Dlaczego dostawcy usług w chmurze są niezastąpieni? Istnieją co najmniej cztery powody

Danny Allan, Wiceprezes ds. Strategii Produktowej w firmie Veeam
Danny Allan, Wiceprezes ds. Strategii Produktowej w firmie Veeam

Pojawienie się usług w chmurze oraz korzyści, które ze sobą wniosły, to niekwestionowany sukces w świecie biznesu w ciągu ostatniej dekady. Trudno dziś przeczytać jakąkolwiek publikację z branży IT, w której nie wspominano by o możliwościach rozwoju, innowacyjnych rozwiązaniach i nowych przypadkach użycia z wykorzystaniem chmury. Dla większości odbiorców określenie „chmura” oznacza obecnie środowisko Amazon Web Services, Microsoft Azure lub Google. To zrozumiałe, bo mówimy o  najbardziej rozpoznawalnych i skutecznych operatorach chmur publicznych na olbrzymią skalę, jednak nie należy się spodziewać, że trzy wspomniane korporacje całkowicie zdominują rynek. Istnieje na nim miejsce nie tylko dla operatorów chmury MCSP (ang. Managed Cloud Service Provider), ale mają oni z różnych powodów do odegrania niezwykle istotną rolę, a dla znacznej części odbiorców usług informatycznych ich oferta stanowi lepsze rozwiązanie.

Zarządzanie infrastrukturą chmury publicznej wiąże się z konkretnymi kompetencjami

Wiele przedsiębiorstw rozpoczyna projekty, przyjmując fałszywe założenie, że wystarczy przenieść istniejącą, lokalną infrastrukturę do chmury publicznej działającej na dużą skalę. Często wydaje się, że przedsięwzięcie ma właśnie taki charakter, a ogólna infrastruktura jest bardzo podobna, jednak wiele podstawowych elementów – takich jak warstwa sterowania, sieć i zabezpieczenia – różni się w takim stopniu, że wkrótce zachodzi potrzeba uwzględnienia nowych wymagań. Skorzystanie z usług dostawcy usług chmurowych może pomóc na dwa sposoby. Po pierwsze udostępniane środowisko może stanowić ścisłe odzwierciedlenie środowiska lokalnego, a druga opcja polega na pośredniczeniu przez oferowaną  usługę w dostępie do funkcji chmury publicznej i wprowadzeniu mechanizmów niezbędnych do integracji dwóch różnych środowisk. W sytuacji, w której czas oczekiwania na dostęp do produktów i usług jest kluczowym czynnikiem decydującym o przewadze nad konkurencją, należy zadbać, aby ten warunek został spełniony na odpowiednim poziomie. Bardzo prawdopodobne, że społeczność usług chmurowych przekształci się w brokerów  chmur publicznych o olbrzymiej skali, ułatwiając i zarządzając transformacją cyfrową oraz środowiskiem hybrydowym.

Chmura ekonomiczna, czyli zarządzana w efektywny sposób

„Chmura nie działa charytatywnie”, więc by mogła przyczynić się do wzrostu zysków, koszty jej funkcjonowania powinny być niższe niż uzyskiwane korzyści. Chmura publiczna może okazać się bardzo efektywna w przypadku elastycznych obciążeń o dużym stopniu zmienności dzięki ich umieszczeniu w zdalnej lokalizacji lub wykorzystaniu wstępnie skonfigurowanej usługi, ale dla obciążeń statycznych o przewidywalnych potrzebach infrastrukturalnych takie podejście może okazać się znacznie mniej opłacalne. Dostawcy chmur publicznych starają się uzyskać dominującą pozycję na rynku, a klienci wybierają, które obciążenia najlepiej sprawdzą się w środowisku chmury publicznej. Dostawcy MCSP oferują możliwość oddzielenia samego obciążenia od infrastruktury chmury przy jednoczesnym szczegółowym monitorowaniu kosztów oraz rozmieszczeniu danych i usług w taki sposób, aby zmaksymalizować zwrot z inwestycji klienta. To bardzo szczególna, konkretna wartość dodana, której większość klientów nie jest w stanie samodzielnie dostrzec i oszacować jej wielkości.

Wiele usług działających w modelu zdecentralizowanym udostępnia optymalne środowisko obsługi użytkowników końcowych

Działanie sieci jest istotne w przypadku każdej infrastruktury IT. Często okazuje się, że czynnikami ograniczającymi zakres oferowanych usług są przepustowość sieci i opóźnienia w komunikacji z użytkownikami. Zwiększenie przepustowości jest w pewnych sytuacjach możliwe, choć to kosztowne rozwiązanie, jednak pewnych ograniczeń fizycznych po prostu nie da się obejść. Wspomniane przeszkody mają ogromny wpływ na działanie usług. Efektem tego jest między innymi powstanie zupełnie nowych rozwiązań technologicznych, takich jak sieci dystrybucji zawartości (Content Distribution Networks, CDN). Gdyby okazało się możliwe wysyłanie danych z kilku scentralizowanych węzłów dystrybucyjnych na wielką skalę, nie byłoby potrzeby tworzenia takich sieci. Model oparty na sieciach CDN zdobył jednak sporą popularność i nadal jest powszechnie stosowany. Dzieje się tak, dlatego że działanie sieci jest bardzo istotne, a modele zdecentralizowane odznaczają się znakomitą efektywnością.

Wiele dużych chmur publicznych uwzględnia to zagadnienie i oferuje usługi, w których niewielka część przetwarzania odbywa się na brzegu sieci, to jest albo w centrum przetwarzania danych klienta, albo w lokalizacji należącej do regionalnego partnera. Takie podejście rzeczywiście stwarza okazję do poprawy jakości świadczonych usług, jednak model biznesowy chmury publicznej o dużej skali nie w pełni uwzględnia działanie sieci zdecentralizowanych, które wykorzystują efekt skali, co pozwala obniżyć ceny oferowanych produktów. To właśnie miejsce dla dostawców usług w chmurze, którzy mogą zaproponować infrastrukturę funkcjonującą w modelu zdecentralizowanym i luźno powiązaną z usługami centralnej chmury publicznej.

Klienci powinni skupić się na podstawowych obszarach działalności

Ostatnia kwestia to brak koncentracji na najważniejszych obszarach, występujący w przedsiębiorstwach, które próbują równocześnie zajmować się zbyt wieloma zagadnieniami. Dzięki współpracy z dostawcą usług w chmurze pojawia się możliwość realizacji umów dotyczących poziomu usług (SLA) w ramach infrastruktury informatycznej, a cenny czas pracowników wewnętrznych działów może zostać poświęcony na realizację najważniejszych zadań biznesowych. Szeroko rozpowszechniony jest model, w którym różne funkcje informatyczne, np. poczta elektroniczna i usługi komunikacyjne, są realizowane przez zaufanego partnera. Z biznesowego punktu widzenia wydaje się zasadne rozszerzenie tego modelu o usługi infrastrukturalne i związane z platformą. Partner MCSP jest w stanie świadczyć usługi, w których się specjalizuje, podobnie zresztą jak klienci, którzy mogą skupić się na swojej podstawowej działalności.

Widać wyraźnie, że dzięki wykorzystaniu środowisk przetwarzania danych w chmurze zachodzi transformacja całej branży IT. Byłoby jednak błędem sądzić, że w wyniku tej transformacji przedsiębiorstwa powinny brać pod uwagę jedynie ofertę największych dostawców chmur publicznych. Wybór zaufanego partnera MCSP, który rozumie zasady działania danej firmy, może okazać się lepszym rozwiązaniem w trakcie wdrażania zmian technologicznych.

Autor: Danny Allan, Wiceprezes ds. Strategii Produktowej w firmie Veeam

Efektywne budowanie kultury organizacyjnej

Coraz więcej przedsiębiorstw, niezależnie od ich wielkości czy branży, stara się eksponować swoją kulturę organizacyjną – zbiór wartości i zasad, z którymi chcą być kojarzone. Buduje to pozytywny wizerunek firmy i stanowi skuteczne narzędzie marketingowe. Jednak stworzenie kultury organizacyjnej wymaga znacznie więcej niż tylko sformułowania odpowiednich haseł. – To proces złożony, wieloetapowy, angażujący cały zespół, od kadry zarządzającej po pracowników operacyjnych – mówi Tomasz Bereźnicki, prezes DPC Polska.

Wiele osób kulturą organizacyjną nazywa siatkę pozytywnych skojarzeń z daną marką, decydującą o jej sukcesie i pozycji na rynku. Akcentowanie takich wartości jak: wysoki standard pracy, zespołowość czy proklienckość z pewnością wiąże konsumentów z deklarującą je firmą. To jednak tylko element szerszej całości. – Aspekt wizerunkowy jest pochodną zmian strukturalnych wdrażanych w organizacji, wymagających konsekwencji i zaangażowania pracowników wszystkich szczebli. Podstawowym celem jest usprawnienie procesów realizowanych w przedsiębiorstwie, identyfikacja i eliminacja marnotrawstwa oraz ciągłe doskonalenie – mówi Tomasz Bereźnicki. Wskazuje również na podejście wykorzystywane przez ekspertów DPC we wdrażaniu Strategii Lean w przedsiębiorstwach. Służy ono budowie trwałej i efektywnej kultury organizacyjnej.

Po pierwsze – refleksja strategiczna

Budowę kultury organizacyjnej należy rozpocząć od zdefiniowania wizji, misji oraz strategicznych celów i wartości przedsiębiorstwa. Na tym etapie kluczową rolę ogrywa kadra zarządzająca najwyższego szczebla – prezesi, CEO’s, członkowie rad nadzorczych. – Podczas pierwszego spotkania nasi eksperci zadają pozornie proste pytanie: – Jak wyobrażacie sobie rozwój firmy w perspektywie kolejnych lat? – mówi Piotr Rybotycki, Partner w DPC Polska. – Bardzo często spotykamy się ze skrajnie różnymi odpowiedziami. To naturalne, gdyż szefowie poszczególnych obszarów czy nawet wspólnicy koncentrują się na problemach i wyzwaniach najistotniejszych z ich własnego, subiektywnego punktu widzenia. Naszym zadaniem jest skłonienie do następującej refleksji: co leży w długofalowym interesie organizacji jako całości? – dodaje. Dopiero przewartościowanie myślenia kadry zarządzającej i wspólne zdefiniowanie podstawowych celów strategicznych organizacji pozwala na określenie odpowiednich wartości budujących tożsamość przedsiębiorstwa. – Porozumienie na szczeblu kierowniczym jest warunkiem koniecznym w procesie wdrażania Strategii Lean. To właśnie kadra zarządzająca przekazuje przyjętą strategię niższym szczeblom organizacji. Wymaga to opracowania spójnej i czytelnej wizji proponowanych zmian tak, aby każdy pracownik potrafił określić cele, które mają zostać osiągnięte – mówi Tomasz Bereźnicki.

Po drugie – pełne zaangażowanie

Drugi etap budowania kultury organizacyjnej dotyczy podstawowego szczebla każdej organizacji, czyli pracowników operacyjnych. –– Zasadnicze znaczenie ma tutaj właściwe komunikowanie celów, misji i wizji nakreślonych przez kadrę zarządzającą. Wszyscy pracownicy powinni zostać w pełni poinformowani o wdrażanych zmianach. Istotną rolę w tym zakresie mają czytelne wizualizacje w postaci plakatów, biuletynów czy wewnętrznego mailingu. Należy unikać generowania skomplikowanej dokumentacji strategicznej, stawiając na jak najprostsze formy komunikacji – mówi Piotr Rybotycki. Zrozumieniu celowości wdrażanych zmian i rozwianiu ewentualnych obaw z nimi związanych służą spotkania i rozmowy pracowników z bezpośrednimi przełożonymi. – W praktyce wygląda to następująco: prezes firmy komunikuje zmiany dyrektorom, oni – team leaderom, ci zaś – pracownikom operacyjnym. Dzięki temu informacja dociera bezpośrednio do każdej osoby w przedsiębiorstwie w formie umożliwiającej wyjaśnienie wszystkich kwestii czy wątpliwości – dodaje Partner w DPC Polska.

Budowaniu kultury organizacyjnej w ramach wdrażania Strategii Lean sprzyjają gry symulacyjne (Lean Games), przygotowywane dla pracowników operacyjnych. Zadaniem „grywalizacji” jest skłonienie zespołu do współdziałania, podejmowania się coraz bardziej ambitnych celów, kwestionowania status quo i szukania niekonwencjonalnych rozwiązań. – Cel jest prosty: uświadomienie pracownikom operacyjnym, że poprawa efektywności ich pracy zależy od przyjęcia nowej perspektywy – postrzegania danego przedsiębiorstwa jako całości, dążenia do optymalizacji nie tylko własnych działań, ale całego procesu. A to wymaga chęci ciągłego doskonalenia swoich umiejętności i odwagi wskazywania tych elementów funkcjonowania organizacji, które wymagają korekty – podkreśla Tomasz Bereźnicki.

Prezes DPC przyznaje, że Lean Games mają również za zadanie budowanie „ducha” zespołu. – Zazwyczaj rozpoczynamy pracę w przedsiębiorstwie posiadającym już pewien bagaż doświadczeń i siatkę relacji pomiędzy pracownikami. Nie zawsze atmosfera w zespole jest dobra, a warunkiem koniecznym do osiągnięcia celów strategicznych jest zgodne współdziałanie wszystkich działów firmy i ich pracowników. Dlatego też staramy się, aby podczas gry symulacyjnej następowała integracja całej grupy przy okazji realizowania ambitnych zadań. To buduje zaufanie i wiarę zespołu we własne możliwości – dodaje.

Po trzecie – rób to, co deklarujesz

Kultura organizacyjna wymaga wiarygodności – to znaczy konsekwentnego przestrzegania przyjętych zasad i wartości. Opiera się ono na pracy organicznej, etapowym osiąganiu wyznaczonych celów i standardów. W praktyce często trudne okazuje się zbudowanie np. kultury dyscypliny, gdzie konsekwentnie realizujemy ustalone założenia w zespole. – Pomocne okazują się podstawowe narzędzia leanowe, np. takie jak 5S, czyli metoda poprawiająca organizację miejsca pracy i wpływająca na bezpieczeństwo pracownika przy wykonywaniu określonych czynności – mówi Piotr Rybotycki. – Nieocenioną wartość ma również opracowanie i wdrożenie systemu zarządzania efektywnością. Jego celem jest mierzenie efektywności pracy w oparciu o stałe wskaźniki. Bez tego nie można określić ewentualnych odchyleń od przyjętych standardów i identyfikować problemów rzutujących na cały proces produkcyjny.

Ekspert DPC Polska przyznaje, że często spotyka się z obawami pracowników operacyjnych dotyczącymi systemu zarządzania efektywnością. Pojawiają się wątpliwości, czy stały monitoring ich pracy nie oznacza typowania członków załogi do zwolnienia. Piotr Rybotycki podkreśla, że to błędne wyobrażenie. – Nie mierzymy efektywności konkretnych osób, mierzymy procesy. Nie szukamy najlepszych i najgorszych pracowników, ale odchyleń od przyjętych standardów. Po ich zidentyfikowaniu rekomendujemy konkretne działania z korzyścią zarówno dla pracowników, jak i efektywności całego przedsiębiorstwa – przekonuje.

Kultura organizacyjna to synteza ambitnych celów strategicznych, ich skutecznego komunikowania oraz pracy zespołowej. Budowa indywidualnej, silnej kultury organizacji nie tylko umacniania pozytywny wizerunek firmy, ale również wpływa na efektywność, jakość i bezpieczeństwo pracy.

Otwarcie niemieckiego rynku pracy dla cudzoziemców – jakie konsekwencje czekają polski rynek pracy?

Specjaliści z Departamentu Analiz Ekonomicznych Narodowego Banku Polskiego (NBP) prognozują, że po otwarciu niemieckiego rynku pracy w 2020 r. liczba Ukraińców pracujących w Polsce może zmniejszyć się maksymalnie o 20-25 proc. w perspektywie najbliższych czterech lat. Według danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców liczba obcokrajowców posiadających ważne zezwolenia na pobyt długoterminowy w Polsce w lipcu osiągnęła 400 tys. osób. Prawie połowę tej grupy stanowią obywatele Ukrainy. Większość cudzoziemców posiada zezwolenia na pobyt czasowy związany z pracą. Ekspert OTTO Work Force tłumaczy, jakie konsekwencje czekają polski rynek pracy w związku z otwarciem niemieckich granic dla pracowników spoza UE w 2020.

Tomasz Dudek, Dyrektor operacyjny w OTTO Work Force Polska
Tomasz Dudek, Dyrektor operacyjny w OTTO Work Force Polska

Niemcy zmagają się z niedoborem wykwalifikowanej siły roboczej. To dla niej w pierwszej kolejności zdecydowali się otworzyć rynek pracy. Otwarcie granic w 2020 roku na pracowników spoza UE, może spowodować odwrócenie trendu związanego ze wzrostem cudzoziemców pracujących w Polsce. Nastąpi odpływ wykwalifikowanej siły roboczej, posiadającej pożądane kompetencje, doświadczenie i znającej język niemiecki przynajmniej w stopniu komunikatywnym. Wyjazd pracowników wysoko wykwalifikowanych spowodowany jest zazwyczaj wyższym wynagrodzeniem za granicą oraz brakiem przywiązania do obecnego miejsca zatrudnienia i zamieszkania. Na tym nie koniec. Przewiduje się, że w drugiej kolejności wyjadą także osoby mniej wykwalifikowane, podekscytowane doniesieniami o liberalizacji niemieckiego rynku pracy. Wielu z nich trafi do szarej strefy – tłumaczy Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force.

Konsekwencje wyjazdu cudzoziemców odczują głównie firmy, które zatrudniają pracowników z branży technicznej i budowlanej. Będzie to także duży problem dla całej polskiej gospodarki. Trudno by pod względem wynagrodzenia polscy pracodawcy mogli konkurować z niemieckimi. Wydaje się, że w obliczu przyszłego odpływu pracowników pomóc mogłaby liberalizacja przepisów w zakresie otrzymywania zezwoleń na pobyt i pracę. Znamy statystyki dotyczące osób przedłużających pobyt, nie wiemy jednak, ile osób już zrezygnowało z pracy w naszym kraju z powodu nieotrzymania dokumentów pobytowych, a ilu z nich nie doczekało do końca procesu legalizacji i wyjechało szukać pracy gdzie indziej. W ciągu następnych kilku lat, każda taka osoba może być na wagę złota dla przedsiębiorców i całego rynku pracy – komentuje Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force.

Stabilizacja

Wczoraj rynki ustabilizowały się, znajdując wsparcie w strzępach informacji, w których, jeśli się bardzo chce, da się znaleźć pozytywną stronę. Wybiórczość w przyjmowaniu wiedzy pokazuje stan, w jakim znajdują się rynki – inwestorzy chcą punktu zaczepienia dla odbicia, jednocześnie obawiając się, że nie warto czekać na solidny powód.

W poniedziałek umiarkowany optymizm zapewniły dwie informacje z USA i Niemiec. Sekretarz Handlu USA Wilbur Ross poinformował, że USA przedłużają o 90 dni okres wyłączenia z zakazu prowadzenia działalności przez Huawei na terenie Stanów Zjednoczonych. Rynek zinterpretował to jako znak, że Waszyngton nie chce niepotrzebnie zaostrzać konfliktu z Pekinem. Jednak przeoczone (lub zignorowane) zostały inne postanowienia administracji, w tym rozszerzenie „czarnej listy” firm z ograniczenia w działalności w USA o 46 spółek zależnych Huawei. Ponadto 90-dniowy okres zakończy się w połowie listopada, czyli tuż przed momentem, kiedy USA szykuje pełne oclenie towarów importowanych z Chin, jeśli nie dojdzie do postępów w rozmowach handlowych. Z tego punktu widzenia sądzę, że przedłużenie pozwolenia dla Huawei ma bardziej dać czas amerykańskich kontrahentom na zakończenie współpracy z chińską firmą niż jest to powód do nadziei, że odroczenie może być w nieskończoność.

Druga informacją były niepotwierdzone spekulacje, że niemiecki rząd szykuje pakiet fiskalny w wysokości 50 mld EUR, który miałby być gotowy na wypadek wystąpienia głębszej recesji. Program miałby się opierać o wzmocnienie wydatków konsumpcyjnych, ale w sugerowanej formy ma dwie wady. Po pierwsze jest warunkowy i zostałby uruchomiony, jeśli sytuacja gospodarcza się pogorszy, czyli technicznie jeszcze nie może być brany pod dyskontowanie. Po drugie między sytuacją teraz, a ewentualnymi skutkami ekspansji fiskalnej gdzieś za kilka miesięcy, zostajemy z przewagą problemów nad rozwiązaniami dla gospodarki. Fakt, że EUR/USD jest dziś niżej potwierdza, że optymizm oparty na nadziejach o fiskalną pomoc niemieckiego państwa nie może być trwały.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Warszawa wciąż bije rekordy w podaży i popycie biur

Tempo zmian na warszawskim rynku biurowym jest niezwykle dynamiczne. Jak wynika z najnowszego raportu Colliers International pt. „Przewodnik po strefach biurowych”, przez ostatnie 2,5 roku do dyspozycji najemców przybyło tu ponad 0,5 mln mkw. powierzchni biurowej, a współczynnik pustostanów spadł z 14% do 8,5%.

W stolicy jest już 5,5 miliona mkw. biur, a rekordowo niskie wskaźniki powierzchni niewynajętych wskazują na wysoką aktywność najemców. Mimo dużej ilości powierzchni w budowie szacowanej na 15% istniejących zasobów, na rynku mamy do czynienia z luką podażową. W minionych 30 miesiącach w strefie centralnej Warszawy przybyło zaledwie
180 000 mkw. nowej powierzchni, a popyt w tym okresie przewyższył podaż ponad pięciokrotnie.

Olga Drela, starszy analityk w Dziale Doradztwa i Badań Rynku Colliers International
Olga Drela, starszy analityk w Dziale Doradztwa i Badań Rynku Colliers International

— Wśród trendów wartych odnotowania należy wspomnieć konsolidacje w sektorze finansowym, jak również rosnącą aktywność operatorów coworkingowych. Banki oraz firmy ubezpieczeniowe centralizują swoje siedziby przenosząc się do prestiżowych inwestycji w centrum stolicy – mBank do Mennica Legacy Tower, Getin Noble Bank do The Warsaw HUB C czy Warta do Warsaw Unit — mówi Olga Drela, starszy analityk w Dziale Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International.

W ciągu ostatnich 2,5 roku sektor biur serwisowanych i powierzchni coworkingowych w Warszawie rozwijał się wyjątkowo aktywnie. Transakcje zawarte przez operatorów powierzchni elastycznych przekroczyły 100 000 mkw. Większość z nich ulokowała swoje nowoczesne, designersko urządzone siedziby w Śródmieściu. Malejące wskaźniki pustostanów w centrum Warszawy i elastyczny model wynajmu powierzchni zapewniają rosnące zainteresowanie tego typu wynajmem przez najemców, również korporacyjnych.

Przewodnik po strefach biurowych w Warszawie

Obszarem największej koncentracji biur jest Centralny Obszar Biznesu, gdzie powstaje najwięcej wieżowców, w tym najwyższy biurowiec Unii Europejskiej – Varso Tower oraz kompleks biurowy SKYSAWA. Prestiżowa lokalizacja oraz bardzo dobrze rozwinięta komunikacja miejska rekompensują najwyższy poziom czynszów, które wynoszą ponad  20 euro za mkw. miesięcznie. To także obszar koncentracji biur coworkingowych i serwisowanych.

Zaraz po Śródmieściu, największą koncentracją przestrzeni biurowej cechuje się zachodnia część miasta – okolice Alei Jerozolimskich, ulicy Połczyńskiej oraz Żwirki i Wigury. Ponad 2/3 powierzchni zlokalizowanej przy tych arteriach, stanowią biurowce – przeważnie w formie parków biznesowych. Główne atuty wymienionych lokalizacji to bliskość Dworca Zachodniego, Lotniska Chopina i tras wylotowych z miasta.

Największą podażą przestrzeni biurowej może pochwalić się Mokotów – aż 1 450 400 mkw., z czego 77% skoncentrowane jest na Służewcu. Jest to okolica atrakcyjna ze względu na niższe czynsze (10,5-15 euro za mkw. miesięcznie) oraz korzystne propozycje dodatkowych rozwiązań finansowych dla najemców. Trwająca przebudowa ulicy Marynarskiej daje nadzieję na znaczną poprawę komunikacji, co obecnie jest słabym punktem Służewca.

Północ, podobnie jak południe stolicy, pełni funkcję głównie mieszkalną, za to Warszawa na wschód od Wisły stopniowo zmienia się w przestrzeń otwartą  i przyjazną dla biznesu. Powstają tam nowe centra rozwoju przedsiębiorczości, takie jak Google Campus, a rewitalizowane przestrzenie pofabryczne przyciągają nowych najemców. Wartość dodaną stanowi także dobra komunikacja ze Śródmieściem, głównie za sprawą drugiej linii metra. Praga staje się atrakcyjną lokalizacją biznesową, która ma duży potencjał rozwoju zabudowy biurowej.

Niemcy potrzebują wsparcia

Problemy gospodarcze naszego zachodniego sąsiada trwają zbyt długo i niemiecki rząd zdecydował się wreszcie na plan ratunkowy. Punktem kluczowym będzie wsparcie przemysłu motoryzacyjnego. Pierwszy w historii pakiet fiskalny w Niemczech z pewnością przyniesie korzyści także Polsce.

Za Odrą potrzebują wsparcia

Pozytywne informacje dla polskiej gospodarki napłynęły wczoraj z Berlina. Rząd naszego największego partnera handlowego zamierza stymulować swoją gospodarkę. Pakiet wart 50 mld euro ma uchronić ten kraj przed głębszym regresem. Ostatnie dane na temat PKB za II kwartał wykazały ujemną dynamikę. Co gorsza, prognozy przewidują kurczenie się gospodarki również w III kwartale (skąd już blisko do oficjalnego ogłoszenia recesji). Dlatego właśnie gabinet kanclerz Angeli Merkel nie chce czekać i zamierza podjąć działania już w najbliższym czasie. Byłoby to wydarzenie bez precedensu, gdyż największa lokomotywa gospodarcza Europy jeszcze nigdy w historii nie potrzebowała stymulacji fiskalnej. Dla Polski to bardzo dobre informacje, ponieważ słaba kondycja najważniejszego partnera nigdy nie przynosi nic dobrego. Plan ratunkowy wprowadzony za naszą zachodnią granicą powinien być lekarstwem, który przywróci Niemcy na ścieżkę wzrostu, a w ten sposób pomoże w utrzymaniu nad Wisłą tempa ponad 4% PKB.

Zmienność na złotówce ma się dobrze

Jeszcze wczoraj wydawało się, że panika na kwotowaniach złotego, a co za tym idzie solidne osłabienie krajowej waluty, są już za nami. PLN od początku tygodnia wraz z poprawą sentymentu szybko odrabiał straty, jednak od południa znów nastąpił zwrot sytuacji. Notowania powróciły niemal do środowych poziomów, gdy inwestorzy dość mocno wskazywali na niezrozumiałą panikę (mimo silnych fundamentów rodzimej gospodarki). Co może być przyczyną? Trudno jednoznacznie stwierdzić, gdyż na rynkach klimat inwestycyjny jest całkiem niezły i wydaje się, że złoty nie wykorzystuje tej sytuacji. Należy jednak nadmienić, że na innych rynkach wschodzących odpływ kapitału jest także duży. W tym tygodniu zmienność powinna zostać podtrzymana, ponieważ przed nami jeszcze protokoły z posiedzeń EBC i Fed oraz cały pakiet PMI, które wypadają coraz gorzej.

Karuzela nastrojów, czyli prezydent Donald Trump w pełnej krasie

Pozytywne wieści napłynęły też zza oceanu. Wydaje się, że przywódca USA postanowił (przynajmniej na chwilę) zawiesić broń w wojnie handlowej z Chinami i dzięki temu wszędzie udało się usłyszeć bardziej optymistyczny ton. Dzisiaj ma zostać podjęta decyzja o wydłużeniu tymczasowej licencji dla firmy Huawei na zakup amerykańskich części elektronicznych. Dodatkowo amerykański lider powiedział, że rozważy słowa Tima Cooka (jednego z szefów Apple’a) o nieefektywności wprowadzania taryf celnych, które odwrotnie od zamierzeń faworyzują konkurencję giganta z Cupertino, czyli np. Samsunga. Otwartym pytaniem pozostaje, czy Trump zmieni swoją retorykę i czyny w dłuższej perspektywie na bardziej łagodne w celu ocieplenia stosunków i porozumienia z Państwem Środka? Mogłoby mu to pomóc w walce o reelekcję, ale równie dobrze ostatnie działania mogą być tylko chwilową woltą, czego doświadczyliśmy już niejednokrotnie w przeszłości. W kontekście nastawienia Trumpa wiele może przynieść sympozjum w Jackson Hole. W trakcie tego wydarzenia głos zabierze szef Fed, a jak wiemy nie jest on zbytnio uwielbiany przez prezydenta USA. Powell już od początku tygodnia zarządził ciszę medialną, co oczywiście wywołało spekulacje, czy na wspomnianym spotkaniu nie padną może jakieś przełomowe słowa. Zapowiedź cyklu obniżek stóp w Stanach, a tym samym zmiana retoryki, z pewnością ucieszy lokatora Białego Domu. Najpoważniejszym problemem w całej tej sytuacji może być fakt, że wtedy wiarygodność Rezerwy Federalnej spadnie niemal do zera, a polityką monetarną największej gospodarki świata będzie rządził poprzez Twittera Donald J. Trump.

