Aż 80 proc. polskich pracowników optymistycznie myśli o swojej karierze w aktualnym miejscu pracy w perspektywie kolejnych 5 lat.
86 proc. zatrudnionych jest przekonanych, że posiada odpowiednie umiejętności do osiągnięcia sukcesu zawodowego.
Stereotyp Polaka jako wiecznie narzekającego na swoją pracę odchodzi w zapomnienie. Jak wskazują wyniki corocznego raportu ADP „Workforce View in Europe” aż 80 proc. badanych Polaków optymistycznie myśli o następnych 5 latach w swoim aktualnym miejscu pracy. Polscy pracownicy są też bardziej pewni własnych umiejętności zawodowych. W porównaniu z zeszłorocznym raportem odsetek pracowników przekonanych, że posiada kwalifikacje, które gwarantują im sukces zawodowy, wzrósł o 6 p.p.
Optymizm wśród pracowników młodych i w średnim wieku
Do swojej przyszłości zawodowej bardzo optymistycznie podchodzą młodzi ludzie, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy. Według badania ADP myśli tak aż 79 proc. z nich. Pozytywnie swoją ścieżkę kariery oceniają także osoby niewiele starsze – aż 81 proc. pracowników od 25 do 34 roku życia. 86 proc. z nich jest również przekonana, że posiadane kwalifikacje przyczynią się do sukcesu w pracy. W swoje umiejętności najbardziej wierzą jednak respondenci w wieku 35-44, którzy mają już dłuższy staż pracy i większe doświadczenie. 89 proc. z nich odpowiedziało, że posiada kwalifikacje, które przyczynią się do sukcesu zawodowego.
– Pracownik, który dobrze czuje się w miejscu pracy – jest doceniany przez pracodawcę, awansuje oraz spełnia się w projektach – z reguły optymistycznie myśli o swojej przyszłości w pracy. Pozytywnie swoje umiejętności postrzegać będą również osoby, które mają okazję np. brać udział w bezpłatnych szkoleniach czy kursach oraz posiadają gruntowne wykształcenie. Osoba pewna siebie i swoich kwalifikacji na pewno przyczyni się też do rozwoju firmy – mówi Anna Barbachowska, Country HR Business Partner ADP Polska.
Kultura i sztuka – najbardziej pesymistyczna branża?
Branże, w których pracownicy są najbardziej optymistycznie nastawieni względem swojej kariery zawodowej, to sprzedaż, media i marketing – 89 proc., architektura i branża budowlana – 87 proc. oraz podróże i transport – 86 proc. Na przeciwnym biegunie jest kultura i sztuka. Wyniki raportu „Workforce View in Europe 2019” wskazują, że aż 33 proc. respondentów pracujących w tym obszarze pesymistycznie ocenia swoją przyszłość w miejscu pracy. Dodatkowo, aż co 5. osoba pracująca w instytucjach związanych z kulturą i sztuką nie jest pewna, czy posiada odpowiednie umiejętności, żeby osiągnąć sukces zawodowy.
Optymizm w całej Europie
Krajem, w którym pracownicy najbardziej pozytywnie myślą o swojej przyszłości w pracy, jest Holandia. Optymistycznie na swoją karierę zawodową w ciągu kolejnych 5 lat patrzy aż 86 proc. jej mieszkańców. Natomiast to najbardziej pesymistycznie postrzegają swoją przyszłość zawodową Francuzi – tylko 73 proc. z nich odpowiedziało, że optymistycznie ocenia swoją karierę w perspektywie następnych 5 lat. W porównaniu do innych krajów europejskich Polska plasuje się dokładnie na środku stawki.
– Średnia dla całej Europy i Polski jest podobna. Pokazuje to, że standardy w Unii Europejskiej się ujednolicają – rynek pracy staje się tożsamy, a więc pracownik zatrudniony w Polsce bez żadnych problemów odnajdzie się np. w tej samej firmie w Wielkiej Brytanii. Szeroki wachlarz możliwości, dzięki którym pracownik ma większe szanse na znalezienie odpowiadającej mu pracy, dopasowanej do jego kwalifikacji i zainteresowań znacząco przyczynia się do optymistycznego postrzegania przez Europejczyków swojej przyszłości zawodowej – podsumowuje Anna Barbachowska, Country HR Business Partner ADP Polska.
Raport „The Workforce View in Europe 2019” jest dostępny pod adresem: http://bit.ly/raport_ADP_2019
O badaniu
„The Workforce View in Europe 2019” przedstawia opinie pracowników na temat aktualnego środowiska pracy oraz ich oczekiwania związane z przyszłością. Badanie zostało przeprowadzone przez niezależną agencję badań rynku Opinion Matters na zlecenie ADP w październiku 2018 r. Wśród z 10 585 dorosłych pracujących osób z ośmiu krajów Europy: Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Polski, Hiszpanii, Szwajcarii oraz Wielkiej Brytanii.
Premier Mateusz Morawiecki oraz Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence podpisali wspólną deklarację dotyczącą budowy sieci 5G. Porozumienie może oznaczać wykluczenie niektórych dostawców z procesu budowy sieci piątej generacji w naszym kraju. „Polska zgodnie z zasadą strategii win-win, dąży do budowy sieci 5G w bezpieczny sposób, a jednocześnie do stworzenia korzystnego ekosystemu dla rozwoju tej technologii w kraju” – komentuje Izabela Albrycht, Prezes Instytutu Kościuszki.
Budowa sieci 5G w Europie wciąż wywołuje emocje. Od kilku miesięcy Stany Zjednoczone próbują zablokować udział chińskich producentów w procesie tworzenia sieci piątej generacji nie tylko w USA, ale i na Starym Kontynencie. Podczas niedawnej wizyty Donalda Trumpa w Bukareszcie, prezydenci USA i Rumunii podpisali deklarację mogącą wykluczyć z procesu budowy sieci 5G podmioty niespełniające kryteriów bezpieczeństwa. Wczoraj podobne porozumienie Wiceprezydent Mike Pence podpisał z premierem Mateuszem Morawieckim.
Porozumienie dla bezpieczeństwa
„Ochrona tych sieci łączności następnej generacji przed zakłóceniami czy manipulacją oraz zapewnienie prywatności i indywidualnych swobód obywatelom Polski, Stanów Zjednoczonych i innych krajów ma zasadnicze znaczenie” – czytamy we Wspólnej Deklaracji Polski i USA na temat 5G. O konieczności zadbania o bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni, a także potrzebie wykorzystania technologii pochodzącej tylko od zaufanych dostawców, wiele razy mówili eksperci Instytutu Kościuszki – organizatorzy Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa – CYBERSEC. Według Izabeli Albrycht i dr Joanny Świątkowskiej – autorek raportu „Przyszłość 5G czyli Quo Vadis, Europo?”, podejmowane przez europejskich decydentów państwowych inicjatywy i deklaracje w sprawie budowy sieci piątej generacji będą miały ogromne znaczenie w kontekście wypracowania przyszłej pozycji gospodarczej Unii Europejskiej na świecie. Dlatego zalecają one aktywny udział europejskich podmiotów w telekomunikacyjnym wyścigu o 5G, również biorąc pod uwagę wykorzystanie własnego potencjału technologicznego. Pierwsze kroki w tym kierunku podjął już premier Mateusz Morawiecki, poruszając temat inwestycji w rozwój sieci 5G i cyberbezpieczeństwo podczas spotkania z prezesem firmy Ericsson.
Zdolność weryfikacji partnerów kluczem porozumienia
Jak alarmowała dr Joanna Świątkowska, dyrektor programowa CYBERSEC, ważne jest aby w Europie współpracować z państwami zaliczanymi do grupy „podobnie myślących”, takimi jak kraje sojuszu północnoatlantyckiego, Japonia czy Korea Południowa. Korzystając z rozwiązań dostarczanych przez dostawców zewnętrznych, państwa powinny mieć możliwość weryfikowania i kontrolowania ich produktów i usług. Do tego też zmierza podpisana ze Stanami Zjednoczonymi deklaracja dotycząca budowy sieci 5G w Polsce. Zakłada ona konieczność uważnej i kompetentnej oceny producentów oprogramowania stosowanego do stworzenia sieci piątej generacji.
„Wierzymy, że wszystkie kraje muszą dopilnować tego, żeby w naszych sieciach uczestniczyli jedynie zaufani i niezawodni dostawcy, co uchroni je przed nieuprawnionym dostępem lub zakłócaniem” – czytamy w deklaracji. Wg. dokumentu analiza dostawców powinna pozwolić ocenić, czy jest on kontrolowany przez obcy rząd. Pod uwagę brana jest m.in. analiza struktury własności. Weryfikacji podlega także to, czy dostawca kieruje się etyką biznesową oraz czy podlega porządkowi prawnemu, który zapewnia przejrzystość działalności firm.
W podpisanym dokumencie Stany Zjednoczone i Polska opowiedziały się za Propozycjami Praskimi, które kładą nacisk na tworzenie sieci 5G na bazie wolnej i uczciwej konkurencji, a także przejrzystości i rządów prawa. „Propozycje Praskie postulują rygorystyczną ocenę dostawców technologii 5G. Dziś pytanie brzmi: ile z pozostałych państw członkowskich UE pójdzie w ślady Polski?” – komentuje Izabela Albrycht, Prezes Instytutu Kościuszki. Dodaje także, że za dwa miesiące w Katowicach w czasie CYBERSEC w dyskusji o bezpieczeństwie sieci 5G w Unii Europejskiej udział weźmie m.in. Sir Julian King – unijny komisarz ds. Unii Bezpieczeństwa, Ciaran Martin – szef National Cyber Security Center z Wielkiej Brytanii, Arne Schönbohm – szef niemieckiego Office for Information Security, Karol Okoński – pełnomocnik polskiego rządu ds. cyberbezpieczeństwa, a także Rob Strayer – zastępca sekretarza Departamentu Stanu ds. Cyber and International Communications and Information Policy z USA. W tym czasie poznamy także wyniki ogólnounijnej oceny ryzyk związanych z budową sieci 5G, którą w Katowicach przedstawi osobiście Komisarz King.
Czy Polska jest zagrożona?
Podczas konferencji prasowej, która odbyła się po spotkaniu wiceprezydenta USA z Andrzejem Dudą, polski prezydent przyznał, że służby kontrwywiadowcze wykryły w ostatnim czasie działania, które mogą być zakwalifikowane jako szpiegostwo. Obecnie w tej sprawie toczy się postępowanie polskiej prokuratury, które może zakończyć się wniesieniem aktu oskarżenia. Jednakże zagrożenia wynikające z użycia sieci 5G nie odnoszą się jedynie do działań szpiegowskich. Izabela Albrycht podkreśla fakt, że 5G, będzie kolejnym narzędziem projekcji soft i hard power. Jest to szczególnie istotne z tego względu, iż w przyszłości sieć 5G będzie miała kluczowe zastosowanie militarne. W tym kontekście, odpowiedni dobór partnerów technologicznych oraz szczegółowa ich ocena wydaje się być tym bardziej uzasadniona.
Następne kroki
Po podpisaniu deklaracji, rzecznik rządu Piotr Müller zapowiedział, że kolejnym krokiem powinno być podjęcie się działań badawczo-rozwojowych w zakresie 5G, tworzenie ram bezpieczeństwa dla nowej sieci telefonii komórkowej, a docelowo trzeba będzie również wybrać dostawcę technologii, co już dziś budzi kontrowersje.
W warunkach słabnącego globalnego wzrostu gospodarczego i utrzymujących się napięć handlowych pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami, Nick Getaz i Matt Quinlan z zespołu Franklin Equity Group dostrzegają sygnały świadczące o tym, że niektórzy inwestorzy mogą tracić zainteresowanie akcjami charakteryzującymi się wysokim wzrostem, które były popularne podczas ostatniej hossy na amerykańskim rynku. Autorzy tłumaczą, dlaczego inwestorzy mogą w tej sytuacji zainteresować się „spółkami wypłacającymi coraz wyższą dywidendę” lub stabilnymi spółkami o potwierdzonej historii wzrostu dywidendy w różnych warunkach rynkowych.
Matthew Quinlan – Franklin Equity Group
W ciągu trzech ostatnich lat akcje spółek wyróżniających się wysokim wzrostem, w tym papiery niektórych przedsiębiorstw z sektora technologicznego, wywindowały hossę na amerykańskim rynku akcji na rekordowo wysokie poziomy. Te akcje osiągały lepsze wyniki na tle szerokiego rynku akcji, nawet w okresach geopolitycznej niepewności.
Niemniej jednak podczas ostatnich wzmożonych wahań rynkowych zauważyliśmy sygnały świadczące o tym, że wielu inwestorów skoncentrowanych na wzroście prawdopodobnie zaczyna nieco inaczej postrzegać sytuację. W warunkach utrzymujących się tarć w stosunkach handlowych pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami oraz oznak spadku dynamiki wzrostu gospodarczego na świecie rynek najwyraźniej jest w większym stopniu zainteresowany stabilnymi spółkami o potwierdzonej historii zrównoważonego wzrostu dywidendy.
Nicholas Getaz – Franklin Equity Group
Dywidenda, często stanowiąca część zysków, to jeden ze sposobów, w jaki spółki mogą wynagradzać inwestorów. Dywidenda wypłacana jest zwykle w postaci regularnych, na przykład kwartalnych lub rocznych, wypłat środków pieniężnych.
Nie wszystkie spółki wypłacające dywidendę można jednak traktować jednakowo, a zarządzając naszą strategią, nie koncentrujemy się na wysokim dochodzie z dywidendy. Jako długoterminowi inwestorzy interesujemy się przede wszystkim spółkami o rosnącej dywidendzie lub spółkami, które w przeszłości notowały znaczący lub zrównoważony wzrost dywidendy, z kilku powodów omówionych poniżej.[1]
Spółki wypłacające rosnącą dywidendę notują dobre wyniki w dłuższej perspektywie
Uważamy, że generujące wysoki dochód akcje spółek wysokiej jakości mogą stanowić atrakcyjną alternatywę dla inwestycji na rynku obligacji, ale często nie zapewniają stabilnego potencjału wzrostowego, który mogą oferować spółki wypłacające coraz wyższą dywidendę.
Według naszych analiz spółki podwyższające dywidendę zwykle notują większe wzrosty kursów akcji w dłuższej perspektywie w porównaniu ze spółkami, które utrzymują dywidendę na stałym poziomie lub jej nie wypłacają. Takie przedsiębiorstwa zwykle wyróżniają się także mniejszą zmiennością na tle pozostałych spółek.
Uważamy, że ta przewaga jest efektem solidnych modeli biznesowych i zaangażowania zarządów w wypłatę coraz wyższej dywidendy w warunkach wzrostów i spadków rynkowych.
2. Spółki podwyższające dywidendę zwykle należą do rynkowych liderów
Uważamy, że spółki, które spełniają nasze wymagania dotyczące wzrostu dywidendy, już na starcie mają sporą przewagę. Koncentrujemy się jednak na identyfikowaniu atutów, które zapewniają spółkom największe szanse na utrzymanie i umocnienie tej konkurencyjnej przewagi także w przyszłości.
Poszukujemy spółek wypłacających coraz większą dywidendę, które:
są liderami w swoich branżach lub niszach rynkowych;
mają ekspozycję na atrakcyjne możliwości sekularnego wzrostu, pozwalające liczyć na większą rentowność oraz
są zarządzane przez zespoły, które udowodniły, że potrafią podejmować trafne decyzje dotyczące alokacji kapitału, włącznie z inwestowaniem w przyszły wzrost i zwiększaniem dywidendy wypłacanej inwestorom.
Zauważyliśmy, że okres 10 lat rosnącej dywidendy to dobry wskaźnik solidnej kondycji spółki. Sądzimy, że na przestrzeni dekady większość spółek najprawdopodobniej doświadcza słabszego okresu ekonomicznego. Nasze doświadczenie podpowiada nam, że niektóre przedsiębiorstwa wykazują się jednak względnie większą odpornością.
Uważamy, że spółki, które potrafiły podwyższać dywidendę przez osiem z dziesięciu minionych lat (bez żadnych obniżek), potwierdziły tym samym swoją solidną kondycję finansową. Szukamy także przedsiębiorstw, które w takim horyzoncie czasowym przynajmniej podwoiły dywidendę wypłacaną inwestorom.
3. Spółki wypłacające coraz wyższą dywidendę pojawiają się w coraz większej liczbie sektorów
Od czasu kryzysu finansowego w latach 2008-2009 grono spółek podnoszących dywidendę staje się coraz większe i bardziej zróżnicowane. Przed kryzysem ta kategoria była w większym stopniu zdominowana przez spółki finansowe, jednak w okresie kryzysu wiele banków obniżyło lub przestało wypłacać dywidendę.
Wiele spółek z sektora finansowego od tamtej pory zanotowało poprawę kondycji i konsekwentnie podwyższa dywidendę, powoli dołączając do grona przedsiębiorstw spełniających nasze kryteria. Jednocześnie spółki z innych sektorów, takich jak technologie, w pierwszych latach nowego stulecia inicjowały programy dywidendowe.
Obecnie znajdujemy coraz więcej spółek technologicznych spełniających nasze kryteria zwyżkującej dywidendy oraz dostrzegamy wypłacające coraz wyższe dywidendy przedsiębiorstwa przemysłowe.
Połączenie wszystkich elementów
W ramach naszej strategii korzystamy z czterech ilościowych filtrów pozwalających nam określić ramy spektrum inwestycyjnego obejmującego spółki wypłacające dywidendę oraz z filtra opartego na wartości, dzięki któremu upewniamy się, że nasz proces inwestycyjny przestrzega odpowiedniej dyscypliny w tym zakresie.
Nie wszystkie wysokiej jakości spółki spełniają kryteria naszej selekcji, ale ten proces pozwala nam wybrać przedsiębiorstwa z potwierdzoną historią zrównoważonych i przewidywalnych wyników. To dla nas punkt wyjścia, w którym możemy skoncentrować się na wyszukiwaniu spółek mających, według nas, największe szanse na utrzymanie tej dobrej passy także w przyszłości.
Choć staramy się identyfikować spółki, które mają szansę utrzymać strumienie przychodów także w trudnych warunkach rynkowych, nie uważamy się za defensywnych inwestorów. Szukamy przedsiębiorstw o solidnym potencjale wzrostowym w sprzyjających warunkach rynkowych oraz zdolności do wykazania się większą odpornością, gdy sytuacja na rynkach staje się trudniejsza.
Uważamy, że kombinacja wzrostu dywidendy i solidnego modelu biznesowego, w połączeniu z rozsądną alokacją kapitału, powinna przekładać się na większe zyski i wzrost przepływów wolnej gotówki, co z kolei często stymuluje przyszłe inwestycje w dalszy wzrost, napędzając cykl wzrostowy i generując stabilny oraz rosnący strumień dochodów z dywidendy.
[1] Dywidendy nie są gwarantowane i mogą wzrosnąć, spaść lub zostać całkowicie wyeliminowane bez uprzedniego powiadomienia.
Nowoczesne aplikacje chmurowe znajdują coraz więcej zastosowań – wiele organizacji decyduje się na takie rozwiązania, prostsze w obsłudze i utrzymaniu niż aplikacje lokalne. Jednak, aby przeniesienie do chmury zakończyło się sukcesem, nie można zapominać, że taka transformacja to przede wszystkim rewolucja kulturowa w organizacji.
Cytując za Beth Boettcher, wiceprezes Oracle ds. konsultingu w zakresie aplikacji: „przedsiębiorstwa, w których procesy decyzyjne mają charakter ściśle hierarchiczny — lub wręcz przeciwnie, są w zbyt dużym stopniu uzależnione od wypracowania konsensusu — będą miały trudności z dostosowaniem się do chmury. Jeśli kultura organizacji jest mało dynamiczna, proces migracji będzie znacznie wydłużony lub w pewnym momencie nawet zupełnie zatrzymany. Decydując się na implementację rozwiązania chmurowego, menedżerowie powinni zatem zmianę kultury potraktować jako nieodzowny element wdrożenia, na każdym jego etapie. I taka zmiana musi zaczynać się od samej góry”.
Po co nam chmura i kto tak naprawdę ją wdroży?
Pytani przez Boettcher szefowie firm rozważających migrację do chmury o ich cele, najczęściej odpowiadają, że chcą zmniejszyć złożoność, obniżyć koszty utrzymania, aby uwolnić zasoby na potrzeby bardziej innowacyjnych zadań, i poprawić doświadczenia użytkownika.
Jednak każdy z tych celów musi być częścią większej zmiany strategicznej i kulturowej.
Aplikacje chmurowe zapewniają pracownikom dostęp do znacznie większej ilości danych, a co za tym idzie – do zdecydowanie szerszego zakresu informacji. Co ważne, pracownicy muszą umieć działać na ich podstawie. Oddanie takiego stopnia sprawczości i decyzyjności to dla wielu organizacji ogromna zmiana – zmiana, która musi się rozpocząć na wczesnym etapie wdrażania chmury. Tylko przy takim założeniu realizacja projektu może zostać utrzymana na odpowiednim kursie.
„Jeśli jakaś decyzja podejmowana w trakcie implementacji chmury nie ma nic wspólnego z budżetem, zakresem lub harmonogramem i nie wpływa na nadrzędną strategię biznesową — co dotyczy ok. 80% decyzji podejmowanych podczas wdrażania chmury — nie ma potrzeby, aby zespół wdrożeniowy konsultował się z kadrą kierowniczą” — mówi Beth Boettcher. „Zespół musi mieć możliwość podejmowania takich decyzji oraz być obdarzony zaufaniem. Dla wielu menedżerów takie oddanie kontroli bywa naprawdę trudne”.
Decyzje, oczekiwania… czyli jak tworzyć wizję kultury opartej na chmurze
W procesie wdrażania chmury istotne jest, aby projekty zarządzane były wspólnie przez osoby odpowiedzialne – zwykle jest to dyrektor ds. IT współpracujący z szefem odpowiedniego obszaru biznesowego, np. dyrektorem działu kadr i/lub dyrektorem finansowym (w zależności od zakresu projektu). Te osoby muszą wypracować razem cele projektu, ale również, a może przede wszystkim, zastanowić się, czym ma się cechować przyszła kultura firmy oparta na chmurze oraz jak ją kształtować od samego początku projektu wdrożeniowego.
Dyrektor HR może na przykład założyć, że w ciągu 18 miesięcy w każdym kraju proces onboardingu nowego pracownika będzie się odbywał przy użyciu jednego systemu i składał z konkretnych, z góry ustalonych kroków. Wyjątki są przy tym niedopuszczalne (poza tymi wymaganymi lokalnym prawem pracy).
Jak mówi Boettcher, ten poziom konkretności zarysowuje bardzo wyraźny obraz oczekiwań i wyznacza parametry dla wszystkich osób podejmujących decyzje w trakcie wdrożenia. Stworzenie takiego konkretnego obrazu może pomóc w adaptacji do nowej kultury opartej na chmurze, gdzie procesy obsługiwane są według globalnych standardów. Przestarzała kultura oparta na systemach lokalnych często mogła skłaniać pracowników do ręcznych obejść procesu – mniej rozwinięta technologia nie zawsze zapewniała rozwiązania na miarę właściwych potrzeb biznesu. Następnie dyrektor HR powinien wyznaczyć właściciela każdego procesu biznesowego w obrębie określonego zakresu prac. Osoby te muszą mieć odpowiednią moc decyzyjną oraz wsparcie ekspertów z zespołu wdrożeniowego.
Grono decyzyjne powinna stanowić niewielka grupa ludzi – a uczestnicy projektu powinni być zorganizowani wokół osób odpowiedzialnych za poszczególne procesy. Dzięki temu właściciele danych obszarów będą w pełni rozumieć nowe możliwości aplikacji chmurowej i objęte projektem nowe procesy biznesowe. Będą też odpowiadać za aplikację i odczuwać dumę z jej udanego wdrożenia zarówno po uruchomieniu, jak i podczas stabilnego wprowadzania nowych funkcji.
Dodatkowe drogi do sukcesu w chmurze
Decydując się na transformację organizacji i implementację rozwiązań chmurowych, liderzy, chcąc kształtować nową kulturę, powinni zwrócić uwagę na kilka dodatkowych aspektów. Cytując Boettcher, można wyróżnić następujące, warte rozważenia, zagadnienia:
– Nowe spojrzenie na organizację – jeśli zespół wdrożeniowy złożony będzie z osób, które w firmie przepracowały wiele lat, jest bardzo prawdopodobne, że będzie im trudno zaakceptować bez zastrzeżeń nowe procesy, sposób pracy etc., w myśl zasady „od lat wykonywaliśmy to zadanie w taki sposób, więc nie ma powodu, by to zmieniać”. Takie osoby będą się domagać dostosowania systemu zamiast wykorzystać dobre praktyki i standardy wbudowane w rozwiązania chmurowe. Dodatkowo, wszelkie personalizacje tak naprawdę przynoszą zbędne komplikacje. Zatem, o ile nie jest to absolutna konieczność, lepiej powstrzymać się od przystosowywania systemu chmurowych do indywidualnych wymogów organizacji.
– Nowe formy współpracy pomiędzy IT i biznesem – wdrożenie rozwiązania chmurowego to nowy podział obowiązków – osoby odpowiedzialne za poszczególne obszary biznesowe nie wręczają już listy wymagań funkcjonalnych systemu działowi IT, aby wrócić do swoich obowiązków i czekać na gotowe rezultaty. Przy implementacji chmury biznes musi ręka w rękę współpracować z działem IT, aby mieć pewność, że procesy działają zgodnie z założeniem. Co więcej, z każdą aktualizacją systemu ta współpraca musi się odnawiać – osoby z biznesu muszą na bieżąco sprawdzać, jak nowe cechy systemu wpłyną na wykonywanie procesów oraz wyniki.
– Liderzy jako „agenci zmiany” – osoby zarządzające organizacjami muszą stale śledzić, jakie nowe możliwości oferuje rozwój nowoczesnej technologii. Sztuczna inteligencja, machine learning, internet rzeczy, blockchain stwarzają nowe opcje dla biznesu. Liderzy powinni analizować te możliwości, sprawdzać, jakie benefity mogą one przynieść oraz propagować je w swoich organizacjach.
