Fiskus nadal stosuje „sztuczki”, aby przerywać bieg przedawnienia

Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców
Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców

Urzędnicy wszczynają postępowania karnoskarbowe tuż przed terminem przedawnienia zobowiązań podatkowych, czym zawieszają jego bieg. Przedsiębiorcy skarżą się na to Rzecznikowi MŚP. Działania fiskusa są legalne, ale eksperci dostrzegają nadużywanie prawa. Resort Finansów zna problem i jest przeciwny stosowaniu takich praktyk. Jednak urzędnicy w terenie niewiele sobie z tego robią. Zmiany w tym zakresie wydają się być nieuniknione. Powstał już nowy projekt Ordynacji podatkowej. Natomiast, według znawców tematu, nie rozwiązuje on najważniejszych kwestii. A nawet w niektórych przypadkach zawiera mniej korzystne zapisy w zakresie przedawnienia niż te obecnie obowiązujące.

Problem pod lupą

Rzecznik MŚP ostatnio analizował różnego rodzaju zgłoszenia, przesłane przez przedsiębiorców dot. praktyk, które stosuje aparat skarbowy. I wychodzi na to, że jednym z większych problemów jest wszczynanie postępowania karnoskarbowego tuż przed upływem terminu przedawnienia danego zobowiązania podatkowego. To częste działanie organów podatkowych i celno-skarbowych, umożliwiające zawieszanie biegu takiego terminu. Dzieje się tak pomimo, że częstokroć takie postępowania są później wobec podatników umarzane.

– Słyszałem już wcześniej o podobnych przypadkach. Informacje te docierały bezpośrednio do mnie, pojawiały się także w mediach. Dane, które przekazali mi przedsiębiorcy, dowodzą, że przez instrumentalne wykorzystanie prawa karnego skarbowego, urzędnicy skutecznie zawieszali bieg terminu przedawnienia zobowiązań podatkowych w ich sprawach – mówi Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Działania fiskusa są legalne, co zaznacza prof. Witold Modzelewski. Były wiceminister finansów nie ma jednak wątpliwości, że dochodzi do nadużycia prawa. Wszczyna się postępowanie karnoskarbowe tylko po to, żeby przerwać bieg przedawnienia. Z punktu widzenia aksjologii prawa to jest skandal i patologia. Mówimy o wykorzystywaniu instrumentu najcięższego kalibru. Podatnikowi przypisuje się podejrzenie popełnienia przestępstwa, aby osiągać prymitywne efekty.

– Dlaczego akurat przed samym terminem przedawnienia zobowiązań podatkowych urzędnicy przypominają sobie o zaległościach? Być może maskują w ten sposób swoją nieudolność, nieskuteczność, a czasem zwyczajną bierność w ostatnich 5-6 latach, gdy można było kontrolować rozliczenia podatnika i na bieżąco reagować na sytuację. Skoro istnieje instytucja przedawnienia zobowiązań podatkowych to powinna być traktowana przez fiskusa poważnie – podkreśla Rzecznik MŚP.

dr Jacek Matarewicz, Lider Praktyki VAT, Akcyzy i Ceł w Kancelarii Ożóg Tomczykowski
dr Jacek Matarewicz, Lider Praktyki VAT, Akcyzy i Ceł w Kancelarii Ożóg Tomczykowski

Z kolei, jak informuje dr Jacek Matarewicz, adwokat i doradca podatkowy, ekspert BCC, takie sytuacje zdarzały się już w przeszłości. Jednak teraz niepokojące jest to, że postępowania są wszczynane na bardzo wczesnym etapie kontroli. Działania te mają zmierzać do wniesienia docelowo aktu oskarżenia albo innej procesowej formy ukarania „podatnika” np. poprzez dobrowolne poddanie się odpowiedzialności. KKS zakłada pierwszeństwo kary finansowej. Można więc to uznać za kolejne narzędzie pozwalające na gromadzenie środków publicznych, żeby zrealizować jakieś programy społeczne.

– Nie można mówić o stabilności prawa, gdy organ skarbowy sztucznie i celowo wydłuża bieg przedawnienia zobowiązań podatkowych. Jako Rzecznik MŚP zostałem powołany po to, by zapisy Konstytucji Biznesu były realizowane właśnie w codziennej praktyce administracji publicznej. Natomiast takie nadużycia urzędników są kompletnie wbrew jej zasadom. Przedsiębiorca ma być partnerem w kontaktach z administracją publiczną, a nie jej petentem – komentuje Adam Abramowicz.

Jak dodaje dr Matarewicz, wszczynane są postępowania w sprawach, w których do tej pory ich nie prowadzono. Dotyczy to m.in. błędów klasyfikacyjnych czy stawkowych, gdzie de facto można natrafić na odmienne interpretacje. Postępowania te są prowadzone, mimo że przedsiębiorcy przedstawiają 2 sprzeczne stanowiska wynikające z niejednolitego orzecznictwa sądowego, interpretacyjnego, czy podejścia ekspertów podatkowych. Zasadą odpowiedzialności karnej, w tym karnoskarbowej, jest wina sprawcy. Podstawą do wszczęcia postępowania powinno być uzasadnione i niebudzące wątpliwości podejrzenie popełnienia przestępstwa, a nie zastosowanie się do jednej z wielu możliwych i uzasadnionych prawnie wykładni przepisu.

Czas na zmiany

– Jeśli okaże się, że w zgłoszeniach są ewidentne naruszenia Konstytucji Biznesu, będę podejmował stosowne interwencje w sprawach przedsiębiorców. Ministerstwo Finansów zna sprawę wszczynania postępowań karnoskarbowych na chwilę przed upływem terminu przedawnienia, w celu jego przerwania. Jest przeciwne stosowaniu tego typu praktyk przez urzędników. Apelowało do dyrektorów Izb Administracji Skarbowej, aby w tej kwestii wzmocnili nadzór procesowy. Zwróciło także uwagę na to, by urzędnicy bardzo dokładnie ustalali podstawy wszczęcia postępowań karnych i skarbowych – opisuje Rzecznik MŚP.

Prof. Modzelewski
Prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów

Według prof. Modzelewskiego, patologia wynika z tego, że w Polsce jest bardzo krótki okres przedawnienia zaległości podatkowych. Obecnie wynosi on 5 lat od końca roku, w którym upłynął termin płatności. W opinii eksperta, powinien być 2 razy dłuższy. Jednocześnie trzeba zdecydowanie ograniczyć przerywanie i zawieszanie biegu przedawnienia. Wyjątkiem mogłyby być postępowania przed sądami administracyjnymi. Były wiceminister finansów przekonuje, że takie zmiany są realne.

– Jeżeli chodzi o zmiany dotyczące przedawnienia zobowiązań podatkowych, to pięcioletni okres w zupełności wystarczy. Dzisiaj organy podatkowe mają odpowiednie narzędzia, np. JPK, które pozwalają szybko zidentyfikować większość nieprawidłowości. Wykorzystywana analityka jest bardzo profesjonalna i szczegółowa, umożliwiając wytypowanie podmiotów i błędów w taki sposób, aby kontrola była efektywna – przekonuje ekspert BCC.

Natomiast Adam Abramowicz podkreśla, że jest już gotowy nowy projekt Ordynacji podatkowej. Usunięto z niego przesłankę zawieszania biegu terminu przedawnienia w związku z wszczęciem postępowania karnoskarbowego. Zdaniem Rzecznika MŚP, Ministerstwo Finansów proponuje przyjazne i przejrzyste dla podatnika rozwiązania. Mają to być zapisy, które będą równoważyć interesy podatnika i fiskusa. I jak dodaje Rzecznik MŚP, zmiany mogą zacząć obowiązywać już od przyszłego roku.

– Niestety, projekt Ordynacji podatkowej pod wieloma względami jest niezmiernie zachowawczy. Powtarza to, co do tej pory jest, czyli nie rozwiązuje tego najbardziej palącego problemu związanego z przerywaniem biegu przedawnienia. Pięcioletni okres pozostaje nierealistyczny w naszych warunkach. Zmiana jest konieczna, ale wymaga tzw. pozytywnej debaty – analizuje prof. Modzelewski.

W opinii dr. Matarewicza, proponowane w projekcie nowej Ordynacji podatkowej przepisy dotyczące przedawnienia są mniej korzystne niż obecnie obowiązujące. Dopuszczają możliwość egzekwowania należności publicznoprawnej nawet po 25 latach od powstania obowiązku podatkowego. Jednak według eksperta z BCC zasada pewności prawa wymaga wprowadzenia krótszego terminu.

Rynek magazynowy w Polsce Centralnej bez tajemnic – RAPORT AXI IMMO

Ze względu na strategiczne położenie regionu od początku formowania się polskiego rynku magazynowego rejon Polski Centralnej znajdował się wśród lokalizacji z największym potencjałem rozwoju. W 2009 r. podaż w regionie oscylowała w granicach 875 tys. mkw., niecałą dekadę później – w 2018 r. przekroczyła 2,55 mln mkw., a rynek z popytem na poziomie 690 tys. mkw. jest w doskonałej kondycji – wynika z raportu przygotowanego przez AXI IMMO.

W 2018 r. wynajęto ponad 690 tys. mkw. powierzchni magazynowej, z czego 87% to nowe umowy najmu. Deweloperzy realizują kolejne inwestycje, czego efektem jest 720 tys. mkw. oddanych do użytku 2018 i 465 tys. mkw. w budowie na koniec grudnia 2018.  Dziesiątki tysięcy mkw. powstają w nowych lokalizacjach regionu – czytamy w raporcie AXI IMMO. Analiza danych rynkowych z lat 2008 – 2018 przygotowana przez firmę doradczą pokazuje jednak, że w ostatniej dekadzie Polska Centralna jako hub logistyczny miała dwa momenty krytyczne.

Z danych zawartych w raporcie AXI IMMO wynika, iż w 2013 r. odnotowano wyraźne zmiany w zestawieniu najpopularniejszych lokalizacji magazynowo-przemysłowych. Podaż na rynku Polski Centralnej przekroczyła wtedy 1 mln mkw., ale pod kątem dynamiki podaży oraz popytu wyraźnie wyprzedzał ją Poznań. Polska Centralna przestała być 3. największym rynkiem magazynowym w Polsce i rywalizowała z rosnącym rynkiem wrocławskim o 4. miejsce. W Łodzi i okolicach był wówczas najwyższy w kraju poziom pustostanu – 15,8%, a stawki efektywne czynszów spadały. Sytuacja wróciła do normy po dwóch latach – w 2015 roku, kiedy odnotowano w tym regionie poziom popytu przekraczający 550 tys. mkw. Wystąpił wówczas znaczny spadek powierzchni dostępnej od zaraz – do 3,7%. Ze względu na zmiany przepisów związanych z obrotem gruntami rolnymi i idące za nimi trudności z pozyskaniem działek pod budowę nowych inwestycji, poziom pustostanów sukcesywnie spadał i nastąpił wzrost stawek czynszów. W rekordowym pod względem popytu 2017 roku (960 tys. mkw. wynajętej powierzchni) poziom pustostanów osiągnął najniższą wartość w kraju – 0,2%, wynajęte zostały nawet długo dostępne na rynku powierzchnie w Piotrkowie Trybunalskim. Dopiero w 2018 r. deweloperzy dostarczyli na rynek blisko 720 tys. mkw. nowej powierzchni, co ustabilizowało sytuację na rynku.

Rynek magazynowy Polski Centralnej w 2018 r.

Popyt: Duże umowy zmieniają rozkład geograficzny popytu

W 2018 r. region Polski Centralnej cieszył się dużym zainteresowaniem najemców osiągając wynik 690 tys. mkw. wynajętej powierzchni, z czego 87% objęły nowe umowy najmu. Rezultat ten plasuje Polskę Centralną na drugim miejscu w rankingu najbardziej pożądanych lokalizacji logistycznych w kraju.

W 2018 r. zainteresowanie trzema głównymi lokalizacjami w regionie rozkładało się relatywnie proporcjonalnie, a uwagę najemców przyciągnęły też mniej popularne dotychczas lokalizacje regionu. Udział Łodzi w całkowitym wolumenie wynajętej powierzchni w regionie wyniósł w 2018 r. 32 %, a Strykowa i Piotrkowa Trybunalskiego odpowiednio – 21% i 22%. W pozostałych lokalizacjach regionu podpisano umowy najmu obejmujące 25% powierzchni.

Hubert Wojtera, Senior Consultant Industrial & Logistic w AXI IMMO
Hubert Wojtera, Senior Consultant Industrial & Logistic w AXI IMMO

Hubert Wojtera, Senior Consultant Industrial & Logistic w AXI IMMO wyjaśnia: Transakcje poza głównymi rynkami Polski Centralnej dotyczyły głownie projektów „szytych na miarę”,  w tym BTS dla Leroy Merlin budowane przez Panattoni Europe w miejscowości Piątek. Duży kontrakt na budowę prawie 124 tys. mkw. znacznie przyczynił się do zmiany rozkładu geograficznego popytu na rzecz alternatywnych lokalizacji. Ich atutem jest m.in. większa dostępność rąk do pracy w porównaniu do Łodzi czy Strykowa, gdzie dziś coraz trudniej jest pozyskać pracowników.

Region przyciąga głównie duże firmy logistyczne i sieci handlowe, które zgłaszają zapotrzebowanie na nowoczesne powierzchnie magazynowe, przystosowane do obsługi operacji logistycznych m.in. dla sektora e-commerce. Aktywne na rynku są również podmioty działające w branżach elektroniki i budownictwa.

Podaż:  Polska Centralna nieustannie na celowniku deweloperów

W 2018 r. podaż powierzchni magazynowej w Polsce Centralnej przekroczyła 2,55 mln mkw., co stanowi 16,2% istniejącej powierzchni dostępnej w Polsce. W całym regionie do użytkowania oddano niemalże 720 tys. mkw. powierzchni magazynowej. Wynik ten stanowi ponad 32% nowej podaży w Polsce.

Najwięcej nowej powierzchni oddano do użytkowania w Łodzi – 278 tys. mkw., co stanowi 39% nowej podaży regionu. W Strykowie i Piotrkowie Trybunalskim nowa podaż wyniosła odpowiednio 187,1 tys. mkw. (26% nowej podaży regionu) i ponad 33,8 tys. mkw. (5% nowej podaży regionu). Znaczny udział w nowej podaży – na poziomie 30% odnotowały lokalizacje poza głównymi subrynkami.

Na koniec 2018 r. w Polsce Centralnej w budowie znajdowało się 465 tys. mkw., co stanowi 21% budowanej powierzchni magazynowej w kraju. 89% tej powierzchni stanowią projekty typu pre-let i BTS, zaś projekty spekulacyjne – 11%. Rozpoczęte budowy z powierzchniami spekulacyjnymi w regionie na koniec grudnia 2018 r. znajdowały się w Łodzi, a także w Kutnie, gdzie deweloper Hillwood w pierwszej połowie 2019 r. dostarczy na rynek inwestycję o powierzchni 32 tys. mkw.

Anna Głowacz – dyrektor zarządzająca działem Industrial AXI IMMO
Anna Głowacz – dyrektor zarządzająca działem Industrial AXI IMMO

Region cieszy się dużym zainteresowaniem deweloperów, którzy aktywnie poszukują tam gruntów. Szczególnie koncertują się oni na Łodzi, gdzie chcą rozwijać miejskie formaty do obsługi tzw. . „logistyki ostatniej mili”, ale ich uwagę przyciągają także dotąd mniej popularne lokalizacje w województwie łódzkim z dobrym zapleczem infrastrukturalnym, gdzie łatwiej pozyskać grunty inwestycyjne – komentuje Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO.

Wśród deweloperów największy udział w nowej podaży miała firma Panattoni Europe – 64%, następnie deweloperzy Hillwood – 21% i Segro – 8,6%.

Wskaźnik pustostanów i czynsze: Nowe projekty sukcesywnie zapełniły lukę podażową, czynsze z trendem wzrostowym

Średni wskaźnik pustostanów dla Polski Centralnej wyniósł 5,3%, co oznacza wzrost o 5,1% p.proc. rok do roku.  Wskaźnik pustostanów dla poszczególnych subregionów na koniec 2018 r. kształtował się następująco: Łódź – 2,3%, Stryków 11,3%, Piotrków Trybunalski – 5%. W roku 2019 spodziewane są wyraźne zmiany tych wskaźników ze względu na planowane relokacje najemców do nowobudowanych obiektów oraz planowane oddanie do użytkowania powierzchni spekulacyjnych.

Najwyższe czynsze efektywne za wynajem metra kwadratowego powierzchni magazynowej odnotowuje się w Łodzi – 2,50-2,90 EUR/mkw. Czynsze w stolicy regionu od dłuższego czasu pozostają na stabilnym poziomie. W Strykowie i Piotrkowie Trybunalskim, lokalizacjach o większej elastyczności pod tym względem, stawki efektywne oscylowały w granicach odpowiednio 2,20-2,60 EUR/mkw. oraz 2,10-2,50 EUR/mkw.

Prognozy: Powrót inwestycji z komponentem spekulacyjnym

Dalszy dynamiczny rozwój rynku magazynowego w Polsce Centralnej będzie podporządkowany trendom sektora e-commerce. Spodziewany jest dalszy wzrost liczby projektów typu pre-let oraz BTS dla e-handlu oraz obsługujących ten kanał sprzedaży operatorów logistycznych.

Spodziewany jest wzrost różnorodności projektów oferowanych przez deweloperów. Obok wzrostu udziału obiektów BTS i BTO w wolumenie transakcji, zauważalne staną się inwestycje miejskie SBU oraz formaty dedykowane do obsługi „logistyki ostatniej mili”.

Wysoka aktywność deweloperów i relatywnie duży wolumen inwestycji z komponentem spekulacyjnym spowodują, że dostępność powierzchni magazynowych będzie rosła. Prognozowane jest utrzymanie się dotychczasowych poziomów średnich stawek za wynajem powierzchni w regionie.

Wyzwaniem dla regionu Polski Centralnej będą rozciągnięte w czasie procesy inwestycyjne spowodowane ograniczeniem dostępności firm budowlanych oraz rosnące koszty pracy. Wciąż dotkliwy będzie deficyt pracowników, w szczególności w Łodzi i Strykowie, co wpłynie na wzmożony rozwój rynku poza głównymi subregionami. Szlaki przetrze oddany w 2019 r. park magazynowo-logistyczny Hillwood Kutno.

Inwestycja w mieszkania na wynajem – czy to się jeszcze opłaca?

Ceny mieszkań w dużych miastach, a szczególnie w Warszawie, osiągnęły tak wysoki poziom, że teraz mogą już tylko spadać – tak twierdzą niektórzy eksperci. Również ceny wynajmu mieszkań są obecnie wysokie. Ryzyko, że to już koniec wzrostów, może hamować inwestorów – ale czy słusznie?

Średnia cena za 1m2 mieszkania dostępnego na wolnym rynku w Warszawie w IV kwartale 2018 roku mieściła się w granicach od 8 tys. zł do 9,5 tys. zł w Warszawie w zależności od powierzchni nieruchomości. Natomiast uśredniona cena ofertowa za wynajem mieszkania w Warszawie, w grudniu 2018 roku wynosiła ok. 4,5 tys. zł miesięcznie. Trzeba jednak mieć na uwadze, że średnie ceny obejmują lokale o rozmaitym standardzie i w praktyce zakup lub wynajem mieszkania w dobrym stanie i w atrakcyjnej lokalizacji praktycznie zawsze będzie się wiązał z wyższymi kosztami.

– Większość inwestorów, z którymi pracuję, traktuje mieszkania jako źródło pasywnego dochodu. Mieszkania nadal dają kilkakrotnie wyższe stopy zwrotu niż lokata bankowa. Myślę, że realna stopa zwrotu z najmu, jeśli chodzi o mieszkania w Warszawie, i to nawet po odliczeniu kosztów współpracy z firmą zewnętrzną, to 6-8% w skali roku. A stopa ta nie bierze pod uwagę wzrostu cen mieszkania w czasie. Co ważne, ze względu na obecną płynność rynku nieruchomości, w razie potrzeby mieszkanie można szybko i korzystnie odsprzedać – mówi Marta Bocheńska-Pachuta z firmy Baransu, która przygotowuje mieszkania na wynajem na zlecenie osób prywatnych.

Szybki wynajem – trudniejszy zakup

Na razie z rynku nie dochodzą wyraźne sygnały, które świadczyłyby o ewentualnym kryzysie. Owszem, w styczniu 2019 roku średnia cena ofertowa mieszkania na wynajem w Warszawie spadła w stosunku do grudnia, jednak kilkuprocentowe wzrosty i spadki w poszczególnych miesiącach roku są normalne i nie muszą świadczyć o jakimkolwiek trwałym trendzie.

Najlepszy przykład, to że czas od zamieszczenia ogłoszenia o mieszkaniu na wynajem, do znalezienia najemcy wynosi ok. 1-2 dni. Różnica jest jedynie taka, że dziś już (inaczej niż jeszcze kilkanaście miesięcy temu) nie dotyczy to dowolnej oferty, ale nieruchomości, która została wyremontowana, odpowiednio urządzona, wyposażona, a do tego znajduje się w dobrej lokalizacji.

Rynek wynajmu coraz bardziej się profesjonalizuje, w związku z czym rosną też oczekiwania najemców. Już na etapie analizowania ogłoszeń, zwracają oni uwagę na dobrej jakości zdjęcia, na standard lokalu, jego funkcjonalność czy umeblowanie. Jeśli mamy do dyspozycji mieszkanie, które już samym wyglądem pozytywnie przykuwa uwagę, z wynajmem nie powinno być problemu.

– Zauważalnie trudniej jest z dostępnością mieszkań do zakupu i inwestycji. Jest ich coraz mniej i coraz trudniej o okazyjną cenę. Najlepsze lokale sprzedawane są w kilka dni, a czasem nawet w jeden dzień. Obecnie rynek nieruchomości w Warszawie przypomina dżunglę, w której osoba bez doświadczenia może się łatwo zgubić – mówi Marta Bocheńska-Pachuta.

W co inwestować?

Inwestowanie w nieruchomości w największych miastach w Polsce, a szczególnie w Warszawie, nadal wydaje się stosunkowo bezpieczne. Rozwój rynku jest bowiem zgodny z globalnymi trendami w zakresie rozwoju metropolii. Warszawa, jako miasto o największym znaczeniu biznesowym w Polsce i o coraz mocniejszej pozycji na mapie Europy, prawdopodobnie nie wyłamie się z tego trendu. Do stolicy nie tylko przeprowadzają się Polacy z innych regionów kraju, ale przyjeżdżają też obcokrajowcy – również ci o dobrej sytuacji materialnej. W efekcie zainteresowanie mieszkaniami, które można kupić lub wynająć powinno być długotrwałe, a inwestowanie w nieruchomości – pozbawione większego ryzyka.

Oczywiście, kupowanie mieszkań na wynajem to nie jedyny sposób, w jaki można inwestować w nieruchomości. Jeśli mamy czas, możemy zainteresować się tzw. flipami, czyli mieszkaniami do odsprzedaży. Możemy np. poszukiwać zaniedbanych (i przez to tańszych) mieszkań, kupować je, remontować, a następnie odsprzedawać z dużym zyskiem.  Musimy jednak pamiętać, że będzie się to wiązało z dużymi nakładami sił i środków. Niestety, niedoświadczony inwestor może łatwo w takiej inwestycji „umoczyć” oszczędności swojego życia (lub co gorsza – pieniądze z kredytu). Może się zdarzyć, że po kosztownym remoncie, na rynku nie znajdziemy nabywców gotowych zapłacić nam taką cenę, jakiej się spodziewaliśmy. Wynajem bywa pod tym względem pewniejszy, a cenę najmu można modyfikować w czasie, stosownie do sytuacji na rynku.

A skoro wynajem ma sens, to może warto zdecydować się na wynajem krótkoterminowy, dla turystów oraz osób odwiedzających duże miasta służbowo? To też może być ciekawy pomysł, ale – przynajmniej w Warszawie – na obecną chwilę nie zawsze najkorzystniejszy. Przy cenie 200 zł za dobę i obłożeniu na poziomie 20 dni w miesiącu, z wynajmu krótkoterminowego otrzymamy 4.000 zł. Od tego należy odliczyć podatki i rozmaite koszty, takie jak m.in. prowizja dla portalu z rezerwacjami, koszty sprzątania lokalu po każdym gościu, czy też uzupełniania wyposażenia. Do tego dochodzi konieczność bardziej czasochłonnej obsługi klienta – odpowiadania na pytania, rozwiązywania rozmaitych problemów oraz większe ryzyko, że wśród dużej liczby najemców nie wszyscy będą zachowywali się odpowiednio, szanując spokój sąsiadów oraz naszą własność.

 

Tymczasem przy wynajmie długoterminowym korzyści finansowe mogą być podobne przy znacznie mniejszym zaangażowaniu czasu oraz przy mniejszym ryzyku problemów z najemcami. W tym przypadku jeden klient może korzystać z danej nieruchomości nawet przez kilka lat – a nie przez kilka dni.

Ryzyko można ograniczyć

Wszelkie przewidywania na temat tego, jak zachowa się rynek w przyszłości, obarczone są sporym ryzykiem błędu. Załóżmy jednak, że obecna sytuacja – choć to mało prawdopodobne – faktycznie ulegnie pogorszeniu z punktu widzenia inwestorów. Czy biorąc pod uwagę takie ryzyko, nadal warto interesować się mieszkaniami na wynajem?

– Zdecydowanie, tak. Piękne mieszkania w doskonałych lokalizacjach zawsze się wynajmą i potencjalny kryzys dotknie je najmniej. Być może w trudniejszym okresie czekanie na najemcę będzie trwało dłużej, być może ceny będą okresowo niższe, ale w porównaniu np. z lokatami bankowymi, inwestowanie w nieruchomości nadal pozostanie znacznie korzystniejsze – uważa Marta Bocheńska-Pachuta.

Sekret tkwi w tym, by inwestować w mieszkania w odpowiednich lokalizacjach i o podwyższonym standardzie – to najlepszy sposób na ograniczenie ryzyka. W tym znaczeniu wyszukiwanie korzystnych cenowo lokali w dzielnicach Warszawy, które w sondażach są wskazywane przez wynajmujących jako mało atrakcyjne (np. Rembertów, Białołęka, Wesoła) jest obarczone większym ryzykiem niż kupowanie lokali droższych, ale w chętniej wybieranych dzielnicach (Śródmieście, Mokotów, Ursynów).

– Warszawa to stolica europejska, która szybko nadrabia braki. W związku z tym nieruchomości w Warszawie drożeją, a największych wzrostów należy się spodziewać w dzielnicach centralnych. Obecnie można jeszcze czasem znaleźć jakąś „perełkę”, tzn. nieruchomość w dobrej lokalizacji i w cenie niewiele wyższej niż na obrzeżach miasta.  Ale za 10 lat znalezienie takich lokali będzie dużo trudniejsze. Dlatego na razie jeszcze wciąż jest dobry czas na zakup nieruchomości z przeznaczeniem na wynajem – podkreśla przedstawicielka Baransu.

Wyższy standard – większy zysk

Warto przy tym zauważyć, jak zróżnicowana jest sytuacja w centralnych dzielnicach największych miast. Cena najmu może się diametralnie różnić w zależności od typu budynku i standardu wyposażenia. Np. w Warszawie – 2-pokojowe mieszkanie w Śródmieściu możemy wynająć za 2 tys. (niski standard), za 4 tys. (dobry standard), a nawet za 10 tys. zł (w prestiżowych budynkach typu Cosmopolitan, czy Złota 44).

Różnice dla właściciela lokalu, szczególnie gdy spojrzymy na nie w skali roku – ogromne! Tymczasem samo podwyższenie standardu lokalu nie musi być szczególnie kosztowne.  Biorąc pod uwagę dostępność materiałów i umeblowania oraz wyszukując korzystne oferty w internecie, możemy stosunkowo niedrogo wyposażyć mieszkanie w taki sposób, by jego wartość w oczach najemców wzrosła.

I choć mieszkanie w zwykłym bloku lub kamienicy zapewne nie osiągnie przez to prestiżu Cosmopolitana, to jednak zysk inwestora z inwestycji może być wyższy, niż w przypadku wynajęcia przysłowiowych „czterech ścian” bez wyposażenia lub z PRL-owską meblościanką. Tak naprawdę wiele zależy od inwencji i zaangażowania samego inwestora. Ma on ogromny wpływ na to, czy inwestycja w wynajem okaże się opłacalna i jak duży zwrot przyniesie.

