Columbus otrzymał ponad 100 mln zł finansowania i spłacił większą część zobowiązań kredytowych

Columbus Energy otrzymał 101,5 mln zł finansowania od jednego z akcjonariuszy. Dzięki temu Spółka spłaciła znaczącą część zobowiązań bilansowych i inwestuje w kolejne farmy fotowoltaiczne.

Główny akcjonariusz Columbus Energy udzielił Spółce pożyczki w wysokości 101,5 mln zł. Część środków z pozyskanego finansowania, w kwocie 57 mln zł, Zarząd Spółki przeznaczył na spłatę zobowiązań kredytowych wobec instytucji finansujących – mBank S.A. oraz Alior Bank S.A.

Z pozyskanych środków Columbus wykupi też przedterminowo obligacje serii F, w kwocie 30 mln zł, dokonując tym samym ich całkowitego umorzenia. Wykup i umorzenie obligacji serii F, zgodnie z ustalonym terminem i wcześniejszymi zapowiedziami, nastąpi 30 września br.

Dzięki temu Spółka w większości spłaci kredyty obrotowe oraz krótkoterminowe obligacje, konsekwentnie redukując swój dług. Od początku bieżącego roku Columbus oddał bankom i obligatariuszom 180 mln zł.

Pozostałą część pozyskanego finansowania Spółka przeznaczy na realizację inwestycji w projekty farm fotowoltaicznych.

Zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami, dokonaliśmy redukcji kosztów stałych, poprawiliśmy marżowość Spółki, a teraz przyszedł czas na kontynuację redukcji długu instytucjonalnego. Columbus rozwija dwa główne biznesy. Nasz podstawowy biznes to sprzedaż fotowoltaiki, pomp ciepła oraz magazynów energii do klientów indywidualnych i biznesowych. Tutaj cierpieliśmy przez ostatnie kilka kwartałów z powodu zmian ustawowych i wojny medialnej, dotyczącej tego, czy nowe prawo jest lepsze, czy gorsze. Wojna w Ukrainie i wysokie stopy procentowe nie pomagały w tej sytuacji. Jednak w trzecim kwartale nastąpiło odbicie. Widzimy, że przychody rosną, a rynek się poprawił, bo czeka nas kryzys energetyczny, przed którym Polacy chcą się uchronić. A to jest misja Columbusa – obniżać rachunki za prąd i ciepło przez montaż naszych systemów.

Drugim naszym biznesem, niesamowicie kapitałochłonnym, jest inwestowanie we własne farmy fotowoltaiczne i magazyny energii. Tutaj strategicznie jesteśmy wspierani przez naszego akcjonariusza, który doskonale rozumie potencjał Columbusa – zarówno biznesu podstawowego, jak i inwestycyjnego. Ten rok jest skomplikowany, ale stajemy się silniejsi, efektywniejsi i bardziej marżowi. Teraz tylko wystarczy powrót do skali sprzed roku, a wyniki ukażą ten potencjał w pełnej krasie.

Redukcja pożyczek bankowych i obligacji jest naturalna. Ciężko w tak zmiennym rynku utrzymać warunki finansowania, kiedy kowenanty były plasowane na czas pokoju. Dlatego, po dzisiejszych redukcjach, pozostajemy z dwoma bankami na pokładzie w biznesie podstawowym: pierwszy (który nam zaufał w 2015 r.)  to  Bank Ochrony Środowiska, a drugi to Santander, z łącznym zadłużeniem w kwocie 75 mln zł.

Pozostałe finansowanie zostanie przeznaczone na rozwój biznesu farm fotowoltaicznych i magazynów energii, wspieranego przez naszego inwestora i akcjonariusza, a banki mBank, BOŚ i PKO BP finansują długoterminowe inwestycje farmowe. Chcę też przypomnieć, że w Columbusie trwa proces sprzedaży 102,5 MW farm fotowoltaicznych, który prowadzi dla nas PwC. Po dokonaniu tych transakcji nie tylko zamkniemy dużą część finansowania projektowego, farmowego, ale też zostanie nam sporo kapitału w Grupie komentuje Dawid Zieliński, prezes Columbus Energy S.A.

Ulga sponsoringowa – korzyści podatkowe

Wprowadzona ulga dla wspierających sport, kulturę i edukację jest atrakcyjnym instrumentem umożliwiającym podatnikom podejmowanie działań marketingowych, promocyjnych, biznesowych oraz wsparcie działalności istotnej dla społeczeństwa, przy jednoczesnym korzystaniu z preferencji podatkowej. Odpowiednie ukształtowanie procesów w firmie oraz znajomość przepisów mogą pozwolić na znaczne oszczędności podatkowe.

Czego dotyczy ulga?

Ulga sponsoringowa została uregulowana w art. 18ee ustawy o CIT oraz art. 26ha ustawy o PIT. Zgodnie z tymi przepisami podatnik, który prowadzi działalność gospodarczą oraz osiąga przychody inne niż przychody z zysków kapitałowych może odliczyć od podstawy opodatkowania kwotę stanowiącą 50% kosztów uzyskania przychodów poniesionych na działalność:

  • sportową,
  • kulturalną w rozumieniu ustawy z dnia 25 października 1991 r. o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej,
  • wspierającą szkolnictwo wyższe i naukę

Kwota odliczenia nie może w roku podatkowym przekroczyć kwoty dochodu uzyskanego przez podatnika z przychodów innych niż przychody z zysków kapitałowych (kwoty dochodu z pozarolniczej działalności gospodarczej w przypadku podatników PIT). Ponadto ponoszone koszty nie mogą zostać zwrócone podatnikowi w jakiejkolwiek formie.

Ulgę rozlicza się w następnym roku podatkowym poprzez wypełnienie specjalnego formularza będącego załącznikiem do rocznej deklaracji rozliczeniowej CIT/PIT.

Koszty poniesione na działalność sportową

Ulga sponsoringowa jest preferencją podatkową, dlatego korzystanie z niej zostało ograniczone przez ustawodawcę. W przypadku wspierania działalności sportowej preferencja obejmuje wydatki na finansowanie klubu sportowego niedziałającego w celu osiągnięcia zysku, ponoszone na realizację następujących celów wpływających na poprawę warunków uprawiania sportu przez członków klubu sportowego lub zwiększających dostępność społeczności lokalnej do działalności sportowej prowadzonej przez ten klub:

  • realizację programów szkolenia sportowego,
  • zakup sprzętu sportowego,
  • pokrycie kosztów organizowania zawodów sportowych lub uczestnictwa w tych zawodach,
  • pokrycie kosztów korzystania z obiektów sportowych dla celów szkolenia sportowego,
  • sfinansowanie stypendiów sportowych i wynagrodzenia kadry szkoleniowej

Zatem nie każde wsparcie klubu będzie wiązało się z możliwością skorzystania z preferencji.