– Nowe sposoby myślenia – nowoczesne organizacje, których kultura oparta jest na chmurze, potrzebują osób, które będą tę kulturę rozwijały poprzez nowe podejście do rozwiązywania problemów i myślenie projektowe. Firmy o takiej kulturze powinny skupić się na klientach wewnętrznych i zewnętrznych oraz kształtowaniu procesów w taki sposób, aby były one mniej oparte na hierarchii i biurokracji, a bardziej skłaniały pracowników do analizy informacji i działania. Przy pozyskiwaniu nowych talentów ważne jest, aby stawiać na osoby demonstrujące inteligentną niezależność.
Opracowanie artykułu: Antonina Hołówko, Principal Sales Consultant w Oracle
Jak wynika z informacji podanej przez bank Nomura, na początku września mogą nastąpić podobne spadki na amerykańskiej giełdzie, jak w 2008 roku. W opublikowanej prognozie analitycy zwracają uwagę m.in. na fundusze hedgingowe, które wycofują się z rynku. Do tych przewidywań odnosi się ekonomista – prof. Krzysztof Piech. Zdaniem eksperta, żaden analityk nie jest w stanie podać dokładnego terminu kryzysu. Obecnie nie widać też takiego zagrożenia na rynku. Wojna handlowa czy konflikt między USA i Chinami nie spowodują nagłego krachu giełdowego. A jeśli on nastąpi, to z pewnością odczuje go też GPW. Można zabezpieczyć się na trudniejsze czasy, np. zwiększając zapasy złota. I tak zrobił nasz bank centralny. Dobra koniunktura przecież kiedyś się skończy.
Prof. Krzysztof Piech z warszawskiej Uczelni Łazarskiego
Analitycy znanego japońskiego banku Nomura prognozują rychły krach na Wall Street. Ich zdaniem, najpóźniej na początku września może dojść do podobnych spadków, jak w 2008 roku. Czy to realny scenariusz?
Prof. Piech: Generalnie krach jest możliwy i pewnie jeszcze będzie ich wiele na Wall Street. Natomiast nikt nie wie, kiedy do tego dojdzie. Każdy, kto mówi, że jest w stanie to przewidzieć, zwłaszcza wskazując określone dni, mija się z prawdą, bo tego nie da się zrobić. Terminy kryzysów są najtrudniejszą rzeczą do przewidzenia, jaka może się zdarzyć w naukach ekonomicznych. Nie ma takiego noblisty czy analityka, który byłby w stanie to dokładnie przepowiedzieć. Zresztą najpóźniej za kilkanaście dni się przekonamy, czy ww. bank miał rację.
Pan Profesor podchodzi z dystansem do tej prognozy?
Prof. Piech: Ta notatka dla inwestorów nie zawierała pogłębionej analizy sytuacji, np. modelu makroekonomicznego czy rynku finansowego. Nie było w niej niczego, co mogłoby pokazać konsekwencje pewnych reakcji. Każdy z nas może coś podobnego napisać. To jest kwestia odpowiednich zasięgów i to będzie czytane. Warto też zastanowić się nad tym, jaki interes miał bank w publikowaniu tego typu informacji. Na pewno wzrośnie przez to jego rozpoznawalność. Poprzedni kryzys z 2008 roku przewidziało raptem kilkanaście osób na świecie, w naszej części Europy – tylko ja. Powiedzieć, że coś się zdarzy, to jest jedna rzecz. Ale ważniejsze jest wskazanie przyczyn. A to nie jest już takie proste.
Według Nomury, z rynku wycofują się fundusze hedgingowe. To zwiększa ryzyko krachu?
Prof. Piech: Analitycy Nomury wskazali, że handel algorytmiczny zyskuje na znaczeniu, a to jest truizmem od wielu lat. Wiemy, że kryzys może być w jakiś sposób spowodowany przez ciąg zleceń wykonywanych przez boty i algorytmy. Takie rzeczy się zdarzają, ale jednak bardzo szybko się to koryguje, gdy okazuje się, że jest np. zlecenie, które uruchomiło wiele innych. To jeszcze nie jest coś, co może wywołać krach, najwyżej drobne tąpnięcie. Handel algorytmiczny to jest końcówka spirali, taki zapalnik. Co jest amunicją tej broni, tego za bardzo nie widać. Jest szereg czynników, ale na chwilę obecną żaden z nich nie jest na tyle alarmujący, żeby był w stanie uruchomić kryzys Wall Street.
Co mogłoby być takim czynnikiem?
Prof. Piech: Ostatni kryzys był na rynku nieruchomości, co dostrzegliśmy niespełna 2 lata przed upadkiem Lehman Brothers. Widać było spadki cen, tylko nie zauważyliśmy, jak poważnie w tę sytuację były zaangażowane banki amerykańskie. To dopiero wyszło na jaw w 2008 roku. Dziś nie widać takiego zagrożenia, w które rynek byłby zaangażowany. Można więc mówić o bańce spekulacyjnej, przynajmniej w niektórych miastach i krajach. Jednak to, co bardzo często się wiąże z kryzysem, w porównaniu ze zwykłą recesją, to element zaskoczenia. Naprawdę nie widać czegoś takiego, co realnie mogłoby rozpalić rynek.
Są jednak sytuacje, które budzą niepokój wśród inwestorów.
Prof. Piech: Tak. Jednak najważniejsze z nich, czyli wojna handlowa i konsekwencje sporu między Chinami a Stanami Zjednoczonymi, nie mogą spowodować nagłego krachu giełdowego. Bo impulsy kryzysowe, które przez ten kanał się rozchodzą, są bardzo, bardzo powolne. To jest coś, co może wywołać w długim czasie większe spowolnienie, ale nie krach jako taki. Analitycy Nomury wskazują na fundusze hedgingowe, ale one też reagują na jakieś bodźce, bardziej z pogranicza rynków finansowych i realnych, a tego przecież nie ma.
W jaki sposób ewentualny krach na Wall Street wpłynąłby na GPW?
Prof. Piech: Na naszą gospodarkę na pewno nie zadziałałby w jakiś znaczący sposób, ale na giełdę – może bardziej. Nie wykluczam również wpływu na polskiego złotego. Jednak ciekawsze jest to, co stanie się później, tzn. jak głęboki będzie to kryzys, ile czasu potrwa itd. Jeśli pojawi się duża niepewność, to wtedy uruchomią się nastroje pesymistyczne. Niepewność jest jak zła informacja, a może nawet jeszcze gorsza dla rynku, bo nie wiadomo, co trzeba dalej robić.
W jaki sposób przygotować się do takiej sytuacji?
Prof. Piech: Ponad rok temu mówiłem, że trzeba się zabezpieczyć przed kryzysem. Wtedy zasugerowałem zwiększenie zapasów złota i NBP posłuchał. Wynik banku centralnego na koniec roku będzie zapewne bardzo pozytywny i bardzo ucieszy ministra finansów, ktokolwiek nim będzie. I oczywiście to będzie się dobrze przekładało na budżet czy dodatkowe możliwości. Wiadomo, że dobra koniunktura kiedyś się skończy. Jednak trudno powiedzieć, czy będzie to za kilka miesięcy, czy może za 2-3 lata.
Co wtedy?
Prof. Piech: Mam pewne obawy. O ile poprzednio udało się wyjść obronną ręką, tak teraz gospodarka jest strasznie rozgrzana, ale mocą konsumpcji, której nie towarzyszy niestety wzrost oszczędności. W naszym kraju nie ma wystarczających zapasów, żeby przetrzymać dłużej recesję. Pesymizm może dość mocno uderzyć w PKB. I wtedy od mistrzostwa PR-owego rządu będzie zależało, czy społeczeństwo rzeczywiście ograniczy wydatki, czy może uda się je w jakiś sposób podtrzymać. W takiej sytuacji wyjdzie na jaw, czy mamy kompetentny rząd.
Z roku na rok wartość rynku mody i dóbr luksusowych nieustannie rośnie, co sprawia, że o aktywa w tym sektorze starają się zarówno inwestorzy branżowi, jak i fundusze private equity. Na światowym rynku Fashion & Luxury Goods w 2018 roku przeprowadzonych zostało 265 fuzji i przejęć (M&A) o średniej wartości 233 mln dolarów. Według autorów raportu firmy doradczej Deloitte „Fashion & Luxury Private Equity and Investors Survey 2019”, wśród sektorów cieszących się największym zainteresowaniem znalazła się branża hotelowa oraz producenci luksusowej odzieży i akcesoriów. Optymistyczne prognozy dotyczą także kosmetyków, perfum oraz mebli – inwestorzy przewidują stały wzrost tych sektorów o ponad 10 proc. rocznie.
Autorzy czwartej edycji raportu Deloitte uwzględnili ponad dziesięć kategorii składających się na rynek Fashion & Luxury (F&L). Celem przeprowadzonego badania było wskazanie trendów rynkowych w poszczególnych segmentach oraz oczekiwań dotyczących aktywności M&A.
Liczba fuzji i przejęć rośnie
Kolejny rok z rzędu rynek mody i dóbr luksusowych okazał się być dobrym miejscem dla działalności inwestorów, którzy oczekują ponadprzeciętnej stopy zwrotu z inwestycji. W 2018 roku odnotowano 265 transakcji, czyli o 47 więcej niż w poprzednim roku, co zaowocowało wzrostem o 22 proc. Średnia wartość umów M&A wyniosła natomiast 233 mln dolarów (o 3 mln więcej r. do r.). Sektor osobistych dóbr luksusowych zanotował przyrost liczby fuzji i przejęć o 11, na co największy wpływ miała aktywność w obszarze kosmetyków i perfum – wzrost o 16 transakcji w porównaniu do 2017 roku. Branża ta stanowiła 17 proc. liczby wszystkich fuzji i przejęć na rynku Fashion & Luxury w 2018 roku. Z kolei spadek odnotowały branże zegarków i biżuterii (11 proc.), odzieży oraz akcesoriów (28 proc.) – odpowiednio o 1 oraz 4 transakcje.
W porównaniu do poprzednich lat, kiedy poza sektorem osobistych dóbr luksusowych liczba transakcji M&A nie zmieniała się radykalnie, rok 2018 był okresem najdynamiczniejszego rozwoju dla branży hotelarskiej. W tym sektorze odnotowano 28 proc. ogółu transakcji na rynku mody i dóbr luksusowych. Niedoceniony dotąd sektor hotelarski, w 2018 r. stał się bardziej atrakcyjny dla inwestorów branżowych, jak również dla funduszy private equity, będąc tym samym najliczniejszy pod względem ilości fuzji i przejęć – mówi Kamil Kucharczyk, Wicedyrektor w dziale doradztwa finansowego Deloitte.
Wzrost inwestycji był widoczny zwłaszcza w Europie, Ameryce Północnej, a także w regionie Azji i Pacyfiku. Analizy ekspertów Deloitte pokazują, że segment ten będzie rósł średnio 5-10 proc. rocznie.
Europa znów najaktywniejsza
Wraz ze wzrostem liczby fuzji i przejęć w sektorze mody i dóbr luksusowych średnia ich wartość zwiększyła się o 3 mln dolarów w porównaniu z rokiem ubiegłym. Największy wzrost rok do roku, o 561 proc., a także największą przeciętną wartość (945 mln dolarów), osiągnęły transakcje w sektorze samochodów luksusowych (w tym samochodów elektrycznych), jachtów oraz hoteli (odpowiednio o 407 proc. i 174 proc.). Spadki średniej wartości transakcji w minionym roku zaliczyły natomiast kategorie odzieży i akcesoriów, zegarków i biżuterii oraz kosmetyków i perfum, odpowiednio o 46, 15 oraz 84 proc.
Najpopularniejszym kierunkiem inwestorów w 2018 r. okazała się Europa. Do 150 transakcji M&A, czyli o 41 więcej niż rok wcześniej, doszło właśnie tutaj. Ponad połowa z nich dotyczyła segmentu hoteli oraz odzieży i akcesoriów. Niewielkie wzrosty zanotowano także w regionie Azji i Pacyfiku oraz Japonii, głównie dzięki branży zegarków i akcesoriów. Najsłabiej na tle innych wypadła Ameryka Północna oraz Bliski Wschód, które zanotowały, co prawda niewielki, ale jednak spadek liczby przeprowadzonych transakcji fuzji i przejęć – mówi Kamil Kucharczyk.
Największe fuzje i przejęcia
Największą transakcją (3,6 mld dolarów) w segmencie motoryzacji było przejęcie Beijing Electric Vehicle (firmy zajmującej się głównie produkcją i sprzedażą nowych pojazdów elektrycznych) przez BAIC BluePark. Z kolei na rynku hoteli jako największą transakcję można uznać umowę między siecią luksusowych hoteli marki Belmond a francuskim koncernem LVMH – wartość przejęcia osiągnęła 3,3 mld dolarów. Belmond to brytyjski koncern, który jest właścicielem nie tylko sieci 36 luksusowych hoteli, m.in. we Włoszech, Hiszpanii, Rosji, Wielkiej Brytanii czy USA, ale także firm oferujących luksusowe podróże koleją czy rejsy rzeczne. Nabycie udziałów włoskiego domu mody Versace przez amerykański koncern Michael Kors Holdings zostało uznane za największą akwizycję w segmencie odzieży i akcesoriów. Wartość tej transakcji wyniosła około 2,1 mld dolarów.
Dalsze wzrosty
Autorzy raportu Deloitte swoją uwagę skupili na tym jak inwestorzy postrzegają potencjalne wzrosty w branży mody i dóbr luksusowych w nadchodzących latach. Zdaniem respondentów, którzy uczestniczyli w badaniu, wskaźnik sprzedaży kluczowych graczy na rynku osobistych dóbr luksusowych do 2021 roku osiągnie 1,1-krotność jego obecnej wartości (ok. 4 proc. CAGR w okresie 2018-2021 r.). W przypadku innych rynków wynik ten wzrośnie 1,2-krotnie, co stanowi około 6 proc. CAGR (skumulowany roczny wskaźnik wzrostu).
Według analityków Deloitte, kolejne trzy lata powinny być udane dla całego rynku dóbr luksusowych, który będzie rósł średnio o 5-10 proc. w skali roku. Dużą aktywność funduszy private equity zanotuje przede wszystkim sektor kosmetyków i perfum oraz mebli ze wzrostem ponad 10 proc. rocznie. Przyrost od 5 do 10 proc. w ciągu roku odnotuje także segment odzieży i akcesoriów, hoteli oraz restauracji. Stabilna sytuacja utrzyma się natomiast w branży zegarków i biżuterii oraz selektywnej sprzedaży detalicznej.
Kierunki działań strategicznych
Według szacunków ekspertów Deloitte, w celu wzmocnienia lub dezinwestycji swoich portfeli w branży F&L, do wyprzedaży aktywów w 2019 r. może przystąpić około 43 proc. funduszy, doprowadzając do wzrostu rok do roku o 8,2 proc.
Dla wielu z nich powodem jest nie tylko możliwość dalszego inwestowania środków i osiągnięcie większej stopy zwrotu, ale także obawa związana z niedopasowaniem się do trendów rynkowych oraz utratą szans na efektywne zakończenie przeprowadzonych inwestycji – mówi Kamil Kucharczyk.
Możliwość inwestycji w branżę mody i dóbr luksusowych rozważa w tym roku 70 proc. wszystkich funduszy. Największy odsetek zainteresowany jest ulokowaniem swojego kapitału w sektorze odzieży i akcesoriów oraz kosmetyków i perfum (po 79 proc.). Z kolei 57, 36 i 29 proc. respondentów zainwestuje kolejno w rynek mebli, zegarków i biżuterii oraz w selektywną sprzedaż detaliczną.
Internacjonalizacja i poprawa efektywności są obecnie głównymi kierunkami strategicznymi przyjętymi przez inwestorów branży mody i dóbr luksusowych w celu zwiększenia wartości ich aktywów – dodaje ekspert.
Zgodnie z raportem firmy Forrester „How To Build A Healthcare IoT Platform”, dyrektorzy ds. informatyki w placówkach medycznych powinni stworzyć strategie wdrażania IoT lub ryzykować utratę rynku na rzecz bardziej zaangażowanych cyfrowo konkurentów. IoMT (Internet przedmiotów medycznych) dramatycznie zmienia krajobraz branży, a Deloitte Center for Healthcare Solutions twierdzi, że całkowity rynek IoMT ma wzrosnąć z 41 miliardów dolarów w 2017 roku do 158 miliardów dolarów w 2022 roku.
Rynek już teraz obfituje w inteligentne urządzenia zdrowotne i fitness – od zegarków po wagi – zdolne do przechwytywania danych takich jak masa ciała, dzienne zestawy ćwiczeń, tętno, poziom ciśnienia krwi i glukozy. A ponieważ innowatorzy tacy jak Apple, Fitbit i inni znajdują sposoby wykorzystania swoich urządzeń do diagnozowania migotania przedsionków, monitorowania depresji i zapewnienia poprawności przyjmowanych przez pacjenta leków, dostawcy usług medycznych będą mieli coraz większy dostęp do solidnej puli danych pacjentów, które mogą wykorzystać do lepszego diagnozowania, monitorowania, leczenia i zapobiegania chorobom oraz schorzeniom.
– Potencjał zwiększenia poziomu opieki nad pacjentem przy jednoczesnym obniżeniu jej kosztów jest ogromny. Jednak wszystkie nowe dane, generowane przez podłączone do sieci urządzenia, stawiają przed menedżerami IT w placówkach ochrony zdrowia kilka poważnych wyzwań, poczynając od faktu, że istniejąca infrastruktura nie jest po prostu przygotowana, aby poradzić sobie z napływem tak dużej ilości nowych danych – mówi Gerard Dermont, Head of Territory Sales Management w firmie Vertiv Poland. – Następnie, oczywiście, należy wziąć pod uwagę kwestie związane z bezpieczeństwem i regulacjami prawnymi.
Ponieważ działy IT wciąż poszukują sposobów na dalsze wspieranie rozwoju IoMT, oto kilka aspektów, na które eksperci Vertiv zwracają szczególną uwagę.
Fog computing zwiększy przepustowość
Warto wykorzystać potencjał przetwarzania w modelu fog computing w zarządzaniu zwiększoną ilością danych. Jest to działanie podobne do koncepcji mikrocentrów danych wdrażanych na brzegu sieci. Zasadniczo może pomóc w kontrolowaniu tego, co dostaje się do systemu, więc tylko najbardziej wartościowe i możliwe do wykorzystania dane są do niego wprowadzane.
Należy pamiętać o interoperacyjności
IoMT to nie jedyne urządzenia, które zwiększają ilość wyzwań związanych z interoperacyjnością w placówkach opieki zdrowotnej. W miarę jak branża zmierza w kierunku sprawnego przepływu danych pacjentów pomiędzy dostawcami, płatnikami i nimi samymi, głównym celem jest tworzenie standardów interoperacyjności. W przypadku IoMT wyzwania mogą być jeszcze bardziej złożone z powodu samej liczby urządzeń i ich producentów na rynku, także faktu, że urządzenia te mają różne sposoby komunikacji z siecią. IoMT opiera się również na technologiach łączności i interoperacyjności pomiędzy standardami bezprzewodowymi.
Ustanowienie strategii zarządzania cyberbezpieczeństwem specyficznej dla ochrony zdrowia
IoMT wprowadza zupełnie nowy katalog zagrożeń dla cyberbezpieczeństwa w placówkach medycznych. Każde z tysięcy urządzeń wykorzystywanych mogłoby stanowić punkt wejścia do sieci dla cyberprzestępców. Zespoły IT potrzebują więc sposobów na śledzenie wszystkich urządzeń, identyfikowanie ich i ustalanie priorytetów dla tych, które stanowią największe zagrożenie dla bezpieczeństwa. Konieczne jest także prowadzenie regularnych kontroli, które przede wszystkim powinny obejmować ocenę stanu bezpieczeństwa.
Być na bieżąco z regulacjami
Zwiększone wykorzystanie urządzeń IoMT niewątpliwie skomplikuje wymóg zapewnienia prywatności pacjentów. Rzeczywiście, obecne przepisy dotyczące ochrony prywatności okazują się w pewnym stopniu przeszkodą w osiągnięciu celów interoperacyjności. W miarę jak IoMT będzie się rozszerzać, regulacje będą również musiały ewoluować. Instytucje będą musiały dołożyć starań, aby być na bieżąco z wymogami prawnymi.
Nadążać za zmianami
Biorąc pod uwagę szybkie zmiany w ilości i rodzajach przetwarzanych danych, elastyczność i skalowalność stają się bardzo istotne dla sieci. Działy IT potrzebują technologii i wstępnie skonfigurowanych rozwiązań infrastrukturalnych, które ułatwiają łączenie sprzętu w sieci i szybkie skalowanie w miarę potrzeb. Potrzebują one również pełnej widoczności i większej kontroli nad wszystkimi operacjami zależnymi od IT w sieci opieki zdrowotnej. Inwestowanie w inteligentne rozwiązania infrastrukturalne i usługi wspierające mogą pomóc w łatwiejszym zarządzaniu rosnącą złożonością IT w placówkach ochrony zdrowia oraz w przygotowaniu się na przyszłe zmiany.
W I półroczu 2019 roku zarobki pracowników z Ukrainy zwiększyły się o 10% r/r. Na koniec tego roku wzrost może wynieść nawet 20% – wynika z danych Personnel Service. Eksperci firmy, która zajmuje się zatrudnianiem Ukraińców na potrzeby pracodawców w Polsce, zwracają uwagę, że w ciągu 5 lat zarobki pracowników z Ukrainy zwiększyły się o ponad 70%. Prym wiedzie branża budowlana, w której płace wzrosły niemal dwukrotnie. Można się jednak spodziewać, że zwiększające się zapotrzebowanie na kadrę zza granicy oraz zagrożenie odpływem Ukraińców do Niemiec jeszcze bardziej przyspieszy proces przyznawania podwyżek.
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy
– Pracownicy z Ukrainy upatrują dużej szansy dla siebie w otwierającym się niemieckim rynku pracy. Już teraz część kadry ze Wschodu, ze względu na atrakcyjne zarobki, decyduje się pracować tam nielegalnie. Dla nas oznacza to oczywiście zaostrzoną konkurencję o Ukraińców, na co wskazują rosnące płace. Tylko w pierwszym półroczu 2019 roku musieliśmy zwiększyć stawki godzinowe dla pracowników z Ukrainy o 10%. Spodziewamy się, że w całym 2019 roku podwyżki sięgną nawet 20% rok do roku. Sam wzrost płac to jednak za mało. Potrzebujemy dodatkowych zachęt, które zatrzymają Ukraińców w Polsce – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.
Jeszcze w 2014 roku średnie zarobki pracowników z Ukrainy utrzymywały się w okolicach 7,3 zł netto za godzinę, czyli były zbliżone do oferowanej wtedy stawki minimalnej. W ciągu pięciu lat wynagrodzenia Ukraińców zwiększyły się o ponad 70%, do poziomu oscylującego w okolicach 12 zł netto na godzinę (różnice w zależności od branży).
Budowlanka płaci najwięcej, nawet 18 zł netto na godzinę
Duży wpływ na oferowaną stawkę godzinową ma branża, w której kadra ze Wschodu znajduje pracę. Prym wiodła wtedy i wiedzie nadal budowlanka. W 2019 roku Ukrainiec pracujący na budowie może spodziewać się nawet 18 zł netto na godzinę netto. W przetwórstwie zarobki są nieco niższe i oscylują na poziomie 12,5 zł netto na godzinę. Podobny poziom wynagrodzeń oferuje branża produkcyjna – 12 zł netto na godzinę. Natomiast w usługach, czyli m.in. gastronomii, hotelarstwie czy fryzjerstwie, pracownik ze Wschodu zarobi 11,75 zł netto na godzinę. Rolnictwo nadal pozostaje w ogonie ze średnią stawką godzinową na poziomie stawki minimalnej, czyli 11,5 zł netto na godzinę.
– Branża budowlana zdecydowanie się wyróżnia. Tak było od początku masowego zatrudniania pracowników z Ukrainy na polskim rynku pracy. W perspektywie pięcioletniej stawka godzinowa zwiększyła się nawet dwukrotnie, co pokazuje rosnące potrzeby kadrowe tego sektora. Branża budowlana mocno się rozwija, na co wskazują nastroje przedsiębiorców. Jak wynika z danych GUS, jeszcze w kwietniu tego roku wskaźnik koniunktury w budownictwie wyniósł wysokie +8,9, ale od tego momentu systematycznie spada. Można się domyślać, że firmy budowlane raczej nie martwią się o przyszłe zamówienia, a warunki realizacji obecnych inwestycji w obliczu wyzwań kadrowych – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.
Ukraińcy zarabiają, ale też wydają więcej
Rosnące zarobki Ukraińców wpływają bezpośrednio na ich wydatki w Polsce. Z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego za I kwartał 2019 roku wynika, że osoby z Ukrainy wydały w Polsce 1,59 mld zł, co w porównaniu do analogicznego okresu 5 lat temu oznacza wzrost o aż 45%.
Czy podwyżki wystarczą, żeby zatrzymać Ukraińców?
Decyzja niemieckiego rządu o obniżeniu barier dla wykwalifikowanych pracowników spoza Unii Europejskiej to potencjalne zagrożenie dla polskiego rynku pracy. Zmiany dotyczące imigrantów posługujących się językiem niemieckim mają wejść w życie już w 2020 roku. Personnel Service szacuje, że w efekcie z Polski może odpłynąć nawet 250 tys. Ukraińców i to nie tylko specjalistów, ale też słabiej wykwalifikowanych pracowników, którzy zasilą szarą strefę.
– Polska na razie nie może walczyć z niemieckimi stawkami, dlatego swoich przewag musimy szukać gdzie indziej. Pamiętajmy, że dotychczasowy charakter imigracji z Ukrainy w jakiejś części miał charakter osiedleńczy. Ci pracownicy z nami zostaną i o takich powinniśmy walczyć. Powinniśmy stworzyć dla Ukraińców warunki nie tylko do pracy, ale do życia. Dostęp do edukacji dla ich dzieci, pakiet ubezpieczeń społecznych, dostęp do służby zdrowia – podsumowuje Krzysztof Inglot.
