Średnio co trzeci pacjent czuje się traktowany przedmiotowo. Lekarze już na studiach powinni się uczyć prawidłowej komunikacji z pacjentem

Średnio co trzeci pacjent czuje się traktowany przedmiotowo. Lekarze już na studiach powinni się uczyć prawidłowej komunikacji z pacjentem 1

Średnio co trzeci pacjent uważa, że jego zdanie ani sytuacja życiowa nie zostały w szpitalu wzięte pod uwagę w decyzjach odnośnie do leczenia. Polscy pacjenci czują się traktowani dość przedmiotowo, ale z drugiej strony i tak kontakty z lekarzami i personelem medycznym oceniają jako jeden z największych pozytywów polskiej służby zdrowia – wynika z badań przeprowadzonych przez Siemens Healthineers. Eksperci oceniają, że dobra komunikacja pomiędzy lekarzem a pacjentem warunkuje cały późniejszy proces leczenia, dlatego nacisk na kompetencje miękkie powinno się kłaść już na etapie kształcenia personelu medycznego.

Elementy budujące satysfakcję pacjentów z kontaktów z opieką zdrowotną mają w dużym stopniu charakter interpersonalny: to jakość komunikacji, podejście z szacunkiem, poszanowanie godności. Dlatego kwestie doświadczenia pacjentów powinny odgrywać ogromną rolę w edukacji personelu. To nie powinny być sprawy pozostawione indywidualnym predyspozycjom lekarzy, wymagają rozwiązań systemowych, poprzez edukację personelu medycznego mówi Piotr Kuskowski, dyrektor ds. komunikacji polskiego oddziału Siemens Healthineers.

Jak wynika z nowego raportu „Doświadczenia pacjenta w Polsce” opracowanego przez Siemens Healthineers, pacjenci w Polsce uważają, że lekarze traktują ich nie dość podmiotowo. Średnio co trzeci (31 proc.) uznał, że jego zdanie, preferencje ani sytuacja życiowa nie zostały wzięte pod uwagę w decyzjach odnośnie do leczenia w szpitalu. W przypadku lecznictwa otwartego – taką opinię wyraziło 24 proc. pacjentów.

Co więcej, zdaniem 19 proc. pacjentów pielęgniarki nie słuchały ich z uwagą (w przypadku lekarzy ten odsetek wynosi 16 proc.). Z kolei co czwarty pacjent (25 proc.) wskazał, że lekarze nie byli otwarci na jego pytania i wątpliwości.

Brak czasu może być pewnym usprawiedliwieniem. Natomiast decydując się na kontakty z pacjentami – szczególnie z ciężko chorymi pacjentami – zarówno pielęgniarki, lekarze, jak i sekretarki medyczne powinni znaleźć czas na właściwy kontakt z pacjentem i traktować to priorytetowo. Jeżeli pacjent nabierze przekonania, że jest w centrum uwagi personelu medycznego, to wtedy ta relacja będzie zupełnie inna. Pacjent jest otwarty i wie, że może zaufać lekarzowi czy pielęgniarce w rozmowie. Wie, że to, co powie, będzie potraktowane poważnie i vice versa. To jest niezbędne, żeby prawidłowo ukształtować proces diagnostyczny i późniejszy proces leczenia – mówi prof. Janusz Kowalewski, dyrektor Centrum Onkologii w Bydgoszczy.

Jak podkreśla, szczególnej wrażliwości i komunikacji wymaga osobna grupa pacjentów, jaką są osoby chore na raka.

To jest pacjent, którego powinno się traktować z empatią od początku. Zresztą tej empatii powinniśmy również od samego początku uczyć personel medyczny. Zacząć od studiów, gdzie kwestia kontaktu między personelem medycznym a pacjentem powinna być traktowana priorytetowo. Takie szkolenie później bardzo procentuje już w placówkach medycznych, kiedy pielęgniarka czy lekarz zaczyna fachowy kontakt z pacjentem – mówi prof. Janusz Kowalewski.

Dyrektor Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego prof. Ryszard Gellert ocenia, że obecnie coraz większą wagę w edukacji lekarzy i personelu medycznego przykłada się właśnie do kwestii kontaktów interpersonalnych, kształcenia kompetencji miękkich. Jednak kontakty pacjentów z lekarzem często utrudnia prozaiczna biurokracja i pośpiech, który wynika z tego, jak zorganizowana jest polska służba zdrowia.

W CMKP nawiązujemy kontakty, żeby umożliwić młodym lekarzom zdobycie czy doskonalenie swoich umiejętności w zakresie komunikowania się z pacjentem. To jest niezwykle ważne. Wszyscy wiemy, że pacjent – wychodząc od lekarza cały rozemocjonowany – zwykle nie pamięta wielu rzeczy, o których mówimy. Pośpiech, do którego nas zmusza obecna organizacja opieki zdrowotnej, jest bardzo źle odbierany przez pacjentów. Podobnie jak to, że jesteśmy zobligowani do wprowadzania danych nie na papierze, ale do komputerów, co odrywa uwagę lekarza od pacjenta. Tymczasem pacjent chce, żeby poświęcić uwagę jemu, a nie komputerowi – mówi prof. Ryszard Gellert.

Wydaje mi się, że w wielu szpitalach pacjenci traktowani są w sposób właściwy. Natomiast bolączką naszych czasów jest brak właściwego harmonogramu pracy i duże obciążenie innymi procesami, szczególnie związane z dokumentowaniem świadczeń medycznych, co nie pozwala lekarzom i pielęgniarkom na otoczenie właściwą troską pacjenta, bo biurokratycznych zajęć jest za dużo – dodaje prof. Janusz Kowalewski.

Jak podkreśla, aby kontakty pomiędzy lekarzami i pielęgniarkami a pacjentami były na lepszym poziomie, personel medyczny musi zostać do tego dobrze przygotowany.

W bydgoskim Centrum Onkologii prowadzimy cykliczne szkolenia dla sekretarek medycznych pracujących w call center, które jako pierwsze stykają się z rejestracją pacjentów i przynosi to bardzo dobry skutek. Nie mamy w zasadzie żadnych nieporozumień czy skarg ze strony pacjentów. Uczulamy także pielęgniarki i lekarzy – szczególnie młodą kadrę lekarską – aby znalazła czas na to, żeby te kontakty personalne w trakcie wizyt czy badania klinicznego były na wysokim poziomie i wystarczająco długie, żeby spełniły oczekiwania pacjenta. Bez tego nie ma później właściwej komunikacji. Bez tego wszelkie badania, nawet najbardziej wyspecjalizowane, mogą mieć ograniczone znaczenie – zaznacza prof. Janusz Kowalewski.

Z raportu Siemens Healthineers „Doświadczenia pacjenta w Polsce” wynika, że – choć pacjenci często czują się traktowani przedmiotowo – to i tak kontakty z lekarzami i personelem medycznym oceniają jako jeden z największych pozytywów polskiej służby zdrowia. 38 proc. pacjentów w lecznictwie otwartym i 32 proc. w lecznictwie szpitalnym dobrze oceniło zrozumiałość tej komunikacji. Zazwyczaj nie było także problemów z możliwością zadawania pytań i zgłaszania wątpliwości personelowi medycznemu (39 proc. pozytywnych opinii w przychodniach i 31 proc. w szpitalach).

Z drugiej strony, aż 31 proc. pacjentów w przychodniach i 38 proc. w szpitalach ocenia, że nie poinformowano ich w zrozumiały sposób o możliwych skutkach ubocznych przepisywanych lub podawanych leków. Nieco mniej, bo odpowiednio 26 proc. i 28 proc., ma złe doświadczenia z komunikacją ryzyk zdrowotnych związanych z procedurami medycznymi.

O ile relacje pacjentów i opiekunów z personelem medycznym są dość dobre – zwłaszcza w lecznictwie otwartym, bo w szpitalach jest nieco gorzej – o tyle szczególnie mocno krytykowany przez pacjentów jest personel administracyjny. Tutaj pacjenci i ich opiekunowie zgłaszają wiele nieprawidłowości. Mówią, że ta komunikacja jest niezrozumiała, że nie widzą możliwości zadawania pytań, rozwiania wątpliwości, że personel administracyjny poświęca im zbyt mało czasu. A przecież są to kwestie, które wiążą się z jakością obsługi pacjentów, one powinny być rozwiązywane systemowo, żeby ta obsługa pacjentów była przynajmniej poprawna – mówi Piotr Kuskowski, dyrektor ds. komunikacji polskiego oddziału Siemens Healthineers.

Międzynarodowy koncern produkujący środki czystości i kosmetyki da drugie życie plastikowym odpadom wyrzucanym na plażach. Będą powstawać z nich butelki szamponu

Międzynarodowy koncern produkujący środki czystości i kosmetyki da drugie życie plastikowym odpadom wyrzucanym na plażach. Będą powstawać z nich butelki szamponu 2

Według Komisji Europejskiej tworzywa sztuczne stanowią dziś blisko 80 proc. odpadów w morzach i oceanach. Każdego roku trafia do nich ok. 8 mln ton plastiku, co odpowiada ciężarówce śmieci wrzucanych do morza co minutę – podaje Fundacja Ellen MacArthur. W działania na rzecz ochrony mórz i oceanów przed zalewem plastiku w coraz większym stopniu angażuje się także globalny biznes. Koncern Procter & Gamble wprowadza właśnie do polskich sklepów szampon Head & Shoulders w butelkach, które składają się w 20 proc. z przetworzonych odpadów zebranych z plaż. Przy sprzedaży równej 1 mld produktów rocznie każda wprowadzona przez koncern zmiana ma wpływ na otoczenie.

Z odpadami z tworzyw sztucznych w Polsce jest nieco lepiej na tle światowej średniej, ale to i tak oznacza potężne ilości opakowań z tworzyw sztucznych: butelek, folii, torebek, pudełek, które trafiają do środowiska i tam zostają. Dobrze widać to chociażby na zdjęciach z popularnych ostatnio akcji sprzątających i challenge’ów, które się w Polsce odbywają. Tam zdarzają się odpady bardzo skomplikowane, złożone np. z kilku rodzajów tworzyw sztucznych, ale dominują przede wszystkim butelki, worki, opakowania po przekąskach, pudełeczka i niestety jednorazowe torby foliowe na zakupy  mówi Sławek Brzózek z Fundacji Nasza Ziemia.

Jak podkreśla, rocznie do środowiska trafia 8 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych, z czego tylko 10 proc. jest poddawane recyklingowi. Polska nie odbiega od tej statystyki – produkujemy ok. 330 kg śmieci rocznie na osobę, z których tylko 15–20 proc. trafia do ponownego przetworzenia.

Według danych Komisji Europejskiej tworzywa sztuczne stanowią dziś blisko 80 proc. odpadów w morzach i oceanach. Co roku Europejczycy wytwarzają 25 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych, z czego jedynie niecałe 30 proc. jest zbierane i poddawane recyklingowi. Na przestrzeni ostatnich 60 lat produkcja plastiku zwiększyła się ponaddwustukrotnie, a każdego roku do mórz i oceanów trafia ok. 8 mln ton plastiku. To równoważne ciężarówce śmieci wylewanej do morza co minutę – podaje Fundacja Ellen MacArthur.

Morza i oceany, które pokrywają ponad 70 proc. powierzchni globu, odgrywają niezastąpioną rolę: z nich pochodzi ponad 50 proc. tlenu dostępnego w atmosferze, a przy tym pochłaniają również ok. 30 proc. całego dwutlenku węgla. Jednak w obecnym tempie – jak prognozuje ONZ – do 2050 roku w oceanach będzie już więcej plastikowych odpadów niż ryb. Plastikowe odpady nie tylko zanieczyszczają morza i plaże, lecz także gromadzą się w organizmach żółwi, fok, wielorybów i ptaków.

Odpady w oceanach są pożerane przez ryby i ptaki, które również potrafią się zaplątać w takie plastiki wrzucane do wody. Sam miałem przykrość zobaczyć żółwia, który zaplątał się w takie plastikowe ramki, wyrzuciło go na brzeg plaży w Brazylii i ewidentnie się dusił. Problem jest poważny i przykry. Widok zwierząt, które się męczą przez ten plastik, jest przytłaczający – mówi Victor Borsuk, siedmiokrotny mistrz Polski w kitesurfingu – Nad polskim morzem też możemy spotkać najróżniejsze odpady: od kanistrów, przez puszki po piwach, po plastikowe butelki, słomki i korki. Naprawdę tych śmieci jest tak dużo, że aż strach wymieniać. Właściwie wszystko, z czego korzystamy, łącznie z plastikowymi rurkami, można znaleźć właśnie w wodzie. 

W działania na rzecz ochrony mórz i oceanów przed zalewem plastiku na szczęście w coraz większym stopniu angażuje się także globalny biznes, w tym także koncern Procter & Gamble, producent popularnego szamponu Head & Shoulders. Przy sprzedaży równej 1 mld produktów rocznie każda wprowadzona przez koncern zmiana ma wpływ na otoczenie. Dlatego m.in. Procter & Gamble pracuje nad tym, aby 90 proc. jego opakowań nadawało się do recyklingu i ponownego wykorzystania.

Ogłosiliśmy własne cele zrównoważonego rozwoju, który nazywamy Ambicja 2030. Jednym z priorytetów jest to, aby żadne opakowanie P&G nie trafiło do mórz i oceanów. Właśnie wprowadziliśmy na rynek butelkę Head & Shoulders wykonaną z odpadów zebranych na plażach. Jest to wynik pracy wolontariuszy z różnych organizacji pozarządowych, którzy najpierw zbierali ten plastik na plażach, a następnie jeden z naszych partnerów – firma TerraCycle – poddała go specjalnemu systemowi oczyszczania i segregowania. Powstał z niego granulat, który później przeobraził się w butelkę Head & Shoulders. 20 proc. tego opakowania to właśnie plastik przetworzony, a wcześniej zebrany przez wolontariuszy na plażach Europy – mówi Justyna Rymkiewicz z Procter & Gamble.

Już dwa lata temu, na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos Procter & Gamble ogłosiło, że wprowadzi na rynek pierwszą na świecie butelkę szamponu nadającego się do recyklingu, wyprodukowaną z plastikowych odpadów zebranych na europejskich plażach. Taka limitowana seria szamponów Head & Shoulders w butelkach wykonanych w ¼ z przetworzonych plastikowych odpadów trafiła najpierw na półki sklepów we Francji. Teraz koncern wprowadza ją również na polski rynek.

To opakowanie jest wynikiem współdziałania wielu podmiotów. Zarówno specjalistów od recyklingu i ochrony środowiska, naszych partnerów handlowych jak sieć Carrefour, w której ten produkt jest dostępny na wyłączność, oraz samych konsumentów. Liczymy, że będziemy mogli też włączyć w działania na rzecz odpowiedzialnej konsumpcji – mówi Justyna Rymkiewicz.

Takie innowacyjne butelki, wykonane w 20 proc. z odpadów zebranych na plażach, można już zobaczyć we wszystkich sklepach, hipermarketach i supermarketach na terenie naszego kraju – dodaje Barbara Kowalska, dyrektor ds. jakości i zrównoważonego rozwoju Carrefour Polska.

Przełom w leczeniu pacjentów chorych na raka płuc. To jeden z najbardziej śmiertelnych nowotworów

Przełom w leczeniu pacjentów chorych na raka płuc. To jeden z najbardziej śmiertelnych nowotworów 3

W Polsce co roku nowotwory płuc rozpoznaje się u 22–23 tysięcy osób, a z ich powodu umiera 19 tys. To tak, jakby z mapy znikało miasto wielkości Giżycka czy Zakopanego. W leczeniu niedrobnokomórkowego raka płuca w ostatnich 2 latach miał miejsce olbrzymi postęp, również w Polsce do refundacji włączono wiele innowacyjnych terapii. Sytuacja wygląda zgoła inaczej w przypadku drugiego typu, czyli drobnokomórkowego raka płuc, który prowadzi do śmierci w ciągu ok. 1–2 lat od rozpoznania. Od lat 70. w leczeniu tego nowotworu nie zmieniło się prawie nic. Sytuację pacjentów może radykalnie poprawić pierwszy zarejestrowany niedawno lek na ten typ nowotworu. 

– Statystyki dotyczące raka płuca nadal są przerażające, mamy ok. 23 tys. nowych zachorowań i prawie 19 tys. zgonów rocznie. Aby w tych statystykach była widoczna poprawa – potrzebne są lata pracy, to nie stanie się z miesiąca na miesiąc. Jednak już w tej chwili obserwujemy wydłużenie mediany przeżycia w populacji chorych. W ostatnich dwóch latach – za co trzeba pochwalić Ministerstwo Zdrowia i NFZ – udało się wprowadzić do leczenia raka płuca kilka cząstek bardzo innowacyjnych. Mamy wdrożoną immunoterapię w pierwszej i drugiej linii leczenia, mamy też nowe cząstki ukierunkowane na poszczególne szlaki molekularne – mówi prof. Dariusz Kowalski z Kliniki Nowotworów Płuca i Klatki Piersiowej Centrum Onkologii w Warszawie, prezes Polskiej Grupy Raka Płuca.

Na całym świecie – spośród ok. 12,7 mln zachorowań na nowotwory rocznie – rak płuca jest diagnozowany najczęściej. To ok. 1,6 mln, czyli 13 proc. wszystkich przypadków. Rak płuca jest też najczęstszą przyczyną zgonów spowodowanych chorobami nowotworowymi (1,4 mln, czyli 18 proc. zgonów).

W Polsce choruje i umiera na nowotwór płuca ok. 22–23 tysiące osób rocznie. Według Krajowego Rejestru Nowotworów rak płuca jest w Polsce najczęściej występującym nowotworem wśród mężczyzn (1/5 wszystkich zachorowań). Wśród kobiet zajmuje trzecie miejsce (9 proc.), ale powoduje większą śmiertelność niż dużo częstszy rak piersi.

Nowotwór płuca dzieli się na dwie główne grupy: rak niedrobnokomórkowy, który odpowiada za ok. 80 proc. zachorowań, oraz rak drobnokomórkowy (pozostałe 20 proc.). Pierwszy z nich dzieli się na wiele podtypów i w jego przypadku zostało już zarejestrowanych wiele innowacyjnych terapii. Również w Polsce w ostatnich latach miał miejsce ogromny postęp w leczeniu niedrobnokomrókowego raka płuca, a Ministerstwo Zdrowia włączyło do refundacji wiele innowacyjnych terapii.

– W przypadku raka niedrobnokomórkowego płuca w ciągu ostatnich 20 lat nie został zarejestrowany żaden klasyczny cytostatyk. Ten postęp dokonuje się na naszych oczach wyłącznie dzięki lekom innowacyjnym. Są to albo leki immunokompetentne albo leki ukierunkowane molekularnie. Nie są one jednak najtańsze. Dlatego musimy pracować nad tym, żeby w Polsce dla pacjentów był dostępny pełen arsenał leków ultraaktywnych, podobnie jak w USA czy krajach Europy Zachodniej – podkreśla prof. Dariusz Kowalski.

W przypadku drugiego typu, czyli drobnokomórkowego raka płuca, sytuacja wygląda zupełnie inaczej. DRP to choroba, która bardzo szybko progresuje i prowadzi do śmierci – zgon następuje statystycznie w ciągu 1–2 lat od rozpoznania. Co roku diagnozuje się ją u ok. 2,5–3 tys. pacjentów.

W przypadku tego nowotworu nadal stosuje się standardy leczenia z końcówki lat 70. Od tego czasu firmy farmaceutyczne przebadały już ponad 70 cząsteczek i żadna z nich dotąd nie okazała się przełomem w leczeniu drobnokomórkowego raka płuca.

– Rak drobnokomórkowy płuca to nowotwór wrażliwy na chemioterapię i radioterapię. Te metody leczenia były stosowane już w latach 70. i 80. i od tego czasu żadne z badań klinicznych nad jakimkolwiek lekiem innym nie wykazały poprawy efektywności pod postacią wydłużenia całkowitego czasu przeżycia – podkreśla prof. Dariusz Kowalski.

DRP to dla lekarzy wyzwanie. Brak skutecznej terapii powodował dotąd konieczność leczenia standardową chemioterapią i radioterapią. U części pacjentów w pierwszym okresie dawały one dobre wyniki, ale zwykle równie szybko dochodziło do nawrotu choroby i śmierci. Sytuację pacjentów może radykalnie zmienić atezolizumab – pierwszy zarejestrowany lek na drobnokomórkowego raka płuca.

– Atezolizumab to lek, który ma już rejestrację do leczenia raka niedrobnokomórkowego w drugiej linii, niezależnie od typu. Ma również zastosowanie w pierwszej linii w połączeniu z chemioterapią. Teraz mamy już dane, które pokazują, że jest to pierwsza cząsteczka, która potrafi poprawić przeżycia chorych z rakiem drobnokomórkowym w połączeniu z klasyczną chemioterapią. To jest pierwszy sukces od bardzo, bardzo wielu lat – mówi prof. Kowalski.

– Zanim atezolizumab zakończył swój proces badawczo-rozwojowy, przebadanych zostało ponad 70 innych cząsteczek, ale bez sukcesu. Atezolizumab jest pierwszym lekiem należącym do grupy immunoterapii, które są stosowane w tym wskazaniu – dodaje Marcin Słysz, dyrektor strategii produktowej w Roche Polska. – Rak płuca pozostaje ciągle jednym z najczęstszych nowotworów, jakie dręczą społeczeństwo na całym świecie, tylko w Polsce jest ok 22–23 tys. nowych rozpoznań rocznie. Portfolio leków stosowanych w leczeniu raka płuca powiększa się systematycznie i Roche co kilka lat wprowadza kolejny lek, który w swojej klasie staje się przełomowym.

Chemioterapia, stosowana do tej pory w leczeniu DRP, polega na bezpośrednim uszkadzaniu komórek nowotworowych za pomocą substancji chemicznych. Atezolizumab jest lekiem immunoterapeutycznym – co oznacza, że jego mechanizm działania jest zupełnie inny. Stymuluje komórki odpornościowe organizmu pacjenta, tak aby same niszczyły zmiany nowotworowe.

– Immunoterapia to oddziaływanie na nasz własny układ odpornościowy i przywracanie naturalnej zdolności naszych komórek odpornościowych do rozpoznawania i niszczenia nowotworu – mówi Marcin Słysz. – Nasz układ odpornościowy przez całe życie, już od narodzin, rozpoznaje komórki nowotworowe, które powstają w naszym organizmie każdego dnia, jednak skutecznie je rozpoznaje, niszczy i eliminuje. Natomiast z biegiem czasu organizm się starzeje i pod wpływem różnych czynników zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych (np. palenie papierosów), komórki odpornościowe osłabiają się, przestają sobie radzić z komórkami nowotworowymi. Immunoterapia ma na celu przywrócenie tej zdolności. To przekłada się na wydłużenie czasu przeżycia od kilku miesięcy do nawet kilku lat jak w przypadku innych cząsteczek

Na całym świecie immunoterapię uważa się dzisiaj za innowację i przyszłość medycyny, która diametralnie zmieni leczenie m.in. wielu nowotworów czy chorób autoimmunologicznych.

– Generalnie immunoterapia to całkiem nowa klasa leków. Leki immunokompetentne nie powodują bezpośredniego ataku na komórki nowotworowe, ale reaktywują nasz własny układ odpornościowy, który zaczyna rozpoznawać i niszczyć komórki nowotworowe – mówi prof. prof. Dariusz Kowalski.

Jak podkreśla, dzięki nowym, innowacyjnym terapiom niedrobnokomórkowy rak płuca już w tej chwili powoli staje się chorobą przewlekłą, z którą pacjenci mogą normalnie funkcjonować latami. Teraz taką szansą będą mieć również chorzy na DRP.

– Obecnie w leczeniu DRP dostępne są tylko stare chemioterapeutyki, ale wierzymy, że w przypadku atezolizumabu proces dialogu z płatnikiem, podobnie jak w przypadku innych terapii stosowanych w leczeniu raka płuca, także zakończy się pomyślnie, przede wszystkim dla pacjentów, a leczenie atezolizumabem stanie się dla nich dostępne – mówi Marcin Słysz.

Do wdrażania innowacji medycznych potrzebna jest ogromna baza danych o zdrowiu pacjentów. Do jej zbudowania niezbędna jest wymiana informacji

Innowacyjne rozwiązania z zakresu medycyny, tworzone w oparciu o działanie algorytmów uczenia maszynowego potrzebują solidnej bazy danych. Tę można zbudować, wymieniając dane między mniejszymi i większymi placówkami służby zdrowia. Modele, które obecnie starają się implementować kraje zachodnie, działają już dobrze w krajach rozwijających się i pozwalają wypracowywać znaczne oszczędności. Te z kolei stwarzają możliwości inwestycyjne.

– Aby wprowadzić innowacje w opiece zdrowotnej, potrzebujemy odejścia od modelu 4C (Clinical, Commercial, Consulting and Capital – usługi kliniczne, komercyjne, konsultacyjne i kapitałowe – przyp.red.) w kierunku usług opartych na globalnych danych, w ramach których tworzymy bardziej skuteczne świadczenia medyczne, obniżając koszty i zapewniając wyższą wydajność i efektywność usług – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje podczas EU Med Summit w Łodzi Filippo Surace, prezes Cube Labs.

W komercjalizacji innowacyjnych rozwiązań medycznych kluczowe jest zbudowanie systemu danych opartego na informacjach płynących z wielu różnych placówek ochrony zdrowia. Dzięki temu lekarze mogą dysponować kompleksową wiedzą na temat stanu zdrowia konkretnego pacjenta. Chodzi nie tylko o współpracę między samymi szpitalami, lecz także między uniwersytetami i innymi instytucjami badawczymi a przedstawicielami rynku.

– Mamy we Włoszech wiele szpitali, które są obecnie na etapie tworzenia nowego, innowacyjnego modelu świadczenia usług w swoim obszarze na podstawie modelu gwiaździstego (hub and spoke – przyp.red.). W jego ramach mikroszpitale lub kliniki prywatne świadczą usługi podstawowe, takie jak badania krwi, fizjoterapia/”>fizjoterapia, zdjęcia rentgenowskie itd., a duże szpitale pełnią funkcję ośrodków świadczących bardziej specjalistyczne usługi na wyższym poziomie, np. z zakresu kardiochirurgii, neurochirurgii itd. Wszystkie te systemy powinny współpracować w ramach ekosystemu, wymieniając dane i tworząc spójne świadczenia dla pacjentów – wskazuje Filippo Surace.

Choć kraje rozwinięte przodują w kwestii opracowywania innowacji dla medycyny, to nowoczesne modele opieki zdrowotnej tworzą na wzór tych, które wprowadza się w krajach uboższych, rozwijających się. Narayana Health, indyjski prywatny system szpitalny, zarządza siecią telemedyczną łączącą 24 miejskie szpitale specjalistyczne z 800 placówkami zlokalizowanymi w ubogich i trudno dostępnych regionach. Działanie to, połączone z wdrażaniem oszczędności na każdym etapie działania systemu, pozwala efektywnie zaspokoić potrzeby zdrowotne dużej liczby pacjentów i zaoferować im skomplikowane procedury medyczne w dobrej cenie. Narayana wykonuje operacje serca za nieco ponad 2 tys. dol. Dla porównania taka sama operacja w USA kosztuje od 20 do 100 tys. dol.

Bliźniaczy model usług telemedycznych został zbudowany w amerykańskim stanie Mississippi. Tam 17 prowincjonalnych szpitali i 200 placówek medycznych zostało połączonych ze specjalistami z University of Mississippi Medical Center w Jackson. Wymiana informacji między różnego rodzaju placówkami może jednak posłużyć również jako baza wiedzy wykorzystywana w celu opracowania nowych, ulepszonych schematów postępowania lekarskiego. Całość może być wspierana przez sztuczną inteligencję.

– Korzystając z analityki predykcyjnej, możemy zarządzać danymi na dużo większą skalę oraz tworzyć nowe protokoły, korzystając z uczenia maszynowego oraz rozwiązań na bazie sztucznej inteligencji. Działają one dużo szybciej i są dostosowane do określonego rodzaju objawów, co prowadzi do bardzo szybkiej diagnozy i rozpoczęcia leczenia. W takim przypadku nie potrzeba wielu etapów czy udziału wielu lekarzy, aby stworzyć właściwy protokół, co samo w sobie jest dość kosztowne. Jednak korzystając z danych, można znacznie skrócić cały proces – mówi ekspert.

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia roczne wydatki na służbę zdrowia przekroczyły na świecie wartość 7,5 bln dol. i sięgają 10 proc. globalnego PKB. Z kolei według Fortune Business Insights światowy rynek urządzeń medycznych był wyceniany w 2018 roku na 425,5 mld dol. Do 2025 roku osiągnie wartość niemal 613 mld dol.

– Cała technologia i innowacje związane ze świadczeniami zdrowotnymi powinny się opierać na przewidywaniu i zapobieganiu chorobom, ponieważ bez profilaktyki populacja chorych na świecie będzie rosła. Dlatego potrzebujemy technologii nie tyle do leczenia chorób, ile do zapobiegania im – tłumaczy Filippo Surace.

Cube Labs jest inkubatorem i akceleratorem innowacyjnych projektów, zwłaszcza z zakresu biomedycyny. Jest obecnie właścicielem 12 start-upów i młodych firm akademickich działających w sektorach biotechnologicznym, medycznym i nutraceutycznym. Spółka współpracuje z ponad 650 naukowcami oraz ponad 24 uniwersytetami i ważnymi instytutami badawczymi we Włoszech i na świecie.

