Komentarz poranny, 29 lipca 2013

Polnord zwołał na dzień 23 sierpnia 2013 r. NWZ, podczas którego akcjonariusze podejmą decyzję o emisji do 7 mln nowych akcji. Środki z emisji zostaną przeznaczone na realizację nowych projektów oraz obniżenie zadłużenia. Planowana emisja akcji jest dla nas negatywnym zaskoczeniem. Po dokonaniu kliku emisji obligacji w pierwszej połowie roku wydawało się, że spółka zdoła uruchomić nowe projekty bez podnoszenia kapitału.

World Trends, 29 lipca 2013

Silne spadki w Tokio oraz eksplorowanie lipcowej strefy wsparcia przez indeks w Szanghaju sprawia, że inwestorzy z GPW wystartują z pakietem negatywnych danych. Kontrakty na S&P500 jak na razie mienią się w kolorze czerwonym, na plus nie chce powrócić miedź zaś derywaty bazujące na niemieckiej Xetrze trzeci dzień z rzędu są zdominowane przed podaż. A po piątkowej słabej sesji na GPW ukazującej mizerną kondycję strony popytowej trudno oczekiwać od warszawskich byków udanego początku tygodnia.

Komentarz dzienny, 5 sierpnia 2013

Zatrudnienie poza sektorem rolniczym wzrosło o 162tys. (poprzednio 188tys.). W przeciągu ostatnich 12 miesięcy zatrudnienie rosło w tempie średnio o 189tys. (poprzednie 3 miesiące to z kolei średnio 175tys.). Patrząc przez pryzmat gałęzi, zatrudnienie przyspieszyło w przetwórstwie przemysłowym (choć jest to nadal sekcja, w której zatrudnienie – jeśli rośnie – to ledwie o kilka tysięcy osób miesięcznie), co jest zgodne ze wskazaniami indeksu ISM, spadło tempo wzrostu zatrudnienia w usługach (o 31tys.), budownictwo skurczyło się o 6tys. etatów, tysiąc nowych pracowników przyjął sektor rządowy. Nieznacznie zmniejszyła się długość przeciętnego tygodnia pracy (z 34,5h do 34,4h) oraz zarobki godzinowe (o 2 centy). Szybko podsumowując, widać pewne osłabienie statystyk w ankiecie przedsiębiorstw, jednak naszym zdaniem nie wygląda ono na nic więcej tylko na pewne przejściowe wahania we wzrostowym trendzie.

Komentarz indeksowy BossaFX 5 sierpnia 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 5 sierpnia 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Polish Weekly Review, 2 sierpnia 2013

We witnessed only timid signs of better sentiment in the last few weeks. However, having a strong belief in macroeconomic mechanisms and the specifics of business cycle, we wanted to see something more in them than just mere green shoots. It seems August is going to be the month marking the beginning of a streak of solid domestic data. We got assured by better PMI reading (above 50) and we think the real data will follow. It is also worth noticing that when economy is at inflection point, the volatility of forecast rises, opening doors for (in our opinion positive) surprises. Therefore not only the data can be better, but also surprise index can go upwards as market consensus is still conservative (analysts have tendency to err on the side of pessimism at the bottoms).  All this considered and along with a turnaround in inflationary processes (both PPI and CPI are set to be marching upwards) a lot of space for expectations on monetary tightening in 2014 is made. It is too soon to speculate on the timing and scale, though. However, it is good time to ride on market momentum. Bad times for bonds are coming.

Apple prezentuje aplikację Logic Pro X

Firma Apple zaprezentowała dziś aplikację Logic Pro X, najbardziej jak dotąd zaawansowaną wersję Logic Pro, wyposażoną w nowy interfejs stworzony z myślą o profesjonalistach, potężne nowe narzędzia dla kreatywnych muzyków oraz wzbogacony zestaw instrumentów i efektów. Logic Pro X zawiera rewolucyjną nową funkcję Drummer (Perkusista), która pełni rolę wirtualnego muzyka sesyjnego i automatycznie gra wraz z użytkownikiem w różnych stylach i z zastosowaniem różnych technik. Z kolei funkcja Flex Pitch jest zintegrowanym edytorem wysokości nagrań audio. W ofercie Apple pojawiło się także innowacyjne rozwiązanie Logic Remote służące do sterowania aplikacją Logic Pro X z iPada. Dzięki niemu użytkownicy mogą tworzyć i miksować muzykę z dowolnego miejsca w pomieszczeniu.

„Logic Pro X to jak dotąd najpotężniejsza wersja tej aplikacji, wyposażona w zaawansowane narzędzia i nowy interfejs, który usprawnia tworzenie muzyki o profesjonalnej jakości” — powiedział Philip Schiller, wiceprezes Apple ds. globalnego marketingu produktów. „Jesteśmy przekonani, że muzycy z entuzjazmem odniosą się do nowych funkcji dla twórców, takich jak Drummer, Flex Pitch, Track Stacks i Arpeggiator”.

„Aplikacja Logic Pro odegrała zasadniczą rolę w komponowaniu i nagrywaniu naszego debiutanckiego albumu Night Visions, dlatego nie mogliśmy się wprost doczekać na nową wersję Logic Pro X” — powiedział Wayne Sermon, gitarzysta zespołu Imagine Dragons, którego muzyka sprzedaje się w „platynowych” nakładach. „Jesteśmy zachwyceni nowym interfejsem, a funkcje Logic Pro X dla twórców muzyki były dla nas inspiracją do tworzenia nowego materiału już w trakcie naszej trasy koncertowej”.

Logic Pro X otrzymała unowocześniony interfejs oraz nowe możliwości, zachowując wszystkie funkcje tak cenione dotąd przez profesjonalistów. Przejrzysty interfejs zapewnia dostęp do zaawansowanych narzędzi, zaś funkcje o charakterze bardziej technicznym można ukryć, jeśli muzyk chce w pełni skupić się na procesie twórczym. Funkcja Flex Pitch pomaga korygować fałszywe partie wokalne, a nawet umożliwia zmianę melodii w nagranym materiale poprzez manipulację pojedynczymi nutami w przebiegu audio. Funkcja Track Stacks umożliwia grupowanie ścieżek i zwijanie wielu ścieżek w jedną, a także tworzenie instrumentów o wielowarstwowym, bogatym brzmieniu. Smart Controls — inteligentne kontrolery — pozwalają jednym ruchem wpływać na wiele wtyczek i parametrów, a tym samym przyspieszają pracę nad skomplikowanymi projektami muzycznymi. Zaś udoskonalony Mixer usprawnia zarządzanie sesjami miksowania, zapewnia lepszą widoczność przepływu i dynamiki sygnałów oraz umożliwia szybkie manipulowanie źródłami dodatkowego sygnału (channel inserts).

Logic Pro X oferuje kolekcję nowych narzędzi kreatywnych dla kompozytorów i producentów muzyki. Drummer generuje profesjonalnie wyprodukowane, realistyczne ścieżki perkusyjne, które reagują na polecenia żywego muzyka. Funkcja ta jest w stanie generować miliony niepowtarzalnych rytmów w stylu rockowym, alternatywnym, R&B i melodyjnym. Drummer działa w oparciu o wykonania i brzmienia czołowych muzyków sesyjnych i inżynierów dźwięku, w tym legendarnego producenta Boba Clearmountaina, który współpracował z takimi muzykami, jak Rolling Stones, Bruce Springsteen i David Bowie. Nowa wtyczka Drum Kit Designer, stworzona z myślą o współpracy z Drummerem, umożliwia zbudowanie własnego zestawu perkusyjnego złożonego z profesjonalnie nagranych brzmień werbli, tomtomów, hi-hatów i talerzy, które można miksować, dobierać w różnych kombinacjach i dostrajać w celu uzyskania właściwego brzmienia.

Logic Pro X zawiera wzbogaconą w stosunku do Logic Pro kolekcję syntezatorów i klawiatur obejmującą szereg nowych instrumentów. Arpeggiator, jedna z dziewięciu nowych wtyczek MIDI, potrafi przekształcić jeden prosty akord klawiaturowy w rozbudowane, wyrafinowane wykonanie. Nowy Retro Synth emuluje niektóre z najpopularniejszych brzmień syntezatorów lat 70. i 80., zaś Vintage Keyboards oferuje realistyczne brzmienia pianin elektrycznych, organów B3 i klawinetów, wraz z wyrafinowanymi mechanizmami regulacji brzmienia. Bass Amp Designer umożliwia basistom granie i nagrywanie muzyki z użyciem brzmień klasycznych i nowoczesnych wzmacniaczy oraz indywidualne konfigurowanie zestawów głośnikowych i mikrofonów. Logic Pro X zawiera także zupełnie nową bibliotekę dźwięków ze zmodyfikowaną kolekcją pętli oraz ponad 1500 brzmień (patchy) instrumentów i efektów pozwalających na kreatywne wykorzystanie funkcji Track Stacks, Smart Controls, Arpeggiatora i innych nowych wtyczek.

Nowy Logic Remote to innowacyjne rozwiązanie pozwalające na wykorzystanie kreatywnego potencjału aplikacji Logic zdalnie, z iPada. Logic Remote działa na ekranie Multi-Touch i oferuje użytkownikom nowe sposoby nagrywania, miksowania, a nawet grania na instrumentach w aplikacji Logic Pro X — zmieniając iPada w klawiaturę, zestaw perkusyjny, gryf gitary, stół mikserski lub kontroler transportu.

MainStage 3, istotnie udoskonalona wersja aplikacji MainStage, to dodatek do Logic Pro X przeznaczony dla muzyków grających na żywo. Dzięki niej komputer Mac pomaga wiernie odtwarzać studyjne brzmienie w warunkach koncertowych. MainStage 3 ma nowy interfejs użytkownika i zachowuje zgodność z nowymi wtyczkami, patchami i inteligentnymi kontrolerami Logic Pro X.

Ceny i dostępność
Logic Pro X i MainStage 3 są już dostępne w Mac App Store. Aplikację Logic Remote można pobrać bezpłatnie z App Store. Lista wszystkich wymagań systemowych i kompatybilnych systemów znajduje się na stronie: www.apple.com/logic-pro.

Komentarz dzienny, 2 sierpnia 2013

Wskaźnik PMI w polskim przemyśle wzrósł w lipcu z 49,3 do 51,1 – znacznie powyżej oczekiwań (50,1) i naszej prognozy (49,8). Tym samym, indeks po raz pierwszy od marca 2012 roku przekroczył granicę 50 pkt. Jest to również największy przyrost PMI od stycznia 2012 r. – w powiązaniu z danymi z maja i czerwca tworzy on satysfakcjonująco stromą ścieżkę poprawy koniunktury w Polsce. 

Komentarz indeksowy BossaFX 2 sierpnia 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 2 sierpnia 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Budowa najnowocześniejszego bloku energetycznego Grupy ENEA nabiera tempa

Na placu budowy wbito już ponad 940 żelbetowych pali, które wzmocniły grunt. Wkrótce rozpoczęte zostaną prace przy budowie chłodni kominowej, kotła i Instalacji Odsiarczania Spalin (IOS). W piątek postępy prac obserwował Minister Skarbu Państwa Włodzimierz Karpiński. 

Na utwardzonej palami powierzchni zbudowane zostaną główne obiekty nowego bloku Elektrowni Kozienice, w tym: kotłownia, maszynownia, budynek urządzeń elektrycznych, zbiorniki retencyjne popiołów oraz galeria nawęglania.

– Budowa postępuje w oparciu o uzgodniony z wykonawcą harmonogram – mówi Krzysztof Sadowski, Prezes ENEA Wytwarzanie S.A. – Jestem dumny, że pomimo trudnej sytuacji w całej  branży świetnie sobie radzimy z realizacją tak ambitnego projektu – dodaje Prezes Sadowski.

Obecnie przy budowie nowego bloku pracuje 150 osób. Wraz z postępami prac, zatrudnienie będzie się szybko zwiększać. Jeszcze w tym roku ruszy budowa chłodni kominowej, fundamentów kotła wraz z pylonami komunikacyjnymi i fundamentów Instalacji Odsiarczania Spalin (IOS).  W 2014 r. rozpocznie się montaż konstrukcji kotła i budynku maszynowni. W kolejnych etapach zrealizowane zostaną: instalacja przygotowania wody, elektrofiltr oraz plac nawęglania, w połowie 2016 r. planowany jest rozruch próbny. Energia z nowego bloku zasili krajowy system energetyczny za cztery lata,  w 2017 r.

– Nowy blok w Kozienicach jest ważną inwestycją w polską energetykę. Wykorzystuje wysokosprawną, innowacyjną technologię, spełniając najostrzejsze europejskie kryteria ochrony środowiska – mówi Krzysztof Zamasz, Prezes ENEA S.A. – Inwestycja ma istotne znaczenie dla Grupy ENEA, regionu kozienickiego i bezpieczeństwa energetycznego kraju – podkreśla Prezes Zamasz.

Nowy blok energetyczny, który powstaje w Świerżach Górnych będzie miał moc 1.075 MW. Dzięki swoim parametrom stanie się stabilizatorem krajowego systemu energetycznego. Po ukończeniu budowy, ENEA Wytwarzanie S.A. będzie dysponować największą, najsprawniejszą oraz najnowocześniejszą w kraju jednostką wytwórczą opalaną węglem kamiennym.

Wydłużenie funkcjonowania Specjalnych Stref Ekonomicznych do 2026 r.

Po wielomiesięcznych dyskusjach na linii Ministerstwo Gospodarki – Ministerstwo Finansów, wypracowano stanowisko rządu w sprawie wydłużenia stref do końca 2026 r. Dotychczas strefy miały istnieć do końca 2020 r. Rada Ministrów przyjęła 14 znowelizowanych rozporządzeń strefowych wydłużających okres funkcjonowania poszczególnych stref.

Specjalne Strefy Ekonomiczne, jako jedna z kluczowych zachęt do podejmowania decyzji o inwestowaniu w Polsce zyskały dodatkową przewagę. Istniejące uprzednio ograniczenie funkcjonowania stref do 2020 r. spowodowałoby, że w najbliższych latach inwestorzy najpewniej straciliby zainteresowanie tą formą pomocy ze względu na długi okres pomiędzy wejściem do SSE i rozpoczęciem inwestycji a osiąganiem dochodów, które mogłyby być zwolnione z opodatkowania.

