Pracodawcy o budżecie państwa na 2020 rok

Projekt ustawy budżetowej na 2020 roku jest zdecydowanie projektem historycznym. Pierwszy bowiem raz po 1989 roku rząd zaproponował budżet zbilansowany, tj. taki, w którym suma wpływów jest równa sumie wydatków. Brak zaplanowanego deficytu budżetowego jest zjawiskiem bezprecedensowym, które należy ocenić zdecydowanie pozytywnie. Do tej pory, kilkadziesiąt miliardów złotych deficytu było niemal pewnym elementem każdego kolejnego budżetu państwa. Godne podziwu jest zatem, że przy tak rozbudowanej polityce socjalnej, rządowi udało się zrównoważyć wpływy i wydatki. Jest to o tyle istotne, że również w ciągu ostatnich kilku lat, które były okresem doskonałej koniunktury gospodarczej, kolejne budżety cechowały się stosunkowo niewielkimi, ale jednak deficytami.

W tym samym czasie, inne państwa europejskie, takie jak choćby Niemcy, generowały nadwyżki budżetowe. Przerwanie tej swoistej „tradycji” deficytowego budżetu oceniamy jednoznacznie pozytywnie i uważamy za wielki krok w dobrą stronę w zakresie generalnie dyskusji o gospodarce finansowej państwa. Szanując regułę wydatkową i przygotowując budżet bez deficytu, rząd wysłał jasny sygnał, istotny również z punktu widzenia oceny następnych ekip u władzy: powinniśmy wydawać tyle, ile „zarabiamy” z tytułu podatków i z innych źródeł, a co najmniej absolutnie minimalizować deficyt. Jednocześnie, wątpliwych pozostaje przynajmniej kilka źródeł wpływów do budżetu, które pomogły sformułować zrównoważony budżet. Niektóre jego aspekty mogą budzić zaniepokojenie przedsiębiorców.

Negatywnie trzeba ocenić zaplanowaną w projekcie budżetu likwidację tzw. limitu 30-krotności. Do tej pory, pracownik który wygenerował w ciągu roku dochód wyższy, niż 30-krotność przeciętnego prognozowanego wynagrodzenia za pracę, po osiągnięciu tego pułapu przestawał opłacać składki na ubezpieczenia społeczne. Taka konstrukcja ma dwojakie uzasadnienie. Po pierwsze, możemy przypuszczać że osoby zarabiające relatywnie dobrze będą bardziej skłonne do prywatnego oszczędzania środków na emeryturę we własnym zakresie. Między innymi do realizacji tego potencjału przeznaczony jest III filar emerytalny w postaci Indywidualnych Kont Emerytalnych czy Indywidualnych Kont Zabezpieczenia Emerytalnego. Obowiązujący limit 30-krotności pozwala wygenerować pewien zapas środków, który może zostać przeznaczony na prywatne oszczędności emerytalne. Po drugie zaś, limit ten stanowi zabezpieczenie dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, a pośrednio również budżetu państwa. W ramach bowiem obowiązującego w tej chwili systemu, wysokość emerytur uzależniona jest od kwoty składek wpłaconych w ciągu lat aktywności zawodowej do systemu, oraz od prognozowanej przez GUS długości życia. Tym samym, teoretycznie, im więcej ktoś do systemu wpłacił, tym wyższą powinien mieć emeryturę.

W przypadku osób zarabiających relatywnie wysokie sumy, system taki, pozbawiony limitu 30-krotności, rodziłby ryzyko konieczności wypłaty bardzo wysokich emerytur w przyszłości. Byłoby to niebezpieczne nie tylko z uwagi na kondycję finansową FUS (zwłaszcza wziąwszy pod uwagę aktualne prognozy finansowe Funduszu), lecz również budżetu państwa, ponieważ w przypadku, w którym środki zgromadzone w FUS nie wystarczają na bieżącą wypłatę emerytur, Fundusz jest zasilany przez budżet państwa. Mimo zatem, że stanowi osobną jednostkę organizacyjną, jego kondycja finansowa ma bezpośrednie przełożenie na kondycję państwa. Likwidację limitu 30-krotności oceniamy zatem, tak samo jak wielokrotnie robiliśmy to w przeszłości, zdecydowanie negatywnie. Potencjalne wpływy z tytułu zlikwidowania limitu szacowane są na ok. 5 mld zł. Wydaje się, że przedsiębiorcy spokojnie zaakceptowaliby korektę zapowiedzi budżetu bez deficytu, z uwagi na wycofanie się z tego szkodliwego dla Polski pomysłu.

Niebezpieczne wydaje się być również nagromadzenie programów socjalnych. O ile program 500+ w istotnym stopniu zredukował problem skrajnej biedy wśród rodzin z dziećmi w Polsce, o tyle w tym momencie mamy do czynienia z mnogością różnego rodzaju świadczeń, spośród których część się w projekcie budżetu znalazła (rozszerzenie 500+ na każde pierwsze dziecko, program „Dobry start”, tj. wyprawka dla dzieci i młodzieży szkolnej, program leki 75+), część została uchwalona już w tym roku (13. emerytura), a inne zostały dopiero zapowiedziane (13. i 14. emerytura jako coroczne świadczenia dla emerytów). W bieżącej, ciągle dobrej koniunkturze gospodarczej, realizacja tych zapowiedzi nie jest zagrożona. Pojawia się jednak niebezpieczeństwo, że w momencie, w którym gospodarka przestanie rozwijać się w tempie zgodnym z oczekiwaniami, państwo będzie skłonne głębiej sięgać do kieszeni podatników, w tym przede wszystkim przedsiębiorców i przedstawicieli klasy średniej, by finansować swoje propozycje. Jednym z tego przejawów może być omówiona już likwidacja limitu 30-krotności, jednak w kontekście propozycji zawartych w Wieloletnim Planie Finansowym, niebezpieczne wydaje się być również rozszerzenie obowiązku opłacania składek na ubezpieczenia społeczne na kolejne tytuły. Taki wzrost kosztów pracy, połączony z coraz bardziej intensywną presją płacową (zwłaszcza w kontekście zapowiedzi skokowej podwyżki minimalnego wynagrodzenia), musi przełożyć się na wzrost cen produktów i usług, a w konsekwencji niższą konkurencyjność polskich firm.

Nie sposób nie zauważyć, że w budżecie uwzględniona jest istotna obniżka klina podatkowego, złożona z kilku elementów, tj. zwolnienia z PIT dla pracowników do 26. roku życia, obniżki podstawowej stawki PIT do 17 proc., a także zwiększenie kosztów uzyskania przychodu. Jest to oczywiście kierunek pożądany. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców konsekwentnie popiera każdą inicjatywę, której celem jest zmniejszenie podatkowo-składkowego obciążenia wynagrodzeń.

Trudno jest przewidzieć, na ile realistyczne pozostają założenia makroekonomiczne służące projektodawcom do opracowania budżetu. Niespełna 10 proc. wzrost wpływów z tytułu VAT, stabilne wpływy z tytułu podatków dochodowych i akcyzy – nie ulega wątpliwości, że wartości te były szacowane przy założeniu, że polskiej gospodarki nie dotknie istotne spowolnienie. Nie sposób stwierdzić w tej chwili, na ile uzasadniony jest ten optymizm. Trzeba jednocześnie wziąć pod uwagę fakt, iż do tej pory pogarszające się nastroje w gospodarce niemieckiej nie wpłynęły w większym stopniu na dynamikę polskiego wzrostu.

Nie ulega wątpliwości, że pierwszy zbilansowany budżet po 1989 roku to bardzo dobra informacja. Trudno jest zaakceptować deprecjonowanie tego sukcesu, poprzez podkreślanie np. jednorazowego charakteru części wpływów. Oczywiście – niektóre z nich, takie jak opłata przekształceniowa z OFE, czy też wpływy z tytułu sprzedaży zezwoleń na emisję CO2 istotnie są wpływami incydentalnymi. Mamy jednak z takimi do czynienia bardzo często, z różnych tytułów, i jak do tej pory nie skutkowało to zbudowaniem budżetu, w którym suma wydatków byłaby wyrównana sumą wpływów. Jednocześnie, głosy krytyki należy wziąć pod uwagę o tyle, że zasadne byłoby wypracowanie długofalowej strategii bilansowania finansów państwa, z uwzględnieniem wielu ryzyk – zarówno przejściowych, jak i strategicznych – i sposobów ich neutralizowania. Budżet bez deficytu (bądź z deficytem minimalnym) nie powinien być wyjątkiem w długoletniej historii zadłużania państwa, lecz powinien stać się nowym stanem docelowym, pewnego rodzaju standardem, do którego rząd powinien co roku dążyć.

Deep learning w świecie e-marketingu

Nowe technologie często nazywa się rewolucyjnymi i przełomowymi dla danej branży. Reklamodawcy mają nieustannie do czynienia z różnego rodzaju innowacjami i muszą umieć rozpoznać wśród marketingowego żargonu nowości, które mogą zmienić zasady gry. Zaawansowane technologie, do których należy tzw. uczenie głębokie (ang. deep learning), są szczególnie trudne w ocenie. Romain Lerallut, dyrektor ds. inżynierii w Criteo, umieszcza tę technologię w szerszym kontekście i wyjaśnia jej znaczenie dla marketingu elektronicznego.

Czytając ostatnie publikacje dotyczące sztucznej inteligencji (SI) można odnieść wrażenie, że uczenie głębokie jest panaceum na wszystkie współczesne bolączki branży związanej z reklamą cyfrową. Najmłodsze dziecko w rodzinie SI może potencjalnie poprawić jakość prognoz, zwiększyć trafność przekazów oraz zredukować zjawisko ślepoty banerowej. Inżynier może zadać sobie pytanie, jakim cudem umknęła jego uwadze superszybka i niezwykle skuteczna technologia uczenia głębokiego, która zdążyła się już znacząco rozwinąć. Naukowcy poświęcili tej tematyce ponad 20 lat i osiągnęli sukcesy w wielu domenach, takich jak rozpoznawanie obrazu oraz obróbka tekstu i dźwięku.

Co jednak z branżą reklamową, która działa w czasie rzeczywistym i wykorzystuje bardziej zaawansowane dane niż piksele i ramki dźwiękowe? Na tę chwilę branża ta nie dysponuje architekturą referencyjną, która pozwoliłaby osiągać podobne rezultaty, jak w przypadku obrazu, tekstu i dźwięku. Badacze z wielu uniwersytetów i instytucji dopiero zaczynają współpracę w zakresie uczenia głębokiego, a publikowane prace naukowe z tej dziedziny zaczynają być wykorzystywane przy pracach projektowych. Jako dyrektor jednej z dużych firm z branży technologii reklamowych mam świadomość zarówno potencjału drzemiącego w uczeniu głębokim, jak i jego pułapek.

Narzędzie uniwersalne

Sposób, w jaki mówimy o uczeniu głębokim przypomina mi telewizyjne reklamy narzędzi uniwersalnych. Dowiadujemy się z nich, że takie narzędzie jest w stanie rozwiązać wszystkie problemy domowych majsterkowiczów. Szczerze mówiąc, w większości przypadków to prawda. Przyjrzyjmy się klasycznemu przykładowi takiego narzędzia, jakim jest szwajcarski scyzoryk, za pomocą którego można m.in. otworzyć butelkę, naprawić rowerowy łańcuch, dokręcić śrubkę itd. Współczesne narzędzie wielofunkcyjne może stać się niezastąpione i właśnie o to chodzi.

Wyobraźmy sobie jednak, że chcemy zbudować w sypialni garderobę. Aby zrealizować to zadanie, potrzebujemy nie tylko odpowiednich narzędzi, ale także dobrej jakości materiałów oraz wiedzy technicznej. Być może uda nam się zbudować garderobę samodzielnie przy użyciu narzędzia uniwersalnego, ale zawsze możemy zlecić to zadanie doświadczonemu fachowcowi. Obserwując go przy pracy, zauważymy, że używa wielu różnych narzędzi, korzysta z materiałów wysokiej jakości i stosuje w praktyce wiedzę teoretyczną i doświadczenie. Wie, jak wykorzystać posiadane narzędzia i zasoby i może wcale nie potrzebować narzędzia uniwersalnego, o ile nie widzi w jego zastosowaniu wartości dodanej.

Jaki z tego wniosek? Niezależnie od tego, jak zaawansowane jest nasze narzędzie uniwersalne, nie pozwala ono rozwiązywać skomplikowanych problemów. Uczenie głębokie jest prawdopodobnie najbardziej zaawansowaną podkategorią uczenia maszynowego, która idealnie nadaje się do takich zadań, jak rozpoznawanie obrazu. Jednak w przypadku bardziej złożonych kwestii, takich jak reklamy cyfrowe wymagające mnóstwa wysokiej jakości danych (materiałów) oraz lat doświadczenia, narzędzie wielofunkcyjne nie może być naszym jedynym asem w rękawie.

Czy uczenie głębokie zaburza rynek reklamy cyfrowej?

Aby ułatwić zrozumienie szans i wyzwań związanych z uczeniem głębokim w kontekście reklamy, postaram się w prostych słowach wyjaśnić, jak działa uczenie maszynowe i głębokie.

  • Uczenie maszynowe nadzorowane polega na uczeniu algorytmów analizy danych oraz ich kategoryzowania w celu zwiększenia skuteczności przewidywania. Dobrze znanym przykładem tej technologii jest filtr spamu w skrzynce e-mail, który wykrywa w korespondencji predefiniowane cechy spamu, takie jak zwroty „darmowe leki” lub „wygrałeś(aś) samochód”. W kontekście reklamy cyfrowej uczenie maszynowe potrafi przewidzieć prawdopodobieństwo kliknięcia baneru przez użytkownika. Człowiek konfiguruje cechy charakterystyczne i oczekuje wyniku w postaci etykiety „To jest spam” lub „Przewidywany współczynnik kliknięcia baneru przez tego użytkownika wynosi 0,8%”.
  • Uczenie maszynowe nienadzorowane służy do rozpoznawania wzorców w bardzo dużych zbiorach danych. Człowiek przygląda się wynikom obliczeń i interpretuje je w sposób pozwalający na klasyfikowanie zachowań, np. „Ci użytkownicy dużo wydają” lub „Ci użytkownicy często kupują”. W przypadku nienadzorowanego uczenia maszynowego cechy charakterystyczne i etykiety nie są wymagane. Maszyny po prostu szukają zgrupowań wzorców nadających się do interpretacji.
  • Uczenie głębokie nie jest osobnym pojęciem, a raczej podkategorią uczenia maszynowego. Największa różnica polega na tym, że nie wymaga ono definiowania odpowiednich funkcji. Technologia ta bazuje na zasadach sieci neuronowych i działa podobnie do ludzkiego mózgu. Uczenie głębokie jest w stanie rozpoznać na zdjęciu psa bez pomocy cech charakterystycznych wprowadzonych do komputera przez człowieka, takich jak „cztery łapy”, „ogon” itp. Skuteczność tej metody wnika z tysięcy przeanalizowanych wcześniej zdjęć psów. Umożliwiły to komputery o imponującej mocy obliczeniowej, które pojawiły się w ostatnich latach, oraz przetworzone przez nie ogromne zbiory danych.

Podstawową kwestią do rozważenia nie jest obecnie ewentualna wyższość uczenia głębokiego nad innymi podkategoriami uczenia maszynowego, ale to, czy na jego zastosowaniu mogą zyskać kampanie reklamowe. Odpowiedź brzmi: jeszcze nie lub wciąż w niewielkim stopniu. Dlaczego?

Pełne spektrum możliwości uczenia maszynowego

Uczenie głębokie wymaga ogromnych ilości danych. Aby pomyślnie rozpoznawać psy na zdjęciach, komputery muszą nauczyć się tego przez analizę terabajtów danych. Z tego względu wspomniane wcześniej sukcesy uczenia głębokiego odnotowano dotychczas w dziedzinach rozpoznawania obrazu, tłumaczeń językowych i gier, takich jak AlphaGo. Wszystko inne jest raczej mieszanką w ramach kategorii uczenia maszynowego.

Wdrożenie architektury uczenia głębokiego w branży reklamy cyfrowej wiązałoby się z koniecznością przetwarzania dużych zbiorów danych w czasie rzeczywistym. Branżę tę napędzają technologie związane z automatyzacją sprzedaży i zakupu reklamy w Internecie, podlegające znacznie surowszym ograniczeniom czasowym niż w przypadku innych zastosowań uczenia głębokiego (jednocyfrowe milisekundy). Taka implementacja wymagałaby maksymalizacji mocy obliczeniowej komputerów, a co za tym idzie inwestycji, dla których musiałaby najpierw zaistnieć potrzeba biznesowa w postaci np. ogromnych wzrostów, których dotychczas nie zauważono. Z tego względu architektury uczenia głębokiego nie są jeszcze spotykane w biddingu, a raczej używa się ich do wstępnej kalkulacji cech poza ścieżką krytyczną. Wygenerowane cechy mogą zostać wprowadzone do prostszego, tradycyjnego modelu uczenia maszynowego.

Czy to działa? Tak. Przeprowadziliśmy odpowiednie testy w naszym laboratorium SI. Czy działa lepiej od tradycyjnych modeli regresji logistycznej? Niekoniecznie i to z prozaicznego powodu, ponieważ wszystko sprowadza się do cech:

  • Uczenie głębokie używa wielu nałożonych na siebie warstw i przetwarza surowe dane (takie jak pojedyncze piksele, znaki itd.). Nie są potrzebne ręcznie skonfigurowane cechy, ponieważ całą pracę wykonuje komputer. Na podstawie surowych danych najniższe warstwy wyodrębniają cechy niskiego poziomu, takie jak grupy znaków w przypadku tekstu czy linie i kąty w przypadku obrazu. Następnie warstwy wyższe łączą deskryptory niższego poziomu w celu wyodrębnienia funkcji najpierw średniego, a następnie wysokiego poziomu. Warstwy końcowe kodują oczekiwany wyniki (logikę biznesową), klasyfikując zdjęcia kotów i psów lub przewidując liczbę kliknięć i wyniki sprzedaży. Do wyszkolenia takiego systemu potrzeba ogromnych ilości danych, ponieważ niższe warstwy zawierają wiele neuronów, które trzeba nauczyć wykonywania zadań.
  • Regresja logistyczna to model jednowarstwowy, który przetwarza cechy stworzone ręcznie. Dzięki temu jest szybsza i wymaga mniejszej mocy obliczeniowej w porównaniu z modelami głębokimi. Jeśli dysponujemy bardzo dobrą listą cech i wystarczającą ilością danych, metoda ta może spokojnie konkurować z uczeniem głębokim. Warto pamiętać, że warstwa regresji logistycznej jest często ostatnią warstwą w modelu głębokim, a różnica polega na sposobie obliczenia cech: komputer nauczył się ich na podstawie ogromnej ilości danych w ramach modelu głębokiego lub zostały one skonfigurowane ręcznie z wykorzystaniem wiedzy z danej dziedziny przez specjalistów ds. danych. Wartość dodana takich cech przejawia się w tym, że mają one wyraźne znaczenie i mogą zostać zrozumiane (i zdebugowane) przez ludzi, a ponadto mogą zostać wykorzystane do pomiaru efektywności różnych grup odbiorców.

Moja rada dla specjalistów ds. reklamy brzmi następująco: nie dajcie się nabrać na porównywanie uczenia maszynowego z głębokim i nie wierzcie tym, którzy twierdzą, że jeden z tych modeli jest lepszy od drugiego. Wracając do analogii z fachowcem, który wie, jak używać swoich narzędzi, doświadczenie w obcowaniu z uczeniem maszynowym pozwala uniknąć polegania tylko na jednym narzędziu. Należy przede wszystkim zastanowić się nad celem. Uczenie głębokie bez wątpienia odciśnie swoje piętno na branży reklamowej w przyszłości, jednak tylko w kontekście całego spektrum uczenia maszynowego obejmującego modele bazujące na drzewku, modele regresyjne, samoorganizujące się sieci SI i inne. Jeśli jesteś specjalistą lub inżynierem ds. danych pracującym w branży reklamowej, polecam stosowanie metody naukowej i przeprowadzanie eksperymentów na własnych danych i KPI. Sprawdź, które rozwiązanie daje więcej korzyści niezależnie od zastosowanej w nim implementacji.

Rejestr akcjonariuszy w praktyce

Karolina Rybczyńska, Prawnik, Departament Prawa Rynku Kapitałowego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy
Karolina Rybczyńska, Prawnik, Departament Prawa Rynku Kapitałowego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy

Po wprowadzeniu do polskiego porządku prawnego nowych przepisów dotyczących obowiązkowej dematerializacji akcji Polska staje się państwem coraz bardziej nowoczesnym a jej rynek kapitałowy zaczyna dorównywać tym zagranicznym. Jednakże, dokoła owej nowelizacji Kodeksu Spółek Handlowych mnoży się coraz więcej kontrowersji i pytań bez odpowiedzi. Mimo że do wejścia przepisów w życie, które nastąpi dopiero 1 stycznia 2021 roku, jest jeszcze trochę czasu, już teraz zarówno inwestorzy jak i firmy inwestycyjne muszą zacząć przystosowywać się do nowej rzeczywistości i już w 2020 roku podjąć działania przygotowawcze.

Obowiązkowa dematerializacja akcji dotyczy przede wszystkim spółek akcyjnych i komandytowo-akcyjnych. W konsekwencji zatarciu ulegnie różnica między akcjami imiennymi a akcjami na okaziciela. Wszystko przez wprowadzenie jawnego elektronicznego rejestru akcjonariuszy, do którego dostęp uzyska każdy, kto zainwestuje w chociaż jedną akcję. „Dematerializacja” nie jest bowiem samotnym bytem unoszącym się w próżni rynku kapitałowego, związany jest z nią szereg nowych regulacji, które zapewniają jej „obsługę”. Jednym z nieodłącznych elementów niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania rynku, na którym dematerializacja akcji jest obowiązkowa, jest właśnie rejestr akcjonariuszy. Zastąpi on dotychczasowe księgi akcyjne, których prowadzenie jest obecnie obowiązkiem spółek emitujących akcje.

Jaki związek z tym wszystkim mają firmy inwestycyjne? To na nich mianowicie, według ustawy, spocznie obowiązek prowadzenia rejestru akcjonariuszy. Rejestr taki może bowiem prowadzić jedynie podmiot, który według Ustawy o obrocie instrumentami finansowymi jest uprawniony do prowadzenia rachunku papierów wartościowych, a więc taki, który posiada zezwolenie Komisji Nadzoru Finansowego. Na spółkach spocznie za to obowiązek dokonania wyboru takiej firmy inwestycyjnej oraz zawarcia z nią umowy prowadzenia rejestru. W przypadku spółek, które będą musiały poddać dematerializacji akcje już znajdujące się w fizycznym posiadaniu akcjonariuszy musi to nastąpić jeszcze przed ogłoszeniem pierwszego wezwania do złożenia dokumentów akcji.

Jednak co w przypadku, kiedy spółka lub prowadzący rejestr przestaje wypełniać postanowienia umowy? Oba podmioty mają możliwość jej rozwiązania. Różne są tylko związane z tym obowiązki. Rozwiązanie przez spółkę jest dopuszczalne jedynie pod warunkiem zawarcia nowej umowy. Natomiast rozwiązanie umowy przez podmiot prowadzący rejestr akcjonariuszy jest możliwe jedynie z ważnych powodów, z zachowaniem terminu wypowiedzenia nie krótszego niż trzy miesiące. Warunki przewidziane dla spółki i firmy inwestycyjnej nie są więc jednolite.

Na skutek nowelizacji akcjonariusze, zwłaszcza zwolennicy akcji na okaziciela, nie tylko stracą swoją anonimowość wobec spółki i innych akcjonariuszy, problemy może rodzić także znalezienie firmy inwestycyjnej, która prowadzić będzie rejestr akcjonariuszy. Pierwszym, wydawać by się mogło podstawowym problemem, są dodatkowe koszty, jakie ponieść musi spółka na rzecz firmy inwestycyjnej, z którą zawrze umowę. Kolejną, bardziej istotną przeszkodą, jest przepis, stanowiący, że rejestr taki prowadzić może jedynie firma uprawiona do prowadzenia rachunku papierów wartościowych. Spółki będą więc miały ograniczony krąg podmiotów, z którymi zawrzeć mogą taką umowę. Nie każda firma inwestycyjna ma obecnie pozwolenie na wykonywanie usługi prowadzenia rachunku papierów wartościowych i nie każda takie zezwolenie uzyskać pragnie. A nawet jeżeli na świadczenie takiej usługi, a tym samym możliwość prowadzenia rejestru akcjonariuszy, zdecyduje się ich więcej, to postępowanie przed Komisją Nadzoru Finansowego trwa w praktyce wiele miesięcy.

Inna kategoria przeszkód to problemy obsługi technicznej takiego rejestru akcjonariuszy. Przede wszystkim brak jest obecnie odpowiedniej infrastruktury technicznej. Nawet jeżeli firmy zdążą ją stworzyć to mogą pojawić się znaczne opóźnienia związane z poczynieniem pierwszych wpisów. Dojdzie bowiem do sytuacji, kiedy kilkaset spółek podzieli się między kilkadziesiąt firm inwestycyjnych, którym zabraknąć może mocy, a przede wszystkim pracowników, do niezwłocznego zarejestrowania wszystkich czynności. Pokłosiem mogą być błędy w rejestrach wynikające z obszernego zakresu danych, które według ustawy mają być w tam ujawnione.

Według ustawodawców obowiązkowa dematerializacja akcji i rejestr akcjonariuszy mają służyć przede wszystkim zwiększeniu jawności akcjonariatu i zapobieganiu praniu pieniędzy. Praktyczne konsekwencje sięgają jednak dalej i budzą wątpliwości zarówno akcjonariuszy jak i emitentów. Powyższe rozważania to jedynie wstęp do kontrowersji krążących wokół nowych przepisów, nie można jednak zapominać, że takie rozwiązania mogą równie dobrze przysłużyć się polskiemu prawu rynków kapitałowych.

Autor: Karolina Rybczyńska, Prawnik, Departament Prawa Rynku Kapitałowego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy

Reakcja rynków finansowych na impeachment Donalda Trumpa

Jak grzyby po deszczu pojawiają się nowe kwestie, z którymi muszą zmierzyć się inwestorzy. Tym razem jest to impeachment Donalda Trumpa. Demokraci rozpoczęli tę procedurę ze względu na informacje, że Donald Trump wielokrotnie w rozmowach telefonicznych naciskał na prezydenta Ukrainy by prowadzone było śledztwo przeciwko synowi byłego wiceprezydenta Joe Bidena. Prezydent USA oczywiście wszystkiemu zaprzecza i zapowiada że wkrótce przestawi pełny zapis rozmowy. Nie zmienia to faktu, że reakcja rynków (pewnie trochę przesadzona) to wybuch awersji do ryzyka: spadki na giełdach, umocnienie jena, wzrost kursu złota. Nie ma jednak paniki.

Na marginesie dodajmy, że Trump jest dopiero czwartym prezydentem w historii, w stosunku do którego została uruchomiona procedura impeachmentu. Poprzednio, ponad 20 lat temu, dotyczyła ona Clintona. Do tej pory żaden z prezydentów USA nie został usunięty ze stanowiska w ramach tej procedury. W latach 70., w wyniku afery Watergate, Richard Nixon ustąpił dobrowolnie ze stanowiska przed końcem kadencji. Szanse na usunięcie Trumpa również są nikłe. Potrzeba jest do tego dwóch trzecich głosów w Senacie. Oznacza to, że około 20 republikańskich senatorów musiałoby głosować przeciwko prezydentowi z własnej partii. By taki scenariusz uznać za choć trochę realny potrzebne byłyby nowe, jednoznaczne i mocne dowody winy Trumpa.

Warto też zauważyć, że inwestorzy zagalopowali z się nieco w wycenie perspektywy globalnej polityki monetarnej. Ubiegłotygodniowa obniżka stóp przez Fed nie była wystarczająco łagodna by trwale osłabić dolara. W Szwajcarii stóp nie ścięto w ogóle. Z antypodów w ostatnich kilkudziesięciu godzinach napływają sygnały, które zachwiały wiarą inwestorów w to, że w Australii i Nowej Zelandii na najbliższych posiedzeniach zostaną poluzowane parametry polityki. Zakładamy jednak, że środowisko rynkowe nie będzie w najbliższym czasie sprzyjać odbiciu ryzykownych walut surowcowych. Jeśli presja na dolarze się utrzyma, to będzie ona przede wszystkim widoczna w notowaniach względem jena i franka a w dalszej kolejności euro.

W przypadku EUR/USD nie widzimy potencjału do kontynuacji zniżki. Notowania podlegają jednoznacznej tendencji horyzontalnej tak długo jak nie wybiją sufitu wokół 1,11. Złoty pozostaje słaby i przed wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który już za tydzień, nie widzimy perspektyw na zmianę tego stanu rzeczy. Negatywnie podchodzimy też do innych walut z koszyka emerging markets a dużo przestrzeni do zniżek mają też niektóre indeksy giełdowe z tego uniwersum, na przykład brazylijska Bovespa.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy ceny mieszkań pójdą jeszcze w górę? Deweloperzy odpowiadają

Czy jest jeszcze przestrzeń do wzrostu cen mieszkań? Jakie są ku temu przesłanki? Czy obowiązujące stawki na rynku deweloperskim, które dobiły do rekordu z poprzedniej hossy, stanowią barierę psychologiczną dla klientów? Jak ceny rzutują na decyzje zakupowe? Opinie deweloperów zebrał serwis nieruchomości Dompress.pl.

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Ceny w większości miast są wyższe niż w 2007/2008, więc można mówić o rekordzie. Należy jednak pokreślić, iż teraz znajdujemy się w całkiem innych realiach rynkowych, tym samym nie można wprost porównywać obecnej sytuacji do tej sprzed ponad dekady. Wystarczy wspomnieć, iż w ostatnich latach, poza wzrostem cen mieszkań rosły też zarobki – średnio o ponad 70 proc. oraz inflacja o ponad 20 proc. Tym samym, pomimo zrównania się cen z poziomem stawek z lat 2007/2008, zdolność nabywcza klientów jest dziś dwukrotnie wyższa.

Ceny mieszkań najbardziej wzrosły w największych aglomeracjach, przy czym wzrost ten był różny w przypadku poszczególnych miast. Standardowo pod tym względem przoduje Warszawa, mocno zyskał Gdańsk, który zazwyczaj był za Krakowem i Wrocławiem, a który obecnie jest trzecim najdroższym miastem w Polsce, po Sopocie i Warszawie.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Obecnie nie dostrzegamy przesłanek, które zwiastowałyby tendencje spadkowe w cenach mieszkań. Z drugiej strony nie ma także powodów, dla których ceny miałyby dynamicznie wzrastać. Jeśli otoczenie rynkowe się nie zmieni, należy spodziewać się raczej stabilizacji z utrzymaniem lekkiego trendu wzrostowego. Czynnikiem, który ma największy wpływ na cenę mieszkania jest lokalizacja inwestycji oraz standard osiedla. Za lokale w inwestycjach atrakcyjnie położnych z dostępem do licznych udogodnień klienci nadal są w stanie zapłacić więcej.