Funt jest najsłabszy do dolara od października 2016 r., gdyż spośród możliwych scenariuszy dotyczących brexitu większość nie rokuje pozytywnie dla Wielkiej Brytanii i jej waluty. Po wakacyjnej przerwie Westminster wraca do obrad i posłowie przeciwni polityce Borisa Johnson chcą zablokować jego dążenia do bezumownego brexitu. Ale Johnson nie zamierza poddać się bez walki, nawet jeśli oznaczałoby to przyspieszone wybory jeszcze przed datą brexitu 31 października.
Dziś po południu brytyjscy parlamentarzyści wracają do obrad i już pierwszego dnia czeka ich wiele pracy. Anty-Johnsonowy front w postaci partii opozycyjnych oraz buntowników z Partii Konserwatywnej szykuje legislację, która ma zablokować dążenia rządu do opuszczenia UE 31 października z porozumieniem lub bez, co faktycznie oznacza bezumowny brexit. Ale Boris Johnson nie zamierza bezczynnie czekać na wyrok i najpierw wystąpił z groźbami wobec pro-europejskich członków Partii Konserwatywnej – jeśli poprą ustawę wymuszającą na rządzie przedłużenie negocjacji (do 31 stycznia) w przypadku braku porozumienia, mogą pożegnać się z miejscem na w następnych wyborach. Jednak rebelianci powołali się na wyższość dobra kraju niż lojalność partyjną i Boris musiał zmienić strategię. Jeśli ustawa zostanie przegłosowana, Johnson zgłosi wniosek o wotum zaufania dla rządu i po przegranej ogłosi nowe wybory 14 października. By do wyborów doszło, Johnson potrzebuje 2/3 głosów w Izbie Gmin za wnioskiem, co oznacza, że potrzebuje głosów opozycji. Biorąc pod uwagę nawoływania lidera Partii pracy Jeremy’ego Corbyna do odwołania rządu, Johnson powinien te głosy dostać. Wówczas czekamy na wynik nowych wyborów, po których zostanie bardzo mało czasu do szczytu UE (18-19 października), gdzie podjęte będą ostateczne decyzje odnośnie porozumienia lub odroczenia brexitu. Pierwsze w przypadku przegranej Johnsona w wyborach, drugie – gdy odzyska większość parlamentarną.
Co wydaje się wąskim drzewkiem scenariuszy, szybko się jednak rozrasta. Nieporozumienia wśród brytyjskich posłów nie będą czymś niezwykłym i albo ustawa blokująca rząd nie znajdzie wystarczającego poparcia, albo poparcie dla partii przeciwnych Johnsonowi będzie na tyle rozdrobnione, że nie uda się skonstruować trwałego rządu. Hipotetycznie opozycja może nie poprzeć wniosku o przyspieszone wybory, by uwiązać premiera w zobowiązanie odroczenia brexitu. Ale wtedy rząd może starać nie respektować nowej ustawy i szukać furtki, by dalej dążyć do bezumownego wyjścia z UE 31 października – takie rozwiązania nie wykluczył minister ds. brexitu Michael Gove. Wreszcie nie można wykluczyć, że w ostatniej chwili złagodnieje pozycja UE i przy wizji bezumownego brexitu dojdzie do podpisania pobocznych porozumień ułatwiających „rozwód” z Wielką Brytanią. Scenariusze można mnożyć, a historia uczy nas, że w brytyjskiej polityce wszystko jest możliwe, nawet odkopywanie zapisów nieaktywnych od XVII w. Pozytywne dla funta rozstrzygnięcia są w zdecydowanej mniejszości, co potęguje niepewności i skłonność inwestorów do zabezpieczania się przez ryzykiem najgorszego. Dyskutowałbym, że na samej niepewności (i przy małych, ale zawsze, nadziejach na szczęśliwe zakończenie) pole do dalszego osłabienia funta nie zostało duże (ok. 1-2 proc.). Jednocześnie jednak nie można niczego wykluczyć, jeśli chodzi o wpływ brytyjskiej polityki na GBP. Niczego.
Dobrze zdefiniowane i odpowiednio zarządzane procesy biznesowe w dynamicznie zmieniającym się otoczeniu mogą stanowić istotną przewagę konkurencyjną firmy. Na co należy zwrócić uwagę podczas pracy nad strategią optymalizacji procesów, aby zminimalizować ryzyko wystąpienia błędów?
Brak priorytetyzacji procesów
Aby dobrze przygotować organizację do wdrożenia zmian należy przeprowadzić wielowymiarową analizę, obejmującą określenie stadium dojrzałości procesowej. Wiele firm prace nad zwiększaniem swojej efektywności zaczyna bez określenia wagi poszczególnych procesów i odniesienia ich do podstawowej działalności przedsiębiorstwa. Wskazanie w jaki sposób dany proces wspiera wizję, misję i strategię organizacji pomoże w kolejnym kroku określić hierarchię procesów i wytypować proces główny, który określa kluczowy cel działalności organizacji. Będzie to miało duże znaczenie przy alokowaniu zasobów do realizacji procesu. W ten sposób będą wykorzystane w najbardziej efektywny sposób.
Nie zdefiniowanie celu procesu
Drugim często popełnianym błędem jest brak określenia dokładnego celu procesu.
Jacek Włodarczyk, Consulting Senior Manager Crowe
W wielu firmach dany proces jest wykonywany „od zawsze” i nikt nie zastawia się nad tym, czemu tak naprawdę służy. Tymczasem może okazać się, że produkt końcowy procesu nie jest nikomu potrzebny. Tak dzieje się np. w przypadkach kiedy zostało zlikwidowane stanowisko, które było beneficjentem procesu, a pracownicy realizujący proces nie zostali o tym powiadomieni – mówi Jacek Włodarczyk, Consulting Senior Manager Crowe.
Jeśli proces nie ma celu lub go utracił wykonywanie go niepotrzebnie absorbuje zasoby i generuje koszt, kluczowa jest więc jak najszybsza reakcja na taką zmianę.
Niewłaściwa komunikacja
Bardzo powszechnym problemem w zarządzaniu procesowym – i nie tylko – jest brak komunikacji.
Kadra kierownicza bardzo często może mieć zupełnie inne wyobrażenie przebiegu procesu niż pracownicy, którzy go realizują. Pojawia się wówczas efekt „ukrytej fabryki” – proces jest realizowany, ale tak jak chcą lub mogą go wykonać pracownicy bezpośrednio w ten proces zaangażowani – mówi Jacek Włodarczyk.
Przyczyny tego stanu rzeczy mogą być różne. W wariancie pozytywnym pracownicy sami wypracowują model, który działa dużo sprawniej niż zaproponowana odgórnie wersja. Może też zdarzyć się sytuacja, w której proces jest realizowany w inny sposób dlatego, że tak jest pracownikom wygodniej. Często w takich sytuacjach pojawia się stwierdzenie „że inaczej się nie da”, dlatego kluczowe jest wyjaśnienie zespołowi przyczyn, z powodu których proces powinien być realizowany w inny sposób.
Opór przed zmianą
Większość zmian budzi w pracownikach poczucie niepewności, czasem lęku.
Optymalizacja procesów jest postrzegana jako konieczność nauczenia się nowych rzeczy czy zmiany dotychczasowych przyzwyczajeń, co często skutkuje próbą zachowania „status quo” – dodaje Jacek Włodarczyk.
Bardzo ważne w tym przypadku jest informowanie o proponowanych zmianach i skutkach jakie mogą one przynieść. Kluczowe jest podkreślenie korzyści dla organizacji i tego, jak przełożą się na pozytywne rezultaty dla poszczególnych członków zespołu.
Brak graficznego odwzorowania procesów
W trakcie przygotowania strategii optymalizacji procesów istotne jest również podejście do ich modelowania i opisywania. Obecnie trudno jest mówić o procesach nie uwzględniając w ich opisie systemów informatycznych. Dlatego bardzo ważne jest aby sposób, w który będą modelowane i optymalizowane, mógł w przejrzysty sposób być pokazany w formie diagramu lub innej grafiki. Pozwoli to zobrazować wsparcie danego procesu czy pojedynczego zadania przez system lub systemy i pokazać, np. jakie dokumenty i w którym systemie mają zostać wytworzone.
Ostatnie tygodnie nie były dobre dla złotego. Widać to szczególnie w kursie wobec franka szwajcarskiego i dolara.
Frankowicze mają powody do zmartwień. Frank kosztuje już regularnie powyżej 4 zł. Kurs dolara zbliża się do tej bariery. I nie bardzo widać powody do zmian.
– Za słabością złotego stoi przede wszystkim kiepska europejska koniunktura gospodarcza – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – EBC już utrzymuje ujemne stopy procentowe, a oczekiwania są takie, że będzie je jeszcze obniżał i dlatego europejskie waluty naszego regionu są pod presją.
Z powodu obaw o światowe spowolnienie gospodarcze nie radzą sobie również inne waluty krajów wschodzących spoza Europy. Pesymizm narasta z powodu wojen handlowych.
Gdy osłabia się chiński juan, który jest najtańszy od lat, inwestorzy oceniają, że w relacji do juana nie mogą się wzmacniać inne waluty krajów wschodzących, bo każdy nich jest w jakimś stopniu handlowo powiązany z chińską gospodarką.
– Fundamenty złotego nie wyglądają źle, ale złoty traci z powodu zawirowań na światowych rynkach – komentuje ekspert XTB.
Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 4,0% rdr do 16,2 mld zł w sierpniu 2019 r.
Wzrost średniej dziennej wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na Głównym Rynku o 0,6% rdr do 771,8 mln zł w sierpniu 2019 r.
Wzrost łącznego wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 20,9% rdr do poziomu 643,9 tys. szt. w sierpniu 2019 r.
Wzrost łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 18,4% do poziomu 21,2 TWh w sierpniu 2019 r.
Wzrost łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 6,6% rdr do 14,9 TWh w sierpniu 2019 r.
Wzrost wolumenu obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) na rynku spot o 283,1% rdr do 70,8 ktoe w sierpniu 2019 r.
Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 16,4 mld zł w sierpniu 2019 r., czyli o 4,6% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń spadła w sierpniu 2019 r. o 4,0% rdr do poziomu 16,2 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła w sierpniu 2019 r. 771,8 mln zł, o 0,6% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec sierpnia 2019 r. wyniosła 56 739,53 pkt i była o 5,7% niższa niż przed rokiem.
Na rynku NewConnect w sierpniu 2019 r. odnotowano spadek łącznej wartości obrotu akcjami o 23,9% rdr do poziomu 137,9 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect w sierpniu spadła o 23,2% rdr i wyniosła 129,2 mln zł.
W sierpniu 2019 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 643,9 tys. szt., czyli o 20,9% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy wzrósł o 35,6% rdr do poziomu 378,5 tys. szt., a wolumen obrotu kontraktami na akcje wzrósł o 42,5% rdr do 135,7 tys. szt. Kontrakty na waluty odnotowały spadek o 26,5% rdr do poziomu 96,6 tys. szt.
W sierpniu 2019 r. zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 110,1% rdr do poziomu 135,4 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 170,7% rdr do 14,1 mln zł.
Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła 91,7 mld zł na koniec sierpnia 2019 r. wobec 80,5 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła w sierpniu 2019 r. o 117,0% rdr do poziomu 241,3 mln zł.
Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP sięgnęła w sierpniu 2019 r. 18,5 mld zł i była o 29,7% niższa niż rok wcześniej.
Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w sierpniu 2019 r. wyniósł 21,2 TWh, co oznacza wzrost o 18,4% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 23,4% rdr do poziomu 2,5 TWh. Na rynku forward wolumen wzrósł o 17,7% rdr do poziomu 18,7 TWh.
Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wzrósł w sierpniu o 6,6% rdr do 14,9 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu wzrósł o 94,2% do poziomu 1,3 TWh. Na rynku terminowym odnotowano wzrost o 2,3% rdr do poziomu 13,6 TWh.
Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł w sierpniu 2019 r. 1,6 TWh, co oznacza spadek o 64,4% rdr. Sierpniowe dane w tej linii biznesowej są jednak nieporównywalne rdr z uwagi na zakończenie notowań certyfikatów kogeneracyjnych, które nastąpiło w czerwcu 2019 r.
Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) wzrósł o 283,1% rdr osiągając w sierpniu 2019 r. poziom 70,8 ktoe[3].
Kapitalizacja 410 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku na koniec sierpnia 2019 r. wyniosła 546,12 mld zł (124,56 mld EUR).
Łączna kapitalizacja 460 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła na koniec sierpnia 2019 r. 1 086,2 mld zł (247,7 mld EUR).
Na rynku Catalyst w sierpniu 2019 r. zadebiutowały obligacje Polskiego Holdingu Nieruchomości (wartość oferty wyniosła 160 mln zł).
W sierpniu 2019 r. na GPW odbyły się 21 sesje giełdowe, w porównaniu do 22 sesji rok wcześniej.
[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych
[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)
W czerwcu bieżącego roku rząd wprowadził ustawę zerowego PITu dla młodych. Oznacza to, że po złożeniu oświadczenia, pracownicy poniżej 26 roku życia zwolnieni są z płacenia podatku od swojego dochodu. Mimo negatywnych prognoz przeciwników ustawy, zwolnienie młodych z podatku PIT nie odbije się znacząco na wpływie do budżetu. Przewidywana luka we wpływach z PITu wynosi między 2 a 2,5 miliarda złotych – co przy ponad stu miliardowym wpływie do budżetu państwa i budżetów samorządowych nie jest znaczącą stratą. Zostanie ona dodatkowo zamortyzowana dzięki rosnącym płacom – a także przez to, jak wygląda w Polsce struktura wynagrodzeń. Młodzi pracownicy zarabiają dużo mniej, niż osoby starsze stażem. Taka korelacja wynagrodzeń, a co za tym idzie małe zarobki i brak bezpieczeństwa finansowego, prowadzi do masowych emigracji w tej grupie wiekowej. I to temu problemowi ma zaradzić ustawa o zerowym podatku dochodowym.
– Misja niefiskalna tego projektu jest dla państwa najważniejsza. Polega na zwiększeniu dochodów realnych ludzi młodych i powstrzymaniu ich migracji. Ucieczka ludzi w tym wieku jest najgroźniejsza pod względem demograficznym i finansowym. Ktoś, w kogo zainwestowaliśmy jako w obywatela i pracownika, nie zwraca swoja pracą i płaconymi dochodami wydatków państwa, które zostały na niego poczynione – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Jeżeli uda nam się powstrzymać proces ucieczki młodego pokolenia, to warto będzie na to wyłożyć parę miliardów złotych. To stosunkowo mały koszt do osiągnięcia tego efektu. Miejmy nadzieję, że ten sygnał dla młodego pokolenia będzie dobrze odczytany i spełni swoje zadanie. Jednak żeby ocenić skuteczność ustawy musimy zobaczyć, co przyniosą następne lata – wskazuje Modzelewski.
Warto sprawdzić, które dzielnice Warszawy szczególnie upodobali sobie krajowi deweloperzy oraz ich klienci. Lista takich popularnych dzielnic zmieniła się w 2018 r.
Warszawa to miasto, które może się pochwalić zdecydowanie największą w Polsce ofertą rynku pierwotnego. Ta oferta nowych mieszkań jest ponad dwa razy większa niż w przypadku Krakowa i Wrocławia. Stolica zdecydowanie przoduje również pod względem liczby mieszkań oddawanych do użytku przez deweloperów. Na podstawie danych GUS postanowiliśmy sprawdzić, w których dzielnicach takie mieszkania powstają najczęściej. Wzięliśmy pod uwagę dane z 2017 roku oraz 2018 roku. Pokazują one, że w ujęciu rocznym doszło do ciekawych zmian.
W 2018 r. znacznie więcej mieszkań ukończono na Białołęce
Nawet wielu analityków nie wie o tym, że Główny Urząd Statystyczny podaje dokładne informacje o liczbie mieszkań ukończonych w poszczególnych dzielnicach Warszawy. Poniższa tabela prezentuje takie statystyki zaczerpnięte z Banku Danych Lokalnych GUS. Wskazują one, że w ujęciu rocznym (2018 rok/2017 rok) liczba ukończonych mieszkań deweloperskich z poszczególnych dzielnic zmieniła się następująco:
Bemowo – brak istotnych zmian
Białołęka – wzrost o 81%
Bielany – spadek o 9%
Mokotów – wzrost o 31%
Ochota – spadek o 25%
Praga – Południe – wzrost o 34%
Praga – Północ – wzrost o 171%
Rembertów – wzrost o 1144%
Śródmieście – spadek o 75%
Targówek – wzrost o 161%
Ursus – wzrost o 64%
Ursynów – spadek o 49%
Wawer – spadek o 11%
Wesoła – wzrost o 148%
Wilanów – spadek o 47%
Włochy – wzrost o 67%
Wola – wzrost o 17%
Żoliborz – spadek o 45%
W skali całego stołecznego rynku bardzo ważny był duży wzrost liczby mieszkań oddawanych do użytku na terenie Białołęki. „Ta wysunięta na północ dzielnica Warszawy w 2018 r. tylko nieznacznie wyprzedziła Wolę i zdystansowała Pragę – Południe oraz Mokotów (zobacz poniższa tabela). Warto wspomnieć, że rok wcześniej to właśnie Wola była dzielnicą ze zdecydowanie największą liczbą ukończonych mieszkań deweloperskich” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Wzrost liczby mieszkań oddawanych do użytku m.in. na terenie Białołęki, Woli oraz Mokotowa sprawił, że cały warszawski rynek pierwotny zakończył 2018 r. z wynikiem znacznie wyższym niż poprzednio. Mowa o osiemnastoprocentowym wzroście liczby oddawanych do użytku mieszkań deweloperskich. Leszek Markiewicz z portalu NieruchomosciSzybko.pl informuje, że od stycznia do grudnia 2018 r. inwestorzy działający w Warszawie ukończyli aż 22 552 takie mieszkania.
Dla deweloperów oraz klientów znaczenia nabiera Targówek
Poniższa tabela prezentuje również zmiany udziału poszczególnych dzielnic Warszawy w łącznej liczbie mieszkań deweloperskich oddawanych do użytku w 2017 roku oraz 2018 roku. Można stwierdzić, że w ujęciu rocznym mocno na znaczeniu zyskał między innymi Targówek. Analizowany udział tej dzielnicy wzrósł bowiem z 4% do 8%. Tym samym Targówek wyprzedził między innymi Bemowo, Wilanów, Bielany, Włochy, Ursus i Ursynów.
Wzrost znaczenia Targówka na deweloperskiej mapie Warszawy to ciekawe zjawisko. Można je powiązać między innymi z poszukiwaniem przez deweloperów nowych obszarów do budowy niedrogich mieszkań. „Sporym atutem Targówka w stosunku Białołęki lub Ursusa jest bardzo dobre połączenie z centrum miasta za pośrednictwem nowo wybudowanej linii metra. Mieszkańcy wspomnianej dzielnicy niebawem będą mogli korzystać ze stacji Targówek Mieszkaniowy oraz Trocka” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Analizowane informacje dotyczą projektów sprzed dwóch lat
W ramach podsumowania warto podkreślić, że informacje prezentowane poniżej odzwierciedlają decyzje inwestycyjne deweloperów sprzed około dwóch lat. Tyle bowiem trwa budowa przeciętnego mieszkania przez dewelopera. Trudno przypuszczać, że w przypadku Warszawy taki czas pomiędzy rozpoczęciem i zakończeniem prac budowlanych jest znacząco krótszy lub dłuższy. „Wiele osób mogłoby być zainteresowanych informacjami o liczbie mieszkań, które deweloperzy w 2018 r. lub pierwszej połowie 2019 r. rozpoczęli na terenie poszczególnych dzielnic naszej stolicy. Główny Urząd Statystyczny niestety nie podaje tak dokładnych informacji dotyczących nowych inwestycji mieszkaniowych w Warszawie” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Źródło: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl (prosimy o podlinkowanie w miarę możliwości)
Liczba mieszkań oddanych do użytku przez deweloperów
w poszczególnych dzielnicach Warszawy (2017 r. i 2018 r.)
Dzielnica
↓
Mieszkania oddane do użytku przez deweloperów
Udział w liczbie mieszkań oddanych do użytku przez deweloperów
2017 r.
2018 r.
2017 r.
2018 r.
Bemowo
1 442
1 448
8%
6%
Białołęka
2 167
3 926
11%
17%
Bielany
732
664
4%
3%
Mokotów
1 672
2 185
9%
10%
Ochota
573
432
3%
2%
Praga – Południe
2 317
3 095
12%
14%
Praga – Północ
111
301
1%
1%
Rembertów
9
112
0%
0%
Śródmieście
467
117
2%
1%
Targówek
687
1 796
4%
8%
Ursus
612
1 006
3%
4%
Ursynów
1 106
564
6%
3%
Wawer
520
465
3%
2%
Wesoła
44
109
0%
0%
Wilanów
1 681
886
9%
4%
Włochy
630
1 050
3%
5%
Wola
3 303
3 848
17%
17%
Żoliborz
998
548
5%
2%
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych GUS
Indeks Conference Board obrazujący nastroje konsumenckie w USA obniżył się w sierpniu do 135,1 pkt. z 135,8 pkt. w lipcu, jednak spadek był mniejszy od oczekiwań analityków. Konsensus rynkowy dotyczący wartości indeksu w sierpniu wynosił 130,0 pkt. Dane te wskazują, że nastroje konsumentów pozostają bardzo dobre pomimo eskalacji wojen handlowych między USA a Chinami, słabej koniunktury w przemyśle i rosnącej niepewności dla globalnego wzrostu.
Drugi tydzień z rzędu GPW w Warszawie notuje wzrosty. Indeks szerokiego rynku WIG wzmocnił się w ciągu tygodnia o 1,23%. Notowania największych spółek tworzących indeks WIG20 wzrosły o 1,50%, natomiast Indeksy małych i średnich spółek odnotowały nieco słabszy wynik: sWIG80 zyskał na wartości 0,27%, z kolei mWIG40 wzmocnił się o 0,39%.
W nadchodzącym tygodniu uwagę inwestorów będą przykuwać dane napływające z USA. We wtorek (03.09.2019) poznamy indeks PMI dla przemysłu. W środę (04.09.2019) będą ujawnione dane dotyczące bilansu handlu zagranicznego Stanów Zjednoczonych. W czwartek (05.09.2019) nadejdzie kolej na dane o zasiłkach dla bezrobotnych, raport ADP, indeks aktywności biznesowej oraz dane o zamówieniach na dobra trwałe. Jednak najbardziej istotne dla inwestorów dane nadejdą w piątek (06.09.2019), wtedy poznamy dane dotyczące płacy godzinowej, zatrudnienia w sektorze pozarolniczym, długości tygodnia pracy oraz stopę bezrobocia.
Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.
Na obecnym rynku pracy, na którym to pracownik dyktuje warunki, pracodawcy i zatrudniane przez nich agencje HR stosują najróżniejsze strategie employer brandingowe, by spełnić oczekiwania kandydatów. Wydaje się, że na przestrzeni lat, najbardziej zmieniło się podejście do rekrutacji. Firmy prześcigają się w wynajdywaniu nowych technik rekrutacyjnych, dzięki którym mogą ściągnąć do siebie ekspertów i młode talenty, które coraz częściej okazują się niezbędne w utrzymaniu przewagi rynkowej. Niestety, „rekrutacja 2.0” kończy się na tym, że nowy pracownik pojawia się pierwszego dnia w biurze, jest oprowadzany po firmie, przełożony przekazuje mu podstawowe informacje o czekających obowiązkach i dalej „nowy” jest pozostawiony sam sobie… Pracodawcy często zapominają o tym, jak ważny jest proces wspierania i aklimatyzacji nowych członków zespołu w „obcym” środowisku pracy, i że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. To, jak pracownik odbierze swoje pierwsze dni w nowej pracy, może wpływać na jego motywację i efektywność. W tym przypadku, z pomocą przychodzi onboarding. Aż 91 proc. pracowników przyjętych do firm, w których zostało wdrożone to rozwiązanie, postanowiło zostać w nich na dłużej[1]. Co to jest onboarding i jak go stosować?
Agnieszka Surowiec, ekspert z firmy Intrum Justitia
Zrekrutowanie ambitnego, kompetentnego pracownika, który nie odejdzie z firmy po kilku miesiącach albo jeszcze szybciej – to marzenie każdego pracodawcy. Aby pracownik został w firmie na dłużej, musi czuć się w niej komfortowo już od pierwszego dnia. Dlatego ważne jest poznanie wszystkich narzędzi, które dotyczą onboardingu. To nic innego, jak odpowiednie przywitanie pracownika i przygotowanie go do objęcia danego stanowiska. Na ten proces składa się wiele elementów. – Szacuje się, że aby pracownik poczuł się pewnie w nowym środowisku i zintegrował z zespołem, zaczął naprawdę rozumieć markę, w której pracuje i jej misję, potrzeba od 3 do 6 miesięcy. Ten czas zazwyczaj pokrywa się
z okresem próbnym, na który przeważnie na początku przyjmowana jest nowa osoba, mający na celu sprawdzenie, czy poradzi sobie ze wszystkimi obowiązkami. Odpowiednio przeprowadzony okres próbny, podczas którego wykazać się musi nie tylko pracownik, ale i pracodawca w połączeniu z odpowiednimi technikami onboardingowymi sprawia, że można budować trwały i zgrany zespół – uważa Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum i dodaje, że profesjonalne podejście do onboardingu wcale nie jest trudne.
Onboarding: dlaczego ma to znaczenie?