Dno Bałtyku będą badać autonomiczne roboty. Nowy polski statek badawczy ma być wyposażony w najnowsze rozwiązania technologiczne

Dno Bałtyku będą badać autonomiczne roboty. Nowy polski statek badawczy ma być wyposażony w najnowsze rozwiązania technologiczne 4

Szczegółowa wiedza na temat kształtu dna morskiego ma kluczowe znaczenie, m.in. dla bezpieczeństwa nawigacji. Autonomiczne rozwiązania są przyszłością mapowania dna morskiego – autonomiczne pojazdy mogą być rozmieszczane i kontrolowane niemal z każdego miejsca. Niedługo będą badać także wybrzeże i dno Bałtyku. Powstaje statek trójkadłubowy, który na powierzchnie zabierze nawet najcięższe urządzenia, będzie w stanie wykonywać badania na wzburzonym morzu, a przy tym będzie działał na systemy ekologicznego napędu.

– Jest cała seria projektów, których dziś jeszcze nie realizujemy. Nie prowadzimy np. wierceń w dnie morskim, a najnowsze technologie wierceń nie polegają już na tym, że stawia się platformę i buduje na niej urządzenia wiertnicze. Dziś możemy zastosować roboty, urządzenia rewolwerowe, które stawiamy na dnie i one pobierają rurę, wkręcają w dno, kolejną i tak do 60 metrów. W tym celu potrzebne są nieco większe jednostki. Niestety nasz statek badawczy Imor jest zbyt mały, w związku z tym powstał u nas projekt jednostki zdecydowanie większej, trójkadłubowej – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr inż. Benedykt Hac, kierownik Zakładu Oceanografii Operacyjnej, Instytut Morski w Gdańsku.

Obecnie Instytut Morski dysponuje statkiem badawczym IMOR. To pierwsza polska jednostka przystosowana do badań strefy przybrzeżnej i płytkich wód zalewowych. Wykorzystywana jest również przy prowadzeniu badań przedinwestycyjnych na Morzu Bałtyckim. Funkcjonuje jako „pływające laboratorium morskie na potrzeby przemysłu energetycznego i morskiego” i choć stosuje najnowocześniejsze urządzenia, pewnych badań może nie wykonać. Do tego potrzebne są większe statki, przystosowane do znacznie większych ciężarów, które na pokład wezmą autonomiczne pojazdy do mapowania dna morskiego.

Takim statkiem może być Trimor, relatywnie niewielki, o niewielkim zanurzeniu, ale z bardzo dużym otwartym pokładem.

– Statek ma zdolność dźwigania dużych ciężarów, nawet kilkudziesięciotonowych. Sama wiertnica waży 12 ton, a cały zestaw urządzeń towarzyszących 70 ton. Statek Trimor może wziąć 2 takie wiertnice i równocześnie zapewnić serwis, pełną obsługę, a także warunki życiowe i do pracy dla całego zespołu 30 osób, które obsługują takie urządzenia – tłumaczy dr inż. Benedykt Hac.

Teoretycznie Trimor będzie mógł być wykorzystywany nie tylko do celów naukowych, lecz także do celów komercyjnych, choć jego właściwości sprawiają, że istotne będzie jego znaczenie naukowe. Na pokładzie znajdą się najnowocześniejsze urządzenia, m.in. R.O.V. (Remotely Operated Vehicle), czyli zdalnie sterowana bezzałogowa jednostka zdolna do pływania pod wodą. Jednostki te wykorzystywane są do celów badawczo-naukowych, ale również przemysłowych. Robot jest podłączony do statku za pomocą szeregu kabli, które przesyłają sygnały sterujące między operatorem a ROV i umożliwiają zdalną nawigację. ROV może mieć wiele zastosowań, do tych istotnych należą identyfikacja obiektów i inspekcje kadłuba statku.

Autonomiczny pojazd podwodny (A.U.V.) może być z kolei używany do podwodnych misji badawczych, takich jak wykrywanie i mapowanie zanurzonych wraków, skał i przeszkód w żegludze. Przeprowadza misję badawczą bez interwencji operatora, a po zakończeniu misji wraca do wcześniej zaprogramowanej lokalizacji, gdzie dane są pobierane i przetwarzane. Pojazd ma zdolność do zanurzenia do 6 km.

– Rozróżnialność systemów, którymi dysponujemy, jest centymetrowa, a zatem możemy rozróżnić np. ciało ludzkie w wodzie. Na morzu oczywiście nie skupiamy się na tym, chyba że jest to wyjątkowa sytuacja. Nas interesują wraki, obiekty zalegające na dnie, amunicja, miny, wszystko to, co może stanowić potencjalne zagrożenie lub przeszkodę w pracy podczas prac konstrukcyjnych. Skupiamy się na obszarach nowoczesnych technologii takich jak farmy morskie na morzu – mówi ekspert.

Wstępne szacunki pokazują, że budowa statku może wynieść  50–60 mln zł. Sprzęt pomiarowy to kolejne 30–50 mln złotych. Statek będzie mógł prowadzić pomiary przy stanie morza 5 w skali Beauforta (przy falach do 4 metrów wysokości). Obecne statki mogą funkcjonować przy ok. 1,25–2 metrach. Trimor ma być też ekologiczny, zużywać mniej paliwa, w dużej mierze dzięki budowie z aluminium.

– Statek posiada systemy ekologicznego napędu, to statek dynamicznego pozycjonowania, a zatem nie potrzebuje kotwic do tego, żeby stać bez ruchu. Do tego ma systemy, które pozwalają na bardzo istotne zmniejszenie zapotrzebowania na paliwo i jeszcze na dodatek systemy wspomagania, które powodują, że część energii jest pozyskiwana ze słońca. Mamy bardzo dużo nieużytecznej powierzchni, która może być wykorzystana do zasilania systemów awaryjnych, co daje nam tę przewagę, że wchodzimy w grupę blue efficiency, czyli efektywności korzystnej dla środowiska – przekonuje dr inż. Benedykt Hac.

Inwestycje z Fortissio – czy warto?

Współpraca z brokerem znacząco zwiększa szanse początkujących na właściwe zarządzanie kapitałem. Z profesjonalnych narzędzi handlowych korzystają także zaawansowani traderzy. Jak pod tym względem wypada Fortissio?

Czy warto współpracować z Fortissio?

Znalezienie zaufanego brokera nie jest łatwe. Najlepszym na to sposobem jest dokładna analiza poszczególnych ofert. Bezpieczeństwo to podstawa udanej kariery na każdym rynku inwestycyjnym.

Pierwszym krokiem powinno być zweryfikowanie, czy dany podmiot kontrolowany jest przez konkretne organy i posiada zezwolenie na prowadzenie działalności. Nie wszyscy dostawcy usług spełniają prawne wymogi i gwarantują finansową stabilność. Pod tym względem Fortissio wyróżnia się bardzo pozytywnie. Regulowany jest przez urzędy w Grecji oraz Unii Europejskiej.

Usługi spółki Fortissio spełniają potrzeby doświadczonych i początkujących inwestorów. Broker gwarantuje wszystkim nowym użytkownikom ochronę 10 transakcji. Nawet w przypadku niefortunnej inwestycji masz pewność zwrotu zainwestowanych środków. Fortissio sprawia więc wrażenie bezpiecznej i solidnej platformy.

Konta detaliczne w Fortissio

W Fortissio dostępnych jest 6 różnych kont detalicznych. W pierwszym wariancie zyskujesz dostęp do funkcji Trading jednego kliknięcia oraz Trading Insider. Możesz również przejść profesjonalny trening i pobrać bezpłatnego e-booka. Do zarządzania kontem służy osobisty Manager. Za sprawą wiadomości POP Up możesz otrzymać najświeższe informacje dotyczące poszczególnych par walutowych.

Dostęp do podstawowego konta można uzyskać po wpłacie depozytu w kwocie minimum 200 EUR. Kolejne warianty pozwalają na uzyskanie dodatkowych profitów. Należą do nich liczne zniżki, darmowe webinary, usługi typu Trading Central czy Osobisty Agent Obsługi Klienta.

Z kont detalicznych korzysta większość użytkowników Fortissio. Broker oferuje tez konta profesjonalne dla zaawansowanych traderów. Jeżeli posiadasz odpowiednie doświadczenie oraz wiedzę, możesz zyskać wyższą dźwignię finansową oraz 0% margin close-out. Pamiętaj jednak o ryzyku towarzyszącym podejmowaniu decyzji inwestycyjnych.

fortissio-polskamobilne

Platforma Tick Tech

Tick Tech to dostarczana przez Fortissio platforma transakcyjna. Narzędzie to należy do najbardziej zaawansowanych tego typu rozwiązań dostępnych na rynku. Umożliwia inwestorom prowadzenie działań handlowych przez cały dzień.

Do obsługi platformy potrzebujesz jedynie dostępu do przeglądarki internetowej. Tick Tech umożliwia użytkownikom swobodne przełączanie się między urządzeniami. Dzięki zastosowaniu wysokiej klasy technologii synchronizacji funkcja działa w pełni bezawaryjnie. Oprogramowania nie trzeba też pobierać na komputer i aktualizować.

Cechą wyróżniającą Tick Tech jest intuicyjna oprawa graficzna. Zapewnia łatwy dostęp do najważniejszych funkcji oraz detali dotyczących transakcji. Możesz swobodnie przeglądać wykresy i korzystać z dostępnych narzędzi. Szybką obsługę zapewnia także aplikacja mobilna. Pozwala na wykonywanie operacji handlowych w dowolnej chwili.

Narzędzia handlowe Fortissio

Podstawą funkcjonowania każdej platformy transakcyjnej jest łatwa dostępność zaawansowanych narzędzi handlowych. Inwestorom niezwykle przydają się zwłaszcza przejrzyste wykresy. W Fortissio zyskujesz dostęp do automatycznie generowanych i aktualnych danych. Możesz też korzystać z kalendarza ekonomicznego. Szybkie reakcje na zmiany cen da się osiągnąć za sprawą dostępu do bieżących wiadomości rynkowych.

W Fortissio każdy inwestor może używać funkcji Trading Insider. Usługa ta zapewnia wgląd w trendy popularne wśród innych inwestorów. Danych tego typu nie powinieneś oczywiście traktować jako stuprocentowo pewnych informacji. Wszystkie trendy należy dokładnie zweryfikować na własną rękę oraz polegać na własnej interpretacji.

Funkcją platformy Fortissio docenianą przez początkujące osoby jest specjalnie zaprojektowana Akademia. Opracowana została z myślą o traderach dopiero stawiających swoje pierwsze kroki na rynku Forex. Broker udostępnia użytkownikom liczne lekcje i samouczki. Możesz z nich korzystać w zależności od poziomu swoich dotychczasowych umiejętności.

Narzędzia oferowane przez Fortissio z pewnością ułatwią Ci przyswajanie sobie różnych zagadnień. Poznasz dzięki nim różne metody handlu, sposoby opracowywania własnych strategii inwestycyjnych czy też formy zarządzania ryzykiem.

Produkty handlowe Fortissio

Fortissio to platforma opracowana przede wszystkim z myślą o handlu na rynku Forex. Z pomocą tego narzędzia możesz zyskać dostęp do różnych par walutowych. Broker spełnia też zapotrzebowanie użytkowników na obsługę rynku akcji.

Dzięki Fortissio jesteś w stanie handlować aktywami najpotężniejszych światowych firm – takich jak Apple, eBay czy Amazon. Nie musisz osobiście posiadać żadnych akcji, a jedynie śledzić spadki i wzrosty ich wartości. Broker zwalnia przy tym użytkowników z konieczności spełniania różnych regulacji dotyczących handlu tradycyjnego.

Fortissio umożliwia również inwestycję w indeksy i surowce. Te pierwsze stanowią odzwierciedlenie wartości poszczególnych rynków i sektorów przemysłowych. Indeksy nie posiadają fizycznej postaci – handel nimi odbywa się poprzez instrumenty pochodne.

Surowce mogą być natomiast interesującą alternatywą dla innych produktów. Do dyspozycji masz liczne dobra naturalne, zasoby energetyczne czy metale szlachetne. Najbardziej dochodowe surowce to m.in. gaz ziemny, ropa naftowa, złoto i srebro. Inwestycja w surowce opłaca się zwłaszcza przy braku stabilności i dużych wahaniach cen na pozostałych rynkach.

Najbardziej zaawansowanym traderom polecane są kontrakty CFD. Wiążą się z wyższą dźwignią, a tym samym lepszymi zarobkami. Wraz z efektywnością inwestycji wzrasta też ryzyko. Ewentualność utraty środków jest w tym przypadku dość wysoka. Warto więc inwestować w kontrakty CFD jedynie pieniądze, na których utratę możesz sobie pozwolić. Skup się też na otwartych transakcjach i dopiero z czasem pomyśl o szukaniu nowych okazji.

fortissiocms

Opinie o Fortissio

W sieci nietrudno znaleźć opinie o Fortissio. Recenzje na temat tego brokera zamieszczają zarówno doświadczeni inwestorzy, jak i osoby dopiero początkujące na rynku Forex. Wiele opinii znaleźć można na forach internetowych poświęconych tematyce inwestycyjnej.

Potwierdzeniem pozytywnego odbioru Fortissio jest także nasza recenzja. Mniej przychylne opinie wynikają zwykle z braku wiedzy użytkowników na temat ryzyka związanego z handlem. Fortissio to platforma funkcjonalna i wyjątkowo przydatna. Dzięki jej umiejętnej obsłudze możesz osiągnąć satysfakcjonujące zarobki i mieć pewność bezpieczeństwa.

Wpłaty i wypłaty

Jedną z zalet Fortissio jest przejrzysty system wpłat oraz wypłat środków zgromadzonych na platformie. Broker oferuje użytkownikom kilka metod płatności. Transakcje przetwarzane są szybko i dają gwarancję bezpieczeństwa zainwestowanych pieniędzy.

Wpłaty dokonać możesz w euro, funtach lub dolarach amerykańskich. Środki najszybciej przekażesz za pomocą karty kredytowej. Wśród obsługiwanych opcji warto też wyróżnić tradycyjny przelew bankowy czy system e-płatności.

W Fortissio bezproblemowo przebiega także realizacja wypłat zarobionych pieniędzy. Polecenie przelewu przetworzone jest nawet w ciągu tego samego dnia. Po zalogowaniu na konto wystarczy utworzyć żądanie wypłaty. Środki zostaną przekazane w ten sam sposób, co wcześniej dokonana wpłata. Opóźnienia wynikają przeważnie z powodu problemów związanych z przetwarzaniem płatności przez instytucje bankowe.

Obsługa klienta

Osoby początkujące na rynku Forex często mają wiele pytań dotyczących jego funkcjonowania. Przekłada się to nierzadko na trudności w obsłudze platformy. W takich sytuacjach profesjonalne wsparcie ze strony brokera jest nieocenione. W przypadku Fortissio masz pewność całodobowej obsługi klienta. Pytania zadawać możesz w dni robocze w godzinach od 8:00 do 20:00.

W przypadku problemów z inwestowaniem warto zapoznać się ze stroną internetową Fortissio. Broker umieścił dla użytkowników odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania. Dodatkową pomoc możesz uzyskać poprzez wypełnienie formularza kontaktowego. Z Fortissio da się też skontaktować telefonicznie lub przez e-mail. Pracownicy firmy do doświadczeni eksperci, którzy chętnie udzielą profesjonalnej i szybkiej pomocy przy każdym problemie.

fortissiofb2

Opłaty

Przed nawiązaniem współpracy z brokerem warto sprawdzić ustalane przez niego opłaty za prowadzenie konta. W Fortissio musisz zapłacić wyłącznie za pozycje, które pozostają aktywne na noc. Kwota naliczana przez brokera wynosi dokładnie 0,015 proc. wartości pozycji i podawana jest w dolarach amerykańskich. Dochodzi do tego opłata administracyjna dla kont nieaktywnych pod względem inwestycyjnym przez okres 3 miesięcy.


Informacje zawarte w niniejszym dokumencie służą wyłącznie do celów informacyjnych. Nie stanowią one porady finansowej lub jakiejkolwiek innej porady, mają charakter ogólny i nie są skierowane dla konkretnego adresata. Przed skorzystaniem z informacji w jakichkolwiek celach należy zasięgnąć niezależnej porady. Wydawca nie ponosi odpowiedzialności za konsekwencje działań podjętych na podstawie informacji zawartych w artykule sponsorowanym.

Podwyżka dla tłumaczy przysięgłych. Stawki urzędowe podniesione o około 50%

W dniu 16 października 2019 r. na stronach Ministerstwa Sprawiedliwości opublikowane zostało rozporządzenie zmieniające rozporządzenie o stawkach wynagrodzenia za czynności tłumacza przysięgłego w Dzienniku Ustaw z 2019 r. poz. 1975. Rozporządzenie wchodzi w życie po upływie 14 dni od daty ogłoszenia. na Stawki urzędowe obowiązują za tłumaczenia wykonane na rzecz sądu, prokuratury, policji i organów administracji publicznej. Stawki podniesiono o około 50%. Stawek nie stosuje się (obligatoryjnie) do tłumaczeń wykonywanych na rzecz osób fizycznych i firm.

Nowe stawki urzędowe wynagrodzenia tłumacza przysięgłego 2019 r.

za stronę tłumaczenia na język polski:

a) z języka angielskiego, niemieckiego, francuskiego i rosyjskiego – 34,50 zł,
b) z innego języka europejskiego i z języka łacińskiego – 37,16 zł,
c) z języka pozaeuropejskiego posługującego się alfabetem łacińskim – 45,11 zł,
d) z języka pozaeuropejskiego posługującego się alfabetem niełacińskim lub ideogramami – 50,42 zł;

za stronę tłumaczenia z języka polskiego:

a) na język angielski, niemiecki, francuski i rosyjski – 45,11 zł,
b) na inny język europejski i na język łaciński – 53,07 zł,
c) na język pozaeuropejski posługujący się alfabetem łacińskim – 61,04 zł,
d) na język pozaeuropejski posługujący się alfabetem niełacińskim lub ideogramami – 74,31 zł.”,

Oprócz tego w rozporządzeniu znalazła się adnotacja dotycząca stawki wynagrodzenia za tworzenie dodatkowych egzemplarzy poświadczonych tłumaczeń, która wynosić będzie 0,50 zł za jedną stronę. Ponad to Ministerstwo Sprawiedliwości ustosunkowało się także do tłumaczeń ustnych. W tej sytuacji stawki prezentują się dokładnie tak jak w przypadku tłumaczeń pisemnych, z tą różnicą, że kwota ta zostanie powiększona o dodatkowe 30% lub 100% za tłumaczenia ustne w postępowaniu przyspieszonym. Natomiast wynagrodzenie za tłumaczenie ustne wykonane w porze nocnej, niedzielę lub święto powiększone zostanie o kolejne 20%.Rozporządzenie zmieniające rozporządzenie w sprawie wynagrodzenia za czynności tłumacza przysięgłego

Na czym polega praca tłumaczy przysięgłych?

Tłumaczenia pisemne

Choć wydawać by się mogło, że pełnione przez tłumaczy sądowych obowiązki zawodowe należą do prostych i przyjemnych, to rzeczywistość jest zupełnie inna. Praca tłumacza przysięgłego zatrudnionego w sądzie jest bardzo czasochłonna i skomplikowana. Są oni odpowiedzialni za przygotowywanie tłumaczeń uwierzytelnionych (inaczej tłumaczeń przysięgłych), które mają charakter standardowych tłumaczeń. W tym przypadku każde jedno słowo podlega przetłumaczeniu z języka obcego na język polski i odwrotnie, a dokument opatrzony jest stosowną pieczęcią.

Tłumaczenia ustne

Cały proces związany z tłumaczeniem np. zeznań świadków odbywa się zgodnie z aktualnymi przepisami i normami dotyczącymi tłumaczeń przysięgłych (uwierzytelnionych). Tłumacze sądowi oprócz znajomości języka obcego w stopniu zaawansowanym muszą wykazać się także dużą wiedzą z dziedziny prawa, bowiem nieumiejętne lub niewłaściwe stworzone tłumaczenie może negatywnie wpłynąć na bieg oraz wynik toczącego się postępowania sądowego.

Potwierdzeniem ich umiejętności jest uzyskanie pozytywnego wyniku egzaminu na tłumacza przysięgłego, do którego powinien przystąpić każdy tłumacz, który zdecyduje się na profesjonalne sporządzanie tłumaczeń uwierzytelnionych.

64% pracowników bardziej ufa robotom niż swoim przełożonym

Ludzie bardziej ufają robotom niż swoim przełożonym – to wniosek z drugiego dorocznego badania „AI at Work”, które zostało przeprowadzone przez Oracle i Future Workplace, firmę badawczą przygotowującą liderów na rewolucyjne zmiany w dziedzinie rekrutacji, rozwoju zawodowego i zaangażowania pracowników. W badaniu wzięło udział 8370 pracowników, menedżerów i kierowników działów kadr z 10 krajów. Wynika z niego, że sztuczna inteligencja zmieniła relację między ludźmi i technologią w miejscu pracy, a także rolę działów kadr i ich kierownictwa w przyciąganiu, zatrzymywaniu i rozwoju wykwalifikowanych pracowników.

Sztuczna inteligencja zmienia relację między ludźmi i technologią w miejscu pracy

Wbrew powszechnym obawom o wpływ sztucznej inteligencji na stanowiska pracy, pracownicy, menedżerowie i kierownicy działów kadr na całym świecie coraz częściej mają do czynienia ze sztuczną inteligencją w swoich firmach, a wielu z nich przyjmuje ją z zadowoleniem i optymizmem.

  • Sztuczna inteligencja staje się w przedsiębiorstwach coraz powszechniejsza – z jakiejś formy tej technologii korzysta już 50% pracowników; dla porównania, w ubiegłym roku było to tylko 32%. Pracownicy w Chinach (77%) i Indiach (78%) mają do dyspozycji sztuczną inteligencję dwukrotnie częściej niż ci we Francji (32%) i w Japonii (29%).
  • Większość (65%) pracowników z optymizmem, entuzjazmem i wdzięcznością przyjmuje robota jako swojego współpracownika, a prawie jedna czwarta twierdzi, że ich relacja ze sztuczną inteligencją w miejscu pracy jest „przyjacielska” i „przynosi im satysfakcję”.
  • Z największym entuzjazmem podchodzą do sztucznej inteligencji pracownicy w Indiach (60%) i Chinach (56%). Na kolejnych miejscach w tym zestawieniu znalazły się Zjednoczone Emiraty Arabskie (44%), Singapur (41%), Brazylia (32%), Australia/Nowa Zelandia (26%), Japonia (25%), Stany Zjednoczone (22%), Wielka Brytania (20%) i Francja (8%).
  • Mężczyźni oceniają sztuczną inteligencję w miejscu pracy bardziej pozytywnie, niż robią to kobiety; z optymizmem podchodzi do niej 32% mężczyzn i 23% kobiet.

Pracownicy bardziej ufają robotom niż swoim przełożonym

Coraz częstsze wdrażanie sztucznej inteligencji w firmach ma znaczny wpływ na sposób interakcji między pracownikami i ich przełożonymi. Zmienia to tradycyjną rolę działów kadr i ich kierownictwa.

  • 64% ludzi miałoby większe zaufanie do robota niż do swojego przełożonego, a połowa poprosiłaby o radę robota, a nie swojego menedżera.
  • Najwięcej pracowników ufa w większym stopniu robotom niż kierownictwu w Indiach (89%) i Chinach (88%); kolejne kraje w tym rankingu to Singapur (83%), Brazylia (78%), Japonia (76%), Zjednoczone Emiraty Arabskie (74%), Australia/Nowa Zelandia (58%), Stany Zjednoczone (57%), Wielka Brytania (54%) i Francja (56%).
  • Do sztucznej inteligencji, a nie do przełożonego zwróciłoby się więcej mężczyzn (56%) niż kobiet (44%).
  • 82% ludzi uważa, że roboty wykonują pewne zadania lepiej niż ich przełożeni.
  • Na prośbę o podanie konkretnych czynności ankietowani odpowiedzieli, że roboty są lepsze w dostarczaniu obiektywnych informacji (26%), przestrzeganiu harmonogramów pracy (34%), rozwiązywaniu problemów (29%) i zarządzaniu budżetem (26%).
  • Zapytani o sprawy, z którymi menedżerowie radzą sobie lepiej niż roboty, pracownicy jako trzy główne aspekty wymienili rozumienie ich uczuć (45%), szkolenia (33%) i budowanie kultury pracy (29%).

Sztuczna inteligencja pozostanie z nami – firmy muszą ją uprościć i zabezpieczyć, aby utrzymać konkurencyjność

Sztuczna inteligencja dopiero zaczyna wpływać na środowisko pracy. Aby wykorzystać najnowsze rozwiązania oparte na tej technologii, przedsiębiorstwa muszą skupić się na jej uproszczeniu i zabezpieczeniu. W przeciwnym razie ryzykują, że pozostaną w tyle.

  • 76% pracowników (i 81% kierowników działów kadr) uważa, że trudno jest dotrzymać kroku zmianom technologicznym w środowisku pracy.
  • Pracownicy chcieliby, aby korzystanie ze sztucznej inteligencji było prostsze; domagają się lepszych interfejsów użytkownika (34%), szkoleń w zakresie najlepszych procedur (30%) i narzędzi spersonalizowanych pod kątem ich zachowań (30%).
  • Najważniejsze obawy powstrzymujące pracowników przed korzystaniem ze sztucznej inteligencji w pracy to bezpieczeństwo (31%) i ochrona prywatności (30%).
  • Cyfrowi tubylcy z pokolenia Z (43%) i milenialsów (45%) mają większe obawy o ochronę prywatności i bezpieczeństwo w pracy niż przedstawiciele pokolenia X (29%) i powojennego wyżu demograficznego (23%).

„Najnowsze rozwiązania z obszaru automatycznego uczenia i sztucznej inteligencji szybko stają się standardem, co powoduje olbrzymie zmiany w interakcjach ludzi z technologią i ich współpracownikami. Z naszego badania wynika, że relacja między ludźmi i maszynami w pracy jest definiowana na nowo. Nie ma przy tym jednego, uniwersalnego sposobu na sprostanie tej zmianie. Przedsiębiorstwa muszą współpracować ze swoimi działami kadr, aby spersonalizować podejście do wdrażania sztucznej inteligencji i spełnić zmieniające się oczekiwania swoich zespołów na całym świecie” – powiedziała Emily He, wiceprezes Oracle, dyrektor działu Human Capital Management Cloud Business Group.

Jak wykorzystać kamery sklepowego monitoringu w celach marketingowych

Rejestrowany przez kamery sklepowego monitoringu obraz wysokiej rozdzielczości można z powodzeniem wykorzystać w celach marketingowych. 

Systemy nadzoru wideo w sklepach nie są już tylko narzędziem do obserwacji wykorzystywanym w celu zapewnienia bezpieczeństwa. Analiza przepływu ludzi w placówce oraz ich zainteresowań pomaga osiągać lepsze wyniki sprzedaży (klientom łatwiej jest odnaleźć poszukiwany towar i są szybciej obsługiwani). To niezmiernie istotne, bo według danych firmy Digimarc osoby zmuszone do czekania w kolejkach często wychodzą ze sklepu. 11% rezygnuje z zakupów w ogóle, 23% wyjmuje z koszyka niepotrzebne produkty, by móc skorzystać z kasy szybkiej obsługi, zaś aż co trzeci konsument finalnie decyduje się na zakupy online.

Klient w centrum zainteresowania

Inteligentne systemy monitoringu dostarczają informacji o miejscach ekspozycji, które przyciągają największą uwagę. Pozwalają wyciągać wnioski statystyczne, ale też śledzić zachowania poszczególnych grup klientów. Można sprawdzić m.in. jak robią zakupy osoby w zależności od płci oraz grupy wiekowej i wykorzystać tę wiedzę do zadbania o lepszą ekspozycję produktów.

Gdy system nauczy się, że mężczyźni przebywają w sklepie krócej, tuż po przekroczeniu bramki skręcają w prawo, kobiety zaś w lewo i potrzebują więcej czasu by dokonać transakcji, można tak zoptymalizować ekspozycję towaru, żeby zakupy dla jednej i drugiej grupy były szybsze oraz wygodniejsze – tłumaczy Piotr Bettin menadżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo Konica Minolta. Podkreśla, że inteligentny monitoring pozwala też prześledzić zachowanie osób, które zrobiły duże zakupy, a jeśli schemat się powtórzy, szukać podobieństw i wyciągać wnioski przyciągające kolejnych wartościowych kupujących.

Bardziej skuteczna reklama

Analiza monitoringu ułatwia zaobserwowanie gdzie np. najchętniej przebywają pasażerowie na dworcu oraz adekwatne dostosowanie ekspozycji nośników reklamowych do przekazu marketingowego. Inteligentny monitoring pozwala zdefiniować „korytarze”, w których liczone są osoby przechodzące przez poszczególne bramki, drzwi lub wejścia. Na bazie tych danych można również ustalać stawki najmu powierzchni handlowych, jak też lepiej pozycjonować reklamę w przestrzeni publicznej i w sklepie. Młody mężczyzna niekoniecznie będzie zainteresowany informacjami o płynach do czyszczenia sztucznej szczęki. Z większym prawdopodobieństwem zwróci uwagę na reklamy gadżetów elektronicznych lub samochodów. Kamera umieszczona w pobliżu kolejki do kasy może wykryć kto w niej stoi i na pobliskim ekranie wyświetlić dopasowane do grupy docelowej reklamy.

