Ponad 90% przedsiębiorców ma duże problemy z przeterminowanymi fakturami

Tylko 8,9% przedsiębiorców nie boi się o swoją przyszłość, dla nich problem z egzekwowaniem należności nie istnieje, przynajmniej do tej pory. Niestety, ponad 90% firm czuje niepewność. Dla nich zatory płatnicze i nieterminowy spływ zobowiązań są ciągłym problemem. Gdy dodamy do niego wyhamowywanie ogólnej koniunktury, drastyczne zmniejszenie produkcji w niektórych branżach, spowolnienie gospodarcze i spadek popytu, stajemy przed problemem zatamowania przepływu pieniądza w polskiej gospodarce i ryzykiem utraty płynności finansowej przez przedsiębiorstwa.

Procentowy udział firm, które zauważają pogorszenie swojej sytuacji finansowej (18,8%) jest zbliżony do liczby przedsiębiorstw, których stan finansów uległ poprawie (17,4%). Trzeba jednak pamiętać, że niektóre firmy doznały sporej obniżki przychodów we wczesnej fazie spowolnienia i w bieżącym badaniu nie wykazują pogorszenia sytuacji finansowej w porównaniu do ubiegłego kwartałem. Jednak gdyby pod uwagę wziąć ich kondycję budżetową sprzed roku i w chwili obecnej, okazałby się, że odsetek firm, które są pod kreską byłby znacznie wyższy. Dodatkowo, firmy już w znaczącym stopniu wykorzystały swoje rezerwy finansowe i niezwykle trudno będzie im rozpocząć nowe inwestycje w przyszłości.

Spadł za to odsetek niezapłaconych faktur i obecnie wynosi on 26,3%. Jednak to, czy są powody do optymizmu, będzie można stwierdzić dopiero po kolejnych badaniach kwartalnych. Wtedy dowiemy się, czy to początek trendu spadkowego, czy tylko chwilowa obniżka. Może to oznaczać, że przedsiębiorcy wyciągnęli wnioski z poprzednich lat i obecnie coraz większą uwagę skupiają na zarządzaniu wierzytelnościami. Wydaje się, że firmy, którzy w przeszłości mocno odczuły skutki przeterminowanych płatności, nauczyły się skutecznie z nimi walczyć, jednak te, które od niedawna spotyka ten problem, dopiero szukają rozwiązania.

Zmniejszyła się również liczba przedsiębiorstw, które deklarują istnienie bariery w prowadzeniu działalności gospodarczej na skutek zatorów płatniczych. Spadek wartości tego wskaźnika może być spowodowany dwoma, przeciwstawnym czynnikami. Z jednej strony, przedsiębiorcy mogli się nauczyć niwelować bariery poprzez lepsze zarządzania zasobami. Z drugiej, może to być skutek tego, że wcześniej spowodowały one ograniczenia inwestycyjne i zmusiły do redukcji zatrudnienia przez co nie są już odczuwane przez przedsiębiorców.

Gospodarka coraz ostrzej hamuje, a polscy przedsiębiorcy oraz konsumenci na skutek wyczerpania się zgromadzonych w przeszłości oszczędności, mają coraz mniej środków, by łagodzić skutki spowolnienia gospodarczego. Można się więc spodziewać, że problem niewypłacalnych kontrahentów się nasili i tylko od przedsiębiorców zależy, czy pozwolą na to, by problemy zadłużenia innych podmiotów przeniosły się także na nich.

Raport BIG: Nastroje przedsiębiorstw rekordowo złe

Wartość Wskaźnika BIG (wskaźnika bezpieczeństwa prowadzenia działalności gospodarczej) na koniec lutego 2013 wyniosła 5,42 pkt. To o ponad 3 pkt. mniej niż w listopadzie minionego roku. Mimo to, jest to lepszy wynik niż dokładnie 12 miesięcy temu, kiedy spowolnienia gospodarczego nie było jeszcze na horyzoncie. Niestety w niektórych sektorach sytuacja jest bardzo zła. Wskaźnik BIG dla przedsiębiorców wyniósł -9,42 pkt., to najniższy wynik w historii. Na drugim biegunie turystyka, której przedstawiciele po trudnym sezonie letnim w minionym roku sukcesywnie oceniają bezpieczeństwo prowadzenia działalności gospodarczej coraz lepiej – wynika z 21. edycji Raportu BIG, publikowanego przez BIG InfoMonitor

Potwierdził się pesymistyczny scenariusz zapowiedziany w poprzednim Raporcie BIG w listopadzie 2012 roku. Szczególnie dotyczy to Wskaźnika BIG dla przedsiębiorców, który zanotował najniższy poziom w historii -9.42 pkt. Sytuacja wygląda równie poważnie w branży budowlanej, której indeks dla tego sektora od miesięcy oscyluje wokół 0 pkt. Na szczęście nie we wszystkich sektorach sytuacja wypada tak źle. Szczególnie dotyczy to branży turystycznej, w której poziom bezpieczeństwa prowadzenia działalności gospodarczej sukcesywnie poprawia się od zeszłego roku.

Główny Wskaźnik BIG mimo, że ma wartość niższą o 3 pkt. niż w listopadzie, jest na wyższym poziomie niż dokładnie 12 miesięcy temu. To bardzo istotny argument wspierający tezę o tym, że najgorszy okres spowolnienia już minął. W lutym 2012 roku firmy były optymistycznie nastawione i z nadziejami podchodziły do zysków związanych z organizacją Euro 2012, poza tym spowolnienia gospodarczego nie było jeszcze nawet na horyzoncie(www.BIG.pl/raportbig)

„Trzy miesiące temu przewidywaliśmy spadki Wskaźnika BIG, niestety te prognozy się sprawdziły. Wydaje się jednak, że najgorsze jest za nami. Szczegółowe dane wskazują, że kolejny raz wzrosły oceny zdolności kontrahentów do terminowego regulowania zobowiązań. Rośnie również wiele wskaźników wyprzedzających koniunkturę. Takie niskie wartości Wskaźnika BIG to również zmiana nastawienia firm, które są znacznie bardziej ostrożne w formułowaniu ocen.” – mówi Mariusz Hildebrand, Prezes Zarządu BIG InfoMonitor S.A.

Od przeszło sześciu miesięcy wzrasta liczba firm pozytywnie ocieniających zdolność kontrahentów do regulowania bieżących zobowiązań. Wynik ten jest wyższy w stosunku do badania z sierpnia 2012 o 5 pkt. proc. Obecnie 64% respondentów uważa, że ich partnerzy biznesowi mają wysoką zdolność do regulowania bieżących zobowiązań.
Na koniec lutego 2013 spadła liczba firm, które otrzymują więcej niż 75% płatności w terminie. Obecnie grupa ta zmniejszyła się o 4 pkt. proc. i wynosi 40%. Już od ponad 9 miesięcy powiększa się grupa firm, które otrzymały w terminie ponad 90% należności. Na koniec lutego było to 16% wszystkich badanych firm. Warto dodać, że na koniec maja zeszłego roku, grup ta liczyła 13% badanych. To jeden z sygnałów wskazujących na to, że najtrudniejszy okres już minął.

W ciągu ostatnich trzech miesięcy o 10 pkt. proc. zmalała ogólna liczba respondentów (27%), którzy oceniają, że suma przeterminowanych należności z jakimi zalegają na ich rzecz kontrahenci przekracza 100 tysięcy złotych. Warto podkreślić, że w samym segmencie przedsiębiorców sytuacja również się poprawia , gdzie obecnie około 35% ankietowanych oczekuje na zaległe płatności, których suma przekracza 100 tysięcy złotych. Jeszcze trzy miesiące temu grupa ta była wyższa o 30 pkt. proc. To zaskakująco dobre wyniki, mimo to Wskaźnik BIG dla przedsiębiorców zanotował historyczne minimum.

„Naszym zdaniem wzrost poziomu płatności płaconych w terminie i o 30% niższy udział przedsiębiorstw oczekujących na płatności powyżej 100 tysięcy złotych, to efekt coraz lepiej działającego systemu wymiany informacji gospodarczej. Firmy lepiej i częściej sprawdzają wiarygodność finansową kontrahentów, dbają również o własny wizerunek solidnego płatnika. To dobra droga – dzięki temu minimalizują ryzyko współpracy z niesolidnymi partnerami.” – podkreśla Marcin Ledworowski, Wiceprezes Zarządu BIG InfoMonitor.

Zdaniem ekspertów BIG (www.big.pl) widać pierwsze optymistyczne sygnały dotyczące sytuacji gospodarczej. Należy jednak pamiętać, że nawet firmy są bardzo ostrożne w inwestowaniu środków i rozwijaniu produkcji oraz oferowanych usług. Sytuacja gospodarcza w ciągu ostatnich lat już kilka razy wydawała się stabilizować, czy nawet poprawiać, by po kolejnych miesiącach znowu wpadać w spowolnienie. Ryzyko, szczególnie dla małych i średnich przedsiębiorstw jest więc duże. Stąd zalecana jest ostrożność w działaniu i pilnowanie kosztów.

Grupa PZU notuje dobre wyniki i wzmacnia skład zarządu PZU SA

Rada Nadzorcza PZU SA powołała z dniem 15 marca 2013 r. Barbarę Smalską i Dariusza Krzewinę na członków Zarządu PZU SA. Jednocześnie zarówno Barbara Smalska jak i Dariusz Krzewina pozostają w składzie zarządu PZU Życie SA.

„Zmiany w składzie zarządu PZU SA związane są z transformacją modelu funkcjonowania Grupy PZU. Zgodnie ze nową strategią PZU 2.0, Grupa powinna być organizacją skoncentrowaną na Kliencie. Wzmocnienie Zarządu o tak doświadczonych menadżerów jest realizacją tej ambicji” – powiedział Andrzej Klesyk, prezes Zarządu PZU SA.

Nowi członkowie zarządu odpowiadać będą za poszczególne grupy klientów: Barbara Smalska – za segment klienta masowego, a Dariusz Krzewina – segment klienta grupowego.

W zarządzie PZU SA, którym kieruje Andrzej Klesyk zasiadają ponadto Bogusław Skuza nadzorujący segment klienta korporacyjnego, Ryszard Trepczyński odpowiedzialny za obszar inwestycji, Tomasz Tarkowski nadzorujący obszar likwidacji szkód i operacji oraz Przemysław Dąbrowski nadzorujący pion finansowy PZU SA.

W 2012 roku Grupa PZU osiągnęła najwyższy wynik finansowy netto od czasu debiutu giełdowego. Zysk netto przekroczył 3,25 mld zł, czyli był o blisko 40% wyższy niż w roku poprzednim. Składki przypisane brutto osiągnęły poziom 16,24 mld zł, co oznacza wzrost o ponad 6% w stosunku do roku 2011. Grupa odnotowała wysoki zwrot na kapitale (ROE) w wysokości 24%.

„Prezentujemy dzisiaj najlepsze od czasu debiutu giełdowego wyniki finansowe Grupy PZU. W 2012 rósł wynik finansowy, składka przypisana, a także rentowność prowadzonego przez nas biznesu. Zawdzięczamy to konsekwentnie realizowanej strategii, która zakłada modernizację i restrukturyzację Grupy PZU oraz dyscyplinę kosztową. Jesteśmy zdeterminowani, żeby zrealizować cele, które zdefiniowaliśmy w naszej strategii. Do końca bieżącego roku planujemy wystawić pierwsze polisy z najnowocześniejszego ubezpieczeniowego systemu informatycznego, który właśnie wdrażamy. W 2012 odświeżyliśmy naszą markę. Z dumą patrzymy na nowe logo PZU, które symbolizuje głęboką transformację biznesową i kulturową w największej w tej części Europy grupie finansowej. Zmiany zaszły też wewnątrz organizacji, gdzie przykładowo zmieniliśmy stary Zakładowy Układ Zbiorowy Pracy na nowy system wynagrodzeń promujący pożądane cechy pracowników PZU, takie jak zaangażowanie” – powiedział Andrzej Klesyk, prezes Zarządu PZU SA.

Leasing nieruchomości coraz bardziej popularny

Leasing nieruchomości jest często rozpatrywany jako źródło pozyskania finansowania, będące alternatywą dla kredytu. Popularny jest zwłaszcza leasing zwrotny umożliwiający odmrożenie czy też uwolnienie cichych rezerw drzemiących w nieruchomościach, zwłaszcza tych których wartość wzrosła, np. wskutek zakończenia budowy, komercjalizacji czy też zmian na rynku. Przedmiotem leasingu mogą być wszystkie nieruchomości komercyjne, samodzielne budynki jak również lokale użytkowe. Nie leasinguje się natomiast nieruchomości mieszkaniowych.

– Leasing, w przeciwieństwie do kredytu nie ma charakteru celowego, a więc pozyskane środki mogą być wykorzystane w sposób dowolny – mówi Agnieszka Kaczyńska Dyrektor Pionu Nieruchomości i Inwestycji Strukturyzowanych BRE Leasing. – Inne istotne korzyści, jakie daje ta usługa to możliwość dopasowania struktury do indywidualnych potrzeb, pozyskanie długoterminowego finansowania i korzyści podatkowe – wymienia. Agnieszka Kaczyńska wskazuje również na tendencję wzmacniającą w ostatnim czasie popularność leasingu nieruchomości. Firmy posiadające atrakcyjne nieruchomości, są gotowe poczekać kilka lat na poprawę koniunktury na rynku nieruchomości, czyli na zwyżkę cen, a do tego czasu „zaparkować” aktywo w firmie leasingowej.

Znakomita większość transakcji leasingu nieruchomości to struktury, w których korzystający jest zobowiązany do odkupu nieruchomości na zakończenie okresu leasingu. Nie jest to więc kwestia decyzji, ale zobowiązanie w formie aktu notarialnego do odkupu nieruchomości. Leasing pozabilansowy z opcją odkupu na zakończenie umowy, a więc taki w którym przedsiębiorca może swobodnie decydować czy odkupi nieruchomość czy nie, jest oferowany sporadycznie.

Z perspektywy podatkowej wyróżnia się tzw. leasing operacyjny i tzw. leasing finansowy. Leasing operacyjny pozwala na zaliczenie rat leasingowych do kosztów uzyskania przychodu czyli kosztem podatkowym jest zarówno spłata kapitału jak i płacone odsetki. Inaczej w kredycie czy leasingu finansowym, gdzie kosztem uzyskania przychodu jest jedynie część odsetkowa raty. W leasingu finansowym korzystający ma jednak prawo do odpisów amortyzacyjnych, czego nie ma w leasingu operacyjnym. Do końca 2012r. umowa leasingu operacyjnego musiała być zawierana na minimum 10 lat, co powodowało, że część firm sięgała po leasing finansowy, dający swobodę kształtowania okresu umowy. Od stycznia 2013 r. minimalny okres, na jaki może zostać zawarta umowa leasingu operacyjnego wynosi 5 lat, co zwiększy zapewne jeszcze bardziej popularność tej formy.

Jeżeli jednak przedsiębiorca chce mieć całkowitą elastyczność w kształtowaniu okresu leasingu, a więc zależy mu na możliwości zakończenia umowy np. po 3 latach, powinien zdecydować się na leasing finansowy. – To atrakcyjna opcja dla tych, którzy chcą przeczekać spadek cen na rynku nieruchomości, a równocześnie uzyskać pieniądze na nowe inwestycje już teraz zawierając umowę leasingu mogą „zaparkować” nieruchomość na jakiś czas w firmie leasingowej – komentuje Agnieszka Kaczyńska. – Kiedy ceny nieruchomości pójdą w górę, można zakończyć umowę leasingu i sprzedać nieruchomość za wyższą cenę, np. do funduszu inwestującego w nieruchomości – dodaje.

Jednej piątej małych pośredników handlu nieruchomościami grozi zamknięcie

Niedostosowanie do potrzeb rynku to największa słabość firm na polskim rynku obrotu nieruchomościami. Konkurencją dla licencjonowanych specjalistów jest internet, w którym klienci poszukują i sprzedają mieszkania, domy i ziemię. Działalność na rynku nieruchomości utrudnia także spowolnienie gospodarcze i trudności w uzyskiwaniu przez klientów kredytów hipotecznych. W efekcie nawet 20 proc. mniejszych firm może być zmuszona do zakończenia działalności.

Zamknięcie firmy grozi zwłaszcza małym firmom.

– Nie wiem, czy to można nazwać upadłością, bo to nie w takim sensie, że pociąga za sobą skutki dla innych, zewnętrznych firm, ale po prostu przestaną funkcjonować, zamienią działalność indywidualną na być może bardziej grupową, zorganizowaną. – tłumaczy w rozmowie z Agencja Informacyjną Newseria Mariusz Kania, prezes Polskiej Izby Nieruchomości.

Alternatywą dla firm pośredniczących na rynku nieruchomości coraz częściej staje się internet. Firmy muszą być gotowe do korzystania z platform wirtualnych. Spowolnienie na rynku może też w dłuższej perspektywie spowodować powrót klientów do biur pośrednictwa.

– Czym trudniej jest sprzedać, tym większa chęć do tego, żeby skorzystać z usług specjalisty. To jest kwestia dostosowania się do tego, czego ludzie oczekują od pośrednika niż jakiejś fundamentalnej zmiany na rynku – podkreśla prezes Polskiej Izby Nieruchomości.

Ożywienia na rynku nieruchomości specjaliści spodziewają się w połowie roku. Rozluźnienie polityki kredytowej przez Komisję Nadzoru Finansowego może spowodować zwiększoną liczbę transakcji.

– Druga połowa roku przyniesie bardzo istotne zmiany, bo będą już widoczne skutki wyprzedawania oferty, która jest w tej chwili na rynku. Myślę, że to będzie akurat takie apogeum największej konkurencji na rynku bankowym, czyli kredyty będą najtańsze i najbardziej dostępne, a także będzie jeszcze końcówka dostępności tych stóp procentowych, więc myślę, że popyt po wakacjach się odrodzi. – podkreśla Mariusz Kania, prezes zarządu agencji Metrohouse & Partnerzy.

Jak wynika z Raportu Szybko.pl, Metrohouse i Expandera na rynku wtórnym znajduje się od 30 do 50 proc. więcej mieszkań na sprzedaż niż przed rokiem. Ceny ofertowe w lutym były o 9 proc. niższe niż w lutym 2012 roku.

Co roku Polacy wydają setki milionów na pirackie oprogramowanie

Choć skala piractwa informatycznego maleje w ujęciu procentowym, to zwiększa się procent strat ponoszonych z tego tytułu przez producentów. Jednak na piractwie tracą nie tylko producenci oprogramowania, ale także konsumenci. Pirackie oprogramowanie wiąże bowiem się najczęściej z obecnością wirusów czy oprogramowania szpiegowskiego, które „wykrada” z komputerów istotne dane, m.in. dotyczące bankowości internetowej.

Według badań firmy BSA, piractwo jest nadal dużym problemem w Polsce.

– Dla przykładu, w 2011 roku w Polsce skala piractwa to było 53 proc., o jeden procent mniej niż w roku 2010 – mówi Krzysztof Janiszewski, specjalista od ochrony własności intelektualnej w firmie Microsoft. – Natomiast straty producentów z tego tytułu poniesione tylko w Polsce wyniosły 640 mln dolarów wobec 608 mln w roku poprzednim.

Z kolei badania firmy IDC, przeprowadzone na zlecenie Microsoftu, pokazują, że skutkiem ubocznym używania nielegalnego oprogramowania jest niekiedy także zagrożenie dla komputerów użytkowników, a także dla ich danych.