Mówi się, że firma jest tak silna i dobra jak ludzie, którzy w niej pracują. Dlatego tym bardziej ważne jest, aby umiejętnie zmotywować zespół do pozostania w niej na dłużej. Potwierdzają to badania, które wykazały, że aż 9 na 10 pracowników przyjętych do firm z systemem onboardingowym pozostało w niej na dłużej. Co więcej, ponad połowa osób poszukujących pracy uważa, że najważniejszym aspektem decydującym o pozostaniu w firmie jest dobra komunikacja oraz jasno określone oczekiwania[2]. – Dzięki działaniom z obszaru onboardingu nowi pracownicy szybciej integrują się z zespołem, wdrażają się w nowe obowiązki. Działania, które podejmiemy w tym obszarze, dają możliwość dokładnego określenia naszych oczekiwań jako pracodawcy i wyjaśnienia pracownikowi jakichkolwiek wątpliwości, jeżeli nie zostały one rozwiane podczas rekrutacji. W ten sposób niwelujemy ryzyko wystąpienia nieporozumień, które mogą się pojawić w przyszłości – zaznacza Agnieszka Surowiec, Intrum.
Należy jednak pamiętać o tym, że rozwiązania z obszaru onboardingu, które chcemy zastosować w firmie, muszą być dopasowane do potrzeb pracujących w niej osób (i różnych stanowisk), i ukierunkowane na cele, które chce się osiągnąć. Nie wystarczy uruchomić jednorazowo zestawu działań pod nazwą „onboarding”, które będą powielane za każdym razem, kiedy zatrudniamy nową osobę. Wyznaczona ścieżka postępowania jest ważna, ale liczy się również indywidualne podejście. To jest ważne, ponieważ okazuje się, że aż 74 proc. pracowników uważa, że praktyki onboardingowe wciąż nie zostały odpowiednio wykorzystane w firmach, w których pracują[3]. Jak zatem stosować onboarding, by był skuteczny?
Cztery bardzo ważne „C”
Wśród porad ekspertów od employer brandingu i w opracowaniach tworzonych przez osoby zajmujące się profesjonalnie obszarem HR znajdziemy wiele definicji mówiących o tym, co to jest onboarding i jeszcze więcej pomysłów na to, jak go wdrożyć
w firmie, jakie konkretne kroki trzeba podjąć. Pracodawca niezaznajomiony z tym tematem może wręcz pogubić się w gąszczu informacji. Jeżeli w danej firmie nigdy wcześniej takie rozwiązania nie funkcjonowały, warto zacząć od podstaw i skupić się na „metodzie” nazwanej 4C. Nazwa podchodzi od najważniejszych obszarów, z którymi spotyka się nowy pracownik, i o które należy zadbać, aby „nowy na pokładzie” szybko stał się efektywnym pracownikiem, na którego będziemy mogli liczyć przez wiele lat[4].
Compliance
Chodzi o dopełnienie wszelkich niezbędnych formalności, które wiążą się bezpośrednio z zatrudnieniem nowego pracownika, np. wypełnienie dokumentacji i przygotowanie umowy, stworzenie adresu mailowego czy przekazanie sprzętu potrzebnego do pracy
i niezbędnych dostępów (np. platformy i programy informatyczne wykorzystywane w firmie). – Pracownik musi mieć swoje stanowisko pracy i zapewniony komputer (oczywiście w przypadku pracy biurowej). To wydaje się oczywiste, ale zdarzają się firmy, w których nowy pracownik przez pierwsze dwa tygodnie jest „przestawiany z kąta w kąt” i nie ma stałego miejsca, co jest złe. Nowo zatrudniona osoba już pierwszego dnia powinna otrzymać podpisaną umowę o pracę – to jest ważne dla komfortu psychicznego pracownika. Niestety, nie we wszystkich firmach jest to na porządku dziennym – zaznacza Agnieszka Surowiec.
Clarification
Nawet jeżeli jasno wynika to ze szczegółowo skonstruowanej umowy o pracę, bezpośredni przełożony powinien poświęcić czas na rozmowę z nowym pracownikiem i dokładnie wyjaśnić, jakie obowiązki czekają na niego na danym stanowisku, czego się od niego oczekuje, jakie ma cele do zrealizowania. – Właściwe przekazanie nowemu pracownikowi jego zadań i obowiązków jest równie ważne dla niego samego, jak i dla innych członków zespołu, do którego dołączy. Nowa osoba wkracza do zgranego, a przynajmniej znającego się zespołu. Ta sytuacja musi być w pełni komfortowa dla obu stron. Dobrym pomysłem jest także zaplanowanie kilku szkoleń wprowadzających pracownika w nowe zadania czy też serii spotkań z pracownikami starszymi stażem, a wykonującymi podobne zadania. Jest to okazja do tego, by nowy pracownik z pierwszej ręki dowiedział się, na czym będzie polegała jego praca albo jak w praktyce wygląda struktura organizacyjna firmy. Wprowadzenie mentoringu lub kogoś w postaci starszego opiekuna, który będzie „opiekował się” przydzielonym mu nowo zatrudnionym pracownikiem, w ogóle jest świetnym pomysłem na to, aby nowi członkowie zespołu szybko się zaaklimatyzowali – podpowiada Agnieszka Surowiec.
Culture
Każda firma ma swoje własne zasady. Niektóre są oficjalne i spisane, a inne funkcjonują na zasadzie umowy koleżeńskiej. Wszyscy pracownicy powinni je znać. Może chodzić o zasady dotyczące np. godzin pracy, dress codu, kontaktów z klientami, organizowania zebrań i spotkań służbowych, celebrowania ważnych wydarzeń związanych z pracownikami (np. urodzin), czy nawet te mówiące o tym, w których pomieszczeniach można spożywać posiłki. Im więcej informacji nowy pracownik otrzyma w ciągu kilku pierwszych dni, tym szybciej poczuje się w firmie „jak w domu” i przede wszystkim będzie rozumiał to, co się dzieje.
Connection
Jaki pracownik nie odejdzie z firmy w krótkim czasie po pozytywnym przejściu procesu rekrutacji? Taki, który będzie czuł się
w niej dobrze i będzie się utożsamiał z misją oraz wizją danej marki, będzie przekonany o tym, że praca, którą wykonuje ma sens
i jest potrzebna innym. Trzeba zadbać o relacje, o budowanie więzi między nowym pracownikiem (pracownikami), a resztą zespołu. Dlatego nie tylko bezpośredni przełożony, ale wszyscy pracownicy powinni być zaangażowani we wprowadzanie do firmy tych nowych. Nowo zatrudniane osoby nie powinny być wykluczane z udziału w różnych akcjach i wydarzeniach firmowych. Muszą dostawać taką samą dawkę informacji, jak pozostali, nawet jeżeli pozornie dotyczą one mało istotnych kwestii. – Uczymy się poprzez przykład, patrząc na zachowanie innych osób. Dlatego zespół odgrywa znaczącą rolę w działaniach onboardingowych – dodaje Agnieszka Surowiec.
Onboarding w praktyce
Podręczniki, instruktaże dla nowych pracowników, rozmowy z przełożonymi, pomoc kolegów – to wszystko jest ważne i niezbędne w onboardingu, ale czasami również warto postawić na mniej konwencjonalne metody i rozwiązania. Nowozatrudnionemu pracownikowi można wręczyć „pakiet powitalny” zawierający np. wizytówki kolegów, kubek z jego imieniem, smycz firmową, gotowy identyfikator, kalendarz czy notes. Są to pozornie mało znaczące drobnostki, ale doświadczenie HR-owców pokazuje, że się liczą i są doceniane przez zrekrutowanych pracowników. Każda nowa osoba może otrzymać zadanie do wykonania-quiz – odpowiedzieć na 15-20 „nietypowych” pytań dotyczących własnej osoby, a potem podzielić się wynikami ze swoim zespołem.
– Planując wdrożenie pracownika w nowe obowiązki, warto przekazać mu również najważniejsze wartości, na których opiera się działalność danej firmy. W Intrum służy nam do tego Add Value, czyli karciana gra zespołowa dedykowana pracownikom w całej Grupie. Pozwala graczom lepiej rozumieć zasady funkcjonujące w naszej firmie, dotyczące sposobu postępowania i kontaktu z kolegami z pracy, z klientami i naszymi partnerami biznesowymi oraz pomaga budowaćświadomość na temat znaczenia czterech wartości, czyli Empathy, Ethics, Dedication oraz Solutions, na których jest oparta nasza misja oraz wizja. Wyrażają one wszystko, w co wierzymy oraz wskazują nam drogę w każdym aspekcie naszych działań i w procesie podejmowania decyzji. Gra ma wartość edukacyjną, ale także zapewnia dobrą zabawę i co w tym kontekście najważniejsze – pozwala poznać kolegów z pracy i zżyć się z zespołem – wyjaśnia Agnieszka Surowiec, Intrum.
Bez względu na to, jakie narzędzia onboardingowe zdecydujemy się wdrożyć, każde takie działanie powinno być przemyślane i pozytywnie wpływać na budowanie silnego i zgranego zespołu. Onboarding to sprawdzona recepta na zmniejszenie rotacji pracowników, a co za tym idzie, wyeliminuje koszty, które ponosi pracodawca w związku
z prowadzeniem „nieustającej” rekrutacji…
[1] Glassdoor for Employers, 50 HR and Recruiting Stats for 2019.
Polpharma Biologics podpisała globalną umowę na komercjalizację leku biopodobnego do natalizumabu ze spółką Sandoz AG. Lek jest obecnie w III fazie badań klinicznych w terapii rzutowo-remisyjnej postaci stwardnienia rozsianego (RRMS). Zgodnie z umową, Polpharma Biologics będzie odpowiadać za rozwój i wytwarzanie leku będącego przedmiotem współpracy.
Polpharma Biologics jest europejską firmą biotechnologiczną, która zajmuje się opracowywaniem i produkcją leków biopodobnych, a także innowacyjnych leków biologicznych. Wraz z innymi spółkami wchodzącymi w skład Grupy Polpharma Biologics, firma oferuje w pełni zintegrowany łańcuch usług biotechnologicznych, począwszy od rozwoju linii komórkowych, a skończywszy na dostarczaniu produktów gotowych do sprzedaży.
Jerzy Starak, przewodniczący Rady Nadzorczej Polpharma Biologics
„Umowa dotycząca komercjalizacji stanowi kolejny krok w konsekwentnej realizacji zobowiązania spółki Polpharma Biologics do wytwarzania wysokiej jakości biofarmaceutyków dostępnych w przystępnej cenie dla pacjentów na całym świecie” — powiedział Jerzy Starak, przewodniczący Rady Nadzorczej Polpharma Biologics. „Cieszymy się z możliwości połączenia ekspertyzy z naszym partnerem, spółką Sandoz AG, dzięki czemu możliwe będzie rozszerzenie dostępu do tak ważnej opcji terapeutycznej
w leczeniu rzutowo-remisyjnej postaci stwardnienia rozsianego (RRMS). Natalizumab jest pierwszym z kilku leków w zaawansowanej fazie rozwoju w naszym portfolio, o których już wkrótce będziemy mówić.”
Blisko 85% pacjentów chorujących na stwardnienie rozsiane (SM) cierpi na postać rzutowo-remisyjną (RRMS)1. Chorzy na SM i ich rodziny na całym świecie zmagają się nie tylko z obciążeniem wynikającym z samej choroby, ale muszą też mierzyć się z poważnymi ograniczeniami w dostępie do leków na SM w przystępnej cenie. Raport Międzynarodowej Federacji Stwardnienia Rozsianego wskazuje, że kwestia ceny stanowi najczęstszy problem związany z dostępnością leczenia SM aż w 46% z 90 badanych krajów1. Umożliwienie dostępu do leków modyfikujących przebieg schorzenia cierpiącym na SM, stanowi poważne wyzwanie dla systemów ochrony zdrowia2.
Natalizumab, lek modyfikujący przebieg choroby, stanowi dla pacjentów niezwykle cenną opcję terapeutyczną w leczeniu RRMS. Sandoz AG, partner spółki Polpharma Biologics, wprowadzi lek do sprzedaży i dystrybucji po zarejestrowaniu go na wszystkich rynkach na podstawie globalnej wyłącznej licencji. Pozostałe warunki zawartej umowy są poufne.
Rząd przyjął projekt budżetu na przyszły rok, który po raz pierwszy od 30 lat nie zakłada deficytu. Oznacza to, że wydatki mają pozostać na poziomie identycznym jak przychody budżetu. Zdaniem Mateusza Walewskiego, głównego ekonomisty Banku Gospodarstwa Krajowego plan jest osiągalny, choć trudny. Jego powodzenie uzależnione jest przede wszystkim od realizacji części dochodowej, głównie wpływów z podatków.
– Kondycja budżetu uzależniona jest od sytuacji makroekonomicznej, która kształtuje przede wszystkim część dochodową budżetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Walewski, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego. – Część wydatkowa budżetu to nieco mniejszy problem, ponieważ nad nią rząd ma kontrolę. Część dochodowa jest bardziej ryzykowna. Realizacja planu zależy od tego, jaki był zaplanowany nominalny wzrost gospodarczy, czyli nie tylko realny, ale też zestawienie gospodarczego wzrostu realnego i nominalnego, czyli inflacji. W sumie na rok 2020 rząd zakłada nominalny wzrost rzędu około 6 proc. Jest to średnia prognoza, czyli wydaje się realistyczna.
Zarówno wydatki, jak i przychody budżetu państwa mają w przyszłym roku wynieść 429,5 mld zł. Projekt przewiduje wzrost PKB w ujęciu realnym o 3,7 proc. oraz średnioroczną inflację na poziomie 2,5 proc. Wzrost przeciętnego rocznego funduszu wynagrodzeń w gospodarce narodowej oraz emerytur i rent ma wynieść nominalnie 6,3 proc., a nominalny wzrost spożycia prywatnego – 6,4 proc.
Dochody podatkowe mają wynieść 392,5 mld zł, o 21,1 mld zł więcej niż w roku obecnym. Dwie trzecie tego wzrostu zapewnić mają zwiększone wpływy z podatku VAT.
– Najważniejszymi dwiema pozycjami w dochodach, przede wszystkim podatkowych, budżetu państwa jest VAT i akcyza. Luka VAT-owska została silnie ograniczona, a rząd planuje dalsze jej ograniczenie. To jest realistyczne, ponieważ luka dalej istnieje – tłumaczy Mateusz Walewski. – Przy wzroście konsumpcji rzędu 6 proc. planowane dochody wynoszą 7,9 proc. Zresztą w tym roku dochody VAT-owskie też są nieco powyżej planu, za pół roku 2019 roku wzrosły o 6,8 proc. przy planie na cały rok, wynoszącym 5,8 proc.
Projekt budżetu zakłada, że uszczelnienie systemu w związku z wyłudzeniami VAT przyniesie prawie 8 mld zł, a składek na ubezpieczenia emerytalne i społeczne – ponad 2,5 mld zł. Z pozostałych składek rząd chce pozyskać o 1,7 mld zł więcej, a z opłaty recyklingowej – 1,5 mld zł więcej.
Wzrośnie też akcyza, m.in. na wyroby tytoniowe i alkohol, co ma w sumie przynieść wzrost przychodów z tego tytułu o 1,15 mld zł.
– Akcyza w tym roku nie wzrośnie. W roku 2020 zaplanowany jest wzrost rzędu 5 proc., zaplanowane są działania, które mają to podwyższyć, m.in. podniesienie akcyzy na wyroby tytoniowe, alkoholowe, także dalsze uszczelnienia – mówi główny ekonomista BGK. – Wysiłek, który będzie musiała włożyć administracja skarbowa, służby podległe Ministerstwu Finansów w to, żeby ten wynik osiągnąć, jest większy, ale też jest on realistyczny.
Od stycznia do lipca 2019 roku udało się zwiększyć dochody z podatku VAT o 6,8 proc., czyli ok. 6,7 mld zł w stosunku do roku 2018, natomiast przychody z akcyzy pozostawały na poziomie sprzed roku. Deficyt wyniósł w tym czasie 4,8 mld zł, czyli zaledwie 16,8 proc. zaplanowanej na cały rok kwoty. Jeśli zakładany przez rząd budżet na 2020 rok uda się wykonać, deficyt sektora finansów publicznych spadnie do 0,3 proc. wartości PKB.
– W 2018 roku deficyt całego sektora finansów publicznych w Polsce wynosił 0,4 proc. PKB, było lepiej, niż wynosi średnia unijna – ocenia Mateusz Walewski. – Nie był to najlepszy wynik w Unii Europejskiej, bo są kraje, które osiągają pozytywny wynik budżetu i mają przewagę dochodów nad wydatkami, natomiast i tak plasuje on nas w górnej połowie rankingu państw unijnych. Przy budżecie zrównoważonym, jeżeli to by się udało, pozycja Polski najprawdopodobniej by się poprawiła.
Obowiązkowy split payment, czyli tzw. model podzielonej płatności, wejdzie w życie od 1 listopada. Obejmie w sumie 150 grup towarów i usług dla transakcji przekraczających kwotę 15 tys. zł. Jak ocenia doradca podatkowy Gekko Taxens Marta Szafarowska, nowe przepisy poprawią sytuację m.in. branży budowlanej, w której obowiązkowy split payment może zlikwidować problem zatorów płatniczych. Przedsiębiorstwa mają jednak mało czasu na przygotowanie się i zmianę swoich modeli finansowania, tymczasem za niedostosowanie się do nowych obowiązków przewidziane są sankcje.
– Od 1 listopada br. dla określonych branż, określonych dostaw towarów i usług wejdzie w życie obowiązkowy split payment. Towary i usługi objęte tym obowiązkiem są wymienione w nowym załączniku numer 15 do ustawy o podatku VAT. Jest tam całe spektrum usług budowlanych, które wcześniej były objęte odwrotnym obciążeniem: złom, wyroby stalowe, wszystkie towary newralgiczne. Dodano również części samochodowe, części do motocykli i opony. To oznacza, że poszerzy się spektrum branż, w których będzie musiała zostać dochowana należyta staranność w zakresie płatności – mówi agencji Newseria Biznes doradca podatkowy Marta Szafarowska, partner w Gekko Taxens.
Split payment, czyli model podzielonej płatności, obowiązuje od 1 lipca 2018 roku. Występuje w płatnościach między firmami (B2B), gdzie nabywca jest czynnym płatnikiem VAT. Ten, opłacając przelewem fakturę, może zadecydować, czy przekazać należność w całości na rachunek rozliczeniowy sprzedawcy, czy podzielić ją na dwie części: kwotę netto przelać na rachunek rozliczeniowy, a kwotę VAT na specjalny rachunek VAT-owski, do którego sprzedawca ma ograniczony dostęp (nie może dowolnie dysponować zgromadzonymi na nim pieniędzmi). W zamierzeniu ten mechanizm ma uszczelnić system podatkowy – stanowić narzędzie do walki z oszustwami i wyłudzeniami podatku VAT.
Split payment od 1 listopada br. zostanie wprowadzony obligatoryjnie dla wybranych, nabywanych towarów i usług, jeżeli wartość transakcji będzie przekraczać 15 tys. zł. Obejmie w sumie 150 grup towarów i usług (głównie objętych do tej pory odwrotnym obciążeniem – przerzuceniem obowiązku rozliczania VAT ze sprzedawcy na nabywcę), w tym m.in. usługi i roboty budowlane, laptopy, procesory, tablety, komputery, telewizory i telefony, węgiel, paliwa opałowe, stal i wyroby ze stali, metale, złom, surowce wtórne oraz części samochodowe. Jak ocenia Marta Szafarowska, nowe przepisy mogą poprawić zwłaszcza sytuację branży budowlanej.
– Dotychczasowe rozwiązanie, polegające na tzw. odwrotnym obciążeniu wykonawcy usług budowlanych, powodowało dość istotne zatory płatnicze. Natomiast split payment spowoduje upłynnienie tych zatorów, na co wszyscy liczą – mówi Marta Szafarowska.
To jednak może być wyjątek. Zdaniem ekspertki Gekko Taxens przyspieszenie terminu wejście w życie nowych przepisów (z 2020 roku na listopad 2019 roku) to dla przedsiębiorców informacja niekorzystna o tyle, że zostawia im mniej czasu na przygotowanie się do zmian.
– Sposoby finansowania w wielu branżach muszą ulec zmianie. Jeżeli podatnik będzie otrzymywał od kontrahentów płatności w formule podzielonej, to VAT-u, który będzie mu się kumulował na osobnym rachunku, nie wykorzysta do spłaty kredytu. Oznacza to, że jest bardziej narażony na zatory płatnicze i problemy z przepływami pieniężnymi. Sposobów finansowania w różnych branżach nie zmienia się z dnia na dzień. Często wymaga to zmiany systemów działających w bankach. Stąd bardzo duże ryzyko, że obowiązkowy split payment spowoduje znacznie większe zatory płatnicze niż ten dotychczasowy, fakultatywny – ocenia Marta Szafarowska.
Zgodnie z nowymi przepisami wystawca faktury będzie miał obowiązek umieszczać na niej informację o zastosowaniu obligatoryjnego modelu podzielonej płatności.
– Jeżeli tego nie zrobi, pojawi się ryzyko sankcji w postaci dodatkowej należności, wynoszącej 30 proc. VAT-u wynikającego z faktury. To nie zawsze będzie mieć zastosowanie. Jeżeli dostawca prawidłowo rozliczy VAT albo nabywca zapłaci w modelu podzielonej płatności mimo braku takiego zastrzeżenia na fakturze, wówczas ta sankcja nie będzie mieć zastosowania – mówi Marta Szafarowska.
Od 2020 roku w życie wejdzie również przepis, zgodnie z którym – dokonując płatności z naruszeniem split payment – nabywca nie będzie uprawniony do zaliczenia wydatku do kosztu uzyskania przychodów.
– Podatnicy powinni zadbać o to, żeby w ogóle mieć możliwość podzielonej płatności. Niestety w wielu branżach opartych na stałych relacjach między kontrahentami dziś nie ma takiej możliwości. Często płatność wypływa z rachunku kredytowego podatnika, którym w praktyce zarządza bank, a nie sam podatnik. Ponieważ nie jest to rachunek rozliczeniowy, ale kredytowy albo kredytowo-rozliczeniowy, to nie będzie można dokonać z niego płatności w formule split payment – mówi Marta Szafarowska. – Kontrahenci powinni zwrócić uwagę na sposoby finansowania – tak, aby nabywca zapłacił w podzielonej płatności tam, gdzie jest to wymagane, a dostawca musi bezwarunkowo przyjąć płatność w takiej formule.
W 2020 roku wprowadzone ustawowo mechanizmy gwarancji cen energii elektrycznej stracą ważność i firmy muszą liczyć się z tym, że uwolniona cena wzrośnie. Im wcześniej zapewnią sobie dostawy na 2020 rok, tym lepiej, ponieważ im bliżej tej daty, tym oferty będą mniej korzystne. Zwłaszcza że przedsiębiorstwa obrotu będą próbowały powetować sobie straty na działalności operacyjnej, wynikające z ustawy prądowej. Firmy, które są dużymi odbiorcami energii elektrycznej, mogą próbować podjąć z nimi negocjacje. Mniejsze, które mają trudniejszą pozycję negocjacyjną, mogą próbować zablokować podwyżki cen energii na drodze sądowej.
– Komisja Europejska już zapowiedziała, że polityka klimatyczna będzie jednym z priorytetów najbliższej kadencji. Można więc oczekiwać, że nastąpią pewne zmiany, choćby na rynku handlu uprawnieniami do emisji CO2, które będą dla nas niekorzystne, jako że większość energii wytwarzamy w źródłach wysokoemisyjnych. Warto przygotować się na to, że w 2020 roku przedsiębiorstwa obrotu będą podwyższać ceny, żeby ten koszt, który dla nich również będzie większy w związku z cenami narzucanymi przez elektrownie, przerzucić na odbiorców końcowych – mówi agencji Newseria Biznes radca prawny Jan Sakławski, wspólnik w Kancelarii Brysiewicz i Wspólnicy.
Jak ocenia, Polska jest w bardziej niekorzystnej sytuacji niż Francja, gdzie większość energii elektrycznej jest produkowana w elektrowniach atomowych, czy Niemcy, które w miksie energetycznym mają duży udział OZE. Polska, której 80 proc. produkcji energii wciąż opiera się na wysokoemisyjnych źródłach węglowych, musi liczyć się z kosztami wynikającymi m.in. z polityki klimatycznej UE.
Jeszcze w grudniu 2017 roku ceny uprawnień do emisji CO2 kształtowały się na poziomie ok. 8 euro, podczas gdy w sierpniu ubiegłego roku przekroczyły poziom 21 euro (co oznacza prawie trzykrotny wzrost w ciągu ośmiu miesięcy). Z kolei w lipcu tego roku ceny uprawnień skoczyły już do rekordowego poziomu 30 euro, a prognozy zakładają dalszy wzrost. Wysoka cena uprawnień uderza przede wszystkim w energetykę węglową, od której uzależniona jest Polska.
– Są także inne czynniki, jak rosnąca cena węgla, która również wpływa na cenę produkcji. Ten rosnący koszt zawsze będzie przerzucany przez elektrownie na podmioty, które kupują od nich energię – przedsiębiorstwa obrotu czy też przedsiębiorstwa obrotu hurtowego, które kupują w dużych wolumenach energię elektryczną – mówi Jan Sakławski.
MPiT, które jest autorem projektu ustawy o systemie rekompensat dla branż energochłonnych w związku z rosnącymi cenami energii, podaje, że w tej chwili ceny energii na rynku hurtowym w Polsce są wysokie na tle reszty Europy i najwyższe w porównaniu z uprzemysłowionymi krajami sąsiednimi. Na przestrzeni trzech lat (2015-2018) były wyższe średnio o 20 proc. w stosunku do Niemiec, o 23 proc. wobec Czech, 18 proc. wobec Słowacji oraz 5 proc. w stosunku do Rumunii – wynika z analizy rocznych kontraktów na zakup energii elektrycznej przeprowadzonej przez resort.
– W 2019 roku wprowadzone przez ustawodawcę mechanizmy utrzymania energii w zasadzie wyłączają problem podwyżek, ale z drugiej strony, sprawiają, że problem wróci ze zdwojoną siłą w 2020 roku – mówi Jan Sakławski.
