W najbliższy poniedziałek 4,5 mln uczniów rozpocznie nowy rok szkolny. Jedynie 2 proc. rodziców i opiekunów zostawiło zakupy związane z powakacyjnym powrotem dzieci do szkoły na wrzesień. Jak wynika z pierwszej polskiej edycji raportu „Wyprawka szkolna 2019”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, finansowe koszty pierwszego dzwonka są największym obciążeniem dla rodziców dzieci w wieku 6-9 lat, a najmniejszym dla rodziców 14-15-latków. Na ubrania, buty oraz przybory szkolne średnio Polacy wydadzą 1 718 zł.
Nowy rok szkolny jest najbardziej kosztowny dla rodziców najmłodszych dzieci. Prawie dwie trzecie rodzin, w których jest przynajmniej jedno dziecko w wieku 6-9 lat deklaruje, że wyda na wyprawkę szkolną więcej niż rok temu. Najrzadziej (34 proc.) takiej odpowiedzi udzielali rodzice dzieci w wieku 14-15 lat. Kwota wydana na wyprawkę szkolną maleje też razem ze wzrostem liczby dzieci w rodzinie. O ile aż 54 proc. rodziców jednego dziecka deklaruje, że wyda więcej niż w ubiegłym roku, o tyle w przypadku rodzin, w których jest czworo uczniów liczba takich odpowiedzi spadła do 4 proc.
Młodsi rodzice wydadzą więcej
W szkolnych wydatkach znaczenie ma wiek rodziców. Młodzi rodzice w wieku do 29 lat zdecydowanie wydadzą więcej na plecaki szkolne – średnio około 153 zł. Najoszczędniej do tego typu zakupów podchodzą rodzice w wieku 50+, deklarując wydatek na poziomie 138 zł.
– Różnice w kwotach przeznaczanych na poszczególne wydatki widać w przypadku zakupu telefonu, młodzi rodzice wydadzą na ten cel średnio 770 zł, podczas gdy rodzice między 40 a 49 rokiem życia jedynie 475 zł– mówi Jan Kisielewski, Dyrektor w Dziale Strategii Deloitte. Starsi rodzice, w wieku 50+, więcej niż inne grupy wiekowe wydadzą na komputer stacjonarny – ponad 1732 zł, na tablet – 711 zł i mundurek – ok. 160 zł.
Widoczne są też różnice w deklarowanych kwotach na wydatki szkolne pomiędzy kobietami i mężczyznami. – Mamy deklarują, że wydadzą więcej na plecaki szkolne, podczas gdy ojcowie deklarują większe wydatki na podręczniki – dodaje Jan Kisielewski.
Eksperci Deloitte wyliczyli, że w tym roku polska rodzina przeznaczy na szkolne wydatki średnio 1 718 zł. W przypadku rodzin z jednym dzieckiem będzie to średnio 1 388 zł, z dwojgiem 1 898 zł, a z trojgiem 2 742 zł.
Zakupy na ostatnią chwilę
Jedynie 2 proc. ankietowanych przez Deloitte zostawiło zakupy szkolnej wyprawki na wrzesień. Większość (51 proc.) wyda w tym miesiącu 25 proc. kwoty przeznaczonej na zakup rzeczy związanych z powrotem dzieci do szkoły. – Tak naprawdę szkolne wydatki trwają przez cały rok. Dzieci, zwłaszcza te młodsze, częściej zużywają ubrania i przybory szkolne. 71 proc. ankietowanych potwierdza, że w ciągu roku szkolnego musi dokupić artykuły szkolne, najczęściej zeszyty i przybory do pisania. Na drugim miejscu jest codzienna odzież. 59 proc. respondentów uzupełnia szafy swoich dzieci także w ciągu roku szkolnego – mówi Patrycja Venulet, Dyrektor w Dziale Strategii Deloitte. Na trzecim miejscu jest odzież sportowa. Odpowiedziało tak 53 proc. ankietowanych.
Najczęściej zakupy wyprawki Polacy robią w hipermarketach (16 proc.), sieciówkach odzieżowych (14 proc.) i dyskontach (11 proc.).
60% Polaków to mieszkańcy miast[1]. Wiele dużych ośrodków staje się coraz bardziej inteligentnych, jednak ich rozwój wiąże się także z wyzwaniami, m.in. w zakresie transportu. W Warszawie średni czas podróży mógłby być krótszy o 38%, gdyby na drogach nie występowały utrudnienia[2]. Przełom w transporcie miejskim przyniosą technologie takie jak sieć5G – połączone czujniki pomogą władzom miejskim w zarządzaniu infrastrukturą drogową, a kierowcom i zarządzającym flotami m.in. w inteligentnym planowaniu tras.
Rozmowne samochody
Systemy łączności 5G pozwolą przesyłać dane szybciej i sprawniej. Ich połączenie z czujnikami i urządzeniami z zakresu Internetu rzeczy (ang. Internet of Things, IoT), które zbierają i przesyłają informacje, umożliwi gromadzenie, przetwarzanie i analizowanie danychszybciej niż kiedykolwiek. Korzyści z połączonego internetu przedmiotów czerpie wiele krzyżujących się branży. Jedną z najszybciej rosnących są rozwiązania umożliwiające komunikację pojazdów z infrastrukturą drogową (ang. Vehicle-to-Infrastructure, V2I)[3]. Takie systemy mogą być wykorzystywane zarówno przez zarządzających transportem oraz flotami, jak i przez władze lokalne.
Inteligentne planowanie ruchu
Samorządy mogą wykorzystywać dane z inteligentnych czujników do oceny stanu dróg i ustalania priorytetów prac remontowych. Ich połączenie ze zanonimizowanymi danymi z pojazdów mogłyby także dostarczać informacji o warunkach pogodowych, zatorach czy wypadkach. Na tej podstawie algorytmy sztucznej inteligencji mogą w czasie zbliżonym do rzeczywistego zarządzać ruchem, np. dopasowywać ograniczenia prędkości, przydziały pasów ruchu czy sygnalizację świetlną. Dane o położeniu i prędkości samochodów mogą też ułatwić ustalanie bezpiecznych i szybkich tras, m.in. dla służb ratunkowych. Takie rozwiązania działają już np. w Barcelonie, gdzie pomagają w lepszym planowaniu tras i rozkładów jazdy miejskich autobusów.
Bezpieczne i szybsze przejazdy
Sieć czujników przekazuje informacje do urządzeń IoT, co umożliwia inteligentne wyznaczanie tras czy odpowiedniej prędkości, ważne nie tylko dla „zwykłych” kierowców, ale i menedżerów flot. Dostarczane na bieżąco dane na temat potencjalnie niebezpiecznych odcinków mogą pomóc w unikaniu oblodzonych czy nieprzejezdnych dróg. Kierowcy mogą więc dostosować styl jazdy i prędkość do warunków oraz omijać korki. Wspiera to szybkie oraz sprawne podróże i przewożenie towarów czy przesyłek. Czujniki mogą nawet informować które miejsca parkingowe są wolne, co przekłada się na oszczędność czasu ich szukania, a tym samym ograniczenie związanej z tym pracy na biegu jałowym i zużycia paliwa.
Korzyści dla miasta, kierowców, mieszkańców i środowiska
Poza rozwijaniem bezpieczeństwa korzyści mogą obejmować przede wszystkim mniejszą liczbę kolizji oraz zmniejszanie emisji spalin. Według szacunków wprowadzenie na szeroką skalę technologii smart city pozwoli na oszczędność czasu dojazdów nawet o 20%, skrócenie czasu reakcji w nagłych wypadkach o 35% czy zredukowanie emisji gazów cieplarnianych o 15%[4].
Sebastian Bazylak, marketing manager w firmie Verizon Connect, podkreśla: – Ogromną ilością danych gromadzonych przez inteligentne miasta pozwalają zarządzać m.in. platformy telematyczne typu Mobile Resource Management (MRM), wykorzystujące telefonię komórkową i chmurę. Połączenie informacji z wielu źródeł umożliwi sprawny przewóz osób i ładunków oraz pomoże zrozumieć w jaki sposób wykorzystywana jest infrastruktura drogowa czy pojazdy. Na tej podstawie zarówno kierowcy, właściciele flot, jak i samorządy będą mogły podejmować trafniejsze decyzje. Inteligentnie zarządzana infrastruktura oraz planowanie tras mogą też sprawić, że miasta staną się bardziej dostępne dla flot pojazdów, które będą spędzać mniej czasu w ruchu miejskim. A to realna korzyść także dla mieszkańców.
Raport kwartalny PZPM i KPMG w Polsce „Branża motoryzacyjna. Edycja Q2/2019” należy do serii raportów kwartalnych, których celem jest przedstawienie bieżących trendów w branży motoryzacyjnej w Polsce, rozumianej zarówno jako rynek motoryzacyjny, jak i produkcja przemysłowa oraz motoryzacyjne usługi finansowe. Analiza oparta jest o najnowsze dostępne dane rejestracyjne, statystyczne i rynkowe. Publikacja jest wspólnym przedsięwzięciem Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego oraz KPMG w Polsce.
W I połowie 2019 r. zarejestrowano 278,3 tys. nowych samochodów osobowych, 35,1 tys. dostawczych, 16,8 tys. samochodów ciężarowych, 14,1 tys. przyczep i naczep oraz 11,5 tys. motocykli i 10,5 tys. motorowerów. W pierwszym półroczu br. dynamicznie rosła liczba rejestracji samochodów elektrycznych, których Polacy zarejestrowali blisko 98% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W I połowie br. liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w segmencie premium+ wyniosła 38,5 tys. i była wyższa o 7,6% r/r. W I kwartale 2019 r. wartość eksportu produktów motoryzacyjnych z Polski zwiększyła się o 3,3% r/r, w tym czasie spadła wartość aż o 12% eksportu samochodów osobowych. Analogicznie w I połowie 2019 r. fabryki motoryzacyjne ulokowane w Polsce wypracowały wyższy wynik o 6,5%, ale z taśm montażowych zjechało 360 tys. pojazdów samochodowych, co oznacza spadek o 0,6% względem analogicznego okresu poprzedniego roku.
Ogółem od stycznia do czerwca 2019 r. zarejestrowano 278,3 tys. nowych samochodów osobowych – o 1,9 % więcej w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Rejestracje klientów instytucjonalnych w tym okresie wyniosły 190,7 tys., co przełożyło się na nieznaczny wzrost 0,7%. Tymczasem w segmencie premium+ w I połowie 2019 r. zarejestrowano w Polsce 38,5 tys. nowych samochodów osobowych tj. 7,6% więcej w porównaniu do poprzedniego roku.
Pierwsza połowa br. to kolejny okres wzrostu w segmencie samochodów osobowych. Choć w porównaniu do poprzednich lat, kiedy to wzrosty oscylowały na poziomie kilkunastu procent, odnotowany obecnie pozostaje na poziomie kilku procent, jest to ciągle powód do zadowolenia, zwłaszcza wobec prognozowanego przez niektórych ekspertów spadku rejestracji – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Najwyższy wzrost rejestracji w segmencie kombivanów
Pomimo że w pierwszej połowie 2019 r. liczba rejestracji spadła w większości segmentów, wzrost zanotował segment kombivanów (+15%) oraz najliczniejszy segment małych i średnich SUV-ów (+11%). Popularne segmenty C i B były stabilne. Najgłębsze spadki odnotowano w kategorii małych i średnich MPV (-24%) oraz w segmencie D (-9%).
Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce
W pierwszej połowie 2019 r. o 27,9% wzrosła liczba rejestracji samochodów osobowych z napędami alternatywnymi w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku. Ogólnie zarejestrowano ponad 15,2 tys. aut z napędami alternatywnymi. W tym 13 898 aut z napędem hybrydowym oraz 1 355 samochodów elektrycznych. Wciąż znacznie więcej aut z napędami alternatywnymi kupują klienci instytucjonalni niż prywatni. W ich grupie odnotowano zdecydowanie wyższe tempo wzrostu +35,6% wobec +0,8% wśród klientów indywidualnych – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.
Rośnie liczba rejestracji w segmentach pojazdów użytkowych
W pierwszej połowie 2019 r. liczba rejestracji samochodów dostawczych wyniosła 35,1 tys., czyli o 8,1% więcej w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. Rejestracje samochodów ciężarowych zwiększyły się aż o 11,3% – w pierwszej połowie 2019 r. zarejestrowano 16,8 tys. sztuk. Rynek autobusów i autokarów zwiększył się o 8,1% – w pierwszej połowie br. liczba rejestracji w tym segmencie wyniosła 1 538 tys. sztuk. Do wzrostu całej grupy przyczyniły się minibusy i autobusy miejskie, które odnotowały wzrost kolejno o 21% i 12%.
Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego
Wzrosty w segmencie pojazdów użytkowych w pierwszej połowie 2019 r. stanowią powód do zadowolenia. Tak dobra sytuacja została podbudowana przez wprowadzenie nowych wymagań dla tachografów od 15 czerwca br., co przyczyniło się do skumulowania zakupów. Niestety, wyniki z drugiej połowy czerwca pokazały już znaczny spadek w tym segmencie – zwłaszcza pojazdów ciężkich – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Duży wzrost liczby rejestracji w segmencie jednośladów
W I połowie 2019 r. zarejestrowano 10 485 motorowerów, co oznacza wzrost o 24,6% w porównaniu z I połową 2018 r. Wzrost rejestracji odnotowano również na rynku motocykli, których od stycznia do czerwca br. zarejestrowano 11 531 sztuk, co oznacza wzrost o 37,1% w porównaniu z 2018 r.
Produkcja samochodów osobowych zwalnia
Od początku 2019 r. wyprodukowano w Polsce łącznie 360 tys. pojazdów samochodowych, o 0,6% mniej niż w poprzednim roku. Najbardziej zmniejszyła się produkcja samochodów osobowych – z taśm montażowych zjechało 238,1 tys. sztuk, o 8,9% mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.
Trend ten z jednej strony potwierdza europejską, ale i światową tendencję spadku nowych rejestracji co jest tym bardziej istotne, że praktycznie całość produkcji samochodów osobowych kierowana jest na eksport. Co znamienne trend ten nie dotyczy samochodów użytkowych. W pierwszej połowie produkcja tego typu pojazdów zwiększyła się w Polsce o prawie 21%. Wpłynęła na to zwiększona sprzedaż zarówno w UE, jak i w Polsce – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.
W ostatnim czasie media alarmują o płonących „płucach Ziemi” w Ameryce Południowej. Pożary to problem, który dotyka jednak nie tylko Amazonię. Płoną lasy tajgi i tundry – czyli podbiegunowych obszarów półkuli północnej, położonych na terenach Kanady, Rosji i Alaski. Tamtejszą sytuację pogarszają także płonące torfowiska. Problem ten jest równie poważny w Centralnej i Południowej Afryce, Australii oraz w Oceanii. Niedawno dotyczył także Kalifornii. Intensywność trwających obecnie pożarów nie jest największa w skali globalnej. Sytuacja wygląda najgroźniej w Afryce. Tamtejsze straty są największe biorąc pod uwagę przetrzebiony z terenów zielonych kontynent. Afrykańskie lasy znikają – czego najlepszym przykładem jest Madagaskar, gdzie w ciągu zaledwie ostatnich kilkudziesięciu lat utracona została niemalże cała pokrywa leśna. W przypadku Amazonii skala problemu nadal jest jednak duża. Pojawia się pytanie, dlaczego tak trudno ugasić pożary, które mają dziś miejsce.
– Region ten stanowi ogromny kompleks deszczowej puszczy tropikalnej, zajmujący powierzchnię porównywalną do Europy. Znajduje się na terenie 9 krajów współzarządzających całym obszarem. Koordynacja ich współpracy jest bardzo utrudniona z powodów politycznych.Niektóre z państw pozostają nawet w konflikcie – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, przedstawiciel i prezes Rady Global Compact Network Poland – Tymczasem pożary są rozproszone, a odległości między nimi a najbliższymi skupiskami ludności to często tysiące kilometrów. Trwający dziś, największy pod względem zajmowanej powierzchni pożar w Amazonii, obejmuje obszar o promieniu równym odległości pomiędzy Warszawą a Białymstokiem. Akcje gaśnicze prowadzone są z użyciem samolotów, a ich koszt jest ogromny. Do tego dochodzi problem wysychania puszczy amazońskiej z powodu braku wody – mimo, że w skali globalnej kumuluje ona w sobie ok. 20 proc. zasobów wody słodkiej. Na jej obrzeżach wciąż dochodzi do podpaleń, które mają na celu pozyskanie terenu pod uprawę soi czy hodowlę bydła. Pożary, zwłaszcza w południowych krańcach Amazonii, są więc dziełem człowieka. W pozostałej części powstają one samoczynnie, w wyniku naturalnych zjawisk. Ich liczba rośnie z każdym rokiem. W 2018 roku odnotowano o 84 proc. mniej pożarów niż w obecnie.Dzisiaj skala ta sięga ok. 80 tysięcy ognisk pożarowych, co – jak twierdzą eksperci – jest nieprawdopodobnym zjawiskiem – alarmuje Wyszkowski.
Przez ostatnie 2,5 roku maksymalne ceny promocyjne bananów wzrosły o prawie 41%. Największe podwyżki wprowadziły sieci cash&carry. Wyniosły one aż blisko 250%. Z kolei średni koszt zakupu zmniejszył się o nieco ponad 5%. Spadki zanotowano w hipermarketach – o 25%, w dyskontach – o 18%, a także w supermarketach – o 7%. Należy też dodać, że o 0,28% podniosły się minimalne wartości cenowe. Tymczasem branża skarży się na to, że najniższe ceny na rynku nie obejmują transportu morskiego do Europy, cła i kosztów dojrzewania. Dlatego nie opłaca się sprowadzać ich prosto z plantacji. I że stoją za tym interesy dużych sieci handlowych. Z kolei eksperci dodają, że tanie banany podnoszą liczbę paragonów aż o kilkadziesiąt procent tygodniowo.
Szczytowe wartości
Od początku 2017 roku do połowy br. maksymalne ceny promocyjne poszły w górę o blisko 41%. Julita Pryzmont, Business Development and Communication Director w Hiper-Com Poland, przypomina, że w latach 2017-2018 wystąpiły niekorzystne warunki pogodowe w Meksyku, Kostaryce, Hondurasie i Gwatemali. W konsekwencji do Europy trafiło mniej owoców. Natomiast w tym roku plantatorzy w Kolumbii walczą z grzybem Fusarium, który jest zabójczy dla bananowców. I w takich sytuacjach banany drożeją.
– Duży wzrost jest spowodowany okresowym brakiem towaru u importerów. Firmy, które nie mają stałych kontraktów z plantatorami, ze względu na brak ich opłacalności, w okresie małych zbiorów są zmuszone przepłacać. I dlatego owoce drożeją w sklepach. Uważam, że od końca sierpnia do listopada br. ceny maksymalne bananów będą równie niskie jak ostatnio. Będzie wtedy dużo promocji. Jednak od grudnia do końca marca 2020 roku należy spodziewać się podwyżek – mówi Andrzej Hajduk z firmy Artfoods, która importuje owoce z całego świata.
Natomiast Marcin Lenkiewicz, ekspert z aplikacji Zdrowe Zakupy, zauważa, że ceny maksymalne często dotyczą bananów lepszej jakości. Bardzo prawdopodobne jest to, że przez ponad dwa lata sieci handlowe potrafiły przyciągnąć klienta, który szczególnie zwraca uwagę na produkty określane mianem „premium”. Dla wymagającego konsumenta cena nie jest przecież najważniejsza. Zatem można ją podnieść.
– Największe podwyżki zanotowały sieci cash&carry, bo aż o 247,80%. W supermarketach wyniosły one tylko 2%. W convenience cena maksymalna nie uległa zmianie. Natomiast spadła w hipermarketach – o 5,40%, a także w dyskontach – o 40,08%. Trzeba pamiętać też o tym, że ten ostatni format reprezentuje największa sieć w Polsce – Biedronka. Ma ona dużą siłę negocjacyjną i dlatego właśnie w tym kanale spadek mógł być aż tak duży – analizuje ekspert z Hiper-Com Poland.
Średnie koszty
Z kolei patrząc na średnie ceny promocyjne, można zauważyć, że w badanym okresie spadły one o 5,01%. Zdaniem Andrzeja Hajduka, nastąpiła niewielka obniżka, ponieważ konkurujące ze sobą sieci wymuszają na swoich dostawcach coraz większe i częstsze upusty. W ostatnich latach na polskim rynku mocno uwidoczniła się ostra walka sklepów o stałych klientów. Banan stał się owocem wykorzystywanym do przyciągania ich. Jego cena w gazetce bardzo często jest niższa niż koszt pozyskania. Jako towar szybko psujący się, po procesie dojrzewania musi być natychmiast sprzedany. Kupując go np. co drugi dzień, konsument sięga również po inny asortyment, na którym realizowana jest zawyżona marża.
– Banany często pojawiają się na pierwszych stronach gazetek, szczególnie wydawanych przez supermarkety i hipermarkety. Co więcej, promocje na towar sprzedawany w sklepach luzem dochodzą nawet do 30-40%. Warto mieć na uwadze, że to produkt budujący ruch w placówce handlowej. Może również pozycjonować sieć jako taką, która sprzedaje owoce i warzywa w bardzo atrakcyjnych cenach – stwierdza Marcin Lenkiewicz.
Należy też zauważyć, że średnie ceny w promocji wzrosły w cash&carry – o 23,21%, a także w convenience – o 2,31%. Spadki nastąpiły w hipermarketach – o 25,08%, w dyskontach – 18,10%, jak również w supermarketach – 7,41%. Julita Pryzmont dostrzega, że format cash&carry podniósł zarówno minimalne, jak i maksymalne koszty zakupów. To oczywiście spowodowało największą podwyżkę przeciętnych wartości cenowych. Promocje bananów były rzadkością w tym kanale sprzedaży. W niektórych sieciach nie pojawiły się wcale. Można podejrzewać, iż ten owoc nie jest popularny w tego typu sklepach ze względu na swoją nietrwałość.
Najniższe ceny
– Z analizy wynika, że minimalne ceny promocyjne wzrosły zaledwie o 0,28%. Sieci dbają o to, by ich oferty były atrakcyjne. Popularność bananów i duża częstotliwość ich zakupu sprawia, że opłaca się je tanio sprzedawać. Obniżki na ten towar podnoszą liczbę paragonów nawet o kilkadziesiąt procent tygodniowo. Takie zjawisko jest widoczne od lat, niezależnie od pory roku. Niemniej w br. owoce sezonowe, np. truskawki czy czereśnie, były drogie. To mogło przyczynić się do większego niż zwykle popytu na banany i lekkiego wzrostu ich cen – wyjaśnia Elżbieta Szarejko z Centrum Monitorowania Rynku (CMR).
W ocenie Andrzeja Hajduka, minimalne ceny promocyjne w granicach 2,00-2,49 zł/kg są już tak niskie, że uwzględniają jedynie wartość owoców i opakowań. Nie obejmują transportu morskiego do Europy, cła, a także kosztów dojrzewania. Wprowadzanie jeszcze większych promocji jest nie potrzebne, bo i tak nie przyciągnęłyby dodatkowych klientów.
– Patrząc na poszczególne formaty, widzimy ciekawą sytuację. Ceny minimalne poszły w górę tylko w cash&cary – o zaledwie 7,31%. W convenience, dyskontach i supermarketach pozostały na niezmienionym poziomie. Spadek zanotowały wyłącznie hipermarkety – o 5,90%. Sieci nie zastosowały podwyżek, aby nie zawodzić oczekiwań swoich klientów. Jedyny odnotowany wzrost jest prawie niewidoczny – komentuje Marcin Lenkiewicz.
Jak podsumowuje ekspert z Artfoods, importerzy i dojrzewalnicy bananów muszą sprostać oczekiwaniom niskich cen w sieciach handlowych w Polsce. Szukają więc oszczędności, importując owoce nie bezpośrednio z plantacji, tylko czekając na nadwyżki w Europie Zachodniej. Kupują wtedy towary poniżej ich wartości. Nadprodukcja na świecie jest tak duża, że przez większą część roku można realizować zakupy zielonego banana w ten sposób. To oczywiście z czasem może się zmienić w skutek chorób, które dotykają obecnie bananowce.
Dane pochodzą z raportu opracowanego przez międzynarodową firmę Hiper-Com Poland we współpracy z ekspertami z aplikacji Zdrowe Zakupy. Przeanalizowano ceny promocyjne bananów we wszystkich dyskontach, hipermarketach, supermarketach, sieciach convenience oraz cash&carry. Porównano wyniki z lat 2017 i 2018 oraz z pierwszego półrocza 2019 roku.
Ostatnie lata na rynku wynajmu powierzchni magazynowych zdecydowanie można nazwać złotymi. Charakteryzowały się przede wszystkim znacznym przyrostem podaży nowoczesnych obiektów przemysłowych, któremu towarzyszył wysoki popyt na nie. W ciągu pięciu ostatnich lat zasoby magazynów w Polsce podwoiły się i w wyniku tego na koniec drugiego kwartału 2019 roku przekroczyły 16.75 mln mkw. W tym samym okresie, w ramach nowych umów najmu, renegocjacji i ekspansji, wynajęto ponad 13 mln mkw. magazynów, a najbardziej spektakularne pod względem wielkości transakcje najmu były zawierane głównie przez najemców z branży e‑commerce. Mieliśmy również okazję obserwować stabilny rozwój kluczowych klastrów magazynowych, takich jak Warszawa, Poznań, Stryków, zlokalizowanych w pobliżu głównych arterii komunikacyjnych oraz błyskawiczny rozkwit nowych rynków, np. ściany zachodniej w pasie od Szczecina do Legnicy, których tak intensywnego ożywienia jeszcze dekadę temu nikt by nie przewidywał.
Można przewidywać, że w ramach dalszego rozwoju rynku powierzchni przemysłowych w Polsce kolejne, kluczowe inwestycje powstaną głównie w regionie Polski Centralnej, w pobliżu głównych arterii komunikacyjnych – autostrad A1 i A2 oraz drogi ekspresowej S8. Dzięki swojemu położeniu przy doskonale rozwiniętej infrastrukturze transportowej znakomicie region sprawdza się jako lokalizacja dla dużych, krajowych centrów dystrybucyjnych czy hubów przeładunkowych. Wolumen nowoczesnych powierzchni w innych, głównych klastrach magazynowych, np. na Górnym Śląsku, we Wrocławiu i Poznaniu, będzie rósł w dotychczasowym tempie. Warto podkreślić, że z budowy trasy ekspresowej S5, łączącej stolice Dolnego Śląska ze stolicą Wielkopolski mogą wyniknąć liczne korzyści dla firm transportowych działających w tych regionach. Zauważalny będzie też dalszy wzrost zainteresowania potencjalnych najemców obiektami zlokalizowanymi lub mającymi powstać w okolicy miast regionalnych, gdzie wciąż jest łatwiej o pracowników. Warto tu wymienić Lublin, który w 2020 roku, dzięki ukończeniu budowy drogi ekspresowej S17 zyska szybkie połączenie z Warszawą, czy Częstochowę, której sytuację komunikacyjną poprawi w następnych latach ukończenie budowy obwodnicy miasta, będącej częścią autostrady A1. Silnie rozwinie się zachodnia część kraju, gdzie powierzchni poszukują między innymi niemieckie firmy, które w ten sposób chcą obniżyć koszty wynajmu i siły roboczej. Sytuację komunikacyjną Pomorza poprawi natomiast budowa trasy S6.
Na intensywny rozwój czekają polskie porty. W pierwszych dniach sierpnia Sejm przyjął specustawę o inwestycjach w zakresie budowy portów zewnętrznych, która wprowadza ułatwienia proceduralne usprawniające budowę Portu Centralnego w Gdańsku, Portu Zewnętrznego w Gdyni i głębokowodnego terminalu kontenerowego w Świnoujściu, na którego rozwój będzie mieć też wpływ budowa trasy S3. W lipcu podpisane zostały trzy umowy na modernizację infrastruktury kolejowej w portach Trójmiasta. Przebudowane zostaną stacje towarowe Gdańsk Port Północny, Gdańsk Kanał Kaszubski oraz Gdynia Port oraz linie kolejowe prowadzące do obu portów, dzięki czemu będą mogły docierać tam pociągi o długości do ok. 750 metrów. Dodatkowo poprawia się infrastruktura kolejowa dla przewozów kolejowych z Chin. Za dwa lata terminal w Małaszewiczach będzie w stanie przyjąć blisko 3,3 tys. pociągów rocznie.
Kontynuacja wysokiej dynamiki rozwoju rynku jest uwarunkowana również wzrostem branży e‑commerce oraz zainteresowaniem wynajmem magazynów ze strony firm logistycznych, stanowiących obecnie jeden z głównych czynników napędzających popyt. Silnie rozwijać będzie się tak zwana logistyka ostatniej mili oraz miejskie parki magazynowe. W związku z ograniczoną podażą działek zlokalizowanych w granicach miast i przeznaczonych pod obiekty logistyczne w dłuższym okresie popularne staną się rozwiązania alternatywne stosowane w innych krajach, np. budowa obiektów piętrowych lub przebudowa zlokalizowanych w miastach starych kompleksów przemysłowych.
