Konsorcjum banków udzieliło 255 mln euro finansowania Grupie Selena

Wraz z konsorcjum czterech innych banków, Credit Agricole udzielił finansowania w łącznej wysokości 255 mln euro Grupie Selena.

Finansowanie obejmuje część krótkoterminową w kwocie 100 milionów euro, która będzie przeznaczona na finansowanie bieżących potrzeb Grupy Selena (umowa zawarta na okres 3 lat z opcją przedłużenia na okres kolejnych trzech lat). Drugą częścią finansowania jest pożyczka długoterminowa w kwocie 155 milionów euro z przeznaczeniem na potencjalne akwizycje, inwestycje oraz refinansowanie obecnych kredytów nieodnawialnych (umowa zawarta na okres sześciu lat).

Oprocentowanie kredytu zostało ustalone w oparciu o stawkę bazową Euribor 3M / Euribor 1M, powiększoną o marżę uzależnioną od poziomu wskaźnika finansowego: dług netto/EBITDA. Udział w finansowaniu Credit Agricole Bank Polska wynosi 15,7 proc., co przekłada się na kwotę 40 mln euro.

Polska z wyższymi płacami, ale słabszym zatrudnieniem. Niepewność wokół Fed rośnie

Wynagrodzenia w przedsiębiorstwach dalej rosną. W tym tempie w ciągu roku średnia krajowa przekroczy okrągłą barierę 10 000 zł. W przyszłym tygodniu ostatnie posiedzenie z Jerome’em Powellem, ale sam proces wyłaniania następcy napotyka problemy. Inflacja w Kanadzie nie rośnie tak mocno, jak się obawiano.

Płace w Polsce

Dzisiaj poznaliśmy dane na temat rynku pracy, a przede wszystkim wynagrodzeń w Polsce. Co prawda dotyczą one tylko firm, które zatrudniają powyżej 9 pracowników, ale nadal jest to najlepszy dostępny wskaźnik. Średnia krajowa wyniosła w marcu 9652,19 zł. Jest to wynik o 6,6% wyższy od oczekiwań, podczas gdy spodziewano się wzrostu o 6,1%, czyli stawki nieznacznie przekraczającej 9600 zł. Oprócz tego, że statystycznie zarabia się w Polsce lepiej, pojawia się też druga ważna wiadomość. Zatrudnienie w tych przedsiębiorstwach w tym samym czasie niestety spadło o 0,9%. Trzeba pamiętać, że dane te dotyczą niecałego 60% pracowników. W rezultacie wcale nie musi to oznaczać wzrostu bezrobocia o tę samą wartość. Część z tych osób mogła bowiem trafić do mniejszych firm lub przejść na to, co określa się jako „elastyczne formy zatrudnienia”.

Ostatnia decyzja tego FED w przyszłym tygodniu

Wojna w Zatoce Perskiej trwa w najlepsze, a w przyszłym tygodniu czeka nas ostatnie posiedzenie FED z Jerome’em Powellem jako przewodniczącym. Wydaje się jednak, że nie należy na nim spodziewać się już żadnych decyzji. Rynki też tak uważają. Wczoraj miało miejsce przesłuchanie Kevina Warsha. Coś, co miało być formalnością, okazuje się jednak problemem. Z jednej strony wypomina mu się rolę w kryzysie z 2008 roku. Z drugiej – pojawiają się pytania o olbrzymi majątek i potencjalny konflikt interesów. Do tego dochodzą zarzuty dotyczące mniejszej samodzielności. Sam wskazał jeszcze na konieczność obniżek stóp, argumentując, że rozwój AI zwiększy produktywność. W rezultacie, pomimo niższych stóp, nie zobaczymy zwiększonej inflacji. Pojawia się zatem ryzyko, że do 15 maja, czyli końca kadencji, nie będziemy mieli następcy. Wówczas Jerome musiałby pozostać dłużej na stanowisku. Rynki na razie przyjmują to spokojnie. Im dalej do nominacji Warsha, tym mniej ryzyk.

Kanada bez większego wpływu wojny

Wczoraj poznaliśmy dane na temat wzrostu cen w Kanadzie. Wskaźnik nie rośnie tam tak szybko, jak obawiali się analitycy, ale jednak. Warto zwrócić uwagę, że inflacja konsumencka wynosi tam 2,4%. To wynik bardzo bliski celu inflacyjnego. W tym samym czasie inflacja bazowa – czyli z wykluczeniem cen najbardziej zmiennych, żywności i energii – rosła o 2,5%. Należy jednak pamiętać, że główna stopa procentowa w Kanadzie wynosi zaledwie 2,25%. Oznacza to, że jeżeli sytuacja będzie dalej eskalować, Bank Kanady może znaleźć się pod dużą presją podnoszenia stóp procentowych, by przeciwdziałać większemu wzrostowi cen. Skoro rozważane są podwyżki, nie powinno dziwić, że wczoraj byliśmy świadkami umocnienia dolara kanadyjskiego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Auto marzeń? Prawie połowa Polaków nie potrafi wskazać żadnego

0

Choć Polacy najczęściej wskazują Audi jako wymarzoną markę auta, aż 48% badanych nie potrafi wskazać samochodu marzeń. To może oznaczać, że dla wielu kierowców samochód przestaje być symbolem aspiracji, a coraz częściej staje się po prostu narzędziem, które ma być oszczędne, wygodne i tanie w utrzymaniu. W tym samym badaniu przyznają m.in., że najbardziej brakuje im w ich pojazdach niższego spalania (19%) i większej mocy silnika (16%).

Między marzeniem a rozsądkiem

Najwięcej respondentów wskazało Audi (8%) jako markę, o której marzy najbardziej. Na kolejnych miejscach znalazły się Toyota (5,6%), BMW (5,1%) i Mercedes (4,7%). Dalej uplasowały się Volvo (2,5%), Volkswagen i Kia (po 1,9%), Porsche (1,7%) oraz Ford (1,6%).Wymarzone marki aut

Choć w rankingu dominują marki premium i dobrze rozpoznawalne brandy motoryzacyjne, odpowiedzi badanych pokazują, że marzenia kierowców nie zawsze idą dziś w parze z jednoznacznymi aspiracjami. Prawie co drugi ankietowany przyznał, że nie wie, jakim autem chciałby jeździć. To jeden z najbardziej wyrazistych wyników badania.

Wśród osób wskazujących konkretne modele widać zarówno fascynację segmentem premium, jak i przywiązanie do bardziej praktycznych wyborów. W przypadku BMW najczęściej pojawiały się modele X5, M4, Seria 3 i E39. Osoby marzące o Audi wymieniały m.in. A4, Q3, R8, A6 i Q5, a sympatycy Mercedesa najczęściej wskazywali Klasę G, Klasę S i Klasę C. Z kolei w przypadku Toyoty respondenci częściej wymieniali modele postrzegane jako bardziej dostępne i użyteczne na co dzień — Yarisa, Corollę i C-HR. Wśród fanów Forda pojawiały się zarówno Focus, jak i Mustang, a osoby marzące o Porsche najczęściej wskazywały 911 oraz Cayenne.

Czego brakuje Polakom w obecnych autach?

Badanie pokazuje też, że znacznie łatwiej niż wymarzone auto wskazać to, czego brakuje w obecnym samochodzie. Najczęściej wymienianą potrzebą jest niższe spalanie i większa oszczędność — tak odpowiedziało 19% badanych. Na kolejnych miejscach znalazły się większa moc silnika i lepsza dynamika jazdy (16%), wyższy komfort podróżowania, np. lepsze zawieszenie i wyciszenie (15%), a także napęd 4×4 (15%).Czego Polakom brakuje w ich autach

14% respondentów chciałoby mieć automatyczną skrzynię biegów, a tyle samo wskazuje na potrzebę niższych kosztów utrzymania auta, takich jak serwis, ubezpieczenie czy części. 12% badanych deklaruje z kolei, że w ich samochodzie brakuje większego bagażnika. Respondenci mogli wskazać więcej niż jedną odpowiedź. Jednocześnie 15% z nich zadeklarowało, że obecnie nie posiada samochodu.

Ile kosztuje OC dla wymarzonych marek?

Rankomat.pl sprawdził również medianę najtańszych ofert OC dla najczęściej wskazywanych marek. Najwyższą odnotowano dla BMW – 779 zł. Wysoko znalazły się także Porsche (739 zł), Audi (726 zł) i Mercedes-Benz (725 zł). Nieco niższe mediany dotyczą Volvo (704 zł), Toyoty (688 zł), Forda (682 zł) oraz Volkswagena (677 zł). Najniższą medianę w zestawieniu odnotowano dla Kii – 629 zł.Cena OC wymarzonych marek samochodów Polaków

Wysokość składki OC zależy nie tylko od marki samochodu, ale również od modelu, pojemności silnika, wieku kierowcy, miejsca zamieszkania czy historii szkodowości. Marki premium, takie jak BMW, Porsche czy Mercedes, często wiążą się z wyższymi składkami, co wynika m.in. z większej mocy pojazdów i możliwości bardziej dynamicznej jazdy. Różnice między markami w analizowanym zestawieniu sięgają około 150 zł, co pokazuje, że wybór auta może mieć realny wpływ na budżet kierowcy – mówi Aleksandra Wilczyńska, Head of Auto w Rankomat.pl.

Metodologia: badanie metodą CAWI na zlecenie Rankomat.pl, przeprowadzone w marcu 2026 roku na reprezentatywnej grupie 810 osób w wieku 18–65 lat.

Technologiczni giganci odrabiają straty, ale entuzjazm inwestorów słabnie

Spółki technologiczne z grupy Magnificent 7 odrobiły ostatnie straty. Od dołka z 27 marca indeks tej grupy zyskał niemal 19 proc., odrabiając wcześniejszy 17 proc. spadek od październikowego szczytu. Tyle że tym razem odbicie nie przyszło w spokojnym otoczeniu. Rynek żyje jednocześnie doniesieniami wokół Iranu, zmianą warty w Apple i nowym etapem wyścigu AI wokół Amazona. Według badania eToro Puls Inwestora Indywidualnego polscy inwestorzy przestali patrzeć na Magnificent 7 jak na niemal automatyczny sposób na pobicie rynku.

Obecnie indeks spółek z grupy Magnificent 7 jest już powyżej poziomu sprzed wcześniejszych spadków, choć skala odbicia jest bardzo różna. Najmocniej od dołka 27 marca wzrósł Amazon, o 22 proc. Potem są Alphabet z wynikiem 16 proc., Nvidia z 14 proc., Meta z 13 proc. i Microsoft z 12 proc. Apple odzyskał 7 proc., a Tesla tylko 2 proc. To ważna różnica, bo pokazuje, że Mag 7 nadal rosną jako grupa, to pozostają silnie zróżnicowane. Jeszcze lepiej widać to w wynikach od początku roku. Na plusie są Amazon, Alphabet, Nvidia, Meta i Apple, ale Microsoft jest ponad 11 proc. pod kreską, a Tesla 10 proc. na minusie.

Jeszcze wczoraj rynek próbował grać pod dobre wiadomości wokół wojny z Iranem. Krótkie ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz dodało paliwa rajdowi akcji z zeszłego tygodnia, ale gdy szlak znowu został zamknięty, w poniedziałek sytuacja uległa pogorszeniu. To dobrze pokazuje klimat obecnego odbicia. Inwestorzy kupują pozytywne nagłówki, ale jednocześnie coraz częściej słychać ostrzeżenia, że rynek może pozostawać zbyt optymistyczny co do przyszłości.

Dziś dochodzą do tego bardzo konkretne historie w samych spółkach. Apple poinformowało, że Tim Cook ustąpi z funkcji prezesa, a 1 września stery przejmie John Ternus. To nie dzieje się w próżni, bo akcje Apple są około 38 proc. wyżej niż rok temu. Przy takiej skali wzrostu każda zmiana na szczycie będzie stanowiła także test dla obecnej wyceny. Drugi ważny temat dotyczy Amazona. Akcje spółki zyskały około 3 proc. w handlu pozasesyjnym, po informacji, że firma postanowiła zainwestować w Anthropic nawet do 25 mld dolarów więcej, by rozwijać infrastrukturę AI.

Wall Street zakłada, że wyniki finansowe uzasadniają obecny optymizm, bo zyski Magnificent 7 mają wzrosnąć w tym roku o 19 proc., wobec przewidywanego 17 proc. wzrostu całego S&P 500. Problem polega na tym, że jednocześnie dziś wygasa zawieszenie broni, a analitycy ostrzegają, że nadmierna pewność siebie może skończyć się bolesnym cofnięciem w stylu tej z 2022 roku. Rynek pozostaje też mocno skoncentrowany. Ponad połowa ostatniego wzrostu S&P 500 pochodzi od zaledwie siedmiu firm: Nvidii, Amazona, Microsoftu, Alphabetu, Mety i Apple’a oraz Broadcomu, który nie należy do Mag 7.

Na tym tle szczególnie ciekawie wyglądają nastroje polskich inwestorów indywidualnych. Według badania eToro Puls Inwestora Indywidualnego, w IV kwartale 2025 wiara w to, że Magnificent 7 pobiją szeroki rynek, była bardzo mocna. Aż 54 proc. respondentów liczyło na przewagę tej grupy spółek nad rynkiem, z czego 14 proc. oczekiwało przewagi wyraźnej, a 40 proc. niewielkiej.

Początek 2026 roku przyniósł jednak wyraźne ochłodzenie nastrojów. W I kwartale 2026 łączny odsetek optymistów spadł do 43 proc. Równocześnie 34 proc. badanych uznało, że Magnificent 7 zachowają się zgodnie z rynkiem, a 14 proc. zaczęło oczekiwać wyniku gorszego niż S&P 500. Po raz pierwszy większa stała się grupa tych, którzy nie oczekują pobicia rynku, niż tych, którzy nadal w to wierzą. Tych pierwszych jest łącznie 48 proc., tych drugich 43 proc. To pokazuje, że Mag 7 nie przestały być atrakcyjne, ale przestały być w oczach wielu inwestorów oczywistym źródłem przewagi nad indeksem.

Najmocniej w Magnificent 7 nadal wierzy pokolenie Z. Wśród inwestorów w wieku 18–27 lat 48 proc. liczy na pobicie rynku, a 16 proc. zakłada nawet wyraźną przewagę. Millenialsi wyglądają na najbardziej neutralnych, bo 40 proc. z nich uważa, że Magnificent 7 zachowają się po prostu zgodnie z rynkiem. Pokolenie X pozostaje ostrożne, a boomersi są najbardziej sceptyczni, bo choć 43 proc. z nich nadal oczekuje wyniku lepszego niż rynek, to aż 20 proc. zakłada wynik słabszy od szerokiego S&P500.

I chyba właśnie to jest dziś najciekawsze w całej historii Magnificent 7. Kursy odrobiły straty od marcowego dołka, Wall Street znowu liczy na ponadprzeciętny wzrost zysków, a kilka największych spółek nadal trzyma na barkach sporą część rynku. Tyle że zniknęła dawna bezwarunkowa wiara w spółki technologiczne i AI. Widać, że polscy inwestorzy, stali się bardziej ostrożni i zdecydowanie bardziej selektywni w swoich wyborach. Tym bardziej że sytuacja geopolityczna cały czas pozostaje daleka od uspokojenia.

Barometr rynku pracy: pracodawcy hamują rekrutacje. Rośnie ostrożność i skala planowanych cięć

Firmy planują zatrudnienie ostrożniej i mniej optymistycznie niż przed rokiem. Zwiększenie etatów w najbliższym kwartale zapowiada 13,7% przedsiębiorstw, natomiast redukcję 9,8% z nich, wynika z „Barometru Rynku Pracy 2026” Gi Group Holding. Jednocześnie prawie połowa organizacji wskazuje na trudności w rekrutacji co najmniej jednej grupy pracowników.

Nowe etaty głównie w handlu i usługach, cięcia w sektorze publicznym

Firmy podchodzą do planowania zatrudnienia jeszcze ostrożniej niż przed rokiem. Zwiększenie etatów w najbliższym kwartale zapowiada 13,7% przedsiębiorstw, podczas gdy rok wcześniej było to 16,7%, wynika z ,,Barometru Rynku Pracy 2026” Gi Group Holding. Jednocześnie aż dwukrotnie wzrósł odsetek przewidujących redukcje – z 4,9% rok temu do 9,8%. To najwyższy wynik od 2017 roku. Podobnie jak w poprzednich latach najczęściej wskazywanym scenariuszem pozostaje utrzymanie obecnego poziomu zatrudnienia, na co wskazuje 72,2% przedsiębiorstw, choć i tu widać lekki spadek rok do roku.Plany zatrudnienia w najbliższym kwartale Barometr Rynku Pracy

Firmy podejmują decyzje kadrowe z jeszcze większą ostrożnością, koncentrując się na efektywności operacyjnej, optymalizacji kosztów oraz zapewnieniu ciągłości działania. Rzadziej planują rozbudowę zespołów, częściej dopuszczają redukcje lub zamrożenia rekrutacji. W praktyce oznacza to skupienie na kluczowych stanowiskach, zmiany w organizacji pracy i częstsze niż dotychczas przesunięcia wewnętrzne – komentuje Marcos Segador Arrebola, Dyrektor Zarządzający Gi Group Holding.

Najczęściej zwiększenie zatrudnienia planują podmioty z branży handlu (19%) i usług (15%), podczas gdy w produkcji jest to zdecydowanie mniej – 11%. W tym sektorze dominuje stabilizacja – 78% przedsiębiorstw chce utrzymać obecny poziom kadr, przy czym relatywnie duży odsetek firm chce zrealizować te plany poprzez aktywne rekrutacje. Może to świadczyć o wyższej rotacji pracowników i konieczności bieżącego uzupełniania braków kadrowych. Na tym tle wyróżnia się sektor publiczny: zwiększenie zatrudnienia planuje tam zaledwie 7% organizacji, natomiast 13% mówi o cięciach.

Największą gotowość do zwiększenia zatrudnienia deklarują firmy średnie i duże – odpowiednio 14% i 16%. W obu przypadkach oznacza to jednak spadek względem ubiegłego roku, gdy takie plany wskazywało 20% średnich i 19% dużych organizacji. Mniejsze firmy stawiają natomiast na utrzymanie obecnego stanu zatrudnienia i ostrożniej podchodzą do nowych rekrutacji.Zmiany zatrudnienia na przestrzeni lat Barometr Rynku Pracy

Kogo chcą zatrudniać firmy?

Firmy, które planują zwiększenie zatrudnienia, będą koncentrować się przede wszystkim na pozyskiwaniu pracowników średniego (57,8%) oraz niższego szczebla (44,8%). Na uwagę zwraca wysoki wzrost zainteresowania rekrutacją kadry zarządzającej – takie plany ma ponad 16% przedsiębiorstw, podczas gdy rok temu było to 11,8%, dwa lata temu 7%.Plany zatrudnienia w najbliższym kwartale_Pracownicy_Barometr Rynku Pracy

Ostatnie lata przynoszą wyraźną zmianę w strukturze rekrutacji. Najczęściej poszukiwani nie są już pracownicy niższego szczebla, ale średniego, co może świadczyć o wpływie automatyzacji na procesy operacyjne oraz rosnącym znaczeniu kompetencji specjalistycznych i koordynacyjnych. Równie istotny jest znaczący wzrost zapotrzebowania na kadrę wyższego szczebla. To przesunięcie w stronę ról o większym wpływie na strategię, rozwój firm i wyniki pokazuje, że firmy coraz silniej dostrzegają rolę funkcji zarządczych jako ważny czynnik efektywności – komentuje Paweł Prociak, Dyrektor Zarządzający Wyser Executive Search.Plany zatrudnienia na przestrzeni lat_Pracownicy_Barometr Rynku Pracy

Jak wynika z „Barometru Rynku Pracy 2026” Gi Group Holding, pracowników średniego szczebla będą poszukiwać przede wszystkim firmy małe (65%) i średnie (60%), głównie z sektora usług oraz transportu i logistyki (po 64%). Z kolei na stanowiska niższego szczebla planują zatrudniać duże podmioty (58%), głównie z sektora publicznego (53%) oraz transportu i logistyki (50%). Kadry zarządzającej najczęściej zamierzają poszukiwać średnie (17%) i małe firmy (16%), a w ujęciu branżowym – handel (24%) oraz transport i logistyka (19%).

Wraz z wdrażaniem nowych technologii zmienia się profil kompetencyjny pracowników, a na znaczeniu zyskuje umiejętność łączenia kompetencji cyfrowych z myśleniem analitycznym i biznesowym. Firmy coraz częściej poszukują osób, które potrafią pracować z danymi, szybko uczą się nowych narzędzi i sprawnie wykorzystują technologię do usprawniania procesów. Równolegle rośnie znaczenie kompetencji miękkich, takich jak elastyczność, komunikatywność czy samodzielność oraz chęć rozwijania się – wyjaśnia Ewa Michalska, Dyrektor Operacyjna Grafton Recruitment.Plany zatrudnienia w najbliższym kwartale_Branża_Barometr Rynku Pracy

O kandydata wciąż niełatwo

Choć gotowość firm do zwiększania zatrudnienia pozostaje ograniczona, 45,7% firm przyznaje, że w ostatnich miesiącach miało trudności z rekrutacją co najmniej jednej grupy pracowników. To pokazuje, że problemy z pozyskaniem kandydatów nadal dotyczą istotnej części rynku, choć ich skala jest nieco mniejsza niż rok wcześniej.Trudności rekrutacyjne_Barometr Rynku Pracy

Najczęściej pracodawcy wskazują na trudności w pozyskiwaniu wykwalifikowanej kadry wyższego szczebla (aż 14,3%), nieco rzadziej problem dotyczy pracowników niższego szczebla oraz rekrutacji na wszystkie poziomy stanowisk (w obu przypadkach ponad 12% wskazań). Co dziesiąta firma ma trudności ze znalezieniem pracowników średniego szczebla.

Z wyzwaniami rekrutacyjnymi mierzą się głównie firmy średniej wielkości, działające w handlu. Małe firmy relatywnie częściej wskazują na problemy z pozyskaniem kadry wyższego szczebla, natomiast duże organizacje – pracowników niższego szczebla.

Najczęściej wskazywanym powodem trudności są zbyt wygórowane oczekiwania finansowe kandydatów – mówi o nich ponad 50% badanych firm mających problem z pozyskaniem pracowników. Na kolejnych miejscach znalazły się niedopasowane lub niewystarczające kompetencje kandydatów (44,6%), rezygnacje w trakcie procesu rekrutacyjnego (35,2%) oraz brak kandydatów (33,5%).Powody trudności rekrutacyjnych_Barometr Rynku Pracy

Z danych i obserwacji rynku wynika, że trudności związane z presją płacową, niedopasowaniem kompetencji oraz rezygnacją z uczestnictwa w rekrutacji wyraźnie się nasiliły na przestrzeni ostatniego roku. W efekcie proces pozyskiwania pracowników jest bardziej wymagający i mniej przewidywalny niż rok wcześniej – tłumaczy Grzegorz Gojny, Dyrektor Operacyjny Gi Group.

Zbyt wygórowane oczekiwania finansowe kandydatów to wyzwanie dla wszystkich typów firm, niezależnie od ich wielkości, choć nieco częściej sygnalizują ten czynnik duże i średnie przedsiębiorstwa oraz firmy produkcyjne (58%). Podobnie jest z niedopasowaniem kompetencji, z którym mierzą się podmioty różnej wielkości i niemal wszystkich branż. Rzadziej wskazuje go jedynie sektor publiczny (35%). Rezygnacje kandydatów w trakcie procesu rekrutacyjnego w mniejszym stopniu dotyczą dużych firm, częściej mówi o nich branża usługowa oraz transportowo-logistyczna. Z deficytem kandydatów mierzą się głównie średnie podmioty (40%) i sektor publiczny (43%). Niedogodna lokalizacja oraz trudne warunki pracy to częściej problem małych firm, zwłaszcza usługowych i handlowych. Niezadowalający tryb pracy częściej natomiast sygnalizują największe przedsiębiorstwa oraz branża transportowo-logistyczna.

Rekrutacje coraz częściej pełnią funkcję precyzyjnego uzupełniania zasobów kompetencyjnych. W warunkach zmian technologicznych, presji kosztowej i niepewności otoczenia biznesowego rośnie znaczenie strategicznego podejścia do budowania zespołów i inwestycji w rozwój pracowników. Obszary te stają się istotnym czynnikiem konkurencyjności firm – podsumowuje Grzegorz Gojny, Dyrektor Operacyjny Gi Group.

O raporcie:

„Barometr Rynku Pracy 2026” to już 20. edycja raportu przygotowywanego od 2014 roku. Został opracowany przez ekspertów Gi Group Holding na podstawie badań przeprowadzonych przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research na zlecenie Gi Group Holding. Badanie wśród pracodawców zostało zrealizowane metodą CATI (25.02–09.03.2026 r.), a wśród pracowników metodą CAWI (23.02–03.03.2026 r.).

Czy można ukraść rysy twarzy? Eksperyment ujawnia słabości technologii facial recognition

Dane biometryczne często wydają się skutecznym sposobem weryfikacji tożsamości i ochrony naszych danych. Tymczasem testy przeprowadzone przez Jake’a Moore’a, analityka cyberbezpieczeństwa ESET pokazują, że nasze rysy twarzy – choć unikalne – stają się nowym polem eksploatacji dla cyberprzestępców i wyzwaniem dla ochrony prywatności.

W świecie, w którym twarz służy jako klucz dostępu do smartfona, konta bankowego, a nawet weryfikacja na lotniskach, zaufanie do technologii rozpoznawania wizerunku stało się powszechne. Jednak Moore udowodnił, że tę cyfrową barierę można naruszyć prościej, niż mogłoby się wydawać. Wykorzystując trzy różne scenariusze – od inteligentnych okularów identyfikujących przechodniów, po zaawansowany face swap omijający monitoring – analityk obnażył luki w systemach, które codziennie mają nas chronić przed oszustwami i dbać o nasze bezpieczeństwo.