– Badania IDC zrobione na zlecenie Microsoftu wyraźnie pokazują, że na tym procederze tracą również konsumenci, klienci, tracą również użytkownicy – mówi Krzysztof Janiszewski. – Wskazują one, że oprogramowanie pirackie, podrobione w dużym stopniu jest oprogramowaniem, w którym zaszyte są złośliwe aplikacje, wirusy, konie trojańskie, oprogramowanie szpiegowskie, czyli takie aplikacje, które skutecznie infekują komputery użytkowników.

Zgodnie z tymi badaniami 79 procent programów pobieranych z nielegalnych witryn komputerowych zawiera oprogramowanie szpiegowskie, które może spowodować wykradzenie danych poufnych, haseł, a nawet kradzież z kont bankowych.

– Przywrócenie takiego zainfekowanego komputera do stanu używalności, ale przede wszystkim do bezpiecznego stanu to są realne, wymierne koszty – mówi przedstawiciel Microsoftu. – To są z jednej strony koszty naszej pracy, którą musimy włożyć, żeby ten komputer znów zaczął działać, ale często są to koszty zewnętrzne, zwłaszcza w przypadku przedsiębiorstw, które musimy ponieść, żeby specjaliści pomogli nam oczyścić nasze komputery. Nie mówiąc już o kosztach chociażby w postaci wykradzionych nam przedsiębiorcom poufnych planów, danych sprzedażowych i innych wrażliwych danych – dodaje Janiszewski.

Zdaniem przedstawiciela Microsoftu, producenci nielegalnego oprogramowania zarabiają na swojej działalności miliardy dolarów. Za jego produkcją stoją zorganizowane grupy przestępcze.

– Bardzo często są to bezwzględni przestępcy, którzy nie dość, że wyciągają od klientów pieniądze za te nielegalne kopie, to jeszcze wykorzystują komputery i zawartość komputerów nieświadomych klientów do przestępczych działań – ostrzega Krzysztof Janiszewski.

Twierdzi, że tylko zakup bezpośrednio od producenta daje gwarancję oryginalności oprogramowania. Zakup od pośredników czy przez internet nie zawsze jest całkowicie bezpieczny.

– W przypadku, kiedy kupujemy od pośredników musimy przede wszystkim uzbroić się w czujność, porównać ceny, wygląd tego oprogramowania. Warto zadać sobie trochę trudu, żeby na stronach producentów chociażby sprawdzić, jak powinno wyglądać oryginalne oprogramowanie. Jeżeli kupujemy fizyczne nośniki, fizyczne pakiety, starajmy się je kupować w godnych zaufania źródłach, czy to dużych sieciach handlowych, czy w sklepach komputerowych, które funkcjonują od dawna i co do których mamy zaufanie. Na pewni wystrzegajmy się aukcji internetowych – mówi Janiszewski.

Przedstawiciel Microsoftu szacuje procentowy udział nielegalnego – a co za tym idzie niebezpiecznego – oprogramowania w Polsce na ok. 50 proc. rynku..

– W Polsce niestety mamy przykłady dystrybucji oprogramowania chociażby podrobionych pakietów Office, gdzie nawet pobieżne skanowanie takiego nośnika wskazało obecność koni trojańskich czy innych złośliwych aplikacji – dodaje Krzysztof Janiszewski.

Według badań firmy IDC, w 2013 r. spodziewana jest instalacja – przez firmy i użytkowników prywatnych – 2 miliardów nielegalnych programów. To ponad 3 razy więcej niż w 2006 r. Okazało się, że w 78 procentach pirackie programy dostępne w internecie posiadają wbudowane oprogramowanie szpiegowskie, w 36 procentach – tzw. „trojany”, a w 20 procentach – malware. Komputer co trzeciego użytkownika takiego oprogramowania zostanie zainfekowany. Spowoduje to straty użytkowników indywidualnych w wysokości 22 miliardów dolarów i 1,5 miliarda godzin.

Z kolei przedsiębiorstwa wydadzą w 2013 r. 114 miliardów dolarów na walkę z problemami spowodowanymi przez pirackie oprogramowanie. Jeśli weźmie się pod uwagę także koszt utraconych danych, to łączny koszt firm wyniesie 350 miliardów dolarów. W Polsce ponad połowa awarii służbowych komputerów wynika z zainstalowanego na nich złośliwego oprogramowania.

Badanie IDC “The Dangerous World of Counterfeit and Pirated Software” zostało zrealizowane na zlecenie Microsoftu. Jest ono elementem kampanii Play it Safe, której celem jest zwiększenie świadomości społecznej dotyczącej zagrożeń powodowanych przez pirackie oprogramowanie.

Na potrzeby badania przeanalizowano 270 stron www oraz sieci P2P. Pobrano ponadto 108 aplikacji, zbadano 155 dostępnych płyt CD i DVD z oprogramowaniem. Przeprowadzono również ankiety wśród 258 menedżerów i dyrektorów IT i 2077 prywatnych użytkowników. Badanie było realizowane w 10 krajach świata.

Specjaliści na rynku pracy wciąż w cenie. Ich średnie wynagrodzenie to 9,5 tys. zł

Średnie miesięczne wynagrodzenie brutto specjalistów i menadżerów w ubiegłym roku, w Polsce wyniosło prawie 9,5 tysiąca złotych. Najlepiej zarabiała wyższa kadra zarządzająca, na której konto wpływało co miesiąc średnio 18 tysięcy złotych. Pensje prawników i pracowników branży IT w 2012 roku wahały się w granicach 8,9 – 9,7 tys. zł. – Te zarobki nieznacznie spadły – przyznaje Łukasz Kośnik, partner w firmie rekrutacyjnej Antal International, która przeprowadziła kompleksowe badania wynagrodzeń.

Raport, przygotowany przez Antal International w dość kompleksowy sposób oddaje tendencje, panujące na dzisiejszym rynku pracy. Został bowiem opracowany, zarówno na podstawie rozmów oraz ankiet, przeprowadzonych wśród pracodawców i ich pracowników, jak i w oparciu o dane, pochodzące z procesów rekrutacyjnych.

– Niestety, w porównaniu z rokiem 2011 widać lekkie różnice na niekorzyść pracowników – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Łukasz Kośnik. – Z drugiej strony, z naszego punktu widzenia, nie ma większych powodów do obaw.

Tym bardziej, że różnice w średniej zarobków są niewielkie i wynikają, głównie ze spadku wynagrodzeń wśród prawników. W 2012 roku zarabiali oni średnio 9 670 zł, czyli o około 20 proc. mniej niż przed rokiem.

– Wiąże się to, przede wszystkim ze stopniowym uwalnianiem zawodu i dużo większą liczbą kandydatów, którzy mają aplikacje za sobą i są dostępni dla wszelkiego rodzaju kancelarii – wyjaśnia partner w firmie, na zlecenie której przeprowadzono badania.

Lekkie wyhamowanie daje się zauważyć, również w sektorze IT, ale w tym przypadku pensje rosły systematycznie od czterech lat. I to, jak oceniają specjaliści w szalonym tempie, zatem drobna korekta nie jest niczym nadzwyczajnym. Tym bardziej, że średnie wynagrodzenie informatyków wciąż utrzymuje się na dosyć wysokim poziomie. W ubiegłym roku wynosiło 8 950 zł, do tego prognozy na przyszłość są bardzo optymistyczne. Z badań firmy Antal International wynika bowiem, że 48 proc. pracodawców ma zamiar rekrutować nowych pracowników i to już w drugim kwartale tego roku.

– Jak połączy się wyniki jednego i drugiego badania oraz prognozy ekonomiczne na drugą część roku, to raczej sytuacja będzie taka, że te wynagrodzenia nie powinny dalej hamować – przewiduje Kośnik.

Co ciekawe, wysokie zarobki utrzymują się na stanowiskach handlowych w branży IT. Średnie wynagrodzenie wynosi tutaj na poziomie 9 800 zł. Według Kośnika nie ma w tym niczego nadzwyczajnego.

– Wiadomo, że jak spada rynek, to każda firma bardziej inwestuje w działy sprzedaży i w samym IT widać taką tendencję – wyjaśnia.

Zarobki specjalistów i menadżerów co najmniej od roku utrzymują się na niezmienionym poziomie. Ci pierwsi dostawali w ubiegłym roku co miesiąc 7 110 zł, ci drudzy ponad 4 400 zł więcej. Wynagrodzenie kadry zarządzającej oscylowało w granicach 18 130 zł.

Są też takie obszary rynku pracy, gdzie wynagrodzenia bardzo szybko rosną.

– Takim ciekawym sektorem jest farmacja, gdzie są potrzebne bardzo wysokie kompetencje – odpowiednia edukacji, background biznesowy związany z farmacją i medycyną, a także znajomość, przynajmniej jednego języka obcego – wymienia.

Dlatego kandydaci na pracowników mają wysokie oczekiwania. Chcą przede wszystkim nieźle zarabiać. Liczą także na komfortowe warunki pracy.

Co ciekawe, wysokie tendencje zarobkowe utrzymywały się w ubiegłym roku i nadal utrzymują w branży budowlanej. Mimo kryzysu i spadku zamówień nadal jest problem ze znalezieniem specjalistów.

– Duża część pracowników w tym sektorze jest już zakontraktowana na różne projekty zagraniczne i to przekłada się na dosyć wysoki poziom zarobków w branży budowlanej – tłumaczy partner w firmie Antal International.

Ale nie tylko farmaceuci i budowlańcy nie mają na co narzekać. Wysokie pensje, rzędu 9 500 zł otrzymywali w ubiegłym roku inżynierowie. Finansiści o 900 zł mniej. HR-owcy zarabiali 7 100 zł. Zarobki w administracji przekraczały, nieznacznie 6 tysięcy złotych.

Przewidywania, co do roku 2013 mówią, że najbardziej obiecującą może okazać się branża e-commerce. Nasz rynek internetowy nadal jest niedojrzały, dlatego wykazuje duże wciąż zapotrzebowanie na pracowników, zajmujących się sprzedażą w sieci.

– Co więcej, przy każdym lekkim spowolnieniu gospodarczym Polak szuka oszczędności, a jak szuka oszczędności, to zaczyna robić więcej zakupów w internecie – tłumaczy Kośnik. – Przekłada się to na większy ruch w interncecie, większy obrót, a za tym idą kolejne wakaty i rozwój firm e-commercowych.

Najlepsi specjaliści w tej branży mogą liczyć na zarobki sięgające nawet 10 tysięcy złotych. Średnio, o 2 tysiące zł mniej zarabiają logistycy, ale i w tym przypadku, branża ta wykazuje dużą chęć na zwiększanie zatrudnienia.

Komentarz indeksowy BossaFX 13 marca 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 13 marca 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

W 2016 r. przychody z zakupów przez Internet będą stanowiły aż jedną piątą całkowitej sprzedaży handlu detalicznego

Łączne przychody 250 największych sieci handlowych na świecie przekroczyły w ubiegłym roku finansowym po raz pierwszy poziom czterech bilionów dolarów. Mimo gorszej sytuacji gospodarczej m.in. w Europie Zachodniej czy Japonii wiodący detaliści rozwijają swoją działalność poprzez ekspansję na nowych rynkach, m.in. na Bliskim Wchodzie, w Europie Środkowej i Wschodniej czy Ameryce Południowej. W najbliższym czasie muszą jednak skupić się przede wszystkim na ułatwianiu konsumentom zakupów przez Internet. W 2016 r. handel e-commerce będzie stanowić już bowiem jedną piątą całkowitej sprzedaży detalicznej – to najważniejsze wnioski z corocznego raportu „Global Powers of Retailing 2013. Retail Beyond” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

Ostatni rok finansowy* był dla sieci handlowych podobny do roku wcześniejszego, w którym handel odbijał się po światowym kryzysie. Łączne przychody detalistów, którzy znaleźli się na liście TOP 250 Deloitte przekroczyły 4 biliony dolarów, przy wzroście o 5,1 proc. w porównaniu z rokiem wcześniejszym. Ponad 80 proc. sieci odnotowało wzrost przychodów. Średnia marża zysku netto w branży, podobnie jak w roku finansowym 2010 r., wyniosła 3,8 proc. To wszystko udało się osiągnąć pomimo kryzysu finansowego, który dotknął Europę Zachodnią i złej sytuacji ekonomicznej w Japonii, wywołanej trzęsieniem ziemi i tsunami.

„Te dobre wyniki są przede wszystkim efektem ekspansji sieci handlowych na rynkach wschodzących, na Bliskim Wschodzie, w Ameryce Płd., regionie Azji i Pacyfiku, ale też w Europie Wschodniej. W omawianym okresie 40 sieci rozpoczęło działalność na nowych rynkach otwierając 107 nowych punktów w 72 krajach” – wyjaśnia Marcin Diakonowicz, Partner w dziale Audytu Deloitte. W Polsce ten trend najlepiej obrazuje przykład Biedronki, która w 2012 r. zanotowała 6,4 proc. wzrost sprzedaży i otworzyła 263 nowe sklepy.

Największe sieci handlowe, szczególnie pochodzące z krajów europejskich i USA, nie mają wyjścia – muszą szukać źródeł przychodów na nowych rynkach. Tylko tak mogą poprawiać swoje wyniki finansowe pomimo stagnacji ich rodzimych rynków. Aż 62 proc. firm z TOP 250 działa dziś w więcej niż jednym kraju, a 82 proc. z tej grupy więcej niż w jednym subregionie. Zatem tylko niecałe 20 proc. europejskich spółek prowadziło aktywność wyłącznie na swoich krajowych rynkach. Warto też odnotować, że spółki chińskie i rosyjskie oraz firmy z Afryki, Bliskiego Wschodu i Ameryki Łacińskiej tworzą istotną grupę wśród 50 najszybciej rozwijających się podmiotów w branży.

Jak wynika z raportu bogacąca się klasa średnia, młode społeczeństwo i wysokie bezpośrednie inwestycje zagraniczne to najważniejsze czynniki rozwoju rynków wschodzących. „Są one szansą na wzrost także dla rynku dóbr luksusowych, bowiem bogacąca się klasa średnia z tych regionów poszukuje dobrze zdefiniowanych i zakorzenionych marek globalnych” – wyjaśnia Antoine de Riedmatten, Partner, Globalny Lider Consumer Business, Deloitte Francja.

Według ekspertów Deloitte największym wzywaniem dla handlu będzie walka o wirtualnego klienta. Konsumenci coraz częściej wybierają ofertę e-commerce lub zakupy mieszane (oglądają towar w sklepie stacjonarnym, a kupują w sieci). „Niska cena przestała być jedynym czynnikiem, który przyciąga klienta i decyduje o jego wyborze. Równie ważna stała się dostępność, możliwość obejrzenia i porównania cen w Internecie i wreszcie różnorodność wyboru. To klient decyduje gdzie kupi przedmiot, którym jest zainteresowany, a sprzedawca musi mu to umożliwić. Dotyczy to wszystkich branż: począwszy od sklepów spożywczych po dobra luksusowe i sprzęt elektroniczny” – wyjaśnia Magdalena Jończak, Dyrektor w dziale Konsultingu Deloitte.

Rosnąca popularność sklepów internetowych to także skutek coraz większej dostępności smartfonów i innych urządzeń mobilnych. Szacuje się, że liczba użytkowanych smartfonów zbliży się pod koniec tego roku do 2 mld**. W tej chwili e-commerce stanowi 5,1 proc. całego handlu, w 2016 r. będzie to już 17-21 proc. (jego wartość w skali globalnej wyniesie 628-752 mld dolarów). Sprzedawcy muszą więc inwestować w nowe kanały sprzedaży poprzez zakup technologii, ale także szkolenie pracowników, którzy często nie są przygotowani, by komunikować się z klientami przez Internet. Coraz większą rolę w handlu zaczynają odgrywać także media społecznościowe, tj. Facebook czy Twitter, za pośrednictwem których handlowcy powinni budować relacje z klientami. „Minęły czasy, gdy firmy miały luksus kontrolowania swojego wizerunku za pośrednictwem działów Public Relations czy prawników. Obecnie komunikacja z konsumentami musi odbywać się non stop – 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu, dodatkowo musi być natychmiastowa, spersonalizowana i zrozumiała dla odbiorcy. Jeżeli te warunki nie zostaną spełnione klient natychmiast pójdzie do konkurencji” – tłumaczy Antoine de Riedmatten.

Jak wynika z listy TOP 250 sektor FMCG stanowi ponad 50 proc. wszystkich detalistów w zestawieniu. Dominuje on także w pierwszej dziesiątce, gdzie osiem firm reprezentuje właśnie dobra szybko zbywalne. Sektor ten pod względem wzrostu przychodów (5,6 proc.) wyprzedził w omawianym okresie branżę modową i przemysłową. Wzrost przychodów w sektorze odzieżowym zmniejszył się z siedmiu do pięciu procent rok do roku. Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż jest to najbardziej rentowny segment. W sektorze dóbr przemysłowych, produktów sportowych i rekreacyjnych odnotowano wysoką rentowność i znaczne wzrosty przychodów, jednak wyniki te nie osiągnęły wartości z FY 2010 r.

Pierwsza dziesiątka TOP 250 pozostaje bez większych zmian. Na czele króluje nadal amerykański Wal-Mart, który zanotował 6 proc. wzrost przychodów i zwiększył swoją przewagę nad Carrefourem. Na trzecim miejscu znalazło się Tesco. Przychody giganta z USA przekraczają dziesięć procent całkowitych przychodów wszystkich sieci w zestawieniu, a przychody pierwszej dziesiątki stanowią 29 proc. wyniku wszystkich detalistów z listy.

* Ostatni zamknięty rok finansowy tj. FY 2011 (obejmujący rok podatkowy kończący się najpóźniej w czerwcu 2012 r.).
** Do końca 2013 roku liczba użytkowanych smartfonów zbliży się do 2 miliardów, raport Deloitte „TMT Predictions 2013”, 15 stycznia 2013 r.

Raport „Global Powers of Retailing 2013. Retail Beyond”:
16. edycja opracowania przedstawia ranking 250 największych światowych sieci detalicznych na podstawie osiągniętych przychodów (powszechnie dostępne dane firm). Tegoroczna edycja raportu grupuje firmy na podstawie danych za ostatni zamknięty rok finansowy tj. FY 2011 (obejmujący rok podatkowy kończący się najpóźniej w czerwcu 2012 r.). Aby znaleźć się na liście firma musiała w poprzednim roku finansowym FY 2010 osiągnąć średni przychód co najmniej w wysokości 3,7 mld dolarów. Raport przedstawia również prognozę dla gospodarki światowej, trendy w nadchodzących miesiącach oraz analizę kapitalizacji rynku w branży detalicznej.

Kradzież do 1000 zł tylko wykroczeniem – nowelizacja Kodeksu wykroczeń

W Sejmie trwają prace nad nowelizacją Kodeksu wykroczeń, które przewidują, że wykroczeniem będzie kradzież rzeczy o wartości do 1 tys. zł. Obecnie już kradzież 250 zł jest traktowana jako przestępstwo. Polska Izba Handlu obawia się, że wejście w życie tych zmian spowoduje większą bezkarność złodziei i może przełożyć się na trzykrotny wzrost strat z tytułu kradzieży w sklepach.

Polska Izba Handlu (PIH) złożyła już w lutym br. pismo z protestem w tej sprawie do Komisji Kodyfikacyjnej Sejmu, w której trwają prace nad zmianami w Kodeksie wykroczeń.

– Już teraz skala kradzieży w sklepach to jest 1-1,5 proc. obrotu. Jeżeli to przeliczymy na cały handel detaliczny w skali całego kraju mówimy o kwotach zbliżonych do 1 mld zł. A mówimy tylko o niewykrytych zdarzeniach. Jeżeli podniesiemy próg czterokrotnie, z 250 zł do 1 tys. zł, to na pewno kilkukrotnie skala tego zjawiska wzrośnie – prognozuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu.