Warto zaznaczyć, że odnotowany na przestrzeni ostatnich miesięcy trend wzrostowy, jeśli chodzi o ceny mieszkań, miał związek z ciążącymi na branży budowlanej rosnącymi kosztami inwestycji. Przede wszystkim podrożały materiały budowlane i wykonawstwo, ale także ceny gruntów. Mówimy tu o znacznym wzroście, rzędu kilkuset złotych na metrze kwadratowym. Jednak w przypadku naszej firmy nie miało to aż tak znacznego jak u konkurencji przełożenia na ceny mieszkań. To zasługa naszego unikatowego modelu biznesowego, minimalizującego udział pośredników i bazującego m.in. na własnym generalnym wykonawstwie.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Obecny okres koniunktury na rynku mieszkaniowym ma nieco inną charakterystykę. Przede wszystkim wzrost cen nie jest tak gwałtowny, jak w latach 2005-2008, kiedy w ciągu 3 lat ceny w Warszawie wzrosły o 70-80 proc. Przy takim samym poziomie cen mamy zupełnie inną relację średniego wynagrodzenia do stawki za metr kw. Zakładając średnią 8000 zł/mkw., wskaźnik ten w roku 2008 wynosił 0,36, a w 2019 roku – 0,56. Inna jest również struktura finansowania, większy jest udział środków własnych w zakupie. Mamy w tej chwili niższe oprocentowanie kredytów, no i nie ma tak dużego udziału indywidualnych inwestorów zagranicznych, którzy byli bardziej podatni na skutki kryzysu w 2008 roku i później lawinowo wycofywali się z inwestycji.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Pod koniec 2018 roku eksperci prognozowali, że w roku 2019 nastąpi stabilizacja na rynku mieszkaniowym, a nawet, że ceny zaczną spadać. Jednak nie wydaje się to możliwe. Wciąż notowane są wzrosty cen przede wszystkim w związku z rosnącymi kosztami pracy i cenami materiałów budowlanych, a także działek. Na przykład na warszawskiej Woli, jednej z najdroższych dzielnic Warszawy, cena 1 mkw. mieszkania od początku tego roku wzrosła o 5,32 proc. W styczniu br. stawka za metr wynosiła średnio 10.467 zł, a obecnie 11.024 zł. Natomiast prognozowana cena na koniec bieżącego roku to 11.589 zł. Pomimo rosnących cen, nabywcy mieszkań z przeznaczeniem na wynajem nie tracą zainteresowania małymi lokalami w dobrych lokalizacjach, jakie mamy w projekcie Bliska Wola. Kupujący na własne potrzeby, decydując się na mieszkania o większych metrażach, chętnie wybierają nieruchomości położone dalej od centrów miast, gdzie obowiązują niższe ceny.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Trudno mówić o barierze psychologicznej. Myślę że mamy tutaj raczej do czynienia z twardym wyznacznikiem w postaci zdolności kredytowej. Dziś polityka banków jest znacznie bardziej roztropna niż w dobie minionego kryzysu. Wprowadzone zostało wiele regulacji m.in. w zakresie wymaganego wkładu własnego. Rynek znajduje się aktualnie w okresie względnej stabilizacji, jednak długofalowo możemy zakładać dalszy wzrost cen mieszkań. Pamiętajmy również, jak duże niedobory mieszkaniowe występują na polskim rynku. Jednocześnie też mieszkania w Polsce są znacznie tańsze niż w większości dobrze rozwiniętych krajów UE. Należy zakładać, że wraz z rozwojem naszego kraju, wzrostem płac w perspektywie wieloletniej, również ceny mieszkań będą równały do średnich stawek na rynkach UE.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Przewidujemy, że ceny mieszkań w najbliższym czasie mogą wykazywać nadal tendencje wzrostowe. Grunty nie tanieją, a wykonawstwo nadal jest drogie. Z kolei popyt na mieszkania nadal utrzymuje się na wysokim poziomie. Klienci, których nie stać na mieszkania w lepszych lokalizacjach zmuszeni są do poszukiwania tańszych ofert w innych dzielnicach, bardziej oddalonych od centrum lub na obrzeżach miast.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

Wysokie ceny mogą być realną barierą zakupu, jeśli chodzi o mniej atrakcyjne mieszkania. W tym przypadku może się zdarzyć, że klient podejmie decyzję o rezygnacji z kupna. Z naszego doświadczenia wynika jednak, że naprawdę atrakcyjne mieszkania zawsze znajdą nabywców nawet wówczas, gdy ich ceny przekroczą rekordowe stawki z okresu poprzedniej hossy.

Aleksandra Goller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w spółce mieszkaniowej Skanska

W odniesieniu do cen mieszkań obserwujemy tendencję wzrostową. Trudno jednoznacznie przewidzieć przyszłość rynku, jednak nic nie wskazuje na to, że stawki za metr kwadratowy zaczną spadać. Szukając analogii, wystarczy spojrzeć na inne europejskie miasta, jak Paryż czy Londyn. Tam mieszkania zlokalizowane w centrum także kosztują coraz więcej. Mimo to popyt utrzymuje się na wysokim poziomie. Ludzie chcą żyć w coraz lepszych warunkach, dlatego szukają przestronniejszych, nowocześniejszych, lepiej skomunikowanych z innymi dzielnicami i wkomponowanych w zielone otoczenie osiedli. Za ten komfort są w stanie zapłacić więcej.

Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu

Bariery psychologiczne mają to do siebie, że są przesuwane. Kiedyś za taką barierę dla kupujących uważano stawkę 10.000 zł/mkw., a dziś średnia cena ofertowa w Warszawie przekroczyła już 10.200 zł/mkw., a w wielu inwestycjach jest znacznie wyższa.

Widzę przestrzeń do dalszego, umiarkowanego wzrostu cen. Z jednej strony, popyt utrzymuje się na wysokim poziomie, a z drugiej wciąż rosną koszty wykonawstwa, głównie koszty pracownicze. Mamy rynek pracownika, a w budownictwie mieszkaniowym, szczególnie na etapie prac wykończeniowych, potrzeba wielu rąk do pracy. Presja cenowa będzie więc się utrzymywać. Szczęśliwie, ceny gruntów przestały gwałtownie rosnąć, ustabilizowały się. Niemniej możemy spodziewać się dalszego wzrostu cen mieszkań, przy czym – moim zdaniem – w 2019 roku będzie to już raczej wzrost jednocyfrowy.

Piotr Tarkowski, dyrektor ds. Sprzedaży Allcon Osiedla

Nieruchomości co do zasady stanowią produkt, którego wartość rośnie w czasie. Wzrost zależy oczywiście od wielu składników, jak lokalizacja, otoczenie i jego niezmienność, sąsiedztwo, widok z okien. Ważna jest też jakość wykorzystanych materiałów oraz dodatkowe udogodnienia dla mieszkańców. Mieszkanie jest dobrem inwestycyjnym i bez względu na jego charakter powinno generować zysk. Rynki dojrzałe, gdzie zaspokojenie popytu jest wyższe niż na rynku polskim, notują stałą tendencję wzrostową. Nasz krajowy rynek nadal wykazuje duży deficyt podażowy. W związku z tym, bez względu na obecne wskaźniki makro i mikro ekonomiczne, które sprzyjają segmentowi nieruchomości, ceny będą rosnąć.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Najwyższe ceny mieszkań obowiązują w centrach miast, w topowych lokalizacjach. W przypadku takich nieruchomości można spodziewać się dalszego wzrostu cen m.in. z uwagi na ograniczoną ilość gruntów. Na rynku trójmiejskim klienci mają jednak szeroką możliwość wyboru najbardziej optymalnej propozycji w zależności od posiadanego budżetu. Popyt utrzymujący się na rynku pierwotnym na wysokim poziomie potwierdza, że nabywcy wciąż akceptują obowiązujące ceny.

Autor: Dompress.pl

Eksport polskich firm z sektora e-commerce może wzrosnąć o 400%

Obecnie jedynie ok. 4% polskich firm prowadzi sprzedaż internetową produktów i usług do innych krajów, przy średniej unijnej na poziomie 7%. Samo zniwelowanie barier zidentyfikowanych przez przedsiębiorców jako utrudniających rozwój e-eksportu mogłoby w długiej perspektywie zwiększyć liczbę takich firm do 16%, a tym samym wartość polskiego e-eksportu zwiększyłaby się o 400% do ok. 110 mld zł – wynika z raportu „Cyfrowy eksport – szanse i perspektywy dla polskich przedsiębiorstw”, przygotowanego przez PwC dla Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii.

Z danych zebranych w raporcie „Cyfrowy eksport – szanse i perspektywy dla polskich przedsiębiorstw” wynika, że ok. 36% polskich przedsiębiorstw prowadzi eksport w tradycyjnej formie do innych krajów Unii Europejskiej. Tymczasem liczba firm sprzedających elektronicznie za granicę jest na poziomie ok. 4%, choć w ostatnim czasie widać wyraźny trend wzrostowy w tym zakresie. Już teraz polskie firmy odnotowują 16% przychodów w handlu internetowym ze sprzedaży na rynki zagraniczne, a wartość polskiego e-eksportu jest szacowana na ponad 27 mld zł.

Jadwiga Emilewicz – Minister Przedsiębiorczości i Technologii
Jadwiga Emilewicz – Minister Przedsiębiorczości i Technologii

Polskie firmy mają ogromny potencjał eksportowy, co pokazuje rosnąca z roku na rok wartość sprzedawanych za granicą naszych produktów i usług. To m.in. efekt programowego wsparcia rodzimych przedsiębiorców w ich ekspansji. Kolejnym krokiem rozwoju firm w Polsce może być wzmocnienie działań związanych z eksportem cyfrowym i lepsze wykorzystanie kanałów internetowych do szerszego docierania do nowych klientów. Warunkiem sukcesu jest zniwelowanie barier, które dziś utrudniają rozwijanie e-eksportu oraz systemowe podejście do wspierania działań w cyfrowym świecie. – Jadwiga Emilewicz, Minister Przedsiębiorczości i Technologii

Polska w porównaniu do innych państw UE posiada bardzo niski odsetek firm prowadzących e-eksport. Taki sam lub niższy wskaźnik od Polski w e-eksporcie do UE mają tylko trzy państwa (Rumunia, Bułgaria, Łotwa), a na rynki pozaunijne cztery kraje (Rumunia, Bułgaria, Słowacja i Węgry). Głównymi kierunkami polskiego e-eksportu pozostają kraje unijne (Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Holandia, Czechy i Słowacja), a z krajów pozaeuropejskich USA i Chiny.

Z przeprowadzonego przez PwC badania wynika, że niemal połowa przedsiębiorstw w Polsce prowadzących już działalność e-commerce na rynku krajowym planuje rozpoczęcie sprzedaży za granicę przy wykorzystaniu kanałów elektronicznych. Firmy dostrzegają szanse i potencjał dla rozwoju przedsiębiorstwa, jakie niesie za sobą ekspansja zagraniczna i co ciekawe, wykazują większy optymizm w kwestii perspektyw rozwoju e-eksportu niż eksportu tradycyjnego. – Agnieszka Gajewska, partner PwC, lider zespołu ds. sektora publicznego i infrastruktury w Europie Środkowo-Wschodniej

Wyzwania i bariery polskiego e-eksportu

Na potrzeby raportu przeprowadzono badanie wśród firm prowadzących działalność e-commerce, ale nieprowadzących sprzedaży za granicę kanałami elektronicznymi, co pozwoliło na wytypowanie głównych barier hamujących wprowadzenie sprzedaży transgranicznej online.

Największą barierą decydującą o braku działań związanych z internacjonalizacją jest brak kapitału na inwestycje w ekspansję na rynek zagraniczny. Świadczy to m.in. o niewystarczających zasobach własnych przedsiębiorstw, jak też potrzebie dofinansowania polskich firm sektora MŚP ze strony administracji centralnej. Drugim istotnym czynnikiem są bariery prawne scharakteryzowane jako brak znajomości obcych regulacji. Kwestia ta może być szczególnie ważna w przypadku branż, których produkty wymagają licznych certyfikacji. Kolejnym istotnym czynnikiem mającym wpływ na decyzje o niepodjęciu przez firmę e-eksportu są wysokie koszty promocji na rynkach zagranicznych w sprzedaży e-commerce oraz problemy z obsługą zwrotów i reklamacji.

Eksperci zwracają uwagę na różnice występujące między barierami napotykanymi przez przedsiębiorstwa, które nie rozpoczęły działalności e‐eksportowej oraz te, które taką sprzedaż prowadzą. Firmy obecne na zagranicznym rynku zwracają uwagę na rozmiar konkurencji, wysokie ceny przesyłek kurierskich i pocztowych oraz trudność w pozyskaniu odpowiedniej kadry, natomiast firmy nieprowadzące działalności e‐eksportowej uznają te czynniki za mniej istotne. Dla przedsiębiorstw prowadzących e-eksport w przeciwieństwie do firm nieprowadzących tego typu sprzedaży bariery prawne rozumiane jako brak znajomości obcych regulacji nie stanowią istotnego problemu.

Jak podkreślają eksperci w raporcie, gdyby zwiększył się do 10% (poziom notowany na Słowenii) odsetek polskich firm, dla których nie występują bariery zewnętrzne takie jak: wysokie ceny dostarczania i zwrotów towarów, dostosowania etykiet produktowych, problemy z rozwiązywaniem sporów i reklamacjami, znajomość języka obcego czy restrykcje ze strony partnerów biznesowych, wówczas liczba firm prowadzących e-eksport zwiększyłaby się o 16%, a wartość polskiego e-eksportu o 400%, do ponad 110 mld zł.

Instrumenty wsparcia e-eksportu

Na dynamikę wzrostu e-eksportu wpływają nie tylko bariery zewnętrzne, ale także projekty i narzędzia wspierające tego typu działalności. W przeprowadzonym przez PwC badaniu, firmy na pytanie o najbardziej pożądane instrumenty wsparcia w zakresie ekspansji zagranicznej i rozwoju e-eksportu wskazywały przede wszystkim na szkolenia i warsztaty, platformę informacyjną nt. możliwości e-eksportu oraz dostępnych instrumentów wsparcia publicznego i komercyjnego, promocję polskich marek za granicą oraz pomoc w zakresie zagranicznych procedur prawno-podatkowych.

Wprowadzenie najwyżej ocenianych przez przedsiębiorców instrumentów może przyspieszyć tempo wzrostu e-eksportu o 30%. Przyjmując obecną wartość sprzedaży online za granicę na ponad 27 mld zł, można oszacować, iż bez wprowadzania tych instrumentów wartość polskiego e-eksportu w roku 2030 będzie wynosić 69 mld zł, a po ich wprowadzeniu ponad 90 mld zł.  – Paweł Oleszczuk, menedżer w zespole ds. sektora publicznego PwC

Potencjał e-commerce

Wzrost penetracji Internetu w Europie postępuje w stałym tempie, osiągając w 2018 roku ok. 83%. Wiodącą rolę w tym zakresie przyjmuje Europa Północna, której 95% populacji ma dostęp do sieci. Europejski rynek e-commerce szybko się rozwija, napędzając światowy wzrost. Blisko 6% konsumentów w Europie codziennie dokonuje zakupów online, co można przypisać kilku czynnikom takim jak: poprawiająca się szybkość łącza, coraz większe użycie smartfonów oraz usprawnienie i zintegrowanie procesów logistycznych. Najczęściej kupowanymi produktami są odzież i artykuły sportowe. Popularnymi kategoriami są także media i oprogramowania komputerowe, podróże oraz zakwaterowanie.

Jak podkreślają autorzy raportu największym wyzwaniem, z jakim obecnie mierzą się sprzedawcy online, jest rozwój poza granicami kraju i ekspansja zagraniczna. Przedsiębiorcy muszą wziąć pod uwagę szybko zmieniające się i złożone otoczenie konsumenckie, dostosować się do oczekiwań klientów odnośnie czasu dostawy oraz możliwości śledzenia przesyłek.

Sadowski: W Polsce podatki są nie tylko złe, ale głupie i czasochłonne

Ustawę o podatku dochodowym od osób fizycznych nowelizowano ponad 70 razy, prawo energetyczne – 36 razy, telekomunikacyjne – 24 razy, niechlubny rekord liczby zmian należy do prawa podatkowego.

Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha
Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha

Żaden system podatkowy na świecie nie jest idealnie skonstruowany. Bywają jednak lepsze i gorsze. W Polsce jest on przede wszystkim bardzo czasochłonny. Estoński przedsiębiorca na obsługę podatków poświęca 150 godzin rocznie. Dla porównania, Polakom zajmuje to aż 260 godzin. Tygodniowo to dodatkowe 2 godziny wykonywania bezsensownej pracy, które mogliby poświęcać na rozwój własnego biznesu czy życie rodzinne. Zamiast tego muszą odrobić swoistą biurokratyczną pańszczyznę podatkową. To powód, który zniechęca do inwestowania w Polsce, na co wskazują m. in. przedstawiciele jednego z funduszy amerykańskich.

– Na dobrym, konkurencyjnym systemie polski rząd mógłby zbudować znaczną przewagę. Nie tylko pod kątem zachodnich korporacji – które dostają ulgi i zwolnienia podatkowe, ale przyjazny także dla rodzimych przedsiębiorców, korzystających obecnie z obcych jurysdykcji w Unii Europejskiej – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – W Polsce system podatkowy – przepisy i ich interpretacje – nie zmieniają się raz czy dwa razy do roku. Według badań ma to miejsce aż co dwa dni. W takim chaosie i braku stabilności trudno jest planować inwestycje. Tak częstej zmiany przepisów podatkowych nie da się ująć w kategorii ryzyk wycenianych w arkuszu kalkulacyjnym. Gdyby nie było tej przeszkody, Polska mogłaby od dawna plasować się na szczycie pod względem dobrobytu wśród państw europejskich. Gdybyśmy wprowadzili konkurencyjny system podatkowy – bez wątpienia moglibyśmy odegrać taką samą rolę, jak Irlandia w latach 80. ubiegłego wieku. Dzięki jednemu z najlepszych systemów podatkowych stała się bardzo atrakcyjna dla powracających z pieniędzmi Irlandczyków, jak i firm inwestujących w Europie. Dotychczas państwo to jest beneficjentem wprowadzenia jednego z lepszych systemów na Starym Kontynencie – ocenił Sadowski.

W wakacje ceny piwa poszybowały w górę – najbardziej te najtańsze

W porównaniu do zeszłych wakacji sieci zwiększyły ilość promocji tylko o 4%. Największe wzrosty były w hipermarketach – 40%, a także w dyskontach – 38%. Z kolei spadki odnotowano w convenience – 16%, w supermarketach – 10%, jak również w cash&carry – 2%. Najbardziej poszły w górę minimalne ceny promocyjne – o ponad 9%. Maksymalne wartości podskoczyły o blisko 7%, a średnie – o przeszło 5%. Najtańsze piwa zdrożały prawie we wszystkich kanałach. Wyjątkiem był format convenience, gdzie zaobserwowano lekki spadek. Górne granice powiększyły sieci convenience i supermarkety, a zmniejszyły – sklepy cash&carry. Natomiast średnie ceny podniosły się w każdym formacie, nie licząc niewielkiego cięcia w cash&carry.

Eksperci nie są zaskoczeni tym, że sieci handlowe tylko nieznacznie zwiększyły ilość promocji piwa w porównaniu do zeszłych wakacji. Wzrost był na poziomie 4%. Jak wyjaśnia Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix, retailerzy za bardzo nie poszerzają swoich gazetek. Dlatego miejsce na daną kategorię jest dość ograniczone. Latem były mocno komunikowane takie produkty, jak soki, energetyki i piwa bezalkoholowe, których przybywa na rynku.

Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego w Polsce
Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego w Polsce

– Warto przypomnieć sobie, że rok temu promocji piwa sprzyjały Mistrzostwa Świata FIFA w Rosji. W te wakacje brakowało tak wielkiego wydarzenia sportowego, które skupiałoby kibiców przed telewizorami i zachęcało do biesiadowania. Przy tym pogoda była nieco gorsza, co z kolei zniechęcało konsumentów np. do grillowana na działkach. Fakt, że sieci handlowe nie ograniczyły akcji promocyjnych, znaczy, że było ich wystarczająco dużo – stwierdza Bartłomiej Morzycki, Dyrektor Generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Patrząc na poszczególne formaty, można zauważyć, że wzrosty zanotowano w hipermarketach – 40%, jak również w dyskontach – 38%. Z kolei spadki były widoczne w sieciach typu convenience – 16%, w supermarketach – 10%, a także cash&carry – 2%. Marcin Lenkiewicz zwraca uwagę na to, że hipermarkety i dyskonty wydają zdecydowanie więcej publikacji. Dodatkowo są one obszerniejsze niż w innych kanałach sprzedaży. To dawało sieciom większą ilość modułów na promocję piw w wakacje. Konsumenci, którzy planowali duże zakupy, np. przed urlopem czy grillem, byli zachęcani do robienia zapasów właśnie w tego typu sklepach.

– Z kolei porównując ceny, widać, że poszły w górę zarówno maksymalne – o blisko 7%, minimalne – o ponad 9%, jak również średnie – o ponad 5%. Zanotowaliśmy podwyżki, bo produkcja piwa generalnie drożeje. Wzrost emisji gazów cieplarnianych, którego konsekwencją jest widoczna zmiana klimatu, ma negatywny wpływ na uprawy jęczmienia. A z niego przecież produkowane jest piwo. Sieci nie mają więc możliwości oferowania tak korzystnych promocji, jak w ubiegłych latach – przekonuje Katarzyna Grochowska, Project Manager w Hiper-Com Poland.

Maksymalne ceny promocyjne z zeszłorocznych wakacji utrzymały jednak dyskonty oraz hipermarkety. Te sieci mogły wynegocjować lepsze warunki u dostawców. Jest to szczególnie prawdopodobne w przypadku hipermarketów, które składają największe zamówienia, bo mają dużo miejsca do magazynowania towarów. Z kolei dyskonty wyróżniają się mocną pozycją na rynku. Natomiast wzrosty odnotowano w convenience – o blisko 33%, a także w supermarketach – o ponad 16%. Spadek był z kolei widoczny w cash&carry – o przeszło 14%.

– Cash&carry to bardzo specyficzny format. Często nabywa towary bezpośrednio od producentów w ilościach zdecydowanie hurtowych, co również pomaga uzyskać korzystne ceny zakupów. To z kolei pozwala na oferowanie klientom lepszych promocji w porównaniu z konkurencją – dodaje Katarzyna Grochowska.

W przypadku cen minimalnych nastąpił wzrost w 4 formatach – cash&carry – nieco ponad 28%, w hipermarketach – przeszło 23%, w supermarketach – niecałe 8%, a także w dyskontach – lekko powyżej 1%. Spadek był widoczny tylko w convenience – ok. 13,5%. Ekspert z Grupy Mobilnej Qpony przypomina, że od pewnego czasu drożeją wszystkie pozycje z tzw. koszyka cenowego najpopularniejszych produktów. Piwa również do niego należą. Polacy mają coraz zasobniejsze portfele. Dlatego sklepy pozwalają sobie na podnoszenie najniższych cen.

– Po cenach minimalnych doskonale widać, że piwa drożeją. Dyskonty i hipermarkety mogły zachować maksymalne wartości na podobnym poziomie, co rok wcześniej. Ale tego samego nie zrobiły już w przypadku najtańszych produktów z powodu wzrostu kosztów produkcji. Spadek w convenience można wytłumaczyć próbą konkurowania tego formatu z większymi sklepami. W ten sposób tego typu sieci przyciągają do siebie część klientów. Jednak rekompensują sobie straty podwyżkami górnych cen aż o 33% – podkreśla Katarzyna Grochowska.

Jeśli chodzi o średnie ceny piwa w promocji, to spadek został odnotowany tylko w cash&carry – o nieco ponad 3%. Natomiast podwyżki były widoczne w hipermarketach – o niecałe 15%, w supermarketach – o blisko 9,5%, w dyskontach – o lekko powyżej 6%, a także w sieciach convenience – o 0,12%. Różnice są mniejsze niż w przypadku wartości maksymalnych czy minimalnych.

– Rynek piwa jest mocno nasycony i bardzo stabilny już od wielu lat. Jednak dynamicznie zmienia się struktura konsumpcji. Klientów najszybciej zyskują droższe produkty, oryginalne smaki i bezalkoholowe wersje. Chcąc sprostać ich oczekiwaniom, każdego roku producenci rozwijają swoje portfolia. I szczególnie zależy im promowaniu nowości. Najbardziej klasyczne piwo ze średniej półki traci relatywnie na zainteresowaniu. Dlatego koszt jego zakupu powinien być w miarę stabilny. Z kolei najtańsze art. są pod silną presją wzrostu cen i mogą drożeć – podsumowuje Dyrektor Morzycki.

Badanie przeprowadziła międzynarodowa firma Hiper-Com Poland we współpracy z ekspertami z Grupy Mobilnej Qpony-Blix. Przeanalizowano całkowitą liczbę wystąpień i cen piwa o pojemności 500 ml we wszystkich gazetkach promocyjnych dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience oraz cash&carry. Porównano ze sobą wyniki od początku czerwca do końca sierpnia ubiegłego i tego roku.

Archiwizacja i przechowywanie dokumentów i akt – jak robić to bezpiecznie

Archiwizacja i przechowywanie dokumentów oraz akt to zadanie, z którym mierzą się wszystkie bez wyjątku firmy i instytucje. Rzecz z pozoru błaha, ale potrafiąca przysporzyć wielu problemów. Dlaczego? Archiwizacja dokumentów realizowana w sposób nieodpowiedni i niezgodny z zasadami bezpieczeństwa może bowiem wiązać się z konsekwencjami prawnymi, a nawet zagrozić ciągłości funkcjonowania całej firmy!

W jaki sposób podejść do archiwizacji dokumentów i akt, aby zminimalizować zagrożenie ich zniszczenia, zagubienia lub – co gorsze – znalezienia się w niepowołanych rękach? 

Zasady bezpiecznej archiwizacji i przechowywania dokumentów i akt

Punktem wyjścia do odpowiedniej archiwizacji jest poprawne skatalogowanie dokumentów według podstawowych zasad kategoryzacji (kategoria A – dokumenty do przechowywania wieczystego, kategoria B – akta przechowywane przez pewien czas, którego długość określa się następującą po literze liczbą), opisu i indeksacji. Dzięki temu archiwum stanie się przejrzyste, potrzebne dokumenty łatwe do zlokalizowania, a co za tym idzie, zminimalizuje się ryzyko zbyt długiego/krótkiego przechowywania dokumentów, jak również ich zagubienia. 

Po zrealizowaniu tego zadania można swobodnie przejść do zabezpieczenia danych zawartych w dokumentach przed zniszczeniem i kradzieżą. 

Podstawa to odpowiednio zabezpieczona infrastruktura

Archiwum, w którym przechowywane są dokumenty i akta, powinno być specjalnym, wydzielonym w przedsiębiorstwie miejscem zabezpieczonym przed wpływem czynników zewnętrznych (woda, ogień) i dostępnym wyłącznie dla uprawnionych do tego osób. 

Aby zapewnić pełne bezpieczeństwo danych, odpowiedzialna za archiwum kadra powinna być w tym względzie odpowiednio przeszkolona, a pomieszczenia archiwum wyposażone w adekwatne systemy (m.in. przeciwpożarowe). Dobrą praktyką jest również wykorzystywanie rozwiązań technologicznych utrzymujących w pomieszczeniu odpowiednią temperaturę i wilgotność. 

Wybierając miejsce na archiwum firmowe należy również rozważyć, czy budynek, w którym ma się znaleźć, nie leży na terenie zalewowym, ponieważ ewentualna powódź może bezpowrotnie uszkodzić lub całkowicie zniszczyć zgromadzone dokumenty. 

Zabezpieczenie archiwum przed kradzieżą 

Oprócz czynników naturalnych, które zagrażają przechowywanym dokumentom, archiwum musi być również zabezpieczone przed niepowołanymi osobami mogącymi chcieć wykraść lub zniszczyć archiwizowane akta. 

W tym celu pomieszczenie archiwum powinno być wyposażone w system monitoringu, kontroli dostępu oraz rozwiązania przeciwwłamaniowe. Jeżeli archiwum firmowe jest pokaźnych rozmiarów, to niewykluczona jest również konieczność oddelegowania do jego ochrony wykwalifikowanego pracownika. Tylko w ten sposób możliwe jest zminimalizowanie ryzyka wycieku danych i utraty dokumentacji firmy wskutek kradzieży lub umyślnego zniszczenia. 

Archiwizacja i przechowywanie dokumentów oraz akt – czy warto korzystać z usług firm zewnętrznych? 

Ze względu na koszta i wyzwania logistyczne, które wiążą się z odpowiednim utworzeniem i zabezpieczeniem firmowego archiwum, alternatywą dla przedsiębiorców może być zlecenie usług archiwizacji i przechowywania dokumentów oraz akt firmie zewnętrznej. 

Wybierając jednak partnera, który ma na rzecz firmy świadczyć tego typu usługi, warto zwrócić uwagę na jego dotychczasowe doświadczenie, kadrę, certyfikaty i możliwości logistyczne. Na polskim rynku usługodawcą realizującym tego typu zlecenia jest np. https://www.rhenus-data.pl/pl/

Roli odpowiedniego utworzenia i zabezpieczenia firmowego archiwum nie można bagatelizować. Uszkodzenie lub utrata dokumentów może skutkować poważnymi sankcjami i zagrozić stabilności funkcjonowania firmy. Tylko dzięki dobrze sporządzonemu, zarządzanemu i zabezpieczonemu archiwum można zyskać pewność, że gromadzonym i przetwarzanym w przedsiębiorstwie danym nic nie grozi.

Sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej generują 45% PKB w UE

  • Sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej wspierają około 4,2 mln miejsc pracy w Polsce
  • Blisko 42% polskiego PKB generowane jest przez sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej
  • Na szczeblu UE prawie jedno na trzy miejsca pracy oraz 45% całej działalności gospodarczej zawdzięcza się sektorom intensywnie korzystającym z praw własności intelektualnej

Sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej, takich jak patenty, znaki towarowe, wzory przemysłowe i prawa autorskie, generują 45% całej działalności gospodarczej (PKB) w UE, której wartość wynosi 28.05 bln PLN, i zapewniają 63 mln miejsc pracy (29,2% wszystkich miejsc pracy). Kolejne 21 mln miejsc pracy powstaje w sektorach, które zaopatrują wspomniane branże w towary i usługi.

W Polsce sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej wspierają ok. 4,2 mln miejsc pracy (26,5% wszystkich miejsc pracy) i stanowią wkład w PKB Polski w wysokości 752.25 mld PLN (42% polskiego PKB).

Takie wnioski wynikają ze wspólnego sprawozdania opublikowanego dziś przez Europejski Urząd Patentowy (EPO) oraz Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO), w którym dokonano analizy wpływu sektorów intensywnie korzystających z praw własności intelektualnej na gospodarkę UE w latach 2014–2016.

W badanym okresie zatrudnienie w sektorach intensywnie korzystających z praw własności intelektualnej wzrosło o 1,3 mln miejsc pracy w porównaniu z latami 2011–2013, podczas gdy poziom całkowitego zatrudnienia w UE nieznacznie spadł.

Wartość dodana przypadająca na pracownika w tych sektorach jest wyższa niż w pozostałych sektorach gospodarki. W związku z tym płace pracowników w sektorach intensywnie korzystających z praw własności intelektualnej są  średnio o 47% wyższe niż w innych sektorach.

Sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej prowadzą także większą część handlu UE z innymi regionami świata (81%).

Christian Archambeau, Dyrektor wykonawczy EUIPO, powiedział:

„Sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej odgrywają kluczową rolę w zapewnianiu UE większego dobrobytu oraz zabezpieczaniu jej przyszłości gospodarczej. Sektory te są bardziej odporne na kryzys gospodarczy, a także bardziej innowacyjne. Naszym wyzwaniem jest zapewnienie ochrony własności intelektualnej  wszystkim przedsiębiorstwom oraz przedsiębiorcom, zwłaszcza w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw”.

