Polski rynek akcesoriów do gier, smartfonów i tabletów jeszcze w tyle za krajami rozwiniętymi

CEO Magazyn Polska

W Polsce na rynku akcesoriów do gier wciąż jeszcze dominuje sprzedaż myszy i klawiatur oraz ich zestawów. W krajach rozwiniętych sprzedaje się więcej urządzeń współpracujących z tabletami i smartfonami. Innowacjom, pozwalającym na dostosowywanie produktów do zmieniających się potrzeb klientów, służą nakłady na badania i rozwój. 

Trochę inne urządzenia sprzedają się na rynkach wschodzących – bardziej podstawowe, w większości jeszcze przewodowe. Polska cały czas w strukturze sprzedaży należy bardziej do rynków wschodzących niż do rynków Europy Zachodniej. W związku z tym, dominujące kategorie to: myszy, klawiatury i zestawy myszy i klawiatur   mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Ryniewicz, dyrektor w Logitech Poland.

Logitech liczy jednak na szybki wzrost zysków ze sprzedaży akcesoriów do laptopów i smartfonów na rynkach rozwijających się.

Plany mamy bardzo ambitne, związane przede wszystkim z nowymi platformami. Będziemy starali się zaistnieć mocniej na rynkach wschodzących w tych nowych, wzrostowych kategoriach. Natomiast jeżeli chodzi o nasz tzw. core business, czyli podstawowe źródło przychodów, to tam staramy się optymalizować nasze działania, tak, żeby na tym trudnym rynku zoptymalizować przychody – twierdzi Ryniewicz.

Firma od ponad 30 lat dostarcza akcesoria do komputerów osobistych, takie jak: myszy, klawiatury, zestawy nagłaśniające itp. W ostatnich latach te tradycyjne rynki tracą na znaczeniu, głównie ze względu na rosnącą popularność tabletów i smartfonów. Rozwój tych nowych platform i towarzyszących im aplikacji sprawia, że zyskują one coraz większe znaczenie m.in. dla miłośników gier czy muzyki.

W tym tygodniu firma wprowadza na rynek trzy nowe produkty: wczoraj premierę miały przenośna konsola i bezprzewodowy głośnik, który na bateriach gra do 15 godzin i łączy się ze wszystkimi urządzeniami wyposażonymi w bluetooth. Dziś firma wprowadza mysz, która pozwoli graczowi na wykonywanie bardziej precyzyjnych ruchów w czasie gry.

To myszka gamingowa, z serii dedykowanej ludziom, którzy poświęcają się graniu na komputerze – zapowiada Ryniewicz. – Myszka z unikalnymi technologiami, którą możemy dowolnie wyważyć, dociążyć, która jest w stanie nauczyć się powierzchni, na której gramy, tak, aby jak najbardziej precyzyjnie odwzorowywać ruchy urządzenia za pomocą ręki.

Nowoczesne technologie od września w małopolskich szkołach. Wykłady akademickie w formie wideokonferencji‏

CEO Magazyn Polska

Od nowego roku szkolnego uczniowie 21 małopolskich szkół będą mogli uczestniczyć w akademickich wykładach za pomocą sprzętu wideokonferencyjnego. Ma to zmniejszyć wykluczenie edukacyjne poza dużymi miastami i zachęcić uczniów do zdobywania wyższego wykształcenia. W przyszłości program Małopolskiej Chmury Edukacyjnej ma objąć szkoły ponadgimnazjalne. Nowe technologie są też wykorzystywane w e-szkołach w województwie opolskim.

Każda z 21 szkół posiada mobilny zestaw wideokonferencyjny i uczniowie szkół mogą uczestniczyć w wykładach prowadzonych przez nauczycieli akademickich z uczelni krakowskich w sposób interaktywny, czyli mogą m.in. zadawać wykładowcom pytania – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Fabiszewski, dyrektor generalny Cisco Systems Poland.

Technologia umożliwi też uczestniczenie w wykładach uczniom, których nie będzie w szkole. Będą oni mogli oglądać wykład za pomocą swojego komputera lub urządzenia mobilnego, a zadawać pytania poprzez komunikator. Wykłady będą nagrywane i dostępne do odtworzenia przez uczniów w dowolnym momencie.

Projekt – na razie w formie pilotażowej – ma ruszyć z początkiem nowego roku szkolnego, czyli 1 września. Obejmie 21 szkół. Fabiszewski ocenia jednak, że tego typu rozwiązania to przyszłość systemu edukacji. Szkoły są zainteresowane uczestnictwem, a dalsze losy programu zależą m.in. od zdobycia finansowania przez władze województwa. Jeśli będą środki, projekt może objąć całe województwo.

Cisco dostarczy swoją technologię o nazwie „Collaboration” jako jeden z udziałowców projektu.

Są miejscowości, gdzie mamy bardzo zdolne dzieci, które profesora akademickiego nie mają szansy zobaczyć poza telewizją, a w ten sposób mają szansę uczestniczyć interaktywnie w wykładach i mamy nadzieję, że to zmniejszy dystans i zachęci tych młodych ludzi do zdobywania wyższego wykształcenia i potem do wprowadzenia Polski na drogę innowacji – przekonuje Fabiszewski.

Dodaje, że to projekt ważny również wizerunkowo, bo pokazuje, że nowoczesne technologie można z pożytkiem wykorzystać w sektorze edukacji. To istotny element strategii Cisco, firmy, która od kilkunastu lat stawia na innowacje. Fabiszewski zauważa jednak, że korzyści czerpią nie tylko firmy, lecz także, a może nawet przede wszystkim społeczeństwo.

31 marca władze województwa i rektor AGH podpisali umowę dotyczącą „Małopolskiej Chmury Edukacyjnej – projekt pilotażowy”. Pomysłodawcy podkreślają, że to projekt innowacyjny w skali kraju, bo nikt do tej pory nie stosował w dziedzinie edukacji tak innowacyjnych narzędzi. W przyszłości programem mają być objęte wszystkie szkoły ponadgimnazjalne w województwie.

Fabiszewski ma również nadzieję, że kolejne województwa wzorem małopolskiego zdecydują się na wprowadzenie innowacji w edukacji. Nieco inny projekt z użyciem nowoczesnych technologii realizowany jest województwie opolskim: chodzi o projekt e-szkoły, obejmujący 110 placówek.

Zostały tam wprowadzone systemy do zarządzania szkołą, a także systemy, które skracają dystans pomiędzy rodzicami, uczniami i nauczycielem. Np. dzienniczek szkolny nie jest prowadzony w postaci zeszytu, tylko w formie strony internetowej, na której rodzice mogą przejrzeć dzienniczek i  skontaktować z nauczycielem – tłumaczy Fabiszewski.

Fiat Auto Poland: po fuzji Fiata z Chryslerem Polska pozostaje jednym z kluczowych rynków dla koncernu

CEO Magazyn Polska

Fiat ma w Polsce dwie fabryki. Oprócz tego obecnych jest kilkadziesiąt spółek grupy Fiat, produkujących komponenty dla przemysłu samochodowego i rolniczego. Po połączeniu włoskiej marki z Chryslerem pozycja polskich zakładów produkcyjnych powinna dodatkowo się umocnić.

Fiat 500, niezwykle popularny wśród naszych klientów, produkowany jest w Tychach, także w prestiżowej wersji Abarth – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Grzanecki, szef Biura PR & Komunikacji Fiat Auto Poland. – W Polsce powstaje także Lancia Ypsilion, a w Bielsku-Białej montowane są silniki 1.3 MultiJet i 0.9 Tweener. Pracuje dla nas także blisko 20 spółek grupy Fiat, które dostarczają komponenty. Polska jest i będzie więc jednym z kluczowych rynków europejskich dla Fiata, i fuzja z Chryslerem nic tu nie zmienia. Dzięki niej mamy natomiast szansę włączyć się do globalnej polityki koncernu.

Przypomnijmy, że grupa Fiat połączyła swoje struktury z Chryslerem na początku tego roku, tworząc firmę Fiat-Chrysler Automobiles. Reprezentuje ona marki: Fiat, Abarth, Alfa Romeo, Lancia, Jeep, Dodge oraz Ferrari i Maserati.

– Nasza strategia jest na skalę globalną – wyjaśnia Rafał Grzanecki. – Firma inwestuje w marki, które w danym regionie sprzedają się najlepiej. Przykładowo, Fiat jest bardzo mocny w Ameryce Południowej. Posiadamy w Brazylii dwie fabryki, budujemy trzecią. W Ameryce Północnej po kryzysie sprzed 4-5 lat grupa Fiat-Chrysler rośnie z miesiąca na miesiąc.

W Ameryce Północnej koncern notuje 20-30 proc. wzrosty sprzedaży. Dobrze sprzedają się tam lekkie samochody dostawcze.

Wprowadziliśmy również Fiata 500 i przez wiele miesięcy rynek północnoamerykański był rynkiem numer jeden dla tego modelu – mówi Grzanecki. – W Europie strategia grupy opiera się obecnie na marce Fiat samochody osobowe, i mówimy tu głównie o polskiej 500, która kolejny rok z rzędu jest autem numer jeden w segmencie A w Europie.

W Polsce istotnym segmentem dla Fiat-Chrysler Automobiles są auta dostawcze i lekkie auta dostawcze. Fiat Ducato, będąc liderem w tym segmencie, znajduje się także na liście dziesięciu najczęściej kupowanych samochodów w naszym kraju.

Problemem, z którym muszą borykać się producenci i dealerzy samochodów w Polsce, jest utrzymujący się od kilku lat dość niski poziom sprzedaży nowych pojazdów. Chłonność naszego rynku zmniejszyła się po otwarciu rynków Unii Europejskiej i wprowadzeniu przepisów umożliwiających sprowadzanie używanych aut z zagranicy. Obecnie na jeden nowy sprzedany samochód przypadają 3-4 rejestracje aut używanych.

Średnia wieku samochodu to ponad 14 lat, a średni wiek samochodu rejestrowanego w zeszłym roku w Polsce to 10 lat, czyli niestety kupujemy samochody w znacznej mierze używane, wyeksploatowane. Potencjał jest, ponieważ w Polsce sprzedaje się milion samochodów, tylko chcielibyśmy, żeby 70 proc. to były samochody nowe, ekologiczne, a nie używane – podkreśla Rafał Grzanecki.

Browary liczą na większą sprzedaż piwa w tym roku. Polacy chętnie piją radlery i piwa specjalne

Po słabszym ubiegłym roku polskie browary liczą na stabilizację, a nawet niewielką poprawę w 2014 r. Wzrostu sprzedaży oczekują w czerwcu, kiedy ruszą piłkarskie mistrzostwa świata w Brazylii. Mimo to raczej nie ma szans na powtórzenie rekordowo wysokich poziomów z 2012 roku. Browary, zgodnie z preferencjami konsumentów, stawiają na radlery, piwa smakowe oraz specjalne.

Rok 2013 zakończył się dla przemysłu piwowarskiego minusem i to ponad 2-proc. Oczywiście bierzmy pod uwagę fakt, że 2012 rok był z kolei rekordowym skokiem, ponad 5 proc. wzrostu. Zatem jeśli udałoby się zatrzymać tendencję spadkową i wygospodarować jakiś plus, nawet rzędu 1-2 proc., to byłoby satysfakcjonujące dla branży – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Danuta Gut, dyrektor biura zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

W ubiegłym roku na rynku krajowym sprzedano niecałe 37 mln hektolitrów piwa – to o 2,2 proc. mniej niż w rekordowym 2012 r. Dobry początek tego roku daje nadzieje na niewielki wzrost, ale ZPPP przyznaje, że nie ma szans na poprawę wyniku sprzed dwóch lat. Ponieważ statystyczny Polak wypija rocznie ok. 96 litrów piwa, rynek jest oceniany jako nasycony. Między innymi z tego powodu rośnie udział eksportu – w 2013 r. wzrósł on o niemal 17 proc. do poziomu 2,5 mln hektolitrów.

Dzięki większemu eksportowi o 0,7 proc. wzrosła też całkowita produkcja piwa w Polsce. ZPPP oczekuje dalszej poprawy sprzedaży produktów za granicę. Gut dodaje, że sprzedaż powinny poprawić też rozgrywane latem piłkarskie mistrzostwa świata. Polacy chętnie oglądają mecze w pubach, pijąc piwo.

Lata inwestycji w edukację, w informowanie o kulturze piwa zaowocowały nie tylko znakomitą grupą znawców, lecz także i entuzjastów piwa. Dzisiaj konsument oczekuje czegoś więcej, oczekuje nowości i na te nowości jest bardzo dużo miejsca na rynku. Zatem na pewno w roku 2014 dalej będziemy wprowadzać nowe produkty i smaki, tak, aby zaspokoić oczekiwania naszych konsumentów – prognozuje Gut.

Ocenia, że nadal będą rozwijały się popularne już w 2013 r. napoje typu shandy i radler, czyli mieszanki piwa z sokami owocowymi i lemoniadami, zwykle w proporcjach zbliżonych do 1:1 i z niewielką zawartością alkoholu. Są one szczególnie chętnie kupowane latem. Popularności nie tracą piwa tradycyjne, które pijają już nie tylko mężczyźni, lecz także coraz więcej kobiet. Mężczyźni wciąż stanowią większość piwoszy, ale Gut przewiduje, że wkrótce kobiety będą tak samo chętnie sięgały po piwo. Tym bardziej że coraz mniej jest na rynku piw mocniejszych. Polskie piwa jeszcze kilka lat temu były nieco mocniejsze niż czeskie czy niemieckie, ale teraz tej różnicy już nie widać. Większość piw ma nieco ponad 5 proc. zawartości alkoholu.

Danuta Gut ocenia, że na rynku jest też miejsce dla małych browarów.

Wszyscy  duzi, mali, średni, bez znaczenia, jakie browary to są, jeśli chodzi o wielkość  wychodzimy naprzeciw konsumentowi. I również w Polsce, w mojej ocenie, jest miejsce na innowacje, na regionalizmy, na specyfiki. Jest bardzo dużo miejsca na rozwój sektora restauracyjnego, czyli browarów, w których na miejscu warzy się piwo – ocenia Gut.

Branża piwowarska wspólnie działa na rzecz zmiany prawa, np. w obszarze podatkowym i swobody reklamy. Działania marketingowe są szczególnie ważne dla browarów, które wprowadzają nowe produkty. Gut przypomina, że 10 proc. z każdej reklamy piwa powinno trafiać na ministerialny fundusz finansujący sport i zajęcia pozalekcyjne dla dzieci i młodzieży.

To oznacza, że jeżeli przyjmiemy sobie według cen z cenników koszty na reklamę ogólną rzędu 400 mln zł, to 40 mln powinno trafić na ten fundusz, z którego będą pokrywane zajęcia dla dzieci i młodzieży, na zainteresowanie młodzieży niepełnoletniej sportem, innymi zajęciami niż myślenie o piwie i sięganie po nie – tłumaczy dyrektor biura zarządu ZPPP – Browary Polskie.

Polska Wschodnia na celowniku deweloperów i sieci handlowych

CEO Magazyn Polska

Poprawa sytuacji gospodarczej w Polsce wpłynie pozytywnie na koniunkturę w sektorze nieruchomości handlowych. Odczuwają to także mniej aktywne dotąd wschodnie regiony Polski, a także Łódź, gdzie oprócz już otwartych dużych centrów handlowych planowane są kolejne budowy. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez firmę doradczą JLL, w województwach wschodnich wzrost powierzchni handlowej ma sięgnąć średnio 27 procent.

Wzrost gospodarczy na poziomie 3 proc. w tym roku i na poziomie 3,5 proc. w przyszłym roku to i tak założenia konserwatywne. Stopa bezrobocia, która z miesiąca na miesiąc się obniża i wynosi mniej niż 14 proc., dynamika sprzedaży detalicznej na poziomie 7 proc. w lutym, słabszym pod tym względem z reguły miesiącem. Te parametry znajdują odzwierciedlenie w poprawiającej się sytuacji na rynku handlu w Polsce – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes, Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor Działu Badań Rynku i doradztwa JLL w Polsce.

Mimo wyraźnego wzrostu rynek handlowy jest mniej aktywny niż rynek biurowy i magazynowy. W budowie jest obecnie 550 tys. metrów kwadratowych powierzchni handlowej przy 700 tys. na rynku magazynów i ponad milion metrów kwadratowych na rynku biurowym.

Sektor handlowy nieco pozostaje w tyle, ale nie oznacza to wcale, że nie jest aktywny. Wręcz przeciwnie. 28 obiektów handlowych jest obecnie w procesie realizacji. Osiem obiektów przechodzi rozbudowę i znacznie poszerza swoją ofertę, natomiast 20 to nowo powstające centra – podkreśla ekspertka.

Z analiz firmy JLL wynika, że rynek obiektów handlowych do końca 2015 roku ma wzrosnąć o około 12 proc. Przyrost powierzchni handlowej ma być natomiast najbardziej widoczny we wschodnich regionach kraju.

Otwarte w I kwartale tego roku trzy duże centra handlowe – galeria Amber w Kaliszu, Galeria Siedlce i Atrium Felicity w Lublinie są znaczące dla lokalnych obszarów pozyskiwania klientów.

– Przykładowo w przypadku obiektu w Lublinie obszar oddziaływania jest dosyć szeroki, to centrum o regionalnym znaczeniu – ocenia Anna Bartoszewicz-Wnuk.

Należy zaznaczyć, że mimo spodziewanego wzrostu (średnio 27 proc.) na wschodzie kraju, baza centrów handlowych w tych regionach jest znacznie niższa niż w centralnej oraz zachodniej i południowo-zachodniej Polsce. Otwarte w I kw. centra pozwoliły na wzrost wskaźnika nasycenia powierzchnią najmu centrów handlowych w Polsce. Wskaźnik na poziomie 224 metrów kwadratowych na tysiąc mieszkańców jest wyższy od średniej europejskiej (191 mkw.).

Jak podkreśla Anna Bartoszewicz-Wnuk, nadal silny jest popyt ze strony międzynarodowych firm. Na rynek weszły m.in. niemiecka sieć NEO, ukraińska sieć sal zabaw Leopark, Sports Direct czy Original Marines.

Na stabilnym poziomie utrzymuje się wysokość czynszu za najlepsze powierzchnie handlowe w najbardziej prestiżowych galeriach.

Wyjątkiem może jest Warszawa, gdzie nadal obserwujemy presje zwyżkowe na czynsze w przypadku najlepszych lokali w wiodących stołecznych centrach handlowych. Natomiast właściciele centrów gorzej postrzeganych przez rynek, w miastach, w których wskaźnik nasycenia powierzchnią handlową jest wysoki, a obiekty mocno ze sobą konkurują, powinni być przygotowani na optymalizację stawek czynszowych – mówi Bartoszewicz-Wnuk.

Ministerstwo Finansów rozważa rezygnację z rejestru firm pożyczkowych. Zastąpić go może lista ostrzeżeń publicznych UOKiK

CEO Magazyn Polska

Projekt ustawy o rynku pożyczek na dniach trafi do Komitetu Stałego Rady Ministrów. Pracujące nad zmianami Ministerstwo Finansów kończy konsultacje z Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który zgłosił uwagi do proponowanych regulacji. Zamiast rejestru firm pożyczkowych UOKiK mógłby publikować listę ostrzeżeń przed firmami podejrzanymi o nieuczciwe praktyki, tak jak teraz robi to KNF. Taką możliwość daje Urzędowi nowelizacja ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, nad którą pracuje Sejm.

– Przyjmujemy argumenty prezesa UOKiK i dyskutujemy nad tym, jak finalnie ta regulacja mogłaby wyglądać, tak, żeby z jednej strony konsument był zabezpieczony, z drugiej strony – rynek był bardziej profesjonalny, ale z trzeciej strony, żeby nie narzucać organom kompetencji, które de facto nie są im potrzebne, bo tak argumentował to prezes UOKiK – tłumaczy Agnieszka Wachnicka, zastępca dyrektora Departamentu Rozwoju Rynku Finansowego w Ministerstwie Finansów.

Chodzi o nadanie UOKiK-owi prawa do prowadzenia rejestru firm pożyczkowych, uprawnionych do prowadzenia działalności. Alternatywne rozwiązania, które rozważał resort finansów, to przyznanie takich kompetencji ministrowi gospodarki albo Komisji Nadzoru Finansowego.

