powiedzieć, że jest to ewidentnie korzyść wynikająca z tego, że po otwarciu granic w 2004 roku Polacy odważyli się poszukiwać pracy. Te środki na przestrzeni ostatnich 10 lat są dosyć imponujące, bo przekroczyły kwotę ponad 40 mld euro – twierdzi Katarzyna Zajdel-Kurowska.

W sytuacji wysokiego bezrobocia w Polsce (w marcu 13,5 proc.) negatywne następstwa emigracji dla polskiego rynku pracy są mało widoczne. Choć są branże, gdzie przedsiębiorcy od lat narzekają na niedostatek pracowników, to wciąż w wielu regionach i branżach jest więcej chętnych do pracy niż wolnych wakatów. Jednak postępujące ożywienie gospodarcze wraz z dalszym odpływem pracowników z Polski będzie stopniowo odsłaniać luki na rynku pracy. Teoretycznie istnieje możliwość, że w niektórych branżach mogą one zostać wypełnione, przynajmniej częściowo, przez pracowników ze Wschodu.

Nie powinniśmy zapominać o ponad milionie osób, które mogą mieć Kartę Polaka, ludzi, którzy historycznie są Polakami lub są drugim pokoleniem w rodzinach polskich, ale mieszkają za granicą. Te osoby powinny być w pierwszej części wskazywane jako potencjalni przyszli współpracownicy w Polsce, jako nasi przyszli emigranci – mówi Tomasz Misiak, prezydent Rady Nadzorczej Work Service.

Uzasadniona jest jednak wątpliwość, dlaczego to Ukraińcy, Białorusini lub Polacy mieszkający za wschodnią granicą mieliby preferować przeprowadzkę do Polski, zamiast od razu wyjeżdżać do Europy Zachodniej. Zwłaszcza że stopa bezrobocia w Niemczech i Wielkiej Brytanii jest dwukrotnie niższa niż w Polsce, a różnica w zarobkach – wciąż wysoka. Swoboda przepływu pracowników w UE zwiększa znaczenie różnic w zarobkach i warunkach pracy jako czynników decydujących o miejscu migracji.

Rozwiązanie w postaci napływu siły roboczej z zewnątrz, ze Wschodu, będzie trwało kilka, w najlepszym wypadku kilkanaście lat. Później to się skończy, bo ci ludzie będą albo u siebie znajdowali porównywalną pracę i zarobki albo będą emigrowali dalej w poszukiwaniu lepszego życia. Więc to na pewno nie jest rozwiązanie, które powinno nas satysfakcjonować – uważa Janusz Jankowiak.

Według Michała Boniego, byłego ministra pracy i polityki socjalnej, dla polskich emigrantów jeszcze ważniejsza od różnicy zarobków jest większa stabilność zatrudnienia i łatwiejszy start zawodowy w Europie Zachodniej. Dlatego, jak podkreśla, polityka mająca na celu wyhamowanie zjawiska emigracji zarobkowej musi koncentrować się z jednej strony na pobudzaniu wzrostu gospodarczego, a z drugiej – na poprawie warunków zatrudnienia młodych Polaków.

– Programy skierowane do ludzi młodych, bo oni w dużej większości są gotowi do wyjazdu, mają powodować, że łatwiej im będzie o pracę, a także o stabilność pracy. To jest istotne  nie może być bowiem takiej sytuacji, w której młodzi ludzie będą mieli poczucie, że w Wielkiej Brytanii znajdą trwałe i stabilne zatrudnienie łatwiej niż w Polsce – podkreśla Michał Boni.

Ostatni dzień na rozliczenie z fiskusem i korektę zeznania bez strat

0

Na rozliczenie się z urzędem skarbowym został tylko jeden dzień. Ci, którzy zeznanie już złożyli, powinni sprawdzić, czy nie ma w nim żadnej pomyłki. Korekta zeznania podatkowego powinna zostać złożona możliwie jak najszybciej – złożenie jej do końca okresu rozliczeniowego nie powoduje żadnych negatywnych konsekwencji.  Im dłuższa będzie zwłoka, tym wyższe będą odsetki. Traci się też prawo do części korzystnych rozwiązań.

– Jeśli korekta wpłynie do urzędu skarbowego przed 30 kwietnia i wynika z niej obowiązek dopłacenia podatku, to musimy to zrobić, ale bez konieczności płacenia odsetek od zaległości podatkowych. Wpłata korekty do końca kwietnia oznacza, że mieścimy się jeszcze w terminie zeznania i wpłacenia podatku. Jeśli zorientujemy się po 30 kwietnia, że musimy zrobić korektę, to wówczas może okazać się, że należy obliczyć odsetki od zaległości podatkowych – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dominika Dragan-Berestecka, doradca podatkowy z kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Niezależnie od terminu złożenia korekty, należy dołączyć do niej również wyjaśnienie. Nie musi być długie, jednak powinno tłumaczyć przyczyny składania korekty.

Przekroczenie terminu uniemożliwia podatnikowi skorzystanie z preferencyjnych form rozliczenia.

 – Złożenie korekty po 30 kwietnia skutkuje tym, że nie możemy już złożyć na przykład wniosku o wspólne rozliczenie z małżonkiem bądź z dzieckiem. Taki wniosek może zostać złożony tylko do końca kwietnia – mówi Dragan-Berestecka.

Złożenie korekty ma także wpływ na możliwość przekazania 1 proc. podatku na cele organizacji pożytku publicznego. Wniosek taki musi zostać wskazany w korekcie składanej w ciągu miesiąca od upływu terminu rozliczenia, czyli do końca maja.

Jeśli złożymy korektę jeszcze do końca maja, to wówczas wniosek o przekazanie 1 proc. podatku zostanie uwzględniony. W korekcie składanej na przykład w lipcu już nie. To wynika wprost z przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych – podkreśla doradca podatkowy.

Podatnik może korygować zeznanie podatkowe dowolną ilość razy. Ma na to też dużo czasu, gdyż zobowiązania PIT za dany rok przedawniają się z upływem pięciu lat. Jednak wraz z upływem czasu, konsekwencje będą coraz bardziej odczuwalne.

W przypadku gdy z korekty wyniknie większy podatek do zapłaty, to już od 1 maja do dnia wpłacenia tego podatku wynikającego z korekty, należy naliczyć odsetki od zaległości podatkowych i wpłacić je do urzędu wraz z zaległością – przypomina Dominika Dragan-Berestecka.

Dla podatników, którzy zapłatę uregulowali na skutek kontroli organu podatkowego, stawka odsetek za zwłokę od zaległości podatkowych wynosi 10 proc. kwoty zaległości w stosunku rocznym. Dla tych, którzy sami złożą korektę wraz wyjaśnieniem i zapłacą należność w ciągu siedmiu dni od jej złożenia, stosuje się obniżoną stawkę odsetek, czyli 7,5-proc.

Strefa euro potrzebuje wyższej inflacji. Inaczej ciężko będzie o znaczący wzrost gospodarczy

CEO Magazyn Polska

Zbyt niska inflacja sprawia, że europejskie banki wciąż niechętnie udzielają firmom kredytów, a bez tego trudno będzie pobudzić wzrost gospodarczy i konsumpcję. Ekonomiści uważają, że Europejski Bank Centralny powinien podjąć dodatkowe działania, które spowodują szybszy wzrost cen, zwłaszcza że sugerował takie rozwiązania. Stawką jest jego wiarygodność oraz – przede wszystkim – stan gospodarki w Europie – uważa Ignacy Morawski, główny ekonomista FM Bank PBP.

Europa ma dwa problemy: po pierwsze, EBC nie realizuje swojego mandatu inflacyjnego, po drugie, peryferie strefy euro zmagają się z tendencjami deflacyjnymi. I taka sytuacja wręcz woła o reakcję banku. Gdyby inflacja była niska jedynie przejściowo, to nie byłby to problem, ale prognozy wskazują, że inflacja utrzyma się zdecydowanie poniżej 2 proc. jeszcze przez trzy lata – wyjaśnia główny ekonomista FM Banku PBP w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

W marcu wskaźnik zharmonizowanej inflacji (HICP) dla strefy euro wyniósł 0,5 proc. Inflacja w strefie euro nie przekroczyła 1 proc. od października ubiegłego roku. W Hiszpanii i we Włoszech wzrost cen jest bliski zera, a w Grecji, Portugalii i na Cyprze zanotowano nawet deflację, czyli spadek cen. Według marcowych prognoz EBC ceny w strefie euro zwiększą się w tym roku o 1 proc., w przyszłym – o 1,3 proc., a w 2016 r. ich wzrost wyniesie 1,5 proc.

Bank centralny z siedzibą we Frankfurcie tłumaczy, że inflacja pozostanie niska z powodu słabego wzrostu gospodarczego, a także prognozowanego spadku cen energii, w tym ropy naftowej. Choć EBC zwraca uwagę, że niska inflacja zwiększa dochody pozostające do dyspozycji w gospodarstwach domowych, to część ekonomistów jest zdania, że do uzdrowienia sektora finansowego potrzebny jest szybszy wzrost cen.

Wyższa inflacja pomogłaby podnieść ceny aktywów, głównie nieruchomości, przez to naprawić bilanse banków i uruchomić akcję kredytową. Nie mówię o akcji kredytowej, która miałaby za zadanie przywrócić boom zadłużeniowy, boom konsumpcyjny, tylko o takiej kierowanej do produktywnych projektów inwestycyjnych. Gospodarka nie może się rozwijać, jeżeli produktywne projekty inwestycyjne nie mają finansowania kredytowego, a takie ciężko jest uzyskać w systemie bankowym, który ma dziurawe bilanse. I teraz przy zerowej inflacji ciężko jest naprawić bilanse banków – tłumaczy Morawski.

Wyższa inflacja może być także ulgą dla wysoko zadłużonych rządów i podmiotów prywatnych. Jak dotąd EBC zrobił wiele, by im pomóc: obok standardowej polityki w postaci obniżek krótkoterminowej stopy procentowej prowadził interwencje na rynku wtórnym w celu obniżenia rentowności obligacji, uruchomił dwie rundy tanich długoterminowych kredytów dla banków (LTRO). Wreszcie, zapowiedział także podjęcie wszelkich koniecznych działań w celu ratowania strefy euro. Jednak zdaniem części ekonomistów to wciąż za mało i EBC musi podjąć kolejne, niestandardowe działania.

Jedną z możliwości jest skup aktywów, czyli to, co robią wszystkie największe banki centralne oprócz EBC: amerykański Fed, Bank Anglii, Bank Japonii, a więc kupowanie aktywów różnego rodzaju, głównie obligacji, po to, żeby obniżyć ich rentowności i przez to stymulować aktywność gospodarczą – mówi główny ekonomista FM Banku PBP.

Faktem jest, że w marcu poziom inflacji w Stanach Zjednoczonych (1,5 proc.), Japonii (1,6 proc.) i Wielkiej Brytanii (1,6 proc.) był wyższy niż w strefie euro, co może być skutkiem m.in. skupu aktywów przez tamtejsze banki centralne.

Inną możliwością luzowania polityki pieniężnej w warunkach zerowej stopy procentowej jest tzw. forward guidance, czyli zapowiedź utrzymania niskich stóp procentowych do momentu, kiedy będą spełnione określone warunki makroekonomiczne. Na przykład kiedy wzrost PKB osiągnie określony poziom albo kiedy oczekiwania inflacyjne nie wzrosną wyraźnie ponad cel inflacyjny. Dzięki temu, że bank centralny zapowiada bardzo długi okres utrzymania niskich stóp procentowych, rentowności aktywów, szczególnie tych długookresowych, spadają – wyjaśnia Ignacy Morawski.

Taką politykę prowadzi amerykańska Rezerwa Federalna (Fed), która publikuje z wyprzedzeniem prognozy, w tym dotyczące podwyżek stóp procentowych.

Teoretycznie EBC ma jeszcze w zanadrzu inne, choć bardziej ryzykowne działania. Są wśród nich m.in.: wprowadzenie ujemnej nominalnej stopy procentowej, a także zmiana celu polityki pieniężnej (z celu inflacyjnego na cel nominalnego wzrostu PKB).

Jeszcze inny instrument, który mógłby zastosować bank centralny, to bezpośrednie finansowanie rządów po to, żeby mogły one zwiększyć na przykład inwestycje publiczne. W strefie euro jest to raczej zakazane ze względu na rozwiązania traktatowe, ale w Stanach Zjednoczonych i innych krajach jest to możliwe – wskazuje Morawski.

Scenariusz, w którym EBC finansowałby deficyty budżetowe państw poprzez bezpośrednią emisję pieniądza, jest obecnie nierealny. Ze względu na sprzeciw grupy państw na czele z Niemcami, pod znakiem zapytania stoi także uruchomienie programu skupu aktywów. Inwestorzy obstawiają jednak, że EBC nie będzie miał wyjścia i rozpoczęcie luzowania ilościowego jest tylko kwestią czasu. Dlatego rynki coraz lepiej wyceniają dług europejskich państw, w tym Grecji, Portugalii i Hiszpanii.

Wiele wskazuje na to, że jest szansa na rozpoczęcie luzowania ilościowego, czyli skupu aktywów. Już widać efekty tej zapowiedzi, szczególnie po spadku rentowności obligacji krajów peryferyjnych. Generalnie popyt na obligacje krajów peryferyjnych Europy rośnie między innymi ze względu na to, że rynek oczekuje jakiejś formy skupu aktywów – twierdzi główny ekonomista FM Banku PBP.

Krzysztof Obłój w Radzie Nadzorczej MCI Management SA

0

Uchwałą Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia, podjętą 28 kwietnia 2014 r., nowymi członkami Rady Nadzorczej MCI Management, powołanymi na trzyletnią kadencję zostali Dorota Lange-Socha oraz prof. Krzysztof Obłój. Zastąpili oni Dariusza Adamiuka i Wojciecha Siewierskiego, którzy w najbliższym czasie obejmą funkcje członków Rady Nadzorczej Private Equity Managers S.A. (PEM), spółki portfelowej Grupy MCI, wyspecjalizowanej w zarządzaniu aktywami private equity.

