Kolejna spółka gamingowa – Moonlit S.A. – debiutuje dziś na NewConnect

Moonlit Games S.A. to polski  producent gier o  software-house’owym rodowodzie. Dzięki środkom pozyskanym z rynku kapitałowgo oraz przy wykorzystaniu autorskich, innowacyjnych technologii powstają własne produkcje Spółki. Akcjonariuszem i strategicznym partnerem jest duży gracz na rynku – PlayWay S.A., notowany na Giełdzie Papierów Wartościowych.

Strategia Spółki zakłada rozwój działalności o produkcję własnych gier w oparciu o autorskie, innowacyjne technologie i zaawansowaną strategię wydawniczą.

W ramach przeprowadzonej emisji, Moonlit S.A. pozyskał 2 mln zł na rozwój działalności związanej z produkcją i wydawaniem własnych gier. W tym celu Spółka wyemitowała do miliona akcji, które stanowią 20% wszystkich akcji Spółki. Za debiut producenta na rynku NewConnect odpowiada Dom Maklerski Navigator.

Moonlit S.A. to producent m.in. gry Deadliest Catch: The Game, tworzonej na licencji Discovery Channel. Gracz – jako kapitan statku – wyrusza na Morze Beringa. Doświadczenie trudnej profesji oparte jest na kanwie programu Deadliest Catch „Najniebezpieczniejszy zawód świata”. Podczas produkcji Spółka spotkała się z licznymi komentarzami ze strony graczy            i fanów produkcji Discovery, którzy przekonywali, że świetnym sposobem na urozmaicenie zabawy będzie dodanie możliwości zarządzania załogą. Ponieważ oznacza to duży wzrost nakładów pracy i zmian w budżecie, Moonlit zdecydował się poprosić o wsparcie za pośrednictwem kampanii na Kickstarterze. Premiera gry na PC planowana jest na drugą połowę 2019 roku.

Moonlit rozpoczął pracę nad własnymi tytułami, zmniejszając jednocześnie ilość pracy wykonywanej na zlecenie. Tworzenie własnych gier do momentu ich wydania jest dla spółki kosztem i nie wygląda atrakcyjnie od strony  księgowej. Jest to jednak inwestycja, która przyniesie zysk znacznie większy niż praca wykonywana na zlecenie – mówi Michał Gardeła, CEO Moonlit S.A.

Debiut na rynku NewConnect to kolejny ważny etap rozwoju Spółki. Aktualnie w produkcji jest siedem tytułów od opierających się o pixel art, poprzez symulatory, aż po gry multiplayer. Dywersyfikujemy nasze projekty w poszukiwaniu własnej niszy. Inwestorzy doceniają nasz model biznesowy – dadał CEO Moonlit S.A.

Spółka zrealizowała dotąd 16 produkcji na zlecenie, a w ciągu najbliższych 4 lat planuje wydać 7 produkcji własnych, w tym jedną tworzoną przy urzyciu autorskiej technologi Angular Light – rewolucyjnej technologi oświetlenia 2D. Plany wydawnicze studia wynikają z wiedzy i doświadczenia zdobytego u boku uznanych wydawców, co zapewnia znaczącą przewagę konkurencyjną.

Firma tworzyła technologię i gry dla takich spółek jak PlayWay, Ultimate Games oraz Bloober. Wśród znaczących osiągnięć technologicznych można wymienić jedną z najbardziej zaawansowanych symulacji wody do silnika Unity, czyli UWS, zastosowany w hitach takich jak “Ultimate Fishing Simulator” czy “The Raft”. Pomysł na innowacyjną technologię oświetlenia do gier 2D został nagrodzony drugim miejscem w ogólnokrajowym konkursie GameINN 2017 roku i jest on nadal rozwijany.

Rynek transportowy w Polsce. Największe zainteresowanie lekkimi ładunkami, eksport do Niemiec i Wielkiej Brytanii

W 2018 roku Polacy w transporcie krajowym przewozili najczęściej lekkie ładunki o wadze do 2 ton. Głównymi kierunkami importu i eksportu były dla Polski Niemcy i Wielka Brytania – wynika z analizy rynku transportowego przeprowadzonej przez serwis Oferteo.pl.

Trzy czwarte zapytań dotyczy transportu krajowego

Poszukiwany rodzaj transportuJak wynika z badań przeprowadzonych przez Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących usług z ich dostawcami, aż trzy czwarte wszystkich osób zlecających transport w 2018 roku było zainteresowanych przewozami krajowymi. 13% zapytań dotyczyło eksportu towarów z Polski, a 10% – importu z innych krajów Europy. Niewielki odsetek zleceń (2%) dotyczył transportu z załadunkiem i rozładunkiem poza granicami Polski.

Niemcy i Wielka Brytania nadal najpopularniejsze

W porównaniu do ubiegłych lat nie zmieniły się główne kierunki importu i eksportu towarów. Na pierwszym miejscu w obu kategoriach znalazły się Niemcy, do których towary eksportowało 38%, a z których importowało je 36% badanych. Z Wielkiej Brytanii sprowadzało produkty 19% ankietowanych, a wysyłało je tam 20%.

Na kolejnych miejscach w kategorii importu znalazły się: Holandia (7%), Włochy (7%) i Francja (6%).

Natomiast dla eksportu: Francja (8%), Holandia (5%) oraz Włochy i Czechy (po 4%).

Najmniej popularnymi kierunkami eksportu (2%) są Dania, Norwegia, Szwajcaria, Ukraina oraz Irlandia, która była również na ostatnim miejscu w zestawieniu dotyczącym importu.

Przewozimy stosunkowo lekkie ładunki

Ciężar przewożonego ładunkuW ubiegłym roku badani przez Oferteo.pl najczęściej poszukiwali transportu dla ładunków o wadze do 2 ton. Takie zapytania stanowiły 51% wszystkich złożonych w serwisie. Na drugim miejscu, z popularnością na poziomie 24%, znalazły się najcięższe ładunki, których waga przekracza 20 ton.

Czym przewożono ładunki?

Rodzaj nadwoziaPojazdami najczęściej wybieranymi do transportu były samochody typu plandeka / firanka / mega. Ich popularność wzrosła aż o 18% w stosunku do roku poprzedniego i wyniosła 46%. Na drugim miejscu plasuje się bus transportowy z wynikiem 30% oraz meblowóz wybierany w 10% przypadków.

Na rynku działa wiele firm transportowych, przez co konkurencja w branży jest wyjątkowo duża. To oczywiście korzystne dla nas jako klientów i z pewnością warte wykorzystania. – radzi Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. Szukając odpowiedniego przewoźnika, dobrze jest zapoznać się z ofertami przynajmniej kilku z nich. Istotnymi czynnikami przy dokonywaniu wyboru powinny być: cena, stan floty, doświadczenie kierowców, opinie oraz dostępne terminy.

Metodologia badań

Przedstawione dane pochodzą z analizy prawie 18 000 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl w 2018 roku przez podmioty poszukujące usług transportowych.

Studzenie oczekiwań

Fed stara się ostudzić rynkowy entuzjazm w kierunku obniżek stóp procentowych, jednak przekonanie inwestorów do konieczności luzowania polityki pieniężnej jest na tyle silne, by ograniczyć odbicie dolara. Bez nowych danych dyskusja jest jałowa, a w międzyczasie rynek wszedł w fazę odrętwienia przed szczytem G20.

Wczoraj dwa komentarze zmąciły dotychczasowy stan rynku. Jamesa Bullarda z Fed w St. Louis powiedział, że sytuacja gospodarcza nie wymaga cięcia stóp procentowych o 50 pb, choć jest to dobry czas na „asekuracyjną” obniżkę. To interesujące stwierdzenie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że Bullard jest jednym z członków Komitetu o najbardziej gołębich poglądach i jako jedyny chciał obniżki już na czerwcowym posiedzeniu. Zatem jeśli Bullard sam nie widzi koniczności „nadganiania” z luzowaniem, tym bardziej opinia całego FOMC może być za stopniowymi ruchami po 25 pb. Drugim istotnym komentarzem były słowa szefa Fed J. Powella, który zaprzeczył zarzutom o gołębi zwrot po dyktando prezydenta Trumpa, który wielokrotnie krytykował politykę Fed. Powell podkreślił, że bank centralny jest „odizolowany od krótkoterminowych nacisków politycznych”. Razem oba stwierdzenia zasiały ziarno niepewności, czy Fed faktycznie jest gotów na odważne cięcie o 50 pb pod wpływem napływających danych lub presji politycznej.

Czy to jednak dużo zmienia w sytuacji dolara? Moim zdaniem nie ma znaczenia, czy Fed zetnie stopy raz o 50 pb w lipcu lub we wrześniu, czy rozłoży to na dwa posiedzenia w krokach po 25 pb. Z perspektywy rynków finansowych istotny jest sam zwrot w polityce z perspektywą silniejszych reakcji na ryzyka, których materializację rynek wycenia wysoko. Rynek stopy procentowej dyskontuje dziś 31 pb obniżki podczas lipcowego posiedzenia (vs 36 pb na początku tygodnia), co sugeruje, że rynek nie rezygnuje całkowicie z gołębich oczekiwań. Krótkoterminowo możemy obserwować odreagowanie ostatniej fali spadkowej, które wpisuje się w chęć inwestorów do redukcji pozycji przed szczytem G20 i spotkaniem Trump-Xi. A biorąc pod uwagę, że w globalnym nurcie łagodzenia polityki, Fed ma największą przestrzeń do obniżek stóp procentowych, więc nawet jeśli odbędzie się to w akompaniamencie obniżek przeprowadzanych przez inne banki centralne, USD relatywnie będzie tracił.

Dziś w zaplanowanych wydarzeniach brakuje oczywistych impulsów, co skazuje rynek na stan odrętwienia w oczekiwaniu na szczyt G20. Mamy kilka wystąpień publicznych członków EBC, BoE i Fed. Z danych zamówienia na dobra trwałe z USA są najistotniejsze obok raportu DoE o zapasach ropy. Zaskakujący spadek w danych API (-7,55 mln baryłek) podbił ceny WTI o ponad 2 proc. i ustawia wysoko oczekiwania na podobna niespodziankę. Na FX przetasowania w pozycjach (mając też na uwadze koniec miesiąca i kwartału) mogą mieć większe znaczenie niż generalne przekonanie o sile/słabości USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polskie mamy chcą obowiązkowych i bezpłatnych szczepień przeciwko rotawirusom. Domaga się tego 77 proc. kobiet

Polskie mamy chcą obowiązkowych i bezpłatnych szczepień przeciwko rotawirusom. Domaga się tego 77 proc. kobiet 1

Rośnie świadomość Polek na temat konieczności wykonywania szczepień przeciwko rotawirusom. Mamy mają dużą wiedzę na temat ewentualnych powikłań wywołanych przez te wirusy, szczepią więc dzieci zarówno z obawy przed zachorowaniem, jak i w celu uniknięcia hospitalizacji malucha. Te mamy, które rezygnują ze szczepień przeciw rotawirusom, robią to głównie ze względu na sytuację finansową. 77 proc. matek zgadza się ze stwierdzeniem, że szczepienia przeciwrotawirusowe powinny być obowiązkowe, dzięki czemu byłyby one bezpłatne dla rodziców.

Jak pokazuje badanie przeprowadzone przez Kantar Polska, 60 proc. matek dzieci w wieku 6 tygodni – 5 lat poddaje swoje pociechy zarówno szczepieniom obowiązkowym, jak i zalecanym. Kierują się przy tym przede wszystkim lękiem przed potencjalną chorobą dziecka oraz koniecznością jego hospitalizacji. Polskie mamy dobrze się orientują w szczepieniach dla dzieci. Najwięcej wiedzą o szczepieniach przeciwko śwince, odrze, różyczce, rotawirusom i pneumokokom. Słyszało o nich 90 proc. kobiet. Nieco słabsza jest wiedza o tym,  które szczepionki są bezpłatne dla rodziców, a za które trzeba zapłacić.

Tylko 14 proc. kobiet nie sięga po szczepienia zalecane, a 2 proc. w ogóle rezygnuje z tej formy ochrony malucha, określając się jako przeciwniczki szczepień.

 Ma to niezwykle pozytywny wydźwięk. Zdecydowana większość rodziców akceptuje tę formę profilaktyki, ma bardzo proszczepienne postawy i po prostu szczepi swoje dzieci – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Augustynowicz z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny.

– Główną przyczyną, dla której mamy szczepią, jest obawa, że dziecko zachoruje na poważne choroby. W przypadku szczepień rotawirusowych dodatkowo dochodzi obawa przed hospitalizacją dziecka. Ważna jest także rekomendacja lekarza, pediatry bądź lekarza rodzinnego, który jest autorytetem dla matek w tej dziedzinie i zaleca takie szczepienie – mówi Magdalena Rumas z Kantar Polska.

Badanie pokazało, że Polki chciałyby rozszerzenia Narodowego Programu Szczepień Ochronnych..

– 44 proc. uważa, że powinny być one włączone w pierwszej kolejności. I to, co jest najważniejsze, 77 proc. matek zgadza się ze stwierdzeniem, że szczepienia przeciwrotawirusowe powinny być obowiązkowe, dzięki czemu byłyby one bezpłatne dla rodziców – mówi Magdalena Rumas.

– Program Szczepień Ochronnych jest bardzo dobry, ale to nie znaczy, że nie może być jeszcze lepszy. Uważam, że na pierwszym miejscu należałoby wprowadzić powszechne szczepienia przeciwko rotawirusom, ponieważ one stanowią realny problem w pediatrii – mówi prof. Ernest Kuchar, kierownik Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Obecnie szczepienia te są zalecane dzieciom od 6. do 24. tygodnia życia, nie są jednak finansowane z budżetu resortu zdrowia.

Połowa badanych mam deklaruje, że zaszczepiła przynajmniej jedno swoje dziecko przeciwko rotawirusom. Główną przyczyną, dla której respondentki nie zdecydowały się na taką formę ochrony maluchów, jest bariera finansowa oraz strach przed nadmiernym przeciążeniem układu odpornościowego dziecka. 3 na 4 matki deklarują, że zaszczepiłyby dziecko przeciwko rotawirusom, gdyby szczepienie było bezpłatne i wpisane na listę szczepień obowiązkowych.

Zdaniem ekspertów wprowadzenie powszechnych szczepień przeciwko rotawirusom nie tylko nie obciążyłoby budżetu państwa, lecz także przyniosło korzyści ekonomiczne w postaci uniknięcia kosztów licznych hospitalizacji. Mogłoby się także przyczynić do zwiększenia komfortu leczenia szpitalnego – zimowy wzrost zachorowań na biegunki rotawirusowe zbiega się z sezonowym szczytem zakażeń układu oddechowego, w tym grypy.

 Efekt jest taki, że szpitale są przepełnione. Jesteśmy zmuszeni pacjentów umieszczać na korytarzu, a to nie są warunki, które sprzyjają powrotowi do zdrowia. Do tego rotawirus jest bardzo zaraźliwy. Mniej więcej 1/3 zakażeń rotawirusowych ma charakter zakażeń szpitalnych. Mimo najlepszych chęci nie sposób uniknąć przenoszenia drobnoustrojów między pacjentami – mówi prof. Ernest Kuchar.

Z powodu biegunki rotawirusowej w Polsce do szpitali trafia rocznie ponad 50 tys. dzieci – spędzają tam średnio 5 dni. Gdy choruje dziecko, to najczęściej mama bierze zwolnienie lekarskie, trwające średnio 9 dni. Ponad połowa rodziców zaraża się od swoich pociech, przez co pozostają na zwolnieniu lekarskim przez kolejnych 5 dni.

Ataki terrorystyczne poważnym problemem dla turystyki. Branża potrzebuje średnio ponad roku na odrobienie strat

Ataki terrorystyczne poważnym problemem dla turystyki. Branża potrzebuje średnio ponad roku na odrobienie strat 2

Tunezja, Egipt czy Turcja zyskują w zestawieniu najchętniej wybieranych przez Polaków kierunków na wakacje. Jednak odbudowanie pozycji tych krajów po serii zamachów terrorystycznych jest trudnym i długim procesem. Każde takie zdarzenie to ogromny cios dla turystyki, odczuwalny zwłaszcza w takich krajach, które opierają na niej całą gospodarkę. Zdaniem ekspertów branża potrzebuje co najmniej kilkunastu miesięcy, aby odrobić starty. Przed zagranicznym urlopem warto sprawdzić ostrzeżenia MSZ i zalecenia, do których należy się stosować podczas pobytu za granicą.

 Branża turystyczna w skali globalnej rośnie o 2–3 proc. rocznie, natomiast w krajach, w których wystąpiły zamachy terrorystyczne, przychody z turystyki przyjazdowej się zmniejszają. Te problemy, które wynikają z terroryzmu, dotyczą wszystkich: organizatorów wycieczek, hotelarzy, restauratorów czy właścicieli atrakcji turystycznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Daniel Puciato, profesor Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Na początku tego roku wyroki dożywocia usłyszało siedmiu dżihadystów powiązanych z Państwem Islamskim, którzy w 2015 roku dokonali masakry na turystach, w tym trzech Polakach, wypoczywających w Tunezji. Od tamtego czasu w jednej z najpopularniejszych destynacji turystycznych nie doszło do żadnego zamachu, jednak polskie MSZ nadal odradza podróże w niektóre regiony tego kraju, a w pozostałych rekomenduje szczególną ostrożność. Ostrzeżenia – dotyczące całego obszaru bądź poszczególnych regionów – obowiązują też m.in. dla Maroka, Turcji, Egiptu, gdzie w grudniowym zamachu bombowym zginęła trójka turystów, oraz Sri Lanki, gdzie w kwietniu w zamachach terrorystycznych zginęło ponad 300 osób, w tym 39 obcokrajowców.

 Średni czas na odrobienie strat, które wynikają z takiego zamachu, to około 13 miesięcy. W największym stopniu cierpią te kraje, których turystyka ma znaczący udział w gospodarce. Tam po przeprowadzonych zamachach terrorystycznych może nawet spaść produkt krajowy brutto – mówi dr hab. Daniel Puciato.

Obrazuje to m.in. przykład Sri Lanki. Po kwietniowych zamachach szef lankijskiego biura promocji turystyki Kishu Gomes poinformował, że prognozowany spadek liczby turystów w najbliższych miesiącach sięgnie 30 proc., a w stolicy kraju Kolombo – nawet 50 proc. Zamiast 2,5 mln turystów w bieżącym roku Sri Lanka spodziewa się przyjąć ich około 2 mln. Jednocześnie prezes lankijskich linii lotniczych Sri Lankan Airlines Vipula Gunatilleka poinformował, że krótko po zamachach miał miejsce 10-proc. wzrost anulowanych rezerwacji. Zamachy terrorystyczne mocno ograniczą więc w nadchodzących miesiącach zyski branży turystycznej, która stanowi istotną gałąź gospodarki tego kraju.

– Poszczególne kraje, zwłaszcza te bogate, wydają mnóstwo pieniędzy, żeby walczyć z takimi poważnymi zagrożeniami, m.in. poprzez współpracę międzynarodową, wymianę informacji, pracę wywiadowczą i tworzenie całego systemu reagowania na pojawiające się zamachy – mówi dr hab. Daniel Puciato.

Jak podkreśla, wyjeżdżając na zagraniczny urlop, każdy powinien określić akceptowalny dla siebie poziom ryzyka. Koniecznie należy sprawdzać na bieżąco aktualizowane przez polskie MSZ ostrzeżenia i listę krajów, do których podróż nie jest zalecana. MSZ stosuje czterostopniową skalę informującą o poziomie zagrożenia w danym państwie czy regionie. Publikuje również zalecenia, do których należy się stosować podczas pobytu w danym kraju.

– Najlepszą metodą sterowania ryzykiem jest unikanie ryzyka. Dlatego proponuję, żeby do krajów, które są szczególnie narażone na zamachy terrorystyczne, po prostu nie jeździć, a w zamian wybierać bezpieczniejsze destynacje – podkreśla dr hab. Daniel Puciato. – Jak informuje MSZ, powinniśmy unikać Jemenu, Kolumbii, Libii, Tunezji, Turcji, Egiptu, Etiopii i Somalii, a z krajów europejskich – Rosji i Francji. Akurat kraje europejskie są przykładem państw, gdzie pewien poziom zagrożenia terrorystycznego występuje, natomiast zarządzanie bezpieczeństwem jest na bardzo wysokim poziomie.

Wykładowca wrocławskiej WSB przypomina również, żeby udając się na urlop do kraju objętego ryzykiem terrorystycznym, zaczerpnąć więcej informacji na temat bezpieczeństwa w danym regionie, w czym pomocny będzie portal „Polak za granicą”, oraz zgłosić wyjazd w systemie „Odyseusz”. Dzięki temu w przypadku wystąpienia sytuacji nadzwyczajnych za granicą MSZ będzie mógł nawiązać kontakt i udzielić pomocy poprzez placówkę dyplomatyczno-konsularną.

– Powinniśmy też pozostawać w stałym kontakcie z naszymi bliskimi, a przed wyjazdem zostawić im szczegółowy plan naszej podróży, w tym dane teleadresowe miejsc, w których się będziemy zatrzymywać. Nie powinniśmy również podróżować samodzielnie, zalecałbym podróże w grupie. Dobrze jest mieć przy sobie dyżurny numer telefonu do ambasady czy konsulatu Polski bądź innego kraju Unii Europejskiej w regionie, w którym zamierzamy przebywać. Dobrze byłoby również wykupić sobie dodatkowe ubezpieczenie, które może się przydać w tych miejscach – mówi dr hab. Daniel Puciato.

Polacy spędzają rocznie średnio miesiąc w internecie. Korzystanie bez umiaru z cyfrowych technologii utrudnia wypoczynek

Polacy spędzają rocznie średnio miesiąc w internecie. Korzystanie bez umiaru z cyfrowych technologii utrudnia wypoczynek 3

Przeciętny Polak spędza w ciągu roku w internecie ponad 760 godzin, czyli cały miesiąc – wynika z badań Gemiusa. Zdecydowana większość pozostaje online nawet w trakcie letnich wakacji. Niehigieniczne korzystanie z technologii cyfrowych połączone z przebodźcowaniem i nadmiarem informacji powoduje, że mózg nie jest w stanie efektywnie odpoczywać. Można to jednak zmienić, wprowadzając kilka prostych zasad, które zmienią złe nawyki – podkreśla Ula Dąbrowska, współautorka książki „Spa dla umysłu”.

 Technologie cyfrowe same w sobie nie są zagrożeniem. Problemem jest to, że my poświęcamy im tak dużo czasu. One wciągają jak chipsy – trudno zjeść trzy, od razu idzie cała paczka. Przeciętny Polak spędza 2 godziny dziennie, buszując w internecie, co przez cały rok daje ponad 700 godzin – to oznacza cały miesiąc spędzony w internecie, kiedy nie jesteśmy z innymi ludźmi, nie dbamy o siebie, nie uprawiamy sportu. Czas online to jest niestety czas stracony, którego nie spędzamy w realu, co jest trochę niebezpieczne – mówi agencji Newseria Biznes Ula Dąbrowska, biolożka, współautorka książki „Spa dla umysłu”.

Badanie przeprowadzone na zlecenie momondo w 2017 roku pokazało, że tylko 13 proc. Polaków decyduje się na całkowite wyłączenie urządzeń mobilnych w trakcie letniego urlopu. Na jeszcze mniejszy odsetek wskazuje Mobile Travel Report 2018 przygotowany na zlecenie wyszukiwarki Kayak, z którego wynika, że tylko 1 proc. na wakacjach jest offline, natomiast prawie połowa Polaków jest podłączona do internetu w trakcie całego urlopu, a co czwarty sprawdza na wakacjach służbową pocztę.

– Zastanówmy się, jak wiele czasu spędzamy z telefonem czy tabletem w ręku albo przed ekranem komputera poza godzinami pracy. Nie możemy zmienić pracy, ale za to możemy zmienić swoje nawyki – podkreśla Ula Dąbrowska.

Jak wskazuje, złe nawyki i niehigieniczne korzystanie z technologii cyfrowych utrudniają efektywny wypoczynek. Można to jednak zmienić, wprowadzając kilka zasad.

– Są dwa podejścia, które sama stosuję. Pierwsze zakłada stworzenie strefy bezpiecznej od ekranów w mieszkaniu albo w pracy, przede wszystkim sypialnia bez telefonów komórkowych, tabletów i laptopa. Drugi model polega na szukaniu poza internetem takich zajęć, które nas pasjonują, czyli sport, spotkania towarzyskie, podróżowanie. Wszystko to, co sprawia, że nie chcemy być przyklejeni do telefonu – mówi Ula Dąbrowska.

Współautorka książki „Spa dla umysłu” zwraca uwagę na to, że przy obecnym, powszechnym dostępie do technologii ludzki mózg jest przebodźcowany, bombardowany codziennie nadmiarem informacji z mediów, internetu, portali społecznościowych. Żeby poradzić sobie z przemęczeniem, potrzebuje regularnego wypoczynku.

 Musimy się porządnie wyspać i to nie jedną noc, tylko noc za nocą. 8 godzin, jak zalecają lekarze, to jest minimum. Jeśli mamy mnóstwo pracy i obowiązków, to może nawet 10 godzin, zwłaszcza w weekend. Wygląda to bardzo nierealnie we współczesnym świecie, ale nasz mózg tego potrzebuje, bo w czasie snu nie odpoczywa tylko ciało, lecz także głowa. Nasz mózg codziennie przyjmuje mnóstwo informacji, które musi potem posegregować, zapamiętać i pozbyć się takich fizjologicznych substancji, które gromadzą się w ciągu dnia, a które w pewnym sensie są dla mózgu trujące – podkreśla Ula Dąbrowska.

W jaki sposób skutecznie walczyć ze stresem, jak dbać o swoją kreatywność, ładować akumulatory i efektywnie odpoczywać w świecie pełnym cyfrowych technologii – to pytania, na które odpowiada książka „Spa dla umysłu” Rafała Ohme i Uli Dąbrowskiej, która miała premierę 5 czerwca. Prof. Rafał Ohme, czerpiąc z wiedzy o psychologii i mózgu oraz lat doświadczeń w biznesie, proponuje w niej m.in. autorski trening emocji, który zwiększa wydajność, dodaje siły i zapobiega wypaleniu.

Małe i średnie firmy będą mogły wytwarzać prąd w mikroinstalacjach. To pomoże im obniżyć koszty energii

Małe i średnie firmy będą mogły wytwarzać prąd w mikroinstalacjach. To pomoże im obniżyć koszty energii 4

Jak pokazują dane Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, w ubiegłym roku w Polsce powstało 28,36 tys. mikroinstalacji fotowoltaicznych o łącznej mocy 173 MW. Ich liczba ma radykalnie wzrosnąć po uruchomieniu programu Energia Plus, dzięki któremu przedsiębiorcy będą mogli produkować energię na własne potrzeby, a nadwyżki rozliczać w korzystnym systemie upustów. Projekt nowelizacji ustawy o OZE, który rozszerza status prosumenta o małe i średnie firmy, zyskał wczoraj akceptację rządu. Teraz zajmie się nim Sejm.

Pod koniec maja projekt nowelizacji ustawy o OZE i zawarty w nim tzw. pakiet prosumencki zostały już przyjęte przez Komitet Stały Rady Ministrów. Na wczorajszym posiedzeniu rządu dodano do niego poprawkę ministra rolnictwa i rozwoju wsi, która umożliwi tworzenie spółdzielni energetycznych na terenie gmin wiejskich i miejsko-wiejskich. Spółdzielnie także będą mieć prawo do prosumenckich zasad rozliczeń energii elektrycznej w systemie opustów.