„Teraz można spodziewać się wzmożonej chęci dokonywania inwestycji, a także (a może nawet przede wszystkim) reinwestycji w SSE. Da to inwestorom prawo do korzystania ze zwolnienia podatkowego z dochodu wypracowanego na terenie SSE na podstawie zezwolenia aż do 2026 r.” – potwierdza Rafał Pulsakowski, starszy menedżer w zespole pomocy publicznej PwC. – „Taki scenariusz jest tym bardziej prawdopodobny, mając na uwadze, że w drugiej połowie 2014 r. wejdą w życie nowe Wytyczne dotyczące regionalnej pomocy państwa na lata 2014–2020, co spowoduje obniżenie intensywności wsparcia dostępnego dla inwestorów. Ci z nich, którzy uzyskają zezwolenie przed wejściem w życie nowych Wytycznych, będą mogli korzystać z dotychczasowych, a więc wyższych, poziomów pomocy. Teraz jest więc najlepszy czas na aplikowanie o zezwolenie – z jednej strony strefy zostały wydłużone, a, z drugiej strony przedsiębiorcy mogą zagwarantować sobie utrzymanie intensywności na obecnym poziomie” – dodaje Rafał Pulsakowski.

Wśród inwestorów, którzy zdecydują się ubiegać o zezwolenie, wielu będzie inwestowało na terenie SSE po raz kolejny. Z tego powodu, jak zauważa Jacek Zimoch, starszy konsultant w zespole pomocy publicznej PwC, „Ministerstwo Finansów może się z kolei spodziewać wzmożonej liczby zapytań o możliwość łącznego wykorzystywania limitów z kilku zezwoleń, co będzie naturalną konsekwencją chęci wydłużenia możliwości korzystania z preferencji podatkowych w oparciu o obecne aktywa”.

Z decyzji tej cieszą się również inwestorzy, którzy uzyskali swoje zezwolenia, począwszy od drugiej połowy 2010 r. Od tego momentu zarządy stref stopniowo rezygnowały z zawierania w zezwoleniach konkretnej daty ich ważności. Jeśli zatem wprowadzone przez Radę Ministrów rozwiązania nie wprowadzą innych przepisów przejściowych, to zezwolenia takie powinny zachować ważność do końca funkcjonowania stref, czyli, zgodnie z wczorajszą decyzją Rady Ministrów, do 31 grudnia 2026 r.

Decyzja o nowelizacji 14 rozporządzeń strefowych może mieć jeszcze inną, bardzo istotną konsekwencję. Być może oznacza ona bowiem odblokowanie procesu rozszerzania granic SSE, który przez kilka ostatnich miesięcy nie funkcjonował z powodu długotrwałych negocjacji pomiędzy ministerstwami. Wielu inwestorów, którzy czekali na rozszerzenie strefy na swój grunt prywatny (a jednocześnie byli na tyle cierpliwi, że nie zrezygnowali do tej pory), może mieć powody do radości. Niestety – Ministerstwo rozważa wprowadzenie obostrzeń dla inwestorów planujących rozszerzenie terytorium SSE na grunt prywatny czy obejmowania istniejących zakładów obszarem SSE. Według nieoficjalnych doniesień, taka możliwość może się okazać w ogóle wykluczona dla obszarów o relatywnie niskiej stopie bezrobocia. Jednak o tym, czy Ministerstwa Gospodarki i Finansów ustaliły wspólne stanowisko, dowiemy się najpewniej dopiero w najbliższym czasie, kiedy projekty rozszerzenia SSE znowu znajdą się w procesie legislacyjnym.

„Wydłużenie funkcjonowania stref to również bardzo pozytywny sygnał dla inwestorów dopiero rozważających ulokowanie swoich inwestycji na terenie Europy Środkowo-Wschodniej. Może stanowić to dla nich dodatkowe potwierdzenie, że Polska jest krajem przyjaznym inwestorom, a proponowany program zachęt podatkowych jest stabilny i długoterminowy” – podsumowuje Rafał Pulsakowski.

Polski przemysł lotniczy jedną z najbardziej innowacyjnych gałęzi gospodarki

Przychody przemysłu lotniczego w ujęciu globalnym wyniosły w 2012 roku 692,5 mld dolarów i były o 5,9 proc. wyższe niż rok wcześniej. Sektor wzrost ten zawdzięcza rozwojowi lotnictwa cywilnego, w którym przychody wzrosły aż o 16,2 proc. (38,4 mld dolarów). Maleje za to udział lotnictwa wojskowego, którego przychody uszczupliły się o 1,3 proc. (-4,4 mld dolarów). Eksperci firmy doradczej Deloitte doceniają polski przemysł lotniczy, który jest coraz bardziej innowacyjny. Aż 10-12 proc. przychodów w tym sektorze przeznacza się na badania i rozwój, podczas gdy w innych gałęziach gospodarki poziom ten nie przekracza 3 proc.

Jak pokazuje raport Deloitte „Global A&D financial performance study (2012)” kryzys nie dotknął tego sektora. Wręcz odwrotnie, z roku na rok producenci samolotów i sprzętu lotniczego odnotowują coraz lepsze wyniki. W ubiegłym roku – zysk operacyjny całej światowej branży lotniczej wzrósł o 8,4 proc. i wyniósł 59,5 mld dolarów. I także w tym przypadku był to wynik wypracowany głównie przez lotnictwo cywilne. „Jeszcze kilka lat temu lotnictwo wojskowe stanowiło dwie trzecie całego sektora. W tej chwili jest to już niewiele ponad 50 proc. W ciągu kilku lat proporcje pomiędzy producentami samolotów wojskowych a samolotów pasażerskich powinny się wyrównać” – mówi Jakub Podleśny, Menedżer w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte w Rzeszowie.

Na słabnące wyniki lotnictwa wojskowego największy wpływ miało zakończenie kilku znaczących konfliktów zbrojnych oraz sytuacja tego sektora w USA, który nadal odczuwa skutki cięć budżetowych. Jak duże były to oszczędności najlepiej pokazuje fakt, że tylko dziewięć z dwudziestu „topowych” firm produkujących sprzęt wojskowy, mających kontrakty z amerykańskim Departamentem Obrony zanotowało wzrost przychodów. Wszystko to doprowadziło do tego, że już drugi rok z rzędu lotnictwo wojskowe notuje spadek przychodów (w 2011 roku o 1.9 proc.).

Podobne problemy nie dotknęły lotnictwa cywilnego. W 2012 roku dwie największe firmy w tej branży Boeing Commercial Airplanes i Airbus Commercial przekroczyły łączny poziom produkcji z poprzedniego roku dostarczając 1189 samolotów. To najlepszy wynik osiągnięty w historii dużych pojazdów lotnictwa cywilnego. Sumaryczne przychody tych dwóch producentów wyniosły 20,5 mld dolarów. Gdyby wygenerowała je jedna firma, byłaby dziesiątą pod względem wielkości na świecie, co podkreśla tempo wzrostu sektora lotnictwa cywilnego w 2012 roku. Boeing przewiduje, że pomiędzy 2013 a 2032 rokiem wyprodukuje aż 35 tys. nowych samolotów.

Aż 61 proc. przebadanych firm w ubiegłym roku wzmocniło zatrudnienie, a wydajność pracowników wzrosła o 7,5 proc. do 28,7 tys. dolarów zysku operacyjnego na osobę.

Z analizy Deloitte wynika także, że europejskie firmy lotnicze wychodzą z „dołka” ekonomicznego i gonią firmy amerykańskie. „Wzrost przychodów w tym sektorze w USA wyniósł 5,1 proc., a europejskich firm 7,9 proc. choć trzeba zaznaczyć, że ich zysk operacyjny i zwrot z kapitału inwestycyjnego (ROIC) są wciąż niższe” – mówi Jakub Podleśny.

Jak na tym tle wypada polski przemysł lotniczy? W Polsce w tej branży działa około 100 przedsiębiorstw, zatrudniających ponad 23 tys. osób . Pierwsze trzy kwartały 2012 roku zaowocowały przychodami na poziomie 3,4 mld zł. Aż 80 proc. przychodów w tym sektorze stanowi eksport sprzętu do USA, Wenezueli, Indonezji, Włoch, Hiszpanii i Niemiec. W tej chwili w Polsce inwestują tacy giganci jak: Pratt & Whitney, Sikorsky, Agusta Westland, SAFRAN, Goodrich Aerospace, Avio czy MTU. „Polski przemysł lotniczy stał się ważną częścią globalnego łańcucha dostaw dla najważniejszych firm lotniczych na świecie. Jednocześnie też jest jednym z najbardziej innowacyjnych. Aż 10-12 proc. jego przychodów przeznaczanych jest na badania i rozwój, podczas gdy w innych gałęziach przemysłu poziom ten nie przekracza 3 proc.” – wyjaśnia Michał Turczyk, Starszy Menadżer w zespole R&D and Government Incentives w Deloitte

W Polsce istnieje wiele ośrodków akademickich, instytutów badawczych oraz klastrów (firmy i jednostki naukowe, które łączy wspólnota interesów) wyspecjalizowanych w sektorze lotniczym. Udział polskich firm w międzynarodowych projektach lotniczych powinien wzrosnąć jeszcze bardziej dzięki dotacji Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR), które w latach 2013-18 zainwestuje wraz z firmami lotniczymi 500 mln zł w badania naukowe, prace rozwojowe i działania wspierające transfer ich wyników do przemysłu lotniczego.

„Dzięki temu polski przemysł lotniczy, a co za tym idzie cała gospodarka, mają szansę stać się bardziej konkurencyjne. Lotnictwo jest sektorem o bardzo wysokim stopniu wykorzystania badań w praktyce, a rozwój wysokich technologii dla lotnictwa przekłada się również na inne sektory gospodarki. Co ważne wszystko wskazuje na to, że popyt w tej branży w następnych latach będzie rosnąć jeszcze bardziej” – podsumowuje Michał Turczyk.

O raporcie:

Analiza opracowana przez Deloitte obejmuje 105 firm lub wydziałów firm międzynarodowych działających w sektorze lotniczym, których przychody za rok 2012 przekroczyły 500 mln USD.

Finansowy ranking polskich klubów piłki nożnej

Legia Warszawa drugi rok z rzędu jest liderem wśród polskich klubów piłkarskich pod względem osiąganych przychodów. W przypadku Mistrza Polski rekordowo wyniosły one w 2012 r. 66 mln zł i były aż o połowę wyższe od tych, które udało się osiągnąć następnemu w rankingu Zagłębiu Lubin. Przychody wszystkich klubów grających w Ekstraklasie wyniosły 353 mln zł i były nieznacznie niższe (3 proc.) niż rok wcześniej. Był to efekt głównie braku sukcesów polskich drużyn w europejskich pucharach. Ekstraklasa ma przed sobą obiecujące perspektywy rozwoju, ale aby podtrzymać zainteresowanie piłką nożną, kluby muszą zapewniać widowiska sportowe na najwyższym poziomie – to główne wnioski z VII edycji raportu „Piłkarska Liga Finansowa” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

Zestawienie przedstawia przychody polskich klubów piłkarskich za rok 2012 grających w rozgrywkach Ekstraklasy i awansującej do najwyższej klasy rozgrywek – Cracovii. Na podium oprócz Legii Warszawa i Zagłębia Lubin (awans z czwartego miejsca) znalazł się po raz pierwszy w historii raportu Śląsk Wrocław (w 2011 r. – piąta pozycja). Pierwszą piątkę uzupełniają Lech Poznań i Wisła Kraków.

Legia Warszawa tegoroczne zdecydowane zwycięstwo zawdzięcza zwiększeniu swoich przychodów do poziomu ponad 66 mln zł. Są to największe wpływy polskiego klubu w dotychczasowej historii Ekstraklasy. „Wynik Legii jest tym bardziej imponujący, że w 2012 r. nie zakwalifikowała się ona do fazy grupowej europejskich pucharów. Legia Warszawa obecnie właśnie rozpoczęła grę w eliminacjach do Ligi Mistrzów. I gdyby klubowi udało się przejść do fazy grupowej tych prestiżowych rozgrywek, mógłby zostać pierwszym polskim zespołem, który osiągnął przychody na poziomie 100 mln zł rocznie” – mówi Marcin Diakonowicz, Partner w Dziale Audytu, Lider Sports Business Group Poland, Deloitte.

Swoje wpływy istotnie zwiększyły także Śląsk Wrocław, Piast Gliwice, Ruch Chorzów i Pogoń Szczecin. Jednakże większość drużyn, które wzięły udział w tegorocznym badaniu osiągnęło wyniki niższe niż w poprzednim roku. W 2012 r. przychody klubów grających w najwyższej klasie rozgrywek wyniosły łącznie 353 mln zł. Ich wzrost odnotowano jedynie w kategorii wpływów komercyjnych, które urosły o kilkanaście procent. Spadek wartości przychodów w pozostałych dwóch kategoriach – z dnia meczu oraz z praw do transmisji i premii z pucharów był głównie efektem braku obecności polskich drużyn w fazach grupowych europejskich rozgrywek.

Spadek przychodów nie wpłynął na klubowe wynagrodzenia. W konsekwencji, stosunek wysokości wynagrodzeń do przychodów uległ znacznemu podwyższeniu do poziomu 76 proc. Dla porównania w zeszłorocznym zestawieniu wyniósł on 68 proc. Udział płac w przychodach drużyn Ekstraklasy okazał się wyższy niż w pozostałych analizowanych przez Deloitte ligach europejskich (np. Anglii, Francji czy Włoszech).

Biorąc pod uwagę wysokość przychodów – między Ekstraklasą a innymi ligami istnieje nadal przepaść. „Wciąż bardzo daleko nam do europejskich „gigantów”. Nawet kilkuprocentowe wzrosty ligi angielskiej, niemieckiej czy hiszpańskiej to więcej niż całkowite przychody osiągane przez polskie kluby. Do najmniejszej z lig „Wielkiej Piątki” – francuskiej Ligue 1 – dzieli nas ponad 1 mld euro” – wyjaśnia Łukasz Buława, Konsultant w Dziale Konsultingu, ekspert Sports Business Group Poland, Deloitte.

