W najnowszym badaniu „Polska Piłka”, przygotowanym przez „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”, ponownie na szczycie zestawienia znalazła się Legia Warszawa. „Wojskowi” wyprzedzili Lecha. Duży awans zanotowała Jagiellonia.
W maju na temat lidera zestawienia pojawiło się ponad 4,6 tys. materiałów z prasy i wybranych stron internetowych. Legia Warszawa zdecydowanie najczęściej gościła w mediach. Druga lokata ponownie przypadła Lechowi, na temat którego w maju pojawiło się o ok. 8% materiałów mniej niż o stołecznej Legii. Na najniższy stopień podium wróciła Wisła Kraków, która w poprzednim zestawieniu – kosztem Śląska Wrocław – znalazła się tuż za podium.
Do większych przetasowań doszło poza podium. Największy awans w maju zanotowała Jagiellonia Białystok. Zespół z Podlasia, w porównaniu z poprzednim miesiącem, awansował aż o sześć pozycji. Suma publikacji związanych z zespołem prowadzonym przez Michała Probierza urosła o niemal 25%.
Wykres 1. Over 2500 – zestawienie najbardziej medialnych zespołów T-Mobile Ekstraklasy, na temat których w maju 2015 roku pojawiło się ponad 2,5 tys. publikacji
Badanie „Polska Piłka” prowadzone jest na podstawie monitoringu 1100 tytułów prasy ogólnopolskiej i regionalnej oraz wybranych portali internetowych. Łącznie od początku badania – czyli od 1 marca 2010 do 31 maja 2015 – analitycy firmy „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów” wzięli pod uwagę ponad 952 tys. informacji.
PRESS-SERVICE Monitoring Mediów wyraża zgodę na pełną lub częściową publikację materiałów pod warunkiem podania źródła (pełna nazwa firmy: PRESS-SERVICE Monitoring Mediów). W przypadku wykorzystania grafik należy wskazać źródło (nazwę firmy lub logotyp) przy każdym wykresie.
Agencja badawcza IRCenter analizuje w tym roku wydarzenia polityczne w mediach społecznościowych, wyszukiwarce Google i na urządzeniach mobilnych.
W najnowszym raporcie IRCenter skupia się na ostatnich wyborach prezydenckich i komunikacji politycznej w mediach społecznościowych w okresie od początku marca do końca maja 2015 roku. Analiza ma na celu wskazanie najbardziej efektywnych działań i bieżący tracking aktywności do końca roku.
Analiza wykazała, że w trakcie ostatnich wyborów kluczowym kanałem komunikacji w internecie był Facebook. Publikowane tam treści kandydatów docierały do największej liczby odbiorców i najwięcej osób dyskutowało na ich temat. Tylko o Andrzeju Dudzie, Bronisławie Komorowskim i Pawle Kukizie w okresie od początku marca do końca maja na Facebooku pojawiło się 2408 tyś. komentarzy, na Twitterze – tylko 407 tyś., a na Wykopie –205 tyś. W trakcie pierwszej tury wyborów oficjalne fanpage kandydatów zgromadziły 11% wszystkich postów i komentarzy na tym serwisie. Odsetek ten wzrósł w dniu debaty telewizyjnej 17 maja do 19% i utrzymywał się na stabilnym poziomie.
Na Facebooku to Bronisław Komorowski wywołał w trakcie wyborów najwięcej interakcji (łącznie
1 710 tyś.) i wywoływał średnio 6,4 tyś. interakcji na jeden post. Najbardziej aktywny na oficjalnym fanpage’u był jednak Paweł Kukiz (419 postów), wyprzedzając Andrzeja Dudę (351 opublikowanych postów i 1 358 tyś. wywołanych interakcji). Prezydent elekt efektywnie łączył oficjalną komunikację kampanijną z bezpośrednimi zwrotami do fanów – dziękował swoim fanom, publikował selfie ze znanymi osobami i zdjęcia ze spotkań ze swoimi sympatykami. W tym czasie Bronisław Komorowski prezentował się tam znacznie bardziej oficjalnie, a Paweł Kukiz prowadził najbardziej bezpośrednią i osobową komunikację.
Twittera zdecydowanie zdominował Andrzej Duda, którego śledziła największa liczba osób – 56 tyś. (Bronisława Komorowskiego – 37 tyś.). Chociaż Duda opublikował 178 mniej tweetów niż Bronisław Komorowski (1134 tweety), to wywołał 140 tyś. reakcji użytkowników Twittera, podczas gdy Bronisław Komorowski – tylko 92 tyś. Prezydent elekt w trakcie wyborów wywoływał pod każdym tweetem prawie dwa razy więcej reakcji niż Bronisław Komorowski. Istotne jest też, że Andrzej Duda odpowiedział na 274 tweety innych osób, a urzędujący prezydent w ogóle nie odpowiadał na tweety i komentarze fanów.
Andrzej Duda najlepiej radził sobie też na Instagramie – wywołał najwięcej polubień i komentarzy już od 1 tury wyborów; zaraz po drugiej turze miał też dwa razy więcej obserwujących (6200) niż Bronisław Komorowski. Prezydent elekt publikował zdjęcia relacjonujące spotkania z wyborcami (kandydat wśród ludzi), podczas gdy Bronisław Komorowski komunikował się w sposób bardziej oficjalny i przypominający tradycyjne formaty reklamowe.
Wyborcza walka rozegrała się też przy użyciu hasztagów. Niektóre z nich po prostu odwoływały się do kandydatów i były używane zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym kontekście. Wśród oficjalnych hasztagów kampanijnych najlepszy był #bronekmusisz (68 tyś. użyć), drugi – #potrafiszpolsko Pawła Kukiza (56 tyś. użyć), a trzeci – #andrzejduda2015 (43 tyś. użyć).
lp.
hasztag
liczba wystąpień
lp.
hasztag
liczba wystąpień
1.
#wybory
189 165
11.
#wybory2015
61 220
2.
#czasdecyzji
164 452
12.
#potrafiszpolsko
56 531
3.
#komorowski
159 721
13.
#korwin
43 822
4.
#polityka
148 375
14.
#andrzejduda2015
43 520
5.
#debata
124 997
15.
#4konserwy
38 761
6.
#polska
122 541
16.
#popieramkomorowskiego
38 434
7.
#duda
77 841
17.
#tosieuda
38 138
8.
#wyboryprezydenckie2015
70 685
18.
#rmf24
25 840
9.
#kukiz
68 369
19.
#andrzejduda
21 582
10.
#bronekmusisz
68 068
20.
#dobrazmiana
14 871
„Podczas tegorocznych wyborów prezydenckich trzech najważniejszych kandydatów na prezydenta postawiło na internet. Media społecznościowe z jednej strony odzwierciedlały preferencje wyborcze internautów, ale z drugiej stanowiły arenę walki tych kandydatów. I była to walka wyrównana do samego końca” – komentuje Małgorzata Tomczyk-Walczak z IRCenter.
Prezentowana analiza dotyczy kluczowych wskaźników efektywności (KPI) głównych kandydatów na prezydenta. Kolejne opracowania będą skupiały się na efektywności poszczególnych kanałów i rodzajów contentu oraz relacji internetu do pozostałych mediów i zmian preferencji wyborczych. Pełny raport można pobrać ze strony: http://ircenter.com/kto-wygral-wybory-prezydenckie-2015-w-internecie/
Nowelizacja prawa budowlanego, która wchodzi w życie 28 czerwca 2015 r., stanowi znaczne ułatwienie dla budujących. Zredukowanie formalności i skrócenie czasu oczekiwania na akceptację dokumentacji przed rozpoczęciem budowy to tylko niektóre zmiany, które niosą za sobą nowe regulacje. O aktualnych przepisach w polskim prawie budowlanym opowiada Aleksandra Gilewska, Manager ds. marketingu z firmy Baumit.
Zmiany w szczególności opierają się na usprawnieniu procesu budowlanego poprzez zniesienie obowiązku uzyskania decyzji o pozwoleniu na budowę w stosunku do wybranych obiektów. Procedury ulegają uproszczeniu i usprawnieniu dzięki rezygnacji z przymusu dołączania do projektu budowlanego oświadczeń o zapewnieniu dostawy energii, ciepła, gazu, wody, o warunkach przyłączenia sieci wodociągowych, kanalizacyjnych, cieplnych, gazowych, elektroenergetycznych, telekomunikacyjnych oraz dostępu do publicznej drogi. Dotychczasowe prawo stanowiło, że nawet przy niewielkich inwestycjach każdy inwestor musiał zadbać o to, by nowy budynek miał dostarczone wszelkie media oraz aby został stworzony dojazd do posesji. Nowe zmiany znacznie skracają procedurę już na etapie projektowania obiektu.
Zmiany w zgłaszaniu budów
Aleksandra Gilewska, Manager ds. marketingu Baumit Sp. z o.o., fot. Baumit
„Jedną z wprowadzonych modyfikacji jest zmiana w zakresie procedury przekazywania dokumentacji do urzędu, dzięki której budowa lub przebudowa niektórych obiektów wymagać będzie zgłoszenia, a nie – jak dotychczas – pozwolenia na budowę. Nowelizacja ta dotyczy wolnostojących budynków mieszkalnych jednorodzinnych, których obszar oddziaływania mieści się w całości na działce lub działkach, na których zostały zaprojektowane. Nowe prawo dotyczy również wolnostojących budynków parterowych gospodarczych – w tym garaży czy altan – oraz rekreacji indywidualnej o powierzchni zabudowy do 35m2, maksymalnie dwóch na każde 500 m2 działki, gdzie powierzchnia przed nowelizacją wynosiła tylko 25 m2. Nowym zasadom podlega również zgłaszanie wolnostojących parterowych budynków stacji transformatorowych oraz kontenerowych stacji transformatorowych o powierzchni zabudowy do 35m2” – mówi Aleksandra Gilewska z firmy Baumit. Nowelizacja zakłada również możliwość budowy wiat o powierzchni aż do 50m2, których budowę wystarczy tylko zgłosić, przy czym liczba wiat nie może przekraczać dwóch na każde 1000 m2 działki. Dzięki zmianie zredukowane zostaną ponoszone koszty projektów budowlanych, ponieważ do zgłoszenia załącza się tylko szkice. Natomiast do zgłoszenia budów trzeba będzie dołączyć m.in. cztery egzemplarze projektu budowlanego z opiniami, pozwoleniami czy uzgodnieniami. Podobnej zmianie rezygnacji z obowiązku uzyskania decyzji pozwolenia podlega budowa zjazdu z drogi publicznej. Nowe prawo budowlane zakłada konieczność jedynie jej zgłoszenia, do którego dołączona musi być zgoda od zarządcy drogi na lokalizację zjazdu.
Zmiany w czasie
Urząd będzie miał 30 dni na sprzeciw lub decyzję, że w danym przypadku konieczne jest uzyskanie pozwolenia na budowę. Natomiast, gdyby w tym czasie urzędnicy nie zareagowali, oznaczać to będzie milczącą zgodę. Dzięki tym zmianom znacznie skróci się czas oczekiwania na rozpoczęcie prac budowlanych. Istotną, z punktu widzenia inwestora, zmianą jest wydłużenie czasu, w jakim może on rozpocząć zgłoszone roboty. Dotychczas były to 2 lata, teraz czas wydłużono do lat 3. Jeśli jednak w tym czasie nie rozpoczniemy budowy, konieczne będzie ponowne wystąpienie ze zgłoszeniem. Warto zaznaczyć, że czas ten liczy się od planowanej daty rozpoczęcia prac, która została wskazana w zgłoszeniu, a nie od daty samego złożenia dokumentu. Ponadto zlikwidowano obowiązek zgłaszania zamierzonego terminu rozpoczęcia robót budowlanych, który dotychczas stanowił, że inwestor musi to zrobić co najmniej 7 dni przed rozpoczęciem robót budowlanych.
Oszczędność na każdym kroku
„Niższe opłaty legalizacyjne dla sprawców samowoli budowlanej to znaczne ułatwienie, które niesie ze sobą nowe prawo. Dotyczą one niewielkich obiektów, które stanowią element zagospodarowania działki. Przykładowo opłata za domek letniskowy lub garaż do 35m2 wyniesie 5 000 zł zamiast dotychczasowych 25 000 zł. W przypadku domu jednorodzinnego samowola budowlana nadal będzie podlegała opłacie 50 000 zł, jednak wprowadzono możliwość wystąpienia z wnioskiem o umorzenie, odroczenie lub rozłożenie jej na raty” – dodaje Aleksandra Gilewska.
Ochrona środowiska
Zgodnie z nowym prawem, pomimo tego, że pozwolenie na budowę w wielu przypadkach nie będzie już wymagane, będzie obowiązek zgłaszania budów w sytuacji, gdy obiekty znajdować się będą na obszarze Natura 2000. Ze względu na aspekty związane z ochroną środowiska, zgłaszaniu podlegać będzie również budowa boisk, instalacji wodociągowych, cieplnych, elektroenergetycznych oraz telekomunikacyjnych wewnątrz budynku. Z tych samych powodów ograniczono możliwość stawiania wiat. Bez uzyskania pozwolenia na budowę będą mogły one powstawać tylko na działkach, na których już znajduje się budynek lub przeznaczonych pod budownictwo mieszkaniowe.
Nowe zasady wprowadzone do polskiego prawa budowlanego znacząco wpłyną na zwiększenie realizowanych w trybie zgłoszeniowym budów, co będzie stanowiło oszczędności finansowe oraz czasowe dla inwestorów.
– Zaskakujące zerwanie piątkowych rozmów między Grecją a jej wierzycielami doprowadziło ten kraj na skraj przepaści. Co może dalej stać się w najbliższych dniach i kolejnych miesiącach? Czy pomysł równoległej greckiej waluty to sensowna koncepcja? – komentuje Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl.
Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl
Grecki rząd od niespełna pół roku negocjował z Komisją Europejską (KE), Międzynarodowym Funduszem Walutowym (MFW) oraz Europejskim Bankiem Centralnym (EBC) warunki wypłaty ostatniej raty programu pomocowego. Rozmowy były o tyle trudne, że zaprzysiężony pod koniec stycznia gabinet Syrizy obiecał zakończenie prowadzenia polityki oszczędności narzuconą przez wierzycieli, podniesie pensje i emerytury oraz przywróci do pracy zwolnionych urzędników.
Z kolei tak zwana Trojka (KE, MFW, EBC) zgadzała się na wypłatę kolejnych miliardów euro pomocy, ale tylko jeżeli Ateny przedstawią wiarygodny plan reform gospodarczych. Trwające miesiącami rozmowy bardzo wyraźnie przyspieszyły w minionym tygodniu, kiedy propozycje wierzycieli i kredytobiorcy bardzo wyraźnie się zbliżyły.
Jeszcze w piątek obie strony sugerowały, że konsensus jest coraz bliżej. Potwierdzały to wyciekające do mediów informacje z kopiami poszczególnych planów reform oraz koncepcje przedłużenia programu pomocowego o kolejne sześć miesięcy.
Jednak w pewnym momencie nastąpił rozłam w rozmowach. Premier Tsipras wrócił do Aten i ogłosił, że w następną niedzielę zostanie zwołane referendum w sprawie przyjęcia bądź odrzucenia oferty wierzycieli. Ten ruch jednak dramatyczne komplikuje rozmowy, stawia na szali grecką przynależność do strefy euro oraz naraża całą Unię Europejską na ryzyko perturbacji gospodarczych.
Za późno na referendum
Wyrażenie przez społeczeństwo wiążącej opinii na temat reform to teoretycznie dobre rozwiązanie. Mówił o nim jeszcze w maju minister finansów Niemiec Wolfgang Schauble, który od początku był zwolennikiem twardego podejścia w stosunku do Hellady. Tę koncepcję odrzucała jednak strona grecka, twierdząc, że niedawno były wybory i rząd ma mandat, aby prowadzić negocjacje z wierzycielami.
Problemem jest jednak fakt, że obecny program pomocy dla Grecji kończy się 30 czerwca. Tego samego dnia przypada płatność raty dla MFW o wartości 1.6 mld euro. Ponieważ kasa państwa jest pusta, a brak porozumienia Aten z wierzycielami uniemożliwia wypłacenie ostatniej raty pomocy o wartości ponad 7 mld euro, Hellada może zbankrutować już na początku lipca.
Kolejną poważna kwestią jest również fakt, że greckie banki są tak naprawdę na skraju bankructwa. Ich normalne funkcjonowanie było możliwe jedynie dzięki dostarczaniu do nich płynności przez EBC. Gdy w niedzielę okazało się, że europejskie władze monetarne wstrzymują „kroplówkę”, po kilku godzinach rząd musiał ogłosić wprowadzenie kontroli przepływu kapitału.
W rezultacie państwo będzie sparaliżowane przynajmniej przez najbliższy tydzień. Nie chodzi tylko o ludność, która może wypłacić jedynie 60 euro dziennie z bankomatów. Dotyczy to przede wszystkim przedsiębiorstw. Ich działalność przez najbliższe dni będzie niemożliwa. Niestety w znacznym stopniu ucierpi branża turystyczna, która akurat wchodzi w szczyt sezonu. Skutki decyzji Tsiprasa są więc już katastrofalne.
Co dalej z Grecją?
Co będzie się działo w Grecji przez najbliższe dni i tygodnie? To w tej chwili podstawowe pytanie. Jednak na ten temat ministrowie finansów państw strefy euro nie chcieli spekulować. Na zakończonym w sobotę wieczorem nadzwyczajnym posiedzeniu Eurogrupy wielu z nich wyrażało opinię, że ryzyko opuszczenia strefy euro przez Helladę znacznie wzrosło. Natomiast decyzja o zwołaniu referendum przez premiera Tsiprasa w tak newralgicznym momencie była dla nich całkowicie niezrozumiała.