Teraz projekt nowelizacji ustawy o OZE musi trafić do Sejmu, a – według wcześniejszych zapowiedzi szefowej MPiT Jadwigi Emilewicz – jest na to szansa jeszcze w lipcu.

– Liczę na to, że te regulacje staną się silnym impulsem do rozwoju energetyki odnawialnej w Polsce – powiedziała cytowana w komunikacie Jadwiga Emilewicz, podkreślając, że projekt jest jedną z dróg do zmniejszenia emisyjności polskiej energetyki bez szkody dla krajowej gospodarki.

 Program Energia Plus jest podzielony na dwa etapy. Pierwszy z nich będzie wchodził latem – tak, żeby umożliwić realizację inwestycji już w okresie budowlanym. Natomiast drugi etap, rozwój dla większych instalacji prosumenckich, przewidywany jest w przyszłym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Tarka, doradca ministra przedsiębiorczości i technologii ds. programu Energia Plus.

Energia Plus to sztandarowy pomysł minister przedsiębiorczości i technologii ogłoszony w styczniu br. W założeniu ma zapewnić polskim gospodarstwom domowym, MŚP i jednostkom samorządu terytorialnego możliwość budowania własnej niezależności energetycznej i chronić je przed ryzykiem wzrostu cen energii.

Z drugiej strony program ma się także przyczynić do wypełnienia zobowiązań Polski wobec UE w zakresie udziału OZE w miksie energetycznym kraju oraz wspomagać działania na rzecz poprawy powietrza. To istotne o tyle, że – jak wynika z raportu NIK („Rozwój sektora odnawialnych źródeł energii”) – w przypadku niezrealizowania do 2020 roku obowiązkowego minimalnego udziału energii z OZE w całkowitym zużyciu energii brutto na poziomie 15 proc. Polska stanęłaby przed koniecznością dokonania transferu OZE z państw członkowskich UE dysponujących nadwyżką zielonej energii. Koszty takiego transferu według NIK mogłyby sięgnąć nawet 8 mld zł.

– Program Energia Plus dotyczy rozwoju instalacji prosumenckich w zakresie firm i małego biznesu. Mamy do czynienia z rewolucyjną koncepcją rozwoju znacznej liczby źródeł odnawialnych wśród polskich firm oraz w samorządach. Program daje możliwości generacji własnej energii przy wykorzystaniu źródeł fotowoltaicznych na szeroką skalę dla wszystkich odbiorców końcowych – mówi Michał Tarka.

Nad założeniami programu Energia Plus od lutego br. pracował powołany przez premiera międzyresortowy Zespół ds. Ułatwienia Inwestycji w Prosumenckie Instalacje Odnawialnych Źródeł Energii Elektrycznej, którego celem było usunięcie prawnych i formalnych przeszkód, na jakie napotykają inwestorzy zainteresowani zakupem i montażem mikroinstalacji fotowoltaicznych (tzw. pakiet prosumencki zawarty w przyjętej właśnie nowelizacji ustawy o OZE).

Jak podaje MPiT, umasowieniu takich prosumenckich instalacji sprzyja również spadek cen paneli fotowoltaicznych (o 90 proc. w ciągu ostatnich 10 lat) oraz zniesienie jesienią ubiegłego roku przez Komisję Europejską antydumpingowych ceł na ogniwa i panele fotowoltaiczne z Chin. To istotne o tyle, że na Chiny przypada 65 proc. światowej produkcji paneli.

– Program Energia Plus przede wszystkim zmienia uwarunkowania legislacyjne w kontekście możliwości rozwoju energetyki prosumenckiej. Udostępnia rozwiązania, które dają szansę na zwiększoną liczbę instalacji i dostępność tych instalacji dla wszystkich zainteresowanych – mówi Michał Tarka. – Oczywiście każdy musi sfinansować te inwestycje sam, natomiast program zakłada dostępność tanich kredytów z banków komercyjnych i Banku Ochrony Środowiska. Czyli innymi słowy – mamy do czynienia z programem, który jest spójny nie tylko z punktu widzenia prawnego, lecz także finansowego.

W ramach realizacji programu Energia Plus w kwietniu PKO Bank Polski wystartował z pożyczką, która wspiera inwestycje gospodarstw domowych w instalacje fotowoltaiczne. Ekopożyczka na zakup urządzeń fotowoltaicznych obejmuje finansowanie do 50 tys. zł – zarówno kosztów zakupu paneli słonecznych, jak i ich montażu. Oprocentowanie kredytu to 4,99 proc. przy prowizji wynoszącej 0,99 proc. Aby skorzystać z preferencyjnych warunków, należy w ciągu trzech miesięcy od uzyskania finansowania przedstawić dokumenty potwierdzające zakup i montaż urządzeń za co najmniej 85 proc. kwoty pożyczki. Pod koniec maja dołączył także Bank Gospodarstwa Krajowego, który ogłosił gwarancje kredytowe Biznesmax na instalacje fotowoltaiczne dla firm.

Przyjęty wczoraj przez rząd projekt nowelizacji ustawy o OZE zakłada, że przedsiębiorca, który założy mikroinstalację fotowoltaiczną (moc do 50kW), będzie mógł produkować prąd na własne potrzeby. Jeżeli wyprodukuje go w nadmiarze, będzie mógł oddać nadwyżkę do sieci dystrybucyjnych, dzięki czemu kiedy słońce nie będzie świecić, kupi go później ze znacznym opustem. Jedną z ważniejszych zmian jest także rezygnacja z obowiązku przygotowania projektu budowlanego dla najmniejszych mikroinstalacji do 6,5 kW oraz możliwość lokalizowania mikroinstalacji na terenach, które w planach miejscowych mają przeznaczenie inne niż produkcyjne.

MPiT zapowiada, że w planach są kolejne ułatwienia ukierunkowane na rozwój energetyki obywatelskiej, inwestycji w OZE oraz zwiększenie udziału prosumenckich OZE w bilansie energetycznym

Według MPiT w ubiegłym roku powstało w Polsce powstało łącznie 28,36 tys. mikroinstalacji fotowoltaicznych o łącznej mocy 173 MW. To ponaddwukrotnie więcej niż jeszcze w 2017 roku. Na koniec marca br. działało już ponad 65 tys. mikroinstalacji OZE, a według ostatniego raportu Instytutu Energetyki Odnawialnej – Polska już w tym roku ma szansę znaleźć się na 4. miejscu w UE pod względem rocznych przyrostów nowych mocy fotowoltaicznych.

Dane przytaczane przez koalicję „Więcej niż energia” pokazują z kolei, że w Polsce co najmniej 4 mln budynków ma warunki techniczne do zainstalowania mikroinstalacji OZE. Mimo to w ciągu ostatnich 10 lat powstało łącznie raptem ok. 230 tys. mikroinstalacji, z których 98 proc. służy do produkcji ciepła. Dotąd głównym problemem, który hamował w Polsce rozwój energetyki obywatelskiej, były bariery finansowe oraz administracyjne i prawne, ukierunkowane głównie na utrzymanie istniejącego systemu energetycznego. Te problemy ma rozwiązać właśnie rządowy program Energia Plus.

Deficyt lekarzy, nauczycieli i rzemieślników na Śląsku. W Katowicach pracę można dostać niemal w każdym zawodzie

Deficyt lekarzy, nauczycieli i rzemieślników na Śląsku. W Katowicach pracę można dostać niemal w każdym zawodzie 5

Z Barometru Zawodów prognozującego zapotrzebowanie na pracę w poszczególnych zawodach wynika, że w województwie śląskim niemal nie występują zawody nadwyżkowe, czyli takie, w których liczba chętnych przewyższa liczbę miejsc pracy. W Katowicach można dostać pracę niemal w każdym zawodzie. Najbardziej jednak potrzebne są i będą osoby zajmujące się opieką nad osobami starszymi i chorymi.

– Różnie to wygląda w różnych powiatach, ale generalnie w każdym zawodzie jest zapotrzebowanie na pracowników – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Sikorski, dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Katowicach. – Deficyt pojawił się w takich zawodach, które wcześniej były uznawane za nadwyżkowe, np. wśród nauczycieli przedmiotów ogólnokształcących. To może być efekt reformy, a także tego, że system edukacji się profesjonalizuje i dużo miejsc pracy jest w komercyjnych jednostkach edukacyjnych.

Województwo śląskie należy do najmniej dotkniętych bezrobociem w całym kraju – niższą stopą bezrobocia może się pochwalić jedynie Wielkopolska (na koniec kwietnia 2019 roku 3,0 proc. wobec 4,2 proc. na Śląsku i 5,6 proc. w całej Polsce). Spośród stolic województw i dużych miast Katowice także mają jeden z najniższych wskaźników: 1,6 proc. Mniej bezrobotnych jest tylko w Poznaniu (1,3 proc.) oraz w Warszawie (1,4 proc.). Niskim bezrobociem cechuje się także Bielsko-Biała (1,9 proc.), natomiast największe problemy z pracą mają mieszkańcy Bytomia (9,1 proc.) oraz powiatów będzińskiego, zawierciańskiego i kłobuckiego (powyżej 7 proc.), czyli północnej części województwa, terenów turystycznych, postindustrialnych i słabiej skomunikowanych z najprężniejszymi ośrodkami. Są jednak zawody, w których i tam poszukuje się pracowników.

– Bardzo duże jest zapotrzebowanie na lekarzy. W tej chwili to jest bolączka wielu szpitali, zarówno tych publicznych, jak i prywatnych. Praktycznie w każdej specjalizacji lekarz znajdzie pracę w województwie śląskim – mówi Grzegorz Sikorski. – Najbardziej potrzebni są lekarze, których specjalizacje związane są z opieką czy leczeniem osób starszych, ale też anestezjolodzy. Pielęgniarki to też jest zawód, na który jest zapotrzebowanie w każdym powiecie naszego województwa. To są też zawody, w których cudzoziemcy nie mogą podjąć pracy, bo nie mogą nostryfikować dyplomu, co jest bardzo trudne, to tutaj mamy największe deficyty.

Przygotowany już po raz czwarty Barometr Zawodów pokazuje prognozowane zapotrzebowanie na poszczególne zawody w podziale na województwa i powiaty w ciągu najbliższego roku. Z Barometru korzystają przede wszystkim osoby, które wybierają kierunek edukacji w konkretnym zawodzie, agencje pracy, dyrektorzy szkół, wybierając kierunki kształcenia czy instytucje rynku pracy, które aktywizują osoby bezrobotne.

– Zawody deficytowe w województwie śląskim to takie zawody, które już od lat są unikalne: zawody rzemieślnicze, techniczne, z branży budowlanej. One kiedyś nie były zbyt popularne ze względu na wynagrodzenie i niewielką liczbę miejsc pracy, więc nie kształcono się w tych zawodach. W tej chwili mimo nowych technologii, które są wprowadzane w wielu zakładach pracy, pracownicy dalej są niezbędni na rynku – tłumaczy dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Katowicach.

Jak przewiduje, w przyszłości na pewno nie zabraknie pracy dla osób opiekujących się osobami starszymi i chorymi. Coraz większa długość życia i zbyt mała liczba narodzin uniemożliwia zastępowalność pokoleń. To oznacza, że przybywać będzie ludzi w wieku poprodukcyjnym, a liczba pracujących będzie spadać. Według prognozy GUS urodzona w 2030 roku dziewczynka będzie miała przed sobą średnio 84,6 lat życia, o 2,5 roku więcej niż jej o 13 lat starsza koleżanka, zaś w przypadku chłopców różnica ta wyniesie aż 3,8 roku (78,1 w 2030). W 2016 roku odsetek osób w wieku 65 i więcej lat był wyższy niż 20 proc. w zaledwie 107 gminach (ok. 4 proc. wszystkich gmin). W 2030 roku gminy z udziałem osób starszych przekraczającym 20 proc. będą stanowiły już prawie dwie trzecie wszystkich gmin w Polsce.

– Opiekunowie osób starszych czy potrzebujących to grupa, która jest bardzo potrzebna. Ona będzie na pewno wzrastać, bo o ile rozwój technologii może zastąpić w niektórych przypadkach ludzi w branżach technicznych czy budowlanych, o tyle w branży opieki i medycyny to może nie być tak łatwe, ponieważ czynnik ludzki jest bardzo istotny – wyjaśnia Grzegorz Sikorski. – E-opieka zaczyna być dość dobrze rozwijająca się branżą, ale to jest tylko monitoring stanu zdrowia czy lokalizacji osób starszych. Jednak to nie zastąpi bezpośredniej opieki i wsparcia psychologicznego, którego może udzielać człowiek, nie maszyna.

Biokompatybilne materiały z Polski pomogą w rekonwalescencji pacjentów po urazach. Sztuczne więzadła krzyżowe pozwolą uniknąć bolesnych przeszczepów

Biokompatybilne materiały z Polski pomogą w rekonwalescencji pacjentów po urazach. Sztuczne więzadła krzyżowe pozwolą uniknąć bolesnych przeszczepów 6

Materiały bioaktywne mogą zrewolucjonizować medycynę. Dzięki wysokiej zgodności z tkankami pacjenta pokryte warstwami z bioaktywnych materiałów implanty nie będą odrzucane przez organizm. Ogromną szansą dla pacjentów po wypadkach czy urazach sportowych, u których doszło do zerwania więzadła, może być zastosowanie ich sztucznych odpowiedników. Rozwiązanie, nad którym pracują Polacy, wchodzi obecnie w fazę badań klinicznych. Tymczasem bioaktywne nanocząsteczki stosowane przez naukowców pozwalają już coraz skuteczniej walczyć z problemami współczesnej medycyny, takimi jak zakażenia w okresie okołooperacyjnym.

– Sztuczne więzadła krzyżowe są wykonane z bardzo wytrzymałych polimerów, które są plecione tak, aby uzyskać wytrzymałą strukturę. Materiały te są nierozpuszczalne w tkankach ciała ludzkiego, natomiast przenoszą wszystkie obciążenia podczas ruchu stawu kolanowego. Jest to innowacyjny wynalazek w skali światowej, ponieważ do modyfikacji takiego więzadła używamy cząstek nanohydroksyapatytu, które wspomagają regenerację takiego więzadła w tkance kostnej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Julia Higuchi z Laboratorium Nanostruktur Polskiej Akademii Nauk.

Nowe biokompatybilne implanty z Polski pomogą w rekonwalescencji pacjentów po urazach więzadeł kolanowych, które są jednymi z poważniejszych kontuzji związanych ze sportami wyczynowymi, ale również rekreacyjnym uprawianiem sportu. Jak wskazuje ekspertka, urazy związane z uszkodzeniem więzadeł, szczególnie zerwania więzadła krzyżowego przedniego (ACL), występują najczęściej w przypadku młodych, aktywnych fizycznie mężczyzn w wieku 25–35 lat. W tej grupie ponad 70 proc. urazów jest związana z wyczynowym uprawianiem sportu.

Hydroksyapatyt jest jednym z materiałów, z których w naturze zbudowana jest ludzka kość. Jego syntetyczna postać może być wykorzystywana jako składnik mas stomatologicznych czy cementów kostnych, a także stanowić łącznik między implantem a tkankami ciała. To materiał o wysokiej biozgodności i mogący się łączyć z tkanką kostną. Właśnie dlatego doskonale sprawdza się w ortopedii i traumatologii. Przyszłością jego zastosowania jest jednak inżynieria tkankowa, w której materiał ten stanowi swoiste rusztowanie umożliwiające stymulowanie odbudowy tkanki i mechaniczne jej wzmacnianie.

– Sztuczne więzadła będą stosowane u pacjentów po zerwaniu więzadła krzyżowego, np. po wypadkach komunikacyjnych lub urazach sportowych. Ich zastosowanie w praktyce oznacza krótszy czas rekonwalescencji pacjentów oraz brak potrzeby przeszczepiania więzadła od pacjenta z innego obszaru ciała. Pozwala to na uniknięcie kolejnej operacji i szybszy powrót do zdrowia. Problem zerwanych więzadeł dotyczy aż 20 tys. pacjentów rocznie – twierdzi Julia Higuchi.

Badania nad więzadłami przeszły już etap badań przedklinicznych i wchodzą w etap kliniczny, z udziałem pacjentów dotkniętych urazem zerwanego więzadła. Tymczasem naukowcy z Uniwersytetu w Aston opracowali nowy rodzaj materiału pozwalający zapobiegać potencjalnie śmiertelnym infekcjom bakteryjnym, na które narażeni są pacjenci chirurgiczni. Został on stworzony na bazie bioaktywnego szkła podszywanego kobaltem, które podgrzewane jest do wysokiej temperatury, a następnie szybko schładzane i proszkowane. Testy wykazały, że materiał z dużą zawartością kobaltu zabija bakterie E.Coli w sześć godzin, dobę zajmuje mu walka z grzybami Candida albicans.

Według analityków MarketsandMarkets światowy rynek biomateriałów do 2024 roku osiągnie wartość 207 mld dol. Sama bioceramika i hydroksyapatyt zanotowały według Future Markets Insights przychody ze sprzedaży na poziomie 2,2 mld dol. w 2018 r, a do 2028 r. ma to być już 4,4 mld dol.

Wchodzi w życie unijna ustawa o cyberbezpieczeństwie. Europejska agencja ENISA zyska nowe uprawnienia, ujednolicona zostanie także certyfikacja produktów

Wchodzi w życie unijna ustawa o cyberbezpieczeństwie. Europejska agencja ENISA zyska nowe uprawnienia, ujednolicona zostanie także certyfikacja produktów 7

27 czerwca wchodzi w życie Cybersecurity Act, czyli unijna ustawa o cyberbezpieczeństwie. Dzięki niej mają powstać ujednolicone przepisy związane z certyfikacją produktów, procesów i usług pod kątem bezpieczeństwa cybernetycznego. Tymczasem cyberprzestępczość staje się coraz poważniejszym zagrożeniem o globalnej skali. Koszty wynikające z tego typu przestępstw przekroczą w 2019 roku kwotę 2 bln dol.

– Cybersecurity Act, czyli akt dotyczący cyberbezpieczeństwa, to pakiet dwóch głównych grup regulacji. Pierwsza dotyczy organizacji ENISA, czyli agencji odpowiedzialnej za koordynację działań wokół cyberbezpieczeństwa w Europie. Akt ustanawia mandat ENISY, czyli prawo do funkcjonowania i posiadania odpowiednich środków na to, żeby stale rozwijać swoje działanie. Obszar jej kompetencji zostaje rozszerzony o certyfikację. Druga część tego pakietu zmian dotyczy stworzenia warunków do paneuropejskiej, czyli uznawanej przez państwa członkowskie certyfikacji – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Karol Okoński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

W ostatnim czasie cyberbezpieczeństwo stało się dla Brukseli priorytetem. Ustawa o cyberbezpieczeństwie stanowi kolejną część zestawu narzędzi prawnych mających służyć poprawie bezpieczeństwa cybernetycznego w Unii Europejskiej. Cybersecurity Act będzie działał równolegle z unijnym ogólnym rozporządzeniem o ochronie danych osobowych (RODO) oraz unijną dyrektywą o bezpieczeństwie sieci i informacji (dyrektywa NIS), której celem jest ochrona krytycznej infrastruktury krajowej. Podczas gdy dyrektywa NIS dotyczy tylko operatorów podstawowych usług i dostawców usług cyfrowych, ustawa o cyberbezpieczeństwie ma zachęcać wszystkie przedsiębiorstwa do większych inwestycji w cyberbezpieczeństwo. Kluczową rolę odegra w tym procesie certyfikacja.

– Popularyzacja certyfikacji jako metody zagwarantowania odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa pozwoli uzyskać dużo większy potencjał certyfikacji produktów w ogóle. Państwo np. będzie mogło w większym stopniu wymagać spełnienia tych norm, bo będzie to element, który bezpośrednio wpływa na podniesienie bezpieczeństwa – twierdzi Karol Okoński.

Nowe zasady mogą pomóc konsumentom w wyborze urządzeń, z których korzystają na co dzień. Certyfikowany sprzęt przynajmniej w teorii powinien być bezpieczniejszy. Skorzystać mają także firmy. Kompleksowa i jednolita dla Unii certyfikacja doprowadzi do znacznych oszczędności dla przedsiębiorstw, zwłaszcza z sektora MŚP. Gdyby nie powstały jednolite certyfikaty, firmy musiałyby się ubiegać o kilka certyfikatów w kilku krajach. Pojedyncza certyfikacja usunie również potencjalne bariery wejścia na rynek.

Powołana w 2004 r. Europejska Agencja Bezpieczeństwa Sieci i Informacji skupi się bardziej na działaniach związanych z rozwojem i badaniami. Będzie niezależnym ośrodkiem wiedzy specjalistycznej, który pomoże promować wysoki poziom świadomości obywateli i przedsiębiorstw w sprawach związanych z cyberbezpieczeństwem, a także wesprze instytucje UE i państwa członkowskie w opracowywaniu i wdrażaniu polityki w tym zakresie.

– Jej działania mają spowodować wprowadzenie pewnego poziomu rekomendacji czy standardów, które będą pewnym minimum do spełnienia przez poszczególne kraje. Będzie to też koordynacja działań w przypadku incydentów, które mają charakter wykraczający poza jedno państwo. Wtedy faktycznie ta rola koordynacyjna, międzyeuropejska jest wykonywana przez ENISĘ po to, żeby rozpoznając incydent w jednym kraju, móc jak najszybciej zatrzymać jego rozprzestrzenianie się na kolejne kraje czy powstrzymać jego konsekwencje czy efekty – mówi podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

Brak działań wzmacniających cyberbezpieczeństwo może być bardzo kosztowny dla światowej gospodarki. Według szacunków zawartych w raporcie Jupiter Research całkowity koszt wynikający z cyberprzestępczości ma w tym roku przekroczyć 2 bln dol. W ciągu ostatnich czterech lat wartość ta wzrosła aż czterokrotnie. Z kolei według badań sporządzonych przez firmę analityczno-doradczą Gallup, aż 71 proc. Amerykanów obawia się o kradzież swoich danych osobowych lub finansowych. Dla porównania tylko 24 proc. ankietowanych wyraziło obawę przed atakiem terrorystycznym, a 17 proc. – przed morderstwem.

City Space – biura w centrum Wrocławia. Jak to działa w praktyce?

Open space’y, osobne biura, współdzielone kuchnie i recepcja, a to wszystko z zachowaniem prywatności firmy i bez coworkingu. Tak wygląda nowa przestrzeń biurowa we Wrocławiu. Po sukcesie w Nobilis Business House, City Space niedawno zaczęło działać także w centrum Wrocławia. Tego typu biur nie ma nigdzie indziej w mieście.City Space – biura w centrum Wrocławia (4)

Wrocławskie biurowce stają się coraz bardziej atrakcyjne dla dynamicznie rozwijającego się w mieście biznesu. W prestiżowym Aquarius Business House przy ul. Swobodnej otworzyła się niedawno przestrzeń biurowa inna niż wszystkie. City Space, bo tak nazywa się nowość, oferuje 277 stanowisk pracy w open space’ach i gabinetach. Co ważne w tym przypadku – bez coworkingu. Tu nie wynajmuje się biurek na godziny czy dni (tzw. hot desków), co wyróżnia ją od innych wrocławskich biur tego typu. W City Space stanowiska czekają na różnego rodzaju firmy z wszystkich branż, np. na korporacje i zespoły projektowe, regionalne oddziały, ukształtowane start-upy i małe firmy. – Kolejna inwestycja City Space we Wrocławiu potwierdza, że nasz rynek jest bardzo atrakcyjny i ma duży potencjał wzrostu. Widzimy to na co dzień pracując z dużymi i małymi firmami technologicznymi, ale także analizując raporty niezależnych ekspertów. Tylko w tym roku międzynarodowa organizacja Mind the Bridge wskazała, że perspektywy Wrocławia, jeśli chodzi o rozwój start-upów należą do najbardziej obiecujących w Europie – podkreśla Michał Karbowiak z Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej. – Gdy dodamy do tego wciąż aktywnych w mieście zagranicznych inwestorów, czy mniejsze, międzynarodowe zespoły projektowe, to widzimy, że inwestycja City Space odpowiada na duże rynkowe zapotrzebowanie – dodaje.

City Space – biura w centrum Wrocławia (3)Pełen serwis, wszystko w cenie

Jako elastyczne biuro serwisowane City Space oferuje ciszę, spokój oraz bezpieczeństwo informacji, przechowywania i transferu danych (własne serwerownie). Na czym polega elastyczność? Firmy mogą w dowolnej konfiguracji wynajmować tu open space’y (z wydzielonym gabinetem i salką spotkań) i zamykane, kilkuosobowe biura. City Space może być zatem siedzibą jednej lub kilku firm, z której każda ma osobne pomieszczenia z kontrolą dostępu. Możliwość wynajmu krótkookresowego (min. 3 miesiące) odróżnia City Space od standardowej powierzchni biurowej. – Nasi klienci łatwo i szybko wynajmą w pełni umeblowane, prywatne biuro z elastycznymi warunkami umowy i dobiorą udogodnienia odpowiednie do swoich potrzeb. Niezależnie od tego, czy szukają miejsca dla jednej, pięciu czy 150 osób. Można się do nas wprowadzić praktycznie od zaraz. City Space zawsze oferuje fantastyczną lokalizację, nowoczesność, bliskość lokali usługowych i najwyższy standard budynku – zapewnia Magdalena Śnieżek, regional manager City Space.

City Space to biuro serwisowane, które można porównać do wakacji all inclusive. Firmy nie płacą dodatkowo za prąd, papier do ksero, Internet czy sprzątanie. Jedynym kosztem jest najem z serwisem. Ma własną recepcję i managera biura. Są tu także w pełni umeblowane sale konferencyjne, pokoje do rozmów telefonicznych oraz ogólnodostępne (współdzielone) kuchnie z wszelkim niezbędnym wyposażeniem, bezpłatną kawą, herbatą, innymi napojami, owocami i słodkim poczęstunkiem.

Jak to działa w praktyce?

Przykład? 10 osobowa firma może wynająć tu 3 gabinety zlokalizowane obok siebie. W jednym pomieszczeniu pracują 4 osoby, w dwóch pozostałych – po 3. W innej konfiguracji cała dziesiątka może pracować w jednym biurze. Inna firma, 40 osobowa, woli open space z wyodrębnionym pokojem dla managera. Obie pracują po sąsiedzku, ale zachowują pełną prywatność. Jednoczesne wynajmowanie open space i kilku dodatkowych pokoi przez jedną firmę również jest w City Space możliwe. Kiedyś skorzystała z tego Nokia.

Aquarius Business House to drugi biurowiec we Wrocławiu, w którym działa City Space. Pierwszym jest Nobilis Business House koło placu Grunwaldzkiego. Łącznie jest tu 168 stanowisk pracy. Do tego m.in. 5 sal spotkań i konferencyjnych, recepcja i dwie kuchnie. Ok. 60% powierzchni czeka na najemców.City Space – biura w centrum Wrocławia (2)City Space – biura w centrum Wrocławia (1)

Słabe dane wywołają gorączkę złota?

Ostatnie dane makroekonomiczne z Polski nie spełniły oczekiwań analityków, ale w dalszym ciągu były satysfakcjonujące. To dokładnie odwrotna sytuacja od tej mającej miejsce u naszych zachodnich sąsiadów. Kiedy na rynkach rosną ryzyka, inwestorzy coraz chętniej spoglądają na złoto.

Słabsze dane z Polski

Wczoraj poznaliśmy dwa ważne odczyty dla naszej gospodarki. Jeden to wzrost sprzedaży detalicznej. Rośnie ona o 7,3%. Drugi to produkcja budowlano-montażowa, która wzrosła o 9,6%. Trzeba przyznać, że są to dobre parametry. Warto jednak zwrócić uwagę, że oczekiwania analityków odnośnie do tych pomiarów wynosiły odpowiednio: 8,3% oraz 16%. Co ciekawe polski złoty przyjął te dane w miarę neutralnie. Powodem może być różnica względem danych z zachodniej Europy, skąd w dalszym ciągu wieje pesymizmem.