Wysokie kompetencje nowych członków Rady Nadzorczej doskonale wpisują się w strategię ambitnego rozwoju MCI – powiedział Hubert Janiszewski, Przewodniczący Rady Nadzorczej MCI Management. Wzajemnie uzupełniające się doświadczenie obydwu osób, z pewnością wpłynie na jeszcze szybszy wzrost wartości Spółki – dodał.

Krzysztof Obłój jest wybitnym specjalistą w zakresie zarządzania strategicznego i międzynarodowego. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim, na Akademii Leona Koźmińskiego, a gościnie również w wielu renomowanych szkołach biznesu na świecie, m. in. W amerykańskiej University of Illinois, norweskiej Bodo Graduate School of Management, francuskiej ESCP – EAP, czy też słoweńskiej International Management Development Center.

Jego książki i artykuły są publikowane w Europie i Stanach Zjednoczonych m. in. Management Systems (1993), Winning: Continous Improvement Theory i High Performance Organizations (1995), Emerging economies and firms in the global crisis (2012), The Passion and discipline of strategy (2013). Dwie ostanie książki wydane w Polsce – Strategia organizacji: w poszukiwaniu trwałej przewagi konkurencyjnej (2007) oraz Pasja i dyscyplina strategii (2010)), stały się bestsellerami na polskim rynku.

Profesor Krzysztof Obłój ma również duże doświadczenie jako doradca organizacyjny. Pracował dla takich firm jak GlaxoSmithKline, LPP, Beiesdorf, ABB, Benckiser, PZU, PKN Orlen i wielu innych w dziedzinie projektowania strategii firm i tworzenia struktur organizacyjnych. Był przewodniczącym lub członkiem wielu rad nadzorczych, m.in. w spółkach: Agora – Gazeta S.A., Dwory S.A., Orlen S.A., PZU S.A., Polmos Lublin S.A., i Telekomunikacja Polska S.A.  Obecnie jest członkiem trzech rad nadzorczych spółek akcyjnych na GPW a od listopada 2012 roku jest społecznym doradcą Prezydenta RP.

Dorota Lange-Socha jest absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego, wydziału biologii molekularnej. W latach 1982-1984 pracowała w Instytucie Biochemii Uniwersytetu Warszawskiego, a od 1984 r. prowadzi własną działalność, za pomocą której już w ciągu pierwszych ośmiu lat rozwinęła sieć czołowych w owym czasie butików w Warszawie i Łodzi. Od 1992 jest współwłaścicielką spółki Forte s.c., zajmującej się działalnością multimedialną i kreowaniem wizerunku firm. Od początku lat 90-tych, aktywnie uczestniczy również w procesie kształtowania rynku kapitałowego w Polsce m.in. zasiadając w Radzie Nadzorczej Saturn TFI S.A w latach 2008-2014.

Oprócz wyżej opisanej uchwały, podczas Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia, zwołanego 28 kwietnia 2014 zatwierdzono również sprawozdanie finansowe Spółki za rok obrotowy 2013, sprawozdanie Zarządu i Rady Nadzorczej z działalności spółki w 2013 roku oraz udzielono absolutorium  poszczególnym członkom Zarządu i Rady Nadzorczej MCI Management w 2013 roku. Zatwierdzono też podział zysku Spółki i Grupy Kapitałowej za 2013 rok i podjęto ustalenia w kwestii zasad wynagradzania członków Rady Nadzorczej.

Grupa PGNiG chce zwiększyć efektywność zarządzania spółkami. Restrukturyzacja ma przygotować spółki na uwolnienie rynku gazu

CEO Magazyn Polska

Spółki z Grupy Kapitałowej PGNiG podpisały porozumienie o współpracy, które ma zwiększyć koordynację działań poszczególnych spółek oraz poprawić efektywność Grupy Kapitałowej. Docelowo PGNiG SA ma pełnić funkcję centrum korporacyjnego i kompetencyjnego, które będzie nadzorować projekty i procesy zachodzące w spółkach-córkach. Według zarządu, restrukturyzacja Grupy jest konieczna ze względu na zbliżającą się liberalizację rynku gazu. Dzięki porozumieniu PGNiG SA ograniczy koszty, przez co stanie się bardziej atrakcyjne dla inwestorów i partnerów biznesowych.

W ramach grupy PGNiG jest kilkanaście spółek, z których część ma zupełnie odmienne zadania i zajmuje się zupełnie innymi rzeczami. Jest również kilka spółek, które mają zdania bardzo zbliżone. Na przykład są dwie spółki o nazwie Geofizyka, jedna z Krakowa, druga z Torunia. Chodzi o to, żeby sprawnie koordynować prace wykonywane przez spółki córki z grupy kapitałowej PGNiG. Do tej pory nie było umowy, która by to wprost regulowała. Teraz już sytuacja będzie jasna – mówi Dominik Smyrgała z Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Zrównoważonego Rozwoju Collegium Civitas.

Porozumienie między dwudziestoma czterema w pełni należącymi do PGNiG spółkami z grupy kapitałowej pozwoli wprowadzić zasady i narzędzia zarządzania, które zapewnią bardziej skuteczną realizację wspólnych celów. Celem umowy jest usprawnienie procesu podejmowania strategicznych decyzji, a także uporządkowanie podziału zasobów i kompetencji wewnątrz Grupy. Według komunikatu PGNiG SA, wszystkie spółki będą odpowiedzialne za realizację strategii Grupy. Dzięki temu zostanie ograniczone niekorzystne zjawisko konkurencji wewnętrznej i dublowania kompetencji, co podnosi koszty działalności całej Grupy. Nowy ład korporacyjny ma także usprawnić przepływ informacji wewnątrz GK PGNiG. Całość zmian w sferze zarządczej i kontrolnej ma przynieść dodatkową wartość akcjonariuszom i zwiększyć atrakcyjność spółki w oczach inwestorów.

– Powinno to zaowocować, przynajmniej w teorii, sprawniejszym funkcjonowaniem całej Grupy, niedublowaniem się zadań i ściślejszą kontrolą nad tym, co spółki córki wykonują. Prawdopodobnie też z punktu widzenia inwestycyjnego będzie to korzystniejsze dla potencjalnych inwestorów, ponieważ od tej pory będzie wiadomo, że jest sprawniejsza współpraca i to może być obietnicą lepszych efektów finansowych w przyszłości  uważa Smyrgała.

Umowa ma ułatwić kontrolę spółek córek z punktu widzenia realizacji celów całej Grupy Kapitałowej. Lepsza koordynacja działań ma dać oszczędności i poprawę efektywności. PGNiG SA, obok docelowej funkcji centrum korporacyjnego i kompetencyjnego Grupy, będzie także monitorować koszty, m.in. związane z zatrudnieniem. 

To jest szukanie pewnego porządku, który z pewnością też powinien zaowocować pewnymi oszczędnościami, ale myślę też, że chodzi o efektywność, o rozliczanie działalności spółek córek, o bardziej skoordynowane działania, żeby cała Grupa funkcjonowała jako jeden mechanizm – mówi Smyrgała agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Według niego, inwestorzy oraz pozostali interesariusze powinni odczuć pozytywne skutki porozumienia w perspektywie roku od jego zawarcia. Choć podkreśla, że dużo będzie zależało od determinacji zarządu we wdrażaniu umowy.

Zaufanie na rynku obligacji Catalyst ma zwiększyć niezależna polska agencja ratingowa

CEO Magazyn Polska

Giełda Papierów Wartościowych chce zwiększać poziom zaufania do notowanych na warszawskim parkiecie spółek. Jednym z pomysłów jest utworzenie własnej agencji ratingowej, co ma też zwiększyć zaufanie na rynku obligacji Catalyst. GPW zapowiada też zmiany w kodeksie dobrych praktyk dla spółek giełdowych.

Podejmujemy szereg różnych działań zmierzających do budowania zaufania do rynku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Maciejewski, prezes zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Jest pomysł by powstał Instytut Analiz i Ratingu. To jest dosyć świeży pomysł. Byłaby to lokalna, niezależna agencja ratingowa, która dostarczałaby nie tylko narzędzi, lecz także oceny ryzyka kredytowego, przede wszystkim na rynku długu.

Rynek długu, czyli stworzony przez GPW w 2009 r. system Catalyst, na którym emitowane są obligacje firm i samorządów, jest szczególnie ważny dla dalszego rozwoju giełdy. Jak podkreśla Adam Maciejewski, nie tyle ze względów biznesowych, ile z uwagi na zasilanie gospodarki w kapitał. Catalyst ma umożliwić emisję obligacji spółkom, które nie mogą lub którym nie opłaca się korzystać z kapitału własnego.

Własna agencja ratingowa to jeden z pomysłów mających na celu zwiększanie atrakcyjności tego rynku zarówno dla emitentów, jak i dla inwestorów. Jak podkreślał wcześniej Maciejewski, agencja miałaby być niskokosztowa, a stworzyłyby ją główne polskie instytucje finansowe. Wyeliminowany zostałby konflikt interesów, bo obecnie spółki płacą agencjom za ocenę wiarygodności kredytowej.

 Chodzi o właściwe monitorowanie ryzyka podmiotów, które na rynku obligacji się pojawiają. Mieliśmy już do czynienia z szeregiem sytuacji niewypłacalności emitentów, która związana była z ich trudną sytuacją. I to jest największe zagrożenie dla rynku obligacji. Dlatego trzeba wprowadzić odpowiednie narzędzie, które pozwoli inwestorom monitorować poziom ryzyka związanego z inwestycjami w te instrumenty – podkreśla Maciejewski.

To niejedyne działania GPW w obszarze budowania zaufania do rynku. Prezes giełdy zapowiada także rewizję kodeksu dobrych praktyk spółek giełdowych. Nowe zasady mają przede wszystkim kłaść nacisk na tzw. compliance, czyli zgodność działalności spółek z prawem. Adam Maciejewski ocenia, że inwestorzy na rynku kapitałowym zwracają na to szczególną uwagę.

Na multipleks wszedł ostatni nowy nadawca w tym rozdaniu. Prezes UKE: cyfryzacja przebiegła pomyślnie

0

CEO Magazyn Polska

Na trzech multipleksach jest już komplet nadawców. Wczoraj nadawanie rozpoczął 24 kanał – Fokus TV, a TVP1 zaczęło nadawanie tylko w wersji HD. Symboliczne wyłączenie ostatniego naziemnego nadajnika ogólnopolskiej telewizji analogowej miało miejsce niespełna rok temu. Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej, odpowiedzialna za cyfryzację, uważa, że cały proces był sukcesem i udało się uniknąć błędów, które pojawiały się w innych krajach.

Cały proces wyłączania telewizji analogowej odbywał się w siedmiu etapach, począwszy od listopada 2012 roku, a skończywszy na 23 lipca 2013 roku, kiedy to w Polsce zniknął sygnał analogowy, od tej pory mamy tylko technikę cyfrową – przypomina Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

W trakcie cyfryzacji 108 stacji głównych oraz 137 stacji retransmisyjnych, nadających sygnał analogowy, zastąpione zostały przez 195 cyfrowych stacji głównych oraz 127 stacji doświetlających.

Cyfryzacja to ogromny, złożony proces społeczny i gospodarczy, dlatego że zarówno nadawcy musieli przejść na nową technologię, jak i obywatele musieli albo zakupić nowe telewizory albo przystawki do starszych modeli telewizorów – tłumaczy Gaj.

Na cyfryzacji przede wszystkim skorzystali konsumenci, którzy nie chcą płacić operatorom kablowym lub satelitarnym. Do tej pory w ramach telewizji analogowej za darmo dostępnych było jedynie siedem kanałów, w tym podstawowe: TVP1, TVP2, TV4, TVN czy Polsat.

Teraz mamy ogólnie dostępne 24 programy – mówi Magdalena Gaj. To jest trzykrotne zwiększenie oferty programowej, co dla widza jest bardzo istotne. Mamy też lepszą  jakość i obrazu, i dźwięku – podkreśla prezes UKE.

28 kwietnia z multipleksu (MUX 1) usunięto TVP1 w standardowej rozdzielczości. Obecnie program ten dostępny jest wyłącznie w wersji HD. To symboliczne zakończenie procesu cyfryzacji. Po kilkunastu minutach zwolnione miejsce wypełnił nowy kanał – Fokus TV

– 28 kwietnia to jest data, kiedy wszedł na multipleks ostatni nowy, komercyjny nadawca w tym rozdaniu. Nowy, czyli taki, który nie jest nadawcą wprowadzonym na multipleks jako dotychczas nadający analogowo – mówi Magdalena Gaj.

Jak przekonuje prezes UKE, proces cyfryzacji w Polsce był bardzo udany, chociaż nastąpił z pewnymi opóźnieniami. Jednak udało się uniknąć błędów, które popełniły inne kraje.

W ogromnych i rozwiniętych Stanach Zjednoczonych trzeba było zatrzymać cały proces i wyznaczyć nową datę wyłączenia nadawania analogowego, ponieważ społeczeństwo było źle poinformowane i nie poradziło sobie z tym procesem – twierdzi Gaj. – Nie mieliśmy żadnych skarg, a jeśli były, to były rozwiązywalne. To była kwestia braku możliwości w odbiorze, trzeba było albo inaczej podłączyć dekoder, albo w innym kierunku skierować antenę – zapewnia.

Kolejna lista leków refundowanych nie obejmie innowacyjnych leków na cukrzycę, mimo apeli lekarzy i pacjentów

CEO Magazyn Polska

W Polsce na cukrzycę cierpi ok. 3,5 mln osób, z czego co roku umiera 30 tys. U wielu chorych, którzy mają wysokie wahania cukrów, występują powikłania, które prowadzą do niepełnosprawności. Przełomem w leczeniu diabetologicznym są leki inkretynowe, stosowane od lat w USA czy Europie. Są one dostępne również w Polsce, ale są pełnopłatne – a miesięczna kuracja kosztuje 200-600 zł. Lekarze i chorzy apelują o ich refundację dla najbardziej potrzebujących.