Wykroczenie ma inny charakter niż przestępstwo, chodzi tu głównie o kary, które są znacznie niższe i mniej dolegliwe niż za przestępstwo. W porównaniu z przestępstwami także okres przedawnienia wykroczenia jest znacznie krótszy.

– Kara za wykroczenie nie wiąże się z wpisaniem do Centralnego Rejestru Skazanych. To jest taka kara, jak za zbyt szybką jazdę samochodem. Podniesienie limitu do 1 tys. zł oznacza, że wyniesienie ze sklepu komputera, odtwarzacza Blu-Ray czy tabletu nie będzie przestępstwem – wyjaśnia Maciej Ptaszyński.

Polską Izbę Handlu nie przekonują argumenty, że planowane zmiany w Kodeksie wykroczeń odciążą pracę organów ścigania – Policji i prokuratury.

– Już teraz mamy do czynienia z wyspecjalizowanymi gangami, które kradną w sklepach do wysokości 250 zł, nie przekraczając tego limitu przestępstwa. A jeśli to podniesiemy, otworzymy tym przestępcom drogę do dokonywania kradzieży na znacznie większą skalę. Nie mówię, że straty sklepów wzrosną czterokrotnie, ale wystarczy, żeby wzrosły dwukrotnie i mówimy już o kradzieżach sięgających nawet 3 proc. obrotu. To jest nie do zaakceptowania przez handel detaliczny – argumentuje dyrektor generalny PIH.

Polska Izba Handlu mówi, że inne organizacje wspierające handle są także przeciwne projektowanym zmianom.

– W handlu i tak jest ciężko, a jeśli się dodatkowo podniesie ten próg, dodatkowo ośmielimy przestępców, będzie jeszcze gorzej. Jeśli mówimy o małym sklepie, to już są to gigantyczne straty – podsumowuje Maciej Ptaszyński.

Z szacunków PIH wynika, że będzie to oznaczało w praktyce straty sięgające od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych na jeden sklep w skali roku. Dlatego Izba chce, aby wycofano się z planów wprowadzenia do prawa omawianego rozwiązania. Polska Izba Handlu reprezentuje ponad 20 000 podmiotów handlu detalicznego na terenie kraju.

Zgodnie z obecnymi przepisami Kodeksu wykroczeń, kradzież jest wykroczeniem, jeżeli wartość skradzionych rzeczy nie przekracza 250 złotych. Taka kradzież podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny. Także usiłowanie, podżeganie i pomoc w kradzieży rzeczy o wartości do 250 zł są karalne.

W najbliższym kwartale nie będzie poprawy na polskim rynku pracy

Ożywienia na rynku pracy nie będzie, przynajmniej do końca tej połowy roku. Najnowsze wyniki badania Barometru Manpower dotyczącego pespektyw zatrudnienia w II kwartale br. nie nastrajają optymizmem. Wprawdzie co dziesiąta firma zamierza zwiększać zatrudnienie, lecz również co dziesiąta zamierza je redukować. Najtrudniejsza sytuacja już od kilku kwartałów z rzędu panuje w budownictwie. Ale powody do obaw mogą mieć również pracownicy energetyki, wodociagów i przemysłu wydobywczego.

Choć ogólne trendy w Polsce są negatywne, to istnieją sektory, w których należy się spodziewać wzrostu zatrudnienia. Należą do nich: transport, logistyka, komunikacja, a także sektor publiczny. Spodziewany jest w nich 8-procentowy wzrost zatrudnienia. Ostrożniejszy optymizm wykazują pracodawcy w branżach takich jak: handel detaliczny i hurtowy oraz finanse, nieruchomości, ubezpieczenia i usługi.

Na nowe oferty pracy najbardziej mogą liczyć mieszkańcy południowo-zachodniej Polski.

– Badamy sześć regionów w Polsce i tam, gdzie firmy są najbardziej nastawione na zatrudnienia, to są firmy z Polski południowo-zachodniej, czyli z Dolnego Śląska – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Iwona Janas, dyrektor generalna Manpower Group w Polsce. – Tam rzeczywiście można spodziewać się najwięcej ofert pracy w II kwartale tego roku.

Branże, w których należy spodziewać się raczej zwolnień, a nie wzrostu zatrudnienia to przede wszystkim kopalnie i przemysł wydobywczy, gdzie o 18 proc. więcej firm planuje zmniejszyć niż zwiększyć zatrudnienie. Niewiele lepsze są prognozy dotyczące energetyki, gazownictwa i wodociągów (różnica 14 proc.). Nieco rzadziej spadek zatrudnienia planują restauratorzy, hotelarze, a także firmy zajmujące się budownictwem i produkcją przemysłową.

– Negatywne nastroje przedsiębiorców w innych krajach, a także obawy o dalsze rozprzestrzenianie się kryzysu finansowego w strefie euro, sprawiają, że przed osobami poszukującymi pracy rysuje się niezbyt optymistyczny scenariusz – mówi Iwona Janas, Dyrektor Generalna ManpowerGroup w Polsce. – Spodziewamy się jednak, że utrzyma się panujące wysokie zapotrzebowanie na specjalistów. Pracodawcy nadal bowiem poszukują pracowników, którzy zapewnią rozwój ich przedsiębiorstwom. Być może sytuacja zacznie zmieniać się na lepsze po II kwartale. Jednak, na podstawie obserwacji rynku możemy ocenić, że poprawa nie nastąpi wcześniej niż przed nastaniem IV kwartału.

W zestawieniu globalnym wyniki raportu Manpower Group pokazują, że większość pracodawców na świecie przewiduje, w mniejszym lub większym stopniu, zwiększenie zatrudnienia w drugim kwartale 2013 r. Dodatnie prognozy netto zatrudnienia uzyskano w 32 z 42 badanych krajów. Najbardziej optymistyczne ustalono na podstawie deklaracji pracodawców w Brazylii, na Tajwanie (+30 proc. dla obydwu krajów ), w Turcji (+28 proc.), w Indiach (+27 proc.). Z kolei najbardziej pesymistyczni są pracodawcy we Włoszech, Hiszpanii (-11proc. dla obydwu państw), Grecji (-6 proc.) i Holandii (-3 proc.).

W polskiej edycji badania wzięło udział 750 pracodawców.

CeBIT 2013 „Shareconomy” – jako nowa forma współpracy między firmami

Liczby związane z tegorocznym CeBIT mogą przyprawiać o zawrót głowy. Na targach w Hanowerze wystawiło swoje stoiska ponad 4 tys. firm z całego świata. Z ich ofertą zapoznało się, według szacunków organizatorów, ok. 350 tys. osób. Silną reprezentację wystawiła w tym roku Polska. Nasz kraj pełnił rolę partnera strategicznego CeBIT 2013. Na targach swoją ofertę zaprezentowało aż 170 rodzimych firm. To ponad dwa razy więcej, niż przed rokiem, gdy na CeBIT pojawiło się ich tylko 70.

Długopisy skanujące i tłumaczące treść tekstu na kilkadziesiąt języków, inteligentne roboty czy lotnicze drony zwiadowcze – to najbardziej znane, medialne oblicze zakończonych w sobotę 9 marca niemieckich targów CeBIT. Zaliczane do najważniejszych wydarzeń branży IT na świecie, stanowiły one jednak nie tylko okazję do poznania technologii przyszłości, ale także najnowszych rozwiązań, już dziś usprawniających pracę nowoczesnych przedsiębiorstw. Specjalistyczne aplikacje do smartfonów, urządzenia zarządzające dużymi zbiorami danych czy inteligentne rozwiązania telekomunikacyjne coraz częściej stają się integralną częścią życia biznesu.

Siłę CeBIT stanowi zróżnicowanie. Na licznych stoiskach można było zapoznać się zarówno z najnowszymi, znajdującymi się w fazie testów wynalazkami naukowców i działów badawczych największych koncernów, jak i ofertą skierowaną do przedsiębiorców, poszukujących rozwiązań usprawniających działalność ich firm.

Hasło tegorocznych targów, po cloud computingu w 2011 r. i zarządzaniu zaufaniem w 2012 r., stanowiło „Shareconomy”. To pojęcie oznaczające model ekonomiczny oparty na dzieleniu się wiedzą, wspólnym korzystaniu z zasobów intelektualnych i wymiany doświadczeń jako nowej formy współpracy między firmami. Według tego modelu partnerzy biznesowi, doradcy, dostawcy i klienci zaangażowani w poszczególne elementy działalności firmy, stają się elementem większego procesu wymiany wiedzy i doświadczeń.

W Europie może zabraknąć żywności. IERiGŻ: Wspólna Polityka Rolna wymaga zmian

– Wspólna Polityka Rolna wymaga istotnych zmian – uważa dr hab. Renata Grochowska z IERiGŻ. Chodzi tu nie tyle o pieniądze, rozdzielane pomiędzy poszczególnych członków Unii Europejskiej, ale o podejście do problemu i określenie długoterminowych priorytetów. Inaczej może się okazać, że za 20 czy 30 lat bezpieczeństwo żywnościowe Europy zostanie poważnie zagrożone.

– Obserwujemy w ostatniej dekadzie spadek tempa wzrostu produkcji rolnej. Prognozy wskazują na kontynuację tego trendu w nadchodzących latach. Zmiany klimatyczne, a szczególnie pogłębiający się brak wody, będą prowadzić do istotnych niedoborów żywności w niektórych regionach świata, a w konsekwencji kryzysów społecznych i fali migracji – mówi Agencji Informacyjnej Newseria dr hab. Renata Grochowska z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Według niej wyczerpujące się zasoby będą także negatywnie oddziaływać na rolnictwo i produkcję żywności w Europie.

– Za 20-30 lat może się okazać, że Unia Europejska nie będzie samowystarczalna i będziemy zmuszeni importować żywność – mówi dr hab. Grochowska . – Wśród czynników, które mogą przyczynić się do spadku produkcji żywności w Europie w przyszłości można wymienić spadek wydajności jednostkowej roślin i zwierząt gospodarskich, opór przeciwko wykorzystaniu biotechnologii, np. GMO, zmniejszającą się powierzchnię i jakość gruntów rolnych, większą zmienność plonów na skutek warunków atmosferycznych, wzrost kosztów produkcji rolnej, spadek liczby gospodarstw rolnych, wyludnianie się wsi i jej starzenie.

Do niedawna bezpieczeństwo żywnościowe traktowano jako element polityki bezpieczeństwa ekonomicznego danego kraju. Uważano bowiem, że wystarczy mieć pieniądze, by kupić żywność u innych, stąd wielkość własnej produkcji rolnej nie miała istotnego znaczenia. Ostatnie lata, a szczególnie globalne kryzysy żywnościowe, zmieniły to podejście, a samowystarczalność w zakresie żywności stała się priorytetem m.in. dla rządów Stanów Zjednoczonych i Chin. Tą samą drogą, zdaniem specjalistów, powinna pójść Unia Europejska.

– Zarówno Polska, jak i UE powinny zmienić podejście do kwestii bezpieczeństwa żywnościowego i bardziej koncentrować się na rozwiązaniach, które faktycznie zapewnią to bezpieczeństwo w perspektywie długoterminowej – uważa dr hab. Renata Grochowska. – Duże znaczenie ma zwiększenie efektywności łańcucha żywnościowego na każdym jego etapie, od rolnika do sprzedawcy. Coraz więcej uwagi poświęca się potrzebie eliminacji strat, które powstają podczas produkcji żywności, a także jej marnowaniu przez konsumentów. Nie bez znaczenia są także zachodzące procesy globalizacji oraz przejmowanie procesu produkcji, przetwarzania i sprzedaży żywności przez korporacje międzynarodowe. Zmiany systemowo- instytucjonalne powinny również dotyczyć Wspólnej Polityki Rolnej – dodaje ekspertka.

Dlatego jej zdaniem Wspólna Polityka Rolna powinna stopniowo zmierzać ku ograniczeniu wsparcia bezpośredniego dla rolników – chodzi tu np. o dopłaty do hektara pól uprawnych – na rzecz instrumentów, które w skuteczniejszy sposób będą sprzyjać rozwojowi rolnictwa i obszarów wiejskich. Mowa tu np. o finansowaniu badań rolniczych oraz ich wdrażania do praktyki, większego wsparcia doradztwa rolniczego, budowy infrastruktury, także tej informatycznej czy promocji i marketingu. Działania te mogą pobudzić inwestycje w rolnictwie, a docelowo – przeciwdziałałyby zagrożeniu bezpieczeństwa żywnościowego.

Jak tłumaczy ekspertka, ostatnio w Europie dużo mówi się o tzw. zrównoważonej intensyfikacji, rozumianej jako efektywniejsza produkcja rolna przy racjonalnym wykorzystaniu wyczerpujących się zasobów naturalnych i ochronie środowiska. Wymaga to dużej wiedzy i innowacyjnych rozwiązań stosowanych w gospodarstwach rolnych. Tym należy tłumaczyć potrzebę przekierowania WPR właśnie na takie instrumenty, które będą tworzeniu tej wiedzy oraz jej wdrażaniu służyć.

– Wiele zależy od polityki realizowanej w ramach UE, ale z drugiej strony nie możemy podchodzić do tego w ten sposób, że wszystko załatwi Bruksela. To moim zdaniem jest często powtarzany błąd, że coś ustalono w Brukseli i my już nic nie możemy. To nieprawda. Państwa członkowskie mają wiele możliwości wprowadzania własnych rozwiązań i to zależy od nas, w jaki sposób podejdziemy do zagadnienia wprowadzając choćby różnego typu innowacje – tłumaczy dr hab. Renata Grochowska.

Prezes PTK Centertel: cena za częstotliwości dalece przestrzelona

PTK Centertel, operator sieci Orange, mimo przegranej w przetargu na 1800 MHz, nie rezygnuje z walki o częstotliwości dla superszybkiego internetu LTE. Spółka będzie starać się m.in. o częstotliwości 800 MHz, które Urząd Komunikacji Elektronicznej jeszcze w tym roku zamierza zlicytować. Oferta Centertela w rozstrzygniętym 13 lutego przetargu została odrzucona ze względu na zaoferowaną zbyt niską kwotę zakupu częstotliwości.

Konkurs na 1800 MHz wygrali operatorzy obsługujący sieci Play (P4) i T-Mobile (Polska Telefonia Cyfrowa). P4, który otrzymał łącznie 15 MHz z cennego pasma, zapowiedział, że te częstotliwości będą dedykowane wprowadzeniu na rynek LTE – szybkiego, bezprzewodowego internetu, który dziś oferuje Plus i Cyfrowy Polsat.

PTK Centertel złożył ofertę na dwie częstotliwości z pasma o wartości 126,5 mln i 151,5 mln zł. Kwoty te okazały się niższe niż zaoferowały zwycięskie firmy.

– Uważamy, że położyliśmy taką cenę, która była godziwą wartością za te aktywa. Znalazł się ktoś inny, kto uznał, że inna cena jest wartością godziwą. Nadal uważamy, że ta cena, która znalazła się finalnie na rynku, jest dalece przestrzelona – wyjaśnia Mariusz Gaca, prezes PTK Centertel w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria w czasie targów CeBIT w Hanowerze.

Jak podkreśla wskazują na to rozbieżności między kwotami, jakie zaoferowali wygrani (blisko 1 mld zł), a kwotami, których oczekiwało UKE przy ogłaszaniu konkursu (500-700 mln zł)

Operator Orange liczy, że uda mu się zdobyć częstotliwości 800 MHz oraz 2600 MHz. Zostaną one uwolnione m.in. dzięki przejściu z telewizji analogowej na naziemną telewizję cyfrową i mają być przeznaczone np. do przekazywania drogą radiową ultraszybkiego Internetu albo sygnału telewizji mobilnej. To ma być droga do tego, by Orange weszło w LTE.

– W nowym przetargu z całą pewnością położymy taką cenę, którą będziemy uważali, że ma biznesowe uzasadnienie i taką cenę, która jest w stanie zapewnić w rozsądnej perspektywie zwrot z tej inwestycji. Kupowanie czegoś w świecie komercyjnym, co nie generuje zwrotu, jest dosyć nieroztropne – przekonuje prezes PTK Centertel

Jednocześnie prezes operatora Orange nie chce komentować informacji, czy Centertel prowadzi rozmowy z innymi operatorami, np. P4 (operator sieci Play) na temat współdzielenia pasma na 1800 MHz.

– W tym temacie nie będzie żadnych komentarzy – zapowiada Mariusz Gaca. – Rozstrzygnięcie przetargu ogłoszono 13-tego lutego, mamy nową sytuację. Analizujemy ją, zastanawiamy się nad nią. Natomiast tu jeszcze jest daleko za wcześnie, by w jakikolwiek sposób ten temat komentować.

Komentarz indeksowy BossaFX 11 marca 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 11 marca 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

MSP włącza się w rozmowy o ewentualnym połączeniu PKO BP i Banku Pocztowego

Nie ma uzasadnienia biznesowego, ekonomicznego, by obie te instytucje działały osobno – twierdzi minister skarbu państwa Mikołaj Budzanowski. Na razie przeciwna przejęciu jest Poczta Polska, posiadacz większościowego pakietu akcji Banku Pocztowego, który odrzucił już dwie propozycje PKO BP.

Według Ministerstwa Skarbu Państwa połączenie obu podmiotów byłoby dzisiaj najlepszym rozwiązaniem.

– Z punktu widzenia sektora bankowego lepiej jest, aby obie te instytucje ze sobą połączyć – przekonuje szef resortu skarbu w wywiadzie udzielonym Agencji Informacyjnej Newseria po odebraniu nagrody dla Finansisty Roku 2012, przyznawanej przez redakcję tygodnika ekonomicznego „Gazeta Finansowa”.

W opozycji do planów ministra skarbu jest stanowisko zarządu Poczty Polskiej, w której posiadaniu jest Bank Pocztowy.

– Poczta Polska potrzebuje tej instytucji do swojej działalności, ale będziemy na ten temat dyskutować i będą prowadzone analizy, by podjąć ostateczną decyzję – dodaje Mikołaj Budzanowski.

Do PKO BP należy dziś ok. 25 proc. akcji Banku Pocztowego. Właścicielem pozostałych ok. 75 procent jest Poczta Polska. O możliwym połączeniu obu banków mówi sie od ubiegłego roku, kiedy PKO BP zadeklarował chęć kupienia Banku Pocztowego za 240 mln zł. W grudniu 2012 r. Poczta Polska ofertę odrzuciła. Jednocześnie nie wykluczyła możliwej współpracy z największym, polskim bankiem, przy zachowaniu obecnej struktury akcjonariatu.

W lutym PKO BP złożył nową ofertę w sprawie dokapitalizowania Banku Pocztowego kwotą 380 mln zł, z czego 290 mln zł miał wyłożyć PKO BP, a Poczta miałaby zainwestować 90 mln zł. Propozycja PKO BP zakładała również zwołanie walnego zgromadzenia akcjonariuszy, decyzji o emisji akcji i większego wpływu na proces podejmowania decyzji w Banku Pocztowym. Jednak i ta oferta została odrzucona.

Sama Poczta Polska kilka dni temu złozyla z kolei propozycję przejęcia 25 proc. akcji należących do PKO BP. Zarząd Poczty gotowy jest dokapitalizować posiadany przez siebie bank, by poszerzyć możliwości jego działania na rynku bankowym. Bank Pocztowy jest jedną z najszybciej rozwijających się instytucji w Polsce, jednak jego rezerwy kapitałowe są ograniczone i dlatego potrzebuje dokapitalizowania.