Na Zachodzie lepiej, ale…

Niemcy pokazali indeks Instytutu IFO, który okazał się lepszy od oczekiwań. Problem w tym, że w tym wypadku lepszy od oczekiwań oznacza spadek nie o 0,7 pkt, a zaledwie o 0,5 pkt. Należałoby pamiętać, że parametr ten już od dłuższego czasu jest poniżej symbolicznej granicy 100 pkt. Jest to poziom oddzielający rozwój od recesji. Powinniśmy się zatem cieszyć, że nie jest może dobrze, ale też nie aż tak źle, jak przewidywali analitycy. Pomimo wszystkich tych okoliczności, euro umacnia się względem dolara. Ostatnio było tak silne w drugiej połowie marca. Jednak głównym powodem tej relacji są nadchodzące zmiany stóp procentowych w USA, które osłabiają USD. Ciekawym elementem w całej tej układance są wzrosty na niemieckiej giełdzie. Najwyraźniej inwestorzy bardziej wierzą w dalsze działania EBC (w razie potrzeby gotowego do ponownego zalania rynku pieniędzmi) niż w gorszą koniunkturę.

Górka złota

W sytuacji wzrastających ryzyk w gospodarce, wielu inwestorów stara się lokować swoje środki w bezpiecznych (ich zdaniem) aktywach. Im większa jest liczba myślących w ten sposób, tym bardziej wzrasta szansa, że takie działania rzeczywiście będą miały sens inwestycyjny. Dobrym przykładem jest złoto. Popularne jest przeświadczenie, że ten metal wciąż jest doskonałą inwestycją na złe czasy. Wraz z rosnącymi problemami na Zachodzie spora część inwestorów właśnie tam skierowała swoje zasoby. Nie może zatem dziwić, że w ciągu miesiąca cena uncji wzrosła o ponad 10%, osiągając najwyższy poziom od pierwszej połowy 2014 roku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 16:00 – USA – sprzedaż nowych domów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Czy crowdsourcing to przyszłość rekrutacji?

Crowdsourcing to pojęcie, które w świecie opartym na Internecie i gospodarce współdzielenia jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Na tym właśnie fenomenie budują swoją potęgę takie platformy jak Uber czy AirBnB. Siłę internetowego tłumu wykorzystuje się dziś jednak na wielu innych obszarach. Ostatnio crowdsourcing zaistniał także w branży rekrutacji.

Burza mózgów w internecie, czyli crowdsourcing

Crowdsourcing to pozyskiwanie usług, pomysłów lub treści od szerokiej grupy jednostek (ang. crowd to tłum, source – czerpanie, uzyskiwanie). Crowdsourcing to więc czerpanie z mocy internetowego tłumu, czyli z kreatywności bądź zasobów szerokiej lub węższej grupy użytkowników Internetu.
W przypadku firm czy instytucji polega ono na oddelegowaniu danego zadania lub zaangażowanie do jego realizacji określonej grupy internautów. Nie muszą być oni pracownikami organizacji czy specjalistami w danej dziedzinie. Angażując do pewnych prostych zadań szeroką grupę ludzi, oszczędza się czas i pieniądze (tłum zdecydowanie szybciej generuje pomysły i jest tańszy niż wąsko wyspecjalizowany zespół); zgłaszane pomysły są często różnorodne, świeże i oryginalne; można w ten sposób uzyskać sporo informacji o potrzebach i oczekiwaniach konsumentów, a także stworzyć zaangażowaną społeczność. Dodatkowo wiele marek upatruje w tym rozwiązaniu korzyści marketingowo-promocyjnych.

Z „mądrości tłumu” korzystano zresztą na długo przed epoką Internetu, np. przy pracach nad słownikiem Oxford English Dictionary (Brytyjczycy wysłali ponad 6 milionów listów z propozycjami haseł), czy szukając najlepszego rozwiązania na przechowywanie żywności na froncie (konkurs ogłosił Napoleon Bonaparte – dzięki niemu powstała pierwsza konserwa).

Marek Strojkowski
Marek Strojkowski, ekspert rynku pracy i Country Manager Talentuno w Polsce

Potencjał rozproszonej pracy wielu internautów jest ogromny i ma zastosowanie także w rekrutacji. To branża, która w świetle stawianych przed nią przez nowoczesne gospodarki wyzwań, rozwija się dynamicznie i szybko digitalizuje od kilku lat. Zjawisko crowdsourcingu idzie także w parze z innym trendem coraz mocniej widocznym we współczesnych krajach zachodnich, tzw. gig economy, czyli pracą nie na etacie czy prowadzeniem własnej działalności gospodarczej, ale pozyskiwaniem dochodu z różnych dorywczych zleceń – przekonuje Marek Strojkowski, Country Manager Talentuno, platformy opartej na crowdsourcingu.

Crowdsourcing w rekrutacji – lek na bolączki rynku pracy?

W Polsce, wraz ze stałym wzrostem gospodarczym, rośnie zapotrzebowanie na specjalistów. Branża nowoczesnych usług biznesowych jest jednym z najszybciej rozwijających się sektorów gospodarki
w Polsce.  Tradycyjne metody pozyskiwania pracowników z takich obszarów jak księgowość, IT, obsługa klienta, logistyka, finanse czy HR, nie są już jednak wystarczająco efektywne. Koszty pozyskiwania pracowników stale rosną. Odsetek środków przeznaczanych przez firmy na agencje rekrutacyjne wzrósł czterokrotnie w ciągu ostatnich 8 lat , a czas poświęcany na pozyskanie pracownika w branży „białych kołnierzyków” podwoił się od 2010 r.

Pod hasłem crowdsourcingu w rekrutacji kryją się przede wszystkim programy poleceń i rekomendacji pracowniczych. Mogą mieć one charakter wewnętrznego systemu, w którym sami pracownicy firmy rekomendują osoby do pracy lub zewnętrznego, gdy rekomendować pracowników do danej firmy mogą także osoby spoza grona zatrudnionych. Coraz więcej firm i instytucji chętnie korzysta z tego typu rozwiązań. Wykorzystanie crowdsourcingu w procesach rekrutacyjnych daje ogromne możliwości. Przede wszystkim zwiększa ono znacznie efektywność rekrutacji.

Jak to działa?

Wykorzystanie siły i potencjału użytkowników Internetu obniża koszty i bariery dostępu do danej usługi. Ikoniczne firmy oparte na crowdsourcingu zmieniły branże, w których się pojawiły. Uber zrewolucjonizował usługi taksówkowe  AirBnb namieszało w obszarze krótkoterminowego wynajmu mieszkań.

Peter Balazsik
Péter Balázsik, Prezes Zarządu i współzałożyciel Talentuno

Jak wiadomo, pierwsi o potrzebie czy chęci zmiany pracy słyszą znajomi. To właśnie na tej prostej idei połączonej z zaawansowaną technologicznie platformą, opiera się fenomen Talentuno, rozwiązania, które właśnie się pojawiło na polskim rynku. Dzięki wykorzystaniu siły internetowego tłumu jesteśmy w stanie odnaleźć odpowiedni talent szybciej, taniej i skuteczniej niż jakiekolwiek inne usługi rekrutacyjne dostępne na rynku. Dla firm może to oznaczać obniżenie kosztów o ponad 60%! – mówi Peter Balazsik, CEO i założyciel Talentuno.

Trzeba jednak pamiętać, że aby crowdsourcing sprawnie i skutecznie działał, musi on być korzystny i opłacalny dla obu stron. W przypadku rekrutacji, osoby polecające muszą być motywowane, najczęściej finansowo, do proaktywności i poszukiwań kandydatów.

Każdy program poleceń czy rekomendacji w firmie, zarówno wewnętrzny jak i zewnętrzny, oferuje bonusy za polecenie kandydata, który zostanie zatrudniony. W przypadku Talentuno, wynagrodzenie za taką usługę wynosi w Polsce średnio 2100 zł, ale może sięgać nawet 10 000 zł! W ten sposób każdy może sobie dorobić i ma motywację do polecania znajomych na naszej platformie – podkreśla CEO Talentuno.

Crowdsourcing to ogromna siła i wciąż nie dość wykorzystywany potencjał internetowego tłumu. Warto sprawdzić jak można wykorzystać współpracę setek czy tysięcy osób online do budowania przewagi rynkowej własnej firmy. Rekrutacja to idealne pole, aby przekonać się o potędze tego fenomenu.

DHL Supply Chain wdraża na całym świecie najnowszą wersję inteligentnych okularów Google

DHL jest jednym z pierwszych klientów na świecie, którzy będą używać okularów Google najnowszej generacji do pracy w magazynach i centrach dystrybucji. Wydłużony czas pracy baterii, szybszy procesor oraz skrócony czas ładowania sprawiają, że nowe urządzenia są jeszcze lepiej dostosowane do użytku przemysłowego w obszarze intralogistyki. Inteligentne okulary i urządzenia do noszenia przy sobie stanowią tylko jeden z elementów wdrażanej w DHL strategii cyfryzacji.

DHLWdrażanie inteligentnych okularów i urządzeń odbywa się w ramach strategii cyfryzacji, która obejmuje całą firmę DHL Supply Chain. DHL będzie używać okularów Google Glass drugiej generacji jako jeden z pierwszych klientów na świecie. Urządzenie może efektywnie wirtualnie wesprzeć proces kompletacji wizualnej w magazynach. Wykorzystanie w magazynach technologii rozszerzonej rzeczywistości przyczyni się do zwiększenia dokładności, produktywności i wydajności procesu kompletacji. Proces kompletacji, który jest intuicyjny, przyjazny dla użytkownika i prowadzony w sposób niekrępujący rąk, cieszy się dużym uznaniem wśród pracowników. Skuteczne wykorzystywanie inteligentnych okularów w logistyce kontraktowej przekonało również inne jednostki DHL.

 „Druga generacja inteligentnych okularów Google Glass pozwoli nam zapewnić zarówno naszym klientom, jak i pracownikom urządzenia o jeszcze większej mocy i stopniu zoptymalizowania technicznego. Możliwość rozpoznawania obiektów jest dla nas szczególnie obiecująca w kontekście zastosowania przemysłowego. Z odpowiednim oprogramowaniem sczytywanie kodów kreskowych, odszukiwanie produktów i umieszczanie ich w stosownych przedziałach magazynowych nie jest już po prostu tylko możliwe. W przyszłości inteligentne okulary będą również rozpoznawać skomplikowane obiekty. Oczekujemy, że doprowadzi to do dalszego zwiększania produktywności z korzyścią zarówno dla naszych klientów, jak i pracowników”, wyjaśnił Markus Voss, Dyrektor Operacyjny i Dyrektor ds. Informacji DHL Supply Chain.

Zarówno okulary, jak i urządzenia do noszenia przy sobie, takie jak skanery pierścieniowe czy Smart Watches, są już wykorzystywane komercyjnie w wielu naszych magazynach. Choć urządzenia te są tylko częścią obejmującej całą firmę DHL Supply Chain strategii cyfryzacji, w ramach której wdrażane są roboty, drony, pojazdy autonomiczne oraz wiele innych technologii, jestem szczególnie zadowolony z pozytywnego odzewu ze strony naszych kolegów, którzy korzystają z tej technologii w swojej codziennej pracy. Proces odbywa się niezwykle intuicyjnie, a wsparcie wizualne pozwala na bardzo szybkie zlokalizowanie produktów i umieszczenie ich w odpowiednich wózkach. Nasi pracownicy są doskonale przygotowani do szybkiego, a przede wszystkim, ergonomicznego przeprowadzania procesu kompletacji”, powiedział Markus Voss, Dyrektor Operacyjny i Dyrektor ds. Informacji DHL Supply Chain.

Pilotażowo inteligentne okulary zostały z powodzeniem wdrożone w DHL Supply Chain z początkiem 2015 roku, a obecnie są już standardowym wyposażeniem magazynów DHL.  Technologia ta była wprowadzana krok po kroku przez ostatnie kilka lat po uprzednim przetestowaniu jej w Stanach Zjednoczonych, Europie i Wielkiej Brytanii. Obecnie kompletacja wizualna, czyli kompletacja wspierana przez technologię rozszerzonej rzeczywistości, używana jest w większości obszarów geograficznych.

Nie tak prosto, nie tak szybko

Oczekiwanie na szczyt G20 nie przychodzi w spokoju, a nerwowości dodają napięcia między USA i Iranem. JPY, CHF i złoto mogą na tym korzystać. Dolar pozostanie słaby do czasu, aż Fed nie zetnie stóp procentowych, ale wcale nie będzie to prostoliniowy ruch.

Wiele tematów krąży aktualnie po rynkach finansowych, których wypadkowa w krótkim terminie może odbiegać od tego, co przyniesie dłuższy horyzont. Tematem nr 1 jest sprzedaż USD w obliczu gołębiego zwrotu Fed. Rynek coraz mocniej liczy na cięcie o 50 pb na posiedzeniu 30-31 lipca, choć obecnie wycenia tylko 34 pb obniżki. Zatem pole do głębszego dyskonta jest i rynek stopy procentowej pociągnie za sobą dolara. Do tego jednak potrzeba potwierdzenia w danych lub werbalnego naprowadzania przez decydentów z Fed. Na impuls ze strony danych przyjdzie prawdopodobnie poczekać do przyszłego tygodnia (ISM, NFP). W międzyczasie najbliższe godziny przyniosą co najmniej pięć wystąpień publicznych przedstawicieli Fed, w tym prezesa J. Powella, gdzie powinniśmy usłyszeć powtórzenie gołębiego przekazu z komunikatu FOMC. Mimo to ściąganie USD niżej nie musi odbywać się w prostej linii. Jak każda pozycja, także i sprzedaż USD może trafić w strefę przesycenia z podatnością na wytracenie tempa i presję na spieniężanie zysków. W tym tygodniu pretekstem może być szczyt G20 i wyczekiwane spotkanie prezydentów USA i Chin. Rynek zakłada łagodny wynik, który utoruje drogę do dalszych rozmów. Najnowsze sygnały sugerują, że obie strony wolą unikać dalszej eskalacji w tym momencie, ale to może bardzo szybko ulec zmianie za sprawą choćby jednego tweeta. Stąd nie jest do końca wykluczone, że USD przejściowo zaliczy odbicie na asekuracyjnej redukcji krótkich pozycji.

Wyczekiwanie weekendowego szczytu G20 nie przychodzi łatwo przy ryzykach geopolitycznych i we wtorek widać wzrost awersji do ryzyka przez napięcia między USA i Iranem. W poniedziałek Trump zapowiedział sankcje wycelowane w najwyższego przywódcę ajatollaha Alego Chamenei i innych czołowych urzędników Iranu, podejmując bezprecedensowy krok w celu zwiększenia nacisku na Iran, co jest odwetem za zestrzelenie amerykańskiego drona w pobliżu Cieśniny Ormuz. Dziś Iran odpowiedział, że nowe sankcje oznaczają zerwanie stosunków dyplomatycznych „na zawsze”. Eskalacja będzie premiować bezpieczne przystanie, co dziś widać w schodzeniu USD/JPY pod 107. Dobrze mają się też CHF i złoto. Konflikt jest też pretekstem, by podtrzymać wzrosty cen ropy naftowej, co pośrednio powinno podsycać popyt na waluty naftowe – CAD i NOK – choć te waluty radzą sobie dobrze i bez tego (dobre fundamenty, jastrzębie nastawienie Norges Banku i Bank of Canada).

W nocy otrzymamy decyzję Banku Rezerwy Nowej Zelandii, gdzie oczekujemy utrzymania stopy OCR na 1,5 proc. Po ostatniej obniżce o 25 pb w marcu bank pozostaje w ostrożnym nastawieniu, ale nie spieszy się do dalszego luzowania. Lepszy odczyt PKB za I kw. w ubiegłym tygodniu daje swobodę, by poczekać na więcej danych. Mimo to przekaz w komunikacie powinien skręcać w gołębią stronę, by nie budować niepotrzebnej premii umocnienia NZD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Brak pouczenia o możliwości restrukturyzacji zadłużenia nie podważa skuteczności wypowiedzenia kredytu

Art. 75c ustawy – Prawo bankowe stanowi, że przed wypowiedzeniem kredytobiorcy umowy kredytu z powodu opóźnienia w spłacie, bank zobowiązany jest wezwać go do spłaty i wyznaczyć na to dodatkowy termin. W wezwaniu tym powinien zawrzeć również pouczenie o możliwości wystąpienia do banku z wnioskiem o restrukturyzację zadłużenia. W wydanym 14 marca 2019 r. wyroku szczeciński sąd orzekł, że: „…brak propozycji restrukturyzacji zadłużenia nie wpływa na ważność i skuteczność wypowiedzenia umowy kredytu…” (sygn. akt XI GC 1351/18).

Banki, jako profesjonalne podmioty na rynku usług finansowych, zobligowane są w stosunkach ze swoimi klientami, zwłaszcza konsumentami będącymi osobami fizycznymi, do zachowania szczególnej dbałości o przestrzeganie regulujących ich działalność przepisów. Choć w umowach pożyczek czy kredytów kredytobiorcy oświadczają, że znany jest im skutek w postaci możliwości wypowiedzenia umowy przez bank w przypadku wystąpienia opóźnienia w spłacie, to jednak samo opóźnienie nie stanowi wystarczającej przesłanki do skutecznego dokonania wypowiedzenia. W listopadzie 2018 r. Sąd Okręgowy w Olsztynie, oddalając apelację banku, stwierdził:

„Wskazać należy, iż bank nie może swobodnie wypowiedzieć umowy, gdy pożyczkobiorca popadł w opóźnienie ze spłatą pożyczki. Najpierw powinien doręczyć pożyczkobiorcy wezwanie określone w art. 75c ust. 1-2 Prawa Bankowego oraz odczekać do upływu dodatkowego terminu na spłatę zadłużenia wyznaczonego w wezwaniu, nie krótszego niż 14 dni roboczych. Dopiero po upływie tego terminu bank może złożyć wobec pożyczkobiorcy oświadczenie woli w sprawie wypowiedzenia umowy” (wyrok z 7 listopada 2018 r., sygn. akt IX Ca 707/18).

Zarzuty naruszenia obowiązków dowodowych i informacyjnych

W grudniu 2017 r. jeden z banków wypowiedział swojemu klientowi – kredytobiorcy – umowę kredytu z powodu zaległości w jego spłacie. Domagając się spłaty zadłużenia, poinformował, że w przypadku uregulowania części zaległości, wypowiedzenie nie wywoła żadnych skutków, a strony będą kontynuowały wykonywanie zawartej umowy kredytu. W lipcu 2018 r. bank uzyskał nakaz zapłaty względem kredytobiorcy, który złożył od niego zarzuty.

Pozwany wniósł o uchylenie nakazu zapłaty i oddalenie powództwa. Wśród podniesionych zarzutów zakwestionował m.in. moc prawną wyciągów z ksiąg rachunkowych banku, a także brak jego podpisu pod wiążącymi go przy tej umowie załącznikami. Dodatkowo, na rozprawie, która miała miejsce 7 marca 2019 r., wskazał na naruszenie przepisu art. 75c ustawy – Prawo bankowe, poprzez niedopełnienie obowiązku informacyjnego o możliwości wystąpienia do banku przez kredytobiorcę o restrukturyzację zadłużenia.

Ogólne zarzuty to nie kontrdowody

Rozpoznający powództwo banku Sąd Rejonowy Szczecin-Centrum w Szczecinie, Wydział XI Gospodarczy, oparł swe rozstrzygnięcie na podstawie zgromadzonych w aktach sprawy dokumentów, które uznał za wiarygodne, także z uwagi na fakt, iż pozwany mimo przeciwnej postawy, prawdziwości tych dokumentów skutecznie nie zaprzeczył. A zdaniem Sądu ogólne zaprzeczenie zawarciu umowy nie wywiera skutku procesowego. Porównanie podpisów pod umową oraz pełnomocnictwem potwierdziło, że to pozwany był stroną umowy kredytowej, a zarzutu sfałszowania tego podpisu nie podnosił. Sama zaś umowa spełnia wszystkie wymogi formalne wynikające z art. 69 Prawa bankowego. Sąd przyznał rację bankowi, że zgodnie z art. 6 Kodeksu cywilnego to na pozwanym spoczywał ciężar konstruktywnego kwestionowania zasadności powództwa.

Załączniki bez podpisu

Sąd zaznaczył również, że umowa kredytowa wskazuje, iż jej elementami są tabele opłat i prowizji, tabele oprocentowania oraz regulamin. W jednym z paragrafów tej umowy strony umówiły się, że informacje o zmianach w tych załącznikach udostępniane będą w placówkach banku. Kredytobiorca uzyskiwał przy tym prawo do niezaakceptowania tych zmian w 14-dniowym terminie, liczonym od ich wejścia w życie. W przeciwnym razie zmiany takie wchodziły w życie, przyjmując milczącą akceptację kredytobiorcy. Podobne postanowienie zawarte było również w regulaminie. Bank wyjaśnił, że właśnie z uwagi na zmieniającą się treść, kredytobiorca załączników tych nie podpisuje.

Co do mocy prawnej wyciągów z ksiąg bankowych, sąd ocenił ją na ogólnych zasadach. Jak stwierdził, nie można przyjmować, że taki dokument nie pozwala na dokonanie na jego podstawie ustaleń, tak jakby w ogóle nie został wystawiony.

Brak zawiadomienia o możliwości restrukturyzacji nie stanowi podstawy oddalenia powództwa

W zakresie naruszenia przez bank obowiązku informacyjnego z art. 75c Prawa bankowego sąd wskazał, że pozwany co najmniej od dnia rozpoczęcia rozprawy aż do chwili jej zamknięcia posiadał już świadomość co do możliwości wystąpienia z wnioskiem o restrukturyzację swego zadłużenia, ale w żaden sposób nie wskazał, że chciałby z tego uprawnienia korzystać. Sąd przytoczył i podzielił stanowisko wyrażone w jednym z artykułów prasowych: „…gdyby bank naruszył obowiązek wynikający z art. 75c Prawa bankowego i wytoczył przeciwko kredytobiorcy powództwo o zapłatę, sądzę, że nie stanowi to podstawy do oddalenia powództwa. Wierzytelność banku o spłatę zadłużenia jest wymagalna i zaskarżalna. Powinna być zatem uwzględniona przez sąd. W takim przypadku bank może jednak ponosić wobec kredytobiorcy odpowiedzialność odszkodowawczą w reżimie ex contractu (art. 471 i n. k.c.). Ciężar dowodu co do wysokości szkody i adekwatnego związku przyczynowego spoczywa wówczas na kredytobiorcy (art. 6 k.c.)” (sygn. akt XI GC 1351/18).

Prawo procesowe i sporów sądowych

Spór sądowy niesie za sobą ryzyko nie tylko dla majątku strony, ale i dla wolności osobistej, gdy sprawa rozstrzygana jest w procesie karnym. W sprawach gospodarczych firma ryzykuje także niewypłacalnością, a w konsekwencji miejscami pracy swoich pracowników, jak również reputacją. Dlatego tak istotna jest właściwa analiza, audyt prawny umów, kontraktów, jak i obowiązków i uprawnień, także wiążących konsumentów w transakcjach z bankami, a dalej: znajomość procedur i przysługujących uprawnień procesowych. Tylko częściowa znajomość prawa, tak jak w niniejszej sprawie, może nie uchronić przed negatywnymi tego konsekwencjami.

„…sąd wskazuje, że brak propozycji restrukturyzacji zadłużenia nie wpływa na ważność i skuteczność wypowiedzenia umowy kredytu, zaś pozwany nie wykazał, że poniósł jakąkolwiek szkodę” (sygn. akt XI GC 1351/18).

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ewolucja wielofunkcyjnego budownictwa

Szybki rozwój miast oraz rosnące oczekiwania Polaków względem mieszkania, zachęcają deweloperów do wprowadzania na rynek nowych rozwiązań – coraz częściej w duchu idei mixed-use. Co ona oznacza w praktyce? Tak zwane budownictwo wielofunkcyjne, wykorzystuje w zrównoważony sposób zasoby i przestrzeń, zapewniając mieszkańcom szybki i łatwy dostęp do pracy, domu, zakupów czy rozrywki w jednym miejscu. Dla deweloperów z kolei to duża szansa, dająca możliwość elastycznego planowania zastosowań budynków na miarę aktualnych potrzeb nabywców. Czy budownictwo mixed-use to tylko chwilowy trend czy koncepcja, która zostanie wdrożona na stałe?

Budownictwo mixed-use – odpowiedź na zmieniające się potrzeby nabywców

Początków budownictwa mixed-use można się doszukiwać już w czasach starożytnych, gdzie ówcześni ludzie osiedlali się w miejscu, z którego mieli łatwy dostęp do wszelkich niezbędnych zasobów. Wraz z wejściem epoki przemysłowej zmieniły się zasady zagospodarowania przestrzennego, zakładające podział ośrodków mieszkalnych na poszczególne strefy – mieszkalne i robocze. Wynalezienie samochodu jeszcze bardziej wzmocniło ten trend, dzięki czemu ludzie bez problemu mogli pokonywać duże odległości, między domem, pracą i sklepami. Po wielu latach, ze względu na szybki rozwój miast i przede wszystkim chęć oszczędności czasu, zaczęto powracać do wcześniejszych założeń spójnej organizacji przestrzeni życiowej. To z kolei przełożyło się na kreatywne koncepcje budynków, spełniające różnorodne potrzeby mieszkańców w jednym miejscu.

Mixed-use – dlaczego warto?

Głównym założeniem mixed-use jest łączenie w jednej strukturze trzech lub więcej zastosowań – mieszkalnej, hotelowej, handlowej, parkingowej, transportowej, kulturalnej czy rozrywkowej. Budynki zgodnie z tą koncepcją realizuje się zwykle w dwóch formach. Pierwsza – pionowa zakłada realizację jednego, wielopiętrowego obiektu, w którym na wyższych poziomach znajdują się mieszkania, zaś na niższych umieszcza się strefy handlowo-biurowe. Podziemia z kolei pełnią funkcję parkingu lub podziemnego transportu publicznego. Przykładem tego typu budowli mogą być Sky Tower we Wrocławiu, Cosmopolitan w Warszawie czy Burdż Chalifa w Dubaju. Druga – pozioma to kilka budynków rozmieszczonych na jednym terenie, w których zastosowano dwie lub trzy funkcje. Są to nowoczesne obiekty o oryginalnym designie, często z wykorzystaniem innowacyjnych rozwiązań.

Inwestorzy, architekci i deweloperzy coraz chętniej wykorzystują koncepcję mixed-use z uwagi na szereg korzyści. Najważniejszy to bez wątpienia czas (i jego oszczędność), który obecnie dla wielu osób jest bezcenny. Dzięki lokalizacji kilku usług w jednym miejscu mieszkańcy są w stanie wygospodarować więcej wolnych chwil na relaks, sport czy spotkania z przyjaciółmi. Duże aglomeracje w coraz większym stopniu otwierają się na nowe rozwiązania w budownictwie – w tym zakresie przoduje Warszawa. W ciągu najbliższych lat chce stać się miastem „krótkich dystansów”. Strategia stolicy opiera się na trzech głównych filarach – aktywnych mieszkańcach, przyjaznym miejscom i otwartej metropolii. A te z kolei przekładają się na cele strategiczne, czyli odpowiedzialną wspólnotę, wygodną lokalność, funkcjonalną przestrzeń i innowacyjne środowisko.[1] Lokalne władze coraz śmielej wdrażają projekty wielofunkcyjne, które mogą być dobrym sposobem na pobudzenie uśpionych części miasta, zwiększenie ich atrakcyjności oraz efektywności.

