UKE deklaruje pomoc operatorom wirtualnym. Mają oni mniej niż 1 procent udziału w rynku

Wirtualni operatorzy telekomunikacyjni chętnie rejestrują swoją działalność, jednak ich aktywność na rynku jest słabo widoczna. Zdaniem prezes UKE, nie zdołali zdobyć nawet 1-proc. udziału w rynku. Urząd deklaruje im pomoc.

 – Operatorzy MVNO [Mobile Virtual Network Operator – red.] zgłaszają się do Urzędu Komunikacji Elektronicznej, rejestrujemy ich jako przedsiębiorców telekomunikacyjnych. Natomiast zupełnie nie widzę rozwoju czy boomu tej działalności. Ich udział w rynku wynosi ok. 0,8 proc. – twierdzi Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Operator wirtualny to podmiot gospodarczy działający na rynku telekomunikacyjnym, który oferuje klientom swoje usługi, bazując na infrastrukturze innego operatora.

Już w 2011 roku pozwolenie na świadczenie usług telekomunikacyjnych jako MVNO posiadało 312 podmiotów gospodarczych, natomiast działalność prowadziło i do tej pory prowadzi tylko kilkunastu operatorów wirtualnych. Konkurencja na tym rynku mogłaby więc być większa, ale przedsiębiorcy nie uruchamiają nowych usług, mimo że UKE ze swojej strony deklaruje pomoc.

 – Gdyby operatorzy MVNO mieli jakikolwiek problem z rozpoczęciem swojej działalności, mogliby do nas się zwrócić o uregulowanie zasad współpracy z klasycznymi przedsiębiorcami i my byśmy to zrobili – zapowiada Magdalena Gaj.

W Polsce nie ma narzuconych przez UKE restrykcji dotyczących rozliczeń pomiędzy operatorami klasycznymi i wirtualnymi za korzystanie z infrastruktury. Umowa zawierana między nimi jest więc wyłącznie efektem negocjacji i nie musi opierać się na regułach prawnych. To jednak nie oznacza kompletnego braku ingerencji regulatora w ten rynek.

 – Jeśli MVNO zwróci się do nas z prośbą o zastąpienie umowy, ponieważ nie może wynegocjować sobie umowy o dostęp do sieci z operatorem klasycznym, który posiada swoją infrastrukturę, my wtedy rozstrzygamy tę sprawę decyzją administracyjną, zazwyczaj na korzyść operatora wirtualnego. Przedsiębiorcy infrastrukturalni mogą być po prostu regulowani klasycznie – tłumaczy Magdalena Gaj.

Na przestrzeni lat 2009-2012 upadło siedmiu krajowych operatorów wirtualnych. Prezes UKE przyczynę niezbyt dużej popularności operatorów wirtualnych w Polsce upatruje w nastawieniu polskich konsumentów.

 – Myślę, że to jest kwestia mentalności naszych obywateli, że jednak wolą mieć przedsiębiorcę stacjonarnego, takiego jak T-Mobile, Orange, Polkomtel czy P4, z którymi zawierają umowy i którzy mają swoją własną infrastrukturę i sieć na miejscu – mówi Gaj.

Wiceminister pracy: w niektórych branżach miejsc pracy może przybywać szybciej niż pracowników

CEO Magazyn Polska

W tym roku w niektórych branżach może zabraknąć pracowników. Choć bezrobocie w lutym nie spadło, to ofert pracy przybywa  w niektórych sektorach szybciej niż chętnych do pracy. Wciąż wyzwaniem jest polepszenie sytuacji osób młodych i w grupie wiekowej 50+. Dziś posłowie będą kontynuować prace nad rządowym projektem, który ma na celu poprawić skuteczność urzędów pracy.

 – Jesteśmy w przededniu przyjęcia przez parlament zmian w polityce rynku pracy. Reforma służb zatrudnienia przewiduje szereg nowych instrumentów dedykowanych ludziom młodym i osobom 50+. Te instrumenty przygotowywaliśmy w dialogu z pracodawcami, wiec jesteśmy pewni, że będą skuteczne – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej.

Rządowy projekt zakłada m.in. wprowadzenie specjalnych programów dla młodych i osób 50+, profilowania bezrobotnych i systemu premiowania urzędników za efekty pracy. Resort pracy liczy na to, że dzięki temu uda się przywrócić aktywność zawodową części osób długotrwale bezrobotnych. Sprzyjać temu ma również poprawiająca się sytuacja na rynku pracy.

 – To może być rok, w którym okaże się, że w pewnych branżach zaczyna brakować pracowników. Zmiana sytuacji demograficznej też wskazuje na to, że tego kapitału ludzkiego mamy coraz mniej. Dlatego dobrze, że powstają nowe miejsca pracy, bo one także zmienią postawy polskich pracowników, zwłaszcza tych młodych, którzy mogą znaleźć zatrudnienie w kraju i nie muszą szukać go za granicą – ocenia Jacek Męcina.

Jak wynika z Barometru Manpower Perspektyw Zatrudnienia w drugim kwartale 2014 r., prognoza zatrudnienia po korekcie sezonowej wyniosła 7 proc. (to różnica między liczbą pracodawców, którzy przewidują wzrost zatrudnienia, a liczbą pracodawców, którzy deklarują spadek).

Już czwarty kwartał z rzędu przybywa miejsc pracy. Najwięcej nowych osób znajdzie zatrudnienie w transporcie, logistyce i komunikacji oraz w produkcji przemysłowej. Miejsc pracy ubywa jednak w przemyśle wydobywczym oraz w energetyce, gazownictwie i wodociągach.

 – Dla młodych ludzi to bardzo optymistyczne informacje, bo nie zapominajmy, że to właśnie młodzież w latach 20122013, kiedy nie powstawały nowe miejsca pracy, miała największe trudności ze startem zawodowym. Tworzą się inwestycje i powstają nowe oferty pracy, szczególnie dla absolwentów. Gorzej jest trochę z sytuacją osób 50+, bo one bardzo często, oprócz ofert pracy, potrzebują wsparcia, np. podniesienia kwalifikacji, i pomocy w przekonaniu pracodawców do ich zatrudnienia – analizuje Męcina.

Pozytywne prognozy potwierdzają dane za luty. Bezrobocie utrzymało się na tym samym poziomie, co w styczniu, i według danych MPiPS, wyniosło 14 proc. Z uwagi na czynniki sezonowe w lutym stopa bezrobocia zwykle rosła – od 2009 r. co roku w lutym bezrobocie było wyższe niż w styczniu. To oznacza, że do końca tego roku może udać się osiągnąć cel resortu pracy, czyli zejście poniżej 13 proc.

 – Trend roku 2014, jak pokazały nasze dane, jest dobry. Ożywienie na rynku pracy i w gospodarce jest widoczne. Oczywiście, że beneficjentami tego wzrostu gospodarczego będą te regiony, w których się więcej inwestuje. W regionach wschodniej i północno-wschodniej Polski tych inwestycji jest mniej, ale na pewno będą tam także powstawać nowe miejsca pracy i będzie spadać bezrobocie – zapewnia Męcina.

Wiceminister pracy i polityki społecznej ma nadzieję, że nowe miejsca pracy w kraju oraz działania ze strony MPiPS powstrzymają odpływ siły roboczej z kraju. Męcina dodaje, że liczy raczej na mobilność Polaków wewnątrz kraju i migracje z mniejszych miast do aglomeracji, w których łatwiej o pracę.

Ożywienie na rynku pracy widać nie tylko w Polsce – prognozę wzrostową odnotowano w 38 z 42 przebadanych krajów. Jak wynika z danym Manpower europejskie wzrosty są skromne w porównaniu do Indii (+41 proc.) czy Tajwanu (+38 proc.), ale sytuacja w Polsce jest lepsza niż we Włoszech, Czechach czy Francji, gdzie miejsc pracy będzie ubywać.

Firmy górnicze inwestują w inteligentne kopalnie. Szybsze efekty przyniosłyby wspólne projekty

CEO Magazyn Polska

Polskie spółki górnicze inwestują setki milionów złotych w budowę inteligentnych kopalni. Gdyby współpracowały w tym zakresie, rozwój innowacyjności mógłby być jeszcze szybszy – uważa dr Jerzy Kicki,  przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Szkoły Eksploatacji Podziemnej. Chodzi przede wszystkim o wspólne nakłady finansowe na kosztowne badania i projekty. Konieczność wdrażania innowacyjnych rozwiązań w górnictwie wynika nie tylko z potrzeby oszczędności, lecz także z potrzeby zapewnienia bezpieczeństwa górnikom. 

 – To jest kierunek mocno zaniedbany. Wynika to z rozbicia polskiego górnictwa na kilka organizmów gospodarczych, które działają często w sposób nieskoordynowany. To kładzie się cieniem na tych działaniach, które mogłyby być zdecydowanie ciekawsze, gdyby nastąpiło porozumienie pomiędzy tymi organizacjami, np. promujące jedno wspólne rozwiązanie, na które kładziemy duży nacisk i olbrzymie środki – uważa dr Jerzy Kicki z Akademii Górniczo-Hutniczej, przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Szkoły Eksploatacji Podziemnej.

Potrzebne do rozwoju inteligentnych kopalni środki finansowe również stanowią dla branży problem. Jednak, zdaniem eksperta, wdrażanie innowacyjnych rozwiązań to konieczność – z jednej strony, ze względu na możliwe do osiągnięcia oszczędności i poprawę efektywności, a z drugiej – na bezpieczeństwo górników. Eksploatacja na coraz głębszych poziomach sprawia, że pracujących pod ziemią ludzi trzeba zastąpić maszynami.

 – Oczekujemy, że inteligentna kopalnia to będzie kopalnia bardzo bezpieczna. W to inwestujemy od lat. Co roku rośnie liczba kopalni, które w ciągu ostatnich trzech lat nie miały wypadku śmiertelnego. I spada ogólna liczba wypadków śmiertelnych, gdybyśmy spojrzeli przez pryzmat wskaźników na jednego zatrudnionego czy na tonę wydobycia – mówi dr Jerzy Kicki.

Jak podkreśla, najbardziej zaawansowane w unowocześnianiu kopalni są Lubelski Węgiel Bogdanka i KGHM Polska Miedź. Bogdanka w swojej strategii rozwoju na lata 2013–2020 szacuje, że dzięki rozwojowi systemu zarządzania gospodarką złoża oraz dalszej informatyzacji i automatyzacji ciągu produkcyjnego w spółce, w połączeniu z usprawnianiem organizacji pracy i rozwojem outsourcingu, koszt wydobycia (Unit Mining Cash Cost) zostanie zmniejszony o 15 proc. do 2017 roku (w ujęciu realnym). 

 – W Bogdance są rozwiązania zarówno z zakresu informatyki, jak i automatyki – np. zaawansowana technika strugowa. Takie działania podejmuje również KGHM Polska Miedź, gdzie jest cały szereg rozwiązań informatycznych, z powodzeniem wspomagających decyzje produkcyjne. KGHM wykłada niemałe środki na to, żeby opanować jako jedna z pierwszych organizacji na świecie, technikę urabiania w skałach zwięzłych – mówi Kicki. 

W minionym roku KGHM zaczął testować bezzałogowy kombajn – pierwszy tego typu projekt w kopalniach miedzi. Został on skonstruowany specjalnie na potrzeby firmy, po to, by zastąpić pracę górników w najbardziej niebezpiecznych rejonach kopalni, gdzie jest spore zagrożenie związane z tąpaniami, wysoką temperaturą czy zapyleniem.

Jednym z założeń takiej nowoczesnej kopalni jest funkcjonowanie bezprzewodowej sieci informatycznej, także pod ziemią, oraz automatyzacja i zdalne sterowanie maszynami. Ma to ograniczyć obecność załóg na dole jedynie do stref chodników. 

 – Docelowo kopalnia ma być tak zautomatyzowana i zorganizowana, że na powierzchni pojawi się produkt finalny. W przypadku kopalni rud metali, również zakład przeróbczy powinien być zorganizowany pod ziemią. I na świecie są już kopalnie, które eksperymentują z takimi zakładami. Wtedy na powierzchni pojawia się koncentrat. To oznacza w przypadku KGHM-u, że na powierzchni pojawi się zdecydowanie mniej odpadów – tłumaczy dr Jerzy Kicki.

Jeszcze w tym roku mają być wybrane projekty do Krajowego Systemu Zarządzania Ruchem

CEO Magazyn Polska

Nawet miliard złotych może kosztować wdrożenie Krajowego Systemu Zarządzania Ruchem (KSZR). Inwestycje ruszą na dobre najwcześniej w przyszłym roku, bo Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju czeka na nawet 85-proc. dofinansowanie z środków unijnych. Konsultacje z Komisją Europejską w tej sprawie trwają. Dla kierowców system będzie oznaczał płynniejszą jazdę i więcej informacji.

System ma na danej sieci dróg, która wciąż się rozwija, ale na której już zauważamy pewne problemy związane z liczbą samochodów, usprawnić ruch, podczas korzystania z danej infrastruktury. Żeby nie budować kolejnych dróg, ale być może właśnie poprzez inteligentne systemy transportowe sprawić, że będziemy szybciej się przemieszczać i tracić coraz mniej czasu. Z punktu widzenia tych, co dają pieniądze, czyli Komisji Europejskiej, ważne są kwestie środowiskowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Nowak, wicedyrektor Departamentu Dróg i Autostrad w MIR.

Za przygotowanie systemu odpowiada Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Dokładny podział projektów i ich koszt będą znane po zakończeniu negocjacji z Komisją Europejską dotyczących wykorzystania środków w perspektywie budżetowej 2014-2020. Jak podkreśla Nowak, rozmowy dopiero się rozpoczęły. W tym roku być może uda się wybrać projekty, ale przetargi i wdrożenie nastąpią dopiero w kolejnych latach.

Nie wiadomo też jeszcze, ile dokładnie będzie kosztował system. Nowak zapowiada jednak, że MIR planuje kwotę bliską miliarda złotych. Nawet 85 proc. pieniędzy może wyłożyć Bruksela.

 – Są to na pewno duże pieniądze, większe niż w obecnej perspektywie finansowej wydano na projekt inteligentnych systemów transportowych. A przykładowo w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko wydano 0,5 mld zł na ten cel – przypomina Nowak.

KSZR ma usprawnić ruch, zwiększyć płynność, bezpieczeństwo i ograniczyć emisję spalin. Ważnym elementem systemu ma być dynamiczna informacja drogowa. Pozwoli ona na informowanie kierowców o dostępności i położeniu parkingów przy drogach krajowych i autostradach, a także przekaże informacje o płynności ruchu i pogodzie. To powinno ułatwić przejazd. Nowak dodaje, że dzięki KSZR poprawi się komfort jazdy na polskich trasach nawet bez budowy nowych dróg. Zmianę odczują zarówno kierowcy samochodów osobowych, jak i ciężarowych.

19 proc. produkowanej na świecie energii pochłania oświetlenie. Do 2020 r. jej zużycie ma spaść o 1/3

CEO Magazyn Polska

Trwa wymiana przestarzałych technologii oświetleniowych. Do 2020 roku może zmniejszyć to zużycie energii o 30 proc. Dziś oświetlenie odpowiada za konsumpcję 19 proc. wyprodukowanej na świecie energii elektrycznej. Najwięcej zużywają samorządy, w których opłaty za oświetlenie stanowią często połowę rachunków za prąd.

– Z naszych wyliczeń wynika, że około 30 proc. zużycia energii na oświetlenie może zostać ograniczone, ale istnieją też projekty, które osiągają 70, a nawet 80 proc. oszczędności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Harry Verhaar, dyrektor ds. energii i zmian klimatu w Philips. – Biorąc pod uwagę, że jeden punkt świetlny rocznie może kosztować 5–10 euro, ale i 60–70 euro, i przekładając to na skalę miasta, które ma setki tysięcy punktów oświetlenia, na przykład Warszawy, to oszczędności mogą okazać się naprawdę spore.