– Myśmy przedstawiali trzy opcje: albo tym organem rejestrowym mógłby być minister gospodarki jako ten organ, który w ogóle jest odpowiedzialny za prowadzenie działalności gospodarczej, albo Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów – właśnie ze względu na przygotowanie merytoryczne i fakt, że UOKiK jest administratorem ustawy o kredycie konsumenckim, na podstawie której te podmioty funkcjonują, albo Komisja Nadzoru Finansowego jako organ nadzoru nad rynkiem finansowym. I te trzy opcje były w naszym projekcie przedstawione, tyle że my jako Ministerstwo Finansów skłanialiśmy się ku temu, żeby był to prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – wyjaśnia Wachnicka.

UOKiK wskazał jednak w swoich uwagach przesłanych do Ministerstwa Finansów, że ma obecnie wystarczające kompetencje, by zapewnić konsumentom ochronę także na rynku pożyczek. Co więcej, w Sejmie na etapie trzeciego czytania jest projekt ustawy o zmianie ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, który jeszcze rozszerzy uprawnienia UOKiK.

 Będzie on zapewniał prezesowi UOKiK narzędzie analogiczne do tego, jakie ma Komisja Nadzoru Finansowego, czyli możliwość publikacji listy ostrzeżeń publicznych. Jeszcze na etapie przed wydaniem decyzji, jeżeli prezes stwierdzi, że dany podmiot prowadzi działalność w sposób istotnie zagrażający interesom konsumentów, będzie ten fakt mógł podać do publicznej wiadomości. Wydaje się, że jest to dobry mechanizm, który może się okazać nawet bardziej skuteczny niż ewentualny rejestr – uważa Wachnicka.

Zdaniem przedstawicielki Ministerstwa Finansów, większość klientów może nie sprawdzać, czy dany podmiot figuruje w rejestrze, natomiast publiczne ostrzeżenia w mediach szybko docierają do konsumentów, przez co są lepsze z punktu widzenia ochrony ich interesów. O ile MF nie wyklucza zmiany projektu zgodnie z opiniami UOKiK, to broni szczegółowych regulacji, z których część krytykowana jest m.in. przez firmy pożyczkowe.

– Limit, który zaproponowaliśmy, po pierwsze wychodzi naprzeciw pożyczkom krótkoterminowym, ponieważ przewiduje limit kosztów pozaodsetkowych na poziomie w skali miesiąca 27,5 proc. Wydaje się, że jest to całkiem sporo. Ponadto wprowadza mechanizm, w którym te koszty będą mogły być zwiększane wraz z trwaniem umowy pożyczki. To nie jest tak, że ten limit został wypracowany w oderwaniu od danych, które prezentuje rynek, dlatego że my analizowaliśmy dane, które są dostępne w tej chwili na rynku – przekonuje Wachnicka.

Według Łukasz Gębskiego z Instytutu Analiz Rynkowych, wszystkie proponowane przez Ministerstwo Finansów zmiany to dla firm udzielających pożyczki dodatkowy koszt minimum 40 zł na jednej operacji. Obok kosztów związanych z dostosowaniem systemów informatycznych firmy pożyczkowe będą musiały też przeznaczyć więcej pieniędzy na reklamę i komunikację z klientami. To z kolei wynika z innego proponowanego zapisu, który sprawi, że pożyczenie pieniędzy temu samemu klientowi w okresie krótszym niż 120 dni od poprzedniej pożyczki stanie się nieopłacalne. A to oznacza, że odesłanego z kwitkiem klienta będzie trzeba po upływie tego okresu ponownie przekonać do skorzystania z usług firmy.

Zgodnie z harmonogramem jeszcze w tym tygodniu projekt założeń po konsultacjach z UOKiK-iem ma wrócić do Komitetu Stałego Rady Ministrów.

Uregulowanie zasad ujmowania zysków i strat wynikających z aktuarialnego przeszacowania zobowiązań z tytułu świadczeń pracownic

Na początku marca br. Komitet Standardów Rachunkowości podjął decyzję o nowelizacji Krajowego Standardu Rachunkowości nr 6 „Rezerwy, bierne rozliczenia międzyokresowe kosztów, zobowiązania warunkowe”. Jego aktualizacja dotyczy sposobu dokonywania i ujmowania w sprawozdaniach finansowych wyceny zobowiązań z tytułu świadczeń pracowniczych. Pomimo, że w komunikacie wystosowanym przez Komitet wskazano, iż nowelizacja standardu ma na celu dostosowanie treści standardu do zmienionych zapisów MSR nr 19, to w rzeczywistości zaproponowane zmiany do KSR 6 są inne niż te zawarte w MSR 19. Skutkuje to tym, że zwiększy się różnica w sprawozdawczości finansowej sporządzanej zgodnie z polskimi standardami i MSSF. Według ekspertów Deloitte, w konsekwencji może to mieć istotne znaczenie m.in. dla tych przedsiębiorstw, które w przyszłości zechcą stosować MSSF.

W Polsce skonsolidowane sprawozdania finansowe zgodnie z MSSF mają obowiązek sporządzać spółki notowane na giełdzie jak i wszystkie banki. Pozostałe firmy, które podlegają Ustawie o Rachunkowości, mogą posiłkować się KSR. Komitet Standardów Rachunkowości, który działa przy Ministerstwie Finansów RP, kilka tygodni temu podjął uchwałę, która miała dostosować treść KSR nr 6 do zmienionych zapisów MSR nr 19 „Świadczenia pracownicze”. „Obowiązująca od 1 stycznia 2013 r. nowelizacja MSR 19 przewiduje, iż skutki zmian aktuarialnych wyceny określonych świadczeń pracowniczych na koniec roku rozlicza się natychmiastowo w korespondencji z pozostałymi całkowitymi dochodami w pełnej kwocie. Nowelizacja MSR 19 wyeliminowała zatem możliwość ujmowania tych zmian w wyniku finansowym lub odraczanie skutków tych zmian w czasie zgodnie z tzw. metodą korytarzową” – wyjaśnia Piotr Sokołowski, Partner w dziale Audytu, Deloitte.

Ustawa o rachunkowości reguluje zagadnienie rezerw w sposób ogólny, nie dostarczając żadnych szczególnych wskazówek w odniesieniu do rezerw na świadczenia pracownicze. Przed nowelizacją, KSR nr 6 odnosił się do świadczeń emerytalnych i podobnych jedynie w zakresie ich wyceny, nie dostarczając szczególnych wskazówek co do rozliczania zysków i strat aktuarialnych. Obecnie, po marcowej uchwale Komitetu Standardów Rachunkowości, KSR nr 6 w dalszym ciągu zaleca, aby przy wycenie świadczeń emerytalnych i podobnych stosowane były postanowienia MSR 19, z tym, że zgodnie ze zmienionym KRS nr 6 zyski i straty wynikające z aktuarialnego przeszacowania są ujmowane bezpośrednio w rachunku zysków i strat w pozycji pozostałych przychodów lub pozostałych kosztów operacyjnych.

„Sposób ujęcia wyceny wg KSR nr 6 jest w praktyce aktuarialnej zdecydowanie prostszy, jednak konieczność ujęcia skutków w rachunku zysków i strat może w niektórych spółkach wpływać na fluktuację wyniku finansowego, spowodowaną np. zmianami stóp procentowych czy założeń aktuarialnych. A to z kolei może skutkować znaczącymi wahaniami sytuacji finansowej przedsiębiorstwa. Tymczasem MSR 19 eliminuje takie skutki” – wyjaśnia Paweł Tendera, Menedżer w dziale Audytu, Deloitte.

Co ta zmiana w praktyce oznacza dla firm? Znowelizowany KSR nr 6 będzie musiał być zastosowany po raz pierwszy w sprawozdaniach finansowych za 2014 rok (w przypadku spółek, które przyjmują rok obrotowy równy kalendarzowemu). Ustawa o rachunkowości dopuszcza posiłkowanie się MSSF w obszarach nieregulowanych przez polskie przepisy, dlatego część przedsiębiorstw w zakresie rozliczania i ujmowania zysków i strat aktuarialnych opierała się dotąd na zapisach MSR 19. Teraz nie będzie to już możliwe, ponieważ posiłkowanie się MSSF jest dopuszczalne jedynie w sytuacji gdy ten aspekt nie jest uregulowany ani przez Ustawę o rachunkowości ani w krajowych standardach. Tymczasem w ocenie ekspertów Deloitte znowelizowany standard zwiększa niezgodność statutową sprawozdawczości finansowej w Polsce z aktualnymi MSSF, gdyż jest rozbieżny z zasadą ustaloną przez Radę Międzynarodowych Standardów Rachunkowości, określającą iż zmiany założeń aktuarialnych i ich korekty dokonywane po fakcie nie powinny być ujmowane bezpośrednio w wyniku finansowym.

Dodatkowo, MSR 19 sprzed nowelizacji dopuszczał ujmowanie zysków i strat aktuarialnych w całości w innych całkowitych dochodach, a KSR 6 nie odnosi się do tej kwestii. W praktyce oznacza to, że niektóre spółki mogły od dłuższego czasu ujmować te zmiany analogicznie jak w MSR 19 np. w „kapitale z aktualizacji wyceny” czy w „zyskach (stratach) lat ubiegłych”. Teraz spółki te będą musiałby przekwalifikować te pozycje w rachunku zysków i strat jako pozostałe przychody lub koszty operacyjne. „Wszystkie te rozbieżności powodują, że przedsiębiorstwa, które w przyszłości zdecydują się na przejście z polskich standardów na MSSF będą musiały przekształcić te dane w swoich sprawozdaniach finansowych za rok bieżący i danych porównawczych” – podsumowuje Marcin Samolik, Starszy Menedżer w dziale Audytu, Deloitte.

XI Forum Private Equity & Venture Capital – Fundusz, spółka i inwestor

Już 16 kwietnia partnerzy WSI Capital Jacek Kajko i Krzysztof Wiśniewski podzielą się swoimi biznesowymi doświadczeniami. To doskonała okazja dla przedsiębiorców poszukujących finansowania na rozwój swojej działalności do zapoznania się z zasadami współpracy na linii fundusz-spółka-inwestor. Partnerzy WSI Capital podpowiedzą bowiem uczestnikom XI Forum Private Equity & Venture Capital jak współpracować, aby osiągnąć sukces na rynku PE/VC.

– Na bazie naszych dotychczasowych doświadczeń wypracowaliśmy model współpracy oparty na aktywnym zarządzaniu i zaangażowaniu w działania operacyjne spółki. Model ten z powodzeniem wdrożyliśmy w naszych spółkach portfelowych i po blisko dwóch latach możemy potwierdzić, że przynosi on wymierne korzyści w budowaniu wartości spółek – mówi Krzysztof Wiśniewski, Partner Zarządzający WSI Capital.

Przedsiębiorcy nie powinni bać się zaangażowania ze strony zespołu funduszu. Dzięki ścisłej, opartej na zaufaniu współpracy można bowiem spojrzeć na określone cele strategiczne z szerszej perspektywy, a tym samym dostrzegać lepsze rozwiązania i osiągnąć lepsze efekty – dodaje Jacek Kajko, Partner Zarządzający WSI Capital.

Case Partnerzy WSI Capital w trakcie przedstawianego case study poruszą takie kwestie, jak:
– Granice zaangażowania, czyli w jakim stopniu zespół analityczno-menadżerski funduszu może, a w jakim stopniu powinien angażować się w operacyjne działania spółki;
– Zespół jako najważniejszy filar w działalności każdej firmy,
– Konsekwencja w realizacji celów strategicznych,
– Kapitał dobrze wydany,
– Widzieć cel, ale patrzeć szerzej,
– Aktywna polityka zarządzania, czyli ciężka praca oparta na korzyściach.

Organizowane przez Puls Biznesu Forum Private Equity & Venture Capital kierowane jest do przedstawicieli rynku PE/VC, a także zainteresowanych współpracą z funduszami przedsiębiorców oraz firm doradczych wspierających realizację inwestycji. Na tegoroczne XI edycji tego prestiżowego wydarzenia poruszone zostaną tematy związane z modelem aktywnej współpracy funduszu ze spółką, znaczeniem komunikacji w budowaniu wartości firmy, ryzykach związanych z transakcjami i metodach ich ograniczania czy ekspansji zagranicznej. Tradycyjnie przyznane zostaną również nagrody dla najlepszych funduszy PE w 2013 roku.

Więcej informacji o forum oraz formularz rejestracyjny można znaleźć na stronie: http://konferencje.pb.pl/konferencja/799,xi-forum-private-equity-venture-capital#event_schedule

Efekty realizacji Narodowego Programu Przebudowy Dróg Lokalnych

Dzięki realizacji Narodowego Programu Przebudowy Dróg Lokalnych zaczęło w Polsce przybywać nowych połączeń dróg powiatowych i gminnych z siecią dróg wojewódzkich i krajowych, remontowane są zaniedbane jezdnie, zwiększa się płynność ruchu, a co za tym idzie poziom bezpieczeństwa komunikacyjnego. Zmiany te korzystnie wpływają na regionalny rozwój gospodarczy. Niestety w ostatnich latach nastąpiło ograniczenie środków w budżecie państwa na modernizację lokalnej sieci dróg. NIK ocenia to krytycznie, bo Program ma szansę przynosić pozytywne efekty, o ile będzie kontynuowany w następnych latach, a jego finansowanie utrzyma się na stałym poziomie.

Sieć dróg lokalnych w Polsce jest dość słabo rozwinięta, w dodatku charakteryzuje się niską jakością nawierzchni, co negatywnie wyróżnia Polskę na tle innych państw Unii Europejskiej. Drogi powiatowe mają ponad 127 tys. km długości, a gminne 237 tys. km, co stanowi 88 proc. wszystkich dróg publicznych (łącznie 412 tys. km). Kiepski stan infrastruktury drogowej jest istotną barierą rozwoju poszczególnych regionów – hamuje ich aktywność gospodarczą, obniża atrakcyjność inwestycyjną oraz konkurencyjność. Negatywnie wpływa również na poziom bezpieczeństwa użytkowników dróg. Według policyjnych statystyk co roku trzy czwarte wypadków ma miejsce właśnie na drogach lokalnych.

Efekty realizacji Narodowego Programu Przebudowy Dróg Lokalnych

Program budowy tzw. schetynówek miał poprawić stan lokalnej infrastruktury. W pierwszej edycji Programu (lata 2009-2011) zmodernizowano i rozbudowano sieć dróg lokalnych o łącznej długości ponad 8,2 tys. km – 4,7 tys. km dróg powiatowych oraz 3,5 tys. km dróg gminnych. Wartość inwestycji wyniosła 6,1 mld zł, z czego 2,9 mld zł pochodziło z dotacji celowych budżetu państwa. W ramach drugiej edycji NPPDL (do końca 2012 r.) zmodernizowano i rozbudowano sieć dróg o długości 827 km. Inwestycje pochłonęły 685 mln zł, z państwowych dotacji pochodziło 193 mln. W 2013 r. w budżecie państwa na schetynówki zaplanowano 500 mln zł, a w 2014 r. limit wydatków ustalono na 250 mln zł.

Dotychczasowa realizacja NPPDL znacząco przyczyniła się zarówno do poprawy stanu technicznego dróg lokalnych, jak i bezpieczeństwa ruchu drogowego (w trakcie inwestycji wybudowano chodniki, ścieżki rowerowe, zatoki autobusowe oraz postawiono sygnalizację świetlną i oświetlenie). Ze względu na pozytywne efekty Programu, NIK krytycznie ocenia spadek jego dofinansowania z budżetu państwa, tym bardziej, że samorządów nie stać na samodzielne finansowanie remontów i budowy dróg lokalnych. W 2014 r. wsparcie z budżetu ma wynieść jedynie 250 mln zł, zamiast 1 mld zł jak przyjęto w założeniach programowych. Oznacza to, że szacunkowo za tę kwotę wyremontowanych zostanie ok. 500-600 km dróg, a nie 2,4 tys. km jak przewidywano. Dodatkowo Izbę niepokoi fakt, że program budowy schetynówek przewidziany jest tylko do 2015 roku.

Najważniejsze stwierdzone nieprawidłowości

Samorządy dopuściły się wieloletnich zaniedbań w zakresie planowania rozwoju sieci drogowej. Ponad połowa z nich – 20 spośród 35 skontrolowanych zarządców (57 proc.) – nie opracowała takich planów, mimo ustawowego obowiązku. Ich brak utrudnia samorządom kompleksowe rozwiązywanie problemów transportowych i komunikacyjnych na podległym obszarze. W konsekwencji urzędnicy wybierali drogi do remontu lub przebudowy na podstawie własnego uznania.

Ujawniono liczne przypadki nierzetelnego nadzoru zarządców dróg nad realizowanymi w ramach Programu inwestycjami. Miały one miejsce zarówno na etapie realizacji robót (m.in. wadliwie wykonane podbudowy jezdni, pobocza dróg i zatoki autobusowe), jak i na etapie końcowych odbiorów. Te ostatnie zatwierdzane były bez weryfikacji i potwierdzenia wykonania tych robót zgodnie z warunkami określonymi w umowach z wykonawcami (tak było u 15 spośród 35 zarządców dróg). Wykonawcy nie przedkładali wymaganej dokumentacji: wyników badań laboratoryjnych, certyfikatów i świadectw, stanowiących podstawę do prawidłowego odbioru i rozliczenia zadań. Wieloletnie zaniedbania w tym zakresie mogą w przyszłości przyczynić się do wystąpienia uszkodzeń całej konstrukcji poszczególnych odcinków dróg, w efekcie konieczne będą rozległe i kosztowne naprawy.

Zdecydowana większość zarządców dróg – 29 z 35 zarządców (83 proc. skontrolowanych) – nierzetelnie wywiązywała się z obowiązku okresowej oceny stanu technicznego swojej sieci drogowej. Albo w ogóle nie przeprowadzano wymaganych przepisami badań, albo wykonywano je w ograniczonym zakresie. Czasem badanie sprowadzało się do przejazdu po określonym odcinku drogi. Urzędnicy tłumaczyli, że lokalne drogi są im doskonale znane, bo codziennie po nich jeżdżą. Jednak brak rzetelnej oceny stanu dróg gminnych i powiatowych może być niebezpieczny dla podróżujących.

Większość badanych zarządców dróg – aż 91 proc. – dopuściła się rażących zaniedbań w zakresie prawidłowego oznakowania dróg, a także sporządzania projektów stałych organizacji ruchu. Jedynie 3 z 35 zarządców (9 proc.) miało zatwierdzone organizację ruchu na wszystkich zarządzanych przez siebie drogach (28 jednostek posiadało zatwierdzone organizacje ruchu dla części zarządzanej sieci, a w czterech brak było w ogóle takich organizacji). Na drogach wszystkich zarządców ujawniono przypadki ustawienia znaków drogowych niezgodnie z zatwierdzonymi organizacjami dróg. Do tego znaki często były nieczytelne – zabrudzone, pokryte korozją, zdewastowane. Często ograniczona była również ich widoczność.

Wykryto znaczące nieprawidłowości dotyczące stanu ewidencji dróg. Aż 63 proc. zarządców (22 skontrolowanych) w ogóle nie prowadziło książek drogi albo ich zapisy były niekompletne bądź nieaktualne. W dokumencie tym zapisuje się przeprowadzone remonty i przebudowy oraz kontrole i badania stanu technicznego drogi. Brak aktualnych zapisów utrudnia właściwe utrzymanie jezdni oraz planowanie jej napraw.

NIK o dotacjach MSZ na współpracę z Polonią i Polakami za granicą

Ministerstwo Spraw Zagranicznych wypełniło obowiązek zastosowania trybu otwartego konkursu przy udzielaniu dotacji organizacjom współpracującym z Polonią i Polakami za granicą. Działania te nie zapewniły jednak pełnej przejrzystości i jednolitości postępowania wobec podmiotów ubiegających się o dofinansowanie. Resort zbyt późno podpisywał też umowy na udzielanie dotacji, co skracało organizacjom czas na wykonanie projektu.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych od 2012 r. przejęło od Senatu RP obowiązek udzielania dotacji dla Polonii i Polaków za granicą.

