W obszarze inwestycji budowlanych dla przemysłu i logistyki coraz częściej obserwuje się zainteresowanie rozwiązaniami kompleksowymi. Właściciele firm, którzy posiadają projekt hali, działkę oraz pozwolenie na budowę, coraz częściej decydują się na przekazanie pełnej realizacji wyspecjalizowanemu wykonawcy. Model, w którym jedna firma odpowiada za wszystkie etapy inwestycji, znany jest jako generalne wykonawstwo hal stalowych.
Kompleksowe podejście do procesu budowy
Generalne wykonawstwo obejmuje nie tylko samą realizację budynku, ale także szereg czynności poprzedzających i następujących po zakończeniu prac budowlanych. W praktyce oznacza to m.in. analizę dostarczonego projektu, opracowanie harmonogramu prac, prowadzenie budowy z udziałem doświadczonego kierownika, a także koordynację odbiorów technicznych i uzyskanie pozwolenia na użytkowanie obiektu.
Z perspektywy inwestora takie podejście minimalizuje konieczność angażowania się w kwestie techniczne i proceduralne, umożliwiając skoncentrowanie się na bieżącej działalności operacyjnej firmy.
Standaryzacja, odpowiedzialność, transparentność
Jednym z istotnych elementów generalnego wykonawstwa jest przejęcie przez wykonawcę pełnej odpowiedzialności za końcowy efekt inwestycji. Oznacza to także koordynację prac różnych ekip wykonawczych oraz kontrolę punktów styku między branżami. Zintegrowany nadzór i jednolita odpowiedzialność pozwalają ograniczyć ryzyko błędów wykonawczych, przestojów oraz problemów na etapie odbiorów.
Na etapie realizacji inwestycji dużą rolę odgrywa także transparentna komunikacja z inwestorem – np. w formie regularnych narad budowlanych i raportowania postępów.
Etapy realizacji w formule „pod klucz”
Przebieg współpracy w modelu generalnego wykonawstwa można podzielić na kilka głównych etapów:
weryfikacja projektu – analiza kompletności dokumentacji, wskazanie możliwych usprawnień konstrukcyjnych lub ekonomicznych.
realizacja budowy – prace prowadzone zgodnie z harmonogramem i nadzorem kierownika budowy z uprawnieniami.
odbiory techniczne – przeprowadzane w imieniu inwestora z udziałem służb takich jak PSP, Sanepid czy PINB.
oddanie do użytkowania – przekazanie kluczy, dokumentacji powykonawczej i instrukcji obsługi.
wsparcie po zakończeniu prac – możliwość konsultacji w zakresie eksploatacji lub rozbudowy obiektu, a także jednoznaczna ścieżka gwarancyjna.
Kiedy warto rozważyć generalne wykonawstwo?
Model ten znajduje zastosowanie przede wszystkim przy budowie obiektów o powierzchni od około 1000 m² wzwyż, w szczególności hal produkcyjnych, magazynowych czy logistycznych. Jego zalety są szczególnie widoczne w przypadku inwestycji, które muszą być zrealizowane w ściśle określonym terminie oraz wymagają sprawnej koordynacji różnych branż budowlanych.
Z perspektywy firm planujących nowe obiekty istotne jest także ograniczenie liczby podmiotów odpowiedzialnych za poszczególne etapy – co przekłada się na łatwiejszy proces zarządzania całością inwestycji.
Poznaj model realizacyjny C&S Construction
Jednym z podmiotów specjalizujących się w generalnym wykonawstwie hal stalowych jest firma C&S Construction, która obsługuje inwestorów w całej Polsce. Model realizacyjny tej firmy zakłada pełne przejęcie odpowiedzialności za inwestycję – od weryfikacji dokumentacji projektowej, przez budowę prowadzoną własnymi ekipami, aż po przekazanie obiektu do użytkowania wraz z dokumentacją powykonawczą. Inwestorzy mają możliwość śledzenia postępów na bieżąco, a także skorzystania z jednoznacznego systemu gwarancyjnego obejmującego całą halę.
Wnioski
Generalne wykonawstwo hal stalowych to rozwiązanie, które zyskuje na popularności dzięki możliwości pełnej integracji procesu budowlanego. Odpowiednio przeprowadzona realizacja w tym modelu umożliwia zachowanie wysokiej jakości wykonania, terminowość i przejrzystość współpracy. Dla firm planujących rozwój infrastruktury przemysłowej może to być istotna przewaga – zarówno pod względem czasu realizacji, jak i ograniczenia ryzyka związanego z koordynacją wielu wykonawców.
Pierwszy kwartał 2025 roku był niezwykle udany dla XTB pod kątem pozyskiwania nowych klientów. Do grona użytkowników aplikacji i platformy XTB dołączyło ponad 194 tys. nowych inwestorów (+49,8% r/r). Na koniec marca 2025 r. XTB miało 1,54 mln klientów.
Liczba aktywnych klientów wzrosła do rekordowego poziomu 735,4 tys. (+76,5% r/r) wobec 416,6 tys. na koniec I kwartału 2024 roku.
Skonsolidowane przychody osiągnęły rekordowy poziom 580,3 mln zł (+ 4,4% r/r).
Zysk netto wyniósł 193,9 mln zł (wobec 302,7 mln zł rok wcześniej) przy rosnących, zgodnie z zapowiedziami, kosztach działalności operacyjnej na poziomie 315,8 mln zł.
XTB z sukcesem realizuje strategię rozwoju, której priorytetem jest poszerzanie bazy klientów i docieranie do nowych grup inwestorów. Systematycznie rosnąca liczba aktywnych klientów, połączona z ich zwiększoną aktywnością transakcyjną, przełożyła się na rekordowy poziom przychodów operacyjnych, które wyniosły 580,3 mln zł (+4,4% r/r) w pierwszym kwartale 2025 roku. Skonsolidowany zysk netto wyniósł 193,9 mln zł wobec 302,7 mln zł rok wcześniej przy rosnących, zgodnie z zapowiedziami, kosztach działalności operacyjnej na poziomie 315,8 mln zł. Zwiększony poziom kosztów wynikał głównie z wyższych nakładów na kampanie marketingowe, wyższych kosztów wynagrodzeń i świadczeń pracowniczych związanych ze wzrostem zatrudnienia oraz wyższych kosztów prowizji, wynikających z większych kwot zapłaconych dostawcom usług płatniczych, za pośrednictwem których klienci deponują swoje środki na rachunkach transakcyjnych w XTB.
Pierwszy kwartał 2025 roku był dla XTB udany pod względem poszerzania bazy klientów oraz budowania marki globalnej, czyli realizacji priorytetowych celów naszej strategii rozwoju. W szczególności cieszy mnie wzrost liczby nowych klientów oraz ich aktywności inwestycyjnej. To pokazuje, że umiemy skutecznie docierać do nowych grup klientów, którzy zwiększają swoją aktywność inwestycyjną w okresach zmienności rynkowej. Rosnąca liczba klientów to fundament naszego rozwoju w kolejnych latach i na tym będziemy się nadal koncentrować – komentuje Omar Arnaout, prezes zarządu XTB.
Struktura przychodów i aktywa klientów
Analizując przychody XTB pod kątem klas instrumentów można zauważyć, że w I kwartale 2025 r. największy udział (52,3%) miały CFD oparte na indeksach, w tym w szczególności niemiecki indeks akcji DAX (DE40), czy amerykańskie indeksy US 100 i US 500. Drugą najbardziej dochodową klasą aktywów były instrumenty CFD oparte na towarach – bazujące na notowaniach cen gazu ziemnego, złota oraz kawy. Ich udział w strukturze przychodów wyniósł 29,1% (wobec 48,7% rok wcześniej). Przychody na instrumentach CFD opartych o waluty stanowiły 13,5% (wobec 23,2% rok wcześniej), a najbardziej dochodowymi w tej klasie były CFD oparte o parę walutową EURUSD oraz kryptowaluty: ripple i bitcoin.
W pierwszym kwartale 2025 roku, klienci XTB bardzo aktywnie inwestowali w akcje i fundusze ETP (w tym fundusze ETF), a obrót tymi instrumentami wzrósł o 121,3% r/r do 4,1 mld USD. Na rynkach UE, blisko 80% pierwszych transakcji nowych klientów XTB to właśnie transakcje na akcjach i ETP oraz opartych o ten instrument Planach Inwestycyjnych. W pierwszym kwartale roku, klienci XTB na rynkach UE przeprowadzili 11 mln transakcji na tych instrumentach.
Niesłabnącym zainteresowaniem cieszy się również oferta oprocentowania wolnych środków, co odzwierciedla dynamiczny wzrost depozytów netto, które na koniec marca 2025 roku wyniosły 4,1 mld zł i były wyższe o 117,6% r/r.
Aktywa klientów XTB na koniec pierwszego kwartału 2025 roku wyniosły 30,3 mld zł. W tym 15,5 mld zł stanowiła wartość nominalna instrumentów posiadanych przez klientów na rachunkach (akcje i ETP), 4,2 mld zł to środki pieniężne klientów, a ponad 10,6 mld zł stanowiła wartość nominalna instrumentów CFD.
Rekordowy wzrost liczby klientów i ich aktywności inwestycyjnej
W pierwszym kwartale 2025 roku, XTB pozyskało rekordowe 194,3 tys. nowych klientów (+49,8% r/r), czyli zgodnie z kwartalnym celem zakładającym przyrost o 150-210 tys. klientów. Na koniec marca 2025 roku z platformy inwestycyjnej i aplikacji mobilnej XTB korzystało łącznie 1,54 mln klientów w porównaniu z 1,01 mln na koniec I kwartału 2024. Z kolei w dniach 1- 28 kwietnia 2025 r. do grona klientów XTB dołączyło kolejne 56,4 tys. nowych inwestorów.
Skokowo wzrosła również liczba aktywnych klientów, osiągając rekordowy poziom 735,4 tys. co oznacza wzrost o 76,5% r/r.
Ambitne plany produktowe i dalsza ekspansja zagraniczna
W 2025 roku XTB planuje nadal wzbogacać swoją ofertę o produkty dla każdego, kto chce by jego pieniądze pracowały, zarówno aktywnie jak i pasywnie. W pierwszym kwartale w aplikacji pojawiła się nowość w segmencie inwestowania długoterminowego – konto PEA we Francji. Z kolei inwestorzy w Wielkiej Brytanii zyskali możliwość przenoszenia swoich kont ISA do XTB. Zgodnie z zapowiedziami, XTB przygotowuje się do wprowadzenia do swojej oferty opcji i handlu kryptowalutami. Realizacja tegorocznego planu produktowego jest uzależniona od wielu czynników zewnętrznych, w tym m.in. uzyskania niezbędnych zgód regulacyjnych.
Budując globalną markę, XTB przygotowuje się do rozpoczęcia działalności w Indonezji (planowane na I połowę roku) oraz w Brazylii, gdzie trwa proces pozyskiwania niezbędnych licencji. Z kolei w Chile XTB pozyskała już licencję agenta papierów wartościowych, która umożliwia oferowanie klientom akcji oraz funduszy ETF. W perspektywicznym regionie Bliskiego Wschodu, XTB otworzyła w ostatnich tygodniach drugie biuro w Dubaju.
Dążymy do tego, by aplikacja XTB stała się pierwszym wyborem dla osób, które chcą by ich pieniądze pracowały – zarówno pasywnie, jak i aktywnie. Zdajemy sobie sprawę z tego, jak ważna jest nie tylko bogata oferta produktowa, ale także sprawny proces onboardingu nowych klientów czy ich wsparcia, kiedy tego potrzebują. Jesteśmy przygotowani technologicznie do tego, by efektywnie obsługiwać coraz więcej klientów, w tym na nowych, perspektywicznych rynkach Ameryki Łacińskiej czy Indonezji – podsumowuje Omar Arnaout.
PMPG Polskie Media, holding mediowy notowany na głównym parkiecie warszawskiej giełdy, opublikował wyniki za 2024 rok. W 2024 roku Grupa konsekwentnie realizowała transformację modelu biznesowego, skupiając się na budowie zdywersyfikowanego portfela dóbr cyfrowych oraz rozwoju aktywów poprzez inwestycje zewnętrzne. W analizowanym okresie osiągnęła 33,4 mln PLN przychodów ze sprzedaży. Wynik EBITDA, który wyniósł -5,1 mln PLN, odzwierciedla etap intensywnych inwestycji w nowe obszary działalności. Efektem realizacji nowej strategii jest również wzrost średniej liczby realnych użytkowników na portalach należących do Grupy. Ważnym krokiem w dalszej realizacji strategii jest planowane upublicznienie spółki Do Rzeczy.
– Intensywna realizacja wdrożonej w połowie roku, strategii przynosi realne efekty w postaci dynamicznych wzrostów na strategicznych projektach Grupy m.in. na Wprost.pl oraz Dorzeczy.pl. Według danych z Mediapanel Gemius, średnia ilość realnych użytkowników Wprost.pl oscylowała w granicach 5,8 mln w IV kw. 2024, co stawia ten portal na czele najbardziej opiniotwórczych portali w Polsce. Z kolei Do Rzeczy rośnie zarówno na portalu – 4,05 mln realnych użytkowników miesięcznie w 2024 r. wobec 3,39 mln użytkowników w 2023 r., jak w innych projektach sygnowanych logiem Do Rzeczy – kanał na Youtube ma obecnie 87 tys. subskrybentów, co stanowi wzrost o 125% z 38,7 tys. w listopadzie 2024 – komentuje Katarzyna Gintrowska, prezes PMPG Polskie Media.
PMPG stale też dywersyfikuje portfolio swoich projektów, co ma przyciągnąć nowych czytelników oraz reklamodawców. W ciągu roku spółka uruchomiła trzy nowe portale – newsmed.pl, smaki.pl oraz quizik.pl.
– Prawdziwym sukcesem okazały smaki.pl i quizik.pl, uruchomione w 2024 roku. Smaki.pl odwiedziło w grudniu 2024 2,26 mln realnych użytkowników, widzimy też, że serwis notuje od momentu uruchomienia cykliczną poprawę osiąganych zasięgów, a we wrześniu był na 10 miejscu najczęściej odwiedzanych portali wg Mediapanel Gemius. Quizik.pl odwiedziło w grudniu 2024 ponad 800 tys. realnych użytkowników, a liczba odsłon serwisu wyniosła 17,6 mln. Te liczby pozwalają nam z nadzieją patrzeć na nadchodzące miesiące – dodaje Katarzyna Gintrowska.
Creotech Instruments S.A., notowany na GPW polski producent satelitów, systemów i podzespołów satelitarnych, ogłosił powołanie spółki zależnej, która przejmie działalność w obszarze aplikacji dronowych i przetwarzania danych satelitarnych. W dniu 29 kwietnia 2025 roku Zarząd Spółki podjął decyzję o rozpoczęciu prac nad powołaniem prostej spółki akcyjnej będącej 100% własnością Creotech Instruments S.A. Zostanie do niej docelowo przeniesiona działalność Spółki prowadzona w ramach pionu aplikacji dronowych i przetwarzania danych satelitarnych. Plan przeniesienia tej działalności obejmuje zarówno przesunięcie pracowników, jak i zasobów materialnych. Nowy podmiot zależny poprowadzi Jacek Kosiec, obecny Wiceprezes Zarządu Creotech Instruments. Wydzielenie tego segmentu ma na celu sprawniejsze zarządzanie projektami już realizowanymi w tym obszarze oraz pozyskanie nowych, a także przyspieszenie ich wdrożeń. W ten sposób doświadczenie Spółki budowane przez 5 lat będzie mogło być sprawniej implementowane na rynku. W efekcie spodziewany jest szybki wzrost nowego podmiotu i generowanie wartości dla Creotech Instruments.
– Pozyskanie w ostatnim czasie dużych projektów satelitarnych – Mikroglob i Camilla – znacząco zwiększyło skalę działalności Spółki i koncentruje jej zasoby na tym obszarze, co sprawia że prowadzenie równoległej działalności w pozostałych segmentach staje się bardziej wymagające. Obecnie segment satelitarny odpowiada już za 95% przychodów Creotech Instruments, a jego dominacja nad pozostałymi obszarami będzie się dalej pogłębiać. Tymczasem dokonania Creotech Instruments w zakresie zarówno technologii kwantowych, jak i aplikacji dronowych, czy przetwarzania danych satelitarnych są istotne w skali rynku europejskiego i dają solidne podstawy do budowy silnej pozycji także w tych segmentach. Stąd decyzja o usamodzielnieniu segmentu technologii kwantowych anonsowana 16 kwietnia i dzisiejsza decyzja o wydzieleniu także działalności w obszarze aplikacji dronowych i przetwarzania danych satelitarnych. Rozdzielenie tych obszarów umożliwi skoncentrowanie działalności Creotech Instruments na systemach satelitarnych oraz usprawni zarządzanie tym kluczowym segmentem. Naszym celem jest uruchomienie nowej spółki, która będzie mogła realizować nowe przedsięwzięcia związane z przetwarzaniem danych satelitarnych oraz rozwijać aplikacje dronowe, w tym system Drone Traffic Management, w ramach ostatnio przyznanego nam przez Europejską Agencję Kosmiczną projektu DTM Tool. Opracowywany system będzie umożliwiał zaawansowany monitoring i kontrolę dronów poza zasięgiem wzroku, co będzie miało istotny wpływ na poprawę bezpieczeństwa operacji dronowych.
A obawa przed katastrofą dronów jest podstawowym czynnikiem powstrzymującym masowe ich zastosowanie, np. w dostawach małych przesyłek. W ocenie Zarządu, nowa spółka zależna będzie posiadać zdolność do samodzielnego prowadzenia działalności i stanie się istotnym składnikiem aktywów Creotech Instruments –mówi Jacek Kosiec, Wiceprezes Zarządu Creotech Instruments S.A.
Planowane jest przeniesienie do nowego podmiotu kilku pracowników Creotech Instruments, dotychczas zatrudnionych w pionie aplikacji dronowych i przetwarzania danych satelitarnych, a także zatrudnienie nowych specjalistów, zarówno do tworzenia rozwiązań sprzętowych, jak i oprogramowania. W początkowym okresie działalności nowa Spółka będzie korzystać ze wsparcia Creotech Instruments w zakresie obsługi administracyjnej i logistycznej. Wstępny biznesplan zakłada, że już w pierwszym roku funkcjonowania – w oparciu o obecnie pozyskane projekty – Spółka będzie generować przychody umożliwiające osiągnięcie dodatnich przepływów finansowych. Dalszy rozwój będzie uzależniony od pozyskania kolejnych projektów oraz skutecznej komercjalizacji produktów powstałych w ramach działalności wydzielanej z Creotech Instruments. W dłuższej perspektywie nowa Spółka liczy na dynamiczny wzrost rynku zastosowań dronów, zarówno w sektorze cywilnym, jak i wojskowym. Obecnie nie jest planowane wprowadzanie akcji nowej spółki na rynek regulowany.
Poniedziałkowa sesja przebiega w dość spokojnych nastrojach, a przecież ostatnie tygodnie przyzwyczaiły nas do dużej zmienności. Nie można jednak wykluczyć, że to tylko cisza przed burzą. W tym tygodniu otrzymamy jeszcze mnóstwo kluczowych danych makro, a trudno też uwierzyć, żeby prezydent USA przez dłuższy czas nie zakręcił rynkami.
Kalendarz pełen impulsów
Poniedziałkowy kalendarz makro świeci pustkami, jakby zbierał siły do tego, co czeka nas w kolejnych dniach. Przed nami duża liczba publikacji, z których wiele ma walory do wygenerowania poważnych rynkowych impulsów. Już jutro poznamy wstępną kwietniową inflację z Hiszpanii, a także tempo tamtejszego PKB w pierwszym kwartale. Później przyjdzie czas na badania nastrojów w strefie euro, które według prognoz mają się lekko pogorszyć w stosunku do poprzednich. Następnie decyzja węgierskiego banku centralnego, ale stopy mają pozostać tam bez zmian. Wreszcie wtorek to początek odczytów z amerykańskiego rynku pracy i na pierwszy ogień zwyczajowo pójdzie liczba wakatów wg JOLTS.
W środową noc poznamy wskaźniki wyprzedzające z Chin i podstawowym pytaniem pozostaje, czy na przemysłowym PMI zobaczymy rysy związane z wojną celną. Potem przyjdzie czas na Europę, gdzie dostaniemy informacje zarówno o inflacji, jak i PKB z trzech największych unijnych gospodarek. Niemcy dorzucą do tego jeszcze sprzedaż detaliczną i stopę bezrobocia. Tego dnia o godz. 10 dowiemy się, jak w mijającym miesiącu kształtowała się dynamika cen nad Wisłą. CPI w ujęciu rocznym ma spaść do 4,3%. Wreszcie po południu do gry wejdą Amerykanie ze swoim wzrostem gospodarczym, danymi o wydatkach i kolejnym odczytem z rynku pracy (ADP).
Czwartek to święto w wielu krajach, ale za to Bank Japonii zakończy decyzyjne posiedzenie (stopy mają pozostać na poziomie 0,5%). Z USA nadejdą za to wskaźniki wyprzedzające i także w tym przypadku otacza je niepewność co do skutków nowej polityki celnej. I wreszcie w piątek, gdy pewnie sporo ludzi będzie dalej świętować, w kalendarzu zobaczymy przemysłowe PMI ze Starego Kontynentu, a także inflację strefy euro, a w godzinach popołudniowych dane amerykańskiego Departamentu Pracy. Wyraźnie widać, że – mimo majówkowych nastrojów w wielu domach – rynki mają szansę wygenerować sporo emocji.
Spokój przed burzą?
Oprócz odczytów makro, impulsy mogą nadejść z frontu politycznego. Wybory parlamentarne odbywają się dziś w Kanadzie, a w sobotę w Australii. USA wciąż naciskają na rozejm między Rosją a Ukrainą, ale nastawienie agresora w dalszym ciągu wygląda bardziej na grę, niż realną chęć zatrzymania działań wojennych. A skoro przy wojnie jesteśmy, to jej handlowe wydanie przechodzi w co najmniej dziwną fazę. Amerykanie twierdzą, że negocjują z Chińczykami, ale ci drudzy nie potwierdzają tych informacji. Doniesienia z Państwa Środka (teraz o wsparciu dla firm, które mogą najbardziej ucierpieć na konflikcie) wskazują, że tamtejsze władze są gotowe na długotrwałe przeciąganie liny.
Żaden z powyższych tematów nie potrafi szczególnie wpłynąć na poniedziałkową sesję, która może zostać przejściową w oczekiwaniu nowych impulsów. Kurs EUR/USD w dalszym ciągu konsoliduje się wokół 1,135 $. Przekłada się to na wyciszenie par złotowych. Trend boczny coraz lepiej rozgaszcza się na EUR/PLN, kurs euro znajduje się poniżej 4,28 zł. Kurs USD/PLN nie odchodzi daleko od 3,76 zł, a kurs CHF/PLN pozostaje blisko 4,54 zł.
Kursy amerykańskich akcji i ceny obligacji skarbowych poszybowały w górę po tym, jak Trump stwierdził, że nie ma zamiaru zwolnić prezesa Powella. Dolar odnotował dość ograniczone zyski. Waluta wydaje się pełnić funkcję zaworu bezpieczeństwa, który pomaga obniżyć deficyt handlowy przy ograniczonym wpływie na resztę gospodarki.
Kluczowe punkty:
Polskie dane wskazują na słabość gospodarczą i dezinflację.
Trump wycofuje groźbę zwolnienia Powella.
Aktywa w USA zyskują, USD tylko nieznacznie.
Zbiorczy PMI spadł w strefie euro mniej niż w USA i Wlk. Brytanii.
Sprzedaż detaliczna w Wlk. Brytanii wciąż wskazuje na silny popyt.
Nagłówki dot. USA i Chin wspierają CNY i podobne waluty.
W piątek kluczowy raport NFP.
Gwałtowna reakcja rynku ponownie zmusiła Trumpa do wycofania się z kontrowersyjnych wypowiedzi, tym razem dotyczących możliwej dymisji prezesa Rezerwy Federalnej. Dolar zareagował bardzo niewielkim umocnieniem, kilka dni wcześniej, w okresie świątecznej niskiej płynności, spadł zaś w ujęciu ważonym handlem do najniższych poziomów od trzech lat.
Na razie wszystko, co umożliwia nam ocenę ciosu gospodarczego spowodowanego „dniem wyzwolenia”, to ankiety przedsiębiorców i drugorzędowe twarde dane. W tym tygodniu otrzymamy pierwsze kluczowe informacje o stanie gospodarki po wprowadzeniu ceł – raport NFP (non-farm payrolls) za kwiecień (piątek 02.05). Poznamy także szacunki wzrostu gospodarczego w I kwartale dla USA i strefy euro (środa 30.04) oraz wstępne dane o inflacji w kwietniu na Starym Kontynencie (piątek 02.05). To tydzień pełen istotnych raportów po „dniu wyzwolenia”, które powinny napędzać rynki, inwestorzy będą jednak równocześnie bardzo uważni na wieści dotyczące potencjalnych umów handlowych sygnowanych przez administrację Trumpa.
PLN
W ogólnie spokojniejszym globalnym otoczeniu złoty odnotował w ubiegłym tygodniu niewielkie zyski względem euro. Poznaliśmy liczne wieści z kraju, a dane wskazywały w dużej mierze na słabość gospodarczą i dezinflację. Dynamika wzrostu płac ponownie spadła, kluczowe odczyty aktywności pod koniec I kwartału zawiodły – a było to jeszcze przed zamieszaniem związanym z „dniem wyzwolenia” i drakońskimi cłami Trumpa.
W tym tygodniu uwaga skupi się na wstępnym odczycie inflacji w kwietniu (środa 30.04), który powinien pokazać znaczny spadek presji cenowej. Może to dodatkowo przekonać NBP do obniżenia stóp procentowych na posiedzeniu w przyszłym tygodniu (07.05), choć sądząc po ultragołębiej retoryce prezesa Adama Glapińskiego, kolejna zachęta raczej nie jest konieczna. W najbliższym czasie kluczowy dla złotego pozostanie zapewne globalny sentyment.
EUR
Opublikowane w ubiegłym tygodniu wskaźniki PMI dla aktywności biznesowej w strefie euro przekroczyły nasze oczekiwania i sugerują, że cios spowodowany cłami Trumpa będzie dla niej mniejszy niż dla USA. Choć aktywność spadła, to nie tak silnie jak po drugiej stronie Atlantyku. Co istotne, indeks dla przemysłu właściwie wzrósł względem marca, choć wciąż nie wskazuje na ekspansję. Jasne jest, że różnica między wynikami gospodarczymi strefy euro i USA zatarła się, przynajmniej w krótkim terminie.
Publikowane w piątek (02.05) dane o kwietniowej inflacji w powinny dać nam większą jasność, jaką przestrzeń do dalszego obniżania stóp procentowych ma Europejski Bank Centralny, podkreślamy przy tym jednak, że nie wpływają one już na wspólną walutę tak silnie jak wcześniej.
USD
Nawet mimo silnego wzrostu amerykańskich akcji i cen obligacji skarbowych (czyli spadku ich rentowności) w ubiegłym tygodniu dolar zakończył go na niemal niezmienionym poziomie. Stanowi to sygnał, że waluta mogła stać się zaworem bezpieczeństwa, który pomaga obniżyć deficyt handlowy przy ograniczonym wpływie na resztę gospodarki.
Opublikowane w ubiegłym tygodniu drugorzędne dane za kwiecień były mieszane, raport z rynku pracy (piątek 02.05) będzie więc prawdopodobnie pierwszym istotnym wskaźnikiem rzeczywistego wpływu ceł i spowodowanego nimi chaosu rynkowego na gospodarkę. Wstępny PKB w I kwartale (środa 30.04) również może okazać się istotny, należy jednak pamiętać, że wielki pakiet ceł Trumpa ogłoszony został już w II kwartale.
GBP
Ostatni tydzień przyniósł mieszane odczyty z Wielkiej Brytanii. Sprzedaż detaliczna w marcu zaskoczyła znacznie w górę, sugerując odporny krajowy popyt wspierany przez wciąż silny rynek pracy i wzrost płac. Wskaźniki PMI były jednak poniżej oczekiwań – bez wątpienia wpłynął na nie rynkowy chaos po „dniu wyzwolenia”.
Sądzimy, że gorsze wyniki funta względem euro nie są uzasadnione fundamentami, obejmującymi wysokie stopy procentowe, stosunkową izolacją ekonomiczną od ceł Trumpa oraz perspektywą silniejszej integracji z Unią Europejską, i pozostajemy dość pozytywnie nastawieni do brytyjskiej waluty.
Autorzy: Enrique Díaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Michał Jóźwiak – analitycy Ebury
Kto wygra 28 kwietnia wybory w Kanadzie? Liberalny strach przed cłami Trumpa, czy może konserwatywny strach przed wizją kolejnych czterech lat rządów liberałów?
Jeszcze niedawno wydawało się, że konserwatysta Pierre Poilievre może być pewny przejęcia funkcji premiera Kanady. Przed nałożeniem ceł przez Stany Zjednoczone sytuacji gospodarczej kraju spod znaku czerwonego klonu nie można było określić mianem dobrej. Realny wzrost PKB, jeden z najniższych w krajach OECD, od II kwartału 2022 r. zaczynał hamować, żeby wrócić w III kwartale 2024 r. do poziomu sprzed pandemii 1,9 proc. Bezrobocie, które jeszcze w 2022 r. wynosiło około 5 proc., obecnie jest na poziomie około 7 proc. Na dodatek kraj boryka się z problemem małej dostępności mieszkań. Jedyną dobrą informacją jest spadek inflacji CPI z 6 proc. w 2022 r. do poziomu 2 proc., utrzymującego się od 2024 r.
25-procentowe cła, nałożone w kwietniu przez administrację Donalda Trumpa na towary kanadyjskie, mocno biją w gospodarkę kraju. W efekcie w 2025 r. PKB spadnie o 1,2 proc. proc – wynika z prognoz Banku Kanady. Szacunki amerykańskich think tanków Peterson Institute For International Economics i The Brookings Institute są zbliżone, wskazując na spadek kanadyjskiego PKB o 1 proc.
Jaką politykę gospodarczą w tej sytuacji oferują wyborcom obie rywalizujące partie? Liberalna Partia Kanady jest ugrupowaniem bardziej na lewo od konserwatystów, choć nie można mówić o niej jako o lewicy, w przeciwieństwie do kanadyjskich Nowych Demokratów i Zielonych. Liberałom przewodniczył do niedawna Justin Trudeau, przez ostatnie 10 lat premier kraju. Na początku stycznia jednak zrezygnował z obu stanowisk. Zastąpił go finansista Mark Carney, były prezes Banku Kanady i Banku Anglii, przez pewien czas także doradca Trudeau.
Objęcie przezeń teki premiera zbiegło się w czasie z uderzeniem przez Donalda Trumpa cłami w Kanadę. I spowodowało znaczący wzrost poparcia dla liberałów, którzy swoją kampanię oparli na stanowczej postawie wobec USA.