Wszystkie leki inkretynowe są obecne w polskich aptekach, ale koszt ich zakupu to od 200 do 600 złotych na miesiąc. Naprawdę niewielki odsetek pacjentów stać na to, aby z nich korzystać – mówi prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak, prezes Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego.

Pomogłaby refundacja z budżetu państwa, ale apele środowiska lekarskiego i chorych nie przynoszą rezultatów. 1 maja zacznie obowiązywać nowa lista leków refundowanych, na której nie będzie leków inkretynowych.

Innowacyjne farmaceutyki mają nieco odmienny mechanizm działania od insuliny, przez co zapobiegają takim efektom ubocznym, jak hipoglikemia, czyli nadmierny spadek cukru we krwi w efekcie np. przedawkowania doustnych leków przeciwcukrzycowych czy insuliny. Skutkiem hipoglikemii mogą być drgawki, utrata przytomności, udar czy zaburzenia naczyniowe. Dodatkowo leki inkretynowe zmniejszają łaknienie i pozwalają kontrolować masę ciała. 

Leki te obniżają cukier, ale robią to w sposób inteligentny – tłumaczy profesor. – Insulina i starsze leki, różne pochodne mocznika, działają w ten sposób, że jak się je weźmie, to one obniżą cukier bez względu na to, jaki jest jego poziom we krwi. A leki inkretynowe nie będą działać, jeżeli cukier będzie prawidłowy.

To oznacza, że będą obniżać poziom cukru we krwi dopiero wówczas, gdy zacznie on niepokojąco wzrastać. To pomoże chorym uniknąć groźnego dla zdrowia niedocukrzenia.

Leki inkretynowe w lecznictwie występują od 9 lat i w tym czasie pojawiło się ok. 10 różnych preparatów z tej grupy. Mają pozytywną opinię Agencji Oceny Technologii Medycznych. Mimo że nie są już najnowsze, chorzy w Polsce nie mogą z nich masowo korzystać, bo nie ma ich na liście leków refundowanych.

Profesor Leszek Czupryniak przyznaje, że diabetolodzy wciąż ponawiają swoje apele o włączenie tych farmaceutyków do zmienianych co dwa miesiące list leków refundowanych, przedstawiają korzyści ekonomicznie wynikające z ich stosowania, ale skuteczność ich zabiegów jest niewielka.

Rząd powinien na to patrzeć jak na inwestycję. Dzisiaj wydane pieniądze przyniosą duże korzyści, ale za długi czas, za 5-10, może nawet 15 lat – mówi prof. Leszek Czupryniak.

Jego zdaniem nie ma przeciwwskazań merytorycznych ani finansowych, żeby leki te znalazły się na liście leków refundowanych. Tym bardziej że refundacja nie musiałaby dotyczyć wszystkich chorych, a jedynie wybranej grupy, dla której leki inkretynowe będą najskuteczniejsze.

W ogóle nie mówimy o dużych wydatkach z budżetu, ponieważ przy obecnych regulacjach, gdzie istnieje pojęcie risk-sharingu, czyli podziału ryzyka, firma farmaceutyczna może się z ministerstwem umówić, jak wysoki będzie poziom refundacji w danym roku. I firmy są gotowe przyjąć obciążenie budżetu rzędu 10 mln złotych, czyli jeżeli na dany lek refundacja przekroczy daną kwotę, to resztę pokryje firma farmaceutyczna. 10 mln złotych w skali budżetu refundacyjnego to są naprawdę znikome pieniądze – podkreśla prezes Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego.

Niezależność energetyczna UE dzięki węglowi i odnawialnym źródłom energii

CEO Magazyn Polska

Kryzys polityczny na Ukrainie wyraźnie pokazał, że na dostawach z Rosji nie można polegać. Właśnie dlatego odnawialne źródła energii oraz utrzymanie produkcji energii z węgla są szansą dla Unii Europejskiej na zwiększenie swojej niezależności energetycznej. To oznacza, że wprowadzenie niezbędnych ograniczeń emisji gazów cieplarnianych musi być dostosowane do realiów gospodarczych. Według polityków i ekspertów jest to największe wyzwanie polityki energetycznej UE.

Uważam, że Unia Europejska powinna zdecydowanie postawić na samowystarczalność energetyczną, czyli szukać swoich źródeł, odejść od zdecydowanej polityki negacji wykorzystywania węgla w energetyce  co jest w interesie Polski, a jednocześnie stawiać na te źródła, które w każdym kraju występują. Na pewno ważnym elementem będzie energetyka odnawialna – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Stryjecki, prezes Fundacji na rzecz Energetyki Zrównoważonej.

Według niego, trwający na Ukrainie kryzys i konflikt polityczny z Rosją pokazują, że budowa gazociągów z Rosji do Unii Europejskiej nie rozwiązuje problemu zależności energetycznej wspólnoty. Obecnie działa jeden gazociąg, który transportuje gaz bezpośrednio z Rosji do Niemiec – przebiegający dnem Bałtyku Nord Stream. Planowany jest także gazociąg South Stream z Rosji do Bułgarii przez Morze Czarne, ale jego budowa stoi pod znakiem zapytania z uwagi na wydarzenia na Ukrainie.

Jerzy Pietrewicz, wiceminister gospodarki, dodaje, że zależność energetyczna ma olbrzymie znaczenie polityczne. UE, według Eurostatu, importuje ponad 50 proc. potrzebnej energii (najnowsze dostępne dane z 2012 r.), a jedynym samowystarczalnym energetycznie krajem dzięki polom naftowym na Morzu Północnym jest Dania. Biorąc pod uwagę sam gaz, uzależnienie jest jeszcze większe i przekracza 65 proc. Dla Polski ten wskaźnik to niemal 74 proc.

W 2011 r. ok. 67,1 proc. energii produkowanej z gazu pochodziło z importowanego surowca. Ponad jedną czwartą niezbędnego gazu spoza UE dostarczyła Rosja.

Dlatego też akcentujemy ten element bezpieczeństwa energetycznego. A w jego kontekście również potrzebę opierania się i możliwie jak najlepszego wykorzystywania własnych zasobów energetycznych. Tutaj nawiązujemy do naszego bogactwa narodowego, jakim jest węgiel brunatny i kamienny. Ale to jest kwestia też i naszego miksu energetycznego, i potrzeby jego dywersyfikacji, bo to też jest element bezpieczeństwa – podkreśla Pietrewicz.

Zgodnie z danymi Eurostatu, w 2012 r. aż 85 proc. energii produkowanej w Polsce pochodziło z paliw stałych, czyli głównie z węgla. Pietrewicz przyznaje, że w ramach zrównoważonego rozwoju kwestie ochrony środowiska i redukcji emisji dwutlenku węgla są ważne. Zastrzega jednak, że nie można zapominać o wpływie na rozwój regionalny i wykorzystaniu lokalnych zasobów. Dlatego całkowity odwrót od węgla nie jest pożądany, choć większa dywersyfikacja źródeł energii z pewnością zabezpieczy Polskę.

Unia Europejska musi szukać pewnych alternatyw. Łatwym rozwiązaniem nie jest też postawienie na import dużo tańszego gazu łupkowego ze Stanów Zjednoczonych, dlatego że to nie jest w interesie Amerykanów. Oni będą woleli nam eksportować towary, które będą taniej produkowane dzięki niższym cenom ich energii, niż pozbywać się swojego paliwa – dodaje Stryjecki.

Zauważa, że uniezależnienie UE od importu gazu będzie bardzo trudne, ale należy w tym kierunku zmierzać. Pomóc może energetyka odnawialna. Według Stryjeckiego, w większym stopniu należy wykorzystać morskie farmy wiatrowe, które mogą generować więcej energii niż lądowe. Podkreśla, że UE nie powinna regulować emisji gazów cieplarnianych bezpośrednio, lecz jedynie pośrednio poprzez silne wsparcie dla OZE oraz energooszczędnej gospodarki.

Hipermarkety próbują odzyskać pozycję na rynku. Walczą z dyskontami ofertą i ceną

0

CEO Magazyn Polska

Ekspansja dyskontów pozostaje największym wyzwaniem dla hipermarketów i mniejszych sklepów. Metodą na ograniczenie ich dominacji jest m.in. franczyza, obniżanie cen i cięcie kosztów. Wielkie sieci handlowe na razie nie muszą martwić się o wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę, bo dwa projekty w tej sprawie przepadały w Sejmie.

Hipermarkety mają spośród wszystkich rodzajów sklepów największe zadanie do wykonania i realizują je przez politykę cenową i zmianę asortymentu, dostosowanie się do klienta – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji oraz dyrektor przedstawicielstwa Metro AG w Polsce (właściciel m.in. Makro Cash&Carry, Media Markt). – Tak naprawdę mamy asortyment na dwóch poziomach. Ten najniższy, najtańszy, jak również ten delikatesowy – najwyższa półka. I na oba asortymenty mamy duże zapotrzebowanie wśród konsumentów polskich.

Juszkiewicz podkreśla, że wszystkie hipermarkety przyjęły bardzo mocną politykę obniżania cen do takiego poziomu, by były one porównywalne do dyskontów.

Udział dyskontów w sprzedaży FMCG [towarów szybko zbywalnych – red.] to około 20 proc. Ten udział jest bardzo duży, a jednocześnie przyrost jest bardzo szybki. Polskie małe sklepy stawiają czoła dyskontom poprzez systemy integrujące, w które wchodzą poprzez systemy franczyzowe z dużymi hurtowniami i hurtowniami Cash&Carry – tłumaczy prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

Juszkiewicz dodaje, że w Polsce wciąż jest miejsce na nowe sklepy. Zdecydowanie większy potencjał rozwoju mają mało- i średniopowierzchniowe sklepy. Typ powstających obiektów zależy w dużej mierze od wielkości miasta, a nie od jego położenia. Większe miasta to większy potencjał dla hipermarketów.

Cały czas trwa konsolidacja na rynku, czyli wszystkie przedmioty mniejsze czy większe łączą się ze sobą – dodaje Juszkiewicz. Podkreśla, że cała branża szybko się modernizuje: – Jeśli chodzi o nowe technologie, to przede wszystkim obsługa klienta, smartfony i wszelkie możliwe inne płatności mobilne. Mamy również propozycję w postaci kas samoobsługowych.

Nowoczesne rozwiązania pojawiają się także w łańcuchu dostaw. Polacy coraz chętniej kupują też produkty pod marką własną sieci handlowych. Juszkiewicz podkreśla, że firmy wykorzystują to, oferując produkty pod marką własną we wszystkich kategoriach – od najdroższych po najtańsze. Ich jakość jest jednak zwykle bardzo wysoka.

Rozwój tej części handlu zostałby jednak zahamowany, gdyby wprowadzone zostały regulacje zakazujące sprzedaży w niedziele. Za takim prawem opowiadają się posłowie Prawa i Sprawiedliwości oraz katolickie organizacje społeczne i organizacje zrzeszające małe sklepy. Te ostatnie zyskałyby na zmianie prawa, bo ich właściciele mogliby – podobnie jak dziś w 12 ustawowo wolnych od pracy dni świątecznych – samemu stanąć za ladą. W niedziele nie mieliby konkurencji.

Jednak w marcu Sejm odrzucił głosami większości posłów koalicji oraz lewicy dwa niemal identyczne projekty ustawy. Juszkiewicz podkreśla, że dla branży handlowej jako całości taki zakaz oznaczałby wielkie straty. Obroty sklepów spadłyby o 4–12 proc., co oznaczałoby utratę kilku miliardów złotych rocznie. Największymi przegranymi byliby jednak pracownicy.

Najwyższy odsetek strat będziemy odnotowywać na rynku pracy. To dla nas oznacza zwolnienia nawet do 50 tys. osób w całej branży – ocenia Juszkiewicz.

W Polsce w obrocie są butelki zwrotne warte 150 mln zł. Konsumenci jednak najczęściej wyrzucają je do śmieci

CEO Magazyn Polska

W Polsce krąży ok. 400 milionów szklanych butelek zwrotnych o wartości 150 milionów złotych. Ale tylko niespełna 20 proc. konsumentów ma świadomość, że taka butelka to opakowanie ekologiczne, które nadaje się do ponownego wykorzystania. W ten sposób można nie tylko przyczynić się do ochrony środowiska, lecz także zmniejszyć koszty produkcji. Polacy wolą jednak butelki wyrzucać, bo panuje stereotyp, że ich oddawanie to czynność zarezerwowana dla społecznego marginesu. Nie każdy sklep chce też przyjmować opakowania zwrotne.

Obecnie w Polsce jedyną branżą, która stosuje butelkę zwrotną, jest branża piwowarska. 50 procent swoich wyrobów browary sprzedają właśnie w opakowaniach zwrotnych.

Butelka zwrotna może krążyć 20 razy i więcej. W Polsce średnio krąży od 8 do 12 razy, czyli dużo mniej. Z naszych badań przeprowadzonych w ubiegłym roku wynika, że raptem 20 proc. konsumentów wie, że zwracając butelkę, też czynią ekologiczny gest. Mamy więc sporo do nadrobienia – mówi Jagoda Jastrzębska, kierownik ds. rozwoju odpowiedzialnego biznesu w Carlsberg Polska, organizatora kampanii „Weź mnie w obroty”, która właśnie ruszyła i ma na celu zmienić nawyki konsumentów.

Z badania TNS dla Carlsberg Polska wynika, że butelka zwrotna jest drugim po puszcze najpopularniejszym opakowaniem wybieranym przez osoby kupujące piwo (26 proc.). Jednak tylko 6 proc. klientów interesuje to, czy piwo jest sprzedawane w opakowaniu zwrotnym.

Ambasadorem kampanii został Piotr Rogucki. Wokalista przekonuje, że nie ma powodu, by się wstydzić oddawania butelek do sklepu i wylicza płynące z tego korzyści.