Ministerstwo – zgodnie z wymogami Ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie z dnia 24 kwietnia 2003 roku – wprowadziło ramy organizacyjne i prawne dla rozdzielania dotacji organizacjom współpracującym z Polakami za granicą. Zorganizowało[1] Konkurs na realizację zadania publicznego „Współpraca z Polonią i Polakami za granicą w 2013 roku”. W Regulaminie Konkursu, określono kryteria, na podstawie których oferty były oceniane: adekwatności, efektywności i skuteczności oraz współpracy z MSZ. Powołano Komisję do oceny i wyboru wniosków, dla której opracowano regulamin. W pracach Komisji uczestniczyły 44 osoby. Członkowie Komisji mieli wiedzę i doświadczenie pozwalające na ocenę wniosków dotyczących projektów polonijnych i przygotowania konkursów dla organizacji pozarządowych.

W wyniku konkursu MSZ zawarło 93 umowy na dofinansowanie projektów, których wartość wyniosła prawie 58 mln zł, w tym kwota dotacji ponad 50 mln zł[2]. Minister SZ skorzystał z przysługującego mu prawa i w dwóch przypadkach odmówił bez podania przyczyn podpisania umów z organizacjami wyłonionymi w konkursie.

NIK stwierdziła w trakcie kontroli, że przyjęte regulacje prawne oraz ich realizacja nie w pełni zapewniły przejrzystość wyboru projektów, jawność postępowania i jednakowe traktowanie wszystkich przystępujących do konkursu podmiotów.

NIK stwierdziła kilka nieprawidłowości wynikających z błędów w pracy Komisji:

dopuszczenie do prac nad ocenami ofert członka Komisji, który zadeklarował konflikt interesów.
stosowanie przy wyborze niektórych ofert dofinansowania dwuetapowej oceny merytorycznej (zyskiwały przy tym dodatkowe punkty). W ten sposób 54 oferty (z ocenianych merytorycznie 323) zostały uprzywilejowane w stosunku do pozostałych. NIK uznaje, że było to naruszenie zasad jawności i uczciwej konkurencji.
zaakceptowanie błędów w kosztorysach trzech (z 53 skontrolowanych) umów dotacji.
niepełne dokumentowanie wszystkich czynności związanych z oceną ofert.

NIK zwraca uwagę, że Ministerstwo zbyt późno podpisywało umowy na udzielanie dotacji, co skracało organizacjom czas na wykonanie projektu. Pierwsze umowy podpisane były dopiero dwa i pół miesiąca po zakończeniu Konkursu, ostatnie nawet po upływie pół roku. NIK za niedopuszczalne uznaje tłumaczenia resortu dotyczące konieczności dokonania wewnętrznych konsultacji.

NIK docenia opracowanie w Ministerstwie „Planu Współpracy z Polonią i Polakami za granicą w 2013 r.”. Izba widzi jednak konieczność opracowania i przyjęcia Programu Rządowego, który określi strategiczne cele i zadania rządu. Może on być podstawą do opracowania zasad współpracy na poziomie operacyjnym. Co prawda istnieje „Rządowy Program Współpracy z Polonią i Polakami za granicą”, przyjęty w październiku 2007 roku, jednak zadania w nim określone kończą się na roku 2012. Oznacza to, że Polska nie ma rządowego planu współpracy z Polonią i Polakami za granicą.

Prawie połowa Polaków woli spędzać Wielkanoc owszem, z rodziną, ale… poza domem

Jak przekonują wyniki badań społecznych, czas Wielkanocy Polacy coraz chętniej spędzają poza domem. Już prawie połowa z nas kilkudniowy odpoczynek z rodziną na łonie natury ceni sobie wyżej, niż święta zorganizowane, co prawda samodzielnie, ale kosztem wielu godzin spędzonych w kuchni, na zakupach czy sprzątaniu. Nic więc dziwnego, że w tym okresie popularne hotele notują ponadprzeciętne obłożenie.

Sondaż, o którym mowa, przeprowadzony przez Instytut Badania Opinii Homo Homini na zlecenie Polskiego Radia, pokazuje pewien stały trend. Dziś Święta Wielkanocne to dla 45% z nas przede wszystkim okazja do spędzenia czasu z rodziną. Mianem przeżycia religijnego okres ten określa przy tym jedynie 41,5% Polaków.

Zatem to, co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia, dziś powoli staje się naszą codziennością. Wielkanoc to dla nas coraz częściej chwile odpoczynku i relaksu w gronie najbliższych, ale już niekoniecznie w domowym zaciszu.

Potwierdza to Łukasz Łabanowski, manager hotelu Golf Park Lipowy Most:

– Rzeczywiście zainteresowanie naszą ofertą znacznie nasila się właśnie w okolicy Wielkanocy. Obłożenie hotelu w tym czasie jest na ogół ponad dwukrotnie wyższe, niż w pozostałe weekendy. Odwiedzają nas przy tym nie pojedyncze osoby, ale całe, często wielopokoleniowe rodziny – wyjaśnia.

Stale rosnąca w tym okresie popularność usług hotelowych ma jednak pewne uzasadnienie. Wiele młodych, przeważnie na co dzień zapracowanych osób, mając do dyspozycji kilka wolnych dni, decyduje się bowiem spędzić je z bliskimi.

– Większość z nas marzy o tym, by móc więcej czasu poświęcać rodzinie, ale obowiązki służbowe często nam to uniemożliwiają. Nic więc dziwnego, że gdy tylko przychodzi czas krótkiego wypoczynku, zamiast czasochłonnej organizacji świąt wybieramy pogłębianie relacji rodzinnych – dodaje przedstawiciel Lipowego Mostu.

Warto sobie przy tym uświadomić, że Wielkanoc spędzana poza domem wcale nie oznacza zerwania z dotychczasową tradycją. Nie musimy się także obawiać, że święta spędzane w ten sposób nie będą się niczym różniły od zwykłego urlopu.

Oferta popularnych hoteli tworzona jest bowiem w taki sposób, by zapewnić nam poczucie wyjątkowości danych chwil, a jednocześnie zdjąć z naszych barków wiele obciążających obowiązków.

Przeważnie nie brakuje w niej zatem elementów, bez których nie wyobrażamy sobie świąt:

– Goście, którzy okres Wielkanocny spędzą w naszym ośrodku, wezmą udział m. in. w dwóch uroczystych obiadach i jednej świątecznej kolacji. Nie zabraknie przy tym także tradycyjnego święcenia potraw w hotelu czy atrakcji dla najmłodszych: malowania pisanek czy prezentów od zajączka – mówi manager hotelu Golf Park Lipowy Most.
Święta spędzane poza domem nie muszą być zatem domeną wyłącznie idących z duchem czasu singli z wielkich miast. Coraz chętniej na coś podobnego decyduje się wiele rodzin – znane tradycje przyjmując po prostu w nowoczesnej formie.

Kompania Piwowarska opublikowała kolejny raport dotyczący wpływu, jaki wywiera na gospodarkę narodową

60 400 miejsc pracy, 2,4 mld złotych wydatków, 4,19 mld złotych dochodów sektora finansów publicznych, czyli jak jedna tylko firma – Kompania Piwowarska – wpływa na polską gospodarkę Kompania Piwowarska opublikowała kolejny raport dotyczący wpływu, jaki wywiera na gospodarkę narodową. Raport został przygotowany przez firmy Regioplan oraz EY (dawniej Ernst & Young). Wyniki są imponujące: dzięki warzeniu i sprzedaży piw KP pracę w Polsce znajduje ponad 60 000 osób, a do sektora finansów publicznych odprowadzane są miliardy złotych. Firma wydaje też niebagatelne sumy na zakup towarów i usług na krajowym rynku.

Raport przygotowano w 2013 roku, a obejmuje on przede wszystkim dane z 2012 roku. W analizowanym okresie Kompania Piwowarska uwarzyła niemal 14,4 mln hektolitrów piwa. Ta ilość przełożyła się na ok. 37% udziałów w rynku piwowarskim w Polsce, co czyni z KP niekwestionowanego lidera branży.

– Raport „Wkład Kompanii Piwowarskiej w polską gospodarkę” pokazuje, że wpływ firmy na gospodarkę należy analizować w szerszej perspektywie, uwzględniającej jej powiązania z innymi sektorami. W tym ujęciu efekty działalności Kompanii Piwowarskiej dla gospodarki Polski znacznie przewyższają produkcję, zatrudnienie i wpływy z podatków generowane bezpośrednio przez spółkę – mówi Marek Rozkrut, główny ekonomista EY.

Cały Bełchatów zatrudnię

Jako przykład szerszego ujęcia wpływu ekonomicznego może posłużyć poziom zatrudnienia. W 2012 roku Kompania Piwowarska bezpośrednio zatrudniała 3 261 osób, jednak dzięki zakupom, produkcji oraz sprzedaży piwa stworzyła łącznie 60 400 miejsc pracy w całej Polsce. Większość z nich (33 500 osób) była związana z zaopatrzeniem, w szczególności z rolnictwem, na pozostałą część składają się pracownicy sektora detalicznego (9 700) i branży gastronomicznej (13 900). Gdyby zgromadzić ich wszystkich w jednym miejscu, okazałoby się, że jest to populacja średniej wielkości polskiego miasta, jak Bełchatów, Biała Podlaska czy Świdnica.

Wkład KP w polską gospodarkę można wyrazić również w kategoriach wartości dodanej. Całkowita wartość dodana w Polsce generowana przez Kompanię Piwowarską i firmy w sektorach dostawców, branży gastronomicznej i detalicznej w związku z produkcją i sprzedażą piwa to 3,6 mld zł. Udział samej KP w tej kwocie wynosi 1,39 mld zł (39%), zaś pozostałe składowe to 220 mln zł – sektor detaliczny, 660 mln zł – sektor gastronomii i aż 1,32 mld zł generowane przez dostawców.

Co najmniej 6 branż zyskuje
Kompania Piwowarska kupuje w Polsce produkty rolne, opakowania, media i urządzenia, a także usługi takie jak transport czy marketing. Dzięki temu wpływa na co najmniej 6 branż. W 2012 roku firma wydała w Polsce 2,4 z ponad 3 mld zł przeznaczonych na zakup towarów i usług. Najwięcej na działalności Kompanii Piwowarskiej zyskuje sektor opakowań (755 mln zł), dalej rolnictwo (543,6 mln zł) oraz media i marketing (436,8 mln zł). Wydatki KP przekładają się również na miejsca pracy w wymienionych branżach. Pod tym względem najbardziej korzysta rolnictwo – dzięki KP pracę w tym sektorze znajduje ponad 24 000 ludzi. Na drugim miejscu znalazł się przemysł opakowaniowy (3 458 pracowników), a na trzecim branża mediów i marketingu (2 400 pracowników). W sferze dostawców towarów i usług działalność KP generuje łącznie 33 500 miejsc pracy – więcej niż wynosi liczba mieszkańców najmniejszych państw Europy, czyli San Marino lub Monako.

Sprzedaż piwa Kompanii Piwowarskiej daje ponadto zatrudnienie 13 900 osobom w branży gastronomicznej, w której generuje przychody w wysokości ok. 1,54 mld zł. Ponad trzykrotnie więcej, czyli ok. 5,44 mld zł, konsumenci wydają na piwa różnych marek Kompanii Piwowarskiej w punktach sprzedaży detalicznej. W tym sektorze sprzedaż piwa generuje około 9 700 miejsc pracy.

Oddziaływanie regionalne

Bardzo silny wpływ na gospodarkę Kompania Piwowarska wywiera w regionach, w których zlokalizowane są jej browary, czyli na Górnym Śląsku (browar w Tychach), w Wielkopolsce (browar w Poznaniu) oraz na Podlasiu (browar w Białymstoku). Oprócz 1 300 miejsc pracy w samych browarach, funkcjonowaniu firmy w tych trzech regionach można przypisać 6 700 miejsc pracy.

Na działalności Kompanii Piwowarskiej zyskują także inne regiony: Lubelszczyzna, Pomorze, Opolskie, Dolny Śląsk, Warmia i Mazury, a także Pomorze Zachodnie. To tutaj KP kupuje słód i chmiel potrzebne do warzenia piwa.

Pendolino za piwo

Za sprawą działalności biznesowej Kompanii Piwowarskiej generowane są miliardy złotych dochodów sektora finansów publicznych. Jak wynika z obliczeń EY, w 2012 r. sektor ten uzyskał dzięki Kompanii Piwowarskiej 4,19 mld zł. Ta suma wystarczyłaby na zakup 50 wagonów pendolino albo aż 150 samolotów bezzałogowych dla polskiej armii*. Na wspomnianą kwotę złożyły się wpływy z akcyzy i podatku VAT od produkcji i sprzedaży piwa (2,97 mld zł) oraz podatki związane z wynagrodzeniami, od osób prawnych, środowiskowe i inne (1,25 mld zł)

– Kompania Piwowarska jest liderem branży w Polsce, ponieważ warzenie dobrego piwa to nasza pasja. Cieszymy się, że dzięki niej możemy wpływać na polską rzeczywistość gospodarczą w tak dużym stopniu. Wykorzystanie lokalnych surowców czy współpraca z lokalnymi dostawcami towarów i usług to dla nas priorytet i – w miarę rozwoju naszej firmy – chcemy rozszerzać tę współpracę, by ten wkład był jeszcze większy – podsumowuje raport Wojtek Mrugalski, kierownik ds. komunikacji Kompanii Piwowarskiej.

Browary wspomagają gospodarkę Europy

Na podobnych zasadach Grupa SABMiller oddziałuje na gospodarkę Europy. Z produkcją i sprzedażą piw SABMiller, który prowadzi na naszym kontynencie 17 browarów, związanych jest ok. 175 200 miejsc pracy. Dostawcy towarów i usług SABMiller uzyskali dzięki współpracy z Grupą 1,9 mld euro. Całkowita wartość dodana przypisywana produkcji i sprzedaży piw Grupy szacowana jest na 3,3 mld euro. Natomiast całkowity dochód budżetów państw europejskich, w których zlokalizowane są browary, to ok. 3,49 mld euro.

Kompania Piwowarska jest największą europejską spółką SABMiller. W naszym kraju znajduje zatrudnienie 1/3 wszystkich europejskich pracowników grupy (3 261 z 9 900).

* Obliczenia własne KP na podstawie informacji o wysokości przetargów.

Firma Oponiarska Dębica S.A. obchodzi 75 urodziny

4 kwietnia 2014 r. odsłonięty został pomnik w hołdzie twórcom Centralnego Okręgu Przemysłowego i Fabryki Gum Jezdnych w Dębicy, ufundowany przez Firmę Oponiarską Dębica S.A. z okazji 75-lecia zakładu. W uroczystości udział wzięli przedstawiciele Kancelarii Prezydenta RP, Ministerstwa Gospodarki, Urzędów Wojewódzkich oraz Marszałkowskich z Podkarpacia i Małopolski, jak również administracji samorządowej miasta, gminy i powiatu dębickiego.

4 kwietnia 1939 roku w Dębicy uroczyście otwarto Fabrykę Gum Jezdnych. Nikt wówczas nie przypuszczał, że na nieużytkach rolnych wyrośnie jedna z największych potęg oponiarskich na świecie i zarazem jeden z najnowocześniejszych zakładów produkcyjnych koncernu Goodyear. Wówczas nie udało się rozwinąć skrzydeł. Przyszła wojna, która pokrzyżowała plany. Jednak wkrótce po wojnie zakład się podniósł. Przetrwał plan sześcioletni, „małą stabilizację”, czasy Edwarda Gierka, stan wojenny i trudne lata 80. Przez cały czas produkował i był coraz lepszy. Unowocześniał się i eksportował. Jednak dopiero transformacja lat 90. XX wieku stworzyła mu prawdziwą szansę, którą wykorzystał w pełni. W 1996 roku The Goodyear Tire & Rubber Company nabył większościowy pakiet akcji Dębicy, za który zapłacił ponad 132 mln zł, czyli 55 mln USD i zobowiązał się do zainwestowania w polską firmę 100 mln USD w ciągu 10 lat. W ciągu pierwszych trzech lat – do końca 1998 roku, Goodyear zainwestował w Dębicy 73 mln USD, a do końca 2005 roku nie obiecane 100 mln USD, ale aż 170 mln USD!

„Firma Oponiarska Dębica S.A. to dziś jeden z największych zakładów tego typu na świecie. W barwach Goodyeara trzeci, a w Europie pierwszy. Daje zatrudnienie niemal 3 tysiącom osób. Co roku do budżetu odprowadza miliony złotych podatków, przynosi zysk i jest jednym z największych polskich eksporterów. To tutaj produkowane są najnowocześniejsze opony HP i UHP marek Goodyear, Dunlop, Fulda, Sava i Dębica, które wysyłamy na cały świat” – powiedział Jacek Pryczek, Prezes Zarządu Firmy Oponiarskiej Dębica S.A.

W minionych 20 latach Firma Oponiarska Dębica S.A. i jej strategiczny partner, koncern Goodyear, zainwestowały w Dębicy setki milionów złotych. Ostatnia inwestycja, którą właśnie ukończono, została wdrożona w ramach Specjalnej Strefy Ekonomicznej Euro-Park Mielec, a jej koszt wyniósł około 205 mln złotych. Dzięki niej Firma Oponiarska Dębica S.A. spełnia wymogi techniczne i prawne, określone w dyrektywie Unii Europejskiej w zakresie etykietowania opon. W ten sposób Spółka utrzymuje konkurencyjną pozycję w stosunku do innych producentów opon w Polsce i na świecie. Co więcej, inwestycje pozwoliły rozszerzyć produkcję opon o najwyższych parametrach technicznych High Performance i Ultra High Performance, przeznaczonych do samochodów osobowych osiągających wysokie prędkości oraz opon ograniczających zużycie paliwa i emisję hałasu. W Dębicy wytwarzane są opony o jednych z najwyższych parametrów określonych przez Unię Europejską – m.in. Goodyear EfficientGrip Performance, czy Dunlop Sport BluResponse z kategoriami BA na etykiecie, ale także opony przeznaczone na oryginalne wyposażenie dla takich marek aut, jak: Ford, Opel, Peugeot, Renault, czy Volkswagen.

„Wciąż inwestujemy, ale także wspomagamy społeczność lokalną i pomagamy potrzebującym. Jesteśmy innowacyjni i proekologiczni. Nasza Spółka zdobywa nagrody i wyróżnienia, m.in. zajmuje wysoką pozycję w rankingu polskich marek dziennika ‘Rzeczpospolita’, jest wśród najszybciej rosnących spółek giełdowych magazynu Forbes, czy wśród najlepszych pracodawców Top Employers” – dodał Jacek Pryczek, Prezes Zarządu Firmy Oponiarskiej Dębica S.A.

Dzięki tym sukcesom biznesowym, Firma Oponiarska Dębica S.A. może regularnie wspierać lokalną społeczność Dębicy, samorząd, instytucje charytatywne czy organizacje działające na rzecz chorych, niepełnosprawnych i poszkodowanych przez los. W ostatnich latach na pomoc dla chorych, niepełnosprawnych i zagrożonych wykluczeniem, akcje charytatywne, dofinansowania, wsparcie dla zdolnych uczniów, darowizny dla szkół, straży pożarnej, pogotowia oraz policji, przeznaczyła ponad 4 mln zł. Firma Oponiarska Dębica S.A. to również inicjator wielkiego przedsięwzięcia kulturalnego. Już po raz trzeci w ostatnią sobotę sierpnia 2014 roku, odbędzie się w Dębicy GOODFEST, niebiletowany Festiwal młodej muzyki alternatywnej i elektronicznej. Na Stadionie Miejskim w Dębicy wystąpią artyści, którzy wykraczają poza powszechnie obowiązujące trendy muzyczne, oferując wszystkim fanom muzyki nowe obszary doznań. W tym roku zagrają BRODKA, Kaliber 44, Dawid Podsiadło, KAMP!, BOKKA, Fismoll, Stara Rzeka i Rebeka. Dyrektorem artystycznym GOODFESTu jest Filip Berkowicz, twórca tak uznanych festiwali, jak Sacrum Profanum, Misteria Paschalia, Actus Humanus, czy projektu penderecki // greenwood. Partnerami Festiwalu są: Narodowe Centrum Kultury, Instytut Adama Mickiewicza, Urząd Marszałkowski Województwa Podkarpackiego oraz Urząd Miasta Dębica.

Giełda Papierów Wartościowych chce przyciągnąć małe i średnie przedsiębiorstwa

Giełda Papierów Wartościowych chce skupić się na zachęcaniu małych i średnich przedsiębiorstw do korzystania ze źródeł finansowania, jakie daje publiczny rynek kapitałowy. Choć firmy te tworzą większość miejsc pracy w Polsce i wytwarzają połowę PKB, to trudniej im o uzyskanie finansowania w bankach. Władze GPW mówią także o konieczności zachęcania Polaków do lokowania swoich oszczędności na giełdzie.

