Czym różnią się PPK od OFE?

Pracownicze Plany Kapitałowe oceniane są jako potrzebne rozwiązanie, niezbędne dla przyszłości emerytalnej Polaków. Program jest szczególnie ważny w sytuacji niżu demograficznego i zwiększających się obciążeń Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Oszczędzanie na emeryturę okazuje się niezbędne. PPK jest obecnie jedynym realnym pomysłem, który daje możliwość zgromadzenia dodatkowych kapitałów przyszłym emerytom. Otwarte Fundusze Emerytalne stanowiły część środków publicznych, a nowy program to prywatne, gromadzone oszczędności, które zabezpieczą jesień życia. To dwa zupełnie różne rozwiązania. OFE były w pewnym stopniu obligatoryjne, a PPK są dobrowolne. Pracownicy mogą, ale nie muszą oszczędzać na emeryturę w ramach tego programu. To kolejna zasadnicza różnica.

– Nie ma żadnej wątpliwości, że środki gromadzone w PPK są i będą prywatne. Wynika to z samej konstrukcji prawnej tego produktu, a nie tylko z zapisu ustawie, choć w akcie prawnym zostało to jasno zaznaczone – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Wojewódka, radca prawny, wiceprezes Instytutu Emerytalnego – Środki z Pracowniczych Planów Kapitałowych, tak samo jak lokaty bankowe, stanowią prywatną własność. Pojawia się pytanie, czy mogą zostać znacjonalizowane. Teoretycznie może się tak stać, co pokazują przykłady Cypru czy Malty – gdzie objęło to tamtejsze lokaty bankowe. Należy jednak zwrócić uwagę, że żaden rząd – bez względu na jego proweniencje polityczną – nie podejmie się działań prowadzących do utraty zaufania obywateli do systemu emerytalnego. Sama struktura prawna PPK pozwala pracownikowi na pobranie wszystkich środków w dowolnym momencie. Uczestnik może w każdej chwili wycofać swoje fundusze. Choć można mieć pewne zastrzeżenia do nowego systemu i jego założeń, to prywatność gromadzonych środków nie powinna budzić żadnych wątpliwości – podsumował Wojewódka.

Government shutdown w USA tymczasowo zawieszony

Government shutdown w USA został zawieszony, ale za 18 dni powróci, jeśli prezydent Trump nie dostanie swojego muru na granicy z Meksykiem. Z rozmrożenia administracji publicznej cieszą się przede wszystkim pracownicy sektora (otrzymają zaległe pensje), ale dla rynków to żaden przełom, zatem i reakcja jest skromna. Przed nami spokojny poniedziałek, ale za to w bardzo bogatym w wydarzenia tygodniu.

W piątek prezydent USA Donald Trump zgodził się na tymczasowe zakończenie government shutdown (GS), jeśli jednak do 15 lutego nie uzyska 5,7 mld USD na budowę muru na granicy z Meksykiem, wówczas wracamy do punktu wyjścia. Presja polityczna i niezadowolenie społeczne stały się zbyt duże, jednak biorąc pod uwagę, że żadna ze stron (Trump vs Demokraci) nie chce wyjść na przegranego w sporze, kolejny GS wciąż jest bardzo prawdopodobny. Rynki już wcześniej nie budowały premii za ryzyko w związku z GS, więc i teraz złagodzenie sytuacji nie bardzo ma z czego przynosić odreagowanie. Uszczerbek na wzroście gospodarczym pozostaje niewielki i częściowo jest do odrobienia w kolejnych kwartałach, dlatego też inwestorzy nie panikują. Z GS wiąże się natomiast psychologiczna premia niepewności wokół perspektyw polityczno-ekonomicznych największej gospodarki świata. Lista powodów do obaw w tym roku jest długa, więc jedna pozycja mniej powinna pomagać apetytowi na ryzyko, jeśli takowy zakiełkuje.

A powodów by ruszyć sentymentem w tym tygodniu nie brakuje. We wtorek ma dojść do głosowania nad poprawkami do projektu porozumienia brexitu, które m.in. przewidują wykluczenie opcji rozwodu z UE bez żadnej umowy oraz odroczenie brexitu, jeśli rząd nie będzie w stanie uzyskać większości parlamentarnej za żadnym planem. Funt ma za sobą imponujący tydzień przy wymazywaniu premii za chaotyczny brexit, jednak problemem na przyszłość pozostają odmienne wizje UE i Wielkiej Brytanii dotyczące backstopu. Weekendowe doniesienia prasowe sugerują, że Irlandia sprzeciwia się usunięciu bezterminowości backstopu (czego bardzo chce m.in. sojusznik rządu May północnoirlandzka partia DUP). Mam wrażenie, że w funcie zbudowało się zbyt dużo optymizmu jak na bałagan, który mogą zgotować brytyjscy politycy.

W środę kończy się posiedzenie FOMC, po którym nie spodziewamy się zmian w polityce pieniężnej. Nowością w tym roku jest konferencja prasowa prezesa Fed po każdym posiedzeniu i prezes Powell z pewnością wykorzysta wystąpienie do komunikacji ewentualnych zmian w nastawieniu. Po serii wypowiedzi członków FOMC w ostatnich tygodniach jest praktycznie pewne, że Fed przyjmie postawę wyczekiwania do czasu wygaszenia niestabilności rynkowej i niepewności wokół istotnych kwestii polityczno-gospodarczych. Środa i czwartek to czas kolejnej rundy negocjacji handlowych USA-Chiny, na które do Waszyngtonu zjeżdża chińska delegacja z wicepremierem Liu He. Wyraźny przełom jest mało prawdopodobny, ale oczekiwalibyśmy, że rynek dalej będzie wybiórczo szukał powodów do podtrzymania nadziei na porozumienie.

Poza tym czeka nas zalew raportów makro z USA uwolnionych po zakończeniu government shutdown z największą uwagą na raporcie NFP w piątek. W reszcie świata ważne będą HICP z Eurolandu, PKB i PMI z Polski, PMI z Chin, CPI z Australii i PKB z Kanady. Dziś natomiast tylko drugorzędna podaż pieniądza z Eurolandu i regionalne indeksy aktywności z USA. Po południu przemawiać będą prezesi EBC i Banku Anglii, więc uwaga na wskazówki dotyczące polityki monetarnej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Cztery czynniki, które wpłyną na rynki finansowe w 2019 roku

Świat rynków finansowych kończył rok 2018 z dużym bagażem nierozwiązanych problemów. Wpływały one na perspektywy globalnego ożywienia, ceny walut i surowców czy kierunki rynków akcji. Jak podkreślają eksperci, ten bagaż czynników ryzyka zabieramy na kolejny rok i wcale nie jesteśmy bogatsi o rozwiązania.

Okazuje się, że na globalną gospodarkę w 2019 roku wciąż będą wpływać czynniki, które mocno namieszały na rynku już w poprzednim roku. Przedstawiamy cztery najważniejsze z nich.

Brexit

Dla osób interesujących się rynkami finansowymi nie ma dnia, w którym nie słyszeliby czegoś nowego o Brexicie. O tym, jak absurdalna stała się cała saga rozstania Wielkiej Brytanii z Unią Europejską, niech świadczy fakt, że w Rosji powstało już specjalne słowo „brexić”. W wolnym tłumaczeniu oznacza, że ktoś się żegna, ale nie wychodzi. Po półtora roku negocjacji i na dwa miesiące przed planowaną datą „rozwodu” wciąż nie wiemy na jakich warunkach i czy w ogóle Wielka Brytania opuści UE. Wstępny projekt porozumienia między brytyjskim rządem i unijnym przedstawicielstwem został ostro skrytykowany, a w końcu odrzucony przez parlament, zapisując na kartach historii największą porażkę rządowego wniosku. Rząd premier szuka nowego pomysłu na jednoczesne udobruchanie UE, opozycji, a nawet członków własnej partii.

W 2019 rok wkroczyliśmy z bogatą paletą scenariuszy dotyczących Brexitu – od chaotycznego rozstania z UE bez żadnych uzgodnień, przez podtrzymanie unii celnej, zatwierdzenie gotowego projektu porozumienia, aż po powtórzenie referendum. Brexit może odbyć się 29 marca lub zostać odroczony. Czas ucieka, a Brytyjczycy wciąż nie wiedzą, jak będzie wyglądać ich przyszłe życie w Europie.

– Wydaje się, że zdrowy rozsądek wygra, a Brexit odbędzie się na łagodnych warunkach. Jednak na razie pozostaje duża niepewność, która gospodarczo szkodzi obu stronom. Sam „rozwód” nie będzie wydarzeniem na „raz i po kłopocie”, ale z jego skutkami Europa będzie się borykać przez dłuższy okres – podkreśla Konrad Białas, główny ekonomista Domu Maklerskiego TMS Brokers.

Polityka

Ryzyko polityczne na dobre zagościło wśród czynników, które zaprzątają głowy inwestorów. Wszelkie trendy rynkowe szybko tracą pęd w obawie, że jeden gest czy decyzja polityczna odwrócą sytuację o 180 stopni. Specyfika ryzyka politycznego polega na tym, że zwykle pojawia się nagle i jest bardzo trudne do zmierzenia. Idealnym przykładem minionego roku jest rynek ropy naftowej. Decyzja Donalda Trumpa o wycofaniu się z umowy atomowej z Iranem wywindowała jej ceny o ponad 20 proc. W kolejnym kroku Waszyngton udzielił jednak zwolnień od kar dla kluczowych odbiorców ropy, co spowodowało spadek cen o 45 proc. Jedna decyzja, olbrzymie implikacje.

W 2019 roku znów będziemy borykać się z ryzykiem nagłego zwrotu wydarzeń. Głównym „sprawcą” pozostanie wciąż prezydent USA Donald Trump. Trwający od 22 grudnia government shutdown, czyli wstrzymanie prac części administracji publicznej i niewypłacanie pensji pracownikom, jest najlepszym dowodem determinacji Trumpa do osiągnięcia swoich celów. W tym przypadku chodzi o uzyskanie środków na budowę muru na granicy z Meksykiem. Ponadto, wciąż toczy się spór budżetowy włoskiego rządu z Komisja Europejską, a we Francji możemy spodziewać się konsekwencji protestów „żółtych kamizelek” . Jest to wciąż bardzo duży bagaż powodów do nerwowości rynków w 2019 roku.

Wojny handlowe

Wojny handlowe to chwytające hasło, które krótko podsumowuje problemy globalnej gospodarki. Protekcjonizm i bariery dla wolnego handlu stają się kotwicą dla rozwoju globalnej gospodarki. Na głównym froncie wojen handlowych znajdują się obecnie USA i Chiny, ale problem jest głębszy z uwagi na skomplikowaną siatkę połączeń międzyrządowych. Mniejsze gospodarki Azji są uzależnione do handlu z Chinami, a samo Państwo Środka jest kluczowym partnerem wymiany dla UE i Japonii.

Konflikt ma więc wpływ na kłopoty całego świata. Nawet jeśli w ostatnich tygodniach słyszymy o postępach w negocjacjach, protekcjonistyczne aspiracje prezydenta Trumpa nie kończą się na Chinach. Wygrana na jednym polu bitwy może go zachęcać do kontynuacji kampanii na frontach z UE i Japonią. To poważne zagrożenie dla rozwoju inwestycji, które może hamować światowy wzrost gospodarczy.

Banki centralne

Wszystkie wymienione problemy są trudnym orzechem do zgryzienia dla banków centralnych. Po masowych obniżkach stóp procentowych, często nawet poniżej zera, kiełkuje potrzeba normalizacji polityki pieniężnej. Przede wszystkim banki chcą odbudować amunicję na przyszłe uderzenie recesji. Wyzwaniem okazuje się podwyższanie kosztu kredytu. Pierwszym odważnym była Rezerwa Federalna USA, która jednak pod presją rynków przerwała cykl podwyżek stóp procentowych. Inne banki centralne nie mają takiego komfortu i dalsze podtrzymywanie luźnej polityki grozi narastaniem poważnych nierównowag w systemie finansowym.

Decyzje decydentów w 2019 roku mogą być równie trudne, co w szczycie kryzysu finansowego. Zagadką pozostaje na ile można działać przeciwko ożywieniu teraz, żeby wciąż mieć narzędzia by je ratować podczas większych zagrożeń. Rezerwa Federalna USA, Europejski Bank Centralny, Bank Anglii i Bank Japonii – najważniejsze podmioty globalnej polityki monetarnej będą prowadzić świat finansów po nieznanych, niespokojnych wodach.

Co piąty gimnazjalista nie ćwiczy na zajęciach z WF-u. Do aktywności fizycznej młodzież zachęcać będą najlepsi sportowcy

Co piąty gimnazjalista nie ćwiczy na zajęciach z WF-u. Do aktywności fizycznej młodzież zachęcać będą najlepsi sportowcy 1

Ponad 20 proc. polskich uczniów szkół podstawowych i gimnazjów ma nadwagę. Ma to związek z tym, że nawet co piąty gimnazjalista nie ćwiczy na zajęciach z wychowania fizycznego. W dzieciach można jednak obudzić zainteresowanie sportem. Sprzyjają temu sukcesy naszych zawodników i zachęty ze strony sportowców. Pokazała to pierwsza edycja programu Drużyna Energii, w którym szkoły i uczniowie – zachęcani przez gwiazdy polskiego sportu – brali udział w sportowej rywalizacji. Teraz rusza druga edycja akcji. Każde dziecko, które uda nam się oderwać od tabletu, konsoli czy smartfona, będzie naszym wielkim sukcesem – podkreśla Grzegorz Bałkowiec z firmy Energa, inicjatora akcji.

– Kiedy byłem młodym chłopakiem, chciałem być jak Ronaldinho, nauczyć się wykonywać dokładnie takie triki. Myślę, że przez sukcesy polskiej reprezentacji czy projekty takie jak Drużyna Energii jesteśmy w stanie tę ciekawość dzieci odpowiednio pokierować – mówi agencji informacyjnej Newseria Krzysztof Golonka, mistrz świata trików piłkarskich, ambasador Drużyny Energii.

Polskie dzieci mają problemy z otyłością – Instytut Żywności i Żywienia wskazuje, że nawet 23 proc. uczniów szkół podstawowych cierpli na nadwagę lub otyłość. Do tego rzadko ćwiczą. Tylko w klasach IV–VI w szkołach podstawowych zwolnienia z WF ma 15 proc. dzieci. NIK podaje, że w przypadku uczniów gimnazjum ten odsetek przekracza 20 proc. Zamiast aktywności fizycznej wybierają smartfony i tablety. Aktywność fizyczną dzieci i młodzieży wspiera Grupa Energa, która postanowiła kontynuować program Drużyna Energii.

– W pierwszej edycji zgłosiło się aż 600 szkół, a filmików, które nadesłały dzieciaki, naśladując naszych sportowych ambasadorów, było ponad 20 tys. – podkreśla Grzegorz Bałkowiec, zastępca dyrektora departamentu marketingu i komunikacji w firmie Energa. – Rozszerzamy ten projekt o kolejną dyscyplinę, jaką jest koszykówka. Jest to nasz świadomy wybór, ponieważ jesteśmy partnerem strategicznym Energa Basket Ligi Kobiet, Energa Basket Ligi Mężczyzn, a także zasilamy naszą kadrę Polski, która ma teraz szansę po 50 latach pojechać na mistrzostwa świata do Pekinu.

Program Drużyna Energii przeznaczony jest dla uczniów klas VI-VIII szkoły podstawowej. Do zgłoszenia szkoły, wystarczy nagrać trwające od 15 do 300 sekund wideo, na którym uczniowie i nauczyciele pokażą. że sport to ich pasja. Liczy się inwencja – sto najbardziej kreatywnych szkół co miesiąc będzie walczyć o lekcję WF z ambasadorami akcji. Zadaniem będzie nagranie jak największej liczby filmików, na których uczniowie wykonują ćwiczenia przygotowane przez sportowców.

Organizatorzy obliczyli, że bilans I edycji to 35 tys. spalonych kalorii i zarażenie dzieci sportową pasją.

– Myślę, że pierwsza edycja przyciągnęła dzieci tym, że tacy sportowcy jak Krzysztof Ignaczak i ludzie związani ze sportem, są w stanie bardzo dużo pokazać tym dzieciom. Tego się nie zapomina. Jak dzieci obcują z gwiazdami, które potrafią zrobić np. triki piłkarskie, to jest dla nich namacalny dowód na to, że można się tego nauczyć, że każdy, kto trochę potrenuje, będzie w stanie to zrobić – ocenia Izabela Bełcik, była siatkarka, reprezentantka Polski.

Wizyta ambasadorów – uznanych sportowców to dla dzieci wielkie wydarzenie. To oni w ramach Drużyny Energii przeprowadzają treningi i namawiają do aktywności. Pomagają im w tym narzędzia kojarzone raczej z czymś innym niż sportem, czyli internet i media społecznościowe. I to właśnie one w dużej mierze przesądziły o dużym sukcesie pierwszej edycji.

 Na początku potrzebna jest rozrywka. Jeżeli dziecko w tej dyscyplinie sportu czy w tej pasji się zakocha, to będzie szukało dalszej drogi, żeby w przyszłości robić to profesjonalnie. Mam nadzieję, że właśnie dzięki takiej atrakcyjnej formie naszego projektu jesteśmy w stanie to zaszczepić – podkreśla Krzysztof Golonka.

 Jesteśmy i w małych, i w dużych szkołach, docieramy z projektem nie tylko do dużych aglomeracji, nie tylko tam, gdzie dzieci mają okazje spotykać sportowców na imprezach sportowych, ale również do małych miejscowości, gdzie często jest to jedno z największych wydarzeń w historii miasta – mówi Robert Leszczyński, dyrektor marketingu sportowego w New Balance Polska, będącego partnerem technicznym programu Drużyna Energii.

Szkoły mogą zgłaszać się do projektu do 10 lutego za pośrednictwem strony www.DruzynaEnergii.pl. Wybrane placówki do czerwca będą rywalizować o udział w wielkim finale. Trzy najlepsze dostaną czeki na wyposażenie sali gimnastycznej w sprzęt sportowy, a najlepsza szkoła otrzyma też puchar Drużyny Energii.

Rozwój samochodów z napędem elektrycznym znacząco zwiększy zapotrzebowanie na miedź. Chce na tym skorzystać KGHM

Rozwój samochodów z napędem elektrycznym znacząco zwiększy zapotrzebowanie na miedź. Chce na tym skorzystać KGHM 2

Światowe zapotrzebowanie na miedź wzrośnie zdecydowanie dzięki rozwojowi elektromobilności. Samochody z napędem elektrycznym zawierają nawet cztery razy więcej tego surowca niż auta z silnikiem spalinowym. Dlatego, według Europejskiego Instytutu Miedzi, ich upowszechnienie może spowodować wzrost popytu na miedź o 1,7 mln ton do 2027 roku. Na wzrostowym trendzie chce skorzystać rynkowy potentat, KGHM Polska Miedź.

– Każdy samochód elektryczny oznacza kilkadziesiąt razy większe zapotrzebowanie na miedź. To oznacza, że wszystkie koncerny samochodowe, które będą partycypowały w rozwoju rynku elektromobilności, naturalnie zwiększą zapotrzebowanie na ten surowiec. A koncerny samochodowe to jeden z głównych motorów rozwoju gospodarek krajowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ireneusz Jazownik, dyrektor Centralnego Ośrodka Przetwarzania Informacji w KGHM Polska Miedź S.A.

Elektromobilność to obecnie jeden z najsilniejszych trendów w motoryzacji. Mocny akcent na rozwój nisko- i zeroemisyjnego transportu stawiają nie tylko koncerny samochodowe, lecz także obecny rząd. Rozwój elektromobilności ma umożliwić powstanie nowych branż oraz stworzyć nowy łańcuch wartości w polskim przemyśle.

Z wyliczeń Cambridge Econometrics i Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych wynika, że do 2030 roku elektryfikacja transportu drogowego przyczyni się do stworzenia około 50,8 tys. nowych miejsc pracy oraz wzrostu polskiej gospodarki o 0,3 proc. Do 2050 roku ten wzrost może sięgnąć nawet 1,1 proc. Od ubiegłego roku obowiązuje ustawa, która ma kompleksowo uregulować tę branżę i wprowadza system zachęt dla nabywców samochodów elektrycznych. Rząd liczy, że elektromobilność pobudzi innowacje i nowe technologie w polskim przemyśle motoryzacyjnym.

Na jej rozwoju chce skorzystać także miedziowy potentat, KGHM Polska Miedź.

– Każdemu laikowi samochód kojarzy się ze stalą, olejami, paliwem, chromowanymi zderzakami. Ta miedź przemyka gdzieś w tym samochodzie w formie wiązek elektrycznych. Natomiast samochód elektryczny to już zupełnie inna kategoria, bo ta elektryczność musi być jakoś przewodzona. Przewody elektryczne są tym, czym w standardowym samochodzie jest cały układ zasilania paliwem. W elektrykach mamy układ zasilania energią i to wszystko idzie przy pomocy przewodów miedzianych. Mało tego, wszystkie baterie w samochodzie elektrycznym to dodatkowe kilkadziesiąt kilogramów miedzi. W takim samochodzie jest kilkukrotnie – jeżeli nie kilkuset – razy więcej miedzi niż w konwencjonalnym – tłumaczy Ireneusz Jazownik.

Jak podaje Europejski Instytut Miedzi, samochody z napędem elektrycznym zawierają nawet cztery razy więcej tego surowca niż auta z silnikiem spalinowym. Miedź jest także intensywnie wykorzystywana w infrastrukturze niezbędnej do ładowania pojazdów elektrycznych. Według analityków EIM ze względu na rozwój sektora elektromobilności do 2027 rok światowe zapotrzebowanie na miedź wzrośnie o 1,7 mln ton.

– Szacujemy, że z tytułu elektromobilności zapotrzebowanie na miedź wzrośnie zdecydowanie. Mamy plany rozwoju, które zostały zaprezentowane przez zarząd KGHM, ale to nie jest wyłącznie nastawienie na kolejne źródło zysku. Chcemy też partycypować w rozwoju cywilizacyjnym, w ekologii. To jest rzeczywiście dobre miejsce na odpowiedzialną rolę KGHM w rozwoju cywilizacyjnym – podkreśla dyrektor Centralnego Ośrodka Przetwarzania Informacji w KGHM Polska Miedź S.A.

W październiku ubiegłego roku spółka KGHM nawiązała już współpracę w obszarze rozwoju elektromobilności z Tauronem,. Ma ona dotyczyć budowania infrastruktury ładowania pojazdów elektrycznych, rozwoju usługi carsharingu oraz wspólnych działań proekologicznych.

Pacjenci w Polsce nadal czekają na refundację nowoczesnych terapie w leczeniu szpiczaka. Rumunia czy Słowenia już je finansują

Pacjenci w Polsce nadal czekają na refundację nowoczesnych terapie w leczeniu szpiczaka. Rumunia czy Słowenia już je finansują 3

Blisko połowa chorych na szpiczaka plazmocytowego – rzadki nowotwór złośliwy – kwalifikuje się do przeszczepu szpiku. To najbardziej efektywna metoda walki z tą chorobą. Jeszcze przed zabiegiem pacjenci muszą być leczeni innymi metodami, żeby zredukować liczbę komórek szpiczakowych. Problem w tym, że część chorych nie reaguje na dostępne w Polsce terapie lekowe, przez co nie może zostać poddana przeszczepowi. W Europie już od kilku lat zarejestrowane są nowoczesne leki, które mogłyby pomóc pacjentom w uzyskaniu remisji choroby. Refundują je m.in. Rumunia i Słowenia. Pacjenci w Polsce nadal walczą o dostęp do nich.

Dla pacjentów ze szpiczakiem plazmocytowym najważniejsze jest to, żeby jak najdłużej byli utrzymani w remisji choroby. Czyli walczymy o to, żeby choroba przez długi okres nie dawała kolejnych objawów. Pacjenci potrzebują dostępu do nowoczesnych terapii lekowych, które dawałyby szansę na przeszczep, ale na dziś nie są refundowane. To standard europejski, którego u nas w dalszym ciągu brakuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Rokicki, prezes zarządu Fundacji Carita im. Wiesławy Adamiec.

Szpiczak plazmocytowy jest bardzo rzadkim nowotworem złośliwym. Szacuje się, że stanowi nie więcej niż 2 proc. ogółu chorób nowotworowych. W Polsce choruje na niego około 6 tys. pacjentów. Dotąd choroba atakowała głównie osoby starsze, po 60. roku życia. Jednak ta granica wieku się zaniża i obecnie coraz więcej pacjentów ma 30–40 lat.

Chorzy na szpiczaka to w części ludzie w mocno zaawansowanym wieku, często cierpiący na różne schorzenia dodatkowe, którzy raczej nie są w stanie przeżyć zabiegu przeszczepu, bo to dość agresywna metoda. Natomiast mniej więcej połowa chorych to są ludzie młodsi, w lepszym stanie ogólnym, którzy taki zabieg mogą przeżyć. Dla nich przeszczep to najbardziej skuteczna metoda redukcji komórek szpiczakowych – dodaje prof. dr hab. n. med. Wiesław Jędrzejczak, wieloletni konsultant krajowy w dziedzinie hematologii.

Aby pacjenta dobrze przygotować do przeszczepu, niezbędny jest dostęp do odpowiedniej terapii lekowej, która zatrzyma chorobę, wprowadzi ją w stan remisji i przygotuje pacjenta do procedury autoprzeszczepu szpiku kostnego – mówi Łukasz Rokicki.

– Większość chorych reaguje na leczenie, które mamy obecnie dostępne. Problemem są ci, którzy reagują niewystarczająco i potrzebują innego leczenia, żeby móc kwalifikować się do przeszczepienia – mówi prof. Wiesław Jędrzejczak.

Jednym z takich leków przygotowujących do przeszczepu jest karfilzomib, który w Polsce jest nadal nierefundowany. Jak podkreśla prof. Jędrzejczak, ten lek jest właściwie jedynym wyjściem dla tej grupy chorych, która nie kwalifikuje się do przeszczepu szpiku, stosując dotychczasową terapię.

– Karfilzomib jest lekiem nowej generacji, który na świecie bardzo szeroko wkroczył do leczenia szpiczaka. Mówię o tej bogatszej części świata, która może sobie na to pozwolić. Jest to lek bardzo skuteczny, ale my w Polsce na razie jeszcze nawet nie marzymy o tym, żeby móc udostępnić ten lek wszystkim chorym. Marzymy o tym, żeby podawać go tym, którzy potrzebują go najbardziej. Są to pacjenci, którzy nie uzyskują wystarczającej poprawy dostępnymi metodami leczenia. Gdyby uzyskali co najmniej częściową remisję, mogliby skorzystać z przeszczepienia szpiku i tutaj rzeczywiście może pomóc karfilzomib – mówi prof. Wiesław Jędrzejczak.

Jak podkreśla, karfilzomib jest lekiem, który nie wymaga podawania ciągłego. Jego zadaniem jest wprowadzenie pacjenta w stan, w którym choroba częściowo ustępuje, tak aby można było poddać go zabiegowi przeszczepu. Leczenie nim jest stosunkowo krótkie i w związku z tym – tanie.

Niestety pacjenci mają dostęp do tych nowoczesnych terapii tylko w badaniach klinicznych. My zmierzamy do tego, aby ten dostęp był normalnie refundowany przez państwo, żeby pacjenci nie musieli jeździć od kliniki do kliniki w poszukiwaniu leku – mówi Łukasz Rokicki.

Jak podkreśla, wśród podopiecznych fundacji jest wielu pacjentów, którzy – dzięki przeszczepowi – utrzymali remisję i wrócili do w miarę normalnego życia, jak przed chorobą.

– W Europie co roku rejestrowanych jest około 6 nowych cząsteczek, leków w szpiczaku plazmocytowym. My dalej walczymy o te leki, które w Europie były zarejestrowane już kilka lat temu. Mówimy zwłaszcza o dwóch lekach: karfilzomibie i daratumumabie, które są bardzo potrzebne pacjentom ze szpiczakiem. Mają inny schemat działania: karfilzomib jest to lek przygotowujący do przeszczepu, a daratumumab jest to lek dla pacjentów, którzy do tego przeszczepu się nie kwalifikują. Bardzo ważne jest, żeby wypełnić tę lukę w leczeniu i dogonić Europę. Takie kraje jak Rumunia czy Słowenia już te terapie mają – podsumowuje prezes zarządu Fundacji Carita im. Wiesławy Adamiec.

Brak śniegu, skradziony bagaż czy wypadek na stoku mogą zepsuć zimowe ferie. Na wypadek tych zdarzeń można się ubezpieczyć

Brak śniegu, skradziony bagaż czy wypadek na stoku mogą zepsuć zimowe ferie. Na wypadek tych zdarzeń można się ubezpieczyć 4

Wydawana przez Narodowy Fundusz Zdrowia karta EKUZ zapewnia jedynie podstawową opiekę medyczną w krajach Unii Europejskiej. Nie pokryje np. kosztów transportu medycznego do Polski czy akcji ratowniczej z użyciem śmigłowca. Dlatego, wybierając się na zagraniczny urlop na narty lub snowboard, warto wcześniej zadbać o dodatkowe ubezpieczenie. Te rodzaje aktywności sportowej są jednymi z najpopularniejszych wśród Polaków. Coraz częściej wybierają oni zagraniczne stoki.