– Po pierwsze, można przyczynić się do ochrony środowiska, po drugie, sprawić, że będzie czysto, po trzecie wynikające z tego oszczędności można wykorzystać i zagospodarować w inny sposób – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Rogucki, wokalista.

Łączna wartość butelek zwrotnych krążących w Polsce szacowana jest na ok. 150 mln zł.

Jak wynika z informacji Carlsberga, oddanie butelki do sklepu pozwala zaoszczędzić sporo energii i surowców. Do produkcji jednej szklanej butelki zużywanych jest ok. 1 100 W energii. To tyle, ile komputer zużywa przez 22 godziny. Zastąpienie butelki zwrotnej jednorazową oznaczałoby dodatkowych 600 tys. ton odpadów rocznie. To dwa razy więcej niż obecnie przetwarzają huty w Polsce.

Liderami używania butelek zwrotnych są Dania, Finlandia, Norwegia i Holandia. Tam konsumenci oddają do sklepów ponad 70 proc. opakowań ekologicznych. Polska plasuje się w połowie listy krajów europejskich.

Ludzie starsi byli wychowywani w takim momencie, kiedy butelka zwrotna funkcjonowała non stop. Jest to więc tylko kwestia przypomnienia, że takie schematy na rynku ekonomicznym funkcjonowały i funkcjonują nadal, tylko są mniej popularne. Trzeba im uświadomić fakt, że mogą z nich korzystać – mówi Piotr Rogucki.

Zdaniem wielu konsumentów, zwrot butelek to spory kłopot. Tylko część sklepów przyjmuje wszystkie zwracane butelki. Inne tylko te, na które klienci mają paragon, a inne w ogóle nie przyjmują opakowań zwrotnych. Kampania społeczna „Weź mnie w obroty” ma zmienić zarówno nawyki konsumentów, jak i sprzedawców.

Kłopoty polskich producentów żywności: niskie ceny żywności, embargo na polską wieprzowinę i zagrożenie suszą

CEO Magazyn Polska

Wzrost cen żywności od kilku lat utrzymuje się na stabilnym, dość niskim poziomie, który nie przekracza 2 proc. rocznie. Ceny niektórych produktów spadają, co cieszy konsumentów, ale negatywnie wpływa na kondycję producentów. Pozycję wytwórców osłabić może także embargo na polską wieprzowinę i małe ilości opadów w lutym i w marcu.

Opierając się na danych różnych ośrodków, możemy stwierdzić, że w ostatnich latach wzrost cen żywności ustabilizował się na stosunkowo niskim poziomie – zauważa prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. – Ceny żywności rok do roku rosną obecnie o ok. 1,5– 2 proc., a w niektórych okresach spadają.

Jak podkreśla, dla najbiedniejszych nawet tak niewielka podwyżka cen jest odczuwalna. Jednak dla rynku jest ona niezbędna. Dzięki temu producenci mają środki na inwestycje, odtworzenie upraw i środki do ochrony roślin, co pozwala im z optymizmem patrzeć na następny sezon. Wyjaśnia, że podwyżki nie zawsze zależą od producentów.

Surowce rolnicze w złotówce konsumenta jest to w granicach co najwyżej 20–30 proc., a pozostałe są to koszty energii, transportu, przechowania czy przetwórstwa – zauważa dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. – Na ceny wpływają też czynniki zewnętrzne, takie jak embargo na polską wieprzowinę wprowadzone przez Rosję i inne kraje w obawie przed przenoszeniem wirusa afrykańskiego pomoru świń – dodaje.

Tego typu utrudnienia eksportowe zwiększają podaż na rynku krajowym, co obniża cenę w krótszej perspektywie. Jednak jest to niekorzystne dla producentów, których część wypada z rynku, ponieważ trudno im tak szybko obniżyć koszty produkcji.

W efekcie produkuje się mniej mięsa, mniej trafia na rynek, ceny rosną, a w dodatku uzależniamy się od importu. A wtedy to importujący dyktuje warunki, a my musimy płacić więcej – wyjaśnia prof. Kowalski.

Wpływ na ceny produktów żywnościowych ma także pogoda. Choć, według eksperta, nie mamy powodów do narzekań. Najważniejsze jest to, że nie występują duże wahania temperatury między dniem a nocą.

Pojawiają się sygnały, że jest susza, że może być nieurodzaj – mówi Kowalski. – Uważam, że jest to wyolbrzymione. W zeszłym roku, kiedy w kwietniu leżał śnieg, też głoszono klęskę. Tymczasem ceny żywności rok do roku wzrosły o 1,5 proc., co jest niezłym wynikiem – dodaje.

W ostatniej dekadzie, według danych GUS-u, ceny żywności były zazwyczaj wyższe niż ogólny wskaźnik CPI. Choć w ostatnich latach różnice się zmniejszyły, to wzrost cen żywności i napojów bezalkoholowych nadal jest nieco wyższy od wzrostu ogólnego Consumer Price Index. Polacy przeznaczają na żywność około jednej czwartej swoich budżetów domowych, podczas gdy Czesi – 17 proc. a Brytyjczycy – 11 proc.

Sposób rozliczania z dochodów uzyskiwanych za granicą zależy od kraju, w jakim podatnik pracuje

CEO Magazyn Polska

Już tylko kilka dni zostało na rozliczenie się z fiskusem. Osoby, które nawet część swoich dochodów osiągnęły za granicą, powinny pamiętać, że choć podlegają opodatkowaniu w kraju, w którym osiągnęły dochody, to zobowiązane są także do rozliczenia się z urzędem skarbowym w Polsce. Nie oznacza to jednak, że będą zmuszone zapłacić podwójny podatek. Istnieją bowiem metody, które pozwalają tego uniknąć.

– Podatnicy, którzy mają stałe miejsce zamieszkania w Polsce, czyli są tak zwanymi rezydentami, powinni pamiętać, żeby w zeznaniu podatkowym rozliczyć całe swoje światowe dochody. Czyli jeżeli zarabiali za granicą z tytułu umowy o pracę czy inwestycji giełdowych lub mieli konto bankowe i z tego konta otrzymywali odsetki, to te dochody powinni rozliczyć w Polsce – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Marczak, doradca podatkowy i partner KPMG.

Niektóre umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania zobowiązują do zapłaty podatku wyłącznie w kraju, w którym dochody zostały osiągnięte. Ma to zastosowanie m.in. w większości krajów europejskich (np. Niemczech, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Francji) oraz Chinach, Indonezji, Japonii, Kanadzie, Kuwejcie czy RPA.

– W pierwszym przypadku dochód zarobiony za granicą jest wyłączony z opodatkowania w Polsce, tylko go deklarujemy i pokazujemy, i on ma wpływ na nieco wyższą stawkę podatkową, która ma zastosowanie do dochodu polskiego. Jest to tak zwana metoda wyłączenia z progresją – mówi Marczak.

Są jednak kraje, w których umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania nie przewiduje zastosowania metody wyłączenia – są to m.in. Australia, Chile, Finlandia, Rosja czy Stany Zjednoczone.

Stosujemy wówczas metodę zaliczenia podatkowego, czyli dochód zagraniczny deklarujemy, liczymy polski podatek, i od niego odejmujemy podatek zapłacony za granicą. Czyli w tej metodzie istotna jest kwota zapłaconego podatku – dodaje doradca podatkowy z KPMG.

Co warte podkreślenia, metodę tę należy stosować także przy rozliczaniu się z dochodów osiągniętych w państwach, z którymi Polska nie ma podpisanej umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania (np. Libii, Arabii Saudyjskiej, Brazylii czy Afganistanu).

Przy rozliczaniu w Polsce zagranicznych dochodów można skorzystać z furtki, którą zostawia ulga abolicyjna z ustawy o podatku PIT.

Podatnik może sobie wybrać, która z dwóch metod jest dla niego bardziej korzystna. Tam jest specjalna metoda wyliczenia w zeznaniu podatkowym PIT-36 i ta ulga abolicyjna de facto zrównuję metodę zaliczenia podatkowego z metodą wyłączenia z progresją, która w większości przypadków jest bardziej korzystna niż zaliczanie podatku zapłaconego za granicą – wyjaśnia Andrzej Marczak.

Jak przypomina, dochody uzyskane poza granicami Polski mogą być pomniejszone o pewne odliczenie. Jest to odliczenie w wysokości 30 proc. diety, która przysługuje, kiedy  jest wydelegowany za granicę w podróż służbową.

– Załóżmy, że dieta wynosi 50 euro dziennie, czyli możemy sobie pomniejszyć dochód do opodatkowania o 15 euro dziennie, czyli o 30 proc. To odliczenie przysługuje nie za każdy dzień wykonywania za granicą pracy, ale za każdy dzień pobytu za granicą, w którym byliśmy zatrudnieni – mówi doradca podatkowy z KPMG.

Odliczenie to pozwala na znaczne zmniejszenie dochodu, który podlega opodatkowaniu w Polsce.

Należy też pamiętać, że ustawa dopuszcza odliczenie od dochodu obowiązkowych składek na ubezpieczenie społeczne zapłaconych za granicą. Jest to jednak możliwe tylko wówczas, gdy składki te nie zostały odliczone poza granicami Polski. O ile składki na ubezpieczenie społeczne odliczane są od dochodu, to od podatku można odliczyć składki na ubezpieczenie zdrowotne.

– W Polsce odliczamy maksymalnie 75 proc. podstawy odliczenia tych składek i do takiej kwoty możemy również odliczyć w Polsce składki odliczone za granicą, ale pod warunkiem że były obowiązkowe i nie zostały w tamtym kraju odliczone – podkreśla Marczak.

Podatnikom przysługują także inne odliczenia, dedykowane krajowym podatnikom –  z tytułu ulg czy darowizn.

Wszyscy rozliczający w Polsce dochody uzyskane za granicą zobowiązani są do złożenia obok głównego formularza PIT-36, także załącznika PIT/ZG, w którym należy wyszczególnić, jakiego typu są to dochody i w jakim kraju zostały osiągnięte.

Przy rozliczaniu dochodów z zagranicy pamiętajmy też, że istotna jest kwestia przeliczenia dochodów czy też podatku na złote. Od pewnego czasu jest jednolita zasada, że stosujemy kurs średni NBP z dnia poprzedzającego dzień uzyskania przychodu czy też poniesienia kosztu, ale pamiętajmy: kurs średni Narodowego Banku Polskiego – podsumowuje Andrzej Marczak.

Answear.com wchodzi na rynki Czech i Słowacji

0

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, jeden z największych multibrandowych sklepów odzieżowych w polskim Internecie – Answear.com, zgodnie z długoterminową  strategią stworzoną wspólnie z inwestorem – funduszem MCI.TechVentures, realizuje plan ekspansji regionalnej w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, wchodząc na rynki czeski i słowacki. Strona Answear.cz, przygotowana na rynek czeski została uruchomiona na początku kwietnia 2014.

Rynki Polski, Czech i Słowacji to rynki tworzące największy potencjał popytu e-commerce w regionie CEE: (Polska – ok. 40 mln mieszkańców, Czechy i Słowacja – to potencjał  15 mln mieszkańców), z dynamiką wzrostu rynku e-commerce przekraczającą 20% rocznie. Jednocześnie, powyższe kraje charakteryzują się najwyższą średnia wartością rocznych e-zakupów na osobę: w Czechach to EUR 581, w Polsce – EUR 465, na Słowacji EUR 212.

Czechy i Słowacja – poza atrakcyjnością komercyjną, stanowią naturalne kierunki ekspansji również ze względu na położenie geograficzne. Centrum logistyczne Answear.com zlokalizowane jest w Krakowie, co pozwala spółce na realizację dostaw do czeskiej Ostrawy czy też słowackiej Żyliny w czasie zbliżonym dla dostaw do np. Warszawy. Nie bez znaczenia jest również wsparcie spółki w projekcie ekspansji ze strony zespołu funduszu MCI.TechVentures, którego dobra znajomość rynku czeskiego i słowackiego pozwoliła m.in. na identyfikację lokalnych partnerów oraz strukturyzacje projektu wejścia na powyższe rynki.

Projekt ekspansji był przygotowywany od kilku miesięcy. Ze względu na kluczowe znaczenie poziomu satysfakcji klientów, najważniejszym wyzwaniem było zoptymalizowane procesu logistycznego by móc efektywnie realizować dostawy – mówi Krzysztof Bajołek założyciel Answear.com – dzisiaj jesteśmy w stanie dostarczać nasze produkty na terytorium Czech  w ciągu 24 godzin.

Spółka otworzy własne biuro w Pradze. Partnerami Answear.cz w projekcie są osoby posiadającej silną pozycję w czeskiej branży marketingu, PR i sprzedaży.

Wejście na rynki Czech i Słowacji jest jednym z kluczowych elementów strategii budowania pozycji spółki jako jednego z liderów segmentu e-fashion w regionie.

Inwestycja KGHM-u w Chile na ukończeniu. Pod koniec czerwca ruszą Zakłady Wzbogacania Rud

CEO Magazyn Polska

Pod koniec czerwca w pełni ruszy produkcja koncentratu rudy miedzi i molibdenu w chilijskim projekcie KGHM-u Sierra Gorda. Przygotowanie robót górniczych trwało dwa lata. Od dwóch miesięcy trwa już eksploatacja rudy siarczkowej, a pod koniec czerwca ruszy ostatni element projektu – Zakłady Wzbogacania Rud. KGHM wyprodukował już 50 ton katod miedzianych. Produkcja ta znacząco poprawi wyniki finansowe projektu Sierra Gorda, bo nie była brana pod uwagę w planach.

 Prace idą zgodnie z zakładanym planem. Pod koniec czerwca powinniśmy rozpocząć już techniczny odbiór, eksploatację i przerób rudy w Zakładach Wzbogacania Rud – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kędzia, wiceprezes zarządu KGHM Polska Miedź SA. – To są dwa elementy, kopalnia i Zakład Wzbogacania Rud. Budowa ZWR jest zaawansowana, gotowe jest już 93-95 proc., zostało jeszcze 5 proc. do tego, żeby uruchomić Zakład Wzbogacania Rud. To dopiero da nam ostateczny produkt handlowy, jakim jest koncentrat rudy miedzi i molibdenu.