Kolejne wydatki objęte ulgą to wydatki na stypendium sportowe, czyli jednostronne, bezzwrotne świadczenie pieniężne, które jest przyznawane przez jednostki samorządu terytorialnego, ministra właściwego do spraw kultury fizycznej, organizacje pożytku publicznego lub kluby sportowe, za osiągnięcie określonego wyniku sportowego lub umożliwiające przygotowanie się do imprezy sportowej.

Ostatni wydatek na działalność sportową umożliwiający skorzystanie z ulgi to finansowanie imprezy sportowej niebędącej imprezą masową, zgodnie z odrębnymi przepisami. Jeżeli więc podatnik, chciałby zareklamować się na takiej imprezie i ponieść w związku z tym wydatek to mógłby go odliczyć 1,5 krotnie.

Koszty poniesione na działalność kulturalną

W przypadku działalności kulturalnej ulga został ograniczona podmiotowo do wydatków ponoszonych na finansowanie zarejestrowanych instytucji kultury oraz działalności kulturalnej realizowanej przez uczelnie artystyczne i publiczne szkoły artystyczne. Wszelkie wydatki przedsiębiorcy, niezależnie od ich charakteru, ponoszone na finansowanie ww. instytucji mogą korzystać z preferencji. W dużej części będą to wydatki związane z marketingiem oraz promocją. Dodatkowo podatnicy mogą wykorzystywać fakt wspierania takich instytucji w działaniach PRowych. W przypadku działalności kulturalnej ulga ma bardzo szerokie zastosowanie.

Koszty poniesione na działalność wspierającą szkolnictwo wyższe

W tym przypadku podatnicy mają różne drogi na skorzystanie z preferencji. W celu skorzystania z ulgi konieczne jest zawarcie umowy z uczelnią.

W ramach pierwszej drogi, uldze podlegają wydatki na finansowanie stypendiów, przez co podatnik może pełnić funkcję mecenasa nauki i wykorzystywać ten fakt w działalności marketingowej. Ponadto często negocjuje z uczelnią możliwość ekspozycji na uczelni co wpływa na pozyskiwanie pracowników z rynku i budowanie wartości marki.

Drugi katalog wydatków to finansowanie staży i praktyk zawodowych, dzięki czemu podatnicy mogą pozyskać pracownika, a jego koszty rozliczyć w ramach ulgi.

Ostatni katalog wydatków objętych preferencją to wydatki na rozwój pracowników i finansowanie różnego rodzaju studiów podyplomowych, dualnych czy specjalnych. Taki rodzaj wydatków często występuje u pracowników, głównie z uwagi na potrzebę rozwijania kompetencji pracowników, zwiększenie motywacji oraz zwiększenie katalogu benefitów pracowniczych. Biorąc pod uwagę korzyści wynikające z ulgi podatnicy powinni przeanalizować oferowane możliwości rozwoju pracowników w postaci szkoleń, kursów etc., ponieważ zmiana podejścia może prowadzić do dużych benefitów podatkowych.

Autor: Robert Nogacki, partner zarządzający Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców

Czy inwestorzy nie lubią Polski?

Złośliwi uważają już, że polski rynek jest obecnie tak słaby, że szoruje po dnie i niżej się już nie da. Fatalna sytuacja PLN nie poprawiła się nawet przez słabość dolara. Polska giełda również nie napawa optymizmem.

Niespodziewana korekta na rynkach

Wczoraj ku zaskoczeniu wielu inwestorów w godzinach popołudniowych byliśmy świadkami osłabiania się dolara względem euro o około 2 centy. Patrząc na inne pary walutowe, jest to wynik raczej sygnałów od strony dolara niż euro. Wynika to z tego, że dolar tracił również względem innych głównych walut. Wczorajsze wystąpienie Jerome’a Powella było wydarzeniem, na które wielu inwestorów czekało. Sporym zawodem była zapowiedź, że nie będzie on komentował polityki monetarnej. Najwyraźniej inwestorzy uznali, że nie ma zatem podstaw by kontynuować ruch umacniający dolara względem euro i przyszedł czas na realizację zysków. Odbicie o dwa centy to 40% ruchu z ostatniego półtora tygodnia. Jest to zatem wartość, która w przypadku takich korekt nie powinna być uznawana za nic niestandardowego. Nie wyklucza to oczywiście kontynuacji ruchu w dół dzisiaj.

Słabość dolara nie pomogła złotemu

Wygląda na to, że inwestorzy przestali wierzyć w polskiego złotego. Zwyczajowo słabość dolara pomagała polskiej walucie. Teraz jednak odbicie widzieliśmy realnie tylko na parze dolar-złoty. Na pozostałych były to raczej drobne dostosowania, które szybko zostały zmiecione. O tym jak duże problemy ma polska waluta najlepiej świadczy fakt, że jeszcze we wtorek euro było 10 groszy tańsze niż obecnie. Tak w ciągu niecałych 48 godzin euro podrożało z 4,76 zł na 4,86 zł. Rozmawiamy o walucie, z którą złoty jest silnie powiązany. Na słabość złotego wpływa obecnie dodatkowy czynnik ryzyka kolejnej ofensywy rosyjskiej. Na razie nie są znane morale nowych rekrutów, ale wielu analityków wskazuje, że mogą być jednak wyższe niż wynika z internetowych memów.