Według badań firmy Philips, jedna trzecia dróg na świecie oświetlona jest rozwiązaniami z lat 60., a tylko 10 proc. dróg ma najbardziej energooszczędne oświetlenie LED (stan na 2012 rok). Oceniając tempo zmian, Philips wskazał, że za siedem lat 80 proc. oświetlenia będą stanowiły nowoczesne technologie. I to z wymiernym skutkiem. Zainstalowanie oświetlenia LED-owego na ulicach miast może przynieść globalnie 10 mld euro oszczędności rocznie. To również wymierne korzyści dla środowiska.

– Miasta to miejsca, w których trzeba podjąć większość działań na rzecz ochrony środowiska. To zresztą podkreślano mocno na szczycie klimatycznym w listopadzie ubiegłego roku: bardzo trudno jest o porozumienie ogólnoświatowe, więc to w takich zmianach możemy spodziewać się największych redukcji negatywnego oddziaływania na środowisko – mówi Harry Verhaar.

Z szacunków Philipsa wynika, że emisja CO2 do atmosfery może być niższa o 515 mln ton. Komisja Europejska wskazała, że oświetlenie półprzewodnikowe (LED) pomoże państwom członkowskim osiągnąć niektóre z celów strategii „Europa 2020” – głównie chodzi o zwiększenie efektywności energetycznej.

Bez wprowadzania zmian technologii oświetlenia problemy miast będą coraz poważniejsze. Verhaar przypomina, że dziś połowa ludzi żyje w miastach, a do 2050 roku odsetek ten zwiększy się do 70 proc.

– Poradzilibyśmy sobie z tym wzrostem z 50 do 70 proc., ale biorąc pod uwagę fakt, że liczba ludności wzrośnie z 7 miliardów do 9,5, a nawet 10 miliardów, to przyjmujemy, że liczba ludzi mieszkających w miastach ulegnie podwojeniu – podkreśla dyrektor w Philips. – Dlatego musimy szukać lepszych rozwiązań w wykorzystywaniu naszych zasobów, w zużyciu energii, na przykład budowanie systemów, które pozwolą lepiej planować i wykorzystywać miejskie budżety, ale jednocześnie pomogą tworzyć bezpieczne i przyjazne otoczenie.

To właśnie poprawa otoczenia jest trzecim, po oszczędnościach finansowych i ochronie środowiska, celem wymiany technologii oświetlenia.

Sprzedaż kosmetyków będzie rosła. Głównie produktów do makijażu i perfum

CEO Magazyn Polska

W tym roku w branży spodziewane są wzrosty na poziomie 2-3 proc. – największe czekają segmenty kosmetyków do makijażu oraz perfum. Ubiegły rok pod względem wartości sprzedaży był dla branży kosmetycznej porównywalny do roku 2012. Wyraźnie wzrosła liczba sprzedawanych kosmetyków, co oznacza, że ceny mocno poszły w dół.

 – W zeszłym roku rynek kosmetyczny oscylował wokół zera, w tym można spokojnie przyjąć 2–3 proc. wzrostu. My na tym tle chcemy urosnąć trochę więcej – chcemy osiągnąć 5–6 procentowy wzrost – deklaruje Henryk Orfinger, prezes firmy kosmetycznej Dr Irena Eris.

Prognozuje, że najszybciej rosnącym segmentem rynku będą kosmetyki kolorowe i perfumy.

 – Panie wyraźnie są gotowe wydać trochę więcej pieniędzy na kosmetyki kolorowe, szminki, cienie, róże. Również tzw. zapachówka ma przed sobą szansę na dalszy wzrost. W przypadku kosmetyków do pielęgnacji konsumentki nauczyły się z tego korzystać rozsądnie, więc będą wzrosty, ale stosunkowo niewielkie – ocenia tłumaczy Henryk Orfinger.

Sprzedaż kosmetyków Dr Irena Eris na polskim rynku ma wzrosnąć w tym roku o 5–6 proc. w stosunku 2013 roku. Oznaczałoby to dwukrotnie wyższą dynamikę wzrostu niż tempo, w którym w tym czasie urośnie rynek.

 – W zeszłym roku mieliśmy poziom sprzedaży podobny do tego z 2012 roku, co można uznać za słaby wynik – mówi agencji informacyjnej Newseria Henryk Orfinger. – Z drugiej strony, ubiegły rok był rokiem bardzo silnych promocji, dochodzących do 40 proc., więc jeżeli utrzymaliśmy sprzedaż na poziomie roku poprzedniego, to rynek jednak trzyma się dobrze.

Henryk Orfinger szacuje, że wartość rynku wynosi 12 miliardów złotych. Wyjaśnia, że składa się na to kilka obszarów – przede wszystkim sprzedaż masowa, czyli sieci drogeryjne i sklepy niezależne, ale też sprzedaż bezpośrednia, sprzedaż w obszarze premium i sprzedaż dermokosmetyków, choć dokładnych danych na temat wartości tych segmentów nie ma.

Ubiegłoroczne obniżki cen kosmetyków i presja rynkowa na dalsze ich cięcia są, w opinii prezesa koncernu, jednym z poważniejszych problemów branży. Mogą one spowodować, że producentom, zwłaszcza tym mniejszym, zacznie brakować pieniędzy na dalszy rozwój. Szczególnie może ucierpieć na tym obszar innowacji.

 – Na tle polskiego rynku naprawdę sporo przeznaczamy na wkład w R&D [research and development – red.], to jest ok. 3 proc. sprzedaży. Mamy w sumie ponad 400-osobowy zespół, który funkcjonuje w tym obszarze – zaznacza prezes firmy.

Szwedzka sieć sklepów budowlanych Jula myśli o centrum logistycznym w Polsce

CEO Magazyn Polska

Sieć sklepów budowlano-ogrodniczych Jula planuje otwieranie kilku nowych sklepów rocznie i zastanawia się nad stworzeniem centrum logistycznego w Polsce. Dziś towary dostarczane są do Polski z magazynu w szwedzkiej miejscowości Skara. Firma liczy na to, że w kolejnych latach uda się osiągnąć wynik na poziomie 50 proc. wzrostu obrotów rok do roku. Do tej pory wzrost był nawet dwukrotny.

 – Chcemy nieustannie utrzymać szybkie tempo rozwoju i to będzie skala trzech, czterech, może pięciu otwarć nowych sklepów w roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Daniel Adamiuk, szef sieci Jula na Polskę. – Aktualnie chcemy się skupić bardzo mocno na jakości uruchamianych lokalizacji. Stąd też jesteśmy bardzo wybredni, jeżeli chodzi o dobór nowych miejsc dla naszych sklepów.

Z tego powodu sieć nie ma jeszcze swojego sklepu w Krakowie, chociaż – jak podkreśla Adamiuk – miasto to jest od początku na liście planów lokalizacyjnych.

 – Mogę zapewnić, że mamy w tej chwili dwie bardzo dobre lokalizacje na mapie, i myślę że w ciągu kilku miesięcy podamy więcej szczegółów, gdzie i kiedy. Ale już wkrótce otworzymy sklep Jula w Krakowie – zapewnia Adamiuk.

Firma spogląda też na miasta mniejsze  do 150 tys. mieszkańców. Każy sklep Jula ma standardowo 3 tys. mkw. i zatrudnia 25–30 osób. Firma stawia sobie cel osiągnięcie rentownośći przez każdy nowy sklep w ciągu 3 lat.

 – Coraz częściej myślimy o tym, by stworzyć w Polsce pewne rozwiązanie logistyczne też dla naszych sklepów. Na razie działa to na zasadzie dostaw z magazynu centralnego w Szwecji, i paradoksalnie ten koszt jest stosunkowo niski, ponieważ do Polski wraca dużo pustych frachtów – mówi Adamiuk. – Co ciekawe, dostawa z naszego magazynu w środkowej Szwecji, z miasteczka Skara, do Polski, jest tańsza niż na przykład na północ Szwecji albo do Norwegii.

Uzasadnienie dla powstania takiego magazynu byłoby, gdyby Jula dysponowałąby siecią 15–20 sklepów w Polsce, co – zdaniem Adamiuka – może nastąpić w ciągu półtora roku. Wczoraj sieć uruchomiła swój 11. market w Polsce – tym razem w Szczecinie.

Nowy unijny pakiet klimatyczny może być szansą, a nie gwoździem do trumny polskiej gospodarki

CEO Magazyn Polska

Unijne pieniądze na kolejnych siedem lat i nowe cele dotyczące ochrony klimatu mogą być dla Polski szansą na opracowanie i wprowadzenie nowoczesnych, ekologicznych technologii. Dzięki nim przedsiębiorcy mogą zbudować przewagi konkurencyjne i eksportować technologie także poza Unię Europejską.

 – Dzisiejsza sytuacja jest rewelacyjna, bo mamy cel i mamy finansowanie, by zbudować zieloną gospodarkę na trwałych podwalinach w Polsce – mówi Newserii Biznes Cezary Lejkowski, dyrektor departamentu klimatu i energii we Wrocławskim Centrum Badań EIT+. – Przy tych ogromnych kwotach, które spłyną do nas z Unii Europejskiej w perspektywie 2014–2020, z celami, które polityka klimatyczna przed nami stawia, to jest nasze pięć minut.

Z budżetu polityki spójności na lata 20142020 Polska otrzyma 82,5 mld euro. Część z nich będzie można przeznaczyć m.in. na badania naukowe i ich komercjalizację, zieloną energię, rozwój przedsiębiorczości, aktywizację bezrobotnych czy transport przyjazny środowisku (kolej, transport publiczny). Sektor zielonych technologii mógłby, zdaniem ekspertów, te obszary połączyć.

 – Za te pieniądze i przy takich celach możemy zbudować nowy model gospodarki bazującej na zielonych technologiach, na przewagach konkurencyjnych, które jesteśmy w stanie wytworzyć w najbliższych latach – uważa Cezary Lejkowski. – Europa mówi nam: „sprawdzam: macie cele, macie pieniądze, teraz jest kwestia tego, czy to wykorzystacie”.

Jego zdaniem, Polska powinna poszukiwać takich ekologicznych i nowatorskich rozwiązań, które przyniosą jej przewagi konkurencyjne na globalnym rynku. Tak postąpiły Niemcy czy Dania, które teraz korzystają na unijnej polityce klimatycznej, ponieważ eksportują swoje technologie, głównie w zakresie turbin wiatrowych. Wsparcie polskiego rządu mogłoby polegać na dofinansowywaniu małych firm, start-upów czy wspieraniu bezpośrednich inwestycji zagranicznych, które rozwijają technologie przyjazne środowisku.

 – Studenci-przedsiębiorcy chcą rozwijać zielone technologie, chcą kreować nowe możliwości biznesowe i komercjalizować je, wprowadzając na rynek. Pozostaje nam element rządowy, samorządowy, który musi zacząć brać pod uwagę to, czego chcą wyborcy. Mamy za moment wybory do Parlamentu Europejskiego, samorządowe i parlamentarne. Możemy powiedzieć, że oczekujemy od naszych reprezentantów takich rozwiązań, które zmniejszą bezrobocie, podwyższą jakość życia przez tworzenie nowych miejsc pracy w zielonym sektorze, poprzez dywersyfikację źródeł energetycznych. Jeżeli mamy i finanse, i możliwości, i chęci, które idą od dołu, to głupotą byłoby z tego nie skorzystać – podkreśla Lejkowski.

W UE trwa dyskusja nad nowymi celami polityki energetyczno-klimatycznej do 2030 roku. Nowe proponowane cele zakładają 40-proc. redukcji emisji dwutlenku węgla (CO2) oraz podniesienie do 27 proc. udziału energii ze źródeł odnawialnych.

Już 7 mln internautów odwiedza e-sklepy z modą

CEO Magazyn Polska

Podczas jednej transakcji w e-sklepie z branży modowej klienci kupują zwykle dwa produkty i wydają średnio ok. 250 zł  – wynika z badania gemiusShopMonitor. Zakupy ubrań, dodatków i butów w sieci stają się coraz popularniejsze. jak podaje firma Gemius.  Sklepy internetowe z branży modowej odwiedza co miesiąc 6-7 mln polskich internautów.

 – Sklepy internetowe z branży modowej mogą poprawić ten wynik dzięki lepszym rekomendacjom produktów uzupełniających, takich jak dodatki: biżuteria, torebki i całej oferty, która może towarzyszyć kupowaniu ubrań. To wciąż obszar do zagospodarowania, w internecie wykorzystywany słabiej niż w sklepach tradycyjnych – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Mateusz Gordon, ekspert od e-commerce z firmy Gemius.

Potencjał rynku jest, bo branża modowa cieszy się w internecie dużą popularnością. Według raportu Interaktywnie.com ponad połowa internautów poszukuje w sieci odzieży i obuwia. Z badania firmy Gemius wynika, że e-sklepy z tej branży odwiedza co trzeci internauta. 

 – Przy założeniu, że z internetu korzysta obecnie około 20 milionów osób, a 30 proc. internautów odwiedza witryny e-sklepów, możemy śmiało powiedzieć, że 6–7 mln klientów miesięcznie odwiedza sklepy internetowe z branży modowej – wyjaśnia ekspert Gemiusa.

Klienci najczęściej kupują odzież, rzadziej buty i biżuterię. Średni czas pobytu na stronach e-sklepów wynosi mniej niż siedem minut, a użytkownik podczas jednej wizyty generuje średnio ok. 7 odsłon.

Co ciekawe, większą popularnością cieszą się te sklepy internetowe, które mają jasno określony regulamin, a szczególnie politykę zwrotów, i rzetelnie informują klientów o możliwości oddania towaru bez podawania przyczyny.

 – Choć w takich przypadkach zwrotów jest dużo, czasem nawet ok 60 proc., klienci takich sklepów są lojalni, chętnie wracają po zakupy. W takich sklepach też współczynnik odrzuceń strony, czyli zakończenia wizyty zaraz po wygenerowaniu jednej odsłony, jest niższy od średniej rynkowej. Wyraźnie niższy jest też współczynnik odrzuceń koszyka i wyższa liczba powracających klientów, co świadczy o większej lojalności – uważa Mateusz Gordon.

W sklepach bez jasno określonej polityki zwrotów, odsetek oddawanych produktów jest niższy, ale też znacznie częściej zdarzają się przypadki porzucenia koszyka, czyli przerwania zakupów w trakcie odwiedzin w e-sklepie. Badania firmy Gemius pokazały, że 67 proc. klientów spośród tych, którzy dodali do koszyka co najmniej jeden produkt, opuszcza e-sklep, nie kończąc transakcji.

 – Wielu klientów się zniechęca, jeżeli nie widzi jasnych instrukcji dotyczących zwrotów – informuje Gordon.

Czasami klient jest też zaskoczony całkowitym kosztem zakupu na finiszu transakcji, czyli po dodaniu kosztów wysyłki.

Z badań Gemiusa wynika, że e-sklepy z branży modowej pod względem płatności i wysyłki towarów nie różnią się zbytnio od całego rynku e-commerce.

 – Najczęstszą formą płatności jest przelew internetowy, a drugą, wyróżniającą się w branży modowej pod względem popularności, jest płatność przy odbiorze. Wynika to z mniejszego zaufania do produktów klient nie jest pewien, czy otrzyma to, co widział na stronie sklepu – tłumaczy Mateusz Gordon.

Statystyki prowadzone aktualnie przez firmę Gemius podają, że w Polsce aktywnie działa ok. 20 tys. sklepów internetowych. To wskazuje na duże rozdrobnienie, choć są też segmenty bardziej skoncentrowane, jak multimedia i książki, w których działa kilka podmiotów z  ponad 90-proc. udziałem w rynku.

Dane o e-sklepach z branży modowej pochodzą z badania gemiusShopMonitor, przeprowadzonego pilotażowo w styczniu br.

Invia wzywa do sprzedaży akcji Travelplanet.pl

0

Invia, czeska spółka z portfela MCI Management działająca na rynku sprzedaży pakietów turystycznych online, realizuje kolejny punkt planu umocnienia się na pozycji lidera tego rynku w regionie. W porozumieniu z Jerzym Krawczykiem, prezesem Travelplanet.pl, wezwała do sprzedaży akcji polskiej firmy.