Inteligentne okulary znów budzą dyskusję o prywatności

W pierwszym eksperymencie Moore skupił się na prywatności w przestrzeni publicznej. Wykorzystując zmodyfikowane inteligentne okulary, przechadzał się wśród nieznajomych, automatycznie przechwytując ich wizerunki. Oprogramowanie w zaledwie kilka sekund dopasowywało twarze przechodniów do publicznie dostępnych danych w internecie. Efekt? W czasie rzeczywistym Moore uzyskiwał imiona, nazwiska oraz profile w mediach społecznościowych przypadkowych osób. Analityk zwraca uwagę na ryzyka, które niesie za sobą ta technologia, zaczynając od naruszenia prywatności, po stalking, aż po wykorzystanie elementów socjotechniki przez przestępców.

Oszukać bank: fikcyjna tożsamość w systemie eKYC

Kolejny eksperyment dotyczył sektora finansowego. Moore rzucił wyzwanie bankowemu systemowi weryfikacji tożsamości (eKYC). Najpierw wykorzystał Photoshopa, aby zmodyfikować zdjęcie, na którym trzymał swój prawdziwy paszport. Zmienił na nim numery oraz datę urodzenia, kreując w ten sposób nową tożsamość. Ponadto za pomocą darmowych narzędzi, stworzył całkowicie fikcyjną twarz wygenerowaną przez sztuczną inteligencję.  System bankowy, zaprojektowany do odróżniania żywego człowieka od statycznego obrazu, uznał wygenerowaną postać za autentyczną. Pozwoliło to na założenie w pełni funkcjonalnego konta na osobę, która w rzeczywistości nie istnieje.

Należy mieć świadomość, że niektóre technologie rozpoznawania twarzy mogą być podatne na manipulacje przy użyciu ogólnodostępnego sprzętu i oprogramowania. Profil tożsamości oparty na biometrii twarzy jest dla oszustów wyjątkowo atrakcyjny. Gdy taki zbiór danych zostanie raz sfałszowany i zaakceptowany przez system, daje przestępcom szerokie pole do nadużyć – zauważa Kamil Sadkowski, analityk cyberbezpieczeństwa ESET.

Face swap na dworcu – Tom Cruise zamiast poszukiwanego?

Ostatni eksperyment został przeprowadzony na zatłoczonej stacji kolejowej w Londynie. Za zgodą operatorów Moore podłączył profesjonalne oprogramowanie biometryczne (takie samo, z którego korzysta brytyjska policja) bezpośrednio do kamer monitoringu. W normalnych warunkach system bezbłędnie wyłapywał go w tłumie, natychmiast powiadamiając ochronę przez radio. Moore postanowił jednak sprawdzić, czy algorytm da się oszukać za pomocą cyfrowej tożsamości.

Zamiast fizycznego przebrania, wykorzystał mechanizm wirtualnej kamery. Przechwycił on sygnał wideo i – zanim dotarł on do systemu rozpoznawania twarzy – za pomocą oprogramowania face swap nałożył w czasie rzeczywistym wizerunek Toma Cruise’a na własną twarz. System w pokoju kontrolnym, analizując zmodyfikowany strumień, „widział” hollywoodzkiego aktora zamiast badacza, przez co nie uruchomił alarmu. Eksperyment Moore’a udowodnił, że do skutecznego oszukania zaawansowanej biometrii wystarczy ogólnodostępne narzędzie i zaledwie jedno statyczne zdjęcie pobrane z sieci.Manipulacja technologią rozpoznawania twarzy

Warto zachować czujność

Choć instytucja bankowa, w której Moore przeprowadził test, została poinformowana o luce i wdrożyła odpowiednie działania, skala problemu pozostaje szeroka. Wdrażanie systemów rozpoznawania twarzy często opiera się na entuzjazmie, który nie zawsze idzie w parze z realną odpornością na manipulacje AI.

– Warto traktować biometrię jedynie jako dodatek, a nie jedyny filar bezpieczeństwa. Kluczowym krokiem jest wdrożenie uwierzytelniania wieloskładnikowego (MFA) wszędzie, gdzie to możliwe. Nawet jeśli technologia rozpoznawania twarzy zostanie zmanipulowana, dodatkowy poziom weryfikacji – taki jak kod z aplikacji autoryzacyjnej – stanowi skuteczną barierę, której samo skopiowanie rysów twarzy nie pozwoli pokonać. Świadomość, że wizerunek może zostać zmanipulowany lub przejęty, jest dziś kluczowym elementem dbania o własne bezpieczeństwo cyfrowe – podkreśla Kamil Sadkowski, ESET.

Sale leaseback w Polsce dojrzewa. 2026 rok może przynieść wyraźne przyspieszenie

W tym roku Polska może stać się jednym z najważniejszych rynków sale leaseback w Europie Środkowo-Wschodniej. Z dużym prawdopodobieństwem można oczekiwać wyraźnie większej obecności inwestorów zagranicznych w polskich transakcjach najmu zwrotnego. Mamy to, czego szukają, tj. relatywnie wyższe stopy kapitalizacji niż w Europie Zachodniej, solidny wzrost gospodarczy, stabilny sektor korporacyjny i profesjonalny rynek nieruchomości. Do tego działają u nas podmioty o międzynarodowym ratingu, prywatne grupy kapitałowe, fundusze private equity i regionalni liderzy w swoich branżach. To otwiera nas na kapitał, który wcześniej był w większym stopniu koncentrowany na rynkach Europy Zachodniej.

Przyszłość najmu zwrotnego w 2026 roku będzie przede wszystkim zależeć od globalnego apetytu na realne aktywa i długoterminowe przepływy pieniężne, wzmocnione przez lokalną stabilność prawną oraz rosnącą dojrzałość polskich przedsiębiorstw. Jeśli te trzy elementy – kapitał globalny, przewidywalność krajowa i strukturalna zmiana gospodarki – zagrają razem, Polska ma realną szansę stać się jednym z najważniejszych rynków sale leaseback w Europie Środkowo-Wschodniej.

Międzynarodowy kapitał już aktywnie inwestuje w Polsce. Nasz rynek łączy cechy, których poszukują dziś inwestorzy – relatywnie wyższe stopy kapitalizacji niż w Europie Zachodniej, solidny wzrost gospodarczy, stabilny sektor korporacyjny i profesjonalny rynek nieruchomości. W 2026 roku można z dużym prawdopodobieństwem oczekiwać wyraźnie większej obecności inwestorów zagranicznych w polskich transakcjach najmu zwrotnego. Będzie to efekt kilku nakładających się trendów globalnych i lokalnych.

Polski rynek jest zdecydowanie bardziej atrakcyjny niż inne dla inwestorów. Decyduje o tym kombinacja czynników strukturalnych. Weszliśmy w ten rok z prognozowanym wzrostem gospodarczym na poziomie ok. 3,5%, podczas gdy średnie jego tempo w strefie euro pozostaje w przedziale 1-1,5%. To bezpośrednio przekłada się na stabilność najemców i przewidywalność przepływów pieniężnych.

Dodatkowo różnica w stopach kapitalizacji pomiędzy Polską a rynkami Europy Zachodniej nadal wynosi średnio 100-200 punktów bazowych, przy porównywalnej jakości aktywów i najemców. W połączeniu z dużym udziałem nieruchomości owner-occupied oraz rosnącą dojrzałością sektora korporacyjnego sprawia to, że Polska oferuje jedną z najbardziej atrakcyjnych relacji ryzyka do zwrotu w regionie.

Dla międzynarodowych funduszy sale leaseback skala ma fundamentalne znaczenie. Inwestorzy coraz częściej oczekują powtarzalności i możliwości budowy większej ekspozycji, nawet jeśli zaczynają od pojedynczych aktywów. Polska jako największy rynek regionu jest dziś w stanie regularnie dostarczać takie wolumeny. Przede wszystkim jednak wyróżnia się strukturą podaży. Na rynku dostępna jest relatywnie duża liczba pojedynczych, funkcjonalnych obiektów – szczególnie w sektorach logistyki, przemysłu, handlu i infrastruktury operacyjnej – użytkowanych przez stabilnych najemców z długim horyzontem działalności.

Jednocześnie Polska pozostaje największym rynkiem nieruchomości komercyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej, zdolnym regularnie obsługiwać transakcje o skali istotnej dla kapitału międzynarodowego. Inwestorzy coraz częściej kupują pojedyncze aktywa, ale w ramach strategii budowy większej ekspozycji sektorowej. Liczy się możliwość realizacji kolejnych transakcji w podobnym standardzie. W tym zakresie Polska oferuje znacznie większą powtarzalność produktu niż inne rynki regionu.

Coraz więcej firm działających w Polsce to podmioty o międzynarodowym ratingu, prywatne grupy kapitałowe czy regionalni liderzy w swoich branżach. Dla zagranicznych inwestorów oznacza to, że mogą kupować nieruchomości nie tylko w atrakcyjnej lokalizacji, ale z najemcą o jakości kredytowej porównywalnej z Europą Zachodnią. To fundamentalnie zmienia percepcję ryzyka i otwiera rynek na kapitał, który wcześniej był zarezerwowany dla Niemiec, Francji czy Skandynawii.

Różnica między 2026 rokiem a wcześniejszymi latami będzie też polegać na tym, że inwestorzy zagraniczni przestaną być w Polsce „gośćmi” szukającymi okazji, a staną się stałymi uczestnikami rynku. Będą budować strategie skoncentrowane na regionie, w tym na Polsce jako rynku bazowym. To oznacza szybsze decyzje inwestycyjne, większą konkurencję o dobre transakcje i bardziej atrakcyjne warunki dla firm sprzedających nieruchomości w formule najmu zwrotnego.

W praktyce 2026 rok może być momentem, w którym polski rynek sale leaseback zostanie na dobre włączony do głównych europejskich portfeli inwestycyjnych. A to zwykle prowadzi do efektu kuli śnieżnej. Im więcej międzynarodowego kapitału już tu działa, tym łatwiej przyciągać kolejnych inwestorów, większe transakcje i nowe sektory. To właśnie dlatego obecność inwestorów zagranicznych w 2026 roku nie tylko wzrośnie, ale ma szansę stać się jednym z głównych motorów rozwoju całego rynku nieruchomości w Polsce.

Jeżeli Polska utrzyma reputację rynku, na którym prawo jest spójne, a umowy najmu i własności są skutecznie egzekwowane, to nawet przy drobnych zmianach fiskalnych atrakcyjność rynku pozostanie wysoka. Najważniejsze zagrożenia mają dziś charakter pozapodatkowy. Po pierwsze, jest to dostępność i koszt finansowania. Mimo oczekiwanej poprawy warunków kredytowych, koszt długu w regionie Europy Środkowo-Wschodniej pozostaje strukturalnie wyższy niż w strefie euro. W praktyce różnice w marżach finansowania mogą sięgać 50-100 punktów bazowych, szczególnie w przypadku aktywów o niższej jakości technicznej lub energetycznej.

Po drugie, rośnie znaczenie kryteriów ESG. Nieruchomości niespełniające standardów efektywności energetycznej coraz częściej spotykają się z wyższym kosztem finansowania lub ograniczonym dostępem do kapitału, co wpływa na wyceny i struktury transakcji. Dodatkowym ryzykiem pozostaje nieprzewidywalność interpretacyjna regulacji. Inwestorzy są wrażliwi nie tyle na same zmiany co na brak stabilności i jasnych zasad ich stosowania.

Wielkie inwestycje potrzebują współpracy. Polski biznes wciąż ma z tym problem

0

Rząd chce, żeby większość z biliona złotych planowanych inwestycji w energetykę, infrastrukturę i zbrojenia trafiło do polskich firm, w tym MŚP. Ale to się nie uda, jeśli przedsiębiorstwa nie zaczną sobie ufać. Przy takiej skali inwestycji kluczem do jej powodzenia jest gotowość do współpracy z nowymi, nieznanymi partnerami – budowania konsorcjów, wchodzenia w długie łańcuchy dostaw, dzielenia ryzyka. Tymczasem 2 edycja raportu Krajowego Rejestru Długów „Kapitał społeczny i zaufanie w polskim biznesie” pokazuje, że poziom zaufania między firmami jest rekordowo niski, a jego deficyt kosztuje gospodarkę 974 mld zł rocznie.

Ponad połowa polskich przedsiębiorców – 54,4 procent – przyznaje, że część transakcji nie dochodzi do skutku nie dlatego, że są nieopłacalne, ale z powodu braku zaufania do potencjalnych kontrahentów. Ich wartość naukowcy z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, którzy opracowali raport na zlecenie Krajowego Rejestru Długów i Rzetelnej Firmy, oszacowali na 974 mld zł. 10 lat temu było to 281 mld zł. W najnowszej edycji 84,8 proc. ankietowanych zgadza się ze stwierdzeniem, że „należy stale uważać, aby nie zostać oszukanym” – o ponad 11 punktów procentowych więcej niż dekadę temu. Blisko połowa firm ogranicza współpracę wyłącznie do grona sprawdzonych kontrahentów, zamykając się na nowych partnerów – choćby lepszych.

– Paradoksalnie odsetek firm rezygnujących z transakcji z powodu nieufności w ostatniej dekadzie spadł – z 47 do 32 procent. Można by to odczytać jako poprawę. Byłby to jednak wniosek błędny. Firmy nie ufają bardziej – nauczyły się lepiej zarządzać nieufnością. Otaczają się procedurami, klauzulami i gwarancjami bankowymi. A straty gospodarcze mimo to urosły niemal czterokrotnie – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Local content wymaga zaufania

Wyniki raportu nabierają szczególnego znaczenia w kontekście rządowych ambicji dotyczących local content. Rząd ogłosił plan wydania biliona złotych na energetykę, infrastrukturę i zbrojenia, chcąc, aby jak największa część tych środków trafiała do polskich firm. Tymczasem raport pokazuje, że 68 proc. przedsiębiorców uważa, iż partnerzy grają fair wyłącznie wtedy, gdy łączy ich wspólnota interesów w danym momencie, a ponad 60 proc. zakłada, że kontrahent skorzysta z luki prawnej w umowie, jeśli nadarzy się okazja. To nie jest fundament pod wieloletnie łańcuchy dostaw.

Szczególnie boleśnie deficyt zaufania uderza w małe i średnie przedsiębiorstwa. Raport opisuje „paradoks uczciwości”: rzetelna firma, która nie zbudowała jeszcze rozpoznawalnej marki ani historii płatniczej, automatycznie ląduje w kategorii podwyższonego ryzyka. 46,2 proc. MŚP doświadczyło sytuacji, w której poproszono je o dodatkowe zabezpieczenia wyłącznie z powodu braku rozpoznawalności – nie z powodu jakichkolwiek sygnałów nierzetelności. Mechanizm selekcji, który miał chronić przed nieuczciwymi, działa przeciwko nowym.

– Local content to pytanie o zdolność polskich firm do rzeczywistego współdziałania: budowania konsorcjów, wchodzenia w długie łańcuchy dostaw, dzielenia ryzyka z nieznanymi dotąd partnerami. A właśnie tu deficyt zaufania boli najbardziej. Firmy nie szukają najlepszego polskiego partnera – szukają znajomego. To bezpośrednio podważa sens tej polityki – zauważa Adam Łącki.

Trzy bariery do pokonania

Raport wskazuje trzy obszary wymagające działania. Pierwszy to infrastruktura informacyjna: 63,5 proc. firm MŚP chciałoby mieć dostęp do wiarygodnych danych o kontrahentach w jednym miejscu – dziś muszą je zbierać samodzielnie z kilkudziesięciu rozproszonych rejestrów. Rozwiązaniem jest rozszerzenie kompetencji Biur Informacji Gospodarczej: umożliwienie budowania pozytywnej historii płatniczej bez zgody płatnika oraz integracja danych publicznych. BIG-i powinny stać się integratorem takich danych — a fakt, że w Polsce działają cztery konkurujące ze sobą biura, jest gwarancją, że dostęp do nich nie byłby drogi, a jakość raportów byłaby wysoka.

Tymczasem procedowany właśnie projekt Ustawy o kredycie konsumenckim idzie w przeciwnym kierunku. Nowe przepisy nakładają na firmy skupujące długi obowiązek przekazywania danych do Biura Informacji Kredytowej, czyli rejestru bankowego niedostępnego dla MŚP. I to mimo tego, że unijna dyrektywa, którą ustawa wdraża, w ogóle nie obejmuje takich podmiotów. Przez 15 lat dane te trafiały do BIG-ów, zasilając bazę dostępną nie tylko dla kredytodawców, ale też dla MŚP weryfikujących kontrahentów i windykujących należności. Jeśli ten strumień danych zmieni kierunek, banki przestaną weryfikować kredytobiorców w BIG-ach, przedsiębiorcy stracą skuteczne narzędzie windykacyjne, a MŚP nie będą miały dostępu do informacji o tym, że czyjś dług trafił już do windykacji — co z doświadczenia KRD jest jednym z najsilniejszych sygnałów ostrzegawczych o kontrahencie.

– To paradoks trudny do zrozumienia. Raport wskazuje wzmocnienie infrastruktury informacyjnej jako klucz do odbudowy zaufania, a projektowane prawo tę infrastrukturę osłabia. Jeśli serio mówimy o local content i włączaniu MŚP w wielkie łańcuchy dostaw, nie możemy jednocześnie podcinać fundamentów, na których opiera się zaufanie w biznesie – podkreśla Adam Łącki.

Drugi obszar to przewidywalność po stronie inwestorów: wieloletnie harmonogramy projektów pozwalają firmom planować relacje biznesowe, a zaufanie rośnie przez pozytywne doświadczenia współpracy. Firma, która ma wejść jako podwykonawca np. przy wielkim projekcie energetycznym, musi wiedzieć nie tylko, jaki kontrakt dostanie dziś – ale też czy będzie miała z kim robić biznes za trzy lata.

Trzeci, najtrudniejszy obszar to kultura i edukacja: raport pokazuje, że nieufność jest najwyższa wśród najbardziej doświadczonych przedsiębiorców – 87 proc. właścicieli firm z grupy 60+ uważa, że należy stale uważać, żeby nie zostać oszukanym. To zaskakujące, bo wydawałoby się, że doświadczenie powinno uczyć, jak unikać nierzetelnych kontrahentów. Tymczasem uczy tego, że można zostać oszukanym. To wymaga olbrzymiej zmiany mentalności.

Kolejna akwizycja Euvic. Execon wnosi doświadczenie w telco, AI i ecommerce

Euvic kontynuuje strategię rozwoju poprzez akwizycje, wzmacniając kluczowe kompetencje branżowe. Spółka planuje nabyć 100% udziałów Execon – spółki wyspecjalizowanej między innymi w projektach dla rynku telekomunikacyjnego, adopcji AI, portalach i ecommerce, a także API management – rozwiązaniach zapewniających bezpieczeństwo i skalowalność biznesu. Transakcja wpisuje się w obserwowany trend konsolidacji rynku usług IT, w którym skala działania stanowi jedną z istotnych przewag konkurencyjnych dla klientów i partnerów biznesowych. Euvic konsekwentnie rozwija kompetencje, w tym te związane z AI, dedykowane wybranym segmentom branżowym. 

Kluczową wartością Execon jest doświadczenie, w tym to we współpracy z firmami telekomunikacyjnymi, w których modernizacja systemów, automatyzacja oraz cyberbezpieczeństwo łączą się z wysokimi wymaganiami operacyjnymi i regulacyjnymi. Elementem transakcji jest również rozwój autorskiej technologii Execon – Q247. Rozwiązanie służy do badania efektywności procesu wytwarzania oprogramowania, w dobie wspierania zespołów IT agentami AI. W ramach transakcji, produkt zostanie wydzielony do celowego podmiotu wraz z częścią zespołu. Euvic obejmie udziały w tym podmiocie i zapowiada wykorzystanie Q247 wewnętrznie oraz komercyjne udostępnienie rozwiązania klientom Grupy.

„Obecność w Grupie Euvic oznacza dla nas szerokie możliwości działania w większej skali oraz dostęp do szerszego ekosystemu kompetencji. To przełoży się na tempo i jakość realizacji projektów dla wszystkich naszych klientów. Wnosimy do Grupy Euvic duże doświadczenie sektorowe – telekomy to nadal istotna część przychodów firmy i będziemy chcieli to jeszcze wzmocnić. Widzimy także istotny potencjał synergii w obszarach związanych z automatyzacją i wykorzystaniem AI – w tym w rozwoju i upowszechnianiu naszej platformy Q247.” – mówi Artur Lempkowski, CEO Execon.

W kontekście rozwoju oferty dla sektora telco istotne są kompetencje i partnerstwa technologiczne z m.in. Bloomreach, Singlestore, SAS oraz Kong – dostawcą platformy chmurowej do zarządzania API. Platforma umożliwia m.in. bezpieczne wdrożenie sztucznej inteligencji i przejście na model „API-first”, zapewniające elastyczność, skalowalność i responsywność wobec zmieniających się potrzeb i warunków biznesowych. Współpraca wpisuje się w przyjętą strategię rozwoju Grupy Euvic, której jednym z założeń jest rozwój oferty w oparciu o partnerstwa technologiczne.

„Dołącza do nas tak doświadczony zespół. Execon ma doskonałe rozpoznanie rynku i wieloletnie doświadczenie w realizacji projektów dla klientów z sektora telco. Wspólnie stworzymy unikalną i kompleksową ofertę dla tej grupy klientów.” – komentuje Wojciech Wolny, Prezes Euvic S.A.

Mex Polska utrzymuje dwucyfrowe tempo wzrostu. I kwartał z przychodami powyżej 29,5 mln zł

Mex Polska S.A., notowana na GPW spółka holdingowa oraz jedna z największych multibrandowych grup gastronomicznych w Polsce, szacuje, że I kwartał 2026 roku przyniósł kontynuację dynamicznego wzrostu przychodów rok do roku. Skonsolidowane przychody Grupy mają przekroczyć 29,5 mln zł, co da wzrost o ok. 14% rr i potwierdza utrzymanie dwucyfrowej dynamiki rozwoju działalności. Wynik ten potwierdza też kontynuację pozytywnego momentum operacyjnego wypracowanego w drugiej połowie 2025 roku oraz dalsze skalowanie biznesu, realizowane zarówno poprzez rozwój sieci lokali, jak i poprawę efektywności sprzedażowej istniejących konceptów gastronomicznych.

Przychody Grupy w I kwartale 2026 roku mają wynieść ponad 29,5 mln zł, co oznacza wzrost o ok. 14% rr wobec 25,9 mln zł w I kwartale 2025 roku. Dla porównania, w I kwartale 2024 roku przychody wyniosły 22,4 mln zł. Odnotowywana z okresu na okres sukcesywna poprawa przychodów potwierdza utrzymanie powtarzalnego tempa wzrostu oraz konsekwentne zwiększanie skali działalności Grupy. Jednocześnie wzrost przychodów pozostaje wspierany przez dywersyfikację formatów gastronomicznych oraz systematyczne umacnianie kanału delivery, który stopniowo zwiększa swój udział w strukturze sprzedaży i poprawia miks przychodowy.

Początek roku potwierdza naszą determinację w budowie skalowalnego i powtarzalnego modelu wzrostu opartego na naszych konceptach gastronomicznych. Utrzymująca się dwucyfrowa dynamika przychodów, wspierana ekspansją sieci oraz systematyczną poprawą efektywności operacyjnej, wskazuje, że Mex Polska znajduje się w fazie trwałego wzrostu wartości biznesu. Wchodzimy w kolejne kwartały z wyraźnie nakreślonym i realizowanym planem rozwoju oraz coraz większą przewidywalnością wyników finansowych. – komentuje Paweł Kowalewski, Prezes Zarządu Mex Polska.

Spółka podkreśla, że obserwowany trend ma charakter strukturalny i wynika z konsekwentnej realizacji strategii rozwoju obejmującej skalowanie sieci, rozbudowę portfolio konceptów oraz systemową optymalizację kosztów w całej Grupie. Poprawa przychodów przekłada się jednocześnie na wyższą jakość biznesu, w tym rosnący udział sprzedaży o wyższej marżowości oraz stopniowe osiąganie docelowej rentowności przez nowe lokale, co wzmacnia dźwignię operacyjną całego modelu.

Dodatkowym wsparciem dla wyników sprzedażowych będzie niewątpliwie sprzyjająca aura oraz korzystne warunki pogodowe wiosną, które tradycyjnie przekładają się na zwiększony ruch w lokalach gastronomicznych. Rozpoczynający się sezon ogródkowy powinien dodatkowo wspierać frekwencję oraz poziom sprzedaży w kluczowych lokalizacjach Grupy, co może znaleźć odzwierciedlenie w dalszym umocnieniu dynamiki przychodów w kolejnych miesiącach.

Jednocześnie Zarząd podkreśla, że bieżący okres potwierdza utrzymanie pozytywnego trendu biznesowego oraz stabilnej ścieżki wzrostu, przy równoległej kontynuacji rozwoju sieci gastronomicznej w największych aglomeracjach w Polsce. Grupa pozostaje skoncentrowana na skalowaniu działalności oraz dalszym wzmacnianiu efektywności operacyjnej, co stanowi fundament dla systematycznej poprawy wyników finansowych w kolejnych okresach.