Teoretycznie można sobie wyobrazić powrót do rozmów, jeżeli większość społeczeństwa poparłaby program reform. To prawdopodobnie spowodowałoby upadek rządu Tsiprasa i kolejne wybory. Niewykluczone, że to jedyny ratunek przed zapaścią finansową Grecji, która ze sparaliżowanym systemem bankowym, olbrzymim długiem i pustym skarbcem pogrążyłaby się najpierw w głębokiej recesji. Przejście na własną walutę groziłoby dodatkowo wysoką inflacją.
Obecnie jednak coraz bardziej prawdopodobny staje się scenariusz tak zwanego Grexitu, czyli opuszczenia przez Grecję strefy euro. Ponieważ jednak cała operacja przebiegałaby pod presją czasu oraz podczas zapaści gospodarczej, to trud reform podejmowany przez Ateny w ciągu ostatnich lat poszedłby szybko na marne.
Równoległa waluta
Ponieważ spekulacje o Grexicie trwają już od wielu lat, są analizy pokazujące, jak mógłby on przebiegać. Ten temat dobrze przedstawił Jeremie Cohen-Setton na łamach brukselskiego think tanku Bruegel. Ateny mogą wyemitować tak zwane IOU („I owe you”, z angielskiego „jestem tobie winien”). Byłoby to swojego rodzaju zobowiązanie państwa w stosunku do obywateli i przyrzeczenie jego realizacji w przyszłości.
Przykładowo, zatrudniony w sektorze publicznym pracownik dostaje 1 tys. euro. Ponieważ jednak państwo nie ma pieniędzy, wypłaca mu 1 tys. IOU, z obietnicą zamiany go na europejską walutę w terminie np. 3 lat w stosunku 1:1. Obywatel może np. opłacać IOU podatki czy inne daniny dla państwa.
Większy problem pojawia się, gdy przychodzi konieczność zapłacenia za dobra i usługi z sektora prywatnego. Szybko jednak rodzi się możliwość wymiany IOU na euro czy inne waluty po prostu na rynku. Ten, kto nie będzie chciał czekać trzech lat lub nie ufa, że państwo dotrzyma obietnicy, będzie mógł zamienić IOU na euro, ale oczywiście po znacznie gorszym kursie, np. 1 IOU za 0.5 euro.
Tym sposobem zarobki Greków realnie spadną o połowę. Poprawi to ich konkurencyjność bez konieczności obniżania nominalnych płac, co często spotyka się z oporem społecznym. Po pewnym czasie IOU stanie się nową walutą i następuje formalne wyjście Grecji ze strefy euro lub po prostu IOU przestanie funkcjonować, ale nie po kursie obiecanym przez rząd, tylko po rynkowym.
Czy to możliwe? Na pierwszy rzut oka niekoniecznie, gdyż dla Grecji o wiele lepszym rozwiązaniem byłoby zbudowanie porozumienia z wierzycielami. Gdy jednak dowiadujemy się, co półtora roku temu obecny minister finansów Hellady napisał o IOU naszą opinię należy szybko zweryfikować. Yanis Varoufakis twierdził na swoim blogu, iż ta koncepcja„ma wiele zalet, gdyż kreuje źródło płynności dla rządu poza rynkiem instrumentów dłużnych, nie wymaga zaangażowania banków (w kreacji pieniądza – przyp. aut.) oraz leży poza restrykcjami europejskich instytucji”. Niewykluczone więc, że obecne wydarzenia to właśnie część tego planu.
Tegoroczna zmiana przepisów o ochronie danych osobowych to nie koniec rewolucji. 15.06.2015 r. ministrowie państw unijnych zawarli porozumienie w sprawie kolejnej reformy prawa, która ma poprawić ochronę prywatności.
Polska zgłasza szereg zastrzeżeń do przedstawionego projektu przepisów, które dotyczą m.in. możliwości usuwania danych z Internetu na żądanie podmiotu danych. Propozycja zakłada bowiem zobowiązanie administratora danych do poinformowania wszystkich jednostek przetwarzających te dane o wniosku o ich usunięcie, co może stanowić nieproporcjonalne obciążenie dla przedsiębiorców. Unijny projekt przewiduje również, że dane osobowe będą mogły być przetwarzane ze względu na tzw. „uzasadniony interes administratora”, a to z kolei budzi obawy o możliwe nadużycia. Kwestionowanym rozwiązaniem jest też proponowany „mechanizm jednego okienka” (ang. one stop shop), pozwalający obywatelom UE, w przypadku naruszenia ich danych, na składanie skarg do organu w miejscu zamieszkania, nawet wtedy, gdy do złamania prawa doszło w innym kraju Unii Europejskiej.
Na dalszych etapach prac sporną kwestią może okazać się określenie wymiaru sankcji za naruszenie prawa do prywatności. Państwa UE proponują, aby na firmy, które złamią przepisy o ochronie danych, została nałożona grzywna do 1 mln euro albo 2 proc. rocznych obrotów. Eurodeputowani postulują kary nawet w wysokości do 100 mln euro lub 5 proc. rocznych obrotów.
UE zakłada, że nowe przepisy zostaną przyjęte do końca tego roku w formie rozporządzenia, co oznacza, że będą stosowane wprost i nie będzie potrzeby ich implementacji przez państwa członkowskie.
Od lipca wchodzi w życie nowa ustawa o obligacjach. Poszerza ona grono potencjalnych emitentów papierów dłużnych oraz lepiej zabezpiecza interesy inwestorów, także tych drobnych. Skutkiem zmian w przepisach może być ożywienie polskiego rynku obligacji korporacyjnych.
Ustawa poszerza grono potencjalnych emitentów obligacji, wprowadza także nowe rodzaje papierów dłużnych.
– Emitentem obligacji może być spółka specjalnego przeznaczenia, utworzona jedynie do takiej emisji– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Radosław Krzyżak, dyrektor departamentu prawnego w Domu Maklerskim Michael/ Ström. –Takie sytuacje miały miejsce na rynku, natomiast również były podnoszone pytania, czy jest to zgodne z obowiązującą ustawą, budziło to wątpliwości. Teraz zostało to jasno wskazane. Podobnie w przypadku emitentów zagranicznych, spółki zagraniczne będą mogły emitować obligacje w Polsce.
Pojawią się także nowe rodzaje obligacji, czyli obligacje podporządkowane oraz wieczyste. Te pierwsze, jeśli nie zostaną zabezpieczone, w przypadku upadłości lub likwidacji emitenta zostaną spłacone dopiero po zaspokojeniu pozostałych zobowiązań emitenta. Natomiast obligacje wieczyste co do zasady nie będą miały terminu wykupu i będą zapewniały oprocentowanie przez czas nieoznaczony.
Nowa ustawa ma też lepiej od dotychczasowych przepisów zabezpieczać interesy obligatariuszy. Przewiduje np. powołanie zgromadzenia, które ma reprezentować inwestorów.
– W tym momencie zgromadzenie obligatariuszy, które działa na kształt walnego zgromadzenia w spółce akcyjnej, jest w stanie dokonywać pewnych zmian w warunkach emisji, jest w stanie rozmawiać z emitentem, co może się okazać bardzo przydatne w związku ze zmieniającą się sytuacją rynkową, gdy istnieje potrzeba na nowo zapisania niektórych regulacji zamieszczonych w warunkach emisji obligacji– tłumaczy Radosław Krzyżak.
Kolejną ze zmian jest możliwość ustanowienia tzw. administratora zabezpieczeń. Jest to nowa instytucja, wprowadzona właśnie w tym akcie prawnym. Do tej pory emitent mógł zawrzeć umowę o świadczenia usług administratora zabezpieczeń jedynie w przypadku hipoteki i zastawu rejestrowego.
– Najczęściej będzie to kancelaria prawna, która będzie mogła dbać o interesy pojedynczych inwestorów– podkreśla dyrektor departamentu prawnego w Domu Maklerskim Michael/ Ström. – W przypadku inwestorów detalicznych będzie to niezwykle cenne, ponieważ pojawi się pełnomocnik wykonujący prawa wierzyciela w kwestiach zabezpieczeń innych niż zastaw rejestrowy czy hipoteka.
Nowa ustawa nakłada sporo dodatkowych obowiązków informacyjnych na emitentów obligacji. Poczynając od wymogu prowadzenia strony internetowej, a kończąc na precyzyjnym określeniu warunków publikowania sprawozdań finansowych. Dotychczasowa ustawa nie precyzowała na przykład tego, czy w przypadku spółek tworzących grupy kapitałowe ma to być również sprawozdanie skonsolidowane.
– Oznacza to, że w warunkach rynkowych inwestor nie zawsze otrzymywał pełny obraz, nie zawsze otrzymywał w pełni rzetelną informację– zwraca uwagę Radosław Krzyżak z Domu Maklerskiego Michael/ Ström. –W obecnym brzmieniu ustawy, która wejdzie w życie 1 lipca, taki obowiązek został nakreślony. To znaczy w przypadku, gdy emitent obligacji sporządza sprawozdanie, również skonsolidowane, to ma ono zostać przedstawione wraz z propozycją nabycia obligacji, a więc na początku emisji.
W wyniku rozbudowy oferty funduszy dłużnych Union Investment TFI, m.in. o fundusz UniObligacje High Yield FIZ, od 1 lipca nastąpi wewnętrzna zmiana na stanowisku zarządzającego subfunduszem UniWIBID Plus. Obowiązki jego dotychczasowego zarządzającego, Dariusza Laska, przejmie Marek Warmuz.
Marek Warmuz
UniWIBID Plus to sztandarowy produkt z oferty Union Investment TFI oparty na polskich obligacjach korporacyjnych, utworzony w 2003 r. We wrześniu 2013 r. (wraz ze wzrostem popularności UniLokaty – bliźniaczego funduszu dostępnego dla inwestorów detalicznych) jego strategia inwestycyjna ewoluowała. Z klasycznego narzędzia do zarządzania bieżącą płynnością dla przedsiębiorstw, UniWIBID Plus przekształcił się w rozwiązanie dedykowane klientom zamożnym oraz firmom do średnioterminowego zarządzania środkami.
Od początku jego powstania, przez ponad 12 lat, subfunduszem UniWIBID Plus zarządzał Dariusz Lasek, wieloletni dyrektor inwestycyjny ds. papierów dłużnych Union Investment TFI. Subfundusz wypracowywał atrakcyjne stopy zwrotu, regularnie pobijając swój benchmark – WIBID 1M. Jako zalety UniWIBID Plus, poza wynikami, niezależni analitycy wskazują m.in.: jakość portfela (znacząca przewaga emitentów o wysokiej wiarygodności kredytowej), szeroką dywersyfikację (brak koncentracji papierów pojedynczych spółek), stabilność i efektywność zarządzania oraz niskie opłaty. UniWIBID Plus może się pochwalić wysokim, 4-gwiazdkowym ratingiem Analiz Online.
Płynna kontynuacja zarządzania
Od 1 lipca zarządzanie subfunduszem UniWIBID Plus przejmie Marek Warmuz, co jest podyktowane koniecznością dostosowania struktury działu zarządzania do obecnych potrzeb Union Investment TFI, w tym rozwoju oferty produktowej, oraz sytuacji na rynku.
Z punktu widzenia klientów subfunduszu nic się nie zmieni, bo ciągłość zarządzania zostanie zachowana. – Przez długi czas współuczestniczyłem w procesie zarządzania subfunduszem UniWIBID Plus, znam więc w pełni jego specyfikę. Dotychczasowa polityka inwestycyjna pozostanie bez zmian, zarówno pod względem doboru emitentów, wykorzystania limitów zaangażowania w instrumenty wysokodochodowe, jak i poziomu koncentracji portfela – deklaruje Marek Warmuz, zarządzający funduszami obligacji w Union Investment TFI.
Jak dodaje, obecne otoczenie rynkowe wspiera obligacje korporacyjne dużo bardziej niż skarbowe. Dlatego to właśnie fundusze, takie jak UniWIBID Plus, oparte na obligacjach emitowanych przez przedsiębiorstwa oraz samorządy o wysokiej wiarygodności kredytowej mają w tym roku najlepsze perspektywy.
UniObligacje High Yield – w lipcu pierwsza subskrypcja
Równolegle ze zmianą w subfunduszu UniWIBID Plus, towarzystwo wprowadza do oferty nowy fundusz UniObligacje High Yield FIZ, którego zarządzającym będzie Dariusz Lasek. Fundusz będzie inwestował w polskie obligacje i euroobligacje korporacyjne high yield, a także rządowe obligacje high yield (obligacje krajów o niskim ratingu kredytowym).
– Większość emisji tego typu obligacji kierowana jest do inwestorów instytucjonalnych. Fundusz UniObligacje High Yield FIZ daje ekspozycję na ten segment rynku także inwestorom indywidualnym. W obecnym otoczeniu rynkowym, gdy stopy procentowe są niskie, a wyceny papierów skarbowych podlegają dużej zmienności, premia za ryzyko, którą oferują obligacje high yield może być szczególnie atrakcyjna – mówi Dariusz Lasek, dyrektor inwestycyjny ds. papierów dłużnych w Union Investment TFI.
Pierwsza subskrypcja certyfikatów inwestycyjnych funduszu UniObligacje High Yield FIZ odbędzie się 13 lipca tego roku. Minimalna wpłata to równowartość 40 tys. euro.
O zarządzających
Dariusz Lasek jest związany z Union Investment TFI od 2002 r. Do zespołu dołączył jako zarządzający funduszami. Od kwietnia 2006 jako dyrektor inwestycyjny nadzoruje inwestycje w papiery dłużne we wszystkich funduszach z oferty. Ponadto zarządza bezpośrednio m.in. subfunduszem UniKorona Obligacje, funduszami dedykowanymi oraz częścią dłużną UniKorona Zrównoważony. Wielokrotnie nagradzany za osiągnięte wyniki inwestycyjne, m.in. przez „Parkiet”: Złoty Portfel 2005 za UniDolar Obligacje, Złoty Portfel 2011 za UniKorona Zrównoważony.
Marek Warmuz
Marek Warmuz dołączył do części dłużnej zespołu zarządzania Union Investment TFI w 2010 r., stając się silnym wzmocnieniem komitetu inwestycyjnego. Wcześniej przez 11 lat zdobywał doświadczenie m.in. w dziale inwestycji w największym w Polsce powszechnym towarzystwie emerytalnym, gdzie zajmował się wyceną, analizą i realizowaniem strategii głównie w zakresie głównie dłużnych papierów wartościowych. Jest odpowiedzialny za zarządzanie produktami asset management, subfunduszem SGB Gotówkowy (dedykowany bankom spółdzielczym) oraz częścią dłużną subfunduszu UniStabilny Wzrost. Za wyniki inwestycyjne wypracowane w tym ostatnim został nagrodzony przez „Parkiet” Złotym Portfelem 2011.
dużych zmian na rynku walutowym jak znana wszystkim decyzja Banku Szwajcarii ze stycznia tego roku.
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
W Grecji nie doszło do porozumienia. Wbrew pozorom reakcja rynków na problemy Grecji nie była powalająca. Wiele osób w przypadku braku porozumienia przepowiadało apokalipsę. Rzeczywistość pokazała jednak to o czym uczą podręczniki do ekonomii. Giełdy nie reagują na wydarzenia tylko na zmiany oczekiwań. Skoro większość analityków spodziewało się problemów Aten nie zaskoczyły one inwestorów. Owszem poziom 4,06 zł na franku nie cieszy. Przypomnieć należy jednak, że jest to 6 groszy wyższy kurs od piątkowego zamknięcia. Jak Szwajcarzy ogłaszali odejście od bronienia parytetu wymiany do euro ruch był niemal 10-krotnie silniejszy, a po ustabilizowaniu się kurs znajdował się około 70 groszy powyżej. Duże zmiany widać było też na funcie, który podrożał 10 groszy przez weekend. Euro kosztuje już niemal 4,20 zł po 2 groszowej podwyżce. Dlaczego pozostałe waluty drożały bardziej niż euro? Kapitał szuka bezpiecznej przystani nie wiedząc dokładnie jak się rozwinie sytuacja. Frank i funt to najmocniejsze waluty naszego regionu nie licząc euro. Były zatem naturalnym wyborem.
W celu zapobiegania panice pośród obywateli, którzy tłumnie szturmowali banki w celu wypłacenia swoich pieniędzy podjęto szereg działań. Najważniejsze to zamknięcie dla klientów banków do 6 lipca. Jest to spowodowane problemami z płynnością jakie mają te instytucje. Drugą ważną informacją jest dzienny limit wypłat z bankomatów wynoszący 60 euro na osobę. Dotyczy oczywiście tylko tych maszyn, które w ogóle mają w sobie środki. Wedle niektórych danych połowa bankomatów miała być w weekend opróżniona przez chcących wypłacić środki obywateli. Dlaczego ograniczany jest dostęp do pieniędzy? Banki w tak krótkim czasie nie są w stanie wypłacić 100% depozytów. Chcąc uniknąć paniki gdy obywatele odchodzą od kas z niczym postanowiono poczynić taki krok.
Co skłania Greków do wypłaty oszczędności? Boją się dwóch scenariuszy, z których jeden nie wyklucza drugiego. Pierwszy to przymusowa wymiana euro na drahmę. W tej sytuacji najprawdopodobniej drahma będzie tracić na początku do głównych walut. W związku z czym przewalutowanie się na nią w późniejszym terminie pozwoli wymienić tą samą kwotę euro na więcej pieniędzy. Drugi wariant to scenariusz znany już z Cypru. W skrócie chodzi o ratowanie banków kosztem klientów. Pobranie jakiegoś procenta depozytów to najprawdopodobniej ostateczność, ale jak pokazał scenariusz cypryjski są momenty kiedy do niej dochodzi. Biorąc pod uwagę specyficzną transparentność Grecji nie do końca wiadomo w jakiej kondycji są banki.
