Pozytywne sygnały napływające z polskiej gospodarki powinny znaleźć odzwierciedlenie w wynikach spółek giełdowych w 2014 r. – tak wynika z analizy domu maklerskiego Noble Securities. Zdaniem jego analityków największych wzrostów należy spodziewać się po przedstawicielach sektorów cyklicznych i małych spółkach wchodzących w skład indeksu sWIG80. Wśród 14 wytypowanych przez specjalistów spółek, które w 2014 r. mogą rosnąć najszybciej znalazła się MCI Management SA.
Bezrobotni Polacy po ukończeniu 50. roku życia nie otrzymują skutecznej pomocy w znalezieniu trwałego zatrudnienia
Dla większości bezrobotnych w wieku 50+ efekty programów aktywizacji zawodowej i łagodzenia skutków bezrobocia, realizowanych przez powiatowe urzędy pracy, są krótkotrwałe i nieskuteczne. Nie spełniają swojej podstawowej roli, jaką jest doprowadzenie do trwałego wyjścia z bezrobocia.
NIK skontrolowała, jak Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej oraz wybrane 24 powiatowe urzędy pracy realizują programy aktywizacji zawodowej tej grupy bezrobotnych.
Pracodawcy, którzy biorą udział w różnego rodzaju programach dla osób bezrobotnych w wieku 50+ , uzyskują dodatkową siłę roboczą, nie ponosząc przy tym żadnych kosztów. Nie przedłużają jednak umów zatrudnionym, a urzędy pracy nie mają odpowiednich instrumentów prawnych, które pozwoliłyby na wyegzekwowanie od pracodawców przedłużenia umowy. NIK zwraca uwagę, że wskaźniki efektywności zatrudnienia, na podstawie których Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej ocenia sytuację, są zbyt optymistyczne i nie oddają prawdziwej skali problemu.
Osoby powyżej 50. roku życia stanowią ponad jedną piątą ogółu bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy. W badanym okresie (2010-2012) liczba bezrobotnych, w grupie 50+, systematycznie wzrastała. O ile ogólna liczba bezrobotnych w grupie osób poniżej 50. roku życia wzrosła o 7,6 proc., o tyle wśród osób powyżej 50. roku życia odsetek ten wzrósł o 15,4 proc. Osoby w wieku 50+ o dwa miesiące dłużej poszukiwały pracy niż młodsi bezrobotni. W tej grupie było też najwięcej osób dotkniętych bezrobociem długotrwałym (powyżej jednego roku).
Kontrola pokazała niewielką skuteczność działań aktywizujących (mierzoną uzyskaniem stałego zatrudnienia). Najgorzej w tym zestawieniu wypadają różnego rodzaju staże. Zatrudnienia nie znalazła ponad połowa ich uczestników (55 proc.). Pozostali zostali zatrudnieni na podstawie umów krótkoterminowych. Większość z nich (75 proc.) po wygaśnięciu umów musiała ponownie zarejestrować się jako osoby bezrobotne w urzędach pracy. Podobnie nieprzydatne okazały się szkolenia. Na 691 osób objętych różnego rodzaju szkoleniami – poza osobami, które podjęły działalność gospodarczą (jako kolejną formę aktywizacji po szkoleniu) – zaledwie 40 znalazło zatrudnienie, które można powiązać z jego tematyką.
Z kolei forma aktywizacji polegająca na przyznaniu bezrobotnemu środków na podjęcie własnej działalności gospodarczej przeważnie traktowana była jako substytut świadczeń społecznych. Do takiej oceny skłania kontrolerów fakt, że ponad połowa założonych w ten sposób firm nie przetrwała. Te, które działają, nie osiągają zakładanych zysków. Ich działalność ogranicza się jedynie do opłacania minimalnych składek na ubezpieczenie społeczne.
Urzędy nie sprawdzają ponadto, czy beneficjenci wywiązują się z zobowiązań zadeklarowanych w biznesplanach.
Stosunkowo najbardziej skuteczne okazało się refundowanie pracodawcy kosztów wyposażenia stanowiska pracy. Osoby zatrudnione dzięki temu narzędziu pracowały przez wymagane dwa lata. Jednak tylko 40 proc. z nich kontynuowało pracę. Większość (60 proc.) musiała się zarejestrować ponownie jako bezrobotni, podczas gdy ich niedawni pracodawcy składali nowe wnioski o refundację.
W trakcie kontroli NIK zidentyfikowała szereg przyczyn, które obniżają skuteczność działań aktywizujących osoby bezrobotne. Do najważniejszych należą:
Rozbieżność ofert pracy i oczekiwań osób bezrobotnych.
Oferty pracy, zgłaszane przez pracodawców do urzędów pracy, nie odpowiadają potrzebom bezrobotnych. Osoby po ukończeniu 50 lat poszukują stabilizacji, czyli stałej pracy umożliwiającej dłuższą perspektywę zatrudnienia. Tymczasem większość ofert dotyczy zatrudnienia za minimalne wynagrodzenie, na podstawie krótkich umów lub też obciążona jest warunkiem założenia własnej firmy.
Rotacja pozyskanych w urzędzie pracowników przynosi korzyści pracodawcom.
Dla większości przedsiębiorców złożenie oferty w urzędzie pracy sprawia, że dzięki dotacjom pozyskują pracowników oraz wsparcie finansowe, nie ponosząc przy tym żadnych kosztów. Kontrola wykazała, że oferty tych samych pracodawców powtarzają się, co świadczy o tym, że w rzeczywistości nie oferują oni stałej pracy. Ponadto NIK ma podejrzenia, że część pracodawców traktuje urzędy pracy jako miejsce wyszukiwania pracowników, których następnie zatrudnia nielegalnie. Świadczyć mogą o tym wykryte we wszystkich urzędach nagminne przypadki wycofywania przez przedsiębiorców ofert po zgłoszeniu się osób chętnych do pracy.
Zarejestrowane w urzędach pracy osoby z grupy 50+ w większości mają niskie kwalifikacje i słabe doświadczenie zawodowe.
Około 70 proc. osób w tym wieku ma wykształcenie zasadnicze zawodowe, podstawowe lub niższe. 18 proc. ma staż pracy poniżej pięciu lat lub nigdy nie pracowało. Pracodawcy często przyznają w nieoficjalnych rozmowach, że nie są zainteresowani takimi pracownikami.
Bezrobotnym w wieku powyżej 50 lat urzędy proponują zwykle tańsze i najmniej skuteczne formy aktywizacji.
To przede wszystkim szkolenia i staże. Z Funduszu Pracy dla grupy osób 50+ przeznaczono w 2012 roku do 9,3 proc. ogólnej kwoty na przeciwdziałanie bezrobociu. Tymczasem grupa ta stanowi ponad jedną piątą wszystkich bezrobotnych.
W ocenie NIK Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej stosuje nieadekwatne wskaźniki do pomiaru skuteczności programów aktywizujących. Ukształtowany w połowie lat 90. wskaźnik efektywności zatrudnienia (mierzony odsetkiem osób, które uzyskały pracę w ciągu trzech miesięcy od zakończenia stażu czy szkolenia) nie uwzględnia współczesnych realiów dla osób w grupie 50+. Obecnie na rynku przeważają bowiem oferty pracy krótkoterminowej. Po zakończeniu umowy przedsiębiorcy zwykle ponowne składają oferty w urzędzie pracy, a pracownicy ponownie rejestrują się jako bezrobotni – i znów poddawani są programom aktywizacyjnym. Taka sytuacja fałszuje statystyki i tworzy nieprawdziwy obraz bezrobocia w grupie 50+. Podobnie jest z podejmowaniem działalności gospodarczej. Uznaje się je za efektywne, choć to kolejna forma aktywizacji wspierana finansowo przez państwo, a nie trwała forma zatrudnienia.
Kontrola NIK pokazała, że te nieadekwatne wskaźniki prowadziły do błędnych decyzji finansowych. Np. Ministerstwo w roku 2012 skierowało dodatkową kwotę 200 mln zł do powiatów, które według tych wskaźników były najbardziej skuteczne. Rozpoznanie to kazało się jednak błędne. Wytypowane powiaty były w stanie wykorzystać tylko jedną trzecią tej kwoty.
NIK przeprowadza kontrolę w Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
NIK rozpoczęła kontrolę przygotowania Zakładu Ubezpieczeń Społecznych do realizacji zadań wynikających z ustawy (z 6 grudnia 2013 r.), która zmieniła dotychczasowe zasady funkcjonowania systemu emerytalnego w Polsce.
Kontrola NIK dotyka obszaru szczególnie istotnego dla funkcjonowania państwa, jakim jest powszechny system emerytalny. Departament Pracy, Spraw Społecznych i Rodziny NIK przeprowadza kontrolę w Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Czynności kontrolne zostały już właśnie rozpoczęte – równocześnie z wejściem w życie najważniejszych zmian. W razie potrzeby, NIK zbierze też informacje w Ministerstwach Pracy i Polityki Społecznej oraz w Ministerstwie Finansów. Izba nie wyklucza rozszerzenia kontroli o oddziały ZUS w zakresie technicznego wykonania postanowień ustawy o przejęciu przez ZUS środków OFE. Decyzja o ewentualnej kontroli w oddziałach ZUS zostanie podjęta po zrealizowaniu wstępnych badań w Centrali ZUS.
ZUS na wprowadzenie niezbędnych zmian, wynikających z reformy systemu emerytalnego, w planie finansowym na 2014 r. zapewnił sobie kwotę 80 mln złotych. NIK zbada zasadność wydatkowania takiej kwoty ze środków publicznych.
Ustawa z 6 grudnia 2013 r. zobowiązała ZUS m.in. do:
– Przejęcia przez ZUS części obligacyjnej OFE (51,5%, tj. około 150 mld zł).
NIK zbada prawidłowość przebiegu tego procesu i ustali w przyjętych przez ZUS aktywach udział obligacji i bonów skarbu państwa (według danych Komisji Nadzoru Finansowego, na koniec 2013 r., w obligacjach skarbowych ulokowanych było około 45% aktywów OFE).
– Przyjmowania oświadczeń o przekazywaniu składek do OFE (od 1 kwietnia do 31 lipca 2014 r.),
Izba sprawdzi przygotowanie ZUS do obsługi tego przedsięwzięcia, (skala przygotowań musi uwzględniać m.in. liczbę osób, które zadeklarują pozostanie w OFE – liczba członków OFE będzie miała wpływ na wielkość deficytu Funduszu Ubezpieczeń Społecznych). NIK zbada, jakie są prognozy ZUS odnośnie deficytu FUS oraz wpływ na kondycję ekonomiczną FUS przejęcia ok. 150 mld zł z OFE.
– Poinformowanie OFE o obowiązku przekazania środków za osoby, które w okresie od 1 lutego 2014 r. do 30 października 2014 r. osiągnęły wiek niższy o 10 lat od wieku emerytalnego – tzw. suwak bezpieczeństwa (w dniu 31 października 2014 r.), następnie przejęcie środków oraz informacji o liczbie i wartości umorzonych jednostek rozrachunkowych za te osoby (do 12 listopada 2014 r.).
– Informowania OFE o osobach, które osiągnęły wiek (po dniu 31 października 2014 r.) niższy o 10 lat od wieku emerytalnego oraz do przyjęcia i ewidencji informacji o liczbie i wartości jednostek rozrachunkowych umorzonych na rachunkach członków OFE (od 1 listopada 2014 r.),
– Przejęcia z OFE środków zgromadzonych na rachunkach osób pobierających okresową emeryturę kapitałową (do 30 maja 2014 r.) oraz osób niepobierających, a którzy zawiesili prawo do świadczenia – do 12 czerwca 2014 r. (okresowa emerytura kapitałowa przysługuje członkowi OFE do osiągnięcia przez niego wieku emerytalnego i finansowana jest ze środków zgromadzonych w tych funduszach oraz z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych – w ramach środków zewidencjonowanych na subkoncie w ZUS).
NIK zbada stan przygotowań ZUS do realizacji tych zadań, (m.in. dostosowanie użytkowanych w ZUS systemów informatycznych). Izba sprawdzi m.in. czy wydatki, jakie poniósł ZUS na prace dostosowawcze, dokonane zostały skutecznie i oszczędnie.
NIK sprawdzi też, czy przejęcie przez ZUS dodatkowych zadań, związanych z reformą systemu emerytalnego, nie miało negatywnego wpływu na terminowość wypłaty bieżących świadczeń.
Dyrektywa siarkowa zagrozi małym armatorom i bałtyckiej żegludze promowej. Koszty zakupu paliwa mogą wzrosnąć nawet o 70 proc.
Armatorzy promów pasażerskich oraz małych statków towarowych pływających po Bałtyku mogą znaleźć się w trudnej sytuacji od początku przyszłego roku. Po wejściu w życie unijnej dyrektywy siarkowej koszty zakupu paliwa dla statków mogą się zwiększyć aż o 70 proc. Zmiany nie zaszkodzą jednak flocie masowców Polskiej Żeglugi Morskiej.
– Na naszą floty masowców dyrektywa siarkowa będzie miała ograniczony wpływ, gdyż na Bałtyk i Morze Północne zawijamy stosunkowo rzadko. Problemy mogą mieć zwłaszcza armatorzy statków operujących w okolicach Bałtyku. To małe jednostki, które z wielkich portów Morza Północnego dowożą na Bałtyk ładunki. Dramatyczne zmiany na pewno nastąpią w żegludze promowej dlatego, że miejscem operowania jest tylko Bałtyk – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Szynkaruk, dyrektor naczelny Polskiej Żeglugi Morskiej.
Wchodząca w życie na początku przyszłego roku unijna dyrektywa siarkowa będzie obowiązywać jedynie na wodach Bałtyku, Morza Północnego oraz Kanału La Manche. Zgodnie z nią maksymalna zawartość siarki w paliwach żeglugowych zmaleje z obecnego limitu 1 proc. do 0,1 proc. Na innych akwenach redukcja potrwa do 2020 r. i będzie łagodniejsza – do poziomu 0,5 proc. To wpłynie bezpośrednio na wzrost ceny paliwa dla statków.
Szynkaruk ocenia, że tona paliwa niskosiarkowego używanego przez promy od stycznia 2015 roku to koszt ok. 1000 dolarów. Obecnie stosowane na Bałtyku paliwa kosztują w okolicach 550-600 dolarów. Taki wzrost kosztów nie będzie mógł być w całości przerzucony na klientów, więc ucierpią finanse armatorów.
– Olbrzymie kłopoty mogą mieć właściciele starych jednostek, które mogą być nieefektywne ekonomicznie po wzroście cen paliwa – ocenia Szynkaruk. – Duże kłopoty mogą mieć nasze porty, gdyż spora część ładunków może uciec do portów Morza Śródziemnego lub Morza Północnego, które znajdują bliżej granicy strefy, gdzie stosuje się paliwa o obniżonej zawartości siarki. Z transportu morskiego spora część ładunków może też uciec na drogi, co jest wbrew dokumentom unijnym.
Przed przeniesieniem transportu towarów z mórz na drogi i tory ostrzegają także Europejski Związek Armatorów oraz inni przedstawiciele branży. Zgodnie z unijnymi planami transport morski powinien odgrywać coraz większą rolę. Szynkaruk podkreśla jednak, że dyrektywa siarkowa utrudnia realizację tych planów.
Szynkaruk ma nadzieję, że do przyszłego roku rząd przyjmie przepisy, które umożliwią tankowanie statków skroplonym gazem (LNG). To szansa dla budowanego gazoportu w Świnoujściu, który według dyrektora PŻM powinien stać się centrum tankowania statków nie tylko korzystających z polskich portów, lecz także wszystkich innych, które wpływają na Bałtyk.
Szynkaruk dodaje, że ekologiczne tankowanie statków gazem jest zgodne z wytycznymi UE.
