World Trends, 14 maja 2013

Zarówno WIG, jak i WIG20 zdołały w dniu wczorajszym wybić piątkowe maksima, zaś na wykresie benchmarku dwudziestu spółek powstało objęcie hossy neutralizujące czwartkowe objęcie hossy. Udany poniedziałek na GPW jest zapowiedzią wzrostowego tygodnia, a skoro benchmark blue chipów wykonał tak optymistyczny ruch jak wczoraj to można postawić tezę, że celem dla byków jest MA200 – pierwszy istotny opór.

16 mln Polaków ma już telewizję cyfrową, do końca maja ta liczba zwiększy się do 28 mln osób

Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji dobrze ocenia proces wyłączania analogowego sygnału telewizji. Zapewnia jednocześnie, że na bieżąco monitoruje, czy kolejne grupy widzów są przygotowane do zmiany sygnału. Kampania informacyjna trwa, choć nie jest łatwo wytłumaczyć wszystkim Polakom, co to jest MPEG-4 i dlaczego teraz nie będą mogli oglądać swoich ulubionych programów jak dotychczas. Jeszcze w maju w zasięgu cyfrowego sygnału znajdzie się kolejne 12 milionów Polaków.

 – Sam proces cyfryzacji przebiega dobrze – zapewnia  Małgorzata Olszewska, wiceminister administracji i cyfryzacji. – Wydaje mi się, że to jest też efekt ciężkiej pracy związanej z tym, abyśmy jak najlepiej przygotowali wszystkich do tego, że taka zmiana następuje.

Zdaniem wiceminister Olszewskiej, resort starał się przygotować kampanię informacyjną, wykorzystując wszystkie dostępne media, by wytłumaczyć zmiany związane z wyłączeniem sygnału analogowego.

 – To było dość trudne, bo mówienie ludziom o MPEG-4 nie jest taką oczywistą sprawą – zaznacza wiceminister. – Staramy się, by ten przekaz maksymalnie uprościć, żeby wszyscy wiedzieli, co należy zrobić, by prawidłowo odbierać telewizję cyfrową. Tym bardziej, że już w tej chwili w ofercie naziemnej jest 15 kanałów telewizyjnych, co może zachęcać do tego, by ten sygnał zacząć odbierać – dodaje.

Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji przygotowuje się do kolejnego, piątego już etapu wyłączeń sygnału analogowego. 20 maja kolejne 12 milionów Polaków znajdzie się w zasięgu wyłącznie telewizji cyfrowej.  Później zostaną jeszcze dwa etapy: 17 czerwca i ostatni 23 lipca.

 – Ten sygnał cyfrowy jest już dostępny na znacznej części obszaru Polski. W tej chwili ponad 16 mln Polaków może odbierać telewizję cyfrową. W najbliższym czasie ta liczba zwiększy się do 28 milionów osób – zapewnia wiceminister.

Podkreśla, że nie do końca wszystko idzie zgodnie z planem, ponieważ zmiana sygnału to dość skomplikowany proces.

 – Na pewno problemem są anteny i konieczność ich przestawienia oraz konieczność przestrojenia kanałów. To wszystko tłumaczymy, praktycznie przy każdym kolejnym etapie wyłączenia. Ludzie nie wiedzą również dokładnie, kiedy na danym terenie następuje wyłączenie – wymienia Małgorzata Olszewska.

Resort cyfryzacji otrzymuje wiele zapytań, jak technicznie się do tego przygotować, jaki telewizor trzeba kupić, żeby telewizor nie zamienił się w stary mebel.

 – Dbamy o to, by samorządy, które bardzo nam pomagają w tym zadaniu, przystosowywały budynki tak, by instalacje antenowe były gotowe na odbiór telewizji cyfrowej. We wszystkich województwach są powołani pełnomocnicy ds. cyfryzacji. U nas też działa „sztab kryzysowy”, by nad wszystkim czuwać i wszystkie problemy na bieżąco rozwiązywać – zapewnia Olszewska.

Wiceminister zaznacza przy tym, że problemy są różne i zależą od tego, na jakim obszarze następują wyłączenie. Inne problemy występują w górach, inna sytuacja jest na Mazowszu.

 – Na bieżąco prowadzimy badania, zarówno jeśli chodzi o ludzi, czyli jak nasze społeczeństwo jest przygotowane do tego, by ten proces przebiegał sprawnie, czego potrzebują – mówi. – Druga sprawa to jest dotacja, którą otrzymuje telewizja publiczna na doświetlenie terenów szczególnie trudnych, np. górskich. I na pewno zostanie przez nas dokładnie sprawdzone, jak te pieniądze zostały zagospodarowane.

W większości koszty związane ze zmianą sygnału ponoszą nadawcy publiczni i komercyjni, którzy znajdują się teraz w okresie simulcastu, czyli równoległego nadawania analogowego i cyfrowego. Jednak – jak podkreśla wiceminister Olszewska – po wyłączeniu sygnału analogowego koszty nadawców spadną.

 – Na jednym multipleksie można nadawać kilka programów. W związku z tym zmienia się relacja opłat za takie częstotliwości. W porównaniu do tego, co płacili za telewizję analogową te opłaty są po prostu niższe – mówi wiceminister. – Drugą kwestią jest to, że dzięki temu możemy pozyskać częstotliwości i przeznaczyć je na internet szerokopasmowy, bezprzewodowy. Miejmy nadzieję, że jeszcze w tym roku występuje przetarg na częstotliwości 800 MHz, czyli na częstotliwości z dywidendy cyfrowej – dodaje.

Według Jana Kluczyka i Horsta Köhlera Afryka będzie nowym biegunem światowego wzrostu gospodarczego

Inwestycje w Afryce to szansa dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W ciągu najbliższych lat połowa spośród dwudziestu najszybciej rozwijających się gospodarek będzie pochodzić z Afryki Subsaharyjskiej. Inwestycje na tym kontynencie są ryzykowne, ale Europa nie może pozwolić sobie na zmarnowanie tej szansy – podkreśla dr Jan Kulczyk. Założony przez niego CEED Institute zorganizował w czasie Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach pierwszą w naszym regionie debatę poświęconą relacjom UE-Afryka.

 – Trzeba zrozumieć jedno: dzisiaj to Afryka jest dla nas szansą, a nie Europa jest szansą dla Afryki. Dziś Europa jest kontynentem najstarszym na świecie, dzisiaj Europa ma problemy  7 proc. ludności, 19 proc. PKB świata i 60 proc. wydatków socjalnych. Liczby mówią same za siebie – mówi dr Jan Kulczyk, przewodniczący rady nadzorczej Kulczyk Holding, założyciel CEED Institute. – Dzisiaj musimy zrozumieć, że ten miliard ludności, a za chwilę dwa miliardy ludności w Afryce, to jest przyszłość świata.

 – Afryka ma potencjał, aby stać się nowym biegunem światowego wzrostu – dzięki zasobom naturalnym, kapitałowi ludzkiemu czy rosnącemu popytowi. Według World Economic Oultook w 2014 r. kraje Afryki Subsaharyjskiej będą rozwijać się w tempie 5,6-6 proc., podczas gdy światowe PKB ma wzrosnąć o 4 proc. – podkreślał podczas panelu dyskusyjnego Horst Köhler, były prezydent Niemiec.

Rozmówcy zgadzają się, że w Afryce drzemie olbrzymi potencjał. Klasa średnia liczy już tam 350 milionów osób, a wkrótce liczba ta wzrośnie do 650 milionów. Kulczyk podkreśla, że nie chodzi o to, by Europa pouczała inne kraje, jak należy się rozwijać, lecz o wielomiliardowe inwestycje. W tym roku inwestycje w Afryce będą o jedną czwartą wyższe niż w Unii Europejskiej. Na sam rozwój infrastruktury na tym kontynencie potrzeba, według Banku Światowego, ok. 115 mld dolarów.

Jan Kulczyk zaznacza jednak, że by zdobyć pozycję liczącego się gracza w Afryce potrzeba znacznie mniej. Chińczycy, którzy są dominującym inwestorem na tym kontynencie, wydali do tej pory ok. 10 mld dolarów i obiecali kolejne 20 mld. To ponad dziesięciokrotnie mniej niż to, co Unia Europejska wydała na ratowanie greckiej gospodarki.

 – Musimy pamiętać, że myśmy wydali 330 miliardów na Grecję, na 8 milionów ludzi. W samym jednym Lagos żyje 28 milionów – podkreśla Kulczyk. – Grecja jest biednym krajem bogatych ludzi, a Afryka jest bogatym kontynentem biednych ludzi.

Uczestnicy dyskusji podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach podkreślali, że choć inwestycje w Afryce są ryzykowne, nie powinno to odstraszać Europejczyków.

 – Bezpieczeństwa w Afryce nie można już rozpatrywać wyłącznie w kontekście militarnym. Rozwiązaniem jest synergia działań militarnych, gospodarczych i społecznych – mówi James L. Jones, doradca Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych w latach 2009-2010.

Według Andrisa Piebalgsa, komisarza UE ds. rozwoju, zagrożeniem w Afryce jest dziś brak gwarancji państwowych i dostępu do kapitału. Jego zdaniem, są to jednak zagrożenia, które nie powinny być przeszkodą we współpracy, można je bowiem opanować, a rolą Unii Europejskiej jest promowanie potencjału tego kontynentu.

Szczególną rolę mogą w tym procesie odegrać kraje naszego regionu, które w ostatnich 20 latach przechodziły transformację polityczną i gospodarczą

 – Nawet jeżeli mówimy o tym, że w niektórych krajach afrykańskich zarabia się miesięcznie 60 dolarów, to nie zapomnijmy o tym, że w Polsce w 1990 roku zarabialiśmy 20 dolarów miesięcznie i udało się. Chociaż wtedy mało kto wierzył i świat patrzył na nas sceptycznie – przypomina Jan Kulczyk.

Dodaje, że najważniejsze jest nawiązanie partnerskiej współpracy z Afryką. Europa musi pokazać swój potencjał akademicki i intelektualny. Według Kulczyka kluczem do sukcesu na tym kontynencie jest inwestycja w młodzież. Obecnie 70 proc. ludności w Afryce ma poniżej 30 lat. Trzeba więc edukować tę grupę społeczeństwa i przekonywać do gospodarki rynkowej.

W ciągu najbliższych lat dziesięć z dwudziestu najdynamiczniejszych gospodarek będzie pochodzić właśnie z tego kontynentu. Brytyjski „The Economist” szacuje, że w latach 2011-2015 o ponad 8 proc. rocznie będzie rosła gospodarka Etiopii  – szybciej rozwijać się będą tylko Chiny i Indie. O ponad 7 proc. rocznie rozwijać będą się rynki w Mozambiku, Tanzanii, Kongo i Ghanie. Wśród „gepardów” Afryki wymieniane są jeszcze Botswana, Burkina Faso, Gambia, Malawi, Namibia, Rwanda, Sierra Leone i Zambia.

Nowe regulacje prawne Unii Europejskiej. Zmiany będą dotyczyć w takim sanym stopniu małych instytucji bankowych, jak i największych komercyjnych banków

Banki spółdzielcze z niepokojem spoglądają na propozycje nowych uregulowań prawnych, forsowanych przez Unię Europejską.  Chodzi przede wszystkim o nowe wymogi dotyczące posiadanych kapitałów i nadzoru, które w takim samym stopniu będą dotyczyć zarówno mniejszych instytucji, jak i największych europejskich banków. Dlatego spółdzielcy liczą na to, że w przygotowywanej ustawie, która ma wdrożyć unijne przepisy do prawa polskiego, znajdą się środki łagodzące skutki zmian.

 Pewnym mankamentem jest, że nowe rozwiązania prawne dotyczą wszystkich banków tak samo – czyli wszystkie współczynniki wypłacalności, płynności, wymogi kapitałowe, dotyczą wszystkich równo: i kolosów, i banków małych, co jest na pewno minusem – mówi Iwona Mirosz, radca prawny, zajmująca się sektorem banking & finance.

Nowe przepisy (Rozporządzenia CRR i Dyrektywy CRD IV), zdaniem unijnych urzędników, mają uchronić europejski system bankowy przed problemami, gdyby w przyszłości doszło do kolejnego kryzysu. Stąd m.in. postulat zwiększenia kapitału podstawowego instytucji z 2 do 7 proc. Dzisiaj bank, by udzielić 1000 zł kredytu, musi mieć 20 zł kapitału własnego. Po wejściu w życie zmian pułap ten zwiększy się do 70 złotych.