Giełdy szukają dna

Rosnące stopy procentowe powodują, że indeksy giełdowe szukają co kilka dni nowego dna. Nie dotyczy to co prawda, tylko polskiego parkietu. W przypadku polskiego WIG20 ostatnio w mediach króluje określenie, że znowu toczymy bitwę pod Grunwaldem. Jest to nawiązanie do poziomu 1410 punktów. Należy pamiętać, że jeszcze niecały rok temu index miał wartość 2500 punktów. Oznacza to ponad 40% przecenę od szczytów. Lepiej skalę problemu oddaje fakt, że WIG20 przez ostatnie 10 lat był tylko w pojedyncze dni niżej niż obecnie. Z kolei w przypadku zachodnich indeksów przez zdecydowaną większość ostatniej dekady były niżej niż obecnie co pokazuje dobitnie brak zaufania do naszych spółek. Dociskanie ich podatkiem od nadmiarowych zysków tylko pogłębia problemy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – Czechy – decyzja w sprawie stóp procentowych,
14:30 – USA – finalny odczyt PKB,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Minimalny podatek CIT zawieszony na 2 lata

Ministerstwo Finansów przedstawiło projekt nowelizacji ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Jest to nowelizacja ustawy o CIT, która idzie w ślad za wcześniej przyjętą już  nowelizacją ustawy o PIT – wpisująca się w trend poprawy przepisów podatkowych wprowadzonych od początku bieżącego roku w ramach Polskiego Ładu. Najbardziej kontrowersyjnym elementem tego projektu jest kwestia podatku minimalnego, który stanowi źródło dużych wątpliwości dla przedsiębiorców. Jego konstrukcja może sprawiać, że firmy, które nie optymalizują się podatkowo, nie stosują praktyk agresywnie optymalizacji podatkowej i tak byłyby obciążone tym podatkiem – choć miał on w założeniu ukrócić pewne nieprawidłowe praktyki.

– Podatek minimalny CIT nie może być karą za wypracowywanie niskiego poziomu zysków, czy też ponoszenie straty przez przedsiębiorców. Pomimo pewnych korekt, które zostały wprowadzone do konstrukcji tego podatku, niestety wciąż nie usuwa on wszelkich wątpliwości, które są związane z tym mechanizmem – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Natomiast pozytywną zmianą jest to, że projekt uwzględnia zawieszenie poboru podatku minimalnego na okres kolejnych dwóch lat. Oznacza to, że w praktyce firmy zapłaciłyby tę nową daninę dopiero w roku 2025. Daje to czas na transpozycję do polskiego porządku prawnego dyrektyw unijnych związanych z minimalnym opodatkowaniem transgranicznych korporacji. Wydaje się więc, że w tej formie podatek minimalny nie wejdzie w życie i w międzyczasie polski ustawodawca zyska czas, aby dostosować krajowe prawo do przepisów unijnych – analizuje Kozłowski.

Rosja od lat przygotowywała wojnę energetyczną z Europą

Panowało przekonanie że gaz, ropę można kupić tak, jak każdy inny produkt – każdy inny surowiec na rynku. Rosja natomiast od lat przygotowywała się do tego, co dzisiaj widzimy. Po pierwsze przygotowywała alternatywne szlaki dostaw swoich surowców, alternatywne również w kontekście zmiany wektora – czyli np.: Związek Sowiecki silnie opierał się na eksporcie surowców energetycznych do Europy. Rosja odziedziczyła ten prymat również teraz – czyli gros surowców energetycznych trafia do Europy. Jednak w ostatnich 15-20 latach Rosjanie powzięli bardzo dużo działań, aby zdywersyfikować swoje portfolio odbiorców czy to gazu ziemnego, czy ropy naftowej. Ci odbiorcy przez np. terminale LNG na Jamale czy na Sachalinie mogą liczyć na gaz rosyjski w różnych częściach świata – głównie azjatyckiej. To samo tyczy się ropy naftowej. Zbudowane magistrale łączące Rosję z Chinami czy to w ropie naftowej, czy w gazie ziemnym pokazują, że Rosja od lat widziała zagrożenie, widziała pewne konsekwencje swojej polityki imperialnej – z dużym naciskiem na surowce energetyczne. Od wielu lat rozważała ograniczenie podaży gazu do Europy i próby zwiększenia eksportu tego surowca do państw azjatyckich. Rosja jest i będzie bardzo silnie uzależniona od surowców energetycznych, od wpływów generowanych przez sprzedaż surowców energetycznych.

– Obecna polityka pokazuje, że Rosjanie znaleźli pewne obejście obniżenia wolumenów w sprzedaży gazu czy surowców energetycznych przez podniesienie cen tych surowców. Czyli nawet sprzedając 30-40% mniejsze wolumeny gazu, teraz zarabiają tyle samo, albo nawet więcej niż rok temu. To dlatego, że ceny gazu skoczyły z poziomu 300-400 dolarów za 1000m3 do poziomu 3000 dolarów za 1000m3. Czyli obniżony wolumen sprzedaży gazu został zbilansowany, czy nawet przekroczony przez wyższe ceny tego surowca panujące na światowych rynkach – powiedział serwisowi eNewsroom  Mariusz Marszałkowski, ekspert portalu BiznesAlert. – Oczywiście to, co Rosja sprzedaje za granicę i to, co odbija sobie na ograniczeniu sprzedaży do Europy dotyka bardzo mocno Europę – dlatego, że  duża część państw europejskich nie przewidywała takiego obrotu spraw. Nie przewidywała, że Rosja może posunąć się do działań tak stricte antyrynkowych, do których się posunęła teraz. Budowa połączeń międzysystemowych, infrastruktury takiej, jak Nord Stream czy Nord Stream 2, czy gazociąg Turkish Stream, wcześniej jawiły się w Europie Zachodniej jako projekty czysto komercyjne – które miały w założeniu ułatwić transport rosyjskiego gazu do Europy i uniknąć ewentualnych problemów na trasie tego transportu przez Europę Środkową. Zachodnie państwa Europy uwierzyły w narrację rosyjską o tym, jakoby państwa Europy Środkowej stanowiły zagrożenie dla rosyjskiego gazu biegnącego do Europy i wspierały projekty dywersyfikacji źródeł, czy kierunków dostaw rosyjskiego gazu w omijaniu państw Europy Środkowej. Dzisiaj widzimy, że ta polityka opierania się na surowcach rosyjskich okazała się fiaskiem – ponieważ rosyjski gaz przestał płynąć w ilościach, które są odpowiednie, czy konieczne do funkcjonowania gospodarki europejskiej. To spowodowało znaczny wzrost tego surowca na giełdach – wyjaśnia Marszałkowski.

EIT InnoEnergy i Santander Asset Management tworzą fundusz inwestycyjny w zakresie technologii klimatycznych

Wczoraj podczas wydarzenia The Business Booster w Lizbonie ogłoszono, że Santander Asset Management (Santander AM) i EIT InnoEnergy uruchomią fundusz venture capital climate tech, który będzie inwestował w start-upy przyspieszające transformację energetyczną.