Cieszy fakt, że dla inwestorów działających w branży nieruchomości magazyny stają się coraz bardziej atrakcyjnym aktywem, co umożliwia dostarczanie kapitału na rynek na przykład z Azji. Zakup wysokiej klasy nieruchomości przemysłowe z długoterminowymi umowami najmu coraz częściej stanowi doskonałą alternatywę dla nabycia obiektów biurowych czy handlowych i jest sposobem na dywersyfikację portfeli inwestycyjnych. Szacuje się, że silne podstawy gospodarcze i wzrost PKB w następnych latach nadal będą przyciągać kapitał z dotychczasowych i nowych kierunków.
Kluczowa bariera, która może wystąpić na tle procesu, to niedobór siły roboczej i ciekawych, dużych terenów inwestycyjnych. W czerwcu 2019 stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce wynosiła 5.3%. To zbyt mało, aby utrzymać dotychczasowe tempo rozwoju branży nawet przy założeniu, że praca w tym sektorze staje się z roku na rok coraz bardziej zautomatyzowana. Receptą może okazać się opracowanie polityki migracyjnej ułatwiającej zatrudnienie cudzoziemców. Konkurencja wśród głównych deweloperów na rynku i coraz mniejsza podaż interesujących działek w głównych klastrach oddziałują na wzrost cen gruntów. Niedobory gruntów na wiodących rynkach powodują też, że wydłuża się proces planowania parków logistycznych i przygotowania nowych inwestycji.
Oczekiwania konsumentów nieustannie się zmieniają, a co za tym idzie, rosną również wymagania najemców powierzchni przemysłowych, mających świadomość, że wybór odpowiedniej strategii nieruchomościowej odgrywa ważną rolę w prawidłowym działaniu całej sieci logistycznej. Zmienia się również podejście wynajmujących, którzy kładą większy nacisk na budowanie długoterminowych relacji z najemcami. Co za tym idzie, w następnych latach z pewnością będziemy świadkami kolejnych ciekawych transakcji na coraz bardziej dojrzałym rynku powierzchni magazynowych.
Źródło/opracowanie: BNP Paribas Real Estate Poland
Utrzymanie szybkiego tempa rozwoju polskiej gospodarki w długiej perspektywie będzie coraz trudniejsze. Jednak ta wciąż ma potencjał, żeby w nadchodzącym 10-leciu rozwijać się w tempie 5 proc. rocznie. Warunkiem jest zwiększanie produktywności, poziomu inwestycji, wydatków na innowacje, a także usprawnienie rynku pracy oraz zapewnienie firmom przyjaznych warunków do prowadzenia działalności – wynika z najnowszego raportu McKinsey & Company przygotowanego we współpracy z „Forbes”. Jeżeli te warunki zostaną spełnione, do 2030 roku Polska ma szansę podwoić swój PKB, osiągnąć poziom zamożności krajów Europy Zachodniej i awansować do gospodarczej ekstraklasy.
– Polska gospodarka rozwija się nieprzerwanie od 28 lat. W tym czasie PKB realnie wzrosło trzykrotnie. Od momentu wstąpienia do Unii Europejskiej rośniemy w tempie 4 proc. rocznie, co stawia nas w ścisłej czołówce UE. 2019 rok jest dobry, żeby się zastanowić, co w najbliższych latach może wydarzyć się z polską gospodarką, ponieważ mija 30 lat od początku transformacji ustrojowej i 15 lat od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Purta, partner zarządzający McKinsey & Company w Polsce.
W najnowszym raporcie „Polska 2030. Szansa na skok do gospodarczej ekstraklasy” eksperci McKinsey wskazują, że dotychczasowy rozwój polskiej gospodarki można uznać za osiągnięcie na globalną skalę. Jednak utrzymanie tempa wzrostu w długiej perspektywie będzie coraz trudniejsze, m.in. ze względu na prognozowane spowolnienie gospodarcze na świecie. Mimo to eksperci oceniają, że w nadchodzących 10 latach Polska ma szansę rozwijać się jeszcze szybciej, w tempie sięgającym 5 proc. rocznie, a wartość gospodarki w cenach stałych może się podwoić – z 477 mld euro w 2018 roku do 890 mld w 2030 roku.
– W raporcie, który publikujemy we współpracy z „Forbes”, zarysowaliśmy dwa możliwe scenariusze rozwoju. Pierwszy to scenariusz bazowy, który zakłada, że będziemy rośli około 3 proc. w skali roku. Pod względem rozwoju gospodarczego pozwoli nam to przegonić niektóre kraje Europy Zachodniej, natomiast cały czas pozostaniemy wśród krajów o średnim poziomie rozwoju. Uważamy, że możliwy jest bardziej ambitny scenariusz, w którym roślibyśmy w tempie około 5 proc. rocznie. To pozwoliłoby de facto podwoić wielkość polskiej gospodarki w perspektywie 2030 roku i dołączyć do gospodarczej ekstraklasy –mówi Marcin Purta.
Jeżeli polska gospodarka będzie się rozwijać w tempie ok. 3 proc. rocznie, wówczas za 10 lat PKB w ujęciu realnym zwiększy się z obecnego poziomu 12,4 tys. euro na osobę do 18,5 tys. euro. To oznaczy, że przegonimy pod tym względem m.in. Portugalię. Przy 5-proc. wzroście Polska mogłaby zostać jednym z motorów wzrostu europejskiej gospodarki i z powodzeniem konkurować na globalnym rynku, osiągając przy tym poziom PKB 24,3 tys. euro na osobę, czyli taki, jaki ma obecnie Hiszpania. Jednak aby było to możliwe, niezbędne są działania w pięciu kluczowych obszarach.
– Po pierwsze, konieczne jest zamknięcie luki produktywności w stosunku do Europy Zachodniej. Pomimo sukcesów w ostatnich latach polska gospodarka jest cały czas o połowę mniej produktywna niż kraje Europy Zachodniej – mówi Marcin Purta.
Luka produktywności pomiędzy polską a zachodnioeuropejską gospodarką wynosi 46 proc., ale są sektory takie, jak górnictwo, energetyka czy rolnictwo, w których jest ona dużo większa i waha się w przedziale 50–70 proc.
– Dobrą wiadomością jest to, że są sektory takie jak handel i usługi, gdzie produktywność jest na poziomie zbliżonym do średniej dla Europy Zachodniej – mówi Marcin Purta. – Elementem, który pozwoli zamknąć tę lukę produktywności, może być cyfryzacja. W perspektywie do 2025 roku dodatkowy potencjał PKB związany z cyfryzacją może osiągnąć 64 mld euro.
Eksperci wskazują, że ambitny scenariusz rozwoju polskiej gospodarki będzie też wymagać zwiększenia poziomu inwestycji. Dziś jest to ok. 18 proc. PKB (2018 rok), co plasuje Polskę dopiero na 24. miejscu w Unii Europejskiej. Aby do końca tej dekady inwestycje osiągnęły poziom 20–25 proc. PKB, będą potrzebne dodatkowe projekty inwestycyjne i kapitał na ich realizację rzędu 30–75 mld euro.
Trzeci warunek szybkiego rozwoju to zwiększenie wydatków na innowacje. Na badania i rozwój Polska przeznacza ok. 1 proc. PKB, podczas gdy średnia w Unii Europejskiej wynosi ok. 2 proc., co skutkuje niższym poziomem innowacyjności naszej gospodarki.
Czwarty aspekt to rynek pracy i zapewnienie wystarczającej liczby wykwalifikowanej siły roboczej. Na skutek niekorzystnych trendów demograficznych do 2030 roku z polskiego rynku pracy ubędzie około 2 mln osób w wieku produkcyjnym. Co więcej, w Polsce średni poziom aktywności zawodowej wynosi 65 proc. przy unijnej średniej na poziomie 74 proc.
– Ostatni, piąty element to stworzenie dobrych warunków dla rozwoju biznesu. Chodzi o takie elementy, jak sprawność otwierania nowych firm, rozliczania podatków, dostęp do dobrej infrastruktury transportowej, informatycznej czy telekomunikacyjnej oraz stabilność regulacyjna oraz szybkie, sprawne i niezależne sądy – podkreśla Marcin Purta.
Konieczność doręczenia pozwu przez komornika i koniec z tzw. fikcją doręczeń, postępowania przygotowawcze przed procesem cywilnym i odrębne, szybkie postępowania w sprawach gospodarczych – to kluczowe zmiany wprowadzone w dużej nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego. Jak ocenia zastępca sekretarza Naczelnej Rady Adwokackiej Anisa Gnacikowska, nie rozwiązuje ona podstawowego problemu, jakim jest nadmierne obciążenie sądów liczbą spraw. Co więcej, wprowadzone zmiany mogą spowodować, że ograniczone zostanie prawo do sądu.
Pod koniec lipca prezydent Andrzej Duda podpisał dużą nowelizację Kodeksu postępowania cywilnego, której celem jest m.in. usprawnienie i skrócenie czasu trwania postępowań sądowych.
– Prawnicy mają nadzieję, że zmiany wprowadzone w Kodeksie postępowania cywilnego rzeczywiście doprowadzą do przyspieszenia postępowania, żeby obywatel, składając sprawę do sądu, miał możliwość szybciej uzyskać wyrok. Niestety, pomysłem na te usprawnienie postępowań przed sądem jest stworzenie określonych barier. Proces po zmianach będzie wyglądał jak swoisty bieg z przeszkodami. Dopiero po pokonaniu wszystkich tych przeszkód i spełnieniu warunków formalnych osoba, która chce rozwiązania problemu, dojdzie do tego momentu, w którym sąd będzie mógł go rozwiązać. Obawiam się, że takie uregulowanie procedury może ograniczyć prawo do sądu – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anisa Gnacikowska, adwokat, zastępca sekretarza Naczelnej Rady Adwokackiej.
Jedna z ważniejszych zmian dotyczy zasad doręczania korespondencji sądowej. Do tej pory pisma sądowe były wysyłane pocztą. Nie zastawszy adresata, listonosz zostawiał awizo, a po drugim takim zawiadomieniu i upływie 14 dni, przesyłka była uznawana za skutecznie doręczoną, nawet jeżeli finalnie wcale nie dotarła do adresata. To tzw. fikcja doręczenia.
Zgodnie z nowymi przepisami, jeżeli pozwany nie odebrał pozwu lub innego pisma procesowego pomimo powtórnego zawiadomienia, sąd zawiadomi o tym powoda. Prześle mu odpis pisma dla pozwanego i zobowiąże do dostarczenia go pozwanemu za pośrednictwem komornika, któremu w ustaleniu adresu pomogą dane z ZUS-u i banków.
– Doręczenie przez komornika jest właśnie taką barierą, która może spowodować ograniczenie prawa do sądu. Jeżeli w pozwie wskażemy adres pozwanego, pod którym ten go nie odbierze, wtedy sąd zwróci nam pozew i nakaże, żeby doręczył go komornik. To może nie być problemem dla adwokatów, ale będzie nim już dla zwykłego Kowalskiego – żeby odebrać pozew, znaleźć komornika i aby komornik doręczył wezwanie. Jeżeli to się nie uda, wówczas proces nie może się dalej toczyć – mówi Anisa Gnacikowska.
Jak ocenia, dobrym pomysłem na usprawnienie postępowań cywilnych jest z kolei plan rozprawy, który sąd we współpracy ze stronami ma opracowywać przed rozpoczęciem procesu.
– Warunkiem, aby taki plan został dobrze sporządzony, jest zgłoszenie wszystkich wniosków dowodowych na tym etapie i dokładne określenie zakresu postępowania dowodowego. Osoby, które nie będą korzystały z pomocy adwokata, mogą sobie na tym etapie nie poradzić. To istotne o tyle, że jeżeli nie zgłosimy wniosków dowodowych na samym początku, to potem taka możliwość jest ograniczona. Trzeba będzie udowodnić, że nie było możliwości złożenia ich na pierwszym etapie, kiedy plan był opracowywany. Nawet jeśli to się uda, trzeba będzie ponieść dodatkową opłatę za to, żeby sąd dopuścił dowód – mówi Anisa Gnacikowska.
Postępowania przygotowawcze przed procesem cywilnym to kolejna ważna zmiana wprowadzona w nowelizacji KPC. W trakcie pierwszego posiedzenia (o charakterze odformalizowanym) zostanie zbadany zakres sporu i możliwość polubownego rozstrzygnięcia, a także zostanie ustalony plan rozprawy aż do wyroku, tzn. kolejne czynności procesowe sądu i stron. Ma to umożliwić rozpoznanie spraw przez sąd w jak najkrótszym terminie – zwłaszcza tych, które wymagają szerokiego postępowania dowodowego.
Strony będą zobligowane do brania udziału w takim posiedzeniu. W razie nieobecności powoda sąd będzie mógł nawet umorzyć postępowanie, chyba że ten zażąda przeprowadzenia posiedzenia pomimo swej nieobecności albo ją później usprawiedliwi. Natomiast w razie nieobecności pozwanego niezależnie od sporządzenia planu rozprawy bez jego udziału, sankcją może być obciążenie go wyższymi kosztami procesu.
Nowelizacja KPC przywraca także odrębne postępowanie w sprawach gospodarczych. Priorytetem ma być szybkie rozstrzyganie takich spraw – nowa ustawa obliguje sądy do sprawnego podejmowania czynności, ale i nakłada pewne ograniczenia na strony postępowania. Dla przykładu, w sprawach gospodarczych dowód z zeznań świadków sąd może dopuścić jedynie wtedy, kiedy po wyczerpaniu innych środków dowodowych lub przy ich braku pozostały niewyjaśnione fakty istotne dla rozstrzygnięcia sprawy.
– Projektodawcy powrócili do rozwiązania, które funkcjonowało przez kilkanaście lat, czyli do odrębnych postępowań gospodarczych. Jednak wprowadzono w nich jeszcze więcej barier, które przedsiębiorca musi pokonać, żeby sąd rozstrzygnął jego spór. Obawiam się, że takie rozwiązanie może utrudnić albo opóźnić postępowanie. W szczególności jeżeli przedsiębiorca nie będzie reprezentowany przez profesjonalnego pełnomocnika – podkreśla Anisa Gnacikowska.
Jak ocenia, nowe przepisy nie rozwiązują podstawowego problemu, jakim jest nadmierne obciążenie sądów liczbą spraw.
– Sądy pracują tak, jak pracują nie z powodu złej procedury, która do tej pory jakoś funkcjonowała, ale dlatego, że są za bardzo obciążone. Liczba spraw co roku się zwiększa, coraz więcej osób zwraca się do sądów. Jeżeli teraz wprowadzone zostaną nowe przepisy przy braku jakiejkolwiek reakcji na to, jak obciążone są sądy, np. w Warszawie, to nie zmieni rzeczywistości, a może jeszcze bardziej skomplikować i wydłużyć postępowania – ocenia Anisa Gnacikowska.
Brak finansowania, know-how i świadomości władz samorządowych, a przede wszystkim brak długoterminowej strategii i koncepcji rozwoju inteligentnych miast – to w Polsce główne bariery dla rozwoju smart cities. Włodarze miast nadal w dużej mierze traktują je jako nowinkę technologiczną. Metropolie wdrażają co prawda inteligentne systemy, ale działają one w oderwaniu od siebie, przez co nie w pełni efektywnie. Tymczasem, jak pokazuje raport opracowany dla Ministerstwa Cyfryzacji, rozwiązania typu smart city mogą przynieść nawet 30-proc. korzyści w różnych obszarach: od bezpieczeństwa, poprzez poprawę jakości życia i zdrowia mieszkańców, po istotne oszczędności w zużyciu mediów.
– W obszarze smart city mamy jeszcze wiele do zrobienia, co wynika z barier na wielu płaszczyznach. Pierwszą jest świadomość. W wielu miastach jest to traktowane wciąż jako nowinka technologiczna i fanaberia. Z reguły włodarze miast uznają, że jeżeli coś jest namacalne, jak np. inwestycja w nowy chodnik, to korzyści będą bardziej widoczne. Natomiast korzyści, które mogą osiągać z wdrożenia technologii, jeszcze nie są dla nich takie oczywiste. Stąd istotna jest świadomość tego, że takie technologie istnieją, można je wdrożyć i uzyskać dzięki nim określone korzyści, również kapitał polityczny – mówi agencji Newseria Biznes Remigiusz Wiśniewski z Grupy Roboczej ds. Internetu Rzeczy przy Ministerstwie Cyfryzacji, niezależny ekspert Willow Consulting.
Koncepcja smart cities opiera się na cyfryzacji miejskiej przestrzeni. Inteligentne systemy, bazujące na infrastrukturze IoT i danych z różnych obszarów, powodują, że miasto jest bardziej przyjazne mieszkańcom, bardziej ekonomiczne i ekologiczne. Instytut Machina Research oraz McKinsey szacują wielkość globalnego rynku IoT dla zastosowań smart city na 10 bln euro do końca 2025 roku. Szacunki Frost & Sullivan są nieco ostrożniejsze i wskazują na ok. 2 bln dolarów w podobnym horyzoncie czasowym. Niezależnie od tego, która z tych prognoz się spełni, można się spodziewać, że miasta będą coraz chętniej inwestować w nowoczesne technologie, co też jest szansą dla polskich przedsiębiorstw budujących rozwiązania oparte na internecie rzeczy.
Rozwiązania z zakresu smart city wdrażają już największe polskie aglomeracje jak Warszawa czy Wrocław, które w tegorocznym zestawieniu IESE Cities in Motion Index 2019 zajęły odpowiednio 69. oraz 95. miejsce na liście najbardziej przyjaznych miejsc do życia na świecie. Wśród najczęściej wdrażanych rozwiązań w Polsce są m.in.: systemy transportowe ITS i zarządzanie ruchem drogowym w czasie rzeczywistym, inteligentne parkingi i oświetlenie miejskie, monitoring przestrzeni publicznej, zdalny odczyt liczników i czujników czy zarządzanie mediami (np. oświetleniem miejskim, dostawami wody czy prądu albo wywozem odpadów).
Jak pokazuje kwietniowy raport „IoT w polskiej gospodarce”, przygotowany na zlecenie Ministerstwa Cyfryzacji, realizacja koncepcji inteligentnych miast napotyka w Polsce wiele barier, wśród których główne to m.in. finanse, brak kompetencji, know-how i świadomości zarówno po stronie samorządów, jak i dostawców oraz odbiorców tych rozwiązań.
– Z jednej strony środków finansowych z Unii Europejskiej jest bardzo dużo, ale ich pozyskanie nie jest takie proste, poza tym procedura jest dosyć długa. Z drugiej strony, jest więcej modeli finansowania takich inwestycji, bazujących nie tylko na środkach UE – mówi Remigiusz Wiśniewski. – Potrzebne jest też szersze spojrzenie na miejską infrastrukturę jako kapitał, który posiada gmina, i wykorzystanie tego kapitału we współpracy z ośrodkami naukowymi i firmami.
Po drugie, metropolie wdrażają inteligentne rozwiązania, ale te nie są skoordynowane, przez co nie działają w pełni efektywnie.
Czynnikiem hamującym rozwój smart cities jest też brak długoterminowej strategii – zarówno na poziomie lokalnym, jak i krajowym. To powoduje, że np. zmiana kadencji i władz samorządowych utrudnia realizację takich projektów.
– Dopóki nie istnieje jednostka czy nawet osoba, która koordynuje te projekty, trudno oczekiwać, że one będą realizowane. Realizacja koncepcji inteligentnych miast wymaga holistycznego spojrzenia, wypracowania pewnego pomysłu, wizji rozwojowej i strategii na realizację poszczególnych projektów – mówi Remigiusz Wiśniewski.
Największe korzyści z wdrażania rozwiązań typu smart city można uzyskać, integrując poszczególne obszary, dlatego konieczne jest holistyczne podejście do tematu – wskazują eksperci w raporcie „IoT w polskie gospodarce”. Wynika z niego również, że dotychczasowe wdrożenia takich projektów przynoszą wymierne korzyści społeczne i finansowe, w tym np. skrócenie czasu podróży komunikacją miejską o 20 proc., spadek przestępczości o 40 proc., skrócenie czasu poświęconego na załatwianie spraw w urzędach miejskich o 65 proc. i skrócenia czasu reakcji na nagłe wypadki o 35 proc. oraz zmniejszenie szkodliwych emisji i zużycia wody o 15 proc.
– Trudno jednak przekonywać burmistrza miasta w Polsce argumentem, że w Barcelonie z wdrożenia inteligentnych parkingów osiągnięto 33 proc. korzyści, bo to niekoniecznie się przenosi 1:1. Sztuką jest wdrożenie tych rozwiązań do danej społeczności lokalnej, zrozumienie, na ile one się zaadaptują i na ile w tych konkretnych uwarunkowaniach będą mogły faktycznie przynieść korzyści – mówi Remigiusz Wiśniewski.
Kolejny wymiar korzyści to wpływ na całą gospodarkę.
– Stworzenie właściwych warunków do rozwoju społeczeństwa ma w założeniu procentować w postaci korzystnego wpływu na PKB. To już widać w niektórych aglomeracjach miejskich, że faktycznie zwiększa się tam potencjał, aktywność mieszkańców, a za tym idą konkretne i widoczne efekty ekonomiczne – mówi Remigiusz Wiśniewski.
Branża sportowa generuje dla polskiej gospodarki wartość dodaną sięgającą blisko 10 mld zł rocznie i utrzymuje ponad 100 tys. miejsc pracy. Na każde 100 przypada kolejnych 60 stanowisk w sektorach powiązanych ze sportem. Te, na które branża sportowa oddziałuje najsilniej, to m.in. nieruchomości, handel, HoReCa oraz reklama i marketing. Poza faktem, że stoi za nim duży biznes, sport ma jeszcze ogromne przełożenie na poziom dobrobytu i zdrowie społeczeństwa.
– Sport to nie tylko zawody, lecz także cały biznes, który za nim stoi. Mowa zarówno o sponsoringu, jak i wielu innych sektorach gospodarki. Sport generuje dla polskiej gospodarki wartość dodaną sięgającą 10 mld zł, m.in. dzięki dostawcom usług takich jak catering. Generuje także blisko 110 tys. miejsc pracy, więc jest ważną częścią polskiej gospodarki – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
W ubiegłym roku branża sportowa wygenerowała w sumie 9,63 mld zł wartości dodanej dla polskiej gospodarki (z czego 4,42 mld zł, czyli 46 proc. to wpływ bezpośredni). Utrzymywała też 109 tys. miejsc pracy i wypłaciła w sumie 2,98 mld zł wynagrodzeń – pokazuje nowy raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Polski rynek sportu”.
Wynika z niego, że na każde 100 miejsc pracy w branży sportowej przypada kolejnych 60 w branżach powiązanych, a każde zarobione w sporcie 1 tys. zł przyczynia się do wygenerowania dodatkowych 700 zł wynagrodzenia. Natomiast każda złotówka, którą wytworzyła w ubiegłym roku branża sportu, przyczyniła się do wygenerowania dodatkowych 1,2 zł dla całej gospodarki.
– Branża sportowa wpływa również na pozostałe sektory, bo żeby zapewnić usługi sportowe, sama potrzebuje zakupić pewne usługi czy też produkty z pozostałych branż – podkreśla Krzysztof Kutwa, analityk PIE.
– Sport wpływa w największym stopniu na usługi związane z najmem nieruchomości, bo różne dyscypliny czy zawody sportowe muszą się gdzieś odbywać, ale także na usługi ochroniarskie. To jest jedna z gałęzi gospodarki, która na sporcie korzysta, bo w przypadku różnego typu wydarzeń sportowych potrzebna jest ochrona, czasem nawet zaangażowanie sił porządkowych. Drugim takim sektorem jest handel, a kolejnym reklama i marketing. To są kluczowe sektory gospodarki, które rozwijają się dzięki wydatkom firm sportowych – dodaje Piotr Arak.
Jak pokazują dane PIE, w 2017 roku łączne wydatki sportowe na sport i rekreację sięgnęły w Polsce 1,77 mld euro. Ta kwota plasuje Polskę na 8. pozycji wśród państw UE (dla których średnia wyniosła 1,83 mld euro) i oznacza, że wydajemy na sport więcej niż Duńczycy, Finowie i Belgowie, ale wciąż mniej czy Francuzi czy Niemcy.
– Jedną z tych dyscyplin, które najbardziej przekładają się na przychody i dochodowość, jest piłka nożna. Najczęściej ją oglądamy, najwięcej pieniędzy wydajemy na akcesoria i dodatki, a korporacje przeznaczają duże pieniądze na to, żeby ich logotyp pojawiał się w momencie, w którym Polacy oglądają mecze piłki nożnej. Drugą dyscypliną jest siatkówka, a kolejną piłka ręczna. Kiedyś jeszcze żużel oddziaływał regionalnie i istotnie wpływał na gospodarkę m.in. Śląska. Dzisiaj największą wartość dodaną generują bardziej mainstreamowe dyscypliny sportowe. Piłkarz, który używa swojego telefonu czy reklamuje pewne produkty przez social media, zwiększa oddziaływanie tej dyscypliny sportowej na gospodarkę – mówi Piotr Arak.
Poza tym branża sportowa ma jeszcze ogromne przełożenie na poziom dobrobytu i zdrowie społeczeństwa.
– Sport z perspektywy władzy publicznej jest też inwestycją w zdrowie publiczne i mniejsze wydatki na ochronę zdrowia. Jeżeli mamy aktywnych obywateli, którzy częściej i więcej wydają nie tylko na oglądanie, lecz także na uprawianie sportu, wówczas wydatki Narodowego Funduszu Zdrowia na ten cel są mniejsze – mówi Piotr Arak.
Z danych PIE wynika, że ponad połowa (56 proc.) Polaków w ogóle nie uprawia sportu i ten odsetek z roku na rok wzrasta. Koszty braku aktywności fizycznej Polaków są szacowane na około 7 mld zł rocznie. Gdyby co druga osoba, która nie jest aktywna fizycznie, zaczęła regularnie uprawiać sport, przełożyłoby się to na co najmniej 11 tys. zawałów mniej, 2,2 tys. mniej zachorowań na nowotwór jelita grubego czy 1,5 tys. mniej przypadków raka piersi. Koszty opieki zdrowotnej spadłyby w skali roku o 440 mln zł, a koszt absencji pracowniczych – o 3 mld zł.
– Jest kilka wyzwań dla polskiego sportu. Rodzą się nowe dyscypliny, jak e-sport czy sport hazardowy, które wymagają dodatkowych regulacji i zainteresowania regulatora. Z drugiej strony jest kwestia popularyzacji sportu na poziomie lokalnym i dostępności usług. Większość Polaków narzeka, że na poziomie lokalnym nie ma wystarczającej infrastruktury do uprawiania sportu. To wymaga inwestycji publicznych w większej skali. Trzeci wymiar to popularyzacja sportu. Polacy rzadziej od innych obywateli UE uprawiają sport. Abyśmy byli zdrowsi i bardziej aktywni, potrzeba interwencji na szczeblu centralnym i lokalnym, dobrego przykładu, zachęty do tego, by zarówno osoby starsze, jak i w średnim wieku poświęciły czas gimnastykę czy jakiś sport – mówi Piotr Arak.
Grywalizacja jest taktyką motywacyjną, która buduje zaangażowanie pracowników i ich lojalność wobec firmy. Polega na wyznaczaniu określonych celów, których zdobycie jest pewnego rodzaju wyzwaniem i zabawą, podczas której pracownicy rywalizują między sobą, zdobywając kolejne cele i umiejętności. – W ten sposób można odkryć nowe talenty wśród pracowników – podkreślają przedstawiciele firmy Bigram. Popularność grywalizacji w biznesie jest coraz większa – zarówno wśród polskich, jak i globalnych firm, a takie podejście sprawdza się zwłaszcza w motywowaniu milenialsów i młodszych generacji pracowników.
– Grywalizacja to przenoszenie schematów, które powszechnie znamy z gier, do różnych obszarów w firmie. Mogą to być obszary związane ze wsparciem sprzedaży, szkoleniami albo rekrutacją pracowników. Dzięki grywalizacji osiągamy lepsze efekty i większą wydajność pracowników, którzy chętnie osiągają wyznaczone cele, ponieważ każdy z nas lubi grać, wygrywać i rozwijać się poprzez zabawę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sonia Zakrzewska, employer branding team manager w firmie doradztwa personalnego Bigram.
Grywalizacja powstała z połączenia słów „gra” i „rywalizacja” i jest w ostatnich latach jednym z głównych trendów w HR. Wykorzystuje mechanizmy znane z gier komputerowych i fabularnych w celu motywowania pracowników, aktywizowania i budowania ich zaangażowania. Polega na wyznaczaniu im jasno określonych celów, których zdobycie jest wyzwaniem i zabawą. Innymi słowy, grywalizacja to zamiana codziennych czynności w rodzaj gry.