Na koniec 2025 roku Grupa wypracowała przychody przekraczające 127 mln zł (+19% rr), przy jednoczesnym wyraźnym przyspieszeniu w drugiej połowie roku, którego kulminacją był silny IV kwartał. W tym okresie przychody wzrosły o 24% rr, EBITDA o 47% rr, a zysk operacyjny EBIT osiągnął poziom 1,6 mln zł wobec 0,3 mln zł rok wcześniej. Grupa wypracowała również dodatni wynik netto, co potwierdziło powrót do rentowności na poziomie całego roku oraz poprawę efektywności operacyjnej. Mex Polska S.A. zakończyła 2025 rok z siecią ponad 60 lokali działających w ramach ośmiu konceptów gastronomicznych, konsekwentnie rozwijając skalę sieci oraz wzmacniając fundamenty pod dalszą ekspansję w 2026 roku. Najbliższe otwarcia w pierwszej połowie 2026 roku obejmują dalszą ekspansję kluczowych konceptów Grupy w największych aglomeracjach w Polsce. W lutym 2026 roku uruchomiono lokal Chicas & Gorillas we Wrocławiu oraz Spoko Taco w Łodzi w formule dark kitchen. W kwietniu planowane jest otwarcie Pankejk w Sopocie, natomiast w maju kolejnej lokalizacji Chicas & Gorillas w Krakowie. Nowe otwarcia wpisują się w strategię skalowania sieci oraz dalszego wzmacniania obecności Grupy zarówno w lokalizacjach stacjonarnych, jak i w dynamicznie rozwijającym się segmencie delivery.

„Rynek staje się coraz bardziej wymagający” – Monika Żyznowska, Mercator Medical

W ostatnich miesiącach rynek rękawic medycznych funkcjonuje w otoczeniu podwyższonej zmienności, na którą wpływają zarówno czynniki geopolityczne, jak i zmiany na rynku surowców energetycznych. Zjawiska te mają charakter globalny i oddziałują na cały łańcuch wartości – od produkcji, przez logistykę, po dystrybucję wyrobów jednorazowych. Zakłócenia w globalnych łańcuchach dostaw i rosnąca zmienność dostępności komponentów wymuszają na firmach większą elastyczność operacyjną, redefinicję strategii zakupowych oraz wzmacnianie odporności poprzez dywersyfikację dostaw i zdolność szybkiego reagowania na zmiany otoczenia.

Jednym z kluczowych czynników kształtujących obecne warunki rynkowe jest wzrost cen surowców powiązanych z ropą naftową, który w marcu wyniósł około 25%. Ponieważ nitryl (podstawowy materiał wykorzystywany w produkcji rękawic diagnostycznych) jest produktem petrochemicznym, zmiany te bezpośrednio przekładają się na koszty wytwarzania. Dodatkowo, według analiz rynkowych, wzrost cen energii oraz utrzymujące się podwyższone koszty transportu morskiego wpływają na strukturę kosztową producentów wyrobów medycznych na całym świecie.

Równolegle obserwowane są zakłócenia w globalnych łańcuchach dostaw, w tym okresowe ograniczenia w kluczowych szlakach transportowych. W praktyce oznacza to wydłużenie czasu dostaw oraz większą zmienność dostępności surowców i komponentów. W efekcie rośnie znaczenie elastycznego zarządzania zapasami oraz dywersyfikacji kierunków handlu pomiędzy Azją, Europą i Stanami Zjednoczonymi.

Rynek rękawic medycznych coraz wyraźniej pokazuje, że o pozycji konkurencyjnej nie decyduje dziś wyłącznie skala działalności, ale przede wszystkim zdolność do sprawnego reagowania na dynamicznie zmieniające się warunki rynkowe. Widzimy jednocześnie presję cenową w segmencie produktów podstawowych oraz rosnącą zmienność kosztów energii, surowców i logistyki. To wymaga od producentów i dystrybutorów większej dyscypliny w planowaniu, ostrożniejszego podejścia do zarządzania zapasami oraz elastyczności w kształtowaniu kierunków sprzedaży i dostaw. W takich warunkach coraz większego znaczenia nabierają odporność operacyjna, dywersyfikacja łańcucha dostaw i rozwój segmentów, w których klient oczekuje nie tylko ceny, ale również jakości, przewidywalności dostaw i zgodności z rosnącymi wymaganiami regulacyjnymi – podkreśla Monika Żyznowska, prezes Mercator Medical.

W ujęciu rynkowym obserwowane zjawiska wpisują się w szerszy trend przejścia od względnie stabilnych warunków kosztowych do modelu większej zmienności, w którym istotną rolę odgrywają czynniki zewnętrzne. Wcześniejsze zmiany w globalnym handlu, związane m.in. z polityką celną i przekierowaniem eksportu z Azji do Europy, obecnie uzupełniane są przez presję kosztową i ryzyka logistyczne.

Jednocześnie rynek rękawic medycznych pozostaje strukturalnie rozwojowy. Zgodnie z danymi branżowymi (m.in. MARGMA), globalny popyt na rękawice jednorazowe rośnie w średnim tempie kilku procent rocznie, przy czym coraz większe znaczenie zyskują segmenty produktów premium oraz rozwiązania odpowiadające na wymagania regulacyjne i środowiskowe.

***
Niniejsza analiza została opracowana na podstawie aktualnych danych rynkowych i ma charakter informacyjny. Zebrane informacje dotyczą ogólnych trendów i czynników kształtujących rynek rękawic medycznych. Nie można ich bezpośrednio wiązać z wynikami spółki Mercator Medical, ponieważ występuje zbyt wiele zmiennych wpływających na wyniki finansowe poszczególnych podmiotów.

Presja płacowa słabnie. Wynagrodzenia coraz mniej groźne dla inflacji

Marcowe dane o wynagrodzeniach w sektorze przedsiębiorstw przyniosły wzrost o 6,6 proc. w ujęciu rocznym, nieco powyżej oczekiwań rynkowych na poziomie 6,3 proc. Przeciętne wynagrodzenie brutto w firmach zatrudniających powyżej 10 osób (z wyłączeniem sektora publicznego) wyniosło 9 652,19 zł.

Choć odczyt lekko zaskoczył in plus, jego struktura potwierdza wyraźny trend wygaszania presji płacowej. To istotna zmiana – rynek pracy stopniowo odchodzi od warunków typowych dla tzw. rynku pracownika, co powinno ograniczać krajowe źródła presji inflacyjnej w kolejnych kwartałach.

Jeszcze niedawno dynamika wynagrodzeń była jednym z głównych czynników presji inflacyjnej, obok ekspansywnej polityki fiskalnej. Obecnie jednak ciężar ryzyka przesuwa się w stronę czynników zewnętrznych, przede wszystkim cen surowców energetycznych w związku z napięciami geopolitycznymi na Bliskim Wschodzie.

W tym otoczeniu Rada Polityki Pieniężnej pozostaje w trybie „wait and see”. Oznacza to, że perspektywy stóp procentowych w najbliższych miesiącach będą w dużej mierze zależeć zarówno od napływających danych makroekonomicznych, jak i od tego, czy impuls inflacyjny z zewnątrz przełoży się na trwalszy wzrost cen w gospodarce krajowej.

Zmiany w zarządzie Autopay. Wojciech Murawski obejmuje rolę CEO

Z początkiem drugiego kwartału 2026 roku Wojciech Murawski, dotychczasowy co-CEO, obejmuje rolę CEO Autopay SA. Andrzej Antoń, współzałożyciel firmy i jej dotychczasowy CEO, pozostaje w Zarządzie i w pełni koncentruje się na strategii, rozwoju innowacji i międzynarodowej ekspansji. Zmiana została zatwierdzona wpisem do KRS i stanowi płynną kontynuację procesu zainicjowanego w ubiegłym roku.

Nowy układ ról odpowiada na kierunek, w którym porusza się firma: skalowanie działalności, rozwój ekosystemu płatności, embedded finance i agentic payments oraz wejście na kolejne rynki zagraniczne.

Zarząd Autopay SA tworzą obecnie trzy osoby: Wojciech Murawski jako CEO, Andrzej Antoń jako członek Zarządu oraz Ewa Woroszył jako Chief Financial and Compliance Officer.

Wojciech Murawski jako CEO odpowiada za operacje biznesowe firmy, komercjalizację produktów, rozwój sprzedaży oraz partnerstwa strategiczne. Andrzej Antoń jako członek zarządu prowadzi strategię rozwoju innowacji i agendę ekspansji międzynarodowej. Ewa Woroszył jako CFCO zarządza strategią finansową, raportowaniem oraz obszarem ryzyka i compliance.

– Wchodzimy w fazę, w której Autopay przestaje być tylko polskim fintechem i staje się graczem międzynarodowym. Podział ról między mną a Wojciechem odpowiada na to, czego teraz firma potrzebuje najbardziej: tempa biznesowego i konsekwencji w realizacji globalnej strategii. Wojtek jest z nami prawie 20 lat, współtworzył każdą istotną decyzję w tej firmie – to naturalna kontynuacja, nie zmiana kursu – mówi Andrzej Antoń, członek Zarządu i współzałożyciel Autopay.

– Przejmuję pełną odpowiedzialność za bieżące operacje i skalowanie biznesu w momencie, w którym Autopay ma jasną strategię, silny zespół i realną szansę stać się europejskim liderem embedded finance. Nasze priorytety pozostają te same: ekosystem płatności, rozwój embedded finance, agentic payments i konsekwentna ekspansja na kolejne rynki. Taki podział ról pozwala Andrzejowi w pełni poświęcić się wprowadzaniu firmy na globalną scenę – komentuje Wojciech Murawski, CEO Autopay.

TYR TFI z mocnym wynikiem i rosnącą skalą działalności

TYR TFI poinformowało, że jego flagowy fundusz zakończył ostatni 12-miesięczny okres z wynikiem przekraczającym 10 proc. Według danych spółki był to najwyższy rezultat wśród funduszy obligacji korporacyjnych na koniec marca. Towarzystwo wskazuje jednocześnie na dalszy wzrost wartości aktywów oraz rozwój działalności opartej na bezpośrednich relacjach z klientami.

– Skala naszej działalności systematycznie rośnie. Inwestorzy zgromadzili w funduszach zarządzanych przez TYR TFI już ponad 300 mln zł. Ten wzrost to efekt modelu opartego na konsekwentnym realizowaniu obranej strategii – mówi Marcin Wiński, prezes zarządu i Chief Investment Officer TYR TFI.

Wynik odzwierciedla utrzymującą się dynamikę z ubiegłych lat. Dwucyfrowe stopy zwrotu sprzyjają inwestorom funduszu zarządzanego przez TYR TFI w każdym kwartale ostatnich 4 lat działalności, niezależnie od wydarzeń na arenie geopolitycznej.

Koncentrujemy się na budowaniu trwałych i bezpośrednich relacji z inwestorami. To podejście przyciąga zamożnych klientów, którzy poszukują nie tylko ponadprzeciętnych zysków, ale też większej kontroli i indywidualnego podejścia przy alokacji powierzonego kapitału – dodaje Marcin Wiński.

Oprócz lidera generowanych zysków TYR TFI jest też obecnie drugim największym polskim, licencjonowanym podmiotem zarządzającym funduszami o strategii długu prywatnego. Z każdym rokiem działalności rośnie poziom aktywów, jakimi zarządza Towarzystwo, a także liczba transakcji. W 2025 roku zarządzający funduszami podjęli 25 decyzji inwestycyjnych o łącznym wolumenie 214 mln zł. Taki poziom aktywności pozycjonuje Towarzystwo nie tylko wśród największych, lecz także wśród najbardziej aktywnych graczy na polskim rynku funduszy private debt.

ZASTRZEŻENIE PRAWNE: Niniejsza informacja prasowa ma charakter wyłącznie informacyjny i nie stanowi oferty nabycia ani rekomendacji inwestycyjnej w rozumieniu przepisów prawa. Wyniki historyczne nie są gwarancją wyników w przyszłości. Inwestycje w fundusze inwestycyjne wiążą się z ryzykiem, w tym ryzykiem utraty części lub całości zainwestowanego kapitału. Przed podjęciem decyzji inwestycyjnej należy zapoznać się z dokumentami informacyjnymi funduszu.

Banki przyspieszają ugody w sprawach kredytów walutowych. Coraz więcej klientów staje przed wyborem: proces czy porozumienie

Rosnąca liczba ugód proponowanych przez banki kredytobiorcom frankowym i eurowym to efekt niekorzystnej dla sektora finansowego linii orzeczniczej oraz wysokich kosztów sporów sądowych. Choć warunki porozumień poprawiły się w ostatnich latach, decyzja o ich podpisaniu wciąż wymaga indywidualnej analizy. Adwokat Katarzyna Gabrysiak mówi jaką strategię przyjmują banki i jakie są zauważalne ryzyka prawne i finansowe przyjęcia ewentualnej ugody.

Zjawisko intensyfikacji propozycji ugodowych ze strony banków jest bezpośrednio związane z ich sytuacją procesową. Banki masowo przegrywają sprawy dotyczące kredytów walutowych, co generuje nie tylko obowiązek zwrotu na rzecz klientów środków, jakie zapłacili oni tytułem spłaty kredytu, kosztów procesu, ale również wysokich kosztów swojej obsługi prawnej za wieloletnie postępowania. Dodatkowym czynnikiem jest presja ze strony regulatorów oraz potrzeba poprawy wizerunku sektora bankowego.

– Banki przegrywają sprawy w zdecydowanej większości, co w naturalny sposób skłania je do szukania szybszych i tańszych rozwiązań. Ugody są dla nich sposobem na ograniczenie ryzyka, pozbycie się „toksycznego produktu” przy przewidywalności kosztów – zauważa adwokat Katarzyna Gabrysiak.

Zmiana strategii banków i ewolucja warunków ugód

Jeszcze kilka lat temu proponowane ugody były dla klientów w dużej mierze nieopłacalne. Opierały się głównie na przeliczeniu pozostałego do spłaty kredytu na złotówki przy zastosowaniu niekorzystnych kursów oraz wysokiego, zmiennego oprocentowania. Obecnie warunki są bardziej zróżnicowane i w niektórych przypadkach realnie korzystniejsze, choć wiele zależy od konkretnego banku oraz etapu sprawy.

Jak wskazuje adwokat Katarzyna Gabrysiak, w części instytucji – szczególnie po wyroku sądu pierwszej instancji – pojawiają się propozycje rozliczenia wzajemnych roszczeń, które obejmują zwrot nadpłaty, a czasem również odsetek i kosztów procesu. Nie jest to jednak standard rynkowy i nadal zdarzają się oferty ograniczające się wyłącznie do podstawowych rozliczeń w postaci zwrotu nadpłaty ponad kapitał bez odsetek ustawowych za opóźnienie i bez dodatkowych świadczeń na rzecz klienta.

– Warunki ugód są dziś bardziej zróżnicowane i w niektórych przypadkach wyraźnie lepsze niż jeszcze kilka lat temu. Dodatkowo widać wyraźną zmianę strategii banków, propozycje ugód pojawiają się nawet na bardzo wczesnym etapie relacji z bankiem, zanim sprawa trafi do sądu. Dla banku proces sądowy oznacza ogromną niepewność: ryzyko przegranej, odsetki ustawowe i koszty procesu. Ugoda pozwala zatrzymać tę spiralę ryzyka – ocenia prawniczka specjalizująca się w sporach z bankami.

Proces czy ugoda – decyzja zależna od sytuacji klienta

Wybór między kontynuowaniem procesu, a zawarciem ugody pozostaje decyzją indywidualną i zależy od wielu czynników. Postępowanie sądowe często pozwala uzyskać wyższe korzyści finansowe, szczególnie w świetle dominującej praktyki unieważniania umów kredytowych. Z drugiej strony wiąże się z wieloletnim oczekiwaniem na prawomocne rozstrzygnięcie.

– Ugoda daje natychmiastowe rozwiązanie i święty spokój, choć kosztem części potencjalnych korzyści – podkreśla adwokat Katarzyna Gabrysiak.

Ugoda może być szczególnie uzasadniona w sytuacjach trudnych finansowo, gdy kredytobiorca nie jest w stanie regulować rat i nie uzyskał zabezpieczenia w postaci zawieszenia ich spłaty na czas procesu. Istotna jest także potrzeba szybkiego zamknięcia sprawy, na przykład w przypadku planowanej sprzedaży nieruchomości, która jest obciążona hipoteką banku.

Ryzyka prawne i finansowe

Podpisanie ugody oznacza definitywne zakończenie sporu i rezygnację z dalszych roszczeń wobec banku. W praktyce zamyka to drogę do dochodzenia ewentualnych dodatkowych świadczeń w przyszłości.

Istotnym aspektem, który wymaga szczególnej uwagi, są potencjalne konsekwencje podatkowe.
W niektórych przypadkach umorzenie części zobowiązania kredytowego może skutkować obowiązkiem zapłaty podatku dochodowego, co znacząco wpływa na opłacalność całej operacji.

– Podpisując ugodę, kredytobiorca definitywnie zamyka spór i zrzeka się wszelkich roszczeń wobec banku Największym błędem jest jednak podpisanie ugody bez analizy prawnej. To decyzja, której skutków nie da się cofnąć – zaznacza Katarzyna Gabrysiak.

Długie postępowania sprzyjają ugodom

Pomimo ugruntowanej linii orzeczniczej, czas trwania postępowań nie uległ skróceniu. Wzrost liczby spraw oraz ograniczone zasoby kadrowe sądów powodują, że procesy, zarówno na etapie I instancji jak i apelacji, mogą trwać kilka lat.

– System jest przeciążony, a czas oczekiwania na prawomocny wyrok nadal jest bardzo długi. Dla wielu kredytobiorców właśnie ten czynnik staje się decydujący i skłania ich do wyboru ugody jako szybszego sposobu zakończenia sporu – wskazuje adwokat.

Stabilna linia orzecznicza wzmacnia pozycję klientów

Obecnie dominującą praktyką sądów jest unieważnianie umów kredytowych, co znacząco wzmacnia pozycję negocjacyjną kredytobiorców. Stabilność orzecznictwa sprawia, że banki coraz częściej dążą do polubownego zakończenia sporów, zanim zapadnie prawomocny wyrok.

Ekspertka podkreśla jednak, że skuteczność negocjacji w dużej mierze zależy od profesjonalnego wsparcia. Doświadczenie pokazuje, że kredytobiorcy działający samodzielnie uzyskują zazwyczaj mniej korzystne warunki niż ci reprezentowani przez wyspecjalizowane kancelarie.

– Różnice w efektach negocjacji mogą być bardzo znaczące. Dlatego warto zasięgnąć pomocy prawnej, która specjalizuje się w tego typu sprawach, gdyż dzięki temu kredytobiorca jest w stanie wywalczyć dla siebie lepsze rozwiązanie – podsumowuje adwokat Katarzyna Gabrysiak.

Port Polska rusza z wypłatami. CPK przekazał pierwsze zaliczki właścicielom nieruchomości

Zaliczki są wypłacane w wysokości 85 procent ustalonego przez wojewodę odszkodowania. Właściciele nieruchomości niezbędnych do budowy lotniska otrzymali je jeszcze zanim konieczne było wydanie nieruchomości Spółce.

Spółka Centralny Port Komunikacyjny, realizująca program inwestycyjny Port Polska, wypłaciła pierwsze zaliczki właścicielom nieruchomości, które znalazły się w granicach wyznaczonych przez Decyzję Lokalizacyjną dla nowego lotniska krajowego. Prawo do zaliczki uzyskali oni dzięki prospołecznej nowelizacji Ustawy o Centralnym Porcie Komunikacyjnym, która weszła w życie w listopadzie ubiegłego roku. Kolejne wnioski o wypłatę zaliczek są w trakcie realizacji, zaś Spółka dokonuje wypłat w terminie 30 dni od dnia złożenia wniosku.

W grudniu 2025 r. Mazowiecki Urząd Wojewódzki nadał rygor natychmiastowej wykonalności decyzji lokalizacyjnej i wszczął postępowanie administracyjne w sprawie ustalenia wysokości należnego odszkodowania za każdą nieruchomość objętą tą decyzją.

Dzięki temu właściciele nieruchomości mogli wezwać Spółkę do wypłaty zaliczki w wysokości 85 procent odszkodowania bezpośrednio po wydaniu przez wojewodę decyzji o ustaleniu jego wysokości. Zgodnie z nowymi przepisami mogli skierować to wezwanie jeszcze przed koniecznością wydania nieruchomości Spółce i nie muszą czekać na ostateczność decyzji ustalającej wysokość odszkodowania przez wojewodę. Wystąpienie o zaliczkę nie zamyka drogi do odwołania od tej decyzji, na przykład, jeżeli właściciel nie zgadza się z przedstawioną wyceną. Samo wydanie nieruchomości następuje po upływie 120 dni od dnia wydania przez Wojewodę Mazowieckiego decyzji odszkodowawczej.

W ramach realizowanego wcześniej Programu Dobrowolnych Nabyć spółka kupiła 2592 działki o łącznej powierzchni ponad 2787 hektarów na terenie objętym rozporządzeniem obszarowym. Na obszarze objętym Decyzją Lokalizacyjną dla nowego lotniska pozyskano prawie 65 procent powierzchni, na której realizowana będzie inwestycja.

Spośród 310 budynków mieszkalnych na terenie przyszłego lotniska, w ramach PDN, ostatecznie nabyto 235. Oznacza to pozyskanie 76 procent wszystkich budynków mieszkalnych znajdujących się w granicach objętych Decyzją Lokalizacyjną.

Po nadaniu Decyzji Lokalizacyjnej rygoru natychmiastowej wykonalności właściciele dobrowolnie wydali do tej pory 411 działek o powierzchni 497 hektarów.

 

Stare diesle pod presją. UE szykuje rewolucję w badaniach technicznych

Jeszcze w tym roku kierowców czekają duże zmiany w badaniach technicznych aut, wynikające z nowych przepisów unijnych, których celem jest ograniczenie liczby przeoczeń i fikcyjnych przeglądów. Dotyczą one m.in. kwestii cyfryzacji wyników kontroli diagnostycznych, badania poziomu emisji spalin, uważniejszych kontroli starszych samochodów oraz stworzenia wspólnej bazy danych o pojazdach z całej Unii. Te przepisy mogą wywołać największe w historii przetasowanie na motoryzacyjnym rynku wtórnym w Polsce. Jego lwią część stanowią auta, które – według nowych regulacji – należą do grupy wysokiego ryzyka.

Nadchodzące zmiany komentuje Robert Lewandowski, Business Development Manager CARFAX Polska. 

Nasz krajowy motoryzacyjny rynek wtórny stoi przed ogromnym wyzwaniem. W minionym roku w Polsce właściciela zmieniło 3,5 mln używanych aut, z których ponad połowa miała 15 lub więcej lat, a 40 proc. stanowiły pojazdy z silnikiem Diesla, jak wynika z analizy liczącej ponad 23 mln używanych samochodów w Polsce bazy danych CARFAX. Ponad 70 proc. pochodziło z importu, 42 proc. jest po wypadkach, a blisko 90 proc. miało bogatą historię, obejmującą różne ryzykowne czynniki, jak uszkodzenia, kolizje czy nietypowe wskazania licznika. Jednak, jak wynika z dostępnych danych, obecnie zaledwie 2 proc. aut w Polsce otrzymuje negatywny wynik podczas okresowych przeglądów. 

Zgodnie z nowymi unijnymi propozycjami już 10-letnie auta mają podlegać restrykcyjnym kontrolom, kładącym większy nacisk na stan elektroniki i systemów bezpieczeństwa. Konieczne będzie również stosowanie bardziej precyzyjnych urządzeń pomiarowych emisji cząstek stałych, czyli toksycznej sadzy. Mają one np. bezbłędnie wykrywać brak lub niesprawność filtra DPF w silnikach Diesla – skuteczność tego typu kontroli stanowiła dotychczas piętę achillesową polskiej diagnostyki pojazdów. Nowe, rygorystyczne badania sprawią, że wiele aut może po prostu nie zostać dopuszczonych do ruchu, a w obliczu utworzenia wspólnej bazy dla wszystkich państw UE ukrycie niekorzystnej historii przeglądów stanie się dużo trudniejsze. 

Koniec ery wyciętego DPF i wzrost znaczenia certyfikacji

Dla przeciętnego posiadacza starego pojazdu z silnikiem Diesla, który do tej pory traktował przegląd jako formalność, nowa rzeczywistość może oznaczać konieczność kosztownych napraw, przewyższających często wartość samochodu. To z kolei wymusi na kupujących większą ostrożność. Weryfikacja historii pojazdu i jego realnego stanu technicznego przed transakcją przestanie być wyborem, a stanie się kluczowym krokiem, który pomoże uniknąć zakupu samochodu, którego nie da się legalnie użytkować bez poniesienia znacznych kosztów.

Możliwe, że nowe przepisy spowodują przesunięcie popytu na rynku pojazdów używanych w stronę młodszych aut oraz tych z napędem hybrydowym. Wzrośnie również znaczenie certyfikacji – samochody z udokumentowaną, „czystą” (bez większych negatywnych czynników) historią zyskają na wartości, stając się bezpieczniejszą lokatą kapitału.

XTB wchodzi do Serie A – partnerstwo z SSC Napoli

XTB zostało globalnym partnerem SSC Napoli. To pierwsze w historii partnerstwo z klubem z TOP 5 europejskich lig. To kolejny krok w budowie międzynarodowej rozpoznawalności marki oraz szansa na przyspieszenie pozyskiwania nowych klientów na rynku włoskim.

SSC Napoli to jeden z najbardziej rozpoznawalnych włoskich klubów piłkarskich na świecie, regularnie walczący o najwyższe cele. W Polsce kibice piłki nożnej z nutą nostalgii wspominają czasy, gdy liderami zespołu spod Wezuwiusza byli nasi reprezentanci – Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik. Teraz w klubie ponownie pojawi się polski akcent, ponieważ jego globalnym partnerem tradingowym została polska spółka XTB. Umowa między XTB a SSC Napoli obowiązuje do końca sezonu 2026/2027.

Według danych Nielsena SSC Napoli może pochwalić się jedną z najbardziej zaangażowanych społeczności kibicowskich. We Włoszech klub ma 15,8 mln fanów, w Europie ich liczbę szacuje się na 68 mln, a globalnie – aż na 260 mln. Szczególnie silna społeczność kibiców Napoli znajduje się w Ameryce Południowej, gdzie klub cieszy się ogromnym sentymentem ze względu na historię Diego Maradony.