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy Internetowykantor.pl

5 hamulców, które powstrzymują firmy przed korzystaniem z ulgi B+R

Z badania Kantar* przeprowadzonego dla Ayming Polska wynika, że zaledwie 12 proc. zapytanych firm skorzystało w roku podatkowym 2018 z ulgi B+R. I to pomimo tego, że od ubiegłego roku można odpisać 100 proc. kosztów kwalifikowanych niezależnie od wielkości firmy i nawet 150 proc. wydatków w przypadku centrów badawczo-rozwojowych. Ulga na badania i rozwój to obecnie najbardziej przystępna forma finansowania innowacji i budowania przewagi konkurencyjnej przez firmy w Polsce. Można wskazać kilka głównych powodów, które powstrzymują przedsiębiorców przed korzystaniem z tej preferencji podatkowej. Firmy obawiają się m.in. kontroli skarbowej, nieprawidłowego sklasyfikowania kosztów oraz dużych nakładów pracy. Ale czy słusznie?

Pod koniec lipca Ministerstwo Finansów udostępniło dane odnośnie rozliczenia ulgi B+R za rok podatkowy 2018. Ze wstępnych wyliczeń wynika, że wysokość odliczonych kosztów kwalifikowanych związanych z działalnością badawczo-rozwojową (tylko podatnicy CIT) wyniosła 1,7 mld zł, co daje 0,3 mld zł oszczędności dla firm korzystających z ulgi B+R. W 2017 r. podatnicy CIT i PIT rozliczyli 584 mln zł kosztów kwalifikowanych, a w 2016 r. – 206 mln zł. Ministerstwo Finansów szacuje, że skutek finansowy ulgi B+R dla sektora finansów publicznych wyniesie w 2019 r. 0,5 mld zł.

Choć z roku na rok wysokość odliczanych kosztów kwalifikowanych rośnie, wciąż zbyt mało firm wykorzystuje potencjał tej zachęty podatkowej. Przedsiębiorcy, którzy dostrzegają jej zalety, coraz umiejętniej identyfikują u siebie działania badawczo-rozwojowe i sprawniej rozliczają koszty kwalifikowane. Z kolei te firmy, które nie korzystają z ulgi, tracą szansę na wygenerowanie znacznych oszczędności. A jest o co walczyć. Dla przykładu, przedsiębiorca, który w ramach prowadzonej działalności badawczo-rozwojowej ponosi rocznie 1,5 mln zł kosztów osobowych oraz 900 tys. zł pozostałych kosztów kwalifikowanych, przy stawce CIT 19 proc. może odzyskać niemal pół miliona zł (456 tys. zł).

Mimo że termin na złożenie deklaracji CIT-BR minął 1 kwietnia, podatnicy prowadzący działalność badawczo-rozwojową wciąż mogą złożyć korektę zeznania. Co powstrzymuje firmy przed skorzystaniem z ulgi B+R? Eksperci Ayming zidentyfikowali 5 głównych hamulców.

Nieznajomość definicji działalności badawczo-rozwojowej

Przedsiębiorstwa w Polsce nadal postrzegają działalność badawczo-rozwojową jako zaawansowane procesy, których efektem jest innowacyjność co najmniej na skalę kraju. To mylne przekonanie powstrzymuje je przed skorzystaniem z ulgi B+R. Ubiegłoroczny raport Ayming „Ulga B+R. Krok milowy w rozwoju innowacyjności przedsiębiorstw” wskazuje, że aż 45 proc. firm twierdzi, że nie prowadzi działalności badawczo-rozwojowej. Jest to wynik o tyle zaskakujący, że w badaniu wzięli udział przedstawiciele branż, w których działania B+R występują najczęściej w ramach regularnie prowadzonej aktywności.

– Zrozumienie, czym jest działalność badawczo- rozwojowa, ma kluczowe znaczenie w kontekście korzystania z ulgi. W definicji ustawowej czytamy, że jest to działalność twórcza obejmującą badania naukowe lub prace rozwojowe, podejmowana w sposób systematyczny w celu zwiększenia zasobów wiedzy oraz wykorzystania ich do tworzenia nowych zastosowań. Z doświadczenia Ayming wynika, że wśród wielu firm pokutuje przekonanie, że działalność badawczo-rozwojowa to wielkie wynalazki wymagające ogromnego nakładu pracy i dużych środków, które są prowadzone przez „naukowców w białych fartuchach”. Ten mit sprawia, że wielu przedsiębiorców traci szansę na uzyskanie oszczędności, z których można finansować kolejne działania – tłumaczy Wojciech Popardowski, Project Manager w Dziale Innowacji, Ulg i Dotacji w Ayming Polska.

Brak wsparcia techników i inżynierów

Pierwszym krokiem do prawidłowego rozliczenia ulgi B+R jest zidentyfikowanie działań badawczo-rozwojowych w firmie. Najczęściej spotykanymi działaniami B+R są badania aplikacyjne i prace rozwojowe. Zaliczymy tu np. opracowanie nowej technologii wytwarzania produktów, wpływającej na obniżenie zużycia wody lub prądu, opracowanie nowych technik kontroli, przekładających się na zwiększenie wykrywalności wyrobów wadliwych w trakcie procesu produkcji czy integrację kilku procesów wytwarzania w jeden zautomatyzowany proces. Niejednokrotnie działalność badawczo-rozwojowa bywa w firmach rozproszona, dlatego przy identyfikowaniu działań B+R niezbędne jest zaangażowanie nie tylko zespołu finansowego i prawnego, ale też członków innych zespołów, np. jednostki B+R, pracowników produkcji, kontroli jakości czy działu IT.

– W części firm rozliczanie ulgi badawczo-rozwojowej opiera się wyłącznie na analizie dokumentacji podatkowej. Tymczasem do złożenia prawidłowego wniosku kluczowa jest współpraca na linii działy finansowe i zespoły techniczno-badawcze. Ma to znaczenie o tyle, że brak codziennej  wymiany informacji między tymi dwiema stronami może skutkować niepełnym rozliczeniem wszystkich kosztów działalności badawczo-rozwojowej. Do prawidłowego rozliczenia ulgi B+R równie istotne, jak posiadanie wiedzy podatkowej i bycie na bieżąco z ustawodawstwem, jest rozeznanie naukowo-techniczne i wsparcie ze strony np. inżynierów produkcji i kierowników ds. jakości – komentuje inżynier Paweł Perzyński, ekspert ds. Ulgi B+R w Ayming Polska.

Obawa przed kontrolami

Wiele przedsiębiorstw wzbrania się przed skorzystaniem z ulgi B+R, obawiając się, że urzędy skarbowe zakwestionują ich rozliczenia podatkowe. Warto pamiętać, że rozliczenie ulgi ma charakter deklaratywny, więc otrzymanie zapytania z urzędu skarbowego powinno być odbierane przez firmy jako coś naturalnego. Ewentualne czynności sprawdzające lub kontrola skarbowa są szansą na sprawdzenie poprawności rozliczeń i zebranej dokumentacji. Weryfikowana firma ma odpowiednio dużo czasu, aby wskazane nieprawidłowości na bieżąco korygować i tym samym uniknąć ustawowych kar oraz zaległości podatkowych.

Należy podkreślić, że organy podatkowe nie mają na celu zniechęcenia firm do korzystania z dostępnych preferencji podatkowych, a raczej chcą uwrażliwić przedsiębiorców na najczęściej występujące błędy w deklaracjach czy zbieranej dokumentacji. Takie podejście jest elementem rządowej polityki innowacyjności, która ma na celu zachęcenie przedsiębiorców do działalności badawczo-rozwojowej dzięki stworzeniu przyjaznego klimatu prawno-podatkowego.

 Problematyczna ewidencja kosztów

Z doświadczenia Ayming wynika, że wiele firm ma problem z prawidłowym wyodrębnieniem kosztów kwalifikowanych w ewidencji księgowej. Koszty osobowe stanowią zazwyczaj największą część wydatków związanych z działalnością badawczo-rozwojową i ich rozliczenie to kluczowe wyzwanie. Zgodnie z danymi Ministerstwa Finansów, w roku podatkowym 2018 kwota kosztów osobowych odliczonych przez płatników CIT wyniosła 73% wszystkich kosztów kwalifikowanych.

Ewidencja kosztów może sprawiać kłopot dlatego, że przepisy ustawy o podatku dochodowym i ustawy
o rachunkowości nie zawierają szczegółowych przepisów odnośnie sposobu prowadzenia ewidencji księgowej. W przypadku firm rozliczających ulgę B+R ważne jest to, aby zastosowana przez nie metoda umożliwiała zidentyfikowanie kosztów kwalifikowanych, dających prawo do skorzystania z ulgi. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości związanych z ulgą B+R, każdy podatnik ma możliwość wysłania prośby
o interpretacje podatkowe do Krajowej Informacji Skarbowej.

Brak czasu

Rozliczenie ulgi B+R z reguły należy do obowiązków działów finansowych, które przez cały rok zmagają się z dużą liczbą zadań. Przygotowanie prawidłowej dokumentacji działalności B+R, w tym prowadzenie dokumentacji kart projektów, może zabierać wiele czasu, o ile firma wcześniej nie przygotowała odpowiedniej ścieżki organizacyjnej. Korzystanie z ulgi B+R wymaga od przedsiębiorców metodycznego podejścia, które przełoży się na większą dojrzałość firmy pod kątem innowacyjności. Zaprojektowanie systemu ewidencji danych finansowych czy opracowanie spójnej dokumentacji działalności B+R to jednorazowe wyzwania, które raz wdrożone pozwolą na szybsze rozliczanie ulgi badawczo-rozwojowej w przyszłości.

*O badaniu: Badanie przeprowadzone metodą CATI przez Kantar Polska od 30 kwietnia do 30 maja 2019 r. wśród 105 firm zatrudniających powyżej 50 pracowników.

Czy można się ubezpieczyć od wojny handlowej?

  • Wojna handlowa z Chinami zaczyna dotykać również polskich przedsiębiorców.
  • Rynek ubezpieczeń wypracował rozwiązania, które zabezpieczają przedsiębiorstwa nie tylko przed skutkami awarii czy wypadków, ale też przed zmianami politycznymi za granicą.
  • Ubezpieczenie może być też sposobem na zwiększenie wiarygodności firmy wobec zagranicznego partnera biznesowego.

Konflikt gospodarczy z Chinami zatacza coraz szersze kręgi. Główną jego areną jest wojna handlowa z USA, jednak skutki rosnącego napięcia ekonomicznego zaczynają odczuwać również konsumenci i firmy w Europie. Pierwszym zdarzeniem, które miało wpływ na rynek europejski, było umieszczenie w maju firmy Huawei na czarnej liście firm, z którymi przedsiębiorcy z USA nie mogą prowadzić wymiany handlowej. Chińska marka jest jednym z czołowych dostawców telefonów komórkowych używanych przez Europejczyków. Choć sankcje te prawdopodobnie zostaną złagodzone, to ich użytkownicy nie mają jeszcze pewności, że nie stracą dostępu do usług i aplikacji dostarczanych przez amerykańskie koncerny. Cierpi na tym nie tylko chiński producent, ale również pośrednicy sprzedający jego produkty, w tym operatorzy komórkowi.

Pod koniec lipca powodów do niepokoju dostarczyło z kolei europejskim, w tym polskim, przedsiębiorcom wprowadzenie przez Chiny nowych ceł antydumpingowych na wyroby z żeliwa i stali. Ministerstwo Gospodarki Chin ogłosiło, że mają one niwelować efekt stosowania przez europejskie przedsiębiorstwa zaniżonych cen. Ucierpią na tym m.in. polskie huty, które eksportują swoje produkty do Chin.

Przedsiębiorca decydujący się na ekspansję na obce rynki lub współpracę z zagranicznymi podmiotami, oprócz „zwyczajnych” ryzyk biznesowych, musi brać również pod uwagę ewentualność zmian politycznych wpływających na relacje ekonomiczne, które mogą zajść na arenie międzynarodowej. Na szczęście branża ubezpieczeniowa wypracowała odpowiednie rozwiązania pozwalające zabezpieczyć się od tego typu zdarzeń. Oferują one nie tylko dodatkową ochronę bieżących transakcji i przebiegu współpracy, ale mogą także zapewnić wsparcie dla dużych inwestycji takich jak utworzenie zagranicznej filii czy też przejęcie lokalnej marki – zauważa Łukasz Zoń, prezes Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych.

Zabezpieczenie własnego majątku

Podstawowym zadaniem ubezpieczeń jest ochrona firm przed negatywnymi skutkami finansowymi nieprzewidzianych zdarzeń. W przypadku działalności międzynarodowej może ona obejmować nie tylko wypadki, awarie czy inne zdarzenia o charakterze typowo biznesowym, ale też zabezpieczać przedsiębiorcę przed zmianami prawnymi czy zmieniającymi się uwarunkowaniami politycznymi, jak wojna handlowa. Jednym z ubezpieczeń zapewniających tego typu ochronę jest ubezpieczenie należności, które ma przeciwdziałać sytuacji, w której firma nie otrzyma płatności za swoje towary bądź usługi w wyniku niewypłacalności lub upadłości zagranicznego kontrahenta. W takiej sytuacji ubezpieczyciel wypłaci firmie odpowiednie odszkodowanie, które pozwoli utrzymać płynność finansową przedsiębiorcy, a przede wszystkim opłacić niezbędne podatki od towarów i usług.

Do zdarzeń o charakterze politycznym, skutkujących niewypłacalnością partnera biznesowego, zalicza się m.in. decyzje administracyjne uniemożliwiające wykonanie kontraktu lub wstrzymujące płatność. Ubezpieczenie zadziała również w przypadku, gdy w oparciu o lokalne przepisy, kontrahent zapłaci w walucie lokalnej, a nie tej wskazanej w kontrakcie, bez uwzględnienia zmian kursów walutowych – dodaje Łukasz Zoń.

Bieżące kontakty handlowe to jednak tylko część działalności prowadzonej przez polskie podmioty. Coraz częściej nasze firmy decydują się też na realizację różnego rodzaju inwestycji w obcych państwach: przeniesienie produkcji, kupienie zagranicznego przedsiębiorstwa, czy otwarcie filii. Również takie działania można zabezpieczyć odpowiednią polisą. Podobnie, jak ubezpieczenie należności, również ono przewiduje ochronę na wypadek zmian o charakterze politycznym. Zaliczają się do nich m.in. działania administracyjne uniemożliwiające realizację inwestycji czy opóźniające płatności z nią związane.

Wiarygodność wobec partnerów

Dostępne na polskim rynku ubezpieczenia służą jednak nie tylko ochronie majątku i finansów polskich przedsiębiorców przed nieprzewidzianymi zdarzeniami. Mogą one być również środkiem pozwalającym na rozwinięcie działalności poza granicami naszego kraju. Jednym z rozwiązań, z których mogą skorzystać polskie firmy, są gwarancje kontraktowe. Jak one działają?

Powszechnym zjawiskiem, zwłaszcza w przypadku nowych relacji biznesowych, jest ustalanie i przekazywanie pewnego zabezpieczenia finansowego transakcji, jeszcze przed podpisaniem umowy. Nie każdego przedsiębiorcę jednak stać na wniesienie wadium, zwłaszcza w obcej walucie. Z drugiej strony, nawet jeżeli firma ma wolne środki, to woli je przeznaczyć na rozwój, a nie zamrażać. W takich sytuacjach pomocą służą gwarancje ubezpieczeniowe. Na ich mocy ubezpieczyciel przejmuje od przedsiębiorcy obowiązek zapłacenia partnerowi za nienależytą realizację kontraktu – wskazuje Łukasz Zoń.

Takie wsparcie ubezpieczyciela zwiększa wiarygodność firmy. Co więcej, pozwala mu zaangażować się w większą liczbę kontraktów, niż w przypadku, gdyby musiał samodzielnie zabezpieczyć odpowiednie rezerwy finansowe na zapewnienie wadium.

Źródło: Stowarzyszenie Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych

Pierwszy szkolny dzwonek to ważny moment dla sklepów tradycyjnych i internetowych

W tym roku polska rodzina przeznaczy na wyprawkę szkolną średnio 1 718 zł. Ponad dwie trzecie tej sumy pochłoną ubrania, buty oraz przybory szkolne. Jak wynika z raportu „Wyprawka szkolna 2019” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, w poszukiwaniu odpowiednich książek, plecaków oraz zeszytów ponad połowa rodziców zajrzy do księgarni, hipermarketów, dyskontów oraz sieciówek odzieżowych. Jednak sklepy internetowe również nie będą poszkodowane. Ośmiu na dziesięciu badanych skorzysta z ich oferty, a 22 proc. kupi więcej online niż offline. W polskim handlu coraz większą wagę zyskuje omnichannel. Aż 65 proc. rodziców zanim uda się na zakupy, sprawdzi najpierw ofertę internetową, a 42 proc. zamówi artykuły szkolne w Internecie, by potem odebrać je w sklepie.

Dla 43 proc. ankietowanych zakupy szkolne to przyjemność. Przeciwnego zdania jest niemal jedna trzecia rodziców. Prawie połowa uważa, że jest to sposób na spędzanie czasu z rodziną. Takie podejście do zakupów ma sens o tyle, że w przeważającej większości przypadków wezmą w nich udział także dzieci i współmałżonkowie/partnerzy. Najmłodsi największy wpływ będą mieli na wybór artykułów szkolnych (87 proc.) oraz ubrań i dodatków (86 proc.). W przypadku komputerów odsetek ten spada do 31 proc. W odróżnieniu od podręczników czy zeszytów laptop czy komputer nie jest produktem, który pojawia się w domach przed każdym nowym rokiem szkolnym. Badanie Deloitte pokazuje, jak duże rozbieżności występują w Polsce, w zależności od miejsca zamieszkania. W tym roku zakup laptopa lub komputera planuje 27 proc. mieszkańców miast powyżej 500 tys. W przypadku wsi jest to tylko 11 proc. Podobnie sytuacja wygląda ze smartfonem, który dla dziecka ma w planach kupić jedna czwarta (26 proc.) rodziców z największych miast i tylko co dziesiąty rodzic mieszkający na wsi.

Szkolny omnichannel

Aby znaleźć odpowiednie artykuły szkolne i ubrania, odwiedzimy średnio cztery sklepy stacjonarne i trzy internetowe. W tych pierwszych spędzimy średnio 7,4 godzin, a w drugich 4,4 godzin. Jakie sklepy wybierzemy i czym będziemy się kierować? – Nasze badanie pokazuje, że wyprawka szkolna będzie kompletowana w różnych miejscach. W zależności od tego, jakiego asortymentu szukamy, decydujemy się na zakupy w sklepach stacjonarnych lub w Internecie. Większość pieniędzy wydamy w sklepach stacjonarnych, w szczególności tych przeznaczonych na artykuły szkolne, papiernicze i odzież. Ponad połowa respondentów zajrzy do tradycyjnych księgarni, hipermarketów, dyskontów i sieciówek odzieżowych. Online kupimy głównie urządzenia elektroniczne i pakiety danych.– mówi Patrycja Venulet, Dyrektor w Dziale Strategii Deloitte.

Połowa Polaków planujących wydatki w związku z powrotem do szkoły zamierza wydać na zakupy tyle samo co przed rokiem, a blisko 1/3 badanych szacuje, że wyda więcej. – Wydatki szkolne to istotny wydatek w budżecie domowym. Co trzeci badany zamierza wydać więcej niż przed rokiem, dzieje się tak głównie z powodu wzrostu cen oraz rosnących potrzeb uczniów – mówi Patrycja Venulet.

Wrzesień to nie koniec wydatków

Przygotowując się do zakupów szkolnych, 65 proc. respondentów najpierw sprawdzi ofertę internetową, a później uda się do sklepu stacjonarnego, co pokazuje, jak bardzo przenikają się oba światy. – Coraz istotniejszą rolę w dostarczaniu informacji o produkcie odgrywają narzędzia cyfrowe. Dzisiejszy konsument wyraźnie różni się od tego sprzed kilku lat. Teraz klient ma coraz mniejszą potrzebę, by pytać sprzedawców o radę czy opinię, bo ich rolę powoli przejmują fora internetowe i media społecznościowe – mówi Michał Pieprzny, Partner, Lider sektora ds. dóbr konsumenckich, Deloitte. Prawie trzy czwarte ankietowanych (71 proc.) odwiedzi różne sklepy, by wybrać najlepsze oferty, a 61 proc. wybierze marki, które najbardziej lubi.

– Dla rodziców kluczowym kryterium wyboru miejsca zakupów jest wygoda rozumiana w świecie offline jako dostępność szerokiego asortymentu w jednym miejscu i fizyczna bliskość sklepu, a online jako wybór sposobu płatności, miejsca odbioru i bezpłatnej dostawy. Cena jako kryterium pojawia się na drugim miejscu, co jest ciekawą informacją i może potwierdzać nasze wcześniejsze obserwacje, że w przypadku zakupów dla dzieci liczy się przede wszystkim jakość a nie tylko atrakcyjna cena.- mówi Jan Kisielewski, Dyrektor w Dziale Strategii Deloitte.

Zeszyty, długopisy i inne rzeczy, które przydadzą się dzieciom w szkolnych ławkach, a także ubrania i obuwie kupujemy przede wszystkim w sklepach stacjonarnych (odpowiednio 81 i 68 proc.). Podobnie z plecakami czy podręcznikami, choć w tych kategoriach nie widać już tak silnych preferencji. – Mimo że w sierpniu zostawimy w sklepach ponad 1700 zł, to nie będzie koniec naszych szkolnych wydatków. Siedmiu na dziesięciu rodziców dokupuje w ciągu roku szkolnego artykuły szkolne, a ponad połowa odzież i obuwie. Szkolne wybory zakupowe coraz częściej zapadają w asyście i pod wpływem opinii samych dzieci, uczniowie współdecydują najczęściej przy zakupach odzieży, artykułów szkolnych i drobnych gadżetów elektronicznych – mówi Jan Kisielewski. Dla 34 proc. badanych koszty poniesione przed rozpoczęciem roku szkolnego będą stanowiły od 26 do 50 proc. wszystkich wydatków związanych z edukacją w nadchodzącym roku szkolnym, a dla 27 proc. jedynie jedną czwartą, co pokazuje, że wielu rodziców ma poczucie, że wydatki związane ze szkołą nie kończą się wraz z pierwszym dzwonkiem.

W jaki sposób zapłacimy za zakupy szkolne? Najpopularniejszy sposób to karta płatnicza (73 proc.). Coraz częściej używane są też płatności elektroniczne. Już jedna czwarta ankietowanych zapowiada, że za zakupy zapłaci Blikiem czy z pomocą Apple Pay czy Google Wallet. W przypadku 57 proc. osób będzie to gotówka.

Waluty rynków wschodzących rozpoczęły tydzień wyprzedażą

W poniedziałek obserwowaliśmy wyraźne spadki na walutach tzw. emerging markets. Wyprzedaży przewodziła lira turecka, traciły również waluty BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA), jak i polski złoty. Trudno jednoznacznie wskazać powód, który uzasadniałaby ruchy o tak znacznej skali (w niektórych przypadkach dochodzącej do ok. 1,5% w parze z USD). Potwierdzają one jednak, że w ostatnim czasie zwiększyła się presja na aktywa ryzykowne. W tym kontekście warto wspomnieć, że implikowana zmienność na parach ze złotym w ostatnim czasie wyraźnie wzrosła z rekordowo niskich poziomów obserwowanych w lipcu, co sugeruje, że rynek zakłada, że w kolejnych tygodniach i miesiącach złoty może doświadczać większych wahań niż jeszcze kilka miesięcy temu.

Najbliższe dni przyniosą dość sporo istotnych danych makroekonomicznych z kraju, które pozwolą określić, jak polska gospodarka rozpoczęła trzeci kwartał. Dziś zaczęliśmy od lipcowych danych z rynku pracy, które okazały się całkiem dobre. Dynamika płac w sektorze przedsiębiorstw w ostatnim miesiącu pomiarów wyniosła 7,4% w ujęciu rocznym i była znacznie wyższa od poziomu 5,3% notowanego miesiąc wcześniej, nieco przewyższała również oczekiwania konsensusu. Dane pokazały jednak również niekorzystny, ale oczekiwany spadek dynamiki zatrudnienia do 2,7%. Mimo to, w ujęciu ogólnym dane cały czas potwierdzają dobrą sytuację polskiego rynku pracy, co powinno nadal wyraźnie wspierać wzrost gospodarczy w kraju.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,34-4,38. Para EUR/USD zakończyła wczorajszy dzień na minusie, co miało związek nie tyle ze słabością euro, co z siłą dolara amerykańskiego.

Ostatnie wieści ze strefy euro były mieszane. Z jednej strony, wczoraj rozczarowały dane makroekonomiczne, które pokazały rewizję w dół szacunku inflacji CPI w lipcu z poziomu 1,1% do 1%. Z drugiej natomiast w niedzielę inwestorów pozytywnie zaskoczyły słowa ministra finansów Niemiec, Olafa Scholza. Zasugerował on, że Niemcy są w stanie odpowiedzieć na spowolnienie w gospodarce poprzez wprowadzenie pakietu fiskalnego w wysokości 50 mld EUR (patrząc na dane za zeszły rok byłoby to ok. 1,5% PKB Niemiec).

Sugestia Scholza jest istotna, szczególnie uwzględniając to, jak bardzo konserwatywne (nastawione na redukcję relacji zadłużenia do PKB) podejście do finansów publicznych reprezentowały Niemcy w ostatnich latach. Skala stymulacji o której wspomina Scholz nie jest ogromna, jednak wydaje się być wystarczająco duża, żeby móc załagodzić skutki spowolnienia gospodarczego, które ostatnio dotyka kraj. W tym momencie kluczowe pytanie dotyczy tego, jakie sygnały musi jeszcze wysłać niemiecka gospodarka, żeby zmusić decydentów, aby przeszli od słów do czynów.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,75-4,78. Brytyjskiej walucie cały czas ciąży ryzyko tego, że 31 października może dojść do Brexitu bez porozumienia. Obawy o konsekwencje takiej sytuacji jeszcze wzrosły po tym, jak w weekend wyciekł rządowy raport, który sugeruje, że Wielką Brytanię w przypadku Brexitu bez umowy mogą czekać braki żywności, leków i paliwa.

W kontekście Brexitu warto wspomnieć również o ostatnich informacjach. Boris Johnson wysłał oficjalne pismo do przewodniczącego Rady Europejskiej, Donalda Tuska, w którym wniósł o usunięcie kontrowersyjnego zapisu dotyczącego tzw. backstopu z umowy o Brexicie i zastąpienie go przez alternatywne rozwiązanie, które pozwoli uniknąć „twardej granicy” między Irlandią i Irlandią Północną. Donald Tusk odniósł się do listu na Twitterze stwierdzając, że „[…] przeciwnicy backstopu, którzy nie proponują realistycznych alternatyw w rzeczywistości popierają przywrócenie granicy”, tym samym odrzucając sugestię Johnsona.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,7%, wahając się w widełkach 3,91-3,94. Amerykańska waluta wczoraj zyskiwała, co można powiązać z informacjami o tym, że Biały Dom rozważa obniżki podatków w USA, które mogłyby wspierać amerykańską gospodarkę w kontekście jej potencjalnego głębszego spowolnienia, którego obawia się coraz większa część ekonomistów. Częściowo (w kontekście odnoszącym się do obniżki podatków od wynagrodzeń) informacje te niedługo później zdementował jednak jeden ze starszych oficjeli. Dolarowi amerykańskiemu wczoraj nie wadziła również wspomniana wyżej wyprzedaż walut rynków wschodzących.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Kiedy oddanie południowej obwodnicy Warszawy?

Południowa obwodnica Warszawy, czyli odcinek drogi ekspresowej S2 o długości 18,5 kilometra, został podzielony na trzy zadania – A, B i C. W zależności od odcinka, stopień ich zaawansowania jest różny – od 60 do 70 proc. Najwięcej prac zostało wykonanych w przypadku przedsięwzięcie B – realizowanego przez konsorcjum z liderem Gullermak. Wykonawcą odcinak A – którego najbardziej rozpoznawalnym punktem będzie najdłuższy tunel drogowy w Polsce – jest Astaldi. Zaawansowanie w tym przypadku wynosi ok. 67 proc. Zadanie C realizowane jest przez Warbud, który zakończył już ponad połowę inwestycji.