Co będzie dalej? Wygląda na to, że wreszcie zbliżamy się do rozwiązania “problemu Grecji”. Cieszy tak spokojna reakcja rynków co daje nadzieję, że uda się tą operację przeprowadzić bez większych zmian na rynkach.
Komentarz walutowy 29.06.2015 Komentarz aktualny na godzinę 10:00
Maciej Przygórzewski – główny analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 29.03.2015 do 29.06.2015
Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,2000, a po jego przebiciu górne ograniczenie kanału na 4,2500. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,1600.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 29.03.2015 do 29.06.2015
Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy. Dotychczas okolice 4zł były skutecznym oporem dla dalszych wzrostów kursów, jednakże problemy Grecji spowodowały, że poziom ten został wyraźnie przekroczony. Oporem dla dalszych wzrostów jest górne ograniczenie kanału przebiegające w okolicach 4,1000ł. Poziom ten spędza sen z powiek kredytobiorcom frankowym. Wsparciem jest dolne ograniczenie formacji na znacznie sympatyczniej wyglądającym poziomie 3,9400.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 29.04.2015 do 29.06.2015
Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wystrzelił do góry. Opór stanowić będzie majowe maksimum na poziomie 3,8200. W przypadku ruchu w dół wsparciem będzie najpierw linia łącząca minima ostatnich tygodni w okolicach 3,6800 a następnie minima ostatnich tygodni na 3,6500.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 29.04.2015 do 29.06.2015
Kurs GBP/PLN znajduje się w szerokim kanale wzrostowym. Wewnątrz tej formacji utworzył się krótkoterminiowy bardziej stromy trend wzrostowy z którego doszło do wybicia górą. Paliwem dla tego ruchu były wydarzenia polityczne i można mieć nadzieję, że w razie uspokojenia nastrojów kurs powróci przynajmniej do wspomnianej formacji. W przypadku ruchu w dół wsparciem jest poprzednie maksimum z maja w okolicach 5,8800. Dla ruchu w górę oporem jest psychologiczna bariera 6,0000.
Polska Izba Ubezpieczeń (PIU) niedawno podsumowała wyniki działalności ubezpieczycieli w 2014 r. Informacje zgromadzone przez PIU wskazują, że firmy aktywne w dziale I (ubezpieczeń na życie) nie powinny mieć powodów do narzekań. W przypadku pozostałych polis (ubezpieczeniowy dział II), sytuacja jest nieco inna. Towarzystwa oferujące ubezpieczenia majątkowe, od stycznia do grudnia 2014 r. wypracowały znacznie mniejszy zysk …
Poprzedni rok przyniósł obniżkę wartości odszkodowań i składek
Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl informuje, że miniony rok upłynął pod znakiem mniejszej aktywności firm ubezpieczeniowych. Łączna suma przypisanej składki brutto (w dziale I oraz II) zmniejszyła się o 5,09% (2,95 mld zł). Nieco większa zmiana (-7,16%/2,63 mld zł) dotyczyła łącznej wartości wypłaconych świadczeń i odszkodowań.
Poniższa tabela dostarcza bardziej dokładnych informacji na temat składek i odszkodowań w 2014 r. Po jej przeanalizowaniu można zauważyć, że istotna zmiana dotyczyła polis z działu I. W przypadku tych ubezpieczeń, wartość zebranych składek zmniejszyła się 8,31% (rok do roku). Pozytywnym akcentem dla ubezpieczycieli był jeszcze większy spadek wypłaconych kwot (-11,84%). „Trzeba odnotować, że w 2014 r. tradycyjne polisy na życie (bez funduszy kapitałowych) były grupą produktów, która najbardziej straciła znaczenie (obniżka składki przypisanej brutto o 19,15%)” – mówi Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.
Nina Kuczyńska zaznacza, że w dziale II można zauważyć trend niekorzystny dla ubezpieczycieli. Od stycznia do grudnia 2014 r. suma składek związanych z pozostałymi ubezpieczeniami osobowymi i ubezpieczeniami majątkowymi, zmniejszyła się o 1,31%. W tym samym czasie wartość wypłaconych odszkodowań wzrosła o 0,72%. Szczególnie niekorzystne zmiany dotyczyły polis OC dla kierowców oraz ubezpieczeń szkód spowodowanych żywiołami. W przypadku ubezpieczeń dla posiadaczy pojazdów, przypisana składka brutto spadła o 4,64% (rok do roku), podczas gdy poziom odszkodowań wyraźnie wzrósł (+6,78%). Dla ubezpieczycieli uwikłanych w wojnę cenową na rynku polis komunikacyjnych, ta zmiana na pewno była odczuwalna.
Na uwagę zasługują też informacje o ubezpieczeniach szkód spowodowanych żywiołami. Składka takich polis w ujęciu rocznym spadła o 6,13%. Znacznie większa zmiana (-16,74%) dotyczyła jednak wartości wypłaconych odszkodowań. „To wiąże się z faktem, że pogoda była bardziej łaskawa dla posiadaczy budynków i ubezpieczycieli” – zaznacza Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.
Polski sektor ubezpieczeniowy w 2014 roku: informacje na temat zebranej składki i wypłaconych odszkodowań
Informacje na temat składki
przypisanej brutto
Informacje dotyczące wypłaconych odszkodowań i świadczeń
Kategoria/rodzaj ubezpieczeń
Zmiana w relacji
do 2013 r.
Kategoria/rodzaj ubezpieczeń
Zmiana w relacji
do 2013 r.
Ubezpieczenia z
działu I (ogółem)
-8,31%
Ubezpieczenia z
działu I (ogółem)
-11,84%
ubezpieczenia
na życie
-19,15%
ubezpieczenia
na życie
-22,93%
ubezpieczenia
z UFK
-3,46%
ubezpieczenia
z UFK
3,59%
ubezpieczenia wypadkowe
7,59%
ubezpieczenia wypadkowe
7,76%
Ubezpieczenia z
działu II (ogółem)
-1,31%
Ubezpieczenia z
działu II (ogółem)
0,72%
ubezpieczenia OC dla kierowców
-4,64%
ubezpieczenia OC dla kierowców
6,78%
ubezpieczenia casco pojazdów lądowych
-1,17%
ubezpieczenia casco pojazdów lądowych
2,49%
ubezpieczenia szkód spowodowanych żywiołami
-6,13%
ubezpieczenia szkód spowodowanych żywiołami
-16,74%
ubezpieczenia ogólnej odpowiedzialności cywilnej
3,25%
ubezpieczenia ogólnej odpowiedzialności cywilnej
6,11%
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Polskiej Izby Ubezpieczeń
Roczny zysk netto w drugim dziale ubezpieczeń spadł o 40% …
Zmiany wartości składek i odszkodowań wpływają na zysk firm ubezpieczeniowych. Trzeba jednak pamiętać, że wynik techniczny dotyczący podstawowej działalności ubezpieczyciela jest korygowany o różne kwoty (np. przychody z lokat i pozostałe koszty operacyjne).„Dlatego zmiany rocznego zysku w sektorze ubezpieczeniowym nie zawsze są adekwatne do spadków i wzrostów ogólnego wyniku technicznego” – wyjaśnia Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.
Kolejna tabela przedstawia dane na temat wyników finansowych ubezpieczycieli (zysk techniczny, zysk brutto i zysk netto). Na podstawie zaprezentowanych informacji można stwierdzić, że łączny zysk z działalności ubezpieczeniowej (dział I oraz II), w ujęciu rocznym spadł o 23,64% (2,11 mld zł). Nina Kuczyńska informuje, że ta zmiana była efektem znacznie gorszych wyników firm oferujących pozostałe ubezpieczenia osobowe i polisy majątkowe. W ubezpieczeniowym dziale II, roczny zysk netto towarzystw spadł z 6,11 mld zł do 3,67 mld zł. Jak podaje PIU, wynik techniczny z samych ubezpieczeń OC posiadaczy pojazdów wyniósł -795,7 mln zł (dane za 2014 r.).
Zmiana dotycząca ubezpieczeń na życie (wzrost zysku netto z 2,81 mld zł do 3,14 mld zł), tylko w niewielkim stopniu skompensowała wpływ gorszej rentowności działu II na całkowity wynik ubezpieczycieli. Zakłady ubezpieczeniowe oczekują jednak, że w bieżącym roku zysk z działu II będzie nieco większy. „W poprawie rocznych wyników ma pomóc między innymi wprowadzenie systemu bezpośredniej likwidacji szkód (dla posiadaczy pojazdów mechanicznych). Wspomniane rozwiązanie powinno zakończyć wojnę cenową w segmencie obowiązkowego OC i skierować uwagę kierowców na jakość obsługi” – podsumowuje Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.
W Polsce zostało już niewiele przedsiębiorstw nadających się do prywatyzacji. Według banku Société Générale, gdy ceny prądu pójdą w górę, Skarb Państwa będzie bardziej skłonny do przekształceń własnościowych sektora energetycznego. Inwestorzy mogliby się zainteresować krajowymi portami lotniczymi, głównie ze względu na rosnącą liczbę pasażerów.
– Porty lotnicze to obecnie własność państwa albo miast, województw, ewentualnie jakichś funduszy lokalnych – zauważa dyrektor zarządzający Société Générale. – Nikt nie powiedział, że tak musi być zawsze. Nie ma powodu, żeby lotniska w Polsce nie były prywatne, tak jak w zachodniej Europie.
Jak wynika z danych Urzędu Lotnictwa Cywilnego w ubiegłym roku z warszawskiego lotniska Fryderyka Chopina skorzystało 10,5 mln pasażerów, w krakowskich Balicach odprawiono 3,8 mln osób, w gdańskim porcie lotniczym Rębiechowo – 3,2 mln, a w Międzynarodowym Porcie Lotniczym Katowice w Pyrzowicach – 2,7 mln pasażerów.
– Porty lotnicze to dla mnie po prostu samograj – przekonuje Andrzej Olszewski. – Ruch lotniczy w Polsce rośnie, pasażerów przybywa, więc apetyt ze strony inwestorów na pewno byłby duży. W Polsce od mniej więcej roku, dwóch widać coraz większą aktywność zagranicznych funduszy infrastrukturalnych, które pojawiają się w różnych transakcjach.
– Zostało mało firm, które można jeszcze w Polsce sprywatyzować – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Olszewski, dyrektor zarządzający banku Société Générale. – Oczywiście rząd ma ciągle udziały w wielu spółkach, które są na przykład na giełdzie. W sektorze finansowym to choćby PZU i PKO BP, ale jest też energetyka. Myślę, że jest tylko kwestią czasu, żeby Skarb zszedł z obecnych pakietów.
Szczególnie, że sektor energetyczny – zdaniem Andrzeja Olszewskiego – znajduje się w pewnej stagnacji i korzystna dla niego byłaby konsolidacja. Firmy mają ogromne programy inwestycyjne i łączenie ich w większe organizmy ułatwiłoby ich finalizowane, a także zwiększyłoby możliwości inwestycji poza granicami kraju, na co przynajmniej niektóre z nich mają apetyt. Są jednak sektory polskiej gospodarki, które nie zostały w ogóle sprywatyzowane.
– Nie dlatego, że spółki są złe czy coś niedobrego się w nich dzieje, tylko dlatego, że ceny prądu nie są wysokie – precyzuje Olszewski. – Myślę, że jak ruszą w górę, to skłonność rządu do sprzedawania pakietów w PGE, Tauronie czy w jakimkolwiek innym przedsiębiorstwie będzie większa.
Spore jest też zaangażowanie Skarbu Państwa, jak zauważa Olszewski, w sektorze nieruchomości. W 2011 roku w wyniku konsolidacji spółek należących do SP powstała Grupa Polski Holding Nieruchomości. Obecnie jest ona jednym z największych, pod względem wartości portfela, podmiotów w sektorze komercyjnym. Dzisiaj spółka posiada 140 tego rodzaju nieruchomości i blisko 700 ha gruntów na terenie całej Polski (m.in. w Warszawie, Wrocławiu i Trójmieście). Od lutego 2013 roku PHN notowany jest na giełdzie.
– Z różnych powodów było to umiarkowanym sukcesem, sprzedało się, ale pewnie mogło się sprzedać lepiej – uważa Andrzej Olszewski. – Także spółki kolejowe mają mnóstwo nieruchomości. PKP w tej chwili stworzyło firmę, do której wkłada swoje aktywa, ale istnieje szereg przeszkód formalnych, które wstrzymują prywatyzację należących do nich nieruchomości.
Decyzji o przedłużeniu programu pomocowego dla Grecji nie ma, ale EBC utrzyma na razie finansowanie greckich banków, które jednak przez najbliższy tydzień pozostaną zamknięte. Bez względu na to, jak potoczą się ekonomiczne losy Grecji, Polska gospodarka nie powinna na tym ucierpieć. Bankructwo tego kraju to dobra wiadomość dla eksporterów. Oznacza bowiem, że kurs złotego osłabi się w stosunku do wszystkich walut, także do euro, które z kolei straci do dolara czy franka. Porozumienie zaś wzmocniłoby euro, także w stosunku do polskiej waluty.
Osłabienie euro, spadek złotego i frank znów po cztery złote – to konsekwencje niedzielnych decyzji o nieprzedłużeniu programu pomocowego ze strony Trojki i zamknięciu na kilka dni banków ze strony Grecji. Premier Cipras podtrzymał swoją decyzję o referendum w kolejny weekend, a EBC na razie utrzymuje płynność greckich banków. Jednak bankructwo jest dziś bliżej niż porozumienie, choć grecki premier wysłał jeszcze jedną prośbę o przedłużenie pomocy. Chodzi o ratę w wysokości 7,2 mld euro. Warunkiem jej odblokowania było kontynuowanie programu oszczędnościowego, na co nie chcą się zgodzić Grecy oraz spłata raty pożyczki wobec MFW w wysokości 1,6 mld euro, na co nie mają pieniędzy.
– W krótkim terminie na pewno będzie to oznaczało mocny spadek kursu euro i ucieczkę w stronę walut bezpiecznych, takich jak dolar amerykański, jen japoński czy frank szwajcarski– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Kiedrowicz, dyrektor polskiego oddziału Easy Forex. –W przypadku pary euro-dolar oznaczałoby to przebicie, wsparcie na poziomie 1,10 i kierowanie się w stronę minimów z początku roku, czyli poziom 1,0460. Wydaje mi się, że ten poziom jednak przynajmniej w krótkim terminie nie zostałby przebity.
Jak przewiduje Andrzej Kiedrowicz, przy takim scenariuszu wraz z euro potanieje także polski złoty, co wzmocniłoby eksporterów, korzystających na słabszej walucie. Ten ruch było już widać w niedzielę wieczorem.
– W krótkim terminie złoty prawdopodobnie traciłby do wszystkich walut, również do euro, z tego względu, że właśnie bankructwo Grecji spowodowałoby ucieczkę od ryzykownych aktywów, a złoty należy do walut uważanych za ryzykowne, dlatego by się osłabił, oczywiście najmocniej do dolara i franka szwajcarskiego.
W praktyce można się przy takim scenariuszu spodziewać notować polskiej waluty na poziomie powyżej 4 zł za dolara oraz franka. W przypadku euro-złotego spodziewać można się około 20-groszowego spadku notowań, czyli osiągnięcie gdzieś poziomów 4,40 zł za euro.
– W długim terminie, czyli pod koniec roku, w przypadku bankructwa Grecji Unia Europejska i strefa euro już wyjdzie z tego i najprawdopodobniej zapomni o Grecji– zwraca uwagę dyrektor polskiego oddziału Easy Forex. –Pytanie, czy bankructwo Grecji nie skłoni innych krajów zadłużonych, takich jak Hiszpania i Portugalia, do szukania podobnej drogi wyjścia z problemu. Jeśli miałoby to nastąpić, to oczywiście wtedy dalej wpływałoby to negatywnie na euro.
Jeżeli nie dojdzie do takich wydarzeń, to można się spodziewać umocnienia euro do innych walut, w tym również polskiego złotego. W dłuższym terminie Unia Europejska bez samej Grecji bardzo dobrze sobie poradzi – ocenia Andrzej Kiedrowicz, który podkreśla jednak, że jak na razie rynki raczej wierzą w kompromis niż wyjście Grecji ze strefy euro. To by oznaczało, że sytuacja na rynku walutowym nie zmieni się zbyt mocno, a kursy pozostaną na obecnych, już korzystnych dla polskich eksporterów poziomach.
–Wydaje mi się, że osiągnięcie tego porozumienia pod koniec czerwca jest już wycenione przez rynki, gdyż ostatnio obserwowaliśmy dość silne umocnienie się euro w stosunku do innych walut. I dlatego w przypadku osiągnięcia takiego porozumienia oczywiście euro może się umocnić, natomiast skala tego umocnienia będzie już niewielka, z tego względu, że samo osiągnięcie porozumienia nie oznacza, że ono wejdzie w życie, gdyż jeszcze musi je przegłosować grecki parlament.
Według resortu rolnictwa rozwiązaniem, które może zwiększyć dochodowość gospodarstw rolnych, ma być umożliwienie im prowadzenia sprzedaży bezpośredniej. Istotne jest również usprawnienie łańcucha dostaw żywnościowych, a także konsolidacja sektora przetwórczego i handlowego w eksporcie. Tu jako pierwsze na dobrej drodze do porozumienia są branża mleczarska i drobiarska. Natomiast producenci trzody chlewnej z Podlasia w ponad 80 proc. przystąpili do programu bioasekuracji, który ma wygasić ogniska choroby w Polsce.
Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi ma trzy rozwiązania, która pomogą zwiększyć dochodowość polskich gospodarstw.
– Pierwsze rozwiązanie dotyczy pozostawienia wartości dodanych w gospodarstwie, a więc szeroko rozumianej sprzedaży bezpośredniej – mówi agencji Newseria Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi. – Innym rozwiązaniem jest próba porozumienia się w łańcuchu dostaw żywności, mowa tu oczywiście o producentach, przetwórcach i handlowcach. Takie spotkanie odbywają się sukcesywnie w Ministerstwie Rolnictwa, także z udziałem UOKiK – mówi minister.