António Campinos, Prezes Europejskiego Urzędu Patentowego, powiedział:

„Znaczenie sektorów intensywnie korzystających z praw własności intelektualnej odzwierciedla siłę europejskiej gospodarki opartej na wiedzy. Przedsiębiorstwa w tych sektorach często  dokonują zgłoszenia kilku różnych typów praw własności intelektualnej w celu ochrony swoich aktywów intelektualnych. Dzięki tej strategii tworzone są produkty i usługi o dużej wartości dodanej, a takie działanie przyczynia się do zapewnienia długoterminowej konkurencyjności w Europie”.

Dzisiejsze sprawozdanie jest trzecim z serii, które obrazuje wkład sektorów korzystających w ponadprzeciętnym stopniu ze znaków towarowych, wzorów, patentów, praw autorskich, oznaczeń geograficznych i praw do ochrony odmian roślin we wzrost gospodarczy i zatrudnienie w UE.

Polska w centrum uwagi

Polska plasuje się znacznie powyżej średniej unijnej pod względem znaczenia sektorów intensywnie korzystających z praw ochrony wzorów przemysłowych. Sektory intensywnie korzystające z  ochrony wzorów przemysłowych wspierają ok. 2,3 mln miejsc pracy i stanowią wkład w polski PKB w wysokości 354.45 mld PLN. W 2018 r. Polska była siódmym najistotniejszym państwem zgłaszającym zarejestrowane wzory wspólnotowe w EUIPO.

Wzór przemysłowy jako czynnik napędzający tworzenie miejsc pracy

Unia Europejska ma bogatą tradycję związaną ze wzorami i jest światowym liderem w zakresie wzorów przemysłowych. Sektory intensywnie korzystające ze wzorów mają duży wpływ na gospodarkę we wszystkich 28 państwach członkowskich UE. Sektory, które korzystają ochrony wzorów przemysłowych, zapewniają bezpośrednio w sumie 30,7 mln miejsc pracy i stanowią wkład w łączny PKB UE na poziomie 16,2%. W okresie objętym badaniem kolejne 14,3 mln miejsc pracy było tworzone we wspierających sektorach. Ponadto eksport w tym sektorze wygenerował nadwyżkę w handlu w wysokości przekraczającej 280.5 mld PLN w 2016 r.

Intensywność używania znaku towarowego

Rejestracje znaku towarowego często wskazują na przyszły sukces biznesowy, budując markę przedsiębiorstwa i podkreślając jej odróżniający charakter na rynku. Sektory, które korzystają intensywnie ze znaków towarowych wspierają około 46,7 mln miejsc pracy w Unii Europejskiej i generują 37% unijnego PKB. Płace pracowników w tych sektorach są wyższe o 48% niż płace w sektorach, które nie korzystają z praw własności intelektualnej.

Powstające technologie

Sektory intensywnie korzystające z patentów w technologiach służących łagodzeniu skutków klimatu odpowiadają za 2,5% zatrudnienia i 4,7% PKB w UE w badanym okresie. W kontekście porozumienia klimatycznego z Paryża, technologie służące łagodzeniu skutków zmiany klimatu są istotnym w UE czynnikiem napędzającym gospodarkę, a przedsiębiorstwa z UE odgrywają przewodnią rolę w tym sektorze technologicznym. Prawa własności intelektualnej w zaawansowanych sektorach produkcyjnych reprezentowane poprzez technologie czwartej rewolucji przemysłowej stanowiły 1,9% zatrudnienia i 3,9% PKB w UE w badanym okresie.

Vivid Games nabiera rozpędu. Co najmniej 9 premier do końca roku

Rozwój i dywersyfikacja portfela produktów, rozbudowa sieci dystrybucji o nowe kanały i platformy sprzętowe oraz rozwój niezależnych linii biznesowych – to plany Vivid Games na najbliższe 12 miesięcy. W tym czasie na rynek trafi co najmniej 20 nowych gier mobilnych, 8 gier na Nintendo Switch oraz 3 duże tytuły na komputery PC (Steam). Spółka pokazała zadowalające wyniki kwartalne i zakłada dalszą ich poprawę w kolejnych okresach.

Portfolio gier mobilnych powiększy się w IV kwartale br. o 7 nowych tytułów – w październiku do sprzedaży trafią gry casual – Fly Sky High oraz Idle Fish Aquarium, w listopadzie – Crash Drivers, Gun Smith Factory, oraz tytuł mid-core Zombie Blast Crew, a w grudniu gry Calm Colors oraz Gear for Heroes. W produkcji i testach znajduje się kilka kolejnych tytułów. Gry mobilne trafią obok Apple App Store i Google Play również do alternatywnych kanałów sprzedaży, których lista powiększy się m.in. o Huawei App Gallery. ­– Chcemy zwiększyć tempo i każdego miesiąca wydawać 1-2 mniejsze gry, a rocznie 2-3 większe tytuły mid-core. Produkcja i publikacja gier mobilnych F2P to wciąż nasz core-business, ale chcemy jak najszerzej komercjalizować całe portfolio, co wpłynie na dywersyfikację źródeł przychodów – podkreśla Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games. Jednym z nich jest dystrybucja na platformie sprzętowej Nintendo Switch we współpracy z giełdowym Qubic Games. – Pierwsze premiery są planowane pod koniec bieżącego i na początku 2020 roku. Będą to gry: Space Pioneer, Gravity Rider w cenie $9.99, oraz Pocket Mini Golf i Sheep Patrol po $1.99.– zapowiada Kościelny. – Kolejnym krokiem będzie zaoferowanie Space Pioneer i Gravity Rider użytkownikom PC poprzez platformę Steam, co planujemy w I półroczu 2020 roku. – dodaje.

Dotychczas największym hitem bydgoskiego developera były trzy kolejne odsłony Real Boxing, które trafiły do ponad 70 milionów graczy przynosząc 63 mln zł przychodów. – Od dłuższego czasu analizujemy możliwości dalszej eksploatacji komercyjnej marki. Stworzenie kolejnej części to czasochłonny proces i duża inwestycja, tym niemniej nowa gra umożliwi osiągnięcie skokowo wyższych przychodów. Kontynuacja serii wymagałaby sięgnięcia po finansowanie zewnętrzne. Dlatego m.in. postanowiliśmy na najbliższym WZA podjąć uchwałę o kapitale docelowym. Analizujemy możliwości pozyskania zewnętrznego finansowania, które z jednej strony usprawni  spłatę zobowiązań z drugiej zapewni kapitał na dalszy wzrost w zakresie rozwoju produktów i marketingu. konkluduje prezes.

Oprócz produkcji i wydawania gier, Vivid Games rozwija również nową linię biznesową, innowacyjną w skali świata platformę do automatyzacji testów gier mobilnych.– Pierwszych przychodów ze sprzedaży spodziewamy się jeszcze w tym roku. Mamy jasno sprecyzowany plan rozwoju na najbliższe 2-3 lata. W chwili obecnej priorytetowym zadaniem jest pozyskiwanie nowych klientów, rozwój produktu a także zapewnienie odpowiedniego poziomu finansowania. – mówi Kościelny.

W I półroczu 2019 roku przychody ze sprzedaży Vivid Games wyniosły 5,1 mln zł i były o 38% wyższe niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Jednocześnie o 16% spadły koszty spółki, zwłaszcza usług obcych. – Z kwartału na kwartał zwiększamy przychody zmniejszając koszty. Biorąc pod uwagę nasz plan wydawniczy, zakładamy że również w kolejnych okresach sprzedaż będzie znacząco się poprawiać – zapowiada prezes.

Stan posiadanych środków pieniężnych na rachunkach bankowych w ostatnim półroczu wzrósł w stosunku do poprzedniego półrocza o 44% do wysokości 2,6 mln.  Spółka na bieżąco reguluje wszystkie swoje zobowiązania oraz zarządza ryzykiem związanym ze spłatą przyszłych zobowiązań finansowych.

Dyrektorzy finansowi stawiają na nowe rozwiązania cyfrowe

Mimo zadowolenia z kondycji swoich firm, CFO coraz mniej optymistycznie oceniają perspektywy ekonomiczne – wynika z badania polskich dyrektorów finansowych. Cyfryzacja może być odpowiedzią na niepewną przyszłość firm.

Szósta edycja badania polskich CFO przeprowadzona przez Euler Hermes i Grant Thornton przedstawia – podobnie jak w zeszłym roku – pozytywne wyniki dla przedsiębiorstw w Polsce. Ponad połowa (53 proc.) CFO deklaruje, że przez ostatnie 12 miesięcy kondycja ich firm poprawiła się, a 31 proc. – że pozostała bez zmian. Jest to niewielki spadek w stosunku do roku poprzedniego, w którym pozytywnie oceniających kondycję swojej firmy było 57 proc. badanych dyrektorów finansowych. Z kolei o 4 p.p. wzrósł odsetek CFO uważających, że kondycja ich firmy pogorszyła się – w tym roku zanotowano 16 proc. takich odpowiedzi. Pomimo minimalnego spadku poziomu zadowolenia z kondycji firmy, polscy CFO w znacznej większości – 84 proc. ankietowanych – zadeklarowało, że ich firmy są aktualnie w fazie rozwoju (z czego 25 proc. badanych określa ten rozwój jako „silny”, a 59 proc. – jako „umiarkowany”). W stagnacji jest obecnie 10 proc. przedsiębiorstw i tylko 5 proc. zauważa u siebie „umiarkowany regres”.

Podobnie jak przed rokiem, CFO w Polsce dobrze oceniają perspektywy ekonomiczne swoich firm. Jednak w tym roku ich optymizm jest wyraźnie mniejszy – jeszcze w 2018 roku 48 proc. dyrektorów finansowych optymistycznie oceniało przyszłość finansową firmy, a w tym roku to 36 proc. W dodatku więcej niż w zeszłym roku (17 proc. wobec 12 proc. rok temu) ankietowanych CFO pesymistycznie ocenia perspektywy ekonomiczne swoich firm.

Wykres 1. Jak ocenia Pan/Pani perspektywy ekonomiczne na kolejne 12 miesięcy?Jak ocenia Pan-Pani perspektywy ekonomiczne na kolejne 12 miesięcy

Niestety, optymizm CFO nieco przygasa. Dyrektorzy finansowi niezmiennie spodziewają się raczej wzrostu w swoich firmach niż ich stagnacji czy regresu, jednak nie są w swoich deklaracjach aż tak odważni, jak rok temu. To sugeruje – i zresztą jest zbieżne z prognozami makroekonomicznymi – że polska gospodarka w najbliższych kwartałach będzie nieco spowalniać – mówi Przemysław Polaczek, partner zarządzający w Grant Thornton Digital Drive.

W odpowiedzi na nieco słabsze perspektywy rozwojowe, CFO starają się poprawić efektywność swoich firm poprzez liczne działania optymalizacyjne. Przez kolejne 12 miesięcy, CFO i ich firmy postawią nacisk na optymalizację działu finansowo-księgowego oraz na modernizację parku maszynowego – deklaracje te złożyło po 40 proc. badanych CFO. Z kolei 37 proc. zapytanych deklaruje optymalizację łańcucha dostaw, a 20 proc. ma zaplanowaną optymalizację podatkową w najbliższym czasie. Z badania wynika, że tylko 10 proc. CFO czuje potrzebę zmiany formy prawnej prowadzonej działalności.

 Wykres 2. Obszary, w których w ciągu kolejnych 12 miesięcy Pana/Pani firma planuje działania optymalizacyjne/restrukturyzacyjne:Obszary, w których w ciągu kolejnych 12 miesięcy firma planuje działania optymalizacyjne

Polscy CFO zapytani o to, w jakich obszarach planują zwiększyć nakłady w ciągu najbliższego roku, w 67 proc. zadeklarowali, że w ciągu najbliższego roku będą inwestować w cyfryzację procesów w swoich firmach. Prawie trzy czwarte ankietowanych, 72 proc., ma już teraz prowadzi działania w tym zakresie – 51 proc. firm jest na etapie wdrażania rozwiązań cyfrowych, a 21 proc. jest na etapie planowania i szacowania kosztów takich działań. Z badania wynika, że tylko 28 proc. zapytanych przedsiębiorstw nie planuje w najbliższym czasie takich zmian. Zwiększony nacisk na cyfryzację procesów w firmach może stanowić odpowiedź na przewidywane spowolnienie rozwoju gospodarczego.

Wykres 3. Czy Pana/Pani firma jest w trakcie wdrażania rozwiązań z zakresu cyfryzacji/digitalizacji procesów, podnoszących jej konkurencyjność?Czy firma jest w trakcie wdrażania rozwiązań z zakresu cyfryzacji digitalizacji procesów

Postępująca cyfryzacja z jednej strony powoduje, iż wiele czynności można wykonywać bez ingerencji ludzkiej, jednakże z drugiej strony – generuje zapotrzebowania na nowe, często nieznane obecnie w pełni kompetencje. Taka zmiana generuje również nowe rodzaje ryzyka dla przedsiębiorstw. Nieodzowne jest więc zarządzanie zmianą modelu biznesowego, a dla jej sukcesu nadal niezmiernie istotne jest uwzględnianie czynnika pracowniczego – komentuje Waldemar Wojtkowiak, Członek Zarządu, CFO i CRO w Euler Hermes.

Ankietowanych, którzy zadeklarowali nowe rozwiązania w zakresie cyfryzacji, zapytano jakich wdrożeń już dokonali. Według badania, już 60 proc. CFO dokonało zmian w zakresie cyfryzacji zarządzania procesami w swoich firmach. Następnym częstym wdrożeniem w firmach jest zarządzanie jakością danych (42 proc. ankietowanych) oraz narzędzia zrobotyzowanej automatyzacji procesów (17 proc.). Przebadane firmy dokonały dotychczas najmniej wdrożeń w zakresie narzędzi wykorzystujących sztuczną inteligencję – tylko 3 proc firm.

W tegorocznej ankiecie dyrektorów finansowych zapytano również o skutki, jakie zaobserwowali w wyniku wprowadzania procesowego podejścia w finansach i wdrażania narzędzi cyfrowych w swoich firmach. Dokładnie połowa ankietowanych zauważa zmniejszenie liczby błędów w dokumentach i rozliczeniach. 41 proc. twierdzi, że zwiększyło się wykorzystanie raportów finansowych przez menedżerów niefinansowych oraz że poprawiła się komunikacja między działem finansowym i innymi działami. Jednocześnie jednak 36 proc. ankietowanych uważa, że po wdrożeniach praca wymaga większych kwalifikacji analitycznych, komunikacyjnych i biznesowych.

Działalność małych domów i biur maklerskich przestała być opłacalna

Ciągłe zmiany w otoczeniu prawnym mocno wpływają na wielkość i strukturę przychodów z działalności maklerskiej. Koszty jej prowadzenia rosną w związku z koniecznością rozwijania działów prawnych, kontroli i audytu wewnętrznego. Najbardziej dotyka to małe podmioty. Dodatkowo w ub. roku sytuację pogorszyła afera GetBack. W jej wyniku wprowadzono nowe przepisy, które mogą zahamować rozwój rynku prywatnych emisji obligacji. Na słabej kondycji domów maklerskich tracą firmy pozyskujące finansowanie za ich pośrednictwem.  

Już od kilku lat funkcjonowanie domów maklerskich poważnie utrudniają restrykcyjne regulacje i interpretacje przepisów unijnych. Problemem jest ich implementacja, która nie zawsze uwzględnia realia krajowego rynku firm inwestycyjnych. Tego typu podmioty muszą nieustannie rozwijać działy prawne, kontroli i audytu wewnętrznego kosztem podstawowego obszaru działalności. Dotyczy to także małych graczy, którzy świadczą zaledwie jedną usługę maklerską, działając na niewielką skalę i bez rozległej sieci sprzedaży. Z ww. powodów prowadzenie takich firm przestało być opłacalne.

W ubiegłym roku weszły w życie przepisy mające zapewnić ochronę klientom i przejrzystość działań firm inwestycyjnych. Zmieniły się zasady przyjmowania korzyści, czyli tzw. „zachęt”, przez dystrybutorów jednostek uczestnictwa, m.in. domy maklerskie, od podmiotów trzecich, w tym od TFI. Obecnie firma inwestycyjna, w związku ze świadczeniem usługi maklerskiej, nie może przyjmować ani przekazywać jakichkolwiek świadczeń pieniężnych i niepieniężnych. Od powyższej reguły są jedynie nieliczne wyjątki, służące poprawieniu jakości obsługi klienta.

Powyższe zmiany mocno wpłynęły na wielkość i strukturę przychodów z działalności maklerskiej. Różne interpretacje wprowadzonych regulacji oraz odmienne interesy poszczególnych uczestników rynku zahamowały współpracę producentów i dystrybutorów instrumentów finansowych. Bezpośrednim powodem tego były trudności w rozliczeniach za świadczone usługi. To miało niebagatelny wpływ na wyniki finansowe domów maklerskich w 2018 roku. Według raportu Komisji Nadzoru Finansowego,  poziom straty z podstawowej działalności pogłębił się w ich przypadku o ponad 89% w porównaniu do 2017 roku.

Na sytuację tego typu podmiotów wpłynęła również afera związana z GetBack S.A. Pokrzywdzonych w niej jest ponad 10 tys. obligatariuszy. KNF szacuje, że straty na obligacjach, poniesione przez osoby fizyczne, sięgają nawet 2,6 mld zł. Warto przypomnieć, że spółka przeprowadzała prywatne emisje papierów dłużnych, skierowane maksymalnie do 149 osób, w ilościach hurtowych. Było ich nawet po kilka dziennie. Sprytne ominięcie przepisów pozwalało na dotarcie do szerokiego grona inwestorów, bez konieczności udostępniania do publicznej wiadomości prospektu emisyjnego lub memorandum informacyjnego. W tych dokumentach znajdują się istotne dane na temat emitenta, jego sytuacji finansowej, planów strategicznych, czynników ryzyka i elementów samej oferty.

Pokłosiem afery jest nie tylko ogromna awersja do ryzyka inwestorów indywidualnych. Wprowadzono także nowe przepisy dotyczące emisji prywatnych, które w założeniu mają zwiększyć ochronę uczestników rynku. Od 1 lipca 2019 obligacje nowych emisji nie mogą mieć formy dokumentu i podlegają obowiązkowi rejestracji w depozycie papierów wartościowych. Dodatkowo, jeżeli emitent nie zamierza ubiegać się o dopuszczenie do obrotu na rynku regulowanym lub do wprowadzenia do Alternatywnego Systemu Obrotu (ASO), a także nie przygotowuje oferty publicznej, musi korzystać z obsługi tzw. agenta emisji – banku lub domu maklerskiego.

Głównym zadaniem agenta emisji jest weryfikacja tego, czy emitent spełnia wszystkie wymogi wynikające z przepisów prawa i regulaminu Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. Jest on także odpowiedzialny za ewentualne szkody, spowodowane niewykonaniem lub nienależytym wykonaniem swoich obowiązków. Jeżeli one wystąpią, kara grzywny może wynieść nawet 2 mln zł. Natomiast wynagrodzenie za ww. obsługę waha się obecnie pomiędzy 10 a 20 tys. zł. Nadzór nad papierami dłużnymi będzie też dodatkowo sprawowany przez KNF jako podmiot mający dostęp do rejestru KDPW. Wszystko to spowoduje znaczny wzrost kosztów emisji.

Z kolei wątpliwości interpretacyjne przepisów dotyczące odpowiedzialności agenta emisji wpłyną na selekcję emitentów i eliminację tych z dużym ryzykiem inwestycyjnym. Rezultatem będzie spadek liczby wypuszczanych obligacji i przychodów z ich oferowania. Na zmianach zyskają inwestorzy indywidualni. Jednak stracą małe i średnie przedsiębiorstwa chcące pozyskać w ten sposób finansowanie. Wszystko jednak wskazuje na to, że zmiany jeszcze bardziej zahamują rozwój rynku prywatnych emisji obligacji i ograniczą wpływy z podstawowej działalności domów maklerskich.

Obecnie nic nie zapowiada poprawy ww. sytuacji. Brakuje ku temu stabilnego otoczenia prawnego, zaufania inwestorów do rynku kapitałowego i sprzyjającej koniunktury giełdowej. Wobec tego z rynku będą znikać kolejne podmioty, przejmowane przez większych graczy lub banki. Wzrosną koszty usług maklerskich. Ponadto zmaleje liczba giełdowych debiutów, a spółki praktycznie nie będą pozyskiwać kapitału na drodze emisji akcji lub obligacji.

Trzeba mieć również świadomość tego, że pogarszająca się rentowność ww. podmiotów ma bezpośredni wpływ na funkcjonowanie całego rynku kapitałowego. Domy i biura maklerskie pośredniczą w pozyskiwaniu finansowania dla małych i średnich przedsiębiorstw, które odgrywają ogromną rolę w rozwoju polskiej gospodarki. Wkrótce firmy z sektora MŚP mogą napotkać na trudności z pozyskiwaniem środków potrzebnych im do prowadzenia podstawowej działalności.

Autorem publikacji jest Krzysztof Michrowski, makler papierów wartościowych, ekspert z zakresu prawa rynku kapitałowego z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office

Fundusz Trójmorza sfinansuje kluczowe inwestycje w transporcie czy energetyce. Dzięki nim wzrośnie mobilność mieszkańców wschodniej Polski i bezpieczeństwo energetyczne kraju

Fundusz Trójmorza sfinansuje kluczowe inwestycje w transporcie czy energetyce. Dzięki nim wzrośnie mobilność mieszkańców wschodniej Polski i bezpieczeństwo energetyczne kraju 1

Inwestycje w transgraniczne połączenia drogowe i kolejowe zwiększające mobilność mieszkańców Polski, w infrastrukturę zwiększającą bezpieczeństwo energetyczne czy w infrastrukturę IT – to projekty, które będzie wspierać Fundusz Trójmorza. Przedsięwzięcie finansowe zainicjowane przez BGK będzie się koncentrować na projektach, których celem jest poprawa jakości życia Polaków. Kolejnym krokiem w budowie Funduszu jest wrześniowe spotkanie w Warszawie, w którym uczestniczyć będą prezesi banków i instytucji rozwoju oraz ministrowie z krajów Trójmorza.

Wehikuł finansowy zainicjowany przez BGK będzie się koncentrował na trzech obszarach: transporcie, energetyce i infrastrukturze cyfrowej.

Transport, infrastruktura cyfrowa, energetyka wszystkim kojarzą się z potężnymi przedsięwzięciami, ale bardzo ważne jest to, że skorzysta z tego cały region i każdy Polak – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Daszyńska-Muzyczka, prezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego. – Przeciętny Kowalski odczuje działanie Funduszu Trójmorza, kiedy nie będzie musiał jechać z Tallina do Sofii trzy i pół dnia, tylko kilkanaście godzin.

Szacowane zapotrzebowanie na inwestycje transportowe w krajach Trójmorza w dekadzie do 2030 roku to 290 mld euro, z czego 120 mld zł to infrastruktura o znaczeniu regionalnym. Inwestycją kluczową dla Polski jest między innymi Via Carpatia, międzynarodowa trasa relacji „północ-południe”, łącząca Kłajpedę na Litwie z Salonikami w Grecji. W Polsce przebiegać będzie przez Białystok, Lublin i Rzeszów, dzięki czemu podróżowanie w tym regionie i do innych krajów Inicjatywy Trójmorza stanie się bardziej komfortowe. Inwestycja ma zwiększyć mobilność polskich przedsiębiorców oraz podnieść atrakcyjność inwestycyjną Polski Wschodniej.

Innym infrastrukturalnym projektem mającym wpływ na jakość życia mieszkańców Polski może być Rail Baltica, część transeuropejskiego korytarza, który w przyszłości połączy Niemcy, Polskę, Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię. Dzięki inwestycji komfort życia i podróżowania na Podlasiu znacząco się poprawi – pociągi pasażerskie przyspieszą do 160 km/h, a towarowe do 120 km/h. Oznacza to większą liczbę połączeń w regionie i skrócenie czasu podróży. Trasę z Białegostoku do Warszawy będzie można pokonać w mniej niż dwie godziny.

Jednym z projektów, który będzie miał duży wpływ na bezpieczeństwo energetyczne Polaków, jest Baltic Pipe, czyli gazociąg na dnie Morza Północnego, który połączy norweskie złoża gazu ziemnego z systemem przesyłowym w Danii. Jego przepustowość ma wynosić ok. 10 mld m3 rocznie, co stanowi ok 60 proc. polskiego zapotrzebowania na gaz. Baltic Pipe może mieć przełożenie na niższe ceny surowca oraz większe bezpieczeństwo dostaw do polskich domów.

Z kolei w obszarze IT wpływ na polskich przedsiębiorców i każdego Polaka będzie miała budowa Cyfrowej Autostrady łączącej światłowodami i infrastrukturą technologiczną 12 krajów regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Przyczyni się także do rozwoju sieci 5G. Dzięki tym inwestycjom internet w każdym regionie Polski stanie się jeszcze bardziej dostępny, a dane będzie można przesyłać około 40 razy szybciej.

Fundusz nie zastępuje ani rządu, ani Komisji Europejskiej, czyli w dalszym ciągu będą inwestycje publiczne czy finansowane z funduszy europejskich, natomiast Fundusz Trójmorza w tych trzech obszarach będzie na zasadach komercyjnych realizował projekty ułatwiające życie społeczeństwom w tym regionie – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka.

Banki rozwoju z Polski i Rumunii zapowiedziały wpłaty do Funduszu na łączną kwotę ponad 500 mln euro. Wehikuł finansowy zainicjowany przez BGK jest jednak otwarty na kolejne kraje członkowskie, międzynarodowe instytucje finansowe i inwestorów prywatnych. Okazją do poszerzenia funduszu o nowych członków jest dzisiejsze spotkanie prezesów banków i instytucji rozwoju oraz ministrów z krajów Trójmorza.

Jako instytucja finansowa społecznie odpowiedzialna zauważyliśmy, że po rozpoczęciu inicjatywy Trójmorza na poziomie prezydenckim potrzebna jest jeszcze większa integracja i wspólna praca państw regionu centralno-wschodniej Europy. Zastanawialiśmy się wspólnie z zarządem, jaka mogłaby być nasza rola, jak moglibyśmy wesprzeć tę inicjatywę, żeby gospodarka i wymiana gospodarcza w tych państwach mogły się lepiej rozwijać. Wtedy powstał pomysł utworzenia Funduszu Trójmorza – mówi prezes BGK, jednocześnie przewodnicząca rady nadzorczej Funduszu Trójmorza. – Żeby był on faktycznie Funduszem Trójmorza, potrzebne jest zaangażowanie podobnych instytucji, takich jak BGK, z 12 państw stanowiących Trójmorze. Przekonywaliśmy je do tego pomysłu i na szczęście okazało się, że utworzenie takiego wehikułu finansowego to fantastyczny pomysł, który wspomoże ogromne potrzeby infrastrukturalne w regionie.

Raport opracowany przez Spot Data na zlecenie BGK pokazuje, że do 2030 roku inwestycje infrastrukturalne w tej części kontynentu powinny sięgnąć ponad 500 mld euro, żeby wyrównać różnice dystansujące region od Europy Zachodniej. Szacowane zapotrzebowanie na inwestycje w sieci energetyczne w krajach Trójmorza do końca przyszłej dekady to 87 mld euro. Projekty transportowe to kolejne 290 mld euro (drogi – 165 mld euro, kolej – 100 mld euro, transport wodny – 13 mld euro i transport  lotniczy – 11 mld euro). Z kolei inwestycje w infrastrukturę ICT w krajach Trójmorza będą wymagać zaangażowania w sumie 160 mld euro do 2030 roku.

Jak podkreśla prezes BGK, to ogromne środki, które Fundusz chce pozyskać również od inwestorów prywatnych z całego świata, nie tylko z Unii Europejskiej.

 Rozmawiamy dzisiaj z funduszami, szczególnie funduszami emerytalnymi, które patrzą na długoterminowe finansowanie, długoterminowe inwestycje, przynoszące bardzo stabilny zwrot. Są to fundusze z Australii, Korei Południowej, Japonii, Kanady, Norwegii, Izraela, być może krajów arabskich, Stanów Zjednoczonych. Mamy szerokie spektrum, bo w tej części Europy jest ogromny potencjał i to wszyscy widzą. Wiedzą, że rozbudowa korytarzy logistycznych, infrastruktury transportowej, energetycznej, cyfrowej pobudzi jeszcze bardziej rozwój gospodarczy tego regionu, a także całej UE – mówi prezes Banku Gospodarstwa Krajowego.

Fundusz Trójmorza jest inicjatywą komercyjną, nie polityczną. Został zarejestrowany 26 czerwca br. i ma przyczynić się do wyrównywania różnic rozwojowych w ramach UE. Będą nim zarządzać niezależne, profesjonalne firmy, które na podstawie rachunku ekonomicznego zadecydują o tym, w które inwestycje zaangażuje się fundusz.

– Chcemy mieć najlepszych ekspertów w trzech głównych branżach, na których fundusz będzie się skupiał, czyli transport, energetyka i infrastruktura cyfrowa. Jesteśmy na etapie pozyskiwania ekspertów – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka.

KRIR: Odszkodowania dla rolników nie pokryją wszystkich strat spowodowanych suszą. Konieczna jest poprawa retencji wody i zmiany w uprawach

KRIR: Odszkodowania dla rolników nie pokryją wszystkich strat spowodowanych suszą. Konieczna jest poprawa retencji wody i zmiany w uprawach 2

26 września zostanie ogłoszony termin składania wniosków o pomoc dla poszkodowanych rolników do biur powiatowych Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Stawka pomocy jest uzależniona od stopnia zniszczeń – maksymalnie w przypadku 70 proc. strat w uprawach wyniesie 1 tys. zł na hektar. – Dobrze, że to wsparcie jest, ale nie wystarczy ono na wznowienie produkcji – mówi Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. I podkreśla, że trzeba myśleć o innych sposobach walki ze skutkami suszy.

Prawdopodobnie 3 października Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa rozpocznie nabór wniosków o pomoc dla gospodarstw rolnych poszkodowanych w tym roku w wyniku suszy, huraganu, gradu, deszczu nawalnego, przymrozków wiosennych lub powodzi. Termin ma zostać ogłoszony 26 września.

 Przy stratach, które sięgają powyżej 70 proc., stawka wynosi 1 tys. zł na hektar. Jeżeli rolnik miał ubezpieczone wszystkich upraw w gospodarstwie powyżej 50 proc. gruntów rolnych, wtedy otrzymuje stawkę pełną. Jeśli nie miał ubezpieczenia, otrzymuje połowę tej stawki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Rolnicy, u których szkody wynoszą 30–70 proc., upraw mogą liczyć na 500 zł za hektar powierzchni, jeśli mają wykupioną polisę ubezpieczeniową. W przypadku braku polisy pomoc wyniesie 250 zł za hektar.

Jak wynika z analizy Najwyższej Izby Kontroli, w ubiegłym roku zawarto ok. 165 tys. umów ubezpieczenia, co oznacza, że zrobiło to ok. 12 proc. właścicieli gospodarstw rolnych. Łączna powierzchnia ubezpieczonych upraw wynosi nieco ponad 3,2 mln ha i od 2013 roku stopniowo spada.

 Straty powyżej 30 proc. są płacone poza formułą pomocy de minimis. Jest to maksymalna pomoc krajowa na gospodarstwo, która wynosi 20 tys. euro na 3 lata, a oprócz tego jest pula maksymalna krajowa i jest to 280 mln euro. My mamy de minimis praktycznie wykorzystany na poziomie około 98 proc. – wyjaśnia Szmulewicz. – Gospodarstwa, które mają do 30 proc. strat, będą miały problem z uzyskaniem tych środków z tego względu, że przekroczony jest limit krajowy.