Ostatnie dwadzieścia kilka lat rozwoju rynku kapitałowego w Polsce to naprawdę duży sukces – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Maciejewski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Jednak pozostawia on odrobinę niedosytu. Dlatego że przez te dwadzieścia kilka lat giełda czy rynek kapitałowy to był doskonały wehikuł do prywatyzacji. Natomiast zbyt mało prywatnych polskich przedsiębiorców korzystało z tego mechanizmu przy finansowaniu swojego rozwoju – dodaje.

Według prezesa GPW niedosyt ten wynika ze zbyt małego korzystania przez mniejsze przedsiębiorstwa z możliwości, jakie daje obecność na giełdzie.

Powinniśmy się skupić na tym, żeby publiczny rynek kapitałowy służył przede wszystkim finansowaniu polskich, prywatnych przedsiębiorstw. W ten sposób spełniałby on swoją zasadniczą rolę w gospodarce. Warto podkreślić, że rynek kapitałowy finansuje przede wszystkim gospodarkę bardziej innowacyjną, ten obszar gospodarczy, który jest trochę mniej finansowany przez sektor bankowy – mówi Maciejewski. – Tymczasem małe i średnie firmy wytwarzają ok. 50 proc. PKB i zatrudniają 2/3 społeczeństwa. To w nich drzemie też największy potencjał innowacyjności.

Zdaniem Adama Maciejewskiego, niezbędne są też rozwiązania, które stymulowałyby rozwój rynku.

Warto stworzyć określone zachęty dla przedsiębiorstw gospodarczych, które będą korzystały z kapitałowego źródła finansowania rozwoju – twierdzi prezes GPW. – Potrzebne są też zachęty ze strony samych inwestorów, które przekonają ludzi, że warto inwestować na giełdzie, zamiast trzymać wszystkie środki w banku. Trwają już prace nad przygotowaniem takich kanałów transformacji oszczędności, co jest krokiem w dobrą stronę.

Drugim elementem, do którego zdaniem prezesa GPW warto zachęcać, a który służyłby rozwojowi polskiej gospodarki, jest aktywne inwestowanie przez Polaków na giełdzie. Przerzucenie choćby części oszczędności gospodarstw domowych na rynek publiczny zaowocowałoby jego ożywieniem.

– Z drugiej strony myślę, że bardzo istotne byłyby zachęty dla inwestorów, dla nas, dla obywateli, którzy mogliby w większym niż dotychczas stopniu przeznaczać własne oszczędności właśnie na kapitał. Czyli mniej oszczędności trzymać na rachunkach bankowych, a w większym stopniu przeznaczać je na inwestycje na rynku kapitałowym – podkreśla Adam Maciejewski.

7 kwietnia w budynku GPW w Warszawie odbyła się debata „25 lat gospodarczych zmian: co nas czeka?”. Uczestniczyli w nim zarówno politycy, osoby związane z polską transformacją (Jan Krzysztof Bielecki, Grzegorz Kołodko, Hanna Gronkiewicz-Waltz i Adam Maciejewski), jak i wybitni ekonomiści oraz praktycy rynków finansowych.

Dziś rząd zajmie się projektem ustawy o OZE

CEO Magazyn Polska

Długo oczekiwany projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii we wtorek przedyskutuje Rada Ministrów. Na regulacje czekają nie tylko wytwórcy zielonej energii, lecz także instytucje finansujące takie inwestycje. Tym bardziej że mowa o projektach długoterminowych, wymagających często wielomilionowego wsparcia.

Bardzo istotne jest ryzyko regulacyjne. Mówimy tutaj o projektach o horyzoncie 15 lat, dlatego bardzo ważne jest, żeby w tym horyzoncie ryzyko było minimalizowane, żeby warunki funkcjonowania były w miarę stabilne, bo to determinuje zdolność kredytową i zdolność generowania odpowiednich nadwyżek służących spłacie kredytu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Klimczak, prezes Banku Ochrony Środowiska, który finansuje inwestycje w odnawialne źródła energii.

Zdaniem prezesa BOŚ, finansowanie OZE to nadal atrakcyjny rynek dla banku, tym bardziej że pojawia się na nim coraz więcej dobrych projektów.

W tej chwili mamy do czynienia z pewnego rodzaju nadpłynnością, natomiast w miarę kiedy liczba tych inwestycji czy projektów rośnie, może się okazać, że w najbliższym czasie tych pieniędzy na rynku po prostu może zacząć brakować. Jest to również związane z nowymi, zwiększonymi wymogami kapitałowymi dotyczącymi płynności, odnosi się to do regulacji na poziomie Unii Europejskiej – podkreśla Mariusz Klimczak.

Poza inwestycjami w odnawialne źródła energii bank finansuje również długoterminowe projekty infrastrukturalne, związane np. z jednostkami samorządu terytorialnego.

Tutaj też ten okres finansowania wynosi z reguły od 12 do 15 lat. I bardzo istotne jest to, że udaje nam się pozyskać finansowanie od międzynarodowych instytucji finansowych, dedykowane tego typu przedsięwzięciom. Dzięki temu takie finansowanie jest tańsze. A to jest bardzo ważne z punktu widzenia potrzeb naszych klientów, bo trzeba sobie zdać sprawę z tego, że te projekty są bardzo istotne z punktu widzenia kraju, a ich okres zwrotu jest bardzo długi – podkreśla Klimczak.

Według niego w miarę bezpiecznym dla banku obszarem działania będą nieruchomości komercyjne – przez najbliższe kilkanaście lat stopy zwrotu z takich inwestycji powinny być na satysfakcjonującym poziomie.

BOŚ stawia również na finansowanie projektów z zakresu energetyki prosumenckiej, czyli mikroinstalacji OZE montowanych na własny użytek przez gospodarstwa domowe. Odnosi się do tego uchwalony w ubiegłym roku tzw. mały trójpak.

W zeszłym roku zostało uchwalone stosowne prawo, które zdefiniowało prosumenta i dało tego typu możliwości.

Przygotowaliśmy rozwiązania dotyczące odnawialnych źródeł energii dla domu. Mamy produkt „BOŚ Ekosystem”, który zabezpiecza potrzeby ogrzewania i ciepłej wody dla domów oraz daje gwarancję tego, że rachunki za takie typu usługi będą wynosić zero. Jest to nowy rynek, który funkcjonuje już w krajach europejskich, a u nas jest to rzecz zupełnie nowa – przekonuje prezes BOŚ.

Zainstalowanie ekologicznych rozwiązań w domu może przynieść oszczędności rzędu nawet 8 tys. zł rocznie na ogrzewaniu domu i wody. BOŚ Bank proponuje program, dzięki któremu Polacy ograniczą rachunki, tym samym zwiększając swoją zdolność kredytową. Rozwój rynku niewielkich instalacji OZE może być korzystny dla całej gospodarki. Eksperci BOŚ Banku szacują, że może to dać impuls do wzrostu gospodarczego nawet o 0,4 pkt proc. PKB rocznie.

Przybyło pasażerów linii lotniczych w Polsce

CEO Magazyn Polska

Polskie porty lotnicze obsłużyły w ubiegłym roku prawie 25 mln pasażerów. Wzrost przekroczył 2 proc. i był podobny do europejskiej średniej. Ubyło jednak osób latających na trasach krajowych i rejsami czarterowymi. Polska wciąż jest jednak rynkiem lotniczym o dobrych perspektywach, bo statystyczny Polak wciąż lata trzykrotnie rzadziej niż Niemiec.

Na podstawie zebranych i zweryfikowanych przez Urząd Lotnictwa Cywilnego danych można stwierdzić, że rok 2013 był dobrym rokiem. W polskich portach lotniczych było 25 mln pasażerów, co oznacza, że wzrost w porównaniu do roku 2012 wyniósł 2,2 proc. Nie jest to może wynik imponujący, ale cieszymy się, że mimo wszystko mamy tendencję wzrostową – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Ołowski, prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

Wzrost na polskich lotniskach był zbliżony do europejskiej średniej. Ołowski przypomina, że według Airports Council International wzrost liczby pasażerów na naszym kontynencie sięgnął 2,6 proc. Było to znacznie mniej niż na Bliskim Wschodzie (ponad 10 proc.) i w rejonie Azji i Pacyfiku (ponad 7 proc.). Światowa średnia wyniosła 4 proc.

Ołowski zauważa, że od 2007 r. ruch lotniczy w naszym kraju wzrósł o ok. 35 proc. Z połączeń krajowych skorzystało o 15 proc. więcej osób niż 7 lat temu. Jednak to właśnie na trasach krajowych w ubiegłym roku ubyło najwięcej pasażerów – 1,1 miliona – niemal jedna trzecia pasażerów z 2012 r. Pomiędzy polskimi lotniskami podróżowało w ubiegłym roku tylko 2,4 mln osób.

Przyczyna może być taka, że w 2013 roku mieliśmy brak alternatywy dla przewozów OLT, jak również kwestia mniejszego oferowania przez Polskie Linie Lotnicze LOT i Eurolot na rynku przewozów krajowych. Jeżeli chodzi z kolei o wzrost przewozów międzynarodowych możemy to zawdzięczać głównie ofercie przewoźników niskokosztowych, czyli przede wszystkim linii: Ryanair, Wizz Air, easyJet oraz Norwegian Air Shuttle – tłumaczy Ołowski.

W ubiegłym roku zmniejszyła się także po raz drugi z rzędu liczba pasażerów lotów czarterowych. W 2013 r. pasażerów linii czarterowych było 338 tys. – o 1,1 proc. mniej niż rok wcześniej. Powodem jest m.in. niestabilna sytuacja w Afryce Północnej. Ołowski prognozuje jednak, że w tym roku, o ile nie będzie niespodziewanych zdarzeń, czartery powinny zanotować odbicie i wzrost liczby pasażerów.

Na całym rynku powinno również przybyć pasażerów. Ołowski podkreśla, że Polacy wciąż bardzo mało latają. Tzw. mobility factor, czyli wskaźnik mobilności, który określa liczbę lotów statystycznego Polaka, wynosi jedynie 0,67. Średnio latamy zatem półtora raza na dwa lata. W Niemczech wskaźnik ten wynosi 2,2, czyli ponad dwa loty rocznie.

Prognozuję, że w dalekiej perspektywie wzrost przewozów międzynarodowych powinien być większy w Polsce niż w państwach europejskich. Natomiast w 2014 roku myślę, że jeżeli będzie wzrost przewozów pasażerskich, to będzie on umiarkowany. Niestety, na lotnicze przewozy pasażerskie składa się bardzo wiele czynników, czasami zupełnie niezwiązanych z lotnictwem. Mam na myśli sytuacje pogodowe, również polityczne – wylicza Ołowski.

Pozytywny wpływ powinna wywrzeć poprawiająca się koniunktura gospodarcza. Wzrost gospodarczy oddziałuje jednak długoterminowo i może nie być w stanie skompensować nieprzewidzianych zdarzeń. Ołowski przypomina sytuację z 2010 r., kiedy chmura pyłu z islandzkiego wulkanu Eyjafjallajökull na ponad tydzień wymusiła całkowite zamknięcie przestrzeni powietrznej dla lotów linii lotniczych.

Krótkoterminowy wynajem aut w miastach wkrótce możliwy w Polsce. Trwają rozmowy z władzami miejscowości

CEO Magazyn PolskaSpółka Car2Go testuje polski rynek i prowadzi negocjacje z pierwszymi miastami. Możliwe, że krótkoterminowy wynajem samochodów miejskich będzie możliwy w Polsce na początku przyszłego roku. Usługa jest już dostępna w 26 miastach europejskich i amerykańskich.

Widzimy, że w większych aglomeracjach istnieje potrzeba takiego rozwiązania, w Polsce powinno być więc podobnie – mówi Wojtek Dziegielewski, Business Development Manager w Car2Go Europe. – Nie mamy jeszcze konkretnej daty, badamy jeszcze rynek i prowadzimy wstępne rozmowy. Mam nadzieję, że na początku przyszłego roku wystartujemy z tą usługą w Polsce.

Z badań przeprowadzonych przez należącą do Daimler AG spółkę Car2Go wynika, że wśród Polaków istnieje spore zainteresowanie krótkoterminowym wynajmem samochodów. System Car2Go działa już w 26 miastach, zarówno w Europie, jak i Ameryce, i ma ponad 500 tys. użytkowników. Funkcjonuje na analogicznych zasadach, jak popularna w Warszawie usługa wypożyczalni rowerów Veturillo. Klienci, zamiast jednośladów, wykorzystują jednak niewielkie auta Smart, w większości z napędem elektrycznym.

Nasz system nie przewiduje stałych opłat – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojtek Dziegielewski. – Płaci się tylko wtedy, gdy korzysta się z pojazdu, a stawka naliczana jest minutowo. Ważny jest łatwy dostęp do usługi, kierowcy muszą mieć możliwość szybkiego skorzystania z auta. Przykładowo, w Berlinie mamy cztery samochody na kilometr kwadratowy, więc maksymalny dystans, który musi pokonać klient do auta, to 200-250 metrów.

Opłaty za użytkowanie różnią się zależnie od miasta i kraju. W Niemczech stawka za minutę wynosi 29 eurocentów (około 1,2 zł), w Polsce byłaby przypuszczalnie nieznacznie niższa.

 

Dla użytkownika istotne jest to, że cena zawiera już wszystkie koszty – mówi Wojtek Dziegielewski. – Są w niej zawarte opłaty za parking, paliwo i ubezpieczenie. 

 

Usługa Car2Go skierowana jest przede wszystkim do osób, które potrzebują wygodnie przemieszczać się na niewielkich dystansach, a nie mają własnego samochodu lub nie chcą korzystać z niego w warunkach miejskich. Car2Go ma także stanowić odpowiedź na współczesne potrzeby mieszkańców aglomeracji, którym zależy na ekologicznym transporcie. Popularność usługi wiąże się też z faktem, że posiadanie samochodu w coraz mniejszym stopniu świadczy o społecznym prestiżu i coraz więcej osób traktuje auta jedynie jako środek transportu.

Sprzedaż tabletów w tym roku wciąż będzie rosła. Sprzedawcy czekają na szczyt sezonu, czyli komunie

CEO Magazyn Polska

Rynek tabletów w najbliższych miesiącach zanotuje wzrosty sprzedaży, choć już nie tak dynamiczne jak w ubiegłym roku. Branża czeka teraz na okres sprzedażowego szczytu, czyli komunie. Nie należy się jednak spodziewać takiego wysypu nowinek technologicznych, jak do tej pory. Na polskim rynku wciąż najpopularniejsze będą urządzenia najtańsze, których sprzedaż znacząco rośnie. To jednak najtrudniejszy segment dla producentów i sprzedawców ze względu na dużą konkurencję i niskie marże. 

Rynek tabletów w 2014 roku będzie rozwijał się spokojnie, będzie dosyć zbliżony do roku 2013, jeżeli chodzi o poziom sprzedaży  mówi Michał Leszek, dyrektor marketingu firmy Lechpol, właściciela marki Krüger & Matz.  Wzrosty nie będą aż tak duże, porównując rok 2012 do 2013, kiedy rynek i sprzedaż wzrosły dwukrotnie.

Zdaniem eksperta, zdecyduje o tym brak spodziewanych istotnych nowinek technologicznych. A to sprawi, że nowe urządzenia zaistnieją na rynku na trochę dłużej niż w 2013 roku  w ciągu najbliższych miesięcy upowszechnić się mają nowości sprzed kilku miesięcy, w tym technologia LTE, która zaczyna trafiać do urządzeń z niższej półki cenowej.

 Tu już nie będzie przełomów technologicznych. Nie ma takich planów. Zarówno najwięksi producenci, jak Samsung czy Apple, jak i ci mniejsi raczej wprowadzają dodatkowe funkcje, to już nie jest przełom technologiczny. I tak samo będzie w segmencie urządzeń tańszych  mówi Michał Leszek.

W 2013 roku na rynek w Polsce trafiło ok. 2 mln tabletów. Znakomita większość z nich to urządzenia z najniższej półki cenowej  tablety siedmiocalowe z najsłabszą specyfikacją techniczną. W tej kategorii dla konsumenta najważniejsza jest cena.

 Kolejnym wyborem po siedmiocalowych urządzeniach są z kolei dziesiątki. W tych urządzeniach 10,1 cala mamy już nieco inny wybór, bo mają one więcej możliwości  mówi Leszek.  Konsument patrzy bardziej na faktyczne możliwości tego urządzenia, wykonanie, jakość, design, a nie na cenę to są tablety w przedziale cenowym 600-900 zł, w zależności od specyfikacji.

Jednostkowo na tych droższych tabletach najwięcej się zarabia  marża na najtańszych urządzeniach jest najmniejsza, tam też trwa największa walka konkurencyjna.

Zbliża się bardzo ważny dla producentów i dystrybutorów tabletów w Polsce czas, czyli okres komunii.

 Polacy na komunie kupują sporo i tabletów, i telefonów. W tamtym roku na rynku tabletów mieliśmy bardzo duży pik z tym związany. Kolejny szczyt sprzedażowy to jest tzw. okres back to school, który zazwyczaj też posiada pewne wzrosty, ale już mniejsze niż w maju. I kolejny to klasyczny grudzień, który zawsze jest pikiem sprzedażowym  mówi Michał Leszek.

30 proc. Polaków stresuje się z powodu pracy. Głównie z powodu braku gwarancji stałego zatrudnienia i zbyt dużych wymagań przełożonych

30 proc. Polaków <a title=stresuje się z powodu pracy. Głównie z powodu braku gwarancji stałego zatrudnienia i zbyt dużych wymagań przełożonych" title="30 proc. Polaków stresuje się z powodu pracy. Głównie z powodu braku gwarancji stałego zatrudnienia i zbyt dużych wymagań przełożonych" />

stres-w-pracy.png” alt=”CEO Magazyn Polska” />

Ponad połowa pracowników w Europie uznaje stres zawodowy za powszechnie występujący w ich miejscu pracy. Psychologowie podkreślają, że stres prowadzi do poważnych chorób psychicznych i obniża fizyczną odporność organizmu. Pod hasłem „Stres w pracy? Nie, dziękuję!” rusza kampania społeczna, która ma na celu zwiększenie świadomości pracodawców i pracowników na temat stresu i zagrożeń psychospołecznych w miejscu zatrudnienia. Jej inicjatorem jest Europejska Agencja Zdrowia i Bezpieczeństwa w Pracy (EU-OSHA).
Stres zawodowy najczęściej pojawia się wtedy, kiedy pracownik nie ma gwarancji stałego zatrudnienia, gdy stawiane mu przez szefa wymagania przekraczają jego możliwości lub gdy na wykonanie zleconych zadań ma zbyt mało czasu. Nie bez znaczenia jest także niesprawiedliwy system motywacyjny oraz brak perspektyw na awans i rozwój kariery.

Stresem dzisiejszych czasów jest przede wszystkim ten powodowany brakiem pewności zatrudnienia. Z lękiem o pracę wiąże się stres przeciążenia. Osoby, które zostają, które utrzymują pracę, mają jej na ogół więcej. Wtedy skarżą się na to, że pracy jest za dużo, że jest presja czasu, palące terminy i że to ich nieprawdopodobnie stresuje. Z tej intensyfikacji pracy z kolei wynika stres związany z brakiem możliwości zachowania równowagi praca-dom czy praca-życie prywatne. Czyli jest to naturalna eskalacja pewnych czynników, które na zasadzie kuli śniegowej powiększają się coraz bardziej – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Dorota Żołnierczyk-Zreda, psycholog.

Oprócz dobrej organizacji pracy, w każdej firmie niebagatelną rolę odgrywają relacje interpersonalne. Brak wsparcia ze strony przełożonych i współpracowników, nękanie psychiczne, zastraszanie i niezdrowa konkurencja nie działają na korzyść pracowników.

Przez chęć wybicia się, ambicję bardzo zachwialiśmy równowagę psychiczną. Nie zarządzamy stresem. Pracownicy są różni, pracodawcy też są różni. Są tacy, którzy objęli te stanowiska bez przygotowania do właściwego zarządzania zdrowiem i życiem ludzi. Kierują się swoją prostą filozofią „wyciskania”  jak najwięcej. Ale to nigdy się nie sprawdza, bo sami w końcu padają ofiar tych praktyk – mówi prof. dr hab. n. med. Danuta Koradecka, dyrektor Centralnego Instytutu Ochrony Pracy – Państwowego Instytutu Badawczego, organizatora polskiej edycji kampanii.