Dzięki tzw. ustawie prądowej mikro i małe przedsiębiorstwa nie zapłacą w drugiej połowie tego roku rachunków za energię elektryczną wyższych o 30 do nawet 50 proc. (o ile do 13 sierpnia złożyły odpowiednie oświadczenie u swojego dostawcy energii). Ustawa zamroziła ceny energii na poziomie z czerwca ubiegłego roku, ale – jak podkreśla ekspert – jest to rozwiązanie krótkoterminowe. W 2020 roku wprowadzone przez ustawodawcę mechanizmy gwarancji cen stracą ważność i przedsiębiorstwa muszą liczyć się z tym, że uwolniona cena wzrośnie. Przedsiębiorstwa obrotu będą próbowały powetować sobie straty na działalności operacyjnej, wynikające z ustawy prądowej.
– Im wcześniej przedsiębiorstwa, które zawierają umowy na określony czas, zapewnią sobie dostawy na 2020 rok, tym lepiej, ponieważ im bliżej tej daty, tym oferty będą dla przedsiębiorców mniej korzystne – mówi Jan Sakławski. – Część przedsiębiorstw ma duży problem z tym, żeby sobie poradzić z sytuacją rynkową związaną z ustawowym obniżeniem cen energii. Wchodzą w postępowania restrukturyzacyjne, sprzedają portfele klientów, wycofują się z rynku. Dlatego oferta rynkowa będzie znacząco mniejsza niż dotychczas.
Jak podkreśla, cena energii zwłaszcza dla przedsiębiorstw produkcyjnych jest kluczowym elementem działalności i głównym kosztem. Jej wzrost o kilkadziesiąt procent sprawia, że ten koszt firma musi przerzucić na konsumentów albo – jeżeli nie ma rezerwy finansowej – po prostu ograniczyć produkcję, co odbywa się ze szkodą dla całej gospodarki.
Przedsiębiorstwa, które są dużymi odbiorcami energii elektrycznej i pobierają co najmniej kilkaset megawatogodzin energii miesięcznie, mogą podjąć się negocjacji z przedsiębiorstwami obrotu. Mniejsze są w gorszej sytuacji, bo mają trudniejszą pozycję negocjacyjną.
– Dla tych przedsiębiorców obrona przed podwyżką może nastąpić na drodze sądowej. Można spróbować zakwestionować podwyższenie ceny energii elektrycznej przez przedsiębiorstwo obrotu, ale to zależy od jednostkowej sytuacji każdego z przedsiębiorców i od treści umowy. Bardzo często przedsiębiorstwa obrotu wprowadzają podwyżki w sprzeczności z postanowieniami umowy, nie dochowując jej warunków. Czasem następuje to z naruszeniem przepisów powszechnie obowiązującego prawa. Dlatego w takiej sytuacji warto zgłosić się do prawnika, żeby przeanalizował umowę, charakter relacji z przedsiębiorstwem obrotu i na tej podstawie być może stworzył strategię, w ramach której uda się zakwestionować podwyżkę – mówi Jan Sakławski.
Na rynku funkcjonują obecnie dwie formuły umów sprzedaży energii, które w pewnym stopniu mogą wykluczyć ryzyko podwyżek. Pierwsza to umowa, która nie wprowadza stałej ceny na cały okres jej trwania, ale cenę zmienną, uzależnioną od wartości indeksu BASE na Towarowej Giełdzie Energii.
– Jeżeli cena na TGE idzie w górę, to w odpowiednim zakresie rośnie również cena dla odbiorcy końcowego. Jeżeli ta cena pójdzie w dół, to również cena odbiorcy końcowego spada. Plusem tego mechanizmu jest to, że wyklucza „widzimisię” przedsiębiorstw obrotu – mówi Jan Sakławski.
Drugi mechanizm, dostępny jednak głównie dla dużych podmiotów, to umowa PPA (Power Purchase Agreement), zawierana bezpośrednio z wytwórcą energii. Ten instrument funkcjonuje głównie na rynku OZE – odbiorca końcowy zawiera kontrakt bezpośrednio z operatorem farmy wiatrowej czy fotowoltaicznej i z pominięciem systemu dystrybucyjnego (stąd konieczne jest bezpośrednie połączenie między producentem i odbiorcą). Umowę PPA zawarł w połowie ubiegłego roku Mercedes-Benz, którego fabryka silników w Jaworze ma być w całości zasilana zieloną energią z oddalonej o kilka kilometrów farmy wiatrowej Taczalin.
– OZE są uzależnione od warunków meteorologicznych. Odbiorca końcowy, który zawiera umowę bezpośrednio z wytwórcą energii, bez pośrednictwa giełdy czy przedsiębiorstwa obrotu, gwarantuje sobie pewien poziom dostaw, ale z drugiej strony musi mieć świadomość, że jeśli nie będzie wiało albo słońce nie będzie świecić, to tej energii nie będzie. Natomiast zakres umowy i produkcja są w tym przypadku całkowicie uniezależnione od wahań kursowych, związanych np. z rosnącymi cenami energii wytwarzanej w źródłach konwencjonalnych. Jest to natomiast rozwiązanie dosyć drogie organizacyjnie i wymaga dużego know-how, żeby z niego świadomie korzystać, dlatego jest preferowane raczej przez duże podmioty i dużych odbiorców – mówi wspólnik w Kancelarii Brysiewicz i Wspólnicy.
Rosnący udział zakupów mobilnych, płatności zbliżeniowych i elektronicznych oraz wzrost popularności e-zakupów spożywczych to zdaniem dyrektor zarządzającej Mobile Institute Katarzyny Czuchaj-Łagód główne trendy, które w nadchodzących latach będą kształtować handel. Jednak – jak wskazuje Deloitte – w tej chwili 90 proc. sprzedaży detalicznej wciąż ma miejsce w sklepach stacjonarnych. Te nie znikną z rynku, ale będą musiały zmienić swoją funkcję, postawić na wielokanałowość albo przekształcić się w showroomy, gdzie klient może obejrzeć i przymierzyć towar, a następnie zamówić go online. Z kolei galerie handlowe muszą postawić na rozrywkę, żeby utrzymać swoją pozycję na rynku.
– W ciągu kolejnych 10 lat sklepy stacjonarne się utrzymają, aczkolwiek będą miały trochę inny kształt. Pewnie więcej będzie sklepów lokalnych, z kolei sklepy wielkopowierzchniowe będą mniejsze, pojawi się więcej showroomów. Także żywność będziemy coraz częściej kupować online, co ma też aspekt ekologiczny. Bardziej optymalnie dla nas i środowiska jest, żebyśmy zamówili te zakupy online i odebrali je na przykład w coolomacie. Z drugiej strony sklepy lokalne raczej się utrzymają i tam będziemy robić codzienne zakupy, bo generalnie Polacy nie są zbyt dobrzy w ich planowaniu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Czuchaj-Łagód, dyrektor zarządzająca Mobile Institute.
Raport „E-grocery w Polsce – zakupy spożywcze online” przygotowany na zlecenie Frisco.pl pokazuje, że 16 proc. Polaków kupuje produkty spożywcze w internecie. Najczęściej są to napoje i pieczywo, ale 25 proc. e-klientów kupuje także owoce i warzywa, do niedawna uznawane za towar, który trudno sprzedawać w sieci ze względu na potrzebę sprawdzenia fizycznie przez konsumenta.
Potencjał rozwoju handlu żywnością online jest bardzo duży. Szacuje się, że penetracja tej kategorii w Polsce to obecnie ok. 0,7 proc. całego rynku FMCG, a według danych Euromonitor International średnie tempo wzrostu e-grocery wynosi 15–20 proc. rok do roku. Dynamiczny rozwój tego segmentu powoduje, że już większość dużych sieci i supermarketów stacjonarnych oferuje opcję sprzedaży online z dostawą. Ten rozwój może przyspieszyć także deklaracja, że InPost jest już technicznie przygotowany do uruchomienia w całej Polsce sieci Lodówkomatów służących do odbioru zakupów spożywczych.
– Polacy coraz rzadziej mają swoje ulubione miejsca zakupowe. Nie jesteśmy przywiązani do offline’u. Kupujemy tam, gdzie jest nam wygodnie. Jeżeli akurat jesteśmy w trasie, kupujemy mobilnie. Jeżeli chcemy coś przymierzyć, to idziemy do sklepu stacjonarnego, ale tutaj też coraz częściej kupujemy online – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód.
Jak wynika z tegorocznego raportu Izby Gospodarki Elektronicznej „Omni-commerce. Kupuję wygodnie”, jedynie dla 22 proc. polskich konsumentów sklep stacjonarny to ulubione miejsce zakupowe. 40 proc. nie ma go w ogóle. Ponad połowa (54 proc.) kupuje te same marki bądź produkty w więcej niż jednym kanale zakupowym, a 77 proc. deklaruje, że ważne jest dla nich, aby marka była dostępna zakupowo w wielu kanałach. Dlatego jednym z największych wyzwań dla sprzedawców jest obecnie budowa wielokanałowej strategii kontaktu z klientem – tak aby zapewnić mu spójne i pozytywne doświadczenia zarówno online, jak i offline.
– Za 10 lat w sklepach utrzymają się sprzedawcy, bo lubimy, jak ktoś nam doradzi. Szczególnie w takich branżach, gdzie potrzebna jest specjalizacja, np. w elektronice, będziemy wciąż korzystać z porady ekspedienta. Z drugiej strony oczekujemy też rozwiązań automatycznych. Mowa o takich rozwiązaniach, kiedy po prostu możemy wziąć coś z półki, wrzucić do koszyka i wyjść z zakupami bez wizyty w kasie, płacąc np. za pomocą technologii RFID, która sczytuje ceny – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód.
Jak podkreśla, marki i firmy coraz częściej przekształcają sklepy wielkopowierzchniowe w showroomy, w których klient może wygodnie obejrzeć i przymierzyć towar, zasięgnąć rady wykwalifikowanego sprzedawcy, a następnie zamówić go online z dostawą pod wskazany adres. Tzw. showrooming to jeden z najbardziej aktualnych trendów w branży, który będzie przybierać na sile.
– W galeriach i centrach handlowych widoczny jest ruch w kierunku rozrywki. Staną się one centrami rozrywki i będą przyciągać szczególnie młode osoby. To już widać w badaniach. Kiedy pytamy osoby z pokolenia Z, czyli 20-latków, to dla nich centra to nie tylko zakupy, lecz także rozrywka, kino, restauracje. Takie punkty mają szansę się utrzymać – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód.
Potwierdza to również ubiegłoroczny raport CBRE „Zakupy przyszłości. Retail 2030”, który pokazuje, że coraz bardziej zaciera się granica między zakupami a pozostałymi sposobami spędzania czasu w centrach handlowych. Stąd muszą one postawić na wielofunkcyjność i ofertę rozrywkową – nie tylko kina i restauracje, lecz także takie zagospodarowanie obiektów, które pozwoli np. na organizowanie wydarzeń kulturalnych, muzycznych i sportowych. Coraz częściej w galeriach powstają także centra medyczne, kluby fitness czy strefy relaksu – wskazuje CBRE.
– Klientów w Polsce nadal przyciągać będą promocje. Konsumenci kochają promocje i jeśli mają się przekonać do jakiegoś kanału zakupowego, sklepu czy marki, promocje są tu kluczem. Z naszego badania „Love 4 Brands” wynika, że zwłaszcza młodzi konsumenci są mniej lojalni wobec marek i częściej są skłonni do zmiany pod wpływem promocji – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód
Potwierdza to tez raport Mobile Institute dla e-Izby „Omni-commerce. Kupuję wygodnie”, z którego wynika że średnio 27 proc. decyzji zakupowych zapada, gdy konsument otrzyma informację o promocji, a 24 proc. internautów do wyboru konkretnego miejsca zakupu skłania niska cena.
Wynika z niego też, że spada rola gotówki jako środka płatniczego, zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i internetowych, za to rośnie popularność BLIK-a. Utrzymuje się też popularność szybkich przelewów wśród e- i m-konsumentów, a pomimo niespełna roku działania w Polsce znaczący udział ma już także Apple Pay. Dyrektor zarządzająca Mobile Institute ocenia, że płatności zbliżeniowe i elektroniczne w niedługiej perspektywie zdominują rynek.
– Konsumenci wymagają, żeby te płatności dokonywały się niejako w tle, nie chcemy się nimi w ogóle przejmować. Na pewno zyskiwać będzie smartzegarek – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód. – Niewiarygodne jak szybko Apple Pay się rozprzestrzenił w Polsce w nieco ponad rok od inauguracji tego systemu. Młode osoby bardzo chętnie z tego korzystają. Wydaje mi się, że dla tzw. pokolenia silversów, czyli 55+, to również jest dobre rozwiązanie, bo nie trzeba pamiętać PIN-u i nie trzeba mieć przy sobie nic oprócz tego zegarka.
Już ponad połowa Polaków mieszka w domach jednorodzinnych. Te w zabudowie bliźniaczej lub szeregowej wybiera ok. 5 proc. z nas, z kolei bloki są domem dla mniej więcej co trzeciej osoby. To zupełnie inny trend niż w krajach strefy euro, gdzie konsekwentnie coraz więcej osób wybiera mieszkania właśnie w blokach, a jeśli domy – to przede wszystkim w zabudowie – wynika z opracowania HRE Investments. Deweloperzy dostosowują się do potrzeb Polaków. Coraz więcej budynków powstaje w gminach otaczających największe miasta.
– Większość Polaków mieszka w domach jednorodzinnych. Ponad połowa z nas mieszka w domach jednorodzinnych wolnostojących, około 5–6 proc. z kolei w budynkach w zabudowie szeregowej lub bliźniaczej, co w takich krajach jak np. Wielka Brytania czy Belgia jest wiodącym typem nieruchomości – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments.
Z danych Eurostatu, które przeanalizował HRE Investments, wynika, że o ile jeszcze w 2006 roku większość Polaków mieszkała w blokach, o tyle teraz mieszka w nich 42 proc. osób. W większych blokach, z przynajmniej 10 lokalami, mieszka mniej więcej co trzeci osoba. To odwrotny trend niż w krajach strefy euro. Tam blisko 48 proc. mieszka właśnie w blokach, a ich odsetek stopniowo rośnie. Więcej blokowisk jest nie tylko w krajach dawnego bloku wschodniego, można je znaleźć również w Skandynawii.
– W Polsce przez wiele lat to domy jednorodzinne budowane na własne potrzeby stanowiły trzon budownictwa mieszkaniowego, czyli w ogóle większość nieruchomości powstawała dzięki temu, że Polacy budowali dla siebie domy jednorodzinne. Dlatego też ten odsetek mieszkających w domach jednorodzinnych z roku na rok rósł – tłumaczy Bartosz Turek.
Prognozy GUS wskazują, że w ciągu najbliższych lat Polacy będą uciekać z wielkich miast do mniejszych miasteczek i wsi, przede wszystkich tych otaczających aglomeracje. Osoby znużone miejskim zgiełkiem w mniejszych ośrodkach szukają głównie domów, nieco rzadziej mieszkań. Ten trend dostrzegli też deweloperzy.
– Polacy chętnie wyprowadzają się z największych metropolii, szukając większego metrażu albo wyższego standardu życia. Często jest tak, że za cenę 2–3-pokojowego mieszkania w dużym mieście można kupić dom z ogródkiem po miastem. Oczywiście ceny, które trzeba zapłacić na początku, to nie cały rachunek, który powinniśmy wziąć pod uwagę, decydując się na wyprowadzkę. Uwzględniając koszty dojazdu i czas spędzony w środkach transportu bardzo często już po kilku latach rachunek wyprowadzki zmienia się na negatywny – zaznacza ekspert HRE Investments.
Jak zauważa Turek, problemem w Polsce jest przede wszystkim brak mieszkań. Z obliczeń analityków HRE Think Tank, zawartych w raporcie „Ile mieszkań brakuje w Polsce?”, wynika, że w Polsce oddaje się do użytku 120–180 tys. mieszkań rocznie. Są one jednak zlokalizowane przede wszystkim w kilku województwach, w których znajdują największe polskie aglomeracje. Polacy rzadko mieszkają w gospodarstwach wielopokoleniowych. To sprawia, że już teraz deficyt mieszkań szacuje się na 2,1 mln. Do 2030 roku będzie ich brakować o ok. 600 tys. więcej.
– Polskie mieszkania są też dość skromne. Statystyki na temat tego, ile metrów kwadratowych przypada na jednego mieszkańca mówią, że w Polsce ten odsetek jest nawet o połowę niższy niż w Europie. Mamy nieco ponad 1 pokój na osobę, a średnia europejska to 1,6. W Polsce na tysiąc mieszkańców przypada 380 mieszkań, w Europie – około 480. Ale buduje się coraz więcej, więc jest nadzieja, że sytuacja mieszkaniowa Polaków z roku na rok będzie się poprawiała – ocenia Bartosz Turek.
W Polsce co roku przeprowadza się ok. 20 tys. operacji kardiologicznych. W kilkunastu procentach operacji dochodzi do zaburzeń ukrwienia mięśnia sercowego. Opracowany przez Polaków Heart Sense pozwala rejestrować sygnał EKG bezpośrednio z powierzchni bijącego serca. Kluczowym elementem tego urządzenia będzie elektroda w formie niewielkiego „płatka”, która będzie się łączyć z powierzchnią serca. Urządzenie ma pracować bezpośrednio na mięśniu sercowym, dzięki czemu operacja wszczepienia bajpasów nie będzie oznaczała konieczności podawania płynów pozaustrojowych.
– Urządzenie Heart Sense jest właściwie sensorem, który będziemy wykorzystywać w czasie operacji na bijącym sercu. To urządzenie będzie nam podpowiadało, kiedy dzieje się coś złego wewnątrz mięśnia sercowego, będzie sczytywało sygnał EKG z powierzchni bijącego serca i będzie informowało zespół operacyjny o nadchodzącym zagrożeniu ze strony np. niedokrwienia mięśnia sercowego – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje kardiochirurg Grzegorz Suwalski, współtwórca urządzenia Heart Sense.
Kardiochirurgia jest tą częścią medycyny, gdzie nowa technologia wchodzi coraz śmielej. Roboty kardiologiczne pomagają w operacjach, niedawno opracowane mikrocząsteczki pozwalają na mierzenie stopnia natlenienia w komórkach, także podczas zabiegów, co pozwala na bieżąco monitorować stan pacjenta i szybko reagować przy jakichkolwiek nieprawidłowościach. Polacy skupili się natomiast na rozwiązaniu, które podczas wszczepiania bajpasów, czyli najczęstszej formie zabiegów kardiochirurgicznych (883 tys. na świecie w 2016 roku), rejestruje sygnał EKG bezpośrednio z powierzchni serca.
Urządzenie, nad którym pracują polscy naukowcy, jest odpowiedzią na częsty problem podczas operacji serca – utratę sygnału EKG.
– Wzmacniamy zespoły operacyjne, żeby miały jeszcze jedno urządzenie więcej dla bezpieczeństwa pacjenta. Z badań naukowych wynika, że nawet w kilkunastu procentach operacji dochodzi do zaburzeń ukrwienia mięśnia sercowego. Chcemy zaadresować ten problem, czyli dajemy kardiochirurgom, kardioanestezjologom urządzenie, które będzie ich informowało, że może nastąpić sytuacja krytyczna. To da im czas, żeby zareagować – przekonuje Grzegorz Suwalski.
Ostatnie miesiące przyniosły ogromne odkrycia w zakresie kardiologii. TARA Biosystems i GlaxoSmithKline zdołały wyhodować dorosłą tkankę serca i wykorzystały ją do badań leków. Dzięki odkryciu większość chorób serca niewymagających zabiegów chirurgicznych będzie można łatwiej wyleczyć. Naukowcy z Rice University opracowali z kolei biokompatybilne włókna nanorurki węglowej, które można wykorzystać jako mosty elektryczne na uszkodzonej, np. przez zawał, tkance serca. To może zrewolucjonizować terapię zaburzeń elektrycznych serca. W Rice University opracowano też specjalne mikrocząstki, które świecą w zależności od natlenienia tkanek – można je stosować podczas zabiegów chirurgicznych.
Naukowcy z Carnegie Mellon University opracowali z kolei metodę drukowania 3D kolagenu. Udało się wydrukować kawałki serca z komórek i kolagenu, np. zastawkę serca. To przełomowe odkrycie, gdyż wcześniej mimo wielu prób kolagenu nie udawało się wydrukować. Tymczasem jest on niezwykle pożądanym biomateriałem do drukowania 3D, ponieważ tworzy dosłownie każdą tkankę.
Część nowych rozwiązań pomoże zapobiec operacjom, część chorób uda się wyleczyć bez konieczności zabiegów. Na razie jednak to właśnie zabiegi, w tym wszczepianie bajpasów, są jedyną szansą dla części chorych.
– W Polsce wykonywanych jest kilkanaście tysięcy operacji pomostowania tętnic wieńcowych, czyli tej grupy, do której dedykowany będzie Heart Sense. Skuteczność tych operacji jest wysoka, ryzyko operacji pomostowania tętnic wieńcowych nie przekracza 1 proc. Natomiast istnieją powikłania i cały profil działania naszego przedsięwzięcia to m.in. redukcja ciężkich powikłań pooperacyjnych – tłumaczy Grzegorz Suwalski.
Urządzenie powinno trafić na rynek za ok. 2,5 roku.
Sałatka zapakowana z wykorzystaniem innowacyjnych materiałów i technologii może zachować świeżość nawet przez 15 dni. Inteligentne materiały mogą również zrewolucjonizować inne branże. Rozwój branży materiałowej opiera się nie tylko na pakowaniu, lecz także na innowacjach tworzonych na potrzeby medycyny i motoryzacji. Problemem wciąż pozostaje jednak niewystarczający poziom recyklingu oraz nadmierna produkcja odpadów z tworzyw sztucznych.
– Opakowania już nie tylko chronią żywność przed warunkami zewnętrznymi. Opakowania inteligentne powodują, że ta żywność zachowuje świeżość. Surowe mięso bez opakowania ma kilkudniowy termin przydatności. Opakowanie przedłuża go skutecznie kilkukrotnie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Robert Szyman, dyrektor generalny w Polskim Związku Przetwórców Tworzyw Sztucznych.
Firma Bonduelle opatentowała niedawno innowacyjną technologię pakowania Fresh Air Seal. Dzięki niej sałatki zachowują świeżość nawet do 15 dni bez użycia konserwantów. Produkty pakowane tą technologią są dostępne na rynku kanadyjskim. Tak znaczne wydłużenie terminu przydatności do spożycia pozwala zapobiegać marnowaniu żywności, które jest obecnie na świecie ogromnym problemem.
Z danych Food and Agriculture Organization wynika, że około jedna trzecia produkowanej na świecie żywności jest marnowana. Daje to w skali świata około 1,3 mld ton rocznie. Straty żywności generowane przez kraje rozwinięte odpowiadają natomiast całkowitej produkcji w Afryce Subsaharyjskiej.
Wprowadzanie innowacyjnych materiałów jest jednak najbardziej oczekiwane w dziedzinie medycyny. Ogromne nadzieje pokładane są chociażby w technologii druku 3D.
– Pozwala on odwzorować dokładny kształt, np. kości czy innego elementu organu ludzkiego. Daje to ogromne możliwości, przede wszystkim dla protetyki. Te innowacje już są w tej chwili wykorzystywane na świecie i niewątpliwie medycyna jest głównym beneficjentem tych technologii – zauważa Robert Szyman.
Inżynierowie z Uniwersytetu Harvarda zastosowali autorską technologię edycji genów, dzięki której będzie można kontrolować działanie inteligentnych materiałów. Enzym CRISPR może po aktywacji stymulować zachowania materiału takie jak np. uwalnianie substancji czynnej lub zmiana struktury. Technologia może zostać wykorzystana m.in. do uwalniania żywych komórek do rusztowań tkankowych.
Trzecim filarem rozwoju innowacyjnych materiałów jest branża motoryzacyjna.
– Motoryzacja to kolejne ogromne pole doświadczalne innowacyjnych tworzyw sztucznych. Główną rolę grają tutaj materiały kompozytowe. Polska jest zagłębiem części motoryzacyjnych dla przemysłu motoryzacyjnego w Unii Europejskiej. A z drugiej strony prawie dwie trzecie największych przedsiębiorstw przetwórstwa tworzyw sztucznych w Polsce to są polskie firmy. Jest to bardzo dynamiczna branża – mówi dyrektor PZPTS.
Coraz większa ilość tworzyw sztucznych skłania do coraz częstszego podejmowania tematu zaśmiecania Ziemi. W wielu krajach wciąż nie funkcjonują w należyty sposób chociażby systemy segregacji odpadów. Przykładem może być Rosja, która z roku na rok zwiększa import odpadów z tworzyw sztucznych, ponieważ brak krajowego systemu sortowania odpadów powoduje, że w zakładach recyklingu brakuje wystarczającej ilości surowców. Według danych Federalnej Służby Nadzoru Zasobów Naturalnych Rosja wygenerowała w 2018 r. ponad 7,2 mld ton odpadów z gospodarstw domowych i odpadów przemysłowych. 315 tys. ton odpadów pochodziło z importu. Jednocześnie z danych rosyjskiego oddziału Greenpeace wynika, że Rosja przetwarza tylko 12 proc. z 3 milionów ton rocznie powstających tam odpadów z tworzyw sztucznych.
– Istotne są skuteczne systemy zarządzania odpadami, które spowodują, że ten materiał wtórny powróci znowu do obiegu i poprzez proces recyklingu zostanie wykorzystany w nowych wyrobach. Został powołany Europejski Sojusz dla Polimerów. Zaproszeni zostali do niego wszyscy uczestnicy łańcucha dostaw. Zadaniem sojuszu jest usuwanie barier związanych z wykorzystaniem materiałów w recyklingu. Mamy ambitny plan osiągnięcia 10 mln ton surowców z recyklingu w gotowych wyrobach – wskazuje ekspert.