Projekty wielofunkcyjne również na rynku mieszkaniowym

Szybki rozwój miast i rekordowa aktywność inwestorów nie tylko z polski, ale i z zagranicy – to obecna sytuacja na rynku nieruchomości. Zwiększająca się liczba nowych lokali powoduje, że deweloperzy muszą wychodzić naprzeciw oczekiwaniom klienta – a ten staje się bardziej świadomy i wymagający. Tendencja demograficzna związana ze starzeniem się społeczeństwa oraz wejściem na rynek pracy nowego pokolenia, przed którym nowe technologie nie mają tajemnic, determinują kolejne zmiany. Budownictwo mixed-use z pewnością w dużym stopniu na nie odpowiada. – Z naszych obserwacji wynika, że na znaczeniu będą zyskiwać obiekty, które spełniają więcej niż jedną funkcję. Na rynku mieszkaniowym są to często kompleksy z dostępem do pełnego wachlarza usług. Realizując nasze inwestycje, również staramy się kierować tą koncepcją. Często na naszych osiedlach, na najniższych kondygnacjach planujemy lokale usługowe, w których znajdą się sklep spożywczy, drogeria czy apteka. Ponadto zależy nam także na zapewnieniu stref relaksu i rekreacji, dlatego na terenie nieruchomości tworzymy siłownie plenerowe, place zabaw czy nawet sale fitness. Wszystko po to, by zapewnić mieszkańcom wysoki komfort mieszkania, jednocześnie maksymalnie oszczędzając ich czas – tłumaczy Mariusz Delura, Lider Biura Sprzedaży osiedla Stella firmy Profbud.

Inwestorzy, w tym deweloperzy, coraz chętniej nabywają działki pod zabudowę wielofunkcyjną, efektywnie ją wykorzystując. Jak się okazuje budownictwo mixed-use to już nie tylko moda – nowe pokolenie stawia na wygodę i oszczędność czasu, chcąc mieć łatwy i szybki dostęp do pracy, domu i rozrywki w jednym miejscu.

[1] https://architektura.um.warszawa.pl/sites/default/files/files/Grow%20with%20Warsaw%20_Mixed-use%20prezentacja%20web.pdf

Jak zostać importerem wina – krok po kroku

Statystyczny Francuz wypija rocznie 50 litrów wina. Polak – ok. 6 litrów. Ale to właśnie polski rynek jest jednym z najbardziej obiecujących w Europie, ponieważ sprzedaż rośnie z roku na rok o ok. 5-6 proc. Dla wielu przedsiębiorców to mocne argumenty za tym, aby zająć się importem wina do Polski.

Niektórzy twierdzą, że prawdziwy boom na wina w Polsce dopiero się zacznie. Młodzi ludzie dużo chętniej niż ich rodzice sięgają po napoje wysokoprocentowe – zamiast wódki częściej wybierają właśnie wino i piwo. W kolejnych latach trend ten powinien się umacniać, a wraz z nim rosnąć może także zainteresowanie winami ze średniej i wyższej półki cenowej. Popularność wina wzrasta również z powodu coraz częstszych podróży Polaków na południe Europy, gdzie kultura związana z winem jest bardzo głęboko zakorzeniona.

Polacy coraz częściej odwiedzają winnice we Włoszech, w Hiszpanii, we Francji, a z wakacji, poza opalenizną, przywożą także pomysł na biznes. Wiele osób chciałoby zawodowo odwiedzać małe winnice, wybierać najsmaczniejsze wina, a potem sprowadzać je do Polski i sprzedawać. Pomysł wydaje się tak atrakcyjny, że dziś w branży winiarskiej mamy prawdziwy tłok. Szacunkowo, importem win w Polsce zajmuje się od 800 do 1000 firm. I to pomimo trudności, jakie piętrzą się przed przedsiębiorcami, którzy za swój cel wybrali handel towarami akcyzowymi.

Sprzedaż wina w Polsce

Jeśli chcemy założyć firmę handlującą winem, pierwsze kroki nie będą zbyt skomplikowane. Najprostszą formą prawną jest działalność gospodarcza prowadzona przez osobę fizyczną. Aby założyć taką firmę, wystarczy złożyć przez internet wniosek do systemu Centralnej Ewidencji i Informacji Działalności Gospodarczej (CEIDG), a następnie potwierdzić go podpisem elektronicznym lub odwiedzić dowolny urząd gminy w celu złożenia tradycyjnego podpisu. Jeśli naszym celem jest import towarów, warto też od razu zarejestrować się w urzędzie skarbowym jako płatnik VAT-UE.Torby Duet

Niestety, dalej zaczynają się już przysłowiowe schody. Na początek musimy zdecydować, czy chcemy zajmować się sprzedażą hurtową, czy detaliczną alkoholu i ustalić jego wartość procentową. W przypadku wina będzie to na ogół „zezwolenie na sprzedaż alkoholu powyżej 4,5% do 18% alkoholu oprócz piwa”.

Jeśli interesuje nas koncesja na sprzedaż detaliczną, formalności załatwiamy w urzędzie gminy. Jeśli sprzedaż hurtowa – odpowiednią dokumentację składamy u Marszałka Województwa. O ile jednak spełnienie przesłanek formalnych oraz wniesienie stosownych opłat sprawi, że zezwolenie na sprzedaż hurtową zostanie nam wydane w sposób obligatoryjny, o tyle „koncesja” na sprzedaż w sklepie może być obwarowana wieloma lokalnymi limitami i ograniczeniami.

Co ciekawe, jeśli np. w danej gminie punkt sprzedaży alkoholu ma znajdować się w określonej odległości czy to od szkoły, czy to od kościoła, to nasz lokal musi te warunki spełnić nawet wtedy, jeśli zamierzamy prowadzić wyłącznie sprzedaż internetową. Polskie przepisy nie rozróżniają bowiem sprzedaży towarów akcyzowych stacjonarnie i na odległość. W każdym przypadku konieczne będzie także sprostanie wymaganiom Sanepidu.

Zakup wina w Unii Europejskiej

Dopiero po zarejestrowaniu działalności gospodarczej i otrzymaniu zezwolenia możemy wejść na wyższy poziom wtajemniczenia, a więc od podszewki poznać procedury związane z importem wina, czy – mówiąc ściślej – wewnątrzwspólnotowym nabyciem towarów akcyzowych (formalnie rzecz biorąc, słowo „import” zarezerwowane jest dla zakupów spoza UE).

Aby rozpocząć regularne sprowadzanie wina z dowolnego kraju Unii Europejskiej, musimy uzyskać status „zarejestrowanego handlowca” – stosowny wniosek należy złożyć w Urzędzie Celnym. Kolejny krok to wniosek o wydanie „zezwolenia na nabywanie wyrobów akcyzowych”. W tym dokumencie musimy wskazać miejsce odbioru wyrobów akcyzowych – ono także musi spełniać wymagania prawne i zostać osobiście zatwierdzone przez urzędnika. Kolejny krok to złożenie w urzędzie celnym zabezpieczenia – wyliczonego na podstawie średnich należności akcyzowych, które wg naszych szacunków będziemy comiesięcznie winni Państwu. Przelicznik jest stosunkowo prosty i wynosi obecnie 158 zł za jeden hektolitr. Konieczne jest także prowadzenie ewidencji znaków akcyzy oraz ewidencji nabywanych wyrobów akcyzowych.

Przedsiębiorcy, który chce importować wino, potrzebne będą także banderole. Niestety, należy je zamawiać z dużym wyprzedzeniem – zapotrzebowanie na przyszły rok należy zgłosić do 30 października roku bieżącego.

Od kilku lat w Unii Europejskiej obowiązuje System Przemieszczania i Nadzoru Wyrobów Akcyzowych EMCS (Excise Movement and Control System). Oznacza to, że każda firma, która kupuje wino w Unii Europejskiej i chce korzystać z przywileju płacenia zawieszonej (czyli odroczonej) akcyzy, musi rejestrować wszystkie czynności związane z importem w tym właśnie systemie. Aby mieć taką możliwość, należy najpierw zarejestrować się do bazy SEED (tu znów potrzebny jest podpis elektroniczny lub wizyta w urzędzie celnym). Finalizacja rejestracji otwiera nam drogę do wewnątrzwspólnotowego importu.

Na czym polega zawieszona akcyza? W wielkim skrócie – jeśli wino zostanie „wyprodukowane” (np. rozlane do butelek) w składzie podatkowym, to obowiązek zapłaty akcyzy powstanie dopiero w chwili wyprowadzenia tych wyrobów ze składu podatkowego, np. w celu ich dalszej odsprzedaży. Z tego też powodu opłaca się korzystać z usług składów podatkowych lub posiadać własny skład (co jednak jest rozwiązaniem znacznie droższym).

– Usługowy skład podatkowy zapewnia małym i średnim importerom wina możliwość sprowadzania towaru bezpośrednio do składu, banderolowania go na miejscu oraz płacenia akcyzy dopiero 25 dni po wyjechaniu towaru ze składu do sklepów – mówi Hubert Jarmiński, dyrektor operacyjny w firmie PRO-LOG, zajmującej się logistyką towarów akcyzowych.

– Otwarty skład daje możliwość precyzyjnego zaplanowania procesu importu alkoholu, tzn. skrócenia i uproszczenia procesu banderolowania oraz obniżenia kosztów logistyki towaru, a także podwyższenia płynności finansowej dzięki odroczonej płatności akcyzy – podkreśla.

Ewentualnie, jeśli chcemy ominąć skomplikowane procedury, możemy sprowadzać wino w systemie zapłaconej akcyzy – wówczas wystarczy faktura lub dokument UDT (uproszczony dokument towarzyszący). Jest to jednak rozwiązanie, które można polecić głównie najmniejszym importerom.

Wpływ transportu na sukces winnego biznesu

Myśląc o imporcie wina, większość przedsiębiorców początkowo skupia się na nieco „romantycznych” wyobrażeniach związanych z handlem wyśmienitymi trunkami, później natomiast zostają niemalże przygnieceni skomplikowanymi procedurami. W ferworze obowiązków często nie wystarcza już czasu i uwagi, aby przemyśleć temat transportu, czy szerzej – logistyki.

Tymczasem szybkość realizacji zamówień często może decydować o sukcesie albo porażce firmy winiarskiej. Przy organizacji transportu bardzo ważne jest odpowiednie „spięcie” ze sobą wszystkich kroków i związanych z nimi terminów. Dopilnowanie takich szczegółów jak dostarczenie na czas znaków akcyzy do producenta, czy też sposób oklejenia nimi butelek, może zaoszczędzić wiele nerwów i dodatkowych kosztów.

Zdarza się, że jeśli dana winnica nie współpracowała wcześniej z polskim dystrybutorem, nie będzie odpowiednio przygotowana do wydania towaru w sposób zgodny z polskim prawem. A tego typu niespodzianki mogą znacznie wydłużyć czas dostawy.

Jeśli natomiast winiarz zostanie odpowiednio poinformowany, w jaki sposób powinien przygotować towar i dokumenty do transportu, wtedy cały proces sprowadzenia wina powinien się zamknąć w mniej więcej 2-3 tygodniach.

Dodatkowym problemem może się także okazać organizacja transportu pomiędzy wieloma winnicami. Jeśli zamawiamy niewielkie partie wina z różnych miejsc, do każdej z nich musi dojechać kierowca, który zabierze paletę lub nawet kilka, kilkanaście skrzynek. Najczęściej, aby skompletować zamówienie, należy zebrać wino z kilku winnic rozproszonych na obszarze kilkudziesięciu kilometrów.

– Aby nie ponosić niepotrzebnych kosztów, warto korzystać z usług firm, które umożliwiają konsolidację drobnych zamówień. Np. nasz usługa Direct uwzględnia planowanie na konkretne dni transportów realizowanych w danym regionie Hiszpanii, Francji czy Włoch. Konsolidacja zamówień odbywa się w partnerskich magazynach lokalnych współpracujących z naszą firmą – mówi przedstawiciel firmy PRO-LOG.

Dzięki takiemu i podobnym rozwiązaniu, koszt transportu zostaje zoptymalizowany. Dodatkowo klient może zlecić, aby podczas odbioru zamówienia nastąpiła kontrola zgodności ładunku ze specyfikacją zamówienia, co również może oszczędzić przedsiębiorcy wielu kosztownych problemów.

Dopiero po zadbaniu o wszystkie elementy – od tych formalno-prawnych, przez doskonałą logistykę, po dobór wysokiej jakości wina, przedsiębiorca będzie mógł odetchnąć z ulgą. Gdy butelki z jego pierwszego importu wjadą na sklepowe półki, z pewnością uczci to kieliszkiem najlepszego ze sprowadzonych win. Satysfakcja, jaką wtedy poczuje, będzie dla niego najlepszą nagrodą za trud, jaki wiąże się ze sprowadzeniem wina do Polski.

Nie tylko boom na mieszkania, ale także na remonty. Polacy masowo odnawiają lokale

Według szacunków GUS – w Polsce około 7,5 mln mieszkań, czyli ponad 60 proc., wymaga prac naprawczych, zaś niemal 10 proc. gruntownych remontów. Potwierdzają to badania serwisu Fixly.pl, z których wynika, że w roku 2018  swoje mieszkania remontowało aż 46 proc. naszych rodaków. Wciąż jednak gonimy Europę, w której na modernizację zasobów mieszkaniowych wydaje się średnio cztery razy więcej niż w Polsce.

Kluczowym czynnikiem decydującym o podjęciu prac remontowych jest okres powstania budynku mieszkalnego. Im jest on starszy tym konieczność przeprowadzenia w nim prac jest większa. Potwierdza to struktura wiekowa polskich budynków – 30 proc. z nich to lokale wybudowane przed 1945 rokiem, kolejne 30 proc. stanowią mieszkania powstałe w latach 1945-1970. Pozostałe 40 proc. to budownictwo najmłodsze.

Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem
Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem

Obecna struktura wiekowa budynków mieszkalnych w Polsce jest taka sama dla większości państw europejskich. Polacy podejmują decyzje o remontach najczęściej w przypadku ponad trzydziestoletnich mieszkań. Wynikają one z potrzeby przeprowadzenia w nich generalnych remontów i dopasowania do współczesnych standardów i trendów. Natomiast wśród budynków powstałych powiedzmy po zmianie ustrojowej, czyli po 1989 roku, chodzi głównie o odświeżenie domu, unowocześnienie lub zmianę aranżacji – wymienia Rafał Malik, dyrektor biura zarządzania najmem Funduszu Mieszkań na Wynajem.

Co, kiedy i jak remontujemy

Według portalu Fixly.pl pomieszczeniem najczęściej poddawanym remontowi w 2018 roku była kuchnia. W dalszej kolejności Polacy chętnie odnawiali salony, sypialnie i łazienki. Najrzadziej zaś zajmowali się garażami i aranżacją poddaszy. Zazwyczaj prace ruszają od kwietnia, a ich szczyt przypada na czerwiec i lipiec.

– Podczas przeprowadzanych zmian, wiosną i latem możemy liczyć na sprzyjające warunki pogodowe, wyższą temperaturę i niższą wilgotność. Te czynniki służą np. szybszemu wysychaniu farb i gładzi, co w rezultacie sprawia, że remont trwa krócej. Nie możemy także zapominać o pojawiających się wczesną wiosną trendach i inspiracjach, które zachęcają do reorganizacji przestrzeni wokół siebie – zauważa Rafał Malik.

Najczęściej wykonywanymi przez Polaków pracami remontowymi jest malowanie ścian i sufitów. Na drugim miejscu plasuje się szpachlowanie i gładzenie ścian, a podium zamyka układanie podłóg. Najrzadziej decydujemy się natomiast na wymianę okien, jak i radykalne decyzje, takie jak wyburzanie ścian. Niestety, szczyt sezonu wiąże się z tym, że terminarz najlepszych ekip remontowych jest wypełniony po brzegi. Według Fixly.pl nie mało, bo ok. 33  proc. wszystkich zeszłorocznych remontów, zostało przeprowadzonych na własną rękę, szczególnie jeśli chodzi o wspomniane wyżej prace malarskie.

– W związku ze stale wzrastającymi cenami usług i materiałów budowlanych, a także trudnościami w znalezieniu sprawdzonych i dostępnych czasowo fachowców od remontów mieszkań, Polacy remontujący mieszkania coraz częściej decydują się na samodzielną pracę – informuje Rafał Malik.

Aż 59 proc. ankietowanych Polaków przyznaje, że znalezienie odpowiedniego fachowca to bardzo czasochłonne zajęcie.

W 2019 roku prace remontowe nie będą zwalniać tempa

W roku 2019 przeprowadzenie remontu mieszkania zadeklarowało 75 proc. ankietowanych przez Fixly.pl. Będzie się to wiązało ze wzmożonymi wydatkami Polaków, którzy w większości pieniądze na remont czerpią ze swoich wieloletnich oszczędnościach. Dla tych, którzy takich środków nie posiadają lub na prace remontowe nie mają czasu, rozwiązaniem są mieszkania na wynajem oddawane do użytku praktycznie gotowe do natychmiastowego zamieszkania. Eliminują one konieczność wykańczania czy też przeprowadzania nawet drobnych remontów. Z roku na rok coraz większym zainteresowaniem na rynku deweloperskim cieszą się mieszkania, które są wykończone w standardzie „pod klucz”.

– W  przypadku sektora mieszkań na wynajem to już swoista norma, w Polsce udostępnia się przede wszystkim lokale nowe i wyposażone, minimalizując tym samym dodatkowe nakłady finansowe dla wynajmujących. W przypadku oferowanych przez nas mieszkań, jeśli najemca wyprowadza się z naszego lokalu, to mieszkanie jest poddawane gruntownej rewitalizacji. To bardzo ważny proces, żeby kolejni najemcy mogli wejść do odświeżonych mieszkań, przygotowanych specjalnie dla nich. Stawiamy także na kompleksowe podejście do naszych klientów, dlatego w każdej z inwestycji Funduszu oferujemy 24 godzinny serwis w razie wszelkich awarii czy drobnych usterek w mieszkaniach. Takie rozwiązania mają zapewnić komfort i wygodę mieszkańcom naszych inwestycji w całej Polsce – zapewnia Rafał Malik.

Kraków, Warszawa i Wrocław z największym wzrostem w sektorze usług biznesowych i segmencie biurowym

Większość nowych miejsc pracy, które stworzone zostały w ostatnim roku w sektorze usług dla biznesu w naszym kraju powstało w Krakowie, Warszawie i Wrocławiu. Rozwój tego segmentu ma swoje bezpośrednie przełożenie na wzrost potencjału rynku biurowego       

W sektorze usług dla biznesu pracuje już w Polsce 307 tys. osób. Jak wynika z danych zawartych w raporcie ABSL – Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce 2019, między I kw. 2018 roku a I kw. 2019 roku zatrudnienie w branży zwiększyło się o 28 tys. osób. Wzrost wyniósł 10 proc. Ponad połowę utworzonych stanowisk wygenerowały centra zlokalizowane w Krakowie, Warszawie i Wrocławiu (55 proc.). Autorzy analizy prognozują, że w I kw. 2020 roku w sektorze będzie pracowało już około 336 tys. ludzi.

43 proc. wzrostu zatrudnienia w sektorze od 2016 roku

Raport ABSL mówi również, że na przestrzeni ostatnich trzech lat zatrudnienie w usługach dla biznesu zwiększyło się o 43 proc. Największy wpływ na wzrost rynku pracy firmy sektorowe mają w Krakowie i we Wrocławiu. W przypadku tych ośrodków można mówić o usługach dla biznesu jako regionalnej specjalności. Liderem pod względem zatrudnienia w branży jest Kraków, gdzie w 217 centrach usług pracuje 70 tys. osób. Ponad 56 tys. pracowników skupia 238 placówek znajdujących się w Warszawie, w której roczny wzrost zatrudnienia wyniósł 12 proc., a Wrocław może się pochwalić 47,5 tys. osób pracujących w 169 centrach. W tych trzech miastach utworzone zostało większość nowych miejsc pracy, jakie przybyły na rynku w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

W marcu br. w Polsce funkcjonowało 1,4 tys. centrów usług BPO, SSC/GBS, IT, R&D.  Od początku 2018 roku do końca marca 2019 roku działalność rozpoczęło 91 nowych placówek. Najwięcej centrów otwartych zostało w Warszawie, Krakowie i Trójmieście.

400 tys. mkw. biur wynajętych w 2018 roku przez centra usług biznesowych

Tak szybka ewolucja rynku usług dla biznesu w naszym kraju ma swój bezpośredni wpływ na rozwój segmentu biurowego, który notuje ostatnio spektakularne wyniki. Do firm outsourcingowych trafiła jedna czwarta z 1,5 mln mkw. powierzchni biurowych, jakie wynajęte zostały w największych ośrodkach biznesowych w Polsce w 2018 roku. Popyt zgłoszony przez sektor usług biznesowych przekroczył w minionym roku 400 tys. mkw. W regionalnych ośrodkach biurowych, poza stolicą, centra wygenerowały aż połowę całkowitego wolumenu transakcji.

W Warszawie, w której przybyło 15 nowych centrów usług, zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe w minionym roku sięgnęło 850 tys. mkw. Na ten rekordowy wynik złożył się także popyt wygenerowany przez firmy z segmentu obsługi biznesu.

Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz
Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz

– Poza największym aglomeracjami w Polsce i miastami o ustalonej pozycji na mapie rozwoju sektora, jak Bydgoszcz i Lublin, gdzie w ostatnim roku odnotowane zostało wyjątkowo dużo nowych inwestycji, swoje miejsce umacniają teraz także mniejsze ośrodki miejskie. Inwestorzy z sektora usług dla biznesu docenili potencjał inwestycyjny również takich lokalizacji jak Opole, Tarnów, Płock, Elbląg, Nowy Sącz, Kalisz, Legnica, Koszalin, Gorzów Wielkopolski, czy Piła. Dlatego w najbliższym czasie te rynki mają szansę  odnotować duży skok, zarówno jeśli chodzi o rozwój nowych centrów usług, jak segmentu biurowego w porównaniu z obecną ofertą. Niespotykana dotąd chłonność naszego rynku biurowego determinuje deweloperów do inicjowania nowych inwestycji. W największych ośrodkach biznesowych w Polsce w budowie jest dziś 1,6 mln mkw. biur. Połowa z tych powierzchni ma zostać oddana do końca tego roku  – informuje Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz.

Najwięcej nowych centrów tworzą firmy polskie

Na uwagę zasługuje fakt, że wśród nowych centrów, które ostatnio powstały w naszym kraju najwięcej jest inwestycji z Polski (21). Firmy z USA utworzyły 14 placówek, niemieckie 12, brytyjskie 11, a państwa skandynawskie odpowiadają łącznie za 10 nowych inwestycji.

– W Polsce inwestuje wiele firm plasujących się w światowej czołówce. W sektorze usług biznesowych obecnych jest na naszym rynku aż 86 inwestorów z listy Fortune Global 500. Z drugiej strony, na liście 10 firm zatrudniających w swoich placówkach największą liczbę pracowników znajdują się też dwie polskie firmy – Comarch i Grupa Asseco. Zaznaczyć również należy, że ze względu na wyjątkowe umiejętności naszej kadry managerskiej do Polski przenoszona jest obsługa skomplikowanych procesów, co wiąże się z tworzeniem wyspecjalizowanych zespołów prowadzących obsługę globalnych klientów. Ten trend widoczny jest w kilkunastu największych ośrodkach, w których rozwijają się centra usług biznesowych – przyznaje Bartłomiej Zagrodnik.

Jak podaje w najnowszym raporcie ABSL, od 2016 roku w Polsce powstało najwięcej centrów IT (43 proc.). Centra usług wspólnych stanowiły jedną trzecią nowych placówek, centra R&D 15 proc., a centra BPO 8 proc. Większość z pracowników zatrudnionych obecnie w branży skupiają ośrodki należące do firm IT oraz sektora usług komercyjnych i profesjonalnych (łącznie 58 proc.). Kolejne miejsce w strukturze zatrudnienia zajmuje sektor bankowości, usług finansowych i ubezpieczenia (14 proc.).

Państwami docelowymi, do których świadczone są usługi realizowane w naszym kraju są Niemcy, Wielka Brytania, USA, Francja i Polska. Ponad połowa centrów działa w skali globalnej.

Market Finder już w Polsce – narzędzie Google, które pomoże małym i średnim firmom w eksporcie

Według najnowszych danych GUS, eksport w okresie od stycznia do listopada 2018 r. wyniósł ponad 204 mld euro, osiągając wzrost rdr na poziomie 7,1 proc. Z kolei, jak wynika z raportu Banku Światowego, gospodarka regionu EMEA jest wręcz oparta na eksporcie. W Unii Europejskiej generuje on 44,7% PKB (do 85,1% w Belgii i 79,5% w Czechach) a w Polsce 80%.[1] To pokazuje, że polskie firmy chcą zdobywać nowe rynki. Od dziś pomoże im w tym także Google, który udostępnił właśnie polską wersję narzędzia Market Finder. Platforma umożliwia porównywanie potencjału rynkowego różnych państw dla określonej branży i zaplanowanie skutecznej kampanii marketingowej.

Internet zniósł bariery handlowe i umożliwił mniejszym graczom zaistnienie na rynkach światowych. Pierwsze kroki w takiej ekspansji mogą być jednak trudne. Według badań Google, 60% przedsiębiorców postrzega poznanie rynku jako punkt wyjścia i główne wyzwanie na drodze do rozpoczęcia działalności eksportowej. Trafny wybór nowego obszaru rozwoju wymaga bowiem dokonania oceny zapotrzebowania na produkty lub usługi firmy, a to nie jest proste.

Przedsiębiorcy muszą zadać sobie szereg pytań, w tym w jaki sposób można oszacować potencjalne zainteresowanie ich ofertą? I czy poziom inwestycji wymagany do wejścia na nowy rynek umożliwi osiągnięcie zwrotu? W badaniu Euromonitor International dotyczącym 137 firm eksportujących z terenu Europy Środkowo-Wschodniej 40.4% respondentów jako jedno z głównych wyzwań wskazało brak wiedzy na temat innych rynków i brak dostępu do informacji, na podstawie których można podjąć decyzję na temat kierunku eksportu.

Pozyskanie rzetelnych informacji odnośnie popytu pochłania nie tylko czas, ale i pieniądze. Do podjęcia właściwej decyzji potrzeba wiedzy – statystyk dotyczących rozmiaru i struktury danego rynku oraz zwyczajów zakupowych i preferencji klientów, którzy go tworzą. Przydatna też jest znajomość działań konkurencji.

Z pomocą przedsiębiorcom myślącym o rozwoju biznesu za granicą przychodzi Google wprowadzając do Polski Market Finder – bezpłatne narzędzie, które wspiera firmy w identyfikowaniu potencjalnych klientów i zwiększaniu sprzedaży eksportowej online. Dzięki zawartym w nim przewodnikom można dowiedzieć się jakie powinny być pierwsze kroki w eksporcie.

Krok 1:  Znalezienie najlepszego rynku

Market Finder zasugeruje listę najlepszych rynków dla danego produktu lub usługi. Lista krajów tworzona jest na podstawie kilku czynników, m.in. dogłębnej analizy wyników wyszukiwania dla wskazanego artykułu, lub kategorii w skali miesiąca, wysokości produktu krajowego brutto, średniego kosztu kampanii marketingowej czy łatwości prowadzenia biznesu w danym kraju.