Pomimo spadku przychodów i istotnych różnic w porównaniu z europejską piłką nożną, według autorów raportu, Ekstraklasa ma przed sobą obiecujące perspektywy i duży potencjał, aby poprawić swe wyniki. Przykładowo od sezonu 2013/2014 zmienia się formuła rozgrywek. Kluby będą rozgrywały w ciągu roku więcej spotkań niż do tej pory (296 zamiast 240). Oznacza to szansę na poprawę frekwencji na meczach, a w konsekwencji większe wpływy z biletów. „Można powiedzieć, że przez najbliższe dwa lata kluby Ekstraklasy mają zapewnioną stabilność finansową. W marcu podpisaliśmy bowiem nowy kontrakt na sprzedaż praw do transmisji telewizyjnych z platformą nc+, a następnie o kolejne dwa lata przedłużyliśmy umowę ze Sponsorem Tytularnym, firmą T-Mobile. Obie umowy podpisane zostały na lepszych warunkach niż do tej pory” – wylicza Marcin Animucki, Wiceprezes Zarządu, Ekstraklasa SA. „Jeśli chodzi o wyniki raportu, to cieszy wzrost przychodów z czołówki rankingu. Można przyjąć założenie, że rozwój finansowy części klubów ułatwi wzrost pozostałym. Liczymy również na większe sukcesy klubów w europejskich pucharach, bo jak można zauważyć, mają one także duży wpływ na wyniki raportu” – dodaje Marcin Animiucki.

Ciągle rozwijana nowoczesna infrastruktura stadionowa stwarza szansę na generowanie znacznie wyższych wpływów z dnia meczu. Potencjalnie większa liczba kibiców na stadionach i tych oglądających rozgrywki przed telewizorami oraz wzrost liczby meczów to szansa na zachęcenie sponsorów i reklamodawców do zwiększenia przekazywanych klubom kwot. Możliwość generowania większych przychodów nie wynika tylko z wyższej frekwencji, ale także m.in. z infrastruktury gastronomicznej, stref i loży dla klientów biznesowych (pakiety hospitality).

„Jednak, aby wszystkie te czynniki przełożyły się na wymierne korzyści – prezentowane widowisko sportowe musi być na najwyższym poziomie. Bez tego oraz awansu do europejskich pucharów ciężko będzie dokonać znaczącego kroku w przód i w konsekwencji istotnie zwiększyć wartość całej ligi. To czy kluby wykorzystają stojącą przed nimi szansę, zależy w głównej mierze od ich postawy na boisku” – podsumowuje Marcin Diakonowicz.

Komentarz dzienny, 1 sierpnia 2013

Zgodnie ze wstępnymi szacunkami, w II kwartale b.r. PKB Stanów Zjednoczonych wzrósł o 1,7% kw/kw w ujęciu zannualizowanym, bijąc na głowę dość pesymistyczne prognozy. Konsensus rynkowy wynosił ok. 1% kw/kw, a kierunek jego ewolucji w ostatnich miesiącach (z 2,1% na początku roku, poprzez 1,7% jeszcze w pierwszych dniach lipca) wskazywał w sposób jasny na rosnący pesymizm. Oczywiście, pozytywna niespodzianka wynika częściowo z niedoszacowania siły procesów dezinflacyjnych – delator PKB wyniósł 0,7% kw/kw (oczekiwano 1% kw/kw), a bazowy deflator wydatków konsumpcyjnych (cel inflacyjny Fed) – 0,8% kw/kw. 

Komentarz indeksowy BossaFX 1 sierpnia 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 1 sierpnia 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Powoli zaczyna się konsolidacja sektora bankowego, z rynku znika BGŻ

Jeśli Grupa Rabobank nie widzi możliwości rozwoju BGŻ, bank powinien trafić na sprzedaż – ocenia Jarosław Dąbrowski, ekspert rynku bankowego. Przejęciem powinny zainteresować się polskie firmy z sektora finansowego, bo – zdaniem eksperta – powinniśmy dążyć do ograniczenia kontroli kapitału zagranicznego w polskiej bankowości i finansach. Polska ma jeden z najwyższych w Europie wskaźników udziału zagranicznych instytucji w sektorze, co może przekładać się na ograniczenia w rozwoju polskiej gospodarki.

– Powinien następować transfer aktywów od grup, które albo nie chcą się rozwijać w Polsce, albo nie widzą takiej szansy, albo Polska jest dla nich zbyt dużym ryzykiem – uważa Jarosław Dąbrowski, ekspert rynku bankowego, prezes Domu Maklerskiego Dąbrowski Finance. – Jeśli Grupa Rabobank nie widzi dalszego rozwoju BGŻ w Polsce, jeśli nie widzą dla Polski wystarczających perspektyw, to moim zdaniem lepiej bank dobrze i szybko sprzedać niż ciągnąć projekt bez wiary w przyszły wzrost. Polska gospodarka potrzebuje efektywnego, płynnego i dynamicznego rynku bankowego, najlepiej zarządzanego strategicznie, a nie „peryferyjnie”. Alior dał świetny przykład, jak wygrywać rynek w niełatwych czasach.

Ekspert uważa, że to przede wszystkim polskie instytucje finansowe powinny być zainteresowanie nabywaniem takich aktywów. Najlepiej znają rynek i potrafią strategicznie ocenić wartość rynku bez ograniczeń płynących z problemów na rynkach macierzystych.

– Nie tylko instytucje państwowe, jak BGK, PIR, powinny być zainteresowane takim zakupem, ale banki spółdzielcze i spółki kontrolowane pośrednio przez państwo, jak PKO BP czy PZU, BOŚ. Szczególnie te największe mają bardzo dobre wyniki, korzystają często z renty dominującego albo wręcz quasi monopolistycznego podmiotu w branży czy segmencie rynku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jarosław Dąbrowski. – One powinny rozwijać się jeszcze silniej w Polsce. Czy obecnie jest dobry czas czas na przejęcia firm chorwackich czy ukraińskich? Ryzyko ekonomiczne jest duże. Dzisiaj Polska jest interesującym rynkiem, na którym nawet przy trochę wyższej wycenie można kupić aktywa i wzmocnić swoją pozycję na rynku. Wzmacniając się w Polsce możemy przygotować jeszcze silniejszą pozycję na akwizycję w po-kryzysowej Europie, co i tak będzie się działo.

Tym bardziej, że nasza gospodarka w ciągu kilkunastu miesięcy powinna poradzić sobie ze spowolnieniem.

– Wierzę w to, że w latach 2015–2020 Polska wejdzie w kolejny okres boomu gospodarczego, jeśli warunki makroekonomiczne na świecie nam w tym pomogą, a unijny budżet zainwestujemy, a nie wydamy. To jest więc szansa dla banków, żeby przez następne dwa lata, kiedy sytuacja makroekonomiczna nie jest najlepsza, rozwijać się w oparciu o produkty o mniejszym ryzyku i przygotowywać sobie bazę do większej ekspansji – podkreśla prezes Domu Maklerskiego Dąbrowski Finance.

Jego zdaniem, w sektorze bankowym powinien stopniowo zwiększać się udział polskiego kapitału. Dziś udział aktywów zarządzanych z Polski wynosi 25–30 proc. W krajach takich jak Niemcy czy Szwecja jest on znacznie większy, ok. 80-90 proc.

– Polski rynek finansowy, w szczególności bankowy, jest zbyt mocno uzależniony od kapitału zewnętrznego. To było ważne i cenne narzędzie do restrukturyzacji oraz profesjonalizacji sektora bankowego, które służyło temu, by nie mieć złych długów, by mieć nowoczesne produkty i by były one dostępne poprzez szerokie i profesjonalne sieci dystrybucji – tłumaczy Jarosław Dąbrowski. – Ale dzisiaj, w sytuacji kryzysowej może stanowić istotne ograniczenie dla polskiej gospodarki. Dlatego warto byłoby zwiększyć poziom udziału aktywów zarządzanych strategicznie z Polski z ok. 25-30 proc., do ok. 50 proc.

Jako przykład kroku we właściwym kierunku ekspert wskazuje ostatnią transakcję przejęcia banku Nordea przez PKO BP. Prognozuje, że w kolejnych latach powinniśmy coraz częściej mieć do czynienia z podobnymi ruchami w sektorze bankowym. Konsolidacja sektora bankowego się dopiero zaczyna.

– Można bardzo pozytywnie ocenić decyzję PKO BP. To, po udanej integracji, będzie bardzo dobry element modelu biznesowego, który rozbudowuje pozycję banku w sektorze consumer finance, także w sektorze detalicznym. Wcześniej podobną, bardzo efektywną operację przeprowadził Getin Bank z aktywami banku DNB Nord. I tak może się zdarzyć właśnie z BGŻ – mówi Jarosław Dąbrowski.

Ceny węgla będą rosły, Polska musi się skupić na poszukiwaniu źródeł gazu łupkowego

Udział węgla w polskiej energetyce będzie spadał, jednak przez kolejnych kilkanaście lat pozostanie dominującym źródłem energii – oceniają eksperci. Przestrzegają, że ceny tego surowca będą rosły, co powinno zmusić Polskę do przyspieszenia rozwoju alternatywnych źródeł. – W przeciwnym razie przemysł straci na konkurencyjności – przekonuje Łukasz Trzpil, ekspert ds. energetyki w DnB NORD.

– W perspektywie 15-20 lat należy się spodziewać, że udział węgla spadnie z 90 proc. do być może 70-80 proc. To, czy rzeczywiście będziemy obserwowali aż taki spadek będzie zależało od tego, na ile uda się odbudować zdolności wytwórcze elektrowni węglowych, które muszą zostać zamknięte – mówi Łukasz Trzpil, szef Energy Desk w Banku DnB NORD Polska.

To rozwiązanie – zdaniem eksperta – pozwoliłoby na ograniczenie kosztów w długiej perspektywie, ponieważ nowe elektrownie będą bardziej wydajne, co obniży koszty paliwa, jak również emisje dwutlenku węgla.

– Natomiast bazowanie wyłącznie na węglu niesie ze sobą pewne ryzyka dlatego, że jest surowcem globalnym. Jak patrzymy na to, co się dzieje z konsumpcją energii na świecie, a w szczególności energii elektrycznej, to jest to cały czas trend wzrostowy – informuje Łukasz Trzpil.

Międzynarodowa Agencja Energetyczna (International Energy Agency – IEA) szacuje, że światowy popyt na energię wzrośnie do 2035 roku o 40 proc., co oznacza średnioroczny wzrost na poziomie 1,3 proc. Do tego roku paliwa kopalne (ropa, gaz i węgiel) pozostaną głównym źródłem energii, ale popyt na ropę i węgiel będzie rósł najwolniej – w tempie poniżej 1 proc. rocznie. Wynika to głównie ze wzrostu konsumpcji azjatyckich gospodarek, a te głównie bazują na węglu, co wpływa także na sytuację polskiego górnictwa.

– Jeśli przyjrzymy się, jak ceny węgla kształtowały się przez ostatnie 12 lat, to w okolicach roku 2001 wahały się w okolicach 20-40 dolarów za tonę. W tej chwili mówimy raczej o wahaniach rzędu 50-60 dolarów za tonę. A były znacznie wyższe, szczególnie w okresie bańki spekulacyjnej, w latach 2008-2009 kiedy sięgały 150-200 dolarów za tonę. Można się spodziewać, że takie ceny będą również występować w przyszłości – uważa Łukasz Trzpil.

Wzrost cen węgla odbija się od razu na wzroście cen energii elektrycznej, ponieważ te są ze sobą silnie skorelowane. Dziś ceny węgla są na niskim poziomie, ponieważ mamy do czynienia ze stagnacją gospodarczą na świecie i konsumpcja energii elektrycznej nie rośnie dynamicznie, a w niektórych regionach spada.

– Spada więc też popyt na węgiel, ale jest to krótkoterminowy trend. Długoterminowo istnieje spore ryzyko, że będziemy mieli jednak do czynienia ze wzrostem cen. Odpowiedzią na to jest dywersyfikowanie źródeł wytwarzania w Polsce – mówi Łukasz Trzpil.

Stąd konieczność, w opinii eksperta, wprowadzenia zmian celów wskazanych w „Polityce energetycznej Polski do 2030 roku” z 2010 r. Chodzi przede wszystkim o to, by stworzyć optymalne warunki dla poszukiwania i wydobycia gazu łupkowego oraz dla rozwoju energetyki odnawialnej.

Dobrowolne OFE? Emerytury równe dla wszystkich? Jaki jest ostateczny projekt reformy emerytalnej?

Emerytury z ZUS czy OFE będą niskie, trzeba więc sprawić, by Polacy mieli z czego oszczędzać na starość – uważa Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. To może zapewnić tylko obniżenie kosztów pracy. Jego zdaniem obywatele stracili wiarę w działanie systemu emerytalnego i w razie wprowadzenie dobrowolności OFE, nie będą z tego korzystać.

– Reforma systemu powinna polegać na tym, że wprowadzimy emerytury równe dla wszystkich od pewnego wieku, tak jak w Kanadzie, w Nowej Zelandii, w tym kierunku Wielka Brytania zaczyna podążać, ale za to będziemy mniej zabierać młodym ludziom wchodzącym w wiek produkcyjny i reprodukcyjny – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Robert Gwiazdowski.

Zmniejszenie kosztów pracy może uratować system emerytalny z dwóch powodów – ludzie będą mieli więcej pieniędzy do dyspozycji, więc będzie ich stać na utrzymanie większej rodziny (będzie więcej przyszłych płatników składek) oraz będą mieli z czego oszczędzać prywatnie na starość.

– Dlatego różnego rodzaju elastyczne formy pracy oparte na kodeksie cywilnym są o wiele lepsze od umów opartych na kodeksie pracy, bo te drugie powodują, że mniej mamy w kieszeni, mniej na prywatne oszczędzanie – przekonuje Gwiazdowski. – A to oznacza, że będziemy mieli niższe emerytury, bo jak rząd mówi, że zabierze, to zabierze, ale jak mówi, że da, to mówi.

Zdaniem eksperta dobrym pomysłem jest wprowadzenie dobrowolności OFE. Jak dodaje, problemem może być jednak przekonanie Polaków, że poprawiony system działa i że ich pieniądze zgromadzone w funduszach emerytalnych są bezpieczne.

