Opłata licencyjna za znak towarowy jako koszt podatkowy

Korzystanie ze znaków towarowych, a co za tym idzie ponoszenie opłat licencyjnych wynikających z tego tytułu niejednokrotnie stanowi nieodłączny element prowadzonej przez przedsiębiorcę działalności. Jednak czy można przyjąć, że tego rodzaju wydatki stanowią koszt uzyskania przychodu w oparciu o przepisy o podatku dochodowym?
Stosownie do ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (art. 22 ust. 1), jak i na gruncie ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (art. 15 ust. 1) za koszty uzyskania przychodów uznajemy zasadniczo koszty, które zostały poniesione, dążąc do osiągnięcia przychodów lub zachowania czy też zabezpieczenia źródła przychodów.
Nie sposób mieć wątpliwości co do tego, że dokonanie opłaty licencyjnej wynikającej z korzystania z określonego znaku towarowego może mieć bezpośredni związek z produkcją oraz w rezultacie sprzedażą produktów przez dany podmiot. W zależności bowiem od profilu działalności konsekwencją braku uprawnienia do używania danego znaku mogłoby być nawet zaprzestanie określonej produkcji, a w końcu utrata potencjalnych korzyści przez przedsiębiorcę.

Przesłanki

Przechodząc do głębszej analizy zaprezentowanej wyżej materii, należy jednak podkreślić, iż w celu zakwalifikowania opłaty jako kosztu uzyskania przychodu, obligatoryjnie, muszą być kumulatywnie spełnione następujące warunki:
1) poniesienie kosztu następuje w celu osiągnięcia przychodu lub zachowania albo zabezpieczenia źródła przychodu;
2) rodzaj kosztu nie jest uwzględniony przez przepisy prawa wśród wydatków niestanowiących kosztów uzyskania przychodów;
3) musi być należycie udokumentowany.

Ocena i kwalifikacja poniesionych kosztów

Zaznaczenia w tym miejscu wymaga jednak okoliczność, że samo poniesienie wydatku w powiązaniu z prowadzoną działalnością nie przesądza ze swej istoty o wypełnieniu wymogu celowości wynikającego z przywoływanych regulacji podatkowych. Nie można bowiem w sposób zerojedynkowy przyjąć, że każdy koszt ponoszony w zakresie prowadzonej działalności gospodarczej zmierza do uzyskania przewidywanych przez przepisy prawa przychodów lub zachowania albo zabezpieczenia ich źródła. Aby zatem mówić o możliwości zaliczenia wydatków odnoszących się do opłat licencyjnych, uiszczanych w celu uzyskania uprawnienia do korzystania ze znaku towarowego do kosztów podatkowych, konieczna jest każdorazowa, wnikliwa ocena stanu faktycznego.

Dokonując takiej oceny, należy w szczególności rozważyć kwestie takie, jak: przeznaczenie oraz cele i zasadność, a także niezbędność wydatku licencyjnego dla podmiotu; możliwość wpływu danego wydatku na uzyskanie przychodu lub zachowanie albo zabezpieczenie źródła przychodów.

Limity w odliczaniu kosztów nabywanych od podmiotów powiązanych a opłata licencyjna
Pochylając się nad kwestią opłat licencyjnych, a przede wszystkim ich analizy pod kątem realizacji warunku celowości, warto zwrócić uwagę na dotykające tej materii stanowisko Ministerstwa Finansów w zakresie ograniczeń co do kosztów uzyskania przychodu przez podatników.

Faktem jest bowiem, że limitowi takiemu podlegają wszelkiego rodzaju opłaty i należności uiszczone na poczet korzystania lub prawa do korzystania z praw i wartości wskazanych w art. 16b ust. 1 pkt 4-7 ustawy o CIT, a więc także wszelkiego rodzaju opłaty licencyjne. Niemniej należy mieć na uwadze, że ustawodawca wyłączył spod limitowania koszty usług, a także praw bezpośrednio związanych z wytworzeniem bądź nabyciem towaru albo świadczeniem usług przez podatnika.

Zdaniem Ministerstwa, aby prawidłowo dokonać interpretacji zakresu wyłączenia, należy uprzednio precyzyjnie ustalić znaczenie terminu „kosztów bezpośrednio związanych” z wytworzeniem lub nabyciem towaru lub wykonywaniem usługi przez podatnika. W przytoczonej opinii Ministerstwa Finansów jako przykład tego typu kosztów wskazano opłaty licencyjne uiszczane przez dystrybutora. Licencja jest w tym przypadku wykorzystywana w celu prowadzenia przez taki podmiot działalności na określonym rynku, a bez uprawnień do używania znaku towarowego prowadzenie tego przedsiębiorstwa nie byłoby możliwe. W takich okolicznościach dopuszczalne jest uznanie opłaty licencyjnej za koszt bezpośrednio związany z nabyciem towaru. Analogicznej oceny należy dokonać w odniesieniu do działalności producentów, co potwierdzają liczne interpretacje indywidualne.

Nie można pominąć nadto szeregu konkretnych argumentów przemawiających za powyższą tezą, a wskazujących na to, że opłaty licencyjne są:
1. nieodłącznym elementem wytworzenia produktu;
2. bezpośrednio związane z jednostkowym produktem;
3. uwzględniane przy ustaleniu ceny sprzedaży produktów;
4. uiszczane niezależnie od tego, czy produkt zostanie sprzedany, czy też nie;
5. elementem kosztu wytworzenia w odniesieniu do dokonania wyceny magazynowania zapasów towaru.

Konkludując, zarówno na gruncie stanowiska Ministerstwa Finansów, jak również szeregu wydanych interpretacji indywidualnych opłaty licencyjne ponoszone w powiązaniu z działalnością tak dystrybucyjną, jak i produkcyjną nie podlegają limitowi, o ile doszło do spełnienia przytoczonych powyżej przesłanek oraz ustalono, że mają one bezpośredni związek z wytworzeniem lub nabyciem produktu.

Opłata licencyjna – koszt pośredni czy bezpośredni?

Niebagatelne dla przedmiotowej materii znaczenie ma fakt, iż zawarcie umowy licencyjnej nie przenosi na licencjobiorcę prawa własności danego znaku towarowego, lecz przyznaje jedynie uprawnienie do korzystania z niego na określonych warunkach. Z uwagi na powyższe ponoszone przez podmiot opłaty wynikające z uzyskania licencji powinny zostać zakwalifikowane jako koszty inne niż związane bezpośrednio z przychodami, czyli tzw. koszty pośrednie. W świetle doktryny i praktyki mianem wydatków bezpośrednich określane są wydatki, które przyczyniają się wprost do uzyskania skonkretyzowanych przychodów, czyli np. poniesienie kosztów prowadzących do wytworzenia towaru, ze sprzedaży którego przedsiębiorca uzyskuje następnie przychód. W przeciwieństwie do przywołanych kosztów bezpośrednich za pośrednie uznawane są wydatki, które nie są wprost ujęte w wartości sprzedawanych towarów czy świadczonych usług, choć bezsprzecznie są z nimi nierozerwalnie związane. Stosownie do przepisów dotyczących podatku dochodowego tego typu koszty potrącalne są zasadniczo w dacie ich poniesienia. Nadmienienia wymaga, że w sytuacji, gdy rzeczone koszty odnoszą się do okresu przekraczającego rok podatkowy, a obiektywnie nie da się oszacować, w jakim zakresie dotyczą one danego roku podatkowego, wówczas przyjmuje się, że stanowią one koszty uzyskania przychodów w proporcjach adekwatnych do okresu, którego dotyczą.

Wartość początkowa prawa z licencji

Jeśli chodzi o oszacowanie wartości początkowej kosztu poniesionego w wykonaniu umowy licencyjnej, jest to o tyle proste, że stosownie do przepisów ustawy o podatku dochodowym wartość początkowa praw majątkowych, nie wyłączając licencji i autorskich praw majątkowych, jest tożsama z ceną nabycia tych praw. W sytuacji zaś, gdy wynagrodzenie uzgodnione przez strony w umowie licencyjnej zależne jest od wysokości przychodów z licencji bądź praw, które uzyskał licencjobiorca, ustalając wartość początkową praw majątkowych, a zatem również licencji, nie należy brać pod uwagę tej części wynagrodzenia.

Autor: radca prawny Robert Nogacki
Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Najemcy oraz właściciele nieruchomości handlowych nie czekają na drugą Tarczę

Właściciele ponad 200 małych centrów i parków handlowych prowadzą od kilku tygodni rozmowy z przedsiębiorcami, którzy są najemcami ich powierzchni. Branża handlowa została bardzo boleśnie uderzona przez obecny kryzys, a wypracowane w toku negocjacji porozumienie pozwoli pogodzić różnorodne i często sprzeczne interesy najemców oraz właścicieli nieruchomości. Inicjatywa jest wskazówką dla innych sektorów i branż – można się dogadać, nie czekając na kolejne „tarcze”. Porozumienia z częścią najemców zostały już podpisane.

Trei Real Estate Poland, Mallson Polska i RWS Investment Group to na co dzień konkurenci na rynku małych formatów handlowych. Firmy te zostały wybrane przez społeczność zrzeszającą większość właścicieli parków handlowych działających w Polsce do ich reprezentowania w rozmowach z najemcami. Celem inicjatywy jest wypracowanie pakietu rozwiązań, dzięki którym parki handlowe będą mogły działać i sprawnie przejść przez okres spowolnienia gospodarczego, dając przy okazji przykład innym sektorom gospodarki, jak sprawnie radzić sobie w dobie pandemii. Skoordynowane rozmowy z operatorami sklepów prowadzą do wypracowania metodologii działań zaradczych korzystnych zarówno dla najemcy, jak i właściciela nieruchomości.

Najważniejsze jest wspólne zarządzanie płynnością. Pomożemy naszym najemcom zachować ciągłość finansową i wykorzystać zapasy magazynowe. Pracujemy nad rozwiązaniami indywidualnymi, które różnicujemy ze względu na kondycję finansową danej firmy oraz jej branżę. Innej pomocy potrzebują bowiem drogerie, sklepy z elektroniką czy odzieżowe. Dziś należy zadbać przede wszystkim o to, aby koszty czynszu nie zabrały naszym najemcom środków na zatowarowanie i pozwoliły prowadzić operacje w tym trudnym dla gospodarki okresie, mówi Jacek Wesołowski, dyrektor zarządzający Trei Real Estate Polska.

Ustalenia i aneksy umów najmu będą obejmowały okres działalności parków handlowych w czasie najostrzejszych obostrzeń wynikających z walki z pandemią, a dla branż, które tego oczekiwały – także w okresie po jej zakończeniu. Zakładają one zwrot kosztów ponoszonych teraz przez właścicieli obiektów w bardziej stabilnej gospodarczo przyszłości. Inicjatywa przedstawicieli parków handlowych na rzecz ustabilizowania współpracy z najemcami w czasie koronakryzysu jest dobrym przykładem aktywnie podjętej współpracy i zjednoczenia branży w momencie trudnej konfrontacji z bezprecedensową sytuacją.
Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że powrót do normalności nie nastąpi z dnia na dzień. Dlatego wypracowujemy rozwiązania wspierające najemców w zachowaniu płynności finansowej. To jasne, że ani parki handlowe, ani właściciele działających w nich sklepów nie wyjdą z koronakryzysu bez szwanku. Stąd tak istotne jest zjednoczenie się graczy sektora handlowego i wypracowane wspólnie środków zaradczych, które w dłuższej perspektywie sprawią, że łatwiej będzie ruszyć z biznesem po zakończeniu pandemii. Dzięki temu powstają rozwiązania dostosowane do faktycznych potrzeb właścicieli nieruchomości i ich najemców, które zadziałają efektywniej niż te proponowane na poziomie ogólnym, podsumowuje Maciej Mazur, prezes Mallson Polska.

VMware: firmom brakuje spójnych strategii w zakresie widoczności sieci i bezpieczeństwa

Coraz więcej firm na świecie dostrzega znaczenie nowoczesnych sieci. Ten swoisty firmowy krwiobieg łączy systemy i urządzenia, dostarcza ludziom aplikacje i chroni wrażliwe dane. Jednocześnie prawie dwie trzecie europejskich dyrektorów ds. IT uważa, że budowa i uzyskanie kompleksowej widoczności takiej sieci jest niezwykle trudnym zadaniem – wynika z najnowszego badania VMware oraz IDC. Prawie połowa ankietowanych stwierdziła, że ten brak stanowi jedno z największych biznesowych wyzwań m.in. pod kątem cyberbezpieczeństwa.

W toku trwającej dzisiaj digitalizacji dużo mówi się o wirtualnych rozwiązaniach, które z dnia na dzień rewolucjonizują biznes. Każda współczesna firma działa jednak zarówno w oparciu o systemy i aplikacje, jak i fizyczny sprzęt IT oraz flotę urządzeń mobilnych. Dla bezpieczeństwa i skuteczności współczesnego biznesu ważne jest więc kto, gdzie i kiedy podłącza taki element do firmowej sieci. Według internetowej ankiety VMware zrealizowanej przez IDC, wiele firm jest jednak zagrożonych, ze względu na problem z uzyskaniem tej widoczności. Przeprowadzone z kolei Forresterem badanie VMware dorzuca do tej układanki jeszcze jeden kłopotliwy aspekt: wewnętrzny konflikt w firmach, którego kością niezgody są priorytety biznesowe i podejście do sieci.

Firmowa wojna domowa

Ponad 37 proc. europejskich dyrektorów ds. IT przyznało, że sygnalizowany przez VMware oraz IDC, problem braku widoczności sieci, prowadzi do konfliktów i niedopowiedzeń na linii IT – działy cyberbezpieczeństwa. Niestety, ale 29 proc. z nich, zapytanych przez firmę Forrester, na zlecenie VMware, czy zamierzają w najbliższym czasie stworzyć dla swoich organizacji kompleksową strategię bezpieczeństwa i rozwoju IT, odpowiedziało przecząco.

Nowoczesna sieć dostarcza nam dzisiaj aplikacje, łączy firmowe chmury i centra danych oraz urządzenia końcowe. Biorąc to pod uwagę, sieć może w znaczący sposób chronić firmowe dane na każdym poziomie infrastruktury – od miejsca, gdzie powstały, aż po użytkownika końcowego. To wymaga jednak programowego podejścia do technologii oraz współpracy ze strony IT, oraz innych działów – komentuje Jeremy Van Doorn, Starszy Dyrektor działu Software Defined Data Center w VMware EMEA.

Obecnie tylko 38 proc. zespołów ds. rozwoju firmowych sieci, bierze aktywny udział w opracowywaniu strategicznych dokumentów i procedur bezpieczeństwa. Jednocześnie 60 proc. z nich jest angażowanych w działania mające na celu bieżącą ochronę firmowych danych i aplikacji. Według raportu VMware, działy IT i bezpieczeństwa nie mają jednocześnie pełnej wiedzy i świadomości co do tego, kto jest finalnie odpowiedzialny za bezpieczeństwo sieci. Zdaniem analityków, to znak, że działy te nie traktują specjalistów sieciowych jak równych sobie, a sieci jako istotnego komponentu firmowej infrastruktury.

Współpraca albo krach

Uzyskane przez VMware, IDC i Forrestera wyniki badań pozostają w wyraźnej sprzeczności z faktem, że nowoczesne sieci są postrzegane przez firmy jako niezbędny element biznesowego cyberbezpieczeństwa i ciągłości działania. Według IDC ponad 43 proc. europejskich firm oraz instytucji przyznaje, że cyfryzacja infrastruktury sieciowej to dla nich priorytet do 2021 roku. Badania VMware wykazały, że firmy muszą koniecznie postawić na współpracę poszczególnych działów, by zapewnić sobie spójny model bezpieczeństwa, bez którego nie da się zrealizować strategicznych celów europejskich firm. Według ankietowanych obecnie są to: przyspieszenie postępu technologicznego (56 proc.), zdolność do szybkiego reagowania na zmiany (56 proc.) oraz zwiększony poziom bezpieczeństwa (55 proc).

Firmy, które chcą szybko dostosowywać się do bieżących warunków rynkowych, muszą mieć nieprzerwany i bezpieczny dostęp do innowacyjnych aplikacji z poziomu data center, chmury i to bez względu na urządzenie końcowe. Gwarantem tej swobody działania jest dzisiaj sterowana programowo sieć Virtual Cloud Network. Taka sieć musi z kolei na stałe wpisać się w DNA europejskich firm. Musi być strategicznym orężem, a nie tylko linią na wykresach poszczególnych działów zajmujących się technologiami w firmie – komentuje Van Doorn z VMware.

Według VMware, priorytety działów IT i specjalistów ds. bezpieczeństwa są jednak całkowicie odmienne i nie widzą one potrzeby ścisłej współpracy. Dla 51 proc. ankietowanych administratorów najważniejsze jest zapewnienie efektywności działań w obszarze IT, z kolei 49 proc. ekspertów ds. cyberochrony stawia na szybkie rozwiązywanie problemów po ataku. Jednocześnie, mniej niż jedna trzecia z nich bierze aktywny udział w realizacji firmowej strategii bezpieczeństwa. Zdaniem ekspertów jest to szczególnie rażące w czasach, gdy zagrożenia ewoluują każdego dnia, a stan infrastruktury IT należy monitorować kompleksowo. Zaniedbania w tym obszarze mogą kosztować setki tysięcy dolarów strat.

Bezpieczeństwo = gra zespołowa

Zmiany wymagają jednak kompleksowych działań na kilku firmowych szczeblach. 45 proc. ankietowanych przez VMware specjalistów uważa, że wspólna strategia, opracowana zarówno przez IT, działy sieciowe i cyberbezpieczeństwa, pozwoliła by znacząco ograniczyć liczbę incydentów oraz wycieków i przyspieszyłaby identyfikację nowych zagrożeń. Sami ankietowani przyznali jednak, że jest to zadanie trudne w realizacji. 84 proc. z nich mówi wprost, że ich działy nie mają dobrych relacji.

Musimy zacząć postrzegać cyberbezpieczeństwo jako grę zespołową, niestety jest ono nadal ofiarą firmowych silosów kompetencyjnych. Kluczem do sukcesu nowoczesnego IT i bezpieczeństwa jest jednak silna współpraca ze wspólną odpowiedzialnością za powierzone zadania, ze wspólną strategią oraz gwarancja, że każdy element bezpieczeństwa, w tym sieci, jest od samego początku wbudowany w podstawę całej firmowej strategii – mów ekspert VMware.

Ponad połowa organizacji chce więc przymusić szeroko rozumiane działy technologiczne do współpracy, wdrażając w ciągu najbliższych 3-5 lat model wspólnej odpowiedzialności. Dla 58 proc. organizacji kluczowa jest współpraca w zakresie ochrony infrastruktury IT, dla 51 proc. przy wykrywaniu zagrożeń, a dla 43 proc. bezpieczeństwo chmurowe.

To jednak tylko wierzchołek góry lodowej, współpraca musi być bardziej kompleksowa, a jej początek musi stanowić odpowiednia infrastruktura sieciowa, która łączy, napędza i chroni każdy element firmowej infrastruktury – przyznają eksperci.

O badaniu firmy Forrester na zlecenie VMware

Badanie zostało przeprowadzone w lutym 2020 r. na grupie 665 dyrektorów ds. IT i cyberbezpieczeństwa, w 17 krajach regionu EMEA m.in w Niemczech, Francji, Wlk. Brytanii, Rosji i Polsce. Ankietowani reprezentowali firmy z takich branż jak handel, edukacja, usługi finansowe czy telekomunikacja.

Nowa taktyka ransomware zagraża szpitalom i przedsiębiorstwom

Szpitalom oraz organizacjom na całym świecie zagraża nowa fala ataków ransomware – ostrzega Check Point Software Technologies. Już listopadzie 2019 zaobserwowano pierwsze próby, nowych – wzbogaconych o dodatkowy etap, ataków ransomware, jeszcze skuteczniej wymuszających okup od ofiar.

Badacze z Check Pointa zidentyfikowali w ostatnim czasie wzrastające wykorzystywanie nowej taktyki ransomware. W nazwanym przez ekspertów „podwójnym wymuszeniu”, taktyka polega na tym, że osoby atakujące dodają dodatkowy etap do ataku ransomware – przed zaszyfrowaniem bazy danych ofiary hakerzy wyodrębnią duże ilości poufnych informacji, grożąc ich opublikowaniem w przypadku nieopłacenia okupu, przez co wywierają większą presję na ofiary, w celu realizacji żądań. Aby udowodnić zasadność zagrożenia, cyberprzestępcy doprowadzają do wycieków niewielkich ilości poufnych informacji do Dark Netu, grożąc, że kolejne informacje zostaną udostępnione, jeśli ofiara natychmiastowo nie opłaci okupu.

Pierwszy opublikowany przypadek podwójnego wymuszenia miał miejsce w listopadzie 2019 r. i dotyczył Allied Universal, dużej amerykańskiej firmy zajmującej się ochroną. Gdy ofiary odmówiły zapłacenia okupu w wysokości 300 Bitcoinów (około 2,3 miliona USD), cyberprzestępcy, którzy korzystali z oprogramowania ransomware „Maze”, zagrozili wykorzystaniem poufnych informacji uzyskanych z systemów Allied Universal, a także skradzionych wiadomości e-mail i certyfikatów nazw domen, w celu przeprowadzenia kampanii spamowej podszywającej się pod Allied Universal.

Następnie atakujący opublikowali próbkę skradzionych plików, w tym umowy, dokumentację medyczną, certyfikaty szyfrujące itp. Natomiast w późniejszym poście na rosyjskim forum hakerskim napastnicy zamieścili link do 10% skradzionych informacji, a także o 50% wyższe żądanie okupu!

Od tego czasu Maze opublikowało dane kilkudziesięciu firm, kancelarii prawnych, dostawców usług medycznych i firm ubezpieczeniowych, które nie poddały się ich żądaniom. Szacuje się, że wiele innych firm unikało publikacji swoich poufnych danych, płacąc żądany okup.

Szpitale na celowniku

Check Point Research ostrzega przede wszystkim szpitale. Według najnowszych analiz ataki ransomware dotknęły ponad 1000 organizacji opieki zdrowotnej w samych Stanach Zjednoczonych, a ich koszty wyniosły ponad 157 mln USD.

W 2017 r. dziesiątki brytyjskich szpitali zostało dotkniętych oprogramowaniem ransomware znanym jako WannaCry, co spowodowało tysiące odwołanych wizyt i zamknięcie niektórych oddziałów ratunkowych. Z kolei w 2019 r. kilka szpitali w USA musiało odmówić konsultacji oraz realizacji zabiegów po kolejnej fali ataków oprogramowania ransomware.

Podwójne wymuszanie to wyraźny i rosnący trend w atakach ransomware, a w pierwszym kwartale 2020 roku byliśmy świadkami wielu tego typu prób. Gracze zagrażają jeszcze bardziej swoim ofiarom, doprowadzając do wycieków poufnych informacji w najciemniejsze miejsca w sieci, aby przedstawić dowody uzasadniające żądania okupu. Szczególnie martwi nas to, że również szpitale, w ciężkim okresie pandemii, muszą stawić czoła temu zagrożeniu. Stąd, zwracamy się do szpitali i dużych organizacji, zachęcając ich do tworzenia kopii zapasowych danych i edukowania swoich pracowników – mówi Lotem Finkelsteen, manager działu wywiadu zagrożeń w firmie Check Point.

Jak możemy się chronić?

W toczącej się walce z ciągle rozwijającymi się taktykami ransomware najlepszą obroną jest przede wszystkim zapobieganie. Check Point szczegółowo opisał najlepsze praktyki pozwalające uniknąć stania się ofiarą oprogramowania ransomware:

  1. Utwórz kopię zapasową danych i plików

Bardzo ważne jest, aby konsekwentnie tworzyć kopie zapasowe ważnych plików, najlepiej przy użyciu zewnętrznej pamięci masowej. Włącz automatyczne tworzenie kopii zapasowych, abyś nie musiał polegać jedynie na samodzielnym wykonywaniu kopii przez pracowników.

  1. Ucz pracowników, aby rozpoznawali potencjalne zagrożenia

Najczęstszymi metodami infekcji stosowanymi w kampaniach ransomware są nadal spam i wiadomości phishingowe. Dość często świadomość użytkownika może zapobiec atakowi przed jego wystąpieniem. Poświęć trochę czasu na edukację użytkowników i upewnij się, że jeśli zauważą coś niezwykłego, natychmiast powiadomią o tym zespoły bezpieczeństwa.

  1. Ogranicz dostęp tych, którzy tego nie potrzebują

Aby zminimalizować potencjalny wpływ udanego ataku ransomware na Twoją organizację, upewnij się, że użytkownicy mają dostęp tylko do informacji i zasobów wymaganych do wykonania swoich zadań. Wykonanie tego kroku znacznie zmniejsza prawdopodobieństwo ataku ransomware przemieszczającego się w poprzek sieci. Rozwiązanie problemu ataku ransomware na jeden system użytkownika może być kłopotliwe, ale implikacje ataku obejmującego całą sieć są znacznie większe.

  1. Aktualizuj zabezpieczenia oparte na sygnaturach

Z punktu widzenia bezpieczeństwa informacji z pewnością korzystne jest utrzymywanie i aktualizowanie programów antywirusowych i innych zabezpieczeń opartych na sygnaturach. Chociaż same zabezpieczenia oparte na sygnaturach nie są wystarczające do wykrywania i zapobiegania wyrafinowanym atakom ransomware zaprojektowanym w celu uniknięcia tradycyjnych zabezpieczeń, są one ważnym elementem kompleksowej postawy bezpieczeństwa. Aktualne zabezpieczenia antywirusowe mogą zabezpieczyć Twoją organizację przed znanym złośliwym oprogramowaniem, które było wcześniej widoczne i ma istniejący i rozpoznany podpis.

  1. Wdróż wielowarstwowe zabezpieczenia, w tym zaawansowane technologie zapobiegania zagrożeniom

Oprócz tradycyjnych zabezpieczeń opartych na sygnaturach, takich jak antywirus i IPS, organizacje muszą wprowadzić dodatkowe warstwy, aby zapobiec nowemu nieznanemu złośliwemu oprogramowaniu, które nie ma znanej sygnatury. Dwa kluczowe elementy do rozważenia to ekstrakcja zagrożeń (odkażanie plików) i emulacja zagrożeń (zaawansowany sandboxing). Każdy element zapewnia odrębną ochronę, która w połączeniu z obszernym rozwiązaniem zapewnia ochronę przed nieznanym złośliwym oprogramowaniem na poziomie sieci i bezpośrednio na urządzeniach końcowych.

Polski sektor nieruchomości komercyjnych pyta o tarczę

Polski sektor nieruchomości komercyjnych (biura, magazyny, powierzchnie handlowe) odpowiadający za 12% polskiego PKB, jak wyliczył Colliers, był dotąd stabilnym źródłem wpływów budżetowych Państwa oraz lokalnych samorządów. Nowoczesne inwestycje biurowe były jednym z ważnych katalizatorów rozwoju wielu gałęzi gospodarki, w tym sektora nowoczesnych usług biznesowych oraz nowych technologii.