Oprócz wdrażania systemów segregacji odpadów bardzo istotne jest również dążenie do redukcji ilości wytwarzanych śmieci. Najważniejsze w tym procesie jest zdaniem ekspertów doprowadzenie do zmian zachowań konsumenckich oraz procesów związanych z takimi gałęziami gospodarki jak rybołówstwo.
– Jedna trzecia śmieci w oceanach to sieci rybackie. Najnowsza dyrektywa unijna wprowadza istotne zmiany, które pozwolą na to, żeby odpowiedzialność za pozostawienie tego rodzaju odpadów ciążyła przede wszystkim na uczestnikach połowów. Głównym kluczem do ograniczenia zaśmiecania niestety są konsumenci. Jeżeli świadomość konsumentów nie zmieni się, to trudno nam mówić o tym, że powstanie jakikolwiek materiał, który po prostu zniknie w środowisku – tłumaczy Robert Szyman.
Z danych Eurostatu wynika, że roczna produkcja odpadów w krajach Unii Europejskiej przekracza 2,5 mld ton. Średnia roczna produkcja śmieci przypadająca na jednego Europejczyka wynosi 5 ton.
Dzisiejszy poranek upłynął pod dyktando publikacji indeksów PMI. Są to badania ankietowe (pytania dotyczą perspektyw na przyszłość) wśród menedżerów odpowiedzialnych za zamówienia. Jeżeli przeważają dobre odpowiedzi, to wynik przekracza 50 punktów i zapowiada wzrosty, a kiedy w przewadze są negatywne, to indeks spada poniżej wspomnianej granicy i może być zapowiedzią spowolnienia.
Dane z indeksów PMI
W nocy poznaliśmy wynik indeksu PMI dla chińskiego przemysłu. Wynik 50,4 pkt świadczy o tym, że przekroczono symboliczną barierę oddzielającą rozwój od recesji. Analitycy spodziewali się zejścia o 0,2% poniżej granicy 50 pkt. Niestety Unia Europejska nie wypada już tak dobrze. Wyniki ankiet dla państw członkowskich wynoszą zaledwie 47 pkt i są zgodne z pesymistycznymi oczekiwaniami ekspertów. Głównym winowajcą są Niemcy z rezultatem wynoszącym ledwo 43,5 pkt. Kraj ten ostatnio odczuwa negatywne skutki generowania nadwyżki budżetowej w celu redukcji deficytu. W efekcie tych danych od rana dolar umacnia się względem euro.
Polski odczyt lepszy od prognoz
Interesująco wypadły również dane z Polski. Co prawda 48,8 pkt to w dalszym ciągu wynik poniżej granicy oddzielającej rozwój od recesji, ale równocześnie aż 1,2 punktu powyżej oczekiwań. Dzięki temu złoty od rana odzyskał część strat, jakie poniósł w ostatnich miesiącach. Najwyraźniej widać to względem brytyjskiej waluty, ponieważ indeks PMI na Wyspach wyniósł 47,4 punktu i był aż o 1 pkt poniżej przewidywań. Od rana GBP poszedł w dół o całe 3 grosze. Nie bez znaczenia dla kursu funta jest też zamieszanie związane z zawieszeniem prac parlamentu i przygotowaniami do Brexitu bez umowy. Na razie ciężko mówić o tłumach na ulicach, ale protestujący przeciw takim rozwiązaniom są mocno widoczni w mediach.
Kolejny skok na OFE?
Środki dotychczas przechowywane i inwestowane w OFE trafią w 25% do Funduszu Rezerwy Demograficznej, a w 75% na specjalne prywatne konta obywateli. Według rzeczniczki rządu Joanny Kopcińskiej nie mamy do czynienia z sytuacją, w której te środki są odbierane obywatelom, ale zapewne ma na myśli tylko te 75%. Warto natomiast przypomnieć, że jest to ostatni akt likwidacji reformy emerytalnej tworzonej jeszcze w czasach koalicji AWS i UW. Ostateczne decyzje mają zapaść w ciągu pół roku, zatem temat jeszcze wielokrotnie będzie straszył inwestorów. Na razie reagują oni dość ostrożnie, ale warto mieć świadomość, że w OFE zebrana jest imponująca kwota 162 mld zł.
W kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych, powodem jest Święto Pracy zarówno w USA, jak i Kanadzie.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Jednym z filarów rozwoju Nationale-Nederlanden jest inwestycja w nowoczesne technologie. Od września 2019 roku odpowiedzialność za obszar IT będzie sprawował Andrzej Miron. Jako członek zarządu Nationale-Nederlanden ds. technologii oraz CIO (Chief Information Officer)będzie koordynował i nadzorował wdrażanie nowych technologii oraz cyfrowych systemów wspierających biznes.
Andrzej Miron to doświadczony menedżer z umiejętnościami w zakresie budowania i realizacji strategii IT oraz digitalizacji. Posiada ponad 20-letnie doświadczenie w branży bankowej oraz doradczej. Pracował m.in. w Raiffeisen Polbank oraz Deloitte. Zarządzał dużymi projektami transformacyjnymi, w tym fuzją technologiczną Banku Raiffeisen z Polbank oraz programem, którego celem było wzmocnienie cyfrowej oferty banku.
Paweł Kacprzyk, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden
– Powołanie stanowiska Chief Information Officer to ważny krok w stronę spójnych i skutecznych działań prowadzących do transformacji cyfrowej firmy. Jestem przekonany, że wiedza i dotychczasowe doświadczenia Andrzeja będą nieocenionym wsparciem w realizacji wyzwań, jakie stawiamy przed naszą firmą w najbliższym czasie – mówi Paweł Kacprzyk, CEO Nationale-Nederlanden.
Andrzej Miron – członek zarządu Nationale-Nederlanden ds. technologii oraz CIO (Chief Information Officer)
– Jednym z najważniejszych strategicznych działań Nationale-Nederlanden w najbliższych latach będą inwestycje w digitalizację procesów sprzedażowych i obsługowych. Cyfryzacja firmy wymaga wzmocnienia roli obszaru technologii i bezpieczeństwa, dlatego będziemy pracować nad rozbudową zespołu, rozszerzeniem kompetencji naszych pracowników oraz usprawnieniem procesów wewnętrznych IT. Chcemy nie tylko dostarczać usługi IT, ale stawać się profesjonalnym, niezawodnym partnerem biznesu wspólnie kreując wartość dla klientów Nationale-Nederlanden – mówi Andrzej Miron.
Polski rynek magazynowy utrzymuje trend wzrostowy. Podaż i popyt utrzymują się na stabilnym, wysokim poziomie. W I połowie 2019 r. deweloperzy oddali do użytku blisko 1,1 mln mkw.nowej powierzchni, dzięki czemu rynek magazynowy w Polsce urósł do rozmiaru ponad 17 milionów mkw.
Deweloperzy nie zwalajniają tempa – w budowie znajduje się ponad 2,2 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, z czego 26% przypada na region Górnego Śląska. Wolumen transakcji zawartych do końca czerwca 2019 r., ukształtował się na poziomie 1,87 mln mkw. Największy wzrost zasobów ponownie odnotowano w regionie Warszawy oraz Centralnej Polski, gdzie na rynek dostarczono łącznie blisko 395 tys. mkw.
Centralna Polska na czele
W I poł. 2019 r. najwyższy poziom aktywności deweloperów zaobserwowano w Centralnej Polsce (229,4 tys. mkw.), gdzie zlokalizowane jest 35% całkowitej powierzchni magazynowej oddanej na rynek w tym okresie. Wysokim poziomem nowej podaży charakteryzowały się również mniejsze rynki, takie jak Trójmiasto czy Szczecin, gdzie oddano łącznie blisko 212,6 tys. mkw., co stanowiło 19% nowej podaży w pierwszym półroczu 2019 r. Regionami, które wykazały najniższą aktywność deweloperską lub jej brak były Toruń oraz Warszawa (III strefa).
Magazyny miejskie coraz popularniejsze
Przed branżą logistyczno-przemysłową pojawiają się wyzwania związane przede wszystkim z rosnącymi kosztami budowy, deficytem pracowników, ograniczonym dostępem do firm budowlanych oraz rosnącymi cenami energii elektrycznej w Polsce. Ze względu na najniższe od 25 lat bezrobocie i brak rąk do pracy firmy z sektora produkcji oraz e-commerce zaczynają lokować swoje obiekty magazynowe w pobliżu większych aglomeracji.
Maciej Chmielewski, senior partner i dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International
— W najbliższym czasie będziemy obserwować wzrost zapotrzebowania na magazyny miejskie, które są następstwem rozwijającego się sektora handlu on-line. Współcześni konsumenci oczekują dostaw następnego lub jeszcze tego samego dnia, co wymaga poprawy łańcucha dostaw i efektywności usług — mówi Maciej Chmielewski, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International.
Największy popyt w Warszawie i we Wrocławiu
W pierwszym półroczu 2019 popyt na rynku magazynowym ukształtował się na poziomie 1,87 mln mkw., co oznacza 16% spadek w stosunku do tego samego okresu w roku ubiegłym. Najwyższy popyt odnotowano w regionie Warszawy (582,2 tys. mkw.) oraz Wrocławia (324,5 tys. mkw.), co łącznie stanowiło połowę całkowitego popytu w kraju w minionym półroczu. Warszawska III strefa odnotowała jeden z najwyższych, bo aż 75-proc. wzrost popytu w odniesieniu do analogicznego okresu sprzed roku. Rynkami, które charakteryzowały się najniższym poziomem popytu okazały się Toruń i Bydgoszcz (12,1 tys. mkw.) oraz Region Zachodni (10,5 tys. mkw.).
Tomasz Kasperowicz, senior partner, dyrektor Działy Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International
— Największa część udziału w popycie, czyli 25%, należała do najemców z sektora logistycznego. Umowy najmu zawarte w I połowie tego roku potwierdzają również że, w dalszym ciągu sektor sieci handlowych oraz lekkiej produkcji to jedna z większych grup najemców — zaznacza Tomasz Kasperowicz, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International.
Region Zachodni i Szczecin bez pustostanów
W analizowanym okresie współczynnik pustostanów na rynku powierzchni magazynowych ukształtował się na poziomie 5,1% i był o 0,8 pp. wyższy niż pod koniec I połowy 2018 r.
Najwięcej niewynajętej powierzchni jest dostępne na rynku warszawskim (strefa I), gdzie współczynnik wolnych powierzchni osiągnął 9,8%. Najniższy poziom wskaźnika pustostanów (średnio 2,2%) odnotowano zaś w Trójmieście, Wrocławiu oraz Regionie Wschodnim. Najlepiej wypadł Region Zachodni oraz Szczecin, gdzie z końcem I połowy roku wszystkie istniejące powierzchnie magazynowe były wynajęte.
Aż 61 proc. firm handlowych czeka na zapłatę należności najdłużej ze wszystkich branż, tj. więcej niż 60 dni.[1]
Liczba firm handlowych objętych postępowaniem upadłościowym z końcem czerwca 2019 r. stanowiła 33 proc. wszystkich upadłości[2], to wzrost o 8 p.p. w stosunku do całego 2018 roku.[3]
Popularne wśród Polaków przesyłki za pobraniem (47 proc.) spowalniają płynność finansową e-sklepów.[4]
Firmy zajmujące się działalnością handlową borykają się z największą ilością i wysokością zaległości finansowych. Z danych BIG zebranych przez InfoMonitor1 wynika, że tylko w I kwartale 2019 r. należności wzrosły o 8 proc. z 6,48 mld zł do 7 mld zł. Kwotowo największe zaległości – powyżej 261 tys. zł, dotyczyły handlu hurtowego, procentowo handlu pojazdami (10 proc.) i handlu detalicznego (8 proc.). Wzrosły też kwoty opóźnionych płatności, sama liczba firm zmagających się z zaległościami zwiększyła się zaledwie o 0,1 p.p. – z 5,7 proc. do 5,8 proc.
Wzrastają zaległości
Raport BIG InfoMonitor wskazuje, że najwięcej, bo już 61 proc. firm handlowych miało problem z odzyskaniem należności przez okres dłuższy niż 60 dni w II kwartale br.
Według naszych analiz znacznie wzrosła liczba firm skarżących się, że ich kontrahenci stale opóźniają płatność minimum o 30 dni. Potwierdzają to wyniki badań, z których wynika, że już prawie dwie na trzy firmy mają taki problem.[5] – komentuje Alexander Beresford z Finiata.pl.
W raporcie podkreślono też, że nieuregulowane w terminie płatności wynikające z transakcji handlowych oraz przeterminowanych o minimum 30 dni kredytów, co widać w Biurze Informacji Kredytowej, które w swoim rejestrze ma prawie 296 tys. przedsiębiorstw. Ich łączne zaległości pozakredytowe i kredytowe wynoszą niemal 29,6 mld zł. O niemal połowę wzrosła też w sektorze handlowym liczba bankructw i restrukturyzacji – dotyczyła 70 firm.
…i upadłości
Na początku tego roku, w okresie podsumowań sezonu świątecznego, zamiast wzrostu zysków, rynek notował rosnącą liczbę restrukturyzacji firm handlowych. W marcu rozpoczęto aż 49 postępowań restrukturyzacyjnych, najwięcej od początku 2019 roku oraz w porównaniu z analogicznymi okresami dwa (2017 – 35 postępowań) lub trzy lata temu (2016 – 12 postępowań)[6]. Analitycy już wtedy zwracali uwagę, że widoczny optymizm wśród konsumentów oraz wzrost konsumpcji spotęgowały -zamiast spowolnić, skalę wzrostu liczby niewypłacalności w handlu hurtowym.
W lutym niewypłacalność dotknęła 16 sprzedawców, to wzrost o 266 proc. w stosunku do poprzedniego roku (6 firm).[7] Zdaniem ekspertów główną tego przyczyną był spadek rentowności, szczególnie w sektorze handlu hurtowego materiałami budowlanymi, elektroniką, a przede wszystkim – odpadami i złomem.
Utrudnienia w płynności
Zgodnie z danymi z raportu[8], już 62 proc. użytkowników internetu dokonuje zakupów online. Zła wiadomość dla przedsiębiorców to wciąż wysoki odsetek osób wybierających płatność za pobraniem (47 proc.), która powoduje późniejszy wpływ gotówki do sprzedawcy, ponieważ płatność musi przejść przez kuriera i firmę rozliczającą. Co więcej, zdarzają się sytuacje, kiedy kupujący nie mogą odebrać przesyłki lub świadomie z niej rezygnują. Ponad połowa internautów, bo 53 proc., podkreśla, że do zakupów najbardziej zachęca ich możliwość darmowego odesłania produktu kurierem (door-to-door) lub pocztą, dlatego firmy, które nie prowadzą sprzedaży wysyłkowej, mają utrudniony start i znacznie ograniczoną liczbę klientów.
[1] BIG InfoMonitor, Połowa firm czeka na zapłatę za towar ponad dwa miesiące, najgorzej jest w transporcie i handlu, maj 2019
[2] CEIDG, Monitor Sądowy i Gospodarczy, czerwiec 2019
Powszechne ożywienie, którego w ostatnich dniach doświadczyły rynki finansowe, nie miało jednej konkretnej przyczyny. Inwestorzy zyskiwali m.in. ze względu na brak jednoznacznie złych wieści.
Poprawie nastrojów sprzyjało zwłaszcza ustabilizowanie się sytuacji na linii Chiny-USA. Wśród walut G10 najwięcej zyskał dolar amerykański, którego aprecjacji sprzyjały kolejne pesymistyczne odczyty ze strefy euro. W stosunku do dolara osłabiła się też większość walut gospodarek wschodzących.
Nadchodzący tydzień przynosi ze sobą dwa różne czynniki, które mogą przełożyć się na zwiększoną zmienność na rynku walutowym. Jakie? W najbliższy piątek poznamy raport o amerykańskim rynku pracy, a po południu tego samego dnia przemawiał będzie przewodniczący Rezerwy Federalnej Jerome Powell. Przenosząc wzrok na drugą stronę Atlantyku, w Wielkiej Brytanii będziemy obserwować reakcję Parlamentu na działania premiera Johnsona. Urzędujący premier podjął próbę odroczenia prac Izby Gmin na czas negocjacji ws. Brexitu, czyli na większość września i października.
GBP
Brytyjska Izba Gmin podda próbie wspomnianą decyzję Borisa Johnsona najwcześniej we wtorek. Tego dnia brytyjska Partia Pracy ma wysunąć projekt ustawodawczy, którego celem ma być wykluczenie możliwości tzw. Brexitu bez umowy. Ilość manewrów otaczających Parlament w ostatnich dniach utwierdza nas w przekonaniu, że kwestia Brexitu nie zostanie rozwiązana bez przeprowadzenia w Wielkiej Brytanii wyborów parlamentarnych.
Warto podkreślić, że od czasu kontrowersyjnej decyzji Johnsona prawdopodobieństwo Brexitu bez umowy wzrosło stosunkowo delikatnie – z 35% do 40%.
Dobrym wskaźnikiem aktywności ekonomicznej w Wielkiej Brytanii w obliczu Brexitu będą nadchodzące w tym tygodniu wskaźniki PMI, aczkolwiek ich wpływ na rynki finansowe będzie raczej nieznaczny w obliczu nagłówków politycznych i głosowań brytyjskiego parlamentu.
EUR
Dane makro spływające ze strefy euro nie wydają się poprawiać. W zeszłym tygodniu po raz kolejny zawiódł odczyt dynamiki cen w sierpniu – inflacja bazowa (czyli ta wykluczająca z koszyka konsumentów najbardziej zmienne składniki) ponownie spadła do poziomu zaledwie 0,9%. Wskaźnik ten nie wykazuje jednocześnie żadnego trendu wzrostowego, który mógłby zbliżyć inflację do poziomu celu EBC, czyli poziomu zbliżonego do 2%, ale ich nie przekraczającego.
Kalendarz ekonomiczny dla strefy euro w nadchodzącym tygodniu jest pozbawiony istotniejszych danych makroekonomicznych. Najbliższy tydzień służy raczej przygotowaniom do dużego wydarzenia, którym będzie spotkanie Europejskiego Banku Centralnego, zaplanowane na 12 września. Tym samym oczekujemy, że w najbliższych dniach kurs euro w relacji do najważniejszych walut utrzyma się we w miarę stabilnym korytarzu wahań, nie wykazując żadnego stabilnego trendu.
USD
Szereg danych second-tier, które spływały w zeszłym tygodniu ze Stanów Zjednoczonych nie wyklarowały Rezerwie Federalnej sytuacji ekonomicznej w kraju. Cieszy natomiast, że w ostatnich dniach sytuacja w relacji Chiny-USA nie uległa pogorszeniu, a administracja Trumpa nadal sprzeciwia się interwencji w celu osłabienia USD. Dla rynkowych „byków” była to wystarczająca zachęta do dolara amerykańskiego.
Piątkowa publikacja raportu o amerykańskim rynku pracy będzie zarazem ostatnią tego typu publikacją, z którą decydenci Fedu będą mieli szansę się zapoznać w przygotowaniach do wrześniowego spotkania decyzyjnego. Uważamy, że w najbliższych miesiącach raporty nonfarm payrolls (zatrudnienie w sektorze pozarolniczym) będą kluczowe dla polityki monetarnej Rezerwy Federalnej, stąd spodziewamy się zwiększonej zmienności na rynku walutowym w piątkowe popołudnie, kiedy rynki zapoznają się z danymi o zmianie zatrudnienia oraz ze stopą bezrobocia.
Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury
Hatchbacki cieszą się w Polsce największą popularnością wśród kupujących pojazdy używane. W pierwszej połowie 2019 roku ten rodzaj nadwozia został wybrany przez niemal co drugiego nabywcę. Ze statystyk AAA Auto wynika, że w ciągu dwunastu miesięcy swoje pozycje na rynku nieznacznie umocniły samochody kombi oraz SUV-y. Klienci stawiają przede wszystkim na modele europejskie, a listę sprzedaży otwierają Opel Astra, Ford Focus oraz Skoda Octavia. Z kolei wśród marek prym wiodą Opel, Ford oraz VW. Kierowcy częściej wybierają auta z silnikami benzynowymi niż diesle, ale zmniejsza się różnica między tymi grupami.
W Polsce spośród pojazdów używanych najlepiej sprzedają się hatchbacki. Według danych AAA Auto, w pierwszym półroczu br. sięgnęło po nie 45,5% nabywców. Oznacza to spadek o 1,7% w porównaniu z analogicznym okresem 2018 roku, kiedy wynik wyniósł 47,2%. Wzrost zanotowano w przypadku aut kombi (z 16,4% na 17,2%) i SUV (z 13,1% na 16,4%). Kolejne miejsca w zestawieniu zajmują sedany (z 11,8% na 10,6%) oraz MPV (z 9,2% na 8,2%). Ranking obejmuje pojazdy mające od 5 do 8 lat.
– Dane dotyczące modeli i rodzajów nadwozi pojazdów sprzedawanych przez AAA Auto nie są reprezentatywne dla całego rynku używanych samochodów, ze względu na specyfikę biznesu i grupę docelową. Zakupy pojazdów używanych w Polsce, nie tylko w komisach, ale też sprowadzanych indywidualnie, są uzależnione od tego, co jest oferowane w innych państwach. Jednak jeśli sprzedawcy dostrzegają, że klienci chętniej kupują SUV-y, to będą chcieli sprowadzać do Polski takie pojazdy, a nie np. sedany. Ale mają ograniczone możliwości w tym zakresie, bo zależy to od podaży na Zachodzie – komentuje Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Jak stwierdza Konrad Jaśkiewicz, dyrektor sprzedaży AAA Auto, od wielu lat w całej Europie Środkowej widać zmiany w postrzeganiu wyboru samochodów przez klientów. Coraz częściej ważnym aspektem jest praktyczność pojazdu. Rośnie więc zainteresowanie rodzinnymi autami, które są bardziej kompaktowe niż np. MPV, a jednocześnie można do nich zapakować dużo rzeczy. Z kolei prezes Faryś zaznacza, że część firm rezygnuje z niektórych klasycznych nadwozi właśnie na rzecz hatchbacków czy SUV-ów. One występują bardzo często w kilku wersjach w danej marce, np. małe, średnie czy duże SUV-y.
– Większa zasobność portfela przeciętnego Polaka to nie tylko możliwość kupna lepszego czy większego auta. To również bardziej urozmaicone i bogatsze życie, które ułatwia właśnie kombi. Ten model pozwala sprawniej podróżować z rodziną, a do tego np. z rowerem czy ze zwierzęciem w transporterze – mówi Łukasz Szarama, ekspert Polskiej Izby Motoryzacji i Ogólnopolskiej Motoryzacyjnej Rady Technicznej.
Statystyki AAA Auto wskazują, że na listach sprzedaży dominują modele i marki europejskie. W pierwszym półroczu br. najczęściej kupowane były Opel Astra, Ford Focus, Skoda Octavia, VW Golf oraz Skoda Fabia. 12 miesięcy wcześniej topową piątkę również otwierał Opel Astra, a za nim znalazły się Skoda Octavia, Ford Focus, Skoda Fabia i VW Golf. Natomiast czołówkę rankingu marek za okres od stycznia do czerwca br. utworzyły Opel, Ford, VW, Skoda oraz Renault. W analogicznym okresie 2018 roku kolejność była inna – Opel, Renault, Skoda, Ford oraz VW.
– Opel Astra od dawna jest jednym z najpopularniejszych modeli samochodów używanych w Polsce. Duża liczba klientów preferuje marki europejskie, ze względu na większą dostępność w serwisach i tańsze części zamienne, jednak rzeczywistość nie zawsze tak wygląda. Patrząc na zestawienie marek, widzimy np. spadek Renault z drugiego na piąte miejsce. Zainteresowanie francuskimi samochodami rośnie, ale wolniej niż choćby VW – dodaje Konrad Jaśkiewicz.
Według danych, w ciągu roku auta z silnikami dieslowskimi zyskały 2,9% rynku (z 28,5% na 31,4%) kosztem benzynowych (z 71,5% na 68,6%). Łukasz Szarama nie jest zaskoczony tym faktem. Ekspert PIM podkreśla, że pierwsze z wymienionych jednostek napędowych stały się tańsze, a w wielu sytuacjach są lepsze od innych rozwiązań. Ekonomia jazdy, jej właściwości czy kultura pracy silnika, szczególnie na długich dystansach, wciąż są atrakcyjne. Z kolei Konrad Jaśkiewicz zaznacza, że dieselgate miała w Polsce większy wpływ na rynek niż w innych krajach. Klienci rzadziej wybierali takie auta, a w ostatnich miesiącach zaczęli zmieniać swoje podejście i popyt może nieznacznie wzrosnąć kosztem wariantów benzynowych.
– Mniej więcej 8-10, czy nawet 6 lat temu samochody z silnikiem diesla były dużo popularniejsze w Europie niż samochody z silnikiem benzynowym. Tak było nie tylko w Niemczech, ale również w innych krajach, np. we Włoszech czy Francji. Dopiero od kilku lat polityka Komisji Europejskiej i ograniczenia wjazdu do miast europejskich powodują, że zmniejsza się liczba takich pojazdów kupowanych przez klientów szczególnie zachodnioeuropejskich, choć niestety spowodowało to np. w 2018 roku wzrost emisji CO₂ – analizuje prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Uwzględniając moc silnika, w minionym półroczu najczęściej były kupowane pojazdy mające 70-99 kw. Sięgnęło po nie 45% klientów, tj. o 0,1% więcej niż rok wcześniej. Z kolei auta z jednostkami o mocy mniejszej niż 70 kw straciły część rynku (z 31,2% na 29,5%). Zyskały samochody mające 100-129 kw (z 20,0% na 21,3%) oraz ponad 130 kw (z 3,9% na 4,2%).
– Wpływ na to ma również większe zainteresowanie SUV-ami i kombi. Wiadomo, że te pojazdy są często powiązane z silnikami o lepszych osiągach oraz większej mocy. Ma to także związek z ograniczonym zaufaniem do trzech cylindrów oraz ze zwiększoną liczbą osprzętu i wyposażenia, z jakim wyjeżdża nowe auto z salonu. Nadal żywe jest też przekonanie, że pod nogą musi być moc. Kupujący lubią cieszyć się mocniejszymi silnikami, jeśli mają do tego okazję – podsumowuje Łukasz Szarama.