Liberałowie postulują stworzenie programu Build Canada Homes: przeznaczenie 25 mld dolarów kanadyjskich na mieszkalnictwo oraz zwolnienie nowych lokali do 1 min dolarów z VAT dla osób nabywających swoje pierwsze mieszkanie. Sytuację pracowników ma poprawić obniżka progu podatkowego dla najmniej zarabiających z 15 do 14 proc., a także zwiększenie z 25 mln do 50 mln dolarów dotacji na Union Training and Innovation Program, którego celem jest poszerzanie kompetencji zawodowych pracowników. 25 mln dolarów ma też wesprzeć programy kształcenia zawodowego w koledżach. Inne propozycje to ograniczenie wewnętrznych barier handlowych, zwiększenie ulgi podatkowej dla pracowników dojeżdżających ponad 120 km do miejsca pracy, przeznaczenie 5 mld dolarów na rozbudowę infrastruktury pod handel międzynarodowy i 2 mld dolarów wsparcia dla przemysłu motoryzacyjnego. Oprócz tego partia rządząca deklaruje zwiększenie ulg podatkowych dla firm z branży wydobycia surowców naturalnych i zwiększenie środków na rolnictwo oraz na badania i rozwój.
Zgodnie z oceną think-tanku The Institute of Fiscal Studies and Democracy, zajmującego się finansami publicznymi, koszty fiskalne realizacji propozycji wyniosą 83 mld dolarów. Instytut ocenił program partii pozytywnie, biorąc pod uwagę realistyczność założeń, odpowiedzialność fiskalną i transparentność. Według wyliczeń liberałów, w ciągu czterech lat deficyt ma spaść poniżej 1 proc. PKB na skutek wzrostu gospodarczego.
Lider konkurencyjnej wobec liberałów Konserwatywnej Partii Kanady Pierre Poilievre ma dużo większe polityczne doświadczenie od premiera. Od 21 lat jest parlamentarzystą, otrzymał tekę ministra w rządzie Stephena Harpera, później był ministrem finansów w gabinetach cieni. W kampanii porównuje Carneya do Trudeau i obiecuje zakończenie „zmarnowanej dekady liberałów”. Jest uważany za populistę, czasem nawet porównywany do Donalda Trumpa, choć ideologicznie wyraźnie się od niego różni.
Konserwatyści postulują zwolnienie z VAT nowych mieszkań o wartości do 1,3 mln dolarów oraz nowych aut wyprodukowanych w Kanadzie, obniżenia pierwszego progu podatku dochodowego z 15 proc. do 12,75 proc., zwolnienia reinwestowanych w Kanadzie zysków z podatku od zysków kapitałowych, całkowitej likwidacji węglowych opłat emisyjnych (zostały przez obecny rząd niedawno zlikwidowane – po stronie konsumentów), zwolnienia z podatku dochodów pracujących emerytów do 34 tys. dolarów.
Konserwatyści popierają zwiększenie wsparcia finansowego na Union Training and Innovation Program, aby przeszkolić 350 tys. pracowników w pięć lat. Chcą też utworzyć program Keep Canadians Working, w którego ramach 3 mld dolarów miałoby trafić do branż dotkniętych cłami. Oprócz tego Torysi postulują zasadę kasowania dwóch regulacji w razie wprowadzenia jednej nowej i obniżenie wydatków publicznych o 2 dolary przy podniesieniu innych o 1 dolara. Zapowiadają też walkę z ucieczką zysków firm do rajów podatkowych.
Według The Institute of Fiscal Studies and Democracy deficyt w 2029 r. ma w razie wygranej konserwatystów spaść do 14 mld dolarów, co instytut określa jako „niecodzienne” w dobie wojny celnej i niepewności gospodarczej. Instytut wystawił programowi Torysów ocenę poprawną.
Które grupy dochodowe skorzystają na propozycjach poszczególnych partii? Lewicowy think tank Canandian Centre for Policy Alternatives ocenia, że wdrożenie postulatów podatkowych będzie bardziej widoczne u zamożniejszych. Trevor Tombe z prawicowego think tanku Macdonald-Laurier Institute wskazuje, że choć pod względem nominalnych korzyści tego nie widać, analiza pod kątem udziałów w zapłaconym podatku dochodowym wskazuje na pozytywny efekt u najmniej zarabiających podatników. Uważa przy tym, że proponowane zmiany podatkowe nie będą miały wielkiego wpływu na gospodarkę.
Z bardzo dużym prawdopodobieństwem liberałowie nie tylko utrzymają się przy władzy, ale też odzyskają bezwzględną większość w parlamencie. Sprzyja im rozkład głosów w jednomandatowych okręgach wyborczych. By przejąć władzę, konserwatyści musieliby wygrać z dużą przewagą wybory w głosowaniu powszechnym.
Nowy rząd czeka trudne zadanie pchnięcia kraju na ścieżkę wzrostu gospodarczego. Były lider liberałów Michael Ignatieff pisze w „The Economist”, że trzeba poprawić produktywność, by poradzić sobie z presją ze strony USA. Zwraca także uwagę na szansę przyciągnięcia do Kanady naukowców z amerykańskich uczelni, dla których dotacje są obniżane. Z kolei dziennikarz „Financial Times” Tej Parikh, wskazuje na korzyści ze zniesienia krajowych barier handlowych, powołując się na przykład Australii z lat 90. Widzi też szansę Kanady w eksporcie gazu, uranu i innych zasobów naturalnych, pod warunkiem uproszczenia prawa, dopuszczenia zagranicznych inwestycji i rozwinięcia współpracy z rdzennymi Kanadyjczykami.
Szansą Kanady jest też niezamierzenie wywołane przez Trumpa zacieśnienie współpracy z Unią Europejską. Większość Kanadyjczyków – zgodnie z badaniem Abacus Data – jest nawet zainteresowana wizją członkostwa w UE, ale kluczowy jest dostęp do wspólnego rynku, bo umowa handlowa z Unią – CETA wciąż nie została ratyfikowana przez wszystkie państwa członkowskie Unii, w tym Polskę. Autor: Stanisław Stasiura
—————– jest członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich, byłym parlamentarzystą Parlamentu Młodych Rzeczypospolitej Polskiej VII kadencji oraz studiuje w SGH.
Wzrost długoterminowych oraz krótkoterminowych oczekiwań inflacyjnych w USA, rejestrowany przez Uniwersytet Michigan, przestaje wyglądać na statystyczną anomalię. Dane z drugiej rundy kwietniowych badań jedynie potwierdzają tendencję, którą wskazywały już wcześniejsze wyniki z marca i początku kwietnia: konsumenci wyraźnie zaczęli spodziewać się wyższej cen w krótkim oraz długim horyzoncie czasowym. To znacząca zmiana, zwłaszcza w zestawieniu z okresem inflacji po pandemii covid, kiedy wzrost oczekiwań był stosunkowo niewielki.
W gospodarce liczy się nie tylko rzeczywistość, ale także to, w co wierzą jej uczestnicy. Wysokie oczekiwania inflacyjne mogą stać się źródłem presji na wzrost cen w przyszłości. Jeżeli przekonanie o przyszłej inflacji się utrwali, Rezerwa Federalna nie będzie mogła pozostać bierna wobec szoków kosztowych, takich jak wzrost ceł. W przeciwnym razie ryzykuje, że wskaźniki CPI nie tylko utrzymają się, ale zaczną się ponownie podnosić.
W zeszłym tygodniu Christopher Waller z zarządu Fed sugerował, że w razie wzrostu bezrobocia związanego z nowymi taryfami, bank powinien rozważyć obniżkę stóp procentowych – jego zdaniem po lipcu. Jednak takie dane jak z ostatniego piątku znacząco komplikują tę strategię. Fed może stanąć przed trudnym wyborem: czy zaakceptować wzrost bezrobocia już teraz, czy dopuścić do głębszej destabilizacji cenowej w przyszłości.
Wchodząć w szczegóły, w kwietniu nastroje amerykańskich konsumentów obniżyły się już czwarty miesiąc z rzędu, co wskazuje na narastające obawy związane z potencjalnym wpływem polityki celnej na gospodarkę. Jak poinformował w piątek Uniwersytet Michigan, jego Indeks Nastrojów Konsumenckich osiągnął w tym miesiącu poziom 52,2. Choć wynik ten jest wyższy niż wstępne odczyty sprzed dwóch tygodni (50,8), to jednak pozostaje zdecydowanie niższy w porównaniu z marcowym poziomem 57,0. Ekonomiści ankietowani przez agencję Reuters oczekiwali, że końcowy odczyt utrzyma się bez zmian na poziomie 50,8, co podkreśla nieoczekiwaną poprawę, choć nadal w bardzo słabym kontekście.
Oczekiwania inflacyjne na najbliższe dwanaście miesięcy wyniosły 6,5 proc., co oznacza spadek w stosunku do wcześniejszego odczytu z tego miesiąca (6,7 proc.), ale jednocześnie wyraźny wzrost wobec marcowego poziomu 5,0 proc. Warto podkreślić, że jest to najwyższy poziom oczekiwań inflacyjnych od 1981 roku.
Uczestnicy rynku reagują na każde ogłoszenia dotyczące polityki celnej USA. Po 9 kwietnia (kiedy dowiedzieliśmy się o wstrzymaniu podwyżek taryf o 90 dni) oczekiwania infacyjne lekko skorygowały się ale jedynie na moment.
Aktualnie rynek kontraktów Fed Funds Futures zakłada, że w tym roku Fed obniży stopy procentowe o niespełna 90 punktów bazowych. Oznacza to, że konsensus wskazuje na nieco wiecej niż 3 cięcia po 25 pb ale mniej niż 4. W tym tygodniu poznamy Raport na temat wydatków Amerykanów (za marzec), PKB za Q1 a także NFP. W dużej mierze sytuacja na rynku pracy USA w kwietniu może determinować dalsze oczekiwania co do kształtowania się ścieżki stóp procetnowych w Stanach Zjednoczonych.
Według raportu firmy doradczej Newmark Polska „Office Occupier – Rynek biurowy w Warszawie”, w okresie od stycznia do końca marca 2025 roku aktywność najemców na warszawskim rynku biurowym utrzymywała się na umiarkowanym poziomie, choć był to najlepszy pierwszy kwartał pod względem popytu na biura od 2022 roku. Najwięcej umów najmu podpisano w centralnych lokalizacjach. Z kolei aktywność deweloperska pozostaje ograniczona w porównaniu z rekordową liczbą inwestycji realizowanych w latach 2017-2019. W pierwszym kwartale 2025 roku nie rozpoczęto budowy żadnego nowego budynku biurowego. Dostępność powierzchni biurowej znajduje się w lekkim trendzie spadkowym – dotyczy to zwłaszcza inwestycji oddanych do użytku po 2019 roku, w których współczynnik pustostanów nie przekracza 3,5%.
Od kilku kwartałów całkowite zasoby nowoczesnych powierzchni biurowych w Warszawie, pomimo oddawania do użytku kolejnych inwestycji, utrzymują się na poziomie ok. 6,3 mln mkw. W pierwszym kwartale 2025 roku odnotowano nawet nieznaczny spadek – o 0,3% w porównaniu z końcem grudnia 2024 roku.
– Starsze i nieefektywne biurowce są sukcesywnie wycofywane z rynku, z zamiarem przeprowadzenia ich gruntownej modernizacji bądź zmiany funkcji, np. przeznaczenia na cele mieszkaniowe. W pierwszym kwartale 2025 roku dotyczyło to dwóch budynków o łącznej powierzchni 32 400 mkw. Od początku 2020 roku wycofano z warszawskiego rynku łącznie ponad 380 000 mkw. biur, z czego około 45 000 mkw. powróciło w zmodernizowanych obiektach – mówi Karol Wyka, Dyrektor Zarządzający Działu Powierzchni Biurowych, Newmark Polska.
W okresie od stycznia do końca marca 2025 roku ukończono budowę tylko jednego budynku – biurowca o powierzchni 5600 mkw., przeznaczonego na potrzeby własne firmy CD Projekt.
Aktywność deweloperów kolejny kwartał z rzędu utrzymuje się na dość niskim poziomie. Na koniec marca 2025 roku w budowie pozostawało prawie 240 000 mkw., czyli mniej więcej tyle samo, co w czwartym kwartale ubiegłego roku. Prawie 60 000 mkw. znajdowało się w biurowcach przechodzących gruntowną modernizację. W okresie od stycznia do marca deweloperzy nie rozpoczęli żadnych nowych inwestycji, choć posiadają zarówno przygotowane do realizacji projekty, jak i zabezpieczone grunty pod budowę nowych biurowców.
– Do końca 2025 r. zasoby w Warszawie powiększą się o niewiele ponad 130 000 mkw., z czego prawie 65% trafi na stołeczny rynek już w drugim kwartale. Ponad 95% tegorocznej podaży zostanie dostarczone w lokalizacjach centralnych. Wśród największych inwestycji biurowych, których oddanie do użytku zaplanowano w kolejnych trzech kwartałach 2025 r., znajdują się The Bridge (47 000 mkw.), Office House (31 100 mkw.) czy modernizacja V Tower (30 750 mkw.) – dodaje Karol Wyka.
W pierwszych trzech miesiącach 2025 roku najemcy podpisali umowy najmu na prawie 160 500 mkw., co stanowi wzrost o ponad 16% rok do roku, ale spadek o ponad 34% w stosunku do czwartego kwartału 2024 roku.
W strukturze najmu w pierwszym kwartale 2025 roku dominowały lokalizacje centralne, w których wynajęto niemal 100 950 mkw. biur, co stanowiło prawie 63% wszystkich umów zawartych w tym okresie. Z kolei w strefach poza centrum podpisano umowy najmu na łącznie 59 550 mkw. Najwięcej umów najmu podpisano w Centralnym Obszarze Biznesu (52 150 mkw.), Centrum (48 800 mkw., z czego 64% w podstrefie Zachodnie Centrum) oraz na Służewcu (27 100 mkw.).
Z trzech największych transakcji sfinalizowanych w analizowanym okresie żadna nie przekroczyła 10 000 mkw. Natomiast średnia wielkość umowy podpisanej w pierwszym kwartale 2025 roku wynosiła 990 mkw. i była zbliżona do średniej z całego 2024 roku. Jednocześnie była o ponad 11% wyższa od średniej w pierwszym kwartale 2024 roku (w którym wynosiła 880 mkw.).
W strukturze popytu największy udział miały nowe umowy – 44%. Na pozostałe 56% złożyły się renegocjacje i odnowienia umów (25%), transakcje na potrzeby własne (17%), ekspansje (9%) oraz umowy przednajmu (5%). Najbardziej aktywnymi najemcami na warszawskim rynku biurowym w minionym kwartale były firmy z sektora usług dla biznesu (13,1%), finansowego (10,4%) oraz produkcyjnego (9,9%).
Od początku 2021 roku współczynnik pustostanów w Warszawie utrzymuje się na poziomie powyżej 10%. Na koniec marca 2025 roku wyniósł on 10,5%, co oznacza nieznaczny spadek w porównaniu z poprzednim kwartałem o 0,1 p.p. oraz o 0,5 p.p. w ujęciu rok do roku. W tym czasie najemcy mieli do dyspozycji łącznie prawie 657 700 mkw. wolnej powierzchni biurowej. Wskaźnik powierzchni niewynajętej w lokalizacjach centralnych wyniósł 7,4%, natomiast poza centrum – 13,0%. Współczynnik pustostanów w strefach centralnych pozostaje w trendzie spadkowym od początku 2024 roku.
Na koniec pierwszego kwartału 2025 roku miesięczne stawki czynszu za wynajem biura w najbardziej atrakcyjnych budynkach w centrum stolicy utrzymywały się w przedziale 22-27 euro za mkw., natomiast poza centrum wynosiły 16-18 euro za mkw.
– Według prognoz czynsze w kolejnych kwartałach 2025 roku pozostaną na dotychczasowym poziomie. Jednocześnie budynki biurowe wyposażone w inteligentne rozwiązania technologiczne oraz z zakresu ESG cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem najemców, co przekłada się na mniejszą elastyczność ze strony wynajmujących w trakcie negocjacji warunków umowy najmu – mówi Agnieszka Giermakowska, Dyrektor Działu Badań Rynkowych i Doradztwa, Lider ds. ESG, Newmark Polska.
Dynamiczne zmiany rynkowe, rosnące oczekiwania w zakresie standardów BHP, a także presja związana ze zrównoważonym rozwojem sprawiają, że firmy na całym świecie poszukują bardziej efektywnych modeli zarządzania zasobami. Jednym z obszarów, który przeszedł istotną transformację, jest zarządzanie tekstyliami – w tym odzieżą roboczą, matami podłogowymi czy tekstyliami dla branży HoReCa. Coraz częściej firmy rezygnują z samodzielnego zarządzania odzieżą na rzecz wyspecjalizowanych usług outsourcingowych.
Nowe wyzwania w zarządzaniu odzieżą i tekstyliami w firmach
Jeszcze kilka lat temu odzież robocza i tekstylia były traktowane jako standardowy koszt operacyjny – kupowane na zapas, prane we własnym zakresie lub zlecane lokalnym pralniom. Jednak w obliczu rosnącej złożoności przepisów BHP, wymogów higienicznych i standardów branżowych (np. w przemyśle spożywczym, farmaceutycznym czy motoryzacyjnym), tradycyjne podejście okazuje się niewystarczające.
Firmy borykają się z problemami logistycznymi, rosnącymi kosztami utrzymania odzieży oraz koniecznością zapewnienia jej zgodności z aktualnymi regulacjami. Dodatkowo rośnie znaczenie działań ESG – klienci i partnerzy coraz częściej oczekują, że firmy będą zarządzać zasobami w sposób odpowiedzialny środowiskowo.
Outsourcing tekstyliów – odpowiedź na potrzeby współczesnych organizacji
W odpowiedzi na te wyzwania dynamicznie rozwija się rynek usług outsourcingu tekstyliów. Wynajem i serwis odzieży roboczej, mat podłogowych czy czyściw przemysłowych stają się standardem wśród firm, które chcą skupić się na swojej podstawowej działalności, jednocześnie gwarantując najwyższe standardy bezpieczeństwa i jakości.
W modelu outsourcingowym odpowiedzialność za cały cykl życia odzieży – od zakupu, poprzez personalizację, dostawę, pranie, naprawy, aż po recykling – przejmuje wyspecjalizowany partner.
Lindström – model partnerskiej współpracy
Jednym z liderów na rynku zarządzania tekstyliami jest Lindström – fińska firma z 175-letnim doświadczeniem, obecna w ponad 24 krajach Europy i Azji. Lindström oferuje kompleksowe rozwiązania w zakresie wynajmu i serwisu odzieży roboczej, mat podłogowych, czyściw przemysłowych oraz tekstyliów dla sektora HoReCa i cleanroomów.
Model działania Lindström opiera się na partnerskim podejściu – firma przejmuje pełną odpowiedzialność za zarządzanie tekstyliami, dostosowując ofertę do specyfiki branży i potrzeb klienta. Dzięki temu organizacje mogą zoptymalizować koszty operacyjne, zwiększyć bezpieczeństwo pracowników oraz realizować cele zrównoważonego rozwoju.
Korzyści biznesowe płynące z outsourcingu tekstyliów
Optymalizacja kosztów operacyjnych
Outsourcing eliminuje konieczność ponoszenia kosztów zakupu odzieży i jej magazynowania. Stała miesięczna opłata za usługę umożliwia łatwe planowanie budżetu i redukcję kosztów związanych z utrzymaniem i serwisem tekstyliów.
Zwiększenie bezpieczeństwa i zgodności z normami
Profesjonalny serwis odzieży gwarantuje, że ubrania robocze są zawsze zgodne z obowiązującymi normami BHP i branżowymi. Regularne pranie i kontrola jakości minimalizują ryzyko wypadków oraz odpowiedzialności prawnej firmy.
Budowanie profesjonalnego wizerunku
Czysta, zadbana i spójna odzież robocza wzmacnia wizerunek firmy w oczach klientów, partnerów i pracowników. Estetyka wejścia (np. dzięki serwisowanym matom wejściowym) staje się integralną częścią strategii budowania marki.
Wsparcie celów zrównoważonego rozwoju
Firmy takie jak Lindström wdrażają rozwiązania oparte na gospodarce o obiegu zamkniętym. Dzięki odpowiedzialnemu serwisowi tekstyliów ograniczają zużycie wody, energii oraz emisji CO₂. Recykling i naprawy odzieży wydłużają jej cykl życia, zmniejszając wpływ na środowisko.
Przyszłość rynku usług zarządzania tekstyliami
Według analiz rynkowych outsourcing tekstyliów będzie dynamicznie rozwijał się w najbliższych latach, szczególnie w sektorach wymagających wysokich standardów higienicznych i bezpieczeństwa. Coraz więcej firm dostrzega, że zarządzanie tekstyliami to nie tylko kwestia operacyjna, ale strategiczna – wpływająca na koszty, reputację i zgodność z regulacjami.
Jednocześnie rośnie znaczenie transparentności procesów i ich wpływu na środowisko, co sprawia, że dostawcy usług muszą inwestować w innowacyjne, ekologiczne technologie.
Podsumowanie – tekstylia jako element strategii operacyjnej firmy
Współczesne zarządzanie firmą wymaga nie tylko koncentracji na głównym biznesie, ale także na efektywnym i odpowiedzialnym zarządzaniu wszystkimi procesami wspierającymi. Outsourcing usług tekstylnych, takich jak wynajem i serwis odzieży roboczej, staje się nieodłącznym elementem strategii operacyjnej nowoczesnych organizacji.
Kwiecień na rynkach mija pod znakiem wojny celnej. Z wojennej retoryki prezydenta USA zostaje jednak coraz mniej, co skutkuje korektą dolara, cofnięciem złota, czy wreszcie zwyżkami na giełdach. Te ostatnie przełożyły się na milowy krok w historii GPW.
Kto ma dobre karty?
Od Dnia Wyzwolenia (ogłoszenie przez prezydenta USA wprowadzenia nowych ceł na prawie cały świat) minęły 3 tygodnie, a z wojennej retoryki amerykańskiej administracji niewiele zostało. Większość globu objęło 90-dniowe zawieszenie taryf (domniemane okoliczności tej decyzji to temat na osobną historię, można ocenić je jako śmieszno-straszne), które ma dać szansę na negocjacje nowych umów handlowych. Na polu walki zostały jedynie Chiny, które pozostają siłą spokoju. W tym tygodniu Donalda Trumpa mieli odwiedzić prezesi spółek handlu detalicznego (m.in. Walmart), którzy obrazowo przedstawili zagrożenie pustych półek w sklepach, jeśli szybko nie dojdzie do deeskalacji konfliktu z Państwem Środka. Można założyć, że jakieś argumenty wreszcie przekonały lokatora Białego Domu, który łagodzi retorykę. Niestety, jak to w stylu obecnego rządu USA, komunikacja jest co najmniej chaotyczna, dlatego trudno z dużą pewnością założyć, na jakim etapie są rozmowy z Chińczykami. Podobno obie strony mają wyłączyć z absurdalnie wysokich ceł część kluczowych produktów, co rzeczywiście mogłoby stanowić dobry wstęp do dalszych negocjacji. Przynajmniej na ten moment rynki chcą wierzyć, że wojna handlowa ostatecznie rozejdzie się po kościach, co skutkuje kalibracją portfeli inwestycyjnych.
Dolar rośnie, złoto spada
Kalibracja portfeli jest doskonale widoczna w rynkowej korekcie dolara. Piszę korekcie, bo na ogłoszenie zmiany trendu jest wciąż zdecydowanie za wcześnie. W ten sposób kurs EUR/USD w piątkowe popołudnie znalazł się przy 1,135 $, czyli już 2 centy poniżej szczytów (najwyższe wskazania od jesieni 2021 roku) z początku tygodnia. Takie zachowanie głównej pary globu musiało znaleźć swoje przełożenie także na USD/PLN. Kurs dolara jeszcze we wtorkowy poranek próbował naruszyć 3,70 zł (najniżej od czerwca 2021 r.), aby następnie gwałtownie odbić i na kilka godzin przed końcem piątkowej sesji stabilizować się przy 3,76 zł. Słabsza na szerokim rynku wspólna waluta przełożyła się na odejście EUR/PLN od 4,30 zł, które można uznać za górne ograniczenie kwietniowej konsolidacji. Tym samym kurs euro znalazł się w środku trendu bocznego przy 4,27 zł. Zmiana rynkowego sentymentu chyba najlepiej widoczna jest na CHF/PLN, gdzie ugruntowuje się trend spadkowy, co potwierdza mniejsze zainteresowanie bezpiecznymi przystaniami (za jaką uchodzi helwecka waluta). Przekłada się to na kurs franka balansujący na 4,53 zł. Skoro przy safe haven jesteśmy, to nie można nie wspomnieć o złocie. Wycena królewskiego kruszcu kilka dni temu sięgnęła nowych rekordów w okolicy 3500 dolarów za uncję, aby aktualnie korygować się w kierunku 3300 USD. Czy risk on zagości na rynkach na dłużej? Niestety bardzo dużo zależy od przekazów z Białego Domu.
WIG to the moon!
Deeskalacja wojny celnej to miód na uszy inwestorów giełdowych. Wall Street już wczoraj odrobił straty spowodowane Dniem Wyzwolenia. Piątek to kolejna wzrostowa sesja na większości parkietów. Zaczęło się od Azji, gdzie tokijski Nikkei urósł o prawie 2%. W Europie wśród najistotniejszych giełd przewodzą Madryt i Mediolan (+1,2%), a najgorzej radzi sobie Amsterdam (+0,1%). Mieszane nastroje zagościły w Warszawie, gdzie główne indeksy oscylują wokół poziomów wczorajszego zamknięcia. Jednak w przypadku GPW informacja dnia (w sumie zarówno czwartku, jak i wciąż piątku) to przebicie przez szeroki WIG psychologicznej granicy 100 tys. punktów. Zajęło to rodzimej giełdzie skromne 34 lata. Krótkoterminowo pokonanie takiego poziomu może zwiastować korektę, która jednak w dużej mierze powinna być realizacją zysków. W dłuższym terminie perspektywy przed GPW pozostają pozytywne, a dodatkowo mogą je wspomóc zbliżające się obniżki stóp procentowych.
Ceny ubezpieczeń na świecie spadły średnio o 3% w pierwszym kwartale 2025 roku, po spadku o 2% w Q4 2024 r., co oznacza trzeci z rzędu kwartalny spadek po siedmniu latach wzrostów stawek – wynika z najnowszego raportu Global Insurance Market Index, opublikowanego przez Marsh, wiodącego na świecie brokera ubezpieczeniowego i doradcę ds. ryzyka, należącego do Grupy Marsh McLennan (NYSE: MMC).
Wynik ten jest kontynuacją trendu spadkowego, który po raz pierwszy zaobserwowano w Indeksie w pierwszym kwartale 2021 roku. Trend ten jest napędzany przez wzmożoną konkurencję na globalnym rynku ubezpieczeń, wynikającą z rosnącej pojemności ze strony obecnych ubezpieczycieli oraz pojawienia się tzw. „nowych graczy”. Jest to szczególnie widoczne w liniach majątkowych, finansowych i profesjonalnych oraz cybernetycznych, gdzie ubezpieczyciele aktywnie poszukują nowych możliwości biznesowych i rozszerzają swoją ofertę.
Wszystkie regiony świata odnotowały spadki stawek w Q1. W podziale na regiony, Pacyfik (8%), Wielka Brytania (6%), Indie, Bliski Wschód i Afryka – IMEA (4%), Azja i Kanada (3%), Ameryka Łacińska i Karaiby – LAC (2%), Stany Zjednoczone i Europa (1%).
Kluczowe wnioski:
Stawki ubezpieczeń majątkowych spadły o 6% na świecie, po spadku o 3% w Q4 2024 roku. Największe spadki, wynoszące 9%, odnotowano w Stanach Zjednoczonych i regionie Pacyfiku, w Wielkiej Brytanii spadek wyniósł 6%, w IMEA i LAC – 4%, Kanadzie – 3%, a Europie i Azji – 1%. Globalny rynek ubezpieczeń majątkowych doświadcza zwiększonej pojemności, napędzanej poprawą wyników finansowych ubezpieczycieli oraz niższymi kosztami reasekuracji.
Ceny ubezpieczeń OC wzrosły o 4% na świecie w pierwszym kwartale, pozostając na tym samym poziomie, co w Q4 2024 r. Wzrost ten był napędzany 8% wzrostem stawek ubezpieczeń OC w USA, głównie z powodu częstotliwości i złożoności roszczeń, z których wiele charakteryzuje się dużymi odszkodowaniami. Pojemność ubezpieczycieli w zakresie odpowiedzialności cywilnej w USA pozostała ograniczona w pierwszym kwartale. Pozostałe regiony świata odnotowały niskie jednocyfrowe wzrosty lub spadki.
Stawki dla linii finansowych i profesjonalnych spadły o 6% na świecie, podobnie jak w poprzednim kwartale, przy czym spadki stawek odnotowano we wszystkich regionach w wyniku silnej konkurencji i dostępnej pojemności.
Ceny ubezpieczeń cybernetycznych spadły o 6%, po spadku o 7% w poprzednim kwartale – z widocznymi obniżkami we wszystkich regionach. Ubezpieczeni coraz częściej przyjmują proaktywne podejście do zarządzania ryzykiem, wykorzystując oszczędności z tytułu składek do rozszerzenia ubezpieczenia, obniżenia retencji oraz zwiększenia limitów ochrony.
John Donnelly, President, Global Placement, Marsh: „Napędzane rosnącą konkurencją wśród ubezpieczycieli oraz korzystnymi cenami reasekuracji, globalne trendy w ubezpieczeniach komercyjnych w pierwszym kwartale 2025 roku uległy poprawie dla naszych klientów, z wyjątkiem rynku ubezpieczeń odpowiedzialności cywilnej w Stanach Zjednoczonych. Oczekujemy, że ten ogólny trend będzie się utrzymywał, a konkurencja wśród ubezpieczycieli będzie się nasilać, o ile nie wystąpią nieprzewidziane zmiany w warunkach. Jesteśmy zaangażowani w wspieranie naszych klientów w efektywnym zarządzaniu kosztami, ochronie ich bilansów oraz umiejętnym korzystaniu z możliwości, jakie niesie poprawa warunków rynkowych”.
Blanka Kuzdro-Chodor, Dyrektor Działu Klienta Korporacyjnego, Marsh Polska: „W Polsce zauważalny jest wyraźny spadek stawek, który znacząco odbiega od globalnych trendów przedstawionych w raporcie. Ubezpieczyciele wykazują większy apetyt na ryzyko, co prowadzi do intensywnej konkurencji w ofertowaniu. To z kolei przyczynia się do obniżenia stawek oraz wprowadzenia bardziej atrakcyjnych warunków. Obecnie standardem nie jest już tylko jedna oferta”.
Marcin Zimowski, Dyrektor w Pionie Klientów Strategicznych, Marsh Polska: „Przejście rynku ubezpieczeniowego w Polsce do fazy miękkiej stało się już faktem. Wyniki naszych ostatnich negocjacji wskazują na rosnącą konkurencję między ubezpieczycielami, co przekłada się na zwiększoną liczbę ofert, która jest nam bardzo potrzebna. Należy jednak zauważyć, że apetyt ubezpieczycieli na ryzyko nie jest równy dla wszystkich branż i rodzajów ryzyk. W przypadkach, gdy klienci potrafią wykazać swoje zaangażowanie w ograniczenie ryzyka i podejmują działania na rzecz jego poprawy, negocjacje często prowadzą do kilkuprocentowych obniżek stawek. Warto jednak podkreślić, że podmioty o bardzo wysokim ryzyku, które są niechętne do wdrażania rekomendacji inżynierów ds. oceny ryzyka oraz inwestycji w bezpieczeństwo, a także charakteryzujące się wysoką szkodowością w ostatnich latach, wciąż muszą liczyć się z ograniczonym zainteresowaniem ze strony ubezpieczycieli”.