Długoterminowa prognoza kursu forinta węgierskiego (HUF)

Polak, Węgier, dwa bratanki? Analizując wymianę handlową między Polską a Węgrami, z pewnością tak właśnie jest. Od ponad dziesięciu lat rośnie zarówno eksport, jaki i import, Polski w kontaktach z Madziarami. Dlatego tym razem Ebury postanowiło prześwietlić gospodarkę i walutę Węgier. Zwłaszcza, że waluta Węgier jest jedną z lepiej radzących sobie w Europie Środkowo-Wschodniej.  

Po gwałtownej deprecjacji w pierwszej połowie 2018 roku, która była związana z ogólnym pogorszeniem sentymentu rynkowego do walut gospodarek wschodzących, forint węgierski (HUF) doświadczył umocnienia i zbliżył się do poziomu, który prognozowaliśmy od dłuższego czasu. Ostatnie umocnienie forinta jest skutkiem oczekiwań rynku, który obecnie wypatruje podwyżek stóp procentowych Narodowego Banku Węgier.

Kurs euro do forinta EUR/HUF (marzec ’18-marzec ’19)

kurs Forint węgierskiŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 11/03/2019

Analiza makroekonomiczna Węgier

Jak wspominaliśmy powyżej, pierwsza połowa ubiegłego roku nie była zbyt dobra dla waluty Węgier. Nie było to jednak spowodowane warunkami gospodarczymi. Sytuacja ekonomiczna Węgier jest bardzo dobra, a samo tempo wzrostu gospodarki jest jednym z najszybszych w regionie. W 2018 roku węgierski PKB rósł o 4,9%, do czego przyczyniła się dobra sytuacja na rynku pracy – w tym dwucyfrowy wzrost wynagrodzeń. Tak jak w przypadku pozostałych gospodarek Europy Środkowo-Wschodniej, również w przypadku Węgier konsensus ekonomistów spodziewa się wolniejszej ekspansji w 2019 roku. Na ograniczone tempo wzrostu mają wpłynąć m.in. mniejszy popyt zagraniczny i efekt bazy. Węgierski popyt wewnętrzny jest jednak spory, co pozwoli na jedynie stopniowe ograniczenie wzrostu gospodarczego. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że w najbliższym roku wzrost PKB w ujęciu rocznym wyniesie ok. 3%.

Wzrost PKB na Węgrzech w ujęciu rocznym (2010-2018)

Wzrost PKB na WęgrzechŹródło: Thomson Reuters Datastream               Data: 11/03/2019

Wyższa aktywność gospodarcza, jak i dobra sytuacja na rynku pracy, przyczyniły się również do wzrostu cen. Przez znaczną część ubiegłego roku dynamika cen na Węgrzech znajdowała się w widełkach celu inflacyjnego (3% +/-1%). Co istotne, w drugiej połowie roku przyspieszyła również inflacja bazowa. W lutym wskaźnik ten wyniósł 3,5%, co jest jego najwyższym poziomem od końca 2013 roku. Zważywszy na bardzo „ciasny” rynek pracy na Węgrzech, bazowy wskaźnik dynamiki cen najpewniej utrzyma się blisko obecnego poziomu.

Inflacja na Węgrzech (2012-2019)

Inflacja na WęgrzechŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 11/03/2019

Stopy procentowe węgierskiego banku centralnego pozostają stabilne od maja 2016 roku (0,9%). Dotychczas decydenci byli niechętni do zacieśniania polityki monetarnej, co nie jest zaskakujące, ponieważ ostatecznie 3-procentowy cel inflacyjny Narodowego Banku Węgier jest dość wysoki w porównaniu z innymi bankami centralnymi regionu. Niechęć banku centralnego do podwyżek stóp procentowych jest jednym z głównych czynników, które przeszkadzały forintowi węgierskiemu w aprecjacji.

Podczas ostatniego spotkania decydenci banku centralnego zmienili ton na bardziej „jastrzębi”. W lutym przewodniczący Narodowego Banku Węgier, Gyorgy Matolcsy, stwierdził, że bank będzie przechodził do „etapu normalizacji”. Rynki wyceniają obecnie prawdopodobieństwo około trzech podwyżek o 25 punktów bazowych w 2019 roku. W takim scenariuszu główna stopa referencyjna na Węgrzech wyniosłaby 1,65%. O ile wysokie prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych jest już w większości uwzględnione w obecnej wycenia forinta, o tyle sam proces normalizacji polityki monetarnej powinien stanowić źródło wsparcia dla forinta węgierskiego. Zwłaszcza, jeżeli stosunkowo wysoka dynamika cen pozwoli na szybsze tempo podwyżek stóp procentowych, niż obecnie zakłada konsensus.

To nie koniec aprecjacji

Jesteśmy optymistycznie nastawieni względem perspektyw walut rynków wschodzących w 2019 roku, zwłaszcza tych o silnych fundamentach gospodarczych. Wysoka aktywność gospodarcza na Węgrzech, razem z oczekiwanymi podwyżkami stóp procentowych powinny, naszym zdaniem, zapewniać wsparcia dla forinta. Prognozujemy zatem dalszą, stopniową aprecjację waluty Węgier w stosunku do euro do końca 2019 roku.

  USD/HUF EUR/HUF HUF/PLN*
Q2-2019 270 310 1,38
Q3-2019 270 310 1,38
E-2019 270 310 1,37
E-2020 260 308 1,36

*groszy

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, analitycy Ebury

Potrzeba zaufania do danych – Blockchain korporacyjny

W ciągu ostatnich kilku lat wyprodukowaliśmy więcej danych niż od początku istnienia ludzkości. Bardzo duża część z nich jest generowana przez działalność gospodarczą. Przy dużej liczbie danych wytwarzanych bez żadnej kontroli pojawia się problem oceny, które są prawdziwe oraz potencjalnie wartościowe, a które są zwyczajnym szumem informacyjnym. Dane produkowane są w różnych celach, natomiast umiejętne manipulowanie nimi może przyczynić się do przewagi konkurencyjnej. Nawet w przypadku współpracujących podmiotów zaufanie do danych generowanych przez zewnętrznych dostawców jest często ograniczane.

Przewaga blockchain

Blockchain to technologia, która wprowadziła zaufanie, nawet pomiędzy nieznających się dotychczas użytkowników. Zapewnia wgląd w historię danych, brak możliwości ich usunięcia, a poprzez rozproszenie danych w wielu miejscach zabezpiecza kopię bezpieczeństwa. Czym różni się to od bazy informacji, do której ma dostęp kilka firm?

Blockchain nie ma centralnego zarządcy, dane są własnością wszystkich uczestników sieci i są wprowadzane do bazy tylko jeśli zostaną zweryfikowane przez odpowiednie podmioty. Pojedynczy podmiot nie ma możliwości wpływania na dane, nawet jeśli jest ich właścicielem. Przykładem mogą być 3 firmy: A, B i C. Firma A ufa firmie B, lecz nie ufa firmie C. Podobnie, firma C nie ufa A, ale ufa B. Jeśli podmiot B będzie potwierdzał autentyczność danych wprowadzanych do systemu, każda z firm im zaufa, pomimo że nie ufa podmiotom, które je tworzą. B w takim wypadku może być zaufaną trzecią stroną lub regulatorem.

Najbardziej znanym przykładem wykorzystania tej technologii jest prowadzenie wspólnego rejestru transakcji „finansowych”, dostępnego dla każdego zainteresowanego, znanego dziś głównie jako kryptowaluty i niecieszącego się dobrą opinią. Pomimo sceptycyzmu wobec krypto technologia ta staje się coraz częściej używana przez firmy w celu zapewnienia przejrzystej wymiany danych pomiędzy firmami i regulatorami.

Blockchain może zostać wykorzystany do śledzenia łańcucha dostaw w celu weryfikacji poszczególnych kontrahentów. Wyobraźmy sobie, że cała historia budowy pojazdu wraz z testami homologacyjnymi jest przechowywana w takim systemie, który jest dostępny również dla urzędników kontrolujących. W przyszłości, w przypadku rozbieżności pomiędzy danymi deklarowanymi przez producenta a rzeczywistymi, można by bardzo precyzyjnie określić, gdzie został popełniony błąd w testach lub kiedy specyfikacja pojazdu uległa zmianie w procesie produkcji. Być może w takim środowisku nie mielibyśmy do czynienia z nadużyciami jak np. afera paliwowa.

Posiadanie wysokiego zaufania do danych, którego często boją się współczesne firmy, może przyczynić się do budowy nowych przewag konkurencyjnych, jak np. szybsze podejmowanie decyzji bez konieczności prowadzenia drogich audytów, obniżenie kosztów spełnienia wymogów ustawowych do przechowywania danych czy eliminacja podmiotów działających na granicy prawa.

Źródło: materiały prasowe JMMJ

ORLEN wzmacnia relacje z Saudi Aramco

Maksymalnie ok. 800 tys. ton ropy saudyjskiej w ciągu sześciu miesięcy może sprowadzić PKN ORLEN na mocy umowy podpisanej z Saudi Aramco Products Trading Company – spółką córką saudyjskiego producenta. To ważny krok gwarantujący stabilność dostaw do europejskich rafinerii Koncernu. Na mocy odrębnej umowy handlowej, dostawca z Arabii Saudyjskiej zobowiązał się także do zakupu ciężkiego oleju opałowego produkowanego przez ORLEN Lietuva. W ten sposób PKN ORLEN poprzez litewską spółkę z Grupy ORLEN wzmacnia strategiczną współpracę z Saudi Aramco, także w zakresie handlu ciężkim olejem opałowym.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

Umowy ze spółką córką Saudi Aramco to nowa forma współpracy dwustronnej polegającej na dostawie surowca i odbiorze gotowych produktów. Testujemy różne możliwości zaopatrzenia, a przy okazji budujemy strategiczne partnerstwo z dostawcą z Arabii Saudyjskiej. Podejmowane działania wynikają przede wszystkim z globalnych uwarunkowań, w tym ze zwiększonego popytu na gotowe produkty naftowe, m.in. diesla. Umacniając relacje w rejonie Zatoki Perskiej  realnie przyczyniamy się więc do wzrostu bezpieczeństwa energetycznego Polski – podkreślił Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN. Na bazie budowanych relacji handlowych udało nam się również wypracować mechanizm, który zagwarantuje ORLEN Lietuva sprzedaż ciężkiego oleju opałowego w przededniu wejścia nowych globalnych regulacji dla paliw bunkrowych. W ten sposób wzmacniamy pozycję naszej litewskiej rafinerii w regionie – dodał Prezes Obajtek.

W związku z tym PKN ORLEN będzie mógł sprowadzić sześć ładunków ropy saudyjskiej od maja do października br. Finalny wolumen dostarczanego surowca będzie każdorazowo elastycznie ustalany z producentem, w zależności od bieżących potrzeb Koncernu. Wynegocjowana elastyczność handlowa umożliwi skierowanie dostaw zarówno do Naftoportu w Gdańsku lub terminalu w Butyndze.

Z kolei w ramach terminowej umowy handlowej, PKN ORLEN zagwarantował odbiór całości, czyli do 160 tys. ton miesięcznie ciężkiego oleju opałowego z rafinerii w Możejkach, przeznaczonego do sprzedaży morskiej. W ten sposób zabezpieczono fizyczną sprzedaż produktu w początkowym okresie perturbacji rynkowych związanych z wejściem w życie od 1 stycznia 2020 roku nowych globalnych regulacji dla paliw bunkrowych, ograniczających zawartość siarki – IMO 2020. Ich wprowadzenie ma bowiem wpływ na popyt na ciężki olej opałowy sprzedawany przez litewską spółkę Grupy ORLEN.

W ramach realizowanej dywersyfikacji dostaw ok. 30% ropy przerabianej obecnie w Grupie ORLEN pochodzi z kierunków alternatywnych. Koncern wzmacnia m.in. zakupy z Zatoki Perskiej, m.in. poprzez długoterminowe relacje z Saudi Aramco.  W kwietniu 2018 r. firmy podpisały aneks do umowy, który zwiększył dostarczany wolumen ropy saudyjskiej do 300 tys. ton surowca miesięcznie. PKN ORLEN pozytywnie ocenia potencjał dostaw z Zatoki Perskiej i pozostaje otwarty na współpracę z producentami z tego regionu, czego najlepszym przykładem jest obecna umowa na sześć dostaw spot.

Kompleksowa organizacja eventów w rozumieniu organów administracyjnych

W ramach działalności gospodarczej przedsiębiorcy organizują różnego rodzaju spotkania o charakterze marketingowym lub szkoleniowym, a także konferencje przeznaczone dla pracowników, kontrahentów, partnerów biznesowych oraz dziennikarzy. Powyższe działania są wykonywane najczęściej przez podmioty trzecie (np. agencje marketingowe). Konsekwencje podatkowe nabywania kompleksowych usług organizacji różnego rodzaju wydarzeń o charakterze marketingowym lub motywacyjnym są różne, a każda usługa powinna być analizowana odrębnie.

Usługi kompleksowe

Przedsiębiorca nabywający usługi organizacji wydarzenia od podmiotu trzeciego jest zasadniczo zainteresowany nabyciem kompleksowego świadczenia obejmującego różne składowe. Zasadniczo świadczenia dla celów opodatkowania podatkiem od towarów i usług powinny być traktowane jako odrębne i niezależne. Jeżeli jednak jedna usługa obejmuje kilka świadczeń, nie powinna być ona sztucznie dzielona dla celów podatkowych. Warunkiem jest istnienie związku pomiędzy czynnościami tworzącymi obiektywnie w aspekcie gospodarczym jedną całość, której rozdzielenie miałoby sztuczny charakter (tak w wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z dnia 27 października 2005 r. w sprawie C-41/04 – Levob Verzekeringen BV, OV Bank NV przeciwko Staatssecretaris van Financiën; wyroku TSUE z dnia 11 czerwca 2009 r. w sprawie C-572/07 – RLRE Tellmer Property s.r.o przeciwko Finanční ředitelství v Ústí nad Labem). Co do zasady z ekonomicznego punktu widzenia usługi nie powinny być dzielone dla celów podatkowych, jeżeli dla nabywcy tworzą jedną usługę złożoną obejmującą kilka świadczeń pomocniczych. Dopiero, jeżeli w skład świadczonej usługi wchodzić będą czynności mające charakter samoistny tj. takie, które nie służą wyłącznie wykonaniu czynności głównej, zasadniczej, lecz mogą również go mieć, to wówczas nie ma podstaw dla traktowania ich jako elementu usługi złożonej.

Podejście organów podatkowych

Powyższy opis zasad opodatkowania podatkiem VAT oraz orzecznictwo TSUE nie zawsze stoją w jednej linii z interpretacjami podatkowymi fiskusa. Przykładowo w interpretacji z dnia 17 grudnia 2018 r. nr 0114-KDIP1-34012.598.2018.1.ISK organ stwierdził, że dodatkowe atrakcje nie są niezbędne do zorganizowania wydarzenia przez organizatora. Wydając taką interpretację, organ w znikomym stopniu odniósł się do (i) ekonomicznego punktu widzenia oraz (ii) gospodarczej perspektywy nabywcy. Innymi słowy, organ nie pochylił się nad kwestią, jakie znaczenie mają dla nabywcy poszczególne świadczenia w ramach świadczenia złożonego; czy któreś ze świadczeń, gdyby było dostarczane odrębnie, nadal miałoby ekonomiczny sens dla nabywcy.

Można zauważyć, że działanie organu w toku wydawania powyższej interpretacji sprowadzało się do próby sztucznego dzielenia świadczenia, które samoistnie nie przedstawiałoby dla nabywcy żadnej ekonomicznej wartości. Trudno bowiem uznać ekonomiczny sens wydzielenia usług w zakresie organizacji wydarzeń, w części obejmującej organizację dodatkowych atrakcji od pozostałych usług. Potwierdzeniem takiego podejścia jest fakt, że organizator będzie wystawiał nabywcy faktury dokumentujące wynagrodzenie za usługę, na których nie będzie rozbicia na poszczególne jej elementy. Faktury te będą zawierały jedną pozycję dot. organizacji wydarzenia wraz z łączną kwotą wynagrodzenia za całą usługę.

W szczególności z perspektywy nabywcy dodatkowe atrakcje nie są celem samym w sobie, ale zachętą, uatrakcyjnieniem programu wydarzenia. Chodzi o to, aby osoby będące w grupie docelowej na dane wydarzenie chętniej w nim uczestniczyły. Same atrakcje nie przedstawiają wartości, ponieważ nie pozwalają na osiągnięcie założonych celów związanych np. z intensyfikacją sprzedaży. Są jednak ważne jako element wydarzenia, gdyż oprócz efektu zachęty do uczestnictwa dają również możliwość bliższego poznania się uczestników i zacieśnienia kontaktów biznesowych.

Podobnie negatywnie dla podatników wypowiedział się organ w interpretacji z dnia 13 stycznia 2017 r. nr 1462-IPPP3.4512.977.2016.1.PC, uznając, że organizacja rozgrywek w czasie wolnym w trakcie konferencji jest świadczeniem samoistnym.

Niejednolite podejście

W praktyce organów podatkowych można spotkać jednak także odmienne stanowisko, w ramach którego organ przyznał prawo do odliczenia podatku naliczonego wynikającego z nabycia usługi kompleksowej, w skład której wchodziło zapewnienie oprawy artystycznej (Interpretacja Indywidualna Dyrektora Krajowej Izby Skarbowej w Warszawie z 30.07.2015 r., sygn. Akt IPPP2/45-12/492/15-2/AO, Interpretacja Indywidualna Dyrektora Krajowej Izby Skarbowej w Warszawie z 30.07.2015 r., sygn. akt IPP2/4512-492/15-3/AO) bądź której koszt stanowiły koszty zaproszonych gwiazd i osób przedstawiających występy artystyczne (Interpretacja Indywidualna Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 19.09.2017, sygn. akt 0112-KDIL1-1.4012.294.2017.1.AK).

Podobne stanowisko prezentują sądy administracyjne. Przykładowo w wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z 22 marca 2018 r., sygn. akt III SA/Wa 1789/17, Sąd przyznał prawo do odliczenia podatku naliczonego także od organizacji rozrywek podczas czasu wolnego.

Z powyższej analizy wynika, że tematyka kompleksowości usług jest bardzo złożona i w każdym przypadku powinna być analizowana odrębnie. Warto, aby na etapie planowania wydarzenia firmowego podatnik już wcześniej zebrał argumenty dotyczące kwalifikacji podatkowej świadczeń. Istotne jest także, aby na fakturze została wykazana jedna pozycja jako usługa kompleksowa organizacji wydarzenia. W przeciwnym wypadku, tj. jeżeli na fakturze znajdą się wyspecyfikowane pozycje dotyczące różnych świadczeń, organy stwierdzą, że każda usługa jest usługą niezależną (samoistną) i nie ma charakteru pomocniczego. Stanowisko organu w tym zakresie jest już ugruntowane, pomimo że z ekonomicznego punktu widzenia zakres świadczeń może być podobny.

Autor:radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Płace w Polsce nadal szybko rosną

W tym tygodniu pojawiło się wiele ciekawych danych dla polskiej gospodarki. We wtorek poznaliśmy wyniki z rynku pracy. Płace w lutym br. były wyższe o 7,6% w ujęciu rok do roku. Dynamika wzrostu wynagrodzeń w Polsce cały czas utrzymuje się na wysokim poziomie. Wyższe jest również zatrudnienie, które wzrosło o 2,9% r/r. Wyniki sprzedaży detalicznej w lutym były słabsze niż w styczniu br., ale w rocznym porównaniu urosły o 6,5%. W środę zostały opublikowane również wyniki produkcji przemysłowej, która biorąc pod uwagę korektę sezonową, wykazała wzrost o 6,5%. Na podstawie wymienionych danych można wnioskować, że spowolnienie wzrostu gospodarczego w Niemczech praktycznie nie ma wpływu na sytuację w Polsce. Jednak i u naszych zachodnich sąsiadów zanotowano pozytywne sygnały dla gospodarki, jak wzrost indeksu ZEW z -13,4 pkt. na -3,6 pkt. W przypadku Niemczech i Polski znaczącą rolę odegra w najbliższych miesiącach rozwój negocjacji między UE i Wielką Brytanią. Exodus Wielkiej Brytanii został przełożony do co najmniej 12 kwietnia br., jednak wciąż pozostaje możliwa opcja twardego Brexitu.

Wśród globalnych wydarzeń intersujące było posiedzenie Fed, na którym zmieniono prognozę dla podwyżek stóp procentowych. W tym roku już nie powinny zostać podwyższone, a w przyszłym roku zapowiadana jest tylko jedna ich zmiana. Aktywność gospodarcza w USA spadła, a z nią i prognoza wzrostu PKB, która została obniżona do 2,1%.

W piątek rano złoty się umocnił i jego kurs utrzymywał się na poziomie 4,28 EUR/PLN. Eurodolar wzrósł na poziom 1,14 EUR/USD.

Tygodniowy komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY, instytucji płatniczej rozliczającej i zabezpieczającej transakcje walutowe eksporterów i importerów z Europy Środkowej.

W kierunku budownictwa ekologicznego

60% Polaków słyszało o wykorzystaniu materiałów wtórnych w budowie domów i mieszkań, a prawie 35% byłoby skłonnych zapłacić więcej za dom lub mieszkanie wykonane z ekologicznych materiałów. To ciekawe wyniki, szczególnie w kontekście wyzwań, przed którymi stoi branża budowlana oraz zmieniających się oczekiwań konsumentów.

Czy Polacy chcą mieszkać w budownictwie ekologicznym?

budownictwo ekologiczne (2)W zrealizowanym niedawno badaniu zapytaliśmy Polaków, czy słyszeli o wykorzystaniu materiałów wtórnych, czyli odpadów produkcyjnych lub zużytych produktów, które mogą być ponownie użyte w budowie mieszkań i domów. Prawie 60% Polaków odpowiedziało, że tak. Ponadto 40% badanych odpowiedziało, że podczas zakupu mieszkania lub domu zwraca uwagę, czy jest on wykonany z wtórnych materiałów.budownictwo ekologiczne (3)

Wykorzystanie materiałów wtórnych w budownictwie to duża szansa dla firm. Warto w komunikacji wskazywać na aspekt inwestycyjny czy zdrowotny. Wykorzystanie ekologicznych rozwiązań to nie tylko ochrona środowiska, ale także możliwość zmniejszenia kosztów utrzymania budynku czy też szansa na poprawę jakości zdrowia i życia. O ile np. „zielone” budownictwo na przestrzeni ostatnich lat stało się standardem w komunikacji w segmencie biurowym, o tyle w budownictwie mieszkaniowym jest nadal wiele do zrobienia.budownictwo ekologiczne (4)

A czy Polacy są w stanie zapłacić więcej za nieruchomość, w której wykorzystano materiały ekologiczne? Okazuje się, że w tej kwestii jesteśmy podzieleni na trzy podobne grupy: 1/3 deklaruje, że byłaby skłonna zapłacić w takiej sytuacji więcej, kolejna 1/3 nie byłaby temu przychylna, z kolei ostatnia grupa nie ma zdania na ten temat. Wyniki te pokazują, że w budownictwie, podobnie jak w innych branżach takich jak chociażby kosmetyczna czy odzieżowa, trend ekologiczny w coraz większym stopniu będzie przekładał się na decyzje zakupowe. Pochodzenie materiałów oraz ich zastosowanie mogą w perspektywie kilku lat stać się dla klientów, szczególnie tych najmłodszych, podstawową informacją decydującą o wyborze miejsca do mieszkania.budownictwo ekologiczne (5)budownictwo ekologiczne (1)

3xR: reduce – reuse – recycle

W związku z problemem coraz większej ilości wytwarzanych odpadów regulacje Unii Europejskiej mają walczyć z tą kwestią poprzez ograniczanie powstawania odpadów (reduce). Proponuje się ponowne wykorzystanie materiałów, surowców, produktów (reuse), takich jak na przykład kontenery stalowe, pierwotnie stosowane w transporcie morskim, drewniane palety i skrzynki (np. jako meble) czy skrzydła drzwiowe i drewniane blaty stołów. Na całym świecie coraz częściej podkreśla się również istotę i znaczenie recyklingu (recycle)[1]. Mamy świadomość, że jeżeli natężenie budownictwa utrzyma się na obecnym poziomie, to zachowanie obecnego stanu środowiska i zasobów naturalnych dla przyszłych pokoleń będzie niemożliwe. Wobec tego, tak ważne jest opracowanie strategii oraz rozwój innowacyjnych technologii, które zwiększą możliwości pozyskania surowców wtórnych i zmniejszenia ilości odpadów generowanych przez budownictwo.

Liderem we wdrażaniu koncepcji GOZ i recyklingu pozostają kraje skandynawskie, głównie Szwecja. Polska wciąż ma jeszcze przed sobą daleką drogę do pokonania, ale być może wprowadzone niedawno zmiany w przepisach okażą się krokiem ku lepszemu zrozumieniu idei gospodarki cyrkularnej.

Nowelizacja ustawy o gospodarowaniu odpadami

Od września 2018 r. w Polsce obowiązuje nowelizacja ustawy o odpadach, której wprowadzenie ma pomóc w odpowiedzialnym gospodarowaniu odpadami. Zmiany nie dotyczą jedynie, jak mogłoby się wydawać, firm odbierających i składujących odpady, ale również tych przedsiębiorstw, które odpady wytwarzają i mają na to pozwolenie. Zgodnie z nowelizacją spoczywa na nich między innymi obowiązek:

  • monitoringu w czasie rzeczywistym miejsca magazynowania lub składowania odpadów,
  • sporządzenia operatu przeciwpożarowego w przypadku pozwolenia na wytwarzanie i magazynowanie odpadów palnych.

Konieczność wskazania miejsca i sposobu magazynowania oraz rodzaju składowanych odpadów jest szczególnie istotna dla branży budowlanej. Ponadto, przedsiębiorstwa muszą określić największą masę odpadów, które mogłyby być magazynowane w tym samym czasie w obiekcie budowlanym lub jego części, jak i również całkowitą pojemność obiektu budowlanego, jego części bądź innego miejsca trzymania odpadów[2].

Aby wymóc na podmiotach stosowanie się do regulacji, wprowadzono również:

  • restrykcyjne kontrole inspektorów, którzy nie muszą powiadamiać przedsiębiorców o planowanej kontroli,
  • nowe kary pieniężne za prowadzoną działalność bez numeru rejestrowego na sporządzanych dokumentach.

Branża budowlana a GOZ

Szacuje się, że sektor budowlany generuje aż połowę odpadów wytwarzanych na świecie. W Polsce to około 1/3 wytwarzanych odpadów, kolejne 30% to odpady z górnictwa i energetyki, a tylko 7-8% to odpady komunalne[3].

Każdy etap życia budynku – budowa, użytkowanie czy likwidacja – wiąże się z powstawaniem dużej ilości odpadów. Wiele z nich można wprowadzić ponownie do obiegu, w tym wykorzystać po raz kolejny w budownictwie. Jest to zgodne z ideą gospodarki obiegu zamkniętego (circular economy), która wszelkie powstałe odpady traktuje jako cenne surowce, które można poddać recyklingowi i ponownie wykorzystać w kolejnym cyklu życia.

Gospodarka obiegu zamkniętego stanowi nie tylko jeden z ważniejszych trendów we współczesnej gospodarce, ale działanie zgodne z jej założeniami staje się wymogiem prawnym w wielu sektorach, również budowlanym. Można zakładać, że wdrażanie założeń gospodarki cyrkularnej przyczyni się do wzrostu innowacyjności i rozwoju nowych technologii, po które będą sięgać deweloperzy i architekci i które znajdą swoje zastosowanie w budownictwie. Ekologiczne budownictwo może stać się ważnym aspektem i odpowiedzią na wyczerpywanie się surowców naturalnych, wzrost ich cen oraz zanieczyszczenie i eksploatację środowiska. Już dziś wiele firm deweloperskich i budowlanych prowadzi ciekawe inicjatywy wspierające ochronę środowiska poprzez zmniejszanie liczby odpadów, wykorzystywanie surowców wtórnych, ale również prowadząc działania edukacyjne, wspierając NGO’s czy aktywizując lokalne społeczności. Niestety wiele z tych inicjatyw nie jest znanych szerszej publiczności, a z wielu powodów warto je pokazać.