Polscy rolnicy mają mieć możliwość działania w ramach małego przetwórstwa, przetwarzania własnych produktów i przeznaczania ich do sprzedaży. Uchwalona w kwietniu ustawa o sprzedaży bezpośredniej wejdzie w życie od 1 stycznia 2016 r. Będzie korzystna przede wszystkim dla mniejszych gospodarstw, które ze względu na niewielką produkcję, a w związku z tym małe dochody, mają trudności w funkcjonowaniu na rynku. Obecnie, żeby sprzedawać swoje wyroby, trzeba zarejestrować działalność gospodarczą i spełniać wymogi sanitarne. Od przyszłego roku tacy rolnicy nie musieliby rejestrować działalności. Co więcej, ustawa pozwoli na to, by w ramach podatku ryczałtowego mogli sprzedawać przetworzone produkty do wartości 150 tys. euro w ciągu roku.
– Ważna jest też konsolidacja sprzedażowa, czyli budowanie polskiego koszyka eksportowego na inne rynki. Przedsiębiorcy i przetwórcy z różnych branż rolniczych i innych sektorów przemysłowych czy gospodarczych mogliby wówczas razem przedstawiać szeroką ofertę towarową, która będzie widoczna na dużych rynkach, jak Chiny, Indie czy Korea Południowa – przekonuje Sawicki.
Na przeszkodzie może jednak stanąć brak zaufania między polskimi przedsiębiorcami, który utrzymuje się na jednym z wyższych poziomów w Europie. Z danych Krajowego Rejestru Długów wynika, że 47 proc. przedsiębiorców właśnie z tego względu rezygnuje z zawierania części umów. 73,5 proc. twierdzi zaś, że prowadząc działalność gospodarczą, muszą ciągle uważać, by nie zostać oszukanym.
– Poziom nieufności jest wysoki, ale są już pierwsze symptomy zmian. Mamy sygnały, że może dojść do powołania wspólnego przedsięwzięcia w sektorze drobiarskim i mleczarskim – podkreśla minister.
Trudniejsze zadanie stoi przed hodowcami trzody chlewnej, którzy wciąż nie mogą wznowić eksportu do wielu krajów azjatyckich. Z racji wykrycia ognisk zapalnych Afrykańskiego Pomoru Świń (ASF) na terenie naszego kraju w lutym 2014 roku wprowadziły one zakaz importu wieprzowiny pochodzącej z Polski. Z tego powodu producenci utracili dostęp do wielu ważnych rynków zbytu, m.in. Chin, Korei, Singapuru czy Japonii. Wolumen i wartość eksportu do tych krajów spadły w ubiegłym roku o 82-85 proc.
W maju singapurska agencja weterynaryjna zadecydowała o zniesieniu embarga na polską wieprzowinę. Polska branża mięsna liczy na to, że kolejne azjatyckie kraje pójdą w ślad za Singapurem. W czerwcu polska delegacja weterynaryjna rozmawiała na ten temat z Japończykami. Do zdjęcia wszystkich embarg potrzebne jest jednak wygaszenie ognisk afrykańskiego pomoru świń.
– Obecnie program bioasekuracji jest na etapie wykupu stad trzody z gospodarstw, które zrezygnowały z produkcji. Będziemy wypłacać rolnikom nie tylko równowartość rynkową kupowanych sztuk zdejmowanych z gospodarstwa, lecz także odpłatność za trzy lata nieprowadzenia produkcji trzody chlewnej – mówi Marek Sawicki.
W Polsce dotychczas wykryto 65 przypadków ASF u dzików i 3 ogniska u świń, wszystkie w Podlaskiem. Program bioasekuracji ma zlikwidować ogniska choroby. Do końca maja rezygnację z produkcji trzody chlewnej zgłosiło 277 gospodarstw, czyli niespełna jedna piąta objętych programem, gdzie hodowanych jest blisko 6 tys. sztuk trzody. Od takich rolników zostaną wykupione wszystkie sztuki świń po cenach rynkowych. Ponadto wszystkie gospodarstwa, które zdecydują się na rezygnację z hodowli, mają dostać rekompensatę w wysokości ok. 50 zł od każdej sztuki, jaką mogliby wyhodować w ciągu 3 lat. Z danych Inspekcji Weterynaryjnej wynika, że w całej strefie objętej programem bioasekuracji znajduje się 1,8 tys. gospodarstw, w których rolnicy hodują ok. 35 tys. sztuk trzody.
– Duża część gospodarstw zgłosiła chęć dostosowania się do bioasekuracji, dostaną one wsparcie, a obecnie są w trakcie kontroli. Po skontrolowaniu 272 gospodarstw widać wyraźnie, że zrozumienie programu wśród rolników jest naprawdę duże – przekonuje Sawicki.
Rolnicy, którzy zdecydowali się przystąpić do programu, muszą chronić gospodarstwo przed kontaktem zewnętrznym, np. poprzez budowę podwójnego ogrodzenia o wysokości 1,5 m na podmurówce. Świnie nie mogą mieć też kontaktu ze zwierzętami domowymi. Skontrolowane gospodarstwa mogą też liczyć na środki na urządzenia do dezynfekcji mat i ubrań.
Nie będzie planowanego na poniedziałek strajku Przewozów Regionalnych. Związkowcy doszli do porozumienia z zarządem w ostatniej chwili, ale to nie koniec problemów spółki. Jak podkreśla Adrian Furgalski, dobrze, że związkowcy zwracają uwagę na sytuację przewoźnika. Według niego Przewozy Regionalne wymagają głębokiej restrukturyzacji i być może całkowitej zmiany struktury działania oraz usamorządowienia.
– Rzadko mi się zdarza popierać akcje protestacyjne związkowców, ale w tym przypadku uważam, że być może był to jedyny sposób zwrócenia uwagi na to, że w Przewozach Regionalnych źle się dzieje – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adrian Furgalski, wiceprezes zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – W moim przekonaniu dzisiaj znów niewiele wiemy o tej restrukturyzacji poza tym, że kukułcze jajo przerzucamy teraz z marszałków na Agencję Rozwoju Przemysłu, licząc, że może ona ten twór uratuje.
Strajku w Przewozach Regionalnych udało się uniknąć dzięki wypracowanemu w ostatniej chwili porozumieniu. W ubiegły czwartek marszałkowie 12 województw (w piątek dołączyło województwo śląskie) podpisali pięcioletnie umowy służby publicznej z przewoźnikiem. To gwarancja, że przez 5 najbliższych lat PR będą wozić pasażerów w tych województwach (choć nie na wszystkich trasach).
Marszałkowie województw wydali też zgodę na zmianę struktury własnościowej spółki – 51 proc. akcji obejmie w niej Agencja Rozwoju Przemysłu, wnosząc 770 mln zł z budżetu. Do tej pory właścicielami wszystkich udziałów były województwa. Związkowcy domagali się podpisania paktów gwarancji pracowniczych; na razie postulat ten zawiesili – zgodnie z osiągniętym porozumieniem zostaną one zawarte, gdy zgodę na restrukturyzację wyda Komisja Europejska.
Furgalski ocenia jednak, że taka restrukturyzacja nie rozwiązuje problemów Przewozów Regionalnych.
– Pieniądze, które pójdą na oddłużenie, w większości trafią do PKP Energetyki i Polskich Linii Kolejowych, zostanie 160 mln zł na niepełną restrukturyzację, natomiast nie będzie pieniędzy na rozwój. Być może Agencja Rozwoju Przemysłu dokapitalizuję w kolejnych miesiącach ten podmiot, ale same Przewozy Regionalne nie są w stanie wystąpić o kredyt na modernizację taboru czy zakup nowego – wyjaśnia Furgalski.
Według niego źródłem problemów jest struktura własnościowa Przewozów Regionalnych oraz nieudana reforma tego podmiotu w 2008 r. Akcjonariusze nie mają wspólnych interesów – o ile marszałkowie sąsiednich województw mogą współpracować, o tyle oddalone samorząd nie mają potrzeby koordynacji działań. To prowadzi do chaosu, związanego również z samą wielkością rady nadzorczej spółki, w której są przedstawiciele wszystkich województw oraz trzech przedstawicieli związków.
Do tego w 2008 r. Przewozom Regionalnym zabrano Oddział Przewozów Międzywojewódzkich – najbardziej rentowną część działalności – i przekazano go PKP Intercity.
Furgalski zwraca uwagę, że to samorządy finansują działalność spółki i tylko z wojewódzkich budżetów mogą pochodzić środki na jej rozwój.
– Dlatego nic dziwnego, że ci marszałkowie, którzy mają pieniądze, którzy mają duże potoki podróżnych, zdecydowali się na to, aby na swoim terenie zacząć tworzyć spółki, które stopniowo będą przejmować całą obsługę ruchu regionalnego albo już przejęły, jak na Śląsku – podkreśla ekspert. – Dzisiaj wydaje się najlepszym rozwiązaniem pozwolić marszałkom na to, aby tam, gdzie te koleje marszałkowskie już funkcjonują, mogły objąć swoim zasięgiem całe województwo. Natomiast tam, gdzie są niewielkie potoki podróżnych, np. w województwie lubelskim czy podlaskim, bez sensu jest wymagać, żeby tworzono własne spółki.
Furgalski sugeruje, że w województwach o mniejszym ruchu kolejowym samorządy mogłyby zawierać umowy z przewoźnikami z sąsiednich regionów, np. z Kolejami Mazowieckimi. Drugim rozwiązaniem jest przetarg na długoterminową umowę świadczenia usług przewozowych z wykorzystaniem taboru i pracowników Przewozów Regionalnych. W warunkach takich umów marszałkowie mogliby zobowiązywać przewoźników do inwestycji w tabor.
Taka zmiana i całkowite usamorządowienie Przewozów Regionalnych musiałoby się jednak odbyć w ramach bliskiej współpracy regionów.
– Te obszary, w których działają przewozy ograniczone granicami województw, nie mogą sprowadzać się do tego, że pociąg przejeżdża granicę województwa, zatrzymuje się na najbliższej stacji i się cofa, bo marszałek kolejnego województwa stwierdził, że nie będzie dopłacał do tego przewozu na swoim terenie – przekonuje Furgalski.
W jego ocenie przy dobrym rozwiązaniu kwestii pociągów stykowych (czyli dojeżdżających do innego województwa) oraz wspólnym systemie biletowym dla wszystkich spółek kolejowych zwiększy się popularność kolei regionalnych.
Wykluczenie cyfrowe staje się dziś jednym z najpoważniejszych problemów społecznych w Polsce. 1/3 dorosłej populacji, czyli około 10 spośród 13 mln Polaków powyżej 50 roku życia nie korzysta z ułatwień, jakie niesie korzystanie z cyfrowych technologii. Przyszłość pomagającego im w przezwyciężaniu barier technologicznych programu Polska Cyfrowa Równych Szans zależy od tego, czy znajdą się pieniądze na szkolenia wolontariuszy.
W ocenie ludzi aktywnie walczących z wykluczeniem cyfrowym Polaków konieczna jest zmiana filozofii państwowych programów cyfryzacji kraju. Dziś kluczowa staje się kwestia edukacji cyfrowej i pomoc wykluczonym.
– Im bardziej jesteśmy zaawansowani w rozumieniu świata cyfrowego, tym bardziej widzimy, że podstawową barierą, która staje na drodze do tego, aby upowszechnić korzystanie z internetu, jest mentalność ludzi i ich stosunek do internetu.Ich rozumienie tych barier i pokonanie strachu przed technologią cyfrową, a nie sam fizyczny dostęp do internetu – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Głomb, prezes Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”, które wspólnie z Ministerstwem Administracji i Cyfryzacji realizuje program Polska Cyfrowa Równych Szans.
Od kilku lat w Polsce działa program Polska Cyfrowa Równych Szans, którego celem było zbudowanie systemu edukacji cyfrowej dla dorosłych Polaków. Dzięki zajęciom prowadzonym przez latarników ludzie starsi oraz osoby niemające dotąd wiedzy o sieci uczą się, jak poruszać się po internecie, korzystać z usług cyfrowych, komunikacji elektronicznej i internetu. Dotychczas prawie 3 tys. wolontariuszy przeprowadziło w całym kraju blisko 36 tys. spotkań, w których wzięło udział ponad ćwierć miliona Polaków.
Cyfrowa edukacja jest ważniejsza niż sprzęt. Prezes Stowarzyszenia „Miasta w Internecie” zwraca uwagę na to, że w wielu gospodarstwach domowych, w których dostęp do internetu jest doskonały, gdzie jest sprzęt, i tak z internetu nie korzystają osoby dorosłe tylko dzieci.
– Wspomagane gospodarstwa domowe właściwie ograniczały się do wykorzystania tego sprzętu przez dzieci, co oczywiście samo w sobie nie jest żadnym problemem, natomiast program był po to, żeby nie tylko osoby wykluczone cyfrowo, lecz przede wszystkim wykluczone społecznie, bo tam było bardzo rygorystyczne kryterium ekonomiczne przyznawania takiego wsparcia, mogły wejść w świat cyfrowy, a jednocześnie zwiększyć swoją pozycję na rynku pracy. Zwiększyć swoją szansę na to, żeby zarabiać i polepszyć byt tego gospodarstwa.
W ramach programu w całej Polsce powstała sieć Latarników Polski Cyfrowej. Dzięki ich pomocy ludzie niemający doświadczenia w korzystaniu z sieci przestają się jej obawiać i zaczynają dostrzegać możliwości, jakie tworzy.
– Im więcej seniorzy wiedzą na temat nowinek technologicznych, tym łatwiej im zdobywać nowe informacje i poruszać się we współczesnym świecie–uważa Jolanta Dec, Latarnik Polski Cyfrowej. – Są ludzie, którzy przychodzą po to, żeby się nauczyć korzystać z wyszukiwarki, a po 2-3 miesiącach zwiedzają wirtualnie świat, wędrują po muzeach całego świata, słuchają koncertów. Odkrywają nowe możliwości i właściwie w momencie, kiedy zaczynają, nigdy nie wiadomo, jak ta droga się skończy.
Przyszłość Ruchu Latarników stoi pod znakiem zapytania i zależeć będzie od tego, czy państwo znajdzie fundusze na jego dalsze funkcjonowanie w obecnej skali. Jeśli nie, potencjał blisko 3 tysięcy wolontariuszy zostanie zmarnowany – mówią uczestnicy programu.
– Są warsztaty i szkolenia, które wzbogacają nas, ale również w ten sposób podtrzymujemy więzi, uczymy się współpracować między sobą– mówi Krzysztof Łepkowski, Latarnik Polski Cyfrowej. – Oczywiście niezbędne jest wsparcie finansowe. Latarnik mimo wszystko nie jest w stanie funkcjonować i w pełni odpowiadać na zapotrzebowanie lokalne, jeżeli będzie tylko hobbystą. On musi czuć, że ma chociaż podstawowe wsparcie.
W 2008 roku ważne karty pobytu miało 77 tys. osób, w ubiegłym roku już 175 tys. Najczęściej są to osoby z Rosji i Ukrainy, ale już wkrótce nasz kraj przyjmie nieznaną jeszcze liczbę imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu. Będzie to wymagało działań integracyjnych, także w samorządach.
– Na tle innych krajów mamy wciąż dosyć małą skalę imigracji, Polska jest raczej krajem emigracyjnym. Badania pokazują jednak, że z roku na rok przybywa cudzoziemców. Choć wciąż stanowią niewielki odsetek, ale w poszczególnych sektorach zaczynają odgrywać coraz większą rolę. Z tym wiążą się problemy na rynku pracy, w życiu społecznym, integracyjne. Na te potrzeby powinna odpowiadać polityka publiczna – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dominika Potkańska, analityk Programu Polityki Imigracyjnej w Instytucie Spraw Publicznych (ISP).
Dane Urzędu ds. Cudzoziemców wskazują, że od 2008 roku regularnie rośnie liczba imigrantów, którzy wybierają Polskę. Wówczas karty pobytu miało 77 tys. osób, w 2013 roku – 121 tys., a na koniec ubiegłego roku już 175 tys. Najchętniej przyjeżdżają mieszkańcy wschodniej Europy, którzy łącznie stanowią blisko połowę wszystkich imigrantów – Ukraińcy (blisko 38 tys. osób), Rosjanie (12,5 tys.), Białorusini (11 tys.) i Ormianie (blisko 5 tys.). Pokaźną grupę stanowią też Wietnamczycy (13,4 tys.).
Ekspertka podkreśla, że wpływ imigrantów na gospodarkę jest jeszcze niewielki, choć dużo zależy od sektora.
– W budownictwie czy rolnictwie pracuje dużo cudzoziemców. Widać, że to sektor prac sezonowych przyciąga ich najbardziej. Ale ważne, żeby polska polityka imigracyjna zachęcała do przyjazdu poprzez stosowanie różnych instrumentów polityki publicznej, również wysoko wykwalifikowanych osób. Powinniśmy przejść od polityki nakierowanej na sezonowe cyrkulacje do budowania spójności społecznej i kapitału w dłuższej perspektywie – przekonuje ekspertka ISP.
Istotne jest też stworzenie polityki integracyjnej, bez niej cała polityka migracyjna może nie być skuteczna. To ważne, zwłaszcza że Komisja Europejska wprowadziła obowiązek dla państw członkowskich przyjęcia imigrantów z Afryki i krajów Bliskiego Wschodu. W ciągu dwóch lat do UE ma trafić 20 tys. imigrantów z obozów spoza UE, a 40 tys. ma zostać przyjętych przez inne państwa od Grecji i Włoch. Premier Ewa Kopacz zapowiedziała, że pod koniec lipca ogłosi, ile osób może przyjąć Polska, zrezygnowano bowiem z pierwotnego pomysłu narzuconych kwot, który Polsce przydzielał liczbę 2,6 tys. osób.