Santander AM i EIT InnoEnergy, ogłosiły porozumienie o współpracy w celu przyspieszenia transformacji energetycznej, rozwiązania problemu bezpieczeństwa energetycznego i rosnących cen energii w Europie poprzez skierowanie kapitału do najbardziej obiecujących start-upów działających w obszarze technologii klimatycznych z portfela EIT InnoEnergy.

Nowy fundusz zapewni prywatnym bankom i inwestorom instytucjonalnym środki do inwestowania w firmy na wczesnym etapie rozwoju, które pracują nad rozwiązaniami mającymi na celu uczynienie energii przystępną cenowo, dostępną i zrównoważoną. Spółki będą pochodzić przede wszystkim z istniejącego portfela EIT InnoEnergy, który obejmuje tak różne sektory jak gospodarka obiegu zamkniętego, energia odnawialna, magazynowanie energii, efektywność energetyczna, transport i mobilność, inteligentne budynki, miasta i sieci oraz wodór.

Santander AM będzie zarządzał portfelem funduszu. Banco Santander będzie pełnił rolę inwestora, a EIT InnoEnergy będzie współinwestował w nowe rundy start-upów i nadal będzie świadczył na ich rzecz usługi mające na celu ograniczanie ryzyka biznesowego oraz przyspieszenie realizacji projektów.

Inicjatywa będzie prowadzona przez zespół, który tworzą Santiago Gil, były szef VC w Enagas, Giovanni Bologna, który niedawno dołączył do Santander AM z funduszu VC Athos
oraz Jordi López, były szef działu rozwoju biznesu w EIT InnoEnergy, który teraz w pełni poświęci się wspólnemu przedsięwzięciu.

Elena Bou, dyrektor ds. innowacji w EIT InnoEnergy mówi: „Nowy fundusz uzupełni i wzmocni nasz istniejący ekosystem i ułatwi szybką alokację kapitału, aby przyspieszyć wprowadzanie na rynek przełomowych innowacji w dziedzinie technologii klimatycznych. Jest to sytuacja korzystna nie tylko dla naszych ponad 180 innowacyjnych firm, ale także dla funduszu. Posiadanie bezpośredniego dostępu do portfela InnoEnergy zapewnia funduszowi ciągły napływ interesujących projektów, który będzie kluczowy biorąc pod uwagę duży apetyt na tego typu aktywa.”

Borja Diaz-Llanos, szef działu inwestycji alternatywnych w Santander Asset Management dodaje: „To kolejny krok w walce ze zmianami klimatu w ramach naszego zaangażowania w globalną grupę Net Zero Asset Managers. Innowacje mają kluczowe znaczenie dla osiągnięcia zerowego bilansu netto do 2050 roku. Dzięki tej inicjatywie chcemy zapewnić dodatkowy kapitał wielu start-upom o największym potencjale redukcji emisji.”

Fundusz ma być zgodny z art. 8 rozporządzenia SFDR, a dokumenty regulacyjne zostały już złożone i są zatwierdzane przez hiszpańskiego regulatora, CNMV.

Deloitte: 6 polskich banków zalicza się do grona cyfrowych liderów

Stopień cyfryzacji polskiego sektora bankowego przekracza średnią światową, a aż sześć polskich banków zalicza się do grona cyfrowych liderów, wynika z raportu Digital Banking Maturity 2022, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Banki chcące być liderami muszą zaoferować swoim klientom więcej niż tylko tradycyjne usługi finansowe. Czołowi przedstawiciele branży umożliwiają realizację zróżnicowanych działań tworzących cały ekosystem rozwiązań proponowanych użytkownikom – od zakupu ubezpieczenia po składanie wniosku o świadczenia społeczne.

W ramach piątej edycji raportu Digital Banking Maturity, największego na świecie badania bankowości cyfrowej, analizie poddane zostały 304 banki w 41 krajach. Stopień digitalizacji sektora bankowego został oceniony na postawie trzech elementów: analizy ponad 1,2 tys. funkcjonalności cyfrowych składających się na kompleksową ścieżkę klienta, badaniu preferencji konsumentów w zakresie 26 najpopularniejszych aktywności bankowych oraz identyfikacji zasad i najlepszych praktyk projektowania doświadczeń użytkowników (User Experience – UX).

Przeanalizowane banki zostały podzielone na cztery kategorie: najlepsze wyniki osiągnęli cyfrowi liderzy (digital champions) wyznaczający kierunki digitalizacji sektora bankowego, do których zalicza się 30 banków, spośród których aż sześć pochodzi z Polski. Kolejną grupę stanowią pretendenci (digital smart followers), usiłujący naśladować liderów branży. Ostatnie dwie grupy to naśladowcy (digital adopters), będący w początkowych fazach cyfryzacji swojej działalności, oraz mający największe zaległości w tym obszarze maruderzy (digital latecomers).

– Decyzja o zaangażowaniu w cyfryzację przyniosła światowym liderom wymierne korzyści. Banki charakteryzujące się wysokim stopniem rozwoju kanałów cyfrowych okazały się być nie tylko bardziej odporne na zawirowania spowodowane pandemią koronawirusa, ale również odnotowały o 1,5 punktu procentowego wyższy poziom rentowności kapitału własnego niż mniej zdigitalizowane podmioty sektora bankowego – mówi Michael Wodzicki, partner Monitor Deloitte.

Wszechstronność konta kluczem do sukcesu

Autorzy raportu wskazują, że upowszechnienie zdalnych usług bankowych nieodwracalnie zmieniło sektor bankowy. Możliwość zdalnego otwarcia konta osobistego w przynajmniej jednym z dwóch kanałów – przez Internet lub poprzez aplikację mobilną – oferuje obecnie 80 proc. cyfrowych liderów oraz niemal 70 proc. pozostałych banków. Zmiany te, w połączeniu z wejściem w życie aktów prawnych takich jak dyrektywa PSD2, wymuszają rozszerzenie wachlarza usług, z których skorzystać mogą osoby posiadające rachunki bankowe, np. o zarządzanie wieloma kontami za pośrednictwem jednej aplikacji.