– Posiadanie terminalu i ewentualnego miejsca do tankowania, a wcześniej przyjęcie przepisów umożliwiających obrót i dostawy LNG, jest kluczowym tematem i będziemy nad tym z rządem pracować – zapowiada Szynkaruk.
Armatorzy z zadowoleniem obserwują również prace nad tzw. pakietem morskim, który zakłada znaczne uproszczenie i skrócenie do maksymalnie doby wszystkich procedur administracyjnych związanych z odprawą towarów w portach. Szynkaruk podkreśla, że zainteresowani, w tym m.in. przedstawiciele armatorów, portów oraz agentów morskich od wielu lat wskazywali, że istniejące obostrzenia prawne utrudniają rozwój transportu drogą morską.
– Przyjęcie tych przepisów to jest spełnienie naszych wieloletnich postulatów i cieszymy się bardzo, że obrót portowy, dostępność i konkurencyjność naszych portów oraz ekonomiczne podstawy funkcjonowania floty zdecydowanie się poprawią. To jest krok w bardzo dobrą stronę – przekonuje Szynkaruk.
Pakiet morski już wkrótce powinien trafić pod obrady Rady Ministrów.
Neonet walczy o pozycję lidera w swojej branży. Planuje także ekspansję zagraniczną
Neonet chce w tym roku stać się największym sklepem RTV, AGD i IT w Polsce. W następnych latach spółka planuje ekspansję zagraniczną, przede wszystkim w Europie Środkowej. W krajach Europy Zachodniej Neonet chce sprzedawać sprzęt za pomocą sklepu internetowego. W ciągu kilkunastu miesięcy niewykluczony jest debiut giełdowy spółki.
– Być może w perspektywie kilkunastu miesięcy będziemy myśleć o upublicznieniu naszej oferty, ale na chwilę obecną chcemy jeszcze trochę wzrosnąć na rynku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kiestrzyń, wiceprezes zarządu Neonet SA. – Nasza strategia sprowadza się do jednego – być numerem jeden w Polsce.
Podkreśla, że to jest główny cel spółki na 2014 rok. Dziś Neonet ma ponad 300 salonów sprzedaży w kraju.
– Kolejne lata to będzie wyjście na rynki zagraniczne, ze szczególnym uwzględnieniem Europy Środkowej – przekonuje wiceprezes.
Kiestrzyń precyzuje, że w następnych latach spółka planuje wejść na rynek w Bułgarii i Rumunii. Interesujące dla sieci są również Czechy i Słowacja. Mniej prawdopodobna jest ekspansja na Wschód. Choć Kiestrzyń przyznaje, że już teraz wielu klientów Neonetu przyjeżdża zza wschodniej granicy, jednak problemem jest niestabilna sytuacja polityczna i gospodarcza w tych krajach.
Również Europa Zachodnia nie należy do priorytetów Neonetu. Wynika to z dużego nasycenia sklepami AGD, RTV i IT w tej części kontynentu. Kiestrzyń nie wyklucza otwierania tam tradycyjnych sklepów w dalszej przyszłości, ale na razie firma będzie koncentrować się na poprawie oferty internetowej.
– Europa Zachodnia jest rynkiem dojrzałym, z którym bardzo trudno konkurować w relacji do budżetów marketingowych globalnych koncernów, które operują na tym rynku. Wierzę, że nasze sklepy internetowe za chwilę dzięki poprawie logistyki będą bardzo mocno konkurowały ze sklepami zagranicznymi – zapowiada Kiestrzyń.
Spółka finansuje rozwój ze środków własnych oraz kredytów bankowych. Kiestrzyń podkreśla, że dziś zadłużenie jest na bezpiecznym poziomie.
Warszawskie Lotnisko Chopina wdraża program inwestycyjny wart 1,5 mld zł
Warszawskie Lotnisko Chopina zarobiło w ubiegłym roku 62 mln zł netto. Władze portu podkreślają, że biorąc pod uwagę wart 1,5 mld zł program inwestycyjny, to bardzo dobry wynik. Jego osiągnięcie było możliwe dzięki rekordowej liczbie pasażerów, która po raz pierwszy w historii przekroczyła 10 mln w ciągu roku. Rozbudowa terminalu pozwoli na zwiększenie przepustowości lotniska do 20 mln pasażerów rocznie, a także spowoduje wzrost znaczenia Warszawy jako portu przesiadkowego. Już teraz 15 proc. pasażerów to osoby w tranzycie.
– Po raz pierwszy w historii lotniska przekroczyliśmy magiczną liczbę 10 mln pasażerów. Byli to przede wszystkim pasażerowie w ruchu międzynarodowym – około 11 proc. to ruch krajowy i około 13 proc. to ruch czarterowy. Rośnie też nasze znaczenie jako portu przesiadkowego. Tranzyt to w tej chwili około 15 proc. naszego ruchu, czyli prawie 1,5 mln pasażerów – wylicza w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Michał Marzec, naczelny dyrektor przedsiębiorstwa państwowego „Porty Lotnicze” oraz dyrektor Lotniska Chopina.
Rekordowa, wynosząca 10,7 mln liczba pasażerów przełożyła się na bardzo dobry wynik finansowy. W ubiegłym roku Lotnisko Chopina zarobiło około 50 mln zł netto. Wynik udało się osiągnąć pomimo tego, że trwa duży program inwestycyjny, warty łącznie 1,5 mld zł.
Najważniejszym jego elementem jest przebudowa starszej części terminalu pasażerskiego, która zakończy się jeszcze w tym roku. Terminal zostanie udostępniony do eksploatacji w przyszłym. Cały program inwestycyjny zaplanowano na trzy lata.
Michał Marzec podkreśla, że w tym roku spółka zacznie spłacać część kredytów zaciągniętych pod program inwestycyjny. Przez to 2014 r. będzie trudniejszy pod względem finansowym. Jednak Dyrektor Naczelny PPL liczy, że uda się zakończyć prace związane zarówno z terminalem pasażerskim, jak i z infrastrukturą lotniczą, a najpóźniej w pierwszej połowie przyszłego roku obiekty zostaną oddane do eksploatacji.
– Zakończenie przebudowy terminalu, który stworzy wspólną architektoniczną bryłę z nową częścią, zakończy się w tym roku. Dotyczy to również wielu inwestycji na polu manewrowym lotniska. Będziemy budować nowe drogi kołowania, nowe płyty, które zwiększą naszą przepustowość. Zakończenie programu inwestycyjnego umożliwi nam obsłużenie nawet powyżej 20 mln pasażerów rocznie – podkreśla Marzec.
Przebudowa terminalu oznacza nie tylko wzrost przepustowości oraz komfortu dla podróżnych (m.in. poprzez bezpośrednie połączenie ze stacją kolejową), lecz także nowe możliwości komercyjne. Na początku stycznia PPL sfinalizował umowę z firmą HDS Polska na obsługę strefy komercyjnej w nowej części terminalu. 10-letni kontrakt oznacza nawet kilkaset milionów złotych przychodów dla spółki zarządzającej warszawskim lotniskiem.
Otwarcie strefy komercyjnej pozwoli zwiększyć przychody, bo obecnie jej częściowe wyłączenie oznacza mniejsze wpływy do kasy PPL-u. Dyrektor M. Marzec dodaje, że w tym roku wyzwaniem będzie nie tylko zakończenie inwestycji, lecz także zapełnienie luki po Ryanairze. Irlandzki przewoźnik niskokosztowy do końca września oferował loty z Lotniska Chopina, ale potem zdecydował się na powrót na lotnisko w Modlinie.
– Ryanair wrócił do Modlina, czyli jego pasażerów nie będziemy mogli obsługiwać tutaj. Będziemy usatysfakcjonowani, jeżeli przekroczymy po raz kolejny liczbę 10 mln pasażerów w tym roku – prognozuje Marzec. Jednocześnie podkreśla jednak, że Modlin uzupełnia ofertę lotniska Chopina: – Idea budowania Modlina to jest nasz pomysł. Uważamy, że taka duża aglomeracja i taki duży region jak Warszawa i Mazowsze są w stanie wygenerować ruch zdywersyfikowany zarówno na część low-costową, jak i tradycyjną. Sądzę, że oba te lotniska są absolutnie komplementarne, nie mówiąc już o czysto technicznym wzajemnym wsparciu w sytuacjach trudnych.
Państwowe Porty Lotnicze mają 30,39 proc. udziałów w lotnisku w Modlinie. Ten podwarszawski port lotniczy, który do lipca pozostawał zamknięty dla samolotów obsługujących loty pasażerskie z uwagi na zły stan drogi startowej, obsłużył w 2013 r. 344 tys. pasażerów.
Przemysł farmaceutyczny obawia się umowy o wolnym handlu UE-USA
Uwolnienie rynku farmaceutycznego na mocy umowy o wolnym handlu pomiędzy UE i USA może nieść ze sobą poważne zagrożenia zarówno dla polskiego przemysłu farmaceutycznego, jak i pacjentów NFZ – ostrzegają przedstawiciele branży. Ich zdaniem zharmonizowanie europejskich i amerykańskich przepisów prawa farmaceutycznego spowodowałoby w Polsce dwuletnie opóźnienie we wprowadzaniu na rynek leków generycznych. Postulują więc wyłączenie z umowy o wolnym handlu niektórych przepisów.
Dla polskiej branży farmaceutycznej problemem pozostaje fakt, że unijne i amerykańskie przepisy dotyczące wprowadzania leków na rynek i ich ochrony patentowej istotnie różnią się między sobą. Zdaniem Piotra Błaszczyka, wiceprezesa Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego (PZPPF), z tego powodu uwolnienie rynków w przypadku leków może przynieść negatywne skutki – zarówno dla polskiego przemysłu farmaceutycznego, jak i pacjentów NFZ.
– Polski przemysł farmaceutyczny jest głównie przemysłem generycznym, a więc konkurujący z ochroną patentową dla leków i rozwiązań innowacyjnych, które są wprowadzane do poszczególnych generacji leków – tłumaczy. – System istniejący w Stanach Zjednoczonych, inny od polskiego i europejskiego, polega na tym, że przed złożeniem leku do rejestracji, należy rozpoznać czystość patentową leku, co powoduje opóźnienie w ewentualnym wejściu na rynek leku generycznego.
Podkreśla, że system europejski jest dużo bardziej przejrzysty od amerykańskiego, bowiem wstrzymanie bądź całkowite wycofanie leku z obrotu (w przypadku naruszenia jego patentu) może nastąpić dopiero po rejestracji leku, czyli po wprowadzeniu go na rynek.
– Właśnie ten aspekt traktujemy jako zagrożenie przy harmonizacji dla ewentualnego wprowadzania nowych generyków na rynek, co może opóźnić o około dwa lata, w naszej ocenie, wejście nowych generyków. Czyli również opóźni moment obniżenia ceny leku, co jest niekorzystne dla pacjentów i dla systemu refundacyjnego Narodowego Funduszu Zdrowia. – tłumaczy wiceprezes PZPPF.
Z tego powodu Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego postuluje o wyłączenie z umowy najbardziej wrażliwych kwestii.
– Postulatem jest to, ażeby wyłączyć pewne rozwiązania z umowy, które spowodowałoby szybszy dostęp leków generycznych do rynku europejskiego na pewno o co najmniej dwa lata – zaznacza Piotr Błaszczyk.
Dodaje, że chodzi przede wszystkim o tzw. „patent linkage”, czyli o powiązanie rozpoznania patentowego z procedurą rejestracyjną leku. Europejska procedura rejestracyjna nie ma bowiem nic wspólnego z rozpoznaniem patentowym, a dotyczy jedynie rozpoznania, bezpieczeństwa i skuteczności produktu leczniczego.
W czerwcu ubiegłego roku Komisja Europejska dostała od państw członkowskich UE mandat do negocjacji Transatlantyckiego Paktu Handlu i Inwestycji. Na jego mocy ma powstać największa strefa wolnego handlu na świecie, dzięki harmonizacji unijnych i amerykańskich przepisów dotyczących poszczególnych grup produktów.
Niższa opłata interchange nie od razu przełoży się na znaczące obniżki kosztów dla punktów handlowych
Wraz z wprowadzeniem niższej opłaty interchange agenci rozliczeniowi będą mieli nowe obowiązki. Na wniosek punktów handlowych ujawnią strukturę kosztów pobieranych prowizji, muszą więc przygotować do tego swoje systemy. Obniżenie interchange, która jest jedną ze składowych prowizji, nie musi wcale przełożyć się na zwiększenie sieci akceptacji kart – ostrzega Jacek Koszel z IT Card.
Nowa ustawa obniżająca interchange oznacza nie tylko zmianę stawki, lecz także nakłada nowe obowiązki na agentów rozliczeniowych. Przede wszystkim na żądanie punktu handlowego agent rozliczeniowy będzie musiał przedstawić strukturę kosztów składających się na prowizję.
– Systemy agentów rozliczeniowych muszą zostać dostosowane do takiego prezentowania wartości pobranej prowizji. Choć informacje będą podawane tylko na żądanie akceptanta, każdy agent rozliczeniowy musi się przygotować do nowej sytuacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Koszel, dyrektor Departamentu Marketingu i Sprzedaży w IT Card. – My jesteśmy na etapie przygotowywania się do całokształtu zmian.
Na prowizję, oprócz opłaty interchange, składają się jeszcze opłaty organizacji płatniczych oraz marża agenta rozliczeniowego, który rozlicza transakcje i podpisuje umowy z akceptantem. Główna część składowa tej prowizji ulegnie znacznej obniżce. Nie oznacza to jednak automatycznie spadku kosztów dla punktu handlowego.
– W przypadku pozostałych składowych zmiany będą rozłożone w czasie, a o wysokości całej prowizji zadecyduje rynkowa konkurencja – uważa Jacek Koszel. – Biorąc również pod uwagę stopień nasycenia polskiego rynku, obniżka interchange może mieć niewielki wpływ na powiększenie bazy akceptacji kart. Dla punktów, które nie akceptują kart, problemem są wysokie opłaty stałe za terminal, a nie prowizje. Na przykład korporacje taksówkowe są skłonne płacić 5-6 proc. z tytułu prowizji transakcji, ale oczekują w zamian bardzo niskiej opłaty za terminal.
Przez długie lata opłaty interchange pobierane w Polsce od transakcji kartami płatniczymi należały do najwyższych w Europie. Do końca 2012 roku stawki wynosiły średnio około 1,6 proc., podczas gdy średnia w UE była niższa niż 1 proc. Teraz opłaty wynoszą 1,2-1,3 proc. Ponieważ próby skłonienia organizacji płatniczych do samodzielnego zmniejszenia obciążeń nie przyniosły rezultatu, obniżki wprowadzono ustawowo. Od lipca stawki interchange płacone przez akceptantów, czyli placówki honorujące płatności kartami, wyniosą maksymalnie 0,5 proc.
– My już teraz postanowiliśmy nieco obniżyć nasze opłaty, by zachęcić akceptantów do podpisywania umów. I podejmujemy starania, by takich umów podpisać w najbliższym czasie możliwie jak najwięcej przed zmianami na rynku – tłumaczy Jacek Koszel w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.
Prawie cała produkcja mebli w Polsce idzie na eksport
Produkowane w Polsce meble w 90 proc. trafiają na eksport. Zdecydowana większość z nich jest robiona na zamówienie zagranicznych koncernów i sprzedawana pod obcą marką. Brak silnych polskich marek, rozdrobnienie branży i brak środków na badania i rozwój to według przedstawicieli branży główne bariery w utworzeniu silnego polskiego przemysłu meblarskiego.
– Dzięki sprawnej i taniej sile roboczej Polska stała się bardzo szybko atrakcyjnym miejscem do produkcji mebli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Respondek, wiceprezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli. – Większość z 26 tysięcy polskich firm z branży to małe, średnie i mikroprzedsiębiorstwa. Rozdrobnienie branży to z jednej strony nasza siła, ale z drugiej – słabość.