To oznacza, że wypłata tych środków będzie możliwa po 1 stycznia 2020 roku.

 Stawki zaproponowane przez rząd to bardziej pomoc socjalna niż pomoc na wznowienie produkcji. Ale jeśli straty wynoszą kilka miliardów złotych w skali produkcji, to 2 mld, które przeznaczy ewentualnie rząd, to jest w sumie duża pomoc. Dla tych gospodarstw, które inwestują, mają kredyty, ta pomoc na pewno nie wystarczy na odnowienie produkcji rolnej – przekonuje Wiktor Szmulewicz.

W 2018 roku blisko 270 tys. producentów rolnych otrzymało od państwa 2,2 mld zł pomocy. Jak zaznacza prezes KRIR, do wznowienia produkcji rolnej służą inne narzędzia finansowe. Rolnicy mogą np. zaciągnąć kredyt preferencyjny, klęskowy, starać się o ulgi w podatku gruntowym, a w wyjątkowej sytuacji – o rozłożenie na raty lub umorzenie składki KRUS.

Doraźna pomoc to dla rolników ratunek tylko na chwilę

– Musimy zacząć myśleć o tym, jak zmniejszyć ryzyko suszy w gospodarstwach rolnych, żeby one mogły w normalny sposób funkcjonować. Jest na to kilka sposobów. To m.in. uprawianie roślin, które lepiej znoszą suszę, czyli mniej odmian jarych, a więcej ozimych. To cała agrotechnika, która pozwoli zachowywać jak największą ilość wody po zimie i opadach jesiennych, tak jak to robią Egipt, Portugalia czy Hiszpania – wskazuje prezes KRIR. – Chodzi też o magazynowanie wody. Musimy więc myśleć o wielkiej retencji i małej retencji, która będzie podnosiła wilgotność gleby, zasobność wód gruntowych.

Od 25 września do 22 listopada rolnicy mogą składać do ARiMR wnioski o dofinansowanie budowy lub modernizacji instalacji nawadniających. Możliwa do uzyskania pomoc na jedno gospodarstwo wynosi maksymalnie 100 tys. zł, przy czym refundacji podlega 50 proc. kosztów poniesionych na tę inwestycję (60 proc. w przypadku młodego rolnika).

– Musimy zacząć myśleć nie tylko o odszkodowaniach, bo będziemy wpadać w coraz większe kłopoty. Państwa nigdy nie będzie stać, żeby pokryć te miliardowe straty – podkreśla Wiktor Szmulewicz. – Jeżeli cały czas poziom wód gruntowych będzie spadał, to będziemy mieli coraz mniej wody. To oznacza ograniczenie produkcji rolnej i wzrost cen, bo płodów rolnych będzie mniej. Ucierpi też przemysł, zwłaszcza energetyczny, ale też cała gospodarka, bo może zabraknąć wody pitnej – wymienia.

Inwestorzy zostają przy dolarze. Amerykańska gospodarka hamuje wolniej niż strefa euro

Inwestorzy zostają przy dolarze. Amerykańska gospodarka hamuje wolniej niż strefa euro 3

Na wrześniowym posiedzeniu amerykańska Rezerwa Federalna obniżyła koszt pieniądza, tnąc stopę funduszy federalnych o 25 punktów bazowych do przedziału 1,75–2,00 proc. To druga z rzędu obniżka po decyzji z końca lipca. Według Rafała Sadocha, analityka Domu Maklerskiego mBanku, najważniejsza obecnie kwestia dotyczy tego, co FED zdecyduje na kolejnych posiedzeniach. Z komunikatu FOMC wynika, że dostrzega on raczej zagrożenia dla gospodarki spoza amerykańskiego rynku niż wewnętrzne. Stabilna sytuacja gospodarki USA utrzymuje popyt na dolara.

Sama obniżka stóp procentowych o 25 punktów bazowych niewiele oznacza dla rynków finansowych, bowiem te spodziewały się tego całkowicie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBanku. – Jerome Powell [szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej – red.] zakomunikował w lipcu, że ówczesna obniżka o 25 punktów bazowych była początkiem średniego okresu dostosowania poziomu kosztu pieniądza i że stopy procentowe jeszcze spadną w tym roku. Również czerwcowe prognozy FED wskazywały, że do końca roku zobaczymy dwie obniżki, zatem to nie jest żadne zaskoczenie dla rynku.

Z komunikatu FOMC wynika, że dostrzega on raczej zagrożenia dla gospodarki spoza amerykańskiego rynku niż wewnętrzne. Rynek pracy nazwano silnym, a wzrost zatrudnienia solidnym. Uznano też, że aktywność gospodarcza wzrasta w umiarkowanym tempie. Również wydatki konsumentów rosły w oczach członków FED w szybkim tempie przy jednocześnie niskiej inflacji. Prognozy mówią o wzroście PKB w tym roku na poziomie 2,2 proc., podczas gdy w lipcu rozwój gospodarki oceniano na 2,1 proc. Na przyszły rok prognozowany jest nieco wolniejsze tempo – 1,9 proc. Sugestii trzeciej obniżki w komunikacie FED próżno się za to doszukiwać.

Najbardziej istotna jest perspektywa tego, czego możemy się spodziewać w końcówce 2019 roku czy w 2020 roku, czy stopy procentowe w Stanach będą dalej obniżane, czy też nie – komentuje Rafał Sadoch. – To jest największy czynnik ryzyka, jeśli chodzi o notowania amerykańskiej waluty czy szerszą sytuację na rynkach finansowych.

Dolar amerykański wzmocnił się od początku roku do euro o ponad 4,3 proc. i jest na najwyższych poziomach od ponad dwóch lat. Wynika to m.in. ze słabych danych ze strefy euro, której gospodarka wzrosła w II kwartale o 0,2 proc., o połowę wolniej niż w pierwszych trzech miesiącach roku. Ostatnie informacje też nie napawają optymizmem: niemiecki przemysł – a Niemcy odpowiadają za jedną piątą europejskiego PKB – zanotował w sierpniu wskaźnik PMI na poziomie 41,1 pkt, dużo poniżej oczekiwań i neutralnego poziomu 50 pkt. Niższy od spodziewanego przez ekonomistów był też poziom tego wskaźnika dla sektora usług. Wskazuje to na spadek zamówień w niemieckich firmach.

Amerykańska waluta cały czas pozostaje bardzo silna i utrzymuje się w pobliżu dwuletnich maksimów – tłumaczy analityk DM mBanku. – Notowania amerykańskiej waluty determinowane są jeszcze przez konflikt handlowy. Część inwestorów nie widzi zbytniej alternatywy dla amerykańskiej waluty z tego względu, że kondycja Stanów Zjednoczonych cały czas prezentuje się lepiej niż w innych gospodarkach. Stany Zjednoczone hamują w wolniejszym stopniu niż chociażby strefa euro. Dlatego mimo obniżek stóp procentowych ten popyt na amerykańską walutę cały czas utrzymuje się i pozostaje bardzo silny.

Po 2023 roku nowe zasady zbierania i przetwarzania odpadów opakowaniowych. Koszty systemu będą mniej obciążać mieszkańców

Po 2023 roku nowe zasady zbierania i przetwarzania odpadów opakowaniowych. Koszty systemu będą mniej obciążać mieszkańców 4

Obowiązujący w systemie gospodarki mechanizm rozszerzonej odpowiedzialności producenta to martwe przepisy – oceniają organizacje branżowe. Obecnie większość kosztów związanych ze zbiórką i recyklingiem odpadów komunalnych i opakowaniowych pokrywają mieszkańcy oraz gminy. Ma to zmienić znowelizowany pakiet dyrektyw odpadowych Unii Europejskiej, zgodnie z którymi od 2023 roku powinny funkcjonować nowe zasady gospodarki odpadami opakowaniowymi.

– Rozszerzona odpowiedzialność producenta (ROP) powinna być mechanizmem efektywnym, który motywuje do uzyskania jak najwyższej jakości, a nie tylko finansuje już zastane procesy. Oczywiście mamy świadomość, że na rynku brakuje pieniędzy i to jest jedna z bolączek systemu. Natomiast samo dołożenie finansowania nie zmieni poziomów recyklingu. Dlatego ROP powinna motywować wszystkich interesariuszy, wszystkie elementy łańcucha wartości do jak najlepszych efektów, a za nimi powinny iść pieniądze z organizacji odzysku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Dziczek, członek zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Opakowań i Produktów w Opakowaniach EKO-PAK.

W polskim systemie gospodarki odpadami funkcjonuje już mechanizm rozszerzonej odpowiedzialności producenta (w oparciu o ustawę o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi), który zakłada, że przedsiębiorstwa wprowadzające opakowania na rynek muszą partycypować w kosztach ich zbiórki, segregacji i przygotowania do recyklingu. Jednak – jak zgodnie oceniają eksperci – system jest całkowicie nieefektywny.

W tej chwili część odpowiedzialności producentów za wynagrodzeniem przejmują organizacje odzysku, które są zobowiązane do osiągnięcia określonych poziomów zbiórki i recyklingu opakowań. Jeżeli się z nich nie wywiążą, grożą im sankcje finansowe. Brak realnego nadzoru nad tym rynkiem powoduje jednak, że część organizacji odzysku realizuje ten obowiązek tylko na papierze.

Poza tym w obecnym systemie to samorządy są odpowiedzialne za odbiór odpadów, w tym opakowaniowych, od mieszkańców i to one w znacznym stopniu – z opłat mieszkańców – ponoszą koszty selektywnej zbiórki i przygotowania ich do recyklingu.

– Obecnie wkład w koszty wprowadzających opakowania na rynek za pośrednictwem organizacji odzysku wynosi kilka procent. My szacujemy go na 4–5 proc. Natomiast uważamy, co wynika też ze znowelizowanej unijnej dyrektywy, że powinno to być między 80 a 100 proc. w zależności od uzyskiwanych rezultatów – mówi Magdalena Dziczek.

Znowelizowany pakiet dyrektyw odpadowych Unii Europejskiej (przyjęty w lipcu 2018 roku) ustanawia wyższe cele recyklingu odpadów komunalnych i opakowaniowych, a także nakłada na producentów opakowań obowiązek stosowania się do ROP, której zasady zostały ujednolicone w dyrektywach. Zakładają one m.in., że producenci będą zobowiązani do pokrycia kosztu netto (po odjęciu przychodów ze sprzedaży surowców) selektywnej zbiórki i przygotowania odpadów opakowaniowych do recyklingu.

Przepisy regulujące wdrożenie ROP w poszczególnych krajach UE mają zostać uchwalone do lipca 2020 roku i wdrożone najpóźniej do 2023 roku.

– Dyrektywa odpadowa ustanawiająca zasady ROP mówi jasno, że producent musi ponosić koszt netto, czyli pomniejszony o przychody ze sprzedaży danego surowca. Jednak na dziś nie mamy żadnej wiedzy, jakie są te przychody, a tym bardziej, jakie są przychody dla poszczególnych rodzajów odpadów opakowaniowych. W praktyce oznacza to, że wdrożenie zasad ROP, określenie tej wartości finansowej, będzie wypadkową jakichś analiz mniej lub bardziej zbieżnych z rzeczywistością. Stąd bardzo istotne jest upublicznienie informacji finansowych na poziomie gmin, by tej przypadkowości uniknąć. To rzuciłoby światło na faktyczne koszty – mówi Magdalena Dziczek.

Jak podkreśla, samo wdrożenie mechanizmów rozszerzonej odpowiedzialności producenta nie będzie lekiem, który uzdrowi polski rynek gospodarki odpadami. Stąd ważne jest zidentyfikowanie kluczowych problemów tego systemu i wdrożenie kompleksowego planu naprawczego. Jednym z takich problemów jest m.in. mierzenie zanieczyszczeń i dbanie o jakość selektywnej zbiórki już na etapie odbioru odpadów komunalnych od mieszkańców.

– Każdy odpad opakowaniowy to jednocześnie surowiec. Powinniśmy się zastanowić nad całym łańcuchem powiązań w systemie gospodarki odpadami opakowaniowymi. Odpad, który my wrzucamy do określonego pojemnika, czyli np. tworzywa sztuczne do żółtego, powinien tam wylądować jak najskrupulatniej. Następnie firma odbierająca odpady nie powinna go mieszać z innymi, czyli żółty pojemnik powinien być w żółtym pojemniku i nie wolno do niego dosypywać nic z zielonego czy niebieskiego, bo to zanieczyszcza surowce wtórne. Następnie na sortowni mamy konfekcjonowanie, sortujemy te odpady na poszczególne rodzaje i później mogą być one przekazane do recyklingu – mówi Magdalena Dziczek.

W tej chwili sortownie – zwłaszcza te mniejsze – mają problem ze sprzedaniem odpadów surowcowych, np. ze względu na niewielką ilość, którą są w stanie wysortować. Dlatego organizacje odzysku opakowań powinny się aktywnie włączyć w proces poszukiwania recyklera, który będzie w stanie takie odpady przyjąć i zagospodarować w należyty sposób.

– Dotyczy to także odpadów trudno poddających się recyklingowi, jak np. wielowarstwowe folie – mówi Magdalena Dziczek. – Recykler, który przetwarza taki odpad, tworzy z niego nowy produkt. Na tym etapie też widzimy rolę organizacji odzysku, która mogłaby pomóc producentowi zwrócić ten produkt w postaci surowca wtórnego do ponownej produkcji opakowań.

W Polsce codziennie odbiera sobie życie 15 osób. Brakuje programu zapobiegania samobójstwom

W Polsce codziennie odbiera sobie życie 15 osób. Brakuje programu zapobiegania samobójstwom 5

Na świecie co roku niemal 800 tys. ludzi popełnia samobójstwo. To więcej niż umiera wskutek malarii, raka piersi, morderstw czy wojen. W Polsce codziennie odbiera sobie życie 15 osób. Jesteśmy też na drugim miejscu w Europie pod względem liczby samobójstw nieletnich. Opracowanie Narodowego Programu Zapobiegania Samobójstwom i stworzenie odpowiednich warunków dla społecznych organizacji pozarządowych mogłoby pomóc zmniejszyć liczbę samobójstw o blisko 10 proc. – ocenia prof. Brunon Hołyst, prezes Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.

– Co roku życie odbiera sobie 800 tys. osób na świecie, a 16 mln czyni nieudane próby. W Polsce w wyniku śmierci samobójczej ginie rocznie około 5 tys. osób, a ponad 100 tys. czyni nieudane próby. Według wskaźników Światowej Organizacji Zdrowia na jedno udane samobójstwo przypada 20 prób samobójczych. Można powiedzieć, że na świecie co 40 sekund człowiek odbiera sobie życie, w Polsce – 15 osób dziennie – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Brunon Hołyst, prezes Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.

Wskaźnik samobójstw dla naszego kraju wynosi 16,2 na 100 tys. mieszkańców, przy średniej 10,5 dla świata i 13,7 dla Europy. Znacznie częściej życie odbierają sobie mężczyźni. Na 15 przypadków samobójczej śmierci dziennie 12 przypada na mężczyzn.

– Są tylko nieliczne państwa, gdzie liczba samobójstw kobiet i mężczyzn się równoważy, ale w Polsce ponad czterokrotnie więcej samobójstw popełniają mężczyźni niż kobiety – podaje prof. Brunon Hołyst.

Jak ocenia prezes Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego, po wzroście liczby samobójstw w latach 2007–2010 ostatnio jest ona raczej ustabilizowana, ale ciągle wysoka. Mogłyby ją ograniczyć skoordynowane działania na różnych szczeblach.

– Konieczne jest opracowanie wzorem innych państw Narodowego Programu Zapobiegania Samobójstwom. W Japonii w wyniku jego realizacji samobójstwa wykazują spadek o 10 proc., w Chile o 15 proc., a w Szkocji o 18 proc. – mówi prof. Brunon Hołyst. – Istnieje potrzeba synchronizacji działań organów państwowych i organizacji społecznych, licznej grupy wolontariuszy. Ich zsynchronizowane wysiłki mogą dać oczekiwane rezultaty w postaci zmniejszenia corocznie liczby samobójstw o 10 proc.

WHO podaje, że liczba państw, które uruchomiły u siebie odpowiednie programy zapobiegania samobójstwom, wzrosła w ciągu ostatnich pięciu lat do 38. Przynosi to wyraźne rezultaty, bo w skali całego świata liczba samobójstw w latach 2010–2016 zmalała prawie o 10 proc.

Jak tłumaczy ekspert, współpraca między różnymi instytucjami niekoniecznie musi być uregulowana prawnie. To, co istotne, to ścisła współpraca między organizacjami pozarządowymi. W Polsce istnieje grupa robocza przy Ministerstwie Zdrowia, która zajmuje się tematyką samobójstw. Potrzebny jest jednak narodowy program wczesnej identyfikacji, leczenia i opieki nad osobami cierpiących na zaburzenia psychiczne lub uzależnienia.

– Podstawą opracowania wszelkich narodowych programów są dokładne badania naukowe, żebyśmy mogli postawić diagnozę, co, gdzie, kiedy, jakie przedsięwziąć działania w odniesieniu do różnych grup populacji – podkreśla ekspert.

Niezbędna jest też poprawa dostępu do lekarzy, w tym psychologów i psychiatrów.

– W dokumentach Światowej Organizacji Zdrowia podkreśla się, że łatwa dostępność do służby zdrowia jest jednym z elementów profilaktycznych, przyczynia się do obniżenia stopnia wiktymizacji w wyniku zamachów suicydalnych – mówi prof. Brunon Hołyst.

Urządzenia ubieralne coraz bardziej zaawansowane. Wearables potrafią pomagać osobom ze schorzeniami układu moczowego

Urządzenia ubieralne coraz bardziej zaawansowane. Wearables potrafią pomagać osobom ze schorzeniami układu moczowego 6

Urządzenia do noszenia na ciele znajdują coraz szersze zastosowanie w medycynie i opiece senioralnej. Czujniki USG montowane w najnowocześniejszych urządzeniach mogą np. wykonać zdjęcie płodu i przesłać je lekarzowi do analizy. Coraz częstszym problemem ze względu na starzenie się społeczeństwa jest także nietrzymanie moczu, na które cierpi nawet 33 proc. osób w Stanach Zjednoczonych. Urządzenie wykrywające stan napełnienia pęcherza może zasygnalizować osobie nietrzymającej moczu, że powinna pójść do toalety.

– DFree to urządzenie do noszenia wskazujące, czy konieczna jest wizyta w toalecie. Ma ono czujnik USG, który zakłada się bezpośrednio na skórę. Komunikuje się ono z telefonem użytkownika, a specjalna aplikacja informuje o stanie napełnienia pęcherza i powiadamia, kiedy należy udać się do toalety –wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mai Ono z DFree.

Według American Urological Association, nawet 33 proc. osób w Stanach Zjednoczonych cierpi na nietrzymanie moczu. Problem ten występuje częściej u kobiet niż u mężczyzn. Szacuje się, że zmaga się z nim około 30 proc. kobiet w wieku 30–60 lat, podczas gdy wśród mężczyzn jest to 1,5–5 proc. Dotychczas osoby dotknięte tym problemem były najczęściej skazane na noszenie wkładek higienicznych, pieluchomajtek bądź cewnika urologicznego. Dostępne są także mniej lub bardziej inwazyjne metody leczenia lub łagodzenia nietrzymania moczu. To m.in. nastrzykiwanie mięśnia pęcherza botoksem czy implantacja elektrycznego stymulatora nerwu krzyżowego.

– Naszym celem jest poprawa jakości życia seniorów. Z DFree można dłużej cieszyć się niezależnością, ponieważ osoby, u których wystąpi problem nietrzymania moczu, nie są od razu skazane na korzystanie z pieluch. DFree wskazuje przewidywany czas pójścia do toalety, dzięki czemu pieluchy nie są konieczne – tłumaczy Mai Ono.

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń wearables dla seniorów. Najczęściej są to urządzenia monitorujące funkcje życiowe, takie jak opaska na nadgarstek Fitbit Charge 2. Ma ona wbudowany monitor pracy serca, wyświetla tętno mierzone podczas treningu, spaceru czy wypoczynku. Może również przeprowadzać sesje ćwiczeń z kontrolowania oddechu dla uspokojenia tętna. Apple Watch z kolei wyposażony jest w czujnik wykrywający upadki. W przypadku wykrycia upadku automatycznie dzwoni pod numer alarmowy.

Pojawianie się na rynku medycznych wearables oraz urządzeń do noszenia z funkcjami np. monitorującymi stan zdrowia czy detekcji upadku jest niezwykle ważne zwłaszcza w dobie starzejącego się społeczeństwa. Według ONZ populacja osób powyżej 65 roku życia rośnie najszybciej spośród wszystkich grup wiekowych. W 2050 roku 16 proc. ludzi na całym świecie będzie mieć 65 lat lub więcej (w porównaniu z 9 proc. obecnie). W Europie odsetek będzie jeszcze większy (25 proc.).

– Naszą główną grupą docelową są osoby starsze zmagające się z problemem nietrzymania moczu. Jest to powszechne zaburzenie wśród seniorów. Z uwagi na starzenie się społeczeństwa problem staje się coraz powszechniejszy. Urządzenie może być stosowane m.in. w domach opieki i szpitalach, ale dostępne jest także do zastosowań indywidualnych – mówi Mai Ono.

Według Grand View Research światowy rynek medycznych wearables wyceniany był w 2018 roku na 10,3 mld dol. Do 2026 roku ma rosnąć w tempie średniorocznym na poziomie przeszło 26 proc.

Wydrukowano w 3D pierwszy w Polsce budynek z betonu. W przyszłości możliwe jest drukowanie w pełni zazbrojonych budowli

Wydrukowano w 3D pierwszy w Polsce budynek z betonu. W przyszłości możliwe jest drukowanie w pełni zazbrojonych budowli 7

Druk 3D to rewolucja w architekturze i budownictwie. Technologia jest znacznie szybsza i tańsza niż konwencjonalne budownictwo, ma też mniejszy wpływ na środowisko. Budynków drukowanych maszynowo nie ma jednak zbyt wiele – to efekt skomplikowanych procesów przy samym stawianiu budynku. Dzięki technologii polskiego start-upu może się to zmienić. Polska firma jako pierwsza na świecie chce wdrożyć technologię automatycznego układania zbrojenia i budowy szalunków z użyciem betonu.

– W budownictwie wykorzystuje się sporo tradycyjnych metod i innowacje skupiają się głównie na materiałach. Mamy do czynienia z nowszymi technologiami, a co za tym idzie – materiały są bardziej ekologiczne, zaawansowane w sposób termiczny czy wytrzymałościowy. Jedną z innowacji jest druk 3D. Firmy na świecie już zaczynają dostrzegać tę metodę i wykorzystywać ją np. w wykończeniach czy elementach dekoracyjnych – mówi agencji Newseria Innowacje Rafał Perz, współzałożyciel i członek zarządu firmy REbuild.

Druk 3D już od kilku lat jest coraz powszechniej stosowany w budownictwie. W 2014 roku inżynierowie z Arup wykorzystali druk 3D do wyprodukowania stalowego węzła do lekkiej konstrukcji. Szanghajska firma WinSun Decoration Design Engineering zastosowała duże drukarki 3D do natryskiwania mieszanki szybko schnącego cementu i surowców wtórnych, co umożliwiło zbudowanie 10 małych domów demonstracyjnych w mniej niż 24 godziny. W Hiszpanii pierwszy most dla pieszych wydrukowany w 3D został otwarty pod koniec 2016 roku. Amerykański korpus piechoty morskiej wydrukował zaś w 3D betonową chatę koszarową.

W Polsce stanął niedawno pierwszy betonowy budynek z drukarki 3D.

– W przypadku tego budynku wydrukowane były szalunki pod fundament i ściany, a także elementy dekoracyjne wokół, jak doniczki, stoły, krzesła czy grill. Reszta prac wykończeniowych w budynku była robiona metodą tradycyjną. Proces trójwymiarowego drukowania ścian trwał 13 godzin, a proces wykończeniowy i całego zamknięcia budynku zajął nam około tygodnia – wskazuje Rafał Perz.

REbuild ukończył pierwszy wielkoformatowy wydruk z użyciem drukarki 3DCP do betonu. Budynek ma 7 mkw., a do jego wydruku zużyto ok. 6 ton betonu. To pierwszy budynek wydrukowany z użyciem tej technologii w naszym kraju. Dotychczas drukowane były mniejsze obiekty, np. ławki czy stoły. Rozwiązanie opracowywane przez polski zespół ma zautomatyzować pracę w branży budowlanej. Zbrojenie, podpory, izolacje termiczne czy wznoszenie ścian nawet o skomplikowanych kształtach będzie łatwiejsze i szybsze.

– Technologia druku 3D w budownictwie pozwala na automatyzację i przyspieszenie procesów wznoszenia budowli. Cały proces staje się tańszy, mamy mniejsze wykorzystanie personelu, co wpływa na poprawę bezpieczeństwa, a dodatkowo możemy korzystać z materiałów ekologicznych, które później możemy recyklingować – wymienia współzałożyciel REbuild.

Jak przekonuje ekspert, drukowanie w 3D może pozwolić na szybszą i dokładniejszą budowę złożonych lub wykonanych na zamówienie przedmiotów, a także obniżyć koszty pracy i zmniejszyć ilość odpadów. Może również umożliwić rozpoczęcie budowy w trudnych lub niebezpiecznych środowiskach nieodpowiednich dla ludzkiej siły roboczej, nawet w kosmosie.

Polska firma stale rozwija swoją technologię, która w przyszłości ma pozwolić na wydruk 3D z betonu ze zbrojeniem, czego do tej pory nie udało się żadnej innej firmie na świecie.

– Nie planujemy na razie wdrażania usługi, jaką jest druk czy sprzedaż samych budynków i domów, jednak skupiamy się przede wszystkim na rozwoju technologii i budowie maszyny. I to tę maszynę właśnie będziemy chcieli wdrażać, sprzedawać i komercjalizować. W najbliższym czasie planujemy uruchomienie sprzedaży również na zamówienie, nie tylko gotowych elementów, lecz także według własnego projektu właśnie elementów dekoracyjnych, małej architektury – zapowiada Rafał Perz.

Nasze drogie śmieci

Za śmieci będziemy płacić inaczej. Nawet jeden mieszkaniec może spowodować, że w budynku wielorodzinnym opłaty za niesegregowanie odpadów wzrosną dla każdego o 400 proc.

Wynika to z nowelizacji ustawy o utrzymaniu porządku i czystości w gminach, która weszła w życie w życie 6 września 2019 r., z wyjątkiem przepisów o poziomach recyclingu i przygotowaniu do ponownego użycia odpadów komunalnych (te wchodzą od 1 stycznia 2020).

Wyższa opłata wprowadzona została ze względu na konieczność uzyskiwania wysokich norm recyklingu wymaganych przepisami unijnymi.

Dotychczas było tak, że każdy mieszkaniec samodzielnie deklarował czy będzie segregował odpady. Nowelizacja ustawy narzuca obowiązek segregowania śmieci na każdego z nas. To wspólnota mieszkaniowa czy spółdzielnia mieszkaniowa w zabudowie wielorodzinnej odpowiada za segregację odpadów, a więc w sytuacji, gdy jeden lub kilku mieszkańców nie segreguje tych odpadów będzie decydowało w jakiej wysokości naliczone zostaną opłaty dla wszystkich.

Karol Andrzejewski, dyrektor regionalny TuMieszkamy
Karol Andrzejewski, dyrektor regionalny TuMieszkamy

– Gminy mają do dyspozycji możliwość naliczenia od 2 do 4-krotności opłaty za odpady niesegregowane, gdy mieszkańcy nie dopełniają zasad segregacji odpadów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Karol Andrzejewski, dyrektor regionalny TuMieszkamy, firmy zarządzającej nieruchomościami należącej do międzynarodowej Grupy City Service. – Ponieważ wspólnoty i spółdzielnie praktycznie nie mają możliwości weryfikacji, który mieszkaniec przyczynił się do wzrostu opłat pozostaje im postawienie na edukację podczas spotkań organizowanych z mieszkańcami.

Do 2030 roku spersonalizowane plany profilaktyki zdrowotnej i leczenie w domu staną się normą

Digitalizacja i zmiany demograficzne w nadchodzących latach wprowadzą trwałe zmiany w sektorze medycyny i opieki zdrowotnej. Według oczekiwań konsumentów, do 2030 roku spersonalizowane plany profilaktyki zdrowotnej i leczenie w domu staną się normą, a technologie dadzą pacjentom możliwość łatwiejszego i efektywniejszego kontrolowania stanu zdrowia – to ustalenia wynikające z badania przeprowadzonego przez niezależną firmę badań rynkowych CITE Research na zlecenie Dassault Systèmes, na reprezentatywnej próbie tysiąca dorosłych Amerykanów.

Starzenie się populacji na świecie stanie się jedną z najważniejszych przemian społecznych stulecia. Według danych ONZ[1] globalnie populacja osób w wieku 60 lat lub więcej rośnie szybciej niż wszystkie młodsze grupy wiekowe. Liczba osób w wieku 60+ wzrośnie ponad dwukrotnie do 2050 r. i trzykrotnie do 2100 roku, osiągając odpowiednio liczbę 2,1 mld w 2050 r. i 3,1 mld w 2100 roku. Ten trend można zaobserwować także w Polsce – z danych GUS wynika, że przyspieszeniu uległ proces starzenia się ludności Polski. Niezmiennie rośnie grupa osób w wieku 65 lat i więcej – w 2018 r. zwiększyła się o 212 tys. osób do wielkości ponad 6,7 mln.

Wyzwania związane ze starzeniem się społeczeństwa, a z drugiej strony zmieniające się oczekiwania konsumentów odnośnie modelu opieki zdrowotnej sprawiają, że branża medyczna coraz częściej sięga po innowacyjne produkty, które pozwolą na optymalizację istniejących procesów i wdrażanie w życie śmiałych wizji.

Badanie pozwoliło na sformułowanie następujących wniosków:

  • 83 procent respondentów uważa, że największy wpływ na ich życie będą miały plany profilaktyczne, budowane na podstawie wzorców zachowań i przyzwyczajeń żywieniowych
  • Ponad 80 procent respondentów spodziewa się, że będzie mogło zapobiegać chorobom i dzięki temu żyć dłużej, ponieważ technologie dadzą im możliwość łatwiejszego i efektywniejszego kontrolowania stanu zdrowia
  • 81 procent jest zdania, że leczenie będzie mogło być prowadzone w warunkach domowych przez urządzenia
  • 80 procent chciałaby korzystać z w pełni elektronicznych kartotek medycznych
  • 3/4 respondentów uważa, że odczuje wpływ postępującej personalizacji usług medycznych, m.in. dzięki takim rozwiązaniom jak domowe aplikacje diagnostyczne, urządzenia typu wearable oraz zindywidualizowane protezy ortopedyczne.

 [1] United Nations (2017): http://www.un.org/en/sections/issues-depth/ageing/

Vision Express podsumowuje 3 kw. 2019

Sieć Vision Express liczy już 207 salonów zlokalizowanych w całej Polsce. W ciągu trzech kwartałów 2019 roku powiększyła się o kolejnych 15 punktów – w tym flagowy salon w Domach Towarowych WSJ w samym centrum Warszawy oraz 19. warszawski salon w Galerii Młociny, sąsiadujący z popularnymi międzynarodowymi markami. Ostatnie otwarcie miało natomiast miejsce w regionalnym centrum handlowym Millenium Hall w Rzeszowie, które oferuje swoim klientom szeroką ofertę usługowo-kulturalną.

Firma nie ogranicza się jednak do rozwoju w największych miastach w Polsce. Dociera także do mniejszych miejscowości. W samym sierpniu otworzone zostały salony w Pile, Nowym Targu i Jarosławiu.