– Ludzie mogą nie uwierzyć ministrowi Rostowskiemu po tym jak mówi, że okłamywał wszystkich w sprawie budżetu. Pomyślą, że oszukuje ich również w sprawie OFE. Istnieje więc obawa, że pan minister Rostowski wybierze rozwiązanie siłowe, tzn. przepisze wszystkie te środki, które w OFE są w postaci obligacji na jakieś konto w ZUS – mówi ekonomista.

Gwiazdowski uważa, że rynek sam zweryfikuje ofertę i koszty funduszy emerytalnych, kiedy będą one nieobowiązkowe i będą musiały konkurować o klientów. Według niego to jednak nie powszechne towarzystwa emerytalne ponoszą winę za złe funkcjonowanie systemu, tylko politycy, którzy przeprowadzali reformę emerytalną. To oni zachwalali nowy system, zwodząc Polaków wizją emerytur pod palmami.

– Zamiast powiedzieć ludziom, że będą musieli pracować dłużej, a emerytury będą mieli niższe od ich rodziców i dziadków, powiedzieliśmy, że robimy reformę, żeby emerytury mogły być wyższe – przypomina Gwiazdowski. – Dzisiaj właśnie się okazuje, że one wyższe nie będą. Będą niższe, a pracować musimy dłużej. Winę jednak za to przerzucamy na OFE, a nie ma pana premiera Buzka, który tę reformę wprowadzał. I o to właśnie chodziło. Martwić się będą następcy.

Sytuacja na giełdzie, a decyzja rządu w sprawie zmian w OFE

Inwestorzy giełdowi wstrzymują się z zakupami przynajmniej do końca wakacji. Czekają na decyzję rządu w sprawie reformy systemu emerytalnego i zmian w OFE. – Jeżeli giełda będzie przekonana, że to nie będzie jej za bardzo szkodziło, wtedy ruszy. Ja zakładam, że we wrześniu się to stanie – ocenia Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

– Polska giełda w tej chwili będzie czekała przynajmniej do końca sierpnia na to, co rząd postanowi w sprawie losu otwartych funduszy emerytalnych – twierdzi Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

Premier Donald Tusk zapowiedział, że pod koniec sierpnia zapadnie ostateczna decyzja co do reformy i ostatecznego kształtu systemu emerytalnego. Wicepremier i minister finansów Jacek Rostowski wraz z szefem resortu pracy Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem przygotowali i przedstawili niedawno raport na temat systemu OFE wraz z proponowanymi kierunkami zmian. Pod uwagę branych jest kilka opcji. Pierwsza to likwidacja obligacyjnej części OFE. Druga to dobrowolność udziału w funduszach. Trzecia zakłada możliwość uczestnictwa w OFE, ale wiązałoby się to z dodatkową składką, którą musiałby wnosić ubezpieczony. To, co stanie się z OFE ma duży wpływ na przyszłość warszawskiej giełdy.

– Są trzy warianty, rząd prawdopodobnie wybierze czwarty, który będzie pewną modyfikacją drugiego – przewiduje Piotr Kuczyński. – Jeżeli giełda będzie przekonana, że to nie będzie jej za bardzo szkodziło lub w ogóle szkodziło, wtedy ruszy.

Pierwszych, pozytywnych sygnałów należy oczekiwać, zdaniem Kuczyńskiego, już we wrześniu.

Main Street daleko od Wall Street

Na parkietach w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych widać zdecydowanie większe ruchy.

– W Stanach Zjednoczonych indeksy ustanowiły nowe szczyty wszech czasów. Tam hossa trwa niezagrożenie od 2009 roku. Dużo lepiej to wygląda niż w Polsce. Nieco gorzej zachowują się rynki europejskie, ale tam też widać, że jest ochota do tego, żeby kontynuować hossę, która trwa już ponad 4 lata – mówi główny analityk DI Xelion.

Dobre nastroje inwestorów wcale nie muszą prognozować rychłego wyjścia z kryzysu, z którym niektóre gospodarki nie mogą sobie poradzić od lat. Piotr Kuczyński tłumaczy, że rynki finansowe już dawno wyraźnie oddzieliły się od realnej gospodarki.

– Mówi się, że Wall Street, czyli giełda, rynki finansowe mają się bardzo dobrze, a Main Street, czyli ta główna ulica, realna gospodarka niestety nie ma się najlepiej – mówi Kuczyński. – Owszem, w Stanach widać rozwój, nie za szybki, ale widać. W Europie na razie na poprawę sytuacji się nie zanosi.

Głos Polski w sprawie ocieplenia klimatu ma coraz większe znaczenie dla UE

Kryzys sprawił, że unijne kraje zaczynają zmieniać swoje podejście do polityki energetyczno-klimatycznej. Polski rząd był uważany za hamulcowego polityki mającej przeciwdziałać ociepleniu klimatu i przestawieniu gospodarek UE na nowoczesne technologie. Dziś Unia uważniej słucha naszego głosu – mówi Marcin Korolec, szef resortu środowiska.

– W ciągu ostatniego półtora roku Polska znalazła się w mainstreamie myślenia o polityce klimatycznej w Europie. I to nie dlatego, że zreformowaliśmy czy zrewidowaliśmy nasz sposób myślenia. Wielu naszych partnerów w UE zaczęło po prostu zwracać uwagę na ten język i argumenty, które przedstawiamy. Takie jest wrażenie po ostatnich spotkaniach ministrów – tłumaczy Marcin Korolec.

W listopadzie Polska będzie po raz drugi gościła międzynarodową konferencję (COP 19), podczas której mają zapaść decyzje dotyczące dalszej polityki ochrony klimatu. Szefowie państw ONZ mają ustalić dalsze kroki, by zapobiec zmianom klimatu i niespodziewanym, nagłym zjawiskom jak huragany czy powodzie.

– Z funkcji gospodarza wynika przywilej przewodniczenia obradom. To oznacza, że to do nas należy poszukiwanie konsensusu pomiędzy różnymi grupami: z jednej strony UE, z drugiej strony Stany Zjednoczone, z trzeciej strony Chiny, z czwartej Indie, poza tym ponad 190 innych partnerów. W związku z tym będziemy odgrywać rolę szczególną, szukając pomostu między tymi różnymi stanowiskami, rożnymi pomysłami na politykę globalną – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marcin Korolec.

Szef resortu środowiska podkreśla, że przedstawiciele biznesu również dołączą do dyskusji o tym, w jaki sposób można redukować emisje CO2 i równocześnie dbać o rozwój gospodarki na świecie. Energochłonne sektory, jak przemysł papierniczy, cementowy, energetyczny alarmują, że koszty ograniczania emisji gazów cieplarnianych (jeden z elementów klimatycznej polityki) są zbyt wysokie i zabijają ich konkurencyjność.

– Wydarzeniem szczególnym w trakcie konferencji w Warszawie będzie dyskusja polityków i przedstawicieli biznesu. Takich spotkań nie było jeszcze w trakcie żadnej dotychczasowej konferencji klimatycznej. Do tej pory te dyskusje ograniczały się albo do grona negocjatorów, albo polityków z przedstawicielami organizacji pozarządowych – wyjaśnia Marcin Korolec.

Konferencja Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu odbędzie się w dniach 11-22 listopada na warszawskim Stadionie Narodowym.

Komentarz indeksowy BossaFX 31 lipca 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 31 lipca 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Intel wyprzedza konkurencję w obszarze zaawansowania procesu produkcyjnego procesorów aż o dwa lata

Firma Intel, kojarzona dotąd raczej z procesorami do komputerów stacjonarnych i laptopów, chce podbić rynek smartfonów i tabletów. Wprowadza do sprzedaży nowe chipy, które z powodzeniem ścigają się z konkurencyjnymi procesorami firmy ARM, instalowanymi obecnie w większości urządzeń mobilnych. Zdaniem przedstawicieli firmy – prace nad kolejnymi, szybszymi i bardziej wydajnymi produktami są bardziej zaawansowane niż postępy innych producentów.

– Najnowsza architektura, która właśnie teraz w produktach wchodzi na rynek, oferuje dwa razy większą wydajność i pięć razy dłuższy czas pracy na baterii – mówi Tomasz Klekowski, dyrektor Intela na region Europy Centralnej i Wschodniej. – 8 godzin i więcej – taki czas pracy na baterii to będzie standard w ultrabookach i notebookach w najbliższych miesiącach i kwartałach.

Brian Krzanich, szef Intela, na jednej z ostatnich konferencji ujawnił, że producenci komputerów wprowadzą na rynek 50 hybryd (urządzeń będących połączeniem laptopa i tabletu), które będą opierać się na procesorach Intel Haswell. Zainstalowane w nich procesory Intel Core i5 lub i7 pozwalają na pracę na bateriach nawet powyżej 9 godzin.

– Na przestrzeni drugiej połowy tego roku będziemy skupiali się na tym, żeby umocnić pozycję w segmencie urządzeń ultramobilnych, aby wprowadzić najlepsze do tej pory skonstruowane ultrabooki, które są oparte o 4. generację procesorów Core – zapowiada Klekowski.

Intel coraz lepiej radzi sobie też na rynku smartfonów. Nowe procesory z serii Atom bardzo dobrze wypadają w testach wydajności i energooszczędności właśnie na urządzeniach mobilnych. Intel musiał w ostatnim czasie gonić innych producentów procesorów – głównie konsorcjum ARM, których urządzenia były bardziej oszczędne.

– Z całą pewnością Intel tutaj nadgania względem konkurencji, która przyszła nie z segmentu PC, ale z segmentu mniejszych urządzeń. Natomiast dzięki naszym zasobom R&D, dzięki pracy naszych inżynierów, udało nam się tę różnicę bardzo szybko zniwelować, a kolejnym krokiem jest wyznaczanie nowych standardów w tym obszarze – wyjaśnia dyrektor Intela.

Zdaniem Klekowskiego, Intel wyprzedza konkurencję w obszarze zaawansowania procesu produkcyjnego procesorów aż o dwa lata, tyle bowiem trwa przejście od jednej generacji chipów do kolejnej. Bardziej zaawansowany proces produkcyjny pozwala produkować procesory o mniejszym poborze energii i wyższej wydajności.

– Już testujemy proces, który pozwoli nam wprowadzić produkty, gdzie najmniejszy element ma 14 nanometrów. Wszystkie sprzedawane teraz produkty są produkowane w procesie, gdzie najmniejszy element ma 22 nanometry – mówi dyrektor firmy na Europę Centralną i Wschodnią. – Nasza najbardziej zaawansowana konkurencja jest w tej chwili na poziomie 28 nanometrów, czyli o jedną generację do tyłu.

W Sejmie toczą się prace nad poselskim projektem nowelizacji ustawy o nadzorze finansowym

0

Rynkiem parabanków i firm pożyczkowych zajęła się podkomisja do spraw instytucji finansowych. Nadzór nad firmami pożyczkowymi i ustawowa regulacja limitu rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania (RRSO) to główne założenia projektu, który przygotowuje Ministerstwo Finansów. Zdaniem Jakuba Szulca z PO ze względu na krótki okres kredytowania maksymalna stawka RRSO musiałaby być na „dramatycznie wysokim poziomie”. Poseł niezrzeszony Przemysław Wipler uważa, że przy takim ograniczeniu część pożyczkobiorców zacznie pożyczać za granicą lub w szarej strefie.

– Ci ludzie, którzy biorą pożyczki na wysoki procent, nie robią tego dla przyjemności, ale dlatego, że ich pozbawiono ich innej możliwości przepisami, np. ustawą antylichwiarską albo zbyt wyśrubowanymi regułami narzucanymi bankom przez KNF. Te firmy pożyczają swoje własne środki i w ramach ryzyka biznesowego powinny mieć możliwość uwzględnienia, że są klienci dużego ryzyka albo bardzo dużego ryzyka. A duże ryzyko, to duże wynagrodzenie. W tym wypadku wynagrodzeniem są odsetki – podkreśla Przemysław Wipler, poseł niezrzeszony, członek sejmowej podkomisji ds. instytucji finansowych.

Sceptyczny co do pomysłu wprowadzenia maksymalnej stawki rzeczywistej rocznej stopy procentowej jest także poseł Jakub Szulc.

– W zależności od tego, jaki jest okres kredytowania, RRSO jest bardzo różne. A więc w sytuacji, kiedy mówimy o bardzo krótkim okresie, np. tygodniowym czy dwutygodniowym, okazuje się, że uregulowanie maksymalnej stawki RRSO musiałoby być na dramatycznie wysokim poziomie. Pytanie, czy w takiej sytuacji w ogóle warto jest się zajmować, regulować te pożyczki, które opiewają na bardzo krótkie okresy, których termin zapadalności jest do pół roku – podkreśla Jakub Szulc, poseł PO, członek podkomisji ds. instytucji finansowych.

Trwają także dyskusje na temat wprowadzenia urzędowego nadzoru nad firmami pożyczkowymi. Wciąż jednak nie jest jasne, jakie firmy miałyby być objęte nadzorem i na ile taka regulacja powinna ingerować w działalność danego podmiotu. Tym bardziej, że część firm pożyczkowych udziela kredytów z własnych środków, a nie z depozytów klientów.

Dla Przemysława Wiplera, posła niezrzeszonego, jest to argument przeciw wprowadzeniu nadzoru.

– Potrzebujemy teraz minimalnej regulacji, w ramach której będziemy wymagać, by firmy pożyczkowe nie łamały prawa, żeby nie stosowały niedozwolonych klauzul w umowach z klientami, takich jak pobranie opłaty za samo rozpoznanie wniosku o udzielenie pożyczki. Zarządy tych spółek powinny być również weryfikowane pod kątem niekaralności, co jest zwykłą procedurą w tak specyficznej branży – wymienia Przemysław Wipler. – Same działania UOKiK w chwili obecnej są wystarczające, jeżeli nawet nienadmierne. UOKiK badając sposób działania tych firm, pod kątem obowiązujących już przepisów, ma możliwość reagowania, wskazywania klauzul niedopuszczalnych w obrocie konsumenckim z osobami fizycznymi, z pożyczkobiorcami.

Proponuje również wprowadzenie minimalnych wymogów kapitałowych, np. w wysokości 1 mln zł dla podmiotów, które chcą prowadzić działalność w tym zakresie.