#1 PROEKOLOGICZNE DZIAŁANIE TO INWESTYCJA W WIZERUNEK

Inwestycje w ekologiczne rozwiązania nie tylko realizują założenia polityki CSR, ale również silnie przekładają się na wizerunek firmy. Proekologiczny sposób działania czy poszukiwanie nowych przyjaznych środowisku rozwiązań może stać się ważnym wyróżnikiem firmy w relacjach z klientami, kontrahentami, ustawodawcą czy lokalnymi społecznościami. Aby podejmowane działania realnie wpłynęły na wizerunek firmy, kluczowa jest spójność i atrakcyjność komunikacji, która wyróżni się na tle konkurentów i zwróci uwagę odbiorców. To istotne i wbrew pozorom niełatwe ze względu na fakt, że firmy komunikują się w wielu kanałach jednocześnie.

#2 EKOLOGIA TO WAŻNE NARZĘDZIE REALIZACJI STRATEGII KOMUNIKACJI

Kwestie związane z ekologią czy zrównoważonym rozwojem są elementem niemal każdej strategii komunikacji. Kluczowe jest przełożenie ich na właściwe narzędzia, które będą tę strategię realizowały. Aby promować swoje programy, warto wykorzystać narzędzia nie tylko z obszaru public relations, ale również content marketingu oraz komunikacji wizualnej – wideo, animacje, grafiki. Warto również włączyć w komunikację przyszłych mieszkańców na przykład poprzez zaproszenie do wspólnego dzielenia się swoimi pomysłami w formie konkursów czy hackatonów. Takie inicjatywy często okazują się niezwykle cennym źródłem pomysłów i inspiracji i polem do budowania relacji z potencjalnymi klientami.

#3 EKOLOGIA JAKO ELEMENT EMPLOYER BRANDING

Z każdym rokiem komunikacja wartości proekologicznych jest coraz silniej widoczna w komunikacji firm jako pracodawców. To ważne dla wielu pracowników, szczególnie tych najmłodszych, dla których poszanowanie środowiska jest stylem życia i nieodłączną wartością w codziennych wyborach. Warto podkreślać w komunikacji do pracowników ekologiczne aspekty działania, wprowadzane rozwiązania i innowacje czy plany w tym zakresie. Obserwując rynek pracowników, możemy założyć, że w niedługim czasie ekologiczne działanie nie będzie już ciekawym wyróżnikiem pracodawcy, ale warunkiem koniecznym w oczach kandydata do pracy.

Znaczenie działań ukierunkowanych na ekologię i skierowanych do różnych grup interesariuszy potwierdza ubiegłoroczna edycja festiwalu w Cannes, podczas której większość najbardziej prestiżowych nagród zdobyły kampanie dotyczące właśnie ekologii. Wykorzystanie ekologicznego trendu w komunikacji może pomóc firmie dotrzeć do konsumenta, który, jak pokazują wyniki badania, chce mieszkać w „zielonych” domach i mieszkaniach, ale również szeroko rozumianego otoczenia spółki – partnerów biznesowych, inwestorów, decydentów.

W sektorze budowlanym dzieje się wiele dobrego, jeśli chodzi o surowce wtórne. Firmy na polskim rynku proponują rozwiązania w tym zakresie, natomiast często barierą w ich zastosowaniu jest brak wiedzy po stronie decydentów, co skutkuje nieadekwatnymi rozwiązaniami prawnymi, ale także wśród firm w całym łańcuchu dostaw. Pokazuje to, że istnieje potrzeba szerszej debaty odnośnie wykorzystania surowców wtórnych w szerokim gronie interesariuszy. Mamy nadzieję, że coraz więcej firm będzie włączało się w tą dyskusję.

Metodologia badania

Badanie zrealizowane na zlecenie On Board Think Kong w dniach 2-4.10.2018 r. przez agencję SW RESEARCH metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W badaniu wzięło udział 1154 Polaków będących powyżej 18 roku życia.

[1] https://plgbc.org.pl/odpady/ [dostęp: 8.03.2019 r.]

[2] http://orka.sejm.gov.pl/proc8.nsf/ustawy/2661_u.htm [dostęp: 12.03.2019 r.]

[3] https://plgbc.org.pl/odpady/ [dostęp: 8.03.2019 r.] Zobacz także: https://www.portalsamorzadowy.pl/gospodarka-komunalna/gospodarka-obiegu-zamknietego-to-rewolucja-takze-dla-biznesu,102544.html [dostęp: 13.03.2019 r.]

Polskie domy maklerskie masowo tracą klientów na rzecz zagranicznych brokerów

Interwencja produktowa ESMA nie poprawiła wyników inwestorów na rynku OTC. Polskie domy maklerskie masowo tracą klientów na rzecz zagranicznych brokerów, którzy oferują lepsze warunki transakcyjne.

Interwencja produktowa ESMA na unijnym rynku OTC nie poprawiła wyników inwestorów – obecnie aż 36% traderów deklaruje, iż notują gorsze wyniki z inwestycji. W związku z arbitrażem regulacyjnym krajowe domy maklerskie tracą klientów – co drugi doświadczony inwestor przeniósł już swój rachunek maklerski do brokerów spoza Unii Europejskiej, którzy oferują lepsze warunki transakcyjne, w tym wyższą dźwignię. To wyniki pierwszego Badania wpływu interwencji produktowej ESMA na inwestorów przeprowadzonego przez Izbę Domów Maklerskich.

Po wprowadzeniu interwencji produktowej ESMA, aż 80% inwestorów osiąga takie same lub gorsze wyniki z inwestycji na rynku OTC. Co drugi doświadczony inwestor przeniósł swój rachunek maklerski poza Unię Europejską. Naraża to krajowych klientów na większe ryzyka inwestycyjne związane z korzystaniem z oferty podmiotów spoza nadzoru KNF. Jeżeli nie podejmiemy zdecydowanych kroków w celu poprawy konkurencyjności krajowej branży maklerskiej, może dojść do marginalizacji tej istotnej części rynku finansowego w Polsce na korzyść zagranicznych podmiotów, mówi Marek Wołos, ekspert Izby Domów Maklerskich ds. rynków OTC.

BEZ POPRAWY WYNIKÓW INWESTORÓW NA RYNKU OTC PO WDROŻENIU INTERWENCJI ESMA

1 sierpnia 2018 r. europejski regulator ESMA wprowadził na rynek OTC interwencję produktową, która m.in. znacząco obniżyła poziom dźwigni finansowej dostępnej dla inwestorów indywidualnych. Dźwignia finansowa stanowi największą zaletę inwestowania na rynku forex. Według 66,4% ankietowanych pożądany poziom lewara dla najpopularniejszych instrumentów CFD to 100:1.

W wyniku wprowadzonych zmian, aż 11% traderów przestało inwestować na rynku forex. Po wprowadzeniu interwencji wyniki 36% inwestorów pogorszyły się, a 47% traderów nie zauważyło zmian wyników swoich inwestycji.

POGORSZENIE WARUNKÓW TRANSAKCYJNYCH DLA KLIENTÓW – ARBITRAŻ REGULACYJNY – ODPŁYW KLIENTÓW DO BROKERÓW POZA UE

Połowa aktywnych i doświadczonych traderów, po wprowadzeniu interwencji produktowej ESMA, zdecydowała o przeniesieniu swojego rachunku maklerskiego do kraju spoza Unii Europejskiej.

Wprowadzone przez ESMA przepisy przyczyniły się do migracji inwestorów do krajów spoza UE. Ucieka najbardziej aktywny klient – inwestor świadomy i doświadczony, akceptujący podwyższone ryzyko w zamian za możliwość osiągnięcia wysokich zysków. Tego typu klienci nie są w stanie skalibrować swoich strategii do wymogów narzuconych przez ESMA, mówi Marek Wołos.

Powodem przeniesienia rachunku maklerskiego do krajów nie objętych interwencją produktową ESMA dla 99,6% inwestorów była możliwość wykorzystania wyższej dźwigni finansowej. Wśród powodów, dla których inwestorzy decydowali się na zmianę brokera na zarejestrowanego w innym państwie Unii Europejskiej wskazywano możliwość uzyskania w tym państwie statusu klienta profesjonalnego, a co za tym idzie możliwość wykorzystania wyższego lewara. W związku z krajową interpretacją wartości transakcji, uzyskanie w Polsce statusu klienta profesjonalnego jest trudniejsze niż w innych krajach UE. Krajowe firmy inwestycyjne, odwrotnie do zagranicznych, zobowiązane są do traktowania wartości depozytu zabezpieczającego jako wartość transakcji.

KRAJOWI BROKERZY I ZMIANY, KTÓRE ZWIĘKSZAJĄ BEZPIECZEŃSTWO INWESTORÓW

Krajowe domy maklerskie wiedzą jakie znaczenie dla ochrony interesów klientów ma ich edukacja oraz przekazywanie rzetelnych informacji o produktach dostępnych na rynku finansowym. Dlatego już w 2017 r. IDM opracował Standardy w zakresie dobrych praktyk komunikacji i działań marketingowych na rynku OTC.

Na długo przed obowiązywaniem interwencji produktowej ESMA, krajowe firmy inwestycyjne wprowadziły także ochronę przed ujemnym saldem na rachunkach maklerskich swoich klientów.

84% inwestorów popiera wprowadzenie zabezpieczenia przed ujemnym saldem na rachunku maklerskim, a 40% traderów wprowadzenie ujednoliconego ostrzeżenia o ryzyku. To potwierdza, że kierunek działań krajowych domów maklerskich w celu zwiększenia bezpieczeństwa inwestorów na krajowym rynku OTC był dobry, podkreśla ekspert IDM.

***

Badanie zostało zrealizowane przez Izbę Domów Maklerskich we współpracy z portalem Comparic.pl. Ankietę przeprowadzono w dniach 20 lutego – 12 marca br. Kwestionariusz składał się z 12 pytań, których celem było sprawdzenie, jak na rynek OTC wpłynęła interwencja produktowa ESMA. W badaniu udział wzięło 459 inwestorów, z których 66,8% inwestuje na rynku forex więcej niż 2 lata i przeznacza na to środki do 10 tys. zł.

Gdzie Ci programiści? Prawdziwi tacy…

Unia Europejska zmaga się z niedoborem specjalistów w dziedzinie programowania.  Najnowsze szacunki mówią, że chodzi o ponad pół miliona wakatów. Chętni do pracy są, ale często ich umiejętności nie idą w parze z oczekiwaniami pracodawców.

Programiści to najlepiej zarabiająca grupa spośród wszystkich speców w branży IT. Zaczynając pracę po studiach można liczyć na zarobki w wysokości 3000 zł, im dłuższy staż w zawodzie tym wyższa pensja, sięgająca nawet 20 000 zł. Bardzo kusząca perspektywa.

Według ostrożnych szacunków, do 2020 r. deficyt programistów w Polsce wyniesie 50 000, w Europie – 900 000. Remedium na te braki może być rynek bootcampów. W naszym kraju jego wartość jest szacowana na 50 mln zł i rośnie w tempie 100% rocznie. Dla porównania, światowy rynek nauki programowania wart jest przeszło 450 mln dolarów. Podczas nauki wykorzystywana jest funkcja trenera-mentora, który czuwa nad wykonywaniem zadań i pomaga w sytuacjach problemowych. Szkolenie zazwyczaj odbywa się w trybie online. Taka forma sprzyja edukacji osób, które są dopiero na początku swojej drogi programisty.

Z debetem na rynku programowania zmagają się m.in. kraje skandynawskie. Jest to o tyle zaskakujące, że zazwyczaj Szwecja, Norwegia, Finlandia i Dania znajdują się w czołówce zestawień krajów pod kątem poziomu edukacji i warunków do rozwijania biznesu. W Finlandii już teraz brakuje 7 000 programistów. Do 2020 roku ta liczba się podwoi. W Danii szacuje się, że do 2030 roku będzie 30 000 wakatów w branży IT. Paradoksalnie nie zraża to gigantów biznesu, takich jak Uber, Microsoft i IBM, którzy bardzo chętnie rozwijają swoje placówki na północy Europy. W czym więc problem? Skandynawski system szkolnictwa wyższego nie jest w stanie „wyprodukować” odpowiedniej liczby specjalistów. Każdego roku fińskie uczelnie o profilu informatycznym i technologicznym kończy około 1100 absolwentów. Tylko 1/3 z nich specjalizuje się w tworzeniu oprogramowania. Ponadto 30% studentów Politechnik w Finlandii to obcokrajowcy, którzy po obronieniu dyplomu zazwyczaj wracają do swoich krajów.

Braki w branży IT to nie tylko przypadłość Starego Kontynentu. W Stanach Zjednoczonych programiści od 10 lat są w czołówce listy najbardziej poszukiwanych pracowników. Według raportu firmy Forrester amerykańscy pracodawcy chcąc skusić odpowiednio wykwalifikowanych programistów oferują im o 20% wyższe zarobki niż obowiązujące stawki rynkowe. Problemem, podobnie jak w Skandynawii, jest brak odpowiednio wykwalifikowanych kadr. Kandydatom brakuje doświadczenia zawodowego, odpowiednich umiejętności i kompetencji, a ich wymagania finansowe są bardzo wysokie.

Wróćmy na nasz grunt. Według Komisji Europejskiej w Polsce brakuje obecnie od 30 do 50 tys. programistów. Wakaty czekają zarówno w dużych korporacjach branży IT jak i mniejszych firmach budowanych przez polskich speców od informatyki. Jesteśmy firmą hostingową, która mieści się w Częstochowie i dla nas problem braku specjalistów jest odczuwalny na każdym kroku. Większość naszych pracowników zatrudniana jest zdalnie ponieważ okazało się, że praktycznie niemożliwe jest pozyskiwanie fachowców lokalnie. Dotyczy to programistów, administratorów serwerów i technicznej obsługi klienta. Większość dobrze rokujących młodych ludzi wyjeżdża do ośrodków akademickich gdzie rozwijają swoje umiejętności i zdobywają doświadczenie. Zazwyczaj kończąc naukę mają już interesującą pracę i nie wracają w rodzinne strony – komentuje Bartosz Gadzimski, właściciel firmy hostingowej Zenbox.

Kolejnym wyzwaniem są potentaci działający m.in. w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu czy Krakowie i stawki wynagrodzenia, które proponują. Korporacje zazwyczaj są wstanie zaoferować dwa razy więcej pieniędzy za podobne stanowisko. Co więc zrobić, aby ten niekorzystny trend zmienić? Doraźnie można zatrudniać ludzi zdalnie. To wtedy firma z mniejszego ośrodka miejskiego musi przeorganizować swoje zarządzanie i system pracy dostosowując się do pracownika. Taki trend to również odpowiedź na pokolenie Millenialsów, które jest wygodne – im taki system pracy po prostu bardzo pasuje. Dostrzegam też metodę długofalową. Stawiałbym na uruchamianie wewnętrznych procesów pomagających jak najwcześniej lokalnie wyłapywać tych najzdolniejszych. Mam tu na myśli młodych ludzi po liceach i na początku studiów. Zdaje sobie sprawę, że to bardzo wcześnie i takie działanie raczej przypomina sportowy scouting niż rynek pracy, ale musimy mieć z tyłu głowy myśl, że sensowne osoby w tej branży już na trzecim roku studiów podejmują zatrudnienie. Później jest bardzo trudno ich przechwycić – podsumowuje Gadzimski. Według najnowszego raportu firmy rekrutacyjnej Michael Page 2/3 specjalistów IT stawia na pracę zdalną. Choć w Polsce formuła takiego wykonywania swoich obowiązków wciąż nie jest tak powszechna jak na Zachodzie, z badań wynika, że co trzeci ankietowany (33 proc.) korzysta z tego przywileju co najmniej cztery razy w miesiącu, a 35 proc. nie pojawia się w biurze średnio raz w miesiącu bądź rzadziej. Z badań przeprowadzonych przez szwajcarską firmę IWG wspierającą m.in. wydajność w przedsiębiorstwach wynika, że model, który dla wielu pracodawców jeszcze niedawno był nie do zaakceptowania, powoli staje się standardem. Po przebadaniu 18 tys. osób z niemal stu międzynarodowych przedsiębiorstw okazało się, że ponad połowa z nich może pracować z domu przez większość tygodnia.

Firmy IT coraz chętniej inwestują w tworzenie platform e-learningowych wspomagających rozwój młodych programistów. To jednocześnie narzędzie dla pracodawców do pozyskiwania dobrze rokujących na przyszłość studentów, uczniów i licealistów. Systemy pozwalają na uporządkowany i obiektywny pomiar, za pomocą sztucznej inteligencji, poziomu kwalifikacji zawodowych oraz ogólnych kompetencji, takich jak szybkość uczenia się, umiejętność pracy w zespole i zarządzania czasem.

Komisja Europejska prognozuje, że w Polsce (obok Francji i Portugalii) w ciągu najbliższych dwóch lat powstanie najwięcej stanowisk pracy w branży IT. I choć liczba specjalistów technologii informacyjnych wzrosła w ciągu ostatnich czterech lat o 15% to według branżowych ekspertów nawet w bardzo optymistycznym scenariuszu dopiero ok. 2030 r. w Polsce uda się załatać lukę związaną z niedoborem programistów. Nawet jednak w tym scenariuszu jest ważne zastrzeżenie. Do tego czasu nie może drastycznie wzrosnąć globalne zapotrzebowanie na polskich specjalistów.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. podsumowała wyniki za 2018 r.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., zakończyła 2018 r. skonsolidowanym zyskiem netto w wysokości ponad 1,06 mln zł wobec 0,87 mln zł rok wcześniej. Grupa Kapitałowa rozwija spółki wchodzące w jej skład i poprzez wzrost wszystkich segmentów biznesowych utrzymuje dywersyfikację źródeł przychodów.

Spółka wypracowała w 2018 r. wysoki zysk na poziomie skonsolidowanym dzięki dynamicznemu rozwojowi poszczególnych obszarów biznesowych. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. realizuje plan ekspansji w zakresie nabywania wierzytelności masowych i jak dotąd zakupił pakiety wierzytelności konsumenckich o łącznej wartości nominalnej w kwocie ponad 20,86 mln zł. W ramach outsourcingu windykacyjnego wierzytelności masowych Emitent obsługuje pakiety o wartości nominalnej sięgającej 21,1 mln zł. Z kolei wartość nominalna obsługiwanych usługowo przez Spółkę wierzytelności B2B wynosi 99,61 mln zł. W ten sposób całkowita wartość posiadanych oraz obsługiwanych na zlecenie pakietów wierzytelności przekracza 141 mln zł, co świadczy o znaczącej pozycji Grupy WEC w tej branży. Zarząd Spółki będzie dążył do utrzymania wzrostu wszystkich segmentów działalności przy zachowaniu bezpiecznego modelu finansowania.

„Wyniki finansowe osiągnięte przez Spółkę i całą Grupę Kapitałową potwierdzają jej stabilny rozwój. Rok 2018 był rokiem intensywnego rozwoju segmentu windykacji wierzytelności masowych w Spółce, co przejawiało się inwestycjami w zakupy portfeli i miało na celu pozyskanie jak najlepszej bazy do działań w kolejnych latach. Dysponując aktualnie wierzytelnościami masowymi o wartości 21 mln zł, Spółka będzie dążyła do zwiększenia przychodów w tym obszarze działalności. Jednocześnie łączna wartość 141 mln zł obsługiwanych wierzytelności stawia Spółkę w rzędzie znaczących w skali kraju podmiotów zarządzających wierzytelnościami.” – ocenia Remigiusz Brzeziński, Prezes Zarządu Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. rozwija również segment usług faktoringowych oraz pożyczek i zanotowała w tym obszarze w 2018 r. przychody w kwocie ponad 505 tys. zł. Poprzez rozwijanie wielu obszarów biznesowych Spółka przekształciła się z podmiotu windykacyjnego w Grupę Kapitałową świadczącą komplementarne usługi dla firm m.in. prawne, księgowe, audytorskie finansowe. Emitent chce nadal umacniać swoją pozycję rynkową w branży dzięki efektywnemu wykorzystaniu posiadanego potencjału oraz rozszerzaniu współpracy z nowymi partnerami. Dla Zarządu Spółki bardzo istotna pozostaje kooperacja pomiędzy podmiotami wchodzącymi w skład Grupy Kapitałowej, która pozwala na wykorzystanie efektów synergii.

„Jako Grupa będziemy dalej dywersyfikować źródła przychodów w celu zapewnienia zrównoważonego rozwoju. Zwiększając komplementarność świadczonych usług jesteśmy dla naszych klientów coraz bardziej atrakcyjnym partnerem, co uważamy, że znajdzie dalsze przełożenie we wzroście przychodów całej Grupy w roku 2019 i w kolejnych latach.” – zakończył Prezes Brzeziński.

Pierwszy kwartał tego roku obfituje w ważne zdarzenia biznesowe dla Spółki. Zawarła ona ostatnio umowę zakupu wierzytelności z tytułu niewypowiedzianych pożyczek z podmiotem z branży usług pożyczkowych i sprzedaży ratalnej. Ich całkowita wartość przekracza 8.690 tys. zł, a szczegółowe warunki umowy są standardowe dla tego typu transakcji. Jest to zarazem pierwsza firma pożyczkowa, która nawiązała współpracę z Emitentem.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. cały czas rozszerza działalność w zakresie obsługi wierzytelności pozyskując nowe pakiety z kolejnych branż. Na początku marca br. Spółka podpisała umowę na zakup wierzytelności konsumenckich od operatora telefonii komórkowej o łącznej wartości nominalnej wynoszącej ponad 0,3 mln zł. Jest to także pierwszy podmiot z branży telekomunikacyjnej, który zdecydował się na współpracę z Emitentem.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. otrzymała również od podmiotu działającego w sektorze energetycznym, z którym rozpoczęła współpracę w grudnia 2018 r., zlecenia na obsługę windykacyjną wierzytelności z segmentu B2B na kwotę ok. 6,8 mln zł. Spółka z tytułu świadczenia usług otrzyma wynagrodzenie prowizyjne na każdym etapie postepowania, a na etapie sądowym oraz egzekucyjnym koszty zastępstwa procesowego.

W tym roku Emitent zawarł już kilka istotnych umów. Można do nich zaliczyć m.in. umowę na obsługę windykacyjną wierzytelności z tytułu niedopełnienia przez podróżnych obowiązku uiszczenia należności przewozowych. Całkowita wartość obsługiwanego pakietu przekracza 18,7 mln zł. Spółka na początku tego roku dokonała także nabycia wierzytelności z tytułu opłat dodatkowych od podmiotu z branży kolejowej, których całkowita wartość nominalna przekracza 1.777 tys. zł.

W listopadzie 2018 r. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. terminowo wykupiła zabezpieczone obligacje serii A, których łączna wartość nominalna wynosiła 823 tys. zł. Wykup obligacji został sfinansowany przez Spółkę ze środków własnych. Kapitał pozyskany z emisji obligacji serii A został przeznaczony w całości na finansowanie zakupu nieprzeterminowanych wierzytelności gospodarczych sektora B2B.

Nowe daty, stary bałagan, dotkliwe skutki uboczne

Komisja Europejska wyznaczyła Wielkiej Brytanii nowe terminu na rozstrzygnięcia kwestii brexitu, jednak prócz tego, że pod koniec tego miesiąca brexit nie wystąpi, cała reszta pozostaje niewiadomą. Funt w żadnym razie nie jest w pozycji, by reagować pozytywnie. Gdzie indziej przecena dolara nie ruszy, jeśli EUR/USD nie nada kierunku, a ten zostaje dziś strącony przez szokujący PMI z Niemiec.

Komisja Europejska zgodziła się na odroczenie brexitu do 22 maja 2019 r., by dać Wielkiej Brytanii czas na implementację przepisów brexitu, pod warunkiem jednak, że Izba Gmin zaakceptuje plan May. Jeśli brytyjski parlament odrzuci w przyszłym tygodniu wersję porozumienia, odroczenie zostanie skrócone do 12 kwietnia. Wtedy Wielka Brytania będzie miała dwa wyjścia: bezumowny brexit albo przeprowadzenie wyborów do Europarlamentu i odroczenie o kolejne 9 miesięcy. Tak naprawdę rynek widzi tylko dłuższe odroczenie, gdyż nie ma złudzeń, aby May udało się przeforsować swój plan, który wcześniej dwukrotnie został odrzucony ogromna ilością głosów. Każde oddalenie tragicznego brexitu jest pozytywną informacja dla GBP, ale czy rzeczywiście jest to podstawa do kupna. Uważam, że nie. Chaos, jaki zgotowali brytyjscy politycy, podnosi tyko ryzyko, że w kolejnych dniach pojawi się nowy pomysł, jak jeszcze bardziej skomplikować proces decyzyjny. Jakkolwiek brexitowcy nie chcą bezumownego rozstania z UE, nie chce też przystać na warunki aktualnego porozumienia, ale tak samo nie chcą przeciągać negocjacji w nieskończoność z ryzykiem anulacji całego procesu. Problem w tym jednak, że nie ma czwartej drogi (na razie). Jeśli premier May przegra ponownie głosowanie, będzie musiała się zwrócić do parlamentu z zapytaniem, czego politycy chcą po 12 kwietnia? Kalka wniosków z serii głosowań z ubiegłego tygodnia wydaje się nieuzasadniona. Stąd premia za ryzyko ujęta w GBP musi pozostać.

Ktoś może uznać, że zawsze istnieje szansa na złagodzenie stanowiska przez unijnych liderów, choć mama wrażenie, że jest odwrotnie i cała sprawa przyprawia ich o dodatkową frustrację. A dziś ta frustracja raczej wzrośnie, gdyż najnowsze dane z Euroland wysyłają jasny przekaz, że zamieszanie wokół brexitu szkodzi europejskiej gospodarce. Wstępne szacunki marcowych indeksów PMI odkrywają ponury obraz przemysłu, a komentarz do danych wskazuje, że jednym z kluczowych problemów jest niepewność wokół brexitu. Dane też przywracają uśpione obawy o perspektywy globalnego ożywienia i nie tylko są ciosem dla EUR, ale ogólnie dla ryzyka. EUR/USD wrócił do 1,13 (150 pipsów niżej od szczyt po Fed), a za nim w dół ciągną inne crossy z dolarem, gdyż nawet pomimo gołębiej decyzji Fed USD wciąż jest walutą pierwszego wyboru w momentach wzrostu awersji do ryzyka. Jeśli gołębiość będzie trendem dla wszystkich głównych banków centralnych, to netto USD wygrywa relatywnie wyższymi stopa procentowymi. Odwrót od dolara będzie trwały, jeśli globalna gospodarka pokaże odbicie do dołka i da podstawy do rajdu ryzyka. Dziś nic na to nie wskazuje.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zmiany w prawie 2019 – najkorzystniejsze i najbardziej problematyczne zdaniem przedsiębiorców

Aż 94% mikroprzedsiębiorców ankietowanych przez inFakt deklarowało, że wprowadzone w 2018 roku zmiany prawne nie wywarły wpływu na prowadzenie przez nich działalności gospodarczej. Czy zatem nowe rozwiązania dostępne od 2019 roku, takie jak ZUS od przychodu lub rozliczanie wynagrodzenia współmałżonka w kosztach działalności, ułatwią życie polskim przedsiębiorcom?

NAJLEPSZE ZMIANY PRAWNE 2019

Najlepiej oceniane zmiany prawne 2019Największe nadzieje pokładane w ZUS od przychodu

Najwięcej przedsiębiorców, którzy wzięli udział w badaniu przeprowadzonym przez inFakt, firmę oferującą nowoczesne rozwiązania księgowe, pozytywnie ocenia wprowadzenie możliwości wyliczania składek ZUS w zależności od przychodu oraz uwzględnienie wynagrodzenia małżonka w kosztach działalności gospodarczej.

Trzeba jednak pamiętać, że ZUS od przychodu nie jest rozwiązaniem adresowanym do wszystkich. Ustawodawca zastosował sporo wykluczeń, jak np. limit przychodu 63 000 zł netto w skali roku czy limit czasu prowadzenia działalności (ze składek od przychodu mogą skorzystać jedynie osoby, które w roku wcześniejszym prowadziły działalność przynajmniej przez 60 dni; poza tym przelicza się go proporcjonalnie do liczby dni prowadzenia działalności w ciągu roku, jeśli była ona prowadzona tylko przez pewien czas).