Cieszymy się, że możemy powitać XTB w gronie globalnych partnerów SSC Napoli. To współpraca, która doskonale wpisuje się w naszą międzynarodową strategię i otwiera nowe możliwości angażowania kibiców na całym świecie: zarówno online, jak i podczas meczów. Tym bardziej doceniamy fakt, że współpracujemy z marką, która, podobnie jak my, stawia na innowacyjne i globalne podejście do budowania relacji z odbiorcami – dodaje Tommaso Bianchini, General Manager Business Area SSC Napoli.

Jako globalny partner XTB będzie obecne na cyfrowych platformach SSC Napoli, podczas dni meczowych, a także w ramach wydarzeń i aktywności skierowanych do kibiców. Dzięki obecności w otoczeniu marki docierającej do milionów fanów, XTB chce promować ideę demokratyzacji świata inwestycji i wspierać bardziej świadome podejście do zarządzania finansami.

Współpraca z SSC Napoli to dla nas coś więcej niż budowanie globalnej rozpoznawalności. Chcemy zainspirować ludzi do bardziej świadomego podejścia do swoich pieniędzy i pokazać, że inwestowanie nie zaczyna się od dużych kwot, ale od właściwego podejścia  – mówi Omar Arnaout, prezes zarządu XTB.

Partnerstwo z SSC Napoli to kolejny etap realizacji globalnej strategii marketingowej XTB. Spółka niedawno ogłosiła również współpracę z FIBA przy mistrzostwach świata kobiet i mężczyzn w koszykówce. Ponadto marka jest obecna także w sportach walki, współpracując m.in. z Tysonem Furym oraz organizacjami KSW i OKTAGON. XTB angażuje się również w największe wydarzenia piłkarskie i tenisowe, a ambasadorem marki jest Zlatan Ibrahimović.

Senat przepyta Warsha. W centrum uwagi stopy, bilans i autonomia Fed

Dzisiejsze przesłuchanie Kevina Warsha, kandydata Donalda Trumpa na stanowisko szefa Fed, przed Komisją Bankową Senatu, zapowiada się jako jedno z trudniejszych wystąpień nominacyjnych w ostatnim czasie. Senatorowie będą chcieli przede wszystkim ustalić, czy w razie objęcia funkcji będzie w stanie zachować niezależność banku centralnego wobec oczekiwań Białego Domu. To właśnie kwestia autonomii Fed ma być głównym tematem wtorkowego przesłuchania, zaplanowanego na godzinę 16:00 czasu polskiego. Ponieważ Trump otwarcie opowiada się za niższymi stopami procentowymi, kluczowe będzie pytanie, czy Warsh zamierza prowadzić politykę pieniężną w oparciu o dane gospodarcze i ocenę ryzyk, czy też ulegnie presji politycznej.

Drugim ważnym obszarem będą same stopy procentowe. Warsh jeszcze w 2025 r. sugerował, że koszt pieniądza powinien być niższy, argumentując, że rozwój technologii i sztucznej inteligencji może wspierać wzrost gospodarczy bez jednoczesnego nasilenia presji inflacyjnej. Od tamtej pory sytuacja stała się jednak bardziej złożona, ponieważ pojawiły się nowe ryzyka inflacyjne, a w samym Fed przeważa dziś stanowisko, że nie ma potrzeby pośpiesznego dalszego luzowania polityki. To sprawia, że senatorowie zapewne będą dopytywać, czy Warsh nadal podtrzymuje swoje wcześniejsze poglądy i jak uzasadniałby ewentualnie bardziej gołębie podejście w obecnych warunkach.

Dodatkowe pytania może wywołać zmiana jego wizerunku. Warsh przez lata był postrzegany jako jastrząb inflacyjny, czyli zwolennik bardziej zdecydowanej walki z inflacją i utrzymywania wyższych stóp procentowych. Jego obecne, wyraźnie łagodniejsze nastawienie może więc budzić wątpliwości co do przyczyn tej zmiany oraz tego, czy wynika ona z ewolucji poglądów, czy raczej z politycznego kontekstu nominacji. Taki zwrot może stać się jednym z bardziej drażliwych punktów przesłuchania.

W centrum uwagi znajdzie się także podejście Warsha do bilansu Fed, którego wartość wynosi obecnie około 6,7 bln USD. Kandydat deklarował chęć jego zmniejszenia, ale dotąd nie przedstawił szczegółowego planu, w jaki sposób miałoby to zostać przeprowadzone. To istotna kwestia, ponieważ zbyt szybkie ograniczanie bilansu mogłoby negatywnie odbić się na płynności rynków finansowych. Senatorowie mogą więc oczekiwać bardziej precyzyjnych odpowiedzi na temat tempa i skali takiego procesu.

Nie można też wykluczyć pytań dotyczących jego poglądów na regulacje sektora finansowego, pomysłu przeglądu porozumienia między Fed a Departamentem Skarbu z 1951 r. oraz jego sytuacji majątkowej. Z ujawnionych dokumentów wynika bowiem, że aktywa Warsha są warte co najmniej 192 mln USD, co czyniłoby go jednym z najbogatszych urzędników w historii Fed. W połączeniu z faktem, że był już członkiem Rady Gubernatorów Fed w latach 2006–2011, tworzy to obraz kandydata bardzo doświadczonego, ale jednocześnie obciążonego szeregiem pytań o niezależność, spójność poglądów i zdolność do prowadzenia wiarygodnej polityki pieniężnej.

Rynek nieruchomości handlowych zmienia kierunek: mniejsze miasta na celowniku

Międzynarodowa agencja doradcza Cushman & Wakefield podsumowała sytuację w sektorze nieruchomości handlowych w Polsce po pierwszych trzech miesiącach br. Analiza danych wskazuje na postępującą decentralizację handlu – wszystkie nowo oddane inwestycje to parki handlowe zlokalizowane w miastach poniżej 50 tys. mieszkańców. Jednocześnie w największych aglomeracjach obserwujemy trend uzupełniania istniejących zasobów, czego dowodem jest fakt, że połowa nowej powierzchni dostarczonej w pierwszym kwartale powstała w wyniku rozbudowy obecnych obiektów. Rekordowy poziom powierzchni w budowie może zwiastować sukcesywne spadki w wynikach sprzedaży pojedynczych centrów i parków handlowych w dłuższej perspektywie czasu.

PODAŻ: SOLIDNY WYNIK PODAŻY NA POZIOMIE OK 73 TYS. MKW.

W pierwszym kwartale 2026 roku deweloperzy oddali do użytkowania 73 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej. To wynik wyraźnie lepszy niż w analogicznym okresie 2025 roku, kiedy na rynek trafiło 47 tys. mkw., choć nieco niższy niż w pierwszym kwartale 2024 roku (89 tys. mkw.). Statystyki podaży obejmują obiekty o powierzchni powyżej 5000 mkw. GLA i uwzględniają nowe budynki, ale także rozbudowy i przebudowy.

Nowa podaż powierzchni handlowej rozwija się obecnie w dwóch odmiennych kierunkach: z jednej strony obejmuje zagospodarowywanie białych plam w mniejszych miejscowościach, obarczone większym ryzykiem długoterminowym ze względu na uwarunkowania demograficzne, z drugiej – koncentruje się na dalszym dogęszczaniu rynku w największych aglomeracjach. W pierwszym kwartale oddano do użytkowania pięć nowych inwestycji – wszystkie w formacie parków handlowych, zlokalizowanych w Bochni, Bogatyni, Tomaszowie Lubelskim, Tarnobrzegu i Żyrardowie. Wszystkie nowe obiekty powstały w miastach liczących poniżej 50 tys. mieszkańców. Z kolei rozbudowy koncentrowały się przede wszystkim w największych aglomeracjach powyżej 400 tys. mieszkańców. W tym przypadku rozwój wspierany jest pozytywną demografią, rosnącymi płacami i wyższą chłonnością popytu”, mówi Ewa Derlatka-Chilewicz, Head of Research, Cushman & Wakefield.

Na uwagę zasługuje również obserwowana tendencja do zmniejszania skali nowych inwestycji handlowych. Analiza danych dla pierwszych kwartałów ostatnich lat pokazuje systematyczny spadek średniej powierzchni oddawanych nowych budynków – z około 11 tys. mkw. w 2024 roku, przez 8,2 tys. mkw. w 2025 roku, do 7,2 tys. mkw. w 2026 roku. Całkowita nowoczesna powierzchnia handlowa w Polsce sięga obecnie ok. 17,3 mln mkw. GLA.

WYJĄTKOWO WYSOKA SKALA PODAŻY W BUDOWIE

Zgodnie ze stanem na koniec pierwszego kwartału w budowie pozostawało aż około 770 tys. mkw. GLA powierzchni handlowej. Jest to bezprecedensowy rekord od ponad dekady na polskim rynku handlowym. Pomimo, że deweloperzy i inwestorzy uważnie analizują zasadność powstawania nowych inwestycji, należy mieć na uwadze, że wraz ze wzrostem podaży ruch klientów oraz obroty będą rozkładać się na większą liczbę obiektów, co w dłuższej perspektywie może przełożyć się na spadki w wynikach osiąganych przez pojedyncze centra i parki handlowe.

POPYT: CZTERY NOWE SIECI HANDLOWE W POLSCE W PIERWSZYM KWARTALE

W pierwszym kwartale br. cztery marki handlowe zadebiutowały otwierając w naszym kraju swoje pierwsze sklepy stacjonarne. Były to: Lululemon (odzież sportowa, pierwszy sklep w Westfield Arkadia), Yavorska (polska marka modowa z debiutem w Klif Gdynia), iLunch (litewska sieć gastronomiczna, otwarcie w Olivia Centre w Gdańsku), XIMI-V (azjatycka marka lifestyle’owa z akcesoriami, która pojawiła się w Blue City w Warszawie).

SPRZEDAŻ DETALICZNA: OBIECUJĄCY START 2026 ROKU

Początek 2026 roku przyniósł kontynuację pozytywnych trendów w handlu detalicznym, a sprzedaż w cenach stałych utrzymała dodatnią dynamikę. Z dostępnych danych GUS obejmujących obecnie dwa miesiące pierwszego kwartału wynika, że styczeń przyniósł wzrost sprzedaży o 4,4% r/r, natomiast w lutym tempo wzrostu dodatkowo przyspieszyło do 5,0% r/r.

W pierwszym kwartale 2026 r. najsilniejsze wzrosty ponownie koncentrowały się w segmentach istotnych z punktu widzenia funkcjonowania centrów handlowych. W lutym sprzedaż w kategorii Meble, RTV, AGD zwiększyła się o 7,3% r/r, natomiast w grupie Tekstylia, odzież, obuwie odnotowano wzrost na poziomie 9% r/r. Po okresie słabszych wyników poprawa objęła również kategorię Żywność, napoje i wyroby tytoniowe, w przypadku których sprzedaż wzrosła o 1,1% r/r. Jedynym segmentem notującym spadki pozostawały Prasa i książki (-4,7% r/r)”, komentuje Ewelina Staruch, Senior Analyst, Cushman & Wakefield.

Struktura wzrostu wskazuje, że w pierwszych miesiącach 2026 roku popyt konsumencki pozostawał szczególnie silny w segmencie dóbr nieżywieniowych, co sprzyjało poprawie wyników sprzedażowych w obiektach handlowych.

Marzec 2026 przyniósł pogorszenie nastrojów konsumenckich. Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej (BWUK) spadł do poziomu -12,2, co oznacza pogłębienie pesymizmu wśród konsumentów i przerwanie wcześniejszego trendu poprawy. Wskaźnik wyprzedzający (WWUK) również zanotował spadek, osiągając wartość -9,5, co wskazuje na rosnącą ostrożność w oczekiwaniach dotyczących przyszłej sytuacji gospodarczej i konsumpcji, związaną zapewne m.in. z wysokimi cenami paliw i sytuacją geopolityczną niesprzyjającą planowaniu większych wydatków.

Dane GUS pokazują, że fundamenty nastrojów konsumenckich są coraz bardziej zróżnicowane. W marcu konsumenci pozytywnie oceniali swoją bieżącą sytuację finansową, której wskaźnik osiągnął wartość +31,7. Również przewidywania dotyczące przyszłej sytuacji finansowej gospodarstwa domowego (+14,0) oraz skłonność do oszczędzania (+13,5) pozostały na relatywnie wysokim poziomie. Jednocześnie jednak respondenci negatywnie oceniali zmiany ogólnej sytuacji ekonomicznej kraju – zarówno w ujęciu bieżącym (-22,4), jak i przyszłym (-24,1). Wskaźnik dotyczący planowania większych zakupów utrzymał się na niskim poziomie (-26,9)”, dodaje Ewelina Staruch, Senior Analyst, Cushman & Wakefield.

Na tle Europy Polska nadal prezentuje się relatywnie dobrze. W marcowym badaniu Eurostatu wskaźnik ufności konsumenckiej dla Polski wyniósł -2,0, podczas gdy średnia dla całej Unii Europejskiej spadła do -15,5. To potwierdza, że polscy konsumenci pozostają jednymi z najbardziej optymistycznych w regionie, mimo pogorszenia nastrojów. Relatywna odporność na zewnętrzne wstrząsy gospodarcze może świadczyć o wysokiej stabilności krajowego rynku pracy i sytuacji dochodowej gospodarstw domowych.

ODWIEDZALNOŚĆ I OBROTY: MOCNY PIERWSZY KWARTAŁ

Odwiedzalność centrów handlowych w pierwszym kwartale 2026 roku utrzymywała się na podobnym poziomie do roku 2025. Po ujemnym wyniku w całym 2025 roku (-0,6% r/r), pierwszy kwartał 2026 odnotował delikatną poprawę wskaźnika odwiedzalności o 1,3% r/r. Marzec był najlepszym w tym kwartale miesiącem pod względem ruchu klientów (3,4% wzrostu r/r).

Mocniejsze odbicie odnotowały obroty najemców centrów handlowych w pierwszych dwóch miesiącach roku. W styczniu 2026 roku wzrost wyniósł prawie 8,5%, natomiast w lutym przekroczył 4%, co biorąc pod uwagę wskaźniki wzrostu cen w tych miesiącach na poziomie 2,1% oznacza realne wzrosty obrotów najemców”, tłumaczy Ewelina Staruch, Senior Analyst, Cushman & Wakefield.

CZYNSZE W OBIEKTACH PRIME: ŚREDNIO 180 EUR/ MKW. ZA NAJLEPSZE LOKALE O POWIERZCHNI OK. 100 MKW. W CENTRACH HANDLOWYCH

Zgodnie z przewidywaniami Cushman & Wakefield, czynsze w najlepszych obiektach handlowych w Polsce odnotowały wzrost w pierwszym kwartale.

W przypadku centrów i parków handlowych dynamika wzrostów czynszów przekroczyła inflację, która stanowi podstawę indeksacji w umowach najmu. Na początku 2026 roku indeksacja czynszów wyniosła bowiem 1,9%-2,1% dla stawek w walucie euro oraz 3,6% w przypadku umów w złotówkach, zgodnie ze wskaźnikiem GUS. Poziom czynszów w centrach handlowych jest istotnie wyższy niż w parkach handlowych. W pierwszym kwartale dla flagowych obiektów czynsz prime sięgnął 180 EUR/ mkw. dla najlepszych lokali o powierzchni ok. 100 mkw. w galeriach handlowych, zaś w najlepszych regionalnych parkach handlowych wyniósł ok. 19,5 EUR/ mkw.”, komentuje Michał Masztakowski, Head of Retail Agency, Cushman & Wakefield.

Najczęstsze problemy z tonerami do drukarek – objawy i szybkie rozwiązania

Drukarka zwykle przestaje działać dokładnie wtedy, gdy jest najbardziej potrzebna. Blady wydruk, smugi czy komunikat o błędzie mogą skutecznie sparaliżować pracę biura lub domowego stanowiska. W praktyce większość tych sytuacji ma wspólny mianownik – źle dobrane lub zużyte tonery do drukarek. Dobra wiadomość: wiele problemów można rozpoznać szybko i rozwiązać bez serwisu.

Najczęstsze problemy z tonerami do drukarek i ich objawy

Problemy z tonerami mają zwykle charakter powtarzalny. Rozpoznanie objawów pozwala skrócić czas reakcji i uniknąć kosztownych przestojów.

  • Blady wydruk lub brak nasycenia koloru – najczęściej oznacza niski poziom tonera lub jego nierównomierne rozprowadzenie;

  • Smugi, pasy lub plamy na kartce – mogą wskazywać na uszkodzenie kasety, bębna lub zanieczyszczenia wewnątrz urządzenia;

  • Brudzenie papieru proszkiem – efekt nieszczelnego wkładu lub słabej jakości zamiennika;

  • Komunikat o niekompatybilnym tonerze – problem z chipem lub nieprawidłowym dopasowaniem do modelu drukarki.

Warto zauważyć, że nawet nowe tonery do drukarek mogą generować problemy, jeśli nie są dopasowane do konkretnego urządzenia.

Skąd biorą się problemy z tonerami do drukarek?

Źródło problemu nie zawsze leży w samej drukarce. W wielu przypadkach to kwestia eksploatacji lub niskiej jakości tonery do drukarek.

Najczęstsze przyczyny to stosowanie niekompatybilnych wkładów, wybór niskiej jakości zamienników,  niewłaściwe przechowywanie tonera (wilgoć, temperatura) lub brak regularnego czyszczenia drukarki. W praktyce oznacza to, że oszczędność na tonerze często przekłada się na wyższe koszty serwisowe lub konieczność częstszej wymiany podzespołów.

Jak szybko rozwiązać problem z tonerem?

Nie każdy problem wymaga natychmiastowej wymiany wkładu. W wielu sytuacjach wystarczy kilka prostych działań.

  1. Wyjmij toner i delikatnie nim potrząśnij – pomaga to równomiernie rozprowadzić proszek.

  2. Sprawdź poprawność montażu – niedokładne osadzenie kasety powoduje błędy odczytu.

  3. Wyczyść wnętrze drukarki zgodnie z instrukcją producenta.

  4. Zresetuj urządzenie lub sprawdź aktualizacje oprogramowania.

Jeśli mimo to jakość wydruku się nie poprawia, najczęściej konieczna jest wymiana wkładu na sprawdzony model.

Jak zapobiegać problemom?

Prewencja w tym przypadku jest znacznie tańsza niż naprawa. Znaczenie ma świadome podejście do eksploatacji. Regularna kontrola stanu wkładu, przechowywanie tonerów w odpowiednich warunkach oraz wybór sprawdzonych dostawców znacząco ograniczają ryzyko problemów. W środowisku biurowym przekłada się to bezpośrednio na ciągłość pracy i brak nieplanowanych przestojów.

Co warto zapamiętać, aby uniknąć problemów w przyszłości?

Problemy z tonerami w większości wynikają z błędnych decyzji zakupowych lub braku podstawowej konserwacji sprzętu. Świadome podejście do wyboru materiałów eksploatacyjnych pozwala nie tylko poprawić jakość wydruków, ale również wydłużyć żywotność urządzenia. 

Tonery do drukarek – Sklep WPC24

Adres:
Gromadzka 46, 30-719 Kraków

Telefon:
+48 660 776 755  (od poniedziałku do piątku, w godzinach 8:00-16:00)

Strona WWW: 
https://wpc24.pl/

Cloud Technologies utrzymuje dwucyfrowe tempo wzrostu sprzedaży danych

Cloud Technologies, notowana na głównym rynku GPW spółka technologiczna działająca na globalnym rynku danych dla reklamy internetowej, zwiększyła w lutym 2026 r. sprzedaż danych do kluczowych klientów o 24 proc. rdr. To kolejny miesiąc utrzymania wysokiej, dwucyfrowej dynamiki wzrostu w strategicznym obszarze działalności Spółki. Około 80% przychodów Cloud Technologies pochodzi z rynku USA.

– Wyniki stycznia i lutego potwierdzają dobrą realizację Strategii 2026+ oraz skuteczność przejścia na sprzedaż danych pod własnymi brandami. Już ponad 90% danych sprzedajemy w tym modelu, co wspiera skalowanie biznesu i poprawę ekonomiki sprzedaży. Dzięki wysokiej rentowności generujemy gotówkę, którą reinwestujemy w rozwój oraz redystrybuujemy do akcjonariuszy – mówi Piotr Prajsnar, prezes zarządu Cloud Technologies.

Przyjęta w lutym 2026 r. Strategia 2026+ zakłada dalszy rozwój sprzedaży danych przy utrzymaniu wysokiej rentowności biznesu. Jednym z kluczowych elementów strategii jest odejście od modelu white-label na rzecz sprzedaży pod własnymi markami, co ma zwiększać skalę biznesu, poprawiać ekonomię sprzedaży i rozszerzać rynek adresowalny.

Cloud Technologies zamierza dalej rozwijać kanały sprzedaży, zwiększać obecność na globalnych platformach reklamowych oraz przyspieszać wzrost zarówno organicznie, jak i poprzez partnerstwa i akwizycje. Jednym z nowych motorów wzrostu jest produkt Data Curation, który łączy sprzedaż danych i mediów, otwierając spółce dostęp do nowej kategorii klientów, w tym globalnych agencji reklamowych.

Realizacja Strategii 2026+ może przyczynić się do wzrostu sprzedaży danych* przez Cloud Technologies do poziomu 16 – 18 mln USD w 2026 roku oraz 18 – 24 mln USD w 2027 roku przy utrzymaniu wysokiej rentowności biznesu. Strategia zakłada także kontynuację redystrybucji kapitału do akcjonariuszy poprzez politykę dywidendową (ok. 20% oczyszczonego wyniku EBITDA za dany rok) oraz skup akcji własnych (250.000 sztuk akcji własnych).

Raportowany przez spółkę co miesiąc wskaźnik dynamiki sprzedaży danych obejmuje sprzedaż danych do kluczowych klientów Cloud Technologies i jest wyrażony w USD. Natomiast w raportach okresowych spółka prezentuje dane w PLN, a zatem na raportowane dynamiki wpływ mają różnice kursowe.

*Przedstawione w niniejszym dokumencie wartości przychodów stanowią cel postawiony przez Zarząd Spółki w związku z wdrożeniem i realizacją zaprezentowanych planów rozwoju. Założenia te nie stanowią prognozy.

Cieśnina Ormuz i nowy szef Fedu. Nerwowy tydzień dla rynków

W sytuacji na Bliskim Wschodzie coraz trudniej rozeznać się już nie tylko przeciętnym obserwatorom, ale też ekspertom. Na jeden sygnał deeskalacyjny przypada po chwili kolejne doniesienie o zamknięciu Cieśniny Ormuz. Inwestorzy żyją w spirali emocji od jednego do drugiego wpisu w social mediach. Czy swoje trzy grosze dołoży już jutro kandydat na nowego szefa Fed?

Porozumienie niczym tankowiec w cieśninie

Jeszcze w piątek na rynkach królował pozytywny sentyment, którego nie były w stanie wymazać nawet niepokojące doniesienia z rejonu Zatoki Perskiej. A wtedy do akcji wkroczyli Irańczycy, którzy ogłoszeniem pełnego otwarcia Cieśniny Ormuz wywołali kolejną falę transakcji. Ropa Brent przez moment spadała nawet o ponad 10% i przełamała od góry 90 USD za baryłkę. Euforia rozlała się po rynkach jak ropa z uszkodzonego tankowca. Giełdowe indeksy wystrzeliły, a niektóre osiągnęły wręcz historyczne rekordy (np. szeroki WIG na GPW przebił 13,5 tys. pkt.). Przejście w tryb risk on było bolesne także dla dolara amerykańskiego, który do piątkowego popołudnia coraz wyraźniej tracił grunt pod nogami. Kurs EUR/USD pierwszy raz od dwóch miesięcy sięgnął blisko 1,185 USD. I już w piątek rynek walutowy się zawahał, a eurodolar zawrócił na południe. Weekend natomiast, zamiast zapowiadanych rozmów pokojowych, przyniósł kolejne fale napięć i raczej niepokojących doniesień z Bliskiego Wschodu. Termin wstępnego zawieszenia broni wygasa już jutro, a strony podobno wreszcie podjęły jakiś dialog na pakistańskiej ziemi, ale konkretów wciąż jak na lekarstwo. Wszyscy zadają sobie pytanie, czy – pomiędzy groźbami, szydzeniem z siebie nawzajem czy realnym strzelaniem do statków handlowych – istnieje przestrzeń do jakiegokolwiek porozumienia? W tej chwili Iran i USA zdaje się łączyć tylko jedno: sama chęć zakończenia działań zbrojnych. Niby to najważniejszy aspekt, ale na drodze do niego jest mnóstwo mielizn. A skoro szanse na szybki pokój maleją, to rośnie chęć do realizacji zysków przez inwestorów.

Poniedziałkowa sprzedaż faktów, wtorkowe kupowanie plotek?

Właśnie jako realizację zysków przez inwestorów można potraktować pierwszą część poniedziałkowej sesji. Przy pustym kalendarzu makro jeszcze trudniej o impulsy niezwiązane z sytuacją na Bliskim Wschodzie. A stamtąd, zamiast transportu samej ropy, otrzymaliśmy jej wyższą wycenę. Chociaż głównym winowajcą jest dzisiejsze otwarcie pokaźną luką wzrostową, a reszta handlu zdaje się dość płaska, to jednak mówimy o kilkuprocentowych wzrostach w stosunku do piątkowego zamknięcia. Za baryłkę Brent trzeba zapłacić blisko 95 USD, a za WTI 87,5 USD. Na giełdach jeszcze nieźle wyglądała Azja, gdzie chociażby Tokio czy Szanghaj zakończyły handel przyzwoitymi zwyżkami. Niestety wczesne popołudnie w Europie to już wyraźna przecena głównych indeksów. Od -0,5% w Amsterdamie do -1,5% w Mediolanie. Za rynkami bazowymi podąża Warszawa, gdzie WIG20 traci ponad 1%. Otwarcie na Wall Street również zapowiada się spadkowo, więc nie będzie to łatwy dzień dla giełdowych byków. Dzisiejsze nastroje inwestorów przekładają się na mocniejszego dolara, a co za tym idzie też słabszego złotego. Chociaż znowu za główną część ruchu odpowiadają pierwsze godziny poniedziałkowego handlu, to następującą po nich flautę także można uznać za sygnał prodolarowy. Po godz. 13 kurs EUR/USD balansuje na 1,177 USD, kurs euro utrzymuje się powyżej 4,23 PLN, kurs dolara nie przekracza 3,60 PLN, a kurs franka przebił 4,60 PLN.