CUPRA prezentuje nowy samochód koncepcyjny. Będzie nim SUV coupe z dynamicznym nadwoziem, wyrafinowanym wnętrzem i zaawansowanymi technologiami. CUPRA Tavascan napędzany będzie przez dwa silniki elektryczne o łącznej mocy 306 KM. Pojazd stworzony na platformie MEB Grupy Volkswagen zostanie wyposażony w akumulator o pojemności 77 kWh pozwalający na uzyskanie zasięgu do 450 km.
Samochód koncepcyjny CUPRA Tavascan łączy w sobie sylwetkę czterodrzwiowego crossovera, praktyczność SUV-a i elegancję sportowego coupe. Będzie to pierwszy w pełni elektryczny i bezemisyjny model marki. Samochód został zaprojektowany z myślą o potrzebach rynku w pełni elektrycznych SUV-ów coupe, którego przewidywany wzrost osiągnie 15% rocznie. CUPRA Tavascan wzięła swoją nazwę od wioski położonej w Pirenejach. Twórcy tego modelu postawili na ekspresyjny design, zainspirowani oszałamiającym krajobrazem, otaczającą przyrodą i wizją motoryzacji przyszłości.
– Oprócz modelu CUPRA Formentor, który zostanie wprowadzony na rynek w 2020 r. wraz z dwoma innymi hybrydowymi modelami plug-in o dużej mocy, już wcześniej udowodniliśmy nasze możliwości technologiczne, opracowując pierwszy na świecie w pełni elektryczny samochód wyścigowy, CUPRA e-Racer. Przedstawiając koncept CUPRA Tavascan, przekładamy tę wizję na ulice i udowadniamy, że osiągi i moc idą w parze z elektryfikacją. – mówi Wayne Griffiths, dyrektor generalny CUPRA.
Sylwetka
Wygląd zewnętrzny pojazdu podkreślać ma jego moc i wydajność. Z przodu modelu Tavascan pojawi się nisko osadzone podświetlone logo CUPRA, które wskazuje na elektryczny rodowód samochodu. Odpowiedni przepływ powietrza to kluczowy element nowego konceptu CUPRA. Każdy otwór wentylacyjny zapewni wysoką wydajność i odpowiednie chłodzenie akumulatorów. W nadkolach mieszczą się aż 22-calowe felgi ze stopów lekkich, minimalizujące opór powietrza dla jak najpłynniejszej jazdy. Dyfuzor zwiększa właściwości aerodynamiczne oraz dodaje charakteru. Wizualne wrażenie potęgują tylne światła, rozciągające się na całą szerokość pojazdu.
Elektryczna CUPRA Tavascan wyróżnia się wyglądem – metaliczny lakier uzupełniony jest dodatkami z włókna węglowego i charakterystycznymi detalami w kolorze miedzi.
Wnętrze
Wnętrze koresponduje z zewnętrzną linią samochodu. Kabina zapewnić ma idealną równowagę pomiędzy orientacją na kierowcę a komfortem pasażerów. Postawiono na oświetlenie LED, skórę, włókno węglowe i Alcantarę®. Elektrycznie sterowane fotele kubełkowe wpłyną na komfort i bezpieczeństwo jazdy. Deska rozdzielcza poprowadzona została lekką linią – dla większego skupienia i wrażenia przestronności. Kierowca korzystać będzie z wirtualnego kokpitu o przekątnej 12,3 cala. Uzupełni go dodatkowy 13-calowy wyświetlacz multimedialny który dopasuje parametry ostrości, gdy akurat korzystać będzie z niego współpasażer.
Wydajność
Nowy koncept CUPRY przedstawia wizję przyszłości marki. Elektryczny Tavascan łączy w sobie wydajność, dynamikę i właściwości jezdne, jakich wymagają klienci. Dwa silniki – jeden zintegrowany na przedniej osi, drugi z tyłu – zapewnią łączną moc 224 kW (306 KM) i napęd na wszystkie cztery koła. CUPRA Tavascan osiągnie 100 km w mniej niż 6,5 sekundy, a zestaw akumulatorów litowo-jonowych o pojemności 77 kWh pozwoli uzyskać zasięg do 450 km (zgodnie z normą WLTP). Nowy koncept oparto na platformie MEB koncernu Volkswagen. Środek ciężkości pojazdu jest nisko osadzony – akumulator umieszczono w podłodze, dzięki czemu Tavascan jeszcze zyskuje na dynamice.
Elektryczna CUPRA Tavascan zadebiutuje na tegorocznych targach motoryzacyjnych IAA we Frankfurcie.
Samo przelanie pieniędzy na konto bankowe określonej osoby w celu ich przechowania i przekazania wskazanej przez wpłacającego innej osobie nie oznacza, że doszło do powstania depozytu nieprawidłowego, podlegającego podatkowi od czynności cywilnoprawnych. Należy ponadto udowodnić uprawnienie przechowawcy do rozporządzania przedmiotem przechowania – orzekł Naczelny Sąd Administracyjny.
W sprawie rozpoznanej przez Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 24 kwietnia 2019 r., sygn. akt II FSK 1575/17 dyrektor izby skarbowej utrzymał w mocy decyzję naczelnika urzędu skarbowego, który określił podatnikowi zobowiązanie z podatku od czynności cywilnoprawnych w kwocie 21 522 zł z tytułu zawarcia umów depozytu nieprawidłowego.
Podatnik wskazał, że w latach 2012-2013 nie prowadził działalności gospodarczej, był zatrudniony w spółce (dalej jako spółka A) zajmującej się handlem złomem na stanowisku zastępcy dyrektora ds. handlowych i logistyki. Przełożony podatnika dokonywał przelewów z firmowego konta na prywatne konto podatnika. Wpłaty te kasjerka dokumentowała w formie raportów kasowych, podatnik natomiast nie otrzymywał dowodów KP. Chodziło o to, że za sprzedaż złomu firmom płacono w formie przelewu, a zakup złomu płatny był głównie gotówką – należało więc dokonać jej transferu do kasy przedsiębiorstwa. Na konto podatnika wpłynęły też pieniądze od dwóch innych firm (dalej jako spółka B i C).
Podatnik twierdził, że nie wiedział, że przelewy pochodziły z różnych firm, więc wszystkie wypłacone ze swojego rachunku bankowego pieniądze, wpłacał do kasy spółki A. Spółka A początkowo twierdziła, że podatnik był zatrudniony w spółce na podstawie umowy o pracę, potem, że wykonał pracę na podstawie umowy zlecenie. Również spółka B i C poinformowały, że podatnik nie był u nich zatrudniony na podstawie umowy o pracę i wykonywał ją na podstawie umowy między przedsiębiorstwami na stanowisku zastępcy dyrektora ds. handlowych i logistycznych.
Naczelnik urzędu skarbowego wszczął wobec podatnika postępowanie w zakresie podatku od czynności cywilnoprawnych. W ocenie organu podatkowego pieniądze stanowią depozyt nieprawidłowy i określił podatnikowi podatek od czynności cywilnoprawnych.
Podatnik odwołał się od decyzji urzędu skarbowego. Zarzucił organom podatkowym błędną interpretację, że nie miał upoważnienia do dysponowania pieniędzmi z rachunku bankowego, które wypłacał w ramach wykonywania polecenia służbowego i uznanie, że doszło do zawarcia umowy depozytu nieprawidłowego.
Dyrektor izby skarbowej utrzymał w mocy decyzję urzędu skarbowego. W uzasadnieniu podkreślił, że umowa depozytu nieprawidłowego podlega opodatkowaniu podatkiem od czynności cywilnoprawnych. Zgodnie z art. 845 Kodeksu cywilnego, w przypadku podpisania umowy, na podstawie której składający oddaje przechowawcy na przechowanie pieniądze albo z umowy wynika, że przechowawca może rozporządzać przedmiotem przechowania, jest to depozyt nieprawidłowy. W ocenie dyrektora izby skarbowej przekazanie pieniędzy na prywatny rachunek bankowy oznacza, że oddano je na przechowanie.
Podatnik odwołał się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Łodzi. Sąd ten uchylił decyzję dyrektora izby skarbowej i podkreślił, że upoważnienie do rozporządzania pieniędzmi oddanymi na przechowanie nie oznacza, że chodzi o depozyt nieprawidłowy. Orzekł tak np. NSA w wyroku z 21 maja 2013 r., sygn. akt II FSK. 1830/11. Zdaniem organu podatkowego, w omawianej sprawie nie zostały spełnione przesłanki, by uznać, że do zawarcia umowy depozytu nieprawidłowego doszło. Podatnik nie otrzymywał bowiem żadnego dodatkowego wynagrodzenia, nie miał możliwości dowolnego dysponowania powierzonymi pieniędzmi i nie wykorzystywał przechowywanych pieniędzy na własne potrzeby.
Sprawa na skutek skargi dyrektora izby skarbowej trafiła do rozpoznania do Naczelnego Sądu Administracyjnego. NSA uznał ją za bezzasadną i ją oddalił. W uzasadnieniu wyroku sąd podkreślił, że sam fakt przelania pieniędzy na konto bankowe określonej osoby w celu ich przechowania i przekazania wskazanej przez wpłacającego innej osobie nie oznacza, że doszło do powstania depozytu nieprawidłowego, podlegającego opodatkowaniu na podstawie art. 1 ust. 1 pkt 1 lit. j ustawy z 9 września 2000 r. o podatku od czynności cywilnoprawnych. Należy wykazać lub udowodnić uprawnienie przechowawcy do rozporządzania przedmiotem przechowania, które może wynikać z przepisów szczególnych albo z umowy lub okoliczności. Ponadto uprawnienia tego nie można domniemywać – uznał NSA.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Z najnowszych danych Eurostatu wynika, że w lipcu 2019 roku stopa bezrobocia w Polsce wyniosła zaledwie 3,3%. Mniej osób bez pracy jest tylko w Czechach (2%) oraz w Niemczech (3%). Eksperci Personnel Service wskazują, że utrzymująca się rekordowo niska stopa bezrobocia to rosnące wyzwanie dla pracodawców. Zwłaszcza, że nasi bezpośredni sąsiedzi zmagają się z takim samym problemem kadrowym.
Stopa bezrobocia w lipcu wyniosła zaledwie 3,3%, zatem tyle samo, co w poprzednim miesiącu, ale o 0,5 punktów procentowych mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Niższy wskaźnik bezrobocia odnotowano tylko w dwóch krajach Unii Europejskiej – Czechach (2%) oraz Niemczech (3%). Polska wyprzedziła tym samym takie państwa jak Wielka Brytania (3,8%), Malta (3,4%), Węgry (3,5%) i Holandia (3,4%).
Analitycy Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii zauważają, że niska stopa bezrobocia, z punktu widzenia gospodarki, jest pozytywną informacją. Niskie bezrobocie wskazuje na dobrą sytuację na rynku pracy, co w konsekwencji wpływa na rosnącą konsumpcję gospodarstw domowych. Eksperci Personnel Service podkreślają jednak, że niska stopa bezrobocia to kłopot dla pracodawców.
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy
– Stopa bezrobocia w Polsce utrzymuje się na rekordowo niskim poziomie i tak pozostanie do końca tego roku. Podobną sytuację obserwujemy na innych europejskich krajach, co oczywiście ma swoje konsekwencje w zaostrzonej rywalizacji o pracowników. Już teraz pracodawcy w Polsce obawiają się odpływu kadry ze Wschodu do Niemiec, co ma swoje uzasadnienie. Warto jednak pamiętać, że Polska jako pierwsza otworzyła się na pracowników z Ukrainy, co daje nam pewne przewagi. Na ten moment najważniejszy krok to wprowadzenie ułatwień prawnych dla przyjeżdżających do nas z Ukrainy pracowników – mówi Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service, agencji specjalizującej się w zatrudnianiu pracowników z Ukrainy.
Warto przypomnieć, że Niemcy przyjęli pakiet ustaw ułatwiających osobom spoza Unii Europejskiej podjęcie legalnej pracy w tym kraju. Pracownicy, chcący podjąć zatrudnienie w Niemczech, muszą posiadać certyfikat umiejętności zawodowych, uznawany przez niemieckie urzędy oraz posługiwać się językiem niemieckim. Nowe regulacje wchodzą w życie w styczniu 2020 roku.
Firmowe auto do użytku prywatnego przestało być przywilejem jedynie dyrektorów i kierowników z zagranicznych korporacji. Jak wynika z badania zrealizowanego przez Instytut Keralla na zlecenie Carefleet S.A., już 26,9 proc. mikro, małych i średnich firm w Polsce pozwala pracownikom na wykorzystanie służbowych aut w celach pozazawodowych. Zebrane dane nie pozostawiają jednak złudzeń – w większości przypadków jest to jedynie możliwość dojazdu do pracy i z powrotem.
Jak wynika z badania, im większa firma w sektorze MŚP, tym częściej pozwala na wykorzystanie samochodu służbowego do celów prywatnych. Tego rodzaju praktyki stosuje 24,2 proc. mikro, 29,9 proc. małych oraz 39 proc. średnich przedsiębiorstw w Polsce. Najczęściej są to firmy specjalizujące się w handlu (36,9 proc.), a najrzadziej przedsiębiorstwa z branży budowlanej (17,6 proc.).
– Dla wielu pracowników możliwość korzystania z samochodu służbowego do użytku prywatnego to wygoda i oszczędność. Coraz częściej dostrzegają to również pracodawcy, którzy tego rodzaju świadczenia traktują jako uzupełniające, niematerialne wynagrodzenie oraz element budujący zaangażowanie i dodatkowe związanie pracownika z organizacją – mówi Klaudia Rodak, marketing manager w Carefleet S.A.
Firmowy samochód do użytku prywatnego jako pozapłacowy benefit
Jak zaznacza Klaudia Rodak, jeśli stanowisko wymaga od pracownika przemieszczania się i mobilności, jak w przypadku chociażby przedstawicieli handlowych, samochód jest wręcz koniecznością i z założenia nie pełni roli motywującej bądź pełni ją w niewielkim stopniu. Satysfakcja pracownika z warunków oferowanych przez firmę w odniesieniu do pojazdu nie polega bowiem jedynie na samym jego otrzymaniu.
– Rozpatrując służbowe auto w kategoriach pozapłacowego benefitu, należy zwrócić uwagę na całokształt usług i możliwości, jakie się z nim wiążą. Mówimy tu między innymi o zakresie wykorzystania auta do celów prywatnych, a także jakości pojazdu czy jego wyposażenia – twierdzi Klaudia Rodak. – Coraz częściej, zwłaszcza w korporacjach, możliwość posiadania firmowego samochodu nie jest związana z koniecznością częstych podróży służbowych, a traktowana jako istotny element motywacyjny, składnik pakietu wynagrodzenia oferowanego przez pracodawcę. Trend ten będzie systematycznie nasilał się również w mniejszych firmach – dodaje.
MŚP pozwala na korzystanie ze służbowych aut, ale z ograniczeniami
Jak wynika z badania zrealizowanego na zlecenie Carefleet S.A., przedsiębiorstwa z sektora MŚP, które udostępniają pracownikom pojazdy służbowe do celów prywatnych, najczęściej umożliwiają im dojazd do pracy i z powrotem (41,2 proc.). Co piąta firma dopuszcza poruszanie się samochodem służbowym na terenie kraju, a 17,6 proc. ustala szczegółowe limity kilometrów do prywatnego wykorzystania. Natomiast 26 proc. firm, które zezwalają na pozazawodowe użytkowanie służbowych samochodów, nie nakłada na pracowników żadnych ograniczeń w tej kwestii. Sporadycznie zdarzają się firmy, które udostępniają pojazdy do prywatnego wykorzystania jedynie w wyjątkowych sytuacjach i warunkują to np. złożeniem odpowiedniego podania (3,1 proc.)
Przyhamował wzrost zaległości Polaków. Przeterminowane zobowiązania kredytowe i pozakredytowe w drugim kwartale 2019 r. zwiększyły się o niecałe 0,64 mld zł, czyli ponad trzykrotnie mniej niż w pierwszych miesiącach tego roku. Nieznacznie zmniejszyła się liczba niesolidnych dłużników – o 2,8 tys. i jest ich blisko 2,8 mln. Czyżby Polacy lepiej zaczęli spłacać swoje zobowiązania? Niekoniecznie. Część firm wpisujących dłużników do BIG InfoMonitor sprzedała przeterminowane zobowiązania i dlatego skreśliła dłużników z rejestru. Dług jednak pozostał. Skąd się bierze? Z przyczyn losowych, przeszacowania swoich możliwości i nadmiernego konsumpcjonizmu. Jak wynika z badania Quality Watch dla BIG InfoMonitor, co czwarty badany jest gotów usprawiedliwić niespłacanie zobowiązania chęcią zapewnia rodzinie odpowiedniego poziomu życia.
Zaległości konsumentów powstają w wyniku opóźniania o min. 30 dni płatności na co najmniej 200 zł, wśród których znajdują się raty kredytów, pożyczek, zaległe czynsze, ubezpieczenia, rachunki telefoniczne, alimenty, koszty sądowe czy też zobowiązania wobec firm windykacyjnych. Dane obejmują zaległości wpisane do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz opóźnienia kredytów w BIK. Na koniec czerwca było to niemal 76,65 mld zł, a liczba dłużników, po niewielkim spadku, wciąż utrzymuje się w granicach 2,8 mln osób (2 796 054).
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
– Spadek liczby niesolidnych dłużników niestety nie wynika z widocznej poprawy jakości spłaty rachunków, lecz ze sprzedaży portfeli przeterminowanych płatności firmom windykacyjnym. Dług więc pozostał, ale w rejestrze BIG InfoMonitor pojawi się ponownie, jeśli zgłosi go nowy wierzyciel. Mimo dobrej koniunktury gospodarczej, programów socjalnych i rynku pracownika nie ma na razie mowy o zmianie trendu. Dobra sytuacja gospodarcza buduje przekonanie, że istnieją większe możliwości i część osób, ostrożnych w podejmowaniu decyzji finansowych, działa z większą śmiałością. Z kolei niebojący się ryzyka jeszcze dalej przesuwają granicę. Jedni i drudzy biorą na siebie więcej zobowiązań i nie zawsze są w stanie im sprostać, bo życie niestety nie zawsze przynosi pozytywne scenariusze – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Na dodatek z badań wynika, że ogromny wpływ na piętrzenie się zaległości mają również nadmierny konsumpcjonizm i nie zawsze obowiązkowe podejście do płatności. Odpowiedzi respondentów nie pozostawiają co do tego wątpliwości – dodaje.
Według badania Quality Watch, na liście powodów, które usprawiedliwiałyby niepłacenie bieżących zobowiązań obok zdarzeń losowych takich jak choroba (45 proc.) czy utrata pracy (20 proc.), badani wymieniają także zbyt niskie zarobki (35 proc.), za niskie emerytury i renty (22 proc.), a w niemal co czwartym przypadku (23 proc.) zapewnienie odpowiedniego poziomu życia dzieciom i rodzinie. Kolejna grupa badanych usprawiedliwiłaby zaprzestanie spłaty zobowiązań w sytuacji, gdy potrzebna jest pomoc rodzinie. Jesteśmy też w stanie zaakceptować pożyczanie w celu podreperowania zdrowia wiedząc, że nie możemy oddać (22 proc.). Natomiast niewielu, jedynie 5 proc. – jest w stanie wybaczyć w takich okolicznościach brak edukacji finansowej.
Spadek liczby niesolidnych dłużników przełożył się na nieznaczne obniżenie Indeksu Zaległych Płatności Polaków, który z punktu widzenia solidności płatniczej, im jest niższy, tym lepiej. Wskaźnik pokazuje, ile osób z problemami finansowymi przypada na 1000 dorosłych mieszkańców kraju i w II kwartale zmniejszył się z poziomu 88,8 pkt. do 88,7 pkt. Zmiana jest głównie efektem obniżenia się liczby niesolidnych dłużników zgłoszonych do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, czyli niepłacących czynszu, rachunków za telefon i internet, telewizję kablową, alimentów, kar za jazdę bez ważnego biletu, opłat sądowych, ubezpieczeń, rat pożyczek czy długów wobec firm windykacyjnych W II kwartale ich liczba obniżyła się o 7 260 osób do 2 203 458. W BIK niesolidnych dłużników przybyło w tym czasie o 3 945 do 1 180 988.
Ważne liczby
Łączna kwota zaległych zobowiązań Polaków, zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor i bazie kredytowej BIK, wyniosła na koniec czerwca 2019 – 76 647 874 819 zł. Od końca I kw. br. odnotowano wzrost o 636 094 265 zł (prawie 0,64 mld zł). Wartość długów pozakredytowych, jak i kredytowych zwiększała się w tym czasie porównywalnie, niespłacanych w terminie rachunków o 283 926 695 zł (0,7 proc.) do 41,2 mld zł, zaś zaległych kredytów o 352 167 570 zł (1 proc.) do 35,4 mld zł. Zadłużenie mieszkańców Polski w ciągu II kw. bieżącego roku rosło wolniej niż to miało miejsce w poprzednich dwóch kwartałach (czyli w IV kw. 2018 roku i I kw. 2019 roku). Np. od stycznia do końca marca zaległości pozakredytowe wzrosły o 2,5 proc., a kredytowe o 3 proc.
O niecały 1 proc. wzrosła średnia kwota zaległości przypadająca na osobę i na koniec czerwca wyniosła 27 413 zł. Ze względu na wyższe zwykle wartości kredytów niż innych zobowiązań średnia zaległość jest wyższa w przypadku przeterminowanych płatności kredytowych i wynosi obecnie 29 997 zł na osobę (wzrost od I kw. o 0,7 proc.), podczas gdy pozakredytowa wyniosła na koniec czerwca 18 708 zł (wzrost o 1 proc.).
W porównaniu z I kw. łączna liczba niesolidnych dłużników obniżyła się o 2 808 osób i wyniosła na koniec czerwca 2 796 054. 588 392 z tych osób, czyli 21 proc. ma jednocześnie zaległości kredytowe oraz pozakredytowe. Wśród dłużników dominują mężczyźni, którzy stanowią 61,5 proc. ogółu. Na dodatek mają również wyższe zaległości niż kobiety, bo należy do nich 67 proc. sumy przeterminowanych zobowiązań.
Ujęcie geograficzne
W ujęciu geograficznym średnia wartość zaległego zobowiązania przypadająca na osobę obniżyła się w ciągu kwartału w pięciu województwach: opolskim (o 48 zł), podkarpackim (o 34 zł), dolnośląskim (o 23 zł), kujawsko-pomorskim (o 22 zł) i podlaskim (o 15 zł). Średnia zaległość przypadająca na osobę wciąż jest najwyższa na Mazowszu, gdzie wynosi 36 642 zł (wzrost o 324 zł). Na kolejnych pozycjach, ale już z dużo niższymi kwotami są Małopolska, gdzie po wzroście o 397 zł jest to obecnie 29 102 zł oraz w województwo zachodniopomorskie – 28 685 zł (wzrost o 243 zł).
Liczba osób z przeterminowanymi płatnościami przypadająca na 1000 dorosłych mieszkańców zmieniła się tylko w woj. kujawsko-pomorskim, gdzie obecnie na każde 1000 osób przypada 110 zamiast 111 dłużników. Mimo poprawy nadal jednak region ten pozostaje w niechlubnej czołówce. Najwięcej dłużników na 1000 dorosłych mieszkańców przypada w województwach: lubuskim (116), zachodniopomorskim (115) oraz dolnośląskim (114), z kolei najmniej w: podkarpackim (49), małopolskim (59) i podlaskim (62).
Przeciętna zaległość w różnych grupach wiekowych
Przeciętna zaległość wzrosła we wszystkich przedziałach wiekowych z wyjątkiem grupy osób między 35 a 44 rokiem życia. W porównaniu z I kw. jest to o 0,8 proc. więcej u 18-24 latków (o 128 zł), 25-34 latków (o 136 zł) oraz 45-54 latków (o 303 zł). Wśród starszych niesolidnych dłużników zmiany są bardziej znaczące o 1,3 proc. w przypadku 55-64 latków (o 423 zł) i o 2,4 proc. wśród osób po 65 roku życia (o 565 zł). Zaległości seniorów już kolejny kwartał odnotowały najwyższe wzrosty. Niezmiennie najwięcej niespłaconych zobowiązań ciąży na osobach między 45 a 54 rokiem życia, które mają do oddania 37 560 zł, o 10 147 zł więcej niż wynosi przeciętna dla wszystkich.
Rekordziści Polski
Najwięcej rekordzistów niesolidnych dłużników, bo już pięcioro, pochodzi z Mazowsza, co nie pozostaje bez wpływu na najwyższy poziom zaległości tego regionu na tle pozostałych województw. Do grona najbardziej zadłużonych osób z tego regionu dołączyła druga kobieta z zaległością na kwotę 26 604 925 zł. Kobiety w tym momencie zajmują w niechlubnym rankingu 3. oraz 9. miejsce. Od poprzedniego kwartału wzrosła średnia wieku rekordzistów i wynosi obecnie 54 lata, wobec 51 lat wcześniej. Najstarsza osoba w rankingu ma 69 lat, jest to mężczyzna z Mazowsza i zajmuje 10. pozycję z zaległością w wysokości 26 601 980 zł. Rekord należy do 63-letniego mieszkańca województwa lubelskiego,którego dług wynosi już prawie 71 mln zł.
Rekordziści w województwach
Z kolei w wojewódzkim rankingu rekordzistów, średnia wieku obniżyła się o 2 lata i wynosi obecnie 50 lat. Do grona osób z największymi zaległościami w województwach dołączyła 37-letnia kobieta z Mazowsza, zajmując jednocześnie jedno z czołowych miejsc, jeśli chodzi o wartość zadłużenia – uplasowała się na 3. pozycji z długiem w wysokości 40 892 560 zł. Przed nią jest 36-letni mężczyzna z Pomorza (48 044 254 zł zaległości) oraz wspomniany już w poprzednim zestawieniu (TOP 10 w Polsce), 63-latek z województwa lubelskiego i jego70 916 279 zł przeterminowanych zobowiązań. Łączna kwota zaległości wojewódzkich rekordzistów w porównaniu z I kw. br. nieco spadła z 409 804 949 zł do 384 128 781 zł (o niespełna 26 mln zł).