Według danych ABSL, w ostatnich trzech latach branża ta tworzyła średnio 85 nowych miejsc pracy dziennie, a tej dynamice towarzyszyły inwestycje w sektorze nieruchomości. Łącznie w firmach BPO/SSC, które działają zarówno w dużych aglomeracjach jak i miastach średniej wielkości, pracuje dziś 307 tys. osób. Dzięki aktywności inwestorów oraz właścicieli budynków biurowych udało nam się stworzyć unikalne w tej części Europy rynki pracy w miastach regionalnych, które z powodzeniem konkurują nie tylko z Warszawą, ale również innymi stolicami Europy Środkowej. ABSL oraz Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych (PINK) zgodnie twierdzą, że nie można traktować nieruchomości komercyjnych w oderwaniu od innych branż i sektorów, które z tym sektorem współpracują.

Dlatego w trosce o utrzymanie potencjału sektora oraz w celu minimalizowaniu skutków kryzysu gospodarczego i społecznego, Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych opracowała szereg postulatów, które mogą pomóc w ratowaniu płynności finansowej przedsiębiorstw sektora i pomóc w przezwyciężeniu trudności wynikających z sytuacji epidemicznej.
Projekt tarczy antykryzysowej dla nieruchomości wg PINK:

  1. Zniwelowanie braku symetrii pomiędzy najemcami obiektów handlowych i właścicielami wprowadzonych zawieszeniem umów najmu poprzez wprowadzenie ulg dla właścicieli (np. w zakresie umorzeń lub odroczeń podatków czy wsparcia finansowego). Wprowadzenie precyzyjnych zapisów dotyczących umów w okresie zamknięcia obiektów handlowych.
  2. Powrót do odbiorów branżowych i ostatecznych prac budowlanych. Zapis z uzupełnień do tarczy opublikowany 9.04 nie poprawia sytuacji odbiorów częściowych (strażak, sanepid, itp.).
  3. Kwestie podatkowe: uwolnienie środków z rachunków VAT (brak stałego wpływu na budżet); brak opóźnień w realizacji zwrotów VAT / zwrotów nadpłat w podatku dochodowym (brak stałego wpływu na budżet); odroczenie płatności podatków (brak stałego wpływu na budżet).
  4. Wprowadzenie systemowych rozwiązań w zakresie odroczenia spłat kredytów deweloperskich i inwestycyjnych.
  5. Zmiany w zakresie art. 15g, tak aby warunek posiadania braku zaległości na koniec 3 kwartału uważało się za spełniony, jeżeli przedsiębiorca dysponuje zaświadczeniem o niezaleganiu z ZUS i / lub organów podatkowych wydanych w dowolnym okresie późniejszym.

Brak symetrii w ochronie właścicieli nieruchomości komercyjnych i najemców nawet w krótkiej perspektywie czasowej może doprowadzić do utraty płynności właścicieli nieruchomości będzie mieć katastrofalne skutki na cały rynek nieruchomości oraz na lokalne rynki pracy. W konsekwencji uderzy to w budżet państwa – mówi Agnieszka Jachowicz, Dyrektor Operacyjna Polskiej Izby Nieruchomości Komercyjnych PINK.

Sektor nieruchomości komercyjnych napędzany branżą nowoczesnych usług dla biznesu przez ostatnie dwadzieścia lat fundamentalnie przyczynił się do rozwoju polskiej gospodarki – zwiększając konkurencyjność i atrakcyjność inwestycyjną naszego kraju w Europie. Polska z pewnością wyróżnia się na tle krajów europejskich ofertą i jakością nieruchomości. Dlatego teraz musimy dołożyć starań, aby chronić jeden z naszych podstawowych filarów dzięki, któremu mogliśmy się dotąd rozwijać. Liczymy, że postulaty opracowane w gronie ekspertów branży nieruchomości i praktyków biznesu zostaną uwzględnione w pracach rządu przy Tarczy Antykryzysowej 2.0 – mówi Piotr Dziwok, Prezes ABSL.

Jak wynika z danych JLL w ubiegłym roku najemcy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu wynajęli w Polsce 400 000 mkw. powierzchni, co przełożyło się na 25% popytu i na aż 54% popytu poza Warszawą. Taka aktywność firm z branży BPO/SSC była m.in. możliwa dzięki wysokiej dostępności nowoczesnych projektów biurowych. Bez tego aspektu nie mielibyśmy szans na ściągnięcie kolejnych międzynarodowych graczy, a ci obecni nie mieliby pola do rozwoju swojego biznesu w naszym kraju. Dlatego tak ważne jest zabezpieczenie interesów właścicieli nieruchomości komercyjnych, również tych realizujących budynki biurowe. To umożliwi im bowiem przynajmniej częściowe utrzymanie dotychczasowych planów związanych z realizacją przyszłych projektów. Sektor nieruchomości analizuje obecną sytuację patrząc na jej długofalowe skutki, takie też podejście powinno zostać przyjęte przy wprowadzaniu poprawek do Tarczy Antykryzysowej – komentuje Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

Bazooka FED: Strzał o dalekim zasięgu

3 marca stopa docelowa funduszy federalnych wciąż znajdowała się na poziomie 1,75%, podczas gdy bilans Rady Rezerwy Federalnej wynosił 4,2 bln USD. Sześć tygodni później (15 kwietnia) Fed obniżył stopę procentową do 0,25% i powiększył bilans o 2,1 bln USD do 6,3 bln USD.

Rysunek 1: Powiększanie bilansu Fed

Powiększanie bilansu Fed
Tygodnie od początku powiększania bilansu Fed

Źródła: Rada Rezerwy Federalnej H.4.1 i Allianz Research

To zasadnicze powiększenie bilansu kredytowego Fed do wysokości 6,3 bln USD może być bez wątpienia imponujące. W ujęciu bezwzględnym przyćmiewa ono wzrosty notowane w znacznie dłuższych okresach czasu, podczas QE1 (pierwszego luzowania ilościowego) (+1,4 bln USD od września 2008 r. do marca 2010 r.), QE2 (drugiego luzowania ilościowego) (+0,5 bln USD od listopada 2010 r. do czerwca 2011 r.) a nawet QE3 (trzeciego luzowania ilościowego) (+1,6 bln USD od września 2012 do sierpnia 2014 r.). W ujęciu względnym, jak pokazano na Rysunku 1, przyćmiewa ono ponownie QE2 i QE3, ale nie (do tej pory) QE1, ponieważ w tym przypadku punkt wyjściowy był znacznie niżej. Jeżeli to powiększenie bilansu Fed ma wywrzeć wrażenie swoim tempem i wielkością na rynkach kapitałowych, jest także jednocześnie świadectwem skali szoku spowodowanego przez epidemię Covid-19. Rzeczywiście, wszystkie pierwsze wskaźniki dostępne za marzec (wstępne roszczenia ubezpieczeniowe z tytułu utraty pracy, płace w sektorze przedsiębiorstw, sprzedaż detaliczna, produkcja przemysłowa, liczba rozpoczętych budów) wskazywały na bezprecedensowe skurczenie się gospodarki USA.

Stwierdziwszy powyższe, należy mieć na uwadze, że obecny kryzys bardzo różni się od wielkiego kryzysu finansowego, który wybuchł w latach 2007-2008. Jak sugeruje jego nazwa, wielki kryzys finansowy powstał w sektorze usług finansowych. Obecny kryzys został spowodowany przez prawdziwy zewnętrzny wstrząs, który nagle zatrzymał przepływ ludzi, towarów, usług i zatem pieniądza w realnej gospodarce. Oznacza to, że polityka pieniężna i budżetowa będzie musiała sprostać całkiem innego rodzaju wyzwaniom. W 2008 r. pierwszą linię obrony stanowił sektor bankowy: uratowanie go przed upadkiem było warunkiem wstępnym ochrony realnej gospodarki. Tym razem, pierwszą linię obrony stanowi realna gospodarka: uratowanie jej przed upadkiem to jedyny sposób, aby powstrzymać obecny kryzys przed przekształceniem w kryzys bankowy. Dlatego, bardziej niż kiedykolwiek, rozstrzygające znaczenie ma ocena, czy płynność kreowana przez Rezerwę Federalną dosięga realnej gospodarki czy nie.

Innymi słowy, ważne jest, aby przyjrzeć się zmianom zarówno po stronie aktywów, jak i pasywów Rezerwy Federalnej: aktywom na potrzeby wykorzystania płynności banku centralnego, pasywom, aby sprawdzić, gdzie ta płynność wylądowała. Jak pokazano w Tabeli 1, nieco ponad 60% wzrostu wartości aktywów o 2,1 bln USD pochodzi z zakupu skarbowych papierów wartościowych USA. Drugi co do wielkości wkład (prawie 18%) pochodzi ze swapów płynności banku centralnego. Na kolejnych miejscach znalazły się papiery wartościowe zabezpieczone hipotecznie (prawie 10%) oraz pożyczki (5,7%), które obejmują Primary Dealer Credit Facility (PDCF) oraz Money Market Mutual Fund Liquidity Facility (MMLF– Instrument Płynności Funduszy Rynku Pieniężnego). Na dzień 15 kwietnia umowy odkupu (pożyczki zabezpieczone papierami wartościowymi) praktycznie nie uległy zmianie od 04 marca, ale wzrost o 250 mld USD do 18 marca, pobudzony przez niestabilność rynku, spowodował wezwania do uzupełnienia depozytu zabezpieczającego i nie rozwinął się po terminach rozliczenia transakcji na instrumentach pochodnych.

Rzeczywiście, dopiero 23 marca Fed ogłosił swój plan zakupu obligacji korporacyjnych zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. I, oczywiście, ogłaszając po porostu plany poszerzenia swoich interwencji na rynkach kredytowych, Fed mógł sprawić, że staną się one zbędne, przynajmniej do czasu, gdy nowe „złe” wiadomości, takie jak niewywiązywanie się ze zobowiązań kredytowych ponownie pojawią się na rynkach kredytowych. Tym niemniej jednak na razie słuszne wydaje się stwierdzenie, że dotychczas prywatny sektor niefinansowy w bardzo ograniczonym zakresie skorzystał bezpośrednio z interwencji FED. Np. ogłoszony 17 marca instrument finansowania papierów komercyjnych wciąż czeka na uruchomienie.

Przegląd zobowiązań Fed potwierdza tę ocenę. Rezerwy zdeponowane przez banki w Fed pochłonęły 63% wzrostu kredytu Fed o 1,8 bln USD. Drugim co do wielkości beneficjentem w tej kwocie był rachunek ogólny Skarbu USA, wykorzystując 34% tej sumy Na dalszych miejscach wśród beneficjentów plasują się rezerwy utrzymywane przez izby rozliczeniowe (7%), gotówka w obiegu (4%) i umowy odkupu zwrotnego (2%). Dowodem na to, że polityka fiskalna rzeczywiście przyczynia się do ratowania gospodarki realnej, będzie kurczenie się ogólnego rachunku skarbu państwa, jak na razie Skarb USA jedynie akumuluje „wojenne” rezerwy.

Aby zakończyć to badanie transmisji polityki pieniężnej, w Euler Hermes, przyjrzeliśmy się cotygodniowym aktywom banków komercyjnych w USA. Według ostatnich dostępnych danych z dnia 8 kwietnia, prawie dwie trzecie wzrostu aktywów banków o 1,5 bln USD od 04 marca wiązało się z aktywami pieniężnymi, z czego większość tworzyły rezerwy w Fed. Co ciekawe, fundusze federalne, tj. rezerwy pożyczane i zaciągane na rynku międzybankowym, skurczyły się o 235 mld USD, tak więc w ujęciu netto, szerzej zdefiniowane aktywa gotówkowe tłumaczą prawie połowę wzrostu aktywów banków. Natomiast kredyty komercyjne i dla przedsiębiorstw odpowiadają jedynie za jedną trzecią wzrostu wartości aktywów banków. Według niepotwierdzonych informacji duża część tego wzrostu kredytów komercyjnych i dla przemysłu została wywołana przez firmy dążące do skorzystania z rezerwowych linii kredytowych (odnawialnych linii kredytowych) wynegocjowanych jeszcze przed kryzysem. Innymi słowy, ekspansja pożyczek komercyjnych i przemysłowych w mniejszym stopniu odzwierciedla gotowość banków do udzielania pożyczek, a w większym pęd ich klientów korporacyjnych za gotówką. Spadek na rynku pożyczek konsumpcyjnych wskazuje ten sam trend. Początek sezonu wyników z I kw. pokazuje, że banki spodziewają się wzrostu strat z tytułu udzielonych pożyczek. Bez pewnej formy gwarancji pożyczek udzielonej przez Skarb USA nowe kredyty bankowe mogą być problematyczne, jeżeli w ogóle nie zostaną poddane kwarantannie.

AUTOR ANALIZY: ERIC BARTHALON
Szef Badań Rynków Kapitałowych

Kolejne specjalne rozwiązania dla cudzoziemców

W sobotę weszły w życie kolejne zmiany w prawie przewidujące m.in. szczególne rozwiązania dla cudzoziemców w Polsce. W ramach rozszerzenia tzw. tarczy antykryzysowej wprowadzono m.in. przedłużenie legalnego pobytu osób przebywających w kraju na podstawie wiz Schengen czy ruchu bezwizowego. Obowiązujące obecnie przepisy umożliwiają tym samym legalne pozostanie w kraju osobom, które chcą realizować dotychczasowy cel pobytu lub nie mogą opuścić Polski w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2.

Przedłużenie legalnego pobytu cudzoziemca przebywającego w Polsce na podstawie zezwolenia na pobyt czasowy, wizy krajowej lub krótkoterminowych tytułów pobytowych (m.in. wiz Schengen i ruchu bezwizowego) dotyczy sytuacji, w których ostatni dzień legalnego pobytu przypadnie na czas obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii. Jest to zatem okres od 14 marca 2020 r. kiedy ogłoszono stan zagrożenia epidemicznego. Wówczas okres legalnego pobytu w Polsce będzie ulegał przedłużeniu z mocy prawa do upływu 30-go dnia następującego po dniu odwołania tego stanu, który obowiązywał jako ostatni.

W przypadku cudzoziemców przebywających w Polsce na podstawie krótkoterminowych tytułów pobytowych (m.in. wiz Schengen i ruchu bezwizowego), uznanie pobytu za legalny będzie dotyczyło tylko osób, które 14 marca 2020 r. były w kraju na podstawie takich tytułów. Nie dotyczy natomiast osób, które wjechały do Polski później – w takiej sytuacji cudzoziemiec może skorzystać z warunkowego legalnego pobytu i złożenia wniosku o zezwolenie na pobyt w przedłużonym terminie.

Przedłużenie legalności pobytu nie będzie wiązało się z umieszczeniem w dokumencie podróży cudzoziemca nowej naklejki wizowej, wydaniem nowej karty pobytu czy innych dokumentów. Nie będzie także konieczne składanie żadnych wniosków.

Cudzoziemiec będzie miał możliwość realizowania dotychczasowego celu pobytu w Polsce np. wykonywania pracy. Przedłużone zostały bowiem zezwolenia na pracę i na pracę sezonową oraz dozwolony okres pracy na podstawie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi. Będzie mógł również opuścić Polskę bez ryzyka wejścia w nielegalny pobyt.

Nowe przepisy przewidują także przedłużenie z mocy prawa okresów ważności kart pobytu oraz tymczasowych zaświadczeń tożsamości cudzoziemca (TZTC – dokumenty wydawane cudzoziemcom ubiegającym się o udzielenie ochrony międzynarodowej), jeżeli ich koniec wypadałby w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii. Okres ważności tych dokumentów ulegnie przedłużeniu do upływu 30-go dnia następującego po dniu odwołania tego ze stanów, który obowiązywał jako ostatni.

Ustawa wprowadza również wydłużenie terminów składania wniosków o udzielenie zezwoleń pobytowych, przedłużenie wiz oraz przedłużenie pobytu w ramach ruchu bezwizowego, jeżeli termin ten wypadłby w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii. Jak dotychczas, wnioski te będzie można złożyć w urzędach wojewódzkich do 30-go dnia następującego po dniu odwołania stanu, który obowiązywać będzie jako ostatni.

Ponadto przesunięte zostają terminy na opuszczenie przez cudzoziemców terytorium Polski oraz dobrowolnego powrotu określone w decyzjach o zobowiązaniu cudzoziemca do powrotu.

Urząd do Spraw Cudzoziemców przygotował podsumowanie wprowadzonych specjalnych rozwiązań dla obcokrajowców – można je znaleźć na stronie www.udsc.gov.pl.

Mijają 2 lata od wybuchu afery GetBack. Poszkodowani tracą cierpliwość i pozywają Skarb Państwa

Dokładnie 2 lata temu nastąpiło zawieszenie obrotu instrumentami finansowymi emitowanymi przez spółkę GetBack. Szacuje się, że konsumenci stracili ponad 2 mld złotych. Sami poszkodowani donoszą, że do sądów zostały już wniesione pozwy przeciwko Skarbowi Państwa. I dodają, że na taki krok zdecydują się kolejne osoby. Jednocześnie oceniają działania prokuratury jako niepełne. Liczą na to, że pod koniec roku może zostać wniesiony do sądu akt oskarżenia. Jednak prawnicy studzą te oczekiwania i ostrzegają, że sprawa może ciągnąć się kolejne, długie lata.

17 kwietnia br. minęły 2 lata od wydania przez Komisję Nadzoru Finansowego komunikatu ws. zawieszenia obrotu instrumentami finansowymi wyemitowanymi przez spółkę GetBack. Poszkodowani przekonują, że niestety od tego czasu niewiele zmieniło się w tej kwestii. Jednocześnie występują przeciwko Skarbowi Państwa – KNF, domagając się całości utraconej kwoty.

– W skali ogólnokrajowej zostały wniesione do sądów pozwy na rzecz kilkunastu osób poszkodowanych przez GetBack. Łączna kwota wynosi obecnie kilka milionów złotych. W perspektywie maksymalnie kilku miesięcy realne jest dołączenie kilkudziesięciu kolejnych osób – komentuje Artiom Bujan, prezes Stowarzyszenia Poszkodowanych Obligatariuszy GetBack SA.

Raport NIK-u ze stycznia tego roku wydaje się wzmacniać stanowisko osób występujących wobec KNF. Jednak nie brakuje opinii, że obecnie istnieje znacznie łatwiejsza droga dochodzenia roszczeń niż tego rodzaju powództwo. Zdaniem ekspertów z Kancelarii MBM Legal, największe szanse powodzenia ma obecnie dochodzenie roszczeń obligatariuszy wobec dystrybutorów obligacji z powodu naruszenia m.in. przepisów ustawy o obrocie oraz wymogów dyrektywy MIFID. Podmioty obracające obligacjami GetBack wielokrotnie wykonywały usługi maklerskie (jak oferowanie papierów wartościowych czy doradztwo inwestycyjne) z pominięciem wymogów ustawy o obrocie instrumentami finansowymi i bez stosownych zezwoleń KNF-u.

Z kolei jak informują sami poszkodowani, chcą oni doprowadzić do tego, żeby Prokuratura Regionalna w Warszawie dokonała zabezpieczeń dla osób fizycznych na kontach bankowych. I zwracają uwagę na wyłudzenia, a także korzyści w postaci wielomilionowej prowizji, jaką uzyskały instytucje sprzedające obligacje.

– Zabezpieczenia na poczet przyszłych kar oraz w celu naprawienia szkody majątkowej u poszkodowanych są wykonywane względem osób, którym postawiono zarzuty. Liczenie na to, że obligatariusze będą w stanie w całości zaspokoić się w tym zakresie, jest jednak błędem. Droga do uzyskania tych środków jest niezwykle długotrwała i kłopotliwa. Konieczne jest m.in. prawomocne zakończenie postępowania karnego, co – jak pokazuje przykład Amber Gold – może trwać bardzo długo. Łatwiejsze i szybsze jest odzyskanie środków bezpośrednio od dystrybutorów obligacji, oferujących nabywanie instrumentów finansowych bez posiadania wymaganych zezwoleń – stwierdza Jakub Bartosiak, adwokat z Kancelarii MBM Legal.

Zdaniem poszkodowanych, należy ująć sprawców, na rzecz których pracował były prezes spółki GetBack i zarząd jednego z banków. W wyniku tych działań konsumenci finalnie ponieśli stratę w kwocie ponad 2,3 mld zł. O podjęcie takich kroków wniosły do prokuratury osoby, które uważają, że od nich wyłudzono środki finansowe. Wnioskowały one o dokonanie zabezpieczeń ww. kwot na kontach spółek, do których zostały przeniesione pieniądze po dokonaniu wyłudzenia. Jednak pisma złożone w 2019 roku nie zostały do dzisiaj rozpoznane przez prokuratorów prowadzących śledztwo.

– W mojej opinii, twierdzenie, że ujęcie sprawców i ich ukaranie wpłynie znacząco na możliwość całkowitego zaspokojenia roszczeń obligatariuszy, jest zbyt optymistyczne. Śledztwo prowadzone przez Prokuraturę Regionalną wciąż się toczy. Ocenianie, jak długo będzie jeszcze prowadzone, to jedynie spekulacje. Sporządzenie aktu oskarżenia, następujący po nim długoletni proces karny i ewentualny wyrok skazujący nie wpłyną w sposób znaczący na możliwość całkowitego odzyskania środków – dodaje mec. Bartosiak.

Do tego sami poszkodowani oceniają działania prokuratury jako niepełne. Podkreślają, że zatrzymano szereg sprawców – wykonawców, którzy otrzymali zarzuty związane z wyłudzeniem. Jednak brakuje zarzutów dot. uzasadnionego podejrzenia sfałszowania formularzy nabycia obligacji przez pracowników jednego z banków. Nie ma też zarzutów za podszycie się pod klientów w formularzach nabycia obligacji. Prokuratura również nie wyłączyła sprawy wyłudzenia do odrębnego postępowania, chociażby ze względu na konflikt interesów. Obecnie w jednym śledztwie znajdują się pokrzywdzeni konsumenci oraz spółki, które wprowadziły ich w błąd, uzyskując z całego procederu wielomilionowe korzyści.

– Prokuratura zapewne prowadzi postępowanie przygotowawcze według przyjętego przez siebie planu. Na tym etapie nie sposób ocenić, czy jest on właściwy i czy jego realizacja odbywa się prawidłowo. Należy jednak pamiętać, że zadaniem prokuratury jest przede wszystkim zbadanie, czy doszło do popełnienia przestępstwa, ewentualnie do jakiego konkretnie i przez kogo. Główną rolą prokuratorów nie jest wykonywanie czynności zmierzających do zaspokojenia roszczeń pokrzywdzonych – tłumaczy adwokat Jakub Bartosiak.

W opinii Stowarzyszenia Poszkodowanych Obligatariuszy GetBack SA, kompleksowy akt oskarżenia może zostać wniesiony przez prokuraturę do sądu pod koniec tego roku. Uwzględniałby on wszystkie wnioski pokrzywdzonych, a także osób zlecających oraz umożliwiających podległym sprawcom dokonywania de facto wyłudzeń.

– Warto zwrócić uwagę na to, że w przypadku Amber Gold akt oskarżenia został wniesiony dopiero po blisko trzech latach śledztwa. Ta sprawa dotyczyła kwoty ok. 850 mln zł, zatem blisko trzykrotnie niższej niż w sprawie GetBack. Nie spodziewam się, żeby tu działano szybciej. Jeśli sprawa trafi do sądu już w 2020 roku, będzie to naprawdę bardzo dobra wiadomość, ale 2021 lub nawet 2022 rok nie jest mało prawdopodobny. Wynika to z obszerności sprawy i ograniczonych możliwości śledczych, konieczności oczekiwania na opinie biegłych, przesłuchania dużej liczby świadków – podsumowuje ekspert z kancelarii MBM Legal.

RICS wzywa do etycznych działań, szczególnie w czasach kryzysu: najemcy i właściciele nieruchomości powinni wspólnie wypracować akceptowalne rozwiązania

Wobec aktualnego rozwoju sytuacji na rynku nieruchomości, a w szczególności w handlu detalicznym w centrach handlowych, w którym zgodnie z Ustawą z dnia 31 marca 2020* nastąpiło czasowe zawieszenie wszelkich zobowiązań finansowych stron, RICS wydaje niniejsze oświadczenie. Podstawą stanowiska RICS są standardy dotyczące etycznego i zawodowego postępowania oraz działania stowarzyszenia w interesie publicznym. Interes społeczny powinien być traktowany jako dobro najwyższe.

Seweryna Afanasjew MRICS
Seweryna Afanasjew MRICS, członek zarządu RICS Europe

Seweryna Afanasjew MRICS, członek zarządu RICS Europe: „Wszyscy uczestnicy rynku zostali dotknięci korona-kryzysem i wszyscy powinniśmy, zwłaszcza w tej trudnej rynkowo sytuacji, postępować przede wszystkim etycznie. Zarówno najemcy, jak i właściciele nieruchomości powinni zastanowić się teraz nad nadrzędnym dobrem i szukać rozwiązań, które pozwolą przetrwać wszystkim uczestnikom rynku. Każda ze stron będzie musiała pójść na ustępstwa, nie będzie zwycięzców ani pokonanych, jeżeli w ramach odpowiedzialnych działań gospodarczych oraz w duchu dobrej współpracy rynkowej, opartej na mocnych etycznych standardach, strony wspólnie będą negocjować, szukając akceptowalnych rozwiązań. Należy wykorzystać ścieżkę negocjacji, abyśmy wszyscy mogli wspólnie przejść test kryzysowy”.

Obecnie zaproponowane oficjalne rozwiązania wpływają niekorzystnie na relacje na linii właściciel – najemca pozbawiając strony niejako szans na negocjacje i indywidualne podejście czy też pomijając problemy, z którymi borykają się wynajmujący. Sytuacja taka nie leży w interesie wszystkich uczestników rynku nieruchomości. Prawo mające łagodzić skutki pandemii Covid-19 nie rozwiązuje napiętej sytuacji. Konsekwencje kryzysu zostaną złagodzone tylko wtedy, gdy wszyscy razem zaczniemy wspólnie poszukiwać rozwiązań, pamiętając, że tworzymy jeden organizm i jesteśmy od siebie wzajemnie zależni. W tej chwili dobro wspólne musi być najważniejsze. Wzywamy wszystkie strony do rozważań w tym zakresie.

Obecna sytuacja pokaże, czy zasady etyczne pozostaną jedynie pustymi oświadczeniami w marketingowych broszurach, czy też uczestnicy rynku są gotowi wdrażać je w konkretnych działaniach. Kryzys nie powinien być wykorzystywany dla krótkoterminowych zysków kosztem długotrwałych partnerstw.

Joanna Plaisant Country Manager RICS w Polsce (1)
Joanna Plaisant, Country Manager RICS Polska

RICS zachęca także uczestników rynku do korzystania z alternatywnych metod rozwiazywania sporów, szczególnie w sytuacji zawieszenia działalności sądów. Joanna Plaisant, Country Manager RICS Polska: “Zastosowanie mediacji staje się coraz ważniejsze dla zapobiegania konfliktom związanym z kryzysem wywołanym pandemią Covid-19. Mediacja to skuteczne narzędzie w rękach uczestników rynku, które może mieć zastosowanie do szerokiego wachlarza zagadnień tak, aby znaleźć szybkie i opłacalne rozwiązanie sporów przy jednoczesnym przywróceniu zaufania między stronami”.

* Ustawa o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw: http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/DocDetails.xsp?id=WDU20200000568

Czas pandemii to praktyczny sprawdzian umiejętności zarządczych liderów

Pandemia COVID-19 postawiła wszystkich liderów przed ogromnym wyzwaniem. Dla dużej części z nich to prawdopodobnie najtrudniejszy moment w karierze zawodowej i największy test z przywództwa. Trudność obecnej sytuacji polega na tym, że nikt z nas nie miał wcześniej do czynienia z kryzysem o takim charakterze i na taką skalę.