Wynagrodzenie małżonka w kosztach

Kolejna dobrze oceniana nowość dotyczy wynagrodzeń członków rodziny. Mianowicie od 2019 r. można w kosztach działalności rozliczyć wynagrodzenie małżonka i małoletnich dzieci. Do tej pory nie było to możliwe. Ustawodawca wskazał, że wynagrodzenie musi być wypłacone i otrzymywane na podstawie np. umowy o pracę lub zlecenie, w której określona jest jego wysokość. Jeśli wynagrodzenie nie zostanie wypłacone, to przedsiębiorca nie będzie mógł tego kosztu rozliczyć. Co ważne, ustawodawca nie wskazał, w jaki sposób ma być wypłacane. Można zatem małżonkowi wypłatę przekazać na konto lub do rąk własnych – przy czym przy wypłacie gotówkowej należy mieć potwierdzenie odebrania środków np. podpis pracownika – małżonka na liście płac.

Elektroniczne dane osobowe

Co piąty badany uznał, że korzystną zmianą jest możliwość prowadzenia elektronicznej dokumentacji pracowniczej, w tym akt pracowniczych. Jest to zmiana, która ma na celu głównie ograniczenie kosztów pracy. Do tej pory pracodawcy musieli bowiem gromadzić znaczne ilości papierowych dokumentów w zabezpieczonych biurach lub archiwach, co generowało dodatkowe koszty działalności. W dodatku według nowych przepisów można będzie skrócić czas przechowywania tych dokumentów z 50 do 10 lat. Będzie to możliwe w przypadku pracowników zatrudnionych u danego pracodawcy od 1 stycznia 1999 r. do 31.12.2018 włącznie. Warunkiem skrócenia okresu przechowywania jest dostarczenie do ZUS dwóch dokumentów: ZUS OSW oraz ZUS RIA. W przypadku pracowników zatrudnionych od 1 stycznia 2019 r. z automatu będzie obowiązywał dziesięcioletni okres.

Jednorazowe rozliczenie straty poniżej 5 milionów złotych

Od 2019 r. istnieje możliwość jednorazowego rozliczenia straty, której wartość nie przekracza 5 mln złotych. Opcja ta będzie dostępna dla strat wygenerowanych od 2019 r, co oznacza że straty z lat poprzednich będą rozliczane na dotychczasowych warunkach – minimum przez 2 lata, maksymalnie przez 5 lat. Jeśli podatnik w 2019 r. wygeneruje stratę w wysokości 6 mln, to w 2020 r. będzie mógł rozliczyć maksymalnie stratę w wysokości 5 mln. Pozostała kwota (1 mln) podlega rozliczeniu w pozostałych latach – minimalnie dwóch (50%), a maksymalnie w ciągu pięcioletniego okresu.

Wśród pięciu najlepiej ocenianych zmian znalazły się także nowe regulacje dotyczące rozliczania kryptowalut w działalności gospodarczej (7%), jednak więcej przedsiębiorców wskazało je jako jedną ze zmian najgorszych (11%). Warto też zauważyć, że prawie co piąty przedsiębiorca ankietowany przez inFakt żadnej z nowości prawnych nie ocenił pozytywnie.

NAJGORSZE ZMIANY PRAWNE 2019

Najgorzej oceniane zmiany prawne 2019Rozliczanie samochodów pod ostrzałem

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Najwięcej negatywnych emocji wśród przedsiębiorców wzbudziły zmiany dotyczące rozliczania pojazdów w działalności gospodarczej. Krytyce została poddana przede wszystkim zmiana limitu amortyzacji przy pojazdach osobowych (39%). – Jest to dość zaskakująca opinia, bo od 2019 r. ten limit został podniesiony z 20 000 EUR do 150 000 zł i z pewnością jest to korzystna zmiana dla podatników, którzy pojazdy amortyzują lub będą amortyzować – komentuje Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-podatkowy w firmie inFakt. – W mojej opinii niezadowolenie podatników wynika z generalnej zmiany sposobu rozliczania kosztów pojazdów. Podatnicy skupili się przede wszystkim na kwestii ograniczenia rozliczania kosztów pojazdów. Od 2019 r. większość podatników może rozliczyć 75% kosztów związanych z pojazdem. Jeszcze mniej, bo 20% kosztów pojazdu mogą rozliczać osoby, które użytkują własne pojazdy prywatne do celów działalności.

Ponadto przedsiębiorcy byli szczególnie krytyczni wobec zmian dotyczących rozliczania leasingu pojazdów w PIT (36%) oraz kilometrówki (33%). Wyniki badania pokazują również, że wiele kontrowersji budzi temat ZUS od przychodu. Z jednej strony jest to ten przepis, który przedsiębiorcy oceniają najlepiej, z drugiej strony istnieje spora grupa (21%), która ma o nim negatywne zdanie. – ZUS od przychodu został zaprezentowany jako doskonałe rozwiązanie dla zarabiających mniej. Pewnym rozczarowaniem dla przedsiębiorców były ograniczenia i dezinformacja, np. w zakresie wolnych zawodów, twórców i artystów – wyjaśnia Aneta Socha-Jaworska. – Według mnie przedsiębiorcy w tym rozwiązaniu upatrują oszczędności, bo składki mogą faktycznie być sporo niższe. W wielu przypadkach pozwoli to na zachowanie płynności finansowej firmy i to może być przez nich dobrze oceniane. Z drugiej zaś strony stresujące było to, że przerejestrowania w ZUS, aby opłacać składki od przychodu, trzeba było dokonać w terminie nieprzekraczalnym do 8 stycznia. Dla przedsiębiorców prowadzących działalność przez część roku nie lada wyzwaniem było też wyliczenie proporcjonalnego limitu przychodów.

Zmiany w rozliczeniu kryptowalut

Jak się okazuje, również rozliczanie przychodów z kryptowalut w działalności gospodarczej wzbudza wśród przedsiębiorców kontrowersje. Od 2019 roku przychody uzyskane z odpłatnego zbycia waluty wirtualnej będą zaliczane do źródła przychodów z kapitałów pieniężnych. Oznacza to, że przedsiębiorcy nie będą mogli rozliczać transakcji związanych z kryptowalutami w działalności gospodarczej. Przychody będzie trzeba wykazać w składanym zeznaniu rocznym PIT-38, którego termin złożenia mija 30 kwietnia. Z kolei przedsiębiorca, który w 2018 roku wygenerował stratę z kryptowalut w działalności gospodarczej, nie będzie miał prawa do rozliczenia straty w źródle „Kapitały pieniężne”. Oznacza to, że kryptowalut nabytych do końca 2018 roku, sprzedanych w 2019 roku, nie będzie można rozliczyć w kosztach.

Co czwarty przedsiębiorca nie wie, co go czeka w 2019 roku

Warto zauważyć, że 28% badanych przedsiębiorców stwierdziło, że nie zna żadnej z planowanych w bieżącym roku zmian. – Przedsiębiorcy koncentrują się na prowadzeniu biznesu, a te wyniki pokazują raczej, że kwestie podatkowe pozostawiają swoim księgowym – zauważa Joanna Swatowska-Rybak z firmy inFakt, kierownik badania. Wciąż zmieniające się prawo i konieczność nadążania za nowymi regulacjami jest uważane za jedno z największych obciążeń w prowadzeniu biznesu w Polsce. Deklarowało tak 44% przedsiębiorców[1]. Wygląda więc na to, że przedsiębiorcy potrzebują nie tylko dobrego prawa, ale również stabilizacji.

Metodologia badania

Badanie zostało przeprowadzone przez firmę inFakt od 18 stycznia do 2 lutego 2019 metodą CAWI (Computer Web Assisted Interviews) na reprezentatywnej grupie 673 przedsiębiorców z całej Polski.

[1] Badanie Polskiej Mikroprzedsiębiorczości, inFakt, 2018

Jak technologie komunikacyjne zmieniają banki?

Coraz rzadziej atutem danego banku będzie sama możliwość mobilnego zarządzania finansami. Do gry wejdą niuanse, szczegóły, które będą budowały doświadczenie użytkownika. Spodziewam się, że klienci będą stale podnosić poprzeczkę bankom, jeśli chodzi o funkcjonalność rozwiązań oraz komunikację – pisze Kamila Górna, dyrektor ds. Rozwoju w firmie Infobip specjalizującej się w komunikacji mobilnej.

Co z oddziałami banków?

Dawno, dawno temu, był tylko jeden sposób na obsługę klientów banku – w oddziale. Rozwój narzędzi umożliwiających zdalne bankowanie, zarówno online, jak i telefonicznie jednak poważnie zakłócił ten model. Dzisiaj ​​eksperci mają coraz więcej wątpliwości czy oddziały fizyczne w ogóle mają rację bytu?

W Wielkiej Brytanii każdego miesiąca zamyka się około 60 oddziałów banków. Podobny trend obowiązuje również w innych częściach świata. Dotyczy to zwłaszcza krajów, gdzie bankowość mobilna cieszy się największym zainteresowaniem. W Polsce centra miast wciąż są mocno nasycone placówkami bankowymi, ale czy klienci instytucji mają czas i ochotę do nich zaglądać? Spadek zainteresowania obsługą w oddziale powinien zachęcać banki do zmiany strategii. Jeśli oddziały fizyczne mają mieć przyszłość, modyfikacji musi ulec ich oferta oraz podejście do klientów, którzy je odwiedzają.

Klienci coraz częściej oczekują tej samej wygody, usług i płynnych transakcji, do których mają dostęp online. Właśnie płynność jest jedną z głównych cech charakteryzujących obsługę w kanale mobilnym. Bez kolejek, bez czekania i zbędnych nerwów. Wszystkie informacje na jedno lub dwa kliknięcia. W tym kontekście ciekawie wygląda przykład amerykańskiego banku CapitalOne, który już w 2017 roku stworzył koncepcję „Capital One Cafe”. Te placówki zdecydowanie bardziej przypominają kawiarnie niż tradycyjne odziały banków.

W ich nowoczesnych, ale przytulnych wnętrzach klienci mogą znaleźć zaawansowaną technologię, która pozwala zarządzać pełnym spektrum bankowości w jednym miejscu. Wszystko odbywa się w środowisku i warunkach, w których klienci czują się bezpiecznie i komfortowo.

Dzięki temu innowacyjnemu podejściu Capital One może kompletnie zmienić doświadczenie, które jest udziałem osób odwiedzających taki oddział. Wchodzą do środka jako klienci, a wychodzą jako przyjaciele marki i fani nowego sposobu załatwiania spraw, który jeszcze do niedawna przypominał im wizytę w urzędzie.

Czy dogadujesz się z generacją FANG?

Dzisiejsi konsumenci będący fanami technologii są często nazywani „Generacją FANG”. To skrót pochodzący od nazw 4 największych firm cyfrowych na świecie – Facebook, Amazon, Netflix i Google. Platformy te wyznaczają niezwykle wysokie standardy w zakresie cyfrowych doświadczeń użytkowników.  Te rozwiązanie działają bardzo sprawnie i wielu użytkowników oczekuje, że pozostałe marki będą oferować równie responsywną obsługę w swoich kanałach cyfrowych.

Trzech na pięciu Amerykanów korzysta obecnie z bankowości mobilnej, a 83% loguje się przynajmniej raz w tygodniu. Z kolei jak wynika z raportu PRNews.pl na koniec września ubiegłego roku liczba użytkowników bankowości mobilnej w Polsce przekroczyła 10,5 mln. W ujęciu rok do roku mówimy o wzroście o 2,2 miliona osób bankujących mobilnie.

Coraz rzadziej atutem danego banku będzie sama możliwość mobilnego zarządzania finansami. Do gry wejdą niuanse, szczegóły, które będą budowały doświadczenie użytkownika. Spodziewam się, że klienci będą stale podnosić poprzeczkę bankom, jeśli chodzi o funkcjonalność rozwiązań oraz komunikację.  Będą oczekiwać, że coraz więcej operacji będzie można wykonać online, bez konieczności odwiedzania oddziału.

Personalizacja to konieczność

Nie istnieje coś takiego, jak uniwersalna strategia komunikacji w branży finansowej. Klienci chcą, aby bank ich znał, rozpoznawał i potrafił zaoferować lepszą obsługę niż jakikolwiek inny.

Z naszych ustaleń wynika, że banki inwestujące w personalizację komunikacji mogą oczekiwać zwrotu z tej inwestycji nawet na poziomie 30-40%. Automatyzacja jest coraz bardziej wyrafinowana i może pomóc w dostarczaniu personalizowanych wiadomości na większą skalę – bez potrzeby wykonywania czasochłonnej pracy. Dostawcy rozwiązań dla firm takich jak Infobip wiedzą, że marketingowcy nie mają dużo czasu na operacyjne zarządzanie wysyłką, dlatego np. procesy na platformie mGate wykonuje się przy użyciu prostej metody „przeciągnij, upuść”.

Po co nam czatboty i sztuczna inteligencja?

Sztuczna inteligencja jest jednym z dominujących trendów technologicznych naszych czasów, a jej potencjał jest naprawdę ekscytujący. Weźmy na przykład chatboty. W dobie mediów społecznościowych i komunikacji w czasie rzeczywistym klienci oczekują doskonałej obsługi i – co najważniejsze – szybkich, a najlepiej natychmiastowych odpowiedzi. Nie mają ochoty spędzać minut i godzin na infoliniach czekając, aż ktoś podniesie telefon lub szybko załatwi ich sprawę.

Wyrafinowane narzędzia sztucznej inteligencji coraz częściej potrafią interpretować komunikaty klientów i wyświetlać najbardziej trafną odpowiedź. W kontekście bankowym służy to kilku ważnym celom; po pierwsze, daje klientom większą szansę na rozwiązanie swoich problemów i udzielenie odpowiedzi niezależnie i szybko. Po drugie, bank odciąża w ten sposób infolinię i zapobiega niepotrzebnym wizytom w oddziale zirytowanego słabą obsługą klienta.

Nadchodzi technologiczna rewolucja

Wejście w życie unijnej dyrektywy PSD2 regulującej rynek usług płatniczych to dobry przykład pokazujący, jak technologie wymuszają zmiany w przepisach. W dużym skrócie dotychczasowe regulacje bankowe nie uwzględniały nowych rozwiązań technologicznych, które rozwijają coraz prężniej działające spółki fintechowe. Nadszedł czas, aby pogłębić rynek usług finansowych i pozwolić na nim operować innym podmiotom niż banki.

Na mocy dyrektywy banki udostępnią funkcjonalne interfejsy API do swoich systemów firmom i instytucjom fintech, które zgodnie z nowymi przepisami uzyskają status TPP (Third Party Provider). Podmioty te będą mogły za zgodą klientów uzyskać wgląd w ich rachunki w bankach oraz inicjować i realizować płatności w ich imieniu.

W praktyce za pośrednictwem nie bankowych instytucji będzie można m.in. zapłacić za cyfrowe publikacje, bilety na różne wydarzenia czy miejsce parkingowe. To wszystko będzie możliwe już za niecałe pół roku. Tydzień temu polskie banki otworzyły środowiska testowe przygotowane dla TPP. Aktualnie trwają testy sprawności interfejsów, 14 września cały system zostanie uruchomiony komercyjnie.

Co to oznacza dla klientów? Wiele korzyści, ponieważ należy spodziewać się, że banki zaczną walkę z fintechami i innymi bankami o ich lojalność. Jak wiadomo ma ona swoją cenę, dlatego inwestycje w infrastrukturę oraz innowacyjne rozwiązania wydają się jeszcze bardziej konieczne.

Grupa ROBYG zakłada przyspieszenie ekspansji w 2019 r.

Grupa ROBYG w 2019 roku zamierza zwiększyć zarówno liczbę sprzedanych lokali – do około 2700, jak i przekazanych klientom – do nawet 2800-3000 jednostek. Jednocześnie wobec dynamicznie rozpoczętej sprzedaży we Wrocławiu, spółka zakłada zwiększenie swojego udziału na tym rynku oraz rozszerzanie portfolio i rozważa ekspansję do kolejnego dużego polskiego miasta. Strategia ekspansji jest odpowiedzią na potrzeby rynku i bazuje na potencjale międzynarodowego inwestora strategicznego – Bricks Acquisitions Limited – podmiotu z grupy The Goldman Sachs Group Inc.

Grupa ROBYG w 2018 roku – z uwzględnieniem rezygnacji – zakontraktowała 2520 lokali (o łącznej wartości ok. 1 mld zł.) i uwzględniła w wynikach finansowych ponad 2700 lokali.

„Grupa ROBYG odznacza się stabilnością i realizowaniem powziętych wobec rynku i klientów zobowiązań. W 2018 roku spółka zrealizowała cel sprzedażowy i rozszerzyła działalność o rynek wrocławski, którego przedsprzedaż kształtuje się coraz bardziej dynamicznie. Na podstawie analiz Grupy ROBYG, sytuacji makroekonomicznej oraz przewidywanego harmonogramu realizacji inwestycji spółka przewiduje, że rok 2019 pod względem sprzedaży, jak i przekazań lokali klientom będzie lepszy niż rok 2018.Konsekwentnie realizowane są cele strategiczne – jak chociażby ekspansja do kolejnych miast i tworzenie dużych, kompleksowych inwestycji. Biorąc pod uwagę te czynniki jesteśmy przekonani, że realne jest dalsze zwiększanie skali działalności i umacnianie pozycji na polskim rynku deweloperskim” – powiedział Oscar Kazanelson, Przewodniczący Rady Nadzorczej ROBYG SA.

Grupa ROBYG działa w Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu. ROBYG to ponad 15 lat doświadczenia, ponad 20 000 sprzedanych lokali i 60 000 zadowolonych klientów. Grupa ma mocną pozycję w kraju – obecnie w budowie ROBYG ma około 5500 lokali, a pełna oferta w Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu łącznie to ponad 2200 mieszkań, co oznacza szeroki wybór dla klientów.

Oscar Kazanelson, przewodniczący rady nadzorczej ROBYG SA.
Oscar Kazanelson, przewodniczący rady nadzorczej ROBYG SA.

„Wszystkie sygnały z rynku wskazują, że rok 2019 będzie kontynuacją trendów z 2018 roku. Obserwowane są zwyżki cen lokali mieszkalnych – związane m.in. z rosnącymi cenami gruntów i wykonawstwa, przy wciąż wysokim popycie. Jednocześnie w najbliższych miesiącach oczekiwane jest utrzymanie stóp procentowych na dotychczasowym, dość niskim poziomie – co dodatkowo zachęca do zakupów. Co istotne, dzięki kompleksowemu planowaniu Grupa ROBYG oferuje lokale w atrakcyjnych dla nabywców cenach przy zachowaniu dobrych marż” – dodaje Oscar Kazanelson.

W listopadzie 2018 roku Grupa ROBYG – zgodnie z deklaracjami – rozpoczęła działalność we Wrocławiu. W inwestycji ROBYG Jagodno – w ramach wszystkich etapów – powstanie około 50 000 m2, czyli ponad 900 mieszkań w zróżnicowanej zabudowie: kameralne szeregowce, domy atrialne i nowoczesne budynki wielorodzinne. Grupa ROBYG jest pierwszym deweloperem na rynku wrocławskim, który oferuje system Smart House w standardzie, bez dodatkowych kosztów.

Ile zarabiają absolwenci? Pensje „na start” w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu

5 700 zł brutto – to najwyższe przeciętne zarobki „na start” w woj. mazowieckim, małopolskim i dolnośląskim. Na takie pensje mogą liczyć początkujący programiści. Dane serwisu zarobki.pracuj.pl potwierdzają dobre warunki pracy w IT w tych regionach, ale także wysokie wynagrodzenia „na start” dla pracowników w innych trudnych specjalizacjach.

Pierwsze dwa lata na rynku pracy to zazwyczaj okres nabywania doświadczeń, które procentują w następnych latach. W Polsce nie brak jednak zarówno branż, w których zarobki są wyjątkowo wysokie już „na start”, jak i tych w których widać wyraźny wzrost wysokości pensji po awansie ze stanowisk juniorskich. Z okazji zakończonego niedawno Festiwalu Pracy JOBICON analitycy serwisu zarobki.pracuj.pl przyjrzeli się pod tym kątem wynagrodzeniom absolwentów w woj. mazowieckim, małopolskim i dolnośląskim. To trzy województwa, z których pochodziło najwięcej ogłoszeń na Pracuj.pl w 2018 roku.Pracuj.pl_Pensje na start_różnice Pracuj.pl_Pensje na start_porównanie

Rafał Nachyna
Rafał Nachyna,
Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl

Napływ młodych talentów do firm jest jednym z najważniejszych wyzwań pracodawców. Jak przewidują eksperci PwC, w ciągu kilku lat na naszym rynku pracy może zabraknąć 1,5 miliona osób, by zaspokoić potrzeby kadrowe przedsiębiorstw. Niedobór kadr z jednej strony, a luka kompetencyjna z drugiej – to dwa zjawiska napędzające poszukiwania talentów. Mają one także zauważalny wpływ na politykę płacową w branżach z wyraźnym deficytem kadr w tych trzech regionach
— mówi Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl.

Najwyższe pensje i wzrosty płac

Co łączy, a co dzieli badane województwa? We wszystkich trzech na najwyższe pensje „na start” mogą liczyć specjaliści od rozwoju oprogramowania. Ich wysokość jest do siebie zbliżona w każdym z nich (5500-5700 zł brutto). Podobną sytuację odnotować można np. w przypadku pensji finansistów, inżynierów czy specjalistów HR (od 100 do 300 zł różnicy między regionami). Znaczące różnice w wynagrodzeniach między woj. mazowieckim, a małopolskim i dolnośląskim ujawniają się natomiast w przypadku innych ciekawych specjalizacji: badań i rozwoju (R&D), marketingu, bankowości czy zakupów. Na przykład, w przypadku R&D mieszkańcy regionu ze stolicą w Warszawie mogą liczyć o nawet 1200 złotych więcej, niż w woj. małopolskim.

A jak wyglądają w regionach różnice między pensją „na start”, a zarobkami bardziej doświadczonych specjalistów, mających powyżej 2 lat doświadczenia zawodowego? Największe wzrosty wysokości wynagrodzeń widać znów w przypadku programowania – w woj. mazowieckim różnica wynosi aż 82%, w małopolskim – 78%, a w dolnośląskim – 68%. Spore wzrosty widoczne są w przypadku administracji IT (najwięcej – 58% w woj. dolnośląskim) i inżynierii (58% w Mazowieckim).

Warto zwrócić uwagę na doświadczonych specjalistów w kategorii internet/e-commerce (61% różnicy w Mazowieckim) czy marketingowców – w każdym z województw zarabiają oni o około połowę więcej, niż początkujący specjaliści.

Małopolskie: technologie i finanse na czele

W woj. małopolskim najwyższymi zarobkami „na start”  mogą pochwalić się eksperci od technologii, a także początkujący finansiści i bankowcy, pracownicy działów zakupów czy inżynierowie. Na najwięcej mogą liczyć przeciętnie programiści z najwyżej 2-letnim doświadczeniem – 5 500 zł brutto. W ścisłej czołówce znaleźli się administratorzy IT i pracownicy branży finansowej (4400 zł) oraz specjaliści od zakupów, inżynierowie i bankowcy (4300 zł).

Mazowieckie: BI cenione jak programowanie

A jak to wygląda w woj. mazowieckim? Najlepszymi zarobkami wśród pracowników posiadających do 2 lat doświadczenia zawodowego mogą pochwalić się w nim eksperci od technologii oraz – co ciekawe – doradztwa biznesowego. Obok programistów to właśnie początkujący specjaliści od strategii i business intelligence mogą liczyć na przeciętną pensję „na start” wynoszącą 5 700 zł brutto.  Niewiele mniejsze pensje otrzymują eksperci od doradztwa i konsultingu (5500) oraz badań i rozwoju (5300). Po 5000 zł podczas pierwszych 2 lat pracy można otrzymać w roli marketingowca, bankowca, energetyka czy specjalisty działu zakupów.

Dolnośląskie: IT, e-commerce i zakupy

W woj. dolnośląskim zestawieniu najlepiej wynagradzanych specjalizacji „na start” również dominują programiści (5700 zł brutto). Co ciekawe, na drugim miejscu uplasowali się specjaliści od internetu/e-commerce (4700 zł) – na co wpływ może mieć duża aktywność firm z tej branży w mieście. Na podium zmieściły się także administracja IT i specjaliści od procesów zakupowych (4500 zł). Niewiele niższe zarobki na początku kariery otrzymują w woj. dolnośląskim inżynierowie (4 400 zł), specjaliści od R&D czy bankowości (4300 zł) oraz marketingowcy i finansiści ( 4200 zł).

Michał Krajczewski z BM BGŻ BNP Paribas Analitykiem Roku

Michał Krajczewski, Kierownik Zespołu ds. Doradztwa Inwestycyjnego w BM BGŻ BNP Paribas
Michał Krajczewski, Kierownik Zespołu ds. Doradztwa Inwestycyjnego w BM BGŻ BNP Paribas

Michał Krajczewski, Kierownik Zespołu ds. Doradztwa Inwestycyjnego w BM BGŻ BNP Paribas otrzymał tytuł Analityka Roku i statuetkę „Byka i Niedźwiedzia”. Michał uzyskał pierwsze miejsce w rankingu analityków technicznych osiągając w 2018 r. stopę zwrotu w wysokości 52%. Wyróżnienie zostało przyznane przez redakcję „Parkietu”, która w tym roku świętuje 25-lecie tego najstarszego w Polsce dziennika gospodarczego.  Krajczewski odpowiedzialny jest za selekcję spółek w ramach usługi doradztwa inwestycyjnego. Nadzoruje także przygotowanie analiz dotyczących funduszy inwestycyjnych, produktów strukturyzowanych oraz komentarzy dotyczących bieżącej sytuacji rynkowej. Posiada międzynarodowy tytuł CFA oraz krajową licencję doradcy inwestycyjnego (nr 635).

Wypracowane metody obserwacji rynku i wyboru spółek pozwoliły na osiągnięcie trzeciego miejsca w rankingu analityków technicznych Gazety Parkiet w 2013 r  (40,7% stopy zwrotu), drugie miejsce w 2016 r. (25,0% stopy zwrotu) oraz na zwycięstwo w 2014 r.(37,8% stopy zwrotu).

Nintendo Switch napędza przychody QubicGames

O ponad 245% wzrosły przychody ze sprzedaży QubicGames w 2018 r. Bieżący rok zapowiada się równie spektakularnie. Od 17 grudnia ubiegłego roku spółka sprzedała ponad 400 000 kopii gier na Nintendo Switch, a przychody ze sprzedaży gier i praw do gier za ten okres przekroczyły 2 miliony złotych. Wraz z przypadającym w bieżącym roku 15-leciem spółki, QubicGames przedstawi strategię na najbliższe lata.

Wyraźny wzrost przychodów to efekt stopniowej transformacji z producenta gier do roli globalnego wydawcy gier premium na konsole. Dotychczas spółka wydała 20 tytułów na konsole Nintendo Switch (14 w 2018 r.), a plany na ten rok są jeszcze bardziej ambitne. – Rok 2018 r. zakończyliśmy przychodami na poziomie niespełna 3.5 mln zł, ale tak naprawdę kluczowy dla nas był okres świąteczny. Od 17 grudnia sprzedaliśmy ponad 400 000 płatnych gier w sklepie eShop, a przychody ze sprzedaży gier i praw do gier za ten okres przekroczyły 2 mln zł. To efekt dużej liczby wydanych gier jak i serii udanych promocji. Bieżący rok zapowiada się naprawdę dobrze- komentuje Jakub Pieczykolan, prezes QubicGames.

            Duża liczba sprzedanych gier oraz wprowadzenie pierwszej gry bezpłatnej, przełożył się na znaczny wzrost bazy graczy, co z kolei pomaga w pozyskiwaniu kolejnych tytułów do wydania jak sprzedaż samych gier. – Szacujemy, że obecnie gry wydane przez QubicGames na Nintendo Switch posiada około miliona unikalnych graczy – podkreśla prezes.

W najbliższych tygodniach QubicGames przedstawi strategię na najbliższe lata. – Kończymy prace z tym związane i przekażemy je rynkowi już w kwietniu. Ponadto w związku z 15 – leciem szykujemy również sporo niespodzianek dla graczy – zapowiada Jakub Pieczykolan.

Prywatna opieka medyczna pozwala zaoszczędzić pracodawcom nawet 1004zł

1004 zł – tyle można zaoszczędzić na kosztach choroby pracowników w skali roku zapewniając im wysokiej jakości kompleksową opiekę zdrowotną, wynika z najnowszego raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2013-2017” przygotowanego przez Medicover Polska. Jest to kwota o 278 zł wyższa w porównaniu z danymi z poprzedniego raportu. Ponad ¾ tej kwoty można uzyskać dzięki inwestycjom w terapię infekcji dróg oddechowych oraz bólów pleców dolegliwości generujących największe wydatki na leczenie wśród osób czynnych zawodowo.