– Dzisiejszy klient oczekuje od banku możliwości realizacji szeregu operacji, takich jak zakup ubezpieczenia, składanie wniosku o świadczenia społeczne czy opłacenie biletu parkingowego. W ostatnich latach na znaczeniu zyskały usługi dodatkowe, które mimo niewielkiego wpływu na wynik finansowy są skutecznym sposobem na zwiększenie zaangażowania i lojalności klientów. Co więcej, umożliwiają pozyskiwanie większej ilości danych o konsumentach, co pomaga bankom w personalizacji oferowanych produktów – dodaje Michael Wodzicki.

Polski sektor stawia na kanały mobilne

Podobnie jak w poprzedniej edycji raportu Digital Banking Maturity, polskie banki uzyskały wyniki powyżej światowej średniej w obszarze cyfryzacji usług bankowości detalicznej. Jedną z przewag lokalnego sektora jest proces otwarcia konta z wykorzystaniem smartfona i aplikacji bankowej – możliwość tę oferuje 80 proc. polskich banków, podczas gdy nawet wśród globalnych cyfrowych liderów odsetek ten wynosi aż o 13 punktów procentowych mniej.

Polski sektor bankowy jest również świadomy korzyści wynikających z rozszerzenia oferty usług cyfrowych i rozbudowywania relacji z klientem. Obok działań na rzecz rozwoju „codziennych” funkcjonalności bankowych (dotyczących np. zarządzania kontem, wykonywania przelewów), to właśnie w tym obszarze dokonano największych inwestycji. Spośród wszystkich sekcji najbardziej wyróżnia się rozwój oferty narzędzi inwestycyjnych oraz zdalnego zarządzania kartami płatniczymi.

Polskie banki zauważyły, że klienci poszukują narzędzi do zarządzania osobistymi środkami, co stało się szczególnie widoczne w czasach wysokiej inflacji. Wiele osób usiłuje uchronić wartość swoich oszczędności, co z kolei przekłada się na wzrost popularności takich produktów jak lokaty strukturyzowane czy jednostki uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych, które można nabyć za pomocą aplikacji mobilnej. Nie bez znaczenia jest także dążenie sektora bankowego do integracji usług i stworzenia ekosystemu, z którego polscy klienci, cechujący się skłonnością do korzystania z narzędzi cyfrowych, chętnie skorzystają – mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider zespołu doradztwa regulacyjnego i ryzyka, lider sektora finansowego w Polsce, Deloitte.

Aplikacja mobilna kluczem do sukcesu

Coraz częstsza obecność urządzeń mobilnych w życiu codziennym znajduje odzwierciedlenie w digitalizacji usług bankowych. Do najczęściej wykonywanych operacji przy pomocy smartfona należą: wyszukiwanie informacji o produktach bankowych, sprawdzanie stanu konta, wykonywanie przelewów oraz inwestowanie.

Preferencje klientów przekładają się także na sytuację na polskim rynku. Na przestrzeni ostatnich lat banki w Polsce istotnie zwiększyły funkcję informacyjną aplikacji mobilnej (możliwość uzyskania informacji o produktach, cennikach, itp.) – w porównaniu z poprzednią edycją badania ich zaawansowanie zwiększyło się aż o 41 p.p., do poziomu 69 proc. Zauważalnie wzrosła również mobilna dostępność funkcjonalności otwierania konta (o 20 p.p.) oraz budowania relacji z klientem (o 18 p.p.) poprzez usługi dodatkowe.

– W mocno zdigitalizowanym świecie coraz więcej czynności dokonujemy za pomocą smartfona. Polscy konsumenci, charakteryzujący się skłonnością do korzystania z rozwiązań mobilnych, oczekują od banku możliwości zaspokajania codziennych potrzeb, od sprawdzania stanu konta po wybór produktu inwestycyjnego. Co więcej, wielu Polaków z zamiłowaniem korzysta z narzędzi takich jak BLIK, które w łatwy sposób pozwalają np. dokonywać szybkich płatności internetowych, czy rozliczeń bezpośrednio na telefon. W najbliższej przyszłości te banki, które wykażą się największą otwartością na tego typu rozwiązania, będą w stanie dołączyć do grona cyfrowych liderów – mówi Wiesław Kotecki, partner, lider zespołu Customer Strategy and Design, Deloitte Digital.

Duży spadek liczby udzielonych kredytów dla mikrofirm w sierpniu 2022 r.

W sierpniu 2022 r., w porównaniu do sierpnia 2021 r., banki udzieliły mniej kredytów mikroprzedsiębiorcom zarówno w ujęciu liczbowym (-14,4%), jak i wartościowym (-22,8%). W ujęciu liczbowym banki przyznały o (-43,4%) mniej kredytów inwestycyjnych oraz o (-22,1%) mniej kredytów obrotowych. W przypadku kredytów w rachunku bieżącym dynamika również jest ujemna i wyniosła (-0,8%). Spadła w porównaniu do sierpnia 2021 r. wartość udzielonych kredytów inwestycyjnych o (-57,8%) oraz kredytów obrotowych o (-24,8%). Wartość kredytów w rachunku bieżącym udzielonych w sierpniu 2022 r. w porównaniu do sierpnia 2021 r. wzrosła o (+11,5%).

Sprzedaż kredytów dla mikroprzedsiębiorców według produktów kredytowych

W okresie styczeń–sierpień 2022 r. liczba udzielonych kredytów w porównaniu z analogicznym okresem 2021 r. spadła o (-11,4%) w ujęciu liczbowym oraz o (-7,4%) w wartościowym. Przy czym w ujęciu ilościowym ujemna dynamika wystąpiła w przypadku wszystkich rodzajów kredytów, a najwyższa w przypadku kredytów inwestycyjnych (-31,8%). W ujęciu wartościowym ujemna dynamika (-26,3%) dotyczy kredytów inwestycyjnych oraz kredytów obrotowych (-5,7%). Natomiast dodatnia dynamika charakteryzowała kredyty w rachunku bieżącym (+4,7%).