Przygotowania do rozpoczęcia robót górniczych trwały dwa lata. Najpierw trzeba było zdjąć tzw. nadkład, czyli skały płonne, przykrywające złoża miedzi, nieużyteczne z punktu widzenia KGHM-u. Potem spółka przez 100-140 metrów eksploatowała rudę tlenkową. Początkowo nie była ona brana pod uwagę w procesie produkcji miedzi. Jak podkreśla Kędzia, ruda tlenkowa faktycznie nie nadaje się do produkcji miedzi standardową techniką flotacji, jednak dzięki technologii ługowania oraz elektrorafinacji (SX/EW), możliwa jest produkcja katod miedzianych.

Już dzisiaj mamy około 50 ton czystej katody, która została wyprodukowana metodą SX/EW, a więc to pokazuje, że ekonomika tego projektu Sierra Gorda jeszcze bardziej wzrośnie – podkreśla Kędzia.

Dwa miesiące temu od poziomu 170 metrów ruszyła także eksploatacja właściwej rudy siarczkowej. Na razie jest ona składowana w oczekiwaniu na uruchomienie ZWR-ów, co powinno nastąpić pod koniec czerwca.

Kędzia przypomina, że inwestycja w Sierra Gorda to największa, flagowa inwestycja KGHM-u. Budowy na taką skalę poza granicami kraju nie prowadzi żadna spółka. Sierra Gorda to czwarta największa kopalnia odkrywkowa na świecie. Kędzia zauważa, że inwestycja ma wymiar nie tylko finansowy, ale i symboliczny, bo pokazuje możliwości polskiej gospodarki w skali światowej.

Ciech planuje nowe inwestycje, głównie w segmencie sody. Mimo to są czynniki mogące przeszkodzić mu w rozwoju

0

CEO Magazyn Polska

Ciech zapowiada odchodzenie od niskomarżowej produkcji na rzecz bardziej przetworzonych produktów, głównie z segmentu sodowego. Chce również dalej inwestować w projekty związane z ochroną środowiska. Spółka w najbliższych pięciu latach przeznaczy na inwestycje miliard złotych. Sztandarowym przedsięwzięciem jest rozwój biznesu sodowego. Minusem jest ciągle wysoki poziom zadłużenia spółki i niepewna sytuacja na Wschodzie, gdzie chciałaby ona lokować swoją nową produkcję.

Stawiamy na wyżej przetworzone gatunki sody oraz żywice w spółce Organika-Sarzyna, w tej ostatniej tworzymy dział badawczo-rozwojowy. Powoli odchodzimy od masowej, niskomarżowej produkcji na rzecz bardziej przetworzonych produktów – komentuje Dariusz Krawczyk, prezes Ciechu, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Dodaje, że firma chce opracować lub pozyskać technologię najwyższych wysokomarżowych gatunków sody. Dział badawczo-rozwojowy jest tworzony w zakładach Organika-Sarzyna, nowe jednostki organizacyjne tego typu mają powstać również w trzech innych zakładach Grupy. Prezes zapowiada, że oprócz tego Ciech będzie dążył do zwiększania możliwości produkcyjnych w najważniejszych obszarach swojego operowania.

Mamy bardzo dużo ciekawych pomysłów. Mamy też środki finansowe, które wreszcie możemy wykorzystać do realizacji naszych planów rozwojowych – podkreśla Dariusz Krawczyk.

Jak podkreśla, nowe inwestycje będą dotyczyły zarówno zakładów w Polsce, jak i fabryk w Rumunii i Niemczech. Stały się one możliwe dzięki restrukturyzacji Grupy, której w pewnym momencie groziła nawet upadłość – spółka praktycznie utraciła zdolność do terminowej obsługi zaciągniętych kredytów. Grupa Chemiczna Ciech w ubiegłym roku osiągnęła przychody przekraczające 3,5 mld zł i zysk operacyjny w wysokości prawie 140 mln zł. Zysk netto wyniósł 40 mln zł, podczas gdy rok wcześniej Ciech zanotował 438 mln zł straty. W porównaniu do 2012 r. w tym samym okresie zadłużenie netto spółki zmalało o około 18 proc., dzięki czemu wskaźnik dług/znormalizowana EBITDA obniżył się z 3,5 do 2,7.

Teraz idziemy w kierunku pełnej integracji w obrębie trzech spółek sodowych, doskonalimy się operacyjnie, czego efektem są coraz lepsze wyniki finansowe. Również w każdym kolejnym raporcie kwartalnym możemy zaobserwować poprawiający się wynik na poziomie EBITDA , co powoduje, że stosunek EBITDA do długu netto znacząco się poprawia – podkreśla Dariusz Krawczyk.

Prezes zapowiada również dalsze projekty związane z ochroną środowiska w zakładach produkcyjnych.

Podejmujemy wiele projektów związanych z eliminacją tlenków siarki i azotu, które doprowadzą do istotnej redukcji tych opłat – mówi Dariusz Krawczyk. – W jednym z takich projektów chcemy zastosować naszą sodę w modułach eliminujących emisję szkodliwych substancji do środowiska. Jest to projekt, który się bardzo dobrze rozwinął np. w Niemczech, i bazując na doświadczeniach naszej firmy niemieckiej, będziemy się starali ten projekt rozwinąć w Polsce.

Nad Grupą nadal ciąży niejedno ryzyko. Mimo obniżenia poziomu zadłużenia nadal pozostaje ono na bardzo wysokim poziomie (obniżka o 18 procent w stosunku do roku 2012 – do poziomu około 1,2 mld PLN). Również niepokoje na Ukrainie, a co za tym idzie pojawiające się ograniczenia w handlu z Rosją nie sprzyjają planom rozwinięcia produkcji sody, której dodatkowe wolumeny mają być planowo plasowane na tamtych rynkach.

Fokus TV zaczyna nadawanie. Od dziś w naziemnej telewizji cyfrowej dostępne są 24 stacje w jakości cyfrowej

0

CEO Magazyn PolskaKanał telewizyjny Fokus TV rozpoczął dziś nadawanie na multipleksie cyfrowym MUX-1. To koniec procesu wypełniania multipleksów, na których obecne są 24 stacje. Powinny je odbierać wszystkie nowe telewizory, choć konieczne może być ich przestrojenie. Kto po 26 sierpnia 2011 r. kupił nieświadomie telewizor nieodbierający telewizji cyfrowej, może ubiegać się o zwrot kosztów.

28 kwietnia kończy się proces wypełniania multipleksów telewizji cyfrowej. Wchodzi ostatni program, który na uruchomionych dotychczas trzech multipleksach miał się pojawić, a to oznacza, że widzowie w kraju będą mieli do dyspozycji 24 programy w jakości cyfrowej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dawid Piekarz z Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Nowy kanał, Fokus TV, ma profil edukacyjno-poznawczy i zastąpi na pierwszym multipleksie TVP1 w standardowej rozdzielczości. Programy TVP będą nadawane jedynie w wysokiej rozdzielczości (HD) na multipleksie trzecim. Nie powinno to spowodować żadnych zmian dla odbiorców. Telewizory mogą przestroić się automatycznie lub po uruchomieniu funkcji „automatyczne strojenie” przez użytkownika.

Wszystkie nowe telewizory powinny bez problemów odbierać sygnał cyfrowy, w tym ten nadawany w wysokiej rozdzielczości. Starsze odbiorniki mogą wymagać dodatkowego dekodera.

Dawid Piekarz przypomina, że – zgodnie z ustawą o cyfryzacji – jeśli po 26 sierpnia 2011 r. konsumenci kupowali telewizor bez możliwości odbioru sygnału cyfrowego, sprzedawca powinien ich o tym poinformować.

Klient kupując taki telewizor, powinien złożyć pisemne oświadczenie o tym, że zdaje sobie sprawę z tego, że odbiornik tej funkcji nie ma, nie nadaje się do odbioru telewizji cyfrowej, czyli że klient kupuje go na własną odpowiedzialność. Co ciekawe, jeżeli klient nie podpisał takiego dokumentu, a telewizor mu sprzedano, to ma możliwość żądania od sprzedawcy przyjęcia zwrotu tego telewizora – podkreśla Piekarz.

Zwrotu można dokonać w każdej chwili, bo ustawa nie określa, do kiedy powinno się to zrobić. Podstawę prawną stanowi artykuł 6. Ustawy o cyfryzacji. Jeśli sprzedawca nie przyjmie naszego zwrotu, należy zwrócić się do rzecznika konsumentów. W ustawie nie ma żadnych zastrzeżeń ani terminów ograniczających obowiązywanie tego prawa.

Kryzys zmusił firmy do kontrolowania skuteczności akcji marketingowych. Ostrożniej planują budżety wydatkowane na ten cel

CEO Magazyn Polska

Kryzys gospodarczy, który kilka lat temu odbił się na wysokości firmowych budżetów marketingowych, miał także swoje dobre strony – m.in. przekonał klientów do inwestowania w rozwiązania przynoszące konkretne, mierzalne efekty. Tym samym zmusił agencje reklamowe do stosowania często prostszych, ale skuteczniejszych środków przekazu.

Kryzys nauczył klientów i agencje, aby patrzeć na komunikację w sposób bardzo efektywny. Zaczęliśmy zwracać uwagę na to, czy reklama jest skuteczna, a co za tym idzie, czy przekłada się na konkretne, wymierne korzyści, często na sprzedaż – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Maj, wiceprezes OS3 Group.

Jego zdaniem takie podejście wychowało również nowe pokolenie agencji na polskim rynku, które oprócz strony wizualnej zaczęły zwracać uwagę na efektywność proponowanych rozwiązań.

Jednocześnie Maj zwraca uwagę na bieżące problemy, z którymi mierzy się branża marketingowa.

Mamy do czynienia z trendem specjalizacji, powstają m.in. agencje social mediowe czy agencje odpowiedzialne za projekty mobile. To dobrze i źle. Dobrze, bo faktycznie firmy wyspecjalizowane w pewnym zakresie dostarczają klientom rozwiązania na najwyższym poziomie. Złe jest natomiast psucie rynku przez podmioty jedno- lub dwuosobowe, bez doświadczenia, oferujące dumpingowe ceny i nieefektywne rozwiązania marketingowe – zauważa Marcin Maj.

Wiceprezes OS3 Group docenia nowe, młode inicjatywy rynkowe, z jasno sprecyzowanym pomysłem na działanie i strategią. W jego opinii takie podmioty podnoszą konkurencyjność polskiej branży marketingowej i jakość oferowanych rozwiązań. 

Dzisiejszy konsument jest bardzo znudzony, wyczulony na reklamę, szczególnie tę w mediach tradycyjnych – w telewizji, radiu i prasie. Liczy się myślenie o tym, jak efektywnie dotrzeć do grupy docelowej, do naszego odbiorcy, skonstruować komunikat tak, żeby był on zabawny, zauważalny, adekwatny do komunikacji – podkreśla Marcin Maj.

Zdaniem Maja, mamy aktualnie do czynienia z trendem upraszczania komunikacji, co może przypominać powrót do wczesnych lat 90., kiedy reklama bardzo często składała się z jednego zdjęcia, ale musiała być jednocześnie efektywna i wizualnie atrakcyjna. Drugim aspektem, na który zwraca uwagę Maj, jest rosnący w siłę format wideo i jego wpływ na reklamę.

Komunikacja dzisiaj wygląda zupełnie inaczej niż 5-10 lat temu i będzie zupełnie inna za kolejne pięć lat. Chcąc nie chcąc, musimy być kameleonami, dostosowywać się do zmieniającego otoczenie. Ci, którzy zrobią to najlepiej, najbardziej efektywnie, przetrwają – prognozuje Maj.

Polacy chętnie sięgają po suplementy diety. Rośnie ich sprzedaż i ceny

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz częściej i coraz chętniej kupują suplementy diety. Wybierane są przede wszystkim te produkty, które mogą uzupełnić codzienną dietę o niezbędne witaminy i minerały – stanowią połowę sprzedaży w tym segmencie. Konsumenci chętnie sięgają też po specyfiki mające służyć zdrowiu i urodzie. Wartość rynku suplementów diety z roku na rok systematycznie rośnie. W ubiegłym roku na takie produkty Polacy wydali ponad 3 miliardy złotych. 

Suplementy diety stanowią drugą pozycję w sprzedaży odręcznej, zaraz po lekach bez recepty. Cała sprzedaż odręczna szacowana jest na poziomie około 12 mld, w tym leki bez recepty stanowią około 6 mld zł, suplementy diety prawie 3 mld zł, pozostała wartość sprzedaży to wyroby medyczne i kosmetyki apteczne.

Rynek suplementów diety w ubiegłym roku wzrósł o 7 proc. w porównaniu do 2012 roku.

– W przypadku rynku suplementów diety jest wyraźny wzrost dynamiki wartościowej – zauważa Ewa Jankowska, prezes Polski Związek Producentów Leków Bez Recepty PASMI. – W ostatnich trzech latach istotnie wzrosły ceny suplementów diety na rynku.

Dziś jedno opakowanie suplementu diety kosztuje statystycznie 16 zł, czyli o 4 zł więcej od leku dostępnego bez recepty. Jeszcze trzy lata temu sytuacja była odwrotna. To leki były znacznie droższe.

Wśród produktów, po które sięgamy najchętniej, są specyfiki witaminowo-mineralne. Stanowią one ponad połowę wartości rynku sprzedaży.

W ubiegłym roku statystyczny Polak zjadł 133 tabletki produktów witaminowo-mineralnych – mówi agencji informacyjnej Newseria prezes PASMI.

Na drugim miejscu, zarówno jeśli chodzi o spożycie, jak i o sam zakup, są suplementy, które wpływają na urodę: tzw. sektor beauty, czyli produkty do skóry, włosów i paznokci. Polacy chętnie sięgają po produkty wspomagające prawidłowe funkcjonowanie układów pokarmowego, moczowego, kostno-mięśniowego czy odpornościowego.