Invia konsekwentnie realizuje plan wzmocnienia swojej pozycji jako największego dystrybutora pakietów turystycznych przez Internet w Europie Środkowo-Wschodniej. Wezwanie na akcje Travelplanet.pl., będące kolejnym etapem tego planu, pozwoli m.in. na szybsze osiągnięcie efektów synergii operacyjnych i kosztowych w grupie. Celem strategicznym Invia pozostaje wzmocnienie pozycji Travelplanet jako lidera w segmencie e-turystyki na rynku polskim poprzez stały wzrost jakości oferowanych produktów i usług oraz bazy technologicznej spółki.

 „Model biznesowy Invia.cz jest bardzo efektywny i wysoce skalowalny, dlatego wspieramy projekty akwizycyjne spółki mające na celu wzmocnienie jej pozycji i dalszy rozwój w kluczowych krajach rynku Europy Środkowo – Wschodniej. W naszej ocenie, większe zaangażowanie w Travelplanet stanowi dla Invia kolejny etap rozwoju jako regionalnego lidera na rynku e-travel” – powiedział Sylwester Janik, Partner MCI Management S.A.”

O Invia.cz:

Spółka powstała w Republice Czeskiej w 2002 r. i zdobyła pozycję lidera na rynku turystycznym on-line w Czechach, na Słowacji i Węgrzech. Invia oferuje sprzedaż wyjazdów turystycznych, rezerwację hoteli oraz biletów lotniczych. Firma współpracuje z ponad 300 Tour Operatorami i oferuje ponad 8.000 pakietów turystycznych, przez co jej oferta jest najszersza na rynku. Portal Invia.cz posiada ponad 210.000 zarejestrowanych użytkowników, a każdego miesiąca generuje ok. 700.000 unikalnych odsłon. W czerwcu 2009 r. spółka dokonała akwizycji NetTravel.cz dzięki czemu kontroluje 60% rynku e-travel w Czechach i na Słowacji. W 2011 r. spółka dokonała akwizycji Travelplanet, polskiego lidera rynku e-turystyki, istotnie wzmacniając swoją pozycję na rynku polskim. W 2 połowie 2012 roku spółka rozpoczęła ekspansję na posiadający ogromny potencjał wzrostu rynek rosyjski, gdzie rozwija swoją działalność w ramach projektu Travelata.

SkyCash 3.0 z biletami w trybie offline

Najnowsza wersja SkyCash, systemu płatności przez komórkę, jest już dostępna. Wśród wielu zmian na pierwszy plan wysuwa się możliwość okazywania biletów do kontroli w trybie offline, bez konieczności łączenia się z Internetem. SkyCash 3.0 oferuje także zupełnie nowy interfejs aplikacji, umożliwiający szybsze i bardziej intuicyjne realizowanie transakcji.

Użytkownicy telefonów komórkowych mogą już korzystać ze SkyCash 3.0 – najnowszej wersji uniwersalnego systemu płatności mobilnych. Aktualizacja wprowadza istotne ułatwienie dla osób używających aplikacji do kupowania biletów miejskich, kolejowych, autokarowych i kinowych, które można teraz okazywać do kontroli także w trybie offline. Bez konieczności łączenia się z Internetem można też sprawdzić czas, jaki pozostał do zakończenia postoju w strefie płatnego parkowania, wykupionego za pomocą usługi mobiParking. Użytkownicy mogą wyłączyć połączenie z siecią od razu po skasowaniu biletu lub rozpoczęciu parkowania. Nie muszą też obawiać się braku możliwości okazania biletu do kontroli w sytuacji, gdy telefon nie ma chwilowo dostępu do Internetu. Ze SkyCash 3.0 mogą już korzystać użytkownicy iPhone’ów oraz smartfonów z systemem Android.

Korzystanie z nowej funkcji SkyCash jest bardzo proste. W przypadku telefonów pracujących pod kontrolą systemu Android, bezpośrednio po dokonaniu transakcji na pasku powiadomień pojawia się ikona zakupionego biletu. Wystarczy w nią kliknąć, żeby na ekranie pojawiły się szczegółowe informacje na jego temat, jak fotokod, nr transakcji czy okres ważności. „Kontrola biletów” jest też dostępna po uruchomieniu aplikacji, zarówno w wersji Android, jak i iOS. Na ekranie telefonu pojawia się wtedy komunikat o braku połączenia internetowego wraz z możliwością wyświetlenia zakładki w trybie offline.

SkyCash 3.0 przynosi też szereg nowości, które miały na celu poprawę ergonomii użytkowania. Całkowitej zmianie uległ wygląd interfejsu aplikacji, zapewniający teraz większą przejrzystość i bardziej intuicyjne korzystanie z poszczególnych usług. Nawigację ułatwia też dynamiczne menu boczne, uruchamiane poprzez przesunięcie palcem od prawej do lewej krawędzi ekranu. Pozwala to na uzyskanie szybkiego dostępu do dodatkowych funkcji SkyCash, takich jak zasilenie konta czy przeglądanie historii transakcji.

– Aktualizacja wprowadza nowości, na które czekało wielu naszych użytkowników – powiedział Dariusz Mazurkiewicz, prezes zarządu SkyCash Poland S.A. – Zależy nam na tym, aby SkyCash był rozwiązaniem jak najbardziej uniwersalnym i praktycznym, nie tracąc jednocześnie tak ważnej w płatnościach mobilnych prostoty użytkowania – dodaje Mazurkiewicz.

Kolejna odsłona kampanii „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”

50 proc. studentów ocenia, że w trakcie studiów nie zdobywa doświadczenia zawodowego istotnego z punktu widzenia wejścia na rynek pracy. Właśnie dlatego ruszyła druga odsłona kampanii społecznej „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!” mającej na celu zwiększenie poziomu edukacji praktycznej młodych ludzi poprzez zachęcenie pracodawców do organizowania staży i praktyk wysokiej jakości.

Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami (PSZK) kontynuuje działania służące motywowaniu młodych ludzi do świadomego kierowania swoją karierą zawodową poprzez wybór rzetelnych programów staży i praktyk. – W celu wywołania społecznej dyskusji na temat trudnej sytuacji ludzi młodych na rynku pracy realizujemy kampanię społeczną „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”. Skłoniły nas do tego alarmujące wyniki badania studentów, zgodnie z którymi tylko ok. 20 proc. młodych nabywa w trakcie studiów umiejętności praktyczne, a prawie 60 proc. ma obawy związane z wejściem na rynek pracy. Tymczasem, wysokiej jakości programy staży i praktyk są jednym z najskuteczniejszych narzędzi zwiększających edukację praktyczną młodych ludzi oraz ich szanse na rynku pracy – komentuje Piotr Palikowski, prezes PSZK.

Właśnie ruszyła druga odsłona kampanii, w ramach której organizatorzy pokazują jak staże i praktyki nie powinny wyglądać. Dzięki spotom internetowym, zachowanym w absurdalnej i przerysowanej formie, przedstawiają stereotypy związane ze stażami i praktykami zachęcając jednocześnie młodych ludzi do świadomego wyboru tych programów staży i praktyk, które faktycznie przyczyniają się do zwiększenia poziomu edukacji praktycznej.

Kampania, która ruszyła pod koniec lutego, stanowi kolejną odsłonę Programu Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk realizowanego przez PSZK. Pierwszy spot otwierający kampanię dostępny jest tutaj. Główne wydarzenie kampanii przewidziane na maj 2014 to impreza biegowa na dystansie 5 km, która odbędzie się w Warszawie.

Grupa Kapitałowa PKO Banku Polskiego – 2013 rok pod znakiem ekspansji i dynamicznego rozwoju biznesu

W 2013 r. Grupa Kapitałowa PKO Banku Polskiego wypracowała solidny wynik finansowy na poziomie 3,2 mld zł. Zysk wypracowany w samym IV kwartale ubiegłego roku wyniósł 938 mln zł, co oznacza 25 proc. wzrost w stosunku do kwartału poprzedniego. Wzrosły wolumeny kredytowe i depozytowe. Bank obsługuje już ponad 8 mln klientów. Najważniejszym wydarzeniem ubiegłego roku było podpisanie umowy zakupu części polskich aktywów skandynawskiej Grupy Nordea, co umożliwi znaczne zwiększenie skali działalności oraz wygenerowanie synergii przychodowych i kosztowych.

Zakończenie budowy rurociągu wody morskiej w kopalni Sierra Gorda

0

KGHM – największy producent srebra i ósmy największy producent miedzi na świecie – potwierdził planowe zakończenie budowy 142-kilometrowego rurociągu doprowadzającego wodę morską do kopalni Sierra Gorda w Chile. Sierra Gorda to siódmy największy projekt górniczy na świecie. Przy spełnieniu rygorystycznych wymagań w zakresie bezpieczeństwa pracy, projekt zmierza do technicznego otwarcia kopalni i rozpoczęcia produkcji w połowie 2014 roku. Łączny postęp prac przy realizacji projektu wynosi ponad 90%.

Polska i Turcja chcą wspólnie inwestować w Azji i Afryce

CEO Magazyn Polska

Polska i Turcja planują współpracę na rynkach krajów trzecich. Dzięki niej polski przemysł miałby wejść do Iraku czy Afryki, gdzie Turcja jest aktywnym graczem. Rozmowy na ten temat rozpoczęto podczas ubiegłotygodniowej wizyty prezydenta Bronisława Komorowskiego w Turcji.

 – Przedmiotem rozmów było dzielenie ryzyka tam, gdzie Turcja ma lepsze relacje polityczne lub już istniejące doświadczenie biznesowe, oraz potencjalne wykorzystanie polskich technik, technologii i urządzeń – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

Prezydent Bronisław Komorowski w trakcie dwudniowej wizyty w Turcji rozmawiał między innymi o możliwościach eksportu dla polskiego przemysłu, w tym obronnego. Dziekoński upatruje tutaj szansy dla polskich eksporterów. Mieliby oni Turcji sprzedawać nie tylko technologie typowo militarne, lecz także związane np. z patrolowaniem wybrzeża. W jego ocenie Polska mogłaby dostarczać np. łodzie patrolowe i pościgowe, technologie elektroniczne oraz bezzałogowe drony.

 – W takcie rozmów bardzo mocno był zarysowany wątek wspólnych przedsięwzięć gospodarczych na terenie krajów trzecich. W tej kwestii będziemy próbowali zorganizować specjalne spotkanie robocze w Warszawie, żeby określić, jakie obszary i produkty mogłyby być przedmiotem wspólnego działania na rynkach trzecich, bo wydaje się, że jest to optymalne, zarówno z punktu widzenia Turcji, jak i Polski – ocenia Dziekoński.

Przypomina, że przemysły obydwu państw już teraz współpracują. Solaris, największy polski producent autobusów i jeden z wiodących eksporterów, w 9 tys. swoich pojazdów wykorzystał części produkowane w Turcji. Komponenty w tym kraju zamawia też np. Ursus.

Podczas wizyty prezydenta w Turcji padły także pierwsze propozycje konkretnych projektów.

 – Mówiono na przykład o budowie linii kolejowych w takich krajach, jak Irak czy iracka część Kurdystanu, gdzie Turcja oferowała gotowość wsparcia logistycznego i organizacyjnego przy dostarczeniu ze strony Polski zarówno taboru, jak i komponentów sygnalizacyjnych, podkładów i urządzeń technicznych związanych z budową linii kolejowych – mówi Dziekoński.

Dużą szansą jest też rynek afrykański, gdzie Turcja jest aktywnym graczem. Dzięki wykorzystaniu tureckich kontaktów, polscy producenci mogliby zwiększyć swoją obecność na tym rozwijającym się kontynencie.

Dziś rząd zajmie się nowelizacją Prawa geologicznego i górniczego. Poszukiwania gazu łupkowego mogą przyspieszyć

CEO Magazyn Polska

Dziś rząd zajmie się projektem nowelizacji ustawy Prawo geologiczne i górnicze. Zakłada on ułatwienie działalności firmom wydobywczym poprzez rezygnację z utworzenia Narodowego Operatora Kopalin Energetycznych (NOKE) oraz wprowadzenie jednej koncesji na poszukiwanie, rozpoznanie i wydobycie węglowodorów. Eksperci ostrzegają, że przedłużające się prace nad nowym prawem mogą doprowadzić do nieopłacalności wydobycia gazu z łupków w Polsce.

 Rząd nie jest w stanie się zdecydować, czego tak naprawdę chce. Z jednej strony oczekuje wysokich dywidend od spółek energetycznych, z drugiej – chce inwestycji w nową infrastrukturę, a z trzeciej – poszukiwań złóż gazu łupkowego. A kołdra jest za krótka i nawet największym firmom nie starcza na wszystko środków – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Maciej Bukowski, prezes Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych (WISE).

Zdaniem eksperta, perspektywy wydobycia gazu łupkowego jeszcze są geologicznie wciąż mocno niepewne. Potrzebne są znaczące nakłady na sprawdzenie jakości złóż i przekonanie się, czy wydobycie będzie opłacalne, czy gaz łupkowy będzie tańszy od importowanego.

 – To jest wielki znak zapytania. Rząd nie popisał się w przygotowaniach odpowiednich regulacji prawnych, co więcej, prace trwają bardzo długo – komentuje szef WISE. – Może się okazać, że gaz łupkowy będzie trochę za późno, ponieważ nasza elektroenergetyka musi się zacząć zmieniać, musi wymienić starzejące się aktywa. I jeśli wybudujemy nowe elektrownie węglowe, jądrowej czy wiatrowe, to może się okazać, że na gaz łupkowy już nie ma miejsca.

Szeroko zakrojony program inwestycji w energetyce dopiero przed nami. W ubiegłym roku Ministerstwo Gospodarki oszacowało, że w najbliższych trzech latach tempo wyłączania istniejących mocy będzie najszybsze – elektrownie wyłączą ponad 4 GW (z niecałych 40 GW) mocy. A nowych mocy nie przybywa wystarczająco szybko. Resort gospodarki przestrzegał również przed możliwymi deficytami mocy w najbliższych 3-4 latach 

 – Wydaje mi się, że akurat w tym przypadku regulator zatroszczył się o przyszłość. Nie obawiam się blackoutu [wyłączenia zasilania na dużą skalę red.]. Rusza inwestycja w nowe bloki energetyczne w Opolu i sądzę, że jeśli chodzi o to, to możemy być spokojni – stwierdza prezes WISE.

Problemem pozostaje dalsza przyszłość, kiedy elektroenergetyka będzie musiała zastąpić zdecydowaną większość starzejących się bloków energetycznych (czyli 37 GW mocy) nowymi. Do 2030 roku proces powinien się zakończyć.

 – Inwestycje w elektroenergetyce powinny być rozsądne i prowadzić do dywersyfikacji. Nie możemy tak bardzo polegać na węglu, jak do tej pory, nie możemy też inwestować w jedną tylko technologię na wiele lat do przodu. Lepiej poszukać trochę w węglu, trochę w energetyce jądrowej i w odnawialnych źródłach energii z wiatrem na czele – przekonuje szef Instytutu.

Podkreśla, że potrzebne są również rozwiązania prawne, wspierające rozwój energetyki prosumenckiej, czyli umożliwienie osobom prywatnym produkcji energii na własny użytek i odsprzedaż do sieci jej ewentualnej nadwyżki. 

 – To może w pewnym stopniu ściągnąć trochę ciężar inwestycyjny z dużych spółek. Wtedy nie będziemy musieli obawiać się o przyszłość – wyjaśnia Maciej Bukowski.

Strabag liczy na wysyp nowych inwestycji w tym roku. Spółka chce znacznie zwiększyć swoje przychody

CEO Magazyn Polska

Strabag chce w tym roku osiągnąć przychody na poziomie niemal 3 mld zł. Spółka zapowiada podjęcie walki we wszystkich przetargach organizowanych przez GDDKiA, a także starania o lokalne inwestycje samorządów. W następnych latach wyniki mają być jeszcze lepsze dzięki nowej unijnej perspektywie finansowej, a potem – rozwojowi partnerstwa publiczno-prywatnego. Strabag stawia również na inwestycje w branży kolejowej, energetycznej i w budownictwie kubaturowym.