Informacje przetwarzane są lokalnie, w znajdującym się w obudowie kamery kontrolerze, bez konieczności łączenia z zewnętrznymi serwerami. W gotowym raporcie, poza informacjami o liczbie klientów, użytkownik może otrzymać również „mapę cieplną” pomieszczenia, czyli dane, w jakich miejscach i kiedy ruch był największy.

Monitoring szansą na zdobycie przewagi rynkowej

Właściciele placówek handlowych konkurują z gigantami e-commerce, którzy wydają miliony na profilowanie użytkowników i dostosowanie przekazu reklamowego. Analizy ruchu w sklepach stacjonarnych bazowały do tej pory w dużej mierze na kosztownych badaniach socjologicznych i marketingowych. Teraz można uzyskać podobne dane na podstawie analizy obrazu z kamer monitoringu. Co więcej, pozyskanie tych informacji jest zgodne z Rozporządzeniem o Ochronie Danych Osobowych (RODO).

Piotr Bettin z Konica Minolta podkreśla: – Dane mogą być zanonimizowane, twarze rejestrowanych osób będą „wypikselizowane”, ostre pozostaną wyłącznie elementy statyczne w systemie, takie jak ściany lub sklepowe półki. Dopiero w sytuacji, w której doszło do naruszenia prawa, możliwe będzie zalogowanie się do systemu osoby upoważnionej albo policji lub prokuratora, co pozwoli na ustalenie tożsamości danej osoby.

Dzięki zapewnionemu zdalnemu dostępowi właściciel sklepu może sprawdzić w każdej chwili co dzieje się na terenie placówki. Monitorować długość kolejek przy poszczególnych kasach, zaplanować pracę i obsługę klienta oraz terminy dostaw. Może też szybciej zareagować na straty powodowane przez nieuczciwy personel. System alarmuje, jeśli dokonany został zwrot towaru, a nikogo w tym czasie nie było przy kasie. Może też zawiadomić o podejrzanej sytuacji, gdy kasjer nabija produkty, których nie ma na ladzie.

Na rynku wtórnym mieszkania drożały dużo szybciej niż u deweloperów

Już od kilku lat drożeją nowe i używane mieszkania. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, jak tempo podwyżek na rynku pierwotnym i wtórnym różniło się w największych miastach Polski.

Trwający boom mieszkaniowy cechuje się wzrostem znaczenia rynkowego najdroższych mieszkań deweloperskich. Oferta takich ekskluzywnych „M” mocno rozbudowała się m.in. na terenie Warszawy i Gdańska. Pojawienie się dużej liczby lokali z najwyższej półki cenowej, może skutkować zawyżeniem średnich cen metrażu. Właśnie dlatego eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, jak przez ostatnie lata zmieniała się medianowa (przeciętna) cena 1 mkw. mieszkań z największych polskich miast. Medianowa cena lokali jest mniej podatna na pojawienie się bardzo drogich ofert. Zmiany takiej mediany cen metrażu obliczone dla rynku pierwotnego oraz rynku wtórnego wskazują, że w największych miastach używane mieszkania drożały szybciej niż nowe.

Wyniki z rynku deweloperskiego są dość zaskakujące

Nie wszyscy czytelnicy mogą wiedzieć, jak oblicza się medianową cenę metrażu. Trzeba zatem przypomnieć, że jest to cena 1 mkw., której nie przekracza połowa analizowanych mieszkań. Główny Urząd Statystyczny niedawno podał ubiegłoroczny poziom takiej przeciętnej ceny lokali z całej Polski. Warto sprawdzić ogólnopolskie dane przed zaprezentowaniem sytuacji z największych miast. Informacje GUS-u bazujące na aktach notarialnych wskazują, że medianowe ceny 1 mkw. lokali mieszkalnych zmieniały się następująco:

  • 2015 r. – medianowa cena 1 mkw. nowego mieszkania w całej Polsce wyniosła 5 201 zł/medianowa cena 1 mkw. używanego mieszkania w całej Polsce wyniosła 3 340 zł
  • 2016 r. – 5 298 zł/3 396 zł
  • 2017 r. – 5 165 zł/3 518 zł
  • 2018 r. – 5 182 zł/3 807 zł

Wyniki zaprezentowane powyżej oraz na poniższym wykresie sugerują, że przeciętna cena używanych mieszkań rosła dość szybko. Wg portalu RynekPierwotny.pl zaskakująca wydaje się natomiast względna stabilizacja mediany dotyczącej cen nowego metrażu. To zjawisko można jednak dość łatwo wytłumaczyć. Było ono związane ze znacznym zwiększeniem sprzedaży mieszkań deweloperskich na „tańszych” rynkach. Pojawienie się w obrocie rynkowym lokali z mniejszych miast, w których wcześniej deweloperzy budowali dość rzadko, skompensowało wpływ podwyżek widocznych na większych rynkach. Właśnie dlatego medianowa cena 1 mkw. nowych mieszkań nie wzrosła w ujęciu ogólnopolskim (pomiędzy 2015 r. oraz 2018 r.). Używane i nowe mieszkania podwyżki RP wyk.1

Używane mieszkania nadrabiały cenowy dystans …

Dzięki informacjom z poniższej tabeli można teraz przyjrzeć się zmianom medianowej ceny nowych i używanych mieszkań w dziesięciu największych miastach kraju. Poniższe zestawienie potwierdza, że ogólnie rzecz biorąc lokale mieszkalne „z drugiej ręki” drożały szybciej niż mieszkania deweloperskie. Jako dobry przykład można podać Łódź, gdzie przez 3 lata (2015 r. – 2018 r.) medianowa cena 1 mkw. używanego mieszkania wzrosła o 22%.

Analogiczny wynik dla łódzkiego rynku pierwotnego wyniósł tylko 9%. Dużą różnicą pomiędzy tempem zmian cenowych na rynku pierwotnym i rynku wtórnym cechowały się również inne analizowane miasta. Mowa o Białymstoku, Gdańsku, Krakowie, Poznaniu, Szczecinie oraz Wrocławiu. We wszystkich tych ośrodkach miejskich, medianowa cena 1 mkw. używanych mieszkań rosła znacznie szybciej niż analogiczny wskaźnik obliczony dla rynku pierwotnego.

Informacje z poniższej tabeli wskazują, że podwyżki przeciętnych cen używanego metrażu wyraźnie przyspieszyły w 2017 r. oraz 2018 r. Takie zjawisko było szczególnie widoczne na terenie Bydgoszczy, Krakowa, Poznania oraz Warszawy. Opisywana sytuacja na pewno wynika z faktu, że rosnące koszty budowy „ciągną” w górę nie tylko ceny nowych mieszkań. Używane „M” również muszą drożeć jako alternatywa dla oferty deweloperów. Wspomniany mechanizm nie tłumaczy jednak całkowicie wzrostów cen, które okazały się szybsze niż na rynku pierwotnym. Dane GUS-u z kilku analizowanych miast (m.in. Łodzi oraz Białegostoku) sugerują, że część popytu, której nie udało się zaspokoić deweloperom, po prostu „przepłynęła” na lokalny rynek wtórny.Używane i nowe mieszkania podwyżki RP tab.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Kara 3240 zł za każdy metr kwadratowy reklamy niezgodnej z uchwałą krajobrazową

Przedsiębiorca może zostać ukarany kwotą 3 240 zł za każdy metr kwadratowy reklamy. Dla mikrofirm będzie to dramat, który zacznie się od Gdańska po wprowadzeniu uchwały krajobrazowej.

– Przedsiębiorcy będą karani za szyldy i reklamy nie spełniające wymogów uchwały, ale nie wiadomo jaka reklama może zostać za taką uznana – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krzysztof Ogorzałek, członek zarządu Inicjatywa Firm Rodzinnych.

Do 2 kwietnia 2020 r., wszyscy przedsiębiorcy posiadający szyldy, tablice i inne urządzenia reklamowe na obszarze Gminy Miasta Gdańska będą musieli dostosować się do restrykcyjnych wymagań uchwały nr XLVIII/1465/18 Rady Miasta Gdańska z dnia 22 lutego 2018 r. w sprawie ustalenia zasad i warunków sytuowania obiektów małej architektury, tablic reklamowych i urządzeń reklamowych oraz ogrodzeń, ich gabarytów, standardów jakościowych oraz rodzajów materiałów budowlanych, z jakich mogą być wykonane, na terenie Miasta Gdańska.

Trudno byłoby kwestionować dobre intencje radnych z Gdańska, bo chaos w przestrzeni miejskiej wywołany reklamami dotyczy wszystkich polskich miast. Jednak problemem stał się brak szczegółowych rozstrzygnięć. Obawy małych firm nie dotyczą tylko Gdańska, bo podobne regulacje prawne chcą wprowadzić też inne miasta, czyli różne niejasności prawne mogą zostać powielone, a największe firmy będą mogły podyktować swoje warunki małym przedsiębiorcom. – Każdy przedsiębiorca w danym budynku będzie musiał się dogadać z pozostałymi co do wysokości czy grubości banerów i można sobie wyobrazić w jakiej sytuacji znajdą się wówczas małe firmy, gdy przyjdzie im negocjować z koncernem – obawia się K.Ogorzałek.

Zrównoważony wzrost oferty na rynku nieruchomości handlowych w Polsce

W przeciągu ostatniej dekady sektor handlowy w Polsce urósł o prawie 40%. Coraz większa dojrzałość rynku zmienia geografię otwarć i motywuje właścicieli centrów handlowych do urozmaicania oferty.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku nieruchomości handlowych w Polsce.

Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL
Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL

Od początku roku do końca września polski rynek handlowy wzbogacił się o ponad 290 000 mkw. W rezultacie całkowita podaż nowoczesnej powierzchni handlowej osiągnęła poziom 14,5 mln mkw. Oznacza, że w przeciągu ostatnich 10 lat rynek handlowy w Polsce urósł o prawie 40%. – Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL.

W samym trzecim kwartale deweloperzy oddali do użytku 54 000 mkw. w ramach trzech nowych projektów i trzech rozbudów obiektów istniejących, zarówno centrów i parków handlowych.

Podaż – mniejsze miasta na fali

Nasycenie powierzchnią handlową w największych aglomeracjach oznacza, że możliwości budowy kolejnych centrów są ograniczone. O ile aż 69% nowo oddanej powierzchni w centrach handlowych w pierwszych trzech kwartałach tego roku przypadło na największe miasta, to aktualnie zaledwie 30% z realizowanych obecnie 192 000 mkw. w centrach handlowych powstanie w głównych aglomeracjach. Niższa aktywność deweloperska nie dotyczy jednak wszystkich segmentów rynku.

Anna Wysocka JLL
Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Rosnąca dojrzałość sektora kieruje uwagę części deweloperów w stronę mniejszych miast, gdzie jest możliwa realizacja centrów typu convenience. Tylko w trzecim kwartale odnotowano aż osiem otwarć takich projektów, które łącznie dostarczyły 25 000 mkw. powierzchni. Z kolei właściciele istniejących centrów handlowych skupiają się na ich repozycjonowaniu i podnoszeniu jakości, m.in. poprzez poszerzanie oferty gastronomicznej i rozrywkowej, modernizację elewacji i części wspólnych, czy działania ożywiające ich otoczenie. Koncerty, wystawy sztuki oraz rozmaite wydarzenia plenerowe na stałe zagościły w kalendarzach największych obiektów w Polsce, dodatkowo przyciągając gości również w niehandlowe niedziele miesiąca. – Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Ważnym elementem strategii rozwoju centrów handlowych staje się omnichannel, czyli łączenie kanałów online i offline. Jest to związane z ekspansją segmentu e-commerce. Z analiz Statista wynika, że udział tego segmentu w sprzedaży detalicznej w Polsce będzie systematycznie rósł, osiągając 5,5% do 2022 roku (czyli wciąż znacznie poniżej krajów Europy Zachodniej), jednak będzie to postępować równolegle ze wzrostem sprzedaży detalicznej ogółem.

Popyt – debiutów ciąg dalszy

Trzeci kwartał był dla Polski owocny pod względem nowych otwarć międzynarodowych marek. Dwa debiuty miały miejsce w warszawskim Domu Mody Klif, gdzie swoje sklepy otworzyły LG Brand Store, południowokoreański producent elektroniki oraz holenderski 10Days Amsterdam z modą damską. Dwie kolejne modowe marki włoskie, Corneliani i Fabiana Filippi, wzmocniły ofertę Placu Trzech Krzyży, otwierając się w budynku Ethos. Również dwie sieci zdecydowały się na otwarcie swoich pierwszych sklepów w miastach regionalnych: należąca do grupy H&M marka Monki zadebiutowała w krakowskiej Bonarce, a hiszpańska La’Mona w Pasażu Łódzkim w Łodzi.

W tym samym czasie kilka sieci zdecydowało o zamknięciu swoich sklepów. Taką decyzję podjęły dwa giganty modowe – amerykański Forever21 i norweski Cubus, co jest rezultatem ogłoszenia bankructw na rynkach międzynarodowych. Z kolei sklep brytyjskiej sieci z zabawkami, Hamleys, zamknął swój jedyny w Polsce salon w warszawskiej Galerii Północnej. Marka nie wyklucza jednak ponownego otwarcia sklepów w innych lokalizacjach w kraju.

Czynsze i pustostany

Czynsze „prime” pozostały względnie stabilne i wynosiły średnio od 18 do 26 euro / mkw. / miesiąc w miastach o liczbie mieszkańców z przedziału 75 000 -100 000 osiągając najwyższy poziom 130 euro w Warszawie. Z uwagi na silne zróżnicowanie warszawskiego rynku i fakt, że czynsze „prime” odnoszą się tu zaledwie do trzech najlepszych centrów handlowych, utworzono nową kategorię czynszu „subprime”, który odnosi się do dobrze działających obiektów w mieście z pominięciem najlepszych trzech. Jego poziom jest zbliżony do najwyższych czynszów w miastach regionalnych i osiąga od 50 do 60 euro / mkw. / miesiąc.

Średni wskaźnik powierzchni niewynajętej w centrach handlowych w ośmiu największych aglomeracjach w kraju wyniósł 3,8% na koniec I poł. 2019 r., czyli o 0,4 p.p. więcej niż rok temu. Oczywiście sytuacja różni się w zalezności od lokalizacji i jakości danego obiektu.

Rynek inwestycyjny przyspiesza

Adam Kiernicki, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL
Adam Kiernicki, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL

W połowie października wartość transakcji inwestycyjnych w sektorze nieruchomości handlowych w Polsce wyniosła ok. 880 mln euro. Przeszło 50% tego wolumenu sfinalizowano w trzecim kwartale, świadczy to zarówno o stabilnych fundamentach polskiego rynku nieruchomości handlowych, jak również może być zapowiedzią zwiększonego zainteresowania ze strony inwestorów w kolejnych miesiącach. Dodatkowo, pod koniec sierpnia Cromwell Property Group ogłosił chęć skorzystania z prawa pierwokupu nabycia udziałów pozostałych inwestorów funduszu Cromwell Polish Retail Fund (CPRF). Zamkniecie transakcji o wartości około 600 mln euro zapowiedziano na czwarty kwartał tego roku. – Adam Kiernicki, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL.

Do największych transakcji zrealizowanych od początku roku należy sprzedaż Atrium Felicity w Lublinie i Atrium Koszalin za 298 mln euro do funduszu ECE oraz sprzedaż i leasing zwrotny (tzw. sale & leaseback) przez Metro Properties portfela 11 sklepów Cash & Carry w regionie CEE, w tym 5 sklepów w Polsce, za łączną kwotę przekraczającą 250 mln euro.

Dlaczego nowa zakopianka stoi w korku?

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad ma tendencję do otwierania ukończonych fragmentów dróg, również bardzo krótkich. Doprowadza to czasem do kuriozalnych sytuacji. Politykom śpieszy się bowiem, by przeciąć wstęgę i świętować kolejne zwycięstwo – droga jednak nie spełnia swojego celu. Przejezdność danego fragmentu nie oznacza bowiem ułatwienia w komunikacji. Otoczony starszymi fragmentami nowy odcinek drogi często znajduje się w fazie wykończenia. Jego efektywna przejezdność stoi więc pod znakiem zapytania. Samochody stoją w korkach – a prace wykończeniowe dłużą się, gdyż droga nie ma już wysokiego priorytetu w Generalnej Dyrekcji. Mimo statusu przejezdnej – droga, która miała być ekspresowa, staje się dla kierowców bardzo kłopotliwym odcinkiem.

Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR
Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR

– Tak stało się w przypadku zakopianki. Medialnie sprzedawana była jako kolejny, bardzo ładny krajobrazowo odcinek, ułatwiający podróż między Krakowem a Zakopanem. Okazała się  jednak sporą wpadką. Wiadomo było, że droga będzie trudna w użytkowaniu. Ale politycy chcieli szybko otworzyć kolejny odcinek, więc została oddana do użytku –  powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Gdyby oddawano większy ciąg drogi, byłoby to dużo łatwiejsze dla kierowców. Ale w bardzo wielu przypadkach jest to po kilkanaście kolejnych, krótkich fragmentów. Samochody mogą nią przejechać, ale ich prędkość i przepustowość drogi pozostawia wiele do życzenia. Obok wciąż trwają prace wykończeniowe, ale ruch jest dopuszczony i projekt zostaje ‘odhaczony’. Generalna Dyrekcja przykłada do tego fragmentu mniejszą wagę, więc prace wykończeniowe się dłużą. To niesłuszne podejście. Należy zadbać o to, by taka droga jak najszybciej miała pełne parametry związane z ruchem samochodowym – wskazuje Furgalski.

IBM dołączył do budowy powstającego w Gdańsku bezzałogowego i w pełni autonomicznego statku Mayflower

IBM ogłosił, że dołączył do globalnego konsorcjum, na którego czele stoi organizacja ProMare, budująca bezzałogowy i w pełni autonomiczny statek Mayflower Autonomous Ship (MAS). Pierwszy bezzałogowy rejs przez Atlantyk odbędzie się we wrześniu 2020 roku, w 400. rocznicę rejsu statku Mayflower, którym pierwsi koloniści angielscy dopłynęli do Ameryki Północnej. Kadłub bezzałogowego statku jest budowany w Gdańsku w zakładach Aluship Technology.

IBM-ship-graphics-timelineStatek autonomiczny MAS wykorzysta sztuczną inteligencję IBM, potężne serwery, chmurę
i najnowocześniejsze technologie edge computing IBM do samodzielnej nawigacji i unikania zagrożeń oceanicznych na trasie z Plymouth w Anglii do Plymouth w stanie Massachusetts. Jeśli rejs się powiedzie, MAS będzie jednym z pierwszych samonawigujących, pełnowymiarowych statków, które przepłynęły przez Atlantyk, co otwiera drzwi do nowej ery autonomicznych statków badawczych.

„Rejs statku badawczego może kosztować dziesiątki tysięcy dolarów dziennie i jest ograniczony ilością czasu, jaki ludzie mogą spędzać na pokładzie – jest to czynnik zaporowy dla wielu dzisiejszych misji naukowych”, powiedział Brett Phaneuf, członek rady założycielskiej ProMare i dyrektor projektu MAS. „Dzięki temu projektowi jesteśmy pionierami efektywnej kosztowo i elastycznej platformy gromadzenia danych, która pomoże chronić oceany”.

Statek MAS będzie posiadał trzy kapsuły badawcze zawierające szereg czujników i instrumentów naukowych. Wszystkie te narzędzia będą wykorzystywane do prowadzenia badań naukowych w wielu istotnych obszarach, takich jak bezpieczeństwo cybernetyczne na morzu, monitorowanie ssaków morskich, sporządzanie map poziomu morza i plastiku zalegającego w oceanach. Prace przy wsparciu IBM i organizacji ProMare będą koordynowane przez Uniwersytet w Plymouth w Wielkiej Brytanii, który jest liderem, w obszarze badań morskich.

Plastik – główny problem oceanów

Według profesora Richarda Thompsona, dyrektora Instytutu Morskiego na Uniwersytecie
w Plymouth, „mikroplastik stanowi istotne zagrożenie dla oceanów. Ponad 700 gatunków zwierząt wchodzi w kontakt ze śmieciami morskimi, rozsianymi od równika po bieguny. Szacuje się, że ilość tworzyw sztucznych w oceanach w latach 2015-2025 potroi się. Projekt budowy autonomicznego statku MAS daje nam możliwość przemyślenia, w jaki sposób zbierać dane, aby lepiej zrozumieć ten globalny problem”.

Z wirtualnym pokładem statku MAS będą łączyć się również badacze Uniwersytetu w Birmingham, odpowiedzialni za wykorzystanie technologii rozszerzonej rzeczywistości (Augmented Reality i Mixed Reality). Zespół Human Interface Technologies (HIT) z Birmingham kieruje rozwojem Mixed Reality Telepresence Science Station, która ma pozwolić ludziom z każdego zakątka świata wirtualnie zaokrętować się na pokładzie bezzałogowego statku MAS podczas jego transatlantyckiej misji.

Sztuczna inteligencja i inne zaawansowane technologie

Dzięki połączeniu technologii IBM PowerAI Vision wykorzystującej akcelerowane serwery IBM Power Systems (technologia wykorzystywana przez najpotężniejsze superkomputery na świecie Summit), IBM pomaga organizacji ProMare budować rozwiązania sztucznej inteligencji wykorzystujące tzw. głębokie uczenia się (ang. deep learning).  Będą one rozpoznawać zagrożenia nawigacyjne, pojawiające się w pokładowych kamerach wideo MAS, takie jak boje, pływające przeszkody i inne statki. Dodatkowo statek będzie miał stałą świadomość sytuacyjną dzięki RADAR, AIS (Automated Identification Systems) i LIDAR – technologii stosowanej w samochodach autonomicznych.

W przypadku wykrycia zagrożenia, statek MAS wykorzysta oprogramowanie IBM Operational Decision Manager, aby samodzielnie decydować, czy zmienić kurs pobierając dodatkową moc z pokładowego generatora rezerwowego. Łącząc dane z map morskich, czujników i prognoz pogody, MAS będzie w stanie określić optymalną trasę i prędkość z jaką powinien pokonywać Atlantyk.

Podczas rejsu urządzenia końcowe znajdujące się na pokładzie będą zbierać i analizować dane statku oraz przechowywać je lokalnie. Gdy łączność satelitarna będzie dostępna, dane te będą przesyłane na ląd. Dzięki nim ProMare będzie mogło aktualizować modele głębokiego uczenia się  i w razie potrzeby wysyłać je na statek. Wszystko będzie połączone z chmurą IBM Cloud, gdzie dane będą przechowywane w IBM Cloud Object Storage.

ProMare:

ProMare jest założoną w 2001 roku pozarządową organizacją non-profit, która promuje badania i eksplorację mórz na całym świecie. Niezależny zespół doświadczonych naukowców i inżynierów realizuje projekty badawcze w porozumieniu z organizacjami i agencjami akademickimi, rządowymi oraz z korporacjami. Celem wspólnych projektów jest poszerzanie wiedzy człowieka na temat historii i nauki oraz świata przyrody. Więcej informacji o ProMare można znaleźć na stronie: http://www.promare.org

Uniwersytet w Plymouth:

Uniwersytet w Plymouth jest jednym z dziesięciu najnowocześniejszych uniwersytetów w Wielkiej Brytanii (Times Higher Education Young University Rankings 2019). Został założony ponad 150 lat temu, w 1862 roku, jako Szkoła Nawigacji. Uniwersytet oferuje szeroki zakres nauczania i jest światowym liderem w dziedzinie badań morskich, w tym badań nad zanieczyszczeniami morskimi. Jest pierwszym uniwersytetem, który zidentyfikował powszechne występowanie mikroplastiku – termin ten użyty został po raz pierwszy przez Uniwersytet w 2004 roku i jest obecnie szeroko stosowany. Więcej informacji: https://www.plymouth.ac.uk/marine-maritime

Zespół Human Interface Technologies Team Uniwersytetu Birmingham:

Od 2003 r. zespół Human Interface Technologies (HIT) działający w Laboratorium Robotyki Ekstremalnej na Uniwersytecie w Birmingham jest pionierem w rozwoju i upowszechnianiu wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, wraz z technologiami telerobotycznymi w Wielkiej Brytanii. Nagradzane badania zespołu przyczyniają się do rozwoju obronności, opieki zdrowotnej, dziedzictwa i zaawansowanej robotyki. Więcej informacji o zespole HIT Uniwersytetu w Birmingham można znaleźć na stronie: www.birmingham.ac.uk/hit-team.

Porozumienie w sprawie brexitu. Wiemy więcej, nic nie wiemy

Optymizm związany z zawartym wczoraj porozumieniem brexitu opadł, gdyż do pełni szczęścia potrzebna jest jeszcze akceptacja Westminsteru, a parlamentarna arytmetyka nie pozwala pozbyć się całkowicie ryzyka chaotycznego rozstania Wielkiej Brytanii z UE. Strona unijna podnosi stawkę, grożąc nieprzyznaniem kolejnego odroczenia brexitu. Kontynuacja rajdu funta wydaje się odroczona do przyszłego tygodnia.

Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson wywalczył w Brukseli swoją wersję porozumienia w sprawie brexitu, ale ryzyko chaotycznego wyjścia z UE nie zostało całkowicie zniwelowane. Jutro brytyjski parlament będzie głosował nad zatwierdzeniem tej umowy i na ten moment nie da się jasno określić, czy to się powiedzie. Rząd Johnsona nie ma większości w Izbie Gmin, a dodatkowo jego mini sojusznik w postaci północnoirlandzkiej Demokratycznej Partii Unionistycznej nie popiera ustaleń z Brukseli. Liderzy opozycji także wyrażają dezaprobatę. Jednocześnie szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker ostrzega, że nie będzie dyskusji o dalszym przedłużeniu negocjacji, jeśli parlament odrzuci porozumienie. Więcej pola manewru zostawia jednak szef unijnego zespołu negocjacyjnego Michael Barnier, który nie chce odpowiadać na hipotetyczne pytania, czy wersja porozumienia jest ostateczna.

W najgorszym scenariuszu chaotyczny brexit w dalszym ciągu może nastąpić po 31 października. Ale za jego spowodowanie nie będzie można winić wyłącznie Borisa Johnsona i/lub UE, ale obarczony może być też cały Westminster. Stad logika sugeruje, że brytyjscy politycy powinni poprzeć umowę. Z drugiej strony nie byłby to pierwszy raz, kiedy logika zawodzi w ocenie wyniku posiedzeń Izby Gmin, gdzie politycy potrafią znaleźć najbardziej irracjonalny powód, by nie znaleźć zgody na kluczowe tematy.

Rajd funta został wstrzymany, gdyż sobotnie głosowanie może przynieść wszytko. To także moment pauzy dla innych aktywów europejskich, m.in. dla eur, giełd i też złotego. Jeśli umowa zostanie przyjęta, będzie to solidny zastrzyk optymizmu, gdyż zdejmuje z całej Europy premię za ekonomiczne trudności związane z brexitem. Odrzucenie oznacza ponowny skok ryzyka bezumownego brexitu, nawet jeśli pozostanie nadzieja, że politycy znajdą rozwiązanie na ostatnią chwilę.

Na razie pozostaje nam śledzenie komentarzy polityków, kto i za czym się opowiada. Dzień może upłynąć na skrupulatnym liczeniu głosów, dając pretekst do huśtania kursem funta.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Idzie recesja. Chiny i banki centralne kupują złoto na potęgę

Idzie recesja, kraje zbroją się w złoto. Czy inwestorzy też zmierzają w kierunku bezpiecznych przystani?

Chiny kupują dziesiątki ton złota, duże banki prognozują wzrost jego cen. NBP zwiększa ilości złota w swojej rezerwie dewizowej. Twórcy raporty „Wojny handlowe – w co inwestować?” z Domu Maklerskiego TMS Brokers przyglądają się temu, czy inwestorzy indywidualni także powinni zwrócić uwagę na aktywa powszechnie uznane za bardziej bezpieczne do budowania swoich portfeli w okresie globalnego spowolnienia.

Mianem bezpiecznych przystani określa się waluty takie jak frank szwajcarski, czy jen japoński, ale też surowce, na przykład złoto. To ostatnie aktywo częściej pojawia się w masowej wyobraźni.  W mediach głośno jest o tym, że Chiny, w związku z zamieszaniem wywołanym wojnami handlowymi, powiększyły zapas kruszcu. Państwo Środka tylko od września kupiło 5,9 ton złota, a z danych Ludowego Banku Chin wynika, że od grudnia 2018 r. do skarbców trafiło ponad 105 ton królewskiego kruszcu. Skupowanie złota nie jest jednak domeną wyłącznie chińską. 100 ton złota ma wrócić do skarbca polskiego banku centralnego (NBP).

Zakupy złota przez banki centralne. W pierwszej połowie roku instytucje kupiły netto najwięcej złota od 2010 roku w analogicznym okresie.

Zakupy złota przez banki centralne. Źródło World Gold Council
Źródło: World Gold Council

Gospodarka powiązana

Nie da się nie zauważyć związku ze zwiększonymi zakupami a spowolnieniem globalnego wzrostu gospodarczego i obawami związanymi z wojnami handlowymi. – Widać pierwsze pęknięcia na dotychczas solidnym obrazie rynków pracy. Nastroje gospodarstw domowych zaczynają się psuć. Uczestnicy rynku i organizacje międzynarodowe ostro tną prognozy wzrostu. Porozumienie, którego zasady ustalono podczas 13. (sic!) rundy negocjacji pomiędzy Chinami a USA, nie odwróci tych tendencji. W najlepszym przypadku sprawi, że nie będą się one pogłębiać – mówi kierownik Departamentu Analiz Domu Maklerskiego TMS Brokers Bartosz Sawicki i dodaje, że „niekompletna, fasadowa, niedotykająca najbardziej drażliwych kwestii umowa ratuje jednak nastroje inwestorów”.