Marlena Stańczak-Libich, Dyrektor Działu Klienta Strategicznego, Marsh Polska: „Przejście rynku do fazy miękkiej widoczne jest także w trudnych branżach, które dotychczas były odporne na obniżki stawek. Zauważamy, że stawki odnowieniowe utrzymują się na dotychczasowych poziomach. Należy jednak podkreślić wymagającą ocenę ryzyka ze strony ubezpieczycieli, a także szczegółową weryfikację danych. Pozytywnym aspektem jest to, że uzyskane oszczędności klienci wykorzystują na dodatkowe inwestycje, w szczególności dotyczące przeszacowania sum ubezpieczenia do wartości odtworzeniowych”.
Izabella Szymańska, Dyrektor Działu Klienta Korporacyjnego, Marsh Polska dodaje: „Nasze ostatnie doświadczenia pokazują, że dla ryzyk trudnych(branża, klient bardzo szkodowy) dla których w ostatnich latach z trudem można było uzyskać tylko jedna ofertę dzisiaj możemy liczyć na 2-3 oferty i ubezpieczyciele oferują elastyczność w negocjacjach, tj. w ustaleniu zakresu ubezpieczenia oraz stawek. Czasami klienci o bardzo dużej szkodowości mogą liczyć na dobrą ofertę z konkurencyjnej firmy ubezpieczeniowej, która w zasadzie nie zwraca uwagi na szkodowość klienta, co oczywiście stawia w bardzo trudnej sytuacji obecnego ubezpieczyciela klienta i często kończy się jego stratą. Dla większości klientów nadal przy wyborze ubezpieczenia kluczowa jest cena. Obserwujemy też większe zainteresowanie ryzykiem ubezpieczycieli zagranicznych spoza Polski i tym samym cześć ryzyk plasujemy na rynkach zagranicznych. „Miękki rynek” jest dobry na chwilę i dobrze wiemy jakie są jego konsekwencje w perspektywie najbliższych lat, po dużych spadkach stawek/cen będą duże wzrosty, z którymi mierzy się wtedy i klient i broker.”
Marcin Olczak, Dyrektor Departamentu Ryzyk Kredytowych, Marsh Polska: „W naszym komentarzu na temat roku 2024 przewidywaliśmy spadek składki, który rzeczywiście się zrealizował. Zgodnie z danymi opublikowanymi przez PIU, odnotowano spadek o 9%, co odpowiada ok. 100 mln zł, przy jednoczesnym wzroście szkód o ok. 23%. To prowadzi do szkodowości na poziomie około 50%. W tym roku nie opublikowano danych dotyczących windykacji, co sugeruje, że alarmistyczne prognozy ubezpieczycieli na rok 2024 nie znalazły potwierdzenia. Trend obserwowany w 2024 roku był widoczny już w pierwszym kwartale 2025, a ewentualne zmiany w kolejnych okresach będą odzwierciedleniem trwającego chaosu w globalnej gospodarce. Choć silne perturbacje związane z pandemią COVID-19 zostały złagodzone dzięki znacznemu wsparciu ze strony rządów, to w obliczu rozpoczynającej się wojny handlowej sytuacja staje się mniej pewna, zwłaszcza w kontekście innych priorytetów, takich jak obronność. W takim przypadku sama konkurencja między ubezpieczycielami oraz relatywnie dobre wyniki roku 2024 mogą okazać się niewystarczające, aby utrzymać obecny trend”.
Małgorzata Splett-Kulik, Szef Praktyki FINPRO i Cyber w Regionie CEE, Marsh: „W pierwszym kwartale 2025 nadal obserwowaliśmy istotne spadki stawek ubezpieczeń linii finansowych i od ryzyk cyber. W D&O widzimy podobne trendy, jak w przypadku analizy danych za czwarty kwartał 2024 roku. W linii cyber natomiast obserwujemy zdecydowanie bardziej konkurencyjny rynek dla mniejszych klientów, niż jeszcze pod koniec 2024 roku. Ubezpieczyciele z kolei zaczęli jeszcze większą uwagę w trakcie swojej oceny ryzyka zwracać na obowiązki firm podlegających pod dyrektywy NI2 i DORA oraz przede wszystkim na standardy zarządzania łańcuchem dostaw i gromadzenia danych wrażliwych”.
Aneta Mroczek, Dyrektor ds. Obsługi Klienta w Dziale Ubezpieczeń Komunikacyjnych, Marsh Polska: „Rynek ubezpieczeń komunikacyjnych w Polsce w I kw. 2025r. utrzymuje tendencję wzrostową z roku 2024. W roku ubiegłym odnotowano wzrost cen polis OC p.p.m. w porównaniu do roku 2023 o 5,1%. Pomimo utrzymującej się w Polsce tendencji wzrostowej, na tle innych rynków europejskich wciąż możemy pochwalić się relatywnie niskimi cenami polis odpowiedzialności cywilnej ubezpieczeń komunikacyjnych”.
W marcu 2025 r., w porównaniu do marca ub. roku., w ujęciu liczbowym banki i SKOK-i udzieliły więcej tylko kredytów gotówkowych (+29,0%). Pozostałych produktów kredytowych udzieliły mniej: kredytów ratalnych (-33,3%), kredytów mieszkaniowych (-3,6%), kart kredytowych (-6,0%). W ujęciu wartościowym banki i SKOK-i przyznały wyższą wartość zarówno kredytów gotówkowych (+42,1%), jak i kart kredytowych (+3,3%). Ujemną dynamikę wartości odnotowały kredyty ratalne (-14,7%) i kredyty mieszkaniowe (-0,7%).
W pierwszym kwartale 2025 r., w porównaniu do analogicznego okresu 2024 r., banki i SKOK-i udzieliły więcej tylko kredytów gotówkowych (+26,3%). Pozostałe trzy produkty kredytowe odnotowały ujemne dynamiki, odpowiednio: kredyty ratalne (-29,3%), kredyty mieszkaniowe (-24,8) oraz karty kredytowe (-6,6%). W ujęciu wartościowym większa wartość akcji kredytowej dotyczyła kredytów gotówkowych (+39,7%) oraz przyznanych limitów w kartach kredytowych (+4,7%). Spadki odnotowały kredyty mieszkaniowe (-23,2%) oraz kredyty ratalne (-12,6%).
Dalsze pogłębienie trendu spadkowego w kredytach ratalnych
W marcu 2025 r. udzielono o 33,3% mniej kredytów ratalnych w porównaniu do marca 2024 r. Spadła również ich wartość o 14,7% r/r.
– Analizując najnowsze marcowe dane dotyczące kredytów ratalnych br. możemy zaobserwować kontynuację, a nawet pogłębienie spadków z poprzednich miesięcy, zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym. Jest to efekt ograniczenia skali transakcji na niskie kwoty, pochodzących głównie z przekształcania niespłaconych zobowiązań z odroczonym terminem płatności przenoszonych w ramach cesji z sektora pozabankowego do banków. Obecnie proces ten ma ograniczoną skalę. Także w ujęciu wartościowym wystąpił spadek, choć niższy dzięki wysokokwotowym kredytom ratalnym związanym z finansowaniem droższych towarów i usług. Na marcową sytuację bezpośredni wpływ miał również spadek sprzedaży detalicznej w marcu r/r o 0,5%. Początek tego roku dla rynku kredytów ratalnych nie rysuje przyszłości w jasnych barwach – mówi dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk Grupy BIK.
Średnia kwota kredytu ratalnego udzielonego w marcu 2025 r. wyniosła 2.398 zł, co stanowi wzrost o 27,8% w porównaniu do marca 2024 r.
Nadal rośnie akcja kredytowa w segmencie kredytów gotówkowych
W marcu akcja kredytowa w kredytach gotówkowych w obu ujęciach – liczbowym i wartościowym, nadal rośnie. W ujęciu liczbowym r/r wzrost wyniósł 29,0%, a w wartościowym aż 42,1%.
– Klienci zaciągają kredyty gotówkowe na coraz wyższe kwoty, a głównym czynnikiem wzrostu sprzedaży w tym segmencie są, podobnie jak w ubiegłym roku, kredyty wysokokwotowe na ponad 50 tys. zł. Jest to w głównej mierze wpływ konsolidacji kredytów zarówno o charakterze wewnętrznym, jak i zewnętrznym. Klienci decydują się na konsolidacje, łącząc kilka zobowiązań finansowych w jeden kredyt, często w tym samym banku (konsolidacja wewnętrzna). Ale także dokonują konsolidacji zewnętrznej, przenosząc zobowiązania do nowego banku. Konsolidacjom często towarzyszy wzrost kwoty kredytu z uwagi na wydłużenie okresu kredytowania lub niższe oprocentowanie nowego kredytu, co zwiększa zdolność kredytową. Pierwszy kwartał tego roku dla kredytów gotówkowych należy uznać za bardzo udany, szczególnie w aspekcie wartości akcji kredytowej – podsumowuje prof. Rogowski.
Średnia kwota udzielonego w marcu br. kredytu gotówkowego wyniosła 27.548 zł, co oznacza wzrost o 10,2% w stosunku do marca 2024 r.
Kredyty mieszkaniowe – ożywienie na horyzoncie
W marcu 2025 r. banki udzieliły o 3,6% mniej kredytów mieszkaniowych w porównaniu do marca 2024 r., ale o 19,9% więcej w porównaniu do lutego br. Wartościowo sytuacja jest jeszcze lepsza – spadek tylko o 0,7% rok do roku, ale wzrost o 22,7% w porównaniu do poprzedniego miesiąca.
– Sprzedaż kredytów hipotecznych w marcu br. wyglądała bardzo dobrze. Bez żadnego programu wsparcia oraz przy najwyższym poziomie oprocentowania nowo udzielanych kredytów mieszkaniowych wśród wszystkich krajów UE, wartość akcji kredytowej w marcu br. wyniosła 7,68 mld zł. Jest to wartość nie widziana od 2021 r., pomijając okres od października 2023 r. do marca 2024 r., czyli obowiązywania programu Bezpieczny Kredyt 2%. Co prawda odczyty r/r wskazują nadal spadki, ale trzeba pamiętać, że w akcji kredytowej w marcu zeszłego roku było jeszcze 2,11mld zł kredytów z puli programu wsparcia, tj. z wniosków złożonych jeszcze w 2023 r. Gdy akcję kredytową z marca ub. roku skorygujemy o tę wartość, to dynamika r/r byłaby dodatnia i wyniosłaby +36,5% – tłumaczy prof. Rogowski.
W marcu br. średnia kwota kredytu mieszkaniowego wyniosła 428,2 tys. zł i była tylko o 3,0% wyższa niż przed rokiem, co potwierdza stabilną sytuację cenową na rynku mieszkaniowym.
Dobra jakość spłat kredytów bankowych
Poprawiły się marcowe odczyty wszystkich czterech Indeksów jakości kredytów bankowych w ujęciu rok do roku oraz miesiąc do miesiąca.
– BIK Indeksy Jakości wszystkich czterech produktów kredytowych nadal wskazują na bardzo bezpieczny poziom ryzyka portfela kredytów udzielanych gospodarstwom domowym. Zarówno w ujęciu rocznym, jak i miesięcznym jakość poprawia się. Niezbędna jest jednak stała obserwacja wartości poszczególnych Indeksów Jakości, aby wcześniej zidentyfikować sygnały o potencjalnym pogorszeniu jakości portfela kredytowego. Na razie takiego zagrożenia nie widać na horyzoncie. Obecnie większym zagrożeniem dla banków nie jest klasyczne ryzyko kredytowe, a ryzyko prawne związane zarówno z kredytami mieszkaniowymi, jak i konsumpcyjnymi – wyjaśnia główny analityk Grupy BIK.
Warszawski rynek biurowy rozpoczął 2025 rok w stabilnej formie, notując wzrost w popycie i lekkie obniżenie poziomu pustostanów. Nowa podaż pozostaje ograniczona, a właściciele nieruchomości biurowych koncentrują się na jakości i modernizacji istniejących zasobów. Rynek wchodzi w fazę selektywnego rozwoju, odpowiadając na zmieniające się potrzeby biznesu. Największa polska firma doradcza na rynku nieruchomości komercyjnych AXI IMMO prezentuje najnowszy raport pt. „Rynek biurowy w Warszawie w I kwartale 2025 roku”.
Całkowita podaż nowoczesnej powierzchni biurowej na warszawskim rynku biurowym koniec marca 2025 r. wyniosła 6,28 mln mkw., co oznacza jedynie symboliczny wzrost rok do roku, ale też pokazuje, że zasoby biurowe utrzymują się na stabilnym poziomie. W praktyce nowa podaż równoważona jest przez wycofywanie z oferty starszych i nieefektywnych obiektów. W I kwartale br. oddano do użytku tylko jeden nowy budynek – siedzibę CD Projekt na Pradze-Północ. Z kolei w budowie pozostaje około 210 tys. mkw. nowej powierzchni, z czego aż 90% przypada na centralne strefy biurowe – z wyraźnym skupieniem wokół Ronda Daszyńskiego. Współczynnik pustostanów w stolicy nieznacznie się obniżył do 10,5%. W centrum – wskaźnik ten kształtuje się na poziomie 7,4%, natomiast poza centrum sięga już 13%, a w strefie Służewca nawet 20,4%.
Emilia Trofimiuk, Research Manager, Dział Badań i Analiz Rynkowych, AXI IMMO, mówi: „Obserwujemy postępującą utratę konkurencyjności starszych obiektów biurowych. Ich właściciele coraz częściej rezygnują z aktywnego ofertowania powierzchni, które nie spełniają obecnych oczekiwań najemców – czy to pod względem technicznym czy środowiskowym. Część tych budynków czeka na modernizację, inne są przekształcane, najczęściej na funkcje mieszkaniowe. Rynek staje się bardziej świadomy, a przestrzeń – lepiej dopasowana do zmieniających się potrzeb. To naturalny etap dojrzewania warszawskiego rynku biurowego”.
Pozytywnym trendem w I kw. 2025 r. jest rosnący poziom aktywności najemców, który wyniósł 160 tys. mkw. (+ 16% r/r). Największe zainteresowanie odnotowano w centralnych lokalizacjach – w Centralnym Obszarze Biznesu i strefie Centrum-Zachód, ale także na Służewcu, który mimo wyzwań, wciąż dysponuje znacznym wolumenem dostępnych biur. Biorąc pod uwagę całkowity wolumen transakcji na stołecznym rynku biurowym najemcy najczęściej podpisywali umowy najmu i przednajmu (66%), przedłużenia stanowiły 25%, z kolei ekspansje 9%. Średnia wielkość umów w analizowanym okresie wyniosła ok. 1 000 mkw.
Bartosz Oleksak, Associate Director, Działu Powierzchni Biurowych, AXI IMMO, wyjaśnia: „Obserwujemy rosnącą świadomość wśród najemców – firmy są bardziej ostrożne, ale jednocześnie konkretne w swoich decyzjach. Często szukają powierzchni skrojonej na miarę: nowoczesnej, komfortowej, dobrze skomunikowanej i przyjaznej pracownikom. Centralne lokalizacje, szczególnie te wokół Ronda Daszyńskiego, zyskują na znaczeniu nie tylko ze względu na prestiż, ale też jako realna odpowiedź na potrzeby nowoczesnych organizacji. Jednocześnie rośnie zainteresowanie elastycznymi umowami i możliwością późniejszej ekspansji w obrębie tego samego budynku – to odpowiedź na nadal obecne elementy niepewności co do dalszego modelu pracy biurowej”.
W analizowanym okresie od stycznia do końca marca 2025 r. analitycy AXI IMMO wskazują, że stawki ofertowe na warszawskim rynku biurowym pozostają stabilne. W prestiżowych budynkach w centralnych lokalizacjach czynsze wahają się od 19 do 26,50 EUR/mkw./mies., przy czym w budynkach o najwyższym standardzie stawki mogą pozostawać wyższe. Poza centrum najemcy mogą liczyć na stawki rozpoczynające się od około 10 EUR/mkw./mies.
Praca w branży ubezpieczeń daje dużą swobodę działania i możliwość realnego wpływu na wysokość własnych zarobków. To, ile zarabia agent ubezpieczeniowy, zależy przede wszystkim od zaangażowania, rodzaju współpracy oraz zakresu oferowanych produktów i umiejętności sprzedażowych. Coraz więcej osób rozważa wejście do tej branży, szukając nie tylko stabilnych dochodów, ale też elastycznych warunków współpracy. Jak zostać agentem ubezpieczeniowym multiagencji? Odpowiedzi na to i inne towarzyszące zagadnieniu pytania znajdziesz w tym artykule.
Kim jest agent ubezpieczeniowy i na czym polega jego praca?
Agent ubezpieczeniowy to osoba, która pośredniczy w zawieraniu umów pomiędzy klientem a towarzystwem ubezpieczeniowym. Jego głównym zadaniem jest rozpoznawanie potrzeb klienta (profilowanie) i dobieranie odpowiednich rozwiązań – zarówno pod względem zakresu ochrony, jak i ceny. Może specjalizować się w różnych rodzajach polis, takich jak komunikacyjne, majątkowe, życiowe czy turystyczne, jednak powinien posiadać dogłębne rozeznanie w każdym z tych zagadnień.
Praca agenta wymaga dobrej znajomości produktów ubezpieczeniowych, umiejętności doradczych i budowania trwałych relacji z klientami. Obejmuje również działania administracyjne, obsługę posprzedażową oraz dbanie o odnawialność polis. W zależności od formy współpracy agent może działać jako przedstawiciel jednego towarzystwa lub – jak w przypadku współpracy z multiagencją – oferować produkty różnych ubezpieczycieli, co znacząco zwiększa jego konkurencyjność i możliwości sprzedażowe.
Agent wyłączny a agent multiagencji – na czym polega różnica?
Na rynku ubezpieczeniowym funkcjonują dwa podstawowe modele współpracy: agent wyłączny oraz agent multiagencji. Różnią się one zakresem oferty, sposobem działania oraz możliwościami rozwoju.
Agent wyłączny reprezentuje jedno, konkretne towarzystwo ubezpieczeniowe i sprzedaje wyłącznie jego produkty. Oznacza to ograniczony wybór ofert dla klienta, a tym samym mniejszą elastyczność sprzedażową. Ten model często wiąże się z większą kontrolą ze strony ubezpieczyciela, ściśle określonymi standardami i mniej samodzielnym charakterem pracy.
Agent współpracujący z multiagencją – jak w przypadku CUK Ubezpieczenia – ma natomiast dostęp do szerokiego katalogu produktów wielu towarzystw, co pozwala mu realnie doradzać klientom i oferować rozwiązania najlepiej dopasowane do ich potrzeb. Taka forma współpracy daje również większą swobodę w zakresie prowadzenia działalności, wyboru modelu pracy (punkt, mobilnie, online) i budowania własnej marki lokalnej.
Dzięki powyższym argumentom agent multiagencji może szybciej rozwijać swoją sprzedaż, budować relacje oparte na zaufaniu i skuteczniej odpowiadać na zmieniające się oczekiwania rynku.
Jak zostać agentem ubezpieczeniowym? Wymagania formalne i pierwsze kroki
Rozpoczęcie kariery w zawodzie agenta ubezpieczeniowego wiąże się z koniecznością spełnienia określonych wymagań. Kandydat musi posiadać co najmniej średnie wykształcenie, mieć pełną zdolność do czynności prawnych oraz nie być karanym za przestępstwa umyślne, zwłaszcza przeciwko mieniu i dokumentom.
Po stronie formalnej konieczne jest także odbycie szkolenia oraz zaliczenie egzaminu organizowanego przez zakład ubezpieczeń lub multiagencję. Egzamin ten potwierdza wiedzę z zakresu ubezpieczeń oraz znajomość zasad etyki zawodowej. Następnie, po uzyskaniu pozytywnego wyniku, przyszły agent zostaje wpisany do rejestru prowadzonego przez Komisję Nadzoru Finansowego.
W praktyce pierwszym krokiem dla agenta powinien być natomiast swobodny wybór formy współpracy, dostosowanej do własnych możliwości i oczekiwań. W przypadku nawiązania relacji biznesowej z multiagencją taką jak CUK Ubezpieczenia, początkujący agent może liczyć na kompleksowe wsparcie – od pomocy w formalnościach, przez szkolenia wdrożeniowe, po dostęp do systemów sprzedażowych i materiałów marketingowych.
Dlaczego warto nawiązać współpracę z multiagencją ubezpieczeniową?
Dla wielu początkujących agentów nawiązanie współpracy z multiagencją stanowi efektywny i elastyczny sposób wejścia do branży. Zamiast ograniczać się do oferty jednego towarzystwa, agent może zaproponować klientowi rozwiązania dopasowane do jego potrzeb i możliwości – wybierając spośród propozycji wielu ubezpieczycieli.
W przypadku współpracy z CUK Ubezpieczenia na partnerów czekają liczne korzyści:
dostęp do ofert 40 towarzystw ubezpieczeniowych,
nowoczesne narzędzia sprzedażowe,
wsparcie merytoryczne oraz pomoc operacyjna na każdym etapie,
materiały marketingowe i gotowe kampanie promocyjne,
elastyczna forma pracy – stacjonarnie, mobilnie lub online,
szkolenia wdrożeniowe oraz możliwość dalszego rozwoju zawodowego.
Dzięki temu agent może też skoncentrować się na budowaniu relacji z klientami, a nie na organizacyjnych trudnościach typowych dla samodzielnego startu w branży.
Współpraca z CUK Ubezpieczenia zapewnia też dostęp do nowoczesnych narzędzi, które usprawniają proces sprzedaży i obsługi klienta. Agenci korzystają ponadto z rozpoznawalnej marki CUK, co zwiększa zaufanie klientów i ułatwia pozyskiwanie nowych kontaktów.
Na czym polega współpraca z CUK Ubezpieczenia? Dostępne modele i możliwości
Zastanawiasz się, jak zostać agentem ubezpieczeniowym multiagencji i na jakich zasadach działa taka współpraca? W przypadku CUK Ubezpieczenia odpowiedź jest prosta: to elastyczny model partnerski, w którym agent otrzymuje realne wsparcie i swobodę działania – bez względu na to, czy dopiero zaczyna, czy ma już doświadczenie w sprzedaży.
CUK oferuje cztery elastyczne modele współpracy, które pozwalają agentom dostosować formę działania do swoich potrzeb i możliwości:
Placówka franczyzowa
To propozycja dla osób, które chcą prowadzić profesjonalny punkt stacjonarny pod marką CUK. Model ten zapewnia pełne wsparcie operacyjne, dostęp do szerokiej oferty ubezpieczeń oraz korzystanie z rozpoznawalnej marki, co przekłada się na zwiększenie sprzedaży.
Punkt partnerski
Idealny dla przedsiębiorców prowadzących już działalność w pokrewnej branży, którzy chcą rozszerzyć swoją ofertę o sprzedaż ubezpieczeń. Model ten umożliwia korzystanie z narzędzi CUK przy minimalnym brandingu punktu sprzedaży.
Agent CUK
Dla osób posiadających doświadczenie w sprzedaży ubezpieczeń, które chcą działać pod marką CUK, korzystając z jej narzędzi i wsparcia, ale bez konieczności prowadzenia własnego punktu sprzedaży. To rozwiązanie łączy niezależność z korzyściami wynikającymi z działania w ramach rozpoznawalnej i sprawdzonej struktury.
Niezależny doradca
Opcja dla tych, którzy chcą działać samodzielnie, korzystając z oferty CUK i jej narzędzi, ale bez formalnego związania się z marką. To elastyczny model dla osób ceniących niezależność. Dzięki temu można prowadzić sprzedaż w swoim tempie, bez konieczności utrzymywania punktu stacjonarnego czy spełniania wymogów identyfikacji wizualnej.
Każdy z tych modeli oferuje dostęp do szerokiej oferty ubezpieczeń, nowoczesnych narzędzi sprzedażowych oraz wsparcia ze strony CUK, umożliwiając agentom dostosowanie współpracy do własnych preferencji.
Jak zostać agentem ubezpieczeniowym multiagencji CUK?
Proces dołączenia do grona partnerów CUK Ubezpieczenia jest prosty i dostosowany do różnych potrzeb – zarówno osób z doświadczeniem w branży, jak i tych, które dopiero rozpoczynają swoją drogę zawodową. W pierwszym etapie wystarczy skontaktować się z zespołem CUK i określić preferowany model współpracy oraz oczekiwania względem własnego rozwoju. Wstępne rozmowy nie wymagają żadnych zobowiązań – liczy się nastawienie i gotowość do działania.
Szczegółowe informacje oraz możliwość zgłoszenia dostępne są w zakładce współpraca z multiagencją ubezpieczeniową, gdzie opisano dostępne modele działania, zakres wsparcia oraz najważniejsze korzyści dla przyszłych partnerów.
Po wstępnej rozmowie i analizie potrzeb, kandydat przechodzi przez proces wdrożenia – CUK zapewnia pomoc w formalnościach, szkolenia wstępne, produktowe oraz dostęp do narzędzi niezbędnych do rozpoczęcia sprzedaży. Dzięki temu nowy agent może szybko i sprawnie wejść w rynek, korzystając z renomy rozpoznawalnego partnera oraz sprawdzonego zaplecza operacyjnego.
Marketing w sektorze B2B różni się od działań prowadzonych dla klientów indywidualnych niemal na każdym etapie – od sposobu komunikacji, przez długość procesu zakupowego, aż po kanały, które warto wykorzystywać. Firmy działające w modelu business-to-business muszą podejmować świadome decyzje strategiczne, jeśli chcą przyciągać wartościowych klientów i rozwijać sprzedaż.
Ten przewodnik pomoże zrozumieć, dlaczego marketing B2B wymaga innego podejścia niż B2C, oraz jak zbudować skuteczną strategię dostosowaną do tego typu odbiorcy.
Czym różni się marketing B2B od B2C?
Zanim przejdziemy do budowania strategii, warto dobrze zrozumieć podstawowe różnice między marketingiem B2B a B2C. Pomimo wielu podobieństw na poziomie narzędzi i kanałów komunikacji, cele i sposób podejmowania decyzji przez odbiorców są zupełnie inne.
Decyzje zakupowe podejmowane są przez zespoły, nie jednostki
W marketingu B2B decyzje nie zapadają impulsywnie – często wymagają konsultacji z kilkoma osobami w organizacji. To oznacza, że kampanie marketingowe muszą być projektowane z myślą o różnych rolach w firmie: decydentach, użytkownikach końcowych, działach zakupów czy IT.
Proces zakupowy jest dłuższy i bardziej skomplikowany
Ścieżka zakupowa klienta B2B często trwa tygodnie lub nawet miesiące. Zanim firma zdecyduje się na zakup usługi lub produktu, potrzebuje wielu informacji, case studies, konsultacji i testów. Strategia marketingowa powinna więc wspierać każdy etap tego procesu – od edukacji, przez budowanie zaufania, aż po finalną decyzję.
Wartość koszyka zakupowego jest wyższa
W B2B sprzedaż rzadko ogranicza się do pojedynczych produktów – to często długofalowa współpraca, kontrakty lub cykliczne zamówienia. To sprawia, że każdy lead ma znacznie większą wartość niż w przypadku konsumenta indywidualnego. Z tego powodu warto skupić się nie tylko na ilości pozyskanych kontaktów, ale przede wszystkim na ich jakości.
Jakie elementy musi zawierać skuteczna strategia marketingowa B2B?
Skuteczna strategia marketingowa w B2B musi uwzględniać specyfikę branży, grupę docelową i długoterminowy charakter współpracy. Nie wystarczy skopiować działań z kampanii B2C i liczyć na te same efekty.
Jasno określony buyer persona
Zrozumienie, kim jest Twój klient biznesowy, to podstawa działań marketingowych. W B2B jeden produkt może być oceniany zupełnie inaczej przez dyrektora finansowego, kierownika projektu i specjalistę IT. Warto opracować kilka person zakupowych i dopasować komunikaty do ich potrzeb.
Treści wspierające decyzje
W marketingu B2B content marketing odgrywa ogromną rolę. Dobrze przygotowane treści edukacyjne pomagają budować zaufanie, wyjaśniać złożone produkty czy usługi i odpowiadać na najczęstsze pytania klientów. Na tym etapie warto korzystać z takich formatów jak:
artykuły eksperckie,
case studies,
webinary i nagrania wideo,
e-booki i poradniki branżowe.
Dobrze zaprojektowany lejek sprzedażowy
Lejek marketingowy w B2B składa się z wielu punktów styku. Na każdym etapie należy zadbać o odpowiednie treści i działania:
Top of Funnel (ToFu) – treści edukacyjne i informacyjne (np. blog, social media),
Middle of Funnel (MoFu) – materiały pokazujące wartość oferty (np. e-booki, demo),
Bottom of Funnel (BoFu) – treści nastawione na konwersję (np. konsultacje, kalkulatory ROI, szczegółowe oferty).
Personalizacja i segmentacja
W B2B skuteczna komunikacja opiera się na personalizacji. Oznacza to nie tylko dostosowanie treści do branży, ale też do konkretnego etapu procesu decyzyjnego. Warto wdrożyć marketing automation, który pozwala na automatyczne dostarczanie odpowiednich treści właściwym osobom w odpowiednim czasie.
Kanały komunikacji, które działają w marketingu B2B
Nie wszystkie kanały marketingowe sprawdzają się tak samo w B2B i B2C. Warto postawić na te, które pozwalają budować profesjonalny wizerunek i precyzyjnie trafiać do osób decyzyjnych.
LinkedIn – idealne miejsce do działań B2B
LinkedIn to najważniejsza platforma społecznościowa dla firm działających w sektorze B2B. Umożliwia dotarcie do osób decyzyjnych, budowanie relacji i prezentowanie eksperckiej wiedzy. Świetnie sprawdzają się tutaj:
kampanie reklamowe kierowane do konkretnych stanowisk,
publikacje eksperckie pracowników,
promocja case studies i wydarzeń branżowych.
E-mail marketing z wartością dodaną
Newslettery i sekwencje e-mailowe to skuteczny sposób na budowanie relacji w dłuższej perspektywie. W B2B ważne jest, aby wiadomości miały charakter edukacyjny, a nie sprzedażowy – klient biznesowy oczekuje konkretów, przykładów i wartościowych danych.
SEO i content marketing
Potencjalni klienci B2B często rozpoczynają proces zakupowy od wyszukiwarki. Dlatego dobrze zoptymalizowany blog, rozbudowana sekcja wiedzy czy baza wiedzy na stronie internetowej to inwestycja, która może przynieść długofalowe korzyści. Wysoka jakość treści przekłada się na lepsze pozycje w Google i buduje autorytet marki.
Webinary i wydarzenia online
Zamiast prezentacji handlowych coraz więcej firm stawia na webinary i wydarzenia online. To doskonała okazja, by podzielić się wiedzą, zbudować ekspercki wizerunek i jednocześnie pozyskać wartościowe kontakty.