Zdaniem ekspertki ISP Polska powinna czerpać wzorce z państw zachodnich, gdzie prowadzona polityka pozwala na większą integrację imigrantów ze społeczeństwem, a państwo zapewnia imigrantom taki sam standard życia jak własnym obywatelom.
– Polityka integracyjna powinna być budowana w sposób partnerski, zarówno przy udziale organizacji pozarządowych, jak i środowiska imigranckiego, które wie najlepiej, jakie są potrzeby integracyjne. Polityka ma być długofalowa, żeby można było rozpisać konkretne działania na dłuższy czas. Powinna być też kompleksowa i włączać instytucje z poziomu centralnego i lokalnego, a przede wszystkim być priorytetem państwa, co oznacza, że powinny być na to także przeznaczone środki – tłumaczy Dominika Potkańska.
Obecnie beacony, czyli niewielkie urządzenia emitujące sygnał odbierany przez telefony komórkowe, najczęściej wykorzystywane są przez właścicieli poszczególnych sklepów i marek. W przyszłości jednak powinny być zarządzane z poziomu galerii handlowych. Nadmiar beaconów powodować może bowiem chaos informacyjny. Konsumenci odbieraliby zbyt wiele komunikatów i byliby narażeni na spam.
– Wejście beaconów jest obecnie obserwowanym trendem – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Paweł Przetacznik, prezes zarządu Tech Cave, członek Grupy Internet Media Services.
Według niego obecnie można zauważyć dwa podejścia do tego zagadnienia: pierwszym jest umieszczanie beaconów przez poszczególne marki w swoich salonach i budowa własnych aplikacji mobilnych. Drugim jest rozwój tego rodzaju platformy komunikacji z poziomu galerii handlowych.
– Stoję na stanowisku, że powinien to być obszar, który będzie kontrolowany przez galerie – przekonuje Paweł Przetacznik. – W pewnym momencie zabronią one najemcom umieszczania dowolnej ilości beaconów w swoich sklepach. Na koniec może to bowiem wywołać chaos informacyjny i być uciążliwe dla klientów. Aplikacje mogą bowiem pushować swoimi informacjami i spamować klientów. Na razie jednak zarządzający nie sygnalizują zdecydowanego i uporządkowanego podejścia tego tematu.
Beacony to niewielkie urządzenia elektroniczne, które potrafią komunikować się z naszymi telefonami komórowymi, wysyłać powiadomienia push, uruchamiać aplikacje itp. Emitują stały sygnał, korzystając z technologii Bluetooth Low Energy (BLE). Te małe nadajniki umożliwiają nowoczesny marketing, bo przy użyciu smartfonu z odpowiednią aplikacją i włączonym Bluetoothem informują klienta o dostępnych promocjach i ofertach czy drodze dojścia do sklepu itp.
Choć same nie łączą się z internetem, to działają dzięki aplikacjom na smartfony i tablety. Prawdopodobnie już niebawem każdy smartfon i tablet będzie zdolny do współpracy z nimi. Obecnie wspierane są one na najnowszych wersjach systemu Apple&HASH39;a oraz Androida.
– Bez aplikacji mobilnej beacony nie działają, więc ich popularność zależy od rozwoju softu – zauważa Przetacznik. – Obecnie właściwie wszyscy jesteśmy już wyposażeni w smartfony. Trochę gorzej wygląda sytuacja, jeżeli chodzi o aplikacje. Klienci nie do końca zdają sobie sprawę z ich możliwości. Nie wszyscy też korzystają z nich tak szeroko.
Rozwój beaconów to jednak – zdaniem prezesa zarządu Tech Cave – proces nieuchronny. Firmy w coraz większym zakresie będą brały pod uwagę możliwości, jakie oferują te niewielkie urządzenia.
– Natomiast zwracam uwagę na to, że będą potrzebne duże nakłady na promocję konkretnego rozwiązania – wskazuje Paweł Przetacznik. – To, które będzie pierwsze i zdobędzie odpowiednią masę krytyczną użytkowników, może potem rozdawać karty i być liderem rynku. Dlatego przygotowujemy się do tego rozwiązania i próbujemy się w nie wpasować.
Nietrzymanie moczu to trudna, krępująca i często bolesna dolegliwość. Co gorsza, pacjenci, których dotknął ten problem, muszą nie tylko przełamać barierę wstydu i zacząć leczenie, lecz także zmagać się z – ich zdaniem – absurdalnymi przepisami Ministerstwa Zdrowia. Dlatego też chorzy domagają się, by zniesiono wymóg badania urodynamicznego, które jest warunkiem refundacji, i apelują o wprowadzenie nowoczesnych środków farmakologicznych.
– Problem pęcherza nadreaktywnego i nietrzymania moczu jest ogromny. Szacuje się, że w Polsce prawie 10 proc. społeczeństwa cierpi na taką przypadłość. To prawie 4 mln osób. Są to zarówno mężczyźni, jak i kobiety, nie tylko osoby starsze, lecz także bardzo młode, kobiety po porodach, dzieci – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Sarbak, prezes Stowarzyszenia Osób z Nietrzymaniem Moczu UroConti.
Ze statystyk wynika, że problem nietrzymania moczu (NTM) dotyka co ósmą kobietę w wieku do 39 lat, a co drugą po menopauzie. Dla większości z nich jest to bardzo wstydliwe schorzenie. Blisko 2/3 kobiet nigdy nie skonsultowało się w tej kwestii z lekarzem, a te, które zdecydowały się na rozmowę ze specjalistą, zwlekały z tym średnio 3 lata.
– Według różnych opracowań częstość występowania tego schorzenia u pań wynosi od 7,7 proc. do 31,3 proc., odsetek pacjentek cierpiących z powodu OAB (overactive bladder – red.) wzrasta z wiekiem. Objawy charakterystyczne dla OAB mogą także występować w przebiegu różnych schorzeń, na przykład ostrego zapalenia pęcherza moczowego, kamicy nerkowej, raka pęcherza, stwardnienia rozsianego czy też jako efekt uboczny radioterapii, jednak najczęściej przyczyna pojawienia się naglącego nietrzymania moczu pozostaje nieznana – mówi prof. Tomasz Rechberger, kierownik Katedry i Kliniki Ginekologii UM w Lublinie.
Anna Sarbak ze Stowarzyszenie Osób z Nietrzymaniem Moczu UroConti podkreśla, że nietrzymanie moczu jest chorobą przewlekłą, ale można ją skutecznie leczyć. Niestety, nie wszystkie badania i zabiegi są finansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia.
– Przykładem jest leczenie nietrzymania moczu w dysfunkcji neurogennej pęcherza. Z powodzeniem potrafimy opanować ten objaw, wstrzykując toksynę botulinową. Niestety, zabieg ten nie jest ona refundowany. Zresztą tak jak i neuromodulacja, bardzo nowoczesna metoda poprawy czynności mikcyjnych zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn, która na Zachodzie jest stosowana z powodzeniem od ponad 20 lat – mówi prof. Zbigniew Wolski, prezes Polskiego Towarzystwa Urologicznego.
Zdaniem pacjentów już na poziomie diagnostyki napotykają oni wiele barier, co skutecznie zniechęca ich do dalszego leczenia.
– Symbolem nieporadności polskiego państwa jest wymóg wykonywania badania urodynamicznego przy refundacji leków w zespole pęcherza nadreaktywnego. Nie znam żadnego innego kraju, w którym taki wymóg byłby potrzebny. Co więcej, wszyscy lekarze, również w Polsce, mówią jednoznacznie: badanie urodynamiczne nie jest potrzebne do tego, żeby zdiagnozować ten problem. Wystarczy zwykły wywiad czy dzienniczek mikcji. Jest to pomysł typowo administracyjny, który jak rozumiem, miał na celu ograniczenie liczby pacjentów korzystających z tej refundacji – mówi Tomasz Michałek, pełnomocnik zarządu UroConti ds. współpracy międzynarodowej i członek rady wykonawczej World Federation of Incontinent Patients (WFIP).
– Wykonywanie badania na etapie wstępnej diagnozy nie jest ani niezbędne, ani konieczne, a wymóg przeprowadzenia go przed zapisaniem leków refundowanych jest zupełnie niezrozumiały z lekarskiego punktu widzenia – dodaje prof. Rechberger
Z danych NFZ wynika, że w ubiegłym roku przeprowadzono 25 tys. badań urodynamicznych. Narodowy Fundusz Zdrowia refunduje dwie substancje medyczne stosowane w leczeniu NTM. Za zakup pozostałych pacjent musi zapłacić z własnej kieszeni, dlatego Stowarzyszenie Osób z Nietrzymaniem Moczu UroConti przygotowało szereg postulatów i liczy na wsparcie w tej kwestii.
– Przede wszystkim liczymy na to, że wymóg badania urodynamicznego zostanie zniesiony. Kolejnym postulatem jest poszerzenie listy refundowanych leków. W innych krajach refunduje się 6-8 różnych substancji, co znacznie zwiększa prawdopodobieństwo skuteczności terapii lekowej ordynowanej przez lekarza. Anachronizmem jest również bardzo restrykcyjne kryterium chorobowe niezbędne do otrzymania refundacji na środki absorpcyjne. W Polsce oprócz pęcherza nadreaktywnego trzeba udowodnić jeszcze drugą chorobę wymienioną w rozporządzeniu Ministra Zdrowia. U osób, u których zdiagnozowano wysiłkowe NTM, jest jeszcze gorzej. Im się żadna refundacja nie należy. Tylko w Polsce minister zdrowia dzieli pacjentów z inkontynencją w tak absurdalny sposób – wylicza Tomasz Michałek.
– Załamanie się rozmów Grecji z wierzycielami oznacza prawdziwy cios dla rynków. Będzie to widoczne zwłaszcza w poniedziałek, gdyż jeszcze do zamknięcia piątkowych notowań scenariuszem bazowym pozostawało porozumienie Aten z Brukselą. Jedną z ofiar zawirowania prawdopodobnie zostanie także złoty – komentuje Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl.
Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl
Grexit na horyzoncie
W nocy z piątku na sobotę okazało się, że premier Tsipras zwoła referendum w sprawie przyjęcia bądź odrzucenia planu reform przedstawionego przez wierzycieli. Jest o to tyle zaskakujące, iż jeszcze przed weekendem wiele wskazywało na to, że porozumienie Aten z Brukselą jest bardzo prawdopodobne. Sugerowały tak zarówno wypowiedzi polityków z obu stron, jak i przecieki dokumentów do prasy.
W samym referendum oczywiście nie ma nic złego. Kluczem jest jednak czas, bo 30 czerwca wygasa program pomocowy dla Grecji, a zerwanie rozmów uniemożliwia wypłatę Atenom ostatniej transzy pomocy o wartości ponad 7 miliardów euro. Tego samego dnia przypada także płatność raty dla MFW, na którą Hellada prawdopodobnie nie znajdzie ponad półtora miliarda euro. Natomiast termin referendum został zaplanowany na 5 lipca, czyli pięć dni po kluczowych dla kraju datach.
Dodatkowo greckie banki są w pełni zależne od zapewniania płynności przez EBC. Ta jednak może zostać natychmiast zatrzymana, jeżeli okaże się, że europejskie władze monetarne uznają niewypłacalność Grecji. W rezultacie kraj może pogrążyć się w chaosie gospodarczym, a jeżeli „otrzeźwienie” nie nadejdzie szybko, to również i w społecznym. Jego funkcjonowanie w obecnych warunkach i bez własnej waluty prowadzi do jednego scenariusza – Grexitu – opuszczenia strefy euro przez Grecję.
Poniedziałkowe otwarcie
Już po otwarciu się rynku walutowego, późnym wieczorem w niedzielę, będzie można się zorientować o skali strat. Najbardziej poszkodowane powinny zostać waluty rynków wschodzących oraz euro. Niewykluczone, że EUR/USD szybko zanurkuje poniżej poziomu 1.10. Spore przeceny oczekiwane są również na giełdach, choć na pełne oszacowanie strat będziemy musieli poczekać prawdopodobnie do otwarcia notowań w Londynie czy Frankfurcie.
Kluczową kwestią będzie również zachowanie się rynku obligacji, a zwłaszcza różnice w rentownościach instrumentów skarbowych Niemiec i Hiszpanii oraz Włoch. Jeżeli będą one w dramatyczny sposób rozszerzać się (o więcej niż 50 punktów bazowych w porównaniu do piątkowego zamknięcia), wtedy awersja do ryzyka znacznie wzrośnie. Taki ruch będzie budzić niepokój zwłaszcza w kontekście luzowania ilościowego przeprowadzanego przez EBC, które teoretycznie powinno stabilizować notowania.
Równie ważne w kontekście możliwych ruchów na walutach jest zachowanie się akcji. Ich poważne spadki mogą prowadzić do dalszej ucieczki kapitału ze strefy euro i generować sygnał dalszej wyprzedaży euro.
A co ze złotym?
Krajowa waluta może stracić na całej linii. Utrata wartości złotego w relacji do franka, dolara
czy funta jest niemal pewna. Prawdopodobnie już w poniedziałek rano będzie trzeba za nie płacić w okolicach odpowiednio 4.10, ponad 3.80 i około 6 zł. Dodatkowo, mimo iż kryzys został wygenerowany w obszarze wspólnej waluty, to złoty będzie z dużym prawdopodobieństwem słabszy również do euro. Para EUR/PLN może szybko przekroczyć poziom 4.20.
Gdyby doszło do większego osłabienia się rodzimej waluty, wtedy można oczekiwać interwencji ze strony NBP. Sugerowały to wypowiedzi poszczególnych członków RPP, jak i również prezesa w minionym tygodniu. Podobną opinię wyrażał także w poniedziałek minister finansów Mateusz Szczurek. Warto jednak pamiętać, że powyższe interwencje raczej mają na celu stabilizację kursu, a nie przeciwdziałanie jego osłabieniu. Jeżeli więc zagranicą sytuacja będzie się pogarszać, wtedy złoty jest „skazany” na osłabienie.
Globalna interwencja banków centralnych?
W przypadku poważnych zawirowań niewykluczona jest także globalna interwencja banków centralnych. Władze monetarne krajów posiadających waluty rezerwowe (dolar, euro, frank, funt, jen) mogą zdecydować się na wspólnej działanie w celu zmniejszenia ich ruchów i przerwania gwałtownych przepływów kapitałów.
Powyższe działanie na pewno ustabilizowałoby sytuacje, choć zależałoby to również od skali zmian oraz nastawienia inwestorów. Przez ostatnie miesiące przez rynek „przewinęło” się wiele analiz mówiących o znacznie większej odporności strefy euro na zawirowania niż miało to miejsce podczas światowego kryzysu finansowego oraz załamania się rynku obligacji krajów peryferyjnych dzielących wspólną walutę.
Tylko krótkotrwały szok?
Cześć obserwatorów rynku uważa natomiast, że szok może być bardzo krótki, a euro może nawet zyskać do dolara ze względu na usunięcie „najsłabszego ogniwa”. Jest to jednak mało prawdopodobne, zwłaszcza w krótkim terminie. Porażka w zbudowaniu konsensusu z Grecją będzie raczej odbierana na początku jako słabość obszaru wspólnej waluty oraz zagrożenie dla jego wzrostu gospodarczego. Dodatkowo są przecież inne kraje, których sytuacja fiskalna jest także trudna. Do tego dochodzą również kwestie geopolityczne i społeczne.
Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest więc gwałtowny wzrost awersji do ryzyka
i utrzymanie się go dopóki sytuacja związana z Grecją nie ulegnie poprawie. Najbliższe dni będą więc bardzo nerwowe na wszystkich klasach aktywów, w tym również na polskim złotym.
Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.
W związku z hamowaniem gospodarki Chin, największego na świecie konsumenta miedzi, cena tego surowca nadal będzie pod presją. Sytuację pogarszają informacje o planowanej przez ten kraj wymianie infrastruktury energetycznej na wykorzystującą aluminium. W rezultacie pod koniec roku cena tony miedzi może wynieść 5,5 tys. dol. Ropa naftowa także, choć z innych powodów, nie powinna drożeć.
– Notowania miedzi są dosyć mocno skorelowane z sytuacją gospodarczą w Chinach – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Robert Pietrzak z Domu Maklerskiego HFT. – Od kilku miesięcy obserwujemy wyhamowywanie tamtejszej gospodarki, w związku z czym popyt na miedź staje się coraz mniejszy, przez co spada cena tego surowca.
Już w ubiegłym roku Chiny rozwijały się w tempie 7,4 proc., czyli najwolniejszym od 24 lat. W trakcie pierwszego kwartału br. zza Wielkiego Muru napłynęła cała seria nie najlepszych informacji, wzbudzając obawy o kondycję tamtejszej gospodarki. Dane podsumowujące pierwsze trzy miesiące potwierdziły, że kondycja Państwa Środka nie jest najlepsza. PKB Chin wzrósł zaledwie o 7 proc., co jest z kolei najwolniejszym wzrostem kwartalnym od sześciu lat.
Nastrojów nie poprawiły miesięczne dane o produkcji przemysłowej (najniższy wzrost od grudnia 2008 r. o 5,6 proc.), sprzedaży detalicznej (najwolniejszy progres od dziewięciu lat o 10,2 proc.) oraz inwestycjach (najsłabszy wzrost od 2000 roku o 13,5 proc.).
– Wydaje się, że dopóki sytuacja gospodarcza w Chinach jakoś się nie unormuje, spadki nie wyhamują i nie będziemy świadkami jakiegoś odbicia gospodarczego, to cena miedzi będzie raczej dalej spadała – uważa Robert Pietrzak.
W dodatku niedawno rynki surowcowe zelektryzowała wiadomość, że Chiny zamierzają wymienić infrastrukturę sieci energetycznych, rezygnując z miedzi na rzecz aluminium, które jest trzykrotnie tańsze. 75 proc. miedzi Państwo Środka importuje. Natomiast posiada znacznie większe nadwyżki zgromadzonego wcześniej aluminium.