Market Finder już w Polsce – narzędzie Google, które pomoże małym i średnim firmom w eksporcie

Dane z narzędzia Market Finder porównujące dane na temat rynku obuwia biegowego w Turcji i Czechach

Krok 2:  Przygotowanie firmy do wejścia na nowy rynek

Po wyborze konkretnego kierunku eksportu, Market Finder pomoże dobrać właściwą strategię komunikacji z przyszłymi klientami, sposób dystrybucji towaru czy najwygodniejsze dla konsumenta formy płatności. Ta ostatnia kwestia jest szczególnie ważna, bo  7% klientów online nie zdecyduje się dokończyć transakcji, jeśli sprzedawca nie dostarcza lokalnych metod płatności.[2] Dzięki danym od partnerów, w Market Finder znajdują się takie informacje jak ta, że m.in.: preferowaną metodą płatności we Francji jest karta płatnicza, podczas gdy w Niemczech, oprócz karty, bardzo popularny jest przelew bankowy. W tej części narzędzie podsunie też wskazówki dotyczące lokalnych podatków i wymagań prawnych.

Krok 3: Dotarcie do nowego klienta w innym kraju

Ale to nie wszystko – narzędzie pomoże również dobrać właściwą strategię komunikacji z konsumentami. Platforma dostarcza pełen pakiet materiałów dotyczących marketingu internetowego, dzięki którym można przygotować i przeprowadzić skuteczne kampanie reklamowe, oraz poradniki jak stworzyć stronę internetową, lub znaleźć rzetelnego lokalnego partnera marketingowego. Wszystko dostosowane do wytypowanego wcześniej rynku.

Internetowe Rewolucje w eksporcie – co oprócz Market Finder?

Start Market Finder w Polsce to część dłuższej strategii Google wspierającej rozwój małych i średnich przedsiębiorstw w drodze do eksportu. Istniejący od 4 lat program rozwoju umiejętności cyfrowych Internetowe Rewolucje w tym roku skierowany jest do firm, które myślą o działalności eksportowej lub już ją prowadzą i chcą zdobyć kolejne rynki. W ramach tegorocznego rozwoju programu Google oferuje indywidualne spotkania chętnych firm z doradcami Google, którzy pomogą zaplanować strategię marketingową w internecie z ukierunkowaniem na eksport. Dodatkowo na zgłoszone firmy czeka dwumiesięczne wsparcie online i zaproszenie do eksportowej społeczności, w którym przedsiębiorcy będą mogli dzielić się doświadczeniami i radami. Do projektu Internetowe Rewolucje można dołączyć w każdym momencie aplikując na stronie: https://learndigital.withgoogle.com/internetowerewolucje

[1] https://data.worldbank.org/indicator/NE.EXP.GNFS.ZS

[2] Paymotion -TheGlobalCheckout

NIK o zapewnieniu przez gminy opieki przedszkolnej

W niemal połowie gmin objętych kontrolą NIK były problemy z dostępnością opieki przedszkolnej. Liczba wniosków o przyjęcie dzieci przekraczała liczbę dostępnych miejsc o średnio 30-60%. Prawie ⅓ dzieci nie dostała się do wybranego przedszkola, z czego niemal wszystkie to trzy- i czterolatki. W części gmin rodzicom nie wskazywano alternatywnych placówek albo proponowano takie, które były nieatrakcyjne np. ze względu na ich lokalizację lub godziny pracy. W prawie połowie gmin proces rekrutacji nie był właściwie nadzorowany. Szczególnie widoczne było to w gminach, w których nie wykorzystywano do jego wspomagania systemów informatycznych. Konsekwencją był brak transparentności tego procesu.

Od kilku lat w naszym kraju podejmowane są działania na rzecz poprawy dostępności instytucjonalnej opieki nad dziećmi. Stworzono sprzyjające warunki do powstawania nowych miejsc opieki nad dziećmi w wieku do trzech lat (w ramach realizowanego od 2011 r. resortowego programu „Maluch” i „Maluch+”). Zwiększyła się także liczba placówek wychowania przedszkolnego i dzieci objętych tą opieką.

Poziom upowszechnienia wychowania przedszkolnego, szczególnie w odniesieniu do dzieci w wieku trzech i czterech lat, nie osiągnął jednak w roku szkolnym 2017/2018 poziomu zaplanowanego w dokumentach krajowych, tj. 90% dla dzieci czteroletnich i 83% dla trzyletnich. Stało się tak głównie za sprawą niższej popularności tego wychowania na terenach wiejskich (udział dzieci zamieszkałych w miastach, korzystających z wychowania przedszkolnego był w roku szkolnym 2017/2018 wyższy średnio o 16,5% niż na terenach wiejskich).NIK o zapewnieniu przez gminy opieki przedszkolnej

Zakładanie i prowadzenie placówek wychowania przedszkolnego oraz zapewnienie miejsc dla wszystkich uprawnionych dzieci jest zadaniem własnym gmin. Zadanie to finansowane jest przy współudziale środków z budżetu państwa, wypłacanych w formie dotacji celowej, a od 2017 r. także subwencji oświatowej.

Dostępność opieki przedszkolnej

Od roku szkolnego 2017/2018 każda gmina ma obowiązek zapewnić możliwość korzystania z wychowania przedszkolnego, dzieciom w wieku od trzech do sześciu lat, zamieszkałych na jej obszarze i zgłoszonym podczas postępowania rekrutacyjnego. Jednak tylko w 17 z 30 skontrolowanych gmin nadano odpowiedni priorytet temu zadaniu, tj. prowadzono tam bieżące analizy zapotrzebowania na miejsca w placówkach, uwzględniające liczbę dzieci kontynuujących wychowanie przedszkolne oraz liczbę dzieci trzy- i czteroletnich, których rodzice mogą dopiero ubiegać się o objęcie ich taką opieką, zmiany wynikające np. z reformy oświatowej oraz podejmowano adekwatne do wyników tych analiz działania.

W konsekwencji w prawie połowie gmin objętych kontrolą (14 z 30 objętych kontrolą NIK) nie zapewniono pełnej dostępności opieki przedszkolnej. Było to niezgodne z art. 31 ust. 8 i 9 ustawy – Prawo oświatowe. W tamtejszych samorządowych przedszkolach, oddziałach przedszkolnych w szkołach i innych formach wychowania przedszkolnego przygotowano miejsca dla najwyżej 80% dzieci, w tym w niektórych gminach zaledwie dla 23%-60% uprawnionych dzieci. Liczba złożonych wniosków o przyjęcie dziecka do przedszkoli w gminach tych była większa (średnio o 30%-60%) od liczby dostępnych miejsc. Największy niedobór miejsc dotyczył placówek wychowania przedszkolnego, w których mogły korzystać z opieki dzieci trzy- i czteroletnie oraz przedszkoli położonych w rejonach zamieszkałych przez młode rodziny. W konsekwencji 25%-30% dzieci, których rodzice w gminach objętych kontrolą wnioskowali o przyjęcie na lata szkolne 2017/2018 i 2018/2019, nie dostało się do placówek „pierwszego wyboru”. Trudności w znalezieniu odpowiednich miejsc opieki przedszkolnej mieli głównie rodzice dzieci trzy- i czteroletnich (dzieci te stanowiły prawie 90% wszystkich nieprzyjętych).

W prawie połowie gmin gdzie najwięcej dzieci nie dostało się do wybranych placówek, nie zapewniono dla części z nich innych odpowiednich miejsc. Było to niezgodne z art. 31 ust. 10 i 11 ustawy – Prawo oświatowe, wymagającym by w przypadku, gdy liczba dzieci, którym gmina ma obowiązek zapewnić możliwość korzystania z wychowania przedszkolnego, przewyższy liczbę miejsc w tej placówce, wójt (burmistrz, prezydent miasta) pisemnie wskazał rodzicom inną placówkę oferującą możliwość opieki w zbliżonym czasie do pierwotnie wybranej (a także w możliwie blisko położonej). W ośmiu gminach wójtowie nie wskazywali wszystkim nieprzyjętym do przedszkoli dzieciom placówek, które mogłyby je przyjąć. W ośmiu innych gminach wskazywano placówki niespełniające ustawowych wymogów. Albo były to pełnopłatne przedszkola niepubliczne, albo przedszkola zlokalizowane w innych gminach, albo czas ich pracy znacząco różnił od czasu pracy placówki wybranej przez rodziców.

W sześciu gminach, w których zabrakło miejsc w przedszkolach zapewniających dziesięciogodzinną opiekę, wskazywano nieprzyjętym do nich dzieciom trzyletnim, miejsca w oddziałach przedszkolnych w szkołach podstawowych o pięciogodzinnym czasie pracy. Dodatkową trudnością dla rodziców mogła być konieczność dowożenia dzieci do odległych placówek w innych sołectwach (nawet do 22 km).

W latach szkolnych 2017/2018 i 2018/2019, w gminach objętych kontrolą wskazano miejsca odpowiednio rodzicom 1259 i 821 dzieci, które nie dostały się do przedszkoli. Z przedstawionej propozycji skorzystało średnio 26% z nich, pozostali najczęściej rezygnowali z opieki przedszkolnej dla swoich pociech. Taka sytuacja wynikała z niedostosowania czasu pracy i lokalizacji placówek wskazanych przez gminę do potrzeb i oczekiwań rodziców. W konsekwencji w gminach, w których nie zapewniono odpowiednich miejsc dla dzieci trzy- i czteroletnich, zanotowano niski poziom upowszechnienia wychowania przedszkolnego w tych grupach wiekowych dzieci. Niski poziom tego wskaźnika w odniesieniu do dzieci trzyletnich zanotowano np. w Majdanie Królewskim (woj. podkarpackie) i Łaszczowie (woj. lubelskie), tj. odpowiednio ok. 27% i niecałe 30% w roku szkolnym 2017/2018, zaś w roku szkolnym 2018/2019 ok. 16% i 26%.

Kryteria naboru

Tylko pięć gmin przyjęło w pełni prawidłowe kryteria naboru do placówek wychowania przedszkolnego. W 25 gminach (83%) co najmniej jedno kryterium samorządowe, obowiązujące na drugim etapie rekrutacji (uruchamianym, gdy o przyjęcie do placówek ubiegało się więcej dzieci niż było wolnych miejsc) zostało ustalone niezgodnie z obowiązującymi przepisami[1]. Gminy przyjmowały kryteria, które w ocenie NIK nie służyły realizacji potrzeb dziecka i jego rodziny, a także naruszały zasadę równego dostępu do wychowania przedszkolnego. Kryteria te obejmowały np.: wiek dzieci, deklarowany czas pobytu w przedszkolu, czy też nie uwzględniały sytuacji dzieci wychowywanych przez samotnych rodziców. Na przykład w części gmin więcej punktów uzyskiwały dzieci pięcio- i sześcioletnie, w innych liczba przydzielonych punktów zależała od zadeklarowanych przez rodziców godzin pobytu przez dziecko w placówce. Prowadziło to do sytuacji, w której rodzice deklarowali dłuższy pobyt w przedszkolu tylko po to, by uzyskać więcej punktów w procesie rekrutacji.

W sześciu gminach ustalono nieprawidłowo dodatkowe kryteria lub przyjęto, że w procesie rekrutacji można brać pod uwagę kolejność składania wniosków o przyjęcie do przedszkola lub o przyjęciu decydował wynik losowania.

Rekrutacja

W gminach, w których wykorzystywano systemy informatyczne wspomagające proces rekrutacji najczęściej uzyskano usprawnienie wszystkich podejmowanych w związku z tym działań. Zapewniono dobrą dostępność informacji o zasadach przyjmowania dzieci do placówek i warunkach realizacji opieki przedszkolnej, a nabór przeprowadzono prawidłowo. W większości pozostałych gmin proces rekrutacji nie był prawidłowo nadzorowany przez wójtów. W konsekwencji dochodziło tam do licznych nieprawidłowości.

W dziewięciu gminach nie przestrzegano harmonogramów naboru i kryteriów rekrutacyjnych oraz zasad dotyczących prowadzenia rekrutacji do placówek wychowania przedszkolnego (np. w przedszkolach preferowano dzieci pracowników). Najbardziej przykre dla rodziców i małych dzieci było niezapewnienie możliwości kontynuacji edukacji przedszkolnej w wybranej placówce (tak było np. w Zambrowie, woj. podlaskie) lub niewłaściwe ogłaszanie wyników naboru, w tym nieinformowanie o powodach nieprzyjęcia dziecka do placówki.

Warunki w placówkach wychowania przedszkolnego

W gminach, w których brakowało miejsc w przedszkolach zdarzały się sytuacje niezapewnienia odpowiednich warunków jej realizacji. Dochodziło do przekroczenia liczebności grup przedszkolnych (dziewięć gmin) lub niezapewnienia opieki przedszkolnej w odpowiednim wymiarze czasowym (po zakończeniu zajęć w oddziale przedszkolnym dzieci przebywały na świetlicach szkolnych). W pięciu z tych gmin rodzice nie mogli posyłać swoich dzieci do przedszkola w czasie wakacji. Problemem dla większości gmin było także zapewnienie opieki dzieciom z alergiami i chorującym na przewlekłe schorzenia, wymagające ciągłej kontroli i podawania leków. Tylko placówki w ośmiu gminach były przygotowane do udzielania odpowiedniej pomocy tym dzieciom, ponieważ opracowano tam wewnętrzne procedury opieki nad dziećmi z chorobami przewlekłym i/lub przeszkolono pracowników jak takiej pomocy udzielać.

Dodatkowe miejsca w placówkach niepublicznych

Otwarte konkursy ofert na dodatkowe miejsca w przedszkolach niepublicznych miały być lekarstwem na zbyt małą liczbę miejsc w gminnych placówkach i niedostosowanie ich rozkładu przestrzennego do potrzeb rodzin z małymi dziećmi. Dzięki konkursom dzieci mogłyby korzystać z prywatnych placówek na takich samych zasadach jak w tych prowadzonych przez gminę. Jak wskazują wyniki kontroli, z możliwości takiej korzystano bardzo rzadko[2]. Nie wykorzystano takiego rozwiązania w czterech gminach, w których zabrakło miejsc w przedszkolach w latach szkolnych 2017/2018 i 2018/2019. Ciekawym przykładem innego podejścia do korzystania z oferty placówek niepublicznych była Środa Wielkopolska (woj. wielkopolskie) gdzie pozyskano w ten sposób aż 97% wszystkich potrzebnych miejsc.

Badania opinii publicznej

Na zlecenie NIK przeprowadzono badanie opinii publicznej. Wzięło w nim udział 800 rodziców (z całej Polski), których dzieci korzystały przez co najmniej rok z opieki przedszkolnej w latach szkolnych 2016/2017-2018/2019. W opinii 27% rodziców objętych badaniem proces rekrutacji do placówek wychowania przedszkolnego i informowania o jego wynikach, nie był w pełni jasny i przejrzysty. Tylko połowa badanych była świadoma, że gmina ma obowiązek zapewnić miejsce w przedszkolu wszystkim dzieciom. Dla rodziców biorących udział w badaniu najważniejsze czynniki decydujące o wyborze przedszkola obejmowały: odległość do placówki, jakość oferowanej opieki oraz dostosowanie czasu pracy do potrzeb rodziców. Większość respondentów nie była w pełni zadowolona z wyposażenia przedszkoli oraz z zakresu czasowego oferowanej opieki (w tym braku możliwości korzystania z opieki przedszkolnej także w czasie wakacji). Duża grupa rodziców (16%) ubolewała, że przedszkola nie zapewniały odpowiednich warunków dla dzieci ze specyficznymi potrzebami zdrowotnymi, wynikającymi przede wszystkim z alergii i chorób przewlekłych.

Badanie kwestionariuszowe

Wyniki badania kwestionariuszowego przeprowadzonego przez NIK potwierdzają deficyt miejsc dla dzieci trzy- i czteroletnich. W celu przeprowadzenia badania Izba wystąpiła do 890 gmin z terenu sześciu województw, w których realizowano kontrolę (lubelskiego, opolskiego, podkarpackiego, podlaskiego, świętokrzyskiego i wielkopolskiego). Wyniki tego badania wskazują, że w latach szkolnych 2017/2018 i 2018/2019 tylko w średnio ponad połowie gmin w tych województwach sieć placówek wychowania przedszkolnego pozwalała na zapewnienie miejsc dla ponad 80% zameldowanych dzieci w wieku przedszkolnym. Jedynie w 35% gmin zapewniono dostępność do opieki przedszkolnej dla dzieci trzy- i czteroletnich adekwatnie do średniego poziomu upowszechnienia wychowania przedszkolnego (tj. przygotowano miejsca dla ok. 80% dzieci w tym wieku). Większość dzieci, które nie znalazły miejsca w wybranej placówce (odpowiednio 91% i 86%) to dzieci trzy- i czteroletnie.

Co piąta firma z branży transportu i logistyki zwiększy zatrudnienie

Co piąta firma zajmująca się transportem i logistyką chce w najbliższym kwartale zwiększyć liczbę pracowników, co trzydziesta planuje redukcje etatów. Choć dla osób zainteresowanych pracą w tej branży to bardzo dobra informacja, tak dla firm to sygnał, że będą mieć wielu konkurentów w rywalizacji o kadry. – Pomimo tego, że w polskiej gospodarce zauważalne są globalne symptomy spowolnienia, w tym mniejsza produkcja w obszarze motoryzacji, rozwój polskiego rynku logistycznego napędza e-commerce, który od kilku kwartałów dynamicznie wzrasta – mówi Kamil Sadowniczyk z Manpower.Transport_Logistyka_Prognozy_zatrudnienia

Zgodnie z raportem “Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” 20% firm z sektora transportu i logistyki chce w okresie od lipca do września zwiększyć zatrudnienie, 3% planuje redukcje etatów, 76% nie przewiduje zmian personalnych a 1% nie zna swoich planów rekrutacyjnych na najbliższy kwartał. Prognoza netto zatrudnienia po korekcie sezonowej wynosi +16%. Jak zauważa Kamil Sadowniczyk, dyrektor ds. rozwiązań onsite z agencji rekrutacyjnej Manpower wzrost zatrudnienia w transporcie i logistyce to efekt między innymi rosnącej liczby centrów dystrybucyjnych w Polsce, głównie dużych firm, stawiających na dostawę do krajów Europy Zachodniej oraz bardzo dużego wzrostu e-commerce w Polsce w ogóle. – Tak optymistyczne plany zatrudnienia związane są również ze sprzedażą artykułów szkolnych, czyli akcją back to school. Ponadto, jest to sezon urlopowy i pracodawcy, by zabezpieczyć się przed brakiem rąk do pracy, zatrudniają pracowników sezonowych. Jednocześnie, firmy logistyczne przygotowują się do intensywnego okresu, który zaczyna się we wrześniu i trwa do świąt Bożego Narodzenia, tym samym wchodząc na oczekiwany poziom zatrudnienia. Dla pracodawców oznacza to większą konkurencyjność na rynku lokalnym w zakresie pozyskiwania kandydatów – dodaje ekspert.

Kogo będą poszukiwać pracodawcy?

W związku ze wzrostem zatrudnienia potrzebni będą głównie pracownicy na stanowiska kierowców, operatorów wózków widłowych z uprawnieniami UDT, pracownicy magazynowi i pakowacze. Różnice w wynagrodzeniach w sektorze transportu i logistyki zależą od specyfiki regionu czy poziomu wiedzy i zaawansowanych umiejętności pracownika. Wynagrodzenia zasadnicze dla najbardziej pożądanych zawodów, czyli pracownik magazynowy, pakowacz, operator wózka widłowego, wahają się od minimalnej godzinowej stawki krajowej do nawet 23 złotych brutto za godzinę. Ponadto, pracodawcy oferują dodatki takie jak premie i pakiet benefitów, również na podstawowych stanowiskach, o mniejszym stopniu zaawansowania.

– W przypadku pracowników podstawowego szczebla najbardziej ceniona jest motywacja i zdolności manualne. Aby przyciągnąć najlepszych, firmy logistyczne będą otwierały się na elastyczne formy zatrudnienia, nie tylko na oferty pracy tymczasowej, lecz także na elastyczne podejście do grafiku pracownika. Będzie to między innymi możliwość pracy w mniejszym wymiarze czasu pracy, w wybranych godzinach lub tylko w weekendy. Najbliższy kwartał przyniesie dla pracowników lepszą perspektywę zatrudnienia w działach związanych z szeroko rozumianym transportem i logistyką, czyli od dystrybucji, przez pakowanie, co-packing, po logistykę wewnętrzną. Co więcej, jest to okres wakacji, więc szansa dla osób uczących się, które chcą podreperować swój budżet, zdobywając doświadczenie w centrach dystrybucji. Pracownik ma również możliwość poznania nowoczesnego procesu od wewnątrz, dzięki coraz powszechniejszej automatyzacji czynności związanych między innymi z sortowaniem, pakowaniem, magazynowaniem i transportem wewnętrznym – podsumowuje Kamil Sadowniczyk.

Biorąc pod uwagę dane dla transportu i logistyki odnotowane w innych krajach regionu EMEA to Polska jest na trzecim miejscu, ex aequo z Rumunią i jest jednym z rynków, gdzie w najbliższym kwartale będzie najłatwiej o pracę. Najwyższą prognozę ma Grecja (+29%) i Czechy (+19%).

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 44 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

Elektryczne samochody nie takie ekologiczne?

Ekologiczność elektrycznych samochodów jest często kwestionowana przez sceptycznych klientów i zwolenników pojazdów konwencjonalnych. Najczęściej podawanym argumentem jest podważanie czystości energii, wykorzystywanej w silnikach zeroemisyjnych. Energia nie pochodzi bowiem zawsze ze źródeł ekologicznych – szczególnie, że w Polsce udział odnawialnych źródeł energii w miksie energetycznym jest bardzo niski. To poważny zarzut, który stawia przed branżą elektromobilną duże wyzwanie. Nie da się jednak podważyć tego, że elektryczne silniki nie dokładają się do zanieczyszczeń w miejscu, w którym pracują.

Pojazdy elektryczne są zeroemisyjne tu gdzie jeżdżą, a większość z nas mieszka w dużych ośrodkach miejskich. To tutaj mamy problem ze zjawiskiem smogu i z hałasem – o czym rzadko się mówi, a co stanowi w miastach rosnący problem – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.

­– Branża podejmuje pierwsze kroki do ekologicznego produkowania i utylizowania części, wykorzystując je na przykład jako magazyny energii, współpracujące z fotowoltaiką. To oczywiście nie oznacza, że przymykamy oko na źródło, z którego pochodzi prąd napędzający elektryczne samochody. Zwiększenie udziału odnawialnych źródeł energii w polskim miksie energetycznym oraz zaprzestanie wydobywania i sprowadzania węgla jest wyzwaniem, w którym branża elektromobilna chce nasze państwo wspierać – zapewnia Mazur.

Emigrację zarobkową planuje 1,6 mln Polaków. Większość chce w ten sposób pomóc finansowo rodzinie

Emigrację zarobkową planuje 1,6 mln Polaków. Większość chce w ten sposób pomóc finansowo rodzinie 8

Co dziesiąty Polak chce wyjechać do pracy za granicę. Już teraz liczbę emigrantów z Polski szacuje się na 2,5 mln osób. Kolejne 1,6 mln rozważa emigrację zarobkową. Firma TransferGo, operator platformy do przelewów międzynarodowych, postanowiła przyjrzeć się temu zjawisku i przebadać tę grupę. Najpopularniejszymi destynacjami są Niemcy, Holandia i Wielka Brytania. Z badań wynika, że 7 proc. Polaków planuje kupić bilet tylko w jedną stronę. Blisko 40 proc. zamierza zarobione pieniądze przesyłać do partnera. Coraz większą popularnością cieszą się więc aplikacje do przelewów międzynarodowych z korzystnym kursem międzybankowym i krótkim czasem przelewu.

Według raportu Work Service z ostatniego kwartału zeszłego roku ponad 8,6 proc. Polaków aktywnych zawodowo rozważa wyjazd na emigrację zarobkową. Według Głównego Urzędu Statystycznego liczba Polaków mieszkających za granicą wzrosła o 1 proc. i wynosi teraz ponad 2,5 mln osób. Obserwujemy trend w zmianie wybieranych branży, coraz częściej popularna staje się szeroko pojęta branża produkcyjna, budownictwo oraz opieka nad dziećmi i seniorami – podkreśla  w rozmowie z agencją Newseria Biznes Julia Ławniczak-Gościńska, Growth Marketing Manager w TransferGo.

Migracyjny boom rozpoczął się wraz z przystąpieniem Polski do UE. Już w 2004 roku liczba Polaków przebywających poza krajem wzrosła o dwadzieścia procent w ciągu roku. Obecnie liczbę polskich imigrantów szacuje się na 2,54 mln. Z raportu „Migracje zarobkowe Polaków IX” z 2018 roku wynika, że kolejne ok. 1,6 mln Polaków aktywnych zawodowo lub będących potencjalnymi uczestnikami polskiego rynku pracy rozważa emigrację zarobkową. Coraz częściej wybieramy lepiej płatne branże, bo na wyjazd decydują się przede wszystkim osoby młode i dobrze wykształcone.

Prawie 70 proc. osób, które zdecydowałyby się na wyjazd za granicę, miało od 25 do 35 lat, czyli to tzw. young professionals. Co ciekawe, co drugi z naszych ankietowanych posiadał wykształcenie wyższe, a tylko 5 proc. wskazywało wykształcenie podstawowe lub zawodowe. Praktycznie co trzeci ankietowany wskazywał jako miejsce zamieszkania obszary wiejskie, a 21 proc. naszych ankietowanych pochodziło z dużych aglomeracji miejskich, czyli powyżej 500 tys. mieszkańców – wskazuje Julia Ławniczak-Gościńska.

Do wyjazdu najczęściej motywują wyższe zarobki, u ok. 36 proc. osób planujących wyjazd miesięczne dochody nie przekraczają 3 tys. zł na rękę.

Co trzecia osoba planuje zostać za granicą 2–6 miesięcy, co piąta – maksymalnie rok. Tylko 7 proc. przyznaje, że kupi bilet w jedną stronę. Najchętniej wybieraną destynacją są Niemcy (23 proc.), Holandia (12,5 proc.) oraz Wielka Brytania (11,7 proc.).Pierwszą piątkę uzupełniają Norwegia (8,5 proc.) oraz Szwecja (5,8 proc.).

– Prawie 40 proc. respondentów planuje wysyłać pieniądze zarobione za granicą do swojego partnera lub partnerki, a co czwarty do innych członków swoich rodzin. Ponad połowa z nich uważa, że zarobione pieniądze za granicą będą stanowiły większą część budżetu domowego, a co czwarty z nich uważa, że będzie to nawet ponad 70 proc. całego budżetu domowego – mówi ekspertka.

Koszt przelewów międzynarodowych uzależniony jest przede wszystkim od czasu trwania oraz od przewalutowania na złotówki. Najczęściej wybieraną metodą jest tzw. SWIFT – pieniądze trafiają do Polski po kilku dniach roboczych, a dodatkowe opłaty wynoszą nawet 30 proc. wartości całego przelewu. Popularność zyskują aplikacje, które umożliwiają szybkie, łatwe i bezpieczne przelewy międzynarodowe, m.in. TransferGo.

Klienci TransferGo najczęściej przesyłają pieniądze do Polski z Wielkiej Brytanii, to ponad 70 proc. wszystkich wykonywanych przez naszą aplikację przelewów. Na kolejnym miejscu znajduje się Norwegia i Niemcy. Od 2015 roku znacząco wzrosła wartość jednorazowych przelewów. Przedtem były to przelewy na kilkaset złotych, teraz na kilka tysięcy złotych – podkreśla Julia Ławniczak-Gościńska.

Ponad 70 proc. polskich klientów firmy cyklicznie przelewa pieniądze z Wielkiej Brytanii do Polski. W 2018 roku kwota sięgnęła 85 mln euro, a średnia miesięczna suma transferów ze wszystkich krajów, w których jest dostępne TransferGo, wzrosła o 179 proc. Od 2013 roku suma przelewów do Polski rośnie rokrocznie średnio o 277 proc.