Kampania „Stres w pracy? Nie, dziękuję” ma udowodnić, że można skutecznie przeciwdziałać stresowi związanemu z pracą i zagrożeniom psychospołecznym. Wszystko zależy od nastawienia zarówno pracodawców, jak i pracowników.

Chcielibyśmy dotrzeć do ludzi i uświadomić im, co to jest ten stres i jak on się u nich zlokalizował. Żeby potrafili sami zidentyfikować u siebie jego źródła i żeby odpowiedzieli sobie na pytanie, czy są w stanie sami sobie z tym poradzić, zmienić coś w swoim życiu albo rodzinnym, albo zawodowym. A z drugiej strony, co mogą zrobić, żeby usunąć owe źródło – podkreśla Danuta Koradecka.

Zła organizacja pracy i nieprawidłowe zarządzanie podwładnymi sprzyjają sytuacjom stresogennym, a w konsekwencji mogą doprowadzić do poważnych problemów psychicznych i fizycznych. 

Im w firmie więcej niecierpliwości, rozdrażnienia i konfliktów, tym większa nerwowość i niepokój wśród pracowników. A koszty takiej sytuacji to nie tylko choroby psychiczne, zwiększona liczba antydepresantów (która jest faktem w naszym kraju), lecz także problemy natury ogólnomedycznej. Bo stres działa w sposób niespecyficzny. Obniża naszą odporność, nasze funkcje regeneracyjne i w ten sposób prowadzi do ogromnej liczby chorób – tłumaczy dr Dorota Żołnierczyk-Zreda.

Celem kampanii „Stres w pracy? Nie, dziękuję!” jest zmotywowanie pracodawców do przeciwdziałania takim sytuacjom i przekonanie ich, że kontrolowanie wszelkich zagrożeń jest możliwe i opłacalne.

Element zarządzania jest kluczowy. I tego nie da się przecenić. Elementów prawidłowego przywództwa, które sprzyja zachowaniu dobrego samopoczucie, jest bardzo wiele. Mówi się o tym, że dobry przywódca to ten, który jest bardzo klarowny, który mówi to, co myśli, co czuje, działa tak, jak czuje. Powinien też zachęcać nas do tego, żeby się regenerować po pracy, bo tylko właściwie zregenerowani jesteśmy dla niego dobrym materiałem – podkreśla dr Dorota Żołnierczyk-Zreda.

W ramach kampanii zostanie także opublikowany wielojęzyczny przewodnik dla właścicieli i menedżerów małych firm i mikroprzedsiębiorstw. Będzie on zawierał informacje na temat zagrożeń psychospołecznych, wszystkie opracowane w oparciu o przykłady wzięte z życia.

Jeśli mówimy na przykład o stresie związanym ze złymi fizycznymi warunkami pracy, to często zdarza się, że pracodawcy nie mają narzędzi, żeby poprawić życie pracownikowi. Natomiast w wielu wypadkach jest to przede wszystkim brak wiedzy, świadomości i brak dobrej woli, żeby takie działania prowadzić. Menadżerowie, pracodawcy nie są właściwie kształceni. Brakuje im wiedzy na temat miękkich aspektów zarządzania. To, czego zdecydowanie brakuje, to pewna wrażliwość na to, że już powinniśmy je zacząć stosować. Że zaczynamy je stosować za późno, znacznie później niż potrzeba – mówi dr Dorota Żołnierczyk-Zreda.

„Stres w pracy? Nie, dziękuję!” to największa europejska kampania społeczna organizowana przez Europejską Agencję Bezpieczeństwa i Zdrowia Pracy.

Lubuskie liderem w budowie sieci szerokopasmowej

CEO Magazyn Polska

Do czerwca 2014 roku w województwie lubuskim powstanie 1449 km sieci szerokopasmowej. Dzięki projektowi Szerokopasmowe Lubuskie szybki internet dotrze do 326 miejscowości, które znalazły się na obszarze tzw. białych plam. Równolegle województwo prowadzi 17 projektów, które mają pobudzać rozwój społeczeństwa informacyjnego. Wraz z inwestycjami w drogi i kolej, rozbudowa infrastruktury cyfrowej ma przyspieszyć rozwój gospodarczy regionu oraz zwiększyć jego spójność terytorialną i społeczną. 

Według Strategii Rozwoju Województwa Lubuskiego 2020, odsetek przedsiębiorstw posiadających dostęp do internetu szerokopasmowego ma wzrosnąć z 67,4 proc. w 2012 r. do 99 proc. w 2020 r. Ograniczenie skali tzw. wykluczenia cyfrowego ma sprawić, że w tym samym okresie odsetek gospodarstw domowych posiadających komputer z dostępem do internetu wzrośnie z 60,5 proc. do 84,3 proc. Będzie to możliwe dzięki realizacji projektu Szerokopasmowe Lubuskie, w ramach którego wykonano już 85 proc. zaplanowanych prac. Marszałek województwa lubuskiego Elżbieta Polak zapewnia, że zostaną one zakończone zgodnie z harmonogramem do czerwca bieżącego roku.

Projekt jest realizowany bez zakłóceń, ponieważ na każdym etapie konsultujemy się ze wszystkimi zainteresowanymi, ze wszystkimi stronami tego przedsięwzięcia, po to, żeby przyspieszyć zarówno realizację projektu na etapie jego pisania, jak i na etapie inwestycyjnym. Jesteśmy w tej chwili zaawansowani w 85 proc. 30 czerwca projekt będzie zakończony, docelowo powstanie 1,5 tys. km światłowodów. W tej chwili jest wybudowanych 1,3 tys. Czyli na 2 tys. kilometrów wybudowanych w Polsce światłowodów jesteśmy z pewnością liderem – mówi Elżbieta Polak agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Według marszałek województwa lubuskiego, korzystną decyzją była rezygnacja z partnerstwa publiczno-prywatnego i ogłoszenie normalnego konkursu. Kluczem do sprawnego prowadzenia inwestycji były także bieżące konsultacje z zainteresowanymi gminami. Tym ostatnim zależy na rozwoju infrastruktury informatycznej, bo jest ona koniecznym warunkiem, jaki stawiają zewnętrzni inwestorzy.

Uważam, że nie ma żadnych przeszkód prawnych, skoro w regionie lubuskim mogliśmy to przeprowadzić w taki sposób. Nie szukaliśmy nadzwyczajnych środków. Bardzo szybko zdiagnozowaliśmy, że zarówno w partnerstwie publiczno-prywatnym, jak i w ramach projektu systemowego będzie to trudniejsze, więc wybraliśmy najłatwiejszy sposób. Również zyskaliśmy na przychylności beneficjentów bezpośrednich, czyli włodarzy gmin, bo doprowadzając światłowody tam, gdzie są białe plamy, tworzymy warunki do rozwoju gospodarczego. Żadna firma nie zainwestuje, jeżeli nie ma dostępu do internetu – uważa Elżbieta Polak.

Rozwój infrastruktury szerokopasmowej i dostępowej ma stymulować zastosowania technologii cyfrowych m.in. w administracji, służbie zdrowia, szkolnictwie itd. W województwie lubuskim odpowiadają za to projekty takie, jak e-urząd, e-zdrowie, e-szkoła czy też e-turystyka. Ważnym przedsięwzięciem jest także przeniesienie do internetu baz danych, jakie posiada lokalna administracja. Informatyzacja pozwala efektywniej wykorzystywać dostępne środki – w przypadku województwa lubuskiego udało się w ten sposób rozwiązać np. problem braku lekarzy radiologów.

W tej chwili realizujemy prawie 20 projektów. Oprócz Szerokopasmowego Lubuskiego, są to również takie projekty, jak e-administracja, e-zdrowie. Pierwszy projekt w tym zakresie realizowałam jeszcze jako wicemarszałek – e-radiologia, ucyfrowienie całego systemu, bo brakowało nam specjalistów radiologów. Więc można było, wykorzystując internet, przesyłać zdjęcia do opisu. I wtedy wykryłam, że niektóre szpitale nie chcą przystąpić do tego projektu nie dlatego, że im się nie chce, tylko dlatego, że nie mają dostępu do internetu, co było szokujące. Dlatego bardzo mocno postawiliśmy na światłowody – tłumaczy marszałek.

Komplementarne w stosunku do inwestycji w sieci szerokopasmowe są nakłady na kolej i drogi w regionie. Dla województwa lubuskiego kluczowe znaczenie ma dokończenie drogi ekspresowej S3, która biegnie od Świnoujścia i Szczecina, przez Gorzów Wielkopolski i Zieloną Górę, w kierunku tzw. zagłębia miedziowego. W przypadku kolei priorytetowe znaczenie ma modernizacja tzw. magistrali nadodrzańskiej, która łączy Szczecin z Wrocławiem przez Kostrzyn. Lubuskie chce także zwiększyć żeglowność na Odrze i zainwestować w rozbudowę portów rzecznych.

Aktualizując strategię rozwoju, postawiliśmy na koncentrację priorytetów. Najważniejsza jest praca dla mieszkańców, więc muszą być warunki do rozwoju gospodarczego, do rozwoju przedsiębiorczości, dla mikro-, małych i średnich firm. Ta nasza koncentracja priorytetów polegała przede wszystkim na tym, że postawiliśmy na nowoczesne technologie, zwłaszcza technologie innowacyjne, technologie informatyczne, dostępność transportową. Mamy już autostradę A2, mamy S3, autostradę A4, budujemy sieć powiązań regionalnych i dostępność teleinformatyczną. W ten sposób województwo lubuskie otworzyło się na świat  ocenia Elżbieta Polak.

W przypadku szybkiego internetu do pełnego otwarcia na świat potrzebna jest jeszcze – obok sieci szerokopasmowej – także sieć dostępowa. Jej rozbudowa ma być finansowa ze środków obowiązującej obecnie perspektywy finansowej UE na lata 2014–2020. W większości pozostałych województw budowa sieci szerokopasmowej ma być ukończona w 2015 roku.

Program „Mieszkanie dla Młodych” cieszy się powodzeniem wśród klientów. Jednak nie wywoła on ożywienia na rynku kredytów

W I kwartale wpłynęło 4,4 tysiąca wniosków o kredyt z programu „Mieszkanie dla Młodych”. Bank Gospodarstwa Krajowego przyznał już ponad 2 tysiące kredytów. Eksperci uważają jednak, że program będzie impulsem do rozwoju rynku kredytów hipotecznych, chociaż rewolucji na nim nie spowoduje. – Szacujemy, że ok. 10-15 proc. kredytobiorców będzie miało szansę skorzystać z tego programu – ocenia Łukasz Wojcieszak, prezes firmy Invigo.

Na kredyty z dopłatą jest coraz więcej chętnych. W marcu do BGK wpłynęło ponad 1,7 tys. wniosków o kredyt, a od początku roku blisko 4,4 tys. – wynika z raportu Open Finance. Po trzech miesiącach wartość oczekiwanych dopłat zbliżyła się do 100 mln zł. Na razie kredyt z dopłatą ma w swojej ofercie tylko kilka banków, ale w kolejnych miesiącach pewnie będzie ich przybywać.

Dla osób, które spełniają warunki programu, jest to atrakcyjna opcja, ponieważ kredyt staje się tańszy. Czy to będzie miało duży wpływ na rynek? Prawdopodobnie nie – z uwagi na to, że ramy dotyczące wieku kredytobiorców i limitów cen są jednak dość wąskie, i dotyczą tylko rynku pierwotnego – mówi Łukasz Wojcieszak, prezes firmy Invigo, pośrednika finansowego, który również bada rynek. – Szacujemy, że około 10–15 proc. łącznej liczby kredytobiorców będzie miało szansę skorzystać z tego programu. Natomiast jest to pozytywny impuls dla rynku w sytuacji, kiedy innych impulsów  na razie nie widać.

Pozytywne dla kredytobiorców są jeszcze utrzymujące się od kilku miesięcy na rekordowo niskim poziomie stopy procentowe, które obniżają wysokość rat. Co za tym idzie, większa jest również zdolność kredytowa kredytobiorców. Z marcowego raportu Invigo wynika, że osoby zarabiające średnią krajową mogą liczyć na ponad 244 tys. zł kredytu.

Oczywiście musimy sobie zdawać sprawę z ryzyka, że te stopy wzrosną w przyszłości. Szacując to, co będziemy płacić i naszą zdolność do spłacania kredytu, powinniśmy też to ryzyko brać pod uwagę. Aczkolwiek nie ma pewności, że stopy będą na pewno szły w górę i to w jakiś dynamiczny sposób mówi Wojcieszak.

Najbardziej atrakcyjne warunki oferują m.in. PKO BP, Pekao SA, Citi Handlowy, Alior Bank i Eurobank – w przypadku kredytów udzielanych na 80 proc. wartości nieruchomości. Choć przy wskaźniku LtV (wskaźnik określający stosunek wartości kredytu do wartości zabezpieczenia) na poziomie 95 proc. większość banków w pierwszej dziesiątce pozostaje taka sama.

Część banków sama nakłada na siebie poziom 80 proc. LtV i choć mają atrakcyjne kredyty nie trafiają do zestawienia kredytów na maksymalną kwotę, przy maksymalnym, 95-proc. LtV – tłumaczy prezes Invigo. – Co prawda banki lekko podniosły marże, kompensując niską stopę referencyjną, ale oferty wciąż są stosunkowo atrakcyjne. Około 10 banków w dosyć otwarty sposób podchodzi do udzielania kredytów w złotych swoim klientom. Prym wiodą banki największe.

Z rynku praktycznie zniknęły już kredyty walutowe, już dziś kredyty złotowe to 98 proc. wszystkich udzielanych kredytów. W połowie roku w życie wejdzie rekomendacja nakłaniająca banki do udzielania kredytów w walucie, w której kredytobiorcy uzyskują dochody.

Ruszyła sprzedaż biletów na mistrzostwa świata w piłce siatkowej. Finał i półfinały może obejrzeć 500 mln widzów na całym świecie

0

CEO Magazyn Polska

Przygotowania do mistrzostw świata w siatkówce, które startują 31 sierpnia, są już w ostatniej fazie. Wszystkie kwestie logistyczne są zamknięte, trwa ustalanie szczegółów organizacyjnych. Organizatorzy liczą na duże zainteresowanie w telewizji mecze półfinałowe i mecz finałowy może obejrzeć nawet 500 mln widzów na całym świecie. Bezpośrednie koszty imprezy to 80 mln zł. Wczoraj ruszyła sprzedaż biletów na część meczów.

 Jesteśmy na etapie dopinania szczegółów – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Janusz Uznański, rzecznik prasowy Polskiego Związku Piłki Siatkowej. – Z dużą pieczołowitością podchodzimy do tego etapu zamykania przygotowań organizacyjnych, bo one są najistotniejsze, aby nie przeoczyć jakiegokolwiek drobnego elementu. Natomiast w 90 proc. mistrzostwa, jeśli chodzi o przygotowania organizacyjne, są zamknięte.

Mecze turnieju będą rozgrywane w Warszawie, Wrocławiu, Łodzi, Katowicach, Gdańsku, Bydgoszczy i Krakowie. Największej frekwencji organizatorzy spodziewają się na meczach Polaków, które odbędą się w Warszawie, Wrocławiu i Łodzi. Mecz otwarcia odbędzie się na Stadionie Narodowym w stolicy.

– To wydarzenie wyjątkowe w historii światowej siatkówki. Ten mecz zobaczy 62 tys. widzów – mówi Uznański. – Możliwość obejrzenia i ceremonii otwarcia, i meczu otwarcia Polska Serbia będzie wydarzeniem wyjątkowym, dostępnym dla bardzo szerokiej publiczności. Przypuszczam, że potem przez wiele lat będziemy czekać na kolejne wydarzenie siatkarskie na stadionie piłkarskim.

Jak wyjaśnia rzecznik PZPS, trudno podać dokładne koszty zorganizowania tej imprezy. Te bezpośrednie ocenia na ok. 80 mln zł.

– Do mistrzostw przygotowywaliśmy się przez wiele lat i gromadziliśmy też własne środki, aby przeprowadzić tak poważną imprezę – mówi Janusz Uznański. – Liczymy oczywiście na ogromne zaangażowanie sponsorów i reklamodawców. I jesteśmy przekonani, że ono będzie. Natomiast nie przyjmowaliśmy założenia, że te wpływy mają nam zagwarantować zbilansowanie się całego budżetu.

Główne koszty to wynajem hal sportowych, przygotowanie hoteli czy uporządkowanie i utrzymanie całej infrastruktury potrzebnej do przeprowadzenia mistrzostw. Istotne też są koszty promocji – mistrzostwa mają przyciągnąć do telewizorów setki milionów widzów.

 Stałe zainteresowanie siatkówką na świecie deklaruje 240 mln osób. Sygnał z Polski trafi do 200 krajów. Przypuszczamy, że te 240 mln to jest publiczność gwarantowana, plus jeszcze trzeba podwoić te liczby w przypadku meczów półfinałowych i finałowych. Ostatni finał igrzysk olimpijskich w Londynie obejrzało bezpośrednio 140 mln ludzi – wylicza Uznański.

W poniedziałek 7 kwietnia rozpoczęła się sprzedaż biletów na mistrzostwa. Ceny – od 20 do 500 zł.

 Ponad połowa biletów na mistrzostwa świata w naszym kraju to są bilety w granicach 50 zł. Te najdroższe stanowią niewielki procent całości oferty w porównaniu do cen biletów na inne wydarzenia siatkarskie – ocenia rzecznik PZPS. – Myślę, że te ceny są zbilansowane, dlatego że zanim podjęliśmy decyzję o cenach biletów, przeprowadziliśmy bardzo gruntowne badanie rynku.

Bilety można nabyć za pośrednictwem serwisu Ticketpro.pl. Wszystkich biletów jest 830 tysięcy, dlatego będą wprowadzane stopniowo.

 W pierwszej kolejności będziemy sprzedawać bilety na fazę półfinałową i mecze o medale w Katowicach. Sprzedaż biletów na Stadion Narodowy rozpoczniemy 17 kwietnia, potem na poszczególne fazy rozgrywek 28 kwietnia, 12 i 26 maja – wyjaśnia Uznański.

PGP wzywa Pocztę Polską do poddania się audytowi

Polska Grupa Pocztowa domaga się od Poczty Polskiej wspólnego powołania niezależnego audytora, który oceni jakość świadczonych usług. Audytor miałby porównać skuteczność dostarczania korespondencji z sądów i prokuratur przez PGP do obsługującej ten rynek w latach 2012 i 2013 Poczty Polskiej. Zdaniem prywatnego operatora, to odpowiedź na nieprawdziwe informacje, które przekazuje do mediów państwowy konkurent. PGP zarzuca także Poczcie Polskiej, że ta – nie chcąc udostępnić swoich punktów prywatnym operatorom – działa wbrew własnym interesom i jest zmuszona zwalniać pracowników.

Konsorcjum Polskiej Grupy Pocztowej, InPostu i Ruchu realizuje obecnie dwuletni kontrakt o wartości 500 mln zł na dostarczanie listów z sądów i prokuratur. Umowa zakłada dostarczenie ok. 100 mln przesyłek, czyli ponad 4 mln miesięcznie.

Wojciech Kadziołka
Wojciech Kądziołka, rzecznik prasowy Polskiej Grupy Pocztowej

– Od początku realizacji kontraktów na rzecz sądów i prokuratur jesteśmy celem bezprecedensowego ataku ze strony Poczty Polskiej. Prywatnie mogę rozumieć żal i rozgoryczenie naszego konkurenta, jednak te ataki nie mają żadnego uzasadnienia merytorycznego. Dlatego proponujemy Poczcie Polskiej powołanie wspólnego audytora, który oceni jakość wykonywania kontraktu przez Pocztę Polską w latach ubiegłych i przez Polską Grupę Pocztową obecnie – zapowiada Wojciech Kądziołka, rzecznik prasowy Polskiej Grupy Pocztowej w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

I dodaje: – Jeżeli niezależny audytor wykaże, że Poczta Polska realizowała kontrakt lepiej niż Polska Grupa Pocztowa, to mogę w imieniu zarządu Polskiej Grupy Pocztowej publicznie zadeklarować, że przekażemy 1 milion złotych na rzecz tych kilku tysięcy pracowników Poczty Polskiej, których Poczta Polska zamierza w tym roku zwolnić.