500 mln zł na wsparcie prac badawczo – rozwojowych

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR) po raz pierwszy uruchamia nowy instrument ukierunkowany na wsparcie projektów w skali demonstracyjnej. Przedsiębiorcy, przyzwyczajeni do standardowych projektów badawczo – rozwojowych (B+R), mogą nie widzieć od razu korzyści dla siebie, tymczasem program odpowiada na wiele ich potrzeb i otwiera liczne nowe możliwości. NCBiR przewidziało bardzo atrakcyjny budżet wynoszący aż 500 mln PLN.

W polskich programach nie mamy doświadczenia w dofinansowywaniu typowych projektów demonstracyjnych, ale analizując programy europejskie np. LIFE+ możemy znaleźć już wiele przykładów. Jednym z nich było opracowanie czystej technologii PVD (technika zastosowana do dekoracyjnego platerowania) do produkcji elementów dekoracyjnych, czy też demonstracja systemu blanszowania „Closed Loop” w przetwórstwie ziemniaka. Z ciekawszych przykładów można też przywołać projekt dotyczący opakowań do ryżu pozbawionych zanieczyszczeń, gdzie demonstracja dotyczyła zastosowania przemysłowego nowej „czystej” technologii pakowania żywności przy użyciu przyjaznej dla środowiska maszyny próżniowej. Z dziedziny motoryzacji dotację dostał projekt demonstracyjny przyjaznego środowisku systemu odlewania aluminiowych bloków silnika „Core Package” przy zastosowaniu nieorganicznego spoiwa. Wśród projektów dofinansowanych z Polski znalazł się między innymi projekt poświęcony instalacji demonstracyjnej wytwarzania kruszyw lekkich z osadów ściekowych i krzemionki odpadowej.

Jak więc widać z powyżej przytoczonych przykładów, są to projekty dotyczące w większości rozwoju technologii, metod produkcji lub dostosowania technologii w celu osiągnięcia określonego produktu.

W przypadku LIFE+ projekty muszą dotyczyć ochrony środowiska, w przypadku zaś Programu NCBiR Wsparcia badań w skali demonstracyjnej można mówić o 4 głównych obszarach oceny: zasadności kosztów, potencjale wykonawców i sposobie zarządzania projektem, strukturze projektu (trafność naukowa, zasadność zadań, efektywność ekonomiczna, ryzyka) i innowacyjności oraz ostatni obszar związany z celami projektu i ich uzasadnieniem.

Program będzie ukierunkowany na dwa główne typu projektów: pierwszy to budowa instalacji demonstracyjnych w celu przetestowania nowych technologii, drugi zaś typ obejmuje fazy wcześniejsze, gdyż zaczyna się od badań naukowych i kończy na przygotowaniu technologii lub produktu przetestowanego na instalacji demonstracyjnej.

Bardzo ważne jest zrozumienie, iż jest to projekt badawczo – rozwojowy z całą swoją specyfiką w zakresie kwalifikowania kosztów. – mówi Beata Tylman, dyrektor w zespole pomocy publicznej PwC. – Przede wszystkim instalacja pilotażowa/ demonstracyjna nie może być wykorzystywana komercyjnie. Jeśli to nastąpi, wszelkie dochody uzyskane z tego tytułu są odejmowane od kosztów kwalifikowanych do dotacji. Po drugie, należy wnikliwie przejrzeć katalog kosztów kwalifikowanych. Są to koszty typowe dla projektów B+R tj. wynagrodzenia zaangażowanych osób lub amortyzacja wykorzystywanego sprzętu. W katalogu znalazły się dodatkowo techniczne studia wykonalności na potrzeby prac rozwojowych. Nie ma tu miejsca na inwestycje przedsiębiorstw, czy choćby wdrożenie wyników prac B+R.

Dodatkowo projekt powinien uwzględniać plan wykorzystania instalacji demonstracyjnej po zakończeniu realizacji projektu, nie można więc założyć zbudowania instalacji, która po zakończeniu projektu będzie stała bezużytecznie lub zostanie zutylizowana.

Interesujący jest zakładany system składania wniosków. Ma być on jednoetapowy i oparty wyłącznie o system elektronicznego składania wniosków. Wnioski, które otrzymają minimum 60% punktów, przechodzą do etapu prezentacji projektu na panelu ekspertów, który podejmuje ostateczną decyzję o przyznaniu dofinansowania.

Generalnie zakłada się wsparcie dużych projektów, gdyż wartość minimalna projektów została określona na 5 mln PLN, a maksymalna kwota dotacji to aż 100 mln PLN. Zakłada się, iż w wyniku programu powstanie zaledwie 10 instalacji pilotażowych/ demonstracyjnych.

Projekty mogą trwać maksymalnie 3 lata, poziomy dofinansowania są standardowe jak dla projektów badawczych, czyli od 25% do 80% w zależności od wielkości przedsiębiorstwa i rodzaju badań. Przy tym badania przemysłowe nie mogą stanowić więcej niż 15% kosztów kwalifikowanych. Dotacja na techniczne studia wykonalności na potrzeby prac rozwojowych wynosi dla małych lub średnich przedsiębiorstw do 50%, zaś dla dużych – do 40%.

Rusza nowy program wsparcia prac badawczo – rozwojowych (R&D)

Do 100 mln zł dotacji może otrzymać przedsiębiorstwo na dofinansowanie swoich prac badawczo – rozwojowych (wraz z budową instalacji pilotażowych) w ramach nowego programu ogłoszonego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. O dofinansowanie mogą starać się zarówno małe, średnie jak i duże przedsiębiorstwa. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte jest to jedna z ostatnich możliwości otrzymania tak wysokich dotacji na projekty R&D przed wejściem w życie nowego budżetu unijnego na lata 2014-2020. Wnioski do NCBiR można składać w terminie od 19 marca do 2 maja br.

W ramach programu wsparcie otrzymają duże i kompleksowe przedsięwzięcia badawcze, których wartość przekracza 5 mln zł. Pod uwagę będą brane te projekty, które uwzględniają budowę instalacji pilotażowych lub demonstracyjnych służących testowaniu innowacyjnych rozwiązań technologicznych i produktowych.

„Nowy program NCBiR stanowi z pewnością ważny i potrzebny instrument wsparcia zwłaszcza w obecnej sytuacji wyczerpania środków na duże przedsięwzięcia badawcze. Mogą z niego skorzystać przedsiębiorstwa reprezentujące różne branże. Istotnym elementem jest możliwość dofinansowania działań dotyczących budowy instalacji pilotażowych, walidacji czy testów, celem jak najlepszego przygotowania uzyskiwanych wyników do wdrożenia w działalności gospodarczej” – mówi Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider zespołu R&D and Government Incentives w Europie Środkowej, Deloitte.

Firmy, które posiadają już wiedzę wynikającą z wcześniej zrealizowanych prac badawczych będą mogły ubiegać się o wsparcie na realizację dalszych prac uwzględniających techniczne studia wykonalności, testy oraz budowę prototypów.

Wartość dofinansowania może wynieść od 40 proc. do 80 proc. dla przedsiębiorców (w zależności od rodzaju prowadzonych prac i wielkości przedsiębiorstwa) oraz do 100 proc. dla jednostek badawczych. Na dofinansowanie projektów badawczych NCBiR przeznacza 830 mln PLN (łącznie wkład publiczny i krajowy). „Dla wnioskodawców nowy program NCBiR może być jedną z ostatnich możliwości otrzymania tak wysokich dotacji na projekty B+R przed uruchomieniem nowych programów w ramach unijnej perspektywy finansowej 2014-2020, na które musimy poczekać co najmniej rok” – dodaje ekspert.

Więcej informacji o programie „Wsparcie badań naukowych i prac rozwojowych w skali demonstracyjnej”: www.ncbir.pl

Służbowa komórka i samochód podlegają opodatkowaniu

Według wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego korzystanie przez menedżera ze służbowej komórki czy samochodu lub zwrot kosztów hotelowych przez firmę, która go zatrudnia, podlega opodatkowaniu. Może to oznaczać w praktyce, że menedżerowie, ale także osoby wykonujące pracę na umowę o dzieło lub zlecenie, dostaną niższe wynagrodzenie „na rękę”. Eksperci mówią, że w konsekwencji orzeczenia NSA zmienią się zapisy umów o zarządzanie przedsiębiorstwem, jakie podpisują menedżerowie firm.

W wyroku z 6 grudnia 2012 r., Naczelny Sąd Administracyjny orzekł, że firma zatrudniająca menedżera przed przekazaniem świadczeń takich jak pobyt w hotelu czy służbowy samochód musi pobrać od niego zaliczkę na podatek dochodowy. NSA podkreślił, że na podstawie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, przychodem są otrzymane lub postawione do dyspozycji podatnika pieniądze oraz wartość otrzymanych świadczeń w naturze i innych nieodpłatnych świadczeń. Dlatego też sąd uznał, że nie ma znaczenia to, że przekazane przez spółkę składniki jej majątku nie były wykorzystywane przez menedżerów do celów osobistych, a tylko do celów związanych z wykonywaniem umowy o zarządzanie, zawartej z tą spółką.

Orzeczenie NSA może się odnosić także do umów o dzieło czy umów zlecenia, gdzie zleceniobiorca zobowiązuje się do wykonania na rzecz zlecającego dzieła lub czynności, korzystając ze składników majątku zleceniodawcy.

– Orzeczenie dotyczy menedżerów, którzy w ramach własnej działalności gospodarczej świadczyli usługi zarządzania. Na gruncie przepisów podatkowych te usługi zarządzania traktowane są jak działalność wykonywana osobiście, niezależnie od tego, że są świadczone w ramach działalności gospodarczej. Dlatego może mieć to znaczenie dla bardzo szerokiej grupy osób. Trzeba pamiętać o tym, że w chwili obecnej ta forma zatrudnienia – wykonywanie czynności zarządzania – jest bardzo powszechna w wielu podmiotach, zarówno prywatnych, jak i państwowych – wyjaśnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Anna Misiak, członek Rady Podatkowej PKPP Lewiatan.

Wyrok NSA oznacza w praktyce ubytek w wynagrodzeniu netto osób zatrudnionych na podstawie kontraktów menedżerskich, na podstawie umów o dzieło lub zlecenie, którzy otrzymują świadczenia od zleceniodawcy.

– W przypadku, kiedy powstaje dodatkowy przychód do opodatkowania, to koszty dodatkowego opodatkowania ponosi sam pracownik, zleceniobiorca czy menedżer, ale jednocześnie traci on na swoim wynagrodzeniu netto. Ma więc argument, aby żądać od pomiotu, który go zatrudnia, zwiększonego wynagrodzenia po to, żeby zrekompensować sobie w jakiś sposób utracony zarobek netto – podkreśla ekspertka Rady Podatkowej Lewiatan. – To mogą być również zwiększone koszty po stronie ubezpieczeń społecznych, ponieważ przychód podatkowy stanowi jednocześnie podstawę do naliczenia składek ZUS, które obciążają zarówno podmiot dający zatrudnienie, jak i podmiot wykonujący pracę.

Wyrok NSA dotyczy indywidualnej sprawy, nie został wydany w formie uchwały wiążącej wojewódzkie sądy administracyjne, dlatego nie jest pewne, jakie decyzje będą podejmowały organy podatkowe i sądy w kolejnych podobnych sprawach.

– Mamy nadzieję, że nie rozciągnie się to na inne przypadki, które aktualnie są rozpatrywane przez sądy. Trzeba mieć nadzieję, że sądy rozpoznając podobne sprawy będą kierowały się racjonalizmem i będą oceniały w każdym przypadku indywidualnie, czy można mówić o powstaniu przychodu z tego tytułu, że udostępnia się wyłącznie pewne narzędzia i środki do wykonania pracy – mówi ekspertka.

Może mieć to jednak wpływ na zapisy umów o zarządzanie firmą, jakie podpisują menedżerowie.

– Już teraz będzie trzeba mieć na względzie to, że zobowiązanie spółki do udostępnienia samochodu, telefonu czy komputera w celu wykonania zlecenia na jej rzecz może wiązać się z ryzykiem podatkowym. Omawiany wyrok NSA może mieć także skutek dla osób, które w ramach ustawy kominowej wykonują swoje czynności zarządzania przedsiębiorstwami, czyli spółki Skarbu Państwa będą miały zwiększone koszty – podsumowuje Anna Misiak.

NSA w wyroku z 6 grudnia 2012r. orzekł, że przychodem osób zatrudnionych na podstawie kontraktów menedżerskich są wszelkie świadczenia otrzymane w celu wykonania usługi. Chodzi głównie o koszty udostępnienia menedżerom składników majątku oraz ponoszenie przez firmę jakichkolwiek innych kosztów związanych z wykonaniem kontraktu menedżerskiego.

Zmniejsza się skala zatorów płatniczych

Nastroje przedsiębiorców coraz gorsze i to w większości branż – wynika z raportu BIG. W ciągu ostatnich trzech miesięcy najbardziej zmieniło się nastawienie dostawców usług finansowych i usług masowych. Wskaźnik BIG wśród małych i średnich przedsiębiorców wyniósł -9,42 pkt i jest na najniższym w historii poziomie. Pozytywnym sygnałem jest to, że spada zadłużenie firm i skala zatorów płatniczych. wWedług autoró raportu może to oznaczać zapowiedź odbicia koniunktury.

– Patrząc na najnowszy raport BIG, pokazujący wskaźnik bezpieczeństwa w obrocie gospodarczym widać, że spadły trochę nastroje przedsiębiorców. Spadek ten jest podobny do tego, który wystąpił rok temu. Wskaźnik osiągnął poziom 5,46 pkt. Zdecydowanie większy spadek nastrojów nastąpił w segmencie małych i średnich firm i przekroczył on poziom -9 pkt – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mariusz Hildebrand, prezes BIG InfoMonitor.

Spadki nastrojów odnotowano we wszystkich branżach. Wyjątkiem jest branża turystyczna, w której wskaźnik wzrósł o prawie 2,69 punkty. W porównaniu z lutym 2012 roku jest blisko dwa razy większy.

Najpoważniejsze pogorszenie nastrojów w ciągu ostatnich trzech miesięcy nastąpiło w grupie dostawców usług finansowych (-15,18 pkt.) oraz w nieco mniejszym stopniu w grupie przedsiębiorców (-6,56 pkt.). Na ten spadek wskaźnika w przypadku dostawców usług finansowych przede wszystkim wpływ miał zdecydowany wzrost przeterminowanych wierzytelności. Dotyczy to zarówno klientów indywidualnych (spadek o ponad 48 pkt.), jak i klientów korporacyjnych (spadek o ponad 30 pkt.).

– Największe spadki nastrojów odnotowaliśmy wśród dostawców usług masowych i dostawców usług finansowych. Na wskaźnik składa się wiele czynników, które pokazują pozytywne lub negatywne skutki działalności gospodarczej, to, co się dzieje w gospodarce od kilku miesięcy, jak również to, że w styczniu i w lutym wystąpił wzrost bezrobocia. To przekłada się również na nastroje przedsiębiorców – mówi Mariusz Hildebrand.

Dobre nastroje są również wśród firm z branży e-commerce. Nie jest to tylko polska specyfika.

– Wynika to głównie z faktu, że firmy e-commerce są najmniej narażone na efekty zmian nastrojów. Zresztą jak patrzymy na ogólnoświatową tendencję, branża sprzedaży w internecie przynosi największe efekty gospodarcze w ciągu ostatnich kilku lat – podkreśla Mariusz Hildebrand.

Podstawowe wskaźniki spadają, ale są i dobre sygnały

Nadal dla 83 proc. firm nieterminowe płatności stanowią przeszkodę w prowadzeniu działalności gospodarczej. Pozytywnym sygnałem jest jednak to, że spada zadłużenie firm i zmniejsza się skala zatorów płatniczych. Od przeszło sześciu miesięcy wzrasta liczba firm pozytywnie ocieniających zdolność kontrahentów do regulowania bieżących zobowiązań. Wynik ten jest wyższy w stosunku do badania z sierpnia 2012 br. o 5 pkt. proc. Obecnie 64 proc. respondentów uważa, że ich partnerzy biznesowi mają wysoką zdolność do regulowania bieżących zobowiązań. 27 proc. ankietowanych firm ocenia, że suma przeterminowanych należności, z jakimi zalegają na ich rzecz kontrahenci, przekracza 100 tysięcy złotych.

– Większość przedsiębiorców wskazuje, że zmniejszają się kwoty zaległości powyżej 100 tysięcy zł, czyli zaczynają się spłacać należności. Odczuwalność problemów, jeśli chodzi o zatory płatnicze trochę się zmniejszyła, więc mamy kilka sygnałów, że jednak koniunktura będzie w tym roku lepsza niż się spodziewamy – ocenia prezes BIG InfoMonitor.

Mimo spadku nastrojów, widać, że firmy coraz lepiej radzą sobie lepiej z sytuacją gospodarczą.

– Pomimo spadku głównych wartości wskaźników, mamy pozytywny rozwój sytuacji gospodarczej: zmniejszają się zatory płatnicze, widać, że więcej przedsiębiorców ma środki, żeby nam zapłacić nasze należności. I to powoduje, że pozytywny nastrój wśród przedsiębiorców powoli się rozwija i jest on możliwy w przyszłości – ocenia prezes BIG InfoMonitor.

Z badania BIG InfoMonitor wynika także, że już od ponad 9 miesięcy powiększa się grupa firm, które otrzymały w terminie ponad 90 proc. należności. Według stanu na koniec lutego br. było to 16 proc. wszystkich badanych firm. Wciąż najlepiej swoją sytuację finansową oceniają dostawcy usług masowych, wśród których 54 proc. respondentów otrzymuje między 76 proc. a 100 proc. płatności na czas. Najwolniej płatności spływają do przedsiębiorców i przedstawicieli branży e-commerce, wśród których odpowiednio 25 proc. i 26 proc. firm otrzymuje w terminie mniej niż jedną czwartą należnych płatności.

Działalność finansowana głównie ze środków własnych

Progresu nie widać natomiast w nastawieniu firm do banków. Z raportu BIG InfoMonitor wynika, że większość badanych firm (84 proc.) wykorzystuje środki własne do finansowania działalności. Zaledwie 18 proc. ankietowanych podmiotów w tej grupie korzysta z kredytów bankowych.

Blisko jedna trzecia firm korzysta z pożyczek z banków komercyjnych, najchętniej z takiego typu finansowania działalności korzystają firmy z branży e-commerce. Równie często, choć nieznacznie rzadziej, na takie rozwiązanie decydują się przedsiębiorcy (39 proc.) oraz firmy z branży budowlanej (37 proc.). Co dziesiąta badana firma korzystała lub korzysta z usług zarówno banków komercyjnych bądź spółdzielczych, większość wybiera banki komercyjne (53 proc.), aż 22 proc. deklaruje, że w ogóle nie korzysta z usług banków.

– Spora cześć firm upatruje banki jako utrudnienie prowadzenia działalności. Większość korzysta jednak z własnych środków finansowych, co jest dość niezrozumiałe, bo korzystanie z finansowania zewnętrznego, czyli z kapitału obcego, jest zwykle bardzo dobrym i najmniej kosztownym rozwiązaniem dla firmy. Oczywiście, wiąże się z pewnym ryzykiem związanym z tym, że zaciągając zobowiązanie kredytowe czy finansowe musimy je spłacić, zresztą jak każde inne zobowiązanie. Jednak spora część firm nie korzysta z tego typu finansowania działalności. Jeśli już korzystają, to zwykle z banków komercyjnych niż spółdzielczych – podsumowuje Mariusz Hildebrand.

Polkomtel wnioskuje o unieważnienie całego przetargu na 1800 MHz

Polkomtel złożył wniosek o unieważnienie przetargu na częstotliwości z zakresu 1800 MHz, z powodu rażącego naruszenia przepisów prawa i interesów uczestników przetargu. Zgodnie ze złożonym wnioskiem rażące naruszenia wystąpiły zarówno w ramach ogłoszenia, procesu dokonywania ocen złożonych ofert oraz rozstrzygnięcia przetargu.