W Sejmie toczą się prace nad poselskim projektem nowelizacji ustawy o nadzorze finansowym i innych ustaw. Nowe przepisy umożliwiłyby Komisji Nadzoru Finansowego publikowanie w środkach masowego przekazu ostrzeżeń na temat działalność parabanków. Nakładałyby też na pożyczkodawców niebędących bankami obowiązek podawania w reklamach dotyczących kredytu konsumenckiego w sposób jednoznaczny, zrozumiały i widoczny takich danych jak stopa oprocentowania kredytu, całkowita kwota kredytu czy rzeczywista roczna stopę oprocentowania. Niezamieszczenie takiej informacji w reklamie będzie wykroczeniem.

Skrócenie procedur dotyczących uzyskania patentu nastąpi w ciągu kilku najbliższych lat

0

Projekt wprowadza ułatwienia w prowadzeniu elektronicznej korespondencji z Urzędem Patentowym. Nie trzeba będzie już używać certyfikowanego, kwalifikowanego podpisu elektronicznego, który jest dość drogi. W praktyce oznacza to, że zwykły podpis elektroniczny będzie równoważny z podpisem papierowym.

Istotnym ułatwieniem dla podmiotów nie mających miejsca zamieszkania w Polsce (osób fizycznych i prawnych), które będą chciały zgłosić swój patent, znak towarowy czy wzór przemysłowy w Urzędzie Patentowym będzie rezygnacja z obowiązku korzystania z usług rzecznika patentowego. Obecnie korzystanie z takiego pośrednictwa jest obowiązkowe.

Przewidywane zmiany przyczynią się do zmniejszenia korespondencji między Urzędem Patentowym a zgłaszającym o 3 proc., a także doprowadzą do mniejszej liczby postępowań odwoławczych oraz skrócenia czasu rozpatrywania zgłoszeń patentu z trzech do dwóch i pół roku.

– To będzie standard, do którego dążą wszystkie najbardziej zaangażowane i najlepiej zorganizowane urzędy patentowe innych krajów w świecie. Skrócenie procedur nastąpi w ciągu kilku najbliższych lat. Dotychczas zdarzało się, choć rzadko, nawet kilkuletnie oczekiwanie na otrzymanie patentu, co było związane z dysponowaniem określoną liczbą ekspertów w danej dziedzinie techniki, ale także z jakością samego zgłoszenia, które często wymaga uzupełnienia. To wydłuża procedurę – podkreśla Alicja Adamczak.

„Ulga w nowości”

W stosunku do znaków towarowych projekt wprowadza instytucję tzw. listów zgody, czyli systemu środków ulgowych, gdy zgłaszający lub właściciel znaku nie dotrzymał terminów procesowych.

Projekt ułatwia przywracanie terminu do dokonania czynności, jeśli uchybienie nie nastąpiło z winy strony postępowania.

Wprowadzona będzie także tzw. „ulga w nowości”. Chodzi o możliwość uzyskania patentu, mimo ujawnienia wynalazku przez osoby trzecie. Będzie to jednak możliwe pod warunkiem, że ujawnienie nastąpi nie wcześniej niż sześć miesięcy przed dokonaniem zgłoszenia i spowodowane było oczywistym nadużyciem w stosunku do zgłaszającego lub jego poprzednika prawnego.

Omawiany projekt znajduje się obecnie w konsultacjach społecznych, następnie trafi do prac w Sejmie.

W. Pawlak: tam, gdzie potrafimy tworzyć miejsca pracy, tam kierujmy środki europejskie

Polskie firmy powinny móc przeznaczyć cały zysk z działalności badawczej na swój rozwój – uważa Waldemar Pawlak, były wicepremier i minister gospodarki. Jego zdaniem należałoby rozszerzyć przywileje podatkowe centrów badawczo-rozwojowych na wszystkie firmy, które prowadzą taką działalność. Obecnie, aby korzystać ze zwolnień podatkowych, przedsiębiorstwo musi przynajmniej 20 proc. przychodów uzyskiwać ze sprzedaży własnych usług badawczo-rozwojowych i produktów innowacyjnych.

– Głównym mechanizmem, który pozwoli zwiększyć innowacyjność, a więc wdrożenie rewelacyjnych pomysłów do praktyki gospodarczej, może być przesunięcie tego strumienia środków europejskich w kierunku przedsiębiorców, tak aby oni kontraktowali badania, opracowania naukowe, które są potrzebne – uważa Waldemar Pawlak, były wicepremier i minister gospodarki. – Przeprowadzanie tych środków wyłącznie przez jednostki badawczo-rozwojowe czy naukowe prowadzi często do produkowania takich opracowań na półkę.

Według niego polskie firmy do inwestowania w badania i rozwój mógłby zachęcić rozszerzony mechanizm podatkowy, który obecnie wykorzystują centra badawczo rozwojowe. To firmy, w których przynajmniej 20 proc. udziału w sprzedaży pochodzi z działalności badawczo-rozwojowej. Mogą one ubiegać się o zwolnienia z podatku od nieruchomości, podatku rolnego i leśnego, mogą też odliczyć od podstawy opodatkowania wydatki na fundusz innowacyjności, nie więcej niż 20 proc. miesięcznych przychodów.

– Można się zastanowić, czy nie warto wykorzystać tego mechanizmu do stworzenia warunków dla wszystkich firm, które gotowe byłyby działać w obszarze nauki, badań i rozwoju tak, aby mogły zachować przychody z tego tytułu, bez opodatkowania – wyjaśnia Pawlak w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Chodzi o generalną ulgę dla firm innowacyjnych lub specjalną strefę ekonomiczną w Polsce dla firm badawczo-rozwojowych.

Jako przykłady polskich innowacyjnych przedsiębiorstw podaje firmę Solaris, producenta autobusów – tradycyjnych i hybrydowych czy elektrycznych. Wymienia też firmę Pronar, produkującą nowoczesne ciągniki na polski rynek, która działa w oparciu o komponenty kupowane świecie.

– Myślę, że dzisiaj jest czas na „smartcom”, a więc sprytne firmy, które powinny mieć umiejętność kupowania komponentów w kooperacji globalnej, ale równocześnie wiedzę, kompetencje i doświadczenie, jak zaoferować z tego produkty dla lokalnego czy regionalnego rynku. Często wtedy nie potrzeba tak dużych kapitałów, tak dużej bazy produkcyjnej, a można mieć bardzo duże osiągnięcia – twierdzi były minister gospodarki.

Komisja Europejska poinformowała, że z pieniędzy państw członkowskich i z budżetu unijnego w ciągu siedmiu lat na badania i innowacje zostanie przeznaczonych 22 mld euro. W ramach rozszerzonego programu „Horyzont 2020” wspierane będą takie sektory jak farmaceutyka, elektronika, wykorzystanie technologii wodorowych czy rozwój lotnictwa cywilnego.

– Dlatego ważne jest, żebyśmy patrzyli na naszą obecność w ten sposób: tam, gdzie potrafimy tworzyć miejsca pracy, tam kierujmy środki europejskie – podkreśla Pawlak.

Czy Chiny pomogą warszawskiej giełdzie umocnić swoją pozycję w Europie Centralnej?

Chińskie firmy zainteresowane debiutem na Giełdzie Papierów Wartościowych. – Są to firmy bardzo sensowne, oparte na interesującym modelu wymiany Europa-Azja, Chiny-Polska – informuje Jarosław Dąbrowski, prezes Domu Maklerskiego Dąbrowski Finance. Firmy te chcą poprzez polską giełdę pozyskać kapitał, o który coraz trudniej w Chinach. Warszawski parkiet dzięki temu mógłby umocnić swoją pozycję wśród środkowoeuropejskich giełd. Warunkiem jest jednak regularny dopływ na giełdę środków z OFE.

– Jeśli nie zlikwidujemy OFE i tym samym nie zmniejszymy płynności oraz nie ograniczymy znaczenia niezwykle ważnej instytucji dystrybucji kapitału do firm, jakim jest polska giełda, to jest szansa, by GPW przyjęła kilka nowych zagranicznych debiutów – mówi Agencji Informacyjnej Newseria, Jarosław Dąbrowski, ekspert ds. rynków azjatyckich i prezes Domu Maklerskiego Dąbrowski Finance.

Jednak wiele zależy dziś od polityków i planowanych zmian w systemie emerytalnym. Polski rynek finansowy w dużej mierze opiera się dziś na transferach środków z i do otwartych funduszy emerytalnych. Wzmacnia to również strategiczne znaczenie WGPW w Europie Centralnej. Proponowane przez rząd warianty zmian wiążą się jednak z ograniczaniem wysokości składek, jakie trafiają do OFE. Konkretne plany mamy poznać dopiero za dwa miesiące.

– Oferty w normalnej sytuacji spotkałyby się z dużym odzewem inwestorów, ponieważ one eksponują inwestorów, indywidualnych, TFI, OFE na wzrosty w Azji, w szczególności w Chinach, a one na pewno będą kilka razy większe niż w Europie w ciągu najbliższych 10 lat – mówi prezes Domu Maklerskiego Dąbrowski Finance.

Wejście międzynarodowych spółek pomogłoby warszawskiej giełdzie umocnić swoją pozycję najważniejszego parkietu Europy Centralnej. Tym bardziej, że prognozowany koniec spowolnienia gospodarczego powinien przynieść ożywienie na rynkach kapitałowych.

– Warunkiem jest rozsądna przebudowa systemu emerytalnego tak, by transfery były nadal na porównywalnym poziomie, ponieważ one konstytuują istotną część kapitalizacji giełdy. Poza tym, dla międzynarodowych instytucji finansowych są one trwałym filarem rozwoju rynku kapitałowego w Polsce – przypomina Dąbrowski.

Chiński przemysł potrzebuje dziś pieniędzy na rozwój. Do tej pory firmy, zwłaszcza duże państwowe koncerny, nie miały problemów z uzyskaniem kredytu czy pozyskaniem kapitału z giełdy. Jednym z elementów nowej doktryny ekonomicznej premiera Li Keqianga jest jednak selektywny dostęp do źródeł finansowania.

– Dzisiaj dostęp do kredytu bankowego oraz do obligacji jest bardzo trudny. Chiny z jednej strony mają prawie 3,5 bln dolarów nadwyżki eksportowej, która jest inwestowana w różne instrumenty, a z drugiej strony chiński rynek finansowy ma znamiona niskiej płynności, a w niektórych obszarach występują znamiona tzw. baniek aktywowych (np. w nieruchomościach) – mówi Jarosław Dąbrowski.

To oznacza, że w poszukiwaniu nowego kapitału firmy będą wychodzić poza Chiny.

– W tym upatruję bardzo dużą szansę dla polskiej giełdy, banków inwestycyjnych oraz interesującą perspektywę dla polskiej gospodarki. Polska ma bardzo duży ujemny rachunek wymiany handlowej i kapitałowej z Chinami. Dzięki notowaniu dobrych, chińskich przedsiębiorstw na giełdzie w Warszawie stworzy się ciekawa szansa na zmianę tego deficytu. Alianse rynkowe, joint ventures, akwizycje spółek z Europy chińskie firmy będą prowadzić przez Warszawę – tłumaczy Dąbrowski.

Tym bardziej, że na innych europejskich parkietach, m.in. we Frankfurcie, Londynie, Nowym Jorku już notowanych jest już wiele chińskich spółek.

Komentarz dzienny, 30 lipca 2013

Dzisiejsza publikacja wskaźnika ESI nie powinna zaskoczyć – dalszy wzrost jest prawdopodobny nie tylko w świetle krótkoterminowych trendów, ale również w ślad za rosnącymi PMI, sygnalizującymi poprawę sentymentu w eurolandzie. Warto również odnotować minimalny spadek inflacji w Niemczech (wstępny odczyt za lipiec). Dane publikowane dziś w Stanach Zjednoczonych to raczej drugi garnitur (indeks CaseShiller za maj, wskaźnik koniunktury konsumenckiej Conference Board) i wszystkie pary oczu skierowane są już na jutrzejsze dane o PKB. 

Chevron poszukuje gazu łupkowego w Zamościu, mieszkańcy miasta protestują

Od początku czerwca mieszkańcy Żurawlowa blokują odwierty gazu łupkowego, które pod Zamościem chce przeprowadzić Chevron. Koncern szacuje straty związane z opóźnieniem prac na 10 tys. zł dziennie, dodatkowo może stracić koncesję na poszukiwania surowca.

– Zabrakło dyskusji i doprowadzono do sytuacji, w której strony bardzo zantagonizowały swoje stanowiska. Odpowiednio przygotowane prace wstępne, które polegają na dialogu z lokalną społecznością, mogłyby tego typu problemy wyeliminować – mówi Tomasz Dobrowolski, partner K&L Gates.

Protestujący przeciwko wydobywaniu gazu obawiają się, że wody gruntowe zostaną zanieczyszczone i domagają się wstrzymania działalności Chevronu w Grabowcu (na terenie tej gminy leży Żurawlów). Dodatkowo chcą uwzględnienia opinii lokalnej społeczności i możliwości wglądu we wszystkie dokumenty dotyczące poszukiwania gazu przez koncern.

Z podobnymi protestami spotykają się inwestorzy chcący postawić biogazownie czy elektrownie wiatrowe. Sprzeciwy budzi też projekt wybudowania elektrowni jądrowej.

Zdaniem przedstawiciela kancelarii prawnej, w przypadku inwestycji mogących oddziaływać na środowisko, należy prowadzić konsultacje z lokalnymi społecznościami na zasadach partnerstwa. Ważne jest przy tym rzetelne informowanie o przedsięwzięciu i zagrożeniach z nim związanych oraz znalezienie formuły zapewniającej przedstawicielom tej społeczności udziału w monitoringu prowadzonych prac.

– Teoretycznie prawo geologiczne i górnicze przewiduje rozwiązania, które pozwoliłyby inwestorowi podjąć dalej idące kroki. Ustawodawca dopuścił, bowiem w tej ustawie sytuację sui generis ograniczenia prawa własności właściciela nieruchomości. Stało się tak poprzez wprowadzenie do niej przepisów dotyczących możliwości żądania ustanowienia – w drodze sądowej – prawa do odpłatnego korzystania z cudzej nieruchomości przez oznaczony czas. W przypadku, gdy inwestor posiada koncesję wydobywczą, może nawet żądać wykupu nieruchomości lub jej części, niezbędnej do prowadzenia koncesjonowanej działalności – tłumaczy Tomasz Dobrowolski.

Taki sposób działania w opinii prawnika, nie leży w interesie inwestora, szczególnie na etapie koncesji poszukiwawczej.