W Europie rocznie dopuszcza się na rynek ponad 80 nowych leków. W Polsce dostęp do nowoczesnych terapii jest wciąż utrudniony

W Europie rocznie dopuszcza się na rynek ponad 80 nowych leków. W Polsce dostęp do nowoczesnych terapii jest wciąż utrudniony 9

Dzięki nowo opracowanym lekom choroby dotychczas nieuleczalne stają się uleczalne, a śmiertelne – przewlekłymi. Innowacjom w farmakoterapii zawdzięczamy nawet 60 proc. wzrostu oczekiwanej długości życia – wynika z raportu INFARMY „Przełomowe innowacje farmaceutyczne”. W opracowaniu znajduje się ponad 7 tys. leków. Nowe leki przynoszą korzyść całemu systemowi opieki zdrowotnej i gospodarce – podkreśla Bogna Cichowska-Duma, dyrektor generalny INFARMY. W Polsce dostęp do nich jest jednak wciąż mniejszy niż w innych krajach europejskich.

– Obecnie o innowacjach mówi się bardzo szeroko. Innowacją jest wszystko: szampon do włosów, samochód, to „innovation that excites”. My w farmakologii zajmujemy się „innovation that matter”, czyli innowacją, która ma olbrzymią wartość dodaną dla człowieka. Wpływa na długość i jakość życia pacjentów, ma niebagatelny wpływ na całe otoczenie, w którym oni żyją, rodziny, a także na system opieki zdrowotnej i całą gospodarkę – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogna Cichowska-Duma, dyrektor generalny INFARMY.

Z raportu „Przełomowe innowacje farmaceutyczne” opracowanego na zlecenie INFARMY przez Instytut Innowacyjna Gospodarka wynika, że branża farmaceutyczna na świecie jest odpowiedzialna za 19 proc. prywatnych wydatków na badania i rozwój. Co roku Europejska Agencja Leków wydaje średnio 87 pozytywnych opinii dotyczących wprowadzenia leków do obrotu i dopuszcza 35 nowych substancji czynnych. Ostatnie dekady były dla farmacji przełomowe. Opracowano leki, które sprawiły, że część śmiertelnych chorób stała się przewlekłymi. Wiele z tych terapii znacznie poprawiło jakość życia pacjentów. W latach 2000–2009 to właśnie leki przyczyniły się w 73 proc. do wzrostu średniej oczekiwanej długości życia.

– Jeżeli pacjent jest samodzielny i może chodzić do pracy, to może pełnić swoje funkcje społeczne, ale również odgrywa bardzo ważną rolę w gospodarce i przynosi wartość dodaną dla całego systemu ekonomicznego – tłumaczy Bogna Cichowska-Duma. – Można więc powiedzieć, że rola innowacyjnych leków jest ogromna, zarówno w ujęciu bardzo wąskim, jeżeli mówimy o jednostce, jak i bardzo szerokim, jeżeli mówimy o całym społeczeństwie.

W ostatnich latach bardzo duży postęp w stosowaniu innowacyjnych leków obserwowany jest w leczeniu chorób onkologicznych. Poza onkologią i hematoonkologią najwięcej nowych leków zostało dopuszczonych w neurologii i chorobach zakaźnych. W USA w ciągu 25 lat nowe leki przeciwnowotworowe przyczyniły się do spadku śmiertelności z powodu tych chorób o 25 proc. Raport OECD „Pharmaceutical Innovation and Access to Medicines” z 2018 roku jako sukcesy farmakologiczne wymienia z kolei leki antyretrowirusowe, antynowotworowe czy przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu C. Dzięki tym lekom od lat 80. ubiegłego wieku obserwuje się znaczny spadek śmiertelności z powodu HIV (o 80 proc.), od lat 90. – z powodu raka (o 20 proc.) czy WZW C (o 90 proc.). Znacznie wzrosła też skuteczność leczenia nowotworów krwi.

 Prace nad nowymi lekami są bardzo potrzebne, ponieważ cały czas jeszcze mamy dużą grupę pacjentów, których potrzeby są niezaspokojone. Taką grupą ludzi są pacjenci z chorobami rzadkimi czy onkologicznymi, w których cały czas walczymy o przedłużenie życia i poprawę jego jakości – przekonuje Monika Zientek ze Stowarzyszenia Młodych z Zapalnymi Chorobami Tkanki Łącznej „3majmy się razem”.

Raport wskazuje, że rozwój innowacji farmaceutycznych będzie coraz bardziej zmierzał w stronę minimalizowania problemów zdrowotnych związanych np. ze starzeniem się społeczeństwa i rozpowszechnieniem chorób cywilizacyjnych. Ponad połowa z 57 milionów zgonów na całym świecie w 2016 roku była spowodowana jedną z 10 chorób, które od 15 lat są największymi zabójcami (m.in. chorobą niedokrwienną serca, udarem, POChP, chorobą Alzheimera czy cukrzycą).

Obecnie 2 na 3 chorych z nowotworem mających dostęp do rekomendowanej terapii może przeżyć co najmniej 5 lat. Konieczne jest więc zagwarantowanie chorym dostępu do najnowszych leków. Obecnie w fazie rozwoju jest niemal 7 tys. innowacyjnych leków.

 Ewolucja, która wystąpiła w ostatnich 30 latach, jest rzeczą kluczową dla każdego pacjenta i lekarza. Jest dla nas ogromną radością, gdy możemy leczyć lekami innowacyjnymi, ale równocześnie jest ogromnym bólem, jeżeli takie leki innowacyjne są gdzieś na świecie, a my drepczemy w miejscu – mówi Michał Sutkowski, specjalista medycyny rodzinnej i chorób wewnętrznych, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych, rzecznik prasowy Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.

Raport INFARMY wskazuje, że podstawowym problemem, który ogranicza wdrażanie innowacyjnych leków w Polsce, jest brak odpowiedniego poziomu wydatków publicznych na leki. Wydatki publiczne na ochronę zdrowia w stosunku do PKB w naszym kraju są na jednym z najniższych poziomów w Europie (4,6 proc. w 2017 roku). Dodatkowo średni czas od zgody na obrót lekiem do pierwszej sprzedaży wynosi ponad rok. Dla porównania w USA to ok. 2–3 miesięcy.

– Innowacyjne terapie są wdrażane w Polsce w sposób, który jest trudny dla zrozumienia nawet dla lekarza, który w tym siedzi. Nie znam się na procesach refundacyjnych, ale rozumiem, że ocena Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji powinna być tutaj rzeczą wiodącą. Jeżeli ponad połowa produktów z pozytywną rekomendacją Agencji nie pojawia się na listach refundacyjnych, to rzeczywiście trudno powiedzieć, dlaczego tak się dzieje – mówi Michał Sutkowski.

 Oczekiwalibyśmy szybszego procesowania leków innowacyjnych przez odpowiedzialne osoby w państwie. Żeby dostęp do tych leków był na takim poziomie i zwiększał się w takim tempie jak u naszych sąsiadów – ocenia Monika Zientek.

Inwestycje w sztukę biją kolejne rekordy. Sprzedaż na polskim rynku aukcyjnym przekroczyła ćwierć miliarda złotych

Inwestycje w sztukę biją kolejne rekordy. Sprzedaż na polskim rynku aukcyjnym przekroczyła ćwierć miliarda złotych 10

Rynek aukcyjny notuje rekordowe wyniki. W 2018 roku sprzedaż sięgnęła 252 mln zł. W ubiegłym roku padł też rekord sprzedaży dla pojedynczego dzieła sztuki – za rozetę Wojciecha Fangora zapłacono 4 mln zł. Inwestycje w obrazy czy rzeźby są jeszcze stosunkowo mało popularne, ale wraz z rosnącą liczbą zamożnych osób sytuacja się zmienia. Największym zainteresowaniem cieszy się sztuka współczesna, a zyski przy dwudziestoletnim okresie inwestycji sięgają średnio kilkanaście procent.

– Sztuka jest bardzo dobra do inwestowania. Rzeczy piękne zawsze mają wartość, oprócz jakby takiej substancji materialnej także wartość duchową, emocjonalną – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Łydżba, artysta malarz.

Dane portalu Artinfo wskazują, że 2018 rok był rekordowy dla polskiego rynku dzieł sztuki. Po raz pierwszy rynek przekroczył wartość ćwierć miliarda złotych obrotu – wynik sprzedaży osiągnął dokładnie 252 mln zł, czyli ponad 17 proc. więcej niż w równie udanym 2017 roku. Przeprowadzono nieco ponad 300 akcji, z czego 49 ze sprzedażą o wartości ponad miliona złotych. Wylicytowano niemal 15 tys. obiektów.

– Cena obrazów zależy od bardzo wielu rzeczy. Jeżeli artysta jest często kupowany, to wiadomo, że rynek powoduje to, że ceny wzrastają, jeżeli ten artysta jest uznawany nie tylko w Polsce, lecz także w Europie, na świecie, to też te ceny wzrastają. Jeżeli artysta cały czas pracuje, ma jakieś osiągnięcia, wystawy na świecie, do tego jest odkrywczy, jest prekursorem, to też te ceny wzrastają – przekonuje Jacek Łydżba.

W 2018 roku padł rekord sprzedaży dla pojedynczego dzieła sztuki – za rozetę Wojciecha Fangora zapłacono 4 mln zł (wraz opłatą aukcyjną ok. 4,7 mln zł). Wydarzeniem na rynku była sprzedaż grupy pięciu obrazów Wojciecha Fangora z kolekcji Gres Gallery z lat 1961–1962, za które nabywca zapłacił blisko 7 mln zł wraz z opłatą aukcyjną. To najwyższa transakcja uzyskana w drodze licytacji pojedynczej pozycji katalogowej na aukcji.

– Należy inwestować w prace młodych artystów, którzy są pracowici, mają talent i widać, że mają zaangażowanie i zapał do pracy. Należy też inwestować w uznanych artystów, którzy już przeszli tę swoją drogę, mają swój język, warsztat, styl. Są oczywiście drożsi, ale tutaj ta pewność tego artysty jest stuprocentowa. Ale też ważna jest wiedza kupującego na temat sztuki, warto taką wiedzę posiadać i ją pogłębiać, żeby wiedzieć, co jest dobre – tłumaczy artysta.

Rynek sztuki jest trudny, nie ma gwarancji zysku i potrzebna jest odpowiednia wiedza. Przyjmuje się, że początkowo inwestor powinien dysponować kwotą ok. 10 tys. zł. Stopa zwrotu z inwestycji zależy od dzieła sztuki, ale też popularności autora i koniunktury na rynku. Wysoką stopę zwrotu może przynieść inwestycja w dzieła już uznanych artystów.

– Ceny obrazów wzrastają, jeżeli to są dobre obrazy, inwestowanie w sztukę nigdy na świecie nikogo nie zawiodło. Począwszy od Egiptu, poprzez włoski renesans, nawet i sztukę polską zawsze jest zwyżka – ocenia Łydżba. – Pamiętam, że np. ceny obrazu Edwarda Dwurnika były zawsze bardzo wysokie, ale te 20 lat temu to była 1/10 tej ceny co obecnie, a teraz ceny obrazów Edwarda Dwurnika są naprawdę przyzwoite, światowe.

Zdaniem eksperta, choć przy inwestycji w sztukę liczy się zysk, nie warto zapominać o kwestii estetyki. Decyzję warto też przemyśleć, nie podejmować pod wpływem impulsu.

– Artysta powinien rozwijać swój talent, pracować, powinien mieć możliwość pokazywania swoich prac w galerii w dobrym miejscu. Powinien mieć kontakt z dobrym marszandem, często pokazywać swoje prace w różnych konkursach, w galeriach na wystawach, powinien być zaangażowany swoją pracą i twórczo w sposób permanentny – podkreśla Jacek Łydżba.

Obrazowanie rezonansem magnetycznym może zastąpić badanie histopatologiczne. Dzięki coraz wyższej rozdzielczości jest stosowane w onkologii

Obrazowanie rezonansem magnetycznym może zastąpić badanie histopatologiczne. Dzięki coraz wyższej rozdzielczości jest stosowane w onkologii 11

Badanie rezonansem magnetycznym jest jedną z podstawowych, a zarazem najbezpieczniejszych technik diagnostycznych, szeroko stosowaną w medycynie. Ta technologia rozwija się błyskawicznie, zyskując całkiem nowe funkcje. Innowacją są m.in. rozwiązania zmierzające w kierunku medycyny precyzyjnej, które dają najwyższej jakości wyniki badań i eliminują różnice wynikające z indywidualnych cech różnych pacjentów, oraz takie, które redukują stres pacjentów w trakcie badania, pozwalając nawet poczuć się jak podczas seansu w kinie.

– W diagnostyce chodzi głównie o to, żeby jak najszybciej postawić rozwiązanie i aby ono było jak najbardziej precyzyjne. Rezonans magnetyczny będzie się w najbliższych latach rozwijać bardzo prężnie. Dążymy głównie do tego, żeby sekwencje były coraz krótsze, a rozdzielczość przestrzenna badania coraz lepsza, bliska rozdzielczości tomografii komputerowej. Natomiast już w tej chwili część patologii możemy leczyć wyłącznie na podstawie rozpoznania rezonansu magnetycznego. Nie musimy pobierać materiału tkankowego, bo ta technologia jest już tak zaawansowana, że pobranie tkanki do badania histopatologicznego nie jest potrzebne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Katarzyna Katulska z Zakładu Radiologii Ogólnej i Neuroradiologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Taką patologią są na przykład nowotwory pierwotne wątroby. Dzięki dużej czułości badania rezonansem magnetycznym lekarze są w stanie z bardzo wysokim prawdopodobieństwem ocenić, z jakim rodzajem patologii mają do czynienia i jak ją leczyć.

– To jest taki najbardziej koronny przykład, ale myślę, że będzie coraz więcej takich patologii, dla których ostateczne rozpoznanie będzie można postawić w rezonansie magnetycznym – mówi prof. Katarzyna Katulska.

Jak podkreśla, rezonans magnetyczny jest dziedziną, która błyskawicznie się rozwija. Według danych Ministerstwa Zdrowia, przytaczanych przez portal PolitykaZdrowotna.pl, liczba badań rezonansem magnetycznym od 2016 roku wzrosła o ponad 200 tys., a wartość wykonywanych świadczeń zwiększyła się w tym czasie o ponad 70 mln zł. Ta technologia jest już szeroko dostępna dla pacjentów, ale rośnie też zapotrzebowanie na badania. To wyzwanie dla radiologów, ponieważ badań jest coraz więcej, a jednocześnie oczekiwania kliniczne są bardzo duże.

– Problemem jest fakt, że nowinki technologiczne w tej dziedzinie tak wolno docierają do klinicystów. Dokładamy nowe technologie, musimy te starsze aparaty wymieniać na lepsze, o lepszych parametrach, które dysponują nowymi sekwencjami. Ale te nowości troszeczkę wolniej przekładają się na zapotrzebowanie kliniczne. Zadaniem nas, radiologów, jest taka bezpośrednia współpraca z klinicystami i przekazywanie im informacji o tych nowościach technologicznych – mówi prof. Katarzyna Katulska.

Dyrektor ds. rozwoju biznesu rezonansu magnetycznego Siemens Healthineers Michał Pytel podkreśla, że technologia rezonansu magnetycznego zdecydowanie rozwija się w kierunku medycyny precyzyjnej. Ta pozwala uzyskiwać najwyższej jakości wyniki badań, które są wystandaryzowane i eliminują różnice wynikające na przykład z indywidualnych cech różnych pacjentów.

– Świat zdecydowanie idzie w kierunku zwiększania wydajności wykonywanych procedur i z tym będziemy mieli do czynienia w coraz większym stopniu. Nowoczesne aparaty mają wykonać zdecydowanie większą liczbę badań, więcej procedur diagnostycznych niż to miało miejsce w urządzeniach wcześniejszej generacji – mówi Michał Pytel.

Jedną z technologii, w jakie wyposażone są najnowocześniejsze rezonanse, jest BioMatrix, który pozwala niejako automatyzować pracę radiologia i eliminować typowo ludzkie błędy oraz różnice wynikające np. z anatomii poszczególnych pacjentów.

– Technologia BioMatrix jest spójnym mianownikiem, który scala w sobie trzy elementy: BioMatrix Sensors – czujniki funkcji życiowych wbudowane bezpośrednio w aparat po to, żeby eliminować niepotrzebne artefakty wynikające z ruchu pacjenta, BioMatrix Tuners – czyli dodatkowe technologie, które eliminują te niepożądane różnice anatomiczne, oraz BioMatrix Interfaces – czyli elementy obsługowe, które mają pomagać technikowi obsługującemu aparat i personelowi wykonującemu badanie unikać błędów natury ludzkiej – tłumaczy Michał Pytel.

Ekspert UM w Poznaniu prof. Katarzyna Katulska ocenia, że oczekiwania radiologów dotyczące czułości i wydajności sprzętu oraz pojawiających się nowinek technologicznych są w zasadzie nieograniczone, ale już teraz Polska nie odbiega od innych krajów europejskich w kwestii jakości sprzętu. Wśród najważniejszych nowinek technologicznych w obszarze rezonansu magnetycznego wymienia m.in. obrazowanie SWI (jedna z metod obrazowania w rezonansie magnetycznym, szczególnie skuteczna w obrazowaniu drobnych zmian krwotocznych).

– To jest technika wrażliwa na zmiany krwotoczne, co do tej pory było domeną tomografii komputerowej, ale teraz się wyrównuje. Jednocześnie większa ilość informacji w badaniach dynamicznych, czyli w takich badaniach angiograficznych, które w zasadzie są już w tej chwili w rozdzielczości podobnej, jak w tomografii komputerowej. Dosyć istotne jest to, że coraz więcej zabiegów robi się pod kontrolą rezonansu magnetycznego. Myślę, że to jest przyszłość technik zabiegowo-leczniczych, następny etap pracy nad nową technologią w rezonansie magnetycznym – mówi prof. Katarzyna Katulska.

Co istotne, obok jakości wyników badań równie ważny jest komfort pacjenta, ponieważ w wielu przypadkach, np. małych dzieci, osób starszych czy pacjentów cierpiących na klaustrofobię, problemem jest przed wszystkim badaniem rezonansem magnetycznym. Nowe technologie pozwalają na redukcję stresu. Dla przykładu Siemens Healthineers wdrożył w rezonansie innowacyjną technologię, która w trakcie badania pozwala pacjentowi poczuć się na dobrą sprawę jak podczas seansu w kinie.

– Ta technologia w znaczny sposób ułatwia pacjentom tolerancję takiego badania, dzięki możliwości oglądania filmów. W ten sposób ich uwaga zostaje odwrócona, nie skupiają się na konkretnym badaniu. Co ważne, w trakcie badania pacjent może kontrolować czas, co jest bardzo istotne, ponieważ sekwencje w rezonansie mają różny czas trwania. Jeśli pacjent wie, ile czasu zostało do końca, jego komfort wzrasta – mówi Michał Walczak, dyrektor ds. rozwoju biznesu rezonansu magnetycznego, Siemens Healthineers.

Tegoroczne zbiory owoców będą nawet o 30 proc. niższe niż zwykle. To odbije się na cenach

Tegoroczne zbiory owoców będą nawet o 30 proc. niższe niż zwykle. To odbije się na cenach 12

Pogoda w tym roku powoduje poważne starty po stronie producentów owoców – wiosenne przymrozki, susza, obfite opady i powodzie spowodowały, że zbiory owoców będą według wstępnych szacunków nawet o 30 proc. niższe niż zazwyczaj. To odbije się na ich cenach owoców, zwłaszcza wiśni, czereśni i jabłek. Podobnie niekorzystnie sytuacja zapowiada się także w zbiorach warzyw. Wiceprezes Stowarzyszenia „Cuiavia” Adam Różycki podkreśla, że choć ceny owoców i warzyw są mocno uzależnione od warunków pogodowych, w Polsce bardzo wiele gospodarstw rolnych wciąż nie ma infrastruktury do nawadniania, która pomaga radzić sobie ze skutkami suszy.

– W województwie kujawsko-pomorskim tegoroczne plony owoców będą mniejsze nawet o 30 proc. w stosunku do normalnego roku ze względu na wschody, które były opóźnione przez suszę. Myślę, że w skali całego kraju będzie bardzo podobnie, właśnie ze względu na suszę i późniejsze burze –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Różycki, wiceprezes Stowarzyszenia Producentów Owoców i Warzyw „Cuiavia”.

Jak podkreśla, w stosunku do ubiegłego roku straty są jeszcze wyższe, bo zbiory owoców były rekordowo wysokie. Związek Sadowników RP już na początku maja zwrócił się do ministra rolnictwa z prośbą o uruchomienie instrumentów pomocowych w związku z silnymi przymrozkami, które dotknęły rejony sadownicze i spowodowały straty w niemal wszystkich gatunkach owoców. Największe dotknęły wiśni, czereśni i jabłek. Jak poinformował Związek, tegoroczne zbiory owoców w Polsce będą mniejsze niż rok temu, a także mniejsze od średniej wieloletniej. To z kolei przełoży się na wzrost cen.

 Na tegorocznych przymrozkach i suszach plantatorzy stracili nawet do 40 proc. To oczywiście zależy od odmian owoców i tego, jak one poradziły sobie z trudnymi warunkami – mówi Adam Różycki. – Ubiegły rok był szczególny, jeśli chodzi o nadprodukcję, plony były o 30 proc. wyższe niż w normalnym roku, więc i ceny były ekstremalnie niskie. Natomiast w tym ceny owoców powinny wrócić do poziomu 80 proc. wyższego niż w zeszłym roku. To jest adekwatne do procentu, jaki stracą sadownicy.

Z problemami borykają się w tym roku również producenci truskawek, których plony są redukowane m.in. przez obfite deszcze. Natomiast jak na razie nie ma negatywnych prognoz dotyczących zbiorów borówki amerykańskiej, malin i jeżyn – w przypadku tych owoców ucierpiały jedynie plantacje położone w chłodniejszych regionach.

Niekorzystnie sytuacja zapowiada się w tym roku także w zbiorach warzyw.

– W przypadku cebuli już można powiedzieć, że będzie jej przypuszczalnie około 25–30 proc. mniej ze względu na suszę i słabe wschody – mówi Adam Różycki.

Jak podkreśla, ceny owoców i warzyw są w największym stopniu uzależnione od warunków pogodowych. Tymczasem w Polsce bardzo wiele gospodarstw rolnych wciąż nie ma infrastruktury do nawadniania, która pomaga radzić sobie ze skutkami suszy.

– Ministerstwo rolnictwa pracuje nad pomocą dla rolników i widać ruch w tym kierunku, co jest naprawdę pozytywnym sygnałem. Rolnicy otrzymają pomoc do nawodnień i myślę, że także do rezerwuarów, czyli przechowywania zapasu wody, bo w polskich warunkach są one potrzebne. W momentach, kiedy mamy powódź albo nadwyżkę deszczu, powinniśmy mieć, gdzie tę wodę trzymać na suche tygodnie – mówi Adam Różycki.

Wiceprezes Stowarzyszenia „Cuiavia” ocenia też, że brak infrastruktury do nawadniania to w tej chwili jedno z największych wyzwań, z jakimi borykają się rolnicy i sadownicy – na równi z brakiem pracowników.

– Problem z ludźmi do pracy to pierwsza i najważniejsza bariera. Są też oczywiście ograniczenia, jeśli chodzi o stosowanie środków ochrony roślin i widać, że na pewno trend prośrodowiskowy, ekologiczny będzie miał coraz większe znaczenie – mówi Adam Różycki.

Polski przemysł kosmiczny przyspiesza. W Toruniu powstaje kosmiczne laboratorium z interaktywną makietą Marsa

Polski przemysł kosmiczny przyspiesza. W Toruniu powstaje kosmiczne laboratorium z interaktywną makietą Marsa 13

Jeszcze w 2016 roku działało w Polsce zaledwie 30 przedsiębiorstw prowadzących działania w sektorze kosmicznym. Obecnie jest ich niemal dziesięciokrotnie więcej. Choć daleko nam wciąż do europejskich potęg, to coraz więcej firm działa na tym rynku. Wkrótce polski sektor kosmiczny może znacznie przyspieszyć. Dzięki powstającemu Space Lab w Toruniu przedsiębiorcy będą mogli opracowywać i testować swoje pomysły bezpośrednio w kraju. To szansa przede wszystkim dla mniejszych firm, które w inny sposób nie mogłyby przygotować prototypu swoich wynalazków – przekonuje Anna Dziczek z Urzędu Miasta Torunia.

– Space Lab to infrastruktura wybudowana od podstaw dla małych i średnich przedsiębiorstw, które będą tam mogły korzystać z wyposażenia i infrastruktury, jaka tam będzie, przez co będą mogły się rozwijać. Nastawieni jesteśmy głównie na wysokie technologie związane z kosmosem – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Anna Dziczek z Wydziału Rozwoju Programowania Europejskiego w Urzędzie Miasta Torunia.

Polski przemysł kosmiczny przyspieszył wraz z przystąpieniem Polski do Europejskiej Agencji Kosmicznej w 2012 roku. Wcześniej praktycznie nie istniał, w 2016 roku na rynku działało już ok. 30 firm identyfikujących się z tym sektorem. Obecnie ich liczbę szacuje się na około trzysta. Problemem jednak jest niewystarczająca liczba miejsc, gdzie zwłaszcza mniejsze firmy mogłyby testować swoje rozwiązania, budować prototypy, sprawdzać ich zachowanie w warunkach zbliżonych do przestrzeni kosmicznej. Mniejsze firmy bez odpowiedniego finansowania mogą nigdy nie wyjść ze strefy projektowania. Powstające w Toruniu Space Lab to dla nich szansa.

– Tworzymy infrastrukturę dla małych i średnich przedsiębiorstw, które mają bardzo dużo pomysłów, ale czasami spotykają się z barierą finansową. Nie mają środków, żeby przetestować swój produkt, żeby zobaczyć, czy będzie na niego popyt, żeby spytać się konsumenta, czy kupi jego produkt. Tam będzie można porozmawiać właśnie z tą drugą stroną, z innym przedsiębiorcą albo już z konsumentem końcowym – wskazuje Dziczek.

Polska branża kosmiczna ma już na swoim koncie duże sukcesy. W misji InSight, pierwszej w historii poświęconej badaniom wnętrza Marsa, polska firma wykonała mechanizm Kreta HP3, który zagłębi się na głębokość kilku metrów w Czerwoną Planetę. Pod koniec 2018 roku na orbitę okołoziemską wyniesiono dwa satelity: polski PW-Sat2 i fińsko-polski ICEYE-X2 oraz satelitę ESEO/S-50, dla którego system telekomunikacji został przygotowany na jednej z polskich uczelni. Polskie przedsiębiorstwo opracowało też prototyp rakiety suborbitalnej, która może się okazać przełomowa w badaniach w stanie mikrograwitacji. Polscy studenci od lat wygrywają lub zajmują miejsca w ścisłej czołówce w międzynarodowych zawodach łazików marsjańskich.

To wszystko sprawia, że Polska ma szansę, aby zaistnieć w światowym przemyśle kosmicznym, a miejsca takie jak powstające Space Lab w Toruniu mają to znacznie ułatwić. Według zapowiedzi toruńskie Space Labs będzie się składać z trzech budynków. W pierwszym ma się znaleźć teleskop do obserwacji nieba. W hali o powierzchni 460 mkw. mają być prowadzone prace nad prototypami. W trzecim powstanie centrum demonstracyjne, gdzie będą testowane rozwiązania.