Spółdzielcy podkreślają jednak, że żaden bank spółdzielczy nie miał problemów z płynnością, żaden też nie wyciągnął ręki po pomoc państwa. Szacują, że banki te mają około 20 mld zł nadwyżki zebranych depozytów wobec sumy udzielonych kredytów. Ta nadwyżka mogłaby być spożytkowana na uruchomienie szerokiej akcji kredytowej, ale to mogą uniemożliwić nowe, bardziej restrykcyjne przepisy.

 – Ratunkiem dla mniejszych banków jest artykuł 108 rozporządzenia, który daje możliwość tworzenia pewnego systemu ochrony, w którym małe banki mogą wspólnie spełnić owe wymogi – wyjaśnia Iwona Mirosz. – Systemy te umożliwią bankom grupowanie się i wspólne spełnianie tych wymogów, co jest pewnym atutem.

W wielu krajach Europy funkcjonuje System Ochrony Instytucjonalnej (IPS), będący platformą współpracy finansowo-organizacyjnej banków spółdzielczych w ramach zrzeszeń. I to na ten mechanizm spółdzielcy liczą najbardziej. Chodzi o to, by banki umówiły się, jak będą wzajemnie chronić się przed ewentualną niewypłacalnością.

 – Dużo można osiągnąć przede wszystkim poprzez odpowiednie zapisy w tych umowach dotyczących IPS – zapewnia Iwona Mirosz. – W rozporządzeniu mówi się o pewnym schemacie, czyli mamy umowę i mamy pewien plan wzajemnej ochrony. Główna rola jest i po stronie ustawodawcy, i po stronie banków, i po stronie nadzoru, bo umowa regulująca wspólny system ochrony ma być akceptowana przez nadzór.

W konsultacje dotyczące kształtu ustawy i nowych przepisów zaangażowani są przedstawiciele banków spółdzielczych, Komisji Nadzoru Finansowego i Ministerstwa Finansów.

Przedstawiciele banków do proponowanych rozwiązań podchodzą jednak z rezerwą. Boją się przede wszystkim utraty niezależności. Podkreślają, że wcielenie wszystkich banków zrzeszenia (dziś istnieją dwa: BPS i SGB) w jedną strukturę nie zwiększy integracji w sektorze, ale spowoduje problemy dla banków, m.in. stracą one możliwość uwzględniania warunków lokalnego rynku czy szybkiego reagowania na potrzeby klientów.

 – Banki spółdzielcze stają w obliczu zupełnie nowych zmian, które są dla nich nowe i których być może się obawiają – mówi Mirosz. – Jednak wydaje mi się, że dużo można osiągnąć poprzez odpowiednie zapisy w tych umowach dotyczących ochrony.

Problemem może być jednak stworzenie jednego wspólnego modelu na kilkuset banków, które różnią się m.in. wielkością, liczbą klientów czy strategią rozwoju.

Ceny wycieczek pójdą w górę. Polska Izba Turystyki informuje, że obowiązujące od dziś wymogi dotyczące gwarancji odczują głównie małe biura podróży

Wchodzące dziś w życie przepisy, dotyczące minimalnej wysokości sumy gwarancji bankowej lub ubezpieczeniowej dla biur podroży, dotkną przede wszystkim małe i nowopowstające biura. Eksperci mówią, że wyższe koszty funkcjonowania przerzucą one na klientów i nastąpi to pod koniec tego roku. Innym skutkiem nowych przepisów mogą być upadłości biur podroży, które nie zdołają udźwignąć zwiększonych kosztów działalności.

Dziś wchodzą w życie dwa rozporządzenia ministra finansów. Pierwsze dotyczy obowiązkowego ubezpieczenia na rzecz klientów w związku z działalnością biur podróży. Ubezpieczenie obejmuje pokrycie kosztów przyjazdu turystów, jeżeli biuro nie zapewni ich powrotu z wyjazdu oraz zwrotu wpłat wniesionych przez klientów, gdy impreza turystyczna nie dojdzie do skutku. Drugie rozporządzenie dotyczy minimalnej wysokości sumy gwarancji bankowej lub ubezpieczeniowej wymaganej od biur podróży.

 – Gdyby doszło do upadłości czy niewypłacalności biura podróży, kwota ta w pierwszym rzędzie przeznaczona jest na sprowadzenie turystów do kraju, jeżeli takowi w danym momencie za granicą przebywają. Natomiast pozostała kwota będzie przeznaczana na refundację dla tych, którzy zapłacili za imprezę, która nie doszła do skutku – przypomina  Tomasz Rosset, sekretarz generalny Polskiej Izby Turystyki.

Nowy sposób liczenia

Do tej pory podstawą wyliczenia sumy gwarancyjnej dla biura podróży był obrót z ubiegłego roku. Najwyższa suma gwarancyjna wynosiła 67 tys. euro.

Nowe przepisy zmieniają sposób liczenia minimalnej wysokości sumy gwarancyjnej, rosną też – w stosunku do poprzednich przepisów – kwoty tych sum. Od teraz biuro będzie musiało podać roczny przychód, deklarowany na okres najbliższych 12 miesięcy. Ten deklarowany przychód nie będzie mógł być niższy niż roczny przychód osiągnięty w roku poprzedzającym rok zawarcia umowy gwarancji. Jeżeli zdarzy się, że biuro przekroczy zadeklarowany poziom, będzie zmuszone zaktualizować podaną wcześniej kwotę gwarancji.

 – Jeżeli ten obrót jest odpowiednio wysoki, to rozporządzenie dla największych graczy na rynku nie będzie miało specjalnego znaczenia, ponieważ oni i tak nie płacą kwoty minimalnej, ale płacą kwoty zdecydowanie wyższe. A inni, ci mniejsi, średni, mali, oni jak najbardziej będą musieli mieć większe środki zabezpieczone na potrzeby tych gwarancji. Rozporządzenie, które wchodzi teraz w życie teraz, będzie dotyczyło tych biur, które dopiero powstają, bądź biur, którym kończy się gwarancja, sukcesywnie albo już teraz, niedługo, albo być może później, bo sporo gwarancji kończy się już po sezonie – wyjaśnia Tomasz Rosset.

W celu określenia minimalnej wysokości sumy gwarancji bankowej lub ubezpieczeniowej nowe przepisy dzielą biura podróży na kilka kategorii, dotyczą one np. organizowania imprez turystycznych z wykorzystaniem: transportu lotniczego w ramach przewozu czarterowego do krajów Europy i poza Europą lub też innego środka transportu niż transport lotniczy w ramach przewozu czarterowego. W wypadku biur podroży, które pobierają przedpłaty minimalna wysokość sumy gwarancji bankowej lub ubezpieczeniowej zależy od terminu pobierania tych przedpłat od rodzaju działalności, jakie prowadzi biuro.

Zaostrzono kryteria dla nowych biur podróży. I tak np. jeżeli biuro rozpoczyna działalność i będzie wykorzystywało loty czarterowe do krajów w Europie i poza nią, minimalna wysokość sumy gwarancyjnej wynosi 250 tys. euro, a dla biur, które nie wykorzystują lotów czarterowych 90 tys. euro. Takie minimalne progi będą obowiązywać nowe biura przez dwa lata.

Ceny na pewno wzrosną

– Na pewno nowe przepisy zwiększą koszty działalności biur podroży. Najwyższe zabezpieczenia, i to jest naszym zdaniem słuszna koncepcja, mają te biura, które zajmują się turystyką czarterową. Czartery niosą za sobą potencjalnie największe koszty i co za tym idzie – największe ryzyko. Natomiast podniesienie gwarancji dla innych biur, naszym zdaniem, nie jest zasadne w takich wysokościach, ponieważ ich działalność nie niesie za sobą tego ryzyka, a na dodatek praktyka nawet trudnego poprzedniego sezonu pokazała, że praktycznie w tamtych grupach niewypłacalności, czy upadłości nie było – uważa Tomasz Rosset.

Na razie nie wiadomo, o ile wzrosną koszty usług turystycznych po wejściu w życie omawianych rozporządzeń. Tego, że wzrosną ekspert jest pewien.

 – Biura będą musiały negocjować warunki zabezpieczeń z firmami ubezpieczeniowymi, a też pytanie jak potraktują to firmy ubezpieczeniowe, jakiego rodzaju zabezpieczeń będą wymagać i jakie koszty pojawią się po stronie biur. Na pewno biura będą musiały ponosić koszty wyższe niż obecnie. Trzeba liczyć się z tym, że imprezy mogą nieco zdrożeć – podkreśla Tomasz Rosset.

Zwiększone koszty funkcjonowania biur podróży klienci odczują pod koniec roku.

 – Wtedy dopiero przy tych kalkulacjach, które będą robione, będzie można się przekonać, na ile rozporządzenie zmieniło sytuację na rynku. Trzeba liczyć się z tym, że część biur podroży może uznać, że ich działalność się nie opłaca. Jeżeli biura będą znikać z rynku, to jest kolejny element, który może spowodować jakieś ruchy cenowe w górę, bo przy zmniejszonej konkurencji wiadomo, że taka tendencja może wystąpić – podsumowuje ekspert.

Ubiegły rok był wyjątkowo trudny dla polskich przedsiębiorstw. Biegli rewidenci twierdzą, że obecny może być jeszcze gorszy

0

Największe problemy, z którymi muszą się zmierzyć zarządzający przedsiębiorstwami to okresowa utrata płynności, gdy zobowiązania firm przewyższają wartość ich obrotu. Coraz trudniej jest również utrzymywać płynność dzięki uzyskiwaniu dodatkowych źródeł finansowania, bo kapitał na rynku jest coraz droższy. Podobne problemy w całej Europie to wynik spowolnienia gospodarczego, a nawet recesji w wielu krajach.

Z perspektywy biegłego rewidenta, a więc podmiotu, który bada sprawozdania finansowe, ubiegły rok był wyjątkowo trudnym okresem

 – Bardzo dużo czasu spędziliśmy na kwestiach i zagadnieniach związanych z płynnością, co oznacza, że spółki zaczynają mieć również problemy finansowe – mówi Jacek Hryniuk, członek Krajowej Rady Biegłych Rewidentów.

Jak podkreśla, to w dużej mierze efekt spowolnienie gospodarczego w Europie. Choć spółek z poważnymi problemami finansowymi nie ma jeszcze zbyt wiele, to widać, że ich kondycja w porównaniu z ubiegłymi latami uległa pogorszeniu. Widać to również w statystykach dotyczących upadłości firm.

Z raportu firmy Euler Hermes wynika, że od początku roku upadłość ogłosiło 328 przedsiębiorstw. W analogicznym okresie w 2012 było ich 300. Jak wynika z raportu Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych w samym kwietniu opublikowano 83 orzeczenia o upadłości firm, czyli o blisko 30 proc. więcej niż w kwietniu 2012. Dużo bankructw można było obserwować w m.in. branży budowlanej, meblarskiej oraz w kulturze i rozrywce. Zgodnie z prognozami KUKE, w tym roku liczba upadłości przekroczy 1300 i będzie wyższa niż w rekordowym 2012 roku.

Mimo to na tle Europy polskie firmy radzą sobie całkiem dobrze.

 – Nasza gospodarka w dalszym ciągu wskakuje na dodatni wzrost i lepszą sytuację ekonomiczną niż gospodarki innych krajów europejskich, a więc to również przekłada się na pozycję finansową spółek – podkreśla przedstawiciel Krajowej Rady Biegłych Rewidentów.

Większość badanych przez rewidentów firm zamiast inwestycji planuje oszczędności.

 – Spółki również biorą poda uwagę trendy i patrzą w przyszłość. Nie widać pozytywnych sygnałów, więc też bardzo rzadko decydują się teraz na pewne inwestycje. W związku z  tym starają się, z mojej oceny sytuacji, działać w sposób jak najbardziej efektywny, starają się obniżać koszty swojej działalności, szukać nowych rozwiązań na rynku – wyjaśnia Jacek Hryniuk.

Dużo rzadziej szukają dziś kredytów obrotowych czy inwestycyjnych. Powód to przede wszystkim coraz trudniejszy dostęp do kapitału. Wychodzenie po finansowanie jest dosyć utrudnione z jednej strony, a z drugiej strony nie ma tak wielu przedsiębiorców, którzy szukają tego finansowania, ponieważ jest obawa przed tym, czy te inwestycje w przyszłości się zwrócą.