Czego unikać w marketingu B2B?
Wielu marketerów próbuje przenosić schematy z kampanii B2C na grunt B2B. Niestety, takie podejście rzadko się sprawdza. Oto kilka błędów, których warto unikać:
Nadmierny nacisk na emocje
Choć storytelling ma swoje miejsce także w B2B, to jednak klient biznesowy potrzebuje przede wszystkim konkretów: danych, wykresów, referencji, ROI. Zbyt ogólna i emocjonalna narracja może zniechęcić profesjonalnego odbiorcę.
Brak cierpliwości
B2B wymaga czasu. Lead pozyskany dzisiaj może przynieść sprzedaż dopiero za kilka miesięcy. Strategia marketingowa powinna być długoterminowa i wspierać każdy etap procesu decyzyjnego.
Jednolity przekaz do wszystkich
W B2B nie istnieje coś takiego jak „uniwersalna wiadomość dla wszystkich”. Personalizacja i segmentacja to absolutna podstawa – zarówno w e-mail marketingu, jak i treściach na stronie czy kampaniach reklamowych.
Podsumowanie
Marketing B2B rządzi się swoimi prawami. Wymaga cierpliwości, precyzyjnie dobranych kanałów komunikacji, wartościowych treści i zrozumienia, że za decyzją zakupową stoi nie jedna osoba, a cały zespół. Firmy, które chcą skutecznie działać w tym obszarze, powinny zainwestować w dobrze przemyślaną strategię i współpracować z ekspertami, którzy rozumieją specyfikę rynku B2B.
Jeśli szukasz wsparcia w budowaniu skutecznej komunikacji i pozyskiwaniu klientów biznesowych, sprawdź ofertę agencji marketingu B2B na stronie https://inmarketing.pl/.
Jeśli prowadzisz sklep internetowy lub dowolną stronę www, temat phishingu powinien być dla Ciebie priorytetem. Oszuści coraz częściej celują w właścicieli witryn, wykorzystując ich nieuwagę i zaufanie klientów. Ataki phishingowe mogą narazić Twoją firmę na poważne straty wizerunkowe i finansowe. Zadbaj o bezpieczeństwo swojej strony, zanim będzie za późno.
Na czym polega phishing?
Phishing to metoda wyłudzania danych, która polega na podszywaniu się pod zaufane marki, firmy lub instytucje. Jako właściciel strony www możesz stać się zarówno celem, jak i nieświadomym pośrednikiem ataku. Oszuści tworzą kopie Twojej witryny, wysyłają fałszywe e-maile do klientów lub kontaktują się jako rzekomi partnerzy. Ich celem jest wyłudzenie danych logowania, numerów kart płatniczych lub innych poufnych informacji. Twoim obowiązkiem jest dbałość o to, aby Twoja strona była maksymalnie bezpieczna. Podstawą jest certyfikat SSL. Umożliwia on szyfrowanie danych przesyłanych między przeglądarką a serwerem, co chroni użytkowników przed przechwyceniem informacji. Każda profesjonalna witryna powinna również działać w oparciu o sprawdzony hosting domeny, który oferuje aktualne zabezpieczenia i monitoring zagrożeń.
Rodzaje ataków phishingowych
Jako właściciel strony www powinieneś znać różne typy ataków phishingowych. Najczęstszy z nich to e-mail phishing, gdzie oszust podszywa się pod Twoją firmę i rozsyła wiadomości do Twoich klientów. Zawierają one linki do fałszywych stron, które wizualnie przypominają Twoją witrynę. Inny sposób to smishing, czyli phishing przez SMS. Klienci mogą otrzymać wiadomości z informacją o rzekomym problemie z zamówieniem lub płatnością. Link przekierowuje ich na fałszywą stronę. W przypadku vishingu, czyli phishingu telefonicznego, oszust dzwoni i udaje pracownika Twojej firmy, by wyłudzić dane. Bardzo niebezpieczny jest również phishing skierowany bezpośrednio do Ciebie. Oszuści mogą podszywać się pod firmy hostingowe, operatorów domen czy partnerów biznesowych. Wysyłają faktury, które wyglądają autentycznie, proszą o dane dostępowe lub proponują podejrzane współprace. Zadbaj o to, by hosting domeny, z którego korzystasz, miał dobre opinie i oferował skuteczną ochronę.
Jakie są sposoby ochrony przed phishingiem?
Zabezpieczenie Twojej strony internetowej to obowiązek, który warto potraktować poważnie. Pierwszym krokiem jest wdrożenie certyfikatu SSL. To dziś standard, który świadczy o profesjonalizmie i trosce o klientów. Twoja domena powinna zawsze zaczynać się od https://, a obok adresu URL powinna być widoczna ikona kłódki. Dobrze dobrany hosting domeny to kolejna podstawa. Wybieraj dostawców, którzy zapewniają nie tylko szybkość działania, ale też aktywne wsparcie w zakresie cyberbezpieczeństwa. Unikaj tanich, niezweryfikowanych usług, które dopiero co powstały. Pamiętaj też, że fałszywe domeny internetowe mogą bardzo przypominać Twoją. Oszuści potrafią zmienić jeden znak w adresie i podszyć się pod Twoją firmę. Dbaj o regularne aktualizacje systemów, wtyczek i motywów. Nieaktualne oprogramowanie to najczęstsza luka wykorzystywana przez cyberprzestępców. Używaj też dwuetapowego logowania do panelu administracyjnego i ogranicz dostęp tylko do zaufanych osób. Edukacja to równie ważny element ochrony. Zadbaj o to, by Twoi pracownicy wiedzieli, jak rozpoznać podejrzane wiadomości. Ustal wewnętrzne procedury reagowania na podejrzane sytuacje. Cyberbezpieczeństwo to proces, który powinien być częścią codziennego zarządzania stroną. Phishing to realne zagrożenie dla każdego właściciela strony www. Jeśli prowadzisz sklep internetowy, tym bardziej musisz dbać o zaufanie klientów. Zainwestuj w certyfikat SSL, postaw na solidny hosting i kontroluj opłacając swoje domeny internetowe, tak aby nikt nie mógł ich przejąć. W świecie online reputacja jest bezcenna – nie pozwól, by zniszczył ją jeden fałszywy e-mail.
Wall Street zdołała już odrobić w 100 proc. spadki, które miały miesjce po 2 kwietnia. Najpierw ulegę przyniosło odroczenie większości taryf o 90 dni a następnie spekulacje dotyczące tego, że Trump „dogada się” jakoś z Chinami i w ostatecznym rozrachunku poziom taryf będzie zdecydowanie mniejszy. Ostatnio pozytywnie zostały odebrane wypowiedzi płynące z Fed, które dały rynkowi większe nadzieje na szybsze cięcia stóp w USA.
Wycena rynkowa przyszłej ścieżki stóp procentowych w USA nie zmieniła się jakoś diametralnie. W tym roku rynek oczekuje nieco więcej niż trzech cięć po 25 punktów bazowych, co daje łącznie mniej więcej 84 pb redukcji. Szanse na ruch w dół już w czerwcu lekko urosły do 56 proc.
Wszystko za sprawą Beth Hammack z Cleveland, która wprost zaznaczyła, że czerwiec jest realnym terminem obniżki stóp procentowych. Należy pamietać, że wchodzi ona w skład obozu „jastrzębi” w Fed, zatem każda wzmianka o łagodzeniu warunków monetarnych z jej strony może wzbudzać nieco większe zainteresowanie. Rynek zaczyna zakładać, że w Rezerwie Federalnej może następować zmiana nastawienia, proces ten jest jak na razie bardzo powolny, ale każde tego rodzaju sygnały będą przez inwestorów „wyłapywane”.
Z danych makro poznamy dziś zrewidowany (finalny) indeks koniunktury konsumenckiej podawany przez Uniwersytet Michigan. Wstępne dane za kwiecień pokazały ostatnio najniższy wynik w całej historii tego badania. Istotną rolę odegrały tutaj obawy o wzrost inflacji. Ostatni odczyt nie obejmował jeszcze okresu, kiedy administracja Białego Domu dokonała złagodzenia tonu w ramach prowadzonej polityki handlowej. Możliwe zatem, że zobaczymy dziś pozytywne zaskoczenie w danych.
Jeśli chodzi o rynek walutowy, to należy zaznaczyć, że od początku roku dolar amerykański znajduje się pod silną presją, a polityka prowadzona przez rząd USA wywiera negatywny wpływ na jego notowania za pośrednictwem kilku kanałów. USD stracił od początku roku około 7,5 proc. w relacji do średniej walut G10, wymazując tym samym cały wzrost, jaki osiągnął w czwartym kwartale 2024 roku. Dotyczy to nie tylko relacji względem euro, ale szerzej – wobec koszyka głównych walut światowych. Co w tym momencie stoi za osłabieniem amerykańskiej waluty? Jedną z przyczyn jest fakt, że w ostatnich miesiącach inwestorzy zaczęli kwestionować dotychczasową reputację amerykańskich obligacji rządowych jako najbezpieczniejszego aktywa w czasach globalnej niepewności. Wpływ na to mają zarówno spory polityczne wokół limitu zadłużenia i finansowania rządu, jak i rosnące obawy o fiskalną stabilność USA w dłuższym okresie. Do tego dochodzi możliwy koniec przewagi wzrostowej USA nad innymi gospodarkami rozwiniętymi. Dolar czerpał w ostatnich latach korzyści z relatywnie wyższego wzrostu gospodarczego Stanów Zjednoczonych (w porównaniu do Europy czy Japonii). Jeśli dane makro dla USA będą się pogarszać, może to wywrzeć dodatkową presję na „zielonego”. Innym czynnikiem wpływającym na deprecjację jest potencjalne zagrożenie dla statusu dolara jako globalnej wauty rezerwowej. Na koniec trzeba wspomieć o zagrożeniu dla niezależności Rezerwy Federalnej, ten czynnik osłabia również zaufanie do USD.
W tym momencie rosnąca liczba czynników strukturalnych oraz politycznych działa na niekorzyść amerykańskiej waluty. Ryzyko dalszej deprecjaji pozostaje jak realne.
Kraje Europy Środkowej zwiększają budżety obronne w tempie nienotowanym od zakończenia zimnej wojny. Polski rząd tylko w tym roku zapowiada wzrost nakładów do 4,7 proc. PKB, a podobne tendencje widać również w krajach bałtyckich, Rumunii czy w Czechach. Jednak szybki wzrost wydatków nie przekłada się automatycznie na zwiększenie potencjału militarnego przez to, że region wciąż mierzy się z trzema poważnymi barierami rozwoju: chronicznym niedofinansowaniem przemysłu zbrojeniowego, brakiem skali produkcyjnej oraz ograniczonym dostępem do własności intelektualnej. Jak wynika z raportu „Nowa architektura bezpieczeństwa: rola państwa i przemysłu obronnego w Europie Środkowej” firmy doradczej Deloitte, aby uniknąć utraty kontroli nad skalą inwestycji, kraje regionu powinny zdefiniować nowy model współpracy między rządem, przemysłem państwowym i prywatnym kapitałem.
Po zimnej wojnie przemysł obronny w Europie Zachodniej i Środkowej rozwijał się w różnym tempie i kierunku. Państwa zachodnioeuropejskie postawiły na konsolidację, dywersyfikację i globalizację swoich sektorów zbrojeniowych, podczas gdy w krajach Europy Środkowej drastycznie ograniczono wydatki na obronność, co doprowadziło do stopniowego obniżenia potencjału krajowego przemysłu zbrojeniowego. Dziś państwa regionu, zmuszone do szybkiej odbudowy zdolności militarnych w obliczu zmieniającej się sytuacji geopolitycznej, stają przed wyjątkowo trudnym zadaniem. Zaniedbany przez dekady sektor nie jest przygotowany na przyjęcie rekordowych budżetów – brakuje nie tylko nowoczesnych mocy produkcyjnych, ale też jasnych ram strategicznych, zachęt dla prywatnych inwestorów oraz sprawnych mechanizmów transferu technologii. W takiej sytuacji istotną rolę w budowie nowych zdolności powinno odegrać państwo i jego infrastruktura przemysłowa.
Nie mamy kilku dekad na przeprowadzenie tej transformacji – wojna w Ukrainie i agresywna polityka Rosji nie pozostawiają złudzeń. Znaleźliśmy się w sytuacji, w której konieczne jest nie tylko wzmocnienie zdolności obronnych, ale w wielu obszarach ich całkowite odbudowanie. Co więcej, musi to nastąpić w tempie i przy skali finansowania, do których sektor zbrojeniowy w naszej części Europy nie był dotąd przyzwyczajony. To ogromne wyzwanie, które wymaga wspólnego wysiłku – rządów, przedsiębiorstw państwowych i prywatnych. Te pierwsze powinny pełnić rolę stratega, integratora i inwestora, z kolei spółki Skarbu Państwa powinny być gotowe, by szybko zwiększyć swoje możliwości i skutecznie współpracować z sektorem prywatnym – podkreśla Mariusz Ustyjańczuk, partner, lider sektora obronnego, Deloitte w Europie Środkowej.
Nowy paradygmat bezpieczeństwa
Kraje Europy Środkowej przez długi czas korzystały z tzw. „dywidendy pokoju”, co doprowadziło do poważnego osłabienia krajowego przemysłu obronnego. Dziś, w odpowiedzi na zmieniającą się sytuację geopolityczną, muszą nie tylko nadrobić zaległości, ale też sprawnie zbudować system zdolny konkurować z zachodnimi gospodarkami. Jak wynika z analizy Deloitte, kraje regionu borykają się z trzema poważnymi barierami: chronicznym niedofinansowaniem przemysłu zbrojeniowego, brakiem skali produkcyjnej oraz ograniczonymi zdolnościami w postaci własnych technologii. Wieloletnie niedoinwestowanie doprowadziło do poważnych luk w wiedzy przemysłowej, niedoborów wykwalifikowanych kadr oraz niedostosowania infrastruktury technicznej do wymogów produkcji i serwisu zaawansowanego sprzętu wojskowego. Dodatkowo, struktura sektora obronnego w Europie Środkowej pozostaje rozdrobniona – opiera się głównie na małych, wyspecjalizowanych firmach, którym brakuje wystarczającej skali i zasobów, by konkurować na rynkach międzynarodowych czy samodzielnie pozyskiwać duże kontrakty eksportowe.
Z szacunków zawartych w raporcie Deloitte „Inwestycje obronne Polski” wynika, że w latach 2024-2035 jedynie 41 proc. zakupów zbrojeniowych zostanie zrealizowanych fizycznie w Polsce. W ujęciu finansowym udział ten może być jeszcze niższy, ponieważ duża część sprzętu będzie budowana na zagranicznych licencjach lub oparta na importowanych komponentach, jak w przypadku czołgów K2, armatohaubic K9 czy transporterów opancerzonych „Rosomak”. Taka struktura zakupów ogranicza rozwój autorskich kompetencji technologicznych, a co za tym idzie, osłabia zdolność krajowych firm do skalowania działalności.
Rola rządu w transformacji
Rządy mają zasadnicze znaczenie w kształtowaniu ram strategicznych i w rozwijaniu przemysłu obronnego, zwłaszcza w krajach środkowoeuropejskich. Przezwyciężenie istniejących barier wymaga szerokiej współpracy, przemyślanych inwestycji oraz długofalowej strategii, w której państwo będzie pełniło cztery fundamentalne role: stratega, inicjatora współpracy, inwestora w kluczowe zasoby oraz głównego integratora systemów.
Każda z tych ról niesie ze sobą konkretne zadania i odpowiedzialności. Jako strateg, władze powinny jasno wyznaczać priorytety zakupowe i rozwojowe, redukując niepewność inwestycyjną. W roli inicjatora współpracy promować partnerstwa między firmami państwowymi, prywatnymi i środowiskiem naukowym. Jako inwestor, może wzmacniać kluczowe zasoby przez bezpośrednie wsparcie i system zachęt, np. dla firm rozwijających technologie dronowe czy AI. Natomiast jako integrator, państwo powinno dbać o kompatybilność i spójność systemów – szczególnie w obszarach takich jak obrona powietrzna, gdzie skuteczność zależy od koordynacji wielu elementów – dodaje Mariusz Ustyjańczuk.
Przedsiębiorstwa państwowe zajmują wyjątkowe miejsce w sektorze zbrojeniowym: realizują strategie rządu i są integralnym elementem ekosystemu obronnego. Aktualnie jednak nie są gotowe do absorpcji nagłego przypływu finansowania. Aby mogły pełnić funkcję motoru innowacji, konieczna jest ich adaptacja do współczesnych warunków rynkowych – zarówno operacyjnie, jak i strategicznie. Obejmuje to m.in. realistyczną ocenę zasobów, dostosowanie do strategicznych celów (przez rozwój nowych technologii i współprace z innymi podmiotami), poprawę sprawności operacyjnej, a także potwierdzenie wartości podejmowanych inicjatyw. Po udanej transformacji ich zadaniem powinno być rozwijanie krajowych zasobów, zapewnianie długoterminowej stabilności nawet w przypadku nieregularnego popytu, zabezpieczenie łańcuchów dostaw i stymulowanie dalszego rozwoju.
Współpraca kluczem do sukcesu
Rewitalizacja przemysłu obronnego w Europie Środkowej to wyzwanie pokoleniowe, które wymaga nie tylko długofalowej strategii na poziomie państw, lecz także ścisłej współpracy sektora publicznego i prywatnego. Co więcej, równolegle konieczna będzie ścisła regionalna kooperacja w ramach NATO i Unii Europejskiej, która pozwoli na uniknięcie dublowania inwestycji oraz efektywny podział kompetencji pomiędzy państwa członkowskie. W kontekście planowanych przez Polskę wydatków na obronność rzędu 1,9 bln zł do 2035 roku, kluczowe jest, aby część inwestycji była projektowana w sposób otwierający rynek na podmioty prywatne i pozwalający zwiększyć efektywność wydatkowania środków publicznych.
Dzięki zastosowaniu modeli PPP lub tzw. projektów dźwigni publicznej (public leverage) możliwe jest angażowanie firm prywatnych w realizację celów obronnych państwa. Dotyczy to m.in. budowy i utrzymania ośrodków szkoleniowych, centrów logistycznych czy infrastruktury IT, gdzie sektor prywatny może finansować przedsięwzięcie, a następnie świadczyć usługi na rzecz państwa w zamian za długoterminowe opłaty. Rozpisywanie takich kontraktów w formule otwartych zamówień publicznych umożliwia szerszemu gronu firm dostęp do przetargów, sprzyjając konkurencji i innowacyjności. Ponadto w czasie pokoju część wolnych mocy produkcyjnych, np. zdolność przewozowa tankowców lotniczych, może być udostępniana innym użytkownikom, co dodatkowo zwiększa efektywność wykorzystania zasobów.
Brak stabilności i poczucia bezpieczeństwa może zniechęcać inwestorów do lokowania kapitału w nową infrastrukturę czy rozwój przedsiębiorstw, dlatego długofalowe inwestycje w sektor obronny powinny iść w parze z przemyślaną strategią. Nadrzędnym celem takich nakładów nie jest jednak napędzanie wzrostu gospodarczego, lecz zapobieganie konfliktowi, który zawsze niesie za sobą poważne konsekwencje ekonomiczne. Istotne jest to, by pieniądze przeznaczane na modernizację armii nie tylko zwiększały nasze zdolności obronne, ale także wspierały rozwój krajowego przemysłu i innowacji. Jeśli wydatki będą rozsądnie podzielone pomiędzy podmioty krajowe i zagraniczne, możemy liczyć na transfer technologii oraz wzrost potencjału do dalszego rozwoju polskich firm – podkreśla Julia Patorska, partnerka, liderka portfolio Sustainability & Climate w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte.
Z apelem o podpisanie ustawy o składce zdrowotnej płaconej przez osoby wykonujące pozarolniczą działalność gospodarczą wystąpiła do prezydenta Andrzeja Dudy Organizacja Pracodawców Rada Przedsiębiorców. W specjalnym liście skierowanym do głowy państwa prezes Rady Przedsiębiorców – Adam Abramowicz podkreślił, że choć ustawa ta nie usuwa wszystkich szkód spowodowanych przez Polski Ład, to jednak w realny sposób poprawi sytuację około 2 milionów mikro i małych firm.
„To właśnie sektor MŚP najdotkliwiej ucierpiał na drastycznym podniesieniu wysokości składki zdrowotnej dla przedsiębiorców w 2022 roku. W latach 2022–2023 zamknęło lub zawiesiło działalność blisko 600 tysięcy firm. Było to w ogromnej mierze konsekwencją dotkliwych i niesprawiedliwych dla przedsiębiorców zmian dotyczących składki zdrowotnej”
– przypomina w liście Adam Abramowicz, były rzecznik MŚP, obecnie prezes Organizacji Pracodawców Rada Przedsiębiorców. Przed Polskim Ładem przedsiębiorcy płacili rocznie
9 mld zł składki zdrowotnej, po jego wprowadzeniu płacą aż 19 mld zł.
„Pan Prezydent wielokrotnie podkreślał, jak ważny jest sektor MŚP i jak pilnie trzeba poprawiać warunki funkcjonowania polskich firm rodzinnych. Podpisanie przez Pana Prezydenta ustawy nowelizującej zasady naliczania składki zdrowotnej będzie potwierdzeniem tych słów. Przyczyni się także do rozwoju sektora MŚP i wzrostu jego konkurencyjności w tak trudnej obecnie sytuacji gospodarczej” – dodaje w liście Abramowicz.
Kilkanaście dni temu z prezydentem Andrzejem Dudą spotkali się przedstawiciele środowisk lewicowych, którzy apelowali o zawetowanie tej ustawy, argumentując, iż obniżenie składki zdrowotnej dla mikro i małych firm pociągnie za sobą uszczerbek w budżecie NFZ, a tym samym negatywnie odbije się na jakości publicznej służby zdrowia. – To nieprawdziwy argument. Minister finansów wielokrotnie podkreślał, że ubytek ten uzupełniony zostanie
z budżetu państwa – podkreśla prezes Rady Przedsiębiorców.
– Tak samo fałszywym argumentem jest ten, że uchwalone przez Sejm zmiany doprowadzą do wzrostu liczby osób pracujących na B2B. Ustawa ta nie poprawia warunków prowadzenia B2B w porównaniu do stanu prawnego sprzed Polskiego Ładu, a jedynie ułatwia prowadzenie działalności małym firmom o dochodach mniejszych niż 1,5 średniej krajowej – zauważa z kolei Robert Bodendorf, wiceprezes Organizacji Pracodawców Rada Przedsiębiorców.
Autorzy listu do prezydenta przypominają, że obniżenie składki zdrowotnej dla przedsiębiorców było zarówno obietnicą przedwyborczą partii tworzących dzisiejszą koalicję rządową, jak i deklaracją ze strony Prezesa Prawa i Sprawiedliwości, który zmiany wprowadzone przez Polski Ład uznał za błąd. – Prezes Jarosław Kaczyński publicznie zapowiedział, że po powrocie PiS do władzy przywrócone zostaną przepisy obowiązujące przed Polskim Ładem. Nie były to obietnice gołosłowne, ponieważ rok temu klub parlamentarny PiS złożył projekt przewidujący obniżenie składki na ubezpieczenia zdrowotne dla przedsiębiorców i możliwość odliczenia jej od podatku. Co prawda projekt ten został odrzucony, ale jego wysunięcie było równoznaczne z uznaniem obowiązujących obecnie przepisów za szkodliwe dla gospodarki i zagrażające nie tylko konkurencyjności, ale wręcz istnieniu wielu małych firm – zaznacza Adam Abramowicz.
Z sondażu IBRIS dla dziennika „Rzeczpospolita” przeprowadzonego w listopadzie ubiegłego roku wynika, że aż 73 proc. Polaków opowiada się za obniżeniem składki zdrowotnej dla mikroprzedsiębiorców i osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. To kolejny dowód na to, jak duża część opinii publicznej zdaje sobie sprawę, że obecny system jest niesprawiedliwy i szkodliwy dla polskich przedsiębiorców.
– Przewidziane przez ustawę obniżenie składki zdrowotnej jest co prawda zdecydowanie skromniejsze niż zapowiadane w kampanii przez ówczesne partie opozycyjne, niemniej przepisy obniżają składkę i upraszczają sposób jej wyliczenia dla 2 milionów przedsiębiorców o dochodach mniejszych niż 1,5 średniej krajowej, czyli dla właścicieli mikro i małych firm. Dlatego przekonujemy Pana Prezydenta, że warto tę ustawę podpisać – podkreśla Robert Bodendorf.
Na wtorek 6 maja na godz. 13.00 przedstawiciele Organizacji Pracodawców Rada Przedsiębiorców zapowiadają zorganizowanie pikiety przed Pałacem Prezydenckim. – Przedsiębiorcy, jeżeli chcecie płacić w przyszłym roku mniej i rozliczać się prostym sposobem z NFZ-em, przyjdźcie tego dnia przed Pałac Prezydencki przy Krakowskim Przedmieściu, aby wspólnie z nami przekonać prezydenta Andrzeja Dudę do podpisania tej ustawy – apeluje Adam Abramowicz.
Źródło: Organizacja Pracodawców Rada Przedsiębiorców
W pierwszym kwartale 2025 roku regionalne rynki biurowe w Polsce znalazły się w wyjątkowej sytuacji – popyt na powierzchnię biurową rósł, podczas gdy nowa podaż praktycznie zanikła. Jak wynika z najnowszego raportu Savills, w okresie od stycznia do marca deweloperzy dostarczyli jedynie 2400 m kw. nowej powierzchni w budynku Dymka 188 w Poznaniu. To ponad 40 razy mniej niż średnia dla pierwszych kwartałów z lat 2015-2024 wynosząca 100 500 m kw. Niska aktywności deweloperów i jednoczesny wzrost popytu przełożą się na spadek współczynnika pustostanów, a w dłuższej perspektywie mogą być jednym z powodów dla potencjalnych wzrostów czynszów i do ograniczenia wyboru dla najemców.
STRUKTURA ZASOBÓW
Na koniec marca całkowite zasoby biurowe ośmiu głównych miast regionalnych wynosiły 6,76 mln m kw. Najbardziej rozwiniętymi rynkami pozostają Kraków, Wrocław i Trójmiasto, które łącznie koncentrują 63% zasobów. W każdym z tych miast znajduje się ponad 1 mln m kw. nowoczesnej powierzchni. Katowice, Poznań i Łódź razem odpowiadają za 31% zasobów, natomiast Lublin i Szczecin za pozostałe 6%.
W budowie pozostaje niespełna 203 000 m kw., czyli o 26% mniej niż przed rokiem. Dla porównania średnioroczne wolumeny z lat 2015-2019 sięgały 908 000 m kw., a z lat 2020-2024 – 522 000 m kw. Tak wyraźne ograniczenie nowych inwestycji może w perspektywie kolejnych kwartałów skutkować dalszym spadkiem dostępnej powierzchni, a co za tym idzie również zmniejszeniem opcji najmu dla najemców.
PUSTOSTANY
Na koniec marca w regionach pozostawało 1,18 mln m kw. niewynajętej powierzchni, co przekłada się na średni wskaźnik pustostanów 17,5% (spadek o 0,3 p.p. r/r). W pięciu miastach wskaźnik pustostanów wyniósł co najmniej 15%, a były to Łódź (22,3%), Katowice (21,1%), Wrocław (20,4%), Kraków (14,6%) i Poznań (15,0%). W pozostałych miastach dostępność powierzchni była niższa, a wskaźnik ten był pomiędzy 8% w Szczecinie a 12,6% w Trójmieście.
Daniel Czarnecki, dyrektor działu powierzchni biurowych, reprezentacja właściciela, Savills
– Ograniczona podaż stawia właścicieli w dość komfortowej pozycji, bo potencjalnie otwiera pole do wzrostu czynszów w niedługim horyzoncie. Mimo to, przy obecnym wysokim współczynniku pustostanów oraz silnej konkurencji, sukces komercjalizacji wymaga dziś wyjątkowo aktywnych działań, aby pozyskać i utrzymać najemców – zaznacza Daniel Czarnecki, Head of Landlord Representation, Office Agency, Savills.
POPYT I SEKTORY NAPĘDZAJĄCE RYNEK
Pomimo nikłej nowej podaży to popyt w miastach regionalnych utrzymał się na wysokim poziomie i w pierwszym kwartale osiągnął 176 900 m kw. To wynik o 27% lepszy niż rok temu i o 17% powyżej średniej z pierwszych kwartałów lat 2020-2024. Najemcy byli szczególnie aktywni w Krakowie (56 600 m kw.) i Wrocławiu (43 800 m kw.). Wyższy popyt brutto niż w tym samym okresie poprzedniego roku zanotowano również w Trójmieście, Katowicach, Poznaniu i Lublinie.
Cztery branże – IT, usługi dla biznesu, produkcja oraz finanse – wygenerowały łącznie 58% całkowitego popytu. Największy udział miał sektor IT (18%), tuż przed usługami dla biznesu (16%), produkcją (14%) i finansami (10%). 5% przypadło na operatorów biur flex, którzy zdecydowali się rozwijać swój biznes w regionach. Struktura transakcji wskazuje, że niemal połowę wolumenu stanowiły renegocjacje istniejących umów (48%), natomiast nowe kontrakty odpowiadały za 41%. Ponadto zanotowano 8% udział ekspansji i 3% umów przednajmu.
Jarosław Pilch, Savills
– Średni poziom wakatów w regionach wciąż wynosi około 18% i może dawać złudne poczucie komfortu, jednak przy historycznie niskiej nowej podaży ta „poduszka” może się skurczyć szybciej, niż to się wydaje. Firmy planujące ekspansję lub relokację powinny więc z dużym wyprzedzeniem rezerwować powierzchnie i szybko finalizować umowy, aby zagwarantować sobie najlepsze lokalizacje i warunki – mówi Jarosław Pilch, Head of Tenant Representation, Office Agency, Savills.
CZYNSZE I KOSZTY EKSPLOATACYJNE
Stawki bazowe w biurowcach klasy A w regionach kształtowały się pomiędzy 12,00 a 17,00 EUR/m kw./miesiąc. Najwyższe czynsze obowiązują w Poznaniu (do 17 EUR), a tuż za nim plasują się Kraków i Wrocław (do 16,50 EUR). Opłaty eksploatacyjne co do zasady nie przekraczają 37 PLN/m kw./miesiąc, choć ich wysokość zależy głównie od efektywności budynku.
PERSPEKTYWY
– Do końca 2027 r. deweloperzy deklarują dostarczenie nawet 475 000 m kw. nowej powierzchni. Zdecydowana większość z tej powierzchni może trafić na rynek dopiero w ostatnim roku prognozy. Wiele jednak zależy od warunków rynkowych, czyli m.in.: od dalszego spadku dostępności biur, wzrostu aktywności najemców oraz dostępu do finansowania na realizację projektów – komentuje Wioleta Wojtczak, Head of Research, Savills.
Obecna sytuacja na rynku sprzyja właścicielom najlepiej zlokalizowanych i zrównoważonych budynków, ale jednocześnie podnosi poprzeczkę dla projektów planowanych – tylko te o najwyższym standardzie, dobrze skomunikowane i z potwierdzonym popytem w postaci umów przednajmu – będą miały szansę na komercjalizację.