– Grywalizacja, którą można wykorzystać w procesie rozwoju kadry, jest stosunkowo nowym, ale bardzo skutecznym narzędziem, które firmy dopiero odkrywają. Dzięki wprowadzaniu schematu gier możemy zidentyfikować kompetencje pracowników, odkrywać nowe talenty, potencjał ukrytych liderów. Może się na przykład okazać, że osoba, która przez lata pracowała w dziale HR, jest wspaniałym analitykiem – mówi Sonia Zakrzewska.
Grywalizacja jest naturalna w sporcie, coraz częściej wykorzystuje się ją także w edukacji – zamiast tradycyjnych lekcji uczniowie podejmują wyzwania, w trakcie których szukają rozwiązań konkretnych problemów, zdobywając przy okazji wiedzę i umiejętności.
Jej zalety dostrzegł także biznes – grywalizacja jest narzędziem, które pomaga menadżerom w zarządzaniu pracownikami. Motywuje i przełamuje rutynę, a dobrze zaprojektowana gra skłania pracowników do tego, żeby codzienne zadania traktować nie jako przykry, zawodowy obowiązek, ale raczej jako wyzwanie prowadzące do zwycięstwa. Firmy, które zdecydowały się na wdrożenie mechanizmów grywalizacji, wskazują, że przekłada się to na większą efektywność, wydajność pracowników i większe zyski. Aby była skuteczna, gra musi być jednak dopasowana do charakteru firmy, zespołu i nastawiona na konkretne cele.
– Firmy na całym świecie bardzo różnie wykorzystują grywalizację. Niektóre adresują cele rekrutacyjne – poszukują w ten sposób talentów na rynku albo identyfikują nowy potencjał swoich pracowników. Inne firmy wykorzystują grywalizację jako rodzaj szkolenia, który angażuje pracowników, nie nudzi, a jest ciekawy – mówi Sonia Zakrzewska.
Jak podkreśla, popularność grywalizacji w biznesie jest coraz większa zarówno wśród polskich, jak i globalnych firm. Według firmy badawczej Markets andMarkets do 2020 roku rynek gamifikacji będzie wart już 11 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu przekraczającym 46 proc. Jeszcze w 2015 roku jego wartość była wyceniana na 1,65 mld dol.
Przykładem organizacji, która wykorzystuje jej mechanizmy, jest Amazon, który wdrożył w tym roku elementy z gier wideo do środowiska pracy magazynierów. Potentat branży e-commerce wykorzystuje mechanizm znany z popularnej gry Tetris, ale zamiast wirtualnych klocków pracownicy układają prawdziwe pudełka z zamówieniami.
Grywalizacja sprawdza się zwłaszcza w motywowaniu milenialsów, dla których pieniądz nie jest synonimem motywacji, a tylko wynagrodzenia za wykonywaną pracę. To pokolenie potrzebuje więc innych, dobrze pomyślanych narzędzi motywacji i lojalizacji.
– W Polsce widzimy, że ta świadomość skuteczności grywalizacji jest coraz większa. Z roku na rok coraz więcej firm bierze udział w Global Management Challenge, kierując tę metodę nie tylko do swoich obecnych pracowników, lecz także wyłaniając dzięki niej najlepsze talenty z rynku. Jest to o tyle ciekawe i skuteczne rozwiązanie, że możemy zaadresować w nim różne cele biznesowe firmy – mówi employer branding team manager w Bigram.
Global Management Challenge (GMC) jest międzynarodowym konkursem na bazie symulacji biznesowej, który odbywa się w 30 krajach. Jego uczestnikami są menadżerowie, specjaliści, absolwenci oraz studenci, którzy wcielają się w rolę zarządu wirtualnej spółki. Przez kilka tygodni zarządzają firmą tak, aby osiągnęła ona jak najlepszy wynik finansowy na wirtualnym rynku, jednocześnie rywalizując między sobą. W każdej polskiej edycji konkursu organizowanego przez Bigram startuje ponad 2 tysiące osób w ponad 300 zespołach.
Nawet kilkaset lat mogłoby zająć testowanie samochodów autonomicznych, by wypracowały one modele zachowań zbliżone do ludzkich – twierdzą analitycy z RAND Corporation. Jednak dzięki szkoleniu w warunkach wirtualnej rzeczywistości czas ten można znacznie skrócić, a przy tym wyraźnie poprawić aspekty związane z bezpieczeństwem. W najbliższych latach rynek samochodów autonomicznych czeka dziesięciokrotny wzrost.
– Aby samochód inteligentny jeździł co najmniej z taką skutecznością jak człowiek, potrzebne jest do przejechania 18 mld km. Przy obecnych wysiłkach wszystkich firm zajmujących się tym tematem może to zająć nawet 500 lat. Nie mamy tyle czasu albo nie chcemy tyle na to czekać, dlatego coraz więcej firm skręca w stronę uczenia inteligentnych samochodów w wirtualnym świecie. Dzięki temu jesteśmy w stanie dużo szybciej tworzyć te mile, które samochód przejedzie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Jaśkiewicz, prezes zarządu Simteract.
Prekursorem w uczeniu autonomicznych aut jest Nvidia. Drive Constellation to oparty na chmurze system do testowania autonomicznych pojazdów za pomocą fotorealistycznej symulacji w wirtualnej rzeczywistości. Drive Constellation to platforma obliczeniowa, oparta na dwóch różnych serwerach. Pierwszy uruchamia oprogramowanie Nvidia Drive Sim do symulacji czujników pojazdu autonomicznego, takich jak kamery, LIDAR i radar. Generuje również fotorealne strumienie danych w celu stworzenia szeregu różnych środowisk testowych, w tym zjawisk naturalnych, takich jak burze, śnieg, duże olśnienie, słabe światło oraz różne rodzaje nawierzchni i terenu.
Nvidia Drive Pegasus z kolei jest komputerem samochodowym ze sztuczną inteligencją, który obsługuje oprogramowanie pojazdu autonomicznego i przetwarza symulowane dane tak, jakby były podawane z czujników w prawdziwym samochodzie.
– Inteligentny samochód to jest kompleksowe rozwiązanie, więc trzeba zastosować bardzo dedykowane rozwiązania do każdego aspektu tego, czym taki inteligentny samochód musi zajmować się na drodze. A jak wszyscy wiemy, będąc kierowcami, to nie jest taka prosta sprawa – dodaje Marcin Jaśkiewicz.
Doprowadzenie samochodu autonomicznego do sterowania z ludzką skutecznością jest konieczne zwłaszcza z uwagi na względy bezpieczeństwa. W ubiegłym roku Uber wstrzymał testy autonomicznego samochodu osobowego po tym, jak w Arizonie doszło do tragicznego wypadku z jego udziałem. W wyniku potrącenia przez autonomiczne auto zginęła rowerzystka, pomimo obecności nadzorującego je kierowcy. Obecnie Uber jest jedną z firm, które zdecydowały się na szkolenie samochodów autonomicznych w warunkach wirtualnej rzeczywistości.
– Coraz więcej firm na całym świecie, począwszy od największych producentów związanych z automotive, wielkich marek związanych z produkcją samochodów, przez firmy takie jak Uber, Google czy software’owych współpracujących z dużymi markami jak Aptiv, chce stworzyć symulatory do nauki jazdy dla inteligentnych samochodów, żeby przyspieszyć ten proces. Żebyśmy wszyscy nie musieli czekać 500 lat na to, żeby takim autonomicznym samochodem podjechać do pracy czy na kawę – mówi ekspert.
Swój wkład w szkolenie autonomicznych pojazdów mogą mieć również Polacy. Lubelska firma Simteract dostarcza Traffic AI, zaawansowany system będący inteligentną zewnętrzną biblioteką ruchu gotową do połączenia z danym projektem za pośrednictwem interfejsu API. Rozwiązanie pozwala na tworzenie zaawansowanych symulacji miast. Matematyczny model zachowania w ruchu oparty jest na inteligentnych algorytmach.
Tymczasem rynek autonomicznych pojazdów czeka w najbliższych latach dynamiczny rozwój.
– Będzie się bardzo dużo działo w branży autonomicznych aut. Prawdopodobnie znajdziemy się w miejscu, którego do końca nikt nie był w stanie przewidzieć. Warto być blisko tych rynków już na samym początku po to, żeby móc adaptować się i rozwijać właśnie w kierunkach, w których te rynki rozwijać się będą – przekonuje Marcin Jaśkiewicz.
Według Allied Market Research wartość światowego rynku autonomicznych samochodów ma w 2019 roku osiągnąć pułap ponad 54 mld dol. Do 2026 roku wzrośnie ona jednak do ponad 556 mld dol. Z kolei rynek VR i AR w 2017 roku był wyceniany na 11,35 mld dol. Do 2025 roku czeka go pięćdziesięciokrotny wzrost – do wartości 571,42 mld dol.
Firmy z branży startupowej sięgają po technologie, których wykorzystanie często nie zostało uwzględnione w zapisach prawnych. Tak funkcjonuje np. polski rynek kryptowalutowy, blockchainowy czy branża wynajmu małych pojazdów elektrycznych. Ustawodawca nie nadąża za dynamicznym rozwojem nowych technologii, co z jednej strony może być szansą dla przedsiębiorców działających w innowacyjnej branży, a z drugiej naraża ich na ryzyko związane z działalnością na nieuregulowanym rynku.
– Nowe technologie nieuregulowane prawnie w Polsce to chociażby hulajnogi czy deskorolki elektryczne. Także blockchain, crowdfunding czy sztuczna inteligencja. Tylko nie można do końca mówić o tym, że one nie są uregulowane prawnie. To, że coś nie ma dedykowanych mu przepisów, nie oznacza, że jest nielegalne czy nieuregulowane prawnie. W Polsce można się posiłkować przepisami przez analogię. Jeżeli jakieś nowe technologie nie mają dedykowanych przepisów, na pewno można stosować jakieś analogie – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Aleksandra Maciejewicz, rzecznik patentowy w Kancelarii Lawmore.
Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów nieprzystosowania prawa do branży technologicznej jest sektor urządzeń wchodzących w skład internetu rzeczy. Ministerstwo Cyfryzacji opublikowało raport „IoT w polskiej gospodarce”, z którego wynika, że kilkadziesiąt ustaw blokuje rozwój tego segmentu gospodarki. Dużą przeszkodą są polskie przepisy dotyczące ochrony danych osobowych i prywatności, które utrudniają rozwój firm i startupów wyspecjalizowanych w tej branży.
Tymczasem według wspomnianego raportu rynek rozwiązań IoT w najbliższych latach będzie rozwijał się przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 13 proc. Wdrożenie stosownych zmian legislacyjnych ułatwi polskim firmom funkcjonowanie także na rynku europejskim. Zgodnie z postulatami zawartymi w raporcie ustawodawca powinien wdrożyć przepisy, które pozwolą wyłączyć dane gromadzone w usługach IoT z tajemnic sektorowych, aby ich funkcjonowanie nie łamało przepisów RODO.
Jednym z najgłośniejszych przypadków nieprzystosowania przepisów polskiego prawa do rozwoju rynku nowych technologii jest wysyp firm świadczących usługę wynajmu hulajnóg elektrycznych. Pojazdów tego typu nie opisuje żadna ustawa, przez co zachodzą wątpliwości dotyczące tego, czy dopuścić je do ruchu pieszego czy skierować na ścieżki rowerowe. Ministerstwo Infrastruktury od kilku miesięcy pracuje nad przepisami, które uzupełnią tę lukę prawną.
W przyszłości urzędnicy będą musieli zmierzyć się także z problemem inteligentnych samochodów funkcjonujących na rynku konsumenckim. Szybkie wdrożenie stosownych zmian prawnych może okazać się jednym z priorytetowych zadań najbliższych miesięcy, gdyż firma Tesla zapowiedziała, że jeszcze w tym roku wprowadzi do Polski Model 3, samochód z zaimplementowanym autopilotem.
– Pojazdy autonomiczne w Polsce nie są dozwolone dla szarych ludzi, ale są już regulowane w ustawie o ruchu drogowym. Jest tam cały rozdział, który mówi o tym, w jaki sposób przeprowadzać prace badawcze nad pojazdami autonomicznymi. Na takie prace musi wydać zgodę odpowiedni organ, w tym przypadku oddział Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Jeżeli chodzi o przepisy, których brakuje w Polsce na pewno musimy się odnieść do sztucznej inteligencji. Przykładem może być sprzedaż dzieł sztuki, które będą tworzone przez SI. Prawo autorskie nie przewiduje możliwości, żeby sztuka mogła być tworzona przez kogoś innego niż człowieka – tłumaczy ekspertka.
Rząd poczynił już pierwsze kroki na drodze do przystosowania polskiego prawa do realiów rynku nowych technologii. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii w ramach pakietu „100 zmian dla firm” wprowadziło Prostą Spółkę Akcyjną, stworzoną z myślą o rozwoju branży startupowej. Choć nie rozwiązuje ona problemów prawnych związanych z funkcjonowaniem firm na nieuregulowanym rynku, ma ułatwić pozyskanie kapitału młodym start-upom. Wprowadzi m.in. możliwość uruchomienia działalności gospodarczej z 1 zł kapitału początkowego i skróci czas rejestracji spółki do 24 godzin za pośrednictwem formularza elektronicznego.
Z pomocą branży startupowej przychodzą także kancelarie prawne zajmujące się rynkiem IT.
– Są takie przypadki, kiedy prawo rzeczywiście nie nadąża za nowymi technologiami. To np. blockchain i RODO. Ponieważ blockchain nie pozwala na usuwanie danych, one tam cały czas są. Z kolei RODO wymaga, aby podmiot danych osobowych miał możliwość ich usunięcia. I można na to spojrzeć dwojako: albo to są martwe przepisy, albo to może być zagrożenie dla przedsiębiorców pod kątem łamania tych przepisów. Dla kancelarii i dla przedsiębiorców jest to duże wyzwanie. Czasami musimy po prostu poddać sytuację jakiejś analizie ryzyka, na jakie nieprzyjemności powinien się przyszykować przedsiębiorca. A czasami do kancelarii należy tylko uzmysłowienie mu ryzyka – wyjaśnia Aleksandra Maciejewicz.
Z najnowszego raportu „MARKETBEAT: Rynek powierzchni handlowych w Polsce w I połowie 2019 roku”, opublikowanego przez międzynarodową firmę doradczą Cushman & Wakefield wynika, że w pierwszej połowie bieżącego roku oddano do użytku ponad 230 000 mkw. nowej powierzchni handlowej, z czego połowę tej liczby stanowiły otwarcia nowych i rozbudowy istniejących już centrów handlowych. Nowa podaż powiększyła całkowite zasoby rynku do blisko 15 mln mkw. Analitycy Cushman & Wakefield wskazują, że 40% nowej podaży w 2019 roku zostanie dostarczona na rynki, których populacja nie przekracza 200 000 mieszkańców.
Anna Hofman, Associate w dziale powierzchni handlowych, Cushman & Wakefield
– Odpowiednie połączenie klasycznej formy sprzedaży z kanałami on-line może stanowić istotne źródło przewagi konkurencyjnej dla najlepszych centrów handlowych. Zmiana charakteru centrów handlowych poprzez wzmocnienie oferty rozrywkowej i gastronomicznej oraz dodatkowych usług ma na celu przyciągnięcie i zatrzymanie klientów. Te aspekty dają wyraźną przewagę konkurencyjną nowoczesnym projektom handlowym – takiej oferty nie uzyskamy w żadnym sklepie on-line – mówi Anna Hofman, Associate w dziale powierzchni handlowych, Cushman & Wakefield.
Magdalena Gniazdowska, Associate w dziale powierzchni handlowych, Cushman & Wakefield
– Sieci spożywcze i sklepy pierwszej potrzeby, czyli tzw. „convenience stores” prześcigają się, aby ułatwić i uprzyjemnić konsumentom proces zakupowy. Pojawia się coraz więcej usług dodatkowych: pocztowych, kurierskich czy małej gastronomii. Największym wyzwaniem są jednak szybko i radykalnie zmieniające się preferencje spożywcze klientów, szczególnie tych z pokolenia Millenialsów. Młodsi konsumenci, deklarujący się jako weganie, wegetarianie, czy semiwegetarianie, są już znaczącym segmentem. Odejście od tradycyjnej diety mięsnej na rzecz ograniczania jego spożycia jest postrzegane jako zdrowe i nowoczesne. Wzrasta też wrażliwość i świadomość ekologiczna, dlatego poszczególne koncepty sieci handlowych będą miały coraz większe znaczenie. Sieci, które zbudują odpowiednią ofertę, trwale zaangażują się w obowiązujące trendy i wypromują się jako proekologiczne, będą mogły liczyć na nowych klientów – dodaje Magdalena Gniazdowska, Associate w dziale powierzchni handlowych, Cushman & Wakefield.
– Po roku 2018, który był rekordowy pod względem aktywności inwestycyjnej w sektorze nieruchomości handlowych, wolumen obrotów w tym segmencie rynku w pierwszej połowie 2019 roku wyniósł zaledwie 450 mln euro. Odnotowano transakcje z udziałem obiektów handlowych wszystkich formatów. Blisko połowę obrotów w sektorze handlowym stanowiła sprzedaż spółce EPP drugiej transzy portfela M1 przez grupę Chariot Top Group za kwotę 222,4 mln euro pozyskaną na giełdach w Johannesburgu i Luksemburgu. Wśród innych dużych transakcji warto wymienić sprzedaż Galerii Leszno przez fundusz Blackstone za ok. 70 mln euro, nabycie centrum handlowego King Cross Praga przez AERE za ponad 43 mln euro oraz zakup kina Cinema City w centrum handlowym Manufaktura przez jej właściciela, tj. Union Investment, za 21 mln euro. Ponadto spółka Nuveen RE nabyła w imieniu funduszu Neptune nowo otwarte centrum Silesia Outlet od 6B47 Real Estate Investors.
Na rynku parków handlowych także odnotowano aktywność inwestycyjną. Niemiecka grupa Saller, prowadząca działalność deweloperską i inwestycyjną, powiększyła swój portfel parków handlowych o trzy obiekty za łączną kwotę ponad 16 mln euro, natomiast fundusz zarządzany przez Mitiska REIM nabył 50% udziałów w czterech lokalnych obiektach: parkach handlowych w Lublińcu i Turku oraz centrach handlowych typu convenience we Wrześni i Wodzisławiu.
Aleksandra Sierocińska, Konsultant w dziale Rynków Kapitałowych, Cushman & Wakefield
Jednym z efektów globalnego spowolnienia aktywności inwestycyjnej na rynku handlowym, które wpływa również na Europę, może być przecena aktywów i selektywny popyt wśród inwestorów. W Polsce odnotowujemy jednak dynamiczny wzrost sprzedaży detalicznej dzięki rosnącym płacom, co może przełożyć się na dalszy wzrost zainteresowania inwestorów najlepszymi obiektami handlowymi o dominującej pozycji na rynku, centrami handlowymi typu convenience oraz parkami handlowymi – podsumowuje Aleksandra Sierocińska, Konsultant w dziale rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield.
Autorem raportu „MARKETBEAT: Rynek powierzchni handlowych w Polsce w I połowie 2019 roku” jest Małgorzata Dziubińska, Associate Director w dziale Doradztwa i Badań, Cushman & Wakefield.
Link do pobrania pełnej treści raportu – http://info.cushmanwakefield.com/l/263412/2019-08-27/23kzt9
Na rynku powstała Koalicja „Marketerzy dla Lepszych Badań”, która jest największym do tej pory porozumieniem reklamodawców w Polsce. Jej członkowie uczestniczą w rozmowach dotyczących nowego systemu badań mediów. Jednym z kluczowych elementów poprawy tego systemu jest uwzględnienie w nim wymagań marketerów, dlatego koalicja rozpoczęła pracę nad ich sformułowaniem. Następnie przedstawi je innym interesariuszom tego projektu: tworzącym swoją wizję badania KRRiT oraz pracującym niezależnie nadawcom mediowym.
Koalicja „Marketerzy dla Lepszych Badań” powstała w pierwszych dniach czerwca 2019 roku po tym, jak nadawcy mediowi zadeklarowali, że to oni przejmą inicjatywę w przygotowaniu podwalin pod powstające na rynku jednoźródłowe badanie mediów. W odpowiedzi ponad 40 marketerów reprezentujących wszystkie najważniejszy sektory reklamowe: retail, farmację, branżę spożywczą, kosmetyczno-detergentową, telekomunikacyjną, agd, motoryzacyjno-paliwową i finansową postanowiło zadbać o interesy reklamodawców w tym procesie.
– Chcemy mieć wpływ na proces tworzenia się nowego standardu badań mediów, który w założeniu ma pomóc nam w eliminowaniu nieefektywnych kosztów komunikacji z rynkiem i podnieść zwrot z inwestycji reklamowych. Istotny jest dla nas także stały i pełny dostęp do informacji na temat postępów prac po to, by nowe badania jak najlepiej odpowiadały na nasze potrzeby – tymi słowami powstanie Koalicji komentowała Irena Pobłocka, ekspert ds. marketingu w Grupie LOTOS, członkini Komitetu Sterującego Koalicji.
Pierwszym celem Koalicji jest opracowanie dokumentu definiującego oczekiwania merytoryczne marketerów wobec badania mediów. Chodzi o określenie kluczowych pomiarów i informacji, których powinno ono dostarczać w odniesieniu do poszczególnych kanałów (TV, radio, digital). Wymagania marketerów będą dotyczyły także rodzaju próby i typu metodologii – wszystko w kontekście potrzeb biznesowych podmiotów zlecających reklamę.
– Tempo i organizacja prac wewnątrz Koalicji są budujące, cieszy nas również dobra współpraca z zewnętrznymi interesariuszami. Jesteśmy w kontakcie z przedstawicielami nadawców internetowych, radiowych i telewizyjnych. Mamy nadzieję, że nadawcom telewizyjnym uda się szybko przezwyciężyć problemy związane z powołaniem do życia MOC’a telewizyjnego i nie wpłynie to negatywnie na tempo prac. Otrzymaliśmy również deklarację złożoną przez Przewodniczącego KRRiT, że zespół zaangażowany w projekt jednoźródłowego badania mediów po stronie Regulatora przygotuje je dokładnie w takim kształcie, jakiego oczekuje Rynek – mówi Rafał Jakubowski z mBanku.
W procesie powstawania briefu marketerów uczestniczy także zespół metodologiczny powołany przez agencje mediowe z Klubu Mediowego SAR.
– Wśród ekspertów opiniujących brief ze strony Klubu Mediowego SAR znaleźli się prawdopodobnie najlepsi eksperci z agencji mediowych. Wyraźnie widać, że cały rynek mobilizuje się, by nowy system badań powstał możliwie najsprawniej. Chyba nikogo nie trzeba już dziś przekonywać co do konieczności sfinalizowania tej inicjatywy – mówi Ewelina Kraskowska z USP Zdrowie.
W skład Koalicji „Marketerzy dla Lepszych Badań” wchodzi obecnie 43 ekspertów pracujących w firmach takich jak Bank Millenium, BNP Paribas Bank Polska, COTY, Decathlon, Eurobank, FCA Group, Grupa Lotos, Grupa Maspex, Henkel Poland, Jeronimo Martins (Biedronka), Jeronimo-Martins (Hebe), L’Oreal, McDonald’s Polska, MARS, Mastercard, mBank, Media Saturn, Mitsubishi Motors, Philips Polska, Play, Provident, Santander Bank SA, UPC, USP Zdrowie, Volkswagen Group (Seat), Wedel i Visa.
Wsparcia organizacyjnego oraz finansowego udziela tej inicjatywie biuro IAA Polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Reklamy. Podniesienie standardu badań konsumpcji mediów to jeden z postulatów przedstawionych przez Stowarzyszenie w „Rekomendacjach dla polskiego rynku reklamy na lata 2017-2020”. Stowarzyszenie opracowało ten dokument w styczniu 2017 roku.
Jakie mieszkania znikają z oferty deweloperów najszybciej? Jakie lokale cieszą się największym powodzeniem kupujących? W jakich cenach? Sondę przygotował serwis nieruchomości Dompress.pl
Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.
Tempo sprzedaży mieszkań w konkretnej lokalizacji, czy projekcie zależy do przyjętej przez spółkę strategii. W zależności o skali projektu, stanu dostępnej oferty, przyjmowany jest odpowiedni poziom cen mieszkań, który ma największy wpływ na to jak szybko lokale się sprzedają. Bez wątpienia, nadal najbardziej popularne wśród klientów są małe mieszkania, nabywane w celach inwestycyjnych. W zależności od miasta i lokalizacji, ceny lokali wahają się średnio od 250 tys. zł do 350 tys. zł. Dużym zainteresowaniem cieszą się również kompaktowe mieszkania trzypokojowe kupowane przez młode osoby, planujące powiększenie rodziny.
Zbigniew Juroszek, prezes Atal
Tempo sprzedaży lokali w nowych inwestycjach zależy od wielu czynników – standardu osiedla, dostępnych udogodnień, czy lokalizacji inwestycji. Trendem, który obserwujemy od 4-5 lat jest zainteresowanie zakupem przestronniejszych mieszkań. Wśród nabywców, którzy poszukują lokalu na własne cele mieszkaniowe, największą popularnością cieszą się trójki o powierzchni około 60-65 mkw. Klienci planujący zakup lokalu pod wynajem pytają natomiast zazwyczaj o dwupokojowe mieszkania do 50 mkw. Dużym zainteresowaniem cieszą się także kawalerki.
Cena odgrywa dużą rolę, jednak trudno wskazać jej górny pułap dla ogółu klientów. Duże znaczenie ma bowiem lokalizacja osiedla i dostęp do infrastruktury miejskiej, a także projekt, dostępne udogodnienia, czy standard wykonania. Największy potencjał mają lokale położone w centrach miast lub z dogodnym dojazdem do centrum. Za takie mieszkania klienci są skłonni zapłacić więcej. To tendencja, którą obserwujemy we wszystkich miastach, w których prowadzimy działalność.
Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.
W Warszawie 30 proc. kupujących na rynku pierwotnym nie planuje wydać na mieszkanie więcej niż 350 tys. zł. Za atrakcyjną cenowo klienci uważają naszą ofertę w osiedlu Wrzosowa Aleja na Białołęce. Dwupokojowe mieszkania o powierzchni 35 mkw. w trzykondygnacyjnym budynku z mini-ogródkami kosztują w tej inwestycji 251 tys. zł. W cieszącym się dużym zainteresowaniem kameralnym budynku Willa Wiślana na Tarchominie najszybciej sprzedają się małe, funkcjonalnie zaprojektowane, dwupokojowe mieszkania w cenie 235 tys. zł. W warszawskiej Bliskiej Woli Tower, gdzie powstają mieszkania o wysokim standardzie, w równym tempie kurczy się pula mieszkań w cenie 17 tys. za mkw., jak i tańszych, usytuowanych z reguły na niższych kondygnacjach, w cenie poniżej 10 tys. zł za mkw.
Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development
Zdecydowanie największym powodzeniem wśród klientów cieszą się kawalerki oraz nieduże mieszkania dwupokojowe, które kupowane są w pierwszej kolejności głównie ze względu na swój potencjał inwestycyjny. Ostatnio obserwujemy jednak trend związany z rosnącą popularnością przestronnych, czteropokojowych mieszkań na najwyższych piętrach, z ciekawym widokiem i możliwie jak największym balkonem lub tarasem. Tego rodzaju lokale spotykają się z dużym zainteresowaniem osób poszukujących mieszkań na własne potrzeby. Obok niedużych, jedno i dwupokojowych lokali, takie mieszkania są najpopularniejszymi pozycjami w naszej ofercie. Bestsellerem od lat jest również nasza pierwsza i najstarsza inwestycja, Nowe Złotniki – osiedle domów jednorodzinnych w zabudowie szeregowej i bliźniaczej. Przygotowujemy się właśnie do rozpoczęcia przedsprzedaży nieruchomości w czwartym etapie projektu, co dowodzi, że od kilkunastu lat trend ucieczki od zgiełku miasta jest silny.
Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic
Wciąż najbardziej popularne są małe mieszkania dwupokojowe o powierzchni 30-40 mkw. To zarówno najciekawszy produkt inwestycyjny, jak i najlepsza wielkość mieszkania dla osób dokonujących pierwszych zakupów na własne potrzeby. W tej drugiej grupie nabywców dużym zainteresowaniem cieszą się również kawalerki, które są mniej atrakcyjne dla inwestorów.
Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest
Mieszkania w nowych inwestycjach sprzedają się bardzo dobrze. Często już na etapie budowy cała oferta jest wyprzedana. Najszybciej sprzedają się mieszkania jedno i dwupokojowe o metrażu od 25 mkw. do 45 mkw. Zasobność portfeli klientów jest różna w zależności od lokalizacji.
Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska
Zdecydowanie najszybciej sprzedają się małe mieszkania jedno i dwupokojowe, co jest zasługą m.in. aktywności klientów inwestycyjnych.
Andrzej Gutowski, wiceprezes i dyrektor ds. sprzedaży Ronson Development
Nowe projekty cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem klientów, mimo relatywnie odległych terminów odbioru. Najbardziej wymowny jest fakt, że w momencie uzyskania pozwolenia na użytkowanie większość inwestycji jest wyprzedana w 90-100 procentach. Wśród argumentów przemawiających za zakupem mieszkania w początkowej fazie realizacji inwestycji jest niewątpliwie fakt, że klienci mogą wówczas skorzystać z szerokiej oferty i pierwszeństwa wyboru lokali w cenie „startowej”, która później – jak pokazują ostatnie lata – może pójść w górę, w miarę postępów prac na budowie. Najlepsze lokale znikają z oferty błyskawicznie zaraz po starcie sprzedaży. Największym zainteresowaniem nieustająco cieszą się mniejsze mieszkania jedno i dwupokojowe.
Katarzyna Nowicka, prezes zarządu w firmie Akord
Wszystko zależy od regionu. Na Śląsku najszybciej sprzedają się mieszkania, których budowa już się rozpoczęła. Klienci najczęściej pytają o mieszkania o powierzchni do 45 mkw. i lokale o metrażu powyżej 90 mkw. Na rynku śląskim atrakcyjną dla klientów jest cena do 6000 zł /mkw. Najchętniej wybierane są lokale do kwoty 250 tys. zł.
Marta Drozd-Piekarska, pełnomocnik zarządu Allcon Osiedla
Większość deweloperów, w tym także Allcon, praktykuje zapisy klientów na listę przedsprzedażową, która umożliwia poznanie oferty zanim ma jeszcze charakter oficjalny. W zależności od rodzaju inwestycji, jej lokalizacji i atutów, zdarza się nam wyprzedaż oferty w ponad 15 proc. jeszcze na etapie przedsprzedaży. Klienci wybierają najchętniej lokale dwupokojowe, często kierując się potrzebą inwestycyjną lub poszukując pierwszego mieszkania w rodzinnych osiedlach. Często w pierwszej kolejności znajdujemy też klientów na mieszkania cztero i pięciopokojowe.
Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development
W dobrych lokalizacjach i przemyślanych projektach mieszkania sprzedają się na etapie budowy. W naszych projektach 95 proc. nabywców znajduje swoje mieszkanie przed uzyskaniem pozwolenia na użytkowanie. Najlepiej sprzedają się małe mieszkania o metrażu w przedziale 27-45 mkw., a większe lokale kupowane są z reguły pod koniec realizacji inwestycji.
Weronika Chylarecka, specjalista ds. marketingu w Blockpol Developer
W inwestycji, którą prowadzimy we Wrocławiu przy ulicy Tęczowej najszybciej rozeszły nam się kawalerki o powierzchni do 30 mkw. W projekcie Nowe Żerniki natomiast mieszkania dwupokojowe o metrażu do 45 mkw.
Monika Foremniak, specjalista ds. sprzedaży mieszkań w firmie Peira
Najszybciej z oferty znikają małe mieszkania dwu i trzypokojowe. Podobnie, jak większe lokale w lokalizacjach doskonałych do mieszkania, blisko centrum miasta, jak na przykład nasza inwestycja Srebrzyńska Park, która położona jest jednocześnie tuż przy parku Zdrowie.
Suszą objęte są już wszystkie województwa w kraju i wszystkie rodzaje upraw. Tegoroczne plony będą mniejsze niż przewidywano, to już pewne. W zwiększaniu wydajności w rolnictwie, mimo trudnych warunków, mogą pomóc informacje z satelitów.
Świat stoi na progu trzeciej nowoczesnej rewolucji w agrobiznesie, związanej z rolnictwem precyzyjnym. Pierwsza rewolucja, spowodowana mechanizacją rolnictwa na początku XX wieku, umożliwiła wytworzenie przez jednego rolnika zasobów dla 26 osób. Druga – „zielona” – miała miejsce w latach 90-tych i była związana z uzyskaniem zmodyfikowanych genetycznie gatunków roślin odpornych na szkodniki i wymagających mniejszej ilości wody. Spowodowała ona wzrost liczby osób możliwych do wyżywienia przez jednego rolnika do 155. Dzięki trzeciej, której podstawą jest zwiększenie możliwości analitycznych i rozwój nowych technologii, każdy rolnik może wyprodukować żywność już dla 256 osób.
Zwiększenie mocy
Wraz ze wzrostem liczby ludności i kurczenia się wskutek zmian klimatycznych zasobów żyznych pól uprawnych, stajemy przez wyzwaniem zwiększenia wydajności produkcji z każdego hektara. Ta związana jest z rodzajem gleby, nawadnianiem, zastosowaniem nawożenia czy warunkami atmosferycznymi. Dzięki analizie big data, której poddawane są informacje z obserwacji Ziemi, wszystkie te elementy mogą być zbadane w celu uzyskania optymalnych efektów.
Jednym z największym źródeł informacji o warunkach na naszej planecie są dziś zdjęcia z satelitów. Dzięki nim powstają nowe technologie, aplikacje i usługi optymalizujące różne procesy oraz ułatwiające funkcjonowanie człowieka na Ziemi.
Każdego dnia do platformy CREODIAS trafia ogromna ilość cennych informacji z satelitów okrążających Ziemię. Firmy i startupy zainteresowane ich wykorzystaniem, potrzebujące dużej mocy obliczeniowej do analizowania większych repozytoriów danych, mogą wykorzystać naszą gotową infrastrukturę chmurową. To znacznie obniża ich koszt wejścia na rynek – mówi Urszula Mielcarz z firmy CloudFerro, operatora platform DIAS (Data and Information Access Services) – CREODIAS i WEkEO, udostępniających zdjęcia satelitarne, realizowanych w ramach europejskiego programu obserwacji Ziemi Copernicus.
Rynek produktów i usług wykorzystujących informacje z kosmosu dynamicznie rośnie. Jeśli chodzi o Europę i program Copernicus, według ostatniego raportu (Copernicus Market Report 2018), wykorzystanie danych z obserwacji Ziemi w samym rolnictwie rocznie przynosi ponad 18 mln euro przychodu. I w najbliższych latach wartość ta rocznie będzie rosła o ponad 20 proc. Ten rynek ma ogromny potencjał rozwojowy i polem do działania również dla polskich firm z sektora IT.
Aplikacje wykorzystujące dane dotyczące opadów, temperatury, wilgotności gleby, stopnia nawożenia itd. już dziś wspomagają rolników w zarządzaniu uprawami. Dzięki nim można zmniejszyć zużycie pestycydów i innych nawozów, zaplanować optymalne nawadnianie czy wykrywać choroby roślin. Świetnym przykładem możliwości, jakie dają informacje satelitarne, jest obserwacja aktywności pszczół. Aktualne dane z satelitów pozwalają zaplanować opryski tak, aby nie zaszkodzić owadom. Sytuacji, w których można wykorzystać potencjał obserwacji z kosmosu jest nieskończenie wiele – wyjaśnia Urszula Mielcarz.
Holenderska globalna baza danych
Monitorowanie kondycji upraw, stanu i właściwości gleby oraz mapowanie działań związanych z uprawą mają kluczowe znaczenie w przewidywaniu zbiorów. Dane satelitarne mogą być także wykorzystywane w monitorowaniu zmian wydajności rolnictwa i produkcji roślin powodowanych suszą. Co więcej, satelity umożliwiają monitorowanie trendów degradacji gleby i spadku produktywności ziemi w wyniku nadmiernego wypasu, niewłaściwego nawadniania czy uprawiania terenów rolniczych.
W odpowiedzi na prognozowany wzrost liczby ludności oraz coraz bardziej wymagające warunki dla upraw, holenderska organizacja Waterwatch Cooperative opracowuje globalną bazę danych dotyczących pogody, zaopatrzenia w wodę i warunków uprawy. Ma ona pomagać rolnikom produkować żywność w sposób bardziej wydajny, zyskowny i zrównoważony. Korzystając z szerokiego zakresu źródeł, m.in. danych satelitarnych, organizacja chce rejestrować i analizować dane dotyczące upraw dla całego globu.
Dzięki naszym rozwiązaniom rolnik nie będzie już dłużej samotny w podejmowaniu decyzji, od których zależy nie tylko jego zysk, ale także sytuacja na lokalnych rynkach żywności – mówi Ad Bastiaansen, twórca spółki. Nasza aplikacja pozwala na zmniejszenie przypadków chorób roślin nawet o 40 proc. oraz ograniczenie stosowania pestycydów o 15 proc. Szacujemy, że do końca roku z naszej aplikacji może korzystać nawet milion rolników na całym świecie – dodaje.
Zrozumieć obrazy
Dziś dostęp do danych z kosmosu jest otwarty – od ponad roku każdy z dostępem do internetu może wejść na jedną z platform DIAS, np. CREODIAS, wygenerować interesujące go informacje i je analizować, pod dowolnym kątem. Największym wyzwaniem, związanym z zastosowaniem zdjęć satelitarnych, jest potrzeba specjalistów, którzy zajmą się ich analizą i „tłumaczeniem”, czyli przetwarzaniem, aby mogli z nich korzystać wszyscy zainteresowani. Jednak wartość informacyjna, jaką dają dane z kosmosu, jest bezcenna i ponadczasowa.
W ramach CREODIASA przechowywanych jest dziś ponad 16 petabajtów danych. Wraz z każdym okrążeniem satelitów Sentinel, codziennie przybywa w repozytorium nawet 20 terabajtów nowych informacji.
Od kilku lat lawinowo rośnie liczba cudzoziemców, głównie zza wschodniej granicy, którzy rozpoczynają pracę w Polsce. Dla branży TSL zmagającej się z poważnym deficytem kadrowym to szansa na obsadzenie wakatów, których liczba w najbliższym czasie może wzrosnąć nawet do 200 tys. Niestety i ten scenariusz okaże się niewystarczający, a to za sprawą zachodniego rynku pracy, który otworzył się na obcokrajowców ze Wschodu. Okazuje się jednak, że konkurencyjne zarobki sąsiada to nie jedyny powód, dla którego obcokrajowcy chcą opuścić Polskę. Według ostatnich doniesień NIK, polska administracja publiczna w żaden sposób nie jest przygotowana do przyjmowania wniosków cudzoziemców. Brakuje sprawnej, rzetelnej i terminowej obsługi, nie dysponujemy dokumentami regulującymi politykę naszego kraju w zakresie kształtowania migracji, a to tylko nieliczne z uchybień, które skutecznie zniechęcają przybyszów zza Buga do ubiegania się o pobyt w Polsce.
Polscy przewoźnicy nie mają wątpliwości, że to jeden z trudniejszych okresów dla rodzimej branży transportowej. Na polskiej i europejskiej scenie politycznej wciąż toczą się dyskusje na temat ostatecznego kształtu nowych zasad zwanych pakietem mobilności, wedle których miałby funkcjonować transport drogowy w krajach Wspólnoty. Wszystko wskazuje na to, że termin pierwszego czytania w Radzie może się odbyć jeszcze w tym roku, wówczas będzie wiadomo, czy wejdą w życie niekorzystne zapisy dotyczące polskiego transportu. I choć odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie PE w sprawie pakietu mobilności daje światełko w tunelu, to jednocześnie musi ona cały czas stawiać czoło innemu wyzwaniu, jakim są pogłębiające się braki kadrowe.
Pracownik ze wschodu potrzebny od zaraz
Zapotrzebowanie na ręce do pracy nieustannie rośnie i szukamy ratunku wśród emigrantów zarobkowych zza wschodniej granicy. Jak podaje NIK, w latach 2014-2018 do urzędów wojewódzkich w całej Polsce wpłynęło łącznie ponad 910 tys. wniosków o zezwolenie na pracę, z czego w 2014 było ich zaledwie 47 tys. a w 2018 już 367 tys. W pierwszym półroczu 2019 roku liczba oświadczeń o powierzeniu pracy obcokrajowcom wzrosła do niemal 850 tysięcy. To między innymi za sprawą dwucyfrowego wzrostu zapotrzebowania, m.in. w przemyśle i w branży TSL. Niestety, wszystko wskazuje na to, że zagraniczni ochotnicy nie rozwiążą problemu deficytu kadrowego w polskim transporcie. Jednym z powodów będzie konkurencyjna oferta na rynku pracy naszego zagranicznego sąsiada – Niemiec.
Kamil Wolański
Dotąd rodzima branża upatrywała ratunku w kierowcach ze Wschodu, którzy coraz częściej kierowali pojazdami na polskich tablicach rejestracyjnych.Niestety, patrząc z perspektywy zmian, które prowadzą do tego, że po nowym roku drzwi do niemieckiego rynku pracy będą stały otworem szczególnie dla kandydatów z Ukrainy czy Białorusi, możemy się spodziewać znacznego odpływu pracowników właśnie tej nacji. Ostrożne szacunki mówią, że z naszego kraju może wyjechać nawet pół miliona pracowników ze Wschodu, co miałoby niewątpliwie destrukcyjny wpływ na polski PKB, który szacuje się, że tylko z tego powodu, mógłby spaść o około 1,5 proc – mówi Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK).
Pewne jest, że polscy przewoźnicy szczególnie z sektora MŚP nie będą wstanie konkurować zarobkami z zachodnim sąsiadem, a jeśli zapłacą pracownikom więcej, to dla wielu przedsiębiorców będzie to oznaczało nierentowny biznes. Z danych rynkowych wynika, że aż 95 proc. krajowych firm to małe, rodzinne przedsiębiorstwa z taborem do 10 samochodów ciężarowych, których nie będzie stać na znaczne podwyższenie pensji. Biorąc pod uwagę prognozowane wzrosty kosztów prowadzenia działalności, związane z wdrożeniem nowych procedur legislacyjnych, niskimi cenami frachtów, wydłużającymi się terminami płatności, może się okazać, że zmiany te będą zabójcze dla biznesu. Czym możemy konkurować z zachodnim rynkiem pracy na innych polach?
Przewaga, jaką mamy nad Niemcami, to niewątpliwie położenie naszego kraju, które jest znacznie korzystniejsze. Mieszkaniec Ukrainy potrzebuje od kilku do kilkunastu godzin, żeby wrócić do swojego kraju, podczas gdy w przypadku pracy w Niemczech – czas ten wydłuża się nawet do doby. Patrząc jednak z perspektywy Czech czy Słowacji, które również zaczynają konkurować o wschodniego pracownika, nie jest to karta przetargowa dla Polski. W naszym przypadku na korzyść działa również podobieństwo języka. Ukraińcowi znacznie łatwiej będzie porozumieć się z Polakami niż z Niemcami – mówi ekspert OCRK.
Przewaga, dzięki administracji publicznej?
Okazuje się, że jest jeszcze jeden kluczowy obszar, którym możemy konkurować z zagranicznym rynkiem pracy i który może zahamować odpływ cudzoziemców z naszego kraju, a jak wskazuje najnowsze badanie Najwyższej Izby Kontroli – jest prawdziwą piętą Achillesową dla Polski. Mowa oczywiście o rodzimej administracji publicznej, która nie radzi sobie z lawinowo rosnącą liczbą cudzoziemców przyjeżdżających do pracy. Kontrola NIK wykazała, że na przełomie ostatnich 4 lat czas legalizacji pobytu wydłużył się ponad trzykrotnie – z 64 do 206 dni, a w skrajnych przypadkach trwał nawet 3 lata. Jeżeli dodamy do tego brak sprawnej i rzetelnej obsługi obcokrajowców, a także brak strategicznego dokumentu określającego politykę państwa w zakresie kształtowania migracji – to nie dziwi fakt, że frustracja i niechęć do ubiegania się o pracę w naszym kraju systematycznie rośnie.
Krótki czas legalizacji pobytu, sprawna i rzetelna obsługa pracowników ze Wschodu może okazać się dla naszego rynku pracy kluczowa w pozyskiwaniu i zatrzymywaniu kandydatów. Szczególnie dla branży TSL, w której często wymagane są dodatkowe kursy lub certyfikaty, aby rozpocząć pracę jako kierowca pojazdów w transporcie ciężkim, jest to istotne. System kształcenia pracowników ze Wschodu nie przewiduje szkoleń specjalistycznych, w praktyce to polscy kierowcy uczą swoich ukraińskich kolegów zasad jazdy. Od 1 marca 2018 roku GITD wymaga dołączenia do wniosku o wydanie świadectwa kierowcy kopii dokumentu potwierdzającego kwalifikacje zawodowe. To oznacza, że szkolenie wstępne lub okresowe powinno odbyć się w Polsce. Każde takie działanie wiąże się z czasem, a zarówno jednej, jak i drugiej stronie zależy na jak najszybszym załatwieniu wszelkich formalności – dodaje Kamil Wolański.
Odpowiednia obsługa ma znaczenie
Zachodni sąsiad wprawdzie będzie wymagał od kandydatów odpowiednich kwalifikacji, podstaw językowych i dodatkowych certyfikatów zawodowych, ale już wiele firm zabiega
o uproszczenie tych zasad i zliberalizowanie obecnego projektu. Dlatego również i Polska powinna podjąć kroki w kwestii uporządkowania działań w strukturach administracji publicznej. Tymczasem wciąż nie ma stosownego dokumentu o strategicznym charakterze, który określałby politykę Polski względem kształtowania migracji, a poprzednio obowiązujące pisma tej rangi są już nieadekwatne do obecnej sytuacji.
Ważną kwestią jest również problem, na który zwracają uwagę polscy przedsiębiorcy, tzw. uwiązania do pracodawcy. W przypadku zwolnienia obcokrajowiec ma jedynie 30 dni na złożenie kolejnego wniosku o wydanie zezwolenia na pracę, które przyznawane jest na podstawie umowy z nową firmą. To zdecydowanie zbyt krótki czas na znalezienie zatrudnienia i dopełnienie formalności– komentuje ekspert OCRK. Ostatnie analizy PwC pokazują, że na polskim rynku jest obecnie około 650 tys. aktywnych zawodowo kierowców. Co roku odchodzi około 25 tysięcy, natomiast tych, którzy zyskują kwalifikacje jest ok. 35 tys. To jednak nie pozwala na uzupełnienie deficytów kadrowych. Braki na rynku pracy wynoszą już 100 tys. wakatów dla kierowców, a w perspektywie kolejnych lat może to być nawet 200 tys. Patrząc na przyszłość nie tylko polskiego transportu, ale także innych sektorów gospodarki – wsparcie zagranicznych pracowników, będzie dla nas kluczowe.
Wzrost składek ZUS dla przedsiębiorców, prowadzących działalność w ramach ogólnopolskich sieci i spółdzielni spożywczych stanowią realne zagrożenie dla ich dalszej działalności. Przyszłoroczny, podstawowy obowiązek, który wyniesie aż 1445 zł miesięcznie, nie tylko ograniczy, lecz zmusi do zamknięcia tysiące przedsiębiorców, prowadzących małe, lokalne sklepy spożywcze – jedyne źródło utrzymania dla setek tysięcy rodzin – podkreśla Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów skupiając ej m.in. sklepy Top Market w całym kraju.
Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów (PGS)
Wysokość składek:
Składka emerytalna
612,19 zł (+54,11 zł)
Składka rentowa
250,90 zł (+22,18 zł)
Składka chorobowa
76,84 zł (+6,79 zł)
Składka wypadkowa
52,37 zł (+4,62 zł)
Fundusz Pracy
76,84 zł (+6,79 zł)
Składka zdrowotna
Ok. 375 zł (+32,68 zł)
stawka ostateczna zostanie podana na przełomie roku
Jak podkreślają przedstawiciele sieci PGS posiadającej ponad 600 sklepów w całym kraju, dzisiejsze – preferencyjne warunki rozliczania ZUS przysługują jedynie przedsiębiorcom, którzy w miesiącu nie osiągają przychodów wyższych niż 30-krotność minimalnego wynagrodzenia w roku. W tej chwili jest to przeciętnie 5250 zł miesięcznie. PGS uważa, że takie limity powinny być zniesione a czas zgłaszania rozliczania ZUS od przychodu wydłużony. Dla mniejszych przedsiębiorców to oszczędność nawet 500 zł miesięcznie. Każdy przedsiębiorca winien mieć wybór: kwota ryczałtowa lub składka ZUS proporcjonalna do przychodu. Niezależnie od wysokości przychodu – postuluje prezes PGS.
PGS pozytywnie ocenia rozwiązanie, zakładające powiązanie podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia społeczne przedsiębiorców z podstawą opodatkowania (propozycje programowe FZZ). Taki system byłby prosty – ze względu na brak potrzeby dokonywania odrębnych rozliczeń na potrzeby ZUS i urzędu skarbowego – a zarazem znacznie bardziej elastyczny od obecnego. Konstrukcja proponowanego systemu gwarantuje, że przedsiębiorcy uzyskujący w warunkach 2019 r. miesięczny dochód poniżej 5718 zł zapłacą niższe składki niż do tej pory. Aż 78% osób prowadzących działalność gospodarczą uzyskuje dochód niższy od tego progu. Przedsiębiorców osiągających wyższe dochody przed nadmiernym wzrostem obciążeń chroni natomiast utrzymanie limitu 30-krotności składek emerytalno-rentowych.
Korzyścią z wprowadzenia proponowanych rozwiązań byłoby powiązanie wysokości ponoszonych obciążeń z rzeczywistymi możliwościami finansowymi przedsiębiorców w danym czasie – co stanowiłoby istotne wsparcie dla tych, którzy obecnie muszą płacić nieproporcjonalnie wysokie składki.
Stanowisko PGS jest reakcją na coraz bardziej zaciskającą się pętlę finansową wiszącą nad małymi, rodzimymi firmami, działającymi w branży spożywczej. – Krótszy tydzień pracy sklepów (wolne niedziele), wzrastające koszty prądu, energii, konkurencyjność płacowa na rynku pracy, wyższe koszty składek wypadkowych ZUS – to tylko wybrane czynniki, mające negatywny wpływ na perspektywę prowadzenia biznesu przez polskiego, małego przedsiębiorcę – wylicza Michał Sadecki z PGS.
Przedstawiciele PGS podkreślają, że składki wypadkowe ZUS (płatnicy mogli składać w ZUS wnioski o dofinansowanie działań skierowanych na poprawę bezpieczeństwa pracy do połowy sierpnia br.) mogą być zawyżane przez firmy. Swoje obawy opierają na badaniach firmy Ayming, która wyliczyła, że jedynie 2 proc. przedsiębiorstw ma ustaloną stopę procentową tej składki na minimalnym poziomie dopuszczonym przez ustawodawcę. 75 proc. płatników odprowadza składkę wyliczoną w oparciu o wyższą stopę procentową, niż to wynika z ich kodu PKD. Tymczasem zawyżonych zobowiązań można uniknąć, dbając o bezpieczeństwo pracowników i minimalizując czynniki zagrożenia.
Z badań wynika, że za 60 proc. oszczędności z tytułu składki wypadkowej w branży spożywczej odpowiada minimalizacja warunków zagrożenia. Wśród najczęściej występujących czynników szkodliwych należy wymienić pracę w tzw. mikroklimacie zimnym, czyli przy bardzo niskiej temperaturze. Wielu przedsiębiorców ma problem z określeniem prawidłowej liczby osób pracujących w takich warunkach, co ma związek z niejasnymi przepisami i brakiem ustalenia dopuszczalnej normy. Zawyżanie liczby osób pracujących w warunkach zagrożenia skutkuje wyższymi zobowiązaniami odprowadzanymi do ZUS.
Problemy z ZUS branży spożywczej potwierdzają dane publikowane przez tę instytucję…. „W pierwszym półroczu 2019 r. Zakład Ubezpieczeń Społecznych zgodził się na rozłożenie należności z tytułu składek na raty dla blisko 2 mld zł zadłużenia, a około 5 mld zł jest w trakcie spłaty. Najczęściej korzystają z tego rozwiązania podmioty prowadzące działalność w zakresie handlu hurtowego i detalicznego, naprawy pojazdów samochodowych, przetwórstwa przemysłowego oraz budownictwa” – czytamy z komunikacie ZUS.
Dla uznania spółki za zagraniczną spółkę kontrolowaną (ang. Controlled Foreign Company – CFC) należy wykazać, dlaczego dochody zagranicznej spółki z tytułu udziału w spółkach niemających osobowości prawnej mieszczą się w kategorii przychodów pasywnych. A w związku z tym należy jednocześnie wyjaśnić, dlaczego dla oceny przychodów zagranicznej spółki, jako podlegających opodatkowaniu CFC, decydujące znaczenie ma kwalifikacja przychodu na poziomie spółek osobowych, w której spółka ma udział w zyskach, a nie na poziomie samej spółki – orzekł Naczelny Sąd Administracyjny, uchylając wyrok wojewódzkiego sądu administracyjnego, oddalający skargę polskiego rezydenta podatkowego na interpretację Ministra Finansów, uznającą cypryjską spółkę, w której posiada 100% udziałów, za zagraniczną spółkę kontrolowaną (wyrok NSA z 9 lipca 2019 r., sygn. akt II FSK 2522/17).
Obciążoną 19% podatkiem dochodowym zagraniczną spółką kontrolowaną jest spółka mająca siedzibę lub zarząd lub rejestrację lub położenie na terytorium stosującym konkurencyjną, zwaną szkodliwą, politykę podatkową. Ale i bez tego zagraniczna spółka zostanie uznana za CFC, jeśli mający miejsce zamieszkania w Polsce podatnik, posiada w niej określoną procentowo w ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych liczbę udziałów i uprawnień kontrolnych, oraz określoną procentową wielkość dochodów z udziału w zyskach osób prawnych, np. z dywidend. Trzeci z wymogów uznania za CFC zostanie spełniony, gdy faktycznie zapłacony podatek dochodowy przez tę jednostkę jest niższy niż różnica między podatkiem należnym w Polsce, a faktycznie przez nią zapłaconym w państwie jej siedziby, zarządu, zarejestrowania lub położenia.
Spółka na Cyprze wolna od podatków
Będący polskim rezydentem podatkowym przedsiębiorca, posiadający 100% udziałów w cypryjskiej spółce LLC (odpowiednik polskiej spółki z o.o.), zwrócił się w 2015 r. do organu podatkowego z wnioskiem o wydanie interpretacji. Spółka prowadziła działalność holdingową i inwestycyjną. Nabywała i zbywała udziały innych spółek, w tym osobowych, nieposiadających osobowości prawnej i niemających na terytorium RP siedziby lub zarządu.
Przedsiębiorca zapytał, czy spółka ta zostanie uznana za zagraniczną spółkę kontrolowaną w świetle art. 30f ust. 3 pkt 3 lit. b) ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (dalej: u.p.d.o.f.), w przypadku uzyskania przez nią w roku podatkowym co najmniej 50% przychodów z tytułu udziału w spółkach osobowych. Jeśli tak, to czy podstawę obliczenia podatku wnioskodawcy stanowić będzie dochód tej spółki uzyskany w tym roku podatkowym, pomniejszony o kwotę dywidendy wypłaconej mu przez spółkę.
Było to na tyle istotne dla przedsiębiorcy, że przychody uzyskiwane przez cypryjską spółkę z udziałów w spółkach osobowych, są zwolnione na Cyprze z opodatkowania. To samo dotyczy przychodów z tytułu udziału w zyskach osób prawnych, w tym dywidend oraz zysków cypryjskiej spółki ze sprzedaży udziałów w spółkach. Same spółki osobowe, mające siedziby m.in. w Wielkiej Brytanii i na wyspie Jersey, nie są w swoich jurysdykcjach traktowane jako osoby prawne i również nie podlegają podatkowi dochodowemu od całości dochodów, bez względu na miejsce ich osiągania.
Sprytny przedsiębiorca
Zadane fiskusowi pytania były na tyle dla niego kłopotliwe, że zapędzały w ślepą uliczkę, z której jedynym wyjściem było przyznanie, że przychody polskiego udziałowca osiągane za pośrednictwem cypryjskiej spółki, nie będą podlegać opodatkowaniu podatkiem dochodowym w Polsce. Zgodnie bowiem z brzmieniem przepisów o CFC, obowiązującym w 2015 r. (Dz.U. 2012, poz. 361), jednym z warunków koniecznych uznania zagranicznej spółki za kontrolowaną, było osiągnięcie przez nią co najmniej 50% przychodów (dziś jest to 33%) w roku podatkowym m.in. z: dywidend i innych przychodów z udziału w zyskach osób prawnych. A jak wskazał przedsiębiorca we wniosku o interpretację, należąca do niego cypryjska spółka osiągała co najmniej 50% przychodów z tytułu udziału, ale w spółkach osobowych.