Polska Grupa Pocztowa broni się przed zarzutami dotyczącymi niewywiązywania się z warunków kontraktu i przedstawia na swojej stronie m.in. dane z sądów i prokuratur. Wynika z nich, że w okresie od 1 stycznia do 28 lutego 2014 r. 94 proc. przesyłek zostało dostarczonych osobiście lub podjętych z punktach odbioru przed terminem upływu awizacji. Bezpośrednio do adresatów trafiło w tym okresie 77,45 proc. z blisko 9 mln rejestrowanych przesyłek. Według PGP, podobną skuteczność zanotowano także w marcu.

– Do końca marca dostarczyliśmy ponad 15 mln przesyłek – to jest olbrzymi wolumen przesyłek. Bezpośrednio, do rąk własnych odbiorcy zostało dostarczonych 75 proc. z tych przesyłek. To jest lepszy wynik niż miała Poczta Polska w latach ubiegłych – twierdzi rzecznik PGP.

Polska Grupa Pocztowa liczy, że audyt dostarczy wiarygodnych informacji opinii publicznej, która według spółki jest obecnie dezinformowana. W przypadku korzystnego dla PGP rozstrzygnięcia, operator domaga się od Poczty Polskiej wpłaty 1 mln zł na cele dobroczynne.

– Oczekuję, że zarząd Poczty Polskiej także zadeklaruje, że przeznaczy 1 milion złotych na rzecz wybranej przez Polską Grupę Pocztową dowolnej fundacji dobroczynnej. To, co obserwujemy przy realizacji kontraktu na rzecz sądów i prokuratur i przy demonopolizacji polskiego rynku pocztowego, to brak informacji. Naszym zdaniem powołanie audytora właśnie dostarczy informację  odbiorcy, społeczeństwu i pozwoli opinii publicznej wyrobić sobie zdanie na temat jakości pracy niezależnych operatorów pocztowych – uważa Wojciech Kądziołka.

Polska Grupa Pocztowa wskazuje również, że Poczta Polska konsekwentnie odmawia udostępnienia swoich placówek niezależnym operatorom na zasadach komercyjnych. Przez to państwowy operator jest zmuszony zwalniać pracowników, ponieważ spadają jego przychody. Ustawa zezwala Poczcie Polskiej na wynajmowanie swoich nieruchomości prywatnym podmiotom. W przeszłości do udostępnienia swojej infrastruktury prywatnym operatorom został zmuszony inny monopolista – Telekomunikacja Polska.

Już 17 miesięcy temu, zanim w ogóle była mowa o kontrakcie na rzecz sądów i prokuratur, niezależni operatorzy pocztowi zwrócili się do Poczty Polskiej, żeby udostępniła im placówki. Co się dzisiaj dzieje? Poczta Polska tysiącami zwalnia własnych pracowników, a nie chce współpracować z innymi operatorami. Przecież to właśnie w interesie Poczty Polskiej jest udostępnienie tych placówek, a Poczta Polska woli zwalniać pracowników, własnych pracowników, niż współpracować z innymi operatorami. Taka polityka jest przynajmniej nieroztropna. Proszę się postawić na miejscu tych pracowników Poczty Polskiej, którzy muszą zostać zwolnieni, bo Poczta Polska nie ma zleceń i przegrywa kontrakty.

Według Polskiej Grupy Pocztowej, czas działa na niekorzyść Poczty Polskiej, ponieważ prywatni operatorzy sukcesywnie rozbudowują własną sieć punktów obsługi klientów i z czasem nie będą już zainteresowani wynajmem placówek Poczty Polskiej. Już teraz PGP ma ich więcej niż będący dotychczas liderem państwowy monopolista. Jeszcze w tym roku sieć Polskiej Grupy Pocztowej powiększy się o 2 tys. punktów, co pozwoli zwiększyć jakość usług – deklaruje Wojciech Kądziołka z PGP.

Obecnie mamy ponad 8 tys. placówek, to jest już teraz więcej niż ma Poczta Polska. A do końca roku deklarujemy, że będzie 10 tys. placówek. Naszą filozofią jest, żeby placówka była dostępna w tym miejscu, w którym potrzebuje jej odbiorca. Dlatego sukcesywnie zwiększamy liczbę naszych punktów tak, aby te punkty był jak najbliżej odbiorcy – mówi rzecznik Polskiej Grupy Pocztowej.

Pierwsze katody z tlenkowej rudy miedzi kopalni Sierra Gorda

CEO Magazyn Polska

KGHM analizuje możliwość produkcji katod miedzianych z tlenkowej rudy w chilijskiej kopalni Sierra Gorda. Jeśli okaże się to opłacalne, istotnie poprawią się wyniki finansowe tego projektu, który zakładał przerabianie jedynie rudy siarczkowej. Pierwsze testy są obiecujące. Projekt Sierra Gorda jest coraz bliżej uruchomienia. Działa już 142-kilometrowy wodociąg doprowadzający wodę z oceanu.

– Oprócz zakładanej produkcji koncentratu miedziowego z rud siarczkowych, rozważamy też możliwość produkowania katod z rudy tlenkowej. Pierwotnie w założeniach inwestycyjnych ruda tlenkowa była traktowana jako odpad, składowany na hałdach. Jednak po przeprowadzeniu pierwszych testów okazało się, że są przesłanki ku temu, aby móc produkować katody przy użyciu technologii ługowania SX-EW, również z rudy tlenkowej – wyjaśnia agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Romanowski, wiceprezes ds. finansowych KGHM Polska Miedź SA.

Ruda tlenkowa nie jest przerabiana w procesie hutniczym, lecz metodą, która pozwala otrzymać miedzianą katodę w wyniku procesów chemicznych. W Sierra Gorda ruda tlenkowa zalega nad pokładami rudy siarczkowej, podobnej do tej, którą KGHM wydobywa w Polsce. Jest ona przerabiana na koncentrat miedziowy podlegający procesom hutniczym, którego finalnym produktem jest również katoda.

Mimo iż w założeniach projektu Sierra Gorda nie przewidywano przerabiania rudy tlenkowej, podjęto decyzję o przeprowadzeniu prób produkcyjnych na skalę półprzemysłową. Wyniki pierwszych testów są obiecujące. Po próbach laboratoryjnych i półprzemysłowych, w których KGHM przerobił 44 tys. ton rudy tlenkowej, wyprodukowano 50 ton katod miedzianych. Do września potrwają analizy opłacalności tej produkcji, a po ich ukończeniu zapadnie ostateczna decyzja o ewentualnym uruchomieniu działalności w tym obszarze.

Romanowski podkreśla, że jeśli produkcja katod miedzianych z rud tlenkowych w Sierra Gorda okaże się opłacalna, miałoby to znaczący wpływ na wyniki finansowe całego projektu. W początkowych analizach KGHM w ogóle nie brał pod uwagę przerobu rudy tlenkowej.

Prace zmierzające w kierunku uruchomienia projektu Sierra Gorda są już na finiszu.

Na pewno zabezpieczenie dostępu do źródeł wody dla projektu Sierra Gorda, który jest położony na pustyni Atacama, było kamieniem milowym. Sama długość rurociągu, który łączy kopalnie z oceanem, to  142 km. Nie jest to tylko rurociąg, lecz także przepompownie. Bez zapewnienia sobie dostępu do wody z oceanu, ten projekt nie mógłby być w ogóle zrealizowany – podkreśla Romanowski.

Zapewnienie dostępu wody do Sierra Gorda, położonego w jednym z najbardziej suchych obszarów świata, było wyzwaniem i wiązało się z uzyskaniem wielu pozwoleń. Wykorzystanie lokalnych źródeł wody nie wchodziło jednak w grę. Groziłoby to bowiem pozbawieniem dostępu do wody mieszkańców regionu. To, jak podkreśla Romanowski, byłoby sprzeczne z podejściem KGHM-u, który chce być firmą społecznie i ekologicznie odpowiedzialną. 

Pierwszy etap wydobycia miedzi w Sierra Gorda ma ruszyć już w III kwartale tego roku. W tym roku produkcja może sięgnąć 70 tys. ton, a od przyszłego będzie to 110 tys. ton. Wartość projektu Sierra Gorda to niemal 4 mld dolarów.

W Warszawie najniższe ceny ciepła ze wszystkich miast w Polsce

CEO Magazyn Polska

Niskie ceny ciepła w Warszawie to efekt pracy dostawców nad poprawą efektywności, a także rozmiarów rynku. Główny dostawca ciepła i energii dla mieszkańców stolicy firma PGNiG Termika planuje dalszą poprawę wydajności urządzeń opartą na wykorzystaniu gazu. Zarząd nie obawia się negatywnych skutków łagodnej zimy dla spółki. 

Spółka jest po okresie mocnej restrukturyzacji i cały czas, od wielu lat pracuje nad poprawą efektywności pracy urządzeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Gajewski, prezes PGNiG Termika.

Spółka dostarcza 70 proc. ciepła dla Warszawy, a także 50 proc. energii elektrycznej. Ceny ciepła w Warszawie są obecnie najniższe ze wszystkich miast w Polsce.

 – Ceny obniża rynek. Jesteśmy największą elektrociepłownią w Unii Europejskiej i mamy największy rynek ciepła w UE. Dzięki tak ogromnemu rynkowi możemy kształtować cenę na tak niskim poziomie – dodaje Gajewski.

W przyszłości większy udział gazu i biomasy

PGNiG Termika planuje zwiększenie produkcji energii elektrycznej o połowę do 2020 r. Zarząd zamierza zwiększyć także udział gazu i biomasy. W 2021 r. gaz ma stanowić 35 proc. całości produkcji energii, biomasa – 10 proc. Udział węgla, obecnie niemal stuprocentowy, ma spaść do 55 proc. Zwiększenie produkcji energii elektrycznej zrekompensuje ewentualne wyższe koszty gazu w porównaniu do kosztów węgla. 

– Gaz zmniejsza emisję CO2 i innych niekorzystnych substancji, a ponadto poprawia nam efektywność pracy urządzeń – mówi Andrzej Gajewski. – Dobrym przykładem jest nasz blok na Żeraniu, który zastąpi połowę dotychczasowego systemu elektrociepłowniczego, a produkcję energii zwiększy dwukrotnie. 

Jego zdaniem łagodny przebieg tegorocznej zimy nie obniży wyników PGNiG Termika.

– Zima 2014 roku jest porównywalna do zimy 2013 roku – mówi prezes PGNiG Termika. – Podobne są też nasze wyniki, zarówno za styczeń, jak i za luty. Dla nas optymalna jest temperatura od 0 do minus 5 stopni. Jeśli mróz jest zbyt duży, to musimy uruchamiać tzw. źródła szczytowe w Kawęczynie i na Woli, a wtedy koszty nadmiernie rosną – dodaje.

Citroen odkupuje stare samochody i zachęca do zakupu nowych. Sprzedaż w I kw. lepsza o ponad jedną trzecią

CEO Magazyn Polska

Każda osoba, która zdecyduje się na odsprzedanie lub zezłomowanie swojego starego auta, może otrzymać na rabat na zakup nowego modelu Citroena. Premia wynosi nawet 8 tysięcy złotych. Ta strategia koncernu przyniosła efekty w postaci wzrostu sprzedaży w ubiegłym roku i w I kwartale tego roku. Od stycznia do końca marca sprzedaż aut Citroena była wyższa o 36 proc.

W ubiegłym roku z takiej promocji skorzystało ponad dwa tysiące klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Trojanowski, dyrektor generalny Citroen Polska. – Duża popularność akcji oraz wiele sygnałów od kupujących, że oczekują tego typu oferty, skłoniły nas do przeprowadzenia jej raz jeszcze.

Dyrektor generalny wyjaśnia, że promocja cieszy się zainteresowaniem osób, które wcześniej nie myślały o zakupie nowego auta lub rozważały nabycie samochodu używanego. Proponowane przez Citroena premie okazują się wystarczającą zachętą, by skłonić takich kierowców do kupna nowego pojazdu.

Akcja przyniosła Citroenowi znaczący wzrost sprzedaży i zwiększenie udziału marki w rynku. W pierwszym kwartale tego roku wyniki koncernu poprawiły się o 36 proc., podczas gdy cały rynek samochodowy wzrósł o ok. 26 proc. Citroen sprzedał ponad 1 tys. aut więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej.

– Tańszy zakup oznacza wymierną korzyść dla klienta. Nasza akcja ma jednak także aspekt ekologiczny, gdyż pozwala wymienić starsze auto, często nie spełniające już dzisiejszych norm, na bezpieczniejszy samochód najnowszej generacji – mówi Jacek Trojanowski.

Dobrym wynikom koncernu sprzyjała także udana akcja wyprzedażowa minionego rocznika.

Promocja rozpoczęła się w kwietniu. Widzimy, że zapotrzebowanie na tego typu samochody jest w Polsce duże i to zarówno, jeżeli chodzi o klienta indywidualnego, jak i instytucjonalnego. Autami z instalacją gazową zainteresowane są między innymi korporacje taksówkowe – mówi Jacek Trojanowski.

Najlepiej sprzedającymi się modelami okazały się pojazdy z segmentu B, czyli Citroen C3 i C3 Picasso. Popularnością cieszyła się ubiegłoroczna nowość, Citroen CElysée, a prawdziwym hitem okazał się nowy C4 Picasso, powoli odzyskujący pozycję lidera w segmencie minivanów. Koncern liczy na to, że tegoroczną sprzedaż będą napędzać również nowości, czyli C4 Cactus oraz nowy Citroena C1, który ma się pojawić w salonach jesienią. Utrzymaniu dobrych wyników pomóc może też promocja na CElysée. Model dostępny jest teraz z fabrycznie montowaną instalacją gazową, której cenę wyznaczono na 1 zł.

Huawei intensyfikuje działania na rynku tabletów. Planuje ofensywę we wszystkich segmentach

Chińska firma Huawei ma silnie rozwinięty oddział w Polsce. Dotychczas był on skupiony bardziej na rozwiązaniach telekomunikacyjnych i informatycznych oraz zapewniał zaplecze technologiczne innym firmom i operatorom. Teraz firma planuje wejść na rynek urządzeń mobilnych. Na znaczeniu zyskuje również segment rozwiązań dla przedsiębiorstw.

Duży potencjał na rynkach polskim i globalnym widzimy w różnego rodzaju terminalach, czyli zarówno telefony, jak i urządzenia mobilne, takie jak tablety. Segment ten bardzo dynamicznie się rozwija na rynku globalnym i z pewnością ten sam trend będziemy obserwować na rynku polskim – twierdzi Krzysztof Sągolewski, solution director w Huawei Polska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Biznesowe podejście Huawei do polskiego rynku jest kompleksowe. Firma, poza mobilnymi urządzeniami, widzi jeszcze dwie główne gałęzie rynku teleinformatycznego, na które chce wejść w Polsce, wykorzystując doświadczenie globalne.

Po pierwsze, jest to klasyczny rynek operatorski z rozwiązaniami operatorskimi różnego rodzaju, zaczynając od dostępu, a kończąc na corze [szkielecie] sieci. Po drugie, są to rozwiązania dla sieci mobilnych różnego rodzaju, w całym spektrum – mówi Krzysztof Sągolewski.  – Uczestniczymy na bieżąco we wszystkich projektach, które toczą się w naszym kraju, zarówno u operatów mobilnych, klasycznych, jak i u operatora narodowego – Orange.

Huawei, kontynuując swoją globalną strategię podłączenia do internetu „4,4 miliarda niepodłączonych”, zamierza uczestniczyć w budowie szerokopasmowych łączy także w Polsce.

Jako dostawca, po pierwsze globalny, po drugie istniejący na polskim rynku ponad 10 lat, będziemy uczestniczyli w różnego rodzaju krajowych projektach, zarówno w ramach programów szerokopasmowych, które są w bieżącej perspektywie, jak i w przyszłej, czyli w latach 20152020 – zapewnia przedstawiciel Huawei.

Jak twierdzi Krzysztof Sągolewski, polski oddział chińskiego producenta, który zatrudnia ponad 500 osób, operuje na terenie całego kraju, nie faworyzując żadnego obszaru.

Wszystko zależy od tego, gdzie dany operator potrzebuje nas jako dostawcy, potrzebuje naszego wsparcia, dostawy sprzętu, instalacji czy jakiegoś konkretnego wdrożenia – twierdzi Sągolewski.

Na Podkarpaciu Huawei wprowadziło platformę IMS-ową, która poprzez zintegrowane przesyłanie danych i głosu za pomocą sieci IP, zapewnia szereg usług dla mieszkańców, takich jak VoIP (Voice over the Internet), czyli telefonię internetową.

Jeżeli będzie zapotrzebowanie na rynku na takie projekty, będziemy je kontynuować na terenie kraju – zapewnia solution director w Huawei Polska.

Ważny z punktu widzenia producenta jest także rynek rozwiązań przygotowywanych z myślą przedsiębiorstwach.

Jest to cały dział Huawei Enterprise, który prężnie działa i próbuje rozwinąć tę naszą działalność na tym rynku – mówi Krzysztof Sągolewski.

W środę chiński koncern ogłosił zaudytowane wyniki za 2013 rok. Największy wzrost firma odnotowała właśnie w sektorze rozwiązań dla przedsiębiorstw – 32,4 proc., choć na razie to najmniejszy dział firmy, o sprzedaży wartej 2,5 mld dolarów. Całkowite przychody ze sprzedaży wyniosły 38,4 mld dolarów, a dochód netto – 3,4 mld dolarów. Większą kwotę, bo 5 mld dolarów koncern przeznaczył na badania i rozwój. 65 proc. przychodów Huawei pochodzi spoza granic Chin.

Usługi kaletnicze znów popularne. Klienci chętnie zamawiają torby dostosowane do indywidualnych potrzeb

CEO Magazyn PolskaKaletnictwo – choć przez ostatnie lata nieco zapomniane – teraz znów wraca do łask. Do pracowni kaletniczych przychodzą już nie tylko ludzie starsi, by naprawić skórzaną torbę czy pasek, lecz także coraz więcej osób, które chcą złożyć oryginalne zamówienie, np. na niebanalną torebkę dostosowaną do indywidualnych potrzeb.

Kaletnicy przyznają, że każde zamówienie jest drobiazgowo opracowywane od momentu projektu do chwili realizacji, ponieważ klienci oczekują produktu, który będzie służył przez lata.

Moja praca jest o tyle szczególna, że gdy wykonuję torebkę na zamówienie danej osoby, która do mnie przychodzi, przede wszystkim staram się poznać tę osobę. Muszę się dowiedzieć, z kim mam do czynienia, jaki tryb życia prowadzi, co najbardziej jest jej potrzebne do tego, żeby produkt spełniał oczekiwania klienta – mówi agencji informacyjnej Newseria Olga Werbeniec, mistrz kaletniczy, Prezes Ogólnopolskiego Cechu Rzemieślników Artystów, Mistrz Rzemiosła Artystycznego.

Zawód kaletnika wymaga ogromnego doświadczenia, wiedzy i wyczucia. W pracy z tak trudnym materiałem, jakim jest skóra, nie ma miejsca na pomyłki.

Najpierw przygotowuję rysunki danej torebki. Następnie prototyp. W moim wypadku jest to właściwie makieta torebki, wykonana z zastępczych materiałów, z podobnymi rozwiązaniami technicznymi. Klientka musi się w nią spakować, włożyć do niej wszystkie rzeczy, których będzie używała. Wtedy oglądamy tę rzecz, wybieramy skóry i nici – mówi Olga Werbeniec.

Kaletnicy, chcąc utrzymać się na rynku, obserwują aktualne trendy. Szukają najlepszych rozwiązań, by sprostać oczekiwaniom klientów, którzy przychodzą do ich pracowni z różnymi, często bardzo nietypowymi zamówieniami.

Ważne są indywidualne rozwiązania dostosowane do potrzeb danej osoby, jeśli chodzi o konstrukcję wnętrz. Inne potrzeby będzie miała profesor geologii, a inne młoda matka, która chodzi z wózkiem, dzieckiem, butelkami z mlekiem. Inne rzeczy do swojej torebki włoży pani mecenas, a inne emerytka – wymienia Olga Werbeniec.