Priorytetem firmy jest dotarcie do jak największej liczby Polaków i dostosowanie swojej oferty do ich potrzeb, dlatego rozbudowuje swoją sieć w różnych obszarach. W wybranych salonach otwiera strefy dedykowane najmłodszym posiadaczom okularów, a także rozwija nowy format small concept store w mniejszych miastach. Dodatkowo modernizuje punkty działające już od wielu lat oraz poszerza tam, gdzie to możliwe, zakres oferowanych usług medycznych.

Wierzę, że realizując przyjętą strategię rozwoju możemy przyczynić się do poprawy jakości życia milionów Polaków, zapewniając profesjonalne badania wzroku, najwyższej jakości korekcję wad, a także bogaty wybór okularów przeciwsłonecznych – modnych i chroniących przed szkodliwym promieniowaniem UV – mówi Katarzyna Dąbrowska, Dyrektor ds. Rozwoju i Inwestycji Vision Express.

Na przestrzeni ostatnich trzech kwartałów na mapie Polski pojawiły się następujące salony:

  • Białogard, Galeria Hosso, Plac Wolności 10A
  • Warszawa, Domy Towarowe Wars Sawa Junior, ul. Marszałkowska 104/122
  • Koszalin, CH Atrium Koszalin, ul. Paderewskiego 1
  • Tczew, Galeria Kociewska, ul. Pomorska 1
  • Częstochowa – Poczesna, CH Auchan, ul. Krakowska 10
  • Poznań Komorniki, Auchan Komorniki, ul. Głogowska 432
  • Nowy Sącz, Galeria Trzy Korony, ul. Lwowska 80
  • Warszawa, Galeria Młociny, al. Zgrupowania AK Kampinos 15
  • Opole, Solaris Center, Plac Kopernika 16 (relokacja)
  • Zielona Góra, Tesco Zielona Góra, ul. Energetyków 2A
  • Nowy Targ, Dekada Nowy Targ, ul. Kilińskiego 20
  • Piła, VIVO! Piła, ul. 14 Lutego 26
  • Jarosław, Galeria Stara Ujeżdżalnia, ul. Gen. Sikorskiego 2A
  • Rzeszów, Millenium Hall, al. Maj. Kopisto 1

Wyrok TSUE ws. frankowiczów może spowodować lawinę pozwów przeciwko bankom

Wojciech Bochenek, radca prawny, Bochenek i Wspólnicy Kancelaria Radców Prawnych
Wojciech Bochenek, radca prawny, Bochenek i Wspólnicy Kancelaria Radców Prawnych

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej 3 października wyda wyrok, na który czekają nie tylko frankowicze. To orzeczenie może pociągnąć za sobą setki tysięcy wyroków polskich sądów, wymuszających decyzje na bankach.

Już obecnie rośnie dynamika spraw zgłaszanych do sądów przez frankowiczów, ale dopiero orzeczenie TSUE może spowodować lawinę.

– Aktualnie szacuje się, że do sądów zostało złożonych 20 tys. spraw dotyczących kredytów mieszkaniowych w walutach obcych, w ostatnim półroczu zgłoszono 4,3 tys. spraw, gdy w poprzednim ok. 3 tys. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Bochenek, radca prawny, Bochenek i Wspólnicy Kancelaria Radców Prawnych. – Trend wzrastający wynika z bardzo korzystnych orzeczeń Sądu Najwyższego, które zapadły w kwietniu i maju br.

Już te orzeczenia, a dopiero przed nami wyrok TSUE, są przełomowe, gdyż SN podtrzymuje swoją opinię, wskazując, że taki kredyt po usunięciu klauzuli przeliczeniowej może funkcjonować w oparciu o kwotę nominalną, wyrażoną w złotych polskich.

– Takie rozstrzygnięcie nie jest dla banków jakąś dotkliwą karą ponieważ prawo, które ma na celu ochronę konsumentów, zna dalej idące sankcje w postaci kredytu darmowego – wyjaśnia Wojciech Bochenek. – W takiej sytuacji bank na kredycie nie zarabia i musi oddać klientowi odsetki oraz inne koszty związane z umową.

TSUE wypowiedział się w tonie pro konsumenckim, stąd tak duże oczekiwania frankowiczów związane z orzeczeniem, które mamy poznać 3 października.

Przypomnijmy, że warszawski sąd okręgowy skierował do TSUE pytania prejudycjalne, domagając się wykładni unijnego prawa w kwestiach dotyczących nieuczciwych warunków w umowach konsumenckich. W maju 2019 r. rzecznik generalny TSUE wydał opinię korzystną dla skarżących, wskazując, że sąd nie może samodzielnie uzupełnić luk w umowie po wyeliminowaniu niezgodnych z prawem zapisów. Nie może też orzec, że umowa ma dalej obowiązywać. Frankowicze oczekują podtrzymania tej opinii wyrokiem TSUE, natomiast banki obawiają się, że dla nich będzie to oznaczać dodatkowy koszt przekraczający nawet 60 mld zł.

Raport Euler Hermes – niewypłacalności polskiego biznesu po 8 miesiącach 2019 r.

Euler Hermes, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. Kluczowe wnioski:

  • W sierpniu 2019 roku w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informację o 82 niewypłacalnych polskich firmach wobec 90 w sierpniu 2018 roku – spadek o 9% w porównaniu r/r
  • Ustabilizowanie się liczby niewypłacalności – mniejsze jej wahania w kolejnych miesiącach w porównaniu do 2018r.
  • Od początku roku do końca sierpnia opublikowano informacje o 659 niewypłacalnych firmach wobec 670 w analogicznym okresie przed rokiem (-2%), (efekt wysokiej bazy – wzrostu ich liczby 4 rok z rzędu)
  • Najwięcej niewypłacalności było w sektorze usług (29), przemysłowym (24) oraz w budownictwie (13)
  • Sektor usług – ryzyko rozproszone, obecne we wszystkich rodzajach usług
  • Budownictwo: ponowny wzrost liczby firm mających problemy po b. dobrym II kwartale. Uwaga: wśród nich równie liczne były nie tylko firmy infrastruktury drogowej (np. kanalizacja czy prace elektryczne), ale także budownictwa ogólnego

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Konsumpcja stabilizuje rynek, ale korzystają na niej tylko więksi gracze

Liczba niewypłacalności jest w tym roku bardziej stabilna, mniejsze niż w ubiegłym roku są wahania ich liczby w kolejnych miesiącach. Co więcej – pomimo jak na razie mniejszej o 2% ich liczby w porównaniu do roku ubiegłego, od czerwca widoczny jest stopniowy trend wzrostu ich liczby.

Czy są to efekty dużej już statystycznie bazy, punktu odniesienia w liczbie niewypłacalności za lata ubiegłe? A może „stabilizującą” rolę spełniają zwiększone środki socjalne – a wiec i wydatki konsumenckie w roku wyborów?

Konsumenci rzeczywiście kupują więcej. Ale nie wszędzie – nie wszyscy sprzedający na tym zyskują jednakowo. Zyskuje na tym tylko część handlu, a w największym stopniu największe podmioty – ocenia Tomasz Starus, członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. – Ponadto Polacy kupują trochę więcej, ale też towarów droższych, zarówno w sektorze spożywczym, jak i wyposażenia mieszkań, udany sezon mają też np. biura turystyczne. Tym niemniej małe sklepy nie są gremialnie na fali wznoszącej, a zapowiadane podniesienie płacy minimalnej może dla części z nich być krytyczne – i tak już przegrywają walkę o pracownika z większymi sieciami, mogącymi sobie pozwolić nie tylko na wyższe płace, ale też m.in. na przyciągające ludzi benefity jak prywatna opieka zdrowotna etc. Więksi gracze jako pierwsi wprowadzają też automatyzację w handlu – samoobsługowe kasy, które mogą zapewnić im ugruntowanie przewagi w najbliższych latach, nie tylko dzięki obniżce kosztów i uniezależnieniu się od dostępności pracowników i m.in. płacy minimalnej, ale także pozwalając im wkrótce kontynuować sprzedaż we wszystkich niedzielach bez handlu”.

niewypłacalności sierpień 2019 r.
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Budownictwo – (krótkotrwała?) przerwa w boomie

W budownictwie kontraktów i pieniędzy jest i będzie w najbliższych miesiącach na rynku trochę mniej.  Nowe, podpisywane kontrakty charakteryzują się tym, iż ich zwycięzcy w  tym roku projektują, a gdy już to zrobią – to będą musieli uzyskać zezwolenia na budowę. Zamknięcie etapu dokumentacji, administracyjnych pozwoleń etc. potrwa, tak iż obecnie rozpisywane przetargi wejdą w fazę realizacji najwcześniej pod koniec przyszłego roku. Zmniejszyła się więc pula zleceń i firmy zaczęły ponownie o nie konkurować, a tymczasem koszty pracy i materiałów utrzymują się na wysokim poziomie, co jest dla wykonawców jeszcze większym problemem. W sierpniu zaczęła więc ponownie rosnąć (na razie nieznacznie) liczba  niewypłacalności w budownictwie – dotyczyły one nie tylko firm realizujących inwestycje infrastrukturalne (m.in. prace oświetleniowe czy kanalizacyjne), ale w równym stopniu także wyspecjalizowane w budownictwie ogólnym – wznoszeniu budynków, co jest pewną niespodzianką zważywszy na popyt na rynku mieszkaniowym, ale też biurowym czy magazynowym.

Usługi i sektor produkcyjny z największą liczbą niewypłacalności, ale innym ich charakterem

W usługach mieliśmy do czynienia z  bardzo zróżnicowanym profilem niewypłacalnych firm, nie ma jednej – dwóch grup firm które zdominowałyby publikacje w MSiG. Na liście tych niewypłacalnych znalazły się więc firmy obsługujące rynek nieruchomości, pośrednictwa finansowego, gastronomiczne, ochrony zdrowia, reklamowe etc. Tymczasem w sektorze produkcyjnym niewypłacalności skupiają się w dwóch-trzech kategoriach: przede wszystkim produkcji wyrobów metalowych, w tym części oraz różnego rodzaju konstrukcji, szerzej – produkcji wyrobów budowlanych oraz jak co miesiąc –  produktów rolnych, żywności.Usługi i sektor produkcyjny z największą liczbą niewypłacalności

Usługi i sektor produkcyjny z największą liczbą niewypłacalności 2
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Płaca minimalna – ani w prawo, ani w lewo. Pracodawcy pytają polityków Jak żyć?

Polscy politycy nie oszczędzają pracodawców. Niespełna miesiąc przed wyborami zasypują wyborców pomysłami dotyczącymi wysokości płacy minimalnej. Zła wiadomość jest jednak taka, że nie tylko partia rządząca nie ma dopracowanego pomysłu na kwestię najniższego wynagrodzenia. Pozostałe znaczące opcje polityczne również nie odrobiły lekcji z tego przedmiotu.

Pomysły różnych opcji politycznych na kwestię najniższych wynagrodzeń nie napawają pracodawców optymizmem. Politycy kolejny raz obiecują coś, co być może ładnie brzmi, jednak wielu z nich nie potrafi podać szacunkowych kosztów wcielenia ich pomysłów w życie. Co więcej, można odnieść wrażenie, że proponowane projekty nie zostały skonsultowane z przedsiębiorcami, a to na nich w pierwszej kolejności spadnie konieczność pokrycia kosztów proponowanych zmian.

Pracodawcy pytają: Jak żyć?

PiS proponuje by od 1 stycznia 2020 pensja minimalna wynosiła 2600 zł brutto, następnie – na koniec tego samego roku 3000 zł brutto, a w 2023 r. już 4000 zł brutto.

Jeszcze kilka miesięcy temu słyszeliśmy o waloryzacji najniższej pensji – w przypadku zatrudnienia na etat w pełnym wymiarze – do 2 450 zł. Obecnie mówi się o podwyższeniu jej do 2 600 zł, a docelowo w roku 2023 najniższa pensja wyniesie 4 000 zł. Pomysł ten wiąże się z wieloma konsekwencjami wpływającymi bezpośrednio na firmy i cały rynek pracy, a skutki odczujemy w każdym aspekcie naszego życia. Najszybciej płacąc o wiele więcej za zakupy, usługi i to nie będzie sloganowy „Dobry czas dla Polski” – zaznacza Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres. – Mam wrażenie, że politycy różnych opcji licytują się, kto da więcej, jednak gdy przyjdzie im płacić za wygraną licytację sięgną do naszych kieszeni – mówi Cezary Maciołek.

Partie bez dobrych pomysłów na płacę minimalną?

SLD (Lewica) proponuje 10-letnią strategię ustalenia płacy minimalnej, konsultowanej z przedsiębiorcami i pracownikami. W 2020 r. – 2700 złotych brutto. W 2030 r. na poziomie 60% średniego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw.

Konfederacja sprzeciwia się sztucznemu ustawianiu pensji minimalnej.

Koalicja Obywatelska proponuje by wysokość płacy minimalnej była ustalana automatycznie i wynosiła połowę przeciętnego wynagrodzenia.

PSL, Prawica, Akcja Zawiedzionych Emerytów i Rencistów oraz Skuteczni Piotra Liroya-Marca nie prezentują jasnego stanowiska w sprawie płacy minimalnej.

Według Cezarego Maciołka najlepszym rozwiązaniem byłoby połączenie trzech koncepcji z prawej i lewej strony sceny politycznej. Pomysł PiS-u na to by płaca minimalna rosła jest dobry co do zasady, plusem jest także systemowe podejście oraz plan rozwoju na najbliższe 2 – 3 lata pokazujący cel, do którego dążymy. Do tego obszaru można dodać pewne propozycje SLD – pomysł by konsultować wysokość płacy minimalnej z przedstawicielami przedsiębiorców i pracowników. Wiceprezes Grupy Progres podkreśla jednak, że 10-letnia strategia ustalenia najniższych wynagrodzeń jest zbyt długa. Dopełnieniem powyższej koncepcji byłoby podejście Koalicji Obywatelskiej by wysokość płacy minimalnej wynosiła połowę przeciętnego wynagrodzenia, co nie będzie budziło frustracji i zapobiegnie nieproporcjonalnym wzrostom wynagrodzeń najniższych i średnich.

W efekcie powyższego połączenia powstaje propozycja cywilizująca rynek – plan rozwoju na najbliższe 2 – 3 lata dot. płacy minimalnej, której wysokość będzie konsultowana z przedsiębiorcami oraz pracownikami zakładający, że wysokość płacy minimalnej wyniesie połowę przeciętnego wynagrodzenia. – Wprowadzenie powyższego modelu prowadziłoby do sytuacji win-win. Idące w górę wynagrodzenia najlepiej zarabiających powodowałyby automatyczny wzrost zarobków osób zarabiających mniej, a taki układ byłby dobrym prognostykiem dla całej klasy pracującej – podsumowuje Cezary Maciołek.

Przychody klubów 1 Ligi wyniosły w 2018 roku ponad 90 mln zł

Łączne przychody operacyjne klubów grających w rozgrywkach Pierwszej Ligi Piłkarskiej w ubiegłym roku sięgnęły 90,6 mln zł. Dodatkowo wpłynęło do nich ponad 3,2 mln zł z tytułu transferów zawodników. Z drugiej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „1 Liga finansowa”, przygotowanego we współpracy z Pierwszą Ligą Piłkarską, wynika, że największym źródłem finansowania klubów 1 Ligi są przychody komercyjne, które stanowią aż 77 proc. wszystkich wpływów. Tegoroczne zestawienie przychodów pierwszoligowców wygrał Raków Częstochowa, którego przychody w 2018 roku wyniosły niemal 11 mln zł.

Łączne przychody wygenerowane przez kluby Fortuna 1 Ligi z działalności operacyjnej, czyli bez uwzględnienia transferów wyniosły 90,6 mln zł. W stosunku do ubiegłego roku jest to mniej o 15 proc. Kluby z czołowej piątki zestawienia wygenerowały prawie połowę tej łącznej kwoty przychodów – mówi Przemysław Zawadzki, Partner Associate, Lider Sports Business Group Deloitte.

Suma ta nie uwzględnia przychodów klubu Bruk-Bet Termalica Nieciecza, który nie zdecydował się przekazać danych na potrzeby powstania raportu. Aby uzyskać pełen obraz rynku do sumy łącznych przychodów klubów Fortuna 1 Ligi należy dodać przychody klubu z Niecieczy. Sprawozdanie finansowe klubu jest dostępne na stronie internetowej Krajowego Rejestru Sądowego. W związku z przyjętą globalnie metodą zbierania danych od analizowanych klubów, nie zdecydowano się na uwzględnienie w polskiej wersji raportu danych z KRS.

Raport Deloitte zawiera również informacje dotyczące przychodów klubów Fortuna 1 Ligi z tytułu transferów. W ubiegłym roku wyniosły one 3,28 mln zł, w tym 223 tys. zł na rynku zagranicznym. W 2018 roku najwięcej na transferach ze wszystkich zespołów Fortuna 1 Ligi zarobiło Podbeskidzie Bielsko-Biała – 817 tys. zł. Na drugim miejscu uplasował się GKS Tychy, którego przychody z tego tytułu nieznacznie przekroczyły 700 tys. zł. Ostatnim klubem na podium i jednocześnie ostatnim, który zarobił powyżej pół mln zł z działalności transferowej jest Raków Częstochowa (603 tysiące zł). Jedynym klubem Fortuna 1 Ligi, który w 2018 roku zarobił na transferach zagranicznych jest MKS Chojniczanka.
Przychody klubów 1 Ligi wyniosły w 2018 roku ponad 90 mln zł

Śląskie kluby na czele

W drugiej edycji zestawienia przychodów klubów Fortuna 1 Ligi Piłkarskiej, najwyższe przychody z działalności sportowej odnotował Raków Częstochowa. Klub występował w rozgrywkach 1 Ligi od sezonu 2016/2017. Sezon 2018/2019 częstochowianie ukończyli na 1. miejscu w tabeli, dzięki czemu obecnie klub z Rakowa występuje w Ekstraklasie.

Ponad 70 proc. przychodów klubu stanowią przychody komercyjne. Łączne przychody Rakowa w 2018 roku wyniosły 11 mln złotych. W związku z awansem Rakowa do najwyższej klasy rozgrywkowej możemy spodziewać się znacznego wzrostu przychodów w kolejnej edycji raportu o finansach klubów Ekstraklasy – mówi Paweł Jakóbik, Ekspert, Sports Business Group Deloitte.

Drugie miejsce w zestawieniu zajął ubiegłoroczny lider GKS Katowice, który odnotował przychody na poziomie 10,8 mln zł. Raków Częstochowa i GKS to jedyne kluby, które osiągnęły przychody na poziomie przekraczającym 10 milionów złotych. Ostatnie miejsce na podium przypadło Odrze Opole, której przychody w 2018 roku wyniosły 6,8 mln zł. Aż 84 proc. tej kwoty stanowiły przychody komercyjne. W zeszłorocznym zestawieniu klub plasował się na 10 pozycji.

1 Liga na tle Ekstraklasy

Przychody wszystkich klubów z Ekstraklasy za 2018 rok są niemal sześciokrotnie wyższe niż klubów Fortuna 1 Ligi. Zdecydowana przewaga klubów z wyższej ligi widoczna jest w każdym obszarze przychodów.

Spowodowane jest to niewątpliwe większą popularnością Ekstraklasy, nowocześniejszymi stadionami, o większej pojemności, a także większymi przychodami z tytułu transmisji meczów zespołów grających w najwyższej klasie rozgrywkowej – mówi Przemysław Zawadzki.

Największe źródło dochodu klubów 1 Ligi stanowią przychody komercyjne. Kwota ponad 70 mln zł odpowiada za 77 proc. łącznych przychodów klubów. Przychody ze sprzedaży biletów, karnetów i pozostałych wpływów w dniu meczu wyniosły blisko 6,5 mln zł, co stanowi spadek o prawie 1 mln w stosunku do poprzedniego roku. Największy przychód z tego tytułu osiągnął ŁKS Łódź, który dzięki najwyższej średniej widowni na trybunach zapewnił sobie ponad 1,1 mln zł. Z kolei w kategorii przychodów z tytułu transmisji telewizyjnych i wpływów od organizatora rozgrywek, tegorocznym liderem jest Stomil Olsztyn, który osiągnął przychody na poziomie 2 mln zł. Wysokie przychody z tego tytułu klub zawdzięcza zajęciu pierwszego miejsca w ramach programu Pro Junior System. Łącznie przychody z transmisji wyniosły w omawianym okresie niemal 14,13 mln zł.

Sezon 2018/2019 pod względem frekwencji w Fortuna 1 Lidze okazał się nieco gorszy od poprzedniego. Średnio mecze pierwszoligowców oglądało 1 870 widzów. Największą frekwencją w minionym sezonie może się pochwalić ŁKS Łódź. Mecze domowe łodzian gromadziły średnio 4 556 kibiców na mecz. Jest to wynik lepszy o 9 proc. względem poprzedniego sezonu. Poza ŁKS Łódź jeszcze dwa kluby mogły pochwalić się frekwencją przekraczającą 3 tysiące osób na mecz. Są to GKS Tychy (4 137) oraz Stal Mielec (3 162).

Wysoka frekwencja przekłada się na wpływy do klubowej kasy. Kluby więc starają się, aby jak najwięcej kibiców odwiedzało ich stadiony. Oprócz poprawy infrastruktury niemniej ważne jest bezpieczeństwo i poprawa jakości widowiska sportowego. W tym obszarze w ostatnich latach zaszły bardzo pozytywne zmiany. Jako zarząd Pierwszej Ligi Piłkarskiej przywiązujemy do tego aspektu dużą wagę – mówi Marcin Janicki, Prezes Pierwszej Ligi Piłkarskiej.

1 Liga i jej medialna aktywność

Oprócz działalności sportowej i biznesowej nie mniej ważny jest obraz medialny i marketingowy Fortuna 1 Ligi oraz klubów w niej występujących. Jak wynika z badania Pantagon Research w omawianym okresie, czyli sezonie 2018/2019 tylko w internecie liczba publikacji i wzmianek o lidze oraz jej klubach wyniosła średnio niemal 23 tys. miesięcznie. Łącznie było to 275,9 tys. razy. Wartość reklamowa wynosiła średnio około 4 mln zł miesięcznie (47 mln zł łącznie). Największą liczbą wzmianek i publikacji internetowych może się pochwalić GKS Katowice. Było to średnio 30,1 tys. miesięcznie. Pod tym względem, wynikiem ponad 20 tys. publikacji miesięcznie mogą pochwalić się także Stal Mielec i GKS Tychy. Korzyści medialne odnoszą także miasta, których nazwy występują w nazwach klubów. Pod tym względem liderem jest także stolica Górnego Śląska. W kontekście 1 Ligi wzmianki o Katowicach pojawiały się średnio ponad 30 tys. razy miesięcznie. Na drugim i trzecim miejscu uplasowały się Tychy oraz Mielec.

Nowe mieszkania pod Warszawą: gdzie jest ich najwięcej?

Wszystkie największe polskie metropolie posiadają rozbudowane aglomeracje. Warszawa oczywiście nie stanowi wyjątku. Istnieją różne sposoby wyznaczania oraz definiowania aglomeracji warszawskiej. Zgodnie z niektórymi założeniami, taką aglomerację poza samą Warszawą zamieszkuje dodatkowe 1,5 mln osób. Podwarszawskie powiaty ze względu na swoją bardzo dobrą lokalizację i ceny gruntów często o wiele mniejsze niż w stolicy, stanowią ciekawy cel dla deweloperów. Na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego z 2018 r. postanowiliśmy sprawdzić, gdzie najczęściej powstają nowe mieszkania pod Warszawą.

Odpowiednich informacji trzeba szukać w bazie BDL …

Informacji na temat liczby budowanych mieszkań pod Warszawą, najlepiej jest szukać w Banku Danych Lokalnych GUS. Wspomniany serwis Głównego Urzędu Statystycznego podaje między innymi liczbę rozpoczętych i ukończonych mieszkań, a także liczbę mieszkań, na których budowę uzyskano pozwolenia. „W tym kontekście warto wspomnieć, że wedle definicji stosowanych przez GUS, mieszkaniem jest zarówno lokal mieszkalny, jak i dom jednorodzinny” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Informacje przedstawione w poniższej tabeli dotyczą ostatniego pełnego roku. Trzeba nadmienić, że uwzględniają one już nową metodologię GUS – u. Zgodnie z podziałem stosowanym przez Główny Urząd Statystyczny od 2018 roku, jednoosobowe firmy budujące mieszkania na sprzedaż lub wynajem, nie są już zaliczane do inwestorów indywidualnych. Takie mikrofirmy deweloperskie powiększają wyniki dotyczące budownictwa na sprzedaż lub wynajem. Leszek Markiewicz ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl przypomina, że w praktyce jest to budownictwo związane wyłącznie z celem sprzedażowym, bo krajowi deweloperzy nie wynajmują mieszkań.

Deweloperzy sporo budują koło Piaseczna i Wołomina

W tabeli przedstawiliśmy m.in. informacje na temat skali budownictwa deweloperskiego w powiatach położonych blisko Warszawy. Chodzi o następujące jednostki podziału administracyjnego: pow. grodziski, pow. legionowski, pow. miński, pow. nowodworski, pow. otwocki, pow. piaseczyński, pow. pruszkowski, pow. warszawski zachodni oraz pow. wołomiński. „To właśnie w wymienionych powiatach otaczających stolicę pierścieniem, najczęściej powstają mieszkania” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Kolorystyczna skala z poniższej tabeli pozwala na stwierdzenie, że pod względem aktywności deweloperów w 2018 r. zdecydowanie przodował powiat wołomiński oraz powiat piaseczyński. Na terenie drugiego ze wspomnianych powiatów, deweloperzy w 2018 r. rozpoczęli ponad 2400 mieszkań. Takiej skali budownictwa deweloperskiego nie powstydziłoby się wiele miast o średniej wielkości. Pod względem liczby pozwoleń na budowę mieszkań, bardzo wysoki wynik uzyskał też powiat wołomiński (1950 pozwoleń w 2018 r.). Ciekawy wydaje się fakt, że deweloperzy podejmujący sporo inwestycji w powiecie piaseczyńskim, raczej nie chcą budować mieszkań i domów po drugiej stronie Wisły. „Niska liczba mieszkań oddawanych do użytku w powiecie otwockim potwierdza, że nie jest to zupełnie nowa sytuacja” – zauważa Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Osoby prywatne chętnie wybierają np. powiat miński

Mieszkania pod Warszawą chętnie budują również inwestorzy prywatni. Właśnie dlatego poniższa tabela uwzględnia dane dotyczące budownictwa indywidualnego. Takie informacje potwierdzają, że w minionym roku domy jednorodzinne często powstawały na terenie kilku lokalizacji chętnie wybieranych również przez deweloperów. Mowa o powiecie wołomińskim, powiecie piaseczyńskim, powiecie legionowskim oraz powiecie warszawskim – zachodnim (zobacz poniższa tabela). Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomościSzybko.pl uważa, że taka swoista rywalizacja o działki budowlane pomiędzy inwestorami prywatnymi oraz deweloperami może prowadzić do dodatkowego wzrostu cen gruntów na terenie wymienionych powiatów.

Warto zwrócić uwagę, że domy jednorodzinne dość często powstają również w powiatach cieszących się mniejszym zainteresowaniem deweloperów. Chodzi o wspomniany już wcześniej powiat otwocki, powiat miński i powiat grodziski. „W przypadku tak rozległego powiatu jak miński trzeba pamiętać, że oferuje on zarówno bardzo dobre lokalizacje pod budowę domu (niemal graniczące z Warszawą), jak i lokalizacje skutkujące koniecznością długotrwałego dojazdu do stolicy” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomościSzybko.pl.

Nowe mieszkania pod Warszawą NieruchomosciSzybko tab.1
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych GUS

Autor: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl

Wyniki Banku Pocztowego za I półrocze 2019 r.

W I półroczu 2019 r. Bank Pocztowy zanotował zdecydowanie lepsze wyniki w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. Zysk netto wzrósł nominalnie 5,7% jednak bez uwzględniania zdarzeń jednorazowych o 319%, wynik odsetkowy o ponad 3%, a suma bilansowa o 4,2%.  Wygenerowane wyniki to efekt między innymi optymalizacji niektórych procesów zarządczych, zwiększenia sprzedaży kredytów, także w sieci placówek Poczty Polskiej, wprowadzenia nowych cyfrowych kanałów obsługi Klientów oraz zmniejszenia kosztów ogólnych prowadzonej działalności. W opinii Zarządu obserwowana poprawa kondycji finansowej Banku to dobra podstawa do dynamicznego rozwoju w kolejnych okresach.

Wzrost efektywności

Wzrost sprzedaży kredytów obserwowany jest we wszystkich segmentach.
W zakresie kredytów konsumpcyjnych 16%, a kredytów dla klientów instytucjonalnych (małych i średnich przedsiębiorstw, mieszkalnictwa) o 144%. Bank zanotował średnio ponad 60 mln zł sprzedaży w miesiącu w pierwszych dwóch kwartałach 2019 r., przy czym aż o 27% wzrosła sprzedaż w sieci Poczty Polskiej. W sumie wzrost salda kredytów w omawianym okresie wyniósł ponad 6% z poziomu 5,15 mld złotych na koniec pierwszego półrocza 2018 r. do poziomu 5,47 mld złotych na koniec czerwca br.

W I półroczu 2019 r. Bank Pocztowy wypracował zysk netto na poziomie 10,9 mln zł w porównaniu do 10,3 mln wygenerowanych w analogicznym okresie roku ubiegłego. Jednak wynik I półrocza 2018 r. uwzględniał zdarzenia jednorazowe na poziomie ponad 7 mln złotych. Wskaźnik zwrotu z kapitału (ROE netto) ukształtował się w I półroczu tego roku na poziomie 3,63% i był o 0,29 p.p. wyższy niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.

Poprawa wyników w ujęciu rocznym to efekt konsekwentnie wprowadzanych zmian na różnych poziomach. Zwiększyliśmy sprzedaż poprzez placówki Poczty Polskiej, uruchomiliśmy nowe cyfrowe narzędzia do obsługi naszych Klientów m.in. Google Pay, płatności poprzez terminale na poczcie, a także poszerzyliśmy ofertę dla małych i średnich przedsiębiorstw. Wyniki zanotowane w I półroczu 2019 r. to dobry prognostyk do dynamicznego rozwoju w kolejnych kwartałach. Systematycznie stajemy się bankiem bardziej pocztowym, bardziej cyfrowym i bardziej biznesowym zgodnie z przyjętą w 2017 r. strategią komentuje Robert Kuraszkiewicz, Prezes Zarządu Banku Pocztowego.

Bank zanotował także wzrost o ponad 8% salda depozytów detalicznych w wyniku dynamicznego przyrostu środków zgromadzonych na rachunkach oszczędnościowo-rozliczeniowych. Średni stan środków na kontach typu ROR wzrósł o 21% (z poziomu 2,1 mld zł w pierwszym półroczu 2018 r. do 2,56 mld zł w analogicznym okresie tego roku) mimo zmniejszania liczby rachunków i nieznacznego spadku sprzedaży w tym zakresie.

Wynik odsetkowy wzrósł o 4,0 mln zł, tj. o 3,1%, na co wpłynął spadek przychodów odsetkowych o 2,0 mln zł rekompensowany spadkiem kosztów odsetkowych o 6,0 mln zł. Wyższy o 4,0 mln zł  wynik odsetkowy to efekt wzrostu salda kredytów konsumpcyjnych, w warunkach niskich rynkowych stóp procentowych. Dodatkowo warto zaznaczyć, że o  5,7 mln złotych spadły koszty działania banku. Przy obniżeniu kosztów   i wzroście dochodów z podstawowej działalności operacyjnej, mimo braku jednorazowych pozostałych przychodów operacyjnych, które silnie oddziaływały na wynik w I poł. 2018 r. wskaźnik C/I wyniósł 67,9%, co oznacza spadek  o 2,4 p.p. w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego.