Z drugiej strony, jeśli fiskus, mimo to, uznałby spółkę za kontrolowaną, to i tak, zgodnie z informacją przedsiębiorcy, całość wypracowanego przez nią dochodu będzie mu wypłacana w drodze dywidendy, do czego jest uprawniony, jako że posiada w niej 100% udziałów. A zgodnie z obowiązującą wówczas treścią przepisu art. 30f ust. 5: „Podstawą obliczenia podatku (…) jest dochód zagranicznej spółki kontrolowanej (…) po odliczeniu dywidendy otrzymanej przez podatnika od zagranicznej spółki kontrolowanej…” (Dz.U. 2012, poz. 361).
Bo ustawa o CIT nie zawiera odrębnej kategorii przychodu ze spółki niebędącej osobą prawną
W wydanej 23 listopada 2015 r. interpretacji indywidulanej, Minister Finansów całkowicie nie zgodził się z przedsiębiorcą. Stwierdził, że cypryjska spółka kapitałowa zostanie uznana za zagraniczną spółkę kontrolowaną z uwagi na miejsce jej siedziby i posiadany udział własnościowy wnioskodawcy. Bez znaczenia jest również, że spółka czerpie, wymagane przez ustawę do uznania za CFC, minimum 50% przychody z udziału w zyskach w spółkach osobowych niebędących osobami prawnymi.
„Ustawa CIT nie zawiera odrębnej kategorii przychodu/dochodu jaką jest zysk w spółce niebędącej osobą prawną. Dlatego też dochody z takich spółek osobowych (transparentnych), które niewątpliwie stanowią przysporzenie spółki Cypryjskiej powinny być uznane w jej dochodach w sposób określony w art. 5 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Przyjęcie, że dochody ze spółek osobowych są zawsze przychodami innymi niż określone w art. 30f ust. 3 pkt 3 lit. b prowadziłoby do wypaczenia istoty przepisów CFC. Umożliwiałoby podatnikom reklasyfikację przychodu „pasywnego” na przychód „aktywny” tylko poprzez włączenie w strukturę grupy spółek osobowych (…) O stosowaniu przepisu art. 30f ust. 3 pkt 3 lit. b nie decyduje klasyfikacja danego przysporzenia do określonego źródła przychodów na gruncie PIT, czy CIT, lecz charakter danego przysporzenia (odsetki, wierzytelność, dywidenda itp.)” (sygn. IPPB2/4511-807/15-8/MK).
Wobec powyższego Minister Finansów uznał, że drugie z zadanych przez przedsiębiorcę pytań okazuje się bezprzedmiotowe. Rozpoznający skargę właściciela cypryjskiej spółki Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, w wyroku z 22 marca 2017 r. w pełni podzielił stanowisko organu (sygn. akt III SA/Wa 926/16).
Dlaczego spółka osobowa niemająca osobowości prawnej została uznana za osobę prawną?
Przedsiębiorca wniósł skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który uznał ją za uzasadnioną. W wyroku z 9 lipca 2019 r. wskazał, że WSA powinien był wyjaśnić prawidłową wykładnię przepisów art. 30f ust. 3 pkt 3 lit. b) u.p.d.o.f. i dlaczego uprawnione jest twierdzenie, że dochody cypryjskiej spółki z tytułu udziału w spółkach niemających osobowości prawnej mogą zostać uznane za przychody pasywne.
„Sąd, kontrolując legalność zaskarżonej interpretacji, powinien przekonać stronę skarżącą o trafności, lub braku trafności poglądu, że dla oceny przychodu spółki cypryjskiej decydujące znaczenie dla zastosowania przepisów art. 30f ust. 3 pkt 3 lit. b) ustawy podatkowej ma kwalifikacja przychodu na poziomie spółek osobowych a nie, jak chce tego strona skarżąca, jego kwalifikacja ma znaczenie dopiero na poziomie spółki (…) Sąd nie wyjaśnia dlaczego błędne jest stanowisko strony skarżącej, iż dla spełnienia przesłanek, o których stanowi art. 30f ust. 3 pkt 3 lit. b) u.p.d.o.f., istotne znaczenie ma forma organizacyjna podmiotu, od którego spółka cypryjska uzyskuje przeważającą część własnych przychodów” (sygn. akt II FSK 2522/17).
Zagraniczne struktury solą w oku fiskusa
To, że korzystanie przez polskich przedsiębiorców z zagranicznych struktur organizacyjnych jest solą w oku fiskusa nie jest żadną tajemnicą. W sposób całkowicie zgodny z prawem unikają oni bowiem nadmiernych obciążeń podatkowych swoich firm, których beneficjentem byłby oczywiście fiskus. Pomimo systematycznego zaostrzania przepisów dotyczących zagranicznych spółek kontrolowanych, tworzenie struktur holdingowych i korzystanie z przyjaznych jurysdykcji jest wciąż dozwolone, m.in. z cypryjskiej, oferującej przedsiębiorcom bardzo przyjazny system podatkowy.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Danfoss kontynuuje zakrojone na szeroką skalę inwestycje w innowacje, jak również dokonał zakupu nowej technologii w obszarze elektryfikacji. W pierwszej połowie 2019 roku sprzedaż Grupy wzrosła o 4%, mimo że drugi kwartał charakteryzował się spowolnieniem w kilku sektorach rynku.
W pierwszej połowie 2019 roku sprzedaż Grupy wyniosła 3,2 miliarda euro – o 125 milionów euro więcej niż w tym samym okresie w zeszłym roku. Wzrost napędzany był przez popyt na rozwiązania z zakresu efektywności energetycznej oraz niskiej emisji zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej. W tym samym czasie, Chiny doświadczyły spowolnienia gospodarczego, które pod koniec drugiego kwartału dotarło również do Europy i Ameryki Północnej. Przychód firmy (EBIT) wyniósł 351 milionów euro, co oznacza, że osiągnął poziom zbliżony do tego za pierwsze półrocze 2018 roku, jeśli weźmiemy pod uwagę zysk z zeszłorocznej sprzedaży Thermii – części biznesu obejmującej pompy ciepła. Marża EBIT wyniosła 11,1%.
Kim Fausing – prezydent i CEO Grupy Danfoss
„Osiągnęliśmy solidny wynik pomimo coraz trudniejszej sytuacji na rynku”, powiedział Kim Fausing – prezydent i CEO Grupy Danfoss. „Dostarczamy szeroką gamę technologii i rozwiązań odgrywających kluczową rolę w procesie zmagań z problemem zmian klimatycznych. Rozwiązania dotyczące efektywności energetycznej oraz niskiej emisji zajmują teraz wysoką pozycję na liście naszych priorytetów w zakresie zielonych przemian. Jednakże na wielu rynkach na świecie pojawiła się niepewność spowodowana konfliktem gospodarczym między Stanami Zjednoczonymi i Chinami, jak również innymi zawirowaniami geopolitycznymi. Jesteśmy więc przygotowani na sytuację, w której gospodarka światowa zacznie odnotowywać mały poziom wzrostu, a nawet spadek, szczególnie w najbardziej cyklicznych gałęziach przemysłu.”
W pierwszych 6 miesiącach 2019 roku, Grupa Danfoss koncentrowała się głównie na rozwoju i umacnianiu czterech głównych obszarów swojej działalności. Najbardziej widocznym tego przejawem jest zainwestowanie 140 milionów euro w działania badawczo-rozwojowe związane z nowymi produktami – to 11-procentowy wzrost w porównaniu do zeszłego roku. „Będziemy kontynuowali inwestycje mające na celu długofalowe wzmocnienie naszej pozycji oraz zapewnienie nam wzrostu w przyszłości”, wyjaśnił Kim Fausing. „To główny punkt naszej strategii oraz sposób na utrzymanie przewodnictwa, jak również pozostanie najbardziej atrakcyjnym partnerem technologicznym dla naszych klientów.
W lipcu Danfoss sfinalizował zakup amerykańskiej firmy UQM Technologies, Inc. – wiodącego dostawcy systemów napędowych dla elektrycznych pojazdów komercyjnych oraz pozadrogowych. Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu, Danfoss zdecydował się przeprowadzić duże inwestycje w tym obszarze i dzięki tym działaniom dzisiaj może cieszyć się pozycją światowego lidera w zakresie rozwiązań elektrycznych dla pojazdów lądowych oraz jednostek pływających.
„Świat wkroczył w fazę transformacji cyfrowej i elektrycznej ukierunkowanej na poszanowanie środowiska naturalnego, która diametralnie zmieni nasze systemy energetyczne oraz sposób, w jaki korzystamy z energii. Obszary te doświadczają aktualnie bardzo dynamicznych zmian. Dlatego też, chcąc utrzymać naszą wiodącą pozycję na rynku, inwestujemy w innowacje oraz zakup nowych technologii”, dodał Kim Fausing.
Kluczowe liczby z pierwszej połowy 2019 roku:
Sprzedaż wzrosła o 4% i wyniosła 3,166 miliarda euro (pierwsza połowa 2018 roku: 3,041 miliarda), co oznacza 2-procentowy wzrost w walucie lokalnej.
Zysk netto w pierwszej połowie roku wyniósł 242 milionów euro (pierwsza połowa 2018 roku: 253 mln).
Wydatki na innowacje wzrosły o 11% by osiągnąć poziom 140 milionów euro (pierwsza połowa 2018 roku: 126 mln), co równa się 4,4% sprzedaży (pierwsza połowa 2018 roku: 4,1%).
Potwierdzona prognoza na 2019 rok
Prognoza na rok 2019, opublikowana w Rocznym Raporcie za 2018, potwierdziła się: Danfoss powiększy lub utrzyma swój udział w rynku, zwiększy poziom zyskowności mierzony marżą porównywalną do tej z roku 2018, jak również będzie kontynuować inwestycje w cyfryzację oraz elektryfikację.
Zwiększył się niestety poziom ryzyka związany prognozą za rok 2019 ze względu na aktualną sytuację geopolityczną. W szczególności dotyczy to konfliktu gospodarczego pomiędzy USA i Chinami, jak również innych konfliktów, które wprowadziły pewien poziom niepewności wpływający negatywnie na wzrost w cyklicznych gałęziach przemysłu.
Niemcy kosztem wzrostu PKB stabilizują sytuację swojego budżetu. O ile dane z gospodarki mogą wywoływać spore obawy, o tyle zmniejszony deficyt daje naszym sąsiadom szansę na spokojne przejście przez ewentualny kryzys.
Na zachodzie nadwyżka budżetowa
Z jednej strony dane napływające zza Odry są niepokojące. Wielu analityków wskazuje wręcz na nadchodzącą recesję. Z drugiej strony Niemcy pokazali właśnie 2,7% nadwyżki budżetowej. Ostatni raz deficyt w tym kraju był obserwowany w 2011 roku. W rezultacie udało się zbić zadłużenie względem PKB z 81,8% do 60,9%. Brzmi to jak olbrzymi sukces. Problem w tym, że w dalszym ciągu nie osiągnęli pułapu (zapisanego w traktacie z Maastricht), który pozwala danemu państwu przyjąć euro. Warto także pamiętać, że nie wszystkie kraje w ostatnich latach równie sprawnie ograniczały zadłużenie. Może to okazać się dużym problemem w kontekście potencjalnego kryzysu. O ile Niemcy będą w stanie zrekompensować spadek wpływów dodatkowym zadłużeniem, o tyle będzie to o wiele trudniejsze w przypadku innych istotnych gospodarek strefy euro jak Włochy czy Francja.
Brak deficytu w Polsce?
Rząd zapowiedział, że na rok 2020 planowany jest zerowy deficyt budżetowy. Byłaby to całkowita nowość i olbrzymie wydarzenie na polskim podwórku (taka sytuacja nie miała miejsca od początku przemian ustrojowych). Jakie posunięcia mają nas doprowadzić do takie wyniku? Ma się to udać m.in. dzięki dalszemu uszczelnieniu systemu podatkowego, podwyżce składki ZUS dla przedsiębiorców oraz opodatkowaniu transferów z OFE. W obliczu kolejnych obietnic wyborczych, które są przez obecną ekipę rządzącą realizowane z dużą skutecznością, jest to bardzo ambitny plan. Długofalowo byłby on oczywiście korzystny dla Polski, która w ten sposób uniknęłaby bardzo popularnej obecnie w Europie pułapki zadłużenia. Jednak druga strona medalu może wyglądać w ten sposób, że w celu sfinansowania zobowiązań, najprawdopodobniej trzeba by było zmniejszyć inwestycje, które już w tej chwili są na dość niskich poziomach.
Optymizm w USA
W Europie indeksy koniunktury nie zachwycają, ale w USA Conference Board wciąż pokazuje wysokie wskazania. Wczoraj osiągnął 135,1 pkt. Jest to co prawda wynik o 0,6 pkt poniżej ostatniego odczytu, ale równocześnie o 5,1 pkt powyżej oczekiwań. Wskaźniki takie są ważne dla rynków, ponieważ strach klientów bardzo szybko przekłada się na twarde wskaźniki. Jeżeli konsumpcja zwolni, to błyskawicznie odbije się to negatywnie zarówno na produkcji przemysłowej, jak i wzroście PKB, czego doświadczamy już w niektórych krajach Europy Zachodniej. Dobre dane po raz kolejny pozwoliły umocnić się dolarowi i odrobić część piątkowych strat względem euro.
W kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Inteligentne czujniki, wydajne diody LED i drukarki 3D – w ciągu ostatniego pięćdziesięciolecia rynek dystrybucji podzespołów elektronicznych i komputerowych uległ poważnym przemianom. Niektóre wynalazki z minionych dekad wytrzymały próbę czasu i są wciąż niezastąpione zarówno w domach, jak i w przemyśle.
Ulf Timmermann, reichelt elektronik
Akumulator
Baterie pastylkowe są stosowane w urządzeniach o niskim zużyciu energii, takich jak zegarki, pagery, aparaty słuchowe, kalkulatory, a nawet płyty główne. Mimo wynalezienia akumulatora wymienne baterie są nadal ważnym źródłem energii zarówno do zastosowań prywatnych, jak i profesjonalnych.
Co ciekawe, pierwszy akumulator powstał na początku XIX w. i był zdecydowanie większy od współczesnych urządzeń tego typu. Tzw. ogniwo Volty, wynalazek Alessandro Volty, zawierało płatki miedziane i cynkowe oraz arkusze tektury i skóry nasączone elektrolitem dla zapewnienia przewodnictwa prądu.
Akumulator, niegdyś niewytłumaczalny fenomen, jest obecnie nieodzownym źródłem energii i prawdopodobnie jednym z najważniejszych wynalazków we współczesnej historii.
Lutownica
Lutownica pozwala łączyć ze sobą podzespoły, dzięki czemu jest nie tylko niezastąpionym narzędziem domowych majsterkowiczów, ale także znajduje szereg zastosowań w przemyśle i produkcji. Urządzenia te różnią się wielkością w zależności od zastosowania.
Obecnie w użyciu są głównie lutownice elektryczne. Zdarzają się jednak lutownice zasilane gazem lub węglem. Ten wariant lutownicy był stosowany już przez starożytnych Egipcjan i Trojan. Choć w tamtych czasach do spajania używano złota i srebra, ok. 4 tysięcy lat temu to cyna stała się preferowanym spoiwem.
W roku 1921 r. niemiecki wynalazca zaprezentował pierwszą lutownicę elektryczną, która weszła do masowej produkcji. Na przestrzeni ostatnich 90 lat wynalazek ten jest wciąż doskonalony i można go obecnie znaleźć w niemal każdej szafce narzędziowej oraz przy stanowiskach do łączenia podzespołów elektronicznych.
Płytka drukowana
Opracowanie procesu lutowania wpłynęło na inną innowację dla przemysłu elektronicznego, a mianowicie na płytkę drukowaną. Ta przeznaczona do montażu podzespołów elektronicznych płytka powstała pod koniec lat 30. ubiegłego wieku. Przed jej wynalezieniem podzespoły były montowane w sposób niechlujny i nieustandaryzowany. Z uwagi na ręczne metody prowadzenia połączeń elektrycznych płytka drukowana mogła przetrwać w swojej pierwotnej formie do lat 50. XX wieku. Od tamtego czasu obserwujemy stały trend ukierunkowany na miniaturyzację płytek drukowanych, dzięki czemu są one obecnie stosowane nie tylko w komputerach i telewizorach, ale także w niemal każdym urządzeniu elektronicznym.
W mniej skomplikowanych rozwiązaniach płytki drukowane są zazwyczaj początkiem projektów. Za przykład takiego zastosowania może posłużyć platforma komputerowa Raspberry Pi wyposażona w pojedynczą płytkę drukowaną. Dzięki dalszym pracom rozwojowym obejmującym zwiększenie mocy obliczeniowej i powiększenie pamięci RAM, komputer Raspberry Pi oraz rozwiązania konkurencyjne, takie jak Banana Pi lub płytki Ordoid i Arduino, coraz częściej znajdują zastosowanie w przemyśle.
Oscyloskop cyfrowy
Oscyloskop to niezastąpione narzędzie każdego elektrotechnika. Urządzenia te znajdują jednak zastosowanie także w technologii medycznej i technologii telewizyjnej.
Z uwagi na coraz większą liczbę funkcji, szybsze działanie i pojemniejszą pamięć oscyloskopy cyfrowe w znacznym stopniu wyparły z rynku swoją wersję analogową. Co więcej, oscyloskopy analogowe bazujące na technologii lampowej mają swoje wady w postaci m.in. większej podatności na błędy i wyższego poboru energii.
Choć technologię oscyloskopową opracowano na początku XX wieku, pierwszy oscyloskop cyfrowy został wyprodukowany w latach 80. przez nowojorską firmę LeCroy.
Współczesne oscyloskopy cyfrowe oferują różne zestawy funkcji i są dostępne w szerokim przedziale cenowym w zależności od zastosowania. Proste oscyloskopy cyfrowe mogą uzupełnić funkcjonalność istniejącego multimetru, z kolei bardziej zaawansowane urządzenia są wyposażone w ekran dotykowy i rejestrator danych, a ponadto obsługują wiele kanałów.
Drukarka 3D
W ostatnich latach branża produkcyjna może w coraz większym stopniu korzystać z dobrodziejstw nieustannie doskonalonej technologii druku 3D. Możliwość precyzyjnego i efektywnego drukowania złożonych prototypów pozwala wyeliminować kilka skomplikowanych procesów produkcyjnych. Drukarki 3D są używane w tak odmiennych branżach, jak medycyna, catering i projekty prywatne.
Stereolitografię, czyli proces addytywnej produkcji elementów, w którym warstwy materiału są nanoszone w trójwymiarze, opracowano w 1981 r. i zastosowano w praktyce w 1983 r. Produkowany element znajdował się w cieczy i zanurzał się w niej stopniowo w miarę zwiększania wagi. Pierwsza drukarka 3D została wprowadzona na rynek w 1988 r i bazowała ona na metodzie spiekania laserowego.
Od tamtego czasu technologia druku 3D rozwija się i jest doskonalona, dzięki czemu drukarki 3D są dostępne w różnych konfiguracjach i wielkościach. Stale powiększa się także gama filamentów. Współczesna technologia umożliwia drukowanie m.in. ekologicznego plastiku i czekolady.
Co czeka nas w przyszłości?
Trudno jest przewidzieć, jak będzie wyglądać rynek dystrybucji podzespołów elektronicznych i komputerowych za 10, 25 lub 50 lat oraz które technologie będą istotne dla branży elektronicznej w dłuższej perspektywie.
Badacze z pewnością poświęcą kilka kolejnych lat na projekty związane z pojazdami autonomicznymi. Produkcja pojazdów tego typu z pewnością zwiększy zapotrzebowanie na różnego rodzaju czujniki i półprzewodniki. Co więcej, do zapewniania odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa pojazdów autonomicznych konieczne jest zastosowanie wydajnych diod LED.
Rozwój przemysłu 4.0 i budowanie sieci urządzeń wymaga rozwiązań bezprzewodowych, ekranów i systemów wbudowanych. Z tego względu należy oczekiwać szeregu innowacji także w tym obszarze. Przyszłość pokaże, które z nich przetrwają kolejną próbę czasu.
W lipcu 2019 r., w porównaniu do lipca 2018 r., w ujęciu wartościowym, banki i SKOK-i udzieliły kredytów na wyższą kwotę we wszystkich grupach produktowych. Najwyższe wzrosty odnotowały karty kredytowe (+27,0%) oraz kredyty mieszkaniowe (+26,0%). Dodatnia dynamika dotyczyła również limitów kredytowych (+16,8%) i kredytów konsumpcyjnych ( +15,0%). W ujęciu liczbowym, w stosunku do lipca 2018 r. odnotowano wzrost sprzedaży kart kredytowych (+34,3%), udzielono więcej kredytów mieszkaniowych (+15,8%) oraz kredytów konsumpcyjnych (+6,1%). Ujemna dynamika wystąpiła jedynie w przypadku limitów kredytowych (-5,5%). W lipcu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły kredytów konsumpcyjnych na kwotę 8,224 mld zł, a mieszkaniowych na kwotę 6,185 mld zł. W porównaniu do czerwca 2019 r. wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych wzrosła o (+15,2%), zaś kredytów konsumpcyjnych o (+11,8%).
W okresie styczeń – lipiec 2019 r. banki udzieliły o (+1,2%) więcej kredytów mieszkaniowych niż w analogicznym okresie zeszłego roku, w ujęciu wartościowym sprzedaż natomiast wzrosła o (+13,2%). W przypadku kredytów konsumpcyjnych spadek liczby udzielonych kredytów w okresie styczeń – lipiec 2019 do analogicznego okresu 2018 r. wyniósł (-0,9%), w ujęciu wartościowym zanotowano wzrost (+7,9%). Wysoką dodatnią dynamikę zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowały karty kredytowe: odpowiednio (+22,9%) oraz (+24,1%).
Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne)
W lipcu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 670,4 tys. kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 8,22 mld zł. Stanowi to wzrost o 6,1% w ujęciu liczbowym i wzrost o 15,0% w ujęciu wartościowym w porównaniu do lipca 2018 r. W porównaniu do czerwca 2019 r. liczba udzielonych kredytów wzrosła o 12,8% a wartość o 11,8%.
– W okresie styczeń – lipiec 2019 r. dodatnie dynamiki liczby udzielonych kredytów konsumpcyjnych dotyczyły jedynie kredytów średnio i wysokokwotowych. W przypadku kredytów konsumpcyjnych do 3,5 tys. zł dynamika była ujemna. I co ciekawe, najwyższa ujemna dynamika wystąpiła w kredytach konsumpcyjnych do 1 tys. zł na poziomie (-15,3%). Natomiast najwyższa dodatnia dynamika wzrostu dotyczyła kredytów wysokokwotowych powyżej 20 tys. zł na poziomie 9,9% w ujęciu liczbowym i 10,6% w wartościowym.
prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej
Obecnie, tj. w okresie styczeń – lipiec 2019 r. 35% udzielanych przez banki i SKOK-i kredytów konsumpcyjnych stanowią kredyty średniokwotowe w przedziale 7 – 20 tys. zł oraz wysokokwotowe powyżej 20 tys. zł. W ujęciu wartościowym stanowią one już 86,5% wartości wszystkich udzielanych kredytów konsumpcyjnych. Dzięki wydłużaniu okresu kredytowania, przy niskim, stabilnym poziomie stóp procentowych i rosnących dochodach gospodarstw domowych banki mogą udzielać kredytów na wyższe kwoty. Dotyczy to głównie kredytów gotówkowych. Dynamika kredytów gotówkowych wysokokwotowych powyżej 30 tys. zł, udzielonych w okresie styczeń – lipiec 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku, zarówno w ujęciu liczbowym jak i wartościowym wynosi ok. 11,0%. Średnia wartość udzielonego kredytu konsumpcyjnego w lipcu 2019 r. wyniosła 12 266 zł i była wyższa już o 8,5% od średniej wartości udzielonego kredytu konsumpcyjnego w lipcu zeszłego roku. Dla kredytów gotówkowych średnia wartość udzielonego kredytu to 18 220 zł – wzrost o 4%. Średnia wartość kredytu ratalnego to 4317 zł i jest ona wyższa niż rok temu o 12,2%. Kredyty ratalne udzielone w lipcu 2019 r. stanowią ok 43% udzielonych w tym okresie kredytów konsumpcyjnych oraz 15% wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.
– Poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych jest przez BIK co miesiąc monitorowany w oparciu o „Indeks jakości”, który pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela dla kredytów konsumpcyjnych już od kilku lat utrzymuje się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty „Indeksu jakości” portfela kredytów konsumpcyjnych. Jego bieżący, tj. lipcowy odczyt wynosi 5,67%. W porównaniu do lipca 2018 r. wartość indeksu poprawiła się o 0,14. Nadal uważam, że podstawowe ryzyko związane z kredytami konsumpcyjnymi, w szczególności gotówkowymi, determinowane jest przez wysokokwotowe kredyty, które są obarczone wyższym ryzykiem kredytowym od kredytów niskokwotowych. 61,4% sprzedaży kredytów gotówkowych w okresie styczeń – lipiec 2019 r. stanowią kredyty powyżej 30 tys. zł, których banki w siedmiu miesiącach 2019 r. udzieliły na kwotę 27,6 mld zł. – dodaje prof. Rogowski.
Kredyty mieszkaniowe
W lipcu 2019 r. banki udzieliły łącznie 22,5 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 6,18 mld zł. Stanowi to wzrost o 26,0% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do lipca 2018 r. W ujęciu liczbowym, w lipcu 2019 r. w porównaniu do lipca 2018 r., banki udzieliły prawie o 16% więcej kredytów mieszkaniowych.
– W lipcu br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy dodatnie dynamiki zarówno wartości udzielonych kredytów, jak i ich liczby w porównaniu z lipcem zeszłego roku. Dodatnia dynamika wartościowa wynika głównie ze struktury udzielanych kredytów, w okresie styczeń – lipiec 2019 już ponad 68% wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 250 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych, określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego, nadal obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu ilościowym, jak i wartościowym dotyczą jedynie kredytów powyżej 250 tys. zł., w tym w szczególności kredytów powyżej 350 tys. zł, których w okresie styczeń – lipiec 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego w ujęciu liczbowym udzielono o 37,4% więcej a w wartościowym o 38,15%. 51% tych kredytów w okresie styczeń – lipiec 2019 r. zaciągnęły osoby w wieku 25 – 34 lata. Osoby te zaciągnęły również prawie połowę wszystkich kredytów mieszkaniowych. Tak więc lipiec potwierdza, że hossa na rynku kredytów wysokokwotowych trwa. Natomiast spadki obejmują kredyty poniżej 250 tys. zł. Ujemne dynamiki dotyczyły zarówno liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Kredytów do 100 tys. zł banki udzieliły o 25,3% mniej, a w przedziale 100 – 150 tys. zł mniej o 19,7% niż w analogicznym okresie 2018 r.
W styczniu 2019 r. prognozowaliśmy wzrost wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych na poziomie 5-8%. W rzeczywistości dynamika siedmiu pierwszych miesięcy 2019 r. do analogicznego okresu 2018 r. wyniosła 13,2%. Kluczowe pytanie odnosi się więc do trendów na drugie półrocze 2019 r. Przy prognozowaniu trzeba uwzględnić zarówno ogólną sytuację na rynku mieszkaniowym, jak i na rynku kredytowym. Co do rynku mieszkaniowego, po stronie podażowej mamy już sygnały od deweloperów dotyczące ograniczania liczby oferowanych do sprzedaży mieszkań, głównie ze względu na problemy z gruntami. Popyt na nieruchomości natomiast pozostaje stabilny, a nawet rosnący (cele inwestycyjne pod wynajem i pojawiający się nabywcy spekulacyjni). Co w konsekwencji wpływa na wzrost cen nieruchomości. Możliwość finansowania coraz droższych nieruchomości może być realizowana przy wykorzystaniu kredytu mieszkaniowego, dzięki rosnącym dochodom gospodarstw domowych przy rekordowo niskich stopach procentowych. Ograniczeniem może być natomiast fakt konieczności posiadania wkładu własnego, co w mojej opinii jest jednym z powodów dlaczego koszt najmu przewyższa ratę kredytową a także polityka kredytowa banków. Trzeba pamiętać, że rynek praktycznie należy do pięciu banków. Zaostrzenie polityki kredytowej jednego z nich może wpłynąć na dostępność kredytu jako formy finansowania nieruchomości. Reasumując, co do liczby udzielanych kredytów myślę, że będzie niska kilku procentowa dodatnia dynamika. Co do wartości to w całym 2019 r. może być to dynamika dwucyfrowa, ale raczej kilka punktów procentowych poniżej zeszłorocznej 20% dynamiki. Uważam, że wartość 60 mld zł zostanie osiągnięta. Chyba, że na rynku zajdą niespodziewane negatywne zdarzenia – wyjaśnia prof. Waldemar Rogowski z BIK.