Narty i snowboard należą do najpopularniejszych sportów zimowych. Jak pokazują statystyki, w 2018 roku prawie 5 mln Polaków korzystało z tej formy wypoczynku. Coraz częściej Polacy jeżdżą na ferie zimowe za granicę. Do najpopularniejszych kierunków należą Włochy, Austria, Czechy i Słowacja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Zgudka, menadżer ds. produktów w Nationale-Nederlanden.

Ekspertka podkreśla, że przy planowaniu budżetu na ferie warto pamiętać również o potencjalnych wypadkach. Za granicą obowiązują inne zasady ratownictwa, więc nawet niewielki wypadek na stoku może znacznie powiększyć koszty wyjazdu.

– Bezpłatna karta EKUZ, która umożliwia nam dostęp do opieki medycznej za granicą w krajach UE, w wielu przypadkach okazuje się niewystarczająca. Przykładowo, nie pokrywa ona kosztów transportu do Polski. Natomiast osoby, które zdecydują się na zakup specjalnej zimowej polisy turystycznej, zyskują wsparcie finansowe i organizacyjne nie tylko w przypadku nagłego zachorowania czy nieszczęśliwego wypadku, ale także rekompensatę w razie niekorzystnych warunków atmosferycznych – mówi Małgorzata Zgudka.

Osoby objęte zimowa polisą turystyczną mogą liczyć na pomoc w różnych sytuacjach. Na wypłatę świadczenia można liczyć na przykład w przypadku zamknięcia narciarskich tras zjazdowych z powodu nadmiernej lub niedostatecznej ilości śniegu. Co więcej, jeżeli w związku z lawiną czy osuwiskiem dostęp do naszego ośrodka narciarskiego będzie niemożliwy, wówczas można liczyć na zwrot kosztów transportu i zakwaterowania.

W razie nagłego zachorowania albo niezdolności do uprawiania sportów zimowych możemy liczyć na zwrot kosztów za niewykorzystany karnet, wypożyczony sprzęt czy lekcje z instruktorem, które wcześniej kupiliśmy. Koszt takiej polisy może zaczynać się już od 6 zł za dzień – mówi Małgorzata Zgudka.

Ubezpieczenie można rozszerzyć o dodatkowe opcje, jak np. ochronę bagażu, sprzętu sportowego czy nawet ochronę mieszkania na czas wyjazdu. W ramach pomocy assistance ubezpieczenie można również rozszerzyć o następstwa choroby przewlekłej.

Decydując się na dodatkową ochronę w trakcie zimowego urlopu, należy zwrócić uwagę, czy będzie ona obowiązywać też w krajach tranzytowych.

Warto zwrócić też uwagę na to, czy ubezpieczenie obowiązuje już od momentu wyruszenia w drogę. Przykładowo, polisa Nationale-Nederlanden obowiązuje już od momentu wyjścia z domu w Polsce, a nie dopiero po przekroczeniu granicy – mówi Małgorzata Zgudka.

Rynek żywności ekologicznej w kryzysie. Mimo że zainteresowanie konsumentów rośnie

Rynek żywności ekologicznej w kryzysie. Mimo że zainteresowanie konsumentów rośnie 5

W Niemczech żywność ekologiczna odpowiada za mniej więcej 10 proc., w Danii – ok. 20 proc. Sprzedaży. W Polsce to mniej więcej 1-3 proc. To pokazuje potencjał tego rynku. Jednak wielkość powierzchni upraw ekologicznych systematycznie spada, a rynek znajduje się w kryzysie. Tempo sprzedaży biożywności jest wprawdzie na wysokim poziomie, ale ma w tym udział większy import. Ministerstwo rolnictwa chce wspierać ten segment polskiej produkcji rolnej.

– Rynek żywności ekologicznej w Polsce jest w stanie stabilnego kryzysu. Wielkość produkcji się nie zwiększa. Rynek zwiększa się zasadniczo poprzez wzrost importu przez głównych graczy, natomiast pozostali zachowali swoje status quo. Chociaż wielkość produkcji rolniczej ekologicznej rośnie, duża jej część jest wywożona w postaci surowców do Francji, Niemiec i wraca w postaci produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karol Krajewski, doradca ministra rolnictwa w Gabinecie Politycznym.

Z badań Nielsena wynika, że większość Polaków, w myśl zasady, że jest się tym, co się je, jest w stanie zapłacić więcej, jeśli produkt nie ma sztucznych dodatków i składników. Ponad połowa dokładnie czyta etykiety produktów. W efekcie coraz częściej sięgamy po żywność ekologiczną, bio, z naturalnych upraw. Mimo to, jak wynika z danych Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, polskie rolnictwo ekologiczne przeżywa kryzys. Wielkość powierzchni upraw ekologicznych w Polsce szacuje się obecnie na 500 tys. hektarów i systematycznie spada. Jeszcze w 2013 roku było to ok. 670 tys. ha.

– Z różnych badań wynika, że żywność ekologiczna to około 3 proc. produkcji rolniczej, nawet niektórzy mówią, że tylko 1 proc. W krajach takich jak Niemcy to jest 10 proc., w Danii nawet 20 proc., wiec mamy tu do czynienia z dużą rezerwą i potencjałem. Wydaje mi się, że jesteśmy na początku drogi. Trzeba przełamać tą bierność, stabilizację, która jest, poprzez rozwój rynku żywności ekologicznej – przekonuje Karol Krajewski.

Według raportu IMAS „Żywność ekologiczna w Polsce 2017” ten segment rynku rozwija się w Polsce z prędkością 10–20 proc. rocznie. Wartość krajowego rynku żywności ekologicznej w 2017 roku sięgnęła miliarda złotych. Z danych NIK wynika, że średnio Polak na ekologiczną żywność wydaje 7 euro. Dla porównania w Niemczech jest to ok. 100 euro, a w Danii nawet 200 euro rocznie. Średnia europejska wynosi 44 euro.

– Ministerstwo działa w ramach „Planu dla wsi”, którego jednym z celów jest rozwój produkcji żywności wysokiej jakości, w tym żywności ekologicznej, naturalnej, wytwarzanej zgodnie z zasadami zachowania środowiska. Żywność ekologiczna jest głównym segmentem tego rynku, planujemy  wsparcie dla rozwoju produkcji, dofinansowania możliwości i warunków dla producentów, skrócenia łańcuchów, żeby rolnicy dostawali tę część zysku, którą przejmują pośrednicy, a więc uporządkowania również w rolniczym handlu detalicznym i sprzedaży bezpośredniej – podkreśla przedstawiciel resortu rolnictwa.

Na realną pomoc będą mogły liczyć małe gospodarstwa, które będą chciały przestawić się na produkcję ekologiczną i w tym się specjalizować.

Przejście z produkcji konwencjonalnej na ekologiczną może być dla rolników problematyczna. Rezygnacja ze stosowania nawozów oznacza wyższe koszty, których nie są w stanie pokryć otrzymywane rekompensaty. Ponadto, aby stać się pełnoprawnym gospodarstwem ekologicznym, trzeba przejść proces certyfikacji. Cały proces trwa kilka lat. Dla rolnika oznacza to konieczność ponoszenia większych kosztów bez gwarancji zwrotu. Resort zapowiada także ułatwienia w procesie certyfikacji i uproszczenie procedur oraz niezbędnych ram prawnych.

– W nowym programowaniu zakładamy wsparcie tych procesów i uproszczenie procedur. Te zaś są dosyć długie, szczególnie w zakresie produkcji żywności pochodzenia zwierzęcego, która wymaga dłuższego czasu dochodzenia, czyli około 3 lat – wskazuje Karol Krajewski.

Ten segment rynku ma wzmacniać powołana pod koniec ubiegłego roku pod patronatem ministerstwa Koalicja na rzecz Rozwoju Rynku Żywności Bio. Jej założycielami są przedstawiciele Carrefour Polska, Polskiej Izby Żywności Ekologicznej, SGGW i stowarzyszenia EKOŁAN. Celem Koalicji będzie budowanie rynku żywności bio, wypracowanie rozwiązań, które będą wspierać jego rozwój, a także podnoszenie świadomości konsumentów.

Sztuczna inteligencja na dużą skalę wejdzie na rynek w ciągu 3-5 lat. Wzrost gospodarczy na świecie może dzięki niej przyspieszyć nawet o 1 proc.

Sztuczna inteligencja na dużą skalę wejdzie na rynek w ciągu 3-5 lat. Wzrost gospodarczy na świecie może dzięki niej przyspieszyć nawet o 1 proc. 6

Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji zmienią oblicze globalnego rynku pracowniczego. Systemy automatyczne zastąpią pracowników wykonujących najprostsze zawody i doprowadzą do stworzenia nowych miejsc pracy w branży IT. Na upowszechnienie się sztucznej inteligencji powinni przygotować się zarówno przedsiębiorcy, którzy za kilka lat wykorzystają ją do optymalizacji pracy, jak i sektor rządowy, który powinien wypracować rozwiązania ułatwiające i regulujące rozwój projektów wykorzystujących samouczące się algorytmy. Światowa gospodarka dzięki SI może zanotować wzrost nawet o 1 proc.

Sztuczna inteligencja jest w tej chwili jednym z wiodących trendów zmian w gospodarce, które mają charakter transformacyjny, czyli rewolucyjnej, głębokiej zmiany. SI stoi za wszystkimi technologiami, które zmierzają do automatyzacji, ale również odpowiada za takie technologie jak rozpoznawanie obrazu czy rozpoznawanie i syntezowanie języka.

– Te wszystkie technologie są obecnie wykorzystywane w bardzo wielu dziedzinach – pojazdach autonomicznych, przewidywaniu usterek, tzw. predictive maintenance, w różnego rodzaju optymalizacjach, wspieraniu podejmowania decyzji, czy rekomendowaniu pewnych działań. Szacuje się, że dzięki wprowadzeniu sztucznej inteligencji wzrost gospodarczy może przyspieszyć w ramach świata nawet o około 1 proc. – mówi agencji Newseria Innowacje Tomasz Klekowski, prezes zarządu Związku Pracodawców Technologii Cyfrowych.

Na początku roku firma badawcza Randstad przeanalizowała stosunek polskich pracowników do innowacyjnych technologii wykorzystywanych w biznesie. 58 proc. respondentów chce pogłębiać swoje umiejętności zawodowe związane z nowymi technologiami, w tym m.in. wykorzystujące sztuczną inteligencję. W cyfrowych narzędziach badani widzą przyszłość rynku pracy, ale tylko 45 proc. ankietowanych twierdzi, że ich pracodawcy prowadzą szkolenia z wykorzystania np. technik uczenia maszynowego.

Firma Synerise uruchomiła program AI Schools & Academy. W jego ramach w przedszkolach i szkołach powszechnych przeprowadzone zostaną dodatkowe lekcje, które przybliżą uczniom koncepcję sztucznej inteligencji. Do programu przystąpi 1500 placówek, a zajęcia będą odbywać się w skali co najmniej 10 godzin miesięcznie. Synerise udostępni wszystkie narzędzia potrzebne do przeprowadzenia lekcji: bazę wiedzy, kursy on-line, chmurę obliczeniową oraz środki finansowe potrzebne na uruchomienie dodatkowych pracowni.

– Najważniejsze jest rozpoczęcie edukacji, ponieważ sztuczna inteligencja na dużą skalę wejdzie na rynek w perspektywie 3-5 lat. Nie mamy więc wiele czasu i należy przygotować zarówno tych, którzy będą tworzyć, czyli analityków, architektów sztucznej inteligencji, czyli programistów, jak i odbiorców, zwłaszcza w sektorze przedsiębiorstw, tak aby wszyscy byli gotowi. Również aby to było możliwe, potrzebne jest równolegle i bardzo szybko rozpoczęcie prac nad stworzeniem dużych zbiorów danych, które mogą być wykorzystywane do szkolenia, trenowania algorytmów sztucznej inteligencji – wskazuje Tomasz Klekowski.

Ministerstwo Cyfryzacji pracuje nad rozwiązaniami legislacyjnymi, które przygotują nasz rynek do upowszechnienia się sztucznej inteligencji wśród przedsiębiorców. W obliczu narastającego zainteresowania rynku technologią uczenia maszynowego powołano do życia roboczą grupę specjalistów, która wypracuje rozwiązania umożliwiające wykorzystanie sztucznej inteligencji na szeroką skalę. Głównym zadaniem ekspertów będzie przystosowanie zapisów prawa do tej technologii.

– Strategia sztucznej inteligencji w Polsce jest jeszcze w powijakach, ale wyłaniają się już pewne obszary konsensusu, które są zawarte np. w założeniach przygotowanych przez grupę ekspertów do strategii tworzonej przez Ministerstwo Cyfryzacji. Również konferencja organizowana przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii jest takim krokiem, który przekłada te ogólne założenia strategii na konkretne działania, na mapę drogową poszczególnych poczynań – przekonuje ekspert.

Tymczasem pierwsze komercyjne wdrożenia sztucznej inteligencji są już za nami. Bank PKO BP we współpracy z polską firmą Emplocity opracował np. narzędzie rekrutacyjne wykorzystujące sztuczną inteligencję. Kandydaci w pierwszej fazie rekrutacji rozmawiają ze specjalnie spreparowanym chatbotem, który przeprowadza wstępną selekcję uczestników. Firma Żabka idzie jeszcze dalej i chce stworzyć w Polsce sieć sklepów bezobsługowych na wzór amerykańskich drogerii Amazon Go.

Według wstępnych założeń placówki te będą otwarte 24 godziny na dobę i nie znajdziemy w nich tradycyjnych kas ani kasjerów. Sklepy będą obsługiwane za pośrednictwem aplikacji mobilnej wykorzystującą sztuczną inteligencję do komponowania indywidualnych, spersonalizowanych ofert promocyjnych. Oprogramowanie przeanalizuje preferencje użytkownika i na tej podstawie zaproponuje zakup konkretnych produktów w niższej, atrakcyjnej cenie. Placówki zostaną także wyposażone w inteligentne półki monitorujące poziom zatowarowania oraz kasy samoobsługowe. Pierwsze wdrożenia zautomatyzowanych sklepów Żabki zaplanowano na ten rok.

Według marketsandMarkets branża sztucznej inteligencji w najbliższych latach będzie rozwijać się w średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 36,5 proc., by w 2025 roku osiągnąć wartość 190 mld dol.

Powietrze w domach może być nawet 5 razy bardziej zanieczyszczone niż na zewnątrz. Dzięki urządzeniu polskiej firmy można je niemal całkowicie oczyścić

Powietrze w domach może być nawet 5 razy bardziej zanieczyszczone niż na zewnątrz. Dzięki urządzeniu polskiej firmy można je niemal całkowicie oczyścić 7

Tylko w Polsce zanieczyszczenie powietrza przyczynia się do ponad 45 tys. przedwczesnych zgonów. Problem narasta w sezonie grzewczym. Powietrze w zamkniętych pomieszczeniach może być nawet od 2 do 5 razy bardziej zanieczyszczone niż to na zewnątrz. Dzięki urządzeniu polskiej firmy można łatwo zmierzyć poziom zanieczyszczeń przy wykorzystaniu niskokosztowych czujników pyłu. Tym samym niemal każdy będzie mógł sobie pozwolić na domową stację, zwłaszcza że oczyszczacze można wypożyczać. Jednocześnie powietrze można oczyścić niemal w 100 proc.

– Projekt EcoLife to system, który umożliwia pomiar zanieczyszczenia powietrza wewnątrz budynków oraz na zewnątrz budynków, a także analizę zebranych danych i zarekomendowanie użytkownikom działań, co zrobić, żeby poprawić lokalną jakość powietrza. Lokalną – czyli mówimy o powietrzu w zamkniętych pomieszczeniach, tak aby oddychać powietrzem, które nie ma negatywnego wpływu na nasze zdrowie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Adam Pastuszka z firmy Eco Life.

System Eco Life umożliwia pomiar smogu (PM 10 i PM 25) i gazów organicznych wewnątrz pomieszczeń, a wyniki można porównać z zanieczyszczeniem na zewnątrz. System sam analizuje dane zgromadzone przez stacje wewnętrzną i zewnętrzne i rekomenduje, co należy zrobić, aby poprawić jakość powietrza w pomieszczeniu. Jednocześnie w rozwiązaniu wykorzystuje się niskokosztowe czujniki. W ten sposób na domową stację może sobie pozwolić niemal każdy.

– Wprowadziliśmy też unikatową usługę, dostępną tylko u nas, czyli możliwość wypożyczania oczyszczaczy. Współpracujemy z firmą Sharp, której oczyszczacze wypożyczamy na 3 do 12 miesięcy. Daje to możliwość obniżenia bariery wejścia w technologię oczyszczania. Jeśli ktoś nie potrzebuje, lub nie chce kupić oczyszczacza na własność, może za bardzo przystępne pieniądze mieć możliwość polepszenia jakości powietrza którym oddycha – podkreśla Adam Pastuszka.

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń, które pozwalają badać jakość powietrza. W Glasgow np. uruchomiono program „Sensing the City”, który ma usprawnić proces monitorowania zanieczyszczenia powietrza, a czujniki mobilne uzupełniają tradycyjne stacje. Z kolei dzięki współpracy firm Google i Aclima ma powstać sieć czujników działających w ramach internetu rzeczy. Problemem jest jednak nie tylko skala zanieczyszczenia powietrza na otwartej przestrzeni, ale i wewnątrz budynków, w mieszkaniach czy miejscu pracy.

– Wewnątrz pomieszczeń jesteśmy w stanie już w tym momencie oczyścić to powietrze, którym oddychamy ze skutecznością 99 proc. Zanieczyszczenie powietrza na zewnątrz jest problemem systemowym i ten problem systemowy narastał przez ostatnie 40-50 lat, więc to jest trochę tak jak z odchudzaniem się – jeżeli ktoś nabierał masy przez lat 5-10, to trudno jest rozwiązać ten problem w krótkim czasie. Podobnie jest ze smogiem – wskazuje ekspert.

Z danych WHO wynika, że z powodu niskiej jakości powietrza umiera przedwcześnie tylko w Polsce ok. 45 tys, a w całej Europie nawet 500 tys. osób,. Według badań WHO powietrze w zamkniętych pomieszczeniach może być nawet 5-krotnie bardziej zanieczyszczone niż to na zewnątrz.

– W okresach jesienno-zimowych i wczesnej wiosny, spędzamy więcej niż 50 proc. czasu w zamkniętych pomieszczeniach – w mieszkaniu, w pracy. Właśnie tam możemy poprawić jakość powietrza – przekonuje Adam Pastuszka.

Według Research and Markets globalny rynek systemów kontroli zanieczyszczenia do 2025 roku będzie wart 98 mld dol.

Gotowa spółka – sprawdzamy kiedy warto ją kupić

Gotowa spółkaZakup gotowej spółki z o.o. to rozwiązanie z którego korzysta coraz więcej przedsiębiorców. Dlaczego? Ponieważ są to legalnie zarejestrowane firmy, wolne od zobowiązań, które pozwalają na działalność od razu po podpisaniu umowy. Ponadto gotową spółkę możemy personalizować, czyli zmienić jej nazwę, adres lub profil działalności (występując w tej sprawie do KRS).

Oszczędność czasu
Założenie spółki może zająć nawet kilka miesięcy, a jej zakup nie więcej niż 1-2 dni. Gotowa spółka pozwala nam na prowadzenie działalności natychmiast, bez potrzeby załatwiania wielu dokumentów i biegania po urzędach.

Zakup spółki na odległość

Zakup spółki może odbyć się na odległość, jeśli obie strony nie mogą spotkać się w jednym miejscu. W takim przypadku, każda ze stron podpisuje umowę, co poświadcza notariusz, a dokumenty zostają wysłane pocztą. To duże ułatwienie, jeśli np. jedna ze stron przebywa zagranicą.

Koncesje i zezwolenia

Istnieje możliwość kupienia gotowej spółki posiadającej koncesję czy interesujące nas zezwolenia. Dzięki temu przedsiębiorca nie musi starać się o to na własną rękę. Firmy, które zajmują się sprzedażą spółek profesjonalnie mają do zaoferowania wiele różnych opcji.

Staż spółki

Zakup gotowej spółki daje możliwość korzystania z jej stażu, czyli okresu występowania w bazie KRS. Jest to bardzo pomocne w przypadku jeśli chcemy ubiegać się o kredyt (w tym przypadku liczy się dłuższy staż), skorzystać z dotacji lub wziąć udział w projektach, które często przeznaczone są dla działalności nowych firm lub z krótkim stażem. Dodatkową zaletą w przypadku spółek z dłuższym stażem jest prestiż i większe zaufanie przyszłych klientów.

Zakup gotowej spółki pozwala zaoszczędzić przede wszystkim czas oraz ominąć żmudny proces przechodzenia przez wszystkie formalności potrzebne do jej założenia. Jeśli zależy Ci na odpowiednim stażu spółki, firmie z daną koncesją lub po prostu masz ciekawy pomysł na biznes, który chcesz wprowadzić jak najszybciej, to zakup gotowej spółki jest idealnym pomysłem dla Ciebie.

Jak bezpiecznie wybrać program do pracy nad PIT?

program do PITPIT-37 jest jednym z zeznań podatkowych, które można złożyć w formie elektronicznej, za pomocą tak zwanych e-deklaracji. Zostały one wprowadzone, jako unowocześnienie administracji podatkowej oraz nowa forma komunikacji z urzędami. Zgodnie z informacjami udostępnianymi przez Ministerstwo Finansów, rozliczenie PIT 2018 przez internet złożyło 11 374 148 osób. Dlaczego miliony Polaków zaufało e-deklaracjom? W jaki sposób bezpiecznie i bez stresu dołączyć do grona osób rozliczających zeznania elektronicznie?

E-deklaracje informacje podstawowe

Podatnicy mają możliwość przygotowania zeznania PIT-37 w wersji e-deklaracji. Oznacza to w praktyce prawo podatników PIT-37 do wypełnienia obowiązku zeznaniowego, określonego w art. 45 ust 1 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, według ustalonego wzoru, za pomocą komputera oraz sieci internet. Termin na złożenie e-deklaracji pokrywa się z tym wskazanym dla tradycyjnej formy formularza PIT, e-PIT-37 należy przesłać od dnia 15 lutego, do dnia 30 kwietnia, roku następującego po roku podatkowym. Co ciekawe, przy tym rozwiązaniu terminem złożenia deklaracji będzie odpowiednie „kliknięcie” – opcji złożenia zeznania – na własnym komputerze. Potwierdzeniem prawidłowego złożenia Pit jest tak zwane Urzędowe Poświadczenie Odbioru (w skrócie UPO), czyli elektronicznie wygenerowany dokument, oznaczony indywidualnym numerem. Dokument ten potwierdza, że pismo faktycznie dotarło do urzędu w formie elektronicznej. Można go pobrać, po otrzymaniu tak zwanego „statusu 200” – czyli statusu poprawnego przesłania formularza (przetwarzanie dokumentu zakończone poprawnie).

E-deklaracje aplikacje ministerialne czy profesjonalne oprogramowanie komercyjne?

Jednym z założeń reformy e-administracji, która wprowadziła możliwość elektronicznego przygotowania oraz złożenia PIT-37, było udostępnienie narzędzia dostępnego bezpłatnie dla wszystkich. W takim celu powstawały aplikacje publiczne (ministerialne), które mają obowiązek umożliwienia podatnikom pracy w wersji elektronicznej. Tego typu programy muszą zawierać odpowiednią wartość merytoryczną, powinny być również dostępne dla osób z nawet najstarszym oprogramowaniem komputerowym. Co więcej, pobierane z serwerów portali podatkowych, nie mogą być zbyt duże (ciężkie), ponieważ w okresie składania PIT pobiera je bardzo wiele osób, a zbytnie obciążenie serwerów mogłoby zakłócić pracę całego systemu e-administracji. Dlatego zdecydowano o budowie aplikacji, w miarę możliwości jak najmniej obszernej, zwierającej wyłącznie elementy niezbędne pod względem formalnym i prawnym. Ta konieczność może jednak odbijać się na jakości programu oraz komforcie pracy z nim. Jako odpowiedź na te bolączki na rynku pojawiły się więc profesjonalne oprogramowania do pracy nad e-deklaracją PIT-37, proponowane przez firmy komercyjne, takie jak na przykład e-file. Najczęściej są to również aplikacje bezpłatne, a firmy komercyjne musiały zaproponować produkt konkurencyjny do aplikacji ministerialnych. Aby osiągnąć sukces i przekonać podatników, że warto skorzystać z aplikacji innej niż publiczna, nad programem e-pity firmy e-file musiał pracować ogromny sztab ludzi. Zaczynając od specjalistów komputerowych, po kancelarie rachunkowe, doradców podatkowych czy nawet BUI Stowarzyszenia Księgowych w Polsce. Założeniem dobrej aplikacji do pracy nad elektronicznym PIT, jest utrzymanie jakości treści, przy jednoczesnym zapewnieniu komfortu pracy użytkownika oraz wsparcia dla osób, które nie zajmują się prawem i podatkami na co dzień.

Zalety e-deklaracji w aplikacjach profesjonalnych

Z programu e-pity skorzystało już ponad 20 000 000 użytkowników. Ich opinie na temat produktu można zweryfikować na stronie producenta. Pozytywny odbiór ze strony osób, które faktycznie skorzystały z programu i przetestowały go „na polu bitwy”, to jedna z największych miar jego sukcesu. Użytkownicy w ankietach oraz opiniach, wskazują najważniejsze jego zalety. Oto kilka cytatów:

  • intuicyjny, po prostu bezproblemowy;

  • przyjazny dla użytkownika;

  • szybko i jak po sznurku;

  • program prowadzi za rączkę;

  • program chodzi bezproblemowo na moim iMacu;

  • bezbłędnie, bezboleśnie i nowocześnie;

  • mam już też wydrukowane UPO, teraz spokojnie czekam do następnego roku;

  • sposób wypełniania tak prosty, że każdy sobie poradzi;

  • używam go już 4 rok;

  • już chyba prościej się nie da;

  • radzi sobie też z nieoczywistymi przypadkami;

  • szeroka biblioteka pomoc;

  • program nie zmusza, jak inne do przekazania 1% podatku na wskazany z góry cel.

Największym wyzwaniem dla projektantów takiego oprogramowania, jest dostosowanie go do potrzeb osób, które wcale nie musza znać się na podatkach ani finansach. Trudne jest również przygotowanie odpowiedzi na przyszłe, nie znane jeszcze pytania podatników – tak, aby program mógł pomóc osobom w bardzo różnych, indywidualnych sytuacjach. Dlatego przy wyborze programu do wypełnienia e-deklaracji PIT-37, poza opiniami użytkowników warto zwrócić uwagę również na historię dostępności oprogramowania oraz ilości korzystających użytkowników. Dobre aplikacje, które istnieją na rynku od wielu lat zmieniają się wraz z potrzebami podatników, a wiele unowocześnień i innowacji wynika właśnie z potrzeb i pytań prawdziwych ludzi – a nie tylko wiedzy specjalistów.

Bezpieczny program do e-deklaracji

Na rynku istnieje bardzo dużo programów do wypełniania PIT. Są dostępne w internecie, na płytach, dyskach pamięci. Podatnik wybierający aplikację dla siebie, powinien pamiętać o kwestiach bezpieczeństwa. Pracując nad PIT-37 wprowadza przecież dość poufne dane, licząc na prawidłowe wypełnienie obowiązku podatkowego. Aby zapewnić bezpieczeństwo w trakcie pracy oraz późniejszy spokój, że poprawnie wypełniono PIT, przed wyborem programu warto zwrócić uwagę na kilka aspektów bezpieczeństwa:

  • Zweryfikuj dostawcę oprogramowania. Powinna to być firma z ugruntowana pozycją na rynku, działająca w pełni legalnie – na stronie internetowej firmy e-file każdy odwiedzający może sprawdzić adres biura, a także siedziby oraz numery identyfikacyjne firmy, takie jak NIP, REGON oraz KRS;

  • Sprawdź doświadczenia i opinie użytkowników. Powinny wskazywać na najważniejsze cechy oprogramowania oraz zgadzać się z twoimi potrzebami – ważna jest nie tylko ilość opinii, ale także ich treść oraz aktualność. Na stronie programu e-pity znajdują się opinie użytkowników, które program udostępnia również na profilu w mediach społecznościowych – obecnie to 10,6 tys. opinii z oceną 4,8 na 5, a same opinie dostępne są już od początku 2011 roku do aktualnych z 2019 roku;

  • Zbadaj aktualność aplikacji. Praca nad e-deklaracją powinna odbywać się wyłącznie na aktualnych formularzach podatkowych oraz w programie, który uwzględnia obecne uregulowania prawne. System firmy e-file to nie tylko bezpłatny program do wypełniania PIT – to cały zespół połączonych rozwiązań, wraz z funkcjonującym portalem społecznościowym, aktualizowaną na bieżąco stroną internetową oraz szeregiem certyfikatów i rekomendacji, w tym od dostawcy jednego z najpopularniejszych programów antywirusowych – firmy Avast.

  • Przejrzyj opcje kontaktu z dostawcą oprogramowania w sytuacjach kryzysowych. Na etapie wypełniania deklaracji każdy użytkownik może mieć jakieś pytania czy problemy, dlatego ważne jest bieżące, profesjonalne i szybkie wsparcie. Dla użytkowników e-deklaracji firma
    e-file udostępniła różne formy kontaktu: poprzez typowo internetowe, np. formularze zgłoszeń, jak i kontakt bezpośredni – telefon serwisowy oraz telefon awaryjny, które działają w godzinach 8:00 – 16:00 oraz 16:00 – 20:00.