– Jego dostęp do obszaru, gdzie prowadzone są prace poszukiwawcze, powinien być zapewniony na podstawie umowy cywilno-prawnej. Jej brak oznacza, że ktoś, kto działałby w sposób nieuprawniony na cudzym ternie, czyniłby to z naruszeniem prawa własności – informuje Tomasz Dobrowolski.

Mieszkańcy i władze okolicznych wsi złożyli do resortu środowiska wniosek o cofnięcia koncesji poszukiwawczej Chevrona.

– Jest to możliwe, jeśli swymi działaniami inwestor rażąco narusza jej warunki lub przepisy prawa, w tym regulacje z zakresu ochrony środowiska. Jeżeli spełnione zostaną wszelkie wymogi związane z regulacjami środowiskowymi czy wynikającymi z prawa geologicznego i górniczego, to w mojej ocenie i z zastrzeżeniem wcześniejszych uwag, mieszkańcy nie mają możliwość zablokowania w ten sposób prac poszukiwawczych – mówi partner K&L Gates. – Choć niewątpliwie mogą je opóźnić.

Branża ubezpieczeniowa obawia się nowej dyrektywy UE – Solvency II

Sektor ubezpieczeniowy boi się nowych przepisów prawnych, a szczególnie unijnej dyrektywy Solvency II. Zdaniem przedstawicieli branży, jej wprowadzanie niesie za sobą poważne ryzyko dla funkcjonowania firm ubezpieczeniowych – wynika z raportu „Insurance Banana Skins 2013”, który przygotowały wspólnie londyński Centre for the Study of Financial Innovation oraz firma doradcza PwC.

Regulacje prawne i ewentualne zmiany po raz kolejny znalazły się na pierwszym miejscu w rankingu najważniejszych ryzyk w branży ubezpieczeniowej w 2013 roku. Obawy przedstawicieli sektora budzi m.in. nowa dyrektywa Unii Europejskiej, Solvency II. Prace nad tymi rozwiązaniami trwają od ponad siedmiu lat.

– Nadal nie wiadomo jest w 100 proc., jak będzie wyglądała do końca, szczególnie w kwestii dotyczących wymagań kapitałowych i operacji zarządzania ryzykiem – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Artur Pikula, partner PwC, lider zespołu ds. ubezpieczeń w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Pikuła podkreśla, że firmy ubezpieczeniowe, chcąc dostosować się do nowych wymagań prawnych poniosły już do tej pory ogromne koszty, a mimo to nadal nie wiadomo, jaki będzie ostateczny kształt tych rozwiązań. Wdrażanie nowych przepisów wymaga też od zarządów firm zmian w sposobie myślenia, m.in. w zakresie redefinicji ryzyka oraz odejścia od skupiania swojej uwagi wyłącznie na wynikach sprzedażowych.

– Specyficznym ryzykiem, jeśli chodzi o rejon Europy Środkowej i Wschodniej, w tym Polski jest tzw. ryzyko ingerencji politycznej – mówi Artur Pikuła. – Można to tłumaczyć takimi zjawiskami, jak choćby eliminacja prywatnego systemu emerytalnego na Węgrzech czy toczące się w Polsce rozmowy na temat zmian w systemie emerytalnym.

Chodzi tu o ograniczenie bądź likwidacje drugiego filaru czyli Otwartych Funduszy Emerytalnych. Sektor widzi w tym istotne zagrożenie, chociażby dla rynku kapitałowego, poprzez transfer środków z systemu prywatnego do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

W Polsce, podobnie jak i w całej Europie Środkowo-Wschodniej tzw. kwestie polityczne ulokowane są w rankingu zagrożeń, w pierwszej piątce. Globalnie, na świecie jest to problem obecny na dziesiątej pozycji.

Zarobić dziś na rynku ubezpieczeń nie jest łatwo. Wyraźnie zaobserwować można spadek koniunktury. Ludzie mają niewiele pieniędzy, które mogą przeznaczyć na dobra wyższej potrzeby, do których można zakwalifikować ubezpieczenia. Znajduje to swoje odzwierciedlenie w rankingu „Insurance Banana Skins 2013”. Wyniki inwestycyjne oraz środowisko makroekonomiczne znalazły się na – odpowiednio – drugim i trzecim miejscu w klasyfikacji.

– Kiedy coraz trudniej znaleźć klientów, można chwytać się coraz innych chwytów tak, żeby sprzedać jak największe wolumeny, niekoniecznie najlepszej jakości biznesu – tłumaczy Pikuła.

Dlatego właśnie praktyki biznesowe znalazły się w pierwszej piątce największych ryzyk w branży ubezpieczeniowej w 2013 r.

– Coraz większy nacisk kładzie się na różne komórki wśród ubezpieczycieli, w tym tzw. siły sprzedaży, na maksymalizacje swej działalności, a w związku z tym na potencjalne obniżenie jakości, słabszą transparentność i branie klienta pod uwagę, jako najważniejszego obiektu działalności – wyjaśnia ekspert PwC.

Wysokie miejsca, w pierwszej dziesiątce rankingu, przygotowanego wspólnie przez londyński Centre for the Study of Financial Innovation oraz firmę doradczą PwC znajdują kwestie, związane z ryzykiem. Jakość zarządzania nim, to miejsce nr siedem. O jedno wyżej od samego zarządzania ryzykiem. Piąta pozycja w rankingu, to katastrofy naturalne.

– W największym stopniu wiąże się to z częstotliwością zjawisk katastroficznych i to nie tylko w ujęciu globalnym, ale także w Polskim – tłumaczy Pikula. – Należy zwrócić uwagę na rozwój gradobić, huraganów, ulew, podtopień w ciągu ostatnich kilku lat i ich potencjalny wpływ na „szkodowość” w biznesie ubezpieczeniowym.

Polska nie wyróżnia się na tym tle, ani na tle świata, ani też w porównaniu do innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Jednakże częstotliwość zdarzeń jest relatywnie wyższa niż jeszcze kilka lat temu. Siłą rzeczy musi to znaleźć swoje odzwierciedlenie w wysokości pobieranych składek.

– Od kilku lat następują zmiany w tym zakresie, co wiąże się także z powtarzalnością szkód naturalnych – wyjaśnia Artur Pikula z PwC. – Wszyscy jesteśmy teraz bardziej świadomi jak częste i duże są te zjawiska w porównaniu z tym, jaka była nasza świadomość choćby 10 lat temu.

W pierwszej dziesiątce rankingu, którego współautorem jest PwC, wśród ryzyk znalazły się, m.in. praktyki biznesowe, gwarantowane produkty oraz długoterminowe zobowiązania.

Badanie CSFI oraz firmy doradczej PwC zostało przeprowadzone w kwietniu i maju 2013 roku. Wzięło w nim udział 600 przedstawicieli branży ubezpieczeniowej z 54 krajów Europy, Ameryki Północnej i Południowej, Ameryki Łacińskiej, Azji, Afryki, Dalekiego Wschodu. Respondenci reprezentowali m.in. sektory Non-Life oraz ubezpieczenie na życie.

Mimo złej sytuacji na rynku pracy, specjaliści i menedżerowie nie muszą się martwić. Pracodawcy biją sie o nich

Doświadczeni specjaliści i menedżerowie nie muszą się obawiać o pracę. Z danych firmy Antal International wynika, że mogą przebierać w ofertach pracy – najlepsi otrzymują ich 11 rocznie. W konsekwencji mają coraz większe wymagania wobec pracodawców.

– Zainteresowanie najlepszymi specjalistami zależy od branży. Przykładowo branża niszowi specjaliści z branży IT są rozchwytywani. W branży produkcyjnej trudniej jest znaleźć zatrudnienie, bo jest większa podaż kandydatów na rynku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Aleksandra Kujawa, menedżer IT z firmy Antal International.

Z 3. edycji badania „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy”, przeprowadzonego przez Antal International wynika, że specjaliści z branży IT mogą liczyć średnio na 11 ofert pracy rocznie. Pozostałe grupy zawodowe otrzymują średnio 6 takich propozycji, z wyjątkiem przedstawicieli obszaru administracji i prawa.

– Większość kandydatów poszukuje pracy biernie, co oznacza, że nie odpowiadają na ogłoszenia, nie zaznaczają na profilach społecznościowych, że są otwarci na zmianę pracy, co nie zmienia faktu, że gdy head hunter czy wewnętrzny dział personalny skontaktuje się z nimi, chętnie rozważą daną ofertę pracy. Około 30-40 proc. co roku jest takich kandydatów, którzy aktywnie szukają, ponad 50 proc. to są kandydaci biernie podchodzący do rynku pracy – zauważa Aleksandra Kujawa.

Z badania wynika, że 15% pracowników średniego i wyższego szczebla w ogóle nie poszukuje nowego zatrudnienia. Wśród specjalizacji do grupy osób nieposzukujących pracy należą najczęściej specjaliści i menedżerowie z obszaru: IT (21%), HR (20%) oraz finansów i księgowości (16%).

– Obecnie w działach personalnych, księgowości, branży IT obserwujemy niechęć do zmiany pracy. Kandydaci są zadowoleni z atmosfery w pracy, są lojalni w stosunku do swojego pracodawcy, ale też zadowoleni z wynagrodzenia. To jest bardzo ważny motywator – podkreśla Aleksandra Kujawa.

Najczęstszym czynnikiem motywującym do pozostania w obecnej firmie (54%) jest atmosfera i relacje personalne w firmie. Równie ważne jest otrzymywane wynagrodzenie (52%). Prawie co drugi badany zwraca uwagę także na brak atrakcyjnych ofert pracy na rynku.

Fakt, że specjaliści i menedżerowi nie mają większych trudności ze znalezieniem pracy nie oznacza, że nie muszą podnosić swoich kwalifikacji.

– Specjaliści i menedżerowie powinni przede wszystkim rozwijać kompetencje językowe, doszkalać się, uzyskiwać konkretne certyfikaty, które pozwolą im dostosować się do rynku i zmian w prawie w swoich branżach – podsumowuje Aleksandra Kujawa.

W Pruszkowie powstaje droga nowej technologii, będzie to asfalt z domieszką gumy

W Pruszkowie powstaje droga w nowej, eksperymentalnej technologii. Dzięki dodaniu gumy ze zużytych opon do asfaltu nawierzchnia będzie bardziej wytrzymała i odporna na powstawanie kolein oraz spękań, a także bezpieczniejsza dla kierowców. Technologia ta, choć popularna na świecie, w Polsce wciąż nie jest rozpowszechniona. Już w przyszłym roku mogą pojawić się pierwsze kontrakty na budowę dróg w tej technologii.

Nową mieszankę mineralno-asfaltową opracował należący do STRABAG-u TPA Instytut Badań Technologicznych we współpracy z Politechniką Warszawską. Eksperymentalna droga w Pruszkowie ma nieco ponad 500 m długości, a położony na niej asfalt ma pozostać w bardzo dobrym stanie przez bardzo długi czas. Na części odcinka zostanie położony zupełnie nowy rodzaj nawierzchni drogowej, tzw. długowieczna nawierzchnia, która podczas 50 lat użytkowania wymaga tylko okresowej wymiany wierzchniej warstwy ścieralnej. Technologia produkcji asfaltu z domieszką gumy ze zużytych opon to efekt kilkunastu lat prac badawczych.

– Projekt rozpoczął się w 2011 roku, natomiast badania nad tą technologią trwają na Politechnice Warszawskiej właściwie już od prawie 20 lat. Spodziewamy się, że ta nawierzchnia będzie sobie radziła lepiej z polskim klimatem, który ze względów technologicznych jest jednym z najtrudniejszych klimatów. Mamy nadzieję, że nawierzchnia będzie przede wszystkim trwała – wyjaśnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Michał Sarnowski z Wydziału Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej.

Większa trwałość mieszanki oznacza, że w zimie nie będą się na niej tak prędko pojawiać spękania, natomiast latem – koleiny. To jednak nie jedyna różnica w porównaniu ze starszymi typami nawierzchni. Dr Igor Ruttmar, prezes zarządu TPA Instytutu Badań Technicznych podkreśla, że rewolucja polega również na tym, że stare opony, które do tej pory były spalane, będą wykorzystywane w mieszankach mineralno-asfaltowych nie jako odpad, lecz jako składnik poprawiający ich właściwości. Korzyści wykraczają poza ekologię.

– Mieszanka poprzez tę zawartość gumy nadtopionej w gorącym asfalcie ma dużo lepsze właściwości. Jest trwalsza, odporniejsza na zmęczenie, na koleiny, na spękania i na starzenie, bo asfalt też się starzeje tak jak każdy inny materiał budowlany – dodaje Ruttmar. – Specjalna tekstura nawierzchni wraz z zawarta w niej guma sprawia, że mieszanka stworzona w naszych laboratoriach powoduje wyciszenie. Dzięki zawartości gumy w tej mieszance przy kontakcie z oponą droga hamowania jest także krótsza, czyli znacznie bezpieczniejsza.

Wybór odpowiednich składników do nowej mieszanki nie był prosty. Naukowcy z PW przebadali 60 rodzajów lepiszczy, by ostatecznie wybrać cztery. Około 15-18 proc. mieszanki będzie stanowił miał gumowy. Sarnowski podkreśla, że duże znaczenie ma dostępność granulatu gumowego, ponieważ na polskim rynku znajduje się wiele firm zajmujących się recyklingiem opon.

Choć technologie mieszania asfaltu z gumą istnieją już w innych krajach, np. w Szwecji, przeniesienie ich wprost na polski rynek nie było możliwe. Wynikało to ze stosowania innego rodzaju asfaltów.

– My mamy swoje asfalty ze swoich rafinerii, które powstały głównie z rop syberyjskich. Szwedzi mają swoje, mają też swoje dodatki gumowe. To wszystko powinno ze sobą współgrać. Okazuje się, że na przykład dodatki czy technologie ze Szwecji nie muszą sprawdzić się z polskimi asfaltami – mówi Sarnowski.

Budowa fragmentu drogi w Pruszkowie to na razie faza wdrożeniowej innowacyjnej technologii. Po jej zakończeniu i opracowaniu wyników, specyfikacji oraz katalogu mieszanek możliwe będzie zdobycie dla nowego pomysłu patentu. Sarnowski liczy, że dzięki temu cała branża drogowa będzie mogła korzystać z tych poprawionych mieszanek.