Miesięczny odczyt Indeksu jakości portfela kredytów mieszkaniowych w lipcu 2019 r. wyniósł 0,79%, co potwierdza wieloletnią już stałą obserwację dotyczącą niskiego poziomu ryzyka kredytowego związanego z udzielaniem kredytów mieszkaniowych. Ponadto klienci, którym udzielono kredyty w pierwszym półroczu 2019 r. posiadali wyższy odczyt oceny punktowej niż kredytobiorcy z pierwszego półrocza 2018 r. Średnia wartość scoru kredytowego osoby zaciągającej kredyt mieszkaniowy w okresie styczeń – czerwiec 2019 r. wynosiła 76 punktów przy 75 punktach w okresie pierwszego półrocza 2018 r.
Kredyty mieszkaniowe charakteryzują się najniższą szkodowością wśród wszystkich typów produktów kredytowych. W ostatnich 12 miesiącach (lipiec 2019 r. do lipca 2018 r.) jakość portfela poprawiła się, o czym świadczy lekki spadek Indeksu o (- 0,03).
– Obecnie nie widać istotnych zagrożeń, które w krótkim horyzoncie czasowym mogłyby wpłynąć na wzrost poziomu szkodowości kredytów mieszkaniowych, a tym samym na wzrost poziomu ryzyka kredytowego. Kredyty frankowe pomimo niekorzystnego wzrostu kurs CHF do PLN dalej powinny być dobrze spłacane. Jak pokazują dane historyczne, silne umocnienie franka do złotówki nie wywołało skokowego wzrostu szkodowości portfela kredytów frankowych – zaznacza prof. Rogowski.
Karty kredytowe
W lipcu 2019 r. banki wydały 107,6 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 622 mln zł. Stanowi to wzrost o 34,3% w ujęciu liczbowym i o 27,0% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do lipca 2018 r.
– W lipcu 2019 r., podobnie jak w poprzednich miesiącach obserwujemy wysokie wartości sprzedaży kart kredytowych, wartość przyznanych limitów była o 27% wyższa iż w analogicznym okresie 2018 r. Najwyższą dodatnią dynamikę przyznawanych limitów na kartach kredytowych w okresie styczeń – lipiec 2019 r. w porównaniu do pierwszych siedmiu miesięcy 2018 r. zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowały karty o limitach w przedziale 1-2 tys. zł, odpowiednio 52,0% oraz 47,3% oraz 2 do 3,5 tys. zł – 34,0% oraz 32,0%. Należy jednak podkreślić, że dodatnie dynamiki w ujęciu liczbowym i wartościowym dotyczyły wszystkich przedziałów kwotowych. Potwierdziłaby się więc teza, że na rynek kart kredytowych weszły osoby o niższych dochodach, aponadtoczęść banków proponuje również kartę kredytową jako alternatywę dla kredytu ratalnego, szczególnie przy zakupach w kanale e-commerce – mówi prof. Rogowski z BIK.
Limity kredytowe w kontach osobistych
W lipcu 2019 r. banki przyznały łącznie 59,7 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę 299 mln zł. Stanowi to spadek o 5,5% w ujęciu liczbowym i wzrost o 16,8% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do lipca 2018 r.
– W przypadku limitów w kontach nie obserwujemy typowego zjawiska związanego z rosnącą sprzedażą w obu skrajnych przedziałach kwotowych: nisko i wysokokwotowych. W przypadku limitów dodatnią dynamikę w ujęciu liczbowym odnotowaliśmy jedynie dla trzech przedziałów środkowych tj. 0,5 – 1 tys. zł, 1-2 tys. zł oraz 2-4 tys. zł. Odpowiednio: 1,1% i 7,8% oraz 3,7% liczbowo. W ujęciu wartościowym ujemną dynamiką – 12,7% charakteryzował się jedynie przedział limitów średnio kwotowych (4 – 7 tys. zł) – zauważa prof. Rogowski z BIK.
Napięcia handlowe, spowalniający wzrost globalny i luzowanie banków centralnych są głównymi tematami dla ryków finansowych, choć bez rozwoju nowych wątków w ciągu ostatnich 24 godzin, stąd obserwowany spokój. Przerywnikami są polityczne negocjacje w Wielkiej Brytanii i Włoszech, które ciągną w górę funta, a dla euro są neutralne.
Funt jest wyżej z połączenia informacji dotyczących brexitu oraz przełamań technicznych poziomów (które doskonale sprawdzają się do potęgowania reakcji). Lider Partii Pracy Jeremy Corbyn zwołał spotkanie z członkami innych partii opozycyjnych, by przedyskutować sposoby na zablokowanie planów rządu odnośnie bezumownego brexitu (jeśli UE nie ugnie się żądaniom Londynu). Na spotkaniu ustalono, że preferowaną ścieżką będzie forsowanie ustawy, która ograniczy opcje rządu. Rynek reaguje pozytywnie, gdyż zakłada, że Corbynowi i reszcie uda się zatryzmać premiera Borisa Johnsona przed grą va banque z Brukselą, w efekcie najgorszy scenariusz dla brexitu przestanie być najbardziej prawdopodobny. Gdzie tkwi haczyk? Cały ten optymizm opiera się na założeniu, że partie w parlamencie będą w stanie ze sobą beztarciowo współpracować. Problem w tym, że to nie pierwszy raz, kiedy Wielka Brytania stoi przed widmem chaotycznego brexitu, co mobilizuje posłów do zwarcia szyków. Ostatnim razem, kiedy w Westminsterze głosowano nad różnymi opcjami uniknięcia bezumownego brexitu, żadne rozwiązanie nie zyskało poparcia większości. Tak bywa z dbaniem o dobro Wielkiej Brytanii, że posłowie widzą to dobro na różne sposoby. Stąd nie mogę pozbyć się wątpliwości, że kiedy w przyszłym tygodniu posłowie wrócą do obrad, niekoniecznie pomysł bezumownego rozstania z UE trafi do kosza. Ryzyko chaosu po 31 października pozostaje wysokie i funt jeszcze nie raz w ciągu tych dwóch miesięcy to poczuje.
Poza tym nie widać nic szczególnego na rynku. Napięcia handlowe, spowalniający wzrost globalny i luzowanie banków centralnych są głównymi tematami, choć bez rozwoju nowych wątków. Mamy trochę szumu związanego z włoską polityką, gdzie negocjacje Ruchu 5 Gwiazd i Partii Demokratycznej mają swoje lepsze i gorsze odsłony. Wczoraj rozmowy wisiały na włosku, kiedy R5G wstrzymała rozmowy do czasu, aż PD nie zaakceptuje pozostania Conte na stanowisku premiera. PD jest przeciwna nominacji Conte, uważając go za niedoświadczonego polityka i niespójnego z jego apelami od odcięcie się od dotychczasowego rządu. Ale wieczorna tura negocjacji według źródeł była już „w dobrym klimacie” i rozmowy mają być kontynuowane w środę. Obu partiom zależy na utworzeniu koalicji, ponieważ alternatywą najprawdopodobniej byłyby szybkie wybory. Sondaże sugerują, że ten wynik byłby korzystny dla Ligi, a ze szkodą dla R5G. Rynek obecnie nie widzi zagrożenia w zamieszaniu politycznym we Włoszech, wciąż mając nadzieję, że odsunięcie od władzy eurosceptycznie Ligi (czy poprzez zawiązanie koalicji R5G/PD, czy przez nowe wybory) będzie netto lepsze dla UE.
SAS zajął drugie miejsce w zestawieniu firm, które osiągnęły największy dochód ze sprzedaży rozwiązań AI w 2018 roku.
(28 sierpnia 2019 r.) – Jak wynika z raportu IDC „Worldwide Artificial Intelligence Software Platforms Market Shares, 2018: Steady Growth — Moving Toward Production”, SAS odnotował niemal czterokrotnie szybszy wzrost niż cały rynek rozwiązań wykorzystujących sztuczną inteligencję. Dochód firmy był wyższy o 104,6%, dzięki czemu zajęła ona drugie miejsce w kategorii oprogramowania AI.
Znaczący wzrost pozycji SAS na rynku sztucznej inteligencji jest bez wątpienia efektem wiodącej roli firmy w sektorze analityki – mówi David Schubmehl, Research Director, Cognitive/Artificial Intelligence Systems w IDC. Aby sprostać nowym wyzwaniom biznesowym, organizacje przechodzą z fazy eksperymentów do fazy produkcji rozwiązań wykorzystujących AI. Wiele z nich poszukuje zaufanego partnera, który posiada doświadczenie oraz specjalistyczną wiedzę z zakresu analityki. Sztuczna inteligencja jest istotnym elementem strategii SAS, podobnie jak integracja z technologiami open source, co pozwala organizacjom wykorzystać ich potencjał do automatyzacji procesów bez znacznej rozbudowy modeli AI.
W marcu tego roku SAS ogłosił trzyletni plan inwestycji w sztuczną inteligencję o wysokości miliarda dolarów. Pozwoli on na dalszy rozwój firmy i wdrażanie kolejnych innowacji. Inwestycja ta dotyczy trzech głównych obszarów:
Badania i rozwój na rzecz innowacji
Inicjatywy edukacyjne odpowiadające na potrzeby klientów i partnerów, które pozwolą im lepiej zrozumieć czym jest sztuczna inteligencja i jakie korzyści mogą odnieść z jej wykorzystania
Usługi eksperckie pozwalające zwiększyć klientom zwrot z inwestycji w projekty AI.
Przeznaczając 26% całkowitego dochodu firmy na działania z zakresu badań i rozwoju, SAS reinwestuje ponad dwa razy więcej niż wynosi średnia dla największych firm technologicznych.
Jim Goodnight, CEO w SAS
Sztuczna inteligencja od lat stanowi integralną część oprogramowania SAS – mówi Jim Goodnight, CEO SAS. Zależy nam na tym, aby sztuczna inteligencja nie stanowiła jedynie chwytliwego hasła, a gwarantowała realne korzyści naszym klientom. Począwszy od uczenia maszynowego, deep learning, rozpoznawania obrazów i przetwarzania języka naturalnego, aż po tworzenie prognoz biznesowych oraz optymalizację, SAS pomaga firmom z wielu branż czerpać korzyści z technologii AI.
Wśród klientów wykorzystujących sztuczną inteligencję SAS znajdują się Lockheed Martin, Royal Bank of Scotland oraz Honda. Jednym z kluczowych rozwiązań AI, które umożliwiają organizacjom podejmowanie lepszych decyzji biznesowych w sposób zautomatyzowany jest SAS® Viya®. Dzięki przejrzystym metodom działania i możliwościom interpretacji wyników analiz, rozwiązanie to pozwala klientom o różnym poziomie umiejętności technologicznych automatyzować złożone zadania, aby tworzyć najwyzszej klasy modele analityczne.
Firmy NVIDIA i VMware podczas konferencji VMworld 2019 US ogłosiły zawarcie współpracy, której celem jest wsparcie biznesu we wdrożeniach technologii opartych m.in. na sztucznej inteligencji. Dzięki nowo podpisanej umowie, na rynek zostaną wprowadzone rozwiązania z najszybszymi na rynku wirtualnymi, akceleratorami GPU. Umożliwią one bezproblemową migrację aplikacji z maszyn wirtualnych vSphere do chmury VMware Cloud on AWS oraz wdrożenia najnowszych biznesowych technologii.
Firmy coraz odważniej korzystają z technologii sztucznej inteligencji (SI), aby wyróżnić i ulepszyć swoje procesy oraz oferty. Przedsiębiorstwa szybko wdrażają usługi oparte na innowacjach i pod to zmienią swoje strategie sprzętowe. Wymagają one dzisiaj potężnych mocy obliczeniowych do tworzenia modeli predykcyjnych z petabajtów biznesowych danych. W różnych branżach przedsiębiorstwa wdrażają ponadto aplikacje bazujące na uczeniu maszynowym, takie jak rozpoznawanie obrazu i głosu, inteligentne doradztwo finansowe czy przetwarzanie języka naturalnego za pomocą sieci neuronowych.
Wszystko to polega na akceleratorach NVIDIA GPU, które gwarantują szybsze analizy i efekty w ciągu kilku minut, a nie dni – jak bywało do tej pory. Firma VMware niedawno nabyła z kolei startup Bitfusion, który umożliwia udostępnianie możliwości akceleratorów GPU dla obciążeń SI i uczenia maszynowego w przedsiębiorstwie. Współpraca między obiema organizacjami staje się więc naturalnym krokiem w obopólnym rozwoju.
VMware i NVIDIA — nowa strategiczna umowa
Dzięki ogłoszonej podczas VMworld współpracy klienci korzystający już z chmury VMware Cloud on AWS uzyskają dostęp do zupełnie nowych, zwirtualizowanych usług napędzanych przez akceleratory NVIDIA T4 i najnowsze oprogramowanie NVIDIA Virtual Compute Server (vComputeServer).
Bez względu czy mówimy o analizach biznesowych czy wdrożeniach sztucznej inteligencji, nowoczesne firmy w znacznym stopniu polegają akceleratorach GPU, które umożliwiają im szybko uzyskiwać dane potrzebne do rozwoju biznesu. Wraz z VMware projektujemy najbardziej zaawansowaną infrastrukturę GPU w celu wspierania innowacji w całym przedsiębiorstwie, od wirtualizacji, przez chmurę hybrydową, do wsparcia obliczeń w centrach danych – komentuje Jensen Huang, założyciel i prezes NVIDIA.
Jego słowom wtóruje prezes VMware, Pat Gelsinger – Wielu z naszych klientów odkryło już moc możliwości jaka drzemie w VMware Cloud on AWS w zakresie modernizacji aplikacji kluczowych dla biznesu. Dzięki innowacjom opartym na współpracy z liderami branży, takimi jak NVIDIA czy AWS, zapewnimy najlepsze w swojej klasie akceleratory GPU dla największych obciążeń IT oraz najnowocześniejszych aplikacji w chmurze hybrydowej.
VMware Cloud on AWS nowej generacji
Gdy tylko wspólne usługi VMware i NVIDIA staną się dostępne dla klientów końcowych, firmy będą mogły wykorzystać hybrydową platformę chmurową klasy korporacyjnej do przyspieszenia modernizacji swoich środowisk aplikacyjnych. Organizacje będą w stanie ujednolicić procesy wdrażania, migracji i bieżące operacje w spójnej infrastrukturze VMware, by usprawnić obsługę najbardziej zaawansowanych obciążeń, w tym sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego i analizy big data.
Bezproblemowa migracja: klienci będą mogli przenosić obciążenia oparte na akceleratorach NVIDIA oraz oprogramowaniu vComputeServer za pomocą jednego kliknięcia przycisku i bez przestojów dzięki VMware HCX.
Elastyczna infrastruktura AWS: dzięki możliwości automatycznego skalowania klastrów VMware Cloud on AWS, przyspieszonej przez akcelerator NVIDIA T4, administratorzy będą mogli powiększać lub zmniejszać dostępne środowiska projektowe w zależności od bieżących potrzeb firmowych zespołów data scientists.
Większe moce obliczeniowe dla aplikacji: akceleratory NVIDIA T4 będą wyposażone w rdzenie Tensor Cores, które przyspieszą procesy analityczne w trybie głębokiego uczenia. W połączeniu z oprogramowaniem vComputeServer do wirtualizacji akceleratorów GPU, firmy będą mogły swobodniej i bezpieczniej uruchamiać obciążenia, bazujące na technologii sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego i analizy big data danych.
Spójne operacje w środowisku hybrydowym: dzięki VMware Cloud on AWS organizacje będą mogły w spójny sposób zarządzać wszystkimi elementami w chmurze hybrydowej, wykorzystując standardowe rozwiązania VMware vSphere, vSAN i NSX VMware jako podstawę do modernizacji aplikacji o kluczowym znaczeniu dla biznesu. Administratorzy IT będą mogli zarządzać obciążeniami wspartymi przez akceleratory GPU poprzez oprogramowanie vCenter.
Fundament bezproblemowej analizy big data: akcelerator GPU NVIDIA T4 znacząco przyspieszy firmowe serwery i narzędzia analityczne dzięki NVIDIA RAPIDS. Rozwiązanie to zapewnia akcelerację procesów związanych z badaniem danych i uczeniem maszynowym na układach GPU NVIDIA, skracając czas niezbędny do ukończenia procesu z kilku dni do kilku minut.
Od dłuższego czasu na rynku usług telekomunikacyjnych mówi się o Rich Communication Services. To nowy standard w komunikacji, który może zastąpić SMS. Jest już dostępny w kilkudziesięciu krajach pod nazwami RCS, joyn czy Message+. Wartość rynku stale rośnie, co dostrzegają także operatorzy w Polsce. W opinii ekspertów DNB Bank Polska może on przynieść realne korzyści dla biznesu. Otwartym pozostaje jednak pytanie, czy w dobie komunikatorów będzie w stanie przekonać do siebie użytkowników.
Rich Communication Services (RCS) to standard wysyłania wiadomości, w którym potencjał widzi wiele firm na rynku telekomunikacyjnym, także w Polsce. Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji we współpracy z telekomami prowadzi prace nad wprowadzeniem standardu. Czy słusznie wzbudza on takie zainteresowanie? Zwolennicy przedstawiają go jako następcę SMS. Przewagą RCS ma być dwukierunkowa komunikacja, którą można wzbogacać o dodatkowe treści (zdjęcia, filmy, grafiki etc.). Sceptycy argumentują, że te funkcje mają już najpopularniejsze komunikatory, takie jak Messanger, WhatsApp czy WeChat. Z urządzeń mobilnych korzysta około 5 mld osób, czyli 67 proc. populacji. Social media to forma kontaktu dla blisko 3,5 mld ludzi, tylko w zeszłym roku portalom przybyło 9 proc. użytkowników. W tym samym czasie w krajach rozwiniętych znacząco spada wykorzystanie SMS. Czy oznacza to więc, że RCS jest technologią zwyczajnie spóźnioną?
RCS jako element budowania pozycji na rynku
Standard RCS jest stosowany obecnie przez 76 operatów. Dodatkowo GSM Associaiton (GSMA) szacuje, że w roku 2020 ich liczba wzrośnie o kolejne 59 firm. W ujęciu procentowym w niedalekiej przyszłości dostęp do tej usługi ma mieć 86 proc. wszystkich smartfonów na świecie. W rozwiązanie inwestują najwięksi gracze na rynku. Samsung, Ericsson czy Hauwei wspierają technologię i dostarczają sprzęt oraz rozwiązania umożlwiające jej rozwój. Jedną z głównych ról odgrywa Google, któremu w konkurowaniu z Apple brakowało odpowiednika iMessage. Android, który jest oprogramowaniem dla 75 proc. telefonów, oferując RCS Chat, wzmocniłby technologicznego giganta.
– Ewentualną popularność RCS wspomaga efekt skali Androida na świecie, która znacznie rozszerzy dostęp do funkcji znanych obecnie użytkownikom telefonów Apple, bądź aplikacji WhatsApp i Facebook Messenger. I to wszystko z poziomu podstawowego oprogramowania telefonu, czyli w prosty i uniwersalny sposób pozwala dotrzeć do większej grupy konsumentów – mówi Krzysztof Cembrzyński, ekspert ds. telekomunikacji, mediów i technologii w DNB Bank Polska.
Rozwiązanie typu win-win
Okazuje się, że rynek dostrzega realny potencjał w RCS. Jedną z kluczowych zalet jest jego uniwersalność, gdyż może być obsługiwany przy pomocy zarówno 3G, LTE, jak i Wi-Fi, z poziomu telefonu, bez konieczności instalowania dodatkowych aplikacji. Zupełnie jak SMS.
Z perspektywy użytkowników najważniejsze funkcje to możliwość przesyłania dużych ilości danych. Konkurencyjne wobec dzisiejszych aplikacji są możliwości:
prowadzenia konwersacji grupowych
przesyłania plików (do 10 MB)
prowadzenia wideokonferencji
informowania o odczytaniu wiadomości
informowania o lokalizacji
wysyłanie wiadomości z innych aplikacji.
– Warto pamiętać, że głównym zasobem dla zdobycia popularności RCS wśród konsumentów jest nieustannie duża liczba (4 mld) aktywnych użytkowników usługi SMS na świecie. Wynika to zapewne z siły przyzwyczajenia i ograniczeń sprzętowych w niektórych obszarach geograficznych. Komunikatory oferują obecnie bardziej intuicyjny serwis z funkcjonalnością dopiero planowaną w standardzie RCS – mówi Krzysztof Cembrzyński.
Komercyjne wykorzystanie RCS
Jak na standardzie RCS może skorzystać biznes? Eksperci DNB Bank Polska wskazują, że przede wszystkim ułatwi komunikację z klientem. Customer experience jest dziś jednym z kluczowych obszarów budowy przewag konkurencyjnych. Badania wskazują, że ponad 50 proc. osób preferuje kontakt w formie tekstowej. Dodatkowo responsywność w kontakcie z firmą przypadku wiadomości na telefon jest 7,5 razy większa niż e-maila. RCS pozwoli m.in. na wysyłanie w formie wiadomości biletów lotniczych czy informacji od kuriera o dostarczeniu przesyłki. Klienci będą mogli za pomocą prostego interfejsu komunikować się z firmą. Dodatkowo rozwój standardu RCS to szansa dla działów marketingu na kreatywne kampanie. Marketerzy będą w stanie lepiej określać zachowania użytkowników i optymalizować komunikację marketingową.
– Standard RCS to potencjalnie szansa na rozwój dla wielu branż pod wieloma szerokościami geograficznymi. Wszystko przekłada się na konkretne sumy. Zgodnie z szacunkami rynek A2P (application-to-person) RCS, lub innymi słowy mobilnej komunikacji biznesu z klientem, do roku 2021 będzie wart 74 mld USD – mówi Krzysztof Cembrzyński.
Ograniczenia i wyzwania
Rozpowszechnienie RCS nie jest jednak pozbawione wyzwań. Pojawia się pytanie o ewentualne koszty. Przewagą komunikatorów jest ich bezpłatność. Jeśli wiadomości w standardzie RCS będą kosztować tyle co SMSy, może wywołać to zniechęcenie wśród użytkowników. Na pewno jednak nie będzie identyczny, ponieważ jest to komunikacja dwukierunkowa, w której liczba wiadomości zależy od aktywności odbiorcy. Jeszcze bardziej istotną kwestią jest bezpieczeństwo. O ile standard zakłada weryfikację użytkowników, to wysyłane wiadomości nie są w pełni szyfrowane (end-to-end encryption). Wprawdzie trwają pracę nad zwiększeniem poziomu bezpieczeństwa, nie jest jednak pewne kiedy będzie on wdrożony. Należy również pamiętać, że RCS to cały ekosystem. Jego budowa to długi i skomplikowany proces, w którym uczestniczą telekomy, dostawcy usług i liczne firmy technologiczne.
– Kluczowym pozostaje pytanie, jak RCS zostanie przyjęty przez użytkowników. Obecnie jest ich 150 mln. W porównaniu do ogółu korzystających z telefonów i aplikacji mobilnych to wciąż bardzo niewiele. Czy działania branży przełożą się na realny wzrost zainteresowania usługą, okaże się w niedalekiej przyszłości – mówi Krzysztof Cembrzyński. – Być może RCS będzie rozwijał się niezależnie od komunikatorów, ze względu na swój wymiar komercyjny. Funkcjonalne i innowacyjne zastosowania tego narzędzia zaproponowane przez biznes w komunikacji z konsumentami pomogą wypromować tę usługę, równolegle z popularnymi komunikatorami – dodaje.
Jednolity Plik Kontrolny (JPK), nowe narzędzie uszczelniające system podatkowy, w okresie jego wdrażania był stosowany na zbyt małą skalę. Tam, gdzie został wykorzystany, praca Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) stała się sprawniejsza.
Jednolity Plik Kontrolny, wprowadzony artykułami 82 § 1b i 193a ordynacji podatkowej, obowiązuje dużych przedsiębiorców od 1 lipca 2016 roku (pozostałe kategorie przedsiębiorców objęte zostały później) i służy uszczelnieniu systemu podatkowego. Narzędzie to stanowią księgi i dokumenty księgowe prowadzone za pomocą programów komputerowych we wspólnym dla wszystkich formacie. Podatnik winien je tworzyć i przechowywać, by okazać na żądanie organu administracji skarbowej. Ponadto podatnicy są zobowiązani dostarczać co miesiąc, bezpośrednio do Szefa KAS, dane w postaci ewidencji zakupu i sprzedaży VAT (JPK_VAT).
JPK dzięki założonym funkcjonalnościom umożliwia kompleksową i szybką analizę danych z ewidencji podatkowych o kontrahentach i transakcjach. Organy Krajowej Administracji Skarbowej odnotowują poprawę tempa procedur kontrolnych dzięki zastosowaniu JPK w porównaniu z tymi, gdzie JPK nie zastosowano.
Wprawdzie w latach 2016-2017 i w I połowie 2018 r. mierzony w dniach czas przeprowadzanych kontroli wydłużał się, jednakże wynikało to z rozwoju czynności analitycznych i większej liczby czynności sprawdzających. Prowadzone kontrole i postępowania dotyczyły spraw o coraz wyższym stopniu skomplikowania. Te prostsze były częściej wyjaśniane bez potrzeby wszczynania kontroli.
Ponadto odnotowano wyraźny spadek liczby kontroli u podatników na rzecz wzrostu liczby czynności analitycznych i sprawdzających.
Zaznaczyć należy, że o ile w 2015 r. 72,7% kontroli u podatników przynosiło efekty finansowe, to w I połowie 2018 r. skuteczność ta zwiększyła się do 78,1%.
Niestety stopień wykorzystania narzędzia w jego początkowej fazie funkcjonowania był niewystarczający.
Wynikało to z opóźnień Ministerstwa Finansów w opracowaniu koncepcji wykorzystania JPK_VAT oraz pozostałych struktur JPK, a przede wszystkim stworzenia i udostępnienia narzędzi informatycznych umożliwiających wykorzystanie danych zawartych w JPK. Dopiero w sierpniu 2018 r. resort zlecił stworzenie rozwiązania zapewniającego dostęp do danych z plików pozostałych struktur JPK, pobieranych na żądanie organów podatkowych.
W latach 2016-2017 resort na poziomie centralnym nie prowadził weryfikacji, czy podatnicy zobowiązani do składania JPK_VAT wywiązywali się z tego obowiązku. Ministerstwo wadliwie też zorganizowało podział zadań związanych z nadzorem nad wdrażaniem i wykorzystaniem instrumentu, nie opracowało stosownego regulaminu. Do końca I połowy 2017 r., tj. przez rok, nie ustalono żadnych mierników skuteczności i efektywności wykorzystania JPK. Później wprowadzone w tym zakresie rozwiązania były niekompletne i nie zapewniały skutecznego pomiaru.
Pliki JPK_VAT do końca 2016 r. nie zawierały numeru NIP kontrahenta, który umożliwiałby porównanie transakcji wykazanych przez podatników, bo nie wymagały tego przepisy. Zmiany w tym zakresie wprowadzono 1 stycznia 2017 r.
Natomiast kontrolerzy pozytywnie ocenili zapewnienie przez Ministerstwo bezpieczeństwa i stabilności systemu informatycznego służącego pobieraniu plików JPK_VAT od podatników, a także szkolenia dla pracowników obsługujących JPK.
Organy podatkowe w początkowym okresie (do połowy 2017 r.) śladowo korzystały z pliku, i to tylko w czynnościach sprawdzających – w postępowaniach podatkowych w ogóle. Dopiero w kolejnym okresie sięgały po niego częściej. Dzięki temu KAS mogła analizować ryzyko wystąpienia strat dla budżetu i typować podmioty mogące generować te straty. Sporządzano raporty o niezgodnościach pomiędzy danymi w plikach JPK_VAT i w deklaracjach podatnika oraz jego kontrahentów, wykrywano faktury wystawione przez podmioty zalegające z podatkami.
W ocenie NIK warunkiem uzyskania wymiernych i oczekiwanych efektów w związku ze stosowaniem JPK jest przede wszystkim jego pełne wdrożenie i zwiększenie stopnia wykorzystania przez organy administracji skarbowej.
Izby administracji skarbowej, urzędy skarbowe i celno-skarbowe w miarę możliwości logistycznych i infrastrukturalnych starały się optymalnie wykorzystać nowe narzędzie. Wykorzystanie informacji zawartych w JPK_VAT pomogło w przeprowadzaniu zajęć egzekucyjnych lub zabezpieczających.
Ogromna większość przedsiębiorców oceniła, że wprowadzenie JPK nie wpłynęło negatywnie na koszty wypełniania bieżących obowiązków podatkowych, natomiast początkowe koszty wdrożenia JPK w przedsiębiorstwach uzależnione były głównie od ich wielkości, i tak:
Ankietowani przedsiębiorcy nie byli w stanie wskazać, czy po wprowadzeniu pliku zmniejszyła się uciążliwość kontroli podatkowych, jednak dzięki wprowadzeniu JPK blisko 55% przedsiębiorców zaczęło weryfikować rzetelność swoich kontrahentów lub robi to częściej.