Bio Planet z rekordowym zyskiem i planem emisji akcji

0

Spółka Bio Planet S.A. zakończyła 2025 rok z przychodami na poziomie 311,0 mln PLN (+11,3 % r/r) oraz zyskiem netto 6,3 mln PLN (+214 % r/r), wyraźnie poprawiając rentowność i efektywność operacyjną. Jednocześnie Zarząd zarekomendował przeprowadzenie nowej emisji akcji serii E i przedstawił Zwyczajnemu Walnemu Zgromadzeniu Akcjonariuszy zwołanemu na 15 maja 2026 r projekty uchwał dotyczące emisji akcji serii E. Emisja ma zapewnić część środków na kontynuację strategicznej inwestycji – budowy nowoczesnych zakładów konfekcjonowania.

Dobre wyniki finansowe i efektywność operacyjna

– „Rok 2025 był dla Bio Planet okresem konsekwentnego skalowania działalności przy jednoczesnym dalszym porządkowaniu kosztów. Wzrost przychodów o ponad 11 % przy jednoczesnym ograniczeniu dynamiki kosztów zatrudnienia do niespełna 6 % pozwolił nam osiągnąć najwyższy zysk netto w historii Spółki. To efekt poprawy efektywności magazynu, optymalizacji procesów logistycznych oraz lepszego zarządzania ofertą produktową” – podkreśla Sylwester Strużyna, Prezes Zarządu Bio Planet S.A.

Dynamiczny wzrost sprzedaży, połączony z dalszą optymalizacją kosztów operacyjnych, przełożył się na znaczącą poprawę wyników finansowych. EBITDA osiągnęła poziom 12,5 mln PLN, a marża na sprzedaży wyniosła 31,4 %. Rentowność netto wzrosła z 0,7 % do 2,0 %, natomiast rentowność kapitałów własnych (ROE) zwiększyła się z 8,1 % do 21,9 %, co potwierdza skuteczność realizowanej strategii.

– „Wyniki finansowe za 2025 rok pokazują, że Bio Planet potrafi skutecznie łączyć wzrost skali działalności z dyscypliną kosztową. Poprawa rentowności wynikała nie tylko ze wzrostu sprzedaży, ale także z realnych efektów optymalizacji operacyjnej. To fundament, na którym możemy budować kolejne lata stabilnego rozwoju” – mówi Sylwester Strużyna.

Działalność operacyjna i stopniowe poszerzanie oferty

W 2025 r. Spółka dużą uwagę przyłożyła do działań optymalizacyjnych w obszarze logistyki i magazynowania, zwiększając wydajność pracy magazynierów oraz ograniczając koszty usług obcych, a jednocześnie selekcjonując ofertę produktową w kierunku produktów o najwyższej rotacji i marżowości. Równolegle rozwijano własne systemy informatyczne, w tym rozwiązania klasy Business Intelligence, elementy systemów WMS oraz aplikacje mobilne, korzystając z ulgi B+R. Oferta produktowa została znacząco rozszerzona i na koniec roku obejmowała 625 produktów pod marką Bio Planet, 383 produkty świeże oraz 231 produktów pod marką NaturaVena.

Łącznie, nakłady inwestycyjne w 2025 r. wyniosły 1,7 mln zł i obejmowały m.in. sprzęt magazynowy, samochody, oprogramowanie oraz odsetki od kredytu inwestycyjnego. Wartość aktywów trwałych na koniec roku wyniosła 52,5 mln zł, z czego 18,6 mln zł stanowiły środki trwałe w budowie związane z realizacją projektu budowy nowoczesnych zakładów konfekcjonowania.

Planowana emisja akcji serii E

Zgodnie z przedstawionymi przez Zarząd projektami uchwał na Zwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy, Zarząd Bio Planet S.A. planuje przeprowadzenie emisji od 100 do 130 000 akcji zwykłych na okaziciela serii E o wartości nominalnej 1,00 zł każda w trybie subskrypcji otwartej, z wyłączeniem prawa poboru dotychczasowych akcjonariuszy. Cena emisyjna została zaproponowana przez Zarząd na poziomie 32,00 zł za akcję serii E, z możliwością jej obniżenia w wypadku zmian kursu EUR tak, aby łączne wpływy nie osiągnęły i nie przekroczyły równowartości 1 mln EUR (limit dla emisji realizowanych w uproszczonej procedurze – na podstawie dokumentu ofertowego). W projekcie uchwał przeprowadzenie oferty publicznej i zbieranie zapisów (subskrypcja) planowane jest na okres od 27 maja do 25 czerwca 2026 r., a okres ten może być wydłużony i skrócony. Akcje serii E mają uczestniczyć w dywidendzie od zysku za 2026 r., a ich udział w kapitale zakładowym po emisji może wynieść maksymalnie 4,15 % (w wypadku, gdy wszystkie akcje zostaną objęte). Zarząd zaproponował w projektach uchwał by Walne Zgromadzenie Spółka ubiegało się o dopuszczenie i wprowadzenie akcji serii E do obrotu na rynku regulowanym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, na którym notowane są inne akcje Spółki.

W dniu 17 kwietnia 2026 r. Bio Planet S.A. podpisała także aneks do umowy na budowę nowoczesnych zakładów konfekcjonowania w Lesznie k. Warszawy o wartości 19,6 mln zł. Inwestycja ma wedle założeń Zarządu zostać sfinansowana w części z planowanego kredytu inwestycyjnego (15,0 mln zł) oraz ze środków własnych pochodzących z zysków Spółki oraz częściowo z planowanej przez Zarząd emisji akcji serii E (4,6 mln zł). Łączny koszt projektu wzrośnie do 33,3 mln zł. W ramach projektu zaplanowała dodatkowo budowę mroźni oraz antresoli.

– „Wyłączenie prawa poboru i przeprowadzenie subskrypcji otwartej wynika z konieczności szybkiego pozyskania kapitału na realizację kluczowej inwestycji – budowy nowoczesnych zakładów konfekcjonowania w Lesznie. Realizacja tej inwestycji to fundamentalny element naszej strategii wzmacniania potencjału operacyjnego Bio Planet. Aktualizacja zakresu inwestycji pozwala nam stworzyć nowoczesną infrastrukturę, która będzie wspierać dalszy wzrost firmy. Planowana emisja akcji serii E oraz kredyt inwestycyjny zapewnią stabilne finansowanie projektu, umożliwiając jednocześnie utrzymanie dotychczasowej dynamiki rozwoju. Pozyskanie środków od szerokiego grona inwestorów zwiększa szanse powodzenia emisji i pozwala nam kontynuować projekt bez opóźnień. Jest to najtańszy i najbardziej efektywny sposób finansowania dalszego rozwoju Spółki” – wskazuje Zarząd.

Optymistyczne perspektywy dla branży eko

Otoczenie rynkowe w 2025 r. sprzyjało dalszemu rozwojowi segmentu żywności ekologicznej, szczególnie w obszarze produktów premium, certyfikowanych i o krótkim składzie, a także w kanałach e-commerce i sieciach ogólnospożywczych. Na rynku europejskim widoczny jest wzrost popytu na produkty ekologiczne wysokiej jakości oraz rosnące znaczenie transparentności łańcucha dostaw, co sprzyja modelowi biznesowemu Spółki. Bio Planet dostrzega również rosnący potencjał eksportowy, szczególnie na rynkach Europy Środkowej i Bliskiego Wschodu.

– „Widzimy dalszy potencjał w rozwoju sprzedaży w kanałach ogólnospożywczych, e-commerce oraz w eksporcie. Wraz z poprawą warunków rynkowych planujemy przyspieszyć inwestycje i zwiększać skalę działalności” – podsumowuje Prezes Zarządu.

Rynek magazynowy Wrocławia rośnie, choć deweloperzy hamują z nową podażą

Z najnowszego raportu Savills „Market in Minutes – Wrocław. Rynek przemysłowo-logistyczny” wynika, że stolica Dolnego Śląska pozostaje jednym z kluczowych hubów logistycznych w Europie Środkowej. Na koniec 2025 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni w regionie osiągnęły poziom 4,59 mln m kw., co stanowi wzrost o 9% w porównaniu do ubiegłego roku.

Pomimo ogólnego wzrostu zasobów przemysłowo-logistycznych, deweloperzy coraz ostrożniej podchodzą do rozpoczynania nowych inwestycji, co może przełożyć się na niższą dynamikę wzrostu w kolejnych okresach. W 2025 roku na rynek trafiło 299 700 m kw. nowej podaży, co oznacza spadek o 52% rok do roku. Obecnie w budowie znajduje się 111 000 m kw. powierzchni (spadek o 62% r/r), przy czym aż 67% tego metrażu jest już zabezpieczone umowami najmu.

Aktywność najemców we Wrocławiu utrzymuje się na wysokim poziomie. Popyt brutto w 2025 roku wyniósł 845 100 m kw. (+8% r/r), natomiast popyt netto osiągnął 445 800 m kw., notując znaczący wzrost o 28% rok do roku.

Wrocław pozostaje jednym z najbardziej dojrzałych i strategicznych rynków magazynowych w Polsce. Skala istniejących zasobów, wysoki poziom popytu oraz znaczący udział powierzchni już wynajętej w projektach będących w budowie potwierdzają utrzymujące się zainteresowanie tą lokalizacją ze strony najemców – komentuje Małgorzata Włochal, Associate Director, Industrial Agency w Savills Polska.

Do największych obiektów oddanych do użytkowania w 2025 roku należały P3 Wrocław o powierzchni 92 300 m kw. oraz GLP Wrocław V Logistics Centre liczące 67 500 m kw. Wśród rekordowych transakcji najmu wyróżniły się nowa umowa firmy Shein w ECE Kąty Wrocławskie (79 200 m kw.) oraz odnowienie kontraktu przez ID Logistics w P3 Wrocław II (78 100 m kw.).

Sytuacja po stronie wakatów (wskaźnik powierzchni niewynajętej) uległa niewielkiej zmianie. Poziom pustostanów wzrósł o 70 punktów bazowych rok do roku i na koniec 2025 roku wyniósł 9,5%. Czynsze bazowe utrzymują się w stabilnym przedziale 4,20-4,90 EUR/m kw./miesiąc, podczas gdy czynsze efektywne wynoszą od 2,90 do 4,00 EUR/m kw./miesiąc. Raport zwraca również uwagę na ceny gruntów inwestycyjnych o większych areałach, które w ofercie Savills kształtują się od 200 do 350 zł za m kw.

Dane za 2025 rok oraz bieżące trendy rynkowe wskazują na dużą dyscyplinę inwestycyjną deweloperów. Przy zachowaniu stabilnego, wysokiego popytu na powierzchnie magazynowe, nowa podaż jest dostarczana w sposób selektywny. Przekłada się to na wysoki poziom przednajmu projektów w budowie, który wynosi obecnie 67%. Tak wysoki wskaźnik dowodzi, że rynek rozwija się w sposób racjonalny, a nowe obiekty powstają w odpowiedzi na realne zapotrzebowanie najemców – dodaje Patrycja Dzikowska, Associate Director, Research w Savills Polska.

Do atrakcyjności regionu przyczynia się rozwinięta infrastruktura transportowa, w tym autostrada A4 oraz drogi ekspresowe S8 i S5, które zapewniają doskonałe skomunikowanie z rynkami Europy Zachodniej, Czechami oraz Niemcami. Region Wrocławia jest szczególnie chętnie wybierany przez operatorów logistycznych, sektor e-commerce oraz branże motoryzacyjną, EV i AGD.

Waluty i ropa cofają piątkowy optymizm po nowych napięciach w Zatoce

Na Bliskim Wschodzie ogłoszono tyle przełomów, że wojny już dawno nie powinno być. Rzeczywistość pokazuje jednak, że Cieśninę Ormuz blokują obecnie obie strony. Po piątkowym optymizmie na rynkach już prawie nie ma śladu.

Dziwne zawieszenie broni

W wojnie w Zatoce Perskiej teoretycznie obowiązuje zawieszenie broni. Jak jednak pokazuje praktyka na Bliskim Wschodzie, takie rozwiązanie działa tam trochę inaczej, niż sugerowałaby definicja. W trakcie tego rozejmu Amerykanie przejęli irański statek, który naruszał ich blokadę Cieśniny Ormuz. Iran z kolei ostrzelał przynajmniej kilka jednostek, które naruszały jego blokadę tej cieśniny. W tle odbywają się rozmowy pokojowe w Islamabadzie. Przynajmniej tak twierdzą Amerykanie. Problem w tym, że patrząc na wypowiedzi strony irańskiej, nie zamierza ona brać w nich udziału. Obecne zawieszenie broni teoretycznie kończy się we wtorek w nocy, ale w sumie nie wiadomo, co z tego wynika. Najciekawsze w tym wszystkim są jednak reakcje rynków, które mimo tych wszystkich wydarzeń traktują ten konflikt, jakby był właśnie wygaszany.

Kolejny spadek cen ropy

W piątek Donald Trump napisał, że Iran otwiera Cieśninę Ormuz. Jak ta sytuacja ewoluowała w weekend, to już wiemy. Mogłoby się wydawać, że skoro rynki nie lubią niepewności, to tego typu działania tylko odstraszają inwestorów. Jak się jednak okazuje, odstraszyły tych, którzy kupują ropę naftową. W piątek, w szczytowym momencie, baryłka Brent staniała o imponujące 12 USD. Stało się to tuż po wiadomości na portalu społecznościowym prezydenta. Do końca dnia inwestorzy nabrali jednak podejrzeń, że sytuacja nie jest aż tak dobra i cena poszła 6 USD w górę. Dzisiaj nad ranem ropa zdrożała jeszcze o 3 USD. W rezultacie, mimo przejęcia statku przez USA i ostrzelania statków przez Iran, surowiec jest nadal o 3 USD tańszy niż w piątkowy poranek. Na uwagę zasługuje większy spadek ropy w USA. Amerykanie zwiększyli produkcję na rynku wewnętrznym, a sytuacja w Zatoce Perskiej wpływa znacznie bardziej na dostępność gatunku Brent. Odmiana WTI jest obecnie już 7,5 USD tańsza. W rezultacie presja na portfele Amerykanów wyraźnie spada.

Co na to waluty?

Na fali optymizmu związanego z informacją o otwarciu Cieśniny Ormuz widać było również zmiany na walutach. Dolar względem euro po raz pierwszy od początku wojny był słabszy niż w momencie jej rozpoczęcia. Osiągnął on przez moment poziom 1,1850. Duży napływ kapitałów zza oceanu spowodował podobnie dobre nastroje w naszej części świata. Euro po raz pierwszy od rozpoczęcia konfliktu zameldowało się poniżej poziomu 4,23 zł. Forint niesiony wciąż entuzjazmem powyborczym także się umacniał i za jedno euro płacono zaledwie 360 forintów. W górę względem euro szła też korona czeska. Optymizm nie ominął również rynków złota, srebra i kryptowalut. Wszystko to jednak dzisiaj na otwarciu rynków traci, po tym jak okazało się, że jednak sytuacja wcale nie jest tak dobra, jak napisał prezydent USA.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Zadłużenie sektora TSL rośnie do 1,66 mld zł – branża pod presją kosztów i spadku zleceń

Jak pokazują dane Krajowego Rejestru Długów, przeterminowane zobowiązania sektora TSL (transportowo-spedycyjno-logistycznego) wynoszą już 1,66 mld zł – to o 69 mln zł więcej niż rok temu. 79 proc. całego zadłużenia należy do przewoźników drogowych. Ta sytuacja jest wynikiem kumulacji wielu problemów, z których najpoważniejsze to: mniejsza liczba przewozów, rosnące koszty działalności, niedobór kadr oraz kolejne obowiązki regulacyjne.

Nastroje przedstawicieli sektora TSL są zdecydowanie pesymistyczne. W marcu br. wartość Miesięcznego Indeksu Koniunktury (MIK) dla tej branży zmalała o prawie 8 punktów w ciągu zaledwie miesiąca. Przedsiębiorcy częściej wskazywali na spadek sprzedaży i liczby nowych zamówień. Do tego dochodzą problemy z płynnością finansową. Jak wynika z najnowszych danych KRD – długi sektora tylko rosną. Na koniec marca łączne zadłużenie przekroczyło 1,66 mld zł. Na tę sumę złożyły się zobowiązania 31,8 tys. przewoźników.

Najbardziej niepokojącym zjawiskiem w branży TSL jest jej podatność na zatory płatnicze. Łączne zadłużenie sektora wzrosło rok do roku o ponad 69 mln zł, a średnie zadłużenie przypadające na jedną firmę zwiększyło się o ponad 2 tys. zł. Liczba dłużników zbytnio się nie zmieniła. Co ważne, aż 79 proc. całej kwoty zaległości przypada na transport drogowy towarów, który jest osią całego rynku. Widać też, że dług narasta nie tyle w wydatkach ubocznych, ile w kosztach codziennego działania: wobec firm leasingowych, paliwowych i ubezpieczycieli. A wiadomo, że jeśli problemy pojawiają się właśnie tutaj, to znaczy, że zagrożona jest bieżąca zdolność do realizacji zleceń. Do tego dochodzą zjawiska charakterystyczne dla całej branży: wydłużone terminy płatności, brak poduszki finansowej czy zbyt późna reakcja na opóźnienia kontrahentów – wymienia Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Większość zadłużenia całego sektora należy do transportu drogowego towarów – 23,4 tys. podmiotów ma do zwrotu aż 1,32 mld zł. Na drugim miejscu znalazło się 4,36 tys. przedsiębiorstw transportu lądowego pasażerskiego, które muszą oddać 154 mln zł. Nieco mniej, bo 127 mln zł długu, wygenerowały firmy zajmujące się magazynowaniem i działalnością usługową wspomagającą transport – 2,47 tys. z nich nie radzi sobie z terminową spłatą należności.

Największe długi mają przedsiębiorstwa z Mazowsza – zalegają wierzycielom 338 mln zł. Firmy ze Śląska muszą spłacić 223 mln zł. Niewiele mniej, bo 218 mln zł, są winni przewoźnicy działający w Wielkopolsce. Najmniej przeterminowanych długów mają firmy z województwa świętokrzyskiego. Ich zadłużenie wynosi 24,7 mln zł. Podobnie wypadają podmioty z województwa opolskiego (26,9 mln zł) oraz Warmii i Mazur (33 mln zł).

Blisko 65 proc. zadłużonych przewoźników to jednoosobowe działalności gospodarcze, które gromadziły 929 mln zł długu.

Z badania Rzetelnej Firmy „Problemy i wyzwania firm transportowych w Polsce” wynika, że firmy transportowe funkcjonują dziś w trybie dużej ostrożności. Aż 61 proc. z nich negatywnie ocenia kondycję całej branży, a 48 proc. nie planuje w tym roku żadnych działań rozwojowych. Przy rosnących kosztach paliwa, utrzymania floty i presji na stawki, przedsiębiorcy koncentrują się przede wszystkim na utrzymaniu płynności i zabezpieczeniu bieżącej działalności. W takiej sytuacji szczególnego znaczenia nabiera weryfikacja kontrahentów i budowanie wiarygodności płatniczej, bo to one pomagają ograniczać ryzyko współpracy i lepiej chronić firmę przed kolejnymi zatorami – mówi Sandra Czerwińska, ekspertka Rzetelnej Firmy.

Nierówna walka na dwóch frontach

Według danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego, największą barierą w prowadzeniu biznesu są rosnące koszty pracownicze – wskazuje tak 79 proc. firm transportowych. Blisko dwie na trzy nie mogą znaleźć wykwalifikowanych kierowców. Kolejny problem to mniejsza liczba przewozów: zgodnie z szacunkami PKO BP, przewozy drogowe w 2025 roku spadły o 8 proc. Co więcej, z badania Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska wynika, że ponad 73 proc. przedsiębiorstw spodziewa się w najbliższych miesiącach poważnego pogorszenia rentowności wykonywanych przewozów. To wszystko za sprawą 40-procentowego wzrostu stawek systemu e-Toll i rozszerzenia dróg objętych tym systemem o dodatkowe 645 km.

Dużym obciążeniem są wahania cen paliw związane z sytuacją na Bliskim Wschodzie, a także nowe obowiązki administracyjne, w tym rozszerzenie monitorowania SENT na odzież i obuwie od 17 marca 2026 r. Konsekwencją tych zjawisk są narastające problemy z płynnością finansową.

Obecnie transport walczy na dwóch frontach: z kosztami operacyjnymi i zatorami płatniczymi. W ostatnich dwunastu miesiącach nastąpiło wyraźne pogorszenie płynności finansowej oraz terminowego regulowania zobowiązań przez mikrofirmy z tej branży. Notujemy kilkuprocentowy wzrost liczby przedsiębiorców, którzy wnioskują o finansowanie, ale go nie otrzymają, bo oni sami lub ich kontrahenci mają negatywne wpisy w rejestrach dłużników. Jednocześnie widzimy, że tam, gdzie firmy mają dobry scoring, łączna wartość przyznanego przez nas finansowania rośnie. To dlatego, że bardziej stabilne płynnościowo przedsiębiorstwa transportowe potrzebują teraz większych, chwilowych zastrzyków gotówki, by utrzymać bieżącą działalność operacyjną – wyjaśnia Emanuel Nowak, ekspert firmy faktoringowej NFG.

Nierówną walkę sektora TSL pokazuje Analiza wiarygodności płatniczej KRD. Z jednej strony branża weszła w 2026 r. w lepszej kondycji niż rok wcześniej (w lutym udział firm z najlepszymi ocenami A+B+C wzrósł do 60,4 proc. z 53,2 proc., a w marcu do 60,9 proc. z 58,9 proc. rok do roku), z drugiej strony po bardzo dobrym styczniu (kiedy najlepsze oceny miało 65,8 proc. firm), luty przyniósł wyraźne cofnięcie (60,4 proc.). Co istotne, nie nastąpił wzrost liczby podmiotów o najwyższym ryzyku, bo udział ocen F+G+H utrzymał się niemal na tym samym poziomie: ok. 13 proc., ale przede wszystkim doszło do przesunięć między grupą firm najmocniejszych i pośrednich.

Miliony zamrożone u nierzetelnych kontrahentów

Największe zobowiązania branża TSL ma wobec sektora finansowego (m.in. banków, firm leasingowych, ubezpieczycieli oraz funduszy sekurytyzacyjnych). Jest im winna aż 1,15 mld zł. Ponad 256 mln zł przewoźnicy muszą oddać branży paliwowej, a 131,3 mln zł – handlowej. 48,8 mln zł wynoszą zaległości wobec operatorów telekomunikacyjnych, a 20,4 mln zł – wobec firm zajmujących się naprawą pojazdów.

Ale sektor TSL również ma swoich dłużników, a zobowiązania przewoźników byłyby niższe, gdyby otrzymywali oni zapłatę za wykonane usługi w terminie. Tymczasem w Krajowym Rejestrze Długów po stronie nierzetelnych kontrahentów widnieje zaledwie 215,3 mln zł. To dlatego, że wielu przewoźników nie zgłasza swoich dłużników do rejestru, obawiając się pogorszenia relacji. Część z nich próbuje innymi sposobami motywować winnych do zapłaty.

Dyscyplinowanie nierzetelnych kontrahentów to jeden z powodów, dla których małe firmy transportowe sięgają po faktoring. Niestety nie wszystkie mogą to robić. Oręż z rąk wytrąca im zakaz cesji w umowach z dużymi firmami logistycznymi, który uniemożliwia korzystanie z tego rozwiązania. W praktyce przewoźnik wykonuje usługę, czeka na zapłatę, a jednocześnie ma zamkniętą drogę do narzędzi finansowych, które mają go wspierać. W ten sposób wpada w błędne koło zatorów płatniczych bez możliwości poprawy sytuacji. Tylko w ubiegłym roku, według danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, ogłoszono 673 postępowania upadłościowe i restrukturyzacyjne wobec firm z sektora TSL – zauważa Emanuel Nowak.

Najwięcej – 66,7 mln zł – stanowią wewnętrzne długi branży, kolejne 60,5 mln zł sektor TSL ma do odzyskania od przedsiębiorstw handlowych. Przewoźnicy czekają także na zwrot 28,7 mln zł od przemysłu i 17,6 mln zł d budownictwa.

Złoty korzysta z nadziei na pokój, banki centralne pozostają ostrożne

Koniec wojny w Iranie wybrzmiewa w medialnych doniesieniach najmocniej od rozpoczęcia konfliktu. Jest to dobra wiadomość dla złotego, który w piątek o poranku zyskuje względem głównych walut. Mimo prawdopodobnego zakończenia wojny, jej konsekwencje pozostaną na tapecie bankierów centralnych z całego świata przez kolejne kilka (a może i kilkanaście) miesięcy. Jednak aktualnie większość decydentów stroni od jastrzębiego stanowiska, czyli wizji podnoszenia kosztu pieniądza.

Jak trwałe będą nowe ustalenia?

Rosną nadzieje na zakończenie konfliktu na Bliskim Wschodzie. Informacje napływające z Białego Domu mówią o wspólnym omawianiu przez USA i Iran przedłużenia rozejmu. Nie jest to ostateczny koniec wojny, jednak wskazuje kierunek jakim jest deeskalacja. Dodatkowo czytamy, że Izrael zgodził się na na rozejm z Libanem. Był to jeden z warunków Iranu, aby zawieszenie broni pozostało trwałe. Optymizm rośnie, a wraz z nim apetyt na ryzyko. Mówią o tym wzrosty na światowych giełdach. Na forex kapitał płynie do walut z koszyka EM, na czym korzysta złoty. Kurs EUR/PLN w piątek przed południem schodzi poniżej 4,24 PLN, a USD/PLN poniżej 3,59 PLN. Zniżki widać także na GBP/PLN i CHF/PLN – to odpowiednio niecałe 4,86 PLN i 4,59 PLN. Dobre wiadomości dają również nadzieję na przywrócenie dostaw przez Cieśninę Ormuz, do czego wzywają światowi przywódcy. To wywołuje spadki cen ropy. Odmiana amerykańska wraca poniżej 90 USD. Powstaje jednak pytanie, jak długo utrzyma się pozytywna narracja?