W ostatnim etapie projektu badawczego, dofinansowanego z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, STRABAG sprowadził specjalną maszynę do produkcji nowego typu asfaltu. Trafiła ona do Polski w maju tego roku.

Ruttmar podkreśla, że technologie „asphalt-rubber”, czyli asfaltu z domieszką gumy, są coraz popularniejsze na całym świecie. Liczy, że już wkrótce pojawią się w Polsce drogi budowane w tej technologii i przewiduje, że pierwsze kontrakty zostaną podpisane już w przyszłym roku.

Budżet UE na lata 2014-2020 został rozplanowany także na odbudowę budynków i przestrzeni miejskiej

W obowiązującej od przyszłego roku perspektywie unijnej pojawi się nowy instrument finansowania miejskich inwestycji. – W założeniach przyszłej polityki spójności dedykowaliśmy część środków na tzw. Zintegrowane Inwestycje Terytorialne (ZIT) – mówi Marceli Niezgoda, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego. Chodzi m.in. o środki na rozbudowę infrastruktury drogowej czy rewitalizację budynków i przestrzeni miejskiej.

Wraz z wejściem w życie nowego budżetu Unii Europejskiej na lata 2014-2020 zmieni się sposób podziału środków. Decyzję o tym, komu i na co przyznane będzie dofinansowanie zapadać będą w dużej mierze na szczeblu regionalnym. Część środków, zarezerwowanych na realizację polityki spójności przeznaczona będzie na Zintegrowane Inwestycje Terytorialne , czyli na działania podejmowane na poziomie niższym niż regionalny. To nowy instrument finansowania zaplanowany przez Komisję Europejską.

– W pierwszej kolejności będą to miasta wojewódzkie i ich obszary funkcjonalne – mówi Marceli Niezgoda. – Jednak z naszych rozmów z marszałkami województw wynika, że planowane są też inwestycje terytorialne wokół miast subregionalnych, identyfikowanych według koncepcji przestrzennego zagospodarowania kraju, wielkości 50-100 tys. mieszkańców.

Celem Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych jest m.in. sprzyjanie rozwojowi współpracy i integracji na terenie obszarów metropolitalnych, przede wszystkim tam, gdzie skala problemów związania z brakiem współpracy różnych jednostek administracyjnych jest największa. Dlatego współzarządzaniem inwestycjami zajmą się nowo powołane do tego gremia. W ich skład, w zależności od ośrodka wejdą marszałkowie województw wraz z prezydentami miast, wójtami czy burmistrzami.

Z tych środków będą realizowane zintegrowane projekty, które będą odpowiedzią na potrzeby i problemy tych obszarów miejskich. Finansowana w ten sposób będzie np. rozbudowa sieci dróg. Częścią środków na ten cel tak jak dotychczas dysponował będzie resort transportu, m.in. na dokończenie budowy sieci autostrad i dróg ekspresowych w całym kraju.

– Chcemy w przyszłej perspektywie dokończyć budowę dróg ekspresowych, by wszystkie miasta wojewódzkie były między sobą, a także ze stolicą połączone siecią tych dróg. Część środków będzie przeznaczona na finansowanie Regionalnych Programów Operacyjnych, z których będą finansowane drogi wojewódzkie. Dofinansowany będzie również transport miejski – zapewnia wiceminister.

W ramach Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych finansowane będą także działania z zakresu polityki mieszkaniowej, m.in. na rewitalizację budynków i przestrzeni miejskich.

– Należy traktować je kompleksowo. Wyobraźmy sobie teren, który potrzebuje wsparcia i rewitalizacji, ale nie tylko w znaczeniu fizycznym, ale połączonej z rewitalizacją społeczną tak, by w danym miejscu oprócz tego, że przebudowano infrastrukturę, mogły powstać nowe miejsca pracy, czyli to jest właśnie nadanie nowej funkcji terenowi – mówi Marceli Niezgoda.

Komentarz dzienny, 29 lipca 2013

Czwartkowa publikacja wskaźnika PMI w przemyśle powinna przynieść kontynuację wzrostów z ostatnich miesięcy. Tym razem czynniki krajowe (poprawa perspektyw popytu wewnętrznego) i zagraniczne (koniec recesji w strefie euro) oddziałują w tym samym kierunku, stwarzając ryzyko przekroczenia bariery 50 pkt. Co jednak w naszej opinii jeszcze nie stało się w tym tygodniu.

Polish Weekly Review, 26 lipca 2013

Sentiment on the Fixed Income market is, yet again, dominated by global moves. This week German 10year Bunds and US Treasuries suffered a lot because of speculation about faster growth and, as a result, rate hikes in the future. On PolGBs yield of Oct23 went from 3.75 on Monday up to 4.05 this Thursday. Our carry trade on PS1016 is still looking good, despite strong retail sales data that came out this Thursday. Next week we expect POLGBs auction plan for August to be announced. Market should be prepared for an auction on 15th August. Turnover is lower and lower so we keep our carry trade, but we have to watch carefully which way the global mood is going.

Najniższe ceny srebra od 2 lat, spadły z 50 do 20 dolarów za uncję

0

Ceny srebra, analogicznie do kursu złota, spadają od kilku miesięcy. Są blisko 40 proc. niższe niż na początku roku. Odbicie jest możliwe, jeśli światowa gospodarka zacznie wychodzić z kryzysu. Ze względu na to, że srebro jest szeroko wykorzystywane w przemyśle, wraz ze wzrostem zamówień i produkcji wzrośnie również popyt na ten surowiec. Eksperci twierdzą, że podobnie będzie z platyną i palladem.

– Srebro zawsze jest traktowane jak młodszy brat złota, więc jak jest długotrwały spadek na rynku złota, to niestety pociąga również za sobą cenę srebra – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Rafał Wojda, wiceprezes Mennicy Wrocławskiej.

Podkreśla jednak, że struktura światowego popytu na srebro jest odwrotnie proporcjonalna do popytu na złoto.

– W przypadku złota możemy mówić, że prawie 75 proc. popytu to jest popyt inwestycyjny, a pozostała część to jest popyt technologiczny, przemysłowy. W przypadku srebra jest odwrotnie. Popyt inwestycyjny to około 20-25proc. światowej produkcji, a większość stanowią wyroby jubilerskie i wyroby techniczne – tłumaczy Rafał Wojda.

Obecnie cena srebra jest ponad dwukrotnie niższa wobec jej maksimum sprzed dwóch lat.

– Rekordowy dla ceny srebra był rok 2011, kiedy sięgała prawie 50 dolarów za uncję. Był to historyczny rekord. Dzisiaj przeceniliśmy się ponad dwukrotnie z tej wartości, czyli dzisiaj cena oscyluje około 20 dolarów – mówi wiceprezes Mennicy Wrocławskiej.

Jego zdaniem wzrostu ceny tego kruszcu możemy spodziewać się dopiero wtedy, gdy światowa gospodarka zacznie przyspieszać.

– Ze względu na to, że srebro jest metalem wykorzystywanym w przemyśle, najprawdopodobniej wraz z wyjściem gospodarki światowej z kryzysu, wzrośnie zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne i na dobra, które zawierają w sobie srebro, a to prognozuje wzrost popytu i cen – prognozuje Wojda. – Podobnie może być w przypadku platyny i palladu.

Od początku tego roku kurs srebra kontynuuje trend spadkowy, mimo że analitycy prognozowali podwojenie cen w I półroczu. W styczniu uncja kosztowała ponad 30 dolarów, dziś nieco powyżej 20 dolarów.

Spodziewany kryzys gospodarczy Chin będzie miał ogromny wpływ na koniunkturę Europy

Spowolnienie chińskiej gospodarki może utrudnić Europie wyjście z kryzysu. Nowe władze w Pekinie chcą zmniejszyć zależność kraju od inwestycji, to jednak wpływa na wolniejszy niż do tej pory wzrost gospodarczy. Mniej dynamiczny rozwój już oddziałuje negatywnie na stan gospodarki europejskiej, ale jeśli Chiny dotknie kryzys, Europa będzie miała poważniejsze problemy.

– Europejska gospodarka poradzi sobie ze spowolnieniem w Chinach, chociaż będzie to oznaczało i już oznacza wolniejsze wychodzenie z kryzysu gospodarczego na Starym Kontynencie. Ale nie poradzi sobie, jeśli będzie to twarde lądowanie. Sytuacja w Azji, szczególnie w Chinach, odgrywa teraz dla Europy bardzo istotną rolę – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Brokers.

Kwiecień podkreśla, że chińska gospodarka spowalnia ze względu na działania rządu w Pekinie. W marcu tego roku zakończył się proces pokoleniowej zmiany na szczycie Komunistycznej Partii Chin, a nowy premier Li Keqiang i przewodniczący ChRL Xi Jingping chcą zmniejszyć zależność gospodarki od inwestycji. W tej chwili odpowiadają one za ponad połowę chińskiego PKB.

– Władze, które objęły stery w tym roku, nie tylko nie przedłużyły pewnych działań stymulacyjnych, które podejmował wcześniejszy rząd, ale też wprowadziły pewne ograniczenia, które mają zmienić strukturę gospodarki, zmniejszyć stopień ich zależności od inwestycji, które już są trochę powyżej granicy rozsądku – mówi Kwiecień.

Według niego spowolnienie w Chinach jest niewątpliwe. Choć oficjalnie wzrost gospodarczy nadal utrzymuje się na poziomie 7,5 proc. rocznie, to według ekonomisty rzeczywiste, nieoficjalne dane mogą być niższe. Kwiecień dodaje, że rząd nie jest w stanie całkowicie przewidzieć kierunku rozwoju gospodarki. Pomimo ścisłej kontroli, jaką ma rząd w Pekinie, gospodarka zawsze może zachować się inaczej niż planowano. Z uwagi na dużą zależność Chin od inwestycji łatwo może okazać się, że spowolnienie przerodzi się w kryzys gospodarczy.

– Jest ryzyko, że sprawy potoczą się inaczej, a w gospodarce, która jest w 50 proc. uzależniona od inwestycji i te inwestycje stanowią pewien mechanizm naczyń powiązanych, może to się dość szybko obrócić właśnie ze spowolnienia w twarde lądowanie – mówi Kwiecień.

Z uwagi na powiązania handlowe Unia Europejska mocno odczuwa zmiany koniunktury w Chinach. Kraj ten jest jednym z największych partnerów handlowych Wspólnoty. Zgodnie z danymi Eurostatu w 2012 r. do Chin (bez Hong Kongu) trafiło 8,5 proc. unijnego eksportu – więcej wyeksportowano jedynie do Stanów Zjednoczonych. Z kolei pod względem sprowadzania dóbr do Unii Europejskiej Chiny są zdecydowanie największym rynkiem – w 2012 r. z tego kraju pochodziło aż 16,2 proc. unijnego importu.

Urząd Patentowy odnotował o 12% wyższy wzrost składanych wniosków niż w ubiegłym roku

0

Systematycznie i zauważalnie wzrasta w Polsce liczba zgłoszeń wynalazków i wzorów użytkowych do ochrony. W ubiegłym roku było ich o 14 proc. więcej niż w 2011 rokiem. Zdaniem prezes Urzędu Patentowego to dzięki temu, że przedsiębiorcy są bardziej świadomi korzyści płynących z opatentowania wynalazków i wzorów użytkowych. Uzyskanie patentu pozwala uzyskać przewagę konkurencyjną na rynku i na uzyskiwanie dochodów z opłat licencyjnych.

– Od około pięciu lat obserwujemy systematyczny wzrost liczby zgłoszeń wynalazków i wzorów użytkowych do ochrony. Ta skala przyrostu liczby zgłoszeń wyraża się średnią około 15 proc. rocznie, przy czym w ostatni rok wzrost wyniósł około 14 proc. – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Alicja Adamczak, prezes Urzędu Patentowego.

W 2010 r. do Urzędu Patentowego wpłynęło 4082 zgłoszeń wynalazków i wzorów użytkowych. W 2011 roku liczba ta wzrosła do 4818, a w 2012 r. było już 5351 takich zgłoszeń.

– Jak wynika z pierwszych danych statystycznych za ten rok, przekraczamy o około 12 proc. porównywalny okres roku ubiegłego. Myślę, że te liczby na koniec roku będą jeszcze bardziej imponujące – prognozuje Alicja Adamczak. – Najwięcej zgłoszeń wynalazków i wzorów dotyczy nauki i pochodzi od szkół wyższych i jednostek naukowo badawczych. Pozostałe dzielą się na podmioty gospodarcze i osoby fizyczne. Osoby fizyczne są tą najmniejszą grupą podmiotów, które zgłaszają swoje rozwiązania do ochrony.

Jej zdaniem wzrost liczby zgłoszeń wynika z tego, że przedsiębiorcy poznają korzyści, jakie daje uzyskanie patentu.

– Nastąpił wzrost świadomości o znaczeniu praw własności przemysłowej dla rozwoju gospodarczego i dla uzyskania pozycji związanej z przewagą konkurencyjną na rynku, co wiąże się z posiadaniem wyłączności na dany wynalazek czy wzór – stwierdza prezes Urzędu Patentowego.

Patent daje także wymierne korzyści finansowe.

– Jest to również element związany z możliwością zabezpieczania kredytów. Patent pozwala wdrożyć wynalazek nie tylko we własnej firmie, ale również w innych, poprzez sprzedaż samego prawa, jak również sprzedaż licencji, czyli upoważnienie do korzystania z posiadanego patentu czy prawa ochronnego na wzór użytkowy w takim samym zakresie jak właściciel – podkreśla Alicja Adamczak.

Większe zainteresowanie zgłaszaniem rozwiązań do ochrony nie przekłada się na liczbę wdrażanych rozwiązań. Jak podkreśla Alicja Adamczak, dokładnych danych w tym zakresie żadna instytucja nie posiada, ale „nie mamy w tym zakresie szczególnych sukcesów”.

– Z naszych kontaktów z przedsiębiorcami wynika, że jednak poszukują metod, które mają tę zdolność wdrożeniową, i które budowałyby ich pozycję na rynku i dawały przewagę konkurencyjną w stosunku do podmiotów już nie tylko krajowych, ale również zagranicznych – dodaje prezes Urzędu Patentowego.