Podsumowanie i odpowiedzi na najczęstsze obawy

program do pracy nad PITZwykle na pytanie – „dlaczego nie korzystasz z e-deklaracji?”, bardzo często słyszy się odpowiedzi typu: „boję się”, „to trudne”, „nie wiem czy sobie poradzę”, „nie wiem czy to bezpieczne”. Korzystanie z nowoczesnych rozwiązań dla PIT-37, takich jak aplikacja do e-deklaracji, może być proste i bezpieczne. Pisząc niesprawnym piórem, można przysłowiowo „zalać” tradycyjny formularz atramentem – tak samo jest z e-deklaracjami. Dlatego aby pracować bezpiecznie, wygodnie i bez stresu, należy wybrać oprogramowanie dostosowane do swoich potrzeb. Nie ma jednego, uniwersalnego rozwiązania, które będzie dobre dla wszystkich. Mitem jest jednak, że praca na e-deklaracjach musi być trudna. Nowoczesne programy udostępniają wsparcie użytkownika na każdym poziomie pracy z PIT, zaś na początku mogą nawet pomóc wybrać odpowiedni formularz – na przykład: PIT-37. Aplikacja ma za zadanie usprawnić, ułatwić i uprzyjemnić pracę. Dla osób, które boją się nowoczesnych rozwiązań, e-pity proponują możliwość przeczytania dokumentacji o programie, a nawet obejrzenia filmów na jego temat. Odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania pokazują jak stawiać pierwsze kroki z programem, a sam katalog pomocy, to miejsce z różnymi informacjami oraz wyjaśnieniem, jak na przykład zainstalować aplikację i wypełnić swoją pierwszą e-deklarację.

Amerykanie mogą obalić prezydenta Wenezueli

Setki tysięcy protestujących i uznanie przez wiele państw Juana Guido tymczasowym przywódcą Wenezueli nie spowodowało upadku reżimu Maduro. To się może jednak zmienić, gdy Stany Zjednoczone zastosują opcję atomową, czyli wprowadzą zakaz eksportu amerykańskiej nafty do Wenezueli – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Wenezuelski reżim funkcjonuje wyłącznie dzięki eksportowi ropy naftowej. Wbrew pozorom sprzedaż tego surowca nie jest tak łatwa, jak w przypadku innych państw. Nie chodzi tylko o sankcję czy fakt, że brak inwestycji w sektorze wydobywczym znacznie zmniejszył potencjał naftowy tego kraju. Główny problem Caracas, a jednocześnie szansa Waszyngtonu na pomoc opozycji, polega na dość specyficznych warunkach transportu i wydobycia wenezuelskiej ropy.

Bez rozpuszczalnika ani rusz

Największe złoża wenezuelskiej ropy naftowej są w delcie rzeki Orinoko. Wadą tego surowca jest bardzo duża gęstość i lepkość, która uniemożliwia transport i oczywiście eksport. Aby ropa nadawała się do przerobu i sprzedaży za granicę, lepkość i gęstość muszą zostać zmniejszone. Do tego używana jest nafta (kerozyna).

Naftę z kolei Wenezuela kupuje głównie w rafineriach amerykańskich. Ostatnie dane EIA (Amerykańskiej Agencji Energetycznej) pokazują, że w 10 miesiącach 2018 r. import ropy oraz jej produktów z USA do Wenezueli wynosił średnio dziennie ok. 120 tys. baryłek dziennie (b/d). Ale gdzie reżim prezydenta Nicolasa Maduro eksportuje nadającą się już do przerobu ropę?

Wenezuelska ropa, zgodnie z informacjami EIA i całym procederem opisanym np. w zeszłorocznej analizie „Financial Times” („A Venezuelan oil embargo would wipe out Maduro & Co”), trafia w znacznej części do amerykańskich rafinerii ulokowanych na wybrzeżu Zatoki Meksykańskiej. Oficjalne dane EIA pokazują, że przez 10 miesięcy 2018 r. Amerykanie w Wenezueli kupowali dziennie ok. 580 tys. baryłek ropy, czyli mniej więcej tyle, ile każdego dnia zużywa Polska.

Z tych danych płynie jednak także inna ciekawa informacja. Według danych OPEC średnie wydobycie ropy przez Wenezuelę wynosiło przez 10 miesięcy ub.r. ok. 1,4 mln (b/d). Mniej więcej 300-400 tys. (b/d) zużywano w kraju, a to oznacza, że z ok. miliona baryłek eksportu ponad połowa trafiała do USA. W rezultacie nieco upraszczając sprawę, mimo silnych antagonizmów na linii Caracas-Waszyngton to Amerykanie byli jednym z głównych źródeł przychodów dla reżimu Maduro. Jak to możliwe?

Niechęć amerykańskiej branży naftowej do sankcji

Zaskakujące relacje surowcowe USA i Wenezueli wynikają z kilku powodów. Część amerykańskich rafinerii potrzebuje akurat takiej ropy, jaką oferuje Wenezuela. Zastąpienie jej innym rodzajem byłoby trudne (koszty dostawy czy zmian technologicznych). Wenezuelska ropa może być teoretycznie wysyłana w dowolne miejsce na świecie, ale koszty transportu czynią ją niekonkurencyjną, a na dodatek niewiele rafinerii deklaruje na nią popyt.

Z kolei Wenezuela mogłaby znaleźć innego dostawcę nafty, ale to również byłoby drogie. W rezultacie ta dość dziwaczna symbioza funkcjonuje mimo geopolitycznych przeciwności. Sprzyja temu prawdopodobnie również lobbying branży naftowej, która widzi dodatkowe koszty zaburzenia łańcucha dostaw i konieczności nowych inwestycji.

Warto jednak zauważyć, że ostatnie dni mogą poważnie zaburzyć tę współpracę. Amerykanie i ich sojusznicy na kontynencie (Kanada i większość państw w Ameryce Łacińskiej) poparli przejęcie władzy przez opozycję i uznali Juana Guido tymczasowym przywódcą Wenezueli. Jeżeli reżim Maduro nie podda się, to embargo (zarówno na eksport nafty do Wenezueli, jak i import ropy z tego kraju) musi zostać wprowadzony.

Opcja atomowa na wenezuelski reżim

Zakaz importu ropy z Wenezueli przez amerykańskie rafinerie oraz brak dostępności rozpuszczalników nieuchronnie zmniejszyłby przychodu reżimu Maduro. Jednak poza kosztami dla przemysłu naftowego generuje on również inne ryzyka.

Wenezuelski PDVSA jest właścicielem Citgo, koncernu naftowego działającego na terenie USA, posiadającego rafinerie, rurociągi i sieć stacji paliw. Aktywa tego koncernu zostały zastawione pod pożyczkę finansowaną przez rosyjski Rosnieft, o czym m.in. donosił w 2016 r. Reuters.

Biorąc jednak pod uwagę zaangażowanie amerykańskiej administracji w ostatnie wydarzenia i budowę koalicji przeciwko Maduro, kolejnym naturalnym krokiem będzie próba drastycznego ograniczenia przychodów dla reżimu i zmuszenie tym samym dyktatora do oddania władzy mimo związanym z tym procesem ryzyk.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Przyszły tydzień może dostarczyć wiele informacji i rozstrzygnięć w kluczowych kwestiach, które są tematem gorących dyskusji wśród inwestorów. W planie są: głosowanie nad projektem umowy brexitu, negocjacje handlowe USA-Chiny, posiedzenie Fed. Od strony danych uwaga skupi się na indeksach PMI z Chin i raporcie z rynku pracy USA. Wydarzenia powinny rozbudzić zmienność.

Przyszły tydzień: NFP z USA, FOMC, HICP z Eurolandu, brexit, PKB i PMI z Polski, PMI z Chin, CPI z Australii, PKB z Kanady

USA

Na przyszły tydzień zaplanowane jest kilka kluczowych publikacji z USA, jak PKB za IV kw., PCE Core oraz raport NFP, ale ze względu na government shutdown prawdopodobnie poznamy tylko ten ostatni. Government shutdown i tak zaważy na statystykach z rynku pracy (pt). Jakkolwiek pracownicy administracji publicznej z nakazem pozostania w domu dalej będą zaliczani do pracujących, niewiadoma jest zmian zatrudnienia w firmach podwykonawczych dla sektora publicznego. Wpływ zamieszania może łatwo wymazać euforię po bardzo dobrym wydźwięku raportu przed miesiącem. Wyjątkowo słaby wynik (w zatrudnieniu lub płacach) podniesie obawy o hamowanie gospodarki i może wyraźnie zaciążyć na okołorynkowym sentymencie.

W przyszłym tygodniu odbędzie się posiedzenie FOMC (wt-śr), po którym nie spodziewamy się zmian w polityce pieniężnej. Nowością w tym roku jest konferencja prasowa prezesa Fed po każdym posiedzeniu i prezes Powell z pewnością wykorzysta wystąpienie do komunikacji ewentualnych zmian w nastawieniu. Po serii wypowiedzi członków FOMC w ostatnich tygodniach jest praktycznie pewne, że Fed przyjmie postawę wyczekiwania do czasu wygaszenia niestabilności rynkowej i niepewności wokół istotnych kwestii polityczno-gospodarczych

Strefa euro

W strefie euro główna uwaga będzie na odczycie styczniowej inflacji HICP (pt), choć coroczna rewizja koszyka inflacyjnego może zmącić odbiór danych. Spadek cen ropy będzie spychał w dół ogólny wskaźnik HICP, ale inflacja bazowa powinna być wspierana przez presję płacową i przynajmniej na tym polu nie są dokładane nowe powodu do rozterek EBC. Widzimy ograniczone od strony fundamentalnej pole do deprecjacji EUR, jednak równocześnie brakuje impulsu do wzrostu.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii trwa telenowela pod tytułem „Brexit: kiedy, jak i czy w ogóle?”, jednak rynek widzi malejące szanse najgorszego scenariusza – rozstania z UE bez porozumienia – więc usuwa z wyceny funta premię za ryzyko. W przyszłym tygodniu (wtorek) ma dojść do głosowania nad poprawkami do projektu porozumienia, które m.in. przewidują odroczenie brexitu, jeśli rząd nie będzie w stanie uzyskać większości parlamentarnej za żadnym planem. Dla rynku ograniczenie scenariuszy do dogadanego brexitu teraz lub później może wystarczyć, by podtrzymać rajd funta.

Polska

W Polsce otrzymamy pierwsze szacunki PKB za 2018 r. (czw), gdzie zakładamy wzrost na poziomie 5 proc. r/r potwierdzający silną postawę gospodarki, choć też wyznaczający szczyt cyklu koniunkturalnego. Do oceny bieżącej sytuacji posłuży indeks PMI da przemysłu (pt). Naszym zdaniem zaskakująco niski odczyt grudniowy (47,6) był przereagowaniem odklejonym od innych wskazań z sektora. W styczniu spodziewamy się unormalnienia indeksu na 48,4. Nie mamy złudzeń, aby dane odmieniły los złotego – do odwołania obowiązuje płaski dryf blisko 4,29.

Japonia

Na ostatnim posiedzeniu Bank Japonii nie wykazał żądnych przesłanek, iż szykuje zmianę nastawienia, w rezultacie istotność danych z gospodarki pozostaje niska. Nie oczekujemy, aby JPY był wrażliwy na odczyty sprzedaży detalicznej (śr) i produkcji przemysłowej (czw). USD/JPY jest zawieszony w fazie wyczekiwania na mocniejszą zmianę sentymentu, choć rośnie presja na kontynuację osłabienia jena.

Chiny

Z Chin otrzymamy najnowsze informacje o kondycji biznesu w postaci indeksów PMI (czw-pt). Po wskaźnikach z przemysłu oczekuje się dalszego spadku przy stabilizacji w usługach. Słabsze dane mogą być przewrotnie interpretowane jako sygnał dla władz do reakcji i wsparcia gospodarki, zatem zła wiadomość może być faktycznie dobrą. Na wtorek i środę zaplanowano kolejną rundę negocjacji handlowych USA-Chiny, na które do Waszyngtonu zjeżdża chińska delegacja z wicepremierem Liu He. Wyraźny przełom jest mało prawdopodobny, ale oczekiwalibyśmy, że rynek dalej będzie wybiórczo szukał powodów do podtrzymania nadziei na porozumienie.

Australia

W Australii rynek będzie patrzył na indeks nastrojów biznesu NAB (wt) oraz kwartalny odczyt CPI (śr). AUD wydaje się przytłoczony niepewnością wokół perspektyw chińskiej gospodarki, więc negatywne informacje z rynku krajowego będą podsycać wyprzedaż, gdyż wzmocnią oczekiwania na zmianę tonu RBA na lutowym posiedzeniu. Dane cząstkowe sugerują, że nastroje biznesu pogorszyły się. Ryzyka dla inflacji przeważają po negatywnej stronie. W Nowej Zelandii bilans handlowy (pon) jest jedyną ważną publikacją, ale nie spodziewamy się, aby miała wymierny wpływ na NZD. Umiarkowanie pozytywnie jesteśmy nastawieni do krótkoterminowych perspektyw kiwi.

Kanada

Z Kanady dostaniemy listopadowy PKB (czw), który powinien wypaść przyzwoicie, choć ryzykiem jest uwidocznienie się już w tym miesiącu oznak globalnego spowolnienia i załamanie cen ropy naftowej. CAD będzie bardziej wrażliwy na negatywne zaskoczenia, chociaż ważniejsze niż dane mogą być ogólny sentyment rynkowy i zachowanie cen ropy naftowej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rekord inwestycyjny wszechczasów w sektorze nieruchomości na polskim rynku

W ciągu roku sfinalizowano ponad 100 transakcji dotyczących zarówno pojedynczych nieruchomości jak i całych portfeli. Zwłaszcza w sektorze magazynowo – logistycznym transakcje portfelowe przyczyniły się do uzyskania wysokiego wyniku.

W 2018 roku najwyższy wolumen inwestycyjny przypadł na sektor biurowy. Właściciela zmieniło 45 budynków biurowych za łączną kwotę ponad 2,75 mld euro, co stanowiło 38% całorocznego wolumenu inwestycyjnego.

W odróżnieniu od poprzedniego roku, w 2018 dominowały transakcje zawierane na rynku warszawskim, na który przypadło prawie 63% wolumenu inwestycyjnego z sektora biurowego. Inwestorzy byli zainteresowani różnorodnymi typami aktywów – wiodącymi i tymi o niższej pozycji rynkowej, ale posiadającymi potencjał rozwoju, obiektami starszymi i tymi dopiero dostarczonymi na rynek, biurowcami dużymi jak i małymi o charakterze butikowym. Nowych właścicieli pozyskały m.in. Proximo II, Spark C, Cedet (zawierający również komponent handlowy), Małachowski Square, kompleks Atrium Centrum, Plaza i Tower, Warsaw Spire C, Warta Tower, Skylight i Lumen, Marynarska Point II, UBC I i II, Pałac Jabłonowskich oraz Warsaw Spire A, w którym nabyto 50% udziałów. W minionym roku inwestorzy kierowali swoją uwagę również na rynki regionalne. We Wrocławiu przedmiotem transakcji były np. Green2Day, West Link i Sagittarius Business House, w Krakowie np. High5ive, Moonoffice i 2 budynki Quattro Business Park, w Katowicach Silesia Business Park C i D, a w Łodzi np. Nowa Fabryczna. Istotnymi wydarzeniem rynkowym w 2018 r. był również zakup przez Revetas wraz z Goldman Sachs Asset Management węgierskiego TriGranitu od TPG Real Estate. Portfolio TriGranitu obejmuje już istniejące budynki biurowe oraz projekty w trakcie realizacji, zlokalizowane w Polsce i na Węgrzech.

W minionym roku łączny wolumen transakcji przeprowadzonych w sektorze nieruchomości handlowych był wyższy od poziomu z roku 2017 o 30% i wyniósł 2,5 mld euro, co stanowiło 34 proc. całorocznego wolumenu inwestycyjnego. Zakupem o najwyższej wartości, za nienotowaną wcześniej w Polsce kwotę ok. 1 mld euro, było nabycie przez grupę Chariot Top (konsorcjum stworzone Redefine, PIMCO i Oaktree) od Apollo Rida / Axa / Ares portfela 28 nieruchomości handlowych zlokalizowanych w całej Polsce (centra handlowe M1, Power Centre, wolnostojące Auchan, Bi1 oraz Praktiker). Największa transakcja na pojedynczym obiekcie to przejęcie przez malezyjski Employees Provident Fund Galerii Katowickiej w Katowicach z rąk Meyer Bergman za ok. 300 mln euro. Ważnym wydarzeniem był również zakup za ponad 301 mln euro przez Atrium European Real Estate od CBRE GI  stołecznych budynków Wars, Sawa, Junior czyli dawnych domów towarowych usytuowanych w prestiżowej lokalizacji w ścisłym centrum Warszawy. Oprócz flagowych lokalizacji  kilkunastu najbardziej popularnych marek, jak np. Zara, Reserved, H&M, C&A, TK Maxx, CCC, Douglas, kompleks ten mieści również powierzchnię biurową. W sektorze handlowym wyraźne jest zainteresowanie kupujących małymi centrami i parkami handlowymi  o charakterze „centrum zakupów w sąsiedztwie” zlokalizowanymi w miejscowościach o liczbie mieszkańców poniżej 100 tys.

Segment hotelowy w 2018 r. przyciągnął niższą uwagę inwestorów generując ok. 119 mln euro, co odpowiadało niecałym 2% wartości ubiegłorocznych transakcji.

Mateusz Skubiszewski, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych, BNP Paribas Real Estate, Europa Środkowo-Wschodnia
Mateusz Skubiszewski, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych, BNP Paribas Real Estate, Europa Środkowo-Wschodnia

Rynek inwestycyjny będzie napędzany pozytywnymi wynikami gospodarczymi Polskiej gospodarki oraz cały czas atrakcyjnymi cenami naszych nieruchomości w kontekście cen na rynkach Europy Zachodniej. Prognozujemy, że zostanie utrzymane zainteresowanie nieruchomościami biurowymi, logistycznymi oraz przemysłowymi, w równym stopniu dla każdego z tych segmentów. Spodziewamy się natomiast  wzrostu ilości transakcji w sektorze nieruchomości hotelowych. Wyzwaniem będzie sytuacja większości operatorów handlowych w kontekście zmniejszającej się ilości dni handlowych, a w konsekwencji spadku obrotów w stosunku do obowiązujących stawek czynszowych. Konsolidacja detalicznych sieci handlowych to również istotna kwestia. Ponadto z uwagi na fakt, iż Polski rynek inwestycyjny jest w ponad 90% zależny od inwestorów zagranicznych, kwestie postrzegania Polski na arenie międzynarodowej grają równie istotną rolę.
-Mateusz Skubiszewski, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Na rynku miało miejsce kilka znaczących transakcji portfelowych. Dwie największe z nich zostały zrealizowane przez nowego gracza na polskim rynku inwestycyjnym. Singapurski fundusz Mapletree nabył od Hillwood i Prologis portfele obiektów magazynowych za łączną kwotę ok. 581 mln euro. Nie należy zapominać jednak o jednej z najbardziej znaczących transakcji dotyczącej pojedynczego aktywa, a mianowicie zakupu przez południowokoreański fundusz Vestas drugiego co do wielkości i najbardziej zaawansowanego technologicznie centrum logistycznego branży e-commerce w Europie. Jego operatorem jest jeden z największych liderów branży e-commerce – Amazon, który ze swojego centrum dystrybucyjnego pod Szczecinem prowadzi operacje na teren Niemiec. Jest to również transakcja, która została sfinalizowana przy poziomie stopy zwrotu nigdy wcześniej niespotykanym w tym sektorze
-Piotr Goździewicz, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Wysoki poziom atrakcyjności polskich nieruchomości w porównaniu z dojrzałymi rynkami Europy Zachodniej, wynikający z wyższych stóp kapitalizacji przy dostępności wysokiej klasy obiektów i stabilnym popycie ze strony najemców, wywołał wzmożoną aktywność kapitału z różnych rejonów świata. Podobnie jak w poprzednich latach,  gracze ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Niemiec byli w gronie najbardziej aktywnych w Polsce w minionym roku. Spadła nieznacznie aktywności inwestorów z Południowej Afryki, natomiast obserwujemy ciągle rosnące zainteresowanie kapitału z Azji (m.in. Korea Południowa, Singapur, Malezja), którego uwagę przykuwa stabilna sytuacja gospodarcza Polski, dobre prognozy i stosunkowo wysoki stopień płynności aktywów.

Wysoki poziom popytu inwestorów przełożył się wyraźnie na kompresję stóp kapitalizacji. Warszawski rynek powierzchni biurowych i handlowych odnotował znaczące obniżenie stóp kapitalizacji dla aktywów najwyższej jakości, które obecnie kształtują się na poziomie ok. 4,25% dla sektora handlowego i ok. 4,75% w sektorze biurowym. W przypadku wysokiej jakości powierzchni przemysłowych i logistycznych  wartość ta oscyluje ok. 6,25 – 6,50%, chociaż warto również podkreślić, że inwestorzy oferują ok. 5,25% za wyjątkowe aktywa magazynowe  z zapewnionymi długoterminowymi umowami najmu, wynajęte przez operatorów z segmentu e-commerce.

Mario Draghi zwraca uwagę na sytuację w gospodarkach strefy euro

Kurs EUR/USD dotknął najniższego poziomu od połowy grudnia po tym, jak prezes EBC, Mario Draghi w dość „gołębi” sposób skomentował sytuację w gospodarkach strefy euro po spotkaniu Rady Prezesów EBC. Zmiany na głównej parze odbiły się również na wzroście kursu USD/PLN.

Kurs USD/PLN oraz USD/EUR (25/01/2019)

kues dolaraŹródło: Thomson Reuters Data: 25/01/2019

Podobnie, jak po grudniowym spotkaniu Europejskiego Banku Centralnego, tak i ostatnio przewodniczący EBC podkreślał, że „słabsze od oczekiwań” dane płynące z bloku walutowego były odzwierciedleniem łagodniejszego popytu zewnętrznego oraz specyficznych czynników charakterystycznych dla konkretnych krajów i sektorów.

Draghi stwierdził również, że na sentyment w bloku walutowym niekorzystnie wpływa niepewność, dodając, że cały czas niezbędna jest wyraźna stymulacja. Przewodniczący EBC zmodyfikował również kształt komentarza odnoszącego się do bilansu ryzyk w kwestii perspektyw wzrostu gospodarczego: obecnie ryzyka zwiększyły się, a nie „zwiększają się”, jak sugerował wcześniej. Zmiana tonu jest związana z dość znaczącym pogorszeniem odczytów z gospodarek strefy euro do którego doszło w końcówce 2018 r. Na ich podstawie można wnioskować, że w czwartym kwartale 2018 roku gospodarka strefy euro doświadczyła dalszego spowolnienia.

Decydenci banku centralnego jednogłośnie uznali spowolnienie wzrostu gospodarczego, jak i zmianę bilansu ryzyk. W krótkim okresie bank centralny spodziewa się, że dane makroekonomiczne będą „słabsze niż dotychczas oczekiwano”. Bank oczekuje również, że w nadchodzących miesiącach inflacja będzie hamować. Rozszerzająca się presja w kwestii kosztów pracy oznacza jednak, że w średnim okresie bank centralny oczekuje, że dynamika cen zbliży się do celu inflacyjnego. Draghi stwierdził również, że bank centralny nie podjął decyzji w sprawie uruchomienia nowej rundy tzw. TLTRO: długoterminowych kredytów banku centralnego dla banków krajowych, które mają na celu pobudzenie akcji kredytowej w strefie euro.

Jeszcze przed konferencją prasową Draghiego wspólna europejska waluta radziła sobie dość słabo. W czwartek rano opublikowano dane o wskaźnikach biznesowych PMI w strefie euro, które sugerowały, że początek 2019 roku nie był zbyt dobry dla gospodarek strefy euro. Kluczowy zbiorczy wskaźnik PMI, który jest średnią ważoną dla wskaźników dla sektora przemysłu i usług, spadł z poziomu 51,1 do zaledwie 50,7 w styczniu. Tak niski poziom indeksu oznacza, że sektory rozwijały się w bardzo ograniczonym zakresie. Warto zwrócić uwagę, że poziom wskaźnika w bloku walutowym w styczniu znalazł się na najniższym poziomie od ponad 5 lat. Po konferencji prasowej, euro w parze z dolarem amerykańskim zdołało jednak odrobić większość strat, aby zakończyć dzień na minusie. Dziś jednak odrabia straty. Można sądzić, iż „gołębi” ton wczorajszego spotkania był oczekiwany przez rynek.

Wskaźniki aktywności biznesowej PMI w strefie euro (2016-2019)

Wskaźniki aktywności biznesowej PMI w strefie euroŹródło: Thomson Reuters Data: 24/01/2019

Ostrożny ton komunikatów Europejskiego Banku Centralnego wspiera nasz pogląd zgodnie z którym na pierwszą podwyżkę stóp procentowych EBC od 2011 r. przyjdzie nam jeszcze poczekać. Naszym zdaniem, aby móc liczyć na podniesienie przez EBC stóp procentowych w 2019 roku, musielibyśmy obserwować wyraźny wzrost zbiorczego wskaźnika PMI i wzrost inflacji bazowej. Na tę chwilę dużo bardziej prawdopodobna wydaje się nam podwyżka nie wcześniej niż w pierwszym kwartale 2020 roku.

Połączenie stabilnej polityki monetarnej Europejskiego Banku Centralnego i względnie stabilnej polityki Rezerwy Federalnej sprawiają, że naszym zdaniem kurs pary EUR/USD będzie się utrzymywał na dość stabilnym poziomie, nieco wyższym od obecnego. Oczekiwana stabilizacja pary EUR/USD przy jednoczesnej zakładanej przez nas aprecjacji złotego powinna tym samym przełożyć się na spadek kursu USD/PLN.

Autorzy: Analitycy Ebury, Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Polska 11. w Europie. Nowe zagrożenia na horyzoncie cyberprzestrzeni.

W grudniowym rankingu bezpieczeństwa Polska ulokowała się na 11 pozycji w Europie, wyprzedzając m.in. Belgię, Czechy czy Niemcy. W świecie mobilnych zagrożeń wciąż dominują cryptominery, natomiast na listę 10 najpopularniejszych szkodników internetowych awansował SmokeLoader.

Z danych udostępnionych przez firmę Check Point Software Technologies wynika, że w ostatnim miesiącu roku 2018 najbezpieczniejszymi krajami w Europie były ex-aequo Cypr oraz Norwegia (wskaźnik 29,6). Wyprzedziły one m.in. Holandię (30,1) oraz Danię (30,3). Tuż poza czołową dziesiątką uplasowała się Polska (33), która wyprzedziła Belgię (33,9), Litwę (34) oraz Niemcy (34,6).

Pomimo obniżenia wartości kryptowalut w 2018 r., cryptominery zajmują połowę miejsc na liście 10 czołowych typów malware, oraz cztery czołowe lokaty zestawienia. Coinhive pozostaje najbardziej rozpowszechnionym szkodliwym oprogramowaniem od 13 miesięcy, mając w grudniu wpływ na 12% organizacji na całym świecie. Po nagłym wzroście aktywności spowodowanym udziałem w dwóch kampaniach – na Ukrainie i w Japonii – na listę Top 10 awansował bot SmokeLoader. Oprogramowanie to było po raz pierwszy wykryte zostało w 2011 roku, ale w pierwszej dziesiątce najpopularniejszego malware pojawiło się dopiero pod koniec 2018.

Obecnie czołowe pozycje na liście najpopularniejszego malware zajmują:

  1. ↔ Coinhive – crypominer przeznaczony do wydobywania kryptowaluty Monero bez zgody użytkownika odwiedzającego stronę internetową.  Coinhive pojawił się dopiero we wrześniu 2017 r., ale już w tym czasie infekował 12% organizacji na całym świecie.
  2. ↑ XMRig – cryptominer, który dzięki pracy bezpośrednio na urządzeniu końcowym, a nie na samej przeglądarce internetowej jest w stanie wykopywać kryptowalutę Monero bez potrzeby sesji aktywnej przeglądarki internetowej na komputerze ofiary.
  3. ↑ Jsecoin – cryptominer JavaScript, który może być osadzony na stronach internetowych. JSEcoin może uruchomić koparkę bezpośrednio w przeglądarce.

Z kolei w świecie urządzeń mobilnych pierwsze miejsce na liście najbardziej szkodliwych programów, zachowała Triada – modułowy backdoor dla systemu Android. Geurilla wspięła się na drugie miejsce,  zastępując Hiddad, natomiast Lotoor zastąpił trojana Lokibot na trzecim miejscu.

Naukowcy z Check Point przeanalizowali również najczęściej wykorzystywane luki w cyberprzestrzeni. Na pierwszym miejscu uplasowała się podatność CVE-2017-7269, która wykorzystywana była w blisko połowie przedsiębiorstw na całym świecie (49%, w porównaniu do 47% w listopadzie). Na drugim miejscu znalazł się CVE-2017-5638, wykorzystywana w atakach na 42% firm, a na 3 OpenSSL TLS DTLS Heartbeat Information

Disclosure z 41% udziałem.