Bezpieczeństwo kapitałowe i płynnościowe

Analizując poziom wskaźników kapitałowych należy wyraźnie zaznaczyć, że na koniec pierwszego półrocza 2019 roku kształtowały się one na wysokich poziomach, znacząco powyżej minimalnych wymogów nadzorczych,  co obrazuje bezpieczeństwo Banku w zakresie bazy kapitałowej. Współczynnik Tier 1 kształtował się na poziomie 14,4% a CAR na poziomie 17,3%. Nieznaczny spadek miar kapitałowych w stosunku do I półrocza 2018 roku wynikał głównie z zastosowania okresu przejściowego wynikającego z MSSF 9 i straty bilansowej w bilansie otwarcia.

Także wskaźniki płynnościowe na koniec pierwszego półrocza 2019 roku kształtowały się na wysokich poziomach, znacząco powyżej minimalnych wymogów nadzorczych, co pokazuje bezpieczeństwo banku w zakresie płynności. Miało to odzwierciedlenie we wskaźniku LCR, który ukształtował się na poziomie 215% wobec średniej w sektorze krajowych banków komercyjnych wynoszącej 146%.

Rozwój oferty

W I półroczu bank realizując swoją strategię intensywnie wprowadzał nowe produkty i zwiększał efektywność cyfrowych kanałów wspomagających obsługę klientów.

Bank Pocztowy jako jeden z pierwszych banków w Polsce rozpoczął uruchamianie otwartej bankowości zgodnie z PSD2 dzięki czemu klienci Banku korzystający z bankowości Pocztowy24 i EnveloBank, po wyrażeniu odpowiednich zgód, uzyskali możliwość korzystania z usług finansowych certyfikowanych dostawców trzecich (TPP). Wprowadzone zmiany stanowią realizację wymogów Dyrektywy PSD2.

W lipcu br. Bank Pocztowy stanął na czele konsorcjum tworzonego także przez PKO Bank Polski S.A. i eService Sp. z.o.o. W efekcie Klienci Poczty Polskiej mogą jeszcze wygodniej płacić kartą oraz z wykorzystaniem płatności mobilnych w 4700 placówkach i u 3500 kurierów.

Od 1 sierpnia br. Klienci Banku Pocztowego i EnveloBanku – zarówno indywidulani, jak i firmowi – korzystający  z kart debetowych  oraz kredytowych Visa i Mastercard Banku Pocztowego i EnveloBanku, mogą korzystać z płatności mobilnych Google Pay. Usługa umożliwia bezpieczne i wygodnie płacenie telefonem wszędzie tam, gdzie akceptowane są płatności zbliżeniowe – w sklepach, w internecie i  niektórych aplikacjach mobilnych, a  także wypłacanie gotówki telefonem z bankomatów wyposażonych w czytnik zbliżeniowy.

Bank intensywnie pracuje nad rozwojem własnej oferty w zakresie nowych produktów oraz nowych kanałów ułatwiających obsługę klientów. W najbliższym czasie zamierza między innymi umożliwić płatności mobilne Apple Pay oraz Garmin Pay. Już w październiku, w oparciu o ścisłą współpracę z Pocztą Polską, Bank udostępni swoim Klientom dwie nowe usługi
– e-Awizo oraz Polecony do skrzynki. Dzięki temu Klienci Banku Pocztowego uzyskają możliwość korzystania z wygodnego rozwiązania otrzymywania informacji o pozostawionym przez listonosza awizo w formie SMS. Dzięki drugiej usłudze, listy polecone (poza tymi, które z uwagi na przepisy prawa wymagają odbioru w placówce)  będą mogli otrzymywać do własnej skrzynki na listy.

W ostatnim czasie Bank Pocztowy wdrożył nowy program lojalnościowy dla kart z logo Poczty Polskiej, w ramach Mastercard Priceless Specials. Mając na celu wykorzystywanie synergii w Grupie – dodatkowo punktowane są transakcje dokonane kartą płatniczą w placówkach Poczty Polskiej.

Bank Pocztowy przygotował też dedykowaną ofertę w zakresie kredytów na preferencyjnych warunkach dla pracowników sfery budżetowej (m.in. policjanci, żołnierze, pracownicy Poczty Polskiej, nauczyciele, lekarze i pielęgniarki czy osoby zatrudnione w publicznych urzędach).

Już wkrótce Bank planuje powszechne udostępnienie wszystkim klientom aplikacji mobilnej i internetowej EnveloBanku.  Bank pracuje także nad wprowadzeniem oferty depozytowej i kredytowej dla rolników indywidualnych oraz małych i średnich przedsiębiorstw z tego segmentu  w placówkach sieci własnej  Banku i Poczty Polskiej.

CIT: Limity wydatków na usługi o charakterze niematerialnym i prawnym

Z dniem 1 stycznia 2018 roku do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (dalej: ustawa CIT) dodano art. 15e, który w poprzednim stanie prawnym nie posiadał swojego odpowiednika. Regulacja ta ogranicza możliwość zaliczania do kosztów uzyskania przychodów wydatków poniesionych na nabycie usług i wartości o charakterze niematerialnym i prawnym.

Uwagi ogólne

Wprowadzenie ograniczenia wiązało się z zamiarem ustawodawcy uszczelnienia systemu podatku dochodowego od osób prawnych. W ocenie prawodawcy, przedmiotowe usługi i wartości są bowiem wykorzystywane do sztucznego zaniżania podstawy podatkowania poprzez zawyżanie kosztów uzyskania przychodów. Powód zmian został wyjaśniony w uzasadnieniu do projektu ustawy nowelizującej z dnia 27 października 2017 roku. Jak z niego wynika prawodawca dostrzegł, iż przedmiotem większości działań związanych z tzw. agresywną optymalizacją podatkową są prawa i wartości o charakterze niematerialnym. Z uwagi na brak ich powiązania z realnie istniejącą substancją, a także zindywidualizowany charakter są one idealnym narzędziem do kreowania tzw. tarczy podatkowej. Osłona podatkowa przyjmuje więc charakter sztucznego, nieuzasadnionego ekonomicznie, generowania kosztów uzyskania przychodów. Dodatkowo, organy podatkowe napotykały trudności w obiektywnym ustaleniu wartości rynkowej świadczeń niematerialnych, która w praktyce była często obliczana przez podatników przy uwzględnieniu szeregu niemierzalnych lub trudnych do oszacowania czynników. Zawiłe działania arytmetyczne na podstawie których ustalono cenę świadczenia, częstokroć powiązane z elementami wyników finansowych podmiotów wchodzących w skład grup kapitałowych powodowały, że ustalenie rynkowości nabywanego świadczenia nie było możliwe. Co więcej, kontrole podatkowe niejednokrotnie uwidaczniały szereg nadużyć polegających na przenoszeniu na polskie spółki, wchodzące w skład międzynarodowych grup, ciężaru ekonomicznego nabywania przez grupę usług niematerialnych. Ciężar ten nie był rozkładany w adekwatny, sprawiedliwy sposób.

Powyższe działania doprowadziły zatem do odwrócenia sytuacji i utworzenia tarczy, tym razem chroniącej interes skarbu państwa.

Mechanizm

Przedmiotowe ograniczenie w limitowaniu wydatków dotyczy następujących świadczeń:

  • usług doradczych, badania rynku, usług reklamowych, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczeń o podobnym charakterze;
  • autorskich lub pokrewnych praw majątkowych;
  • licencji;
  • praw określonych w ustawie – Prawo własności przemysłowej (w szczególności prawa do wynalazku (patentu), prawa ochronnego na znak towarowy, prawa ochronnego na wzór użytkowy, praw z rejestracji wzoru przemysłowego, praw do oznaczenia geograficznego, prawa z rejestracji topografii układu scalonego);
  • know-how;
  • przeniesienia ryzyka niewypłacalności dłużnika z tytułu pożyczek, w tym w ramach zobowiązań wynikających z pochodnych instrumentów finansowych oraz świadczeń o podobnym charakterze.

Ograniczenie znajdzie zastosowanie, jeśli wydatki na ww. świadczenia zostaną poniesione bezpośrednio lub pośrednio na rzecz podmiotów powiązanych w rozumieniu przepisów w zakresie cen transferowych lub podmiotów mających miejsce zamieszkania, siedzibę lub zarząd na terytorium lub w kraju stosującym szkodliwą konkurencję podatkową. Kolejnym warunkiem jest aby wydatki na ww. świadczenia przekroczyły łącznie w roku podatkowym kwotę 3 mln zł.

Podsumowując, jeśli podatnik poniósł ww. wydatki na rzecz podmiotu powiązanego lub podmiotu z kraju stosującego szkodliwą konkurencję podatkową i przekroczyły one w roku podatkowym kwotę 3 mln zł, to podatnik będzie zobowiązany do kalkulacji limitu i wyłączenia z kosztów podatkowych części wydatków. Przedmiotowemu wyłączeniu będą podlegać koszty w części przekraczającej w roku podatkowym sumę kwoty 3 mln zł oraz 5% EBITDA podatnika obliczanej w oparciu o wartości podatkowe (tj. 5% nadwyżki sumy przychodów ze wszystkich źródeł przychodów pomniejszonych o przychody z tytułu odsetek nad sumą kosztów uzyskania przychodów pomniejszonych o wartość zaliczonych w roku podatkowym do kosztów uzyskania przychodów odpisów amortyzacyjnych i odsetek).

Trudności interpretacyjne

Obecna praktyka interpretacyjna Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej (dalej: Dyrektor KIS) pozwala na wyróżnienie trzech grup zagadnień generujących trudności w wykładni komentowanej regulacji. Zaakcentować tutaj należy:

  • zagadnienie ustalenia czy nabywane przez podatników świadczenia mają podobny charakter do usług wyraźnie wskazanych w omawianej regulacji;
  • zagadnienie ustalenia czy nabywane świadczenia mogą zostać zaliczone do kosztów podatkowych bez limitowania jako że są bezpośrednio związane z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru lub świadczeniem usługi;
  • zagadnienie zastosowania symboli PKWiU celem ustalenia podlegania poszczególnych usług przedmiotowemu limitowaniu.

Usługi o podobnym charakterze

Treść art. 15e ust. 1 ustawy CIT, każe przyjąć, że o zaklasyfikowaniu danej usługi do świadczeń podlegających ograniczeniu w zaliczeniu do kosztów podatkowych, wystarczające jest stwierdzenie, że usługa ta jest świadczeniem o podobnym charakterze do świadczeń wymienionych precyzyjnie przez ustawodawcę. Innymi słowy, jeśli podatnik nabywa usługę, która nie może być jednoznacznie przypisana do katalogu usług wyraźnie wskazanych w tym przepisie, to obowiązkiem staje się ustalenie czy usługa ta bezsprzecznie posiada cechy charakterystyczne dla świadczeń objętych limitowaniem.

Konieczność ta wynika z posłużenia się przez prawodawcę zwrotem „oraz świadczeń o podobnym charakterze”. Niestety, taka konstrukcja słowna pozostawia organom podatkowym zbyt duży luz decyzyjny wynikający z nieostrości tego pojęcia.

Potwierdzeniem powyższego jest bogactwo wydanych dotąd interpretacji indywidualnych przedmiotem których jest wątpliwość podatników skupiająca się na możliwości uznania objęcia danej usługi brzmieniem art. 15e ustawy CIT.

Dobrym przykładem jest tutaj usługa pośrednictwa, która nie została wymieniona przez prawodawcę ale która – w opinii organów podatkowych – jest uważana za usługę podobną do usługi reklamy bądź doradztwa.

W jednej ze spraw, w której podatnika i organ pogodził dopiero Wojewódzki Sąd Administracyjny (dalej: WSA) w Krakowie potwierdzono wskazane powyżej obawy podatników rozciągania limitowania na świadczenia, które nie powinny mu podlegać. Kością niezgody było wykorzystanie przez organ zwrotu „o podobnym charakterze”. W wyroku tym (I SA/Kr 1006/18) zaakcentowano zatem nietrafne przyporządkowanie usługi pośrednictwa świadczonej przez agentów sprzedaży na rzecz podatnika do kategorii świadczeń reklamowych.

Kolejnym przykładem nieprawidłowej wykładni omawianego zwrotu jest rozstrzygnięcie nr 0114-KDIP2-2.4010.572.2018.2.SJ., w ramach którego ponownie uznano, że usługa pośrednictwa posiada elementy charakterystyczne m.in. dla usług reklamy. Co interesujące, orzeczenie to zostało wydane już po opublikowaniu przywołanego wcześniej wyroku WSA w Krakowie. Oznacza to, że tezy płynące z tego orzeczenia nie zostały wzięte pod uwagę przy ocenie stanowiska podatnika.

Omawiana niedoskonałość w konstrukcji słownej przepisu pozwala zatem organom podatkowym na profiskalną wykładnię komentowanej regulacji. Z drugiej strony wpędza ona w pułapkę samych podatników, którzy samodzielnie muszą dokonać zakwalifikowania danego świadczenia jako objętego (bądź nie) omawianym limitem. Problem ten staje się poważny w szczególności w przypadku usług kompleksowych, w których jedynie pojedyncze pomocnicze świadczenie stanowi usługę z katalogu zawartego w art. 15e ustawy CIT. Dobrym przykładem jest tutaj wyrok WSA w Gliwicach (I SA/Gl 579/19) stwierdzający błąd w rozumowaniu podatnika odnoszący się do klasyfikacji usług i interpretacji zwrotu „o podobnym o charakterze”.

Świadczenie bezpośrednio związane z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru lub świadczeniem usługi

Zgodnie z art. 15e ust. 11 pkt 1 ustawy CIT ograniczenie w limitowaniu wydatków na świadczenia niematerialne nie ma zastosowania do kosztów usług, opłat i należności, bezpośrednio związanych z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru lub świadczeniem usługi.

W związku z tym, koszty opłat i należności za korzystanie lub prawo do korzystania m.in. z licencji oraz know-how, zaliczane do kosztów uzyskania przychodów bezpośrednio związanych z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru lub świadczeniem usługi – nie podlegają ograniczeniu w zaliczaniu do kosztów uzyskania przychodów na podstawie art. 15e ust. 1 ustawy CIT.

Co warte zauważenia, przepisy ustawy CIT nie wskazują, jak należy rozumieć pojęcie „koszty uzyskania przychodów bezpośrednio związane z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru lub świadczeniem usługi”. Po raz kolejny zatem w tym samym artykule mamy do czynienia z pojęciem nieostrym. Nie będzie zatem ryzykiem stwierdzenie istnienia zbyt dużego luzu decyzyjnego organów podatkowych przy wykładni omawianego zwrotu.

Z praktyki interpretacyjnej Dyrektora KIS wynika, że zdekodowanie pojęcia bezpośredniości powinno się sprowadzić do poszukiwania związku z samym przedmiotem (efektem) wytwarzania (nabywania) albo świadczenia usługi, tj. określonym dobrem lub określoną usługą. Z tego względu należy uznać, iż koszt, o którym mowa w omawianym przepisie, to koszt usługi lub prawa w jakimkolwiek stopniu „inkorporowany” w produkcie, towarze lub usłudze. Jest to zatem koszt, który wpływa na finalną cenę danego towaru lub usługi jako (zazwyczaj) jeden z wielu wydatków niezbędnych do poniesienia w procesie produkcji, dystrybucji danego dobra lub świadczenia określonej usługi. Koszt ten powinien przy tym być możliwy do zidentyfikowania jako czynnik obiektywnie kształtujący cenę danego dobra lub usługi.

Inny sposób wykładni prezentują natomiast sądy. Przykładowo, w wyroku WSA w Warszawie (III SA/Wa 2094/18) zaprezentowano pogląd zgodnie z którym, „bezpośredni związek” to związek bliski, silny i konieczny, w odróżnieniu od związku luźnego, swobodnego, odległego i zbędnego. Jeśli więc ustawa wymaga, aby związek nabytej usługi z wytworzeniem towaru był bezpośredni, to wymaga w istocie, aby wartość dodana tej usługi stanowiła konieczny element powstania towaru. Bez tej dodatkowej wartości towar w ogóle nie mógłby powstać zgodnie z wymogami prawnymi, jakościowymi, a przede wszystkim – czysto faktycznymi.

W omawianej sprawie sąd skorygował niekorzystne dla podatnika stanowisko Dyrektora KIS bowiem słusznie zauważył, że prawodawcy chodziło o wydatki, które dla wytworzenia towaru są po prostu absolutnie niezbędne. Za chybione uznano zatem analizowanie kwestii bezpośredniości i pośredniości związku kosztu i ceny, zamiast związku kosztu i wytworzenia towaru. Sąd uwypuklił zatem błąd metodologiczny Dyrektora KIS, nazywając go poważnym.

Wobec powyższego skonkludować należy, iż otwartość w rozumieniu pojęcia „bezpośredniości” daje organom podatkowym zbyt dużą swobodę w kształtowaniu obowiązków podatników. Pokłosiem tego będą liczne trudności interpretacyjne, przekształcające się w taką samą liczbę sporów. Prawdą jest że w takim przypadku z pomocą przychodzą dostępne w nauce prawa metody wykładni, pozwalające na odkodowanie treści przepisu ustawy. W tym miejscu nasuwa się jednak pytanie o powód braku zastosowania przez ustawodawcę prostszej i czytelniejszej konstrukcji słownej zastępującej zwrot „bezpośrednio” zwrotem „konieczne” lub „niezbędne”. Taki scenariusz wyeliminowałby dowolność w rozstrzyganiu spraw, zabezpieczając tym samym jedno z najważniejszych praw podatników. Jako że okoliczność ta jest podnoszona przez sądy, to w przyszłości wypatrywać należy nowelizacji przedmiotowej normy.

PKWiU

Kolejnym zagadnieniem, z którym muszą zmierzyć się podatnicy, jest stosowanie przez organy kwalifikacji statystycznej celem ustalenia czy dane usługi podlegają przedmiotowemu limitowaniu.

Z całą siłą podkreślić jednak należy, że taka praktyka interpretacyjna nie znajduje oparcia w treści art. 15e ustawy CIT. Uwypuklić bowiem trzeba, że w żadnym miejscu omawiana regulacja nie odwołuje się do klasyfikacji statystycznych. Pokłosiem tego jest obowiązek wykładni omawianej regulacji przy zastosowaniu prymatu języka potocznego.

Analiza orzeczeń Dyrektora KIS pozwala na przyjęcie wniosku, że obowiązek ten nie jest respektowany. W konsekwencji, podatnicy zwracający się z zapytaniem interpretacyjnym są wzywani do uzupełnienia stanu faktycznego poprzez wskazanie określonej kwalifikacji statystycznej. Podatnicy z obawy o brak rozpatrzenia wniosku podają odpowiednią klasyfikację, która następnie jest odnoszona przez organ do nabywanych przez podatnika usług. W tym momencie dochodzi do rażącego naruszenia art. 15e ustawy CIT, co skutkuje nieprawidłowością wydanej interpretacji lub innego rozstrzygnięcia podatkowego.

Stanowisko organów podatkowych korygują sądy administracyjne. Warto choćby przywołać czerwcowy wyrok WSA w Łodzi (I SA/Łd 119/19), w którym jasno oznajmiono, że nie ma podstaw do stwierdzania istnienia ograniczenia wynikającego z art. 15e w odniesieniu do usług zakwalifikowanych według PKWiU. Sąd pouczył zatem organ o obowiązku dokonania wykładni językowej pojęcia nabywanych usług mając na uwadze wyjaśnienia podatnika zawarte we wniosku. Analogicznie sprawę rozstrzygnął sąd w Poznaniu (I SA/Po 763/18). Niestety, oba wyroki są nieprawomocne, co oznacza, że Dyrektor KIS dąży do wypracowania linii orzeczniczej przez Naczelny Sąd Administracyjny.

Podsumowanie

Resort finansów dostrzegł zapewne wysyp zapytań interpretacyjnych w przedmiocie limitowania wydatków poniesionych na nabycie usług niematerialnych. Bez echa nie przeszedł również brak zaaprobowania stanowiska organów przez sądy administracyjne. Niestety, nie doprowadziło to do zmiany brzmienia art. 15e. Wprawdzie 1 stycznia 2019 roku ustawodawca dokonał nowelizacji omawianej regulacji, z tym że zmiany okazały się jedynie kosmetyczne i nie wyeliminowały zarzewi przyszłych sporów.

Jednocześnie Dyrektor KIS nie składa broni, wnosząc skargi kasacyjne. Wszystkie powołane powyżej wyroki nie mają więc waloru prawomocności. Obecnie zatem podatnicy powinni bacznie obserwować linię orzeczniczą jaką przyjmie Naczelny Sąd Administracyjny.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyfrowe czy drukowane: jakie gazety preferują czytelnicy?

Od kilku lat trwa debata na temat tego, w jakiej formie użytkownicy czytają gazety i magazyny. Gdy postawimy naprzeciw siebie druk i wydania cyfrowe, to szala przechyla się raz w jedną, raz w drugą stronę nie dając konkretnej odpowiedzi na pytanie „co jest lepsze?”. A co jeśli okazuje się, że te dwie metody wcale nie są przeciwnikami, ale sojusznikami?

W Internecie krąży wiele różnych opinii na temat wydań drukowanych i cyfrowych, jednak nie ma konkretnych argumentów przemawiających za jedną z form. Część osób mówi, że prasa drukowana umiera. Nic bardziej mylnego. Co więcej, zyskała partnera do ekspansji biznesu. W jaki sposób te dwie formy mogą wspierać się nawzajem?

Odwieczna konkurencja

W 2017 roku firma Freeport Press przeprowadziła badanie prasy na temat preferowanego formatu czytanej publikacji. Około 44% ankietowanych wskazało, że miesięcznie czyta od 1 do 2 gazet w papierowej wersji. Z kolei 27% osób wskazało, że miesięcznie w formie cyfrowej czyta 1 lud 2 magazyny.

Wyniki badania wskazały, że prasa drukowana wciąż ma się bardzo dobrze. Warto jednak zwrócić uwagę, że już wtedy 1/3 czytelników prasy wskazywała formę cyfrową jako preferowaną. To znak dla wydawców, aby prowadzić dwutorowe działania i skupić się na nie tylko na utrzymaniu sprzedaży wydań drukowanych, ale również odkryć potencjał formatu cyfrowego.

Magia druku

Wielu czytelników nadal preferuje czytanie artykuł w wersji papierowej. Jest coś w trzymaniu czasopisma, przewracaniu stron i charakterystycznym zapachu tuszu ma papierze, który zachwyca wielu czytelników.

Internet posiada szeroki zasób treści i wiele osób korzysta z niego, aby czytać najświeższe wiadomości i historie, dla których niekoniecznie znajdzie się miejsce w druku. Papierowe wydania są postrzegane bardziej jako format, którego ramy są uhierarchizowane według określonego porządku. Część czytelników klasyfikuje siedzenie i czytanie czasopism jako formę relaksu oraz przerwę od ekranu, w który wpatrują się przez większość dnia.

Przewaga cyfrowa?

Czasopisma cyfrowe mają wiele zalet, a najważniejszą z nich wydaje się być wygoda. Dodatkowo publikacje w takiej wersji są szybsze w produkcji, łatwo dostępne i oferują wiele funkcji, jakich nie posiadają wydania drukowane.

Jeżeli wydawca oferuje drukowane wydanie, to utworzenie formatu cyfrowego może być łatwym procesem. Takim, który kosztuje niewielki ułamek kosztów produkcji i dystrybucji czasopisma drukowanego. Ponadto czytelnicy mają do niego bardzo łatwy dostęp, bez względu czy korzystają z telefonu, tabletu czy komputera. Dobrze zaprojektowane e-wydanie będzie wyświetlać się na każdym z tych urządzeń bez problemów.

Poza tym, czytelnik może je wszędzie zabrać, bez potrzeby szukania dodatkowego miejsca czy zmartwienia gdy magazyn się zgubi. E-wydanie jest łatwo dostępne i możne je otworzyć jednym ruchem palca.

Warto zaznaczyć, że podobnie jak drukowane odpowiedniki, czasopisma cyfrowe mają wyjątkowe zalety. Druk ma swój szczególną formę oraz zapach, z kolei magazyny cyfrowe oferują interaktywne funkcje, np. multimedia czy analityka treści. Wzbogacenie publikacji czy e-wydania o dodatkowe materiały sprawi, że będzie ono bardziej popularne wśród czytelników. Tym samym odbiorca angażuje się w treść, a nie tylko ją scrolluje.

Wspólnie niektóre rzeczy działają lepiej

Opinii na temat zalet formy drukowanej i cyfrowej istnieje tyle, ile jest osób. Oba formaty dobrze ze sobą współgrają. Zarówno media drukowane, jak i cyfrowe mają swoje miejsce. Dzięki unikalnym zaletom każdego z nich można zbudować własną strategię w oparciu o działania, które najlepiej sprawdzą się w grupie docelowej odbiorców.

Posiadanie obu formatów jest korzystne dla rozwoju firmy. Jeżeli istnieje drukowana wersja danego tytułu, to aby wyjść naprzeciw oczekiwaniom odbiorców i utrzymać czytelnictwo należy uruchomić także wersję cyfrową. Dla wydawców, którzy nie mają wystarczającego zaplecza aby uruchomić i rozpocząć dystrybucję e-wydań magazynów istnieją internetowe kioski, które pomagają wydawcom w e-składzie, a czytelnikom oferują dostęp do e-prasy w ramach przystępnego abonamentu. Wystarczy tylko spróbować!

Autor: Janusz Bulak, Prezes Zarządu w P247 Sp. z o.o., który jest właścicielem Publico24 Newsstand

Amerykańska ropa trafi do Polski

W październiku br. do płockiej rafinerii, w ramach dostawy spot, ponownie trafi surowiec ze Stanów Zjednoczonych. Z początkiem tego roku amerykańska ropa została już przerobiona w zakładach Grupy ORLEN w Czechach i na Litwie.

W ramach dostaw spot w październiku do płockiej rafinerii trafi blisko 100  tys. ton amerykańskiej ropy.  PKN ORLEN analizuje możliwości włączenia kierunku amerykańskiego na stałe do swojego portfela dostaw ropy.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

Wykorzystujemy każdą możliwość podjęcia szerszej współpracy z nowymi i sprawdzonymi dostawcami, bo to zwiększa bezpieczeństwo energetyczne Polski. Im bardziej zróżnicowane źródła pochodzenia ropy naftowej, tym większa elastyczność handlowa i wyższa odporność na wahania cen surowca. Politykę dywersyfikacji prowadzimy z perspektywy Grupy Kapitałowej, co sprawia, że jesteśmy w stanie wynegocjować lepsze warunki współpracy – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Obecnie 50% surowca przerabianego w płockiej rafinerii pochodzi spoza kierunku rosyjskiego, a w przypadku całej Grupy ORLEN jest to już  ponad 40%. Jeszcze w latach 2012-2013 udział ropy spoza kierunku wschodniego w produkcji rafineryjnej całej Grupy Kapitałowej wynosił zaledwie 5%.

Koncern konsekwentnie analizuje nowe możliwości dywersyfikacji oraz komplementarność różnych gatunków ropy z możliwościami technologicznymi swoich  rafinerii.  Zakup gatunku lekkiej i słodkiej ropy jaką jest WTI (West Texas Intermediate) wpływa na wzrost uzysków. Charakteryzuje się on bowiem bardzo dobrymi parametrami gęstości i zawartości siarki, co sprawia, że w procesie przerobu uzyskuje się z niej  m. in. dużą ilość tzw. produktów białych.

PKN ORLEN jako pierwszy sprowadził do Polski surowiec z USA po zniesieniu obowiązującego od lat 70-tych XX wieku embarga na jego eksport. Wtedy został on skierowany po raz pierwszy do przerobu w płockiej rafinerii.

Obecnie rafinerie Grupy ORLEN zaopatrywane są w ropę na bazie kontraktów długoterminowych z dostawcami z Arabii Saudyjskiej i Rosji oraz dostaw spotowych m.in. z Angoli, Nigerii, czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich.USA potencjał naftowy

Globalne przychody Haitong Bank S.A. w pierwszym półroczu 2019 r. wyniosły 57 mln euro

  • Przychody z działalności bankowej wyniosły 57 mln euro, co oznacza wzrost o 30 proc. r/r.
  • Zysk operacyjny w pierwszym półroczu wyniósł 18 mln euro, wobec 5 mln euro w pierwszym półroczu 2018 r.
  • Zysk netto wyniósł 11 mln euro wobec 2 mln straty w pierwszym półroczu 2018 r.
  • Pozycja kapitałowa banku należy do najwyższych w branży, ze wskaźnikiem wypłacalności CET 1 na poziomie 24 proc. i TCR w wysokości 30 proc.

Zysk netto Haitong Bank w pierwszym półroczu 2019 r. wyniósł 11 mln euro, wobec straty w wysokości 2 mln euro w pierwszej połowie 2018 r. Dobry wynik bank zawdzięcza 30-proc. wzrostowi przychodów z działalności bankowej (do 57 mln euro) oraz wyższej efektywności. Koszty operacyjne w pierwszym półroczu wyniosły 39 mln euro, a przychód na pracownika wzrósł o 36 proc., w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego. Zysk operacyjny w pierwszej połowie 2019 r. wyniósł 18 mln euro wobec 5 mln euro w analogicznym okresie 2018 r.

Bank odnotował pozytywne wyniki, potwierdzając tym samym skuteczność swojego modelu biznesowego. Haitong Bank z powodzeniem obsługuje transakcje w relacjach z chińskimi podmiotami, jednocześnie aktywnie prowadząc swoją działalność na głównych rynkach finansowych w Europie i Ameryce Łacińskiej. Warto zwrócić uwagę, że w omawianym okresie nie było zdarzeń jednorazowych, które wpłynęłyby na wyniki Banku.

Pierwsza połowa tego roku była dla Haitong Bank dobra również pod względem utrzymania wysokiej jakości aktywów. Wskaźnik kredytów zagrożonych (NPL) spadł z 8,2 proc. w grudniu 2018 r. do 4,6 proc. w czerwcu 2019 r. Wynik ten był częściowo wsparty sprzedażą irlandzkiej spółki zależnej, która już od grudnia 2018 r. wykazywana była w bilansie jako działalność zaniechana.

Kapitał

Haitong Bank charakteryzuje obecnie wysoki poziom kapitałów, ze wskaźnikiem CET1 na poziomie 24 proc. oraz wskaźnikiem TCR wynoszącym 30 proc. Silna pozycja kapitałowa daje bankowi szersze możliwości wsparcia działalności klientów w transakcjach kredytowych, gwarancjach emisji, rozwiązaniach korporacyjnych oraz działalności na rynkach obligacji, walut i surowców (FICC). W przyszłości pozwoli ona na dalsze zwiększenie bilansu banku.

Jak podkreśla prezes zarządu Haitong Banku, przeprowadzona w ostatnich latach reorganizacja sprawiła, że bank ma dziś bardzo mocne fundamenty. Wspiera je uporządkowany ład korporacyjny i odnowiona kultura organizacyjna, oparta o główne wartości: Transparentność, Merytokrację, Wytrwałość i Uczciwość. – Te zasady znacząco przyczyniły się do zbudowania rzetelnej i wiarygodniej organizacji – podkreśla p. Wu Min.