To już piąta odsłona raportu prezentującego stan zdrowia pracujących Polaków. Tegoroczna analiza objęła ponad 295 000 osób w wieku 18-67 lat, z czego 40 proc. stanowiły osoby pomiędzy 30. a 39. rokiem życia. Raport pokazuje konieczność inwestowania w zdrowie osób aktywnych zawodowo, których problemy zdrowotne niosą ze sobą ryzyko obniżenia wydajności pracy, a co za tym idzie rosnące koszty pracodawcy – komentuje Artur Białkowski, wiceprezes zarządu Medicover Polska.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w czwartym kwartale 2017 roku, liczba osób zatrudnionych w Polsce przekroczyła 17 mln. W oparciu o te dane autorzy raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2013-2017” wyliczyli, że można zaoszczędzić przeszło 15,6 mld zł rocznie, gdyby umożliwić pracownikom dostęp do koordynowanej opieki ambulatoryjnej. To wzrost w porównaniu
z poprzednim raportem o 4,6 mld zł.

Wyniki dobitnie pokazują, że oszczędności pracodawcy, mogą z tego tytułu wynosić niemal 28 proc. więcej, w porównaniu z poprzednim raportem przybliżającym perspektywę 2012-2016 – dodaje Artur Białkowski.

Infekcje oddechowe oraz przewlekłe choroby układu ruchu (w tym bóle pleców) są jednymi
z najczęstszych przyczyn nieobecności w pracy – odpowiednio 26 proc. i 8 proc. osób otrzymuje od lekarza zwolnienie lekarskie z powodu tych dolegliwości. To właśnie one generują największe koszty opieki zdrowotnej. Jednak eksperci Medicover Polska podkreślają, że właściwie dopasowana opieka medyczna umożliwia zredukowanie wydatków ponoszonych zarówno przez pracodawców, jak i cały system zdrowotny.

Koszt leczenia infekcji dróg oddechowych przypadający na jednego pracownika objętego efektywną opieką lekarską można zredukować o 187 zł. Natomiast w przypadku bólów pleców jest to jeszcze bardziej zauważalna oszczędność. Doświadczenie Medicover Polska pokazuje, że koszt tego rodzaju dolegliwości przypadający na jednego pracownika pozostającego pod naszą opieką może być nawet

4 razy niższy niż w przypadku przeciętnego pracownika w Polsce – komentuje dr n. med. Katarzyna Gorzelak-Kostrzewska – ekspert Medicover Polska, Kierownik ds. Profilaktyki i Medycyny Pracy, współautorka raportu. Tymczasem redukcja środków przeznaczanych na leczenie osób czynnych zawodowo jest istotna dla nas wszystkich, ponieważ to właśnie budżet państwa jest źródłem finansowania ich absencji w miejscu pracy oraz kosztów leczenia – dodaje.

Kluczowym aspektem, na który zwracają uwagę autorzy raportu, jest jakość oferowanej opieki zdrowotnej.

Brak lub niewłaściwe leczenie nadciśnienia tętniczego, na które w Polsce cierpi blisko 4,5 mln osób powyżej 50 roku życia[1], może doprowadzić do innych chorób układu sercowo-naczyniowego lub udaru mózgu – komentuje dr n. med. Katarzyna Gorzelak-Kostrzewska.

Tymczasem, jak wynika z raportu, pacjenci Medicover Polska są skutecznej leczeni na nadciśnienie od pacjentów z innych placówek ochrony zdrowia w Polsce – aż 62 proc. z nich osiąga prawidłowe wartości ciśnienia tętniczego (o 22 proc. więcej od pacjentów z innych placówek).

Autorzy raportu wskazują, że spadek wydajności pracy spowodowany problemami zdrowotnymi może zostać zahamowany dzięki wdrażaniu długofalowych i wielowymiarowych programów profilaktyczno-leczniczych. Specjaliści Medicover – po zdiagnozowaniu najczęstszych przyczyn absencji w pracy – zaoferowali swoim pacjentom rozwiązania adresowane do ich najpilniejszych potrzeb:

  • Medicover Express przeznaczony dla osób z prostymi infekcjami oddechowymi,
  • Poradnie Bólu Pleców, gdzie pacjent trafia pod opiekę fizjoterapeutów
  • Poradnie Układu Ruchu zajmujące się chorobami stawów.

– Zwłaszcza skoordynowana opieka nad pracownikami z bólami pleców wdrożona w Medicover trzy lata temu okazała się być istotnym czynnikiem wpływającym na redukcję kosztów leczenia – podsumowuje dr n. med. Katarzyna Gorzelak-Kostrzewska.

Raport „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2013-2017” został przygotowany w oparciu o dane Medicover  Polska oraz ogólnodostępne raporty ZUS i GUS.

[1] Nadciśnienie tętnicze 2013: Polska na tle świata. Narkiewicz K. Katedra Nadciśnienia Tętniczego i Diabetologii. Gdański Uniwersytet Medyczny

Michał Podulski w Radzie Rynku Pracy

Michał Podulski wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ) otrzymał nominację do Rady Rynku Pracy na kadencję 2019-2023 w czasie posiedzenia inauguracyjnego, które odbyło się 20 marca 2019 r.

Nominacja Michał Podulski– Chcę przede wszystkim, jak najszybciej skoncentrować się na kwestiach związanych z uporządkowaniem polityki migracyjnej Rzeczpospolitej Polskiej. To sprawa bardzo pilna, bo już dziś potrzebujemy pracowników z innych państw. Szacuje się, że obecnie na rynku pracy brakuje około 140 tysięcy pracowników i ułatwienie zatrudnienia cudzoziemców uważam za najważniejsze stojące przede mną zadanie. W tej chwili kompetencje związane z realizacją przepisów są ulokowane w wielu różnych urzędach, przez co przedsiębiorcom bardzo trudno jest się w tym gąszczu poruszać – mówi Michał Podulski. – Wiem, że jest już tworzony projekt dokumentu, który ma całościowo zająć się zagadnieniami związanymi z polityką migracyjną. Chciałbym aktywnie włączyć się w prace w tym obszarze, by jak najbardziej ujednolicić i usprawnić procedury, jakie będą w nim obowiązywać – dodaje.

Nominacje nowo powołanym członkom wręczył Minister Stanisław Szwed. Przewodniczącym Rady został Jarosław Lange – przedstawiciel Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”, a wiceprzewodniczącą Katarzyna Włodarczyk-Niemyjska ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Rada Rynku Pracy jest organem opiniodawczo-doradczym ministra właściwego do spraw pracy w sprawach polityki rynku pracy. Została utworzona w miejsce dotychczasowej Naczelnej Rady Zatrudnienia, na mocy przepisów znowelizowanej ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która obowiązuje od 27 maja 2014 r.

Strajk oświaty przede wszystkim uderzy w samorządy. Dzienne „straty” to nawet 195 mln zł

W 2017 roku finansowanie oświaty pochłonęło ponad 74 mld zł. Lwią część – 70 mld – poniosły samorządy. Na działalność szkół i przedszkoli dziennie wydaje się ok. 195 mln zł. Zapowiadany strajk nauczycieli będzie słono kosztował. Ile? To zależy od tego, jak długo potrwa i od liczby placówek, które wezmą w nim udział. Maksymalnie może ich być ok. 35 tys. Jednak w przypadku sektora edukacji publicznej z zasady niesłużącej przynoszeniu zysków trudno mówić o stratach powodowanych przez protest. To raczej nieefektywnie wydawane pieniądze w czasie, gdy nie ma lekcji. O kosztach związanych z planowaną akcją mówi prof. Antoni Jeżowski, prezes Instytutu Badań w Oświacie.

Związek Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) zapowiada bezterminowy strajk nauczycieli w całej Polsce. W jaki sposób można oszacować jego koszty dla budżetu? W przypadku przedsiębiorstw liczone są np. dni utraconych przychodów ze sprzedaży towarów czy usług, a także wydatki na utrzymanie zakładów. Jak to wygląda w oświacie?

Nie do końca wiemy, ile z około 35 tys. placówek weźmie udział w planowanym strajku – inne dane podaje Związek Nauczycielstwa Polskiego, a inne, znacznie niższe, Ministerstwo Edukacji Narodowej. Może to być ok. 70-80% lub jedynie 40%. A od tego będą zależeć koszty protestu. Takie obliczenia są nadzwyczaj trudne, ponieważ brakuje prostych mierników. Prawdopodobnie nikt na świecie nie wymyślił jeszcze odpowiedniej metody. Możemy jedynie szacować te wartości na podstawie danych dotyczących nakładów na szkolnictwo z 2017 roku. Nowsze podsumowania pojawią się dopiero w najbliższych miesiącach. Z dostępnych informacji wynika, że na edukację samorządy wydały dwa lata temu ponad 70 mld zł, a państwo – ok. 4,2 mld zł. Już z tych danych widać, że z powodu strajków finansowo najwięcej stracą samorządy.

Ale główni gracze to ZNP i MEN…

To pokazuje pewien absurd, bo o tym, czy dojdzie do strajku, decyduje przecież państwowy resort edukacji. Ministerstwo albo zdoła porozumieć się z nauczycielami, albo nie. Ale największe problemy będą miały samorządy, które w tym przypadku nie mają nic do powiedzenia, choć praktycznie samodzielnie utrzymują oświatę. Rząd jest z jednej strony głuchy na opinie ich przedstawicieli, np. Związku Miast Polskich, a z drugiej – oskarża je o skąpienie na nauczycielach i wykorzystywanie subwencji niezgodnie z założeniami władz centralnych. Nie ma symetrii między tymi trzema podmiotami – szkolnictwo, samorządy i administracja państwa. Władze państwowe zaczynają wciągać w spór także rodziców.

Wróćmy do kosztów. Edukacja publiczna nie generuje zysków, jednak wymaga nakładów na kształcenie i utrzymanie infrastruktury. Czy na podstawie kwot przeznaczanych rocznie na szkoły i przedszkola jest możliwe oszacowanie wydatków ponoszonych w trakcie protestów?

Zgrubnego oszacowania kosztów strajków można dokonać, dzieląc roczne nakłady na oświatę przez wszystkie dni w roku. Wynika z niego, że jeden dzień strajków to pieniądze rzędu 195 mln zł. Przy tym ten rachunek dotyczy całej oświaty, czyli wszystkich placówek. Będzie proporcjonalnie niższy, jeśli do protestu dołączy mniej szkół i przedszkoli. W przypadku połowy placówek wyniesie poniżej 100 mln zł dziennie. Nie należy ich jednak nazywać stratą. To środki wydane nieefektywnie. Szkoły będą utrzymywane, nauczyciele otrzymają swoje pensje, ale w tym czasie nie będą pracować.

ZNP domaga się podwyżki w wysokości ok. 1 tys. zł dla nauczycieli i pracowników szkół i przedszkoli? Ile pieniędzy potrzeba na to z budżetu państwa?

Ten 1 tys. zł ma zwiększyć podstawę wynagrodzenia, czyli pensję stażysty. Tak przeprowadzona podwyżka w przypadku nauczyciela dyplomowanego daje już 1,8 tys. zł. W ten sposób dochodzimy do astronomicznych kwot. Według resortu edukacji, sięgną one 15 mld zł rocznie.

To ogromna suma. Czy możliwe jest inne rozwiązanie?

We wrześniu ubiegłego roku było 690 tys. etatów nauczycielskich. Gdyby do każdego dołożyć średnio po 1 tys. zł (kwotowo), to po uwzględnieniu kosztów takich jak składki ubezpieczeniowe, dałoby to wartość ok. 11 mld zł brutto rocznie. Z tytułu zapłaconych podatków do kasy państwa wróciłyby mniej więcej 2 mld zł. Jednak takie rozwiązanie nie jest dobrze postrzegane przez samych zainteresowanych. Uważają oni, że nie można każdemu pracownikowi dać tyle samo, niezależnie od stopnia zawodowego. Bez względu na sposób wprowadzania podwyżek mamy do czynienia ze wzrostem o ponad 14% w stosunku do ubiegłego roku, co dla budżetu państwa będzie poważnym problemem. Z drugiej strony, trudno się dziwić postulatom nauczycieli, skoro na inne formy wsparcia rząd jest gotów przeznaczać 40 mld zł rocznie, a podwyżki już wywalczyli pracownicy niektórych sektorów budżetowych, np. policjanci.

Po decyzji Fed: obawy o globalną gospodarkę mogą osłabiać złotego

Fed zapowiedział, że będzie ostrożny przy podejmowaniu decyzji o ewentualnych, dalszych podwyżkach stóp procentowych, a także podał termin zakończenia procesu „zacieśniania ilościowego”. „Gołębia” postawa spowodowała wyprzedaż USD i umocniła PLN.

W dłuższym terminie obawy globalnych inwestorów o powody, dla których amerykański bank centralny łagodzi swoją politykę, mogą jednak powodować odpływ kapitału od walut rynków wschodzących, w tym PLN.

– Pojawiają się obawy, że spowolnienie gospodarcze, które już staje się faktem, będzie się pogłębiało, co nie będzie korzystne dla giełd i walut na rynkach wschodzących – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets. – Dlatego w najbliższych miesiącach możemy to odczuć jako niewielkie osłabienie polskiej waluty.

Jeśli inwestorów ogarnie pesymizm, co do perspektyw dla globalnej gospodarki, mogą oni wyprzedawać aktywa uważane za bardziej ryzykowne. To może pociągnąć w dół notowania PLN. – Kurs złotego wobec euro wydaje się stabilny, ale może zmierzać w kierunku 4,30-4,35 – ocenia M.Leściorz.

W przypadku dolara zatrzymanie procesu zacieśniania polityki monetarnej przez Fed może sprawić, że zmiany notowań USD/PLN nie będą bardzo dynamiczne. – W razie utrzymania się awersji do ryzyka, dolar może być jednak górą, ponieważ jest uważany za „bezpieczną przystań”. Dlatego poziomy 3,85 na USD/PLN mogą być naruszone – dodaje ekspert CMC Markets.

Warszawa najszybciej rozwijającym się rynkiem powierzchni flex w Europie

3,5 mln mkw. – tyle elastycznej powierzchni biurowej oferują operatorzy na 20 największych europejskich rynkach biurowych. Warszawa zajmuje w tym zestawieniu wysoką 9. pozycję, a w ubiegłym roku odnotowała największy przyrost podaży powierzchni elastycznych w Europie.

WARSZAWA, 21 marca 2019 r. – Rozkwit elastycznych powierzchni do pracy to jeden z najważniejszych trendów na rynkach biurowych Starego Kontynentu. Jak wynika z analiz JLL, ten napędzany rosnącymi oczekiwaniami najemców i zmieniającymi się potrzebami pracowników segment rynku biurowego, w ciągu następnych 5 lat ma szansę się potroić z 3,5 mln mkw. powierzchni do nawet 10 mln mkw. Biura flex szturmem podbijają również polski rynek nieruchomości.

Młody segment, duży potencjał
Segment powierzchni flex powstał na początku lat 80. – wówczas w Europie pojawiły się biura serwisowane, będące pierwszymi dostawcami elastycznych rozwiązań biurowych. W miarę rozwoju rynku, gdy coraz liczniej zaczęły pojawiać się start-upy, na popularności zyskały koncepty coworkingowe, a następnie – hybrydowe.

Adam Lis, Flexible Office Solutions Manager, JLL
Adam Lis, Flexible Office Solutions Manager, JLL

„Model hybrydowy, który obecnie dominuje na rynku biur flex, pomiędzy 2016 i 2018 rokiem wykreował dodatkowe 1,1 mln mkw. przestrzeni biurowej na 20 największych rynkach europejskich. Ekspansja elastycznych powierzchni do pracy nie pozostaje bez wpływu również na nieruchomości handlowe, które coraz częściej oferują przestrzeń zaadaptowaną z myślą o takich biurach. Z naszych prognoz wynika, że ten segment w samych tylko Stanach Zjednoczonych będzie rósł w tempie 25% rocznie do 2023 roku. Podobnej dynamiki możemy spodziewać się w najbliższym czasie również w Europie”, tłumaczy Adam Lis, Flexible Office Solutions Manager, JLL.

Oferowane przez operatorów elastyczne umowy członkowskie, a także popularyzacja pracy zdalnej i rosnąca liczba freelancerów, sprzyjają rozwojowi tego segmentu rynku biurowego. Co ciekawe, fenomen elastycznych powierzchni do pracy dotknął także sektora hotelowego.

„Lifestylowe koncepty, takie jak wiedeński Schani czy amsterdamski The Student Hotel, oferują swoim gościom strefy do pracy, przypominające najwyższej klasy przestrzenie znane z kreatywnych wnętrz Spaces czy WeWork. Ciekawym pomysłem, który nieśmiało pojawia się na rynku, są hybrydowe projekty z pogranicza colivingu i coworkingu. Sztandarowym przykładem tego trendu jest wywodzący się z Amsterdamu koncept Zoku, który oferuje miejsce do zamieszkania na dłużej – od kilku dni do nawet kilku miesięcy – dedykowane podróżującym profesjonalistom”, dodaje Adam Lis.

Potencjał na 7 mln mkw. powierzchni flex

Segment elastycznych biur rośnie bardzo szybko, a wraz z nim zwiększa się liczba działających w Europie operatorów. Z danych JLL wynika, że na 20 największych europejskich rynkach funkcjonuje około 725 różnych dostawców, z których co piąty otworzył swoją pierwszą lokalizację w ciągu ostatnich 3 lat.

Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

„Od 2015 całkowity wolumen elastycznych powierzchni biurowych na 20 największych rynkach podwoił się i na koniec 2018 roku operatorzy flex oferowali już 3,5 miliona mkw. elastycznych powierzchni do pracy. Potencjał do dalszego wzrostu tego segmentu jest nadal bardzo duży. Według naszych szacunków, podaż elastycznych biur w ciągu kolejnych 5 lat może wzrosnąć nawet do 10 mln mkw., a do 2022 roku na europejskim rynku będzie działać już 30 000 tego typu lokalizacji”, komentuje Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

Aktualnie prawie połowa wolumenu elastycznych biur w Europie znajduje się w Londynie, Amsterdamie i Paryżu. Warszawa sklasyfikowana na wysokiej 9. pozycji, uzyskała w ubiegłym roku pozycję lidera, jeśli chodzi o dynamikę wzrostu segmentu powierzchni flex.

„Boom na elastyczne biura na stołecznym rynku naturalnie pociąga za sobą rosnący udział przestrzeni elastycznych w całkowitych zasobach biurowych. Pod tym względem Warszawę wyprzedza jedynie Amsterdam, Londyn i Dublin”, dodaje Łukasz Dziedzic.

Flexy na podbój Polski

Popyt na biura elastyczne, choć największy w Warszawie, rośnie również na największych rynkach regionalnych – w Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Katowicach, Poznaniu i Łodzi. Łączny wolumen elastycznych powierzchni w Polsce osiągnął przeszło 250 000 mkw., z czego na już działające lokalizacje przypadło 166 000 mkw., a kolejne 87 000 mkw. znajduje się w ramach podpisanych już kontraktów. Łączny wolumen powierzchni flex odpowiada czterem wieżowcom Warsaw Spire.

„Aż 76% zasobów elastycznych powierzchni biurowych w kraju znajduje się w Warszawie, oferując dziś 17 000 stanowisk pracy. Potwierdzone umowami najmu jest kolejne 9 000 stanowisk do końca 2020 r., a niedługo będziemy świadkami kolejnych transakcji. Wysoka aktywność jest rezultatem dużej różnorodności najemców działających na stołecznym rynku. Elastycznej przestrzeni do pracy poszukują już nie tylko start-upy i małe czy średnie przedsiębiorstwa, ale także duże międzynarodowe korporacje. Ta ostatnia grupa zazwyczaj decyduje się na rozwiązania elastyczne poszukując dodatkowej powierzchni w momencie nieplanowanej ekspansji, adresując potrzeby projektowe czy chcąc zaoferować swoim pracownikom kreatywne i inspirujące miejsce pracy”, wyjaśnia Adam Lis.

Skuszeni dużym potencjałem rynku, w stolicy pojawiają się nowi operatorzy. W 2018 swoje podwoje otworzyły tutaj takie marki, jak BeYOURSeLF, Solutions.Rent, Spaces, the Nest, WeWork i Workin.

„Trzech na czterech respondentów naszego badania, wśród których znaleźli się najwięksi operatorzy przestrzeni elastycznych w Polsce, stwierdziło, że w Warszawie nadal jest miejsce dla dalszego rozwoju segmentu flex. Dowodzi to bardzo dużego potencjału i chłonności stołecznego rynku, zwłaszcza w momencie chwilowego spadku podaży tradycyjnej powierzchni biurowej i coraz szybciej zmieniających się potrzeb najemców”, podsumowuje Adam Lis.

Czy koniunktura inwestycyjna w mieszkaniówce zwalnia?

Najnowsza informacja GUS, zawierająca wstępne wyniki budownictwa mieszkaniowego w okresie styczeń – luty bieżącego roku, komunikuje pierwsze, choć na razie nie potwierdzone sygnały przesilenia koniunktury inwestycyjnej na pierwotnym rynku mieszkaniowym.

Po zaledwie dwóch pierwszych miesiącach roku zazwyczaj dość trudno jest na podstawie GUS – owskich danych wyciągać jakieś wiarygodne i daleko idące wnioski co do perspektyw pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki w bliższej czy dalszej perspektywie. W początkowych tygodniach każdego roku rynek mieszkań z pierwszej ręki inwestycyjnie przygotowuje się do wiosennego ożywienia, mniej lub bardziej odbijając w statystykach po okresie ich osłabienia w końcówce poprzedniego roku. Tym samym trudno jest w tym okresie oczekiwać jakiś większych niespodzianek o znaczącej dla koniunkturalnych rokowań wymowie.

Tym razem jest nieco inaczej, a bardzo ciekawym elementem GUS – owskiej informacji jest wyraźnie zarysowana dywergencja, która wystąpiła na wykresach mieszkań rozpoczętych oraz uzyskanych od początku roku nowych pozwoleń na budowę.

Jak się okazuje tych pierwszych ogółem było 30,1 tys., a więc aż o 8,4 proc. więcej niż w analogicznym okresie ub. roku. Ale to nie wszystko. Co bardzo ciekawe, jest to absolutnie najlepszy początek roku (styczeń – luty) w historii krajowego rynku pierwotnego pod względem ilości mieszkań rozpoczętych. W dwóch pierwszych miesiącach br. doskonale wypadli pod tym względem zarówno inwestorzy indywidualni (9,3 tys.), jak i deweloperzy z wynikiem 20,1 tys. rozpoczętych lokali. Czyżby więc euforii inwestycyjnej ciąg dalszy?

Tymczasem przedmiotowa dywergencja polega na tym, że dynamicznej zwyżce nowych inwestycji towarzyszył w omawianym dwumiesięcznym okresie równie dynamiczny spadek nowych pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym. W okresie styczeń – luty ich wolumen wyniósł ogółem 37,5 tys., co oznacza wynik gorszy r/r o blisko jedną dziesiątą. Co więcej, wynik ogółem za miesiąc luty na poziomie 16,7 tys. jest najgorszy od stycznia 2017 roku, a więc od dokładnie 2 lat. Za tak silną zniżkę w całości odpowiadają deweloperzy, którzy w lutym br. pozyskali zaledwie 10 tys. nowych pozwoleń, czyli 22 proc. mniej niż przed rokiem i aż 28 proc. mniej niż w poprzednim miesiącu styczniu.

Statystyki pozwoleń na budowę i zgłoszeń z projektem budowlanym są podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez inwestorów, zwłaszcza tych budujących mieszkania na sprzedaż. Tak słaby wynik deweloperów może więc świadczyć o tym, że zaczyna im brakować gruntów pod kolejne inwestycje lub wiary w kontynuację sprzedażowej prosperity, albo – co gorsza – i jednego i drugiego. Sama zaś dywergencja dotychczas mocno skorelowanych wskaźników aktywności inwestycyjnej pierwotnego segmentu mieszkaniówki, to prawdopodobny, acz wymagający jeszcze potwierdzenia sygnał zmiany trendu z rosnącego na spadkowy.

Natomiast wciąż bardzo dobrze prezentują się statystyki mieszkań oddanych do użytkowania, choć i tu pojawiają się pierwsze symptomy słabnięcia dotychczasowej tendencji. Oto bowiem w styczniu i lutym oddano ogółem aż 32,3 tys. lokali, co daje wynik lepszy r/r o blisko 8 proc. Sami deweloperzy oddali w tym okresie prawie 20 tys. mieszkań, poprawiając wynik analogicznego okresu ub. roku o blisko 17 proc. Tymczasem tak optymistyczną wymowę tej kategorii danych zdecydowanie zakłócają inwestorzy indywidualni, którzy z wynikiem 11,6 tys. domów uzyskali wynik wyraźnie gorszy rok do roku o 4,4 proc.

Już za dwa tygodnie, a więc w pierwszych dnach kwietnia poznamy wyniki sprzedażowe deweloperów mieszkaniowych notowanych na GPW za pierwszy kwartał br. Jeżeli okażą się ponownie choćby tylko nieco słabsze od uzyskanych w analogicznym okresie 2018 roku, czy też w okresie poprzedniego kwartału, wejście pierwotnego rynku mieszkaniowego w fazę cyklicznego spowolnienia zyska ostateczne potwierdzenie. A to niestety powinno spowodować dalszą eskalację regresu jego statystyk inwestycyjnych.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

80 miliardów na infrastrukturę może zostać niewykorzystane – kryzys w branży budowlanej

W branży budowlanej nastał kryzys. To kolejny raz na przestrzeni 6 lat.Ta sytuacja pokazuje, że Polska nie potrafi uczyć się na błędach. Pomyłki z przeszłości są obecnie powtarzane. Kiedyś źle zakontraktowane inwestycje budowlane doprowadziły do upadku wielu firm z branży. Dzisiaj zagrożenie jest jeszcze większe. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że fundusze unijne nie zostaną wykorzystane. Jedynym rozwiązaniem jest przyspieszenie postępowań przetargowych. Należy także uregulować wcześniejsze zobowiązania wobec firm budowlanych oraz dokonać waloryzacji uzgodnionych w przeszłości kwot.

– Nie mówimy już tylko o upadłości firm budowlanych, ale i o niewykorzystaniu środków unijnych, które powinny zostać przeznaczone na nowe trakcje kolejowe i drogi – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich – Zbliża się perspektywa 2023 roku. To termin, w którym Polska powinna wykorzystać fundusze. Obecnie to jeszcze ok. 64 miliardy złotych na budowę infrastruktury kolejowej i ponad 20 miliardów złotych na inwestycje drogowe. Tymczasem sama procedura przetargowa trwa powyżej 375 dni – wskazał Kowalski.

Minister zdrowia: Nowy model opieki zdrowotnej będzie stawiać na jakość usług. Pomoże w tym cyfryzacja

Minister zdrowia: Nowy model opieki zdrowotnej będzie stawiać na jakość usług. Pomoże w tym cyfryzacja 1

Stopniowa informatyzacja systemu opieki medycznej usprawni obieg informacji, dzięki czemu zmniejszą się obciążenia lekarzy i liczba wykonywanych niepotrzebnie badań. To oznacza, że pacjent szybciej otrzyma świadczenie i opiekę, których potrzebuje. Temu służyć ma także analiza dużych zbiorów danych na temat pacjentów, której uczą się placówki w Polsce. – Odchodzi wizja medycyny jako działalności usługowej. Teraz patrzymy bardziej całościowo, nie tylko na koszty NFZ, lecz także na koszty społeczne, absencje chorobowe i jakość życia, co przekłada się na całą gospodarkę – mówi minister zdrowia Łukasz Szumowski.

– Będziemy szukali narzędzi z dziedziny informatyzacji, cyfryzacji, które dają nam podstawy do mierzenia efektu, czy ktoś jest leczony dobrze, czy ten efekt widać w krótkim terminie i po wielu latach. Patrzymy na to z punktu widzenia całościowego, kosztów ogólnych, absencji chorobowej i jakości życia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Szumowski, minister zdrowia.

Szczególnie ważna jest analiza big data, czyli dużych zbiorów danych na temat pacjentów, ich stanu fizycznego i psychicznego, nawyków i trybu życia. Te informacje przyczyniają się do tego, że lekarz może szybciej i trafniej postawić diagnozę, skierować na leczenie i wybrać odpowiednią ścieżkę terapeutyczną dla konkretnego pacjenta. Pozwolą także przewidywać ryzyko wystąpienia określonych schorzeń.