Bank nie może swobodnie wypowiedzieć umowy kredytu lub pożyczki z powodu opóźnienia w jej spłacie

Bez względu na to, czy w danej sprawie zastosowanie znajdują przepisy prawa karnego, karnego skarbowego, cywilnego, prawa podatkowego, czy innych gałęzi prawa, skuteczne podejmowanie prawnie doniosłych czynności niemal zawsze wymaga ziszczenia się określonych tymi przepisami przesłanek, czy wcześniejszego dochowania niezbędnych wymogów lub procedur. W wyroku z 7 listopada 2018 r. Sąd Okręgowy w Olsztynie przypomniał bankowi, że dla skutecznego wypowiedzenia umowy pożyczki (kredytu) wystarczającą przesłanką nie jest opóźnienie w jej spłacie (sygn. akt IX Ca 707/18).

W październiku 2017 r. Sąd Rejonowy Lublin-Zachód z uwagi na brak podstaw do wydania nakazu zapłaty przekazał sprawę do Sądu Rejonowego w Piszu. Pozew o zapłatę w elektronicznym postępowaniu upominawczym do lubelskiego sądu złożył bank będący spółką akcyjną (stąd określany w niniejszej sprawie przez sąd mianem powódki) przeciw jednemu z kredytobiorców. Podstawą do wytoczenia powództwa były księgi rachunkowe banku, stwierdzające wymagalną i niespłaconą przez pozwanego wierzytelność, należną powódce na podstawie umowy kredytowej. Jak informował bank, pomimo skierowania do kredytobiorcy wezwania do zapłaty wraz z ofertą zawarcia ewentualnej ugody, propozycja pozostała bez odpowiedzi.

Brak udowodnienia

Sąd, mimo niestawiennictwa pozwanego na rozprawie, oddalił powództwo. Zgodnie z art. 339 § 2 Kodeksu postępowania cywilnego (dalej: k.p.c.), jeżeli pozwany nie stawił się na posiedzenie wyznaczone na rozprawę, wówczas „…przyjmuje się za prawdziwe twierdzenie powoda o okolicznościach faktycznych przytoczonych w pozwie lub w pismach procesowych doręczonych pozwanemu przed rozprawą, chyba że budzą one uzasadnione wątpliwości albo zostały przytoczone w celu obejścia prawa” (Dz.U. 1964 nr 43, poz. 296, ze zm.). Sąd Rejonowy w Piszu powziął takie wątpliwości z uwagi na brak udowodnienia przez bank istnienia dochodzonej wierzytelności.

„Należy podkreślić, iż powódka nie przedłożyła Sądowi żadnych dokumentów, które potwierdzałyby, że strony łączyła powołana w pozwie umowa o kredyt obrotowy nieodnawialny, z której warunków pozwany się nie wywiązał. Brak jest też jakichkolwiek dowodów na podjęcie wobec pozwanego działań windykacyjnych przed złożeniem pozwu. Do zamknięcia rozprawy powódka nie przedstawiła żadnych dokumentów potwierdzających zasadność jej roszczenia” (wyrok Sądu Rejonowego w Piszu z 21.02.2018 r., sygn. akt I C 1170/17 upr.).

Bank wniósł apelację od tego wyroku. Rozstrzygnięciu zarzucił m.in. naruszenie wspomnianego przepisu art. 339 § 2 k.p.c., który przy wydawaniu wyroku zaocznego nakazuje przyznanie prawdziwości twierdzeniom powoda, bez konieczności przeprowadzania postępowania dowodowego. Powódka wskazała również na naruszenie zasady procesowej, zgodnie z którą sąd powinien wezwać ją do dołączenia do pozwu wskazanych w nim dowodów.

To w interesie strony leży udowodnienie swoich twierdzeń

Sąd Okręgowy w Olsztynie nie zgodził się z zarzutami banku. W wyroku oddalającym apelację wyjaśnił, że przepis art. 50537 § 1 k.p.c. stanowi wyraźnie, do uzupełnienia jakich braków może wezwać sąd rozpoznający sprawę przekazaną mu z elektronicznego postępowania upominawczego. Przy czym istotne jest słowo „może”, gdyż w regulacji tej zawarto, że sąd wzywa wyłącznie do wykazania umocowania, lub do przedłożenia pełnomocnictwa i do uiszczenia opłaty uzupełniającej od pozwu.

Sąd wskazał w uzasadnieniu, że wynikająca z art. 505³² § 1 k.p.c. zasada, zgodnie z którą dowodów do pozwu nie dołącza się, funkcjonuje tylko na etapie elektronicznego postępowania upominawczego. Po przekazaniu sprawy do rozpoznania sądowi właściwości ogólnej zwolnienie z tego obowiązku nie ma już zastosowania. W szczególności wykluczone jest to w świetle przepisów art. 6 Kodeksu cywilnego (Dz.U. 1964 nr 16, poz. 93, ze zm.), który ciężarem udowodnienia obciąża tego, kto chce z tego faktu wywieść skutek prawny, a także przepisów 232 i 233 k.p.c., które obligują strony postępowania do wskazywania dowodów dla stwierdzenia faktów, z których wywodzą skutki prawne oraz stanowią, że sąd dokonuje oceny wiarygodności i mocy dowodów na podstawie zebranego materiału.

Oddalając apelację banku, Sąd Okręgowy w Olsztynie zgodził się więc z sądem rejonowym, który w swoim wyroku przywołał utartą w orzecznictwie Sądu Najwyższego tezę: „Rzeczą sądu nie jest zarządzenie dochodzeń w celu uzupełnienia lub wyjaśnienia twierdzeń stron i wykrycia środków dowodowych pozwalających na ich udowodnienie ani też sąd nie jest zobowiązany do przeprowadzenia z urzędu dowodów zmierzających do wyjaśnienia okoliczności istotnych dla rozstrzygnięcia sprawy (art. 232 k.p.c.). Obowiązek przedstawienia dowodów spoczywa na stronach (art. 3 k.p.c.), a ciężar udowodnienia faktów mających dla rozstrzygnięcia sprawy istotne znaczenie (art. 227 k.p.c.) spoczywa na stronie, która z faktów tych wywodzi skutki prawne (art. 6 k.c.)” (sygn. akt I C 1170/17 upr.).

Bank nie może swobodnie wypowiedzieć umowy kredytu lub pożyczki z powodu opóźnienia w jej spłacie

W swoim orzeczeniu Sąd Okręgowy w Olsztynie zawarł jeszcze jedną istotną informację. Jak stwierdził, pomimo wszystkich przywołanych argumentów uzasadniających oddalenie powództwa, i tak podlegałoby ono oddaleniu. Bank nie dochował bowiem ciążących na nim na podstawie art. 75c ust. 1, 2 i 3 ustawy Prawo bankowe (Dz.U. 1997 nr 140 poz. 939 ze zm.) obowiązków.

Wskazane przepisy regulują procedurę wypowiedzenia kredytu przez bank, mając odpowiednie zastosowanie do pożyczek pieniężnych. W przypadku opóźnienia ze spłatą zobowiązań kredytowych zgodnie z art. 75c ust. 1 i 2 bank powinien wezwać kredytobiorcę do spłaty i wyznaczyć mu na to minimum 14-dniowy termin, jednocześnie informując o możliwości złożenia w terminie 14 dni roboczych od dnia otrzymania wezwania wniosku o restrukturyzację swojego zadłużenia. W ocenie sądu powódka w niniejszej sprawie takich obowiązków nie dopełniła.

„Wskazać należy, iż bank nie może swobodnie wypowiedzieć umowy, gdy pożyczkobiorca popadł w opóźnienie ze spłatą pożyczki. Najpierw powinien doręczyć pożyczkobiorcy wezwanie określone w art. 75 c ust. 1-2 Prawa Bankowego oraz odczekać do upływu dodatkowego terminu na spłatę zadłużenia wyznaczonego w wezwaniu, nie krótszego niż 14 dni roboczych. Dopiero po upływie tego terminu bank może złożyć wobec pożyczkobiorcy oświadczenie woli w sprawie wypowiedzenia umowy” (sygn. akt IX Ca 707/18).

Prawo bankowe i rynków finansowych, prawo procesowe i sporów sądowych

Prawo bankowe i rynków finansowych to obszar prawa, który przenika oraz krzyżuje się z innymi jego obszarami, co dotyczy zresztą wszystkich gałęzi prawa. Zarówno osoby fizyczne, jak i osoby prawne, podejmując czynności cywilnoprawne, muszą mieć na uwadze regulacje Kodeksu cywilnego, stosunki cywilnoprawne podmiotów niepotrafiących samodzielnie znaleźć wspólnego porozumienia, dochodzących swoich racji przed sądem, przenikanie prawa procesowego i sporów sądowych. Widać to na przykładzie przytoczonej sprawy. Bank, który skupił się na właściwym zastosowaniu procedur i przepisów prawa procesowego, zapomniał jednak o podstawowych dla siebie regulacjach. Prawo bankowe już w art. 1 stanowi bowiem, że „Ustawa określa zasady prowadzenia działalności bankowej (…)” (Dz.U. 1997 nr 140 poz. 939 ze zm.).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

FPP i CALPE: Zasada „Co nie jest zabronione, jest dozwolone”

Federacja Przedsiębiorców Polskich oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) wskazują, że w ustawie Prawo przedsiębiorców odnowiono zasadę „co nie jest zabronione, jest dozwolone” (art. 8). W czasie opracowywania pakietu „Konstytucji dla biznesu” nie brakowało głosów, że taka zasada nie jest potrzebna na poziomie ustawowym, skoro bezspornie wynika z Konstytucji. Jak się okazuje, wyrażenie tej zasady wprost w centralnej ustawie prawa gospodarczego zaczyna pełnić swoją rolę. NSA właściwie odczytał intencje prawodawcy i podkreślił, że przedsiębiorcy mogą wskazywać na interes prawny powołując się na przepis m.in. art. 8 Prawa przedsiębiorców. Niewątpliwie jest to fundamentalne ustalenie, które otwiera drogę do rzeczywistej, pełnej możliwości powoływania się na zasadę wolności działalności gospodarczej.

Naczelny Sąd Administracyjny w postanowieniu z 5 grudnia 2018 r. (sygn. II OSK 3297/18) oparł się na zasadzie z art. 8 Prawa przedsiębiorców, gdy stwierdził, że „na podstawie obowiązującego art. 8 Prawa przedsiębiorców przedsiębiorca może podejmować wszelkie działania, z wyjątkiem tych, których zakazują przepisy prawa. Przedsiębiorca może być obowiązany do określonego zachowania tylko na podstawie przepisów prawa”.

Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) 
Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

„Trzeba podkreślić, że przełomowe jest nawet nie samo powołanie się na przepisy Konstytucji i zasadę z ustawy Prawo przedsiębiorców – ale znacznie, które Sąd nadał tym ogólnym zasadom. NSA podkreślił, że przedsiębiorcy mogą wskazywać na interes prawny powołując się na przepis m.in. art. 8 Prawa przedsiębiorców. W ocenie sądu ‘zarzuty te były wystarczające do uwzględnienia skargi kasacyjnej, a zatem rozpatrywanie pozostałych zarzutów NSA uznał za niecelowe.’ Nie jest zatem konieczne poszukiwanie bardziej szczegółowego przepisu. NSA nie wprost stwierdził, że przepis art. 8 Prawa przedsiębiorców nadaje przedsiębiorcom uprawnienia. Teraz należy tylko liczyć na to, że NSA utrzyma powyższe rozumienie art. 8 Prawa przedsiębiorców. Jeżeli tak się stanie, to będzie można powiedzieć, że Konstytucja biznesu wprowadza zasady konstytucyjne do instrumentarium praktycznego i użytecznego, z którego może z powodzeniem skorzystać każdy przedsiębiorca” – wskazuje Grzegorz Lang, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

NSA przychylił się do zarzutu przedsiębiorcy naruszenia przepisów art. 20 i 22 Konstytucji, statuujących swobodę działalności gospodarczej, art. 6 ust. 1 nieobowiązującej już ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, i właśnie art. 8 Prawa przedsiębiorców.
<

Prezes Polskiego Instytutu Ekonomicznego o protekcjonizmie w Unii Europejskiej

Polski Instytut Ekonomiczny przygotował raport dotyczący praktyk protekcjonistycznych w Unii Europejskiej. Wynika z niego, że gdyby nie bariery pomiędzy krajami na zachodzie kontynentu a Europą Środkowo-Wschodnią, udałoby się zaoszczędzić 1,2 proc. wartości europejskiej gospodarki, co stanowi 183 miliardy euro. Przeszkody te dotyczą ekspansji firm z naszego regionu na nowe, zachodnie rynki. Są to przede wszystkim bariery pozataryfowe oraz pomoc publiczna.

– Pierwsze dotyczą momentu, kiedy narzuca się dodatkowe regulacje – które nie muszą dotyczyć rodzimych przedsiębiorstw własnych, czyli niemieckich, francuskich, czy duńskich – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Arak, prezes Polskiego Instytut Ekonomicznego – Środki finansowe chcą być przekazywane firmom pochodzącym z naszego kraju, a nie zagranicznym przedsiębiorcom. Trzema państwami, które w ramach Unii Europejskiej przekazują najwięcej funduszy własnym podmiotom, są Niemcy, Francja i Dania. Nasi sąsiedzi przekazują 40 miliardów euro, Francuzi – 15 miliardów euro, a Duńczycy – blisko 5 miliardów euro swoim rodzimym przedsiębiorstwom – wskazał Arak.

Maciej Witucki i Tomasz Ślęzak rezygnują z funkcji w zarządzie Work Service

Maciej Witucki złożył rezygnację z funkcji prezesa spółki Work Service. Z zasiadania w zarządzie zrezygnował również Tomasz Ślęzak, który był wiceprezesem Work Service.

Maciej Witucki swoją funkcję będzie pełnił do 28 lutego tego roku. Z kolei Tomasz Ślęzak zrezygnował ze skutkiem natychmiastowym. Pozostanie on w spółce, ale nie jako członek zarządu.

Zmiany mają na celu optymalizację struktury zarządczej i dopasowanie jej do zmienionego kształtu Grupy. Podczas lutowego posiedzenia Rady Nadzorczej Spółki planowane jest głosowanie nad kandydaturą Iwony Szmitkowskiej na stanowisko Prezesa Zarządu.

„Bardzo dziękuję Maciejowi Wituckiemu i Tomaszowi Ślęzakowi za lata zaangażowania w zarządzania spółką a w szczególności za ostatnie miesiące w których management dokonał spektakularnego procesu restrukturyzacji zadłużenia. Pozwala to dziś z optymizmem spoglądać na dalszy rozwój Grupy Work Service. Równocześnie chciałbym poinformować iż na najbliższym Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy zaproponuje kandydaturę Macieja Wituckiego na członka Rady Nadzorczej Work Service SA” – mówi Paul Sofianos, Przewodniczący Rady Nadzorczej

Work Service jest największą spółką sektora usług personalnych w Polsce i liderem w regionie CEE. Głównym inwestorem finansowym w Work Service jest fundusz private equity PineBridge Investments. Spółka jest notowana na giełdach w Warszawie i Londynie.

Korporacje chcą budować startupy

W ostatnich latach wiele korporacji rozwijało programy współpracy ze startupami, chcąc wykorzystać tworzone przez nie technologie i przyspieszyć cyfrową transformację biznesu. Jak wynika z raportu The Heart „Opening to Change” najczęściej wybieranym dotychczas modelem współpracy był zakup produktu lub usługi startupu przez korporację. W przyszłości duże firmy chcą jednak oferować budowane przez startupy technologie swoim klientom. 56 proc. liderów innowacji widzi potencjał tworzenia przy korporacjach nowych biznesów.

Jak pokazuje raport The Heart „Opening to Change”, zdolność dużych organizacji do zmiany oraz wdrażania nowych pomysłów i modeli biznesowych nie rośnie tak szybko, jak sama potrzeba innowacji. Odpowiedzią na to jest współpraca z partnerami. 54 proc. liderów uważa, że w przyszłości korzystanie z innowacyjnych rozwiązań opracowanych na zewnątrz firmy będzie ważniejsze niż rozwijanie ich wewnętrznie.

Poszukiwanie innowacji

Wiele organizacji, które w swoich strategiach stawiają na rozwój i nowoczesne rozwiązania, tworzy specjalne działy i jednostki, które odpowiadają za wprowadzanie innowacyjnych narzędzi oraz produktów. Ich pracownicy w ramach szukania możliwości dostępnych na rynku analizują rocznie działalność nawet kilkuset startupów. Z badania przeprowadzonego wśród 50 liderów korporacji spotykających się w The Heart wynika, że w ciągu roku firmy odbywają średnio 31 spotkań ze startupami. Zaledwie co trzecia z młodych spółek przechodzi do fazy testów.

– Szukanie na rynku gotowego rozwiązania to niełatwy proces. W niektórych branżach trudno jest znaleźć chętnego do współpracy partnera, który odpowiada na wyzwania dużych firm – mówi Tomasz Rudolf, CEO The Heart. By się zmieniać, korporacje muszą połączyć elementy od wielu dostawców lub od zera budować nowe rozwiązania, tak jak to było w przypadku banków łączących siły by stworzyć system płatności mobilnych BLIK. W przyszłości 56 proc. liderów chce współtworzyć nowe startupy – dodaje.

Największe wyzwania

Z raportu „Opening to Change” wynika, że największym wyzwaniem stojącym przed przedsiębiorstwami, które chcą wdrażać innowacje jest zbudowanie odpowiedniej kultury organizacyjnej. Chodzi przede wszystkim o umiejętność określania potrzeb w obszarze innowacji, otwartość na eksperymentowanie i testowanie nowych pomysłów, jak również gotowość do podejmowania ryzyka i ewentualnych porażek. Pozostałe wyzwania to m.in. przyspieszenie procesów podejmowania decyzji, dedykowanie budżetów na innowacje i pozyskanie kadry posiadającej kompetencje potrzebne do budowy nowych biznesów.

– Zmiana kultury dużych firm to długotrwały proces. Nie czekając na transformację całej korporacji, można wydzielać nowe spółki, by łatwiej eksperymentować z nowymi biznesami. W przyszłości spodziewamy się więcej takich inicjatyw jak platforma Bancovo.pl stworzona przez Alior Bank czy goodie zbudowany przez Bank Millennium. Widząc tę potrzebę zdecydowaliśmy się z Mastercard stworzyć jednostkę The Heart Ventures. Chcemy w najbliższych latach budować z korporacjami 10 spółek rocznie – komentuje Tomasz Rudolf, CEO The Heart.

Wszystko zaczyna się od liderów, którzy umieją sformułować wizję przyszłości firmy i zaangażować w jej realizację pracowników, jak i partnerów. Ich odwaga i konsekwencja jest podstawą sukcesu każdej transformacji.

Raport „Opening to Change. The Heart Corporate Innovation Report 2019” powstał na podstawie ankiety przeprowadzonej wśród 50 przedstawicieli międzynarodowych korporacji w Polsce oraz pogłębionych wywiadów z liderami innowacji w okresie od listopada 2018 do stycznia 2019 r.

Komisja Prawna Parlamentu Europejskiego (JURI) poparła zniesienie ograniczeń w produkcji leków generycznych

Komisja Prawna Parlamentu Europejskiego (JURI) przyjęła wczoraj sprawozdanie dotyczące dodatkowych świadectw ochronnych dla produktów leczniczych, który znosi ograniczenia w produkcji leków po wygaśnięciu ochrony patentowej. Zgodnie z obowiązującymi regulacjami produkcja leków, które podlegają ochronie patentowej, nie może odbywać się również po jej ustaniu, jeśli produkt leczniczy zostanie objęty dodatkowym świadectwem ochronnym (SPC), które może obejmować okres maksymalnie do 5-ciu lat po wygaśnięciu patentu. Okres ten nie jest formalnie częścią samego patentu, ale i tak stanowi formę dodatkowej bariery prawnej i gospodarczej dla wejścia na rynek dla producentów leków generycznych.

Polskie organizacje przedsiębiorców – Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego we współpracy z Konfederacją Lewiatan i Związkiem Przedsiębiorców i Pracodawców wskazały możliwości ograniczenia konkurencyjności w produkcji leków generycznych na rynki, na których nie obowiązuje ochrona SPC. Współpraca polskich organizacji z Komisją Europejską, Stałymi Przedstawicielstwami przy UE oraz Parlamentem Europejskim pomogły w dostosowaniu unijnej legislacji, umożliwiając zniesienie barier dla konkurencyjności europejskich przedsiębiorstw na globalnym rynku farmaceutycznym.

Kontrsprawozdawcą projektu w Parlamencie Europejskim, reprezentującym Grupę EKR, był Europoseł Prawa i Sprawiedliwości Pan Poseł Kosma Złotowski.

Tego rodzaju bariery są istotną przeszkodą również dla polskich firm farmaceutycznych, które chcą produkować leki generyczne na eksport do krajów trzecich, gdzie SPC nie obowiązują. Dodatkowe świadectwa ochronne wiążą im ręce i zmuszają do ucieczki z bazą produkcyjną i centrami badawczymi poza Unię Europejską. Oczywiście te ograniczenia wykorzystują bez przeszkód firmy farmaceutyczne z Chin czy Rosji, które swobodnie mogą produkować leki generyczne na swoim terytorium i sprzedawać je na przykład w USA czy w Azji. Ten raport znosi te ograniczenia, a tym samym wyrównuje warunki konkurencji między firmami farmaceutycznymi z UE i z innych kontynentów w obrocie lekami. Dzięki temu zarówno inwestycje jak miejsca pracy w przemyśle farmaceutycznym nie będą uciekały, na przykład z Polski na Ukrainę czy do Kazachstanu. – komentuje skutki głosownia w Komisji Prawnej Kosma Złotowski.

Złotowski podkreśla również, że udało się osiągnąć w trakcie negocjacji znacznie więcej niż zaproponowała w swoim projekcie Komisja Europejska. Oprócz zniesienia ograniczeń w produkcji leków generycznych na eksport udało się znacząco zmniejszyć bariery dla produkcji leków na rynek europejski. Firmy farmaceutyczne po wygaśnięciu patentu, a jeszcze przed wygaśnięciem dodatkowego świadectwa ochronnego, będą mogły rozpocząć proces badawczy i produkcję aby móc wejść na rynek z gotowym, wysokiej jakości lekiem już pierwszego dnia po wygaśnięciu dodatkowego świadectwa ochronnego. W ten sposób pacjenci w Unii Europejskiej szybciej będą mieli dostęp do szerokiej oferty nowoczesnych i tańszych leków.

Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego również podkreśla wagę tych prac. Chcemy też, aby producenci odpowiedników leków chronionych SPC mogli przygotowywać zapasy tych produktów w magazynach zanim SPC wygaśnie. Tylko wtedy będą mieli równe warunki konkurowania z firmami spoza Europy. Będą bowiem w stanie wprowadzić lek do europejskich aptek następnego dnia po wygaśnięciu SPC. Ważne jest też, aby wprowadzana regulacja zaczęła obowiązywać od 2021 r i objęła wszystkie obowiązujące SPC, a nie tylko te udzielone po wejściu w życie rozporządzenia – mówi Grzegorz Rychwalski wiceprezes PZPPF.

Dzięki wyrównaniu szans na rynkach trzecich małe i średnie unijne firmy farmaceutyczne będą mogły gromadzić kapitał, by już nie tylko produkować w sektorze leków generycznych i biopodobnych, ale też budować własne zaplecze R&D badań i rozwoju nowych leków. Poza tym nie będą zmuszone do wyprowadzania produkcji poza teren UE, co oczywiście da szanse na nowe miejsca pracy dla wysoko wykwalifikowanej kadry. Docelowo także wprowadzone zmiany mają zagwarantować pacjentom szybszy i szerszy dostęp do bezpiecznych leków generycznych produkowanych na terenie UE zaraz po ustaniu ochrony SPC. – dodał Tadeusz Zwiefka, wiceprzewodniczący grupy EPL w Parlamencie Europejskim

Sprawozdanie w Komisji JURI przyjęło optymalny kształt z punktu widzenia przedsiębiorców,  umożliwiając mniejszym, europejskim podmiotom zwiększenie konkurencyjności przy jednoczesnym zachowaniu ochrony własności intelektualnej. Dziękujemy polskim posłom do Parlamentu Europejskiego, a w szczególności Panu Posłowi Kosmie Złotowskiemu za ogromne zaangażowanie w prace nad sprawozdaniem i rzecznictwo konstruktywnych rozwiązań w Parlamencie Europejskim. – skomentował Marcin Nowacki wiceprezes ZPP zaraz po głosowaniu.

Przemysł 4.0 potrzebuje liderów z nowymi kompetencjami

Czwarta Rewolucja Przemysłowa przestaje być tylko medialnym sloganem, a zarządy firm na całym świecie zaczynają dostrzegać, że zmiany w sposobie funkcjonowania biznesu są nieodwracalne. Przez ostatni rok ich ocena zasobów niezbędnych do przygotowania się do tego procesu także uległa urealnieniu. Jak wynika z drugiej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „Leadership in the Fourth Industrial Revolution: Faces of progress”, w czasach gwałtownych zmian funkcjonowania biznesu niezbędne są specyficzne typy zarządzania oraz przywództwa. Ich wykorzystanie pozwoli pokonać wewnętrzny opór przed wprowadzaniem koniecznych przekształceń.

Tegoroczne badanie Deloitte przeprowadzone zostało wśród ponad 2000 zarządzających w 19 krajach. Wraz z nadejściem Czwartej Rewolucji Przemysłowej, która redefiniuje nasze życie i metody pracy, kadry kierownicze na całym świecie odczuwają presję związaną z przygotowaniem firm i pracowników na zmiany, które nie ominą ich organizacji. Często barierą w ich wprowadzeniu bywa wewnętrzny opór pracowników – bardzo mocno przywiązanych do dotychczasowego modelu funkcjonowania biznesu. To sprawia, że wiele firm unika odważnych inwestycji technologicznych, które mogłyby stać się motorem innowacji i przełomowych przekształceń oraz pozwolić na utrzymanie konkurencyjnej pozycji na rynku.

Badanie Deloitte pokazało, że zarządzający, w porównaniu z zeszłorocznymi wynikami, dużo realistyczniej oceniają zaangażowanie w prace nad wykorzystaniem technologicznych szans na rozwój ich firm. Rok temu aż 86 proc. ankietowanych uważało, że ich organizacja robi wszystko co tylko możliwe, aby przygotować swoich pracowników i wykorzystać potencjał technologicznych zmian do rozwoju biznesu. Obecnie takie przekonanie ma mniej niż połowa badanych (47 proc.).

– W ubiegłym roku, choć liderzy dopiero zapoznawali się z tym, czym jest Przemysł 4.0 i w jaki sposób za jego sprawą zmieni się oblicze biznesu i społeczeństwa. Większość z nich deklarowała, że jest gotowa na zmiany w tej sferze. Sytuacja jednak się zmieniła – mówi Punit Renjen, Dyrektor generalny Deloitte Global – Działania kadr zarządzających pokazały znaczny rozdźwięk między wewnętrznym przekonaniem, a faktyczną gotowością do podejmowania wyzwań związanych ze zmianami – dodaje.

Cztery kluczowe aspekty zmian

Respondenci podczas badania oceniali kluczowe elementy niezbędne do dobrego wykorzystania potencjału Czwartej Rewolucji Przemysłowej. Był to wpływ organizacji na otoczenie, odpowiednia strategia, wykorzystanie technologii oraz rozwijanie potencjału pracowników. Na tej podstawie eksperci Deloitte wyróżnili cztery typy przywództwa, które pomogą sprostać przemianom zachodzącym w sposobie funkcjonowania biznesu.

Odpowiedzialność się opłaca

Wpływ społeczny to najważniejszy miernik sukcesu używany dziś przez liderów biznesu – na ten element wskazało 34 proc. ankietowanych, czyli dwa razy więcej niż na wyniki finansowe (17 proc.), czy satysfakcję pracowników oraz klientów (17 proc.). Ponadto, ponad połowa ankietowanych (53 proc.) zauważyła, że rozwijanie biznesu silnie opartego na wpływie społecznym zaowocowało nowymi źródłami przychodów przez ich firmy.

– Liderów, którzy budują swój biznes na fundamencie odpowiedzialności nazwaliśmy w raporcie „liderami wpływu społecznego”. To oni udowodnili, że tworzenie produktów i usług świadomie i z troską o otoczenie, jest nie tylko społecznie odpowiedzialne, ale przynosi nowe źródła dochodów i przyczynia się do zwiększenia rentowności firmy. Aż 54 proc. „liderów wpływu społecznego” poświęca też większą uwagę szkoleniom pracowników i przygotowaniu ich kompetencji do potrzeb transformacji cyfrowej. W pozostałych grupach liderów tylko 37 proc. ocenia ten aspekt jako istotny – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej, Deloitte.

Przyzwolenie na popełnianie błędów kluczem do wykorzystania innowacji

Jedna trzecia ankietowanych przez Deloitte menedżerów wymieniła brak wizji przywództwa jako główne wyzwanie, przed którym stoją ich organizacje w procesie dostosowywania strategii biznesowych do potrzeb przyszłości. Firmy nie nadążają z formułowaniem strategii związanych z wdrażaniem nowych technologii. Zarządzający nie kryją obaw związanych z wielością dostępnych rozwiązań technologicznych i ograniczonymi możliwościami w zakresie nadążania za zmianami.

Mniej niż jedna trzecia (29 proc.) przedstawicieli kadr kierowniczych uważa, że ich organizacja ma jasno określone procesy decyzyjne. Bariery strategiczne, na przykład struktury silosowe w ramach organizacji, mogą komplikować podejmowanie decyzji i spowalniać tempo innowacji. „Rzecznicy wykorzystania danych”, pokonują takie przeszkody poprzez konsekwentne stosowanie podejścia skoncentrowanego na danych, dzięki czemu z większą śmiałością podejmują wszelkie decyzje. Tacy liderzy charakteryzują się pewnością siebie – 62 proc. osób z tej grupy stanowczo twierdzi, że posiada przygotowanie do kierowania swoją firmą, wykorzystując potencjał jaki niesie ze sobą technologiczna rewolucja.