90 proc. polskich mebli jest eksportowanych, jednak większość polskich przedsiębiorców wytwarza meble na zamówienie zachodnich koncernów i sprzedaje je pod ich markami.
– Dzięki temu mniejsze są koszty, zwłaszcza te związane z promocją. W meblarstwie trzeba przez 10 lat przeznaczać minimum 10 proc. ceny końcowej na promocję, by zbudować markę. Jednocześnie jak raz wypromujemy markę, to wcale nie mamy gwarancji, że to wystarczy i nie będzie trzeba jej promować później – mówi Respondek.
Jednak inwestycja taka może się opłacić, bo mebel markowy może osiągnąć cenę nawet dwa razy wyższą od pochodzącego z masowej produkcji.
– Tam, gdzie robimy tylko i wyłącznie meble zlecane przez innych i pod inną marką sprzedawane, tam zyskowność nie jest duża. Jeśli robimy własne meble i mamy wypromowaną markę, zyskowność jest zdecydowanie większa – mówi Respondek. – Jeśli mebel bez marki, porównywalny często do mebla brandowego, można sprzedać za 2 tys. zł za pojedynczą kanapę, to mebel jakościowy można zdecydowanie sprzedać za 4 tys. zł.
Zdaniem wiceprezesa Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli, poważną barierą w dynamicznym rozwoju polskich firm meblarskich jest brak środków na badania i rozwój.
– Szansy upatrujemy w tym, co się obecnie promuje w europejskiej gospodarce, a więc w postawieniu na badania i rozwój, w sojuszu między sferą badawczą a biznesem – mówi Respondek. – Do tego potrzeba jednak funduszy. Problemem jest także niewielki rozmiar polskich przedsiębiorstw z branży meblowej. Brakuje kadry administracyjnej, która nawiązałaby współpracę z uczelniami czy instytutami meblarskimi i oszacowała choćby niezbędne nakłady – dodaje.
Potrzeba badań wynika między innymi ze zmieniających się trendów w meblarstwie i preferencji klientów. Przykładowo tradycyjne komplety wypoczynkowe, złożone z kanapy trzyosobowej, dwuosobowej i fotela, stały się już przeżytkiem.
– Dzisiaj większość osób poszukuje mebli indywidualnych, oddzielnych dla każdego, które można wziąć ze sobą w każdym momencie, gdy zmieni się miejsce zamieszkania – mówi Respondek. – Popularne są meble wielofunkcyjne, wykorzystywane zarówno w pracy, jak i przy oglądaniu telewizji. Jeszcze większe zmiany zachodzą w przypadku kuchni, gdzie techniki jest zdecydowanie więcej niż mebli. Warto badać nowe trendy, gdyż dzięki temu będziemy produkować towary, na które jest popyt – dodaje.
Polki rodzą coraz mniej dzieci. Za 6 lat jedną czwartą społeczeństwa będą stanowić osoby po sześćdziesiątce
– W Polsce zawsze się wydawało, że jest dużo ludzi, jest nadwyżka siły roboczej, nadwyżka ludzi młodych. Bardzo dużo dzieci urodziło się w pierwszej połowie lat 80, w okresie tzw. „baby boomu”. Wtedy na świat przychodziło średnio 600 tys. dzieci., teraz 300 tys. Niestety współczynniki dzietności systematycznie malały i od 1990 roku były poniżej zastępowalności pokoleń – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Krystyna Iglicka-Okólska, demograf i socjolog.
Dane Eurostatu pokazują, że w 2020 r. osoby po 60. roku życia będą stanowić blisko 25% ludności polskiego społeczeństwa, a prognoza ludności na lata 2008–2035 opracowana przez GUS wskazuje, że najbliższe lata będą cechowały się przyrostem ludności w najstarszych grupach wieku (tzw. pokolenie stulatków). Szacuje się, że w roku 2030 liczba osób w wieku 85 lat i więcej może sięgać prawie 800 tysięcy.
By poradzić sobie z niżem demograficznym, zachodnie kraje otwierają granice i przyjmują imigrantów. W Wielkiej Brytanii współczynnik dzietności znacznie wzrósł po fali emigracji z Polski. Zahamowało to również proces starzenia się społeczeństwa. Tymczasem Polska ma najniższy współczynnik imigrantów w całej Unii Europejskiej.
– Problem starzenia się społeczeństwa polskiego będzie jednym z największych problemów kraju. Kolejne generacje młodych ludzi będą musiały utrzymać coraz większe rzesze ludzi starszych przy niewydolności systemów emerytalnych – mówi Krystyna Iglicka-Okólska.
Eksperci przestrzegają, że problem starzenia się społeczeństwa polskiego może wywołać kolejne fale emigracji. Według prognoz już za kilka lat na 100 ludzi w wieku produkcyjnym będzie przypadało 90 osób w wieku poprodukcyjnym. W przypadku Niemiec, które od lat zmagają się z problemem starzenia się społeczeństwa, współczynnik ten wynosi 60 proc.
Kredyt dla wspólnot mieszkaniowych w PKO Banku Polskim nawet w 1 dzień
W PKO Banku Polskim sfinansowanie remontu czy modernizacji wielorodzinnych budynków przez wspólnoty mieszkaniowe stało się szybsze i wygodniejsze. Dzięki nowemu modelowi oceny kredytowej wspólnoty mogą otrzymać decyzję kredytową nawet w 1 dzień przy minimum formalności.
UOKiK przeprowadził kontrolę przedsiębiorców świadczących usługi deweloperskie
Ponad 1,1 tys. zbadanych wzorców umów, blisko 600 przeanalizowanych prospektów informacyjnych. Prawie 500 postanowień umownych wzbudziło zastrzeżenia UOKiK. Urząd sprawdził czy deweloperzy przestrzegają przepisów. To pierwsza kontrola przeprowadzona przez Urząd od momentu wejścia w życie nowej ustawy.
Ustawa o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego weszła w życie 29 kwietnia 2012 r. Po roku jej obowiązywania, UOKiK przeprowadził kontrolę przedsiębiorców świadczących usługi deweloperskie. Sprawdzono czy wywiązują się oni z obowiązków nałożonych nowymi przepisami. Podczas kontroli trwającej od kwietnia do grudnia 2013 r. Prezes Urzędu przeanalizowała 1162 wzorce umów sprzedaży mieszkania lub domu na rynku pierwotnym, 565 prospektów informacyjnych oraz 1239 faktycznie zawartych kontraktów. Jej celem było wyeliminowanie niekorzystnych dla konsumentów praktyk i postanowień wzorców umownych, a także weryfikacja przestrzegania przez deweloperów przepisów nowej ustawy.
Podczas badania Urząd skontrolował 93 przedsiębiorców, w tym 9 spółdzielni prowadzących działalność deweloperską. Zastrzeżenia wzbudziły praktyki 89 podmiotów, wobec których UOKiK podjął działania. W sumie Urząd zakwestionował 470 niedozwolonych postanowień umownych.
Ochrona środków finansowych
Ustawa obowiązująca od 21 miesięcy nałożyła na przedsiębiorców szereg zobowiązań, mających w rezultacie lepiej chronić interesy konsumentów. Najważniejszym z nich jest zapewnienie środka ochrony finansów klientów w razie bankructwa dewelopera — jest nim mieszkaniowy rachunek powierniczy w czterech możliwych konfiguracjach. Może to być zamknięty mieszkaniowy rachunek powierniczy, otwarty mieszkaniowy rachunek powierniczy z dodatkowym zabezpieczeniem w postaci gwarancji ubezpieczeniowej lub gwarancji bankowej, bądź otwarty mieszkaniowy rachunek powierniczy bez dodatkowych zabezpieczeń. Tylko jeden ze skontrolowanych deweloperów nie przestrzegał tego obowiązku, Urząd postawił mu zarzut stosowania praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów.
Prospekt informacyjny
Prezes Urzędu skontrolowała 565 prospektów informacyjnych przekazanych przez 84 deweloperów. Pomimo obowiązku ustawowego, 9 przedsiębiorców nie zamieściło w nich wymaganych informacji. W takim przypadku nabywca ma prawo do odstąpienia od umowy w ciągu 30 dni bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów. Najczęściej brakowało harmonogramu prac (7 przypadków) oraz informacji o prawie do odstąpienia od umowy i wymaganych załącznikach (np. rzutu kondygnacji z zaznaczeniem lokalu). Pominięcie ważnych informacji przez dewelopera, zdaniem Urzędu, może znacząco wpływać na decyzję nabywcy. Tym bardziej, że w wielu przypadkach decyzja podejmowana jest wyłącznie w oparciu o prospekt, bez możliwości obejrzenia budowanego mieszkania lub domu. W związku z niekompletnymi prospektami UOKiK postawił 11 zarzutów.
Umowy stosowane przez deweloperów
Nowe przepisy nakazują zamieszczanie w umowie określonych informacji. Należą do nich m.in.: cena, opis zasad działania rachunku powierniczego, powierzchnia lokalu i sposób jej pomiaru, termin rozpoczęcia i zakończenia prac budowlanych oraz przeniesienia praw na nabywcę. Brak którejkolwiek z nich uprawnia konsumenta do bezkosztowego odstąpienia od umowy. Spośród skontrolowanych deweloperów, 10 nie zamieściło w treści umów informacji wymaganych przez ustawę. W związku z pomijaniem w nich ważnych informacji, UOKiK postawił 12 zarzutów.
Ponadto podczas badania wzorców umownych zakwestionowano 470 klauzul tożsamych z wpisanymi do rejestru. Prezes UOKiK najczęściej kwestionowała wyłączanie lub ograniczanie odpowiedzialności deweloperów za niewykonanie lub nienależyte wykonanie umowy. 75 przedsiębiorców unikało odpowiedzialności m.in. za nieterminowe oddanie lokalu, zmianę jego powierzchni, wady w wykonaniu czy wprowadzenie zmian w projekcie. Ponadto deweloperzy uniemożliwiali odstąpienie od umowy w przypadku zmiany ceny, nakładali na konsumenta nieuzasadnione obowiązki, np. ubezpieczenia czy wykończenia lokalu i nie zamieszczali w umowach danych wymaganych przez ustawę.
Ponad 1,4 mld zł w budżecie państwa dzięki dobrym wynikom Totalizatora Sportowego

Totalizator Sportowy zarobił w ubiegłym roku ponad 250 mln zł netto. Pomimo niewielkiej liczby dużych kumulacji i dzięki produktom niekumulacyjnym udało się też ustanowić trzeci najlepszy w historii spółki wynik sprzedażowy. Najszybciej, bo o 32 proc., rosła sprzedaż zdrapek. Totalizator przekazał też ponad 700 mln zł na sport i kulturę.
W ubiegłym roku Totalizator przekazał też prawie 1,5 mld zł do budżetu państwa. Prawie połowę z tej kwoty, czyli łącznie ponad 680 mln zł, stanowiły podatki od gier, loterii i zakładów wzajemnych oraz dochodowy. Nieco więcej, bo aż ponad 729 mln zł, zostało przekazanych na sport i kulturę.
– Nasze działania podwoiły świadomość wśród społeczeństwa, że rzeczywiście jesteśmy podmiotem, który wspiera sport i kulturę. Ale to nie my jedyni, to gracze są sponsorami, mecenasami kultury i sportu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Szpil, prezes zarządu Totalizatora Sportowego.
Totalizator w 2013 r. dopłacił ponad 560 mln zł do Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej oraz ponad 145 mln zł do Funduszu Promocji Kultury. Niecałe 22 mln zł zostały przeznaczone na walkę z uzależnieniem od hazardu.
Jak informuje Totalizator, dzięki środkom przekazanym na sport można by wybudować 40 krytych pływalni, ponad 170 sal gimnastycznych lub ponad 1,5 tys. boisk. Środki przekazane na kulturę wystarczyłyby na remont ponad 250 bibliotek lub 40 szkół artystycznych.
Dobre wyniki bez dużych kumulacji
Szpil podkreśla, że Totalizator przekracza wynik sprzedażowy już trzeci rok z rzędu.
– W 2013 roku były zaledwie dwie kumulacje powyżej 20 mln zł, niemniej jednak poprawiliśmy wynik w porównaniu z planem sprzedaży o co najmniej 2 proc. To daje nam trzeci wynik w historii sprzedaży w ciągu tych 58 lat działalności Totalizatora – mówi Wojciech Szpil.
Ubiegłoroczna sprzedaż Totalizatora Sportowego wyniosła niemal 3,3 mld zł. W dużej mierze było to zasługą tzw. produktów niekumulacyjnych, których wszystkie rodzaje sprzedawały się w 2013 r. lepiej niż rok wcześniej. Lotto pozostaje podstawowym produktem Totalizatora, ale najwyższe wzrosty spółka odnotowała w segmencie zdrapek, których sprzedało się aż o 32 proc. więcej (446 mln zł, czyli prawie 14 proc. całej sprzedaży) oraz w loterii Joker (wzrost o prawie 40 proc., 24 mln zł).
Lepiej sprzedawały się też Mini Lotto (wzrost o 6 proc.), Multi Multi z Plusem (+1 proc.) oraz Keno (+20 proc.).
– W ramach strategii i decyzji, jakie podjęliśmy w 2012 roku, dywersyfikujemy przychody Totalizatora. W ramach dywersyfikacji przesuwamy ciężar odpowiedzialności za wynik z Lotto, wciąż podstawowego naszego produktu, na inne produkty – między innymi zdrapki i inne produkty loteryjne. To daje nam dużo większą szansę uniezależniania się od kumulacji i ubiegły rok był tego przykładem – zaznacza Szpil.
Totalizator ma ambitne plany na nadchodzący rok i chce dalej zwiększać sprzedaż zdrapek oraz poszerzać ofertę.
– Z jednej strony rozszerzamy naszą sieć. Staramy się rozwijać sieć o salony, które będą salonami wzorcowymi, gdzie będzie można dostać pełne portfolio naszych produktów. Kumulacje w ramach podstawowego produktu Lotto jeszcze będą dominowały przez jakiś czas, natomiast nasza próba uniezależnienia się od kumulacji, jak widać, daje efekty, i w tę stronę będziemy dalej podążać. Rok 2013 pokazał, że loterie zdrapkowe wzrosły o 1/3, więc można zakładać, że ten trend dalej się utrzyma – zapowiada Szpil.
Dużą rolę odgrywa wprowadzona w ubiegłym roku platforma „Win4life”. Szpil podkreśla, że trudno przewidzieć udział zdrapek w całkowitych przychodach spółki. Prezes Totalizatora chciałby utrzymać poziom powyżej 10 proc., ale trudno o dokładne prognozy z uwagi na szeroką ofertę produktów spółki.
Już prawie 200 z 250 największych spółek na świecie prowadzi e-commerce
Pomimo trudnych warunków gospodarczych łączne przychody 250 największych na świecie sieci handlowych wyniosły w ubiegłym roku obrotowym 4,3 biliona dolarów. W porównaniu rok do roku był to wzrost na poziomie 4,9 proc. Podobnie jak w poprzednim roku detaliści zawdzięczają ten wzrost głównie ekspansji na rynkach wschodzących. Jak wynika z najnowszej 17. edycji corocznego raportu „Global Powers of Retailing 2014. Retail Beyond begins” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte we współpracy ze STORES Media, liderem w tym sektorze pozostaje amerykański gigant Wal-Mart, a największym sprzedawcą e-commerce na świecie jest Amazon.com.
Wzrost przychodów na poziomie 4,9 proc. jasno wskazuje, że sytuacja największych detalistów jest stabilna. Rok wcześniej było to bowiem 5,1 proc. Jak wynika z raportu średni wzrost w latach 2007-2012 wynosił 4,6 proc. Aby znaleźć się na liście TOP250 spółka musiała w roku obrotowym 2012** osiągnąć przychody w wysokości co najmniej 3,8 mld dolarów, a średni ich poziom przypadający na jedną firmę wyniósł 17 mld dolarów. Średnia marża zysku netto w branży wyniosła 3,1 proc. (rok wcześniej 3,8 proc.)