W złożonym wczoraj wniosku o unieważnienie podane zostały argumenty, które w sposób oczywisty podważają legalność przeprowadzonego przetargu. Zastrzeżenia budzi kwestia odrzucenia oferty nr 2 Polkomtel z powodu braku pieczątki. Niepokoi także fakt, że dokumentacja przetargowa UKE od początku faworyzowała jeden podmiot kosztem innych. Spółka wskazuje także na rażące błędy przy weryfikacji konkurencyjności uczestników przetargu oraz powierzchowną, niekompletną oraz nierzetelną opinię Prezesa UOKiK.

Na szczególną uwagę zasługuje nierówne traktowanie uczestników przetargu. Według dokumentacji przetargowej, Polkomtel, aby tak jak PTC SA, operator sieci T-Mobile zdobyć miejsca 4 i 5 musiałby zadeklarować dwa razy po 526 mln zł. Przypominamy przy tym, że PTC SA, która jak sama twierdzi ma najwięcej klientów na polskim rynku, czyli ponad 16 mln, za częstotliwości zapłaci 450 mln zł, podczas gdy Polkomtel z blisko 14 mln abonentów, aby nie tyle wygrać, ale tak jak T-Mobile zdobyć miejsca 4 i 5 musiałby zapłacić niemal 1 mld 100 mln zł, czyli 650 mln zł więcej niż koncern Deutsche Telekom.

Co więcej, dokumentacja przetargowa UKE od początku faworyzowała jedne podmioty kosztem innych. Prezes UKE konstruując warunki przetargu, od początku miał świadomość, że na ich podstawie przyzna częstotliwości konkretnej firmie. Mierniki badania poszczególnych kryteriów oceny ofert zostały skonstruowane jedynie w sposób fasadowy i pozorujący taką ocenę.

W sprawie odrzucenia jednej z ofert Polkomtelu z powodu braku pieczątki, niepokoi fakt powierzchowności działań komisji przetargowej i dowolność podejścia organu do kwestii oceny spełnienia wymogów formalnych uczestnika przetargu. We wniosku o unieważnienie bezsprzecznie udowodniliśmy błędy, jakie w tym zakresie popełniła Komisja przetargowa.

Podaliśmy powyżej jedynie wybrane argumenty. Cała nasza argumentacja zarzucająca UKE ogłoszenie, przeprowadzenie i rozstrzygnięcie przetargu w sposób rażąco naruszający prawo, zajmuje kilkadziesiąt stron. Biorąc pod uwagę powyższe, stoimy na stanowisku, że Prezes UKE jako urzędnik państwowy, który zawsze deklaruje konieczność działania zgodnie z prawem, zastosuje tę zasadę również teraz i przede wszystkim w stosunku do siebie. Jedyną decyzją zgodną z prawem, jaką może podjąć Prezes UKE jest unieważnienie przetargu.

Złoto tanieje a powrót hossy jest mało prawdopodobny

Od 1 stycznia 2013 r. cena złota spadła o ponad 100 dolarów za uncję. Podczas poniedziałkowej sesji inwestorzy płacili za uncję 1575 dolarów. Spadek ten wynika z ogólnej poprawy sytuacji na rynkach finansowych – zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i strefie euro. Sprzyja to inwestowaniu w bardziej ryzykowne aktywa, takie jak akcje. Inwestorzy natomiast stopniowo pozbywają się złota, którego głównym walorem jest bezpieczeństwo.

Tylko przez ostatni miesiąc cena złota spadła o ponad 5 proc.

– Już od dłuższego czasu wycofywali się z tego rynku ci najbardziej świadomi inwestorzy w funduszach hedgingowych. Niedawno napłynęły dane, że dotyczy to również inwestorów indywidualnych, którzy kupują złoto poprzez fundusze ETF [fundusze inwestycyjne odwzorowujące dany indeks giełdowy – red.] i oni również powoli wyprzedają swoje aktywa z funduszy. To na razie nie jest proces dramatyczny. Działają też czynniki stabilizujące ceny złota, więc nie będzie panicznej wyprzedaży, ale moim zdaniem scenariusz powolnego osuwania się ceny złota jest najbardziej prawdopodobny – prognozuje Maciej Bitner, główny ekonomista Wealth Solutions.

Hossa na rynku złota trwała aż dwanaście lat, napędzana głównie przez liberalną politykę monetarną amerykańskiego banku centralnego. Choć stojący na czele FED Ben Bernanke zwiększa ilość pieniądza na rynku, to nie ma już tak znacznego wpływu na cenę złota, jak w ubiegłych latach.

Ceny złota rosły wraz z popytem na kruszec, ponieważ pojawiało się coraz więcej zainteresowanych kupnem inwestorów.

– W 2012 roku mniej więcej co druga sztabka była kupowana w celach inwestycyjnych – tłumaczy Bitner. – Ci inwestorzy kupowali je po to, żeby za jakiś czas sprzedać z zyskiem. Póki cały czas ta grupa rośnie, to cena może się piąć do góry. Natomiast jak warunki rynkowe się zmienią i inwestorów ubędzie, to czeka nas przecena, bo ten popyt fundamentalny może złoto przyjąć, ale nie po tak wysokich cenach.

Nie oznacza to, że hossa na rynku szlachetnego kruszcu nie powróci w przyszłości. Będzie jednak ona w mniejszym stopniu wynikała z działań inwestorów, a w większym z popytu na praktyczne zastosowanie złota.

– Widzę powrót hossy wtedy, kiedy ten wzrost będzie bardziej zdrowy, kiedy wycofa się część inwestorów z tego rynku i większą część popytu z powrotem będzie stanowił popyt jubilerski, bo ten popyt gdzieś tam w tle jest – twierdzi główny ekonomista Wealth Solutions. – Gospodarka światowa się rozwija, kraje azjatyckie będą chciały kupować więcej złota, nie tylko w celach inwestycyjnych.

Zdaniem Bitnera złoto nie jest najlepszym aktywem na najbliższe lata.

– Jeżeli inwestor kupił po to, żeby mieć zupełnie bezpieczne środki, to zdecydowanie już powinien sprzedać, dlatego że to nie jest właściwa inwestycja przy takim celu inwestycyjnym – mówi analityk. – Jeśli chcemy wycofać się bezpiecznie za pół roku czy rok, to w ogóle powinniśmy od złota trzymać się z daleka, podobnie jak od rynku akcji. Natomiast jeżeli chcemy przez kilka lat zarobić, to moim zdaniem większy zarobek będzie na tradycyjnych aktywach.

Zdaniem głównego ekonomisty Wealth Solutions osoby, które mimo wszystko zdecydują się na inwestowanie w złoto, powinny nabyć raczej jednostki uczestnictwa funduszy inwestycyjnych, a nie sztabki.

– Inwestowanie w sztabki nie jest efektywną strategią, ponieważ wysokie są marże z tego tytułu, że sztabka musi być wytopiona, dostarczona, jest też marża marketingowa firm, które te sztabki oferują – przekonuje Bitner. – Dużo lepiej jest zainwestować w fundusze ETF, niestety na polskiej giełdzie takiego funduszu nie ma, ale poprzez giełdy zagraniczne można kupić fundusz, który masowo kupuje i magazynuje złoto np. w Szwajcarii czy w Londynie i nie pobiera żadnej opłaty dystrybucyjnej, natomiast za zarządzanie jest opłata na poziomie 0,2-0,3 proc. rocznie.

W przypadku zakupu sztabek problemem może być także ich przechowywanie, a także późniejsza sprzedaż.

Luty był piątym z rzędu miesiącem, w którym wartość złota spadała. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce w 1997 r.

Od nowego roku ulgi podatkowe dla najbardziej innowacyjnych firm?

To ma być prawdziwa rewolucja. Ministerstwo Gospodarki zapowiada nową ulgę podatkową dla najbardziej innowacyjnych firm. Jeżeli ta propozycja przejdzie to już od przyszłego roku będzie można odliczyć od podatku wydatki poniesione na badania i rozwój. Wicepremier i szef resortu Janusz Piechociński przyznaje, że może być trudno przekonać do tego Ministerstwo Finansów.

– Proponujemy ulgę innowacyjną. Byłyby to odpisy w podatkach CIT i PIT. Takie rozwiązania są w niektórych krajach europejskich i tam się sprawdziły – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Janusz Piechociński. – My chcemy dać nowy impuls. W ostatnich latach z funduszy publicznych, nie tylko europejskich, ale i krajowych, wprawdzie znacząco zwiększyliśmy nakłady na to, co się nazywa badania i rozwój, ale najczęściej są to sale wykładowe, laboratoria i sprzęt.

Propozycja nowej ulgi zakłada, że firma prowadząca prace badawczo-rozwojowe może skorzystać z preferencji podatkowych (przy rozliczaniu podatku dochodowego od osób fizycznych – PIT lub osób prawnych – CIT).

– Myślę, że to rozwiązanie znajdzie szersze poparcie społeczne, ponad partyjnymi podziałami. Dzisiaj jesteśmy to winni polskiej przedsiębiorczości, bo wygasają te proste przewagi konkurencyjne sprzed kilku lat, oparte o niższe ceny kapitału ludzkiego, niższe ceny energii, niższe podatki czy opłaty lokalne – wyjaśnia szef resortu gospodarki.

Ministerstwo Gospodarki, w którym powstał projekt, chce, by ulga obowiązywała od początku 2014 roku. Jest to część Programu Rozwoju Przedsiębiorstw do 2020 roku, który wpisuje się w nowy budżet Unii Europejskiej. Dzięki nowej uldze zwiększyć się ma innowacyjność polskich firm.

– Chcielibyśmy, aby na styku poprzedniej i nowej perspektywy finansowania unijnego odwrócić proporcje. Aby były to wspólne wystąpienia przedsiębiorczości polskiej oraz nauki, które bardzo szybko, w odstępie kilku albo kilkunastu miesięcy pojawią się w realnej produkcji jako zaimplementowane wynalazki czy rozwiązania techniczne – zapowiada Janusz Piechociński w czasie targów CeBIT w Hanowerze, których Polska jest partnerem strategicznym, a Ministerstwo Gospodarki i Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości współorganizatorami.

Projekt znajduje się obecnie na etapie konsultacji międzyresortowych. Jeżeli poszczególne ministerstwa nie będą zgłaszały większych wątpliwości, to powinien on w drugiej połowie roku przejść całą ścieżkę legislacyjną i wejść w życie wraz z 2014 rokiem. Minister gospodarki obawia się jednak, że zastrzeżenia mogą pojawić się w Ministerstwie Finansów. Nowa ulga wiązałaby się bowiem z uszczupleniem wpływów do budżetu państwa.

– Zapewne będzie to pole sporu z tymi, którzy w rządzie pilnują dochodów budżetowych. Ale w ramach równowagi gospodarczej nie wolno tylko oszczędzać, trzeba też inwestować. Inwestowanie w rozwój i praktyczne wdrażanie na co dzień innowacyjności w usługach i przemyśle jest jedyną szansą odbudowania większej niż dotąd konkurencyjności polskiej gospodarki – podkreśla wicepremier.

Dziś firmy, które decydują się na inwestowanie w badania, by zwiększyć jakość swoich produktów, mogą zaliczyć poniesione wydatki do kosztów uzyskania przychodu, ale nie mogą skorzystać z ulg za tworzenie innowacyjnych produktów.

Postęp technologiczny powoduje, że media publiczne straciły przewagę w jakości treści

Media publiczne straciły przewagę nad prywatnymi pod względem jakości treści – uważa były prezes TVP Robert Kwiatkowski. Konkurencja i brak dobrych programów powodują fatalną kondycję finansową państwowego nadawcy. Wiadomo, że tylko w okresie od stycznia do listopada 2012 r. TVP straciła 150 mln zł netto. Oficjalne wyniki za cały 2012 r. TVP ma podać pod koniec marca.

– Wyniki są rzeczywiście alarmujące, bo strata przekracza tę, którą miał LOT. Dramatem byłaby utrata płynności, mam nadzieję, że do tego nie dojdzie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Robert Kwiatkowski, były prezes TVP. Nie chce jednak oceniać Juliusza Brauna, który jest prezesem spółki od 2011 r. Podkreśla, że niedługo miną dwa lata jego prezesury i jest to dobry moment na ocenę, ale powinna ona wyjść ze strony rady nadzorczej.

Kwiatkowski przyznaje, że media publiczne w coraz mniejszym stopniu mogą rywalizować z nadawcami prywatnymi. Podkreśla jednak, że problemem jest nie tylko siła konkurencji, ale i przestarzały model funkcjonowania nadawców publicznych.

– Zmiana technologii stawia pod znakiem zapytania sens funkcjonowania rozgłośni radiowych, regionalnych, w składzie stu czy stu kilkudziesięciu pracowników – mówi były prezes TVP.

Kwiatkowski dobrze wspomina jednak okres własnej prezesury w latach 1998-2004. Przypomina, że podjął wtedy trudną decyzję o zwolnieniu 2 tys. ludzi, czyli jedną trzecią pracowników. Podkreśla, że nie był to łatwy proces, jednak zmiany były konieczne dla reformy TVP. Były prezes uważa, że pomimo pojawiającej się krytyki widzowie dobrze wspominają lata jego urzędowania.

– Udało się zwiększyć udziały w rynku, mieliśmy masę premierowych produkcji. Oczywiście, krytyki nigdy nie brakowało, ale ja jestem dumny z tego, co osiągnąłem – mówi Robert Kwiatkowski.

Polska strategicznym partnerem CeBIT 2013

Ponad 200 wystawców z Polski weźmie udział w tegorocznych targach CeBIT. Kolejnych 100 przedsiębiorców uczestniczy będzie w tzw. giełdzie kooperacyjnej, gdzie nawiązywane są nowe kontakty biznesowe. Są wśród nich najróżniejsi przedstawiciele sektora ICT (technologii informacyjnych i komunikacyjnych) – od twórców oprogramowania, przez firmy logistyczne, po operatorów pocztowych. Strona polska zorganizuje około 700 spotkań z biznesmenami i organizacjami przedsiębiorców.

– Na CeBIT będzie wszystko: hardware, software, usługi, logistyka – wymienia wiceminister gospodarki Dariusz Bogdan. – Od Instytutu Logistyki i Magazynowania który będzie pokazywał świetne rozwiązania, poprzez InPost, operatora pocztowego, który zapewnia również logistykę, poprzez Oktawave, czyli polską wielka chmura obliczeniowa, aż po duże rozwiązania software i to, co oferujemy jako Polska samej administracji publicznej, czyli usługi – dodaje wiceminister w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Podczas targów odbędą się nie tylko wystawy, ale także spotkania i seminaria. Tegoroczny CeBIT jest dla Polski szczególnie ważny, ponieważ w tym roku Polska jest partnerem strategicznym tych targów.

– Chcemy zaprezentować wszystko to, co w Polsce jest najlepsze – mówi Dariusz Bogdan. – Chcemy pokazać, że Polska to kraj nowych technologii. Chociaż zwykle dla wielu państw kojarzymy się przede wszystkim z węglem, to jeśli bliżej się temu przyjrzymy, to dojedziemy do wniosku, że polski sektor ICT ma większy wpływ na PKB niż sam przemysł węglowy.

Firmy uczestniczące w CeBIT będą także brały udział w spotkaniach z partnerami na tzw. giełdzie kooperacyjnej, którą przygotowała Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości. Będzie to okazja do spotkań między średnimi i małymi firmami oraz start-upami. W targach uczestniczyć będzie wiele małych firm i mikroprzedsiębiorstw.

Targi posłużą także promocji Polski jako dobrego miejsca na inwestycje.

– Na targi jadą również strefy ekonomiczne po to, żeby pokazać, że Polska to świetny kraj do inwestowania – mówi Bogdan. – Przypomnę, że Polska została uznana w ubiegłym roku jako drugi kraj do inwestowania w UE po Niemczech.

Według wiceministra podczas targów będziemy mieli okazję pokazać inne mocne strony, m.in. chodzi tu o ukazanie Polski jako kraju rozwiniętego technologicznie i ludzi przedsiębiorczych.

– Spotykamy się z niemieckimi przedsiębiorcami, mówimy o tym jak bardzo ważne jest dla nas uczestnictwo w CeBIT, ale przede wszystkim mówimy to, że jesteśmy krajem nowoczesnym i pokazujemy nasz potencjał intelektualny i techniczny. Prezentujemy się również i przez cały rok będziemy prezentowali się w prasie i branżowej, jeżeli chodzi o ICT, ale również pozabranżowej – dodaje wiceminister gospodarki.

Polski sektor ICT (Information & Communication Technologies) jest najbardziej rozwinięty w UE, a jego szacunkowa wartość to 20 mld euro.

– Trzeba zwrócić uwagę, że rynek polski to największa dynamika i 10. miejsce na świecie. To warto podkreślać – mówi Bogdan.

Sukcesem Polski jest także wybór jej przez Niemcy na partnera strategicznego targów. Niemcy to kraj, w którym sektor ICT jest najlepiej rozwinięty, a jego wartość wynosi 150 mld euro. Strona polska nie zamierza się więc ograniczać do kilkudniowego uczestnictwa w targach, lecz wykorzystać swoją rolę partnera strategicznego niemieckich targów do celów promocyjnych.

– To jest dla nas bardzo ważne dlatego, że podkreśla nasze umiejętności, stąd przez cały rok będziemy chwalić się tym, będziemy jeździli po świecie i będziemy mówili o tym, że Niemcy wybrały Polskę jako partnera strategicznego, bo to jest dla nas ważne i pokazuje rzeczywisty potencjał – mówi wiceminister gospodarki.

Oprócz Niemiec, promocja polskiego ICT będzie się odbywać w innych krajach, takich jak USA, Chiny czy Indie.

Polscy specjaliści z branży wśród najlepszych

Największym walorem polskiego ICT jest kapitał ludzki.

– We wszystkich konkursach, które się odbywają na świecie, od konkursów Google, Microsoftu, Intela, programowania grupowego, Polacy wszędzie zajmują doskonałe miejsca, są cenionymi pracownikami w największych firmach na świecie – zauważa wiceminister. – Samych centrów BPO [Business Process Offshoring, usługi pozaprodukcyjne dla biznesu – red.] w Polsce jest 360 – dodaje.

Corocznie studia związane z ICT kończy w Polsce 40 tysięcy absolwentów. Co więcej, wyjazdy zagraniczne do pracy nie są wśród specjalistów z tej branży tak powszechne jak w innych dziedzinach. Wynika to z dobrych płac w polskich firmach działających w tym sektorze. Szczególne sukcesy Polacy odnoszą w tworzeniu gier komputerowych.

– Również na targach CeBIT będzie bardzo duży sektor gaming, reprezentowanych będzie kilkanaście polskich firm. To jest coś, w czym jesteśmy absolutnie liderami na świecie i w czym jesteśmy doceniani – przekonuje wiceminister.

Targi CeBIT (skrót od Centrum der Büro- und Informationstechnik) to jedne z największych targi Technologii Informacyjnych i Komunikacyjnych (ITC). Odbywają się w Hanowerze od 1986 r. co roku w połowie marca – w tym roku między 5 a 9 marca.

20 mld zł na inwestycje drogowe w 2013 r.

Od czasu wejścia Polski do Unii Europejskiej wkład budownictwa drogowego w branżę budowlaną rósł nieprzerwanie, osiągając w 2011 roku udział na poziomie 28%. Rok 2012 był pierwszym okresem spowolnienia, a wkład drogownictwa spadł do 22%. Najbliższe dwa lata dla branży będą raczej trudne, jednakże długoterminowy potencjał wciąż jest spory, co wynika przede wszystkim z dużych potrzeb, jakie generuje polska, wciąż niekompletna, sieć drogowa.