Według Jacka Hryniuka, większość firm już zakończyła proces przystosowania się do działania w warunkach kryzysu i przeprowadziła niezbędne redukcje. Nie planują na ten roku drastycznych zwolnień pracowników.

 – Raczej starają się utrzymywać ten poziom, który mają. Jeżeli mówimy o wzroście to o bardzo delikatnym. Ja raczej widzę działania związane z oszczędzaniem, z redukcją
kosztów
– podkreśla członek Krajowej Rady Biegłych Rewidentów.

Komentarz poranny, 14 maja 2013

Giełda poinformowała w komunikacie prasowym, że po sesji 21 czerwca zostanie przeprowadzone korekta kwartalna list uczestników indeksów WIG 20, w efekcie której WIG 20 opuści Boryszew, do indeksu wejdzie natomiast BZ WBK. Informacja negatywna dla akcji Boryszew, które ze względu na spekulacyjny charakter mogą być pod presją podaży w krótkim okresie.

Komentarz dzienny, 14 maja 2013

Zestawienie najnowszych danych GUS z naszymi prognozami dot. rachunku handlowego nie nastraja nas optymizmem (jak zwykle na wykresach ostatnia obserwacja danych NBP to nasza najnowsza prognoza). Po pierwsze, widzimy potencjał do niewielkiego niedoszacowania eksportu (rzędu 200mln EUR) oraz ogromne niedoszacowanie importu (rzędu 1,5mld EUR). Oznacza to, że rachunek bieżący prawdopodobnie nie zamknie się nadwyżką (szacowaliśmy 792mln EUR), tylko znacznym deficytem w okolicach 500mln EUR. Sam zaś rachunek handlowy wykaże deficyt w okolicach 300mln EUR.

Wyniki finansowe Grupy Asseco za pierwszy kwartał 2013 roku

0

Blisko 1,4 mld zł przychodów ze sprzedaży wypracowała w pierwszym kwartale 2013 roku Grupa Asseco. Zysk operacyjny wyniósł 168 mln zł, a wynik netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej ponad 92 mln zł. Grupa wygenerowała w analizowanym okresie środki pieniężne z działalności operacyjnej na poziomie 224 mln zł.

Przychody ze sprzedaży wyniosły 1 346 mln zł, co stanowi 6% wzrost w stosunku do analogicznego okresu 2012 roku. Wynik operacyjny w wysokości 168 mln zł był na porównywalnym poziomie jak rok wcześniej (170 mln zł). Grupa wypracowała zysk netto 124 mln zł, natomiast zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 92 mln zł.

Asseco konsekwentnie realizowało strategię wzrostu wyników dzięki sprzedaży własnych rozwiązań informatycznych. Przychody ze sprzedaży oprogramowania własnego wypracowane w pierwszym kwartale 2013 roku przekroczyły 1,06 mld zł. Sukcesywnie wzrasta także udział własnych rozwiązań w przychodach ogółem, osiągając w pierwszym kwartale 2013 roku 79%. Przychody ze sprzedaży w podziale na sektory świadczą o dobrej dywersyfikacji biznesu (bankowość i finanse 36%, przedsiębiorstwa 38%, instytucje publiczne 26%). Grupa Asseco podpisała w pierwszych trzech miesiącach 2013 roku 1 244 kontrakty zapewniając sobie stabilny portfel zamówień i realizowanych projektów na kolejne kwartały.

Wartość backlogu Grupy na dzień 7 maja wyniosła 4,5 mld zł (7% wzrostu w stosunku do prezentowanego rok wcześniej). Portfel zamówień w kategorii oprogramowanie i usługi własne wzrósł o 8% w stosunku do prezentowanego rok wcześniej (3,5 mld, 3,3 odpowiednio).

World Trends, 13 maja 2013

Podczas ostatniej sesji indeks blue chipów tylko przez chwilę próbował poderwać się na północ, jednakże czwartkowe objęcie bessy nie pozwoliło na wyprowadzenie mocniejszej kontry. Benchmark nie zdołał także powrócić powyżej dwustusesyjną dzienną średnią, co nie jest optymistycznym prognostykiem w średnim terminie i chociaż cały tydzień wypadł na plusie, to jednak ostatnie dwie sesje obnażyły słabość największych byków znad Wisły.

Jak tworzyć odpisy aktualizujące należności?

W spółkach często zauważyć można skłonność do zaniżania odpisów aktualizujących należności lub też próby uniknięcia jego utworzenia. Jednak zgodnie z artykułem 28 ust.1 pkt 2 ustawy o rachunkowości (UoR), istnieje obowiązek wyceny należności w kwocie wymaganej zapłaty – trzeba jej dokonać nie rzadziej niż na dzień bilansowy. Wszystko to przy zachowaniu zasady ostrożności – mówi Michał Szalak, konsultant w Baker Tilly Poland.

Na jednostce spoczywa obowiązek dokonania odpisu aktualizującego wartość należności przynajmniej na dzień bilansowy. Oczywiście podmiot może zdecydować o częstszym dokonywaniu odpisów, choćby z chwilą zaistnienia przesłanek wskazujących na taką konieczność.

W art. 35b ust. 1 ustawa o rachunkowości wskazuje, iż wartość należności podlega aktualizacji przy uwzględnieniu stopnia prawdopodobieństwa ich zapłaty przez dokonanie odpisu aktualizującego, gdy mamy do czynienia z:
• należnościami od dłużników postawionych w stan likwidacji lub w stan upadłości,
• przypadkiem oddalenia wniosku o upadłość, gdy majątek dłużnika nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania upadłościowego – w pełnej wysokości należności;
• należnościami kwestionowanymi przez dłużników oraz z których zapłatą dłużnik zalega,
• należnościami stanowiącymi równowartość kwot podwyższających należności, w stosunku do których uprzednio dokonano odpisu aktualizującego
• należnościami przeterminowanymi lub nieprzeterminowanymi o znacznym stopniu prawdopodobieństwa nieściągalności.

Ostatni punkt pozostawia pole do kształtowania wysokości odpisu. W przypadku nieprzeterminowanych należności trudno jednoznacznie oszacować prawdopodobieństwo ich nieściągalności. Dlatego tylko dysponując doświadczeniem w danej branży, wiedzą o dotychczasowym przebiegu współpracy z kontrahentem czy też informacją o jego aktualnej kondycji finansowej, można podjąć racjonalną decyzję dotyczącą konieczności i wysokości utworzenia odpisu.

Polityka rachunkowości pomocna przy tworzeniu odpisu

W tworzeniu odpisu aktualizującego należności pomocna może okazać się polityka rachunkowości stosowana w jednostce. Istnieje możliwość umieszczenia w niej wskazówki co do podstaw tworzenia odpisu, na przykład uznając okres zaległości w płatności za podstawę ustanowienia odpisu. Spółka dysponując danymi historycznymi i bieżącymi informacjami może ustalić przedziały czasowe, według których będzie dokonywała odpisów należności w odpowiedniej proporcji do okresu przeterminowania płatności. Przeprowadzając analizę wiekową należności, nie należy mylić terminu wystawienia faktury i daty płatności. Okres zwłoki w ich uregulowaniu trzeba bowiem liczyć od ustalonego dnia terminu zapłaty. Do należności o istotnym poziomie wartości nie można podchodzić standardowo i taki przypadek traktuje się odrębnie, dochodząc do informacji o przyczynie zwłoki i sytuacji finansowej kontrahenta. Warto też wziąć pod uwagę reakcję dłużnika na prośbę o dokonanie zaległej zapłaty oraz to, czy w umowie zostało zawarte zabezpieczenie transakcji, na przykład w postaci gwarancji lub weksla.

Ponieważ utworzenie odpisu i ujęcie go w księgach ma negatywny wpływ na wynik jednostki, nierzadko można spotkać się z niechęcią do jego tworzenia. Tym bardziej, że nie w każdym przypadku tworzony odpis ma charakter kosztu podatkowego. Zgodnie z art. 16 ust. 2a pkt 1 ustawy o podatku dochodowym (updop), aby potraktować odpis w ten sposób, nieściągalność wierzytelności musi zostać uprawdopodobniona. Przypadki, gdy można ją za taką uznać, określa art. 16 2a ust.1 updop (patrz ramka 1).

Oczywiście nie jest to pełen wachlarz przesłanek do uprawdopodobnienia nieściągalności. Spółka może udokumentować ją też w inny, wiarygodny sposób. Należy jednak pamiętać, że kosztem podatkowym będzie odpis aktualizujący wartość należności wyłącznie w jej kwocie netto.

Komentarz poranny, 13 maja 2013

Dzisiejszy Parkiet doniósł, że Rabobank sonduje rynek odnośnie potencjalnej sprzedaży BGŚ. Rzekomo ma być to element przeglądu sytuacji na rynkach, na których działają Holendrzy. Jesteśmy zaskoczenie taką informacją, szczególnie że rok temu Rabobank przeprowadził wezwanie na akcje BGŚ po relatywnie wysokiej cenie (72,5 PLN względem obecnej wyceny rynkowej na poziomie 49,55 PLN). Obecnie posiada 98% kapitału spółki.

Prezes LOT-u: najpierw większe przychody i cięcia kosztów, potem prywatyzacja

Na początek zwiększenie przychodów, zmniejszenie kosztów, a docelowo prywatyzacja LOT-u – taki plan ma prezes polskiego przewoźnika Sebastian Mikosz. Zwolnienia, choć jest o nich głośno, nie są najważniejszym elementem restrukturyzacji. Droga do rozmów z potencjalnymi inwestorami stoi otworem – Sejm w piątek uchylił ustawę o przekształceniu własnościowym PLL LOT, co oznacza, że państwo nie musi być większościowym udziałowcem w lotniczej spółce. tym samym staje się możliwa jej sprzedaż.

– Od samego początku jestem zwolennikiem tezy, że prywatyzacja jest elementem niezbędnym i koniecznym do tego, żeby LOT trwale zaistniał na rynku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Sebastian Mikosz, prezes zarządu PLL LOT. – Cała branża przeżywa ogromne trudności, LOT też, więc dla mnie nie jest to w kategoriach tego, czy się da, czy się nie da uratować. Jeśli jest wola w załodze i jest wiara, to to zrobimy.

Mikosz podkreśla, że na całym świecie trwa konsolidacja w branży lotniczej. Niedawno Korean Air kupił duży, choć mniejszościowy pakiet akcji czeskich linii CSA. Łączą się również wielkie amerykańskie linie – US Airways i American Airlines.

Do tego na polskim rynku rośnie konkurencja. Coraz więcej przewoźników oferuje rejsy z polskich miast. W ostatnich miesiącach rejsy do Warszawy uruchomili dwaj potentaci z rejonu Zatoki Perskiej – Emirates i Qatar Airways. Według Mikosza, to wszystko potwierdza, że mamy do czynienia z rynkiem globalnym. Dlatego konsolidacja jest jedynym sposobem na przetrwanie.

Prezes LOT-u podkreśla, że w takich warunkach nie można już mówić o przewoźnikach narodowych, a co najwyżej o europejskich. Dlatego nie należy obawiać się utraty kontroli nad linią przez Skarb Państwa, choć jest to dla wielu osób trudne do zaakceptowania. Mikosz widzi przyszłość linii w jednej z dużych, międzynarodowych grup lotniczych, jednak zakłada, że marka „LOT” zostanie utrzymana.

– Dla mnie jest jednoznaczne, że najlepszym rozwiązaniem dla LOT-u byłoby zostać częścią większej grupy lotniczej, holdingu lotniczego, po to, żeby oferować jak najwięcej przewozów z Warszawy, ale też po to, żeby być wkomponowanym w większą strukturę, która jest w stanie zapewnić LOT-owi trwałą obecność na rynku światowym – zapowiada Sebastian Mikosz. – Najlepszym rozwiązaniem dla nas jako dla firmy jest zostać częścią tego procesu i po prostu istnieć dalej pod własną marką tak jak wszyscy przewoźnicy, którzy się integrują, ale mając silnego partnera.

Do tej pory władze nie prowadziły rozmów z potencjalnymi zainteresowanymi partnerami, ponieważ na drodze stała ustawa o przekształceniach własnościowych, zgodnie z którą Skarb Państwa musi posiadać minimum 51 proc. udziałów w PLL LOT. 10 maja posłowie zadecydowali o jej uchyleniu.