Ceny w UE rosną

Najnowszy raport Eurostatu za marzec potwierdził obawy inflacyjne związane z konfliktem na Bliskim Wschodzie. Produkty we Wspólnocie drożeją z powodu wzrostu cen surowców energetycznych. W przypadku całej Unii Europejskiej odnotowano skok z 2,1% r/r do 2,8% r/r. Natomiast samą strefę euro dotknęła zwyżka z 1,9% r/r do 2,6% r/r. Najwyższy rezultat w UE, bo aż 9% r/r (poprzednio 8,3% r/r), odnotowano w Rumunii. Po przeciwnej stronie w raporcie znajduje się Dania, gdzie dynamika to 1% r/r (poprzednio 0,5% r/r). Polska, z inflacją konsumencką na poziomie 3,2% r/r (poprzednio 2,5% r/r), znalazła się pośrodku zestawienia. Każdy z wymienionych odczytów wzrósł względem poprzedniego o ponad pół punktu procentowego. Jest to ważna informacja, gdyż różnice między odczytami lutowymi a styczniowymi były znacznie niższe. Dla Unii Europejskiej dane za styczeń i luty to odpowiednio 2% r/r i 2,1% r/r, a dla strefy euro 1,7% r/r i 1,9% r/r. W przypadku Polski nie odnotowano zmian (utrzymany poziom 2,5% r/r), a w Rumunii inflacja spadała z 8,5% r/r do 8,3% r/r. Marcowa zwyżka pozostaje więc sygnałem ostrzegawczym dla decydentów, którzy w kolejnych miesiącach będą analizować również wzrost tempa zmian.

Cierpliwe EBC

Kilka godzin po danych od Eurostat poznaliśmy protokół z ostatniego posiedzenia EBC, który wskazuje na obawy o dalsze wzrosty cen. Póki co jednak wszyscy członkowie gremium są wstrzemięźliwi w sprawie rychłych podwyżek kosztu pieniądza. Dodatkowo z tonu zapisek wynika, że nie należy podejmować pochopnych decyzji, kiedy można pozwolić sobie na dłuższą analizę długoterminowych skutków wojny, która niebawem może się zakończyć. Zgrywa się to ze słowami prezeski banku z początku tygodnia. Lagarde w swojej wypowiedzi, oprócz kwestii inflacji, podniosła także zjawisko spowolnienia gospodarczego, które ma ograniczać wzrosty cen. Stanowisko EBC wskazuje na prawdopodobny brak ruchu na stopach procentowych podczas kolejnego posiedzenia, które odbędzie się ostatniego dnia miesiąca. Jednocześnie oznacza to, że szansa na zmianę kosztu pieniądza w strefie euro pojawi się dopiero w czerwcu, gdyż w majowym kalendarzu Europejskiego Banku Centralnego nie ma posiedzenia decyzyjnego. To dlatego unijna waluta, mimo deeskalacyjnych wieści, nie umacnia się względem dolara, a kurs EUR/USD pozostaje poniżej 1,18 USD.

Obowiązkowe chipowanie zwierząt coraz bliżej. Sejm przyjął ustawę o KROPiK

Sejm przegłosował ustawę o Krajowym Rejestrze Oznakowanych Psów i Kotów (KROPiK), wprowadzającą obowiązek elektronicznej identyfikacji wszystkich psów oraz części populacji kotów. Nowe regulacje zakładają również utworzenie centralnego rejestru zwierząt prowadzonego przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

Przyjęcie ustawy oznacza fundamentalną zmianę struktury rynku identyfikacji zwierząt w Polsce, który dotychczas funkcjonował w modelu rozproszonym i w dużej mierze dobrowolnym. Nowe przepisy wprowadzają system powszechny i centralnie zarządzany, obejmujący docelowo miliony zwierząt, co istotnie przełoży się na zwiększenie skali rynku oraz jego długo oczekiwaną profesjonalizację.

Wprowadzenie nowych regulacji zwiększa znaczenie podmiotów już obecnych na rynku identyfikacji zwierząt, dysponujących skalą operacyjną i rozwiązaniami spełniającymi wymogi systemowe. Do tej grupy należy Farm Innovations S.A. – spółka technologiczna notowana na NewConnect, która działa na rynku od 10 lat i oznakowała dotychczas blisko 130 tys. zwierząt, rozwijając rozwiązania wykorzystywane głównie w sektorze hodowlanym.

Rozwiązania spółki obejmują technologie oparte na chipach podskórnych oraz systemach monitorowania parametrów zdrowotnych zwierząt. Model działalności rozwijany jest również w kierunku usług cyfrowych i ubezpieczeń, wpisując się w szerszy trend cyfryzacji sektora związanego ze zwierzętami.

Nowe przepisy rozszerzają zakres obowiązkowej identyfikacji na zwierzęta towarzyszące, które stanowią największą grupę zwierząt w Polsce. Według szacunków spółki, populacja psów i kotów w kraju wynosi około 15 mln. W segmencie psów, przy populacji ok. 8 mln i założeniu spółki, że około 20% zwierząt może być już oznakowanych, potencjał rynku obejmuje ok. 6,5 mln zwierząt wymagających identyfikacji. W przypadku kotów, których populacja szacowana jest na ok. 7 mln i przyjmując, że regulacja obejmie około połowę populacji, przekłada się to na ok. 3,5 mln zwierząt.

Przy średnim koszcie chipa na poziomie 15 zł oznacza to potencjalny rynek o wartości przekraczającej 150 mln zł w horyzoncie wdrożenia regulacji, przy jednoczesnym podniesieniu standardów opieki nad zwierzętami.

– Skala tej regulacji jest bezprecedensowa, ponieważ obejmuje populację liczniejszą niż dotychczasowe segmenty, na których koncentrował się rynek. W naturalny sposób zwiększa to znaczenie doświadczenia operacyjnego, zgodności z normami oraz zdolności do współpracy z administracją publiczną. Dla takich podmiotów jak Farm Innovations oznacza to możliwość rozwoju działalności w oparciu o kompetencje budowane w ostatnich latach oraz aktywnego udziału w tworzącym się systemie identyfikacji zwierząt – mówi Sebastian Przeniosło, prezes Farm Innovations S.A.

Farm Innovations S.A. wskazuje w swoich materiałach inwestorskich, że rozwój obowiązkowych systemów identyfikacji zwierząt jest jednym z kluczowych trendów regulacyjnych w Polsce i Unii Europejskiej. W ocenie spółki tego typu regulacje sprzyjają zwiększaniu transparentności rynku oraz poprawie standardów w zakresie dobrostanu zwierząt.

– Wprowadzenie obowiązkowej identyfikacji zwierząt oznacza przejście z modelu rozproszonego do systemowego. To zmiana, która porządkuje rynek i jednocześnie podnosi wymagania wobec technologii oraz podmiotów działających w tym obszarze – dodaje Sebastian Przeniosło.

Prezes spółki podkreśla, że istotną rolę w nowym systemie odegra jakość i standaryzacja rozwiązań technologicznych. – W momencie, gdy numer chipu staje się elementem systemu państwowego, kluczowe znaczenie ma jego zgodność z międzynarodowymi standardami oraz możliwość integracji z centralnym rejestrem, co w praktyce zmienia charakter całego rynku. Jednocześnie rośnie znaczenie rozwiązań kompleksowych, integrujących identyfikację z usługami dodatkowymi, w tym monitoringiem zdrowia oraz ofertą ubezpieczeniową. Ten kierunek stanowi jeden z kluczowych elementów naszej strategii i budowania przewagi konkurencyjnej – zaznacza prezes Farm Innovations S.A.

Ustawa określa również maksymalne poziomy opłat za identyfikację i rejestrację zwierząt, które nie będą mogły przekroczyć łącznie 100 zł, a w przypadku zwierząt już oznakowanych – 50 zł.

Ustawa ma na celu ograniczenie bezdomności zwierząt, ułatwienie identyfikacji właścicieli oraz zmniejszenie kosztów ponoszonych przez samorządy na utrzymanie schronisk.

W ocenie Farm Innovations S.A. nowe regulacje wpisują się w szerszy trend cyfryzacji oraz zwiększania identyfikowalności w sektorze związanym ze zwierzętami. W kolejnych latach rynek ten może ulegać dalszej profesjonalizacji oraz integracji z usługami dodatkowymi, takimi jak monitoring zdrowia czy ubezpieczenia.

Kryptografia postkwantowa przestaje być wyborem, a staje się koniecznością

14 kwietnia miał miejsce, wciąż mało znany, Światowy Dzień Kwantowy. W tym obszarze wiele rozmów koncentruje się na przełomach w medycynie, materiałoznawstwie i informatyce. Jednak dla liderów cyberbezpieczeństwa komputery kwantowe oznaczają fundamentalne zakłócenie podstaw kryptografii, które zabezpieczają nasz cyfrowy świat – zwraca uwagę Pete Nicoletti, ekspert firmy Check Point Software Technologies.

To, co kiedyś uznawano za odległe, teoretyczne zagrożenie, szybko staje się rzeczywistością. Postępy w obszarze obliczeń kwantowych – w tym ulepszone algorytmy i zmniejszone wymagania dotyczące liczby kubitów – znacząco przyspieszają ten proces. To, co branża jeszcze niedawno postrzegała jako wyzwanie lat 40. XXI wieku, dziś może stać się realne w ciągu kilku najbliższych lat.

Kryptografia postkwantowa

Pod koniec 2025 roku Gartner uznał migrację do kryptografii postkwantowej (PQC) za priorytet na poziomie zarządów, rekomendując podjęcie działań jeszcze przed rokiem 2030. Niedługo później dział Quantum AI firmy Google opublikował raport wskazujący, że powszechnie stosowane systemy kryptograficzne – w tym te wykorzystywane w kryptowalutach – mogą być bardziej podatne na ataki, niż wcześniej zakładano. Kierunek jest jasny: organizacje muszą działać już teraz.

Od lat cyberprzestępcy i podmioty państwowe stosują strategię określaną jako „zbierz teraz, odszyfruj później”, polegającą na systematycznym gromadzeniu zaszyfrowanych danych z myślą o ich przyszłym odszyfrowaniu. Dotyczy to szczególnie informacji o wysokiej wartości i długim cyklu życia, takich jak transakcje finansowe, dokumentacja medyczna, własność intelektualna czy komunikacja rządowa. Obecnie dane te są chronione za pomocą klasycznych mechanizmów kryptograficznych, takich jak RSA czy kryptografia krzywych eliptycznych, które wciąż uchodzą za bezpieczne w kontekście tradycyjnych systemów obliczeniowych. Jednak wraz z rozwojem komputerów kwantowych założenie to przestaje być aktualne.

W momencie osiągnięcia przez technologie kwantowe odpowiedniej mocy obliczeniowej, zgromadzone wcześniej dane będą mogły zostać odszyfrowane niemal natychmiast, bez możliwości cofnięcia skutków naruszenia. To sprawia, że zagrożenie to nie jest odległą wizją przyszłości, lecz realnym ryzykiem, które już dziś się materializuje – tyle że jego konsekwencje ujawnią się dopiero za kilka lat.

Dlaczego tradycyjne podejścia zawodzą

Wiele organizacji nadal traktuje kryptografię postkwantową jako prostą aktualizację polegającą na zastąpieniu jednego algorytmu innym. Takie podejście jest jednak niepełne i generuje istotne ryzyko.

W praktyce większość środowisk enterprise charakteryzuje się wysokim poziomem złożoności i brakiem pełnej przejrzystości. Obejmują one nieznane zależności kryptograficzne, systemy legacy z osadzonymi na stałe kluczami, rozproszone i nieudokumentowane elementy shadow IT, a także wygasłe lub niezarządzane certyfikaty. Dodatkowo w wielu aplikacjach mechanizmy szyfrowania są twardo zakodowane głęboko w ich strukturze. W takiej sytuacji migracja do nowych standardów nie może być skuteczna bez pełnej widoczności. Niekompletna migracja oznacza bowiem niekompletne bezpieczeństwo, a to w praktyce oznacza brak realnej ochrony. Jak podkreślają eksperci, nie da się chronić tego, czego się nie widzi.

Cel: kryptograficzna zwinność (crypto agility)

Przygotowanie organizacji na erę komputerów kwantowych wymaga znacznie więcej niż wdrożenia nowych algorytmów kryptograficznych. Kluczowe znaczenie ma osiągnięcie tzw. kryptograficznej zwinności, czyli zdolności do dynamicznego zarządzania kryptografią w całym środowisku IT. Oznacza to konieczność identyfikowania i kontrolowania wszystkich zasobów kryptograficznych w złożonych, rozproszonych architekturach, a także możliwość szybkiej wymiany podatnych algorytmów bez zakłócania działania systemów.

Organizacje muszą jednocześnie zapewnić płynne funkcjonowanie w środowiskach hybrydowych, obejmujących chmurę, infrastrukturę lokalną oraz rozwiązania brzegowe, przy zachowaniu wysokiej wydajności i skalowalności. Równie istotna jest zdolność do ciągłego dostosowywania się do zmieniających się standardów i regulacji. Kryptograficzna zwinność musi obejmować wszystkie stany danych – zarówno te przechowywane, przesyłane, jak i przetwarzane – ponieważ w środowisku zagrożeń napędzanych przez technologie kwantowe i sztuczną inteligencję statyczne podejście do bezpieczeństwa przestaje być wystarczające.

Coraz więcej organizacji dostrzega, że migracja do kryptografii postkwantowej to nie tylko wyzwanie technologiczne, lecz strategiczne ryzyko biznesowe, wymagające odpowiedniego zarządzania, inwentaryzacji zasobów oraz priorytetyzacji danych o długim cyklu życia. W przeciwieństwie do wcześniejszych transformacji technologicznych, koszt opóźnienia w tym obszarze może być nieodwracalny.

Hybrydowa kryptografia i koszt czekania

Nie istnieje jedno rozwiązanie, które pozwoli organizacjom z dnia na dzień osiągnąć pełną odporność na zagrożenia kwantowe. Transformacja w kierunku bezpieczeństwa postkwantowego wymaga podejścia hybrydowego, które łączy algorytmy rekomendowane przez NIST z zakresu kryptografii postkwantowej, zapewniające długoterminową odporność, z dobrze sprawdzonym szyfrowaniem symetrycznym, gwarantującym wydajność i skalowalność. Takie podejście umożliwia zachowanie kompatybilności wstecznej, zapewnia bezpieczeństwo w przyszłości oraz pozwala utrzymać ciągłość operacyjną w trakcie całego procesu migracji. Wdrożenie tego modelu w skali przedsiębiorstwa nie może jednak opierać się na punktowych narzędziach czy manualnych aktualizacjach. Wymaga ono spójnego, platformowego podejścia opartego na kryptograficznej zwinności, które obejmuje wszystkie obszary infrastruktury – od sieci, przez chmurę i urządzenia końcowe, po środowiska danych.

Organizacje, które zdecydują się działać odpowiednio wcześnie, zyskują możliwość identyfikacji i izolowania podatnych zasobów, szybkiej rotacji kluczy oraz skutecznej ochrony danych wrażliwych jeszcze przed ich potencjalnym ujawnieniem. Z kolei zwlekanie z podjęciem działań znacząco zwiększa ryzyko naruszeń danych, konsekwencji regulacyjnych, odpowiedzialności prawnej oraz długofalowych strat wizerunkowych.

Weekend prawdy dla rynków. Rozmowy USA-Iran w centrum uwagi

W ten weekend ma odbyć się kolejna runda rozmów. Rynki reagują, ale bez nadmiernych oczekiwań. Inflacja bazowa w Polsce wprawdzie rośnie, ale nadal pozostaje na relatywnie niskich poziomach. Dane z USA pokazują spadek produkcji przemysłowej.

Rozmowy pokojowe w weekend

Podobno w ten weekend ma dojść do kolejnej rundy rozmów pokojowych pomiędzy USA a Iranem. Biorąc pod uwagę, że zawieszenie broni kończy się w najbliższy wtorek, wygląda to na bardzo ostateczny termin. Wczoraj nie do końca wierzono w sukces tych rozmów, więc ropa szła w górę. Dzisiaj z kolei wraca optymizm. Pytanie, czy przed zamknięciem rynków nie pojawi się jeszcze jakaś mocna wypowiedź ze strony administracji prezydenta USA, która podgrzeje atmosferę. Rynki walutowe przyjmują te informacje dość spokojnie. Widać lekkie korekty, ale po tak silnych ruchach nie powinny one nikogo zaskakiwać. Nawet gdyby w Zatoce nie doszło do zmian, ruchy na walutach również mogłyby się pojawić. Jeżeli dojdzie do zawarcia porozumienia pokojowego lub przynajmniej zbliżenia się do niego, należy oczekiwać nie tylko spadku cen ropy, ale również umocnienia polskiego złotego.

Inflacja bazowa w Polsce

Wczoraj poznaliśmy dane na temat inflacji bazowej w naszym kraju. Wynik 2,7% to owszem więcej od oczekiwań – spodziewano się bowiem poziomu 2,6%. Trzeba jednak pamiętać, że od momentu wzrostu cen mieliśmy tylko jeden odczyt niższy od obecnego. Pokazuje to, że zmiany idą w dobrym kierunku. Inflacja bazowa przedstawia nam zmiany cen teoretycznie z wyłączeniem energii i żywności. Teoretycznie, bo chodzi o brak bezpośredniego wpływu energii. Jeżeli jednak wyższe koszty paliw wpłyną – a wpłyną na pewno – na ceny innych towarów, np. w formie logistyki, to tego już ten wskaźnik nie wykluczy. Wartość 2,7% jest niemal dokładnie 1% niższa niż wskaźnik stóp procentowych. Jest to zatem wynik, który sugeruje, że obecnie stopy są na odpowiednim poziomie. Nie jest to dobra wiadomość dla kredytobiorców, którzy liczyli na niższe raty. Jest to jednak element umacniający złotego, więc może chociaż trochę tańsza waluta na zagraniczne wakacje się uda.

Spadek produkcji za oceanem

Otrzymaliśmy szereg danych makroekonomicznych z USA, ale najważniejsze wydają się te dotyczące produkcji przemysłowej. Co ciekawe, mimo początku wojny produkcja przemysłowa spadła w marcu aż o 0,5%, choć oczekiwano wzrostu o 0,1%. Biorąc pod uwagę obecny konflikt geopolityczny, taki spadek jest zaskakujący. To właśnie m.in. dlatego analitycy oczekiwali jednak wzrostów. W tle tych danych widzimy natomiast spadającą liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Trzeba oczywiście pamiętać, że bezpośrednio w przemyśle pracuje mniej niż 10% wszystkich zatrudnionych w USA. W rezultacie zmiany zatrudnienia wynikają bardziej ze zmian w usługach. Rynek przyjął te dane bardzo spokojnie. Z drugiej strony dolar był po ośmiu z rzędu sesjach spadkowych. Po tak dużych ruchach dane muszą być naprawdę słabe, by utrzymać trend spadkowy. Te takie nie były, więc zobaczyliśmy lekką korektę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Większość Polaków rezygnuje z architekta wnętrz. Główną przeszkodą są wysokie koszty. Rynek jednak rośnie

Większość właścicieli mieszkań lub domów podczas prowadzenia remontów nie korzysta z usług architektów lub projektantów wnętrz. Tylko co piąty sięga po takie wsparcie. Ci, którzy z niego rezygnują, zazwyczaj posiłkują się inspiracjami z internetu lub gotowymi projektami. Wielu inwestorów odstrasza zbyt wysoki koszt usług, a niektórych kusi chęć zaprojektowania wnętrza samemu. Najmniej osób zniechęcają wcześniejsze negatywne doświadczenia, a także zbyt długie terminy realizacji projektów. Autorzy badania uważają, że rynek projektowania wnętrz w Polsce powoli się rozwija. Szacują, że jest obecnie wart ok. 2-4 mld zł i rośnie o kilka proc. rocznie. Przewidują też, że digitalizacja oraz rozwój narzędzi opartych o AI w ciągu kilku lat mogą obniżyć wartość podstawowych usług i zwiększyć znaczenie ofert eksperckich i premium.

Jak pokazują wyniki najnowszego badania opinii publicznej, 18,2% właścicieli domów lub mieszkań korzysta z usług architekta lub projektanta wnętrz podczas remontów. 77,3% nie robi tego, a 4,5% nie pamięta, czy sięgnęło kiedykolwiek po tego typu pomoc. – Zdecydowana większość osób wciąż urządza swoje wnętrza samodzielnie, często bez profesjonalnego wsparcia. W mojej ocenie, wynika to z niewystarczającej świadomości, na czym realnie polega praca architekta wnętrz i jak duży ma ona wpływ na komfort życia po zakończeniu remontu – komentuje inż. Paulina Trzaska, architekt i konsultantka merytoryczna badania.

W ocenie Adama Skłodowskiego, wieloletniego eksperta rynku wykończeń wnętrz, konsultanta merytorycznego badania, Polacy po prostu nie mają świadomości, ile mogą zaoszczędzić czasu, nerwów i pieniędzy na tego typu usłudze. – Patrzą tylko na to, ile architekt sobie życzy za mkw. i wówczas w wielu przypadkach rozmowa się urywa. I tu trzeba też uczciwie powiedzieć, że te wynagrodzenia są naprawdę wysokie. Dlatego duża część inwestorów szuka alternatywnych rozwiązań – uzupełnia specjalista.

Z kolei według analityków z UCE RESEARCH, rynek projektowania wnętrz w Polsce jest obecnie wart ok. 2-4 mld zł. Rośnie umiarkowanie, tj. o kilka procent rocznie. Prognozy na lata 2026-2030 są ogólnie pozytywne, ale nierównomierne. Autorzy badania dodatkowo przewidują, że rynek będzie rósł, ale jednocześnie mocno się przetasuje. Ponadto trzeba dodać, że charakteryzuje się on silnym rozdrobnieniem oraz dużą konkurencją cenową, co ogranicza możliwość standaryzacji stawek i powoduje mocne zróżnicowanie jakości usług. Istotnym trendem jest również postępująca profesjonalizacja usług oraz przesunięcie popytu w kierunku kompleksowej obsługi inwestycji („projekt + nadzór + koordynacja wykonawcza”), a nie tylko samego projektu koncepcyjnego.

– Dodatkowo coraz większy wpływ na strukturę rynku ma digitalizacja oraz rozwój narzędzi opartych o sztuczną inteligencję, które automatyzują część prostych prac projektowych, np. szybkie wizualizacje czy układy funkcjonalne. To w perspektywie kilku lat może obniżać wartość podstawowych usług projektowych, jednocześnie zwiększając znaczenie ofert eksperckich i premium. W konsekwencji rynek będzie ulegał polaryzacji. Rosnąć będzie segment wysokomarżowych, kompleksowych usług projektowych oraz realizacji pod klucz. Jednocześnie presja cenowa oraz automatyzacja będą wypierać najprostsze, niskobudżetowe usługi projektowe – prognozują analitycy z UCE RESEARCH.

Zdaniem architektki, po wynikach badania widać, że obecnie część inwestorów korzysta ze wsparcia narzędzi opartych na sztucznej inteligencji. Dla branży na pierwszy rzut oka to może wydawać się powodem do obaw, ale eksperci ich nie potwierdzają. Adam Skłodowski zaznacza, że rozwój sztucznej inteligencji to dla projektantów i inwestorów szansa, a nie zagrożenie. Narzędzia oparte na AI usprawniają proces projektowy, przyspieszając tworzenie koncepcji i wizualizacji oraz ułatwiają inwestorom wyobrażenie sobie efektu końcowego. Mogą też w przyszłości obniżyć cenę samej usługi. Natomiast nie zastąpią kluczowych kompetencji człowieka, takich jak zrozumienie potrzeb użytkownika, łączenie estetyki z funkcjonalnością czy podejmowanie decyzji w kontekście budżetu i techniki.

– Rolą projektanta jest przełożenie potrzeb klienta na konkretne, funkcjonalne rozwiązania, które sprawdzą się w codziennym użytkowaniu. Dla przykładu można podać, że brakuje ich w mieszkaniach deweloperskich, bo są projektowane schematycznie. Instalacje – szczególnie elektryczne – rozmieszczone są w sposób uniwersalny. Gotowe rozwiązania nie uwzględniają rzeczywistego stylu życia mieszkańców. Natomiast z perspektywy klienta kluczowe są trzy kwestie. Pierwsza to stworzenie wnętrza dopasowanego do własnych potrzeb, a nie dla przeciętnego użytkownika. Druga sprawa dotyczy uniknięcia błędów technicznych i funkcjonalnych. Trzecią rzeczą jest realna kontrola budżetu – wylicza inż. Paulina Trzaska.

Uczestnicy badania, którzy nie angażują do pracy architekta lub projektanta wnętrz, wskazali, dlaczego tak postępują. Spośród 15 możliwych odpowiedzi mogli wybrać maksymalnie 5. Po wynikach widać, że 67,5% respondentów korzysta z inspiracji z internetu lub gotowych projektów. Jak podkreśla Adam Skłodowski, to spora pułapka, bo tego typu materiały są tylko i wyłącznie poglądowe. Brakuje w nich detali, np. konkretnych wymiarów, rodzaju i ilości materiałów. Tego typu kwestie architekt zawsze przekazuje klientowi. Nagminne są też sytuacje, że inwestorzy upierają się przy jakimś podpatrzonym z internetu rozwiązaniu, ale często ono nie może być 1:1 przeniesione na ich budowę. Wówczas zaczyna się robić nerwowo, na czym oczywiście tracą obie strony.