Wśród klientów zakładów kaletniczych są przede wszystkim osoby, dla których oferta sklepów z galanterią skórzaną nie jest wystarczająca. Tutaj mają gwarancję, że zamówiony towar będzie w stu procentach spełniał ich oczekiwania.

Zgłosiła się do mnie fotoreporterka, która wyjeżdżała do Korei Północnej. Torebka, którą zamówiła, miała kamuflować możliwość przewozu profesjonalnego sprzętu filmowego. Żeby wykonać to zamówienie, po pierwsze farbowałam tkaninę tak, żeby wyglądała jak stara. Po drugie skóra była postarzana, ale musiała mieć parametry techniczne nowej skóry. Dawałam też – wyjątkowo – używane okucia, a jednocześnie do środka musiałam wszyć i włożyć wszystkie pianki – mówi Olga Werbeniec.

Kaletnicy skarżą się, że nie ma już szkół kształcących w tym kierunku, a uczniowie, którzy zgłaszają się na praktyki, zwykle szybko rezygnują z przyuczenia do zawodu.

Operatorzy komórkowi liczą na klientów przenoszących numery

CEO Magazyn Polska

W Polsce przypada 1,5 karty SIM na osobę – wynika z danych GUS. Rynek staje się coraz bardziej nasycony, więc operatorzy komórkowi starają się walczyć o klientów konkurencji. Jak wynika z danych od operatorów komórkowych, w ubiegłym roku sieć zmieniło 1,5 mln numerów – o 0,3 mln więcej niż w 2012 r. Wśród polskich telekomów Play jest liderem pod względem liczby przejmowanych numerów.

Choć procentowy udział numerów przenoszonych do sieci Play w stosunku do całego ruchu numerów we wszystkich sieciach komórkowych obniża się, operator P4 nadal jest pod tym względem liderem na polskim rynku telekomów.

Bezwzględna liczba numerów przenoszonych do naszej sieci w dalszym ciągu rośnie. Jest to prognostyk bardzo dobrego dalszego wzrostu naszej firmy i pozyskania klientów w tym roku. Innymi słowy, dynamika mierzona liczbą numerów przenoszonych do naszej sieci utrzymuje się na bardzo dobrym poziomie z tendencją wzrostową – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Niewęgłowski, Chief Strategy Officer z firmy P4, operatora sieci Play.

W ubiegłym roku sieć zmieniło o 23 proc. numerów więcej niż w 2012 roku – wynika z raportu Telepolis.pl. P4 przyjął ponad 900 tys. numerów (ponad 58-proc. udział w rynku MNP), a oddał 140 tysięcy (na czysto więc zyskał ponad 760 tys. numerów). Na kolejnych miejscach znaleźli się Orange i T-Mobile.

Sam fakt, że wzrasta również ruch numerów przenoszonych między pozostałymi sieciami ze względu i na popularyzację samego procesu przenoszenia numerów, i na zaostrzającą się konkurencję pomiędzy pozostałymi operatorami na rynku powoduje, że nasze udziały procentowe są nieco mniejsze, ale to w żaden sposób nie odbija się na naszym wzroście – podkreśla Niewęgłowski.

Operatorzy komórkowi mają w swoich ofertach specjalną propozycje dla osób przenoszących numery. Szansą dla telekomów mogą być również klienci rezygnujący z telefonii stacjonarnej i przenoszący się do sieci komórkowych.

Rośnie popularność kawy ziarnistej, ale Polacy są wierni tradycyjnym markom kawy mielonej

Polacy wciąż piją bardzo mało kawy, trzykrotnie mniej od Niemców i prawie pięciokrotnie mniej od Skandynawów, którzy są rekordzistami pod względem ilości spożywanej kawy. Rośnie za to popularność kaw ziarnistych i tych z sektora premium. To efekt szerokiej oferty domowych ekspresów ciśnieniowych. Polacy rozsmakowali się także w kawie brazylijskiej, której promocji sprzyja zbliżający się mundial piłkarski.

– Wzrosty są widoczne. Wynoszą około 10 proc. W Polsce coraz częściej sięga się po produkty 100 proc. arabica, jednak wzrasta nie tylko konsumpcja produktów premium, lecz także kaw ziarnistych, Polacy piją ich coraz więcej. Wynika to ze świadomości konsumenckiej oraz  z faktu, że społeczeństwo coraz częściej nabywa ekspresy ciśnieniowe, które pozwalają na przygotowanie kaw ziarnistych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Roland Brylewski, dyrektor ds. sprzedaży palarni kawy WOSEBA.

Podkreśla, że spożycie kawy w Polsce jest wciąż na bardzo niskim poziomie. Przeciętny Polak rocznie wypija napar z 2,5-3 kg kawy. W Niemczech średnia wynosi 7-9 kilogramów, a w krajach skandynawskich jest to nawet 14 kilogramów na mieszkańca.

Według innych danych, opublikowanych w styczniu tego roku przez Euromonitor, przekłada się to na ponad 95 litrów kawy wypijanych rocznie przez statystycznego Polaka. Przodujący w tym rankingu Holendrzy rocznie wypijają ponad 200 litrów kawy na jednego mieszkańca. Skandynawowie piją jednak mocniejszą kawę, bo choć spożycie naparu jest niższe, to po przeliczeniu na ziarna kawy największymi kawoszami są Finowie, Norwegowie i Islandczycy.

Roland Brylewski dodaje, że im bardziej na zachód Polski, tym spożycie kawy jest większe. Wzrosty notowane są jednak na wszystkich rynkach.

W chwili obecnej notujemy bardzo dynamiczny przyrost sprzedaży kaw premium. Jesteśmy producentem najbardziej rozpoznawalnej marki kawy WOSEBA Mocca Fix Gold w tym obszarze, gdzie sprzedaż i spożycie kawy jest największe. Bardzo dobrze jest oceniana nasza kawa Arabica, jak również Cafè Brasil. Jak wynika z naszych badań, Cafè Brasil to produkt, który spełnia oczekiwania smakowe polskich konsumentów – powiedział w czasie Kongresu Poland & CEE Retail Summit Roland Brylewski.

Dodaje, że kawa brazylijska w tym roku jest promowana m.in. dzięki zbliżającym się mistrzostwom świata w piłkę nożną. WOSEBA jako pierwsza zaprojektowała nawiązujące do tego kraju opakowanie. WOSEBA sprzedaje swoje kawy przez wszystkie dostępne kanały sprzedaży w całej Polsce, co zapewnia jej piąte miejsce w czołówce producentów kawy na polskim rynku.

Polacy nie potrafią interpretować informacji umieszczonych na etykietach produktów

CEO Magazyn PolskaZ badań wynika, że dwie trzecie Polaków nie czyta etykiet na kupowanych przez siebie produktach spożywczych, a jeśli nawet zdarzy im się na nie spojrzeć, to nie potrafią ich zinterpretować. Bywa również, że producenci świadomie wprowadzają konsumentów w błąd, a istotne informacje są napisane małym drukiem. Specjaliści do spraw żywienia podkreślają, że etykiety powinny być czytelne i sformułowane tak, by każdy klient mógł je zrozumieć.

Informacje, które producent ma obowiązek umieścić na etykiecie, to oczywiście: nazwa produktu, dane identyfikujące firmę, producenta, waga. liczba netto, szczególne warunki przechowywania (jeżeli takich wymaga produkt), termin przydatności do spożycia – mówi agencji informacyjnej Newseria inż. Ewelina Plewicka, specjalista ds. żywienia z przychodni mdmed.

Producent powinien także wymienić wszystkie składniki, które zostały użyte do produkcji, w kolejności od największych ilości do śladowych. Na etykietkach produktów spożywczych często znajdują się też oznaczenia kodowe z literą „E”. Spis chemicznych środków dodawanych do żywności podzielony jest na kilka grup: E100–E199 (barwniki), E200–E299 (konserwanty i regulatory kwasowości), E300–E399 (przeciwutleniacze), E400–E499 (emulgatory, środki spulchniające, żelujące), E500–E599 (środki pomocnicze), E600–E699 (wzmacniacze smaku), E900–E999 (środki słodzące, nabłyszczające i inne), E1000–E1999 (stabilizatory, konserwanty, zagęstniki i inne). Eksperci do spraw żywienia radzą, by wybierając się na zakupy, mieć pod ręką taki właśnie wykaz.

Są poszczególne grupy, na które powinniśmy zwracać uwagę, ale niekoniecznie bać się wszystkiego. Należy uważać na niektóre barwniki w galaretkach czy budyniach. Mogą one powodować nadpobudliwość u dzieci. Jeżeli chodzi o konserwanty, to azotyny sodu bądź też wzmacniacze smaku, glutaminian sodu i jego pochodne są to składniki, których powinniśmy raczej unikać – wyjaśnia inż. Ewelina Plewicka.

Na opakowaniach często umieszczana jest informacja: „jedna porcja zawiera”. Specjaliści do spraw żywienia podkreślają, że za każdym trzeba razem sprawdzać, jaką objętość jednej porcji bierze pod uwagę dany producent. Nie zawsze jest to 100 g czy 100 ml. Producenci coraz częściej podają wartość energetyczną dla znacznie zaniżonej wartości gramowej jednej porcji. Takie zabiegi dotyczą przede wszystkim słodyczy i kalorycznych przekąsek. Zawartość poszczególnych składników odżywczych daje nam najwięcej informacji o produkcie.

Najczęściej jest to tabelka z wyszczególnionymi informacjami, takimi jak wartość energetyczna i ilość tłuszczu. I tutaj zwracajmy uwagę na kwasy tłuszczowe nasycone, węglowodany, w tym cukier, białko, sód i ewentualnie błonnik jako dodatkowe – tłumaczy inż. Ewelina Plewicka.

Producent powinien także umieścić na etykiecie wskaźnik GDA, który oznacza wskazane dzienne spożycie danego składnika. Dzięki niemu konsument wie, ile kalorii i jaki procent dziennego zapotrzebowania na energię zawiera dany produkt. Jest on liczony dla standardowej wartości 2000 kcal. Jednak indywidualne zapotrzebowanie kaloryczne może być zupełnie inne. Co więcej, procent zapotrzebowania liczony jest dla wszystkich posiłków w ciągu dnia, a nie tylko jednego posiłku.

Windeln.de przed Amazon.com i Zalando w rankingu e-commerce

0

Według najnowszego rankingu serwisu www.excitingcommerce.de, jednego z czołowych niemieckich portali traktujących o e-commerce, spółka Windeln.de z portfela Grupy MCI zajęła trzecie miejsce wśród najlepszych portali e-commerce w Niemczech, ustępując nieznacznie pola tylko Amazon.com i Buch.de, a wyprzedzając takie znane marki jak Ebay, Home24 czy Zalando. W kategorii Wizerunek Windeln.de nie miał sobie równych i wyprzedził wszystkie analizowane portale.

Pełne zestawienie znajduję się pod adresem: http://www.excitingcommerce.de/2014/04/category-killer-2014.html

Polacy w sieci kupują coraz częściej i czują się tam coraz bezpieczniej

Niedawno opublikowany został najnowszy raport z badania wykonanego przez TNS Polska na zlecenie serwisu Ceneo.pl. Dostarczyło ono interesujące dane na temat aktywności zakupowej Polskich internautów. Wniosek? Polacy w sieci kupują coraz częściej i czują się tam coraz bezpieczniej.

Liczby mówią same za siebie. Tylko 4 % internautów nigdy nie skorzystało z oferty sklepów online. Z pozostałych 96 % ponad jedna czwarta robi zakupy przez internet aż kilka razy w miesiącu. Dla zdecydowanej większości e- konsumentów zakupy w sieci to przede wszystkim niska cena i dostawa do domu. Liczy się też wygoda i oszczędność czasu, czyli wszystko to co od dawna stanowi atut sklepów internetowych w starciu z oferentami tradycyjnymi.

Znaczący progres dotyczy także poziomu zaufania, którym internauci obdarzają e-sklepy mimo, iż jeszcze kilka lat temu wydawało się to nieosiągalne. Duża część internautów poziom bezpieczeństwa sklepów internetowych porównuje z tym, jakim darzą oni sprzedawców stacjonarnych, tradycyjnych. Aż 80 % internautów decyzję o zakupie w danym sklepie podejmuje po przeczytaniu rekomendacji i opinii na jego stronie. Prawie połowa szuka też wpisów na portalach niezależnych. Są i tacy którzy sięgają do regulaminów, szukają danych firmy i certyfikatów. Zaledwie 7 % w ogóle nie opiera swojej decyzji zakupowej na jakichkolwiek gwarantach jakości i bezpieczeństwa. Dane dowodzą jak wielkie znaczenie w e-commerce mają opinie i rekomendacje. E-sklep z kiepską reputacją nie ma najmniejszych szans na sukces. Dodatkowo, internauci widząc jakie znaczenie dla nich samych mają opinie pozostawiane na portalach przez innych konsumentów, coraz chętniej dzielą się własnymi sądami i recenzjami – komentuje Katarzyna Kołodziejczyk, Management Board Assistant GRUPA 365NET.

Znaczący jest również fakt, że kupujący w sieci to klient wierny. Chętnie wraca on do tych serwisów, gdzie dokonane wcześniej zakupy były dla niego satysfakcjonujące. Satysfakcja ta ogniskuje oceny realizacji oczekiwań klienta względem danego e-sklepu. Na pierwszym miejscu jest oczywiście cena. Lojalność budują także szybkość dostawy i wiarygodność serwisu sprzedażowego.

Źródło: Badanie przeprowadzone przez TNS Polska na zlecenie Ceneo.pl, między 6 a 14 lutego tego roku, na reprezentatywnej próbie 1000 internautów. Uzupełnione zostało ono o dane z ankiet przeprowadzanych przez Ceneo.pl.

Serinus przyspiesza w Tunezji i współpracuje z Geofizyką Toruń

W ciągu najbliższych miesięcy Serinus Energy wykona szereg prac na swoich koncesjach, pozyskanych w 2013 roku wraz z nabyciem Winstar Energy. Spółka planuje wykonać dwa nowe odwierty na polu Sabria, modernizację istniejących odwiertów oraz pozyskać 203.5 km² danych sejsmicznych 3D.

Modernizacja istniejących oraz rozpoczęcie wiercenia nowych odwiertów na polu Sabria

Serinus Energy zakończył przygotowanie terenu pod odwiert Winstar-12bis oraz rozpoczął prace nad miejscem odwiertu Winstar-13 na terenie koncesji Sabria. Przewiduje się, że wiertnica dotrze do miejsca prac w maju. Wcześniej, odwierty oznaczane były jako Sabria-12bis oraz Sabria-13.

Spółka stopniowo zwiększa również przepustowość odwiertu Sab-11 – jednego z czterech produkujących na polu Sabria. Wykorzystanie rury o rozszerzonej do 16/64’’ średnicy (wcześniej: 10/64’’) poskutkowało zwiększeniem produkcji ze 130 do 180 baryłek ropy naftowej dziennie. Spółka planuje przeprowadzenie podobnych testów na innych odwiertach. Obecna produkcja z pola Sabria wynosi 475 baryłek ropy oraz 37 tys. metrów sześciennych gazu dziennie (214 baryłek ropy i 16 tys. metrów sześciennych gazu netto dla Serinus).

Modernizacja odwiertów na terenie koncesji Chouech Es Saida

Pod koniec marca Spółka przygotowała urządzenia coiled tubing do prac przy dwóch odwiertach na terenie koncesji Chouech Es Saida: CS-Sil-10 oraz CS-Sil-1. Posłużą one do testów produkcyjnych oraz analiz niższych stref geologicznych przy pierwszym z odwiertów – CS-Sil-10, który został wydrążony w 2011 roku. Testy wykazały przepływ na poziomie 1.000 baryłek dziennie przez 40 godzin, po czym z odwiertu popłynęły duże ilości wody. Nadchodzące prace najprawdopodobniej przesądzą o przyszłości odwiertu CS-Sil-10.

Po zakończeniu prac nad CS-Sil-10, urządzenie coiled tubing zostanie przetransportowane na teren odwiertu CS-Sil-1, wydrążonego w 2010 roku, z którego trwa produkcja na poziomie 14 tys. metrów sześciennych gazu oraz 63 baryłek kondensatu dziennie. Celem prac będzie zwiększenie produkcji z jednej strefy, oraz uruchomienie dwóch dodatkowych stref, które uzyskały w testach przepływ na poziomach 25 tys. m sześc. gazu i 100 baryłek kondensatu dziennie oraz 25 tys. m sześc. gazu i 292 baryłek kondensatu dziennie. Spółka przewiduje, że ze względu na ograniczenia techniczne, łączna dzienna produkcja z tych stref będzie niższa od sumy wyników testów.

Prace wiertnicze na koncesjach Chouech Es Saida i Ech Chouech

Serinus zakontraktowała urządzenie wiertnicze o mocy 750 koni mechanicznych, które jest własnością tunezyjskiej spółki Ulysse Petroleum Engineering. Posłuży ono do prac nad czterema odwiertami na koncesjach Chouech Es Saida i Ech Chouech (CS-11, CS-8bis, EC-4 oraz ECS-1). Prace nad tymi odwiertami rozpoczną się w kwietniu i mają na celu zwiększenie produkcji ze znanych stref zawierających węglowodory oraz zlokalizowanie nowych.

Badania sejsmiczne na koncesji Sanrhar

Serinus Energy zleciła polskiej spółce Geofizyka Toruń badania sejsmiczne 3D na terenie koncesji Sanrhar. Obejmą one teren 203.5 km², prace rozpoczną się na początku maja i potrwają ok. 6-7 tygodni. Obecna produkcja z pola Sanrhar wynosi ok. 50-60 baryłek dziennie. Wydobycie odbywa się z jednego odwiertu – SNN-1.

Pieniądz nie do podrobienia, czyli o nowych zabezpieczeniach polskich banknotów

Pas opalizujący, pole bieli i znaki wodne, to tylko część z nowych zabezpieczeń, jakie pojawią się na polskich banknotach. Wszystko po to, by społeczeństwu było łatwiej odróżnić oryginał od falsyfikatu. I choć zmodernizowane banknoty trafią do obiegu na dniach, nie oznacza to wycofania obecnie używanych banknotów, które pozostaną bezterminowo prawnym środkiem płatniczym w Polsce.

Pieniądz jako środek płatniczy od dawien dawna kusił nie tylko miłośników łatwego łupu, ale też fałszerzy. W Polsce jako pierwszego podrobionodenara krzyżowego z IX wieku. Z kolei największa afera fałszerska wybuchła w czasach II Rzeczpospolitej, kiedy to kasjerzy Dworca Głównego w Warszawie wprowadzali do obiegu fałszywe banknoty o nominale 20 złotych, wydając falsyfikaty jako resztę za kupiony bilet. Podrabianie polskich pieniędzy wyszło z mody w latach 80-tych. Fałszerze przerzucili się wówczas na dolary i marki, w szczególności zachodnioniemieckie. Po denominacji, która nastąpiła w 1995 roku, polskie banknoty otrzymały jedne z najlepszych zabezpieczeń. I choć po 19 latach nadal dobrze się sprawdzają, to Narodowy Bank Polski postanowił udoskonalić system zabezpieczeń polskiej waluty.

I tak od 7 kwietnia 2014 roku w portfelach Polaków znajdą się nowe zmodernizowane banknoty. Jak wyjaśnia Barbara Jaroszek, zastępca dyrektora Departamentu Emisyjno-Skarbcowego NBP „Zmianie ulegną banknoty o nominałach 10, 20, 50 i 100 złotych, natomiast banknot 200-złotowy pozostaje taki sam. Zmiany nie dotyczą wizerunków, banknoty nadal będą wyglądały tak samo – królowie pozostają na swoich miejscach, ale […] nowe zabezpieczenia będzie można na pierwszy rzut oka odróżnić.”