– Ponad dwie trzecie badanych (69 proc.) zdaje sobie sprawę, że wprowadzanie innowacji wiąże się z ryzykiem niepowodzeń i wymaga uczenia się na swoich błędach. „Rzecznicy wykorzystania danych” uwzględniają to ryzyko w swoich strategiach i dają na nie przestrzeń. To ważne, gdyż dziś tylko odważne decyzje oraz świadome testowanie nowych rozwiązań mogą doprowadzić do odpowiedniego wykorzystania możliwości technologicznych w strategiach rozwoju firm praktycznie w każdej branży – zauważa Michał Pieprzny, Partner, Lider zespołu strategii Deloitte.

Strach przed technologią hamuje rozwój organizacji

Z badania Deloitte wynika, że mimo wykładniczych zmian w zakresie wykorzystania technologii, wiele organizacji wciąż działa zachowawczo i nie decyduje się na zmianę swojej polityki dotyczącej inwestycji w innowacje. 67 proc. ankietowanych uznało, że takie inwestycje będą mogły ochronić ich firmę przed utratą pozycji na rynku, tylko jedna trzecia planuje sama dokonać przełomowych zmian na rynku. Jako przyczyny takiego zachowania autorzy raportu wskazują nadmierną koncentrację na wynikach krótkoterminowych oraz zbyt szeroki wybór dostępnych rozwiązań technologicznych czy brak ich zrozumienia. Liderzy określani mianem „Promotorów przełomowych zmian” są świadomi, że inwestowanie w innowacje jest niezbędne dla rozwoju, a ich ambicją jest, aby zmienić rynek na którym działa ich firma.

Pracownicy muszą poznać potencjał nowych technologii

Obawa przed nowymi technologiami i automatyzacją powoduje, że zarządzający przedsiębiorstwami nie są przekonani do inwestowania w rozwój swoich pracowników. Ponad połowa (55 proc.) ankietowanych zwróciła uwagę na znaczne niedopasowanie umiejętności zespołów do wymogów przyszłości. Jednak 25 proc. nadal woli zatrudniać nowych pracowników, niż szkolić i przekwalifikowywać obecnych.

– Blisko 60 proc. badanych wskazało, że system edukacji w ich kraju niewystarczająco przygotowuje młodych ludzi do pracy w nowych modelach biznesowych, opierających się w coraz większym stopniu na wdrożeniach cyfrowych. Takie przekonanie powinno skłaniać firmy do wyposażenia pracowników w odpowiednie umiejętności. Przedstawiony w naszym raporcie ostatni typ liderów, czyli „Ambasadorzy talentów” rozumieją, że ich rolą jest inwestowanie zarówno w rozwój nowych kompetencji pracowników, jak i w nowe technologie, co pozwoli wyprzedzić konkurencję – mówi Tomasz Konik, Partner, Lider obszaru Clients & Industries Deloitte.

Informacja o badaniu

Raport „Leadership in the Fourth Industrial Revolution: Faces of progress” zaprezentowano premierowo podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. Badanie zrealizowane przez Deloitte opiera się na ankiecie przeprowadzonej w okresie czerwiec-sierpień 2018 r., w której udział wzięło 2 042 członków kadr kierowniczych z całego świata. Respondenci pochodzili z 19 krajów z obu Ameryk, Azji i Europy. Reprezentowali wszystkie główne sektory przemysłu. Wszyscy pracują w firmach generujących przychody co najmniej na poziomie 1 mld dolarów.

Funt gwiazdą tygodnia, która korzysta na kłopotach EUR

Handel na rynkach finansowych ponownie przypomina budowanie domku z kart na pokładzie lecącego samolotu: wszystko gra, póki nie wpadniemy w turbulencje. Ryzyko polityczne pozostaje wysokie, zaburza ocenę sytuacji danych aktywów, stając się nieprzewidywalnym motorem zmian. Poza przejściowymi skokami zmienności tu i ówdzie, na szerokim rynku zmierzamy donikąd.

Podczas wczorajszej konferencji prasowej prezes EBC Mario Draghi był na tyle gołębi, na ile chciał i na ile po nim oczekiwano. Przyznał, że ostatnia seria danych z gospodarki Eurolandu była rozczarowująca, choć słabość wynika z niższego popytu eksportowego oraz specyficznych problemów sektorowych (m.in. zastój w niemieckim przemyśle motoryzacyjnym w związku z dostosowaniem do nowych norm emisji spalin). Ogólnie jednak stwierdził, że bilans ryzyk dla perspektyw wzrostu przesunął się w negatywną stronę, ale też nie zasugerował, czy EBC na pewno szykuje implementacje nowych narzędzi. Powiedział tylko, że warunki ekonomiczne implikują zmiany polityki, ale dyskusja w tej sprawie się nie zaczęła. Być może coś otrzymamy w marcu (nowa runda tanich pożyczek TLTRO dla banków?), ale na razie pozostają tylko domysły. W rezultacie słuszna byłą sprzedaż faktów i redukcja krótkich pozycji w euro. Jednak odbicie EUR/USD nie trwało długo, gdyż później rynek poddał się plotce prasowej, że rząd Niemiec mocno zetnie prognozy wzrostu gospodarczego. Tutaj zapytałbym, od kiedy inwestorzy bardziej ufają szacunkom rządowym wobec prognoz rynkowych, które są rewidowane na bieżąco? Wygląda na to, że mamy teraz taki rynek, w którym byle pretekst staje się katalizatorem, zanim głębiej zastanowimy się nad jego sensem.

EUR znowu pozbawione jest zwolenników, nawet jeśli powrót do trendu spadkowego wydaje się nierealny. Wymagałoby to wyraźnego zwrotu w polityce EBC, ale co tak naprawdę bank może zrobić? Stopy procentowe już są na 0 proc. lub niżej, a program skupu aktywów został zakończony po części dlatego, że przy jego kontynuacji EBC naruszyłby limity zaangażowania w dług państwowy. Rynkowa wycena najbliższej podwyżki już została wyrzucona poza pierwsze półrocze 2020 r. Może i trudno znaleźć argument za kupnem EUR, ale za sprzedażą także nie jest łatwo.

Gwiazdą tygodnia jest funt, który korzysta na kłopotach EUR i niezdecydowaniu USD, ale też znajduje wsparcie w postępującym wygasaniu premii za ryzyko wystąpienia chaotycznego brexitu. Ostatnim impulsem stały się rewelacje prasowe, że północnoirlandzka partia DUP zamierza poprzeć rząd May w głosowaniu nad projektem porozumienia Brexitu. DUP postawiła jednak warunek: backstop musi być wpisany termin końcowy. Problem w tym, że UE już wcześniej odrzuciła taki pomysł, więc poparcie DUP jest ta samo prawdopodobne, jak 24 godziny temu. W mojej opinii od wczoraj nie zbliżyliśmy się do rozstrzygnięcia i odroczenie brexitu wydaje się najbardziej prawdopodobne. Jednak inwestorzy na FX najwyraźniej wolą debatować o przyszłości brexitu z GBP/USD na 1,32 niż 1,26. Póki nagle szanse na prędkie porozumienie znów nie spadną.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polacy widzą dużą potrzebę zmian w miejskim transporcie. 88 proc. chciałoby więcej samochodów elektrycznych na ulicach

0

Polacy widzą dużą potrzebę zmian w miejskim transporcie. 88 proc. chciałoby więcej samochodów elektrycznych na ulicach 8

95 proc. Polaków uważa smog za duży problem. Podobny odsetek wskazuje, że ludzie muszą zmienić swoje nawyki transportowe, mając na uwadze zmiany klimatyczne. 88 proc. Polaków chciałaby widzieć na ulicach więcej pojazdów elektrycznych, a blisko 60 proc. uważa, że za 10–15 lat lub wcześniej powszechnie pojawią się na nich samochody autonomiczne – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Renault. Opinię Polaków na temat mobilności zrównoważonej zbadano w związku z przygotowaniem wdrożenia projektu „Renault Easy City. Design the Future”, czyli konkursu dla kreatywnych architektów, projektantów czy miejskich aktywistów. Ich zadaniem będzie stworzenie projektu nowoczesnego centrum przesiadkowego.

W całej Europie rośnie liczba osób zamieszkujących miasta. Te stoją więc przed wyzwaniami związanymi z nasileniem ruchu, zanieczyszczeniami oraz bezpieczeństwem. Aby stawić czoła tym wyzwaniom, proponujemy trzy rozwiązania. Pierwsze polega na łączeniu przejazdów i wspólnym korzystaniu z samochodów w celu zmniejszenia liczby pojazdów na drogach. Druga propozycja to pojazdy elektryczne, które pozwalają na ograniczenie smogu i zanieczyszczeń powietrza. Trzecim rozwiązaniem są pojazdy autonomiczne, które umożliwiają zwiększenie bezpieczeństwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Vincent Carré, dyrektor ds. samochodów elektrycznych i nowej mobilności w Renault Europa G9.

Jak podkreśla, pierwszym krokiem w stronę ograniczenia zanieczyszczenia jest zwiększenie udziału samochodów elektrycznych na drogach. W tym celu potrzebne jest silne wsparcie rządów państw całej Europy. Drugim celem jest przyspieszenie rozwoju idei wspólnych przejazdów, aby zmniejszyć liczbę pojazdów na drogach.

W Renault zdecydowaliśmy się na wsparcie tej koncepcji za pomocą projektów własnych i we współpracy z partnerami, na przykład z Traficar w Polsce – mówi Vincent Carré.

Według badania opinii społecznej, przeprowadzonego na zlecenie Renault, mieszkańcy polskich miast w zdecydowanej większości zgadzają się, że potrzebna jest zmiana nawyków transportowych, żeby poprawić jakość powietrza i ograniczyć problem smogu.

95 proc. Polaków uważa, że zła jakość powietrza i smog są dużym problemem w polskich miastach. W związku z tym większość respondentów jest zdania, że powinniśmy zmienić nasze nawyki transportowe, w szczególności korzystać z transportu publicznego. 88 proc. Polaków chciałoby także widzieć na naszych ulicach więcej samochodów elektrycznych. Za główną ich zaletę uznają brak emisji spalin podczas jazdy. Zapytaliśmy też Polaków o samochody autonomiczne i okazuje się, że zdaniem większości pojawią się one na naszych ulicach w ciągu 10–15 lat, a według 11 proc. badanych – już w ciągu najbliższych 5 lat – mówi Agata Szczech, dyrektor komunikacji Terytorium East Renault.

Jak wynika z badania, trzech na pięciu Polaków deklaruje, że zwraca uwagę na kwestie związane z ochroną środowiska, wybierając środek transportu. Jednak mniej niż co piąty (16 proc.) robi to zawsze. Jednocześnie ok. 60 proc. mieszkańców miast na co dzień wykorzystuje bardziej przyjazne dla środowiska środki transportu, np. komunikację miejską, rower czy carsharing. Ponad połowa Polaków uważa też rozbudowę ścieżek rowerowych i transportu zbiorowego za najważniejsze działania na rzecz zrównoważonej mobilności. Podobny odsetek wskazuje na tworzenie centrów przesiadkowych, w których można np. zostawić samochód i przesiąść się do autobusu czy pociągu.

Renault zleciło przeprowadzenie badania, aby lepiej poznać opinię i oczekiwania mieszkańców polskich miast w zakresie mobilności zrównoważonej przed wdrożeniem projektu „Renault Easy City. Design the Future”. Zadaniem uczestników konkursu dla kreatywnych architektów, projektantów czy miejskich aktywistów będzie stworzenie projektu nowoczesnego centrum przesiadkowego. Renault zdecydowało się na zorganizowanie konkursu, realizując konsekwentną strategię koncernu w zakresie zrównoważonego transportu.

– Konkurs jest otwarty, skierowany do wszystkich, którzy chcą zaproponować swoje rozwiązania, w szczególności do architektów, projektantów krajobrazu, a także do aktywistów miejskich, futurystów. Potrwa do 15 maja. Obrady jury odbędą się w drugiej połowie maja, a rozdanie nagród przewidujemy na czerwiec. Ważną pomocą merytoryczną będzie dla uczestników nasza specjalna strona internetowa (renaulteasycity.pl) oraz warsztaty z ekspertami. Będą miały one formułę speed meetings, czyli najpierw eksperci wygłoszą prelekcje, a później poprowadzą praktyczne ćwiczenia, które przygotują naszych uczestników do udziału w konkursie – tłumaczy Agata Szczech.

Zadaniem uczestników konkursu będzie zaproponowanie koncepcji centrum przesiadkowego, które odpowiada potrzebom konkretnych osób: mężczyzny w średnim wieku dojeżdżającego z przedmieścia do centrum miasta, emerytki regularnie jeżdżącej na swoją działkę, mieszkającej w śródmieściu studentki oraz zagranicznego turysty.

W większości polskich miast nie mamy centrów przesiadkowych. Zazwyczaj poszczególne środki transportu nie krzyżują się ze sobą. Dlatego możemy stworzyć miejsca, które – oprócz tego, że ułatwiają przesiadkę – mogą być wzbogacone o dodatkowy program, np. rekreacyjny. Dzięki temu ludzie mogą czekać na siebie nawzajem, współdzielić samochody, a nie po prostu być skazanymi na trwanie w jakiejś anonimowej przestrzeni – mówi Małgorzata Kuciewicz, architektka, projektantka i jurorka konkursu „Renault Easy City. Design The Future”.

Jak podkreśla, nowoczesne centra przesiadkowe muszą umożliwiać nie tylko sprawną przesiadkę z jednego środka transportu na inny. Musi to być również miejsce atrakcyjne wizualnie, wzbogacone o zieleń miejską. Przykładem mogą być chociażby zielone garaże na dachach w Kopenhadze.

Chcemy, żeby w Polsce powstało wiele nowoczesnych centrów przesiadkowych, które wyznaczą nowe standardy. Coraz więcej mieszkańców miast używa osobistych pojazdów typu rowery, hulajnogi, deskorolki. Centrum przesiadkowe musi też uwzględniać nadchodzące formy transportu, czyli współdzielony samochód. Wyobrażam sobie też, że mogłyby powstać miejskie mariny, aby z samochodu współdzielonego można było przesiąść się na kajak czy żaglówkę. Mobilności wykorzystującej różnorodne środki transportu rzeczywiście widać na ulicach coraz więcej, nam chodzi o stworzenie jej odpowiedniej oprawy – mówi Małgorzata Kuciewicz.

Uczestnicy konkursu w swoich pracach muszą również uwzględnić infrastrukturę dla ekologicznego pojazdu wieloosobowego Renault EZ-GO, który jest alternatywą dla prywatnych samochodów oraz dla zbiorowego transportu publicznego. To pierwszy współdzielony pojazd autonomiczny o napędzie elektrycznym, zaprojektowany do indywidualnego przewozu lub transportu małych grup. Umożliwia wyruszenie w drogę ze stacji wynajmu lub z miejsca zgeolokalizowanego przez aplikację.

Nagroda za najlepszy projekt wynosi 20 tys. zł, za drugie miejsce przewidziano 10 tys. zł, a za trzecie – 5 tys. zł.

Przełomowa technologia w dolnośląskim szpitalu. Pomoże dokładniej diagnozować pacjentów z rakiem i chorobami serca

Przełomowa technologia w dolnośląskim szpitalu. Pomoże dokładniej diagnozować pacjentów z rakiem i chorobami serca 9

Sola, pierwszy na świecie 1,5-teslowy aparat rezonansu magnetycznego wyposażony w technologię BioMatrix, znalazł się na wyposażeniu Miedziowego Centrum Zdrowia w Lubinie. Pomoże w diagnostyce m.in. schorzeń onkologicznych, kardiologicznych i ortopedycznych. Innowacyjny sprzęt dopasowuje się do każdego pacjenta indywidualnie, pomaga ustandaryzować wyniki badań i stwarza możliwość obrazowania kilku obszarów ciała jednocześnie. To istotne o tyle, że – jak podkreślają lekarze – dobra diagnostyka będzie kluczowa dla przyszłego kształtu służby zdrowia, która musi poradzić sobie z niekorzystną demografią i wzrostem kosztów.

– Służba zdrowia w Polsce bardzo się zmienia w ostatnich latach. Założeniem jest, aby w szpitalach przyjmować najciężej chorych, a część procedur była realizowana w trybie ambulatoryjnym. Będziemy zmniejszać liczbę hospitalizacji, poprawiając diagnostykę i leczenie ambulatoryjne. Obecnie w Polsce około 50 proc. wydatków NFZ stanowią hospitalizacje, podczas gdy w sąsiednich krajach jest to w granicach 30–40 proc. Jeżeli przerzucimy 10 proc. tych nakładów na ambulatorium, możemy zwiększyć liczbę procedur o kilkanaście procent – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. med. Marek Ścieszka, wiceprezes i dyrektor ds. lecznictwa w Miedziowym Centrum Zdrowia.

W Polsce jest ok. 800 szpitali i ok. 220 tysięcy łóżek szpitalnych, co daje blisko sześć łóżek szpitalnych na tysiąc mieszkańców. To jeden z najwyższych wskaźników w Europie – wynika z raportu „Trendy w polskiej ochronie zdrowia” PwC. Polska służba zdrowia jest jednak jedną z najbardziej niedofinansowanych w Europie – w rankingu OECD znajduje się na 31. z 35 miejsc.

Największym wyzwaniem dla systemu ochrony zdrowia, zarówno w Polsce, jak i w całej Europie, jest demografia. GUS szacuje, że w 2050 roku osób w wieku 65+ będzie już 13,7 mln, co będzie stanowić 40 proc. ogółu ludności. Starzenie się społeczeństwa przekłada się na wzrost liczby chorych, także na choroby przewlekłe. To pogłębia presję kosztową na system opieki zdrowotnej. Aby sprostać temu wyzwaniu, potrzebny jest nie tylko wzrost nakładów na służbę zdrowia, lecz także mechanizmy zwiększające efektywność i skuteczność leczenia pacjentów. Mocny akcent musi zostać postawiony na profilaktykę i diagnostykę, co pomoże ograniczyć rosnące koszty.

– Najważniejsza jest profilaktyka. Jeżeli zwiększymy wydatki na diagnostykę, to znacznie spadną nam koszty leczenia. Przykładem niech będzie rak jelita grubego, usunięcie wczesnej zmianie w polipie zamknie się kwotą 1 000 zł. Natomiast leczenie rozsianego procesu nowotworowego może kosztować setki tysięcy złotych. Wczesna diagnostyka jest kluczowa, stąd MCZ w ostatnim okresie, dzięki wsparciu finansowemu funduszy unijnych, fundacji KGHM „Polska Miedź” oraz własnych, zakupił w ubiegłym roku m.in. nowoczesny rezonans magnetyczny, cyfrowe aparaty RTG oraz ultrasonograficzne, wieże endoskopowe – mówi dr Marek Ścieszka.

Miedziowe Centrum Zdrowia w Lubinie zainwestowało właśnie w aparat Magnetom Sola – pierwszy na świecie 1,5-teslowy aparat rezonansu magnetycznego wyposażony w technologię BioMatrix, dzięki której możliwie jest przebadanie każdego pacjenta w dowolnym zakresie.

– Potrzebujemy takiego aparatu do diagnostyki schorzeń onkologicznych i kardiologicznych, do oceny rozległości procesu operacyjnego w trudnych zabiegach onkologicznych oraz diagnostyki w ortopedii, która stanie się szybsza i dokładniejsza, łącznie z diagnostyką chrząstki stawowej, co jest unikalne –mówi dr n. med. Ewa Nienartowicz, radiolog i kierownik Zakładu Diagnostyki Obrazowej MCZ.

Technologia BioMatrix, w którą wyposażony jest aparat Magnetom Sola firmy Siemens Healthineers, dopasowuje się do indywidualnego pacjenta i redukuje niepożądane różnice biologiczne, które dotychczas stanowiły wyzwanie dla obrazowania w rezonansie magnetycznym.

 Do tej pory nie mieliśmy możliwości obrazowania całego ciała albo kilku jego wybranych obszarów. Teraz, co ważne zwłaszcza w onkologii, możemy zastosować technikę badania whole body i restrykcję dyfuzji jako metodę poszukującą czynnego procesu nowotworowego. W diagnostyce kręgosłupa i rdzenia kręgowego aparat może łączyć ze sobą różne obszary, diagnozując przy okazji cały kręgosłup, co było niemożliwe w poprzednich aparatach rezonansowych. Poza tym Sola ma zupełnie inne, bardzo nowoczesne cewki do diagnostyki ortopedycznej, czyli wszystkich stawów. Kolejny plus to możliwość bardzo dokładnej diagnostyki serca, na czym nam szczególnie zależało – tłumaczy dr Ewa Nienartowicz.

Eksperci podkreślają, że każdy pacjent jest inny i wymaga zindywidualizowanego toku leczenia. Dlatego medycyna precyzyjna, polegająca na dobieraniu najlepszej terapii do każdego pacjenta, w odpowiednim czasie, jest przyszłością opieki zdrowotnej. Jednak żeby utorować drogę dla medycyny precyzyjnej w rezonansie magnetycznym, trzeba wyeliminować wyzwanie, jakim są indywidualne różnice pomiędzy pacjentami. W ten sposób placówki będą mogły zapewnić ustandaryzowane, spójne wyniki diagnostyczne. Umożliwi to podejmowanie decyzji terapeutycznych i ocenę reakcji na leczenie w oparciu o ocenę wykonywaną technikami obrazowania MR. Innymi słowy, dzięki obrazowaniu MR będzie możliwe zindywidualizowane leczenie pacjentów i dokładne przewidywanie skuteczności wybranej terapii.

– Standaryzacja jest bardzo ważna w badaniach przesiewowych oraz diagnostycznych. Kategoryzacja zmian w badaniach obrazowych ułatwia porozumienie między członkami zespołu interdyscyplinarnego (radiolodzy, onkolodzy, chirurdzy, radioterapeuci), co pozwala na podjęcie właściwego postępowania diagnostyczno-terapeutycznego, w konsekwencji zwiększa to jakość i efektywność opieki medycznej, skracając drogę między postawieniem diagnozy a właściwym leczeniem naszych pacjentów – mówi dr n. med. Marek Ścieszka.

Drugie życie fabryki w Tychach. Groupe PSA uruchamia produkcję nowoczesnych silników za 250 mln euro

0

Drugie życie fabryki w Tychach. Groupe PSA uruchamia produkcję nowoczesnych silników za 250 mln euro 10

W Tychach ruszyła produkcja nowoczesnych, trzycylindrowych silników benzynowych Turbo PureTech, które są wykorzystywane w samochodach Groupe PSA, właściciela pięciu marek: Peugeota, Citroena, DS, Opla i Vauxhalla. Dzięki inwestycji wartej 250 mln euro fabryka zyskała drugie życie. Obecnie jest jedną z najnowocześniejszych na świecie i kolejną – po  fabrykach we Francji i Chinach – w której powstają tego typu silniki. Polska pozostaje hubem europejskiej motoryzacji, przyciągając inwestycje największych, globalnych koncernów – podkreśliła podczas otwarcia inwestycji Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.

– Zakład w Tychach przeszedł gruntowne zmiany. Czteroletni okres braku produkcji został przez nas wykorzystany do tego, aby zainstalować tutaj najnowszy sprzęt służący do produkcji silnika PureTech. W tej chwili Tychy to jest jeden z najnowocześniejszych zakładów produkcji silników na świecie –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Suliga, dyrektor zakładu PSA w Tychach.

W ubiegłym tygodniu Groupe PSA – w obecności minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigi Emilewicz – oficjalnie uruchomiła nową linię montażową 3‑cylindrowego silnika benzynowego Turbo PureTech w Tychach. Inwestycja w zakład wyniosła 250 mln euro. Jego moce produkcyjne są szacowane na ok. 460 tys. silników rocznie – taka skala produkcji ma zaspokoić rosnące zapotrzebowanie klientów na silniki benzynowe.

– W Tychach będziemy produkowali silniki PureTech drugiej generacji, z turbodoładowaniem, w pełni efektywne, przyjazne dla środowiska. Produkcja będzie się odbywać na nowoczesnej linii produkcyjnej, spełniającej najnowsze światowe standardy i normy Przemysłu 4.0 – podkreśla Arkadiusz Suliga.

Trzycylindrowy silnik benzynowy Turbo PureTech o pojemności 1200 cm3, czterokrotnie z rzędu nagrodzony tytułem „Engine of the Year”, stopniowo staje się dla Groupe PSA silnikiem światowym. Tychy to obecnie czwarta fabryka na świecie, w której produkowane są silniki EB (wolnossące i turbodoładowane), po Douvrin i Trémery we Francji oraz Xiangyang w Chinach. W tym roku produkcja ma też ruszyć na Węgrzech i w Maroku, a w 2020 roku również w Indiach. Wysoko wydajny silnik PureTech przyczynia się do redukcji emisji dwutlenku węgla przy średnim zużyciu paliwa zmniejszonym o 4 proc. w porównaniu z poprzednią generacją.

– Silnik PureTech EB drugiej generacji z turbodoładowaniem jest jednostką w pełni nowoczesną, lekką, wykonaną z aluminium. Jest bardzo efektywny, co dla klientów przekłada się na bardzo niskie zużycie paliwa. Jest też przyjazny dla środowiska, spełnia normę emisji Euro 6.3. Innowacyjność tego silnika polega na tym, że wszystkie zastosowane w nim rozwiązania pozwalają zarówno spełniać normy emisji, jak i efektywnie wykorzystać paliwo – mówi Arkadiusz Suliga.

Do tej pory wyprodukowano 3,8 mln silników EB, a dodatkowe moce produkcyjne, które zapewni fabryka w Tychach, są odpowiedzią na rosnący popyt rynkowy, w szczególności na nowe modele Opla i Vauxhalla, wykorzystujące platformy i technologie Groupe PSA.

– Odkąd Groupe PSA przejęła spółkę Opel Vauxhall, mamy kolejny milion samochodów, dla których potrzebne są silniki, platformy konstrukcyjne i skrzynie biegów. Tychy są doskonałym zakładem do produkcji silników dla tych pojazdów. To dobra okazja, jeśli chodzi o jakość, technologię i oczywiście koszty –mówi Carlos Tavares, prezes Groupe PSA.

Linia produkcyjna silników PureTech w Tychach powstała w zaledwie dwanaście miesięcy. Fabrykę zmodernizowano tak, aby zapewnić maksimum wydajności i dostosować ją do standardów Groupe PSA. Nowe technologie i wyposażenie, wspierane przez nowe systemy informatyczne, zapewniają wysoką jakość produkcji realizowanej przez wyszkolone zespoły. Natomiast lokalizacja fabryk podzespołów w pobliżu zakładów produkujących pojazdy sprzyja wydajności produkcji.

– Dla Groupe PSA inwestycja w Tychach oznacza możliwość zaopatrywania się w sprzęt wysokiej jakości bez ponoszenia wysokich kosztów dla wszystkich pięciu marek w grupie, czyli  Peugeot, Citroën, DS, Opel i Vauxhall. Zakład w Tychach, który oferuje wysoką jakość i niskie koszty, może dostarczać silniki dla pozostałych podmiotów grupy. Jesteśmy przekonani, że ten zespół będzie osiągał bardzo dobre wyniki – podkreśla Carlos Tavares.

Podkreśla, że doskonalenie jakości, wydajności i kosztów produkcji to ciągły, niekończący się proces. Liczy również na to, że pod względem wyników zakład w Tychach będzie punktem odniesienia dla fabryk w innych krajach.

– Dzięki zainstalowanym tutaj urządzeniom jest to obecnie jeden z najnowocześniejszych zakładów na świecie. Osiągamy poziom Przemysłu 4.0, proces produkcji jest w dużej części zautomatyzowany i nadzorowany automatycznie – mówi dyrektor zakładu PSA w Tychach.

Podczas oficjalnego uruchomienia nowej linii montażowej silników Turbo PureTech w Tychach minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz podkreśliła również, że Polska pozostaje hubem europejskiej motoryzacji, w którym inwestują największe, globalne marki motoryzacyjne.

Przekształcenie użytkowania wieczystego we własność może rodzić komplikacje dla firm. Problematyczna kwestia pomocy publicznej

Przekształcenie użytkowania wieczystego we własność może rodzić komplikacje dla firm. Problematyczna kwestia pomocy publicznej 11

Choć ustawa o przekształceniu użytkowania wieczystego we własność obejmuje lokale mieszkalne wraz z przynależącymi do nich nieruchomościami, niektóre z nich zajmują i posiadają firmy. O ile jednak w porządku jest, że przy przekształceniu osoba prywatna uzyskuje bonifikatę od państwa lub samorządu, o tyle w wypadku firm taki upust może zostać uznany za niedozwoloną pomoc publiczną.

– Rozwiązanie polegające na ustawowym przekształceniu użytkowania wieczystego nieruchomości przeznaczonych na cele mieszkaniowe we własność może przynieść dużo dobrego i jest ku temu duży potencjał, jednakże mogą być negatywne skutki takiego rozwiązania. Jednym z podstawowych jest ryzyko naruszenia płynności podmiotów, których to przekształcenie będzie dotykać. Po drugie, jest kwestia powstania tzw. nielegalnej pomocy publicznej, związanej z korzyścią, którą przedsiębiorcy będą otrzymywać z tytułu ustawowego przekształcenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Fornalczyk, partner i założyciel Comper Fornalczyk i Wspólnicy sp.j.