– Po pierwsze, zapobiega kolejnemu podniesieniu taryf i bezpośredniej eskalacji sporu. Po drugie, daje nadzieje, że skoro obie strony były w stanie cokolwiek uzgodnić, to może się to stać fundamentem pod dalsze rozmowy zwieńczone kompleksową umową – tłumaczy ekspert i od razu gasi optymizm – „Nadzieje – w naszej opinii – płonne”. Dlaczego? Zdaniem analityka Donald Trump, rozpoczynając konflikt handlowy, zaczął sypać piach w tryby światowej gospodarki. Mechanizm z każdym kolejnym obrotem ulega coraz silniejszemu uszkodzeniu, zwłaszcza, że wszystkie dotychczas wprowadzone cła wciąż obowiązują.

Poker face

Inwestorzy przybierają więc „poker face”, skoro z jednej strony widać pozytywne nastroje, a z drugiej zwrot w kierunku bezpiecznych przystani. Sytuacja nie jest wesoła, zwłaszcza że – zdaniem (wyrażonym w pierwszym publicznym wystąpieniu w nowej roli) szefowej Międzynarodowego Funduszu Walutowego Kristaliny Georgiewy – „globalna gospodarka jest teraz w zsynchronizowanym spowolnieniu”, a „to powszechne spowolnienie oznacza, że ​​wzrost w tym roku spadnie do najniższego poziomu od początku dekady”. – W 2019 roku spodziewamy się wolniejszego wzrostu w prawie 90 procentach świata – stwierdziła i dodała, że perspektywy pogorszyły się między nimi przez spory handlowe, napięcia geopolityczne i brexit.

Ponadto Międzynarodowy Fundusz Walutowy (IMF) właśnie obniżył prognozę światowego wzrostu gospodarczego w tym i w przyszłym roku. Jednocześnie skorygował ocenę Polski przewidując wyższe PKB o 0,2 pkt. proc. wobec prognozy z kwietnia na 2019 r. IMF spodziewa się spowolnienia w Polsce dopiero w przyszłym roku. Polskie PKB na 2020 ocenił na 3,1 proc. To nie jedyna taka prognoza co do spadku  kondycji polskiej gospodarki w przyszłym roku. Analitycy Banku Światowego swoje wyliczenia opierają faktem, że słabnie koniunktura w Unii Europejskiej, a w Polsce coraz bardziej brakuje pracowników.

Globalna gospodarka cierpi przez skutki wojen handlowych. Indeksy PMI dla przemysłu wybranych gospodarek.

Indeksy PMI dla przemysłu wybranych gospodarek. zr. Bloomberg
Źródło: Bloomberg

Luzowanie receptą na recesję?

Pogarszającą się sytuację próbują ratować banki centralne. Zarządzający polityką monetarną prowadzą działania luzujące, ale główne stopy ośmiu najważniejszych banków centralnych są łącznie o ponad 400 pkt bazowych niższe niż zakładała to rynkowa wycena przed rokiem. – Dalszego luzowania należy się spodziewać po Rezerwie Federalnej, Banku Japonii czy Szwajcarskim Banku Narodowym – ocenia Sawicki.

Biorąc pod uwagę, że Fed ma największą przestrzeń do działania, a łagodzenie będzie najbardziej rozłożone w czasie, można spodziewać się środowiska niekorzystnego dla dolara. – Jednocześnie w gronie głównych walut próżno szukać takich, które bezsprzecznie i mocno na tym skorzystają. Wycena wspólnej waluty na pierwszy rzut oka jest kusząca, ale od euro odstręcza przedłużająca się anemia gospodarki. W środowisku jątrzącego się konfliktu handlowego i hamującej koniunktury kapitał stale odpływa ze świata emerging markets, nawet w okresach dobrych nastrojów na parkietach gospodarek rozwiniętych – tłumaczy Sawicki.

Złoto kusi inwestorów w czasie recesji

Najpewniej wyglądają waluty defensywne, zwłaszcza jen. Beneficjentem podwyższonej niepewności i awersji do ryzyka oraz ogólnoświatowej fali poluzowania monetarnego powinno być złoto. To unikalna bezpieczna przystań: nie ma banku centralnego nieprzychylnie patrzącego na wzrost jej wartości i dlatego daje najczystszą ekspozycję na słabnięcie dolara.

Zmiany wyceny złota w ostatnim tygodniu. Trend wzrostowy trwa

Zmiany wyceny złota w ostatnim tygodniu. Źr TMS Brokers
Źródło: TMS Brokers

– Warto zwrócić uwagę na metale szlachetne, które w dobie łagodzenia globalnej polityki monetarnej stają się alternatywą dla drogich już obligacji skarbowych – mówi główny ekonomista TMS Brokers i główny autor raportu „Wojny handlowe – w co inwestować?” Konrad Białas. Podsumowując nie tylko światowe gospodarki, ale także inwestorzy indywidualni wykazują skłonność do oszczędzania i szukają bezpiecznych przystani. Na koniec warto dodać, że od początku roku złoto drożeje o ok. 19 proc. Od sierpnia jego cena utrzymuje się na najwyższym poziomie od 6 lat – ponad 1500 dolarów za uncję.

Moody’s podnosi rating Credit Agricole Bank Polska S.A.

Agencja ratingowa Moody’s Investors Service podniosła rating depozytów długoterminowych dla Credit Agricole Bank Polska (CABP) z poziomu Baa1 na poziom A3 i potwierdziła rating depozytów krótkoterminowych na poziomie P-2. Perspektywa ratingów depozytów długoterminowych pozostaje stabilna.

Decyzja odzwierciedla poprawę kapitalizacji i rentowności CABP pomimo niskich stóp procentowych, które obciążają marże odsetkowe netto.

Co dla europejskiego e-commerce oznaczałby Brexit bez umowy?

Według badania przeprowadzonego dla DPDgroup przez GfK[1], aż 70% europejskich e-nabywców może rozważać rezygnację z zakupów w brytyjskich sklepach internetowych, jeśli Wielka Brytania zdecyduje się opuścić UE bez umowy.

Dodatkowe podatki i opłaty celne oraz dłuższy czas oczekiwania na przesyłkę mogą wpłynąć ma dalszy rozwój międzynarodowego rynku e-commerce w Europie. Instytut badań rynkowych GfK przeprowadził ankietę na zlecenie DPDgroup wśród 24 258 e-nabywców w 21 krajach Europy, mającą na celu ocenę obecnych trendów na rynku e-commerce. Badanie wykazało, że w przypadku konieczności ponoszenia dodatkowych kosztów aż 70% Europejczyków korzystających z brytyjskich sklepów internetowych może zrezygnować z zakupów, a 69% e-nabywców z Wielkiej Brytanii rozważa zaprzestanie składania zamówień w serwisach zagranicznych.

Zakup towarów online pomiędzy Wielką Brytanią a krajami europejskimi w przypadku brexitu bez umowy będzie wiązać się z dodatkowymi opłatami celnymi, podatkami oraz opłatami administracyjnymi. Odbiorca może być zmuszony do poniesienia tych kosztów przed otrzymaniem swojego zamówienia, jak tylko znajdzie się ono na terenie kraju doręczenia. Spowoduje to konieczność podjęcia dodatkowych działań i wydłuży czas trwania procesu doręczenia.

Utrzymać łatwość i wygodę procesu doręczenia

W przypadku brexitu bez umowy, przesyłki pomiędzy krajami europejskimi a Wielką Brytanią mogą zostać obciążone opłatami celnymi i dodatkowymi podatkami. Choć uniknięcie tych kosztów będzie niemożliwe, DPDgroup przygotowała rozwiązania skracające czas oczekiwania na przesyłkę i usprawniające cały proces.

Rozwiązania te dotyczą ułatwień w rozliczeniach dla sklepów internetowych wysyłających przesyłki do i z Wielkiej Brytanii. Umożliwiają e-nabywcy uiszczenie należności celnych i podatkowych online już podczas dokonywania zakupów. Dzięki temu przesyłki trafią niezwłocznie do sieci DPDgroup, co pozwoli uniknąć dodatkowych opóźnień związanych z rozliczeniami celnymi.

Gotowi na brexit w każdej postaci

Po referendum dotyczącym wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej DPDgroup przeanalizowała wszystkie możliwe scenariusze i przygotowała rozwiązania mające zapewnić łatwą odprawę celną dla swoich klientów prowadzących działalność handlową w Wielkiej Brytanii i Europie. Jako tzw. upoważniony operator (Authorized Economic Operator), DPDgroup codziennie obsługuje transport przesyłek na całym świecie, a także związane z nimi procedury celne. Stworzyła zespoły do spraw obsługi celnej oraz agencje celne umożliwiające integrację usług związanych z wysyłką.

Na wypadek brexitu bez umowy DPDgroup z wyprzedzeniem dostosuje trasy i wprowadzi gotowość do obsługi celnej przesyłek do i z 27 krajów, w wyznaczonych węzłach przeładunkowych (w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Francji, Holandii i Hiszpanii).

Mimo że wiele zagadnień związanych z brexitem nadal pozostaje nierozwiązanych, DPDgroup jest w pełni przygotowana na wszystkie scenariusze licząc, że negocjacje umowy dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii z UE zakończą się sukcesem.

[1] Pytanie brzmiało: “Czy w przyszłości nadal będziesz dokonywać zakupów w zagranicznych sklepach internetowych, jeżeli po opłaceniu zamówienia będziesz ponosić dodatkowe koszty (odprawa celna, dodatkowe opłaty, różnice kursowe, inne podatki itp.)?” Więcej szczegółów w dalszej części informacji prasowej.

3 możliwe scenariusze brexitu i ich wpływ na kurs funta

Boris Johnson zdołał wynegocjować z Unią Europejską porozumienie dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, które zaakceptowała Rada Europejska. Niemniej, „brexitowa saga” jeszcze się nie skończyła.

Przez ostatni tydzień funt brytyjski reagował wyraźnym umocnieniem na pozytywne sygnały dotyczące możliwości osiągnięcia nowej wersji porozumienia z UE ws. Brexitu. W ubiegły czwartek i piątek waluta Wielkiej Brytanii doświadczyła gwałtownej aprecjacji. Przez ostatnie siedem dni handlu para GBP/PLN zyskała ok. 3,5%.

Kurs GBP/PLN (09/10/19-17/10/19)

kurs funta – brexit
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 18/10/2019

Podstawową różnicą między obecną wersją umowy a porozumieniem wynegocjowanym przez Theresę May jest porzucenie dotychczasowego projektu „backstopu” na granicy z Irlandią Północną. Nowe porozumienie zakłada utworzenie w Wielkiej Brytanii wewnętrznej bariery celnej, która ma przebiegać na Morzu Irlandzkim. Oznacza to bardzo istotne ustępstwo ze strony Johnsona w porównaniu do stanowiska wyrażonego przez Theresę May.

Mimo początkowego optymizmu związanego z wynegocjowaniem nowej umowy, potencjalną przeszkodą do przeprowadzenia uporządkowanego i płynnego Brexitu pozostaje kwestia akceptacji poprawionej umowy przez brytyjską Izbę Gmin. Przypomnijmy, że Theresa May również zawarła porozumienie z Unią Europejską, które następnie zostało storpedowane podczas trzech różnych głosowań brytyjskiej niższej izby parlamentu. W najbliższą sobotę posłowie Izby Gmin znów będą debatować nad nową wersją umowy, czego zwieńczeniem będzie głosowanie dotyczące jej akceptacji.

 

Podczas ostatniego głosowania nad porozumieniem, które odbyło się w marcu, treść umowy wynegocjowanej przez May została odrzucona przewagą 58 głosów. Przy obecnym układzie sił sądzimy, że umowa Johsnona ma większe szanse na akceptację przez Izbę Gmin, niż umowa May podczas któregokolwiek z ostatnich głosowań. Aczkolwiek spodziewamy się, że najpewniej i obecna wersja porozumienia nie zdoła uzyskać wyznaczającego poparcia wśród posłów. Po tym jak we wrześniu dwudziestu jeden Torysów zostało wyrzuconych z partii przez Johnsona, Partia Konserwatywna straciła większość w Izbie Gmin. Tymczasem dotychczasowy koalicjant rządu Torysów, czyli Demokratyczna Partia Unionistyczna (DUP) sugeruje, że nie poprze nowego porozumienia. Ratunku dla porozumienia Johnson najpewniej będzie zatem musiał szukać wśród członków Partii Pracy, którzy mogą wyłamywać się z dotychczasowej linii partii. Może się to jednak okazać dość dużym wyzwaniem, zważywszy na to, że obecnie oficjalnym stanowiskiem Partii Pracy w kwestii Brexitu jest przeprowadzenie nowego referendum.

W kontekście jutrzejszego głosowania widzimy trzy możliwe scenariusze Brexitu:

  • Nowa treść Withdrawal Agreement uzyskuje poparcie Izby Gmin, 31 października Wielka Brytania opuszcza Unię Europejską. Wielka Brytania wchodzi w tzw. okres przejściowy, a niepokój związany z ryzykiem „no dealu” kompletnie znika. W przypadku realizacji tego scenariusza oczekujemy szybkiego wzrostu kursu GBP/PLN do okolic 5,10 i jeszcze silniejszego umocnienia szterlinga w parze z głównymi walutami.

 

  • Izba Gmin odrzuca porozumienie Johnsona, termin Brexitu zostaje odsunięty w czasie. Jeżeli brytyjski parlament nie przyjmie podczas jutrzejszego głosowania Withdrawal Agreement, ze względu na tzw. ustawę Benna, Boris Johnson będzie wciąż zobowiązany do złożenia wniosku o trzymiesięczne przedłużenie terminu Brexitu (nowy termin wypadałby zatem 31 stycznia).

Istotnym pytaniem jest w tym momencie to, czy Unia Europejska zgodziłaby się na kolejne przedłużenie terminu Brexitu, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że ze słów przewodniczącego Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera z czwartku wynikałoby, że odrzuca on jakąkolwiek możliwość wydłużenia terminu Brexitu. Jesteśmy jednak zdania, że wniosek Johnsona o przedłużenie spotkałby się z akceptacją Unii Europejskiej. Uważamy, że komentarz Junckera był skierowany raczej do posłów brytyjskiej Izby Gmin, w celu zachęcenia ich do przyjęcia nowej wersji umowy.

W przypadku wydłużenia terminu Brexitu Boris Johnson niemal na pewno ogłosi nowe wybory parlamentarne w celu zebrania większości skłonnej do poparcia jego wersji umowy. W wyniku nowych wyborów najpewniej powstałby parlament, w którym żadna partia polityczna nie posiadałaby samodzielnej większości. Według ostatnich szacunków bukmacherów prawdopodobieństwo wygranej Torysów w nowych wyborach wynosi ok. 75%, z kolei szacowane prawdopodobieństwo osiągnięcia przez Partię Konserwatywną samodzielnej większości wynosi ok. 40%.

  • 31 października Wielka Brytania opuszcza Unię Europejską bez umowy. Jeżeli Izba Gmin nie zdecyduje się na poparcie nowej wersji umowy regulującej stosunki Wielkiej Brytanii z Unią Europejską, a unijni decydenci nie udzielą zgody na kolejne przedłużenie terminu Brexitu, domyślnym scenariuszem jest wyjście Wielkiej Brytanii bez porozumienia pod koniec października. Jak wspomnieliśmy wyżej, uznajemy taki scenariusz za dość mało prawdopodobny, ale na tym etapie nie można go jeszcze wykluczyć. W przypadku realizacji takiego scenariusza spodziewamy się gwałtownej wyprzedaży funta. Oczekujemy, że w takiej sytuacji kurs GBP/PLN w krótkim terminie spadłby do okolic 4,50-4,55, przy czym osłabienie brytyjskiej waluty byłoby jeszcze silniejsze w relacji do głównych walut (złoty w takiej sytuacji powinien osłabić się w relacji do euro, jak i dolara amerykańskiego).

W tabeli poniżej przedstawiamy trzy opisane wcześniej scenariusze z przypisywanymi im przez bukmacherów oraz przez nas szacunkami prawdopodobieństwa oraz oczekiwaną przez nas reakcją funta w krótkim terminie.

Prognozy Ebury dla różnych scenariuszy Brexitu

Scenariusz Szacunki prawdopodobieństwa na podstawie wycen bukmacherów* Szacunki prawdopodobieństwa Ebury Prognoza kursu GBP/PLN**
1) Izba Gmin głosuje za nową umową ~30% 25% 5,10
2) Przedłużenie Brexitu ~60% 60% 4,90
3) „No deal” ~14% 15% 4,50 – 4,55

Źródło: Ebury Data: 18/10/2019
*na podstawie Oddschecker (nie sumują się do 100%)

**prognoza kursu GBP/PLN w krótkim terminie opracowana przez analityków Ebury

Prognoza Ebury dotycząca reakcji GBP/PLN w krótkim terminie na rozwiązanie kwestii Brexitu (kwiecień ‘19-październik ‘19)

Prognoza dotycząca reakcji GBP PLN
Źródło: Refinitiv Datastream/Ebury Data: 17/10/2019

Nie jest zaskakującym fakt, że zmienność funta w oczekiwaniu na kluczowe głosowanie w sobotę jest nadzwyczaj wysoka. W czwartek implikowana zmienność kursu GBP/USD (która określa jak duży koszt należy ponieść, żeby zabezpieczyć się przed zmianami kursu GBP/USD w określonym kierunku) w przypadku horyzontu overnight w pewnym momencie wzrosła do najwyższego poziomu od czerwca 2017 roku. W momencie pisania niniejszego raportu zdążyła jednak nieco spaść.

Implikowana zmienność kursu GBP/USD w horyzoncie overnight (2017 – 2019)

Implikowana zmienność kursu GBP USD w horyzoncie overnight
Źródło: Thomson Reuters Data: 17/10/2019

Oczekujemy, że również dziś wahania na parach z funtem brytyjskim mogą pozostać wysokie, w związku z tym, że inwestorzy będą starali się zajmować pozycje na rynku przed sobotnim głosowaniem. W trakcie weekendu rynek walutowy jest oczywiście zamknięty, stąd spodziewamy się, że azjatycka sesja rozpoczynająca się w niedzielę wieczorem (poniedziałek rano w Azji) będzie bardzo interesująca.

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Kiedy głosowanie nad brexitem?

Porozumienie w sprawie brexitu szybko może trafić do niszczarki, jeżeli na specjalnym, sobotnim posiedzeniu brytyjska Izba Gmin je odrzuci. Niezależnie od decyzji parlamentu, funta czeka bardzo duża zmienność już w pierwszych minutach poweekendowego handlu na rynku walutowym – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Uczestników rynku walutowego kompletnie nie interesują szczegóły umowy brexitu zawartej w miniony czwartek. Nie ma dla nich znaczenia, w jakim stopniu różni się ona od trzykrotnie odrzuconego przez parlament porozumienia byłej premier Theresy May. Nikt się też nie zastanawia, czy towary wpływające przez port w Belfaście rzeczywiście będzie można oclić odpowiednią stawką – w zależności od tego, czy trafią do Irlandii Północnej, czy też do Republiki Irlandii.

Niewielu inwestorów obchodzi również konieczność przyjęcia unijnych regulacji w kontekście podatku Vat na irlandzkiej wyspie, a także kwestia, kto tak naprawdę wygrał trwające przez cały ostatni tydzień negocjacje pomiędzy Brukselą a Londynem. Obecnie liczy się tylko jedna informacja. Czy na wyjątkowym, sobotnim posiedzeniu Izby Gmin wynegocjowany przez Borisa Johnsona deal zostanie przyjęty?

Trudno o bardziej nieprzewidywalny parlament

Teoretycznie głosowanie w Izbie Gmin powinno być tylko formalnością. Wymagana jest zwykła większość głosów, by porozumienie wyjściowe zostało przyjęte przez Zjednoczone Królestwo. Boris Johnson nie ma jednak większości w niższej izbie brytyjskiego parlamentu. Jego konfrontacyjna polityka w relacji do UE (trwała przez niespełna 3 miesiące do spotkania z irlandzkim premierem tydzień temu) spowodowała odejście ok. 20 przedstawicieli jego partii. Porozumieniu sprzeciwiają się również unioniści reprezentowani przez DUP. Czy zatem umowa Johnsona jest skazane na porażkę? Niekoniecznie.

Przede wszystkim konserwatywni rebelianci mogą częściowo wrócić pod skrzydła Johnsona, obawiając się o reelekcję (przedterminowe wybory to scenariusz na najbliższe tygodnie). I nawet mają ku temu względnie logiczny powód – premier znacznie złagodził swoje stanowisko w stosunku do Brukseli.

Po drugie lewa strona brytyjskiej sceny politycznej także nie jest idealnie spójna. Prawdopodobnie ok. 10-15 laburzystów byłoby gotowych poprzeć umowę Johnsona, gdyż zostali wybrani przez wyborców chcących brexitu. Czy uda się ich zmusić, by głosowali zgodnie z linią partii (przeciwko Johnsonowi), to niezwykle trudne do przewidzenia.

Niewykluczone również, że część z 10 deputowanych DUP także może poprzeć Johnsona. Właściwie jedynie liberałowie, Partia Brexitu (jej lider Nigel Farage uważa, że umowa na warunkach premiera więzi Wielką Brytanię w Unii), oraz szkocka SNP w całości powinny głosować przeciwko porozumieniu.

Rozkład głosów – każdy ma inny szacunek

Stosunkowo krótki okres negocjacji warunków porozumienia oraz brak jedności partyjnej wśród głównych ugrupowań brytyjskiego parlamentu niezwykle utrudniają oszacowanie szans na przyjęcie umowy. Daje to pożywkę do tworzenia różnych scenariuszy.

Konserwatywny „The Telegraph” ocenia, że porozumienie Johnsona zostanie przyjęte przez Parlament stosunkiem głosów 325:317, zakładając przy tym realnie, że połowa rebeliantów wśród torysów poprze premiera. Dyskusyjne staje się natomiast założenie, że ok. 20 laburzystów zagłosowałoby razem z Johnsonem. Ta liczba jest raczej bliżej 10, co oczywiście automatycznie odwraca wynik głosowania.

„The Times” przyjmuje inne założenia. Według dziennika 297 członków Izby Gmin odrzuci deal, a 286 da mu zielone światło. Pozostaje zatem jeszcze 56 głosów, których nie rozdysponowała gazeta.

Jeżeli ktoś liczył, że problem rozwiąże elitarny dziennik światowych finansów, to jest w błędzie. „Financial Times” oczekuje, że 321 parlamentarzystów zagłosuje przeciwko porozumieniu, a 318 za. Od razu warto podkreślić, że przewaga trzech głosów przy skali niepewności co do decyzji ok. 50 deputowanych w praktyce oznacza, że oba rozwiązania są równie prawdopodobne.

Funt zareaguje gwałtownie

Biorąc pod uwagę olbrzymią niepewność co do wyniku głosowania, można być przekonanym co do jednego. Rynek nie będzie w stanie przed weekendem ocenić, czy parlament poprze deal Johnsona, czy też go odrzuci. Oceni to dopiero po weekendowej przerwie.

Gdyby doszło do przyjęcia porozumienia, wtedy ryzyko chaotycznego opuszczenia UE przez Wielką Brytanię znacznie się zmniejsza. Można również oczekiwać, że przedterminowe wybory wygrają umiarkowani konserwatyści, którzy po zdobyciu stabilnej większości nie zechcą rozpoczynać kolejnej batalii z Brukselą i skupią się na negocjacjach kompleksowej umowy handlowej z UE. Zakładany relatywny spokój w kontekście do brexitu może spowodować wzrost funta nawet o 15-20 groszy w relacji do złotego tuż po otwarciu rynków w niedzielną noc.

Z kolei w przypadku odrzucenia porozumienia ilość możliwych rozwiązań znacznie się rozszerza. Niewykluczone byłoby nawet pozostanie Wielkiej Brytanii w UE, gdyby w tę stronę zmierzała opozycja podczas kampanii do przedterminowych wyborów. Rynek jednak raczej odrzuciłby ten sprzyjający funtowi scenariusz i skupiłby się na tym najbardziej negatywnym.

Zmuszenie Johnsona (przez ustawę Benna w przypadku odrzucenia porozumienia) do przedłużenia okresu negocjacyjnego z Brukselą spowodowałoby konieczność wrzucenia czwartkowej umowy do niszczarki, zwłaszcza gdyby wyborcy uznali, że poszedł on na zbyt duże ustępstwa w stosunku do UE. Dużą grupę w przyszłym parlamencie mogliby stanowić zwolennicy twardego brexitu lub wyjścia ze Wspólnoty na brytyjskich warunkach. Ryzyko chaotycznego opuszczenia Unii w porównaniu do sytuacji z piątku znacznie by wzrosło, co mogłoby się przełożyć nawet na 10-15 groszowe spadki funta tuż po weekendzie.

W rezultacie staje się niemal pewne, że funt w poniedziałek wykona olbrzymi skok. Niestety, niemożliwa wydaje się ocena, czy będzie to skok w górę, czy też w dół.

Ponad połowa Polaków uważa, że sztuczna inteligencja wpływa na ich życie codzienne. Wielu obawia się, że odbierze im prywatność i miejsca pracy

Ponad połowa Polaków uważa, że sztuczna inteligencja wpływa na ich życie codzienne. Wielu obawia się, że odbierze im prywatność i miejsca pracy 5

Prawie 90 proc. Polaków zna pojęcie sztucznej inteligencji, jednak nie zawsze wiedzą, co naprawdę oznacza. Wprawdzie dostrzegają korzyści związane np. z poprawą komfortu życia czy bezpieczeństwa w miejscu pracy, ale też mają wiele obaw, np. o to, że technologia odbierze im miejsca pracy. Tylko co szósta osoba skorzystałaby z pomocy urządzenia opartego na SI zamiast lekarza – wynika z raportu NASK „Sztuczna Inteligencja w społeczeństwie i gospodarce”. Tymczasem to właśnie odpowiednie nastawienie społeczeństwa jest niezbędne, by polska gospodarka mogła faktycznie rozwijać działania oparte o tę technologię.

– Zasadniczym celem sztucznej inteligencji jest zwiększenie możliwości analizy danych i wykorzystania tego do różnych celów – podkreśla Marek Zagórski, minister cyfryzacji. – Mówimy przede wszystkim o potencjale wynikającym z mocy obliczeniowej. Tak naprawdę nie ma ograniczeń do zastosowań sztucznej inteligencji – czym większa moc obliczeniowa, tym te zastosowania będą pełniejsze. Natomiast to, do jakich zastosowań będziemy wykorzystywali sztuczną inteligencję, zależy tak naprawdę od potrzeb gospodarki.

Dynamiczny rozwój technik informacyjnych i komputerowych sprawia, że sztuczna inteligencja ma już zastosowanie w życiu codziennym. To właśnie rozwiązania oparte o inteligentne urządzenia i algorytmy w najbliższych latach zadecydują o rozwoju gospodarczym państw.

 Sztuczna inteligencja znajdzie zastosowanie w każdej dziedzinie: od medycyny i diagnostyki po samochody autonomiczne. Ale przed nami jeszcze długa druga zanim będziemy mogli jej w pełni zaufać – zaznacza prof. Dimitris Politis z Halicioglu Data Science Institute na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego.

Według McKinsey Global Institute zyski z rozwiązań opartych o SI do 2030 roku mogą globalnie wynieść nawet 13 bln dol. (dane za raportem NASK „Sztuczna Inteligencja w społeczeństwie i gospodarce. Analiza wyników ogólnopolskiego badania opinii polskich internautów”). Korzystają z nich już dziś m.in. komunikacja i marketing, informatyka i wojskowość. Przymierzają się do nich również energetyka, transport, edukacja czy rolnictwo. Coraz szerzej sztuczną inteligencję wykorzystuje nie tylko biznes, lecz także administracja, również w Polsce.

– W coraz większym stopniu także w administracji będziemy wykorzystywać algorytmy. Musimy zrewidować nasze podejście do tego, żeby akceptować algorytmy, a nie konkretną decyzję, bo coraz częściej to algorytmy, oprogramowanie generuje rozwiązania i decyzje, na które urzędnik nie ma większego wpływu – mówi Marek Zagórski.

Wyzwaniem jest prawne uregulowane nowej rzeczywistości. Legislacja musi iść w kierunku akceptacji algorytmów – dlatego resort cyfryzacji pracuje nad Założeniami do strategii rozwoju sztucznej inteligencji.

Sztuczna inteligencja ma wpływ na codzienne życie społeczeństwa. Z badania NASK wynika, że dostrzega to już połowa Polaków, przede wszystkim w zakresie rozrywki i gier, w transporcie, motoryzacji czy komunikacji publicznej.

 Takim prostym przykładem jest sieć edukacyjna OSE. Łączymy internetem 26 tys. szkół podstawowych i średnich, a po fizycznym podłączeniu tych szkół do sieci będziemy mogli wpływać na ekosystem edukacyjny – mówi prof. Jacek Leśkow, dyrektor NASK.

Wśród innych korzyści, które mogą płynąć z zastosowania sztucznej inteligencji, Polacy najczęściej wymieniali poprawę komfortu życia (34 proc.), wzrost zabezpieczeń przed cyberatakami (33 proc.), spadek liczby wypadków w miejscu pracy (prawie 33 proc.) i lepsze dopasowanie oferty do potrzeb konsumenta (ponad 30 proc.).