Prywatyzacja może być jednak utrudniona przez poważny kryzys branży lotniczej, zwłaszcza w Europie. A zgodnie z unijnym prawem, spółki spoza Wspólnoty nie mogą być większościowymi udziałowcami linii lotniczych zarejestrowanych na terenie UE.

Mikosz podkreśla, że w celu zainteresowania inwestorów LOT musi przede wszystkim zwiększyć przychody i zmniejszyć koszty. Wiąże się to ze zwolnieniami, ale nie są one najważniejszym elementem planu restrukturyzacji.

– Moją dewizą jest to, żeby LOT więcej zarabiał, czyli więcej latał, miał większe przychody, to matematycznie jest najprostszy sposób na obniżenie kosztów, bo jeśli jesteśmy w stanie tą samą flotą i nawet zmniejszoną trochę załogą wykonać więcej rejsów dziennie i więcej zarobić, automatycznie mamy niższe koszty – mówi prezes LOT-u.

Do ostrzejszych cięć kosztów może jednak zmusić Komisja Europejska, która musi zaakceptować plan restrukturyzacji i pomocy finansowej z budżetu państwa. Mikosz podkreśla jednak, że wykona zalecenia Brukseli, ale będzie starał się maksymalnie ograniczyć cięcia.

Airberlin zwiększa liczbę i częstotliwość połączeń

Airberlin stawia na rozbudowywanie siatki połączeń i zwiększanie ich liczby. W bogatej ofercie firma widzi szanse na rozwój w kryzysie. Rozkład lotów jest oparty na dużych możliwościach lotniska w Berlinie, gdzie pasażerowie, również z Polski, przesiadają się na połączenia do innych części świata.

Airberlin to druga co do wielkości linia lotnicza w Niemczech. Lata w ponad 150 kierunkach, obsługując pasażerów z około 40 państw na całym świecie. Także z Polski.

– Nasza oferta w Polsce to uruchomione od 23 marca loty trzy razy dziennie pomiędzy Warszawą a Berlinem – mówi Otto Gergye, wiceprezes ds. sprzedaży i spraw operacyjnych w airberlin. – Do stolicy Niemiec latamy również trzy razy dziennie z Krakowa i dwa razy dziennie z Gdańska.

Wiceprezes niemieckiego przewoźnika nie ukrywa, że sytuacja na rynku nie jest łatwa. Przez kryzys ludzie rezygnują z podróży albo wybierają inny środek transportu.

– Otoczenie europejskie z powodu kryzysu w strefie euro to dla nas teraz duże wyzwanie. Będziemy koncentrować się na naszych głównym kompetencjach i skupiać się na naszej siatce połączeń tak, by budować huby, pogłębiać naszą współpracę z Etihad czy partnerami z linii oneworld. Dzięki temu powinniśmy poradzić sobie w tym trudnym okresie na rynku europejskim – tłumaczy Gergye.

Zarząd linii strategię rozwoju na najbliższe lata opiera o bogatą, gęstą i różnorodną siatkę połączeń. Przykładem są loty z Warszawy do stolicy Niemiec, które jeszcze nigdy nie były realizowane tak często, a które wśród klientów cieszą się dużym powodzeniem. Podobnie jak połączenia z Krakowa i Gdańska.

– Zwiększamy częstotliwość lotów z Berlina do wielu europejskich miast, takich jak Kopenhaga, Sztokholm i Budapeszt – mówi Otto Gergye. – Niektóre z nich to nowe kierunki, np. Bukareszt, Sofia i Madryt.

Airberlin oferuje swoim klientom bogatą sieć połączeń z innymi niemieckimi miastami, m.in. Norymbergą, Stuttgartem, Monachium czy Kolonią. Uzupełnieniem oferty są długodystansowe loty do Stanów Zjednoczonych, w tym do Nowego Jorku, Chicago, Miami i Los Angeles Przewoźnik oferuje też inne kierunki w ramach tzw. połączeń codeshare ze swoim partnerem z sojuszu oneworld, liniami American Airlines.

– Mamy również znakomitą łączność z Krakowa, Warszawy, Gdańska do Abu Dhabi, to dzięki naszemu partnerowi Etihad. Latamy też do Australii, w rejon Południowego Pacyfiku, Południowo-Wschodniej Azji i oczywiście Bliskiego Wschodu – wymienia wiceprezes airberlin.

Zapewnia, że siatka połączeń z Berlina w kierunkach azjatyckich jest tak skonstruowana, by zapewnić komfortowe warunki przesiadkowe pasażerom przybyłych z innych części Europy. W tym także i z Polski.

– Z Abu Dhabi z kolei nasz partner Etihad Airways oferuje znakomite połączenia na Półwysep Indyjski, do Pakistanu, do Chin, Japonii, Australii, Hong Kongu i oczywiście do Afryki, do Johannesburga czy do Lagos – mówi Gergye.

Wiceprezes firmy, która w 2012 roku przewiozła ponad 33 miliony pasażerów, na razie nie chce zdradzać szczegółowych planów rozwoju, chociaż przyznaje, że airberlin nieustannie przygląda się nowym kierunkom

Komentarz dzienny, 13 maja 2013

Inflacja w Czechach wyniosła 1,7% r/r – tyle samo co w poprzednim miesiącu i zgodnie z konsensusem rynkowym. Ceny żywności spadły o 0,5%, co plasuje kwiecień daleko w lewej części rozkładu zmian cen na przestrzeni ostatnich 14 lat (niższe tempa wzrostu, odpowiednio -1,5% oraz -0,7%, odnotowano tylko dwukrotnie). Zmiany cen żywności w kwietniu w Polsce i w Czechach są silnie skorelowane (wyrwa w tym obrazie nastąpiła tylko w latach 2009-2010). Po wstawieniu zmian cen żywności w Czechach do modelu opartego na danych polskich otrzymujemy istotne ryzyko w dół dla naszej wcześniejszej prognozy cen żywności w okolicach 0,8%. Wynosi ono równo 0,3pp, a więc jest wystarczające do zrewidowania naszej wcześniejszej prognozy inflacji w Polsce z 0,7% do 0,6%.

Miesięczny raport analityczny – maj 2013

Rynki finansowe obstawiają dalsze łagodzenie polityki monetarnej (ECB, utrzymanie QE przez FED) i ożywienie gospodarcze w Europie na jesieni. Jeżeli majowe odczyty wskaźników wyprzedzających nie potwierdzą tych oczekiwań, zapewne sprawdzi się powiedzenie: Sell in May and go away. Z drugiej strony może to oznaczać koniec programów zaciskania fiskalnego i poprawę perspektywy na 2014.

Astarta, 6 maja 2013

W 2013 roku Ukrsahar – organizacja zrzeszająca producentów cukru na Ukrainie – spodziewa się spadku areału buraka cukrowego o 20-25% (344 tys. ha vs. 458 tys. ha w 2012 roku i 532 tys. ha w 2011 roku). Prognozujemy, że mniejszy areał uprawy spowoduje spadek produkcji cukru do 1,65MT vs. 2,22 MT rok wcześniej i zmniejszenia podaży na początku sezonu 2013/14 (X’13) do 2,1 MT (vs. 2,59 rok wcześniej i 2,38MT dwa lata wcześniej).

Polish Weekly Review, 10 maja 2013

Last Wednesday, the MPC cut all rates by 25bp (repo rate is now at record low of 3%) and opened doors for further easing. We expected a more decisive move but even a 25bps cut surprised Polish analysts who were too concerned by the political rifts within the Council and forgot about macroeconomic considerations. The cut was justified, in line with our expectations, by the scale of negative surprises and deviations from the current NBP inflation projection. Officially, the Council chose to cut by 25 bps in order to proceed smoothly and avoid shocking markets. The diagnosis of economic developments from the official statement is surely not optimistic, nor was the tone of the press conference afterwards. Governor Belka spoke about ”quasi-stagnation” and an unsatisfying structure of Polish growth (contracting domestic demand). The tone of the statement (the last paragraph in particular) turned out to be more dovish than last month. The Council’s decisions in the coming months \textit{will depend on the assessment of the incoming data with regard to probability of inflation remaining markedly below the NBP target in the medium term}. More importantly, references to developments in the real sphere were excluded from the statement – we interpret this as a dovish move. The message of the conference was not as unambiguous as that of the statement’s. Governor Belka repeatedly refrained from announcing new cuts only to point out that there is a lot of room for further cuts, that the Council’s stance remains accommodative, and to formulate pessimistic forecasts on his own.

LOT walczy o klienta: modernizuje starą flotę i myśli o zakupie nowych, wąskokadłubowych samolotów.

LOT zamierza modernizować i wzbogacać swoją flotę. Zarząd spółki myśli o zakupie samolotów wąskokadłubowych, czyli nieco mniejszych od Dreamlinerów, które zastąpiłyby wysłużone już maszyny. To oraz inne kroki, polegające na wzbogaceniu siatki połączeń i umowy czarterowe z touroperatorami, mają być istotnym argumentem w walce o klienta.

Mimo trudnej sytuacji finansowej, w jakiej znajduje się LOT, spółka nie zamierza rezygnować z zapoczątkowanej już wcześniej modernizacji floty. Pierwszym krokiem była decyzja o wymianie przestarzałych Boeingów 767 na nowoczesne Dreamlinery, czyli Boeingi 787.

 – To była racjonalna decyzja, podjęta w 2005 roku i tej floty się będziemy trzymać – mówi  Sebastian Mikosz, prezes PLL LOT.

Kolejnym etapem przebudowy parku maszyn ma być zakup samolotów wąskokadłubowych, czyli nieco mniejszych od Dreamlinera. Miałyby one zastąpić, latające dzisiaj w barwach LOT-u Boeingi 737, które zostaną wycofane w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Władze przewoźnika przyznają, że jest kilka pomysłów na rozwiązanie tej sytuacji.

 – Embraery są dla nas dziś częściowo flotą trochę za małą, bo konkurencja lata znacznie większymi samolotami, oferując tym samym większą liczbę tanich miejsc – przyznaje Mikosz, dodając, że bardzo prawdopodobny jest zakup Boeinga 737 NG albo Airbusa 320. Te ostatnie byłyby dla spółki nowością, ale – jak przyznaje prezes – nowością, której LOT się nie boi.

Są zmiany w siatce połączeń

Mimo że siatka połączeń na lato od wielu miesięcy jest już zaplanowana, władze wprowadziły ostatnio pewne modyfikacje.

 – Bardzo silnie walczymy o utrzymanie rejsów do Kairu i Erewania – mówi Sebastian Mikosz. – Uważam, że to są rynki, które LOT powinien obsługiwać.

Spółka spróbuje zmierzyć się z tym wyzwaniem, mimo że jak mówi jej szef, nie należą one do „łatwych kierunków”. Szczególnie Egipt, ze względu na trudną sytuację polityczną. LOT liczy również na częstsze wakacyjne połączenia do Nowego Jorku i Chicago, bowiem wtedy jest największe zapotrzebowanie na oba kierunki.

Przewoźnik podpisał również w ostatnich dniach umowę z touroperatorem, firmą Rainbow Tours, która obejmuje obsługę rejsów czarterowych z Warszawy do najpopularniejszych miejsc na świecie.

 – Jestem z tego bardzo zadowolony, ponieważ jest to nowe otwarcie produktowe – mówi Mikosz tłumacząc, że do tej pory LOT wykonywał jedynie czartery letnie, organizowane doraźnie. – Kiedy ktoś potrzebował danego dnia przelot, na 2-3 godziny, byliśmy w stanie mu to zaoferować.

Teraz będzie to wyglądało zupełnie inaczej. Przewoźnik obsługiwał będzie nowe, znacznie dłuższe trasy, m.in. do Bangkoku, Varadero czy Cancun To także nowość dla samych biur podróży.

 – To, że będzie to przelot samolotem, przystosowanym z punktu widzenia komfortu do długich przelotów, że bezpośredni lot z rodziną, np. do Bangkoku będzie trwał 9 godzin, a nie 18, powinno mieć znaczący wpływ na to, by rynek urósł – mówi Sebastian Mikosz. – To daje jeszcze większą determinację, by próbować porozumieć się z innymi touroperatorami, by korzystali z tego produktu w okresie, kiedy my mamy wolne moce, bo jest niższy sezon w przewozach regularnych.