Sklepy internetowe oszukują klientów poprzez niedozwolone klauzule w regulaminach

Regulaminy sklepów internetowych pełne są niedozwolonych klauzul. To efekt tego, że e-sprzedawcy niedostatecznie znają prawo w zakresie swoich praw i obowiązków. Stosowanie przez e-sklepy niedozwolonych postanowień wykorzystuje, często nieetycznie, część kancelarii prawnych, które zarabiają krocie za reprezentację w sprawach o stosowanie klauzul niedozwolonych lub na propozycjach odstąpienia od pozwu.

Dla niektórych kancelarii prawnych i stowarzyszeń broniących konsumentów pozywanie e-sklepów stało się źródłem dużych zarobków. Wynajdują w wyszukiwarkach internetowych e-sklepy stosujące niedozwolone klauzule w umowach.

– Cały mechanizm polega na tym, że np. ja jako Kowalski występuję przeciwko sklepowi internetowemu. Nie muszę nawet dokonać w nim żadnego zakupu. Wystarczy, że złożę zawiadomienie do UOKIK-u, że ten sklep stosuje w swoim regulaminie niedozwolone zapisy, które łamią moje prawa. Wynajmuję do tego adwokata, który mnie reprezentuje. Ten adwokat dostanie zwrot kosztów z tzw. zastępstwa procesowego i jednocześnie proponuje odstąpienie od pozwu, jeżeli pokryjemy koszty obsługi prawnej. Na tym ten cały biznes polega i na tym się opiera – tłumaczy ekspert.

W rezultacie zdarza się w praktyce, że jeden e-sklep otrzymuje nawet kilkanaście pozwów od jednej lub kilku osób, które są reprezentowane przez tego samego adwokata.

– W naszej ocenie są to działania nieetyczne, gdzie wręcz całe rodziny reprezentowane przez tego samego adwokata pozywają jeden sklep internetowy składając pozwy o ten sam zapis. Proceder ten stał się na tyle uciążliwy, że nawet sam UOKiK, skierował propozycje zmian przepisów prawa w tym zakresie do Ministerstwa Sprawiedliwości w celu ukrócenia procederu. Pierwszym tego typu krokiem, który miał spowolnić trend masowego pozywania sklepów internetowych, było obniżenie stawki za zastępstwo procesowe prawie sześciokrotnie – reasumuje Rafał Stępniewski.

Najczęstszym przykładem łamania prawa przez e-sklepy jest przerzucanie kosztów wysyłki zareklamowanego towaru na klienta.

– Sklep powinien ponieść koszty wysyłki towaru w razie odstąpienia przez klienta od umowy – mówi Agencji Informacyjnej Rafał Stępniewski, prezes zarządu RzetelnyRegulamin.pl. – Ma obowiązek zwrócić klientowi zarówno kwotę jaką zapłacił za towar, jak i cenę przesyłki ze sklepu do klienta. Dodaje, że to nie jedyna niedozwolona klauzula, jaką e-sklepy mają zamieszczają w swoich regulaminach.

– E-sprzedawcy bardzo często mylą podstawowe instytucje: niezgodność towaru z umową, rękojmię, reklamację i zwrot. Wszystkie te pojęcia są bardzo mocno wymieszane w regulaminach. Przepisowe wymagania dotyczące jednego z nich implementują do całkowicie innych – stwierdza ekspert.

Przykładem jest wymaganie od klientów paragonu lub faktury przy złożeniu reklamacji.

– Nie trzeba mieć faktury lub paragonu przy reklamowaniu towaru. Wystarczy np. wydrukowany e-mail od sprzedawcy, w którym znajduje się potwierdzenie dokonania zamówienia. Kolejnym nadużyciem ze strony e-sklepów jest wymaganie oryginalnego opakowania przy składaniu reklamacji – wyjaśnia Rafał Stępniewski.

Podstawowe prawo klienta przy zakupach online to prawo odstąpienia od umowy bez podania powodu w określonym przepisami terminie.

– Przy zakupach dokonanych za pośrednictwem internetu konsument nie ma możliwości dotknięcia, czy zobaczenia towaru, stąd też wynika możliwość odstąpienia od umowy w ciągu 10 dni bez podawania żadnej przyczyny od dnia dostawy, plus 14 dni na odesłanie towaru – podkreśla prezes zarządu RzetelnyRegulamin.pl.

Klient powinien w tym czasie powiadomić dany e-sklep o chęci zwrotu, odesłać towar, a sprzedawca powinien zwrócić zapłaconą kwotę.

Rusza Program Operacyjny Polska Cyfrowa, który umożliwi jak najszerszy rozwój internetu

Rządowy Program Operacyjny Polska Cyfrowa 2014-2020 ma umożliwić jak najszerszy rozwój internetu w Polsce. Będzie on skierowany zarówno do urzędów administracji i jednostek im podległych, jak i operatorów telekomunikacyjnych. Obejmie projekty o znaczeniu ogólnopolskim w takich obszarach jak np. e-administracja, e-zdrowie, e-sądy, e-zamówienia publiczne oraz e-kultura.

W ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 (PO PC) wspierane będą działania umożliwiające jak najszerszy dostęp do sieci szerokopasmowych oraz osiągnięcie największej przepustowości na obszarach, gdzie nie można zapewnić dostępu do internetu na warunkach rynkowych.

Pomoc zostanie skierowana przede wszystkim do przedsiębiorców telekomunikacyjnych i obejmie wsparcie projektów w zakresie budowy, rozbudowy lub przebudowy sieci infrastruktury telekomunikacyjnej zapewniających szerokopasmowy dostęp do internetu o parametrach 30 Mb/s i więcej. W ramach PO PC wsparcie skierowane będzie także do urzędów, które mają poprawić jakość i dostępność e-usług publicznych.

– Chcemy uzupełnić zidentyfikowane tzw. białe plamy, czyli miejsca, gdzie nie ma dostępu do szerokopasmowego internetu, gdzie występują braki, co jest związane z tym, że ta infrastruktura jest nieopłacalna ekonomicznie dla biznesu. Planujemy te luki zidentyfikować z poziomu krajowego i w tych miejscach będą realizowane inwestycje – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marceli Niezgoda, wiceminister rozwoju regionalnego.

Program Operacyjny Polska Cyfrowa ma także ułatwić dostęp do zasobów publicznych.

– Druga część tego programu to inwestycje w technologie informacyjno-komunikacyjne. Czyli z jednej strony np. mówimy o usługach publicznych, e-edukacja, e-learning, e-zdrowie. To jest komponent krajowy. Natomiast wsparcie technologii informacyjno-komunikacyjnych w gospodarce, czyli zwiększenie obrotu gospodarczego w internecie będzie się odbywać głownie poprzez Regionalne Programy Operacyjne – wyjaśnia Marceli Niezgoda.

Budżet Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa to 2 mld euro.

– Przypomnę, że część polityki spójności, która będzie wdrażana i zarządzana przez Regionalne Programy Operacyjne, to 28 mld euro. W programach regionalnych będą wydzielone pule dla przedsiębiorców – podkreśla wiceminister rozwoju regionalnego.

W ramach PO PC wspierana będzie również e-integracja, czyli działania szkoleniowe i doradcze dotyczące budowy i rozwoju kompetencji cyfrowych skierowanych przede wszystkim do osób starszych (50+) nieaktywnych na rynku pracy, osób niepełnosprawnych, rencistów oraz emerytów, zamieszkałych zwłaszcza na terenach wiejskich i w małych miastach. Środki programu zostaną także przeznaczone na kampanie medialne, których celem jest podniesienie świadomości w społeczeństwie na temat korzyści płynących ze stosowania technologii cyfrowych.

Beneficjentami Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 będą: urzędy administracji rządowej oraz jednostki im podległe, jednostki naukowe, państwowe organizacje kultury, organizacje pozarządowe oraz przedsiębiorstwa.

Rząd przeznaczył ponad 3,2 mld zł na program Mieszkanie dla Młodych

– Dzisiaj wiemy nieoficjalnie, że 10 banków przygląda się programowi Mieszkanie dla Młodych w taki sposób, aby móc zawrzeć twarde umowy realizacji tego programu w imieniu systemu bankowego – mówi wiceminister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej Piotr Styczeń. Ocenia, że to wystarczająca liczba, by instytucje mogły skutecznie konkurować o klientów. Resort szacuje, że z programu, który ma ruszyć w przyszłym roku, skorzysta 115 tysięcy osób.

– W Rodzinie na Swoim było ok. 20 banków. Ostatecznie na rynku przewodziły trzy banki i one przyczyniły się do takiego sukcesu tego programu. Tym bardziej, że część banków w trakcie programu wycofywała się z niego, część zmieniała strukturę organizacyjną – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Piotr Styczeń. – Według naszego rozeznania, liczba 10 banków lub niewiele mniejsza jest wystarczającą, żeby konkurować na rynku o klientów, którzy w liczbie około 115 tys. powinni skorzystać z programu.

Możliwa zmiana założeń

Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej chce, by program ruszył od przyszłego roku. Do 2018 roku rząd przeznaczy na dopłaty do mieszkań ponad 3,2 mld zł. Zgodnie z założeniami, program ma dotyczyć tylko mieszkań z rynku pierwotnego. Ale resort dopuszcza, że dofinansowany będzie mógł być również zakup domu jednorodzinnego.

– Byłby to powrót do klasycznej definicji domu jednorodzinnego, zgodnej z prawem budowlanym, która wyraźnie mówi, że dom jednorodzinny to są dwa lokale, w tym jeden na pewno mieszkalny. My dotychczas stosowaliśmy w MDM definicję, że są to dwa lokale mieszkalne – wyjaśnia Piotr Styczeń. – Widząc nastroje, które panują na rynku, nie będziemy się sprzeciwiać takiej zmianie, ale zasada musi być jedna – dom nie może być zbyt duży i musi być nowy.

W jego ocenie górną granicę metrażu mogłoby stanowić 100 m2 powierzchni użytkowej.

– W takiej sytuacji garaż mógłby być wolno stojący. Taki metraż powinien wystarczyć młodej rozwijającej się rodzinie na co najmniej kilkanaście lat dobrego, standaryzowanego wysoko życia – tłumaczy wiceminister.

Podkreśla przy tym, że dopłacanie do większych metraży mijałoby się z celem programu.

– Większe domy nie wchodziłyby w grę. Nie jesteśmy zwolennikami kierowania pieniędzy tam, gdzie ktoś chciałby wybudować czy kupić dom 200-metrowy. To nie są już czasy, w których z budżetu państwa powinniśmy dotować tego typu zdarzenia gospodarcze – podkreśla Styczeń.

Górną granicą objęta będzie również cena metra kwadratowego kupowanego mieszkania. Tu resort również dopuszcza możliwość zmian tak, by jeszcze więcej mieszkań kwalifikowało się do programu MDM.

– Nasze stanowisko jest takie: jeżeli pula środków z budżetu państwa i wysokość dopłat zostaną utrzymane, to nie będziemy się sprzeciwiać powiększeniu oferty z rynku podażowego, czyli tej droższej lub korzystniej lokowane , która mogłaby dotrzeć do beneficjentów programu w ramach poprawki, którą ewentualnie przyjmą posłowie – tłumaczy wiceminister.

Sejm pracuje obecnie nad projektem ustawy, która wprowadzi program w życie.

Rządowy program Mieszkanie dla Młodych kierowany jest do osób do 35. roku życia, małżeństw lub singli, którzy kupują swoje pierwsze mieszkanie na kredyt.

Nadal tanieją wszystkie mieszkania na rynku wtórnym

Mieszkania z drugiej ręki nadal tanieją. W porównaniu do początku roku największe obniżki nastąpiły na Dolnym Śląskim i w Lubuskiem – wynika z raportu serwisu Dom.Gratka.pl. Odbicie może nastąpić pod koniec tego roku lub w pierwszym kwartale przyszłego. Sprzedaje się nieco więcej mieszkań starszych, ponad 12-letnich, czyli w blokach z wielkiej płyty i kamienicach.

W II kwartale mieszkania z rynku wtórnego w dalszym ciągu taniały. I to w większości województw. Największe korekty nastąpiły w woj. lubuskim i dolnośląskim. Na koniec czerwca ceny były o ok. 3 proc. niższe niż na początku roku. Na Śląsku zmieniły się o niecały 1 proc. Średnie ceny mkw mieszkania wciąż są najwyższe na Mazowszu (7,9 tys. zł) i w Małopolsce (6,5 tys. zł).

– Trend spadku cen mieszkań z rynku wtórnego hamuje. Widać też, że spadek cen mieszkań nowszych, czyli do 12 lat, zdecydowanie szybciej hamuje niż mieszkań starszych. To oznacza, że sprzedający mieszkania wybudowane między 2000 a 2012 rokiem nie są ostatnio aż tak skłonni do obniżek – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Artur Osak, analityk serwisu Dom.Gratka.pl.

Osak podkreśla jednak, że pomimo tych różnic tanieją nadal wszystkie mieszkania na rynku wtórnym. Spadki cen są już wolniejsze niż w zeszłym roku, co wskazuje na to, że wkrótce możemy spodziewać się tak zwanego punktu równowagi, po którego przekroczeniu zaczną ponownie rosnąć. Osak przewiduje, że nastąpi prawdopodobnie w pierwszym kwartale przyszłego. Początkowo odbicie cenowo będzie jednak powolne.

Dodaje, że na zahamowanie spadku cen może mieć wpływ trwający okres wakacyjny. Sprzedający mieszkania zwykle wstrzymują obniżki na lato lub nawet podwyższają w tym czasie ceny, by potem móc zaoferować duże obniżki w październiku.

– Od początku roku obserwujemy, że około 60 proc. mieszkań w Polsce z rynku wtórnego to są mieszkania starsze niż 12 lat. Niespełna 40 proc. to mieszkania wybudowane między 2000 a 2012 rokiem – dodaje Osak.

Analityk podkreśla, że proporcje starych i nowszych mieszkań na rynku wtórnym bardzo różnią się w regionach Polski. W województwach śląskim i łódzkim dominuje stara zabudowa. Mieszkania starsze niż 12-letnie stanowią nawet 80 proc. ofert na rynku wtórnym. Z kolei Małopolska znajduje się na przeciwległym krańcu skali – sprzedaje się tam mniej więcej po równo mieszkań starszych oraz nowszych niż 12-letnie.