Globalne przychody Haitong Bank
Źródło: Haitong Bank

Inne kwestie

W tym roku Haitong Bank otrzymał zezwolenie Banku Portugalii na otwarcie oddziału w Makau (Chiny). Oddział ten oczekuje na zezwolenie lokalnego organu nadzoru, AMCM. Jest to kluczowy krok w kierunku dalszego rozwoju strategii Banku. Oddział w Makau ułatwi transgraniczne transakcje nie tylko z Obszarem Wielkiej Zatoki, obejmującym Makau, Hongkong i chińską prowincję Guangdong, ale również z innymi częściami Chin oraz krajami w rejonie Azji i Pacyfiku.

Dolar kontra reszta świata

Strategiczny wywiad gospodarczy organizowany na szczeblu korporacji lub przedsiębiorstwa, dostarczający informacji o charakterze strategicznym mających wpływ na dalekosiężne plany tych organizacji, uwzględniać musi nie tylko sytuację na rynku, notowania giełdowe czy działania konkurencji. Ważnym elementem jego działalności jest również śledzenie zmian zachodzących w światowej gospodarce i finansach, które w bliższej lub dalszej perspektywie mogą wpłynąć na pozycję rynkową tych organizacji. W tej publikacji postanowiliśmy przyjrzeć się dokładniej sytuacji w światowych finansach, a konkretnie pozycji głównej światowej waluty rezerwowej, jaką jest amerykański dolar, wyrażając nadzieję, że skupi ona uwagę zainteresowanych na zachodzących w tej materii istotnych zmianach.

Uwarunkowania historyczne

W dniach 1–22 lipca 1944 r. podczas konferencji walutowo-finansowej ONZ w Bretton Woods w Stanach Zjednoczonych stworzony został międzynarodowy system walutowy nazwany systemem z Bretton Woods. Był to pierwszy w historii międzynarodowy system walutowy wprowadzony w drodze formalnego porozumienia. Powołano wówczas Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) oraz Międzynarodowy Bank Odbudowy i Rozwoju. Celem systemu z Bretton Woods było doprowadzenie do stabilizacji kursów i powszechnej wymienialności walut krajów członkowskich MFW na złoto. W ramach systemu funkcjonowały dwie strefy walutowe: funta szterlinga i franka francuskiego, do których należały kraje ekonomiczne powiązane z Wielką Brytanią i Francją. Główne założenia systemu znalazły się w statucie MFW i obejmowały: wyznaczenie parytetów krajowych walut w złocie lub dolarach USA; wymienialność amerykańskiego dolara na złoto na szczeblu banków centralnych po urzędowym kursie 35 dolarów USA za uncję; możliwość zmiany parytetu (w uzgodnieniu z MFW), ale tylko w wypadku zachwiania bilansu płatniczego danego kraju; konieczność oparcia transakcji walutowych między krajami MFW na parytecie walutowym (wahania kursów mogły wynosić ± 1 procent). 15 sierpnia 1971 r. prezydent USA Richard Nixon zakończył erę parytetu dolara w złocie, ogłaszając, że państwa (zwłaszcza Francja) domagające się wymiany dolarów z nadwyżek handlowych na złoto po 35 dolarów za uncję nie mogą już na to liczyć. Było to faktyczne ogłoszenie niewypłacalności Stanów Zjednoczonych Ameryki i zakończenie epoki układu z Bretton Woods, w której dolar był trwale powiązany ze złotem, a waluty innych krajów były wymieniane na dolara po sztywnych kursach. To także koniec epoki stałych kursów walut, cen surowców i wymiany handlowej, których stabilność uważano za niezbędny warunek rozwoju gospodarczego.

Tym, którzy zgromadzili w dolarze rezerwy, Biały Dom złożył propozycję nie do odrzucenia – wprowadzenia 10-procentowych ceł chroniących amerykański rynek oraz osłabienia ich walut wobec dolara. W grudniu 1971 r. grupa G-10, do której należą najbardziej uprzemysłowione państwa świata, zgodziła się na takie właśnie warunki. Ten Smithsonian Agreement został przez Richarda Nixona określony, jako „największe porozumienie monetarne w historii świata”.

Po 15 sierpnia 1971 r. nastąpiła nowa era, w której Ameryka cieszyła się wobec reszty świata nadmiernym czy wręcz „bezwstydnym” przywilejem (fr. exorbitant privilège). Dolar stał się pieniądzem fiducjarnym[1] (ang. fiat currency), którego wartość była oparta na zaufaniu do emitenta, a nie na jego pokryciu w wartościach materialnych, takich jak złoto. W tym okresie mamy do czynienia z narodzinami systemu petrodolarów, dzięki odzyskaniu przez kraje Bliskiego Wschodu władzy nad złożami, zarządzanymi wcześniej przez zachodnie koncerny naftowe, które w efekcie decydowały o cenie ropy, jedynie informując o niej kraje, w których eksploatowały swoje złoża. Strategia gwarantująca dolarowi światową pozycję poprzez związanie jego wartości z ropą naftową była wyborem prawidłowym – złoto to tylko wartościowy kruszec, podczas gdy ropa to surowiec niezbędny dla światowej gospodarki.

Z jednej strony system petrodolara daje ogromne korzyści, z drugiej natomiast tworzy zależność od pożyczkodawcy, która dzisiaj jest równoważona przez potęgę polityczną i militarną USA. Znaczącą rolę odgrywa także przewaga ekonomiczna, gdyż w warunkach globalnego rynku największy gracz może skutecznie używać sankcji gospodarczych do osiągania swoich celów politycznych. Dolar jest dla USA idealnym narzędziem, gdyż wykluczenie z jego obiegu rodzi utrudnienia i koszty dla sankcjonowanych państw, takich jak chociażby Iran. Wojny gospodarcze coraz częściej wywoływane przez Waszyngton czy inwazje militarne realizowane są głównie w rejonie Bliskiego Wschodu, będącego obszarem najbogatszym w ropę.

Dolar nie jest globalną potęgą dzięki ropie naftowej. Jest nią, ponieważ Stany Zjednoczone to światowy hegemon – tak polityczny, gospodarczy, jak i militarny. Mechanizm petrodolara po epoce Bretton Woods umożliwił jedynie umocnienie globalnej dominacji Waszyngtonu, opartej już nie na złocie, ale na światowej gospodarce. Dzisiaj głównym filarem dolara, najpotężniejszej i jednocześnie najbardziej zagrożonej waluty świata nie jest już petrodolar, lecz raczej „sino-dolar”, czyli konsumpcja pod pożyczki największego producenta światowego, jakim są Chiny, oraz bardzo wydajnych gospodarek azjatyckich.

Petrodolar dał początek zjawisku, które jest w dzisiejszych czasach podstawowym wyzwaniem dla świata, określanym fachowo, jako „globalna nierównowaga w bilansie płatniczym” (ang. global current account imbalances)[2]. Z powodu życia ponad stan – nadmiernej konsumpcji, spadku oszczędności i ciągłego zadłużania się Ameryki – cały świat siedzi na tykającej bombie walutowej, która z pewnością kiedyś wybuchnie. Nie wiadomo tylko, kiedy. Dotychczasowe remedium – emisja dolarów poddanych światowemu recyklingowi – dawno przestało być bezpieczne.

Faktyczne powody, dla których dolary są tak bardzo pożądane na światowych rynkach, wcale nie są związane z poziomem amerykańskiej gospodarki i jej osiągnięciami, ale z:

  1. a) nadmiernym wykorzystywaniem statusu dolara w operacjach wymiany walutowej, w handlu najważniejszymi towarami, takimi jak ropa i zboże. Przykładowo przy wymianie przysłowiowego tugrika[3] na euro operacja wymiany prowadzona jest w następujący sposób: najpierw tugriki zamieniane są na dolary, a następnie dolary na euro;
  2. b) wykorzystywaniem pozycji USA jako największej potęgi politycznej i militarnej. Kraje, które nie chcą sprzedawać swojej ropy lub innych towarów eksportowych za dolary, podlegają restrykcjom, sankcjom, a nawet interwencji zbrojnej pod pretekstem nagle odkrytych naruszeń praw człowieka, posiadania zabronionych rodzajów broni itp.[4].

Bunt w świecie dolara

Coraz głośniejsze są obawy, czy system gospodarki światowej wytrzyma taki zalew dolarów. Ostatnie doniesienia prasowe sygnalizują, że bunt przeciwko dolarowi stał się faktem i zaczyna nabierać rozpędu. Co dziwniejsze, rozwija się w świecie anglosaskim pod przewodnictwem największego sojusznika politycznego USA – Wielkiej Brytanii.

Bunt ten ma charakter gospodarczy i monetarny, który jest o wiele ważniejszy niż jakiekolwiek polityczne zbliżenie ze Stanami Zjednoczonymi, na które premier Boris Johnson może liczyć po twardym Brexicie. Podczas gdy sam Johnson robi wszystko, co w jego mocy, aby zbliżyć się do Donalda Trumpa na poziomie politycznym, to na polu finansowym sytuacja przedstawia się zgoła inaczej: prezes Banku Anglii Mark Carney ogłosił potrzebę rewizji globalnego systemu walutowego. Stwierdził, że istniejący system oparty na dolarze amerykańskim należy pilnie zastąpić nowym „cyfrowym aktywem” lub „cyfrową walutą”.

Demarche Marka Carney’a pikanterii dodaje fakt, iż zostało ono wygłoszone w Stanach Zjednoczonych na dorocznym sympozjum liderów finansowych państw zachodnich w Jackson Hole (Kansas), które odbywa się pod patronatem amerykańskiej Rezerwy Federalnej, tzn. banku centralnego Stanów Zjednoczonych. Trzeba mieć bardzo dobre powody, by, odwiedzając bankierów i finansistów, których życie, zamożność i status społeczny zależą od statusu amerykańskiego dolara, powiedzieć im jasno, że dotychczasowy uprzywilejowany status ich waluty powinien zostać natychmiast obniżony.

Eksperci finansowi zauważają jeszcze jeden ważny szczegół w wystąpieniu Carney’a – to, co proponuje główny bankier w Wielkiej Brytanii, bardzo przypomina projekt Libra, czyli projekt stworzenia cyfrowej waluty, którą jeszcze w tym roku planowało uruchomić konsorcjum składające się z wiodących (głównie amerykańskich) firm finansowych i technologicznych. Projekt ten zdążył już wywołać gniew i krytykę ze strony Donalda Trumpa. Prezydent USA słusznie uznał, że waluta cyfrowa Libra, którą konsorcjum składające się z Facebooka, Mastercard, Paypal, Stripe, Visa, Ebay, Lyft, Uber, Vodafone i innych dużych firm próbuje uruchomić, stanowi bezpośrednie i poważne zagrożenie dla suwerenności monetarnej USA i statusu dolara. Logiczne jest w związku z tym założenie, że propozycja o podobnym charakterze przedstawiona przez Marka Carney’a wywoła równie negatywną i agresywną reakcję wśród administracji Trumpa.

W rzeczywistości propozycja londyńskiego głównego bankiera tym różni się od projektu Libra, że cyfrowa waluta stworzona zostałaby nie w oparciu o prywatne firmy finansowe i technologiczne, a o banki centralne różnych krajów. Jeżeli przełożyć to z dyplomatycznego angielskiego na potoczny polski, to: FED[5] jest proszona o zdjęcie „swojej korony” i przekształcenia się w „równorzędnego członka” zbiorowej organizacji banków centralnych, które będą emitowały globalną „cyfrową walutę”.

Nietrudno przewidzieć, jaka będzie reakcja amerykańskiej administracji na propozycje Carneya, i to niezależnie od nazwiska i przynależności partyjnej konkretnego prezydenta USA. Propozycja ta usuwa grunt spod dolara, a jej wdrożenie nieuchronnie prowadzi do poważnych problemów dla budżetu USA i ich całego systemu finansowego. To z kolei może znacząco ograniczyć możliwość użycia ostatecznego argumentu USA w obronie swojej waluty, tj. „wykorzystania lotniskowców US Navy” (czytaj: użycie siły militarnej).

Z doniesień Reutera wynika, iż stanowisko szefa Banku Anglii zabrzmiało jak oskarżenie w stosunku do amerykańskiej waluty i opartego na niej systemu finansowego. Jak stwierdził Mark Carney: „dolar nie zasługuje już na status światowej waluty rezerwowej, dlatego światowe banki centralne muszą się zjednoczyć i znaleźć dla niego zamiennik”. Carney przypomniał, że od 2008 r. udział krajów rozwijających się w światowej gospodarce wzrósł z 45 do 60 procent. Jednak nie niosło to za sobą proporcjonalnego wzrostu popularności walut tych krajów. Co najmniej połowa wszystkich płatności międzynarodowych jest nadal realizowana w dolarach. Wartość amerykańskiej waluty w handlu światowym zdaniem szefa brytyjskiego regulatora jest „nieodpowiednio wysoka”, co destabilizuje globalną gospodarkę.

Mark Carney jest przekonany, że dominacja dolara w handlu międzynarodowym i globalnym systemie finansowym stwarza problemy w kontrolowaniu inflacji i zapewnieniu stabilności finansowej. Ryzyko utraty płynności rośnie ze względu na bardzo niskie stopy procentowe i słaby wzrost gospodarczy. Aby ustabilizować globalne finanse, rezerwową nie powinna być narodowa waluta żadnego kraju, ale „globalna cyfrowa alternatywa” – wirtualna waluta oparta na koszyku towarów i utworzona z sieci walut cyfrowych banków centralnych. Ułatwi to handel transgraniczny i płatności międzynarodowe, osłabiając zależność gospodarki światowej od dolara. Carney podkreślił również, że uzależnienie od dolara jest zbyt ryzykowne z powodu wojen handlowych rozpoczętych przez Trumpa. Zakłócenia w łańcuchach dostaw w sektorach motoryzacyjnym, stalowym i technologicznym dotyczą także krajów, które nie są bezpośrednio zaangażowane w wojny handlowe.

Podważone zaufanie

Dokładnie rok temu ekonomiści Banku Światowego stwierdzili, że proces depolaryzacji na świecie został rozpoczęty i nie można go już zatrzymać. Według szacunków Europejskiego Banku Centralnego pozycja dolara została w ubiegłym roku podważona bardziej niż kiedykolwiek: jego udział w światowych rezerwach walutowych spadł do 61,7 procent. Tymczasem udział euro wzrósł do 20,7 procent. Od czasu światowego kryzysu finansowego w 2008 r. światowe banki centralne obniżyły amerykańską walutę w strukturze rezerw finansowych o siedem punktów procentowych. W 2018 r. kraje rozwijające się były szczególnie aktywne w wyprzedaży dolarów amerykańskich i obligacji rządowych. Niektóre z tych krajów czyniły tak dla stabilizacji własnej waluty, inne z powodu konfliktów z Waszyngtonem. Ten trend na rynkach wschodzących w dalszym ciągu się utrzymuje.

Jednak jak się okazuje, od aktywów dolarowych odchodzą również kraje rozwinięte. Dla przykładu tylko w kwietniu 2019 r. Wielka Brytania pozbyła się jednorazowo obligacji rządowych USA za 16,3 miliarda dolarów. Eksperci oceniają ideę wspólnej waluty cyfrowej przedstawioną przez szefa banku Anglii bardzo ostrożnie. Aby idea ta mogła się zmaterializować, konieczne jest, aby wszystkie kraje doszły w tej sprawie do konsensusu, co jest bardzo trudne ze względu na to, iż przyjęcie propozycji Carney’a oznaczałoby ograniczenie suwerenności banków centralnych.

Jednak czy to w wyniku sytuacji politycznej, czy w związku z napięciami ekonomicznymi, w których USA wykorzystują pozycję dolara, powstają inne inicjatywy przyczyniające się do stopniowego eliminowania tej waluty ze światowych rozliczeń.

Dedolaryzacja po europejsku

Wychodząc z porozumienia nuklearnego z Iranem i wprowadzając sankcje ekonomiczne na kraje utrzymujące kontakty gospodarcze z tym krajem, Stany Zjednoczone postawiły w trudnym położeniu nie tylko Rosję i Chiny, ale także swoich europejskich sojuszników. Stąd pod koniec czerwca 2019 r. Wielka Brytania, Francja i Niemcy ogłosiły uruchomienie mechanizmu transakcji finansowych INSTEX (Instrument wspierania wymiany handlowej, „Narzędzie wspierania wymiany handlowej”), który pozwala obejść amerykańskie ograniczenia dotyczące zakupu irańskiej ropy. Dostawy nie są opłacane w dolarach, ale w euro. Od 28 czerwca mechanizm jest dostępny dla wszystkich krajów UE, ale wkrótce skorzystać z niego będą mogły także firmy z innych państw.

INSTEX to pośredni system płatności, który zapewnia wymianę towarów bez przekazywania pieniędzy między firmami z Iranu i UE. W rzeczywistości Teheran będzie nadal dostarczał ropę i inne towary do Europy, jednak INSTEX prześle pieniądze za nie, nie irańskim bankom, ale europejskim firmom eksportującym produkty do Republiki Islamskiej. Na razie mowa jest o lekach, sprzęcie medycznym i produktach rolnych. Z czasem zakres produktów dostarczanych w ten sposób Iranowi zostanie rozszerzony.

INSTEX przygotowywany był do uruchomienia od zeszłego roku. Obserwatorzy natychmiast zauważyli, że jest to pierwsze poważne zagrożenie dla dolara od czasu konferencji w Bretton Woods, kiedy to amerykańska waluta zyskała dominującą pozycję w światowej gospodarce. Eksperci są pewni: INSTEX uderzy w pragnienie kontrolowania przez USA światowego porządku gospodarczego, ponieważ nie tylko Europa, ale praktycznie każdy kraj, który nie chce przestrzegać systemu sankcji Białego Domu, będzie w stanie obejść się bez dolara. Nic dziwnego, że Waszyngton próbuje zmusić Europejczyków do porzucenia tego projektu, grożąc sankcjami wszystkim uczestnikom. Według Bloomberga powołującego się na list zastępcy sekretarza skarbu USA Sigal Mandelker „urzędnicy zaangażowani w INSTEX” mają zostać wykluczeni z amerykańskiego systemu finansowego.

Rosja i Chiny przeciwko dolarowi

Podczas gdy Europa dopiero testuje, jak zastąpić dolara i ominąć amerykańskie ograniczenia, Rosja zredukowała swoje inwestycje w amerykańskie papiery dłużne do symbolicznego minimum (do ok. 13 mld USD, z poziomu 176 mld USD w 2010 r.). Ustawowo zabroniono rozliczeń dolarowych pomiędzy rosyjskimi podmiotami gospodarczymi w kraju. W rekordowym tempie Rosja obniża również płatności w dolarach. W ciągu pięciu lat sankcji Moskwa zmniejszyła liczbę międzynarodowych rozliczeń w dolarach o prawie 13 procent, zwiększając udział euro i rubli odpowiednio o 26 i 14 procent. Pięć lat temu w ponad 80 procentach rozliczeń rosyjskich kontraktów zagranicznych wykorzystywana była amerykańska waluta. Teraz stanowi ona zaledwie 56 procent.

Najbardziej aktywna dedolaryzacja występuje w handlu między Rosją a Chinami. Moskwa i Pekin zdecydowały się na rozliczenia za wymianę towarową w walutach krajowych w grudniu 2014 r. Od tego czasu weszły w życie rosyjsko-chińskie umowy o bezpośrednim handlu w rublach i juanach, bez udziału banków amerykańskich, brytyjskich i unijnych. Dotychczasowy postęp był jednak niewielki. Co prawda w ubiegłym roku udział euro we wzajemnych płatnościach podwoił się, ale udział dolara spadł zaledwie o mniej niż dwa procent. Ruble stanowią w rozliczeniach międzynarodowych Rosji nie więcej niż 15 procent, ale w nadchodzących latach liczba ta wzrośnie pięciokrotnie. Jednym z powodów przyspieszonej dedolaryzacji są amerykańskie groźby odłączenia Rosji od SWIFT[6], międzynarodowego międzybankowego systemu transferu danych finansowych.

Ponieważ około 42 procent transakcji SWIFT odbywa się w dolarach, jest to potężna broń Waszyngtonu. Odłączenie od systemu zagraża rosyjskiej gospodarce poważnymi problemami – od ucieczki kapitału, do deprecjacji rubla i rosnących stóp procentowych. Financial Times zauważa, że agresywność Waszyngtonu zmusza Rosję i Chiny do „przetestowania amerykańskiej wiarygodności”. Nowe mechanizmy płatności stworzone na skutek amerykańskich gróźb nie tylko niezawodnie chronią przed presją sankcji, ale także podają w wątpliwość status dolara jako głównej waluty rezerwowej.

Na skutek tych gróźb Moskwa utworzyła rosyjski odpowiednik SWIFT – System Przekazywania Komunikatów Finansowych (SFPS) (Системa передачи финансовых сообщений – СПФС). Według rosyjskiego Banku Centralnego do 1 czerwca 2019 r. 398 przedsiębiorstw i banków tego kraju, a także białoruski Belgazprombank zostały podłączone do SPFS.

W Chinach z kolei odpowiednikiem SWIFT jest system CIPS (ang. China International Payments System), do którego pod koniec marca 2019 r. dołączyło kilka rosyjskich banków. Na początku czerwca pierwszy wicepremier, minister finansów Rosji Anton Siluanov i prezes Chińskiego Banku Ludowego I Gan podpisali umowę o utworzeniu nowego systemu płatności, który stanie się swego rodzaju „śluzą między rosyjskim i chińskim odpowiednikiem SWIFT”.

Zakłada się, że system rozliczeń w walutach narodowych zadziała do końca 2019 roku i obejmie przede wszystkim największe rosyjskie koncerny naftowe i gazowe, a także producentów rolnych. Wiele rosyjskich banków połączyło się już z chińskim odpowiednikiem SWIFT w celu ułatwienia wzajemnych rozliczeń między Federacją Rosyjską a Chinami – powiedział Vladimir Shapovalov, szef departamentu stosunków z zagranicznymi organami regulacyjnymi Departamentu Współpracy Międzynarodowej Centralnego Banku Federacji Rosyjskiej. Rosjanie z kolei liczą na to, że liczne chińskie banki zostaną podłączone do rosyjskiego SWFP, co ułatwi utrzymanie handlu między Rosją a Chinami.

Resume

Oczywiście żaden poważny finansista nie zakłada, że świat nagle odwróci się od dolara. Moskwa i Pekin spieszą się jednak ze względu na groźbę kolejnych sankcji ekonomicznych, które może wprowadzić Waszyngton. W stosunkach amerykańsko-chińskich nabiera tempa wojna handlowa. Jednocześnie Stany Zjednoczone prowadzą niewypowiedzianą wojnę ekonomiczną z Rosją. Tylko w ubiegłym roku do Kongresu USA wpłynęło dziesięć kolejnych projektów ustaw przewidujących szeroki zakres antyrosyjskich ograniczeń – od zakazu inwestowania w obligacje rządowe, po odłączenie państwowych banków od SWIFT. Jakby tego było mało, Stany Zjednoczone straszą sankcjami swoich najbliższych sojuszników w Europie.

Sankcje – „czarne listy” osób prywatnych, organizacji i przedsiębiorstw efektywnie odcinające je od światowego systemu finansowego – stały się uznanym narzędziem Stanów Zjednoczonych w wojnach finansowych. USA używają sankcji wobec różnych wyzwań dla bezpieczeństwa kraju, takich jak handel narkotykami, cyberataki czy finansowanie terroryzmu. Jednak najszersze zastosowanie znajdują w wywieraniu presji ekonomicznej na przeciwników politycznych, którzy w bliższej lub dalszej perspektywie czasowej mogą stanowić problem lub zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych.

W tym miejscu należałoby zastanowić się, czy aż tak agresywne działania USA, prowadzone jednocześnie wobec tak licznych przeciwników, pozwolą im zwiększyć bezpieczeństwo finansowe i zatrzymać erozję własnej waluty. Warto też przytoczyć słowa byłego już amerykańskiego sekretarza skarbu Jacka Lew, który w wywiadzie udzielonym 8 marca 2016 r. dla amerykańskiej telewizji publicznie stwierdził: „Sankcje ekonomiczne i finansowe są mocną bronią, ale nie mogą być stosowane lekkomyślnie”. Według Lew uderzenie za pomocą sankcji musi być rozważane tak samo starannie, jak uderzenie militarne.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, płk rez. dr inż. Krzysztof Surdyk, Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

[1] Pieniądz fiducjarny (łac. fides – wiara) – waluta niemająca oparcia w dobrach materialnych (jak np. kruszce), której wartość ma źródło z reguły w dekretowanym prawnie monopolu w wykorzystaniu go na danym obszarze, jako legalny środek płatniczy oraz na popycie generowanym przez instytucje państwowe, głównie przez pobór podatków. Wartość pieniądza fiducjarnego opiera się na zaufaniu do emitenta.

[2] A. Szczęśniak, cykl „Petrodolary”, publikacja dla: Nowa Debata, 30.11.2014, s. 1 http://nowadebata.pl/2014/11/30/petrodolary-czyli-jak-ropa-naftowa-dala-poczatek-globalnej-niestabilnosci/

[3] Tugrik – waluta Mongolii.

[4] Wykorzystanie złota jako waluty przetargowej oraz niechęć do dolara były zauważalne wśród afrykańskich i arabskich krajów już od 2000 r., kiedy to Saddam Hussain po raz pierwszy zażądał płatności za ropę w euro, podważając wartość amerykańskiego dolara. Następnym krajem, który zbojkotował dolara, był Iran, który w 2009 r. zażądał płatności za ropę w euro. W 2011 r. przywódca Libii Muammar Al Kaddafi zażądał płatności za libijską ropę nie w euro, lecz w złocie.

[5] System Rezerwy Federalnej, potocznie Rezerwa Federalna (ang. Federal Reserve System, skrótowo Federal Reserve, potocznie FED) – bank centralny Stanów Zjednoczonych.

[6] SWIFT – międzynarodowy międzybankowy system do przesyłania informacji i dokonywania płatności. Podłączonych jest do niego ponad 10,8 tys. największych organizacji w ponad 200 krajach.

Pakiet mobilności nie do zatrzymania

Europa, nawet Zachodnia, nie jest przygotowana na to, by przyjąć pakiet mobilności, gdyż funkcjonowanie obecnego systemu transportu drogowego opiera się na pracy przewoźników z części Środkowo-Wschodniej kontynentu. Choć wydaje się, że Niemcy i Francja najbardziej na tym skorzystają w przyszłości, to skutki nowego prawa odczują wszyscy Europejczycy w postaci wzrostu cen towarów i żywności.

Kamil Wolański
Kamil Wolański

Z danych Grupy Inelo wynika, że wartość rynku przewozowego ma się zwiększyć o 3,1 proc. do 2020 roku, zatem popyt na te usługi będzie rósł. Jeśli wschodnioeuropejscy przewoźnicy zaczną wozić mniej, czy kierowcy zawodowi z krajów Starej Unii sprostają zapotrzebowaniu na transport? Zdaniem Kamila Wolańskiego, eksperta Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców, kontrowersyjne decyzje Komisji TRAN w sprawie pakietu mobilności powinny budzić niepokój wszystkich krajów Wspólnoty.

Do następnego etapu prac skierowano wszystkie dokumenty przegłosowane wcześniej w Parlamencie Europejskim w pierwszym czytaniu dotyczące:

  • delegowania kierowców w sektorze transportu drogowego,

28 za, 16 przeciw, 3 wstrzymało się

  • maksymalnych okresów przerw, odpoczynków, prowadzenia pojazdu,

30 za, 15 przeciw, 2 wstrzymało się

  • dostępu do rynku przewozowego,

30 za, 14 przeciw, 2 wstrzymało się.

Tym samym oficjalnie rozpoczynają się międzyinstytucjonalne negocjacje (Trilog) dotyczące przyjętych przez Parlament przepisów. Jak zauważa Kamil Wolański, ekspert OCRK: Po dłuższej przerwie wynikającej z okresu wyborczego przystąpiono do finalizacji prac nad zapisami pakietu mobilności. Przewaga głosów „za” pokazuje, że po wyborach niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o układ sił w Brukseli. Stanowisko Komisji Europejskiej, zaprezentowane już po głosowaniu w PE i łagodzące obecne przepisy zostało całkowicie pominięte w debacie europarlamentarzystów na posiedzeniu Komisji TRAN. Pokazuje to, w jaki sposób prowadzone są prace nad prawem, które ma regulować europejski system transportu drogowego. Pośpiech, brak rzetelnej dyskusji oraz, co najważniejsze, brak odniesienia się do jakichkolwiek badań dotyczących skutków planowanych zmian dla wszystkich państw członkowskich budzi kontrowersje i niepokój. Unia, w której w ciągu 15 lat polscy przewoźnicy wypracowali trzecią pozycję w udziale PKB, zapewniająca swobodę przepływu towarów i usług, w odniesieniu do tej konkretnej branży właśnie upada. Teraz czas na Radę UE, która przed podjęciem decyzji, co do dalszych losów pakietu mobilności przeprowadzi szereg spotkań z KE i PE w ramach tzw. trilogu. Wszystko po to, by nie przedłużać już procedury legislacyjnej. Z punktu widzenia rodzimych przedsiębiorców dzisiejszy wynik głosowania należy uznać za próbę maksymalnego ograniczenia w udziale w rynku przewozowym, co z wolnym rynkiem, będącym u podstaw UE, nie ma nic wspólnego.

Najwięcej na nowych regulacjach unijnych w ramach „ochrony” swojego rynku skorzystają Niemcy, Francja, a także Włochy, Austria i kraje Beneluksu. Ciężko przewidzieć wpływ pakietu na gospodarkę Wielkiej Brytanii oraz Irlandii z uwagi na brexit. Razem z Polską najbardziej ucierpią między innymi Rumunia, Litwa, Słowacja, Bułgaria i Łotwa. Niepocieszeni z uwagi na dalekie trasy typu cross-trade i udział w kabotażu będą też Portugalczycy i Hiszpanie. Jeśli Europa Środkowo-Wschodnia będzie przewozić mniej towarów, jak zostanie wypełniona luka pomiędzy popytem na transport transgraniczny a niedoborem wykwalifikowanych kierowców samochodów ciężarowych?

Nowa strategia Kuehne + Nagel: od 2020 roku firma będzie oferowała zrównoważony i neutralny pod względem emisji CO2 transport

Kuehne + Nagel wprowadza program Net Zero Carbon, dzięki któremu aktywnie przyczynia się do redukcji CO2 w transporcie i logistyce na całym świecie. Oprócz ciągłego ograniczania emisji dwutlenku węgla, firma oferuje teraz swoim Klientom rozwiązania zmniejszające pozostawiany ślad węglowy wywołany ich transportem. Wykorzystanie technologii Big Data i wdrożenie jej w platformy cyfrowe firmy umożliwia wybór rodzaju transportu oraz optymalizację tras, budując zrównoważoną i pro-środowiskową wartość dla przyszłych pokoleń.

Jako wiodący operator logistyczny, Kuehne + Nagel proaktywnie angażuje się w niwelacje pozostawianego śladu węglowego z transportu świadczonego przez swoich dostawców. Do ich grona należą firmy transportowe oraz linie lotnicze i dostawcy spedycji morskiej.
Kuehne + Nagel dąży do kompleksowej neutralizacji CO2 (w zakresie trzech poziomów, w ramach protokołu w sprawie emisji gazów cieplarnianych – Greenhouse Gas Protocol – GHG) do 2030 r. Pierwszy element strategii zakłada ograniczenie emisji CO2 w transporcie ładunków niepełnokontenerowych (LCL) od 2020 roku.