World Trends, 10 maja 2013

Na wczorajszej sesji obóz byczy doznał małej zadyszki. Indeks pierwszej dwudziestki obniżył swoje notowania ostatecznie o 0,8% do poziomu 2349. Lokalnie zagrożeniem dla naszego parkietu może być Wall Street, która po serii zwyżek przerwała marsz w górę.  Indeks S&P500 spadł ostatecznie o 0,37%, natomiast DJ IA spadł o 0,15%. Delikatną nerwowość na Wall Street można wytłumaczyć wypowiedzią Charlesa Plossera, szefa FED z Filadelfii, który stwierdził, że FED może ograniczyć środki stymulujące gospodarkę.

Prof. D. Filar prognozuje: nie będzie kolejnej obniżki stóp procentowych.

0

W czerwcu nie będzie kolejnej obniżki stóp procentowych  prognozuje prof. Dariusz Filar. Były członek Rady Polityki Pieniężnej uważa, że decyzje Rady nie  powinny być dyktowane tylko niskim obecnie poziomem inflacji. Ta może szybko wzrosnąć, a wpływ ostatnich obniżek na realną gospodarkę będzie odczuwalny dopiero w 2015 roku.

 – Rada Polityki Pieniężnej pozostaje w tej chwili  jeśli chodzi o obniżki  pod dwojakiego rodzaju presją – mówi profesor Dariusz Filar, członek Rady Gospodarczej przy Premierze, były członek RPP. – Z jednej strony to obniżane prognozy wzrostu gospodarczego. Widzimy dosłownie miesiąc po miesiącu prognozy, które pokazują coraz niższy wzrost gospodarczy.

Jego zdaniem w najbliższych kwartałach nie będzie lepiej. Druga sprawa to niski poziom inflacji.

 – Bieżąca inflacja jest dosyć kontrowersyjnym zagadnieniem. Po raz pierwszy w historii naszej inflacji doszło do zrównania się inflacji mierzonej wskaźnikiem CPI i inflacji bazowej. Tego nigdy nie mieliśmy w przeszłości – zwraca uwagę Dariusz Filar.

Inflacja bazowa to inflacja bez cen energii i żywności. A energia i żywność (ujmowana w wyliczeniach inflacji CPI – Consumer Price Index) zawsze podbijały inflację bazową w górę.

 – W tej chwili jest inaczej. Uważam, że ten niski poziom inflacji ma w dużej mierze charakter nadzwyczajny i nie ma gwarancji, że taka niska inflacja mierzona wskaźnikiem CPI utrzyma się w przyszłości. Z punktu widzenia samej analizy inflacji, ja zachowywałbym się ostrożniej niż Rada Polityki Pieniężnej i czekałbym na lipcową projekcję i próbę spojrzenia w przyszłość – mówi członek Rady Gospodarczej przy Premierze.

Eksperci przekonują, że na podjęcie decyzji przez RPP o obniżce głównej stopy procentowej do poziomu 3 proc. mogła mieć wpływ niedawna decyzja Europejskiego Banku Centralnego. EBC obniżył stopy procentowe w strefie euro o 25 pkt. bazowych do rekordowo niskiego poziomu 0,5 proc.

 – Obniżanie kosztów kredytu, co najlepiej pokazuje w tej chwili strefa euro, jest dyskusyjne w warunkach tak dużej niepewności jak dzisiaj. Można zejść ze stopą bardzo nisko i nie mieć wpływu pieniądza do strefy realnej – mówi były członek RPP.

Dariusz Filar uważa, że w najbliższym czasie obniżek w Polsce nie będzie.

 – Zobaczymy natomiast, co pokaże projekcja. Przypomnę tylko, że horyzont pełnego zmaterializowania się decyzji o stopie procentowej w gospodarce realnej to są prawie dwa lata. W gruncie rzeczy, gdyby była jakaś decyzja w lipcu, to jej efekty będziemy w pełni obserwować w II kwartale 2015 roku – wyjaśnia.

Wzrost liczby przestępstw gospodarczych. Nowe zagrożenia dla uczciwych firm wynikiem kryzysu?

Kryzys oznacza dla firm nie tylko działanie w trudnych warunkach gospodarczych, ale także rosnącą liczbę zagrożeń w postaci nieuczciwych kontrahentów, podmiotów próbujących wyłudzić towary czy usługi lub wykraść dane. Jedno z największych niebezpieczeństw to wejście często nieświadome w łańcuch firm, które nie płacą podatku VAT. Przedsiębiorcy muszą też uważać na nieuczciwych pracowników. Według specjalistów, jedynie profilaktyka może uchronić biznes i jego właściciela przed kłopotami.

O 30 proc. w ubiegłym roku wzrosła liczba wykrytych przez Urzędy Kontroli Skarbowej pustych faktur, za pomocą których nieuczciwi przedsiębiorcy próbują wyłudzić zwrot podatku VAT. Kontrolerom udało się wykryć 152,7 tys. takich dokumentów, na łączną kwotę 15,2 mld zł.

 – Urzędy skarbowe przychodzą i egzekwują należności od podmiotów, które w tym łańcuchu uczestniczą, czasami nieświadomie. Trzeba myśleć i sprawdzać wiarygodność potencjalnych kontrahentów – mówi Agencji Informacyjnej Newseria nadinspektor Adam Rapacki, wspólnik zarządzający Kancelarii Bezpieczeństwa Rapacki i Wspólnicy.

Pośrednim zagrożeniem dla przedsiębiorców jest też rosnąca szara strefa. Firmy, które w niej funkcjonują uniemożliwiają uczciwą konkurencję.

 – Mamy takie segmenty, w których ta patologia rozwinęła się do niebotycznych rozmiarów, i często wprost przerasta nawet ten legalny obrót towarem. Z drugiej strony w trudnej sytuacji gospodarczej, w walce o rynek przedsiębiorcy często idą na skróty i kupują towar dużo taniej, świadczą usługi dużo taniej, nie patrząc, że może to być naruszeniem pewnych przepisów prawa – mówi Adam Rapacki.

Drugi rodzaj zagrożeń dla firm to te z wewnątrz, powodowane przez pracowników.

 – Nasi pracownicy nie utożsamiają się z firmą, patrzą i traktują firmę jako miejsce, z którego jak najwięcej można wyciągnąć na własną korzyść. Budowa wewnętrznej polityki bezpieczeństwa, wdrażanie pewnej strategii antykorupcyjnej w poszczególnych firmach daje szansę, że ten biznes jest bezpieczniejszy od strony wewnętrznej   podkreśla Adam Rapacki.

Rozwiązaniem jest budowa w firmie polityki bezpieczeństwa, zarówno wewnętrznej jak i zewnętrznej. Jak podkreśla ekspert, przedsiębiorcy powinni również mieć poczucie, że w razie problemów mogą liczyć na pomoc instytucji państwowych i służb.

 – Niestety w naszych realiach jest tak, że instytucje i służby państwowe skupiają się bardziej na ochronie przedsiębiorstw z udziałem Skarbu Państwa, mniej na ochronie tego segmentu prywatnego. To trochę przez brak świadomości, że dzisiaj gros wpływów do budżetu państwa to są podatki wynikające z działalności gospodarczej właśnie sektora prywatnego – mówi Adam Rapacki.

Zdaniem ekspertów świadomość dotycząca budowania systemu bezpieczeństwa w firmach rośnie. Najlepiej jest w dużych firmach, które mają powiązania z zagranicą.

 – Nasi rodzimi przedsiębiorcy dostrzegają często problem, kiedy już mleko się rozleje. Wtedy już zaczynają się kłopoty i wtedy szukają pomocy w różnego rodzaju kancelariach doradczych, adwokackich. Zdecydowanie taniej jest stworzyć szczelny system bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego firmy, niż później reagować post factum na zdarzenia – mówi Rapacki.

Komentarz poranny, 10 maja 2013

Kruk poinformował, że Rafał Janiak, Członek Zarządu odpowiedzialny za finanse, złożył rezygnację z pełnionej funkcji z dniem 31 sierpnia 2013 z powodów prywatnych (miejsce zamieszkania poza Polską). Zostanie on zastąpiony przez Michała Zasępę, obecnie Członka Zarządu ds. Inwestycji i Rozwoju. Jednocześnie Kruk przekazał, że jego Rada Nadzorcza w formie uchwały zmniejszyła liczbę członków zarządu z sześciu na pięciu.

Komentarz dzienny, 10 maja 2013

W ubiegłym tygodniu zarejestrowano 323 tys. nowych bezrobotnych, 4 tys. mniej niż w poprzednim tygodniu. 4-ro tygodniowa średnia powędrowała tym samym do poziomu 336,7 z 343 tys. odnotowanych tydzień wcześniej. Odczyt tygodniowy jest najniższy od 5,5roku (a dokładnie najniższy od stycznia 2008 roku). Łącznie z raportem o NFP dane sugerują, że gospodarka amerykańska wchodzi w soft patch w dobrej kondycji. Choć dane o sprzedaży i produkcji pogarszają się, przedsiębiorstwa nie ograniczają zatrudnienia (można to tłumaczyć dobrymi wynikami finansowymi), koncentrując się raczej na ograniczeniu liczby przepracowanych godzin (patrz nasz komentarz do NFP). Oznacza to, że przedsiębiorstwa traktują soft patch właśnie jako soft patch, a nie dłuższe spowolnienie koniunktury.

W jakim stopniu komórka może zastąpić tradycyjny portfel?

Korzystanie z portfela w komórce pozwala na oszczędność pieniędzy. Oznacza nie tylko wygodne płacenie, ale również zwalnia z konieczności pamiętania o zabraniu ze sobą kart lojalnościowcyh, biletów, czy kuponów rabatowych – to główne wnioski z raportu „Opening the Mobile Wallet” przygotowanego przez firmę doradczą PwC.

Z raportu firmy doradczej PwC wynika, że najważniejszą zaletą z korzystania z portfela w komórce jest oszczędność pieniędzy dzięki różnego rodzaju ofertom rabatowym skierowanym specjalnie do tej grupy użytkowników. Taką korzyść zadeklarowało aż 78 proc. przebadanych przez PwC osób. Na drugim miejscu znalazł się łatwiejszy dostęp do kart i kuponów lojalnościowych – według 67 proc. badanych dzięki portfelowi w telefonie będą je mieli zawsze przy sobie i szybciej je zlokalizują niż w tradycyjnych miejscach. 57 proc. zauważa wśród korzyści większą wygodę oraz oszczędność czasu.

Aż 66 proc. respondentów objętych badaniem PwC chce używać portfela w telefonie zamiast kupowania i noszenia tradycyjnych biletów, zarówno tych upoważniających do korzystania ze środków transportu, jak i wejścia na koncerty, do kina czy teatru. Według nich wydrukowane bilety łatwiej jest zgubić lub ich zapomnieć. Dla 58 proc. ankietowanych portfel w telefonie w wygodny sposób zastąpi tradycyjny dowód ubezpieczenia medycznego czy samochodowego.

Raport firmy doradczej PwC został opracowany na podstawie dwufazowych badań. Pierwsza faza objęła ankiety przeprowadzone on-line w okresie od listopada 2012 r. do stycznia 2013 r. na próbie 1.000 osób w wieku 18-74 lata. W drugiej fazie uzyskano wnioski z grup dyskusyjnych z Dallas w Teksasie, gdzie pytano badanych o powody ich zachowań zgłoszonych w ankiecie.

Comarch w pierwszym kwartale 2013 roku uzyskał 1,3 mln zł ze sprzedaży produktów w chmurze

0

Sprzedaż produktów Comarch w chmurze informatycznej w pierwszym kwartale 2013 roku wyniosła 1,3 mln zł, odnotowując wzrost o 36 proc. w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku. 

– Firmy szukają dzisiaj realnych oszczędności także przy zakupie systemów informatycznych. Badania pokazują, że 75 proc. polskich firm chce korzystać z rozwiązań w chmurze, bo dzięki takiemu modelowi unikają konieczności zakupu drogich systemów informatycznych, sprzętu czy licencji, czasochłonnej instalacji oraz nie muszą zatrudniać specjalisty ds. IT w swoich przedsiębiorstwach – mówi Zbigniew Rymarczyk, wiceprezes Comarch, dyrektor Sektora ERP. – Stale rośnie grono firm, które korzystają z Chmury Comarch. Obecnie mamy prawie 30 tys. klientów i wśród dostawców IT jesteśmy jedyną firmą z tak bogatą i kompleksową ofertą w modelu usługowym. Odnotowujemy również stały wzrost sprzedaży rozwiązań Comarch ERP w chmurze, także drugi kwartał tego roku zapowiada się obiecująco – podkreśla Zbigniew Rymarczyk.

Comarch przygotował „Małą książeczkę o cloud computingu”, w której odpowiada na pytania, dlaczego każdy przedsiębiorca powinien zastanowić się nad wyborem chmury do swojej firmy, od czego zacząć jej wdrażanie, dlaczego model ten staje się coraz bardziej popularna i jaka jest prawda o powszechnie panujących mitach na jego temat. W przejrzystej, ilustrowanej formie przedstawiono najważniejsze informacje o technologii chmury i sposobach jej wykorzystania w przedsiębiorstwie. Publikacja jest już dostępna w formie elektronicznej, do pobrania za darmo, na stronie internetowej: www.Chmura.Comarch.pl/Ksiazeczka.

W 2012 roku aż 64 proc. firm z rynku MSP korzystało z oprogramowania w modelu usługowym. W tym samym roku ponad połowa, bo aż 52 proc. dużych przedsiębiorstw, wybrała oprogramowanie w chmurze. – Popularność chmury zwiększa się, gdyż przedsiębiorcy nie muszą inwestować dużych środków własnych by korzystać z wysokiej jakości informatyki. Bariery wejścia i wyjścia są niskie – tłumaczy Zbigniew Rymarczyk.

Dwa z palety rozwiązań Comarch w chmurze: Comarch ERP iFaktury24 (program służący do samodzielnego, zarządzania firmą przez Internet – fakturami, magazynem i księgowością) oraz iBard24 (narzędzie do backupu danych) 22 kwietnia 2013 roku zostały wprowadzone do platformy T-MobileCloud, stworzonej przez partnera Comarch – T-Mobile.

World Trends, 9 maja 2013

Na Wall Street panuje bezapelacyjna hossa co zostało podkreślone podczas wczorajszej sesji kolejnym rekordem indeksu S&P500, który wzrósł na zamknięciu o 0,4%.  Wzrostami zakończyły się również notowania indeksu Dow Jones (wzrost o 0,3%) oraz Nasdaq (wzrost o 0,5%).  Źródło optymizmu na Wall Street można tłumaczyć lepszymi wynikami finansowymi większości spółek. 2/3 spośród wszystkich spółek które przedstawiły wyniki finansowe z indeksu S&P500 poprawiły swoje wyniki.

Bezpodstawne oskarżenia Czechów w sprawie afery mięsnej?

Czesi wciąż nie przesłali polskiej stronie próbek dowodzących obecności koniny w wyprodukowanym w Polsce mięsie wołowym – ujawnia Marek Sawicki. Zdaniem byłego ministra rolnictwa, czeskie oskarżenia o fałszowanie polskich wyrobów mięsnych są przejawem nieuczciwej walki konkurencyjnej. Politycy ulegają lobby producentów, którzy obawiają się konkurencji polskich produktów. Utrudnia to wzajemne porozumienie.

Według Marka Sawickiego, oskarżenia strony czeskiej pod adresem polskich produktów wynikają z chęci zwalczenia konkurencji dla mniej nowoczesnego rolnictwa czeskiego.

 – Czesi nie przedstawili polskiej Inspekcji Weterynaryjnej żadnych dowodów na pomówienia, które stosowali wobec polskich produktów – mówi Agencji Informacyjnej Newseria były minister rolnictwa Marek Sawicki. – Zachowanie czeskich organizacji rolniczych i zajmujących się przetwórstwem mogę do pewnego stopnia zrozumieć, gdyż polskie produkty żywnościowe wysokiej jakości są naturalną konkurencją dla produktów czeskich. Uważam jednak, że krytyka naszych produktów powinna być potwierdzona przez pobrane próbki, a takich próbek nie otrzymaliśmy – dodaje polityk PSL.

Jak podkreśla, roczna wartość polskiego eksportu żywności do Czech jest szacowana na 1 mld euro. Jest to porównywalne z eksportem do Wielkiej Brytanii. Czechy są jednym z najchłonniejszych rynków zbytu polskich artykułów spożywczych.

W lutym w wołowinie i wieprzowinie importowanej z Polski, jak również w polskich hamburgerach, Czesi wykryli koninę. Ponadto na przełomie marca i kwietnia w mięsnym sklepie w Morawskiej Ostrawie wykryto w koninie obecność fenylbutazonu. Ten lek przeciwbólowy dla koni ma działanie rakotwórcze. Ta skażona konina również miała pochodzić w Polski.

 – Czesi nie przysłali do Polski próbek mięsa wołowego, w którym znajdowałaby się konina – mówi Sawicki. – Pamiętam, że gdy byłem ministrem rolnictwa moi czescy odpowiednicy również głośno oskarżali polskie wyroby. Jednak, gdy spotykaliśmy się w Brukseli, aby omówić szczegóły, to brakowało im argumentów. Ulegali lobby handlowemu, lobby produkcyjnemu, związkowemu Czech, natomiast nie przedstawiali na to dowodów.

Spotkania polityków mogą nie rozwiązać problemu

6 maja odbyło się spotkanie polskiego ministra rolnictwa, Stanisława Kalemby, z jego czeskim odpowiednikiem, Peterem Bendlem. Bendl powiedział dziennikarzom, że wśród przebadanych w 2012 r. przez Państwową Inspekcję Rolniczo-Żywnościową próbek żywności, standardów nie spełniało 24,1 proc. produktów polskich i jedynie 14,5 proc. czeskich. Zapewnił jednocześnie, że kontrole w Czechach nie są skierowane szczególnie przeciw polskim produktom.

Z kolei minister Kalemba przekonywał, że polska żywność nie odbiega jakościowo od średniej unijnej. Ministrowie rolnictwa obydwu państw zobowiązali się do współpracy, której pierwszym przejawem mają być staże wymienne inspektorów żywności z Polski i Czech. Zdaniem Sawickiego jednak rozwiązania dyplomatyczne nie są w pełni wystarczające.

 – Jeśli czeskie związki, organizacje i handel będą wobec Polski stosowali  nieuczciwe metody walki konkurencyjnej, to konieczne może okazać się wstąpienie przez polskie organizacje branżowe na drogę sądową – twierdzi Sawicki.

Problem obecności koniny w mięsie wołowym, a także obecności fenylbutazonu w niektórych partiach koniny, dotyczy całej Europy. W Niemczech koninę znaleziono w mrożonych lazaniach wyprodukowanych przez znaną firmę. We Francji i w Wielkiej Brytanii koninę wykryto w hamburgerach. O dodawanie koniny do mięsa wołowego posądzono także holenderską firmę. W połowie kwietnia Komisja Europejska podała, że koninę wykryto w poniżej 5 proc. skontrolowanego mięsa, a fenylbutazon – w 0,5 proc.

Marek Szafirski: Euronet zlikwiduje nierentowne bankomaty

Euronet zlikwiduje część bankomatów. Plany dotyczą bankomatów w miejscach, gdzie liczba wypłat nie pokrywa kosztów instalacji i utrzymywania urządzenia. Rentowne są bankomaty, z których klienci miesięcznie dokonują od 3 do 3,5 tysiąca transakcji. Każda z nich to dziś mniej niż 1,3 zł zysku dla operatora bankomatu. Opłatę do tego poziomu obniżyły organizacje kartowe Visa i Mastercard. Na wprowadzenie prowizji od wypłat z bankomatów, która umożliwiłaby szybszy rozwój sieci, nie zgadza się jednak Ministerstwo Finansów.

W rozmowach z Ministerstwem Finansów Euronet argumentował, że prowizja od wypłat z bankomatów umożliwi rozwój sieci w małych miejscowościach. Ministerstwo wycofało się jednak z planu wprowadzenia dodatkowej opłaty.

 – Stawianie bankomatów w mniej ruchliwych lokalizacjach nie jest opłacalne dla firm, które czerpią zyski z posiadania sieci bankomatów. To, co w tej chwili robimy, to relokujemy bankomaty z mniejszych miejscowości do dużych miast – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marek Szafirski, prezes Euronet Polska.

Euronet i współpracujące z operatorem banki proponowały, by klient przed wypłatą z bankomatu uzyskiwał informację o tym, że może dokonać transakcji pod warunkiem dodatkowej opłaty. Klient musiałby taka opłatę zaakceptować. Dziś zysk operatorów to opłaty wynegocjowane z bankami i operatorami kart płatniczych.

Polacy coraz chętniej używają kart płatniczych, jednak wciąż większość obrotu sprzedaży detalicznej odbywa się przy pomocy gotówki. Mimo to sieć bankomatów jest słabo rozwinięta. Polacy mają do dyspozycji zaledwie 18 tysięcy urządzeń. To 458 bankomatów na milion mieszkańców, podczas gdy średnia europejska to 870 bankomatów.

Prezes Euronetu jest optymistą co do przyszłości rynku.

 – Rynek będzie się rozwijał, zarówno rynek terminali płatniczych, jak i bankomatów – podkreśla Marek Szafirski. – Z rynkiem bankomatowym jest sytuacja o tyle bardziej skomplikowana, że aby przetrwać należy rozwijać nie tylko transakcje wypłaty gotówki.

I dodaje, że Euronet stawia na rozwój przez wprowadzenie nowych usług dostępnych w sieci bankomatów. Przed wakacjami w 220 bankomatach w Warszawie pojawi się możliwość wypłacenia banknotów euro. W kolejnych miesiącach usługa pojawi się w kolejnych urządzeniach na terenie całej Polski. Firma zapewnia, że wypłata euro nie będzie się wiązała z dodatkową opłata, a kurs ma być atrakcyjniejszy od tego w kantorach.

Euronet oferuje też klientom Przekazy Bankomatowe, czyli usługę wypłaty gotówki bez użycia karty płatniczej.

  Wprowadziliśmy też możliwość wpłaty gotówki do urządzeń przez wszystkich posiadaczy kart płatniczych w Polsce, niezależnie od tego, w jakim banku posiadają rachunek. Oprócz tego współpracujemy z kilkoma bankami, żeby ta usługa była bardziej dogodna. Już obecnie jesteśmy trzecią największą siecią wpłatomatów w Polsce, a zamierzamy tę usługę dalej rozwijać – zapowiada Marek Szafirski.

Komentarz poranny, 9 maja 2013

KNF zaraportował wyniki sektora bankowego po marcu 2012. Zysk netto w marcu wyniósł 1 203 mln PLN, -17% R/R, ale +13% M/M. W konsekwencji wynik netto za 1Q 2013 ukształtował się na poziomie 4 013 mln PLN, -5% R/R, ale +15% Q/Q. Wynik jest zbieżny z wcześniej opublikowanymi dany przez NBP. Informacja neutralna.

Pomimo kryzysu aż 80 proc. z 250-ciu największych producentów dóbr konsumpcyjnych na świecie odnotowało wzrost sprzedaży

Dzięki rosnącej lawinowo popularności urządzeń mobilnych, takich jak tablety czy smartfony, ich producenci deklasują konkurencję w rankingu globalnych graczy na rynku dóbr konsumpcyjnych „Global Powers of Consumer Products 2013”. Jak wskazują eksperci firmy doradczej Deloitte, którzy przygotowali ranking, rosnąca liczba urządzeń mobilnych wpływa nie tylko na przychody firm z tego sektora, ale również na zwyczaje konsumenckie. Już 58 proc. posiadaczy smartfonów posłużyło się nimi podczas zakupów on-line. Między innymi dzięki popularyzacji nowych narzędzi zapewniających konsumentom stały dostęp do Internetu wartość sprzedaży e-commerce na całym świecie przekroczy w tym roku bilion euro. Zestawienie pokazuje również, że pomimo trwającego spowolnienia gospodarczego 250 największym producentom dóbr konsumpcyjnych na świecie udało się zwiększyć zarówno przychody, które w ostatnim zakończonym roku finansowym przekroczyły 3 biliony dolarów, jak i zyski.

Aż 69 proc. konsumentów dokonuje decyzji zakupowych pod wpływem opinii, jakie znajdują o danym produkcie lub usłudze w Internecie. Aby do nich dotrzeć często korzystają z urządzeń mobilnych, które coraz powszechniej służą także do dokonania samego zakupu. Zdaniem ekspertów Deloitte udział zakupów on-line w najbliższych miesiącach dokonywanych za pośrednictwem urządzeń mobilnych będzie się zwiększać, jako, że liczba użytkowników tego sprzętu rośnie lawinowo. Tylko w USA własnego smartfona ma prawie połowa konsumentów, w Chinach aż dwóch na trzech. Szacuje się, że w krajach rozwijających się, takich jak Rosja czy Brazylia liczba ta sięga nieco powyżej jednej trzeciej populacji. „Nie wolno więc nie doceniać wpływu urządzeń mobilnych na zachowania konsumentów podczas całego procesu zakupowego, począwszy od zetknięcia się z daną marką i opiniami na jej temat, poprzez wybór produktu, aż do oceny już po dokonaniu zakupu, wyrażonej choćby za pośrednictwem mediów społecznościowych” – tłumaczy Magdalena Jończak, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.

Co więcej producenci muszą szybko uczyć się korzystać z nowoczesnych narzędzi do przeprowadzania analiz i efektywnego wykorzystania dostępnych danych o kliencie, by tworzyć indywidulane profile konsumentów i w oparciu o nie budować personalizowaną ofertę czy przekaz marketingowy. Powinni też m.in. multiplikować kanały sprzedaży (od tradycyjnych punktów po współpracę z wiodącymi sprzedawcami on-line). Do tego niezbędna jest współpraca działów sprzedaży, marketingu i IT. „Nie bez znaczenia jest również fakt, że ekspansja na rynkach wschodzących rodzi konieczność lepszego zrozumienia i dogłębnego poznania lokalnych kultur, by lepiej dostosować swe produkty do wymagań odbiorców. Firmy muszą się nauczyć korzystać z informacji, które dostarczają urządzenia mobilne używane przez klientów. Nowoczesne narzędzia, jak choćby usługi geolokalizacyjne pozwalają efektywnie oferować swoje produkty w miejscu i czasie, w których klient jest potencjalnie najbardziej skłonny je nabyć” – tłumaczy Magdalena Jończak.

Biorąc pod uwagę popularyzację urządzeń mobilnych nie dziwi fakt, że pierwsze trzy lokaty w rankingu „Global Powers of Consumer Products 2013” zajmują obecnie producenci sprzętu elektronicznego. „Piąty rok z rzędu najsilniejszym okazał się koreański Samsung, choć mocno po piętach depcze mu koncern Apple, który w ciągu ostatnich pięciu lat wspiął się o 21 pozycji, a od ostatniego notowania przeskoczył aż cztery miejsca” – mówi Piotr Świętochowski, Dyrektor w Dziale Audytu Deloitte. Na trzecim miejscu pozostał japoński Panasonic. Co jednak ciekawe, to nie producenci elektroniki są liderami pod kątem dynamiki wyniku. Spośród wszystkich sektorów już drugi rok z rzędu najwyższą stopę wzrostu zanotowała branża modowa (14 proc.). Jest ona również najbardziej rentowna przy łącznej marży netto wynoszącej 8 proc. Największym graczem na tym rynku jest nadal amerykański Nike. Z kolei liczba przedstawicieli sektorów żywnościowego, napojów i tytoniowego w grupie 250 najszybciej rozwijających się firm zmniejszyła się ze 140 do 137. Pomimo tego segment spożywczy i producenci wyrobów tytoniowych odnotowali znaczący łączny wzrost przychodów ze sprzedaży o 9 proc.

Mimo spowolnienia gospodarczego w ostatnim zamkniętym roku finansowym* przychody 250 największych producentów dóbr konsumpcyjnych wyniosły 3,12 biliona dolarów (rok wcześniej w roku finansowym 2010 było to 2,82 biliona dolarów). A to oznacza wzrost na poziomie 7 proc. Aż 80 proc. spółek z tego zestawienia może się pochwalić większymi przychodami ze sprzedaży, a 90 proc. zanotowało zysk, który średnio wyniósł 6,5 proc. (w roku finansowym 2010 było to 8,5 proc.). „Aż połowę z podmiotów, które dotknął spadek przychodów stanowią firmy japońskie, borykające się wciąż ze skutkami trzęsienia ziemi i tsunami. Solidne wyniki sprzedaży pozostałych są jednak oznaką, że światowa gospodarka powoli odbija się od dna i w najbliższych latach należy spodziewać się dalszych wzrostów” – wyjaśnia Piotr Świętochowski.

Podobnie jak w innych sektorach gospodarki, także w branży producentów dóbr konsumpcyjnych, duże wzrosty przychodów zapewnia firmom ekspansja na rynkach wschodzących. Największe wzrosty wykazały spółki z Afryki i Bliskiego Wschodu (o 24 proc.), a za nimi uplasowała się Ameryka Łacińska (16 proc.). Silną reprezentację w grupie krajów wschodzących mają firmy z Brazylii, a także z Chin. Dla porównania w Ameryce Północnej wzrost ten wyniósł 14 proc, ale już Europie borykającej się z recesją jedynie 4 proc. Pod tym względem z państw europejskich najlepiej wypadają spółki francuskie (wzrost o 15 proc.), które osiągnęły wyniki ponad dwukrotnie lepsze niż firmy z Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Łączne przychody ze sprzedaży dziesięciu największych producentów dóbr konsumpcyjnych na świecie wyniosły 846 mld dolarów, przy wzroście o 4,8 proc. r./r. „W porównaniu z całym zestawieniem TOP 250 jest to wynik nieco gorszy, przede wszystkim ze względu na słabszą kondycję japońskich koncernów Panasonic i Sony, a także fińskiej Nokii” – dodaje Piotr Świętochowski. Przychody pierwszej dziesiątki to 27,1 proc. wyniku wszystkich producentów dóbr konsumpcyjnych. Firmy, które znalazły się zestawieniu TOP 250 musiały w roku finansowym 2011 osiągać przychody na poziomie co najmniej trzech miliardów dolarów.

Korupcja i kreatywna księgowość w polskich firmach to niemal codzienność

Manipulacje księgowe i korupcja – to wciąż najważniejsze nieprawidłowości, do jakich dochodzi w polskich firmach. Wynika tak z ogólnoświatowego Badania Nadużyć Gospodarczych przeprowadzonego przez firmę doradczą Ernst & Young. Zaledwie jedna piąta badanych firm stosuje sankcje w razie wykrycia korupcji w swojej organizacji.

Wyniki Badania Nadużyć Gospodarczych wskazują, że nadal dużym problemem wśród polskich firm są nadużycia księgowe. 42 proc. polskich respondentów podkreśla, że wyniki finansowe są lepsze od faktycznej sytuacji finansowej przedsiębiorstwa. To wynik gorszy od średniej dla wszystkich krajów (38 proc.) oraz dla krajów Europy Zachodniej (31 proc.).

Najczęstsze przypadki nadużyć księgowych to wcześniejsze rozpoznawanie przychodów (12 proc.) oraz „wciskanie” klientom niechcianych produktów dla osiągniecia wyższej sprzedaży (8 proc.). W obu przypadkach Polska znalazła się w pierwszej dziesiątce krajów z najgorszymi wynikami.

Inne nieetyczne zachowania to prezenty, rozrywka czy koperty z pieniędzmi – zdaniem prawie 40 proc. respondentów pozwalają one firmom przetrwać spowolnienie gospodarcze. Wskaźnik korupcji, jak i brak wystarczających działań w celu jej zwalczania to po manipulacjach księgowych największy problem.

– Około 40 proc. badanych nie widzi problemu w tym, żeby dać łapówkę, zasponsorować wyjazd czy wręczać różnego rodzaju prezenty, a 20 proc. słyszało o różnych nadużyciach i manipulacjach księgowych w ich firmach. To wskazuje, że niestety mamy do czynienia z problemem dosyć nagminnym, który występuje wszędzie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mariusz Witalis, partner Ernst & Young z działu Zarządzania Ryzykiem Nadużyć.

W ogonie Europy

Tylko 40 proc. polskich firm posiada politykę antykorupcyjną, a co czwarta szkoli w jej zakresie swoich pracowników. Jeszcze mniej, bo tylko 18 proc. badanych firm stosuje sankcje w razie wykrycia korupcji.

– Co prawda mamy lepsze wyniki niż kraje afrykańskie i kraje Bliskiego Wschodu, ale od krajów Europy Zachodniej mocno odstajemy, zarówno pod względem ilości nadużyć, jak i stosowania środków zaradczych. Jeżeli chodzi o kwestię wprowadzania kodeksów etycznych, o kwestię linii raportowania nadużyć to jesteśmy zdecydowanie na szarym końcu – przyznaje Mariusz Witalis.

Nadużycia to wynik kryzysu i tego, że na skutek cięcia kosztów w firmach brak jest osób, które mogłyby wykrywać oraz przeciwdziałać nadużyciom.

– W rezultacie często jest tak, że gdy dochodzi do tego rodzaju zjawisk na działania prewencyjne jest za późno – podkreśla ekspert.

Badanie pokazuje, że jedna piąta polskich firm posiada linie do raportowania nadużyć i korupcji, a tzw. sygnaliści (z ang. whistle blowers), czyli pracownicy informujący o zaobserwowanych nieprawidłowościach, to nadal rzadkość.

Nadużycia we wszystkich sektorach i branżach

Problem nadużyć finansowych dotyka firm każdej branży.

– Bardziej narażone na manipulacje są firmy nastawione na aktywną sprzedaż, gdzie występuje styk państwowego z prywatnym – mówi Mariusz Witalis.

Z raportu wynika, że ograniczenie skali nadużyć leży w rękach kadry zarządzającej firmami. W ocenie ekspertow Ernst & Young firmy powinny w większym niż dotąd stopniu szkolić pracowników i monitorować ten proces.

– Jest to kwestia osobistego zaangażowania rad nadzorczych i zarządów w zwalczaniu nadużyć. Chodzi o przekazanie sygnału do pracowników, że pewne zachowania w firmach nie są tolerowane. Istotna jest tu także koncentracja środków finansowych w celu niwelowania ryzyk – podsumowuje ekspert.

Badanie Nadużyć Gospodarczych Ernst & Young przeprowadzono w 36 krajach europejskich, Bliskiego Wschodu, Indii i Afryki wśród ponad trzech tysięcy osób – zarówno pracowników, jak i kadry zarządzającej.

Wojciech Pomykała prezes Exatela szykuje się do przejęć firm m.in. z obszaru ICT

Spółka telekomunikacyjna Exatel zmienia swą strategię działania. Firma, świadcząca usługi dla największych przedsiębiorstw i instytucji administracji publicznej, myśli o przejęciach i umocnieniu swojej pozycji na rynku. Exatel, którego największym akcjonariuszem jest Polska Grupa Energetyczna, odgrywać będzie też nową rolę w samej grupie.

Exatel jest spółką z prawie dwudziestoletnim doświadczeniem. Świadczy usługi operatorskie, transmisji danych oraz dzierżawy łącz internetowych. Zarządza jedną z największych w Polsce siecią transmisyjną, której długość wynosi 20 tys. km. Firma zamierza wzmocnić swoją pozycję na rynku, a istotnym elementem strategii mają być przejęcia innych podmiotów.

– Na dzień dzisiejszy nie jesteśmy jeszcze gotowi, żeby podawać konkretne cele akwizycyjne – mówi Wojciech Pomykała, prezes zarządu Exatela. – Myślimy o obszarach ICT i o obszarach telekomunikacyjnych.

Trwają szczegółowe analizy obszarów, których wzmocnienie przyniesie największe korzyści, zarówno dla całej grupy kapitałowej, jak i samej spółki. Nowa strategia spółki zakłada rozbudowę tzw. pętli lokalnej, czyli sieci Exatela w poszczególnych obszarach kraju oraz pozyskanie nowych kompetencji, m.in. z obszaru ICT. Trafna diagnoza rynku ma pomóc w wytypowaniu podmiotów, którymi warto byłoby się zainteresować. Sama spółka musi być jednak gotowa do takich ruchów.

– Jeżeli będziemy wewnętrznie gotowi i będziemy mieć diagnozę potencjalnych partnerów, potencjalnych firm, z którymi się możemy połączyć czy wspólnie działać na rynku, to wówczas będziemy podejmować odpowiednie kroki – tłumaczy Pomykała.

Problemem nie powinny być pieniądze. Szef spółki przypomina, że przez ostatnich kilka lat Exatel był w procesie sprzedaży, co skutkowało niewysokim poziomem realizowanych inwestycji. Dopiero w maju ubiegłego roku zapadła decyzja, że firma nie zmieni właściciela i pozostanie w grupie kapitałowej PGE. Dzięki temu ma środki własne, które dzisiaj może wydać na nowe przedsięwzięcia.