– W ramach zadania B budowy południowej obwodnicy Warszawy prace postępują najszybciej. Najważniejszym obiektem tego odcinka jest most nad Wisłą – powiedział serwisowi eNewsroom Szymon Piechowiak, Dyrektor Biura Generalnego w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. – Ostatnie wydarzenia związane z wysokim stanem wody na rzece mogły spowodować pewne opóźnienia w realizacji tej inwestycji. Generalny wykonawca nie wystosował jednak oficjalnego wystąpienia z wnioskiem w sprawie ewentualnego wydłużenia czasu na realizację przedsięwzięcia. Zgodnie z harmonogramem, południowa obwodnica Warszawy zostanie udostępniona kierowcom w trzecim kwartale 2020 roku. Ostatnie wydarzenia nie wpłynęły więc na finalny termin oddania inwestycji – wyjaśnił Piechowiak.

Szkodowość w ubezpieczeniach transakcyjnych

Od 2016 r. obserwujemy widoczny wzrost liczby roszczeń zgłaszanych z tytułu ubezpieczeń oświadczeń i zapewnień (Warranty & Indemnity) w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka) – wynika z raportu Marsh Transactional Risk Insurance Claims Study. Od 2016 do 2018 roku liczba ta wzrosła aż o 293%, co spowodowane było wzrostem liczby polis W&I zawieranych przez sprzedającego i kupującego w zakresie ochrony transakcji.

Raport Transactional Risk Insurance Claims Study został opracowany przez Zespół Marsh JLT Specialty na podstawie szczegółowej analizy 175 przypadków zgłoszenia szkody, które miały miejsce w 24 krajach regionu EMEA na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat (2009-2019). Publikacja porównuje wzrost liczby zawieranych ubezpieczeń W&I oraz przypadków zgłaszania szkód w ostatnim dziesięcioleciu do ogólnej liczby polis zawieranych w tym okresie.

Warto podkreślić że, duże transakcje (o wartości przekraczającej 1 mld dolarów), począwszy od 2016 r. charakteryzują się większą szkodowością w stosunku do plasowanych polis. W przypadku 17% z nich zgłoszono roszczenie. Powód stanowi złożoność procesu oraz presja jego szybkiego zakończenia. W konsekwencji – przez ostatnie trzy lata suma wypłat odszkodowań na rzecz klientów firmy wzrosła do ok. 100 mln dolarów.

Badanie wykazało również, że ponad połowa przypadków roszczeń zgłoszonych w ciągu ostatnich dziecięciu lat dotyczyła kwestii podatkowych (31%) lub sprawozdań finansowych (23%). Widoczny wzrost notyfikacji szkód związanych ze złamaniem zapewnień z obszaru podatków nastąpił przede wszystkim w ciągu ostatnich 3 lat.

Raport zwraca ponadto uwagę na skrócenie okresu rozpatrywania szkód w latach 2012-2017. Jeszcze  w 2012 r. okres ten trwał przeważnie ponad 2 lata, w 2017 r. natomiast w większości przypadków proces od zgłoszenia szkody po wypłatę odszkodowania zmniejszył się do 6 miesięcy.

Małgorzata Splett – Dyrektor Działu FINPRO (ubezpieczenia finansowe i profesjonalne) oraz PEMA (fuzje i przejęcia) podsumowuje: „Rosnąca ilość szkód dla transakcji polskich wynika z ciągle rosnącej ilości zawieranych polis transakcyjnych oraz z coraz szerszego zakresu ochrony polisowej. Podobnie jak w przypadku danych z EMEA, większość szkód „polskich” dotyczy złamania zapewnień związanych ze sprawozdaniami finansowymi oraz ryzyk nieruchomościowych. Dodatkowo, ostatnio obserwowaliśmy szkody związane z kontraktami realizowanymi przez spółkę będącą przedmiotem transakcji oraz te związane z tzw. Compliance with laws, które zwykle dotyczyły spółek zależnych spółki matki będącej przedmiotem transakcji. Ten ostatni wspomniany zakres jest o tyle ciekawy, że nie spotykał się  z dużym apetytem ubezpieczycieli, a od kiedy ta tendencja się zmieniła, znacząco więcej pojawiło się szkód wynikających ze złamania tego rodzaju zapewnień z SPA. Polskie szkody dotyczą przede wszystkim większych pod względem EV (wartość przedsiębiorstwa) i limitu ochrony transakcji i charakteryzują się wysokim stopniem skomplikowania (Ich likwidacja trwa często powyżej 6miesiecy wskazanych jako średnia w raporcie)”.

Gospodarstwa domowe w USA podtrzymują dobre nastroje konsumpcyjne

Wtorkowe (13.08.2019) dane o inflacji CPI w USA za lipiec były niespodzianką. Nie dość, że cały wskaźnik zaskoczył w górę (oczekiwana 1,7% vs faktyczna 1,8%), to jeszcze dodatkowo przyspieszyła inflacja bazowa (2,2% vs oczekiwana 2,1%). Sprzedaż detaliczna w USA wzrosła w lipcu o 0,7% m/m po wzroście o 0,3% m/m w czerwcu. Szacunek ten okazał się wyraźnie wyższy od konsensusu rynkowego, który kształtował się na poziomie 0,3% m/m. Najwyższy od czterech miesięcy odczyt potwierdza, że pomimo słabnącej nieco aktywności gospodarczej w USA, gospodarstwa domowe podtrzymują dobre nastroje konsumpcyjne. Sprzyja temu obecna sytuacja na amerykańskim rynku pracy – stopa bezrobocia zbliżona do wieloletnich minimów i solidnie rosnące wynagrodzenia.

Z kolei w Polsce, według szacunku GUS, wzrost gospodarczy w drugim kwartale 2019 spowolnił do 4,4% r/r z 4,7% r/r w kwartale pierwszym. Pomimo spowolnienia, wzrost gospodarczy w Polsce pozostaje solidny i pozytywnie wyróżnia krajową gospodarkę na tle innych krajów Unii Europejskiej.

Trzeci tydzień z rzędu GPW w Warszawie notuje istotne osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 1,93%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły spadek o 2,98%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z niższymi stratami: sWIG80 straci na wartości 1,13%, a mWIG40 spadł nieco mocniej o 1,38%.

Nadchodzący tydzień będzie bogaty w dane makroekonomiczne z Polski. We wtorek (20.08.2019) poznamy dane o dynamice zatrudnienia oraz o średnim i przeciętnym wynagrodzeniu. W środę (21.08.2019) będą ujawnione dane o produkcji budowlano montażowej oraz produkcji przemysłowej w lipcu 2019. Z kolei w czwartek (22.08.2019) poznamy wskaźniki ufności konsumenckiej oraz dane o sprzedaży detalicznej. W piątek (23.08.2019) poznamy podaż pieniądza M3.

Interesujące dane będą również napływały ze Stanów Zjednoczonych. W środę (21.08.2019) zostanie upubliczniony protokół z posiedzenia FOMC. W czwartek (22.08.2019) poznamy indeks PMI dla przemysłu oraz indeks wskaźników wyprzedzających. Natomiast w piątek (23.08.2019) czeka na nas wystąpienie J. Powella na sympozjum w Jackson Hole.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Prowadzenie biznesu w Polsce wciąż skomplikowane. Pod względem uciążliwości procedur jesteśmy na 10. miejscu w Europie i 21. na świecie

Prowadzenie biznesu w Polsce wciąż skomplikowane. Pod względem uciążliwości procedur jesteśmy na 10. miejscu w Europie i 21. na świecie 1

Polska wciąż uważana jest przez przedsiębiorców za trudne miejsce do prowadzenia biznesu. Pod względem zawiłości procedur i kosztów zajmujemy 21. miejsce wśród 76 państw świata – wynika z raportu TMF Group. W Europie trafiliśmy na 10. pozycję w rankingu 30 państw. Trudniej prowadzić biznes jest m.in. w Niemczech, Grecji, we Francji czy na Słowacji, za to łatwiejsze życie przedsiębiorcy mają m.in. w Holandii, Danii, Rosji, Bułgarii czy na Węgrzech.

 Najważniejszymi elementami przy prowadzeniu biznesu są koszty prowadzenia działalności, a także przejrzyste i klarowne procedury, które wspierają rozwój biznesu, a przynajmniej mu nie przeszkadzają – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dagmara Witt-Kuczyńska, dyrektor operacyjna TMF Group. – Dla przedsiębiorców najważniejsze jest, aby móc się skupić na podstawowej działalności gospodarczej i operacyjnej swojego przedsiębiorstwa, a nie na konieczności wypełnienia bardzo skomplikowanych i żmudnych oraz czasochłonnych procedur.

Polska w Europie znalazła się na 10. miejscu pod względem trudności, co oznacza, że w 20 krajach Starego Kontynentu biznes prowadzi się znacznie łatwiej. To brytyjskie wyspy Jersey i Guernsey, ale też Dania, Holandia, Bułgaria czy Węgry. Z większymi formalnościami muszą się mierzyć natomiast biznesmeni w Grecji, na Słowacji, w Niemczech, Francji, na Ukrainie, w Portugalii i Hiszpanii.

W zestawieniu globalnym Global Business Complexity Index, w którym uwzględniono 76 krajów, Polsce też przypadło miejsce bliżej końca rankingu: 21. pod względem trudności i 56. wśród krajów najżyczliwszych biznesowi.

Dwa najważniejsze aspekty, które powodują, że w Polsce trudno jest prowadzić biznes, to przede wszystkim skomplikowane procedury, a także bardzo często zmieniające się środowisko legislacyjne – wyjaśnia Dagmara Witt-Kuczyńska. – Największym wyzwaniem dla firm, które chcą prowadzić działalność w Polsce, jest przede wszystkim formalizm urzędów. Niestety, wielokrotnie w urzędach należy przedstawić oryginał jakiegoś dokumentu bądź też osobiście stawić się w urzędzie. Natomiast w innych jurysdykcjach wystarczy przesłać ten dokument w formie skanu czy faksu, a rejestracja następuje przez portal internetowy.

Na świecie najprościej odnaleźć się w biznesowej rzeczywistości Kajmanów, Curaçao, wyspy Jersey i Tajlandii. Zaraz za nimi znalazły się Paragwaj i Izrael. Poza Szwajcarią, Holandią i Brytyjskimi Wyspami Dziewiczymi wysoko plasują się także Stany Zjednoczone, Australia i Nowa Zelandia. Wśród najbardziej wymagających rynków – poza Grecją – znalazły się także Indonezja, Brazylia i Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Przykładem utrudnień już na starcie może być to, że wszystkie dokumenty korporacyjne firmy, która chce rozpocząć działalność w Polsce, muszą być wypełnione w języku polskim. Poza tym problemem jest także długi czas założenia firmy w przypadku podmiotów, których spółki-matki mają siedzibę poza Polską.

– Proces zakładania spółki dla inwestora zagranicznego jest istotny, natomiast nie jest to rzecz najważniejsza. Bierze się pod uwagę również wiele innych aspektów – podkreśla przedstawicielka TMF Group. – Obecnie na rynku polskim działa wiele podmiotów, które już oferują gotowe spółki, więc ten proces jest istotnie uproszczony. Można oczywiście również założyć spółkę przez internet, natomiast wiąże się to z wieloma uproszczeniami, m.in. tym, że trzeba zaakceptować wzorzec umowy spółki, nie można go dostosowywać do własnych wymagań. Jeśli chodzi o kraje, gdzie jest to prostszy proces, to są to m.in. Anglia i Czechy, a tak naprawdę każdy kraj ma swoje mocne i słabe strony w tym procesie.

Autorzy raportu brali pod uwagę różne aspekty prowadzenia działalności, nie tylko jej zainicjowanie, lecz także przepisy, regulacje i kary, księgowość i opodatkowanie oraz Kodeks pracy, w tym zasady dotyczące zatrudniania, zwalniania i wynagradzania pracowników.

– Inny przykład: w ostatnim czasie zmieniły się mocno przepisy dotyczące składania sprawozdań finansowych, które muszą być składane w formie elektronicznej, natomiast członkowie zarządu muszą mieć podpisy elektroniczne. To bardzo istotnie skomplikowało proces – mówi Dagmara Witt-Kuczyńska.

Sadownicy chcą wieloletnich umów z zakładami przetwórstwa i gwarancji ceny skupu owoców. Obecne często nie rekompensują nawet kosztów produkcji

Sadownicy chcą wieloletnich umów z zakładami przetwórstwa i gwarancji ceny skupu owoców. Obecne często nie rekompensują nawet kosztów produkcji 2

Producenci owoców, planując inwestycje, nie mają gwarancji, że ich działalność będzie rentowna. To przez dominującą pozycję zakładów przetwórczych, które narzucają ceny w skupie. Dlatego branża postuluje wprowadzenie wieloletnich umów kontraktacyjnych, które z góry określałyby ilość, jakość i cenę dostarczanego surowca. Prezes Związku Sadowników RP podkreśla, że to rozwiązanie byłoby korzystne nie tylko dla plantatorów, lecz także dla przemysłu przetwórczego i samych konsumentów, bo spowodowałoby stabilizację rynku i cen owoców.

– Produkujemy w sadach owoce deserowe, czyli te, które konsumenci kupują w sklepach w stanie świeżym, ale również owoce, które trafiają do przetwórstwa i z których wyrabiane są dżemy, soki i napoje. O ile w owocach deserowych sytuacja jest mniej skomplikowana, o tyle w przypadku owoców kierowanych do przetwórstwa jest dramat, ponieważ nie występują jakiekolwiek pozytywne relacje między odbiorcą naszych produktów, a więc zakładami przetwórczymi, a nami jako wytwórcami. Mamy pozycję taniego dostarczyciela surowca – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mirosław Maliszewski, prezes zarządu Związku Sadowników RP.

Jak podkreśla, sadownicy od lat podejmują próby ułożenia relacji z przemysłem przetwórczym, który ma wobec nich dominującą pozycję. Pierwszy problem stanowią niskie ceny skupu, które przeważnie nie rekompensują nawet kosztów produkcji i zbioru owoców. Drugim jest brak jakiejkolwiek informacji, co w praktyce oznacza, że sadownik dowiaduje się, za ile sprzeda zebrane owoce dopiero w momencie, kiedy zawiezie je do skupu.

– Patologia polega na tym, że zakładając sad czy plantację roślin jagodowych, które są inwestycjami wieloletnimi, sadownik nie ma żadnej gwarancji, a nawet bladego pojęcia, za ile będzie te owoce sprzedawał w momencie, kiedy one zaczną owocować, kiedy zacznie je zrywać. To nie do pomyślenia, że ogromne nakłady inwestycyjne, zarówno w sadownictwie, jak i w przetwórstwie, nie są powiązane partnerstwem. Jest zupełnie wolny rynek z dominacją silnych zakładów przetwórczych, co działa na niekorzyść sadowników – podkreśla Mirosław Maliszewski.

Rozwiązaniem, które branża postuluje już od kilku lat, jest wprowadzenie wieloletnich umów kontraktacyjnych. Ministerstwo Rolnictwa w ubiegły roku przedstawiło już projekt jednolitej umowy kontraktacji owoców, pośrednicząc w rozmowach nad szczegółami tego rozwiązania pomiędzy przedstawicielami plantatorów a przemysłu przetwórczego.

– W tych umowach mają się znaleźć co najmniej trzy parametry: ilość dostarczonego surowca, jego jakość – tak, aby zakłady przetwórcze miały gwarancję tego, co kupują, oraz cena, żeby jedni i drudzy mogli strategicznie planować. To pozwoli ułożyć relacje, zbilansować produkcję, wyeliminować wahania cenowe i produkcyjne w poszczególnych latach. Umowami kontraktacyjnymi objęlibyśmy taki wolumen produkcji, który gwarantowałby, że znajdzie miejsce na rynku – mówi Mirosław Maliszewski.

Jak ocenia, umowy kontraktacyjne będą korzyścią nie tylko dla sadowników (którzy zyskają gwarancję ceny owoców sprzedawanych do skupu) i zakładów przetwórczych (które zyskają gwarancję dostaw określonych ilości owoców po z góry znanej cenie), lecz także dla samych konsumentów, ponieważ to rozwiązanie przyczyni się do uporządkowania rynku i stabilizacji cen.

– Konsument nie będzie narażony na sytuację, w której w jednym roku kupuje owoce taniej, a w następnym jest skazany na import albo musi zapłacić bardzo wysokie ceny. To rozwiązanie gwarantuje, że będziemy produkowali w cyklach ciągłych, więc konsument co roku będzie miał do dyspozycji dobrej jakości i relatywnie tani surowiec – mówi Mirosław Maliszewski.

Prezes Związku Sadowników RP podkreśla też, że obecna sytuacja, w której przemysł przetwórczy ma pozycję dominującą i może narzucać ceny, jest katastrofą dla producentów owoców. Z drugiej strony jest bardzo korzystna z punktu widzenia zakładów przetwórczych, które na tym zarabiają i niechętnie patrzą na pomysł wieloletnich umów kontraktacyjnych.

 Na rynku nie może funkcjonować taka loteria. Zakłady przetwórcze z reguły i tak zarabiają – zarówno w sytuacji, kiedy owoce są drogie, jak i w sytuacji, kiedy ceny są niskie. Natomiast dla plantatorów jest to katastrofą. Nam zależy na stabilizacji, będziemy przekonywać środowisko przetwórców, że dla nich także jest to korzystne rozwiązanie – podkreśla Mirosław Maliszewski.

Sytuację rolników i sadowników ma poprawić planowana nowelizacja ustawy o przewadze kontraktowej. Zakłada, że Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi dwa razy do roku będzie ogłaszać ceny referencyjne na wybrane grupy owoców i warzyw. Skup produktów rolnych poniżej cen obwieszczanych przez resort będzie zakazany pod groźbą sankcji finansowych ze strony UOKiK. Przyczyni się to do wzmocnienia pozycji sadowników w relacji z dużymi zakładami przetwórczymi.

W Polsce przybywa wielbicieli zabytkowych aut. Mercedes w czołówce

W Polsce przybywa wielbicieli zabytkowych aut. Mercedes w czołówce 3

Motoryzacyjne klasyki mogą być nie tylko hobby, lecz także bardzo zyskowną lokatą kapitału. Wzrost wartości rynkowej takiego pojazdu idzie w parze z mniejszą wrażliwością takiej inwestycji na wahania koniunktury, przez co jest ona relatywnie bezpieczna. Zakup zabytkowego auta o charakterze kolekcjonerskim to niemały wydatek, zaczynający się od 80–100 tys., ale mimo to w Polsce z roku na rok przybywa pasjonatów zabytkowych samochodów. Właściciele starych mercedesów spotkali się w ubiegły weekend na targach MotoClassic Wrocław.  

– Zabytkowe mercedesy mogą być dla kolekcjonerów zarówno pasją, jak i inwestycją. Są starsze, wyjątkowo rzadkie egzemplarze. Kupując je, kolekcjonerzy zwracają uwagę, aby z czasem zyskiwały na wartości. Są też osoby, które kupują i jeżdżą starymi mercedesami, bo bardzo to lubią i jest to część ich stylu życia. Interesują się technicznymi aspektami takich aut, śledzą rozwój motoryzacji na podstawie różnych udogodnień, które zostały wprowadzone, a Mercedes był niewątpliwie pionierem we wprowadzaniu rozmaitych nowości w konstrukcji samochodów. Ciekawie jest posiadać model, który jako pierwszy miał np. pasy bezpieczeństwa czy poduszki powietrzne – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Przebindowska, prezydent Klubu Zabytkowych Mercedesów Polska.

Jak podaje wyspecjalizowany w klasycznych i zabytkowych samochodach dom aukcyjny Ardor Auctions. ten rynek ma olbrzymi potencjał i cechuje się bardzo szybki rozwojem. Tylko między 2012 a 2013 rokiem liczba klasycznych samochodów w Polsce wzrosła o 30 proc. Wówczas było ich na polskim rynku ok. 1,3 tys. – szacuje się, że w tej chwili ta liczba może być czterokrotnie większa.

Z lipcowych danych Ministerstwa Cyfryzacji, które przeanalizowało 2 tys. najstarszych pojazdów zarejestrowanych w bazie CEPiK w ciągu ostatnich 10 lat, wynika, że największymi miłośnikami oldtimerów są mieszkańcy Warszawy, gdzie w ciągu minionej dekady zarejestrowano ich 138. W stolicy najmodniejsze okazały się maszyny wyprodukowane w 1951 roku – jest ich 11. Na kolejnych miejscach plasują się Wrocław (64), Poznań (51), Gdynia (42) i Kraków (38).

Oldtimery trafiają do Polski przeważnie ze Stanów Zjednoczonych (370), Ukrainy (151), Wielkiej Brytanii (139) i Francji (124). Natomiast z Niemiec na przestrzeni ostatniej dekady sprowadzono ich 120. Dwa najstarsze, zarejestrowane w Polsce auta pochodzą z 1902 i 1903 roku.

Pasjonaci zabytkowych mercedesów to osoby, które bardzo zwracają uwagę na jakość, zresztą zgodnie z hasłem marki: „The best or nothing”. To muszą być samochody jak najbardziej oryginalne, porządnie odrestaurowane. Członków naszego klubu charakteryzuje także silny, emocjonalny stosunek do tych samochodów, wielu nadaje im nazwy lub imiona. Każdy z nich powie, że jego samochód jest wyjątkowy – mówi Małgorzata Przebindowska.

Działający w Polsce Klub Zabytkowych Mercedesów, który zrzesza posiadaczy najstarszych i najbardziej oryginalnych modeli, liczy w tej chwili 153 członków. Wśród nich jest 17 kobiet, a w tym roku już po raz 4. odbędzie się dedykowany im zlot „She’s Mercedes”. Ci, którzy chcieliby dołączyć do klubu, muszą spełnić restrykcyjne wymagania i posiadać wyjątkowy model Mercedesa, a najlepiej całą kolekcję takich aut, ze starego rocznika, w pieczołowicie zachowanym stanie.

Zakup zabytkowego auta o charakterze kolekcjonerskim to niemały wydatek, zaczynający się od 80–100 tys. zł. Nieco tańsze są tzw. youngtimery, czyli samochody ok. 40-letnie. Natomiast górnego limitu cenowego w zasadzie nie ma – w ubiegłym roku na aukcji zabytkowy mercedes 300 SL roadster, pochodzący z 1963 roku, został sprzedany za rekordową kwotę 3,7 mln dol. W Polsce mercedesy są najpopularniejszą marką kolekcjonerską zabytkowych samochodów – zarówno oldtimerów, jak i youngtimerów.

Klub Zabytkowych Mercedesów to klub starszych aut. W statucie mamy zapisane, że mogą to być samochody do 1989 roku. Natomiast typowe auta zabytkowe w naszym klubie to roczniki od 1925 do 1960–1970 roku. Niestety, takie samochody nie są tanie – wydatek zaczyna się od kilku tysięcy euro, do tego dochodzi utrzymanie, serwisy, dbanie o to auto. Jeżeli ma być w ciągłym użytkowaniu, uczestniczyć w zlotach – cena użytkowania bardzo idzie w górę – mówi Jarogniew Ratajczak, wiceprezydent Klubu Zabytkowych Mercedesów Polska.

Jak podkreśla Ratajczak, zabytkowe klasyki to nie tylko hobby, lecz także bardzo zyskowna lokata kapitału. Wzrost wartości rynkowej takiego pojazdu idzie też w parze z mniejszą wrażliwością takiej inwestycji na wahania koniunktury, przez co jest ona relatywnie bezpieczna.

Klub Zabytkowych Mercedesów po raz pierwszy wziął udział w tegorocznej edycji wystawy MotoClassic Wrocław. Na imprezie prezentowanych było ok. 20 zabytkowych pojazdów z lat 1934–1970 oraz 11 roadsterów R 107 z całego 18-letniego okresu produkcji tej generacji 1971–1989.

– Na wystawie w Topaczu staraliśmy się zgromadzić reprezentatywny przegląd starszych modeli w naszym klubie. Są to na pewno samochody, których nie spotyka się nigdzie indziej. Szczególnie cenny jest roadster z 1936 roku, jeden z trzech takich na całym świecie. Mamy też bardzo rzadki model W15, jedyny w Polsce – mówi Małgorzata Przebindowska.

Obok najbardziej unikalnych, starych modeli marki Mercedes znajdujących się w rękach polskich kolekcjonerów na tegorocznej wystawie MotoClassic Wrocław prezentowane były też najnowsze modeli Mercedes-Benz, na czele z kultową Klasą G oraz najnowszym SUV-em EQC, czyli pierwszym w pełni elektrycznym modelem tej marki.

Tylko niewielka grupa Głuchych jest aktywna zawodowo. To nie tylko kwestia bariery komunikacyjnej, lecz także obaw pracodawców

Tylko niewielka grupa Głuchych jest aktywna zawodowo. To nie tylko kwestia bariery komunikacyjnej, lecz także obaw pracodawców 4

Nawet 80 proc. Głuchych i słabosłyszących w Polsce nie ma pracy. Z jednej strony to problemy komunikacyjne sprawiają, że trudno im uczestniczyć w rekrutacjach. Z drugiej strony wciąż widoczny jest lęk pracodawców przed zatrudnianiem osób z niepełnosprawnościami. Pomóc może program Dostępność Plus, który ma likwidować wszelkie bariery. Docelowo może doprowadzić do integracji całego społeczeństwa, bez względu na czasowe lub trwałe niepełnosprawności.

– W Polsce blisko 80 proc. osób, które są niesłyszące bądź słabosłyszące, jest dotkniętych bezrobociem. To ponad 170 tysięcy osób, które nie mają stałej pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Potakowski, prezes agencji Praca Bez Barier.

Szacuje się, że liczba Głuchych w Polsce sięga około 500 tys., a 900 tys. Polaków ma poważny uszczerbek słuchu. Z danych PFRON wynika, że w Polsce pracuje zaledwie 28 proc. ogółu osób niepełnosprawnych. Unijna średnia sięga natomiast 40 proc.

– Jest to dla nich trudne, ponieważ bariera komunikacyjna uniemożliwia im samodzielne, efektywne uczestnictwo w procesach rekrutacji. Do tego dochodzi jeszcze bariera po stronie pracodawców, którzy boją się zatrudniać osoby niepełnosprawne – mówi Paweł Potakowski. – Jako agencja Praca Bez Barier odnajdujemy firmy, które są gotowe do tego, żeby otworzyć się na pracowników z niepełnosprawnościami, i skutecznie docieramy do Głuchych, których łączymy z firmami. Najlepsze jest faktyczne działanie, którego celem jest trwała aktywizacja i zachęcenie tych osób do podjęcia pracy. 

Jak podkreśla, pierwszym warunkiem są zmiany w rekrutacji – osoby z problemami ze słuchem nie rozmawiają przez telefon. Dlatego kontakt telefoniczny w pracy mogą zastąpić e-maile i SMS-y, można korzystać też z tłumacza języka migowego online. Można też przypominać pracodawcom, że zatrudnienie osób z niepełnosprawnościami może się po prostu opłacać. Dostępne są m.in. dofinansowanie do wynagrodzenia i przystosowania miejsca pracy czy zmniejszenie składki do PFRON-u.

 Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych ma swoje projekty, których celem jest znalezienie pracy osobom z niepełnosprawnością. Można też szukać różnego rodzaju działań prowadzonych przez urzędy pracy – wymienia prezes agencji Praca Bez Barier.

Za granicą osoby z problemami słuchu pracują w największych korporacjach, np. jako inżynierowie Boeinga czy mechanicy w firmach BMW i Mercedes. W Polsce wciąż jeszcze pokutuje przekonanie, że zatrudnienie osób z niepełnosprawnościami wiąże się z trudnościami. Pomóc to zmienić ma program Dostępność Plus, który ma likwidować bariery dla takich osób, a architektura, administracja publiczna, cyfryzacja, edukacja czy służba zdrowia mają brać pod uwagę ich potrzeby.

– Program Dostępność Plus dla Głuchych i dla wszystkich osób z niepełnosprawnościami przede wszystkim zmienia kwestie świadomości i zrozumienia problemów, które dotyczą tej grupy społeczeństwa. To kluczowa misja realizowana przez ten program. Dzięki temu dużo więcej osób zaczyna faktycznie otwarcie rozmawiać. Nam, agencji, która zajmuje się aktywizacją zawodową osób z niepełnosprawnościami, jest dużo łatwiej rozmawiać z firmami, które już są przynajmniej częściowo uświadomione bądź zainteresowane zatrudnieniem tych osób – ocenia Paweł Potakowski.