– Sierpniowe wyniki liczby i wartości kredytów udzielonych mikroprzedsiębiorstwom nie zaskakują, gdyż trend spadkowy w kredytowaniu firm widać już od wielu miesięcy. Jednak to, co niepokoi jest spadek o blisko 58 proc. wartości udzielonych kredytów inwestycyjnych. W okresie ośmiu miesięcy jest to spadek o 1/3. Nie jest to bynajmniej wyraz pasywności kredytowej przedsiębiorców, a raczej przejaw rosnącej niepewności wynikającej z obecnych warunków makroglobalnych, w tym wojny w Ukrainie, jak i makroekonomicznych, zwłaszcza kryzysu energetycznego. Wysoka inflacja i wzrost kosztów obsługi kredytów w wyniku rosnących stóp procentowych nie skłaniają właścicieli firm do ponoszenia ryzyka – ocenia dr hab.Waldemar Rogowski, główny analityk Grupy BIK.

– Z uwagi na rosnącą awersję do ryzyka wysoce prawdopodobna jest perspektywa zatrzymania procesów inwestycyjnych, co będzie miało negatywne konsekwencje w przyszłości. Już obecnie udział inwestycji do PKB wynosi 15 proc. – ostrzega prof. Rogowski.

– W sierpniowych wynikach uwagę zwraca ponad 11 proc. wzrost r/r wartości kredytów w rachunku bieżącym udzielonych mikroprzedsiębiorcom przez banki. W tym segmencie kredytowania wprawdzie nie ma utrwalonego trendu, ale można się spodziewać, że w związku z rosnącą inflacją mikroprzedsiębiorcy będą teraz inwestować w zapasy materiałów i produktów, częściowo finansowanych kredytem w rachunku bieżącym. Mikroprzedsiębiorcom kończą się również środki uzyskane z tarcz covidowych – dodaje główny analityk Grupy BIK.

Jakość portfeli kredytów dla mikroprzedsiębiorców według produktów kredytowych

Sierpniowy odczyt Indeksu jakości kredytów mikroprzedsiębiorców wyniósł 4,88% w ujęciu wartościowym. Nadal jest on na bezpiecznym poziomie. Produktowe Indeksy jakości w sierpniu 2022 r. kształtowały się w ujęciu wartościowym następująco: kredyty inwestycyjne 2,50%, kredyty w rachunku bieżącym 3,52% oraz kredyty obrotowe 8,87%. W sierpniu 2022 r. w porównaniu do lipca 2022 r. pogorszył się (wzrósł) ogólny Indeks jakości o (+0,17). Indeks pogorszył się (wzrósł) również w porównaniu do sierpnia 2021 o (+0,39). W okresie 12-miesięcznym pogorszyły się Indeksy wszystkich trzech rodzajów kredytów. Najwyższe pogorszenie Indeksu wystąpiło w przypadku kredytów obrotowych (+0,55).

Sprzedaż kredytów dla mikroprzedsiębiorców według sektorów

Na 10,4 tys. kredytów udzielonych mikroprzedsiębiorcom w sierpniu br., 5,0 tys. zaciągnęły firmy usługowe (48%) i 2,5 tys. handlowe (24%). Łącznie więc 72% udzielonych w sierpniu 2022 r. kredytów przypada na te dwa sektory. Z całkowitej kwoty 1,351 mld zł, banki udzieliły 486 mln zł (36,0%) kredytów firmom z sektora usług oraz 379 mln zł (28,0%) mikroprzedsiębiorcom prowadzącym działalność handlową. Finansowanie tych dwóch sektorów to w sierpniu 2022 r. 64,0% łącznej wartości udzielonych kredytów mikroprzedsiębiorcom.

W sierpniu 2022 r. najwyższy spadek r/r liczby udzielonych kredytów dotyczył finansowania budownictwa (-16,7%) oraz handlu (-16,0%). W ujęciu wartościowym w sierpniu 2022 r. w porównaniu do sierpnia 2021 r. ujemna dynamika dotyczyła kredytów dla wszystkich sektorów. Najwyższa ujemna dynamika dotyczyła wartości kredytów udzielonych firmom usługowym (-26,6%) oraz handlowym (-25,6%).

W okresie styczeń-sierpień 2022 r. banki udzieliły mniej kredytów w porównaniu do analogicznego okresu ub.r. we wszystkich sektorach. Najbardziej spadła o (-16,4%) liczba kredytów udzielonych firmom handlowym oraz produkcyjnym (-15,8%). W ujęciu wartościowym banki udzieliły w ośmiu miesiącach br. 2022 r. w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku niższego finansowania firmom z trzech sektorów. Najwyższy spadek dotyczył udzielenia finansowania firmom produkcyjnym (-19,1%) oraz handlowym (-12,1%). W tym okresie wzrosła jedynie wartość udzielonych kredytów firmom budowlanym o (+3,2%).

Jakość portfeli kredytów dla mikroprzedsiębiorców według branż

Według odczytów Indeksu Jakości najgorzej (najwyższy poziom wskaźnika) w sierpniu 2022 r. spłacane były kredyty przez firmy handlowe – wartość Indeksu wyniosła 5,13%. Najlepszy (najniższy) odczyt w sierpniu br. odnotował Indeks Jakości firm z sektora budownictwo i wyniósł 4,49%.

W porównaniu do sierpnia 2021 r. Indeks pogorszył się (wzrósł) w trzech branżach: produkcji (+1,11), budownictwie o (+0,95) oraz handlu o (+0,51). Niewielką poprawę na poziomie (-0,01) odnotował Indeks w branży usługowej.

Członek zarządu może się wybronić przed zakazem prowadzenia działalności gospodarczej

Zakaz prowadzenia działalności gospodarczej to koszmarny sen każdego członka zarządu spółki. Może do tego doprowadzić m.in. niezłożenie we właściwym terminie wniosku upadłościowego. Czy w takiej sytuacji można skutecznie wybronić się przed negatywną decyzją sądu? Eksperci przekonują, że jest to możliwe.

W ciągu pierwszych 6 miesięcy tego roku sądy ogłosiły 526 upadłości i restrukturyzacji firm – to o ponad 38 proc. więcej niż rok wcześniej. Drugie półrocze zapowiada się tylko gorzej. Zarządy wielu spółek będą zmuszone do złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości. Powinny to jednak zrobić we właściwym terminie – 30 dni od wystąpienia podstawy do ogłoszenia upadłości. Skutkiem niezłożenia wniosku na czas może być orzeczenie przez sąd zakazu prowadzenia działalności gospodarczej – od 1 roku do nawet 10 lat.