Każdy dzień przynosi nowe informacje, a każdy tydzień narodowej kwarantanny to ogromny cios dla gospodarki. W gąszczu codziennych newsów i danych wyzwaniem jest umiejętność wyselekcjonowania tych, które są wiarygodne i ważne z punktu widzenia naszej branży i firmy. W końcu lider musi być najlepiej poinformowaną i rozeznaną osobą, aby móc podejmować szybkie i trafne decyzje.

Komunikacja to podstawa

Informacja jest podstawą komunikacji, która w czasach kryzysowych nabiera jeszcze większego znaczenia, niż zwykle. Liderzy powinni być aktywni i stale widoczni. Jest to szczególnie ważne w sytuacji, w jakiej znalazła się większość firm w Polsce i na świecie, masowo przechodząc na zdalny model pracy.

Niewiedza jest fundamentem strachu. Ten z kolei jest destrukcyjny dla komfortu psychicznego i zaburza nasze funkcjonowanie, co w oczywisty sposób przekłada się na to, jak pracujemy. Dobry lider powinien więc dbać o stały przepływ informacji w firmie, a w swojej komunikacji być szczerym i otwartym. Ukrywanie ważnych informacji czy zaklinanie rzeczywistości mogą rodzić brak zaufania, a także być źródłem plotek czy fake newsów, które są szkodliwe dla całej firmy. Pamiętajmy, że poprzez odpowiednią komunikację jesteśmy w stanie utrzymać poczucie bezpieczeństwa i stabilności w zespole. W tym trudnym okresie nasi pracownicy muszą widzieć, że ich liderzy panują nad sytuacją.

Podtrzymać energię

Największym wyzwaniem i prawdziwą próbą dla liderów podczas pracy zdalnej jest utrzymanie działania firmy i zespołu na pełnych obrotach. Samo przygotowanie techniczne nie wystarczy. Ten egzamin zdamy tylko wtedy, gdy będziemy w stanie podtrzymać w ludziach energię i siłę do działania. I tutaj właśnie ogromną rolę mają do odegrania managerowie – od najniższego do najwyższego szczebla, pamiętając, że przykład idzie z góry. Podczas kryzysu to szef jest siłą napędową dla swojego zespołu, pokazując, że nawet w trudnej sytuacji potrafimy się odnaleźć i dobrze funkcjonować.

Zbudować autorytet

Każdy kryzys to czas sprawdzianu i pokazania w praktyce naszych umiejętności zarządczych. Ale też tego, jakimi jesteśmy ludźmi. Jeśli wcześniej, w okresie prosperity, nie zbudowaliśmy naszego autorytetu i nie wypracowaliśmy dobrej kultury organizacji, to teraz, podczas kryzysu, te braki wyjdą na jaw. Nasz autorytet powinien opierać się na trzech filarach: transparentności, autentyczności i zaufaniu.

Empatia i zaufanie

To właśnie ta ostatnia cecha jest absolutną podstawą w pracy zdalnej, z której firmy zdają obecnie test na masową, nieznaną wcześniej skalę. Ale oprócz zaufania, liderzy powinni też wykazywać się empatią i uważnie słuchać swoich pracowników, by umiejętnie diagnozować nastroje panujące w zespole. Nie możemy zapominać, że nie wszyscy dysponują w domu dobrymi warunkami do pracy, inaczej też reagujemy na stres, którego źródłem może być kryzysowa sytuacja. Dlatego tak ważne jest, aby w czasie długotrwałej pracy zdalnej dać pracownikom wsparcie i okazać zrozumienie.

Kultura organizacji

Z obecnej sytuacji firmy powinny wyciągnąć naukę, jak ważne jest budowanie kultury organizacji. Choć w okresie prosperity wielu szefom mogło się to wydawać zbędne, w czasie kryzysu te braki bardzo się uwidaczniają. Idealnym przykładem jest przygotowanie pracowników do pracy zdalnej, zarówno pod kątem technologicznym, jak i mentalnym. Elastyczny model pracy to część kultury organizacyjnej Colliers, którą praktykujemy już od wielu lat, co bardzo nam pomogło – z dnia na dzień, w ciągu zaledwie jednej doby, sprawnie przenieśliśmy prawie całą 300-osobową załogę na home office.

Prawdziwy lider

Jest takie zdanie, które mocno zapadło mi w pamięć i stanowi dla mnie inspirację w codziennej pracy, zwłaszcza teraz: dobry lider dba o to, aby jego ludzie czuli się z nim dobrze, ale prawdziwy lider dba o to, aby ludzie czuli się dobrze sami ze sobą. Zachęcam liderów, aby motywowali swoich pracowników do rozwoju, nie tylko pod kątem biznesowym, ale też personalnym, bo to da im siłę i wzmocni poczucie własnej wartości. Namawiam też do otwartej komunikacji, dzielenia się sukcesami, ale i troskami. Jesteśmy tylko ludźmi, mamy wzloty i upadki. Oczywiście pracujmy nad swoimi słabościami, ale bądźmy dla siebie i dla swoich współpracowników dobrzy i wyrozumiali.

Monika Rajska-Wolińska – partner zarządzająca Colliers International w Polsce

Pierwsze skutki wpływu koronawirusa na warszawski rynek biurowy

Wpływ pandemii koronawirusa na dane za pierwszy kwartał 2020 r. dla rynku nieruchomości biurowych w Warszawie był dość umiarkowany, podaje firma doradcza Savills. Mimo to widać, że najemcy rozpoczęli już proces optymalizacji kosztów. Może się to wkrótce przełożyć na większą liczbę renegocjacji kosztem relokacji, a także zwiększone zapotrzebowanie na podnajem powierzchni. Firmy mogą również zacząć poszukiwać bardziej elastycznych warunków najmu i tańszych lokalizacji.

Zgodnie z najnowszym raportem firmy Savills, w pierwszym kwartale 2020 r. w Warszawie oddano do użytku tylko jeden nowy budynek. Był to pierwszy obiekt kompleksu Varso Place, który dostarczył 6700 m kw. powierzchni biurowej, a także 1600 m kw. powierzchni handlowej i hotel sieci Nyx. Inwestycja ta zwiększyła całkowite zasoby biurowe stolicy do 5,59 miliona m kw.

W Warszawie w budowie pozostaje obecnie blisko 792 000 m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej, z czego jeszcze w tym roku planowane jest oddanie ponad 421 000 m kw. Większość tegorocznej nowej podaży (70%) to projekty wielkoskalowe, które są już w ponad 85% wynajęte na zasadzie umowy przednajmu lub zabezpieczenia listem intencyjnym. Niewykluczone jednak, że wpływ obecnej sytuacji na dostępność materiałów budowalnych i pracowników może doprowadzić do opóźnień, zwłaszcza w kontekście rozpoczynania nowych projektów deweloperskich.

„Pandemia koronawirusa zmusiła już dużą liczbę firm do zrewidowania swojego zapotrzebowania na powierzchnię biurową. Część z nich może zacząć rozważać podnajem obecnie wykorzystywanej powierzchni lub renegocjowanie warunków podpisanej wcześniej umowy przednajmu. Najemcy będą szukać sposobów na optymalizację kosztów, np. poprzez łączenie wynajmu tradycyjnej powierzchni biurowej z dodatkową powierzchnią coworkingową, czy też implementacje w większym wymiarze pracy zdalnej lub rozwiązań takich jak hot desking. Dążenie do wygenerowania oszczędności może również skłonić niektóre firmy do rozważenia tańszych lokalizacji, chociażby na Służewcu” – mówi Monika Wakulska, dyrektor z działu powierzchni biurowych, reprezentacja wynajmującego, Savills.

W pierwszym kwartale 2020 r. odnotowano umiarkowany popyt na powierzchnie biurową. W tym czasie w Warszawie wynajęto ok. 138 900 m kw., czyli mniej więcej tyle samo co w analogicznym okresie ubiegłego roku. Pozacentralne lokalizacje cieszyły się większą popularnością, niż obszary biurowe zlokalizowane w ścisłym centrum miasta. Prym wiódł Służewiec i okolice ronda Daszyńskiego, gdzie wynajęto podobną ilość powierzchni biurowej  w pierwszym kwartale (odpowiednio 37 200 m kw. i 37 100 m kw.). Popyt generowany był głównie przez firmy z sektora finansowego (23%), usług (22%) i nowych technologii (12,5%).

“W nadchodzących miesiącach spodziewamy się spadku popytu na powierzchnię biurową. Trwające obecnie procesy najmu będą kontynuowane, ale nowe będą rozpoczynane coraz rzadziej, gdyż najemcy, o ile będzie to możliwe, będą woleli odłożyć tę decyzję w czasie. Firmy dużo częściej będą się skłaniać do pozostawania w obecnie zajmowanych budynkach, niż do przenoszenia do nowych lokalizacji. Mogą chcieć również dążyć do uzyskania bardziej elastycznych warunków najmu, pozwalających im na bieżąco dostosowywać wielkość zajmowanej powierzchni do ich aktualnych potrzeb” – dodaje Monika Wakulska z Savills.

Warszawa posiada obecnie niski współczynnik niewynajętej powierzchni biurowej, kształtujący się na poziomie 7,5% (30 punktów procentowy mniej w porównaniu do poprzedniego kwartału i 160 punktów procentowych mniej w porównaniu do analogicznego kwartału 2019 r.). Jak podaje Savills w raporcie „Rynek biurowy w Warszawie”, w Centralnym Obszarze Biznesu oraz w Centrum czynsze nominalne nie uległy zmianie. W najlepszych lokalizacjach w Centrum dochodzą do 22,5 – 25,5 euro za m kw. miesięcznie, a na Służewcu, największym pozacentralnym obszarze biznesowym stolicy, wynoszą od 13 do 15 euro za m kw. miesięcznie.

„Pomimo stabilnego poziomu czynszów na niekorzyść najemców działa spadający kurs złotego. Ponadto prognozowane wyhamowanie popytu, którego należy się spodziewać przynajmniej w krótkiej perspektywie czasowej, może przynieść wzrost poziomu pustostanów w najbliższych kwartałach” – podsumowuje Monika Wakulska.

Zasięg koronawirusa COVID-19. Mariusz Gromada analizuje najnowsze dane

Okres kilku dni po świętach Wielkiej Nocy przyniósł w Polsce wzrosty zachorowań. W dniu 19 kwietnia zanotowano 545 nowych infekcji, co jest niestety rekordem od początku epidemii. W Austrii, Czechach i Portugalii dzienne przyrosty nowych infekcji maleją, natomiast w Rosji wykazują cechy niekorzystnego wzrostu wykładniczego. Stany Zjednoczone spłaszczyły krzywą zachorowań, co jest dużym sukcesem przy tak dużej dynamice (30 tys. nowych infekcji dziennie).                           

Mimo wzrostu zachorowań w ostatnich kilku dniach Polska nadal znajduje się wśród krajów Europy z najniższą liczbą chorych. Miejmy nadzieję, że wzrosty są przejściowe i nie oznaczają trwałej zmiany trendu.covid-7-europe-20200419covid-7-pl-20200419

W bardzo poważnej sytuacji znajduje się Rosja. Łączna liczba chorych oraz dzienne przyrosty wykazują cechy niekorzystnego wzrostu wykładniczego. Rosja pilnie wdraża szereg poważnych ograniczeń. Przypomnijmy, że to jest okres prawosławnych świąt Wielkiej Nocy.covid-7-ru-20200419

Liczba chorych w Stanach Zjednoczonych nadal rośnie i przekracza już 730 tys. potwierdzonych zakażeń. USA spłaszczyło krzywą – to duży sukces przy tak dużej dynamice (30 tys. nowych infekcji dziennie). Każdego dnia napływają coraz bardziej optymistyczne dane z najbardziej dotkniętego Stanu Nowy Jork: maleje liczba hospitalizacji, liczba intubacji oraz liczba zgonów.covid-7-us-20200419

Napływające dane z Austrii i Czech przedstawiają zdecydowane spadki nowych dziennych zachorowań. Austria od 2 maja planuje otworzyć galerie handlowe, a dwa tygodnie później restauracje i hotele. Również bardzo konkretny plan odmrażania gospodarki mają Czesi.covid-7-au-20200419covid-7-cz-20200419

Źródło: Mariusz Gromada, matematyk, statystyk, dyrektor Departamentu Customer Intelligence w Banku Millennium, opracowanie własne z dnia 19.04.2020 na podstawie danych udostępnianych przez The Johns Hopkins University https://github.com/CSSEGISandData/COVID-19

W poszukiwaniu normalności

Ubiegły tydzień rynki zakończyły mocnym akcentem, jednak po weekendzie wraca nerwowość wraz z nasileniem spadków cen ropy naftowej. Ryzyko rozczarowania cały czas grozi nastrojom, co skłania do utrzymywania optymizmu w ryzach. Mimo to inwestorzy szukają punktu zaczepienia w planach restartu głównych gospodarek Europy i USA, a także starają się gonić każdy strzępek pozytywnych informacji w temacie walki z wirusem.

Jeśli jednak ten głód nie będzie systematycznie zaspokajany, wątpliwości mogą przejąć kontrolę nad kierunkiem dla ryzykownych aktywów. Samo stwierdzenie, że „całe zło jest już ujęte w cenach” nie wystarczy, by wykluczyć powrót wyprzedaży. Ponieważ optymizm opiera się głównie na nadziejach (na restart gospodarek, znalezienie leku, uchronienie przed drugą falą zachorowań), łatwo będzie zdusić ten entuzjazm. Na starcie nowego tygodnia uwaga skupia się na spadkach cen ropy naftowej w związku z obawami o gwałtowne kurczenie się przestrzeni do magazynowania surowca i spekulacjami, że producencie w USA wkrótce zaczną dopłacać odbiorcom, by Ci drudzy wzięli ropę do swoich tankowców. Zeszłotygodniowe porozumienie OPEC+ o redukcji wydobycia o 9,7 mln b/d okazuje się niewystarczające przy 3-krotnie większym załamaniu popytu i minie trochę czasu, zanim rynek wypracuje poziom równowagi. W międzyczasie spadki cen ropy będzie można przekuć w obawy o zapaść sektora naftowego, konieczność wsparcia fiskalnego (wyższe zadłużenia) i ryzyka deflacyjne. I w zasadzie tylko od inwestorów zależy, w jakim stopniu zechcą się tymi kwestiami zamartwiać, a na ile zamierzają pasywnie czekać na pozytywną niespodziankę (jak to miało miejsce w piątek z doniesieniami o leku).

Preferuję nie gonić rajdu ryzykownych aktywów, biorąc pod uwagę jego kruche podstawy. Przynajmniej na początku tygodnia nadzieje są zbyt rozdmuchane, by wzmocnić je jeszcze bardziej i ryzyko technicznego odreagowania jest wyższe. W kolejnych dniach dane makro pozostaną gorzkim przypomnieniem, z czym mierzy się globalna gospodarka i jak to będzie się odbijać na wynikach spółek. W czwartek indeksy PMI dla przemysłu i usług z Eurolandu, Wielkiej Brytanii i USA będą najważniejsze. Wskaźniki aktywności gospodarczej powinny pokazać dalsze pogorszenie sytuacji względem marca, choć z uwagi na już niski punkt startowy dalszy spadek będzie ograniczony w skali. Będzie to jednak oznaczać, że przedsiębiorcy widzą sytuację gorzej niż w poprzednim miesiącu, co samo w sobie jest negatywnym sygnałem. Natomiast każdy powrót indeksów PMI do 50 będzie tylko informował, że sytuacja jest taka sama, jak miesiąc wcześniej, co w obecnych warunkach oznacza, że jest dalej źle.

Złoty ma się nadzwyczaj dobrze w tym mieszanym otoczeniu, a na przestrzeni ostatnich pięciu dni jest jedyną walutą z regionu, która zyskała do USD. Benchmarkowa para EUR/PLN zbliża się do psychologicznego poziomu 4,50. Mam wątpliwości, czy w najbliższym czasie uda się zahaczyć o ten poziom. Jak napisałem wcześniej, otoczenie zewnętrzne nie stwarza dogodnych warunków dla umocnienia waluty rynków wschodzących, chyba że dojdzie do medycznego przełomu. Jednocześnie generalne opinie wokół złotego na rynku pozostają dość ostrożne w związku z ostatnimi decyzjami RPP o obniżkach stóp procentowych. To przynajmniej w krótkim terminie stwarza ryzyko, że wysokie poziomy złotego będą kusić do odnawiania sprzedaży, a dyskonto przyszłej poprawy apetytu na ryzyko dojdzie do złotego z opóźnieniem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Warszawski rynek biurowy po I kwartale 2020 r.

W ciągu pierwszych trzech miesięcy roku popyt sięgnął blisko 139 000 mkw., co jest niemal takim samym wynikiem, jak w I kw. 2019. Współczynnik pustostanów spadł o 0,3 pp., natomiast w budowie pozostaje 770 000 mkw. powierzchni.

Pierwszy kwartał tego roku, a raczej jego końcówkę, zdominowały zmiany. Firmy tymczasowo przeniosły swoją działalność online i wdrożyły model pracy zdalnej na niespotykaną wcześniej skalę. Dostosowanie się do nowej rzeczywistości to duże wyzwanie, ale także potężny impuls do transformacji technologicznej i optymalizacji modelu pracy. – Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Home office i popyt na biura? Jedno nie wyklucza drugiego

Jak wynika z danych JLL, w I kwartale najemcy podpisali w Warszawie umowy najmu na prawie 139 000 mkw. powierzchni, co jest wynikiem bardzo zbliżonym do rezultatu z pierwszych trzech miesięcy 2019 roku.

Niektóre transakcje najmu mogą ulec przesunięciu, ale warto podkreślić, że aktywność najemców utrzymuje się na wysokim poziomie. Tę aktywność generuje również fakt, że wiele umów dobiega końca, co oznacza konieczność albo ich odnowienia, albo relokacji do innych projektów biurowych. Przewidujemy, że udział renegocjacji i wydłużeń kontraktów najmu będzie wzrastać. Ponadto, stolica nadal cieszy się zainteresowaniem inwestorów, co dobrze wróży rynkowi w perspektywie długoterminowej. – Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL

Do największych transakcji I kwartału 2020 należały: odnowienie najmu w Konstruktorska Business Center (17 500 mkw., poufny najemca z sektora ubezpieczeń), umowa przednajmu w Fabryce Norblin (8 500 mkw., poufny najemca), umowa przednajmu w Warsaw Unit (4 300 mkw., CBRE), umowa przednajmu w Varso 2 (3 800 mkw., Orsted Polska).

Jakub Sylwestrowicz
Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL

Pierwszy kwartał roku był interesujący również pod kątem struktury popytu. Najemcy ponownie skupili swoją uwagę na Centrum i Mokotowie, które razem odpowiadały za blisko 70% wolumenu zawartych transakcji. Podczas gdy prestiżowa, centralna część stolicy już wkrótce zaoferuje jedne z najbardziej spektakularnych projektów biurowych w regionie CEE, Mokotów broni się swoją skalą, atrakcyjnymi stawkami czynszów, a także ciągle poprawiającym się poziomem infrastruktury i zróżnicowaniem funkcji obecnych w tym obszarze. – Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL

Podaż – panoramę Warszawy czekają zmiany

W I kw. oddano do użytku zaledwie jeden budynek – Varso 1, jednak na resztę roku jest planowane ukończenie kolejnych spektakularnych projektów – takich jak The Warsaw Hub, Mennica Legacy Tower, Chmielna 89 czy Varso 2.

Oddanie do użytku niektórych budynków może ulec przesunięciu, nie zmienia to jednak faktu, że już prawie 43% z ok. 770 000 mkw. pozostających w realizacji jest
zabezpieczona umowami przednajmu. Zdecydowana większość, bo ok. 80%, projektów w budowie znajduje się w centralnej części miasta. Niebawem będziemy mieli do czynienia z bardzo ograniczoną liczbą opcji najmu dla firm szukających biura w nowych budynkach zlokalizowanych poza Centrum miasta. – Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Rynek inwestycyjny

Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL
Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

I kwartał 2020 roku był bardzo intensywny na rynku inwestycyjnym w Warszawie.
Łączna wartość transakcji inwestycyjnych na rynku biurowym w Warszawie przekroczyła w I kw. 440 mln EUR. Na stolicę przypadło aż 8 z 11 transakcji sfinalizowanych w ciągu pierwszych trzech miesięcy rynku biurowym w Polsce ogółem. – Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Pustostany i czynsze

Współczynnik pustostanów w Warszawie obniżył się do 7,5% (4,9% w strefach centralnych i 9,1% poza nimi), co jest spadkiem o 1,6 p.p. r-d-r. Tak niski wakat przekłada się na ograniczoną dostępność opcji najmu w istniejących budynkach, szczególnie w strefach centralnych, przez co wzrasta wolumen przednajmów.

Najwyższe czynsze transakcyjne dla najlepszych nieruchomości w szerokim centrum wynoszą od 18 do 24 euro za mkw. miesięcznie, a poza nim do 16 euro za mkw. miesięcznie.

Polskie firmy produkcyjne nieprzygotowane na cyberataki. Brakuje im kompetencji i budżetów na wdrażanie zabezpieczeń

Systemy automatyki przemysłowej warunkują ciągłość działania przemysłu, ale i krajowej infrastruktury krytycznej. Sterują m.in. działaniem bloków energetycznych, stacji uzdatniania wody czy linii produkcyjnych.  W coraz większym stopniu są jednak narażone na ataki hakerskie, gdyż firmy i instytucje mają problem z ich monitorowaniem i odseparowaniem od biurowych systemów IT. Tymczasem zakłócenie ich działania może spowodować poważne zakłócenia w funkcjonowaniu krajowej infrastruktury, a firmom przynieść dotkliwe straty finansowe i wizerunkowe.

Monitorowanie systemów przemysłowych i ich separacja od systemów biurowych są dzisiaj słabym ogniwem w wielu firmach. Wirusy i inne zagrożenia mogą się przenosić z jednej sieci na drugą, a ponieważ firma tego nie monitoruje, to nawet nie wie, że one przeszły – mówi agencji Newseria Biznes Michał Borucki, prezes zarządu Blue Energy.

Systemy automatyki przemysłowej są wykorzystywane m.in. w firmach produkcyjnych, przemyśle, górnictwie, energetyce, logistyce i usługach użyteczności publicznej. Składają się na nie maszyny i urządzenia (zawory, pompy, wyłączniki, czujniki) oraz oprogramowanie, które steruje procesami i dostarcza danych. Na ich podstawie można np. optymalizować procesy produkcyjne, rozliczać pracowników i szybko reagować na awarie.

Systemy te sterują m.in. działaniem bloków energetycznych, stacji uzdatniania wody czy linii produkcyjnych. Często nie są one wyizolowane od biurowych sieci IT. To problem o tyle, że poprzez sieć biurową hakerzy mogą też zakłócić działanie systemów automatyki przemysłowej. Jak wynika z danych firmy doradczej PwC, 40 proc. takich systemów jest narażonych na ataki hakerów amatorów.

– Firmy bardzo różnie podchodzą do cyberbezpieczeństwa. Część je bagatelizuje, twierdząc, że skoro do tej pory nic się nie stało, to wszystko jest dobrze. Inne firmy robią analizę, wiedzą, że sytuacja jest poważna, i próbują wdrażać zabezpieczenia na miarę swoich potrzeb – mówi Michał Borucki.

PwC ocenia, że polskie firmy są wciąż niedostatecznie przygotowane na wirtualne zagrożenia, a wiele z nich je bagatelizuje. O ile prezesi na całym świecie zaliczają je do pięciu najważniejszych ryzyk dla biznesu, o tyle w Europie Środkowo-Wschodniej ten obszar ciągle jeszcze nie stanowi priorytetu. Częstą postawą jest tzw. cyberruletka, czyli liczenie na szczęście lub fałszywe przekonanie, że firma jest dobrze zabezpieczona. Tymczasem blisko 50 proc. z nich nie posiada procedur reagowania na zagrożenia, budżety na bezpieczeństwo stanowią raptem ok. 3 proc. całkowitych budżetów IT, a 20 proc. średnich i dużych firm nie ma ani jednego pracownika ds. cyberbezpieczeństwa. Tylko 8 proc. przedsiębiorstw jest pod tym względem dojrzałych i dobrze przygotowanych – wynika z badania PwC („Cyber-ruletka po polsku. 5. edycja Badania Stanu Bezpieczeństwa Informacji”).

Zabezpieczenia wdrażane przez firmy mogą być różnego rodzaju: systemy monitorujące ruch w sieci przemysłowej, systemy separujące sieć przemysłową od sieci biznesowej, zabezpieczenia monitorujące dostęp firm trzecich do sieci przemysłowej albo też zabezpieczenia samych stacji, za pomocą których odbywa się sterowanie siecią przemysłową – wymienia prezes Blue Energy.

Jak podkreśla, organizacja cyberbezpieczeństwa wciąż jest słabym ogniwem w wielu firmach produkcyjnych. Część z nich posiada co prawda zabezpieczenia techniczne, ale w ramach całej struktury nie współpracuje przy zarządzaniu nimi, przez co takie rozwiązania są całkiem nieefektywne.

Jeżeli firma dobrze przeprowadziła analizę ryzyka, to wie, ile może na tym stracić. Z kolei w przypadku niektórych przedsiębiorstw zacofanie technologiczne działa na ich korzyść – ich systemy są tak stare, że trudno je zatrzymać atakiem cybernetycznym, bo ręczne sterowanie nadal działa. Dlatego też każda firma musi sama oszacować potencjalne straty z tym związane i położyć je na szali z kosztami zabezpieczeń, by na tej podstawie podjąć decyzję – mówi Michał Borucki.

Jak wynika z ubiegłorocznego „Barometru cyberbezpieczeństwa” KPMG, ataki hakerskie na firmy są w Polsce coraz powszechniejsze. Blisko 70 proc. badanych przedsiębiorstw doświadczyło już przynajmniej jednego takiego incydentu. Co czwarta firma odnotowała w 2018 roku wzrost ich liczby. Według KPMG globalne straty spowodowane cyberprzestępczością są szacowane na ok. 1 proc. światowego PKB. Z kolei firma doradcza PwC wskazuje, że w Polsce już 44 proc. firm poniosło straty finansowe na skutek cyberataków.

Cyberzagrożenia mogą spowodować w najgorszym wypadku zatrzymanie procesów biznesowych firmy, czyli utratę realnych pieniędzy. Dodatkowo jeśli firma przestanie świadczyć swoje usługi, klienci z pewnością będą narzekać, prasa się dowie i wizerunek przedsiębiorstwa może na tym bardzo ucierpieć – mówi prezes Blue Energy.

Jak ocenia, największą barierą dla firm we wdrażaniu zabezpieczeń wciąż pozostają koszty i brak kompetencji w tym obszarze. Potwierdza to też ubiegłoroczny „Barometr cyberbezpieczeństwa” KPMG, według którego na każdy z tych czynników wskazuje ponad 60 proc. badanych.