 – 2013 rok zamknęliśmy przychodami na poziomie prawie 3 mld zł. Realizowaliśmy na terenie Polski prawie 400 kontraktów w zakresie infrastruktury komunikacyjnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Trojanowski, członek zarządu Strabagu. – W tym roku chcemy zrealizować podobną sprzedaż, na poziomie 2,7 mld zł. Zakładamy później wzrost przychodów od roku 2015 w związku z realizacją nowej perspektywy europejskiej, nowych projektów infrastrukturalnych w zakresie dróg, autostrad, ale również budownictwa kolejowego.

Trojanowski podkreśla, że budownictwo drogowe to niemal trzy czwarte przychodów Strabagu w Polsce. Spółka w ubiegłym roku wykonała m.in. długo oczekiwany nowy most nad Wisłą w Toruniu. Jest również wykonawcą dwóch odcinków autostrady A4 na Podkarpaciu, fragmentów drogi S8 z Łodzi do Wrocławia oraz S3 w województwie lubelskim.

Spółka aktywnie działa też przy inwestycjach realizowanych przez samorządy. Również w tym roku Strabag zapowiada start we wszystkich przetargach organizowanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad oraz zgłasza zainteresowanie wieloma przetargami lokalnymi.

 – Jesteśmy zainteresowani wszelkimi realizacjami samorządowymi w zakresie infrastruktury komunikacyjnej. Jako przykład podam budowę Szczecińskiego Szybkiego Tramwaju – jest to kontrakt, w którym spółka Strabag wzięła na siebie również dwuletni okres finansowania. Miasto płaci nam dopiero po dwóch latach od zakończenia całej inwestycji – mówi Trojanowski.

Dodaje, że mocną stroną spółki są oddziały i lokalne moce produkcyjne we wszystkich 16 województwach.

Według Trojanowskiego, w ciągu najbliższych lat zmieni się sposób finansowania inwestycji. W miarę zmniejszania dopływu łatwo dostępnych środków unijnych coraz więcej samorządów będzie sięgać po model partnerstwa publiczno-prywatnego, który na razie wciąż jest traktowany dość nieufnie. W infrastrukturze ten model się sprawdza dzięki długiemu okresowi trwania projektów. Strabag zebrał doświadczenia w tym modelu przy budowie autostrady A2, bo spółka ma 10 proc. udziałów w Autostradzie Wielkopolskiej SA. Autostrada biegnąca od Słubic do Konina to największa inwestycja w systemie koncesyjnym.

 – Liczymy na dalsze tego typu projekty. Pieniądze unijne są konkurencyjne w stosunku do projektów PPP, dlatego uważam, że dopiero w kolejnych latach PPP będzie dużo bardziej rozwijane i będzie coraz więcej projektów. Zarówno władza publiczna, jak i spółki prywatne nabiorą coraz więcej doświadczenia, szczególnie w przygotowaniu tych projektów. Bo klucz do sukcesu jest przygotowanie i negocjacje przed podpisaniem umowy – ocenia Trojanowski.

Dodaje, że Strabag interesuje się również budownictwem energetycznym oraz kubaturowym. W ramach tego drugiego obszaru spółka oddała w ubiegłym roku Galerię Katowicką, również realizowaną w formule PPP, a obecnie kończy prace przy lubelskim Centrum Felicity, które zostanie otwarte 20 marca.

Izba Domów Maklerskich: to może być dobry rok dla obligacji korporacyjnych

CEO Magazyn Polska

Trwają prace nad nową strategią rozwoju polskiego rynku kapitałowego. Najważniejszą kwestią jest zachęcenie gospodarstw domowych do inwestowania i zapewnienie odpowiedniej ochrony inwestorom. Przedstawiciele instytucji-uczestników rynku chcą dzięki temu ożywić rynek akcji, ale również obligacji korporacyjnych, którymi w tym roku szczególnie będą interesować się otwarte fundusze emerytalne. Więcej kapitału na rynku to nowe środki na rozwój tysięcy małych i średnich przedsiębiorstw. 

 – Rynek obligacji korporacyjnych istotnie rozwinął się w ubiegłym roku. Prawdopodobnie w tym roku szczególnie OFE będą zainteresowane dywersyfikacją portfeli, biorąc pod uwagę fakt, że nie mogą inwestować w obligacje Skarbu Państwa. Chcemy bardzo ożywić rynek obligacji korporacyjnych, bo to też jest narzędzie do pozyskiwania kapitału dla przedsiębiorstw na finansowanie rozwoju i zwiększanie liczby miejsc pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Waldemar Markiewicz, prezes Izby Domów Maklerskich. – Ważne jest, żeby dla przedsiębiorstw emisja obligacji nie była droższa niż pozyskanie kredytu bankowego.

Identyfikacją barier na rynku Catalyst i poszukiwaniem nowej strategii rozwoju dla polskiego rynku zajmuje się działająca od stycznia Rada Rozwoju Rynku Finansowego, w której skład weszli przedstawiciele Ministerstwa Skarbu Państwa, Ministerstwa Finansów oraz uczestnicy rynku. Rada weźmie pod lupę całe otoczenie instytucjonalne, w którym działa giełda.

Według Izby Domów Maklerskich, zmiany powinny koncentrować się na zwiększeniu atrakcyjności inwestowania przez osoby prywatne; na poprawie płynności rynku oraz wzroście zaufania do tej formy pomnażania pieniędzy i bezpieczeństwa ich obrotu.

 – Chodzi o stwarzanie warunków i usuwanie barier związanych z inwestowaniem w Polsce, żeby Polska stała się rynkiem jeszcze bardziej atrakcyjnym dla globalnych inwestorów. Z jednej strony należy zwiększyć podaż kapitału polskiego i zachęcić gospodarstwa domowe do inwestowania na rynku, aby przedsiębiorstwa miały większy dostęp do kapitału – podkreśla Waldemar Markiewicz. – A z drugiej strony, trzeba stworzyć takie otoczenie regulacyjne i administracyjne, które zwiększy reputację rynku. Zależy ona od ochrony inwestorów, a także od szybkości działania organów ścigania.

Szczegółowe rozwiązania, jakie proponuje Izba, to m.in. wspólne opodatkowanie akcji i funduszy wraz z jednoczesnym rozliczaniem strat; ulgi podatkowe od inwestycji na okres dłuższy niż rok lub zmniejszenie podstawy opodatkowania zysków kapitałowych do 50 proc. zysku, a także wspieranie rozwoju III filara emerytalnego. Wszystkie te rozwiązania mają na celu zwiększenie dopływu prywatnych oszczędności na rynek kapitałowy.

Obok niskiej podaży kapitału, barierą rozwoju polskiego rynku jest niewystarczająca płynność. Remedium na to ma być m.in. dalsza prywatyzacja państwowych spółek poprzez giełdę, zachęty podatkowe dla firm pozyskujących kapitał na rynku regulowanym oraz zwiększenie możliwości pożyczania akcji i krótkiej sprzedaży.

Potencjalną barierą dla przedsiębiorstw szukających kapitału jest także niski poziom zaufania na rynku NewConnect. Izba proponuje, by zwiększyć nad nim nadzór, a także przyznać Komisji Nadzoru Finansowego uprawnienia prokuratorskie. Z drugiej strony, zdaniem Markiewicza, należy ułatwić powstawanie i rozwój alternatywnych platform obrotu, które będą konkurować kosztami z rynkiem regulowanym.

Według Izby, dzisiejszy poziom kosztów (opłat transakcyjnych pobieranych przez Giełdę i KDPW) powoduje, że inwestowanie w Polsce jest droższe niż na innych parkietach europejskich.

Polskie Nagrody Filmowe Orły 2014 rozdane. Polskie kino utrzymuje się dzięki wsparciu finansowemu prywatnych firm

„Ida” Pawła Pawlikowskiego to najlepszy polski film 2014 roku. Obrazy nominowane do Polskiej Nagrody Filmowej Orły 2014 przeczą powszechnej wciąż opinii, że polskie kino jest słabe. Bolączką polskiej kinematografii jest jednak nadal brak finansowania. Szansą może być zaangażowanie prywatnych firm we wspieranie rodzimych produkcji filmowych.

Pieniądze z budżetu państwa przeznaczone na polskie kino wystarczają na produkcję 3-5 filmów, a rocznie w Polsce powstaje blisko 40 obrazów. Prawie 80 proc. produkcji powstaje dzięki wsparciu prywatnych firm. Rosnący poziom polskiej kinematografii skłania przedsiębiorców do finansowego zaangażowania się w produkcję i promocję polskiego kina.

 – Polskie kino ma ogromny potencjał i wiele talentów, które warto uhonorować. Niestety, wiele produkowanych w Polsce filmów ma stosunkowo niskie budżety, co nie pozwala w pełni wykorzystać naszych możliwości. Dlatego tak ważna jest współpraca biznesu ze sferą kultury i cieszy mnie, że z roku na rok jest coraz bardziej powszechna – mówił w komunikacie Mariusz Gazda, prezes zarządu SKOK Wołomin, instytucji, która była sponsorem gali Polskie Nagrody Filmowe Orły 2014.

Jak podkreśla, SKOK Wołomin od lat angażuje się we wspieranie rodzimych inicjatyw kulturalnych, wśród nich m.in. w produkcję filmu „Bitwa Warszawska 1920” w reżyserii Jerzego Hoffmana oraz „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały” będącego hołdem złożonym młodym Polakom walczącym w Powstaniu Warszawskim.

Zdaniem prezesa instytucji, nie zawsze przy wspieraniu kultury można mówić o wymiernych korzyściach.

 – Jest taka złota myśl Alberta Einsteina: nie wszystko, co się da policzyć, jest ważne, a nie wszystko, co ważne, da się policzyć. Jesteśmy dziś w tej drugiej części, bo sztuka jest trudno policzalna, trudno ocenialna, niejednokrotnie jest to indywidualne podejście, ale należy to wspierać – mówi Mariusz Gazda. – Projekty związane z produkcją filmów nie zawsze realizuje się dla pieniędzy. Jedne projekty są związane z chęcią zysku, inne – z honorem domu. „Bitwa Warszawska” czy „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały” to są właśnie projekty należące do tej drugiej grupy filmów, czyli związane z potrzebą wyartykułowania pewnych myśli i poglądów.

Polacy w zeszłym roku kupili kilkaset aut hybrydowych, Francuzi 14 tys.

CEO Magazyn Polska

Samochody z napędem elektrycznym lub hybrydowym wciąż mają problemy ze zdobyciem polskiego rynku. Problemem dla kupujących jest zbyt wysoka cena takich aut. Pomóc mogłoby wsparcie przez państwo badań i rozwoju produkcji. Dodatkowo kupujących mogłyby zachęcić inicjatywy rządu, np. ulgi w podatku VAT, lub samorządów, np. możliwość bezpłatnego parkowania i poruszania się po buspasach.

 – Prywatni konsumenci wybierając samochód, kierują się przede wszystkim względami ekonomicznymi – uważa Roman Kantorski, prezes Polskiej Izby Motoryzacji. – Dopóki nie będzie można kupić auta elektrycznego w cenie zbliżonej do cen pojazdów spalinowych, dopóty ten segment motoryzacji nie będzie się dynamicznie rozwijał.

Zgodnie z danymi portalu samochodyelektryczne.org w Polsce w ubiegłym roku pojawiły się 32 nowe samochody z napędem elektrycznych. Ich sprzedaż nie rośnie – w latach 2011-2012 liczba nowych aut sięgnęła 70 sztuk. W Niemczech w ubiegłym roku zarejestrowano ponad 6 tys. takich aut, a we Francji – 14 tysięcy. Natomiast aut hybrydowych sprzedaje się w Polsce rocznie kilkaset sztuk.

Światowe tendencje wskazują jednak na to, że będzie to segment rosnący. Z raportu PwC wynika, że do 2020 roku udział aut hybrydowych i elektrycznych w rynku motoryzacyjnym może sięgnąć 6,3 proc.

 – Te samochody nie będą tańsze, bo tak ma być, lecz dlatego, że pojawi się wsparcie finansowe, np. ulgi w podatku VAT – proponuje Kantorski. – Równie ważna jest pomoc państwa na etapie projektowania, produkcji i unowocześniania konstrukcji takich aut. Wspieranie rozwoju technologicznego przekłada się na obniżenie kosztów produkcji samochodów, zwiększenie konkurencji na rynku, a w efekcie – na końcową cenę takich aut. 

Rozwój rynku ekologicznych aut jest istotny również dla branży produkcyjnej. W Polsce produkowane są obecnie komponenty do samochodów elektrycznych, szczególne osiągnięcia nasz kraj ma w wytwarzaniu elementów do zarządzania energią w takich pojazdach.

Eksperci podkreślają, że dla kupujących istotne będą również zachęty ze strony władz samorządowych.

 – Ułatwieniem byłoby zezwolenie pojazdom elektrycznym na poruszanie się po buspasach lub zwolnienie ich z opłat za parkowanie w mieście. To zachęcałoby do kupna takich aut – uważa prezes Polskiej Izby Motoryzacji.

Zdaniem Kantorskiego, zanieczyszczenie powietrza oraz coraz ostrzejsze normy dotyczące emisji CO2 zmuszą niebawem samorządowców do zainteresowania się rynkiem pojazdów ekologicznych. W ciągu 10-15 lat transport publiczny przypuszczalnie przejdzie na alternatywne zasilanie. Dotyczyć będzie to także firm zajmujących się transportem towarów w obrębie miast. 

 – Na razie problemem wciąż jest zasięg takich pojazdów – mówi Kantorski agencji informacyjnej Newseria Biznes. – Autobusy elektryczne mogą na jednym ładowaniu przejechać 100-200 km, tymczasem średni dzienny dystans, jaki pokonują pojazdy transportu publicznego, to 300-350 kilometrów. Drugim problemem jest oczywiście wysoki koszt zakupu takiego autobusu.

Prezes Polskiej Izby Motoryzacji uważa, że najbliższa przyszłość należy raczej do aut hybrydowych, które produkowane są w coraz większej liczbie. Pojazdy czysto elektryczne będą następnym etapem rozwoju tej branży i w pierwszej kolejności będzie on dotyczył właśnie transportu publicznego. 

Warszawa słabo oceniana przez zagranicznych inwestorów. Lepiej wypadają Wrocław, Katowice i Poznań

CEO Magazyn Polska

Zagraniczni inwestorzy słabo oceniają Warszawę przede wszystkim ze względu na niedoskonałą infrastrukturę i brak odpowiednio wykształconych kadr. Stolica Polski nie znalazła się w grupie dwudziestu pięciu najatrakcyjniejszych dla inwestorów europejskich miast według rankingu „Financial Times”, a nawet w dziesiątce regionalnej. Wyżej są inne polskie miasta, m.in. Wrocław, Katowice i Poznań, ale ze wszystkimi wygrywa np. Budapeszt.

 – Pozycja Warszawy zarówno w rankingu ogólnym, jak i w poszczególnych elementach, nie jest powodem do dumy dla władz Warszawy. Kryteria są tak skonstruowane, że duże znaczenie ma między innymi PKB na głowę mieszkańca. Wiadomo, że nie możemy się równać z dużo bogatszymi od nas krajami Europy Zachodniej. Natomiast smutne jest to, że Warszawa przegrywa rywalizację wewnętrzną, nie tylko z innymi miastami Polski, lecz także ze stolicami krajów Europy Środkowej – analizuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Rapkiewicz, członek zarządu Instytutu Sobieskiego.

W raporcie opublikowanym przez fDiIntelligence, centrum analityczne należące do „Financial Times”, za najbardziej przyszłościowe miasto w Europie uznany został Londyn. Stolica Wielkiej Brytanii wyprzedziła Helsinki i holenderskie Eindhoven. Za najbardziej obiecujący region uznana została Nadrenia-Westfalia w Niemczech. Polska nie znalazła się w czołowej dwudziestce piątce ani pod względem miast, ani regionów.