Kwota zadłużenia i liczba dłużników w województwach
Nadal najwyższe wartości niespłacanych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych przypadają na Mazowsze (13,27 mld zł), następnie Śląsk (10,33 mld zł) oraz Dolny Śląsk (7,03 mld zł). Z kolei najmniejszą wartość zaległości mają mieszkańcy woj.: podlaskiego (1,49 mld zł), opolskiego (1,53 mld zł) oraz świętokrzyskiego (1,62 mld zł).
W ciągu II kw. w trzech województwach zmniejszyła się łączna wartość zaległego zadłużenia Polaków w: dolnośląskim (o 0,7 proc.), opolskim (o 0,4 proc.) oraz kujawsko-pomorskim (o 0,2 proc.). W pozostałych województwach zaległości mieszkańców w porównaniu z I kw. br. wzrosły, najbardziej na Śląsku (o 1,7 proc.), w Małopolsce (o 1,6 proc.) oraz na Pomorzu (o 1,5 proc.).
Co do liczby niesolidnych dłużników to najwięcej wywodzi się z województwa śląskiego – 390,5 tys., następnie mazowieckiego – 362 tys. oraz dolnośląskiego – 275 tys. Znacząca liczba dłużników zamieszkuje także Wielkopolskę – 254,2 tys. osób. Tym razem największy spadek, podobnie jak w przypadku kwoty zaległości, miał miejsce na Dolnym Śląsku (o 0,6 proc.). Nieznacznie o 0,3 proc. zmniejszyła się również liczba dłużników na Śląsku, w Łódzkiem i Zachodniopomorskiem, a po 0,2 proc. w Wielkopolsce, Lubuskiem i Opolskiem. W sumie spadki odnotowano w dziewięciu województwach.
Informacje przedstawione w publikacji pochodzą z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej. Dotyczą wyłącznie zaległości osób fizycznych na minimum 200 zł, przeterminowanych o co najmniej 30 dni. W aktualnym Newsletterze InfoDług materiał i wyliczenia oparte są o dane z końca czerwca 2019 r.
Specjaliści ds. sprzedaży są jednymi z najbardziej poszukiwanych pracowników na rynku. Dane portalu Pracuj.pl pokazują, że tylko w III kwartale 2018 r. ofert pracy dla tego typu profesjonalistów było o ponad 10 proc. więcej niż w poprzednim roku. Z badania Michael Page „Confidence Index” za II kwartał 2019 r. wynika natomiast, że 80 proc. handlowców jest zadowolonych z ogólnych warunków zatrudnienia, a 67 proc. również z wysokości pensji. Pozyskanie dobrego specjalisty może sprawić pracodawcy spore trudności. Jak zatem przyciągnąć do firmy efektywnego sprzedawcę?
Skuteczny sprzedawca poszukiwany
Sprzedaż to jeden z kluczowych obszarów w firmie, który ma znaczący wpływ na rozwój biznesu. Najlepsi z tego obszaru są rozchwytywani na rynku, dlatego przyciągnięcie do organizacji nowego specjalistę dla wielu pracodawców okazuje się nie lada wyzwaniem. Firma rekrutacyjna Michael Page przeanalizowała nastroje wśród handlowców oraz ich oczekiwania względem miejsca pracy. Okazuje się, że do zmiany miejsca zatrudnienia może skusić ich przede wszystkim możliwość podniesienia kwalifikacji (45 proc.) i szansa na profesjonalny rozwój (42 proc.), a także większa pensja (37 proc.) – pokazuje badanie „Confidence Index” przeprowadzone w II kwartale 2019 r. przez Michael Page.
– Na polskim rynku pracy najbardziej poszukiwani są specjaliści od IT i obsługi klienta oraz ds. sprzedaży i handlu. Potwierdzają to również wyniki naszych badań, wg których niemal połowa handlowców (47 proc.) jest przekonana, że nową pracę znajdzie w mniej niż miesiąc. Profesjonaliści z tego obszaru intensywnie poszukiwani są zwłaszcza na Dolnym Śląsku. Odpowiadając na potrzeby lokalnego rynku pracy, utworzyliśmy we Wrocławiu nową dywizję Michael Page Sales & Marketing, która specjalizuje się w rekrutowaniu kandydatów z doświadczeniem marketingowym i handlowym – mówi Marcin Kunicki, Senior Consultant w Michael Page.
Magnes na handlowców
Znalezienie dobrego specjalisty ds. sprzedaży to połowa sukcesu. Kolejnym wyzwaniem jest przyciągnięcie go do organizacji i zatrzymanie w niej na dłużej. Badanie Michael Page „Confidence Index” za II kwartał 2019 r. pokazuje, że aż 97 proc. handlowców zwraca uwagę na relacje, jakie panują w pracy, a 95 proc. oczekuje od pracodawcy dostępu do szkoleń. Niemal 9 na 10 przyznało także, że ważna jest dla nich możliwość zachowania work-life balance. W związku z tym, 78 proc. chciałoby pracować w elastycznych godzinach, a 7 na 10 doceniłoby możliwość korzystania z pracy zdalnej. Spośród wszystkich badanych grup profesjonalistów, największy odsetek handlowców – 97 proc. przyznało, że chcieliby związać się z firmą odpowiedzialną społecznie. Jednocześnie, niemal co trzeci z nich (28 proc.) oznajmił, że potencjalną przyczyną zmiany miejsca zatrudnienia jest potrzeba pracy w bardziej etycznej firmie.
Tym kupisz handlowca
Benefity pozapłacowe oferowane przez pracodawców mogą zwiększyć atrakcyjność oferty pracy. Spośród szerokiej gamy dodatków do pensji, dla handlowców największe znaczenie ma zapewnienie prywatnej opieki medycznej dla rodziny (97 proc.) oraz dodatkowego ubezpieczenia na życie (83 proc.). 72 proc. ankietowanych oczekuje również, że zostanie wyposażona w sprzęt służbowy – telefon i laptop, a 67 proc. liczy na dostęp do firmowego auta. 6 na 10 respondentów chciałoby także otrzymać od pracodawcy kartę sportową, a więcej niż połowa (55 proc.) doceniłaby możliwość skorzystania z dodatkowego urlopu.
– Na rynku rośnie zapotrzebowanie na specjalistów ds. sprzedaży i handlu, którzy jednocześnie mają wykształcenie techniczne. Takich kandydatów jest niewielu, a rekrutacja na te stanowiska jest skomplikowana i wieloetapowa. Dobrzy specjaliści z dziedziny Sales & Marketing potrafią pracować dla jednego pracodawcy latami, jednak zazwyczaj nie szukają proaktywnie zatrudnienia. To raczej firmy szukają ich. Stale zasypywani są nowymi ofertami, dlatego przekonanie ich do zmiany wymaga specjalistycznego podejścia i dobrze spersonalizowanej oferty, która przyciągnie ich uwagę – podsumowuje Marcin Kunicki, Senior Consultant w Michael Page, który odpowiada za rozwój dywizji Sales & Marketing we Wrocławiu.
Zdaniem Federacji Przedsiębiorców Polskich bardzo ważne jest wprowadzenie do Prawa Pracy porozumień branżowych.Mogłyby one działać na wzór dawnych układów zbiorowych pracy, które nie cieszą się popularnością i dużym zainteresowaniem pracodawców czy związków zawodowych. Powodem są ograniczenia związane z funkcjonowaniem obecnie pewnych przepisów utrudniających zawieranie ich przez obie strony.
– Nowe, przemyślanie regulacje prawne, które odpowiadałyby obecnej sytuacji oraz potrzebom pracodawców i pracowników, byłyby doskonałym rozwiązaniem – aby swobodnie kształtować warunki zatrudnienia – powiedziała serwisowi eNewsroomGrażyna Spytek-Bandurska, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Oczekują tego same zainteresowane strony. Nie chcą, żeby pewne rozwiązania były narzucane ustawowo. Obecnie sytuacja na rynku pracy pod względem warunków zatrudnienia jest bardzo zmienna i elastyczna. Nie dziwi więc, że pracodawcy i związki zawodowe powinny mieć instrumenty i środki do tego, aby swobodnie kształtować prawa, obowiązki, zasady pracy i płacy tak, jak wymaga tego obecne otoczenie. Ważne jest dostosowanie ich do sytuacji, a nie sztywne stosowanie przepisów Prawa Pracy – które niekiedy mogą szkodzić dobru pracodawcy, jak i słusznym interesom pracowników – wskazała Spytek-Bandurska.
Dorsz jest jedną z najcenniejszych ryb w Bałtyku i źródłem utrzymania dla wielu polskich rybaków i przedsiębiorstw połowowych. Jak podkreśla minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk, stan populacji dorsza, ale i wielu innych gatunków w Morzu Bałtyckim, jest bardzo zły i wymaga długofalowej, kompleksowej ochrony. W jego ocenie wprowadzony przez KE czasowy zakaz połowów tej ryby nie przyniesie poprawy. Potrzebna jest radykalna zmiana polityki rybołówstwa UE, która powinna uwzględniać limity połowów dla wszystkich państw rejonu Bałtyku przy jednoczesnym wsparciu finansowym dla rybaków.
– Sytuacja polskich rybaków na Bałtyku nie polepszy się w najbliższych latach. Aby można było odbudować zasoby, potrzebne są kompleksowe działania w zakresie ochrony środowiska, czyli ochrona dorsza, limity połowów, ograniczenie połowów przemysłowych – mówi agencji Newseria Biznes Marek Gróbarczyk, minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej. – Z drugiej strony rybacy muszą jakoś funkcjonować. Niedopuszczalne jest, żeby polskie rybołówstwo zniknęło, bo natychmiast w jego miejsce pojawią się chociażby jednostki skandynawskie. Dlatego wdrożony przez nas program czasowego zawieszenia połowów, wsparcia i rekompensat dla rybaków ma za zadanie utrzymać możliwości połowowe, ale przede wszystkim zabezpieczyć funkcjonowanie przedsiębiorstw rybackich, które są małymi, rodzinnymi firmami.
W drugiej połowie lipca Komisja Europejska wprowadziła (obowiązujący ze skutkiem natychmiastowym) zakaz połowów dorsza we wschodniej części Morza Bałtyckiego. Czasowy zakaz połowów obowiązuje do końca 2019 roku i jest reakcją na drastyczny spadek populacji dorsza atlantyckiego w tej części Bałtyku. Minister gospodarki morskiej ocenia jednak, że jest ona spóźniona i niewystarczająca, bo potrzebne są kompleksowe i długofalowe działania wobec kurczącej się ilości zasobów w morzu. Resort postuluje całkowite ograniczenie połowów na Bałtyku – nie tylko dorsza, lecz wszystkich gatunków. Również Międzynarodowa Rada Badań Morza (ICES, organ doradczy KE) zaleciła w maju znaczące zredukowanie połowów dorszy i śledzi w Bałtyku zarówno na ten, jak i 2020 rok.
– Program wieloletni w zakresie ochrony gatunkowej na Morzu Bałtyckim bezwzględnie powinien dotyczyć wszystkich gatunków, a więc podstawowego gatunku poławianego, czyli dorsza, oraz gatunków pelagicznych. Złym rozwiązaniem jest brak kontroli połowów przemysłowych gatunków pelagicznych, które trafiają na mączkę rybną i olej rybny. To powoduje zaburzenie łańcucha pokarmowego w zakresie odbudowy stada dorsza – mówi Marek Gróbarczyk.
Jak podkreśla, potrzebna jest ochrona obszarów reprodukcji dorsza i zakaz połowów tej ryby w jej okresie ochronnym. Tymczasem Komisja zrezygnowała z takiej ochrony w ostatnich latach. Dlatego wdrażane przez nią działania w długim okresie nie wpłyną na poprawę populacji dorsza na Bałtyku.
– Bezwzględnie powinien zostać wdrożony kompleksowy program ochrony zasobów naturalnych na Morzu Bałtyckim. To jest dla nas podstawa – odbudowa gatunkowa morza, utrzymywanie korelacji, czyli oddziaływania gatunków, które są podstawą rozwoju strategicznego gatunku dorsza, zachowanie łańcucha pokarmowego, a więc odpowiednie zarządzanie w zakresie połowów pelagicznych, jak i połowów dorszowych. Z drugiej strony chcemy bezwzględnie ograniczyć połowy paszowe, przemysłowe, które mają najbardziej negatywny wpływ na zachowanie populacji dorsza – postuluje Marek Gróbarczyk.
O katastrofalnym stanie zasobów w Morzu Bałtyckim polscy rybacy alarmują resort od kilku lat. Polska już w 2015 roku zwracała uwagę KE na kurczącą się populację dorsza w Bałtyku i sama wprowadziła działania ukierunkowane na ochronę tego gatunku: utrzymano okresy ochronne dla tarlisk dorsza, wprowadzono zakaz trałowania w obszarze 6 mil morskich od polskiego wybrzeża oraz kwoty połowowe dla dobijaka i tobiasza (gatunków, które stanowią jedno z podstawowych źródeł pokarmu dorsza).
– Polskie rybołówstwo jest jednym z najbardziej ekologicznych, bo mamy małe jednostki poławiające głównie na cele konsumpcyjne. Na tle innych krajów, które specjalizują się w połowach przemysłowych i pelagicznych, w małym stopniu wpływa ono na środowisko naturalne – mówi minister.
Jego zdaniem polityka rybołówstwa UE wymaga radykalnej zmiany. W ocenie resortu powinna uwzględniać radykalne limity połowów dla wszystkich państw rejonu Bałtyku przy jednoczesnym wsparciu finansowym dla rybaków w postaci rekompensat wypłacanych za czasowe wstrzymanie działalności do czasu odbudowy zasobów Morza Bałtyckiego.
– Polityka rybołówstwa jest chyba jedną z najbardziej krytykowanych polityk, jakie wdrożyła UE. Chyba nie ma w Europie kraju, który nie krytykowałby rozwiązań przyjmowanych w ramach tej polityki – podkreśla Marek Gróbarczyk.
Zbyt niskie dochody, problemy finansowe szpitali powiatowych i koszty reformy edukacji – to dziś największe bolączki powiatów – ocenia prezes Związku Powiatów Polskich Andrzej Płonka. Jak podkreśla, planowane przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii przeniesienie części instytucji państwowych ze stolicy do mniejszych miast nie przyczyni się do poprawy sytuacji, jeżeli nie będzie wiązać się z długoterminową strategią rozwoju mniejszych miast i miejscowości, uwzględniającą kwestie finansowania i rozwoju przedsiębiorczości. Warunkiem koniecznym jest też lepsza współpraca z administracją centralną.
– Wszyscy mamy dzisiaj te samy problemy, z których najważniejszym są dochody. Niestety, przez liczbę zadań, które są nieustannie dokładane powiatom, dochody są coraz mniejsze, pomimo rozwoju gospodarczego kraju i większych dochodów z PIT. To się jednak kiedyś skończy, zadania zostaną, a środków finansowych nie będzie. Dochody są dzisiaj clou, jeżeli chodzi o naszą działalność – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Płonka, prezes Związku Powiatów Polskich.
W Polsce jest 314 powiatów oraz 66 miast na prawach powiatów. Ich największym problemem jest brak pieniędzy na zarządzanie przy jednoczesnym wzroście obciążeń, bo przybywa zadań rządowych, które muszą realizować z własnych budżetów.
– Drugą sprawą jest na pewno zdrowie, bo szpitale powiatowe, których mamy w Polsce ponad 230, prowadzimy jako samorząd powiatowy. Te szpitale, które przez lata miały zysk, dzisiaj w zdecydowanej większości się zadłużają. Jedziemy na oparach i boimy się, że te szpitale zaczną upadać – mówi Andrzej Płonka.
Jak podkreśla, do tej pory żaden ze szpitali powiatowych nie ogłosił jeszcze upadłości, ale niezbędne jest wypracowanie takiego systemu, który będzie przewidywalny, długoterminowy i zagwarantuje im stabilizację finansową. Zmiany wprowadzane w ostatnim czasie przez resort zdrowia (m.in. dotyczące minimalnych wynagrodzeń w ochronie zdrowia) przyczyniły się do tego, że w wielu szpitalach powiatowych płace stanowią ok. 80–85 proc. ogółu wydatków. Ogólnopolski Związek Pracodawców Szpitali Powiatowych alarmował w marcu, że organy założycielskie – czyli samorządy – nie są w stanie dłużej utrzymywać szpitali powiatowych, znajdujących się w dramatycznie trudnej sytuacji finansowej, a bez zmiany sposobu wyceny procedur medycznych wielu takim placówkom grozi zamknięcie.
– Oświata to kolejna istotna rzecz. To obejmuje sprawy związane z nauczycielami, ich podwyżkami, reformą oświaty, podwójnym rocznikiem, który mamy w szkołach. Tutaj niestety trzeba podkręcić współpracę na linii rząd – samorząd, żebyśmy mogli ze sobą więcej rozmawiać. Skoro są reformy i pojawiają się problemy, musimy je przewidzieć, bo wtedy wszystkim nam będzie po prostu łatwiej – mówi Andrzej Płonka.
Wprowadzona 1 września 2017 roku reforma oświaty, zakładająca m.in. likwidację gimnazjów i wydłużenie nauki w szkołach podstawowych do ośmiu lat, to jedna z największych i najszybszych zmian w polskim szkolnictwie, której konsekwencje są dużą bolączką dla samorządów. Jak wynika z szacunków NIK, subwencja oświatowa, z której miały być sfinansowane zmiany, wzrosła o 6 proc., natomiast związane z reformą wydatki samorządów na szkoły powiększyły się o 12 proc. NIK wskazała też, że wprowadzając reformę, resort błędnie założył, iż przyniesie ona samorządom oszczędności z tytułu dowożenia dzieci. W latach 2017–2018 miało to być 82 mln zł, podczas gdy w rzeczywistości wydatki te wzrosły o ponad 67 mln zł. Co więcej, średni wydatek na jednego ucznia w szkołach prowadzanych przez kontrolowane gminy wzrósł w 2018 roku o ponad 6 proc. w stosunku do 2016 roku. Gminy tłumaczyły to m.in. dwukrotnymi (w styczniu 2017 i kwietniu 2018 roku) podwyżkami płac dla nauczycieli i pozostałych pracowników oświaty.
Prezes Związku Powiatów Polskich ocenia, że zapowiedziana przez MPiT deglomeracja, polegająca na przeniesieniu części instytucji państwowych ze stolicy do mniejszych miast, raczej nie poprawi ich sytuacji w dużym stopniu, ponieważ niezbędna jest długoterminowa strategia ich rozwoju, uwzględniająca przedsiębiorczość, miejsca pracy i zapewnienie im finansowania.
– Małym miastom do rozwoju potrzebne są przede wszystkim pieniądze i uregulowanie kwestii ustawowych. Budżet państwa jest, jaki jest, i wiele nie da się zmienić, ale skoro mówimy o decentralizacji, na pewno potrzeba też dobrej współpracy na poziomie ogólnowojewódzkim czy nawet międzyregionalnym – mówi Andrzej Płonka. – Istotną rzeczą jest strategia rozwoju, uwzględniająca przedsiębiorczość, miejsca pracy. Nie mam żadnej wątpliwości, jeżeli nie będzie pewnej decyzyjności na dole, to przedsiębiorczość będzie wybiórczo się kształtowała tam, gdzie jest bliżej do centrali, do załatwienia swoich problemów, a więc niekoniecznie w małych miastach. Kwestia deglomeracji jest od samego początku połączona ze sprawą dochodów i współpracy, która jest bezwzględnie jest konieczna.
Blisko 2/3 Polaków zetknęło się już ze sprzedaż bezpośrednią, a odsetek zadowolonych klientów przekracza 90 proc. – wynika z badań Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej, które w tym roku obchodzi 25-lecie działalności. Jego prezes podkreśla, że w tym czasie przybyło zarówno działających w branży firm, jak i konsultantów i dystrybutorów. Zmieniają się też kategorie produktów, które Polacy najchętniej kupują w tym kanale, a do branży wkroczyły nowe technologie i cyfrowe kanały kontaktu z konsumentami. Wyzwaniem pozostaje wciąż walka z nieuczciwymi firmami, które psują jej wizerunek.
– W ciągu ostatnich 25 lat na rynku sprzedaży bezpośredniej zaszły dwie istotne zmiany. Pierwsza – ilościowa. 25 lat temu stowarzyszenie zakładało raptem 6 firm, a teraz mamy ponad 30. Oczywiście wzrosły także obroty, do ponad 3,3 mld zł. Powiększyła się liczba sprzedawców: konsultantów, dystrybutorów, przedstawicieli handlowych. Jest ich już prawie milion, przy czym około 1/5 stanowią prawdziwi sprzedawcy, a reszta to regularni klienci – mówi agencji Newseria Biznes Mirosław Luboń, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.
Druga istotna zmiana, która zaszła na rynku sprzedaży bezpośredniej w ciągu ostatnich 25 lat, to zmiana kategorii produktów sprzedawanych w ten sposób. Wcześniej dominowały kosmetyki, które odpowiadały za ok. 90 proc. obrotów. Teraz stanowią nieco powyżej 50 proc., a ich udział ma nadal spadać. Rośnie za to udział tzw. artykułów wellness, czyli suplementów diety, artykułów dietetycznych, odżywek, a także artykułów gospodarstwa domowego.
– Do tego doszły zmiany technologiczne. Prosty proces sprzedawania na ulicy i pukanie do drzwi to już przeszłość. Teraz sprzedaż bezpośrednia opera się na wielokanałowości. Branża korzysta ze wszystkich nowoczesnych technologii, mediów społecznościowych, platform cyfrowych, portali, sklepów online itd. Po drugie, zmienił się też kontakt dystrybutora z klientem. On pozostaje bezpośredni, ale w tej chwili 75 proc. kontaktów i transakcji odbywa się online, za pomocą smartfonów i internetu – mówi Mirosław Luboń.
Z badań rynkowych, które PSSB prowadzi regularnie, wynika, że w Polsce znajomość tej branży się pogłębia, a jej ocena jest coraz lepsza. 25 lat temu tylko 1/4 Polaków była przekonana, że sprzedaż bezpośrednia ma pozytywne przełożenia na gospodarkę, a osobiście zetknęło się nią 20 proc. społeczeństwa. Ten odsetek wzrósł do 60 proc. obecnie, a udział procentowy zadowolonych klientów sięga 90 proc.
– Ludzie przekonują się, że na sprzedaży bezpośredniej można polegać, bo to sklep przychodzi do klienta, a nie odwrotnie. Można pokaprysić, namyślić się i zdecydować w domu, można zwrócić towar, jeśli się nie podoba. Wizerunek branży systematycznie się polepsza – mówi Mirosław Luboń. – Sprzedaż bezpośrednia stała się nowoczesną gałęzią sprzedaży detalicznej.
Jak podkreśla, przestawianie się z tradycyjnych metod sprzedaży na coraz to nowsze technologie i kanały kontaktu z klientami wciąż jest jednym z głównych wyzwań dla branży sprzedaży bezpośredniej. Drugim jest walka z nieuczciwymi firmami, które organizują pokazy, podczas których stosują techniki manipulacyjne, namawiając klientów do zakupu drogich garnków, kołder czy urządzeń medycznych. Ofiarą takich trików manipulacyjnych najczęściej padają osoby starsze, a takie praktyki rujnują wizerunek branży.
– Nieuczciwe firmy sprzedaży bezpośredniej, których jest sporo, istnieją tylko po to, żeby szybko zarobić i zniknąć. Naciągają klientów, zwłaszcza osoby starsze, na kupno rzeczy, które są im albo niepotrzebne, albo na które ich nie stać, nie mówiąc już o podłej jakości tych produktów. Z tym staramy się walczyć od dłuższego czasu. Najpierw robiliśmy to samodzielnie, jako stowarzyszenie, wysyłając listy z apelem do instytucji i placówek, które wynajmują pomieszczenia na takie pokazy komercyjne. Od stycznia tego roku razem z Federacją Konsumentów i Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzimy dużą kampanię „Poznaj swojego kontrahenta”, która ma taki sam cel – mówi Mirosław Luboń.
Polskie Stowarzyszenie Sprzedaży Bezpośredniej działa na rynku od 25 lat i skupia kilkadziesiąt przedsiębiorstw prowadzących sprzedaż bezpośrednią na terenie Polski, wśród których są m.in. ACN Communications, Amway, Avon, Betterware, Flavon Group, Forever Living Products, Herbalife, Mary Kay, Nu Skin Enterprises, Oriflame, Zepter i Swarovski. Ich łączny udział w rynku przekracza 65 proc. Główne cele stowarzyszenia to m.in. stanowienie etycznych standardów sprzedaży i monitorowanie ich przestrzegania przez firmy członkowskie. PSSB jest członkiem Europejskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej SELDIA, Światowej Federacji Stowarzyszeń Sprzedaży Bezpośredniej (WFDSA), Konfederacji Lewiatan i Federacji Konsumentów.
– W 1995 roku został sformułowany kodeks etyczny. To był pierwszy taki kodeks na polskim rynku handlowym. Jest wzorowany na kodeksach międzynarodowych i cały czas modernizowany, żeby być krok przed obowiązującymi regulacjami konsumenckimi. Przyznaje on trochę większe uprawnienia konsumentom. Przykładowo, jeżeli zgodnie z prawem okres zwrotu produktu wynosi 14 dni, to nasi członkowie honorują 18 albo 21 dni, a nawet są firmy, które bezterminowo przyjmują zwroty produktów. Z drugiej strony, jeżeli konsument ma jakiś konflikt z dystrybutorem, sprzedawcą czy firmą i nie jest w stanie ich załatwić dwustronnie, może się zwrócić do administratora kodeksu bezpłatnie i my takie skargi rozpatrujemy, starając się mediować między stronami – mówi dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.