Nową kategorią, która się pojawiła, to kategoria wspomagania wzroku, zmęczonych oczu, wspomagania ostrości widzenia – wymienia Jankowska. – Niezmienną popularnością cieszą się suplementy, które poprawiają sprawność seksualną. To są kategorie, które istotnie wzrosły w ostatnich trzech latach.

Polacy najczęściej kupują suplementy w aptekach i sklepach. Spora część sprzedaży odbywa się też przez internet. Nie ma ku temu żadnych przeciwwskazań, bowiem suplementy tak jak każdy inny rodzaj żywności mogą być oferowane w sieci.

Oczywiście zdecydowanie lepiej jest, jeśli pacjent, konsument kupuje suplementy diety w sprawdzonych aptekach internetowych, bo wtedy ma gwarancję, z jakiego źródła pochodzą te produkty i jest zdecydowanie mniej narażony na zafałszowanie tych produktów – zaznacza Ewa Jankowska.

Według szacunków roczny obrót suplementami diety w internecie sięga kwoty 200 mln złotych.

Suplementy to jedna z kategorii żywności. Są to produkty, które mają uzupełnić naszą codzienną dietę w elementy, których ta nie ma albo ma, ale w śladowych ilościach. Chodzi m.in. o niedobory witamin i minerałów niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania ludzkiego organizmu. Suplementy, inaczej niż leki, których zadaniem – jako substancji czynnych – jest leczyć chorobę, wspomagają i wzbogacają naszą codzienną dietę.

Rok 2013 najlepszym rokiem w historii SKOK-u Wołomin. W tym wzrost może być mniejszy z powodu dostosowywanie się do wymogów nadzorcy

0

Mimo spowolnienia, zmian legislacyjnych oraz spadku zaufania do sektora SKOK-ów Kasa Oszczędnościowo-Kredytowa w Wołominie zanotowała najlepszy rok w swojej historii. Strategia do roku 2015 zakłada dalszy zrównoważony wzrost poprzez zwiększenie działalności depozytowej i kredytowej, poprawę efektywności i doskonalenie zarządzania ryzykiem. W tym roku Kasa będzie się koncentrowała także na dostosowaniu działalności do wymogów KNF.

– 2013 rok był rokiem dynamicznym, rokiem intensywnej pracy, mającej na celu dostosowanie do nowych warunków prawnych, które nas spotkały. Natomiast jeżeli chodzi o wyniki finansowe, jest to najlepszy rok w historii naszej kasy. Aktywa wzrosły o 46 proc. w stosunku do końca poprzedniego roku i zbliżają się na koniec 2013 roku do 3 mld złotych. Mamy 79 tys. pełnoprawnych członków, czyli zdeklarowanych stałych klientów, kwota pożyczek to jest ponad 2,2 mld złotych, a wynik finansowy 83 mln złotych netto – mówi agencji informacyjnej Newseria Mariusz Gazda, prezes SKOK Wołomin.

Wyniki wyglądają dobrze na tle konkurencyjnych kas, ponieważ w 40 z 52 działających SKOK-ów wszczęto programy naprawcze, a w trzech działa zarząd komisaryczny. Trudna sytuacja sektora sprawia, że KNF szuka sposobu na restrukturyzację kas, które mają problemy. Zmiany regulacyjne oraz niepewność związana z działaniami regulatora wobec kas niekorzystnie wpływały na otoczenie, w którym działał SKOK w Wołominie – napisano w Raporcie Rocznym 2013.

Pod względem wielkości aktywów SKOK w Wołominie jest drugą największą kasą w kraju. Posiada obecnie 102 oddziały na terenie 10 województw. Strategia SKOK-u w Wołominie na lata 2013–2015 zakłada rozwój poprzez doskonalenie zarządzania ryzykiem, zmiany struktury organizacyjnej, dalszy rozwój bazy depozytowej i działalności kredytowej oraz wzrost efektywności funkcjonowania.

– Celem na ten rok jest utrzymanie tempa rozwoju oraz dalsze prace dostosowujące nas do nowego nadzorcy. Zaplanowaliśmy 3,2 mld sumy bilansowej, 92 tys. członków, a wynik  na poziomie 60 mln złotych. Ponadto w planie na ten rok jest sześć nowych placówek, z czego dwie już zostały uruchomione – mówi Gazda.

Od 27 października 2012 r. Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe są nadzorowane przez Komisję Nadzoru Finansowego. To efekt rosnącej skali działalności SKOK-ów, które oferują podobne produkty do banków. Przede wszystkim gromadzą depozyty i obciążają je ryzykiem, udzielając kredytów, co jest tradycyjną działalnością bankową. Nowe regulacje i zalecenia KNF to dodatkowe koszty dla sektora kas. Przykładowo nadzór może żądać zmiany lub rozwiązania umów z firmami zewnętrznymi, jakie zawarły SKOK-i.

– Założyliśmy w tym roku mniejszy wzrost i mniejszy rozwój niż w latach poprzednich, ponieważ musimy dostosować nasze procedury, chociażby systemy monitoringu do zaleceń, do oczekiwań nowego nadzorcy – uważa prezes SKOK Wołomin.

W raporcie rocznym za 2013 wskazano, że SKOK w Wołominie dotychczas pilnował wzrostu kosztów, zwłaszcza związanych z wynagrodzeniami. Zdaniem zarządu, wraz z efektywnym budowaniem relacji ze swoimi klientami, pomogło to utrzymać dobre wyniki w okresie spowolnienia.

– Kasa zawsze miała restrykcyjną politykę kosztową, co przy wejściu gospodarki w gorszą koniunkturę okazało się przewagą. Kasa zawsze była nastawiona na klienta, na członka, bo członek to jest nasz współwłaściciel. Staramy się być dla niego doradcą, dlatego jeżeli nie mamy w jakimś segmencie dobrych produktów, to mówimy o tym, i proponujemy poszukanie czegoś na rynku. Oferujemy tylko to, w czym jesteśmy najlepsi – deklaruje Mariusz Gazda.

Spada sprzedaż ubezpieczeń na życie w bankach. Instytucje finansowe szykują się do Rekomendacji U

CEO Magazyn PolskaW ubiegłym roku spadła sprzedaż ubezpieczeń na życie w bankach, a udział tego kanału sprzedaży w dystrybucji polis życiowych spadł o niemal 7 pkt proc. Część ekspertów ocenia, że może mieć to związek z wchodzącą w życie w listopadzie Rekomendacją U, która ma rozdzielić podwójną rolę, jaką pełnią banki – ubezpieczającego i pośrednika finansowego.

W sektorze ubezpieczeń na życie od lat był zauważalny wzrost przypisu składki z kanału dystrybucji bancassurance. W 2012 roku było to 53,5 procent przypisu składki. Rok później, w 2013 roku, przypis w segmencie życiowym spadł do nieco ponad 46 procent. To istotny spadek. Być może banki zrezygnowały z jakiejś grupy produktów mniej atrakcyjnych zarówno dla nich, jak i dla klientów. Być może jest to jednak próba przygotowywania się do nowego sposobu dystrybucji ubezpieczeń wynikających z Rekomendacji U – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Czublun, partner w Kancelarii Radców Prawnych Czublun Trębacki.

Spadek w sprzedaży ubezpieczeń na życie nie wpłynął jednak negatywnie na inne ubezpieczenia oferowane przez banki. Wręcz przeciwnie. Jak wynika z badań Polskiej Izby Ubezpieczeń, w segmencie ubezpieczeń majątkowych banki zanotowały wzrost udziałów o dwa punkty procentowe do 9,2 procent rynku. To najwyższy wskaźnik w całym przedstawionym przez PIU okresie, czyli od 2009 roku.

Jest to ciekawy trend, zobaczymy, czy się utrzyma i na ile banki, które do tej pory były głównie dystrybutorami produktów życiowych, poradzą sobie z rolą dystrybutora produktów majątkowych, takich jak OC, autocasco komunikacyjne czy produkty mieszkaniowe. Zobaczymy, czy kolejne lata pokażą wzrost sprzedaży tego typu ubezpieczeń w kanale bankowym – mówi Czublun.

Przedstawiona przez Komisję Nadzoru Finansowego Rekomendacja U, która wejdzie w życie w listopadzie, ma zlikwidować podwójną rolę pełnioną przez banki – ubezpieczyciela i sprzedawcy ubezpieczeń. Instytucje, które nie dostosują się do przepisów związanych z działalnością ubezpieczeniową, będą musiały z niej zrezygnować. Zdaniem eksperta, Rekomendacja U może spowodować u części banków znaczące ograniczenie przychodów z tego tytułu.

Rekomendacja, zwłaszcza gdyby była ona uchwalona w tej postaci, zawiera bardzo wiele niekorzystnych rozwiązań. Nawet nie tyle z punktu widzenia banku, ile z optymalnego modelu oferowania produktu bankowego, możliwości zarabiania przez bank na tego typu produktach – zaznacza Czublun.

Wymogi Komisji Nadzoru Finansowego dotyczą m.in. zamiany polis grupowych na indywidualne. Po wejściu w życie rekomendacji banki będą musiały z tego powodu co miesiąc wystawiać 3 miliony polis. Dlatego też istnieje duże ryzyko, że część banków znacznie ograniczy swoje przychody z tytułu sprzedaży ubezpieczeń, choć w niektórych bankach stanowią one znaczący udział w całości przychodów.

Świat nie znosi próżni. Dlatego wydaje mi się, że braki w budżetach banków wynikające stąd, że nie ma składki ubezpieczeniowej, będą zrekompensowane. Być może wyższymi opłatami za inne usługi, być może innymi produktami. Ale jestem przekonany, że rynek sobie poradzi i znajdzie wyjście z sytuacji, bez względu na finalną treść Rekomendacji U – podsumowuje Czublun.

Na nowych zasadach obliczania ulgi na dzieci skorzystają przede wszystkim rodziny wielodzietne

0

CEO Magazyn Polska

Na rozliczenie się z fiskusem zostało zaledwie kilka dni. Podatnicy wychowujący dzieci, którzy nie złożyli jeszcze rozliczenia rocznego, powinni dokładniej przyjrzeć się uldze prorodzinnej. Od tego roku ulga jest obliczana na nowych zasadach. Na zmianach zyskają rodzice i opiekunowie, którzy wychowują troje dzieci lub więcej.

W 2013 roku w sposób dość radykalny zmieniło się uprawnienie do odliczenia ulgi prorodzinnej z tytułu wychowywania dzieci. Przy ocenie, czy podatnik jest uprawniony do korzystania z ulgi i w jakiej wysokości, znaczenie mają zasadniczo trzy wskaźniki. Po pierwsze, czy podatnik pozostaje w związku małżeńskim, po drugie liczba wychowanych dzieci, po trzecie wysokość dochodów – wskazuje Rafał Sidorowicz, doradca podatkowy w spółce Michalik Dłuska Dziedzic i Partnerzy.

Zadowoleni nie będą z pewnością rodzice wychowujący jedno dziecko, którzy przy wysokich zarobkach nie będą mogli liczyć już na ulgę. Uprawnienie będzie przysługiwało tylko w sytuacji, jeśli dochody nie przekroczą 112 tys. zł w przypadku małżeństw i 56 tys. zł w przypadku jednej osoby. Inne przepisy stosowane są dla tych, którzy spełniają warunki do uznania ich za osoby samotnie wychowujące dziecko.

Mowa tu o pozostających w stanie wolnym czy też będących wdową lub wdowcem, przy założeniu, że te osoby rzeczywiście samotnie wychowują małoletnie dziecko. W takim wypadku limit dochodów również wynosi 112 tys. złotych – wyjaśnia Sidorowicz.

Zmiany w żaden sposób nie dotkną rodziców z dwójką dzieci. Nie ma limitu dochodów, po przekroczeniu którego ulga na dzieci nie będzie przysługiwać, nie zmienia się też kwota odpisu. Zmianę w przepisach odczują natomiast wychowujący troje lub więcej dzieci. Będzie to zmiana zdecydowanie dla nich korzystna. Nie ma bowiem kryterium dochodowego, a ponadto wyższa będzie ulga.

W przypadku wychowania trojga dzieci: z tytułu wychowania dwojga pierwszych dzieci ulga wynosi tyle samo, co w roku ubiegłym, natomiast za trzecie dziecko ta ulga jest wyższa o 50 procent. Natomiast w przypadku wychowywania czworga lub większej liczby dzieci, za czwarte i kolejne dziecko ta ulga wynosi 100 procent więcej niż ulga przysługująca w latach ubiegłych – mówi Sidorowicz.

Oznacza to, że rodzice co najmniej trójki dzieci zwiększą odliczaną kwotę za trzecie dziecko o 556,02 zł, natomiast za czwarte i każde kolejne – o 1112,04 zł.

Przy składaniu zeznania nie można zapomnieć o dołączeniu załącznika PIT/O, gdzie należy wskazać dane identyfikacyjne dziecka (wystarczający będzie numer PESEL) oraz podać, czy inny upoważniony podatnik, głównie małżonek, dokonuje rozliczenia ulgi na dzieci. Jeśli władza rodzicielska przysługuje obojgu rodzicom, powinni oni ustalić, które z nich i w jakim zakresie skorzysta z ulgi.

– Ważna jest kwestia dokumentacyjna. Składając zeznania podatkowe, nie musimy dołączać żadnych dokumentów potwierdzających uprawnienia do ulgi. Natomiast w przypadku, kiedy zażąda tego organ podatkowy, możemy być zobowiązani do dostarczenia, po pierwsze, odpisu aktu urodzenia dziecka, po drugie dokumentów szczególnych, na przykład kiedy wychowujemy dziecko przysposobione – zaznacza Rafał Sidorowicz.

Jeszcze inaczej wygląda sytuacja, kiedy z ulgi prorodzinnej chce się skorzystać w stosunku do pełnoletniego dziecka, które nie ukończyło 25 lat. Dziecko takie musi wówczas być na utrzymaniu rodziców, kontynuować naukę oraz nie uzyskiwać w całym roku przychodów wyższych niż kwota wolna od podatku (obecnie 3089 zł). Także wówczas należy jednak pamiętać o zachowaniu odpowiednich dokumentów.