Najbardziej obiecującym miastem w Europie Wschodniej okazał się Budapeszt, który wyprzedził Wrocław i Katowice. W czołowej dziesiątce w tym regionie znalazł się jeszcze Poznań (siódme miejsce), a także cztery miasta z Czech oraz Bratysława i Moskwa.

Tam, gdzie chodzi o elementy twarde, jak infrastruktura, czy związane z kapitałem ludzkim, Warszawa i inne polskie miasta, niestety, odstają od innych miast europejskich – zauważa Rapkiewicz. – Warszawa stosunkowo dobrze w porównaniu do innych dużych miast wypada pod względem kosztów. Tutaj bierze się pod uwagę zarobki, szczególnie kadry specjalistycznej, czy inne koszty utrzymania, związane z prowadzeniem działalności. Dosyć wysoko Warszawa znajduje się w rankingu przyjazności biznesu.

Mimo to pod względem efektywności kosztowej Warszawa zajęła dopiero dziesiąte miejsce wśród głównych europejskich miast (zwyciężyła Sofia). Pod względem przyjazności dla biznesu została sklasyfikowana na szóstym miejscu. Wynika to, według Rapkiewicza, m.in. z łatwości otrzymania pozwolenia na prowadzenie działalności.

 – Na pewno dla rozwoju biznesu są konieczne rozwiązania spraw reprywatyzacyjnych, ale obok tego kwestia infrastruktury. Tu nie tylko chodzi o lotnisko czy drogi, które dalej pozostawiają wiele do życzenia, lecz przede wszystkim o bardzo zaniedbaną kolej. Kolejna rzecz to inwestycje w kapitał ludzki. Wprawdzie mamy coraz więcej magistrów, jednak to nie są kierunki, których oczekuje biznes – krytykuje Rapkiewicz.

W kategorii dużych miast Wrocław został sklasyfikowany na ósmym miejscu, a Katowice – na dziewiątym. Katowice zostały docenione za strategię pozyskiwania zagranicznych inwestycji (drugie miejsce w tej kategorii). Spośród średnich miast analitycy fDiIntelligence wyróżnili Szczecin, Bydgoszcz i Gdańsk, które znalazły się w pierwszej dziesiątce pod względem kosztów.

Rapkiewicz zauważa, że w kategoriach małych i mikromiast brakuje ośrodków z Polski. Pod względem kapitału ludzkiego, potencjału i infrastruktury triumfują małe miasta z Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemiec oraz Luksemburg, a pod względem kosztów – z Macedonii, Łotwy i Bułgarii.

W sobotę startuje pierwszy darmowy i ogólnodostępny kanał filmowy Stopklatka TV

15 marca startuje nowy kanał filmowy Stopklatka TV, który chce przyciągnąć widownię dobrze znanymi wszystkim tytułami filmowymi. Twórcy kanału myślą także o produkcjach własnych, m.in. seriali, jednak inwestycje w nowości będą zależały od tego, jak szybko stacja osiągnie oglądalność na poziomie 1 proc. udziału w rynku. U niektórych operatorów kablowych Stopklatka TV będzie dostępna w wersji HD. Prezes zapowiada, że szykowane są również usługi interaktywne.

  Kanał ten nie jest prostym kanałem linearnym, który nadaje cały czas kontent, tylko będzie miał również usługi interaktywne. To będzie i telewizja hybrydowa, i drugi ekran, czyli będzie można wejść w interakcję z obrazem poprzez telefon, tablet czy komputer. Myślę, że jeszcze w tym roku usługi te będą dostępne – informuje Bogusław Kisielewski, prezes Stopklatka TV.

W niektórych sieciach kablowych kanał będzie dostępny w wersji HD, co ma jeszcze uatrakcyjnić ofertę dla widza.

Walkę o rynek może ułatwić Stopklatce TV fakt, że trudno szukać na multipleksach kanałów stricte filmowych. Nowy program natomiast ma być dostępny we wszystkich kablówkach, na platformach cyfrowych NC+ i Polsatu oraz w telewizji naziemnej. Oferta programu ma opierać się początkowo na znanych i powszechnie lubianych filmach i serialach. Stopniowo ma być rozszerzana o serialowe i filmowe nowości.

 – Można by się zastanowić, czy nie opłaca się kupować względnie nowych filmów, które miały dużą popularność kinach i w ten sposób walczyć o następne punkty procentowe w oglądalności. Myślę, że 1 procent czy trochę powyżej jest względnie łatwo zdobyć i można to zrobić na kontencie już ogranym. Natomiast walka o każdy punkt procentowy powyżej 2 proc. oglądalności wymaga już dużych inwestycji w kontent. Jeśli sytuacja nam na to pozwoli, to będziemy myśleć o takich zakupach – mówi Kisielewski.

Stopklatka TV ma gotową ramówkę na marzec i kwiecień. Jeszcze w marcu kanał wyemituje m.in.: „Chłopów”, „Nad Niemnem” czy „Krzyżaków”, a także znane filmy, jak „Angielski pacjent”, „Iluzjonista”, „Między słowami” czy „Królowa”. Będą to pozycje znajdujące się zarówno w zbiorach grupy Kino Polska (ok. 4 tys. tytułów), do której Stopklatka TV należy, jak i innych dystrybutorów, z którymi podpisano już umowy. Kanał zamierza również inwestować w zakup seriali.

 – Nie specjalizujemy się w tym momencie w serialach, ale na takim kanale seriale na pewno są potrzebne – mówi Bogusław Kisielewski. – Z założenia to kanał filmowy, który będzie starał się dotrzeć do jak najszerszej widowni, żeby każdy mógł znaleźć coś dla siebie. To nie jest kanał bardzo niszowy. Będą tam filmy polskie, europejskie i z innych zakątków świata – w bardzo podobnych proporcjach.

Prezes podkreśla, że jest duże zainteresowanie wśród reklamodawców, bo udało się wyprzedać cały czas antenowy. Dzięki współpracy z Agorą ruszy duża akcja marketingowa nowej stacji.

 – Wykorzystujemy ich doświadczenie w zakresie marketingu skierowanego do konsumenta, do widza końcowego. Ta kampania będzie dość mocna i szeroka. Myślę, że żaden z kanałów na rynku nie ma takich dużych możliwości promocyjnych, jak my, właśnie dzięki uczestnictwu Agory w tym projekcie – zapewnia prezes Stopklatka TV.

15 marca mija termin wpłaty I raty podatku od nieruchomości

CEO Magazyn Polska

Do soboty właściciele mieszkań i gruntów mają czas na opłacenie pierwszej raty podatku od nieruchomości. To jednak nie koniec marcowych obciążeń. Część właścicieli do końca miesiąca musi jeszcze wnieść opłatę od wieczystego użytkowania gruntu, zwaną potocznie podatkiem gruntowym. Eksperci podkreślają, że taka forma własności to już przeżytek.

W powszechnym odczuciu opłata od wieczystego użytkowania gruntu jest zdublowanym podatkiem od nieruchomości.

 – Użytkownik wieczysty gruntu jest podatnikiem podatku od nieruchomości, więc osoba fizyczna w czterech ratach lub osoba prawna w dwunastu ratach uwzględnia to w rozliczeniach podatkowych, płaci od tego podatek od nieruchomości – tłumaczy Mariusz Unisk, dyrektor generalny ds. doradztwa podatkowego w ISP Modzelewski i Wspólnicy.  – Pytanie jest szersze, czy w ogóle jest sens zachowania takiej instytucji jak użytkowanie wieczyste.

Prawa właściciela i użytkownika wieczystego są do siebie zbliżone. Czas trwania użytkowania wieczystego wynosi 99 lat, jednak po tym okresie może ono zostać odnowione. To sprawia, że różnice między własnością a użytkowaniem są w zasadzie tylko formalne. Stąd też pojawiają się wątpliwości, czy jest sens podtrzymywania przy życiu instytucji historycznej, wynikającej z poprzedniego systemu.

 – Niektórzy przekształcają użytkowanie wieczyste w prawo własności. Można by się jednak zastanowić nad ruchem zasadniczym, czyli przekształceniem z mocy prawa – podsumowuje Mariusz Unisk.

Zasadniczą jednak różnicą jest fakt, że użytkownik wieczysty nie jest właścicielem gruntu. Jest nim gmina, powiat czy Skarb Państwa, i to właśnie od nich użytkownik dzierżawi prawa do korzystania z gruntu. 

 – Z tego tytułu użytkownik jest zobowiązany do uiszczenia opłaty cywilno-prawnej. Innymi słowy, płaci za korzystanie z gruntu, nie będąc jego właścicielem. Niestety, kolejnym tytułem jest tutaj tytuł stricte podatkowy. Stąd to powszechne mniemanie, że płacimy dwa razy – wyjaśnia Mariusz Unisk.

Opłaty z obu tytułów są niezależne od siebie, stąd też oprócz podatku od nieruchomości, użytkownik do końca marca musi również uiścić opłatę za użytkowanie wieczyste. Jej wysokość stanowi, co reguluje ustawa, część rzeczywistej wartości nieruchomości. W przypadku gruntów mieszkalnych to 1 proc. wartości, natomiast przy gruntach przeznaczonych na działalność gospodarczą – to już 3 proc. Z tego właśnie powodu często formułowany jest zarzut, że użytkowanie wieczyste nie jest sprawiedliwym rozwiązaniem. 

Oświadczenie MCI dot. raportu bieżącego nr 11/2014 (8.03.2014)

0

W nawiązaniu do raportu bieżącego nr 59/2013 z dnia 21 grudnia 2013 roku oraz raportu bieżącego nr 11/2014 z dnia 8 marca 2014 roku, Spółka informuje, że w ramach przygotowania do IPO spółki Private Equity Managers S.A. (PEM), Emitent dokonał przeniesienia własności części akcji w PEM na spółkę i fundusz pośrednio lub bezpośrednio w pełni zależne i kontrolowane  przez  MCI Management S.A.

Kapitał zakładowy PEM wynosi 17.345.561 PLN.

Po zakończeniu postępowania związanego z obniżeniem kapitału zakładowego PEM (umorzeniu 14.010.507 akcji własnych PEM SA) planowanego na koniec marca 2014, struktura akcjonariatu PEM przedstawiać się będzie następująco:

  • 45% akcji PEM posiada MCI Fund Management Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością IV MCI.PrivateVentures Spółka komandytowo – akcyjna,
  • 49% akcji PEM posiada MCI.PrivateVentures FIZ z subfunduszem MCI.EuroVentures 1.0,
  • 6% akcji PEM posiada MCI Management S.A.

Naszym zamiarem jest, aby MCI Fund Management Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością IV MCI.PrivateVentures Spółka komandytowo – akcyjna sprzedawała akcje w pre-IPO i IPO.

Opisane transakcje zostały dokonane w celu optymalizacji sprzedaży akcji PEM i rozdzielenia działalności zarządzania od inwestycyjnej w Grupie Kapitałowej MCI.

Zarząd MCI

Grupa ENERGA po raz kolejny poprawiła wyniki finansowe

Grupa ENERGA zakończyła 2013 rok bardzo dobrymi wynikami finansowymi. Przychody wzrosły o 2 proc. do poziomu 11,4 mld zł. EBITDA wyniosła niemal 2 mld zł i była o 21 proc. wyższa niż w 2012 r. Zysk netto był aż o 63 proc. wyższy i wyniósł 743 mln zł. Rada Nadzorcza ENERGA SA pozytywnie zaopiniowała rekomendowaną przez Zarząd Spółki wypłatę 414 mln zł dywidendy, czyli 1 zł na akcję. To poziom wyższy niż wskazany w prospekcie emisyjnym.

Skonsolidowane przychody ze sprzedaży w 2013 roku wzrosły o 252 mln zł (2 proc.) do poziomu 11 429 mln zł. Pozytywny wpływ na poziom sprzedaży miała wyższa taryfa dystrybucyjna, korzystne warunki hydrometeorologiczne dla wytwarzania w elektrowniach wodnych oraz wzrost mocy wytwórczych w odnawialnych źródłach energii. Wypracowana EBITDA Grupy była wyższa o 21 proc. i wyniosła 1 965 mln zł, natomiast zysk netto wzrósł o 63 proc. i wyniósł 743 mln zł. Poprawie uległy marże: rentowność EBITDA wzrosła do 17,2 proc. z 14,6 proc., natomiast na poziomie wyniku netto marża wyniosła 6,5 proc. w stosunku do 4,1 proc. w 2012 roku. Na dynamiczne wzrosty EBITDA oraz zysku netto wpływ miały wyniki segmentów dystrybucji oraz wytwarzania.

Dobre wyniki finansowe pozwoliły Zarządowi ENERGA SA na zarekomendowanie wypłaty 414 mln zł dywidendy z jednostkowego zysku za rok 2013 (499 mln zł), czyli 1 zł na jedną akcję. Polityka wypłaty dywidendy jest konsekwentnie realizowana przez spółkę: w 2012 r. na dywidendę za 2011 r. przeznaczyła 646 mln zł, co stanowiło 86 proc. zysku netto, a w kolejnym roku – 497 mln zł, czyli 91 proc. zysku. Ostatecznie decyzję o wypłacie z zysku za 2013 r. podejmie Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy.

– Jesteśmy zadowoleni z wypracowanych wyników i zgodnie z naszymi zapowiedziami, w tym i kolejnych latach, będziemy chcieli dzielić się z Akcjonariuszami lwią częścią zysku. Rekomendacja wypłaty dywidendy w wysokości powyżej założeń wskazanych w prospekcie, jest dowodem realizacji tych zapowiedzi. W minionym roku inwestorzy docenili stabilność naszego biznesu, o czym świadczy choćby zakończona sukcesem emisja euroobligacji czy przeprowadzenie największej od ponad dwóch lat oferty publicznej sprzedaży akcji i debiut na warszawskim parkiecie – mówi Mirosław Bieliński, Prezes Zarządu ENERGA SA.

Wyższa rentowność dystrybucji – stabilny biznes

W 2013 roku największy udział w wypracowaniu zysku EBITDA Grupy miał, kluczowy dla niej w strukturze dochodów, segment dystrybucji. Wskaźnik ten wyniósł 79 proc., czyli o ponad 4 p.p. więcej niż w roku poprzednim.

– Nasza rentowność na poziomie EBITDA w obszarze dystrybucji wzrosła z 33,1 do 41,1 proc. Mamy ambicję by być liderem w zakresie efektywności i konsekwentnie poprawiać nasze rezultaty na wszystkich poziomach rachunku wyników. Dzięki temu Grupa ENERGA, będąc wiarygodnym partnerem dla instytucji finansowych, jest w stanie pozyskiwać finansowanie na bardzo korzystnych warunkach – mówi Roman Szyszko, Wiceprezes Zarządu ENERGA SA ds. Finansowych.

Wzrost produkcji energii – większe przychody

W 2013 roku wolumen sprzedaży energii elektrycznej poza Grupę wzrósł o ponad 12 proc. i wyniósł 29,1 TWh. Na rynku hurtowym Grupa ENERGA podwoiła sprzedaż, która ukształtowała się na poziomie 10,9 TWh. Grupa w 2013 roku dostarczyła 20,4 TWh energii elektrycznej do ponad 2,9 mln odbiorców.

Całkowita zainstalowana moc wytwórcza Grupy ENERGA na koniec 2013 roku wynosiła 1,3 GW. Grupa wytworzyła brutto 5,0 TWh energii elektrycznej, co oznacza wzrost o 0,9 TWh, czyli 22 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Największy wzrost produkcji energii, o 38 proc., nastąpił w elektrowniach przepływowych, na co wpływ miały korzystne warunki hydrometeorologiczne. O 27 proc. wzrosła produkcja jednostek współspalających biomasę (2013 rok był pierwszym pełnym rokiem funkcjonowania kotła do współspalania biomasy w spółce ENERGA Elektrownie Ostrołęka).

Na koniec 2013 roku w odnawialnych źródłach energii (OZE) zainstalowanych było 0,5 GW, a produkcja zielonej energii z aktywów Grupy wyniosła 1,9 GWh energii elektrycznej brutto.