Ustawa, na mocy której użytkowanie wieczyste gruntów zamienione zostaje w przypadku lokali mieszkalnych na własność, weszła w życie 1 stycznia 2019 roku. Przekształcenie to odbywa się przymusowo, jednak nie za darmo: właściciel musi zapłacić 20-krotność dotychczasowej stawki opłaty od użytkowania wieczystego. W razie jednorazowej spłaty może liczyć na bonifikatę – na terenach państwowych do 60 proc., a na samorządowych wedle ustalonej przez dany samorząd wielkości. Zwykle nawet jednak bez bonifikaty 20-krotność opłaty rocznej nie wyczerpuje wartości rynkowej gruntu. A to w przypadku firm może być zagrożeniem.

– Przedsiębiorca, który staje się beneficjentem korzyści wynikającej z ustawowego przekształcenia, powinien wiedzieć, czy stać go na takie przekształcenie. Po pierwsze, powinien wiedzieć, czy może być beneficjentem pomocy de minimis, którą to pomoc publiczną ustawodawca przewidział jako możliwość zniwelowania konieczności zapłaty za korzyść, którą przedsiębiorca uzyskuje – wskazuje Maciej Fornalczyk.

Przy przekształceniu może występować pomoc publiczna, kiedy zgodnie z ustawą przedsiębiorca wybierze wariant, że wnosi tylko 20-krotność opłaty przekształceniowej. Musi się liczyć z tym, że różnica między wartością rynkową a wniesionymi dwudziestoma opłatami rocznymi będzie stanowiła pomoc publiczną. Ustawodawca pozostawił jedynie możliwość uzyskania pomocy de minimis. Jeżeli natomiast przedsiębiorca nie chce bądź wręcz nie może uzyskać pomocy de minimis, to musi być przygotowany na to, że musi zapłacić różnicę między dwudziestokrotnością opłaty przekształceniowej a wartością rynkową danej nieruchomości.

– Jeżeli przedsiębiorca nie może być beneficjentem pomocy publicznej z różnych względów, np. jego limit pomocy de minimis został wyczerpany, to musi być przygotowany na to, że opłatę przekształceniową będzie wnosił w dłuższym okresie niż 20 lat – ostrzega ekspert. – Może to być nawet 99 lat, czyli de facto dopiero po 99 latach przedsiębiorca nie będzie mieć zobowiązania względem Skarbu Państwa bądź innej jednostki publicznej z tytułu tego przekształcenia.

Zgodnie z regulacjami unijnymi pomoc de minimis może być udzielana do równowartości 200 tys. euro w ciągu poprzednich trzech lat obrachunkowych. O ile w wypadku samodzielnej spółki łatwo to wyliczyć, o tyle jeśli firma działa w większej grupie przedsiębiorstw (w tym w grupie kapitałowej), to musi przeprowadzić odpowiednie badanie, czy jako członek większej grupy przedsiębiorców ma prawo przyjąć kwotę pomocy, a jeśli tak, to w jakiej wysokości. Inaczej będzie to nielegalna pomoc publiczna, podlegająca zwrotowi. Wskazane jest więc przeprowadzenie audytu z pomocy publicznej, aby nie stać się beneficjentem pomocy nielegalnej.

– Jeżeli okaże się, że przedsiębiorca stanie się beneficjentem pomocy de minimis, która przekroczy taki limit, to w momencie, kiedy taka sprawa wyjdzie na jaw, kiedy konkurenci powiadomią stosowne organy, że ich konkurent otrzymał wsparcie, którego nie powinien był otrzymać, taki przedsiębiorca musi środki zwrócić do dawcy, czyli do stosownego organu publicznego, wraz z odsetkami – konkluduje Maciej Fornalczyk. – Konsekwencje mogą być opłakane, może to być naruszenie płynności spółki i wręcz jej upadłość.

Zminiaturyzowane ogniwo paliwowe posłuży do zasilania aparatów słuchowych. Dzięki temu staną się one niemal bezobsługowe

Zminiaturyzowane ogniwo paliwowe posłuży do zasilania aparatów słuchowych. Dzięki temu staną się one niemal bezobsługowe 12

Dwadzieścia sekund zamiast kilku godzin – tak skróci się czas ładowania aparatów słuchowych dzięki zastosowaniu w nich zminiaturyzowanych ogniw paliwowych. W nowoczesnych aparatach, oprócz udoskonalenia sposobu zasilania, zmieni się też sposób dobierania sposobu emitowania dźwięków. Za regulację odpowiedzialna będzie teraz sztuczna inteligencja.

– Firma Widex otrzymała w ostatnim czasie nagrodę za innowacyjne rozwiązanie polegające na wykorzystaniu technologii ogniw paliwowych do stworzenia pierwszego na świecie aparatu słuchowego nieposiadającego baterii. Ogniwa paliwowe zostały przez nas zminiaturyzowane i umieszczone w aparacie. Potrzebują one zaledwie 20 sekund, aby być gotowe do pracy przez kolejne 24 godziny – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tiffany Brown z firmy Widex.

Miniaturowe ogniwa paliwowe wykorzystują technologię opracowaną w Duńskim Instytucie Technologicznym. Działają w oparciu o metanol, który aktywowany jest przez tlen, wytwarzając w ten sposób energię elektryczną. Produktem ubocznym reakcji jest niewielka ilość pary wodnej i dwutlenek węgla. Wytwarzana energia jest następnie wykorzystywana do zasilania aparatu słuchowego.

Opracowanie technologii, która pozwala uniknąć ładowania baterii w aparatach słuchowych, była odpowiedzią na problemy użytkowników. Nowoczesne aparaty na pełne naładowanie baterii potrzebują od trzech do sześciu godzin. W przypadku baterii, których się nie ładuje, konieczność wymiany źródła zasilania pojawia się mniej więcej raz w tygodniu. To z kolei generuje znaczne koszty w skali roku.

– Wymiana baterii w aparacie słuchowym może być kłopotliwa. Problematyczne może być także wyczerpywanie się baterii w ciągu dnia. Stworzyliśmy więc aparat słuchowy, który nie potrzebuje baterii. Można go bowiem zasilić o poranku i przez cały dzień z niego korzystać – przekonuje Tiffany Brown.

Dziś technologia ogniw paliwowych jest wykorzystywana również w przemyśle samochodowym i systemach zasilania awaryjnego.

– Są one stosowane w branży motoryzacyjnej, a także w przemyśle lotniczym. Ich miniaturyzacja i umieszczenie w aparacie słuchowym były zatem prawdziwą innowacją. Jest to obecnie najmniejszy dostępny na rynku produkt wykorzystujący ogniwa paliwowe – zapewnia ekspertka Widex.

Inteligentny aparat słuchowy Widex Evoke wykorzystuje ponadto technologię SoundSense, która sprawia, że aparat Evoke ewoluuje w miarę korzystania z niego. Na skutek personalizacji oczekiwań, jakie wobec odbieranego dźwięku mają użytkownicy, urządzenie uczy się, jak działać w różnych sytuacjach – dostrzega różnicę pomiędzy muzyką klasyczną a popularną, podobnie jak pomiędzy spotkaniem towarzyskim a hucznym przyjęciem. Dzięki funkcji płynnej analizy dźwięku stale dopasowuje swoje działanie, kontrolując otoczenie i stosownie się do niego adaptując.

Wykorzystanie sztucznej inteligencji może być jednym z kluczowych kierunków rozwoju technologii związanej z odtwarzaniem dźwięków. Na targach CES 2019 zaprezentowano inteligentne słuchawki badające słuch i dostosowujące swoje ustawienia do indywidualnego profilu słyszenia użytkownika. Z kolei Samsung na sztuczną inteligencję postawił w swoich najnowszych telewizorach. Technologia AI Sound wykorzystuje analizę przestrzenną do opracowywania i adaptacji dźwięku w celu uzyskania najlepszych wrażeń w oparciu o ustawienia i lokalizację telewizora. Wykorzystuje również technologię analizy scenicznej do dostosowania dźwięku do różnych typów przekazu (np. wiadomości, sport, gry itp.).

Według Grand View Research globalny rynek aparatów słuchowych w 2020 r. osiągnie wartość 5,5 mld dol. Rynek ogniw paliwowych z kolei ma być warty niemal 25 mld dol. w 2025 r.

Autonomiczny, rozpoznający emocje minipojazd ma oswajać ze sztuczną inteligencją

Autonomiczny, rozpoznający emocje minipojazd ma oswajać ze sztuczną inteligencją 13

Do 2030 roku sprzedaż autonomicznych samochodów wzrośnie do 4,2 mln sztuk przy rocznym tempie wzrostu sięgającym ponad 63 proc. Z kolei już za kilka lat sztuczna inteligencja zostanie wprowadzona na szeroką skalę. Wciąż jednak powszechna wiedza o samojezdnych autach i SI jest znikoma. Dzięki miniaturowemu zestawowi edukacyjnemu ma się to zmienić. O technologii stosowanej w autonomicznych pojazdach będą się mogły uczyć dzieci już w szkołach.

– Zumi to samojezdny samochód, który zaznajamia użytkownika z technologią samochodów samojezdnych i sztuczną inteligencją. Jest to zestaw edukacyjny. Samochody samojezdne i sztuczna inteligencja stają się nieodłączną częścią naszego życia. Niestety brakuje materiałów, które mogłyby nam pokazać, jak z tych rozwiązań korzystać. Dla wielu osób tematyka ta jest zupełnie obca, dlatego chcemy mieć pewność, że przekazujemy tę wiedzę w przystępny i ciekawy sposób – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Hansol Hong ze start-upu Robolink.

Zestaw Zumi stworzony został przede wszystkim do stosowania w szkołach, w ramach lekcji dotyczących nowoczesnych technologii, takich jak sztuczna inteligencja i samochody autonomiczne. Aby młody odbiorca łatwo przyswoił tę wiedzę, twórcy postawili na kształcenie w formie zabawy. Miniaturowy pojazd potrafi się poruszać w pełni autonomicznie po przygotowanej makiecie, a dodatkowo rozpoznaje emocje – w zależności od tego, jaką minę będzie miał użytkownik, pojazd będzie się kierował w jego kierunku lub w przeciwnym.

– Po pierwsze, zaprogramowaliśmy Zumi do jazdy po miniaturowym mieście. Pojazd jeździ z miejsca na miejsce, a następnie – zupełnie jak Uber albo Lyft – zabiera pasażera z punktu A do punktu B. Przygotowaliśmy wiele różnych lokalizacji, po których można się autonomicznie poruszać. W ramach drugiej prezentacji zbieraliśmy uśmiechy i grymasy. Obecnie nasze rozwiązanie wie, jak odróżnić od siebie takie wyrazy twarzy – tłumaczy Hansol Hong.

Opracowując zestaw edukacyjny pozwalający zaznajomić uczniów z technologią pojazdów autonomicznych, już na pierwszych etapach edukacji twórcy odpowiedzieli na zapotrzebowanie, które na rynku pojawi się już w ciągu najbliższych lat. Z raportu Research and Markets wynika, że sprzedaż autonomicznych samochodów sięgnie w 2030 roku 4,2 mln sztuk., a roczne tempo wzrostu do tego czasu utrzyma się na poziomie 63 proc. Za kilka lat na rynku pracy pojawi się ogromny popyt na fachowców potrafiących takie samochody produkować, naprawiać i obsługiwać.

– To będzie naprawdę rozwinięta branża. Staramy się, aby dzieci już od najmłodszych lat miały kontakt z technologią SI i samojezdnymi samochodami tak, aby w przyszłości mogły znaleźć pracę w tej branży. Podczas pracy z urządzeniem uczniowie będą mogli przeprowadzić cały proces zbierania danych i szkolenia, tak aby w przyszłości zostać inżynierami w firmach takich jak Tesla – przewiduje ekspert.

Lekcje z zakresu sztucznej inteligencji zaczynają się pojawiać w programach szkół. W indyjskiej Mount Litera School International sztucznej inteligencji będą się uczyć od przyszłego roku szkolnego dzieci do 14 roku życia. Według dyrekcji wprowadzenie takiego przedmiotu w odpowiednim wieku ma pozwolić uświadomić młodzież zarówno w kwestii potencjału, jak i zagrożeń wynikających z SI, a także przygotować do podjęcia pracy lub dalszej edukacji w tym zakresie.

AI Certs School z kolei zaproponowało certyfikowane szkolenie online z technologii SI. Nauka obejmuje pakiet inżynierski, na który składa się pięć modułów: zrozumienie uczenia maszynowego, algorytmy uczenia maszynowego, zaawansowana certyfikacja uczenia maszynowego, głębokie uczenie z TenslorFlow oraz nauka języka Python. Kurs trwa 85 godzin i kończy się wydaniem certyfikatu.

Z badania przeprowadzonego przez McKinsey Global Institute wynika, że do 2030 roku nawet 800 mln miejsc pracy może zostać zastąpionych przez roboty.

Prawie połowa potrąceń pieszych ma miejsce na pasach. Brak ostrożności i odblasków pogarszają te statystyki

Prawie połowa potrąceń pieszych ma miejsce na pasach. Brak ostrożności i odblasków pogarszają te statystyki 14

W ubiegłym roku w wypadkach drogowych zginęło ponad 2,8 tys. osób, a 37 tys. zostało rannych – wynika z wstępnych danych policji za 2018 rok. Dużą grupę poszkodowanych stanowią piesi. Nie zawsze winny jest kierowca. Nagłe wtargnięcie pieszego na jezdnię, ciemne ubranie nocą i brak odblasków to elementy, które mogą zwiększać prawdopodobieństwo wypadku. Eksperci przestrzegają, że ostrożność należy zachować również na pasach – mimo że są to miejsca bezpiecznego przejścia przez jezdnie, to na nich dochodzi do blisko połowy potrąceń. Szczególne znaczenie ma w tym kontekście edukacja dzieci.

Jesień i zima to trudne pory roku nie tylko dla kierowców. Również piesi w tym czasie muszą wykazać się dużo większą rozwagą i ostrożnością. Częste opady, mgły i szybko zapadający zmrok powodują bowiem, że są oni gorzej widoczni dla innych uczestników ruchu.

– Zgodnie z przepisami światła mijania w pojeździe świecą na odległość 40 m. Niektórzy kierowcy mają te światła ustawione za wysoko, oślepiając innych, albo za nisko, świecąc tuż przed samochodem, więc pieszy zostanie zauważony zbyt późno. Jeśli ktoś jedzie z prędkością 100 km/h, to w jedną sekundę przemierza prawie 30 m, więc jeśli przy takiej prędkości zauważy pieszego z 30 bądź 20 m, to nawet nie jest w stanie rozpocząć hamowania – mówi agencji informacyjnej Newseria podinsp. Radosław Kobryś z Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji, ekspert akcji Akademia Bezpiecznego Puchatka.

Pieszy nie może wychodzić z przeświadczenia, że skoro on widzi samochód, to i kierujący widzi jego. Nocą osoba ubrana w ciemny strój jest widziana przez kierowcę z odległości około 40 metrów. Natomiast jeśli ma na sobie elementy odblaskowe staje się widoczna nawet z odległości 150 metrów.

– Jeśli chcemy iść wzdłuż drogi, korzystajmy z chodnika bądź drogi dla pieszych. Jeśli tych elementów nie ma, możemy wejść na lewe pobocze lub iść lewą stroną jezdni, dlatego że wtedy pieszy widzi pojazdy jadące z naprzeciwka. Ale i tak nie wyłączajmy ostrożności. Konieczne są elementy odblaskowe lub różnego rodzaju światełka. Jeśli tego nie mamy, to można włączyć latarkę w telefonie komórkowym. Starajmy się ubierać w bardziej jaskrawe kolory, bo jeśli wszyscy się ubieramy na czarno, szaro bądź brązowo, to ta kolorystyka zlewa się z otoczeniem, w szczególności po zmroku – mówi podinsp. Radosław Kobryś.

Trzeba też z rozwagą korzystać z przejść dla pieszych. Już od najmłodszych lat należy wpajać dzieciom zasadę: spójrz w lewo, spójrz w prawo, spójrz jeszcze raz w lewo i jeżeli nic nie jedzie, przechodź zdecydowanie i najkrótszą drogą. Zasadę tę powinien stosować każdy, bez względu na miejsce, w którym przechodzi na drugą stronę jezdni, nawet na przejściu z sygnalizacją świetlną. Podinsp. Radosław Kobryś podkreśla, że do prawie połowy potrąceń dochodzi właśnie w tym obszarze.

– Przejście z sygnalizacją to ma być bezpieczne miejsce, azyl dla pieszego, ale – jak się okazuje – tak nie jest. Zaznaczam, że nie tylko kierujący pojazdami są sprawcami wypadków drogowych w tych miejscach, chociaż lwia część tych wypadków to jest ich wina. Bardzo często potrącenia są wynikiem niewłaściwego zachowania pieszych. Musimy uczyć dzieci, że nie mogą wyłączać ostrożności w tym miejscu, że czasem warto podnieść rękę do góry, poczekać, aż kierujący samochodem się zatrzyma. Ta nauka nie dotyczy tylko dzieci, ale wszystkich pieszych – mówi podinsp. Radosław Kobryś.

Kiedy stoimy przed przejściem dla pieszych, musimy się też upewnić, czy wszyscy kierujący nas zauważyli. Dlatego policja radzi, by w tym momencie odłożyć telefon komórkowy czy wyjąć z uszu słuchawki.

– Jeśli ktoś po lewej stronie się zatrzyma, żeby nam ustąpić pierwszeństwa, i wychodzimy na przejście, nie zapomnijmy sprawdzić również prawej strony. Często widzimy na filmach z monitoringu miejskiego, że osoba wchodzi na pasy przepuszczona przez kierującego z lewej strony, po czym zagląda w telefon komórkowy, a na kolejnym pasie ruchu zostaje uderzona przez inny samochód, który zachował się niezgodnie z prawem. Konieczna jest zasada ograniczonego zaufania – mówi podinsp. Radosław Kobryś.

Z wstępnych danych policji wynika, że w 2018 roku na polskich drogach doszło do ponad 31 tys. wypadków. To o ponad 1,3 tys. mniej niż przed rokiem. Zginęło 2 857 osób, a ponad 37 tys. zostało rannych.

Zasady odpoczynku na promie – przepisy, kary i konsekwencje

W ubiegłym roku polscy armatorzy i operatorzy przewieźli morską flotą transportową w komunikacji międzynarodowej 627,8 tys. pasażerów. Kierowców samochodów ciężarowych było aż 295,7 tys.[1]. Wobec lat poprzednich wzrosła zarówno liczba przewiezionych osób, jak i obrotów ładunkowych. Potencjał branży promowej rośnie, a przedsiębiorcy i kierowcy chętnie z niego korzystają. Jednak wciąż mnożą się problemy ze rozumieniem i zastosowaniem się do obowiązujących przepisów czasu pracy. Pracodawcy i pracownicy dyskutują na forach tematycznych, a organy kontrolne nakładają kary. O czym należy pamiętać, by godziny spędzone na promie można było zaliczyć do odpoczynku kierowcy? Jak rejestrować wjazd i zjazd ze statku? Co i jak oznaczać w tachografie? Pełen niuansów temat komentuje Emil Nagrodzki, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców w zakresie ITD i PIP.

Na promie nie pracuję

Zawodowi kierowcy, którzy wzięli udział w Wielkim Badaniu Promowym, przyznali, że wolą pokonywać przeprawy promem niż tunelem (71% respondentów wybrałoby tę formę podróżowania)[2]. Zwracają uwagę między innymi na jakość i dostępność toalet, zachowanie obsługi oraz czystość. Trudno się dziwić, to właśnie tu, na pokładzie, mogą skorzystać z prawa do odpoczynku. Jednocześnie wielu z nich wciąż nie wie, jak poprawnie rejestrować czas spędzony na promie i robi to źle, narażając siebie i pracodawcę na wysokie sankcje finansowe. – Na podstawie obowiązujących regulacji prawnych, odpoczynek na promie można odbierać tylko zgodnie ze sztywnymi regułami, aby można było go w ogóle potraktować jako odpoczynek. Zasady określone zostały przede wszystkim w art. 9 ust. 1 rozporządzenia 561/2006, art. 8 bis konwencji AETR oraz w wytycznej nr 6 Komisji Europejskiej[3]. Odpoczynek, który chcemy przerwać wjazdem i zjazdem musi być odpoczynkiem regularnym, czyli trwającym co najmniej 11 kolejnych godzin, lub tzw. odpoczynkiem 3+9, czyli wynoszącym co najmniej 3 godziny w ciągu dnia pracy, po którym następuje odpoczynek co najmniej 9-godzinny – tłumaczy Emil Nagrodzki, ekspert OCRK. Co istotne, odpoczynek dobowy w przypadku obsady pojedynczej jest realizowany maksymalnie w ciągu 24 kolejnych godzin (w przypadku załogi kilkuosobowej – w ciągu 30 kolejnych godzin) począwszy od chwili zakończenia poprzedniego czasu przeznaczonego na odpoczywanie.

Prawidłowy przykład odebrania odpoczynku regularnego na promie w pojedynczej obsadzie:Zasady odpoczynku na promie wciąż spędzają sen z oczu kierowcom

Dane z oprogramowania 4Trans firmy INELO.

Łatwiej zjechać niż wjechać

Szczególnie ważne jest, aby kierowcy umieli prawidłowo przerywać odpoczynek i odpowiednio go rejestrować, wjeżdżając na prom i zjeżdżając z niego. W praktyce to właśnie ta sprawa nastręcza wielu problemów. Regularny dzienny okres odpoczynku kierowca może przerwać maksymalnie dwukrotnie innymi czynnościami. Najczęściej przerwanie odpoczynku związane jest z wjazdem na prom i opuszczeniem go. – Zjazd z reguły nie przysparza kierującym tak dużego problemu jak wjazd – trwa zwykle znacznie krócej i, co bardzo istotne, udaje się go zrealizować w jednym ciągu. Natomiast wjazd odbywa się zazwyczaj poprzez kilka podjazdów – często związane jest to z selekcją
i ustawianiem poszczególnych pojazdów na odpowiednich pokładach promu. W takiej sytuacji kierowca powinien zadbać, aby pomiędzy kolejnymi podjazdami w czasie realizacji wjazdu nie zarejestrować odpoczynku, który spowodowałby zapisanie dodatkowej, odrębnej czynności na całym etapie wjazdu na prom. W tym konkretnym przypadku należy mieć na uwadze, że wiele tachografów cyfrowych jest tak skonfigurowanych, że po wyłączeniu zapłonu urządzenie rejestrujące zaczyna automatycznie zapisywać aktywność rozpoznaną jako odpoczynek, która w tych okolicznościach jest często powodem generowania błędu i może skończyć się nieprzyjemnymi konsekwencjami zarówno dla przewoźnika, jak i pracownika
– wyjaśnia ekspert OCRK.

Trzeba mieć na czym spać

Kiedy koła dotykają pokładu, a kierowca opuszcza pojazd i udaje się do koi wyposażonej w łóżko, powinien w czytniku cyfrowym włączyć funkcję „prom/pociąg”. – Czas spędzony na promie lub
w pociągu w trakcie podróży służbowej kierowca może zaliczyć do wykonywanego odpoczynku regularnego dobowego wyłącznie wtedy, gdy do jego dyspozycji będzie koja z miejscem do spania. Przepisy w żaden sposób nie określają formy udowodnienia kontrolującemu powyższych okoliczności. Jednak przyjęte jest, aby przedstawić bilet promowy, z którego wynikają warunki odbioru odpoczynku,
na każde wezwanie funkcjonariusza służb kontrolnych – tłumaczy ekspert OCRK. Mając na uwadze obowiązek kierowcy przedstawienia do kontroli swojej aktywności z danego dnia oraz 28 dni wstecz, należy przechowywać bilet z każdej przeprawy promowej. Taki dowód powinien trafić do pracodawcy – przedsiębiorca, z uwagi na możliwą inspekcję, zobowiązany jest archiwizować go przez rok.

Z zegarkiem w ręku

Często kierowcy i przewoźnicy obawiają się, co zrobić w nieoczekiwanych sytuacjach, na przykład jeśli prom się spóźnia, ponieważ na morzu napotka na niespodziewane przeszkody lub wydłuży się czas przeprawy. Odpowiedź to odpowiednie planowanie trasy. – W przypadku pojedynczej obsady trasę należy zaplanować tak, aby kierowca od rozpoczęcia dnia dojechał do portu w ciągu 12 godzin. W przypadku obsady kilkuosobowej trasę należy zaplanować tak, aby kierowcy od momentu wyruszenia w drogę dojechali do portu w ciągu 18 godzin – radzi ekspert OCRK. Jeśli więc kierowca zamierza rozpocząć czas pracy o godzinie 05:00, to w porcie musi być najpóźniej o 17:00. Wtedy nie trzeba się przejmować tym, o której przypłynie prom, kierowca rozpoczyna odpoczynek, a w dobie kierowcy zostaje godzina na operację wjazdu i zjazdu i mieści się cały odpoczynek 11-godzinny.W przypadku kilkuosobowej obsady, jeśli planujemy start pracy o godzinie 05:00, to w porcie powinniśmy być najpóźniej o 23:00 – wówczas w dobie kierowców (30 godzin) zostaje analogicznie do poprzedniej sytuacji – godzina na wjazd/zjazd oraz wymagana pauza – dodaje Emil Nagrodzki.

Kary i konsekwencje

Przedsiębiorcy koncentrują się na tym, aby dane z tachografu były zgodne z przepisami, zapominając, że zbyt swobodna ich interpretacja, nieprawidłowe operowanie selektorem czy złe wprowadzanie danych do czytnika cyfrowego też jest naruszeniem. – Błędy wykonania odpoczynków dobowych z wykorzystaniem czasu podczas przeprawy promem lub pociągiem nie tylko mogą powodować nałożenie kary za niewykonanie wymaganego odpoczynku, ale również w konsekwencji (przy odpoczynkach krótszych niż 7 godzin) wygenerują kolejne naruszenie w przedmiocie przekroczenia dziennego okresu prowadzenia pojazdu, który będzie liczony łącznie z dniem poprzedzającym. Sankcje nakładane są wówczas na podstawie decyzji wykonawczej komisji z 7.6.2011 w sprawie obliczania dziennego czasu prowadzenia pojazdu zgodnie z rozporządzeniem (WE) nr 561/2006 Parlamentu Europejskiego i Rady i w takiej sytuacji mogą wynosić do kilku tysięcy złotych – przypomina Emil Nagrodzki.

Kierowco, podsumowując:

  • odpoczynek może zostać przerwany pod warunkiem, że jest to odpoczynek dzienny regularny (11h lub 3h+9h),
  • przerwanie może nastąpić nie więcej niż dwukrotnie (najczęściej jedną operacją wjazdu oraz jedną operacją zjazdu),
  • przerwania łącznie nie mogą trwać dłużej niż 1 godzinę,
  • kierowca podczas tego odpoczynku musi mieć do dyspozycji koję lub kuszetkę,
  • funkcję „prom/pociąg” należy włączyć po wjeździe na prom

Przedsiębiorco, czy wiesz, że…

W przypadku kontroli i nakładania kar najczęstszymi wyjaśnieniami transportowców są restrykcyjne zasady związane z terminowością realizacji zamówień, a także nieznajomość przepisów. Niestety,
w wielu przypadkach takie tłumaczenia okazują się niewystarczające. Dlatego warto szkolić kierowców z zasad rozliczania czasu pracy oraz bezpiecznej jazdy, a także korzystać wiedzy i możliwości zewnętrznych specjalistów w zakresie interpretacji kłopotliwych przepisów i regulacji dotyczących transportu drogowego.

[1] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/transport-i-lacznosc/transport/gospodarka-morska-w-polsce-w-2017-roku,7,15.html

[2] http://www.wielkiebadaniepromowe.pl/

[3] Treść art. 9 rozp. 561/2006/WE:

Na zasadzie odstępstwa od przepisów art. 8, w przypadku, gdy kierowca towarzyszy pojazdowi transportowanemu promem lub pociągiem i wykorzystuje regularny dzienny okres odpoczynku, okres ten można przerwać nie więcej niż dwukrotnie innymi czynnościami trwającymi łącznie nie dłużej niż godzinę. Podczas tego regularnego dziennego okresu odpoczynku kierowca ma do dyspozycji koję lub kuszetkę.

Zmiany w Prawie Pracy – czy na lepsze?

Od 1 stycznia br. zaczęły obowiązywać nowe, uchwalone w ubiegłym roku regulacje z zakresu prawa pracy dotyczące, m.in. Pracowniczych Planów Kapitałowych, prowadzenia i przechowywania dokumentacji pracowniczej czy sposobu wypłaty wynagrodzenia pracownikom. Ekspert z kancelarii prawnej Ecovis Milczarek i Wspólnicy wyjaśnia, jak w praktyce wpłyną one na pracowników oraz pracodawców.

  1. Pracownicze Plany Kapitałowe

Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK) to nowy pomysł ustawodawcy na stworzenie dodatkowego programu oszczędnościowego dla ponad 11 milionów Polaków, który ma stanowić zabezpieczenie na czas emerytury. Ów system długotrwałego oszczędzania będzie finansowany w częściach przez pracodawców oraz pracowników, ale również i Państwo będzie miało w tym swą partycypację.