– Dzięki osiąganiu kolejnych stopni dojrzałości cyfrowej systemów ochrony zdrowia mamy możliwość budowania opieki zdrowotnej opartej na wartościach. Dane i wiedza są fundamentem do realizacji tego ambitnego zadania. Mamy również możliwość generowania konkretnych oszczędności, np. poprzez zdalne realizowanie świadczeń – mówi Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych w Philips Healthcare.

Jest to jeden z głównych aspektów modelu Connected Care, łączącego internet rzeczy i telemedycynę w opiece nad chorym. Raport „Connected Care in Europe” przygotowany przez Berg Insight wskazuje, że w 2022 roku z systemów telemedycznych będzie korzystać już 16,5 mln Europejczyków. Dla porównania w 2016 roku było to niespełna 6 mln.

– W Connected Care wszystkie szczeble opieki zdrowotnej są ze sobą połączone rozwiązaniami cyfrowymi, dzięki czemu informacja podąża za pacjentem na każdym etapie – wyjaśnia Michał Kępowicz. – Pacjent może mieć dostęp do wielu świadczeń zdalnie, z domu czy miejsca pracy, czyli nie musi przyjeżdżać do szpitala. Lekarz będzie widział wszystkie dane w jednym miejscu i nie będzie musiał produkować kolejnych dokumentów.

Budowaniu dojrzałości cyfrowej służą m.in. takie projekty, jak e-zwolnienia, e-recepty czy Internetowe Konto Pacjenta wdrażane przez Ministerstwo Zdrowia.

Naszym zadaniem jest jeszcze usprawnienie funkcjonowanie systemu, czyli zwiększenie jego efektywności kosztowej i zapewnienie właściwego zarządzania systemem. Żeby to stworzyć, musimy wypracować bardzo konkretne instrumenty. Od niedawna mamy e-zwolnienie, e-receptę, za chwilę będziemy mieć e-skierowanie. To są rzeczy, które pozwolą nam zarządzić ruchem pacjenta, zobaczyć, jak on przebiega, w którym momencie nie jest właściwy, jak ta ścieżka pacjenta powinna przebiegać – mówi Radosław Sierpiński, doradca i pełnomocnik ministra zdrowia ds. utworzenia Agencji Badań Medycznych.

Telemedycyna i rozwój nowych technologii mogą się przełożyć na znaczne oszczędności. Resort zdrowia ocenia, że elektronizacja medycyny pozwoli zmniejszyć koszty o 0,35 proc. PKB. Dla lekarzy nowoczesne technologie to z kolei mniej biurokracji – w Wielkiej Brytanii zastosowanie systemów telemedycznych spowodowało skrócenie czasu wypełnienia dokumentacji medycznej o kilkadziesiąt procent. To także korzyści dla pacjentów, którzy dzięki zintegrowanej opiece mogą liczyć na większą kompleksowość i wygodę.

To też jeden z etapów budowania Value-Based Care, czyli modelu opieki opartego na efektach, nakierowanego na wartość, jaką jest dobrostan pacjentów.

– Chodzi o to, żeby nasze działania – lekarzy, pielęgniarek, fizjoterapeutów, diagnostów, całych zespołów klinicznych – były nakierowane na to, żeby pacjent się dobrze czuł. Nie na to, żeby tylko wyleczyć zapalenie płuc albo migotanie przedsionków, albo wycięcie wyrostka. Chodzi o to, żeby nawet jeżeli nie poprawimy stanu zdrowia w 100 proc., dać pacjentowi największy komfort – wyjaśnia Łukasz Szumowski.

– W Value-Based Care akcent jest położony nie na ilość, a na jakość, czyli myślimy nie o tym, ile dostarczyć świadczeń, tylko jakie świadczenia, w jaki sposób, o jakiej wartości, żeby pacjent był zadowolony i żeby jak najszybciej trafił do środowiska domowego, bo ono jest najbardziej przyjazne dla niego –mówi Michał Kępowicz.

Polskie start-upy wciąż w tyle za zachodnioeuropejskimi. Różni je doświadczenie założycieli i dostęp do kapitału

Polskie start-upy wciąż w tyle za zachodnioeuropejskimi. Różni je doświadczenie założycieli i dostęp do kapitału 2

Wciąż różnią się polskie start-upy od zachodnioeuropejskich czy izraelskich pod względem doświadczenia zespołu i dostępu do kapitału – ocenia Grzegorz Borowski, dyrektor zarządzający Infoshare. W Polsce jest też mniej rozwiązań dotyczących infrastruktury informatycznej, trudniejszych do wprowadzania na rynek, bo wymagają one więcej kapitału w fazie badań i rozwoju. Specjalizacją polskich start-upów jest za to e-zdrowie, fintech, big data, internet rzeczy czy rozwiązania oparte na platformach sprzedażowych. Najlepsze młode spółki powalczą w maju o główną nagrodę na Infoshare 2019, największej i najbardziej prestiżowej imprezie start-upowej w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Widzimy wyraźnie kilka podstawowych różnic pomiędzy start-upami pochodzącymi z Polski a tymi z Europy Zachodniej czy innych, bardziej dojrzałych gospodarczo części świata. Pierwszą jest poziom doświadczenia założycieli. Często jest on dużo większy i lepiej zbalansowany w start-upach pochodzących z dojrzalszych rynków. Wśród teamu zarządzającego znajdują się zarówno naukowcy, jak i ludzie biznesu, a także praktycy z bardzo dużym doświadczeniem w danym segmencie rynku, co jest bardzo istotne w kontekście późniejszego wprowadzenia produktu na rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Borowski, dyrektor zarządzający Infoshare.

Potwierdzają to wnioski z ostatniego raportu Fundacji Startup Poland, z którego wynika, że tylko 18 proc. polskich start-upów ma wśród założycieli naukowca i ten odsetek od kilku lat oscyluje na zbliżonym poziomie. Co istotne, doktorat lub studia podyplomowe CEO przekładają się na większe zyski – takie spółki sięgają po większe rundy finansowania i sprzedają więcej za granicą. Naukowcy częściej sięgają po środki z programów PARP czy NCBR i korzystają z akceleracji, stąd przodują w zdobywaniu finansowania na najwcześniejszym etapie rozwoju (pre-seed), a przy tym chętniej patentują i – dzięki kontaktom w branży naukowej – częściej mają własne laboratoria i współpracują z uczelniami bądź ośrodkami B+R.

Z drugiej strony, przeciętny polski start-upowiec to dziś raczej trzydziestokilkulatek z doświadczeniem w biznesie większym niż stereotypowy, dwudziestoletni student. 76 proc. założycieli ma dyplom uczelni wyższej, tylko 4 proc. jest nadal w trakcie studiów. Prawie co drugi ma już doświadczenie w prowadzeniu własnej lub rodzinnej firmy, a więcej niż 1/3 ma udziały start-upów, które prowadzili już wcześniej.

Dyrektor zarządzający Infoshare ocenia, że kolejną różnicą między polskimi a zagranicznymi start-upami jest dostęp do kapitału. W Polsce fundusze w dużej mierze bazują na publicznych środkach. Natomiast w Europie Zachodniej czy Izraelu – czyli na bardziej dojrzałych rynkach – jest wyraźnie więcej kapitału prywatnego.

Również kapitał publiczny jest na Zachodzie dużo bardziej dostępny. Zachodnioeuropejski start-up, np. prowadząc pierwszą fazę badań rynkowych czy budując prototyp swojego produktu, ma dużo więcej możliwości otrzymania różnego rodzaju grantów finansowych, które pozwalają mu ten produkt zbudować. Dopiero później szuka rundy finansowania pochodzącej od funduszu, private equity albo venture capital, żeby swój produkt wprowadzić na rynek – mówi Grzegorz Borowski.

Jak ocenia, w efekcie na dojrzalszych rynkach więcej jest produktów, które bazują na rozwiązaniach dotyczących infrastruktury informatycznej niż na systemach, aplikacjach software’owych. Są trudniejsze do rozwijania i wprowadzania na rynek, bo wymagają więcej kapitału w fazie badań i rozwoju.

W połączeniu z doświadczeniem, lepszą współpracą między światem nauki a biznesem ten kapitał powoduje, że bardziej dojrzałych produktów na dojrzałych rynkach jest więcej niż w Polsce. Na naszym rynku więcej jest natomiast oprogramowania, aplikacji, czyli rozwiązań charakteryzujących się niższym progiem wejścia, ale przez to także łatwiejszych do skopiowania przez konkurencję – mówi Grzegorz Borowski.

Technologię z elementami hardware rozwija tylko 24 proc. polskich start-upów. Tym trudniej jest osiągnąć regularność przychodów – 2/3 z nich zarabia nieregularnie lub wcale, podczas gdy w branży software comiesięczne wpływy osiąga 44 proc. młodych spółek. Natomiast co drugi hardware’owy start-up, który osiąga regularne przychody, wypracował je dopiero po ponad roku od rozpoczęcia działalności.

Dane Fundacji Startup Poland pokazują też, że specjalizacją polskich start-upów jest głównie big data, internet rzeczy oraz analityka i narzędzia dla programistów i deweloperów. Ok. 11 proc. polskich start-upów to fintechy rozwijające usługi finansowe. W gronie najpopularniejszych branż jest też martech, czyli technologie marketingowe.

Z naszych analiz wynika, że dynamicznie rozwija się digital health, popularne są też rozwiązania fintechowe i marketplace’owe, łączące różne strony rynku. Widzimy dużą potrzebę, żeby te rozwiązania charakteryzowały się wysokim poziomem bezpieczeństwa. Stąd wiele z nich wykorzystuje technologię blockchain, żeby konsument czy odbiorca widział, skąd pochodzi transfer pieniędzy czy licencja na oprogramowanie, którego używa – mówi Grzegorz Borowski. – Drugim dużym trendem jest automatyzacja różnego rodzaju procesów, w dużej mierze oparta na mechanizmach sztucznej inteligencji i machine learningu.

Również dane Fundacji Startup Poland pokazują, że uczenie maszynowe szybko zdobywa popularność wśród polskich start-upów. Wyprzedza pozostałe dziedziny w pozyskiwaniu finansowania zewnętrznego – wśród wszystkich branż to jedyna, w której ponad połowa start-upów (55 proc.) znalazła inwestora lub zdobyła środki publiczne.

W tym roku 8–9 maja w Gdańsku odbędzie się 13. edycja Infoshare 2019 – największej i najbardziej prestiżowej imprezy dla start-upów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, w której bierze udział kilka tysięcy inwestorów i start-upowców z kilkudziesięciu państw świata. Częścią konferencji jest Startup Contest, konkurs dla start-upów z całego świata, w którym pula nagród sięga 30 tys. euro w gotówce. Najlepsza dwudziestka pojedzie w maju do Gdańska, żeby zaprezentować swój pomysł inwestorom, przedstawicielom funduszy VC i reprezentantom największych korporacji.

Infoshare zakończyło już weryfikację aplikacji – w tym roku do konkursu zgłosiło się 601 start-upów z 58 krajów (w ubiegłym roku było ich 493 z 45 państw). Ok. 20 proc. (120 aplikacji) pochodzi z Polski, dalej najwięcej jest zgłoszeń z bardziej rozwiniętych start-upowych rynków, tzn. z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Włoch, Francji i Izraela.

Projekty z tych krajów są trochę inne, dojrzalsze, ale główne gałęzie, które reprezentują start-upy z Polski i zagranicy, są podobne. Najpopularniejszy jest obszar digital health, medtech, wellbeing, czyli wszystkie rozwiązania, które mają pomóc ludziom w kontekście ich zdrowia i samopoczucia. Drugą grupą są start-upy fintechowe, nakierowane głównie na dostarczanie usług dużym organizacjom finansowym i klientom indywidualnym. Trzecia gałąź to różnego rodzaju marketplaces, czyli start-upy próbujące łączyć dostawców usług i potencjalnych ich odbiorców – mówi dyrektor zarządzający Infoshare.

Zwycięzca zostanie wyłoniony na koniec drugiego dnia konferencji. W zeszłym roku nagroda główna w Startup Contest trafiła do ThinAir Water, autorów projektu z Wielkiej Brytanii zajmujących się pozyskiwaniem wody z atmosfery i uzdatnianiem jej do picia. W tym roku do najlepszego start-upu trafi 20 tys. euro, a drugie i trzecie miejsce otrzymają kolejno 7 i 3 tys. euro.

Polska pielęgniarka z nagrodą od królowej Szwecji. Chce rozwijać opiekę nad seniorami

Polska pielęgniarka z nagrodą od królowej Szwecji. Chce rozwijać opiekę nad seniorami 3

Spada liczba osób, które decydują się na zdobycie uprawnień pielęgniarskich. Promowanie tego zawodu wśród młodych ludzi to jeden z celów Nagrody Pielęgniarskiej Królowej Sylwii, od trzech lat przyznawanej także w Polsce. Tegoroczną laureatką konkursu została Paulina Pergoł – jury doceniło jej pomysł listów pisanych przez studentów Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego do emerytowanych lekarzy i pielęgniarek mieszkających w Domu Lekarza Seniora.

Nagroda Pielęgniarska Królowej Sylwii została ustanowiona przez Swedish Care International w grudniu 2013 roku z okazji 70. urodzin szwedzkiej monarchini. Po raz pierwszy królowa wręczyła ją kilka miesięcy później podczas królewskiego Dnia Inspiracji. Przyznawane co roku stypendium skierowane jest do studentek i studentów pielęgniarstwa oraz osób będących w trakcie specjalizacji pielęgniarskiej, zaangażowanych w opiekę nad seniorami i nastawionymi na rozwój w zakresie pielęgniarstwa geriatrycznego. O nagrodę ubiegać się mogą indywidualnie studenci ze Szwecji, Finlandii, Niemiec, a od 2016 roku także z Polski, gdzie konkurs organizowany jest we współpracy z Fundacją Medicover.

– Ustanawiając nagrodę, chcieliśmy podkreślić znaczenie pielęgniarstwa. Chcieliśmy, by studenci pielęgniarstwa mogli się poczuć tak samo ważni, jak studenci uczelni biznesowych i technicznych, dla których takie nagrody już są – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dr Karin Lind-Mörnesten, CEO Swedish Care International.

– Jesteśmy organizatorem Nagrody Królowej Sylwii w Polsce, żeby promować zawód pielęgniarstwa, pokazać pielęgniarkom, że one też mają wpływ na to, jak ten zawód wygląda dzisiaj i wyglądać będzie w przyszłości. Pomysły, które są zbierane w ramach konkursu, mogą być pomocne w lepszej organizacji pracy, wprowadzaniu nowych rozwiązań, produktów i usług – dodaje Marcin Radziwiłł, prezes Fundacji Medicover.

Organizując konkurs o Nagrodę Pielęgniarską Królowej Sylwii w Polsce, Fundacja Medicover chce przede wszystkim wzmocnić pozycję pielęgniarstwa jako zawodu atrakcyjnego dla młodych ludzi. Zgodnie z raportem Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych w Polsce sukcesywnie maleje liczba osób uzyskujących uprawnienia do wykonywania tego zawodu, a średnia wieku pielęgniarki wynosi ponad 50 lat. Jak pokazuje ranking OECD z 2017 roku w Polsce jest tylko 5 pielęgniarek na 1 tys. mieszkańców, podczas gdy w krajach takich jak Szwajcaria, Dania czy Niemcy na tysiąc osób przypada ich nawet 18. Liczby te przekładają się na jakość leczenia, zdaniem ekspertów dzięki pielęgniarkom rzadziej występują błędy medyczne i zakażenia szpitalne.

– Pielęgniarki i położne dziś odgrywają bardzo ważną rolę. To są przewodnicy pacjentów, którzy są łącznikiem między chorym a pozostałym personelem czy zespołem terapeutycznym. Pielęgniarka zawsze jest przy pacjencie, ona wie o nim najwięcej – mówi Greta Kanownik, dyrektor Departamentu Pielęgniarek i Położnych w Ministerstwie Zdrowia.

Celem Nagrody Pielęgniarskiej Królowej Sylwii jest także generowanie innowacyjnych pomysłów dotyczących opieki nad osobami starszymi i cierpiącymi na demencję. Jednym z największych wyzwań w tym zakresie jest obecnie zapobieganie osamotnieniu. Jak wynika z raportu „Sytuacja społeczna osób w wieku 65+”, sporządzonego przez ARC Rynek i Opinia, trzech na dziesięciu polskich seniorów doświadcza samotności i izolacji oraz cierpi z powodu braku bliskich relacji międzyludzkich. Konkurs ma ponadto na celu zachęcenie do wymiany pomysłów na temat opieki medycznej oraz rozwój kompetencji studentów pielęgniarstwa.

– Trzecim wymiarem tej nagrody jest to, że my poznajemy dobre praktyki. Student, który otrzyma stypendium, może się nauczyć wielu innych rzeczy, mając praktyki za granicą, i może je przenosić na grunt polski. Jest to bardzo ważne – mówi Greta Kanownik.

Aby wziąć udział w konkursie, należy zgłosić pomysł na projekt dotyczący opieki nad seniorami lub osobami z demencją. Konkurs składa się z trzech etapów. Podczas pierwszego z nich uczestnicy głosują na zgłoszone projekty, podczas drugiego pomysły ocenia jury, w trzecim natomiast ma miejsce spotkanie kandydatów z jury i wyłonienie zwycięzcy. Laureat otrzymuje stypendium w wysokości 25 tys. zł oraz możliwość uczestniczenia w praktyce zawodowej trwającej minimum pół roku. Tegoroczną polską edycję konkursu wygrała Paulina Pergoł, studentka studiów magisterskich na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

– Mój pomysł konkursowy polega na systematycznej wymianie korespondencji między osobami starszymi przebywającymi w domach opieki, domach pomocy społecznej a osobami młodymi. To jest tradycyjna forma listu pisanego na papierze. Dla każdego człowieka najważniejsze są w życiu relacje. Jeżeli ich nie ma, nie mamy chęci do walki z przeciwnościami i chorobami – mówi laureatka konkursu.

Paulina Pergoł zaczęła wdrażać projekt o nazwie „Listy do przyjaciela” w warszawskim Domu Lekarza Seniora. Do współpracy zaangażowała studentów z wydziałów lekarskiego, farmacji i pielęgniarstwa, którzy mogą listownie wymieniać doświadczenia z emerytowanymi przedstawicielami ich specjalizacji. Seniorzy mogą się natomiast poczuć ważni i potrzebni dla młodego pokolenia.

– Zrobiliśmy to na małą skalę, ponieważ zostało wybranych 13 osób, które najbardziej potrzebują kontaktu z drugim człowiekiem i to działa. Wymieniamy te listy systematycznie i widzę zadowolenie obu stron, zarówno studentów, jak i osób starszych – mówi Paulina Pergoł.

– Przykład Pauliny jest bardzo budujący dla zawodu. Przez to, że się ma takie wyczucie, można zainicjować projekt, który jest bardzo prosty, ale skuteczny. Żyjemy coraz szybciej i często zapominamy o takich podstawowych rzeczach, jak relacje międzyludzkie. – uzupełnia Marcin Radziwiłł.

KE: Niski odsetek kobiet na rynku pracy istotnym wyzwaniem dla Polski w nowej unijnej perspektywie. Trwają prace nad budżetem na kolejną perspektywę

0

KE: Niski odsetek kobiet na rynku pracy istotnym wyzwaniem dla Polski w nowej unijnej perspektywie. Trwają prace nad budżetem na kolejną perspektywę 4

– Przyszedł czas, żeby Polska zainwestowała w rozwiązanie kluczowych problemów strukturalnych, z którymi się boryka – mówi Joost Korte, dyrektor generalny Komisji Europejskiej ds. zatrudnienia i spraw społecznych. Wśród kluczowych wyzwań na lata 2021–2027 wymienia m.in. niekorzystną sytuację demograficzną, niski odsetek kobiet na rynku pracy, gospodarkę niskoemisyjną czy umiejętności cyfrowe obywateli. Jednak, jak podkreśla, są to tylko rekomendacje, ponieważ Komisja Europejska nie podejmuje w Brukseli jednostronnej decyzji o tym, co musi zrobić kraj członkowski. Jednocześnie ocenia, że Polska dotąd bardzo dobrze radziła sobie z wykorzystaniem unijnych funduszy. 

Zaproponowany przez Komisję Europejską budżet UE po raz kolejny przewiduje bardzo pokaźną kwotę dla Polski. Przez ostatnie 15 lat wasz kraj znakomicie poradził sobie z wykorzystaniem środków, dlatego przyjęto pewne korekty w proponowanych kwotach. Biorąc pod uwagę tak wysoki, właściwie najwyższy w Europie wzrost gospodarczy, i stopę bezrobocia dużo poniżej przeciętnej, wiele osób może powiedzieć, że Polska potrzebuje mniej pieniędzy niż w poprzedniej perspektywie. Ostateczna decyzja jest w rękach ministrów finansów państw członkowskich. Negocjacje trwają – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joost Korte, dyrektor generalny ds. zatrudnienia, spraw społecznych i włączenia społecznego Komisji Europejskiej.

Dziesięć miesięcy temu KE przedstawiła projekt tzw. nowej siedmiolatki, czyli wieloletniego, unijnego budżetu na lata 2021–2027. Prace nad jej ostatecznym kształtem toczą się obecnie na forum Rady i Parlamentu Europejskiego.

Mam nadzieję, że fundusze zostaną ostatecznie przydzielone tej jesieni – mówi Joost Korte. – Potrzebna jest aprobata ministrów finansów państw członkowskich. Cały proces trwa i wciąż mamy wiele czynników niepewności, które sprawiają, że w tej chwili bardzo trudno dogadać się co do całościowego budżetu na kolejne siedem lat.

Jak podkreśla, największym z nich jest brexit, który – zgodnie z nowymi ustaleniami – nastąpi 12 kwietnia lub 22 maja, w zależności od decyzji brytyjskiego parlamentu w sprawie przyjęcia wynegocjowanego przez UE i rząd Theresy May porozumienia. Wielka Brytania jest drugim największym (po Niemczech) płatnikiem, odprowadzając rocznie do unijnego budżetu 12–14 mld euro. Do 18 kwietnia Londyn musi poinformować, czy wpłaci zadeklarowane wcześniej 7 mld euro do unijnego budżetu na 2019 rok, a łączne zobowiązania Wielkiej Brytanii wobec Wspólnoty zostały oszacowane na około 45 mld euro.

W lutym projekt nowego budżetu na lata 2021–2027 był dyskutowany przez europarlamentarzystów, którzy są przeciwni cięciom finansowania inwestycji i polityki spójności, za czym opowiada się KE. Poparli natomiast utrzymanie PKB jako głównego kryterium, które będzie decydować o rozdzielaniu funduszy. Niewykluczone jednak, że przy rozdziale środków pod uwagę będą brane też inne kryteria, takie jak polityka klimatyczna czy integracja imigrantów.

Polska jako państwo członkowskie UE radzi sobie doskonale. Jeśli spojrzymy na wskaźniki ekonomiczne, takie jak wzrost gospodarczy czy stopa bezrobocia, sprawy mają się naprawdę bardzo dobrze. Jednak przekaz Komisji jest taki, że przyszedł czas, aby Polska zainwestowała w rozwiązanie kluczowych problemów strukturalnych, z którymi się boryka. Wspomnę chociażby o relatywnie niskim odsetku kobiet na rynku pracy, co wiąże się z opieką nad dziećmi i kwestiami socjalnymi. Ważne jest, aby polski rząd inwestował dużo większe środki w zatrudnienie kobiet, tak aby zmniejszyć występujące obecnie nierówności między kobietami a mężczyznami – mówi Joost Korte.

Wśród kluczowych dla Polski wyzwań wymienia m.in. niekorzystną sytuacją demograficzną i spadek populacji, co wiąże się z koniecznością zaktywizowania zawodowego wszystkich grup obywateli czy nienajlepszy na tle innych państw wynik Polski w aspekcie edukacji i umiejętności cyfrowych.

Mogę wspomnieć także o służbie zdrowia borykającej się z szeregiem podstawowych problemów, które też należy rozwiązać – mówi Joost Korte. – Nasza oferta jest więc taka: oferujemy wam konkretne środki, które będą wypłacane od 2021 roku. Wykorzystajcie je do zmierzenia się z tymi wyzwaniami. Tyle już osiągnęliście w zakresie infrastruktury i rozwoju gospodarczego, więc nadszedł czas, żeby by zainwestować w rozwiązanie problemów długoterminowych.

Jak podkreśla, są to jedynie rekomendacje, bo KE nie może narzucić tego państwom członkowskim.

To dialog, w ramach którego najpierw rozpoznajemy wyzwania dla waszego kraju na najbliższe 10 lat, dotyczy to też wszystkich pozostałych państw członkowskich, potem deklarujemy, jakimi środkami dysponujemy w ramach UE, a następnie próbujemy przekonać władze danego kraju do wykorzystania tych środków na rozwiązanie wspólnie rozpoznanych problemów – podkreśla dyrektor generalny KE ds. zatrudnienia, spraw społecznych i włączenia społecznego. – Nie jest tak, że Bruksela dyktuje, co mają robić państwa członkowskie. Te dyskusje są zwykle bardzo owocne. Nie było zresztą dotąd żadnych fundamentalnych kwestii, w których nasze zdanie rozmijałoby się z tym, które reprezentuje polski rząd.

Na początku marca do Polski przeleciała trójka dyrektorów generalnych Komisji Europejskiej – Marc Lemaître, Joost Korte oraz Benjamin Angel, którzy przedstawili coroczny raport w ramach Semestru Europejskiego, zawierający m.in. ocenę polskiej gospodarki i wskazanie głównych priorytetów inwestycyjnych w kontekście środków z UE.

Według aktualnych propozycji, które są w trakcie negocjacji, w nowej siedmiolatce Polska miałaby dostać ok. 20 mld euro mniej z polityki spójności. W ubiegłym roku, według informacji Ministerstwa Finansów, Polska wpłaciła do unijnej kasy 4,5 mld euro, wypłacając ponad 15 mld euro (co oznacza ponad 11 mld euro „na czysto”). Od początku członkostwa w Unii Europejskiej Polska otrzymała ze wspólnego budżetu 107,5 mld euro, czyli już blisko 0,5 bln zł. 

Komórki macierzyste wyhodowane w laboratorium pomagają wyleczyć rzadką chorobę wzroku. Lekarze liczą na dostęp do terapii także w Polsce

Komórki macierzyste wyhodowane w laboratorium pomagają wyleczyć rzadką chorobę wzroku. Lekarze liczą na dostęp do terapii także w Polsce 5

Niedobór komórek macierzystych rąbka rogówki to rzadka choroba, która prowadzi do utraty wzroku. W Polsce co roku 100–200 osób wymaga leczenia, przy czym u ok. 30 osób taką dysfunkcję wywołało termiczne lub chemiczne poparzenie oczu. Szansą dla tej grupy jest innowacja – przeszczep komórek macierzystych rąbka rogówki pochodzących z hodowli w laboratorium. Taką terapię stosuje i refunduje obecnie kilka państw w Europie, m.in. Wielka Brytania i Włochy. W Polsce jest na razie dostępna w ramach badań klinicznych i tylko w dwóch ośrodkach, ale lekarze liczą, że wkrótce się to zmieni.

 Niedobór komórek macierzystych rąbka rogówki jest chorobą, która polega na dysfunkcji komórek odpowiedzialnych za odnawianie nabłonka powierzchni rogówki. Jest to warstwa o grubości 50 μm, a więc 0,050 mm, która odpowiada za ochronę naszej rogówki przed urazami i wnikaniem drobnoustrojów, ale również ma bardzo ważną rolę optyczną – mówi agencji Newseria prof. Edward Wylęgała, kierownik Katedry i Klinicznego Oddziału Okulistyki Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

Rogówka jest główną i najważniejszą częścią oka, pokrywającą jego przednią część. Załamuje i skupia promienie słoneczne, co pozwala dokładnie widzieć zarysy przedmiotów, i ma wiele zakończeń nerwowych odpowiedzialnych za czucie bólu i reakcję np. w przypadku zanieczyszczenia oka. U zdrowej osoby nabłonek przedni rogówki jest stale wymieniany i zastępowany co 3–10 dni. Jest to możliwe dzięki obecności komórek macierzystych rąbka rogówki. Ich niedobór prowadzi do utraty przezroczystości rogówki i w konsekwencji może spowodować utratę wzroku.