– Utrzymanie zabezpieczeń, szczególnie ich monitorowanie, może wiązać się z dużymi kosztami. System monitorujący wyświetla alerty o zagrożeniach i potrzebny jest człowiek, który będzie umiał je zinterpretować. To oznacza, że trzeba mieć etaty i kompetencje, żeby wiedzieć, czy zagrożenie, które system pokazuje, jest poważne, czy można je zbagatelizować. Zazwyczaj jednak wdrożenie zabezpieczenia kosztuje dużo mniej, niż wynoszą potencjalne straty finansowe – mówi Michał Borucki.

Badanie KPMG pokazuje, że 6 proc. polskich firm w ogóle nie prowadzi monitoringu w zakresie cyberbezpieczeństwa, a 61 proc. robi to nieregularnie lub opiera się wyłącznie na wpisaniu takiego wymogu w obowiązki administratorów. Tylko co trzecia deklaruje, że aktywnie szuka śladów cyberataków w swoich systemach i ma ku temu dedykowany zespół.

Co istotne, firmy rzadko testują też skuteczność wdrożonych przez siebie zabezpieczeń na atak, a tylko 57 proc. z nich ma gotowe procedury reagowania bądź plany zarządzania kryzysowego na wypadek wystąpienia cyberataku.

Przy wybieraniu zabezpieczeń firma powinna wziąć pod uwagę przede wszystkim swoją specyfikę i standardy w swoim sektorze. Od kolegów po fachu można się dowiedzieć, czy dane rozwiązanie faktycznie działa i było warte wydanych pieniędzy. Jednak na dalszym etapie każda firma powinna już wybierać zabezpieczenia, kierując się swoimi specyficznymi wymaganiami – mówi prezes zarządu Blue Energy podczas konferencji InfraSEC 2020 Cyberbezpieczeństwo Twardej Infrastruktury.

Jak wynika z badania PwC, uzyskanie danych do systemów i danych firmy zajmuje hakerowi przeciętnie około 4 godz. 31 proc. takich ataków kończy się modyfikacją lub ujawnieniem firmowych danych.

Za naruszenie zasad bezpieczeństwa pracy w związku z koronawirusem przedsiębiorcy grozi nawet 30 tys. zł kary. Może być także narażony na odpowiedzialność karną

Za niedostosowanie się do zaleceń służb sanitarnych i rządu dotyczących bezpieczeństwa pracy w związku z koronawirusem przedsiębiorcom grożą kary finansowe, nawet do 30 tys. zł. W określonych przypadkach, kiedy ich zaniechania mogą doprowadzić do rozprzestrzeniania się epidemii, muszą liczyć się także z odpowiedzialnością karną – do ośmiu lat pozbawienia wolności.

– Jest kilka ryzyk, jakie grożą firmom w związku z nieprzestrzeganiem przez nie obowiązków nałożonych przez organy państwa w wyniku pandemii koronawirusa. Te zagrożenia związane z nieprzestrzeganiem przepisów można podzielić na dwa główne obszary. Pierwszy dotyczy przestrzegania zasad bezpieczeństwa i higieny pracy, a drugi – ich ewentualnego naruszenia, które mogą skutkować odpowiedzialnością karną menadżera czy przedsiębiorcy – mówi agencji Newseria Biznes Robert Gniezdzia, radca prawny i partner w kancelarii Chmielniak Adwokaci.

Przedsiębiorcy muszą m.in. stosować się do decyzji, zaleceń i wytycznych wydawanych przez Główny Inspektorat Sanitarny bądź wojewódzki inspektorat sanitarny. Organy administracyjne, przede wszystkim wojewoda ale i służby sanitarne, mogą wydawać przedsiębiorcom polecenia w drodze decyzji administracyjnej w związku z przeciwdziałaniem COVID-19. Takie polecenia, co do zasady, nie wymagają uzasadnienia i podlegają natychmiastowej wykonalności.

Firmy zyskały z kolei m.in. możliwość oddelegowania pracowników do pracy zdalnej, wykonywanej poza miejscem zamieszkania. W przypadku niektórych branż jest to jednak niemożliwe, dlatego na przedsiębiorcy spoczywa konieczność zapewnienia bezpieczeństwa i higieny w miejscu pracy. Zalecenia kierowane przez służby sanitarne do pracodawców muszą być przestrzegane. Za nieprzestrzeganie przepisów dotyczących bezpieczeństwa i higieny pracy przedsiębiorcy grożą sankcje finansowe. Z kolei w przypadku, kiedy jego zaniechanie doprowadzi do bezpośredniego niebezpieczeństwa utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, wówczas może być to nawet odpowiedzialność karna.

 Naruszenie zasad bezpieczeństwa i higieny pracy jest zagrożone grzywną w wysokości od 1 tys. do 30 tys. zł i o tym mówi Kodeks pracy w art. 283. Inna sankcja, z którą mogą się spotkać przedsiębiorcy, wynika bezpośrednio z Kodeksu karnego. Tutaj chodzi przede wszystkim o przestępstwa związane z obowiązkiem zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom przez osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo i higienę pracy opisane w art. 220 Kodeksu karnego oraz dalej idący przepis w art. 165 Kodeksu karnego, który mówi o odpowiedzialności za sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia poprzez dopuszczenie do rozprzestrzeniania się epidemii i szerzenia się choroby zakaźnej. On także przewiduje odpowiedzialność karną – mówi Robert Gniezdzia.

Zgodnie z art. 165 Kodeksu karnego za sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia innych osób poprzez spowodowanie szerzenia się choroby zakaźnej grozi kara pozbawienia wolności od sześciu miesięcy do nawet ośmiu lat (przestępstwa nieumyślne są zagrożone karą do trzech lat). Na ryzyko podobnych kar narażają się także przedsiębiorcy, którzy nie dostosują się do obostrzeń wynikających ze stanu epidemicznego, który został wprowadzony na terenie Polski 14 marca br. Rozporządzenie ministra zdrowia nałożyło też na firmy daleko idące ograniczenia prowadzenia działalności gospodarczej. Wprowadzono m.in. zakaz prowadzenia działalności gastronomicznej (z wyłączeniem usług na wynos i z dowozem), ograniczenia dotyczące handlu i imprez masowych oraz zakaz organizowania imprez kulturalnych i sportowych.

– Podstawowe nakazy, którym przedsiębiorca musi się poddawać, są związane m.in. z ograniczeniem działalności, czyli konieczność zamknięcia określonych przedsiębiorstw, konieczność poddania się określonym rygorom związanym m.in. z kwarantanną. Przykładowo otwarcie lokalu gastronomicznego i prowadzenie sprzedaży mimo tych obostrzeń byłoby naruszeniem obowiązujących przepisów, które może powodować, w pewnym uproszczeniu, odpowiedzialność prawnokarną właśnie z art. 165 prawa karnego – mówi radca prawny i partner w Kancelarii Chmielniak Adwokaci.

Co istotne, sankcje finansowe i karne są przewidziane już za samo utrudnianie lub udaremnianie działalności organów Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Grozi za to kara 30 dni aresztu, ograniczenia wolności bądź grzywna do 5 tys. zł.

– Menadżerowie i osoby kierujące komórkami organizacyjnymi w firmach muszą w tej chwili zachować daleko idącą czujność. Oczywiście w pierwszej kolejności wszyscy myślą o zachowaniu płynności finansowej i zabezpieczeniu bieżących faktur, płatności i należności. Najpierw jednak należy zadbać o bezpieczeństwo i zdrowie pracowników oraz interesariuszy w ogóle. Rozprzestrzenianie się epidemii może spowodować daleko idące skutki, dlatego przedsiębiorcy i menadżerowie powinni uważnie śledzić wszystkie komunikaty ogłaszane przez Główny Inspektorat Sanitarny. Dzięki temu mogą uniknąć ewentualnego ryzyka, na jakie mogliby się narazić – podkreśla Robert Gniezdzia.

Tylko 2/3 Polaków ma oszczędności na wypadek utraty pracy. 39 proc. z nich poradzi sobie maksymalnie przez trzy miesiące [AUDIO]

0

Blisko 2/3 Polaków ma oszczędności, które pozwolą im poradzić sobie po ewentualnej utracie pracy wskutek pandemii koronawirusa. Duże rozbieżności dotyczą jednak tego, na jak długi czas wystarczy tych środków. Tylko co piąty rodak deklaruje, że przetrwa dzięki nim około pół roku – wynika z ubiegłotygodniowego badania KRD. Choć statystyki pokazują, że z każdym rokiem stopa oszczędności Polaków systematycznie wzrasta, to jednak wciąż jest ona dużo niższa niż w innych krajach Unii Europejskiej. Eksperci podkreślają, że jedną z przyczyn jest nadmierny konsumpcjonizm. Oszczędności na „czarną godzinę” powinny odpowiadać co najmniej równowartości trzech comiesięcznych pensji.

– Polacy coraz chętniej oszczędzają i to jest na pewno bardzo optymistyczne. Coraz mniej ludzi twierdzi, że nie oszczędza w ogóle. Niemniej trudno  oszacować, jak duża część populacji naszych rodaków posiada oszczędności, które pozwoliłyby im w miarę bezstresowo poradzić sobie z utratą pracy i zaspokoić ich podstawowe potrzeby – mówi agencji Newseria Biznes dr Piotr Majewski z Instytutu Finansów i Rachunkowości Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.

Jak wynika z opublikowanego kilka dni temu badania Krajowego Rejestru Długów, 62 proc. Polaków posiada oszczędności, które pozwolą im funkcjonować po ewentualnej utracie pracy na skutek koronawirusa. W tym gronie 39 proc. osób deklaruje, że zgromadzone środki wystarczą im na przeżycie i pokrycie wydatków przez trzy miesiące. Tylko co piąty ocenia, że przetrwa dzięki nim do pół roku.

– Niestety wiele osób posiada oszczędności bardzo krótkoterminowe, na konkretny cel: na wakacje, zmianę auta czy sprzęt RTV i AGD. Ewentualnie są to oszczędności emerytalne, ale one nie zawsze mogą zostać wykorzystane do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Ten komfort w postaci oszczędności, które pozwolą pokryć wydatki przez co najmniej sześć miesięcy bez obniżenia poziomu życia, dotyczy niestety niewielkiej grupy – mówi dr Piotr Majewski.

Kwietniowe badanie KRD pokazuje również duże rozbieżności dotyczące tego, na jak długi czas wystarczą Polakom oszczędności. Przykładowo, kobiety znacznie częściej deklarują, że będą mogły za zgromadzone pieniądze przetrwać do trzech miesięcy (blisko 46 proc. vs 26 proc. mężczyzn). Cechuje je też większa niepewność: 14 proc. z nich nie potrafi określić, na jaki okres wystarczy im pieniędzy, podczas gdy wśród mężczyzn deklaruje tak jedynie 8,5 proc. Jednak wpływ na oszczędności mają też inne czynniki, takie jak miejsce zamieszkania i koszty życia, które są wyższe w dużych miastach. Dlatego też osoby mieszkające na wsi częściej deklarują dłuższy okres funkcjonowania za zgromadzone środki, czyli do pół roku oraz rok i dłużej (46,5 proc.), niż mieszkańcy miejskich ośrodków.

– Wysokość środków zgromadzonych na trudne czasy powinna zależeć od sytuacji danego gospodarstwa domowego, m.in. od tego, czy ma zadłużenie, które musi regularnie spłacać, jak np. kredyt hipoteczny. Niezbędnym minimum jest równowartość trzech miesięcznych wynagrodzeń. Poniżej tej kwoty sytuacja jest już niebezpieczna. Nawet jeżeli gospodarstwo domowe nie ma kredytu, rozsądna wysokość poduszki finansowej to sześć pełnych miesięcznych wpływów. Jeśli natomiast posiada kredyt hipoteczny, bezpieczne minimum to 12 miesięcznych wynagrodzeń, czyli roczny dochód gospodarstwa domowego. Tyle powinniśmy posiadać, aby móc sobie poradzić. Kredyt można co prawda odłożyć w czasie i rozłożyć raty na dłuższy okres, ale to też będzie kosztowało – mówi ekspert.

Choć badania pokazują, że stopa oszczędności Polaków systematycznie rośnie, to jest wciąż niższa niż w innych krajach UE.

– Przyczyn jest wiele, ale na pewno nadmierny konsumpcjonizm jest jedną z nich. Polacy, podobnie jak w zasadzie przedstawiciele wszystkich społeczeństw, bardzo chętnie ulegają wpływowi reklamy i dążą do posiadania tego, co widzą w telewizji czy internecie. Chcą mieć sprzęt RTV, AGD, ubrania, samochody, atrakcyjne nieruchomości. Niestety poziom dochodów nie pozwala na realizację wszystkich tych potrzeb. Z kolei w badaniach od lat widoczne jest to, że oszczędzanie zależy głównie od nawyku, a niekoniecznie od poziomu dochodów. Wielu ludzi o bardzo wysokim dochodzie również nie posiada oszczędności – mówi dr Piotr Majewski.

Ekspert toruńskiej WSB wskazuje, że jest wiele bezbolesnych metod wprowadzenia oszczędności w domowym budżecie. Podstawową jest unikanie zbędnej konsumpcji, czyli np. wymiany działającego sprzętu elektronicznego tylko dlatego, że pojawił się nowszy model. Drobne oszczędności można także wprowadzić w rachunkach za media, takich jak prąd i woda, np. redukując temperaturę wody o kilka stopni lub piorąc w niższej temperaturze, przesiadając się z samochodu na rower lub publiczny transport albo przy okazji codziennych zakupów.

– Takie metody przynoszą wymierne oszczędności w długim okresie, ale przede wszystkim trzeba mądrze robić zakupy, żeby nie marnować jedzenia. Szacuje się, że przeciętnie gospodarstwo, wyrzucając jedzenie, marnuje w ten sposób kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Trzeba korzystać z promocji w dyskontach spożywczych, gdzie można bardzo tanio kupić podstawowe produkty, zrezygnować z całkowicie zbędnych, często powtarzanych zwyczajów, jak np. jedzenie fast foodów. Każdy powinien opracować własny sposób organizacji domowego budżetu i zastanowić się, co jest mu niezbędne. Nie oszczędzać też na tym, co sprawia nam największą przyjemność, ale za to postarać się ograniczyć te aktywności, które generują koszty, a nie przynoszą nam aż takiego zadowolenia – mówi dr Piotr Majewski.

Czarne scenariusze rozwoju pandemii koronawirusa w Afryce. Brakuje zaplecza medycznego, środków ochrony i artykułów higienicznych

W Afryce potwierdzono dotychczas ponad 21 tys. zachorowań i tysiąc zgonów z powodu koronawirusa. Zdaniem ekspertów liczba ta jest jednak znacznie zaniżona, a zakażonych może być dużo więcej. Brakuje lekarzy i testów, w związku z czym wielu nosicieli SARS-CoV-2 nie jest tego świadomych. Eksperci z Komisji Gospodarczej Narodów Zjednoczonych ds. Afryki szacują, że w zależności od skali podjętych środków zapobiegawczych pandemia może spowodować śmierć nawet 3 mln Afrykanów. Tym bardziej że na kontynencie brakuje nie tylko sprzętu ochronnego, ale i podstawowych środków higieny czy dostępu do wody.

– Zdecydowana większość państw afrykańskich nie jest przygotowana na walkę z koronawirusem ze względu na bardzo niewydolną służbę zdrowia. Brakuje łóżek szpitalnych, lekarzy, pielęgniarek, intensywnej terapii, która jest kluczowa. Niektóre państwa lepiej wychwytują chorych, ponieważ mają doświadczenie w związku z innymi zarazami, które były problemem Afryki wcześniej, np. wirusem Ebola – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Grzelewski, rzecznik prasowy Polskiej Akcji Humanitarnej.

Zgodnie z danymi Światowej Organizacji Zdrowia z 18 kwietnia liczba osób zakażonych koronawirusem na całym świecie przekroczyła 2 mln. W Afryce zachorowań jest jeszcze stosunkowo niewiele na tle Europy czy obu Ameryk – ponad 13 tys., a ponad 600 zmarło. Do tego dochodzi kilka tysięcy zachorowań i kilkaset ofiar koronawirusa w krajach Afryki Północnej, kwalifikowanych przez WHO jako region Morza Śródziemnego. Najgorsza sytuacja jest w RPA, Algierii, Egipcie i Maroku.

Eksperci alarmują jednak, że te dane mogą nie mieć pokrycia w rzeczywistości. W wielu państwach afrykańskich brakuje lekarzy i testów, chorzy nie są diagnozowani, często nie mają nawet środków na to, by dotrzeć do najbliższego szpitala. Chorują, a często umierają, nie wiedząc nawet, że przyczyną jest COVID-19.

 Jeśli w Afryce rzeczywiście doszłoby do pandemii koronawirusa, to żniwo tej choroby byłoby dramatyczne. Wiele osób po prostu umrze, ponieważ i tak są osłabione, niedożywione, mają bardzo niską odporność. Ryzyko śmierci z powodu koronawirusa w Afryce będzie wyjątkowo wysokie – ocenia rzecznik prasowy PAH.

Afryka Subsaharyjska ma najsłabszy na świecie system opieki zdrowotnej i najwyższy poziom ubóstwa. Połowa populacji nie ma dostępu do nowoczesnych usług zdrowotnych. Z danych Komisji Gospodarczej Narodów Zjednoczonych ds. Afryki wynika, że 56 proc. mieszkańców miast na kontynencie mieszka w przepełnionych i niedostatecznie wyposażonych lokalach. Poważnym czynnikiem ryzyka jest niedożywienie dzieci i dorosłych – prawie 40 proc. dzieci poniżej piątego roku życia jest niedożywionych. Do tego dochodzi wysoki odsetek chorych na gruźlicę czy zarażonych HIV. To wszystko może prowadzić do wyższego poziomu śmiertelności. Pojawiły się już prognozy, że w ciągu najbliższych sześciu miesięcy w Afryce może dojść do nawet 10 mln ciężkich przypadków choroby COVID-19, a życie może stracić od 300 tys. do nawet 3 mln osób. WHO ostrzega, że Afryka może stać się kolejnym epicentrum pandemii.

– Większość państw afrykańskich zmaga się przede wszystkim z brakiem dostępu do czystej, bezpiecznej wody. W niektórych krajach nawet połowa mieszkańców nie ma dostępu do wody, więc nie jest w stanie umyć rąk, co jest podstawą w prewencji choroby. Brakuje też środków czystości i możliwości zastosowania kwarantanny – przekonuje Rafał Grzelewski.

Polska Akcja Humanitarna włączyła się w pomoc w walce z koronawirusem w Afryce. Działa m.in. w Somalii i Sudanie Południowym. Rozszerza programy pomocowe tak, żeby ze wsparciem dotrzeć do osób szczególnie narażonych na zakażenie.

 W odpowiedzi na zagrożenie koronawirusem w Afryce wiele organizacji humanitarnych, takich jak Polska Akcja Humanitarna, zintensyfikowało i rozszerzyło swoje działania, np. poprzez zwiększanie dostępu do wody albo przez bardzo intensywne szkolenia z higieny i dystrybucję środków czystości – wskazuje rzecznik PAH.

Danych z urządzeń internetu rzeczy będzie przybywać. Potrzebne są odpowiednie przepisy regulujące, kto jest ich właścicielem

W dobie pandemii koronawirusa przesyłanych danych przybywa lawinowo. Coraz częściej zbierane są one przez urządzenia podłączone do internetu. Szacuje się, że już teraz na świecie działa ponad 20 mld urządzeń IoT podłączonych do sieci. W 2030 roku może ich już być 125 mld. Aby jednak w pełni korzystać z możliwości, jakie daje internet rzeczy, konieczne są zmiany regulacyjne i decyzja, kto jest właścicielem gromadzonych danych. – Jeżeli tego nie rozstrzygniemy, to nie dojdzie do przetwarzania danych, ponieważ do kogo innego będą przypisane  związane z nimi prawa ocenia Jarosław Smulski, analityk IDC Polska.

– W przypadku internetu rzeczy wyzwaniem regulacyjnym jest zmiana definicji urządzenia końcowego. Nie może być ono traktowane na równi z abonentem, nie powinny mu przysługiwać takie same prawa dotyczące ochrony zbieranych danych. Bez nowego podejścia trudno będzie zbudować dobre przykłady wykorzystywania tych danych, przedrzeć się przez bariery związane z nadmierną regulacją tego rynku, a tym samym będzie bardzo trudno budować korzystne przykłady wdrożeń – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jarosław Smulski, analityk IDC Polska.

Według analiz Gartnera w 2020 roku na świecie może działać już ponad 20 mld urządzeń IoT. Analitycy IHS Markit prognozują, że w 2030 roku może to już być 125 mld. Wraz ze wzrostem liczby urządzeń rośnie liczba przesyłanych przez nie danych. Dane IoT są mierzone w zettabajtach, jednostce równej 1 bln gigabajtów. Cisco szacuje, że w 2019 roku obszar IoT mógł wygenerować ponad 500 zettabajtów danych, a w kolejnych latach liczba ta będzie rosnąć wykładniczo, a nie liniowo.

Urządzenia IoT zmieniają życie przeciętnego użytkownika, pozwalają też znacznie lepiej zarządzać np. firmą. Łączą się między sobą i wymieniają informacjami, wszystko po to, by maksymalnie ułatwić życie. Jak jednak zaznacza analityk IDC, w Polsce konieczne jest wprowadzenie odpowiednich regulacji i rozstrzygnięcie, kto jest właścicielem gromadzonych danych i kto może je przetwarzać. W przeciwnym wypadku z części danych po prostu nie będzie można  korzystać.

– Przykładem mogą być nowoczesne fabryki, które gromadzą bardzo dużo danych. Jeżeli nie będą w stanie umożliwić ich przetwarzania firmom telekomunikacyjnym, to być może nie będą mogły korzystać z tego typu usług i tym samym nie będą potrafiły wykorzystać wartości, która jest zgromadzona w tych danych – tłumaczy Jarosław Smulski.

Dane zbierane przez internet rzeczy były już wykorzystywane przez prokuraturę – np. w 2015 roku prokuratura na podstawie danych rejestrowanych przez wannę z hydromasażem oskarżyła kogoś o morderstwo. Z drugiej jednak strony IoT stwarza ogromne możliwości dla hakerów, zwłaszcza że według Gemalto 57 proc. dostawców tych rozwiązań twierdzi, że ich urządzenia przechowują niezaszyfrowane dane, dzięki czemu osoby atakujące mogą je łatwo uzyskać. Stąd niezbędne są przepisy, które uregulują rynek, ale też pozwolą w pełni wykorzystać możliwości połączonych między sobą urządzeń.

– W zasadzie wystarczy skopiować rozwiązania wprowadzane w innych państwach, które potrafiły rozwiązać problem z przekazywaniem danych. I jeżeli po prostu wykorzystamy te dobre praktyki, które zostały już opracowane w innych krajach, bardzo szybko możemy zniwelować ten problem – przekonuje analityk IDC Polska.

Rzecznik MŚP wnioskuje o umożliwienie przedsiębiorcom z branży fitness prowadzenie działalności gospodarczej od 4 maja 2020 r.

W dniu 18 kwietnia 2020 r. Rzecznik MŚP działając na podstawie art. 9 ust. 1 pkt 10 oraz art. 8 pkt 1 ustawy z dnia 6 marca 2018 r. o Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców wskazał, aby wyznaczono datę 4 maja 2020 r., dla przedsiębiorców z branży fitness, prowadzących baseny, siłownie, łaźnie, sauny w celu umożliwienia prowadzenia działalności gospodarczej w tych zakresach.

Rzecznik MŚP w nawiązaniu do komunikatu opublikowanego pt. ,,Rozporządzenie w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii – konsultacje robocze” z datą 17 kwietnia 2020 r. i planowanym na 20 kwietnia 2020 r. wejściem w życie I etapu znoszenia ograniczeń związanych z COVID-19, jak również w nawiązaniu do licznych głosów przedsiębiorców z branży fitness, prowadzących baseny, siłownie, łaźnie, saun itp., którzy znaleźli się w trudnej sytuacji ekonomicznej na skutek wprowadzenia ograniczeń, zawnioskował, aby wyznaczyć datę 4 maja 2020 r., jako punkt odniesienia do cofnięcia nałożonych ograniczeń dla tych sektorów naszej gospodarki.

Ponadto w opinii Rzecznik MŚP podkreślił, że wśród zasad prawidłowego żywienia związanych z Piramidą Zdrowego Żywienia i Aktywności Fizycznej, opracowanych w Instytucie Żywności i Żywienia podkreślono, że aktywność fizyczna jest kluczem do zdrowia i dobrego samopoczucia.

Scenariusze wychodzenia z kryzysu i odmrażania gospodarki

Nie ma kraju, który ma gotowy pomysł na powrót do normalności. Jednak o próbach wznawiania działalności gospodarczej świadczą dane dotyczące ruchu samochodowego.

Cieszy, że sytuacja w Chinach wraca do normy. Otwarcie Wuhan jest symbolem powrotu do względnej normalności. Jednak dane napływające z Chin trzeba traktować z ostrożnością.

Jeżeli spojrzymy na dane dotyczące ruchu samochodowego, to widać, że Chińczycy wrócili do pracy – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – W godzinach pracy ruch samochodowy jest już wysoki, ale w weekendy nadal jest katastrofalnie niski, co świadczy o postawach konsumenckich.

Istnieje ryzyko, że w Europie walka z koronawirusem będzie trwała dłużej niż w Chinach. My będziemy mogli podejmować decyzje patrząc co robią kraje, które mają za sobą szczyt zarażeń koronawirusem.

Presja na przywracanie niektórych biznesów jest coraz większa, ale to będzie spacer po polu minowym, powinniśmy się przyzwyczaić do myśli, że niektóre ograniczenia będą przywracane.

– Sytuację można porównać do wyłączania prądu, gdy robimy to jednym wyłącznikiem, a przywracając prąd włączamy pojedyncze małe bezpieczniki, patrząc czy nie ma zwarcia – porównuje ekspert XTB.

Trusted Shops nr 1 w zakresie budowania zaufania

W grudniu 2019 roku firma Trusted Shops obchodziła 20-lecie swojego istnienia. Z branżą e-commerce jest zatem od kołyski. Podczas dwóch dekad zbudowała sobie pozycję europejskiego lidera w zakresie reputacji w e-commerce.

Trusted Shops dla firm

Trusted Shops oferuje przedsiębiorcom szeroki wachlarz usług. Sztandarowym produktem jest system opinii oraz audyt prawny sklepu e-commerce.

Każdy sklep, który chce zyskać możliwość do posługiwania się Znakiem jakości Trusted Shops, musi zostać oficjalnie certyfikowany, czyli przejść przez audyt. Kryteria jakości stosowane w audycie Trusted Shops są mocno wyśrubowane.

Weryfikacja sklepu nie jest wyłącznie sprawdzeniem, czy sklep spełnia wymogi prawne. Audytor reprezentuje konsumenta, wciela się zatem w jego rolę. Zatem wiele wymogów postawionych przez audytora dotyczy poprawienia doświadczeń konsumenta, na przykład poprawienia czytelności informacji o czasie dostawy na stronie e-sklepu.

Co więcej, ochrona prawna konsumenta zapewniona przez profesjonalny audyt z ramienia Trusted Shops, przekłada się na większe zaufanie do sklepu. W dalszym etapie zwiększa – zwiększa to konwersję, co potwierdziły tak zwane testy A/B.