Należy pamiętać, że dla pracowników przystąpienie do PPK jest dobrowolne. Z kolei pracodawcy zobligowani są zaoferować swym pracownikom możliwość przystąpienia do programu. Jednak początkowo obowiązek ten obejmie pracodawców zatrudniających powyżej 250 pracowników. W późniejszym czasie do programu mają zostać włączone mniejsze przedsiębiorstwa oraz jednostki sektora finansów publicznych. Pamiętajmy, że zgodnie z ustawą za osobę zatrudnioną rozumie się nie tylko pracownika na umowie o pracę, ale również, m.in. wykonującego pracę na podstawie umowy agencyjnej, umowy zlecenia lub umowy o świadczenie usług, które podlegają obowiązkowo ubezpieczeniom emerytalnym i rentowym z tego tytułu w Polsce – mówi Nikola Misiek z kancelarii prawnej Ecovis Milczarek i Wspólnicy.

Zakończenie wdrażania PPK jest zaplanowane na początek 2021 roku. Rezygnacja z dokonywania wpłat do PPK jest oczywiście możliwa na podstawie pisemnej deklaracji złożonej pracodawcy. Osoba zatrudniona może jednak tak samo w każdej chwili złożyć wniosek o ponowne dokonywanie wpłat.

Należy również wskazać, że ustawa regulująca PPK wprowadza przepisy karne penalizujące, m.in. niewywiązywanie się przez pracodawcę z obowiązku dokonania stosownych wpłat do PPK w przewidzianym przepisami terminie, za co podlegać będzie karze grzywny w wysokości od 1 000 do 1 000 000 zł – dodaje ekspertka.

Głównym celem PPK ma być podniesienie bezpieczeństwa finansowego Polaków. Ze strony Państwa wpłata powitalna będzie wynosić 250 zł, a dopłata roczna finansowana z Funduszu Pracy 240 zł, przy spełnieniu warunków określonych ustawą. Podstawowa wpłata finansowana przez podmiot zatrudniający będzie wynosiła 1,5% wynagrodzenia, a finansowana przez uczestnika PPK, czyli osobę zatrudnioną, będzie wynosiła co do zasady 2% wynagrodzenia. Ponadto pracownik będzie mógł zadeklarować chęć dokonywania wpłaty dodatkowej w wysokości do 2% wynagrodzenia. Z kolei w przypadku pracodawcy taka dobrowolna wpłata dodatkowa powinna zgodnie z ustawą wynosić do 2,5% wynagrodzenia.

Co do zasady środki zgromadzone w ramach PPK będą wypłacane uczestnikom programu po ukończeniu 60. roku życia.

Oczywiście wydaje się to być rozwiązaniem jak najbardziej korzystnym dla pracownika. Należy jednak zwrócić uwagę, że pracodawcy mogą poczytywać PPK za kolejny koszt jaki muszą ponieść w związku z zatrudnianiem pracowników. Z kolei w odbiorze społecznym taki krok ustawodawcy rodzić może obawy o stan systemu emerytalnego – komentuje Nikola Misiek.

  1. Zmiany w sposobie wypłaty wynagrodzenia

Kolejną zmianą w prawie pracy jest modyfikacja podstawowej formy wypłaty wynagrodzenia. Zgodnie z nowym brzmieniem przepisu Kodeksu Pracy ma być ona dokonywana na wskazany przez pracownika numer rachunku bankowego. Nadal jednak będzie możliwe otrzymywanie wynagrodzenia do rąk własnych. Do dnia 21 stycznia 2019 roku pracodawcy mieli czas na poinformowanie pracowników dotychczas otrzymujących wynagrodzenie za pracę do rąk własnych o obowiązku podania numeru rachunku płatniczego albo złożenia wniosku dotyczącego dalszej wypłaty wynagrodzenia w dotychczasowej formie.

Każdy pracownik, który wciąż będzie chciał otrzymywać wynagrodzenie do rąk własnych może złożyć stosowny wniosek w postaci papierowej lub elektronicznej w terminie 7 dni od dnia otrzymania od pracodawcy informacji o zmianie podstawowej formy wypłaty wynagrodzenia. Jednak zgodnie z przepisami pracodawca będzie również zobligowany do kontynuowania wypłaty wynagrodzenia do rąk własnych pracownika, jeśli pracownik nie wskaże w tym terminie numeru rachunku bankowego lub nie złoży stosownego wniosku o dalsze dokonywanie wypłaty w tej formie – wyjaśnia Nikola Misiek.

Zmiana ta wydaje się być dostosowaniem obowiązujących przepisów do realiów.

Często pracodawcy dziwili się, dlaczego nie można przelewu na rachunek bankowy obrać za podstawową formę wypłaty wynagrodzenia już w regulaminie pracy, skoro przecież wszyscy ich pracownicy życzą sobie otrzymywania pensji właśnie w ten sposób. Na przeszkodzie stał obecnie już zmieniony przepis Kodeksu Pracy.  Należy jednak wskazać, że wśród obowiązkowych elementów regulaminu pracy nadal znajduje się tzw. miejsce i czas wypłaty wynagrodzenia. Konieczność szczegółowego rozpisywania w regulaminie pracy tego elementu często jest przez pracodawców kwestionowana z uwagi na aspekty praktyczne. Jednak nawet po nowelizacji muszą oni brać pod uwagę możliwość złożenia przez choćby jednego z pracowników wniosku o dokonywanie wypłaty do rąk własnych – dodaje ekspertka.

  1. Zmiany w prowadzeniu i przechowywaniu dokumentacji pracowniczej

Z początkiem 2019 roku zmieniły się również przepisy regulujące sposób prowadzenia i przechowywania dokumentacji w sprawach związanych ze stosunkiem pracy oraz akt osobowych pracowników (dokumentacja pracownicza).

– Pracodawcy wielokrotnie pytali o możliwość prowadzenia i przechowywania dokumentacji pracowniczej w formie elektronicznej, gdyż nie było to bezpośrednio wskazane w kodeksie pracy – wskazuje ekspertka.

Od 1 stycznia 2019 r. pracodawcy mogą prowadzić i przechowywać dokumentację w sprawach związanych ze stosunkiem pracy oraz akta osobowe pracownika w wybranej przez siebie formie – papierowej lub elektronicznej. Dotyczy to jednak tylko pracowników zatrudnionych po 1 stycznia 2019 r. W odniesieniu do pracowników zatrudnionych przed tą datą przepisy przewidują możliwość digitalizacji,  jednak nie wystarczy zwykłe zeskanowanie kartotek, ponieważ każdy dokument w wersji cyfrowej trzeba będzie opatrzyć kwalifikowanym podpisem elektronicznym lub pieczątką elektroniczną, która będzie potwierdzała zgodność odwzorowania cyfrowego z oryginałem.

Dodatkowo w aktach osobowych zostanie wyodrębniona część D, która będzie zawierała dokumentację związaną z ponoszeniem przez pracownika odpowiedzialności porządkowej. Ma to ułatwić usuwanie z akt informacji o ukaraniu po zatarciu się kary po upływie określonego czasu.

– Przepisy w nowym brzmieniu wprost wskazują, że pracodawca ma obowiązek przechowywać dokumentację pracowniczą przez okres zatrudnienia danego pracownika, a także co do zasady przez okres 10 lat licząc od końca roku kalendarzowego, w którym zatrudnienie ustało. Do tej pory okres ten wynosił aż 50 lat – dodaje ekspertka.

  1. Związki zawodowe nie tylko dla pracowników

Dodatkowo nowe przepisy rozszerzają ochronę na tzw. działacza związkowego, który nie jest zatrudniony na podstawie umowy o pracę, lecz na innej podstawie niż stosunek pracy – również do tych działaczy zastosowanie znajdą przepisy chroniące przed wypowiedzeniem lub rozwiązaniem stosunku pracy.

– Po 1 stycznia pracodawca, który rozwiąże umowę z osobą wykonującą pracę na innej podstawie niż umowa o pracę bez wymaganej zgody zarządu zakładowej organizacji związkowej, będzie musiał zapłacić odszkodowanie w wysokości 6-miesięcznego wynagrodzenia tej osoby. Dodatkowo nowe prawo zapewnia osobom możliwość zwolnienia od pracy na czas niezbędny do wykonania doraźnej czynności związkowej – dodaje ekspertka.

Warszawski rynek biurowy na topie

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na warszawskim rynku biurowym w 2018 roku. W ubiegłym roku wynajęto aż 860 000 mkw., wakat spadł do 8,7 %, a do użytku trafiło 230 000 mkw. biur. W budowie jest kolejne 720 000 mkw.

Powierzchnie flex na topie

Najważniejszym trendem ubiegłego roku był dynamiczny rozwój operatorów przestrzeni elastycznych. Największą aktywność w tym sektorze odnotowały WeWork oraz IWG, które odpowiadały za 52% popytu.

Anna Młyniec, JLL
Anna Młyniec, JLL

„W zeszłym roku operatorzy przestrzeni flex wynajęli aż 112 000 mkw. biur, co stanowi 13% całkowitego popytu w Warszawie. Wyróżnikiem elastycznych biur na tle całego rynku jest różnorodność ich klientów – są to freelancerzy, start-upy, małe przedsiębiorstwa, jak również międzynarodowe korporacje. Taka struktura użytkowników biura wprowadza nowy styl pracy i ciekawe rozwiązania aranżacji przestrzeni, z których korzysta także tradycyjny rynek najmu biur”, podkreśla Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, JLL.

Rośnie popyt

Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

“Popyt na biura w Warszawie osiągnął rekordowy wynik 860 000 mkw. Jest to zasługa zarówno nowych podmiotów, które postanowiły rozpocząć swoja działalność w stolicy, operatorów powierzchni elastycznych jak i firm które zdecydowały się na dalszą ekspansję w Warszawie. Duże i częste transakcje na dodatkową powierzchnię biurową dla firm, takich jak Alior Bank, AstraZeneca, Deloitte czy Samsung, potwierdzają atrakcyjność biznesową stolicy”, dodaje Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

Do największych transakcji najmu zawartych w zeszłym roku należą odnowienie i ekspansja firmy Deloitte na ponad 22 000 mkw. w Q22, nowa umowa Komisji Nadzoru Finansowego na prawie 15 000 mkw. w budynku Piękna 2.0 oraz przednajem WeWork na ponad 14 000 mkw. w Mennica Legacy (cały mniejszy budynek).

Patrząc na poszczególne strefy biurowe, największą popularnością już tradycyjnie cieszyło się Centrum, gdzie wynajęto 240 000 mkw., a zaraz za nim uplasował się Mokotów – 220 000 mkw., oraz  COB – 162 000 mkw. Szczególnie ważny jest wynik Mokotowa, bliski rekordowego 2012 roku, co potwierdza świetną kondycję dzielnicy. Jednak nie tylko główne lokalizacje biznesowe mają za sobą bardzo dobry rok. Dla przykładu, strefa Żwirki i Wigury zanotowała 90% wzrost popytu rok do roku.

Podaż  też w górę

Kolejną szeroko komentowaną cechą warszawskiego rynku biurowego jest dynamiczny wzrost podaży, szczególnie w centrum. Obniżający się poziom pustostanów i dynamiczny wzrost popytu na biura spowodował przeniesienie uwagi deweloperów na Centralny Obszar Biznesu (COB) i Centrum, gdzie skoncentrowana jest zdecydowana większość aktywności budowlanej.

„Browary Warszawskie – Biura przy Bramie, CEDET, Proximo II były w pełni wynajęte w momencie uzyskania pozwolenia na użytkowanie, podczas gdy średnia dla Warszawy wynosi 70% wynajęcia w momencie oddania obiektu. Na koniec roku wynajęcie budynków ukończonych w 2018 roku wzrosło do 85%. Tak dobry wynik w połączeniu z rosnącym poziomem przednajmu dużych, realizowanych projektów, np. The Warsaw Hub, Varso Place, Mennica Legacy oraz Generation Park, pokazuje imponującą chłonność warszawskiego rynku. W 2018 roku firmy wynajęły więcej dodatkowych biur niż łączna powierzchnia wszystkich nowych obiektów na przestrzeni roku”, dodaje Anna Młyniec.

Łącznie zeszłym roku rynek wzbogacił się o ponad 230 000 mkw. powierzchni. Wśród największych nowych projektów znalazły się Koneser (21 100 mkw.), Proximo II (20 000 mkw.) oraz Equator IV (19 200 mkw.).

„W stolicy nadal możemy obserwować wysoką aktywność deweloperów, a pierwszym wyborem dla inwestycji nadal jest centrum. Obecnie w budowie pozostaje 720 000 mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, jednak nowe realizacje nie zachwieją sytuacją na warszawskim rynku, a równowaga między popytem a podażą będzie zachowana”, komentuje Mateusz Polkowski.

Pustostany i czynsze

Poziom pustostanów w Warszawie pozostaje w tendencji spadkowej. Pod koniec 2018 r. wyniósł 8,7%, co jest najniższym wynikiem od 2012 roku. W strefach centralnych wynosi on 5.4%, co oznacza że dostępność opcji najmu w istniejących budynkach w Centrum jest bardzo ograniczona.

Najwyższe czynsze transakcyjne wzrosły w centralnych częściach Warszawy ze względu na wysoki popyt, niski wskaźnik pustostanów oraz rosnące koszty budowy. W szerokim centrum czynsze dla najlepszych nieruchomości wynoszą od 17 euro do 23,5 euro / mkw. /miesiąc, a poza nim od 11 euro do 15 euro/ mkw. / miesiąc.

„To wyjątkowy moment dla warszawskiego rynku biurowego. Rekordowy popyt, bardzo wysoka absorpcja nowej powierzchni i dynamiczny rozwój operatorów elastycznych przestrzeni do pracy wskazują nie tylko na wyjątkową atrakcyjność Warszawy i jego rosnącą dojrzałość, ale co ważne – stale zwiększającą się różnorodność sektora i wciąż duży potencjał do dalszego rozwoju rynku” podsumowuje Anna Młyniec.

Relacja z trzeciego spotkania z cyklu Dimaq Voice

W  czwartek, 10 stycznia odbyło się trzecie spotkanie z cyklu Dimaq Voice. Tym razem w związku z rosnącą popularnością i frekwencją – DIMAQ Voice  zostało przeniesione do nowego miejsca – Domu Innowacji Społecznych Marzyciele i Rzemieślnicy.

Podczas cyklu Dimaq Voice merytoryczny głos oddajemy branżowym ekspertom- posiadaczom certyfikatów DIMAQ.  DIMAQowcy  za udział w wydarzeniu otrzymują 5 punktów recertyfikacyjnych. Na styczniowej edycji tematami przewodnimi było UX oraz sprzedaż zintegrowana.

Backward is the new forward

Pierwszą prelekcję wygłosili Igor Pietrzak – UX/UI Director i Wojtek Daniłowicz – CTO w Imagine.

Prezentowali metody poznawcze oraz metody pracy, które mogą być alternatywą lub uzupełnieniem do istniejących procesów projektowych.

Puntem wyjścia w prezentacji było rozłożenie projektu na czynniki pierwsze: określenie celu zaczynając na „poznaniu” a kończąc na „konkrecie”. Panowie zwrócili uwagę, jak istotną rolę w całym procesie projektowym odgrywają metody badawcze (jakościowe, ilościowe, raporty i analizy persony).

Working backwards…czyli zaczynaj od końca

W trakcie prezentacji  „myślenie w przód” zostało skonfrontowane z „myśleniem wstecz”. Okazuje się, że dzięki „myśleniu wstecz”, mamy szansę odkryć to czego, jeszcze nie wiemy. Natomiast przy „myśleniu w przód” optymalizujemy, to co już istnieje.

Podczas prac projektowych bardzo często dochodzi do zmian.  Łatwo wówczas zgubić wstępną, wizję produktu, pojawiają się nowe pomysły, które mają spowodować, że produkt będzie jeszcze lepszy. Jednak nie jest to końca dobra metodologia. Firma Amazon stara się rozwiązać ten problem Working backwards – techniką, czyli zaczynaniu… od końca.

Okazuje się,  że w trakcie pracy nad projektem poprzez „myślenie wstecz” możemy zyskać nową perspektywę. Dlatego dobrym rozwiązaniem jest notka prasowa z przyszłości, czyli metoda polegająca na rozpoczęciu prac nad produktem od stworzenia jego wizji oczami konsumentów po określonym czasie. W efekcie okazuje się, że Working backwords nie jest jedynie skuteczną metodą pracy, ale i również świetnym motywatorem działań dla całego zespołu.

Integracja kanałów offline i online – wyzwanie dla biznesu i komunikacji

Druga prezentacja dotyczyła sprzedaży zintegrowanej. Prezentację wygłosił Jarek Agatowski, Head of E-commerce & Digital EE z firmy PANDORA.

Prelegent podkreślił, że zachowania klientów zmieniają się: zaciera się granica między online i offline a ścieżka zakupu nie jest linearna, tylko zmienna i dynamiczna. W tym przypadku istotną rolę zaczyna odgrywać omnichannel, czyli nowe spojrzenie na wielokanałowość, którego celem jest zapewnienie spójnego doświadczenia zakupowego konsumentowi bez względu na to, w którym kanale lub kanałach wchodzi w interakcję ze sprzedawcą.

Poznaj konsumenta swego

Jednak, żeby sprzedaż zintegrowana była skuteczna, należy poznać swojego konsumenta, dlatego tak ważna jest w tym przypadku analiza person (personalizacja). Następnie należy zaprojektować doświadczenie przez szerokie zrozumienie potrzeb konsumenta. Podczas prelekcji Jarek Agatowski przedstawił szereg narzędzi, które należy wykorzystać aby wyjść z nawyków mass marketingu i przejść do komunikacji behawioralnej, opartej na zachowaniach użytkowników

Świat E-commerce

Ostatnią prezentację poprowadził Tomasz Tarasiuk, E-commerce Manager w Philips Polska. Prelekcja miała na celu pokazania świata e-commerce oczami konsumenta oraz podkreślenie podstawowych emocji, które towarzyszą ludziom podczas zakupów w kanale online. Za przykład posłużył Philips OneBlade i jego aktywacja w kanale Allegro.

Prelegent zaznaczył, że allegro to jedna z wielu ścieżek egzekujacji strategii D2C. Jednak najpierw, tak jak już było wspominane w przypadku innych prezentacji, najważniejsze jest poznanie konsumenta.  Direct to consumer zakłada intensywną obecność w tych wszystkich kanałach komunikacji, w których porusza się grupa docelowa, w tym przypadku wykorzystano Allegro, które niezaprzeczalnie jest podmiotem wiodącym – 5. marketplace w Europie​.

Na zakończenie spotkania, uczestnicy mieli możliwość zadania pytań prelegentom, jak i również porozmawiać o branży internetowej w kuluarach.

Kolejny spotkanie Dimaq Voice już w lutym. Serdecznie zapraszamy!

Wynajem długoterminowy aut i Rent a Car w 2018 roku

Po ustanowionym w trzecim kwartale rekordzie tempa wzrostu wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce, branża kończy cały rok 2018 z nowym rekordem. Z opublikowanych przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów danych po czwartym kwartale wynika, że dynamika rozwoju wynajmu długoterminowego w 2018 roku wyniosła 17,5% r/r, co oznacza, że jest to obecnie najwyższa w historii wartość odnotowana przez organizację. Firmy wynajmu długoterminowego zakupiły o 23,4% więcej nowych aut osobowych niż przed rokiem, wyraźnie wyprzedzając pod tym względem konkurencyjne formy finansowania aut służbowych – zakup ze środków własnych, kredyt i klasyczny leasing finansowy. Co więcej, znacząco przyczyniły się do bardzo dobrych wyników całkowitej sprzedaży samochodów osobowych w 2018 roku. W ubiegłym roku z polskich salonów wyjechało bowiem o ponad 45 tys. nowych aut osobowych więcej niż w 2017 roku. Taki wzrost sprzedaży został wygenerowany aż w 1/3 przez branżę wynajmu długoterminowego, która zakupiła o 15,5 tys. więcej samochodów w porównaniu z poprzednim rokiem. Reprezentowana w PZWLP branża Rent a Car zakończyła 2018 r. ze wzrostem na poziomie 16,1% r/r.

Rynek motoryzacyjny w Polsce ma za sobą kolejny, bardzo udany rok. W 2018 r. sprzedaż nowych samochodów przekroczyła symboliczną barierę 0,5 mln pojazdów, osiągając poziom 532 tys. aut,  czyli wartość największą w bieżącym stuleciu. Z polskich autosalonów wyjechało o 9,35% więcej samochodów, niż rok wcześniej. Na tle całej Unii Europejskiej wypadamy bardzo dobrze i mamy powody do zadowolenia. Według raportu Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA wzrost sprzedaży osobówek w całej UE wyniósł bowiem w ubiegłym roku zaledwie 0,1%.

Za wysoką sprzedaż nowych aut w Polsce, podobnie jak już od dłuższego czasu, odpowiadają przede wszystkim firmy, które w 2018 r. nabyły aż 72,3% wszystkich samochodów, a ich udział w tym zakresie wciąż rośnie – w ubiegłym roku zwiększył się o 2,6% w porównaniu z rokiem 2017.Sprzedaz aut w Polsce w 2018

Sprzedaż w salonach rośnie wyłącznie dzięki firmom, a sprzedaż samochodów do firm napędza wynajem długoterminowy

Rok 2018 w sposób bardzo dobitny pokazał jak duże jest już obecnie znaczenie zakupów aut przez firmy dla kondycji rynku motoryzacyjnego w naszym kraju. Mianowicie, na większą o 45,5 tys. samochodów sprzedaż niż w 2017 roku wpłynęły w zasadzie wyłącznie firmy. Sprzedaż do klientów indywidualnych wzrosła jedynie o … 26 samochodów. Innymi słowy, gdyby nie zakupy dokonywane przez firmy, rynek zatrzymałby się w miejscu. Na uwagę zasługuje dodatkowo fakt, że na 45-tysięczny wzrost rynku wygenerowany całkowicie przez klientów instytucjonalnych, aż w 1/3 wpłynął wzrost zakupów nowych aut osobowych dokonanych przez branżę wynajmu długoterminowego samochodów, która nabyła o 15,5 tys. aut więcej niż rok wcześniej.Struktura wzrostu sprzedazy aut w 2018

Wynajem długoterminowy rośnie najszybciej i zwiększa udział w sprzedaży aut do firm

Zgodnie z danymi IBRM Samar firmy kupiły w 2018 roku 384,5 tys. nowych aut osobowych. Więcej niż co piąty nowy samochód osobowy nabyty w tym czasie przez firmy znajdował się w wynajmie długoterminowym. Branża wynajmu długoterminowego zakupiła 81,8 tys. aut, o 23,4% (15,5 tys.) więcej niż rok wcześniej i osiągnęła udział na poziomie 21,3% w łącznej sprzedaży samochodów osobowych do firm. Na uwagę zasługuje fakt, że udział wynajmu długoterminowego w tym zakresie zwiększył się w ciągu roku o 1,7%.Udzial wynajmu dlugoterminowego w sprzedazy aut 2018

Spośród dostępnych na polskim rynku form finansowania aut służbowych, wynajem długoterminowy rozwijał się w 2018 roku zdecydowanie najszybciej, gdyż może się poszczycić o 23,4% większą liczbą zakupionych nowych aut osobowych niż rok wcześniej. Dla porównania, z wykorzystaniem środków własnych, kredytu, czy klasycznego leasingu finansowego liczonych łącznie, firmy zakupiły o 11% więcej samochodów.  Co więcej, dynamika wzrostu sprzedaży zwiększyła się w porównaniu z 2017 r., wprawdzie nieznacznie, bo o 0,6%, jedynie w przypadku wynajmu długoterminowego. W przypadku zakupu nowych aut ze środków własnych, na kredyt oraz w klasycznym leasingu finansowym łącznie była ona natomiast dużo, bo o 8,8% niższa, niż rok wcześniej.Wzrost rejestracji aut 2018 – wynajem dlugoterminowy vs zakup kredyt i leasing

Nowy rekord tempa wzrostu branży – padł zaledwie 3 miesiące po ustanowieniu poprzedniego

Biorąc pod uwagę najważniejszy w przypadku wynajmu długoterminowego wskaźnik, a więc łączną liczbę aut w usłudze Full Serwis Leasing, tempo wzrostu branży w 2018 r. rosło już kolejny rok z rzędu, osiągając na koniec roku najwyższy w historii prowadzonych przez PZWLP od ponad 9 lat analiz rynkowych wynik – aż 17,5% r/r. Co ciekawe, był to już drugi historyczny rekord ustanowiony w zeszłym roku – wcześniejszy padł po III kw. 2018 r. Dynamika wzrostu rynku wynajmu długoterminowego (łącznej liczby aut w usłudze Full Serwis Leasing) w 2018 roku była o blisko 4,5% wyższa niż rok wcześniej oraz o ponad połowę większa niż 2 lata temu.Tempo wzrostu rynku wynajmu dlugoterminowego aut

Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Prezes Arval Polska
Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Prezes Arval Polska

Dane PZWLP jednoznacznie wskazują, że rok 2018 był najlepszym w historii wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce – mówi Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska. – Imponujące wręcz tempo rozwoju rynku oraz znacząco szybszy od konkurencyjnych form finansowania aut służbowych wzrost rejestracji nowych samochodów to przede wszystkim efekt coraz bardziej wyraźnego wkraczania wynajmu długoterminowego w sektor małych i średnich przedsiębiorstw. Oszczędności w porównaniu do konkurencyjnych rozwiązań, stałe koszty związane z finansowaniem i kompleksową obsługą pojazdów oraz po prostu wygoda, to zalety wynajmu długoterminowego, które przekonują obecnie już także mniejsze firmy. Wynajem długoterminowy, pomimo że jest w Polsce usługą wciąż młodą, zaczyna odgrywać kluczową rolę nie tylko dla branży flotowej, ale wpływa również na kondycję całego rynku motoryzacyjnego w naszym kraju. Warto zauważyć, że w 2018 roku aż 1/3 wzrostu całkowitej sprzedaży nowych samochodów osobowych w Polsce została wygenerowana przez naszą branżę.

Na koniec grudnia 2018 r. w łącznej flocie firm wynajmu długoterminowego należących do PZWLP (reprezentujących ok. 80% rynku) znajdowało się łącznie blisko 188 tys. samochodów* (187.672), z czego zdecydowana większość (81,6%) w usłudze Full Serwis Leasingu. Wśród najpopularniejszych aut znalazły się: Skoda Octavia, Volkswagen Passat, Ford Focus i Skoda Superb.

Udział Diesla nadal topnieje

Dane na koniec roku 2018 wskazują na dalszy, zdecydowany spadek udziału aut z silnikami Diesla we flotach znajdujących się w wynajmie długoterminowym w Polsce. Samochody napędzane jednostkami wysokoprężnymi stanowiły na koniec grudnia już niewiele ponad 60% ogółu (61,4%), a ich udział zmniejszył się w ciągu roku o blisko 5% (4,9%). Auta z silnikami dieslowskimi ustępują przede wszystkim pojazdom napędzanym motorami benzynowymi, które na koniec ubiegłego roku reprezentowały już ponad 1/3 (37%) samochodów, a ich udział zwiększył się na przestrzeni 12 miesięcy o 4,3%. Rośnie również udział aut wyposażonych w ekologiczne napędy, czyli hybrydowe i elektryczne. Na koniec 2018 r. pojazdy tego typu w wynajmie długoterminowym we flotach firm PZWLP stanowiły łącznie 1,6% (wzrost o 0,6% r/r), było ich ponad 3 tysiące (3058), z czego absolutną większość stanowiły hybrydy (2.995), a auta elektryczne to wciąż margines – zaledwie 63 pojazdy. Liczba samochodów hybrydowych i elektrycznych bardzo szybko jednak rośnie – w ciągu roku uległa bowiem niemalże podwojeniu.Rodzaje silnikow w wynajmie dlugoterminowym 2018

Średnia emisja dwutlenku węgla w przypadku kupowanych przez firmy PZWLP w czwartym kwartale 2018 r. na potrzeby wynajmu długoterminowego nowych samochodów osobowych była niższa (o 4,8% i 6,4 g/km), w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej i wyniosła 127,3 g/km (wobec 133,7 g/km w czwartym kwartale 2017 r.). Jeśli zaś chodzi o auta dostawcze, to średnia emisja w ich przypadku wyniosła 156,5 g/km i w związku z tym była wyższa o 3,6% (5,5 g/km) w stosunku do stanu sprzed roku.Emisja CO2 – nowe auta w wynajmie IV kw. 2018

Branża Rent a Car ze wzrostem 16,1% r/r

Reprezentowana w PZWLP przez 7 dużych, sieciowych, polskich i międzynarodowych wypożyczalni samochodów branża Rent a Car odnotowała w 2018 r. wzrost na poziomie 16,1% r/r. Na koniec grudnia łączna flota firm Rent a Car w PZWLP** w usługach wynajmu krótkoterminowego (1-30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) wynosiła blisko 17,5 tys. aut (17.497).Wzrost branzy Rent a Car 2018

Rok pod znakiem dużych zmian w otoczeniu regulacyjnym

Rok 2018 upłynął dla branży wynajmu długoterminowego pod hasłem zmian w szeroko rozumianym otoczeniu prawnym. Zmieniające się przepisy w trakcie roku lub zapowiedź zmian regulacji od 2019 r. wpływały na funkcjonowanie branży, natomiast pozostawały bez wpływu na ogólny rozwój rynku i wzrost sprzedaży oferowanych usług. Mowa tutaj między innymi o wprowadzeniu od września nowej normy emisji spalin Euro 6d-Temp dla wszystkich sprzedawanych nowych samochodów. Wdrażanie nowego standardu spowodowało niemałe zamieszanie na rynku motoryzacyjnym w całej UE i w praktyce wiązało się nie tylko ze zmianami w specyfikacji (a często silnikami) w oferowanych na rynku modelach aut, ale również czasowym ograniczeniem dostępności niektórych aut lub wydłużeniem czasu oczekiwania na dostarczenie samochodu przez dealerów. Ponadto, branża skupiała się także na przygotowaniu się do wdrażanego od roku 2019 nowego standardu rachunkowości MSSF 16, który dotyczy firm raportujących zgodnie z Międzynarodowymi Standardami Rachunkowości, a więc w praktyce zazwyczaj dużych, międzynarodowych podmiotów. Wreszcie, w przybliżeniu w połowie roku pojawiły się pierwsze informacje na temat planowanych od 2019 r. istotnych zmian przepisów podatkowych w Polsce, dotyczących samochodów osobowych użytkowanych przez firmy.