Rośnie liczba przypadków wykorzystywania seksualnego dzieci przez internet. Rodzice nie potrafią chronić swoich dzieci

Rośnie liczba przypadków wykorzystywania seksualnego dzieci przez internet. Rodzice nie potrafią chronić swoich dzieci 5

7 proc. polskich nastolatków doświadczyło wykorzystywania seksualnego w dzieciństwie. Znaczna ich część padła ofiarą pedofilów działających za pośrednictwem internetu. Jak podkreślają eksperci, dzieci można chronić przed takimi zjawiskami na różne sposoby, głównie poprzez umiejętną edukację seksualną, którą można zacząć już u trzyletniego dziecka. Blisko połowa rodziców unika jednak rozmów ze swoimi pociechami na tematy związane z cielesnością i seksualnością, a większość tych, którzy je przeprowadzają, podkreśla, że jest to trudne zadanie.

Światowa Organizacja Zdrowia definiuje wykorzystywanie seksualne dzieci jako włączanie najmłodszych w aktywność seksualną, której nie jest ono w stanie w pełni zrozumieć i udzielić na nią świadomej zgody, na którą nie jest dojrzałe rozwojowo i nie może się zgodzić w ważny prawnie sposób, i/lub która jest niezgodna z normami prawnymi lub obyczajowymi danego społeczeństwa. Przemoc seksualna może przybierać różne formy, są to zarówno sytuacje, w których dochodzi do kontaktu fizycznego sprawcy i ofiary, jak i pozbawione takiego kontaktu, np. podglądanie dziecka w kąpieli i w czasie czynności fizjologicznych, werbalne formy molestowania i nakłanianie do kontaktu z treściami pornograficznymi. Próby oszacowania skali tego zjawiska są utrudnione, ze względu na fakt, że znaczna część przypadków nie jest zgłaszana.

– Wiemy z najnowszej diagnozy przemocy wobec dzieci w Polsce, że 7 proc. nastolatków deklarowało, że doświadczyło niechcianych kontaktów seksualnych w dzieciństwie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Monika Sajkowska, prezeska Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.

Z raportu Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że od 2000 roku w Polsce zwiększała się liczba dzieci, które doświadczyły wykorzystywania seksualnego. Po dekadzie skala zjawiska zaczęła maleć, jak pokazują dane Komendy Głównej Policji, w 2011 roku stwierdzono ponad 1,5 tys. przestępstw obcowania seksualnego z osobą poniżej 15. roku życia, pięć lat później natomiast nieco ponad 1,1 tys. Rośnie natomiast liczba dzieci nakłanianych do kontaktu z pornografią, nagabywanych werbalnie oraz namawianych do kontaktów seksualnych w internecie.

– Coraz więcej dzieci deklaruje, że miało kontakt z niechcianym eksponowaniem im intymnych części ciała drugiej osoby. To jest ekshibicjonizm, który może zdarzyć się w realnych relacjach, ale bardzo często zdarza się też dlatego, że dziecko jest zmuszane do oglądania takich wizerunków w internecie – mówi dr Monika Sajkowska.

Wykorzystywanie seksualne to rodzaj przemocy, który dość trudno zdiagnozować, zwłaszcza że dzieci rzadko przyznają, że padły jego ofiarą. Istnieją oczywiste dowody popełnienia przestępstwa, takie jak uszkodzenia genitaliów dziecka czy ciąża nieletniej dziewczynki, w większości przypadków brak jednak bezpośrednich symptomów. Uwagę rodziców i opiekunów powinny zwrócić takie objawy, jak nadmierna erotyzacja dziecka, lęki nocne, obniżenie nastroju, wtórne moczenie nocne, zachowania regresywne, np. ponowne ssanie kciuka, zaburzenia łaknienia, bóle brzucha, obawa przed kontaktem z innymi ludźmi.

Zadaniem osób dorosłych jest też odpowiednia edukacja seksualna, która da dziecku narzędzia do obrony przed przemocą.

– Możemy przekazać dzieciom podstawowe zasady: że mogą powiedzieć „nie”, jeśli ktoś chce włączyć je w niechciany kontakt, że mogą przyjść z tymi trudnymi doświadczeniami czy jakimikolwiek niepokojami do rodzica i opiekuna, że intymne części ciała są chronione i nikt nie ma prawa ich dotykać, że nikt nie ma prawa wikłać dziecka w złe tajemnice – wymienia dr Monika Sajkowska.

Z badań prowadzonych przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że blisko połowa rodziców dzieci w wieku 5–12 lat nie podjęła żadnych działań chroniących je przed wykorzystywaniem seksualnym. Dorośli nie zdecydowali się przede wszystkim na rozmowę, która pomogłaby dziecku rozpoznać zagrożenie i sprzeciwić się niechcianym działaniom. Eksperci podkreślają, że dziecko nie ma kompetencji umożliwiających mu prawidłową ocenę intencji agresora, ponadto ufa dorosłym.

– Nigdy nie możemy ulec złudnemu przekonaniu, że dziecko jest bezpieczne, musimy je chronić i nadzorować, ale musimy też je edukować, żeby potrafiło samo rozpoznać niepokojące sytuacje i było przekonane, że my czekamy na sygnały o tym. To nie jest tak, jak często myślą rodzice, że jak będzie się coś działo złego, to dziecko na pewno mi o tym powie – mówi dr Monika Sajkowska.

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę prowadzi kampanię GADKI dla rodziców, dla których tego rodzaju rozmowy bywają bardzo trudne. W jej ramach uczy, jak w naturalny sposób rozmawiać nawet z małymi dziećmi na tematy związane z cielesnością i seksualnością, daje też gotowe wskazówki dla dziecka, jak może uniknąć niebezpieczeństwa i radzić sobie w sytuacji zagrożenia.

– Rodzice obawiają się, że nie potrafią o tym rozmawiać, że ten problem jest bardzo drażliwy, a dzieci są za małe, żeby usłyszeć o tym problemie. Jednak te podstawowe zasady, że dziecko ma moc sprawczą, może powiedzieć „nie”, że zły dotyk jest w określony sposób definiowany, to możemy powiedzieć nawet bardzo małemu dziecku – mówi dr Monika Sajkowska.

Nowe technologie przejmują rolę opiekunów osób starszych. Monitorują ich stan zdrowia i alarmują o niebezpiecznych sytuacjach

Nowe technologie przejmują rolę opiekunów osób starszych. Monitorują ich stan zdrowia i alarmują o niebezpiecznych sytuacjach 6

Popularyzacja rozwiązań z zakresu internetu rzeczy pozwala wdrażać innowacyjne platformy oraz urządzenia do opieki nad starszymi osobami. Powstają wyspecjalizowane elektroniczne nianie, gadżety do noszenia informujące bliskich o nagłych wypadkach, a nawet kompleksowe platformy monitoringu, dzięki którym osoby starsze mogą bezpiecznie funkcjonować w środowisku domowym bez konieczności zatrudniania opiekuna na pełen etat.

– Prawie 84 proc. wypadków osób starszych zdarza się w domu. System 4older ma zapewnić osobom starszym zdalną opiekę. Obecnie często przenosimy się do innych miast, a nasi rodzice pozostają w miejscu swojego zamieszkania. To ważne, żeby ten kontakt między dzieckiem a rodzicem był stały. Nasz system zainstalowany u rodziców, babci czy dziadka pozwala na to, aby uzyskiwać informacje w momencie, kiedy coś krytycznego się zadzieje. System poinformuje np. o upadku – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Wojtczak, członek zarządu Solverica.

Wraz ze starzeniem się społeczeństwa coraz więcej osób w podeszłym wieku będzie wymagać stałej opieki ze strony najbliższych. Aby sprostać temu wyzwaniu, firmy technologiczne inwestują w platformy oraz urządzenia do automatyzacji procesu opieki. W ten sposób rodzi się właśnie nowa gałąź branży zwana Internetem Medycznych Rzeczy (IoMT). W jej ramach powstają inteligentne czujniki, systemy monitoringu oraz gadżety do noszenia.

System 4older jest przykładem kompleksowej platformy łączącej opiekunów z podopiecznymi. Składa się on z pakietu inteligentnych czujników rozmieszczanych we wszystkich pokojach osoby objętej monitoringiem oraz aplikacji mobilnej instalowanej na telefonie opiekuna. 4older analizuje i przesyła dane telemetryczne w czasie rzeczywistym, przyspieszając tym samym czas reakcji na potencjalnie niebezpieczne wydarzenia.

– Kiedy zbije się szklanka lub ktoś upadnie, nasze sensory są w stanie zarejestrować i zidentyfikować takie zagrożenie. System zapyta się w celu potwierdzenia bądź zaprzeczenia czy coś się stało, czy ta osoba pod naszą opieką potrzebuje naszej pomocy. Jeżeli potrzebuje pomocy, system automatycznie przekazuje informacje poprzez chmurę do naszego telefonu. To od nas zależy, jak skonfigurujemy dalsze powiadamianie: czy mamy zadzwonić do sąsiada, mamy, brata czy po straż i policję, bo sprawa jest zagrażająca życiu – tłumaczy ekspert.

O krok dalej poszli projektanci systemu Stay Smart Care, którzy połączyli funkcję platformy zdrowotnej i monitoringowej. Integralną częścią systemu jest medyczne call center działające 24 godziny na dobę, które może udzielać porad zdrowotnych, a w kryzysowej sytuacji błyskawicznie wezwać pomoc do osoby starszej. Stay Smart Care współpracuje także z asystentem głosowym, który ułatwia niepełnosprawnym klientom obsługę systemu i pozwala uzyskiwać informacje na temat aktualnego stanu zdrowia osoby monitorowanej.

W opiece nad osobami starszymi pomóc mogą także platformy telemedyczne pokroju Push Doctor, dzięki którym schorowani pacjenci mogą odbywać wizyty lekarskie bez wychodzenia z domu. Ta wirtualna brytyjska przychodnia pozwala się połączyć z lekarzem za pośrednictwem aplikacji komputerowej lub mobilnej, aby uzyskać poradę lekarską bądź otrzymać receptę.

Jednym z najambitniejszych projektów branży IoMT jest platforma opracowana przez chińską firmę Lanchuang Network Technology Corp. Łączy ona kilka usług w jednym miejscu: pozwala korzystać z narzędzi telemedycznych, systemu monitoringu osób starszych, asystenta głosowego, a nawet zamawiać pomoc domową czy dostawy żywności.

Rynek ten dynamicznie rozwija się także w sektorze gadżetów do noszenia. Dobrym przykładem jest tu Apple Watch Series 4, inteligentny zegarek wyposażony w pulsometr oraz czujnik upadku, który może automatycznie wezwać służby medyczne, jeśli użytkownik zemdleje. Apple rozbudowuje także funkcje telemedyczne urządzenia i pracuje nad tym, aby sprzęt mógł wysyłać do lekarzy dane biometryczne w ramach usługi Apple Care.

– Chcielibyśmy, aby seniorzy mieli ten system za złotówkę. Jako opiekunowie powinniśmy zapewnić finansowanie w innym miejscu tego rozwiązania. I na tym opiera się nasz model biznesowy. Zgłaszamy się nie bezpośrednio do osób, które będą użytkownikami tego systemu, ale do takich firm jak telekomy, ubezpieczalnie, placówki medyczne, domy seniora. Obecnie stosowane w domach seniora systemy wymagają uzupełnienia, a nasz system doskonale wpisuje się w takie uzupełnienie – twierdzi Marcin Wojtczak.

Według Coherent Market Insights globalna wartość branży usług geriatrycznych do 2026 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie wzrostu na poziomie niemal 8 proc.

Lody coraz bardziej innowacyjne. Polacy opracowują ekologiczną metodę produkcji lodów mniej kalorycznych, a przy tym odpowiednich dla wegan i alergików

Lody coraz bardziej innowacyjne. Polacy opracowują ekologiczną metodę produkcji lodów mniej kalorycznych, a przy tym odpowiednich dla wegan i alergików 7

Producenci lodów stawiają na innowacje. Na rynku można już znaleźć lody, które nie topią się i nie ściekają, niektóre świecą w ciemności, a jeszcze inne – zmieniają kolor w miarę topnienia lub lizania. Polacy stawiają jednak na lody ekologiczne, które są odpowiednie także dla wegan. Polski start-up opracowuje metodę produkcji ekologicznych lodów, w których zamiast białka zwierzęcego znajdzie się izolat białka roślinnego, które może się przyczynić m.in. do obniżania cholesterolu.

– IceUp to rozwiązanie do produkcji lodów rzemieślniczych. Unikalną cechą tych lodów będzie to, że będą to lody bez białek mleka, bez laktozy, czyli pozbawione surowców pochodzenia zwierzęcego, całkowicie roślinne. Będą one odpowiednie dla wegan, dla osób z nietolerancją laktozy i alergików z alergią na białko mleka – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Aneta Radłowska-Działo, członek zarządu PowerICE.

Lody to już od dawna nie tylko desery, które różnią się tylko formą podania. Producentów ogranicza już wyłącznie fantazja. Stworzyli więc wersje lodów, które nie topią się, nie ściekają, a niektóre nawet świecą w ciemności – powstały z syntetycznej wersji bioluminescencyjnego białka z meduz. Aktywowane wapniem białka reagują, gdy są poruszone – czyli świecą, gdy lody są lizane. Jedna porcja kosztuje kilkaset dolarów. Na rynku można też znaleźć lody, które zmieniają kolor w miarę topnienia lub po oblizaniu. Lody Xamaleon mają błękitny kolor, w ciągu kilkunastu sekund są już ciemnoróżowe, a po polizaniu nabierają różnych odcieni różowego.

To jednak tylko przykłady innowacyjnych metod produkcji lodów. Polski start-up PowerICE chce stworzyć lody przyjazne alergikom i weganom, które przy okazji będą mniej kaloryczne.

– Zamiast białka zwierzęcego w skład naszych lodów będzie wchodziło białko roślinne i ono będzie pełniło odtwórczą funkcję. Białko roślinne poza tym jest bardzo zdrowe. Powoduje obniżenie poziomu cholesterolu, pełni także funkcje metaboliczne. Lody przemysłowe i lody rzemieślnicze często bazują na dodatkach do żywności. Lody rzemieślnicze, które wydaje się, że produkowane są na bazie naturalnych składników, produkowane są często z koncentratów. Nasze pozbawione są dodatków do żywności – przekonuje Aneta Radłowska-Działo.

Zazwyczaj lody rzemieślnicze to synonim zdrowego deseru. Ich skład jednak zwykle pozostawia sporo do życzenia. IceUp ma być gwarancją nie tylko lodów dla wegan czy osób stosujących całkowicie bezmleczną dietę, lecz dla wszystkich, którzy zwracają uwagę na to, co spożywają.

Na rynku można już kupić lody wegańskie oparte na soi czy oleju kokosowym, przeważnie jednak zawierają one dodatkowe składniki. IceUp stawia na naturalne składniki, a przy tym produkcja tych lodów ma niewielki wpływ na środowisko.

– Stosujemy izolat białkowy, który niesie ze sobą bardzo dobre właściwości funkcjonalne. W organizmie pełni funkcję regulujące. Jest coraz więcej badań, które pokazują, że białko roślinne obniża nam poziom cholesterolu. Z drugiej strony dla środowiska, dla klimatu, białko roślinne jest dużo bardziej cenne i mniej obciążające, bo do jego wyprodukowania nie potrzeba dużo energii – twierdzi przedstawicielka start-upu.

Jak podkreśla ekspertka, popyt na lody wegańskie jest duży. Z różnych względów produktów zwierzęcego pochodzenia nie spożywa ok. 7 proc. społeczeństwa. Dlatego w USA można już kupić całkowicie bezmleczne lody, które z powodzeniem zastąpią pełnowartościowy posiłek – zawierają więcej błonnika niż cztery miski płatków owsianych, więcej białka niż trzy jajka i więcej żelaza niż stek. Sukces niskokalorycznej, niskosłodzonej i wysokobiałkowej mrożonej przekąski firmy Halo Top sprawił zaś, że lody mogą być traktowane nie tylko jako puste kalorie. W Wielkiej Brytanii można więc kupić lody zawierające ok. 5 mld probiotyków.

– Mamy też problem z alergiami, nietolerancjami. Już 20 proc. populacji europejskiej jest na dietach bezmlecznych. Dlatego taki produkt jest potrzebny, a popyt na tego typu produkty rośnie – ocenia Aneta Radłowska-Działo.

Analityczno-informacyjne aspekty wywiadu gospodarczego

Podstawą osiągania sukcesów w biznesie jest umiejętność planowania i konsekwentnej realizacji zadań biznesowych. Jest to tym trudniejsze, im szybciej rozwija się przedsiębiorstwo. Natomiast podstawowym celem działania każdej struktury handlowej w gospodarce rynkowej jest dążenie do maksymalizacji zysków. Na drodze do osiągnięcia tego celu istnieje jednak obawa poniesienia strat. Można zatem powiedzieć, że ryzyko jest nieodłącznym elementem decyzji zarządczych na dowolnym poziomie procesu gospodarczego.

Korzystając z istniejących definicji, ryzyko można określić, jako wartość, która charakteryzuje straty spowodowane błędnymi decyzjami w zakresie zarządzania, podjętymi w wyniku błędnej oceny sytuacji ekonomicznej, politycznej i społecznej, w jakiej przyszło działać danej firmie. Z kolei z optymalną decyzją zarządczą mamy do czynienia wówczas, gdy w wyniku właściwej, poprawnie przeprowadzonej analizy obecnej sytuacji prawidłowo sprognozowano trendy rozwojowe na rynku.

Można wydzielić cztery główne kategorie ryzyka: ekonomiczne, polityczne, naturalne i strategiczne. Ryzyko strategiczne to tzw. niepewność systemowa, czyli skumulowany wynik dynamiki czynników politycznych, ekonomicznych i społecznych. W celu skutecznego działania, tj. efektywnej adaptacji do systemowej niepewności, firma musi stale modyfikować zarówno swoją strategię, jak i taktykę rozwoju, co jest możliwe tylko przy prowadzeniu aktywnej pracy polegającej na gromadzeniu i analizowaniu informacji o otaczającym ją środowisku gospodarczym.

Zadaniem struktur wywiadowczych i kontrwywiadowczych w sferze gospodarczej jest wyprzedzające wyjawienie źródeł zewnętrznych i wewnętrznych zagrożeń bezpieczeństwa, które minimalizują niepewność strategicznego ryzyka. Komórka wywiadu gospodarczego w przedsiębiorstwie pełni podwójną rolę: dba o jego bezpieczeństwo, a także rozwiązuje jego problemy marketingowe, ponieważ na podstawie otrzymywanych z tej komórki informacji wypracowywana jest polityka gospodarcza firmy. Takie działania powinny zapewniać kierownictwu podmiotu gospodarczego informacje o prawdziwych intencjach potencjalnych i faktycznych partnerów, mocnych i słabych stronach konkurencji, pozwalać wpływać na pozycję osób uczestniczących w procesach negocjacyjnych, sygnalizować możliwość wystąpienia sytuacji kryzysowych, monitorować wdrażanie i przebieg realizacji przez partnerów uprzednio osiągniętych porozumień, identyfikować nieautoryzowane kanały wycieku informacji niejawnych o przedsiębiorstwie przez jego partnerów, klientów i konkurentów.

Kwestia uznania zasadności stosowania działań wywiadowczych i kontrwywiadowczych w gospodarce w zasadzie nie podlega już dzisiaj dyskusji. Żadna strategia, żadna polityka przemysłowa i handlowa, a w konsekwencji inwestycje kapitałowe, badania naukowe, zmiany strukturalne itd. nie są już możliwe bez dogłębnej analizy sił rządzących współczesnym światem polityki, ekonomii, technologii itp. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, staje się jasne, że informacja będzie czynnikiem determinującym budowanie przewagi w nasilającej się walce konkurencyjnej. Specjaliści uważają, że w najbliższej przyszłości jednostki wywiadu gospodarczego i kontrwywiadu biznesowego staną się integralną częścią struktur zarządzania przedsiębiorstw.

Analiza informacji we współczesnym przedsiębiorstwie

Z reguły system bezpieczeństwa przedsiębiorstwa obejmuje nie tylko aspekty operacyjne wywiadu i kontrwywiadu gospodarczego, ale także aspekty analityczno-informacyjne, które wymagają stosowania zaawansowanych systemów informatycznych. Systemów, dzięki którym możliwe jest rozpracowanie złożonych związków logicznych pomiędzy podmiotami gospodarczymi i ogromnymi niekiedy ilościami informacji dotyczących tych podmiotów. Systemy te charakteryzują się złożoną strukturą techniczną przeznaczoną dla gromadzenia, transmisji i obróbki informacji. Wyposażone są w specjalistyczne oprogramowanie służące do rozwiązywania skomplikowanych problemów analitycznych w złożonych modelach logicznych różnych baz danych.

To właśnie informatyczne narzędzia analityczne, takie jak np. Business Intelligence (BI)[1] mają obecnie coraz większy wpływ na efektywne wspomaganie procesów decyzyjnych. Obejmują one narzędzia i aplikacje do analizowania, monitorowania, modelowania, prezentowania oraz raportowania danych wspierające podejmowanie decyzji. W tym celu do analiz wykorzystuje się dane pochodzące z wywiadu gospodarczego, w tym m.in.: hurtownie danych, analizy operacyjne, dane z otwartych źródeł informacji, ale również inne dane, dotyczące np. własnej sytuacji rynkowej przedsiębiorstwa, takie jak systemy analityczne np. CRM (ang. Customer Relationship Management), pogłębione analizy finansowe, wskaźniki wydajności itp. Stosowanie narzędzi BI pozwala m.in. na lepsze poznanie preferencji klientów i analizowanie wyników sprzedaży w celu eliminowania mniej dochodowych produktów i działań. Przydatne mogą okazać się nawet najprostsze rozwiązania umożliwiające szacowanie ryzyka operacyjnego czy też ograniczanie ewentualnych zagrożeń, wynikających z problemów firm współpracujących w obrębie wspólnego łańcucha dostaw.

W coraz bardziej złożonych warunkach gospodarczych wysoko cenione są systemy informatyczne zwiększające przychody oraz optymalizujące koszty przedsiębiorstwa. Wprowadzane są systemy planowania zasobów przedsiębiorstwa klasy ERP[2], zarówno do obsługi klienta, jak i w obszarze zaplecza (back-office), niemającego bezpośredniego przełożenia na procesy sprzedaży towarów i usług. Dobrze skonfigurowany system ERP może być źródłem oszczędności dla dowolnej organizacji, a dodatkowo pozwala szybciej i w bardziej elastyczny sposób podejmować decyzje. Ponadto rozwój zaawansowanych systemów ERP wpływa pobudzająco na informatyczne narzędzia analityczne – BI wykorzystywane w ramach wywiadu gospodarczego. Rozwiązania te już przekładają się na efektywne wspomaganie procesów decyzyjnych.

Specjalistyczne kadry dla wywiadu gospodarczego

Główną przeszkodą, obok nieświadomości i niefrasobliwości przedsiębiorców, stojącą na drodze do masowego wprowadzania technologii wywiadowczych i kontrwywiadowczych w polskiej gospodarce jest niedobór kadr dobrze orientujących się w rozpracowywaniu pod względem informacyjnym polskich i międzynarodowych sfer gospodarczych, posługujących się biegle technikami i metodami pracy analityczno-informacyjnej, a także zdolnych do tego, aby kontynuować rozwój metodologii pracy wywiadu gospodarczego.

Polskie szkoły wyższe zaledwie w niewielkim stopniu zajmują się szkoleniem specjalistów o tym profilu. I o ile na kilku polskich uczelniach można znaleźć kierunki kształcenia związane z operacyjnymi aspektami wywiadu gospodarczego, o tyle już aspekty analityczno-informacyjne tego wywiadu w zasadzie nigdzie nie są wykładane[3]. Tymczasem w krajach zachodnich zapotrzebowanie na rozmaitych specjalistów wywiadu gospodarczego dramatycznie wzrosło. Wzrosły również potrzeby w zakresie szkolenia kadr w specjalnościach, które mogą zabezpieczyć pod względem informacyjnym podejmowanie przez zarządy firm optymalnych decyzji w warunkach niepewności związanej z różnymi rodzajami ryzyka biznesowego.

Za granicą już od dłuższego czasu przywiązuje się duże znaczenie do kwestii właściwego przygotowania kadr dla wywiadu gospodarczego. W Republice Federalnej Niemiec już od 1973 r. na bazie Izby Handlowo-Przemysłowej przygotowywane są wysoko wykwalifikowane kadry w zakresie ochrony przemysłu i bezpieczeństwa ekonomicznego. Kursy prowadzone przez Izbę kończą się egzaminem kwalifikacyjnym, a osoby, które go zdały, mają możliwość zajmowania stanowisk w niepublicznym systemie bezpieczeństwa.

W Stanach Zjednoczonych w przygotowanie kadr dla wywiadu gospodarczego aktywnie angażują się Massachusetts Institute of Technology i stowarzyszenie SCIP (ang. Society of Competitive Intelligence Professionals). Należy zauważyć, że amerykańscy biznesmeni od dawna rozumieją i doceniają znaczenie technologii wywiadowczych i kontrwywiadowczych w biznesie i ich głównej funkcji, jaką jest dostarczenie najwyższemu kierownictwu podmiotu gospodarczego aktualnych, wiarygodnych i kompletnych informacji, ukierunkowanych na podejmowanie optymalnych decyzji zarządczych. W zachodniej literaturze naukowej ta funkcja zarządzania jest określana mianem „wywiadu biznesowego” lub „wywiadu konkurencyjnego”. Przekonanie Amerykanów o potrzebie stosowania ww. praktyk w przedsiębiorstwach wyraża się m.in. coraz częstszym wprowadzaniem do zarządów amerykańskich firm stanowiska dyrektora ds. wywiadu gospodarczego.

Jak już wskazano wcześniej, systemy bezpieczeństwa przedsiębiorstwa realizują zadania operacyjnego gromadzenia informacji, współdziałając jednocześnie poprzez sieci IT z systemami informatycznymi, rejestrującymi różnorodne zdarzenia z otoczenia biznesowego tego przedsiębiorstwa. Oznacza to aktywne współdziałanie człowieka z komputerem w zakresie realizacji określonych procedur, przyjmowania określonych modeli przy podejmowaniu decyzji, w tym m.in. z dziedziny gier symulacyjnych, modeli logicznych itp.

Rozwiązanie tych problemów wymaga zaangażowania szerokiego grona specjalistów, a w tym oprócz personelu operacyjnego oraz analityków informacji i specjalistów ds. bezpieczeństwa informacji, również takich specjalistów, jak: analitycy systemowi, specjaliści w dziedzinie technologii komputerowej, systemów łączności, transmisji danych i programowania. Naturalnie zapotrzebowanie na tych specjalistów będzie rosło wraz z rozwojem gospodarki rynkowej, a co za tym idzie, wraz ze wzrostem poziomu konkurencji.

Strategia przygotowania specjalistów wywiadu gospodarczego powinna powstać w oparciu o aktualną, realną sytuację kadrową wynikającą ze stanu nasycenia przedsiębiorstw tymi specjalistami, która w przypadku naszego kraju wymaga:

  • po pierwsze zorganizowania sieci kursów przekwalifikujących i podwyższających kwalifikacje dla specjalistów z dziedzin pokrewnych,
  • po drugie rozpoczęcia fundamentalnego, systematycznego szkolenia wysoko wykwalifikowanych młodych profesjonalistów w ramach szkolnictwa wyższego,
  • po trzecie podjęcia prac naukowo-badawczych i przygotowania młodych pracowników naukowych (np. w ramach realizowanych prac doktorskich) w dziedzinie bezpieczeństwa gospodarczego (wywiad i kontrwywiad gospodarczy) na bazie uniwersytetów i innych uczelni wyższych.

W celu szkolenia na odpowiednim poziomie wykwalifikowanych specjalistów wywiadu gospodarczego w ww. profilach konieczne jest wprowadzenie zmian w już istniejących programach kształcenia specjalistów ds. wywiadu gospodarczego. Jako obowiązkowe powinny zostać wprowadzone przedmioty związane z wiedzą systemowo-techniczną w zakresie BI, techniki komputerowej, systemów IT, tworzenia programów komputerowych. Specjaliści ci, oprócz dysponowania umiejętnościami prowadzenia operacyjnych zadań wywiadowczych i kontrwywiadowczych, powinni dysponować wiedzą z zakresu: metod i rodzajów pracy analityczno-informacyjnej; modelowania procesów związanych z oceną ryzyka; metod, sposobów i środków systemowej ochrony informacji; sposobów prowadzenia ataków informacyjnych i obrony przed nimi.