Podsumowując, w skrócie, audyt sklepu weryfikuje takie aspekty jak:

  1. Identyfikacja i kontakt ze sprzedawcą
  2. Ochrona i bezpieczeństwo danych osobowych
  3. Oferowane produkty i sposób prezentacji cen
  4. Dostawa i płatność
  5. Proces składania zamówienia
  6. Aspekty prawne regulaminu np. odstąpienie od umowy zawartej na odległość

Po otrzymaniu certyfikacji, sklep może posługiwać się Znakiem jakości. Dla wielu sklepów e-commerce jest to duże wyróżnienie. Duma, wynikająca z tego powodu, powoduje, że sklepy decydują się na utworzenie osobnych podstron na temat uzyskanego certyfikatu. Przykłady:

  1. Znak Jakości Trusted Shops dla Cyfrowe.pl
  2. Bezpieczne zakupy z gwarancją Trusted Shops
  3. Trusted Shops – Grawernia.pl

Trusted Shops dla konsumentów

Konsumenci z kolei w trakcie dokonywania zakupów w certyfikowanych sklepach, mają możliwość wykupienia dodatkowej gwarancji. Trusted Shops jako strona trzecia zabezpiecza transakcję zakupu pomiędzy sklepem, a konsumentem. W wielu przypadkach dodatkowa gwarancja dla konsumenta jest dostępna za darmo.

Garść statystyk

O popularności rozwiązań firmy Trusted Shops świadczą statystyki. Każdego dnia pojawia się 35 tysięcy nowych opinii w systemie opinii Trusted Shops, a 200 tysięcy zakupów zostaje objętych gwarancją.infografika na temat Trusted Shops

Trusted Shops jest dostępny w większości krajów europejskich:

  1. Polska
  2. Niemcy
  3. Szwajcaria
  4. Austria
  5. Francja
  6. Hiszpania
  7. Włochy
  8. Holandia
  9. Belgia
  10. Luksemburg
  11. Wielka Brytania
  12. Portugalia
  13. kraje skandynawskie

Jednocześnie jest to firma multikulturowa. W jej strukturach znajdują się pracownicy z 40 różnych narodowości.

Otwarcie gospodarki USA coraz bliżej. Netflix bjie rekordy

Podczas ostatniej sesji w tym tygodniu dominują rynkowe byki. Inwestorzy na Wall Street z optymizmem przyjęli wiadomości o możliwym leku na COVID-19 oraz informacje o planie odmrażania gospodarki USA, który przedstawił prezydent Donald Trump. Główne amerykańskie indeksy w piątkowe popołudnie rosną od 1,4 proc. do ponad 2 proc. odpowiednio w przypadku Nasdaq, S&P 500 i Dow Jones Industrial Average.

W indeksie DJIA silnie zwyżkują akcje Boeinga, które podrożały o ponad 12 proc. American Express czy JPMorgan Chase drożeją o ponad 5,5 proc., a Exxon Mobil o ponad 4 proc. W indeksie Nasdaq 100 prym wiedzie spółka Gilead Sciences, drożejąc o ponad 8 proc. To właśnie ta firma odpowiada za produkcję leku, który może pomóc w walce z objawami choroby wywołanej przez koronawirusa.

Według najnowszych wytycznych płynących Białego Domu poszczególne stany mogą zostać otwarte już 1 maja lub nawet wcześniej. To gubernatorzy podejmą własne decyzje dla każdego stanu, jeśli zostaną spełnione konkretne kryteria. Stąd też stany najmniej dotknięte wirusem mogą zostać ponownie otwarte już w tym miesiącu. Stan może zacząć znosić ograniczenia, gdy między innymi zaobserwuje spadek liczby nowych przypadków zachorowań przez 14 dni z rzędu. Stany te będą musiały mieć możliwość chronić pracowników w kluczowych branżach, zapewniać bezpieczne systemy transportu lub zapewniać dodatkowe zasoby swoim szpitalom w przypadku ponownego pojawienia się wirusa.

Nadal będą obowiązywać podstawowe środki ochronne. Obywatele USA będą zachęcani do noszenia masek w miejscach publicznych, aby zachować dystans społeczny, chorzy będą musieli pozostać w domu, a pracodawcy będą musieli zapewnić bezpieczeństwo swoim pracownikom, dając im możliwość zmierzyć temperaturę lub regularnie czyścić obszary kontaktu z innymi osobami.

Jeśli ten plan się powiedzie, to jest szansa, że latem sytuacja wróci do normy i tym samym amerykańskie akcje także odzyskają formę po ostatniej korekcie. Już teraz wiele z popularnych spółek notuje najwyższe poziomy w historii jak Amazon czy Netflix. To właśnie wyniki tej ostatniej spółki mogą przykuwać uwagę inwestorów w przyszłym tygodniu, ponieważ popularność serwisu ogromnie wzrosła. Spółka należała też do kategorii, którą we wcześniejszych komentarzach określano jako “stay at home trade”.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Wpływ bezrobocia na ceny mieszkań. Czego możemy się spodziewać?

Raczej mało kto nie zdaje sobie sprawy z mocno zawansowanej zależności stanu koniunktury na rynku mieszkaniowym od parametrów rynku pracy. Warto jednak przyjrzeć się tematowi bliżej, ponieważ oddziaływanie to ma w rodzimych warunkach zaskakująco wymierny charakter, czego warto mieć świadomość zwłaszcza w obecnych „ciekawych czasach”.

W połowie lutego br., a więc na krótko przed eksplozją powszechnej świadomości zagrożenia epidemicznego, portal RynekPierwotny.pl opublikował analizę obrazującą ścisłą dodatnią korelację pomiędzy cenami nowych mieszkań a zarobkami w Polsce. Urzędowe wyznaczenie ścieżki wzrostu płacy minimalnej w kraju z punktem docelowym na poziomie 4 tys. zł w 2024 roku, jednoznacznie sugerowało analogicznie silną zwyżkę stawek mkw. deweloperskiego lokum nawet w wymiarze 50 proc. w perspektywie kolejnych 4 lat.

Niestety nagła wolta sytuacji gospodarczej kraju i świata w wyniku pandemii koronawirusa całkowicie zanegowała tę prowzrostową prognozę, zastępując ją przede wszystkim zupełną konsternacją i niepewnością rozwoju sytuacji zwłaszcza w dłuższym terminie. Tym samym stało się raczej oczywiste, że do roku 2024 zarówno perspektywa 4 tys. zł pensji minimalnej w Polsce jak i wzrostu cen mieszkań o dziesiątki procent zdecydowanie straciła na aktualności.

Tymczasem być może dużo ciekawszym od dynamiki płac parametrem rynku pracy z punktu widzenia zaskakująco wysokiej, acz tym razem dla odmiany ujemnej korelacji z mieszkaniówką jest wskaźnik bezrobocia. Na zaprezentowanym wykresie, przedstawiającym jego ewolucję na tle dynamiki cen nowych mieszkań, wyraźnie widać dość ścisłą symetryczność przebiegu obu krzywych z dającą się z grubsza wyznaczyć osią symetrii, co w sumie dobrze przypomina lustrzane odbicie. Wg portalu ekspertów RynekPierwotny.pl ta dość wierna zależność utrzymuje się nieprzerwanie co najmniej od roku 2004, czyli momentu przystąpienia Polski do struktur UE, a także początku pierwszego ożywienia koniunkturalnego z prawdziwego zdarzenia w krajowej mieszkaniówce.

Co więcej, na podstawie ewolucji w czasie dotychczasowych statystyk obu parametrów można dość dokładnie określić wymierny charakter permanentnego oddziaływania poziomu bezrobocia na dynamikę zmienności cenników deweloperskich.

Jak się bowiem okazuje, w trakcie siedmiu lat ostatniego boomu spadek bezrobocia o 1 p.p. odpowiadał wzrostowi cen mieszkań z pierwszej ręki o około 5,5 proc. Również w odwrotną stronę można wyznaczyć analogiczną relację z okresu bessy lat 2008 – 2013. W tym przypadku średni spadek stawek rynku pierwotnego o około jedną czwartą był reakcją na wzrost odsetka bezrobotnych z poziomu 9,5 do 13,4 proc. A to oznacza, że każdy 1 p.p. wzrostu bezrobocia implikował zniżkę stawek mkw. nowego lokum aż o ponad 6 proc.Wykres 1 – Ceny mieszkań a wskaźnik bezrobocia

Pytanie, czy tego typu relacja jest czymś absolutnie niezawodnym i niezmiennym w czasie. Oczywiście trudno przyjąć takie założenie bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Skoro jednak od kilkunastu lat z powodzeniem funkcjonuje, należy oczekiwać, że będzie kontynuowana w przewidywalnej przyszłości, a więc także w tej najbliższej.

Zapewne więc i tym razem da się zaobserwować podobną „lustrzaną” koegzystencję wskaźników bezrobocia i dynamiki cen w pierwotnym segmencie mieszkaniówki. Jedyną kwestią pozostaje wymiar przelicznika wskaźnika bezrobocia na cenniki deweloperów. W mediach nastąpił ostatnio prawdziwy wysyp wszelkich prognoz oczekiwanych parametrów gospodarki, także tych dotyczących rodzimego rynku pracy. Decydujące będą jednak oficjalne komunikaty rządowe, na które przyjdzie zapewne jeszcze trochę poczekać, a które pozwolą na zdecydowanie bardziej wiarygodną ocenę wpływu pandemii na koniunkturę rynku mieszkaniowego.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Jak epidemia koronawirusa zmieni krajowy sektor handlu detalicznego

Wydatki Polaków w handlu wywołane długotrwałym wychodzeniem ze stanu powszechnej izolacji, prognozowanym bezrobociem wywołanym kryzysem po epidemii czy wstrzemięźliwością zakupową mogą spaść od 8,3 do 23,7 proc. w zależności od powiatu.

Opierając się własnych danych pochodzących z badań nad potencjałem siły nabywczej Polaków na różne kategorie produktów analitycy GfK oszacowali 4 możliwe scenariusze rozwoju wypadków w polskim handlu detalicznym. W każdej z 4 prognoz uwzględniono założenia dotyczące potencjalnej długości okresu izolacji oraz ilości czasu, jaki zajmie sektorowi powrót do stanu „normalności”, czyli do poziomu sprzedaży sprzed epidemii.

  1. I tak w scenariuszu pierwszym, najbardziej optymistycznym, zakładającym 2-miesięczny okres izolacji oraz powrót do poziomów sprzedaży sprzed epidemii jeszcze w grudniu bieżącego roku, prognozowany ogólny spadek wydatków Polaków w handlu detalicznym może w nadchodzących miesiącach wynieść od 8,3 do 14,2 proc. (w zależności od powiatu).
  2. W scenariusz drugim, zakładającym także 2-miesięczny okres zamknięcia Polaków w domach, ale okres dochodzenia do poziomów sprzedaży sprzed epidemii kończący się w maju przyszłego roku, prognozowany spadek wydatków konsumentów w sklepach wyniesie w tym okresie od 10,7 do 17,7 proc. (w zależności od powiatu).
  3. Scenariusz trzeci zakłada spadek wydatków Polaków w handlu między 11,7 a 19,3 proc. w zależności od powiatu, jeśli izolacja potrwa 2 miesiące, ale powrót do poziomów sprzedaży sprzed epidemii nastąpi dopiero w grudniu 2021 roku.
  4. W scenariuszu czwartym, najbardziej pesymistycznym prognozowana jest największa skala spadków, pomiędzy 14,4 a 23,7 proc. Dojdzie do nich przy założeniach, iż izolacja Polaków potrwałaby łącznie 4 miesiące (2 miesiące wiosną i 2 miesiące jesienią 2020 roku), a powrót do poziomów sprzedaży sprzed epidemii w nastąpiłby w grudniu 2021 roku.

handel po epidemii

Polski handel to około 437 miliardów złotych rocznych obrotów. Centra handlowe (pow. 5 tys. m kw.) odpowiadają za około 30 proc. tej wartości, a udział handlu online kształtował się na poziomie około 9 proc. Oznacza to, w pewnym uproszczeniu i bez uwzględnienia sezonowości, że przy zamknięciu centrów handlowych przez miesiąc nie wygenerują one sprzedaży na poziomie około 10,5 miliarda złotych. Długość okresu izolacji i wstrzemięźliwość zakupowa Polaków w okresie po zniesieniu ograniczeń zadecydują o głębokości przeobrażeń, którym z pewnością ulegnie krajowy sektor handlu – komentuje Przemysław Dwojak, Senior Director w GfK.

O badaniu
Badanie siły nabywczej Polaków (GfK Purchasing Power) analizuje nominalny dochód rozporządzalny, bez inflacji. Badanie opiera się na danych statystycznych dotyczących wysokości dochodów, podatków i świadczeń społecznych oraz na prognozach instytucji finansowych. Siła nabywcza rozumiana jest jako dochód rozporządzalny na mieszkańca po odjęciu podatków i darowizn na cele dobroczynne. Badanie wskazuje poziom siły nabywczej na osobę w danym roku wyrażony w euro i jako wartość zindeksowana.

Konsumenci wykorzystują ogólną siłę nabywczą do pokrycia wydatków na artykuły spożywcze, mieszkanie, usługi, energię, składki na prywatne plany emerytalne i ubezpieczenia oraz innych wydatków, takich jak wakacje, koszty przejazdów czy wydatki konsumpcyjne.

NBP nie wyklucza znacznego złagodzenia polityki pieniężnej

W ostatnich latach polski bank centralny miał bardzo konserwatywne podejście do polityki pieniężnej. NBP, w przeciwieństwie do innych banków centralnych w Europie, nie zmieniał ustawień polityki pieniężnej. Teraz, gdy sytuacja zaczyna się zmieniać po ostatnich obniżkach stóp procentowych, wg. członkini komisji, Grażyny Ancyparowicz, NPB jest gotowy do kolejnego znacznego złagodzenia polityki pieniężnej. Może to prowadzić do obniżenia stopy referencyjnej poniżej zera. Jednocześnie NBP rozważa rozpoczęcie zakupu obligacji korporacyjnych. Tym sposobem idzie śladami innych banków centralnych, takich jak Fed, Czeski Bank Narodowy czy Europejski Bank Centralnym, które łagodzą politykę pieniężną (przy czym EBC ma ograniczone możliwości do tego typu działań). Swoją politykę rozluźnia również Chiński Bank Narodowy, który obniżył stopy procentowe z 3,15% na 2,95% i zmniejszył wymagania dotyczące rezerw bankowych, dając większe możliwości ich inwestowania i wspierania tym samym gospodarki. A ta wyraźnie tego potrzebuje, widać tu już bowiem spadek wartości PKB w pierwszym kwartale. W porównaniu rocznym wyniósł 9,8%, a w zestawieniu kwartalnym 6,8%.

Złoty skorygował część swoich strat z początku marca. Jego kurs w stosunku do euro spadł, w piątek rano wynosił 4,536 PLN/EUR. Pod wpływem miesięcznego spadek sprzedaży detalicznej o 8,7% spadł również kurs eurodolara. Główna para walutowa w piątek rano notowana była na poziomie 1,083 USD/EUR.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Wpływ pandemii na rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce

Ograniczenia związane z COVID-19, wprowadzone przez polski rząd w marcu i przedłużone co najmniej do 19 kwietnia, wpływają na każdą z gałęzi gospodarki. O tym, jak zmieniają one oblicze sektora nieruchomości handlowych, biurowych oraz magazynowych mówią eksperci Cushman & Wakefield: Katarzyna Lipka-Nawrocka, Jan Szulborski, Małgorzata Dziubińska oraz Adrian Semaan.

eksperci Cushman & Wakefield: Katarzyna Lipka-Nawrocka, Jan Szulborski, Małgorzata Dziubińska oraz Adrian Semaan
Sytuacja gospodarcza

W marcu polski rząd, w ramach walki z rozprzestrzenianiem się pandemii koronawirusa, wprowadził liczne ograniczenia. W związku z dalszym rozwojem epidemii zostały one przedłużone co najmniej do 19 kwietnia.

Wprowadzone ograniczenia, mające największy wpływ na polską gospodarkę i rynek nieruchomości, to między innymi:

  • całkowity lockdown, czyli zakaz wychodzenia z domu poza sytuacjami koniecznymi, takimi jak wyjście do pracy, zakup niezbędnych produktów, wizyta u lekarza czy spacer z psem;
  • zawieszenie ruchu lotniczego oraz zamknięcie granic dla obcokrajowców co najmniej do 3 maja;
  • ograniczenia w funkcjonowaniu galerii handlowych o powierzchni ponad 2 tys. mkw., w których czynne mogą być wyłącznie punkty sprzedające niezbędne produkty lub świadczące niezbędne usługi, w tym sklepy spożywcze, apteki, drogerie i pralnie;
  • restauracje mogą oferować wyłącznie posiłki z dostawą lub na wynos;
  • wolnostojące markety budowlane są czynne, z wyjątkiem weekendów;
  • limit klientów, którzy mogą przebywać jednocześnie w sklepach lub supermarketach – do 3 osób na jedną kasę;
  • hotele i inne miejsca noclegowe, a także salony kosmetyczne i fryzjerskie pozostają zamknięte;
  • odległość pomiędzy stanowiskami pracy musi wynosić 1,5 m oraz konieczne jest zapewnienie środków do dezynfekcji.

Inne ograniczenia:

  • dystansowanie społeczne w miejscach publicznych – obowiązek zachowania przez pieszych odległości nie mniejszej niż 2 metry od siebie;
  • szkoły i przedszkola pozostają zamknięte co najmniej do 26 kwietnia;
  • obowiązuje zakaz korzystania z parków, plaż i bulwarów oraz rowerów miejskich;
  • dopuszczalna liczba pasażerów w środkach publicznego transportu zbiorowego to połowa liczby miejsc siedzących;
  • wszystkie muzea, biblioteki oraz centra rozrywki i kultury pozostają zamknięte;
  • obowiązek zakrywania nosa i ust w przestrzeni publicznej począwszy od 16 kwietnia.

Zgodnie z najnowszymi informacjami, polski rząd  planuje poluzowanie niektórych ograniczeń w celu stopniowego „odmrażania” gospodarki. Według doniesień z 16 kwietnia, pierwszy etap, mający obowiązywać od 20 kwietnia, będzie obejmował między innymi zwiększenie liczby osób mogących przebywać w sklepach, jak również otwarcie dostępu do lasów i parków oraz możliwość przemieszczania się w celach rekreacyjnych. Drugi etap zakłada otwarcie sklepów budowlanych w weekendy, jak również hoteli i innych miejsc noclegowych oraz niektórych instytucji kultury. Trzeci etap to między innymi otwarcie sklepów w galeriach handlowych, gastronomii, zakładów fryzjerskich i salonów kosmetycznych, natomiast czwarty – umożliwienie działalności siłowni, klubów fitness, salonów masażu i solariów, jak również kin i teatrów. Daty przejścia do kolejnych etapów nie zostały jeszcze podane i zależeć będą od stanu rozprzestrzeniania się koronawirusa.

Według Oxford Economics, wprowadzenie radykalnych środków ograniczających rozprzestrzenianie się koronawirusa spowoduje w Polsce znaczące zakłócenia w działalności gospodarczej w pierwszym półroczu, ale na drugą połowę 2020 roku prognozowane jest silne odbicie. Wskutek tego, PKB Polski w 2020 roku pozostanie zasadniczo w fazie stagnacji – wzrośnie o zaledwie 0,1% (to o 3% mniej w porównaniu z poprzednią prognozą sprzed wybuchu pandemii koronawirusa), natomiast w 2021 roku wzrost może przyspieszyć do 4,4%.

Sektor handlowy

Wskutek obowiązujących ograniczeń, właściciele i najemcy centrów handlowych oraz cały sektor handlowy ponoszą duże straty. Zmiany w tym sektorze będą zależały od okresu trwania pandemii i lockdownu. Klienci starają się nie chodzić do sklepów i miejsc publicznych – z tego względu za beneficjentów uważa się sieci handlowe, które są w stanie realizować zamówienia online z dostawą do domu.

Polska wprowadziła tarczę antykryzysową, zgodnie z którą obowiązywanie umów najmu w galeriach handlowych może zostać tymczasowo zawieszone w przypadku sklepów, które nie mogą prowadzić działalności – pod warunkiem że wynajmujący otrzyma od najemcy wiążącą ofertę przedłużenia umowy najmu o okres obowiązania zakazu i dodatkowo 6 miesięcy. Ponadto zakaz handlu w niedziele zostanie częściowo zniesiony, umożliwiając sklepom prowadzenie sprzedaży w niedziele.

Zarówno najemcy, jak i wynajmujący podejmują działania mające na celu wykorzystanie możliwości stworzonych przez nowe przepisy. Współpraca i partnerstwo obu stron są niezbędne do tego, aby pokonać obecne wyzwania.

Sektor biurowy

Budynki biurowe w Polsce pozostają otwarte. Jednak ze względu na przepisy dotyczące zachowania odległości pomiędzy stanowiskami pracy nie mniejszej niż 1,5 metra, mniej osób może pracować w biurach. Wskutek tego i biorąc pod uwagę dodatkowe środki bezpieczeństwa prowadzone przez poszczególne firmy, duża część pracowników biurowych w Polsce pracuje obecnie zdalnie.

Przepisy nie ograniczają prowadzenia prac budowlanych w Polsce i większość inwestycji biurowych jest kontynuowana. Jednak z powodu spowolnienia procesu wydawania pozwoleń i innych przeszkód wynikających z pandemii, realizacja części projektów biurowych, których zakończenie zaplanowano na najbliższe kilka miesięcy, może ulec nieznacznemu opóźnieniu.

Kluczowe dane statystyczne dotyczące warszawskiego rynku biurowego za pierwszy kwartał 2020 roku napawają optymizmem, ponieważ całkowity wolumen transakcji najmu osiągnął poziom zbliżony do odnotowanego w pierwszym kwartale 2019 roku, co spowodowało dalszy spadek wskaźnika pustostanów. Obserwujemy jednak wpływ pandemii na aktywność na rynku biurowym, ponieważ duża część najemców przyjęła strategię wyczekiwania, a niektórzy z nich już wstrzymali decyzje w sprawie relokacji.

Ponadto pewna grupa najemców w budynkach biurowych była zmuszona zamknąć lokale wskutek ograniczeń wprowadzonych przez rząd. Dotyczy to podmiotów z sektora usług, między innymi kawiarń, restauracji, klubów fitness, szkół językowych, salonów fryzjerskich i kosmetycznych, itp.

Obserwujemy również wzrost liczby najemców biur, którzy zgłaszają się do wynajmujących z prośbą o obniżenie lub zamrożenie płatności czynszu. Polski rząd nie ogłosił jednak stanu wyjątkowego, który pozwoliłby uczestnikom rynku na skorzystanie z klauzul dotyczących siły wyższej, wskutek czego najbardziej optymalnym sposobem dla wynajmujących i najemców jest mediacja i uzgodnienie rozwiązań zadowalających obie strony.

Operatorzy coworkingowi również odczuwają spadek popytu. Przedstawiciele Cushman & Wakefield przewidują, że mogą oni jednak skorzystać na odbiciu po zakończeniu pandemii, ponieważ większość firm najprawdopodobniej zdecyduje się na zmianę i poszerzenie swoich strategii dotyczących wykorzystywania powierzchni o elastyczne powierzchnie biurowe i pracę zdalną.

Sektor magazynowy

Sytuacja na rynku magazynowym w Polsce jest stosunkowo stabilna. Dominują obecnie procesy dostosowawcze – zabezpieczanie zdrowia pracowników i korygowanie poziomów zapasów w celu zapewnienia płynności dostaw, zwłaszcza w zakresie niezbędnych grup produktów. Eksperci Cushman & Wakefield przewidują, że popyt w pierwszym kwartale 2020 roku będzie dodatni z uwagi na dużą aktywność najemców zaobserwowaną w okresie poprzedzającym wybuch pandemii w Polsce.

Ze względu na fakt, że rynek najmu jest dość zróżnicowany, dalszy wpływ pandemii COVID-19 będzie uzależniony od kategorii najemcy. W grupie najemców odczuwających jej skutki najbardziej są sieci handlowe i firmy motoryzacyjne. Po drugiej stronie mamy jednak firmy kurierskie, które obsługują więcej przesyłek niż w okresie przedświątecznym, oraz najemców działających w kanałach online, którzy także odnotowali wzrost sprzedaży. Niektóre z tych trendów są krótkofalowe, ale niektóre utrzymają się po zniesieniu lockdownu.

Przewidujemy, że prace budowlane rozpoczęte na początku pierwszego kwartału bieżącego roku będą kontynuowane. Obecnie w budowie znajduje się ponad 1,9 mln mkw. powierzchni magazynowej w Polsce, z czego duża część jest przedmiotem negocjacji z najemcami. Inwestycje o charakterze spekulacyjnym stanowią ok. 40-50 % nowej powierzchni pozostającej w budowie.

Według ekspertów Cushman & Wakefield deweloperzy najprawdopodobniej zrewidują swoje plany inwestycyjne, zwłaszcza w odniesieniu do inwestycji realizowanych spekulacyjnie, ze względu na niepewność co do sytuacji w przyszłości i przewidywane spowolnienie gospodarcze. Niektóre procesy, szczególnie krótkoterminowe, mogą zostać zawieszone, a firmy będą uważnie monitorowały rynek. Jednocześnie podmioty, które podjęły strategiczne decyzje dotyczące inwestycji długofalowych, nie wstrzymają inwestycji w celu zachowania płynności finansowej.

Prognozy Cushman & Wakefield

Ze względu na szybko zmieniającą się sytuację trudno jednoznacznie przewidzieć wpływ, jaki pandemia COVID-19 będzie miała na rynek nieruchomości w Polsce.

Sektor handlowy z pewnością ucierpi najbardziej, dlatego też kluczowa jest współpraca wynajmujących z najemcami. Ponadto wszyscy uczestnicy rynku powinni już teraz przystąpić do rewizji swoich strategii i dostosowywania się do rzeczywistości po pandemii.

Mocne fundamenty sektora biurowego w Polsce, przy jednoczesnym braku ryzyka nadpodaży i aktualnie niskich wskaźnikach pustostanów, powinny umożliwić rynkowi stosunkowo szybki powrót do równowagi po spowolnieniu.

Rynek magazynowy w Polsce będzie nadal rozwijał się w długiej perspektywie dzięki bardzo silnym fundamentom. Przestawienie się dzisiejszych klientów na zakupy online przełoży się na ich zachowania w przyszłości, co z kolei wpłynie pozytywnie na popyt na powierzchnię magazynową. Kolejnym katalizatorem dalszego wzrostu może być relokacja części produkcji z Azji oraz chęć utrzymania jej w Europie, czyli bliżej miejsca konsumpcji. To stanowi wielką szansę dla regionu Europy Środkowo-Wschodniej, który jest nadal konkurencyjny w porównaniu z Europą Zachodnią pod względem wysokości stawek czynszowych i kosztów pracy.

Eksperci:

Katarzyna Lipka-Nawrocka , Head of Consulting & Research, Cushman & Wakefield

Jan Szulborski, Senior Consultant, Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

Małgorzata Dziubińska, Associate Director, Consulting & Research, Cushman & Wakefield

Adrian Semaan, Research Consultant, Industrial & Logistics, Cushman & Wakefield

Restart gospodarki? Trudniejszy od jej zamrożenia

Restart gospodarki wymaga szczegółowego i odpowiednio wcześniej zapowiedzianego planu. A po rozpoczęciu tego procesu wymaga też testów, realizowanych na masową skalę oraz stałego monitoringu – oceniają Pracodawcy RP. Takie same zalecenia w tym zakresie opracowała właśnie Komisja Europejska.