– Jeśli dojdzie do tak znaczącej zmiany w wykorzystaniu surowców sieci energetycznej, to możemy być świadkami dalszych spadków cen miedzi – ocenia Pietrzak. – Pod koniec roku wartość trzymiesięcznego kontraktu na miedź w Londynie może wynieść ok. 5500 dol.
Nie należy się także spodziewać w najbliższych miesiącach, jak przekonuje Robert Pietrzak, wzrostu ceny ropy naftowej. W dalszym ciągu rynek ma do czynienia ze znacznie wyższym poziomem podaży tego surowca niż popytu. Powodem jest utrzymanie poziomu produkcji na czerwcowym szczycie przez państwa zrzeszone w OPEC. Wynosić on ma w dalszym ciągu 30 mln baryłek ropy dziennie, chociaż jak zauważa Pietrzak, niektóre kraje de facto produkują więcej (nawet 31,5 mln baryłek).
W związku z tym również prognozy analityków do końca 2015 roku zakładają raczej spadek niż wzrost cen tego surowca. Według Domu Maklerskiego HFT Brokers obecnie obserwowane poziomy ok. 60-65 dol. za baryłkę ropy naftowej utrzymają się w perspektywie najbliższych miesięcy albo cena surowca jeszcze bardziej spadnie.
– Szanse na zmniejszenie produkcji przez OPEC przynajmniej w tym roku są dosyć małe, ponieważ niska cena za baryłkę jest głównym czynnikiem, który pozwala państwom zrzeszonym w tej organizacji na konkurowanie – tłumaczy Robert Pietrzak. – Poza tym następne spotkanie OPEC jest zaplanowane dopiero na grudzień, więc przynajmniej do tego czasu możemy być pewni, że produkcja będzie wynosiła 30 mln baryłek ropy naftowej dziennie.
Polskie stocznie inwestują w rozwój. Jeden z liderów na tym rynku, Remontowa Shipbuilding, co roku przeznacza na nowe technologie nie mniej niż 30 proc. zysków. Pod względem innowacyjności polski przemysł wypada bardzo dobrze na tle konkurencji. Tym bardziej że rośnie zapotrzebowanie na bardziej zaawansowane technologicznie okręty.
Na rynku stoczniowym rośnie popyt na jednostki coraz bardziej zaawansowane technologicznie, nie tylko statki oraz inne konstrukcje dla transportu morskiego, lecz także pływające urządzenia dla przemysłu wydobywczego oraz wytwórców energii odnawialnej, np. platformy wiertnicze czy elektrownie pływowe.
– Dzisiaj trudno mówić o zwykłej produkcji statków – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Wojtkiewicz, prezes zarządu stoczni Remontowa Shipbuilding. – Najczęściej są to skomplikowane projekty technologiczne, których fragmentem jest statek. Najważniejsze jest to, co na tym statku jest zainstalowane, z czego się składa i do czego ta jednostka pływająca ma służyć. Epoka produkcji zwykłych statków towarowych w zasadzie przeszła już do historii.
Konkurencja na światowym rynku jest bardzo duża. O zlecenia walczą zarówno dotychczasowi potentaci, np. stocznie skandynawskie, jak i regiony, które na stocznie postawiły niedawno. To m.in. Turcja, która dynamicznie inwestowała w ostatnich latach w przemysł okrętowy, oraz Azja, gdzie stocznie walczą głównie niskimi cenami.
– Musimy mieć klienta, który jest zdeterminowany, aby ze względów terminowych, jakościowych czy logistycznych realizować produkcję w Europie. Wtedy mamy szansę wygrywać tę konkurencję – ocenia Andrzej Wojtkiewicz. – Mamy też konkurencję europejską, głównie producentów skandynawskich, a w zasadzie norweskich, od których przez lata się uczyliśmy, a teraz bez fałszywej skromności możemy powiedzieć, że udało nam się również ich w niektórych elementach działalności wyprzedzić.
Polskim stoczniom przewagę daje dziś głównie technologia. Starają się wyprzedzać zapotrzebowanie potencjalnych klientów i cały czas inwestują, by tę przewagę utrzymywać. Stocznia Remontowa Shipbuilding, która jest częścią Remontowa Holding, co roku przeznacza na rozwój technologiczny co najmniej 30 proc. zysków.
– Mamy wiele biur projektowo-konstrukcyjnych i ośrodki badawczo-rozwojowe. Polska jest źródłem innowacyjności w tej branży. Mało o tym w kraju słychać, ale nasi inżynierowie są doceniani, żeby nie powiedzieć rozchwytywani, przez zagranicznych odbiorców – mówi Wojtkiewicz podczas posiedzenia Rady Związku Pracodawców Forum Okrętowe, które odbyło się w siedzibie kancelarii K&L Gates. – Jesteśmy spokojni o to, że dysponujemy wiedzą, która jest potrzebna w tym zakresie, dlatego że wszystkie najnowocześniejsze rozwiązania i identyfikowanie przyszłych potrzeb rynkowych tak naprawdę dzieje się w Polsce i na polskim wybrzeżu.
Systematycznie wydawane środki pozwalają rozbudowywać infrastrukturę stoczni. Niedawno w zakładzie Remontowa Shipbuilding otwarto nową linię montażową, która usprawnia pracę i przyspiesza proces montażu. Wcześniej wybudowano tam halę o powierzchni 10 tys. mkw., służącą do kompletacji, montażu i testowania systemów, które są montowane na statkach. Dostosowano też jedną z hal do pracy ze specjalnymi stalami antymagnetycznymi, które służą do budowy jednostek wojskowych. Ta technologia, jak zwraca uwagę prezes firmy, jest unikalna w skali świata.
– W naszej polityce inwestycyjnej na przyszłe lata trzymamy się zasady, że każda inwestycja służy realizacji konkretnego projektu, konkretnego produktu. Na pewno następne pomysły i plany inwestycyjne będą zdeterminowane tym, czego będą od nas oczekiwali nasi klienci, jaki projekt będziemy musieli dla nich zrealizować. To, co mogę teraz powiedzieć, to to, że na pewno będą dalsze inwestycje – mówi prezes stoczni Remontowa Shipbuilding.
Od lipca zaczną obowiązywać nowe tabele stawek roamingowych za połączenia komórkowe w Unii Europejskiej. Ceny maksymalne w złotych lekko spadną. Za minutę połączenia z zagranicy Polacy zapłacą nie więcej niż 95 groszy.
Trzy lata temu Parlament Europejski i Rada Unii Europejskiej wydały rozporządzenie, które ograniczyło poziom opłat za połączenia międzynarodowe na terenie wspólnoty. W rezultacie ceny rozmów na kontynencie radykalnie spadły. Obecna obniżka jest już niewielka i wynika ze zmiany kursu złotego do euro. W rezultacie Polacy zapłacą za połączenie o 1-2 grosze mniej.
– Obecnie od 1 lipca abonent nie zapłaci więcej niż 95 groszy za minutę połączenia wykonanego i 25 groszy za minutę połączenia odebranego– mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Warzecki, specjalista w Departamencie Strategii i Analiz Rynku Telekomunikacyjnego Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – Koszt wysłania wiadomości SMS to maksymalnie 30 groszy, a wiadomości MMS 1 zł. Podobnie jest z 1 MB transmisji danych, abonent nie poniesie kosztu większego niż 1 zł. Obniżka cen widoczna jest szczególnie w przypadku usług transmisji danych, ponieważ jeszcze w 2012 roku klienci ponosili koszt na poziomie niemal 3,60 zł. Operatorzy często jednak w opłatę abonamentową zaszywają pakiet usług, przede wszystkim jest to pakiet minut lub megabajtów transmisji danych.
Przemysław Warzecki zwraca jednak uwagę na t, że to klient musi sprawdzić, jaka forma rozliczeń z operatorem opłaci mu się najbardziej. Powinien on rozważyć, czy korzystniejsze jest dla niego pozostanie w reżimie eurotaryfy, czy przejście i zakupienie u operatora pakietu danych lub minut.
– Istotną kwestią jest również to, że stawki za usługi roamingowe obowiązują tylko na obszarze Unii Europejskiej. W związku z tym abonent podróżując do kraju europejskiego niekoniecznie leżącego w strukturach unijnych, powinien sprawdzić u swojego operatora koszt takich usług, aby w przyszłości nie narazić się na niespodziewane wydatki.
Stawki za usługi roamingowe reguluje dokument Parlamentu Europejskiego i Rady w randze rozporządzenia. Zgodnie z jego treścią aktualizacja stawek następuje 1 lipca danego roku kalendarzowego.
– Obniżka cen połączeń wynika bezpośrednio z zapisów tego rozporządzenia– tłumaczy specjalista w Departamencie Strategii i Analiz Rynku Telekomunikacyjnego Urzędu Komunikacji Elektronicznej. –Należy również wskazać, że obejmuje ono cztery główne usługi telekomunikacyjne: połączenia głosowe zarówno wychodzące, jak i przychodzące, wysyłanie wiadomości SMS, wysyłanie wiadomości MMS oraz transmisję danych.
Stawki za połączenia roamingowe są dziś znacznie niższe niż przed decyzją władz Unii. Mimo że tegoroczna obniżka ma symboliczny charakter, wspólnota pracuje nad kolejnymi przepisami, które mogą uczynić rozmowy telefoniczne jeszcze tańszymi.
– Obecnie w ramach struktur Unii Europejskiej trwają prace nad zniesieniem podwyższonych opłat roamingowych– informuje Przemysław Warzecki z Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – Dużą rolę odgrywa tutaj obecna prezydencja łotewska, która przygotowuje taki dokument, prace nad jego wdrożeniem trwają. W tej chwili mamy do czynienia z trilogiem, czyli rozmowami prezydencji, Parlamentu i Rady, które jeżeli doprowadzą do konsensusu, wprowadzą korzystniejsze dla klienta rozwiązania, również w aspekcie roamingu.
Polskie stocznie inwestują w rozwój. Jeden z liderów na tym rynku, Remontowa Shipbuilding, co roku przeznacza na nowe technologie nie mniej niż 30 proc. zysków. Pod względem innowacyjności polski przemysł wypada bardzo dobrze na tle konkurencji. Tym bardziej że rośnie zapotrzebowanie na bardziej zaawansowane technologicznie okręty.
Na rynku stoczniowym rośnie popyt na jednostki coraz bardziej zaawansowane technologicznie, nie tylko na statki oraz inne konstrukcje dla transportu morskiego, lecz także na pływające urządzenia dla przemysłu wydobywczego oraz wytwórców energii odnawialnej, np. platformy wiertnicze czy elektrownie pływowe.
– Dzisiaj trudno mówić o zwykłej produkcji statków – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Wojtkiewicz, prezes zarządu stoczni Remontowa Shipbuilding. – Najczęściej są to skomplikowane projekty technologiczne, których fragmentem jest statek. Najważniejsze jest to, co na tym statku jest zainstalowane, z czego się składa i do czego ta jednostka pływająca ma służyć. Epoka produkcji zwykłych statków towarowych w zasadzie odeszła już do historii.
Konkurencja na światowym rynku jest bardzo duża. O zlecenia walczą zarówno dotychczasowi potentaci, np. stocznie skandynawskie, jak i regiony, które na stocznie postawiły niedawno. To m.in. Turcja, która dynamicznie inwestowała w ostatnich latach w przemysł okrętowy, oraz Azja, gdzie stocznie walczą głównie niskimi cenami.
– Musimy mieć klienta, który jest zdeterminowany, aby ze względów terminowych, jakościowych czy logistycznych realizować produkcję w Europie. Wtedy mamy szansę wygrywać tę konkurencję – ocenia Andrzej Wojtkiewicz. – Mamy też konkurencję europejską, głównie producentów skandynawskich, a w zasadzie norweskich, od których przez lata się uczyliśmy, a teraz bez fałszywej skromności możemy powiedzieć, że udało nam się również ich w niektórych elementach działalności wyprzedzić.
Polskim stoczniom przewagę daje dziś głównie technologia. Starają się wyprzedzać zapotrzebowanie potencjalnych klientów i cały czas inwestują, by tę przewagę utrzymywać. Stocznia Remontowa Shipbuilding, która jest częścią Remontowa Holding, co roku przeznacza na rozwój technologiczny co najmniej 30 proc. zysków.
– Mamy wiele biur projektowo-konstrukcyjnych i ośrodki badawczo-rozwojowe. Polska jest źródłem innowacyjności w tej branży. Mało o tym w kraju słychać, ale nasi inżynierowie są doceniani, żeby nie powiedzieć rozchwytywani, przez zagranicznych odbiorców – mówi Wojtkiewicz podczas posiedzenia Rady Związku Pracodawców Forum Okrętowe, które odbyło się w siedzibie kancelarii K&L Gates. – Jesteśmy spokojni o to, że dysponujemy wiedzą, która jest potrzebna w tym zakresie, dlatego że wszystkie najnowocześniejsze rozwiązania i identyfikowanie przyszłych potrzeb rynkowych tak naprawdę dzieje się w Polsce i na polskim wybrzeżu.
Systematycznie wydawane środki pozwalają rozbudowywać infrastrukturę stoczni. Niedawno w zakładzie Remontowa Shipbuilding otwarto nową linię montażową, która usprawnia pracę i przyspiesza proces montażu. Wcześniej wybudowano tam halę o powierzchni 10 tys. mkw., służącą do kompletacji, montażu i testowania systemów, które są montowane na statkach. Dostosowano też jedną z hal do pracy ze specjalnymi stalami antymagnetycznymi, które służą do budowy jednostek wojskowych. Ta technologia, jak zwraca uwagę prezes firmy, jest unikalna w skali świata.
– W naszej polityce inwestycyjnej na przyszłe lata trzymamy się takiej zasady, że każda inwestycja służy realizacji konkretnego projektu, konkretnego produktu. Na pewno następne pomysły i następne plany inwestycyjne będą zdeterminowane tym, czego będą od nas oczekiwali nasi klienci, jaki projekt będziemy musieli dla nich zrealizować. To co mogę teraz powiedzieć, to to, że na pewno będą dalsze inwestycje – mówi prezes stoczni Remontowa Shipbuilding.
Rządowe decyzje dotyczące otwarcia bramek na autostradach w czasie wakacyjnych przejazdów to zagranie PR-owskie – ocenia Adrian Furgalski z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. Jego zdaniem politycy powinni zabrać się za rozwiązanie problemu i na stałe zmienić system poboru opłat na taki, który usprawni podróżowanie.
W zeszłym roku ogromne korki na autostradach spowodowały otwarcie bramek na A1 z Łodzi do Gdańska. Podjęta w sierpniu przez premiera decyzja kosztowała 20 mln zł. Obecnie już wiadomo, że autostrada A1 będzie otwarta przez całe wakacje, na co przeznaczono z rezerwy 50 mln zł.
– To PR-owskie zagranie, zwłaszcza że zbliżamy się do wyborów– mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adrian Furgalski, wiceprezes zarządu Zespół Doradców Gospodarczych TOR. – Tylko znacznie lepiej byłoby to przyjęte, gdybyśmy na horyzoncie mieli cel, do jakiego zmierza ten rząd i ten minister infrastruktury. Taki cel, jaki jeszcze do niedawna miał rząd Donalda Tuska, czyli przejście na system elektroniczny.
Sejm przyjął ustawę, która pozwala ministrowi infrastruktury podejmować decyzję o otwieraniu bramek na autostradach, których zarządcą jest GDDKiA. Dotyczy to autostrady A2 Konin-Stryków oraz trasy pomiędzy Wrocławiem a Śląskiem. Otwarcie może dotyczyć także autostrady A1, bo tam w umowie koncesyjnej przewidziano takie rozwiązanie. Nie dotyczy to natomiast koncesyjnej części autostrady A2 ani A4 należącej do firmy Stalexport, nie rozwiązuje więc dużej części problemów.
– My cały czas się upieramy, że należy ulżyć kierowcom samochodów osobowych poprzez likwidację tych zawalidróg w postaci bramek, które w ogóle nie powinny na autostradach powstać– podkreśla Adrian Furgalski.
Jak ocenia, sprawne poruszanie się po polskich drogach wymaga zastosowania nowoczesnych rozwiązań.
– Na pewno nie powinien być to system manualny. Natomiast, skoro i tak prace zostały zatrzymane nad jakimkolwiek innym rozwiązaniem, to możemy już teraz dyskutować, czy to będzie system elektroniczny, gdzie tylko dzisiejsze viaAUTO będzie na wyposażeniu samochodu, czy też będą inne opcje.
Warto, jak zwraca uwagę Adrian Furgalski z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR, stworzyć system, który uwzględnia nie tylko różnorodność pojazdów podróżujących po polskich drogach, lecz także różne potrzeby kierowców.
– Byłbym za tym, żeby to była wersja jak najszersza. Kto często jeździ, ma viaAUTO, bo np. po miesiącu dostaje fakturę za korzystanie z autostrad. Ale jeżeli ktoś jeździ sporadycznie, może zapłacić za przejazd autostradą za pomocą telefonu komórkowego czy specjalnej strony internetowej, gdzie wstuka tablice rejestracyjne swojego samochodu. System będzie sprawdzał, czy ten samochód zapłacił, czy nie. Sposobów jest tutaj masa. Najważniejsze, żeby ktoś w rządzie chciał rozpocząć nad tym prace. Niestety, na razie zostały wstrzymane.
Przyspieszyła produkcja polskiego przemysłu samochodowego. W tym roku z taśm montażowych krajowych fabryk może zjechać nawet 630 tys. nowych wozów, o ponad 50 tys. więcej niż w 2014 roku – prognozuje firma analityczna i consultingowa AutomotiveSuppliers.pl.