Kontrola NIK objęła organy KAS zajmujące się zarówno dużymi podatnikami, jak i mikroprzedsiębiorcami.
Przedsiębiorcy prowadzący projekty badawczo-rozwojowe na terenie Mazowsza mogą uzyskać dofinansowanie w ramach nowego konkursu Narodowego Centrum Badań i Rozwoju Ścieżka dla Mazowsza, realizowanego w formule Szybkiej Ścieżki. Budżet konkursu to 600 mln zł, a nabór wniosków trwa od 23 sierpnia. Do końca roku NCBR rozdzieli również 1,63 mld zł z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój na innowacje w całym kraju.
Dodatkowo innowatorzy mogą zdobyć praktyczną wiedzę o tym, jakie projekty mogą liczyć na wsparcie w ramach konkursów Ścieżka dla Mazowsza i Szybka Ścieżka podczas spotkań NCBR dla Firm. Wsparcie przedsiębiorców z POIR (Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój). Warsztaty odbędą się 28 i 29 sierpnia w Warszawie. Wezmą w nich udział przedstawiciele firm, start-upów i środowisk naukowych.
Nowy konkurs i kolejne udogodnienia dla wnioskodawców
Ścieżka dla Mazowsza jest przeznaczona dla przedsiębiorstw, które jako miejsce realizacji projektu badawczo-rozwojowego wskażą ten region. O wsparcie ubiegać się mogą również konsorcja przedsiębiorstw oraz przedsiębiorstw i jednostek naukowych, przy czym liderem projektu może być wyłącznie przedsiębiorstwo, które będzie go prowadzić na terenie województwa mazowieckiego. W swoich głównych założeniach jest to konkurs bardzo zbliżony do Szybkiej Ścieżki, jednak ocenianych jest znacznie mniej kryteriów, co stanowi kolejne udogodnienie dla wnioskodawców. Nabór w konkursie Ścieżka dla Mazowsza trwa od 23 sierpnia do 23 września.
Jarosław Gowin
Ogłaszane przez NCBR konkursy to nie tylko strumień pieniędzy dla innowatorów, w tym dzięki naszym staraniom także 600 mln zł dla przedsiębiorców z samego Mazowsza. To przede wszystkim szansa na realizację ciekawych i ambitnych projektów, które zmieniają na lepsze nasze otoczenie. Innowacyjność, nawet jeśli wydaje nam się abstrakcyjnym pojęciem, oznacza konkretne zmiany w życiu ludzi w różnych dziedzinach, na przykład w zdrowiu, finansach, transporcie czy prowadzeniu biznesu – mówi Jarosław Gowin, wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego.
Mazowieckie jest w czołówce Polski pod względem wykorzystania środków, którymi dysponuje NCBR. Tylko w ubiegłym roku realizowano 773 projekty badawczo-rozwojowe na łączną kwotę ponad 2 mld zł. Zyskują jednostki naukowe i przedsiębiorstwa, które dzięki wsparciu tworzą nowatorskie produkty, rozwiązania i usługi, a co za tym idzie budują swoją przewagę konkurencyjną na dynamicznie zmieniającym się rynku. Są to m.in. inwestycje w specjalistyczny sprzęt badawczy dla instytucji naukowych i szpitali. Wśród beneficjentów jest m.in. firma Triggo. Jej założyciele od podstaw stworzyli polski elektryczny samochód przyszłości. Ma to być pojazd, który zrewolucjonizuje nasze drogi, łącząc najlepsze cechy motocykla i samochodu w jednym. Rozmiarami i lekkością nawiązuje do tego pierwszego, a dzięki wygodnej kabinie zaoferuje komfort zbliżony do tego drugiego. Pojazdu nie będzie trzeba kupować na własność. Każdy będzie za to mógł go wynająć w nowoczesnym modelu car-sharing. Ma być bezpieczny, mały i zwrotny. Twórcy zapowiadają premierę kolejnej serii prototypów jeszcze w 2019 roku. Przyznają, że współpraca z NCBR była kluczowa dla rozwoju ich projektu. Podczas warszawskich warsztatów przedstawiciel firmy opowie o swoich doświadczeniach przy aplikowaniu i realizacji projektu.
Duży wybór konkursów w formule Szybkiej Ścieżki
W trakcie spotkania NCBR dla Firm. Wsparcie przedsiębiorców z POIR uczestnicy będą mogli również zapoznać się z zasadami popularnego już konkursu Szybka Ścieżka, realizowanego w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój. O dofinansowanie mogą ubiegać się duże, średnie, małe przedsiębiorstwa i start-upy. W tym roku po raz pierwszy do konkursu dopuszczono również konsorcja przedsiębiorców oraz jednostek naukowych. Aplikujący do Szybkiej Ścieżki przedsiębiorcy mogą otrzymać od kilkuset tysięcy do 200 mln zł dofinansowania na działalność rozwojową i tworzenie innowacyjnych projektów biznesowych. Beneficjenci mogą liczyć na dofinansowanie nawet do 80 procent wartości ich projektu. Pozostałe 20 procent musi pochodzić ze środków własnych. Nabór do konkursu rozpocznie się 16 września. Nowością w tym roku są również dwa konkursy tematyczne w Szybkiej Ścieżce: pierwszy dedykowany jest projektom z zakresu technologii kosmicznych, drugi technologii tworzyw sztucznych (w obu konkursach nabór wniosków w terminie 2 września – 15 listopada). Trwa także nabór w konkursie dla MŚP z certyfikatem Seal of Excellence (termin zgłaszania upływa 29 listopada). Łączny budżet konkursów dla przedsiębiorców w drugiej połowie 2019 roku to 1,63 mld zł.
Staramy się nie tylko zapewniać finansowanie nowatorskim projektom, ale zachęcać przedsiębiorców i naukowców do aktywności wszędzie tam, gdzie znajduje się potencjał. Tegoroczne, nowe konkursy NCBR są tego najlepszym przykładem. Będziemy sukcesywnie zwiększać nasze zaangażowanie w tworzenie atrakcyjnych warunków do tworzenia innowacji w obiecujących dziedzinach i branżach – mówi dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.
Praktyczna wiedza o konkursach podczas warsztatów
O zasadach aplikowania do konkursów eksperci NCBR opowiadają w trakcie spotkań NCBR dla Firm. Wsparcie przedsiębiorców z POIR, które składają się z dwóch części: informacyjnej i warsztatowej. Pracownicy i eksperci NCBR prezentują możliwości uzyskania dofinansowania na wprowadzenie nowatorskich rozwiązań lub udoskonalenie już istniejących technologii, produktów lub usług. Przedstawiane są zasady udziału i kryteria oceny w konkursach NCBR finansowanych z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój.
Spotkania dla przedsiębiorców oraz jednostek naukowych realizowane są w całej Polsce od 2018 roku. Do tej pory odbyło się ich blisko 70. Przed nami kolejne spotkania, których harmonogram dostępny jest na stronie www.NCBRdlaFirm.pl.
Zachęcamy do obejrzenia transmisji online ze spotkania w Warszawie 29 sierpnia, która będzie dostępna od 10:00 na profilu NCBR na portalu Facebook.
Zapraszamy przedsiębiorców i naukowców z regionu, którzy planują realizację prac badawczo-rozwojowych do zapoznania się z konkursami prowadzonymi przez NCBR oraz bezpośrednich rozmów z ekspertami,
w trakcie których dowiedzą się, jak zaplanować projekt B+R, na co można przeznaczyć dofinansowanie, jak je uzyskiwać i rozliczać.
Więcej informacji o konkursach Szybka Ścieżka oraz Ścieżka dla Mazowsza dostępnych jest na stronie gov.pl/szybkasciezka.
Szczegółowy program spotkań NCBR dla Firm – Wsparcie przedsiębiorców z POIR jest dostępny na stronie NCBRdlaFirm.pl.
Jeśli chcesz zweryfikować założenia swojego projektu i dowiedzieć się czy ma szanse na dofinansowanie skorzystaj z Asystenta Innowacji.
O konkursach organizowanych przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju uzyskasz informacje również w Punkcie Informacyjnym w Warszawie przy ul. Nowogrodzkiej 47a, pod numerem telefonu 22 39 07 170 lub pisząc na adres [email protected].
Wybór noclegu podczas urlopu jest jedną z najważniejszych decyzji. Jest to miejsce, w którym turyści nie tylko spędzają noc, ale przede wszystkim przestrzeń do relaksu po dniu pełnym atrakcji. Do tej pory rynek noclegów wakacyjnych był zdominowany przez hotele i prywatne pensjonaty. W ofercie najmu dobowego rośnie jednak udział apartamentów, które stały się ciekawą alternatywą na wypoczynek.
Apartamenty na wynajem cieszą się rosnącą popularnością szczególnie wśród rodzin podróżujących z dziećmi. W pełni wyposażona kuchnia jest niezwykle przydatna, gdy jedziemy z maluchami, które mają określone potrzeby odnośnie odżywiania oraz pory posiłków. Jesteśmy wówczas w pełni niezależni i samodzielnie możemy zaplanować ten czas dla siebie. – W apartamencie mamy nieograniczony dostęp do wyposażonej kuchni, co jest szczególnie istotne dla kilkuosobowych rodzin. Wystarczy wspomnieć, że w sezonie 40% korzystających z naszych apartamentów w Zakopanem to podróżujący z dziećmi – mówi Bartłomiej Barwicz, CEO Rent like home. Dodatkową zaletą apartamentu jest większa przestrzeń, która daje też spory komfort odpoczynku z pociechami.
Najem krótkoterminowy zyskuje także wśród większej grupy przyjaciół, wybierających się razem na krótki odpoczynek. Wszystko dlatego, że trudno znaleźć pokój hotelowy, w którym jednocześnie mogą przebywać więcej niż cztery osoby. Duże mieszkania mają też często oddzielne sypialnie i wspólną przestrzeń. – Już 30% nocujących w naszych apartamentach w Międzyzdrojach to grupy przynajmniej czteroosobowe.Nie brakuje nieruchomości dla sześciu, a nawet ośmiu osób. To wybór dla tych, którzy chcą na urlop wybrać się w większym gronie, a jednocześnie spędzać w apartamencie kameralne wieczory – dodaje Bartłomiej Barwicz.
Detale mają znaczenie
W przypadku apartamentów, istnieje możliwość wyboru spośród bardzo różnorodnych mieszkań. Najem krótkoterminowy daje gwarancję większej prywatności, swobody oraz dowolnego planowania rytmu dnia. Istotnym czynnikiem są również kwestie ekonomiczne. Wynajem mieszkania na kilka dni, szczególnie w dużych miastach, jest często bardziej opłacalny od pokoju hotelowego w podobnym standardzie. Wpływ na decyzję o wyborze noclegu ma także lokalizacja. Zdecydowana większość turystów oczekuje, że mieszkanie będzie znajdować się w centrum miasta lub będzie dobrze skomunikowane z największymi atrakcjami w okolicy. Warto wziąć pod uwagę własne preferencje, tym bardziej że oferta apartamentów na wynajem krótkoterminowy jest bardzo zróżnicowana.
Osoby poszukujące mieszkania do wynajęcia oceniają przede wszystkim jego wygląd. Bardzo ważne jest zatem dobre pierwsze wrażenie. Hotelowy standard w domowej atmosferze ma sprawić, że goście będą czuć się w apartamencie jak w domu. Jeśli będą zadowoleni, wrócą do niego ponownie i polecą znajomym. Z perspektywy turystów, czystość jest wiodącym czynnikiem, który wpływa na satysfakcję z miejsca pobytu, dlatego w celu weryfikacji jakości tej usługi, profesjonalni operatorzy korzystają ze szczegółowych list kontrolnych. Ponadto, dużą rolę odgrywają pozornie prozaiczne kwestie. Detale mają znaczenie, a ich brak może zepsuć pobyt nawet w najlepszym apartamencie. Pojemniki z kawą, herbatą, przyprawami czy innymi przydatnymi artykułami powinny być zawsze pełne.
Wkrótce Amazon może poszerzyć zakres usług o nadzorowanie domów klientów za pomocą dronów. Koncepcji tej przyglądają się firmy działające na naszym rynku. One już przekonały się o zaletach bezzałogowych statków powietrznych. Korzystają z nich m.in. podczas patrolowania dużych obiektów przemysłowych oraz imprez masowych. Rosnące nieustannie koszty sprawiają, że wzrasta zainteresowanie nowymi technologiami, które stopniowo stają się coraz tańsze i bardziej dostępne. Zwykły Kowalski prawdopodobnie nie zacznie szukać ofert z dronami dozorującymi, ale może to zrobić np. jego wspólnota czy spółdzielnia mieszkaniowa.
Rewolucja w powietrzu
Amazon otrzymał w USA patent na używanie dronów dostawczych, które mogą nadzorować domy klientów. Plany zakładają, że bezzałogowy statek powietrzny będzie wypatrywał nietypowych zmian na wyznaczonym obszarze. Dostrzeże np. otwarte drzwi od garażu, wybite okno, graffiti, ogień czy włamywaczy. Usługa ma być świadczona z poszanowaniem prywatności innych osób.
– Przyszłość należy do dronów, którymi nie steruje człowiek. One są odpowiednio zaprogramowane i mają tzw. gniazda, czyli posiadają wyznaczone miejsce startu i powrotu. Z określoną częstotliwością, np. co godzinę, mogą wykonywać loty patrolowe na danej trasie. Wizja jest przekazywana do centrum monitoringu, a tam rejestrowana. W USA i w Europie Zachodniej takie rozwiązania już są popularne, natomiast w Polsce należą jeszcze do rzadkości – mówi Beniamin Krasicki, wiceprezes zarządu Polskiego Holdingu Ochrony.
Drony nie są czymś nowym na tym rynku, co z kolei podkreśla Krzysztof Bartuszek, prezes zarządu Securitas w Polsce. Firmy z branży ochroniarskiej, których usługi bazują na nowoczesnych technologiach i zdalnym monitoringu wizyjnym, wykorzystują drony do patrolowania i dozorowania obiektów przemysłowych, w tym obiektów strategicznych, takich jak np. rafinerie. Jak dodaje Beniamin Krasicki, urządzenia mają również zastosowanie podczas imprez masowych. W ten sposób pracownicy obserwują tłum, którego reakcje często bywają nieracjonalne. I wówczas mogą szybko zareagować.
– Znamy propozycję Amazona. Mamy w swojej ofercie drony, ale korzystamy z technologii izraelskiej. Klienci, szczególnie ci duzi, wykazują całkiem spore zainteresowanie tym rozwiązaniem, ponieważ umożliwia ono szybkie dotarcie do miejsca ewentualnego zdarzenia. Mówimy tu również o lokalizacjach, do których pracownik ochrony czy patrol ma utrudniony dostęp – komentuje Grzegorz Wojtasik, dyrektor operacyjny Grupy Produktowej Security w Grupie Impel.
Securitas wykorzystuje drony z kamerami termowizyjnymi. Według prezesa Bartuszka, takie połączenie daje olbrzymie możliwości patrolowania terenu i rozpoznania potencjalnych zagrożeń, zarówno w dzień, jak i w nocy. Natomiast dyrektor Wojtasik zaznacza, że dron z kamerą termowizyjną może nie tylko poszukiwać włamywaczy. Przydaje się również do weryfikowania alarmów pożarowych, m.in. na rozległych terenach, a także do sprawdzania na wysokości temperatury kominów czy pieców.
Cena rozwoju
– Mamy już zapowiedzianą wyższą stawkę minimalną od 2020 roku. Po raz kolejny wzrosną więc koszty ochrony fizycznej, a od pięciu lat podskoczyły one znacząco. Kiedy coś takiego działo się w różnych krajach, np. skandynawskich, wówczas klienci bardziej interesowali się rozwiązaniami technologicznymi. Na początku trzeba w nie zainwestować, ale są w stanie zastępować ludzką pracę i działać przez wiele lat – analizuje ekspert z Polskiego Holdingu Ochrony.
Za odpowiedni sprzęt trzeba sporo zapłacić. Jak informuje Grzegorz Wojtasik, dron, który jest rozwiązaniem naprawdę bezpiecznym, kosztuje nawet kilkaset tysięcy złotych. Analitycy Impela zastanawiają się, co zrobić, żeby ta usługa faktycznie była dostępna dla każdego zainteresowanego tym rozwiązaniem. Dzisiaj ze względu na cenę firma skupia się na ofercie dla zamożnego klienta. W opinii prezesa Bartuszka, technologie są coraz tańsze i powszechnie dostępne. Dlatego ten trend będzie z pewnością utrzymywał się w przyszłości. Same technologie jednak nie wystarczą, trzeba posiadać odpowiedni know-how, umieć go wykorzystywać i analizować dane, a to już nie każdy potrafi.
– Klienci indywidualni raczej nie będą szukać ofert z dronami dozorującymi. Systemy bezpieczeństwa dla Kowalskiego pójdą w kierunku maksymalnego upraszczania i obniżki ceny. Tak jak to już się dzieje na Zachodzie. Możliwe, że pojawią się propozycje dot. wykonywania lotów patrolowych np. na terenie ogrodzonych osiedli, gdzie ochronę zapewnia jedna firma. To będzie usługa z myślą o mieszkańcach, ale umowa zostanie zawarta ze wspólnotą czy spółdzielnią mieszkaniową. Jednak takich rozwiązań głównie spodziewam się na rozległych obiektach, m.in. składowiskach – stwierdza Beniamin Krasicki.
Natomiast Grzegorz Wojtasik uważa, że jeżeli usługa obejmie teren osiedla, to koszt rozłoży się na wielu mieszkańców. Wtedy propozycja powinna być w zasięgu portfela zwykłego Kowalskiego. Aby rozwiązanie mogło być powszechne, trzeba poradzić sobie z różnymi barierami. Zdaniem eksperta, muszą być zaprojektowane odpowiednie kanały przelotowe. One nie mogą m.in. znajdować się nad liniami wysokiego napięcia. Ewentualny upadek spowodowałby w najlepszy wypadku wyłączenie prądu na danym obszarze.
– Jestem w stanie sobie wyobrazić, że w przyszłości drony będą wykorzystywane bardzo powszechnie. Amazon testuje je do rozwożenia paczek. Firmom ochrony, takim jak Securitas, przydadzą się nie tylko do weryfikacji alarmów, ale również mogą pełnić funkcje prewencyjne. Większość potencjalnych włamywaczy z pewnością odstraszy komunikat głosowy nadany przez drona patrolującego obiekt. Informacje mogą być emitowane również w czasie rzeczywistym przez operatora stacji monitorowania, znajdującej się wiele kilometrów od zdarzenia – wyjaśnia prezes Bartuszek.
Branża może skorzystać na rozwoju rynku dronów, co stwierdza Grzegorz Wojtasik. W tej chwili firmy ochroniarskie mają coraz większe ograniczenia wynikające z czasu dojazdu, szybkości weryfikacji zdarzenia. Nie są w stanie zamontować w każdym miejscu kamer, ponieważ wymaga to bardzo dużych nakładów finansowych i sporej przepustowości łączy. Bardzo istotne jest więc szybkie zweryfikowanie danego zdarzenia.
– Trudno jednoznacznie określić, czy drony będą lepsze niż inne rozwiązania. To zależy od konkretnej sytuacji. Na pewno jednak coraz większe znaczenie odgrywają systemy zdalnego monitoringu wizyjnego. W przypadku, gdy klient ma zainstalowany taki system, operator stacji monitorowania może zweryfikować stan bezpieczeństwa bez konieczności wysyłania drona na miejsce. Maszyna raczej nie wleci do wnętrza zamkniętego obiektu, ale też kamery nie będą wszędzie zainstalowane, aby precyzyjnie obejrzeć obiekt z każdej strony. Nowe technologie to są trochę takie supermoce, które możemy dać naszym pracownikom – podsumowuje prezes zarządu Securitas w Polsce.
Mimo najniższego w historii bezrobocia czy wręcz braku rąk do pracy, coraz wyższych zarobków i świadczeń socjalnych wciąż przybywa osób, które nie radzą sobie ze spłatą bieżących rachunków i innych zobowiązań. Z badania Quality Watch dla BIG InfoMonitor wynika, że być może konsumenci zbyt szybko chcą zaspokoić swoje apetyty na dobra, na które wcześniej nie było ich stać. Decydują się na oszczędzanie, ale często są to niewłaściwe wydatki i oszczędności okazują się pozorne.
– Widzimy, że w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, a także w bazie BIK-u przybywa ludzi, którzy mają problemy z obsługą swoich zobowiązań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Halina Kochalska, ekspert Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. – Obecnie już prawie 2,8 mln osób ma przeterminowaną spłatę rat kredytów, pożyczek czy też rachunków telefonicznych, opłat karnych za jazdę bez biletu i wielu innych bieżących płatności. Niestety, poprawa sytuacji gospodarczej często rozbudza apetyty konsumpcyjne i te wyprzedzają możliwości finansowe osób, które zaczęły zarabiać więcej, ale nie tyle, ile by mogły pochłonąć wydatki, na które mają ochotę.
Tylko w I półroczu 2019 roku liczba osób mających problemy z terminową spłatą zobowiązań zwiększyła się o 18 tys. osób. BIG InfoMonitor zapytał więc konsumentów o to, na jakich wydatkach próbują oszczędzać, by dopiąć domowe budżety. Okazało się, że ponad połowa pytanych kupuje wyłącznie na promocjach, dwie na pięć osób woli poświęcić czas na szukanie darmowego miejsca parkingowego niż zapłacić za parkowanie, a niewiele mniej, bo 35 proc., nie daje napiwków.
Wśród miłośników promocji przeważają kobiety (59 proc.) oraz mieszkańcy Podkarpacia (57 proc.) i Śląska (56 proc.), natomiast niechętni płatnym parkingom są głównie młodzi ludzie do 24 roku życia. Również to oni, podobnie jak najstarsi ankietowani, niechętnie zostawiają napiwki. Tymczasem mogą to być oszczędności pozorne.
– Powinniśmy sobie zadać pytanie, czy na tych promocjach oszczędzamy. Nierzadko prowokują one nas do większych wydatków, niż te, które byśmy ponieśli, gdyby promocji nie było. Wtedy z większą rozwagą podejmowalibyśmy decyzje – mówi Halina Kochalska. – Kolejnym punktem na liście jest poszukiwanie darmowego miejsca do zaparkowania. Trzeba pamiętać, że jeśli zaparkujemy nieprawidłowo, to może się to wiązać z dużo większą opłatą niż przyoszczędzone kilka złotych. Takich osób, które będą krążyły do upadłego, szczególnie dużo znajdziemy wśród osób młodych i mieszkańców województwa pomorskiego.
Mężczyźni i osoby starsze niechętnie też dzielą się papierosami. O ile ogółem co piąty pytany (21 proc.) zadeklarował, że nie częstuje papierosem, o tyle w starszych grupach wiekowych odsetek ten zbliża się do 30 proc., a wciąż co trzeci Polak pali wyroby tytoniowe.
18 proc. Polaków oszczędza, odmawiając udziału w akcjach charytatywnych, a co szósty kupuje w sklepach internetowych tylko wtedy, gdy może skorzystać z darmowej dostawy. Natomiast jedynie 13 proc. rezygnuje z zapraszania do własnego domu przyjaciół i znajomych ze względów finansowych.
– Poświęcajmy naszym budżetom domowym raz na jakiś czas więcej uwagi, przeanalizujmy wszystko. Pamiętajmy o tym, że zawsze mogą się zdarzyć jakieś nieprzewidziane okoliczności, wypadki losowe, które pociągną za sobą wydatki – radzi Halina Kochalska. – Warto na te cele mieć odłożone pieniądze i redukować zobowiązania. To mogłoby nam przynieść poprawę sytuacji finansowej. Może wtedy nie musielibyśmy się zastanawiać, czy rzucić na pomoc charytatywną kilka złotych, czy też dać kelnerowi napiwek albo szukać później przez pół godziny miejsca parkingowego.
– Przewrotnie powiem, że dobrze się dzieje, jeżeli raz na jakiś czas upadnie giełda, bo to pokazuje, że trzeba być ostrożnym, inwestując w kryptowaluty – mówi ekonomista Sławomir Horbaczewski. Jak ocenia, rynek kryptowalut będzie zyskiwać i jest wart zainteresowania, bo można na nim dużo zyskać, ale wymaga szczególnej rozwagi. Jego uregulowanie może się przełożyć nie tylko na większe bezpieczeństwo użytkowników, ale i większą stabilność. Uwzględniania w regulacjach wymaga też sama technologia blockchain, na której opierają się wirtualne pieniądze.
– Moim zdaniem rynek kryptowalut będzie coraz bardziej regulowany. Będzie rozwijać się w kierunku regulacji nakierowanych nie na ograniczenie wzrostu rynku, tylko na zwiększenie bezpieczeństwa jego użytkowników. Nie będzie regulacji zabraniających wprowadzania nowych kryptowalut, ale pojawią się takie, które będą zabezpieczały interesy osób nieposiadających wystarczającej wiedzy finansowej – mówi agencji Newseria Biznes ekonomista Sławomir Horbaczewski.
W lipcu członek zarządu Europejskiego Banku Centralnego Benoit Coeure poinformował, że instytucja będzie musiała podjąć odpowiednie kroki regulacyjne w przygotowaniu na pojawienie się nowej kryptowaluty Facebooka, Libry. Z kolei w końcówce czerwca FATF (Financial Action Task Force) przedstawiła swoje zalecenia dotyczące dostawców usług wirtualnych, w tym m.in. giełd kryptowalutowych. Nowe standardy obligują je do wymieniania między sobą informacji o klientach, co jest nowością dla branży kryptowalut, dotąd opartej na anonimowości. Zalecenia FATF obejmują 37 krajów członkowskich organizacji, ale nie wiadomo jeszcze kiedy ani w jakim kształcie zostaną wdrożone przez poszczególne kraje.
Szybki rozwój kryptowalutowego rynku, rosnąca liczba ataków hakerskich i obawy o pranie brudnych pieniędzy powodują, że prace nad jego uregulowaniem prowadzą już międzynarodowe instytucje nadzorcze i rządy narodowe, w tym Polska.
– Rynek zdecydowanie będzie zmierzał w kierunku większych regulacji, lecz także w kierunku większej otwartości. Blockchain, czyli technologia, która stoi za kryptowalutami, jest coraz bardziej rozwijana, dopracowywane są jej nowe elementy – mówi Sławomir Horbaczewski. – Rynek będzie się również profesjonalizował, co oznacza, że będzie w nim uczestniczyć coraz więcej osób mądrych, doświadczonych, które będą zasilać go i kapitałem, i wiedzą.
Jak ocenia, regulacji wymagają zwłaszcza giełdy kryptowalut, ale i technologia blockchain, na której opierają się wirtualne pieniądze. Ta jest coraz częściej wykorzystywania nie tylko na rynku kryptowalut, możliwości jej zastosowania analizują m.in. banki, ubezpieczyciele i start-upy technologiczne, bo technologia tzw. łańcucha bloków jest uważana na najbezpieczniejszą obecnie metodę zapisu i przechowywania danych.
– Giełdy kryptowalut będą się w Polsce rozwijały, ten rynek będzie coraz większy, ale one wymagają odpowiednich regulacji. Tych regulacji na ten moment brakuje. Musimy też rozmawiać o technologii blockchain, bo to są rzeczy powiązane. Już dzisiaj powinniśmy bardzo intensywnie nad tym pracować, te prace powinny postępować żwawiej i przede wszystkim powinniśmy uwzględniać w tych regulacjach giełd również technologię blockchain – mówi Sławmor Horbaczewski.
Inwestycje w kryptowaluty od kilku lat biją rekordy popularności. Wirtualne pieniądze stały się pełnoprawnym aktywem w portfelach inwestycyjnych, część inwestorów postrzega je jako szansę na łatwy zarobek, dużo większy w porównaniu z tym, co oferuje rynek regulowany. Według badań brytyjskiej firmy GetLiving, 27 proc. milenialsów uważa bitcoina za lepszą inwestycję niż zakup nieruchomości. W ocenie ekspertów uregulowanie tego rynku – poza zapewnieniem bezpieczeństwa inwestorom – mogłoby przełożyć się na jego większą stabilność i wiarygodność.
– Moim zdaniem rynek kryptowalut to ciekawy rynek. Jeżeli w odpowiednio ostrożny sposób do niego podchodzimy, to możemy bardzo wiele zyskać finansowo, bo ten rynek będzie się rozwijał – mówi Sławomir Horbaczewski.
Jak podkreśla, inwestowanie w kryptowaluty wymaga jednak ostrożności i zdrowego rozsądku. Ryzyko związane z takimi inwestycjami potwierdza też upadek polskiej giełdy Bitmarket.pl, która z dnia na dzień ogłosiła utratę płynności. Branża szacuje, że w jej depozytach były bitcoiny o łącznej wartości ok. 110 mln zł, a klienci mają niewielkie szanse na odzyskanie pieniędzy, bo rynek nie jest regulowany ani nadzorowany.