Według najnowszego raportu firmy badawczej PMR „Budownictwo drogowe w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2015”, po spadkowym roku 2012, kiedy to wartość rynku budownictwa drogowego skurczyła się o ok. 19%, także rok 2013 przyniesie dalszy spadek produkcji w tym segmencie – do ok. 20 mld zł. Obecnemu spowolnieniu w branży drogowej towarzyszy znaczne pogorszenie sytuacji finansowej firm wykonawczych, co jest związane z malejącą liczbą przetargów na nowe przedsięwzięcia.

Budownictwo drogowe znajduje się aktualnie w punkcie zwrotnym, a ostateczny scenariusz będzie zależał od kilku czynników. Dalszy rozwój branży może ułatwić planowana poprawa standardów współpracy między zamawiającymi a wykonawcami inwestycji. Spory toczące się pomiędzy stronami doprowadziły do rozwiązania wielu umów oraz wydłużenia terminów realizacji inwestycji. Co więcej, konieczność przeprowadzania nowych przetargów pociąga za sobą dodatkowe koszty oraz opóźnia oddawanie tras do użytku.

Obecnie stosowane praktyki, oparte o funkcjonujące zapisy prawne, przyczyniły się do upadłości wielu firm budowlanych. W 2012 roku zbankrutowało ok. 300 przedsiębiorstw parających się realizacją prac budowlanych, a jako jedną z głównych przyczyn takiego stanu rzeczy wymienia się niskie poziomy cen oferowanych przez firmy budowlane w przetargach i brak możliwości późniejszej ich waloryzacji. Nowe zasady opracowywane dla postępowań przetargowych mają wejść w życie wraz z projektami przewidywanymi na kolejny okres finansowania unijnego. Przyszłe ramy prawne mają zagwarantować bardziej zrównoważony podział ryzyk pomiędzy stronami umowy, a gwałtowne zmiany cenowe, które dla wielu przedsiębiorstw stały się powodem poważnych trudności, mają zostać zniwelowane (jeśli nie zupełnie wykluczone) poprzez zastosowanie waloryzacji cen materiałów. W trakcie ustaleń są także regulacje dotyczące kwestii podwykonawców. Istnieje zatem realna szansa, by szara strefa w budownictwie została znacznie ograniczona.

Istotnym jest fakt, iż wraz z bolesnymi doświadczeniami, rośnie świadomość podmiotów odnośnie tego, jak prowadzić dane przedsięwzięcia. O ile najbliższe lata zostaną odpowiednio wykorzystane, to jakość pracy branży drogowej ulegnie znacznej poprawie.

Kluczową kwestią, która stanowi bazę wyjściową dla dalszej sytuacji branży, jest zapewnienie środków finansowych na realizację planowanych przedsięwzięć. Według szacunków analityków PMR, obecnie na różnym etapie przygotowania znajdują się projekty o wartości ok. 85 mld zł. Jednakże, z pewnością nie uda się zrealizować wszystkich zamierzeń, a ostateczny kształt programu inwestycyjnego planowanego przez GDDKiA będzie uzależniony od porozumienia osiągniętego na szczycie UE. Wstępnie wynegocjowana wielkości budżetu na lata 2014-2020 zakładającego środki dla Polski na zbliżonym do obecnego budżetu poziomie, powinny przynieść branży inżynieryjnej kilka lat stabilnej odbudowy potencjału.

Budujący dla drogowców powinien być fakt, że GDDKiA zapowiada rozpoczynanie pierwszych przetargów w ramach nowej perspektywy już w 2013 roku. Dodatkowo, racjonalne rozłożenie tych postępowań w czasie pozwoli uniknąć spiętrzenia zadań w jednym okresie i gwałtownych zmian cenowych na rynku, co miało miejsce w przypadku pakietu inwestycyjnego na Euro 2012.

Bardzo dobrym rozwiązaniem jest również przekazywanie utrzymywania dróg w ręce prywatnych przedsiębiorców na mocy umów zawieranych na określony czas. Segment ten jest co prawda zbyt mały, by wypełnić wyrwę po wielomilionowych przetargach na roboty budowlane, jednak stanowi dodatkowy rynek dla firm wykonawczych, a przy tym generuje oszczędności dla inwestora oraz gwarantuje odpowiedni stan nawierzchni dla użytkowników. Obecnie umowy dotyczą ok. 830 km tras krajowych, natomiast docelowo mają objąć wszystkie trasy będące pod zarządem GDDKiA.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Budownictwo drogowe w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2015”.

Niepewna przyszłość Specjalnych Stref Ekonomicznych

Specjalne Strefy Ekonomiczne, w których przedsiębiorcy mogą prowadzić działalność na preferencyjnych warunkach, istnieją w Polsce od 1994 r. Według obecnie obowiązującego prawa zakończą one swoją działalność w 2020 r. W tej chwili Ministerstwo Gospodarki proponuje przesunięcie tego terminu o kolejne sześć lat. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte jest to konieczne, gdyż zbliżająca się data zakończenia ich funkcjonowania, już teraz powoduje zmniejszenie ich atrakcyjności w oczach nowych inwestorów.

„SSE są jednym z nielicznych dostępnych obecnie instrumentów, jakie Polska może zaoferować inwestorom. Korzyści związane z ulokowaniem inwestycji w SSE polegają na objęciu dochodów uzyskanych w SSE zwolnieniem od podatku dochodowego, oczywiście przy założeniu, że spełnione zostaną określone przepisami warunki” – wyjaśnia Magdalena Szmulewska-Wich, Dyrektor w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte. Wysokość tego zwolnienia zależna jest od lokalizacji inwestycji oraz jej wielkości (poniesionych wydatków inwestycyjnych i utworzonych miejsc pracy). Przedsiębiorca może czerpać korzyści ze zwolnienia podatkowego w dłuższym okresie czasu, zazwyczaj wielokrotnie przekraczającym czas realizacji inwestycji. Nie może to trwać jednak dłużej niż okres funkcjonowania SSE.

Zasadniczym problemem jest tymczasem to, że zgodnie z obowiązującymi przepisami SSE funkcjonować mają jedynie do końca 2020 r. Oznacza to nie tylko ograniczenia czasowe w wykorzystaniu całości dostępnego zwolnienia podatkowego dla inwestorów, którzy są właśnie w trakcie realizacji inwestycji bądź już ją zrealizowali na terenie SSE, ale przede wszystkim znacznie zmniejszenie ich atrakcyjności dla nowych inwestorów. „Dostępność ulg podatkowych nie stanowi priorytetowego kryterium dla wyboru lokalizacji inwestycji, choć w wielu wypadkach okazuje się przysłowiowym języczkiem u wagi, nie tylko dla lokalizacji, ale także dla określenia rozmiaru inwestycji czy momentu jej rozpoczęcia” – tłumaczy Magdalena Szmulewska-Wich. Tymczasem, uwzględniając okres realizacji inwestycji, jest mało prawdopodobne, aby do końca funkcjonowania SSE przypadającego na 2020 r., inwestorzy mogli zakładać osiągnięcie takich zysków z nowo zakończonej inwestycji, aby możliwość objęcia ich zwolnieniem podatkowym była przez nich postrzegana jako korzyść realną do zrealizowania.

Problem ten został już dawno zauważony przez Ministerstwo Gospodarki, które w ostatnim czasie przedstawiło propozycję przedłużenia okresu funkcjonowania SSE do roku 2026. Postulat ten spotkał się jednak ze sprzeciwem Ministra Finansów, który twierdzi, że brak jest kompleksowych analiz i badań, które pozwoliłyby obiektywnie ocenić wartość ulg podatkowych w SSE (i uszczuplających wpływy do budżetu) w porównaniu z uzyskanymi korzyściami z tytułu tych inwestycji.

Oba resorty mają teraz opracować spójne kryteria zasadności przedłużenia funkcjonowania SSE.
W jednym projektów założeń nowelizacji ustawy strefowej Minister Gospodarki zaproponował wręcz bezterminowe funkcjonowanie SSE w zamian za ograniczenie pomocy publicznej (zwolnienia podatkowego). Dla nowych inwestorów jedynym ograniczeniem byłby wówczas określony kwotowo limit pomocy wynikający z wartości inwestycji i kosztów pracy oraz tzw. współczynnika intensywności pomocy dla danej lokalizacji. „Rozwiązanie takie byłoby szczególnie pożądane z perspektywy inwestorów branż o niskiej rentowności, w tym również różnego rodzaju centrów usług wspólnych, które ze względu na charakter i liczbę tworzonych miejsc prac dla absolwentów uczelni oraz szkół średnich są w wielu miastach szczególnie pożądanym rodzajem inwestycji” – podsumowuje Magdalena Szmulewska-Wich.

Dotychczas przez 16 lat funkcjonowania SSE ponad 600 przedsiębiorców krajowych i zagranicznych zdecydowało się wybrać tereny SSE na lokalizację swoich inwestycji, a ich łączna wartość przekroczyła 80 mld złotych, tworząc i utrzymując przy tym ponad 230 tysięcy miejsc pracy*. Pomimo, że w tym momencie trudno oszacować precyzyjnie, jak brak przedłużenia SSE wywarłby wpływ na przyszłe statystyki SSE, niewątpliwie nie byłby to skutek pożądany.

Профессиональные переводчики Польша Краков

Профессиональные переводчики Польша Краков - tłumaczenia Kraków

Компетентные и профессиональные люди, слушающие потребности клиентов – вот наша сила! Мы хотим быть для них профессиональным консультантом и ответственным партнёром, который старательно проанализирует их потребности  и предложит наиболее оптимальное решение.

Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pltłumaczenia patentów i norm

Наша миссия и цели:

Миссия: Создание бренда, связанного с качеством, своевременностью и честностью.

Наша миссия заключается в последовательной реализации программы развития и укрепления позиций на рынке переводческих услуг при полном соблюдении принципов политики качества, а также при заботливости об имидже. Кроме того её важным  элементом является обеспечение клиентов услугами самого высокого качества в кратчайшие сроки.

Цели: Создать взаимную лояльность и признание, осуществляя намерения и исполняя ожидания потребителей.  Целью компании, обусловленной исполнением миссии, является постоянный рост, обеспечение всех групп наших клиентов переводческими услугами самого высокого качества, а затем возможность справиться с вызовами, которые несут с собой развитие рынка переводческих услуг.

Знаем, что успех не рождается день ото дня, и поэтому, идя навстречу ожиданиям наших клиентов, на свой успех  мы работаем каждый день.

Business Centre Club: Powinniśmy ratyfikować pakt fiskalny

Polska powinna popierać reformy, które mają poprawić sytuację w strefie euro, bo sama kiedyś zostanie jej członkiem – twierdzi prof. Stanisław Gomułka. Pakt fiskalny, który będzie dyscyplinował budżety państw eurolandu właśnie do tego zmierza. Dziś Sejm podczas dodatkowego posiedzenia zajmie się projektem rządowej ustawy, upoważniającej prezydenta do ratyfikacji tego dokumentu.

Podczas kilkugodzinnej debaty premier będzie przekonywać opozycję, by zgodziła się na ratyfikację paktu. Sprzeciw wyrażały dotąd Prawo i Sprawiedliwość oraz Solidarna Polska, pozostałe partie przyjęcie paktu popierają.

Pakt fiskalny jest dokumentem narzucającym na poszczególne państwa większą kontrolę dyscypliny w finansach publicznych. Określa nowe, dużo ostrzejsze sankcje za jej łamanie oraz wprowadza tzw. złotą regułę wydatkową, według której roczny deficyt nie może przekroczyć 0,5 proc. PKB. Nowe przepisy będą obowiązywały jedynie te kraje, które należą do strefy euro. Mają one zmniejszyć ryzyko wystąpienia problemów podobnych do tych, z jakimi przyszło się ostatnio mierzyć m.in. Grecji, Hiszpanii i Portugalii.

Zdaniem głównego ekonomisty BCC, pakt fiskalny jest ważnym dokumentem także z punktu widzenia krajów, które myślą o przyjęciu wspólnej, europejskiej waluty.

– Polska chce przystąpić w którymś momencie do strefy euro, ale mówimy, że przystąpimy wtedy, jak zmniejszy się znacząco ryzyko powtórzenia kryzysu w tych krajach – zauważa prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club. – Warunkiem, aby to się stało, jest właśnie lepsza koordynacja polityki fiskalnej państw w strefie euro, czyli przyjęcie paktu fiskalnego.

Lepsza koordynacja, ale też trzymanie w ryzach budżetów narodowych – to zadania paktu. Chodzi o to, by jedne kraje nie musiały płacić za błędy i nadmierne zadłużanie innych.

– Chodzi o kryteria Traktatu z Mastricht, które nadal obowiązują, tyle tylko, że w przeszłości było ponad 60 przypadków niestosowania się do tych kryteriów – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria były wiceminister finansów.

Wobec państw, które łamały postanowienia traktatu, nikt do tej pory nie wyciągał żadnych konsekwencji, nie było kar. Teraz ma się to zmienić. Profesor Gomułka podkreśla, że przyjęcie paktu fiskalnego, określane często jako rewolucyjny krok na drodze stabilizacji europejskich finansów, jest tak naprawdę konieczną korektą obowiązujących wcześniej zasad, ich uszczegółowieniem, po to, by do minimum ograniczyć ryzyko, związane z załamaniem finansów państw. Negatywne doświadczenia państw eurolandu z ostatnich kilku lat, takich jak Grecja czy Hiszpania mogą okazać się niewystarczające.

– Istnienie paktu fiskalnego jest czymś dodatkowym wobec własnego negatywnego doświadczenia, które kraje te będą pamiętać – mówi główny ekonomista BCC. – Nie powinien on przeszkadzać, ale wzmacniać tendencje do dobrego zachowania.

Pakt fiskalny nie zyskał aprobaty wszystkich członków UE. Przeciwne przyjęciu były Czechy i Wielka Brytania. Zdaniem profesora Gomułki fakt, że Brytyjczycy nie ratyfikują dokumentu nie ma dla jego powodzenia wielkiego znaczenia. Polska również nie powinna się tym sugerować. Tym bardziej, że plany Warszawy różnią się od zamierzeń Londynu, który opowiada się za utrzymaniem swojej odrębnej, narodowej waluty, nawet w przypadku uzdrowienia sytuacji w strefie euro.

Pakt fiskalny został przyjęty w marcu ub.r. Wszedł w życie 1 stycznia po ratyfikacji przez 12 z 17 państw eurolandu.

Monika Nachyła nowym prezesem zarządu banku BGŻ

Monika Nachyła jest związana z Bankiem BGŻ od lipca 2011 roku, jako jeden z dwóch niezależnych członków Rady Nadzorczej. Dodatkowo, aktywnie działała jako członek Komisji ds. Audytu Wewnętrznego w Banku BGŻ. Podczas posiedzenia Rady Nadzorczej nowo powołana prezes złożyła swoją rezygnację z pełnionych dotychczas funkcji.

– Doświadczenie zawodowe Moniki Nachyła zdobyte zarówno w sektorze finansowym podczas pracy dla funduszy typu Private Equity, jak i w trakcie zarządzania operacyjnego oraz pracy audytora, będzie kluczowe na stanowisku prezesa. Jestem przekonany że zdobywane przez 20 lat umiejętności Pani Nachyła okażą się bardzo przydatne w pełnieniu przez nią nowej roli – powiedział Alexander Pruijs, przewodniczący Rady Nadzorczej Banku BGŻ podkreślając swoje zadowolenie z nowo podjętej decyzji.

Monika Nachyła urodziła się w 1968 roku. W 1991 roku uzyskała tytuł magistra ekonomii na Wydziale Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Specjalizacja: finanse międzynarodowe i ubezpieczenia. Dodatkowo, w 2007 roku ukończyła studia podyplomowe z zakresu psychologii społecznej.

Nominacja Rady Nadzorczej wymaga akceptacji Komisji Nadzoru Finansowego. Do momentu jej uzyskania, Pani Monika Nachyła będzie pełniła obowiązki prezesa Zarządu Banku BGŻ.

Biurokracja wciąż największym hamulcem innowacyjności

Niespójna polityka państwa, małe nakłady finansowe i rozbudowana biurokracja – to zdaniem menadżerów, pytanych podczas badania Barometr Innowacji na zlecenie GE, główne przyczyny tego, że Polska nie jest postrzegana jako rynek innowacyjności. Tylko 38 proc. polskich menadżerów i 24 proc. zagranicznych oceniają polski rynek jako sprzyjający innowacyjności. Problemem jest również brak zasobów kapitałowych i niedostosowanie polskiego systemu edukacji do potrzeb rynku pracy.

Zdaniem ankietowanych menadżerów polityka rządu powinna zmierzać w kierunku pobudzania innowacyjności polskich przedsiębiorstw, i to tej aktywnej.

– Polskie firmy raczej skupiają się na wprowadzaniu istniejących już rozwiązań. Dla małych i średnich przedsiębiorstw samo słowo „innowacja” oznacza wprowadzanie rozwiązań czy też technologii, które gdzie indziej już zostały wynalezione. Więc raczej jest to działanie zachowawcze, bardziej reaktywne niż proaktywne – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Magdalena Nizik, dyrektor zarządzająca GE Engineering Design Center.

Jednocześnie aż 96 proc. szefów polskich firm uważa, że innowacyjność to jeden z najważniejszych czynników dla rozwoju biznesu. Niewiele mniej z grupy badanych zaznacza jednak, że innowacje łatwiej wprowadzać budując strategiczne partnerstwa z innymi firmami. Czynnikiem hamującym innowacje jest przede wszystkim brak kapitału, zarówno prywatnego, jak i państwowego.

– Menadżerowie uważają, że jest za mało inwestorów, za mało kapitału prywatnego, który wspierałby innowacyjność. Ale i nakłady na innowacje jako procent budżetu czy PKB w Polsce są jednymi z najniższych w Europie. Mało jest środków własnych na innowacje. W ostatnich kilku latach to się poprawiło, ponieważ Polska zyskała środki z UE. Jednakże w naszym odczuciu to nie te najbardziej innowacyjne projekty wygrywają – podkreśla Magdalena Nizik.

To wina kryteriów stosowanych w trakcie konkursów oraz podejmowania decyzji nie na podstawie stopnia innowacyjności projektów, tylko kryteriów formalnych, np. dostarczenia odpowiednich zaświadczeń. Dlatego, jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie GE, aż 81 proc. przedsiębiorców oczekuje od rządu walki z biurokracją. 63 proc. pytanych zwraca uwagę na niedostateczną ochronę w polskim prawie własności intelektualnej i poufności. Ale tylko 23 proc. oczekiwałoby od państwa wsparcia w postaci kapitału. Zamiast tego wybierają strategiczną współpracę z uczelniami.

Dla GE jednym z ważnych partnerów jet Instytut Lotnictwa Politechniki Warszawskiej.

– Takie układy przynoszą obopólne korzyści. Instytut Lotnictwa przez to, że współpracuje z partnerem prywatnym, z firmą globalną, istniejącą na globalnych rynkach, ma dostęp do światowych rozwiązań technologicznych. Widzi, co jest w tej chwili na świecie na topie, jakie jest zapotrzebowanie, co się mówi, co się robi, jakimi technologiami posługują się największe firmy. Ma również dostęp do najważniejszych i najlepszych metod zarządzania – wymienia dyrektor zarządzająca GE EDC.

Jej zdaniem, rząd powinien skupić się właśnie na tym, by promować współpracę nauki z przemysłem, spowodować, by stała się opłacalna dla uczelni i instytucji naukowych.