– Przemysł motoryzacyjny w Polsce zaczyna się rozwijać bardzo dynamicznie, zarówno w zakresie produkcji samochodów, jak i komponentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Orłowski z AutomotiveSuppliers.pl. –Z jednej strony mamy znaczący wzrost zatrudnienia w sektorze produkcji części i komponentów, z drugiej strony od kilku miesięcy wreszcie obserwujemy wzrost produkcji samochodów, które są wytwarzane w trzech zakładach produkcyjnych na terenie naszego kraju.
Już w kwietniu, jak policzył Główny Urząd Statystyczny, tegoroczna produkcja samochodów osobowych przekroczyła 200 tys. To najlepszy wynik od czterech lat. Produkcja samochodów w Polsce malała od początku ostatniego kryzysu światowego, praktycznie od 2008 roku. W 2014 branża odnotowała wprawdzie wzrost, ale – jak ocenia Rafał Orłowski – był on symboliczny. Obecnie jednak pojawiają się sygnały, że w tym roku produkcja wyraźnie wzrośnie.
– Prognozujemy, że w tym roku w Polsce zostanie wyprodukowanych około 630 tys. samochodów, a więc około 50 tys. więcej niż w zeszłym roku– zaznacza Rafał Orłowski –I tutaj mamy podzieloną tę sytuację pomiędzy stabilną i stałą, taką samą produkcję mniej więcej w Volkswagenie i Fiacie, a z drugiej strony bardzo dynamiczny wzrost produkcji samochodów w fabryce Opla w Gliwicach. Wystarczy powiedzieć, że w ciągu 5 miesięcy tego roku wyprodukowano w Gliwicach niewiele mniej samochodów niż w całym zeszłym roku właśnie w tym zakładzie.
W tym roku wartość eksport polskiego przemysłu motoryzacyjnego już po pierwszym kwartale przekroczyła 5 mld euro i była o 14 proc. wyższa, porównując z takim samym okresem 2014 roku. W ocenie ekspertów do końca roku powinien on być o ponad 1 mld euro większy niż rok wcześniej.
– Na pewno będziemy ustanawiali nowe rekordy w każdej wartości, zarówno pod względem obrotu, sprzedaży, zatrudnienia, jaki i eksportu– prognozuje ekspert AutomotiveSuppliers.pl. –Zakładamy m.in. to, że po raz pierwszy wartość eksportu przemysłu motoryzacyjnego z naszego kraju przekroczy 20 mld euro w skali całego roku, więc to jest ten jeden element. Zakładamy również, że poprawi się wspomniana wcześniej produkcja samochodów.
Polskiej branży motoryzacyjnej sprzyja zarówno dobra koniunktura na świecie, jak i atrakcyjny kurs złotego. Nie oznacza to jednak, że producenci samochodów nie mają przed sobą wyzwań.
– Pojawią się także pewnego rodzaju problemy, bo wiele firm motoryzacyjnych i producentów części informuje, że rynek pracy, mówię tu o poszukiwania i znajdowania nowych pracowników, robi się coraz trudniejszy– tłumaczy Rafał Orłowski z Automotive Suppliers.
W niedzielę wchodzi w życie nowelizacja ustawy Prawo budowlane. Zmiany mają usprawnić proces budowlany oraz ograniczyć bariery natury prawnej i biurokratycznej. Budowa domu nie będzie już wymagała wydania pozwolenia. Wystarczy zgłoszenie do urzędu gminy lub miasta. Maksymalny czas, po którym zgłaszający będzie mógł rozpocząć prace budowlane, skróci się o ponad połowę.
– Główne zmiany dotyczą rozszerzenia katalogu obiektów budowlanych, których budowa nie wymaga już uzyskania pozwolenia na budowę. Rozpoczęcie inwestycji będzie możliwe na podstawie zgłoszenia z uproszczoną procedurą tzw. zgłoszenia z projektem – mówi agencji Newseria Kinga Cekiera z kancelarii prawnej Brevells Cekiera Grzywacka Oleksiewicz.
Urzędnik będzie mógł co najwyżej zgłosić sprzeciw wobec inwestycji, ale i na to będzie miał tylko 30 dni. W starym trybie miał 60 dni (plus 14 dni na uprawomocnienie) na wydanie decyzji o pozwoleniu na budowę.
– Starosta, który ma uprawnienia do wniesienia sprzeciwu przy takim zgłoszeniu, będzie weryfikował, czy to zgłoszenie i ta budowa są zgodne z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego bądź decyzją o warunkach zabudowy w przypadku, gdy takiego planu nie ma, a także będzie weryfikował, czy nie są wymagane innego rodzaju pozwolenia i uzgodnienia dotyczące budowy takiego obiektu – tłumaczy Kinga Cekiera.
Uproszczona procedura dotyczyć będzie także takich obiektów, jak altany, ogrodzenia oraz budynki rekreacyjne położone na obszarze działek, dla których projektowane są te obiekty budowlane.
– Zgłoszenia w świetle tej nowelizacji będzie wymagała np. budowa domów jednorodzinnych, dla których obszar oddziaływania nie przekracza działki lub działek, na których zaprojektowano ten budynek. To będzie uproszczona procedura tzw. zgłoszenia z projektem. Do zgłoszenia tego trzeba będzie załączyć cztery egzemplarze projektu budowlanego i oświadczenie o posiadanym prawie dysponowania nieruchomością na cele budowlane – wyjaśnia Cekiera.
Zdaniem Kingi Cekiery nowe prawo nie powinno spowodować samowoli budowlanej. Zgłoszenia budowy nowych obiektów lub ich rozbudowy w dalszym ciągu podlegać będzie bowiem urzędowej kontroli.
Ekspert wskazuje, że z punktu widzenia inwestorów liberalizacja przepisów oznaczać będzie głównie skrócenie czasu procedur, które są niezbędne do załatwienia jeszcze przez rozpoczęciem budowy.
– Do projektu budowlanego nie będzie trzeba załączać także warunków przyłączenia. To były procedury bardzo długotrwałe i czasochłonne, a w tej chwili są one wyeliminowane. Aczkolwiek nie oznacza to, że te uzgodnienia z gestorami mediów nie będą potrzebne, dlatego że na etapie zgłoszenia do użytkowania inwestor będzie je musiał posiadać – zaznacza radca prawny kancelarii Brevells Cekiera Grzywacka Oleksiewicz.
Według danych za 2014 roku przeciętny czas konieczny na uzyskanie wszystkich stosownych zezwoleń koniecznych do rozpoczęcia budowy wynosił 220 dni.
Zmiana dostawcy energii elektrycznej jest coraz prostsza. Lepsza jest też współpraca między sprzedawcami a dystrybutorami energii na rynku. Dotychczas na ten krok zdecydowało się blisko 330 tys. gospodarstw domowych. To wciąż niewiele, ale coraz większa jest świadomość Polaków na temat możliwości zmiany sprzedawcy. Nadal jednak mało osób wie, co należy zrobić, aby wybrać innego dostawcę prądu.
– Zmienić dostawcę energii jest naprawdę łatwo. Ten proces staje się coraz bardziej przyjazny dla odbiorcy końcowego, przede wszystkim dzięki coraz większej standaryzacji reguł obowiązujących na rynku i coraz lepszej współpracy między poszczególnymi graczami na rynku, czyli sprzedawcami i dystrybutorami energii elektrycznej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Jakub Jacewicz, dyrektor Departamentu Usług Energetycznych w Multimedia Polska.
Od 2007 roku, czyli od momentu kiedy możliwa stała się zmiana dystrybutora energii, zrobiło to blisko 330 tys. gospodarstw domowych. Choć to niewiele ponad 3 proc., to ich liczba w ostatnich latach znacznie wzrosła. Jak podaje URE, w 2010 roku, trzy lata po wprowadzeniu takiej możliwości, było to zaledwie 1,34 tys., tymczasem tylko w ciągu trzech miesięcy od lutego do kwietnia br. sprzedawcę prądu zmieniło 10 tys. gospodarstw. Ze strony klientów nie wymaga to większego wysiłku, jednak obecnie 7 proc. wskazuje na to, że zmieniło dostawcę lub zamierza to zrobić w ciągu najbliższego roku.
– Obecnie zmiana sprzedawcy energii elektrycznej to de facto podpisanie umowy i pełnomocnictwa dla sprzedawcy, dzięki któremu sprzedawca realizuje wszystkie formalności za klienta – przypomina ekspert.
Z raportu GfK „Badanie świadomości klientów indywidualnych w zakresie zmiany sprzedawcy energii elektrycznej oraz praktyk rynkowych sprzedawców” wynika, że świadomość Polaków jest coraz większa. Już 88 proc. osób wie, że może samemu wybrać dostawcę, jednak tylko 49 proc. deklaruje, że wie, co należy wówczas zrobić. Dla połowy Polaków oszczędność finansowa jest bardzo przekonującym argumentem, zaś uniknięcie podwyżek cen ma znaczenie dla 43 proc.
– Naszą podstawową rolą w tym momencie jest ułatwianie klientom tego procesu. Edukowanie ich, uświadamianie, w jaki sposób mogą zmienić sprzedawcę i przede wszystkim dlaczego warto go zmienić. To kwestia komunikacji, informowania o benefitach, jakie wynikają z naszych ofert – przekonuje Jakub Jacewicz.
Już 33 proc. polskich firm cierpi na niedobór talentów[1]. Najtrudniej jest z pracownikami fizycznymi o odpowiednich kompetencjach oraz z wysoko wyspecjalizowanymi inżynierami. Aż 44 proc. pracodawców szuka do pracy wykwalifikowanych robotników i operatorów maszyn[2]. Eksperci do spraw rekrutacji twierdzą, że największym kłopotem jest brak odpowiedniej komunikacji na linii bezrobotny – pracodawca. W tym miejscu pojawia się zadanie dla wyspecjalizowanych agencji pracy, które pozwalają na optymalizację procesów rekrutacyjnych. Wiele do nadrobienia jest także w zakresie aktywizacji zawodowej osób o różnym stopniu niepełnosprawności. Według specjalistów wdrożenie nowych technologii w znacznym stopniu pomoże zrewolucjonizować rynek pracy. W jakich barwach maluje się zatem przyszłość polskiej branży HR?
„Wykształcenie stało się towarem, który łatwo kupić, jednak trudniej sprzedać, ponieważ jak wynika z badań rynkowych, przedsiębiorcy mogli zaoferować tym młodym ludziom jedynie ok. 250 tys. stanowisk odpowiadających ich kwalifikacjom. Drugie tyle wakatów czeka na rzemieślników, robotników i ludzi z średnim czy zawodowym wykształceniem. Niestety, takich specjalistów jest w naszym kraju coraz mniej. Można za to winić system edukacji, który nastawiony jest na maksymalizację liczby osób z wykształceniem wyższym, przy jednoczesnym pomijaniu kreowania specjalistów w dziedzinach technicznych, takich jak np. spawacz czy elektromechanik. Zapomina się tu o fundamentalnej kwestii – dla pracodawcy najważniejszym czynnikiem decydującym o zatrudnieniu nie jest wykształcenie lecz odpowiednie kwalifikacje i doświadczenie”– komentuje Bartosz Kaczmarczyk, Prezes Grupy Kapitałowej Loyd S.A.
Receptą na niekorzystne tendencje są nowoczesne technologie telekomunikacyjno-informacyjne, które mogą wyraźnie poprawić szybkość i efektywność rekrutacji pracowników. Przejawiać się to będzie m.in. większą dostępnością i jakością usług świadczonych dotychczas. Zasadniczą rolę odgrywa w tym przypadku internet, który stanowi skuteczne narzędzie komunikacji pomiędzy klientami a pracodawcami, czy też pośrednikami takimi jak urzędy pracy czy agencje pracy. O ile oferty pracy dla pracowników biurowych są zamieszczane w internecie i potencjalnemu kandydatowi łatwo do nich dotrzeć, to najbardziej poszukiwana obecnie grupa pracowników, czyli pracownicy fizyczni, mają z tym kłopot. Na stopniowej informatyzacji procesów rekrutacyjnych skorzystają zarówno bezrobotni, jak i poszukujący pracowników przedsiębiorcy.
„Do podmiotów kształtujących obecny rynek pracy w tym także administracji publicznej, powinno się wdrażać rozwiązania przede wszystkim sprawdzone od lat w biznesie, takie jak np. platformy internetowe czy aplikacje. Powinniśmy zrobić wszystko, aby w zakresie rekrutacji maksymalnie ułatwić życie przedsiębiorcom, jak i bezrobotnym. Na rynku pracy i tak trudno o pracownika o odpowiednich kwalifikacjach. Tutaj nikt nie ma czasu na testowanie i sprawdzanie rozwiązań, a tym bardziej na opracowywanie nowych systemów. Dlaczego by więc nie dokonać „transplantacji” narzędzi, które z powodzeniem funkcjonują np. na rynku e-commerce? Skorzystają na tym wszyscy, a bezsprzecznym faktem jest to, iż postępującej digitalizacji i tak już nic nie zatrzyma. Im szybciej zaczniemy wdrażać nowe technologie i edukować społeczeństwo w zakresie ich wykorzystania, tym większe korzyści odniesiemy wszyscy w przyszłości. Nadrzędnym celem jest to, aby agencje pracy i podmioty z rynku HR wyszły naprzeciw oczekiwaniom zarówno przedsiębiorców, jak i bezrobotnych. W czasach, kiedy wykwalifikowanych pracowników fizycznych na rynku pracy brakuje, musimy zrobić wszystko, aby ich rekrutacja przebiegała maksymalnie sprawnie i efektywnie. Należy zadbać także o wykształcenie typowo zawodowe” – dodaje Bartosz Kaczmarczyk, Prezes Grupy Kapitałowej Loyd S.A.
Jak wynika z najnowszego raportu rejestru EURid – pierwszy kwartał 2015 roku to kolejny okres stabilnego wzrostu dla domen .eu. Na koniec marca br. zarejestrowanych było prawie 3,9 miliona europejskich nazw w Sieci. Obecnie domenę .eu mogą rejestrować osoby i podmioty z 28 krajów – państw członkowskich UE a także, od 8 stycznia 2014 r., innych krajów należących do Europejskiego Obszaru Gospodarczego (Norwegia, Islandia, Lichtenstein).
W Polsce, na koniec I kw. br., utrzymywanych było ponad 280 tysięcy nazw domen z rozszerzeniem .eu, co daje nam mocne piąte miejsce rankingu EURid. Wyprzedzamy przy tym takie kraje Europy Zachodniej, jak Włochy, Austria, Belgia, czy Hiszpania.
„Rosnąca popularność domeny .eu w naszym kraju jest wynikową dwóch czynników. Po pierwsze, większość ciekawych nazw w rodzimej domenie .pl już dawno zostało zarejestrowanych, co sprawia, iż Abonenci szukają ich w kolejnym rozszerzeniu, do którego najbliższej nam geograficznie, czyli .eu. Po drugie, zmienia się postrzeganie prowadzonego przez Polaków biznesu – wychodzimy z lokalnego rynku polskiego, na znacznie szerszy rynek europejski, co generuje popyt na oryginalne rozszerzenie pasujące do wszystkich europejskich rynków” – ocenia Robert Siebielski, właściciel hurtowego serwisu domenowego HRD.pl.
W liczącej ok.38 milionów polskiej populacji liczba 280 tysięcy utrzymywanych nazw domen .eu nie wygląda jednak zbyt imponująco. Na 1000 mieszkańców przypada zaledwie 6,9 zarejestrowanych europejskich adresów (w całej UE wskaźnik ten wynosi 7,7).
„Popularność domeny .eu w danym kraju, mierzona liczbą utrzymywanych adresów .eu/1000 mieszkańców jest ściśle skorelowana z podobnym wskaźnikiem dotyczącym domen narodowych zarejestrowanych na 1000 mieszkańców, który w Polsce wynosi zaledwie 65,4, podczas gdy w całej UE 104,9 – wyjaśnia Robert Siebielski z HRD.pl. W krajach o wysokim stopniu cyfryzacji np. w Niemczech, Austrii, czy Holandii, popularność domen europejskich jest kilka razy większa, niż nad Wisłą. Jednocześnie wspomniane państwa szczycą się najwyższymi w Europie wskaźnikami dotyczącymi liczby zarejestrowanych nazw domen narodowych przypadających na jednego obywatela”.
Polska, podobnie jak i inne państwa byłego bloku wschodniego, od kilku lat notuje jednak bardzo dynamiczne wzrosty w rejestracjach nazw domen, w tym nazw domen europejskich. Czy i kiedy dogonimy pod tym względem kraje starej unijnej piętnastki – czas pokaże.
Jedno jest pewne – nasi przedsiębiorcy są coraz bardziej świadomi potencjału, jaki drzemie w e-commerce, dlatego chętniej sięgają po adresy podkreślające europejski charakter prowadzonej działalności.
Negocjacje Aten z wierzycielami trwają nadal, póki co nie przyniosły żadnych pozytywnych rezultatów. Propozycje przestawione przez Grecję zostały wczoraj oficjalnie odrzucone, pomimo wcześniejszej wstępnej akceptacji ze strony Zachodu. Klinem w rozmowach nadal są tak istotne kwestie, jak podatki czy reforma emerytalna. Do wtorku pozostało jeszcze kilka dni, więc rozmowy będą trwały nadal. Rynek cierpliwie oczekuje rozwiązania tej patowej i męczącej już sytuacji.
Marcin Rogalski – dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Środa na rynku walutowym minęła spokojnie. W czasie kiedy rozmowy, pomimo wcześniejszych dużych nadziei, zostają odrzucone, a przeciąganie liny pomiędzy Grecją a jej wierzycielami trwa nadal – rynek podchodzi do tego tematu z ogromnym dystansem i zdaje się spokojnie oczekiwać na ostateczne rozstrzygnięcie. Wczorajszy dzień na rynku walutowym charakteryzował się niewielką zmiennością.