Współczesne organizacje gospodarcze, które decydują się na odważne działania konkurencyjne, muszą dysponować narzędziami informatycznymi umożliwiającymi prowadzenie szczegółowych analiz informacji, pochodzących z rynku, w tym m.in. z wywiadu gospodarczego. Jest oczywiste, że w miarę dalszego rozwoju i wzrostu znaczenia wywiadu gospodarczego, a także technologii informatycznych i analitycznych, lista ta będzie musiała zostać udoskonalona i rozszerzona, wraz z odpowiednią zmianą wymagań stawianych specjalistom wymienionych branż.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, płk rez. dr inż. Krzysztof Surdyk

Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

[3] W kilku polskich prywatnych szkołach wyższych organizowane są z różnym powodzeniem studia podyplomowe, kierunki (specjalności) studiów lub kursy wywiadu gospodarczego, w których nacisk położony jest jednak głównie na problematykę operacyjną i detektywistyczną. I tak na przykład: w Akademii Leona Koźmińskiego: w 2014 r. podjęto próbę zorganizowania studiów podyplomowych „Strategiczny wywiad biznesowy”, w Wyższej Szkole Bezpieczeństwa – Filia w Gliwicach i w Wyższej Szkole Biznesu i Nauk o Zdrowiu w Łodzi uruchomiono specjalności: „Detektywistyka i wywiad gospodarczy”, a w Prywatnej Wyższej Szkole Nauk Społecznych Komputerowych i Medycznych w Warszawie podjęto próbę zorganizowania kursów specjalistycznych: „Wywiad gospodarczy w zarządzaniu współczesnym przedsiębiorstwem”.

Rewitalizacja historycznych terenów przemysłowych przynosi miastom najciekawsze miejscówki

W realizacji najbardziej spektakularnych, wielofunkcyjnych inwestycji, opartych na rewitalizacji dawnych obiektów przemysłowych, wybija się dziś przede wszystkim Łódź i Warszawa. Z dużym, miastotwórczym projektem rewitalizacyjnym startuje też Gdańsk.

Mateusz Strzelecki – Partner w Walter Herz
Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz

– Inwestycje związane z rewitalizacją dawnych fabryk, elektrowni, browarów, czy stoczni, które dzięki przebudowie oferują nowe, komplementarne funkcje to dziś wyraźny trend urbanistyczny, który najbardziej widoczny jest w największych miastach w kraju – zauważa Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz. – Zaniedbane tereny poprzemysłowe z historycznymi zabudowaniami, szczególnie te położone w centrach aglomeracji, przekształcane są zwykle zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju. Część tego typu przedsięwzięć, nie tylko przynosi atrakcyjne obiekty komercyjne i poprawia jakość przestrzeni publicznej, ale również zmienia użyteczność całych kwartałów miejskich – przyznaje ekspert.

Mateusz Strzelecki zwraca uwagę, że projekty rewitalizacyjne poza swoją miastotwórczością, niosą także wartość dodaną w postaci autentyczności, którą czerpią z tożsamości miejsca, historii i niepowtarzalnego charakteru dawnych zabudowań. – Dzięki temu, takie inwestycje są ciekawsze od nowych obiektów i stają się jednymi z najatrakcyjniejszych i najbardziej reprezentacyjnych miejsc w miastach. Różnorodność funkcji i ciekawe zagospodarowanie nowych placów, alejek i pasaży sprawia, że wpisują się w miejski koloryt, nie tylko jako atrakcyjne centra, ale są także tętniącymi życiem, lokalnymi miejscami spotkań i wizytówkami dzielnic – dodaje Strzelecki.

– Za takimi głośnymi realizacjami, jak warszawski Koneser, czy łódzka OFF Piotrkowska, które stały się już gorącymi punktami na mapie turystycznej, idą kolejne. Stara Praga od lat czekała na projekt, który swoją siłą oddziaływania, efektywnie przyczyniłaby się do zmiany jej wizerunku. Koneser, który z sukcesem połączył urok wiekowej architektury z nowoczesnym designem, przyciąga dziś tłumy, dzięki organizowanych na jego terenie licznym wydarzeniom kulturalnym. I tak dzielnica, do której wcześniej budziła rezerwę, postrzegana jest dziś jako atrakcyjna i przyjazna – tłumaczy Mateusz Strzelecki.

Łódź w procesie rewitalizacji

Program rewitalizacji prowadzony w Łodzi to największe tego rodzaju przedsięwzięcie w Polsce. W ramach restrukturyzacji obszarowej restaurowane są kamienice i zabudowania dawnych obiektów fabrycznych oraz infrastruktura miejska. Miasto inwestuje olbrzymie środki w przestrzeń publiczną, pozyskując na ten cel wysokie fundusze unijne. Władze Łodzi sukcesywnie rozwijają jednocześnie współpracę z inwestorami. W mieście prowadzą projekty największe firmy deweloperskie w kraju.

Niedawno ze swoją inwestycją wystartowało Echo Investment. Fuzja, realizowana na terenie dawnej fabryki Karola Scheiblera przy ulicy Tymienieckiego w Łodzi, ma być otwartą, atrakcyjną częścią miasta, gdzie dawna, ceglana zabudowa połączy się z nowoczesną. Złoży się na to 20 budynków o różnorodnych funkcjach, wśród których 14 to zaadoptowane zabudowania historyczne. W sercu kompleksu usytuowany będzie nowy plac miejski  i secesyjna elektrociepłownia, która po rewitalizacji przeznaczona zostanie na cele kulturalne, edukacyjne lub gastronomiczne. Projekt zakłada budowę czterech budynków z ponad 600 mieszkaniami. Przyniesie ponadto 40 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, a historyczne zabudowania pomieszczą 15 tys. mkw. przestrzeni przeznaczonej na usługi, sklepy i restauracje.

Multifunkcyjny Księży Młyn

Wcześniej na terenie Księżego Młyna inwestowała firma Opal Property Developments, która przekształciła w lofty U Scheiblera ponad 200 metrowy budynek dawnej przędzalni, gdzie znalazło się 421 mieszkań. W odrestaurowanej fabryce Ludwika Grohmana mieszczą się dziś nowoczesne biura. W zmodernizowanych budynkach magazynowych działa zaś Art Inkubator. Miasto odnowiło też usytuowaną obok przędzalni, neorenesansową willę Herbsta, a w odrestaurowanym budynku dawnej szkoły przy fabryce Scheiblera w 2020 roku nową siedzibę znajdzie Akademickie Centrum Designu ASP.

W historycznej remizie strażackiej, zrewitalizowanej przez firmę St. Paul’s Developments, funkcjonują dziś nowoczesne biura. Wysokiej klasy powierzchnie biurowe mieści też Textorial Park, nowy obiekt biurowy, który powstał w pobliżu tego zabytkowego budynku. Aktualnie deweloper przygotowuje realizację nowego projektu, którego budowa ma rozpocząć się jeszcze w tym roku. Textorial Park II obejmuje renowację i nadbudowę dwóch zabytkowych magazynów bawełny dawnego kompleksu Scheiblera i budowę nowoczesnego biurowca, w których do wynajęcia będzie łącznie 26 tys. mkw. powierzchni. Firma zapowiada również stworzenie ponad 9 tys. mkw. ogólnodostępnej przestrzeni wypoczynkowej z kawiarniami, centrum fitness&SPA, a nawet przedszkole i bibliotekę.

Monopolis na ostatnim wirażu  

W tym roku mają natomiast zakończyć się prace nad rewitalizacją zabudowań dawnego Monopolu Wódczanego z 1902 roku, trzeciego co do wielkości łódzkiego zespołu fabrycznego, po zakładach Karola Scheiblera i Izraela Poznańskiego. Wielofunkcyjny kompleks Monopolis, położony w centrum miasta, dostarczy 23,4 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, mieszczącej się w zabytkowym gmachu rozlewni i dwóch nowych budynkach. Zaoferuje także rozwiniętą ofertę gastronomiczną, kulturalną oraz usługową na powierzchni 5 tys. mkw. W dawnym laboratorium wódek smakowych powstanie bistro, a w magazynie spirytusu – teatr. Ważną częścią kompleksu stanie się muzeum poświęcone historii Polmosu i technologii wytwarzania wódki. Monopolis mieścił będzie blisko 100 metrowy pasaż z licznymi restauracjami i kawiarniami, zlokalizowany jest w centralnym punkcie obiektu.

Przy ulicy Zielonej w Łodzi rozpoczyna się również rewitalizacja kamienicy Aurbachów. W połowie 2021 roku w kamienicy mają zostać oddane nowoczesne biura i punkty usługowo-handlowe na parterze w budynku. Neobarokowa kamienica, składająca się z budynku frontowego i dwóch oficyn przyniesie po rewitalizacji ponad 1,4 tys. mkw. powierzchni najmu.

Projekty rewitalizacyjne na warszawskiej Woli

W Warszawie kilka ostatnich lat to z kolei czas dużych przemian przestrzennych związanych z przekształceniem obszarów postindustrialnych przede wszystkim na Woli i Pradze Północ. Na Woli pomiędzy ulicą Żelazną, Łucką i Prostą proces rewitalizacji przechodzą dziś zabudowania dawnego Towarzystwa Akcyjnego Fabryk Metalowych Norblin, Bracia Buch i T. Werner. Zachowało się tam dziewięć XIX-wiecznych obiektów, które po renowacji pełnić będą funkcje handlowo-usługowe. Firma Capital Park, która jest inwestorem projektu planuje także budowę nowych biurowców. Na terenie obiektu otwarte zostanie też kino, teatr oraz muzeum dawnej fabryki Norblina z 50 odrestaurowanymi maszynami i kolekcją platerów.

Pomiędzy budynkami, na obszarze 2 hektarów powstanie sieć pasaży, wewnętrznych uliczek i skwerów, wypełnionych zielenią, które tworzyć będą mini dzielnicę. ArtN dostarczy 66 tys. mkw. powierzchni użytkowej, w tym 40 tys. mkw. powierzchni biurowej i 26 tys. mkw. przestrzeni poświeconej funkcji handlowej, usługowej, rozrywkowej, kulturalnej i gastronomicznej. Na terenie kompleksu, który być otwarty na koniec 2020 roku, funkcjonował będzie BioBazar, kluby, restauracje oraz foodhall z ponad 20 konceptami gastronomicznymi. Przewidziany został też czteropoziomowy parking podziemny.

Browary Warszawskie i Bohema

Niedaleko, fabryki Norblina, w kwartale ulic Grzybowska, Wronia, Krochmalna i Chłodna usytuowany jest dawny Browar Haberbusch i Schiele, a później Browary Warszawskie. Na tym terenie Echo Investment realizuje zespół mieszkaniowo-biurowy. W skład inwestycji wchodzą dwa nowe budynki Biura przy Willi i Biura przy Warzelni, w których znajdzie się łącznie 46 tys. mkw. powierzchni oraz budynki mieszkalne. Inwestor przywrócił już świetność XIX-wiecznej willi przy ulicy Grzybowskiej, w której mieszkali niegdyś współwłaściciele firmy, Feliks i Kazimierz Schiele. Budynek dawnej warzelni i 170 letnie, zabytkowe piwnice mają po rewitalizacji przyjąć zaś funkcje gastronomiczno-rozrywkowe. W Browarach Warszawskich powstanie też nowa ulica Haberbuscha i Schielego oraz pięć placów miejskich. Obiekt zaoferuje bogatą ofertę gastronomiczną, a w centralnym punkcie – Rynku Warzelni otwarta zostanie XIX-wieczna warzelnia. Zakończenie realizacji inwestycji planowane jest w 2020 roku.

Z kolei na warszawskiej Pradze przy ulicy Szwedzkiej, niedaleko słynnego już Konesera, dzięki któremu dzielnica znacznie zyskała na popularności wśród mieszkańców miasta i turystów, rusza restrukturyzacja dawnej fabryki Pollena-Uroda. Na terenie zakładów, które przed wojną należały do rodziny Schichtów, firma Okam Capital wznosi zespół mieszkaniowo-komercyjny o nazwie Bohema. Projekt obejmuje budowę nowych budynków i rewitalizację zabytkowych zabudowań. W centralnym punktem nowego, otwartego placu miejskiego, na którym odbywać się będą wydarzenia artystyczne, znajdzie się 83 metrowy komin górujący niegdyś nad zakładem Polleny. Rewitalizacja historycznych budynków Kotłowni, Glicerynowni i Warzelni, w których znajdzie się około 6,5 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni komercyjnej, już się rozpoczęła, a jej zakończenie przewidziane jest w pierwszym kwartale 2021 roku. Bohema, usytuowana na 4,3 hektarowym terenie, zaoferuje mieszkania, lokale handlowo-usługowe i biurowe oraz przestrzeń co-workingową.

White Star Real – Estate Elektrownia Powiśle Warszawa, woj. mazowieckie
White Star Real – Estate Elektrownia Powiśle Warszawa, woj. mazowieckie

Elektrownia znów rozbłyśnie na Powiślu

Niedługo życie wróci również m.in. do opuszczonego budynku PZO przy ulicy Grochowskiej 316/320. Na terenie przedwojennych zakładów optycznych firmy Cain International i White Star Real Estate planują budowę 121 mieszkań i odrestaurowanie ponad 12 tys. mkw. powierzchni z przeznaczeniem na cele biurowo-usługowe w dawnym obiekcie fabrycznym. Realizacja inwestycji ma się zakończyć w 2021 roku.

White Star Real Estate wraz z Tristan Capital Partners na warszawskim Powiślu prowadzi też projekt związany z rewitalizacją dawnej Elektrowni Warszawskiej z 1904 roku. Multifunkcyjna Elektrownia Powiśle w trzech nowych budynkach biurowych zaoferuje 22 tys. mkw. powierzchni najmu, a ponadto 90 luksusowych, loftowych apartamentów na wynajem i butikowy hotel ze 150 pokojami. Na terenie obiektu, który ma zostać oddany jesienią bieżącego roku, dostępna będzie też część handlowo-restauracyjna o powierzchni 18 tys. mkw. z prawie 40 różnorodnymi konceptami gastronomicznymi oraz nowe place miejskie usytuowane pomiędzy odrestaurowanymi i nowymi budynkami.

Rewitalizacja Stoczni Cesarskiej na starcie

Niezwykle interesująco zapowiada się również projekt związany z rewitalizacją obszaru Nowego Miasta i Stoczni Cesarskiej w Gdańsku. Restrukturyzacją mają zostać objęte 73 hektarowe tereny postoczniowe nad Motławą, położone w bliskim sąsiedztwie Starego Miasta, które stanowią dziś własność prywatnych inwestorów. W planach jest wykorzystanie dawnych hal stoczniowych oraz budowa nowych obiektów hotelowych, biurowych i mieszkalnych. Rewitalizacja tego obszaru ma dać Gdańskowi nową, reprezentacyjną dzielnicę, gdzie poza budynkami mieszkalnymi i komercyjnymi mieścić się będą liczne restauracje, sklepy, placówki usługowe, a także parki i skwery dla mieszkańców.

Rewitalizacja zabudowań Stoczni Cesarskiej, która jest wyjątkowym miejscem na mapie miasta, właśnie ruszyła. Belgijska spółka Stocznia Cesarska Development otrzymała niedawno pozwolenie na budowę, umożliwiające rozpoczęcie remontu budynku Dyrekcji. Renowacja zabytkowego obiektu z 1878 roku ma zakończyć się w lipcu 2020 roku. W odnowionej Dyrekcji będzie 4 tys. mkw. powierzchni biurowej, a także sale konferencyjne, strefy relaksu, kawiarnia, przestrzeń eventowa. Pierwszy etap realizacji projektu obejmie również adaptację Remizy i budowę pierwszych czterech budynków mieszkalnych na Placu Dyrekcyjnym oraz nowej przestrzeni publicznej. Na terenie Młodego Miasta wielu deweloperów przygotowuje aktualnie do budowy swoje projekty komercyjne i mieszkaniowe.

Poznań, Kalisz i Radom z klimatycznymi miejscówkami

Nową dzielnicę z różnymi funkcjami ma mieć też Poznań. Nowy kwartał miejski powstanie na terenie wygaszonej elektrociepłowni w zakolach Warty. Część terenu, na którym planowana jest Mała Wenecja należy do Veolii, a część do miasta, które poszukuje inwestorów dla tego przedsięwzięcia. W tym celu opracowano koncepcję zabudowy obszaru Elektrociepłowni Garbary na Ostrowie Tumskim.

Ciekawą, zakończoną niedawno rewitalizacją może pochwalić się natomiast Kalisz, gdzie na   terenie dawnej Fabryki Fortepianów i Pianin Calisia otwarty został wielofunkcyjny kompleks biznesowy Calisia One. W najstarszej, zabytkowej części historycznych zabudowań oddana została nowoczesna powierzchnia biurowa. Stanął w niej również fortepian wyprodukowany w 1939 roku. W kompleksie funkcjonuje hotel Hampton by Hilton Kalisz i otwarty został zrewitalizowany dziedziniec z knajpkami, restauracjami i konceptami kulinarnymi.

Na swoje kolejne wcielenie czekają też zabudowania Fabryki Broni Łucznik w Radomiu. Agencja Rozwoju Przemysłu w drodze przetargu wyłoni wykonawcę dokumentacji projektowej rewitalizacji, przebudowy i nadbudowy wraz ze zmianą sposobu użytkowania kompleksu budynków fabrycznych przy ulicy Przemysłowej. W dawnych zabudowaniach ma powstać nowoczesna powierzchnia biurowa, przede wszystkim dla branży nowoczesnych usług dla biznesu. Przewidziane zostały tam też sale na konferencje, szkolenia, działalność dydaktyczna i kulturalno-oświatową.

Małe sklepy znikają przez zakaz handlu? Eksperci i GUS mają spore wątpliwości

GUS zwraca uwagę na to, że w mediach krążą błędne interpretacje dot. małych, niezrzeszonych sklepów, które upadły wskutek zakazu handlu w niedziele. Liczba placówek działających w 2018 roku zostanie podana dopiero w IV kwartale br. w publikacji „Rynek wewnętrzny”. Z kolei instytuty badawcze dysponują niepełnymi statystkami. Zdaniem niektórych ekspertów, od 15 lat małoformatowy handel niezależny traci na znaczeniu, dlatego analizowanie go nie ma większego uzasadnienia biznesowego. Natomiast PIH obserwuje, jak radzi sobie ten sektor po wprowadzeniu zakazu, ale z konkretnym podsumowaniem czeka do końca 2020 roku. Obecnie dostrzega, że w najgorszej sytuacji są sklepy o powierzchni powyżej 100 m2.

Problem z danymi?

Jak informuje Ewa Bolesławska, Naczelnik Wydziału Współpracy z Mediami Głównego Urzędu Statystycznego, w przestrzeni publicznej pojawiają się czasem błędne interpretacje dotyczące tego, jak wiele małych sklepów zamknięto na skutek wprowadzenia zakazu handlu. Dane w rejestrze REGON, na jakie niektórzy się powołują, informują m.in. o liczbie podmiotów prowadzących działalność gospodarczą związaną z handlem. Należy jednak pamiętać o tym, że mogą one posiadać np. jedną lub kilka placówek. W bazie są też zarejestrowane podmioty niehandlowe, które również mogą posiadać sklepy.

– Nieumiejętne interpretowanie danych statystycznych i szerzenie błędnych informacji przede wszystkim zniekształca stan faktyczny i obraz całego handlu jako ważnej gałęzi gospodarki. Z oczywistych względów najbardziej mogą na tym ucierpieć przedsiębiorcy związani z tym rynkiem. Decyzje biznesowe oparte o wycinkowe liczby obarczone są wysokim ryzykiem – ostrzega dr Paweł Jurowczyk, Market Research Consultant w Instytucie Badawczym ABR SESTA.

Informacje na temat liczby sklepów funkcjonujących na rynku są pozyskiwane za pomocą sprawozdawczości podmiotów gospodarczych po zakończeniu roku referencyjnego, a następnie – opracowywane. Odbywa się to zgodnie z Rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 19 grudnia 2017 r. w sprawie programu badań statystyki publicznej na 2018 rok. W oparciu o analizę pozyskanych formularzy sprawozdawczych powstaje publikacja „Rynek wewnętrzny”, która będzie dostępna dopiero w IV kwartale br. Po porównaniu ze sobą danych uzyskanych na koniec 2018 i 2017 roku wówczas będzie można określić, ile sklepów faktycznie ubyło na rynku.

– Wszystkie podmioty gospodarcze mają obowiązek wypełniania formularzy sprawozdawczych i przekazywania pełnych oraz wyczerpujących informacji. Jedynie mikroprzedsiębiorstwa w pierwszym roku swojej działalności są zwolnione z obowiązku sprawozdawczego, o ile nie wynika on z umów i zobowiązań międzynarodowych lub przepisów prawa Unii Europejskiej – precyzuje Ewa Bolesławska.

Ekspert z Instytutu Badawczego ABR SESTA dostrzega, że wyłączenie niektórych mikroprzedsiębiorstw z badania może mieć wpływ na ostateczny wynik analizy. Wnioskowanie na podstawie niepełnych danych prowadzi zwykle do mylnych konkluzji. Zmniejsza się bowiem poziom ufności, z jakim możemy być pewni otrzymanych statystyk oraz zwiększa się błąd maksymalny, czyli różnica pomiędzy uzyskanym wynikiem a wartością rzeczywistą. Dodatkowo pojawia się kwestia błędu systematycznego, wynikająca z zastosowanej metody pomiaru, która może mieć jeszcze większy wpływ na rozbieżności.

– Rozwiązaniem może być tzw. cenzus sklepów. W dużym skrócie polega to na tym, że audytorzy sprawdzają każdą ulicę w miastach, miasteczkach i na obszarach wiejskich pod kątem ich obecności. Mają precyzyjnie wyznaczone trasy, które pokrywają cały analizowany obszar. Każda placówka handlowa jest dokładnie audytowana. Jak łatwo sobie wyobrazić, taki spis jest czasochłonny i bardzo kosztowny. Dodatkowo przy obecnej dynamice rynku dane się dezaktualizują – podkreśla Sebastian Starzyński, prezes zarządu platformy TakeTask.

Z kolei Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny w Polskiej Izbie Handlu, zauważa, że oprócz GUS-u statystyki prowadzi aż kilka instytutów badawczych na rynku. Jednak każdy z nich przyjmuje inną metodologię, szczególnie w zakresie definiowania danej kategorii sklepów. Jest to do pewnego stopnia zrozumiałe, ponieważ mamy do czynienia z mnogością formatów, pomiędzy którymi często brakuje wyraźnej granicy. W efekcie bardzo trudno jest porównywać ze sobą dane z różnych źródeł.

– Instytuty badawcze są w posiadaniu bardzo dokładnych i aktualnych danych, ale niestety niepełnych. Dysponują informacjami dotyczącymi m.in. tego, kiedy i gdzie został otwarty lub zamknięty sklep, jaką ma powierzchnię i otoczenie. Jednak są to przede wszystkim placówki należące do średnich i największych sieci. Od 15 lat małoformatowy handel niezrzeszony traci na znaczeniu. Właściciele coraz częściej decydują się na franczyzę. Monitorowanie liczby niesieciowych punktów sprzedaży nie ma uzasadnienia ekonomicznego. Jest to ciekawa statystyka, ale rynek nie zgłasza na nią zapotrzebowania – uważa dr Jurowczyk.

Wpływ zakazu handlu

Według Sebastiana Starzyńskiego, nie znając dokładnej liczby sklepów działających na rynku, trudno jest właściwie ocenić, jak wiele małoformatowych placówek upadło w związku z wprowadzeniem zakazu handlu w niedziele. Zjawisko zamykania niezależnych i małych punktów sprzedaży obserwujemy od wielu lat, zatem należałoby corocznie mierzyć cenzusem wszystkie z nich i porównać tempo spadku lub wzrostu w 2018 roku. Przy braku precyzyjnych danych bardzo łatwo jest o manipulację. Formułowanie wniosków będzie możliwe po zgromadzeniu niezbędnych informacji, które będzie można analizować w perspektywie kilku miesięcy lub paru lat.

– Monitorowanie skutków zakazu jest o tyle trudne, że każdy rok jest inny z punktu widzenia legislacji. Najpierw ograniczono handel w dwie niedziele w miesiącu, a potem – w trzy. W przyszłym roku sklepy będą nieczynne co tydzień. To komplikuje ocenę, bo nie można porównać wyników sprzedażowych przy takich różnicach. Pełną wiedzę będziemy mieli dopiero na koniec 2020 roku, po 12 miesiącach funkcjonowania pełnego obostrzenia – zwraca uwagę ekspert z Polskiej Izby Handlu.

Natomiast prezes Starzyński przypomina, że wprowadzenie zakazu handlu miało m.in. na celu rozwój polskiego niezależnego handlu. Jednak patrząc na to, jak działa rynek, już teraz można stwierdzić, że nie do końca to się udało. Duże sieci handlowe znalazły sposób na zrekompensowanie strat wynikających z wolnych niedziel. Zachęcają klientów do większych zakupów w inne dni tygodnia. W opinii eksperta z platformy TakeTask, największym zwycięzcą są stacje benzynowe. Na zmianie prawa zyskała też m.in. gastronomia. Jednak z całą pewnością nie można tego powiedzieć o sklepach małoformatowych.

– Z obserwacji Izby wynika, że sklepy mające do ok. 100 m2 powierzchni, które mogą być otwarte w niehandlowe niedziele i korzystają z tego przywileju, na ogół dobrze sobie radzą. Oczywiście ww. wielkość lokalu to umowna granica. Chodzi o to, żeby właściciel mógł samodzielnie pracować. Większych punktów sprzedaży nie jest w stanie kontrolować jedna osoba, która musi obsługiwać klientów, donosić towar z zaplecza i jeszcze uważać na ewentualne kradzieże. Takie podmioty najbardziej tracą na zakazie. Dlatego sprzedaż w piątki i w soboty stała się dla nich obszarem zaciekłej, choć nierównej walki konkurencyjnej z dyskontami, mocno inwestującymi w reklamę – zaznacza Maciej Ptaszyński.

Dr Jurowczyk przewiduje, że z każdym kolejnym zakazem bądź zaostrzeniem prawa walka konkurencyjna sklepów niezrzeszonych z sieciami handlowymi będzie niestety jeszcze trudniejsza. Już teraz pojedynczym placówkom i podmiotom posiadającym do kilku punktów sprzedaży niełatwo jest konkurować, chociażby ze względu na brak budżetów na prowadzenie jakichkolwiek akcji marketingowych.

– Niemniej przewagą sklepów niezrzeszonych jest to, że lepiej rozumieją rynek lokalny. Dobrze znają potrzeby i oczekiwania swoich klientów, szybciej reagują na zmiany i skuteczniej budują pozytywne relacje z konsumentami. Często cieszą się większym zaufaniem niż międzynarodowe sieci handlowe. Dlatego nie znikną z rynku, ale ich znaczenie będzie stale topnieć – zapewnia Sebastian Starzyński.

W ocenie eksperta z Polskiej Izby Handlu, nigdy nie jest tak, żeby wyłącznie jeden czynnik powodował zamknięcie sklepu. Może na to wpłynąć lokalizacja, obecna w danym rejonie konkurencja, sposób zarządzania placówką, w tym polityka asortymentowa i cenowa, a także wzrost kosztów stałych, np. rosnące wynagrodzenia. Dopiero po analizie indywidualnych uwarunkowań, warto wziąć pod uwagę to, na ile zmiany legislacyjne mogły przyczynić się do upadku biznesu. Należy też dodać, że część dobrze prosperujących niezrzeszonych placówek znika z rynku z powodu braku sukcesji. Młode pokolenie nie zawsze chce przejmować je po rodzicach. Brakuje też odpowiednich przepisów w tym zakresie, ale to jeszcze ma szansę się zmienić.

Carsharing na doby

Statystyczny samochód przez 95% czasu stoi nieużywany, a w ruchu uczestniczy przez ok. godzinę dziennie. Carsharing to trend, który może to zmienić. Istotą ekonomii współdzielenia (ang. sharing economy) jest możliwość używania jednego przedmiotu przez wiele osób. Dzięki temu jedno auto dłużej znajduje się w ruchu, co jest zarówno ekonomiczne, jak i ekologiczne. 

W Polsce o carsharingu mówi się zazwyczaj w kontekście wynajmu aut na minuty. Samochód udostępniany w takiej formule można wypożyczyć od razu „z ulicy”, tam, gdzie pojazd pozostawi poprzedni użytkownik. Z auta skorzystać może każdy, kto posiada prawo jazdy, ściągnie na telefon aplikację, po czym poda w niej dane swojej karty płatniczej. Tyle wystarczy, by móc wsiąść do dowolnego auta danej firmy carsharingowej i poruszać się po mieście, płacąc za przejechany dystans oraz za czas używania pojazdu.

Tego typu carsharing ma jednak nie tylko zalety, ale i wady. Użytkownik może wybierać co najwyżej spośród kilku modeli pojazdów, a podróże zwykle ograniczają się do ściśle wyznaczonej strefy. W dodatku, aby klienci mieli wygodny dostęp do aut, samochody na wynajem zajmują publiczne parkingi – zarówno w centrach miast, jak i na osiedlach w odległych dzielnicach. Zmniejszają w ten sposób liczbę miejsc do parkowania dostępnych dla kierowców aut prywatnych.

Carsharing minutowy posiada jednak alternatywę w postaci carsharingu na doby. Tego typu oferty znajdziemy zarówno u niektórych operatorów carsharingu minutowego, jak i – przede wszystkim – w firmach wyspecjalizowanych w wynajmie krótkoterminowym (na dni) oraz średnioterminowym (na miesiące).