Leszek Pomorski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Alphabet Polska
Leszek Pomorski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Alphabet Polska

Dane statystyczne PZWLP udowadniają już po raz kolejny, że branża wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce należy do jednej z najbardziej odpornych na wszelkie zmiany regulacyjne, czy przejściowe wahania koniunktury – mówi Leszek Pomorski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Alphabet Polska. – Zarówno zapowiadane zmiany w przepisach, jak i samo wprowadzenie nowej normy emisji spalin, to zjawiska, które potencjalnie mogły odcisnąć duże piętno na rynku. W przypadku wynajmu długoterminowego pozostały jednak obojętne – nowa norma emisji nie spowodowała zakłóceń w dostawie aut do klientów, nie wpłynęła także na zwiększony popyt w trzecim kwartale roku, jeszcze przed jej wprowadzeniem. Podobnie, nowe przepisy podatkowe, które weszły w życie od początku roku 2019, pozostały w przypadku wynajmu długoterminowego bez wpływu na dokonywanie przez firmy większych zakupów samochodów, przysłowiowo mówiąc – na zapas, jeszcze przed wdrożeniem nowych regulacji. Tempo wzrostu branży było oczywiście znacząco wyższe niż w poprzednim roku oraz w poprzednich latach. Bardzo dobre rezultaty odnotowane przez branżę wynikają jednak z trendu wzrostu popularności wynajmu długoterminowego, który obserwujemy od kilku lat, a nie wpływu jednorazowych czynników.   

¼ wszystkich aut sprzedanych w polskich salonach kupiona przez Członków PZWLP

Biorąc pod uwagę całokształt działalności 20 firm należących do Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), a więc przede wszystkim usługi wynajmu krótko-, średnio- i długoterminowego samochodów, ale również leasing finansowy aut, firmy PZWLP zakupiły w całym 2018 roku łącznie 129,5 tys. nowych samochodów osobowych. Oznacza to, że prawie 1/3 (33,7%) nowych aut osobowych kupowanych w 2018 roku przez przedsiębiorców w polskich salonach oraz 1/4 (24,3%) samochodów sprzedanych w tym czasie ogółem (do klientów instytucjonalnych i osób prywatnych łącznie) zostało nabyte przez firmy należące do PZWLP ***.PZWLP – udzial w calkowitej sprzedazy aut 2018PZWLP – udzial w sprzedazy aut do firm 2018

* – bez floty firmy Athlon Car Lease

** – bez floty firmy Avis Budget / Jupol – Car

***– Firmy PKO Leasing i mLeasing są również członkami ZPL (Związku Polskiego Leasingu).

Monika Nowecka: Zasoby ludzkie i technologia kapitałem firm outsourcingowych

Outsourcing przeżywa obecnie boom praktycznie w każdej branży. Firmy coraz chętniej przekazują prowadzenie dokumentacji księgowej, czy kadrowo-płacowej podmiotom zewnętrznym. Nic dziwnego, bo to duże ułatwienie dla spółki. Jakie płyną z tego korzyści?

Monika Nowecka – Wiceprezes Zarządu, Partner Zarządzająca Działem Usług Księgowych i Kadrowo-Płacowych Mazars
Monika Nowecka – Wiceprezes Zarządu, Partner Zarządzająca Działem Usług Księgowych i Kadrowo-Płacowych Mazars

Nowy wymiar outsourcingu

Na temat outsourcingu zostało napisanych już wiele artykułów. Jednak niewiele materiałów koncentruje się na podmiocie świadczącym tego rodzaju usługi, jako na przedsiębiorstwie, jego organizacji oraz jego głównych aktywach.

Kompetencje merytoryczne mają kluczowe znaczenie z punktu widzenia rodzaju i jakości świadczonych usług oraz ograniczania ryzyka prowadzenia działalności, bowiem za nimi stoją zasoby ludzkie, a te zasoby to kapitał ludzki. Jednak żeby móc mówić o kapitale ludzkim trzeba porzucić myślenie, że pracownicy to tylko zasoby. W tej branży to właśnie oni są filarem firmy, dlatego że od ich wszechstronnych kompetencji zależą jej wyniki i przewaga konkurencyjna. Firmy z tej branży, tak jak każde inne przedsiębiorstwa, niezależnie od wielkości, chcą być przyszłościowe, dlatego też muszą podążać za zmieniającym się otoczeniem gospodarczym, zarówno w zakresie menedżerskim, jak i technologicznym. Dodatkowo dla tej branży bardzo istotne, z punktu widzenia jej organizacji i szeroko rozumianych inwestycji, są zmiany prawa bilansowego i podatkowego, bo to one wpływają na konieczność dostosowania kompetencji, oferty, cen świadczonych usług, a obecnie również technologii.

Zasób a kapitał?

Kapitał ludzki to ludzie posiadający wiedzę i umiejętności, doświadczenie zawodowe, aspiracje, motywacje i postawy. To powiązania, relacje i stosunki międzyludzkie, poziom zaufania, a także obowiązująca kultura, czyli wzorce zachowania, normy i wartości. Teoria kapitału ludzkiego wskazuje, że różnice w płacach są skutkiem różnic w wydajności pracy, a nie stażu pracy. Z kolei wyższe kwalifikacje i wydajność definiują wyższe płace, które rosną również z wiekiem i stażem zawodowym.

Aby przejść z zarządzania zasobami ludzkimi do zarządzania kapitałem ludzkim, niezbędne są nowe zadania, a mianowicie nawiązanie partnerskich relacji pomiędzy zarządzającymi a pracownikami i przygotowanie ich do samodzielnego działania. Dochodzi do tego poprzez podwyższanie kwalifikacji i kształtowanie nowego stylu pracy, opartego na przekazywaniu odpowiedzialności i zapewnieniu im udziału w podejmowaniu decyzji, w tym strategicznych.

Aktualne zarządzanie firmą jest ukierunkowane na efektywne funkcjonowanie, które wymaga demokracji i współdziałania z pracownikami, otwartych i swobodnych dyskusji oraz wspólnego ustalania wizji, celów i środków ich realizacji, rzetelnego informowania, z pominięciem biurokracji. Z tego względu w ostatnim czasie najbardziej zmieniło się zarządzanie pracownikami niższego szczebla, szczególnie w zakresie ich motywacji, dbania o ich poczucie odpowiedzialności czy utożsamiania się z firmą. Młodzi ludzie, z pokoleń określanych różnymi literami alfabetu, nie są egocentrykami, dlatego trzeba pamiętać, że szukają organizacji, która pozwoli im współdziałać, współdecydować i czerpać satysfakcję z osiągnięć zarówno własnych, jak i firmy.

Podejście pro pracownicze

Należy zrezygnować z systemu nakazowego i pobudzać ducha partnerstwa, bo wykonywanie poleceń przestaje być gwarancją sukcesu. Lojalność wobec firmy powinna być zastąpiona zaangażowaniem na rzecz osiągnięcia sukcesu, z którym utożsamiać powinni się zarówno zarządzający, jak i zarządzani. Jeśli pracownicy otrzymują dużą suwerenność intelektualną, stają się bardziej niezależni. Jednak w tym samym momencie należy pamiętać, że muszą być oni lepiej poinformowani. Potrzebują dobrej informacji i większej wiedzy, by móc szybko reagować na wymagania klientów. W związku z tym należy bezwzględnie zachować kolejność – najpierw pracownik, później klient. Zadowolony pracownik prawidłowo obsłuży klienta, a to wpłynie na wyniki i postrzeganie firmy.

Warunkiem sukcesu firmy outsourcingowej, w zasadzie jak każdej innej, jest ścisłe powiązanie systemu motywowania pracowników z jej celami i strategią, tak aby pracownicy wykonywali z własnej woli dobrze to, co wynika z ich prawnego i moralnego obowiązku. W każdym przypadku, niezależnie od zajmowanego stanowiska, motywowanie jest umiejętnością integracji wielu czynników odnoszących się nie tylko do zawartości portfela pracowników, ale także poczucia ich własnej wartości i stylu bycia. To sprawia, że pieniądze stają się tylko jednym z wielu komponentów systemu premiowania pracowników. Wynagrodzenie jest i będzie motywacją podstawową, a również powinno być skutecznym instrumentem pobudzania i wykorzystania aktywności zawodowej pracowników, nie można jednak zapominać o świadczeniach pozapłacowych. Dodatkowo, a może przede wszystkim, szacunek i dobra atmosfera zatrzyma pracowników na dłużej, a nawet jeśli odejdą, to na długo staną się ambasadorami poprzedniego pracodawcy. Motywowanie nie może sprowadzać się wyłącznie do kreacji płac, ponieważ jest to droga donikąd, a do tego niezwykle kosztowna.

Nie można natomiast pominąć rozwoju miękkich kompetencji pracowników wyższego szczebla oraz komunikacji wewnętrznej – strategicznej z zarządzającymi oraz operacyjnej w projektach klienckich. Kompetencje miękkie pozwalają szybko dopasować ludzi i firmę do zachodzących zmian, a obecnie funkcjonujemy w bardzo zmiennym otoczeniu. Oprócz tego należy stawiać na osoby potrafiące myśleć kreatywnie. Kompetencje miękkie powinny być wkomponowane w plan szkoleń w każdej ścieżce kariery, począwszy od najniższych stanowisk, tak aby na każdym etapie rozwoju zawodowego pracownicy posiadali umiejętność ich wykorzystania.

Misja Human Resources

W kontekście kapitału ludzkiego należy podkreślić szczególną wagę działów HR, które zmieniły swoją funkcję z administracyjnej na strategiczną.  Stanowią one ważny element w kreowaniu polityki zarządzania kapitałem ludzkim i drzemiącymi w nim talentami oraz tworzeniu niematerialnych benefitów pozapłacowych. Działy HR pełnią też funkcję doradczą dla osób zarządzających w mniejszych firmach, które próbują odciążyć osoby zarządzające w tych obowiązkach. Jeśli zatrudnienie etatowe specjalisty HR jest zbyt kosztowne, to warto skorzystać z outsourcingu specjalizującego się w tym zakresie.

Działy te odgrywają również bardzo ważną rolę przy wdrażaniu nowych technologii. Bowiem z wyprzedzeniem trzeba przygotować zespół do nowych kompetencji lub reorganizacji, a przede wszystkim efektywnie zarządzać zmianą. Automatyzacje  czy nawet robotyka (RPA) wchodzą do firm outsourcingowych z przytupem. Liczne zmiany prawa, JPK, e-zwolnienia, e-teczki czy elektroniczne sprawozdania finansowe, ale przede wszystkim oczekiwania klientów na realizację usług w czasie rzeczywistym powodują, że zmiany technologiczne są niezbędne. Niedobór pracowników i rosnące koszty wynagrodzeń skłaniają też firmy outsourcingowe do wdrażania rozwiązań technicznych, tworzenia nowych struktur będących połączeniem kompetencji merytorycznych i IT. Główną barierą dla zastosowania robotyzacji jest brak przygotowania procesów i ludzi do wdrożenia RPA.

Postaw na outsourcing

Firmy outsourcingowe mają przewagę kompetencji przy realizacji różnych projektów i szybciej inwestują w automatyzacje oraz robotykę, przez co zwiększają swoją atrakcyjność rynkową. Jak każda inna organizacja muszą przygotować się do wdrożenia nowoczesnych rozwiązań. Aby zrobić to dobrze, muszą pokazać pracownikom im wartość dodaną nowych systemów. To one pozwolą firmom szybciej i efektywniej odtwarzać zaistniałe operacje gospodarcze, pomogą koncentrować się na analizie i prognozowaniu, a także uwolnią zasoby ludzkie do realizowania ambitnych projektów doradczych opartych na analizie danych, niejednokrotnie bardzo dużej ich ilości. Dzięki temu przesunie się ciężar zaangażowania z procesu na doradztwo. Trudność we wdrażaniu „nowoczesności” w tej branży generuje konserwatyzm i ograniczony dostęp do środków na inwestycje, a niestety nie da się umieścić wszystkiego w nowym kosztorysie klienckim.

Niechęć do nowego wynika także z obawy przed utratą komfortu i miejsca pracy, co w końcowej ocenie jest błędnym rozumowaniem. Moda na outsourcing nie minie szybko i zamiast długo wykonywać żmudne, nieambitne i powtarzalne prace, można zrealizować kilka nowych i ciekawych projektów. W tej branży wiedza jest niezwykle ważna, a szczególne miejsce ma tu polskie prawo podatkowe, które ze względu na swoją złożoność wymaga robota do kontroli operacji i mózgu człowieka do ich analizy.

Nowe technologie tworzą nowe stanowiska pracy, bo roboty same nie zaktualizują swoich parametrów po zmianie przepisów. Technologia kupiona i wdrożona musi być monitorowana i modyfikowana, aby stanowiła o efektywności firmy i przynosiła oczekiwany zwrot z inwestycji. Reasumując, kapitał ludzki i technologia na długo pozostaną głównymi aktywami firm outsourcingowych, tylko ich parytet może ulegać krótkookresowym wahaniom.

Monika Nowecka – Partner Zarządzająca Działem Usług Księgowych i Kadrowo-Płacowych Mazars Polska

Chcesz zmienić pracę? Dobrze to zaplanuj

Wszyscy wokół deklarują, że w tym roku zaczynają regularnie trenować, uczyć się języków obcych czy wstawać wcześniej, więc ty też decydujesz się na zmianę? Wiedz, że postanowienia podejmowane jedynie pod wpływem chwili nie dają najlepszych prognoz na sukces. Spójrz na swoje noworoczne plany z pewnym dystansem. Jeśli podtrzymujesz, że chcesz w najbliższym czasie podjąć nową pracę, dowiedz się, jak się do tego przygotować.

Zmiana… ale jaka?

Ważne, żeby zmiany, które chcesz wprowadzić, były przemyślane i zaplanowane, a przede wszystkim wynikały z twoich własnych potrzeb i chęci rozwoju, a nie chwilowej mody, pasji koleżanki bądź ambicji kolegi. Zanim więc wręczysz obecnemu pracodawcy wypowiedzenie, zastanów się dobrze, dlaczego chcesz to zrobić. Nie możesz dogadać się z szefem lub kolegami, ale wykonywane działania ci odpowiadają? A może czujesz, że obecne stanowisko nie pozwala ci już na rozwój? – Sprecyzowanie tego, co motywuje nas do zmiany, pomaga w określeniu dalszych działań. Może bowiem okazać się, że atmosferę w firmie uda się „oczyścić” dzięki zainicjowaniu bardziej otwartej komunikacji, a aktualny pracodawca, wbrew naszym początkowym przypuszczeniom, może zagwarantować nam np. zmianę zakresu obowiązków w ramach wewnętrznej struktury tak, by lepiej odpowiadały naszym predyspozycjom i celom zawodowym – mówi Marta Kwiatkowska-Kujawa, konsultant ds. rekrutacji w firmie szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Zweryfikowałeś dokładnie możliwości, które daje ci obecne miejsce pracy, i nadal myślisz o odejściu? A może po prostu szukasz nowych wyzwań lub doszedłeś do wniosku, że to, co robisz, nie sprawia ci przyjemności i myślisz o zmianie branży? Zrób to rozważnie.

Nie tak szybko…

Myśląc perspektywicznie o sobie, jako uczestniku rynku pracy lub partnerze biznesowym, warto zadbać o swoją markę osobistą i budowanie profesjonalnego wizerunku w interesującej nas dziedzinie. Nie oznacza to, że każdy musi od razu tworzyć eksperckiego bloga, dobrze jednak śledzić nowinki z branży oraz dzielić się wiedzą np. na tematycznych grupach w mediach społecznościowych. Zadbajmy o profesjonalizm i spójność nie tylko na zawodowych portalach, gdzie uzupełniamy najważniejsze informacje dotyczące dotychczasowego doświadczenia – podpowiada Marta Kwiatkowska-Kujawa z Integra Consulting Poland. Wizerunek w internecie to jednak nie wszystko. Dobrze też uczestniczyć w branżowych spotkaniach i konferencjach, których niekwestionowaną zaletą jest możliwość poszerzania sieci kontaktów. Nawet jeśli podczas wydarzeń nie ma zaplanowanych osobnych sesji networkingowych, wykorzystaj dobrze przerwy między prelekcjami, możliwość zadawania pytań po nich, ale i nieco mniej oficjalne odsłony towarzyszące często branżowym inicjatywom. Postaraj się dowiedzieć, kto na nich będzie i pomyśl, z kim chciałbyś porozmawiać. Kiedy uda ci się nawiązać rozmowę, nie traktuj jej jak rekrutacji, podczas której chcesz zaprezentować jak najwięcej swoich zalet. Słuchaj uważnie rozmówcy, a jeśli będzie taka możliwość, zaproponuj, jak możesz mu pomóc. Jeśli odbyłeś z kimś ciekawą dyskusję, warto też nawiązać do niej nieco później, np. zapraszając taką osobę do grona znajomych na profesjonalnych portalach i podsyłając link do ciekawego newsa na temat, o którym rozmawialiście. Takie znajomości często owocują wspólnymi projektami, a nawet propozycjami pracy.

Patrz szeroko

Budowanie marki osobistej oraz networking, choć bardzo pomocne, mogą jednak nie wystarczyć do znalezienia nowej pracy, jeśli nie jesteś jeszcze tak wyspecjalizowany, aby szukali cię headhunterzy. Kiedy więc zdecydujesz, co dalej chcesz robić zawodowo, nie ograniczaj poszukiwań do ofert na portalach rekrutacyjnych. Niektóre marki w pierwszej kolejności szukają nowych pracowników wśród swoich obserwatorów warto więc przeglądać strony internetowe i profile firm, dla których chciałbyś pracować. Zdarza się także, że informację o wakacie przesyłają w newsletterach. Dzięki temu pracodawca zwiększa szanse na to, że w rekrutacji wezmą udział osoby żywo zainteresowane jego działalnością, podzielające wartości marki. Jeśli zależy ci na pracy w danej branży, dobrze obserwować tematyczne grupy, w których również często pojawiają się propozycje pracy. Pomyśl także o kontakcie z agencjami rekrutacyjnymi. Dysponują sporymi zasobami ofert. Dodatkowo weryfikują zbieżność kompetencji wymaganych na danym stanowisku pracy z realnymi umiejętnościami kandydata. W praktyce pozwala to na uniknięcie straty czasu spowodowanej uczestniczeniem w procesach rekrutacji z góry skazanych na porażkę.

Dlaczego właśnie ty?

Kiedy zostaniesz zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną, odpowiednio się do niej przygotuj. Przypomnij sobie najważniejsze doświadczenia, pamiętaj też, że podstawą jest znajomość marki, dla której chcesz pracować, oraz motywacja. Przed rozmową przygotuj np. trzy sytuacje ze swojego dotychczasowego życia zawodowego, o których będziesz mógł opowiedzieć, nie tylko chwaląc się sukcesami, ale i pokazując np. jak reagujesz w stresujących chwilach. Bywa tak, że kompetencje kandydatów mogą być na podobnym poziomie – wówczas decydujące będzie to, co cię wyróżnia. Może to być zapał do pracy, energia, chęci do działania i rozwoju oraz ciekawe zainteresowania. Te kwestie są bardzo ważne nie tylko w przypadku osób z mniejszym doświadczeniem zawodowym.

Nowa praca to spora zmiana. Jeśli więc sytuacja nas do tego nie zmusza, dajmy sobie czas na to, aby ją dobrze przemyśleć i odpowiednio zaplanować. Na markę osobistą pracuje się latami. Ważne, aby zacząć i nie bać się pierwszego kroku. Myśl o podjęciu nowych obowiązków dla niektórych jest na tyle paraliżująca, że wolą pozostać w warunkach, które nie do końca im odpowiadają. Im lepiej przygotujemy się do zmiany, tym bardziej zwiększamy szanse na to, że okaże się ona pomyślna i przyczyni się do naszego dalszego rozwoju – podsumowuje Marta Kwiatkowska-Kujawa z Integra Consulting Poland.

Ranking najlepiej zarabiających klubów piłkarskich w sezonie 2017/2018

Real Madryt wrócił na pozycję lidera wśród klubów o największych przychodach na świecie. W sezonie 2017/2018 przychody hiszpańskiego giganta wyniosły rekordowe 750 mln euro. Na drugim miejscu znalazła się FC Barcelona, a na trzecim zwycięzca z poprzednich lat, czyli Manchester United. Przychody dwudziestki największych futbolowych drużyn wyniosły 8,3 mld euro, o sześć procent więcej niż rok wcześniej. To najważniejsze wnioski z 22. edycji raportu „Football Money League”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

Aby znaleźć się w zestawieniu trzeba było przekroczyć poziom co najmniej 200 mln euro. Największy udział w tej kwocie mają przychody z transmisji, stanowiące 43 proc. W tegorocznej edycji rankingu widoczny jest jednak wzrost przychodów z reklam, stanowiących obecnie 40 proc. całości. Przychody z meczów nie zmieniły się i stanowią 17 proc. sumy.

Hiszpańskie kluby triumfują

Na pierwsze miejsce po dwóch sezonach przerwy powrócił Real Madryt z rekordowymi przychodami w kwocie 750,9 mln euro. Różnica między pierwszym a kolejnym klubem w zestawieniu wynosi aż 60,5 mln euro i jest druga co do wielkości w historii rankingu.  – Europejska piłka nożna nadal przeżywa hossę. W tegorocznym rankingu odnotowano wzrost przychodów o niemal 450 mln euro. Real Madryt znów pobił rekord. To pierwszy klub, którego przychody przekroczyły trzy czwarte miliarda euro i który po raz dwunasty wygrał ranking – mówi Dan Jones, Partner w Sports Business Group w Deloitte.

Przychody Los Blancos wzrosły o ponad 75 mln euro rok do roku, co jest efektem wygrania Ligi Mistrzów trzeci raz z rzędu. Powodem jest przede wszystkim wzrost przychodów z reklam o 54,8 mln euro i zwiększenie kwot pochodzących ze sponsoringu, sprzedaży gadżetów i przynoszących coraz większe pieniądze rozgrywek poza sezonem. Real Madryt, który zarobił na reklamach 356,2 mln euro, znów osiągnął najlepszy wynik na świecie, co świadczy o nieustającej popularności tej marki. – Oszałamiające wyniki finansowe Realu Madryt w tym sezonie to efekt wieloletnich sukcesów na boisku i zdobycia trzy razy z rzędu pucharu Ligi Mistrzów. Dzięki temu rosły jego przychody z reklam, bo każdy chce być partnerem najlepszego klubu Europy – mówi Dan Jones.

–  Większość klubów z pierwszej dziesiątki z powodzeniem osiąga fazę pucharową Ligi Mistrzów UEFA. Prognozowany dalszy wzrost przychodów z udziału w pucharach europejskich oznacza, że wyniki osiągnięte w najważniejszym turnieju UEFA mogą znacząco wpłynąć na przyszłoroczny ranking – dodaje.

Pierwsza dziesiątka zdominowana przez Premier League

Choć Manchester United spadł z miejsca pierwszego na trzecie, angielską Premier League w pierwszej dziesiątce reprezentuje aż sześć drużyn, co jest największym sukcesem jednego kraju w historii rankingu.  Po dłuższej przerwie (od sezonu 2006/2007) znalazł się w niej, m.in. Tottenham Hotspur, z przychodami w kwocie 379,4 mln funtów. Pomógł mu sezon rozgrywek na stadionie Wembley, dzięki czemu przychody z meczów zwiększyły się o 26,5 mln funtów, czyli o 54 proc.

Manchester City z przychodami wysokości 503,5 mln funtów ma bezpieczne miejsce w pierwszej piątce, zaś Liverpool (455,1 mln funtów) zajmuje siódme miejsce, zarobiwszy dodatkowo 90,6 mln funtów w finałach Ligi Mistrzów w sezonie 2017/2018. W przypadku Liverpoolu, do zajęcia miejsca w pierwszej piętnastce tegorocznego rankingu wystarczyłyby przychody z reklam, których wartość wzrosła z 65,8 mln funtów (68,6 mln euro) do 222,6 mln funtów (251,3 mln euro).

Na ósmym miejscu rankingu nadal znajduje się Chelsea (448 mln funtów), zaś Arsenal (389,2 mln funtów) spadł na dziewiąte. Przyczyną tego stanu rzeczy jest jego nieobecność w Lidze Mistrzów po raz pierwszy od sezonu 1997/1998, co spowodowało, że klub zarobił mniej od konkurencji. Z kolei Everton (188,6 mln funtów) i West Ham (175,3 mln funtów) zachowały miejsca w czołowej dwudziestce, a powrót Newcastle United (178,5 mln funtów) do Premier League zapewnił mu miejsce dziewiętnaste.

– Podobnie jak w latach ubiegłych, w tegorocznym rankingu daje się zauważyć dużą liczbę klubów z Premier League. Jednak zamknięcie przetargu na sprzedaż praw transmisji krajowych począwszy od sezonu 2019/2020 oraz zbliżający się termin podpisania umowy sprzedaży praw do transmisji za granicą powodują, że kluby Premier League nie będą mogły liczyć na tak gwałtowny wzrost przychodów z tego źródła, jaki obserwowany w ostatnich latach – mówi Sam Boor, Starszy Menedżer w Sports Business Group. – Spodziewamy się zatem ukierunkowania na inne źródła przychodów, w szczególności na optymalizację przychodów z reklam, stanowiących główny czynnik różnicujący poziom przychodów czołowych klubów europejskich – dodaje.

Europejscy giganci korzystają na transferach

W tegorocznym rankingu Paris Saint-Germain odbił się po dwuletnim spadku, awansując na szóste miejsce. Transfer Neymara Juniora i Kyliana Mbappé, przeprowadzony latem 2017 roku, zwiększył oglądalność i przychody z meczów, dzięki czemu suma przychodów tego klubu wzrosła do 541,7 mln euro.

Czwarte miejsce w zestawieniu zajmuje Bayern Monachium, który już jedenasty raz z rzędu znalazł się w pierwszej piątce. Włoskie Internazionale awansował o jedno miejsce i jest obecnie czternasty. Zdecydował o tym kolejny pomyślny finansowo rok (wzrost przychodów z reklam i z meczów). AS Roma i AC Milan wróciły do dwudziestki, dzięki występom w rozgrywkach UEFA. Rozgrywki w Lidze Mistrzów opłaciły się również tureckiemu klubowi Beşiktas, który osiągnął dzięki temu historyczny sukces (miejsce dwudzieste szóste), a także Sewilli (miejsce dwudzieste siódme).

– Nasze badanie dowiodło, że możliwość zwiększenia konkurencyjności klubu, także poza boiskiem, dzięki transferowi międzynarodowych gwiazd piłkarskich, nabiera znaczenia przy kształtowaniu polityki transferowej. Byliśmy świadkami sytuacji, w której pozyskanie takich piłkarzy może pozytywnie wpłynąć na finanse klubu. W przyszłym roku będziemy z zainteresowaniem obserwować, czy zeszłoroczny transfer Cristiano Ronaldo przyniesie takie korzyści Juventusowi, który wypadł z czołowej dziesiątki pierwszy raz od sezonu 2011/2012 – mówi Sam Boor.

Raport Deloitte Football Money League 2019 – ranking przychodów:Raport Deloitte Football Money League 2019 - ranking przychodów:

O rankingu:
Wartości przychodów uwzględnione w rankingu pochodzą z rocznych sprawozdań finansowych poszczególnych klubów lub z innych bezpośrednich źródeł dotyczących sezonu 2017/2018. Przychody nie uwzględniają opłat z tytułu transferu zawodników, podatku VAT oraz podatku obrotowego. W niektórych przypadkach dokonano korekt wartości sumarycznych, które zdaniem Deloitte umożliwiły uzyskanie bardziej wiarygodnych wyników umożliwiających porównanie poszczególnych klubów pod względem działalności sportowej. Na przykład jeżeli istniały informacje dotyczące znaczącego zakresu działalności niezwiązanej z branżą piłkarską lub transakcji kapitałowych, wartości te zostały wyłączone z przychodów.

Przed dokonaniem analizy Deloitte nie przeprowadził weryfikacji ani audytu informacji dotyczących poszczególnych klubów zawartych w sprawozdaniach finansowych i innych źródłach stanowiących podstawę naszej publikacji. Aby umożliwić porównanie wyników, wszystkie dane za sezon 2017/2018 zostały przeliczone po kursie z dnia 30 czerwca 2017 r. (1 GBP = 1,1289 EUR). Dane porównawcze zaczerpnięto z poprzednich edycji naszego rankingu, z rocznych sprawozdań finansowych lub innych bezpośrednich źródeł.