Rynek pracy w USA: jak bardzo może się osłabić? Jak na razie trzyma się mocno – nawet masowe zwolnienia pracowników federalnych nie wpłyną znacząco na wzrost bezrobocia. Przyczyny: ograniczenie importu, ograniczona podaż produkcyjna przy niedoborze pracowników, w okresach dostosowania – strategia ograniczania godzin pracy a nie zatrudnienia, silne finanse amerykańskich przedsiębiorstw. Ostatecznie na ratunek przyjdzie FED obniżając stopy – koszt pieniądza dla firm.
Rynek pracy w Stanach Zjednoczonych utrzymał się (w niezłej kondycji) pomimo narastających przeciwności gospodarczych, a wskaźniki prognostyczne sugerują, że ta odporność powinna utrzymać się także w 2. kwartale 2025 roku
Recesja tak, masowe zwolnienia – raczej nie: Wskaźnik wolnych miejsc pracy jako pierwszy zasygnalizuje recesję (spodziewaną w II-III kwartale), ale nie spodziewamy się masowych zwolnień
Brak dostaw z zewnątrz – trzeba produkować (zatrudniać) lokalnie: Gospodarka Stanów Zjednoczonych stoi w obliczu wyjątkowej kombinacji ograniczeń podażowych (większych niż tradycyjnie sądzono) i bardziej restrykcyjnej polityki imigracyjnej. W związku z tym firmy są bardziej skłonne do gromadzenia ograniczonej siły roboczej w porównaniu z poprzednimi epizodami recesji, ca zapobiega znacznemu wzrostowi bezrobocia
Dodatkowo, rekordowe zyski firm stanowią na razie bufor pozwalający znieść cła (obok niedoborów siły roboczej wpływają na brak skłonności biznesu do redukcji zatrudnienia)
Wzrost bezrobocia – będzie, ale stopniowy a nie nagły: spodziewamy się, że stopa bezrobocia osiągnie szczyt na poziomie 5% do 1. kwartału 2026 roku. Nawet jeśli zwolnieni lub odchodzący pracownicy federalni nie znajdą innej pracy (ale pozostaną na rynku pracy), sam ten fakt spowodowałby wzrost stopy bezrobocia o zaledwie +0,3 punktu procentowego w 2025 roku
FED na ratunek: stałe stopniowe pogarszanie się sytuacji na rynku pracy będzie powodem, według naszych ocen, z powodu którego Fed przyspieszy obniżki stóp procentowych pod koniec 2025 r. i na początku 2026 r., po gwałtownym wzroście inflacji już tego lata, a wywołanym przez cła
Amerykański rynek pracy trzyma się dobrze pomimo narastających przeciwności gospodarczych, w tym gwałtownego wzrostu niepewności politycznej.
Wzrost liczby zatrudnionych poza rolnictwem o 228 000 w marcu w opinii Allianz Trade sugeruje, że amerykański rynek pracy pozostaje solidny. Zatrudnienie w sektorze prywatnym z wyłączeniem edukacji i opieki zdrowotnej (najbardziej cykliczny składnik zatrudnienia) było liderem (wykres 1), szczególnie w sektorze usług (zwłaszcza w handlu detalicznym oraz transporcie i magazynowaniu), choć zatrudnienie w sektorze produkcyjnym ledwo wzrosło. Stopa bezrobocia wzrosła tylko nieznacznie do 4,2%. Całkowita liczba rządowych miejsc pracy wzrosła o +19,000, nieco poniżej ostatniej średniej. W ramach rządu, płace w rządzie federalnym spadły tylko o -4,000, pomimo nacisków DOGE na zwolnienie pracowników federalnych. Odporność ta prawdopodobnie odzwierciedla prawny sprzeciw wobec zwalniania pracowników zatrudnionych na okres próbny. Ogłoszone przez Challengera redukcje etatów w marcu i cotygodniowe wstępne wnioski o bezrobocie do końca marca potwierdzają niedawną jeszcze odporność amerykańskiego rynku pracy. [1]
Wykres 1: Struktura zatrudnienia poza rolnictwem (tys. miejsc pracy, miesięcznie)
Źródła: LSGE Workspace, Allianz Research
Wskaźniki prognostyczne sugerują, że ta odporność prawdopodobnie utrzyma się w drugim kwartale 2025 roku.
Przyglądamy się czterem zmiennym, aby przewidzieć wyniki rynku pracy na najbliższe trzy miesiące: ankiecie NFIB dotyczącej odsetka firm, które planują zwiększyć zatrudnienie i odsetka zgłaszających trudności z obsadzeniem stanowiska pracy; ankiecie Conference Board dotyczącej łatwości znalezienia pracy przez gospodarstwa domowe oraz wzrostowi liczby tymczasowych miejsc pracy z badania zatrudnienia poza rolnictwem (wykres 2). W przeszłości te cztery zmienne miały tendencję do wykrywania dynamiki na amerykańskim rynku pracy w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Chociaż obecnie wysyłają one mieszane sygnały, ogólnie nie wskazują na pogorszenie sytuacji na rynku pracy w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Dla porównania, w ostatnich dwóch recesjach w USA (2020 i 2008 r.[2]) przyjrzeliśmy się trzem podstawowym danym: wzrostowi zatrudnienia, stopie bezrobocia i wskaźnikowi wolnych miejsc pracy (wykres 3). Aby uchwycić podstawową dynamikę i przebić się przez szum, dane są wyrażone w % zmianie 6m/6m (zatrudnienie) i %-pt zmianie 6m/6m (stopa bezrobocia i stopa wakatów). Z dwóch poprzednich recesji w opinii Allianz Trade można wywnioskować, że wskaźnik wolnych miejsc pracy pogorszył się jako pierwszy. Podczas recesji w 2008 r., nawet cztery miesiące po jej rozpoczęciu, stopa bezrobocia i wzrost zatrudnienia nie uległy znacznemu pogorszeniu[3]
Wykres 2: Perspektywiczne wskaźniki amerykańskiego rynku pracy (z-score)
Źródła: LSGE Workspace, Allianz Research
Wykres 3: Wskaźniki rynku pracy podczas poprzednich recesji w USA (z-score)
Żródła: LSGE Workspace, Allianz Research
Uwaga: wzrost zatrudnienia wyrażony jest w % zmiany 6m/6m, a stopa wakatów/stopa bezrobocia w pp zmiany 6m/6m.
Pomimo inflacyjnych skutków gwałtownych podwyżek ceł i utrzymującej się wysokiej niepewności politycznej, nie spodziewamy się dużych zwolnień, ponieważ amerykańskie firmy nadal cieszą się dobrymi zyskami, a także borykają się z podwyższonym niedoborem siły roboczej. Niemniej jednak oczekujemy, że stopa bezrobocia stopniowo będzie rosła, osiągając szczyt na poziomie 5% w I kwartale 2026 r.
Obok stosunkowo solidnego stanu bilansów i dochodów amerykańskich gospodarstw domowych[4] , ograniczone tylko pogorszenie sytuacji na rynku pracy w ciągu najbliższych kilku miesięcy jest kolejnym czynnikiem podtrzymującym odporność (gospodarki). Po pierwsze, poziom wolnych mocy produkcyjnych w amerykańskiej gospodarce pozostaje bardzo ograniczony. W rzeczywistości nasza własny wskaźnik luki produktowej – skonstruowany w oparciu o miary ankietowe, takie jak wykorzystanie mocy produkcyjnych w przemyśle lub stopa bezrobocia – jest nadal w dużej mierze dodatni (wykres 4) i jest ona bardziej podwyższona niż inne, alternatywne szacunki luki produktowej. Wskazuje to, że firmy są bardziej ograniczone od strony podaży niż konwencjonalnie sądzono, a w tym środowisku bardziej prawdopodobne jest zatrzymanie pracowników, zwłaszcza że restrykcyjna polityka imigracyjna zwiększa niedobór siły roboczej. W rzeczywistości liczba godzin pracy na pracownika stale spada od czasu kryzysu związanego z pandemią Covid-19, co w opinii Allianz Trade wskazuje na strategię dostosowywania godzin pracy, a nie liczby pracowników, do zmieniających się warunków gospodarczych. Po drugie, zyski przedsiębiorstw (w ujęciu skorygowanym o inflację) są wysokie (wykres 4).
Wykres 4: Luka produktowa i realne zyski przedsiębiorstw
Źródła: LSGE Workspace, Allianz Research
Amerykańskie korporacje, w ujęciu zagregowanym, dysponują buforami pozwalającymi im przetrwać cła i prawdopodobnie będą preferować tymczasowe niższe zyski niż masowe zwolnienia. W międzyczasie zwolnienia federalne napędzane przez DOGE prawdopodobnie nie wstrząsną rynkiem pracy. Zwolnienia pracowników nieetatowych w agencjach takich jak Departament Edukacji i USAID zaczną być widoczne w danych w nadchodzących miesiącach. W samym październiku raport o zatrudnieniu prawdopodobnie uwzględni wpływ 75 000 pracowników federalnych, którzy zdecydowali się na odroczenie rezygnacji. W sumie spodziewamy się, że zatrudnienie w sektorze federalnym spadnie w tym roku o blisko 200 000 osób, co stanowi ponad 10% rocznego wzrostu zatrudnienia. Jednak nawet w skrajnym scenariuszu, w którym zwolnieni lub odchodzący pracownicy federalni nie znajdują innej pracy (ale pozostają na rynku pracy), stopa bezrobocia wzrosłaby o zaledwie +0,3 punktu procentowego w 2025 roku.
Tomasz Starus, prezes Zarządu Allianz Trade w Polsce
W opinii Tomasza Starusa, Prezesa Allianz Trade w Polsce„Polski rynek pracy także jest silny, podobnie jak amerykański – nawet jeśli aktualnie ustał okres podwyżek płac i dominacji pracowników na rynku. Pomimo spadku wyników przetwórstwa przemysłowego, budownictwa oraz usług (wyniku finansowego i rentowności netto) polskie firmy nie zwalniały pracowników i zapewne nadal nie będą. Mamy najniższe bezrobocie w UE (2,6% za Eurostat w lutym), a pracodawcy obawiają się o odpływ pracowników z Ukrainy. Przedsiębiorcy zdają sobie sprawę, iż ich największym atutem są właśnie ich pracownicy, a w skali kraju – największym atutem Polski są Polacy. Rosnące z czasem obroty w przemyśle ciężkim, w budownictwie, w turystyce i gastronomii wymagały będą zatrudnienia pracowników i zwiększania zatrudnienia. Obserwujemy obecnie prawdziwą falę zamykania jednoosobowych działalności gospodarczych, co i tak nie zwiększa bezrobocia – pomimo wyższych kosztów firmy absorbują więc tych ludzi na etatach, wykorzystując ich doświadczenie. Dlatego pomimo tego, iż rentowność polskich przedsiębiorstw (i ich akumulacja kapitału) nie jest tak dobra jak w USA, to firmy zatrudniają i będą zatrudniać, stąd perspektywy dla polskiego rynku pracy są podobnie jak w USA – niezłe” .
[1]W marcu liczba zwolnień w sektorze prywatnym zmniejszyła się. Liczba ta gwałtownie wzrosła w sektorze rządowym, ale nie przełożyła się na faktyczną utratę miejsc pracy z powodu prawnego sprzeciwu wobec zwalniania pracowników na okres próbny.
[2] Szacujemy, że recesja w 2008 r. rozpoczęła się w marcu 2008 r., a nie w grudniu 2007 r., jak ogłosił NBER, ponieważ przed marcem 2008 r. większość danych dotyczących aktywności gospodarczej nie wskazywała na recesję.
[3] Przyglądamy się trzem podstawowym zmiennym: wzrostowi zatrudnienia, stopie bezrobocia i wskaźnikowi wolnych miejsc pracy (wykres X3). Aby uchwycić podstawową dynamikę i przebić się przez szum, dane są wyrażone w 6m/6m % zmiany (zatrudnienie) i 6m/6m pp zmiany (stopa bezrobocia i stopa wakatów).
[4] Zobacz AllianzTrade | Czy amerykański konsument wytrzyma?.
W ujęciu rocznym sprzedaż domów deweloperskich odnotowała spadek. Jednak już dane kwartalne pokazują poprawę wyników w większości analizowanych miast. Widać sezonowe ożywienie w popycie, ale deweloperzy są ostrożni we wprowadzaniu na rynek nowych projektów. Ograniczają ich liczbę w obawie przed nadpodażą.
W marcu oferta deweloperów w granicach siedmiu głównych miast (Warszawa, Kraków, Poznań, Wrocław, Trójmiasto, Łódź, Katowice) obejmowała ponad 2 tys. domów, czyli więcej o 4% kw./kw. oraz o 18% r/r. Średnia cena za mkw. na tych rynkach osiągnęła 11,5 tys. zł (+3% kw./kw., +15% r/r). Jednak warto zauważyć, że więcej domów buduje się na obrzeżach miast. Całkowita oferta uwzględniająca zarówno liczbę domów w granicach miast, jak w ich aglomeracjach wyniosła w marcu 6,1 tys., co stanowi minimalny wzrost kwartalny (0,5%), lecz wyraźny, bo o 14%, spadek w ujęciu rocznym. Średnia cena domów sięgnęła 9 tys. zł za mkw. (+ 2% kw./kw., +8% r/r).
Sprzedaż domów w granicach miast
W pierwszym kwartale 2025 r. deweloperzy wprowadzili do sprzedaży na siedmiu głównych rynkach 440 domów, czyli o jedną piątą więcej niż w ubiegłym kwartale, jednak o 8% mniej niż w analogicznym okresie rok temu. Jednocześnie sprzedali w tym czasie 370 domów – o 17% mniej kw./kw. oraz 19% mniej r/r. Przy zauważalnym aktualnie niższym popycie w miastach, deweloperzy coraz częściej decydują się na wprowadzanie bardziej intensywnych strategii cenowych (rabaty, promocje) lub wdrożenie dodatkowych zachęt sprzedażowych (gratisy w postaci miejsc parkingowych czy dodatkowe eko-rozwiązania, system smarthome).
Kwartalny wzrost sprzedaży w aglomeracjach
1,2 tys. – tyle wyniosła liczba nowych ofert uwzględniająca największe miasta i sąsiadujące powiaty, co oznacza spadek o 16% kw./kw. oraz o 22% r/r. Ograniczenie liczby nowych inwestycji może być reakcją na wolniejszą w ostatnich miesiącach sprzedaż i wyzwania związane z absorpcją dostępnych ofert.
Wykres na podstawie danych Otodom
Sprzedaż domów uwzględniająca miasta wraz z aglomeracjami w tym okresie osiągnęła poziom 1,3 tys. Mimo rocznego spadku sprzedaży (-15%), kwartalny wzrost (+11%) to pozytywny sygnał dla deweloperów świadczący o dalszym zainteresowaniu nabywców zakupem domów na przedmieściach.
„Warto podkreślić, że oba segmenty rynkowe trafiają do różnych grup odbiorców – osoby wybierające domy w granicach miast cenią dogodną lokalizację, komfort życia w domu zamiast mieszkania w bloku i są gotowe ponieść wyższe koszty, by zdobyć dom w atrakcyjnych, wygodnych lokalizacjach. Tymczasem nabywcy poszukujący domów w aglomeracjach są bardziej wrażliwi na koszty, koncentrują się na ekonomicznych rozwiązaniach i są skłonni zrezygnować z lokalizacji na rzecz niższych cen”, mówi Agata Stachowiak, ekspertka rynku nieruchomości Otodom.
2,5 tys. domów w Warszawie i aglomeracji
Większość analizowanych miast wraz z aglomeracjami odnotowała wzrost oferty domów deweloperskich w ujęciu rocznym. Jest on szczególnie widoczny w Katowicach (+33% r/r), Warszawie (+28% r/r) oraz Trójmieście (+22% r/r). Jednak w Poznaniu (-12% r/r) i Wrocławiu (-5% r/r) oferta zmalała. W pierwszym kwartale 2025 r. w wielu miastach nastąpił znaczący spadek liczby domów wprowadzonych do sprzedaży w porównaniu do analogicznego kwartału rok wcześniej. W Poznaniu i sąsiednich powiatach nowa podaż spadła o 61%, we Wrocławiu i aglomeracji o 38%, a w Warszawie i okolicy o 25%.
„Deweloperzy przyjęli bardziej ostrożną strategię inwestycyjną. Słabsze wyniki odnotowali oni również w kategorii domów sprzedanych. W porównaniu do pierwszego kwartału 2024 r. najbardziej odczuwalne osłabienie popytu nastąpiło w Krakowie wraz z aglomeracją (-30%) i Poznaniu wraz z powiatami (-46%). Spadek sprzedaży sugeruje możliwy wpływ czynników makroekonomicznych, takich jak wyższe stopy procentowe, trudniejsza dostępność kredytów hipotecznych oraz wzrost kosztów życia”, wyjaśnia Stachowiak z Otodom.
Sprzedaż kwartalnie
Choć r/r obserwujemy spadki w wynikach sprzedażowych deweloperów, w porównaniu kw./kw. sprzedaż wzrosła w 4 z 7 wspomnianych regionów. Warszawa i aglomeracja odnotowała 27% wzrost sprzedaży między kwartałami. W Katowicach i okolicy sprzedaż wzrosła o 19%, a we Wrocławiu i aglomeracji o 11%. W Poznaniu i okolicach deweloperzy sprzedali o 10% więcej domów niż w ostatnim kwartale 2024 r. Aktualnie oferta na tym rynku jest najniższa od kwietnia 2022 r. Brak nowych projektów deweloperskich w tym obszarze może skutkować ograniczeniem dostępności oferty w kolejnych kwartałach. W Łodzi i aglomeracji sprzedaż była podobna do tej z ubiegłego kwartału, w Trójmieście i okolicy spadła o 6%, a w Krakowie wraz z aglomeracją o 15%.
Najdrożej znów w Warszawie
Analizując zmiany cen ofertowych za mkw. domów w największych miastach Polski i ich aglomeracjach, można zauważyć kilka istotnych trendów. Przede wszystkim największe roczne podwyżki cen zaobserwowano w Poznaniu oraz Warszawie. Poznań wraz z aglomeracją odnotował 11% wzrost, co świadczy o dynamicznym rozwoju tego rynku i rosnącej atrakcyjności regionu. Z kolei w Warszawie i okolicy mkw. wzrósł przez rok 10%, przez co stolica ponownie przejęła rolę lidera pod względem ceny za mkw. domu (10,4 tys.).
Wykres na podstawie danych Otodom
W przypadku Katowic i Łodzi również odnotowano znaczące roczne wzrosty cen na poziomie odpowiednio 8,5% i 5%. Region śląski stale przyciąga uwagę zarówno mieszkańców, jak i inwestorów, dzięki niskiej bazie wyjściowej cen (7,1 tys. za mkw.) i rozwijającej się infrastrukturze. Łódź i aglomeracja zanotowały wzrost o 5% (8,4 tys. za mkw.). Umiarkowana podwyżka cen miała miejsce również w Trójmieście i sąsiadujących powiatach, gdzie stawka za mkw. wzrosła o 4%. Na przeciwległym biegunie znajdują się Wrocław i Kraków wraz z aglomeracjami, gdzie roczne wzrosty cen były minimalne i nie przekroczyły 1%. Natomiast Kraków wydaje się stabilizować po wcześniejszych dynamicznych latach zwiększania się zarówno oferty, jak i wysokości cen.
Pierwszy kwartał 2025 r. przyniósł potężne odbicie liczby unikalnych ofert mieszkań na wynajem w całym kraju. Eksperci portalu GetHome.pl sprawdzili, jak wygląda sytuacja na rynkach najmu w siedmiu największych miastach.
– Z uwagi na sezonowość, którą charakteryzuje się rynek najmu, dla nikogo nie powinna być zaskoczeniem rosnąca oferta mieszkań o tej porze roku. Jednak raczej mało kto się spodziewał, że wzrost będzie aż tak spektakularny – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl. Z danych przeszukiwarki portali nieruchomości Adradar wynika, że w Warszawie w marcu na najemców czekało ok. 19,3 tys. lokali. To aż o 54% więcej niż w końcówce ubiegłego roku. Potężny, bo aż 63% wzrost oferty w pierwszym kwartale Adradar odnotował w Krakowie (8,3 tys. mieszkań). O ponad 50% poszła w górę oferta mieszkań na wynajem we Wrocławiu (6,2 tys. lokali), Poznaniu (3,7 tys.) i Katowicach (2,4 tys.), a o ponad 40% – w Łodzi (3,4 tys.). W Gdańsku wybór lokali zwiększył się tylko o 6%, a co gorsza marzec przyniósł spadek oferty.
Ekspert przypomina, że ubiegły rok zaczął się od spadków przeciętnych stawek czynszów w największych miastach. Czy podobnie było w tym roku? Z danych portalu GetHome.pl wynika, że w pierwszym kwartale aż o 10% spadła mediana miesięcznego czynszu w Warszawie (do ok. 4,3 tys. zł), o 6% w Katowicach (do ok. 2 tys. zł), o 5% w Łodzi (do ok. 2,1 tys. zł), o 3% we Wrocławiu (do ok. 2,9 tys. zł) i o 2% w Poznaniu (do ok. 2,6 tys. zł). Natomiast w Gdańsku mediana czynszu wzrosła o 1% (do ok. 3 tys. zł), a w Krakowie – o 3% (do 3,1 tys.). Przy czym w tej drugiej metropolii marzec przyniósł jej spadek względem lutego o 3%.
Dlaczego mediana czynszu, a nie średnia? Ekspert wyjaśnia, że mediana jest bardziej zbliżona do „typowej” stawki czynszu. Nie windują jej bowiem w górę, ani nie ściągają w dół, skrajnie drogie lub tanie mieszkania, których na rynku najmu nie brakuje.
Ekspert zwraca uwagę, że wysokość obniżek lub podwyżek była bardzo zróżnicowana także w zależności od liczby pokoi. Np. w przypadku kawalerek mediana czynszu spadła w pierwszym kwartale w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu i Katowicach. Mieszkania dwupokojowe potaniały tylko w Warszawie i Gdańsku, a trzypokojowe – w Krakowie i Poznaniu.
Czy trend spadkowy utrzyma się w kolejnych miesiącach? Rok temu dominowały podwyżki, bo rósł popyt ze strony najemców. A kiedy jesienią, jak co roku, na rynku najmu pojawili się studenci, oferta mieszkań dramatycznie się skurczyła.
– W tym roku ten scenariusz może się nie powtórzyć. W całym kraju mieszkań na wynajem już jest więcej niż w ubiegłym roku we wrześniu, po którym nastąpiło podażowe tąpnięcie. Po drugie, prawdopodobnie poprawi się dostępność kredytów, więc część najemców zamieni czynsz na ratę spłaty kredytu na zakup własnego M – komentuje Marek Wielgo.
Inicjatywa SprawdzaMY – Wielka Siódemka deregulacji nabiera tempa. Aż 49 postulatów deregulacyjnych, opracowanych przez społeczny zespół ekspertów pod przewodnictwem Rafała Brzoski, trafiło do realizacji – część jako projekty ustaw rządowych, a część jako zmiany w rozporządzeniach. Celem tych zmian jest ułatwienie życia obywatelom i odciążenie sektora MŚP przez likwidację zbędnych obowiązków, uproszczenie procedur i budowę bardziej przyjaznego, nowoczesnego państwa.
W odpowiedzi na otwartość strony rządowej, by na bieżąco weryfikować postępy prac nie tylko deregulacyjnych, ale także na słowa Premiera RP – że „każdy minister ma nie tylko mieć nazwę ministerstwa, ale w nawiasie (minister ds deregulacji)” – Rafał Brzoska rzucił wyzwanie, by podjąć największy możliwy challenge: każdy nowy akt prawny niech spowoduje wyeliminowanie 2 innych – najstarszych, nieobowiązujących, nieprzystających do obecnych czasów. Dzięki temu poprawa w stanowieniu prawa będzie miała charakter ciągły.
„Zamiast dodawać kolejne tysiące maszynopisu do obowiązujących setek tysięcy – będziemy obserwować odchudzanie. To byłby największy skok jakościowy w historii polskiej legislacji od 89 roku. Cieszę się również ze stanowiska Pana Premiera, by prace nad deregulacją i projektami rozwojowymi absolutnie nie miały pieczątki partyjnej – ale aby decydowało kryterium jakości merytorycznej. Dlatego już dzisiaj przekazaliśmy nasze pozytywne stanowisko inicjatywy SprawdzaMY do wybranych poprawek zgłosoznych przez Klub Parlamentarny PIS do prac nad ustawą Ministra Paszyka” – wskazał Rafał Brzoska, Pełnomocnik Przedsiębiorców ds. Deregulacji.
Deregulacja nabiera tempa – skala inicjatywy i postępy prac
Proces deregulacji wyraźnie przyspieszył w ostatnich tygodniach. Premier Donald Tusk spotkał się z członkami zespołu SprawdzaMY oraz Rządowego Zespołu ds. Deregulacji, aby omówić postępy i kolejne kroki. Efekt współpracy rządu z inicjatywą społeczną jest wymierny: tylko około 17% pomysłów odrzucono ze względu na konieczność ochrony stabilności budżetu państwa.
Dla 202 postulatów przekazanych stronie rządowej uruchomiono na stronach www.SprawdzaMY.com zegary, które odliczają uzgodnione 100 dni do wdrożenia legislacyjnego, mają również opisany status, informujący na jakim etapie legislcyjnym i wdrożenia w życie się znajdują.
Od początku działania inicjatywy SprawdzaMY obywatele i przedsiębiorcy zgłosili ponad 14 tysięcy propozycji zmian prawa, z czego aż 70% pochodzi od obywateli. Spośród setek zidentyfikowanych barier wyselekcjonowano siedem obszarów priorytetowych, tzw. Wielką Siódemkę deregulacji, obejmujących: podatki, cyfryzację usług, wymiar sprawiedliwości, energetykę, prawo unijne, zdrowie oraz usprawnienie administracji i bezpieczeństwa. W tych właśnie silosach tematycznych opracowano pierwsze pakiety usprawnień. Do czerwca br. zespół planował przedłożyć łącznie 300 usprawnień, jednak tempo wskazuje, że uda się opracować znacznie więcej. Pierwsze efekty prac są spodziewane już w maju – rząd zapowiada, że część ułatwień zacznie obowiązywać niemal natychmiast po uchwaleniu nowych przepisów.
Badania Ibris
Według badań IBRIS od 5 marca do 5 kwietnia 2025 roku społeczna znajomość deregulacji wśród Polaków wzrosła do 61,8% (+10,8pp).
Najważniejsze korzyści z nowych uproszczeń dla obywateli i firm
Proponowane zmiany koncentrują się na praktycznych udogodnieniach, które Polacy odczują na co dzień – od szybszego załatwiania spraw urzędowych, przez przyjazne podatki, po łatwiejsze procedury dla przedsiębiorców. Poniżej przedstawiamy wybrane postulaty (spośród 24 aktualnie procedowanych) wraz z ich konkretnymi korzyściami, pogrupowane tematycznie:
PODATKI I FINANSE PUBLICZNE
Domniemanie niewinności podatnika – podatnik będzie chroniony przed bezpodstawnymi zarzutami skarbowymi.
Vacatio legis minimum 6 miesięcy – przedsiębiorcy otrzymają odpowiedni czas na przygotowanie się do nowych regulacji.
Rozszerzenie IKP o dostęp do wyników badań – szybki dostęp pacjentów do własnych wyników medycznych online.
Pakiet kolejkowy – poprawa efektywności organizacji kolejek w placówkach ochrony zdrowia.
Integracja baz danych KRS, CEIDG oraz VAT – uproszczenie prowadzenia działalności gospodarczej poprzez łatwiejszą obsługę administracyjną.
Wypowiedź przedstawiciela inicjatywy
„Deregulacja nie jest celem samym w sobie, ale narzędziem do poprawy jakości życia wszystkich obywateli” – podkreśla Rafał Brzoska, lider inicjatywy SprawdzaMY . „Chcemy wspólnymi siłami uprościć przepisy tak, by państwo stało się bardziej przyjazne dla obywateli i przedsiębiorców. Nasz zespół pokazuje konkretnie, gdzie prawo powinno się zmienić – to pospolite ruszenie ekspertów, urzędników i obywateli ma sprawić, że każdy Polak odczuje realną różnicę w swoim codziennym życiu. Jednak naszym celem są także projekty rozwojowe – dzięki którym nasz kraj będzie mógł iść do przodu” – dodaje.
Podsumowanie i dalsze kroki
Inicjatywa SprawdzaMY – Wielka Siódemka deregulacji koncentruje się na rozwiązaniach, które odciążą obywateli i MŚP, usuwając zbędne bariery biurokratyczne. To pierwsze tak szerokie partnerstwo rządu i społeczności ekspertów, nastawione na szybkie efekty. Społeczny zespół deregulacyjny będzie nadal monitorować postępy i proponować kolejne usprawnienia – zgodnie z zasadą, że prawo ma służyć ludziom, a nie ich przytłaczać.
Organizatorzy zachęcają do śledzenia postępów prac na oficjalnej stronie internetowej sprawdzamy.com, gdzie opublikowano pełną listę zgłoszonych postulatów. Każdy obywatel może tam również zgłosić własną sugestię deregulacyjną lub skomentować istniejące propozycje – do tej pory internauci zamieścili już setki komentarzy do opublikowanych pomysłów. Dzięki wspólnemu zaangażowaniu rządu i społeczeństwa, kolejne miesiące przyniosą dalsze decyzje ograniczające nadmierne przepisy i uwalniające polską gospodarkę od zbędnych obciążeń. Nowe, przyjazne regulacje mają sprawić, że prowadzenie firmy stanie się prostsze, a załatwianie urzędowych spraw – szybsze i mniej stresujące. Inicjatorzy Wielkiej Siódemki deregulacji zapowiadają bieżące informowanie o losach poszczególnych ułatwień i kontynuowanie misji budowania nowoczesnego państwa na miarę oczekiwań obywateli XXI wieku.
W środę ceny złota doświadczyły największego jednodniowego spadku od prawie czterech lat, co wywołało pytania o trwałość dotychczasowego rajdu cenowego na tym rynku. Gwałtowny spadek był bezpośrednią reakcją na złagodzenie retoryki prezydenta Donalda Trumpa w sprawie ceł wobec Chin oraz na rosnącą niepewność dotyczącą przyszłości szefa Rezerwy Federalnej.
Jeszcze na początku tygodnia złoto osiągnęło rekordowy poziom przekraczający 3 500 USD za uncję. Wzrost ten napędzany był głównie przez obawy związane z agresywną polityką handlową Stanów Zjednoczonych oraz krytyczne wypowiedzi prezydenta Trumpa pod adresem Fed. Jednak późniejsza zmiana tonu wypowiedzi prezydenta znacząco złagodziła napięcia, co doprowadziło do gwałtownej korekty cen.
Po początkowym spadku, notowania złota odbiły się do poziomu powyżej 3 330 USD za uncję. Inwestorzy starali się odnaleźć w gąszczu sprzecznych sygnałów płynących z Waszyngtonu. Z jednej strony prezydent prezentował łagodniejsze stanowisko wobec Chin, z drugiej zaś sekretarz skarbu Scott Bessent wyraził wątpliwości co do szybkiego zakończenia wojny handlowej, co utrzymało wysoki poziom niepewności na rynkach.