– Wypożyczalnie samochodów działają w Polsce od ponad 20 lat, więc auta dostępne na doby nie są niczym nowym. Nowością jest jednak metamorfoza, jaką przechodzi wynajem, szczególnie krótkoterminowy. Cały proces wynajmu ulega uproszczeniu, rozliczenia stają się przejrzyste, a w efekcie wynajem na doby coraz bardziej wpisuje się w ekonomię współdzielenia. W dodatku tego typu carsharing pozwala uniknąć wielu wad wynajmu minutowego – mówi Ireneusz Tymiński, prezes ogólnopolskiej wypożyczalni samochodów Emotis.

Czy to w ogóle carsharing?

Zacznijmy od tego, czy wynajem krótkoterminowy można w ogóle uznać za rodzaj carsharingu. Zgodnie z Wikipedią „carsharing to system wspólnego użytkowania samochodów osobowych. Samochody udostępniane są za opłatą użytkownikom przez operatorów floty pojazdów (…)”. Kluczowe jest więc to, aby z jednego auta mogło korzystać wiele osób, zwiększając tym samym stopień wykorzystania dostępnych samochodów.

Zgadza się też opis mówiący, że „carsharing to model biznesowy wypożyczalni samochodów, gdzie możliwe jest wypożyczanie samochodu na krótki czas, często z godziny na godzinę. Jest on atrakcyjny dla klientów, którzy tylko sporadycznie korzystają z pojazdu, a także dla tych, którzy chcieliby okazjonalnie mieć dostęp do samochodu innego typu. Podstawą carsharingu jest uzyskanie korzyści prywatnego samochodu, bez kosztów i obowiązków wynikających z jego posiadania.”

Wśród innych cech przypisywanych carsharingowi znajdziemy m.in. łatwy dostęp do samochodów, elastyczny czas wynajmu, czy ubezpieczenie w cenie wynajmu. Warto jednak zaznaczyć, że szczegółowe rozwiązania mogą znacznie się różnić w zależności od zasad ustalonych przez konkretną firmę, co nie zmienia faktu, że mamy do czynienia właśnie z carsharingiem.

Co wyróżnia carsharing dobowy?

Carsharing dobowy dobrze sprawdzi się wtedy, gdy klient potrzebuje auta na więcej niż 2-3 godziny, w tym również wówczas, gdy chciałby wyjechać poza miasto, czy nawet za granicę.

Ponieważ samochody dostępne są na parkingu wypożyczalni, nie blokują one publicznych parkingów. W przypadku firmy Emotis, klient może odebrać auto w jednym z 14 oddziałów w całej Polsce. Ale to nie jedyna możliwość. W każdym z tych miast, Klient może poprosić także o dostarczenie auta pod wskazany adres.

Dużą zaletą jest dostęp do aut rozmaitych segmentów (od małych, przez suv-y, po vany i limuzyny klasy premium), w różnych wariantach nadwozia (w tym kombi), z manualną lub automatyczną skrzynią biegów, wielu marek, w dodatku bez wyraźnego „obrandowania” nazwą wypożyczalni. Większa dyskrecja przydaje się chociażby podczas wypożyczeń dla celów biznesowych, gdy np. właściciel lub pracownik danej firmy wyjeżdża takim autem na spotkanie z klientem.

– W przeciwieństwie do carsharingu minutowego, przy wynajmie dobowym pracownik wypożyczalni jest dostępny zarówno przy wydaniu auta, jak i przy jego odbiorze. Z jednej strony można to uznać za pewną niedogodność, ale z drugiej, klient zyskuje pewność, że nie zostanie obciążony za szkody spowodowane przez wcześniejszego użytkownika – mówi Ireneusz Tymiński.

Ponieważ w przypadku wynajmu dobowego auto wybranej klasy jest rezerwowane (telefonicznie lub przez internet), nie ma obawy, że w chwili, gdy nadejdzie czas wyjazdu, klient pozostanie bez samochodu. Zamówione i potwierdzone auto na pewno będzie dostępne, a rezerwacji można dokonać zarówno z dnia na dzień, jak i z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

Samochody udostępniane w ramach carsharingu (zarówno minutowego, jak i dobowego), to w większości auta nowe lub prawie nowe. Jednak w przypadku samochodów z wypożyczalni, inaczej wygląda kwestia opieki nad pojazdami. Nie stoją one przy ulicy i nie są używane przez wielu kierowców w ciągu jednej doby – dzięki temu mogą być myte i poddawane pielęgnacji przed wydaniem każdemu kolejnemu klientowi.

– W Polsce jest wiele wypożyczalni samochodów, ale dla odróżnienia tradycyjnego wynajmu od carsharingu kluczowe jest uwzględnienie filozofii danej firmy, procedur czy wykorzystywanej technologii. W naszym przypadku działamy tak, aby dostarczać mobilność i wspierać nowy styl życia. Dlatego skupiamy się na przejrzystych cennikach i zasadach oraz maksymalnym uproszczeniu wynajmu, zgodnie z zasadami carsharingu – mówi Ireneusz Tymiński.

Czy carsharing dobowy ma jakieś wady?

Jeśli szukamy elementów, które na niekorzyść odróżniają carsharing dobowy od minutowego, to takie również odnajdziemy. Najbardziej wyraźną różnicą jest brak możliwości skorzystania z samochodu natychmiast, tu i teraz, gdy pojawi się doraźna potrzeba. Obecnie aplikacje internetowe w carsharingu dobowym nie są jeszcze wykorzystywane w szerokim zakresie – aby zamówić auto, trzeba skontaktować się z wypożyczalnią (choćby przez Messenger).

Ponieważ carsharing dobowy zazwyczaj jest wykorzystywany do podróży pomiędzy miastami lub nawet za granicę, to koszt postoju w strefach płatnego parkowania pozostaje po stronie kierowcy. Do klienta należy również tankowanie auta na własny koszt (choć istnieje opcja zwrotu samochodu z pustym bakiem). Są to jednak kwestie wynikające głównie z innego sposobu użytkowania aut w ramach wynajmu dobowego.

Carsharing minutowy wygrywa, kiedy potrzebujemy jakiegokolwiek auta w mieście, np. na godzinę lub dwie. Natomiast w sytuacji, kiedy chcemy wypożyczyć pojazd na dłużej lub wyjechać nim poza miasto, a do tego zależy nam na możliwości wybrania auta konkretnej klasy czy wielkości, znacznie lepiej (i taniej) sprawdzi się carsharing dobowy.

W bezpośrednim zestawieniu trudno mówić o zwycięzcy i przegranym – obydwie formy carsharingu doskonale się uzupełniają i dopiero gdy uwzględnimy je razem, uzyskamy szerszą wizję tego, jak może wyglądać ekonomia współdzielenia oraz mobilność w niedalekiej przyszłości. Jest całkiem prawdopodobne, że już wkrótce nie będziemy potrzebowali tak wielu samochodów prywatnych, ponieważ codzienne potrzeby mieszkańców miast w zakresie mobilności w bardzo dużym stopniu zaspokoi właśnie carsharing.

Ponad połowa Polaków woli być kierowcą niż pasażerem

– Polacy wolą prowadzić auto niż podróżować na miejscu pasażera – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie marki wynajmu samochodów Avis. 51% ankietowanych z naszego kraju stwierdziło, że w trakcie wyjazdu lubi zasiąść za kierownicą.

Wyniki ankiety z Polski to część rezultatów większego badania, przeprowadzonego przez agencję Sapio w 14 europejskich krajach*.

Miejsce za kierownicą najpopularniejsze

Fotel kierowcy okazał się najbardziej popularny wśród ankietowanych. – Prowadzenie samochodu to dla wielu Polaków przyjemność sama w sobie. Ważna jest również elastyczność, możliwość doboru auta, jakiego potrzebują w danej chwili. Inny pojazd sprawdzi się np. podczas przejażdżki po mieście, a jeszcze inny w trakcie weekendowego wypadu za miasto – stwierdził Martin Gruber, dyrektor zarządzający Avis Budget Group w Europie Środkowej.

Na drugim miejscu znalazł się przedni fotel pasażera. Jako swoje ulubione miejsce w aucie wskazało je 38% ankietowanych. Nic dziwnego. W końcu to najlepsze miejsce w samochodzie, aby podziwiać widoki za oknem, wybierać muzykę, umilającą jazdę i rozmawiać z kierowcą. Jeszcze łatwiej cieszyć się krajobrazami, podróżując wyższym autem np. typu SUV.

Pozostała część ankietowanych, czyli 11% stwierdziła, że najbardziej lubi podróżować na tylnej kanapie samochodu.

Najchętniej podróżujemy z drugą połówką

Oprócz wyboru miejsca i roli w samochodzie, ankietowanych spytano również o najlepszego towarzysza podróży samochodem. Dla większości, bo aż 59% badanych jest nim druga połówka – partner, mąż, żona, dziewczyna albo chłopak.

*Badanie przeprowadzone przez agencję Sapio na próbie 14 tysięcy osób (w tym 1000 w Polsce) m.in. w takich krajach jak Wielka Brytania, Niemcy, Francja czy Hiszpania.

JBTS nowym dystrybutorem Xiaomi w Polsce

Xiaomi, międzynarodowa firma technologiczna, rozpoczęła współpracę z JBTS. Polska spółka odpowiedzialna będzie za dystrybucję urządzeń ekosystemowych producenta. Jest to trzeci oficjalny dystrybutor Xiaomi w Polsce.

Działalność JBTS dla Xiaomi obejmie sprzedaż wyselekcjnowoanych produktów ekosystemowych oraz rozwój nowych kanałów sprzedaży. Ponadto firma będzie prowadziła autoryzwaną sprzedaż online w sklepie xiaomi365.pl i w strefie klienta na Allegro.

Xiaomi dynamicznie rozwija swoje kanały sprzedaży zarówno w segmencie stacjonarnym jak i online. W Polsce mamy już osiem autoryzowanych salonów Mi Store, sklepy online oraz szeroką sieć partnerów handlowych. JBTS jest już trzecim dystrybutorem urządzeń Xiaomi w Polsce. Jego działania będą skoncentrowane na ekosystemie Xiaomi, który ze względu na znakomity stosunek jakości do ceny, staje się coraz bardziej popularny w naszym kraju. Wierzę, że współpraca z JBTS przyczyni się do jeszcze większej rozpoznawalności marki Xiaomi w Polsce – mówi Marcin Szczepankowski, GTM, Xiaomi Technology Polska.

Aktualnie na chińskim rynku dostępnych jest ponad 2000 świetnych produktów ekosystemu Xiaomi dedykowanych każdej dziedzinie życia – od oczyszczaczy powietrza po pojazdy segway, w tym pełna gama nowoczesnego inteligentnego sprzętu gospodarstwa domowego oraz elektronicznych akcesoriów i gadżetów. Bardzo cieszymy się, że możemy pracować z marką Xiaomi w Polsce. Naszym celem jest stałe powiększanie jej portfolio na naszym rynku – mówi Jakub Tomasiczek, Dyrektor Generalny JBTS.

JBTS
Jakub Tomasiczek, Dyrektor Generalny JBTS – Bartłomiej Sawczyn

Oferta produktów marki Xiaomi dostępnych na polskim rynku sukcesywnie się powiększa. Obecnie, oprócz telefonów, klienci mogą kupić ponad 100 urządzeń ekosystemowych m.in. elektryczne hulajnogi, nineboty, smartwatche czy inteligentne czujniki. Za dystrybucję wszystkich produktów Xiaomi w Polsce odpowiadają: Grupa Roseville (Also HOLDING) oraz Ingram Micro. Urządzenia sygnowane logo Mi dostępne są we wszystkich większych sieciach handlowych i platformach internetowych.

W Polsce jest osiem autoryzowanych Mi Store: po dwa w Warszawie (Centrum Handlowe Arkadia oraz Galeria Młociny) i Krakowie (Centrum Handlowe Serenada oraz Galeria Krakowska) oraz po jednym we Wrocławiu (Pasaż Grunwaldzki), w Poznaniu (Centrum Posnania), Katowicach (Galeria Katowicka) i Gdyni (Centrum Riviera).  W najbliższych miesiącach planowane jest otwarcie kolejnych punktów.

Rozwiązywanie problemów jako kompetencja najlepszych liderów

Tym, co charakteryzuje efektywność menedżera, jest m.in. zdolność do pokonywania trudności pojawiających się na drodze do pożądanego celu. Umiejętność tę można wypracować i rozwijać, stosując pięć aktywności.

Wg amerykańskich coachów Josepha Folkmana i Jacka Zengera, autorów książki „Speed: How Leaders Accelerate Successful Execution”, efektywność w biznesie stanowi wypadkową 16 kompetencji. Jedną z najważniejszych jest zdolność do rozwiązywania problemów. Wyróżnia ona najlepszych liderów na każdym szczeblu organizacji.

Inteligencja nie przesądza o skuteczności lidera

Twierdzą oni, że w radzeniu sobie z trudnościami pojawiającymi się na drodze do pożądanego celu kluczowa nie jest wcale inteligencja. Ważniejszą rolę odgrywają gruntowna wiedza w danej dziedzinie i doświadczenie. Przy czym nie muszą to być własne przeżycia. Istotne jest to by, w trudnych sytuacjach wiedzieć i potrafić dotrzeć do ekspertów, badaczy tematu i skorzystać z ich autopsji.

Co jeszcze decyduje o tym, czy będziemy w stanie uporać się z przeciwnościami w biznesie?

Kolejne kluczowe czynniki to:

  • aktywność rozumiana jako chęć podejmowania wyzwań, szukania rozwiązań,
  • holistyczne spojrzenie, a nie skupianie się na pojedynczych zagadnieniach,
  • zaangażowanie,
  • wytrwałość.

Zdaniem Folkmana i Zengera, w kontekście radzenia sobie z problemami, ważna jest również zdolność do współpracy, budowania dobrych relacji ze współpracownikami.

Skąd wiadomo, że to właśnie te cechy są najważniejsze? Amerykanie wskazali je na podstawie prowadzonych w latach 90. obserwacji wyróżniających się naukowców z Bell Laboratories. To ośrodek badawczo-wdrożeniowy firmy Alcatel-Lucent (obecnie część Nokii), w którym opracowano m.in. system operacyjny Unix, języki programowania C i C++ oraz wynaleziono np. ogniwo fotowoltaiczne, tranzystor czy fotokomórkę. Bell Labs to matecznik noblistów (do 2018 r. miało 15 wyróżnionych tą nagrodą).

Wskazane przez Folkmana i Zengera cechy decydujące o zdolności przezwyciężania kłopotów można nabyć, wypracować i rozwijać. Co równie ważne, da się to robić w każdym wieku. W jaki sposób? Psycholodzy i eksperci zarządzania wskazują na pięć aktywności.

Poddawaj się trudnym sytuacjom

Trzeba pokonać w sobie strach przed porażką, złą oceną i znaleźć energię do stawiania czoła problemom. Doświadczenie nabywa się poprzez konfrontację z czymś dla siebie nowym. Im więcej podobnych trudności, tym więcej wiedzy i okazji do przećwiczenia wyrobionych nawyków reagowania.

W tym kontekście warto przytoczyć zasadę 10 000 godzin. Tyle czasu trzeba poświęcić na ćwiczenia, by w pełni rozwinąć swój talent w konkretnym zagadnieniu.

Myśl dwutorowo

Ludzie dobrzy w jakimś fachu korzystają z dwóch sposobów myślenia: szybkiego i wolnego. Pierwsze przydaje się do szukania oznak, objawów problemów, drugie – ich analizowania i znajdowania rozwiązań. Oba rodzaje myślenia wpływają na trafność podejmowanych decyzji.

Walcz ze schematycznymi rozwiązaniami

Większość z nas w kłopotliwych sytuacjach sięga po najprostsze środki. Dzięki temu oszczędza czas czy energię (patrz wyżej). Jednak taki sposób postępowania nie sprawdza się w nietypowych okolicznościach. By umieć sobie z nimi radzić, warto myśleć nieszablonowo, wbrew schematom. Innowacje biorą się z tego, że ktoś podejmie trud walki z bezwładnością myślenia.

Nawiązuj interdyscyplinarne relacje zawodowe

Współczesne problemy mają złożony charakter, gdyż dotyczą wielu dyscyplin. Ich rozwiązanie wymaga wiedzy i doświadczenia ekspertów z różnych obszarów. Dzięki współpracy, budowaniu kontaktów zawodowych zyskuje się różne punkty widzenia tego samego zagadnienia, a to przekłada się na lepsze (bardziej optymalne) pomysły.

Postaraj się o pozytywne nastawienie

Elementarnymi warunkami podejmowania wyzwań są chęci, cierpliwość i wytrwałość. Im więcej stresu, gniewu, strachu, tym gorsza kreatywność. Negatywne emocje mogą zaburzać perspektywę i hamować ciekawość w szukaniu dobrych rozwiązań.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak

Optymizm powróci na GPW?

Ostatnie tygodnie nie są dobre dla inwestorów z GPW. Gdy na Wall Street bito kolejne rekordy, nasza giełda reagowała umiarkowanie, ale gdy na świecie zaczynają się spadki, to w Warszawie są one szczególnie wysokie.

– Spadek notowań indeksu WIG 20 już w pobliże 2 tys. pkt. oznacza, że w ciągu kilku ostatnich lat indeks ten drepcze w miejscu – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Przyczyny związane są nie tylko z obawami inwestorów o światową koniunkturę gospodarczą, ale też dodatkowo ze składem spółek tworzących WIG 20. Niskie stopy procentowe i podatek bankowy nie pomagają notowaniom banków, a branża energetyczna, zdominowana przez Skarb Państwa jako akcjonariusza, też mocno reprezentowana w indeksie, nie radzi sobie dobrze.

Teraz nadzieją dla GPW pozostaje wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych.

Polacy wciąż chcą kupować mieszkania na kredyt

Popyt na kredyty wciąż jest bardzo wysoki, a do tego dynamicznie rośnie wartość przeciętnego wnioskowanego kredytu, co jest najszybszym wskaźnikiem, który może sugerować, że ceny mieszkań wciąż rosną.

Nie potwierdzają się obawy, że rynek mieszkaniowy jest przegrzany, a popyt będzie spadał, wraz z nim ceny. W II kw. br. Polacy zaciągnęli kredyty na rekordową kwotę ponad 16 mld zł.

Kolejny kwartał też zaczął się ostro, jak wynika z danych BIK. W lipcu 2019 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało 41,4 tys. klientów w porównaniu do 36,13 tys. rok wcześniej, to wzrost o 14,6%. W czerwcu br. takich klientów było 35,24 tys., czyli o 15% mniej niż w lipcu. Ponadto średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w lipcu 2019 r. wyniosła 277,75 tys. zł. i była o 9,4% wyższa niż rok wcześniej.

– Co jest szczególnie ciekawe, to zwalnia dynamika wzrostu wielkości przeciętnie udzielanego kredytu, jego kwota nie rośnie już w tempie kilkunastu procent rocznie, ale wzrost jest nadal duży, bo 9-10-procentowy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments. – To daje nadzieję, że mieszkania w Polsce powoli przestają tak dynamicznie drożeć. Ta dynamika będzie już jednocyfrowa.

Globalne trendy, które zmieniają rynek pracy i… przestrzenie biurowe

Ciągła ewolucja to znak dzisiejszych czasów. W niezwykle szybkim tempie następują zmiany w gospodarce, technologii, a nawet społeczeństwie. Obszarem, który zmienia się równie dynamicznie jest rynek pracy, a wraz z nim przestrzenie biurowe. Ich projektowanie, w obliczu coraz to nowych potrzeb i oczekiwań pracowników, bywa niemałym wyzwaniem. Na jakie zmiany szczególnie należy zwrócić uwagę? Eksperci Forbis Group postanowili przyjrzeć się najważniejszym trendom.

Zmienia się rynek pracy, a wraz z nim preferencje i warunki stawiane firmom przez potencjalnych pracowników. Organizacje, które chcą iść z duchem czasu, stale się rozwijać i walczyć o najlepszych specjalistów, powinny implementować te zmiany do swoich biur. Przestrzeń przeznaczona do wykonywania obowiązków służbowych to jeden z ważniejszych czynników, branych pod uwagę przez kandydatów podczas procesu rekrutacji. Transformacja jest nieunikniona – co więcej… ona już się dzieje. Jakie zmiany rynkowe i społeczne mają największy wpływ na nowoczesne przestrzenie biurowe? Firma Technolopis1 wyróżniła pięć najważniejszych globalnych trendów.

Technologia jutra

Jednym z najważniejszych czynników wpływających na pracę jest technologia. Daje ona ludziom nie tylko nowe możliwości, ale także wysoką mobilność. Narzędzia technologiczne mogą zostać zsynchronizowane, tworząc platformy dostępne dla pracowników na odległość. Dzięki nim, coraz częściej mamy możliwość pracować zarówno z biura, jak i z każdego miejsca na świecie. Mobilność daje dzisiejszym pracownikom i pracodawcom multum nowych możliwości, a także zmienia biurową rzeczywistość. Przestrzenie są coraz bardziej elastyczne i zróżnicowane. Łączą w sobie, bowiem, stałe stanowiska pracy ze strefami tzw. „hot desk’ów”, przeznaczonych dla tych członków zespołu, którzy nie muszą spędzać w biurze standardowych ośmiu godzin – mówi Mateusz Laskowski, członek zarządu Forbis Group.

Innowacje przede wszystkim

Firma, która stale się rozwija ma znacznie większe szanse na sukces. Rynek w zawrotnym tempie wymusza na organizacjach ciągłe wprowadzanie innowacji, które stanowią o ich konkurencyjności. W kwestii przestrzeni biurowych nieocenione są zatem takie powierzchnie, które ewoluują wraz z ciągłymi modernizacjami wprowadzanymi do organizacji. Mistrzami i prekursorami „zwinności” w biurze są oczywiście firmy z branży IT. To na ich potrzeby powstały pierwsze „Agile Workplace”, czyli przestrzenie modularne, wyposażone w zróżnicowane strefy, tworzące multifunkcyjne biurowe systemy. To miejsce reagujące na szybko wprowadzane zmiany – mówi ekspert Forbis Group.

Talent pożądany

Bitwa o talent to coraz częstsze zjawisko na rynku pracy. Poszukujący kandydatów do swojej firmy, muszą podejmować coraz odważniejsze kroki by zgromadzić u siebie najzdolniejszych pracowników. Co ważne, liczy się nie tylko doświadczenie zawodowe, ale także umiejętność rozwiązywania problemów, słuchania, analizy danych, budowania relacji, mobilności i wielu form współpracy. Jedną z form przyciągania talentów do firmy jest atrakcyjna, funkcjonalna i sprzyjająca rozwojowi przestrzeń do pracy w której… chce się pracować. W ten sposób powstał między innymi Human-Centered Design, czyli sposób projektowania biur, w którym w centrum jest człowiek i jego potrzeby. Projektując biuro, które pracownicy mają pokochać, należy pamiętać, że to, co dla jednego jest wizją idealnego miejsca pracy, dla kogoś innego może okazać się „korporacyjnym koszmarem”. Walcząc o pracownika, niektóre firmy zaczęły prześcigać się w oryginalnych (choć już coraz mniej) rozwiązaniach, takich jak kolorowe strefy relaksu, hamaki, miejsca do pracy w przeróżnych pozycjach, zapominając niekiedy o tym, co najważniejsze – funkcjonalności – komentuje Mateusz Laskowski.

Zrównoważony rozwój

Definicja głosi, że zrównoważony rozwój to taki, który „odpowiada obecnym potrzebom ludzi bez ograniczania przyszłym pokoleniom możliwości do zaspokojenia swoich potrzeb”2. To zjawisko przybiera formę inteligentnego biznesu. Coraz powszechniejsze jest zrozumienie, że to właśnie przedsiębiorstwa (i duże i małe) mają ogromny wpływ na środowisko. Warto pomyśleć o tym już na etapie projektowania przestrzeni biurowej. Rozwiązań jest wiele – od działań i funkcjonalności, mających na celu zmniejszenie zużycia energii, do implementowania polityki „zero waste”. Zero waste w biurze to zapobieganie marnowaniu się wszelkich zasobów, także zdrowia pracowników, a zaczyna się od małych nawyków. Dobrze zaprojektowane biuro pozwala je kształtować – mówi ekspert Forbis Group.

Rozproszenie pracy

Faktem jest, że organizacje stają się coraz bardziej rozproszone pod względem przestrzennym i organizacyjnym. Częstsze są koneksje i twórcze interakcje pomiędzy różnymi zespołami i działami. Warto myśleć o tym jak umożliwić pracownikom funkcjonalną i sprawną pracę. To kolejny powód, dla którego w projektowaniu współczesnych biur coraz częściej na pierwszym miejscu stawia się elastyczność przestrzeni.

Eksperci Forbis Group podkreślają, że przestrzeń biurowa nie jest tylko miejscem pracy. Może ona stać się jej wizytówką i jednym z najefektywniejszych narzędzi employer brandingowych. By to osiągnąć, najlepiej zaufać specjalistom, którzy tworzą przestrzenie na miarę czasów.

1 The Technopolis Manifesto – The Workspace Earthquake
2 http://www.unic.un.org.pl/strony-2011-2015/zrownowazony-rozwoj-i-cele-zrownowazonego-rozwoju/2860

Nowy system, stare problemy. Coraz większe długi szpitali

Sieć szpitali, która miała ułatwić pacjentom dostęp do świadczeń zdrowotnych, a dyrektorom zarządzanie placówkami nie poprawiła ani sytuacji chorych, ani finansów większości badanych szpitali – wynika z kontroli NIK.

System podstawowego szpitalnego zabezpieczenia świadczeń opieki zdrowotnej działa od 1 października 2017 r. Ministerstwo Zdrowia zapowiadało, że dzięki niemu zmieni się podejście do pacjentów – szpitale zapewnią im kompleksowe świadczenia zdrowotne, obejmujące nie jak wcześniej poszczególne procedury, ale cały skoordynowany cykl leczenia. Jednak już na starcie w sieci znalazły się także takie placówki, które w przypadku części swoich pacjentów nie były w stanie realizować kompleksowych świadczeń ambulatoryjnych. Kontrola NIK pokazała także, że wbrew zapowiedziom włączenie do sieci nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej nie doprowadziło do zmniejszenia kolejek w szpitalnych oddziałach ratunkowych i w izbach przyjęć.

Jednym z głównych celów utworzenia sieci szpitali było poprawienie ich sytuacji finansowej; nowy system miał umożliwić elastyczniejsze gospodarowanie pieniędzmi, a w efekcie stopniowe wychodzenie z długów. Tymczasem proces zadłużania się badanych placówek, które już wcześniej miały problemy w większości przypadków jeszcze przyspieszył, pogorszyła się także sytuacja tych szpitali, którym w przeszłości wiodło się lepiej. Powodem było to, że choć w badanym okresie rosła wartość zawartych przez szpitale umów o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej, a co za tym idzie rosły ich przychody z działalności leczniczej, to znacznie szybciej przybywało niezależnych od tych placówek kosztów, na które złożyły się m.in. ustawowe wzrosty wynagrodzeń lekarzy i pielęgniarek.

W pierwszych 3 kwartałach 2018 r. przychody kontrolowanych szpitali były wyższe niż w analogicznym okresie 2017 r. o prawie 13%, ale  koszty o ponad 17%, tymczasem NFZ kompleksowo podniósł wysokość świadczeń w całym badanym okresie tylko raz, w 2017 roku – o 4%.Sieć nie wyciągnęła szpitali z długów

Rosnąca różnica w poziomie uzyskiwanych przychodów i ponoszonych kosztów skutkowała wzrostem zobowiązań szpitali i niekorzystnymi wynikami finansowymi. W sumie spośród 29 badanych przez NIK placówek, na koniec września 2018 r. 23 (79,3%) odnotowały ujemny wynik finansowy, a w porównaniu z wrześniem 2017 r. pogorszyła się sytuacja ekonomiczna 22 szpitali.Nowy system, stare problemy – szpitali i pacjentów

Łączna kwota zobowiązań wzrosła najbardziej w szpitalach zakwalifikowanych do I stopnia zabezpieczenia, tj. o 36,5% w stosunku do roku poprzedniego (dla szpitali II stopnia był to wzrost o 11,5%, zaś III stopnia o 4,6%). Największe straty miały na koncie 2 placówki z II poziomu zabezpieczenia:  Szpital Miejski Nr 4 w Gliwicach Sp. z o.o. (ok.18,5 mln zł strat) i Szpital Czerniakowski Sp. z o.o. w  Warszawie (ok. 17 mln zł strat), a także placówka zakwalifikowana do pierwszego poziomu – Szpital w Piekarskim Centrum Medycznym Sp. z o.o.  (ok. 13,5 mln zł strat).