– Internet oraz gotowe projekty są łatwo dostępne i atrakcyjne wizualnie, dlatego stanowią naturalne źródło inspiracji. Kłopot polega jednak na tym, że nie rozwiązują one indywidualnych problemów. Nie uwzględniają konkretnych wymiarów, instalacji ani realnych potrzeb domowników. Są tworzone dla ogółu, a nie dla danej rodziny, trybu życia czy budżetu, nie wspominając już o konkretnych warunkach technicznych. W praktyce użytkownik próbuje dopasować się do gotowego projektu, zamiast mieć lokal dostosowany do siebie – przekonuje architekt inż. Paulina Trzaska.

Na dalszych miejscach w rankingu widać takie odpowiedzi, jak zbyt wysoki koszt usług – 46,8%, a także chęć zaprojektowania wnętrza samodzielnie – 29,6%. Ponadto część osób obawia się, że architekt nie zrozumie ich potrzeb – 23,6%. Niektórzy respondenci uważają też, że ich remont jest zbyt mały, aby angażować architekta – 21,6%. Dla ekspertki kolejność i skala tych odpowiedzi nie są zaskoczeniem. Wiele osób obawia się kosztów. Jednak w rzeczywistości dobrze przygotowany projekt pozwala wręcz realnie je optymalizować, uniknąć nietrafionych zakupów oraz zaplanować budżet etapami.

– W praktyce architekt pomaga optymalizować koszty i stara się zapobiec błędom, które zdarzają się przy samodzielnym projektowaniu. Poprawki, przeróbki czy nietrafione zakupy mogą znacząco podnieść finalny budżet. Obawy o niezrozumienie potrzeb wynikają zwykle z braku wiedzy o procesie projektowym, który opiera się na ścisłej współpracy i analizie oczekiwań inwestora. Z kolei przekonanie, że mały remont nie wymaga specjalisty, bywa często mylące, bo właśnie przy ograniczonym zakresie najłatwiej o kosztowne błędy – stwierdza Adam Skłodowski.

Najmniej wskazań w badaniu uzyskały takie odpowiedzi, jak negatywne wcześniejsze doświadczenia z architektami lub projektantami wnętrz – 2,1%, a także zbyt długi termin realizacji projektu – 4,6%. Niewiele osób nie wie też dokładnie, jakie usługi w ogóle oferuje architekt – 4,9%.

Opis metody analitycznej/badawczej

Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI (Computer-Assisted Web Interview), polegającą na realizacji ankiet internetowych wspomaganych komputerowo. Badanie zostało zrealizowane przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH na ogólnopolskiej próbie 1004 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat, którzy w ciągu ostatnich dwóch lat robili remont własnej bądź wynajmowanej nieruchomości. Respondenci zostali dobrani w sposób kwotowo-losowy (tj. pod względem wieku, płci oraz regionu) z wykorzystaniem panelu badawczego, a udział w badaniu miał charakter anonimowy.

OFE inwestuje 58 mln PLN w Medinice. Spółka rozwija nowe segmenty MedTech

Zarząd Medinice S.A. – notowanej na GPW spółki MedTech należącej do indeksu SWIG – informuje o zamiarze poszerzenia swojego portfolio produktowego, wchodząc z projektami do dwóch perspektywicznych segmentów globalnego rynku MedTech: Pulsed Field Ablation (PFA) oraz robotyki z zakresu systemów chirurgicznych. Projekty te w naturalny sposób wpisują się w realizowaną strategię rozwoju małoinwazyjnych urządzeń dla kardiologii i kardiochirurgii, jednocześnie poszerzając skalę możliwości technologicznych oraz komercyjnych Medinice.

  • Medinice SA wchodzi w perspektywiczne segmenty kardiologii i kardiochirurgii małoinwazyjnej: PFA oraz robotykę,
  • Zabezpiecza finansowanie strategii rozwoju,
  • Zyskuje wsparcie renomowanego polskiego funduszu emerytalnego jako długoterminowego akcjonariusza.

PFA (Pulsed Field Ablation) – ablacja z wykorzystaniem pulsacyjnego pola elektrycznego, jest technologią nowej generacji w leczeniu migotania przedsionków, która może wyznaczać nowy standard terapii zabiegowej. Jej przewaga wynika z selektywnego oddziaływania na komórki mięśnia sercowego, przy jednoczesnym ograniczeniu ryzyka uszkodzenia struktur sąsiadujących. Technologia ta oferuje również potencjał do zwiększenia bezpieczeństwa oraz efektywności proceduralnej. Równolegle Medinice planuje rozszerzyć portfolio o robotyczną kardiochirurgię małoinwazyjną, która pozostaje spójna z dotychczasowym profilem działalności Spółki. Rozwiązania te wspierają wykonywanie precyzyjnych procedur przez niewielkie dostępy operacyjne, ograniczając traumatyzację tkanek, a tym samym sprzyjając skróceniu hospitalizacji i rekonwalescencji pacjentów. Jednocześnie systemy robotyczne zwiększają precyzję ruchów operatora, powtarzalność procedur oraz ergonomię pracy zespołu zabiegowego.

Oba te obszary nie stanowią zmiany strategii Medinice SA, lecz jej konsekwentne, strategiczne rozwinięcie. Spółka pozostaje skoncentrowana na kardiologii i małoinwazyjnej kardiochirurgii, a nowe segmenty wzmacniają istniejące portfolio produktowe, wykorzystują obecne kompetencje i budują dodatkowy potencjał wzrostu w ramach już obranej ścieżki rozwoju.

Renomowane OFE  nabywa akcje Medinice SA – 58 mln PLN na finansowanie nowej strategii i dalszego rozwoju

Spółka pozyskała 58 mln PLN od jednego z największych otwartych funduszy emerytalnych  w Polsce, które nabyło 1 165 tys. akcji Medinice S.A. po cenie jednostkowej akcji na  poziomie 50 PLN, czyli zbliżonej do aktualnej ceny rynkowej.

Medinice SA zyskuje tym samym kolejnego długoterminowego partnera. W 2025 roku do akcjonariatu przystąpiło TFI PZU, jedno z największych Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych (TFI) w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Od tego momentu minęło niespełna pół roku. W tym okresie wartość akcji Spółki, a tym samym jej kapitalizacja wzrosła kilkukrotnie przekraczając kwotę 0,5 mld PLN. Dołączenie do grona akcjonariuszy znaczącego inwestora finansowego potwierdza zasadność dotychczasowej strategii produktowej i komercyjnej, ale także uwiarygadnia nowe kierunki rozwoju Spółki.

Swój kilkunastoprocentowy udział w akcjonariacie utrzyma powiązana z Prezesem Zarządu Medinice, Sanjeevem Choudary, Fundacja Rodzinna Parmamand, która planuje objąć 1 165 tys. akcji serii O i w tym celu zażądała zwołania Walnego Zgromadzenia celem podjęcia uchwały emisyjnej.

Wejście kolejnego inwestora instytucjonalnego do naszego akcjonariatu to dowód na to, że fundamenty dotychczasowej strategii i nowych kierunków znajdują uznanie wśród coraz większych instytucji finansowych w Polsce i Europie. Z pierwszych, docierających do mnie sygnałów jest także pozytywnie odbierane przez dotychczasowych akcjonariuszy – powiedział Sanjeev Choudhary, Prezes Zarządu Medinice S.A. – Pozyskane od OFE środki dają nam realne narzędzia do realizacji ambitnych, ale precyzyjnie zaplanowanych kierunków strategicznych. Pozwalają także na komfortowe prowadzenie trwających rozmów komercjalizacyjnych. – dodał.

Komercjalizacja flagowych projektów: CoolCryo i PacePress

Równolegle spółka prowadzi procesy komercjalizacji dwóch flagowych projektów z dotychczasowego portfolio: CoolCryo – system do krioablacji serca oraz PacePress – wyrób zmniejszający ryzyko powikłań po implantacji urządzeń elektroterapeutycznych. Medinice SA prowadzi zaawansowane rozmowy z trzema niezależnymi podmiotami branżowymi o zasięgu międzynarodowym w zakresie potencjalnej sprzedaży CoolCryo.

W przypadku PacePress spółka jest zaangażowana w dedykowany proces z jednym z największych globalnych graczy na rynku MedTech.

W najbliższym czasie Medinice SA planuje zorganizować webinar inwestorski, podczas którego Zarząd Spółki przybliży szczegóły nowych kierunków strategicznych – PFA i robotyki, zaktualizuje status bieżących projektów oraz procesów komercjalizacyjnych. Więcej informacji niebawem.

Nowe uprawnienia PIP uderzą w HoReCa w szczycie sezonu. Branża szuka bezpiecznych modeli zatrudnienia

  • Główny Inspektor Pracy zakłada stosowanie nowych przepisów rozszerzających kompetencje Państwowej Inspekcji Pracy już tego lata. PIP dostał dostęp do danych ZUS i KAS, ogłasza nabór na nowych kontrolerów.
  • Wg GUS około 1,4–1,5 mln osób pracuje wyłącznie na podstawie umów cywilnoprawnych. Po zmianach PIP będzie mógł zakwestionować taką formę zatrudnienia.
  • Jeśli restauracje i hotele nie wdrożą alternatywnych rozwiązań w zakresie zatrudnienia, czekają ich większe koszty lub ryzyko kłopotliwych kontroli PIP w środku sezonu.
  • Spędzający wakacje w Polsce mogą w tym roku zapłacić więcej. Wg przedstawicieli branży hotelowej może być o 15–20% drożej.

Nowelizacja ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy została podpisana przez Prezydenta i opublikowana w Dzienniku Ustaw. Obowiązuje 3-miesięczne vacatio legis, co oznacza, że nowe przepisy wejdą w życie w środku nadchodzącego sezonu wakacyjnego. Nowelizacja może wymusić szybką zmianę organizacji zatrudnienia. Podniesie też koszty, dodatkowo destabilizując działalność niektórych podmiotów bazujących na umowach cywilnoprawnych. Może także przełożyć się bezpośrednio na ceny dla klientów.

Największa zmiana polega na tym, że inspektor PIP będzie mógł w drodze decyzji administracyjnej zakwestionować formę zatrudnienia i wskazać, że dana osoba powinna mieć umowę o pracę. Procedura kontrolowania kontraktu cywilnoprawnego zakłada najpierw wydanie polecenia przez inspektora w zakresie dobrowolnego przekształcenia kontraktu na etat albo usunięcia z kontraktu elementów etatu. Wiele przypadków trafi do sądów. Choć po poprawkach legislacyjnych zrezygnowano z najbardziej kontrowersyjnych zapisów dotyczących działania prawa wstecz, to nadal oznacza to dla pracodawców realne ryzyko: konieczność zmiany formy zatrudnienia oraz potencjalne sankcje finansowe.

Z danych GUS wynika, że około 1,41,5 mln osób w Polsce pracuje wyłącznie na podstawie umów cywilnoprawnych. Co istotne, największa koncentracja takich form zatrudnienia występuje w sektorach usługowych. Latem to np. branża hotelarska, gastronomiczna czy obsługa ośrodków wypoczynkowych.

Sezonowość kontra regulacje

HoReCa (hotele, restauracje, catering) należy do sektorów najbardziej wrażliwych na zmiany regulacyjne. Tam model biznesowy opiera się na dużej zmienności zapotrzebowania na pracę. W szczycie sezonu zatrudnienie może wzrosnąć nawet dwukrotnie, by po jego zakończeniu znacząco spaść. W ośrodkach nadmorskich część obiektów w ogóle nie działa poza sezonem.

– Z wieloma osobami pracuję już kilka lat zatrudniając je na umowy stałe. Jednak w dużej części obiektów nawet 7080 proc. personelu to pracownicy sezonowi lub zatrudnieni na podstawie umów cywilnoprawnych. Najczęściej to pomoc kuchenna, pokojowe, personel kelnerski. Bez elastycznych form zatrudnienia prowadzenie działalności byłoby bardzo trudne. Zatrudnienie wszystkich na stałą umowę znacząco podniosłoby koszty prowadzenia działalności. W efekcie cena doby hotelowej mogłaby wzrosnąć o kilkanaście procent. Oczywiście branża rywalizuje ze sobą, ale jeżeli 80% obiektów opiera swoją działalność na pracy sezonowej, to wszystkie staną przed trudną decyzją podniesienia cen. Zrobi to prawdopodobnie 4 na 5 podmiotów – mówi Patryk Bińkowski – dyrektor hotelu i prezes spółki Hotelove Sp. z o.o., doradca hotelowy i przedstawiciel branży hotelarskiej z woj. zachodniopomorskiego.

Podobnych wzrostów należałoby oczekiwać w przypadku wyżywienia czy korzystania z atrakcji turystycznych. Na rosnące koszty wakacji Polacy już są przygotowani – droższe paliwo i transport podbiją ceny wyjazdów. Teraz dochodzi kolejny czynnik: zmiany w prawie pracy. Może się okazać, że czeka nas fala „paragonów grozy”. Już nie tylko z Zakopanego czy nadmorskich kurortów, ale także z miejsc, które dotąd były tańszą alternatywą. W skrajnym scenariuszu istnieje ryzyko „najdroższych wakacji w Polsce w historii”, a tego nie chcą turyści, właściciele obiektów turystycznych ani rząd.

Ekspert zwraca uwagę, że nie dla wszystkich pracowników przekwalifikowanie umów na stałe byłoby pożądane. Ważną częścią obsługi są osoby z zagranicy, szczególnie z Ukrainy. Dla wielu z nich praca sezonowa jest korzystna, bo potem wracają na kilka miesięcy do siebie.

Ryzyko kontroli w środku sezonu

Główny Inspektor Pracy zakłada, że kontrole zaczną się już w lipcu tego roku. Powstaje lista pytań kontrolnych. Miało ich być około 40, finalnie będzie mniej. W skali całego kraju sprawdzaniem kontraktów zajmie się kilkadziesiąt osób. PIP otwiera nabór na 100 nowych etatów do obsługi przepisów przewidzianych w nowelizacji. PIP w typowaniu podmiotów do kontroli będzie opierał się na stworzonym do tego algorytmie. Pomóc ma dostęp do danych ZUS i KAS co podniesie skuteczność działań PIP.

Nowe uprawnienia PIP wprowadzają spory element niepewności. Pracodawcy obawiają się scenariusza, w którym w trakcie sezonu dochodzi do kontroli, a jej wynik wymusza zmiany kadrowe. Nawet jeśli przepisy nie będą działały wstecz, sama konieczność reorganizacji zatrudnienia może oznaczać poważne zakłócenia. Eksperci wskazują, że największym problemem nie jest sama zmiana przepisów, lecz moment jej wejścia w życie i sposób egzekwowania.

Jeśli inspektor PIP zakwestionuje model zatrudnienia trzeba będzie odrywać menedżerów od pracy, angażować personel, przygotowywać dokumenty. To dezorganizuje funkcjonowanie obiektu – wskazuje ekspert. Jak dodaje, napięcie nie kończy się na zapleczu. Stres przenosi się na obsługę, a ostatecznie odczuwają go goście. To ostatnia rzecz, jakiej branża potrzebuje w sezonie.

– Firmy nie obawiają się dziś wyłącznie wzrostu kosztów pracy, ale przede wszystkim pojawiającej się nieprzewidywalności. Kontrola w środku sezonu może oznaczać konieczność przeorganizowania zespołu i formy współpracy. Zwracają się do nas podmioty z sektora hotelarskiego i usługowego z bardzo konkretnym pytaniem: „co możemy zrobić”. To pokazuje skalę niepewności na rynku. To moment, w którym trzeba podjąć decyzję z wyprzedzeniem. W sezonie nie będzie już czasu na eksperymenty – mówi Radosław Susłowicz, mecenas z Instytutu na Rzecz Rozwoju HR w Polsce.

Agencje pracy to alternatywny model zatrudnienia w ramach nowych przepisów

W odpowiedzi na zmieniające się otoczenie prawne coraz większym zainteresowaniem cieszy się model pracy tymczasowej i outsourcingu procesowego. W przeciwieństwie do klasycznych umów cywilnoprawnych, relacja między agencją pracy tymczasowej a pracownikiem jest uregulowana odrębnymi przepisami, co ogranicza ryzyko jej zakwestionowania.

To oznacza, że hotel czy restauracja nie zatrudnia bezpośrednio pracowników sezonowych, lecz korzysta z usług agencji, która deleguje personel do wykonywania określonych zadań. Taka osoba formalnie pozostaje zatrudniona przez agencję, a u pracodawcy użytkownika może wykonywać zadania nawet przez 18 miesięcy.

Jeszcze dalej idzie outsourcing procesowy. W takim przypadku hotel nie zatrudnia np. personelu sprzątającego, lecz zleca kompleksową usługę utrzymania pokoi firmie zewnętrznej.

To forma dostosowania modelu biznesowego do nowych realiów regulacyjnych. Firmy szukają dziś przede wszystkim bezpieczeństwa prawnego. To moment, w którym wielu przedsiębiorców musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy są gotowi na funkcjonowanie w nowym otoczeniu regulacyjnym. Dla części z nich oznacza to konieczność zmiany podejścia do zarządzania personelem – podkreśla mecenas Radosław Susłowicz z IRHR.

Nieuzasadnione stosowanie kontraktu cywilnoprawnego zamiast etatu będzie po zmianach zagrożone karą grzywny do 60 tys. zł. W przypadku korzystania z pośrednictwa agencji pracy tymczasowej takie zagrożenie jest istotnie niwelowane.

Nadchodzący sezon turystyczny może być pierwszym sprawdzianem dla nowych regulacji. Przedsiębiorcy z branży HoReCa stają dziś przed wyborem: czy utrzymać dotychczasowy model zatrudnienia i zaakceptować ryzyko kontroli, czy też przejść na rozwiązania oparte na kooperacji z agencjami pracy.

Zmiany w przepisach nie oznaczają końca elastycznych umów, ale przesuwają granice ich stosowania. Może to doprowadzić do przebudowy organizacji zatrudnienia w wielu sektorach – szczególnie tam, gdzie sezonowość i zmienność popytu są kluczowe dla prowadzenia biznesu.

Ponad 143 tys. samochodów elektrycznych w Polsce. Rynek nadal rośnie mimo końca dopłat

Według danych z końca marca 2026 r. w Polsce było zarejestrowane łącznie 143 689 osobowych i użytkowych samochodów całkowicie elektrycznych (BEV). W pierwszym kwartale b.r. ich liczba zwiększyła się o 11 439 szt., czyli o 59% więcej niż w analogicznym okresie 2025 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM i PSNM.

Pod koniec marca 2026 r. po polskich drogach jeździły 263 084 samochody osobowe z napędem elektrycznym. Flota w pełni elektrycznych, osobowych aut (BEV, ang. battery electric vehicles) liczyła 131 863 szt., a park hybryd typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 131 221 szt. Liczba samochodów dostawczych i ciężarowych z napędem elektrycznym wynosiła 12 630 szt. Stale rośnie flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec I kwartału b.r. składała się z 28 885 szt., jak również liczba osobowych i dostawczych aut hybrydowych, która powiększyła się do 1 360 218 szt. Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów zeroemisyjnych w Polsce wzrósł do 2 068 szt. (z czego pojazdy całkowicie elektryczne stanowiły 1 915 szt., zaś wodorowe 153 szt.).

Równolegle do floty pojazdów z napędem elektrycznym rozwija się infrastruktura ładowania. Pod koniec marca 2026 r. w Polsce funkcjonowały 12 543 ogólnodostępne punkty ładowania pojazdów elektrycznych. 48% z nich (5 980 szt.) stanowiły szybkie punkty ładowania prądem stałym (DC), a 52% – wolne punkty prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W przypadku 21% punktów DC możliwe jest również alternatywne skorzystanie z ładowania AC.

– Marcowy wynik pokazuje, w przypadku rejestracji samochodów bateryjnych, że po okresie hossy spowodowanej dotacjami z programu NaszEauto, powróciliśmy do wyniku, który odnotowywaliśmy w ciągu ostatnich lat tj. wzrostu rejestracji o ok 50 proc. r/r. Pomimo ostatecznej decyzji o nieprzyznawaniu środków w wysokości 300 mln złotych na dopłaty do zakupów pojazdów zeroemisyjnych, wydaje się, że ten rok, jeśli chodzi o rejestracje BEV, nie będzie znacznie gorszy od poprzedniego. Warto podkreślić bardzo wysoki poziom rejestracji hybryd plug-in, których zakup nie jest objęty żadnym systemem wsparcia. W pierwszych trzech miesiącach b.r. około czterokrotnie – w stosunku do roku poprzedniego – wzrosła liczba zarejestrowanych autobusów zeroemisyjnych. Oznacza to, że po wyraźnym spowolnieniu rynku spowodowanym pandemią, samorządy chętniej przeznaczają środki na wymianę taboru, by był bardziej przyjazny środowisku.  W porównaniu do ubiegłego roku, rejestracje osobowych samochodów wodorowych są nieco niższe, zaś rejestracje klasycznych hybryd utrzymują się na zbliżonym poziomie – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.

Liczba nowych rejestracji osobowych BEV w I kwartale b.r. wzrosła o prawie 75% r/r, natomiast w samym marcu o niemal 50%. Udział rynkowy „elektryków” kategorii M1 przekroczył w ubiegłym miesiącu 5,3%. To lepszy wynik niż rok wcześniej, co może stanowić dobry prognostyk, zwłaszcza w kontekście formalnego wyczerpania alokacji „NaszegoEauta”. Na pewno jednak znaczna część osób, które nabyły samochód elektryczny w ostatnich tygodniach liczy na uzyskanie dotacji, szczególnie po zapowiedziach dotyczących podwyższenia budżetu programu. Dziś wiemy już, że transfer dodatkowych środków nie nastąpi.  Mimo to na rynku nadal dostępne są oferty wynajmu długoterminowego BEV w cenach na poziomie 1 tys. zł miesięcznie lub mniej. W kolejnych miesiącach możemy spodziewać się dalszego nasilenia konkurencji cenowej m.in. w związku z rosnącą presją ze strony chińskich producentów oraz nieubłaganie zbliżającym się terminem realizacji obowiązku redukcji emisji za lata 2025-2027   – mówi Jan Wiśniewski, Dyrektor Centrum Badań i Analiz PSNM.

200 tysięcy kierowców na szkoleniach wojskowych. Przedsiębiorcy obawiają się o płynność działania

Wojsko wezwie kierowców i mechaników na szkolenia. Przewoźnicy drogowi: „Nikt nie myśli o rekompensatach dla firm”.

Nawet 200 tysięcy kierowców może zostać wezwanych w 2026 roku na szkolenia wojskowe. Kartę powołania na trwające kilka lub kilkanaście dni szkolenie może dostać każdy kierowca, który nie ukończył jeszcze 55 lat, a ma prawo jazdy kategorii C lub D. – Zapowiedź szkolenia rezerwistów nie jest dla nas zaskoczeniem, ale potencjalna skala już może stanowić poważny problem. To kolejny temat, który powinien być przedmiotem dyskusji między zrzeszeniami kierowców i choćby Ministerstwem brony Narodowej czy Ministerstwem Infrastruktury. Obawiamy się, że zostaniemy podstawieni przed faktem dokonanym i kolejnymi stratami finansowymi – przyznaje Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

„Kierowcy są dla struktury wojskowej bardzo ważni”

Szkolenia wojskowe kierowców nie mają charakteru zorganizowanego. Jak mówią przedstawiciele Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych kierowcy póki co nie otrzymują powołań, ale prawdopodobne jest, że może to nastąpić jeszcze wiosną. Mobilizacja ma być rekordowa i sięgać nawet 200 tysięcy kierowców z prawem jazdy kategorii C i D w całej Polsce.

– Kierowcy są dla struktury wojskowej bardzo ważni. Wojsko potrzebuje kierowców, stąd też spodziewamy się dużej skali powołań na szkolenia, a co za tym idzie zmian w siatce funkcjonowania wielu firm na czas szkoleń. To nas martwi. Nikt nie zamierza uchylać się od tego obowiązku. Problemem jest jednak często brak wcześniejszego uprzedzenia, że taka sytuacja będzie miała miejsce i brak rekompensaty dla firm, które ze względu na szkolenia będą ponosić straty z tytułu niewykonanych transportów – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

Przedsiębiorcy oczekują większego zrozumienia ich sytuacji

Przedstawiciele Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych mówią o tym, że nagłe powołania mogą być problemowe do realizacji. Braki kadrowe w większości firm TSL są faktem.

– Obecnie przepisy przewidują rekompensatę wynagrodzenia dla pracownika, który powołany jest na szkolenie wojskowe. Nie ma jednak ani słowa o tym, że konsekwencje jego powołania to zmiana struktury pracy w firmie, co powoduje, że na kilka lub kilkanaście dni wypada nam z harmonogramu człowiek wykonujący konkretną pracę. Mało która firma transportowa ma nadmiar kierowców. A co jeżeli jednocześnie powołanych zostanie kilku kierowców z jednej firmy? Taka sytuacja naraża firmę na opóźnienia, straty finansowe, a być może także na kary finansowe jeżeli nie uda się znaleźć zastępstwa dla kierowców, którzy będą szkoleni – przyznaje Dariusz Matulewicz.

Wojsko koncentruje się przede wszystkim na osobach z pasywnej rezerwy, czyli tych, które mają uregulowany stosunek do służby wojskowej – najczęściej po kwalifikacji wojskowej.

Spodziewamy się, że poza przewoźnikami drogowymi najczęściej powoływani mogą być także technicy, mechanicy, elektrotechnicy, logistycy i spedytorzy.

– Nie ma nic złego w powołaniach. Problemem może być organizacja. Apelujemy, by było to uporządkowane – mówi Dariusz Matulewicz.

Szkolenia mogą być jednodniowe, ale także mogą trwać do 30 lub powyżej 30 dni. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że powołania szkoleniowe rezerw pasywnych trwają zwykle około tygodnia.