Napięcia nie ograniczały się jedynie do Stanów Zjednoczonych – również na rynkach azjatyckich odnotowano silne wahania. W szczególności kontrakty terminowe na złoto w Szanghaju zanotowały największy dzienny spadek od 2013 roku, a wolumen obrotów osiągnął rekordowy poziom.
Obecna sytuacja potwierdza, że ceny złota pozostają wyjątkowo wrażliwe na zmiany polityczne, zwłaszcza w kontekście polityki handlowej USA. Dotychczasowy wzrost cen był w dużej mierze napędzany emocjami i obawami inwestorów, a nie twardymi fundamentami rynkowymi. To z kolei pokazuje, jak dynamicznie i gwałtownie mogą zmieniać się notowania metali szlachetnych pod wpływem sygnałów płynących ze sceny politycznej.
Politycy z bardzo różnych opcji ideologicznych na całym świecie ciągle ulegają złudzeniu, że można przy pomocy decyzji administracyjnych sterować takimi złożonymi systemami jak gospodarki narodowe, które działają w jeszcze bardziej złożonym układzie międzynarodowym.
Dla polskiego ekonomisty zajmującego się teoriami przedsiębiorstw i konkurencji trudno o spełnienie piękniejszego marzenia niż prowadzenie badań dotyczących sukcesów polskich przedsiębiorców na krajowych i globalnych rynkach konkurencyjnych. Tak samo jak pasjonującym i dumnym zajęciem jest zajmowanie się ekonomisty holenderskiego firmą ASML, duńskiego – Novo Nordisk czy francuskiego – Dassault Aviation.
Aktywa przedsiębiorstw mają narodowość! Ale dobrych aktywów przedsiębiorstw dobrze służącym narodom nie jest dużo. Dlatego muszą być profesjonalnie zarządzane i muszą mieć zdolność do przyciągania i wchodzenia w synergię z zagranicznymi aktywami bliższymi tzw. Światowej Granicy Technologicznej (ŚGT), dzięki czemu kraje – nie tylko mniej rozwinięte – mają możliwość zwiększania dobrobytu swoich gospodarstw domowych.
Nie ulega wątpliwości, że często przedsiębiorstwa zagraniczne dostarczające Polsce aktywów bliskich ŚGT miały za sobą silne wsparcie dyplomatyczne swoich krajów oraz przede wszystkim skuteczną światową pomoc prawną: sądową i arbitrażową. Odczuwały więc dużą przewagę konkurencyjną wynikającą nie tylko z technologii, zarządzania i marketingu, ale i też z tych – jak to nazywa Donald Trump – pozataryfowych wspomagań. Wielu polskich przedsiębiorców było bardziej narażonych na polskie polityczne zawirowania niż silne przedsiębiorstwa zagraniczne.
W większości jednak przypadków, ze względu na jeden z najwyższych udziałów w Europie przedsiębiorstw państwowych w gospodarce, mamy do czynienia permanentnie z bardzo silną polonizacją działalności gospodarczej, i to realizowaną raczej przy pomocy młota, a nie skalpela rodem z jakiejś wyrafinowanej polityki przemysłowej. Dodanie do tej polonizacji jeszcze przedrostka „re”, a także zwolnienie ich z „maksymalizacji zysków”, niczego dobrego nie wróży.
Zmniejszenie konkurencji zagranicznej dla wysoko skoncentrowanych polskich przedsiębiorstw (z pozycjami dominującymi, a nawet monopolistycznymi) to nie tylko odsuwanie się od ŚGT, ale też pozbawianie się ostatnich możliwości stymulowania w nich efektywności. To wzmacnianie w nich takich negatywnych zjawisk, jak opisane w literaturze ekonomicznej X–nieefektywności Leibensteina (spadek presji na wzrost wydajności zarządzania i pracy), wawrzyn Arrowa (demoralizacja przywilejami), pokusy nadużycia (moral hazard), pokusa wazeliniarstwa (oileness hazard), sięganie po mniej ambitne rozwiązania (adverse selection), wykonywanie działań nie służących rozwojowi przedsiębiorstw (hidden actions), blokowanie innowacyjnych dyfuzji (spillover) między zagranicznymi i polskimi przedsiębiorstwami, itp.
Politycy z bardzo różnych opcji ideologicznych na całym świecie permanentnie ulegają złudzeniu, że można skutecznie sterować przy pomocy decyzji administracyjnych takimi złożonymi systemami jak gospodarki narodowe, które działają w jeszcze bardziej monstrualnie złożonym układzie międzynarodowym. Na przykład, że można w Polsce 2,8 mln przedsiębiorstw, 12,5 miliona gospodarstw domowych i ponad 100 tys. rynków krajowych zmusić do zachowań zgodnych z pożądanymi wynikami. Donald Trump i jego doradcy w USA szybko i boleśnie zdążyli się przekonać, że reakcje gospodarstw domowych, przedsiębiorstw i rynków, w tym rynków międzynarodowych, są niemożliwe do opanowania nawet przez najbardziej silną i sprawną administrację państwową. Pozytywne i negatywne efekty takich działań jak repolonizacja w złożonym systemie gospodarki narodowej zazwyczaj są (i będą) subiektywnie bardzo eksponowane.
Rola przedsiębiorstw zagranicznych i handlu zagranicznego w sukcesach polskiej transformacji była i nadal jest bardzo pozytywna. Z reguły nawet w bardzo solidnych analizach statystycznych i empirycznych jawi się jako wyraźnie niedoszacowana – szczególnie w zakresie zbliżania Polski do ŚGT, efektów spillover czy wywierania presji konkurencyjnej na wzrost efektywności i innowacyjności. W publicystyce natomiast nadmiernie eksponuje się patologiczne zaangażowanie kapitału zagranicznego w polską gospodarką, które wymagało oczywiście prokuratorskiego i sądowego wyjaśniania, ale było relatywnie niewielkie w porównaniu z doświadczeniami wszystkich krajów budujących – zazwyczaj brutalnie – przez setki lat kapitalistyczną gospodarkę rynkową.
Daniel Okimoto w klasycznej już pracy „Between MITI and the Market. Japanese Industrial Policy for High Technology” z 1990 r. podważa „mit słynnego japońskiego MITI” [Ministerstwa Międzynarodowego Handlu i Przemysłu – red.] w kreowaniu sukcesów japońskich przedsiębiorstw. Wskazuje, że obok eksponowanych sukcesów miały miejsce ogromne porażki, ale przede wszystkim społeczeństwo ponosiło wysokie koszty japonizacji gospodarki realizowanej przez to ministerstwo. Jeszcze większe koszty poniosło społeczeństwo chińskie płacąc za międzynarodowe sukcesy „swoich” przedsiębiorstw wymuszonymi wysokimi oszczędnościami i niską konsumpcją.
Takich kosztów nie poniesie żadne społeczeństwo liberalnej demokracji, w tym, a może przede wszystkim polskie, które mogło utrzymywać wyższą konsumpcję dzięki importowanemu kapitałowi. Jednakże repolonizacja przedsiębiorstw i zwolnienie z „maksymalizacji zysków” firm z własnością państwa zwiększa repolonizację kosztów i migrację wartości za granicę, co od razu brutalnie dostrzegła giełda, a w przyszłości odczuje społeczeństwo.
Autor: Adam Noga – jest profesorem ekonomii w Akademii Leona Koźmińskiego i członkiem TEP
Na rynku surowców uwaga inwestorów pozostaje skupiona na złocie, które w tym tygodniu wzrosło do nowego rekordowego poziomu 3 500 USD, po czym doświadczyło gwałtownej korekty o 5%.
Niestety, ostatnia fala zmienności rynkowej przypadła na okres Wielkanocy, kiedy niektóre giełdy były zamknięte, co skutkowało ograniczoną płynnością.
Z technicznego punktu widzenia, wybicie szczytowe w okolicach 3 500 USD, a następnie gwałtowna korekta, zwiększyły w krótkim terminie prawdopodobieństwo wejścia w fazę konsolidacji. Pierwszy poziom wsparcia znajduje się obecnie na poziomie 3 292 USD.
Ponadto, warto wziąć pod uwagę niepopartą naukowo obserwację dotyczącą złota. Podkreśla ona konieczność monitorowania aktywności w Azji, która w ostatnim miesiącu była największym źródłem popytu na złoto.
Ole Hansen, Dyrektor ds. strategii surowców w Saxo w najnowszej analizie wskazuje, że na rynku surowców uwaga inwestorów pozostaje konsekwentnie skupiona na złocie, które w tym tygodniu wzrosło do nowego rekordowego poziomu 3 500 USD – co stanowi imponujący 33%-owy wzrost od początku roku – po czym nastąpiła równie gwałtowna korekta o 5%. Taki rajd sprawił, że cena złota osiągnęła naszą niedawno skorygowaną w górę prognozę znacznie wcześniej, niż zakładaliśmy. Jednocześnie coraz częściej pojawiają się pytania o zdolność rynku do kontynuacji tego trendu wzrostowego bez uprzedniego wejścia w kolejną fazę konsolidacji.
Gwałtowny wzrost cen złota obrazuje szerszy trend na rynku surowców, który w dalszym ciągu jest mocno zależny od czynników makroekonomicznych i geopolitycznych, w szczególności narastającej wojny handlowej między USA a Chinami. Wraz z eskalacją napięć między dwiema największymi gospodarkami świata, rosną obawy o potencjalny wpływ tego konfliktu na globalny wzrost gospodarczy oraz ryzyko wzrostu inflacji. Dodatkowo, do czynników napędzających trwającą od roku hossę na rynku złota należy zaliczyć również osłabienie dolara amerykańskiego, proces dedolaryzacji prowadzony przez część banków centralnych oraz rosnące obawy o stan finansów publicznych w USA.
Niestety, ostatnia fala zmienności rynkowej przypadła na okres Wielkanocy, kiedy w wielu krajach giełdy były zamknięte, co ograniczyło płynność i spotęgowało reakcje rynku na presję polityczną wywieraną na Rezerwę Federalną USA. Prezydent Trump ponownie zakwestionował niezależność Fed, publicznie nawołując do obniżki stóp procentowych, co zaniepokoiło rynki finansowe. Akcje spadły, a dolar amerykański osiągnął najniższy poziom od trzech lat. Jednak bardzo negatywna reakcja rynku na atak na Jaya Powella prezesa Fed, który w skrajnym przypadku mógłby doprowadzić nawet do kryzysu finansowego, skłoniła Trumpa do zmiany stanowiska. Ostatecznie stwierdził, że nie zamierza zwalniać prezesa Fed, co równocześnie dało mu pretekst, by zrobić z Powella kozła ofiarnego odpowiadającego za nadchodzące spowolnienie gospodarcze w USA.
Wraz ze złagodzeniem stanowiska w sprawie ceł nałożonych na Chiny i odnowionymi nadziejami na pokojowe rozwiązanie wojny rosyjsko-ukraińskiej, rynek otrzymał zastrzyk adrenaliny, który przyczynił się do wzrostów na giełdach, a dolar amerykański częściowo odrobił wcześniejsze straty. Złoto, które wcześniej korzystało na wzmożonej awersji inwestorów do ryzyka, tym razem obrało odwrotny kierunek i w krótkim czasie straciło 5%, gdy inwestorzy realizujący zyski oraz tzw. gracze momentum i FOMO zaczęli wychodzić z rynku.
Z technicznego punktu widzenia, gwałtowne wybicie w rejonie 3 500 USD, a następnie dynamiczne odwrócenie trendu, zwiększyło w krótkim terminie ryzyko głębszej korekty. Jednakże, analizując rynek w oparciu o poziomy zniesienia Fibonacciego, cena złota jak dotąd zdołała utrzymać się przy poziomie wsparcia 3 292 USD, który odpowiada poziomowi zniesienia 0,382, co obecnie sugeruje płytką korektę w ramach silnego trendu wzrostowego. W przypadku pogłębienia korekty, inwestorzy mogą skierować uwagę na poziom 3 228 USD, a następnie na kluczowy poziom 3 164 USD, którego przełamanie mogłoby sygnalizować potencjalny powrót w okolice 3 000 USD.
Cena złota spot, źródło: Saxo
Nienaukowa obserwacja dotycząca złota
Na przestrzeni ostatnich 20 lat, gdy złoto znacząco odbiegało – w górę lub w dół – od swojej 200-dniowej średniej kroczącej, zazwyczaj następowała korekta. Wczorajszy gwałtowny rajd do poziomu 3 500 USD sprawił, że cena spot była ponad 20% powyżej 200-dniowej średniej, co – patrząc historycznie – może sugerować wejście w przedłużoną fazę konsolidacji, pozwalającą średniej „dogonić” rynek. Należy jednak zauważyć, że popyt ze strony banków centralnych, będący jednym z kluczowych motorów wzrostu od 2022 roku, raczej nie reaguje na sygnały techniczne tego typu, co może ograniczyć prawdopodobieństwo powtórzenia dotychczasowych scenariuszy.
Cena złota spot i jego 200-dniowa średnia krocząca, źródło: Bloomberg
W najbliższych dniach: obserwacja reakcji Azji
W nadchodzących dniach kluczowe będzie monitorowanie reakcji inwestorów i traderów z Azji, która w ostatnich miesiącach stanowiła stałe i istotne źródło popytu na złoto. Dane Morgan Stanley, analizujące aktywność handlową na COMEX w sesjach „pit” i „non-pit”, wskazują na wyraźne rozbieżności: w ciągu ostatniego miesiąca notowania złota spadły o 5,9% w trakcie sesji „pit” (08:20–13:30 czasu EST), podczas gdy w sesji „non-pit” (obejmującej handel poranny w Azji i Europie) zyskały aż 14,7%.
Choć krótkoterminowe perspektywy dla złota stały się bardziej wymagające – szczególnie jeśli prezydent USA przyjmie łagodniejszy ton – na rynkach może pojawić się nerwowość w oczekiwaniu na dane mówiące o wpływie ceł na wzrost gospodarczy i poziom inflacji. Podtrzymujemy pozytywną długoterminową ocenę dla złota. Niemniej jednak, osiągnięcie naszego prognozowanego celu na poziomie 3 500 USD sprawia, że dalsze wzrosty mogą zależeć od pogorszenia warunków gospodarczych lub politycznych.
Ole Hansen przypomina o głównych czynnikach wspierających cenę złota:
Oczekiwania dotyczące stóp procentowych Fed: Uczestnicy rynku uważnie śledzą oczekiwania dotyczące stóp procentowych ustalanych przez Rezerwę Federalną, ponieważ mają one duży wpływ na atrakcyjność złota. Obecnie rynek kontraktów terminowych wycenia możliwość obniżki stóp procentowych o 75–100 punktów bazowych przed końcem roku, co sugeruje bardziej łagodną politykę monetarną. Niższe stopy procentowe obniżają koszt alternatywny posiadania złota (które nie generuje dochodu odsetkowego), co wspiera jego cenę.
Popyt inwestycyjny na „papierowe” złoto generowany przez kontrakty terminowe i fundusze ETF: Popyt na produkty finansowe oparte na złocie zależy od rynkowych czynników technicznych, takich jak momentum cenowe, a także wskaźników makroekonomicznych. Ponadto, ważnym czynnikiem przy inwestowaniu w fundusze ETF jest koszt przechowywania aktywów, które nie przynoszą odsetek, takich jak złoto. Niższe koszty finansowania oraz obawy o nadchodzącą recesję mogą zwiększać popyt na takie inwestycje. Obecne znane zasoby w funduszach ETF opartych na złocie wynoszą 2 773 tony, co stanowi wzrost o 269 ton w porównaniu do maja ubiegłego roku, ale nadal jest dalekie od rekordowego poziomu z 2020 roku, wynoszącego 3 453 tony.
Rosnące oczekiwania inflacyjne w USA: Inwestorzy często sięgają po złoto jako zabezpieczenie przed inflacją. Ostatnio spadające rzeczywiste rentowności (rentowności nominalne pomniejszone o oczekiwaną inflację) na całej krzywej rentowności amerykańskich obligacji skarbowych sygnalizują rosnące obawy o przyszłą inflację. Wraz ze wzrostem oczekiwań inflacyjnych maleje realny zwrot z aktywów o stałym dochodzie, co zwiększa względną atrakcyjność złota.
Ryzyka geopolityczne: Globalna niestabilność skłania inwestorów do poszukiwania aktywów bezpiecznych, takich jak złoto. Ostatnia korelacja między akcjami firm obronnych a złotem sugeruje, że w miarę wzrostu napięć geopolitycznych, takich jak konflikty, wojny czy napięcia dyplomatyczne, inwestorzy szukają bezpieczeństwa w złocie, co wspiera jego cenę. Ponadto, obecna wojna handlowa zwiększa ryzyko spadku wzrostu gospodarczego, jednocześnie podnosząc temperaturę geopolityczną, szczególnie pomiędzy USA a Chinami, dwoma największymi gospodarkami świata.
Popyt ze strony banków centralnych w kontekście dalszego nacisku na zmniejszenie zależności od USD: Coraz więcej banków centralnych dywersyfikuje swoje rezerwy, odchodząc od dolara amerykańskiego i często decydując się na złoto jako neutralny składnik rezerw. W szczególności Chiny, Indie, Turcja i Rosja przewodzą temu trendowi. W ciągu ostatnich trzech lat (do 2024 roku) banki centralne kupiły ponad 1 000 ton złota każdego roku, a proces ten ma się utrzymać także w 2025 roku oraz w kolejnych latach. Takie zakupy wspierają rynek, ponieważ zmniejszają dostępną podaż złota.
Silny popyt na złoto w Azji, szczególnie ze strony chińskich inwestorów, wynika z obaw o krajową niestabilność gospodarczą, słabość rynków nieruchomości i akcji, a także z chęci zabezpieczenia się przed ewentualną dewaluacją juana, w kontekście presji wywołanej przez cła eksportowe.
Pięcioletnie wykresy historyczne wspomnianych surowców są dostarczane w celach zgodności z przepisami
Chiny mogą przekierować towary nadal objęte nowymi, wysokimi cłami USA przez gospodarki i porty azjatyckie lub (a raczej równolegle) przekierować sprzedaż dotychczas kierowaną do USA na inne rynki. Bardziej prawdopodobna jest przewaga drugiego scenariusza – tak było podczas pierwszej wojny handlowej prezydenta Trumpa, co obecnie oznaczać będzie m.in. 6% rokroczny wzrost importu z Chin do UE (ale też do innych krajów) w ciągu trzech najbliższych lat. Branża, która nie korzysta z żadnych wyłączeń w wojnie celnej – odzież i tekstylia może odczuć ją w największym stopniu na swoich marżach.
Zwolnienia administracji USA (z podwyższonych stawek) produktów takich jak laptopy, tablety i smartfony przyniosą pewną ulgę azjatyckim eksporterom, ale stawka celna na Chiny pozostaje na oszałamiającym poziomie 103% (-27 punktów procentowych).
Aby złagodzić skutki, chińskie firmy mogą rozważyć zmianę trasy przez kraje sąsiednie lub skierowanie się na inne rynki eksportowe. Chociaż w opinii Allianz Trade teoretycznie istnieje możliwość przekierowania do 64% chińskiego eksportu zwykle kierowanego do USA, spowodowałoby to obciążenie innych portów azjatyckich, globalnych łańcuchów dostaw i żeglugi morskiej.
W ciągu najbliższych trzech lat dywersyfikacja handlu może spowodować wzrost importu z Chin nawet o +6% rocznie w UE, Wielkiej Brytanii, Wietnamie, Tajwanie, Malezji, Indonezji, Meksyku, Singapurze, Arabii Saudyjskiej i Nigerii.
Ostatecznie jednak amerykańskie firmy z sektorów elektroniki, sprzętu gospodarstwa domowego i tekstyliów nie mogą obejść się bez chińskiej produkcji, biorąc pod uwagę krytyczne zależności. Podczas gdy geopolityczne zawirowania mogą omijać firmy z sektora elektronicznego, w opinii Allianz Trade te z branży tekstylnej mogą nie mieć tyle szczęścia i będą zapewne narażone na uderzenie w ich marże.
Rozszyfrowanie wojny handlowej: dodatkowe zwolnienia zmniejszają globalną stawkę celną importową USA o -4,2 punktu procentowego do 21,4%, a stawkę celną USA na produkty z Chin o -27 punktów procentowych do 103%. 11 kwietnia Biały Dom opublikował rozszerzenie listy towarów, które są zwolnione z podwyżek ceł w Dniu Wyzwolenia, o produkty takie jak laptopy, tablety i smartfony. W rezultacie zwolnienie ma teraz zastosowanie do 32% importu z USA, zamiast 24% poprzednio, dzięki czemu globalna amerykańska średnia ważona taryfa importowa wynosi 21,4% zamiast 25,5% poprzednio.
Na zmianie w opinii Allianz Trade skorzystali w szczególności azjatyccy eksporterzy: 70% amerykańskiego importu z Tajwanu jest teraz zwolnione z najnowszych podwyżek ceł (w porównaniu z 18% początkowo), 45% dla Tajlandii (w porównaniu z 18% początkowo), 39% dla Wietnamu (w porównaniu z 12% początkowo), 58% dla Malezji (w porównaniu z 33% początkowo), 48% dla Filipin (w porównaniu z 23% początkowo) i 44% dla Chin (w porównaniu z 23% początkowo). Niemniej jednak szacujemy, że efektywna stawka celna USA na import z Chin nadal wynosi 103%, obniżona o -27 punktów procentowych dzięki dodatkowym zwolnieniom, ale nadal znacznie wyższa niż przed 2 kwietnia (patrz Tabela 1). W naszym scenariuszu bazowym porozumienie między USA a Chinami może zostać osiągnięte jeszcze w tym roku, ale ostatecznie amerykańska stawka ceł importowych na Chiny będzie o +60 punktów procentowych wyższa niż przed drugą prezydenturą Donalda Trumpa.
Tabela 1: Stawki celne USA
Źródła: różne, Allianz Research.
Chiny – możliwości radzenia sobie: dwa główne scenariusze
Aby złagodzić ten wpływ, chińskie firmy mogłyby przekierować do 64% eksportu przez inne kraje azjatyckie, w których obowiązują niższe stawki celne w USA. Spowodowałoby to jednak przeciążenie portów i prawdopodobnie zwiększyłoby podatność na zagrożenia globalnych łańcuchów dostaw i żeglugi morskiej.
Przekierowanie handlu oznacza, że chińskie firmy będą w większym stopniu polegać na krajach sąsiednich w zakresie transformacji, montażu lub transportu towarów, które są częściowo lub nawet w przeważającej części produkowane w Chinach. W ten sposób produkty te mogą być ponownie eksportowane do USA w ramach pochodzenia z innego kraju o niższej stawce celnej. Przekierowanie chińskiego eksportu jest wykonalne na poziomie taktycznym, szczególnie w przypadku towarów o wysokiej marży i małej objętości (np. niektóre urządzenia gospodarstwa domowego i elektronika, robotyka itp.). Jednak jako strategia na dużą skalę, w tym nagła zmiana tras, napotyka ograniczenia logistyczne i geopolityczne, w tym ograniczoną przepustowość portów morskich i rosnącą kontrolę ze strony amerykańskich organów regulacyjnych. Z logistycznego punktu widzenia, przepustowość portów regionalnych sąsiadów Chin stanowi główne wyzwanie. W dziesięciu największych azjatyckich krajach eksportujących z wyłączeniem Chin (patrz wykres 1) tygodniowe zawinięcia do portów stale rosły od zakończenia pandemii, osiągając w drugim tygodniu kwietnia około 47 200 – zaledwie 3% poniżej szczytowego poziomu z połowy 2022 r., wynoszącego 48 600. Sugeruje to pozostałą przepustowość około 1400 cotygodniowych zawinięć do portów, które teoretycznie można by wykorzystać do przekierowania chińskiego eksportu. Ta dostępna przepustowość obejmuje około 64% wolumenu, który Chiny zazwyczaj wysyłają do USA, podczas gdy 54% wartości chińskiego eksportu do USA stoi w obliczu podwyżek ceł. Teoretycznie więc porty w pozostałej części Azji w opinii Allianz Trade mogłyby wchłonąć przekierowania z Chin. Spowodowałoby to jednak zwiększenie ich przepustowości i potencjalnie obciążyłoby globalne łańcuchy dostaw i żeglugę morską. Co więcej, jeśli regiony takie jak Europa również odwrócą się od rynków amerykańskich i będą zachęcać do pogłębiania więzi handlowych z krajami Azji i Pacyfiku, zwiększy to presję na już zatłoczone porty regionalne.
Wykres 1: Liczba zawinięć do portów 10 największych partnerów handlowych Chin w Azji, dane tygodniowe
Źródła: Bloomberg, Allianz Research: Uwzględnione kraje: Wietnam, Tajlandia, Tajwan, Korea Południowa, Singapur, Malezja, Japonia, Indonezja, Indie i Hongkong.
Inną strategią może być przeniesienie handlu na inne rynki eksportowe. UE, Wielka Brytania, Wietnam, Tajwan, Malezja, Indonezja, Meksyk, Singapur, Arabia Saudyjska i Nigeria najprawdopodobniej wchłoną chiński eksport, który nie jest już kierowany do USA. Zakładając, że to odchylenie handlowe może potrwać trzy lata, import z Chin w tych krajach może wzrosnąć nawet o +6% rocznie.
Rynki wschodzące przechodzące szybką industrializację i urbanizację mogą generować popyt na chińskie maszyny, materiały infrastrukturalne i towary konsumpcyjne. Ponadto siła produkcyjna Chin, konkurencyjne ceny i odporność łańcucha dostaw sprawiają, że jest to preferowany partner dla projektów handlowych, infrastrukturalnych i technologicznych. Dobry przykład daje doświadczenie wojny handlowej między USA a Chinami pod rządami pierwszej administracji Trumpa. W ciągu trzech lat między 2017 a 2019r. udział chińskiego eksportu do USA spadł o -2,2 punktu procentowego do 16,8%. Jest to wyraźne negatywne przełamanie długoterminowego trendu, który poprzedzał pierwszą wojnę handlową, kiedy to udział chińskiego eksportu do USA zmienił się o zaledwie -1,4 punktu procentowego w ciągu 18 lat od 2000 do 2017 roku. Odwrotnie, pozytywną zmianę zaobserwować można było w przypadku UE28, Wietnamu, Tajwanu, Malezji, Indonezji, Meksyku, Singapuru, Arabii Saudyjskiej i Nigerii. Udział chińskiego eksportu do tych miejsc docelowych wyraźnie wzrósł szybciej w latach 2017-2019 (+3,3 punktu procentowego do 34%) niż w latach 2000-2017 (+ 4,3 punktu procentowego do 29,7%). Zakładając, że straty w chińskim eksporcie do USA z powodu wojny handlowej mogą wynieść do 234 mld USD i że kwota ta zostanie skierowana na wyżej wymienione rynki w ciągu trzech lat, ich import z Chin wzrośnie nawet o +6% w ujęciu rocznym.
Wykres 2: Zmiana udziału Chin w eksporcie podczas pierwszej wojny handlowej USA-Chiny, 2017-2019 (w pkt. proc.)
Źródła: ITC, Allianz Research.
Świat (w tym USA) nie może obejść się bez chińskiej produkcji
Chociaż rola Chin jako „fabryki świata” ewoluowała, ustępując miejsca innym krajom azjatyckim, koncentracja zakładów produkcyjnych w Chinach nadal stanowi podstawę ich centralnej roli w globalnym handlu i łańcuchach dostaw. Analizując odsetek zakładów produkcyjnych zlokalizowanych w Chinach według sektorów na całym świecie (wykres 3), widać wyraźnie, że elektronika (35%), sprzęt gospodarstwa domowego (32%) i tekstylia (31%) mają najgłębsze korzenie w krajobrazie przemysłowym kraju. Rzeczywiście, te trzy branże pozostają w dużym stopniu zależne od Chin w zakresie produkcji, a znaczna część ich globalnych łańcuchów dostaw jest zakorzeniona w chińskich centrach produkcyjnych. Oznacza to, że są to sektory, których towary staną się droższe w USA w kontekście nowych wyższych ceł, ponieważ równolegle odsetek zakładów produkcyjnych zlokalizowanych w USA wynosi odpowiednio tylko 6%, 3% i 9%. Jednocześnie, jeśli amerykańscy konsumenci nie będą skłonni do płacenia wyższych cen, a Chiny nie będą w stanie zapewnić sobie alternatywnych partnerów handlowych, aby zrównoważyć utracony popyt w USA, kraj ten może stanąć w obliczu nadprodukcji elektroniki, sprzętu AGD i tekstyliów w nadchodzących kwartałach, do czasu gdy on sam dostosowuje poziomy produkcji.
Analizując łańcuchy dostaw amerykańskich firm, żaden sektor w USA nie ma (średnio) więcej niż 12% swoich zakładów produkcyjnych zlokalizowanych w Chinach. Oznacza to, że na poziomie uśrednionym dla całej gospodarki ryzyko niedoborów produkcyjnych w USA jest stosunkowo ograniczone, ale poszczególne sektory lub firmy mogą być bardziej zagrożone.
Elektronika i tekstylia są ponownie najbardziej wrażliwymi sektorami, a amerykańskie firmy mają odpowiednio 10% i 11% swoich zakładów zlokalizowanych w Chinach, co oznacza, że jedna dziesiąta zarówno gotowych produktów, jak i komponentów do lokalnej produkcji pochodzi z Chin. W związku z tym, w kontekście obecnej dwustronnej wojny handlowej, amerykańskie firmy w tych sektorach mogą stanąć w obliczu droższego lub zakłóconego dostępu do kluczowych surowców. W poszczególnych przypadkach niektórych dużych amerykańskich firm – takich jak Apple i Intel – ich zależność od produkcji, ale też rynku zbytu w Chinach nie jest publiczną tajemnicą. Pozwala to lepiej zrozumieć decyzję administracji prezydenta Trumpa o zwolnieniu telefonów, komputerów i chipów z ceł w Dniu Wyzwolenia. Apple ma prawie 11% swoich zakładów w Chinach (29% w USA), a jego głównym dostawcą jest Hon Hai (33% COGS Apple). W przypadku Intela, choć tylko 6% jego dostawców ma siedzibę w Chinach, kraj ten odpowiada za prawie 30% całkowitych przychodów tej firmy! Ze strategicznego punktu widzenia zarówno Apple, jak i Intel powinny być chronione, ponieważ mają kluczowe znaczenie dla amerykańskiego przywództwa technologicznego, innowacji i obronności, a także mają kluczowe znaczenie w tworzeniu nowych miejsc pracy.
Tekstylia i odzież pozostają zatem jedynym sektorem o dużej ekspozycji na chińską produkcję, który do tej pory nie był chroniony przed skutkami wojny handlowej. Firmy w tym sektorze będą miały trudności z pozyskiwaniem lokalnych dostawców po konkurencyjnych cenach, co oznacza, że amerykańscy producenci będą musieli szybko znaleźć alternatywnych dostawców lub staną w obliczu zmniejszenia marży.