„Początek ubiegłego roku był trudny dla światowej branży detalicznej. Jednak największe firmy potrafiły poradzić sobie z kryzysem na tyle, że niemal 80 proc. spośród 250 największych spółek zanotowało wzrost przychodów ze sprzedaży detalicznej. Jednak dla niektórych utrzymanie dobrych wyników finansowych oznaczało to pozbycie się części inwestycji” – mówi Marcin Diakonowicz, Partner w Dziale Audytu Deloitte.
Zjawisko sprzedaży części aktywów doprowadziło do przetasowań wśród 10 największych detalistów na świecie. O ile Wal-Mart umocnił pozycję lidera, o tyle Carrefour (dotąd drugi największy na świecie detalista) spadł na czwarte miejsce. Spowodowane to było malejącymi przychodami ze sprzedaży na przestrzeni ostatnich lat, głównie w wyniku wydzielenia sieci dyskont Dia w lipcu 2011 roku. Tesco, które w tym roku wskoczyło na drugie miejsce także odczuło skutki zamknięcia działalności Fresh & Easy w USA. W naszej części Europy Metro Group sprzedała sieć Real francuskiemu Auchan. Na trzecie miejsce z szóstego awansowała amerykańska spółka Costco Wholesale Corporation.
W FY 2012 10 największych sprzedawców detalicznych na świecie rosła wolniej niż całe TOP 250 i zanotowała wzrost przychodów o 4,2 proc.
W omawianym okresie detaliści działający na rynkach wschodzących nadal odnosili korzyści z wysokiego popytu wewnętrznego. W odróżnieniu od spółek działających na rynkach rozwiniętych, które zmagały się z nienajlepszą sytuacją ekonomiczną, dobra koniunktura na rynkach wschodzących umożliwiła kontynuację agresywnego wzrostu. Spółki na rynkach wschodzących stanowiły ponad połowę (26) z 50-ciu najszybciej rozwijających się detalistów na świecie. Były to wszystkie cztery największe spółki rosyjskie, sześć z siedmiu detalistów z Afryki i Bliskiego Wschodu oraz sześć z dziewięciu spółek z siedzibą w Ameryce Łacińskiej.
Stawce przewodzili detaliści z Ameryki Południowej, których przychody wzrosły o prawie 15 proc., wyprzedzając spółki z sektora konsumpcyjnego z regionu Afryki i Bliskiego Wschodu (13,5 proc.). Spółki detaliczne skutecznie zmieniają swe strategie w taki sposób, aby móc wyjść naprzeciw konsumentom wywodzącym się z klasy średniej w gospodarkach rozwijających się, które cechuje silny popyt na wyroby konsumpcyjne począwszy od samochodów i elektroniki, kończąc na kosmetykach.
Już kolejny rok z rzędu detaliści europejscy odczuli trudności w sprzedaży związane z recesją w regionie, wywołaną wprowadzaniem programów oszczędnościowych mających na celu zapobiegnięcie kryzysowi kredytowemu w strefie euro. Skutkowało to niskim wzrostem i wysoką stopą bezrobocia w wielu krajach europejskich. „W grupie 250 największych na świecie detalistów zakładanych przychodów ze sprzedaży nie udało się uzyskać spółkom z Niemiec oraz Wielkiej Brytanii. Nic więc dziwnego, że źródeł wzrostu szukali na rynkach zagranicznych, na których działa aż 80 proc. z nich. Europejskie firmy działały średnio w 15 krajach, i aż 40 proc. ich przychodów pochodzi spoza rodzimego rynku. Ogólnie dla całego TOP250 prawie jedna czwarta przychodów pochodzi z rynków zagranicznych” – wyjaśnia Marcin Diakonowicz.
Podobnie jak w poprzednim roku sektor FMCG stanowi ponad 50 proc. wszystkich detalistów w zestawieniu. Sektor ten pod względem wzrostu przychodów (5,3 proc.) wyprzedził w omawianym okresie branżę modową i przemysłową, co świadczy o tym, że jest on najbardziej odporny jeżeli chodzi o zmiany w gospodarce i wahania popytu konsumpcyjnego. Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż najbardziej rentownym z handlowych działów jest moda, której średnia marża zysku netto wyniosła 7,4 proc., czyli ponad dwa razy więcej niż w całym TOP250. Co ciekawe, to właśnie w tym sektorze doszło do dużych zmian w Polsce. Marki lokalne należące do np. CCC coraz częściej wygrywają z sieciami zagranicznymi. W ub. roku sklepy zamknęła międzynarodowa sieć obuwnicza Nine West, a do marca swe salony zamkną Cottonfield i Jackpot.
W związku z rosnącą wagą e-commerce, po raz pierwszy w raporcie Deloitte znalazł się podranking 50 największych na świecie e-sprzedawców. „Ponad trzy czwarte z nich należy jednocześnie do grupy 250 największych na świecie detalistów. Sprzedaż przez Internet stanowiła istotną część łącznych przychodów ze sprzedaży detalicznej 50 czołowych e-sprzedawców w roku obrotowym 2012 i wyniosła średnio prawie jedna trzecią ich sprzedaży” – wyjaśnia Marcin Łaszkiewicz, Menadżer w Dziale Konsultingu Deloitte.
Przeważająca większość spółek z podrankingu 50 czołowych e-detalistów (42 spółki) to sprzedawcy stosujący rozmaite kanały sprzedaży. Zaledwie osiem z nich nie prowadzi sprzedaży w sklepach tradycyjnych. Większość spośród 50 czołowych e-detalistów ma siedzibę w Stanach Zjednoczonych (28) i Europie (17), a jedynie pięć spółek z branży wywodzi się z rynków wschodzących. Liderem w tym zestawieniu jest amerykańska grupa Amazon.com, która niebawem w Polsce otworzy trzy centra logistyczne.
Aktywność w handlu elektronicznym poddano także analizie dla całej grupy 250 największych globalnych spółek z branży sprzedaży detalicznej. W roku obrotowym 2012 średnio 7,7 proc. łącznej sprzedaży spółek z tej grupy uzyskano z e-commerce. „Z perspektywy regionu handel elektroniczny miał największy wpływ na wielkość przychodów w Ameryce Północnej, a najmniejszy w Europie. Wzrost sprzedaży on-line był najsilniejszy wśród detalistów z regionu Azji i Pacyfiku, a najsłabszy w spółkach z Ameryki Północnej. Jak wynika z zestawienia 53 spółki w ogóle nie prowadzą sprzedaży on-line. Są to głównie reprezentanci branży spożywczej” – mówi Marcin Łaszkiwicz.
Handel elektroniczny to jedna z prężniejszych gałęzi gospodarki także w Polsce. Jak wynika z raportu Deloitte przygotowanego wspólnie z Grupą Allegro „Digital Trends 2013” całkowita wartość dodana polskiego e-commerce wynosiła w 2012 roku 7,3 mld zł. Wielkość gospodarki internetowej w Polsce w ciągu ostatnich sześciu lat podwoiła się i odpowiada ona już za 5,8 proc. PKB wypracowanego w 2012 roku.
** Ostatni zamknięty rok finansowy tj. FY 2012 (obejmujący rok podatkowy kończący się najpóźniej w czerwcu 2013 r.).
Usługi budowlane oraz finansowo-doradcze najczęściej poszukiwane w Internecie
Dynamicznie rośnie liczba osób, która za pośrednictwem Internetu poszukuje wykonawców usług. Dobrym przykładem jest serwis Oferteo.pl, który w 2013 roku odnotował 46-procentowy wzrost liczby użytkowników składających zapytania o oferty – z Oferteo.pl skorzystało 82 021 nowych użytkowników. O jedną czwartą (25%) natomiast zwiększyła się w tym czasie liczba Firm poszukujących nowych Klientów i gotowych do współpracy z użytkownikami Oferteo.pl. Od początku swojej działalności serwis umożliwił złożenie ponad 1 000 000 ofert osobom poszukującym produktów i usług. W 2013 roku największą popularnością cieszyło się budownictwo, a w drugiej kolejności również usługi doradczo-finansowe.
W 2013 roku najpopularniejszą kategorią w Oferteo.pl było budownictwo: blisko 50% internautów poszukiwało firm, które wykonują usługi remontowo-budowlane oraz dostawców materiałów budowlanych. Największa liczba zapytań ofertowych pojawiła się między majem a październikiem.
W plasującej się na drugim miejscu kategorii finansowo-doradczej zapytania dotyczyły przede wszystkim kredytów i pożyczek (50% zapytań w tej kategorii) oraz doradztwa i audytu. Internauci poszukują tutaj kredytów, leasingu maszyn i urządzeń, a także chcą sprzedać wierzytelności. Statystyki pokazują, że największa ilość zapytań w kategorii finansowo-doradczej notowana jest pod koniec roku.
Jak zauważa Karol Grygiel, członek zarządu Oferteo.pl, „wzrost liczby zapytań ofertowych na usługi związane z finansami i doradztwem świadczy o poszukiwaniu przez firmy i osoby prywatne wygodnych sposobów pozyskania firmy do współpracy oraz oszczędności. Konsumenci nie polegają już tylko na tradycyjnych formach poszukiwania, ale coraz częściej sięgają do zasobów i narzędzi dostępnych w Internecie”.
SkyCash zdobył nagrodę „Złoty Bell” w konsumenckiej kategorii „Aplikacja roku 2013”
SkyCash, system płatności przez komórkę, zdobył nagrodę „Złoty Bell” w konsumenckiej kategorii „Aplikacja roku 2013”. Finał rywalizacji odbył się podczas Gali Mobility Trends 2013, wyróżniającej najlepsze produkty i usługi z obszaru nowych technologii.
Podczas tegorocznej Gali Mobility Trends system płatności przez komórkę SkyCash otrzymał nagrodę Złoty Bell w kategorii „Aplikacja roku 2013”. O zwycięstwie zdecydowali konsumenci, oddając głosy w internetowym plebiscycie. Wydarzenie, które zostało zorganizowane już po raz czwarty, ma na celu wyłonienie najlepszych produktów i usług w dziedzinie nowych technologii. Nagrody są przyznawane na cześć Alexandra Grahama Bella, wynalazcy telefonu i kilkudziesięciu innych wynalazków telekomunikacyjnych.
SkyCash to aplikacja płatności telefonem komórkowym, z której korzysta już blisko 500 tys. osób. Najpopularniejsze usługi dostępne w ramach systemu to kupowanie biletów komunikacji miejskiej i kolejowej oraz płatności za parkowanie, które działają w kilkudziesięciu miastach na terenie całej Polski. Uniwersalność SkyCash pozwala na regularne dodawanie kolejnych, ułatwiających codzienne życie rozwiązań, jak wypłacanie gotówki z bankomatów czy regulowanie należności za domowe rachunki. Wśród najnowszych usług SkyCash znajdują się płatności za parkowanie w saldo kart paliwowych ORLEN Flota oraz możliwość kupowania biletów komunikacji miejskiej w technologii NFC.
– Zdobycie nagrody przyznawanej głosami samych użytkowników, którzy na co dzień korzystają z nominowanych aplikacji, jest dla nas szczególnym wyróżnieniem – powiedział Dariusz Mazurkiewicz, prezes zarządu SkyCash Poland S.A. – Od samego początku rozwijamy SkyCash jako system uniwersalny, dostosowany do potrzeb współczesnych konsumentów. Nasi użytkownicy cenią sobie prostotę rozwiązania i fakt, że łączy w jednej aplikacji wiele uzupełniających się usług – dodaje Mazurkiewicz.
Organizatorem konkursu i Gali Mobility Trends jest MIT MEDIA Group, wydawca magazynu mobilnych technologii Mobility. Wręczenie nagród odbyło się 30 stycznia br. w warszawskim Space Club.
Nowy Prezes Zarządu i Dyrektor generalny spółek Grupy Generali Polska
W dniu 31.01.2014 podjęto decyzje o znaczących zmianach w strukturach zarządu spółek Grupy Generali w Polsce. Robert Sokołowski został mianowany nowym Prezesem Zarządu i Dyrektorem Generalnym firmy, zastępując Artura Olecha, który z powodów osobistych złożył rezygnację z zajmowanych stanowisk i podejmie nowe wyzwania zawodowe poza strukturami Grupy Generali.
Mariusz Kozłowski został mianowany Wiceprezesem Zarządu Grupy Generali Polska, zaś Krzysztof Wiecha zrezygnował z funkcji Członka Zarządu firmy.
Łukasz Jadachowski zastąpi Roberta Sokołowskiego na stanowisku Dyrektora Generalnego Proama, a Krzysztof Wanatowicz obejmie funkcję Dyrektora Sieci Sprzedaży, Produktu i Likwidacji Szkód w Proama.
Nominacje wymagają jeszcze formalnych zgód odpowiednich władz nadzoru rynku i organów korporacyjnych.
Jako Dyrektor Generalny w Proama Robert Sokołowski był odpowiedzialny za wprowadzenie marki na polski rynek od 2011 r. Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz posiada tytuł MBA z UCLA Anderson School of Management w Los Angeles. Swoje doświadczenia zawodowe budował w firmie McKinsey, gdzie odpowiadał za doradztwo strategiczne na rynku ubezpieczeniowym. Pełnił również funkcje zarządcze w randze Dyrektora ds. Operacji oraz Dyrektora Sprzedaży i Obsługi w Liberty Direct.
Mariusz Kozłowski pracował w Proama od 2011 r., gdzie odpowiadał za obszar sieci sprzedaży, produktu i likwidacji szkód. Jest absolwentem Wydziału Podstawowych Problemów Techniki Politechniki Wroclawskiej, a także licencjonowanym aktuariuszem. Swoje doświadczenia zawodowe zdobywał w firmie doradczej Deloitte, a także PZU i Liberty Direct.
Deutsche Bank Polska i Deutsche Bank PBC połączone. Fuzja zwiększy możliwości kredytowe banku
Deutsche Bank PBC SA i Deutsche Bank Polska SA od piątku działają pod jedną marką Deutsche Bank Polska. – To korzyść zarówno dla akcjonariuszy, jak i dla klientów – przekonuje prezes banku. Dzięki połączeniu zwiększą się możliwości finansowe banku, a co za tym idzie, dynamicznie będzie się rozwijać akcja kredytowa zarówno w zakresie kredytów hipotecznych, kredytów gotówkowych, jak i finansowania małych i średnich firm. Równocześnie możliwości kredytowe w stosunku do pojedynczego klienta korporacyjnego będą znacznie większe.
– Zdecydowaliśmy połączyć obydwa banki – detaliczny i korporacyjny w jedną dużą, silną i uniwersalną instytucję. Jestem przekonany, że jest to racjonalne dla akcjonariusza, gdyż te dwa segmenty do siebie przylegają – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kalicki, prezes zarządu Deutsche Bank Polska.
Deutsche Bank Polska świadczył do tej pory usługi dla klientów finansowych i instytucjonalnych. Z kolei Deutsche Bank PBC obsługiwał klientów indywidualnych oraz małe i średnie przedsiębiorstwa. Powstały w wyniku fuzji Deutsche Bank Polska będzie posiadał ofertę skierowaną zarówno do klientów prywatnych, jak i do biznesowych, korporacyjnych i instytucjonalnych. W efekcie Deutsche Bank Polska, według „Global Finance” należący do największej na świecie grupy finansowej, będzie dwunastym bankiem w Polsce.
– Dzięki fuzji nasze zdolności finansowe będą znacznie większe, na czym skorzystają klienci – mówi prezes banku. – Będziemy mogli dalej rozwijać zarówno działalność hipoteczną, jak i akcję kredytową dla małych i średnich przedsiębiorstw. Z większego limitu finansowania będą mogły skorzystać także duże korporacje finansowe czy samorządy.