– W przypadku, kiedy korzystamy z odliczenia w zakresie wychowania pełnoletniego dziecka, organ podatkowy może zażądać dodatkowo przedstawienia zaświadczenia dokumentującego kontynuację nauki dziecka w szkole wyższej lub innej placówce edukacyjnej po ukończeniu 18. roku życia – przypomina Sidorowicz.

Polskie firmy nie chronią swoich wynalazków poza granicami kraju

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy zgłosiły w ubiegłym roku blisko 55 razy mniej międzynarodowych wniosków patentowych niż niemieckie. Dystans w innowacyjności między Polską a najbardziej rozwiniętymi krajami pozostaje ogromny. Równocześnie zagraniczne firmy umacniają swoją pozycję konkurencyjną na polskim rynku, ponieważ rośnie liczba obowiązujących nad Wisłą patentów udzielanych przez Europejski Urząd Patentowy. Ich udział w całkowitej liczbie patentów udzielonych w Polsce w 2013 roku sięgnął 72 proc.

– Pomimo rosnącej tendencji do zgłaszania patentów do krajowego Urzędu Patentowego, Polacy stosunkowo rzadko zgłaszają swoje wynalazki poza granicami kraju, nie chroniąc swoich rozwiązań poza Polską. Uzyskiwanie monopolu jedynie na terytorium kraju nie daje należytego zabezpieczenia, jeżeli chcemy prowadzić biznes poza granicami. W zeszłym roku w Polsce było 330 zgłoszeń międzynarodowych w trybie PCT, a dla Niemiec to jest 16 tys. zgłoszeń. To pokazuje dystans dzielący nas od technologicznie zaawansowanych krajów – mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Czernicki z firmy doradczej Crido Taxand.

W 2013 roku walidowano w Polsce 7236 patentów europejskich, podczas gdy Urząd Patentowy RP (UPRP) udzielił w tym samym czasie 2 804 patenty. To oznacza, że europejskie firmy coraz większą uwagę poświęcają utrzymaniu swojej przewagi technologicznej na polskim rynku. Obok ochrony patentowej na poziomie europejskim, w globalnej gospodarce kluczowe są zgłoszenia patentowe w trybie PCT. Umożliwiają one uzyskanie ochrony patentowej w 148 państwach (łącznie z USA, Japonią i Chinami). Z Polski pochodzi znikoma część zgłoszeń PCT – 0,16 proc. globalnej liczby.

Z raportu firmy Crido Taxand, przygotowanego z okazji Światowego Dnia Ochrony Własności Intelektualnej, wynika, że za małą liczbę wniosków PCT odpowiada polski sektor przedsiębiorstw. W Polsce blisko połowa zgłoszeń pochodzi z instytucji akademickich i naukowych. Firmy odpowiadają za jedynie 34 proc. wniosków o patent w trybie międzynarodowym, podczas gdy na świecie ich udział we wnioskach PCT wynosi 84 proc.

– Polskie przedsiębiorstwa nie dokonują bardzo często zgłoszeń patentowych. Wydaje im się, że wynalazek to powinno być nie wiadomo jakie odkrycie, charakteryzujące się wyjątkową unikalnością czy nowością; ponadto kultura patentowa w Polsce wśród przedsiębiorstw jest stosunkowo niska, widać, że wśród instytucji naukowych i akademickich jest zasadniczo wyższa –  tłumaczy Czernicki.

W wysokorozwiniętych państwach te relacje są odwrotne – na liście podmiotów najczęściej składających wnioski o ochronę patentową dominują transnarodowe korporacje. W 2012 r. na czele listy pod względem zgłoszeń PCT znalazły się ZTE Corporation (3906 zgłoszeń wynalazków), a najwięcej zgłoszeń do Europejskiego Urzędu Patentowego w 2012 r. pochodziło od Samsunga (2289). Tymczasem w Polsce do grona liderów należą państwowe uczelnie wyższe: Politechnika Wrocławska (193 zgłoszenia), AGH (121) i Politechnika Poznańska (111). 

Polska wypada słabo nie tylko w stosunku do państw Europy Zachodniej, lecz także w porównaniu do sąsiadów o podobnym poziomie rozwoju. W przeliczeniu na 1 mln mieszkańców w zeszłym roku zanotowano w Polsce 8,68 zgłoszeń międzynarodowych PCT, podczas gdy w Czechach było to 19, a na Węgrzech – 16. Z raportu Crido Taxand wynika, że Polska ledwo wyprzedziła Rosję, Słowację i Bułgarię (wszystkie osiągnęły ok. 8 zgłoszeń na 1 mln mieszkańców). Na drugim biegunie znajdują się takie kraje, jak Luksemburg i Szwajcaria. W pierwszym z tych krajów na 1 mln mieszkańców (gdyby było ich tylu) przypadłyby 652 wnioski patentowe; w ośmiomilionowej Szwajcarii – 543 wnioski na 1 mln obywateli. Czyli więcej niż cała licząca 38 mln mieszkańców Polska (330 wnioski).

Obok niskiej kultury patentowej przyczyną niskiej liczby patentów mogą być cechy strukturalne polskich firm. Rdzeń polskiej gospodarki stanowią małe i średnie przedsiębiorstwa (MSP), których duża część ma niski potencjał innowacyjny, zwłaszcza w porównaniu do zagranicznych koncernów. Prawdopodobne jest jednak i to, że nawet innowacyjne MSP rezygnują z ochrony swoich wynalazków ze względu na zbyt wysokie koszty.

– Zgłoszenie i przeprowadzenie całej procedury w Polsce to są wydatki rzędu kilku tysięcy złotych maksymalnie. Samo zgłoszenie wniosku patentowego w formie papierowej to jest 550 zł. Porównanie tych samych opłat w Europie, przed Europejskim Urzędem Patentowym bądź w procedurze międzynarodowej, to są kwoty sięgające kilkunastu tysięcy złotych. Niewątpliwie bariera finansowa jest jedną z tych, które powodują, że wynalazki nie są zgłaszane za granicą – uważa Łukasz Czernicki.

Ochrona patentowa jedynie na terenie Polski często nie jest jednak dobrym wyborem. Takie rozwiązanie oznacza, że firma ujawnia swój wynalazek konkurencji, która będzie mogła za darmo skorzystać z niego na zagranicznych rynkach.

– W takim wypadku otrzymamy monopol w Polsce, ale z drugiej strony przed całym światem otwieramy naszą wizję techniczną, nasz know-how, pokazujemy całemu światu nasz pomysł, każdy może z tego korzystać poza granicami Polski bez naszego zezwolenia. Czyli to jest de facto dzielenie się wiedzą za darmo. Czasami lepiej nie chronić jakichś wynalazków, a jeżeli już chronić to na całym świecie – radzi Czernicki.

Dlatego trudno uznać za korzystne statystyki, według których w latach 2007–2013 liczba krajowych zgłoszeń do Urzędu Patentowego RP wzrosła z 2392 do 4237. Zwłaszcza że w tym samym okresie liczba zgłoszeń PCT ze strony polskich podmiotów zwiększyła się zaledwie o 223.

NIK o oznakowaniu dróg

Oznakowanie niezgodne z przyjętą organizacją ruchu, zniszczone znaki drogowe, nieczytelne pasy na jezdni, nagromadzenie znaków utrudniające ich odczytanie, braki w oznakowaniu, reklamy zasłaniające znaki, wreszcie w wielu przypadkach brak przyjętej organizacji ruchu – to wszystko ujawnili na polskich drogach kontrolerzy NIK i działający na zlecenie Izby inspektorzy z Urzędów Wojewódzkich.

Łączna długość wszystkich dróg publicznych w Polsce wynosi ponad 400 tys. km – z tego 55 proc. to drogi gminne (ponad 237 tys. km), 33 proc. powiatowe (prawie 130 tys. km), 7 proc. drogi wojewódzkie (28,5 tys. km), a pozostałe 5 proc. to drogi krajowe, w tym autostrady i ekspresówki (prawie 19 tys. km). NIK przeprowadziła kontrolę jakości oznakowania i organizacji ruchu na wszystkich drogach z wyjątkiem krajowych.

Nieprawidłowości związane z organizacją ruchu

Znaki są źle ustawione, bo dla wielu dróg – szczególnie gminnych i powiatowych – nie zostały opracowane projekty organizacji ruchu lub zostały one zaprojektowane wadliwie. A to właśnie na ich podstawie wprowadza się oznakowanie pionowe i poziome, sygnalizację świetlną i dźwiękową oraz urządzenia bezpieczeństwa ruchu (np. barierki czy progi zwalniające).

Wiele dróg w Polsce nie posiada zatwierdzonej organizacji ruchu drogowego. Dotyczy to najczęściej dróg w gorszym stanie technicznym, czyli gminnych i powiatowych. Wybudowano je bowiem przed 19 sierpnia 1999 roku. Od tego dnia zarządcy dróg mieli obowiązek sporządzać projekty organizacji ruchu tylko dla nowych dróg lub tych fragmentów dróg, które zostały wyremontowane. W pozostałych przypadkach, czyli w stosunku do dróg wybudowanych przed 19 sierpnia 1999 r., zależało to od ich dobrej woli.

Tymczasem to właśnie zatwierdzona organizacja ruchu jest podstawą wprowadzenia znaków pionowych i poziomych, sygnalizacji świetlnej i dźwiękowej oraz urządzeń bezpieczeństwa ruchu. Dlatego NIK postuluje, by dla poszczególnych kategorii dróg samorządowych wyznaczyć ostateczne terminy na wprowadzenie stałych organizacji ruchu.

Samorządy w różnym stopniu wdrożyły na swoim terenie organizację ruchu. Przykładowo żadna ze skontrolowanych dróg na terenie powiatu zgierskiego nie miała opracowanego projektu organizacji ruchu. Podobnie było w gminie Gietrzwałd, gdzie zdarzało się, że znaki ustawiano na polecenie wójta, bez przestrzegania wymogów w tym zakresie. Z kolei na terenie powiatu białostockiego przyjętej organizacji ruchu nie posiadało ponad 40 proc. dróg, a na terenie powiatu jędrzejowskiego blisko 30 proc. dróg gminnych. Przeważająca część dróg wojewódzkich miała zatwierdzoną organizację ruchu.

W większości skontrolowanych dróg organizację ruchu zatwierdzano na podstawie niekompletnych projektów. Nie zawierały one planów orientacyjnych i sytuacyjnych lub sporządzono je w niewłaściwej skali. Stwierdzono także przypadki przedkładania do zatwierdzenia projektów, do których nie zostały dołączone wszystkie wymagane opinie (przede wszystkim policji).

Główną przyczyną tych nieprawidłowości było słabe przygotowanie merytoryczne pracowników odpowiedzialnych za projekty organizacji ruchu. W obecnym stanie prawnym praktycznie każdy może sporządzić taki projekt, bo przepisy nie określają kwalifikacji projektanta.

Organy zarządzające ruchem – starostowie i marszałkowie województw – nie przeprowadzali obligatoryjnych kontroli dróg lub robili to nierzetelnie. Dotyczy to zarówno kontroli technicznych, które przeprowadza się w ciągu
14 dni od wprowadzenia stałej organizacji ruchu na drodze, jak i kontroli znaków, sygnalizacji oraz urządzeń bezpieczeństwa ruchu drogowego. Te ostatnie kontrole należy przeprowadzać na wszystkich drogach raz na pół roku.

Wskaźniki sygnalizują poprawę w branży budowlanej

Wszystko wskazuje na to, że rok 2014 będzie przełomowym okresem dla branży budowlanej. Wahające się pomiędzy plusem i minusem dynamiki w poszczególnych kategoriach budowlanych wraz z biegiem czasu będą się stabilizować i ostatecznie 2014 rok zakończy się jednocyfrowym wzrostem.

Według najnowszego raportu opracowanego przez firmę badawczą PMR zatytułowanego „Sektor budowlany w Polsce, I połowa 2014 − Prognozy rozwoju na lata 2014-2019”, pierwszym dobrym zwiastunem dla budownictwa jest poprawiająca się sytuacja na rynku cementu, którego ożywienie zawsze przekłada się na intensyfikację prac budowlanych. Lata 2012-2013 notowały spore spadki w zakresie produkcji cementu (odpowiednio -16% i -7,5%), co znajdowało przełożenie w malejącym wolumenie sprzedaży produkcji budowlano-montażowej. Obecnie po I kwartale 2014 roku wielkość produkcji podstawowego składnika dla budownictwa zanotowała wzrosty rzędu 53% w ujęciu rocznym oraz ponad 100% w przypadku zużycia. Dla całego roku indeksy te będą zdecydowanie bardziej umiarkowane, jednak na mocnym plusie.

Stabilizuje się także sytuacja finansowa w spółkach budowlanych. Zgodnie z danymi GUS za 2013 rok, rentowność obrotu po opodatkowaniu podniosła się. W przypadku wysokości wskaźnika poziomu kosztów ruch ten odbył się w przeciwną stronę, co jednakowoż oznacza poprawę w stosunku do kryzysowego i nierentownego w ujęciu całościowym wyniku za 2012 rok. Analitycy PMR przewidują, że procesy uzdrawiające portfele zamówień spółek oraz rozsądniejsze i bardziej wyważone podejście do wycen w przypadku nowych przedsięwzięć w 2014 zaowocuje nieco zdrowszym rozłożeniem ryzyk a przez to lepszymi wynikami firm budowlanych.

Dotychczasowa słaba sytuacja finansowa firm miała także przełożenie na obniżające się ceny usług budowlanych. Wiele firm chcąc reperować portfele zleceń nowymi zamówieniami, w obliczu rosnącej konkurencji zmuszone były obniżać ceny, co w konsekwencji tylko pogorszyło sytuacje wielu z nich. Według statystyk, indeks cen produkcji budowlano montażowej obniżył się o 1,8%. Sytuacja ta wraz z niskimi stopami procentowymi wpływa korzystnie na analizy opłacalności ekonomicznej przedsięwzięć – z punktu widzenia inwestora. Dlatego też sektor prywatny zintensyfikował wysiłki inwestycyjne, co widoczne jest przede wszystkim w segmencie niemieszkaniowym. Budowane są nowe biurowce i hotele a także zakłady przemysłowe.