Zakaz obejmuje nie tylko prowadzenie działalności na własny rachunek, ale również sprawowanie szeregu funkcji, np. pełnienie funkcji reprezentanta spółki handlowej. Sytuację mocno komplikuje fakt, że z wnioskiem o zakaz prowadzenia działalności gospodarczej może wystąpić do sądu szereg podmiotów – począwszy od wierzyciela, syndyka, a skończywszy na prokuratorze. Wnioski takie coraz częściej jako wierzyciele składają ZUS i Urzędy Skarbowe. Ilość i ranga tych instytucji nie zawsze oznacza, że przedsiębiorca jest na straconej pozycji. – tłumaczy Norbert Banaszek z firmy doradczej Lege Advisors.

Jak skutecznie się bronić?

Przede wszystkim należy ustalić, czy wniosek o zakaz został złożony przez osobę do tego uprawnioną (art. 376 Prawa upadłościowego) i we właściwym terminie. Sąd nie rozpatrzy takiego wniosku, jeżeli złożony został ponad rok od dnia ogłoszenia upadłości albo od dnia oddalenia wniosku o ogłoszenie upadłości spółki. A w sytuacji, gdy wniosek upadłościowy nie został w ogóle złożony – w terminie 3 lat od dnia ustania stanu niewypłacalności albo wygaśnięcia obowiązku złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości przez daną osobę/instytucję.

A jeśli wniosek o zakaz prowadzenia działalności został złożony przez osobę uprawnioną z zachowaniem terminu? – Sąd może oddalić wniosek o orzeczenie zakazu prowadzenia działalności gospodarczej, jeżeli zarząd złożył już wniosek o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego, przyspieszonego postępowania układowego, postępowania układowego lub sanacyjnego.wyjaśnia Przemysław Furmanek z Kancelarii Lege Restrukturyzacje.

Ważna jest sytuacja ekonomiczna firmy dłużnika

Istotne jest, że przy orzekaniu zakazu prowadzenia działalności, sąd bierze także pod uwagę stopień winy przedsiębiorcy oraz skutki podejmowanych działań. W szczególności obniżenie wartości ekonomicznej przedsiębiorstwa upadłego i rozmiar pokrzywdzenia wierzycieli.

Kluczową w takiej sytuacji jest analiza finansowa przedsiębiorstwa, od momentu, w którym powinien zostać złożony wniosek o ogłoszenie upadłości. W szczególności z perspektywy zaspokojenia wierzycieli. Prawdopodobieństwo obniżenia wartości finansowej przedsiębiorstwa i znaczne pokrzywdzenie wierzycieli, bywają dla sądu podstawą do skorzystania z opinii biegłego. mówi Norbert Banaszek z firmy doradczej Lege Advisors.

Opinia biegłych może być kluczowa

Zdarza się, że biegli sądowi wykazują, iż wartość finansowa firmy upadłego w trakcie kadencji członka zarządu, którego dotyczył wniosek o zakaz działalności, nie uległa obniżeniu, ale wręcz wzrosła. Co więcej, biegli w opinii mogą potwierdzić, że zmiana głównego profilu działalności dawała perspektywę na oddalenie zagrożenia upadłością. – Podobne ustalenia mogą okazać się kluczowe dla sprawy. W ich efekcie sąd może wniosek o zakaz oddalić. Uzna bowiem, że wnioskodawca nie wykazał, aby doszło do obniżenia wartości ekonomicznej przedsiębiorstwa upadłego i zwiększenia pokrzywdzenia wierzycieli na skutek niezłożenia w terminie wniosku o upadłość. przekonuje Przemysław Furmanek z Kancelarii Lege Restrukturyzacje.

Norbert Banaszek zauważa, że w jednej ze spraw o zakaz prowadzenia działalności gospodarczej, sąd stwierdził, że „analizując pokrzywdzenie wierzycieli należy brać pod uwagę ich ogół, a nie sytuację wierzyciela wnioskującego o zakaz prowadzenia działalności”.
To bardzo ważna informacja dla wszystkich firm-dłużników. – podkreśla ekspert

Inflacyjna spirala wciąż się nakręca

Według najnowszych danych Narodowego Banku Polskiego, w sierpniu inflacja bazowa, czyli nieuwzględniająca cen energii i żywności wzrosła do rekordowych 9,9 proc. To zły prognostyk, wskazujący, że szczyt dynamiki wzrostu cen jeszcze przed nami, a z nadmierną inflacją będziemy borykać się jeszcze przez dłuższy czas.

W obszarze powszechnego zainteresowania znajduje się najbardziej popularny wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych, uznawany jednocześnie za najbardziej miarodajny. Jednak banki centralne w podejmowaniu decyzji o wysokości stóp procentowych, kierują się także innymi wskaźnikami. Jednym z nich jest właśnie inflacja bazowa, nie uwzględniająca cen żywności i energii, a więc nie tylko składników najbardziej zmiennych, ale przede wszystkich tych, na których kształtowanie polityka pieniężna ma niewielki wpływ. Inflacja konsumpcyjna osiąga w Polsce poziom najwyższy od ćwierć wieku, za co w dużym stopniu odpowiadają właśnie ceny żywności, a przede wszystkim surowców energetycznych, a co za tym idzie prądu i gazu, wpływających na wzrost kosztów utrzymania mieszkania. W tegorocznym okresie letnim mieliśmy także do czynienia z nadspodziewanie wysokim wzrostem cen żywności. Tak więc inflacja uderza przede wszystkim w dwie kategorie, które mają największy udział w budżetach gospodarstw domowych. W dłuższym terminie ogranicza to popyt na dobra trwałego użytku, co niekorzystnie wpływa na koniunkturę gospodarczą. Dodatkowym czynnikiem, napędzającym inflację, jest sytuacja na rynku pracy, czyli rekordowo niskie bezrobocie i niedobory podaży pracy w wielu sektorach gospodarki. Dobra pozycja negocjacyjna pracowników wywiera presję na podnoszenie wynagrodzeń przez pracodawców. Pracownicy bronią się w ten sposób przed inflacją, ale jednocześnie wywołuje to podwójny efekt. Po pierwsze, sprzyja wzrostowi inflacji, gdyż firmy starają się przenieść wzrost kosztów na ceny wyrobów i usług, a po drugie, zmuszeni są do obniżania marż, a więc i zdolności rozwojowych, między innymi poprzez ograniczanie inwestycji.