W obszarze biznesowo-instytucjonalnym połączona instytucja będzie nadal koncentrować się na korporacyjnej bankowości inwestycyjnej. W latach 2010, 2011 i 2013 Deutsche Bank Polska został uznany przez „Euromoney” za Najlepszy Bank Inwestycyjny w Polsce.
– Drugim bardzo ważnym segmentem z punktu widzenia działalności banku są transakcje wymiany międzynarodowej – mówi Krzysztof Kalicki. – Jest to finansowanie eksportu, importu czy rozliczenia międzynarodowe, jak również transakcje walutowe, zabezpieczenie kursów walutowych i stóp procentowych.
Bank zamierza także nadal świadczyć usługi custodialne na rzecz funduszy inwestycyjnych oraz emerytalnych, a także kontynuować wzmacnianie finansowania małych i średnich przedsiębiorstw. W sferze klienta indywidualnego planuje koncentrować się na kredytach hipotecznych, kredytach gotówkowych dla segmentu klientów średniozamożnych i zamożnych oraz ofercie produktów inwestycyjnych.
Prezes banku liczy na to, że 2014 rok będzie jeszcze lepszy dla kierowanej przez niego instytucji zarówno ze względu na jej mocniejszą pozycję na rynku, jak i poprawiającą się koniunkturę. W 2013 roku oba banki, według niezaudytowanych wyników, wypracowały ok. 350 mln zł zysku brutto. Obecnie mają 35 miliardów aktywów i 3,6 mld zł funduszy własnych.
Dziś OFE mają przekazać do ZUS-u 51,5 proc. zgromadzonych środków
W sobotę weszła w życie ustawa o OFE. Dziś, zgodnie z ustawą, fundusze mają przekazać do ZUS-u 51,5 proc. zgromadzonych środków. Zmniejszenie aktywności OFE na rynku kapitałowym może mieć negatywny wpływ na warszawski parkiet. Z drugiej strony, indeksom giełdowym sprzyjać będzie poprawiająca się koniunktura w gospodarce – ocenia Wiesław Rozłucki, prezes Rady Giełdy Papierów Wartościowych.
– Polska gospodarka wychodzi z okresu spowolnienia, co na pewno wpłynie pozytywnie na notowania giełdowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiesław Rozłucki, prezes Rady Giełdy. – Negatywnym czynnikiem niewątpliwie jest zmniejszenie aktywności otwartych funduszy emerytalnych na rynku kapitałowym. Pytanie zasadnicze jest takie, czy zamiast aktywnych funduszy emerytalnych, które dostarczały kapitał polskim przedsiębiorstwom, pojawią się inni inwestorzy, krajowi lub międzynarodowi, którzy wypełnią tę lukę kapitałową.
Marginalizacja OFE będzie miała natomiast wpływ nie tyle na obroty, ile na kapitalizację giełdy.
– Wpływ na obroty wynikające z marginalizacji OFE może nie będzie tak duży, ponieważ OFE tradycyjnie były inwestorami długoterminowymi, niezaangażowanymi w codzienne spekulacje giełdowe – tłumaczy prezes Rady Giełdy. – Kolejne pytanie, jak będzie się przedstawiała sytuacja w ciągu najbliższych miesięcy, gdy uczestnicy OFE mają zdecydować, czy dalej będą chcieli przenosić składki do OFE, czy przerzucą wszystkie swoje składki emerytalne do ZUS–u.
W ubiegłym tygodniu minister finansów Mateusz Szczurek wyjaśniał, że pozostawienie limitów inwestycyjnych dla otwartych funduszy emerytalnych pozwoli na uniknięcie zaburzeń na giełdzie z powodu wyprzedaży akcji z portfela OFE. Zgodni z ustawą minimalny poziom inwestycji funduszy w akcje wynosi 75 proc. do końca tego roku, a w kolejnych będzie stopniowo zmniejszany.
Dopiero w sierpniu okaże się, ilu ubezpieczonych zdecydowało się na pozostawienie części swoich składek w OFE i jaki może być ostateczny wpływ zmian w systemie emerytalnym na warszawski parkiet. W ubiegłym tygodniu prezydent skierował ustawę o OFE do Trybunału Konstytucyjnego.
Lotnisko Chopina jednym z najtańszych w regionie
Warszawskie Lotnisko Chopina należy do najtańszych w tej części Europy. Nowa polityka cenowa ma zachęcić do współpracy nowych przewoźników, a już obecnych w Warszawie skłonić do poszerzania siatki połączeń. Wiąże się ona także z obniżeniem przychodów portu o 30-40 mln zł.
– Od 1 stycznia tego roku w naszym porcie została wprowadzona znacząca, bo 50-proc., zniżka dla pasażera tranzytowego, który przesiada się w Warszawie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Biznes Michał Marzec, naczelny dyrektor Przedsiębiorstwa Państwowego „Porty Lotnicze” i dyrektor Lotniska Chopina w Warszawie. – Liczymy, że to w znaczący sposób wpłynie na opłacalność ruchu tranzytowego.
Rola Warszawy jako regionalnego portu przesiadkowego rośnie. Już teraz pasażerowie w tranzycie stanowią ok. 15 proc. w ogólnym ruchu na Lotnisku Chopina. Michał Marzec szacuje, że wprowadzenie obniżki zmniejszy tegoroczne przychody lotniska o 30-40 mln złotych. Dla Lotniska Chopina rok 2014 może się więc okazać gorszy pod względem finansowym od 2013 r. Tym bardziej że Lotnisko nadal będzie musiało ponosić koszty kontroli bezpieczeństwa pasażerów, którą przejęło w ubiegłym roku.
– Bardzo nam zależy na tym, żeby nasza pozycja w regionie była coraz silniejsza. Przede wszystkim sprowadza się to do wsparcia ruchu tranzytowego, który realizowany jest przez naszego głównego i najważniejszego partnera, jakim są Polskie Linie Lotnicze LOT – podkreśla dyrektor Lotniska Chopina. – Te 30-40 mln zł to są pieniądze, które zostaną w liniach lotniczych realizujących tranzyt na naszym lotnisku i mamy nadzieję, że pomogą im rozwinąć ten ruch.
Kosztowna, ale przyjazna przewoźnikom polityka cenowa portu – np. wprowadzenie zniżek w opłatach lotniskowych do 99 proc. dla linii lotniczych, które decydują się na uruchamianie nowych długodystansowych połączeń – przynosi efekty. W tym roku lotnisko spodziewa się kilkunastu nowych połączeń.
– Dzięki tym zniżkom pojawili się u nas znaczący przewoźnicy, jak Qatar Airways czy Emirates – mówi Michał Marzec. – Cały czas pracujemy nad liniami lotniczymi i w tym roku spodziewamy się uruchomienia od 13 do 15 nowych połączeń. Swoją aktywność na naszym lotnisku zwiększają linie Norwegian i Wizzair. Wizzair zacznie bazować tutaj czwarty samolot, natomiast linia Norwegian ma w tegorocznych planach uruchomienie trzech nowych destynacji z Warszawy – dodaje.
Dyrektor portu podkreśla, że Warszawa jest prawdopodobnie najtańszym lotniskiem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Dzięki temu pod względem liczby pasażerów udało się przegonić budapeszteńskie lotnisko Ferihegy, a w pierwszym półroczu ubiegłego roku było ich więcej niż na lotnisku w Pradze.
– Pokazuje to, że stosowane przez nas narzędzia przynoszą określone efekty – zapewnia Marzec.
Jednocześnie podkreśla, że powstające pod Berlinem nowe lotnisko nie stanowi zagrożenia dla rozwoju warszawskiego portu lotniczego.
– To są zupełnie niezależne rynki i trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś chciał wsiadać w samochód i jechać 5 czy 6 godzin tylko po to, żeby odlecieć z Berlina – twierdzi Michał Marzec. – Zresztą nie sądzę, żeby oferta nowego lotniska w znaczący sposób odbiegała od naszej. Poza tym lotnisko w Berlinie ma powielić przepustowość istniejących dwóch lotnisk berlińskich. Jeżeli będzie ono miało jakiś wpływ, to najwyżej na niektóre zachodnie regiony Polski. Nawet to nie jest jednak pewne, gdyż kilkanaście lat temu powstało ogromne lotnisko w Lipsku, co nie miało żadnego wpływu ani na ruch we Wrocławiu, ani w Poznaniu.
Ceny ropy naftowej będą w tym roku spadać. Pomoże to polskiej gospodarce
Ceny ropy naftowej będą w tym roku delikatnie, ale systematycznie spadać – wynika z prognoz DNB Nord i Deloitte. Na cenach gazu ziemnego, podobnie jak w ubiegłym roku, będzie zauważalna korekta, która, zdaniem prezesa DNB Nord, może trwać kilka lat, dopóki Chińczycy nie zaczną wydobywać gazu łupkowego. Globalne trendy na rynku surowców powinny być korzystne dla polskiego przemysłu.
Odkrycia nowych złóż i rozwój technologii wydobycia pozwalają przewidywać spadki cen paliw. Polska gospodarka w umiarkowanym stopniu jest od nich uzależniona, a na konkurencyjność przemysłu wpływają przede wszystkim ceny energii produkowanej w kraju. Dobrą wiadomością są prognozowane dość niskie ceny ropy naftowej.
– Na rynku ropy naftowej prognozujemy, że w tym roku ceny będą lekko, ale konsekwentnie spadać do poziomu 90-95 dolarów za baryłkę. Główną przyczyną tego faktu jest znacząco rosnąca podaż tzw. ropy łupkowej w Stanach Zjednoczonych, która będzie miała globalny wpływ na ceny ropy na całym świecie – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Tomaszewski, prezes DNB Nord Polska.
Również prognozy amerykańskiej Energy Information Administration mówią o tym, że w kolejnych trzech latach ceny ropy mają spadać do poziomu 90 dolarów za baryłkę. Eksperci wskazują, że poziomy prognozowane w latach 2017-2025 mogą być o ok. 40 dolarów niższe od tych, które były prognozowane w 2012 roku.
Zdaniem prezesa DNB Nord, podobnie sytuacja wygląda na rynku gazu.
– Ceny gazu drastycznie spadły w ostatnich latach, odczuli to także polscy przedsiębiorcy. W tym roku następuje lekkie odbicie cen – to tendencja widoczna już w ubiegłym roku. W tym spodziewamy się kontynuacji, ale będzie to raczej minimalny wzrost cen. Trend utrzyma się przez kilka lat, do czasu kiedy Chiny zaczną wydobywać własny gaz łupkowy – uważa Tomaszewski.
Prognozowany wzrost wydobycia gazu łupkowego w Chinach ma nastąpić od 2020 roku. Dlatego też, jak podkreśla prezes banku, prognozy do tego roku są bardzo prawdopodobne.
Mimo korzystnych prognoz dla cen surowców, spodziewany jest wzrost cen energii elektrycznej w Polsce. Jak podkreślono w raporcie „Kierunki 2014. Made in Poland” DNB Nord i Deloitte, oficjalne prognozy przygotowane przez ARE zakładają blisko dwukrotny wzrost cen na rynku hurtowym do 2030 roku.
– Po znaczącym spadku w zeszłym roku, nastąpi lekkie odbicie cen. Analizowaliśmy przewidywania Agencji Rynku Energii i nasza prognoza jest bardziej konserwatywna. Uważamy, że ceny nie wzrosną znacząco. Nie ma pewności, czy i jak szybko wzrosną koszty emisji CO2, dodatkowo koszty inwestycji w energetyce nie przełożą się wprost na wzrost cen energii. Dlatego można się spodziewać stabilizacji cen lub ich łagodnego wzrostu – przekonuje Artur Tomaszewski.
Płatności zbliżeniowe wypierają gotówkę w drobnych transakcjach

Ponad połowa terminali w Polsce obsługuje karty zbliżeniowe, a Polacy coraz chętniej korzystają z tej formy płatności. Co druga karta Visa w kraju daje możliwość płatności zbliżeniowej. Co miesiąc Polacy dokonują blisko 20 mln transakcji zbliżeniowych Visa. To najlepszy wynik w Europie.
– Ponad 11 mln kart Visa to karty zbliżeniowe. Ponad 50 proc. wszystkich terminali zainstalowanych w Polsce obsługuje karty zbliżeniowe. W grudniu dokonano nimi ponad 19 mln transakcji – wylicza Jakub Kiwior, dyrektor Visa Europe w Polsce. – To krok milowy do wdrażania rozwiązań opartych o płatności zbliżeniowe dokonywane smartfonami.
Jak wynika z obserwacji Visa, płatności zbliżeniowe coraz mocniej wypierają gotówkę przy zakupach o niskiej wartości.
Zarząd Visa Europe w Polsce jest zadowolony z wyników osiągniętych w ubiegłym roku sprawozdawczym (do września 2013). Liczba płatności kartami Visa wzrosła w ujęciu rocznym o ponad 11 proc. (840 mln transakcji), a wartość zwiększyła się o 5 proc.
– Na płaszczyźnie internetowej liczba transakcji kartami Visa w zeszłym roku urosła o 30 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Bardzo dobrze rozwijają się karty debetowe i płatności zarówno w sklepach tradycyjnych, jak również w nowo otwieranych segmentach takich, jak handel hurtowy, płatności za rachunki czy płatności publiczno-prawne – wymienia Jakub Kiwior.
Możliwość regulowania płatności publiczno-prywatnych użytkownicy kart Visa mają w ok. 80 jednostkach samorządowych, przedszkolach czy urzędach skarbowych.
– W 2014 r. będziemy kontynuować wszystkie nasze działania związane z aktywacją i użytkowaniem kart, rozbudową sieci akceptacji, a także wdrażaniem nowoczesnych produktów płatniczych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kiwior.
Pierwszym krokiem jest upowszechnianie nowoczesnego portfela elektronicznego V.me by Visa. Jego głównym celem ma być zwiększenie zaufania klientów do płatności kartą za zakupy w internecie. Dane karty klienta korzystającego z e-portfela są rejestrowane tylko raz i nie trzeba przekazywać ich sklepom internetowym. Na początku roku jako pierwszy wdrożył go w Polsce ING Bank Śląski.
– Program ma być docelowo wdrażany przez kolejne polskie banki i być dostępny dla klientów połowy z nich. Ma być także dostępny w 50 proc. sieci akceptacji płatności zbliżeniowych – mówi Kiwior.
W ubiegłym roku usługę elektronicznego portfela wdrożono w takich krajach, jak: Francja, Hiszpania i Wielka Brytania.
W ostatnich latach Visa Europe stawia na rozwój sieci akceptacji swoich kart. W ramach rozpoczętego w 2010 r. programu „Kartą Visa zapłacisz wszędzie” zainstalowano ponad 150 tys. terminali płatniczych. Inicjatywa, na którą przeznaczono 200 mln zł, miała na celu dofinansowanie agentów rozliczeniowych instalujących terminale – zwłaszcza w mniejszych miejscowościach.
Rynek RTV kurczy się
Rynek RTV w Polsce wchodzi w okres stagnacji. Producenci podkreślają, że wzrosty sprzedaży telewizorów z poprzednich lat, spowodowane np. przejściem na naziemną telewizję cyfrową, w najbliższym czasie się nie powtórzą. Wciąż najpopularniejsze są telewizory ze średniej półki, o przekątnej 40 cali, choć rozmiar wybieranego sprzętu w kolejnych latach ma się zwiększać.
Zgodnie z szacunkami firmy PMR z poprzednich lat, wartość całego detalicznego rynku sprzętu RTV, AGD i IT to około 23 mld złotych. Roczna sprzedaż telewizorów w Polsce wynosi ok. 2,4 mln sztuk. Rosnący rynek telewizorów jeszcze niedawno wiązał się z cyfryzacją telewizji, kiedy wielu konsumentów decydowało się na wymianę odbiorników na nowsze modele. Z drugiej strony mniej więcej pół miliona gospodarstw zadowoliło się dekoderami cyfrowymi podłączonymi do starych telewizorów analogowych.
– Rynek powoli popada w stagnację. Widoczne jeszcze kilka lat temu przyrosty ani w tym, ani przyszłym roku już się nie powtórzą. Zwykle bodźcami wzrostu są zmiany technologiczne, tak jak na przykład zmiana systemu nadawania czy dystrybucji materiału. Ale ten potencjał już się wyczerpał – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Cezary Urynowicz, dyrektor marketingu Sharp Polska.
Stabilizacja poziomu sprzedaży nie oznacza, że nie ma zmian w różnych segmentach rynku.
– Najszybciej rośnie rynek telewizorów ze średniej półki, czyli urządzeń o przekątnej około 40 cali. W najbliższych latach dojdzie do delikatnych przesunięć w kierunku wyższych przekątnych. To poniekąd efekt starzenia się społeczeństwa i potrzeb osób w zaawansowanym wieku, które wolą obraz w telewizorach o większej przekątnej – tłumaczy Cezary Urynowicz.
Na polskim rynku obecni są wszyscy liczący się na świecie producenci i wybór dla klienta jest szeroki. Nie wszyscy zamierzają konkurować w najbardziej popularnym segmencie, upatrując swych szans w bardziej zyskownych niszach.
– Staramy się przekonać klientów do kupna telewizorów powyżej 60 cali. Wbrew pozorom nie są przeznaczane do olbrzymich domów czy pokoi – mogą bardzo dobrze zaspokajać nasze potrzeby telewizyjne w średniej wielkości pokojach w bloku – komentuje dyrektor marketingu Sharp Polska.
Rynek sprzętu RTV i AGD stara się jak najczęściej pokazywać nowe rozwiązania i innowacyjne urządzenia prezentowane na światowych targach i wprowadzane do masowej produkcji. Najnowsze oferty producentów to urządzenia o wielkich przekątnych z ekranami w technologii OLED, pod względem cenowym trudno dostępne dla większości Polaków. Walka konkurencyjna zmusza producentów do szukania optymalnych rozwiązań łączących nowe technologie z możliwą do zaakceptowania ceną.
– W tym roku pokażemy produkt dla klientów, którzy jeszcze nie zdecydują się na technologię 4K, ale oczekują czegoś więcej niż zwykłe HD. Będzie to Quattron Pro wykonany w technologii umożliwiającej osiągnięcie trzykrotnie wyższej rozdzielczości na standardowym ekranie HD na standardowej matrycy. Dodatkowo produkt będzie kompatybilny z obrazem 4K – wyjaśnia Cezary Urynowicz.
W planach na najbliższą przyszłość Sharp ma również rozszerzanie oferty produktowej w zakresie elektroniki użytkowej.
– Bardziej idziemy w kierunku również rozszerzenia naszej oferty produktowej, w kierunku produktów z elektroniki użytku domowego, czyli np. lodówki czy pralki. Staramy się poszerzyć ofertę dla klienta końcowego, nie koncentrując się tylko na urządzeniach wizyjnych, jak było to do tej pory – zaznacza dyrektor.
Eksporterzy lepiej oceniają swoją sytuację
Poprawiają się nastroje wśród mikro- i małych firm zajmujących się eksportem. Ze względu na zwiększone przychody i rosnącą rentowność z większym optymizmem patrzą na swoją działalność w kolejnych miesiącach. Wciąż największym problemem dla nich jest ryzyko kursowe i duża konkurencja ze strony zagranicznych firm.
Znaczenie eksportu dla najmniejszych firm rośnie. Co czwarta mała firma prowadzi działalność eksportową. Wśród mikrofirm odsetek ten jest znacznie niższy i wynosi 7 proc. – wynika z raportu Pekao SA.
– W tym zakresie jest więc pole do poprawy. Ale ci, którzy eksportują, wykazują zdecydowanie wyższą rentowność swojej działalności i wyższe przychody. To dobry prognostyk – mówi Grzegorz Piwowar, wiceprezes Pekao SA.
Eksporterzy oceniają swoją sytuację lepiej niż podmioty, które działają tylko na rynku krajowym.
Coraz więcej polskich firm gotowych jest do tego, by skutecznie rywalizować z konkurencją na obcych rynkach, zwłaszcza w Unii Europejskiej. Największymi odbiorcami towarów pochodzących z Polski są wciąż kraje Unii Europejskiej. Spośród naszych firm z sektora mikro– i małych przedsiębiorstw zajmujących się eksportem, aż 56 proc. deklaruje współpracę z partnerami zza zachodniej granicy. Na drugim miejscu są Wielka Brytania i Irlandia – 20 proc., a dalej kraje skandynawskie. Dla mikro– i małych firm istotnym czynnikiem w eksporcie jest odległość do rynków zbytu, stąd duża część eksportu kierowana jest do krajów sąsiednich.
Mikro–, małe i średnie firmy jako największe problemy w prowadzeniu działalności – już po raz kolejny – wskazały koszty pracy oraz wysokość podatków. Te dwa elementy stanowią dla nich poważniejsze wyzwanie niż dostęp do zewnętrznego finansowania.
– Dla eksporterów barierą jest obszar związany z ryzykiem kursowym, co jest naturalnym elementem prowadzenia tego typu działalności, i drugi – dotyczący silnej konkurencji na rynku – wymienia Grzegorz Piwowar w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.
Ponad połowa ankietowanych przez Pekao SA uważa, że wprowadzenie euro będzie korzystne dla działalności eksportowej firmy.
Raport banku wskazuje również na wzrost o 4 punkty rok do roku ogólnego wskaźnika Koniunktury Mikro– i Małych firm. Dzisiaj wynosi on 94 punkty i jest to najlepszy wynik od czterech lat. Wyraźny wzrost, o 6 punktów, daje się zauważyć w oczekiwaniach na nadchodzący rok. Wzrost wskaźnika w sektorze budownictwa wyniósł ponad 6 punktów i wynosi 95 punktów. Tak samo oceniana jest koniunktura w usługach. O 1 punkt gorzej natomiast w sektorze produkcji, o 3 – w handlu.
Mimo tzw. ustawy śmieciowej Polacy wciąż przetwarzają mało odpadów. Większość trafia na wysypiska

W Polsce wciąż bardzo niewielka część odpadów podlega recyklingowi. Aż 87 proc. odpadów trafia na wysypiska. To ponad dwukrotnie więcej niż wynosi unijna średnia, którą zawyżają przede wszystkim nowe kraje członkowskie. Świadomość ekologiczna i poziom recyklingu powoli jednak rosną, również przez obowiązujące w Polsce unijne wymogi.
– Ponieważ gospodarka się rozwija, konsumpcja wzrasta, to również wzrasta produkcja odpadów. Jest ich coraz więcej, rządy czynią starania na poziomie Unii Europejskiej, żeby je zagospodarowywać w taki sposób, aby jak najmniej z nich trafiało na wysypiska – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Nowakowska, dyrektor sprzedaży i marketingu Stena Recycling.
Każdy Polak rocznie wytwarza średnio 300 kg odpadów. Łącznie produkowanych jest 11 mln ton odpadów komunalnych. Znacznie więcej odpadów pochodzi z przedsiębiorstw – 124 mln ton rocznie. Z tych opadów aż 87 proc. trafia na składowiska. Unijna średnia to zaledwie 40 proc., a w przodujących pod względem recyklingu krajach skandynawskich, np. Szwecji, wskaźnik przetwarzanych odpadów przekracza 95 proc.
Polska musi gonić nie tylko Skandynawów, lecz także na przykład Niemców. Poziom selektywnego odzyskiwania odpadów w Polsce wynosi 4,5 kg na mieszkańca, a za naszą zachodnią granicą jest to 78 kg na mieszkańca. Zwiększenie poziomu recyklingu to unijny wymóg. Do przyszłego roku powinniśmy odzyskiwać 60 proc. odpadów. Stąd niedawne zmiany w polskim prawie.
– Niedawno wprowadzona została ustawa o odpadach komunalnych, to jest też obowiązek, który został przełożony z przepisów unijnych. Mamy już pewne sukcesy, głównie na polu odpadów generowanych przez przedsiębiorstwa; trochę mniejsze, jeżeli chodzi o odpady komunalne, tutaj jesteśmy zupełnie na początku drogi. Musimy się dostosować do wymogów Unii Europejskiej i te odzyski zwiększać – podkreśla Nowakowska.
Dodaje, że każdy rodzaj przedsiębiorstwa musi w inny sposób podchodzić do kwestii utylizacji odpadów. Choć wszystkie mają obowiązek ewidencjonowania i zgłaszania ilości produkowanych odpadów, gospodarka nimi musi być dopasowana do organizacji produkcji.
– Mamy rozwiązania, które są specyficzne dla określonej branży. Na przykład jest to branża odpadów budowlanych, gdzie są bardzo specyficzne warunki, ponieważ gromadzenie odpadów odbywa się na zewnątrz, i są tam bardzo konkretne rodzaje odpadów. Są klienci, którzy wytwarzają produkty spożywcze, tutaj jest inna specyfika, bo mamy do czynienia z odpadami organicznymi – wylicza Nowakowska.
Dodaje, że w sieciach handlowych bardzo ważne jest z kolei regularne odbieranie odpadów, np. pustych opakowań.
Choć Stena Recycling zajmuje się przetwarzaniem odpadów z działalności biznesowej i przemysłowej (przetwarza 700 tys. kg rocznie), to od niedawna oferuje również usługi przeznaczone dla klientów indywidualnych. W 2012 r. w Warszawie powstał pierwszy punkt zbiórki selektywnej Stena Ekostacja. Polacy mogą tam przynieść aż 40 typów odpadów, których przetworzenie jest normalnie problemem.
– Drugim takim obszarem jest stacja demontażu i recyklingu pojazdów, która funkcjonuje w Warszawie oraz w Swarzędzu, gdzie można na przykład wycenić samochód przez nasz system internetowy i gdzie cały proces wyrejestrowania i zakończenia życia samochodu bierzemy na siebie – dodaje Nowakowska.
Stena kieruje się wzorcami z krajów skandynawskich. Kładzie także duży nacisk na edukację. W punktach spółki klienci mogą poszerzyć swoją wiedzę na temat recyklingu. Na terenie Ekostacji istnieje wystawa pokazująca sposoby przetwarzania oraz potencjalne sposoby wykorzystania odpadów po recyklingu. Jak wyjaśnia Nowakowska, np. z 35 plastikowych butelek można zrobić bluzę z polaru.
Olimpiada w Soczi kosztować będzie 60 mld dolarów. Kredyty na jej organizację Rosja będzie spłacać przez wiele lat
Dla organizatorów Igrzysk Olimpijskich w Soczi najważniejszą sprawą jest teraz zapewnienie bezpieczeństwa sportowcom i kibicom. Niestabilna sytuacja w regionie sprawia, że imprezie towarzyszy wzmożone zainteresowanie, ale i ogromne ryzyko. – Te igrzyska mogą być zapamiętane jako jedne z najbardziej nieudanych – uważa ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Zimowa olimpiada rozpoczyna się już w najbliższy piątek. Kredyty zaciągnięte na jej organizację Rosja będzie spłacać przez wiele lat.
– Kolejne zamachy, które dokonują się gdzieś w dalekiej odległości od Soczi sprawiają, że coraz więcej osób zastanawia się nad tym, czy te igrzyska rzeczywiście odbędą się w spokojnej atmosferze i to bardzo źle wpływa na wizerunek Rosji i na samą imprezę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Ćwiek-Karpowicz, kierownik Biura Badań i Analiz Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
To dokładnie odwrotnie niż chcieli Rosjanie i sam Władimir Putin, osobiście bardzo zaangażowany w organizację igrzysk. Na zbudowanie wizerunku silnej Rosji pójdzie nawet 60 mld dolarów – o 20 mld więcej niż Chińczycy przeznaczyli na olimpiadę w Pekinie. Ten wizerunek podziwiać będą często jednak nie przywódcy poszczególnych państw-uczestników, a jedynie ich delegaci. Poza groźbą zamachów wciąż obowiązują deklaracje o bojkocie igrzysk przez wielu polityków ze względu na politykę władz Rosji dotyczącą mniejszości seksualnych i praw człowieka.
– Niewątpliwie dla wielu zachodnich przywódców kwestia przyjazdu bądź nie do Soczi staje się problematyczna. Jak z jednej strony manifestować swoje niezadowolenie wobec polityki Władimira Putina, ale z drugiej strony nie wpłynąć negatywnie na stosunki handlowe, polityczne między krajami – mówi Ćwiek-Karpowicz.
Do Soczi nie wybierają się między innymi: Barack Obama, David Cameron, Francois Hollande czy Joachim Gauck. Nie pojedzie też Bronisław Komorowski ani Donald Tusk, ale obaj podkreślają, że ich decyzje to nie jest bojkotowanie imprezy.
Według eksperta PISM Rosjanom zależy obecnie głównie na tym, żeby olimpiada odbyła się bez większych skandali i bezpiecznie.
– Bardzo niespokojna, niestabilna sytuacja i brak bezpieczeństwa w tym regionie sprawiają, że igrzyskom będzie towarzyszyło wzmożone zainteresowanie, ale też olbrzymie ryzyko, że igrzyska mogą one być zapamiętane jako jedne z najbardziej nieudanych – podkreśla kierownik Biura Badań i Analiz w PISM.
Na pewno nie będą udane pod względem ekonomicznym. 60 mld dolarów zostało wydane na podniesienie rangi regionu, który nie ma szczególnego znaczenia gospodarczego. Soczi to miasto praktycznie odcięte pod względem transportowym – prowadzi tam jeden szlak drogowy i kolejowy. Wszelkie inwestycje, które zostały tam poczynione, nie mają większego przełożenia na region – wyjaśnia Ćwiek-Karpowicz.
– Widać tu negatywne zjawisko: separatystyczny okręg Abchazji, który sąsiaduje z Soczi, bardzo cierpi na tym, że wszelkie inwestycje dokonywane są tam, a Abchazja jest niejako eksploatowana z różnych surowców, osób, a pieniądze trafiają tylko do samego kurortu – mówi ekspert. – Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Rosji przyjdzie jeszcze spłacać kredyty zaciągnięte na zimową imprezę przez wiele lat.
DM BZ WBK zaleca „Kupuj” dla ENEI
W raporcie z 30 stycznia analitycy DM BZ WBK podwyższyli rekomendację dla akcji ENEI z „Trzymaj” do „Kupuj”. Cena docelowa również została podniesiona i ukształtowała się na poziomie 16,5 zł za akcję.
Idzie lepsze w TSL
Według najnowszych danych, 2014. ma być rokiem powrotu koniunktury w branży TSL. Po kilku latach niepewności, eksperci przewidują ożywienie gospodarcze, które może przynieść realne wzrosty na rynku logistycznym. Gdzie szukać oznak poprawy sytuacji? Czego możemy spodziewać się po najbliższych 12 miesiącach?
Pierwsze jaskółki ożywienia
Badania donoszą o rosnącym optymizmie pracodawców. Według Manpower, I kwartał 2014 r. przyniesie znaczący wzrost zatrudnienia, w branży TSL oraz produkcyjnej. Liczba miejsc pracy zwiększy się w tych segmentach odpowiednio o 20 i 14%. Do najbardziej pożądanych specjalistów będą należeć kierownicy centrów dystrybucji oraz przedstawiciele handlowi frachtu morskiego i lotniczego – przewiduje firma doradcza Antal International.
Najbliższą przyszłość w jasnych barwach widzą również analitycy rynku. Według danych Instrumentu Szybkiego Reagowania Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, prognozy makroekonomiczne dla polskiego przemysłu są co najmniej korzystne do końca 2014 roku. Wzrost gospodarczy po I kwartale ma przekroczyć 3%, a zagrożenie upadkami firm produkcyjnych nie wzrośnie, nawet jeśli sprawdzą się najczarniejsze z rozpisanych przez ekspertów scenariuszy. Wiarę, że idą lepsze czasy, u swych klientów obserwują również wytwórcy urządzeń i techniki magazynowej – Zauważamy wyraźną poprawę nastrojów – mówi Tomasz Sobczak, Regionalny Dyrektor Handlowy STILL Polska. – Nieprzerwany wzrost sprzedaży naszych rozwiązań w ostatnim czasie dobitnie świadczy, że przedsiębiorcy odmrozili budżety inwestycyjne – dodaje.
Inwestycje. Ale w co?
Poprawa koniunktury i zwiększenie popytu na usługi logistyczne wymuszą inwestycję w tabor i parki maszynowe. Czynnikiem motywującym do zakupów mogą być również zapowiedziane w unijnej perspektywie finansowania dotacje wspierające rozwój gospodarki niskoemisyjnej.
Jeden z priorytetów inwestycyjnych programu Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju – „Promowanie efektywności energetycznej i wykorzystania OZE przez przedsiębiorstwa” – wymienia wśród celów, na które będzie można otrzymać dofinansowanie: zastosowanie w przedsiębiorstwach efektywnych energetycznie rozwiązań oraz zmianę systemu wytwarzania lub wykorzystania paliw i energii dążące do popularyzacji oszczędnych technologii produkcji. – Z wyciąganiem ostatecznych wniosków na temat możliwości wykorzystania unijnych pieniędzy powinniśmy poczekać, aż rozpisane zostaną szczegółowe konkursy – mówi Tomasz Sobczak z firmy STILL Polska. – Na tę chwilę możemy liczyć, że będzie można otrzymać pomoc w razie inwestycji w ekologiczne rozwiązania – pojazdy z silnikami hybrydowymi czy zmniejszające spalanie systemy automatyzacyjne – dodaje.
Nowe drogi świadczenia usług
Pozytywnie na funkcjonowanie branży TSL mogą wpłynąć również przewidziane w ramach innej unijnej Osi Priorytetowej fundusze na rozwój ważnej w skali europejskiej i przyjaznej dla środowiska infrastruktury. Docelowo ma powstać spójna, jednolita sieć transportowa. Realizowane będą projekty dróg o dużej przepustowości pozwalającej na skomunikowanie wszystkich miast wojewódzkich. W ciągach inwestycji obejmujących budowę, przebudowę lub rozbudowę dróg ekspresowych, realizowane będą także obwodnice miast.
Przewidziano również środki na poprawę przepustowości portów lotniczych oraz rozwój transportu śródlądowego i morskiego. Powstawać mają multimodalne punkty przeładunkowe, pozwalające na przyjazny środowisku przewóz towarów drogami wodnymi o wysokich parametrach.
Podsumowując – gospodarka rusza, a unijne programy finansowania przewidują spore nakłady na inwestycje w usprawnienia – zarówno w intralogistyce, jak i w transporcie zewnętrznym. Wszystko wskazuje więc na to, że w najbliższym czasie otoczenie będzie sprzyjać rozwojowi przedsiębiorstw działających w branży TSL.
Rak, czyli jak go oswoić, by wygrać życie
Dla niego nie jest istotne ile ma się lat. Nieistotna jest także płeć. Rozwija się w organizmie po cichu, a atakuje niespodziewanie, przewracając całe życie do góry nogami. Rak. Szacuje się, że co czwarta osoba w Polsce choruje na nowotwór. I choć informacja o raku przytłacza i szokuje – wola życia w każdym chorym jest ogromna, więc podejmują oni często nierówną walkę. Czasem wygrywają, czasem oswajają raka. Są też niestety tacy, którzy mimo woli przegrywają z nim.
Choć wydaje się, że rak to dość nowa choroba, to myli się ten, kto tak sądzi. Nazwa „rak” znana jest już od antycznych czasów. Po raz pierwszy tego sformułowania użył Hipokrates z Kos, jednak współczesne znaczenie tzw. choroby nowotworowej ustalił w 1865 roku niemiecki chirurg Karl Thiersch. Odnosiło się ono przede wszystkim do raka szyjki macicy. Dopiero w 1932 roku amerykański patolog Albert Compton-Broders rozpowszechnił używanie terminu „rak lokalny”, który stosowany jest do dziś.
Pochodzenie nazwy to jednak mało istotna sprawa w porównaniu z tym, ile osób musi zmagać się z nowotworem na co dzień. Niestety – obecnie nie są znane dokładne dane, ale te ostatnie z 2009 roku pokazują, że aż 92 tysiące osób zmarło w wyniku zachorowania na nowotwór. Jak podkreśla prezes Fundacji Rak’n’ Roll – Wygraj życie, Kapsyda Kobro, która na co dzień boryka się z białaczką „[…] Rak to choroba cywilizacyjna, która w dzisiejszych czasach zaczyna dziesiątkować ludzi. Styl życia, środowisko, sposób odżywania wpływa na to, że organizm jest dużo bardziej podatny na choroby, wśród nich na raka.”
Nowotwór wiadomo – jest złośliwy lub nie. Zaskakująca może być jednak informacja, że obejmuje ponad 100 chorób, które dotyczą prawie każdej części ciała. Wyróżniamy: raka – nowotwór, który pochodzi ze skóry, płuc, trzustki i innych narządów. Mięsaka, który powstaje w kościach, mięśniach, tkance tłuszczowej. Jest też chłoniak – nowotwór układu limfatycznego i białaczka – nowotwór krwi. „Rak to nie wyrok tylko choroba przewlekła. […] Największym problemem jest bycie autentycznym. Nie wiemy co zrobić i boimy się, że nie sprostamy oczekiwaniom. Każdy inaczej reaguje na wiadomość o raku. Szok, wyparcie, zaprzeczenie lub unikanie tego tematu. Należy jednak wraz z lekarzem prowadzącym ustalić plan leczenia i spróbować zmierzyć się z tym problemem” – podkreśla Kapsyda Kobro.
Z rakiem borykają się kobiety, ale też mężczyźni, których jak wiadomo – trudno namówić do przeprowadzenia badań, chociażby w kierunku raka prostaty. Stąd też kampania „Gadaj-Badaj”, o dość bezpośrednich hasłach: „Kto nie wypina, tego wina”; „Rozmawiasz z kumplami o dupach? Pogadaj o swojej” czy „Aby żyć, czasem wystarczy się schylić”. Jacek Michalski z Fundacji Rak’n’Roll – Wygraj życie zaznacza „[…] Rak jest chorobą cichą w pierwszej fazie. Człowiek nawet tego specjalnie nie czuje. Gdy pojawiają się objawy, to najczęściej jest już późno na leczenie. To nie jest jeszcze kres drogi, jeszcze można z tego wyjść, ale zdecydowanie jest lepiej to wcześniej wykryć. Im wcześniej, tym lepiej – leczenie jest wtedy znacznie prostsze i bardziej skuteczne.”
Wielu chorych na nowotwór umiera. Jeszcze większej rzeszy osób raka udaje się pokonać. Polacy podejmują leczenie zazwyczaj po 250 dniach od wystąpienia objawów choroby. To zbyt późno. Dlatego tak ważna jest profilaktyka. I jak zgodnie zaznaczają ci, którzy chorują, z możliwości bezpłatnych badań powinni móc skorzystać wszyscy, a nie tylko osoby po 55 roku życia. Na chorobę nowotworową coraz częściej zapadają bowiem ludzie młodzi. Rak nie oszczędza nawet dzieci.
Badania to jedno, zmiana trybu życia to drugie. Do rozważenia są również szczepienia przeciwko wirusowi HPV, który wywołuje raka szyjki macicy. Co roku pół miliona kobiet zapada na tę chorobę, z czego połowa umiera. Tu przede wszystkim odwagą i świadomością powinni się wykazać rodzice, bo choć ten rodzaj raka występuje u kobiet po 30 roku życia, to aby się przed nim uchronić szczepionkę należy przyjąć w wieku 13 lat, a nawet wcześniej. Jak podkreśla lek. med. Michał Sutkowski, specjalista medycyny rodzinnej i chorób wewnętrznych z Centrum Medycznego Enel-Med „Jest to szczepionka bezpieczna i bardzo skuteczna. […] Rak szyjki macicy jest chorobą, która zbiera bardzo duże żniwo w Polsce. Kobiety najczęściej zgłaszają się do lekarza za późno i bardzo rzadko wykonują badania cytologiczne. To jest podstawa profilaktyki.”
Rak staje się głównym zabójcą ludzi w XXI wieku. Według Światowej Organizacji Zdrowia w ciągu najbliższych 15 lat co trzecia osoba zachoruje, co czwarta umrze w wyniku choroby nowotworowej. Lepiej zatem wziąć sprawy w swoje ręce i regularnie poddawać się badaniom profilaktycznym. Warto porozmawiać z lekarzem rodzinnym, by zlecił specjalistyczne badania. I choć czekając na wyniki nie da się uniknąć stresu i czarnych myśli „co by było, gdyby…”, warto je zrobić. Dla siebie.
Robert Cooper dyrektorem w Kompanii Piwowarskiej
W styczniu 2014 r. do kadry zarządzającej Kompanii Piwowarskiej dołączył Robert Cooper, który objął stanowisko dyrektora ds. zarządzania projektami i transformacją. Nowy dyrektor będzie odpowiedzialny za koordynację kluczowych projektów biznesowych KP.
Robert Cooper został członkiem zespołu zarządzającego pionem komercyjnym KP (ComCo Management Team, w skrócie CCMT). Dyrektor ds. zarządzania projektami i transformacją to nowo utworzone stanowisko w Kompanii Piwowarskiej, co zostało podyktowane coraz większą konkurencją i dynamiczną sytuacją na rynku piwa w Polsce.
Robert Cooper ma szerokie umiejętności zarządcze oraz doświadczenie w zakresie przywództwa merytorycznego, zdobyte w międzynarodowych firmach z sektora FMCG w Europie i Ameryce Łacińskiej. Do Kompanii Piwowarskiej przeszedł z Gruppo Campari, w której był dyrektorem zarządzającym na Karaiby; wcześniej przez 13 lat pracował na wyższych stanowiskach kierowniczych w grupie Diageo plc., m.in. w obszarze łańcucha dostaw, obsługi klienta i strategii. Robert Cooper ukończył Uniwersytet Cambridge, posiada dyplom inżyniera produkcji i dodatkowo tytuł MBA Uniwersytetu Stanforda w Kalifornii.
Trendy w komunikacji firm technologicznych w Europie Środkowo-Wschodniej
Polskie oddziały globalnych koncernów technologicznych, odpowiedzialne za marketing i komunikację, działają w zupełnie odmienny sposób niż ich odpowiedniki w regionie Europy Środkowo – Wschodniej (CEE). Jest to jeden z wielu wniosków, które zostały zaobserwowane i opisane w raporcie MSLGROUP „Trendy w komunikacji firm technologicznych w Europie Środkowo-Wschodniej”. Dokument opracowano na podstawie ankiet oraz wielogodzinnych rozmów z kluczowymi specjalistami ds. komunikacji największych firm IT.
Badanie „Trendy w komunikacji firm technologicznych w Europie Środkowo-Wschodniej” przeprowadzono w IV kwartale 2013 roku w Polsce, Bułgarii, Rumunii, Estonii, Słowenii oraz na Ukrainie. W projekt zaangażowani byli konsultanci z działów Nowych Technologii, pracujący w lokalnych agencjach należących do MSLGROUP.
Głównym celem raportu była dogłębna analiza wyzwań komunikacyjnych, jakie stoją przed branżą IT w tej części Europy. Szczerość i otwartość PR Managerów z Polski, biorących udział w badaniu, pozwoliła przedstawicielom agencji wyjść poza ramy zwykłej ankiety. Rozmowy często przeradzały się w długie spotkania, podczas których dyskutowano nie tylko o rozwoju branży PR, ale również o kondycji polskiej nauki czy chociażby przyszłości dziennikarstwa.
Raport zwraca uwagę na kilka szczególnie ważnych obszarów:
Dominacja działów marketingu nad działami komunikacji
Wyniki badania dowodzą, że w krajach Europy Środkowo-Wschodniej departamenty komunikacji nie mają istotnego wpływu na strategię przedsiębiorstwa i są niemal całkowicie zależne od decyzji działów marketingu. Polskie działy komunikacji cieszą się większą niezależnością niż ich odpowiedniki w pozostałych krajach biorących udział w ankiecie, jednak zdają sobie sprawę z nieuchronnej konieczności integracji z marketingiem.
Stabilność budżetowa
Działy komunikacji firm technologicznych z Europy Środkowo-Wschodniej są bardziej optymistyczne od polskich w kontekście słabszej kondycji gospodarczej i jej wpływu na Public Relations. Żaden spośród badanych z regionu CEE nie zadeklarował, że sytuacja finansowa jego departamentu pogorszy się w nadchodzącym roku. Co więcej, aż 23% rozmówców z Europy Środkowo – Wschodniej spodziewa się wzrostu środków na działania Public Relations. Z Polski ten odsetek wyniósł niecałe 8%.
Zróżnicowane opinie o współpracy z agencjami PR
Polscy managerowie ds. komunikacji mają wysokie wymagania wobec agencji PR i są względem nich bardzo krytyczni. Agencje bywają postrzegane jako cenny, lecz nie niezbędny partner, któremu często brakuje dyscypliny i samodzielności.
Czym powinna cechować się idealna agencja? Według rozmówców z krajów Europy Środkowo-Wschodniej, powinna ona być nie tylko skuteczna i profesjonalna, ale również przyjazna. Większość PR Managerów z CEE nie wyobraża sobie pracy bez wsparcia specjalistów Public Relations.
Wzrost znaczenia Twittera
Co drugi dział komunikacji firm IT w Polsce sam zarządza Social Mediami. W krajach sąsiednich – zaledwie co dziesiąty. Obowiązek ten przejmuje dział marketingu, HR lub agencja PR. Za najważniejsze medium społecznościowe został uznany Twitter. Na kolejnych miejscach znalazł się Facebook, LinkedIn oraz blogi firmowe. Za granicą popularnością cieszy się portal W Kontakte.
Przyszłość przed Public Affairs
Rozmówcy uważają, iż polski rynek technologiczny dopiero wdraża profesjonalne usługi Public Affairs i w przyszłości odniesie dzięki nim wiele korzyści. Kluczowe dla działania rodzimych firm wydaje się budowanie poprawnych relacji z szeroko rozumianą administracją publiczną oraz wpływ na decyzje podejmowane na szczeblu Unii Europejskiej.
Wyniki badania „Trendy w komunikacji firm technologicznych w Europie Środkowo-Wschodniej” zostały zaprezentowane podczas konferencji zorganizowanej 28 stycznia 2014 roku w Warszawie.
Sytuacja na rynku akcji po pierwszych tygodniach stycznia 2014
O sytuacji na rynku akcji opowiada Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI
Jak można ocenić pierwsze tygodnie roku na warszawskiej giełdzie?
Porównując obecne trendy z historycznymi, zauważamy inne niż w latach ubiegłych zachowanie indeksu największych versus najmniejszych spółek. Dotąd indeks giełdowych maluchów w styczniu zachowywał się wyraźnie lepiej, w tym roku jest odwrotnie.
Czy jakieś sektory lub spółki szczególnie się wyróżniły?
Nieźle zachowywały się banki, czyli najważniejszy sektor reprezentowany na GPW. Przyczyn zainteresowania walorami banków można upatrywać w przewidywanej na ten rok poprawie ich wyników finansowych. Szczególnie dużą dynamiką zysków ma szansę zaimponować PKO BP. Taki scenariusz dyskontują zresztą sami inwestorzy, chętnie kupując jego akcje.
Akcje banków nie były tanie już w poprzednich miesiącach. Czy nie grozi nam „bańka”, choćby na papierach PKO BP?
Akcje polskich banków nie są tanie, ale do historycznych rekordów jeszcze daleko, więc trudno mówić o „bańce”. Szczególnie w kontekście tak stabilnego i płynnego emitenta, jak PKO BP. W tym kontekście warto tylko zwrócić uwagę, jak kurs jego akcji będzie się zachowywał w momencie, gdy OFE – posiadające duży udział w akcjonariacie spółki – przekażą obligacje do ZUS. Już teraz akcje największego polskiego banku stanowią pomiędzy 4% a 5% portfela niektórych funduszy emerytalnych. Po oddaniu obligacji ich wartość może dojść nawet do 10% całości aktywów. Jak na OFE, to bardzo duży udział w jednej spółce.
A zatem możliwe jest, że OFE będą sprzedawać?
Istnieje takie ryzyko. Bacznie przyglądałbym się także ruchom ze strony Polskich Inwestycji Rozwojowych. Spółka ta otrzymała od Skarbu Państwa akcje trzech polskich gigantów – PKO BP, PGE i PZU. Udziały w jednej z nich najprawdopodobniej będzie musiała sprzedać, by pozyskać kapitał na inwestycje. Na pierwszy plan wysuwają się akcje albo PZU, albo PKO BP, co oznacza, że w najbliższym czasie może się pojawić zwiększona podaż akcji jednej z wymienionych spółek.
Przenieśmy się na chwilę za granicę. Czy niepokoje polityczne na Ukrainie mogą mieć przełożenie na polski rynek?
Raczej nie. Ukraina jest naszym sąsiadem, ale jej związki kapitałowe, gospodarcze i polityczne z Polską są dość słabe. Dlatego wpływu na polskie PKB czy walutę, a docelowo na polski rynek, nie należy oczekiwać. W razie negatywnego rozwoju sytuacji na Ukrainie ucierpieć mogą co najwyżej tamtejsze spółki notowane na GPW, np. Kernel, Astarta czy Agroton.
Na koniec wróćmy jeszcze do Polski. Czy początek roku przyniósł nowe, dodatkowe okoliczności, które wpłynęłyby na postrzeganie perspektyw polskiego rynku akcji przez Union Investment TFI?
Jak dotąd nie pojawiły się żadne przesłanki, które burzyłyby obstawiany przez nas scenariusz rozwoju sytuacji na polskiej giełdzie. Perspektywy rysujące się przed polską gospodarką, a co za tym idzie za polskimi aktywami, są dobre, a na poprawę wskazuje także optymizm przedsiębiorców – część firm po okresie przestoju planuje w tym roku odważniej ruszyć z inwestycjami.
Jak do tych prognoz mają się ostatnie spadki na giełdzie i kolejne ograniczenia skali programu QE3?
Rzeczywiście, w ostatnich dniach indeksy warszawskiego parkietu tracą, podobnie jak większość giełd na świecie. Rynki wprawdzie oczekują dalszego stopniowego wycofywania się Fed z QE3, ale to głównie wysokie poziomy indeksów giełdowych w USA oraz słabsze dane z rynku pracy wywołały korektę. W naszym odczuciu nie powinna być ona głęboka, a obawy inwestorów związane z zakończeniem procesu skupu aktywów są przesadzone.
Abstrahując jednak od krótkoterminowych czynników ryzyka, cały rok ma szansę być umiarkowanie dobry dla warszawskiej giełdy, a przede wszystkim dla wybranych spółek. Kluczem do zwiększenia zysków będzie dobra selekcja, szczególnie spośród mniejszych firm, które mogą skorzystać na ożywieniu gospodarczym.
Sytuacja po pierwszych tygodniach 2014 na rynku obligacji
O sytuacji na rynku obligacji opowiada Dariusz Lasek, dyrektor inwestycyjny ds. papierów dłużnych Union Investment TFI
Za nami pierwsze tygodnie nowego roku. Jak upłynęły na światowych rynkach obligacji?
Na rynku długu od początku roku obserwujemy duży rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami a rzeczywistym zachowaniem rynków. Wszyscy zakładali, że rentowności obligacji na świecie będą szły do góry. Taki scenariusz jednak nie do końca się realizuje – przez znaczną część stycznia obserwowaliśmy spadek rentowności m.in. amerykańskich i niemieckich papierów skarbowych. Początek zeszłego tygodnia przyniósł ruch w przeciwną stronę, ale już w drugiej części tygodnia popyt na obligacje powrócił.
Jak na tym tle wypadła Polska?
Również w Polsce sytuacja prezentowała się nieźle. Sukcesem zakończył się przetarg obligacji skarbowych. Ministerstwo Finansów sprzedało inwestorom papiery o rekordowej wartości ponad 12 mld zł, dzięki czemu sfinansowało ponad 50% potrzeb pożyczkowych na ten rok. Wśród kupujących najprawdopodobniej znaleźli się także inwestorzy zagraniczni, dla których polskie obligacje prezentują się relatywnie dobrze.
Czy przekazanie obligacji przez OFE do ZUS może mieć wpływ na rynek długu?
Obligacje znajdujące się w portfelach OFE będą przenoszone do ZUS po cenie rynkowej nie niższej niż na 3 września 2013 r. To jednak oznacza, że im wyższe okażą się ceny obligacji w dniu przekazania, tym mniej aktywów OFE będą musiały finalnie oddać. W najbliższych dniach możemy więc obserwować podwyższoną zmienność na rynku.
Pojawiają się głosy, że z uwagi na wzrost gospodarczy Rada Polityki Pieniężnej podniesie stopy procentowe szybciej, niż dotąd planowała.
Rzeczywiście, większość członków Rady Polityki Pieniężnej mówi ostatnio dość zdecydowanie, że już w tym roku należałoby podnieść stopy procentowe. Ich zdaniem obecny poziom stóp jest zbyt niski, dlatego nie używają w tym kontekście pojęcia „zacieśnianie polityki pieniężnej”, tylko „powrót do normalności”. Obecnie jest jednak za wcześnie, aby upatrywać w tych wypowiedziach realnych zagrożeń dla polskiego rynku długu, w tym dla wyników funduszy obligacji.
Komentarz Głównego Ekonomisty PZU nt. PKB w 2013 r.
Według wstępnego szacunku GUS, PKB w Polsce wzrósł w 2013 r. o 1,6%. To zaskakująco dobry wynik. Powszechnie spodziewano się wzrostu o 1,5%, a jeszcze kilka miesięcy temu konsens prognoz kształtował się na poziomie 1,3-1,4%.
GUS podał jedynie ogólne szacunki wzrostu PKB za cały rok. Dysponując tą informacją i przyjmując robocze założenie, że nie zmieniono wcześniejszych danych za pierwsze trzy kwartały 2013 r., można pokusić się o przybliżenie dynamiki PKB w ostatnim kwartale 2014 r. To właśnie możliwość oceny tego co działo się ze wzrostem gospodarczym w ostatnich miesiącach minionego roku jest tu najbardziej interesująca.
Przy tych założeniach, dynamika PKB w IV kw. sięgnęła co najmniej 2,8% r/r. Po publikacji grudniowych danych o aktywności gospodarczej wydawało się, że będzie raczej bliska 2,5% r/r. Tak jak można się było spodziewać, stopniowo ożywa popyt krajowy. Zauważalnie wyższe w stosunku do III kw. 2013 r. (i najwyższe od I kw. 2012 r.) było zarówno tempo wzrostu konsumpcji indywidualnej, jak i inwestycji w środki trwałe. Stopniowego ożywienia konsumpcji należało oczekiwać wobec wzrostu realnych dochodów i symptomów poprawy na rynku pracy. Skala przyspieszenia wzrostu konsumpcji w IV kw. mogła jednak pozytywnie zaskoczyć. Ważne, że po kilku słabych kwartałach formuje się tendencja wzrostu inwestycji. Może to świadczyć o przełamywaniu poczucia niepewności w przedsiębiorstwach.
Z tych orientacyjnych szacunków wynika również, że skala pozytywnego wpływu eksportu netto na dynamikę PKB była w IV kw. wyższa niż w III kw. Niezbyt to współgra z danymi NBP o obrotach handlowych z ostatnich miesięcy, gdzie dynamika importu dogania stopniowo tempo wzrostu eksportu.
Podsumujmy zatem. Wzrost PKB w ostatnich miesiącach 2013 r. wyraźnie przyspieszył. Rośnie konsumpcja i – co ważne dla trwałości ożywienia – także inwestycje. Do tego ostatnio publikowane badania koniunktury wskazują na kontynuację przyspieszenia tempa wzrostu gospodarczego w pierwszych miesiącach 2014 r. W tych warunkach możliwe jest osiągnięcie wyższego niż 3% wzrostu PKB w 2014 r.
Konsorcjum PGP, InPostu i Ruchu w lutym zacznie testować elektroniczne potwierdzenie odbioru. Rok przed Pocztą Polską
Konsorcjum Polskiej Grupy Pocztowej, InPostu i Ruchu rusza w lutym z testami elektronicznego potwierdzenia odbioru. Testy rozpoczną się w Białymstoku. Usługa ta będzie szczególnie użyteczna przy realizacji dostaw przesyłek z sądów i prokuratur, które od prawie miesiąca realizuje Polska Grupa Pocztowa razem z InPostem i Ruchem.
– Największy projekt, czyli wprowadzenie elektronicznego potwierdzenia odbioru, w Poczcie Polskiej ma być wdrażany w czerwcu 2015 roku. My już w lutym zaczynamy testy w Białymstoku. To pokazuje jak operatorzy prywatni, mimo trudności związanych z otoczką społeczną i medialną, są w stanie jednak realizować swój plan szybko i skutecznie, mam nadzieję, że również przy współpracy z ministerstwem – podkreśla Rafał Brzoska, prezes zarządu Grupy Integer, do której należy InPost.
Do tej pory konsorcjum firm dostarczyło już łącznie ze zwrotami ponad 3,7 mln przesyłek z sądów i prokuratur (czyli 7,1 mln jednostek wraz z ZPO). Jak zaznacza Brzoska, skala reklamacji przy realizacji tego typu przesyłek wynosi zaledwie ułamek promila. PGP wprowadziło też pewne udogodnienia, udostępniając sporo placówek czynnych w weekendy oraz wieczorami.
– Kluczem jest jak najdłuższa dostępność sieci do odbioru przesyłek awizowanych. W tej chwili sieć udostępniona przez nas w 78 proc. czynna jest w soboty i w 10 proc. w niedziele. Poczta Polska udostępnia tylko 18 proc. placówek w sobotę i 2 proc. w niedzielę. Liczba placówek otwartych do późnych godzin wieczornych czterokrotnie przewyższa liczbę placówek Poczty Polskiej – podkreśla Brzoska.
Kontrowersje budzi fakt, że przesyłki często są dostarczane do kiosków czy nawet sklepów spożywczych. Prezes Grupy Integer zapewnia jednak, że wszyscy pracownicy są odpowiednio szkoleni, a szeroka sieć placówek wpływa na większą ich dostępność.
– Mitem jest, że wyłącznie pracownik Poczty Polskiej ma status urzędnika, który może zajmować się korespondencją. Każdy operator pocztowy zarejestrowany w Urzędzie Komunikacji Elektronicznej ma status operatora, który może zajmować się obsługą korespondencji, również najbardziej wrażliwej. Pracownicy są szkoleni do tego celu również w punktach agencyjnych Ruchu – zapewnia Brzoska.
Według niego Polacy przekonają się do usług PGP dzięki oferowanym im udogodnieniom. Działa już infolinia dla osób niepełnosprawnych, dzięki której osoby te mogą umówić się na indywidualne doręczenie korespondencji. Duże znaczenie ma również liczba placówek. Dwa tygodnie temu spółka zadecydowała o uruchomieniu kolejnych 2,5 tys. placówek. I chociaż Poczta Polska od ponad roku odmawia odpłatnego udostępnienia własnych placówek operatorom prywatnym, niedługo sieć PGP osiągnie 10 tys. placówek, czyli ponad 2000 punktów więcej niż sieć Poczty. Brzoska zapewnia, że nowe placówki znajdą się tam, skąd obecnie napływa najwięcej sygnałów.
Dodaje, że zmiana dostawcy oznacza też ułatwienia dla sądów i prawników. W sądach wdrażany jest już system informatyczny, który przyspieszy obieg korespondencji oraz ułatwi pracę i przygotowanie przesyłek w kancelariach sądów. Grupa Integer chce również jak najszybciej podjąć rozmowy z okręgowymi izbami radców prawnych i Naczelną Radą Adwokacką o wdrożeniu oprogramowania, które pozwoli śledzić przesyłki. Po jego instalacji pełnomocnicy będą mogli łatwo sprawdzić, czy przesyłka została nadana i kiedy mogą się jej spodziewać. Nie będą konieczne telefony do kancelarii i skomplikowane procedury.
Dwuletni kontrakt na dostarczanie listów z sądów i prokuratur jest warty nawet 500 mln zł. W jego trakcie PGP ma dostarczyć ok. 100 mln przesyłek, czyli ponad 4 mln miesięcznie.
Rekomendacje w sprawie zmian w finansowaniu polskiego sportu
Od dziesięciu miesięcy zespoły eksperckie pracują przy Okrągłym Stole Polskiego Sportu nad planem zmian, które mają poprawić organizację i finansowanie sportu w Polsce. Najważniejsze wnioski i rekomendacje zostaną oficjalnie przekazane premierowi po Igrzyskach Olimpijskich w Soczi.
– W tej chwili poszczególne zespoły formułują najbardziej konkretne wnioski, które zostaną przedstawione na kolejnych obradach okrągłego stołu po Igrzyskach Olimpijskich w Soczi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Krzesiński, sekretarz generalny Polskiego Komitetu Olimpijskiego. – Jeśli okrągły stół zgodzi się z tymi wnioskami, zostaną one przedstawione wszystkim instytucjom, wszystkim ciałom, od których zależy to, na jakim poziomie i w jakich realiach funkcjonuje polski sport. Mam tu na myśli zarówno rząd, jak i parlament oraz samorządy.
Inicjatywa ma na celu wymianę idei i zbudowanie podstaw długoterminowej strategii poprawy sytuacji w polskim sporcie zawodowym i amatorskim. Pierwsze obrady Okrągłego Stołu Polskiego Sportu odbyły się w marcu 2013 roku. Powołano trzy zespoły eksperckie: ds. finansowania sportu, strategii i legislacji, które przez 10 ostatnich miesięcy pracowały nad szczegółowymi rozwiązaniami prawnymi i organizacyjnymi. Zdaniem Adama Krzesińskiego ich rekomendacje będą stanowić esencję wiedzy, spostrzeżeń i wniosków na temat polskiego sportu.
– Wszyscy będą mogli się zapoznać z głosem wielu środowisk, który będzie przedstawiał oczekiwania polskiego środowiska sportowego, oparte na wiedzy, doświadczeniu i obserwacji również środowisk pozasportowych – biznesu, kultury i świata polityki – podkreśla Adam Krzesiński.
Beata Mońka, prezes Gremi Business Communication, podkreśla, że wspólnym celem uczestników wielkiej debaty o sporcie jest przede wszystkim określenie długofalowej strategii.
– Chodzi o sformułowanie nie tylko strategii rozwoju, lecz także promocji sportu w Polsce. Po drugie konsekwentne wdrożenie tej strategii, biorąc pod uwagę liczbę środowisk, czyli Polski Komitet Olimpijski, środowisko sportowe, środowisko biznesowe, środowisko polityków, jak również media – przekonuje Beata Mońka.
Krzesiński uważa, że inicjatywa Jana Kulczyka, (przewodniczącego Rady Patronów PKOl) może istotnie przełożyć się na poprawę jakości polskiego sportu – nie tylko wyczynowego, czego odzwierciedleniem mogą być sukcesy sportowców, lecz także sportu powszechnego, uprawianego przez dzieci i młodzież.
– Pracy jest bardzo dużo. Ważna jest przede wszystkim konsekwencja w jej wdrażaniu, po to, żebyśmy mogli być dumni z osiągnięć naszych polskich sportowców, na koniec dnia promować Polskę w Polsce i za granicą – podkreśla Mońka.