– Od pewnego czasu uczelnie i instytuty są oceniane w oparciu o liczbę ich publikacji. Bardzo często jednostki współpracujące z przemysłem takich publikacji nie prowadzą, bo często firma nie chce, żeby wyniki jej badań były rozpowszechnione w prasie od razu i dla wszystkich. Uczelnie nie są więc chętne, bo nie daje im to punktów w klasyfikacji instytutów. Myślę, że ocena instytucji badawczych przez rząd, przez ministerstwa, które nimi zarządzają, powinna modelować zachowanie tych instytucji i promować pewne zachowania. Na razie tego nie widzimy – dodaje Magdalena Nizik.

W ramach badania Barometru Innowacji GE 2013 ankieterzy spytali o innowacyjność 3100 dyrektorów najwyższego szczebla z 25 krajów.

e-papierosy są mniej szkodliwe od tradycyjnych, ale też mogą uzależniać

Chociaż badania nad wpływem korzystania z e-papierosów wciąż trwają, eksperci nie mają wątpliwości, że są one mniej szkodliwe niż zwykłe papierosy. Przede wszystkim nie ma w nich ponad 5,6 tysiąca związków rakotwórczych występujących w dymie papierosowym, dodatkowo nie stwarzają zagrożenia związanego z biernym paleniem. Ale eksperci z Instytutu Medycyny Pracy i Zdrowia Środowiskowego w Sosnowcu, którzy przeanalizowali dostępne wyniki badań i ankiety, przestrzegają. że papierosy elektroniczne z powodu zawartości nikotyny uzależniają podobnie jak konwencjonalne.

– Musimy porównywać bezpieczeństwo stosowania tych wyrobów do papierosów konwencjonalnych. Nie ma wątpliwości, że to są produkty o wiele bardziej bezpieczne niż zwykłe papierosy konwencjonalne – tłumaczy prof. Andrzej Sobczak, kierownik Zakładu Szkodliwości Chemicznych i Toksykologii Genetycznej w Instytucie Medycyny Pracy i Zdrowia Środowiskowego w Sosnowcu.

W Polsce po e-papierosa sięga regularnie ok. 300-350 tysięcy osób. W Wielkiej Brytanii e-palaczy jest prawie trzy razy więcej.

Przede wszystkim są one traktowane jako sposób na zerwanie z nałogiem. Ich skuteczność potwierdzają przeprowadzone w krajach zachodnioeuropejskich badania i ankiety.

– Są też nieliczne przykłady badań klinicznych, które pokazały, że osoby palące nie potrafiły rzucić palenia stosując normalne środki nikotynowej terapii zastępczej, a skutecznie rzuciły przez stosowanie papierosów elektronicznych – mówi Agencji Informacyjnej Newseria prof. Andrzej Sobczak.

Podobnie jak plastry nikotynowe, gumy i inhalatory e-papierosy zawierają nikotynę i z tym wiąże się poważne zagrożenie.

– Mogą po nie sięgnąć osoby, które do tej pory nie paliły i w ten sposób się uzależnić. To jest pierwsze niebezpieczeństwo – podkreśla ekspert IMPiZŚ.

Tym bardziej, że elektroniczne papierosy są łatwo dostępne dla dzieci i młodzieży, np. w internecie. Z badań przeprowadzonych kilka miesięcy temu przez zespół profesora Sobczaka wynika, że w 14-tysięcznej grupie młodzieży licealnej i studentów co piąta osoba przynajmniej raz w życiu „zapaliła” e-papierosa. 8 proc. ankietowanych przyznało, że miała z tym urządzeniem styczność w ciągu 30 dni poprzedzających badanie.

– Drugim zagrożeniem jest fakt, że jest mnóstwo wyrobów niesprawdzonych, niewiadomego pochodzenia, bez jakichkolwiek obostrzeń na etykietach, pudełkach, wskazujących, że to jest produkt przeznaczony wyłącznie dla osób chcących rzucić palenie – mówi prof. Andrzej Sobczak.

Wiąże się to z tym, że w polskim prawie brakuje przepisów dotyczących e-papierosów. Sprzedaży nie regulują ani ustawa o ochronie zdrowia przed wyrobami tytoniowymi, ani prawo farmaceutyczne, które określa dostęp do nikotynowej terapii zastępczej.

Cały czas trwają badania nad długotrwałym wpływem e-papierosów na zdrowie człowieka. Dlatego też nie ma jednoznacznego stanowiska Światowej Organizacji Zdrowia, które mogłoby rozwiać wątpliwości.

Nad ograniczeniem dostępu do elektronicznych papierosów pracuje Komisja Europejska, choć na razie wycofała się z pomysłu, by całkowicie zakaz sprzedaży tych wyrobów.

Urząd pracy ma pomóc w znalezieniu zatrudnienia co drugiemu zarejestrowanemu bezrobotnemu

Resort pracy stawia sobie ambitny cel. Chce, by co najmniej połowa osób, które rejestrują się jako bezrobotne, znajdowała zatrudnienie. Dlatego urzędy pracy będą miały do dyspozycji nowe instrumenty walki z bezrobociem. Jedna z najważniejszych zmian to wprowadzenie doradcy klienta, który będzie pracował zarówno z osobą bezrobotną, jak i z pracodawcami. Kolejnym instrumentem jest możliwość zlecania części zadań firmom zewnętrznym.

Resort pracy kilka dni temu uruchomił konsultacje założeń do zmian w funkcjonowaniu całego systemu publicznych służb zatrudnienia. Z racji tego, że proponowane zmiany dotyczą wielu różnych podmiotów w całym kraju, proces legislacyjny może trwać długo. Choć, jak zapewnia Jacek Męcina, wiceminister pracy, założenia były przez kilka miesięcy konsultowane z urzędami pracy we wszystkich województwach, ale też agencjami prywatnymi i ekspertami.

– Liczymy, że nowe przepisy będą mogły zacząć funkcjonować od 1 stycznia 2014. Być może pewne rozwiązania wprowadzimy fakultatywnie w pierwszym roku ich funkcjonowania po to, żeby także urzędy przygotowały się do nowej rzeczywistości, aby przetestowały te rozwiązania na zasadzie fakultatywnej – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria wiceminister pracy Jacek Męcina.

Jedna zmian dotyczyć będzie zlecania części zadań firmom prywatnym agencjom zajmującym się rekrutacją.

– Chcemy, aby publiczne służby zatrudnienia mogły także zlecać aktywizację tych grup, które wymagają bardzo szerokiego wsparcia, prywatnym agencjom. Właśnie uruchomiliśmy taki pilotaż – mówi wiceminister pracy.

Pilotażowy program rozpocznie się w marcu w trzech województwach (dolnośląskim, mazowieckim i podkarpackim) i obejmie łącznie blisko 3 tysiące bezrobotnych, z tego połowa należąca do grupy długotrwale bezrobotnych. Uczestnikami pilotażu będą również kobiety, które nie wróciły na rynek pracy po urodzeniu dziecka, oraz osoby powyżej 50 roku życia i niepełnosprawni. Budżet programu to 30 mln zł z Funduszu Pracy.

Jak podkreśla wiceminister, takie rozwiązanie od 20 lat z powodzeniem funkcjonuje w Wielkiej Brytanii. Tym bardziej, że prywatne agencje są wynagradzane za znalezienie trwałego zatrudnienia dla osoby bezrobotnej.

– Dając tę swobodę chcemy jednocześnie wprowadzić nowoczesne metody pracy z bezrobotnymi. Przede wszystkim profilowanie, od dawna stosowane w wielu krajach UE, ma odpowiedzieć na pytanie, jakiego wsparcia potrzebuje poszczególna osoba bezrobotna ze względu na swój poziom kwalifikacji, ale jednocześnie, jaką motywację ma do tego, żeby znaleźć zatrudnienie – mówi Jacek Męcina.

Ministerstwo uruchomi też specjalny Program Aktywizacji i Integracji. W jego ramach osoba długotrwale bezrobotna przez 10 godzin w tygodniu będzie pracować przy pracach społecznych. Kolejne 10 godzin spędzi na zajęciach integracyjnych. Po dwóch miesiącach doradca zajmujący się bezrobotnym zdecyduje, czy klient może wrócić na rynek pracy, czy potrzebuje dalszej pomocy.

Oprócz zmian legislacyjnych, MPiPS chce także wprowadzić rankingi urzędów pracy i możliwość nagradzania najbardziej efektywnych pracowników tych urzędów.

Deutsche Telekom właściciel T-Mobile otworzy inkubator przedsiębiorczości w Krakowie

Deutsche Telekom liczy na innowacyjność Polaków i naszych sąsiadów. Już wkrótce zamierza uruchomić w Krakowie inkubator, który będzie wspierał początkujące firmy w innowacyjnej działalności, z której rezultatów sam będzie mógł korzystać. Jak dowiedziała się Agencja Informacyjna Newseria, inkubator zacznie działać w połowie roku w samym centrum Krakowa. Rekrutacja projektów już ruszyła, ale zainteresowani przedsiębiorcy z Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej wciąż mogą się zgłaszać.

Z ramienia Deutsche Telekom projekt w Krakowie nadzoruje T-Mobile Polska. Przedstawiciele operatora prowadzą też rekrutacje projektów.

– Interesuje nas wszystko, co pomoże nam przyspieszyć rozwój oprogramowania mobilnego. To może być produkt czysto konsumencki, aplikacja związana z cloud computing [przetwarzaniem danych w tzw. chmurze obliczeniowej – red.], ale też liczymy na produkty potrzebne do rozwoju handlu mobilnego i płatności mobilnych. To mogą być aplikacje związane z mediami, ale też z edukacją – mówi Thomas Kiessling, dyrektor ds. produktów i innowacji w Deutsche Telekom w wywiadzie udzielonym Agencji Informacyjnej Newseria podczas Mobile World Congress 2013 w Barcelonie.

Jak zapewnia, w projekcie brane są pod uwagę wszystkie pomysły, które pozwolą zwiększyć innowacyjność firmy. Dodatkowo wszystkie stworzone dzięki wsparciu aplikacje będą dostępne dla klientów T-Mobile.

– To będzie pewnego rodzaju inkubator w takim sensie, że będziemy inwestować w start-upy. To będzie finansowanie zalążkowe, tzw. seed funding, przy pomocy naszego funduszu venture capital, czyli T-Venture – wyjaśnia Thomas Kiessling.

W tym roku Deutsche Telekom chce zrealizować pięć pierwszych projektów.

– To oznacza pięć firm, które chcemy sfinansować i pomóc im się rozwijać – mówi dyrektor w Deutsche Telekom. – Na bardzo wstępnym etapie przeznaczamy 30 tysięcy euro wsparcia na jedną firmę, ale to nie jest limitowane. Będziemy inwestować więcej w zależności od osiągniętych wyników na kolejnych etapach.

Kiessling dodaje, że dopiero po przeglądzie pierwszych efektów działalności pod koniec roku spółka będzie robić plany na kolejny rok.

Podkreśla, że projekt skierowany jest nie tylko dla przedsiębiorców z Polski. O dofinansowanie mogą się ubiegać również firmy z innych państw regionu Europy Wschodniej. Podobny inkubator działa już w Berlinie, ale – jak wyjaśnia Kiessling – jego działalność koncentruje się głównie na reklamie i mediach.

– W Krakowie chcielibyśmy rozwijać lokalnych, regionalnych przedsiębiorców, którzy nawet nie są znani w międzynarodowym środowisku – mówi dyrektor ds. produktów i innowacji w Deutsche Telekom. – Wybraliśmy Kraków, ponieważ tu jest świetne otoczenie dla przedsiębiorców, to miasto średniej wielkości, i dlatego jest tu wiele zrozumienia dla potrzeb biznesu w tej części Europy, które są zupełnie inne niż w takich lokalizacjach jak Niemcy, Wielka Brytania czy Francja.

Kurczy się rynek IT. Firmy handlujące sprzętem walczą o utrzymanie swoich pozycji.

Trudna sytuacja na rynku sprzedaży sprzętu IT. Dystrybutorzy komputerów, drukarek, monitorów i sprzętu telekomunikacyjnego narzekają na znaczący spadek sprzedaży, zauważalny przede wszystkim w sektorze biznesowym. Ratunkiem – jak w przypadku Komputronika – może być zmiana polityki cenowej.

Firmy niepewne przyszłości wstrzymują się z zakupami sprzętu IT, czekają również na kolejną turę środków unijnych z nowej perspektywy finansowej. Jak podkreśla Wojciech Buczkowski, prezes Komputronika, w takiej sytuacji szansą dla branży IT jest oferowanie usług zewnętrznych. Tym bardziej, że outsourcing niektórych usług staje się dziś coraz popularniejszym sposobem na ograniczanie kosztów w przedsiębiorstwach.

– To m.in. outsourcing druku, czyli możliwość wynajęcia zewnętrznej firmy, która dostarczy urządzenia drukujące i będzie pobierać opłaty tylko za jeden wydruk. Oszczędności sięgają 30-40 proc. – tłumaczy Wojciech Buczkowski w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Innym przykładem są systemy do elektronicznego obiegu dokumentów, które ograniczają ilość zużytego papieru, ale i przyspieszają przepływ informacji i usprawniają proces podejmowania decyzji.

Otoczenie rynkowe powoduje, że ostatnie miesiące były dla dystrybutorów sprzętu elektronicznego trudne.

– Podjęliśmy decyzję, że wykorzystamy tę szansę, jaką daje trudniejszy rynek i trudniejsza sytuacja sprzedażowa naszych konkurentów. Było nas stać na to, żeby obniżyć marże – mówi Wojciech Buczkowski, prezes firmy Komputronik.

Tym samym sprzedaż znacząco wzrosła, co zrekompensowało spadek marży.

– Notujemy teraz bardzo dużą dynamikę wzrostu sprzedaży, zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i partnerskich naszej sieci, jak również w sprzedaży internetowej – tłumaczy szef Komputronika.

Nowe kierunki

Dużym zainteresowaniem wciąż cieszą się notebooki, szczególnie ultrabooki, nowe, cienkie urządzenia o wydajnej baterii, poprawiające komfort pracy. Systematycznie zwiększa się sprzedaż tabletów. W ubiegłym wzrosła roku 3,5-krotnie. Prognozy na ten rok mówią o podwojeniu wyników sprzedaży. Przyszłość rynku należy również do smartfonów.

– Tutaj sprzedaż rośnie nawet nastokrotnie w naszym przypadku – mówi Wojciech Buczkowski. – Spodziewamy się, że eksplozja popularności tego sprzętu również przyniesie nam dodatkowy strumień przychodu.

Tym bardziej, że firma zamierza dalej wychodzić „na zewnątrz”, to znaczy prowadzić swoją działalność handlową na innych rynkach. Poprzez spółkę K24 jest już obecna w Czechach i Słowacji. Wprawdzie u naszych południowych sąsiadów kryzys dał się mocno we znaki branży IT – rynek czeski skurczył się o 25 proc. – władze Komputronika wierzą w ekspansję u naszych południowych sąsiadów.

– Jestem przekonany, że są to przejściowe problemy – mówi prezes firmy. – Spółka jest bardzo efektywna, tania w utrzymaniu, więc przetrwanie tej sytuacji nie stanowi dla nas problemu.

Kolejnym krokiem będzie zaistnienie na rynkach Europy Zachodniej. Głównie poprzez internetowe platformy handlowe.

– Wierzymy w to, że regionalna sprzedaż w internecie będzie sposobem sprzedaży najbardziej odpornym na zawirowania rynkowe i będziemy mogli korzystać z różnic cenowych w różnych asortymentach występujących w różnych krajach, więc chcemy tę spółkę rozwijać – tłumaczy Buczkowski.

Nowe przepisy uruchamiające program pomocy dla małych i średnich firm

Wchodzą w życie przepisy, dzięki którym Bank Gospodarstwa Krajowego będzie mógł udzielać gwarancji na kredyty oferowane przez banki komercyjne małym i średnim przedsiębiorstwom. W ten sposób weźmie na siebie część ryzyka ponoszonego przez banki przy kredytowaniu firm. Dotychczas BGK mógł udzielać przedsiębiorcom poręczeń i gwarancji jedynie na zasadach rynkowych lub ewentualnie w formie indywidualnej pomocy publicznej.

Pomoc w ramach tego programu będzie udzielana mikroprzedsiębiorcom oraz małym lub średnim przedsiębiorcom w formie udzielanych przez BGK gwarancji spłaty kredytów. Gwarancja obejmuje nie więcej niż 60 proc. kwoty kredytu. Będzie ona udzielana na wniosek przedsiębiorcy. Zabezpieczenie udzielonej gwarancji stanowić ma weksel własny in blanco wystawiony przez przedsiębiorcę na rzecz BGK.

– Na dziś wiemy tyle, że pomoc będzie udzielana dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Jest to dobry pomysł, a całe wsparcie może wynieść 40, 50 miliardów złotych. To olbrzymia kwota i ma być realizowana poprzez banki – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jerzy Bartnik, prezes Związku Rzemiosła Polskiego.

Jerzy Bartnik ostrożnie ocenia jednak zalety wchodzących dziś w życie przepisów.

– Obserwowałem już działalność niejednego funduszu, który wspierał działanie firm poprzez banki. I zazwyczaj było tak, że było zagwarantowane bezpieczeństwo bankom, a znacznie mniejszą pomoc miały mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa. Skoro obecnie 3-4 procent ludzi prowadzących działalność korzysta z kredytów bankowych, to budzi moje wątpliwości to, czy nowy mechanizm będzie skuteczny – uważa Jerzy Bartnik.

Jak dodaje, rozwiązania idą w bardzo dobrym kierunku, bo dziś firmy bardzo liczą na wsparcie finansowe, które pozwoli im się szybciej rozwijać. Jego zdaniem, wiele będzie zależało od postępowania banków i regulatora programu, czyli BGK.

– Polsko-Amerykański Fundusz Przedsiębiorczości, który został oddany do dyspozycji banków, mających dystrybuować pomoc wśród przedsiębiorców na rozwój okazał się w praktyce bardzo mało skutecznym narzędziem, dlatego że operatorem były banki. I dlatego sytuacja może się powtórzyć teraz, aczkolwiek nie musi – podkreśla Jerzy Bartnik.

Według prezesa ZRP jedną z barier może być sposób wyliczania zdolności zdolności kredytowej firm przez banki.

– Żeby wiedzieć, jaką zdolność kredytową ma przedsiębiorstwo, trzeba wykonać cały szereg ekonomicznych przedsięwzięć. To robią banki. I to według pewnego schematu, który jest przez banki wypracowany. I to jest pierwsza bariera, na którą mogą natrafić przedsiębiorcy ubiegający się o takie zasilenie. Myślę, że to już wskazuje na mniejszą skuteczność. Jak będzie – pokaże jednak praktyka – mówi prezes Związku Rzemiosła Polskiego.

Prezes Związku Rzemiosła Polskiego wskazuje, że firmy generalnie nie chcą zaciągać kredytów, ze względu na ryzyko, jakie się z tym wiąże.

– Kryteria bankowe, z którymi dotychczas się spotykaliśmy, nie były zachęcające do zaryzykowania pobrania kredytu, ponieważ w przypadku przedsiębiorstw, które ja reprezentuję, będących najczęściej osobami fizycznymi, gwarantuje się bezpieczeństwo kredytu całym swoim majątkiem, a na to nie każdego stać – reasumuje Jerzy Bartnik.

Wsparcie dla firm będzie możliwe dzięki wchodzącej dziś w życie nowelizacji ustawy o poręczeniach i gwarancjach udzielanych przez Skarb Państwa oraz niektóre osoby prawne, jak też rozporządzenie wykonawcze ministra finansów do tej ustawy.