Wykres 3: % zakładów produkcyjnych zlokalizowanych w Chinach, według sektora (średnia globalna) i średnia firm amerykańskich
Źródła: Bloomberg, Allianz Research. Dla globalnej średniej sektorowej wybraliśmy 20 największych spółek (kapitalizacja rynkowa) według sektora
W pierwszym kwartale 2025 roku nowoczesne zasoby biurowe w Warszawie osiągnęły poziom 6,28 mln mkw. W tym okresie dostarczono tylko jeden nowy projekt – siedzibę CD Projekt w strefie biurowej Wschód, która powiększyła podaż o 5 600 mkw. Całkowita powierzchnia biurowa w budowie lub modernizacji wyniosła około 210 000 mkw. Popyt brutto osiągnął poziom 160 500 mkw., a wskaźnik pustostanów – kwartał do kwartału – nieznacznie spadł do 10,5%.
Rynek wciąż wykazuje umiarkowaną, ale stabilną aktywność deweloperską – do końca 2025 roku planowane jest oddanie ponad 130 000 mkw. nowej powierzchni biurowej. Po 2027 roku zapowiedziano niewiele nowych inwestycji. Coraz wyraźniejszy jest trend modernizacji i zmiany funkcji starszych budynków.
Popyt
Najbardziej aktywnymi obszarami pozostały Centrum i Centralny Obszar Biznesu (CBD), które odpowiadały łącznie za ponad 60% całkowitego wolumenu najmu w mieście. Wskaźnik pustostanów wyniósł 7,4% w strefach centralnych i 13% poza nimi. Łączna powierzchnia niewynajętych biur w Warszawie to blisko 660 000 mkw. Największy popyt generował sektor „Usług biznesowych” – 13% wynajętej powierzchni. Na kolejnych miejscach znalazły się sektory „Bankowości, ubezpieczeń i inwestycji” oraz „Produkcji” – po 10%.
Struktura popytu
Nowe umowy najmu oraz przednajmy odpowiadały za 49% całkowitej aktywności najemców. „Najbliższe 2-3 lata mogą przynieść kilka dużych transakcji typu pre-let. W związku z ograniczoną liczbą nowych projektów w trybie spekulacyjnym, pre-let może stać się głównym sposobem na pozyskanie powierzchni spełniającej oczekiwania najemców pod względem lokalizacji, układu oraz standardu.” – komentuje Robert Pastuszka, Director, Office Agency.
Warunki najmu
Czynsze w lokalizacjach centralnych wahały się od 22 do 28 EUR/mkw./miesiąc, a w lokalizacjach poza centrum – od 16 do 19,5 EUR/mkw./miesiąc. Stawki za powierzchnie w najlepszych lokalizacjach, na najwyższych piętrach, przekraczają 30 EUR/mkw./miesiąc. Opłaty eksploatacyjne wynoszą średnio około 27 PLN/mkw./miesiąc.
Rynek wynajmujących
Warunki rynkowe coraz wyraźniej sprzyjają właścicielom budynków. Coraz częściej zawierane są umowy na dłuższe okresy – siedmioletnie kontrakty stają się nowym standardem. Po latach dominacji najemców, równowaga sił się zmienia. Obecnie coraz trudniej jest spełnić wygórowane oczekiwania negocjacyjne, a ograniczona podaż wywiera presję na wzrost stawek czynszowych, wzmacniając pozycję wynajmujących. To naturalna część cyklu rynkowego, ale stawia przed najemcami nowe wyzwania.
Czas ma znaczenie
Dla dużych firm kluczowe staje się wcześniejsze rozpoczęcie negocjacji najmu – nawet 2-3 lata przed końcem obowiązującej umowy – co pozwala na zabezpieczenie najlepszych opcji. Z kolei mniejsze firmy mogą zyskać przewagę poprzez uproszczenie procesów decyzyjnych, co umożliwia szybszą reakcję na pojawiające się możliwości. Doświadczenia ostatnich lat pokazują, że opóźnione decyzje mogą niepotrzebnie wydłużać cały proces najmu, dlatego elastyczność i szybkie działanie mają kluczowe znaczenie przy wyborze odpowiedniej powierzchni.
Co dalej?
Wraz ze wzrostem kosztów adaptacji powierzchni do potrzeb najemców, długość zawieranych umów najmu również się wydłuża. W nowych budynkach standardem są już umowy siedmioletnie, a w istniejących – co najmniej pięcioletnie. Umowy krótkoterminowe, np. na trzy lata, stają się coraz rzadsze.
W najbliższej przyszłości można się również spodziewać wzrostu opłat eksploatacyjnych ze względu na indeksację – użytkowanie powierzchni będzie droższe. Jednocześnie coraz większy udział w rocznym wolumenie transakcji będą miały renegocjacje.
Autorzy:
Agnieszka Bykowska, Research Analyst w Avison Young
Tesla zanotowała dramatyczny spadek wyników – w pierwszym kwartale 2025 roku przychody firmy zmniejszyły się o 20 proc., a zysk netto spadł aż o 71 proc. Mimo to akcje spółki rosną, a inwestorzy wierzą, że kluczem do przyszłości będzie sukces robotaksówek. Elon Musk przekonuje, że już wkrótce przestaniemy kupować własne samochody, zastępując je usługami autonomicznego transportu. Symbolem wysokiego poziomu niepewności oraz trudności w prognozowaniu jest fakt, że Tesla nie przedstawiła prognozy wyników na cały rok.
Wczoraj wieczorem poznaliśmy wyniki Tesli za pierwszy kwartał tego roku. Jest to pierwszy pełny kwartał, w którym Elon Musk poświęcił więcej czasu na politykę i pracę dla rządu niż na zajmowanie się sprawami Tesli. Mimo jednak że przychody Tesli spadły o 20 proc., a zyski o 71 proc., akcje spółki niespodziewanie wzrosły o prawie 6 proc. w handlu pozasesyjnym. Elon Musk snuje wizję przyszłości, w której ludzie nie kupują już własnych samochodów, lecz korzystają z usług automatycznych taksówke bez kierowcy. Idzie jeszcze dalej – jego zdaniem świat zdominuje technologia humanoidalnych robotów, a Tesla stanie się niekwestionowanym liderem tego rynku, wyprzedzanym jedynie przez chińskich producentów. Mimo wielu niedotrzymanych obietnic i poważnego uszczerbku na wizerunku marki z powodu politycznego zaangażowania, inwestorzy cały czas dają Elonowi Muskowi kredyt zaufania. Symbolem wysokiego poziomu niepewności oraz wyrazem trudności w prognozowaniu jest fakt, że Tesla nie przedstawiła prognozy wyników na cały rok. Tę poznamy dopiero za trzy miesiące, przy okazji wyników za drugi kwartał.
Po wcześniejszym ogłoszeniu 13-proc. spadku globalnej sprzedaży samochodów w I kwartale, wczorajsze dane finansowe nie były dla inwestorów dużym zaskoczeniem. Przychody kwartalne spadły z 17,3 do 14 mld dolarów, a zysk netto z 1,4 mld do 409 mln dolarów. Na plus można zapisać wzrost przychodów z magazynowania energii (+67 proc.) oraz usług serwisowych (+15 proc.), które nieco złagodziły negatywny obraz. Tesla w I kwartale przygotowywała również odświeżoną wersję Modelu Y – najlepiej sprzedającego się samochodu elektrycznego na świecie. Musk zapowiedział, że w II kwartale znacząco ograniczy swoją aktywność polityczną, co może wpłynąć na ograniczenie kryzysu wizerunkowego firmy.
Większość inwestorów wierzy, że mocniejsze zaangażowanie Muska w zarządzanie firmą powinno pomóc w poprawie wyników finansowych. Wciąż widzą w Musku wizjonera, który wcześniej dokonał z Teslą i SpaceX rzeczy prawie niemożliwych. Jednak najnowsze wizje miliardera mogą szybko zostać zweryfikowane, bowiem już w czerwcu firma planuje w Austin w Teksasie uruchomienie pilotażowego programu robotaksówek. Na początku będzie to test z udziałem 10–20 pojazdów, ale docelowo mają to być dostępne na całym świecie taksówki bez kierownicy, dostępne na żądanie, co znacząco ograniczyłoby potrzebę posiadania samochodu na własność. Musk prognozuje również, że jego humanoidalny robot Optimus przejmie wiele codziennych obowiązków w ciągu pięciu lat. To, czy ta jego wizja okaże się realistyczna, pozostaje kwestią oceny inwestorów.
Decyzja Tesli o przesunięciu ogłoszenia prognoz finansowych na 2025 rok o trzy miesiące wydaje się zrozumiała. W obecnej sytuacji podobne problemy z prognozowaniem wyników za cały 2025 rok, ma wiele firm publikujących swoje wyniki. Podczas konferencji wynikowej Musk przyznał, że produkcja robota Optimus opiera się na metalach ziem rzadkich sprowadzanych z Chin. Dyrektor finansowy Taneja dodał, że każdy samochód Tesli sprzedawany w USA może podrożeć nawet o 2 tys. dolarów, gdyby w życie weszły wszystkie planowane przez prezydenta Trumpa cła importowe – mimo że 85 proc. komponentów pochodzi z produkcji krajowej. Trump ogłosił 90-dniowe okno negocjacyjne w sprawie nowych umów handlowych m.in. z Chinami. Wynik tych rozmów pozostaje niepewny, ale będzie kluczowy dla Tesli – szczególnie w kontekście dostępu do surowców, czego inwestorzy zdają się wciąż nie doceniać. Sam Musk apeluje do Trumpa o obniżenie ceł, ale nie ma pewności, czy jego głos zostanie wysłuchany. W tym świetle wzrost kursu akcji po wynikach można również odczytywać jako wyraz zaufania inwestorów do tego, że Trump nie zostawi Muska samego – być może w zamian za dalsze wsparcie DOGE – w tym kluczowym momencie dla Tesli.
PMI dla przemysłu w kwietniu w strefie euro wyniósł 48,7 pkt. Jest to poziom porównywalny z tym osiągniętym w poprzednim miesiącu. Odczyt okazał się jednak zdecydowanie lepszy od prognoz (47,4).
Odczyt PMI dla sektora usług w strefie euro wyniósł 49,7 pkt. Oznacza to, że wskaźnik dla sektora usług spadł poniżej poziomu oddzielającego wzrost od spadku aktywności ekonomicznej. Szczególnie zawiódł odczyt z Francji, gdzie wskaźnik dla usług spadł do 46,8 pkt, a także Niemiec przy odczycie 48,8.
Zbiorczy wskaźnik PMI w kwietniu w strefie euro wyniósł 50,1 wobec 50,4 miesiąc wcześniej. Słabość sektora przemysłowego nadal się utrzymuje (chociaż widać pewne oznaki poprawy), a sektor usług coraz mocniej spowalnia i nie jest siłą napędową gospodarek jak jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Odczyty PMI mogą być ważnym argumentem dla dalszych decyzji EBC. Kolejne oznaki słabości gospodarek i słabsze perspektywy dla wzrostu gospodarczego mogą być uzasadnieniem dla kolejnych obniżek stóp procentowych w strefie euro.
Bartosz Wałecki, analityk, trader, Michael / Ström Domu Maklerskiego.
Czy możliwe jest efektywne prowadzenie kilku biznesów jednocześnie, bez konieczności poświęcania każdemu z nich dużej ilości czasu? Dzięki automatyzacji, zdalnemu zarządzaniu oraz kompleksowemu wsparciu operacyjnemu, myjnie samochodowe marki RedConst umożliwiają przedsiębiorcom zwiększenie dochodów bez nadmiernego angażowania się w codzienne obowiązki. O tym, jak mądrze inwestować swój czas oraz pieniądze, rozmawiamy z twórcą marki RedConst Marcinem Orlikiem.
Coraz więcej osób szuka dodatkowego źródła dochodu, które mogłyby prowadzić równolegle ze swoją główną działalnością. Czy Pana zdaniem automatyczna myjnia samochodowa jest dobrym pomysłem na tego typu dodatkowy biznes?
Uważam, że automatyczna myjnia samochodowa jest doskonałym przykładem biznesu, który można efektywnie prowadzić równolegle z inną działalnością zawodową lub gospodarczą. W dzisiejszych czasach coraz częściej mamy do czynienia z przedsiębiorcami, którzy nie mogą poświęcić dużo czasu na zarządzanie dodatkowym biznesem, ale poszukują źródeł stabilnych i przewidywalnych dochodów. Automatyczna myjnia samochodowa Redconst spełnia właśnie takie kryteria – dzięki wysokiemu stopniowi automatyzacji, minimalnej konieczności obsługi oraz zdalnym systemom zarządzania właściciel może ograniczyć swoje osobiste zaangażowanie, jednocześnie osiągając wysoką rentowność, nawet do 30% w skali roku. Jeżeli biznes jest dobrze prowadzony, inwestycja zwraca się najpóźniej w 5 lat. Generowane zyski stanowią stabilny, przewidywalny i atrakcyjny dodatek do dochodów generowanych z innych źródeł.
Jakie warunki musi spełniać biznes prowadzony równolegle, aby nie obciążał właściciela nadmiernymi obowiązkami, a jednocześnie przynosił atrakcyjne i regularne zyski?
Kluczem do sukcesu równoległego biznesu jest przede wszystkim ograniczenie czasochłonności i konieczności osobistego nadzoru. Dodatkowa działalność nie może wymagać codziennej, fizycznej obecności inwestora, ponieważ byłoby to nie do pogodzenia z głównym zajęciem czy innymi obowiązkami zawodowymi. Właśnie dlatego najlepszym wyborem są modele biznesowe oparte na automatyzacji procesów, które pozwalają zminimalizować zaangażowanie czasowe właściciela, jednocześnie zapewniając regularność oraz przewidywalność dochodów. Ponieważ nie ma pracowników, więc nie ma też kosztów pracowniczych, a myjnie działają 24 godziny na dobę, również w dni świąteczne. Niezwykle ważnym elementem jest także możliwość zdalnego monitorowania oraz sterowania biznesem, ponieważ pozwala to właścicielowi zachować pełną kontrolę bez konieczności częstych wizyt w punkcie usługowym. Właśnie takie warunki spełniają nasze automatyczne myjnie samochodowe – właściciel może za pośrednictwem aplikacji mobilnej czy systemów online na bieżąco obserwować wszystkie kluczowe parametry operacyjne, a wszelkie decyzje podejmować wygodnie z dowolnego miejsca. Dzięki temu można prowadzić równolegle kilka biznesów, zachowując jednocześnie wysoką produktywność i rentowność każdej działalności.
W jaki sposób automatyzacja oraz zdalne zarządzanie, które oferują Państwa rozwiązania, wpływają na produktywność i rentowność przedsiębiorców prowadzących równocześnie kilka biznesów?
Nasze myjnie są projektowane właśnie z myślą o takim nowoczesnym podejściu do prowadzenia biznesu. Dzięki zaawansowanym systemom technologicznym właściciel może na bieżąco monitorować zużycie mediów, zarządzać programami mycia, śledzić obroty finansowe oraz reagować na wszelkie zdarzenia w czasie rzeczywistym. Taka kontrola umożliwia maksymalną optymalizację kosztów operacyjnych – co bezpośrednio wpływa na podniesienie rentowności. Jednocześnie ograniczenie konieczności fizycznego nadzoru pozwala przedsiębiorcom skoncentrować się na strategicznych decyzjach biznesowych lub rozwoju innych działalności zawodowych. Mówiąc krótko: automatyzacja i zdalne zarządzanie, jakie oferujemy w RedConst, nie tylko redukują obciążenie właściciela, ale przede wszystkim umożliwiają efektywne rozwijanie kilku biznesów jednocześnie, podnosząc produktywność całego portfela inwestycyjnego i zapewniając stały, stabilny dochód. Jest to więc, w pewnym sensie, biznes pasywny.
Jak od strony praktycznej wygląda współpraca z RedConst – jakie obowiązki spoczywają na inwestorze, a jakie działania biorą Państwo na siebie, aby inwestycja była jak najmniej angażująca i jak najbardziej dochodowa?
Nasza współpraca jest oparta na kompleksowej obsłudze inwestora, co sprawia, że jego zaangażowanie ogranicza się praktycznie do podejmowania kluczowych decyzji biznesowych oraz bieżącego monitorowania rezultatów. RedConst może wziąć na siebie prawie wszystkie aspekty związane z organizacją biznesu – począwszy od doradztwa przy wyborze odpowiedniej lokalizacji, przez załatwienie wszelkich formalności administracyjnych, środowiskowych i budowlanych, aż po projektowanie i instalację gotowej myjni. W ramach współpracy dostarczamy również pełne wsparcie marketingowe, pomagając naszym klientom szybko pozyskać pierwszych użytkowników oraz budować lojalną bazę klientów, np. poprzez wdrożenie aplikacji mobilnych czy programów rabatowych. Również serwisowanie urządzeń jest po naszej stronie – inwestor nie musi martwić się o kwestie techniczne czy konserwację. Dzięki temu modelowi właściciel skupia się przede wszystkim na nadzorze biznesowym, otrzymując gotowe, sprawdzone rozwiązania, które od pierwszych dni zaczynają przynosić realne zyski.
Współczesny inwestor często oczekuje czegoś więcej niż samego produktu – szuka partnera. Jak RedConst buduje długofalowe relacje z klientami?
Z naszego doświadczenia wynika, że kompleksowa obsługa jest kluczowym argumentem dla inwestorów, szczególnie tych, którzy mają już inne zobowiązania zawodowe lub nie posiadają dużego doświadczenia w branży myjni samochodowych. Każda inwestycja wiąże się z pewnym poziomem ryzyka – często przedsiębiorcy obawiają się biurokracji, niepewności dotyczącej kwestii technicznych czy marketingowych oraz problemów formalnych. W RedConst bierzemy na siebie wszystkie te zagadnienia, co pozwala klientom uniknąć najczęstszych pułapek administracyjnych oraz błędów na etapie uruchamiania inwestycji. Inwestor, który otrzymuje od nas kompletny pakiet obejmujący formalności prawne, instalację techniczną, obsługę marketingową i wsparcie serwisowe, może szybciej osiągać zakładane wyniki finansowe oraz prowadzić działalność bez niepotrzebnego stresu. Kompleksowa obsługa inwestycji to dla naszych klientów nie tylko wygoda, ale przede wszystkim gwarancja, że cały proces będzie szybki, bezproblemowy i efektywny ekonomicznie.
Wielu przedsiębiorców zastanawia się nad ryzykiem związanym z wejściem w nową branżę. Jak Państwo wspieracie klientów, którzy wcześniej nie mieli doświadczenia na rynku usług myjni samochodowych, aby ich inwestycja była bezpieczna i rentowna?
Doskonale rozumiemy, że dla osób rozpoczynających inwestycję w nowej branży istotne jest poczucie bezpieczeństwa i pewności. Dlatego w RedConst szczególny nacisk kładziemy na wsparcie merytoryczne i strategiczne naszych klientów już od pierwszego etapu współpracy. Każdy klient otrzymuje od nas szczegółową analizę lokalnego rynku, pełną dokumentację biznesową oraz symulacje ekonomiczne, które pomagają mu dobrze poznać branżę i podjąć racjonalną, przemyślaną decyzję inwestycyjną. Przez cały czas jesteśmy do dyspozycji inwestora, wspierając go nie tylko w kwestiach technicznych czy administracyjnych, ale także doradzając w zakresie strategii cenowej, marketingowej czy pozyskiwania klientów flotowych. Dzięki tej kompleksowej opiece przedsiębiorca nie musi mieć wcześniejszego doświadczenia w branży myjni – nasza wiedza i doświadczenie są wystarczające, by zapewnić mu pełne wsparcie oraz bezpieczny, szybki start działalności. Dla nas sukces inwestora jest również naszym sukcesem, dlatego robimy wszystko, aby każdy nowy klient szybko osiągnął stabilne i atrakcyjne zyski ze swojej inwestycji.
Wczoraj na Wall Street widoczne było odreagowanie poniedziałkowych spadków. Skala wzrostów w UAS przewyższyła te osiągnięte w Europie. SP500 zdołał zyskać 2,5 proc. podczas gdy Dax jedynie 0,4 proc. Na GPW WIG 20 urósł o 2,1 proc. Dolar lekko zyskał na wartości. Kurs EUR/USD spadł i osiągnał poziom bliski 1,13. Na rynku długu widoczny był wzrost rentowności amerykańskich papierów dłuznych na krótkim końcu. Te z długim terminem zapadalności obniżyły się. Rynek cały czas jest podatny na doniesienia dotyczące polityki celnej USA oraz nakładanej presjii na Fed. Z danych makro poznamy wskaźniki PMI dla Europy oraz USA. W przypadku Polski istotny będzie wynik sprzedazy detalicznej, który może w pewnym stopniu przybliżyć nas do pierwszej obniżki stóp procentowych.
Para walutowa EUR-USD nie zdołała utrzymać się powyżej poziomu 1,15 – zamiast tego obserwowaliśmy wczoraj szeroką odbudowę wartości dolara amerykańskiego i spadek w kierunku 1,13. Do tej zmiany mogło przyczynić się kilka czynników. Jednym z istotniejszych była wypowiedź prezydenta Donalda Trumpa. Ogłosił on, że nie ma zamiaru zwalniać prezesa Rezerwy Federalnej Jerome’a Powella, co w krótkim terminie powinno ograniczyć uzasadnione obawy o niezależność amerykańskiego banku centralnego. Taka deklaracja może działać stabilizująco na oczekiwania rynkowe wobec przyszłej polityki pieniężnej USA.
Dodatkowo, na rynku pojawiły się liczne informacje sugerujące możliwe złagodzenie napięć handlowych, przynajmniej w krótkim okresie. Z jednej strony mówi się o szybkim zawarciu umów handlowych z Japonią i Indiami, z drugiej – pojawiły się ostrożne sygnały deeskalacji konfliktu z Chinami. Prezydent Trump zapowiedział znaczne obniżenie obecnych chińskich ceł a sekretarz skarbu USA wyraził oczekiwanie na rychłe złagodzenie napięć.
Czy oznacza to, że dolar amerykański wchodzi w fazę trwałego umocnienia?. Administracja USA wielokrotnie sugerowała, że preferuje słabszego dolara, co ma wspierać konkurencyjność eksportu. Styl prowadzenia polityki przez Trumpa pozostaje nieprzewidywalny, a w przypadku dalszego osłabienia realnej gospodarki amerykańskiej – spowodowanego wojną handlową, Trump nadal może obarczać odpowiedzialnością Powella, niezależnie od faktycznych przyczyn.
Choć pojawiły się pierwsze oznaki złagodzenia napięć, to do trwałego umocnienia dolara potrzeba wyraźniejszych i bardziej konsekwentnych sygnałów politycznych oraz gospodarczych. W obecnych warunkach trudno o taką pewność, a notowania EURUSD mogą pozostać w przedziale wahań (1,12-1,15), dopóki rynek nie otrzyma mocniejszych fundamentów do kontynuacji trendu.
Wirtualna Polska ujawniła, że Ministerstwo Funduszy płaci za promowanie postów publikowanych przez ministrę Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz na swoich prywatnych profilach. Promocja dotyczy wpisów związanych z pracami MFiPR. Ministra broni się tym, że profil realnej osoby działa na odbiorców lepiej niż profil instytucji – i to jest trafny argument, z którym można się zgodzić. Nadużycie w tym przypadku można jednak wykluczyć jedynie pozornie.
Komentarz Mikołaja Chałasa, Partnera w Chałas i Wspólnicy:
Praktyka dotycząca promowania przez Ministerstwo materiałów publikowanych przez Panią Minister, na jej prywatnym profilu, nie jest bynajmniej zagadnieniem błahym ani oczywistym. Kwestia transparentności przekazu, w szczególności w mediach społecznościowych, jest od dłuższego czasu przedmiotem wzmożonych działań Prezesa UOKiK.
Organ ten od dłuższego czasu walczy o oznaczanie przez osoby działające w mediach społecznościowych postów sponsorowanych. By zobrazować powagę tego zagadnienia warto wspomnieć, że na początku marca wydał w tym zakresie decyzję, w ramach której nałożył na trzech influencerów kary na łączną kwotę prawie pół miliona złotych.
Większość promowanych przez Prezesa UOKiK praktyk dotyczy zapewnienia jak największej transparentności charakteru publikowanych materiałów, tj. przejrzystego rozdziału pomiędzy działalnością publiczną a aktywnością prywatną – szczególnie w mediach społecznościowych, które dziś pełnią istotną rolę w komunikacji marketingowej, czy politycznej.
Łatwo jest zauważyć, że dokładnie takie przesłanki wzbudzają wątpliwość co do prawidłowości działania Ministerstwa i samej Pani Minister. W przypadku promocji za środki publiczne, użytkownik ma prawo wiedzieć, że ma do czynienia z materiałem sponsorowanym, a także zrozumieć, kto za tę promocję zapłacił i w jakim celu. W przeciwnym razie dochodzi do rozmycia granic między komunikacją urzędową a politycznym marketingiem.
Jednocześnie, tłumaczenie że „profil realnej osoby działa na odbiorców lepiej niż profil instytucji”, jest tym samym co linia obrony powielana przez niektórych influencerów, że posty oznaczone jako sponsorowane odbierane są gorzej od tych nieoznaczonych. Jak się łatwo domyślić, taka linia obrony – stawiająca na skuteczność budowania zasięgów, kosztem braku uświadomienia odbiorców, że mają do czynienia z materiałem, komercyjnym – jest niechybnie skazana na porażkę.
Autor: Mikołaj Chałas, Partner Chałas i Wspólnicy
Adwokat, który specjalizuje się w prawie gospodarczym – w szczególności w sprawach korporacyjnych, kontraktowych oraz transakcyjnych. Doradza podmiotom na każdym etapie rozwoju. Wspiera przedsiębiorców w skutecznym zabezpieczaniu ich interesów. Działa na rzecz propagowania dochodzenia roszczeń w oparciu o instytucje tzw. private enforcement
Mikołaj aktywnie współpracuje z branżą social media marketingu – wspiera agencje reklamowe, domy mediowe i influencerów w zgodnym z prawem prowadzeniu działań promocyjnych, minimalizując ryzyka prawne. Tematy związane z influencer marketingiem, reklamą w środowisku cyfrowym oraz światem gamingu to jego osobiste pasje – dlatego tak dobrze rozumie potrzeby tych branż i z powodzeniem reprezentuje ich interesy również w postępowaniach sądowych.
Ostatni tydzień był na rynku walutowym stosunkowo spokojny, w Wielki Piątek Trump wszystko to jednak zniweczył, w chaotyczny sposób atakując Fed w mediach społecznościowych. Złoty w niełatwych warunkach pozostaje jedną z najlepiej radzących sobie walut na świecie.
Kluczowe punkty:
Spokojny tydzień został zakończony przez atak Trumpa na Fed.
USD spada do nowych minimów przez narrację „sprzedaż USA”.
Kurs EUR/USD rośnie powyżej 1,15 mimo gołębiego EBC.
PLN pozostaje jedną z najlepiej radzących sobie walut świata.
Niska inflacja w Wlk. Brytanii otwiera drzwi do obniżki stóp BoE w maju.
Trump dopuścił się serii ataków personalnych na prezesa Rezerwy Federalnej Jerome’a Powella, a jeden z jego najważniejszych doradców potwierdził, że rozważa on zwolnienie prezesa. Trudno określić, czy to legalne, a sam Powell oświadczył, że nie wierzy, by prezydent mógł to zrobić. Niemniej najnowsza napaść na instytucje USA jeszcze bardziej zdenerwowała inwestorów, którzy po otwarciu rynku w niedzielę ponownie wyprzedawali amerykańskie akcje, obligacje i walutę, co jest rzadkim i niepokojącym trendem rynkowym.
Nie wiadomo, na ile rynki będą mogły skupić się w tym tygodniu na czymkolwiek innym niż nieprzewidywalne komunikaty administracji Trumpa. Poza wieściami dotyczącymi ceł, polityki monetarnej i innych w tym tygodniu poznamy również pierwsze szacunki szkód, jakie spowodowała chaotyczna polityka Trumpa. W środę (23.04) opublikowane zostaną wstępne wskaźniki PMI za kwiecień z głównych gospodarek, co da nam możliwość oceny jej wpływu na zaufanie biznesowe. Na realne dane gospodarcze będziemy musieli jeszcze zaczekać – jedynymi w tym tygodniu będzie liczba nowych deklaracji bezrobotnych w USA (czwartek 24.04), która nabiera teraz dodatkowego znaczenia.
Polski złoty – PLN
Dla złotego był to dość spokojny tydzień, zakończony skromnym umocnieniem względem euro. Tyle wystarczyło, by uplasował się w gronie pięciu najlepiej radzących sobie walut świata, siła euro bowiem nie słabnie. PLN Korzysta na odpływie środków z USA oraz znacznej stabilności instytucjonalnej, stając się swego rodzaju safe haven. Sprzyja to wszystkim walutom regionu, które w zestawieniu za 2025 r. wyprzedzają jedynie korona szwedzka oraz bezpieczne przystanie – jen japoński i funt szwajcarski.
Złoty, choć odrabia poniesione straty, nieznacznie ustępuje w rankingu pozostałym walutom regionu, ucierpiał bowiem nieco na gołębim zwrocie RPP. Przysłuchując się komunikatom członków rady, można dojść do wniosku, że obecnie pytaniem nie jest to, czy w maju dojdzie do obniżki, ale jaka będzie jej skala. Odczyty z ostatnich dni nie stoją jej z resztą na przeszkodzie – bazowa miara inflacji znalazła się co prawda nieco powyżej oczekiwań (3,6% r/r), dane z sektora przemysłowego pozostają jednak dość słabe. Spowalnia także wzrost płac, co może sprzyjać dezinflacji – marcowy odczyt wykazał ich najniższą dynamikę od lutego 2021 r. W najbliższych dniach obraz polskiej gospodarki w marcu uzupełnią dane dotyczące sprzedaży detalicznej (środa 23.04) oraz stopy bezrobocia (czwartek 24.04), kluczowe dla notowań złotego powinny pozostać jednak wieści z zewnątrz, w szczególności informacje w zakresie ceł dochodzące do nas z Białego Domu.
Euro – EUR
Euro umacniało się wraz z innymi walutami G10, co oznacza, że w ubiegłym tygodniu na rynkach panował raczej trend wyprzedaży dolara, a nie kupowania euro. Od „dnia wyzwolenia” wspólna waluta radzi sobie jednak niemal najlepiej spośród głównych walut, z wyjątkiem franka szwajcarskiego, co sugeruje, że rynki strefy euro zyskują dużą część kapitału odpływającego z USA. Potwierdza to fakt, że euro zyskuje nawet po dość gołębim posiedzeniu Europejskiego Banku Centralnego w ubiegłym tygodniu.
Podczas czwartkowej konferencji prasowej prezeska Christine Lagarde właściwie potwierdziła, że wiadomości o cłach zmusiły EBC do kwietniowej obniżki, ostrzegając przy tym, że handlowy protekcjonizm może doprowadzić do recesji w bloku. Zasygnalizowała również, że w obliczu obecnego szoku EBC jest gotowy obniżyć stopy poniżej ich neutralnego poziomu. Rynki wyceniają obecnie ostateczny poziom stóp procentowych poniżej 1,5%, rynek walutowy zdaje się jednak na razie nie przejmować niskimi stopami, większą uwagę zwracając na stosunkową stabilność instytucjonalną w strefie euro.