Główna para walutowa – eurodolar – zatrzymała się wczoraj na poziomie 1,12 USD i można powiedzieć, że cały dzień oscylowała wokół tegoż poziomu. Ten spokój może dziwić, ale wcale nie musi, ponieważ inwestorzy zdają sobie sprawę, że nawet osiągnięcie konsensusu w sprawie pomocy dla Grecji, rozwiąże te problemy tylko na pewien czas, a temat wróci prawdopodobnie z terminem kolejnej płatności.
Patrząc bardziej lokalnie, nasza rodzima waluta, traci na wartości w wyniku greckich problemów. Dzisiaj rano, w kwotowaniu do polskiego złotego, euro wyceniane jest na poziomie 4,17 zł, frank szwajcarski 3,98 zł, dolar amerykański 3,72 zł, natomiast funt brytyjski 5,83 zł.
Wczorajszy dzień przyniósł nam kilka istotnych publikacji danych makroekonomicznych. Indeks Ifo z Niemiec za czerwiec wyniósł 107,4 pkt, a więc znacznie gorzej od oczekiwań (108,1 pkt.) oraz poprzedniego odczytu (108,5 pkt.). Dane te przełożyły się na osłabienie europejskiej waluty. Popołudnie należało do Amerykanów, którzy pokazali swoje dane na temat PKB. W ujęciu zannualizowanym odczyt wyniósł -0,2%. Dynamika za I kwartał okazała się zgodna z oczekiwaniami analityków, przez co rynek przyjął te dane neutralnie.
Dzisiaj poznaliśmy już niemiecki Indeks zaufania Gfk za lipiec, którego odczyt wyniósł 10,1 pkt, a więc delikatnie gorzej od oczekiwań. O 10:00 głos zabierze szef Szwajcarskiego Banku Narodowego – Thomas Jordan. Dokładnie w południe Wielka Brytania opublikuje czerwcowe dane o sprzedaży detalicznej (wg CBI). Godzinę później rozpocznie się spotkanie ministrów finansów Strefy Euro.
Najistotniejsze dane w dniu dzisiejszym opublikowane zostaną po południu, będą to dane ze Stanów Zjednoczonych. Standardowo już o 14:30 poznamy liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych oraz dane na temat dochodów i wydatków Amerykanów w maju. Analitycy oczekują wzrostu dochodów obywateli USA w ujęciu miesięcznym o 0,4% oraz zwiększenia dynamiki wydatków o 0,6%. Prognoza wskaźnika PCE core wynosi 0,1% m/m.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 25.03.2015 do 25.06.2015
Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,1840. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,1520, a następnie poziom 4,1330 zniesienie Fibonnaciego 23,6%.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 25.03.2015 do 25.06.2015
Kurs CHF/PLN jeszcze niedawno poruszał się w trendzie bocznym pomiędzy poziomami 3,8000 a 3,9400, po czym wyskoczył w górę i utworzył trend wzrostowy. Aktualnie zbliżył się do linii wsparcia na poziomie 3,9830. Najbliższym oporem będzie teraz ostatnie maksimum na poziomie 4,0200. Dla ruchu w dół wsparciem jest obecnie 3,9680 czyli 23,6% zniesienie Fibonnaciego. A potem 3,9400 czyli średnioterminowa linia wsparcia.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 25.04.2015 do 25.06.2015
Kurs USD/PLN w ujęciu krótkoterminowym znajduje się w szerokim kanale spadkowym. Aktualnie zatrzymał się na oporze na poziomie 3,7270. W przypadku wybicia górą, bardzo silny opór będzie stanowiło ostatnie maksimum czyli poziom 3,8210. W przypadku ruchu na południe, wsparcie stanowi aktualnie poziom 3,6700.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 25.04.2015 do 25.06.2015
Kurs GBP/PLN znajduje się w kanale wzrostowym. Skutecznym oporem, który zatrzymał dynamiczne wzrosty na tej parze walutowej okazał się poziom 5,8790, czyli maksimum z końca maja. Średnioterminowy trend wzrostowy zostaje zachowany, a dolne ograniczenie kanału wzrostowego aktualnie znajduje się na poziomie 5,8250. Jeżeli doszłoby do korekty ostatniego ruchu umacniającego funta szterlinga, wówczas silne wsparcie stanowi aktualnie poziom 5,7600
Biuro projektowe będzie wspierać transfer innowacyjnych technologii z Politechniki Śląskiej do biznesu i zwiększać konkurencyjność Wieltonu. Oprócz biura projektowego we współpracy z PŚ w roku akademickim 2015/2016 zostanie uruchomiony nowy kierunek studiów, na którym studenci będą się kształcić m.in. w obszarze konstrukcji naczep.
Zdecydowaliśmy się na otworzenie działu innowacji, który będzie inspirował firmę nowymi pomysłami, nowym spojrzeniem na działalność. Firma się rozrasta, więc produkty muszą być konkurencyjne – mówi Piotr Kowalski, Dyrektor ds. Innowacji Wielton SA.
Biuro projektowe otworzone we współpracy z Politechniką Śląską będzie wspierać transfer innowacyjnych technologii z uczelni i jednostek badawczo-rozwojowych do Wieltonu. Spółka w ten sposób zamierza zwiększać swoją konkurencyjność. Jednostka, znajdująca się w Technoparku Gliwice, podlega działowi R&D spółki, który działa od kilkunastu lat.
Mariusz Golec, Wiceprezes Zarządu Wielton SA
W biurze projektowym konstruktorzy nie mają ściśle określonego zadania – z czasem wyspecjalizują się w określonej dziedzinie. Z pewnością zależy nam na współpracy z nauką. Nie mówimy tylko o dofinansowanych projektach, ale również o efektywnym przekuwaniu wiedzy teoretycznej w praktyczną – podkreśla Mariusz Golec, Wiceprezes Zarządu Wielton SA.
Razem z Wieltonem udało nam się wypracować wspólną wizję współpracy. Z tej współpracy dla uczelni będą wynikać wymierne korzyści. Przede wszystkim naszym celem jest kształcenie inżynierów dla przemysłu zaawansowanych technologii. Im więcej studenci mają kontaktu z tymi technologiami podczas studiów, tym lepiej są przystosowani do swojej pracy zawodowej – mówi Dziekan Wydziału Mechanicznego-Technologicznego Politechniki Śląskiej Arkadiusz Mężyk.
We współpracy z Politechniką Śląską w roku akademickim 2015/2016 zostanie również uruchomiony nowy kierunek: Konstruowanie Mechatronicznych Układów Mobilnych. Pod tą nazwą kryje się konstrukcja naczep.
Współpracując z Politechniką Śląską będziemy w kontakcie z młodą, twórczą kadrą inżynierską. Chcielibyśmy, aby do naszego zespołu w Wieluniu trafiło wielu zdolnych inżynierów. Pierwszy odzew na nasze oferty pracy jest bardzo duży – mówi Piotr Kowalski, Dyrektor ds. Innowacji Wielton SA.
W mającym powstać jeszcze w tym roku Centrum Badawczo-Rozwojowym pod Wieluniem planowane jest zatrudnienie kilkudziesięciu inżynierów. Wielton SA jako spółka ma status Centrum Badawczo-Rozwojowego, co pozwala działać mu jak jednostce naukowej i finansować prace badawczo-rozwojowe ze środków zewnętrznych, m.in. z funduszy unijnych oraz Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. W całej Polsce tylko 34 firmy są zakwalifikowane jako CBR. W Centrum Badawczo-Rozwojowym Wieltonu będzie jedyna w tej części Europy stacja do całopojazdowego badania naczepy. Będą się w niej odbywać symulacje przejazdu przez naczepę 1 mln kilometrów w warunkach drogowych. Dzięki temu przed wdrożeniem do produkcji na szeroką skalę, wytrzymałość produktów zostanie skrupulatnie zbadana, a ryzyko jakichkolwiek usterek nawet przy wieloletniej eksploatacji – wykluczone.
Innowacyjność konstrukcji produktów i procesów produkcyjnych oraz 100% gwarancja, że wdrażany wyrób będzie działał bez zarzutu przez dekady pozwoli nam budować markę, która z powodzeniem będzie rywalizować z podmiotami o największym udziale w rynku światowym – mówi Mariusz Golec, Wiceprezes Zarządu Wielton SA.
Wielton w maju br. przejął francuską spółkę Freuhauf, co otworzyło grupie drogę do zdobycia pozycji trzeciego największego europejskiego producenta naczep. W I etapie transakcji Wielton zakupił większościowy, tj. 65,31% pakiet akcji firmy Fruehauf od akcjonariusza finansowego MBO Capital 2 FCPR i kilku akcjonariuszy mniejszościowych. Wartość transakcji wyniosła 9,5 mln euro. W planach na najbliższy rok jest pogłębianie kompetencji w zakresie wspólnych badań i rozwoju. Potencjał badawczy i techniczny obu podmiotów pozwoli na rozwój kompetencji projektowych i produkcyjnych, przyjęcie najlepszych praktyk zarządczych i wymianę wiedzy pomiędzy firmami, co przełoży się na jeszcze większą konkurencyjność.
Na europejskich giełdach obserwujemy ocieplenie sentymentu. Po złożeniu przez Greków w poniedziałek nowych propozycji cięć budżetowych negocjacje na temat szczegółów ewentualnego porozumienia właśnie trwają.
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI
Rynki finansowe, szczególnie w Europie, zareagowały entuzjastycznie i chociaż tym razem światełko w tunelu zdaje się wyraźniejsze niż do tej pory, należy pamiętać, że szans na rozwiązanie problemu greckiego zadłużenia było już wiele. Jedynym faktem jest, że jak dotąd Grecja tylko skumulowała sobie trzy czerwcowe płatności dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego w jedną. Pozwoliło to kupić trochę czasu, ale oznacza konieczność spłaty ok. 1,6 mld euro do końca czerwca. W przeszłości na podobny manewr zdecydowała się tylko Zambia (w 1983 r.). Problem Greków polega na tym, że kasa państwa nie posiada takich środków i ich jedyną nadzieją jest ostateczne porozumienie. Co prawda szansa na jego osiągnięcie znacząco wzrosła w tym tygodniu, ale dopóki to nie nastąpi, a postanowienia umowy pomiędzy Grecją a państwami strefy euro nie zaczną być wdrażane, trwałość obecnego sentymentu na giełdach europejskich może się okazać krótkotrwała.
Indie przejmują gospodarczą palmę pierwszeństwa
Jeśli chodzi o interesujące tendencje w skali globalnej, na pewno warto się przyjrzeć Azji. Wszystko wskazuje na to, że już w tym roku Indie przejmą gospodarczą palmę pierwszeństwa od Chin. Podczas gdy koniunktura w Chinach słabnie, a prognozy PKB w 2015 r. przewidują ok. 7-procentowy wzrost, Indie dynamicznie się rozwijają. Tegoroczna dynamika wzrostu indyjskiego PKB ma wynieść ok. 7,5%.
Jaka jest geneza tak poważnych zmian w Azji? Indie przypominają obecnie Chiny sprzed kilkunastu lat. Po długim okresie zastoju, kiedy nie wdrażano reform, a infrastruktura się nie rozwijała, w Indiach nastąpiły zdecydowane zmiany polityczne. Wybory parlamentarne w 2014 r. wygrała Indyjska Partia Ludowa na czele z Narendrą Modim. Nowy premier okazał się bardzo przedsiębiorczym człowiekiem i swoje doświadczenia w zarządzaniu jednym z indyjskich stanów (który za jego rządów bardzo prężnie się rozwinął) zaczął przenosić na poziom ogólnokrajowy. Nie bez znaczenia jest też spadek cen surowców takich jak ropa naftowa w ostatnich 12 miesiącach. Wpływa to na spadek inflacji (która historycznie w Indiach była bardzo wysoka), co daje indyjskiemu bankowi centralnemu pole do działania, jeśli chodzi o obniżki stóp procentowych (od grudnia zeszłego roku o 0,75 punktu procentowego). To z kolei pozytywnie wpływa m.in. na aktywność w gospodarce (niższe koszty kredytu). Co warte podkreślenia, indyjska waluta okazała się odporna na obniżki stóp procentowych i ogólne zawirowania wokół walut rynków wschodzących. W tym roku osłabiła się do dolara jedynie o niespełna 1%.
Indyjska gospodarka – tak, giełda – raczej nie
W kontekście inwestowania w indyjskie akcje momentum nie jest obecnie optymalne. Przede wszystkim z uwagi na niezbyt atrakcyjne wyceny spółek, głównie względem obligacji. Co prawda poziomy wskaźnika cena/zysk dla indeksu SENSEX oscylują wokół historycznych średnich, jednak już względem obligacji wycena wygląda mało atrakcyjnie. Pomimo spadku w ciągu roku o ok. 3 punkty procentowe inflacja w Indiach wciąż jest relatywnie wysoka (wzrost w maju o ok. 5% r/r), podobnie jak rentowności indyjskich obligacji skarbowych. Oprocentowanie papierów 1-rocznych wynosi obecnie ok. 7,8%. Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki, obligacje indyjskiego rządu wydają się atrakcyjniejsze dla inwestora niż akcje.
Rada Nadzorcza PZU SA na wniosek prezesa Andrzej Klesyka, podjęła dziś decyzję o składzie zarządu PZU SA na kolejną kadencję.
Na mocy uchwały Rady w skład zarządu PZU SA zostali powołani i powierzono im pełnienie funkcji członków Zarządu PZU SA:
Przemysław Dąbrowski, odpowiedzialny za finanse Grupy PZU;
Dariusz Krzewina, odpowiedzialny za obszar klienta korporacyjnego;
Tomasz Tarkowski, odpowiedzialny za obszar likwidacji szkód i świadczeń;
Rafał Grodzicki, odpowiedzialny za operacje ubezpieczeniowe i operacje zagraniczne.
Członek zarządu odpowiedzialny za inwestycje zostanie powołany wkrótce.
Andrzej Klesyk
– Cieszę się, że decyzją Rady doskonały zespół managerski, który zmienia i unowocześnia PZU, będzie kontynuował prace nad realizacją strategii PZU 3.0. Skład nowego zarządu w dużej mierze pokrywa się ze składem dotychczasowego, co odczytuję jako wyraz zaufania do kierownictwa firmy i docenienia wysiłków wkładanych w przeobrażaniu PZU. Serdecznie gratuluję dotychczasowym współpracownikom. PZU to ambitny projekt – powiedział Andrzej Klesyk, prezes PZU.
Powołanie członków zarządu następuje na okres wspólnej kadencji, której bieg rozpoczyna się od dnia następującego po dniu odbycia Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia spółki zatwierdzającego sprawozdanie finansowe za rok 2014 pod warunkiem zatwierdzenia tego sprawozdania oraz udzielenia członkom zarządu PZU SA absolutorium z wykonania przez nich obowiązków za ostatni rok obrotowy. Kadencja obejmuje trzy kolejne pełne lata obrotowe. Pierwszym pełnym rokiem obrotowym kadencji jest rok 2016.
Wydarzenia polityczne, takie jak konflikt na Ukrainie czy nowe siły na polskiej scenie politycznej, nie pozostają bez wpływu na notowania na warszawskim parkiecie – ocenia Wiesław Rozłucki, prezes Rady Giełdy. Jego zdaniem niepewność nastrojów może się utrzymać aż do jesiennych wyborów, choć inwestorzy większą wagę przywiązują do wyników i perspektyw spółek.
Na warszawską giełdę hossy nie przyniosła zupełnie niezła sytuacja gospodarcza kraju, gdzie – jak wynika z prognoz i bieżących odczytów – PKB rośnie w tempie coraz bardziej przekraczającym 3 proc. Nastrojów nie poprawiły też niezłe notowania giełd światowych. Podczas gdy w ciągu ostatniego roku S&P 500 wzrósł o prawie 7 proc., zaś niemiecki DAX o niemal 15 proc., polski WIG20 spadł o ponad 3 proc., zaś WIG wzrósł o niespełna 3 proc.
– Pamiętajmy o tym, że nie tylko gospodarka decyduje o notowaniach giełdowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wiesław Rozłucki, prezes Rady Giełdy. – Są pewne niepokoje polityczne, zacznę od tych dłużej trwających, czyli konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. To jednak ciąży, bo to jest ryzyko, które bardzo trudno skwantyfikować, ocenić liczbowo. Natomiast niepewność pozostaje i skłania do ostrożności.
Polskich inwestorów niepokoi też utrzymująca się niepewność na krajowej scenie politycznej. Lekkie spadki rozpoczęły się tuż po pierwszej turze wyborów prezydenckich, by nabrać impetu po ich rozstrzygnięciu. Od tego czasu główny indeks warszawskiego rynku stracił ok. 8 proc.
– Pokazały się jednak siły zupełnie nieoczekiwane na naszym rynku i myślę, że do października, a może i dłużej, ta niepewność może się utrzymać– prognozuje Wiesław Rozłucki. – Co prawda mogę powiedzieć, że i w dłuższym terminie, i nawet w średnim warszawska giełda zawsze była w pewnym sensie autonomiczna wobec wydarzeń politycznych. Inwestorzy patrzyli jednak na wyniki i perspektywy spółek, a nie na turbulencje polityczne, ale zawsze w okolicach wyborów ten niepokój wzrastał.
Na dłuższą metę jednak inwestorzy nie powinni przejmować się zawirowaniami w świecie polityki. Prezes Rady Giełdy podkreśla, że dla inwestorów najważniejsza jest kondycja gospodarki, bo ona przekłada się na dochodowość spółek.
– Nie sądzę, żeby scena polityczna miała coraz większe znaczenie, ona zawsze ma pewne znaczenie i myślę, że akurat teraz jesteśmy w takim kolejnym okresie przedwyborczym i można się spodziewać większych niepokojów i większych wahań z tym związanych– ocenia prezes Rady Giełdy. – Ale w dłuższym terminie jednak giełda odzwierciedla wyniki i perspektywy spółek, a nie wydarzenia polityczne. I mogę to powiedzieć, obserwując giełdę praktycznie od 25 lat.