Zgodnie z nowelizacją ustawy minister finansów ma przekazywać środki na zwiększenie funduszu statutowego Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK), mając na uwadze konieczność pokrycia ryzyka działalności bankowej ponoszonego przez bank w związku z realizacją tych programów. Ponadto, w związku z realizacją programów rządowych i udzielaniem przez BGK pomocy publicznej lub pomocy de minimis, minister finansów będzie przekazywał temu bankowi środki na pokrycie kosztów i wydatków związanych z udzielaniem poręczeń i gwarancji, w tym wypłat z tytułu udzielonych poręczeń i gwarancji. Pomoc de minimis to pomoc, której udzielenie nie powoduje zakłócenia konkurencji, czyli zwykle są to dotacje lub gwarancje kredytowe dla małych i średnich firm.

Z kolei rozporządzenie ministra finansów przewiduje, że łączna wartość tej pomocy dla jednej firmy nie będzie mogła przekroczyć w bieżącym roku oraz dwóch poprzedzających go latach podatkowych równowartości 200 000 euro, a w sektorze transportu drogowego 100 000 euro.

Polacy coraz częściej wybierają rejsy wycieczkowe

Na całym świecie rocznie na rejsy wycieczkowe udaje się ponad 20 milionów osób, z czego Polacy to wciąż zaledwie od 6 do 12 tysięcy. Rynek jednak rozwija się dynamicznie. Jako wyjazdy motywacyjne w rejsy wycieczkowe swoich pracowników wysyłają zagraniczne firmy, ale coraz chętniej udają się w nie także klienci indywidualni.

– Największe statki wycieczkowe zabierają na pokład ponad 6 tys. osób, gdzie 2 tys. osób to sama załoga, która obsługuje gości – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Maciej Szymański, prezes firmy Veniti S.A., właściciela serwisu kruzy.pl.

Rozwojowi rynku sprzyjają promocje. Dzięki pojawiającym się kilka razy w roku specjalnym ofertom, na ośmiodniowy rejs wycieczkowy można popłynąć za tysiąc złotych. Takie ceny dotyczą nawet najbardziej luksusowych statków, porównywalnych standardem do cztero- i pięciogwiazdkowych hoteli.

Drugim czynnikiem sprzyjającym wzrostowi tego rynku są wyjazdy motywacyjne. Zagraniczne koncerny, które mają swoje oddziały w Polsce, chętnie zapraszają pracowników na właśnie tego typu podróże.

– Rejsy wycieczkowe nie bez powodu nazywam wakacjami bez pakowania. Kupując taką wycieczkę można popłynąć np. w rejs po basenie Morza Śródziemnego, budzić się codziennie w innym porcie, zwiedzać przez cały dzień, a w nocy rozkoszować się rozrywkami na statku – wyjaśnia Maciej Szymański i dodaje: – Takie statki to w zasadzie pływające miasteczka. Są na nich baseny, kasyna, kina, sale koncertowe, ściany wspinaczkowe i wiele innych zaskakujących atrakcji.

Statystyki mówią, że w 2013 r. w podróż statkiem wycieczkowym uda się na całym świecie niemal 21 milionów osób. Najwięcej spośród nich to Amerykanie – około 11,7 miliona. W Europie w ten sposób najchętniej wypoczywają Brytyjczycy (1,7 miliona) oraz Niemcy (1,4 miliona). W ciągu najbliższych czterech lat liczba osób wybierających ten sposób wypoczynku może wzrosnąć nawet do prawie 24 milionów rocznie. Choć statystyki wskazują, że najchętniej w rejs udają się starsi, zamożni turyści, Maciej Szymański podkreśla, że oferta jest skierowana do wszystkich.

– Praktycznie nie ma żadnych ograniczeń, na rejsy wyjeżdżają zarówno osoby młode, osoby z rodzinami, ludzie starsi – mówi prezes Veniti S.A.

Według statystyk Cruise Market Watch łączna pojemność statków wycieczkowych na świecie to ok. 440 tys. osób. Niekwestionowanymi liderami rynku są koncerny Carnival Corporation (48,4 proc. udziału jako cały koncern) oraz Royal Carribean (23,3 proc.). Do tego drugiego koncernu należą dwa największe, siostrzane statki wycieczkowe świata: MS Allure of the Seas i MS Oasis of the Seas. Obydwa mają 362 m długości, 72 m wysokości ponad lustrem wody oraz mogą maksymalnie zabrać6296 pasażerów na 16 pokładów.

Przeciętnie turysta biorący udział w rejsie wycieczkowym wydaje ok. 1728 dolarów, czyli ok. 5400 zł. Większość z tej kwoty stanowi cena biletu, kształtująca się średnio na poziomie 1300 dolarów (ok. 4000 zł).

Na raczkującym polskim rynku rejsów wycieczkowych Veniti S.A. jest jednym z liderów.

– Stworzyliśmy silny ekspercki dział, który zajmuje się u nas wyjazdami motywacyjnymi. Specjalizujemy się też w wyjazdach motywacyjnych na pokładzie statków wycieczkowych – podkreśla Maciej Szymański.

Firma Veniti S.A., właściciel m.in portalu kruzy.pl, sprzedaje rejsy na statkach należących między innymi do firm Carnival Cruise Line, Costa Cruises oraz MSC Cruises. Oferta obejmuje cały świat, w tym Morze Śródziemne, norweskie fiordy oraz Karaiby. Notowana na rynku New Connect spółka osiąga dobre wyniki.

– W ostatnim kwartale udało nam się osiągnąć break point. Czwarty kwartał 2012 roku to ponad 230 tys. złotych zysku netto przy poziomie sprzedaży 1,3 mln. Te wyniki są konsekwencją realizowanej przez nas strategii, polegającej na zbudowaniu silnej firmy, która specjalizuje się w niszach turystycznych – podkreśla Szymański.

Prezes Veniti S.A. mówi, że jego firma wyspecjalizowała się w rynkach o wysokim potencjale rozwoju. Stąd między innymi koncentracja na wyjazdach motywacyjnych. Maciej Szymański jest przekonany, że ułatwiona sprzedaż tego typu wyjazdów pomoże w dynamicznym rozwoju rynku.

– W momencie, kiedy wdrożymy naszą ofertę online do standardowych systemów multiagencyjnych, z których agenci korzystają na co dzień, jestem przekonany, że łatwość sprzedaży, dostępność, aktualność oferty spowoduje, że agenci dużo chętniej będą sięgali po ten produkt – przekonuje prezes Veniti S.A i dodaje, że wysokie marże powinny zachęcić agentów do sprzedaży rejsów wycieczkowych.

Państwo będzie nadzorować treści audiowizualne w internecie

Wchodząca dziś w życie nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji w znacznej mierze dotyczy nadawców usług audiowizualnych na żądanie, nakładając na nich wiele obowiązków i ograniczeń. Według Marka Skrobackiego, eksperta w dziedzinie prawa medialnego z Kancelarii MDDP Sobońska, Olkiewicz i Wspólnicy – są to wprowadzane „tylnymi drzwiami” regulacje podobne do ACTA.

Nowelizacja mówi o tym, że taki dostawca treści audiowizualnych kształtuje katalog audycji samodzielnie i ponosi odpowiedzialność za jego treść, ale także wprowadza wiele warunków, jakie musi on spełnić. Przykładowo, nowelizacja zobowiązuje dostawcę usług na żądanie do oznaczania audycji oznaczeniami kategorii wiekowych, zapewniania odpowiedniego udziału audycji europejskich, przystosowywania audycji do potrzeb osób niepełnosprawnych czy przechowywania kopii audycji przez 28 dni. Dostawcy usług VOD (wideo na życzenie) mają obowiązek składania do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji corocznego sprawozdania.

– Przełomowym dla wielu firm tematem będzie to, że w ogóle będzie ich ktoś nadzorował. Praktyka tych nadawców klasycznych, telewizyjnych jest taka, że muszą mieć rozbudowane działy prawne, które raportują co miesiąc, co kwartał, co roku i część z tych obowiązków będzie dotykać takich, którzy działają np. w garażu w swoim domu i nagrywali własne filmy wideo. Niestety, może do nich przyjść Krajowa Rada i powiedzieć: nie wypełniasz dobrze pewnych obowiązków, płać mi karę – tłumaczy ekspert. – Wiele zależy od praktyki organu regulacyjnego. Dzisiaj jego moce są ograniczone, ale potencjalnie może mieć więcej aktywności i wtedy trafi do każdego.

Obowiązująca od dziś nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji jest dostosowaniem polskiego prawa do unijnej dyrektywy o audiowizualnych usługach medialnych. Wprowadza między innymi zasady nadawania audiowizualnych usług medialnych na żądanie.

– Audiowizualna usługa medialna na żądanie to tak naprawdę wideo na żądanie, dostarczane wszelkimi kanałami. Chodzi zatem o wszystkie klasyczne i znane ludziom formy: za pomocą operatorów telewizji kablowych, satelitarnych, ale też internetowych, czyli np. Iplex, Kinoplex, Ipla, ale też wszystkie inne kanały, dlatego że definicja w ustawie jest pojemna i wszystko zależy od praktyki – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Marek Skrobacki, radca prawny z Kancelarii MDDP Sobońska Olkiewicz i Wspólnicy.

To drugie ACTA?

Mecenas Marek Skrobacki podkreśla, że nowelizacja wprowadza bowiem wiele uciążliwych obowiązków dla nadawców audiowizualnej usługi medialnej na żądanie, jak choćby obowiązek nadawania określonej ilości programów europejskich. Dostawcy będą mieli obowiązek przeznaczania co najmniej 20 proc. zawartości katalogu na audycje europejskie, w tym wytworzone pierwotnie w języku polskim oraz odpowiedniego wyeksponowania tych audycji.

– Mieliśmy do czynienia z ACTA, ludzie protestowali, a teraz tylnymi drzwiami wprowadza się coś podobnego, czyli nadzór państwa nad wszelką działalnością audiowizualną, także w internecie. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji będzie organem nadzorczym. Każdy będzie miał obowiązek do niej przyjść. Trzeba będzie oznaczać programy, czy są dla dorosłych, dla dzieci, nie będzie można reklamować papierosów, alkoholu, co jest słuszne. Ale bardziej bolesnym dla dostawców usług elementem będzie kwestia zapewnienia odpowiedniej ilości programów polskich i europejskich – mówi Marek Skrobacki.

Nowelizacja zabrania publicznego udostępniania treści na żądanie przeznaczonych dla dorosłych bez stosowania zabezpieczeń technicznych lub innych odpowiednich środków, mających na celu ochronę małoletnich przed ich odbiorem. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, w porozumieniu z ministrem administracji i cyfryzacji, będzie mogła określić, w drodze rozporządzenia, szczegółowe warunki, jakie muszą spełniać takie zabezpieczenia.

Nowe przepisy to także możliwość wprowadzenia kar dla nadawców, którzy nie przestrzegają nałożonych ustawą obowiązków.

– Krajowa Rada może nakładać więcej niż dotychczas kar na dostawców. Na pewno na pierwszy rzut pójdą ci, którzy są najwięksi, ale oni sobie dadzą radę, bo są do tego przygotowani i mają potencjał organizacyjny. Często mają zaplecze w postaci tego nadawcy klasycznego, telewizyjnego. Natomiast w największej biedzie są ci mniejsi dostawcy. Ale zapewne jedni i drudzy nie są w sytuacji bez wyjścia – uważa Marek Skrobacki.

Ucieczka za granicę

Wyjściem z tej sytuacji dla nadawców może być możliwość rejestrowania się w innych krajach, gdzie przepisy nie są tak restrykcyjne. Na przykład w Dani czy w Niemczech nadawcy nie muszą rejestrować serwisów na żądanie ani spełniać kryteriów udziału kwot programów europejskich w katalogu.

– Serwisy prowadzące takie usługi wycofają się z Polski i będą je prowadzić z zagranicy. Ustawa wprowadzając różne restrykcje i obowiązki jest otwarta „od góry”. To znaczy, że pozwala wszystkim podmiotom, szczególnie europejskim, prowadzić działalność nadawczą na terenie Polski. I tak samo w zakresie usług medialnych na żądanie, czyli VOD. Nie ma problemu, żeby firma prowadząca takie usługi głównie w internecie była zarejestrowana w Czechach, na Węgrzech, nawet w Niemczech i nie podlegała nadzorowi Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz dodatkowym obowiązkom wynikającym z nowelizacji – tłumaczy mecenas Skrobacki.

Podkreśla równocześnie, że wchodzące dziś w życie zmiany to powrót do tego, co wzbudziło protest tego typu usługodawców w 2011 r.

– To jest drugie podejście do wprowadzenia tych kontrowersyjnych rozwiązań. Pierwsza partia przepisów wprowadzających dyrektywy o usługach medialnych została uchwalona przez Sejm w 2011 roku i wtedy znajdowały się tam także przepisy dotyczące wideo na żądanie. Wtedy środowisko internetowe bardzo się zbuntowało i zasypało Sejm i Senat wielką ilością protestów, apeli, petycji, po których Senat wykreślił te przepisy. Natomiast minęły dwa lata i te przepisy wróciły. Nie wiem dlaczego nie wzbudziły w tej chwili tyle kontrowersji, natomiast co do zasady sytuacja jest identyczna – dodaje mecenas Skrobacki.

Nowe przepisy o dietach i innych należnościach za podróże służbowe

Dziś wchodzi w życie rozporządzenie ministra pracy i polityki społecznej w sprawie wysokości oraz warunków ustalania pracownikom diet z tytułu krajowych oraz zagranicznych podróży służbowych. Zgodnie z nowymi przepisami wzrasta wysokość diety do 30 zł za dobę podróży krajowej. Nowe przepisy wyjaśniają pracodawcom wiele niejasności, m.in. jakie jest prawo pracownika do diety, gdy podczas podróży służbowej miał zapewnione w części wyżywienie.

Wchodzące w życie 1 marca br. rozporządzenie ministra pracy i polityki społecznej przewiduje, że pracownikowi z tytułu podróży krajowej oraz podróży zagranicznej, odbywanej w terminie i miejscu określonym przez pracodawcę, przysługują: diety, zwrot kosztów przejazdów, dojazdów środkami komunikacji miejscowej, noclegów oraz innych niezbędnych udokumentowanych uzasadnionych wydatków.

Pracownik ma – według nowych przepisów – prawo do zwrotu kosztów przejazdu w wysokości udokumentowanej biletami lub fakturami obejmującymi cenę biletu, wraz ze związanymi z nimi opłatami dodatkowymi, w tym miejscówkami, z uwzględnieniem posiadanej przez pracownika ulgi na dany środek transportu. Na wniosek pracownika pracodawca może wyrazić zgodę na przejazd w podróży krajowej lub podróży zagranicznej samochodem osobowym, motocyklem lub motorowerem niebędącym własnością pracodawcy.

Pracownik ma obowiązek rozliczenia kosztów podróży krajowej lub podróży zagranicznej nie później niż w terminie 14 dni od dnia zakończenia tej podróży.

– Obowiązujące od 1 marca br. rozporządzenie ministra pracy to zintegrowanie dotychczas dwóch istniejących rozporządzeń, odrębnych dla podróży zagranicznych i krajowych. Do tej pory pracodawcy pracowali na dwóch dokumentach, które były nie do końca spójne. W tej chwili będzie jeden dokument, łatwiejszy do obsługi i do pracy dla pracodawców – mówi Agencji Informacyjnej Newseria mecenas Karolina Stawicka, ekspert prawa pracy z Kancelarii Bird & Bird.

Jedna z największych zmian to wzrost diety za dobę w podroży krajowej, jak też w podróżach zagranicznych.

– W podróżach krajowych ten wzrost jest mniej więcej o 30 proc. – z 23 na 30 złotych. W zagranicznych podróżach zależy to od państwa. Jest cała tabela państw, która stanowi załącznik do rozporządzenia i każdy pracodawca musi zajrzeć do rozporządzenia i zobaczyć, jaki jest limit na diety, jaki jest limit na zakwaterowanie w poszczególnych państwach – wyjaśnia Karolina Stawicka.

Należność z tytułu diet oblicza się za czas od rozpoczęcia podróży krajowej (wyjazdu) do powrotu (przyjazdu) po wykonaniu zadania służbowego.

– Między innymi dookreślona została długość trwania doby, za którą przysługuje dieta. Jeżeli pracownik wyjeżdża na wyjazd poniżej 8 godzin, dieta wtedy w ogóle nie obowiązuje. Do tej pory było to niejasne. Powyżej 8 godzin przysługuje dieta w 50 procentach, jeżeli podróż trwa do 12 godzin, a powyżej 12 godzin – przysługuje pełna dieta. Inną konsekwencją podwyższenia limitów diety krajowej dziennej do 30 złotych jest to, że wzrosną również ryczałty komunikacyjny i hotelowy – wyjaśnia Karolina Stawicka.

Rozporządzenie przewiduje też, że za każdą dobę podróży zagranicznej przysługuje dieta w pełnej wysokości. Za niepełną dobę podróży zagranicznej: do 8 godzin – przysługuje 1/3 diety, ponad 8 do 12 godzin – przysługuje 50 proc. diety, ponad 12 godzin – przysługuje dieta w pełnej wysokości.

Wyższe diety to niższe podatki

Ekspertka mówi, że korzyść z nowych przepisów odczują zarówno pracodawcy, jak i pracownicy.

– Będzie ona dotyczyła przede wszystkim opodatkowania. Ponieważ dieta jest wyższa, pracownik nie będzie musiał płacić podatku do kwoty diety. Będzie miał większą możliwość gospodarowania funduszem, nadal znikomym, który będzie do jego dyspozycji w czasie podróży służbowej. Z kolei dla pracodawcy będzie to wyższy koszt. W związku z tym jego podatek ulegnie obniżeniu – wyjaśnia ekspertka prawa pracy.

Rozporządzenie precyzuje też wiele kwestii, związanych z rozliczaniem należności z tytułu podróży służbowych, które na podstawie dotychczas obowiązujących przepisów budziły wątpliwości pracodawców i pracowników. Chodzi tu np. o to, czy trzeba wypłacić dietę, jeżeli pracownik miał zapewnione częściowe wyżywienie podczas podroży służbowej. Rozporządzenie przewiduje, że w takim wypadku kwota diety będzie zmniejszana o koszt zapewnionego bezpłatnego wyżywienia, także w przypadku korzystania przez pracownika z usługi hotelarskiej, w ramach której zapewniono wyżywienie.

– W chwili obecnej rozporządzenie wyraźnie określa, w przypadku częściowego wyżywienia w czasie delegacji, ile dodatkowo należy wypłacić z diet. I tak kwotę diety zmniejsza się o koszt zapewnionego bezpłatnego wyżywienia przyjmując, że każdy posiłek stanowi odpowiednio: śniadanie – 25 proc. diety, obiad – 50 proc. diety, kolacja – 25 proc. diety. Czyli pracownik ma szansę uzupełnienia w diecie ponad to, co będzie miał zagwarantowane – tłumaczy ekspertka.

Do rozliczenia kosztów podróży pracownik będzie musiał dołączyć dokumenty, np. rachunki, faktury lub bilety potwierdzające poszczególne wydatki; nie dotyczy to diet oraz wydatków objętych ryczałtami. Jeżeli przedstawienie dokumentu nie będzie możliwe, pracownik złoży pisemne oświadczenie o dokonanym wydatku i przyczynach braku jego udokumentowania.

PKO BP planuje rozwój przez fuzje i przejęcia. Myśli o Banku Millennium i Banku Pocztowym

Bank PKO BP rozważa kolejne fuzje i przejęcia, jeśli na polskim rynku usług finansowych pojawią się okazje korzystnych transakcji. Ze względu na strategiczne plany banku, który chce powiększyć portfel zamożnych klientów z dużych miast, dobrym kandydatem jest Bank Millennium. PKO BP złożył także nową ofertę Bankowi Pocztowemu.