– Dobrze, jeżeli raz na jakiś czas jakaś giełda upadnie. To pokazuje, że trzeba być ostrożnym, że nie wszystko złoto, co się świeci. Przede wszystkim trzeba zawsze szukać drugiego dna. Kupując jakikolwiek produkt w sklepie, czytamy na etykiecie, co tak naprawdę w nim jest. Inwestując na giełdzie kryptowalut też szukajmy o nich informacji – skąd one się wzięły, kto jest ich właścicielem, w jaki sposób funkcjonują, jaką mają kapitalizację – przestrzega ekonomista.
Dotychczas na Mount Everest wspięło się 5,2 tys. osób. W tym roku swojej szansy spróbuje kolejnych 770. Każdy zostawia po sobie na najwyższej górze świata kilogramy odpadów. Zdobycie szczytu i sama wyprawa nie muszą jednak ingerować w środowisko – przekonuje Andrzej Bargiel. Polak planuje we wrześniu zdobyć szczyt i zjechać z niego na nartach, zwracając przy tym uwagę na kwestie środowiskowe. Skialpinista także na co dzień kładzie duży nacisk na ekologię, a świadomych wyborów dokonuje w różnych dziedzinach życia.
– Moim nowym celem jest Mount Everest i zjazd z tego szczytu na nartach. Wyprawa potrwa 6 tygodni, a między 20 a 30 września będę chciał dokonać próby zjazdu – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes skialpinista Andrzej Bargiel.
Polak ma już na swoim koncie cztery ośmiotysięczniki – bez odpinania nart zjechał z Broad Peak, Manaslu, Sziszapangmy, a w 2018 roku, jako pierwszy człowiek na świecie, z K2. Teraz chce zjechać z Mount Everest bez użycia tlenu.
Nowy projekt ma charakter ekologiczny. Bargiel chce zwrócić uwagę na problem zanieczyszczenia środowiska i postępujących zmian klimatycznych.
– Chcę pokazać, że działanie w górach może być przyjazne, że mając świadomość tego, co robimy, można nie zostawiać po sobie negatywnej ingerencji. Chcę pokazać ingerencję, która tam już nastąpiła, jak zmienia się klimat, unaocznić to globalne ocieplenie – tłumaczy Bargiel.
Według Ang Tshering Sherpa, byłego prezesa Nepalskiego Stowarzyszenia Alpinizmu, dotychczas na szczyt najwyższej góry świata wspięło się ok. 5,2 tys. osób. W 2019 roku sił spróbuje kolejnych ponad 770. Każda wyprawa oznacza tony śmieci. Himalaistka Dragana Rajblovic ocenia, że aby dostać się do obozu bazowego pod Mount Everest nie jest potrzebna mapa, wystarczy podążać za śmieciami. Lód w lodowcach ociepla się w tempie 0,5 stopnia Celsjusza na dekadę. W efekcie na zboczach stopniowo odsłaniają się tony śmieci.
Temat ekologii jest Bargielowi bliski na co dzień, dlatego świadomych wyborów dokonuje w różnych dziedzinach życia.
– Na co dzień segreguje śmieci, staram się i angażuję się w kampanie, które zwracają uwagę na te kwestie, m.in. związane ze smogiem. Jestem ambasadorem takiego projektu w Małopolsce. Myślę, że edukacja jest kluczowa – ocenia skialpinista. – Podróżuję samochodem elektrycznym i choć nie jest to idealne rozwiązanie, to ważny krok w kierunku mniejszej ingerencji w przyrodę.
Bargiel jako pierwszy w Polsce jeździ elektrycznym Mercedesem EQC. Elektryczny SUV jest całkowicie bezemisyjny, zaprojektowany w sposób zrównoważony dla środowiska, a rozbudowany system odzyskiwania energii obniża zużycie prądu.
– Andrzej Bargiel i marka Mercedes-Benz od lat współpracują ze sobą. Tym razem również nie mogło nas zabraknąć w tak niesamowitej wyprawie. Nasz w pełni elektryczny SUV podobnie jak Andrzej Bargiel przeciera nowe szlaki. Jest zeroemisyjny, nie ingeruje w środowisko i przy tym pozwala podróżować w ciszy i bezpiecznie – przekonuje Maximilian Schiwon z Mercedes-Benz Polska.
Producent nowego SUV-a podkreśla, że samochód przełamuje stereotypy i pokazuje, że samochód ekologiczny może być też przyjazny kierowcy. 408-konny układ napędowy na wszystkie koła z dwoma silnikami pozwala osiągnąć 100 km/h w nieco ponad 5 sekund. Sam samochód nie tylko jest niemal całkowicie bezemisyjny, lecz także powstał z materiałów pochodzących z recyklingu.
– Andrzej kładzie duży nacisk na to, by nie ingerować w środowisko. Samochód ze względu na to, że nie emituje dwutlenku węgla, spełnia te oczekiwania –podkreśla Maximilian Schiwon.
Design thinking, czyli myślenie projektowe, to metoda pracy bardzo popularna w Stanach Zjednoczonych, którą coraz chętniej adaptują polskie firmy. Aby ją wdrożyć, nie potrzeba dużych nakładów – wystarczy czas i odpowiedni, interdyscyplinarny zespół. Design thinking przynosi firmom wymierne korzyści, m.in. w postaci przewagi konkurencyjnej i zwiększonych przychodów. Ponieważ metoda jest nastawiona na rozwiązanie problemów i potrzeb użytkowników, zyskują również klienci.
– Design thinking polega na zbadaniu prawdziwych potrzeb naszych odbiorców, a następnie stworzeniu dla nich rozwiązania, które ściśle odpowiada tym potrzebom. To znaczy, że nie zaczynamy od pomysłu na rozwiązanie, ale od tego, żeby jak najlepiej poznać jego użytkownika. Ta metoda bardzo skraca czas, który jest potrzebny na wprowadzenie produktu na rynek. Sprawia, że praca jest bardziej produktywna – więcej tam działania niż rozmawiania. Natomiast na poziomie efektów komercyjnych ta metoda pozwala nam stworzyć unikalne rozwiązanie, które bardzo precyzyjnie trafia w potrzeby naszych klientów, co przekłada się na przewagę konkurencyjną – mówi agencji Newseria Biznes Irek Piętowski, konsultant innowacji i trener design thinking w agencji konsultingowej DT Makers.
Design thinking, czyli myślenie projektowe, to metoda twórczego rozwiązywania problemów. Jej celem jest tworzenie nowych, innowacyjnych rozwiązań w oparciu o głębokie zrozumienie potrzeb ich użytkowników. Opiera się na pobudzaniu kreatywności i wykorzystywaniu niesztampowych metod pracy. Metoda design thinking jest bardzo popularna w Stanach Zjednoczonych już od lat 90., podobnie w Europie Zachodniej. Powoli podbija też polski biznes.
– Ostatnie dwa lata były boomem na design thinking. Popularność tej metody cały czas rośnie – mówi Irek Piętowski. – Jest to bardzo uniwersalna metoda, która pozwala tworzyć rozwiązania na styku różnych branż, czyli tam, gdzie np. bankowość styka się z retailem czy branżą wellness, farmacją, transportem albo logistyką.
Aby przestawić się na myślenie projektowe, firma nie potrzebuje dużych nakładów. Wystarczy czas i odpowiedni zespół – interdyscyplinarny, składający się z ludzi z różnych działów firmy, z różnym wykształceniem i doświadczeniem. Bardzo ważne jest to, żeby nie byli zanadto obciążeni innymi obowiązkami – część ich zadań powinna zostać przekazana ich współpracownikom, żeby uwolnić czas potrzebny na pracę nad nowymi pomysłami i innowacjami.
– Dla pracowników oznacza to dużo ciekawszy i bardziej dynamiczny sposób pracy, niż klasycznie przyjęło się w biznesie. Poznawanie naszego użytkownika jest źródłem wielu cennych odkryć, które często są zaskakujące. Dla pracowników oznacza to, że muszą być gotowi, by zmierzyć się z wieloma rzeczami, których wcześniej nie mieli świadomości, a które wyszły w trakcie trwania tego procesu – mówi Irek Piętowski.
Jak podkreśla, wdrożenie metody design thinking przynosi firmom wymierne korzyści, m.in. w postaci przewagi konkurencyjnej i zwiększonych przychodów.
– Mogę podać przykład jednej z największych firm technologicznych w Stanach Zjednoczonych, firmy o wieloletnich tradycjach. W ciągu 3 lat zaoszczędziła prawie 21 mln dol. Korzyści ekonomiczne z wdrożenia design thinking w tym czasie zostały wycenione na ponad 50 mln dol., a czas wdrażania innowacyjnych rozwiązań został skrócony o 75 proc. To są spektakularne wyniki i bardzo konkretne korzyści – mówi Irek Piętowski.
Przykładem takiego rozwiązania, które powstało na bazie design thinking, jest „Keep the Change”, wdrożone w 2006 roku przez Bank of America IDEO. Pozwala ono przenieść ideę skarbonki ze świata offline do online’u – za każdym razem, kiedy klient płaci kartą, np. 9 zł za kawę na wynos, ta kwota jest zaokrąglana do 10 zł i złotówka automatycznie trafia na jego konto oszczędnościowe. To rozwiązanie przyniosło Bank of America 2,5 mln nowych klientów w pierwszym roku od jego wdrożenia.
– Wprowadzenie tej metody do firmy wiąże się na pewno z wyszkoleniem pracowników, żeby potrafili tą metodą pracować, mogli nabrać doświadczenia. Ale koszty pracy tą metodą nie są większe niż tradycyjnymi. Dzięki temu, że metoda design thinking jest elastyczna, produktywna i nastawiona na działanie, oszczędzamy zasoby, czyli wysiłek, czas i pieniądze. Można więc powiedzieć, że za wdrożeniem design thinking idą większe oszczędności niż koszty –podkreśla trener design thinking w DT Makers.
Finanse i rachunkowość, informatyka, logistyka, turystyka i rekreacja przyciągnęły w tegorocznej rekrutacji najwięcej kandydatów w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Na 3,9 tys. miejsc na 38 kierunkach zgłosiło się niemal 10 tys. maturzystów. Na najbardziej obleganych kierunkach o jedno miejsce walczyło ok. 8 osób. To nieco mniej niż w ubiegłych latach, bo uczelnia zwiększyła liczbę oferowanych miejsc. Na 19 kierunkach przybyło ponad 300 miejsc.
– Tegoroczna rekrutacja przebiegła bardzo sprawnie, choć wiemy doskonale, że liczba potencjalnych kandydatów na studia z roku na rok od wielu już lat się zmniejsza. Stąd też byliśmy niepewni, czy na pewno będzie dostatecznie duże zainteresowanie poszczególnymi kierunkami studiów. Ale znakomita większość kierunków studiów była oblegana – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. Kazimierz Tomala, prorektor ds. dydaktyki w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.
SGGW zakończyła pierwszy etap rekrutacji na studia. Na 38 kierunkach I stopnia i jednolitych magisterskich kandydaci mieli do dyspozycji ponad 3,9 tys. miejsc. Zarejestrowało się 9,7 tys. kandydatów.
– W tym roku 2,5 kandydata ubiegało się przeciętnie o jedno miejsce w szkole – tłumaczy prof. Kazimierz Tomala.
W tegorocznej rekrutacji największą popularnością cieszył się kierunek finanse i rachunkowość. O 135 miejsc ubiegały się 1 052 osoby, co oznacza, że o jedno miejsce walczyło średnio 7,8 kandydatów. Nieco mniej maturzystów przyciągnęły informatyka, logistyka oraz turystyka i rekreacja (ok. 5 osób na jedno miejsce). Na zarządzaniu o 135 miejsc walczyło 662 kandydatów, popularna jest także dietetyka – 361 zarejestrowanych osób na 76 miejsc.
– W tym roku uczelnia postanowiła zaoferować maturzystom większą liczbę oferowanych miejsc niż rok temu. Najczęściej to jedna albo dwie grupy więcej, czyli dodatkowe 15 lub 30 osób. W przypadku weterynarii, która cieszy się niezmiennie ogromnym zainteresowaniem i w której widzimy potencjał, przybyło ich więcej – wskazuje prorektor SGGW.
Z danych uczelni wynika, że w przypadku weterynarii liczba miejsc wzrosła ze 150 do 190. Na socjologię i logistykę mogło się w tym roku dostać o 30 osób więcej. Łącznie zdecydowano się zwiększyć liczbę miejsc na 19 kierunkach.
– Już mamy zapewnione miejsca dla 6 tys. osób, a w rekrutacji uzupełniającej, wrześniowej, możemy jeszcze zaoferować miejsca dla tych, którzy poprawią maturę – mówi prof. Kazimierz Tomala.
Jeszcze w ubiegłym roku na niektórych kierunkach o jedno miejsce ubiegało się niemal 10 osób. Zmiana to w dużej mierze efekt przepisów – wprowadzony algorytm uzależnia wysokość dofinansowania m.in. od liczby studentów przypadających na jednego nauczyciela akademickiego (1 wykładowca na 13 studentów).
– Rok temu mieliśmy dużo większy ten wskaźnik, bo 17,2 studenta na jednego nauczyciela, musieliśmy więc szybko go zmniejszyć, żeby nie otrzymywać mniejszych środków finansowych na płace i funkcjonowanie. Natomiast w tym roku już mogliśmy sobie pozwolić na odbudowę i oferować jednocześnie większą liczbę miejsc dla maturzystów – tłumaczy prorektor SGGW.
Choć w tym roku akademickim nie ma rekrutacji na nowe kierunki, prorektor zapowiada, że od lutego na kilku kierunkach zajęcia będą prowadzone w języku angielskim. W 2018 roku dzięki dofinansowaniu z unijnego programu POWER uczelnia zaproponowała jeden nowy kierunek i dwie specjalności z zajęciami po angielsku (Organic Agriculture and Food Processing, Big Data Analytics i Civil Engineering).
– Otwieramy się na studentów spoza granic kraju. Podejmujemy działania zwiększające umiędzynarodowienie i możliwość kontaktu polskich studentów z tymi, którzy przyjadą studiować w języku angielskim – zapowiada prof. Kazimierz Tomala.
Roczna wartość danych sprzedawanych przez dostawców usług mobilnych o ich użytkownikach sięga już 200 mld dol. i stale rośnie. Osoby korzystające z rozwiązań, które zbierają o nich dane, zwykle nie czerpią z udostępniania tych danych żadnych korzyści. Platforma opracowana przez polskich programistów pozwoli im nie tylko sprzedawać dane o sobie, lecz także wybrać informacje, które chcą przekazać, a które usunąć z rejestrów.
– Na rynku danych jesteśmy przedmiotem, a nie podmiotem. Cała wartość koncentruje się w dwóch segmentach. Pierwszy to są pośrednicy rynku danych, a drugi – odbiorcy rynku danych. Jedyną wartość, jaką w tej chwili możemy mieć, to to, że mogą być to dane bardziej spersonalizowane i możemy z nich czerpać większa korzyść. Ale nie mamy żadnego wynagrodzenia z tego, że ktoś nasze dane wykorzystuje i to jest nie fair – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Wojciech Kurowski, prezes ZAX Technology.
Jak donosi „The New York Times”, co najmniej 75 firm w USA otrzymuje precyzyjne dane o lokalizacji około 200 milionów anonimowych użytkowników smartfonów. Reporterzy dziennika odkryli, że firmy miały dostęp do danych o lokalizacji ze szpitali, domów, szkół i sklepów. Mimo że nie były one powiązane z nazwiskiem czy numerem telefonu, to ustalenie tożsamości osób będących źródłami danych byłoby dość proste w oparciu o lokalizację w godzinach nocnych czy codziennie odwiedzane miejsca.
Tego typu przykłady można mnożyć. Dlatego zapewnienie użytkownikom narzędzia, które pozwalałoby kontrolować sposób udostępniania przez nich danych, jest koniecznością. Polski start-up poszedł o krok dalej. Postanowił umożliwić internautom sprzedaż informacji o sobie.
– ZAX jest platformą, która służy do sprzedaży danych z inicjatywy samego użytkownika internetu, tworzącego te dane. Ten model biznesowy tworzy nową jakość, która ma w sobie dwa elementy innowacyjności. Jeden mieści się w ramach usługi i modelu biznesowego, gdzie włączamy w cykl decentralizacji przepływu wartości twórcę danych, a drugi – to technologia sztucznej inteligencji i big data – tłumaczy Wojciech Kurowski.
System działa w ramach aplikacji mobilnej i webowej. Umożliwia z jednej strony zarabianie na swoim śladzie cyfrowym, czyli na danych pozostawianych po sobie w wirtualnym świecie. Z drugiej strony, dzięki zaawansowanej obróbce i selekcji pożytecznych informacji przez algorytmy sztucznej inteligencji, generowane w ten sposób pakiety danych mogą być cenne dla potencjalnych nabywców, np. reklamodawców.
– Użytkownikowi trzeba pokazać, jakie dane może sprzedać. Odbiorcy tych danych trzeba natomiast pogrupować je, żeby były coraz bardziej użyteczne dla niego. Tutaj wchodzi element sztucznej inteligencji – big data – która ma za zadanie przetworzyć dane pozyskane z różnych źródeł, np. aplikacji, w taki sposób, żeby jak najbardziej mogły być wartościowe dla odbiorcy końcowego, który później z tych danych utworzy wartość dla swoich usług – wyjaśnia Wojciech Kurowski.
Wdrażanie tego typu rozwiązań może się przyczynić do zwiększenia świadomości użytkowników usług mobilnych na temat tego, jakiego rodzaju dane, często nieświadomie, oddają w ręce marketerów. Dziś, mimo że ludzie korzystający z mediów społecznościowych czy aplikacji mobilnych chętnie oddają do dyspozycji informacje o sobie, nie czerpią z tego właściwie żadnych korzyści. Jedynym profitem jest zazwyczaj tylko możliwość korzystania z danego portalu czy aplikacji. Tymczasem dane są jednym z najcenniejszych towarów w XXI wieku.
– Rynek danych wycenia się rocznie na 200 mld dol. Facebook zarabia na naszych danych ponad 50 mld dol, z czego 40 proc. na handlu danymi, a 60 proc. to profilowane reklamy. Ten rynek cały czas rośnie i to w takim samym tempie, jak wzrasta liczba danych – przekonuje ekspert.
Facebook udostępnił niedawno swoim użytkownikom narzędzie Off-Facebook Activity, dzięki którym mogą oni sprawdzić, jakie dane o nich zbierają aplikacje czy serwisy internetowe i które z nich sprzedają dane o nas Facebookowi. Narzędzie pozwala też na usuwanie danych zgromadzonych przez Facebook oraz zablokowanie możliwości ich dalszego udostępniania. Na razie rozwiązanie jest testowane w Irlandii, Korei Południowej i Hiszpanii.
Rozwiązanie proponowane przez polski start-up pozwoli z kolei zarabiać na udostępnianiu swoich danych w internecie, choć nie będzie to zarobek bezpośredni.
– Wynagrodzenie może być w formie rabatów na usługi różnych podmiotów, które są w naszym ekosystemie. Będzie to dodatkowo napędzać ruch klientów i liczbę usług u podmiotów, które mają dane – zapowiada Wojciech Kurowski.
W ramach testów firma automatycznie pobrała z Facebooka dane, a następnie zaprezentowała je użytkownikom w formie pozwalającej na zaznaczenie, które z nich będą sprzedawane i do kogo trafią. Jednym z możliwych zastosowań było udostępnienie informacji o charakterze geolokalizacyjnym w celu odkorkowania warszawskich ulic.
Asystenci głosowi dla pilotów, wyświetlacze rozszerzonej rzeczywistości i elementy drukowane w 3D – już wkrótce kokpity samolotów mogą być naszpikowane nowymi technologiami. Nowoczesne wyświetlacze pokazują w 3D zewnętrzny teren razem z przeszkodami i pomogą załogom lotniczym wyjść z ekstremalnych sytuacji. Oprogramowanie oblicza optymalne podejście do lądowania i pomaga przy kołowaniu, a asystenci głosowi odciążą pilotów w mechanicznych czynnościach. Już wkrótce samolot będzie mógł być sterowany autonomicznie, jednak według ekspertów, piloci wciąż będą niezbędni na pokładzie.
Nowe technologie do lotnictwa, a zwłaszcza do kokpitu, wchodzą dość ostrożnie. Jak podkreśla ekspert, to kwestia bezpieczeństwa i przetestowania nowych rozwiązań setki tysięcy razy w różnych okolicznościach. Nie oznacza to jednak, że samoloty są pozbawione nowinek technologicznych. Stopniowo najwięksi światowi producenci wprowadzają nowości. Samoloty są coraz bardziej oszczędne i ekologiczne, do produkcji używane są materiały wykorzystywane dotychczas w statkach kosmicznych, niektóre części drukowane są w 3D. Naukowcy opracowali już samolot bez ruchomych części, jak np. śmigła, który porusza się przez wytwarzany na pokładzie wiatr jonowy.
– Najnowsze technologie wykorzystywane w kokpitach samolotów to zwykle nie są technologie z XXI wieku, często sprzed kilkunastu lat, ale dla nas, lotników są to nowości. Jednym z rozwiązań jest nawigacja w oparciu o GPS, ale ze wspomaganą dokładnością dzięki stacjom naziemnym, które przesyłają dane korygujące. Statki powietrzne mogą lądować w oparciu o GPS w podejściach tzw. 3D, czyli są sprowadzane do lotniska tak jak tradycyjny system ILS. Takie technologie za kilka lat zrewolucjonizują lotnictwo – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jakub Benke, pilot liniowy, prezes zarządu Bartolini Air.
Nowe technologie zmieniają sposób obsługi. Na razie sztuczna inteligencja nie zastąpi jeszcze pracy stewardess, ale ułatwi im życie. Linie lotnicze testują rozwiązania, gdzie obsługa samolotu podchodząc do pasażera, wie już, jakie są jego ulubione potrawy i filmy, a na podstawie obrazu i dźwięku uczenie maszynowe rozpozna emocje i poziom zadowolenia z obsługi. Na lotniskach coraz popularniejsi są zrobotyzowani asystenci – pomagają nawigować po tłumie, a jednocześnie śledzić informacje o locie. Biometria z kolei zastępuje zwykłą kontrolę.
Nowe rozwiązania ułatwiają też pracę pilotów. Technologia syntetycznej wizji (Enhanced Vision System), w przeciwieństwie do konwencjonalnego wyświetlacza, który pokazuje tylko niebo i ląd w 2D oddzielone linią, pokazuje teren, pasy startowe i przeszkody w 3D. Wyświetlacz aktualizuje się w czasie rzeczywistym, aby pokazać pilotom, gdzie są i co się wokół nich znajduje. Nawet jeśli na zewnątrz jest ciemno, wyświetlacz pokazuje obraz jak w ciągu dnia, przy przejrzystym powietrzu, a przy tym pokazuje informacje o przeszkodach, ukształtowaniu terenu i pozycji. Dzięki nakładce na podczerwień piloci widzą ciepło wydzielane przez światła podczas zbliżania się do lotniska, dzięki czemu mogą lądować nawet w mgle.
– To system częściej spotykany w lotnictwie biznesowym. Na ekranie pilota, korzystając z różnych źródeł, z różnych czujników, włącznie z czujnikiem podczerwonym, pokazuje otoczenie samolotu, w trzech wymiarach, również w nocy i we mgle. Pilot zyskuje dużo lepszą orientację w terenie, wie, gdzie jest pas, wie, gdzie są przeszkody terenowe, mimo że np. zbliża się do lotniska w całkowitej mgle i ciemności – wskazuje Jakub Benke.
Technologia łączy dane GPS, informacje lotnicze i mapy terenu, aby pokazać położenie samolotu względem jego otoczenia. Nowoczesne wyświetlacze sprawiają, że loty stają się płynniejsze, pomagają załogom lotniczym wyjść z ekstremalnych sytuacji, takich jak uderzenie ptaka lub przelot przez chmurę pyłu wulkanicznego. Sterowanie głosowe w kokpicie może z kolei pomóc zmniejszyć obciążenie pracą, pozwalając pilotom mówić, a nie ręcznie wpisywać polecenia.
Pilotom coraz częściej pomaga także wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, zwłaszcza w szkoleniach i przygotowaniu się do lotów. Rozwiązanie jest tańsze niż standardowe szkolenia, a przy tym pozwala zwiększyć liczbę przeszkolonych osób.
Przemysł lotniczy wdrożył już częściowy automatyczny system pilotażowy, a przejście na pełną automatyzację kokpitu to tylko kwestia czasu. Nie oznacza to jednak, że piloci przestaną być potrzebni.
– Przeniesienie pilota na ziemię to nie jest cel. Nie oszczędza to żadnych pieniędzy, a jednocześnie budzi przerażenie u pasażerów, że osoba odpowiedzialna za lot nie podziela ich losu. Ludzie po prostu będą się bali wsiąść do samolotu bez pilota. Kluczową barierą jest terroryzm – twierdzi Jakub Benke. – Dopóki technologia nie rozwiąże tych zasadniczych problemów, to masowego lotnictwa automatycznego nie będzie. Ale na pewno to kiedyś nastąpi, bo nie ma przed tym ucieczki – dodaje.
Według analityków MarketsandMarkets rynek autonomicznych samolotów do 2030 r. będzie warty niemal 24 mld dol. Obecnie jego wartość szacowana jest na nieco ponad 3,5 mld dol.
Na dzień dzisiejszy Comarch DMS usprawnia procesy i obieg dokumentów w przeszło 300 przedsiębiorstwach, m.in.: w CERRAD Sp. z o.o., Integer.pl S.A. czy SuperDrob S.A. Świadczy to o tym, że Comarch DMS to sprawdzone narzędzie, wciąż zyskujące zadowolonych klientów.
Funkcjonalność DMS to podstawa
Ważne jest, aby odpowiedni DMS – system obiegu dokumentów i kontrolowania procesów (workflow) był przede wszystkim wydajny i funkcjonalny. Wśród udostępnionych nowych funkcjonalności DMS należy wyróżnić:
Możliwość współpracy Comarch DMS z systemem Comarch ERP Altum.
Możliwość pracy wielofirmowej z wykorzystaniem różnych konfiguracji systemów Comarch ERP, np. Comarch ERP XL z/lub Comarch ERP Altum z Comarch Optima. Dzięki temu na jednym dokumencie/obiegu DMS można pracować, korzystając z danych pochodzących z różnych baz.
Panel użytkownika pozwalający na definiowanie widoku list poprzez zmianę kolejności kolumn oraz ich ukrywanie zarówno w wersji stacjonarnej, jak i w wersji WWW.
Wyświetlanie powiadomień o nowych i przekazanych dokumentach w aplikacji Comarch Mobile DMS (Android i iOS).
Nowa wersja
DMS jest wciąż monitorowany w celu jak najlepszego dopasowania do zmieniającej się rzeczywistości oraz potrzeb rynku i klienta. W nowej wersji skoncentrowano się przede wszystkim na doskonaleniu ergonomii pracy. Dlatego pozytywne zmiany, które wprowadzono, są następujące:
Skonfigurowanie zachowania aplikacji w momencie przekazania dokumentu do kolejnego etapu. Konsekwencją może być to, że dokument jest dalej widoczny (nie zamyka się) lub np. następuje powrót na listę dokumentów albo otwiera się kolejny dokument przypisany do tego zalogowanego operatora.
Wyróżnienie nieprzeczytanych dokumentów na liście poprzez ich wyboldowanie (tryb outlook) oraz podświetlenie ostatnio edytowanego wiersza.
Możliwość podglądu listy dokumentów z poziomu szczegółów karty obiegu.
Wyświetlanie zawartości załączników pdf w oknie Comarch DMS, analogicznie jak w przypadku plików graficznych.
Możliwość automatycznego wyświetlania załącznika po wejściu w określony etap procesu. Jeśli na danym etapie operator zwykle zagląda do załącznika, to można ustawić opcję, żeby na prawym panelu zawsze otwierał się wskazany domyślny załącznik.
Warto również zaznaczyć, że wspomniana paczka rozszerzeń funkcjonalnych w formie HotFix 2018.2.1 udostępnia nowy moduł Raporty. Dzięki temu, użytkownik ma możliwość tworzenia własnych zestawień/analiz w formie wydruków. Dodatkowo, dotychczasowy obszar z raportami graficznymi od teraz jest dostępny w menu „Dashboardy”.
Comarch DMS – dobra inwestycja
Zdecydowanie się na korzystanie z narzędzia DMS, z pewnością będzie doskonałą decyzją. Przedsiębiorstwa dotychczas korzystające z tego narzędzia, podkreślają przede wszystkim jego funkcjonalność oraz usprawnienie pracy firmy. Wzrost zainteresowania systemem DMS poprzez nieustannie powiększające się grono zadowolonych klientów świadczy o tym, że narzędzie Comarch DMS oraz jego nowa wersja Comarch DMS 2018.2 to dobra i sprawdzona inwestycja.