„Restart nie będzie ani szybki, ani łatwy do przeprowadzenia. Musi być ściśle powiązany z sytuacją epidemiczną w Polsce i w Europie. Musimy mieć najpierw pewność, że pandemia została opanowana i wtedy ostrożnie zacząć restart. Jednocześnie nie możemy się z tym spóźnić, bo starty będą ogromne” – mówi dr Sławomir Dudek, Główny Ekonomista Pracodawców RP.

Według Pracodawców RP, konieczne jest zdobycie najpierw rzetelnej wiedzy o skali pandemii. Dopiero trwałe zmniejszenie liczby nowych infekcji, hospitalizacji i pacjentów intensywnej terapii będzie przesłanką do stopniowego luzowania ograniczeń. Analizy i modele epidemiologiczne nie mogą pozostawiać wątpliwości, że Polska na trwałe weszła na ścieżkę schodzącą. „Istotne jest, aby Polska miała swój własny plan wychodzenia. Nie możemy po prostu naśladować innych krajów. Stracilibyśmy wówczas przewagę wynikającą z tego, że relatywnie wcześnie wprowadziliśmy ograniczenia. Naszą krzywą zachorowań udało się utrzymać na relatywnie płaskim poziomie. To można i trzeba wykorzystać gospodarczo” – uważa dr Dudek.

Zdaniem eksperta Pracodawców RP, odmrożenia gospodarki nie będzie można ogłosić „z dnia na dzień”. Operacja ta musi zostać wcześniej zaplanowana i odpowiednio zakomunikowana, bo przedsiębiorcy muszą się do niej przygotować. Jest bowiem pewne, że działalność wielu, o ile nie wszystkich branż zostanie zmodyfikowana. Konieczne będą inwestycje, choćby przebudowa miejsc obsługi klientów, stanowisk pracy – tak, by były zgodne z nowymi wymogami. Niezbędne będzie wcześniejsze określenie wymogów sanitarno-epidemiologicznych dla firm, które stopniowo będą uruchamiały swoją działalność (w przypadku m.in. lokali usługowych, biurowych, produkcyjnych). Potrzebne jest wręcz coś w rodzaju „ISO bezpieczeństwa wirusowego”. Będą to np. przebudowy lad, kontuarów, wnętrz, aby oddzielić klientów od personelu i zapewnić wszystkim większe odstępy. Część tych zmian może być czasowa, inne będą na stałe – wszystkie będą jednak kosztować i wymagać czasu na przygotowanie. Przedsiębiorcy muszą być uprzedzeni, aby wprowadzić zmiany na czas. Działanie z odpowiednim wyprzedzeniem pozwoli jednocześnie uniknąć gigantycznego wzrostu cen usług modernizacyjnych.

Musimy również skoordynować nasze działania w ramach Unii Europejskiej – nie należy dopuścić do sytuacji, w której np. fabryki motoryzacyjne w Niemczech zostaną uruchomione, a nasz przemysł podzespołów i komponentów będzie nadal zamknięty. Dotyczy to m.in. wielu branż eksportowych. Należy zrobić wszystko, aby polska gospodarka nie wypadła z łańcuchów dostaw.

Jednocześnie trzeba prowadzić ciągły monitoring sytuacji. „Konieczne są ‘testy, testy, testy’. Mamy 3xI, a powinno oprócz tego, a nawet przede wszystkim 3xT. Wszędzie i przy najmniejszym podejrzeniu. Jeśli po restarcie gospodarki monitoring zawiedzie, to ani się obejrzymy i będziemy musieli się ponownie ‘zamrażać’. A to byłaby już katastrofa” – mówi dr Dudek.

Zgodnie z rekomendacjami Komisji Europejskiej, przy planowaniu strategii otwierania gospodarki należy brać pod uwagę trzy kryteria:

  1. Kryteria epidemiologiczne;
  2. Wydolność systemu opieki zdrowotnej;
  3. Odpowiednia zdolność monitorowania i testowania populacji.

System opieki zdrowotnej musi dysponować odpowiednią rezerwą, aby bezproblemowo przyjąć ewentualny krótkotrwały wzrost zakażeń wywołany zdjęciem ograniczeń. Komisja Europejska wskazuje, że plany otwierania gospodarki powinny opierać się na nauce i mieć zdrowie publiczne w centrum swojej uwagi. Decyzja o luzowaniu ograniczeń jest wielowymiarową decyzją polityczną, obejmującą równoważenie korzyści dla zdrowia publicznego z innymi skutkami społecznymi i gospodarczymi.

Znoszenie ograniczeń – cztery historie. Analiza Euler Hermes: Covid-19

W miarę jak coraz więcej krajów ogłasza przyszłe daty zakończenia blokad (Francja, Zjednoczone Królestwo, Niemcy), już rozpoczyna je łagodzić (Chiny, Austria i teraz Włochy i Hiszpania), wszystkie z nich prezentują swoje plany stopniowego wznowienia działalności. Należy jednak mieć na uwadze, że nie wszystkie kraje znajdują się w takiej samej sytuacji; każdy narażony jest na inne ryzyka w przededniu znoszenia ograniczeń. Zaczynając od warunków początkowych, z danych epidemiologicznych w sposób oczywisty wynika, że niewiele krajów jest już w momencie, aby rozpocząć znoszenie ograniczeń, tj. szczyci się szacowaną podstawową liczbą replikowania R0<1. Niemniej wiele z nich chciałoby rozpocząć łagodzenie restrykcji jak najwcześniej w celu wsparcia swoich gospodarek. Aby zrozumieć potencjalne strategie wyjścia i powiązane z nimi ryzyka, grupujemy kraje w oparciu o dwa wymiary, które analizują ich warunki początkowe, przed zniesieniem blokad: (1) gotowość zdrowotna do znoszenia ograniczeń i (2) podatność gospodarcza na ograniczenia.

Rysunek 1 – Ramy analityczne znoszenia ograniczeń

znoszenie ograniczeń
Źródło: Różnorodne dane ogólnodostępne, Euler Hermes, Allianz Research

Analiza Euler Hermes pokazuje cztery grupy krajów (zob. rysunek 2). Struktura jest dynamiczna, dlatego grupy mogą ewoluować z czasem wraz z postępami walki z wirusem oraz wraz ze zwiększaniem przez kraje swojego potencjału medycznego lub potencjału w zakresie wykonywania testów. Pierwsza grupa, głównie złożona z tzw. rynków wschodzących, jest wciąż nieprzygotowana na znoszenie ograniczeń, ponieważ rozprzestrzenianie wirusa przyspiesza, a opieka zdrowotna zmaga się z utrzymaniem swojej wydolności. Co więcej, kraje te są wysoce narażone, ponieważ „zamknięcie” jest trudniejsze do wdrożenia w wysoce zaludnionych obszarach (Brazylia, Indie…). Niedoinformowanie społeczeństw, braki w skutecznym dotarciu z informacją utrudniają stworzenie realnej sieci bezpieczeństwa społecznego, mimo że działalność stanęła (Meksyk), a co więcej –rośnie już polityczna presja ponownego uruchomienia gospodarki. Wpływ ograniczeń będzie nie tylko ogólnie niszczący, ale ich skutki mogą nawet hamować gospodarkę w perspektywie średnioterminowej. A ryzyko błędów polityki – zbyt szybkie uruchomienie gospodarki i zagrożenie wtórnego wybuchu epidemii – majaczy na horyzoncie. Stopniowe znoszenie ograniczeń wydaje się rozwiązaniem optymalnym, nawet jeżeli oznacza to niemrawe ożywienie w kształcie litery U.

Rysunek 2: Kraje podzielone według ich warunków początkowych

Kraje podzielone według ich warunków początkowych
Źródło: Różne, Euler Hermes, Allianz Research

Druga grupa, „ranne ptaszki”, jest blisko pokonania wirusa, zwiększając swój potencjał w zakresie wykonywania testów i potencjał medyczny. Wykazują również mniejszą wrażliwość (na epidemię jak i jej skutki) niż inne grupy ze względu na centralny odgórny proces decyzyjny (Chiny), skuteczne stabilizowanie aktywności gospodarczej i stworzoną sieć bezpieczeństwa społecznego (Dania) lub ograniczone kontrolowane zamknięcie (Korea Południowa). Ich strategie dotyczące znoszenia ograniczeń są ostrożne i stopniowe, jak widać po niedawnych zapowiedziach, wg. których niektóre podsektory usług pozostaną zamknięte do czerwca. Doświadczenie Chin pokazuje, że środki ograniczające rozprzestrzenianie się choroby są rozluźniane w sposób ostrożny lub niekiedy nawet ponownie zaostrzane w miastach, w których występuje ryzyko drugiej fali zakażeń ze względu na przypadki „importowane” lub asymptomatyczne.

Trzecia grupa obejmuje kraje z pogranicza, w których poczyniono postępy w zatrzymaniu rozprzestrzeniania wirusa (Włochy) lub w których potencjał medyczny i potencjał w zakresie wykonywania testów przewyższa potencjał krajów o porównywalnej gospodarce (Niemcy, Singapur). Jednak wiele z tych krajów jest względnie bardziej ekonomicznie podatne na ekonomiczne efekty ograniczeń w porównaniu do poprzedniej grupy „rannych ptaszków”. W tym przypadku prawdopodbne jest, że dążąc do zmniejszenia negatywnego wpływu gospodarczego ograniczeń (zwłaszcza na handel, turystykę i łańcuchy dostaw przemysłu), ich zniesienie nastąpiłoby wcześniej lub byłoby mniej stopniowe niż w poprzedniej grupie. W efekcie mielibyśmy do czynienia z wyższym ryzykiem wystąpienia nowej fali zakażeń (Singapur); mogłoby to zostać skompensowane jedynie dzięki wyższemu potencjałowi w zakresie wykonywania testów i śledzenia dróg rozprzestrzeniania się zakażenia.

Ostatnia grupa obejmuje kraje wciąż walczące z epidemią i w których poziom wykonywania testów nie osiągnął jeszcze standardu krajów mających nalepsze wyniki w tym względzie (w tej grupie jest Polska). W tej grupie odnajdziemy także kraje o gęsto zaludnionych obszarach miejskich (USA, Japonia, Zjednoczone Królestwo, Francja), w których z powodów logistycznych trudno egzekwować ograniczenia. Ponadto, niektóre kraje są wysoce podatne w ekonomicznym aspekcie na efekty pandemii m.in. ze względu na elastyczny rynek pracy (USA) i już wcześnie osłabioną gospodarkę (Japonia) lub ograniczoną swobodę w prowadzeniu polityki fiskalnej (Hiszpania). Wreszcie, wiele krajów jest podatnych na efekty blokady, ponieważ w krajach tych jest wysoka koncentracja działalności w sektorach najmocniej dotkniętych ograniczeniami. Optymalnym rozwiązaniem byłoby jeszcze bardziej stopniowe i powolne odblokowywanie działalności, aby uniknąć wtórnych wybuchów epidemii, a także dlatego, że niektóre z tych krajów (głównie w UE) muszą zmienić regulacje, aby móc wprowadzić aplikacje śledzące kontakty dla skutecznego śledzenia i zapobiegania zakażeniom. Kraje te mogłyby zdecydować się na pewien określony (większy) odstęp pomiędzy nakładaniem i znoszeniem ograniczeń, aby mieć pewność, że posiadają wystarczający potencjał zapobiegania chorobie w postaci zachowanych miejsc OIOM, rosnącej liczby wykonywanych testów i rygorystycznwego przestrzegania samoizolacji. Ryzyko zbyt wczesnego zniesienia ograniczeń z powodu nacisków gospodarczych (przypadek np. Hiszpanii, która zaczęła luzować ograniczenia w sektorze budowlanym i przemysłowym) jest realne.

Rysunek 3: Wstępne wnioski w odniesieniu do znoszenia ograniczeń: co należy, i czego nie należy robić

Długość i chronologia znoszenia ograniczeń –       W celu utrzymania R0 < 1 może byłoby optymalne nie znoszenie w pełni blokad do czasu wynalezienia szczepionki. Wtedy powrotu do „normalności” nie można by się spodziewać przed pierwszą połową 2021 r.

–       Jednak wydaje się, że osiemnastomiesięczne blokady są nie do utrzymania: stopniowe znoszenie ograniczeń (od minimum dwóch miesięcy do sześciu miesięcy) wydaje się akceptowanym standardem, ale muszą temu towarzyszyć: masowe wykonywanie testów, docelowa izolacja i identyfikacja przypadków asymptomatycznych.

Segmentacja sektorowa –       Efekt braku zaufania będzie długotrwały, więc nie powinniśmy spodziewać się natychmiastowego powrotu do konsumpcji: samoizolacja i strach będą trwać dłużej niż ograniczenia.

–       W pierwszej kolejności mogłyby zostać otwarte sektory o niskim ryzyku zakażenia, np. wysoce zautomatyzowane fabryki, oraz dotyczące osób mniej podatnych na zagrożenia, np. edukacja – przedszkola i szkoły. „Ważne sektory” mogłyby również wznowić działalność pod warunkiem przyjęcia rygorystycznych reguł zdrowotnych.

–       Sposób, w jaki sektory zorganizują proces dekoncentracji, ma kluczowe znaczenie dla zrozumienia procesu wychodzenia z kryzysu: nie wszyscy będą w stanie zrobić to szybko, w zależności od ich integracji w globalnym łańcuchu dostaw, ich akumulacji zapasów podczas ograniczeń, stopnia spadku zaufania konsumentów i od skali opóźnień logistycznych.

–       Należy uwzględnić komplementarności pomiędzy sektorami. Np. wiele ludzi mających dzieci nie może pójść do pracy, kiedy ośrodki opieki dziennej i szkoły są zamknięte;

Segmentacja geograficzna –       Regiony z większymi rezerwami w opiece zdrowotnej mogą otworzyć się wcześniej.

–       Jeżeli w pewnych regionach zostanie osiągnięta „odporność populacyjna”, to te regiony o wysokiej odporności mogą zostać otwarte wcześniej;

Restrykcje dotyczące poruszania się –       Utrzymanie zamkniętych granic lub egzekwowanie rygorystycznych ograniczeń w podróżowaniu będzie nową normą do końca roku. Unikanie przypadków „importowanych” będzie kluczowe, ponieważ znoszenie ograniczeń różni się co do czasu i strategii pomiędzy krajami

–       Pierwszeństwo należy dać łagodzeniu ograniczeń, które pociągają za sobą wysoki stres społeczny lub psychologiczny

Protokół zdrowotny –       Zarządzanie przypadkami asymptomatycznymi (nietypowymi, utajonymi): o ile nie będzie dokładnego szacunku liczby przypadków asymptomatycznych lub powszechnego wykonywania testów w celu ich wykrycia, zniesienie ograniczeń nie będzie nigdy kompletne. Przypadek Chin wskazuje, że bez względu na to, jakie będą odgórne wytyczne i ograniczenia, jednym z największych wyzwań jest zarządzanie rozprzestrzenianiem epidemii poprzez przypadki asymptomatyczne.

–       Śledzenie kontaktów wydaje się do dziś jednym z najlepszych sposobów monitorowania rozprzestrzeniania wirusa, jeżeli zostanie połączone z odpowiednim masowym wykonywaniem testów. Jednak wzbudza to obawy dotyczące prywatności i może być to trudniejsze do wdrożenia w Europie zważywszy na regulacje w zakresie ochrony prywatności. Masowe wykonywanie testów połączone ze ścisłym egzekwowaniem samoizolacji mogłyby być alternatywą sugerowaną w krajach europejskich.

Żródła: Różne, IFO, Blair Institute, McKinsey, Allianz Research

Autorzy:
GEORGES DIB
Ekonomista
LUDOVIC SUBRAN
Główny Ekonomista

Przy udziale:
Ana Boata, Szef Badań Makroekonomicznych
Alexis Garatti, Szef Badań Ekonomicznych
Françoise Huang, Starszy Ekonomista
Patrick Krizan, Starszy Ekonomista
Selin Ozyürt, Starszy Ekonomista
Manfred Stamer, Starszy Ekonomista
Katharina Utermöhl, Starszy Ekonomista
Ella Carmi i Bastien Patras, Asystenci Badań Ekonomicznych

Niniejsze oceny, jak zawsze, podlegają poniższemu zastrzeżeniu.

Uwaga dotycząca stwierdzeń wybiegających w przyszłość

Stwierdzenia zawarte w niniejszym dokumencie mogą zawierać perspektywy, stwierdzenia dotyczące przyszłych oczekiwań oraz innego rodzaju stwierdzenia wybiegające w przyszłość, oparte na aktualnych opiniach i założeniach kierownictwa firmy, obejmujących znane i nieznane czynniki ryzyka oraz niepewności. Rzeczywiste wyniki, rezultaty lub zdarzenia mogą w istotnym zakresie odbiegać od wyrażanych lub przewidywanych w takich stwierdzeniach, między innymi z powodu: (i) zmian ogólnych warunków ekonomicznych i sytuacji konkurencyjnej, w tym w szczególności warunków ekonomicznych i sytuacji konkurencyjnej w kluczowych sektorach działalności Grupy Allianz oraz na kluczowych dla niej rynkach, (ii) wyników osiąganych na rynkach finansowych, również ze względu na niestabilność i płynność rynku oraz zdarzenia związane z kredytami, (iii) częstotliwości oraz zakresu zdarzeń objętych ochroną ubezpieczeniową, w tym zdarzeń powodowanych przez klęski żywiołowe oraz wiążących się ze wzrostem wydatków na likwidację szkód, (iv) poziomów i tendencji śmiertelności i chorobliwości, (v) poziomu powtarzalności zdarzeń, (vi) w szczególności w działalności bankowej, skali ryzyka kredytowego, (vii) poziomu stóp procentowych, (viii) kursów wymiany walut, w tym m.in. kursu wymiany EUR/USD, (ix) zmian przepisów prawa i regulacji, w tym regulacji podatkowych, (x) wpływu przejęć spółek, w tym także kwestii związanych z integracją, i środkami reorganizacji, oraz (xi) ogólnych czynników związanych z konkurencją na szczeblu lokalnym, regionalnym, krajowym i/lub globalnym. Wystąpienie wielu z tych czynników może być bardziej prawdopodobne lub mogą one przyjmować bardziej wyraźną postać na skutek działań terrorystycznych i ich konsekwencji.

Brak obowiązku aktualizacji

Spółka nie zobowiązuje się do aktualizowania stwierdzeń lub informacji wybiegających w przyszłość zawartych w niniejszym dokumencie, z wyjątkiem informacji, podlegają ujawnieniu zgodnie z przepisami prawa.

COVID-19 obniżył wartość inwestycji na globalnym rynku nieruchomości, ale w II poł. roku można spodziewać się odbicia

Według wstępnych danych Colliers International wartość transakcji na globalnym rynku nieruchomości wyniosła w marcu 2020 zaledwie 48 miliardów dolarów, podczas gdy rok wcześniej było to 144 miliardów dolarów. Firma prognozuje jednak, że ożywienie inwestycyjne po pandemii COVID-19 nastąpi dużo szybciej i gwałtowniej niż po globalny kryzysie finansowym z 2008 r.

Colliers International zauważa, że pomimo spodziewanej globalnej recesji, ostatnie dane China Manufacturing PMI, po rekordowych spadkach w lutym, wskazują na stabilizację w marcu, co daje nadzieję na przyszłość. Według danych Oxford Economics po spadku globalnego PKB o 1,8 procent w pierwszym kwartale (w porównaniu kwartał do kwartału) i dalszym przewidywanym spadku o 0,3 procent w drugim kwartale, w trzecim i czwartym kwartale roku powinien nastąpić wzrost odpowiednio o około 1,5 procent i 1,8 procent.

– Globalny rynek przeżył bezprecedensowy szok. Jego efekt widzimy na całym świecie, również w państwach, takich jak Chiny czy Australia, których gospodarki relatywnie nie ucierpiały w trakcie globalnego kryzysu finansowego. Spadek globalnego PKB wystąpił równocześnie z innymi czynnikami, takimi jak: ograniczenie ruchu turystycznego i transportu towarów, spadek cen ropy oraz wahania na giełdach. Dobrą wiadomością jest to, że czas, w jakim oczekujemy odbicia dla każdego z tych czynników, będzie relatywnie krótki, a ożywienie dość gwałtowne – mówi Tony Horrell, dyrektor generalny Colliers International w Wielkiej Brytanii i Irlandii.

Colliers podkreśla, że od czasu globalnego kryzysu finansowego, światowe roczne wolumeny transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych wskazywały tendencję wzrostową. W 2018 r. zainwestowano rekordową kwotę 1,8 biliona dolarów, a w 2019 r. 1,7 biliona dolarów. W bieżącym roku odnotowano spadek wolumenu transakcji – wstępne dane wskazują 70-proc. spadek w skali globalnej (porównanie rok do roku) ze 144 miliardów dolarów w marcu 2019 do 48 miliardów dolarów w marcu br. Wartość transakcji za pierwszy kwartał 2020 r. wynosząca 250 miliardów dolarów jest najniższą od czasu drugiego kwartału 2012 r.

Nie wszędzie spadki

Z niektórych rynków płyną pozytywne informacje dotyczące I kwartału br. W Stanach Zjednoczonych wartość transakcji inwestycyjnych wyniosła 113 miliardów dolarów. To niewielka zmiana w porównaniu do 116 miliardów dolarów odnotowanych w zeszłym roku. W Wielkiej Brytanii, dzięki sprzedaży portfela nieruchomości iQ (akademiki) za 6 miliardów dolarów, odnotowano 9-procentowy wzrost z 16,9 miliardów dolarów w podobnym okresie w zeszłym roku do 18,4 miliardów dolarów w br. Szczególnie dużą aktywność w pierwszym kwartale odnotowano w Niemczech (+35% rok do roku), we Włoszech (+43% rok do roku) i Hiszpanii (+46% rok do roku).

Ostrożny optymizm

Model ekonometryczny Colliers wskazuje, że w drugim kwartale roku globalne wolumeny transakcji inwestycyjnych utrzymają się na podobnym niskim poziomie co w pierwszym kwartale. Mimo że Chiny już wracają do normalnej aktywności, wiele krajów nadal utrzymuje nakaz izolacji, w związku z czym w najbliższych tygodniach działalność gospodarcza pozostanie ograniczona. Model przewiduje jednak znaczny wzrost w trzecim i czwartym kwartale roku, kiedy to globalne wolumeny transakcji inwestycyjnych wrócą do poziomów odnotowywanych przed pandemią COVID-19.

– Ze względu na szybko zmieniający się charakter kryzysu związanego z pandemią COVID-19, niemożliwe jest przewidzenie, jak w ciągu najbliższych tygodni będzie się kształtował wolumen transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych. Istnieje jednak kilka powodów, które pozwalają na ostrożny optymizm. Rządy i banki centralne zareagowały o wiele szybciej i na większą skalę w porównaniu do czasów globalnego kryzysu finansowego. Dodatkowo globalny ciężar kapitału jest znacznie większy niż dekadę temu, inwestorzy będą chcieli dywersyfikować swoje portfolia. Nasz model przewiduje, że po krótkiej recesji, odnotujemy znaczny wzrost w drugiej połowie roku. Należy jednak pamiętać, że opiera się on na prognozach silnego ożywienia gospodarczego w drugiej połowie roku i należy go traktować z pewną ostrożnością – zaznacza Oliver Kolodseike, dyrektor w Dziale Badań i Prognoz Rynkowych w Colliers International w Wielkiej Brytanii.

Praca zdalna, bezpieczeństwo i chmura – fundamenty nowej normalności

Dni zmieniły się w tygodnie a pierwszy szok minął. Dla wielu organizacji, przyzwyczajonych do tej pory, że pracownicy codziennie rano zasiadają do biurek, praca zdalna stała się nową normą. Nie oznacza to, że zarządzający firmami mogą spocząć na laurach. O tym jak zbudować bezpieczne miejsce pracy zdalnej i przygotować się na prawdziwą technologiczną rewolucję opowiada Kristine Dahl-Steidel, wiceprezes ds. technologii End User Computing w VMware EMEA.

Według różnych badań średnio ponad 60 proc. działających w Polsce firm, które dotąd nie oferowały możliwości pracy zdalnej, zdecydowało się na taki krok w ostatnich tygodniach. To koniec działań ratunkowych czy dopiero początek rewolucji? 

Praca zdalna to coś co do tej pory było wyjątkiem. Dziś jest już pewnego rodzaju nową normą, która chroni zdrowie pracowników, a wielu organizacjom pozwala kontynuować normalne działanie. Atmosfera niepewności nadal jest jednak wyczuwalna, szczególnie, że wiele firm parę tygodni temu w pośpiechu przechodziło na pracę zdalną, oceniając pobieżnie, którzy pracownicy są niezbędni do normalnego funkcjonowania biznesu. Nikt nie wie jednak ile obecna sytuacja będzie trwać, a firmy muszą być przygotowane na działanie dziś, ale i w przyszłości. Aby utrzymać ciągłość biznesową wiele organizacji musi dzisiaj całkowicie przemodelować to jak działają. Pracownicy zdalni muszą mieć odpowiednie wsparcie IT, muszę tez wiedzieć z kim w ogóle mają rozmawiać w tym temacie. Pracownicy nie mogą się martwić się o dostęp do sieci, zacinające się systemy czy o to czy firmowe dane są odpowiednio zabezpieczone.

Przejście na pracę zdalną już wydaje się nie lada rewolucja dla firm, a do tego równania dochodzi jeszcze bezpieczeństwo. Czy aby na pewno firmy są dzisiaj na to gotowe. 

Wszystko musi dzisiaj działać jak należy z bezpieczeństwem potraktowanym jako priorytet. Niezależnie od tego, czy pracujemy zdalnie w domu, w biurze przy wsparciu ustalonych procedur, warto, aby wszystkie firmy sprawdziły, co i jak wdrożyły i czy firmowe systemy są naprawdę bezpieczne. Sieć zalewają obecnie setki ataków związanych z koronawirusem. Groźne są zarówno te socjotechniczne, żerujące na naszym strachu, jak i te bardziej wyrafinowane technologiczne, wykorzystujące nagły wzrost liczby aplikacji konsumenckich, które stosujemy m.in. do komunikacji.

Nie możemy w tym przypadku zastosować metody małych kroków i zacząć od edukacji pracowników, jak mają się zachowywać w sieci i jak mają postępować z firmowymi danymi?

Podstawowe zasady cyber-higieny są dzisiaj niezwykle istotne, ale faktem jest, że nawet te praktyki znacznie łatwiej można egzekwować gdy pracownicy korzystają z firmowych urządzeń, podpiętych do sieci na miejscu, w biurze. Wiele firm w ostatnich tygodniach postanowiło jednak wyposażyć pracowników w laptopy kupione naprędce od sprzedawców detalicznych lub wdrożyło z dnia na dzień podejście typu BYOD, czyli praca na własnym sprzęcie. W takich przypadkach utrzymanie pełnego bezpieczeństwa firmowych danych i systemów nie jest już tak możliwe jak firmy tego naprawdę potrzebują.

Jak więc zabezpieczyć firmowe dane w czasach pracy zdalnej?