Dolar amerykański – USD
Jedynymi odzwierciedlającymi chaos i zamieszanie po „dniu wyzwolenia” informacjami makroekonomicznymi, jakie dotąd otrzymaliśmy, są dane dotyczące sentymentu. Jak na razie wszystkie te wskaźniki malują dość posępny obraz. Konsumenci i producenci obawiają się wyższych cen spowodowanych cłami i – szczególnie ci drudzy – przez niepewność wycofują się silnie ze swoich planów inwestycyjnych. Jest to niezwykłe, ponieważ właśnie amerykańscy producenci mieli zgodnie z planem na cłach zyskać.
Jedynym godnym zaufania odczytem jest jednak liczba zadeklarowanych bezrobotnych, która nie wzrosła i sugeruje, że ta niepewność nie przełożyła się dotąd na masowe zwolnienia. W tym tygodniu poznamy kolejne dane za kwiecień: cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych (czwartek 24.02) i kolejne regionalne ankiety Fedu. Znajdą się one w centrum uwagi o tyle, o ile pozwolą na to wiadomości ze strony prezydenta Trumpa.
Funt szterling – GBP
W ubiegłym tygodniu funt, podobnie jak euro, umacniał się względem dolara, podczas gdy inwestorzy starali się odnaleźć sens w panującym obecne na rynkach chaosie. Istotne, choć opóźnione, dane z zeszłego tygodnia obejmowały najnowszy raport z rynku pracy i marcowy odczyt inflacji. Sytuacja na rynku pracy jest wciąż dobra mimo wzrostu kosztów przedsiębiorców spowodowanego przez jesienny budżet – kreacja miejsc pracy jest stabilna, a solidny wzrost płac normuje się. Inflacja w marcu była niższa niż oczekiwano, co było dla Banku Anglii pozytywną informacją i otworzyło mu drogę do majowego cięcia stóp procentowych, które jest teraz w pełni wyceniane przez rynki.
Wydaje się, że będzie to dla funta kolejny interesujący tydzień. Uwagę przyciągną wstępne wskaźniki PMI za kwiecień (środa 23.04) oraz sprzedaż detaliczna w marcu (piątek 25.04). W planie jest również kilka przemówień członków Rady banku, którzy prawdopodobnie przygotują grunt pod obniżkę stóp procentowych w maju. Ogólnie uważamy, że biorąc pod uwagę stosunkowo niską ekspozycję na amerykańskie cła, odporny popyt i perspektywy bliższych relacji z Unią Europejską, funt jest w dobrej pozycji, by zyskać na rynkowej zmienności.
Autorzy: Enrique Díaz-Alvarez, Matthew Ryan, Michał Jóźwiak – analitycy Ebury
Nasilające się ataki prezydenta Trumpa na prezesa Rezerwy Federalnej, Jerome’a Powella rzucają cień na niezależność Fed, zwiększając niepewność i zmienność na rynkach finansowych.
Inwestorzy muszą liczyć się z potencjalną niestabilnością rynkową, w tym z presją na akcje, obligacje oraz kurs dolara amerykańskiego. To wyraźny sygnał dla inwestorów: dywersyfikacja portfela to dziś nie wybór, lecz konieczność.
Inwestorzy długoterminowi powinni zachować spokój, strategicznie dywersyfikować inwestycje na rynkach międzynarodowych oraz uważnie monitorować inflację, aby chronić swoje inwestycje.
– Ostra konfrontacja Trumpa z przewodniczącym Fed, Jerome’em Powellem, wywołuje silne wstrząsy na rynkach globalnych. Coraz bardziej agresywna retoryka prezydenta USA budzi obawy, że „America First” może nieoczekiwanie przeobrazić się w niepożądany scenariusz „Sell America First” – komentuje Jacob Falkencrone, główny strateg inwestycyjny w Saxo.
Ataki Trumpa na szefa Rezerwy Federalnej nie są kolejnym politycznym sporem – to jak wrzucenie kamienia do spokojnego jeziora finansów: fale rozchodzą się błyskawicznie, destabilizując wszystko, w tym twoje inwestycje.
Trump ponownie zaostrzył swoje ataki na Powella, domagając się obniżek stóp procentowych i nazywając szefa Fed „wielkim przegranym”. Dlaczego to powinno interesować inwestorów? Ponieważ ta nasilająca się konfrontacja zagraża stabilności i przewidywalności – fundamentom, na których opiera się portfel inwestycyjny.
Dlaczego Trump bierze na celownik Fed?
Mówiąc wprost: prezydent Trump chce, aby Fed znacznie obniżył stopy procentowe, twierdząc, że ostrożne podejście Powella dławi wzrost gospodarczy. Źródłem frustracji Trumpa jest coraz bardziej napięta wojna handlowa, a nałożone cła grożą gospodarce stagflacją, czyli niebezpiecznym połączeniem rosnących cen i spowalniającego wzrostu gospodarczego. Trump argumentuje, że natychmiastowe cięcia stóp procentowych mogłyby złagodzić te skutki, wzmacniając odporność gospodarczą, a także – co równie istotne – jego pozycję polityczną przed kluczowymi wyborami w połowie kadencji w 2026 roku.
W charakterystycznym dla siebie stylu, prezydent Trump osobiście zaatakował przewodniczącego Fed, Jerome’a Powella, nazywając go „wielkim przegranym”, który „zawsze reaguje zbyt późno” na zagrożenia dla gospodarki. W ostrych słowach ostrzegł: „jego dymisja nie może nadejść wystarczająco szybko”. Tego typu wypowiedzi znacząco eskalują napięcia, pokazując, że nie mamy do czynienia jedynie z różnicą zdań na tematy ekonomiczne, lecz zgłęboko osobistym i politycznym konfliktem.
Jacob Falkencrone zwraca uwagę, że kluczowy problem polega jednak na tym, że walka z inflacją zazwyczaj wymaga podnoszenia, a nie obniżania stóp procentowych. Wywierając presję na Powella w kierunku cięć, Trump stawia Fed w sytuacji niemal bez wyjścia. Uleganie politycznym żądaniom mogłoby wywołać obawy o wzrost inflacji, podczas gdy opór wobec nich prowokuje kolejne ataki polityczne, podważając niezależność Fed. Jednak Powell, jest zdeterminowany, by zachować niezależność banku centralnego, i podkreśla: „Nasza niezależność to kwestia prawa, a nie polityki”.
Czy Trump faktycznie może odwołać Powella?
Z prawnego punktu widzenia usunięcie Powella nie jest proste. Przewodniczący Fed podkreśla, że może zostać odwołany jedynie „z ważnej przyczyny” (czyli np. poważnych naruszeń etycznych), co nie obejmuje różnic w polityce monetarnej. Mimo to, administracja Trumpa podobno rozważa radykalne scenariusze: od redefinicji pojęcia „ważna przyczyna” po zaskarżenie niezależności Fed w Sądzie Najwyższym poprzez próbę zmiany interpretacji prawa.
Jednak Trump wcale nie musi formalnie usuwać Powella, by go osłabić. Znacznie subtelniejszym – a potencjalnie równie skutecznym – ruchem byłoby wskazanie „cienia przewodniczącego Fed”, czyli publicznego kandydata na następcę Powella, co mogłoby podważyć jego autorytet bez konieczności bezpośredniego starcia prawnego.
Koncepcja „cieniaprzewodniczącegoFed” przypomina sytuację, w której dwóch pilotów walczy o stery w trakcie lotu.
Rynki w takich momentach reagują niepewnością, która sprawia, że inwestorzy w pośpiechu szukają wyjścia awaryjnego. Nie miejmy złudzeń – ta bezprecedensowa presja polityczna zagraża fundamentom, na których opierają się inwestorzy: stabilności i niezależności najważniejszego banku centralnego na świecie.
Dlaczego niezależność Fed ma (ogromne) znaczenie
Niezależność Rezerwy Federalnej to nie tylko akademicka teoria – to fundament zaufania inwestorów. Bez niezależnego Fedu rynki musiałyby się mierzyć z niekontrolowaną inflacją, nieprzewidywalną polityką monetarną i systemową niestabilnością. Politycznie podporządkowany bank centralny podważa zaufanie nie tylko w USA, ale i na rynkach globalnych.
Zagraniczni inwestorzy trzymają biliony dolarów w amerykańskich obligacjach skarbowych właśnie dlatego, że niezależność Fed zapewnia przewidywalność i stabilność.
Najnowsze groźby Trumpa podkopują to zaufanie. To szczególnie niebezpieczne w momencie, gdy cła już nadwyrężają relacje międzynarodowe, sprawiając, że Ameryka może przestać być postrzegana jako przewidywalny i wiarygodny partner gospodarczy, na którym świat dotąd polegał.
Gdy globalni inwestorzy zaczynają kwestionować wiarygodność finansową Ameryki, powoli zaczynają wycofywać swoje środki.
Rynki nie znoszą chaosu – a konflikt Trump vs. Powell dostarcza go aż nadto
To nie jest odległe, polityczne starcie, a rynki finansowe już odczuwają jego skutki. Giełda Wall Street zareagowała błyskawicznie i w poniedziałek indeksy gwałtownie spadły. Jeszcze bardziej niepokojąca jest jednoczesna wyprzedaż amerykańskich akcji, obligacji i dolara – rzadkie zjawisko typu „sell America”, przypominające atmosferę z czasów kryzysu finansowego w 2008 roku.
Kurs dolara znajduje się obecnie na najniższym poziomie od trzech lat, co odzwierciedla rosnący kryzys zaufania. Nawet zazwyczaj bezpieczne amerykańskie obligacje skarbowe również zostały ostatnio wyprzedane, co spowodowało gwałtowny wzrost rentowności. Dlaczego? Ponieważ inwestorzy obawiają się politycznej ingerencji w politykę monetarną. Gdy ta święta zasada zostaje naruszona, trudno potem przywrócić zaufanie.
Jacob Falkencrone podkreśla, że gdy banki centralne stają się pionkami w politycznym sporze, rynki przygotowują się na sytuację, której zasady mogą zmieniać się w trakcie gry.Inwestorzy nie boją się samych zmian stóp procentowych – boją się nieprzewidywalności.
Źródło: Bloomberg, Saxo.
Czy globalni inwestorzy mogą zacząć „sprzedawać Amerykę”?
Globalna dominacja dolara – stanowiącego niemal 60% rezerw banków centralnych i będącego fundamentem światowego handlu – opiera się w dużej mierze na wiarygodności Stanów Zjednoczonych. Agresywna polityka celna Trumpa oraz presja polityczna wywierana na Fed podważają to zaufanie, skłaniając inwestorów na całym świecie do przemyślenia swojej zależności od amerykańskich rynków finansowych.
Niepokojące szepty o trendzie „Sell America” stają się coraz głośniejsze. Choć zastąpienie dolara jako globalnej waluty rezerwowej nie nastąpi z dnia na dzień, konfrontacyjna polityka Trumpa może skłonić inwestorów do stopniowego odchodzenia od amerykańskich aktywów. Taki powolny odpływ kapitału może w dłuższej perspektywie przeobrazić globalny system finansowy i zapoczątkować porządek gospodarczy mniej zorientowany na USA.
Mimo to, dostępne alternatywy są ograniczone – żaden inny rynek nie dorównuje głębokością i płynnością amerykańskiemu. Niemniej jednak, nawet stopniowa utrata zaufania może mieć trwałe konsekwencje.
Czy sytuacja jest poważna?
Zdecydowanie tak, ale to nie moment na panikę. Nie jest to pierwszy kryzys zaufania, z jakim mierzą się Stany Zjednoczone. USA przetrwały odejście od parytetu złota, globalny kryzys finansowy z 2008 roku i wiele innych wstrząsów. Za każdym razem ostatecznie zwyciężała odporność amerykańskiej gospodarki.
Jednak inwestorzy muszą zrozumieć, że konflikt Trumpa z Powellem to nie tylko osobista rywalizacja – to spór o fundamentalne zasady. Kluczowe jest, czy amerykańskie instytucje gospodarcze nadal będą postrzegane jako godne zaufania.
Zachowaj spokój, zadbaj o dywersyfikację
W przypadku inwestorów najważniejsza jest wyważona reakcja. Oto konkretne, praktyczne kroki, które warto rozważyć:
Dywersyfikuj globalnie: Chroń swój portfel, rozpraszając inwestycje na rynkach międzynarodowych. Uwzględnij akcje zagraniczne, obligacje i złoto jako zabezpieczenie.
Zachowaj spokój i myśl strategicznie: Unikaj impulsywnych decyzji pod wpływem medialnych nagłówków. Trzymaj się swojej długoterminowej strategii inwestycyjnej.
Uważnie monitoruj poziom inflacji: Problemy z niezależnością Fed mogą prowadzić do wzrostu inflacji. Uwzględnij obligacje chronione przed inflacją lub inwestycje w surowce jako ochronę.
– Dywersyfikacja to klucz do zapewnienia stabilności w niepewnych czasach, a inwestowanie w zagraniczne aktywa pozwala na rozpraszanie ryzyka na różne kraje i sektory gospodarki. Saxo, platforma inwestycyjna z duńską licencją bankową, oferuje szeroki dostęp do międzynarodowych rynków, dając możliwość inwestowania w różnorodne instrumenty finansowe, które mogą przynieść większe zyski niż instrumenty dostępne na rynku krajowym. Saxo oferuje ponadto szereg narzędzi, które pomagają chronić przed inflacją, takich jak obligacje zabezpieczone przed inflacją (TIPS), inwestycje w surowce oraz fundusze inwestujące w aktywa zyskujące w otoczeniu wysokiej inflacji. Dodatkowo, platforma umożliwia korzystanie z opcji i kontraktów terminowych, które pozwalają zabezpieczyć portfel przed zmiennością inflacyjną – mówi Aleksander Mrózek, Manager ds. relacji z kluczowymi klientami regionu CEE w Saxo Banku.
Finansowe burze pojawiają się i znikają, ale przetrwają ci inwestorzy, którzy myślą w dłuższej perspektywie i nie ulegają szumowi informacyjnemu. Konflikt między Trumpem a Powellem nie polega na opowiadaniu się po którejś stronie, lecz na zrozumieniu ryzyka i odpowiednim dopasowaniu inwestycji.
Jacob Falkencrone podkreśla, „rynki przetrwają prezydentów, szefów Fed i polityczne spory. Twój portfel też przetrwa, jeśli będziesz działać rozważnie, spokojnie i dywersyfikować.”
Opublikowane przez GUS dane o skali nowego budownictwa mieszkaniowego w Polsce potwierdzają, że rynek mieszkaniowy trwa w oczekiwaniu na zmiany w jego otoczeniu. We wszystkich kategoriach aktywności w budownictwie mieszkaniowym – mieszkania oddawane do użytku, budowy rozpoczynane i pozwolenia na budowę – dane GUS wskazują na wyniki gorsze niż przed rokiem.
Liczba mieszkań i domów oddanych do użytku w Polsce w marcu była w porównaniu do lutego o 6% wyższa, ale względem wyników sprzed roku o 9 % niższa. Wyniki kwartalne są bardziej jednoznaczne. W pierwszym kwartale 2025 roku w całej Polsce do użytku oddanych zostało zaledwie 46,1 tys. mieszkań i domów, co oznacza wynik najsłabszy od siedmiu lat. W marcu wszystkie grupy inwestorów oddały łącznie 15,7 tys. lokali. W tej puli firmy deweloperskie odpowiadały za budowę 9,4 tys. mieszkań, czyli wzrost o 6% w porównaniu do lutego i ponad 13% spadek w porównaniu z marcem ubiegłego roku. Ten kilkunastoprocentowy spadek r/r (rok do roku) wskazuje nie tylko na pojedynczy słabszy wynik miesięczny, ale uprawdopodabnia również prognozy, zgodnie z którymi pod względem liczby oddanych mieszkań 2025 rok będzie najsłabszy w ciągu ostatnich pięciu lat.
„Nie można obiektywnie analizować i oceniać tegorocznych danych GUS prezentujących liczby mieszkań oddawanych przez firmy deweloperskie, nie mając przed oczami liczby rozpoczynanych przez te podmioty budów w pierwszej połowie 2023 roku. Warto pamiętać, że zgromadzona – jako efekt nowych rozwiązań legislacyjnych – przez deweloperów w 2022 roku duża liczba pozwoleń w połączeniu ze słabnącą w następstwie skokowo rosnących kosztów kredytu hipotecznych – sprzedażą, zaowocowały w pierwszej połowie 2023 roku spowolnieniem w budownictwie mieszkaniowym. Deweloperzy uzyskali w tym okresie niewiele pozwoleń i rozpoczęli rekordowo małe liczby nowych budów. Efektem był spadek liczby rozpoczynanych przez deweloperów budów z poziomu 12 tys. miesięcznie w latach 2021-2022 do 8 tys. w I połowie 2023 roku. Następstwa tego wstrzymania sprzed dwóch lat będziemy zapewne obserwowali w niskiej liczbie oddawanych mieszkań w pierwszej połowie bieżącego roku. Wyniki z marca dobitnie to potwierdzają”, komentuje Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka działu badań w Otodom.
Struktura i skala rynku mieszkaniowego
Firmy deweloperskie odpowiadają za 60% wszystkich oddanych do użytku w marcu lokali mieszkalnych. Wyniki inwestorów indywidualnych są bardziej stabilne niż efekty działalności deweloperów a ich udział w całości budownictwa mieszkaniowego w Polsce od kilku miesięcy utrzymuje się na poziomie 35% – 38% ogólnej liczby oddawanych lokali. W marcu i pierwszym kwartale wyniósł 37%. W porównaniu do marca 2024 roku gospodarstwa domowe (w terminologii GUS to inwestorzy indywidualni) zakończyły budowę o 3% mniej domów/mieszkań, ale w porównaniu z poprzednim miesiącem ich wynik był o 5% lepszy.
Wzrost liczby nieruchomości oddawanych do użytku przez firmy deweloperskie w ujęciu miesiąc do miesiąca, nie znajduje potwierdzenia w danych prezentowanych w postaci narastającej od początku roku sumy zrealizowanych lokali. W okresie styczeń-marzec firmy deweloperskie przekazały do użytkowania 27,7 tys. mieszkań i domów, czyli wyraźnie mniej niż przed rokiem (29,4 tys.). W tym samym czasie inwestorzy indywidualni zrealizowali 17,1 tys. lokali, czyli o 6% mniej niż w analogicznym okresie 2024 roku.
Wykres przygotowany przez Otodom
„Wiele wskazuje na to, że taką tendencję będziemy obserwować również w kolejnych miesiącach 2025 roku. Starania różnych grup inwestorów o uzyskanie pozwoleń na budowę w marcu przyniosły lepsze efekty niż w lutym. Jednak w porównaniu do wyników z 2024 roku wyniki te są o kilkadziesiąt procent niższe. Wiemy z danych zagregowanych dla 12 i 36 miesięcy, że liczba pozwoleń na budowę lokali mieszkalnych wciąż wyraźnie przekracza liczbę budów rozpoczynanych w analogicznych okresach. W efekcie w całej Polsce utrzymuje się wyraźna nadwyżka pozwoleń na budowę, która istotnie zwiększa możliwości wprowadzenia przez firmy deweloperskie na rynek nowej podaży, czyli rozpoczęcia budowy nowych mieszkań”, mówi Kuniewicz z Otodom.
Perspektywa przyszłych inwestycji
Łączna liczba pozwoleń wydanych w marcu przekroczyła 22 tys., a 13,9 tys. z nich dostali deweloperzy, 7,1 tys. inwestorzy indywidualni. W efekcie suma uzyskanych w marcu pozwoleń była o 11% wyższa niż w lutym. Jednak w porównaniu do marca sprzed roku liczba pozwoleń na budowę spadła o 20,5%. Powodem była wyraźnie niższa w tej kategorii niż w marcu ubiegłego roku aktywność firm deweloperskich. Liczba lokali mieszkalnych, na budowę których różne grupy inwestorów uzyskały pozwolenie w pierwszym kwartale 2025 roku (styczeń-marzec), jest wyraźnie niższa niż rok temu. Z danych GUS wynika, że w pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku deweloperzy uzyskali pozwolenia na budowę łącznie 40,4 tys. mieszkań i domów (o 20,8% mniej r/r), a inwestorzy indywidualni 18,3 tys. (o 4,6% więcej).
Wykres opracowany przez Otodom
Statystyki GUS po marcu dotyczące rozpoczynanych w całej Polsce budów wskazują na wyraźne odbicie w stosunku do lutego, jest to jednak naturalne wiosenne wzmożenie. Wprawdzie liczba rozpoczynanych przez wszystkie grupy inwestorów budów zmniejszyła się w ciągu roku o 8%, ale w wolnej od wahań rynkowych kategorii budownictwa indywidualnego, czyli domów budowanych przez gospodarstwa domowe, GUS odnotował wzrost zarówno miesiąc do miesiąca (o 52%), jak i rok do roku (o 9,4%).
„Warto także zaznaczyć, że początek ubiegłego roku charakteryzował się wyjątkowo wysokim wolumenem rozpoczynanych budów. Działo się tak głównie za sprawą firm deweloperskich, które pod wpływem wyjątkowo wysokiej sprzedaży wspieranej “Bezpiecznym kredytem 2%” przystąpiły do realizacji nowych inwestycji. Na tle ostatnich pięciu lat pierwszy kwartał 2024 roku w kategorii budowy rozpoczynane był wyjątkowy, więc analiza liczby rozpoczynanych w pierwszych miesiącach 2025 roku budów musi uwzględniać ten fakt”, zaznacza dyrektorka badań rynku, Otodom.
Wszystkie grupy inwestorów w marcu 2025 roku rozpoczęły budowy 21,9 tys. lokali mieszkalnych, czyli o 32% więcej niż w lutymi o 8% mniej niż w marcu 2024 roku. Ten kilkuprocentowy spadek w kategorii „ogółem” to przede wszystkim efekt ograniczenia działalności firm deweloperskich, które zaczęły w tym roku budowę wyraźnie mniejszej liczby lokali niż rok temu (o 17,6% mniej). Jednak w stosunku do średniej z lat 2021-2023 wyniki deweloperów w tym zakresie są wyraźnie wyższe.
Bieżące dane GUS o rozpoczynanych budowach należy interpretować także w kontekście statystyki udzielanych pozwoleń. Od początku roku różnica między liczbą uzyskanych pozwoleń i liczbą rozpoczynanych budów wynosi 6,1 tys., co oznacza, że 10% uzyskiwanych pozwoleń nie ma kontynuacji w realizowanych budowach. Warto odnotować, że prawie ⅓ (2 tys.) tej nadwyżki powstała za sprawą pozwoleń na budowę mieszkań komunalnych i społecznych-czynszowych, co potwierdza zapowiedź powstawania coraz większej liczby mieszkań na wynajem o umiarkowanym czynszu.
Jak wskazuje Katarzyna Kuniewicz: „wyniki firm deweloperskich w kontekście nadwyżki pozwoleń nad rozpoczynanymi budowami należy oceniać nieco inaczej, jednak również w tej grupie inwestorów początek 2025 roku wygląda optymistycznie. W 2024 roku deweloperzy odłożyli 25% uzyskanych pozwoleń, podczas gdy w pierwszym kwartale 2025 roku zaledwie 10%. Porównanie wyników z marca dotyczących liczby pozwoleń uzyskiwanych przez firmy deweloperskie z liczbą rozpoczynanych przez te firmy budów pokazuje, że możemy mieć do czynienia ze zmianą dotychczasowej tendencji, a w efekcie redukcją rekordowej nadwyżki pozwoleń zgromadzonych w latach 2022-2023”.
Wykres przygotowany przez Otodom
Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka działu badań w Otodom
Gdy większość rynków na świecie wczoraj pracowała, polscy finansiści odpoczywali. Nie przeszkodziło to złotemu umocnić się w stosunku do głównych walut. Poniedziałkowe zyski PLN były związane z osłabieniem dolara. Pogorszenie kondycji amerykańskiej waluty ponownie przypisujemy prezydentowi USA, który zaskakuje rynki swoimi pomysłami. Wtorkowa sesja to delikatne odreagowanie wczorajszej wyprzedaży dolara. Dziś poznaliśmy także szereg danych z polskiej gospodarki.
Słabnące zaufanie do USA
Inwestorzy tracą cierpliwość do taryfowej niepewności Stanów Zjednoczonych. Mimo trwającej 90-dniowej pauzy na większość ceł, rynkom ciąży wydłużający się impas na linii USA-Chiny. Na horyzoncie nie widać nawet światełka w tunelu, które sugerowałoby osiągnięcie kompromisu między dwoma mocarstwami. Zwłaszcza że Chińczycy nieszczególnie kwapią się do negocjacji, jeżeli miałyby być prowadzone w dotychczasowym tonie. Zdezorientowana jest także Japonia, która – jak wynika z medialnych doniesień – nie może uzyskać od USA konkretów dotyczących przyszłych relacji handlowych. Rynkom ewidentnie nie wystarczają słowa o „znacznych postępach” czy „owocnych negocjacjach”, które usłyszeliśmy po raz kolejny – tym razem po spotkaniu z premierem Indii. Inwestorzy chcą konkretów, gdyż dla nich nawet zła informacja jest lepsza od wizji dalszej niepewności, do której nie wiadomo, jak się dostosować. Wczoraj do tej chaotycznej układanki dołączyły słowa Trumpa o chęci zwolnienia przewodniczącego FED. Ta wypowiedź wystarczyła, aby zasiać niepewność co do przyszłej niezależności amerykańskiego banku centralnego. Malejąca wiarygodność USA doprowadziła do ucieczki kapitału ze Stanów.
Przetasowanie bezpiecznych przystani
Wyprzedaż długu USA połączona ze spadkami na amerykańskiej giełdzie i osłabieniem kursu dolara owocują nadszarpnięciem pozycji amerykańskich obligacji oraz waluty jako bezpiecznych przystani. Korzystają na tym inne tzw. safe haven. Zacznijmy od złota. Szlachetny kruszec dziś po raz kolejny wybił nowy historyczny szczyt. Tym razem wycena otarła się o poziom 3500 USD za uncję. A jeśli skierujemy wzrok w stronę forex, zobaczymy zyski japońskiego jena. Kurs USD/JPY zszedł do wsparcia 140 JPY. Umacnia się także frank szwajcarski. Notowania USD/CHF odbiły się wczoraj od dna 0,804 CHF. Tak nisko wykres znajdował się ostatnio w 2011 roku. Osłabienie amerykańskiej waluty od momentu objęcia urzędu przez obecnego prezydenta USA jest imponujące. Dla zobrazowania strat – w dniu inauguracji Trumpa złoto kosztowało 2730 USD, a za jednego dolara płaciliśmy 155 JPY lub 0,90 CHF.
Dane z Polski
We wtorkowym kalendarzu makroekonomicznym królują odczyty z krajowej gospodarki. Produkcja budowlano-montażowa spadła o 1,1% r/r. Wzrosła natomiast produkcja przemysłowa. Zwyżka o 2,5% to jednak mniej niż prognozowane 3,6% r/r. Poniżej oczekiwań znalazło się wynagrodzenie (7,7% r/r, konsensus 7,9% r/r). Dodatkowo trzeci raz w tym roku utrzymał się spadek zatrudnienia na poziomie -0,9% r/r. Szczególną uwagę analityków zwróciła przeciętna płaca brutto w Polsce. Kwota 9055,92 PLN w firmach zatrudniających powyżej 9 pracowników to najwyższy wynik w historii (po raz pierwszy powyżej granicy 9000 zł). Odczyty nie miały większego wpływu na krajową walutę, która odreagowuje umocnienie z wczorajszej sesji. We wtorek o godzinie 14 kurs EUR/PLN to 4,285 PLN (wczoraj 4,267 PLN), natomiast kurs USD/PLN wzrasta do 3,725 PLN (wczoraj 3,70 PLN).
Początek roku przyniósł wyraźne ochłodzenie w planach inwestycyjnych deweloperów. Choć liczba rozpoczętych budów utrzymała się na stabilnym poziomie, pozwoleń na nowe inwestycje było aż o 21 proc. mniej niż rok temu. Branża czeka na bodziec – może nim być zapowiadana obniżka stóp procentowych.
Dane Głównego Urzędu Statystycznego za pierwszy kwartał 2025 r. pokazują spadki w mieszkalnictwie w porównaniu do początku 2024 r. Jest mniej pozwoleń na budowę i mniej nowych inwestycji. Patrząc jednak na statystyki widać, że dane za marzec są lepsze od tych za luty.
Rozpoczęte inwestycje
Zestawienie liczby mieszkań, których budowę rozpoczęto z tempem sprzedaży lokali na rynku pierwotnym każe sądzić, że nie ma obecnie rynkowych przesłanek świadczących o presji na wzrost cen mieszkań. Dane z pierwszego kwartału świadczą raczej o kontynuacji trendu stabilizacyjnego na rynku nieruchomości.
Od stycznia do marca br. deweloperzy rozpoczęli budowę 36 531 nowych mieszkań, co przełożyło się na bardzo zbliżony wynik do obserwowanych w dwóch kwartałach poprzedzających. Jednak gdy porównamy dane z I kwartału z analogicznym okresem w 2024 r., widzimy, że liczba nowo budowanych mieszkań spadła o 13 proc.
– Nie jest to jednak alarmujące zjawisko. Spadek jest bowiem efektem wysokiej bazy, którą obserwowaliśmy na początku zeszłego roku, gdy deweloperzy zwiększali swoje wysiłki inwestycyjne w związku z popytem wygenerowanym przez program Bezpieczny Kredyt 2 proc. oraz wizją wprowadzenia nowego instrumentu pomocowego – komentuje Patryk Kozierkiewicz, radca prawny w Polskim Związku Firm Deweloperskich.
Można zakładać, że w związku z rekordowym poziomem oferty mieszkań w sprzedaży, inwestorzy będą spowalniać tempo nowych wprowadzeń. Bodźcem do uruchamiania nowych przedsięwzięć mogą stać się jednak zapowiedzi Rady Polityki Pieniężnej na temat potencjalnej obniżki stóp procentowych. – Ich spadek przyczyniłby się bowiem do zwiększenia zdolności kredytowej i mógłby stanowić impuls dla tych, którzy przez ostatni rok wstrzymywali się z decyzją o zakupie własnego M – twierdzi Patryk Kozierkiewicz.
Pozwolenia na budowę
Pierwszy kwartał zakończył się na jeszcze większym minusie pod względem liczby pozwoleń na budowę. Względem I kwartału 2024 r., pierwsze trzy miesiące 2025 r. przyniosły znaczny, bo niemal 21 proc. spadek liczby pozwoleń na budowę uzyskiwanych przez deweloperów.
– Wydaje się, że w skali kraju spadek ten może być symptomem niezadowalającego popytu i wysokiego poziomu oferty. Jeżeli bowiem inwestor boryka się z niedostatecznym tempem wyprzedaży mieszkań, których budowę aktualnie prowadzi, stan ten może odwieść go od poszukiwania nowych okazji do inwestycji – podkreśla radca prawny PZFD.
Warto również zauważyć, że obniżenie tempa uzyskiwania pozwoleń może w przyszłych okresach wpłynąć na spadek wolumenu nowo rozpoczynanych inwestycji, choć będzie dotyczyło to głównie mniejszych podmiotów, które nie mogą pozwolić sobie na symultaniczną realizację kilku projektów.