W ośrodku powstaną m.in. laboratoria prototypowania elektroniki, sztucznej inteligencji i big data, demonstracji i obserwacji nieba, opracowania i testowania technik rozszerzonej i mieszanej rzeczywistości czy laboratorium IoT.

– Chcemy zrobić miasteczko związane z wysokimi technologiami. Planujemy przygotowanie laboratoriów dla małych i średnich przedsiębiorstw, które nie mają środków, żeby takie laboratoria z własnych środków budować i przeprowadzać tam badania, przygotować prototyp do wdrożenia już do masowej produkcji. Będziemy mieli także budynek sferyczny z makietą Marsa, po której będą jeździły łaziki – wymienia Anna Dziczek.

W Toruniu działa już kilka firm, które zajmują się kosmicznymi technologiami. To m.in. ABM Space Education, która wykorzystuje łaziki marsjańskie przy projektach dla ESA. Sybilla Technologies tworzy zaś technologie wykorzystywane w nowoczesnych teleskopach. Dzięki Space Labs Toruń może przyciągnąć kolejne firmy tak, aby stworzyć kosmiczne centrum Polski. Sprzyja temu także bliskość uczelni z kierunkami technicznymi, które mogą zapewnić kadry w powstającym centrum.

– Toruń liczy na więcej kosmicznych inwestorów. Próbujemy zrobić na jednym terenie obszar, gdzie będą współpracowali ze sobą przedsiębiorcy. Miasto będzie poszukiwać pracowników do obsługi zautomatyzowanych maszyn, np. drukarek 3D, które będą drukować części do prototypów czy same prototypy. Natomiast przestrzeń wypełnią mali i średni przedsiębiorcy, bo do nich głównie skierowany jest ten projekt – mówi Anna Dziczek.

Space Lab w Toruniu zostanie oddany do użytku w 2020 r.

W sklepach przyszłości nie będzie pracowników. Obsługą klienta zajmie się sztuczna inteligencja

W sklepach przyszłości nie będzie pracowników. Obsługą klienta zajmie się sztuczna inteligencja 14

Handel detaliczny chętnie wdraża innowacje technologiczne, które pomagają zoptymalizować obsługę klientów. Ci zaś oczekują od sklepów przede wszystkim wysokiej dostępności towarów i przekazania kompleksowej wiedzy na temat oferowanych towarów. Z zebraniem jej nie radzą sobie jednak pracownicy. Już niebawem wyręczyć ich mogą wirtualni doradcy. Na świecie działają już pierwsze sklepy bez kasjerów.

– Dzięki wirtualnemu doradcy klient będzie mógł, a w wielu wypadkach już może, uzyskać bezpośrednio w sklepie informację o produkcie, jego cenie, ofercie promocyjnej, a także o jego lokalizacji. Będzie mógł go zamówić przy użyciu smartfona i zapłacić za niego np. za pośrednictwem swojego selfie, bez kontaktu bezpośredniego ze sprzedawcą – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marek Kwiatkowski, ekspert ds. implementacji RFID w Sescom.

Z jednej strony, klienci podczas zakupów często potrzebują pomocy. Z drugiej zaś, wielu z nich irytuje obecność doradcy, który swoją pomoc oferuje w sposób, który może być odczytany jako nachalny. W rezultacie w wielu przypadkach ostatecznie nie dochodzi do zakupu.

Z raportu sporządzonego przez Zebra Technologies wynika, że klienci chcą od sklepów detalicznych przede wszystkim dostępności produktów. W drugiej zaś kolejności wciąż liczą na pomoc kompetentnych doradców. Ci jednak przyznają, że nie dysponują kompleksową wiedzą na temat oferowanych w sklepie towarów. Ponad jedna czwarta pracowników stwierdza, że ma problemy ze znalezieniem towaru w sklepie. Jedna trzecia twierdzi, że ma szczegółową wiedzę o zaledwie połowie produktów oferowanych w sprzedaży. Idealnym rozwiązaniem może się okazać więc doradca wspierany sztuczną inteligencją.

– Technologia pozwala klientowi przebywającemu w sklepie dokonywać zapytań za pomocą smartfona o produkt, jego lokalizację, wybór konkretnego towaru. Aplikacja w telefonie podpowiada klientowi miejsce, w którym dana rzecz się znajduje, dobiera do jego preferencji zakupowych optymalne rozwiązanie czy asortyment. To jest kolejny duży i bardzo dynamicznie rozwijający się obszar – wskazuje Marek Kwiatkowski.

Handel detaliczny bardzo mocno stawia na wdrażanie nowych technologii, dzięki którym zakupy staną się łatwiejsze i przyjemniejsze dla kupujących, a sprzedawcy będą mogli liczyć na wyższe przychody. Jednym z głównych obszarów, w których dochodzi do implementacji innowacyjnych rozwiązań, jest tzw. customer experience, czyli wszystko to, co wiąże się z doświadczeniami kupujących w procesie zakupowym.

– Są to rozwiązania, które wspierają tzw. omnichannel. Pozwalają na zakup produktu w każdym momencie w różnych miejscach, czy to w domu za pośrednictwem przeglądarki internetowej, czy za pośrednictwem smartfona w sklepie, czy w sklepie z opcją wysyłki bezpośrednio do domu – wymienia Marek Kwiatkowski.

Zdaniem eksperta jedną z branż, w których te technologie mają szczególnie dużą szansę na odniesienie sukcesu, jest sektor modowy. To centra handlowe, w których dominują sklepy odzieżowe mają być miejscami, w których klient już od wejścia będzie obsługiwany przez wirtualnego asystenta. Dzięki analizie preferencji zakupowych, zbieranych np. w oparciu o historyczne transakcje czy odczyty z beaconów, wskaże on, które sklepy warto odwiedzić i jakie produkty objęte są promocją. W samym sklepie w wyborze ubrania pomoże mu inteligentne lustro wspierane technologią rozszerzonej rzeczywistości, dzięki któremu można wirtualnie przymierzyć odzież, której fizycznie nie ma nawet na magazynie. Zakupu będzie natomiast można dokonać za pośrednictwem aplikacji mobilnej.

Nowe technologie pomogą również w efektywnym zarządzaniu magazynem i ekspozycją.

– W przyszłości sklepy zostaną prawdopodobnie pozbawione sprzedawców. W wybranych obszarach biznesowych nowe technologie będą miały olbrzymie zastosowanie w procesach zarządczych sieciami sklepów. Sztuczna inteligencja, systemy predykcji, m.in. RFID, będą pozwalały na podejmowanie natychmiastowych decyzji w czasie rzeczywistym o zmianach w wyglądzie sklepu, sposobie prezentacji produktu, który jest kluczowy, przesunięciach towaru czy jego wysyłkach do wybranego punktu – przewiduje ekspert.

W ubiegłym roku Amazon uruchomił w USA swoje sklepy stacjonarne bez linii kas i kasjerów. Klienci, aby dokonać zakupów, muszą skorzystać z aplikacji Amazon Go, a następnie wejść do sklepu, wziąć z półki to, czego potrzebują, i wyjść. Przedmioty automatycznie są dodawane do koszyka w aplikacji. Jeszcze wcześniej sklepy bez kasjerów pojawiły się w Chinach. Amazon w automatyzacji zakupów korzysta z algorytmów uczenia maszynowego i technologii rozpoznawania obrazów. Chińskie start-upy stawiają zaś na tagi RFID.

Zgodnie z raportem sporządzonym przez Acumen Research and Consulting rynek handlu detalicznego wspieranego przez sztuczną inteligencję osiągnie do 2026 roku wycenę na poziomie 59,4 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu wyniesie 24,4 proc.

Precedensowa wygrana grudziądzkiego przedsiębiorcy przed Sądem Najwyższym

Aż 9 lat przedsiębiorca z Grudziądza musiał czekać na zakończenie sprawy dotyczącej rozliczeń w podatku VAT. 4 czerwca 2019 r., w wyniku wniesionej przez Kancelarię Prawną Skarbiec kasacji, Sąd Najwyższy umorzył toczące się przeciwko niemu postępowanie.

To precedensowa wygrana przed najwyższą instancją sądową w Polsce.

Deklaracja VAT za 2010 rok

W czerwcu 2017 r., grudziądzki przedsiębiorca, członek tamtejszej Izby Handlowej, Jerzy Przerwa stanął przed sądem jako oskarżony o zaniżenie kwoty należnego podatku od towarów i usług w złożonej deklaracji VAT-7 za okres od marca do października 2010 r. Deklaracja dotyczyła firmy AZERPOL spółki z o.o., prowadzącej działalność w branży paliwowej. Oskarżony był w spółce jedynie prokurentem. Nie pełnił funkcji członka zarządu. Mimo to, organy skarbowe przypisały mu odpowiedzialność za zobowiązania podatkowe spółki, którą zatwierdziły wyrokami sąd rejonowy i sąd okręgowy w Bydgoszczy.

Organy miały 5 lat na dochodzenie ukarania przedsiębiorcy

W kwietniu 2018 r., występująca w roli obrońcy Kancelaria Prawna Skarbiec, wniosła w imieniu przedsiębiorcy kasację od powyższych wyroków do Sądu Najwyższego. W jej uzasadnieniu podniesiono, że chcąc obarczyć odpowiedzialnością osobę niebędącą nawet członkiem zarządu spółki należy w pierwszej kolejności ustalić, czy jest to w ogóle dopuszczalne.

Zgodnie z przepisami Kodeksu karnego skarbowego na dochodzenie ukarania przedsiębiorcy w niniejszej sprawie organy miały 5 lat – licząc od końca roku, w którym upłynął termin płatności należności publicznoprawnej. Okres ten organy mogły wydłużyć o kolejne 5 lat, wszczynając przed końcem 2015 r. postępowania w sprawie przestępstwa karnego skarbowego przeciw sprawcy. Kancelaria Prawna Skarbiec wykazała, że organy nie wszczęły tego postępowania skutecznie. Nie zostały bowiem spełnione łącznie trzy niezbędne do tego warunki: sporządzenie postanowienia o przedstawieniu zarzutów, ogłoszenie zarzutów podejrzanemu oraz przesłuchanie podejrzanego.

Błędy organów w dochowaniu procedur

Pomimo sporządzenia postanowienia przed upływem terminu przedawnienia karalności, nie doszło w tym terminie do skutecznego wszczęcia postępowania przeciwko osobie podejrzanego, z uwagi na niedochowanie pozostałych wymogów. Inspektor kontroli skarbowej wezwał bowiem Pana Jerzego Przerwę do osobistego stawiennictwa w urzędzie 18 września 2015 r., a zatem nie uwzględniając procedury podwójnej awizacji. Ten fakt skrupulatnie dostrzegli i podnieśli obrońcy z Kancelarii Prawnej Skarbiec wskazując, że pomiędzy datą wysłania wezwania, a datą wyznaczonego przesłuchania istniała różnica mniej niż 14 dni.

Oskarżony sam stawił się w urzędzie

Organy kontroli skarbowej miały także problem z dokonaniem skutecznego doręczenia wezwania przedsiębiorcy, pomimo, że on sam wskazywał miejsce swego pobytu. Jak wykazała Kancelaria Prawna Skarbiec, dyrektor urzędu kontroli skarbowej w dniu 23 grudnia 2015 r. oświadczył, że dysponuje co najmniej dwoma adresami oskarżonego, zatem przy dołożeniu należytej staranności winien skierować wezwania na wszelkie znane sobie miejsca jego ewentualnego pobytu.

Uwagę sądu zwrócono także na fakt, że oskarżony w dniu 23 września 2015 r. osobiście stawił się w urzędzie kontroli skarbowej, celem złożenia zeznań w charakterze świadka w innej sprawie. Pojawił się w urzędzie już po wszczęciu postępowania, w którym był uznany za osobę podejrzaną, jak i po dniu wysłania do niego pierwszego wezwania do stawiennictwa. Nie było więc tego dnia żadnych przeszkód ku temu, by skutecznie postawić podejrzanemu zarzuty, zwłaszcza że jest on w tym urzędzie osobą rozpoznawalną.

Sąd Najwyższy umorzył postępowanie przeciw przedsiębiorcy

4 czerwca 2019 r., Sąd Najwyższy przyznał w całości rację reprezentującej przedsiębiorcę Kancelarii Prawnej Skarbiec i uchylił wyroki sądów obu instancji. Sąd w ustnych uzasadnieniach wyroku wskazał, że to na urzędzie spoczywa obowiązek dochowania wszelkiej staranności w zawiadomieniu obywatela o toczącym się postępowaniu, zaś brak takiego działania nie może obciążać nikogo poza organem (sygn. akt III KK 216/18).

Postępowanie w sprawie, to nie to samo co postępowanie przeciw osobie. Aby jego wszczęcie dokonało skutecznego zawieszenia biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego, musi zostać przekształcone z postępowania w fazie in rem w fazę ad personam.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Gołębi FED sprzyja rynkom

W środę amerykański FED utrzymał stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Jednak oświadczenie po posiedzeniu oraz konferencja prezesa J. Powella potwierdziły gołębie nastawienie decydentów. Rynki przyjęły ten przekaz entuzjastycznie, drożały zarówno obligacje amerykańskie, jak i akcje, które w piątek zanotowały historyczne szczyty. Ten sielankowy obraz został zmącony przez rosnące ryzyko konfliktu zbrojnego między USA i Iranem. W efekcie w minionym tygodniu wyraźnie rosły również ceny złota, którego cena wzrosła do poziomów najwyższych od blisko 6 lat.

W tym tygodniu głównymi wydarzeniami w kalendarzu makroekonomicznym jest odczyt Inflacji w Niemczech, który poznamy w czwartek. Tego dnia również będzie miał miejsce finalny odczyt PKB w USA za I kw. Z kolei w piątek publikacja danych o inflacji w Polsce. Inwestorzy przez cały tydzień z uwagą będą śledzić doniesienia w sprawie rozwoju sytuacji między USA i Iranem bo ta kwestia wyrosła obecnie na główne ryzyko, które może położyć się cieniem na rynkach akcji na całym świecie.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Technologie SmartHome w opinii Polaków

Smartfony stają się komponentem wyższych kategorii SmartHomu, jako interfejs pozwalający na zdalne komunikowanie się z urządzeniami i zarządzanie nimi na odległość. Jednocześnie następuje zmiana w zakresie komunikowania się z urządzaniami AGD, ogrzewania, oświetlenia, z manualno-smartfonowego na głosowy. Świadomość klientów w obszarze najnowszych technologii (Asystent Googla, Alexa, AI, VR) jest nadal bardzo słaba.

42 procent ludzi jest niezainteresowanych SmartHomem

Rozwiązania SmartHome potrzebują silnego wsparcia komunikacyjnego i edukacji klientów – aż 42 proc. osób zapytanych o używanie bądź zainteresowanie konkretnymi produktami z tego obszaru deklaruje brak zainteresowania. Warto jednak zauważyć, że pytając o korzyści wynikające z użytkowania konkretnych technologii SmartHome (bez odnoszenia się do konkretnych produktów) wskaźnik niezainteresowanych spada do 26 proc. co pokazuje, że klienci rozumieją lepiej język korzyści, niż język technologii – komentuje Marcelin Matusiak Strategic Insight Manager w dziale Sales Effectiveness & Consumer Insights GfK.

SmartHome ma przyszłość podobną do smartfonów

Według GfK przyszłość szeroko pojętej kategorii SmartHome jest równie świetlana jak kariery smartphone, który zrewolucjonizował nasze codzienne zwyczaje, wzajemne interakcje, sposób podejmowania decyzji zakupowych, oraz kontakt z reklamą i mediami. Udziały wartościowe kategorii smart na rynku chińskim stanowią już 34%. Głównym czynnikiem wzrostu jest chęć posiadania prestiżowych produktów, co akurat na rynkach azjatyckich, które bez wątpienia kształtują globalne trendy jest niezwykle istotne – komentuje Agnieszka Sora, Managing Director w GfK.

Korzyści urządzeń SmartHome

Wśród licznych korzyści, których źródłem są rozwiązania SmartHome, respondenci dostrzegają głównie oszczędność czasu (33 proc.), poprawę komfortu/standardu życia/mieszkania (23 proc.), umożliwienie odpoczynku (20 proc.), oszczędność pieniędzy (20 proc.), oszczędność energii i postawy ekologiczne (18 proc.). Wśród kolejnych wymienianych korzyści respondenci wskazują na dostarczanie rozrywki (16 proc.), uproszczenie i zmniejszenie liczby codziennych, domowych obowiązków np. sprzątania, prania, etc. (16 proc.), możliwość bycia nowoczesnym, innowacyjnym i postępowym (16 proc.), zapewnienie bezpieczeństwo domu i rodziny (13 proc.), możliwość zdobywania wiedzy (12 proc.) oraz ochronę zdrowia własnego i rodziny (10 proc.). Zatem widać, że nawet wśród respondentów niezainteresowanych (w wielkościach bezwzględnych to niemal 14 mln osób) występuje grupa osób świadomych i jest to grupa konsumentów o ogromnym potencjale biznesowym, stąd głównym problemem i wyzwaniem dla producentów i dystrybutorów tego typu rozwiązań w nadchodzącym czasie będzie pozyskanie tej właśnie grupy potencjalnych klientów.

Technologie z potencjałem dla gospodarstw domowych

Według naszych szacunków i prognoz w perspektywie gospodarstwa domowego aktualnie największy potencjał spośród różnych kategorii urządzeń i technologii SmartHome mają roboty odkurzające, kolejny zakup planuje 300 tys. obecnych użytkowników, a nowi klienci szacowani są na 2,5 mln gospodarstw domowych – podkreśla Marcelin Matusiak z GfK. Kolejnym w rankingu jest programator ogrzewania domu, który aktualnie wykorzystywany jest w 400 tys. gospodarstw, 200 tys. planuje zakup kolejnego, a 1,7 mln gosp. to potencjał do zagospodarowania. Następne urządzenia i technologie wzięte pod uwagę przez analityków GfK to: programator oświetlenia w domu (wykorzystywane w 0,2 mln gosp. dom., 0,1 mln gosp. dom. planuje zakup kolejnego, potencjał – 1,6 mln. gosp. dom.), sterowanie urządzeniami w domu za pomocą komend głosowych – uruchamianie i wyłączanie urządzeń AGD, ogrzewania, oświetlenia, etc. za pomocą komend głosowych (odpowiednio 0,2 mln, 0,1 mln, 1,5 mln), system sztucznej inteligencji podpowiadający i rekomendujący zachowania w domu pomagające w oszczędności: czasu, energii, pieniędzy, wody (0,2 mln, 0,1 mln, 1,5 mln), aplikacje umożliwiające zdalne sterowanie przez internet/smartfona urządzeniami w domu np. uruchomienie aplikacją robota odkurzającego, pralki, kamer, etc. (0,3 mln, 0,1 mln, 1,4 mln), sprzęt RTV/ AGD wysyłający do smartfona informację o potrzebie serwisu (0,3 mln, 0,1 mln, 1,1 mln), jeden zintegrowany system zarządzania wszystkimi urządzaniami i funkcjonalnościami całego domu (0,2 mln, 0,1 mln, 1,3 mln), programator wentylacji i/lub klimatyzacji (0,2 mln, 0,1 mln, 1,1 mln), podgląd przez smartfona zawartości lodówki (0,1 mln, 0,0 mln, 1,0 mln).

Technologie z potencjałem dla konsumentów indywidualnych

W perspektywie indywidualnego konsumenta aktualnie największy potencjał spośród różnych kategorii urządzeń i technologii SmartHome ma pisanie maili i SMS’ów za pomocą komend głosowych wykorzystywane dziś przez 1,8 mln konsumentów, przez kolejne 0,7 mln osób planowany jest kolejny zakup w tym zakresie, a potencjał technologii szacowany jest na następne 2,6 mln osób – zdradza Marcelin Matusiak. Kolejnymi technologiami lub urządzeniami w rankingu są: system sztucznej inteligencji rekomendujący zmianę trasy przejazdu samochodem w celu ominięcia korków (odpowiednio 1,0 mln, 0,6 mln, 3,2 mln), smartwatch (1,5 mln, 0,5 mln, 2,8 mln), przeglądanie stron internetowych za pomocą komend głosowych (1,3 mln, 0,4 mln, 2,5 mln), system sztucznej inteligencji rekomendujący zachowania w czasie jazdy samochodem w celu poprawienia ekonomiki jazdy i oszczędność paliwa (0,7 mln, 0,4 mln, 3,0 mln). Historia pokazuje nam jak rozpowszechnienie się epokowych technologii takich jak Internet, czy smartfony, zmieniło społeczeństwa i świat. Obecnie stoimy u progu kolejnej przełomowej technologii, jaką jest SmartHome napędzany przez AI. Technologie SmartHome wchodzą w nasze życie czasem zupełnie niepostrzeżenie, a czasem uświadamiają nam fundamentalną zmianę w korzystaniu z produktów i usług. Potencjał stojący przed produktami SmartHome jest ogromny i różnoraki w zależności od tego, o jakiej kategorii produktów mówimy. W Polsce nadal mamy do przebycia ogromną drogę, gdyż 42% Polaków nie jest obecnie zainteresowane nowymi technologiami. Jednak potencjał tkwiący w tej części klientów, która zanurza się w technologię jest gigantyczny, a kierunek rozwoju wydaje się nieunikniony – podsumowuje Marcelin Matusiak.

Informacje o badaniu
Badanie zostało zrealizowane na ogólnopolskiej reprezentatywnej losowej próbie 2000 respondentów w wieku 15+ pomiędzy lutym a marcem 2019 roku.

Małe firmy kontra wielkie przedsiębiorstwa – gdzie możemy liczyć na lepszą obsługę klienta?

Zadowoleni klienci są kluczem do sukcesu każdego biznesu, niezależnie od tego, czy chodzi o małą firmę czy międzynarodowego giganta. Cel zawsze jest taki sam, ale drogi do jego osiągnięcia mogą się różnić. To, co wielkie przedsiębiorstwa osiągają dzięki ekonomicznym możliwościom, dla małych i średnich firm często stanowi abstrakcję. Czy to oznacza, że są na straconej pozycji? Nie, ich tajną bronią może być spersonalizowana obsługa i możliwość skupienia się na każdej interakcji. Która taktyka wygrywa?

Różnice w podejściu do klienta

Obsługa klienta korporacyjnego koncentruje się głównie na wydajności i optymalizacji kosztów. Customer Care postrzegane jest jako niezbędna funkcja, ale także jako koszt. Dużym graczom łatwiej jednak dążyć do optymalizacji, chociażby ze względu na możliwości budżetowe. Akceptowalny poziom obsługi klienta uzyskiwany jest np. poprzez zapewnienie szerokiego wachlarza usług, koncentrację na analizie trendów czy umożliwienie samoobsługi.

Dla małych i średnich firm, klient stanowi bardziej centralną część modelu biznesowego. W tych firmach pracownicy często wykazują bardziej praktyczne podejście do obsługi klienta, angażując się w zapewnienie spersonalizowanego kontaktu i rozwijanie relacji.

Nie oznacza to, że przedsiębiorstwa nie dbają o jakość, relacje i wartość, a małe i średnie firmy nie dbają o koszty. Różnica polega na tym, że inaczej koncentrują swoje wysiłki. Małe i średnie firmy dostrzegają większą wartość zindywidualizowanego podejścia, podczas gdy korporacje dostrzegają większą wartość dzięki wykorzystaniu ekonomii skali – tłumaczy Robert Slavecki, ekspert ICERTIAS, międzynarodowej organizacji zajmującej się badaniami rynku.

Jakość obsługi klienta. Kto wygrywa?

Bez względu na obraną politykę, trudno samodzielnie ocenić efekty działań Customer Care. Tajemniczy klient, analiza wartości liczbowych, takich jak liczba zamówień, skarg i pozytywnych opinii, w końcu anonimowe ankiety, w których klienci oceniają poszczególne aspekty związane z oferowanym produktem lub usługą (np. w skali od 1 do 5), najlepiej takie, gdzie pozostawiono pole na wpisywanie sugestii – wszystko to wskazuje, czy kierunek, który obraliśmy jest dobry czy zły. Ale skąd wiedzieć jak wypadamy na tle innych?

Organizacje takie jak Daymaker czy ICERTIAS od lat prowadzą badania satysfakcji konsumentów na szeroką skalę. W tym roku ICERTIAS po raz pierwszy będzie przyznawał certyfikat Customers’ Friend firmom działającym na polskim ryku.

To co brane jest pod uwagę podczas oceny jakości obsługi klienta to reputacja, komunikacja i social media, user experience i zaufanie. Klienci doceniają wysoką kulturę relacji, profesjonalizm i indywidualne podejście, a te można wdrażać w każdej organizacji – mówi Robert Slavecki. – Co ciekawe, nasze dotychczasowe badania przeprowadzone w krajach całego świata potwierdzają, że jeżeli chodzi o jakość obsługi klienta, wielkość firmy nie ma znaczenia – dodaje.

Ma znaczenie kogo krytykujemy

Im mniejsza firma, tym krytyka boli bardziej. Zadowolony klient może podzielić się swoimi doświadczeniami z zaledwie kilkoma innymi osobami, niezadowolony ze znacznie szerszym gronem. W dzisiejszej kulturze opinii online i dzielenia się doświadczeniami w mediach społecznościowych zjadliwe recenzje publikowane przez niezadowolonych klientów mogą dotrzeć nawet do wielu tysięcy potencjalnych klientów. Negatywnie odbija się to na reputacji.

W przypadku dużego przedsiębiorstwa dopuszcza się pewien niewielki procent negatywnych recenzji – w końcu od prowadzących interesy na szeroką skalę trudno oczekiwać, że sprostają oczekiwaniom wszystkim. Jeśli ogólna ocena klientów jest pozytywna, korporacja może czuć się wygraną. Tak jednak nie jest w przypadku drobniejszych rynkowych gracy. Dla małych i średnich firm, które konkurują ze sobą w oparciu o zindywidualizowane usługi, negatywne opinie mają znacznie większy wpływ.

Wielkość firmy w znaczący sposób decyduje więc o tym, jak ocenia się obsługę klienta i ewentualne niepowodzenia na tym polu. Warto, aby małe przedsiębiorstwa zwróciły na to uwagę.

Pivot w życiu zawodowym

Grzegorz Święch – Wiceprezes i Partner Grupy Nowe Motywacje
Grzegorz Święch – Wiceprezes i Partner Grupy Nowe Motywacje

Praca jest na całe życie – to stereotyp, funkcjonujący w Polsce, ale również w innych, nie tylko wschodnioeuropejskich krajach. Stereotyp, który przez wiele dekad panował na rynku pracy i funkcjonował w świadomości kilku pokoleń. Wraz ze zmianą stylu życia oraz jego drastycznym przyspieszeniem, a także rozwojem technologii, które tak jak robotyzacja czy sztuczna inteligencja, niebawem zastąpią wiele miejsc pracy, odchodzi on jednak w zapomnienie. Aktualnie zmianie ulega bowiem również podejście przedstawicieli różnych pokoleń osób pracujących do wykonywanego zawodu i budowania ścieżki kariery. Wypalenie zawodowe, a często również świadomość braku określonych i pożądanych przez pracodawców umiejętności oraz chęć ich posiadania, by utrzymać się na rynku powodują, że widzimy coraz więcej osób dokonujących pivotu zawodowego, czyli decydujących się na całkowitą zmianę wykonywanego zawodu lub dalszej ścieżki kariery. Część postanawia porzucić dotychczasowe zajęcie i inwestuje energię w projekt, w którym to pasja staje się pracą, a część zdobywa kolejny zawód i rozpoczyna nową ścieżkę kariery. Każda radykalna zmiana powoduje jednak, że czas po jej nastaniu może być trudny, nie tylko ze względu na konieczność zdobycia nowej wiedzy i umiejętności, ale również odnalezienia się w nieznanej dotychczas rzeczywistości, często wymagającej ogromnego zaangażowania czasu i pracy, niezbędnych jednak do osiągnięcia sukcesu. Czy warto zatem ryzykować i zmieniać swoją zawodową rzeczywistość? Czy pivot to rozwiązanie pozwalające na dokonanie zwinnej zmiany i dalszy rozwój bez obawy o zawodową przyszłość?