Program Net Zero Carbon zakłada trzy obszary działania: wykrywanie, redukcję i kompensację pozostawianego śladu węglowego. Kuehne + Nagel rozpoczęło realizacje autorskich projektów przyrodniczych w Mjanmie i Nowej Zelandii oraz zainwestowało w różne projekty środowiskowe, zakładające usuwanie CO2 z powietrza. Kuehne + Nagel gwarantuje zgodność norm emisji CO2 i metodologii obliczania ich wartości z międzynarodowymi standardami.

W ciągu ostatnich lat, Kuehne + Nagel znacznie ograniczyło swój ślad węglowy i dalej będzie wdrażać dobre praktyki w tym zakresie. Trwające programy szkoleniowe utrzymują i poszerzają świadomość ekologiczną pracowników firmy. Wideokonferencje coraz częściej zastępują podróże służbowe. Bezpośrednie, nieuniknione emisje dwutlenku węgla (zakres pierwszy i drugi w ramach protokołu w sprawie gazów cieplarnianych) zostaną w pełni rekompensowane od 2020 roku.

Dr Detlef Trefzger, dyrektor zarządzający Kuehne + Nagel International AG, komentuje: „Jako jedna z wiodących firm logistycznych na świecie, uznajemy naszą odpowiedzialność za środowisko, ekosystem i przede wszystkim za ludzi. Nasza działalność opiera i będzie się opierać na realizacji celów, mających za zadanie niwelację pozostawianego śladu węglowego we współpracy z dostawcami i Klientami. W pełni popieramy założenia porozumienia paryskiego, którego celem jest ograniczenie globalnego wzrostu temperatury do 1,5°C. Kuehne + Nagel aktywnie angażuje się również w implementacje innowacyjnych i zrównoważonych rozwiązań w całym cyklu łańcucha dostaw.

Jak sobie radzą na rynku pracy i jakiego zatrudnienia poszukują absolwenci polskich uczelni?

Obecnie stopa bezrobocia wynosi  5,2% i jest najniższa od wielu lat[1].  Wiele wskazuje na to, że w przyszłości ten wskaźnik będzie jeszcze niższy, ponieważ jak przewiduje PwC, do 2025 r. konieczne będzie zatrudnienie ok. 1,5 mln osób[2], w tym także młodych pracowników. Fakt starzenia się naszego społeczeństwa, rozwój  nowych technologii i pojawienie się zawodów, które wcześniej nie istniały, sprawia, że na rynku pracy za chwilę dyktować warunki będzie pokolenie Z. Chodzi o osoby urodzone w końcówce lat 90. XX w., które właśnie rozpoczynają karierę zawodową, czyli mowa także o świeżo upieczonych absolwentach polskich uczelni. To generacja pracowników, która jest nadzieją polskiej gospodarki. Pracodawcy, nie tylko te największe marki, doskonale wiedzą, że młode talenty z otwartymi głowami, nieszablonowym podejściem do rozwiązywania problemów i innymi kompetencjami, których nie posiadają starsi pracownicy, są na wagę złota.  A, co na swój temat uważają „Zetki”? Czy czują się przygotowane przez szkoły wyższe do podjęcia pracy? Co myślą o swojej drodze zawodowej i czy wiedzą, czego oczekują od przyszłych pracodawców? 

Agnieszka Surowiec, ekspert z firmy Intrum Justitia
Agnieszka Surowiec, ekspert z firmy Intrum Justitia

Jak zaznacza Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum, poznanie odpowiedzi na powyższe pytania jest kluczowe dla pracodawców, którzy myślą o rekrutowaniu młodych-zdolnych. – Pracodawcy muszą poznać potrzeby najmłodszej generacji pracowników, ponieważ osoby między 20., a 25. rokiem życia, szykujące się na podbój rynku pracy, mają zupełnie inne wymagania niż Millenialsi czy starsze pokolenia. To ważne, ponieważ nierzadko daje się zauważyć, że pracodawca doskonale wie, co zyska zatrudniając „Zetkę” i jak cenny może być to pracownik dla firmy, ale nie zawsze wie, czego oczekuje od niego druga strona. Często popełnianym przez nich błędem również jest to, że problemy młodych pracowników rozwiązują „starymi” metodami, które są zupełnie nieskuteczne w ich przypadku. Kim zatem są pracownicy z pokolenia Z, absolwenci polskich uczelni?

Czy absolwenci czują się gotowi?

Młody, czyli niezdecydowany lekkoduch? To mit. Osoby, które teraz rozpoczynają studia, szukają takiego kierunku czy uczelni, która w przyszłości zapewni im dobrą pracę, ale jednocześnie, chcą w tej pracy robić, to co lubią. Rozpoczynają karierę z założeniem, że można połączyć te dwie kwestie. „Zetkom” zależy na rozwijaniu posiadanych pasji. Jak pokazują dane zebrane przez Pracuj.pl, wśród absolwentów oraz studentów, aż 50 proc. tej grupy, postrzega pracę jako środek do realizacji pasji pozazawodowych[3]. Chcą pracować w firmie, która pomoże im zdobywać nowe umiejętności i będzie dla nich stymulującym wyzwaniem. Mniej liczy się dla nich zarabianie góry pieniędzy, bo nauczyli się od starszych pokoleń, że te nie zawsze przynosi satysfakcję.

Osoby, które niedawno ukończyły 20. rok życia, choć nie mają doświadczenia na rynku pracy, wiedzą, że teraz dla pracodawców liczą się kompetencje, które da się nazwać, za którymi stoi jakieś know-how. Czy polskie uczelnie, których zdecydowana większość jest nastawiona na przygotowanie młodego człowieka na rynek pracy, są tego świadome?  Od tego, czy dana szkoła wyższa przyłoży się do przekazywania praktycznej wiedzy, w dużej mierze może zależeć, czy młody człowiek z sukcesem wejdzie na rynek pracy, czy też „straci” kilka następnych lat swojego życia na doszkalanie się, czy wręcz zmianę zawodu. Niestety, wśród absolwentów przeważają podobne, negatywne zdania co do poziomu ukończonej szkoły wyższej oraz jej odpowiedniego przygotowania młodego człowieka do funkcjonowania na obecnym rynku pracy.

Pomimo mało przychylnych opinii na temat efektów nauki na uniwersytetach i innych szkołach wyższych, ponad 3/4 studentów ma zamiar rozwijać się zgodnie z wybranym kierunkiem studiów[4]. Co więcej, większą wagę przykładają także do dalszego kształcenia po ukończeniu szkoły wyższej, np. na studiach doktoranckich, podyplomowych, kursach czy szkoleniach. Można z tego wyciągnąć wniosek, że poważnie podchodzą do swojej przyszłości. To, co różni generację Z od poprzednich pokoleń, to świadomość, że ukończenie studiów wyższych już nie gwarantuje sukcesu zawodowego. Skończenie danego kierunku może być świetną bazą do zdobywania bardziej konkretnych kompetencji wymaganych na rynku pracy. To także dobry sygnał dla pracodawców. Wystarczy, że podczas rekrutacji będą skoncentrowani na zatrudnieniu takich dwudziestolatków, którzy będą chcieć się uczyć także w pracy i każde proponowane szkolenie nie będzie przez nich traktowane jak przykry obowiązek, ale jak „darmowa” szansa nauczenia się czegoś nowego – mówi Agnieszka Surowiec, Intrum.

Staż? Jak najbardziej!

Absolwenci polskich uczelni zdobywanie nowych kompetencji coraz częściej traktują jako inwestycję w swoją przyszłość. Zapewne większość HR-owców spotkała podczas prowadzonej rekrutacji „młodego-zdolnego” z minimalnym doświadczeniem zawodowym, który chciałby zarabiać kilka tysięcy złotych na starcie. Ale nie brakuje również osób, które zdecydują się na kilkumiesięczne staże czy praktyki, nierzadko bezpłatne. Według raportu Pracuj.pl, aż 82 proc. badanych studentów i absolwentów bardzo docenia taki rodzaj zdobywania wiedzy i często z niego korzysta (blisko 70 proc. respondentów[5]). Staże nie tylko pomagają studentom przygotować się do pracy na konkretnym stanowisku, ale także uczą zasad funkcjonowania w danej firmie.

– Stereotyp mówiący o praktykancie, robiącym kawę czy kserującym dokumenty odszedł już w zapomnienie. Przede wszystkim dlatego, że dzisiaj firmy nie mogą pozwolić sobie na marnowanie potencjału. Każdy pracownik jest cenny. Dziś pracodawcy wdrażają wiele narzędzi z zakresu employer brandingu, by odpowiednio przyjąć w firmie nowych pracowników, także praktykanta czy stażystę. Studenci czy absolwenci również mają świadomość, że podczas stażu czy praktyk zdobędą wiedzę i umiejętności, których nie przekaże im żadna szkoła. Wiedzą także, że jeżeli pokażą się od dobrej strony podczas takiego „testowego” okresu, będą mieć szansę na stabilne zatrudnienie w danym miejscu. Pokolenie Z nie chce gromadzić pieniędzy, a wspomnienia i doświadczenia. Takie samo podejście daje się zauważyć, jeżeli chodzi o sprawy zawodowe. Dla „Zetek” liczy się zdobycie wielu istotnych kompetencji, zanim znajdą wymarzoną pracę. Dlatego decydują się również na wolontariaty, projekty studenckie, programy stażowe i menedżerskie oferowane przez coraz więcej firm oraz tradycyjne praktyki – wylicza Agnieszka Surowiec,  Intrum.

Gdzie absolwenci chcieliby pracować?

Według raportu Pracuj.pl, prawie połowa badanych (44 proc.) myśli o pracy w międzynarodowej korporacji lub dużej ogólnopolskiej organizacji. Z kolei 1/3 chciałaby pracować w małej firmie liczącej do 50 pracowników lub w start-upie. Niewielu jednak myśli o założeniu własnej firmy – jedynie 17 proc. respondentów badania. Te dane pokazują, że szukając zatrudnienia, absolwenci w mniejszym stopniu zwracają uwagę na zarobki, ale cenią sobie już wcześniej wspomnianą możliwość rozwoju zawodowego oraz dobrą atmosferę w miejscu pracy.

Szansa na szybki awans oraz wysokie wynagrodzenie, to nie są najważniejsze czynniki wpływające na to, że młodzi będą aplikować na dane stanowisko. Bardziej liczy się dla nich docenianie przez pracodawcę, możliwość pracy dla marki, która dokonuje znaczących zmian w świecie, np. dba o środowisko lub po prostu stawia na zrównoważony rozwój.
Z naszych doświadczeń wynika również, że takim osobom szczególnie zależy na szybkim zintegrowaniu się z zespołem, dowiedzeniu się jak największej ilości informacji o marce, dla której pracują. Dlatego w Intrum dbamy o to, aby nowy pracownik nie tylko pozna
ł zasady funkcjonowania w firmie, ale także otrzymał wiedzę na temat naszej historii i misji – wyjaśnia Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.

[1] Dane GUS.

[2] Dane PwC: Rosnąca luka na rynku pracy w Polsce, 2019.

[3] Raport Pracuj.pl, Studenci i absolwenci o rynku pracy, 2019.

[4] j.w.

[5] j.w.

Wdrożenie 5G zwiększy zużycie energii o 170%

Wdrożenie sieci 5G to przełomowe wydarzenie dla branży telekomunikacyjnej. Ankietowani przez Vertiv operatorzy, również działający w Polsce, optymistycznie oceniają perspektywy biznesowe niesione przez tę technologię. Jednak jednocześnie trzeba mieć na uwadze ryzyko, że korzyści finansowe płynące z możliwości, jakie daje 5G, mogą być ograniczone przez niekontrolowane zużycie energii.

Rozpatrując korzyści związane z 5G trzeba mieć na uwadze, że bardziej intensywny transfer danych wymaga ogromnej ilości energii elektrycznej. Operatorzy wdrażający 5G muszą więc zwrócić uwagę na dwa aspekty tego przedsięwzięcia: masową łączność bezprzewodową i ogromną ilość energii wymaganą do jej realizacji.

Przedstawiciele telekomów mają tego świadomość. Zdaniem 90% firm telekomunikacyjnych, które wzięły udział w badaniu 451 Research i Vertiv, 5G spowoduje wzrost zużycia energii i jej kosztów. W związku z tym są one zainteresowane technologiami i usługami, które zwiększą wydajność. Jest to zgodne z analizami firmy Vertiv, według których przejście na technologię 5G spowoduje zwiększenie całkowitego zużycia energii w sieci o 150-170% do 2026 roku.

Wygląda więc na to, że łagodzenie skutków zwiększonych kosztów zasilania będzie jednym z najpoważniejszych wyzwań dla firm udostępniających sygnał w standardzie 5G.

Energetyka a 5G – wyzwania

Operatorzy telekomunikacyjni są przede wszystkim zainteresowani zmniejszeniem konieczności konwersji napięcia przemiennego (AC) do stałego (DC). Aż 79% badanych uznało, że zagadnienie to już teraz jest ważne, a według 85% nastąpi to w ciągu najbliższych pięciu lat. W tym samym czasie powszechnie zaczną być stosowane także nowe techniki chłodzenia. Obecnie z nowoczesnych rozwiązań w tym zakresie korzysta 43% operatorów na całym świecie, a w perspektywie pięcioletniej odsetek ten ma sięgnąć 73%. Firmy telekomunikacyjne wymieniają także akumulatory kwasowo-ołowiowe (VRLA) na litowo-jonowe. Dokonało tego już 66% telekomów, a za pięć lat ten odsetek ma wynieść 81%.

Wdrożenie technologii 5G będzie najtrudniejszym i wywierającym największy wpływ procesem usprawniania infrastruktury sieciowej, jakiego kiedykolwiek doświadczyła branża telekomunikacyjna. Skala tego wyzwania jest już powszechnie zauważana, podobnie jak potrzeba zapewnienia nowych technologii i usług – zauważa Piotr Wójcik, Dyrektor Działu Sprzedaży ds. Kluczowych Klientów z polskiego oddziału firmy Vertiv. –  Ich rentowność będzie zagwarantowana dzięki wydajnemu zarządzaniu coraz bardziej rozproszonymi sieciami i łagodzeniu skutków związanych ze zwiększonymi kosztami energii elektrycznej.

Przedsiębiorstwa mogą skorzystać z wielu sposobów kontrolowania kosztów w warstwie infrastruktury i obniżania ich. Z pewnością będzie pomocna wymiana fizycznych elementów na nowe, jednak jest to proces częściowy i przyrostowy. W przypadku posiadania ograniczonych środków na inwestycje, można skorzystać z innych rozwiązań. Innowacyjne modele biznesowe, takie jak ESaaS (oszczędności energetyczne jako usługa), są w stanie zaspokoić oczekiwane potrzeby związane z infrastrukturą.

Co ze środowiskiem?

Sieci telekomunikacyjne zgodne ze standardem 5G zapewnią mocniejszy sygnał radiowy, dzięki czemu dotrze on do większej liczby odbiorców. W wartościach bezwzględnych spowoduje to zwiększenie poboru energii elektrycznej, ale dzięki lepszemu pokryciu obszaru, zmniejszy się średnia emisja dwutlenku węgla przypadająca na użytkownika końcowego.

Według raportu SMARTer 2030[1], opracowanego przez Accenture dla GeSI (Global E-sustainability Initiative), pomimo oczekiwanego rozwoju sektora ICT, obejmującego operatorów telefonii komórkowej, względna emisja dwutlenku węgla przez tę branżę do 2030 r. utrzyma się na poziomie 2% globalnej emisji. Co jednak ważniejsze, potencjał jej obniżenia przez cały sektor ICT, w tym przez telefonię komórkową, szacuje się na poziomie 20% globalnej emisji CO2 do roku 2030.

Jak można wykorzystać sieć 5G

Rozwój i systematyczne poszerzanie zasięgu sieci 5G to kluczowy czynnik dla zastosowań technologii przetwarzania na brzegu sieci (edge computing). Ponadto, nowa technologia będzie mieć zastosowanie w takich obszarach jak przesyłanie materiałów wideo o wysokiej rozdzielczości (HD i Ultra HD), wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, inteligentne domy, budynki, fabryki, a nawet całe ekosystemy inteligentnych miast czy cyfrowa opieka zdrowotna.

Kiedy do tego może dojść? Większość badanych operatorów zakłada, że globalnie era 5G ma szansę rozpocząć się na dobre w 2021 roku. Natomiast 88% ankietowanych ma zamiar wdrożyć tę technologię w latach 2021-2022.

[1] http://smarter2030.gesi.org/downloads/Full_report.pdf

Sprzedaż kredytów w Polsce – sierpień 2019 r.

W sierpniu 2019 r., w porównaniu do sierpnia 2018 r., w ujęciu wartościowym, banki i SKOK-i udzieliły kredytów na wyższą kwotę we wszystkich czterech grupach produktowych. Najwyższe wzrosty odnotowały kredyty mieszkaniowe (+18,4%) oraz karty kredytowe (+12,2%). Sprzedaż kredytów konsumpcyjnych wzrosła o (+4,7%), a limitów kredytowych o (+0,5%). W ujęciu liczbowym, w stosunku do sierpnia 2018 r. odnotowano wzrost sprzedaży kart kredytowych (+22,2%) i kredytów mieszkaniowych (+10,1%). W przypadku limitów kredytowych oraz kredytów konsumpcyjnych dynamika jest ujemna: odpowiednio (-17,1%) oraz (-1,8%). W sierpniu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły kredytów konsumpcyjnych na kwotę 7,371 mld zł, zaś mieszkaniowych na kwotę 5,614 mld zł. W porównaniu do lipca 2019 r. wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych spadła o (-7,8%), zaś kredytów konsumpcyjnych o (-10,5%).

W okresie styczeń – sierpień 2019 r. banki udzieliły o (+2%) więcej kredytów mieszkaniowych niż w analogicznym okresie zeszłego roku, natomiast w ujęciu wartościowym ich wartość była wyższa o (+13,6%). W przypadku kredytów konsumpcyjnych spadła ich liczba o (-1,0%), ale w ujęciu wartościowym zanotowano wzrost (+7,6%). Bardzo wysoką dodatnią dynamikę zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowały karty kredytowe: odpowiednio (+22,8%) oraz (+22,4%).
Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne).

W sierpniu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 634,6 tys. kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 7,37 mld zł. Stanowi to spadek o 1,8% w ujęciu liczbowym i wzrost o 4,7% w ujęciu wartościowym w porównaniu do sierpnia 2018 r. W porównaniu do lipca 2019 r. liczba udzielonych kredytów spadła o 5,4% a wartość o 10,5%. Narastająco od początku roku udzielono 4,825 mln kredytów konsumpcyjnych na wartość 60,2 mld zł. W porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku to o 1,0% mniej kredytów, ale o 7,6% wyższa wartość udzielonych kredytów.

– W okresie styczeń – sierpień 2019 r. dodatnie dynamiki liczby udzielonych kredytów konsumpcyjnych dotyczyły jedynie kredytów średnio i wysokokwotowych. W przypadku kredytów konsumpcyjnych do 3,5 tys. zł dynamika jest ujemna. Najwyższa ujemna dynamika występowała w kredytach konsumpcyjnych do 1 tys. zł (-15,8%), a najwyższa dodatnia dynamika wzrostu dotyczyła kredytów wysokokwotowych powyżej 20 tys. zł w ujęciu liczbowym (9,5%) i (10,0%) w wartościowym.

Obecnie (styczeń – sierpień 2019 r.) 34% udzielanych przez banki i SKOK-i kredytów konsumpcyjnych stanowią kredyty średniokwotowe (7 – 20 tys. zł) oraz wysokokwotowe (powyżej 20 tys. zł). W ujęciu wartościowym stanowią one już 86,07% wartości wszystkich udzielanych kredytów konsumpcyjnych. Dzięki wydłużaniu okresu kredytowania, przy niskim, stabilnym poziomie stóp procentowych i rosnących dochodach gospodarstw domowych, banki mogą udzielać kredytów na wyższe kwoty. Dotyczy to głównie kredytów gotówkowych. Dynamika kredytów gotówkowych wysokokwotowych (powyżej 30 tys. zł) udzielonych w okresie styczeń – sierpień 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym, wynosi ok. 10,0%. Średnia wartość udzielonego kredytu konsumpcyjnego w sierpniu 2019 r. wyniosła 11 616 zł i była wyższa już o 6,6% od średniej wartości udzielonego kredytu konsumpcyjnego w sierpniu zeszłego roku. Dla kredytów gotówkowych średnia wartość udzielonego kredytu to 18 183 zł – wzrost o 4,3%. Średnia wartość kredytu ratalnego to 4 230 zł i jest ona wyższa niż rok temu o 14,4%. Kredyty ratalne udzielone w sierpniu 2019 r. stanowią ok 47% udzielonych w tym okresie kredytów konsumpcyjnych oraz 17,1% wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych jest przez BIK co miesiąc monitorowany w oparciu o Indeks jakości, który pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela dla kredytów konsumpcyjnych już od kilku lat utrzymuje się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty Indeksu Jakości portfela kredytów konsumpcyjnych. Jego bieżący (sierpniowy) odczyt wynosi 5,51%. W porównaniu do sierpnia 2018 r. wartość indeksu poprawiła się o 0,24. Nadal uważam, że podstawowe ryzyko związane z kredytami konsumpcyjnymi, w szczególności gotówkowymi, determinowane jest przez wysokokwotowe kredyty, które są obarczone wyższym ryzykiem kredytowym od kredytów niskokwotowych – dodaje prof. Rogowski.

Kredyty mieszkaniowe
W sierpniu 2019 r. banki udzieliły łącznie 20,4 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 5,61 mld zł. Stanowi to wzrost o 18,4% w ujęciu wartościowym w porównaniu do sierpnia 2018 r. W ujęciu liczbowym banki udzieliły o 10% więcej kredytów mieszkaniowych. W sierpniu w porównaniu do lipca liczba udzielonych kredytów mieszkaniowych spadła o 8,0%, a wartość udzielonego finansowania o 7,8%.

W okresie styczeń – sierpień 2019 r. banki udzieliły 159,2 tys. kredytów mieszkaniowych na kwotę 42,87 mld zł. Wzrost w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku dotyczył zarówno liczby (2,0%), jak i wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych (13,6%).

– W sierpniu br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy dodatnie dynamiki zarówno wartości udzielonych kredytów, jak i ich liczby w porównaniu z sierpniem zeszłego roku. Dodatnia dynamika wartościowa wynika głównie ze struktury udzielanych kredytów, w okresie styczeń – sierpień 2019 już ponad 68% wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 250 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych, określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego, nadal obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu ilościowym, jak i wartościowym dotyczą głównie kredytów powyżej 250 tys. zł, w tym w szczególności kredytów powyżej 350 tys. zł, których w okresie styczeń – sierpień 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego w ujęciu liczbowym udzielono więcej o 37,0%, a wartościowym o 37,5%. Tak więc wyniki sierpnia nadal potwierdzają, że hossa na rynku kredytów wysokokwotowych trwa w najlepsze. Natomiast spadki obejmują kredyty poniżej 200 tys. zł. Ujemne dynamiki dotyczyły zarówno liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Kredytów do 100 tys. zł banki udzieliły o 24,0% mniej, a w przedziale 100 – 150 tys. zł mniej o 18,2% niż w analogicznym okresie 2018 r. W styczniu 2019 r. prognozowaliśmy wzrost wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych na poziomie 5-8%. W rzeczywistości dynamika ośmiu pierwszych miesięcy 2019 r. do analogicznego okresu 2018 r. wyniosła 13,6%. Co do wartości, to w całym 2019 r. może być to dynamika dwucyfrowa ale raczej kilka punktów procentowych poniżej zeszłorocznej 20% dynamiki. Uważam, że 2019 rok będzie kolejnym rekordowym rokiem ze sprzedażą około 62 mld zł.

– Sierpniowy Indeks Popytu na kredyty mieszkaniowe również sygnalizuje, że wrzesień powinien być dobry dla rynku kredytów mieszkaniowych. Chyba, że na rynku zajdą niespodziewane negatywne zdarzenia. Musimy mieć jednak pełną świadomość, że rekordy bite są tylko w ujęciu wartościowym. Co ciekawe, w okresie styczeń – sierpień 2019 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało 310,63 tys. osób – najwięcej od 2013 r., ale jest to tylko 61% osób, które wnioskowały o kredyt mieszkaniowy w 2007 r. Obecnie mamy dużo mniej osób młodych niż w roku 2007, a to one głównie zaciągają kredyty mieszkaniowe, nie mają bowiem tak jak ich rodzice aktywów mieszkaniowych, które można spieniężyć w celu sfinansowania nabycia nowej nieruchomości. Zazwyczaj nie posiadają również wystarczających oszczędności do sfinansowania nabycia nieruchomości bez współfinansowania kredytem bankowym – wyjaśnia prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w sierpniu 2019 r. wyniósł 0,70%, co potwierdza wieloletnią już stałą obserwację dotyczącą niskiego poziomu ryzyka kredytowego związanego z udzielaniem kredytów mieszkaniowych. W ostatnich 12 miesiącach (sierpień 2019 do sierpnia 2018) jakość portfela poprawiła się, o czym świadczy lekki spadek Indeksu o -0,09.

– Obecnie nie widać istotnych zagrożeń, które w krótkim horyzoncie czasowym mogłyby wpłynąć na wzrost poziomu szkodowości kredytów mieszkaniowych, a tym samym na wzrost poziomu ryzyka kredytowego – zaznacza prof. Rogowski.

Karty kredytowe

W sierpniu 2019 r. banki wydały 94,3 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 539 mln zł. Stanowi to wzrost o 22,2% w ujęciu liczbowym i o 12,2% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do sierpnia 2018 r. Jednak w porównaniu do ubiegłego miesiąca sprzedaż kart kredytowych, i to zarówno w ujęciu liczbowym jak i wartościowym, odnotowała spadek – odpowiednio o 12,2% oraz 12,9%. W pierwszych ośmiu miesiącach banki wydały łącznie 819,7 tys. kart kredytowych – wzrost o 22,8% w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. W tym okresie banki przyznały 4,734 mld zł limitów na kartach kredytowych, co oznacza wzrost w porównaniu do pierwszych ośmiu miesięcy 2018 r. o 22,4%.

– W sierpniu 2019 r., podobnie jak w poprzednich miesiącach, obserwujemy wysokie liczby sprzedaży kart kredytowych – 22,2% wyższa liczba przyznanych limitów niż w analogicznym okresie 2018 r. Najwyższą dodatnią dynamikę przyznawanych limitów na kartach kredytowych w okresie styczeń – sierpień 2019 r. w porównaniu do pierwszych ośmiu miesięcy 2018 r. zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym, odnotowały karty o limitach w przedziale 1-2 tys. zł, odpowiednio 51,7% oraz 46,7% oraz 2 do 3,5 tys. zł – 35,7% oraz 33,8%. Należy jednak podkreślić, że dodatnie dynamiki w ujęciu liczbowym i wartościowym dotyczyły wszystkich przedziałów kwotowych. Potwierdziłaby się więc teza o tym, że na rynek kart kredytowych weszły osoby o niższych dochodach, a ponadto część banków proponuje również kartę kredytową jako alternatywę dla kredytu ratalnego, szczególnie przy zakupach w kanale e-commerce – mówi prof. Rogowski z BIK.

Limity kredytowe w kontach osobistych

W sierpniu 2019 r. banki przyznały łącznie 53,0 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę 261 mln zł. Stanowi to spadek o 17,1% w ujęciu liczbowym i wzrost o 0,5% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do sierpnia 2018 r. W okresie ośmiu miesięcy 2019 r. liczba przyznanych limitów wyniosła 446,1 tys. sztuk, a wartość przyznanych limitów 2,13 mld zł. Oznacza to spadek o 4,5% w ujęciu liczbowym i wzrost o 2,3% w ujęciu wartościowym w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r.

Co ciekawe, w przypadku limitów w kontach nie obserwujemy typowego zjawiska związanego z rosnącą sprzedażą w obu skrajnych przedziałach kwotowych: nisko i wysokokwotowych. W przypadku limitów dodatnią dynamikę w ujęciu liczbowym odnotowaliśmy jedynie dla dwóch przedziałów środkowych tj. 1 – 2 tys. zł, oraz 2-4 tys. zł. Odpowiednio: 3,3% oraz 1,6%. W ujęciu wartościowym ujemną dynamiką – 12,8% charakteryzował się przedział limitów średnio kwotowych (4 – 7 tys. zł) i przedział limitów 0,5 – 1 tys. zł
(-1,8%)- zauważa prof. Rogowski z BIK.

Wyprzedaż złotego

Nieszczęścia chodzą parami – przysłowie znakomicie opisuje położenie złotego w ostatnich dniach. Pierwszym ciosem wypychającym EUR/PLN ponad 4,38 było upublicznienie daty wydania przez TSUE wyroku ws. hipotek walutowych. Drugim – podnoszącym kurs blisko letnich szczytów 4,40 – seria fatalnych odczytów indeksów PMI dla Niemiec.

Wyprzedaż złotego została wywołana podaniem terminu wyroku TSUE. Wcześniej nie widzieliśmy jednoznacznych oznak, że kwestia ta negatywnie wpływa na walutę. Potwierdza to też ewidentne podbicie zmienności opcji. Inaczej było w przypadku sektora bankowego. W wycenie instytucji od dłuższego czasu budowano premię za ryzyko niekorzystnego wyroku. Spodziewamy się, że w najbliższym tygodniu złoty pozostawać będzie słaby. Pod presją znajduje się też inny przedstawiciel koszyka CEE3, czyli forint. PLN i HUF to zresztą dwie najsłabsze waluty EMEA w tym kwartale, do euro straciły ponad 3 proc. EUR.HUF jest też najwyżej w swojej historii. Gołębie nastawienie Europejskiego Banku Centralnego, dezinflacja na Węgrzech i pogorszenie nastrojów w biznesie powinny znaleźć odzwierciedlenie w stanowisku węgierskich władz monetarnych. Nie należy oczekiwać jednak cięcia stóp poniżej 0,90 proc. W niesprzyjającym walutom naszego regionu otoczeniu forint nadal powinien być bardzo słaby.

Poniedziałkowe publikacje indeksów PMI dla europejskich gospodarek zszokowały rynek słabością. Negatywne zaskoczenie było tym większe, że przecież wcześniej wskaźnik ZEW sugerował, że kondycja gospodarek nie ulega dalszemu pogorszeniu. Dlatego też tak istotny będzie dzisiejszy odczyt indeksu Ifo. Będzie to swoista weryfikacja wniosków płynących z publikacji PMI. Trudno liczyć na trwałą i wyraźną aprecjację euro tak długo jak nad Eurolandem kłębią się czarne chmury recesji. Z drugiej strony nie można nie dostrzegać, że kurs jest w tej chwili jedynie minimalnie niżej niż tuż przed wczorajszymi danymi. Może to potwierdzać wyczerpywanie się pola do spadków kursu. W najbliższym czasie EUR/USD powinien pozostawać w zakresie wahań wokół 1,10. Na bardziej konstruktywne spojrzenie pozwalałoby dopiero wyjście nad 1,11.

Przed południem zapadnie również wyrok brytyjskiego Sądu Najwyższego w sprawie legalności zawieszenia przez Borisa Johnsona prac parlamentu. Na rynku spekuluje się, że będzie on negatywny dla premiera Wielkiej Brytanii. Jednocześnie nie powinno to zmieniać w ewidentny sposób spojrzenia na brexit. Najbardziej pozytywny dla funta byłby wyrok pozbawiający Johnsona możliwości stosowania tego narzędzia w przyszłości. GBP/USD w ostatnich dniach z okolic 1,26 cofnął się w kierunku 1,24. Widzimy prawdopodobieństwo, że spadkowa korekta w notowaniach zostanie przedłużona.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.