W idealnym świecie rozwiązaniem byłby model zero-trust wdrożony we wszystkich organizacjach. Zamiast wierzyć, że wszystko co się dzieje w firmowych sieci i aplikacji jest bezpieczne, model ten weryfikuje każde żądanie o dostęp do danych. Dzieje się tak bez zględu na stanowisko pracownika. Każdy musi udowodnić, że on to on. Aby to było możliwie bez ograniczania wydajności, pracownicy muszą jednak mieć narzędzia do szybkiego uwierzytelnienia siebie i swoich urządzeń. Faktem jest jednak, że większość organizacji nie ma technicznych możliwości, by wdrożyć takie podejście z sukcesem i to zdalnie.

Skoro wszyscy pracujemy w domach oznacza to, że większość firm ma poważny problem. Każdy z nas jest potencjalnym źródłem awarii?

Tak, i organizację nie mają więc wyjścia – muszą znaleźć sposób na wdrożenie modelu zero-trust, bo tylko dzięki niemu zapewnią sobie pełne bezpieczeństwo, jednocześnie nie utrudniając pracownikom skutecznego dostępu do niezbędnych danych i zasobów. Inwestycja w zero-trust to jednak nie tylko działanie na teraz, a fundament bezpieczeństwa na przyszłość. To kompleksowa ochrona dla firmowych systemów, aplikacji i urządzeń pracowniczych. A to tylko część układanki. Firmy muszą przemyśleć również sposób zarządzania ruchem w swoich sieciach. Obecnie ogromne ilości urządzeń próbują łączyć się z firmowymi aplikacjami i systemami. Tradycyjne firmowe sieci nie są jednak przygotowane na taki scenariusz. Prowadzi to do sytuacji gdy firmowe systemy są po prostu przeciążone, a pracownicy mają problemy z dostępem.

Są jakieś sprawdzone metody na odciążenie firmowych sieci?

Tak, można np. ograniczyć kontakt pracowników z systemami wsparcia poprzez wdrożenie chatbotów, które mogą odpowiadać na najbardziej popularne pytania techniczne w organizacji. Istnieją również narzędzia do optymalizacji aplikacji.  Bez względu jednak na jakie działania się zdecydujemy trzeba mieć odpowiednie zasoby obliczeniowe i technologiczne. W obecnej sytuacji jest to poważne wyzwanie. Dostęp do nowych serwerów, zasobów magazynowych czy dysków sieciowych na zawołanie to problematyczna kwestia, ale także coś bez czego trudno dzisiaj funkcjonować firmom.

Co ma Pani na myśli?

Weźmy za przykład szpital polowy. Pracujący w nim ludzie potrzebują dostępu do danych i informacji medycznych, ale przecież nikt z dnia na dzień nie postawi obok serwerowni. Każdego dnia organizacje starają się także zwiększać możliwości swoich zdalnych pracowników i chciałby to robić na zawołanie. Tutaj z pomocą przychodzi jednak chmura obliczenia. Szybko i łatwo umożliwia pracownikom swobodną wymianę informacji i dostęp do firmowych zasobów, aplikacji oraz narzędzi, jednocześnie spajając to bezpieczną siecią. Naturą cloud computingu jest to, że nie zmusza przy tym firm do podejmowania długoterminowych i drogich inwestycji. Jeśli sytuacja zmieni się w ciągu kilku miesięcy, mogą zrezygnować z tej technologii bez ponoszenia kosztów infrastrukturalnych.

Chmura w Polsce jeszcze do niedawna była ciekawostką technologiczną, którą warto mieć, ale wiele firm finalnie nie decydowała się na wdrożenie. Czy to się teraz zmieni?

Dzisiejsza sytuacja to idealny egzamin dla technologii chmurowej, który pokazuje, że to rozwiązanie niemal dla każdej branży i każdego rynku. Korzyści odczuje zarówno niewielki sklep internetowy, który musi obsłużyć rosnącą liczbę zamówień, globalny bank wdrażający model pracy zdalnej czy szpital polowy, który potrzebuje tymczasowej infrastruktury IT. W każdym przypadku chmura pozwala swobodnie ustalić jakie dana organizacja ma priorytety i co pomoże je zrealizować. Krótko: chmura to swoboda, a w nieprzewidywalnych czasach musimy być gotowi na szybkie, często niestandardowe działania.

Kwarantanna coraz mocnej spowalnia gospodarkę

Minął ponad miesiąc życia Polaków i gospodarki na kwarantannie. Każdy kolejny dzień przynosi pogłębienie spadku sprzedaży przedsiębiorstw zablokowanych przez pandemię. W czwartym tygodniu ograniczeń, spadek sięgnął 41 proc. w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. O tyle bowiem zmalała liczba raportów sprawdzających wiarygodność płatniczą klientów w BIG InfoMonitor, które pobierają z rejestru sprzedający, upewniając się czy ich przyszły klient nie ma długów wobec innych.

Sprzedać czy nie sprzedać? Uwierzyć, że będzie rzetelnie opłacał abonament za telefon, kablówkę, internet lub raty pożyczki ewentualnie leasingowe? Czy też nie ufać? Czy z tym właśnie przedsiębiorstwem można zrobić biznes, czy na pewno płacił swoim kontrahentom za otrzymany towar? Każdego dnia, różnego rodzaju firmy szukają odpowiedzi na te pytania w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor. Online sprawdzają czy klient, osoba fizyczna lub przedsiębiorstwo, nie mają już długów wpisanych do rejestru dłużników przez innych. – Ale gdy nie ma sprzedaży, liczba takich zapytań spada. W pierwszym tygodniu paraliżu gospodarki było ich o ponad 20 proc. mniej niż w analogicznym tygodniu minionego roku, w kolejnych o ponad 30 proc., a w czwartym tygodniu spadek wyniósł już 41 proc. Kwarantanna coraz mocnej spowalnia gospodarkę – informuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

spadek sprzedaży firm przekroczył 40 proc
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor

Raporty z BIG InfoMonitor pokazują wiarygodność płatniczą i są potrzebne wszędzie tam, gdzie oferujący usługę czy towar z odroczonym terminem płatności chce się upewnić, że kupuje partner, który nie ma przeterminowanych długów. Oznacza to niższe ryzyko, że nie zapłaci podjętych zobowiązań. Zapytania sprawdzające wiarygodność płatniczą składają do BIG InfoMonitor m.in. operatorzy telewizji kablowej, dostawcy internetu, firmy telekomunikacyjne, leasingowe, faktoringowe, pożyczkowe, banki, franczyzodawcy oraz przedsiębiorstwa z różnych branż weryfikujące swoich partnerów biznesowych.

W całym zeszłym roku przedsiębiorcy zweryfikowali w rejestrze BIG InfoMonitor wiarygodność płatniczą blisko 7,5 mln osób i prawie 1,6 mln firm, co oznacza, że zapytali o niemal co piątego pełnoletniego Polaka i o ponad połowę działających na rynku przedsiębiorstw.

Aktywność inwestorów na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce w I kwartale 2020 roku

Łączna wartość transakcji inwestycyjnych na polskim rynku nieruchomości w pierwszym kwartale osiągnęła niemal 1,8 mld EUR, co jest historycznie drugim najwyższym wynikiem zarejestrowanym w ciągu pierwszych trzech miesięcy roku.

Jak wynika z naszych danych, łączna wartość transakcji inwestycyjnych sięgnęła prawie 1,8 mld EUR, co jest drugim najlepszym rezultatem zarejestrowanym w ciągu pierwszego kwartału w sektorze nieruchomości w Polsce. Tak doskonały wynik był możliwy dzięki szczególnej aktywności inwestorów na rynku magazynowym, w którym zrealizowano transakcje na ponad miliard EUR oraz biurowym, gdzie właścicieli zmieniły obiekty o łącznej wartości prawie 620 mln EUR. Oznacza to, że oba te segmenty zanotowały najlepszy początek roku w swojej historii. Dodatkowo, wartość transakcji na rynku magazynowym była większa od każdego całorocznego rezultatu osiągniętego przed 2018 rokiem. – Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL.

Wartość transakcji w segmencie handlowym wyniosła ok. 110 mln EUR, a w mieszkaniowym ponad 40 mln EUR. Do największych umów kupna/sprzedaży na rynku nieruchomości w Polsce należały: sprzedaż portfela pięciu obiektów Panattoni do Savills Investment Management (188 mln EUR), parków dystrybucyjnych Hines do CGL (140 mln EUR) oraz biurowca High5ive przez Skanska do Credit Suisse za nieujawnioną kwotę.

JLL brał udział w transakcjach odpowiadających za połowę kapitału zainwestowanego w nieruchomości w I kwartale 2020 roku. Eksperci firmy doradzali m.in. przy kupnie przez CPI Property Group biurowców Equator I (od Immofinanz) i II (od Karimpol Polska), sprzedaży Marynarska Business Park w Warszawie (przez Heitman na rzecz Benson Elliot), High5ive II w Krakowie (przez Skanska do Credit Suisse), czy zakupie przez GIC Private Ltd portolio sześciu obiektów logistycznych od funduszy zarządzanych przez grupę Apollo Global Management.
Wartość transakcji inwestycyjnych zawartych z udziałem doradców JLL wyniosła prawie 850 mln EUR.

Czy praca zdalna zostanie z nami na dobre?

Do niedawna temat pracy zdalnej, pracy z domy czy tak zwanego – w korporacjach – home-office traktowany był jako coś pożądanego. Pracodawcy, walcząc o pracowników, oferowali często możliwość pracy z domu jako dodatek pozapłacowy, inaczej mówiąc benefit pracowniczy. Nierzadko, możliwość otrzymania zgody na pracę z domu uzależniona była od wyników czy też stażu w firmie.

Nagle od kilku tygodni uprzedni element premiowania pracowników stał się codziennością i to chyba nie taką, na którą liczyliśmy. Czy zatem praca z domu zostanie z nami na zawsze? Czy firmy zrezygnują z części biur, żeby zaoszczędzić na kosztach wynajmu powierzchni? Czy też jednak powrócimy do dawnego modelu spotkań, podróży do klientów, żeby spotkać się z nimi twarzą w twarz?

Kusząca perspektywa?

Nikt nie jest w stanie dać konkretnej odpowiedzi, jednak przeniesienie części działalności firm na pracę zdalną może być kuszącą perspektywą. Wiele zależeć będzie od tego, jak długo restrykcje zostaną z nami, jak również od tego, czy nasze prawo – a w szczególności – prawo pracy zostanie bardziej dostosowane do warunków zdalnych niż obecne, które przewiduje jedynie telepracę, a ta z kolei obłożona jest wieloma obostrzeniami z zakresu chociażby BHP.

Obecna sytuacja wymusza na pracodawcach działania mniej standardowe, które jednak nie mogą wykraczać poza normy kodeksu pracy. A zatem nadal należy wyposażyć pracownika w odpowiedni sprzęt, jeśli oczekujemy, że pracować będzie z domu. Dopuszczalne jest jednak, by zatrudniony sam zakupił sprzęt, za który pracodawca zwróci mu koszty.

W przypadku jednak wypadku przy pracy w domu, konieczne jest zwołanie komisji i sporządzenie protokołu powypadkowego. Praktyka jednak pokazuje, że takie wypadki zdarzają się o wiele rzadziej niż w biurach. Czy zatem pracownicy wolą pracować z domu na stałe? Badania amerykańskiej formy Buffer, świadczącej usługi marketingowe on-line pokazują, że 19% z 2500 współpracowników firmy skarży się na poczucie samotności, co z kolei wpływa negatywnie na ich motywację do pracy, a co za tym idzie i na efekty działań.

Badania przeprowadzone również w Stanach Zjednoczonych na grupie 7 tysięcy pracowników stałych dowodzą, że aż 65% z respondentów pracę z domu uważa za bardziej wydajną, gdyż mogą się bardziej skupić, nie zajmują ich rozmowy z koleżankami i kolegami nie zawsze związane z tematem pracy. Badani wskazują również na oszczędność czasu, który przeznacza się na dojazdy do biura.

Mimo to jedynie 5% zawodowo czynnych Amerykanów decyduje się stale pracować w formie zdalnej, donoszą eksperci z Uniwersytetu Stanford w Kalifornii. Naukowcy opisali interesujący eksperyment z 2017 r., który przeprowadzono w jednej z największych agencji turystycznych w Chinach, zatrudniającej na co dzień ponad 16 tysięcy pracowników. W badaniu wzięło udział 500 z nich, którzy zostali podzieleni na dwie grupy – tych, którzy pracowali standardowo z biura oraz tych, którzy mając możliwości lokalowe, zdecydowali się przez pół roku pracować z domu.

Wnioski dla pracodawców

Okazało się, że w grupie pracującej z domu wzrosła wydajność pracy, o 50% zmniejszyła się absencja chorobowa oraz poziom spóźnień, które były ogromnym problemem w zakorkowanym codziennie Szanghaju. Firma zaoszczędziła również około 2000 USD na kosztach biura, licząc od każdego pracownika pracującego przez pół roku z domu. Kiedy jednak w ostatnich dniach eksperymentu przeprowadzono ankietę z pytaniem, kto z pracujących z domu wybrałby taką formę pracy na stałe, większość z respondentów odpowiedziała negatywnie. Motywowali to brakiem kontaktu ze współpracownikami i poczuciem odosobnienia, które się z tym wiązało.

Pamiętajmy również, że niechęć pracodawców do udzielania zgody na pracę zdalną wynikała nie tylko z troski o ich samopoczucie, ale również z troski o poufność danych na jakich pracują, a do których w warunkach biurowych mogą potencjalnie mieć dostęp osoby niepowołane. W obecnej sytuacji trudno jeszcze o wnioski, gdyż epidemia trwa i jesteśmy w dużej części zmuszeni pracować w odosobnieniu i kontaktować się z naszymi współpracownikami oraz klientami zdalnie. Można jedynie przewidywać, że duża część z pracodawców nie zdecyduje się na przedłużenie pracy zdalnej dłużej niż będzie to konieczne.

O autorze:

Marek Wróbel – Partner Zarządzający Optiveum Sp. z o.o. – ekspert rynku pracy, od ponad 15 lat pracujący na rynku HR w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. Swoje doświadczenie zdobywał w wiodących firmach dostarczających rozwiązania z zakresu pozyskiwania personelu, pracy tymczasowej i innych usług HR, takich jak Randstad, HAYS, czy ManpowerGroup. Jego główne zainteresowania zawodowe i naukowe to elastyczne formy pracy w Polsce i Europie. Współzałożyciel szkoleniowo-doradczej firmy Optiveum sp. z o.o.

Koronawirus zmieni podejście do zarządzania cyberbezpieczeństwem

Szereg działań legislacyjnych podejmowanych jest w celu zapewnienia ochrony prywatności i bezpieczeństwa danych. Według prognoz World Economic Forum cyberataki będą stanowić jedno z największych zagrożeń w 2020 roku. W ostatnich tygodniach obserwujemy pojawienie się cyberataków wykorzystujących fake newsy związane z koronawirusem SARS-CoV-2. Jak pokazuje raport firmy doradczej Deloitte „Tech Bytes Part 3: Cyber. Three things chief legal officers can do now to become more cyber-savvy”, transformacja cyfrowa jest jednym z najważniejszych i najtrudniejszych aspektów zarządzania ryzykiem związanym ze środowiskiem cyfrowym. Może być ono jednak ograniczone dzięki stosowaniu odpowiednich wewnętrznych regulacji prawnych. Tymczasem 40 proc. działów prawnych nie ma pełnej świadomości tego, jak cyberobowiązki wynikające z przepisów oraz związane z tzw. compliance są realizowane we wszystkich funkcjach oraz liniach biznesowych wewnątrz firmy.

Trwająca pandemia koronawirusa SARS-CoV-2 bez wątpienia znacząco wpływa na funkcjonowanie firm w świecie wirtualnym. Wiele z nich zdecydowało się na wprowadzenie trybu pracy zdalnej, a spotkania zarządów odbywają się w ramach wideokonferencji. Obecna sytuacja rodzi tym samym wyzwania, przed którymi stają firmy, a są nimi zagrożenia związane z cyberbezpieczeństwem i ochroną danych, szczególnie tych krytycznych dla działania przedsiębiorstwa. Konieczne jest więc zaktualizowanie strategii cyberbezpieczeństwa. Według badania przeprowadzonego przez ekspertów Deloitte, by uprościć środowisko IT oraz zwiększyć jego wydajność, liderzy firm priorytetowo traktują wiele inicjatyw w zakresie transformacji cyfrowej. Co jednak warte odnotowania, na kwestie związane z unowocześnieniem firmowych systemów i procedur zarządy przeznaczają mniej niż 10 proc. budżetu. Na brak odpowiednich środków finansowych zwraca uwagę 13 proc. badanych. Wśród najtrudniejszych aspektów zarządzania bezpieczeństwem cyfrowym w organizacji 15 proc. ankietowanych dostrzega trudność w określeniu priorytetów dotyczących ryzyka cybernetycznego w całej firmie, jednocześnie 14 proc. podkreśla brak dostosowania sposobu zarządzania do określonych priorytetów. Tyle samo ankietowanych uważa również, że brakuje wykwalifikowanych specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa. Biorąc pod uwagę fakt, że to właśnie kwestie organizacyjne mogłyby w dużej mierze przyczynić się do zachowania najwyższego poziomu bezpieczeństwa cyfrowych zasobów przedsiębiorstwa, te statystyki budzą wiele pytań.

Departamenty prawne powinny stanowić nieodłączną, aktywną część procesu, mającego na celu zapewnienie cyberbezpieczeństwa organizacji. Z perspektywy dyrektorów działów prawnych luki systemowe i organizacyjne powinny być postrzegane jako poważny problem, ponieważ mogą szybko doprowadzić do incydentów o potencjalnie negatywnych skutkach operacyjnych, finansowych, regulacyjnych lub reputacyjnych. Pamiętajmy, że transformacja cyfrowa ze wszystkimi korzyściami, jakie oferuje, zwiększa jednocześnie ryzyko związane z cyberbezpieczeństwem – mówi Agata Jankowska-Galińska, radca prawny, senior managing associate w Deloitte Legal.

Monitoring zmieniających się regulacji

Wiele działań legislacyjnych na całym świecie podejmowanych jest w celu ochrony prywatności i bezpieczeństwa danych. Jest to tylko jeden z aspektów szybko zmieniającego się globalnego środowiska prawnego i regulacyjnego, obejmującego cyberprzestrzeń. Jak przygotowane są działy prawne do zrozumienia tych zmian i sprawnego reagowania? Ankieta przeprowadzona przez Deloitte wskazuje, że 40 proc. działów prawnych nie ma pełnej świadomości co do tego, jak obowiązki, wynikające z przepisów oraz związane z compliance, realizowane są w praktyce we wszystkich funkcjach oraz liniach biznesowych wewnątrz firmy. Prawnicy często nie wiedzą również, jak dokładnie działają inne funkcje oraz linie biznesowe wewnątrz tej samej organizacji. W rezultacie nie są w stanie wskazać wszystkich regulacji, które powinny znaleźć zastosowanie.

To poważny błąd. Organizacje powinny wykorzystać kompetencje prawników. Otoczenie prawe, zarówno na poziomie krajowym, jak międzynarodowym ulega ciągłym zmianom. Dlatego też niezwykle ważne jest, aby po stronie organizacji istniała świadomość tych zmian i działań, jakie powinny podjąć w celu zapewnienia zgodności. Po stronie prawników powinna leżeć z kolei dobra znajomość organizacji – mówi Agata Jankowska-Galińska.

Równolegle do znacznego postępu technologicznego powstają nowe obszary biznesowe, które należy objąć już istniejącymi lub nowymi regulacjami wewnętrznymi. To sprawia, że firmowe działy prawne powinny szybko i aktywnie wchodzić w proces zmian. Do tego niezbędne jest pozyskanie przez nich wiedzy na temat środowiska zagrożeń cybernetycznych, a także zmiana podejścia wewnątrz organizacji, polegająca na wprowadzeniu na stałe perspektywy prawnej do decyzji strategicznych, taktycznych i operacyjnych.

Wsparcie prawne w zakresie cyberbezpieczeństwa

Dyrektorzy działów prawnych nie mogą przyjmować biernej postawy. W związku z koniecznością budowania skutecznej strategii cyberbezpieczeństwa działy prawne powinny odznaczać się aktywnością, zaangażowaniem i wiedzą na temat najnowszych międzynarodowych regulacji w zakresie cyfryzacji danych. Stworzenie strategii bezpieczeństwa cyfrowego z uwzględnieniem w niej prawnego punktu widzenia sprawi, że firma będzie lepiej przygotowana do radzenia sobie z ryzykiem cybernetycznym.

Wsparcie prawne jest istotnym elementem budowy strategii bezpieczeństwa i odporności organizacji. Najczęściej jednak funkcjonuje w trybie reaktywnym, np. w odpowiedzi na wprowadzaną zmianę legislacyjną i niestety w trybie kaskadowym tzw. waterfall, a wiec wolno i nieelastycznie, przy wysokim koszcie wprowadzania kolejnych zmian – zauważa Marcin Ludwiszewski, dyrektor działu Cyberbezpieczeństwa w Deloitte.

Aktywność prawnicza mobilizuje organizację. Z drugiej strony – jeżeli nie jest stosowana w szerszym kontekście – koncentruje się jedynie na osiągnięciu niezbędnego minimum zgodności prawnej, a nie faktycznym zwiększeniu odporności na cyberataki. Działy prawne muszą dostosować się do nowej dynamiki biznesowej i otoczenia, aby proaktywnie i elastycznie wspierać organizację.

Zaangażowanie prawników ma również znaczenie przy opracowaniu wyjściowych standardów bezpieczeństwa. Powinny mieć taką formę, by biznes mógł z nich samodzielnie korzystać i angażować działy prawne tylko w razie wyjątków od przyjętych standardów. Pełne zaangażowanie prawne powinno też towarzyszyć adopcji nowych rozwiązań technologicznych, otoczenia prawnego i cyklu zmiany organizacji – uwzględniając przy tym możliwość podejmowania szybkich decyzji i ryzyka w danym zakresie. Oczywiście istnieje szereg innych działań, dla których ekspertyza prawna jest niezbędna, jak chociażby reagowanie na incydenty związane z danymi osobowymi, procedury odtwarzania sprawności działania czy procesy zarządzania kryzysowego. Trzeba przy tym pamiętać, że jak kiedyś dbałość o bezpieczeństwo, tak dziś zaangażowanie prawne może spowalniać podejmowanie inicjatyw.

Reagowanie na incydenty i naprawianie szkód

Według ekspertów Deloitte organizacje powinny mieć przygotowane procedury reagowania na incydenty cybernetyczne oraz naprawiania szkód. Są one przydatne szczególnie teraz w sytuacji wzmożonego zagrożenia cyberatakami z powodu trwającej pandemii koronawirusa SARS-CoV-2 i wynikających z niej ograniczeń. Wobec wzrostu użytkowania platform chmurowych oraz przeniesienia życia biznesowego do świata wirtualnego, warto zadbać o strategię odtwarzania awaryjnego, czyli procesy, polityki i procedury związane ze wznowieniem lub utrzymywaniem krytycznej dla organizacji infrastruktury teleinformatycznej po wystąpieniu katastrofy naturalnej lub wywołanej przez człowieka. W ramach określenia istniejących planów odzyskiwania danych w przypadku awarii i innych incydentów cybernetycznych ekspertyza prawników jest niezbędna do określenia tego, czy wypracowane metody spełniają wszelkie obowiązujące normy i przepisy branżowe. Warto włączyć dział prawny do procesu monitorowania programów cyberbezpieczeństwa. Aby umożliwić bardziej efektywne zaangażowanie strategiczne, taktyczne i operacyjne, należy rozważyć przeprowadzenie głębszych szkoleń z zakresu zagadnień cybernetycznych dla swojego działu prawnego lub jego podzespołu.

Aplikacja „Kwarantanna domowa” pod lupą. TakeTask odpowiada na wątpliwości branży i użytkowników

W aplikacji zarejestrowano już ponad 300 tys. kont. Jednak jej twórcy na samym starcie stanęli pod obstrzałem mediów, branży i samych użytkowników. Spółka TakeTask, która odpowiada za oprogramowanie, dopiero teraz tłumaczy, dlaczego wcześniej nie reagowała. W głównej mierze koncentrowała się na zapewnieniu bezpieczeństwa danych. Pracowała też nad utrzymaniem poprawnego działania aplikacji. Firma broni się też przed twierdzeniami, że niewłaściwie przetwarza dane w kwestii RODO. Odpowiada również na szeroko stawiane zarzuty o pojawiających się problemach technicznych oraz ich faktycznych przyczynach.

Próby „obejścia”

Od 1 kwietnia br. osoba przebywająca na obowiązkowej kwarantannie domowej musi korzystać z aplikacji, której twórcą jest spółka TakeTask. Jak informują przedstawiciele firmy, aplikacja posiada odpowiednie mechanizmy zabezpieczenia przed nadużyciami, m.in przeciwko działaniom typu „fake GPS”. Gdy takie oprogramowanie zostanie wykryte na urządzeniu, użytkownik musi je odinstalować.

– Do naruszeń dochodzi niemal każdego dnia. Setki osób próbują pobierać aplikacje typu „fake GPS”, ale jest to przez nas skutecznie blokowany proceder. Część z tych działań zapewne było realizowanych ze strony blogerów IT i dziennikarzy branżowych, którzy chcieli wykazać, że aplikację można łatwo oszukać. Jednak nie jest to takie proste. Przeciętny użytkownik nie jest w stanie takich zabezpieczeń ominąć – komentuje Sebastian Starzyński, założyciel i prezes zarządu TakeTask S.A.

Z kolei jak zaznacza Marek Mróz, współzałożyciel i CTO spółki, były też próby podszywania się pod osobę przebywającą na obowiązkowej kwarantannie. Ale okazały się nieskuteczne. Zdjęcia weryfikowane są przez technologię wykorzystywaną m.in do autoryzacji na urządzeniach mobilnych i komputerach przenośnych.

– Zdjęcia są przetwarzane przez algorytmy sztucznej inteligencji i na bieżąco przekazywane Policji. Nie wiemy, jak szybko reagują służby. Jest to poza naszą wiedzą. Nie możemy jednak publicznie ujawniać sposobów przesyłania danych, ale zapewniamy, że jest to wykonywane w sposób najbardziej bezpieczny jak to tylko możliwe. Liczba użytkowników oczywiście ma wpływ na tempo pracy systemu, ale jesteśmy daleko od skali, która mogłaby nas spowolnić. Grupa osób objętych kwarantanną musiałaby wzrosnąć dwudziestokrotnie, a i tak mielibyśmy możliwość dalszego skalowania aplikacji – podkreśla Starzyński.

W przestrzeni publicznej pojawiają się również opinie, że przesyłanie fotografii przez przysłowiowego Kowalskiego nie jest konieczne. Analiza zgodności twarzy i weryfikacja metadanych zdjęcia (czasu wykonania i geolokalizacji) mogłaby się odbywać lokalnie, tj. na docelowym urządzeniu. Natomiast Marek Mróz przyznaje, że niektóre urządzenia dają takie podejście. Jednak TakeTask musiało przygotować system, który obsłuży większość użytkowników, a nie tylko tych z najnowszymi smartfonami. I przyznaje, że pod uwagę były brane różne rozwiązania. Ale to rozpoznawanie twarzy przez AI jest najskuteczniejszym sposobem potwierdzenia, że mamy do czynienia z osobą, która jest monitorowana.