 Niedobór komórek macierzystych rąbka rogówki to choroba rzadka. W Polsce to schorzenie dotyczy kilku tysięcy pacjentów, ale szacuje się, że tych wymagających leczenia jest około 100–200 rocznie – mówi prof. Edward Wylęgała.

Niedobór lub niewydolność komórek macierzystych rąbka rogówki może mieć charakter wrodzony albo nabyty, spowodowany na przykład oparzeniami powierzchni oka, noszeniem soczewek kontaktowych, infekcjami rogówki albo zmianami nowotworowymi. W początkowej fazie leczenia nacisk kładzie się głównie na procesy regeneracyjne, ochronę uszkodzonych tkanek i ograniczanie procesów zapalnych. Kiedy rogówka nie ma już żadnych rezerw komórek macierzystych, zalecany jest jednak przeszczep. Komórki macierzyste można pozyskać ze zdrowego oka od dawcy spokrewnionego lub zmarłego.

– Obecnie możemy stosować metody chirurgiczne, pobierając komórki macierzyste z oka żywego dawcy rodzinnego lub dawcy pośmiertnego. To są standardy, które obowiązują już od wielu lat i nie są żadną nowością. Hodowane, wystandaryzowane komórki macierzyste to jednak coś, co podnosi jakość chirurgii na wyższy poziom. Niestety, nie jest to w tej chwili opcja powszechnie dostępna w Polsce – mówi prof. Edward Wylęgała.

Nową opcją terapeutyczną jest przeszczepienie okrągłej, przeźroczystej płytki utworzonej z żywych komórek ludzkiego nabłonka rogówki, zawierających komórki macierzyste wyhodowane w laboratorium. Aby stworzyć taką płytkę, trzeba najpierw pobrać niewielką część (1–2 milimetry kwadratowe) zdrowej tkanki rąbka rogówki. Kolejny etap to hodowla komórek macierzystych w certyfikowanym laboratorium, skąd następnie (po serii badań np. bakteriologicznych) są transportowane do placówki medycznej. Materiał do przeszczepu zawiera namnożone komórki macierzyste w odpowiedniej ilości, podczas gdy w przypadku innych technik transplantacyjnych lekarze nie wiedzą do końca, jaką pulę komórek uda im się przeszczepić.

– Skuteczność tej metody jest na poziomie 72 proc. Nie każdy przeszczep gwarantuje stuprocentową skuteczność. Jednak jeśli raz się nie uda, np. z powodu stanu zapalnego czy braku warunków na powierzchni oka potrzebnych, aby te komórki mogły się zagnieździć i dalej funkcjonować, wtedy możemy wykonać przeszczep jeszcze raz, w ramach jednej procedury. Nie ma już potrzeby pobierania komórek macierzystych po raz kolejny, bo materiał czeka w laboratorium – mówi prof. Edward Wylęgała.

Dziś w Polsce są tylko dwa ośrodki, w których przeprowadza się takie zabiegi – oddział okulistyki Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach oraz klinika Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego w Warszawie przy ul. Sierakowskiego. Rocznie są w stanie zakwalifikować do przeszczepu raptem kilkunastu pacjentów, tymczasem potrzeby są o wiele większe.

– Przeszczepy są przeprowadzane w Polsce w ramach badań klinicznych. Jeżeli uda się wprowadzić zmiany w systemie, to będzie z korzyścią dla polskich pacjentów – podkreśla prof. dr hab. n. med. Marek Rękas, konsultant krajowy w dziedzinie okulistyki.

Przeszczep z żywych komórek ludzkiego nabłonka rogówki, zawierających komórki macierzyste wyhodowane w laboratorium, to terapia dostępna i refundowana obecnie w Wielkiej Brytanii, Francji, Włoszech, Holandii i Belgii. Do tej pory takiemu leczeniu poddało się prawie 300 pacjentów.

– Dostępność tej metody nie jest taka sama, jak we Włoszech, Anglii czy w Belgii. W tych krajach terapia komórkami macierzystymi w systemie standaryzowanym jest możliwa i przede wszystkim jest refundowana. Mam nadzieję, że w niedługiej przyszłości również w naszym kraju będzie taka możliwość – dodaje prof. Edward Wylęgała.

– Pierwsze badania rozpoczęły się w 1997 roku, wyniki zostały opublikowane przez dwoje włoskich naukowców z Uniwersytetu w Modenie. To właśnie oni po raz pierwszy dostarczyli dowodów, że autologiczne przeszczepy komórek macierzystych pochodzących z hodowli komórkowych mogą się przyczynić do odbudowy nabłonka rogówki. Badania po rejestracji prowadzone są obecnie w 18 ośrodkach w całej Europie, łącznie w 8 krajach: w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji, Hiszpanii, Belgii, Holandii, we Włoszech i w Polsce, skąd pochodzi 25 proc. pacjentów – mówi Antonio Cipriani, globalny dyrektor ds. marki i ekspert chorób rzadkich w Chiesi Farmaceutici.

Przeszczep komórek macierzystych rąbka rogówki pochodzących z hodowli to terapia skierowana do dorosłych pacjentów po chemicznym lub termicznym oparzeniu oczu, które spowodowało umiarkowany lub ciężki niedobór takich komórek. Szacuje się, że dotyczy to 0,3 na 10 tys. osób. W Polsce do zabiegu z wykorzystaniem komórek macierzystych rąbka rogówki kwalifikowałoby się około 30 pacjentów rocznie. Dla nich nie ma obecnie innej, efektywnej metody leczenia, która mogłaby przywrócić im wzrok.

Europejski odpowiednik GPS-a obniży koszt i zwiększy dokładność pilotowania autonomicznych pojazdów. Będzie sterował także dronami dostarczającymi przesyłki kurierskie

Europejski odpowiednik GPS-a obniży koszt i zwiększy dokładność pilotowania autonomicznych pojazdów. Będzie sterował także dronami dostarczającymi przesyłki kurierskie 6

Już wkrótce europejski system nawigacji satelitarnej może zostać wdrożony na masową skalę. Zapewni dużo dokładniejsze wskazania lokalizacji w porównaniu z amerykańskim systemem GPS, co może być kluczowe w przypadku akcji ratunkowych zarówno na lądzie, jak i morzu. Już teraz Galileo jest stosowany w systemach alarmowych eCall, montowanych w nowych samochodach, a w ciągu trzech lat trafi też do wszystkich smartfonów, sprzedawanych na europejskim rynku. W opracowywanie urządzeń wykorzystujących Galileo zaangażowali się także Polacy. Opracowane przez nich układy mają trafić m.in. do autonomicznych dronów, dostarczających przesyłki.

– Nasz chipset nawigacyjny NaviSoC dzięki wykorzystaniu Galileo umożliwia bardzo precyzyjne nawigowanie za pomocą dużo niższej ceny niż obecnie stosowane odbiorniki. NaviSoC będzie bardzo przydatny szczególnie w autonomicznych urządzeniach, np. w dronach dostarczających przesyłki czy asystentach pasa ruchu do samochodów. Posłuży do poprawienia nawigacji, szczególnie w rejonach miejskich, gdzie obecnie sygnały nawigacji satelitarnej GPS gubią się poprzez odbicia od budynków. System Galileo i podwójna częstotliwość to eliminują – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Borejko z firmy ChipCraft.

ChipCraft dostrzega potencjał nowego systemu nawigacji w branży internetu rzeczy, w której precyzja lokalizacji jest rzeczą kluczową. Zaprojektowane przez polskiego producenta układy scalone, które wejdą do powszechnej sprzedaży w 2020 roku, charakteryzują się niskim poborem mocy oraz relatywnie niską ceną, co pozwoli stosować je na masową skalę w urządzeniach mobilnych, dronach, małych maszynach rolniczych bądź miniaturowych czujnikach.

– NaviSoc przyda się ogólnie do poprawienia nawigacji, szczególnie w rejonach miejskich, gdzie obecnie sygnały nawigacji satelitarnej GPS gubią się przez odbicia od budynków. System Galileo i podwójna częstotliwość wyeliminują ten problem – przekonuje Tomasz Borejko.

Jednym z pierwszych przykładów masowego zastosowania europejskiej nawigacji jest eCall, system szybkiego informowania o wypadkach drogowych. Według ustaleń Komisji Europejskiej, wszystkie auta osobowe oraz dostawcze o wadze do 3,5 tony, które otrzymały homologację po 31 marca 2018 roku, muszą być wyposażone w ten moduł bezpieczeństwa. Wykorzystuje się go do precyzyjnego ustalania pozycji pojazdu w oparciu o nawigację Galileo. System ma ułatwić służbom ratunkowym dotarcie do miejsca zdarzenia. Unijni urzędnicy szacują, że system pozwoli skrócić czas dotarcia na miejsce wypadku nawet o połowę.

Na terenie Unii Europejskiej wkrótce wystartuje także powszechny system lokalizacji telefonów dzwoniących pod numer alarmowy 112, który będzie wykorzystywał nawigację Galileo. Dotychczas operatorzy lokalizowali rozmówców za pośrednictwem masztów komórkowych, jednak działają one ze zbyt małą precyzją. Pozwalają określić położenie telefonu z dokładnością do kilkuset metrów. W ciągu trzech lat wszyscy producenci sprzedający telefony na rynkach unijnych muszą wyposażyć swoje urządzenia w moduły Galileo. Pozwoli to operatorom numeru 112 określić położenie telefonu z dokładnością do kilku metrów.

Po system Galileo sięgnął także producent lokalizatorów ratunkowych Orolia. Firma specjalizuje się w produkcji urządzeń zwanych Personal Locator Beacon (PLB), które wykorzystuje się na jednostkach pływających. Dzięki wyposażeniu lokalizatorów McMurdo FastFind 220 i Kannad SafeLink Solo w moduły Galileo, jednostki ratownicze będą w stanie ustalić pozycję marynarzy z dokładnością do 10 metrów.

Europejskim systemem nawigacji zaczyna się interesować także USA. W marcu amerykańska Federalna Komisja Łączności pozwoliła na wykorzystanie sygnałów Galileo E1 oraz E5 na terenie Stanów Zjednoczonych do celów komercyjnych. Decyzja ta przyspieszy upowszechnienie się europejskiej nawigacji na całym świecie.

– Główna różnica systemu Galileo względem GLONASS-a czy amerykańskiego GPS-u polega na tym, że to jest jedyny system zarządzany przez instytucję cywilną, nie jest to system wojskowy. I ponieważ jest zbudowany dość niedawno za pomocą nowych technologii, jest najdokładniejszy ze wszystkich obecnie działających i zapewni największą precyzję. GPS jest rozbudowywany, ale taką precyzję jak Galileo osiągnie dopiero po kilku latach od pełnej operacyjności Galileo – twierdzi Tomasz Borejko.

Wdrożenie nawigacji satelitarnej Galileo pochłonęło 10 mld euro, a prace nad uruchomieniem systemu trwały 17 lat. Według raportu opracowanego przez firmę Prescient & Strategic Intelligence globalny rynek układów GNSS w najbliższych latach będzie rozwijał się w tempie 7,2 proc., a do 2023 roku wartość branży wzrośnie do 4,1 mld dol.

Inteligentne systemy kontroli ruchu drogowego poprawiają bezpieczeństwo na drogach. Analizują i przewidują ruch pojazdów w czasie rzeczywistym

Inteligentne systemy kontroli ruchu drogowego poprawiają bezpieczeństwo na drogach. Analizują i przewidują ruch pojazdów w czasie rzeczywistym 7

Branża komunikacyjna jako pierwsza w pełni wykorzysta potencjał inteligentnego miasta. Już dziś wdraża się systemy monitoringu miejskiego wykorzystujące sztuczną inteligencję oraz kamery termowizyjne do zarządzania ruchem kołowym. Powstały także moduły bezprzewodowe umożliwiające podłączenie do systemów monitoringu miejskiego tych skrzyżowań, których nie podłączono do internetu. Upowszechnienie inteligentnych systemów zarządzania ruchem pozwoli zmniejszyć korki oraz zanieczyszczenie powietrza ze spalin samochodowych.

– Prezentujemy tutaj zastosowania naszych kamer termowizyjnych w połączeniu z kamerami światła widzialnego w obszarze bezpieczeństwa ruchu i zapobiegania korkom na drogach. Nasze kamery rozpoznają pojazdy. Wykorzystujemy też technologię Wi-Fi do monitorowania czasu podróży, dzięki czemu możemy obliczać wydajność skrzyżowania, ciągu komunikacyjnego, tempo podróży między punktami i analizować miejsca początku i celu podróży. Możemy też wykrywać kierowców jadących pod prąd – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tim Streck z Flir Systems.

Zintegrowane systemy automatycznego zarządzania sygnalizacją świetlną (SATS) to jeden z filarów inteligentnego miasta. Dzięki nim można zautomatyzować proces optymalizacji sygnalizacji na szeroką skalę, wykorzystując w tym celu sztuczną inteligencję. Algorytmy są w stanie sprawniej przeanalizować duże zasoby danych i w czasie rzeczywistym poprawiać płynność ruchu miejskiego.

Systemy inteligentnego zarządzania ruchem drogowym Flir Systems, wspierane kamerami termowizyjnymi i światła widzialnego, wykorzystywane są w procesie optycznego rozpoznawania pojazdów. Jeden z takich systemów działa już w mieście Henderson, na przedmieściach Las Vegas.

– Kamery są zamontowane na słupach wysięgnikowych i skierowane w dół, na linię stopu. Dzięki temu możemy sprawdzić, na których pasach znajdują się samochody, i możemy ustalić ich liczbę. Wszystkie dane następnie trafiają do adaptacyjnego systemu sterowania, który modyfikuje cykle sygnalizacji świetlnej w oparciu o ruch drogowy, a nie statycznie ustawiony czas. To realnie działający system, uruchomiliśmy już podobne na całym świecie – twierdzi Tim Streck.

Inżynierowie Flir Systems pracują także nad rozwiązaniami przyspieszającymi proces przyłączania sygnalizacji świetlnej do systemów inteligentnego miasta. Firma opracowała moduł łączności komórkowej, który sprawdzi się na skrzyżowaniach niepodłączonych do światłowodu. Równie przydatny może się okazać moduł FLIR VIP-T pozwalający wykorzystać w ramach SATS klasyczne, analogowe kamery monitoringu miejskiego.

– Możliwość połączenia urządzeń przez sieć komórkową pozwoli na przekazywanie danych nawet tam, gdzie do skrzynek sygnalizacji nie doprowadzono światłowodów. Trudno powiedzieć, kiedy cały system się upowszechni – liczymy na to, że za pięć lat każde skrzyżowanie będzie inteligentne – przewiduje ekspert Flir Systems.

W SATS postanowiły zainwestować także władze Nottingham, które przeznaczyły 99 tysięcy funtów na realizację programu SMART Cities Strategy. W jego ramach powstanie zintegrowany system monitoringu, wykorzystujący kamery do analizowania przepływu samochodów na drogach miasta. Dane zebrane przez stacje badawcze pozwolą upłynnić ruch i przeanalizować poziom zanieczyszczenia powietrza, a sztuczna inteligencja wykorzysta dane o korkach do informowania podróżnych o najmniej zatłoczonych ulicach.

– Mamy też systemy do wykrywania obecności pieszych. Wiele razy dochodzi do sytuacji, w których piesi podchodzą do skrzyżowania, naciskają przycisk i odchodzą, co prowadzi do sytuacji, że kierowcy nie są pewni, czy naprawdę ktoś czeka na przejściu. Możemy wykrywać obecność pieszego, włączyć miganie światła ostrzegawczego, możemy nawet przekazać informację bezpośrednio do pojazdu – tłumaczy Tim Streck.

Firma Noida Authority postanowiła z kolei wypromować ideę inteligentnych skrzyżowań w odmienny sposób, promując je jako sposób na ograniczenie emisji spalin samochodowych. Inżynierowie zamontowali autorski system kontroli przepływu samochodów na trzech najbardziej zatłoczonych ulicach miasta Delhi. Testy systemu wykazały, że pozwala on zredukować o ok. 90 proc. czas oczekiwania na zapalenie się zielonego światła, co bezpośrednio przekłada się na obniżenie emisji spalin.

Za wdrożeniem rozwiązań z zakresu inteligentnego sterowania ruchem optują także unijni urzędnicy, którzy powołali do życia P4ITS, ośrodek zajmujący się wdrażaniem oraz promocją tej technologii. W rozwoju tych systemów widzą szansę na znaczące usprawnienie ruchu drogowego, a także poprawę bezpieczeństwa kierowców.

Według MarketStudyReport.com wartość globalnego rynku inteligentnych systemów komunikacyjnych wzrośnie z 9,3 mld dol. w 2017 roku do 25,4 mld w 2024 roku, wykazując średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 20 proc.

Premia jakościowa a moment powstania obowiązku podatkowego VAT

W celu wzrostu jakości sprzedaży towarów udzielane są tzw. bonusy jakościowe. Jest to forma zachęty partnera biznesowego do podjęcia działań zmierzających na przykład do zapewnienia określonego sposobu sprzedaży, raportowania czy dodatkowej jakości w obsłudze klienta. Pojawia się jednak pytanie, czy udzielanie takich bonusów pieniężnych za wypełnienie działań jakościowych jest usługą w rozumieniu ustawy o VAT, biorąc pod uwagę, że partner handlowy jest niezależnym podmiotem, któremu także zależy na sprzedaży? A może jest to forma rabatu powiązana z dostawami towaru bądź zwykłe dofinansowanie działalności partnera?

Klasyfikacja podatkowa bonusów jakościowych

Zgodnie z art. 8 ust 1 ustawy o VAT pod pojęciem świadczenia usług rozumie się każde świadczenie na rzecz osoby fizycznej, osoby prawnej lub jednostki organizacyjnej niemającej osobowości prawnej, które nie stanowi dostawy towarów. W świetle powyższego za usługę należy rozumieć każdą „korzyść” dla podatnika inną niż dostawa towarów. Pojęcie usług (świadczeń) należy rozumieć jako każde zachowanie w imieniu innego podmiotu, które może składać się zarówno z działania (robienia czegoś dla innej osoby), jak i zaniechania (nierobienia lub tolerowania określonych stanów). Aby określone świadczenia zostały uznane za usługę, powinny wynikać z umowy pomiędzy stronami, w której jedna ze stron jest bezpośrednim beneficjentem świadczenia. Związek między płatnością za usługę a otrzymanym świadczeniem musi być bezpośredni i wystarczająco jasny, aby powiedzieć, że płatność jest dokonywana w zamian za takie świadczenie.

Należy zauważyć, że ani w dyrektywie Rady 2006/112/UE, ani w polskiej ustawie o VAT nie ma definicji pojęcia „bonusu” lub „premii”. Zgodnie z praktyką polskich organów podatkowych i sądów administracyjnych, jak również TSUE, aby uznać, że premia jest faktycznie rabatem, należy wykazać istnienie ścisłego związku pomiędzy bonusem i poszczególnymi dostawami. W przypadku bonusów przyznanych z powodu osiągnięcia określonego poziomu obrotu (zdefiniowany jako wartość sprzedaży lub liczba sprzedanych towarów) związek ten jest możliwy do zidentyfikowania, ponieważ wszystkie dostawy (nie tylko jedna z nich) muszą zostać zakończone, aby przyjąć, że poziom obrotu uprawniający do premii został osiągnięty. Dlatego premia za osiągnięcie określonego obrotu przez kupującego jest związana z każdą indywidualną dostawą (bez niej warunek uzyskania premii nie byłby możliwy do spełnienia), jak i z wszystkimi dostawami w sumie (wykonanie wszystkich dostaw jest niezbędne do uzyskania premii za poziom obrotów).

Z drugiej strony w przypadku istnienia stosunku prawnego między dostawcą a nabywcą, na podstawie którego kupujący otrzymuje premię nie tylko za osiągnięcie określonego poziomu zakupów czy sprzedaży, lecz także za wykonane w imieniu dostawcy lub w celu wypełnienia innych czynności dla dostawcy (np. podejmowanie działań zmierzających do rozwoju bazy sprzedażowej, prowadzenia działań marketingowych produktów), takie działania powinny być traktowane jako świadczenie usług nagradzane odpowiednim wynagrodzeniem. W przypadku bonusów jakościowych premia jest traktowana jako wynagrodzenie za świadczoną usługę. W takiej sytuacji usługa powinna podlegać VAT oraz być udokumentowana poprzez wystawienie faktury VAT. Ponadto, zgodnie z poglądem organów podatkowych, sposób obliczania kwoty wynagrodzenia (premii) nie ma znaczenia dla zakwalifikowania danej działalności jako świadczenia usług. Dlatego w praktyce zastosowanie może mieć także metoda oparta na osiąganym obrocie. Co ważne, podatnicy powinni zbierać i archiwizować dokumentację świadczeń, która winna potwierdzać, że dana usługa była rzeczywiście wykonana. Sama faktura i dowód wypłaty premii nie są wystarczające. Bardzo ważne jest monitorowanie i gromadzenie na bieżąco dokumentów i informacji potwierdzających świadczenie usług. Powyższe wnioski zostały potwierdzone przez Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 19 grudnia 2012 r., sygn. akt I FSK 273/12.

Moment powstania obowiązku podatkowego

Bonusy jakościowe są więc co do zasady traktowane jako świadczenie usług w rozumieniu ustawy o VAT. Problematyczne może być jednak określenie daty powstania obowiązku podatkowego. Wątpliwości w tym zakresie zostały niedawno rozwiane przez NSA, który odniósł się do kwestii momentu powstania obowiązku podatkowego w VAT z tytułu świadczonych usług, za które wypłacane są tzw. bonusy jakościowe. Zdaniem sądu w przypadku usługi, za którą dealer samochodowy otrzymuje bonusy jakościowe, świadczenie dealera należy uznać za spełnione z momentem upływu ustalonego w umowie/porozumieniu okresu, w jakim świadczenia były realizowane i za jaki strony ustaliły rozliczenie pieniężne (wyrok NSA z dnia 16 stycznia 2019 r., sygn. akt I FSK 78/17). NSA wskazał tym samym, że obowiązek podatkowy jest kategorią obiektywną i nie można go przesuwać w drodze umów cywilnoprawnych, ponieważ byłoby to niezgodne z przepisami prawa. Obowiązku podatkowego nie można więc przyspieszać ani opóźniać. Momentem wykonania usługi jest moment faktycznego wykonania przez zobowiązanego wszystkich działań składających się na daną usługę. Bez znaczenia jest element akceptacji wykonanych prac przez beneficjenta świadczenia.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Aktualne stawki wynagrodzeń w sektorze leasingu

Magdalena Różańska - Michael Page Poland
Magdalena Różańska – Michael Page Poland

Ubiegły rok był bardzo udany dla polskiej branży leasingowej, a dobra kondycja sektora przełożyła się na aktywność firm na rynku pracy. Pracodawcy, także w tym roku zapowiadają dalszy wzrost zatrudnienia, a kluczowymi kompetencjami pożądanymi wśród specjalistów będą znajomość nowych technologii, łatwość zdobywania wiedzy i wielozadaniowość. Magdalena Różańska, manager w zespole Banking & Financial Services w Michael Page analizuje, jakich ekspertów potrzebują firmy oraz przedstawia aktualne stawki wynagrodzeń w branży.

W 2018 r. dynamika inwestycji finansowanych leasingiem i pożyczką wzrosła o ponad 21 proc. w stosunku do roku 2017 i była najwyższa, jaką polski sektor odnotował od 11 lat – wynika z danych Związku Polskiego Leasingu. Dobra kondycja branży przyczyniła się do zwiększenia aktywności firm na rynku pracy. Co więcej, z kwartalnego badania przeprowadzanego wśród organizacji zrzeszonych w ZPL wynika, że w 2019 r. pracodawcy zamierzają dalej zwiększać zatrudnienie w swoich przedsiębiorstwach. Jakich specjalistów poszukują i jak kształtują się ich pensje?

Poszukiwany, poszukiwana

Kluczowymi kompetencjami, jakich wymaga się od kandydatów z tej branży są znajomość finansów i języków obcych, sprawne poruszania się w świecie nowoczesnych technologii, gotowość do przejmowania nowych ról i zadań – również z pogranicza wielu obszarów i stanowisk, np. marketingu i rozwoju produktów. Cenione są także osoby z predyspozycjami do szybkiej nauki nowych umiejętności i wykazujące się dużą inicjatywą w zakresie kreowania rozwiązań.

Jednymi z najbardziej poszukiwanych pracowników są project managerowie od których oczekuje się przede wszystkim skutecznego zarządzania projektami, innowacjami i procesami, umiejętności wdrażania usprawnień i posługiwania się nowymi systemami. Wynagrodzenie osoby na tym stanowisku może wynieść od 12 do 18 tys. zł brutto miesięcznie. Niemniej rozchwytywani są również eksperci od marketingu digital i e-commerce, co wiąże się z dynamicznym rozwojem branży w kierunku nowych technologii. Kandydatów zatrudnionych na tym stanowisku, poza wysokimi kompetencjami cyfrowymi, powinno również cechować wielozadaniowość i gotowość do szybkiego przyswajania wiedzy. Obecnie, kierownik marketingu i rozwoju biznesu może średnio liczyć na zarobki rzędu 16 tys. zł brutto miesięcznie.

Zarządzanie ryzykiem i windykacja

W sektorze finansowym skuteczne zarządzanie ryzykiem jest jednym ze strategicznych obszarów decydującym o „być albo nie być” organizacji. Dlatego, na jedne z najwyższych zarobków w branży – między 30 a 45 tys. zł brutto miesięcznie – mogą liczyć osoby na stanowisku dyrektora zarządzającego obszarem ryzyka. Średnia pensja dyrektora ds. ryzyka wynosi natomiast 29 tys. zł brutto miesięcznie, a mediana wynagrodzeń na stanowisku kierownika ds. ryzyka to 14 tys. zł brutto miesięcznie. W dziale windykacji, na stanowisku dyrektora można z kolei spodziewać się pensji na poziomie około 25 tys. zł brutto. Kierownicy windykacji mogą liczyć na stawkę między 11 a 18 tys. zł brutto miesięcznie, a średnia na tym stanowisko to 14 tys. zł brutto.

Sprzedaż i obsługa klienta

Wprowadzanie nowoczesnych produktów, zarządzanie projektami i procesami, obsługa klienta i serwis – to obszary, które mają kluczowy wpływ na konkurencyjność firmy i są stale rozwijane w organizacji. I choć w tych działach rekrutacje prowadzone są niemal nieustannie, to jednak, możemy zauważyć, że w wyniku presji kosztowej, wynagrodzenia specjalistów rosną niewiele ponad wskaźnik inflacji. Dyrektorowi operacji najczęściej proponowana jest pensja w wysokości 28 tys. zł brutto miesięcznie. Kierownikom technicznym średnio oferuje się stawkę w wysokości 12 tys. zł brutto miesięcznie. Doradca klienta otrzymuje wynagrodzenie w granicach 6-10 tys. zł brutto miesięcznie, a starszy doradca klienta, który może pochwalić się przynajmniej 5-letnim doświadczeniem może liczyć na pensje rzędu 10-14 tys. zł brutto. Mediana wynagrodzeń dyrektora sprzedaży najczęściej oscyluje wokół 25 tys. zł brutto miesięcznie, przy czym minimalnie na tym stanowisku zarabia się 16 tys. zł brutto, a górna granica wynagrodzenia może sięgnąć 35 tys. zł brutto.

Należy też podkreślić, że wraz z początkiem roku przed firmami z branży leasingowej pojawiły się nowe wyzwania związane z wejściem w życie ustawy podatkowej. Wg przewidywań ekspertów nowe prawo może realnie wpłynąć na spowolnienie branży, jednak nie powinno rzutować na sytuację na rynku pracy w tym sektorze. Co więcej, możemy spodziewać się, że pracodawcy i liderzy zespołów większą wagę będą przykładać do pozyskania do firmy najlepszych talentów – osób, które będą w stanie skutecznie przeprowadzić organizację przez zmiany.

Długoterminowa prognoza kursu korony czeskiej

Czechy to jeden z chętniej wybieranych kierunków przez polskich eksporterów. Dlatego warto bliżej przyjrzeć się gospodarce i walucie naszego południowego sąsiada. Eksperci Ebury w najbliższych kwartałach prognozują aprecjację korony czeskiej w stosunku do euro (przewidywany kurs EUR/CZK na koniec roku to 25,4).