Wiele jest jednak także obaw z tym związanych. Polacy nie zawsze rozumieją istotę sztucznej inteligencji. Obawiają się jej przede wszystkim w kontekście naruszenia prywatności (ok. 60 proc.), cyberataków (ok. 37 proc.) i utraty miejsc pracy (22 proc.).

Powinniśmy mieć na uwadze to, że sztuczna inteligencja nie będzie lekiem na całe zło, który zmieni nasze życie na lepsze jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Prace badawcze wciąż trwają. Technologie oparte na SI będą z pewnością pomocne w połączeniu z innymi rozwiązaniami, które są opracowywane równolegle do nich. Nie jesteśmy jeszcze na takim etapie, aby móc w pełni zaufać diagnozie postawionej przez urządzenie wyposażone w SI lub uciąć sobie drzemkę w samochodzie autonomicznym – mówi prof. Dimitris Politis.

Nie można nie dostrzegać faktu, że są organizacje czy państwa, które mogą wykorzystywać narzędzia nowej cywilizacji cyfrowej do wzmacniania działań dywersyjnych wobec innych państw – mówi prof. Jacek Leśkow. – Szalenie istotna jest rola dobrego przemyślenia relacji, czym jest demokracja w rzeczywistości cyfrowej, jakie są relacje państwo – obywatel, co państwo powinno chronić, jaka przestrzeń cyfrowa dla obywatela powinna być zarezerwowana wyłącznie dla państwa.

Obniżka podatku PIT nie obciąża budżetu państwa tak bardzo jak program Rodzina 500 plus. Może być jednak kłopotem dla dużych miast

Obniżka podatku PIT nie obciąża budżetu państwa tak bardzo jak program Rodzina 500 plus. Może być jednak kłopotem dla dużych miast 6

Obniżony od października o punkt procentowy podatek od osób fizycznych objął osoby pracujące na etatach, umowach-zleceniach, umowach o dzieło, prowadzących działalność gospodarczą oraz emerytów i rencistów. Zdaniem ekspertów, o ile państwo ma możliwości zrekompensowania ubytku poprzez emisję długu czy nowelizację budżetu, o tyle duże miasta odczują mniejsze wpływy z podatków bardziej dotkliwie. Choć w przypadku nisko zarabiających różnice będą symboliczne, to w skali kraju obniżka będzie napędzać konsumpcję.

–  Obniżenie stawki podatku z 18 do 17 proc. należy uznać za rozwiązanie, które ma charakter symboliczny. To nie jest jakaś daleko idąca zmiana w kierunku zwiększenia dochodów osób, które pracują – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Artur Walasik z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. – Natomiast 0-proc. stawka dla osób młodych to rozwiązanie ogólnie korzystne, patrząc z punktu widzenia zdolności do zapłaty podatku osób, które rozpoczynają swoją karierę zawodową. Jest to jednak rozwiązanie, które nie jest sprawiedliwe. Osoby, które dłużej się kształcą, a więc lekarze, którzy rozpoczną pracę mając 25 lat, wówczas będą mogli skorzystać z tej oferty tylko przez rok. Natomiast osoby, które wejdą na rynek pracy wcześniej, będą miały z tego znacznie większe korzyści podatkowe. Więc może lepszym rozwiązaniem byłoby zaoferowanie wszystkim takiego samego okresu od dnia rozpoczęcia pierwszej pracy, np. przez pierwsze 5 lat. 

Zerowy PIT dla osób przed ukończeniem 26 roku życia wszedł w życie 1 sierpnia 2019 roku. Dotyczy on dochodów uzyskanych ze stosunku służbowego, stosunku pracy, pracy nakładczej, spółdzielczego stosunku pracy oraz z przychodów z umów-zlecenia, ale tylko do kwoty 85 528 zł rocznie, czyli progu podatkowego, powyżej którego podatnik zobowiązany jest do płacenia 32-proc. podatku. Z kolei obniżenie podatku z 18 do 17 proc. dla pozostałych obowiązuje od 1 października 2019.

– Obciążenie budżetu państwa nie będzie tak daleko idące jak w przypadku programu Rodzina 500 plus – ocenia Artur Walasik. – Natomiast należy zwrócić uwagę na to, że w dochodach z podatku dochodowego od osób fizycznych partycypują również jednostki samorządu terytorialnego. O ile w skali budżetu państwa, które ma bardzo wydajne źródła dochodów podatkowych, takie jak VAT czy akcyza, kwoty te nie wpłyną znacząco na nierównowagę budżetu, o tyle w przypadku jednostek samorządu terytorialnego, zwłaszcza dużych miast, to już mogą być istotne zmiany, zwłaszcza że w przypadku ustawy o finansach publicznych jednostki samorządu terytorialnego mają obowiązek zrównoważyć swój budżet pod względem dochodów i wydatków bieżących.

W przypadku obniżki podatku do 17 proc. wprowadzona została także podwójna kwota kosztu uzyskania przychodów, co jest dodatkowym zyskiem dla pracownika, bo obniży dochody objęte podatkiem. Sumarycznie osoba zarabiająca wspomniane 85 528 zł – maksymalną kwotę objętą obniżką, zatrzyma w kieszeni w skali roku nieco ponad 850 zł. Dla fiskusa oznacza to wpływy niższe o niecałe 10 mld zł, z czego mniej więcej połowa przypadnie na budżet państwa, a połowa na samorządy.

– Kwalifikowane jako dochody bieżące udziały w podatku dochodowym od osób fizycznych będą zmuszały jednostki samorządu terytorialnego albo do poszukiwania innych źródeł dochodów, czyli np. podwyższania podatku od nieruchomości, albo do ograniczenia po stronie wydatków, np. być może będą to wydatki na kulturę – mówi ekonomista. – To są rzeczywiście zupełnie inne z punktu widzenia finansowego skutki dla budżetu państwa, który może sobie na to pozwolić, nawet zwiększając deficyt czy też rekompensując zmniejszenie tych wpływów z podatku dochodowego od osób fizycznych wpływami z innych podatków. Natomiast w przypadku jednostek samorządu terytorialnego na pewno to będzie bardziej odczuwalne.

Podkreśla również, że dla pojedynczej osoby wzrost dochodu o kilkadziesiąt złotych miesięcznie nie będzie znaczący i raczej zostanie przeznaczony na wydatki niż odłożony na przyszłość. To z kolei w skali makroekonomicznej może się przyczynić do wzrostu konsumpcji, co sprawi, że wzrosną wpływy z podatku VAT – na czym skorzysta już tylko budżet państwa, a budżety samorządów nie.

– W większości państw, zwłaszcza europejskich, szuka się dodatkowych dochodów podatkowych w opodatkowaniu konsumpcji. To jest rzeczywiście tendencja, która komponuje się dobrze z procesem starzenia się społeczeństwa – wyjaśnia Artur Walasik. – Coraz większa grupa społeczeństwa już korzysta z oszczędności, a więc patrząc z punktu widzenia wydajności systemu podatkowego jest to rozwiązanie korzystne dla państwa. Natomiast kolejne decyzje potwierdzają, że zmniejszanie stawek w podatkach dochodowych jest rekompensowane zwiększonymi wpływami z podatków konsumpcyjnych. Jeżeli miałbym oceniać te zmiany, które są obecnie, to one są w tym sensie spójne, że zakładają zwiększenie znaczenia przy zaspokajaniu popytu na pieniądz władzy publicznej właśnie opodatkowania konsumpcji.

Budowa farm wiatrowych na Bałtyku może pobudzić przemysł stoczniowy i całą gospodarkę. Przy wielomiliardowych inwestycjach kluczowe jest stabilne otoczenie prawne

Budowa farm wiatrowych na Bałtyku może pobudzić przemysł stoczniowy i całą gospodarkę. Przy wielomiliardowych inwestycjach kluczowe jest stabilne otoczenie prawne 7

PGE Baltica, PKN Orlen i Polenergia są obecnie na najbardziej zaawansowanym etapie projektów budowy farm wiatrowych na Bałtyku. – To właśnie te trzy podmioty ukształtują rynek morskiej energetyki wiatrowej w Polsce do 2030 roku – ocenia Mariusz Witoński, prezes Polskiego Towarzystwa Morskiej Energetyki Wiatrowej. W nadchodzących latach na Bałtyku ma nastąpić boom inwestycyjny, który może dać impuls do rozwoju portów, pobudzić przemysł stoczniowy i całą gospodarkę. Dla inwestorów kluczowe są jednak stabilne warunki legislacyjne do budowy farm wiatrowych na Bałtyku, ponieważ są to projekty liczone w miliardach złotych. Sektor morskiej energetyki wiatrowej chce, żeby zostały one zagwarantowane specjalną ustawą.

 – Mamy stosunkowo niewielką grupę podmiotów przygotowujących projekty morskich farm wiatrowych na Bałtyku i które osiągnęły już znaczny stopień zaawansowania. Wśród liderów trzeba wymienić przede wszystkim spółki z udziałem Skarbu Państwa: PGE Baltica i PKN Orlen, oraz inwestora prywatnego – Polenergię, która realizuje projekt we współpracy z norweską firmą Equinor. Te trzy podmioty, które w tej chwili prowadzą projekty na najwyższym stopniu zaawansowania, z całą pewnością ukształtują rynek morskiej energetyki wiatrowej w Polsce do 2030 roku – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Witoński.

Prezes PGE Baltica Monika Morawiecka zapowiedziała w lipcu w Brukseli, że prąd z morskich farm wiatrowych na Bałtyku ma popłynąć do polskich gospodarstw domowych już w 2025–2026 roku. Spółka ma łącznie trzy koncesje na Morzu Bałtyckim i jest na końcowym etapie pozyskiwania decyzji środowiskowych. Tylko PGE Baltica zamierza do 2030 roku postawić na Bałtyku farmy o mocy 3,5 GW. Spółka ma już też zawartą umowę z Polskimi Sieciami Elektroenergetycznymi, na podstawie której farmy będą połączone z polską siecią przesyłową.

Jak wskazuje w majowym raporcie Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej – w kolejnych latach na Bałtyku nastąpi prawdziwy boom inwestycyjny. Oprócz najbardziej zaawansowanych w pracach PGE, Orlenu i Polenergii zainteresowani budową farm wiatrowych na morzu są tez kolejni inwestorzy, m.in. Tauron.

Jak podkreśla, w puli deweloperów rozwijających projekty wiatrowe na morzu jest jeszcze kilka firm, które mają prawa do lokalizacji albo są na etapie prac przygotowawczych. Dlatego, jak prognozuje Witoński, trzeba się spodziewać, że w perspektywie drugiej połowy przyszłej dekady grono inwestorów poszerzy się nawet do kilkudziesięciu podmiotów.

Z ich perspektywy kluczowe są stabilne warunki legislacyjne dla projektów farm wiatrowych na Bałtyku, ponieważ są to inwestycje liczone w miliardach złotych. Sektor morskiej energetyki wiatrowej w Polsce oczekuje, że zostaną one zapewnione w drodze specjalnej ustawy, regulującej warunki prowadzenia tego typu inwestycji.

– Zakładamy, że te regulacje obejmą procesy koncesyjne, czyli zmierzające do uzyskania przez inwestorów wszystkich wymaganych prawem pozwoleń. Kluczowym elementem, który pozwoli domknąć biznesplany przygotowywane przez inwestorów, będzie też dookreślenie i ustabilizowanie koncepcji systemu wsparcia dla produkcji energii elektrycznej z morskich farm wiatrowych. Ponieważ ta technologia jest jeszcze stosunkowo nowa, wsparcie ze strony państwa dla realizacji pierwszych takich projektów jest nieodzowne. Zwłaszcza w kontekście niedostatecznie rozwiniętej w Polsce infrastruktury przyłączeniowej – mówi Mariusz Witoński, prezes Polskiego Towarzystwa Morskiej Energetyki Wiatrowej.

Farmy wiatrowe na Bałtyku mają odegrać ważną rolę w transformacji polskiej energetyki, zwiększyć produkcję energii z OZE, przyczynić się do zagwarantowania bezpieczeństwa energetycznego kraju i pomóc w walce z zanieczyszczeniami powietrza. Ich budowa przyniesie w Polsce korzyści w kilku wymiarach, m.in. ekonomicznym, środowiskowym i społecznym – wynika z raportu Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej („Przyszłość morskiej energetyki wiatrowej w Polsce 2019”). Jak podkreślił na początku września wiceminister energii Krzysztof Kubów – energetyka wiatrowa przyczyni się również do realizacji unijnych wymogów w zakresie OZE i pomoże zabezpieczyć odbiorców końcowych przed wzrostem cen energii.

Jednak – jak wskazuje PSEW – aby było to możliwe, potrzebne jest wsparcie ze strony rządu, w tym: zagwarantowanie morskim farmom wiatrowym miejsca w planie zagospodarowania przestrzennego Bałtyku, przygotowanie i rozwijanie infrastruktury portowej oraz naziemnej, która zapewni dostęp do energii z morskich farm wiatrowych, stworzenie odpowiedniego systemu wsparcia dla morskich farm wiatrowych – najlepiej w formie ustawy – oraz atrakcyjny i stabilny system wsparcia dla morskich farm wiatrowych, w tym gwarancja sprzedaży energii z wiatru po odpowiedniej cenie. Eksperci wskazują, że przy odpowiednim wsparciu decydentów politycznych program budowy polskich farm wiatrowych na morzu mógłby ruszyć już w 2022 roku.

– Sektor morskiej energetyki wiatrowej w Polsce – zarówno deweloperzy, jak i przedstawiciele przemysłu morskiej energetyki wiatrowej – oczekują przede wszystkim stabilnej perspektywy inwestycyjnej, stabilnego otoczenia regulacyjnego, które zapewni możliwość długofalowego planowania inwestycji na morzu i stworzy daleko idącą pewność odnośnie do harmonogramu realizacji tych projektów. Ta druga kwestia jest ważna zwłaszcza dla polskiego przemysłu, który – aby sprostać olbrzymiemu wyzwaniu inwestycyjnemu i zabezpieczeniu dostaw – będzie potrzebował pewnego okresu na przygotowanie się do zapewnienia tych kontraktacji – podkreśla Mariusz Witoński.

Prezes Polskiego Towarzystwa Morskiej Energetyki Wiatrowej podkreśla, że to samo dotyczy również zaplecza infrastrukturalnego, w tym zaplecza portowego. Żeby obsłużyć farmy wiatrowe na Bałtyku, polskie porty będą musiały się przygotować do całkowicie nowych zadań, co nie będzie możliwe bez jasno określonego harmonogramu realizacji inwestycji.

– Inne elementy, które będą kształtowały rynek morskiej energetyki wiatrowej w Polsce, to m.in. kwestia rozwoju systemu przesyłowego – czyli przestawienie Krajowego Systemu Elektroenergetycznego na zasilanie z kierunku północnego, co samo w sobie będzie również pewną rewolucją. Istotne będzie też zabezpieczenie udziału przedsiębiorstw z rynku krajowego w łańcuchu dostaw – mówi Mariusz Witoński.

Jak podkreśla, Polska – wzorem takich państw jak Wielka Brytania, Dania, Niemcy czy Francja – powinna wprowadzić systemowe zachęty dla inwestorów, żeby realizując projekty farm wiatrowych na Bałtyku, kierowali zamówienia do polskich przedsiębiorstw. Włączenie polskich firm w łańcuch dostaw dla sektora energetyki wiatrowej poprawiłoby ich konkurencyjność i stworzyłoby impuls do rozwoju krajowych stoczni i portów.

– Zwłaszcza w kontekście wsparcia udzielonego inwestorom przez państwo zasadne byłoby, żeby część strumienia finansowania przeznaczonego na inwestycje w rozwój tych projektów wróciła do polskiego budżetu poprzez krajowe przedsiębiorstwa – mówi Mariusz Witoński, prezes Polskiego Towarzystwa Morskiej Energetyki Wiatrowej.

Z szacunków PSEW wynika, że planowana budowa farm wiatrowych o mocy 6 GW na Morzu Bałtyckim wymagać będzie 77 tys. nowych miejsc pracy, wygeneruje ok. 60 mld zł wartości dodanej do PKB oraz 15 mld zł wpływów z CIT i VAT do 2030 roku.

6 proc. PKB na służbę zdrowia to minimum. Starzenie się społeczeństwa i coraz droższe świadczenia wymuszą dalszy wzrost nakładów

6 proc. PKB na służbę zdrowia to minimum. Starzenie się społeczeństwa i coraz droższe świadczenia wymuszą dalszy wzrost nakładów 8

Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej pod względem nakładów na ochronę zdrowia. Te zgodnie z przyjętą w ubiegłym roku ustawą mają stopniowo wzrosnąć do poziomu 6 proc. PKB do 2025 roku. Eksperci oceniają, że to minimum, które powinno być stopniowo podnoszone. Wzrost wydatków wymusza m.in. niekorzystna demografia i nowe, droższe technologie, które pojawiają się w ochronie zdrowia. – Najważniejszym kierunkiem jest wzrost efektywności, żebyśmy z zasobów, z których w tej chwili korzystamy, byli w stanie wycisnąć jak najwięcej – podkreśla były wiceminister zdrowia Marcin Czech.

– Zmiany w polskim systemie ochrony zdrowia, mające go usprawnić, powinny być dwukierunkowe. Pierwszy kierunek, który powinniśmy obrać, to wzrost poziomu finansowania. Wystarczy popatrzeć dookoła, na państwa Europy Środkowej i Wschodniej – one przeznaczają większą część swojego produktu krajowego brutto na ochronę zdrowia, nam po prostu tych środków nie wystarcza na wszystko. Stąd pomysł stopniowego dochodzenia do 6 proc., ale pytanie, czy to będzie wystarczające – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Czech, prezes Polskiego Towarzystwa Farmakoekonomicznego i były wiceminister zdrowia.

Obecnie Polska wydaje ze środków publicznych na służbę zdrowia ok. 4,7 proc. PKB. To jeden z najgorszych wskaźników w Unii Europejskiej. Według danych Eurostatu – z wynikiem ok. 700 euro w przeliczeniu na mieszkańca Polska zajmuje pod względem wydatków na ochronę zdrowia trzecie miejsce od końca we Wspólnocie, wyprzedzając tylko Rumunię i Bułgarię. W ubiegłym roku parlament przyjął ustawę, zgodnie z którą nakłady na ten cel mają jednak stopniowo wzrastać i do 2025 roku sięgnąć 6 proc. krajowego PKB, zrównując się z państwami OECD.

– To docelowe 6 proc. to minimalny poziom wydatków na system ochrony zdrowia i myślę, że te wydatki powinny rosnąć. Po pierwsze, dlatego że procedury medyczne są coraz droższe, mamy coraz doskonalsze leki i wyroby medyczne, a w ślad za tym oczywiście są one także droższe. I przede wszystkim, mamy problem demograficzny, czyli starzejące się społeczeństwo, wielochorobowość, co również będzie generowało wyższe wydatki. Zatem 6 proc. produktu krajowego brutto to minimum i ta kwota powinna stale wzrastać w kolejnych latach – mówi Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta.

Starzejące się społeczeństwo oznacza więcej chorób przewlekłych i większe nakłady na opiekę długoterminową, co znacznie obciąży system ochrony zdrowia. Tymczasem Główny Urząd Statystyczny szacuje, że w perspektywie dziesięciu lat liczba ludzi starszych powyżej 60. roku życia wzrośnie o blisko 30 proc., a w 2050 roku osób w wieku 65+ będzie już 13,7 mln, co będzie stanowić 40 proc. ogółu populacji. Dodatkowym problemem jest fakt, że w polskiej służbie zdrowia zaostrza się niedobór lekarzy i pielęgniarek.

– Jeżeli nie będzie wzrostu finansowania, czarny scenariusz najprawdopodobniej doprowadzi do wyczerpywania się poszczególnych zasobów, co objawi się np. w formie rosnących kolejek do lekarzy. Niedofinansowanie zasobów ludzkich przełoży się na to, że nie będzie wystarczającej liczby lekarzy do inicjowania terapii czy diagnozowania pacjentów. Już w tej chwili są takie przypadki, kiedy np. mamy finansowanie programu lekowego, ale nie ma komu kwalifikować pacjentów do leczenia. To będzie również wiązać się z tym, że innowacje będą trafiały na rynek później. Myślę, że powinniśmy spojrzeć na tych, którzy najlepiej radzą sobie w tym systemie ochrony, osiągają najlepsze wyniki, mają najwyższą jakość, i od nich uczyć się, jak implementować takie zmiany w innych ośrodkach – mówi Marcin Czech, były wiceminister zdrowia.

Rocznie na ochronę zdrowia przeznaczanych jest około 100 mld zł, jednak zdarza się, że środki są wydawane nieefektywnie. Dlatego, jak podkreślają eksperci, obok wzrostu nakładów potrzebne są jeszcze mechanizmy zwiększające efektywność i skuteczność leczenia pacjentów.

– Pierwszy kierunek to wzrost poziomu finansowania służby zdrowia. Drugi, chyba nawet ważniejszy, to wzrost efektywności w samym systemie, żebyśmy z zasobów, z których w tej chwili korzystamy, byli w stanie wycisnąć jak najwięcej. Tzn. zorganizować ten system w ten sposób, aby nagradzana była jakość, wysoka efektywność, aby nagradzane były długoterminowe wyniki leczenia. Wówczas te koszty, które wkładamy w system ochrony zdrowia, są z punktu widzenia ekonomicznego najlepiej wykorzystane – podkreśla Marcin Czech.

– Podstawowa kwestia to zapewnienie dostępności kadr medycznych. W tym kierunku zostały już poczynione kroki. Myślę jednak, że powinniśmy się skupić na sprawnej organizacji podstawowej opieki zdrowotnej, czyli aby lekarz POZ po pierwsze prowadził zasadniczo badania profilaktyczne oraz tych chorych, którzy mają choroby przewlekłe, ale nie wymagają świadczeń specjalistycznych. W ten sposób do specjalistów będą trafiali pacjenci pierwszorazowi oraz tacy, którzy faktycznie wymagają opieki specjalistycznej. Kolejna kwestia to organizacja leczenia szpitalnego, gdzie te procedury szpitalne są najdroższe, najbardziej kosztochłonne. Powinniśmy od tego odchodzić na rzecz udzielania świadczeń w ramach ambulatoryjnej opieki specjalistycznej – dodaje Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta.

Jak podkreśla, w wydatkowaniu środków na służbę zdrowia ważną rolę powinien mieć też budżet na profilaktykę i osobny – na edukację zdrowotną społeczeństwa.

– Kwestia edukacji pacjentów jest niezmiernie istotna. Tak naprawdę to, czy będziemy zdrowi, zależy w głównej mierze od nas. Aby pacjenci i obywatele faktycznie żyli w dobrym zdrowiu, musimy im dać narzędzia i tym narzędziem jest edukacja, wiedza o zdrowiu od najmłodszych lat – podkreśla Bartłomiej Chmielowiec.

Millenialsi dorastają i awansują. Ich miejsce zajmuje jeszcze bardziej wymagająca generacja Z

Millenialsi dorastają i awansują. Ich miejsce zajmuje jeszcze bardziej wymagająca generacja Z 9

Pokolenie millenialsów, urodzone w latach 80. i 90., stanowi dziś najliczniejszą grupę na rynku pracy. Część jego przedstawicieli powoli zbliża się do 40., awansując i zajmując coraz bardziej eksponowane stanowiska. Z wymagających pracowników sami stają się menadżerami i pracodawcami. W ich miejsce na rynek wkracza już pokolenie Z, które dla firm i działów HR mogą się okazać jeszcze większym wyzwaniem, bo do oczekiwań i specyfiki millenialsów większość pracodawców zdążyła się już dostosować.

– Millenialsi są coraz starsi, za chwilę zbliżą się do 40. i z roku na rok zajmują coraz bardziej eksponowane, kierownicze stanowiska. Będą już nie tylko pracownikami, lecz także pracodawcami, dostawcami. Natomiast za moment na rynek szeroko wejdzie kolejne pokolenie Z, które będzie mieć jeszcze inne oczekiwania i dla pracodawców będzie jeszcze większym wyzwaniem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Łukasz Srokowski, założyciel Instytutu Millenials, Grupa edukacyjna Navigo.

Millenialsi, nazywani też pokolenie Y, to osoby urodzone w latach 80. i 90. Do 2025 roku mają już stanowić 75–80 proc. wszystkich pracowników na globalnym rynku pracy. Ich oczekiwania i podejście do pracy jest zupełnie inne niż poprzednich pokoleń – millenialsi są dobrze świadomi swoich zalet, kwalifikacji i bardziej wymagający w stosunku do pracodawców. Dla firm i działów HR to pokolenie w dalszym ciągu stanowi wyzwanie.

– Pracodawcy różnie podchodzą do millenialsów, w zależności od dojrzałości firmy i dojrzałości osobistej menadżera. Natomiast w większości stanowią oni przynajmniej powód do niepokoju, bo zachowują się po prostu zupełnie inaczej. Oczekują szybkich, gotowych rozwiązań i dużo wsparcia. Podchodzą do relacji z pracodawcą zupełnie inaczej niż poprzednie pokolenia, które traktowały pracę jako szansę, którą ktoś im dał na lepszą przyszłość. Tymczasem millenialsi traktują relację z pracodawcą jako business to business, wychodzą z założenia, że oni sprzedają swój czas, za który pracodawca im płaci, więc robią dokładnie to, za co mają zapłacone. Tak jak kontrahent, który w biznesowym układzie dostarcza dany towar – mówi dr Łukasz Srokowski.

Millenialsi oczekują od pracodawcy czegoś więcej niż samego wynagrodzenia. Ważny jest dla nich rozwój zawodowy, uczenie się i nabywanie nowych kompetencji, możliwość łączenia kariery z życiem prywatnym. Nie przywiązują się do miejsca pracy, a dzięki social mediom są bardzo dobrze zorientowani w rynku i często zmieniają zatrudnienie.

Przedstawiciele tego pokolenia stanowią w tej chwili największą grupę rekrutowanych pracowników, ale wymagają całkiem nowego podejścia od działów HR. Z raportu „Jakość procesów rekrutacji” Aplikuj.pl wynika, że millenialsi przykładają wagę m.in. do wartości, jakie reprezentuje dana firma, zwracają uwagę na panujące w niej relacje i opinię, jaką firma ma wśród obecnych i byłych pracowników.

– Dawniej pracownicy zakładali, że podczas rozmowy kwalifikacyjnej dostają szansę. Millenialsi traktują to jak normalne negocjacje biznesowe. Oczekują podania im wprost wszystkich warunków pracy, szczegółowo czytają umowy i nie boją się np. proponować innych zapisów w umowie, co kiedyś było nie do pomyślenia – mówi dr Łukasz Srokowski – Zdarzały się sytuacje, w których potrafili zrezygnować z pracy, mimo że warunki były bardzo ciekawe, ponieważ nie odpowiadały im godziny. Jeden z rekruterów opowiedział mi historię o młodym inżynierze, który nie przyjął bardzo wygodnego i dobrze opłacanego stanowiska, ponieważ miałby zaczynać pracę od godziny 9.00, a na 10.00 zwykle chodził na siłownię, w związku z czym zrezygnował i wyszedł w trakcie rozmowy.

Millenialsi wywarli bardzo duży wpływ na kształt dzisiejszych firm, zwłaszcza tych z branży IT i technologii, w których wymagane jest zatrudnianie młodych i dobrze wykształconych pracowników. Z drugiej strony do wymogów tego pokolenia dostosowała się nawet część firm produkcyjnych.

– Oczywiście na produkcji te zmiany idą wolniej, bo pewne ramy organizacji pracy są wymuszone przez procesy produkcyjne i nie da się ich dostosować do millenialsów. Niemożliwym jest wprowadzenie elastycznych godzin pracy na taśmie produkcyjnej. Dlatego do pracy w produkcji idą ci, którzy są gotowi na nieco większe kompromisy z własnymi oczekiwaniami – mówi dr Łukasz Srokowski.

Jak podkreśla, wypracowanie dobrych relacji pomiędzy przedstawicielami różnych pokoleń w firmie wymaga uwrażliwienia ich na wzajemne różnice, pokazania, że są czymś dobrym i wartościowym. Pomagają w tym szkolenia z zakresu komunikacji międzygeneracyjnej, ale często wystarcza zwykła rozmowa menadżera z pracownikami na ten temat. Skutecznym rozwiązaniem okazuje się także mentoring w ramach firmy.

– Jeżeli mamy młodego pracownika, który ma duży potencjał pomysłów, dużo energii i zapału, ale jednocześnie jest niecierpliwy i szybko się zniechęca – oraz starszego pracownika, który ma dokładnie odwrotne cechy, można ich połączyć w parę. Wiele firm praktykuje dzisiaj tzw. odwrócony mentoring, gdzie łączeni są w pary pracownicy właśnie ze starszego i młodszego pokolenia. W ten sposób mogą się nauczyć nawzajem wartościowych rzeczy – mówi dr Łukasz Srokowski.

Ekspert podkreśla również, że za moment na rynku pracy nastąpi kolejna, duża zmiana. Pokolenie millenialsów jest coraz starsze i awansuje. Obecni trzydziestokilkulatkowie z wymagających pracowników sami stają się menadżerami i pracodawcami. W ich miejsce na rynek wkraczają już zetki, które dla firm i działów HR mogą się okazać jeszcze większym wyzwaniem. Generacja Z to młodzi ludzie urodzeni pomiędzy 1995 a 2010 rokiem. Określa się ich mianem pokolenia, które ma technologię wpisaną w DNA, ponieważ nie znają świata sprzed ery internetu, smartfonów i Facebooka.

Urząd Dozoru Technicznego gotowy do przeprowadzania odbiorów stacji ładowania pojazdów elektrycznych. Tych jest jednak w Polsce wciąż mało

Urząd Dozoru Technicznego gotowy do przeprowadzania odbiorów stacji ładowania pojazdów elektrycznych. Tych jest jednak w Polsce wciąż mało 10

Rozporządzenie Ministra Energi, które weszło pod koniec lipca, zobowiązało Urząd Dozoru Technicznego do dokonywania odbiorów technicznych stacji ładowania pojazdów elektrycznych. Właściciele stacji mają rok na zgłoszenie kontroli. Samych stacji ładowania wciąż jest jednak w Polsce zbyt mało, by można było mówić o osiągnięciu założeń wynikających z ustawy o elektromobilności.

Jesteśmy gotowi, żeby przeprowadzać badania związane z odbiorem stacji ładowania pojazdów elektrycznych. Mamy odpowiedni sprzęt i przeszkolonych inspektorów. Wydaliśmy przewodnik po elektromobilności, w którym przekazujemy, jak będziemy te stacje odbierać. To konsensus ze światem, z dostawcami stacji ładowania – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Andrzej Ziółkowski, prezes zarządu Urzędu Dozoru Technicznego.

Rozporządzenie Ministra Energii w sprawie wymagań technicznych dla stacji ładowania i punktów ładowania pojazdów elektrycznych weszło w życie 30 lipca. To jeden z aktów wykonawczych ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Ten akt prawny zawiera w sobie przepisy, które regulują kwestie m.in. wymogów technicznych związanych z bezpieczeństwem eksploatacji stacji ładowania czy ich naprawami i modernizacjami.

Właściciele stacji mają rok na ich zarejestrowanie. Chodzi przede wszystkim o zagwarantowanie odpowiedniego standardu, tak żeby pewne rzeczy, które są niebezpieczne dla ludzi wyeliminować z rynku. A druga sprawa, to dać wszystkim równe szanse na rynku, który w następnych latach bardzo gwałtownie się rozwinie. Moce stacji ładowania się zwiększają i kluczowe firmy z sektora automotive mówią dzisiaj, że 50 kW to zaczyna być już standard, a w tej chwili mówi się nawet o stacjach o mocach 350 kW – zauważa Andrzej Ziółkowski.

Przewodnik opracowany przez UDT ma być skierowany zarówno do operatorów ogólnodostępnych stacji ładowania, podmiotów eksploatujących inne stacje, jak i do potencjalnych inwestorów. Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych opracowało infograficzny raport, który jest komplementarny względem przewodnika UDT. Oprócz informacji o bezpieczeństwie eksploatacji urządzeń, wymaganiach oraz badaniach technicznych zawiera także gotowe do wykorzystania wzory odpowiednich formularzy. Dzięki tym opracowaniom procedura, przez którą musi przejść odbierana stacja, ma być bardziej przystępna, choć zdaniem urzędników i tak nie jest ona skomplikowana. Stacje z odbiorem technicznym przez Urząd najprawdopodobniej zostaną w odpowiedni sposób oznaczone.

– Wystarczy jedna wizyta po przeanalizowaniu dokumentacji i dokonaniu pewnych pomiarów. Następnie będzie wydana decyzja dopuszczająca do eksploatacji. Urząd Dozoru Technicznego nie będzie wykonywał żadnych badań okresowych. W przypadku awarii trzeba taką sprawę zgłosić, a następnie doprowadzić stację do standardu wyjściowego – wskazuje prezes UDT.

Choć wymogi dotyczące stacji ładowania pojazdów elektrycznych zostały już uregulowane, to w Polsce wciąż za mało jest takich miejsc. Z ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych wynika, że do końca 2020 roku powinniśmy mieć do dyspozycji 6 tys. ogólnodostępnych punktów. Według danych Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych, pod koniec sierpnia było ich ponad 1 600 w ponad 800 stacjach. Aby można było osiągnąć założenia wynikające z ustawy, 800 stacji powinno działać do końca 2020 roku tylko w Warszawie. Dziś jest ich tam jednak zaledwie 200.

Już wkrótce funkcjonalne płuco, serce czy nerkę otrzymamy dzięki biodrukowi. Polacy zrekonstruują zaś w 3D cewkę moczową

Już wkrótce funkcjonalne płuco, serce czy nerkę otrzymamy dzięki biodrukowi. Polacy zrekonstruują zaś w 3D cewkę moczową 11

Druk 3D coraz częściej zastępuje zwykłe protezy. Można już wydrukować protezę piersi, podejmowane są też próby wydruku serca i płuc. Także chirurgia jamy ustnej i ortodoncja coraz częściej bazują na biodruku. Naukowcy z Politechniki Łódzkiej pracują natomiast nad rozwiązaniem dla urologii, przede wszystkim dziecięcej. Opracowane materiały pozwolą na podjęcie próby wytworzenia cewki moczowej, aby można było dokonać jej rekonstrukcji u pacjenta. Biodrukarki 3D wykorzystują materiał biologiczny jako składnik biotuszu. O ile standardowa drukarka 3D może drukować warstwy z tworzyw sztucznych, o tyle biodrukarka drukuje biomateriałem, w którym znajdują się komórki, i w ten sposób tworzy trójwymiarowe struktury, których zadaniem jest przekształcenie się w tkanki i narządy.

Grupa polskich naukowców z Politechniki Łódzkiej opracowuje biomateriały, z których będzie możliwe wytworzenie cewki do leczenia spodziectwa u dzieci oraz stentu do leczenia zwężeń cewki moczowej. W przyszłości będzie można dzięki temu zrekonstruować cewkę moczową, a nawet fragmenty samego prącia. To o tyle istotne, że np. nieprawidłowe ujście cewki moczowej pojawia się u jednego noworodka na ok. 200–250, zaś spodziectwo jest leczone tylko operacyjnie, a u 20 proc. pacjentów mogą się pojawić powikłania.

– Mieliśmy bardzo duże zapotrzebowanie na tkanki w przypadku wad prącia i wad cewki moczowej u dzieci. Jako urolodzy dziecięcy zajmujemy się rekonstrukcją wad wrodzonych prącia u dzieci i w takich wadach jak spodziectwo istnieje około 400 metod operacyjnych, z których żadna nie jest doskonała. Szukaliśmy innej metody, która pomogłaby nam rozwiązać ten problem, gdyż w tej wadzie brakuje odcinka cewki moczowej różnych długości –mówi agencji Newseria Innowacje Marek Krakós, kierownik Oddziału Chirurgii i Urologii Dziecięcej w szpitalu Korczaka w Łodzi.

U dorosłych mężczyzn zwężenie cewki moczowej jest najczęściej schorzeniem nabytym, a problem pojawia się po 55 roku życia. Takim chorym można pomóc dzięki biomateriałom, z których będzie można wytworzyć stent rozszerzający światło cewki. W ramach projektu MATURO 3D zbudowana zostanie wielogłowicowa biodrukarka 3D. Opracowywane urządzenie w jednym procesie wydrukuje cewkę moczową złożoną z trzech różnych materiałów, z których każdy będzie pełnił ściśle określoną funkcję biologiczną i mechaniczną.

– Rezultaty tego projektu zaowocują w przyszłości tym, że będziemy w stanie wydrukować brakujący kawałek cewki, aby następnie wszczepić go pacjentowi. W ten sposób dokonamy rekonstrukcji cewki moczowej, a być może i fragmentów prącia – twierdzi ekspert.

Technologie przyrostowe stają się jednym z głównych narzędzi przemysłu medycznego. Pojawiają się nowe wyroby medyczne opracowywane przy użyciu druku 3D z biopolimerów, żywic lub stopów metali. Druk 3D umożliwia wytworzenie sztucznych dłoni, rąk i nóg, pomagając osobom po amputacji prowadzić normalne życie. Technologia 3D pomaga rekonstruować ubytki w stomatologii i projektować optymalne leczenie ortodontyczne.

W Holandii 83-letnia kobieta przeszła rekonstrukcję szczęki dzięki drukowi 3D. Wykorzystano w tym celu wydruk z tytanowego proszku i powłoki bioceramicznej. Amerykańscy lekarze zastosowali z kolei technikę rekonstrukcji piersi.

– Nasz projekt jest na początkowym etapie. Projektujemy obecnie materiał, który będzie stanowił szkielet nowo powstałej, wydrukowanej cewki moczowej – mówi Marek Krakós.

Według analityków Grand View Research globalny rynek biodruku 3D do 2026 r. osiągnie wartość ponad 4 mld dol. W najbliższych latach będzie się rozwijał w tempie blisko 20 proc. średniorocznie.

Deloitte Technology Fast 50 Central Europe 2019

Firmy technologiczne wchodzą w nowe sektory – coraz szerszy katalog branż wśród tegorocznych laureatów „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe”.
Średni wzrost 50 spółek notowanych w rankingu kolejny rok z rzędu przekracza tysiąc procent.

W 20. edycji rankingu najszybciej rozwijających się firm technologicznych w Europie Środkowej jedną piątą miejsc zajmują spółki z Polski. W tym roku pierwsze miejsce w zestawieniu „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” przypadło litewskiej spółce Voltas IT. Z kolei zwycięzcą, przyznawanej w ramach rankingu nagrody Social Impact Award, została polska spółka – Warsaw Genomics. Na przestrzeni ostatnich czterech lat dynamika wzrostu przychodów wszystkich firm technologicznych z rankingu wyniosła 1 129 proc.

W głównej kategorii „Fast 50” uplasowało się 11 firm z Polski. Jedna z nich znalazła się także w podkategorii „Wielka Piątka”, a siedem w kategorii „Wschodzące gwiazdy”. Najwięcej firm w głównej kategorii pochodzi z Czech (19). Polskie i czeskie spółki zajmują łącznie 60 proc. miejsc w rankingu. Trzecie miejsce przypadło Chorwacji, którą reprezentuje sześć firm. W rankingu „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” znalazły się także spółki z Litwy (5), Węgier i Słowacji (po 3), Bośni i Hercegowiny, Bułgarii i Estonii (po 1).

Czołówka „Technology Fast 50”

Tegorocznym zwycięzcą „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” jest Voltas IT – producent inteligentnych, bezprzewodowych samochodowych systemów diagnostycznych i kontrolnych dla kierowców. Spółka osiągnęła wzrost przychodów w ciągu ostatnich 4 lat na poziomie ponad 5 734 proc.

– Voltas jest o tyle wyjątkowy, że działa w branży samochodowej, która do tej pory nie była szczególnie widoczna w naszym zestawieniu. Takich perełek mamy więcej. Aż 37 firm na 50 to debiutanci, co pokazuje jak ewoluuje rynek młodych firm technologicznych – mówi Agnieszka Zielińska, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Lider Programu Technology Fast 50, Deloitte Central Europe.

W pierwszej dwudziestce znalazły się trzy polskie firmy: Semantive (14 miejsce), Polski Standard Płatności (17 miejsce) oraz TestArmy Group (18 miejsce).

Do rankingu pięćdziesięciu najszybciej rozwijających się firm w Europie Środkowej w tym roku zgłosiła się rekordowa liczba spółek, ponad 300, z czego prawie 100 pochodziło z Polski.

Rosnąca różnorodność firm

Średni wzrost przychodów w 2018 roku w porównaniu do 2015 roku firm, które znalazły się w rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe wyniósł 1 129 proc. Rok wcześniej było to 1 290 proc. (rok 2017 w porównaniu do 2014).

Przedstawiciele polskiego biznesu obecni w zestawieniu pochodzą z całego kraju: Warszawy, Wrocławia, Piaseczna, Szczecina, Zielonej Góry, Krakowa i Poznania.

Podobnie jak w poprzednich latach ranking „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” zdominowały firmy zajmujące się tworzeniem oprogramowania. W zestawieniu jest ich aż 31. Dziesięć firm reprezentuje sektor „media i rozrywka”, a siedem to producenci sprzętu komputerowego. Dwie spółki to fintechy. – Zajęły one dwa pierwsze miejsca w kategorii „Wschodzące gwiazdy”, co może świadczyć o tym, że w przyszłości zagoszczą w głównym zestawieniu. Cieszy fakt, że katalog sektorów z roku na rok poszerza się. W tym roku mamy także znacznie więcej firm z branży medycznej, w tym mocną reprezentację z Polski – mówi Agnieszka Zielińska.

W tym roku po raz czwarty przyznano nagrodę Most Disruptive Innovation. Jej laureatem może zostać spółka, której technologie, produkt lub usługi mają szanse stać się przełomowe i wywrzeć rewolucyjny wpływ na rynek. Tegorocznym zwycięzcą jest chorwacka spółka Rimac Automobili – producent samochodów elektrycznych, zespołów napędowych i systemów akumulatorowych.

Z kolei laureatem Social Impact Award może zostać firma, która z powodzeniem łączy rozwój innowacyjnych produktów czy usług technologicznych z pozytywnym oddziaływaniem na społeczności i środowisko.  W tym roku nagrodę odebrała spółka Warsaw Genomics, twórcy programu Badamy Geny. Jego misją jest przebadanie za pomocą testów genetycznych całej populacji Polaków w celu znalezienia osób z wysokim ryzykiem zachorowania na raka.

Szczegółowe wyniki rankingu

Ranking „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” to zestawienie najszybciej rozwijających się firm technologicznych w regionie Europy Środkowej. Oprócz firm wyróżnionych w głównej kategorii Fast 50, Deloitte Central Europe nagrodził też młode firmy w kategorii „Wschodzące Gwiazdy” oraz duże firmy technologiczne, których przychody w 2018 roku przekroczyły 25 milionów euro („Wielka Piątka”). Firmy samodzielnie zgłaszają chęć udziału w rankingu, a Deloitte weryfikuje podane przez nich dane finansowe.

 

Każda spółka ubiegająca się o udział w programie musi spełniać następujące kryteria:

  • posiadać siedzibę w jednym z krajów Europy Środkowej (Albania, Bośnia i Hercegowina, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Węgry, Kosowo, Łotwa, Litwa, Macedonia, Mołdawia, Czarnogóra, Polska, Rumunia, Serbia, Słowacja, Słowenia);
  • być firmą technologiczną, której działalność zawiera się w jednej z kategorii: komunikacja, ochrona środowiska, fintech, sprzęt komputerowy, ochrona zdrowia i nauki medyczne, media i rozrywka, produkcja oprogramowania;
  • być właścicielem praw własności intelektualnej lub zastrzeżonej technologii sprzedawanych klientom w produktach, generujących większość przychodów operacyjnych spółki;
  • posiadać strukturę własności, która wyklucza udziały większościowe zagranicznych inwestorów strategicznych.

Kategoria główna „Technology Fast 50”

Kryteria szczegółowe dla firm w kategorii głównej:

  • działalność na rynku co najmniej od czterech lat, czyli co najmniej od 31 grudnia 2014 r.,
  • osiąganie przychodów operacyjnych nie mniejszych niż 50 tys. euro w roku 2015, 2016, 2017 oraz przychodów w 2018 roku na poziomie nie mniejszym niż 100 tys. euro.
lp. Nazwa firmy Kraj Sektor Wzrost (proc.)
1 Voltas IT Litwa Oprogramowanie 5 734
2 Prusa Research s.r.o. Czechy Sprzęt komputerowy 4 527
3 Blindspot Solutions s.r.o. Czechy Oprogramowanie 4 445
4 Itrinity Słowacja Oprogramowanie 3 066
5 Prati me d.o.o. Chorwacja Media i rozrywka 2 821
6 Dyntell Magyarorszag Kft Wegry Oprogramowanie 2 537
7 SuperScale Słowacja Media i rozrywka 1 933
8 Cleveron Estonia Sprzęt komputerowy 1 799
9 Sewio Networks s.r.o. Czechy Sprzęt komputerowy 1 285
10 Applifting s.r.o. Czechy Oprogramowanie 1 265

 

Kategoria Wschodzące Gwiazdy”

Kryteria szczegółowe dla firm w podkategorii „Wschodzące Gwiazdy”

  • historia działalności nie jest krótsza niż trzy lata,
  • w rozpatrywanych okresach rocznych (2016 – 2018) osiąganie przychodów operacyjnych nie mniejszych niż 30 tys. euro.
lp. Nazwa firmy Kraj Sektor wzrost (proc.)
1
FF Trader s.r.o.
Czechy Fintech 1 465
2 Borza terjatev, d.o.o. Słowenia Fintech 1 296
3 Shop Support s.r.o. Słowacja Komunikacja 1 121
4  ZDROWEGENY.PL SP. Z O.O. Polska Ochrona zdrowia i nauki medyczne 1 085
5 RTSmunity a.s. Czechy Oprogramowanie 851
6 Wultra s.r.o. Czechy Oprogramowanie 822
7 Mintos Marketplace Łotwa Fintech 791
8 EXPONEA Holding a.s. Słowacja Oprogramowanie 761
9 Monitora Media s.r.o. Czechy Oprogramowanie 750
10 Telmedicin Sp. z o.o. Polska Ochrona zdrowia i nauki medyczne 652
11
Lead Investments Sp. z o.o.
Polska Media i rozrywka 622
12 Delante Media Sp. z o.o. sp. k. Polska Media i rozrywka 589
13 Applover Sp. z o.o. Polska Oprogramowanie 567
14 Recombee, s.r.o. Czechy Oprogramowanie 562
15 Matapo s.r.o. (BlindShell) Czechy Oprogramowanie 550
16 WEB Project, s.r.o. Czechy Oprogramowanie 537
17 obido Sp. z o. o. Polska Oprogramowanie 523
18 Warsaw Genomics sp. z o.o. Polska Ochrona zdrowia i nauki medyczne 509

Kategoria „Wielka Piątka”

Kryteria szczegółowe dla firm w kategorii „Wielka Piątka”

  • działalność na rynku co najmniej od czterech lat,
  • spółki te muszą spełnić te same kryteria, co współzawodnicy z kategorii głównej, z wyjątkiem poziomu przychodów w ostatnim analizowanym roku (2018), który musi przekraczać 25 mln euro.
lp. Nazwa firmy Kraj Sektor Wzrost (proc.)
1
Prusa Research s.r.o.
Czechy Sprzęt komputerowy 4 527
2 Cleveron Estonia Sprzęt komputerowy 1 799
3 Velká Pecka s.r.o. Czechy Oprogramowanie 1 166
4 Kiwi.com Czechy Oprogramowanie 950
5 RTB House S.A. Polska Media i rozrywka 523

Przedawniło się zobowiązanie, to i uprawnienie skarbówki do ustalania straty

Przedsiębiorca w rocznym zeznaniu podatkowym za 2009 r. ujął stratę poniesioną z tytułu prowadzenia pozarolniczej działalności gospodarczej. Skarbówka uznała, że nie miał on prawa do takiego odliczenia. Sąd uchylił decyzję organu ustalającą zobowiązanie podatkowe bez zaliczenia straty. Przedsiębiorca ujął stratę w zeznaniu podatkowym za 2012 r. I mimo braku również na to zgody fiskusa, miał do tego prawo, gdyż jak stwierdził Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu: „Upływ terminu przedawnienia zobowiązania za rok, za jaki obliczana jest strata, stanowić powinien zatem ostateczną datę, w której może być ona określona” (wyrok z dnia 4 września 2019 r., sygn. akt I SA/Po 838/18).

Zgodnie z art. 70 § 1 Ordynacji podatkowej: „Zobowiązanie podatkowe przedawnia się z upływem 5 lat, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym upłynął termin płatności podatku” (Dz.U. 1997 nr 137 poz. 926, ze zm.). A bieg tego terminu nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu, z dniem wszczęcia postępowania w sprawie o przestępstwo skarbowe lub wykroczenie skarbowe, o którym podatnik został zawiadomiony, jeżeli podejrzenie popełnienia przestępstwa lub wykroczenia wiąże się z niewykonaniem tego zobowiązania (art. 70 § 6 O.p.).

Organ uznał, że przedsiębiorca straty nie poniósł

Przedsiębiorca w zeznaniu podatkowym za 2009 r. ujął stratę poniesioną z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej w tym roku. Skarbówka uznała, że nie miał on prawa do takiego odliczenia, bo straty żadnej nie poniósł i określiła przedsiębiorcy zobowiązanie podatkowe bez odliczenia tej straty. Podatnik zaskarżył decyzję organu, a w 2013 r. złożył zeznanie podatkowe za 2012 r., w którym ponownie rozliczył stratę odrzuconą przez skarbówkę. W tym przypadku organy uznały, że wcześniejsza decyzja ustalająca wysokość zobowiązania podatkowego w podatku dochodowym od osób fizycznych za 2009 r. jest decyzją ostateczną, stąd organy nie mają uprawnień do prowadzenia postępowania dowodowego i dokonywania odmiennych ustaleń co do jego wysokości. Dlatego też, skoro tamtą decyzją organ odmówił zaliczenia podatnikowi straty za 2009 r., to teraz organy również muszą przyjąć te ustalenia i w konsekwencji niemożliwe jest odliczenie tej straty w latach następnych, w tym w 2012 r.

Radca prawny nie został powiadomiony o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu, do którego skargę na powyższą decyzję wniósł przedsiębiorca, orzekł, że przesądzający dla jej rozstrzygnięcia był wyrok wydany przez tamtejszy sąd w czerwcu 2019 r. Wyrokiem tym sąd administracyjny uchylił decyzję organów obu instancji, nie dokonując ustaleń co do braku lub istnienia poniesionej przez przedsiębiorcę straty w 2009 r., a z uwagi na niedoręczenie radcy prawnemu – pełnomocnikowi przedsiębiorcy – zawiadomienia o zawieszenia biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego w PIT za 2009 r., wskutek wszczęcia postępowania przygotowawczego w sprawie o przestępstwo skarbowe. Sąd przyznał w tamtej sprawie rację radcy prawnemu reprezentującemu przedsiębiorcę, że w wyniku niewłaściwego doręczenia dokonanego przez organ nie doszło do skutecznego zawieszenia biegu terminu przedawnienia na podstawie art. 70 § 6 pkt 1 O.p. W braku jego zaskarżenia wyrok stał się prawomocny w sierpniu 2019 r.

Przedawniło się zobowiązanie, to i uprawnienie fiskusa do ustalania straty

WSA w Poznaniu przywołał uchwałę pełnej Izby Finansowej Naczelnego Sądu Administracyjnego z 29 września 2019 r. (sygn. akt II FPS 4/13), z którą się zgodził, a która stanowi o możliwości orzekania co do wysokości straty wyłącznie przed upływem terminu ustanowionego w art. 70 O.p. Dlatego też w wyniku uprawomocnienia się wyroku stwierdzającego upływ terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego za 2009 r. upłynął również termin, w którym organy mogły prowadzić postępowanie w sprawie ustalenia za ten rok straty. Stąd fiskus musi przyjąć deklarację za 2009 r., a więc i wysokość straty podanej w tej deklaracji przez przedsiębiorcę.

„(…) wyeliminowana z obrotu prawnego została decyzja organów podatkowych określająca skarżącemu wysokość zobowiązania w podatku dochodowym od osób fizycznych za 2009 r., a jednocześnie (…) „odżyła” złożona przez skarżącego deklaracja podatkowa o wysokości osiągniętego dochodu (poniesionej straty) w roku podatkowym 2009 z pozarolniczej działalności gospodarczej. (…) Skoro zatem przestało istnieć zobowiązanie podatkowe, to ten sam skutek procesowy powinien również uniemożliwić kontynuowanie postępowania w sprawie określenia straty. Upływ terminu przedawnienia zobowiązania za rok, za jaki obliczana jest strata stanowić powinien zatem ostateczną datę, w której może być ona określona” (sygn. akt I SA/Po 838/18).

Kto ma lepszego prawnika

Skarżący, na rzecz którego poznański sąd uchylił decyzje organów podatkowych dwóch instancji, jest przykładem przedsiębiorcy, który dla ochrony swojego majątku zmuszony jest walczyć latami o jej zapewnienie przed sądem. Bo organy, nawet mimo uchylenia wydanej przez nie niekorzystnej dla podatnika decyzji, nie zwykły przyznawać się do błędu, a tym bardziej porażki. Uznają ją dopiero, gdy stwierdzi tak sąd. W sporze z tak działającym fiskusem o ochronie majątku firmy w praktyce nie decyduje więc sama litera prawa, co raczej fakt „posiadania” przez przedsiębiorcę lepszego prawnika, który tę nieznajomość prawa wytknie fiskusowi w sądzie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Rośnie zainteresowanie rynkiem domów seniora

Według międzynarodowej firmy doradczej Savills, od początku bieżącego roku wolumen transakcji inwestycyjnych w sektorze domów seniora na kluczowych rynkach w Europie wyniósł ponad 700 mln euro. To więcej, niż w ciągu pełnych 12 miesięcy w jakimkolwiek roku w przeszłości. Polski rynek w tym segmencie dopiero się rozwija, ale przejawia duży potencjał.

Do rekordowego wyniku w segmencie domów seniora przyczyniły się głównie dwie duże transakcje sfinalizowane w Wielkiej Brytanii: zakup typu forward purchase obiektu Royal Warwick Square w Londynie przez Riverstone Living oraz inwestycji obejmującej cztery wioski senioralne przez grupę Audley, która połączyła siły z Octopus Investments i Schroder Exempt PUT.

W Europie, poza Wielką Brytanią sektor domów seniora nadal znajduje się na początkowym etapie rozwoju. Z tego względu na rynkach dominuje kapitał krajowy, a wartość transakcji inwestycyjnych z udziałem kapitału zagranicznego w ostatnich pięciu latach nie przekraczała średnio 30% łącznego wolumenu w porównaniu z 40% w przypadku nieruchomości wielorodzinnych i 62% w sektorze domów studenckich.

Polski rynek domów seniora nie przyciągnął dotychczas wielu inwestorów instytucjonalnych. Zdecydowanym liderem rynku jest francuski operator Orpea, który po przejęciu Medi-System w 2016 r. i kolejnych akwizycjach dysponuje obecnie ok. 1,1 tys. miejsc w domach opieki i klinikach rehabilitacyjnych i realizuje kolejne 1,6 tys. miejsc.

„Barierą rozwoju rynku domów seniora w Polsce wydaje się ciągle relatywnie niska na tle Europy siła nabywcza seniorów, co uzależnia system od kontraktów z NFZ. Jednocześnie polskie społeczeństwo jest jednym z najszybciej starzejących się w Europie a oszczędności polskich emerytów będą rosły wraz z rozwojem gospodarczym – to sprawia, że Polska będzie coraz bardziej atrakcyjnym krajem dla międzynarodowych inwestorów” – powiedział Kamil Kowa, członek zarządu Savills w Polsce i dyrektor działu Corporate Finance & Valuation.

„Aby efektywnie funkcjonować w tym sektorze, niezbędna jest gruntowna znajomość przepisów oraz zrozumienie modeli kulturowych opieki nad osobami starszymi ze względu na ich duże zróżnicowanie w poszczególnych krajach europejskich. Czynniki demograficzne wpływające na ten sektor nie pozostawiają jednak żadnych złudzeń. Wskutek starzenia się społeczeństw w wielu krajach Europy występuje konieczność zapewnienia różnego rodzaju specjalistycznych obiektów mieszkalnych, a to oznacza możliwości realizacji inwestycji prywatnych wychodzących naprzeciw potrzebom w tym zakresie” – mówi Lydia Brissy, dyrektor, dział badań rynków europejskich w Savills.

Według danych firmy Savills, pod względem wolumenu kapitału zagranicznego inwestowanego w tym sektorze najbardziej aktywnie działają inwestorzy europejscy, ale gracze z USA, którzy weszli już na rynek domów studenckich i nieruchomości wielorodzinnych, także zaczynają dostrzegać potencjał domów seniora.

Z rankingu Savills Senior Housing Opportunity Index wynika, że duże możliwości inwestycyjne oferują kraje takie jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy i Polska, które mogą w przyszłości odnotować duże zainteresowanie domami seniora ze strony funduszy. Powodem tego są aktualne trendy demograficzne, dojrzałość rynków mieszkaniowych i rosnący poziom zamożności osób starszych.

Pierwsze miejsce w rankingu firmy Savills zajęły Niemcy, które mają najliczniejszą populację osób w wieku 70-79 lat (ok. 7,8 mln) oraz jeden z najwyższych wskaźników oszczędności. Drugie miejsce zajęła Francja, gdzie seniorzy są stosunkowo zamożni, dysponują sporymi oszczędnościami oraz przeznaczają mniejszą część przychodów na koszty mieszkaniowe niż obywatele wiele innych krajów europejskich. Wielka Brytania została sklasyfikowana na trzeciej pozycji. Brytyjski rynek nieruchomości charakteryzuje się największą płynnością, o czym świadczy szybsze tempo sprzedaży aktywów niż w Europie kontynentalnej, a bardzo rozwinięty sektor mieszkaniowy nie jest obciążony nadmiernymi regulacjami w porównaniu z innymi krajami Europy. Na czwartym miejscu są Włochy, które mają najwyższy odsetek osób starszych w stosunku do ogółu populacji, a na piątym znalazła się Polska. Polacy są jednym z najszybciej starzejących się społeczeństw, a dodatkowo ze względu niski wskaźnik liczby mieszkań na jednego mieszkańca Polska jest bardzo perspektywicznym rynkiem dla sektora domów seniora.

„Wzrost liczby osób starszych żyjących dłużej i dysponujących coraz większymi środkami finansowymi, które przeznaczają w dużej mierze na cele mieszkaniowe, oznacza, że sektor domów seniora w Europie ma silne podstawy i będzie z pewnością rozwijał się w następnej dekadzie i kolejnych latach” – wyjaśnia Lydia Brissy. „Rosnący popyt inwestycyjny zaczyna wywierać presję zniżkową na stopy kapitalizacji dla najlepszych aktywów, ale nadal są one konkurencyjne w porównaniu z typowymi nieruchomościami mieszkaniowymi czy komercyjnymi. Inwestorów przyciąga w szczególności mniejsza cykliczność tego rodzaju aktywów”.

Z analiz Savills wynika, że stopy kapitalizacji dla domów seniora w Europie są średnio o 100 pb niższe niż dla najlepszych nieruchomości wielorodzinnych i o 66 pb niższe niż w przypadku najbardziej atrakcyjnych budynków biurowych położonych w COB. Dla najlepszych aktywów tej klasy wynoszą one obecnie od 3,5% do 5% w przypadku wynajmowanych bezpośrednio, a ich wysokość zależy od kraju, lokalizacji i standardu obiektu.

„Pod względem inwestycyjnym domy seniora zyskują na znaczeniu jako odrębna klasa aktywów. Inwestorzy instytucjonalni dysponują dużym kapitałem, ale z powodu malejącej podaży tradycyjnych nieruchomości najwyższej jakości i oferowanych po konkurencyjnych cenach zwracają coraz większą uwagę na aktywa o charakterze operacyjnym, które oferują potencjał długofalowego wzrostu przychodów, takie jak domy seniora. Przewidujemy, że wraz z wchodzeniem tego sektora w fazę dojrzałą stopy kapitalizacji będą ulegały dalszej kompresji” – mówi Marcus Roberts, dyrektor działu rynków kapitałowych – domy seniora, wielorodzinne i studenckie w Europie, Savills.

Kompetencje zdobyte za granicą cenione przez polskich pracodawców

Polacy, którzy zdecydują się na powrót do kraju z emigracji po Brexicie, mogą liczyć na dobre perspektywy znalezienia nowej pracy. Polskie firmy docenią ich między innymi za międzynarodowe doświadczenie, przedsiębiorczość i wytrwałość. Ważne, aby szukać pracy zgodnej z profilem zawodowym oraz być otwartym na widełki płacowe proponowane przez polskie firmy – mówią eksperci Manpower. Powrót do ojczyzny może być tym bardziej atrakcyjny, że biorąc pod uwagę prognozy rekrutacyjne firm to w najbliższych miesiącach w Wielkiej Brytanii będzie mniej ofert pracy niż w Polsce.

– Polski rynek pracy ma się dobrze, bezrobocie jest rekordowo niskie, a zapotrzebowanie na pracowników wciąż bardzo wysokie. Warunki sprzyjają osobom poszukującym pracy, także tym, które zdecydują się na powrót z emigracji. Jeśli kandydat będzie poszukiwał pracy dopasowanej do swoich kompetencji i doświadczenia zdobytego za granicą to szanse na szybkie znalezienie nowego zatrudnienia są bardzo duże – mówi Katarzyna Pączkowska, dyrektor rekrutacji stałej z agencji rekrutacyjnej Manpower.

Jakie kompetencje nabyte w pracy za granicą są ważne dla polskich firm?

To oczywiście dobra znajomość języka angielskiego, konsekwencja w dążeniu do celu, zaangażowanie i przedsiębiorczość. Kamila Wróbel, rekruter z Manpower, na co dzień współpracująca z kandydatami wskazuje, że praca poza granicami kraju wymaga umiejętności szybkiego adaptowania się do nowej sytuacji, współpracy w zespole, samodzielności, gotowości do działania w nieznanym otoczeniu oraz umiejętności rozwiązywania problemów.

– Osoby wracające z emigracji mogą pochwalić się doświadczeniem w międzynarodowym i wielokulturowym środowisku, są bardzo zmotywowane, otwarte na nowe wyzwania. To kandydaci świadomi swoich mocnych i słabych stron, którzy kładą duży nacisk na podnoszenie kwalifikacji i takie kompetencje miękkie są cenione także przez rodzimych pracodawców – dodaje i radzi, by Polacy planujący powrót do kraju poszukiwania nowej pracy rozpoczęli jeszcze w Wielkiej Brytanii. – Pracodawcy są obecnie bardzo elastyczni i chętnie prowadzą pierwsze rozmowy rekrutacyjne zdalnie, na przykład w formie wideokonferencji. Kandydat po powrocie do kraju ma już zorganizowane spotkanie, co przyspiesza znalezienie nowej pracy. Dla firmy to z kolei znak, że jest zaangażowany w proces rekrutacyjny i zmotywowany do zmiany – tłumaczy Kamila Wróbel.

Według ekspertów Manpower kandydaci wracający do Polski, często po wielu latach nieobecności, mogą mieć trudności z określeniem swoich oczekiwań finansowych i są skłonni zrezygnować z wyższego wynagrodzenia w okresie próbnym, aby udowodnić swoją wartość pracodawcy ­– Dla firm ważna jest wiedza kandydata, na jakim stanowisku pracował, w jakiej branży oraz jakie są jego indywidualne osiągnięcia w firmie. Sukces w znalezieniu nowej pracy będzie zależał także od adekwatności oczekiwań kandydatów, ponieważ samo doświadczenie w pracy za granicą nie powinno być przyczyną zawyżania oczekiwań finansowych – podsumowuje Katarzyna Pączkowska.

Do powrotu do Polski może zachęcać kondycja rynku pracy w Wielkiej Brytanii, gdzie tylko 8% pracodawców chce do końca roku zatrudnić nowych pracowników, podczas gdy 3% planuje redukcje etatów. Dla Polski to odpowiednio 13% i 5%. Trudności w zmianie pracy mogą spodziewać się osoby zainteresowane transportem i logistyką oraz kopalniami i przemysłem wydobywczym – tam więcej firm chce redukować (odpowiednio 5% i 7%) niż powiększać zespoły (2% i 4%). O pracę będzie natomiast łatwiej w energetyce, gazownictwie i wodociągach (9% firm chce zwiększyć, a 1% zmniejszyć liczbę pracowników), w budownictwie (6% vs. 0%), a także w restauracjach i hotelach (10% vs. 2%). Więcej ofert pracy w ostatnim kwartale roku będzie w środkowo-wschodniej Anglii (17% vs. 2%). Znacznych zwolnień mogą spodziewać się mieszkańcy Walii, gdzie jedynie 4% pracodawców chce powiększać etaty, a aż 13% je redukować. Polskie firmy w końcówce roku w żadnym z regionów i sektorów rynku nie przewidują tak dużych redukcji etatów.

Patrycja Miązek

Obraz rynku hotelowego w Polsce. Przybywa hoteli i problemów finansowych

Rosnąca liczba turystów i gości biznesowych zachęca inwestorów do otwierania kolejnych hoteli. Szacuje się, że w budowie jest ponad sto obiektów z kilkunastoma tysiącami pokoi. Mimo, że hotelarstwo jest branżą dochodową i z obiecującymi perspektywami, to problemów nie brakuje obok wojny cenowej, braku rąk do pracy, konkurencji z mieszkaniami na krótki najem, są też niespłacone zobowiązania. Z raportu „Obraz rynku hotelowego w Polsce. Przybywa hoteli i problemów finansowych”, przygotowanego przez BIG InfoMonitor wynika, że z przeterminowanym zadłużeniem kredytowym i pozakredytowym zmaga się co 10. przedsiębiorstwo oferujące usługi hotelowe. Niemal 900 firm hotelarskich ma razem prawie 1 mld zł zaległości w bankach i u swoich dostawców.

W bazach BIG InfoMonitor i BIK znajduje się 889 firm hotelarskich ze zobowiązaniami nieopłaconymi przez co najmniej 30 dni po terminie na kwotę min. 500 zł. Ich zaległości wynoszą 987 mln zł, co w przeliczeniu na firmę daje średnio 1,1 mln zł przeterminowanego zobowiązania. Problem z płaceniem na czas ma niemal co dziesiąte przedsiębiorstwo (9,8 proc.), przez rok odsetek ten wzrósł o prawie 1 pkt. proc. W hotelarskim biznesie niesolidnych płatników jest więcej niż przeciętnie w gospodarce, gdzie odsetek ten wynosi 6,2 proc. – Zaległości są w dużej mierze efektem zatorów płatniczych. Hotelarstwo jest jedną z tych branż, w których relacje z partnerami biznesowymi mają ogromne znaczenie dla płynności finansowej. Hotelarze mają bardzo dużą liczbę kontrahentów, którym muszą na bieżąco płacić. Z drugiej strony sami są zależni od płatności, które na ich konto nie zawsze spływają w terminie. O tym jak bardzo w tym biznesie ważne są te powiązania, świadczą doniesienia o kłopotach europejskich hoteli po upadku biura podróży Thomas Cook – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

W stosunku do zeszłego roku wzrósł nie tylko odsetek zadłużonych, ale także sama wartość zaległych zobowiązań. W porównaniu do 970 mln zł z połowy 2018 r. zaległości branży są wyższe o 17 mln zł. To niewielki wzrost, co można odczytywać jako dobrą prognozę na przyszłość. Nie zmienia to jednak faktu, że branża hotelarska wciąż częściej ma problemy z terminowym regulowaniem zobowiązań niż wiele innych bznesów.

Rekordowe zadłużenie woj. łódzkiego

W podziale na województwa najwięcej zadłużonych firm hotelarskich ma siedzibę na Mazowszu oraz Dolnym Śląsku – odpowiednio 156 i 139. Na trzecim miejscu pod względem liczby niesolidnych dłużników jest Małopolska, gdzie zobowiązań w terminie nie spłaca 86 podmiotów. 

Jednak pod względem wartości przeterminowanych zobowiązań niechlubnie wyróżniają się firmy hotelarskie z woj. łódzkiego, które w bazach BIG InfoMonitor i BIK mają aż 303,7 mln zł przeterminowanych zobowiązań. Kolejne najgorzej spłacające jest województwo małopolskie, gdzie firmy mają do uregulowania 136,7 mln zł. Na Mazowszu zobowiązań jest ponad 107,5 mln zł, a firmy z Dolnego Śląska są dłużne bankom i partnerom biznesowym blisko 92,4 mln zł.

W części przypadków ogólna skala przeterminowanego zadłużenia w województwie jest zawyżana przez rekordzistów. Tak jest np. w województwie łódzkim, którego firmy hotelarskie są liderem w kraju jeśli chodzi o sumę zaległości m.in. za sprawą rekordowych zaległości – 212 mln zł – jednego z hotelarzy. To trzy razy więcej niż drugi największy przeterminowany dług firmy z Pomorza. Na trzecim miejscu niechlubnego zestawienia znajduje się firma hotelarska z Małopolski (niespełna 60 mln zł).Hotelarze nie lubią gości, którzy nie płacą, ale sami mają problemy z regulowaniem należności

Na końcu listy rekordzistów znajduje się hotel z Opolszczyzny, na którego koncie znajduje się przeterminowane zadłużenie w wysokości 3,3 mln zł. Odpowiada on przy okazji za większość całkowitego zadłużenia firm hotelarskich w regionie, które wynosi 3,6 mln zł. 

Boom w hotelarstwie napędza koniunktura gospodarcza

Pomimo niespłacanego zadłużenia, co może świadczyć, że również ma problemy z uzyskaniem płatności od swoich klientów, branża hotelarska stale się rozwija. Optymistyczne wyniki polskiej gospodarki, rosnąca liczba gości, coraz lepiej prosperujący biznes oraz trwający boom na rynku nieruchomości to główne czynniki utrzymujące wzrostową tendencję. Przekłada się to na rozwój. Tylko w roku 2018 wartość inwestycji hotelowych wyniosła blisko 2 mld zł (1 993 mln zł), o 5 proc. więcej niż rok wcześniej.

Jak podaje GUS w Polsce jest obecnie 4 229 obiektów hotelowych. W tej grupie większość stanowią hotele, którym przydzielono jakąkolwiek kategorię (gwiazdkę). Dane GUS wskazują, że było ich 2 635, czyli o 1,7 proc. więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.

Przybywa też turystów. W pierwszym półroczu 2019 r. z noclegu skorzystało 16,1 mln osób. Oznacza to wzrost w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. o 6,1 proc. Ponad dwie trzecie wszystkich gości zatrzymało się w hotelach (10,9 mln), co stanowiło wzrost o 6,4 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. Oprócz gości na zyski składają się również wpływy z organizacji różnych wydarzeń.

Jednym z kluczowych czynników dla rentowności hotelu jest RevPAR, czyli przychód z jednego dostępnego pokoju. Zgodnie z wyliczeniami Emmerson Evaluation średni RevPAR w naszym kraju to obecnie około 200 zł. W zależności od kategorii hotelu może to być: 85-120 zł (3 gwiazdki), 140-195 zł (4 gwiazdki), 260-440 zł (5 gwiazdek). Hotrec podaje, że w roku 2018 hotelowy wskaźnik RevPAR urósł w Polsce o 0,7 proc. Powodów niskiego wyniku należy upatrywać w większej podaży. Żeby poprawić tempo wzrostu, konieczny jest dalszy wzrost popytu. Dane z roku 2019 są optymistyczne. W maju wartość RevPAR wzrosła o 7,2 proc. głównie dzięki poprawie frekwencji (+4,7 pkt. proc.), bowiem ceny pozostały praktycznie na tym samym poziomie (+0,7 pkt. proc.). – Rosnące wskaźniki makroekonomiczne i związana z tym większa zamożność społeczeństwa sprawiają, że inwestowanie w branży hotelarskiej cały czas jest atrakcyjne. Chęć osiągania wysokich stóp zwrotu, zależna jest jednak od wielu czynników. Wymaga znaczących inwestycji, posiadania specjalistycznej wiedzy i doświadczenia. Sukces jest m.in. efektem usytuowania, optymalnej wielkości obiektu, atrakcyjności otoczenia i umiejętności radzenia sobie z sezonowością – mówi Sławomir GrzelczakSporym wyzwaniem jest też zatrudnienie. Rekordowo niskie bezrobocie i rosnące płace z jednej strony sprzyjają hotelom, a z drugiej są źródłem jej problemów z brakiem pracowników. Kolejne elementy wpływające na wyniki finansowe to trwający w branży boom inwestycyjny. Wzrost konkurencji już przekłada się na wojnę cenową, a do rywalizacji o klienta wkroczył też na dobre zyskujący coraz większą popularność krótkoterminowy najem mieszkań i apartamentów.

Duże szanse na porozumienie ws. brexitu

Szanse na porozumienie w sprawie brexitu między UE i Wielką Brytanią są wysokie i najwyraźniej do uzgodnienia pozostały tylko techniczne szczegóły. Mimo to funt wciąż faluje w gąszczu przeczących sobie przecieków i spekulacji, przez co nie można odtrąbić pełnego sukcesu.

W ciągu ostatnich 24 godzin szanse na uzgodnienie warunków brexitu wyraźnie wzrosły, tylko po to, by w międzyczasie ponownie zostało zasiane ziarno zwątpienia. Choć po wielogodzinnych rozmowach w środę porozumienie nie zostało zawarte, komentarze z obozów negocjacyjnych sugerują, że znaleziono konsensus dla warunków kontroli celnej, a parlament Północnej Irlandii będzie miał decydujący głos o przyszłości relacji handlowych po zakończeniu czteroletniego okresu przejściowego. To dobra podstawa dla zaprezentowania przywódcom unijnym podczas startującego dziś szczytu UE, choć nie wszystko jest jeszcze przesądzone. Dziś rano wątpliwości zasiewa opór północnoirlandzkiej partii DUP, która nie popiera projektu porozumienia w obecnej formie. A poparcie DUP jest kluczowe, jeśli premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson chce mieć chociaż cień nadziei, że jego mniejszościowy rząd ma jakiekolwiek szanse zatwierdzenia umowy w Westminsterze. A i nawet przy zgodzie DUP nie ma gwarancji, że wszyscy politycy Partii Konserwatywnej w Izbie Lordów zagłosują za przyjęciem porozumienia. Chociaż wydaje się to logiczne i jedyne słuszne wyjście dla gospodarki, to historia ostatnich miesięcy nauczyła nas, że pobudki, który kierują się brytyjscy posłowi, mogą być zakasujące. Bez wątpienia jest nadzieja, że koniec roku będzie dla funta pomyślny i w przypadku porozumienia będzie musiała dokonać się duża rewizja wyceny jego wartości przez długoterminowy kapitał portfelowy. Na razie jednak jest za dużo chaotycznych zwrotów akcji, którymi karmi się kapitał spekulacyjny.

Na nadziejach porozumienia brexitowego korzysta też EUR z EUR/USD podchodzącym pod 1,11. W końcu brexit jest problemem nie tylko Wielkiej Brytania, ale w zasadzie całej Europy – od strony ewentualnych zatorów w handlu po dokładanie dodatkowego czynnika niepewności dla biznesu i konsumentów hamującego ich decyzje ekonomiczne. Bez obaw o brexit z tyłu głowy, inwestorzy mogliby się skupić na innych elementach mających wpływ na EUR/USD. Dane makro w Eurolandzie już są złe, a w USA się pogarszają. EBC zdaje się zrobił, co mógł (nie zaszkodzi bardziej EUR), a ruch należy teraz do polityki fiskalnej (co powinno być pozytywne dla waluty). Po stronie dolara Fed ma przestrzeń do dalszego luzowania polityki pieniężnej z kolejną obniżką bardzo prawdopodobną jeszcze w tym miesiącu. Wczoraj rozczarowujące dane o sprzedaży detalicznej podkopały zaufanie do dotychczas silnej postawy konsumentów. A przy zepchnięciu (chwilowo) na dalszy plan tematu sporu handlowego USA-Chiny, USD stracił atut bezpiecznej przystani dla kapitału trzymanego w ryzykownych aktywach. EUR/USD ma swój moment, by odmienić trend na dłużej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wzrośnie liczba transakcji restrukturyzacyjnych w Europie Środkowej

Aktywność inwestorów na rynku fuzji i przejęć w Europie Środkowej spadła w pierwszym połroczu. Jednak eksperci kancelarii prawnej Wolf Theiss wskazują, że narastające problemy płynnościowe spółek z sektora przemysłowego i handlu detalicznego mogą przyciągać inwestorów zainteresowanych aktywami podmiotów w trudnej sytuacji finansowej.

Spodziewamy się, że w Europie Środkowej wzrośnie liczba transakcji na   aktywach w sytuacji nieregularnej.  Przewidujemy, że będzie to dotyczyć zwłaszcza branży motoryzacyjnej, stalowej i handlu detalicznego – powiedział Lech Giliciński, Partner i szef praktyki Restrukturyzacji i Upadłości w warszawskim biurze Wolf Theiss podczas tegorocznego CEE M&A and Private Equity Forum.

Lech Giliciński prowadził podczas Forum debatę poświęconą inwestycjom w aktywa w upadłości i restrukturyzacji. Jego zdaniem kłopoty niemieckich firm motoryzacyjnych przełożą się na trudności poddostawców w regionie Europy Środkowej. W sektorze stalowym wzrost wolumenu sprzedaży aktywów w restrukturyzacji wynikać będzie ze spadku popytu na stal na świecie, natomiast w branży detalicznej kłopoty płynnościowe pojawiać się mogą w związku z rosnącą konkurencją sektora e-commerce i dynamicznymi zmianami w nawykach konsumenckich.

Obawy o światowe spowolnienie gospodarcze ostudziły zapał inwestycyjny w regionie Europy Środkowej i zmniejszyły aktywność na rynku fuzji i przejęć w bieżącym roku. Jak wynika z danych serwisu Mergermarket opublikowanych podczas Forum łączna wartość transakcji fuzji i przejęć w Europie Środkowej spadła w pierwszym półroczu o 16 proc. do 11,2 mld euro w porównaniu z analogicznym okresem 2018 roku. Liczba transakcji zmniejszyła się w tym okresie do 306 z 334.

Europa Środkowa podąża za globalnymi trendami inwestycyjnymi – powiedział Jacek Michalski, Partner i szef zespołu Doradztwa Korporacyjnego oraz Fuzji i Przejęć w Wolf Theiss w Warszawie. – Pomimo, że większość krajów w regionie może pochwalić się zdrowymi fundamentami, obawy o światowy wzrost gospodarczy, jak również wygórowane oczekiwania cenowe sprzedających negatywnie wpływają na rynek fuzji i przejęć.

Tegoroczne CEE and Private Equity Forum, które miało miejsce w Warszawie w październiku, zostało zorganizowane we współpracy z serwisem Mergermarket. Oprócz tematów związanych z restrukturyzacją i sprzedażą aktywów w sytuacji nieregularnej, uczestnicy dyskutowali również o trendach na rynkach fuzji i przejęć w regionie, pozyskiwaniu finansowania oraz strategiach budowania wartości przedsiębiorstw.

Główne wnioski jakie płyną z Forum to rosnąca rola funduszy private equity i venture capital w finansowaniu innowacyjnych przedsiębiorstw – powiedział Przemek Kozdój, Partner i szef zespołu Bankowości i Finansów w kancelarii Wolf Theiss w Warszawie. – Rola funduszy zyskuje na znaczeniu zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę spadającą aktywność inwestorów na lokalnych giełdach oraz coraz mniejszą liczbę spółek zainteresowanych pozyskaniem finansowania na rynkach publicznych.

Toyota wzmacnia swoją pozycję na europejskim rynku

  • W pierwszych trzech kwartałach 2019 roku Toyota Motor Europe zanotowała 5,3-procentowy udział w rynku;
  • Wzrost sprzedaży rok do roku o 16% dzięki rosnącej popularności hybryd i nowym modelom;
  • Rekordowy udział hybryd w całkowitej sprzedaży Toyoty na poziomie 52%.

W trzecim kwartale 2019 roku Toyota Motor Europe (TME) utrzymała bardzo dobrą sprzedaż z pierwszego półrocza. Przyczyniły się do tego nowe modele oraz bogata gama hybryd. Od stycznia do września 2019 roku TME sprzedała 838 691 aut, notując 3,1-procentowy wzrost przy kurczącym się rynku.

Matt Harrison, wiceprezydent Toyota Motor Europe
Matt Harrison, wiceprezydent Toyota Motor Europe

„W pierwszej połowie tego roku sprzedaż naszych samochodów osiągnęła rekordowe poziomy, zaś w trzecim kwartale nie zwolniliśmy tempa. Choć europejski rynek samochodów słabnie, sprzedaż Toyota Motor Europe wzrosła, do czego przyczyniła się popularność hybryd. Przewidywaliśmy, że w tym roku nasz udział w rynku wzrośnie, ale rzeczywisty poziom zainteresowania naszymi modelami przerósł oczekiwania. Jesteśmy przekonani, że czwarty kwartał przyniesie równie dobre wiadomości i że roczna sprzedaż naszej firmy w Europie przekroczy zakładane 1 065 000 egzemplarzy” – powiedział Matt Harrison, wiceprezydent Toyota Motor Europe.

Wyniki sprzedaży Toyota Motor Europe

W tym roku, od stycznia do września, Toyota Motor Europe sprzedała 838 691 samochodów, o 3,1 procent więcej niż w tym samym okresie 2018 roku. To spowodowało, że udział TME w rynku motoryzacyjnym w Europie wzrósł o 0,3 punktu procentowego do 5,3 procent.

Sprzedaż hybryd zwiększyła się rok do roku o 16% do liczby 435 881 egzemplarzy. Stanowią one już 52% wszystkich samochodów dostarczonych klientom przez europejski oddział koncernu, a w krajach Europy Zachodniej i Środkowej 62%. Na rynkach wschodnich, obejmujących Rosję, Ukrainę, Kazachstan, kraje Kaukazu, Turcję i Izrael, hybrydy odpowiadają za 23% sprzedaży TME.

Wyniki sprzedaży marki Toyota w Europie

Europejscy klienci kupili w tym roku 775 201 samochodów marki Toyota, o 2,6% więcej niż w ciągu pierwszych 9 miesięcy 2018 roku. Najpopularniejszy model to Yaris – na drogi wyjechało 177 538 egzemplarzy miejskiego hatchbacka w omawianym okresie. Drugie miejsce zajęła Corolla z wynikiem 158 579 egzemplarzy, a trzecie Toyota RAV4 notująca 107 633 sprzedanych aut. Największymi wzrostami wykazały się modele Mirai (+76%), Camry (+30%) i RAV4 (+24%).

Liderem rynku hybryd jest nowa Corolla Hybrid, której sprzedaż wyniosła 113 926 aut. Na drugim miejscu znalazła się Toyota C-HR Hybrid (86 330 egz.), na trzecim Yaris Hybrid (86 330 egz.), a na kolejnym RAV4 Hybrid (75 168 egz.).

W porównaniu do tego samego okresu 2018 roku popularność hybryd Toyoty wzrosła o 15% do liczby 392 804 aut. Ich udział w całkowitej sprzedaży marki wynosi 51%, w tym w Europie Zachodniej i Środkowej 60%, zaś 22% na rynkach Europy Wschodniej i krajów ościennych (Izraela, Turcji, Kazachstanu, Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu).

Z bardzo dobrym przyjęciem klientów spotkała się Corolla w wersjach Hatchback i TS Kombi, których gama napędowa obejmuje dwa układy hybrydowe – 122-konny z silnikiem 1,8 l oraz 184-konny, oparty na silniku 2,0 l. Strategia wprowadzenia do oferty dwóch napędów hybrydowych o różnej mocy i charakterystyce zaowocowała 84-procentowym udziałem hybryd w sprzedaży Corolli Hatchback i TS Kombi (89 835 egz.). Corolla Sedan jest po raz pierwszy dostępna z napędem hybrydowym, który odpowiada za około połowę sprzedaży tej wersji nadwozia (24 091 egz.). Udział napędu hybrydowego w sprzedaży nowej Toyoty C-HR wynosi prawie 90%. W Europie Zachodniej i Środkowej napęd hybrydowy odpowiada za 80% sprzedaży SUV-a RAV4.

Wyniki sprzedaży Toyoty od stycznia do września 2019 roku

 

Toyota Motor Europe 838 691
 
TOYOTA 775 201
AYGO 78 530
Yaris (łącznie) 177 538
  Yaris Hybrid 86 330
Corolla (łącznie) 158 579
  Corolla Hybrid 113 926
Corolla HB i TS Kombi (łącznie) 106 835
  Corolla HB i TS Kombi Hybrid 89 835
Corolla Sedan (łącznie) 51 744
  Corolla Sedan Hybrid 24 091
Toyota C-HR (łącznie) 106 632
  Toyota C-HR Hybrid 94 536
Avensis 1 242
Rodzina Priusa 16 974
Prius 4 240
Prius+ 10 731
Prius Plug-in Hybrid 2 003
Mirai 220
Camry (łącznie) 37 997
  Camry Hybrid 5 870
GT86 787
RAV4 (łącznie) 107 633
  RAV4 Hybrid 75 168
Highlander 1 159
Land Cruiser 32 500
Hilux 28 563
PROACE 21 844
Inne modele 5 003

 

Brak biegłych, słaba jakość opinii – taka przyszłość może czekać frankowiczów w sądach

W sprawach frankowych często opinie biegłych są kluczowe. Już teraz sporządzanie ich trwa nawet do 6 miesięcy, a ten czas wciąż się wydłuża. Jeśli po ostatnim wyroku TSUE przybędzie pozwów, liczba biegłych może być niewystarczająca. Dodatkowo niskie stawki i opóźnienia w płatnościach zniechęcają do przyjmowania zleceń. Sądy uspokajają jednak, że opiniodawców nie zabraknie i będą posiłkować się nimi spoza właściwości miejscowej. Eksperci z kolei ostrzegają, że realnym zagrożeniem jest wydłużenie czasu trwania postępowań, a ewentualne powoływanie osób bez doświadczenia może wpłynąć na jakość ekspertyz.

Rozstrzygające opinie

W pozwach o zapłatę powód zobowiązany jest podać wartość przedmiotu sporu, czyli dokładną kwotę roszczenia, której dochodzi od banku. Może ona wynikać z nieważności umowy lub z wyeliminowania z niej postanowień dot. waloryzacji kredytu do franka szwajcarskiego i dotyczyć wyliczenia nadpłaty z powodu bezskuteczności klauzul indeksacyjnych lub denominacyjnych.

– Bardzo często strony podnoszą w pozwach konieczność ustalenia całkowitego kosztu kredytu i rzeczywistej rocznej stopy procentowej. Wnoszą o opisanie obiegu środków finansowych, jakie towarzyszyły udzieleniu kredytu indeksowanego czy denominowanego do CHF. Niejednokrotnie wymagane jest też przedstawienie czynników wpływających na zmiany kursów walut oraz na wysokość spreadu stosowanego przez rynek walutowy – mówi Krzysztof Michrowski, wpisany na listę biegłych sądowych z dziedziny bankowości i inżynierii finansowej przy Sądzie Okręgowym w Warszawie.

Ponadto w niektórych przypadkach trzeba ustalić, czy np. zawarte przez pozwany bank transakcje na instrumentach pochodnych mogły służyć finansowaniu kredytu waloryzowanego do CHF. Do przeprowadzenia tego typu analiz konieczne jest posiadanie specjalistycznej wiedzy z zakresu bankowości, finansów oraz matematyki finansowej. W tym celu należy powołać biegłego sądowego.

– Oczywiście sprawy mogą toczyć się bez opinii biegłych. Sądy zlecają sporządzenie ich, gdy same uznają to za niezbędne do rzetelnego podejmowania decyzji. Wyniki ekspertyz są dla nich merytorycznym wsparciem przy wydawaniu orzeczeń – wyjaśnia Mariusz Śliwiński, wpisany na listę biegłych sądowych przy Sądzie Okręgowym w Poznaniu oraz przy Sądzie Okręgowym w Warszawie.

Czas to nie pieniądz

Jak podkreśla Krzysztof Michrowski, proces tworzenia opinii jest bardzo skomplikowany i czasochłonny. Samo wyliczenie wartości przedmiotu sporu dla wprawionego biegłego, dysponującego stworzonymi przez siebie arkuszami kalkulacyjnymi, trwa około tygodnia. W bardziej skomplikowanych przypadkach dotyczących funkcjonowania rynku walutowego i roli banku jako jego uczestnika, może zająć nawet dwa miesiące.

– Do pracy biegłego należy zapoznanie się z aktami sprawy. W przypadku kredytów CHF to może być od 2 do 10 tomów, z których każdy jest dzielony na 200 kart. Na podstawie tych dokumentów należy udzielić jak najbardziej obiektywnych odpowiedzi na pytania zadane przez sąd. Często trzeba też przeprowadzić wiele bardzo szczegółowych obliczeń, np. z pomocą arkusza kalkulacyjnego. Przygotowanie opinii zajmuje od 50 do nawet 150 godz. Przeciętnie trwa ok. 100 godzin – zaznacza Mariusz Śliwiński.

Natomiast Krzysztof Michrowski informuje, że obecnie postępowanie sądowe w sprawie kredytu frankowego może trwać od ok. 2 do 3 lat. Biegli z zakresu bankowości, których jest w Polsce relatywnie niewielu, otrzymują wciąż nowe zlecenia opracowania opinii, a czas na ich sporządzenie wynosi nawet do 6 miesięcy. Ekspertów zniechęca relatywnie niskie wynagrodzenie w stosunku do specjalizacji i zakresu podejmowanych czynności. Można zatem przewidywać, że po głośnym wyroku TSUE, który daje frankowiczom pewnego rodzaju nadzieję, liczba biegłych zajmujących się tego typu sprawami okaże się niewystarczająca.

– Już teraz sądy są bardzo mocno obciążone liczbą opinii do sporządzenia. Stawki za ich wydawanie nie są podnoszone od wielu lat. Do tego trzeba dodać, że często występują znaczące opóźnienia w płatnościach. Bywa, że biegły czeka nawet ponad pół roku na swoje wynagrodzenie, a wcześniej musi opłacić podatki. Jest to mocno zniechęcające do tego typu pracy. Trudno godnie z niej żyć i tylko na niej się koncentrować. Dla wysokiej klasy specjalistów często pozostaje ona pewnego rodzajem misji społecznej – przyznaje Mariusz Śliwiński.

Wystarczające zasoby?

Na listach, które prowadzą prezesi sądów okręgowych, biegłych legitymujących się specjalizacją z zakresu finansów jest ok. 900, z rachunkowości – blisko 1000, zaś z dziedziny bankowości – w przybliżeniu 200. Występują różnice w liczbie ww. ekspertów ustanowionych przy poszczególnych sądach. Jak podaje Ministerstwo Sprawiedliwości, do wydania opinii sąd może powołać osobę, która posiada wiadomości specjalne, istotne dla jej rozstrzygnięcia, zatem nie tylko osobę pełniącą funkcję biegłego sądowego.

– Na liście biegłych z dziedziny finansów i bankowości Sądu Okręgowego w Łodzi figuruje dziewięć osób. Nic nie wskazuje na to, aby ich liczba była niewystarczająca. W zależności od sytuacji sąd może też zlecić wykonanie opinii ekspertowi z innego sądu okręgowego lub powołać biegłego ad hoc – stwierdza SSO Monika Pawłowska-Radzimierska, tamtejszy rzecznik prasowy ds. cywilnych.

Z kolei sędzia Marcin Kołakowski, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego Warszawa-Praga, uważa, że liczba biegłych z zakresu finansów i bankowości, wpisanych na listy prezesów sądów okręgowych nie stanowi problemu. W przypadku znacznego wzrostu tego typu spraw można zwracać się do innych specjalistów, np. biegłych rewidentów czy profesorów wyższych uczelni ekonomicznych.

– Z moich obserwacji wynika, iż kolejki w sądach już teraz są duże i cały czas rosną. To, że ktoś jest wpisany na listę biegłych w jednym czy w drugim sądzie lub pracuje na uczelni, wcale nie oznacza, że będzie chciał się zająć tego typu sprawami i ma ku temu wystarczające kompetencje. Być może w przyszłości będzie potrzebne rozwiązanie systemowe tego problemu – zauważa Mariusz Śliwiński.

Brak ryzyka?

Zdaniem Tomasza Buczka, Sekretarza Generalnego Polskiego Stowarzyszenia Rzeczoznawców i Biegłych Sądowych, nie powinniśmy ulegać panice, że zabraknie specjalistów. Wyrok w sprawie tzw. frankowiczów uprościł procedury przeliczenia kredytów. Oznacza to, że nie są potrzebni wyłącznie biegli z zakresu prawa bankowego. Sądy mogą posiłkować się opiniami innych ekspertów, np. z dziedziny rachunkowości, finansów czy ekonomii, jak również mają możliwość korzystania z instytutów, które są uprawnione do wydawania opinii. Ważne jest to, aby wybrany człowiek bądź podmiot mógł prawidłowo wykonać ekspertyzę i dostarczyć dowody w sprawie. Jednak nie wszyscy biegli podzielą to zdanie.

– W mojej opinii, biegły powinien specjalizować się w bankowości i finansach lub w rachunkowości bankowej i matematyce finansowej. Ponadto bardzo przydatne jest doświadczenie stricte bankowe. Istotna jest znajomość produktów kredytowych, w tym jego składowych parametrów. Nie każdy ekspert posiada takie doświadczenie, a źle napisaną opinię bardzo łatwo jest podważyć. Pozwów kredytowych przybywa, a liczba biegłych jest ograniczona. To może znacznie wydłużyć czas trwania procesu sądowego, a powoływanie osób bez doświadczenia i specjalistycznej wiedzy niewątpliwie wpłynie na jakość przygotowywanych opinii – ostrzega Krzysztof Michrowski.

Według sędzi Sylwii Urbańskiej, rzecznika prasowego ds. cywilnych Sądu Okręgowego w Warszawie, w razie znaczącego wzrostu wpływu spraw rzeczywiście istnieje ryzyko, że liczba biegłych będzie niewystarczająca. Obecnie trudno przewidzieć, ilu ich może brakować np. za kilka miesięcy. Zależeć to będzie od tego, jak wiele pozwów dotyczących kredytów indeksowanych czy denominowanych do franka szwajcarskiego wpłynie do sądów. Znaczenie będzie miało też to, czy w danej sprawie w ogóle będzie dopuszczany dowód z opinii biegłego. Dotychczas nie w każdym tego typu przypadku występował.

Energetyka napędzana przez innowacje

Innowacje i nowe technologie to dziś główna siła napędzająca rozwój energetyki. Wykorzystanie innowacyjnych rozwiązań pochodzących z różnorodnych sektorów rynku pozwala tej branży m.in. na zwiększenie konkurencyjności, uzyskiwanie dodatkowych źródeł przychodu, optymalizację kosztów czy podnoszenie jakości produktów i usług.

Raport „Innowacje dla Energetyki. Kierunki Rozwoju Innowacji Energetycznych”, wydany przez Ministerstwo Energii, jako jeden z celów wdrażania innowacji w energetyce wskazuje zwiększenie konkurencyjności polskiego sektora energii, do którego z kolei przyczyniają się m.in. stałe podnoszenie zaawansowania technologicznego czy jakości jego funkcjonowania oraz optymalizacja wykorzystania  zasobów, którym on dysponuje. By osiągnąć te założenia, firmy z branży energetycznej mogą sięgać po innowacyjne technologie i ich aplikacje z różnych sektorów rynku – od IT po space-tech. –  Sektor kosmiczny jest przykładem gałęzi przemysłu, dostarczającej innowacyjnych technologii, które odpowiednio zaadaptowane, mogą usprawniać pracę podmiotów z sektora energetycznego zajmujących się zarówno konwencjonalnymi, jak i niekonwencjonalnymi źródłami energii – komentuje Jędrzej Kowalewski, prezes spółki Scanway.

Setki tysięcy oszczędności dla farm wiatrowych

Jako przykład technologii tworzonych na potrzeby sektora kosmicznego, możliwych do zastosowania w energetyce, można podać systemy wizyjne i pomiary 3D, konkretniej np. laserową kontrolę stanu turbin wiatrowych. Scanway wykorzystując swoje know-how z zakresu projektowania optyki na potrzeby projektów kosmicznych, w tym budowy we współpracy z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju polskiego satelity ScanSAT, przygotował takie aplikacje m.in. dla Zakładów H. Cegielski – Poznań S.A. Autorskie systemy pomiaru trójwymiarowego spółki pozwoliły na precyzyjne określenie ubytków i niedokładności mechanicznych w korpusach przekładni turbin wiatrowych. Zestaw skanerów 3D umożliwił zaawansowaną optymalizację procesu remontowego oraz prowadzenia prac serwisowych.

Taka optymalizacja procesu serwisowania oznacza skrócenie przestojów
i przekłada się na konkretne liczby – w przypadku farmy
wiatrowej składającej się z 50 turbin, oszczędności z niej wynikające mogą wynosić nawet do 200 tys. zł rocznie – komentuje Kowalewski.  Zakłady H. Cegielski to nie jedyna firma korzystająca z rozwiązań Scanway – firma współpracowała również ze spółkami kapitałowymi PGE – Naszą ofertę dedykujemy podmiotom, które na branżę energetyczną patrzą przez pryzmat odpowiedzialności, niezawodności i innowacji. Rozwiązania Scanway prezentujemy m.in. na  branżowych wydarzeniach, w tym na  V Kongresie Energetycznym oraz Kongresie Nowego Przemysłu, gdzie spotkały się one z dużym zainteresowaniem – dodaje CEO wrocławskiej spółki.

Z kosmosu do polskiej energetyki

Z aplikacji technologii pochodzących z branży space-tech mogą korzystać nie tylko farmy wiatrowe. Wspominany już Scanway, pracuje nad technologią monitorowania składu węgla w kopalniach z użyciem technologii stosowanej przez NASA na Marsie. Takie rozwiązanie wsparłoby środowiska polskiej energetyki konwencjonalnej, ponieważ w sposób pośredni pozwala znacznie zmniejszyć emisję szkodliwych substancji przy produkcji energii.

Energetyce może przysłużyć się również rozwój polskich satelitów i obserwacji zdalnych. Przykładowo prace nad satelitą ScanSAT, który planowo ma znaleźć się na orbicie na przełomie 2020 i 2021 roku, doprowadziły do opracowania przez Scanway precyzyjnego, zminiaturyzowanego układu optycznego, który zamontowany na dronach może być wykorzystywany np. w detekcji wycieku gazów, monitorowaniu stanu sieci energetycznych lub kopalni odkrywkowych.

Takie wykorzystanie innowacyjnych technologii bezpośrednio wpływa na unowocześnianie się polskiego sektora energii na wielu płaszczyznach jego funkcjonowania – od pozyskiwania surowca, przez jego przesył, zarządzanie zużyciem czy też optymalizację kosztową, przekładającą się na wdrażanie konkurencyjnych modeli biznesowych w energetyce.

Integracja branży energetycznej z branżami pozornie jej dalekimi, jak właśnie space tech, i aplikacje proponowanych przez nie innowacji przyczyniają się do zwiększenia efektywności procesu wytwarzania i wykorzystania energii – komentuje Jędrzej Kowalewski. Mogą się też przyczynić do niezakłóconego funkcjonowania systemu energetycznego, co w skali makro może przekładać się na podnoszenie bezpieczeństwa energetycznego, jakości oferty całej branży oraz jej konkurencyjności.

Innowacje tak, ale skąd?

Źródłem innowacji dla branży energetycznej mogą być rozwiązania tworzone przez firmy działające w różnej skali i w różnych sektorach rynku, choć najwięksi gracze
z sektora szczególną uwagę przywiązują do startupów. Przykładowo w ramach grupy PGE powołany został PGE Ventures, fundusz Venture Capital, którego celem jest inwestowanie w start-upy, z kolei PGNIG utworzyło inkubator technologiczny InnVento wspierający rozwój
star­tu­pów z branży ener­ge­tycz­nej oraz poszu­ki­wa­nie nowych tech­no­lo­gicz­nych roz­wią­zań dla branży. Innym przykładem jest powstanie spółki-córki Energa – firmy Enspiron, która działa w obszarze tworzenia rozwiązań dla nowoczesnej energetyki. Szczególne znaczenie dla przepływu technologii między różnymi sektorami przemysłu ma ich otwartość na nowe rozwiązania, nawet jeśli nie mają one między nimi przełożenia 1:1, a wymagają odpowiedniego zaadaptowania i przygotowania indywidualnych ich aplikacji. – W naszym przypadku i technologii związanych z sektorem kosmicznym się to sprawdza – czerpiąc z know-how ze zrealizowanych projektów przekładamy rozwiązania „kosmiczne” na potrzeby przemysłu, w tym energetycznego – podsumowuje Jędrzej Kowalewski. Przykłady te pokazują, że wykorzystanie innowacji i nowych technologii w energetyce to szeroki obszar, który rokuje na jej dalszy dynamiczny rozwój.

CSR 2.0, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu ważniejsza niż kiedykolwiek

Jak być społecznie odpowiedzialnym? To pytanie zadaje sobie wielu przedsiębiorców, którzy chcą nie tylko z powodzeniem prowadzić biznes, ale także brać odpowiedzialność za swoje działania i wprowadzać zmiany, które będą mieć większe znaczenie. CSR, czyli Corporate Social Responsibility nie jest w Polsce nowym zjawiskiem. Udział w akcjach charytatywnych, organizowanie pomocy np. dla lokalnej społeczności, itp. znalazło stałe miejsce w polityce nie tylko największych korporacji, ale i mniejszych firm.  Jeżeli takie postępowanie jest powszechne, to, czy ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie i przynosi pozytywne skutki? Okazuje się, że CSR nadal  jest potrzebny, jednak dzisiaj coraz częściej przyjmuje postać dbania o sustainability. To model zarządzania przedsiębiorstwem, który zakłada zrównoważony rozwój firmy. Ta, która funkcjonuje zgodnie z tą polityką, skupia się nie tylko na ekologii i zmniejszeniu swojego negatywnego wpływu na środowisko, ale także na odpowiedzialnym podejściu do pracowników i tworzeniu rozwiązań, z których może czerpać całe społeczeństwo. Dobrze dobrana strategia CSR 2.0 marki niesie korzyści dla wszystkich i nie można ukrywać, że po prostu danej firmie się opłaca.

CSR: wymóg biznesowy XXI wieku

Doświadczenie wielu marek pokazuje, że prowadzenie działalności nastawionej jedynie na zysk w pewnym momencie obraca się przeciwko firmie, a w dzisiejszych czasach po prostu na dłuższą metę paradoksalnie się nie opłaca. W wielu przypadkach w ogóle nie jest również możliwe. Przedsiębiorstwa, szczególnie korporacje i wielkie zakłady, na które są zwrócone oczy wszystkich, czują presję, by po pierwsze, zniwelować swój negatywny wpływ na środowisko naturalne, a co więcej, by podejmować działania, które przedłużą życie naszej Planecie i pomogą ludziom, którzy cierpią z powodu zmian klimatycznych. Tego oczekują klienci, interesariusze, całe społeczności. Globalizacja oprócz oczywistych negatywnych skutków, przyniosła także „modę” na pomaganie. Niesienie pomocy dla potrzebujących jest kluczowe we współczesnym świecie, ale nie można także ukrywać, że jest dobrze widziane. Szczególnie w przypadku firm, które mogą sobie pozwolić na pomoc finansową czy oferowanie swoich usług pro bono. Tutaj panuje po prostu zasada: stać Cię, a nie pomagasz, to jesteś tym złym.

Niesienie pomocy przez biznes stało się obecnie ważniejsze niż kiedykolwiek. W Intrum od dawna pracujemy zgodnie z zasadami sustainability. Co ważne, podejmowane przez nas inicjatywy, bardzo często są proponowane przez samych pracowników. Dlaczego to ważne? Uważamy, że firma nie może po prostu narzucić pracownikom polityki zrównoważonego rozwoju i postanowić, że od poniedziałku będzie działać fair, w trosce o społeczeństwo czy środowisko. Podejmowane działania powinny zdobyć akceptację zespołu i być w zgodzie z tożsamością i wartościami danej marki. Nikt nie uwierzy, że firma X chce nieść pomoc i czynić realne zmiany czy to w swoim otoczeniu, czy to globalnie, jeżeli ma zupełnie odmienny wizerunek, jest znana z tego, że źle traktuje pracowników lub nie liczy się z konsekwencjami środowiskowymi swojej działalności. Dlatego przedsiębiorstwo, dla którego ważny jest CSR i szerzej – dbanie o zrównoważony rozwój – musi podejść kompleksowo do sprawy. Nie wystarczą pojedyncze akcje, a długofalowy plan działania, który jest nastawiony na konkretny cel. Firma, która chce być odpowiedzialna społecznie, powinna mieć na stałe wpisaną taką postawę w swój model biznesowy – komentuje Iwona Żurawska, Dyrektor HR w Intrum.

Tak robi Intrum. Świetnym przykładem jest Annual and Sustainability Report 2018, czyli dokument, w którym jest zapisana strategia firmy dotycząca dbania o środowisko, potrzeby pracowników i niesienia pomocy dla społeczeństwa. Grupa Intrum pokazuje w nim również, jakie inicjatywy w tych obszarach podjęła w danym roku i planuje w kolejnych miesiącach, zarówno na poziomie globalnym, jak i lokalnie, jeżeli chodzi o 25 krajów w całej Europie, w których marka jest obecna.

Pomaganie jest proste i nie kosztuje wiele

Zdarza się, że wiele firm przed pomaganiem i byciem odpowiedzialnym społecznie powstrzymuje obawa, że takie działania wymagają sporo czasu, a także podjęcia wielu dodatkowych środków, również tych finansowych. Nic bardziej mylnego, ponieważ w tym przypadku od skali pomocy, bardziej liczy się efekt, a jak dodaje Iwona Żurawska, największą „siłę rażenia” mają działania podejmowane lokalnie, bo przynoszą realną pomoc w krótkim czasie.

– Jeżeli chodzi o pomoc dla najbardziej potrzebujących, skupiamy się na lokalnych społecznościach, fundacjach, firmach, itp. Nasi pracownicy ze wszystkich lokalizacji, w których działamy (Warszawa, Wrocław, Białystok), angażują się np. w zbiórki pieniędzy dla tych mniej uprzywilejowanych lub po prostu dla osób, które znalazły się w ciężkiej sytuacji życiowej, miejscowych schronisk dla zwierząt, itp. Działając w ten sposób, widzimy, kto w naszym otoczeniu potrzebuje pomocy, ponieważ znamy sytuację naszych „sąsiadów”. Możemy także na bieżąco kontrolować podejmowane przez nas kroki
i sprawdzać, czy przynoszą efekty.

Pracodawco, nie zapominaj o pracownikach!

CSR 2.0 lub troska o zrównoważony rozwój, oznacza również dbanie o pracowników. Nie chodzi jednak tylko o działania employer brandingowe, czy o spełnianie potrzeb obecnych czy potencjalnych pracowników. Ważne jest także zachęcenie zespołu np. do wyrobienia w sobie odpowiednich nawyków, by ludzie sami chcieli podejmować działania, chociażby na rzecz środowiska czy pomocy innym, by wiedzieli, że jest to ważne. Inną kwestią jest dbanie o właściwą komunikację z zespołem i regularne podejmowanie takich kroków, dzięki którym pracownicy danej firmy będą tworzyć zgraną grupę, która efektywnie pracuje.

Działania employer brandingowe, ukazujące daną firmę, jako atrakcyjnego pracodawcę, dbającego o dobro pracowników, muszą zostać uzupełnione o tematy, które są ważne dla pracowników, np. stawianie na ekologię w miejscu pracy
i podejmowanie szeregu działach pokazujących, że dana marka postępuje etycznie, ma jasno określony kodeks postępowania i go przestrzega, dba o przejrzystość zasad prowadzenia biznesu, postępuje fair z partnerami biznesowymi, podwykonawcami. Przy tym nie należy zapominać, że tworzenie komfortowego miejsca pracy dla wszystkich pracowników oraz dawanie im możliwości rozwoju i zdobywania kolejnych umiejętności, to podstawa, dla każdego pracodawcy, który chce działać zgodnie z filozofią CSR 2.0 –
zaznacza Iwona Żurawska, Dyrektor HR w Intrum.

Zrównoważony rozwój firmy to również stawianie na budowanie zespołu zróżnicowanego pod względem płci i wieku. Różnorodność jest wartością samą w sobie, a w miejscu pracy wpływa pozytywnie na pracę zespołu, jego motywację,  podejście do rozwiązywania problemów, itp. Dbanie o prawa człowieka, godne warunki pracy i szacunek dla pracowników, to zresztą oczywiste kwestie.

Ile zyskamy?

Benefitów dla samej firmy wynikających z dobrze przygotowanej strategii CSR jest tyle, ile pomysłów ma dana organizacja na ich zrealizowanie. W każdym przypadku jednak firma zyskuje w oczach pracowników – obecnych i przyszłych, także swoich klientów. Zdobywa kolejne narzędzie, dzięki którym może zawalczyć o konkurencyjność rynkową. Każde działanie wymaga jednak wyczucia oraz znajomości firmy na tyle, aby ocenić, jakie rozwiązania może wdrożyć w życie i jak zostaną one odebrane przez społeczeństwo, otoczenie biznesowe i przede wszystkim potencjalnych beneficjentów.

Korzyści, jakie będzie czerpać firma z bycia odpowiedzialną społecznie, są ważne, jednak główny celem podejmowania działań z obszaru CSR czy sustainability powinna być chęć dokonywania zmian, które mają znaczenie dla społeczeństwa, gospodarki, środowiska i tworzenie nowych rozwiązań, które w jakimś wymiarze ułatwiają życie innym. Taki jest kierunek,
w którym podążają zachodnie firmy z rozwiniętych społeczeństw. Dla nich nie liczy się już tylko pogoń za zyskiem. Chcą czegoś więcej. Chcą stawać się „lepsze” dla siebie, innych, dla społeczeństwa.

Co wyrok TSUE oznacza dla banków i kredytobiorców?

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej przesądził o kluczowych zagadnieniach, związanych z kredytami we frankach. Orzekł, że niezgodne z prawem zapisy o kursach walut – które znalazły się w umowach, są podstawą do unieważnienia ich. Jednocześnie w orzeczeniu widzimy zapis, że na wyrok ten może się powoływać konsument, dochodzący swoich spraw. Otrzymaliśmy więc mocne narzędzie, dzięki któremu wszyscy klienci decydujący się na rozprawę w sądzie mogą walczyć o unieważnienie swojej umowy kredytowej. Trzeba jednak pamiętać, że wyrok ten wskazuje unieważnienie jako jedyną słuszną drogę rozwiązania tych spraw. Eliminuje to więc możliwość ubiegania się o rozwiązanie: złotówki oparte o stopę LIBOR, o którym to rozwiązaniu rozpisywały się media przed ogłoszeniem wyroku. Dla kredytobiorców oznacza to większą pewność przy składaniu pozwów. Wciąż jednak muszą liczyć się z paroletnią batalią sądową.

Barbara Garlacz, radczyni prawna
Barbara Garlacz, radczyni prawna

– TSUE w wyroku numer C260/18 przesądził podstawową ścieżkę orzeczniczą, którą jest unieważnienie umowy. Należy się więc spodziewać, że sądy będą dążyły do rychłego zamykania tych spraw. Z drugiej jednak strony wzrasta liczba klientów, pozywających swoje banki – co spowoduje przedłużanie procesów sądowych. Trzeba więc przygotować się na 3 lub 4 lata walki – powiedziała serwisowi eNewsroom Barbara Garlacz, radczyni prawna. – Kredytobiorcy mogą liczyć na to, że za trzy lata banki zaczną siadać do rozmów ugodowych. W tej chwili nie będą chciały rozmawiać o ugodach – na razie obserwują, jak orzeczenie TSUE będzie implementowane przez sądy powszechne. A to wydarzy się dopiero wtedy, gdy pojawią się orzeczenia Sądu Najwyższego i sądów apelacyjnych – które będą dla sądów powszechnych definitywnie wiążące. Na te orzeczenia poczekamy jeszcze ponad dwa lata. Wtedy zobaczymy, jak zachowają się banki. Możliwe, że po kilkudziesięciu przegranych sprawach zdecydują się na ugody z klientami – przewiduje Garlacz.

Po informacji o zniesieniu wiz do USA wzrosło zainteresowanie Polaków lotami za ocean. Zwiększy się liczba połączeń, a bilety będą tańsze

Po informacji o zniesieniu wiz do USA wzrosło zainteresowanie Polaków lotami za ocean. Zwiększy się liczba połączeń, a bilety będą tańsze 12

Stany Zjednoczone są trzecią po Francji i Hiszpanii najchętniej odwiedzaną destynacją przez turystów na świecie. W przypadku polskich turystów nie ma ich nawet w dwudziestce najpopularniejszych kierunków. Dzięki zniesieniu wiz zainteresowanie podróżami do USA znacznie wzrośnie. Już zaraz po zapowiedzi zniesienia wiz Polacy szukali lotów do Stanów Zjednoczonych trzykrotnie częściej niż weekend wcześniej. Na zniesieniu wiz skorzystają polskie i amerykańskie biura turystyczne. Zwiększy się też liczba połączeń.

– Zniesienie wiz zdecydowanie zwiększy zainteresowanie polskich turystów Stanami Zjednoczonymi. USA są trzecią po Francji i Hiszpanii najchętniej odwiedzaną destynacją przez turystów na świecie. W przypadku polskich turystów, za sprawą ograniczeń wizowych i wysokich kosztów wyjazdów, nie ma ich nawet w dwudziestce. A Polacy podróżują coraz więcej i dalej, więc potencjał tego rynku jest duży. Zresztą sama zapowiedź zniesienia wiz spowodowała wzrost wyszukiwania ofert przelotów do Stanów Zjednoczonych kilkukrotnie – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Daniel Puciato, prof. WSB, menedżer kierunku turystyka i rekreacja w Wyższej Szkole Bankowej we Wrocławiu.

Polacy z roku na rok coraz więcej podróżują. GUS podaje, że na wyjazdy w 2018 roku Polacy wydali 72,5 mld zł, o blisko 10 proc. niż rok wcześniej. W czołówce znajdują się przede wszystkim kraje europejskie i północnej Afryki. Coraz chętniej decydujemy się na dalsze wyjazdy, wśród najpopularniejszych kierunków brakuje jednak Stanów Zjednoczonych. Informacja o zniesieniu wiz przy podróżach do 90 dni może to zmienić. Już teraz, jak wynika z danych wyszukiwarki Kayak.pl, w pierwszych dniach po zapowiedzi, Polacy szukali lotów do USA o 319 proc. częściej niż weekend wcześniej. W 2019 roku to 27 proc. więcej niż w ubiegłym roku.

– W wyniku zniesienia wiz nastąpi zarówno wzrost zainteresowania turystów wyjazdami do Stanów Zjednoczonych, jak i wzbogacenie oferty turystycznej w tym kierunku, dlatego że korzyści z tego tytułu dla branży turystycznej są bezsprzeczne. Nastąpi wzrost obrotów biur podróży, które organizują wyjazdy w kierunkach amerykańskich oraz przewoźników z Polski. Będą zatem pozytywne skutki, zarówno dla turystyki biznesowej, kulturowej, jak i wypoczynkowej – ocenia dr hab. Daniel Puciato.

Polskie Linie Lotnicze LOT już zapowiedziały, że w 2020 roku uruchomią kolejne, dziewiąte już połączenie ze Stanami Zjednoczonymi. W sierpniu przyszłego roku zostaną zainaugurowane loty między Polską a Kalifornią. Także linie American Airlines zapowiedziały już uruchomienie bezpośredniego lotu na trasie Chicago–Kraków. Wzrosty sprzedaży mogą zanotować biura podróży, będzie można np. połączyć zwiedzanie USA z Karaibami.

– W Stanach Zjednoczonych mieszka 10 mln ludzi polskiego pochodzenia. Zniesienie wiz w związku z tym również zmniejszy problemy, które się wiążą z odwiedzaniem tychże osób – zaznacza ekspert.

Zniesienie wiz sprawi, że wyprawy do USA będą znacznie tańsze. Zamiast wizy i wydania 160 dol. wystarczy 14 dolarów na zarejestrowanie się w ESTA (konieczne przed wyjazdem do Stanów). Wstępne zapowiedzi LOT wskazują, że przewoźnik będzie chciał zwiększyć liczbę dostępnych miejsc w już latających samolotach. To z kolei może oznaczać spadek cen biletów.

– Początkowo na skutek dużego zainteresowania turystów tamtym kierunkiem nie spodziewałbym się obniżki cen, ale stopniowo, wraz ze wzrostem oferty, wraz ze stabilizacją popytu można się spodziewać lekkiej obniżki. Natomiast pamiętajmy, że Stany Zjednoczone są bardzo drogą destynacją, wielkość wydatków turystycznych jest tam największa na świecie i w ubiegłym roku wyniosła ponad 210 mld dol., czyli w przeliczeniu na jednego turystę jest to niemal 11 tys. zł – przypomina dr hab. Daniel Puciato.