Co się zatem zmieni? Wszystkie banknoty będą jaśniejsze, a to wszystko przez tzw. odkryte pole bieli. Wprowadza się je, by ułatwić społeczeństwu weryfikację ważnego zabezpieczenia – znaku wodnego, który będzie lepiej widoczny i rozpoznawalny. Na banknotach zostanie wprowadzony też tzw. filigran, czyli jednotonowy znak wodny przedstawiający nominał, czego nie ma na banknotach z dotychczasowych emisji. Dzięki białym pasom będzie można określić stopień zabrudzenia i jakość banknotów w obiegu. Na każdym z czterech rodzajów banknotów będą też dodatkowe zabezpieczenia. Pojawi się pas opalizujący w kolorze liliowym na 20 zł i kolorze turkusowym na 10 zł, który będzie widoczny lub nie, zależnie od kąta patrzenia. „Na banknocie 50-złotowym taka podstawowa widoczna zmiana polega na tym, że po prawej stronie królewska litera K – do tej pory w odcieniach purpurowych – będzie teraz płynnie zmieniała kolor od niebieskiego do zielonego. Natomiast na banknocie 100-złotowym mamy więcej zmian. Po lewej stronie zniknie rozeta w kolorze złotym. Jej podobny wizerunek zostanie przesunięty na prawą stronę i będzie zmieniał swój kolor od złotego do zielonkawego” – dodaje Barbara Jaroszek. Pojawią się też mikroskopijne napisy, czytelne jedynie po powiększeniu oraz dodatkowe zabezpieczenia widoczne w promieniach UV. Zmienione zostaną podpisy prezesa – zniknie podpis Hanny Gronkiewicz-Waltz, który zastąpi podpis Marka Belki.

Nowe zabezpieczenia mogą fałszerzom spędzać sen z powiek, bo według ekspertów są one bardzo trudne do podrobienia. Nawet ze stworzeniem imitacji raczej nie będzie można sobie poradzić. Oczywiście nie ma rzeczy niemożliwych, bo choć polskie banknoty fałszowane są stosunkowo rzadko, to zeszłym roku na milion sztuk pozostających w obiegu przypadało 8 banknotów sfałszowanych. Dlatego warto jest mieć jakiekolwiek pojęcie o sposobach ich rozróżniania i tego, w jaki sposób są zabezpieczone.

Po pierwsze: polskie banknoty wykonane są z wielką precyzją i na wysokiej jakości papierze. Po drugie: do sprawdzenia autentyczności papierowego pieniądza wykorzystujemy nie tylko wzrok, ale też opuszki palców lub paznokcie – zaznacza Kamil Kiliński, ekspert ds. bezpieczeństwa informacji Citi Handlowy i dodaje, że „[…] możemy wziąć w dłonie taki banknot, sprawdzić, czy są odpowiednie elementy wypukłe, jak również można pod światło dzienne dokonać sprawdzenia, czy znaki wodne zostały odpowiednio naniesione i czy są zgodne z zaleceniami NBP.”

Zmiana zabezpieczeń na banknotach to czysto techniczna operacja, którą przeprowadzają banki centralne średnio co 8 lat. Ważne jest, że w obiegu nadal będą utrzymywane stare pieniądze.

Kupujący nieruchomości na rynku pierwotnym są lepiej chronieni – UOKiK o ustawie deweloperskiej

29 kwietnia 2012 r. weszła w życie ustawa o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego. Jej głównym celem było  ograniczenie ryzyka, które ponosi konsument w związku z zakupem mieszkania lub domu na rynku pierwotnym.  Po blisko dwóch latach obowiązywania ustawy UOKiK przedstawił wnioski z analizy funkcjonowania nowego prawa. Przeprowadzone zostało m.in. kompleksowe badanie rynku, w którym blisko tysiąc podmiotów deweloperów, spółdzielni mieszkaniowych oraz banków – zostało zapytanych o ocenę obowiązujących przepisów, ich wpływ na działalność gospodarczą oraz potrzebę i zakres ewentualnych zmian w ustawie. W lutym br., Urząd przedstawił również Raport z kontroli wzorców umownych stosowanych przez deweloperów w obrocie z konsumentami.

Obserwacje Urzędu oraz informacje zebrane od przedsiębiorców pokazują, że podstawowy cel nowej regulacji został osiągnięty i poziom ochrony nabywców wzrósł. Potwierdza to również spadek liczby skarg na deweloperów napływających do UOKiK oraz będących ich efektem postępowań w sprawie naruszenia zbiorowych interesów konsumentów prowadzonych przez Urząd. Kolejną pozytywną zmianą jest m.in. wzrost ilości inwestycji, które nie są finansowane w całości z pieniędzy nabywców.

Propozycje zmian legislacyjnych

Ogólna  ocena skutków obowiązującej ustawy jest pozytywna, jednak Urząd dostrzega potrzebę modyfikacji przepisów w celu jeszcze lepszej ochrony konsumentów oraz zabezpieczenia interesów przedsiębiorców. Wiele wniosków UOKiK jest tożsamych z propozycjami zmian wskazywanymi przez profesjonalnych uczestników rynku.

Umowa rezerwacyjna

Przykładem jest konieczność uregulowania w przepisach kwestii dotyczących umowy rezerwacyjnej. Jest ona zawierana pomiędzy deweloperem i nabywcą, a jej przedmiotem jest wyłączenie lokalu ze sprzedaży na określony czas i dla części banków jest wystarczającym dokumentem do rozpatrzenia wniosku konsumenta o kredyt.  Zarówno przedsiębiorcy, jak i UOKiK stoją na stanowisku, że konieczne jest zdefiniowanie tego typu kontraktów oraz wprowadzenie ich do ustawy chroniącej prawa nabywców lokali mieszkalnych.

Obowiązki przedkontraktowe

Urząd zgadza się również z postulatami dotyczącymi doprecyzowania informacji, które deweloper musi zamieścić w prospekcie informacyjnym. Dotyczy to m.in. obowiązku informowania konsumentów o planowanych inwestycjach w promieniu kilometra od nieruchomości. Proponowana zmiana miałaby polegać na doprecyzowaniu katalogu dokumentów, które mają być źródłem informacji przekazywanych w prospekcie.

Odbiór mieszkania

Aby  zapewnić jeszcze lepszą ochronę kupujących mieszkania na rynku pierwotnym zaproponowano  zmianę, która dałaby konsumentowi możliwość odmowy dokonania odbioru nieruchomości. Działoby się tak w przypadku, gdyby zawierała ona istotne wady, możliwe byłoby również wstrzymanie odbioru do czasu usunięcia usterek przez dewelopera.

Polscy medaliści z Soczi otrzymali od Jana Kulczyka sztabki złota

0

CEO Magazyn PolskaPodczas Gali Olimpijskiej, która odbyła się w siedzibie PKOl z udziałem prezydenta Bronisława Komorowskiego i premiera Donalda Tuska, polscy mistrzowie olimpijscy z Soczi otrzymali nagrody pieniężne oraz odznaczenia państwowe. Wyjątkową niespodziankę sprawił złotym medalistom Jan Kulczyk, sponsor reprezentacji olimpijskiej i szef Rady Patronów PKOl, który wręczył im złote sztabki o wadze 525 gramów każda. Nasi mistrzowie zasługują na prawdziwe złoto, a w medalu olimpijskim, który waży 531 gram, jest go zaledwie 6 gram – wyjaśnił.  

Ponad 3 mld ludzi na całym świecie oglądających ceremonię otwarcia igrzysk olimpijskich w Soczi, to prawie połowa ludności Ziemi. Wielu z nich właśnie dzięki Wam dowiedziało się, że Polska to kraj mistrzów, dzielnych, wytrwałych i niepokonanych. Dlatego Polscy kibice chcieliby Was ozłocić za to, co dla nas, dla siebie i dla Polski zrobiliście w Soczi. Wszyscy wiemy, jak bardzo zasłużyliście na owe brakujące 525 gramów złota – powiedział podczas Gali Jan Kulczyk, przewodniczący Rady Patronów PKOl i sponsor strategiczny reprezentacji olimpijskiej.

Złote medale olimpijskie, wbrew nazwie, wcale nie są zrobione ze złota. Ostatnie prawdziwe złote medale zostały wręczone na olimpiadzie w Sztokholmie w 1912 roku. Złoty krążek z Soczi jest jednym z największych w historii – waży 531 gramów, z czego tylko 6 gramów stanowi złoto, a reszta to srebro.

Ufundowane przez Kulczyka sztabki złota o wadze dokładnie 525 gramów, otrzymali, za każdy zdobyty złoty medal, Kamil Stoch, Zbigniew Bródka oraz Justyna Kowalczyk, która z powodu choroby nie dotarła na Galę.

Myślę, że takie byłoby życzenie wszystkich kibiców. Naszym złotym medalistom to się po prostu należy. Są przecież na wagę złota – podkreśla Jan Kulczyk w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Sztabki zostały wręczone podczas wczorajszej Gali Olimpijskiej z udziałem prezydenta Bronisława Komorowskiego i premiera Donalda Tuska. Polscy olimpijczycy otrzymali również nagrody pieniężne za sukcesy sportowe w Soczi oraz odznaczenia państwowe.

Sztabki, które zostały przygotowane specjalnie dla olimpijczyków, mają certyfikat zobowiązujący Mennicę Polską do ich odkupu po aktualnej cenie złota.

Jan Kulczyk podkreśla, że jest to symboliczne podziękowanie dla sportowców za emocje, których dostarczyli kibicom.

Wszyscy Polacy są szczęśliwi z tego powodu, że po raz pierwszy od lat na zimowej olimpiadzie zdobyliśmy cztery złote medale, jeden srebrny i jeden brązowy. Jeszcze raz gratulujemy naszym mistrzom – powiedział przewodniczący Rady Patronów PKOl i sponsor strategiczny reprezentacji olimpijskiej.

Podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Soczi polscy sportowcy zdobyli sześć medali: cztery złote (dwa wywalczył Kamil Stoch, po jednym Justyna Kowalczyk i Zbigniew Bródka), jeden srebrny (drużyna łyżwiarek szybkich) i jeden brązowy (zespół panczenistów).

Erasmus+ nie tylko dla studentów. Pomoże także młodym przedsiębiorcom i sportowcom

CEO Magazyn Polska

Do końca kwietnia potrwa drugi już nabór chętnych do programu Erasmus+. Z 15 mld euro zagwarantowanych na jego potrzeby w ciągu następnych siedmiu lat Polska otrzyma 1 mld – w tym jedną trzecią z przeznaczeniem na szkolnictwo wyższe. Rozszerzona formuła programu pozwoli na wsparcie nie tylko wymian studenckich, lecz także na wymiany młodych przedsiębiorców i wsparcie sportu.

Tego programu nikt nie kwestionuje, a mieliśmy ogromne problemy, żeby obronić budżety w różnych dziedzinach – na ogół w nowej perspektywie są one mniejsze. A Erasmus już w pierwotnej wersji się sprawdził, wiele dał młodym ludziom, stał się widocznym świadectwem użyteczności wspólnej Europy. Dzięki temu mamy o 40 proc. więcej środków na lata 20142020 – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Lewandowski, unijny komisarz ds. budżetu.

Erasmus+ łączy dotychczasowe programy dla studentów, jak Comenius, Erasmus, Erasmus Mundus, Leonardo da Vinci. Jego budżet to 14,7 mld euro do 2020 r., z czego Polska ma otrzymać ok. 1 mld euro. Z programu skorzysta ponad 4 mln młodych ludzi w Unii Europejskiej.

Janusz Lewandowski podkreśla, że poszerzyło się grono adresatów programu – do studentów dołączyli młodzi przedsiębiorcy, uwzględniono także sport w wydaniu popularnym, a nie wyczynowym.

Takie idee, jak oferta wymiany dla młodych przedsiębiorców, to dobre wiadomości i perspektywiczne działanie – dodaje komisarz UE. – Decyzje o miejscu pobytu, branżach i działaniach powinny być traktowane elastycznie. To sam beneficjent powinien określić, jakie branże, jakie kraje i jaka działalność go interesują – uważa.

Dzięki Ersamusowi+ młodzi przedsiębiorcy będą mogli zapoznać się z działaniami firm z innych krajów. Janusz Lewandowski podkreśla, że rozwiązanie, które zaproponowano przedsiębiorcom, jest bardzo podobne do tego, z którego już wcześniej korzystali studenci wyjeżdżający na wymiany na zagraniczne uczelnie, gdzie mogli zobaczyć, jak funkcjonuje zagraniczna jednostka naukowa.

Będą mieli możliwość zapoznania się z funkcjonowaniem biznesu w różnych regionach Europy. To szansa dla młodych, przedsiębiorczych ludzi. Dotychczas z ich mobilnością i zaradnością były problemy w wielu krajach Europy – tłumaczy komisarz.

Erasmus+ to łącznie 15 miliardów euro do rozdysponowania. Nie określono jeszcze, jaki dokładnie będzie podział, ale to największa w historii pula pieniędzy przeznaczona na wymianę międzynarodową. Nabory jednak już się rozpoczęły – pierwszy miał miejsce w marcu, do końca kwietnia można się zgłaszać w kolejnym.

Z dotychczas prowadzonego programu Erasmus skorzystało ponad 3 miliony studentów, w tym 130 tys. z Polski. Teraz możliwości i środki będą dużo większe (o ok. 40 proc.).

Reformy gospodarcze na Ukrainie to szansa dla polskich firm. Skorzystać może zwłaszcza przemysł chemiczny, usługi i przetwórstwo

CEO Magazyn PolskaRząd Ukrainy zakłada w tym roku 3-proc. spadek PKB. Mimo że kondycja gospodarcza kraju jest fatalna, to przyjęte przez władze reformy mają wyciągnąć Ukrainę z kryzysu. Nowe otwarcie w gospodarce będzie szansą również dla polskich firm i inwestorów. Największe nadzieje daje przemysł chemiczny, przetwórstwo i usługi. Dla Ukrainy reformy oznaczają nie tylko napływ zagranicznych inwestycji, lecz także kapitału w postaci pomocy międzynarodowej.

Reformy przeprowadzone na Ukrainie pozwolą polskim przedsiębiorcom, którzy już są tam obecni, na  ponowne odkrycie dla siebie rynku ukraińskiego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Maksym Ferenc, partner w firmie konsultingowej Ferenc & Kuczyński. – Wejście w życie pakietu antykryzysowego i też pewna liberalizacja ukraińskiej gospodarki sprawią, że otwarty rynek ukraiński może być pewnym eldorado nie tylko dla polskich, lecz także dla unijnych przedsiębiorstw, które teraz decydują się na inwestycje w tym kraju – dodaje.

Pakiet antykryzysowy, zaproponowany przez rząd i przyjęty przez parlament, ma na celu zreformowanie całkowicie zdewastowanej gospodarki ukraińskiej. Reformy na Ukrainie dotyczyć będą m.in.: reformy sektorów energetycznego i finansowego, uwolnienia kursu hrywny, a także urealnienia cen gazu, które są obecnie subsydiowane przez państwo. Deficyt budżetu państwa ma zostać zmniejszony z 71,5 do 68,5 mld hrywien. Zamrożone zostaną podwyżki podstawowej płacy i minimum socjalnego, a dodatkowe dochody mają pochodzić z podatku ekologicznego oraz sprzedaży niektórych nieruchomości i pojazdów należących do państwa.

Przede wszystkim te reformy będą dotyczyły sytuacji wewnętrznej na Ukrainie. Urealnione ceny gazu dla odbiorców ukraińskich będą w niewielkim stopniu wpływały na polskie firmy usługowe na Ukrainie, ale w znacznie większym na przedsiębiorstwa przemysłowe, przedsiębiorstwa produkcyjne, które tam funkcjonują – podkreśla Ferenc. – Aczkolwiek ulgi podatkowe, które stopniowo są wprowadzane już od 2010 roku – tak naprawdę dla przedsiębiorców na Ukrainie – i obniżone od 1 stycznia 2015 roku stawki podatku CIT oraz VAT też czynią rynek ukraiński bardzo atrakcyjnym dla polskiego biznesu.

Zdaniem dra Ferenca najbardziej perspektywiczne dla zachodnich inwestorów na Ukrainie mogą okazać się: przetwórstwo, usługi oraz przemysł, zwłaszcza chemiczny. Jednak inwestowanie w warunkach niepewności politycznej i gospodarczej, choć może okazać się wielką szansą na przyszłość, niesie ze sobą wysokie ryzyko.

Mimo wszystko trudno teraz mówić o sytuacji inwestycyjnej na Ukrainie. Obecnie gospodarka tego kraju balansuje na granicy między niewypłacalnością a stabilnością – twierdzi partner w firmie Ferenc & Kuczyński.

Reformy na Ukrainie są warunkiem otrzymania pomocy z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Gdyby pakiet reform nie został przyjęty przez parlament, gospodarka ukraińska skurczyłaby się w tym roku o 10 proc. i stałaby się niewypłacalna. W zmienionej ustawie budżetowej rząd założył, że spadek PKB wyniesie 3 proc.

MFW zapowiedział 13 mld dolarów w tym roku. Pierwsza część z tej kwoty może wpłynąć jeszcze w tym miesiącu. Możliwe są także dalsze pożyczki w kolejnych latach.

Możliwość pełnego odliczenia VAT-u zwiększyła sprzedaż samochodów. Liderem sprzedaży aut z kratką w klasie premium jest Volvo

Zmiana przepisów dotyczących możliwości odliczenia podatku VAT od auta z kratką przyczyniła się do ożywienia na rynku motoryzacyjnym, który wzrósł o 29 proc. Największą liczbę aut z homologacją ciężarową w segmencie premium sprzedało Volvo. Koncern liczy na dalsze wzrosty sprzedaży w kolejnych kwartałach.

– Okres przejściowy, w którym można było sprzedawać auta z kratką, okazał się pozytywnym bodźcem dla całej branży motoryzacyjnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stanisław Dojs z Volvo Auto Polska.

Z końcem 2013 roku wygasło pozwolenie UE na stosowanie ograniczeń w odliczaniu podatku VAT od aut osobowych używanych przez firmy. Sejm uchwalił nowe przepisy, jednak weszły one w życie dopiero 1 kwietnia. Przez trzy pierwsze miesiące tego roku obowiązywał więc okres przejściowy, w którym przedsiębiorcy, kupując samochód z homologacją pojazdu ciężarowego (czyli wyposażony w kratkę), mogli liczyć na pełne odliczenie podatku VAT. Klienci ruszyli więc na zakupy.

W segmencie premium nasza marka zyskała najwięcej. Z kampanią informacyjną zachęcającą do zakupu takich aut ruszyliśmy już w grudniu 2013 roku, gdy wiele firm wahało się jeszcze, czy rzeczywiście opcja kratki będzie znów obowiązywać. Wyprzedziliśmy w ten sposób konkurencję o kilka tygodni, zbierając tylko w grudniu 400 zamówień na nasze samochody – mówi Stanisław Dojs.

W ciągu trzech pierwszych miesięcy tego roku zarejestrowano w kraju łącznie 2166 aut Volvo, co dało marce 14. pozycję na liście najpopularniejszych samochodów w Polsce. Największym bestsellerem pośród modeli z homologacją ciężarową był SUV XC60, kupiony przez 987 osób. Na drugim miejscu znalazł się crossover XC70, znajdując 114 nabywców. Ostatnie miejsce na podium przypadło V40 – 109 sprzedanych sztuk.

Według nowych, już obowiązujących przepisów, 100 proc. VAT-u można będzie odzyskać jedynie w przypadku kupna auta służbowego wykorzystywanego wyłącznie do określonej działalności gospodarczej.

– Dobre otwarcie roku było dla nas ważnym  elementem strategii biznesowej – wyjaśnia Stanisław Dojs. – Patrzymy z optymizmem na pozostałe trzy kwartały. Możliwość odzyskania przez firmy pełnego VAT-u została co prawda mocno ograniczona, ale nowe przepisy są i tak korzystniejsze od tych, które obowiązywały do końca roku 2013. W przypadku aut służbowo-prywatnych prawo umożliwia odliczenie tylko połowy podatku, ale za to bez limitu kwotowego. Dla przedsiębiorców to korzystna zmiana, która powinna zachęcać ich do zakupów. 

To zmiana opłacalna szczególnie przy zakupie aut droższych, czyli właśnie z segmentu premium. Volvo w I kwartale tego roku zanotowało 68 proc. wzrostu sprzedaży w tej klasie, sprzedając 1405 aut. Dla porównania, cały rynek samochodowy w Polsce wzrósł w tym okresie o 29 procent.

W ubiegłym roku Volvo sprzedało blisko 5 tysięcy samochodów, plany tegoroczne zakładają sprzedaż na poziomie 5,2-5,4 tys. egzemplarzy. Pod koniec 2014 r. ruszą zapisy na długo oczekiwaną premierę modelu XC90, którego pierwszą prezentację zapowiedziano na październik w trakcie targów motoryzacyjnych w Paryżu.