Efektywne inwestycje – korzyści dla klienta

Nakłady inwestycyjne Grupy wyniosły 2 802 mln zł (1 849 mln zł w 2012 r.), z czego blisko połowa, bo 1 397 mln zł przeznaczona została na inwestycje w kluczowym dla dochodów Grupy segmencie dystrybucji. Ponadto Grupa ENERGA przeznaczyła 1 052 mln zł na zakup spółek wiatrowych od Grupy DONG i Iberdrola Renovables oraz spółki Ciepło Kaliskie. Finalizacja tych transakcji zwiększyła moce wytwórcze w OZE z 343 MW do 508 MW, przyczyniając się do realizacji strategii Grupy, która zakłada umacnianie jej pozycji na rynku energii odnawialnej.

Ubiegłoroczne inwestycje w modernizację sieci dystrybucyjnych, podobnie jak te z lat poprzednich, przekładają się na poprawę jakości dostaw energii, co widoczne jest we wskaźnikach określających zarówno częstotliwość, jak i czas trwania zakłóceń zasilania. W 2013 roku o 12 proc. spadła częstotliwość przerw w dostawach prądu na odbiorcę (wskaźnik SAIFI)wobec roku 2012. Wprawdzie z uwagi na przejście orkanu Ksawery średni czas awarii na odbiorcę wzrósł o niespełna 15 proc. (wskaźnik SAIDI), ale i tak pozostaje o 41 proc. niższy niż w roku 2011 r.

Stałą poprawę jakości obsługi odbiorców Grupa ENERGA realizuje również poprzez inwestowanie w rozwój technologiczny biznesu dystrybucji, m.in. budowę systemu inteligentnego opomiarowania, które stanowi element wdrażania inteligentnych sieci dystrybucyjnych. Do tej pory Grupa zainstalowała już ok. 400 tys. liczników zdalnego odczytu u klientów indywidualnych oraz u wszystkich odbiorców biznesowych. Innowacyjne rozwiązania przynoszą już klientom konkretne korzyści, m.in. w postaci rzeczywistych, a nie prognozowanych rozliczeń za zużytą energię elektryczną. Ponadto Grupa ENERGA z sukcesem testuje inteligentne rozwiązania dystrybucyjne, związane m.in. z podniesieniem pewności zasilania.

– Wstępne wyniki naszych zaawansowanych programów pilotażowych wskazują na wysoką skuteczność systemu inteligentnych sieci w skracaniu przerw w dostawach energii, co wpływa na satysfakcję klienta i oszczędności dla Spółki. Wysoką skuteczność osiągają także zdalne odczyty, co pozwala nam na wejście w kolejny etap oferowania udogodnień dla klientów – na obszarach objętych wdrożeniem AMI udostępniamy konkretne produkty oparte na bazie inteligentnego opomiarowania – mówi Wojciech Topolnicki, Wiceprezes Zarządu ds. Strategii Rozwoju.

Uporządkowana Grupa – sprawniejsze działanie

W 2013 roku ENERGA kontynuowała proces reorganizacji i porządkowania struktur Grupy Kapitałowej. Celem tych działań jest podniesienie rentowności poprzez optymalizację kosztów, a także większa integracja podstawowych obszarów działalności. Wprowadzony został nowy ład organizacyjny oparty na regułach rynkowych i strategiach konkurencji, wdrożona została również polityka zarządzania przez cele. Model biznesowy Grupy oparty został na trzech, samodzielnych w realizacji celów biznesowych, segmentach: wytwórczym, dystrybucyjnym i sprzedażowym. ENERGA SA pełni w tym modelu funkcję kontrolną i strategiczną.

Komentarz indeksowy BossaFX 10 marca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 10 marca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Raport OECD: Polska gospodarka potrzebuje uproszczenia podatków i przyspieszenia prywatyzacji

CEO Magazyn Polska

Zmiany na rynku pracy, ułatwienie funkcjonowania firm i wspieranie ich innowacyjności oraz przyspieszenie prywatyzacji – to, według prezydenckiego ministra Olgierda Dziekońskiego, główne warunki, aby polska gospodarka stała się bardziej konkurencyjna. Jak podkreśla, wskazuje na nie raport OECD, który dziś zostanie zaprezentowany w Warszawie.

 – Prezentowany dzisiaj przez sekretarza generalnego OECD Angela Gurrię raport dotyczący konkurencyjności polskiej gospodarki, obejmuje  to, co jest przedmiotem wielu spotkań i dyskusji prowadzonych  w Polsce, również  w Pałacu Prezydenckim – podkreśla Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Najważniejsze warunki wzmocnienia konkurencyjności Polski to zmiany na rynku pracy oraz ułatwienia w działalności gospodarczej.

 – To przede wszystkim kwestia konieczności uniknięcia pułapki średniego dochodu, czyli zmiana funkcjonowania rynku pracy, jego uelastycznienie, zlikwidowanie swoistego dualizmu na rynku pracy, gdzie mamy kwestie umów krótkoterminowych i tych nie w pełni opodatkowanych – podkreśla Olgierd Dziekoński. – Po drugie, jest to kwestia koniecznej deregulacji związanej z ułatwieniem funkcjonowania firm. Bardzo ważne jest usprawnienie prawa upadłościowego, tak, żeby możliwość powrotu do funkcjonowania na rynku pracy była znacznie łatwiejsza.

Prezydencki minister podkreśla, że raport OECD rekomenduje również przyspieszenie prywatyzacji. W porównaniu do innych krajów OECD Polska ma jeden z wyższych udziałów przemysłu państwowego w całej strukturze gospodarczej. I to mimo intensywnej prywatyzacji w ostatnich latach.

 – Bardzo ważna jest również kwestia usprawnienia funkcjonowania rynku związanego z systemem podatkowym, czyli ordynacji podatkowej. Ta kwestia była i będzie mocno podnoszona przez prezydenta Bronisława Komorowskiego w wielu jego rekomendacjach dotyczących zmiany dla Polski, a w szczególności dla małych i średnich firm – zapewnia Olgierd Dziekoński.

Eksperci OECD oceniają, że sektor MŚP mógłby stać się jeszcze ważniejszy dla polskiego PKB, ale konieczne jest wsparcie innowacyjności tych firm. Minister przekonuje, że budowanie proinnowacyjnego rynku wiąże się z kolei ze zmianami w funkcjonowaniu wyższych uczelni.

UKE: składanie ofert wstępnych w aukcji częstotliwości 800 MHz ma zakończyć się w maju

CEO Magazyn Polska

Do 19 marca potrwają konsultacje dotyczące dokumentacji związanej z aukcją na rezerwację częstotliwości z pasma 800 MHz. Składanie ofert powinno rozpocząć się po sprawdzeniu i uwzględnieniu uwag operatorów, czyli – jak szacuje prezes UKE – po ok. trzech tygodniach. Potem przedsiębiorcy będą mieli 45 dni na złożenie ofert wstępnych i po ich formalnej ocenie nastąpi aukcja właściwa. To drugie podejście do licytacji – pierwszą UKE odwołał ze względów formalnych. 

 – W tej chwili konsultujemy dokumentację aukcyjną z przedsiębiorcami. 19 marca upływa termin zgłaszania stanowisk i uwag. Zakładam, że ich sprawdzenie nie powinno trwać dłużej niż 2–3 tygodnie. I będziemy chcieli ogłosić aukcję – przedsiębiorcy będą mieli 45 dni na składanie ofert, więc myślę, że w maju ten termin minie i będziemy mogli przystąpić do aukcji właściwej – wyjaśnia Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Nowa aukcja na rezerwacje częstotliwości LTE dotyczy pasm z zakresu 791-816 MHz oraz 832-857 MHz, a także z zakresu 2500-2570 MHz oraz 2620-2690 MHz. Częstotliwości te pozwolą operatorom na świadczenie usług telekomunikacyjnych stałych i mobilnych na terenie całego kraju. Największa walka między operatorami rozegra się o częstotliwości z zakresu 800 MHz. 

 – To są częstotliwości najdroższe i jest ich bardzo mało – tylko 25 MHz, w sumie 30, bo jedną „piątkę” mamy zarezerwowaną dla Sferii. Jest to częstotliwość tak zwana pokryciowa, czyli taka, w której jedna stacja bazowa obsługuje bardzo duży teren. Nakłady na nią nie są więc tak duże, jak np. przy częstotliwościach 2600 MHz, gdzie maszty trzeba budować bardzo gęsto. To jest częstotliwość, która daje możliwości szybkiego przesyłu danych, czyli 100 Mbps, dlatego jest tak droga – tłumaczy Magdalena Gaj.

Zaproponowane w konsultacjach ceny wywoławcze to 250 mln zł za jeden blok częstotliwości 800 MHz oraz 25 mln zł za blok z pasma 2600 MHz.

W budżecie wpływy z aukcji oszacowano na 1,8 mld zł. Jak wyjaśnia prezes UKE, właśnie z tego powodu, że w grę wchodzą tak znaczące kwoty, a częstotliwości są wyjątkowo ważne dla operatorów, w lutym odwołano pierwszą aukcję na rezerwację nowych częstotliwości LTE. Jako oficjalną przyczynę odwołania licytacji podano opóźnioną publikację wyjaśnień do dokumentacji aukcyjnej. 

 – Urząd jest zobowiązany do publikacji wyjaśnień do treści dokumentacji aukcyjnej na 7 dni przed upływem terminu składania ofert. Do końca nad tym pracowaliśmy i opublikowaliśmy te wyjaśnienia w terminie, ale niestety załączniki do tego komunikatu nie wyświetlały się na stronie. Zobaczyliśmy to dopiero po upływie terminu – mówi Magdalena Gaj.

Podkreśla, że ta kwestia mogła być później podstawą do zaskarżenia wyników aukcji. A tego Urząd chce uniknąć.

 – Pieniądze, które uzyskamy i które przedsiębiorcy będą wpłacali za te częstotliwości, są tak duże, że moim zadaniem jest dbanie o maksymalne bezpieczeństwo prawne i eliminowanie każdej, nawet jak najmniejszej wątpliwości, aby podmiot, który uzyska rezerwację, wiedział, że ona jest stabilna i oparta na mocnych podstawach, bez jakichkolwiek wad – zapewnia prezes UKE.

W tym roku Alior Bank skupi się na innowacyjnym w skali świata projekcie

CEO Magazyn Polska

Alior Bank rezygnuje z mniejszych projektów lub odkłada je na później i skupia się na rozwijaniu współpracy z T-Mobile. Dzięki temu operator telekomunikacyjny będzie w stanie zapewnić swoim klientom pełną obsługę finansową. Jak zapewnia zarząd banku, jest to projekt innowacyjny na skalę światową, ale na jego odbicie w wynikach finansowych, trzeba będzie poczekać. 

Współpraca Alior Banku i T-Mobile będzie miała pionierski charakter. Do tej pory operatorzy telekomunikacyjni, współpracując z bankami, oferowali tzw. wallet, czyli serię aplikacji do korzystania z bankowości mobilnej, i umożliwiali płatności przy użyciu smartfona.

 – My chcemy to zmienić całkowicie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Sobieraj, prezes Alior Banku. – Chodzi nam o to, by to T-Mobile oferował swoim klientom usługę bankową. Naszą rolą będzie świadczenie jej na zasadzie white table. Klienci T-Mobile będą mogli więc skorzystać z uznanych na świecie rozwiązań naszego banku, jeśli chodzi o zaplecze technologiczne: od szybkiego procesu kredytowego po dobre interfejsy – dodaje. 

Od kilku dni klienci Alior Banku, podobnie jak pięciu innych banków mogą korzystać z aplikacji MyWallet, która służy do płatności mobilnych. Do współpracy z T-Mobile zachęciła Alior Bank m.in. duża baza klientów i punktów sprzedaży oraz silna pozycja rynkowa i innowacyjność operatora. 

 – Współpraca z T-Mobile to jest pewna część naszej działalności. Podstawowym zadaniem jest to, by wypełnić klientami to, co budowaliśmy przez ostatnie pięć lat. W ubiegłym roku przeszło do nas 632 tys. nowych klientów, trzeba tak zrobić, by większość z nich traktowała Alior jako bank pierwszego wyboru – przekonuje prezes banku.

Jak podkreśla, będzie to jeden z ważniejszych projektów w tym roku.

 – Współpraca między bankiem a operatorem telekomunikacyjnym w formie, jaką planujemy, będzie unikalna na skalę światową. Przeznaczamy na nią wszystkie siły – zapewnia Sobieraj.

Oznacza to rezygnację z innych projektów lub ich spowolnienie i przesunięcie pracowników do współpracy z T-Mobile. Z rynku zniknie m.in. marka Alior Sync, choć zarząd banku zapewnia, że dla klientów ta zmiana nie powinna być odczuwalna.

 – To jest pierwszy rok działania, a ta usługa planowana jest na lata. W pierwszym roku nie spodziewamy się rewelacji. To będzie raczej wpływ na lata następne, ale już dziś setki osób pracuje po obu stronach, żeby tę ofertę przygotować – mówi prezes Alior Banku.

W ubiegłym roku zysk Alior Banku, przy uwzględnieniu zdarzeń nadzwyczajnych, wniósł 227,9 mln zł, czyli był o blisko 300 proc. wyższy niż w 2012 roku. Jednak bez uwzględniania tych zdarzeń wyniósł 247 mln zł, czyli o 12  proc. od wyniku osiągniętego w 2012 roku. Jak podkreśla prezes banku, to średnio satysfakcjonujący wynik. Liczy, że w tym roku wzrost kosztów będzie dużo mniejszy niż przed rokiem. Mają się do tego przyczynić działania restrukturyzacyjne.

Polska liderem produkcji AGD w Europie. W tym roku wzrośnie eksport sprzętu

CEO Magazyn Polska

Choć ostatni rok nie był szczególnie udany dla polskiej branży AGD, głównie dla eksportu, to Polska pozostaje europejskim liderem produkcji. Przedstawiciele branży prognozują, że w tym roku zarówno produkcja, jak i eksport będą rosły.

Według opublikowanego przez CECED raportu „Produkcja AGD w 2013” w ubiegłym roku wyprodukowano w Polsce ponad 17 milionów sztuk dużego AGD.

 – W zeszłym roku Polska zanotowała kolejny wzrost produkcji, który będzie plasował nas na pozycji lidera pod względem produkcji sprzętu AGD w Europie, szczególnie dużego AGD – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Konecki, dyrektor generalny Związku Pracodawców AGD CECED Polska. – Jednak z powodu perturbacji wśród niektórych producentów, wzrosty produkcji nie są oszałamiające.

Problemy miał jeden z wiodących producentów FagorMastercook, który z powodu bankructwa hiszpańskiego właściciela, został postawiony w stan upadłości likwidacyjnej. Co prawda, proces upadłościowy wstrzymano na trzy miesiące, bo jest szansa na znalezienie inwestora dla firmy. Na razie wznowiono część produkcji.

W ubiegłym roku gorzej było z eksportem wyprodukowanych towarów. Wskutek wciąż odczuwalnych konsekwencji kryzysu na zachodzie Europy eksport sprzętu AGD w ubiegłym roku niemal nie drgnął. 

 –  Po latach dwucyfrowego wzrostu zanotowaliśmy stagnację i prawdopodobnie tylko powtórzymy wynik z poprzedniego roku. Są jednak segmenty, takie jak chłodnictwo, w których sprzedaż zagraniczna wzrosła znacząco – dodaje Konecki. – Jesteśmy pewni, że w tym roku wzrosną zarówno produkcja, jak i eksport.

Polska specjalizuje się w produkcji takich sprzętów AGD, jak: pralki (32 proc. produkcji), suszarki (11 proc.) i zmywarki  (20 proc.), a ostatnio – w coraz większym stopniu – także sprzęt chłodzący (16 proc.).

 – Do tych segmentów, które rosną i w których jesteśmy liderami europejskimi, dodałbym cały sprzęt grzewczy, kuchnie oraz płyty [21 proc. – red.] – mówi Wojciech Konecki. – Tutaj od zawsze tradycyjnie byliśmy głównym graczem europejskim i teraz jeszcze tę pozycję umacniamy.

Polski rynek jest także kluczowym rynkiem europejskim, jeśli chodzi o inwestycje zagraniczne w branży AGD. Zdaniem w 2014 r. wiele może się wydarzyć na polskim rynku AGD. 

 –  Można powiedzieć, że utarła się taka zasada, że albo się jest w Polsce i znaczy się dużo w Europie, albo taki gracz nie może sobie znaleźć miejsca na naszym kontynencie – mówi dyrektor generalny CECED Polska. – Mamy już w Polsce firmy azjatyckie. Bardzo dużo zainwestował Samsung, przejmując dwie fabryki firmy Amica, a także koreański LG. Nie ma na razie firm chińskich. Pamiętajmy, że europejscy, a może też i koreańscy gracze, nie oddadzą pola zupełnie bez walki.

Polscy pacjenci mają dostęp do niespełna połowy innowacyjnych leków refundowanych w krajach Europy Zachodniej

CEO Magazyn Polska

Niskie wydatki publiczne na ochronę zdrowia w Polsce ograniczają dostęp do innowacyjnych terapii. Nowy wykaz leków refundowanych uwzględnia kilka nowoczesnych preparatów, jednak większość pozycji na liście to tańsze wersje starych farmaceutyków. Barierą w dostępie do leków innowacyjnych jest także długi okres rejestracji badań klinicznych i skomplikowany proces refundacyjny.

Wydatki publiczne na ochronę zdrowia w Polsce wynoszą 4,7 proc. PKB, podczas gdy w krajach Europy Zachodniej sięgają 7,5 proc. PKB – wynika z raportu PwC. Niskie nakłady na opiekę medyczną w naszym kraju ograniczają dostęp do innowacyjnych leków i świadczeń leczniczych. Polscy pacjenci mogą wybierać jedynie spośród 48 proc. nowoczesnych farmaceutyków stosowanych w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii.

 – Na zdrowie wydajemy mało, w związku z tym na farmakoterapię również wydajemy mało. W efekcie jesteśmy w tyle z innowacją, w sensie dostępu do leczenia dla pacjentów. Głównym celem ustawy refundacyjnej, która weszła w życie 1 stycznia 2012 roku, była właśnie poprawa dostępu do nowoczesnych leków. To się dzieje i są tego przykłady, natomiast proces ten jest bardzo powolny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Sztwiertnia, dyrektor generalny Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA.

Sztwiertnia dodaje, że zmiana wykazu leków refundowanych, ogłoszona 1 marca, to krok w dobrym kierunku. Na nowej liście znalazło się dziewięć innowacyjnych preparatów, które stosuje się w leczeniu nowotworów, chorób reumatologicznych, spastyczności kończyny górnej po udarze mózgu oraz przewlekłego wirusowego zapalenia wątroby typu B. Pozostałe 75 produktów objętych refundacją to jednak generyki, czyli tańsze wersje starych farmaceutyków. 

Na liście zabrało kilku leków długo wyczekiwanych przez pacjentów i środowisko lekarskie, m.in. nowatorskich leków inkretynowych dla diabetyków, które są już refundowane we wszystkich pozostałych krajach Unii Europejskiej.

Oprócz skomplikowanego procesu refundacyjnego, głównymi barierami rozwoju nowoczesnych terapii w Polsce są długi okres rejestracji badań klinicznych oraz niewystarczająca przejrzystość przepisów. W efekcie wiele firm farmaceutycznych przenosi swoją działalność do innych krajów. Branża farmaceutyczna wpływa więc nie tylko na jakość i długość życia społeczeństwa. Sektor ten ma dużo szerszy zasięg i oddziałuje na wiele obszarów gospodarki.

 – Warto spojrzeć na przemysł farmaceutyczny nie tylko w kategorii konsumpcji środków, bo ochrona zdrowia kosztuje, lecz także z perspektywy ekonomicznej. To może być jedno z kół zamachowych innowacyjnej gospodarki w Polsce. Chodzi o tworzenie nowoczesnych miejsc pracy, transfer technologii czy powstawanie konkurencyjnych ośrodków badawczych – tłumaczy Paweł Sztwiertnia.

Szwedzka sieć Jula w ciągu roku podwoiła przychody. Otwiera kolejne sklepy

CEO Magazyn Polska

Czas kryzysu okazał się sprzyjającym okresem dla sieci sklepów budowlano-ogrodniczych Jula. Szwedzka sieć wkroczyła do Polski dwa i pół roku temu, uruchamiając w tym czasie 10 marketów. Kolejny uruchomiony zostanie we wtorek w Szczecinie.

Jula do Polski weszła pod koniec roku 2011, czyli podczas kulminacji kryzysu w całej Europie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Daniel Adamiuk, dyrektor regionalny na Polskę sieci Jula. – Nasza firma nie odczuła specjalnie tego spowolnieniaPo prawie 2,5 roku działalności w Polsce możemy powiedzieć, że obroty są bardzo obiecujące. Rosną one niemal o 100 proc. rok do roku.

Dobra kondycja sklepu wynika w znacznym stopniu ze specyfiki działalności sklepu. Adamiuk zapewnia, że asortyment firmy, która sprzedaje narzędzia i materiały do samodzielnych napraw, odpowiada na potrzeby klientów, którzy w czasie kryzysu wolą oszczędzać na usługach.

 – Nasz sklep ma bogatą, zróżnicowaną ofertę i tym właśnie ma przyciągać klientów – mówi dyrektor. – Jednym z naszych atutów jest oferta odzieży roboczej, która ma zapewnić bezpieczeństwo pracownikom. Ale mamy też ciekawą ofertę marek własnych m.in.: w narzędziach, częściach motoryzacyjnych czy akcesoriach dla żeglarzy i wędkarzy. Sądzę, że zajmujemy pewną niszę na rynku – twierdzi Adamiuk. 

Grupą docelową szwedzkiej sieci są nie tylko mężczyźni. Kobiety najczęściej kupują w Juli małe AGD, bo – jak podkreśla Adamiuk – w ofercie jest wiele artykułów do użytku domowego, a także narzędzi ogrodowych.
 
Mimo że asortyment Juli pokrywa się w pewnej mierze z tym sprzedawanym przez inne sieci, zarząd nie obawia się konkurencji.

 – Odczuwam pewien komfort, który wynika z tego, że nie traktuję żadnej sieci w Polsce jako bezpośredniej konkurencji – mówi Adamiuk. – Oczywiście spotykamy się na pewnych polach produktowych, co jest w dzisiejszych czasach nieuniknione, mimo to dysponujemy świeżą formułą biznesową i unikalnym w kraju konceptem, co sprzyja naszemu rozwojowi, także w trudnych czasach – dodaje.

Jula Postorder AB to szwedzka firma rodzinna, zatrudniająca globalnie ok. 2200 pracowników. Do sieci należy ponad 60 sklepów w Szwecji, Norwegii i w Polsce.

Polacy coraz rzadziej chodzą do kin. A kiedy już idą, najczęściej wybierają filmy zagraniczne

CEO Magazyn Polska

Dziś wręczenie Polskich Nagród Filmowych Orły 2014. O tytuł najlepszego polskiego filmu konkurują trzy obrazy: „Ida”, „Chce się żyć” i „Imagine”. Mimo coraz wyższego poziomu polskich filmów, rodzima kinematografia z każdym rokiem traci widzów. To efekt zarówno szerokiego dostępu do filmów w internecie, coraz wyższych cen biletów do kin, jak i wciąż niezbyt pozytywnej opinii o rodzimych produkcjach.

Do kin chodzimy coraz rzadziej. W 2013 roku Polacy kupili 36 milionów biletów do kin, rok wcześniej było to 2 miliony więcej, z czego tylko 7 milionów widzów wybrało polskie kino – wynika z danych Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. W 2011 roku co trzeci bilet był kupiony na polską produkcję. Z 312 filmów, które pokazano w 2013 roku w kinach, 39 to były produkcje polskie. 

 – Rok temu królował na ekranach film Wojciecha Smarzowskiego „Drogówka”. Na ten film wybrało się ponad milion osób, ale ogólnie frekwencja Polaków na polskich filmach z roku na rok spada – mówi agencji informacyjnej Newseria Patrycja Paczyńska, filmoznawca.

Oglądaniu filmów na wielkim ekranie nie sprzyjają rosnące ceny biletów (w kinach sieciowych zaczynają się od 20 zł), a także internet, który w coraz większym stopniu pozwala bezpłatnie konsumować kulturę. Dodatkowo polski przemysł filmowy zwykle przegrywa z produkcjami zachodnimi, ponieważ – Polacy mają nie najlepsze zdanie o rodzimych filmach. Patrycja Paczyńska ocenia, że to krzywdzące, ponieważ w Polsce od paru lat powstają filmy bardzo wysokiej jakości – zarówno pod względem zdjęć, jak i reżyserii czy obsady aktorskiej. Choć polska kinematografia ewoluuje, opinia społeczna o rodzimych filmach się nie zmienia. Zdaniem filmoznawcy, warto powrócić do polskiej kinematografii, bo może nas bardzo pozytywnie zaskoczyć. 

 – Często ludzie twierdzą, że polska kinematografia zamknęła się na latach 90. na „Psach” czy „Kilerze”, a następnie były romantyczne historie o tańcu – mówi Patrycja Paczyńska, redaktor www.facebook.com/setoci.okinie. – Ostatnio mieliśmy bardzo dobre produkcje, np. „Jesteś Bogiem” Leszka Dawida, „Różę”, „Drogówkę” Wojtka Smarzowskiego, teraz „Pod Mocnym Aniołem” czy „W imię” Szumowskiej.

Jeśli już widzowie wybierają polski film, najczęściej są to filmy historyczne i komedie. Dużą popularnością w Polsce cieszyły się największe produkcje o tematyce historycznej, takie jak: „Ogniem i mieczem”, „Pan Tadeusz”, „Katyń” czy ostatnio „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. W ich przypadku oglądalność była na tyle wysoka, że przyniosła zwrot wartych dziesiątki milionów kosztów produkcji.

Polski film jest nadal niedofinansowany. Tylko ok. 20 proc. filmów jest dofinansowanych z budżetu państwa. Choć polską kinematografię wspiera wiele instytucji państwowych, dofinansowanie wciąż jest niewystarczające. To powoduje, że nie wszystkie filmy przynoszą zwrot. Dotyczy to zwłaszcza niszowych produkcji. 

 – Produkcja przeciętnego filmu to kwota 2,5-3 mln zł – podkreśla ekspertka. – Oczywiście są wielkie ekranizacje jak „Ogniem i mieczem” czy „Katyń”, których produkcja kosztowała ponad 20 mln zł.

Polski film wciąż cierpi na brak środków. Tylko ok. 20 proc. filmów jest dofinansowanych z budżetu państwa. Pieniądze przeznaczone z budżetu państwa na produkcje wystarczają na produkcję 3-5 filmów, a rocznie w Polsce powstaje blisko 40 filmów. Prawie 80 proc. produkcji przygotowuje się w prywatnych firmach.

Bardzo wysokie są również koszty promocji filmu, często pochłaniające kilka milionów złotych. Pozytywnym sygnałem natomiast jest fakt, że polski przemysł filmowy i model jego finansowania nie różni się znacząco od zagranicznego. Zdaniem Patrycji Paczyńskiej, w Polsce filmowcy mają wbrew pozorom spore możliwości pozyskania dofinansowania, porównywalne do tych w Wielkiej Brytanii, Francji czy we Włoszech.

Za 5 lat rynek kolei w UE zostanie uwolniony

CEO Magazyn Polska

Wchodzący w życie z końcem 2019 r. czwarty pakiet kolejowy zliberalizuje rynek kolei w UE. Polscy przewoźnicy na razie nie są na to gotowi. Niektóre spółki, np. Przewozy Regionalne, mogą mieć problemy z tym, aby sprostać konkurencji z zewnątrz. Konieczna jest szybka modernizacja infrastruktury oraz ustanowienie wspólnych biletów. W przeciwnym wypadku spółkom tym grozić będzie likwidacja miejsc pracy.

 – Czwarty pakiet kolejowy dotyczy przewozów pasażerskich. Z punktu widzenia pasażerów widzę raczej szansę na poprawę jakości i na obniżenie kosztów, czyli na to, że transport kolejowy stanie się bardziej atrakcyjny. Dla firm przewozowych i innych uczestników rynku kolejowego pakiet wiąże się też z zagrożeniami, ponieważ zwiększy się konkurencja, rynek będzie bardziej otwarty i pojawi się więcej podmiotów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogusław Kowalski, ekspert Zespołu Doradców Gospodarczych TOR oraz wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy.

Konkurencja ze strony nowych przewoźników może oznaczać problemy dla polskich spółek kolejowych. W najgorszej sytuacji są Przewozy Regionalne, czyli największy przewoźnik w Polsce. Według Kowalskiego, ta spółka w najmniejszym stopniu się zrestrukturyzowała i przygotowała na nowe warunki rynkowe.

Konkurencję mocno mogą odczuć też mniejsze samorządowe spółki, takie jak Koleje Wielkopolskie oraz Koleje Śląskie. Według eksperta, stosunkowo mocne są Koleje Mazowieckie i ta spółka – m.in. dzięki nowemu i zmodernizowanemu taborowi – powinna poradzić sobie z rywalami, którzy mogą być zainteresowani atrakcyjnym rynkiem warszawskim i mazowieckim.

Zgodnie z nowymi przepisami samorządy nawet na połączeniach dotowanych będą musieli ogłaszać w pewnym stopniu przetargi rynkowe. Spółki samorządowe będą musiały w nich startować i liczyć się z przegraną. Eksperci podkreślają, że do 2019 r. niezbędne są duże zmiany na całej kolei, bo inaczej niewykluczone są upadłości spółek i duże zwolnienia.

 – Na pewno trzeba dopracować formuły organizacyjne i to jest przede wszystkim rola Urzędu Transportu Kolejowego. Pamiętajmy o tym, że polskie kłopoty w transporcie kolejowym głównie biorą się ze złego stanu infrastruktury. Na jej sieci realizuje się w tej chwili wielki plan inwestycyjny, modernizacyjny, jest mnogość remontów, co skutkuje gorszą ofertą – podkreśla Kowalski.

Dodaje, że drugim poważnym problemem jest brak integracji biletowej pomiędzy przewoźnikami. Jeśli do czasu liberalizacji rynku nie zostanie on rozwiązany, polskim spółkom będzie trudno rywalizować z zagranicznymi konkurentami.

 – Jeżeli zbudujemy ramy, które będą spójne, to kwestia, czy w ramach tego systemu będzie funkcjonowało kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu przewoźników, już nie będzie miała znaczenia – prognozuje Kowalski. Poprawa konkurencyjności na rynku kolejowym powinna poprawić jakość. A więc pociągi powinny jeździć bardziej punktualnie, być czystsze, wygodniejsze; a pasażer otrzyma na czas pełną informację.

Ekspert ma nadzieję, że dzięki konkurencji rozkłady będą lepiej dopasowane do potrzeb pasażerów, a ceny biletów mogą nawet spaść dzięki większej efektywności kosztowej przewoźników. Jednak nie jest wykluczone, że obniżki nie będą miały miejsca, bo wyższa jakość może się wiązać z wyższymi kosztami. Tak właśnie było w Wielkiej Brytanii, gdzie rynek kolejowy został bardzo zliberalizowany. Jak zauważa Kowalski, unijny czwarty pakiet jest wzorowany właśnie na rozwiązaniach z Wysp Brytyjskich.

Wynikająca z liberalizacji poprawa jakości transportu i oferty przewoźników może ponownie zwiększyć znaczenie kolei i zachęcić pasażerów do podróżowania pociągami.

Czwarty pakiet kolejowy został na razie przyjęty przez Parlament Europejski przy sprzeciwie związków kolejowych. Wciąż muszą go przyjąć także przedstawiciele rządów 28 państw członkowskich.