Na początku 2018 roku korona czeska (CZK) względem euro umocniła się do najwyższego poziomu od 5 lat. Od tego czasu waluta Czech radziła sobie nieco gorzej w stosunku do wspólnej europejskiej waluty, aczkolwiek w ostatnich miesiącach kurs pary EUR/CZK utrzymywał się we względnie wąskim korytarzu wahań 25,5-26.

Kurs EUR/CZK (marzec ’18-marzec ’19)

kurs euro do koronyŹródło: Thomson Reuters Datastream                       Data: 11/03/2019

Wyprzedaż korony czeskiej w 2018 roku nie była znaczna – w ciągu ostatnich 12 miesięcy CZK osłabiła się o zaledwie 1,5% w stosunku do euro. Deprecjacja waluty była jednak stosunkowo zaskakująca. Zarówno prognozy Narodowego Banku Czeskiego (CNB), oczekiwania rynku, jak i nasze własne projekcje, zakładały dalszą aprecjację korony. Jesteśmy zdania, że większość ostatniej słabości CZK nie wynikała z sytuacji wewnętrznej Czech (która nadal pozostaje dobra), a raczej była związana z czynnikami zewnętrznymi – zwłaszcza z negatywnym sentymentem względem rynków wschodzących.

Mocna gospodarka

Fundamenty czeskiej gospodarki pozostają solidne. Czechy mają jedne z najzdrowszych finansów publicznych w całej Europie – stosunek długu publicznego do PKB regularnie tam spada, w ostatnich kilku latach wskaźnik wynosił zaledwie 35%.

Spadek wspomnianego wskaźnika wynikał zarówno z wysokiego poziomu wzrostu gospodarczego, jak również z konserwatywnego podejścia do polityki fiskalnej. W ostatnich trzech latach w kraju odnotowano nadwyżkę budżetową. Mimo że w najbliższym roku rząd przewiduje deficyt (0,7% PKB), z perspektywy fiskalnej ciężko jest coś Czechom zarzucić. Powodów do optymizmu dostarcza również bilans płatniczy Czech – kraj w 2018 roku utrzymał nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących, do czego przyczyniła się słabsza korona.

W ostatnich kilku kwartałach zwolnił natomiast wzrost PKB. Należy jednak podkreślić, że wskaźnik nadal znajduje się na względnie wysokim poziomie (2,8 proc. w czwartym kwartale w ujęciu rocznym) i jest bliski poziomowi czeskiego wzrostu potencjalnego. Za wzrost gospodarczy w 2018 roku odpowiadała w znacznym stopniu wysoka konsumpcja wewnętrzna, która z kolei swoją siłę zawdzięcza dobrej sytuacji na czeskim rynku pracy.  Bezrobocie w Czechach nadal jest najniższym w całej Unii Europejskiej, a jednocześnie w kraju odnotowuje się wysoki wskaźnik wzrostu wynagrodzeń.

Wysoki poziom wzrostu PKB pod koniec zeszłego roku wskazuje, że czeska gospodarka jest dość odporna. Oczekuje się jednak, że w tym roku Czechy doświadczą spowolnienia, między innymi z powodu niższego popytu zewnętrznego, jak i ograniczeń wynikających z sytuacji na krajowym rynku pracy. W Czechach może zacząć brakować rąk do pracy, a to z kolei może nadal ograniczać inwestycje podmiotów prywatnych.

Wzrost PKB w Czechach w ujęciu rocznym (2010-2018)

Wzrost PKB w Czechach w ujęciu rocznymŹródło: Thomson Reuters Datastream                       Data: 11/03/2019

Z punktu widzenia polityki monetarnej warto zwrócić uwagę na fakt, że w 2018 roku Narodowy Bank Czeski dokonał pięciu podwyżek stóp procentowych. Ostatni raz bank centralny podniósł stopy procentowe o 25 punktów bazowych w listopadzie ubiegłego roku, w konsekwencji czego stopa referencyjna znalazła się na poziomie 1,75%. Uzasadnieniem tych decyzji była względnie wysoka inflacja. Rynki spodziewają się, że w najbliższym roku dojdzie do kolejnych podwyżek stóp banku centralnego. Niedawne dane o inflacji okazały się wyższe od oczekiwań, a z tonu ostatnich „minutek” CNB można wnioskować, że najbliższa podwyżka może nastąpić już w marcu. Na początku 2019 roku dynamika cen dóbr konsumpcyjnych przyspieszyła z 2,0% do 2,5%, w lutym dobijając do 2,7%. Sam wskaźnik inflacji bazowej w styczniu wzrósł do 3%, co jest jego najwyższym poziomem od dekady, czyli czasów, kiedy CNB zaczął regularne odczyty tego indeksu. Mimo to, najprawdopodobniej tempo podwyżek banku centralnego w 2019 roku będzie dużo mniej agresywne w porównaniu z poprzednim rokiem.

Inflacja w Czechach (2012-2019)

Inflacja w CzechachŹródło: Thomson Reuters Datastream                       Data: 11/03/2019

Dalsze zacieśnianie polityki monetarnej byłoby korzystne dla korony czeskiej, zwłaszcza zważywszy na to, że rynki wyceniają obecnie zaledwie jedną podwyżkę stóp procentowych CNB w bieżącym roku. Nie wydaje się jednak prawdopodobnym, żeby czeski bank centralny był skłonny podnieść stopy procentowe na podobną skalę co w zeszłym roku, stąd w 2019 roku waluta Czech otrzyma stosunkowo niewiele wsparcia ze strony polityki monetarnej.

Prognozy Ebury

Pozostajemy optymistyczni względem perspektyw walut rynków wschodzących w 2019 roku, zwłaszcza tych, które posiadają bardzo silne fundamenty gospodarcze. Do tej grupy, w naszej opinii, należy korona czeska, stąd w najbliższych kwartałach prognozujemy aprecjację tej waluty w stosunku do euro. Jednocześnie, zważywszy na mniejszy apetyt na dodatkowe podwyżki stóp procentowych ze strony Narodowego Banku Czeskiego uważamy, że umocnienie CZK będzie stopniowe i o dość ograniczonej skali.

USD/CZK EUR/CZK CZK/PLN
Q2-2019 22,1 25,4 0,168
Q3-2019 22,1 25,4 0,168
E-2019 22,1 25,4 0,167
E-2020 21,4 25,2 0,167

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Analitycy Ebury

Co piąty Polak obawia się, że roboty zabiorą mu pracę

Zmiany technologiczne będą wpływały na rynek pracy w coraz większym stopniu. Automatyzacja zwiększy produktywność pracowników, a przez to przyczyni się do wzrostu wynagrodzeń. Z drugiej strony nowe technologie mogą wymagać istotnych nakładów finansowych na dopasowanie umiejętności do zmieniających się potrzeb pracodawców. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „Voice of the Workforce in Europe” Polacy niechętnie doskonalą swoje kompetencje. Autorzy raportu, opierając się na opinii pracowników z 10 krajów Europy, pokazują najważniejsze trendy na rynku pracy w przyszłości.

W najbliższej dekadzie zmiany zachodzące na rynku pracy będą determinowane przez dwa duże trendy: zmiany demograficzne oraz zmiany technologiczne, związane z rozwojem automatyzacji i sztucznej inteligencji na czele. – Rozwój nowych technologii będzie stopniowo zmieniał strukturę rynku pracy. Według World Economic Forum do 2022 roku dzięki nowym technologiom powstanie 133 milionów miejsc pracy, często związanych z nowymi zawodami. Część stanowisk zniknie, ale ogólny bilans pozostanie dodatni i powstanie dodatkowych 58 milionów miejsc pracy – mówi Julia Patorska, liderka zespołu ds. analiz ekonomicznych z Deloitte.

Czy roboty zabiorą nam pracę?

Polacy widzą przyszłość swoich miejsc pracy w najbliższych latach podobnie jak przedstawiciele analizowanych krajów europejskich. Ponad jedna trzecia ankietowanych w badaniu Deloitte przewiduje powolne zmiany, a rozwój automatyzacji i sztucznej inteligencji będzie przyczyną zarówno zysków, jak i strat. – Co piąty Polak obawia się, że przez dynamiczny rozwój technologiczny jego obecne miejsce pracy stanie się zbędne w ciągu najbliższych 10 lat. To nieznacznie więcej niż w bogatszych i bardziej zaawansowanych technologicznie krajach, takich jak Szwajcaria, Szwecja, Holandia i Niemcy.

W państwach tych istnieje duży odsetek miejsc pracy, których nie da się w łatwy sposób zautomatyzować. Są to najczęściej zawody związane z pracą kreatywną i wymagającą wysokich umiejętności społecznych – mówi Damian Olko, ekspert w zespole analiz ekonomicznych Deloitte. Największe obawy odnośnie skutków zmian technologicznych wyrazili pracownicy w Rumunii (38 proc.) i Hiszpanii (33 proc).

Polska u progu zmian

W przeciwieństwie do niektórych rozwiniętych gospodarek, pracownicy w Polsce praktycznie nie doświadczają zamykania zakładów pracy lub przenoszenia ich do innych krajów. Również proces automatyzacji postępuje wolniej. Dlatego skutki wpływu zmian technologicznych na rynek pracy nie wywołują jeszcze większych napięć społecznych. Wynika to z dwóch czynników: po pierwsze, z dobrej koniunktury, przekładającej się na rekordowo niskie bezrobocie i relatywnie wysoką dynamikę płac;
po drugie, z obecnego poziomu rozwoju Polski i jej miejsca w globalnych łańcuchach wartości. Polska jest wciąż krajem, który oferuje niskie koszty pracy w relacji do produktywności. W najbliższych latach czynniki te będą jednak stopniowo traciły na sile, a skutki technologicznej transformacji rynku pracy zaczną być odczuwalne.

Umiejętności przyszłości

Zmiany technologiczne i wzrost oczekiwanej długości życia będą wymagały od ludzi ciągłego poszerzania kwalifikacji. Już teraz pracownicy w Polsce i Europie za najbardziej istotne uznali umiejętności miękkie i związane z nowymi technologiami. 62 proc. ankietowanych Polaków uważa, że ma wysoko rozwiniętą zdolność pracy w grupie, a 55 proc. jest zadowolona ze swoich zdolności komunikacyjnych i rozwiązywania problemów.

Według World Economic Forum w 2020 roku do najważniejszych umiejętności wskazanych przez pracodawców będą należały: rozwiązywanie złożonych problemów, krytyczne myślenie, kreatywność, zarządzanie zasobami ludzkimi i koordynowanie pracowników. Duże znaczenie będą miały także: inteligencja emocjonalna, zrównoważone podejmowanie decyzji, pozytywne nastawienie
do wykonywanej usługi, a także umiejętności negocjacyjne i elastyczność poznawcza.

Pracownicy niechętni do zdobywania nowych kompetencji

Polscy pracownicy wysoko oceniają swoje umiejętności, jednak relatywnie niewielu z nich dostrzega konieczność doskonalenia swoich kompetencji. – Ten optymizm wśród pracowników może być efektem aktualnej dobrej koniunktury, jak również istnienia bariery informacyjnej, tzn. brakuje dostępnej wiedzy i prognoz, jakie umiejętności warto rozwijać. Dotyczy to zwłaszcza młodych, wchodzących na rynek pracy. Często niedoceniane są, tzw. umiejętności miękkie, a są to kompetencje, których nie da się zastąpić pracą maszyn czy algorytmów. W przypadku niektórych osób problemem w zwiększaniu kapitału ludzkiego mogą być niedostateczne dochody czy brak możliwości pozyskania innego finansowania,
np. ze strony pracodawcy – mówi Damian Olko.

Dostosowanie kompetencji pracowników do nadchodzących zmian na rynku pracy będzie wymagało współpracy instytucji odpowiedzialnych za edukację i pracodawców. Bardzo ważne jest skupienie się nie tylko na szkolnictwie wyższym czy zawodowym, ale też na właściwej edukacji w przedszkolu i w szkole podstawowej.

*Próba obejmuje Francję, Niemcy, Włochy, Holandię, Rumunię, Polskę, Hiszpanię, Szwecję, Szwajcarię i Wielką Brytanię. Źródło: Badanie Deloitte „Voice of the Workforce in Europe”.

Badanie Deloitte „Voice of the Workforce in Europe” zostało przeprowadzone na próbie 15 000 pracowników z 10 krajów Europy: Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Polski, Rumunii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii. Struktura demograficzna próby odzwierciedlała strukturę siły roboczej w danym kraju.

Fed uległ presji

Brak prognozy podwyżki w tym roku plus jeszcze tylko jedna w 2020 r. Wygaszanie programu redukcji sumy bilansowej do końca III kw. Niższe prognozy gospodarcze, choć z podtrzymaniem optymistycznych perspektyw solidnego wzrostu do końca roku. Brak rewizji ścieżki inflacji. Słowem: Fed wypadł zdecydowanie bardziej gołębio niż rynek zakładał.

Został tym samym wysłany jasny sygnał, że można mówić, że to już kres cyklu zacieśniania polityki. Fed przestaje odstawać od innych banków centralnych, które także przeszły na gołębią stronę. Nic dobrego nie przychodzi z tego dla USD.

Fed ulega presji rynku (a może i Waszyngtonu) i nie zamierza upierać się przy swoim optymizmie, który dawał im pole do kontynuowania podwyżek. Tak można interpretować sprzeczne sygnały z komunikatu i konferencji Powella. Stanowcze złagodzenie stanowiska, a jednak przy tym kwestionowanie niektórych rozczarowań w publikowanych danych (np. tąpnięcie sprzedaży detalicznej).

Powell twierdzi, że stopy procentowe są w granicach stopy neutralnej, a jednocześnie projekcja długoterminowego celu dla stopy procentowej została utrzymana na 2,8 proc. (42 pb powyżej obecnego poziomu). Co interesujące, Powell w ogóle nie skorzystał z okazji, by ocenić pesymizm w rynkowej wycenie (50 proc. szans na obniżkę w tym roku). Jakby taki rozdźwięk rynek vs Fed mu nie przeszkadzał.

Niespójność w komunikacji jest naprawdę mocna. Powell pozytywnie mówi o fundamentach gospodarki, FOMC nie obniża projekcji inflacji, odnotowano niezaprzeczalne poluzowanie się warunków finansowych w gospodarce i jednocześnie odżegnano się od podwyżek stóp w tym roku. Nie wolno też zapominać, że spowolnienie wcześniej było przez rynek i decydentów antycypowane. Scenariuszem bazowym od dawna było przecież wyhamowanie impetu koniunktury pod wpływem wygasania efektów stymulacji fiskalnej oraz rosnącego ciężaru wyższych stóp procentowych.

We wrześniu rynek wyceniał, że w rok stopy wzrosną o 60 pb mocniej niż obecnie jest to zdyskontowane w tym samym horyzoncie. Rentowność długu tąpnęła, w przypadku papierów dziesięcioletnich w kierunku 2,50 proc. A przecież jeszcze kilka miesięcy temu rosła nawet do 3,20 proc. Stanowisko Fed oczywiście nie sprzyja dolarowi, choć rynkowa wycena zakładająca spadek kosztu pieniądza jest zbyt pesymistyczna. Dużo zależy od czynników związanych z innymi walutami. Innymi słowy: jeśli np. RBA czy RBNZ będą musiały poluzować a Bank Anglii zapomnieć o podwyżce stóp, to tylko w takim wypadku polityka Fed relatywnie wspierać będzie dolara. Wszystko rozbije się teraz o kondycję globalnej gospodarki, jeśli napięcia geopolityczne zostaną rozładowane i zacznie ona przyśpieszać, to waluty ryzykowne i świat EM dalej przyciągać będą kapitał. Największa szansa dolara leży teraz zatem we wzmożeniu awersji do ryzyka i strachu o kondycję ogólnoświatowej koniunktury.

EUR/USD od załamania po posiedzeniu ECB i naruszenia 1,12 właściwie nieprzerwanie mozolnie rośnie i kurs przekroczył 1,14. Rynek po tym rajdzie jest mocno wykupiony, ale tak naprawdę dopiero teraz układ notowań zmienia się na długoterminowo bardziej pozytywny dla wspólnej waluty. Obecnie wydaje się, że 1,1370 zamykać będzie drogę do głębszych spadków. Strefa 1,1480-1,1515 wyznacza w tej chwili opór kluczowy dla dalszej zwyżki. Z jednej strony dolar po swojej stronie nie ma za dużo argumentów, ale to samo można powiedzieć o euro. Chyba, że za argument przyjmiemy stwierdzenie, że gorzej być już nie może… Pamiętać należy też o tym, że rynek w ostatnich miesiącach wykazywał wyraźną bojaźliwość przy próbach wyrwania kursu z dominujących przedziałów wahań…

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

SYNERGA.fund S.A. połączy się z ALL IN! GAMES

SYNERGA.fund S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2011 r., podpisała Term Sheet w sprawie połączenia ze spółką Alin Group Sp. z o.o. prowadzącą działalność wydawniczą na rynku gier komputerowych i będącą w trakcie zmiany nazwy na ALL IN! GAMES Sp. z o.o. Po połączeniu Spółka zmieni nazwę i będzie prowadziła działalność w branży gier komputerowych jako wydawnictwo różnorodnych projektów przeznaczonych na konsole i komputery osobiste.

Zgodnie z Term Sheet podpisanym w dniu 20.03.2019 r. obie Spółki oświadczyły, że ich zamiarem jest przeprowadzenie procesu połączenia SYNERGA.fund S.A. (Spółka przejmująca) z Alin Group Sp. z o.o. będącą w trakcie zmiany nazwy na ALL IN! GAMES Sp. z o.o. (Spółka przejmowana) poprzez przeniesienie całego majątku Spółki przejmowanej na Spółkę przejmującą za akcje, które Spółka przejmująca wyda Udziałowcom Spółki przejmowanej. Podmiot powstały w wyniku połączenia obu Spółek będzie działał pod nazwą ALL IN! GAMES S.A. lub inną wskazaną przez Spółkę przejmowaną i zostanie ona określona w Planie Połączenia. Podstawę do określenia parytetu wartości obu Spółek będzie stanowiła ich wartość określona przez niezależnego, wybranego przez oba podmioty, biegłego rewidenta w terminie do 8 tygodni od dnia podpisania Term Sheet. W oparciu o wynik wyceny obu Spółek, wyniki negocjacji oraz wyniki due diligence zostanie ustalony parytet przydziału akcji, a tym samym struktura akcjonariatu podmiotu powstałego w wyniku połączenia. W celu realizacji transakcji SYNERGA.fund S.A. wyemituje akcje serii B1 w ilości ustalonej w wyniku określenia wartości Spółek oraz przy uwzględnieniu ustalonego parytetu wymiany akcji. Spółka po połączeniu będzie prowadziła działalność w branży gier komputerowych jako wydawnictwo różnorodnych projektów przeznaczonych na konsole i komputery osobiste.

„Podpisanie Term Sheet w sprawie połączenia ze spółką Alin Group Sp. z o.o. (ALL IN! GAMES Sp. z o.o.) działającą w branży gier komputerowych stanowi kolejny ważny krok w kierunku fuzji obu podmiotów. Potencjał połączonej spółki będzie bardzo duży, bowiem z jednej strony będziemy mieli status spółki publicznej, a z drugiej strony dynamicznie rozwijającą się działalność w obszarze wydawania gier na konsole oraz komputery osobiste. Branża gier komputerowych to mocno rosnący i perspektywiczny rynek, dlatego nasza decyzja o połączeniu właśnie z ALL IN! GAMES ma silne uzasadnienie. Najbliższe tygodnie chcemy przeznaczyć na przygotowanie całej transakcji od strony formalno-prawnej.” ocenia Tomasz Wykurz, Prezes Zarządu Spółki SYNERGA.fund S.A.

Podmiot powstały po połączeniu – ALL IN! GAMES S.A. – będzie, zgodnie z przyjętą strategią, prowadził działalność w branży gier komputerowych jako wydawnictwo różnorodnych projektów przeznaczonych na konsole i komputery osobiste. Dzięki wsparciu ALL IN! GAMES S.A. wydawane gry otrzymają niezbędne finansowanie dalszej produkcji, profesjonalną kampanię reklamową, kontakt z influencerami, obecność na najważniejszych wydarzeniach branżowych na świecie, a także premierę na wszystkich największych rynkach jednocześnie. Ze względu na realizację kolejnych projektów inwestycyjnych Spółka nie wyklucza powstania grupy kapitałowej, w której poszczególne podmioty będą prowadziły określone rodzaje działalności gospodarczej.

„Wydawnictwo ALL IN! GAMES zaczyna odgrywać coraz bardziej znaczącą rolę w polskiej branży gier komputerowych. Podmiot ten zbudował bardzo zdywersyfikowane portfolio gier produkowanych przez polskie oraz zagraniczne studia. Pierwsze premiery gier zostały przewidziane już na drugi kwartał tego roku, a ich potencjalny sukces potwierdzi pozycję rynkową wydawnictwa i efektywność działalności. Model biznesowy oraz posiadane zasoby stanowią naszym zdaniem kluczowe czynniki mogące zadecydować o powodzeniu tego przedsięwzięcia.” – podsumowuje Prezes Wykurz.

ALL IN! GAMES to liczący się podmiot na rynku gier komputerowych, który prowadzi działalność wydawniczą. Wydawnictwo posiada w swoim portfelu wachlarz różnorodnych projektów przeznaczonych na konsole oraz komputery osobiste i cały czas pozyskuje nowe tytuły. ALL IN! GAMES pozyskała dotychczas aż 16 tytułów tworzonych przez znanych polskich i zagranicznych deweloperów, m.in. Destructive Creations, PolyAmorous, w tym także zagraniczne produkcje, takie jak „Fort Triumph” tworzony przez zespół deweloperski z Izraela. W tym roku ALL IN! GAMES zamierza wydać co najmniej 6 gier, a w 2020 r. minimum 10 produkcji.

Podczas NWZA SYNERGA.fund S.A., które odbyło się w lutym 2019 r., Akcjonariusze Spółki podjęli Uchwałę o przeprowadzeniu scalenia akcji w stosunku 100:1, co ma przełożyć się na lepszą płynność obrotu akcjami. Aktualnie kapitał zakładowy Spółki wynosi 27.310.000,00 zł i dzieli się na 273.100.000 akcji o wartości nominalnej 0,10 zł każda. Po resplicie wartość nominalna akcji wyniesie 10,00 zł każda, a ich łączna liczba będzie wynosiła 2.731.000.

Jednym z głównych akcjonariuszy SYNERGA.fund S.A. jest notowana na rynku akcji GPW NewConnect JR HOLDING S.A., która wraz z Januarym Ciszewskim posiada łącznie akcje stanowiące ponad 16,94% udziału w kapitale zakładowym Spółki oraz w ogólnej liczbie głosów na WZA. W styczniu 2019 r. w akcjonariacie Spółki pojawiło się dwóch nowych inwestorów. Pierwszym z nich jest Tomasz Majewski posiadający akcje stanowiące 19,67% udziału w kapitale zakładowym Emitenta oraz w ogólnej liczbie głosów na WZA. Z kolei drugim nowym inwestorem jest Artur Górski, który posiada akcje stanowiące 7,03% udziału w kapitale zakładowym SYNERGA.fund S.A. oraz w ogólnej liczbie głosów na WZA.

W lutym br. SYNERGA.fund S.A. przyjęła nowe kierunki rozwoju i podjęła decyzję o rezygnacji z dotychczasowego przedmiotu działalności w segmencie technologii blockchain oraz rozpoczęciu działalności w obszarze inwestowania w podmioty z branży gier komputerowych. Spółka liczy, że będzie mogła wykorzystać kompetencje i know-how głównych Akcjonariuszy, którzy posiadają duże doświadczenie w tej branży, bowiem zrealizowali oni z sukcesem połączenie notowanej na rynku akcji GPW NewConnect Spółki Laser-Med S.A. (obecnie ONE MORE LEVEL S.A.) ze spółką ONE MORE LEVEL S.A., która zajmuje się produkcją gier komputerowych na PS4, Xbox One oraz na PC.

SYNERGA.fund S.A. to Spółka notowana na rynku NewConnect od czerwca 2011 r.

Firmy z Pomorza płacą wolniej, niż w innych regionach kraju

  • Pomorskie – działające tu firmy średnio płacą wolniej, niż w innych województwach. W lutym średni okres obiegu należności (udzielony kredyt kupiecki plus opóźnienie w jego spłacie) od firm z Pomorza wynosił 103 dni.
  • W ubiegłym roku liczba niewypłacalności w woj. pomorskim wzrosła o 22%, w okresie I-II 2019 r. wzrost ich liczby jest mniejszy (8 firm wobec 7 przed rokiem).
  • Zmienia się struktura form prawnych niewypłacalności: zdecydowanie mniej jest obecnie na Pomorzu postępowań naprawczych, podczas gdy w ubiegłym roku stanowiły one 45% wszystkich przypadków.
  • Struktura sektorowa niewypłacalności – w ub. roku (pełniejsze dane niż tylko za okres I-II 2019 r.) najliczniejsze na Pomorzy były przypadki firm usługowych, przed budowlanymi i produkcyjnymi.

Z Programu Analiz Należności Euler Hermes, będącego największym tego typu projektem w kraju (analiza należności od 200 tys. odbiorców na kwotę blisko 40 mld złotych w skali miesiąca) wynika, iż firmy z województwa pomorskiego płacą przeciętnie za swoje należności najwolniej w kraju. W lutym 2019 roku średni okres, po jakim odbiorcy z 12 województw regulowali swoje należności wynosił poniżej 80 dni, a tylko w pięciu województwach był on dłuższy, z czego najdłuższy w woj. pomorskim – tam dostawcy czekali na swoje należności średnio 103 dni. Dla porównania w odniesieniu do odbiorców z woj. wielkopolskiego jest to średnio 62 dni. Rok wcześniej, w lutym 2018 r. okres oczekiwania na należności od firm z Pomorza był krótszy – średnio 95 dni, ale również wtedy był to najdłuższy okres obiegu należności w kraju.

Firmy z Pomorza płacą wolniej

Źródło: Euler Hermes z grupy Allianz

Dłuższy okres obiegu należności nie jest przypadkiem – znacznie opóźnione należności od firmy z Pomorza, czyli trudne długi (należności przeterminowane ponad 120 dni po terminie płatności) stanowią blisko 10% wartości należności i jest to średnio o ok. 20% więcej, niż w sąsiednich województwach, nie wspominając o woj. wielkopolskim.

Niestety, gorsza kondycja i dyscyplina płatnicza wielu polskich firm, częstsze ich niewypłacalności zwłaszcza w sektorach budowlanym, produkcyjnym i usługowym dotknęły także pomorskich przedsiębiorców – liczba ich niewypłacalności w 2018 roku wzrosła o 22% r/r (54 firmy w 2018 roku wobec 44 w 2017). W bieżącym roku tempo ogłaszania niewypłacalności na Pomorzu jest jak na razie mniejsze (8 firm obecnie wobec 7 przed rokiem w okresie I-II), ale dużo rzadsze są postepowania układowe, 7 ze wspomnianych 8 z nich to likwidacja firm mających kłopoty (podczas gdy w całym 2018 aż 45% niewypłacalności pomorskich firm stanowiły postępowania naprawcze – firmy te nadal więc działały, zamawiały i produkowały, zatrudniały pracowników, odprowadzały podatki).

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.Firmy z Pomorza płacą wolniej 2

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

W odróżnieniu od większości innych regionów kraju – gdzie do niedawna za wzrostem liczby niewypłacalności stały najczęściej przypadki firm przemysłowych i budowlanych, na Pomorzu najliczniejsze przypadki firm mających problemy dotyczyły sektora usługowego przed budowlanym, dopiero trzecia w statystyce niewypłacalności była branża wytwórcza. Jest to oczywiście potwierdzenie wybitnych walorów turystycznych regionu – nie ujmując oczywiście nic jego przemysłowym tradycjom.

Warto zwrócić uwagę na fakt, iż struktura gospodarcza województwa jest skupiona wokół Trójmiasta, a zwłaszcza Gdańska i Gdyni – o czym świadczy m.in. wspomniana statystyka niewypłacalnych firm, gdzie na 54 niewypłacalności w ub. roku 26 firm zarejestrowane było w Gdańsku bądź Gdyni. Podobnie w roku bieżącym – a pozostałe miejscowości, z których pochodziły niewypłacalne firmy na Pomorzu według częstotliwości niewypłacalności firm z nich pochodzących to Kościerzyna, Tczew, Kwidzyn, Reda, Krokowa, Ustka i inne.

Firmy z Pomorza płacą wolniej3

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz