Co wpłynie na rynki w 2021 roku?

Po 2020 roku wielu analityków zastanowi się zanim przedstawi swoje długookresowe prognozy walutowe. Okazuje się bowiem, że na rynku bardzo często pojawiają się sygnały, które mogą wywrócić warunki gry do góry nogami. Warto jednak przyjrzeć się wydarzeniom, o których w tej chwili wiemy, a które będą mieć największy wpływ na złotego i kursy walut w nadchodzącym roku: rozwój pandemii, stopy procentowe, sytuacja w USA i Brexit.

Szczepienia a możliwe reakcje rynków

Tworząc prognozę w pierwszych tygodniach szczepień przeciwko pandemii wirusa Covid-19 nie wiemy jaki wpływ na rynki będzie miała szczepionka i jak będą wyglądały kolejne fale zachorowań, o ile takie wystąpią. Jest to jednak bardzo ważny element równowagi na rynkach. Im lepiej będzie wyglądała sytuacja, czyli im więcej osób uda się skutecznie zaszczepić oraz im mniej osób będzie chorować, tym mniej rynki będą się obawiać kolejnego lockdownu. To z kolei powinno zwiększać optymizm inwestorów, co z kolei przełoży się na to, że będą oni bardziej skłonni inwestować w rynki bardziej ryzykowne, czyli np. polskiego złotego. Z drugiej strony, jeżeli szczepienia nie okażą się sukcesem, możemy się spodziewać kolejnych problemów, a te zwyczajowo pomagają głównym walutom światowym.

Obniżki stóp procentowych wpłyną na złotego?

Z jakiegoś niejasnego powodu dla sporej części analityków, RPP rozważa obniżkę stóp procentowych. Nie można wykluczyć, że wiedzą oni coś, czego nie wiedzą zewnętrzni analitycy. Nie mniej ruch ten budzi duże zdziwienie na rynkach. Im bliżej będzie obniżki, tym bardziej złoty będzie tracił na wartości. Nie można oczywiście wykluczyć, że Rada Polityki Pieniężnej zmieni zdanie, skoro rok już jest zamknięty, a słaby złoty pozwolił wygenerować zysk w NBP, wynikający ze wzrostu wartości walut. W takim scenariuszu, gdyby perspektywa obniżek stóp procentowych miała się oddalać, powinniśmy się spodziewać umacniania się rodzimej waluty.

Umowa Brexitowa

Wygląda na to, że rozstanie pomiędzy Unią Europejską a Wielką Brytanią otrzymało kolejny okres przejściowy i nie należy spodziewać się zbytnich emocji. Nie można jednak wykluczyć negatywnego wpływu oddzielania się Wysp od Unii. W takim scenariuszu należałoby się spodziewać osłabiania się funta względem pozostałych walut, w tym złotego. Część analityków zwraca uwagę, że okres przejściowy owszem, amortyzuje chaos, ale część instytucji będzie przenosić się z Londynu do innych centrów finansowych znajdujących się w Unii.

Konflikt dwóch partii w USA

Polityka w USA po raz kolejny budzi emocje. Powodem jest bardzo duża polaryzacja pomiędzy głównymi partiami, które po raz kolejny wydają się być coraz bardziej odległe od siebie. W rezultacie dochodzi do wielu prób sił, które powodują, że inwestorzy nie patrzą przychylnie na dolara. Niewykluczone, że odejście Donalda Trumpa załagodzi sytuację, ale można się spodziewać, że nie był on jedynym politykiem formacji republikańskiej, dążącym do konfrontacji. Co nie zmienia faktu, że liczba niespodzianek i skandali, pojawiających się z udziałem urzędującego prezydenta w ostatnich tygodniach jest zadziwiająca i niekorzystnie wpływa na amerykańską walutę.

Wychodzenie z kryzysu

W kryzysie z 2008 roku USA radziło sobie zdecydowanie lepiej niż Unia Europejska. Stany znacznie szybciej przywróciły gospodarkę na ścieżkę wzrostu, ograniczono bezrobocie i ustabilizowano politykę monetarną. Obecnie mamy odwrotną sytuację. Głównym problemem jest rynek pracy, który odczuł ten kryzys znacznie dotkliwiej niż ten z 2008 roku. W rezultacie dolar jest wyraźnie w odwrocie, pomimo bardzo dobrych rezultatów amerykańskiej giełdy.

Bańki spekulacyjne

Ostatnim elementem, który moim zdaniem warto wziąć pod uwagę, są potencjalne bańki spekulacyjne. Obecnie przy relatywnie słabych wynikach gospodarki giełdy są na bardzo wysokich poziomach. Powodem są rekordowo niskie stopy procentowe i brak alternatywnych miejsc do zainwestowania kapitału z zyskiem. W rezultacie płynie on coraz częściej na parkiety, podnosząc kolejne wyceny. Co się może wydarzyć w momencie spadków? Najprawdopodobniej kapitał będzie szukał bezpiecznych przystani, a wtedy opuści Polskę co z kolei przełoży się po raz kolejny na słabość polskiego złotego.

Słaby złoty się opłaci?

Czy w obliczu tych informacji należy założyć, że rok 2021 będzie kolejnym słabym rokiem dla polskiej waluty? Wcale nie musi tak być, należy jednak brać pod uwagę, że pod kątem pobudzania wzrostu gospodarczego słaby złoty nam się bardziej opłaca. Spadnie co prawda nasza zamożność w walutach obcych, ale słaba waluta mocno wesprze eksporterów i producentów krajowych co powinno się korzystnie odbić na rynku pracy. Z drugiej strony, polska gospodarka radzi sobie bardzo przyzwoicie w kryzysie. Przeważnie waluty państw, które radzą sobie dobrze, w końcu przyciągają uwagę inwestorów.

Maciej Przygórzewski, główny ekspert walutowy Walutomatu i InternetowyKantor.pl

Prawo do odliczenia podatku VAT od zaniechanych inwestycji

Tematyka odliczenia VAT w przypadku zaniechanych inwestycji jest często poruszana przez krajowe organy podatkowe i krajowe sądy administracyjne. Jest to bardzo dyskusyjne zagadnienie także w innych krajach Unii Europejskiej. Tematem tym już kilkakrotnie zajmował się Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, w tym między innymi w jednym z ostatnich wyroków z dnia 12 listopada 2020 r., sprawa C-734/19, ITH Comercial Timişoara SRL.

Stan faktyczny

Sprawa dotyczyła rumuńskiej spółki, prowadzącej inwestycje polegające na budowie biurowca oraz centrum handlowego, które miały zostać wynajęte. W związku z kryzysem gospodarczym podjęta została decyzja biznesowa o zawieszeniu projektu/inwestycji. Ponadto na jaw wyszło, że inwestycja może być niezgodna z planem zagospodarowania przestrzennego, o czym podatnik wiedział. Organ podatkowy stwierdził, że w takiej sytuacji brak jest prawa do odliczenia podatku VAT.

Rozstrzygnięcie TSUE

TSUE w omawianym wyroku (C-734/19) uznał, że w sytuacji zaniechania inwestycji w związku z kryzysem gospodarczym podatnik ma prawo do odliczenia VAT naliczonego, ponieważ liczył się zamiar wykorzystania planowanej inwestycji do opodatkowanej działalności gospodarczej, a następnie z przyczyn niezależnych od podatnika ostatecznie nie doszło do wykorzystania inwestycji. Prawo do odliczenia VAT pozostaje także, jeżeli inwestycja nie będzie wykorzystywana do czynności opodatkowanych, lecz należy skorygować VAT w sytuacji, gdy podatnik utraci zamiar wykorzystania inwestycji w takim zakresie. TSUE w wyroku położył szczególny nacisk na kwestię zamiaru wykorzystywania nieruchomości przez podatnika. Jest to szersze podejście niż obserwowane dotychczas, sprowadzające się do ustalenia, czy podatnik ponosi winę w zaniechaniu inwestycji.

Konsekwencje orzeczenia TSUE

Wyrok TSUE jest kolejnym wyrokiem w podobnej sprawie – zaniechania inwestycji. Utrzymuje on dotychczasowe podejście potwierdzające, że ryzyko jest wpisane w charakter prowadzenia działalności gospodarczej. Ponadto wyrok potwierdza, jak ważne jest prawidłowe udokumentowanie rzeczywistego zamiaru podatnika w zakresie wykorzystania inwestycji.

Co prawda wyroki TSUE nie mają mocy powszechnie obowiązującego prawa, a co więcej, są wydawane w konkretnych sprawach. Niemniej często wskazują kierunki orzecznicze dla sądów krajowych. W ustawie o podatku od towarów i usług brak jest definicji zaniechanej inwestycji, przez co podatnicy mogą polegać na definicjach wypracowanych przez unijne i krajowe orzecznictwo administracyjne. Jeżeli tezy wygłoszone w wyroku zostaną uwzględnione przez krajowe sądy administracyjne, to z pewnością można stwierdzić, że jest to bardzo korzystny wyrok dla podatników.

Inne wyroki TSUE

TSUE już wcześniej podejmował tematykę zaniechanych inwestycji. W wyroku z 17 października 2018 r., C-249/17, Trybunał potwierdził, że podmiotowi przysługuje prawo do odliczenia VAT naliczonego w przypadku wydatków poniesionych na usługi doradcze w sytuacji, gdy planował on przejęcie udziałów innego podmiotu. Co istotne, TSUE wskazał, że podstawowym warunkiem odliczenia VAT jest związek z działalnością gospodarczą, a w przypadku zaniechania planowanej inwestycji podatnik powinien posiadać uzasadnienie potwierdzające sens podejmowania działań w ramach planowanej inwestycji oraz przyczyn jej zaniechania.

Zaniechanie „kontrolowane”

W przypadku zaniechania inwestycji w sposób „kontrolowany”, tzn. podatnik ponosił wydatki, pomimo iż wiedział albo nawet sam przyczynił się do zaniechania, powstaje ryzyko oraz możliwość zakwestionowania przez organy podatkowe. Przykładowo w interpretacji indywidualnej z 8 marca 2016 r., sygn. IPPP2/4512-1272/15-4/MJ, organ podatkowy odmówił podatnikowi prawa do odliczenia VAT od inwestycji podejmowanych jedynie na podstawie deklaracji kontrahenta. Innymi słowy, polskie organy podatkowe rozszerzają zakres orzecznictwa TSUE i uzależniają możliwość odliczenia VAT od wystąpienia niezależnej przyczyny zaniechania inwestycji. W przeciwnym wypadku odliczenie nie jest możliwe. Bardzo surowe podejście jest niezrozumiałe, ponieważ przedsiębiorca, wycofując majątek z firmy, powstały na skutek nieudanego przedsięwzięcia, i tak musiałby rozliczyć podatek VAT należny. Ponadto różnicowanie sytuacji w zależności od subiektywnego kryterium przyczynienia się do zaniechania inwestycji może doprowadzić do naruszenia zasady praworządności i opierania rozstrzygnięć podatkowych o przepisy prawa.

Dlatego właśnie omówiony wyrok TSUE jest korzystny i może zmienić tę praktykę organów podatkowych. Jest on także zgodny z podstawową zasadą podatku VAT, jaką jest neutralność podatkowa, czyli w uproszczeniu opodatkowanie konsumentów, a nie przedsiębiorców, nawet tych, którym nie wszystko wychodzi.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Licznik elektromobilności: branża prognozuje dalszy wzrost samochodów z napędem elektrycznym w 2021 r.

Według danych z końca listopada 2020 r., w Polsce było zarejestrowanych łącznie 17 121  samochodów osobowych z napędem elektrycznym. Przez pierwsze jedenaście miesięcy 2020 r. przybyło ich  8 125 sztuk – o 120% więcej niż w analogicznym okresie 2019 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PSPA oraz PZPM.licznik_elektromobilnosci_2020-11_grafika_800x450px

Pod koniec listopada 2020 r. po polskich drogach jeździło 17 121 elektrycznych samochodów osobowych, z których 54% stanowiły pojazdy w pełni elektryczne (BEV, ang. battery electric vehicles) – 9 214 szt., a pozostałą część hybrydy typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 7 907 szt. Park elektrycznych samochodów dostawczych i ciężarowych w analizowanym okresie zwiększył się do 757 szt. W dalszym ciągu rośnie też flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec listopada osiągnęła liczbę 8 734 szt.

Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów elektrycznych w Polsce liczył 418 szt. Przez pierwsze jedenaście miesięcy bieżącego roku flota elektrobusów powiększyła się o 189 zeroemisyjnych pojazdów. W porówananiu z analogicznym okresem w 2019 r. oznacza to zmianę o 286% r/r

Wraz ze wzrostem liczby pojazdów z napędem elektrycznym, rozwija się również infrastruktura ładowania. Pod koniec listopada w Polsce funkcjonowały 1 324 ogólnodostępne stacje ładowania pojazdów elektrycznych (2 532 punkty). 32% z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 68% wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W listopadzie uruchomiono 30 nowych, ogólnodostępnych stacji ładowania (58 punktów).licznik_elektromobilnosci_2020-11_A4

„Mimo pandemii COVID-19, liczba rejestracji osobowych samochodów elektrycznych od stycznia do listopada 2020 r. wzrosła o 120%, a sieć ogólnodostępnych stacji  ładowania uległa powiększeniu aż o 36% r/r. Wynik mógłby być jeszcze lepszy, gdyby programy wsparcia uruchomione przez NFOŚiGW były lepiej dostosowane do standardów rynkowych. W rok 2021 wchodzimy z optymizmem, ale i nadzieją, że legislacyjno-finansowy system wsparcia zeroemisyjnego transportu zostanie zoptymalizowany. Niezleżnie od tego, sprzedaż samochodów elektrycznych w Polsce ulegnie dalszej dynamizacji ze względu na coraz atrakcyjniejszą ofertę modelową oraz stopniowe wyrównywanie się cen EV i pojazdów konwencjonalnych, które w przypadku niektórych modeli klasy premium już stało się faktem” – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Jakub Faryś, Prezes PZPM podkreśla, że chociaż samochody z napędami alternatywnymi zdobywają europejski rynek, jednak nie jest to szybka i równomierna transformacja. Według najnowszego Raportu ACEA*, zainteresowanie konsumentów samochodami elektrycznymi ma bezpośredni związek z PKB kraju. Ponad 80% wszystkich samochodów elektrycznych jest sprzedawanych zaledwie w 6 krajach członkowskich UE o najwyższym PKB. Państwa, w których udział rynkowy samochodów elektrycznych wynosi mniej niż 1% –  w tym Polska – mają PKB poniżej 30 tys. euro w przeliczeniu na 1 mieszkańca. Dysproporcja dotyczy również infrastruktury ładowania. Obecnie liczba punktów dostępnych w całej UE wynosi niecałe 200 tys. i jest za niska w porównaniu z faktycznym zapotrzebowaniem. Ponad 75% ładowarek znajduje się na terenie zaledwie czterech krajów, których terytorium stanowi 27% całkowitej powierzchni UE** tj. Holandii, Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii. Według szacunków Komisji Europejskiej do 2030 r. potrzebne będą  co najmniej 3 miliony dodatkowych punktów ładowania samochodów elektrycznych, co oznacza, że ich liczba musi wzrosnąć 14-krotnie w ciągu kolejnych 11 lat.

Co podrożeje w tym roku? Surowce, waluty – prognozy 2021

Nowy rok zazwyczaj wiąże się z podwyżkami cen – inflacyjnymi, podatkowymi i rynkowymi. W 2021 roku zdrożeją niektóre waluty, skorelowane z nimi surowce, a co za tym idzie – m.in. żywność i paliwo.

Zdążyliśmy przyzwyczaić się do tego, że nowy rok wiąże się też z nowymi podatkami oraz podwyżkami inflacyjnymi za produkty i usługi. Jak nowy rok będzie prezentował się na rynkach finansowych? Podrożeją niektóre surowce i waluty. Które i dlaczego?

Surowce

Najszerzej komentowana podwyżka dotyczy cukru. Odsuwając na bok dywagacje na temat tzw. podatku cukrowego, warto przyjrzeć się notowaniom samego surowca. Odbiły od momentu załamania podczas pierwszej fali COVID-19, w efekcie czego cukier podrożał o 69 proc. od marca do listopada.

W połowie listopada notowania znalazły się najwyżej od 3 lat, przebijając maksima z lutego bieżącego roku. Na rynku pojawiają się różne opinie na temat prognoz cen w najbliższym czasie. Międzynarodowa Organizacja Cukru (ISO) jeszcze wczesnym latem wykluczyła pandemię koronawirusa z czynników wpływających na rynek i przewidywała silny deficyt. Obecnie ISO estymuje, że w okresie 2020/2021 będziemy mieli niedobór na rynku w wysokości 3,5 mln ton.

– Wysokość deficytu może wywindować ceny. Dodatkowo – z technicznego punktu widzenia – notowania od połowy grudnia rozpoczęły budowanie kolejnego impulsu wzrostowego. Będzie to oznaczało podwyżki cen żywności, zwłaszcza tej przetworzonej – ocenia Łukasz Zembik, kierownik departamentu TMS Brokers.

Nowa mutacja koronawirusa spowodowała panikę na rynku, przez którą inwestorzy poszukują schronienia w bezpiecznych przystaniach. Wybór części inwestorów padł na metale szlachetne, m.in. na złoto i srebro. Grudzień kończy się dla cennego metalu około 5 proc. zwyżką. Złoto kontynuuje wzrosty, a cena wynosi około 1957 dolarów za uncję. To – według danych Bloomberga – zasługa funduszy ETF, do których napłynęło 17,4 ton kruszcu – najwięcej od września. W przypadku ceny srebra, grudniowy wzrost kursu to ponad 16 proc.

– Na wzrosty ceny metali największy wpływ mają oczekiwania inflacyjne w związku z przyjęciem przez Kongres pakietu ustaw antycovidowych, w tym ustawy dającej bezpośrednie wsparcie fiskalne dla gospodarstw domowych o wartości bagatela 900 mld USD – wyjaśnia Maciej Madej, analityk TMS Brokers.

Negatywne realne stopy procentowe utrzymają się

Po obydwu stronach Atlantyku realne stopy procentowe nadal pozostaną na ujemnym poziomie, co sprzyja inwestycjom w złoto. Trendy inflacyjne oscylują poniżej oczekiwań Europejskiego Banku Centralnego, dlatego skup aktywów będzie trwać na Starym Kontynencie jeszcze długo. Jeśli inflacja podniesie się z obecnego poziomu -0,3 proc., a stopy procentowe pozostaną bez zmian, wówczas realne stopy pogłębią swoje ujemne wartości. O rosnącym potencjale wzrostu cen złota świadczy też prognozowana poprawa na rynku jubilerskim w tym roku.

– Najsłabszy od 2009 roku popyt jubilerski na złoto powinien ulec poprawie w 2021 roku. Głównie oczekujemy odrodzenia się rynku indyjskiego oraz chińskiego, które uległy załamaniu podczas pandemii koronawirusa – mówi Łukasz Zembik, kierownik departamentu analiz w TMS Brokers.

Ponadto należy pamiętać, że aprecjacja kursu USD wytworzyła presję na cenę kruszców. Osłabienie się indeksu dolarowego daje więc lekki oddech surowcom notowanym w USD. Ze wsparcia korzysta m.in. miedź.

Cena miedzi blisko szczytów

Cena kontraktów na miedź zbliża się do psychologicznej granicy 8000 USD za tonę. Po przerwie świąteczno-noworocznej miedź wykazuje apetyt na dalsze wzrosty.

Kluczowy dla notowań czerwonego metalu będzie w najbliższych dniach kurs dolara, a ten zależeć będzie bezpośrednio od rozstrzygnięcia wyborów do amerykańskiego Senatu.

– W przypadku zwycięstwa dwóch kandydatów republikańskich w Kongresie zachowany zostanie status quo, a dolar pozostanie w trendzie spadkowym z zachowaniem dotychczasowej dynamiki. Jeśli jednak Senat zostanie de facto przejęty przez Demokratów, będziemy mieli do czynienia ze swobodną realizacją ekspansywnej polityki fiskalnej Bidena, co z pewnością nie pomoże USD. W takiej sytuacji amerykańska waluta znajdzie się pod silną presją, co przełoży się na wzrost notowań aktywów wycenianych w USD. Z takiej okazji najprawdopodobniej skorzystają inwestorzy na rynku miedzi, która znalazła się w dobrej sytuacji z perspektywy otoczenia – ocenia Maciej Madej, analityk TMS Brokers.

Metal, który jest wykorzystywany przy produkcji kabli oraz podzespołów do urządzeń elektrycznych, z pewnością spotka się z dużym zainteresowaniem w momencie transformacji energetycznej, której świadkami będziemy w najbliższych latach.

Ropa zyskuje po plotkach z OPEC+

Ropa naftowa zakończyła rok 2020 na sporym minusie. Pomimo kwietniowego dołka, kurs wspiął się w górę blisko 650 proc. Mimo tego – rok zamknął się na tym rynku około 22 proc. pod kreską. Na początku 2021 r. kurs ropy naftowej rośnie o 3,6 proc. – agencje prasowe doniosły o tym, że kraje OPEC+  zdecydowały, żeby Kazachstan i Rosja podniosły w lutym dzienną produkcję w sumie o 75 tys. baryłek dziennie. Aby zredukować światową podaż, Arabia Saudyjska postanowiła produkować o 1 mln mniej baryłek dziennie w lutym oraz marcu. Oznacza to dość dużą redukcję globalnej wydobycia czarnego złota. Rynek zareagował pozytywnie, a kurs ropy Brent rośnie o  ponad 6,5 proc.

Tło dla poniedziałkowo-wtorkowych ustaleń  OPEC+ stanowi burzliwe, grudniowe posiedzenie, podczas którego zdecydowano się dać możliwość zwiększania wydobycia, przy jednoczesnym uzgodnieniu warunków monitorowania rynku, aby nie doprowadzić do dużej nadpodaży surowca.

Rozpoczęcie procesu szczepień dało duży oddech inwestującym na rynku ropy naftowej, gdyż wraz z postępującym procesem, rośnie szansa na luzowanie obostrzeń i większą mobilność społeczeństwa. Dużym ciosem dla producentów ropy naftowej są ograniczenia w ruchu lotniczym, które przekładają się na mniejsze zapotrzebowanie na paliwa. Niestety szczepienia w większości krajów przebiegają wolniej od początkowych założeń, jednak rynek wyraźnie stara się ignorować tę informację.

– Zbyt szybkie rozluźnienie restrykcji wydobycia spowoduje spadki cen. Zbyt ostrożne podejście może skutkować dalszymi wzrostami notowań surowca, a w konsekwencji może dojść do rozłamu i wzrostu produkcji na rynku amerykańskim. Zakładamy, że cena ropy w pierwszych 6 miesiącach roku powinna znajdować się pod presją, zaś druga połowa roku może przynieść stabilizację na wyższych poziomach, nawet ok. 60 USD/oz, co przełoży się na ceny paliwa – mówi Łukasz Zembik, kierownik departamentu analiz w TMS Brokers.

Waluty

Szczepionkowa euforia przemawia za bardzo korzystnymi warunkami dla rynków wschodzących na starcie nowego roku. Złoty jest tani na tle historycznej wyceny, a poprawa perspektyw gospodarczych w oparciu o spadek ryzyk związanych z pandemią i prowzrostową politykę fiskalną i monetarną oraz większa skłonność inwestorów do ryzyka powinny pozwolić na umocnienie złotego na przestrzeni roku.

– Solidna nadwyżka na rachunku obrotów bieżących będzie pozytywnym wyróżnikiem wysoce cenionym na rynkach globalnych w 2021 r. Oczekujemy, że czynniki globalne będą w większym stopniu determinowały kierunek dla złotego. Pomagać będzie kontynuacja trendu osłabienia dolara na rynkach światowych, który posiadając status bezpiecznej przystani, będzie mniej atrakcyjny w dobie rosnącego apetytu na ryzyko. Na koniec 2021 r. oczekujemy spadku EUR/PLN do 4,32, USD/PLN do 3,40 i CHF/PLN do 3,86. – mówi Konrad Białas, główny ekonomista TMS Brokers.

Zdaniem eksperta przyszły rok zapowiada się bez premii za ryzyko rozpadu strefy euro. Uzgodniony w lipcu Fundusz Naprawczy z jednej strony oddala obawy o finansowanie odbudowy po pandemii, ale przede wszystkim dowodzi współpracy państw członkowskich, kiedy tego najbardziej potrzeba.

– Wszelkie zagrożenia dla wypłacalności są niwelowane przez potężny program PEPP, ograniczając negatywną presję na walutę. EUR powinno się umacniać i EBC nie bardzo może temu przeciwdziałać. Dalsze cięcia stóp procentowych są poza dyskusją, samo QE jest za słabym narzędziem, by zahamować aprecjację – ocenia Białas.

Dolar traci na atrakcyjności

Analitycy są zgodni, że bardziej optymistyczne zapatrywanie się na 2021 rok powinno skutkować dalszym wychodzeniem z defensywnych pozycji w USD i kierowaniem pieniędzy na rynki z potencjałem szybszego wzrostu.

– Opracowanie i dystrybucja szczepionek to silny sygnał pobudzający apetyt na ryzyko, gdyż opanowanie pandemii COVID-19 implikuje trwałość ożywienia, odbicie oczekiwań inflacyjnych i spadek realnych stóp procentowych głębiej poniżej zera. To zjawisko będzie szczególnie szkodliwe dla dolara, gdyż USA oferuje największy rynek papierów dłużnych, a zatem tam powinna się pojawić największa potrzeba realokacji na bardziej perspektywiczne rynki. Przy deklaracji Fed, że podwyżka stóp procentowych nie nastąpi co najmniej do końca 2023 r., rynek dolara długo nie odzyska atrakcyjności odsetkowej – ocenia główny ekonomista TMS Brokers.

Odbicie gospodarcze w strefie euro oraz wyciszenie ryzyk brexitu tworzą argumenty za malejącym apetytem na bezpieczne przystanie i osłabieniem CHF. Dla przeciwwagi, kontynuowana ekspansja monetarna EBC w postaci skupu aktywów w ramach PEPP (co najmniej 750 mld EUR w latach 2021-2022) będzie podtrzymywać negatywną presję na EUR/CHF (główny kanał oceny perspektyw franka). Ponadto nadwyżka handlowa na poziomie ok. 9 proc. PKB pozostanie siłą wspierającą pozytywny trend CHF w długim terminie.

– Nasze prognozy zakładają powolne tempo wzrostu EUR/CHF i dopiero w drugiej połowie 2021 r. zakładamy, że przyspieszenie globalnego wzrostu będzie stopniowo zdejmować presję aprecjacyjną z franka. Na koniec 2021 r. oczekujemy spadku EUR/PLN do 4,32, USD/PLN do 3,40 i CHF/PLN do 3,86 – mówi Białas.

Wynik w Georgii ważniejszy niż szturm Kapitolu

Smutny dzień dla demokracji w związku z protestami w Waszyngtonie i próbami przerwania procesu zatwierdzenia wyniku wyborów prezydenckich. Po rynkach nie widać jednak oznak paniki, co najprawdopodobniej podkreśla poziom odrętwienia inwestorów na to, co przyniosła ze sobą prezydentura Trumpa. Bez straty czasu na rozpamiętywanie przeszłości rynki skupiają się na zapowiedzi błękitnej fali w USA.

Wybory uzupełniające do Senatu wyłoniły dwóch zwycięzców z ramienia Partii Demokratycznej. Prezydent Joe Biden już miał za sobą Izbę Reprezentantów, a teraz podział miejsc między Demokratami I Republikanami w Senacie 50:50 oznacza, że w przypadku remisu decydujący głos będzie należeć do przyszłej wiceprezydent Kamali Harris. Implikacje polityczne takiego rozwoju wypadku są szerokie. Z perspektywy rynków kluczowe są plany stymulacji fiskalnej. Nie powinno być już przeszkód dla podwyższenia wartości czeków dla Amerykanów do 2 tys. dolarów, ale może to być dopiero wstęp dla nowego pakietu pomocowego, który był już w planach Demokratów, ale był blokowany przez republikańską większość w Senacie. W grę wchodzi też nowy plan inwestycji infrastrukturalnych. Bardziej ekspansywna polityka oznacza wzmocnienie ożywienia gospodarczego, ale też napędzanie inflacji. Netto jest to negatywny mix dla dolara. Biorąc pod uwagę, że Fed nie spieszy się do normalizacji polityki monetarnej i jeszcze przez kilka lat zamierza utrzymywać akomodacyjne warunki (w tym dopuszczać na okresowe przestrzelenie celu inflacyjnego), tempo inflacji będzie przewyższać wzrost rentowności obligacji skarbowych (reakcja na powiększanie zadłużenia). Będące motywem przewodnim dla rynku walutowego w 2021 r. realne stopy procentowe pozostaną ujemne, podczas gdy globalny wzrost gospodarczy będzie się wzmacniał. Powstaną warunki idealne dla wzrostu apetytu na ryzyko, napływu kapitału na rynki wschodzące, wzrost cen surowców. Wszystko finansowane tanim dolarem pompowanym w system finansowy.

We wtorek wspominałem o ryzyku dla rynku akcji z tytułu wygranej Demokratów w wyborach do Senatu. Błękitna fala otwiera furtkę dla wyższych podatków dla przedsiębiorstw i zaostrzenie regulacji wobec największych koncernów uzyskujących dominację na swoich polach. Wczorajszy spadek technologicznego Nasdaq potwierdził te obawy, ale jak zaznaczałem, korekta powinna być przejściowa. W końcowym rozrachunku wygra świadomość ekspansji fiskalnej z pomocą ultra-luźnej polityki Fed. Fakt, że inwestorzy nie pociągnęli korekty głębiej, sugeruje, że chęć do powiększania pozycji ryzykownych jest silna i nie stwarza dużych okazji do cofnięcia. Wygląda na to, że rynek tylko czeka na wyciszenie czynników ryzyka, aby śmielej wskoczyć na nową falę rajdu ryzykownych aktywów. Wybory w Georgii już za nami, wydarzenia w Kapitolu przeszły łagodnie, ale zostaje jeszcze jutrzejszy raport z rynku pracy USA. Silne rozczarowanie w raporcie ADP wczoraj (-123 tys., prog. 75 tys.) tworzy potencjał dla wstrząsu, nawet jeśli obawy o tempo ożywienia będą do przykrycia nadziejami na fiskalne wsparcie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Można już składać wnioski o dodatek mieszkaniowy z dopłatą

Dodatek mieszkaniowy z dopłatą z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 to nawet 1500 zł miesięcznie. Mogą na nią liczyć wyłącznie najemcy, także wolnorynkowi, których dochód spadł drastycznie z powodu pandemii koronawirusa.

Najpewniej każdy słyszał o dodatku mieszkaniowym, o który mogą ubiegać się zarówno właściciele mieszkań i domów, jak i najemcy. Natomiast dopłata jest nowością, którą rząd zaadresował wyłącznie do najemców i podnajemców – zarówno zamieszkujących w budynkach komunalnych, jak i tych, którzy najmują mieszkania lub pokoje na zasadach rynkowych.

Wnioski do gminy o dodatek mieszkaniowy z dopłatą można składać od 5 stycznia do końca marca 2021 r. na podstawie opublikowanej dzień wcześniej w Dzienniku Ustaw ustawy „o zmianie niektórych ustaw wspierających rozwój mieszkalnictwa”.

Żeby uzyskać dodatek mieszkaniowy trzeba spełnić dość surowe kryteria dotyczące dochodu oraz powierzchni mieszkania. Np. średni dochód z ostatnich trzech miesięcy nie może zbytnio przekraczać 1500 zł na osobę, a w przypadku jednoosobowych gospodarstw domowych – 2100 zł. W kwestii dopłaty z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 dochodzą dodatkowe wymagania. M.in. należy wykazać, że było się najemcą lub podnajemcą przed 14 marca 2020 r. (ewentualnie po tej dacie zamieniło na inny lokal), a dochód nie tylko uprawnia do dodatku mieszkaniowego, ale jest też co najmniej o 25% niższy od osiągniętego w 2019 r.

Dodatek mieszkaniowego z dopłatą pokryje maksymalnie 75% miesięcznego czynszu, jednak wysokość tego typu wsparcia nie przekroczy 1500 zł. Żeby tyle dostać, miesięczny czynsz musiałby wynieść 2000 zł.gus-dodatki-mieszkaniowe-przecietny-dodatek

Ministerstwo Rozwoju deklaruje, że zarówno dodatek mieszkaniowy, jak i dopłata będą mogły być przyznane „nie tylko na pokrycie opłat przyszłych, ale i za okres ubiegły, nie wcześniejszy jednak niż od 1 marca 2020 r.” Ponadto dodatek z dopłatą „mógłby zostać przeznaczony na uregulowanie zaległości czynszowych z poprzednich miesięcy”.
Resort szacuje, że mieszkania na rynku prywatnym i w towarzystwach budownictwa społecznego najmuje od 600 tys. do 900 tys. osób.gus-dodatki-mieszkaniowe-liczba-wyplaconych

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

Budowa II linii warszawskiego metra – podsumowanie działań w 2020 roku

Budowa II linii warszawskiego metra nie zwalnia tempa. W 2020 roku uruchomiono stacje: Płocka, Młynów i Księcia Janusza. Tarcze TBM drążyły kolejne metry tuneli. Powstawały korpusy stacji oraz wyjścia. Co warto wiedzieć o postępach prac przy budowie II linii metra w mijającym roku? Wskazuje Marcin Przepiórka, Wicedyrektor, obszar infrastruktury transportowej ILF Consulting Engineers Polska.

Kontynuacja prac

W 2020 roku kontynuowane były prace budowlane oraz projektowe kolejnych odcinków II linii stołecznego metra. Powstawały główne korpusy stacji, wyjścia, szyby windowe oraz ściany peronów pasażerskich. Rozpoczęte zostały także pierwsze prace instalacyjne ze szczególnym naciskiem na instalacje prowadzone w elementach żelbetowych. Tworzone były również ostateczne projekty układów torowych, sieci trakcyjnej oraz sterowania ruchem pociągów – szczególnie istotne z punktu widzenia bezpieczeństwa ruchu oraz późniejszej eksploatacji metra. Wszystkie systemy opracowane są zgodnie z ideą utrzymania jak najwyższej niezawodności jednego z najważniejszych elementów miejskiej infrastruktury transportowej, jakim jest metro.

Na początku kwietnia 2020 roku otworzono nowe przystanki II linii metra: Płocka, Młynów, Księcia Janusza. Wydłużyły one sieć warszawskiego metra o kolejne kilometry. Są to ważne punkty na komunikacyjnej mapie Warszawy. Dzięki nim M2 liczy już ponad 13 km długości i łączy dzielnice – Pragę oraz Wolę.

W grudniu 2020 roku złożony został wniosek o pozwolenie na budowę dla ostatniego zachodniego odcinka II linii metra, od stacji Powstańców Śląskich do stacji Połczyńska, który obejmuje również – bardzo ważną z uwagi na funkcjonowanie pociągów – Stację Techniczno-Postojową Mory (w skrócie STP Mory). Jest ona niezbędna do sprawnej obsługi rozbudowywanej linii. Wynika to głównie z tego, że wraz z rozbudową drugiej linii metra zwiększa się liczba składów koniecznych do jej prawidłowego funkcjonowania

Po pozyskaniu pozwolenia na budowę będziemy mieli komplet dokumentów formalnych otwierający ostatnią prostą do zakończenia działań związanych z II linią metra. Plan budowy był od samego początku przekorny względem samego pikietażu (kilometrażu) tej linii metra, ponieważ ostatni pod względem czasowym odcinek jest w zasadzie pierwszym biorąc pod uwagę ten techniczny szczegół – wskazuje Marcin Przepiórka, Wicedyrektor, obszar infrastruktury transportowej ILF Consulting Engineers Polska. Firma ILF Polska była odpowiedzialna za przygotowanie niezbędnych dokumentów oraz projektów­ – dodaje.

Ważnym wydarzeniem w 2020 roku była również 25. rocznica uruchomienia metra w Warszawie. To właśnie w 1995 roku linią M1 ruszyły pierwsze pociągi.

Ruszyły tarcze Anna, Maria, Krystyna i Elisabetta

Drążenie tarczami TBM na budowie odcinka wschodniego-północnego II linii rozpoczęło się na początku maja 2020 roku, a sam termin był podyktowany sytuacją związaną z pandemią koronawirusa. Wykonawca przed rozpoczęciem drążenia musiał mieć pewność, że zachowana będzie ciągłość pracy TBM. Kluczowe znaczenie miało nie tylko zapewnienie niezakłóconych dostaw materiałów, ale przede wszystkim nieprzerwanej (np. zakażeniem lub kwarantanną) dostępności zespołów drążących tarczami TBM, w których skład wchodzą specjaliści o niepowtarzalnych kompetencjach.

Rozpoczęcie prac TBM zaliczane jest zawsze do przełomowych momentów podczas budowy metra. Jest ono celebrowane przez wykonawców oraz najważniejsze osoby w mieście związane z budową. Niestety w tym roku te wydarzenia nie mogły się odbyć ze względów bezpieczeństwa i obostrzeń sanitarnych wprowadzonych w związku z ograniczeniem rozprzestrzeniania się wirusa SARS CoV 2 – wskazuje Marcin Przepiórka, Wicedyrektor, obszar infrastruktury transportowej ILF Consulting Engineers Polska.

W listopadzie 2020 roku na odcinku zachodnim tarcza Krystyna zakończyła jako pierwsza swoją pracę. Wydrążyła około kilometra tunelu. Dzięki niej Wola i Bemowo zostały połączone pierwszym tunelem. Tuż przed świętami swoją pracę zakończyła równolegle pracująca tarcza Elisabetta, przebijając się do szybu wydobywczego przy stacji Ks. Janusza. Tym samym oba tunele najkrótszego odcinka całej II linii metra (Powstańców Śląskich – Ulrychów – Ks. Janusza) zostały wydrążone.

Pomimo obostrzeń i przypadków koronawirusa w zespołach realizujących te dwa odcinki metra, rok 2020 udało się zakończyć z zadowalającym postępem prac.

2021 rok – czego możemy się spodziewać?

W pierwszym kwartale br. – zgodnie z aktualnymi planami – dwie tarcze TBM: Maria i Anna zakończą prace na odcinku Bródnowskim – nastąpi przebicie się do komory demontażowej za stacją Trocka. Dalsze prace będą skupiały się na wyposażeniu stacji, budowie torów i wszystkich instalacji towarzyszących.

W 2021 roku planowane jest również rozpoczęcie budowy kolejnego etapu zachodniego odcinka II linii metra. Przebiegać on będzie przez Bemowo w stronę STP Mory. Aktualnie zespoły zaangażowane w ten temat skoncentrowane są na pozyskaniu niezbędnych decyzji i pozwoleń oraz planowaniu przebiegu i etapowania całej inwestycji.

Po zakończeniu prac tego odcinka oddana do użytkowania zostanie już cała II linia metra i będzie z niej mogło korzystać nawet milion pasażerów. Co ciekawe, do tej pory z linii M2 codziennie korzystało około 215 tys. pasażerów, a z I linii metra ponad 550 tys. – wynika z informacji podanych przez Metro Warszawskie Sp. z o.o.

Warto również wspomnieć o kolejnym etapie rozwoju metra w Warszawie – planowana jest budowa III linii. W 2020 roku postępowały prace przy tworzeniu studium technicznego dla pierwszego etapu tej inwestycji, tj. fragmentu na Pradze-Południe, które pozwoli na podjęcie kolejnych działań związanych z budową III linii metra. Obecnie analizowane w studium warianty obejmują poprowadzenie III linii metra na odcinku od – istniejącej i przygotowanej na rozbudowę – stacji Stadion Narodowy (stacja wspólna dla II i III linii metra) w kierunku Gocławia.

Toyota liderem polskiego rynku motoryzacyjnego w 2020 roku

Rok 2020 Toyota zakończyła na pozycji zdecydowanego lidera polskiego rynku motoryzacyjnego. W ciągu całego roku marka zarejestrowała 64 364 samochody osobowe i dostawcze. To o ponad 7 600 aut więcej od marki zajmującej drugie miejsce. Do sukcesu przyczynił się awans na pierwsze miejsce w segmencie aut osobowych i 60-procentowy wzrost rejestracji samochodów dostawczych marki.

Toyota najpopularniejszą marką w Polsce

Toyota zajęła w 2020 roku pierwsze miejsce w zestawieniu najczęściej wybieranych marek na polskim rynku samochodów osobowych i dostawczych. Marka zwiększyła swój udział w rynku z 10,3% w 2019 roku do 13,2% w roku ubiegłym.

Pomimo bardzo trudnych 12 miesięcy, które upłynęły pod znakiem pandemii koronawirusa i poważnych zaburzeń w sprzedaży aut, Toyota utrzymała w 2020 roku poziom rejestracji samochodów z roku 2019. Wynik 64 364 aut jest tylko o 0,46% mniejszy od poziomu z poprzedzającego roku. W tym samym czasie sprzedaż wszystkich samochodów w kraju zmniejszyła się o niecałe 22%. Do końcowego rezultatu przyczynił się bardzo dobry grudzień, w którym Toyota dostarczyła klientom 7 495 samochodów, o 14% więcej niż rok wcześniej.

Świetne wyniki Toyoty w Polsce przyczyniły się do bardzo dobrego poziomu sprzedaży w całym regionie Europy Środkowej. Grupa Toyota Central Europe (Polska, Czechy, Węgry i Słowacja) dostarczyła klientom w 2020 roku 101 566 aut. Jest to drugi najlepszy wynik przedstawicielstwa Toyoty w Europie.

Toyota na pierwszym miejscu na rynku aut osobowych

Na rynku samochodów osobowych Toyota również zajęła pierwsze miejsce. Wynik 61 331 rejestracji odpowiada za 14,3% udziału w rynku. Do tego sukcesu w ogromnym stopniu przyczyniła się zarówno niesłabnąca popularność Corolli i Yarisa, jak i dominująca pozycja RAV4 i Toyoty C-HR w segmencie SUV.

Najczęściej rejestrowanym samochodem Toyoty jest Corolla (17 508 egz.), która zajmuje drugie miejsce na polskim rynku oraz drugie w segmencie C. Pozycję najpopularniejszego modelu marki Corolla utrzymuje od 2019 roku, kiedy zadebiutowała 12. generacja. Tuż za nią, na trzecim miejscu znalazł się Yaris (15 378 egz.) – lider segmentu B, który zanotował o 1309 egzemplarzy więcej niż rok wcześniej. Yaris jest także samochodem najchętniej wybieranym przez klientów prywatnych (7 967 egz.).

W pierwszej dziesiątce znalazły się również RAV4 (9 587 egz.) i Toyota C-HR (8 271 egz.), czyli dwa najpopularniejsze SUV-y w kraju. Pozycję lidera segmentu A wzmocniła Toyota AYGO (4 819 egz.) z 43-procentowym udziałem w swoim segmencie.

Toyota liderem wzrostów rejestracji aut dostawczych

Choć rynek samochodów dostawczych zmniejszył się w ubiegłym roku o 14,65%, Toyota zwiększyła poziom rejestracji aut użytkowych o rekordowe 60,8%. Marka awansowała tym samym na 8. miejsce z wynikiem 3 034 aut, a jej udział w rynku wzrósł do 5,09%. Systematycznie rozbudowywana gama modeli, coraz bogatsza oferta pod względem wyposażenia, akcesoriów i zabudowy oraz rozwój sieci salonów Toyota Professional sprawiają, że Toyota zyskuje coraz mocniejszą pozycję w klasie samochodów użytkowych.

Brexit a firmy inwestycyjne

Festina lente. Czyli spiesz się powoli, a teraz – w sumie – spiesz się natychmiast!

Koniec roku 2020 upłynął nie tylko pod znakiem pandemii, liczę, że zmierzającej powoli ku końcowi, ale również wchodzącego w swoją docelową fazę Brexitu. Koniec starego roku oznacza upływ okresu przejściowego przewidzianego w umowie o wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej (Brexit). Okres ten nie zmienił się na skutek wynegocjowanej w zeszłym tygodniu, a jeszcze nieratyfikowanej, umowy o handlu i współpracy między UE a Wielką Brytanią (UK-EU Trade and Cooperation Agreement). Sami Rząd JKM nie chciał jego przedłużenia. Okres przejściowy skończył się dokładnie w sylwestra, 31 grudnia 2020 r.

Co to oznacza dla brytyjskich firm inwestycyjnych działających w Polsce?

Oznacza to, że do 31 grudnia 2020 r., czyli do końca starego roku, ważne były jeszcze dotychczasowe paszporty udzielone brytyjskim firmom inwestycyjnym w ramach mechanizmu paszportyzacji. W dużym uproszczeniu paszporty te umożliwiały podjęcie działalności transgranicznej, m. in. w Polsce, na jednolitych w całej Unii zasadach (w ramach uproszczonej ścieżki powiadomień paszportowych). Po 31 grudnia 2020 r., a więc począwszy od 1 stycznia 2021 r. dotychczas udzielone paszporty utraciły ważność. Wielka Brytania jest obecnie traktowana jako państwo trzecie. Oznacza to utratę przez brytyjskie firmy inwestycyjne statusu zagranicznej firmy inwestycyjnej, uprawnionej do prowadzenia działalności maklerskiej w Polsce bezoddziałowo, lub w formie oddziału. Pojęcie to było zarezerwowane dla firm inwestycyjnych z innych niż Wielka Brytania państwa członkowskich. Wielka Brytania po dniu 31 grudnia 2020 r. nie jest już traktowana jako państwo członkowskie.

Trzeba odnotować, że Komisja Nadzoru Finansowego konsekwentnie informowała branżę o ryzyku związanym z Brexitem, w tym zwłaszcza Brexitem bezumownym, w swoich komunikatach (m. in. z 18 sierpnia i 4 grudnia 2020 r.). Część podmiotów liczyła jednak, w sumie wcale niebezpodstawnie, na wydłużenie okresu przejściowego na poziomie UE-UK, względnie na przyjęcie przepisów „pomostowych” przez polskiego ustawodawcę. Takie przepisy się jednak nie pojawiły i raczej się nie pojawią, tymczasem, aby mogły cokolwiek zdziałać w sprawie, powinny już dawno zostać opublikowane w Dzienniku Ustaw. Tak się nie stało.

Wiele podmiotów, jeszcze w trakcie okresu przejściowego, nie czekając na jego przedłużenie, dokonało tzw. „przepięcia”. Działalność na rynku polskim została niejako „przerzucona” z dotychczas uprawnionej spółki brytyjskiej do spółki z grupy z innego państwa członkowskiego posiadającej odpowiedni paszport (np. spółki niemieckiej, holenderskiej, czy irlandzkiej posiadającej status zagranicznej firmy inwestycyjnej uprawnionej). Jeśli taka spółka nie posiadała odpowiedniego paszportu, o taki paszport w tym czasie wystąpiła.

W obecnej sytuacji możliwy jest jeszcze inny scenariusz – podjęcie działalności w formie oddziału tyle że już nie zagranicznej firmy inwestycyjnej, ale zagranicznej osoby prawnej, czyli w trybie art. 115 ustawy o obrocie instrumentami finansowymi. Tu już nie mamy jednak do czynienia z mechanizmem „paszportyzacji”, ale formalnym postępowaniem licencyjnym. By prowadzić w tej formie działalność maklerską w Polsce konieczne jest stosowne zezwolenie Komisji Nadzoru Finansowego, udzielone na podstawie odpowiedniego wniosku zagranicznej osoby prawnej, czyli w tym przypadku brytyjskiej firmy inwestycyjnej. Stosowny wniosek jest znacznie bardziej kompleksowy niż powiadomienie paszportowe, a procedura znacznie bardziej skomplikowana i co za tym idzie – bardziej czasochłonna.

Otwarte pozostaje pytanie, co powinni zrobić ci, którzy w sumie w dobrej wierze liczyli jednak na rozwiązanie na poziomie UE-UK, albo polskie przepisy „pomostowe”. Moim zdaniem powinni podjąć jak najszybciej, o ile to możliwe, odpowiednie działania na poziomie grupy tak, aby – ujmując rzecz kolokwialnie – przepiąć działalność w Polsce pod uprawnioną spółkę z innego państwa członkowskiego. A jeśli taka spółka paszportu nie posiada – niezwłocznie złożyć powiadomienie paszportowe w macierzystym organie nadzoru. Jeżeli takiej możliwości nie ma pozostaje nam wniosek do KNF o udzielenie zezwolenia na prowadzenie działalności maklerskiej przez zagraniczną osobę prawną. Dla tych, którzy dysponują odpowiednimi zasobami i czasem możliwy jest jeszcze jeden wariant – utworzenie polskiej spółki zależnej i wniosek do KNF o zezwolenie na prowadzenie działalności maklerskiej. Jest to jednak wariant potencjalnie najbardziej kosztowny i czasochłonny, który z przyczyn biznesowych wielu odrzuci a priori (np. z uwagi na niewspółmierność rozmiaru polskiego biznesu do potencjalnych jego kosztów).

W każdym razie w obecnej sytuacji, w mojej ocenie, nie ma co już dłużej czekać. Czekanie na rozwiązanie „pomostowe” na poziomie unijnym (przedłużenie okresu przejściowego) lub krajowym (przyjęcie przepisów „pomostowych”) może sprawdzić nas na manowce. Dalsze czekanie nie zmieni też faktu, że z dniem 1 stycznia 2021 r. nie jest już możliwe dalsze prowadzenie działalności przez brytyjskie firmy inwestycyjne w obecnej formie, czyli w oparciu o paszport. Co prawda więc stara sentencja powiada, aby spieszyć się powoli, ale tu nie ma na co czekać. Ci, którzy nie podjęli żadnych kroków powinni podjąć je bezzwłocznie tak, aby móc kontynuować swoją działalność w Polsce.

Piotr Żelek, Radca prawny, Kancelaria Sadkowski i Wspólnicy

Przedłużony lockdown w Niemczech to zwiastun kolejnych komplikacji gospodarczych

Niemcy przedłużają lockdown do 31 stycznia i wprowadzają kolejne restrykcje. Dla Pomorza Zachodniego i całej polskiej gospodarki to bardzo zła wiadomość zwiastująca, że spodziewane szybkie pożegnanie się z pandemią koronawirusa nie jest możliwe. Obecnie konsekwencje niemieckiego lockdownu są bardzo silnie odczuwane przez pracowników transgranicznych, ale i takie sektory jak transport i turystyka. – Wiadomość o dalszym lockdownie w Niemczech nie jest zaskoczeniem jeżeli spojrzymy na dobowe rekordy zakażeń oraz ogromne liczby zgonów. To niestety zwiastun, że w styczniu nie możemy spodziewać się w Europie poluzowania restrykcji. Przedsiębiorcy działający na polsko-niemieckim pograniczu bardzo źle reagują na wiadomości o dalszych utrudnieniach. Niemcy są naszym strategicznym partnerem gospodarczym – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Prezes Hanna Mojsiuk: „Przedłużenie lockdownu to dla Pomorza Zachodniego bardzo zła wiadomość”

Niemieckie przedłużenie lockdownu zostało ogłoszone we wtorkowy wieczór, choć prasa już w poniedziałek informowała, że przedłużenie restrykcji, a nawet ich zaostrzenie jest bardziej niż prawdopodobne. Szkoły pozostają do końca stycznia, a osoby z jednego gospodarstwa domowego spotykać się mogą tylko z jedną osobą z innego gospodarstwa. Ograniczona jest także mobilność mieszkańców w powiatach w których występuje największa liczba zakażeń.

– Dla Pomorza Zachodniego to jest zła wiadomość. Niemcy są naszym silnym partnerem gospodarczym, od lat pielęgnowaliśmy dobre relacje gospodarcze w takich branżach jak przemysł, transport, handel czy turystyka. Widzimy, że wszystkie te sektory bardzo tracą. Jako Północna Izba Gospodarcza często odbieramy sygnały od firm transportowych, że znacząco zmieniła się np. ilość kursów pomiędzy Szczecinem, a Berlinem. Zachodniopomorski pas nadmorski bardzo cierpi z powodu braku turystów z Niemiec, byli oni bardzo obecni w naszych hotelach jesienią i zimą.  Pozytywną informacją jest fakt rozpoczęcia masowych szczepień. Szybkość tego procesu będzie determinowała zarówno stabilizację nastroju społecznego jak i odmrażanie gospodarki i odporność przedsiębiorców na negatywne skutki przedłużającego się  lockdownu – mówi Prezes Hanna Mojsiuk.

– Trzy tygodnie temu mówiłem, że niemiecki lockdown to poważne konsekwencje dla polskiej i regionalnej gospodarki, a teraz mogę powiedzieć, że to bardzo poważne konsekwencje. Zerwane łańcuchy dostaw, utrudnione relacje, coraz więcej niepewności wśród pracowników, którzy pracują na pograniczu. Dalszy lockdown to także bardzo silny cios dla zachodniopomorskiej turystyki. Argumenty rządu niemieckiego należy przyjąć ze zrozumieniem, bo sytuacja jest poważna. W tym momencie wszyscy zadają sobie pytanie czy miesiąc luty będzie czasem, kiedy gospodarka niemiecka wróci do normy? Przedsiębiorcy zdają się tracić cierpliwość i mam wrażenie, że nie wynika to z braku pomocy ze strony Rządu, a po prostu pewnej apatii i chęci powrotu do normalności – mówi Jarosław Tarczyński, Wiceprezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Ekspert: „Przedłużenie lockdownu w Niemczech jest zwiastunem przedłużenia obostrzeń także w Polsce”

Eksperci Północnej Izby Gospodarczej wskazują, że informacja o przedłużeniu niemieckiego lockdownu do końca miesiąca już na początku roku jest zwiastunem, że w Europie nie należy spodziewać się odmrożenia restrykcji, wręcz przeciwnie. – Pragmatyzm nakazuje spodziewać się, że skoro jedna z najbardziej rozpędzonych maszyn gospodarczych świata, czyli Niemcy, będą wstrzymywać się na kolejne miesiące to podobnie może być z innymi krajami, także Polską. Spodziewam się, że restrykcje w naszym kraju zostaną przedłużone na kolejne tygodnie, a to fatalna wiadomość dla przedsiębiorców, którzy dotkliwie odczuwają każdy kolejny tydzień lockdownu. Ważne jest, by szybko uruchomione zostały środki pomocowe dla przedsiębiorców z Polski. W tym przypadku na pewno możemy brać przykład z Niemiec – mówi Filip Kiżuk, doradca gospodarczy z Centrum Kiżuk & Michalska.

W tym tygodniu dowiedzieliśmy się także o kolejnych obostrzeniach w Wielkiej Brytanii. Lockdown trwa właściwie w całej Europie.

Bartosz Sawicki przechodzi do Cinkciarz.pl

W styczniu 2021 r. Bartosz Sawicki zaczął pracę w fintechu Cinkciarz.pl. Objął stanowisko analityka rynków finansowych. Bartosz Sawicki to analityk rynków finansowych z kilkunastoletnim doświadczeniem, wielokrotnie nagradzany przez międzynarodowe agencje prasowe oraz największe polskie tytuły medialne. Jego misją jest tłumaczenie zawiłości świata walut i surowców w sposób przystępny i użyteczny dla odbiorców.

Poprzednio kierował departamentem analiz Domu Maklerskiego TMS Brokers, z którym był związany od 2011 roku. Studiował Finanse Międzynarodowe i Międzynarodowe Zarządzanie Finansowe w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Jak zmieni się „mieszkaniówka” w 2021 roku?

Rok 2021 przyniesie wiele zmian dotyczących rynku nieruchomości i branży mieszkaniowej. Postanowiliśmy wymienić najważniejsze takie zmiany.

Wszystko wskazuje na to, że 2021 rok będzie bardzo ciekawy dla branży mieszkaniowej. Mówiąc „ciekawy” nie mamy na myśli wyłącznie pozytywnych aspektów. Można się bowiem spodziewać, że epidemia koronawirusa w dalszym ciągu będzie wywierać negatywny wpływ na popyt. Chodzi przede wszystkim o pierwszą połowę roku. Znaczenie epidemicznego czynnika w kontekście obrotu nieruchomościami z całych 12 miesięcy (styczeń – grudzień 2021 roku), na razie jest niewiadomą. Bardzo wiele zależy bowiem od scenariuszy rozwoju pandemii. Pewność mamy natomiast w stosunku do niektórych zmian prawnych. Warto je przedstawić i krótko opisać. Taka pobieżna analiza najciekawszych zmian, które przyniesie 2021 rok w branży nieruchomości, może zainteresować nie tylko osoby zawodowo z nią związane. Planowane zmiany wpłyną bowiem na sytuację statystycznego Kowalskiego.

Nasz artykuł w dużym skrócie:

  • Wiemy już, że 2021 rok przyniesie zmiany wynikające m.in. z wprowadzenia dwóch pakietów mieszkaniowych (społecznego i komercyjnego)
  • Inne ważne zmiany będą dotyczyły bardziej restrykcyjnych kryteriów energochłonności w przypadku nowych inwestycji mieszkaniowych.
  • Rząd zaplanował również ważne zmiany podatkowe dotyczące opodatkowania najmu, spółek nieruchomościowych oraz opłaty deszczowej.

Poniżej opisujemy te zmiany prawne, które przyniesie „mieszkaniówce” 2021 rok.

Najważniejszy będzie społeczny pakiet mieszkaniowy …

Osoby śledzące zmiany w prawie dotyczącym branży nieruchomości mogą wiedzieć, że prace nad jednym z dwóch pakietów mieszkaniowych zostały już ukończone. Mowa o tak zwanym społecznym pakiecie mieszkaniowym. Konkretniej rzecz ujmując, chodzi o ustawę z dnia 10 grudnia 2020 r. o zmianie niektórych ustaw wspierających rozwój mieszkalnictwa. Ten akt prawny w ramach pakietu zmian wprowadza następujące modyfikacje:

  1. rozszerzenie katalogu czynności, na które można otrzymać premię z książeczki mieszkaniowej włączenie towarzystw budownictwa społecznego (TBS) do szerszego systemu społecznych inicjatyw mieszkaniowych i zapewnienie państwowego wsparcia dla nowych SIM-ów
  2. zwiększenie pomocy dla samorządów dotyczącej budowy i remontów mieszkań komunalnych
  3. wprowadzenie specjalnych dodatków mieszkaniowych dla osób poszkodowanych na skutek epidemii i uproszczenie zasad wypłacania zwykłych dodatków mieszkaniowych
  4. uruchomienie systemu dojścia do własności mieszkań z SIM oraz systemu rozliczania partycypacji w TBS-ach
  5. powołanie Rządowego Funduszu Rozwoju Mieszkalnictwa o wartości 1,5 mld zł jako pomocy dla gmin, którym epidemia utrudniła budowę lokali czynszowych

Można oczekiwać, że 2021 rok, a raczej jego pierwsza połowa przyniesie też uchwalenie komercyjnej (rynkowej) części pakietu mieszkaniowego. „Ten kolejny pakiet regulacji przewiduje między innymi możliwość przekazania deweloperom gminnego gruntu pod zabudowę w zamian za mieszkania, wprowadzenie przepisów ułatwiających budowę mieszkań lub domów w ramach kooperatywy (przez kilka albo kilkanaście osób) oraz uregulowanie działalności społecznych agencji najmu” – wymienia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Inwestorzy będą musieli budować bardziej ekologicznie

O innej zmianie, którą zaplanowano na 2021 rok, wiadomo już od dawna. W połowie 2013 r. rząd opracował bowiem rozporządzenie wdrażające unijne normy oszczędności energii w przypadku budynków mieszkalnych. Zgodnie z regulacjami znanymi już od dawna, początek 2021 roku przyniesie spadek granicznych limitów zapotrzebowania na nieodnawialną energię pierwotną potrzebną do ogrzewania, wentylacji i przygotowywania ciepłej wody użytkowej. Korekta tych limitów będzie następująca:

  • obniżka z 95 kWh/mkw. rocznie do 70 kWh/mkw. w przypadku domów jednorodzinnych
  • spadek z 85 kWh/mkw. rocznie do 65 kWh/mkw. dla budynków wielorodzinnych

Zaostrzenie norm dotyczących zapotrzebowania na energię nieodnawialną spowoduje wzrost kosztów budowy domów i lokali o kilka procent. „Rząd wprowadził jednak przepisy przejściowe, zgodnie z którymi niższe normy będą dotyczyły wszystkich postępowań budowlanych rozpoczętych jeszcze przed końcem 2020 r.” – zaznacza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Opłata deszczowa także będzie formą opodatkowania

W kontekście nieruchomościowych zmian prawnych zaplanowanych na 2021 rok, nie sposób pominąć aspektów podatkowych. Jeżeli chodzi o ten obszar, to na pierwszy plan wysuwają się trzy kwestie dotyczące „mieszkaniówki”:

  1. wprowadzenie możliwości rozliczania firmowych przychodów z najmu, dzierżawy i podobnych umów w ramach ryczałtu ewidencjonowanego (z takimi samymi stawkami jak przy najmie prywatnym)
  2. stworzenie definicji spółki nieruchomościowej i zmuszenie spółek nieruchomościowych do pełnienia roli płatnika podatku od udziałów zbywanych przez nierezydentów
  3. planowane rozszerzenie tzw. opłaty deszczowej, czyli opłaty od utraconej naturalnej retencji terenowej, która prawdopodobnie obejmie również mieszkańców bloków i domów

„Jeżeli opłata deszczowa pomimo kontrowersji zostanie faktycznie rozszerzona, to bilans zmian podatkowych zaplanowanych na 2021 rok niestety będzie ujemny dla krajowej mieszkaniówki” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Na słabym złotym zarobi NBP i budżet państwa, stracą oszczędzający

Czy prezes NBP chce obniżyć stopy procentowe, aby osłabić polską walutę? A może chodzi o inne konsekwencje, takie jak wyższe wpływy do budżetu państwa? Stracą na tym nie tylko posiadający oszczędności.

30 grudnia prezes NBP w wywiadzie dla portalu Obserwator Finansowy (związanego z bankiem centralnym) zapowiedział, że w I kw. 2021 r. „możliwe jest dalsze obniżenie stóp”. I ocenił także, że „narastająca ostatnio presja na wzrost wartości złotego jest bardzo niepokojąca i bardzo szkodliwa”.

Będziemy mieli zerowe bądź ujemne stopy procentowe? Wiemy więc, że takie pomysły są, pozostaje jednak pytanie co miałoby to dać polskiej gospodarce.

– To prowadziłoby do obniżenia kosztów finansowania deficytu budżetowego, pod warunkiem, że nie zostanie w ten sposób popełniony błąd, powodujący wzrost rentowności obligacji rządowych – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Już przed kilkoma tygodniami NBP interweniował na rynku walutowym. Krótkotrwale wywołał osłabienie polskiej waluty, rynek szybko doprowadziła do korekty, złoty wobec najważniejszej waluty osłabł tylko o 5 gr. Dwóch członków RPP komentowało, że celem tych działań było polepszenie sytuacji polskich eksporterów.

– To nie jest działanie, które pchnęłoby do przodu polską gospodarkę, a więc konsumpcję i inwestycje, bo dla konsumpcji ważne są dochody realne i inflacja, która jest wysoka, a ujemne stopy procentowe będą bardzo negatywnie oddziaływać na mechanizm alokacji kapitału, wywołując nieracjonalne decyzje – komentuje ekspert XTB. – Są przykłady krajów, które działając w taki sposób wpadły w pułapkę niskiego wzrostu gospodarczego.

Dla NBP najistotniejszym dążeniem powinno pozostać osiągniecie cele inflacyjnego. To wyklucza politykę kontrolowania kursu walutowego. Na dodatek doświadczenia banków centralnych potwierdzają, że długoterminowo próby oddziaływania na kurs waluty są kosztowne i nieskuteczne. Jaki mogą mieć więc wpływ na finanse NBP, który zwykle w bardzo istotny zasila budżet państwa?

Wpływ byłby pozytywny, ze względu na duże rezerwy walutowe NBP. Im zloty będzie słabszy, a obce waluty droższe, tym większy zysk wykaże bank centralny.

– Mam nadzieję, że celem NBP nie stało się zwiększenie wpływów do budżetu państwa, bo byłby to bardzo zły precedens – dodaje dr Przemysław Kwiecień. – Natomiast gdy przesadny optymizm giełdowych inwestorów osłabnie i pęknie bańka spekulacyjna na rynkach finansowych, to może dojść do dużo większego osłabienia złotego niż życzyłby sobie NBP.

Tylko połowa Polaków dobrze segreguje śmieci. Brakuje odpowiednich oznaczeń na kontenerach i opakowaniach

Zaledwie 52 proc. Polaków potrafi właściwie posegregować śmieci – wynika z badania przeprowadzonego przez Symetrię, agencję User Experience. Najwięcej problemów w przyporządkowaniu odpadu do właściwego pojemnika sprawiają im m.in. kocie odchody, pojemniki po dezodorancie, kartony po mleku czy żarówki. Powodem może być brak czytelnych oznaczeń na kontenerach do selektywnej zbiórki odpadów i na poszczególnych opakowaniach. Polacy widzą jednak potrzebę segregacji śmieci, bo aż 83 proc. uważa, że wprowadzenie ustawowego obowiązku segregacji było konieczne.

Problem segregacji śmieci wzbudza wiele emocji – zarówno negatywnych, jak i pozytywnych. Jak pokazało badanie Symetrii, w Polakach nie brakuje chęci do działań na rzecz środowiska. 2/3 badanych zadeklarowało, że segreguje śmieci nie ze względu na przepisy prawa, które od 1 września 2020 roku wprowadziły taki obowiązek, ale dlatego że ma to realny wpływ na środowisko naturalne, a wypełnianie obowiązku jest na drugim miejscu (wskazuje go połowa badanych). Jedynie 3 proc. respondentów nie segreguje śmieci, a wiele osób prowadziło segregację, jeszcze zanim stała się ona obowiązkowa, czyli przed 1 września 2020 roku.

– Jedynie 7 proc. osób zaczęło segregowanie śmieci po wejściu w życie ustawy, a pozostałe 93 proc. osób robiło to już wcześniej. To dobry wynik – mówi agencji Newseria Biznes Radosław Pawlak, UX Specialist z agencji Symetria. – Polacy podchodzą odpowiedzialnie do segregowania śmieci, ale nie zawsze wiedzą, jak poradzić sobie z niektórymi problemowymi odpadami i do których pojemników je wyrzucać.

Jednym z zadań, z którym musieli zmierzyć się badani, było odpowiednie przyporządkowanie określonych śmieci do pojemników. W grupie ponad 500 ankietowanych odsetek poprawnych odpowiedzi wyniósł 52 proc. Najwięcej kłopotów z przyporządkowaniem do odpowiedniego kosza nastręczył ankietowanym pojemnik po dezodorancie. Zaledwie 14 proc. wskazało właściwie, gdzie powinien on trafić. Bardzo kłopotliwe okazało się też lustro (zaledwie 19 proc. poprawnych odpowiedzi), a na trzecim miejscu ex aequo znalazły się odchody kota i odpadki z ryb (po 33 proc. poprawnych odpowiedzi).

Zapytaliśmy respondentów, na ile są pewni, że dobrze segregują te śmieci. Przyjęliśmy skalę od 1 do 10, a średnia ocen uzyskanych w badaniu wyniosła 6. To pokazuje, że nie zawsze wiemy, jak segregować śmieci – podkreśla Radosław Pawlak.

W wynikach badania można zauważyć, że jest to problem ogólnopolski i ogólnospołeczny. Mieszkańcy bardziej zurbanizowanych obszarów wykazują się tylko nieco wyższym poziomem wiedzy na temat poprawnej segregacji śmieci w porównaniu z obszarami mniej zurbanizowanymi. Do tego w największych miastach wyniki były bardzo przeciętne. Kobiety wykazują się lepszą wiedzą w zakresie segregacji odpadów niż mężczyźni. Z kolei wiek nie ma żadnego wpływu na jej poziom.

Eksperci Symetrii oceniają, że lata edukowania społeczeństwa nie przyniosły wystarczających rezultatów, skoro odpowiednie przyporządkowanie odpadów wciąż jest dla wielu osób wyzwaniem. Remedium na to nie jest ani kolejna ustawa, ani wprowadzanie kar, tylko nasilenie działań edukacyjnych. Te powinny – zdaniem ekspertów – skupiać się na dwóch obszarach. Pierwszym jest internet, bo z tego źródła przy szukaniu informacji o segregacji odpadów korzysta 51 proc. Polaków. Bardzo ważną rolę odgrywają również informacje dostępne dla wszystkich obywateli. m.in. na wiatach śmietnikowych, dotyczące przeznaczenia poszczególnych pojemników (wskazało na nie 41 proc. ankietowanych).

Oznaczenie śmietników jest bardzo ważne z punktu widzenia całego procesu segregowania śmieci, bo często kontenery selektywnej zbiórki odpadów są już zniszczone, etykiety zostały oderwane, więc też trudno wrzucić odpady do tych odpowiednich. O ile w internecie nie brakuje wartościowych treści odnośnie do  właściwej segregacji śmieci, o tyle już z informacjami umieszczonymi przy śmietnikach czy bezpośrednio na nich bywa różnie. Zdarza się, że są one za bardzo skomplikowane, nieczytelne, napisane językiem, który nie trafia do odbiorcy, przez co jest to dla niego niezrozumiałe. Być może wystarczy to zmienić i nie trzeba rewolucyjnych zmian, aby podnieść świadomość społeczną w obszarze segregacji śmieci – zauważa Radosław Pawlak.

Jego zdaniem zmiany w zakresie user experience powinny opierać się na prawidłowych oznaczeniach, przyjaznych ikonach, które będą zrozumiałe dla ludzi.

Stosowne informacje powinny się znaleźć także na opakowaniach, aby było wiadomo, do jakiego pojemnika na odpady powinno ono trafić. Respondenci naszego badania wskazywali także, że producenci opakowań powinni częściowo ponosić za nie odpowiedzialność, czyli finansować ich recykling – podsumowuje ekspert  z agencji Symetria.

Badanie pokazało, że ponad 80 proc. Polaków segreguje śmieci nie tylko w domu, ale także w miejscu pracy czy podczas wakacji. Połowa deklaruje, że to niejedyne proekologiczne rozwiązanie, jakie wdrażają. Wśród innych najczęściej wymieniają rezygnację z opakowań plastikowych (własne torby na zakupy, papierowe słomki, kupowanie warzyw luzem – 66 proc.), oszczędzanie wody (picie wody z kranu, zbieranie deszczówki, prysznic zamiast kąpieli – 56 proc.) oraz oszczędzanie energii (panele słoneczne, energooszczędne żarówki i sprzęty, pompy ciepła – 45 proc.).

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie zakończyła rok rekordowymi obrotami. Prognozy na kolejny też są optymistyczne

W grudniu 2020 roku łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 35,3 mld zł, czyli o 152,6 proc. więcej niż w analogicznym miesiącu rok wcześniej. Obroty akcjami na NewConnect wzrosły o pond 800 proc. r/r. – Od dekady nie mieliśmy tak intensywnego handlu jak w 2020 roku – mówi prezes giełdy dr Marek Dietl. To był także rok zdecydowanie większego zaangażowania inwestorów indywidualnych. Prognozy na kolejny rok są obarczone pewnym ryzykiem, ale prezes GPW pozostaje optymistą. II i III kwartał powinny przynieść stabilizację i odbicie gospodarek.

Rok 2020 będziemy na giełdzie wspominać bardzo dobrze. Było dużo stresujących momentów, ale zapamiętamy go jako rok rekordowych obrotów. Od dekady nie mieliśmy tak intensywnego handlu. Będziemy na pewno wspominać to, że przegoniliśmy Euronext, czyli hegemona grupującego europejskie giełdy z siedmiu krajów europejskich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Średnia sesyjna w 2020 roku wyniosła blisko 1,2 mld zł wobec 763 mln zł przed rokiem. W sumie w całym 2020 roku przełożyło się to na 297 mld zł obrotów. Średnia sesyjna za samo drugie półrocze to 1,295 mld zł. Do tego wyniku przyczyniły się październikowy debiut Allegro, rekordowy w historii warszawskiej giełdy, a także zwrot inwestorów w stronę akcji w wyniku bardzo niskich oprocentowań lokat bankowych – w efekcie niskich stóp procentowych – oraz rentowności obligacji. Na rynku NewConnect z kolei w grudniu odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 811,8 proc. r/r do poziomu 1,2 mld zł, a w całym roku obroty sięgnęły 14,8 mld zł. To 10 razy więcej niż w 2019 roku.

– Pandemia spowodowała prawdziwy rollercoaster na giełdzie. Na początku bardzo silna reakcja inwestorów granicząca z paniką, potem bardzo szybkie odbicie i zmiana podstawowych korelacji, czyli odczyty PKB ujemne, a indeksy rosły – mówi prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Przy tej dużej zmienności bardzo dużą popularnością cieszą się instrumenty pochodne. Kończymy rok z dwa razy większym wolumenem obrotu na nich. To pokazuje piękno giełdy, że jak tylko pojawia się zmienność, pojawiają się dobre okazje do tego, żeby zarobić.

Pozytywny jest również powrót na rynek inwestorów indywidualnych. Jak podkreśla prezes GPW, ich zaangażowanie na giełdzie było kilkukrotnie większe niż rok wcześniej.

Dla giełd był to bardzo dobry rok, ale niekoniecznie dla emitentów. Szczególnie sektor finansowy w Polsce został bardzo mocno dotknięty – z jednej strony niepewnością co do przyszłości kredytobiorców, z drugiej strony – niepewnością makroekonomiczną i niskimi stopami procentowymi – tłumaczy. – Prowadzenie biznesu finansowego w warunkach praktycznie zerowych stóp procentowych jest bardzo trudne, wymaga niezwykłej wirtuozerii. Polskie banki musiały przejść bardzo szybki kurs, jak zarabiać mimo ujemnych realnych stóp procentowych.

Notowania banków na giełdzie mocno spadały po dwukrotnej obniżce stóp procentowych. Indeks WIG-Banki spadł w ciągu roku z poziomu ok. 7 tys. punktów do ok. 5 tys. W sytuacji pandemii najmocniej ucierpiały firmy bezpośrednio związane z konsumentem i handlem tradycyjnym.

– Wydaje się jednak, że jak tylko zostaniemy zaszczepieni, wybierzemy się w daleką podróż i ruszymy gremialnie po zakupy, więc ta średniookresowa perspektywa pewnie jest trochę lepsza, niż na początku się spodziewali inwestorzy giełdowi – ocenia dr Marek Dietl. – Zwycięzcami, również poza giełdą, są podmioty związane z elektroniką, informatyką, rozrywką cyfrową, a także firmy chroniące nasze zdrowie.

Indeks WIG-Leki po początkowym spadku szybko zaczął notować wzrosty, a rekordowe poziomy osiągnął w sierpniu i wrześniu. Teraz jednak jest na nieco niższym poziomie niż przed rokiem.

2021 to będzie rok, w którym każdy kwartał będzie inny. W I kwartale będziemy czekać na szczepionki i otwarcie kolejnych sektorów, a kursy akcji będą się poruszać w rytm tego otwierania gospodarki – przekonuje szef warszawskiej giełdy. – W II kwartale rozpocznie się już coraz bardziej normalne funkcjonowanie gospodarki, ale wciąż jeszcze z pewnymi ograniczeniami i obawami. Pewnie będziemy bombardowani informacjami o kolejnych mutacjach koronawirusa, więc otoczenie będzie niepewne. A III kwartał to pewnie będzie już uspokojenie nastrojów i wejście wszystkich gospodarek w fazę odbicia.

Jak podkreśla, to powinno być widoczne także w odczytach PKB. Pytanie, jak na powracający na rynek optymizm zareaguje Rada Polityki Pieniężnej. Jej decyzja – podobnie jak w 2020 roku – będzie mieć wpływ na wyniki giełdy.

– W tym roku kontynuujemy naszą strategię do 2022 roku, w której kluczowym elementem było oferowanie nowych produktów inwestorom. Tak jak szybko zareagowaliśmy w tym roku, wprowadzając instrumenty pochodne na akcje najbardziej intensywnie handlowanych spółek, tak samo będziemy w przyszłym roku obserwować, na co inwestorzy mają apetyt, i odpowiednio dostosowywać naszą ofertę produktową – zapowiada dr Marek Dietl.

Z kolei w drugiej połowie roku GPW planuje wprowadzić możliwość obrotu wtórnego tokenami.

Już dzisiaj możliwa jest emisja tokenów, za które można mieć udział w przychodach np. z danej gry, obrazu, dzieła sztuki. Tokenizować można praktycznie wszystko. Natomiast prawdziwy rozwój tego rynku przewidujemy dopiero, gdy będzie rynek wtórny, i to nastąpi w drugiej połowie roku – mówi prezes GPW. – Rozwijamy też rynek rolny, wprowadzamy kolejne produkty i analizujemy możliwość wprowadzenia instrumentów pochodnych. Będziemy kończyć nasze przedsięwzięcie z Europejskim Bankiem Odbudowy i Rozwoju w zakresie raportowania ESG. W 2021 roku jest niezwykle ważne, żeby spółki z warszawskiej giełdy dobrze prezentowały się pod kątem ich aktywności w zakresie ochrony środowiska, odpowiedzialności społecznej i ładu korporacyjnego.

Pandemia pogorszyła już i tak słabą kondycję psychiczną Polaków. Wciąż często wstydzą się pójść do psychologa czy psychiatry

Pogarsza się zdrowie psychiczne Polaków. Na depresję w naszym kraju cierpi ok. 1,5 mln osób. W ostatnich dwóch latach połowa z nas doświadczyła trwałego obniżenia nastroju – wynika z raportu Instytutu LB Medical. Pandemia koronawirusa jeszcze nasiliła ten problem. Tylko w I połowie 2020 roku liczba zwolnień lekarskich związanych z depresją wzrosła o 72 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku.  Problemem jest też niska świadomość społeczna choroby – tylko 40 proc. osób byłoby skłonnych pójść do psychologa lub do psychiatry. Często powstrzymuje ich przed tym wstyd.

 Jak wskazuje WHO, już 350 mln osób na świecie cierpi na depresję, a ma być ich znacznie więcej. Najprawdopodobniej jest to związane z tym, że żyjemy cały czas w biegu, zmieniły nam się priorytety. Sytuacja związana z COVID-19 to pogłębiła, ale trzeba pamiętać, że pogorszenie naszych nastrojów miało miejsce już przed pandemią – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marta Domańska, ekspertka Instytutu LB Medical.

Jak pokazuje badanie „Kondycja psychiczna Polaków” Instytutu LB Medical i agencji badawczej SW Research, z kondycją psychiczną naszego społeczeństwa jest coraz gorzej. W ciągu ostatnich dwóch lat połowa badanych doświadczyła trwałego obniżenia nastrojów, a 65 proc. narzekało w tym czasie na zmęczenie i wyczerpanie.

– Aż 66 proc. Polaków wiąże swoje zdrowie psychiczne z sytuacją finansową, 64 proc. z sytuacją z domownikami, a 60 proc. ze zdrowiem. Dopiero na którymś z dalszych miejsc znalazła się pandemia. Co ważne, aż 43 proc. respondentów wiąże swoje zdrowie psychiczne z wyglądem fizycznym, więc spektrum kwestii, które mają wpływ na naszą kondycję psychiczną, jest bardzo szerokie – wymienia Marta Domańska.

W 2020 roku 70 proc. badanych odczuło negatywne skutki pandemii, znacznie częściej odczuwamy strach, niepokój czy smutek. Także przymusowa izolacja nie wpływa dobrze na nasze samopoczucie – szczególnie dotkliwie dotyka ona osoby starsze, samotne i nastolatków. Brak kontaktu z innymi ludźmi często pogarsza stan psychofizyczny.

– Sytuacja epidemiologiczna związana z COVID-19 budzi w nas wiele negatywnych emocji: bezsilność, lęk, przerażenie, strach nie tylko przed tym zachorowaniem, ale też przed utratą pracy. Również strach o najbliższych, bezsilność, niemożność wyjścia. To wszystko może prowadzić do bardzo poważnych zaburzeń – tłumaczy ekspertka.

Z danych ZUS wynika, że w I połowie 2020 roku liczba zwolnień lekarskich w Polsce z powodu epizodu depresyjnego i zaburzeń depresyjnych nawracających wzrosła o 72 proc. r/r. To przekłada się na 20 mln dni absencji w pracy. Świadomość społeczeństwa dotycząca zdrowia psychicznego wciąż jest jednak niska, a problemy psychiczne stanowią temat tabu. Z tego powodu tylko część chorych zwraca się o pomoc do lekarzy specjalistów. Tylko czterech na dziesięciu badanych byłoby skłonnych po nią sięgnąć.

 Jeśli boli nas kolano, to idziemy do ortopedy, natomiast jeżeli mamy problem ze zdrowiem psychicznym, to bardzo często nawet nie przyznajemy się do tego sami przed sobą, jest to dla nas wstydliwe, nie rozmawiamy o tym z bliskimi, a ze specjalistą kontaktujemy się w ostateczności – mówi Marta Domańska. – W naszym społeczeństwie pokutuje przeświadczenie, że do psychologa bądź psychiatry zwraca się ktoś, kto jest, mówiąc kolokwialnie, wariatem.

Kampania społeczno-edukacyjna #NASZAwtymGŁOWA ma właśnie przełamywać tabu i uświadamiać Polaków w kwestii zdrowia psychicznego, zachęcać ich do dbania o siebie poprzez poszerzenie wiedzy i wizyt u specjalisty w razie potrzeby. Taka potrzeba powinna pojawić się już w sytuacji, kiedy obniżony nastrój utrzymuje się przez dłuższy czas.

– Brak pomocy może doprowadzić do pogorszenia stanu zdrowia, może wpłynąć na relacje międzyludzkie, na sytuację w firmie, domu, a w skrajnych przypadkach może doprowadzić również do samobójstwa – przestrzega ekspertka Instytutu LB Medical. – Chcielibyśmy także uwrażliwić ludzi na drugiego człowieka, pokazać, jakie symptomy towarzyszą początkom depresji bądź innym schorzeniom.

Wsparcie ze strony bliskich może być istotnym impulsem do podjęcia leczenia. Kampania #NASZAwtymGŁOWA podpowiada także, gdzie się zwrócić po pomoc.

– Niestety nie pomaga też system opieki publicznej, ponieważ brakuje lekarzy specjalistów, psychiatrów. Prywatnie też dość ciężko się zapisać, ponieważ lekarzy jest mało – podkreśla Marta Domańska.

Obecnie na wizytę w poradni zdrowia psychicznego w ramach NFZ trzeba czekać 3,6 miesiąca. Zgodnie z danymi Naczelnej Izby Lekarskiej zawód psychiatry wykonuje niecałe 4,3 tys. osób, a problemami dzieci i młodzieży zajmuje się ok. 460 lekarzy.

Pierwsza instalacja w Polsce wytworzy wodór m.in. z nadwyżek energii pochodzącej z OZE. Pozwoli to zmniejszyć emisyjność konwencjonalnych elektrowni

Pod koniec 2021 roku rozpocznie się faza badań eksploatacyjnych pierwszego polskiego układu power-to-X głęboko zintegrowanego z elektrociepłownią. Ta innowacyjna instalacja pozwoli na wytwarzanie wodoru z pary pochodzącej z elektrowni, elektrociepłowni oraz energii elektrycznej z odnawialnych źródeł energii. Projekt HYDROGIN ma przyczynić się do poprawy elastyczności klasycznych elektrowni i elektrociepłowni oraz zwiększyć udział odnawialnych źródeł energii w polskim sektorze elektroenergetycznym.

– Instytut Energetyki uczestniczy w budowie pierwszego polskiego układu power-to-X bazującego na stałotlenkowym elektrolizerze wysokotemperaturowym. W jego ramach powstanie układ małej mocy zintegrowany z konwencjonalnym blokiem opalanym paliwem stałym. Przedsięwzięcie to ma pokazać możliwość produkcji wodoru w układach połączonych, gdy elektrolizery integrowane są z klasycznymi blokami energetycznymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. inż. Jakub Kupecki, prof. IEn, kierownik Centrum Technologii Wodorowych Instytutu Energetyki.

Jedną z najistotniejszych korzyści wdrożenia instalacji power-to-X do polskiego sektora energetycznego będzie poprawa elastyczności klasycznych elektrowni i elektrociepłowni. Współczesne bloki energetyczne charakteryzują się minimum technicznym, które wymusza liczne zatrzymania jednostek wytwórczych centralnie dysponowanych (JWCD). Oznacza to, że przy niewielkim obciążeniu instalacje takie muszą być wyłączane. Zintegrowanie bloku energetycznego z elektrolizerem stałotlenkowym pozwoli obniżyć minimum techniczne, a co za tym idzie – znacząco zmniejszyć roczną liczbę zatrzymań bloku energetycznego i towarzyszące im emisje. Przy niskim obciążeniu bloku elektrolizer wykorzystuje parę oraz, opcjonalnie, energię elektryczną z obiegu parowego do produkcji oraz magazynowania wodoru. Wodór ten jest następnie wykorzystywany do produkcji energii elektrycznej w tej samej instalacji, na potrzeby pokrycia zwiększonego zapotrzebowania na prąd w godzinach szczytu energetycznego.

Każde uruchomienie bloku energetycznego generuje dodatkowe emisje, wymaga paliwa rozpałkowego oraz przyspiesza zużycie instalacji. W związku z tym wyposażenie bloków energetycznych w elektrolizery stałotlenkowe pozwoli zarówno oszczędzić energię, jak i zmniejszyć emisyjność konwencjonalnych elektrowni, jednocześnie wydłużając ich efektywny roczny czas pracy.

– Instalacja, w której łączymy elektrolizer wysokotemperaturowy z klasyczną elektrownią, pozwala na wytwarzanie wodoru, ale wodór ten może być magazynowany na miejscu i wykorzystany w momentach zwiększonego zapotrzebowania, w tzw. szczytach zapotrzebowania na energię elektryczną. Jest wykorzystywany w tej samej instalacji, która przełącza się z trybu pracy elektrolizera do trybu pracy ogniwa paliwowego i w ten sposób staje się generatorem energii elektrycznej, który zaspokaja zwiększone zapotrzebowanie – wyjaśnia ekspert.

Z tego powodu technologia rozwijana w ramach projektu HYDROGIN może być jednym z najważniejszych elementów polskiego systemu magazynowania energii. Wytwarzanie syntetycznych paliw za pośrednictwem nadwyżki energetycznej z OZE może również ułatwić integrację infrastruktury elektroenergetycznej oraz gazowej, a co za tym idzie, poprawić bezpieczeństwo całego polskiego systemu energetycznego.

Instalacja tego typu może być kluczowym elementem systemów magazynowania energii, mających wpływ na efektywność wykorzystania odnawialnych źródeł energii, a także na zwiększenie elastyczności pracy klasycznych elektrowni. Jednocześnie, w myśl koncepcji sector coupling, wytwarzanie paliw syntetycznych z wykorzystaniem nadmiarowej energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych pozwala na integrację systemu elektroenergetycznego z systemem gazowym, co znacząco zwiększy bezpieczeństwo systemu energetycznego, kiedy układy power-to-X trafią do szerokiej dystrybucji.

– Minęło pół roku realizacji projektu, w tej chwili wyłoniona została lokalizacja, w której znajdzie się instalacja kontenerowa HYDROGIN z elektrolizerem wysokotemperaturowym. Pod koniec 2021 roku rozpocznie się długotrwała faza eksploatacji i badań ruchowych. Instalacja, której dotyczy projekt, to mały pilotaż. Po zakończeniu długotrwałych badań eksploatacyjnych strategią wdrożenia tego w większej skali będzie budowa układu klasy megawatowej lub większej. Wówczas da to wyraźne korzyści, widoczne już z punktu widzenia nie tylko tej jednej jednostki, jaką jest elektrownia czy elektrociepłownia, lecz także z punktu widzenia krajowego systemu elektroenergetycznego – tłumaczy prof. Jakub Kupecki.

Projekt HYDROGIN otrzymał finansowanie ze środków Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Projekt realizowany jest przez konsorcjum Centrum Badawczo-Rozwojowego im. M. Faradaya oraz Instytutu Maszyn Przepływowych im. Roberta Szewalskiego PAN.

Oprogramowanie SAP ERP – bo dobre zarządzanie w firmie ma sens

W obecnych czasach zarządzanie przedsiębiorstwem stało się domeną, na której nie wystarczy się tylko dobrze znać. Coraz częściej potrzebne są specjalistyczne systemy komputerowe, które pozwalają ogarnąć całość zagadnień związanych z prowadzeniem firmy. Programy takie potrafią analizować wielkie ilości danych i na ich podstawie wyciągać odpowiednie wnioski. Szybkość powstawania takich informacji, ma wielki wpływ na funkcjonowanie firm. Im szybciej zauważymy, konieczność podjęcia pewnych działań, tym większą szansę mamy na to, aby pozostać na rynku. Dobre decyzje oznaczają także dalszy rozwój oraz większy zysk. Warto więc rozejrzeć się za takimi rozwiązaniami technicznymi, dzięki którym zarówno mała firma rodzinna jak i duże przedsiębiorstwo mogą zyskać wiarę w spokojną przyszłość. Świat zarządzania nie stoi w miejscu – trzeba o tym cały czas pamiętać i reagować na wyzwania rodem z XXI wieku w prawidłowy sposób.

  1. Nowoczesny system, który pomoże w sprawnym zarządzaniu
  2. Efektywna współpraca na wielu odcinkach
  3. Pomoc, która na pewno się przyda

Nowoczesny system, który pomoże w sprawnym zarządzaniu

Jednym z najbardziej skutecznych rozwiązań zarządzających przedsiębiorstwami jest system ERP. Co to jest system ERP? Skrót ów pochodzi z języka angielskiego i oznacza po polsku „planowanie zasobów przedsiębiorstwa” (ERP – Enterprise Resource Planning). Pozwala on na bieżąco analizować dane z działów księgowości, rachunkowości, controllingu, itp. Systemy takie pełnią funkcje: planistyczne, administracyjne, zaopatrzeniowe, finansowe, kontrolne, raportowe, itp. Tym samym, stawiając na takie rozwiązania, otrzymujemy potężne narzędzia, dzięki którym możemy na bieżąco interweniować w to, co się dzieje w naszym przedsiębiorstwie. Systemy klasy ERP są połączone z różnego rodzaju aplikacjami, dzięki czemu można ich używać na różnorodnych urządzeniach przenośnych. Analizują one wielkie ilości danych, a więc mają tu zdecydowaną przewagę nad człowiekiem. W przypadku małych oraz średnich firm wspaniałym reprezentantem systemu ERP, który możemy zastosować w praktyce jest zintegrowany system zarządzania przedsiębiorstwem SAP. Ważną sprawą jest fakt, że program SAP można doskonale dostosować do konkretnych potrzeb danego przedsięwzięcia. To daje nam pewność, że nasze oprogramowanie SAP sprawdzi się bez względu na to, czy zastosujemy je w fabryce farb, czy też w piekarni. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby takie oprogramowanie nabyć i zastosować je w praktyce.

Efektywna współpraca na wielu odcinkach

Jeśli więc w naszym polu zainteresowań znajduje się zintegrowany system zarządzania przedsiębiorstwem SAP, musimy znaleźć odpowiednią firmę, która sprzeda nam nowoczesny ERP SAP system do zarządzania naszym przedsięwzięciem. Interesująco wygląda propozycja, jaką przygotowała dla nas częstochowska firma Altab S.A. Ich podejście do zagadnienia charakteryzuje się kompleksowością. Całość poprzedza poważna analiza, dopiero potem, po konsultacjach, wprowadzone zostają odpowiednie rozwiązania. Samo wdrożenie systemu do pracy, nie oznacza końca kooperacji. Firma zapewnia także całościowe szkolenia personelu, tak aby system komputerowy SAP mógł pokazać maksimum swojego potencjału. W każdej chwili można się do nich zwrócić o dodatkowe wsparcie, czy też konsultacje dotyczące konkretnych zagadnień. Takie podejście do sprawy jeśli chodzi o system ERP SAP, daje nam pewność, że nie zostaniemy na lodzie. Mamy też pewność, że w niedalekiej przyszłości będziemy mogli korzystać z różnych unowocześnień systemu, gdyż cały czas pojawiają się nowe ulepszenia, na które warto zerkać. Inwestycja w SAP oprogramowanie będzie na pewno rozwiązaniem przyszłościowym, z którym o wiele łatwiej będzie nam na bieżąco zarządzać naszym przedsiębiorstwem.

Pomoc, która na pewno się przyda

W czym na pewno pomoże nam dobrze zintegrowany system SAP ERP? Umożliwi nam, np. wgląd w stan zaopatrzenia magazynów. Taka kontrola pozwoli nam zwiększyć automatyzację pracy. System ułatwia lokowanie odpowiednich produktów w odpowiednich miejscach, dzięki wykorzystaniu kodów kreskowych, terminali do ich odczytywania, itp. Łatwiej też będzie zoptymalizować obrót danymi towarami, co może mieć duże znaczenie, np. w hurtowniach sprzedających szybko psującą się żywność. System SAP jest także wspaniałym narzędziem jeśli idzie o zarządzanie kontaktem z potencjalnymi klientami i klientkami naszej firmy. Ułatwia sprzedaż, negocjacje, pozwala także lepiej zaplanować przyszłe strategie marketingowe. Dobry SAP system ERP umożliwia szybkie tworzenie szczegółowych raportów, co ma duże znaczenie w planowaniu. Zbiera on także duże ilości niezbędnych danych o wszystkim, co jest związane z obrotem naszymi towarami. Można przy jego pomocy usprawnić zarządzanie projektami, które angażują wiele osób oraz działów w danym miejscu. Racjonalizuje on a także ułatwia zarządzanie zasobami, z których korzystam na co dzień. Do tego zajmuje się analityką, raportowaniem, czy też finansami. Krótko mówiąc – warto zastanowić się nad tym rozwiązaniem, jeśli marzy nam się prawdziwy sukces.

————————————————-

ALTAB S.A.

Oprogramowanie dla firm SAP Business One

  1. Wręczycka 11a
    42-200 Częstochowa
    Telefon: +48 12 333 45 01
    Email: [email protected]

Dodatkowe informacje, w tym cennik, demo i wiele więcej szczegółów znajdziesz na

https://altab.pl/system-erp-sap/

Jak znaleźć dobrego pośrednika nieruchomości w Częstochowie?

Planując zakup nowego mieszkania lub sprzedaż własnego domu, podejmujemy bardzo ważną decyzję, ponieważ często kwota za nieruchomość jest dorobkiem całego naszego życia. Dlatego warto skorzystać z dobrego biura nieruchomości Freedom w Częstochowie, aby cały proces był dla nas zrozumiały i bezproblemowy.

W większości przypadków tego rodzaju inwestycja wiąże się z ogromnym stresem, zwłaszcza u osób, które podejmują taką decyzję pierwszy raz w życiu. Żeby zminimalizować ryzyko utraty pieniędzy oraz odnieść jak największe korzyści, warto zdecydować się na pomoc specjalistów w dziedzinie nieruchomości, którzy wesprą klienta na każdym etapie zakupu lub sprzedaży.

Jakie są zalety korzystania z usług biura nieruchomości w Częstochowie?

Nawet jeśli na początku jesteśmy pełni nadziei i zapału w samodzielnym poszukiwaniu odpowiedniego domu, w którym chcemy zamieszkać albo zamieszczaniu informacji o nieruchomości na sprzedaż to obszerna liczba portali i serwisów z ogłoszeniami szybko nas przerośnie. Musimy również pamiętać o konieczności odpowiadania na telefony oraz maile dotyczące naszej oferty, więc już po kilku dniach okaże się, że musimy na takie działania poświęcać bardzo dużo czasu.

Zdecydowanie lepiej jest skorzystać z profesjonalnej agencji nieruchomości w Częstochowie, ponieważ zatrudnieni tam pracownicy doskonale znają rynek kupna i sprzedaży mieszkań, domów, lokali użytkowych czy też działek. Korzystanie z usług pośredników jest znacznie bezpieczniejsze i gwarantuje dokonanie transakcji zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi. Agent nieruchomości doskonale wie, gdzie szukać i zamieszczać ogłoszenia, a także posiada własną bazę danych oraz kontaktów, wypracowanych przez lata doświadczeń.

Największe korzyści ze sprzedaży mieszkania przez biuro nieruchomości w Częstochowie to:

  • rzetelna wycena domu, mieszkania, lokalu użytkowego albo działki,
  • profesjonalne doradztwo i wsparcie na każdym etapie,
  • pomoc w przygotowaniu niezbędnych dokumentów,
  • przygotowanie odpowiedniego opisu oraz wykonanie zdjęć do portali ogłoszeniowych,
  • specjalistyczne działania marketingowe,
  • odbieranie telefonów oraz stały kontakt z zainteresowanymi,
  • oprowadzanie potencjalnych nabywców po nieruchomości oraz negocjacje umów,
  • dodatkowe usługi, takie jak: home staging, aby zwiększyć wartość budynku i szybciej pozyskać klienta.

Na co zwrócić uwagę wybierając agencje nieruchomości w Częstochowie?

Wybierając odpowiednią agencję nieruchomości Freedom w Częstochowie, należy przede wszystkim na początek zwrócić uwagę na kwalifikacje pracowników. Powinni oni posiadać licencję pośrednika w obrocie nieruchomościami, dzięki czemu klient ma pewność, że są to specjaliści posiadający wyższe kwalifikacje.

Przy zawieraniu umowy o współpracę warto także sprawdzić ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej. Takie ubezpieczenie jest obecnie standardem, ale dobrze jest to zweryfikować, zwłaszcza gdy korzysta się z nowopowstałych firm działających w obrocie nieruchomościami.

Kolejnym ważnym czynnikiem jest kompleksowość usług. Korzystając z doświadczonych przedsiębiorstw, udział klienta w sprzedaży domu powinien ograniczony być do minimum.

Na wybór odpowiedniej agencji ma także wpływ wysokość prowizji za znalezienie klienta. Dlatego trzeba dowiedzieć się, jaką pracę musi wykonać agent, aby na tej podstawie stwierdzić czy jego wynagrodzenie jest adekwatne do wykonywanych obowiązków.

Biuro nieruchomości Freedom Częstochowa oferuje umowę na wyłączność, która jest znacznie korzystniejsza dla klienta niż umowa otwarta. W ten sposób pośrednik zamieszcza ofertę mieszkania na sprzedaż w bezpośredniej wymianie ofert, dzięki czemu trafia ona do całej prasy branżowej. Umożliwia to znacznie szybsze znalezienie potencjalnego nabywcy.

Rok 2021 w HR – rok wyzwań czy powrót do normalności?

Rok 2020 był trudny dla całego społeczeństwa. Musieliśmy stawić czoła nowym zagrożeniom i wynikającym z nich wyzwaniom, które w szczególności zmieniły sposób pracy. W tym kontekście cieszy informacja o rozpoczęciu procesu powszechnych szczepień. Jeśli będzie on przebiegał sprawnie, jest szansa na to, że druga połowa roku 2021 będzie powrotem do normalności.

Paweł Wysocki, Prezes Zarządu Quercus Sp. z o.o.:

Niestety są branże, dla których będzie to trudne. Obawiam się, że w niektórych sektorach trzeba liczyć się z falą zwolnień i bankructw. Oznacza to także ryzyko wzrostu skali zatorów płatniczych i problemy z dostępem do źródeł finansowania działalności. Nawet w obliczu takiego zagrożenia ważne jest jednak, aby rozmawiać z pracownikami i na bieżąco informować ich o sytuacji w firmie i w otoczeniu biznesowym.

Dla większości pracodawców zwolnienia to ostateczność, zwłaszcza w przypadku doświadczonych pracowników, silnie związanych z firmą. W takiej sytuacji niezbędne jest przygotowanie scenariusza działań, a nawet całej strategii. Musimy bowiem pamiętać, że moment i sposób rozstania z pracownikami będą rzutować na reputację firmy w przyszłości. Nawet w tak trudnych sytuacjach przedsiębiorca nie może o tym zapomnieć. Dlatego im lepiej, rozsądniej, sprawniej przeprowadzi redukcję zatrudnienia, tym mniejsze poniesie straty wizerunkowe i być może, gdy sytuacja się unormuje, będzie mógł ponownie zatrudnić zwolnione osoby. Palenie mostów nie jest korzystnym rozwiązaniem.

Po opanowaniu pandemii będzie można wrócić do normalnego sposobu pracy oraz szkolenia pracowników, choć oczywiście w branżach, gdzie przed pandemią nie praktykowano pracy zdalnej, należy liczyć się z tym, że i taka forma współpracy się upowszechni. Na pewno wrócą „normalne” formy szkolenia, bo wciąż lepiej uczymy się w grupie. Na przykład w naszej branży IT, optymalnym rozwiązaniem jest przekazywanie wiedzy przez doświadczonych pracowników w czasie normalnej realizacji projektów. Osoby początkujące najszybciej podnoszą swoje kompetencje podczas działań praktycznych. Zresztą praca w grupie sprzyja budowaniu relacji, nie tylko zawodowych, ale też prywatnych, co przekłada się na jakość współpracy przy kolejnych projektach. A bezpośrednich relacji w 2020 roku naprawdę nam brakowało.

Tomasz Dąbrowski, Senior Konsultant SAP HCM w Quercus Sp. z o.o.:

W 2021 roku wiele wyzwań z roku 2020 zacznie stawać się normalnością. Jeszcze przez jakiś czas z pewnością będziemy musieli radzić sobie z pandemią, jednak – jak pokazują doświadczenia z minionego 2020 roku – potrafiliśmy dostosować się do niecodziennej sytuacji rynkowej. Wiele osób przywykło już do pracy zdalnej, spotkań w formie telekonferencji oraz zdalnego prowadzenia projektów. Mimo iż dla wielu z nich była to sytuacja dosyć nowa, udało się zachować elastyczność i ciągłość pracy w tych niezbyt sprzyjających (przynajmniej w początkowym etapie) warunkach. Dlatego sądzę, że nawet jeśli ogólna sytuacja na świecie w najbliższych miesiącach się poprawi (a bardzo na to liczę), w wielu firmach model pracy zdalnej zostanie przynajmniej częściowo zachowany.

Zostaliśmy wrzuceni na głęboką wodę pracy zdalnej, jednak dzięki temu szybciej doceniliśmy (zarówno usługobiorcy, jak i usługodawcy) jej zalety: oszczędność czasu i kosztów (np. wynajmu i obsługi biura) oraz elastyczność. Choć rozwiązanie to było w 2020 roku w wielu firmach prawdziwą rewolucją zarządczo-organizacyjną, ostatecznie z powodzeniem udało się przeprowadzić i zakończyć wiele projektów. Dlatego, patrząc w przyszłość, przypuszczam, że w nadchodzącym roku realizacja nowych zadań będzie jeszcze bardziej płynna i elastyczna. Większość osób potrafi już wykorzystywać istniejące na rynku rozwiązania do pracy zdalnej i wypracowała niezbędne procedury pozwalające na prowadzenie projektów, nawet jeśli w niektórych przypadkach brak jeszcze dopasowanych do potrzeb funkcjonalności. Ale to na pewno będzie się zmieniać w nadchodzących miesiącach i pojawią się nowe rozwiązania, dostosowane do konkretnych przedsięwzięć i wymagań.

Maciej Kabaciński, Dyrektor Pionu HR w Quercus Sp. z o.o.:

W 2020 roku pandemia wymusiła na wielu firmach przejście na pracę w trybie zdalnym, więc lepiej, przynajmniej w początkowym etapie, poradziły sobie te przedsiębiorstwa, dla których taka forma współpracy nie była absolutną nowością. Zresztą sporo podmiotów, zwłaszcza ze szczytu rankingu Top Employers, już wcześniej wprowadziło rozwiązania ułatwiające pracę i naukę zdalną (portale edukacyjne ze szkoleniami online, mobilne opcje nauki) i promujące elastyczne formy zatrudnienia (elastyczny harmonogram czasu pracy, telepraca i home office). Nie tylko pandemia, ale również trendy, które w obszarze HR pojawiły się już wcześniej, uświadamiają nam, że zmiana stylu pracy oraz wiążące się z tym wprowadzenie nowych narzędzi dla pracowników i kadry zarządzającej są koniecznością.

Nie zawsze muszą to być rozbudowane zestawy narzędzi. Przykład? Płynny przepływ informacji na temat sytuacji w firmie i najbliższych planów zawsze był, jest i będzie ważnym elementem budowania lojalności pracowników. Posiadając konkretną wiedzę, czują się bezpieczniejsi, nie snują przypuszczeń na bazie niesprawdzonych przesłanek (a to przecież negatywnie wpływa na zaangażowanie). W wielu firmach takie informacje były przekazywane podczas spotkań przy kawie. Zdalnie także można takie spotkanie zorganizować – przy kawie wirtualnej. Ważne, aby pamiętać, że także w przypadku współpracy na odległość ważna jest dbałość o klarowny i stały przepływ informacji. Myślę, że menedżerowie powinni zwiększyć kontakt z podwładnymi, także po to, aby mieć wiedzę, w jaki sposób radzą sobie oni w nowej sytuacji.

Większość firm w 2020 roku przeszła przyspieszony proces zmiany pracy w biurze na pracę zdalną i przełom roku to właściwy moment na podsumowanie. Taka analiza pozwoli stworzyć harmonogram kolejnych zmian (tym razem zaplanowanych, a nie wymuszonych przez niespodziewaną sytuację), które powinny ułatwić i pomóc lepiej zorganizować pracę zdalną w najbliższej przyszłości. Analizę powinno przeprowadzić się na wszystkich szczeblach struktury w firmie. Dzięki temu łatwiej będzie zidentyfikować słabe punkty: zadania, z którymi pracownicy wciąż mają problem, elementy wymagające poprawy oraz narzędzia i procedury, które funkcjonują dobrze. Jednak nawet w tym ostatnim przypadku warto zastanowić się, czy można coś usprawnić lub poprawić. Taka analiza powinna ostatecznie przybrać formę dokumentu udostępnianego pracownikom – aby też zobaczyli, że ich praca nie poszła na marne, że ich wysłuchano i niektóre postulaty będą wdrożone.

Rok 2021, zwłaszcza tam, gdzie umocni się zdalny tryb pracy, będzie z pewnością sprawdzianem dla modelu zarządzania pracownikami. W firmach, w których dotychczas sposób kierowania pracami polegał tylko na delegowaniu i ciągłej kontroli realizacji zadań przez kierownika, przejście na tryb zdalny mogło sprawić, że pracownicy poczuli się zagubieni. Utrudniona, a w zasadzie po prostu inna forma komunikacji, mniejsze możliwości kontroli pracowników, konieczność obdarzenia ich większym zaufaniem – to wszystko sprawia, że taka forma zarządzania po prostu może nie przejść próby czasu. Lepiej radzą sobie te organizacje, w których członkowie zespołu mają większą swobodę i możliwość samodzielnego decydowania na tzw. swoim odcinku. Menedżer nie musi decydować o każdym szczególe, nie musi stale kontrolować postępu prac, lecz wykonanie ich poszczególnych etapów. Wymaga to oczywiście zmiany strategii komunikacji wewnętrznej w firmach. I sądzę, że będzie to właśnie jedno z wyzwań roku 2021.

Podsumowując rok 2020 nie sposób nie wspomnieć o tym, że był to rok narzędzi wspierających pracę zdalną. Wiele firm zaczęło z powodzeniem korzystać z rozwiązań, które były dostępne już wcześniej, jednak dopiero czas pandemii pokazał, jak bardzo są przydatne, przyszłościowe i elastyczne. Wspierają nie tylko proces delegowania zadań i monitorowania realizacji celów, ale również komunikację. Prawdziwy boom przeżyły rozbudowane komunikatory, jak np. Microsoft Teams, które umożliwiają prowadzenie wideokonferencji, czatów, tworzenie zespołów, są zintegrowane z innymi narzędziami (np. kalendarzem w Outlooku). Z punktu widzenia firm takich jak nasza, realizujących projekty w zakresie IT, pozwala to na wdrażanie własnych aplikacji i rozwijanie ich w ramach platformy. Możliwości jest naprawdę wiele i uwzględniają one rzeczywiste potrzeby związane z codzienną pracą (udostępnianie plików, burze mózgów, tablice, współdzielenie ekranu). Ważne, aby narzędzia wspierające pracę zdalną były wyposażone w funkcjonalności naprawdę przydatne w pracy, aby były intuicyjne w obsłudze, dostępne i stale rozbudowywane. Jesteśmy w trakcie długofalowej zmiany sposobu pracy i myślenia o pracy. Być może za chwilę będziemy potrzebować rozwiązań, z których jeszcze nie zdajemy sobie sprawy. Przyszłością są więc platformy otwarte, które łatwo będzie można o takie rozwiązania uzupełnić.

Kurs złotego – prognoza na 2021 rok

Mimo recesji spowodowanej pandemią koronawirusa możemy spodziewać się umocnienia polskiej waluty w 2021 roku. W analizach ekonomicznych przeważają argumenty przemawiające za wzrostem wartości złotego. Pierwszym z nich jest to, że osłabienie naszej waluty w 2020 roku było o wiele mniejsze, niż podczas poprzednich kryzysów gospodarczych – finansowego na przełomie 2008 i 2009 roku i fiskalnego w roku 2012. Dobrym znakiem jest również umocnienie się euro na rynkach światowych oraz spadek wartości dolara amerykańskiego.

– Zwykle gdy globalna gospodarka wychodzi z recesji, kapitał odpływa ze Stanów Zjednoczonych na rynki wschodzące. Już samo to nie służy to dolarowi, a w tym przypadku mamy do czynienia również z innymi czynnikami. Centralny Bank Amerykański poczekać z podwyżkami stóp, aż ugruntuje się i ustali odpowiednio wysoka inflacja – a po zmianie prezydenta możemy oczekiwać nieco łagodniejszej polityki handlowej. To osłabi dolara i wzmocni euro – a to zwykle oznacza wzrost wartości walut całego regionu Europy Środkowej i Wschodniej, w tym również złotego – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Dla polskiej waluty ważne będzie również to, że nasza gospodarka dosyć dynamicznie się w przyszłym roku odbije. To wszystko przemawia za wzrostem jej wartości. Jednak Bank Centralny niezbyt chętnie patrzy na mocnego złotego. Przedświąteczne interwencje walutowe pokazują preferencje Banku Centralnego w kierunku słabszej waluty. Myślę, że to jest główny czynnik, który może stopować umocnienie złotego w roku 2021. Nie wydaje nam się jednak, żeby to spowolnienie było bardzo istotne. Przed końcem 2021 roku euro może kosztować około 4,40, dolar około 3,50, a frank około 4 złotych – przewiduje Benecki.

Bitwa na głosy

Wtorkowe wybory uzupełniające do Senatu USA zadecydują nie tyle o tym, która partia będzie kontrolować tę izbę, ale przede wszystkim określą kształt przyszłej polityki USA. Walka toczy się o dwa miejsca, skalę ekspansji fiskalnej, siłę długofalowego uderzenia w USD, ale też przejściowego w Wall Street.

Dojdzie do dwóch niezależnych pojedynków o miejsca w Senacie. W pierwszym republikański senator David Perdue walczy z demokratą Jonem Ossoffem w zwykłych wyborach do Senatu. W drugim republikańska senator Kelly Loeffler walczy z demokratą Raphaelem Warnockiem. Wyścigi są dwa, ale z uwagi na to, że przynależność partyjna będzie mieć większe znaczenie bardziej niż osobiste poglądy kandydatów, powinniśmy oczekiwać podobnego rozkładu głosów. Głosy złożone drogą pocztową będą zliczane z opóźnieniem (stąd i wyniki mogą pojawić się dopiero w kolejnych dniach), więc podobnie jak podczas wyborów w listopadzie można spodziewać się początkowej przewagi kandydatów Republikanów. Im mniejsza ona będzie dziś wieczorem, tym większa szansa na końcowe zwycięstwo Demokratów.

Demokraci potrzebują obu miejsc, by doprowadzić do równego podziału miejsc w Senacie (50:50), gdzie rozstrzygającym głosowania będzie wiceprezydent USA. Ale to oznacza tak naprawdę kontrolę Senatu przez Demokratów i „błękitną falę” z kontrolą Izby Reprezentantów i J. Bidenem w Białym Domu. Jednak miejsca w Senacie najprawdopodobniej przypadną Republikanom. Georgia to „republikański” stan i mimo że w listopadzie wybory prezydenckie wygrał tam Biden, to stało się to niewielką różnicą głosów (0,23 pkt. proc.). Trzeba też pamiętać, że wybory prezydenckie były po części plebiscytem zaufania wobec D. Trumpa i nie odzwierciedlały rzeczywistego poparcia dla partii.

Rynek też za bazowy scenariusz przyjmuje wygraną kandydatów Republikanów, stąd reakcja na wynik wyborów będzie asymetryczna. Utrzymanie kontroli w Senacie przez Republikanów oznacza status quo. Zwycięstwo Demokratów i pełna kontrola Kongresu zdefiniuje kierunek polityki krajowej ze szczególną uwagą na polityce fiskalnej. Większa ekspansja fiskalna to zły znak dla USD. Choć wsparcie gospodarki oznacza wyższy wzrost PKB, to prowadzi do wyższej inflacji, a przy deklarowanym przez utrzymywaniu stóp procentowych nisko przez długi czas, efekt skumulowany dla waluty jest negatywny.
Jednakże reakcja dolara (a dokładniej par z USD) na ewentualną wygraną Demokratów nie musi być jednokierunkowa. A to dlatego, że „błękitna fala” implikuje potencjalne podwyższenie podatków dla najbogatszych i firm oraz zaostrzenie regulacji największych koncernów. Wall Street może wejść w tryb paniki, pociągając za sobą wszystkie aktywa ryzykowne przy powrocie kapitału w stronę USD. W końcowym rozrachunku będzie się jednak liczyć tylko to, jak bardzo zdeterminowany do monetyzacji długu pozostanie Fed, co będzie szkodzić wycenie dolara. Ale najpierw będzie trzeba uważać na to, jak emocje mogą zawładnąć wstępną reakcją.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Niespotykana zmienność na rynkach w 2020 r.

Miniony rok to istna kolejka górska na rynkach kapitałowych. Pojawienie się pandemii i marcowa ucieczka inwestorów od ryzykownych aktywów zachwiały trendem wzrostowym na wielu rynkach. Jednak dzięki bezprecedensowym działaniom banków centralnych i rządów pozytywny sentyment błyskawicznie wrócił na rynki, a inwestorzy w kolejnych miesiącach kupowali na wyścigi ryzykowne aktywa z przeświadczeniem o tym, że pandemia minie, a jeśli będzie taka potrzeba to banki centralne i rządy zrobią wszystko, żeby utrzymać dobry sentyment.

Metale Szlachetne

Metale szlachetne były jedną z najlepszych inwestycji ostatniego roku. Pandemia koronawirusa wymusiła stymulusy gospodarcze zarówno od strony polityki fiskalnej, jak i monetarnej. Rządy wprowadziły pakiety fiskalne, które wsparły przede wszystkim przedsiębiorstwa tracące na wprowadzonym lockdownie. Banki centralne natomiast obniżyły stopy procentowe oraz zwiększyły dodruk pieniądza. W takim środowisku zyskują przede wszystkim metale szlachetne. Skutki tak ekspansywnej polityki zobaczymy w kolejnych latach, dlatego wciąż jesteśmy bardzo optymistycznie nastawieni na dalsze wzrosty cen metali szlachetnych.

Rynek Akcyjny

Pomimo ogromnych problemów w gospodarce, rynki akcyjne radziły sobie w ostatnim roku umiarkowanie dobrze. Ponownie górował rynek amerykański za sprawą dużego udziału spółek technologicznych w indeksach – S&P 500 zyskał 16,26%, a Nasdaq 100 aż 47,58%. Polski indeks szerokiego rynku WIG stracił 1,4% r/r, jednak wynika to przede wszystkim ze struktury indeksu. Duży udział stanowią spółki Skarbu Państwa, przede wszystkim banki oraz spółki paliwowe, które radziły sobie nie najlepiej w ostatnim roku – WIG Banki stracił 29,59%, a WIG Paliwa 23,65%. Cały WIG20 zakończył rok -7,73%. W październiku do indeksu WIG20 dołączyło Allegro, które zmieniło nieco strukturę indeksu poprzez zwiększenie udziału spółek z nowoczesnej gospodarki. Zdecydowanie lepiej w ostatnim roku poradziły sobie małe i średnie spółki – mWIG40 zyskał 1,75%, sWIG80 33,64%, a NCIndex aż 108,85%. W kolejnym roku również widzimy większy potencjał w wyselekcjonowanych mniejszych spółkach. Spodziewamy się także kontynuacji wzrostów na surowcach, między innymi na metalach oraz paliwach, dlatego też w portfelu funduszu znajdą się także spółki wydobywcze. Rok 2021 może być powrotem do normalności, co giełdy już dyskontują. Wciąż widzimy potencjał do dalszych wzrostów, przede wszystkim na rynkach emerging markets, czego beneficjentem będzie również GPW.

Rynek długu

Na początku 2020 roku stopy procentowe w Polsce wynosiły 1,5%. Jednak rozwój pandemii sprawił, że już w maju RPP w kilku krokach ścięła stopy procentowe do poziomu 0,1%. W efekcie średnie oprocentowanie lokat bankowych w ujęciu rocznym ukształtowało się w przedziale 0,4%-0,5%. Na tym tle nasze fundusze dłużne z nawiązką zrealizowały cel inwestycyjny osiągając wynik 2,7% w przypadku Spokojnej Inwestycji Plus oraz 2,57% w przypadku Spokojnej Inwestycji. Dla osiągniętych wyników znaczenie miały zarówno inwestycje w obligacje skarbowe zmiennokuponowe, z uwagi na wzrost ich cen szczególnie w drugim półroczu, jak i obligacje przedsiębiorstw, które w sposób stabilny dostarczały stopy zwrotu na przestrzeni całego roku. Dodatkowo wyniki wspierały wzrosty cen obligacji skarbowych inflacyjnych oraz okresowe zaangażowanie w obligacje korporacyjne na rynkach wschodzących. W tym roku w dalszym ciągu widzimy potencjał obligacji skarbowych inflacyjnych. Wzrosty cen energii, podatek cukrowy, wzrost płacy minimalnej to wszystko będzie wpływać na utrzymanie podwyższonej inflacji. Równie ważną klasą aktywów dla wyników będą obligacje przedsiębiorstw. Druga połowa 2020 roku upłynęła nam na uzupełnieniu portfela emitentów, a dzięki rozszerzeniu się spreadów kredytowych mieliśmy okazję nabywać obligacje solidnych emitentów z wyższym oprocentowaniem niż jeszcze w lutym 2020. Cześć portfela zainwestowana w obligacje skarbowe zmiennokuponowe będzie raczej charakteryzować się stabilizacją, a potencjał wzrostu cen wydaje się ograniczony. Niezmiennie cel funduszy dłużnych uniwersalnych jest co roku taki sam, przy niewielkim ryzyku i wysokiej płynności lokat, to dostarczyć stopę zwrotu na poziomie średniego oprocentowania lokat bankowych + 1-2 punkty procentowe.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Niemal dwa razy mniej wydanych kart kredytowych w 2020 r.

Na rynku płatniczym w Polsce jest w czynnym obrocie ponad 6 mln kart kredytowych. Choć w ciągu ostatnich 11 miesięcy wydano ich mniej o niemal połowę w stosunku do 2019 r. to nadal stanowią one bardzo popularny środek płatniczy w Internecie. Od 1 stycznia, chcąc spokojnie robić zakupy online, należy pamiętać o tzw. podwójnym uwierzytelnieniu podczas autoryzacji swojej transakcji. To nowy wymóg bezpieczeństwa obowiązujący od stycznia 2021 r.

Obowiązek tzw. silnego uwierzytelniania klientów przy dokonywaniu płatności kartą w internecie na terenie Unii Europejskiej wchodzi w ramach nowych przepisów unijnej dyrektywy ds. usług płatniczych (PSD2). Nowe wymogi mają na celu zwiększenie poziomu bezpieczeństwa klientów podczas dokonywania płatności kartą on-line. Przepisy narzuciły bankom oraz przedsiębiorcom prowadzącym działalność w sklepach internetowych konieczność przygotowania się do zmian i dostosowania swoich systemów do nowych wymagań.

Dla użytkowników kart kredytowych ważna jest świadomość, że każda instytucja proponuje zróżnicowane sposoby potwierdzania transakcji. Banki informują swoich klientów o nowych sposobach potwierdzania transakcji kartą w internecie. Jednak warto samodzielnie skontaktować się ze swoim bankiem i upewnić się, jakie określił metody autoryzacji przy płatnościach w intrenecie. Będzie to także okazja, by zweryfikować swoje dane kontaktowe i hasła podawane w bankach, by już od nowego roku spokojnie płacić kartą za zakupy przez internet.

Mniej wydawanych kart kredytowych nowym klientom

Obecnie rośnie popularność mobilnych form płatności, takich jak BLIK, Apple Pay czy Google Pay. Nadal jednak karty kredytowe to powszechny sposób płatności za usługi i produkty kupowane w Internecie.

W polskim systemie bankowym funkcjonuje 6,3 mln rachunków kart kredytowych. Faktycznie samych kart, tzw. plastików jest więcej, gdyż do jednego rachunku może być wydanych więcej niż jedna karta. Obecnie 5 milionów osób korzysta z kart kredytowych.

Z obserwacji BIK wynika, że liczba klientów używających ten środek płatniczy jest stabilna – od 2018 roku nie zmienia się znacząco. Podobnie, na porównywalnym poziomie, utrzymuje się liczba kart z saldem powyżej 200 złotych. W 2018 r. takich aktywnych kart było to 3,72 mln, w 2019 r. 3,95 mln, a w listopadzie 2020 r. to 3,65 mln sztuk.

W ciągu 11 miesięcy 2020 r. otwarto blisko 674 mln rachunków kart kredytowych o wartość limitów prawie 4 mld zł. W listopadzie 2020 r. banki wydały 55,8 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 322 mln zł. Średnio miesięcznie w 2020 r. wydawano 61 tys. kart kredytowych, co oznacza spadek w stosunku do 2019 r. o 40%.Mniej wydawanych kart kredytowych nowym klientom

Trend spadkowy widoczny był już od początku 2020 r. Jednym z powodów tego zjawiska może być przyjęta przez większość banków strategia koncentracji wydawnictwa kart tylko na segmencie klientów znanych bankowi.

– Niegdyś karta kredytowa była sprzedawana jako element innej transakcji, np. przy udzielaniu kredytu hipotecznego w ramach tzw. cross sellingu, a często wręcz warunkowała daną transakcję. Obecne regulacje odnośnie kredytu hipotecznego wykluczają tego typu uwarunkowanie. Innym powodem niższego wydawnictwa kart może być duży spadek stawek interchange, co istotnie obniżyło opłacalność tego produktu z perspektywy banku – tłumaczy prof. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK.

Szkodowość kart kredytowych mierzona BIK Indeksem Jakości Portfela Kart Kredytowych wynosiła w listopadzie 2020 r. 2,7%. Plasuje to zatem karty na drugim miejscu w porównaniu do szkodowości kredytów gotówkowych (3,65%). Limity kartowe należą do jednych z bardziej ryzykownych produktów kredytowych, stąd naturalna ostrożność do ich przyznawania przez banki nowym, nieznanym dotychczas klientom, co jest istotne zwłaszcza w okresie niepewności wywołanej pandemią.

W stronę zielonego ładu – czy pandemia pomoże osiągnąć cele klimatyczne?

Ogólna transformacja energetyczna, wykorzystanie najnowocześniejszych technologii i odnawialnych źródeł energii, zwiększająca się świadomość ekologiczna, czy nawet globalny kryzys wywołany pandemią – przyczyniają się do redukcji emisji CO2, ale czy to oznacza, że uda się zrealizować długoterminowe cele klimatyczne? Niekoniecznie, w świetle raportu Capgemini „World Energy Markets Observatory” odpowiedzi stoją pod dużym znakiem zapytania.

Tegoroczna edycja raportu Capgemini World Energy Markets Observatory (WEMO) opracowana we współpracy z De Pardieu Brocas Maffei, Vaasa ETT i Enerdata wskazuje, że światowy kryzys zdrowotny doprowadził do największej redukcji emisji gazów cieplarnianych od czasu II Wojny Światowej. To z pewnością jeden z najbardziej zaskakujących skutków pandemii.

Innymi ze sprzymierzeńców dla naszej planety są także nowe technologie, koncentracja na dywersyfikacji działań firm naftowych i gazowych pod kątem neutralności CO2, coraz większa świadomość ekologiczna i częstsze wykorzystywanie odnawialnych źródeł energii. Wciąż jednak osiągnięcie długoterminowych celów klimatycznych jest ogromnym wyzwaniem i realizacja ich może nie powieść się w zamierzonym stopniu i czasie.

Zaskakujące, lecz niewystarczające wsparcie w walce o neutralność klimatyczną

Jednym z nieoczekiwanych sprzymierzeńców w walce o neutralność klimatyczną okazał się koronawirus. Szacuje się, że w wyniku drastycznego ograniczenia mobilności i spowolnienia przemysłowego w 2020 r. globalna emisja CO2 spadła nawet o ok. 7-8 proc. To niezwykle ważny skutek pandemii, który tylko czasowo wsparł ludzkość w walce o ograniczenie emisji dwutlenku węgla.

– Rzeczywiście w wyniku obostrzeń w zakresie przemieszczania się i widocznego spowolnienia w przemyśle możemy wyszczególnić duży spadek emisji CO2. Nie jest to jednak aż tak znacząca kwestia, gdyż najpewniej wraz z pokonaniem wirusa, świat w dużej mierze wróci do aktywności, co spowoduje ponowny wzrost emisji dwutlenku węgla. Warto także zaznaczyć, że gdy w 2019 r. świat odnotował spowolnienie gospodarcze, a wzrost na zapotrzebowania energii się zmniejszyły, to globalna emisja CO2 mimo wszystko wzrosła o 0,6 proc., doprowadzając do najwyższego poziomu w historii pomiaru emisji – mówi Paweł Szwajkos, menadżer w dziale transformacji chmurowych i cyfrowych w Capgemini Polska.

Eksperci Capgemini szacują, że aby faktycznie wpłynąć znacząco na kwestie klimatyczne sytuacja ta musiałaby utrzymywać się przez dekadę, co jest zdecydowanie niekorzystne. Konieczne jest zatem podjęcie innych kroków, które zbliżą świat do neutralności klimatycznej.

Odnawialne źródła energii w rozkwicie

W Polsce moc zainstalowana w źródłach fotowoltaicznych w maju 2020 r. wynosiła ponad 1950 MW, a szacunki wskazują, że koniec roku może przynieść wzrost mocy na poziomie 2,5 GM. Tak duży przyrost tylko w Polsce, która plasuje się na 5 miejscu w Unii Europejskiej, wskazuje, że odnawialne źródła energii są w rozkwicie. Ponadto według Instytutu Energii Odnawialnej w ciągu 10 lat moc zainstalowana źródeł fotowoltaicznych w krajach UE-28 wzrosła o około 100 GW (średnio 10 GW/rok) i na koniec 2019 roku wynosiła już 130 GW.

Jak pokazują badania, globalny wpływ odnawialnych źródeł energii wzrósł w 2019 r. aż o 7,6 proc., a niekwestionowanym liderem w tym zakresie jest Azja, której skok stanowi aż 54 proc. całości w dodanej mocy.

– Warto pokreślić także, że Europa czyni wyraźne postępy w rozwijaniu nowych źródeł odnawialnej energii np. opartej o wodór. W lipcu 2020 r. Komisja Europejska podjęła się inwestycji rzędu 180-470 mld euro, by w perspektywie najbliższych 30 lat zwiększyć udział wodoru w produkcji energii aż o 14 proc. Kolejne fundusze na rozwój wykorzystania wodoru przeznaczyły także Niemcy i Francja. Raport Capgemini WEMO wskazuje także, że postęp technologiczny i odnawialne źródła energii przyczyniają się do spadku kosztów zarówno jej wytwarzania, jak i przechowywania, co jest istotną kwestią, ponieważ wskazuje na jeszcze większy potencjał takich rozwiązań – podkreśla Paweł Szwajkos.

Niedoskonałość zielonej energii

Prężny rozwój i wykorzystanie odnawialnej energii, to dobry znak. Jednak warto zauważyć, że wiąże się on także z pewnymi wyzwaniami, m.in. z rosnącym udziałem niestałego wytwarzania zielonej energii (słoneczna, wiatrowa), co utrudnia zbilansowanie natężenia sieci. Awarie lub zakłócenia w dostawie prądu odnotowuje się w szczególnie wietrzne lub upalne dni oraz wieczorami – po zachodzie słońca. Takie sytuacje wskazują, że dostawcy energii i regulacje prawne jeszcze nie zostały w pełni dostosowane do takiego wpływu energii z odnawialnych źródeł, przez co borykają się ze zbyt dużym lub niedostatecznym natężeniem dostaw do odbiorców.

Dużym potencjałem w zakresie uregulowań dostaw energii wykazują się rozwiązania oparte na cyfryzacji, sztucznej inteligencji, czy też automatyzacji. Mogą one pomóc precyzyjniej prognozować popyt oraz lepiej nim zarządzać.

– Walka o neutralność klimatyczną jest naszym obowiązkiem. Każdego dnia globalnie podejmujemy szereg nowych inwestycji, implementujemy nowoczesne rozwiązania, których celem jest odciążenie planety od emisji CO2. Prężny rozwój odnawialnych metod pozyskiwania energii, coraz wyższe koszty wysokoemisyjnych rozwiązań, liczne oszczędności i dofinansowania do proekologicznych projektów, czy elektryfikacja transportu – są niezbędne. Każdego roku obserwujemy znaczny postęp w badaniach nad wykorzystaniem wodoru, czy też dostrzegamy wsparcie nowoczesnych technologii, które zbliżają nas do wyznaczonych celów klimatycznych, lecz to, czy faktycznie uda się je osiągnąć zależy od zwiększenia tempa postępu w tym zakresie, czy też wspólnej dyscypliny ekologicznej – podsumowuje Paweł Szwajkos.

Elektrownia jądrowa pomoże utrzymać 1,3 mln miejsc pracy i stworzyć kilkadziesiąt tysięcy kolejnych. Polski przemysł jest przygotowany do takiej inwestycji

Pierwsza elektrownia jądrowa ma zacząć działać w Polsce za 12 lat. Dzięki obniżeniu kosztów energii i zmniejszeniu jej emisyjności atom pozwoli utrzymać 1,3 mln miejsc pracy w najbardziej energochłonnych branżach. Stworzy też kilkadziesiąt tysięcy nowych miejsc pracy, chociaż będzie to wymagało wielu lat szkoleń, zmian w systemie edukacji zawodowej i pozyskiwania specjalistów z zagranicy. Eksperci oceniają, że polski przemysł ma zasoby kadrowe i kompetencyjne, dzięki którym w dużym stopniu może uczestniczyć w programie budowy i eksploatacji reaktorów jądrowych. To w sumie blisko 400 firm, które bądź uczestniczą w podobnych projektach za granicą, bądź też posiadają kompetencje, które umożliwią im płynne przejście do tego sektora.

Budowa pierwszej elektrowni atomowej ma się rozpocząć w 2026 roku. Zgodnie z harmonogramem z programu polskiej energetyki jądrowej (PPEJ) w 2033 roku zostanie oddany do eksploatacji pierwszy reaktor, a w 2035 i 2037 roku dwa kolejne. Druga elektrownia ma zacząć działać w 2039 roku.

 Program polskiej energetyki jądrowej to chyba największy program przemysłowy po 1990 roku w Polsce. Powstanie kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy. Można próbować wyliczać, ale będzie to zależne od liczby bloków, które ostatecznie powstaną – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Sawicki, ekspert ds. ekonomicznych energetyki jądrowej.

Liczba bloków nie została jeszcze określona, ponieważ będzie zależeć od wyboru konkretnej technologii. Łączna moc zainstalowana w dwóch elektrowniach ma wynosić 6–9 GW, co oznacza budowę czterech–ośmiu bloków.

Jak wskazuje rząd w zaktualizowanym w październiku 2020 roku PPEJ, budowa jednego bloku wymaga zatrudnienia 3–4 tys. pracowników do prac budowlanych i montażowych o bardzo szerokim spektrum kompetencji, m.in. spawaczy, ­ślusarzy, mechaników, operatorów dźwigów, kierowców pojazdów budowlanych, elektryków, automatyków, inżynierów, architektów. Z kolei Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej wskazuje, że przy eksploatacji elektrowni jednoblokowej wielkość zatrudnienia to 500–700 osób, w zależności od zainstalowanej mocy.

Możemy przyjąć, że liczba bezpośrednich miejsc pracy oraz liczba miejsc pracy u kooperantów, czyli firm współpracujących z elektrownią, np. przy nowym składowisku odpadów promieniotwórczych, w administracji rządowej, czyli np. w Państwowej Agencji Atomistyki czy Urzędzie Dozoru Technicznego, będzie wynosić kilkadziesiąt tysięcy – mówi Łukasz Sawicki. – Ale to nie wszystko, bo energetyka jądrowa będzie kluczowym narzędziem do utrzymania rentowności polskich przedsiębiorstw i zapobiegania likwidacji polskiego przemysłu.

Budowa pierwszej elektrowni jądrowej ma pomóc utrzymać rentowność polskich przedsiębiorstw dzięki obniżeniu kosztów energii. Instytut Sobieskiego w opracowaniu „Energetyka jądrowa dla Polski”  wskazuje, że przyczyni się to do zmniejszenia kosztów produkcji, przyspieszenia rozwoju przedsiębiorstw i zbudowania ich przewag konkurencyjnych na rynku.

 Jeśli uda nam się zapewnić niskie koszty energii dla odbiorców przemysłowych, uda nam się zapobiec utracie liczby miejsc pracy w branżach energochłonnych i generalnie w przemyśle. Firmy energochłonne to jest nie tylko sektor stalowy, cementowy, ale również przedsiębiorstwa powiązane z nimi. Liczba miejsc pracy, jakie są generowane przez przemysł energochłonny, a dzięki elektrowni jądrowej zostaną utrzymane, to ok. 1,3 mln. Bez energetyki jądrowej my te miejsca pracy po prostu utracimy – przekonuje ekspert ds. ekonomicznych energetyki jądrowej.

Instytut Sobieskiego podaje, że przedsiębiorstwa działające w branżach energochłonnych w Polsce w 2016 roku utrzymywały prawie 10 proc. zatrudnionych w polskiej gospodarce. Są z nimi powiązane także miejsca pracy w innych sektorach, np. finansach i usługach, a część zakładów realizuje produkcję na potrzeby wojska.

Proces likwidacji niektórych energochłonnych gałęzi przemysłu niestety już się rozpoczął. Wynika to w dużym stopniu z unijnej polityki klimatyczno-energetycznej i wysokich opłat za emisję dwutlenku węgla, które przekładają się na bardzo wysokie koszty energii elektrycznej dla polskiego przemysłu, zwłaszcza dla branż energochłonnych – wyjaśnia Łukasz Sawicki.

Niektóre huty i odlewnie już zostały zlikwidowane (np. w Koninie, Stalowej Woli), a inne zapowiedziały likwidację w najbliższym czasie (np. huta i stalownia w Krakowie). Dlatego też zmiana modelu polskiej energetyki i oparcie jej na elektrowniach jądrowych powinny być kluczowe z punktu widzenia interesu państwa.

Tym bardziej że jest to szansa dla krajowego przemysłu. Rząd podkreśla, że polskie firmy przemysłowe powinny możliwie w jak największym stopniu uczestniczyć w pracach związanych z budową polskich elektrowni jądrowych, dzięki czemu rozwiną się całkiem nowe branże i możliwy będzie skok technologiczny. Zakres zaangażowania zależny będzie od wielkości samego programu jądrowego czy ustaleń z dostawcą technologii oraz generalnym wykonawcą budowy.

 Polski przemysł jest przygotowany w bardzo dużym stopniu do rozpoczęcia budowy elektrowni jądrowej. Mamy ponad 70 polskich przedsiębiorstw, które biorą udział w budowach czy remontach elektrowni jądrowych za granicą – wskazuje ekspert.

Firmy te w ciągu ostatniej dekady, w kooperacji z zagranicznymi koncernami, realizowały co najmniej jeden projekt dla zagranicznych elektrowni jądrowych, m.in. podczas budowy elektrowni jądrowych Olkiluoto 3 w Finlandii i Flamanville 3 we Francji, ale dotyczy to nie tylko projektów w UE, ale także Japonii, Meksyku czy Rosji.

 Mamy także zidentyfikowanych ok. 300 polskich firm, które co prawda nie realizują jeszcze zleceń dla przemysłu jądrowego za granicą, natomiast posiadają kompetencje, które umożliwią im płynne wejście do programu jądrowego – podkreśla Łukasz Sawicki. – To m.in. firmy z branży petrochemicznej, przemysłu ciężkiego, górniczego, firmy, które realizują badania lokalizacyjne.

Rząd zdaje sobie jednak sprawę, że dziś Polska nie dysponuje wystarczającymi kadrami na potrzeby rozwoju energetyki jądrowej. Jednym z ważnych elementów będzie określenie zapotrzebowania w tym zakresie i tego, skąd pozyskiwać odpowiednio wykwalifikowanych ludzi oraz jak ich szkolić. Temu służyć ma „Plan rozwoju zasobów ludzkich na potrzeby energetyki jądrowej”.

– Mamy kilka źródeł, z których możemy czerpać kadry. Możemy wykształcić własne, mamy też część ludzi, którzy pracują w branżach pokrewnych, których można odpowiednio doszkolić. Mamy też pewną – choć relatywnie niedużą – liczbę osób już wstępnie wyszkolonych w zakresie energetyki jądrowej. Innym źródłem mogą być Polacy pracujący w zagranicznych obiektach jądrowych, którzy – jak wynika ze wstępnych rozmów – byliby zainteresowani powrotem do kraju – wymienia ekspert ds. ekonomicznych energetyki jądrowej. – Również w Państwowej Agencji Atomistyki trwa przygotowywanie kadr do kolejnych etapów rozwoju energetyki jądrowej, ponieważ będzie ona jedną z pierwszych instytucji, które przyjmą na siebie pierwszy ciężar związany z uruchomieniem programu.

W raporcie „Energetyka jądrowa dla Polski” eksperci wskazują, że polskie firmy mają szansę na współpracę z dostawcą technologii w ramach szkolenia i przygotowania zaplecza kadrowego dla obiektów jądrowych. Proces edukacyjny trwa nawet kilkanaście lat i wymaga zmian w ramach uczelni, instytucji badawczych, ale też szkół zawodowych, aby wypełnić zapotrzebowanie rynku na wykwalifikowanych pracowników fizycznych.

Polska jednym z państw najbardziej narażonych na kryzys wodny. Problemem jest nie tylko ilość, ale i jakość dostępnej wody

Przez ograniczone zasoby wody pitnej Polska jest jednym z państw najbardziej zagrożonych kryzysem wodnym, który postępuje wraz ze zmianami klimatycznymi. W największym stopniu cierpią na tym przemysł i rolnictwo. Aby przeciwdziałać skutkom suszy, konieczne jest m.in. pilne zwiększenie poziomu retencjonowania wód i przywracanie naturalnych meandrów rzek. – Musimy pochylać się nie tylko nad problemem ilości wody, ale również jej jakości – podkreśla Mateusz Grygoruk z warszawskiej SGGW.

– Kurczenie się zasobów wodnych Polski wynika z nierównomierności opadów, które coraz częściej dotykają nasz kraj. Jest ona spowodowana najprawdopodobniej postępującymi zmianami klimatu i przejawia się tym, że średnio w roku pada praktycznie tyle samo, natomiast bywają okresy, kiedy tego deszczu jest bardzo dużo, oraz takie, kiedy przez długi czas nie ma go w ogóle. Właśnie takie nierównomierne rozłożenie opadów powoduje problemy z gospodarowaniem wodą – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Mateusz Grygoruk, profesor Katedry Inżynierii Wodnej na Wydziale Budownictwa i Inżynierii Środowiska w SGGW, współautor ekspertyzy naukowej „Woda w rolnictwie”.

Polska jest jednym z najuboższych w wodę krajów w Europie. Tylko Czechy, Malta i Cypr mają jej mniej w przeliczeniu na mieszkańca. Tymczasem statystyczny Polak bezpośrednio zużywa ok. 92 litrów wody dziennie, ale jego ślad wodny (woda zużywana pośrednio, w konsumpcji towarów i usług) wynosi już prawie 3,9 tys. litrów – pokazują dane opracowane przez Fundację Aeris Futuro i Rankomat.pl. Według Global Compact Network Poland i danych GUS w Polsce największy udział w zużyciu wody ma jednak przemysł (ok. 72 proc.), który mocno wyprzedza sektor komunalny (18 proc.) oraz rolnictwo i leśnictwo (10 proc.). Woda pobierana na potrzeby gospodarki i ludzi w około 80 proc. pochodzi z zasobów wód powierzchniowych, a pozostałe 20 proc. – to woda podziemna.

– Zmniejszanie się zasobów wodnych dostępnych dla gospodarki i rolnictwa jest widoczne w całym kraju i powodowane wieloma czynnikami, np. nadmiernym zużyciem wody poprzez naśnieżanie w niektórych miejscach Polski, szczególnie w górach. Ale głównym użytkownikiem wody jest przemysł i rolnictwo, które równomiernie w całej Polsce potęgują zjawisko braku wody w dużej skali – mówi profesor SGGW.

W Polsce na jednego mieszkańca przypada rocznie około 1,8 tys. m³ wody, ale w okresach suszy jej ilość spada nawet do 1,1 tys. m³. Średnia w Europie jest prawie trzykrotnie wyższa i wynosi ok. 5 tys. m³. Tymczasem próg 1,7 tys. m³ na osobę jest granicą „stresu wodnego”, czyli zagrożenia deficytem wody – wynika z ekspertyzy „Woda w rolnictwie”, opracowanej z inicjatywy Koalicji Żywa Ziemia we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla i WWF Polska. Eksperci alarmują w niej, że problem suszy, wysychania rzek, obniżania się poziomu wód gruntowych i nawracających niedoborów wody w wodociągach z roku na rok się zaostrza. W ciągu ostatnich kilku lat poziom wód gruntowych w Polsce obniżył się o dwa metry.

Z analiz PGW Wody Polskie (wykonanych na potrzeby planu przeciwdziałania skutkom suszy) wynika, że zagrożonych występowaniem suszy rolniczej jest 45 proc. wszystkich terenów rolnych i leśnych w Polsce, przede wszystkim na terenie województwa wielkopolskiego, części kujawsko-pomorskiego, lubuskiego oraz Mazowsza. Z kolei zasięg obszarów zagrożonych suszą hydrogeologiczną stanowi 35,6 proc. powierzchni całego kraju.

Do rosnącego zagrożenia przyczyniają się nie tylko zmiany klimatyczne, lecz również przede wszystkim działalność człowieka. Tereny zlewni – czyli obszary, z których woda spływa ciekami do jednego zbiornika, jak np. morza, rzeki i jeziora – zostały silnie przekształcone przez człowieka i nieprawidłowo zmeliorowane. To w połączeniu z gwałtownymi deszczami, przedłużającymi się okresami suszy i wadliwymi działaniami hydrologicznymi powoduje, że większość wody przepada bezpowrotnie wraz ze spływem powierzchniowym.

– Przez ostatnich kilkadziesiąt lat w Polsce i w zasadzie w całej Europie regulowano rzeki, co powoduje wiele problemów gospodarczych dopiero po jakimś czasie. Teraz widzimy, że te wyprostowane i skrócone rzeki bardzo silnie erodują i mówiąc kolokwialnie, ściągają wody z obszarów przyległych do siebie, odprowadzając ją dalej. W efekcie mamy mało wody w krajobrazie – wyjaśnia dr hab. Mateusz Grygoruk. – Główną metodą zwalczania tego problemu jest próba przywracania rzek do stanu dobrego przyrodniczo, czyli np. przywracanie meandrów, spowalnianie odpływu w rzece. Oczywiście w pewnych okresach może to powodować niekorzystne skutki, np. lokalne podtopienia, ale Unia Europejska i wspólna polityka rolna dysponują narzędziami i instrumentami finansowymi, które mają takie problemy rozwiązywać. Celem tych działań jest zatrzymanie jak najwięcej wody w krajobrazie, żeby nasze rzeki, rzeczki i strumyki były pełne.

Jednym z narzędzi w walce z niedoborami wody jest retencja wód. Jak podają Wody Polskie, obecnie w Polsce utrzymuje się ona na poziomie około 6,5 proc, co oznacza, że gromadzimy ok. 4 mld m³ wody. Dla porównania w Hiszpanii poziom retencji sięga ok. 40 proc. Aby zgromadzone zasoby wodne zaspokoiły wszystkie potrzeby ludzi, gospodarki i środowiska, retencja w Polsce powinna być przynajmniej dwa razy wyższa niż obecnie. Zgodnie z przyjętym w ubiegłym roku przez rząd Programem Rozwoju Retencji jej poziom ma wzrosnąć do 15 proc. w perspektywie 2027 roku.

– Działania, które powinniśmy podjąć, aby próbować ograniczać problemy wodne naszego kraju, to przede wszystkim odtwarzanie naturalnych stref retencjonujących wodę, próba przywracania rzek do stanu sprzed ich przekształcenia i przede wszystkim wprowadzanie technologii, które pozwalają na ograniczanie dostawy ścieków do wód – zarówno ze źródeł punktowych, jak np. przemysł, jak również ze źródeł rozproszonych, chociażby z rolnictwa – ocenia ekspert SGGW.

Jak podkreśla, problem stanowi w Polsce nie tylko ilość, ale i jakość dostępnych zasobów wodnych. Za to też w dużej mierze odpowiedzialne jest rolnictwo.

– Problem jakości wody wynika najczęściej z tego, że w pewnych okresach mamy w rzekach niewiele wody, czyli mamy mało rozpuszczalnika, a dostawa zanieczyszczeń z obszarów np. rolniczych jest cały czas na podobnym poziomie. To powoduje, że w okresach niżówek stężenia zanieczyszczeń w wodach są po prostu większe – wskazuje dr hab. Mateusz Grygoruk.

Eksperci podkreślają, że zanieczyszczenia wód ze źródeł rolniczych są obecnie jednym z największych zagrożeń dla rzek i mórz, w tym dla Bałtyku, a jedyną metodą poprawy jakości wód są właściwe uwodnienie i odpowiednio utrzymana roślinność bagienna nadrzecznych bagiennych stref buforowych.

Ceny żywności w 2021 roku będą nadal rosnąć. Choć ich wzrost nie będzie już tak szybki jak w poprzednim

Inflacja w 2021 roku będzie niższa niż w 2020. Na wolniejsze tempo wpływ będzie miało spowolnienie wzrostu cen żywności wobec minionych kilkunastu miesięcy, choć opłata cukrowa i podatek od sprzedaży detalicznej mogą zachwiać prognozami. Nadpodaż mięsa i globalny wzrost cen produktów zbożowych, uzależnienie plonów warzyw od pogody i wpływ blokad spowodowanych pandemią na ceny owoców – to główne czynniki warunkujące ceny żywności w tym roku.

– Oczekujemy, że inflacja obniży się w 2021 roku do 2,6 proc. wobec 3,4 proc. w 2020 roku, czyli ceny będą nadal rosły, ale o wiele wolniej niż w poprzednim roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Olipra, ekonomista Banku Credit Agricole. – Uważamy, że dynamika cen żywności i napojów bezalkoholowych wyniesie w 2021 roku około 1 proc. w ujęciu rocznym. Jeżeli porównalibyśmy to z dynamiką cen żywności, napojów bezalkoholowych w poprzednich latach, kiedy wynosiła prawie 5 proc., to widać, że wyraźnie się obniży. Czyli choć żywność będzie drożeć, to wzrost będzie o wiele wolniejszy niż w poprzednich latach.

Prognoza ta jest zgodna z zaprezentowaną w listopadowej projekcji inflacji przez Narodowy Bank Polski. Ogółem wzrost cen towarów i usług miał wynieść 3,4 proc. w 2020 roku i ma się ukształtować na poziomie 2,6 proc. w 2021 roku oraz niewiele wyżej – 2,7 proc. – w 2022 roku. Ceny żywności natomiast według tej samej projekcji mają sięgnąć odpowiednio 4,8 proc., 1,6 proc. oraz 2,3 proc., czyli w 2020 roku jeszcze ciągnęły inflację w górę, a w kolejnych latach będą już ją obniżać. Wynika to z kilku czynników, głównie z wyjątkowo wysokiego wzrostu cen administrowanych oraz usług. Mięso tanieje z powodu nadprodukcji i ponownego wykrycia grypy ptaków oraz trwającej od kilku lat epidemii afrykańskiego pomoru świń.

Podrożały natomiast już od Nowego Roku napoje, a to z powodu tzw. opłaty cukrowej, liczonej od napoju sprzedanego, a nie zakupionego u producenta czy w hurtowni, co oznacza konieczność naliczenia podatku już od początku roku.

– Początek roku przywitał konsumentów wyraźnymi podwyżkami cen, szczególnie w kategorii napoje bezalkoholowe, a dokładnie napoje słodzone, ponieważ na początku roku został wprowadzony tzw. podatek cukrowy, który podbija ceny np. napojów gazowanych czy energetyków – tłumaczy Jakub Olipra. – Wzrosty cen sięgają kilkudziesięciu procent. Wiele wskazuje na to, że ten podatek został w znacznym stopniu przerzucony na konsumentów. Mogą oni jednak „zagłosować” swoimi decyzjami konsumenckimi i ostatecznie obroty spadną na tyle silnie, że w kolejnych miesiącach może dojść do korekty cen i nieznacznego ich spadku.

Branża napojowa przewidywała, że napoje zdrożeją o kilkadziesiąt procent, i tak się stało. Opłata cukrowa objęła napoje gazowane i niegazowane, także te z wysoką zawartością soków owocowych i warzywnych, choć jeśli jest ich co najmniej 20 proc., obejmie je tylko opłata zmienna. Dodatkowe opłaty nałożone zostały na napoje z zawartością tauryny i kofeiny, czyli tzw. energetyki. Dokładnie za każdy litr napoju z dodatkiem cukru lub substancji słodzącej, także tej zerokalorycznej, producent będzie musiał dopłacić 50 groszy. Do tego dochodzi opłata zmienna w wysokości 5 groszy, jeśli ilość cukru w 100 ml przekroczy 5 gramów. Za napoje z substancjami energetyzującymi dopłacić trzeba 10 groszy za jeden litr.

Kluczowe z punktu widzenia prognoz inflacji, szczególnie inflacji żywności na 2021 rok, jest tempo wygasania pandemii, ponieważ z tym związane jest to, co się będzie działo w gastronomii, która jest ważnym odbiorcą polskiej żywności. Jeżeli rzeczywiście będziemy mieli do czynienia z ożywieniem popytu w tym sektorze, to będzie to czynnik oddziałujący w kierunku wzrostu cen – podkreśla ekonomista Banku Credit Agricole.

Na kształtowanie się cen niektórych kategorii żywności będzie wpływać sytuacja na światowych rynkach. Dotyczy to m.in. produktów mlecznych, które – w opinii eksperta – nie powinny znacząco drożeć ani tanieć. Z kolei ceny zbóż na świecie utrzymują się na relatywnie wysokim poziomie, więc mimo rekordowych zbiorów w Polsce nie można liczyć na obniżki cen produktów zbożowych, np. pieczywa.

– Ciekawą kategorią będą warzywa, ponieważ tutaj jesteśmy silnie uzależnieni od warunków agrometeorologicznych, czyli tego, co się będzie działo z pogodą w tym roku. Według naszych prognoz przynajmniej w pierwszej połowie roku ceny powinny być stabilne, bo cały czas bazujemy na relatywnie dobrych zapasach z poprzedniego roku – przewiduje Jakub Olipra. – Jeżeli pogoda się ukształtuje na poziomie średniej wieloletniej, to możemy oczekiwać, że dynamika cen nie zmieni się istotnie, co będzie dobrą wiadomością dla konsumentów. Pamiętajmy, że mieliśmy suszę dwa lata z rzędu.

Z danych GUS wynika, że w ciągu 11 miesięcy 2020 roku ceny warzyw wzrosły w ujęciu rocznym o 0,7 proc., owoców natomiast skoczyły o 18,5 proc.

– Ceny owoców również zależą od warunków pogodowych, 2020 rok przyniósł wyraźny wzrost dynamiki cen w tej kategorii. Pamiętajmy też, że pandemia zrobiła swoje, wzrosły ceny niektórych kategorii, m.in. cytrusów. Wiele wskazuje, że ten rok już przyniesie obniżenie dynamiki, nawet patrząc przez pryzmat efektu wysokiej bazy sprzed roku – mówi ekonomista banku Credit Agricole.

Dwucyfrowo poszły w górę jeszcze tylko ceny wędlin (o 10,2 proc.). Wyraźnie droższe były wieprzowina (+9,1 proc.), pieczywo (+8,2 proc.) oraz ryż (+7,0 proc.). Potaniały natomiast drób (-0,3 proc.) oraz masło (-3,6 proc.).

  Oczekujemy, że dynamika cen mięsa będzie ujemna, czyli ceny będą niższe niż w 2020 roku. Wydatki na mięso mają istotny udział w wydatkach na żywność ogółem. Tani będzie zarówno drób, jak i wieprzowina, czyli dwa gatunki mięsa szczególnie istotne dla polskich konsumentów. W znacznym stopniu jest to związane z pandemią, ponieważ mamy dużą nadpodaż, szczególnie drobiu, na co wpłynęło zamknięcie gastronomii. Więcej mięsa trafia na lokalny rynek, a to zbija ceny – wyjaśnia Jakub Olipra.

Polscy naukowcy dołączą do przełomowego projektu kosmicznego. Nowy teleskop pozwoli zbadać Wszechświat głębiej niż kiedykolwiek wcześniej

Polscy astronomowie mają duży wkład w światową astronomię. Projekty takie jak OGLE, ASAS czy Gaia prowadzone w Obserwatorium Astronomicznym Uniwersytetu Warszawskiego doprowadziły do odkryć w dziedzinach planet pozasłonecznych, badaniu ciemnej materii za pomocą obserwacji zjawisk mikrosoczewkowania grawitacyjnego czy analizie struktury galaktyki. Wkrótce polscy naukowcy dołączą do międzynarodowego teleskopu Obserwatorium im. Very Rubin. – To będzie kolejny przełom w obserwacjach długofalowych – przekonuje dr hab. Łukasz Wyrzykowski z Obserwatorium Astronomicznego UW.

– Polscy astronomowie mają duży wkład w astronomię światową, na przykład nasz flagowy projekt Uniwersytetu Warszawskiego – OGLE – od prawie 30 lat prowadzi przełomowe obserwacje poszukiwania planet, czarnych dziur, gwiazd zmiennych czy badania struktury galaktyki. Bardzo dużo dziedzin astronomii zostało wzbogaconych przez obserwacje właśnie projektu OGLE – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. Łukasz Wyrzykowski z Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego.

Projekt OGLE, czyli Optical Gravitational Lensing Experiment (Eksperyment Soczewkowania Grawitacyjnego), to jeden z bardziej prestiżowych projektów polskiej astronomii. Dzięki niemu udało się m.in. obserwacyjnie potwierdzić występowanie zjawiska mikrosoczewkowania grawitacyjnego, zaobserwowano 20 nowych planet pozasłonecznych, ponad 4 tys. zjawisk mikrosoczewkowania i kilkaset tysięcy nowych gwiazd zmiennych. Jednym z sukcesów OGLE jest odkrycie pierwszych planet pozasłonecznych nowymi pionierskimi metodami: tranzytów i przy użyciu mikrosoczewkowania grawitacyjnego.

– Kolejną misją jest Gaia, w której Polacy biorą czynny udział i nasz wkład też jest znaczący, jeśli chodzi o poszukiwania różnych zjawisk tymczasowych czy też soczewkujących czarnych dziur – zaznacza dr hab. Łukasz Wyrzykowski.

Europejski teleskop kosmiczny Gaia zbiera dane i tworzy wysokiej rozdzielczości mapy 3D ponad miliarda gwiazd. Ze swojego położenia w punkcie L2 Lagrange’a Gaia może obserwować całe niebo, a precyzyjne pomiary pozycji gwiazd pozwoliły naukowcom dowiedzieć się więcej o strukturach różnych galaktyk i ich ewolucji w czasie. W ramach misji codziennie spływają ogromne liczby danych, a ich analizowaniem zajmują się m.in. naukowcy z Obserwatorium Astronomicznego UW.

– Te prace będziemy kontynuować. Przybliżamy się też do nowego międzynarodowego projektu Obserwatorium im. Very Rubin/LSST. To duży, ośmiometrowy teleskop, którego budowa w Chile jest już na ukończeniu. Powinien zacząć działać w ciągu roku, może dwóch lat. To będzie też kolejny przełom w obserwacjach długofalowych. Przez 10 lat teleskop będzie prowadził dokładne obserwacje południowego nieba i w ten projekt też chcemy się włączyć – zapowiada ekspert.

Teleskop LSST (Large Synoptic Survey Telescope, od niedawna nazywany Obserwatorium im. Very Rubin na cześć odkrywczyni ciemnej materii) ma przeprowadzić badania, które pozwolą dokonać rewolucyjnych odkryć w tematyce głębokiego Wszechświata. Wygeneruje najgłębszy i dotąd najszerszy jego obraz. Zgodnie z zapowiedziami teleskop zbada naturę ciemnej materii przy obserwacji kilku miliardów galaktyk, wykorzystując różnorodne metody umożliwiające krzyżowe sprawdzanie wyników. Dzięki mapowaniu galaktyk w czasie i przestrzeni, katalogowaniu ich mas i badaniu ich wpływu na zniekształcenie czasoprzestrzeni Obserwatorium im. Very Rubin zyska nowy wgląd w naturę ciemnej materii.

Teleskop ma też zwiększyć bezpieczeństwo Ziemi. Będzie mierzył właściwości kilku milionów poruszających się obiektów, w tym tych znajdujących się blisko Ziemi, przy czym pozwoli zobrazować asteroidy o średnicy zaledwie 140 metrów. Obserwatorium może wykryć 60–90 proc. wszystkich potencjalnie niebezpiecznych asteroid o średnicy większej niż 140 metrów.

– Ten teleskop będzie regularnie obserwował całe niebo, będzie znajdował supernowe, różne wybuchy. Podobne rzeczy, które robimy obecnie w misji Gaia, będziemy mogli przenieść na inny poziom. W projekcie LSST będziemy w stanie sięgać dużo głębiej, będziemy w stanie wykrywać soczewkujące czarne dziury, coś, co nas najbardziej interesuje. Mamy nadzieję, że będziemy mogli znaleźć setki czarnych dziur za pomocą tego teleskopu – mówi dr hab. Łukasz Wyrzykowski.

Obserwatorium im. Very Rubin/LSST ma też badać zmiany obiektów astronomicznych w czasie. Wielokrotne obrazowanie całego nocnego nieba na dużą głębokość i przy wysokiej jakości obrazu ma ujawnić nowe informacje o znanych rodzajach gwiazd zmiennych i kosmicznych eksplozjach.

Zakupy online – to się naprawdę opłaca

Coraz więcej osób kupuje różne rzeczy w internecie. Niektórzy już nawet zapomnieli, co oznacza stać w kolejce do kasy. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż zakupy online to praktycznie same zalety. Jedną z nich jest łatwy dostęp do sklepów internetowych.

Zakupy online – co i kto kupuje w sieci najczęściej?

Zakupy w sieci może robić każdy posiadający dostęp do internetu. Wystarczy komputer, tablet lub smartfon i już można oddać się szaleństwu zakupów online. Seniorzy kupują zdecydowanie rzadziej i najczęściej korzystają przy tym z pomocy dzieci i wnucząt. Największa grupa osób kupujących w sieci to osoby w średnim i młodym wieku. Należą do nich ludzie o różnym poziomie zamożności. Pytanie teraz, co najczęściej kupują? Wiele osób decyduje się na zakup książek, sprzętu RTV i AGD. Jednak chyba największą popularnością cieszą się ubrania i buty. Ich wybór jest ogromny, a ceny bardzo przystępne. Nie ma elementów garderoby, których nie dałoby się kupić przez internet. W portalu 7BUTY znajdziemy ponad 100.000 ofert obuwia. Sklepy internetowe powstają w błyskawicznym tempie. Co chwilę otwierają się kolejne. Oferują bluzki, spodnie, spódnice, sukienki, szorty, t-shirty, kurtki, płaszcze, czapki, szaliki, rękawiczki, torebki, paski do spodni oraz inne tego typu ubrania, do których inspiracje znajdziemy na inspiracjemodowe.pl. Tak samo w identyczny sposób  kupić można różnego rodzaju obuwie – kozaki, czółenka, półbuty, szpilki, klapki, kalosze, buty sportowe, a nawet kapcie. Są to rzeczy przeznaczone dla dzieci, kobiet i mężczyzn. W internecie wszystko jest na wyciągnięcie ręki, więc dlaczego nie skorzystać z tej opcji zakupu.

Zakup butów i ubrań przez internet – dlaczego to się opłaca?

Buty i ubrania warto kupować w sieci z wielu powodów. O tych najważniejszych trzeba koniecznie wspomnieć. Do zakupów internetowych zachęca szeroka oferta asortymentu, jakim mogą pochwalić się liczne sklepy online. Teraz już wszystko można kupić w internecie, a ubrania i buty przede wszystkim. Odnalezienie sklepu, oferty i właściwego rozmiaru nie stanowi najmniejszego problemu dzięki 7moda.pl. Zakupy w sieci są bardzo wygodne, ponieważ nie trzeba ruszać się z domu, aby odwiedzić kilka sklepów i zapoznać się z ofertą każdego z nich. Ogromną zaletą kupowania w internecie są przystępne ceny. W sieci jest dużo taniej, a nierzadko dodatkowo można trafić na liczne rabaty. Rabat za dołączenie do newslettera, za większe zakupy lub z powodu konkretnych okazji – w sieci zawsze można kupić z zyskiem. Kupując w sklepach internetowych, nie ma obaw, że jakieś ubranie nie będzie pasowało, bo zawsze jest czas na zwrot. Zwykle jest to 14 dni, ale niektóre sklepy zdecydowanie ten czas wydłużają. Tak więc powodów, dla których warto jednak kupować za pośrednictwem internetu, jest wiele. I choć przede wszystkim tym sposobem kupujemy ubrania i buty, to jednak inne rzeczy też się opłaca. W sieci jest po prostu zdecydowanie taniej, a czas oczekiwania na towar coraz krótszy.

Zakupy online – jakie są zagrożenia?

Z zakupami internetowymi wiążą się też pewne zagrożenia. Można zrobić zakupy w sklepie, który nie istnieje. Można trafić na oszustów. Najczęściej jest tak, gdy kupujemy w niewłaściwym miejscu, na aukcjach, za pośrednictwem portali ogłoszeniowych. W punktach, które nie dają żadnego potwierdzenia złożenia zamówienia, a pieniądze przelewane są na konto bez konkretnego dowodu. By móc bezpiecznie robić zakupy w sieci, wystarczy wybierać sprawdzone sklepy, te, które działają legalnie. To można sprawdzić z łatwością. Zakupy w sieci to też ryzyko, że na przykład ubranie nie będzie pasowało rozmiarem albo okaże się, że jego materiał jest inny, niż miał być. Wystarczy jednak dobrze zapoznać się z opisem produktu. Można też przecież wymienić towar albo oddać. Tak więc te zagrożenia, które teoretycznie istnieją, w rzeczywistości są do wyeliminowania. Wszystko wskazuje na to, że bardzo opłaca się kupować w internecie i to z wielu powodów.

Czym jest Allegro Ads i kto może z niego korzystać?

Polski gigant e-commerce – Allegro poszedł w ślady Google oraz Facebooka, oferując na swojej platformie płatne spersonalizowane reklamy. Warto zainteresować się tą usługą, jeżeli zależy Ci na zwiększeniu sprzedaży i popularności swojej marki. W dalszej części artykułu przekażemy najważniejsze informacje o systemie Allegro ADS i podpowiemy, kto może z niego korzystać.

Czym jest Allegro Ads?

Allegro ADS jest platformą reklamową, działającą na podobnej zasadzie co Facebook Ads czy Google Ads. Reklamowanie za pomocą Allegro ADS należy zacząć od dodania kampanii i wybrania ofert, które chcesz promować. Wybrane przez Ciebie oferty zaczną być wyświetlane zależnie od zaprojektowanej kampanii na platformie Allegro lub na zewnętrznych serwisach. Dzięki skorzystaniu z usług Allegro ADS, Twoje oferty będą znacznie bardziej widoczne od ofert konkurencji. Co oczywiście przełoży się na wzrost sprzedaży.

Rodzaje reklam Allegro Ads

Allegro ADS oferuje wyświetlanie trzech różnych typów reklam. Pierwszym typem jest oferta sponsorowana na Allegro. Reklama w postaci oferty sponsorowanej jest umieszczana w wybranych miejscach na liście wyników wyszukiwania. Kolejną opcją jest reklama graficzna, wyświetlana na górze strony z wyszukiwaniami lub na dole oferty pod sekcją „O sprzedającym”. Natomiast prezentacja oferty w sieci reklamowej Allegro Ads polega na reklamowaniu produktów na zewnętrznych serwisach – Facebook i Google.

Kto może korzystać z Allegro Ads?

Z systemu Allegro Ads może skorzystać każda osoba sprzedająca na platformie Allegro. System jest tak skonstruowany, że możesz sam konfigurować reklamy i monitorować wyniki. Jednak prowadzenie zaawansowanych i skutecznych kampanii wymaga dużego zaangażowania, doświadczenia i czasu. Dlatego warto rozważyć skorzystanie z usług agencji zajmującej się marketingiem internetowym. Dzięki temu można mieć pewność, że nasza kampania przyniesie oczekiwany skutek.

Czy warto korzystać z reklamy Allegro Ads?

Allegro Ads jest formą wspierania sprzedaży produktów na Allegro dla każdego wystawiającego. Zarówno początkujący sprzedający, jak i duże oraz znane marki mogą skorzystać z Allegro ADS. Badania potwierdzają, że około 80% Polaków uważa Allegro za najpopularniejszą platformę do sprzedaży. Ogromna popularność Allegro przekłada się również na duże zasięgi, jakie możemy uzyskać dzięki dobrze przeprowadzonej kampanii na Allegro ADS.

Niespodziewany wydatek? Pozabankowa karta kredytowa to coraz bardziej popularna alternatywa dla „chwilówki”

Większość z nas doświadczyła w życiu sytuacji, w której zostaliśmy zaskoczeni nagłym, większym wydatkiem. Jeśli mogliśmy skorzystać z pomocy rodziny lub znajomych, pozwalało nam to szybko rozwiązać finansowy problem. Jeśli jednak tego typu pożyczka nie wchodziła w grę, najczęściej pozostawała do dyspozycji jedynie tzw. chwilówka. Dzisiaj coraz bardziej popularnym rozwiązaniem staje się pozabankowa karta kredytowa. Co ją różni od szybkiej pożyczki i czy rzeczywiście warto wystąpić o przyznanie takiej karty kredytowej? Sprawdzamy.

Pozabankowa karta kredytowa to zdecydowanie mniej formalności

Jeśli formalności bankowe skutecznie zniechęcają Cię do korzystania z usług proponowanych przez tego typu instytucje, mamy dobrą wiadomość. Pozabankowa karta kredytowa to rozwiązanie, po które nie trzeba wybierać się do banku. Dla przykładu, karta kredytowa AXI zostanie Ci dostarczona przez kuriera wprost do domu. Wcześniej wystarczy jedynie złożyć wniosek online. Po telefonicznej weryfikacji wnioskodawcy, karta zostaje przesłana w ciągu 48 godzin. Jej aktywacja następuje przy zastosowaniu kodu PIN, który zostanie przesłany wiadomością SMS na Twój numer telefonu.

Zastanawiasz się jednak nad „chwilówką”? To nieco podobny wariant, jednak obecnie mamy do czynienia z zawirowaniami na rynku pożyczek pozabankowych. Pandemia zmusiła branżę do dokonywania wnikliwszej analizy wnioskodawców. Można się spodziewać, że pozytywne rozpatrzenie wniosku, jak i przebieg całej procedury będą nico trudniejsze. Z kolei karta kredytowa to rozwiązanie ograniczające formalności do absolutnego minimum. Okazuje się, że nawet jeśli spóźniliśmy się w przeszłości ze spłatą jakiegokolwiek zadłużenia, taka historia nie będzie stanowiła przeszkody w uzyskaniu potrzebnych środków.

Karta kredytowa – wnioskujesz raz i zyskujesz stały dostęp do potrzebnych środków

Porównując szybką pożyczkę i pozabankową kartę kredytową natychmiast zauważysz różnicę dotyczącą dostępności potrzebnych środków finansowych. Biorąc pożyczkę otrzymujesz jednorazowy zastrzyk gotówki. Wspomniana już wcześniej karta kredytowa AXI zapewni Ci natomiast stały dostęp do środków finansowych, po które możesz sięgnąć w sytuacji, gdy pojawi się taka potrzeba. Co więcej, obsługa karty kredytowej jest mniej kosztowna niż koszty związane z zaciągnięciem szybkiej pożyczki.

Kolejna różnica to czas, jaki przysługuje na spłatę zadłużenia. Jak sprawdziliśmy, karta kredytowa gwarantuje aż 60 dni, co jest wynikiem dwa razy dłuższym niż w przypadku spłaty standardowej pożyczki „chwilówki”. Takie rozwiązanie jest z pewnością bardziej wygodne i pozwala dostosować harmonogram spłaty do naszych indywidualnych możliwości. Samo korzystanie z przyznanych środków może z kolei odbywać się w najdogodniejszy dla nas sposób. Płacisz online, kartą lub wypłacając gotówkę z dowolnego bankomatu sprawdź sam na stronie https://axi-card.pl/

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – grudzień 2020 r.

  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 150,8% rdr do 34,5 mld zł
  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect o 1019,2% do 1,2 mld zł
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 105,9% rdr do poziomu 1 328,5 tys. szt.
  • Wzrost łącznego obrotu obligacjami na TBSP o 22,5% rdr do 16,9 mld zł
  • Wzrost łącznego obrotu produktami strukturyzowanymi o 116,6% rdr do 253,1 mln zł
  • Wzrost łącznego obrotu ETF-ami o 248,3% rdr do 71,6 mln zł
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 15,7% do poziomu 17,7 TWh
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 0,8% rdr do 14,7 TWh

W grudniu 2020 r. łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 35,3 mld zł, czyli o 152,6% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła o 150,8% rdr do poziomu 34,5 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła 1,7 mld zł, o 125,7% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec grudnia wyniosła 57 025,84 pkt i była o 1,4% niższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w grudniu odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 811,8% rdr do poziomu 1,2 mld zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect wzrosła o 1019,2% rdr i wyniosła 1,2 mld zł.

Łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi w grudniu wyniósł 1 328,5 tys. szt., czyli o 105,9% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy wzrósł o 34,6% rdr do poziomu 543,7 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na akcje wzrósł o 85,6% rdr do 246,2 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na waluty wzrósł o 514,6% rdr do 509,1 tys. szt., a wolumen obrotu opcjami wzrósł o 13,6% rdr do 29,5 tys. szt.

W grudniu zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 116,6% rdr do poziomu 253,1 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 248,3% rdr do 71,6 mln zł.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec grudnia 99,4 mld zł wobec 92,1 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła o 14,5% rdr do poziomu 222,7 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła 16,9 mld zł wobec 13,8 mld zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o 22,5% rdr.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym wyniósł 17,7 TWh, co oznacza wzrost o 15,7% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 1,9% rdr do poziomu 3,3 TWh. Na rynku forward wolumen wzrósł o 19,3% rdr do poziomu 14,5 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym spadł o 0,8% rdr do 14,7 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu wzrósł o 44,0% do poziomu 4,2 TWh. Na rynku terminowym odnotowano spadek o 11,8% rdr do poziomu 10,5 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł 2,8 TWh, co oznacza wzrost o 1,9% rdr.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł o 61,1% rdr do poziomu 10,3 ktoe[3].

Obrót Gwarancjami Pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej w OZE wzrósł o 12,3% rdr, do wolumenu 2,2 TWh.

Kapitalizacja 384 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku na koniec 2020 roku wyniosła 538,8 mld zł (119,0 mld EUR).

Łączna kapitalizacja 433 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła 1 068,7 mld zł (236,1 mld EUR).

Na Głównym Rynku GPW w grudniu zadebiutowały akcje spółek: PCF Group (wartość oferty 203,4 mln zł), Dadelo (82,8 mln zł) oraz Pure Biologics i Medinice (przejścia z NewConnect; wartości ofert odpowiednio: 54 mln zł i 12,2 mln zł).

Na rynku NewConnect w grudniu zadebiutowały akcje spółek: Play2Chill (wartość oferty 1,5 mln zł), Milton Essex (wartość oferty 3,7 mln zł) i Detalion Games (wartość oferty 5,9 mln zł).

Na rynku Catalyst w grudniu zadebiutowały obligacje spółki HB Reavis Finance PL 3 (wartość emisji 85 mln zł).

W grudniu 2020 r. na GPW odbyło się 20 sesji giełdowych, w porównaniu do 18 sesji rok wcześniej.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[3] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Nadchodzi ożywienie w przemyśle

Jak podaje IHS Markit, w grudniu 2020 r. wskaźnik PMI polskiego sektora przetwórstwa wyniósł 51,7 pkt. To wartość powyżej progu neutralnego, co oznacza że wśród ankietowanych menedżerów logistyki przybywa optymistów (w listopadzie 50,8 pkt) – ale już prognozy są budowane spokojniej niż w lipcu (52,8 pkt).

Dane grudniowe pokazują dosyć niewygodną sytuację, w której rosnącemu popytowi towarzyszą istotne ograniczenia po stronie podaży.

Popyt na polskie dobra w grudniu wzrósł, przede wszystkim ze strony podmiotów zagranicznych, co przełożyło się na większą liczbę zamówień. Jednocześnie jednak, nie byliśmy w stanie zrealizować tych zamówień, co przełożyło się na spadek produkcji. I był on najszybszy od czerwca. U źródeł tego stanu rzeczy leżą niedobór pracowników oraz opóźnienia w dostawach surowców. W takim przypadku nie ma nawet mowy o zastępowaniu czynników produkcji w miarę dostępności. Zaległości produkcyjne rosną od kwartału, a zapasy wyrobów gotowych nadal się kurczą.

Deficyty pracowników przy wzrostach zatrudnienia oznaczają zapewne połączenie utrudnień epidemicznych (kwarantanny, izolacje, zwolnienia lekarskie, zaległe urlopy, zasiłki opiekuńcze) oraz rosnących deficytów kompetencji potrzebnych na stanowiskach w przemyśle.

Po miesiącach odchudzania zapasów surowców, rosnąca liczba zamówień przełożyła się na wzrost zakupów. Przy ograniczonych możliwościach produkcyjnych i transportowych oznacza to brak możliwości realizacji zamówień. Respondenci wskazywali przede wszystkim na niedobory chińskich surowców i ograniczeń w transporcie.

Mniejsza dostępność surowców i materiałów ma różnorodne negatywne skutki. W pierwszej kolejności ogranicza moce produkcyjne. Z drugiej – trudno dostępne materiały stają się droższe, bo trwa o nie konkurencja. Ten efekt również widzimy w dzisiejszym komunikacie. Dynamika cen produktów sektora była najwyższa od niemal dekady. Z polskiej perspektywy istotne są ograniczenia rynku metali. Wyższe koszty częściowo przeniesiono na klientów, ale w obliczu wysokiej konkurencji, ten kanał ma ograniczone możliwości.

Mimo to, prognozy ankietowanych na najbliższy rok uległy poprawie, wynikającej z nadziei na rychłe ożywienie gospodarcze oraz planów zmiany portfolio produktów. Nie da się jednak ukryć, że takiemu optymizmowi sprzyjają rosnące zamówienia.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Energetyka w Europie coraz bardziej zielona. Które kraje wyróżniają się na rynku OZE?

Już teraz na mapie Starego Kontynentu pojawiają się ośrodki, które wyraźnie odbiegają od średniej europejskiej w sektorze OZE. Trend na odnawialne źródła energii zyskuje na sile, a kraje modyfikujące swoją politykę na rzecz zielonej energii już wkrótce mogą rozdawać karty nawet na rynku globalnym. Które państwa stawiają na innowacje i przodują
w kategorii źródeł odnawialnych?

Zielona jak Skandynawia

Nie jest tajemnicą, że absolutnymi liderami w sektorze OZE są kraje skandynawskie. Siłą regionalnej polityki energetycznej jest ścisła współpraca m.in. gabinetów w Sztokholmie
i Oslo. Już w 2015 roku oba państwa zadeklarowały wspólny cel na rok 2020 – regularną produkcję zielonej energii na poziomie 28,4 TWh (sama Norwegia ma przyczynić się do wygenerowania 13,2 TWh). Na ten moment w krainie fiordów dominuje energetyka wodna — aż 97% krajowego miksu opiera się na tego typu ośrodkach. Co więcej, według zapowiedzi instytutów doradczych rządu w Oslo, Norwegia ma szansę na rezygnację z paliw kopalnianych do roku 2050. Klucz? Współpraca władz z biznesem.

– Naszym celem w Norwegii jest opieranie energetyki o elektrownie wodne i lepsza współpraca pomiędzy biznesem i władzami tak byśmy stali się pierwszym na świecie społeczeństwem w pełni zelektryfikowanym do 2050 roku. Pozwoli nam to odegrać wiodącą rolę w pracy na rzecz klimatu przy jednoczesnym podniesieniu naszej konkurencyjności – zaznaczał w 2017 roku, cytowany przez Biznes Alert, ówczesny dyrektor instytutu Energii Norge, Oluf Ulseth.

Ciekawą filozofię obrał również rząd w Sztokholmie. Szwecja wykorzystuje nie tylko potencjał farm wiatrowych oraz elektrowni wodnych, ale także biomasę. Według raportów
z 2015 roku aż 99% szwedzkich odpadów wykorzystuje się do produkcji energii. Dla porównania, w Polsce ten współczynnik sięga około 6%. Na farmy wiatrowe z kolei stawia Dania. Rząd w Kopenhadze deklaruje, że w 2019 roku aż 47% krajowego miksu opierało się na energii wytwarzanej przez wiatraki. Co więcej, dalsze plany przewidują budowę sztucznej wyspy, na której powstanie największa krajowa farma o mocy do 10 GW. Koszt? Przynajmniej 200 mld koron, czyli 113 mld zł.

Trend z północy

Czy produkcja energii to domena wyłącznie dużych gospodarek? Niekoniecznie. Ciekawym przykładem jest Estonia, która już w 2 lata temu mogła się pochwalić 30-proc. udziałem energii ze źródeł odnawialnych w końcowym zużyciu energii brutto (celem na 2020 rok było 25%). Dostawą energii z OZE na rynku estońskim zajmują się głównie spółki Skarbu Państwa. W 1. kwartale 2008 roku oferta na pakiety ekologiczne spotkała się z zainteresowaniem dokładnie 12 636 klientów. Trend pojawił się również w kręgach biznesowych, ponieważ jeszcze 2 lata temu państwowy dostawca współpracował z 600 przedsiębiorcami na podstawie umowy o sprzedaży energii ze źródeł odnawialnych. Czym Estonia zachęciła firmy do OZE? Każdy klient otrzymuje oficjalny certyfikat, który przyczynia się do umocnienia pozycji przedsiębiorstwa na krajowym rynku.

Dużą dynamiką wzrostu w sektorze OZE może pochwalić się również sąsiednia Łotwa. Krajowy sektor OZE jest trzecim pod względem udziału energii odnawialnej w całej Unii Europejskiej z wynikiem 35,2%. Jak podają analitycy z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, do tej pory rząd w Rydze opierał politykę energetyczną na drewnie opałowym, co ułatwiło walkę z emisją GHG, czyli gazów cieplarnianych. Łotwa może sobie pozwolić na dużą skalę wycinki ze względu na znaczne zalesienie kraju, jednak nie jest to strategia długoterminowa. Władze chcą zintensyfikować inwestycje w nowe technologie
i oprzeć swoją politykę na farmach wiatrowych. Wdrażaniem strategii zajmie się krajowy dostawca — Latvenergo.

W przypadku państw bałtyckich nie bez kozery jest powiedzenie “przykład idzie z góry”. Na kulturę polityczną (w tym politykę energetyczną) Estonii i Łotwy duży wpływ ma Finlandia. To właśnie rząd w Helsinkach może pochwalić się drugim wynikiem w tabeli udziału energii odnawialnej w końcowym zużyciu energii brutto ze współczynnikiem 38,7%. Ciekawym elementem strategii Finów są również inwestycje w biogaz. W lutym br. władze przyjęły ustawę o zwiększeniu udziału biopaliw w transporcie drogowym do 30%. Cezurą jest rok 2029. Latem z kolei otwarto nieoczywistą stację autogazu — powstała we współpracy z firmą mleczarską Valio i oferuje kierowcom gaz pochodzący z przetworzenia… nieczystości
z hodowli bydła.

Co z Europą Centralną?

O ile na północy kontynentu wyróżnia się przynajmniej kilka gospodarek dynamicznie inwestujących w OZE, to centrum Europy wydaje się pozostawać nieco w tyle. Regionalny suspens przełamuje Austria, której produkty z OZE w 2018 roku obejmowały 73% zużywanej energii elektrycznej. Miejscowy sektor w 76,5% bazuje na elektrowniach wodnych, jednak ÖVP kanclerza Sebastiana Kurza i Partia Zielonych chce inwestować w fotowoltaikę oraz wykorzystanie wodoru. W Tyrolu władze testowały już lokomotywy napędzane tzw. zielonym gazem. Ambicje? Stać się liderem globalnym.

Czy w Polsce sektor OZE jest w stanie dogonić Skandynawię, kraje bałtyckie oraz południe? Jak przyznaje Sebastian Jabłoński, prezes zarządu spółki Respect Energy (dawniej TRMEW Obrót S.A.) krajowy rynek musi postawić na innowacyjne podejście do sektora i angaż samych klientów. Według traderów z Respect Energy, to właśnie konsumenci mogą przyczynić się do rozwoju niszy, a inne podmioty będą musiały wesprzeć trend zgodnie ze swoją ofertą. Taką strategię obrały już niektóre banki, oferując preferencyjne kredyty hipoteczne, pod warunkiem wykorzystania m.in. energii z OZE na potrzeby całego gospodarstwa domowego.

– Perspektywa osiągnięcia celu energetycznego na rok 2020 to tylko jeden z pryzmatów, przez który powinniśmy postrzegać krajowy sektor OZE. Istotną osią przechodzenia z paliw kopalnych na OZE jest mobilizacja samych odbiorców oraz innowacje. Moim zdaniem należy holistycznie podchodzić do klienta i pokazywać, że zielona energia może być integralną częścią life-stylu – wyjaśnia Sebastian Jabłoński, prezes zarządu Respect Energy.

Czy tzw. estoński CIT może być alternatywą dla wspólników spółki komandytowej?

Wielu wspólników spółek komandytowych dotkniętych ostatnimi zmianami dotyczącymi zasad opodatkowania ich działalności rozważa skorzystanie z tzw. estońskiego CIT-u. Decyzja nie należy do łatwych, ponieważ wprowadzone do polskiego systemu podatkowego rozwiązanie jest skomplikowane. Należy je poprzedzić szczegółową analizą, zarówno co kryteriów skorzystania, jak i skutków na poszczególnych etapach wdrożenia tego rozwiązania.

Na pierwszy rzut oka rozwiązanie to wydaje się atrakcyjne. Podatnik podatku dochodowego od osób prawnych, który zdecyduje się na skorzystanie z ryczałtu od dochodów spółek kapitałowych nie płaci bowiem podatku dochodowego od uzyskanego dochodu. Tylko wypłacone zyski podlegają opodatkowaniu według stawek: 15% w przypadku małych podatników i 25% w przypadku pozostałych podatników.

Zawiła lista kryteriów

Lista wymogów formalnych uprawniających do skorzystania z tego rozwiązania jest jednak długa, skomplikowana i obejmuje nie tylko warunki, jakie spółka musi spełniać w pierwszym dniu, w którym zaczyna korzystać z ryczałtu, ale równie wymogi, których spełnienie następuje dopiero w trakcie okresu, w jakim spółka będzie z ryczałtu korzystała. Dlatego konieczna jest szczegółowa analiza, nie tylko sytuacji faktycznej spółki, ale również jej planów na następne lata. Dopiero po jej przeprowadzaniu możliwe będzie ustalenie, czy spółka będzie w stanie skorzystać z tej formy opodatkowania.

Po pierwsze uprawnionymi do skorzystania z niego są wyłącznie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością oraz akcyjne. Zatem spółka komandytowa nie może z tego rozwiązania skorzystać – w jej przypadku konieczne byłoby przekształcenie w jedną ze spółek kapitałowych. Co więcej, wspólnikami takiej spółki kapitałowej mogą być wyłącznie osoby fizyczne. Jeśli więc spółka komandytowa ma w swoim gronie innych niż osoby fizyczne wspólników – np. spółkę kapitałową w roli komplementariusza, oprócz przekształcenia konieczna byłaby zmiana w gronie wspólników.

To tylko początek. Spółka kapitałowa, która chciałaby z ryczałtu skorzystać:

  • musi uzyskiwać nie więcej niż 100 mln zł brutto (tj. z VAT) rocznie (średnio w każdym roku w okresach 4-letnich);
  • nie może posiadać udziałów (akcji) w innych podmiotach, ani ogółu praw i obowiązków w spółce niebędącej osobą prawną (czyli nie może być wspólnikiem w spółce komandytowej czy jawnej);
  • musi uzyskiwać mniej niż 50% przychodów pasywnych – np. z wierzytelności, odsetek od wszelkiego rodzaju pożyczek, z części odsetkowej raty leasingowej, z praw autorskich, itp.;
  • musi zatrudniać na podstawie umowy o pracę co najmniej 3 osoby w przeliczeniu na pełne etaty, niebędące udziałowcami ani akcjonariuszami tej spółki, przez okres co najmniej 300 dni w roku podatkowym lub ponosi miesięcznych wydatków w kwocie stanowiącej co najmniej trzykrotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw na wynagrodzenia co najmniej 3 osób na podstawie innych umów niż umowa o pracę, o ile jest płatnikiem zaliczek na poczet PIT i składek na ZUS;
  • poniesie w okresie kolejnych 2 lub 4 latach wydatki inwestycyjne na fabrycznie nowe środki trwałe w wysokości nie niższej niż 15% (w ciągu 2 lat), jednak nie mniej niż 20.000 zł lub 33% (w ciągu 4 lat) i nie mniej niż 50.000 zł wartości początkowej środków trwałych zaliczonych do grupy 3–8, z wyłączeniem samochodów osobowych, samolotów, jachtów, itp.;
  • nie sporządza sprawozdań finansowych według międzynarodowych standardów rachunkowości;
  • zawiadomi kierownika właściwego urzędu skarbowego w terminie do końca pierwszego miesiąca pierwszego roku podatkowego;
  • nie może być przedsiębiorstwem finansowym, instytucją pożyczkową, podatnikiem osiągających dochody zwolnione w związku z działalnością w specjalnej strefie ekonomicznej, nie może być też postawiona w stan upadłości lub likwidacji.

Ponadto w roku podatkowym, w którym rozpoczęli działalność a także przez 24 miesiące od utworzenia z ryczałtu nie może skorzystać szereg spółek, które przechodziły w przeszłości różnego rodzaju przekształcenia (np. połączenia, podziały) czy spółki, które otrzymały tytułem wkładów składniki majątkowe, które wnoszący otrzymali w wyniku likwidacji innych podmiotów czy spółki, do których wniesiono w drodze aportu przedsiębiorstwo lub jego zorganizowaną część o wartości przekraczającej równowartość 10.000 euro. Warunek ten jednak nie dotyczy wszystkich takich podmiotów – na podstawie przepisów przejściowych możliwe są bowiem pewne wyjątki.

Pierwszym więc krokiem jest ustalenie czy spółka w ogóle ma szanse skorzystać z tego sposobu opodatkowania. Ale to nie koniec. Samo spełnienie warunków formalnych, to dopiero pierwsza część koniecznej analizy. Wejście w ten system rozliczeń podatkowych może się bowiem wiązać z pewnymi zaskakującymi efektami, ale o tym w kolejnym artykule.

Hubert Cichoń, radca prawny, partner w ENODO Advisors

Oświadczenie UKNF ws. przymusowej restrukturyzacji Idea Banku

W trakcie rozmowy odbytej w dniu 2 stycznia 2021 r. podczas wydania „Faktów po Faktach”w stacji TVN24, gość redaktora Piotra Marciniaka – mecenas Roman Giertych – kilka razy istotnie minął się z prawdą, przez co mógł wprowadzić odbiorców w błąd co do istotnych okoliczności dotyczących sytuacji Idea Bank SA („Idea Bank” lub „Bank”) w kontekście podjętej przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny („BFG”) decyzji o wszczęciu przymusowej restrukturyzacji Banku. Podobne tezy padają w wywiadzie z drem Leszkiem Czarneckim w „Gazecie Wyborczej” zamieszczonym w wydaniu z 4 stycznia 2021 r.

Urząd Komisji Nadzoru Finansowego („UKNF”) identyfikuje potrzebę pełnego wyjaśnienia opinii publicznej kluczowych okoliczności dotyczących sytuacji finansowej Idea Banku oraz jej przyczyn, leżących w realizowanym historycznie przez ten Bank agresywnym modelu biznesowym.

Dlatego UKNF poniżej odnosi się do najistotniejszych nieprawdziwych lub wprowadzających w błąd stwierdzeń zawartych w przytoczonych wyżej wypowiedziach.

(1) Po pierwsze, pojawiająca się wielokrotnie w wypowiedziach zarówno dra Leszka Czarneckiego, jak i mec. Romana Giertycha teza, jakoby „Idea Bank przynosił zysk” (lub wręcz – według słów dra Leszka Czarneckiego – „bardzo duże zyski”) i „wychodził na prostą” i z tego względu przymusowa restrukturyzacja miała być nieuprawniona, jest nieprawdziwa i wymaga stanowczego komentarza. Zgodnie z ostatnim raportem kwartalnym Idea Banku, po III kw. 2020 r. wynik jednostkowy Banku był ujemny, a współczynnik wypłacalności wynosił 2,5%, podczas gdy minimalny wymóg to 10,5%, co powodowało istotne zagrożenie dla kontynuacji działalności.

Idea Bank generował stratę za 2018 r. (minus 1614 mln zł), za 2019 r. (minus 25 mln zł), oraz narastająco za 9 miesięcy 2020 r. (minus 25 mln zł) i taki obraz wyniku działalności Banku jednoznacznie wynika ze sprawozdań finansowych Banku dostępnych na jego stronie internetowej. Bank wprawdzie w ostatnich dwóch kwartałach 2020 r. zaraportował niewielkie zyski (w ujęciu jednostkowym Idea Bank wykazywał zysk netto w II kwartale w wysokości ok. 5,7 mln zł, a w III kwartale – 1,3 mln zł), lecz następowało to głównie dzięki zdarzeniom jednorazowym (aktualizacja szacunku dotyczącego realizowalności aktywa podatkowego przeprowadzona na dzień 30 czerwca 2020 r. pozwoliła Bankowi na zmniejszenie odpisu aktualizującego i rozpoznanie aktywa z tytułu odroczonego podatku dochodowego w kwocie 33,6 mln zł, co pozytywnie wpłynęło na jego wyniki w II kwartale), nie zaś dzięki fundamentalnej poprawie bieżącej działalności Banku.

Te dane, a także podkreślane przez dra Leszka Czarneckiego i mec. Romana Giertycha „zyski przynoszone przez Bank” (jak wspomniano wyżej, incydentalne przypadki kwartalnych dodatnich zysków oparte były w znacznym stopniu na zdarzeniach jednorazowych lub aktualizacji wewnętrznych szacunków, zasadniczo nie zaś na realnej poprawie jakości działalności operacyjnej Banku) oraz rzekome „wychodzenie Banku na prostą”, muszą być postrzegane w kontekście skali luki kapitałowej Banku. Wielkość luki kapitałowej w ostatnim czasie była tak znaczna, że nawet pojawiające się zyski Banku nie stwarzały perspektyw na zniwelowanie tej luki oraz usunięcie we właściwym czasie zagrożenia Idea Banku upadłością.

Warto przypomnieć, że Bank także w ostatnim sprawozdaniu za III kwartał 2020 r. wskazywał, że może być poddany procedurze przymusowej restrukturyzacji. Ponadto, informacja taka znajdowała się już w sprawozdaniu za 2018 r., w którym Idea Bank informował inwestorów oraz opinię publiczną również o złożeniu zawiadomienia do KNF o spełnieniu przesłanki zagrożenia Idea Banku upadłością. Zarząd od dłuższego czasu miał więc świadomość bardzo złej sytuacji ekonomiczno-finansowej Banku oraz możliwości zastosowania wobec niego procedury przymusowej restrukturyzacji. W tym kontekście należy również przytoczyć opinię audytora Banku, który jasno wskazuje istnienie istotnej niepewności, która może budzić znaczące wątpliwości co do możliwości kontynuowania działalności przez Grupę Kapitałową Idea Bank. Okoliczności te powinny być znane członkom Rady Nadzorczej Banku. Zaskoczenie budzi więc stwierdzenie dra Leszka Czarneckiego, jakoby ani prezes (Idea Bank), jak i sam dr Leszek Czarnecki nie rozumieli „dlaczego tak się stało”, skoro sam Bank wskazywał w publicznie dostępnych sprawozdaniach finansowych na możliwość poddania go przymusowej restrukturyzacji. Wypowiedzi dra Leszka Czarneckiego oraz jego pełnomocnika stoją w sprzeczności z stwierdzeniami samego Banku oraz niezależnego biegłego rewidenta badającego sprawozdania Banku.

Uwzględniając ostatnie wyniki finansowe osiągnięte przez Idea Bank w najlepszym dla Banku kwartale 2020 r., nawet zakładając ich powtarzalność w czasie i budując prognozę na tej podstawie (przy braku innych, pozytywnych czynników, jak dokapitalizowanie czy transakcje jednorazowe), należy ocenić, że wychodzenie z ujemnej luki kapitałowej zajęłoby Idea Bankowi od ok. 92 do ok. 133 kwartałów, czyli od ok. 23 do 33 lat (w zależności od tego, czy mówimy o tzw. wymogach ostrożnościowych określonych w pakiecie CRDIV/CRR obowiązujących we wszystkich państwach UE czy o wymogach połączonego bufora określonych w ustawie o nadzorze makroostrożnościowym nad systemem finansowym, które muszą spełniać wszystkie banki funkcjonujące w Polsce). Prognoza taka nie zakłada przy tym żadnych zdarzeń negatywnych, jak np. konieczność tworzenia rezerw czy odpisów, chociaż z wystąpieniem takiej konieczności należy się liczyć, zwłaszcza mając na uwadze skutki pandemii CoVID-19. W każdym razie zestawienie wysokości zysków osiągniętych przez Idea Bank w dwóch kwartałach 2020 r. z wielkością luki kapitałowej z pewnością nie upoważnia do nazywania tych zysków mianem „bardzo dużych”.

Jeden z prezesów wiodącego banku krajowego – należącego do międzynarodowej grupy bankowej – na podstawie swojej wiedzy o sektorze bankowym jednoznacznie stwierdził w wywiadzie, że „Idea Bank nie wykazuje, w krótkim czasie, zdolności do generowania trwałej rentowności”. Inny przedstawiciel sektora, również pełniący funkcję prezesa dużego banku krajowego kontrolowanego przez działającą globalnie grupę bankową, także wprost wskazuje w wywiadzie, że „stopień poprawy wyników, w kontekście skali wyzwań i wielkości istniejącej luki kapitałowej, z pewnością mógł zostać oceniony jako niewystarczający do postawienia banku »na nogi« w przewidywalnej, nieodległej przyszłości”.

Takie jednoznaczne opinie osób posiadających niekwestionowaną wiedzę o funkcjonowaniu rynku finansowego podważają powtarzaną przez dra Leszka Czarneckiego i mec. Romana Giertycha narrację, jakoby Idea Bank wychodził na prostą. Ponadto, według oszacowania przeprowadzonego na zlecenie BFG przez PwC Advisory kapitały własne Idea Banku na 31 sierpnia 2020 r. były ujemne i wynosiły minus 482,8 mln zł. Wskazuje to na bardzo złą sytuację Banku, przy czym szczególnie rażąco przedstawia się istotna rozbieżność między wynikami oszacowania, sporządzonego na zlecenie BFG przez niezależną renomowaną firmę doradczą, a obrazem sytuacji finansowej Idea Banku prezentowanym przez sam Bank przy akceptacji jego biegłych rewidentów. O ile już sytuacja finansowa (w szczególności kapitałowa) Banku prezentowana przez sam Bank przedstawiała się źle, o tyle obraz wynikający z obiektywnego oszacowania dokonanego przez niezależny, renomowany podmiot okazał się dalece gorszy.

Z wypowiedzi przedstawicieli sektora bankowego – prezesów dużych banków, kontrolowanych przez wiodące, międzynarodowe instytucje – których doświadczenia i wiedzy z zakresu bankowości nie sposób kwestionować, wynika jednoznacznie, że istotna część sektora bankowego odbiera przymusową restrukturyzację Idea Banku jako działanie konieczne dla eliminacji ryzyka dla całego systemu bankowego. Podkreślić należy, że są to opinie specjalistów, od wielu lat związanych z rynkiem finansowym. Ich ocena przeczy tezie mec. Romana Giertycha i dra Leszka Czarneckiego, jakoby restrukturyzacja Idea Banku miała być motywowana względami innymi niż wzgląd na bezpieczeństwo deponentów oraz stabilność sektora bankowego.

(2) Po drugie, teza jakoby obligacje spółki GetBack SA („GetBack”) „były sprzedawane przez wiele firm, również banki państwowe”, ale to „rząd wybrał sobie pana Czarneckiego jako kozła ofiarnego” jest kuriozalna. W odróżnieniu od tradycyjnie wskazywanych przez mec. Romana Giertycha w tym kontekście banków z udziałem Skarbu Państwa, Idea Bank oferował swoim klientom obligacje GetBack (oraz inne instrumenty finansowe – certyfikaty inwestycyjne Trigon), nie posiadając wymaganego prawem zezwolenia na prowadzenie takiej działalności. Mimo braku takiego zezwolenia Bank sukcesywnie rozszerzał dystrybucję instrumentów finansowych o kolejne kanały sprzedaży. Ponadto, działalności tej towarzyszyły rażące i mające charakter systemowy naruszenia przepisów prawa oraz podstawowych zasad postępowania na rynku finansowym. Postępowanie prowadzone przez UKNF wykazało, że pracownicy Banku byli zachęcani przez swoich przełożonych do stosowania nagannych praktyk sprzedażowych, a co istotniejsze, byli w tym zakresie szkoleni i motywowani. Mieli oni wiedzę, że podejmowane przez nich działania są niezgodne z przepisami prawa oraz procedurami wewnętrznymi. Proceder ten – tj. wykonywanie przez Bank czynności maklerskich, na których prowadzenie Bank nie posiadał zezwolenia, a także realizacja tych czynności w sposób rażąco naruszający interesy klientów Banku – miał charakter systemowy. Nie mówimy tu o incydentalnym wykraczaniu przez pracowników poza ich kompetencje, lecz o wdrożeniu mechanizmu, który był aprobowany i wspierany przez kadrę menedżerską. Mechanizm ten wiązał się z rażącymi naruszeniami interesów klientów i działaniami sprzecznymi z podstawowymi zasadami postępowania na rynku finansowym. Liczna grupa klientów Idea Banku została w wyniku tego procederu nakłoniona do przeniesienia swoich środków z depozytów w Idea Banku (gwarantowanych przez BFG) na inwestycje w instrumenty nieobjęte gwarancją BFG, w postaci obligacji korporacyjnych (GetBack) lub certyfikatów inwestycyjnych (Trigon). Istnieją okoliczności wskazujące na to, że kadra zarządzająca Idea Bank miała świadomość procederu związanego z oferowaniem klientom Banku tych instrumentów finansowych. W całym tym okresie Przewodniczącym Rady Nadzorczej Banku był dr Leszek Czarnecki i w związku z tym przysługiwał mu pełen dostęp do informacji o działalności Banku.

Mając na uwadze powyższe, insynuacje mec. Romana Giertycha, jakoby inne banki były zaangażowane w taki proceder oferowania swoim klientom obligacji GetBack, jaki miał miejsce w Idea Banku, są ewidentnie fałszywe. Skala nieprawidłowości stwierdzonych w tym zakresie w Idea Banku oraz ich systemowy charakter – w tym aprobata i wsparcie dla tego procederu ze strony kadry zarządzającej – są absolutnie bezprecedensowe, biorąc zwłaszcza pod uwagę rolę i pozycję banków jako instytucji zaufania publicznego.

Stanowczego odniesienia się wymaga także prezentowana przez mec. Romana Giertycha teza, jakoby „były wypłacane [przez Idea Bank] roszczenia osób, które miały pretensje do banku za udział w sprzedaży czy też za udział w nadzorze nad sprzedażą obligacji GetBack”.

Skala uwzględnianych przez Idea Bank reklamacji klientów poszkodowanych prowadzonym przez Bank procederem związanym z oferowaniem obligacji GetBack była bardzo niska. Bardzo niski był też poziom rezerw utworzonych przez Bank na poczet roszczeń tych klientów, co jednoznacznie wskazuje na podejście organów korporacyjnych Idea Banku do tej kwestii. Porażające jest zwłaszcza zestawienie wartości utworzonych rezerw (14 mln zł) z łączną wartością obligacji GetBack sprzedanych przez Idea Bank jego klientom (ponad 730 milionów złotych) – przy czym klienci często zachęceni przez pracowników Idea Bank likwidowali ustawowo gwarantowane przez BFG lokaty i przeznaczali środki na zakup agresywnie oferowanych im obligacji.

Na tej podstawie można jasno stwierdzić, że – wbrew tezom stawianym przez mec. Romana Giertycha – Idea Bank nie tylko nie realizował w szerokim zakresie rekompensat na rzecz klientów poszkodowanych prowadzonym przez ten Bank na szeroką skalę procederem sprzedaży obligacji GetBack, ale także nie zakładał realizacji takich rekompensat, gdyż musiałoby to znaleźć odzwierciedlenie w adekwatnym poziomie rezerw. Ponadto Idea Bank, zobowiązany decyzją Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów do rekompensat na rzecz poszkodowanych klientów, złożył odwołanie od tej decyzji – co również wskazuje na podejście Banku do takich rekompensat.

(3) Po trzecie, nadużyciem jest twierdzenie o rzekomym dokapitalizowaniu Idea Bank przez dra Leszka Czarneckiego „kwotą 156 mln złotych” oraz fałszywa jest teza, jakoby brak sprzeciwu ze strony KNF wobec takiego rzekomego dokapitalizowania miał w istocie pozbawiać KNF możliwości podejmowania działań nadzorczych wobec Idea Banku.

Dr Leszek Czarnecki, wbrew słowom mec. Romana Giertycha, nie dokapitalizował Banku kwotą 156 mln zł.

Emisja akcji w grudniu 2020 r. w kwocie 25 mln zł, skierowana do Getin Holding SA, była działaniem o bardzo niewielkim wpływie na sytuację Idea Bank i podjętym przez Getin Holding SA kilka miesięcy po wszczęciu wobec niego przez KNF postępowania związanego z niedochowaniem zobowiązania dotyczącego utrzymania pozycji kapitałowej Banku na satysfakcjonującym poziomie. Dla przywrócenia proporcji tych rozważań należy wskazać, że Bank planował emisje na większą kwotę (100 mln zł), która to kwota też pokrywałaby jedynie niewielki ułamek utrzymującej się w Idea Bank luki kapitałowej. Podmioty z grupy dra Leszka Czarneckiego nie objęły jednak akcji w pierwotnie planowanej kwocie.

Pozostałe 131 mln zł rzekomego dokapitalizowania Banku stanowi efekt dekonsolidacji podmiotów uprzednio zależnych od Idea Bank i przyczynia się jedynie do poprawy pozycji kapitałowej Grupy Kapitałowej Idea Bank, lecz pozostawało bez realnego wpływu na poprawę sytuacji Banku w ujęciu jednostkowym.

Kluczowe jest stwierdzenie, że jeżeli właściciele niedokapitalizowanego banku (a takim bankiem był Idea Bank) nadal chcieli prowadzić tę działalność, to już dawno temu powinni byli dokapitalizować Bank własnymi środkami. Stanowisko takie prezentują też przedstawiciele sektora bankowego.

Jeżeli większościowy akcjonariusz rzeczywiście wierzyłby w to, jakoby „Bank zaczynał wychodzić na prostą”, to nic nie powinno powstrzymywać go przed realnym zaangażowaniem własnych środków w skali niezbędnej do zniwelowania niedokapitalizowania Banku i pozwalającej Bankowi dalej bezpiecznie „wychodzić na prostą”. To ewentualne dalsze „wychodzenie Banku na prostą” powinno się bowiem dokonywać na koszt i ryzyko właściciela Banku, nie zaś na koszt i ryzyko pozostałych banków (w tym jako ponoszących ryzyko wzrostu składek na BFG) lub tym bardziej – deponentów, którzy są najbardziej chronioną grupą uczestników systemu bankowego. Mówiąc o realnym zaangażowaniu należy przy tym mieć na myśli zaangażowanie szybkie, bezwarunkowe i następujące w skali pozwalającej usunąć niedokapitalizowanie oraz w formie zapewniającej rzeczywisty zastrzyk kapitału.

Utrzymanie współczynników kapitałowych banku na poziomie zgodnym z wymaganiami regulacyjnymi (w szczególności wymaganiami ustanowionymi na poziomie unijnym rozporządzeniem CRR) jest odpowiedzialnością banku. Wieloletnią i racjonalną praktyką nadzoru finansowego jest oczekiwanie od wiodących akcjonariuszy gotowości wsparcia banków w razie pogorszenia ich sytuacji finansowej, zwłaszcza gdyby miało dojść do naruszenia wymaganych regulacyjnie współczynników kapitałowych.

W sytuacji, w której dochodzi do pogorszenia sytuacji finansowej banku w sposób mogący prowadzić do naruszenia ustanowionych prawem wymogów kapitałowych – a zwłaszcza tak poważnego ich naruszenia, jakie stało się udziałem Idea Banku – to na samym Banku oraz jego wiodącym akcjonariuszu spoczywa obowiązek podjęcia działań zmierzających do naprawienia takiej sytuacji i usunięcia naruszenia. W przypadku głębokiej luki kapitałowej – a taka występowała w przypadku Idea Banku – jedynym sposobem usunięcia naruszenia przepisów prawa w tym zakresie byłoby szybkie dokapitalizowanie Banku. Próby znalezienia inwestora zewnętrznego – w inicjowanym przez Banku co najmniej dwukrotnie tzw. procesie inwestorskim – okazały się nieskuteczne, ze względu na brak jakiegokolwiek inwestora zainteresowanego inwestycją w Idea Bank. W naturalny sposób prowadzi to do wniosku, że przywrócenie istotnie naruszonych współczynników kapitałowych Idea Banku powinno było nastąpić przez zaangażowanie środków dotychczasowego wiodącego akcjonariusza Banku.

Na tym tle twierdzenie, jakoby jakiekolwiek, choćby dalece niewystarczające, dokapitalizowanie Banku przez jego wiodącego akcjonariusza, miało pozbawiać KNF możliwości podjęcia działań nadzorczych w związku z nadal utrzymującą się luką kapitałową, jawi się jako głębokie nieporozumienie. Powinnością wiodącego akcjonariusza jest bowiem dokapitalizowanie wystarczające do spełnienia przewidzianych prawem wskaźników kapitałowych.

Na powyższym tle szczególnie skandalicznie brzmi narracja, jakoby w związku z przymusową restrukturyzacją Idea Banku doszło do „nacjonalizacji” i to rzekomo „z pogwałceniem prawa”. Trafnie zwraca uwagę wypowiadający się publicznie przedstawiciel sektora bankowego, że żadnych podstaw do prezentowania takich tez nie ma główny właściciel instytucji poddanej przymusowej restrukturyzacji, który miał wiele lat, aby zmienić sytuację finansową Idea Banku.

System nadzoru ostrożnościowego nad bankami w Unii Europejskiej opiera się w szczególności na wskaźnikach kapitałowych, do których przestrzegania zobowiązane są wszystkie banki. Funkcjonowanie na rynku Banku trwale i istotnie niespełniającego ustanowionych prawem współczynników nie tylko pozostawałoby w sprzeczności z podstawowymi założeniami unijnego reżimu regulacji ostrożnościowych, ale też wypaczałoby zasady konkurencji na rynku bankowym, stwarzając niewłaściwe motywacje dla jego uczestników.

Przytoczone powyżej fakty jednoznacznie świadczą o bardzo niekorzystnej sytuacji ekonomiczno-finansowej, w jakiej znajdował się Idea Bank, wskazując również na jej przyczyny, a także o braku jakichkolwiek realnych perspektyw powrotu Idea Banku na ścieżkę odzyskania trwałej rentowności pozwalającej w nieodległej i akceptowalnej perspektywie czasowej spełnić wymagane prawem minimalne wymogi kapitałowe. Na tej podstawie należy z całą mocą stwierdzić, że rozpoczęty przez BFG proces przymusowej restrukturyzacji Idea Banku ma głębokie uzasadnienie prawne oraz merytoryczne.

Mocny koniec roku. Kryptowaluty lubią dni wolne

Zakończenie roku to często moment pewnego uspokojenia na rynkach. Tak nie było jednak w tym roku. Na rynkach było bardzo interesująco do samego końca, a zmienność cały czas zaskakiwała.

Noworoczna korekta

Początek notowań w tym roku przyniósł pewien oddech dla złotego. Po tym, jak jeszcze w sylwestra euro kosztowało przez moment 4,62 zł, dzisiaj przez chwilę spadło poniżej 4,53 zł. To dalej jest drogo, patrząc na ostatnie czasy, ale jest to też wyraźnie taniej, niż obawiali się analitycy, patrząc na szybkość utraty wartości przez polską walutę.

Lepsze dane z USA na koniec 2020 roku

Ostatni dzień roku 2020 przypadł w czwartek, kiedy zwyczajowo publikowane są liczby tygodniowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA. Niespodziewanie dane te okazały się wyraźnie lepsze od oczekiwań. Ponownie liczba spadła poniżej 800 tysięcy, pomimo oczekiwań sięgających 830 tysięcy. W rezultacie, na koniec roku dolar wyraźnie zyskiwał na wartości. To, co jednak dolar zyskał na ostatniej sesji zeszłego roku, oddał dzisiaj podczas gwałtownej przeceny po otwarciu notowań w Europie. Znów zatem oglądamy 1 euro wyceniana na okolice dolara i 23 centów.

Kryptowaluty lubią dni wolne

Tak, jak podczas przerwy bożonarodzeniowej, tak teraz w przerwie noworocznej byliśmy świadkami gwałtownego wzrostu ceny najpopularniejszej kryptowaluty na świecie. Inne kryptowaluty w większości przypadków szły również w górę, jednakże tempo wzrostu bitcoina wyraźnie wyprzedza resztę rynku. W rezultacie, coraz mocniej rósł udział głównej kryptowaluty, stanowiącej już ponad ⅔ kapitalizacji tego rynku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na publikacje indeksów PMI dla najważniejszych gospodarek europejskich.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Koniec roku ze znacznym spadkiem cen OC – RAPORT za 2020 r.

W ostatnim kwartale 2020 roku średnia cena OC wyniosła 641 zł i była niższa o 5,5% niż we wcześniejszym kwartale. Tak dużego spadku cen nie obserwowano od 2018 roku. W ujęciu rocznym również widoczna jest tendencja spadkowa, lecz jedynie na poziomie 2%. Rynek obowiązkowych ubezpieczeń komunikacyjnych w kryzysowym roku okazał się zaskakująco stabilny.

Średnia cena OC w 2020 roku wyniosła 672 zł i była niższa o 17 zł niż we wcześniejszym roku. Gdyby jednak porównać średnie ceny polisy w ostatnich kwartałach 2019 i 2020 roku, to obniżka wyniosłaby 57 zł. W raporcie RanKING – rynek i ceny ubezpieczeń komunikacyjnych eksperci porównywarki rankomat.pl podsumowują, jak kształtowały się średnie składki obowiązkowych polis w minionym roku i sprawdzają, w których regionach Polski kierowcy mogli liczyć na najkorzystniejsze oferty ubezpieczycieli.

Jaka była średnia cena OC w 2019 roku?

Największe podwyżki cen OC miały miejsce w 2016 roku, kiedy to ceny polis wzrosły średnio o 45% w porównaniu z rokiem wcześniejszym. Rok później wzrosły o kolejne 24%. W 2018 roku średnia cena ubezpieczenia była już mniejsza o 5%, w 2019 roku o 7%, a w ubiegłym zmniejszyła się o kolejne 2% i wyniosła 672 zł.Zmiany średnich cen OC_v1

Jaka była średnia cena ubezpieczenia OC w IV kwartale?

Średnia cena OC w IV kwartale 2020 roku wyniosła 641 zł. Była przez to najniższa od końca 2016 roku. Natomiast od początku 2019 roku do III kwartału ubiegłego roku różnice w cenach między następującymi po sobie kwartałami nigdy nie wyniosły więcej niż 12 zł. Tę stabilizację przełamał dopiero ostatni kwartał, w którym ta różnica wzrosła do 37 zł.Średnia cena ubezpieczenia OC_v1 (2)

W ciągu ostatnich dwóch lat średnie składki OC utrzymywały się na zbliżonym poziomie. Różnice w cenach polis pomiędzy trzema kolejnymi kwartałami 2020 r. wyniosły od +0,3% do -1,6%. Końcówka roku przyniosła jednak największą obniżkę cen obowiązkowego ubezpieczenia w wysokości -5,5% – mówi Tomasz Masajło, Prezes Zarządu Rankomat.

Najdrożej na Pomorzu i Dolnym Śląsku

Najwięcej za ubezpieczenie OC płacili kierowcy z województw: pomorskiego (763 zł), dolnośląskiego (741 zł) i mazowieckiego (733 zł). Na najniższe składki mogli natomiast liczyć kierowcy z województw: podkarpackiego (553 zł), opolskiego (564 zł) i świętokrzyskiego (578 zł). Ceny ubezpieczenia OC były niższe niż przed rokiem we wszystkich województwach. Obniżki w poszczególnych regionach wyniosły od -0,5% (woj. podkarpackie) do -4,6% (woj. mazowieckie). Największe odchylenie od średniej krajowej ceny OC w 2020 r. odnotowano dla województw, których mieszkańcy otrzymywali najtańsze propozycje obowiązkowego ubezpieczenia: podkarpackiego (-17,7%) i opolskiego (-16,1%) oraz świętokrzyskiego (-14%). Najwięcej za OC płacili natomiast kierowcy z woj. pomorskiego. Odchylenie od przeciętnej składki OC w całym kraju wyniosło w ich przypadku +13,5.Gdzie płaciliśmy najwięcej za OC w 2020 roku_v1

Kto płacił najwięcej?

Najdroższym miastem wojewódzkim był Wrocław. Tutaj za polisę kierowcy płacili średnio 918 zł. Na drugim biegunie znalazło się Opole, gdzie płacono 621 zł. W dalszym ciągu za OC najwięcej płacą najmłodsi kierowcy – 18-latkowie płacili średnio 2125 zł. Największe zniżki otrzymują zaś 62-latkowie (557 zł). Najtańsze w ubezpieczeniu były samochody marki Skoda (612 zł), najdroższe BMW (853 zł). Panny i kawalerowie płacili 950 zł, natomiast małżeństwa 595 zł.Najniższe i najwyższe ceny OC w 2020 r_v1

Wyzwania dla sektora bankowego na 2021 rok wg. ekspertów Alior Banku

Rok 2020 upłynął pod znakiem wydarzeń, które wpłynęły na stabilność polskiej gospodarki i cały sektor bankowy. Kluczowe stało się szybkie dostosowanie działalności banków do nowej rzeczywistości i jak najlepsze wsparcie klientów. Nie byłoby to możliwe bez wykorzystania nowoczesnych technologii, które wsparły w tym czasie wiele procesów. Jednak to nie koniec wyzwań dla branży, kolejne miesiące to czas zmagań z konsekwencjami 2020 roku. Eksperci Alior Banku podsumowują mijający rok i analizują najważniejsze zagadnienia, z którymi będą musiały zmierzyć się banki w 2021 roku.

Pomimo pozytywnych zmian, jakie wynikają z przyspieszonej digitalizacji, zmierzający ku końcowi rok był dla sektora czasem pełnym wyzwań. Banki musiały dostosować swoją działalność do trudnej sytuacji gospodarczej, środowiska bardzo niskich stóp procentowych, wyroków TSUE, a także dodatkowych regulacji i przepisów. Konsekwencje tej sytuacji będą odczuwalne jeszcze przez kilka kolejnych kwartałów. Narodowy Bank Polski bierze pod uwagę scenariusz, w którym cały sektor w nadchodzącym roku odnotuje straty. Z kolei Związek Banków Polskich w swoich scenariuszach na koniec 2020 r. prognozuje stratę netto całego sektora w przedziale od 4,5 mld zł aż do niemal 10 mld zł. To będzie wymagający rok. Oto 6 największych wyzwań dla sektora bankowego opracowanych przez ekspertów Alior Banku.

1. Dostosowanie do nowych oczekiwań klientów

Główne czynniki determinujące zmiany w bankowości będą dotyczyć nowych oczekiwań klientów i ich podejścia do usług. Wiąże się to z rozwojem zdalnych kanałów obsługi i coraz częściej współpracą z zewnętrznymi dostawcami. Można to zaobserwować na przykładzie rozwoju aplikacji mobilnych. Liczba i zakres usług, jakie się w nich znajdują, daleko wykraczają już poza ramy tradycyjnie rozumianej bankowości. „W 2020 roku banki, w tym Alior Bank, konsekwentnie rozwijały kanały cyfrowe. Praca nad rozwiązaniami, które ułatwiają zdalne bankowanie klientom to priorytet, który w czasie pandemii stał się koniecznością. Cyfrowe przyspieszenie, jakie w ostatnich miesiącach obserwowaliśmy, jest potwierdzeniem potencjału i kompetencji zespołu w zakresie rozwoju nowych technologii i nowoczesnej bankowości” – mówi Katarzyna Dziwulska, dyrektor zarządzająca Pionem Sprzedaży KI. Trendy będą więc zmierzać w kierunku znaczących zmian technologicznych. Pandemia wyraźnie pokazała, że są one nieodzownym elementem funkcjonowania sektora bankowego i będą przenikać większość procesów zachodzących w organizacjach.

2. Zapotrzebowanie na nowe finansowanie

Znaczny wpływ na sektor bankowy w 2021 r. prawdopodobnie będzie mieć także rosnąca skala zapotrzebowania na nowe finansowanie – zarówno po stronie konsumentów, jak i przedsiębiorstw. Pomimo prognoz dotyczących odbicia gospodarczego, w nadchodzącym roku sektor bankowy nadal będzie odczuwał skutki pandemii i utrzymujących się niskich stóp procentowych.

Wiele, z punktu widzenia klienta, będzie więc zależeć od polityk kredytowych banków. Ich zasady, w tym badanie zdolności kredytowej, korespondują z bieżącą i przewidywaną sytuacją gospodarczą. W przypadku większości głównych produktów kredytowych w 2020 r. rynek odnotował spadki sprzedaży spowodowane mniejszym popytem oraz zaostrzeniami polityki ryzyka. W przyszłości banki z jeszcze większą ostrożnością będą udzielać kredytów konsumpcyjnych. Sytuacja klienta oraz jego zdolność do spłacania zadłużeń będzie jeszcze ściślej weryfikowana. Już teraz na rynku można zauważyć zaostrzenie kryteriów oceny zdolności kredytowej w przypadku kredytów hipotecznych. Ocena ta, ze względu na brak stabilności, będzie jeszcze trudniejsza.

„Alior Bank będzie w tym aspekcie konsekwentnie realizował swoją politykę, której celem jest stabilny wzrost przy zachowaniu ostrożnego podejścia do kredytowania i stopniowej zmiany struktury portfela kredytowego, tak aby stał się mniej podatny na zaburzenia makroekonomiczne. Dotyczy to zarówno kredytów detalicznych, jak i tych kierowanych do przedsiębiorstw” – mówi Tomasz Miklas, dyrektor Departamentu Ryzyka Kredytowego Klienta MSP.

W kolejnym roku istotne będzie elastyczne dostosowywanie polityki kredytowej do zmieniających się warunków otoczenia, tak aby ograniczać ryzyko, zapewniając odpowiedni wzrost przychodów. Takie podejście Alior Bankowi zapewni wyjście z trudności, jakie zaistniały w wyniku pandemii, a w dłuższej perspektywie pozwoli na umocnienie jego pozycji w polskim sektorze bankowym.

3. Sytuacja makroekonomiczna

Z punktu widzenia gospodarki w przyszłym roku kluczowa będzie sytuacja na rynku pracy oraz  inwestycji. Nie można zapomnieć, że 2020 r. oznaczał wejście w recesję już od II kwartału. Ograniczenie aktywności gospodarczej – lockdown – spowodowało pogorszenie konsumpcji prywatnej ze względu na restrykcje społeczne ale i wyraźne ograniczenie inwestycji. Rok 2020 r. może się w związku z tym zakończyć recesją przekraczającą 3 proc. r/r. Ekonomiści podkreślają jednak, że kolejne kwartały dają potencjał do odbicia gospodarczego, pod warunkiem opanowania sytuacji związanej z rozwojem pandemii.

„Wzmożonej konsumpcji sprzyjać będzie względnie mocny rynek pracy, który w przyszłym roku powinien dodatkowo zacząć reagować na wzrost zapotrzebowania na siłę roboczą ze strony rozkręcającej się gospodarki. Po stronie inwestycji, choć formułowanie dziś prognoz obarczone jest wysokim ryzykiem, to spadek niepewności przedsiębiorców co do rozwoju sytuacji ekonomicznej w przyszłości daje podstawy do szacunków, że dynamika inwestycji przyspieszy od połowy przyszłego roku. Szansą na wzmożone działania w tym zakresie w kolejnych latach jest również nowa perspektywa budżetu unijnego wraz ze środkami z funduszu na odbudowę. Oczekujemy, że PKB w 2021 r. wzrośnie o 3,8 proc. r/r” – mówi Agata Filipowicz-Rybicka, główny ekonomista Alior Banku.

4. Możliwe odbicie zysków sektora bankowego?

Zakres poprawy sytuacji gospodarczej pozostaje niepewny, a stopa bezrobocia na początku roku może rosnąć. Wysokość rezerw trudno prognozować z wielu powodów. W przypadku kiedy dywidendy z bieżących zysków znowu będą wstrzymane, banki zawiążą więcej rezerw teraz, aby oczyścić sobie pole do dobrego wyniku w 2021 r. lub nawet rozwiązać wtedy część rezerw, żeby wypłacić większą dywidendę w 2022 r. z wyższego zysku za 2021 r. Ponadto banki, w szczególności te, które stosowały dotychczas bardziej liberalną politykę w odniesieniu do odpisów związanych pandemią, będą musiały uwzględnić te zagadnienia w swoich decyzjach o tworzeniu odpisów i rezerw. Poprawa parametrów gospodarczych przekłada się natomiast na spadek ryzyka niespłacanych kredytów. Tym samym można mieć nadzieję, że skala rezerw i odpisów będzie niższa. „Alior Bank jeszcze przed rozwojem pandemii dokonał w zakresie ryzyka przeglądu portfela klienta biznesowego i zaktualizował swoją politykę kredytową. Nowe kryteria ryzyka mają już zastosowanie w stosunku do wszystkich oferowanych produktów w każdym segmencie. W rezultacie po znacznym wzroście kosztów ryzyka w II kw. 2020 roku, w III kwartale br. Alior Bank odnotował powrót do typowych dla siebie poziomów. Porównując kwartał do kwartału, zmniejszyły się one o 68 proc., z 915 mln zł w II kw.’20 do 289 mln zł w III kw.’20” – mówi Tomasz Miklas, dyrektor Departamentu Ryzyka Kredytowego Klienta MSP.

5. Konsekwencje wyroku TSUE ws. kredytów frankowych

Dodatkowo wpływ na poziom rezerw miał niekorzystny dla sektora rozwój sądowej sytuacji związanej z portfelami kredytów we frankach szwajcarskich. Po wyroku TSUE z 2019 roku znacznie zwiększyła się liczba pozwów kierowanych do sądów przez kredytobiorców i odsetek rozstrzygnięć niekorzystnych dla banków. Odpisy frankowe mogą doprowadzić do przejściowego wystąpienia strat w sektorze bankowym, ale nie powinno to zagrozić  stabilności systemu bankowego.

„Dominującą formą rozwiązywania spornych kwestii w sprawach dotyczących kredytów frankowych pozostaje orzecznictwo sądowe. Niewątpliwie zwiększenie się liczby pozwów w tym zakresie wsparte przez wyspecjalizowane kancelarie prawne, stało się dziś realnym zagrożeniem dla wyników banków, które najczęściej udzielały takich kredytów” – mówi Agata Filipowicz-Rybicka, główny ekonomista Alior Banku.

Nowe światło na sprawę klientów posiadających kredyt we frankach i banków rzuca ostatnia propozycja KNF, zgodnie z którą rozwiązanie powinno uwzględniać zarówno interesy klientów, jak bezpieczeństwo sektora. Regulator proponuje, aby potraktować kredyty frankowe jak złotowe, oprocentowane według odpowiedniej stopy WIBOR powiększonej o stosowaną historycznie dla takich kredytów marżę. Trudno jednak dziś szacować, jaki wpływ na wyniki sektora będzie miał przedstawiony pomysł. Na ten moment wymaga on jeszcze konsultacji i doprecyzowania.

6. Cyberbezpieczeństwo i sprawność systemów

„2020 rok to czas przyspieszenia cyfrowego. Usprawnienia dotyczyły zarówno oferty dla klientów, jak i funkcjonowania samych organizacji. Wraz z popularyzacją zdalnych kanałów bankowości rośnie zaangażowanie w rozwój technologii i rozwiązań, które mają zapewniać bezpieczeństwo instytucjom finansowym oraz ich klientom. To wyzwanie zarówno dla całego sektora, jak i poszczególnych banków, które coraz lepiej radzą sobie z cyberzagrożeniami” – mówi Grzegorz Jasiulewicz, dyrektor Departamentu Cyberbezpieczeństwa.

Prócz najwyższej jakości zabezpieczeń kluczowe zadanie w tym procesie pełni edukacja, w szczególności z zakresu bezpiecznego korzystania z internetu. Oszuści wciąż tworzą nowe sposoby wyłudzania danych, często opierając się na socjotechnice i wykorzystując ludzką wrażliwość i empatię. Ciągłość i bezpieczeństwo biznesowe zależeć będą od wykorzystywania nowych technologii, dlatego niezbędny jest ich stały rozwój i kolejne inwestycje w rozwiązania, które będą miały na celu zwalczać cyberataki.