Coraz aktywniej poczynają sobie na rynku również deweloperzy, gdzie z łatwiejszym dostępem do pieniądza zbiegł się okres wdrożenia cieszącego się dużą popularnością programu wspierania zakupu pierwszego mieszkania (MdM) oraz zapowiedzi nawiązania współpracy z sektorem publicznym w związku z Funduszem Mieszkań na Wynajem. Także coraz jaśniej rysuje się przyszłość inwestycji infrastrukturalnych. Dla budownictwa kolejowego nadchodzi okres intensywnego kończenia projektów z poprzedniego budżetu, zaś nowe projekty drogowe obecnie znajdują się w fazie przetargowej i oczekują na rozstrzygnięcie. Budżet unijny wspomoże także niebawem obiekty kubaturowe użyteczności publicznej czy też prace o charakterze hydrotechnicznym.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Sektor budowlany w Polsce, I połowa 2014 − Prognozy rozwoju na lata 2014-2019”.

Stabilny wzrost na rynku prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce

Jak wynika z najnowszego raportu firmy badawczej PMR pt. „Rynek prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”, w 2013 r. wartość rynku prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce wyniosła 35,4 mld zł. Dynamika rynku była nieco wyższa niż w 2012 r., głównie za sprawą zwiększenia dynamiki w kategorii „Wydatki pacjentów na produkty zdrowotne”, na skutek trendu związanego ze stabilizacją tego segmentu. Według szacunków PMR, w roku 2016 wartość rynku prywatnej opieki zdrowotnej przekroczy 40 mld zł.

Wzrost rynku średnio o 5,7 % pomiędzy 2014 a 2018

W 2013 roku wartość rynku prywatnej opieki zdrowotnej wzrosła o 4,6%, co wskazuje na ożywieniu rynku w tym segmencie w porównaniu z rokiem 2012, kiedy to rynek prywatnej opieki zdrowotnej zanotował wzrost na poziomie 4,4%. W latach 2014-2018 rynek prywatnej opieki zdrowotnej będzie się rozwijał w tempie około 5,7% średnio rocznie. Dynamika będzie wzrastać w kolejnych latach, w związku ze stopniową poprawą ogólnej sytuacji ekonomicznej w Polsce. Na rok 2014 przewidywany jest wzrost PKB, o około 3,4%, przy jednoczesnej poprawie na rynku pracy. Dlatego w roku 2014 rynek znów będzie rozwijał się nieco bardziej dynamicznie, niż w dwóch poprzednich latach i ten trend zostanie utrzymany do roku 2018.

Wydatki prywatne a wydatki publiczne

Udział wydatków prywatnych systematycznie wzrasta i stanowi coraz większy udział w całkowitych wydatkach na opiekę zdrowotną w Polsce. Ten trend utrzyma się w kolejnych latach. Będzie to spowodowane faktem, iż w prognozowanym okresie 2014-2018 wydatki publiczne będą wzrastały w tempie 2,1% średnio rocznie, natomiast wydatki prywatne będą w tym okresie rosły w tempie 5,7% średnio rocznie.

Implikacje ustawy refundacyjnej w dwa lata po jej wejściu w życie
Struktura prywatnych wydatków na opiekę zdrowotną pozostała niemal niezmieniona w ciągu ostatnich kilku lat. W 2013 roku udział kategorii: produkty zdrowotne (leki i sprzęt medyczny) zmniejszył się nieznacznie, bo o 0,2 punktu procentowego. W 2012 r. udział tej kategorii zmniejszył się o 1,4 punktu procentowego w porównaniu do sytuacji w roku 2011, co było przede wszystkim wynikiem wejścia w życie od 1 stycznia 2012 r. tzw. ustawy refundacyjnej, która wywołała prawdziwą rewolucję na rynku farmaceutycznym w Polsce. Po dwóch latach od wejścia ustawy refundacyjnej, segment wydatków na leki wyraźnie oswoił się z nowymi uwarunkowaniami i stał się stabilniejszy.

Rynek abonamentów a rynek ubezpieczeń zdrowotnych

W opinii PMR, rynek ubezpieczeń zdrowotnych nie jest obecnie dynamizowany przez żadne istotne czynniki, poza czynnikami makroekonomicznymi i w najbliższych 2-3 latach nie nastąpi znaczne ożywienia rynku w tym segmencie, które byłoby uwarunkowane na przykład zmianami legislacyjnymi. Dopóki rynek ubezpieczeń nie nasyci się, czynniki makroekonomiczne będą miały na niego największy wpływ. Korzystne przewidywania dla poziomu bezrobocia, płac i PKB w latach 2014-2018 będą wpływały najmocniej na rynek ubezpieczeń zdrowotnych do roku 2015. W latach 2016-2018, większe nasycenie rynku ubezpieczeń zdrowotnych spowoduje zahamowanie dynamiki jego wzrostu.

Jeśli chodzi o rynek abonamentów medycznych w Polsce, to jest to już rynek dość stabilny i przewidywalny. Z tego powodu dynamika rynku abonamentów spadła w roku 2013 poniżej 10% i była najniższa od roku 2005. Czynnikiem decydującym o spadku dynamiki było nasycenie rynku przy obecnych warunkach makroekonomicznych, które w roku 2013 nie były korzystne. Rynek abonamentów staje się rynkiem dojrzałym i w opinii PMR, dynamiki rozwoju z początków jego rozwoju nie są już adekwatne dla jego obecnych uwarunkowań.

Wyjaśnienia metodologiczne
Na wartość rynku składają się wydatki na produkty zdrowotne bezpośrednio z kieszeni pacjenta, usługi rehabilitacyjne, badania diagnostyczne i wizyty lekarskie opłacane z własnej kieszeni, abonamenty oferowane przez firmy medyczne wraz z usługami medycyny pracy, ubezpieczenia zdrowotne oferowane przez towarzystwa ubezpieczeniowe, opłaty w szarej strefie, np. „dowody wdzięczności” dla lekarzy oraz inne opłaty ponoszone bezpośrednio z kieszeni pacjenta.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”.

Internauci o stażach i praktykach: 9,5 tys. wzmianek w ciągu miesiąca

Nawet 700 publikacji dziennie pojawia się w Internecie na temat staży i praktyk – wynika z badania przeprowadzonego przez Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami (PSZK) we współpracy z Brand24 w ramach kampanii społecznej „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”.

Prawie 9,5 tys. wzmianek w ciągu miesiąca – od wymiany opinii na temat konkretnych pracodawców, przez komunikaty o poszukiwaniach staży i stażystów, po kwestie formalne, takie jak opodatkowanie przychodów wynikających ze współpracy studentów z firmami, umowa czy prawa i obowiązki stażysty.

Debata na temat staży i praktyk toczy się głównie w mediach społecznościowych. Podstawowym miejscem wymiany opinii jest Facebook – pojawiło się tam 35,5 proc. odnotowanych w analizowanym okresie wzmianek. Po 15 proc. wypowiedzi opublikowanych zostało łącznie na blogach i mikroblogach, tyle samo na forach. Publikacje o charakterze informacyjnym dostępne na portalach internetowych to kolejne 15 proc.

Badania wskazały nie tylko miejsca dyskusji, ale też najaktywniejszych twórców treści i uczestników debat: fanpage’e firm, portale studenckie i rekrutacyjne. Jedną z najbardziej zaangażowanych społecznościowo w kontekście współpracy ze studentami firm jest PZU. – Doceniamy media społecznościowe jako miejsce dyskusji i wymiany informacji o stażach i praktykach. Komunikacja takimi kanałami jest dla nas bardzo ważna w relacjach z młodymi odbiorcami, dlatego prowadzimy fanpage „Grupa PZU Kariera”. Studentom poszukującym staży czy praktyk sugeruję korzystanie ze sprawdzonych, merytorycznych źródeł i dystans wobec anonimowych wypowiedzi znalezionych na forach czy blogach – mówi Maciej Hassa, Kierownik Zespołu Marki Pracodawcy z PZU.

Jak wynika z analizy wydźwięku publikacji przeprowadzonej przez Brand24, wypowiedzi związane ze stażami i praktykami są przede wszystkim neutralne, 10 proc. uznać można za pozytywne, zaledwie 1 proc. to komunikaty o negatywnym wydźwięku.

Badanie przeprowadzone przez Brand24 obrazuje obecność tematu staży i praktyk w internecie w okresie między 16 marca a 15 kwietnia 2014 r. Do szczegółowej analizy wyselekcjonowano niemal 9,5 tys. publikacji.

Kampania społeczna „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”, w ramach której przeprowadzono badanie, ma na celu zwiększenie poziomu edukacji praktycznej ludzi młodych poprzez zachęcenie pracodawców do organizowania staży i praktyk wysokiej jakości. Mecenasami kampanii są: Nestlé, Orange, PZU oraz Siemens. Partnerem merytorycznym kampanii są Wyższe Szkoły Bankowe, z kolei Partnerem Technologicznym – eRecruiter.

R. Burdach, UI TFI: „Rynek turecki wciąż atrakcyjny”

Sytuacja na rynku akcji w Polsce jest spokojna, ale inwestorzy instytucjonalni bacznie przyglądają się skutkom reformy systemu emerytalnego i związanemu z tym zachowaniu OFE.

O sytuacji na rynkach akcji rozmawiamy z Robertem Burdachem, zarządzającym funduszami akcji Union Investment TFI.

To prawda. Teoretycznie na polskiej giełdzie jest teraz dosyć spokojnie, WIG20 oscyluje w granicach 2400–2500 pkt, na horyzoncie nie widać żadnych spektakularnych ofert publicznych. W ciągu najbliższych tygodni rozpocznie się okres publikacji wyników spółek za I kwartał 2014 r.

Pozory mogą jednak mylić, ponieważ wszyscy uważnie śledzą liczbę deklaracji osób chcących pozostać w OFE. Myślę, że z całą pewnością możemy włożyć między bajki pierwotne pozytywne założenia, że ok. 20–30% uprawnionych pozostanie w OFE. Obecnie optymistyczne prognozy mówią o 15–20%, a ostatecznie może to być ok. 10% przyszłych emerytów.

Jednak emeryt emerytowi nierówny. Wybór OFE deklarują osoby bardziej świadome, a zarazem te o wyższych dochodach.
Zgadza się. Pytanie, czy jeśli w OFE zostaną tylko lepiej zarabiające osoby, to czy ich składki wystarczą zarządzającym na sprawne i efektywne inwestowanie, w co wątpię. Może to być bardzo trudne, ponieważ ci, którzy wybiorą fundusze otwarte, musieliby wypełnić lukę po składkach przynajmniej kilku milionów ludzi.

Wciąż trudno dokładnie określić, jak liczba przyszłych emerytów deklarujących pozostanie w OFE przełoży się na skalę sprzedaży przez fundusze dotychczasowych aktywów. OFE zatrudniają bardzo dobrych specjalistów i na pewno opracowują już konkretne scenariusze odpowiedzialnego, sprawnego upłynnienia aktywów na warszawskiej giełdzie. Najprawdopodobniej zarządzający będą szukali większej ekspozycji na spółki zagraniczne.

A jakie są nastroje inwestorów na naszej giełdzie, biorąc pod uwagę konflikt toczący się niedaleko naszych granic?
Mimo wszystko umiarkowanie pozytywne. Wciąż widzimy niesłabnący apetyt inwestorów na ryzyko. Na rynkach finansowych nadal panuje przekonanie, że konflikt Ukraina–Rosja, przynajmniej przy jego obecnym natężeniu, nie wpłynie fundamentalnie na międzynarodową gospodarkę.

A czy sytuacja na Ukrainie nie odbije się na wynikach rodzimych funduszy?
Wszystko zależy od stopnia ekspozycji danych funduszy na spółki rosyjskie czy ukraińskie. Wiadomo, że aktualnie są to aktywa o bardzo podwyższonym ryzyku ze względu na wciąż niestabilną sytuację polityczną. Aktywa te mogą mocno ucierpieć w razie korekty na tamtejszych giełdach.

My wybraliśmy bezpieczniejsze podejście i w ostatnich miesiącach ułożyliśmy portfele w taki sposób, że ekspozycja geograficzna na wspomniane rynki jest bardzo niska. Dzięki temu ewentualne załamanie na tamtejszych giełdach nie powinno wpłynąć na wycenę jednostek naszych funduszy.

Dobrze na tle innych rynków zachowuje się ostatnio giełda turecka. Czy może tutaj zajść jakaś negatywna korelacja z konfliktem wschodnim?
Moim zdaniem wpływ zawirowań ukraińsko-rosyjskich na Turcję może być paradoksalnie pozytywny. Jeśli kapitał będzie uciekał z tamtejszych gospodarek i giełd, to prawdopodobnie będzie szukał ujścia np. w Turcji, gdzie rynek akcji jest obecnie kilka razy płynniejszy niż chociażby w Polsce, czyli kolejnym potencjalnym miejscu do ulokowania kapitału.

Czyli Turcja nadal pozostaje dobrym kierunkiem do inwestowania?
Bez wątpienia. W porównaniu z różnymi problemami, z jakimi zmagają się inne kraje europejskie (wolniejszy wzrost PKB czy negatywna struktura demograficzna), Turcja ma bardzo dobre perspektywy. Jest to kraj odmienny kulturowo i ze stosunkowo mniej stabilną sceną polityczną, ale inwestorzy zdołali się już z tym oswoić, co przekłada się na to, że na informacje stamtąd napływające reagują coraz spokojniej i racjonalniej.
Oczywiście szukanie okazji do inwestowania na giełdzie tureckiej związane jest z podwyższonym ryzykiem, ale naszym zdaniem uzasadniają je potencjalne korzyści wiążące się z tą inwestycją.