Polacy wolą Alpy od Egiptu

CEO Magazyn Polska

Zamiast zimowego odpoczynku pod palmami w egzotycznych kurortach w Egipcie lub na Wyspach Kanaryjskich, Polacy chętniej niż w poprzednich latach wybierają narty w Alpach, u naszych sąsiadów lub w polskich górach. Ta zmiana w urlopowych przyzwyczajeniach Polaków to skutek stopniowego bogacenia się społeczeństwa.

Polacy na urlop wybierają się głównie latem. Jeśli zdecydują się na wyjazd zimą, to najchętniej wybierają ciepłe kraje. Ten trend zaczyna się jednak zmieniać. W tym roku co czwarty Polak, który zaplanował zimowy urlop, wyjechał na narty lub snowboard. Jak wynika z danych Travel Planet i Expandera, osób, które wyjechały tej zimy w góry, było o 8 proc. więcej niż w roku ubiegłym. Polacy chętniej wybierają aktywny wypoczynek na stokach, ponieważ coraz częściej ich na to stać.

 – Odchodzimy już od wypoczynku na plaży, pod palmą, a coraz chętniej wyjeżdżamy na narty. Najprawdopodobniej ten trend będzie w kolejnych latach się utrzymywał ocenia Jarosław Sadowski, analityk Expandera, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Zorganizowane wyjazdy na narty we włoskie lub austriackie Alpy mogą wydawać się tańsze od egzotycznej wycieczki do dalekich, ciepłych krajów. Średni koszt wyjazdu pod palmę to około 3 tys. złotych na osobę. W ofercie wyjazdów narciarskich można znaleźć wycieczki w dużo niższych cenach, czasami nawet o połowę. Jednak wyjazd w góry zazwyczaj wiąże się z niewliczonymi w cenę kosztami dodatkowymi, jak chociażby karnet na stok czy zakup lub wypożyczenie sprzętu.

 – Taki wyjazd może wydawać się tańszy, ale kiedy w praktyce podsumujemy wszystkie koszty, to może okazać się inaczej. Faktycznie wyjazd na narty kosztuje mniej więcej tyle, ile ten pod palmy, czyli około 3 tys. zł na osobę – tłumaczy Jarosław Sadowski.

Tańszą alternatywą jest urlop w Polsce lub u naszych południowych sąsiadów. To one cieszą się największą popularnością wśród zimowych urlopowiczów. Wyjazdy do Czech i Słowacji zazwyczaj organizowane są na własną rękę. Polacy ograniczają koszty np. decydując się na nocleg blisko granicy, ale po jej polskiej stronie, skąd dojeżdżają do tras narciarskich znajdujących się już w Czechach lub na Słowacji. W ten sposób tydzień na nartach jest mniej kosztowny od tego w Alpach.

DM PKO BP podwyższył cenę docelową dla ENEI

W raporcie z 28 lutego 2014 r. analitycy DM PKO BP podwyższyli rekomendację dla akcji ENEI z „Trzymaj” do „Kupuj”. Nowa cena docelowa została ustalona na poziomie 16,2 zł wobec wcześniejszej wynoszącej 14,2 zł.

Kryzys na Ukrainie – trudne chwile dla polskich przedsiębiorców?

Społeczny i polityczny konflikt u naszych południowo-wschodnich sąsiadów trwa od kilku miesięcy. Gdy emocje, zamiast gasnąć – nasiliły się, Polacy z obawą przeglądali codzienną prasę i wpatrywali się w ekrany telewizorów. Jednak największy niepokój wykazują polscy przedsiębiorcy, którzy eksportują swoje towary na wschód.

Ukraina jest ważnym partnerem handlowym dla Polski – swoje towary eksportuje tam ponad 12 tysięcy rodzimych firm. Nic zatem dziwnego, że zajmuje ona ósme miejsce wśród krajów, do których kierowane są polskie produkty. To właśnie na Ukrainie znajdują się nie tylko rynki zbytu czy kontrahenci. Za wschodnią granicą wiele polskich firm posiada oddziały swoich firm.

Według Ministerstwa Gospodarki, destabilizacja państwowości ukraińskiej wpłynęła na polski biznes. W styczniu spadek polskiego eksportu na Ukrainę, wobec analogicznego okresu w 2013 roku, wyniósł 4,3%, natomiast w lutym było to już prawie 18%. Podobnie w pierwszych dwóch miesiącach 2014 roku pogorszyły się polsko-rosyjskie relacje handlowe. W styczniu i lutym eksport do Rosji spadł o ok. 2,5%.

Czy spadki będą postępować, a polskie firmy ponosić straty? Wszystko zależy od tego, jak będzie rozwijała się sytuacja na wschodzie. Marek Kutarba z „Tygodnika Biznes i Prawo” twierdzi, że „[…] nie tyle kluczowe znaczenie ma to, co teraz się będzie działo z gospodarką ukraińską, choć to oczywiście też jest ważne, bo zainwestowaliśmy tam jakieś pieniądze. […]O wiele ważniejsze dla nas jest to, co się w tej chwili dzieje w relacjach Rosja – Ukraina, Rosja – reszta Europy.” Jeśli chodzi o rynek rosyjski – nasze inwestycje i eksport, szczególnie żywości, są poważniejsze. Nie można zapominać o tym, że jesteśmy jako kraj uzależnieni od Rosji – również energetycznie. „Zaostrzenie sytuacji – jeśli miałoby to pójść w kierunku konfrontacji – może odbić się na rynkach w sferze gospodarki. Wszyscy, którzy pobieżnie nawet obserwują to, co się dzieje na rynku rosyjskim, od dawien dawna zauważają przepychanki z tamtejszą administracją. Trwają one nieustająco, a zaostrzenie sytuacji w związku z Ukrainą może prowadzić do tego, że będzie nam jeszcze trudniej tam sprzedawać. A rynek rosyjski jest rynkiem dużym i chłonnym, który chce brać nasze produkty” – dodaje Marek Kutarba.

Pojawia się zatem pytanie, jak będzie wyglądać przyszłość inwestycyjna polskich firm, które nad Dniepr eksportują głównie wyroby przemysłowe, maszyny, samochody, produkty codziennego użytku i żywność.Czy zaczną się one wycofywać z współpracy ze wschodem? Marcin Nowacki, dyrektor ds. relacji publicznych Związku Przedsiębiorców i Pracodawców twierdzi, że przedsiębiorcy, którzy tam są i byli – pozostaną. „[..] Pamiętajmy, że przedsiębiorcy, którzy funkcjonują tam od dłuższego czasu, znają Ukrainę i występujące tam napięcia. Powinni teraz czekać na to, co przyniosą kolejne miesiące. Miejmy nadzieję, że to będzie stabilizacja. Inaczej sytuacja wygląda w kontekście firm zainteresowanych Ukrainą. Wydarzenia, które miały i mają miejsce zapewne powodują, że ci przedsiębiorcy podchodzą do tego rynku z większą rezerwą i mogą swoje plany współpracy zamrozić.”

Przedsiębiorcy obawiają się najczarniejszego scenariusza – wojny handlowej z Rosją – który może się ziścić ze względu na silne zaangażowanie polityczne Polski w ukraińsko-rosyjski konflikt. Przed rodzimymi firmami mogą ponownie wyrosnąć bariery – nałożenie embarga przez Rosjan – co miało miejsce chociażby w 2005 roku, kiedy to po sukcesie pomarańczowej rewolucji Rosjanie obłożyli embargiem polskie mięso. Jak wynika z szacunków – w ciągu roku rodzime firmy mogły z tego powodu ponieść straty w wysokości 30 milionów euro.

NIK po kontroli wojsk specjalnych

NIK zakończyła trwającą od maja do grudnia 2013 roku kontrolę wojsk specjalnych. Izba pozytywnie ocenia zdolność tego rodzaju sił zbrojnych do prowadzenia działań operacyjnych.

NIK uważa, że wieloletnie działania, których celem było zbudowanie w Polsce profesjonalnych wojsk specjalnych, są realizowane prawidłowo. Dzięki temu rośnie zdolność obronna Polski oraz możliwość szybkiego reagowania na zagrożenia. Najwyższa Izba Kontroli pozytywnie ocenia proces tworzenia wojsk specjalnych w Polsce.

Struktura wojsk specjalnych opiera się na samodzielnych oddziałach i pododdziałach złożonych z profesjonalnie przygotowanych żołnierzy. Podejmują oni działania w kraju oraz poza jego granicami w okresie pokoju, kryzysów i wojny. Kontrolerzy zbadali m.in. realizację programów szkoleniowych oraz wyposażenie żołnierzy.

NIK ocenia, że żołnierze wojsk specjalnych są bardzo dobrze przygotowani do wypełniania swoich zadań, należycie wyszkoleni i wyposażeni. Izba odnotowuje, że uzupełnienie wyposażenia, które nastąpiło w ostatnich miesiącach, sprzyja podniesieniu zdolności wojsk specjalnych do szybkiego reagowania. Potwierdzeniem ustaleń NIK były wyniki postępowania certyfikacyjnego przeprowadzonego w 2013 roku przez przedstawicieli Paktu Północnoatlantyckiego, na podstawie którego polskie Wojska Specjalne zostały zaliczone do ścisłej elity tego rodzaju wojsk w NATO.

Zdecydowana większość dostrzeżonych przez NIK nieprawidłowości była usuwana podczas kontroli. Pozostałe, których usunięcie wymaga czasu i pieniędzy, nie obniżają – w ocenie Izby – zdolności wojsk specjalnych do realizacji wyznaczonych im zadań.

Szczegółowe ustalenia kontroli zostaną przekazane przez NIK władzy wykonawczej i ustawodawczej w trybie niejawnym, dlatego Izba ogranicza swój komunikat skierowany do opinii publicznej do podstawowych stwierdzeń i ocen, które są niezwykle ważne w obecnej sytuacji międzynarodowej.

Oceniając pozytywnie polskie wojska specjalne, a zwłaszcza ich wyszkolenie i wyposażenie, NIK wnosi do Ministra Obrony o rozważenie poszerzenia ścieżki naboru do wojsk specjalnych o nabór zewnętrzny. Obecnie kandydatami do służby w wojskach specjalnych są żołnierze innych rodzajów sił zbrojnych i służb mundurowych. NIK uważa, że ścieżkę naboru można poszerzyć, kierując ofertę zatrudnienia także do osób spoza wojska, odpowiednio sprawdzonych przez służby kontrwywiadu i spełniających wysokie wymagania psychofizyczne.

Polskie wojsko jest na bieżąco kontrolowane przez NIK. W 2012 roku Izba pozytywnie oceniła proces profesjonalizacji polskiej armii, stwierdzając, że pozwolił on na stworzenie podstawy do budowania armii sprawnej i nowoczesnej.

Również w 2012 roku NIK stwierdziła, że w dobrym kierunku zmierzają zmiany organizacyjne w Żandarmerii Wojskowej, która po przeprowadzeniu procesu profesjonalizacji armii dostosowuje się do innych rodzajów zagrożeń.

W 2014 roku NIK zbada, jak wygląda przygotowanie rezerw osobowych na potrzeby mobilizacyjnego rozwinięcia sił zbrojnych. Kontrolerzy sprawdzą m.in. stan zabezpieczenia sił zbrojnych w środki bojowe oraz zabezpieczenie obsad załóg statków powietrznych.

Turcja zapowiada uproszczenie systemu wizowego dla Polaków. Będzie też dodatkowe połączenie lotnicze do Polski

Rząd turecki zamierza wprowadzić ułatwienia wizowe dla Polaków: albo w postaci specjalnego reżimu wizowego, albo zniesienia opłat – taką deklarację prezydent Bronisław Komorowski uzyskał podczas wizyty w Turcji. Strona turecka chce również rozwijać połączenia transportowe z Polską. Prawdopodobnie zwiększy się liczba połączeń samolotowych. Firmy tureckie zamierzają również zaangażować w budowę nowego terminala i nabrzeża w Porcie Gdańskim.

 Otrzymaliśmy jasną, jednoznaczną deklarację ze strony rządu tureckiego, że zostanie zaproponowany albo specjalny reżim wizowy dla wiz obywateli polskich, albo zerowe opłaty w przypadku korzystania z wiz przez Polaków na terenie Turcji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

Dziś wizy pozwalające na wjazd do Turcji należy kupować na granicy lub – w przypadku wyjazdów turystycznych – na lotniskach. To wydatek 20 dolarów lub 15 euro. Wizy biznesowe uzyskuje się w ambasadzie; jednokrotna kosztuje 252 zł, a wielokrotna – 629 zł. W kwietniu system się zmieni – wizy będzie można uzyskać bądź za pośrednictwem systemu E-visa, bądź w placówkach dyplomatycznych Turcji.

 – Ułatwienia wizowe to jeden z warunków usprawnienia ruchu turystycznego. Prezydent Komorowski wyraźnie wskazywał, że Turcja jest ważnym kierunkiem turystycznym dla Polaków, więc jest  to zarówno w interesie Turcji, jak i Polski, a z drugiej strony będzie to także bardzo istotne dla intensyfikacji współpracy gospodarczej – informuje Olgierd Dziekoński.

Strona turecka chce się też zaangażować w budowanie lepszych relacji transportowych pomiędzy Turcją a Polską  lotniczych i morskich.

 – Prawdopodobnie zostanie zwiększona liczba lotów linii tureckich z czterech do pięciu. Firmy tureckie zainteresowane są też wsparciem budowy nowego nabrzeża i terminala w Porcie Gdańskim. Takie działania rozszerzają nasze możliwości i zwiększają wykorzystanie naszych zdolności transportowych – tłumaczy Olgierd Dziekoński. – To bardzo ważne dla rozszerzania i wykorzystania naszych zdolności transportowych. Polska staje się swego rodzaju centrum transportowym dla tej części Europy.

Turcja zapowiada uproszczenie systemu wizowego dla Polaków

Rząd turecki zamierza wprowadzić ułatwienia wizowe dla Polaków: albo w postaci specjalnego reżimu wizowego, albo zniesienia opłat – taką deklarację prezydent Bronisław Komorowski uzyskał podczas wizyty w Turcji. Strona turecka chce również rozwijać połączenia transportowe z Polską. Prawdopodobnie zwiększy się liczba połączeń samolotowych. Firmy tureckie zamierzają również zaangażować w budowę nowego terminala i nabrzeża w Porcie Gdańskim.

 Otrzymaliśmy jasną, jednoznaczną deklarację ze strony rządu tureckiego, że zostanie zaproponowany albo specjalny reżim wizowy dla wiz obywateli polskich, albo zerowe opłaty w przypadku korzystania z wiz przez Polaków na terenie Turcji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

Dziś wizy pozwalające na wjazd do Turcji należy kupować na granicy lub – w przypadku wyjazdów turystycznych – na lotniskach. To wydatek 20 dolarów lub 15 euro. Wizy biznesowe uzyskuje się w ambasadzie; jednokrotna kosztuje 252 zł, a wielokrotna – 629 zł. W kwietniu system się zmieni – wizy będzie można uzyskać bądź za pośrednictwem systemu E-visa, bądź w placówkach dyplomatycznych Turcji.

 – Ułatwienia wizowe to jeden z warunków usprawnienia ruchu turystycznego. Prezydent Komorowski wyraźnie wskazywał, że Turcja jest ważnym kierunkiem turystycznym dla Polaków, więc jest  to zarówno w interesie Turcji, jak i Polski, a z drugiej strony będzie to także bardzo istotne dla intensyfikacji współpracy gospodarczej – informuje Olgierd Dziekoński.

Strona turecka chce się też zaangażować w budowanie lepszych relacji transportowych pomiędzy Turcją a Polską  lotniczych i morskich.

 – Prawdopodobnie zostanie zwiększona liczba lotów linii tureckich z czterech do pięciu. Firmy tureckie zainteresowane są też wsparciem budowy nowego nabrzeża i terminala w Porcie Gdańskim. Takie działania rozszerzają nasze możliwości i zwiększają wykorzystanie naszych zdolności transportowych – tłumaczy Olgierd Dziekoński. – To bardzo ważne dla rozszerzania i wykorzystania naszych zdolności transportowych. Polska staje się swego rodzaju centrum transportowym dla tej części Europy.