Rynek najmu w Polsce się zmienia. Więcej mieszkań na wynajem, niższe czynsze i nowe ryzyka

Średni czynsz w miastach wojewódzkich spadł do 3,5 tys. zł, ale to nie ceny są dziś kluczowym sygnałem z rynku najmu. Uwagę zwraca wyraźny przyrost ofert – w serwisie Otodom jest ich już 25,4 tys., co oznacza 4-procentowy wzrost w zaledwie miesiąc. Za tym ruchem stoi przede wszystkim majowy termin wdrożenia nowych regulacji. W dłuższej perspektywie rynek musi uwzględnić również kolejną zmienną. Napięcia wokół konfliktu w Iranie stają się istotnym czynnikiem ryzyka, który może zweryfikować plany zarówno wynajmujących, jak i najemców.

Z danych Otodom wynika, że od początku roku na rynku najmu obserwujemy niewielki, ale stopniowy miesięczny spadek średnich cen ofertowych mieszkań – o około 1%. Jeszcze w styczniu przeciętny koszt najmu wynosił 3,6 tys. zł miesięcznie, podczas gdy w marcu stawka spadła do 3,5 tys. zł.

– Mowa tu oczywiście o średniej dla miast wojewódzkich. Lokalne rynki reagują skrajnie różnie. Największe korygują stawki, podczas gdy w mniejszych miastach ceny stopniowo rosną – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Przepaść cenowa. Różnice pomiędzy miastami sięgają 2,7 tys. zł

Ranking miast otwiera Warszawa, która utrzymuje pozycję najdroższego rynku w kraju. Poszukujący lokum w stolicy muszą liczyć się z miesięcznym wydatkiem rzędu 4,8 tys. zł. To znacząca różnica względem drugiego w zestawieniu Trójmiasta, gdzie średni koszt najmu jest o 1,7 tys. zł niższy i wynosi 3,1 tys. zł.

W marcu korekta stawek ofertowych objęła sześć z siedmiu największych miast w Polsce – Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Warszawę i Wrocław. Wyjątkiem pozostała Łódź, gdzie czynsze utrzymały się na stałym poziomie 2,3 tys. zł. Patrząc poza największą “siódemkę”, najciekawsza sytuacja panuje w Kielcach. Mimo że z kwotą 2,1 tys. zł miasto to pozostaje najtańszym rynkiem w zestawieniu Otodom, to właśnie tam odnotowano najwyższą dynamikę zmian. W ujęciu miesięcznym ceny wzrosły o 2,4%, idąc pod prąd spadkowemu trendowi widocznemu w głównych ośrodkach – dodaje Paweł Jarząbek.

Natomiast w ujęciu rocznym na rynkowych liderów wyrastają Olsztyn oraz Opole, gdzie przeciętne stawki ofertowe skoczyły odpowiednio o 9% i 5,1%. Mimo tak wyraźnej dynamiki, oba miasta wciąż pozostają znacznie poniżej średniej dla 18 analizowanych rynków. Nieco głębiej do portfela muszą sięgnąć jednak mieszkańcy Opola, gdzie koszt najmu wynosi 2,5 tys. zł miesięcznie.

Rynek najmu Średni czynsz spadł do 3,5 tys. zł

40 mkw. i własne zasady. Tak mieszkają młodzi

Od miesięcy niezmiennie największym zainteresowaniem cieszą się mieszkania dwupokojowe. Odpowiadają one za ponad połowę wszystkich marcowych wyszukiwań w serwisie Otodom. Najbardziej preferowane są lokale o powierzchni około 40 mkw. Taki metraż to naturalny wybór między innymi dla osób wchodzących w dorosłość. Często stanowi kompromis pomiędzy potrzebą niezależności a możliwościami finansowymi.

Co ciekawe, u kobiet presja na usamodzielnienie okazuje się silniejsza niż u mężczyzn. Z raportu Otodom „Szczęśliwy dom. Męskie oblicza szczęścia” wynika, że jedynie 5% mężczyzn postrzega przeprowadzkę przede wszystkim jako krok ku niezależności – o 5 p.p. mniej niż w przypadku kobiet.

To silne zakorzenienie mężczyzn w strukturze rodzinnej dostrzega również Mateusz Łakomy, demograf, zwracając z kolei uwagę na znaczenie sukcesji i tradycji. – Młodzi mężczyźni mają nieco większą skłonność do pozostawania w miejscowościach urodzenia między innymi ze względu na pomoc w prowadzeniu firmy rodziców czy gospodarstwa rolnego, z perspektywą ich dziedziczenia, a także są nieco bardziej podatni na przejmowanie rodzinnych tradycji zawodowych – podsumowuje ekspert.

Jaka jest pula mieszkań na wynajem?

Od początku roku mieszkań na wynajem przybywa, jest więc z czego wybierać. Na koniec marca liczba aktywnych ogłoszeń w serwisie Otodom wyniosła 25,4 tys., co oznacza wzrost o około 4% miesiąc do miesiąca i aż o 1,8 tys. ofert więcej względem końca stycznia.

– W marcu dynamika wzrostu była zbliżona do tej z lutego, choć niższa niż w styczniu. Liczba nowych ofert wyniosła 16,8 tys., co potwierdza utrzymującą się wysoką aktywność po stronie wynajmujących. Jednym z możliwych powodów tego trendu są planowane zmiany regulacyjne, przede wszystkim w segmencie najmu krótkoterminowego. Chcąc zdążyć przed ich wejściem w życie, część właścicieli mieszkań może już teraz kierować lokale do najmu długoterminowego. To zwiększa wybór dla najemców i wyjaśnia, dlaczego baza ogłoszeń rośnie, mimo że mieszkania wciąż szybko znikają z rynku – mówi Paweł Jarząbek.

Marzec przyniósł znacznie większe zróżnicowanie w podaży niż poprzednie miesiące. Choć łączna liczba ofert w Polsce wzrosła miesiąc do miesiąca o około 900, co potwierdza stabilizację rynku na relatywnie wysokim poziomie, lokalne tendencje są bardzo odmienne. Najwyższe przyrosty odnotowano w Olsztynie (+18%), Rzeszowie (+14%) oraz Bydgoszczy (+13%). Wśród największych rynków tylko Łódź osiągnęła dwucyfrową dynamikę (+10%), ale wzrost liczby ogłoszeń widoczny był także w Katowicach (+7%), Wrocławiu (+6%), Warszawie (+5%) i Poznaniu (+3%).

Na drugim biegunie znalazły się Kraków, gdzie ubyło 2% ofert oraz Trójmiasto, w którym baza mieszkań skurczyła się o 10%.

Czy wojna w Iranie ma wpływ na rynek najmu w Polsce?

Choć obecne dane mogą napawać ostrożnym optymizmem, istotnym czynnikiem ryzyka, który może wpłynąć na rynek najmu w kolejnych miesiącach, pozostają napięcia geopolityczne. W czarnym scenariuszu ewentualny powrót blokady cieśniny Ormuz mógłby przełożyć się na wzrost cen surowców energetycznych, a w konsekwencji na wyższe koszty utrzymania mieszkań i presję na wzrost czynszów.

– Niezależnie od tych ryzyk, marzec był miesiącem stopniowego równoważenia rynku. Przy stabilnej podaży i umiarkowanym popycie presja na dalsze spadki cen w największych miastach może się utrzymać, podczas gdy mniejsze ośrodki będą nadal nadrabiać dystans cenowy – podsumowuje menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Codzienne zakupy w sklepach w marcu zdrożały rdr. o 3,8 proc. Ceny samej żywności wzrosły o 3,2 proc.

0

Według analizy ponad 97 tys. cen detalicznych, w marcu br. codzienne zakupy w sklepach zdrożały średnio o 3,8% rdr. Taki sam wzrost odnotowano w lutym. W styczniu był on nieco niższy. Zatem dane pokazują, że ceny wciąż rosną, ale dynamika podwyżek lekko hamuje. Sama żywność ostatnio podrożała rdr. o 3,2%, w lutym – o 3,4%, a w styczniu – o 3,2%. Niektórzy eksperci komentujący ww. dane uważają, że gdyby nie liczne akcje rabatowe sieci handlowych to marcowy ogólny wzrost byłby wyższy. Inni twierdzą, że wynik trzeba odbierać jako rzeczywiste wyhamowanie – częściowo rynkowe, a w pewnym zakresie – związane z efektem bazy statystycznej. Jednocześnie ostrzegają, że mamy do czynienia z przejściową stabilizacją cen, które wciąż są wyższe niż inflacja.

W marcu 2026 roku ogólnie ceny najczęściej wybieranych produktów w sklepach detalicznych wzrosły średnio o 3,8% rdr. Taki sam wynik odnotowano w lutym. W styczniu wzrost wyniósł 3,7% rdr. Tak wykazał najnowszy raport autorstwa UCE Research i Uniwersytetów WSB Merito. Analiza objęła 17 kategorii, w tym ponad 100 najczęściej wybieranych przez konsumentów produktów. Dotyczy to m.in. żywności, napojów bezalkoholowych, chemii gospodarczej i art. dla dzieci. Dr Agnieszka Gawlik z Uniwersytetu WSB Merito zauważa, że marcowy odczyt dynamiki cen w sklepach potwierdza, iż rynek detaliczny wszedł w fazę stabilizacji, choć nie oznacza to jeszcze realnego spadku kosztów zakupów dla konsumentów.

– Widać, że ceny nadal rosną, ale tempo tego wzrostu nie przyspiesza, a w przypadku żywności nawet lekko wyhamowuje. W efekcie poziom cen nadal jest istotnie wyższy niż przed kilkoma laty. To przekłada się na utrzymujące się poczucie wysokich kosztów życia, często silniejsze niż sugerują same wskaźniki inflacyjne – dodaje dr Gawlik.

Z raportu wynika również, że w marcu br. ceny samej żywności średnio poszły w górę o 3,2% rdr. W lutym br. wzrost rdr. wyniósł 3,4%, a w styczniu – 3,2% rdr. Dr inż. Anna Motylska-Kuźma z Uniwersytetu DSW Ideis postrzega marcowy wynik jako dowód na stabilizację cen w kategorii żywności, a nawet lekkie wygasanie wcześniejszej presji wzrostowej. W przeciwieństwie do ogólnego koszyka, gdzie widać wpływ czynników kosztowych (np. energii), ceny żywności wykazują większy spokój.

– Fakt, że dynamika rok do roku wróciła do poziomu ze stycznia, a jednocześnie spadła względem lutego, sugeruje, że rynek żywności osiągnął krótkoterminowy punkt równowagi. Z jednej strony mamy nadal czynniki podbijające ceny, jak koszty produkcji, ale z drugiej strony coraz silniej działa ograniczenie popytowe oraz wysoka wrażliwość cenowa konsumentów. Marcowe dane sugerują, że żywność przestaje być głównym motorem wzrostu cen. Jednak nie oznacza to trwałego odwrócenia trendu, a raczej przejściowe wyhamowanie – przekonuje dr Motylska-Kuźma.

Do tego dr Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku, marcowy wynik odbiera jako rzeczywiste wyhamowanie, częściowo rynkowe. W pewnym zakresie jest to też efekt bazy statystycznej. Deflacja na rynkach surowcowych, zwłaszcza zbóż, zaczyna powoli przebijać się do półek sklepowych, ale z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Ekspert zauważa też, że za utrzymaniem niskiej dynamiki cen stoją przede wszystkim tańsze surowce energetyczne i rolne, które przełożyły się na wyhamowanie wzrostu cen żywności i energii, a inflacja bazowa traci impet. W jego ocenie, kryzys na Bliskim Wschodzie jeszcze nie wpłynął na ceny w sklepach. Za to ekspert zwraca uwagę na działania sieci handlowych.

– W dyskontach trwa prawdziwa wojna cenowa. Masło stało się narzędziem walki konkurencyjnej. Niska cena ma skłonić konsumenta do wizyty w sklepie, gdzie uzupełni on koszyk o inne, znacznie droższe produkty. To klasyczny mechanizm loss leader. Jak widać, działa skutecznie medialnie, bo percepcja cen jest równie ważna co same ceny – dodaje dr Arak.

Jak oceniają analitycy rynkowi, gdyby nie liczne akcje promocyjne sieci handlowych to marcowy wynik byłby nieco wyższy. – Retailerzy po prostu nie chcieli wystraszyć klientów i musieli zwiększyć ilość, ale także jakość oferowanych rabatów. To wszystko spowodowało, że ogólnie ceny były podobne do tych z lutego, a w przypadku żywności były nawet nieco niższe niż w lutym. Niemiej jednak w kwietniu sytuacja wróci do normy i wówczas zobaczymy, jak to będzie finalnie wyglądało – komentują autorzy badania.

Z kolei Marcin Luziński, ekonomista Santander Bank Polska, nie odniósł wrażenia, aby tegoroczne promocje przedświąteczne różniły się w istotny sposób od tych z poprzednich lat. Ekspert zachęca natomiast, aby zwrócić uwagę na to, że niskie hurtowe ceny żywności w ostatnich miesiącach sprawiły, że sieciom handlowym trudno podnosić ceny. Obecnie mierzą się z kompresją marż. Znawca rynku przewiduje również, że różnica między wynikami ww. raportu a inflacją CPI powinna się zawęzić ze względu na wyraźny wzrost cen paliw pod wpływem konfliktu na Bliskim Wschodzie.

– Obecnie mamy do czynienia z kruchym porozumieniem, które daje nadzieję na spadek cen ropy i paliw, ale ze względu na zniszczenia infrastruktury, raczej nie wrócimy szybko do poziomów cen z lutego. Zawężenie różnicy między tymi dwoma wskaźnikami może zatem się utrzymywać. Myślę też, że ceny w sklepach, w tym samej żywności, mogą nieco odbić się w górę w najbliższym czasie, choć możliwe jest też, że impuls wzrostowy pojawi się dopiero za kilka miesięcy. Na przykład globalne ceny żywności, opisywane indeksem FAO, wyraźnie odbiły się już w marcu – o 2,5%, w tym najmocniej ceny cukru – o 7,2%, a także olejów – o 5,1%. Ten wzrost niedługo dotrze też do nas – prognozuje Luziński.

Ponadto dr Agnieszka Gawlik wskazuje, że różnica między dynamiką cen całego koszyka a samą żywnością utrzymuje się i pozostaje wyraźna. Wynika to z faktu, że najszybciej drożeją kategorie inne niż żywność – przede wszystkim używki, słodycze oraz chemia gospodarcza, które są silnie uzależnione od globalnych rynków surowcowych, akcyzy i kosztów produkcji. Zdaniem ekspertki, to one „ciągną” cały indeks w górę, mimo że ceny żywności rosną wolniej. Jednocześnie otoczenie kosztowe pozostaje niepewne. Dotyczy to m.in. cen paliw, które w przypadku eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie mogą ulegać wahaniom i pośrednio wpływać na koszty transportu oraz logistyki.

– Dlatego marcowy odczyt jest sygnałem uspokojenia, ale nie przesądza o dalszym spadku dynamiki cen. W kwietniu, po wygaśnięciu efektu świątecznych obniżek, presja cenowa może być bardziej widoczna, zwłaszcza w kategoriach innych niż żywność. Sama żywność ma większe szanse na stabilizację, bo rynek pozostaje bardzo konkurencyjny, a konsumenci są wyjątkowo wrażliwi na ceny – podsumowuje ekspertka z WSB Merito.

Deeskalacja na horyzoncie? Rynki finansowe optymistyczne, rynek ropy – znacznie bardziej ostrożny

Rynki finansowe zaczęły wyceniać możliwość szybkiej deeskalacji konfliktu wokół Iranu po tym, jak Donald Trump zasugerował, że Teheran poszedł na istotne ustępstwa, a porozumienie kończące spór może zostać ogłoszone już wkrótce. Taka narracja poprawiła nastroje inwestorów, jednak skala optymizmu pozostaje ograniczona, ponieważ po stronie irańskiej nie pojawiło się dotąd potwierdzenie amerykańskich deklaracji. To sprawia, że obecne odbicie zaufania ma bardziej charakter warunkowy niż trwały i opiera się raczej na politycznych sygnałach niż na twardych ustaleniach.

Dodatkowym wsparciem dla nadziei na uspokojenie sytuacji są informacje o możliwej drugiej rundzie bezpośrednich rozmów USA-Iran jeszcze w ten weekend oraz o 10-dniowym zawieszeniu broni między Izraelem a Libanem, które zaczęło obowiązywać w nocy. Z punktu widzenia rynku oznacza to przede wszystkim próbę zatrzymania dalszej eskalacji, a nie definitywne rozwiązanie kryzysu. Nawet jeśli polityczne komunikaty brzmią coraz bardziej pojednawczo, inwestorzy muszą brać pod uwagę, że droga do pełnego porozumienia może być znacznie dłuższa. Część przywódców z państw Zatoki Perskiej i Europy zakłada, że osiągnięcie trwałego układu pokojowego może zająć około sześciu miesięcy.

Najważniejszym gospodarczym wymiarem całego kryzysu pozostaje jednak nie sama dyplomacja, lecz sytuacja w Cieśninie Ormuz. To właśnie ten szlak transportowy jest kluczowy dla globalnego rynku energii, ponieważ przed wybuchem wojny przepływała przez niego około jedna piąta światowego handlu ropą i LNG. Zakłócenia w tym obszarze natychmiast podnoszą koszty dostaw, wzmacniają presję inflacyjną i zwiększają ryzyko spowolnienia gospodarki światowej. Dlatego nawet jeśli rynki akcji reagują ulgą na polityczne sygnały deeskalacji, to prawdziwym testem poprawy sytuacji będzie dopiero przywrócenie normalnego przepływu surowców.

Zachowanie cen ropy dobrze pokazuje tę rozdwojoną reakcję rynku. Brent spadł do 98,60 USD za baryłkę, co można odczytywać jako częściowe odreagowanie po wcześniejszym wzroście napięcia. Jednocześnie realne ceny fizycznej ropy pozostają wyraźnie wyższe niż notowania kontraktów terminowych, ponieważ ceny fizycznej ropy Brent z natychmiastową dostawą utrzymuje się w okolicach 116 USD za baryłkę. Taka rozbieżność sugeruje, że inwestorzy finansowi zaczęli ostrożnie dyskontować scenariusz uspokojenia, ale uczestnicy fizycznego rynku nadal wyceniają realny niedobór podaży i wysokie ryzyko logistyczne. Innymi słowy, rynki papierowe zaczynają patrzeć w przyszłość z większą nadzieją, podczas gdy rynek fizyczny nadal pozostaje zakładnikiem bieżących zakłóceń.

Niepewność dodatkowo podtrzymują działania USA i Iranu wokół eksportu ropy. Waszyngton prowadzi pełną blokadę, by ograniczyć napływ irańskiej ropy na rynek światowy, a Teheran chce pobierać opłaty za tranzyt statków nawet po zakończeniu wojny. To oznacza, że nawet formalne wygaszenie działań zbrojnych nie musi automatycznie przełożyć się na szybki powrót do warunków sprzed konfliktu. Rynek może więc przez dłuższy czas funkcjonować w otoczeniu wyższych kosztów transportu, większej niepewności i utrzymanej premii geopolitycznej w cenach surowców.

W tym kontekście zapowiedź Wielkiej Brytanii i Francji dotycząca organizacji szczytu około 40 państw w sprawie ewentualnych sił morskich zabezpieczających Cieśninę Ormuz pokazuje, że zachodnie stolice traktują problem jako długofalowe zagrożenie dla stabilności handlu. Jednocześnie sama możliwość szybkiego rozmieszczenia takiej misji oceniana jest jako ograniczona bez szerszego porozumienia politycznego, co tylko potwierdza, że ryzyko dla rynku energii nie zniknie z dnia na dzień.

Obecnie rynki mogą chwilowo odreagowywać w odpowiedzi na sygnały politycznej deeskalacji, ale trwała poprawa nastrojów będzie możliwa dopiero wtedy, gdy znikną realne bariery w handlu surowcami. Dopóki transport przez Cieśninę Ormuz pozostaje zaburzony, dopóty utrzymuje się presja na ceny energii, inflację i perspektywy wzrostu gospodarczego. Dlatego obecny optymizm inwestorów należy traktować ostrożnie. Polityczne deklaracje poprawiają sentyment, lecz gospodarcze skutki konfliktu nadal pozostają bardzo wyraźne.

Warszawski rynek biurowy z najmniejszą liczbą inwestycji w budowie od 2011 roku

Według raportu firmy doradczej Newmark Polska „Office Occupier – Rynek biurowy w Warszawie”, pierwszy kwartał 2026 roku na warszawskim rynku biurowym upłynął pod znakiem spowolnienia aktywności najemców po bardzo udanym ostatnim kwartale ubiegłego roku. Popyt na powierzchnie biurowe spadł zarówno w ujęciu kwartalnym, jak i rocznym. Jednocześnie aktywność deweloperska nadal wpisuje się w trend spadkowy, co potwierdza najniższy od 2011 roku wolumen powierzchni w budowie. Z kolei współczynnik pustostanów utrzymał się poniżej 10% pomimo nieznacznego wzrostu w porównaniu z czwartym kwartałem ubiegłego roku i według prognoz do końca 2026 roku będzie się stopniowo obniżać.

Na koniec marca 2026 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie wyniosły prawie 6,3 mln mkw. Pomimo nowej podaży odnotowanej w pierwszym kwartale pozostały one na praktycznie niezmienionym poziomie w porównaniu z analogicznym okresem w 2025 roku. W okresie od stycznia do marca deweloperzy dostarczyli na stołeczny rynek łącznie prawie 42 900 mkw. w trzech budynkach. Równolegle z warszawskiego rynku wycofano kolejne nieefektywne budynki o łącznej powierzchni prawie 24 000 mkw. Od początku 2020 roku zasoby zmniejszyły się w ten sposób o ponad 400 000 mkw., z czego ok. 60 000 mkw. powróciło na rynek w zmodernizowanych obiektach.

– Aktywność deweloperów pod koniec pierwszego kwartału 2026 roku spadła do najniższego poziomu od 2011 roku. W budowie pozostawało niewiele ponad 115 000 mkw., co oznacza spadek o prawie 40% kwartał do kwartału i o niemal 52% rok do roku. W analizowanym okresie deweloperzy nie rozpoczęli żadnych nowych inwestycji, mimo że dysponują zarówno przygotowanymi projektami, jak i gruntami zabezpieczonymi pod budowę nowych biurowców – mówi Karol Wyka, Dyrektor Zarządzający Działu Powierzchni Biurowych, Newmark Polska.

W pierwszych trzech miesiącach 2026 roku najemcy podpisali umowy najmu na ponad 133 800 mkw., co stanowi spadek zarówno rok do roku, jak i kwartał do kwartału – odpowiednio o 8,8% i prawie 57%.

– Warto odnotować, że spośród ponad 200 transakcji zawartych w analizowanym okresie tylko jedna dotyczyła powierzchni biurowej większej niż 5000 mkw., lecz mniejszej niż 10 000 mkw. Z jednej strony wskazuje to na utrzymującą się ostrożność najemców i dokładną analizę potrzeb, a z drugiej strony – na kurczącą się dostępność większych modułów, szczególnie w najbardziej atrakcyjnych lokalizacjach i biurowcach. W strukturze najmu w pierwszym kwartale 2026 roku przeważały lokalizacje centralne, w których wynajęto niemal 72 150 mkw. biur, co stanowiło prawie 54% całkowitego wolumenu transakcji. Z kolei w strefach poza centrum podpisano umowy najmu na łącznie 61 700 mkw. – mówi Magdalena Zagórska, Dyrektor w Dziale Powierzchni Biurowych, Newmark Polska.

Podobnie jak w analogicznym okresie rok wcześniej, w pierwszym kwartale 2026 roku w strukturze popytu największy udział miały nowe umowy, które stanowiły 48% wszystkich transakcji. Na pozostałe 52% złożyły się renegocjacje i odnowienia umów (39%), ekspansje (9%), umowy przednajmu (3%) oraz transakcje na potrzeby własne (1%). Najbardziej aktywnymi najemcami na warszawskim rynku biurowym w minionym kwartale były firmy z sektora IT (19,7%), usług dla biznesu (12,8%), finansowego (12%) oraz produkcyjnego (8,4%).

Na koniec pierwszego kwartału 2026 roku współczynnik pustostanów wyniósł 9,5%, co oznacza nieznaczny wzrost w porównaniu z poprzednim kwartałem o 0,4 p.p., lecz spadek o 1,0 p.p. rok do roku. Pomimo kwartalnego wzrostu wskaźnik ten utrzymał się na poziomie poniżej 10%.

– Ze względu na prognozowaną znikomą podaż nowej powierzchni – szacowaną na ok. 6300 mkw. w kolejnych trzech kwartałach – współczynnik pustostanów może spaść nawet do ok. 8% już pod koniec roku. Warto również zauważyć, że na koniec pierwszego kwartału pustostany w Centralnym Obszarze Biznesu stanowiły 5,9% zasobów w tej strefie, natomiast w budynkach ukończonych po 2019 roku – zaledwie 1,5%, co oznacza praktyczny brak dostępnej powierzchni w biurowcach oddanych do użytku w ciągu ostatnich 5 lat w tej strefie – mówi Agnieszka Giermakowska, Dyrektor Działu Badań Rynkowych i Doradztwa, Lider ds. ESG, Newmark Polska.

Na koniec marca 2026 roku miesięczne stawki czynszu za wynajem biura w najbardziej atrakcyjnych budynkach w centrum stolicy utrzymywały się na poziomie 22-28 euro za mkw., natomiast poza centrum wynosiły 16-18 euro za mkw. Jednak malejąca dostępność modułów o powierzchni co najmniej 4000 mkw. – zwłaszcza w centralnych lokalizacjach, gdzie tylko nieliczne budynki dysponują takimi metrażami – może w najbliższych kwartałach przełożyć się na presję wzrostową na czynsze w segmencie prime.