Problemy z ryczałtem

NIK sprawdziła jak system podstawowego szpitalnego zabezpieczenia świadczeń opieki zdrowotnej funkcjonował od początku swojego istnienia do końca września 2018 roku, a także jak wyglądała sytuacja w placówkach tuż przed jego uruchomieniem (od stycznia 2015 r. do października 2017 r.). Kontrola objęła 29 placówek w 6 województwach – lubuskim, dolnośląskim, mazowieckim, podlaskim, pomorskim i śląskim.

Zdaniem Izby, tworząc sieć nie brano pod uwagę ani społecznych potrzeb, ani możliwości diagnostycznych i terapeutycznych konkretnego szpitala. Nie uwzględniono jego znaczenia w zapewnieniu bezpieczeństwa zdrowotnego w regionie – nie kierowano się sytuacją demograficzną i epidemiologiczną na obszarze funkcjonowania placówki, ani stopniem dostosowania jej infrastruktury do obowiązujących przepisów. Nie miała też znaczenia jakość, liczba i wartość udzielanych przez szpital świadczeń, czy stopień wykorzystania łóżek na poszczególnych oddziałach, a to m.in. przekładało się na nieuzasadnione i nadmierne koszty.

Wraz z utworzeniem sieci szpitali, istotnie zmienił się sposób finansowania tych placówek – teraz jest oparty przede wszystkim na ryczałcie wypłacanym przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Placówki zakwalifikowane do sieci mają zagwarantowane umowy z Narodowym Funduszem Zdrowia na kolejne cztery lata, a wysokość ryczałtu jest uzależniona m.in. od rodzaju i liczby świadczeń udzielonych przez konkretną placówkę w poprzednim okresie rozliczeniowym.

Jak ustaliła NIK w IV kwartale 2017 r. kontrolowane szpitale dostały ryczałt w wysokości niemal 269 mln zł, a zrealizowały świadczenia o wartości blisko 276  mln zł,

I półroczu 2018 r. ryczałt wyniósł ponad 551 mln zł, a wartość zrealizowanych świadczeń nieco ponad 572 mln zł

III kwartale 2018 r. ryczałt wyniósł niemal 279 mln zł ( to jest ½ wartości ryczałtu, wyliczona dla szpitali na II półrocze 2018 r., według stanu na dzień przeprowadzania kontroli), a szpitale zrealizowały świadczenia warte nieco ponad 272 mln zł.nik o szpitalach

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia wysokość ryczałtu jest korygowana dla tych szpitali, które zrealizowały świadczenia poniżej 98% jego wartości – wtedy jest on zmniejszany, może być zwiększony gdy ta wartość przekroczy 100%. NFZ nie płaci jednak za świadczenia ponadlimitowe, nie gwarantują one także podwyższenia ryczałtu w przyszłości. Żeby szpital, który zrealizował świadczenia powyżej ryczałtu mógł dostać więcej pieniędzy z NFZ, inny z tego samego województwa musiałby ich wykonać mniej. Ryczałt może się natomiast zmienić po zastosowaniu współczynnika korygującego związanego z jakością procesu udzielania świadczeń opieki zdrowotnej. Wzrośnie jeśli szpital zdobędzie np. certyfikat akredytacyjny wydany przez Ministra Zdrowia, czy zwiększy liczbę udzielanych świadczeń ambulatoryjnej opieki specjalistycznej.

Trzeba jednak dodać, że funkcjonowanie placówek nie opiera się wyłącznie na ryczałcie. W 2018 roku stanowił on średnio 53,2% wartości umów zawartych przez kontrolowane szpitale, ale w poszczególnych placówkach przyjmował wartości od ok. 29% (Wielospecjalistyczny Szpital Samodzielny Publicznym Zespole Opieki Zdrowotnej w Zgorzelcu) do nieco ponad 99% (Lubuskie Centrum Ortopedii im. Dr Lecha Wierusza sp. z o.o. w Świebodzinie). Na ogólną wartość kontraktu z NFZ składa się również wyodrębnione finansowanie niektórych świadczeń i ewentualne środki z innych umów (poza siecią szpitali), jeżeli są one przez daną placówkę realizowane.

Wraz z utworzeniem sieci, szpitale które weszły w jej skład mogą elastyczniej dysponować otrzymanymi z NFZ pieniędzmi, przenosić środki z tych oddziałów, na których placówka udziela mniej świadczeń, do tych, które są oblegane, ale i w tym zakresie jak ustaliła NIK nie nastąpiły istotne zmiany. Jak wynika z kontroli, działania władz szpitali były związane przede wszystkim z potrzebą ograniczenia strat finansowych, pojawiającymi się problemami kadrowymi, a także staraniami dotyczącymi rozszerzenia zakresu udzielanych świadczeń.

Powszechna kompleksowość świadczeń tylko na papierze

Jednym z najważniejszych celów utworzenia sieci szpitali było poprawienie dostępu pacjentów do świadczeń specjalistycznych – chodziło o to, by chory był leczony kompleksowo i w skoordynowany sposób. To placówka, do której został skierowany miała mu zapewnić nie tylko świadczenia szpitalne, ale także po zabiegach czy badaniach – leczenie ambulatoryjne i  rehabilitacyjne. Udzielanie takich świadczeń miało być podyktowane przede wszystkim potrzebami zdrowotnymi tych osób, a nie stanem finansów szpitala.

Do sieci weszły jednak także takie placówki, które choć miały wymagane oddziały, to pacjentom niektórych z nich nie były w stanie zapewnić leczenia ambulatoryjnego. Tak było w przypadku 6 z 29 kontrolowanych szpitali, a jednym z powodów mógł być brak zapisu w ustawie, który wskazywałby na konieczność uruchomienia przez nie nowych poradni.

Do szczegółowych badań kontrolerzy wytypowali 80 pacjentów każdej z 29 kontrolowanych placówek (z dwóch oddziałów), wypisanych w listopadzie 2017 r. i w kwietniu 2018 r. Z zebranych danych wynika, że zalecane im świadczenia pohospitalizacyjne otrzymało prawie 70% chorych, ale mniej niż połowa uzyskała porady ambulatoryjne lub miała wyznaczony ich termin.pacjenci kontrola nik

Kontrola NIK pokazała, że spora część pacjentów nie otrzymała zaleconych przy wypisie świadczeń. W przypadku tych poszpitalnych, głównie dlatego, że pacjenci nie zgłaszali się na dalsze leczenie w placówkach, w których byli wcześniej hospitalizowani, natomiast w przypadku porad ambulatoryjnych i świadczeń rehabilitacyjnych przyczyną był również brak w strukturze szpitala komórki organizacyjnej, w której można było kontynuować leczenie.

Świadczenia pohospitalizacyjne  

Zalecono 1009 osobom, nie zgłosiło się 309

Wizyta w poradni ambulatoryjnej

Zalecono 881osobom, nie zgłosiło się 485, albo w szpitalu nie było odpowiedniej poradni

Ćwiczenia i zabiegi rehabilitacyjne

Zalecono 210 osobom, nie zgłosiło się 94 lub w placówce nie było odpowiedniego zakresu hospitalizacji.

Szpitale nie mają informacji dotyczących powodów jakimi kierowali się pacjenci, którzy nie skorzystali z zaleconych świadczeń. Mogli zarówno wybrać innego świadczeniodawcę, do czego mają prawo, zaniechać dalszego leczenia, albo ich miejsce zamieszkania było zbyt odległe od placówki, do której mieli się ponownie zgłosić.

Przykładem może być Samodzielny Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej w Hajnówce. Spośród 40 losowo wybranych pacjentów oddziału chirurgii urazowo-ortopedycznej aż połowa nie zgłosiła się na kontynuowanie leczenia. Z tych 40 tylko 8 osób było mieszkańcami powiatu hajnowskiego, 17 innych powiatów, a 15 innych województw.

Przed wprowadzeniem sieci szpitali pojawiły się obawy, że wraz z jej utworzeniem  drastycznie wzrośnie liczba osób, którym placówki w obawie o koszty będą odmawiały przyjęcia. Kontrola NIK wykazała jednak, że po uruchomieniu podstawowego systemu zabezpieczenia zdrowotnego nie wystąpiły znaczące zmiany  w tej kwestii. W marcu 2018 r., w porównaniu do września 2017 r., liczba odmów ogółem wzrosła o ok. 9%, a następnie we wrześniu 2018 r. spadła o ponad 1%. W tym samym okresie liczba odmów związana z brakiem miejsc (w tym przypadku pacjenci byli przewożeni do innych szpitali) najpierw wzrosła o ok. 30%, a następnie spadła o ok. 6%.

Nadmiar niewykorzystanych łóżek

Wbrew założeniom, po uruchomieniu podstawowego szpitalnego zabezpieczenia świadczeń opieki zdrowotnej żadna z kontrolowanych placówek zakwalifikowanych do sieci nie wprowadziła istotnych zmian w swoich strukturach wewnętrznych.  Jedynie w ośmiu (27,6% badanych) zmienił się zakres świadczeń szpitalnych lub ambulatoryjnych. Powodem było rezygnowanie z ich udzielania np. w związku z brakiem lekarzy, ale także wygaśnięcie umowy z NFZ czy zawarcie nowej.

Zdaniem dyrektorów kontrolowanych placówek zmiany organizacyjne nie były konieczne, inna jest jednak opinia kontrolerów NIK. Chodzi np. o niski stopień wykorzystania szpitalnych łóżek. Przyjmuje się, że pożądany wskaźnik to około 80%, wyniki kontroli wskazują natomiast, że w badanym okresie ponad połowa badanych oddziałów miała ten wskaźnik na poziomie poniżej 60%.wykorzystanie łóżek szpitalnych

Najgorzej sytuacja przedstawiała się w szpitalach zakwalifikowanych do I poziomu zabezpieczenia. Najwięcej niewykorzystanych łóżek było na oddziałach ginekologiczno-położniczych, neonatologicznych, pediatrycznych i okulistycznych.

Nawet po uwzględnieniu konieczności utrzymania odpowiedniej rezerwy wolnych łóżek na wypadek sytuacji nadzwyczajnych i biorąc pod uwagę specyfikę wybranych specjalności (np. wynikającą z sezonowości zachorowań), wartość wskaźnika dotyczącego wykorzystania łóżek, w ocenie NIK była zbyt niska i przekładała się na większe koszty funkcjonowania podmiotów leczniczych. Zdaniem Izby sytuację można było poprawić przesuwając łóżka z tych oddziałów, w których występował ich nadmiar do tych, które miały niewystarczająco rozwinięte zaplecze infrastrukturalne, a także przekwalifikowania części z nich na łóżka o charakterze długoterminowym.

Elektryczna auto-rewolucja wspomagana przez druk 3D

W 2018 r. na całym świecie wyprodukowano około 95,6 miliona aut. Coraz więcej z nich to samochody energooszczędne i przyjazne dla środowiska, których rekordową liczbę na światowy rynek w drugim kwartale 2019 roku dostarczyła amerykańska Tesla. W ich tworzeniu pomagają często nowe technologie, w tym stosowany choćby w polskich fabrykach Opla druk 3D. Pozwala produkować odpowiednio lekkie i wytrzymałe części, stanowiące podstawę między innymi aut elektrycznych. Wkład w tak rozumiany rozwój motoryzacji mają też polscy studenci. Z elementów wydrukowanych w 3D składa się również najnowszy, elektryczny bolid AGH Racing – RTE 2.0 „LEM”, zaprezentowany światu 11 lipca 2019 roku.

Nie ma już chyba dziś producenta samochodów, który nie posiadałby w swojej ofercie elektryka lub nie planował go w najbliższej przyszłości wprowadzić. To sprawia, że i na polskich drogach coraz więcej jest tego typu aut. Jak podaje firma Exact Systems, w pierwszym kwartale 2019 roku zarejestrowano w Polsce 620 samochodów elektrycznych, czyli aż o 79,7 procenta więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wpływ na to może mieć między innymi polski plan rozwoju sektora elektromobilności uwzględniony w Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Zakłada ona, że do 2025 r. w naszym kraju ma być już 1 mln pojazdów elektrycznych. Czy tak się stanie? Polskie firmy już podejmują odpowiednie kroki w tym kierunku. Spółka ElectroMobility Poland kilka tygodni temu zapowiedziała, że na przełomie 2022 i 2023 roku Polska rozpocznie masową produkcję samochodów elektrycznych.

Auta elektryczne (prawie) z drukarki 3D

Tak czy inaczej, wolumen sprzedaży aut elektrycznych w Polsce pozwala nam zająć dopiero czternaste miejsce w Unii Europejskiej. Rośnie jednak polski wkład w rozwój tej gałęzi motoryzacji. Rodzime firmy coraz częściej wprowadzają na rynek nowinki technologiczne wspierające produkcję elektryków, między innymi rozwiązania z zakresu druku 3D. Co ciekawe, technologia wytwarzania addytywnego nie służy już w światowej motoryzacji tylko do prototypowania i produkcji części, ale również do budowy prawie całych samochodów. Prawie, ponieważ druk 3D został zastosowany w nich w naprawdę dużej skali. Mowa tu o drukowaniu m.in. karoserii w samochodzie Urbee, wydruku z włókna węglowego karoserii czy deski rozdzielczej w aucie Strati czy całego podwozia w modelu Blade.

– Druk 3D ma wielką moc i pozwala osiągać efekty, które byłyby niemożliwe przy użyciu tradycyjnych metod produkcji. Wytwarzane w technologii FDM komponenty samochodowe są lżejsze, a to wpływa na zmniejszenie masy pojazdu, poprawę osiągów i mniejsze zużycie energii – mówi Mateusz Sidorowicz, dyrektor marketingu, 3DGence.

Technologię addytywną przy produkcji elektryków poważnie traktują również Chiny, które w ubiegłym roku wyprodukowały ponad połowę sprzedanych na całym świecie samochodów elektrycznych. W planach mają budowę fabryki (firmy We Solutions oraz Shanghai Alliance Investment), która w skali roku będzie produkować 10 tysięcy aut elektrycznych z drukowanymi nadwoziami. W 2019 zrealizowany ma również zostać projekt LSEV, który zakłada, że do sprzedaży trafi pierwszy miejski samochód elektryczny w większość wydrukowany w 3D z użyciem trzech rodzajów tworzyw: wzbogaconego nylonu, poliaktydu (polikwasu mlekowego) i tworzywa gumopodobnego.

Studenci polskich uczelni technicznych na start

Mimo iż nadal mało Polaków kupuje auta elektryczne – ich sprzedaż stanowi zaledwie niecałe 0,45 procenta całkowitej sprzedaży nowych aut osobowych w kraju – wielu z nich interesuje się rozwojem tego rynku. Firmy wiedzą, że na popularyzację elektryków wpłynąć mogą (oprócz oczywistych dla wszystkich państwowych dotacji) zmiany technologiczne. To one doprowadzą do tego, że zasięg aut elektrycznych oraz ich cena zaczną być akceptowalne przez dzisiejszych użytkowników samochodów spalinowych.
Nad rozwiązaniami, które są w stanie zmienić proces produkcji aut elektrycznych, pracują intensywnie studenci polskich uczelni technicznych. Młodzi specjaliści zrzeszeni w organizacji AGH Racing, prężnie działającej od lat przy Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, 11 lipca 2019 roku zaprezentowali swój elektryczny bolid RTE 2.0 „LEM”. W budowie tego nowoczesnego pojazdu wspierała ich profesjonalna drukarka 3D firmy 3DGence.

– Do konstrukcji bolidu zastosowano najnowsze rozwiązania techniczne dostępne na rynku, w tym druk 3D, m.in. obudowa na pakiety baterii akumulatora została wydrukowana z niepalnego materiału na urządzeniu 3DGence INDUSTRY F340. Dodatkowo wykorzystanie tej drukarki 3D umożliwiło nam stworzenie też innych niezbędnych części i modeli, w tym m.in. form na elementy aerodynamiczne, dzięki czemu mogliśmy samodzielnie wykonać potrzebne komponenty do bolidu – mówi Gaweł Bartosik, Project Manager, AGH Racing.
Bolid elektryczny AGH Racing – RTE 2.0 „LEM” jest szóstą maszyną zaprojektowaną przez zespół AGH, ale drugą z napędem elektrycznym. W porównaniu z ubiegłoroczną konstrukcją układ elektroniczny wzbogacił się także o czujniki temperatury opon i tarcz hamulcowych. Na drukarce 3D wydrukowano również prototyp zwrotnicy koła bolidu spalinowego.

– Prototyp nowego modelu zwrotnicy zaprezentowaliśmy sędziom na międzynarodowych zawodach FSAE Michigan. Wykorzystanie 3DGence INDUSTRY F340 umożliwiło nam przetestowanie autorskiej konstrukcji bardzo niskim kosztem i w przeciągu zaledwie dwóch dni – tłumaczy Konrad Pajdzik, Marketing Team Leader, AGH Racing.

Zwrotnica została wydrukowana z materiału modelowego ABS i rozpuszczalnego materiału podporowego ESM-10. Wydruk 3D pomógł zweryfikować założenia projektu i uniknąć kosztownych poprawek w innej technologii (druk SLS to koszt nawet 20 000€).

Dwa kółka, trzy wymiary

Druk 3D wspiera rozwój nie tylko rynku samochodów elektrycznych. Dużo w tym zakresie dzieje się w branży motocyklowej. W tym roku w Polsce powstał pierwszy model motocykla z drukarki 3D, który na ulice ma trafić już niebawem. Intensywnie nad motocyklami elektrycznymi pracują też studenci ze Studenckiego Koła Naukowego POLSL Racing Politechniki Śląskiej. W trakcie projektowania motocykla elektrycznego do konkurencji w zawodach Wrocław SmartMoto Challenge postawili nie tylko na aspekty techniczne pojazdu, ale i na jego wygląd. Stworzyli nowoczesną koncepcję wizualną, która spełnia wymagania współczesnego designu. I wybrali technologię druku 3D do zrealizowania tego projektu.
Elektromobilność to przyszłość motoryzacji. Podobnie jak technologia druku 3D. Połączenie w produkcji nowoczesnych, ekologicznych i tańszych w eksploatacji samochodów tych dwóch trendów wydaje się naturalną koleją rzeczy, która sprawi, że szybciej, niż nam się dziś wydaje, przesiądziemy się z aut spalinowych do elektrycznych.

Revolut ułatwi zarządzanie służbowymi wydatkami

  • Właściciele firm będą mogli łatwo zaakceptować albo odrzucić wydatki służbowe pracownika
  • Pracownicy dostaną automatyczne powiadomienia o potrzebie uzupełnienia brakujących informacji
  • Integracja z Xero uzupełniona została o synchronizację danych o wydatkach służbowych, co ułatwi proces rozliczeń
  • W aplikacji Revolut for Business pojawiła się możliwość dodawania paragonów i informacji o wydatkach

Revolut for Business, z którego korzysta 150 tysięcy firm w Europie, oddał w ręce przedsiębiorców nowe narzędzie do zarządzania wydatkami. Fintech chce pomóc szybko rosnącym firmom uwolnić się od niedogodności związanych z kontrolą i rozliczaniem służbowych wydatków. Intuicyjna funkcja ma za zadanie w jednym miejscu zebrać wszystkie informacje i nie dopuścić do tego, by wydatek ze służbowej karty pozostał nierozliczony.

Właściciele firm będą mogli łatwo zaakceptować albo odrzucić wydatki poszczególnych członków zespołu i nie poświęcać na to zbyt wiele czasu. Tradycyjnie, jest to obszar prowadzenia działalności, w którym zdarzają się błędy, trudny do kontrolowania, rozpraszający uwagę i zmuszający do manualnego porównywania danych z kilku narzędzi i źródeł.

Nowa funkcja Expense Management do zarządzania służbowymi wydatkami dostępna będzie dla freelancerów i firm korzystających z płatnych planów Revolut for Business. To kolejny krok aby pomóc przedsiębiorcom wejść na ścieżkę szybkiego wzrostu oraz oszczędzić czas i pieniądze, dzięki radykalnie lepszym usługom finansowym dla firm.

Właściciele będą mogli monitorować wydatki pracowników w czasie rzeczywistym, akceptować je albo odrzucać, synchronizować dane z aplikacją księgową Xero i automatyzować rozliczenia. Kategorie tworzone w Xero, będą widoczne w aplikacji do zarządzania wydatkami Revolut for Business, tak by dane na obu platformach były stale aktualne i zintegrowane.

Właściciele małych i średnich firm zasługują na technologię, która pozwoli im zwiększyć kontrolę nad finansami. Nie muszą już przechowywać informacji w odosobnionych zbiorach danych. Teraz mogą mieć te same dane o wydatkach służbowych widoczne jednocześnie w aplikacji Revolut i w zapisach księgowych w Xero. Dni, w których musieliśmy kolekcjonować papierowe paragony za służbowy lunch i kawę przechodzą do przeszłości” – powiedział Edward Berks, Business Platform Director w Xero.

Firmy, które nie korzystają z Xero, mogą utworzyć swoje własne kategorie w narzędziu Expense Management do zarządzania służbowymi wydatkami i łatwo eksportować informacje o wydatkach do pliku CSV.

Proces został też radykalnie uproszczony z punktu widzenia członków zespołu. Jedyne co muszą zrobić, to wykonać zdjęcie paragonu telefonem, zapisać w aplikacji, a następnie utworzyć nazwę kategorii i dodać krótki opis. Otrzymają także przypomnienia o nierozliczonych lub nieopisanych wydatkach.

Chcemy pomóc właścicielom firm i członkom zespołów skupić się na tym co istotne w ich biznesie i uwolnić się od prac administracyjnych. Uczyniliśmy proces dodawania, akceptowania i monitorowania wydatków służbowych tak prostym, jak to tylko możliwe, by żaden służbowy wydatek nie zawieruszył się nierozliczony“ – powiedział Domenico De Fano, Senior Product Owner w Revolut for Business.

Revolut for Business uruchomił niedawno darmowe konta dla freelancerów oraz firm, a także wprowadził zmiany w cenniku i zakresie usług, tak by oferta dla firm była bardziej elastyczna pod kątem bieżących potrzeb firmy. Nowe narzędzie do zarządzania wydatkami służbowymi dostępne jest we wszystkich płatnych planach.

Fintech ma w planach dalszy rozwój produktów i usług w ramach swojej oferty dla firm, w tym kompleksowej usługi akceptacji i rozliczeń płatności. Firmy mogą testować darmowe konto w Revolut aplikując wcześniej przez stronę: www.revolut.com/business.

Obsługa klienta w instytucjach: skarbówka wygrywa z ZUS

Blisko połowa mikroprzedsiębiorców dobrze ocenia standardy obsługi urzędników skarbówki. Słabiej pod tym względem wypada ZUS, w przypadku którego dobre zdanie ma 38% – wynika z Badania Polskiej Mikroprzedsiębiorczości przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie firmy inFakt.

Ocena skarbówki rośnie wraz ze stażem prowadzenia biznesu

Przedsiębiorcy oceniali obsługę w swoim Urzędzie Skarbowym raczej dobrze i zdecydowanie dobrze – łącznie 46%. Złą opinię na ten temat miało 18% ankietowanych, a pozostali ocenili ją „ani dobrze, ani źle”.

Warto przy tym zauważyć, że ocena ankietowanych przedsiębiorców rośnie wraz ze stażem prowadzenia działalności gospodarczej. Najmniej skłonni do pochwał byli bowiem przedsiębiorcy, którzy prowadzą swój biznes krócej niż rok (37%). Natomiast spośród tych, którzy funkcjonują na rynku powyżej 2 lat, aż połowa pozytywnie oceniła obsługę klienta w swoich urzędach skarbowych.

Ocena ZUS nieco niższa

W przypadku ZUS ocena przedsiębiorców jest nieco niższa. 38% ankietowanych przez inFakt wskazało, że standardy obsługi w placówkach zakładu ocenia raczej dobrze lub zdecydowanie dobrze. Natomiast 19% odpowiedziało, że raczej źle lub zdecydowanie źle. Największa grupa, stanowiąca 43% badanych, postrzega je neutralnie – „ani dobrze, ani źle”.

Widać, że US i ZUS starają się o profesjonalną obsługę przedsiębiorców. Jednak obsługa klientów i wymiar „ludzki” urzędu to jedna strona medalu. Druga jest taka, że aż 76% ankietowanych przedsiębiorców oczekuje niższych składek ZUS, a 68% niższych podatków. Były to dwa najczęściej wskazywane przez badanych ułatwienia w prowadzeniu biznesu, jakich oczekują ze strony państwa – podkreśla Joanna Swatowska-Rybak, kierownik Badania Polskiej Mikroprzedsiębiorczości w firmie inFakt.

Analizując wyniki dla ZUS, warto też pamiętać, że instytucja została w ostatnim czasie wyróżniana m.in. za standardy dotyczące obsługi klientów. W konkursie Międzynarodowego Stowarzyszenia Zabezpieczenia Społecznego ISSA Good Practice Award wyróżniony został program „Po pierwsze klient”. Natomiast Polska Agencja Przedsiębiorczości wyróżniła ZUS za wprowadzanie innowacji w zakresie elektronicznego kontaktu z klientem.

O badaniu

Badanie Polskiej Mikroprzedsiębiorczości na reprezentatywnej grupie 1097 mikrofirm (osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą oraz spółki zatrudniające do 9 osób) przeprowadziła w marcu 2019 roku metodą CAWI agencja ARC Rynek i Opinia na zlecenie firmy inFakt.

Ból głowy bankierów centralnych

Obserwujemy kontynuację odbicia na kwotowaniach polskiej złotówki. Inwestorzy wierzą, że działania stymulujące gospodarkę, które zaproponują Fed i EBC, przyniosą pozytywny skutek. Jednymi z najistotniejszych wydarzeń w nadchodzącym tygodniu będą publikacje minutek z posiedzeń banków centralnych strefy euro i Stanów Zjednoczonych. W czwartek rozpocznie się sympozjum w Jackson Hole i  z tego powodu rynki liczą na świeże informacje w sprawie podejścia do polityki pieniężnej.

Niezrozumiała panika na złotym

Ostatni tydzień stał pod znakiem sporej zmienności na krajowej walucie. Najpierw była mocna wyprzedaż, która poskutkowała testem poziomu 4,40 na EUR/PLN. Wysoko poszybował też CHF/PLN, docierając nawet do poziomu 4,04. Jednak od piątku obserwujemy odreagowanie i złotówka zyskuje. Dzisiaj widzimy kontynuację tego trendu i w efekcie jesteśmy już o ponad 7 groszy niżej w relacji do wspólnej waluty. Trzeba przyznać, że taka słabość złotego nie była podyktowana żadnymi realnymi przesłankami, gdyż polska gospodarka rozwija się nadspodziewanie dobrze (w tempie ponad 4%) i jest ewenementem na skalę europejską. Dla porównania najważniejsze (z ekonomicznego punktu widzenia) państwo strefy euro, czyli Niemcy, w II kwartale zanotowało spadek PKB. Krajowa waluta trafiła na splot niekorzystnych zdarzeń na świecie. Z jednej strony odwrócenie krzywych rentowności obligacji w USA i Wielkiej Brytanii jest kolejnym zwiastunem nadchodzącego kryzysu (a przynajmniej mocnego spowolnienia), z drugiej dzień wolny w naszym kraju i tzw. długi weekend, który spowodował niższą płynność.

Ujemne rentowności długu

Sytuacja na dłużnych papierach na świecie sięga granic absurdu. Na naszym kontynencie ujemną rentowność obligacji notujemy już nie tylko w Niemczech czy Szwajcarii, ale także w Holandii, a nawet (i tu zaskoczenie) w Hiszpanii i Włoszech. Przypomnieć należy, że kraje te były bliskie bankructwa. W efekcie “inwestując” pieniądze nawet na 20 lat, otrzymamy mniej, niż wynosi początkowy wkład. Sytuacja ta unaocznia, jakie poglądy obecnie dominują na rynkach, a mianowicie jest to wiara w sporą porcję “dodruku pieniądza” przez banki centralne. Problemem może być jedna, istotna wada takich zabiegów. Wcześniej Fed takim działaniem potrafił wszystkich zaskoczyć, więc efekt był szybki i zauważalny. Jednak późniejsza podobna akcja, przeprowadzona przez EBC, nie przyniosła tak wyraźnych skutków. Dlatego, skoro wszyscy tego oczekują, to może być zwyczajnie za późno na osiągnięcie przez regulatorów zamierzonych celów.

Coroczne spotkanie bankierów ważniejsze niż zwykle

Stąd jeszcze większej rangi nabiera sympozjum bankierów centralnych w amerykańskim Jackson Hole. Trzeba przyznać, że radzić jest nad czym, bo decydenci monetarni znaleźli się w trudnym położeniu. Oczekiwania rynkowe rosną bardzo szybko i nawet obniżka stóp nie przynosi już efektu. Wystarczy spojrzeć na ostatnią decyzję Fed, która obniżyła stopy o 25 pkt bazowych i tak małą obniżką rozczarowała inwestorów. Sympozjum jest znane przede wszystkim z tego, że właśnie w tym miejscu ówczesny szef Fed Ben Bernanke ogłosił program QE2 w USA (jedna z akcji skupu obligacji przez Rezerwę Federalną).