Związane one będą również z nową rolą, jaką spółka ma odgrywać wewnątrz grupy.

– Exatel ma być docelowo centrum kompetencji usług telekomunikacyjnych dla grupy kapitałowej – tłumaczy prezes. – Ma również zarządzać i rozwijać wszystkie obszary związane z telekomunikacją w grupie kapitałowej.

Z punktu widzenia grupy energetycznej potrzeb telekomunikacyjnych nie brakuje. Przykładem jest połączenie wszystkich oddziałów terenowych, co jest niemałym wyzwaniem, zważywszy na fakt, że Polska Grupa Energetyczna jest największym graczem na polskim rynku energetycznym. To tylko część wyzwań, stojących przed operatorem. Inne to chociażby obsługa telekomunikacyjna całej grupy. Exatel ma docelowo zarządzać całą infrastrukturą z obszaru telekomunikacji we wszystkich spółkach, zarządzać jej rozwojem i utrzymaniem wysokiego poziomu działania. Ma to zapewnić duże usprawnienia.

– Biorąc pod uwagę np. kwestię świadczenia usług z telefonii stacjonarnej, to dzisiaj praktycznie każdy oddział ma własne centrale telefoniczne – mówi Wojciech Pomykała, prezes Exatela. – Stosowanie usługi wirtualnego PBX [centrala telefoniczna – red.] czy świadczenie usług w oparciu o centralny system klasy SoftSwitch wydaje się być rozwiązaniem najbardziej optymalnym.

LOT będzie się domagać od Boeinga odszkodowania za straty finansowe i wizerunkowe

Uziemienie Dreamlinerów dla Polskich Linii Lotniczych LOT to nie tylko straty finansowe, ale przede wszystkim strata wizerunkowa – uważa prezes LOT Sebastian Mikosz. Dlatego zaraz po tym, jak te samoloty znów zaczną latać – a powinno to nastąpić w ciągu miesiąca – polski przewoźnik wystąpi o odszkodowanie do Boeinga. Jednak – mimo wszystkich problemów – władze LOT-u nie żałują decyzji o zakupie Dreamlinerów.

– Na razie koncentrujemy się na przywróceniu samolotów do latania. Ten cel zostanie osiągnięty nie dalej niż w ciągu miesiąca i wtedy skoncentrujemy się na dialogu bardziej prawno-finansowym, na tym, żebyśmy jako spółka uzyskali odszkodowanie za to, że kupiliśmy sprzęt, który nie spełniał fundamentalnego przesłania, jakim jest możliwość wykonywania operacji lotniczych – podkreśla Sebastian Mikosz. – Nadal wierzę w to, że będzie się to odbywało na zasadach partnerskich i w związku z tym będziemy mogli o tym otwarcie porozmawiać i zaanonsować to publicznie, kiedy już te rozmowy będą zamknięte.

Spółka jak na razie nie ujawniła jak wysokiego odszkodowania będzie się domagać.

– Jako linia, która oparła całą swoją flotę szerokokadłubową na Dreamlinerze i jest linią relatywnie małą, jeśli chodzi o Europę, oczekiwałbym od Boeinga trochę więcej zaangażowania na naszą rzecz i trochę więcej zrozumienia, że to jest naprawdę bardzo istotna część naszego biznesu – mówi Agencji Informacyjnej Sebastian Mikosz, prezes LOT.

Dreamlinery w strategii LOTu miały być samolotami, które polskiemu przewoźnikowi dadzą przewagę nad europejską konkurencją na lotach długodystansowych. Samoloty, które LOT otrzymał z czteroletnim opóźnieniem, okazały się jednak jak dotąd tylko źródłem problemów.

– Najgorsze z punktu widzenia firmy usługodawczej jest to, że chciałbym sprzedać pasażerowi w tej cenie dobry produkt, a sprzedaje produkt, z którego wiem, ze sam nie jestem do końca zadowolony. Po to zainwestowaliśmy w Dreamlinera, żeby on był znacznie lepszy – tłumaczy prezes PLL LOT. – Musieliśmy stanąć jako „parawan” między pasażerami a Boeingiem, naprawdę nie mając wpływu na to, że nie dość, że były cztery lata opóźnienia, to jeszcze samoloty zostały uziemione.

Polski przewoźnik posiada dziś starsze samoloty Boeinga i Airbusy. Na brak nowoczesnych Dreamlinerów narzekają zwłaszcza pasażerowie lotów transatlantyckich.

– Rozumiem komentarze: ”moglibyście już wymienić te wasze samoloty”. Bardzo chętnie byśmy to zrobili, ale my niestety tylko nimi operujemy, kto inny je produkuje. To jest naprawdę ogromna strata dla nas, którą – mam nadzieję – uda się jeszcze w tym roku wyrównać – mówi Sebastian Mikosz.

Mimo problemów z Dreamlinerami prezes PLL LOT nie żałuje inwestycji w te samoloty.

– Mam mieszane uczucia, ponieważ to, co było dla nas elementem budowania przez wiele lat przewagi konkurencyjnej, jest dzisiaj obszarem ogromnej ilości problemów, z których my się tłumaczymy, a na które nie mamy wpływu. Jednak dokonałbym tego samego wyboru jeszcze raz – przekonuje Sebastian Mikosz.

Komentarz dzienny, 9 maja 2013

Na wczorajszym posiedzeniu RPP obniżyła stopy procentowe NBP o 25pb (stopa referencyjna na rekordowo niskim poziomie 3%) i otworzyła (oczywiście warunkowo) drogę do dalszego poluzowania. Oczekiwaliśmy bardziej zdecydowanego ruchu, ale nawet te 25pb było zaskoczeniem dla krajowych analityków zapatrzonych w rozgrywkę polityczną w Radzie. Uzasadnieniem obniżki była, zgodnie z naszymi oczekiwaniami, skala negatywnych zaskoczeń w stosunku do bieżącej projekcji NBP.

Podsumowanie IQ2013 – zgodnie z założeniami

Grupa Kapitałowa Lubelskiego Węgla BOGDANKA, której jednostką dominującą jest Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A. – najnowocześniejsza i najbardziej efektywna kopalnia węgla kamiennego w Polsce oraz krajowy lider rynku producentów węgla energetycznego, wypracowała w I kwartale 2013 roku przychody ze sprzedaży w wysokości niemal 430,8 mln zł,  zysk operacyjny sięgający 87,4 mln zł oraz zysk netto w wysokości 69,9 mln zł.  Wyniki Spółki są zgodne z założeniami.

Informacje pozafinansowe kluczem do sukcesu dla firm notowanych na giełdzie

Aż 77% największych firm notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Londynie w Indeksie Financial Times Stock Exchange (FTSE 360) w swoich raportach zamieszcza informacje pozafinansowe, dotyczące ich modelu biznesowego. Ponad połowa z nich, raportuje także inne informacje związane ze strategią biznesową – wynika z analiz firmy doradczej PwC. To dowód na to, że raportowanie zintegrowanych informacji o przedsiębiorstwie jest już światowym trendem, w którego stronę powinny zmierzać także polskie firmy.

Raportowanie zintegrowane łączy analizę finansową z analizą kontekstu społecznego, środowiskowego i ekonomicznego, w którym działa firma. Jest narzędziem, które dostarcza inwestorom kompleksowej oceny wartości organizacji oraz informacji, jak zamierza ona zwiększyć ją w perspektywie krótko i długoterminowej.

Dzięki raportowaniu zintegrowanemu i transparentności firmy mogą budować stabilne i długotrwałe relacje z inwestorami. Korzyści dla spółek wynikające z raportowania zintegrowanego to przede wszystkim: ułatwienie dostępu do kapitału i obniżenie jego kosztów oraz wyróżnienie się na rynku. To także zmniejszenie ryzyk, takich jak reputacyjne w łańcuchu dostaw poprzez większy wpływ na partnerów biznesowych czy regulacyjne, poprzez wpływ na rozwój kształtu raportowania.

Z punktu widzenia inwestorów, korzyści płynące z informacji pozafinansowych, to przede wszystkim zwiększenie świadomości w zakresie zagadnień zrównoważonego rozwoju. Raportowanie zintegrowane ma także wpływ na procesy zachodzące w gospodarce m.in.: przejrzystość rynku, rozpowszechnianie idei odpowiedzialnego biznesu czy ułatwienia wczesnego identyfikowania ryzyk.

„Informacje pozafinansowe dotyczące spółki pozwalają właściwie komunikować istotne czynniki, które tworzą wartość firmy w perspektywie zarówno krótko, średnio jak i długoterminowej. Takie informacje, jak opis łańcucha dostaw, strategia firmy czy model jej zarządzania, są kluczowym elementem przyczyniającym się do budowy zaufania, pomagają inwestorom w podejmowaniu stabilniejszych decyzji oraz efektywnej alokacji kapitału” – mówi Mirella Panek-Owsiańska, Prezeska Forum Odpowiedzialnego Biznesu.

Coraz więcej polskich przedsiębiorców zaczyna wykorzystywać narzędzie raportowania zintegrowanego do budowaniu swojej przewagi konkurencyjnej, ale nadal ich liczba jest bardzo mała.

„Bardzo ważne jest, aby polskie spółki aktywnie oceniały swoje mocne i słabe strony w zakresie raportowania i komunikacji do różnych grup interesariuszy – inwestorów, pracowników i klientów. Wiedza o tym, gdzie firma znajduje się w odniesieniu do najlepszych praktyk rynkowych w zakresie raportowania zintegrowanego, czy które z wartości dobrze jest raportować, pozwala zbudować pozycję lidera w swoim sektorze” – podkreśla Irena Pichola, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialnego biznesu w PwC.

21 maja 2013 r. firma doradcza PwC wspólnie z Forum Odpowiedzialnego Biznesu (FOB) jako pierwsza w Polsce rozpocznie projekt budowania partnerstwa na rzecz rozwoju zintegrowanego raportowania na naszym lokalnym rynku. Spotkanie z przedsiębiorcami będzie okazją do zapoznania się bliżej z założeniami oraz metodyką najnowszej propozycji wytycznych raportowania zintegrowanego przedstawionej przez International Integrated Reporting Council (IIRC) w dniu 16 kwietnia 2013 r. Polskie firmy będą mogły także uczestniczyć w benchmarku, w ramach którego porównają swój poziom raportowania do innych przedsiębiorstw w regionie CEE i globalnie.

World Trends, 8 maja 2013

Dzisiaj zapadnie decyzja odnośnie poziomu stóp procentowych w Polsce i po kwietniowej przerwie w trwającym kilka miesięcy cyklu ich obniżki dzisiaj nie wykluczone, że RPP zdecyduje się na kolejny gołębi krok ku ratowaniu gospodarki. Zapewne największym beneficjentem decyzji Rady Polityki Pieniężnej będzie złotówka, której wahania w głównej mierze uwarunkowane są zmianą oprocentowania polskich obligacji.

Komentarz poranny, 8 maja 2013

Komisja Nadzoru Finansowego poinformowała w komunikacie z posiedzenia o potencjalnej manipulacji kursem Boryszewa w dniach 19-30 kwietnia. W dniu 30 kwietnia miało miejsce tworzenie list rankingowych, na podstawie których Komitet Indeksów Giełdowych GPW podejmuje decyzję o zmianach w składzie indeksu WIG20. GPW wydało komunikat w którym poinformowała, że zamierza wyłączyć z rankingu transakcje akcjami Boryszew wymienione w komunikacie KNF.

Skonsolidowany zysk Grupy Banku Millennium w I kwartale 2013 r. wyniósł 120 mln zł

Zysk skonsolidowany Grupy Banku Millennium w I kwartale 2013 r. wyniósł 120 mln zł, co stanowi wzrost o 9% w porównaniu z analogicznym okresem roku 2012.

Wzrost ten wynikał zarówno z wyraźnie wyższych przychodów operacyjnych netto (o +4,5% r/r) jak i niższych kosztów operacyjnych (o 3,4% r/r). Nadwyżka, powstała w głównych pozycjach operacyjnych, z nawiązką zrekompensowała wzrost odpisów z tytułu ryzyka (o 39,7% r/r). Wyższe odpisy, w porównaniu z I kwartałem 2012 r., zostały utworzone pomimo poprawy wskaźnika jakości aktywów, który ponownie spadł poniżej poziomu 5,0%. W konsekwencji pokrycie rezerwami kredytów zagrożonych utratą wartości wzrosło w ciągu I kwartału 2013 r. do poziomu 60%.