– Przetwarzanie danych na telefonie ma też dodatkowe konsekwencje, które wymagałyby dodatkowych zabezpieczeń. Ktoś mógłby podmienić swoje zdjęcie na fotografię żony i poprosić, aby ona się zalogowała za niego. Prowadząc centralną bazę, utrudniamy wiele potencjalnych prób oszukania systemu. Zależało nam na tym, aby był on możliwie szczelny i wydajny jednocześnie.

Błędy pod kontrolą

Zgodnie z regulaminem „Kwarantanny domowej”, odbiorcą danych, przetwarzanych w aplikacji i systemie, oprócz wielu służb, może być m.in. TakeTask. Jak podkreśla Sebastian Starzyński, spółka ma dostęp do danych użytkowników aplikacji, gdyż wykonuje prace technologiczne i administracyjne z nią związane. Jednak stanowczo zaznacza, że informacje są przetwarzane przez firmę tylko pod kątem zabezpieczenia poprawnego działania systemu.

– Do użytkowników trafiają zadania i SMS-y powiadamiające o nich. Generowane są raporty o naruszeniach oraz zgłoszeniach w zakresie potrzeb. Czasami dane są wykorzystywane do identyfikacji błędów. Gdy mamy wiadomość od konkretnej osoby i jej numer telefonu, to sprawdzamy w bazie danych i logach aplikacji, co mogło spowodować, że pojawiły się problemy – mówi Marek Mróz.

Z kolei prezes Starzyński przekonuje, że problemy z danymi były i będą. Ma to związek z tym, że codziennie kolejne osoby są dodawane do bazy i pojawiają się nowe urządzenia. Ekspert jednocześnie zaznacza, że najczęściej spotykanym typem zgłoszenia jest brak danych użytkownika w systemie. Informacje o osobach spływały z wielu jednostek państwowych. Początkowo obowiązywały formularze papierowe, co wydłużało czas wprowadzenia informacji do systemu. Zdarzało się, że były one błędnie wypełniane. Część ludzi podawała pomylone bądź nieprawdziwe adresy, numery telefonów itp. Obecnie proces odbywa się tylko elektronicznie, a dodatkowe procedury uszczelniły system i problemy praktycznie ustały.

– Inny typ zgłoszeń to szeroko rozumiane problemy technologiczne. Aplikacja się zawiesza lub nie uruchamia, ktoś nie widzi zadań, a przecież otrzymał SMS-a. Przyczyny tego mogą być różne. Ktoś ma np. wiele otartych aplikacji, mało pamięci czy starszą wersję Androida. Jednak to nie są kłopoty masowe. Skala zgłoszeń jest na poziomie błędu statystycznego – informuje współzałożyciel i CTO TakeTask.

Dotychczas zostały wdrożone dwie aktualizacje. Dzięki nim pojawiły się m.in. rozwiązania problemów dla konkretnych modeli telefonów i wybranych producentów. Prezes Starzyński dodaje, że w przypadku trudności do dyspozycji użytkowników jest infolinia. TakeTask ma dwie godziny na usunięcie błędów krytycznych, czyli dotyczących wielu lub wszystkich użytkowników. W przypadku pozostałych usterek czas jest mierzony od ośmiu do szesnastu godzin.

– Aplikacja działa poprawnie w większości przypadków. Dziennie zadania wykonują dziesiątki tysięcy osób. W systemie utworzono już ponad 300 tys. kont użytkowników. Pojedyncze problemy, mimo że bardzo głośne medialnie, nie są zwykle po stronie systemu, tylko poza nim. Natomiast wszystkie sytuacje są przez nas szczegółowo analizowane. Gdy zdarzają się tylko problemy w ramach naszego systemu, są one natychmiast usuwane – stwierdza Marek Mróz.

Poziom bezpieczeństwa

Zanim został wybrany twórca aplikacji, porównano m.in. czas wdrożenia. Jak informuje Sebastian Starzyński, TakeTask był jedyną firmą oferującą silnik, na bazie którego można było uruchomić stabilną produkcyjną wersję w zaledwie 3 dni robocze. W tym czasie przez jeden dzień tylko i wyłącznie analizowano zakres funkcjonalności, ceny oraz dostępność lokalnego wsparcia. Samo uruchamianie aplikacji trwało więc zaledwie 48 godzin.

– Dodatkowym atutem była wysoka dbałość o bezpieczeństwo danych, które są przetwarzane w bezpiecznym środowisku chmury obliczeniowej Microsoft Azure, należącej do Ministerstwa Cyfryzacji. To wszystko spełnia wymagania RODO. Ponadto resort, w ramach Government Security Program, dysponuje pełnym dostępem do informacji dotyczących bezpieczeństwa środowiska i usług Microsoft Azure. System przeszedł też gruntowne testy służb specjalnych – zaznacza Marek Mróz.

Przedstawiciele TakeTask podkreślają także, że żadne dane nie wypłynęły z ich systemu do osób nieuprawnionych. Jednak nie mogą udzielać odpowiedzi na pytanie, czy były takie próby i ataki hakerskie. W spółce dostęp do danych osobowych ma bardzo wąska grupa administratorów, którzy czuwają nad płynnością działania systemu. Każda z tych osób ma podpisane odpowiednie dokumenty o zachowaniu poufności. Nadzór nad wszystkim prowadzą Ministerstwo Cyfryzacji oraz ABW.

– Możemy również zapewnić, że przetwarzanie danych osobowych odbywa sią zgodnie z przepisami RODO, na podstawie zawartej z Ministerstwem Cyfryzacji umowy powierzenia przetwarzania. Resort ma pełną kontrolę nad tym procesem. TakeTask nie ma prawa do kopiowania tych danych i wykorzystywania ich w inny sposób niż tylko w celu zapewnienia poprawnego działania aplikacji. Nie obawiamy się też w tym zakresie żadnych kontroli, ponieważ wszystko jest robione zgodnie z prawem – podkreśla Starzyński.

Odpowiedź na kontrowersje

Według regulaminu aplikacji, zbiera ona: ID obywatela – techniczny identyfikator, imię, nazwisko, numer telefonu, deklarowany adres pobytu, zdjęcie, lokalizację obywatela, a także datę końca kwarantanny. Jednak w przestrzeni publicznej pojawiają się opinie, że aplikacja ma szersze uprawnienia. Mowa tu m.in. o identyfikacji sieci Wi-FI, z którą łączy się użytkownik, a także o odczytywaniu zawartości pamięci urządzenia i możliwości modyfikowania lub kasowania jego zawartości. Do tego dochodzą opinie o odczytywaniu identyfikatora urządzenia i informacji o połączeniu, dostępie do aparatu i mikrofonu (możliwość nagrywania dźwięku i wideo), sprawdzaniu lokalizacji na bazie danych z sieci komórkowej i GPS, a także kontroli nad latarką.

– Wi-Fi i dane operatorów komórkowych mogą zostać wykorzystane do weryfikacji lokalizacji. Pamięć urządzenia musi być zawsze dostępna, żeby skorzystać z obsługi aparatu telefonu. Wykonane zdjęcie trzeba bowiem zapisać lokalnie nawet na czas transmisji do serwera – odpowiada na to prezes Starzyński.

Z kolei Marek Mróz dodaje, że spółka nie odczytuje żadnych danych o połączeniach. Sprawdzane są ID urządzenia oraz inne aplikacje w zakresie wykrywania czegoś na wzór „fake GPS-ów.” Jeśli one zostaną wykryte, to pojawi się żądanie ich usunięcia. Jeżeli jest to normalna aplikacja, jak np. Facebook, to takie polecenie nie zostanie wysłane. I jak ekspert dodaje, gdyby aplikacja chciała wykorzystać dostęp do mikrofonu, użytkownik musiałby wyrazić na to dodatkową zgodę. Nie jest wykluczone, że w przyszłości może się pojawić weryfikacja osób poprzez wideo, które zawiera dźwięki. Póki co nie jest to na razie planowane.

– Potwierdzam, że pobieramy dane o lokalizacji urządzenia i dlatego blokujemy możliwość korzystania z aplikacji pozorujących GPS. Prawdą jest  również, że dostęp do aparatu w pewnych modelach telefonów daje możliwość kontroli latarki, ale tylko w celu oświetlania obiektów w formie lampy błyskowej. Dlatego niektórym użytkownikom wyświetliła się dodatkowa prośba o taką zgodę – dodaje Sebastian Starzyński.

Z regulaminu aplikacji wynika, że Ministerstwo Cyfryzacji może przechowywać dane użytkowników przez okres sześciu lat. Czas liczy się od chwili dezaktywowania aplikacji. Teoretycznie więc może się zdarzyć, że będą gromadzone informacje o osobach, które już zmarły, niekoniecznie z powodu koronawirusa. Marek Mróz jednak zaznacza, że ta kwestia zupełnie nie zależy od TakeTask. Spółka nie jest administratorem danych osobowych.

– Nie mamy też prawa kasować tych danych, gdyż one są własnością Ministerstwa Cyfryzacji. Będziemy je przetwarzać w bazie danych resortu tak długo, jak będzie obowiązywać nas umowa. Potem przestaniemy mieć do nich dostęp. I wyraźnie trzeba też podkreślić, że te dane nie są przechowywane na naszych serwerach, nie robimy także ich kopii – wyjaśnia prezes Starzyński.

Chcąc faktycznie sprawdzić, czy resort i TakeTask mówią prawdę, trzeba poznać kod źródłowy. Takie sugestie pojawiają się w Internecie ze strony różnych ekspertów. Jak zapewnia Marek Mróz, spółka nie zamierza, ale też nie może udostępnić go publicznie, ponieważ jest to jej szczególna własność, w tym wartość intelektualna. Ona jest przecież sprzedawana klientom w formie licencji. Dla przykładu, sam Microsoft nie udostępnia publicznie kodu źródłowego, np. do swojego flagowego systemu Windows. W tym zakresie również TakeTask musi bezwzględnie chronić swój know-how.

Koronawirus a smog. Czy wiosną problem zanieczyszczonego powietrza zniknie?

Wydawać by się mogło, że wiosną oraz latem problem smogu ucichnie, tym bardziej, że od dłuższego czasu cały świat żyje walką z epidemią koronawirusa. Tymczasem smog przyczynia się do szeregu chorób, które osłabiają układ oddechowy i krwionośny. To właśnie osoby z takimi schorzeniami są obecnie w grupie największego ryzyka. Na koronawirusa nie ma szczepionki ani lekarstwa. Jest za to sposób na eliminację smogu. Wynaleźli go polscy technolodzy. Sposób jest sprawdzony, a jego działanie potwierdzone naukowymi badaniami.

Wiosną problem smogu nie zniknie

Epidemia koronawirusa opanowała niemal cały świat. Efektem rozprzestrzeniania się wirusa jest nie tylko przymusowa kwarantanna, ale także całkowity kryzys gospodarczy. Wiele inwestycji zostało wstrzymanych, przedsiębiorstwa zawieszają działalność. Obecna sytuacja ma realny wpływ na to, jak będą wyglądały najbliższe miesiące, a nawet lata. Skutki pandemii nie ominą także kwestii zanieczyszczenia powietrza i przyszłorocznego sezonu grzewczego, o czym warto pomyśleć już teraz.

Pandemia koronawiurusa jest wszechobecna i już teraz wyrządza ogromne szkody nie tylko zdrowotne, ale również ekonomiczne czy społeczne. Wydarzenia ostatnich tygodni dobitnie pokazują, w jak dużym stopniu stabilizacja gospodarcza i finansowa poszczególnych krajów jest zależna od innych.

Smog zabija

O tym, że smog przyczynia się do szeregu chorób, w tym bardzo poważnych, prowadzących nawet do śmierci, nikogo nie trzeba przekonywać. Zanieczyszczone powietrze ma ogromny wpływ na kondycję układu oddechowego oraz krwionośnego. Koronawirus najbardziej niebezpieczny jest dla osób z tymi schorzeniami. Każdego roku smog po cichu zabija 45 tysięcy Polaków!

Na koronawirusa nie ma jeszcze szczepionki ani lekarstwa. Jest za to sposób na eliminację smogu.

Mają go wodzisławscy technolodzy, którzy w ramach Zespołu Autorskiego WNM wynaleźli Sorbent ER-1. Jest to środek, który nie tylko znacząco ogranicza zadymienie, ale także neutralizuje niebezpieczne związki, powstające na skutek spalania opału w przydomowych kotłowniach. Efekty widoczne są od razu – powietrze jest wolne od wszelkich groźnych substancji. Jest to przyjazny środowisku produkt, oparty na naturalnych składnikach, w znacznej mierze na kompozytach krzemu (glinokrzemian z rodziny kaolinitów ) i wapnia. Co ważne, skuteczność jego działania została potwierdzona badaniami przeprowadzonymi w Katedrze Inżynierii Chemicznej i Projektowania Procesowego Wydziału Chemicznego Politechniki Śląskiej.

Wyższe temperatury a kwestia smogu

Wiosną oraz latem problem smogu zwyczajowo schodzi na boczny tor. Tymczasem temat czystego powietrza należy podejmować cały rok, a nie dopiero jesienią, po przekroczeniu norm i alarmujących komunikatach. Warto pochylić się nad nim przed rozpoczęciem sezonu grzewczego i poznać sprawdzony sposób na eliminację smogu.

Warto podkreślić, iż zwolennicy tej metody zapewniają, że może to być rozwiązanie doraźne w żaden sposób nie negujące konieczności wymiany źródeł ciepła na ekologiczne. – W pełni zgadzam się, że wymiana pieców na nowe jest konieczna. Jednak proces ten potrwa nawet kilka lat. Proponujemy więc rozwiązanie na tu i teraz. Sorbet pozwoli cieszyć się czystym i zdrowym powietrzem natychmiast. Ta metoda może realnie wpłynąć na ludzkie zdrowie i życie, szczególnie osób zamieszkujących najbardziej zanieczyszczone obszary w Polsce – przekonuje Mariusz Dąbrowski, Generalny Dystrybutor produktu Sorbent ER-1, członek Zespołu Autorskiego WNM. Sorbent ER-1 jest proszkiem, stworzonym na bazie naturalnych składników, z którym miesza się węgiel w odpowiedniej proporcji. Zastosowanie odpowiedniej techniki spalania węgla (współprądowego) oraz techniki sorbentowej daje efektywne rezultaty i znacząco poprawia jakość powietrza.

Gospodarka w czasie pandemii

Okres epidemii koronawirusa wiąże się również z kryzysem gospodarczym. Wiele firm i przedsiębiorstw musiało zawiesić swoje działania, a obowiązkowa kwarantanna zatrzymała w domach pracowników. Skutkiem tych działań jest spowolnienie lub całkowite zatrzymanie inwestycji, wstrzymanie eksportu i importu, co już znacząco wpływa na gospodarkę tak w Polsce jak i na świecie.

Branża OZE, która miała stanąć na pierwszej linii walki ze smogiem, dostarczając rozwiązań z zakresu odnawialnych źródeł energii zarówno dla przemysłu jak i prywatnych gospodarstw, sama ucierpiała z powodu pandemii. Wstrzymane dostawy elementów z Chin wpłyną na opóźnienie realizacji wielu inwestycji. Tak naprawdę trudno przewidzieć skalę problemów.

Korzystanie ze starych, wieloletnich i dostępnych praktyk będzie w najbliższym czasie koniecznością. Już teraz należy pomyśleć o tym, co będzie za kilka miesięcy. Warto więc pochylić się nad produktem, który jako dodatek do opału, wpływa na jakość powietrza i oczyszcza je z niebezpiecznych substancji. Jest przy tym bezpieczny dla środowiska, ponieważ stworzony jest z kompozytów naturalnych minerałów. Co ważne, jest efektem pracy polskich technologów, produkowany w Polsce.

Iwona Cybulska/Advneture Media

Chińska gospodarka się kurczy. Dolar coraz mocniejszy

Dane o wzroście PKB z Chin jeszcze wczoraj miały absurdalnie długą passę pokazywania odczytów powyżej 6% rocznego wzrostu. Parametr 6% został tam utrzymany, jednakże dotyczy teraz spadku PKB, co pokazuje skalę problemów z koronawirusem.

Dolar coraz mocniejszy

Dane z USA nie były może najlepsze, ale pokazują, że nadchodzi pewna stabilizacja. Co ciekawe, bardzo dobrze wypadły dane z rynku nieruchomości. Zarówno jeżeli chodzi o pozwolenia na budowy domów, jak i rozpoczęte budowy. Są to dane za marzec, zatem ponad dwa tygodnie temu, ale w dalszym ciągu pokazują, że Amerykanie pomimo już gwałtownie rosnącej liczby wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA nie przerywali inwestycji. Liczba opublikowanych wczoraj wniosków jest wciąż na wysokim poziomie, aczkolwiek spada, co daje pewne szanse na stabilizację. Pomimo słabych indeksów koniunktury inwestorzy wciąż przychylnie patrzą na dolara.

Dane z Chin

Chińczycy podali dane za 1. kwartał 2020 roku. PKB w ujęciu rocznym spada o 6,8%. To pierwszy wynik niższy niż 6% wzrostu w tym millennium. Dane te są zgodne z oczekiwaniami analityków, w rezultacie tego (pomimo tak negatywnego odczytu) chiński juan zachowuje się bardzo spokojnie. Rynki nie mogą być zaskoczone, wiedzą przecież, co się dzieje. Z tego też powodu nawet giełda nie reagowała negatywnie na te informacje.

Kolejne tąpnięcie ropy

Gwałtownie rośnie różnica między ceną ropy w USA a w Europie. Powodem był gwałtowny spadek w USA po danych o rosnących zapasach gazu. Giełda w Nowym Jorku wycenia już surowiec w ⅔ ceny tego w Londynie. Są to różne gatunki ropy, ale tak duża rozpiętość jest ewenementem na tym rynku. Można się zatem spodziewać w kolejnych dniach kolejnych silnych ruchów na czarnym złocie. Rubel nie odczuwa tego tak silnie, gdyż jest raczej powiązany z londyńskimi notowaniami, dzięki czemu odrabia w dalszym ciągu gwałtowne straty z początku marca.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Co, poza COVID19, wstrzymuje inwestycje mieszkaniowe

Na rynek trafia ograniczona ilość nowych inwestycji, a oferta mieszkaniowa kurczy się. Dlaczego firmy zmuszone są wstrzymywać debiuty kolejnych projektów? Na jakie przeszkody we wprowadzaniu nowych inwestycji wskazują deweloperzy? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl.

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Mimo niesłabnącego zainteresowania ze strony kupujących deweloperzy mają problem z uzupełnieniem oferty. Zmniejszona podaż nie jest efektem wstrzymywania oferty przez deweloperów, ale zwyczajnie jej braku. Od kilku lat mamy problem z podażą gruntów, co przekłada się wprost na mniejszą liczbę mieszkań. Do tego dochodzą przeciągające się procedury związane z uzyskiwaniem uzgodnień i opóźnienia decyzji o pozwoleniu na budowę. Ponadto w Warszawie czy Krakowie w 2019 roku wydano ich mniej niż rok wcześniej.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Przede wszystkim konieczne jest zwiększenie stabilności oraz przewidywalności otoczenia prawnego i polityki gospodarczej. Polskie prawo powinno być nie tylko bardziej przejrzyste i jednoznaczne, ale musi powstawać w racjonalny sposób, z uwzględnieniem interesu wszystkich uczestników polskiej gospodarki. Z punktu widzenia firmy deweloperskiej niezwykle istotne jest także zmniejszenie biurokracji oraz uproszczenie procedur administracyjnych. To z pewnością pozwoliłoby przyspieszyć proces inwestycyjny.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Bariery administracyjno-prawne czyli wydłużający się proces uzyskiwania pozwolenia na budowę to największa przeszkoda we wprowadzaniu kolejnych projektów, która jak wiemy dotyka wszystkich deweloperów. Z tego powodu klienci mają mniejszą ofertę. W ubiegłym roku J.W. Construction właśnie z powodu czasochłonnych, dodatkowych uzgodnień, nie wprowadził na rynek mieszkaniowy wielu atrakcyjnych inwestycji w Warszawie, Gdańsku i Pruszkowie.

Teraz dochodzi nowy czynnik niepewności, w postaci epidemii wirusa COVID-19. Nie sposób przewidzieć, jaki ona będzie miała wpływ na naszą ofertę i ofertę całej branży deweloperskiej. Jako stabilna firma, osiągająca przez lata ustabilizowane przychody i dysponująca zasobnym bankiem ziemi jesteśmy przygotowani na różne scenariusze i będziemy elastycznie reagować na nadchodzące wydarzenia.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Wprowadzanie na rynek nowych projektów utrudnia wzrost kosztów budowy, który na początku 2019 roku osiągnął absurdalny poziom. Są też problemy z uzyskaniem decyzji i pozwoleń niezbędnych do realizacji inwestycji. Trudności z dostępem do gruntów nie wydają się aż takim problemem, ponieważ wiele firm od dawna ma pokaźne banki ziemi.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Aspekt podażowy w największym stopniu ograniczają dwa czynniki: przedłużające się znacznie postępowania administracyjne dla gruntów będących już w portfelu deweloperów oraz trudna dostępność i wysokie ceny działek inwestycyjnych.

Marcin Żurek, dyrektor ds. realizacji inwestycji w Nickel Development

Z naszego punktu widzenia, największym kłopotem jest podaż gruntów. Niestety najbardziej atrakcyjne działki budowlane w granicach miast są praktycznie na wyczerpaniu. Te, które pozostały są trudne lub drogie. Ich aktualne rynkowe ceny sprzedaży nie zapewniają więc odpowiedniej rentowności inwestycji. Biorąc pod uwagę jeszcze ostatnie wzrosty kosztów wytworzenia, realizacja nowych inwestycji jest znacznie większym wyzwaniem niż dotąd.

Należy też zwrócić uwagę, że ogromna większość deweloperów korzysta z finansowania zewnętrznego, a przy takich kosztach, z jakimi obecnie mamy do czynienia, spełnienie wymagań banków co do parametrów budżetu inwestycji staje się niezwykle trudne.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Największymi przeszkodami we wprowadzaniu nowych projektów są przeciągające się procedury administracyjne, wysokie ceny oraz ograniczona podaż gruntów w dobrych, miejskich lokalizacjach. Poza tym, ostatnio obserwujemy silny wzrost kosztów budowy, będący efektem wyższych płac i kosztów materiałów. Występują też trudności związane ze znalezieniem rzetelnych wykonawców. Nasza firma ma jednak doświadczonych kierowników projektów oraz sprawdzonych podwykonawców i dostawców, z którymi pracujemy od początku realizacji swoich pierwszych inwestycji.

Cezary Grzebalski, dyrektor ds. rozwoju projektów w spółce mieszkaniowej Skanska

Obecnie w Skanska zauważamy dwa główne ograniczenia, które przyczyniają się do zmniejszenia liczby nowych inwestycji. Pierwszym jest obniżona dostępność gruntów z uregulowaną infrastrukturą, a tym samym gotowych do rozpoczęcia realizacji projektu. Drugim natomiast są wydłużające się procesy formalnoprawne, takie jak pozwolenie na budowę, decyzje lokalizacyjne, podziały gruntu, czy dostęp do drogi publicznej. Efektem takiej sytuacji może być przesunięcie rozpoczęcia budowy inwestycji, a niekoniecznie jej całkowite wstrzymanie.

Krzysztof Jabłoński, prezes spółki Iglica Nieruchomości

Faktycznie, w czwartym kwartale 2019 roku na sześciu największych rynkach w Polsce łącznie sprzedaż mieszkań przewyższyła nową podaż, więc dostępna oferta zmalała w porównaniu z końcem roku 2018. Pod koniec ubiegłego roku na nabywców czekało trochę ponad 50 tys. mieszkań, z czego lwia część, bo 92 proc. było w budowie. We Wrocławiu, gdzie działamy, nowa podaż przewyższyła liczbę sprzedanych lokali w ostatnim okresie 2019. Prowadzący tu działalność deweloperzy zanotowali w czwartym kwartale minionego roku wzrost sprzedaży o 12,5 proc. oraz wzrost liczby mieszkań wprowadzonych do sprzedaży o 39,5 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2018 roku. W tym roku te wyniki mogą zahamować bariery, takie jak zmniejszająca się podaż gruntów i wydłużony czas uzyskiwania pozwoleń na budowę kolejnych etapów inwestycji będących w trakcie realizacji.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Robyg SA.

Rynek mieszkaniowy w Polsce jest nadal w trendzie wzrostowym i szacujemy, że taka tendencja utrzyma się w całym 2020 roku. W Polsce nadal brakuje około 2-3 mln mieszkań. Oznacza to istotne zapotrzebowanie w perspektywie nawet 10-15 lat. Zauważalnym trendem w 2020 roku będzie nadal popyt inwestycyjny i pojawianie się nowych formatów w ofertach. Nasza firma także zaproponowała klientom ciekawą opcję inwestycyjną – mikroapartamenty Modern Space, które umożliwiają m.in. odliczenie VAT.

Autor: Dompress.pl

Mamy wreszcie skuteczny lek na COVID-19? Apetyt na ryzyko wraca na rynki

Apetyt na ryzyko wraca na rynki za sprawą doniesień o skutecznym leku na COVID-19, mimo że głębsza analiza raportu daje więcej powodów do zwątpienia i nakazuje kwestionować reakcję ryzykownych aktywów. Wygląda na to, jakby nikt z inwestorów nie chciałby się spóźnić na odjeżdżający pociąg hossy, ale w pośpiechu można wsiąść do złego składu.

W nocy pojawiła się informacja, że firma medyczna Gilead w testach leku remdesivir „obserwuje się szybki powrót do zdrowia pacjentów z gorączką i trudnościami w oddychaniu”. Testy przeprowadzono w Chicago wśród pacjentów w ciężkim stanie zachorowań na COVID-19. Według Bloomberga „prawie wszyscy pacjenci zostali wypisani w ciągu niecałego tygodnia, a tylko dwóch pacjentów zmarło”. Co wygląda na przełom w walce z wirusem, szybko zostało sprostowane przez samą firmę Gilead, zdaniem której raporty były „niepotwierdzone” i „bez mocy statystycznej”. Rynki jednak podtrzymały optymizm, ciągnąc futures na S&P500 w górę o p3 proc, a na FX przynosząc silny odwrót od USD i innych walut defensywnych.

Dla mnie jako analityka nastała trudna sytuacja, gdyż muszę ocenić zasadność (i trwałość) emocjonalnej reakcji, która jednak jest sprzeczna z dostępnymi faktami. Pod uwagę należy też wziąć, na ile rynki potrzebuje odreagowania po ostatniej fali pogorzenia nastrojów, ale też na ile informacja o leku jest tylko pretekstem do realizacji zysków z pozycji risk-off przed weekendem. A może potrzeba kurczowego trzymania się nadziei na wyjście z kryzysu zdrowotnego jest na tyle silna, że pozwoli zagłuszyć racjonalne wnioski? W krótkim okresie nigdy nie jest rozsądnym stawać na drodze rynku, który gremialnie przystąpił do rajdu pod wpływem jakiejś informacji. Jednak, gdy pierwsza gorączka osłabnie, to właśnie fakty wygrywają. Reakcja z nocy jest bez wątpienia przereagowaniem i wymaga wygaszenia. Powtórzę jednak po raz kolejny – na tym rynku nic nie będzie odbywać się w prostej linii i każda informacja może generować skok zmienność. I czasami nie tyle z własnej wagi, co ze strachu inwestorów, że nie doszacują wpływu informacji i inni uczestnicy rynku wyprzedzą ich w zajęciu pozycji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.