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy Internetowykantor.pl

Wstrzymanie wykonania podatkowej decyzji ostatecznej

Wstrzymanie wykonania decyzji ostatecznej to często stosowana instytucja na gruncie Ordynacji podatkowej. Jednak wielu podatników w dalszym ciągu nie docenia jej mocy. Na czym polega i jak należy ją poprawnie stosować?

Kiedy instytucja wstrzymania wykonania decyzji znajduje zastosowanie?

W konfliktach z fiskusem niejednokrotnie dochodzi do sytuacji, w której organ odwoławczy nie podziela stanowiska strony i utrzymuje w mocy decyzję organu pierwszej instancji. Podatnik nie daje za wygraną i składa skargę do sądu administracyjnego. Decyzja jest jednak ostateczna, a zatem podlega wykonaniu. Jeżeli w grę wchodzą wysokie kwoty, ich zapłata może zaważyć o istnieniu danej firmy na rynku. Podatnik ma jednak możliwość złożenia wniosku o wstrzymanie wykonania decyzji.

Kiedy decyzja staje się ostateczna?

Zgodnie z art. 128 Ordynacji podatkowej decyzje, od których nie służy odwołanie w postępowaniu podatkowym, są ostateczne. Uchylenie lub zmiana tych decyzji, stwierdzenie ich nieważności lub wznowienie postępowania mogą nastąpić tylko w przypadkach przewidzianych w niniejszej ustawie oraz w ustawach podatkowych. Decyzja ostateczna podlega wykonaniu, chyba że nie wstrzymano jej wykonania. Zgodnie natomiast z przepisami Ordynacji podatkowej organ podatkowy pierwszej instancji wstrzymuje wykonanie decyzji ostatecznej w razie wniesienia skargi do sądu administracyjnego do momentu uprawomocnienia się orzeczenia sądu administracyjnego. Może to zrobić na dwa sposoby. Po pierwsze na wniosek podatnika, po przyjęciu zabezpieczenia wykonania zobowiązania wynikającego z decyzji wraz z odsetkami za zwłokę do wysokości zabezpieczenia i na czas jego trwania. Po drugie natomiast z urzędu, po prawomocnym wpisie hipoteki przymusowej lub wpisie zastawu skarbowego korzystającego z pierwszeństwa zaspokojenia, które zabezpieczają wykonanie zobowiązania wynikającego z decyzji wraz z odsetkami za zwłokę do wysokości odpowiadającej wartości przedmiotu hipoteki przymusowej lub zastawu skarbowego.

Jak poprawnie złożyć wniosek o wstrzymanie wykonania decyzji?

Organ podatkowy wstrzymuje wykonanie decyzji ostatecznej na wniosek podatnika po przyjęciu zabezpieczenia wykonania zobowiązania wynikającego z decyzji wraz z odsetkami za zwłokę do wysokości zabezpieczenia i na czas jego trwania. Zabezpieczenie może mieć formę: gwarancji bankowej lub ubezpieczeniowej, poręczenia banku, weksla z poręczeniem wekslowym banku, czeku potwierdzonego przez krajowy bank wystawcy czeku, zastawu rejestrowego na prawach z papierów wartościowych emitowanych przez Skarb Państwa lub Narodowy Bank Polski – według ich wartości nominalnej, uznania kwoty na rachunku depozytowym organu podatkowego, pisemnego, nieodwołalnego upoważnienia organu podatkowego, potwierdzonego przez bank lub spółdzielczą kasę oszczędnościowo-kredytową, do wyłącznego dysponowania środkami pieniężnymi, zgromadzonymi na rachunku lokaty terminowej. Oczywiście strona może dowolnie wybrać formę zabezpieczenia. W przypadku przyjęcia zabezpieczenia związanego z wykonaniem decyzji podatkowej strona może też wystąpić o przedłużenie terminu przyjętego zabezpieczenia. Organ, przyjmując zabezpieczenie, wydaje natomiast postanowienie, na które przysługuje zażalenie.

Jakie są uprawnienia podatnika?

W kontekście wstrzymania wykonania decyzji ostatecznej warto również wspomnieć o pewnym uprawnieniu podatnika. Zgodnie z art. 239g Ordynacji podatkowej ma on bowiem możliwość dobrowolnego wykonania decyzji, pomimo tego, że organ podatkowy wydał już postanowienie w przedmiocie wstrzymania wykonania. Trzeba bowiem podkreślić, że wstrzymanie wykonania dokonywane jest w interesie strony. Jeżeli w międzyczasie podatnik uzna, że chce wykonać zobowiązanie zawarte w decyzji podatkowej, ma do tego pełne prawo. Wstrzymanie wykonania ma charakter jednostronny w tym znaczeniu, że strona posiada uprawnienie do dobrowolnego wykonania decyzji, ale za to organ podatkowy nie może doprowadzić do jej przymusowego wykonania.

Wstrzymanie wykonania decyzji a przepisy p.p.s.a.

W kontekście wstrzymania wykonania decyzji warto też wskazać przepisy ustawy – Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi. Zgodnie z art. 61 tego aktu samo wniesienie skargi nie wstrzymuje wykonania aktu lub czynności. W razie wniesienia skargi na decyzję lub postanowienie organ, który wydał dane orzeczenie, może jednak wstrzymać z urzędu lub na wniosek skarżącego ich wykonanie w całości lub w części, chyba że zachodzą przesłanki, od których w postępowaniu administracyjnym uzależnione jest nadanie decyzji lub postanowieniu rygoru natychmiastowej wykonalności albo gdy ustawa szczególna wyłącza wstrzymanie ich wykonania. Sąd po przekazaniu mu skargi może też na wniosek skarżącego wydać postanowienie o wstrzymaniu wykonania w całości lub w części aktu, jeżeli zachodzi niebezpieczeństwo wyrządzenia znacznej szkody lub spowodowania trudnych do odwrócenia skutków, z wyjątkiem przepisów prawa miejscowego, które weszły w życie, chyba że ustawa szczególna wyłącza wstrzymanie ich wykonania. Co również istotne, ewentualna odmowa wstrzymania wykonania aktu przez organ nie pozbawia skarżącego prawa do złożenia wniosku do sądu. Wstrzymanie wykonania aktu traci moc z dniem wydania przez sąd orzeczenia uwzględniającego skargę albo uprawomocnienia się orzeczenia oddalającego skargę.

Wstrzymanie wykonania decyzji ostatecznej

Porównując przepisy Ordynacji podatkowej oraz Prawa o postępowaniu przed sądami administracyjnymi, należy podkreślić, że wstrzymanie wykonalności jest osiągalne nawet dla podmiotu, który z uwagi na trudną sytuację finansową nie ma możliwości dokonania zabezpieczenia. W takiej sytuacji może bowiem zwrócić się ze stosownym wnioskiem bezpośrednio do sądu, już po złożeniu skargi na decyzję podatkową.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Kto jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo firmowej chmury?

Cyberatak na firmę prawie zawsze zaczyna się (a często też kończy…) dochodzeniem, kto zawinił powstałej sytuacji. Gdy ofiarą padną systemy w infrastrukturze chmurowej, niemal automatycznie za winnego uznany zostaje dostawca usługi, kontrakt jest przerywany, a zaatakowana aplikacja przenoszona z powrotem do lokalnej infrastruktury przedsiębiorstwa. Tymczasem sytuacja nie jest tak oczywista i prosta.

W najbardziej czytelnym scenariuszu, gdy na przykład zostanie wykryta luka w zabezpieczeniach platformy wirtualizacyjnej lub chmurowej, kwestia odpowiedzialności jest w miarę oczywista. Tylko połowa respondentów, który wzięli udział w ankiecie przeprowadzonej niedawno przez agencję IHS Markit na zlecenie Fortinet, była w stanie konkretnie wskazać winowajcę w przypadku problemów. Ale równie wysoki odsetek respondentów błędnie pociągnął swojego dostawcę usług chmurowych do odpowiedzialności za zagrożenia (takie jak zaawansowane uporczywe ataki APT) obecne w wyższych warstwach, będących w gestii zarządzania przez ich użytkownika.

Generalnie ochrona powinna być zapewniana w dwóch obszarach – w podstawowej infrastrukturze chmury (zabezpieczanej przez dostawcę usługi) oraz w warstwie, na którą składa się oprogramowanie, dane i aplikacje działające z wykorzystaniem tej infrastruktury (odpowiedzialność konsumentów za ochronę). Podziały te nie zawsze są jednak tak precyzyjne, zwłaszcza gdy wkraczamy w obszary dotyczące platformy i funkcjonalności dostępnej jako usługa (PaaS i FaaS). Dobrą zasadą jest przeprowadzenie konsultacji z osobami posiadającymi wiedzę dotyczącą najlepszych praktyk związanych z wykorzystywanymi usługami w chmurze. I raczej należy też oczekiwać, że ich dostawca zapewni tylko izolowane środowisko pracy.

Z chmury do chmury

Kolejnym wyzwaniem jest to, że oprogramowanie, jego funkcje, protokoły i reguły bezpieczeństwa działają w różny sposób na różnych platformach chmur publicznych, prywatnych czy w infrastrukturze fizycznej przedsiębiorstwa. Przenoszenie aplikacji lub usługi z jednego środowiska do drugiego może być proste, ale problem pojawia się przy zapewnieniu im bezpieczeństwa. Wiele rozwiązań ochronnych wymaga znacznej ilości zasobów IT w celu ich ponownego wdrożenia oraz weryfikacji poprawności pracy, szczególnie gdy aplikacje i ich dane systematycznie przepływają między różnymi środowiskami.

Rozwiązanie tego problemu stanowi wyzwanie i jest czasochłonne. Działania należy zacząć od wyboru jednego dostawcy rozwiązań ochronnych działających we wszystkich rodzajach środowiskchmurze publicznej i prywatnej, a także infrastrukturze lokalnej – mówi Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce. – Muszą też poprawnie funkcjonować w chmurach publicznych od różnych dostawców, aby nie ograniczać klienta, zaś zapewnić mu elastyczność wyboru środowiska IT, w którym chce pracować oraz efektywność migracji aplikacji i danych.

Większa różnorodność to więcej problemów

Migracja firmowych środowisk IT do chmury przez długi czas przebiegała w miarę bezproblemowo, ale dziś widać już, że jej charakter się zmienia. Transfer danych odbywa się dwukierunkowo. Taki stan utrzyma się dość długo, dopóki przedsiębiorstwa nie wypracują najlepszej kombinacji połączenia zasobów chmur publicznych, prywatnych i znajdujących się w lokalnej infrastrukturze do obsługi biznesowych aplikacji i usług. Natomiast nawet gdy to się wydarzy, dalej będzie istniała konieczność zapewnienia możliwości bezpiecznego przesyłania danych pomiędzy różnymi środowiskami.

W czasach, gdy zagrożenia wobec firmowych danych czyhają na każdym kroku, nie można pozwolić sobie na to, aby rozwiązania ochronne były wdrażane wyłącznie w reakcji na zaistniały problem. Ewentualne poniesione straty mogą okazać się zbyt dotkliwe, zdecydowanie większe niż koszt wdrożenia profesjonalnych narzędzi zabezpieczających. Ale nie można też dopuścić do sytuacji, w której w infrastrukturze firmy będzie funkcjonowało zbyt wiele rozwiązań ochronnych. Takie podejście nieuchronnie prowadzi do problemów związanych z utrzymaniem poprawnej konfiguracji środowiska, zapewnieniem aktualizacji poszczególnych systemów, jak też spójnym egzekwowaniu reguł polityki bezpieczeństwa w całej firmie.

Należy przyjąć zintegrowaną strategię ochronną, obejmującą zarówno kwestie organizacyjne (metodyka), operacyjne (narzędzia zabezpieczające) oraz edukacyjne (szkolenia dla personelu uświadamiające charakter działań cyberprzestępców). Tylko w ten sposób możliwe jest zagwarantowanie niezakłóconego funkcjonowania środowiska wielochmurowego, w którym aplikacje i dane swobodnie przesyłane są między centrami danych, w zależności od potrzeb biznesowych przedsiębiorstwa.

2018 – rok pod znakiem rekordów w esporcie. I co dalej?

Miniony rok to na rynku esportu dynamiczne zmiany i rozwój. Powstawały nowe stowarzyszenia i systemy ligowe, do gry – zwłaszcza jako sponsorzy czy partnerzy handlowi – wchodzili nowi gracze. Także za sprawą licznych globalnych fuzji i przejęć europejski rynek esportu osiągnął rekordowy poziom. Autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „Let’s Play! The European esports market” obliczyli, że od 2016 roku rocznie rynek esportu rośnie średnio o 24 proc. Widownia rozgrywek esportowych urosła w tym czasie o 19 milionów. Aby ten trend się utrzymał nowo utworzone ligi muszą odnieść sukces, a już istniejące turnieje dotrzeć do nowych odbiorców.

Deloitte przeprowadził ankietę latem br. wśród 6 400 osób w wieku od 14 do 75 lat. To mieszkańcy Austrii, Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i Irlandii oraz Polski. Badanie wykazało, że 52 proc. z nich zetknęło się już z „esportem”. Kolejne 28 proc. natomiast słyszało to określenie, ale nie wie dokładnie, co ono oznacza. Tylko około 20 proc. uczestników badania w ogóle nie zna terminu „esport”. Co istotne, około 41 proc. uczestników badania oglądało już rozgrywki online lub na żywo, a 13 proc. robi to regularnie.

Z niszy do głównego nurtu

Wzrost w 2018 roku do przychodów rzędu 240 milionów euro rocznie był w szczególności napędzany przez stale powiększającą się widownię. Za nią przyszły coraz wyższe przychody ze sponsoringu i reklamy. W minionym roku europejska widownia esportu liczyła około 86 mln osób. Jest to wzrost o 28 proc. w stosunku roku 2016 r.

Przewidujemy, że to tempo utrzyma się przez następne dwa lata. Prognozujemy, że w 2020 roku liczba fanów, którzy będą oglądać transmisję z tego typu rozgrywek urośnie do około 105 milionów. Za nimi przyjdą kolejni sponsorzy i jeszcze więcej pieniędzy, bo logo wyświetlone podczas rozgrywek esportowych w Internecie czy telewizji to coraz pewniejszy sposób na dotarcie do młodszych pokoleń. – mówi Przemysław Zawadzki, Partner Associate, Lider Sports Business Group, Deloitte.

Ekspert dodaje, że jeszcze bardziej kusząca dla sponsorów jest liczba około 380 milionów fanów na całym świecie, która będzie przyciągać kolejnych reklamodawców. Według ostatnich badań Deloitte do 2020 r. reklama i sponsoring będą stanowić aż 60 proc. całkowitych przychodów esportu.

Szacujemy, że przychody z praw medialnych na europejskim rynku esportu liczone od 2016 roku wzrosną o około 500 proc. do 2020 roku. Coraz większa liczba wydarzeń na żywo wpłynie też pozytywnie na wzrost przychodów m.in. z tytułu sprzedaży biletów. Bazując na kluczowych źródłach przychodów, czyli sponsoringu, reklamie i prawach medialnych, europejski rynek esportu ma potencjał, by w ciągu najbliższych pięciu lat osiągnąć wolumen 670 milionów – mówi Paweł Jakóbik, Ekspert Sports Business Group, Deloitte.

Niezmiennie od lat największym europejskim i jednym z największych światowych rynków esportu są Niemcy. Szacowana wielkość rynku w tym kraju w 2018 r. wynosiła 70 milionów euro, co stanowi 29 proc. całego rynku europejskiego. Według szacunków Deloitte do 2023 r. rynek niemiecki może osiągnąć wartość 180 milionów euro, czyli rok do roku będzie rósł o 21 procent.

Liczby płynące z rynku esportu muszą robić wrażenie na wszystkich obserwatorach. Nie ulega wątpliwości, że zjawisko esportu dynamicznie zyskuje na popularności, co jest determinowane m.in. przez trudno osiągalne grupy odbiorców, deklarowane zasięgi czy swoją innowacyjność. Jednocześnie zgodnie z wynikami badania uważam, że rynkowi jeszcze brakuje do fazy dojrzałości i w kolejnych latach czeka go w dalszym ciągu dynamiczny wzrost i postępująca profesjonalizacja. Jednym z głównych wyzwań uczestników rynku będzie transparentne i zrównoważone zarządzanie oraz edukacja
– mówi Grzegorz Łagowski, Menedżer ds. esportu, Lagardere Sports.

Przepis na sukces

Wśród respondentów badania 15% Polaków zadeklarowało że regularnie ogląda rozgrywki w Internecie, co daje nam trzecie miejsce w Unii Europejskiej za Włochami i Hiszpanami (po 23 proc.). Nieco gorzej wypadają Austria i Szwajcaria z odpowiednio 6 i 7 proc. publicznością. Na wzrost popularności esportu nad Wisłą na pewno wpłynęło m.in. otwarcie w październiku 2018 roku przez Telewizję Polsat kanału Polsat Games z nowoczesnym zapleczem studyjnym, za sprawą którego kibice mogą obserwować różne ligi i wydarzenia zarówno w telewizji, jak i w Internecie.

Po tym jak w 2018 roku amerykańska firma Riot Games ogłosiła wprowadzenie w Europie ligi franczyzowej z Mistrzostwami Europy (znanymi jako LEC) dla „League of Legends”, jednego z najpopularniejszych tytułów w esporcie na świecie, dziś w ramach tego modelu licencji konkuruje dziesięć organizacji, w tym takie marki jak SKGaming i Fnatic. Za pierwsze pięć lat każda organizacja płaci do nawet 10 milionów euro za miejsce w zawodach. Wprowadzenie lig franczyzowych do Europy przynosi znacznie więcej korzyści, jednak model ten może mieć trudności ze zdobyciem większego poparcia, ponieważ sprzeciwia się popularnemu europejskiemu modelowi „otwartej” ligi z jego tradycyjnym systemem awansów i spadków.

Za wzrostem liczby odbiorców i systemów franczyzowych podążają firmy medialne i platformy internetowe, które zabezpieczają prawa do produkcji i transmisji rozgrywek. Zauważalna jest tendencja do odchodzenia od tradycyjnej telewizji w kierunku transmisji strumieniowej na żywo i ofert wideo na żądanie, napędzanych chęcią fanów do decydowania, kiedy i co chcą oglądać. W ankiecie Deloitte 40 proc. zapytanych odpowiedziało, że oglądali już esport na platformach strumieniowych, podczas gdy tylko 27 proc. oglądało rozgrywki w telewizji, a jedynie 10 proc. widziało na żywo duże imprezy esportowe – mówi Przemysław Zawadzki.

Sport (nie)tradycyjny

W rynek esportu coraz bardziej angażują się tradycyjne kluby i ligi sportowe, które starają się pozycjonować własne drużyny w tytułach takich jak Counter-Strike, FIFA, League of Legends czy Rocket League. Często to dobrze znane marki o ogromnej rzeszy kibiców, których zaangażowanie w esport mogłoby przyspieszyć rozwój rynku europejskiego i światowego. Znane marki znacznie też zwiększają świadomość esportu, dzięki czemu ten może zbliżać się do głównego nurtu.

W rozgrywki esportowe coraz bardziej angażują się jednak nie tylko kluby piłkarskie. Coraz przychylniej patrzą na rynek organizacje sportowe z takich dyscyplin jak koszykówka, football amerykański czy baseball. Najnowsze badanie przeprowadzone w USA pokazało, że 52 proc. fanów esportu kibicowało również drużynom NFL, podczas gdy kolejne 39 proc. to fani NBA i Major League Baseball.

Niektóre kluby angażują się tylko w tytuły korespondujące z ich dyscypliną, jak na przykład piłkarska AS Roma i Manchester United. Ale są kluby, które rywalizują też w zupełnie różnych grach. FC Schalke 04, klub z niemieckiej Bundesligi, ma np. drużynę League of Legends, a Paris Saint-Germain, jedna z francuskich potęg, z sukcesami uczestniczyła w turnieju mistrzostw świata Dota 2 „The International 2018”
– mówi Paweł Jakóbik.

Tradycyjne ligi i związki sportowe wciąż zwiększają swoją interakcję z esportem. Na przykład niemiecki związek piłkarski i FIFA współpracują z EA Sports nad wprowadzeniem odpowiednio Wirtualnej Bundesligi w Niemczech i Interaktywnego Pucharu Świata FIFA. W Polsce największym projektem łączącym esport i sport tradycyjny jest turniej Ekstraklasa Games organizowany przez Ekstraklasę piłkarską przy współpracy m.in. z wydawcą gry FIFA EA Sports. Według oficjalnych danych Ekstraklasa odnotowała ponad 17 tys. rejestracji do pierwszej edycji projektu, którego kontynuację i rozwój już zapowiedziano na nadchodzące miesiące. Jest to odzwierciedleniem rozwoju sytuacji w innych częściach świata, w których organizacje sportowe coraz chętniej wdrażają projekty esportowe.

Miniony rok był rekordowy na rynku esportu pod jeszcze jednym względem – doszło w sumie do 68 fuzji i przejęć, a wolumen inwestycji wyniósł około 3,9 miliarda euro. Dla porównania, w 2017 r. przeprowadzono tylko 34 transakcje, co oznacza, że liczba globalnych inwestycji w esport się podwoiła.

Studencie, pracuj! Nowe badanie ELA – pracodawcy chcą absolwentów z doświadczeniem

Coraz więcej studentów podejmuje pracę podczas studiów, a pracodawcy coraz bardziej to doceniają. Na to wskazuje badanie Ekonomicznych Losów Absolwentów, przeprowadzone po raz kolejny przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Badanie porównuje dane z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i informacje o studentach – zbierane przez szkoły wyższe i ministerstwo. Chociaż media przy każdej edycji ELA skupiają się na najwyżej zarabiających absolwentach i analizują, które kierunki opłacają się studentom najbardziej – analitycy z Polskiego Instytutu Ekonomicznego dostrzegają w wynikach inne ciekawe zależności. W tym roku jedną z nich jest znaczny wzrost odsetka studentów pracujących na etacie lub prowadzących własną działalność gospodarczą podczas studiów. Okazuje się, że takim absolwentom łatwiej jest po otrzymaniu dyplomu znaleźć dobrze płatną pracę.

– W 2014 roku, gdy poznaliśmy wyniki pierwszego badania, pracujących studentów było około 38%. Dzisiejsze wyniki, bazujące na danych z roku 2017 pokazują, że takie osoby stanowią już 54% wszystkich studentów. Doświadczenie pracy przed uzyskaniem dyplomu pomaga studentom w uzyskaniu dobrze płatnej pracy zaraz po zakończeniu studiów. Widzimy, że pracodawcy poszukują coraz częściej ludzi, którzy poza wykształceniem mają także konkretne doświadczenie – powiedział serwisowi eNewsroom Paweł Śliwowski, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Wyniki badania stawiają nowe wyzwania przed pracodawcami i szkołami wyższymi. Pracodawcy muszą się dostosować do nowych oczekiwań i do nowego typu pracownika, który jest pracownikiem młodym i jednocześnie studiującym. Szkoły natomiast muszą do nowej sytuacji dostosować organizację toku studiów. Kiedy student nie tylko studiuje, a przygotowanie pracy magisterskiej nie jest jego głównym zadaniem, inne obowiązki stają się równie ważne i czasochłonne. Tok zajęć oraz ich elastyczność i tematyka będą musiały się zmienić – zapowiada Śliwowski.

Baltic Pipe zgodnie z planem w 2022 roku. Pierwsza umowa z amerykańską firmą już podpisana

Baltic Pipe zgodnie z planem w 2022 roku. Pierwsza umowa z amerykańską firmą już podpisana 8

Projekt Baltic Pipe jest realizowany zgodnie z harmonogramem, a termin 2022 roku zostanie dotrzymany – poinformował pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski. Gaz-System zawarł już pierwszy, wart ponad 0,5 mld zł kontrakt inwestorki w ramach tego projektu. Umowa z amerykańską firmą Solar Turbines jest jednocześnie jednym z największych w Polsce kontraktów w sektorze gazu. Jak podkreśla Naimski, współpraca polsko-amerykańska w sektorze energetycznym się zacieśnia, a stanowiska USA, m.in. w sprawie gazociągu North Stream 2, są zbieżne z polskimi.

Umowa na dostawę kompresorów do tłoczni z amerykańską firmą Solar Turbines to pierwsze dostawy inwestorskie realizowane w ramach Baltic Pipe. Ta inwestycja jest realizowana zgodnie z harmonogramem i zakończy się w 2022 roku. Umowa ze znaną amerykańską firmą to znak, że inwestor, czyli Gaz-System, jest w stanie zapewnić jak najlepszą realizację tego projektu – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Naimski, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej, odpowiedzialny za Baltic Pipe.

Gazociąg Baltic Pipe został uznany przez Komisję Europejską za projekt o znaczeniu wspólnotowym, jedną ze strategicznych inwestycji energetycznych UE i objęty wsparciem finansowym, którego łączna kwota przekracza 266 mln euro. Budowa Baltic Pipe – inwestycji strategicznej dla polskiego bezpieczeństwa energetycznego – ma się zakończyć w 2022 roku. Gazociąg na dnie Morza Północnego połączy norweskie złoża gazu ziemnego z systemem przesyłowym w Danii, skąd surowiec będzie trafiać na polski rynek i do odbiorców w sąsiednich krajach. Cały projekt obejmuje szereg inwestycji. W Polsce będą to budowa tłoczni gazu w Gustorzynie i rozbudowa dwóch innych – w Goleniowie i Odolanowie – oraz budowa gazociągów: relacji Goleniów–Lwówek i drugiego, łączącego gazociąg Baltic Pipe z polskim systemem przesyłowym.

W ubiegłym tygodniu inwestor Gaz-System podpisał wart 550 mln zł kontrakt na dostawę i 10-letni serwis agregatów sprężarkowych do trzech tłoczni gazu ziemnego (Goleniów, Gustorzyn, Odolanów) w ramach Baltic Pipe. Zamówienie zostanie zrealizowane w ciągu 18–20 miesięcy. Umowa została zawarta z amerykańską firmą Solar Turbines i jest pierwszą umową inwestorską w ramach realizacji projektu Baltic Pipe i jednocześnie jednym z największych w Polsce kontraktów w sektorze gazu.

– Fakt, że Amerykanie inwestują w Polsce, w tym przypadku dostarczają swoje elementy do tego projektu, świadczy o tym, że współpraca polsko-amerykańska rozwija się dobrze. To jest dialog strategiczny w energetyce. Z jednej strony jest sekretarz energii, Rick Perry, po polskiej stronie jestem ja. Rozmawiamy o współpracy w sektorze gazowym, ale niedługo będziemy się spotykali z Rickiem Perrym w Warszawie też w sprawie cyberbezpieczeństwa, nowych technologiach przerobu węgla i współpracy w technologiach nuklearnych – mówi Piotr Naimski.

Jak podkreśla, polski rząd współpracuje z amerykańską administracją również w kwestii spornego projektu gazociągu North Stream 2, który wzmocni pozycję Rosji jako dystrybutora gazu w Europie i szkodzi polskim interesom. Przeciwne jego realizacji są też Stany Zjednoczone, które dążą do osłabienia rosyjskiego monopolu energetycznego w UE. Amerykanie rozważają objęcie go sankcjami – komisja spraw zagranicznych Senatu USA przegłosowała niedawno projekt ustawy, która umożliwia nałożenie ich na firmy zaangażowane w realizację NS2, ale musi on jeszcze zyskać poparcie Senatu i Izby Reprezentantów oraz podpis prezydenta Donalda Trumpa. Większość komentatorów jest zdania, że prezydent USA ogłosi sankcje wobec NS2 podczas wrześniowej wizyty w Polsce z okazji obchodów 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej.

North Stream 2 to rosyjsko-niemiecka inwestycja, która jest wbrew polskim interesom, ale uważamy, że również wbrew interesom solidarności europejskiej. Podobnie uważają politycy amerykańskiego rządu i prezydent Trump. W związku z tym amerykańskie działania, które zmierzają do zaniechania tej inwestycji, są w polskim interesie i tutaj rzeczywiście współpracujemy, wymieniamy informacje – mówi Piotr Naimski.

Stany Zjednoczone są również ważnym partnerem Polski w zakresie dostaw skroplonego gazu ziemnego i jednym z kierunków dywersyfikacji polskiego bezpieczeństwa energetycznego. Tylko w ostatnich trzech miesiącach ubiegłego roku PGNiG zawarła w sumie cztery umowy na dostawy tego surowca.

– Kontrakty podpisywane przez PGNiG z amerykańskimi producentami są od 20 do 30 proc. bardziej korzystne w stosunku do tego, co PGNiG musi płacić Gazpromowi – podkreśla Naimski. – Stany Zjednoczone są jednym z najbardziej wiarygodnych producentów i dostawców surowca. Dywersyfikujemy kierunki i producentów, co niewątpliwie zwiększa bezpieczeństwo Polski. Chcemy mieć dostawy z bezpiecznych, stabilnych źródeł, Stany Zjednoczone niewątpliwie takim są.