Od dekad poprzez system edukacji próbuje się wpajać młodym ludziom określony schemat:

ucz się pilnie + zdobywaj edukację = zyskasz zawód i będziesz miał „fach w ręku”

Przy jego użyciu wzmacnia się stereotyp pracy na całe życie, pozbawiając jednocześnie młodych ludzi wiedzy na temat zmiany, jako naturalnej konsekwencji rozwoju i radzenia sobie z taką sytuacją. Nie uczy się ich, że wyuczony zawód nie musi być tym, który będą wykonywać do emerytury, oraz że nie zawsze robienie przez wiele lat tego samego, prowadzi do wypracowania pozycji eksperckiej, ale często powoduje pojawienie się nudy, a w konsekwencji niejednokrotnie wypalenia zawodowego. Nie wspomina się również o tym, że stały rozwój jest nie tylko koniecznością (by móc łatwo adaptować się co zmieniających się wymagań współczesnego świata i rynku), ale również pozytywnie wpływa na stymulację mózgu, zapobiega starzeniu się i daje ogromną satysfakcję oraz buduje poczucie własnej wartości.

Spora część pracujących, którzy nawet mają odwagę, by dokonać zawodowego pivota, boryka się jednak z poczuciem straty, który paraliżuje ich często przy podejmowaniu decyzji o zmianie. Zadają sobie pytania: Po co uczyłem się tego wszystkiego przez tyle lat? Czy porzucić zawód w zdobycie którego włożyłem tyle pracy? Tracę kilka lat, czy może tracę resztę życia pozostając w swoim dotychczasowym zawodzie? Katalog pojawiających się u nich wątpliwości nie jest jednak zamknięty i do tych zadawanych na początku, przy okazji rozmyślań o zmianie, dochodzą również następujące: Czy sobie poradzę? Ile czasu i pracy będzie mnie to kosztować? Czy na pewno się uda? A co jeśli się nie uda? Każda zmiana niesie ze sobą wiele niepewności, ale zawsze warto podjąć ryzyko, by później móc cieszyć się z wyników i nigdy nie żałować, że nie zmierzyło się z własnym strachem.

Czym jest pivot w życiu zawodowym?

Pivot to nic innego jak radykalna zmiana kierunku działania. Jest to określenie potocznie używane w odniesieniu do startupów i młodych biznesów. W obszarze tym pivot jest zwinną zmianą podejścia/założeń dotyczących oferowanego produktu lub usługi, które po fazie testów i weryfikacji potrzeb klientów nie cieszą się oczekiwanym zainteresowaniem, co w efekcie nie przekłada się na ich sprzedaż. Na podstawie danych uzyskanych z różnych źródeł oraz zachowań użytkowników, a także ich opinii, podejmowana jest decyzja o wprowadzeniu radykalnych zmian i rozpoczęciu prac nad produktem lub usługą niemal od nowa. Takich radykalnych zmian założeń czy nowego spojrzenia często potrzebują nie tylko początkujące biznesy, ale również duzi i funkcjonujący na rynku od wielu lat gracze.

Określenie „pivot” zostało zaczerpnięte z języka startupów również do języka używanego w odniesieniu do życia zawodowego współczesnych zatrudnionych. Pivot w życiu zawodowym jest zatem niczym innym jak radykalną zmianą początkowej koncepcji wykonywanego zawodu lub rozwoju, co w efekcie doprowadzić ma do polepszenia sytuacji, poprzez rozpoczęcie działalności w innym obszarze lub rozwinięcie takich kompetencji, które pozwolą oderwać się od dotychczasowej codzienności zawodowej, poprzez wejście na wyższy poziom. Zwykle jednak określenie to stosowane jest w odniesieniu do podjęcia pracy w innej branży lub obszarze, niż miało to miejsce dotychczas. Pivotem jest na przykład zmiana pracy w gastronomii, sprzedaży czy komunikacji na zawód związany z branżą IT – takich zmian, ze względu na stale rosnące zapotrzebowanie rynku, można w ostatnich latach obserwować bardzo wiele. Może być nim również jednak podniesienie kwalifikacji przez specjalistę IT, który dzięki odpowiednio dobranym szkoleniom przechodzi na stanowisko menadżera zarządzającego projektami zgodnie z popularną metodyką lub zarządzanie całym zespołem.

Bo praca nie jest już na całe życie

Wybór jednego zawodu, jego wyuczenie i zdobywanie doświadczeń tylko w określonym obszarze coraz częściej okazuje się być rynkowym niedopasowaniem. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich zawodów. Na możliwość pozostania w jednej profesją przez całe życie nadal pozwolić mogą sobie np. lekarze, nauczyciele, prawnicy, czy przedstawiciele służ mundurowych, choć i oni często podejmują decyzję o zwinnej zmianie. Współczesny świat i rynek pracy wymuszają już niemal na wszystkich wejście w nieustanny proces kształcenia i dostosowywania się do zmian, a tym samym często podejmowania decyzji o radykalnej zmianie zawodu. By zatem przetrwać na wymagającym rynku należy dostosowywać się do panujących trendów i otworzyć się na zmianę – na możliwość przejścia do innego zawodu co kilka lat, na zdobywanie nowych kwalifikacji i doświadczeń, na pracę w nowym środowisku, branży czy nawet kraju, na nieustanny proces edukacji. Poza umiejętnościami twardymi (technicznymi) warto zatem stale rozwijać również umiejętności podstawowe (miękkie), które są świetną bazą do dokonania pivotu i późniejszego rozszerzenia wiedzy merytorycznej z danego obszaru. Skoro otaczający nas świat daje nam takie możliwości, należy z nich korzystać, zmieniać, uczyć się i żyć ciekawiej. Warto jednak przede wszystkim uświadomić sobie, że praca nie jest już na całe życie, a dodatkowo to od nas samych zależy, czy całe życie chcemy podporządkować pracy, jednej pracy.

Pivot zawodowy nie musi być jednorazowym zrywem na wieloletniej ścieżce kariery. Coraz częściej spotkać można bowiem osoby, które mają już za sobą nawet kilka radykalnych zmian. Nie musi on również następować tylko u osób młodych, które po kilku czy kilkunastu latach pracy poszukują odmiany, ale także u przedstawicieli starszych pokoleń. Za przykład osób mi osobiście znanych, które nawet już w jesieni życia podejmują decyzję o zmianie zawodowej koncepcji, niech posłużą chociażby: Prof. dr hab. Jan D. Antoszkiewicz czy DJ Wika. Osoby, po których można by spodziewać się raczej poszukiwania spokoju w życiu, niż nowego zajęcia. Częściej jednak na pivoty decydują się oczywiście osoby młodsze, które po kilku latach pracy poszukują dla siebie nowego miejsca na rynku pracy. Spora ich część decyduje się na realizację pomysłów odkładanych na półkę przez wiele lat, doprowadza do sytuacji, w której to hobby staje się pracą, czy opierając się na swoich doświadczeniach i realnych potrzebach, uruchamia biznes, który rozwiązuje nie tylko ich problemy, ale także problemy innych osób.

Skąd biorą się zawodowe pivoty?

Żyjemy obecnie w czasach wielu możliwości i nieustannych zmian. W czasach dostępności różnych narzędzi, technologii, wiedzy, form świadczenia pracy oraz powstawania nowych zawodów, wynikających z dynamicznego rozwoju poszczególnych branż. Współczesność stawia jednak przed zatrudnionymi wiele wyzwań związanych m.in. z tempem pracy, jej efektywnością, przeładowaniem, permanentnym stresem, presją czasu czy presją wywieraną przez przełożonych, rywalizacją, nieustanną zmianą i gonieniem za sukcesem. Wszystkie one (i wiele innych) powodują, że coraz więcej osób nie może odnaleźć się w tej nowej zawodowej rzeczywistości, lub czuje się nią zmęczona, zatem szuka dla siebie nowych rozwiązań, które nie tylko pozwolą im się realizować, ale również dadzą im stabilną i przyjemną pracę, dającą również możliwość uzyskiwania odpowiednich dochodów. Najczęściej jednak powodem radykalnej zmiany w życiu zawodowym jest zmęczenie wywoływane przez jeden lub wiele czynników zewnętrznych. Przyczyną zmian i decyzji o pivotach zawodowych powinny bowiem być nie tylko przymus i konieczność, ale również chęć jednostki, która do swojej codzienności chce wprowadzić nową jakość, dającą jej większą swobodę i satysfakcję.

Każdy zatrudniony to wyjątkowa jednostka posiadająca zestaw określonych cech, umiejętności, doświadczeń, życiowej energii, nastawienia do zmian i sposobów na radzenie sobie z nimi. Każdy jednak może pozwolić sobie na zmianę, na zawodowy pivot, który może nie tylko odmienić płaszczyznę życia związaną z pracą, ale również wprowadzić pozytywne zmiany do innych jego obszarów. Warto otworzyć się na dostępne aktualnie możliwości i czerpać ze świata (który zmusza nas do zmian), to czego potrzebujemy do ich przeprowadzenia. Trzeba wyjść poza stereotypowe myślenie, że wyuczony zawód jest na całe życie, szczególnie w czasach, gdy w tym wyuczonym zawodzie większość ludzi nigdy nie podejmuje zatrudnienia. Należy otworzyć się na zmiany, nie planować swojej kariery na wiele dekad do przodu. Warto raczej inwestować w uniwersalne i podstawowe umiejętności, które są przydatne w wielu branżach i zawodach, i które są bazą do skutecznego działania z niewielkim tylko przygotowaniem merytorycznym. Zwinne zmiany życia zawodowego nie są uzależnione ani od wieku, ani od płci, ani też od statusu społecznego czy materialnego. Pivotu może dokonać każdy, kto tylko ma odwagę do wprowadzenia w swoje życie zmian – zmian, które zwykle wychodzą na dobre.

W budownictwie mieszkaniowym bez zmian, czyli optymizmu ciąg dalszy

Czerwcowa informacja GUS, komunikująca wstępne wyniki budownictwa mieszkaniowego w maju oraz w okresie pierwszych pięciu miesięcy bieżącego roku, to prosta kontynuacja optymistycznych wieści z segmentu inwestycyjnego pierwotnego rynku mieszkaniowego. Czyżby sprzedaż mieszkań miała znowu wystrzelić?

W ostatnich kwartałach do najmocniejszych stron gusowskich danych sygnalnych budownictwa mieszkaniowego należały statystyki dotyczące nowych pozwoleń na budowę bądź zgłoszeń z projektem budowlanym. Jednak z uwagi na bardzo wysoką zeszłoroczną bazę, przedmiotowe statystyki notują w br. minimalnie niższe wartości r\r. Tym razem jednak okazały się one absolutnym hitem gusowskich danych.

Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl w maju padł absolutny miesięczny rekord w pozyskiwaniu nowych pozwoleń przez inwestorów na poziomie bardzo bliskim 27 tys. jednostek, wyższym rok do roku o prawie 23 proc. To głównie zasługa deweloperów, którzy w ubiegłym miesiącu pozyskali historycznie rekordową liczbę tych decyzji administracyjnych na poziomie 16,7 tys., czyli o 29 proc. wyższym rok do roku. Jest to wynik nie tylko budzący respekt, ale i potwierdzający tezę, że deweloperskie banki ziemi, pomimo sygnalizowanych problemów z pozyskiwaniem nowych działek, wciąż mają się całkiem nieźle.

Pomimo tak optymistycznych danych wolumen pozwoleń uzyskanych ogółem od stycznia do maja br. wciąż jest niższy niż w analogicznym okresie ub. roku o 3 tys. czyli nieco ponad 2 proc. Również sami deweloperzy zgromadzili w tym okresie mniej decyzji licząc r/r o ponad 6 proc. Wynik majowy jednak jest bardzo optymistycznym sygnałem, w znacznym zakresie negującym obserwowaną od początku roku lekko spadkową tendencję i bardzo dobrze rokującym na przyszłość.

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są jak wiadomo podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów, a także najlepszym barometrem optymizmu inwestorów reprezentujących wszystkie formy budownictwa. Bieżące dane GUS wciąż więc sygnalizują oczekiwania nie tylko utrzymania pozytywnych trendów rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie, ale wręcz dalszą eskalację rekordowego od kilku lat popytu na mieszkania z pierwszej ręki. Pytanie, czy nie są to zbyt optymistyczne przewidywania.

Wg portalu RynekPierwotny.pl tradycyjnie największą wagę z punktu widzenia bieżącego stanu rynkowej koniunktury należy przypisać gusowskim statystykom prezentującym wolumen mieszkań, których budowę rozpoczęto. W maju inwestorzy ogółem ruszyli z budową 20,6 tys. lokali, co oznacza wynik niemal identyczny w relacji rok do roku i o ponad 6 proc. gorszy licząc m/m.  Z kolei ilość mieszkań, których budowę rozpoczęto ogółem (indywidualne, przeznaczone na sprzedaż, spółdzielcze oraz pozostałe) w pierwszych pięciu miesiącach br., zamknęła się liczbą 96,5 tys., co oznacza progres względem wyniku osiągniętego w analogicznym okresie ub. roku o 5,5 proc.

Z kolei miesięczne statystyki mieszkań oddanych do użytkowania od około roku oscylują w zakresie 15 – 20 tys. lokali, czyli zdecydowanie zadowalającym. W tegorocznym maju przedmiotowy wolumen osiągnął dolny poziom ograniczenia wahań. Natomiast ogółem od początku roku oddano bez mała 80 tys. lokali, co jest rezultatem lepszym od uzyskanego w analogicznym okresie 2018 roku o prawie 13 proc. Liczba mieszkań oddanych ma tendencję rosnącą z prostej przyczyny rosnących wolumenów inwestycji rozpoczynanych w poprzednich okresach. Stąd wniosek, że ta kategoria danych GUS jeszcze dość długo utrzyma swój pozytywny wydźwięk.

Powoli zbliża się koniec drugiego kwartału. Już niedługo poznamy więc wyniki sprzedażowe deweloperów za kolejne 3 miesiące tego roku i całe pierwsze półrocze. Na ich podstawie prawdopodobnie będzie można nieco więcej powiedzieć o bieżącym stanie koniunktury rynkowej oraz jej perspektywach w bliższej i dalszej przyszłości. Przede wszystkim jednak oczekiwane dane sprzedażowe powinny potwierdzić lub zanegować wciąż bardzo optymistyczną wymowę comiesięcznych danych sygnalnych GUS dotyczących budownictwa mieszkaniowego.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Bank Pekao S.A. liderem rekordowej transakcji w sektorze energetycznym

Bank Pekao S.A. w konsorcjum z 8 instytucjami finansowymi podpisał umowę kredytu odnawialnego ze spółką PGNIG S.A. Bank Pekao pełni w tej transakcji rolę agenta kredytu i kredytodawcy z wiodącym udziałem w finansowaniu. Jest to największa transakcja finansowania korporacyjnego w Polsce w pierwszym półroczu 2019 roku.

Umowa 5-letniego, konsorcjalnego kredytu odnawialnego ma wartość 10 mld zł. PGNIG S.A. przeznaczy uzyskane w ten sposób środki na bieżące potrzeby finansowe spółki, w tym na realizację planów inwestycyjnych.

Misją Banku Pekao jest wspieranie kluczowych inwestycji w strategicznych branżach polskiej gospodarki, dlatego współfinansujemy ten projekt. To kolejna transakcja w sektorze energetyczno-paliwowym z wiodącym udziałem Pekao, która potwierdza naszą pozycję lidera rozwiązań dla korporacji. Jest ona także potwierdzeniem dużego zaufania, jakim obdarzają bank liderzy tej branży – mówi Tomasz Styczyński, Wiceprezes Zarządu Banku Pekao odpowiedzialny za bankowość korporacyjną.

Finansowanie potrzeb inwestycyjnych lidera rynku gazu ziemnego w Polsce jest kolejnym projektem z sektora paliwowo-energetycznego, współfinansowanym przez Bank Pekao S.A. W ostatnich trzech latach bank udzielił finansowań dla największych podmiotów z tej branży w łącznej kwocie 3 mld zł – z przeznaczeniem głównie na ich rozwój i inwestycje.

Do 2024 roku 6 na 10 pracowników magazynów otrzyma wsparcie w postaci automatyzacji

Zebra Technologies Corporation (NASDAQ: ZBRA) zaprezentowała wyniki badania 2024 Warehousing Vision Study. W raporcie przeanalizowano strategie menadżerów operacyjnych i IT w obszarze modernizacji magazynów i centrów dystrybucyjnych.

Wyniki badania pokazują, że współcześnie strategie firm przyjmują perspektywiczny cel dostosowania organizacji do wymogów gospodarki „na żądanie”. Zarówno rozwiązania w zakresie automatyzacji, jak i zwiększania liczby pracowników będą kluczowym elementem planów decydentów w ciągu najbliższych pięciu lat. Ponad trzy czwarte (77 proc.) respondentów uważa, że zwiększenie liczby pracowników wyposażonych w nowoczesne rozwiązania technologiczne jest najlepszym sposobem na wprowadzenie automatyzacji w magazynie, ale tylko 35 proc. ma jasną wizję, jak przeprowadzić taki proces. Aż 87 proc. firm jest w trakcie powiększania swoich magazynów lub planuje ich zwiększenie do 2024 r., z czego 82 proc. przewiduje w tym czasie wzrost liczby magazynów.

GŁÓWNE WNIOSKI

Do 2024 r. automatyzacja nie zastąpi pracowników, ale zwiększy ich wydajność.

  • 61 proc. decydentów planuje częściową automatyzację pracy lub wyposażenie pracowników w technologie wspomagające ich pracę.
  • Trzy czwarte respondentów uważa, że interakcje międzyludzkie są częścią optymalnego obiegu pracy. 39 proc. wskazuje częściową automatyzację (pewne zaangażowanie człowieka), a 34 procent wyposażenie pracowników w zaawansowane technologie brzegowe jako preferowany model.
  • Decydenci przewidują wykorzystanie botów i robotów do zarządzania zasobami w magazynie (24 proc.), wsparcia pakowania towarów do wysyłki (22 proc.) i przyjmowania towarów (20 proc.) do 2024 roku.

Priorytetem pozostaje przeanalizowanie strategii i jej wdrożenie pod kątem sprostania pojawiającym się wyzwaniom związanych z magazynowaniem.

  • Wykorzystanie nowych technologii zostało wskazane jako największe wyzwanie operacyjne przez 61 proc. ankietowanych.
  • 59 proc. respondentów wskazało ograniczoną dostępną przestrzeń magazynów jako wyzwanie, któremu planuje sprostać poprzez jej powiększenie.
  • 60 proc. organizacji wskazało rekrutację do pracy oraz wydajność pracowników jako jedne z największych wyzwań.
  • W miarę jak magazyny będą się powiększać, zwiększy się również liczba kategorii przechowywanych produktów. Konieczne będzie również zwiększenie szybkości wysyłki.
  • Decydenci będą dążyć do zwiększenia przejrzystości i wydajności systemu poprzez usprawnienie zarządzania zwrotami (81 proc.), usprawnienie podziału zadań (80 proc.) oraz zaangażowanie zewnętrznych podmiotów (83 proc.).

Inwestowanie i wdrażanie nowych technologii ma kluczowe znaczenie dla zachowania konkurencyjności w gospodarce na żądanie.

  • Prawie połowa (46 proc.) ankietowanych wskazała szybszą dostawę do klientów końcowych jako główny czynnik napędzający ich strategię rozwoju magazynu.
  • Ponad trzy czwarte decydentów (77 proc.) zgadza się, że by pozostać konkurencyjnym na rynku muszą zmodernizować systemy zarządzania magazynem, jednak wdrażanie nowych urządzeń i technologii mobilnych postępuje powoli.
  • 73 proc. firm modernizuje obecnie swoje magazyny, wdrażając lub wymieniając stare urządzenia mobilne, takie jak komputery mobilne, tablety i skanery kodów kreskowych.
    • Do 2024 r. proces modernizacji będzie się opierał na mobilnych komputerach działających na o platformie Android (83 proc.), systemach lokalizacji w czasie rzeczywistym (RTLS) (55 proc.) oraz magazynowych systemach informatycznych (WMS) (54 proc.).
  • 60 proc. respondentów wymieniło system etykiet z kodami kreskowymi oraz drukarki termiczne jako kluczową inwestycję w ramach planów modernizacji w ciągu najbliższych trzech lat.

Zmiany w Europie

  • Przewiduje się, że w Europie powierzchnia przeciętnego magazynu wzrośnie w przeciągu najbliższych 5 lat o 26 proc. – więcej niż w jakimkolwiek innym regionie.
  • W Europie do 2024 r. wzrośnie także wykorzystanie technologii RFID i lokalizacji. W co piątym magazynie będą one wykorzystywane w procesach pakowania (25 proc.), zarządzania zasobami (20 proc.) i komplementacji zamówień (19 proc.).

KONTEKST I METODOLOGIA BADANIA

W 2024 Warehousing Vision Study wzięło udział 1403 osób odpowiedzialnych za podejmowanie decyzji operacyjnych, działających w sektorach produkcji, transportu i logistyki, handlu detalicznego oraz spedycji. Respondenci pochodzili z krajów w Ameryce Północnej, Ameryce Łacińskiej, Azji oraz w Europie. Badanie przeprowadziła firma Qualtrics.

Dolar traci po gołębim spotkaniu FOMC

Rezerwa Federalna nie obniżyła stóp procentowych podczas spotkania w czerwcu, ale wyraźnie przymierza się do realizacji tego scenariusza w kolejnych miesiącach. Jak może to wpłynąć na rynek walutowy?

Rynkowy konsensus dostał dokładnie to, czego się spodziewał – czerwcowe spotkanie Rezerwy Federalnej przyniosło „gołębi” zwrot w retoryce członków amerykańskiego banku centralnego. Decydenci wskazali jasno, że w USA nadchodzi czas luzowania polityki monetarnej. Obecnie w tym kontekście kluczowe są dwa pytania. Pierwsze z nich to – ile razy FOMC planuje obciąć stopy procentowe? A drugie – jak szybko to nastąpi?

Trudno żeby sentyment w stosunku do USD był bardziej „niedźwiedzi”. Konsensus polityczny w USA liczy na niższe stopy procentowe Fedu, wyższe deficyty i słabszego dolara. Jednocześnie nie wydaje się, żeby gospodarka światowa miała zmierzać w kierunku recesji. O ile obecne warunki nie sprzyjają zatem USD, o tyle powinny one być korzystne dla walut gospodarek wschodzących. Widać to było zwłaszcza po zachowaniu rynku walutowego w ubiegłym tygodniu. W ostatnich dniach dolar doświadczył deprecjacji w parze ze wszystkimi istotnymi walutami świata – największe straty odnotował zwłaszcza w relacji do walut rynków wschodzących.

W tym tygodniu rynki finansowe skupią się na dwóch ważnych wydarzeniach. We wtorek będziemy obserwować wystąpienie przewodniczącego FOMC, Jerome’a Powella, a w piątek poznamy wstępny odczyt danych o inflacji w strefie euro. W ostatnim czasie wszystkie ważniejsze banki centralne uzasadniają „gołębią retorykę” brakiem presji inflacyjnej, dlatego tym bardziej należy pilnować publikacji o dynamice wzrostu cen w największych gospodarkach świata.

PLN

Miniony tydzień charakteryzował się umocnieniem polskiej waluty, szczególnie w relacji do dolara amerykańskiego, w czym pomogła słabość amerykańskiej waluty. Ostatnie dni przyniosły w większości dobre dane makroekonomiczne, które współgrają z obrazem utrzymującego się wysokiego poziomu ekspansji gospodarczej w Polsce. Nieco rozczarowały dane o dynamice zatrudnienia, w połączeniu z bardzo dobrymi danymi o płacach wskazując przede wszystkim na ograniczenia po stronie podaży pracy.

Ten tydzień również przyniesie kilka odczytów, wśród których najistotniejsza będzie piątkowa publikacja wstępnych danych o inflacji CPI w Polsce w czerwcu.

GBP

Podczas ostatniego spotkania Banku Anglii decydenci sygnalizowali swoje rosnące zaniepokojenie w związku z ryzykiem Brexitu bez umowy. O ile bazowy scenariusz banku centralnego zakłada, że Wielka Brytania ostatecznie dojdzie do porozumienia z Unią Europejską (w takim przypadku należałoby stopniowo wycofywać się z prowadzonej ekspansywnej polityki monetarnej), BoE jest również przygotowany na „no-deal”. W przypadku wyjścia ze Wspólnoty „bez umowy” bezpośrednią reakcją banku centralnego będzie gwałtowne cięcie stóp procentowych.

Bezpośrednio po spotkaniu BoE funt brytyjski nie radził sobie najlepiej. Niemniej w ostatnich dniach szerokie osłabienie dolara amerykańskiego pozwoliło również na aprecjację szterlinga w relacji do dolara amerykańskiego. Kalendarz ekonomiczny dla Wielkiej Brytanii w tym tygodniu świeci pustkami, stąd tym, co powinno mieć największy wpływ na zachowanie funta brytyjskiego będą jakiekolwiek oświadczenia dotyczące Brexitu ze strony Borisa Johnsona, który jest zdecydowanym liderem w wyścigu o fotel premiera Wielkiej Brytanii.

EUR

Podczas konferencji o polityce monetarnej w portugalskiej Sintrze prezes Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghi, uderzył w mocno „gołębi” ton, co pociągnęło euro w dół. Jednak już w środę zaraz po spotkaniu decyzyjnym FOMC wspólna europejska waluta ponownie zaczęła zyskiwać w parze z dolarem amerykańskim. Rynki finansowe wyceniają bowiem co najmniej kilka obniżek stóp procentowych Rezerwy Federalnej, a także zdecydowane zwężenie różnicy w poziomie stóp między USA a strefą euro. Poprawiły się również odczyty indeksów aktywności w strefie euro, co potwierdza nasze dotychczasowe prognozy. Zgodnie z nimi, recesja w strefie euro w obecnym momencie nie wydaje się prawdopodobna oraz w najważniejszych gospodarkach bloku walutowego jest nadal sporo „miejsca” na kreację miejsc pracy, a także na wzrost konsumpcji wewnętrznej.

USD

Ostatnie spotkanie FOMC pozostawiło bardzo mało miejsca na wątpliwości – w lipcu niemal na pewno dojdzie do cięcia stóp procentowych Fedu. Komunikaty ze strony Rezerwy Federalnej zostały odebrane przez rynek jako jednoznacznie „gołębie”. Obecnie kontrakty fed fund futures wyceniają pełen cykl cięcia stóp procentowych, cztery obniżki o 25 punktów bazowych każda. Naszym zdaniem taka wycena rynku jest zdecydowania przeszacowana; uważamy, że znów pojawia się wyraźna różnica między oczekiwaniami rynku, a oczekiwaniami decydentów wyrażonymi w „dot plocie” FOMC.

Ciężko jednak zaprzeczyć temu, że obecny klimat polityczny i makroekonomiczny względem USD jest nadzwyczaj „niedźwiedzi”. Konsensus oczekuje niższych stóp procentowych w USA, wyższych deficytów i słabszego dolara za wszelką cenę. Tym bardziej umacnia nas to w naszych oczekiwaniach: nadal zakładamy umocnienie europejskich walut oraz aprecjację walut gospodarek wchodzących w 2019 r.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury Polska