Inflacja konsumencka przekłada się pośrednio także na inflację bazową, która w sierpniu była najwyższa w historii obliczania tego wskaźnika, czyli od początku 2001 r. Sięgająca 9,9 proc. dynamika inflacji bazowej wywierać będzie na Radę Polityki Pieniężnej presję do kontynuowania cyklu podwyżek stóp procentowych. Do tej pory większość prognoz ekonomistów zakładała, że wynosząca obecnie 6,75 proc. stopa referencyjna może w tym cyklu wzrosnąć do 7-7,5 proc.. Coraz bardziej prawdopodobny jednak wydaje się scenariusz, w którym stopy mogą być jeszcze wyższe. Najnowsza prognoza dość konserwatywnie nastawionej agencji ratingowej Fitch, sugeruje możliwość osiągnięcia przez stopę referencyjną NBP poziomu 7,5 proc. Jeśli jednak sprawdzą się negatywne prognozy, mówiące o jeszcze mocniejszym wzroście inflacji w pierwszych miesiącach przyszłego roku, możemy mieć do czynienia z kontynuacją podwyżek stóp procentowych. Jednocześnie o powrocie inflacji do celu, wyznaczonego przez bank centralny na 2,5 proc., z odchyleniem w obie strony o 1 punkt procentowy, możemy myśleć w perspektywie nawet 3-4 lat.

W ślad za podwyżkami stóp procentowych, w podwyższane jest także oprocentowanie lokat bakowych, czyli produktu obarczonego najmniejszym ryzykiem z punktu widzenia oszczędzających. Lokaty pozwalają ograniczyć destrukcyjny wpływ inflacji na oszczędności już niemal o połowę. Oferta depozytowa Inbanku nieustannie znajduje się w ścisłej czołówce, a jej cechą charakterystyczną jest konsekwencja w podwyższaniu oprocentowania, nie obarczona dodatkowymi warunkami i nie  ograniczająca się do okresowych promocji.

Autor komentarza: Tomasz Rzeski, Country Sales Manager Oddziału Inbank w Polsce

Rosną długi firm outsourcingowych

Rynek usług outsourcingowych w Polsce mocno się rozwija i nadrabia hamowanie, którego doświadczył w pandemii. Jednak wraz ze wzrostem zwiększa się też jego zadłużenie. Firmy ochroniarskie, zajmujące się utrzymaniem czystości, administrowaniem, call center, agencje zatrudnienia i pracy tymczasowej oraz szkoleniowe mają blisko 156 mln zaległości – wynika z najnowszych danych Krajowego Rejestru Długów.

W ciągu pięciu lat zaległości branży outsourcingowej wzrosły o prawie 43 mln zł. Jeszcze w 2017 r. wynosiły 112,8 mln zł. Dziś to 155,7 mln zł. Nastąpił też duży skok liczby dłużników z 4,2 tys. do 7,3 tys. Zmalało jednak średnie zadłużenie – z 27 tys. zł do 21,2 tys. zł.

– Branża outsourcingu jest mocno rozdrobniona, nie powinno więc dziwić, że najwięcej długów obciąża jednoosobowe działalności gospodarcze. Mają one 80,9 miliona złotych niezapłaconych rachunków. Pozostałe 73,8 miliona złotych obciąża spółki prawa handlowego, zaś niespełna milion złotych spółki cywilne. Jednak to właśnie one odnotowują najwyższe średnie zadłużenie – 27,6 tysiąca złotych, podczas gdy przeciętna zaległość  JDG-ów to 19,5 tysiąca złotych – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Rekordzistą w zadłużeniu jest przedsiębiorca z Wielkopolski prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą. Świadczy on usługi utrzymania czystości. Niemal całą kwotę, czyli 1,5 mln zł, powinien oddać firmie budowlanej.

Największe problemy finansowe mają firmy outsourcingowe z województwa mazowieckiego, gdzie uzbierało się 39,3 mln zł zaległości. Za nimi są przedsiębiorstwa ze Śląska z kwotą 19,3 mln zł, a trzecia Wielkopolska, gdzie długi sięgają 15 mln zł. Najsolidniejsze w regulowaniu zobowiązań są podmioty z województwa lubiąskiego – zaległości wynoszą tam 1,9 mln zł.

Niemal połowę długów branży – 66,6 mln zł – stanowią długi wobec wtórnych wierzycieli, czyli firm windykacyjnych i funduszy sekurytyzacyjnych, które przejęły należności pierwotnych wierzycieli, głównie banków. Z kolei 41,8 mln zł firmy outsourcingowe są winne instytucjom finansowym – bankom, firmom faktoringowym, leasingowym, ubezpieczeniowym. Natomiast 15,2 mln zł branża zalega wobec operatorów komórkowych, dostawców Internetu i telewizji.

Do posprzątania 156 mln zł

Największe zaległości, bo 72,5 mln zł, obciąża przedsiębiorstwa sprzątające. Ma je 3,5 tys. podmiotów. Przeciętna zaległość w tym segmencie to 20,7 tys. zł.

Jest on bardzo rozdrobniony, tworzą go tysiące mniejszych i większych firm, czego efektem jest ogromna konkurencja. Trwająca nadal pandemia zwiększyła zapotrzebowanie na dokładną dezynfekcję miejsc publicznych, środków transportu i biur, co napędziło zlecenia. Jednak przy dużym zagęszczeniu na rynku rentowność takich zleceń, biorąc także pod uwagę rosnące koszty środków odkażających oraz samego zatrudnienia, nie jest duża. Firmy zlecające usługi sprzątania na zewnątrz przywiązują coraz większą wagę do wydajności i przejrzystości rozliczeń. Problemem dla nich jest ocena jakości pracy firm sprzątających oraz ilości zużytych środków czystości, gdyż nie ma tu obiektywnych kryteriów. To ważne zwłaszcza dla firm, w których nawet 80 proc. pracowników pracuje zdalnie lub hybrydowo. Mają one więc dużo niewykorzystanej powierzchni biurowej, która wymaga jednak stałego utrzymywania porządku, mimo że pracownicy na miejscu bywają rzadko. 

Branża HR musi oddać prawie 30 mln zł

Podmioty zajmujące się wyszukiwaniem miejsc pracy i pozyskiwaniem kadry oraz agencje pracy tymczasowej uzbierały 29 mln zł nieuregulowanych zobowiązań. Jedna firma nie zapłaciła średnio 19,9 mln zł, a problemy finansowe ma 1,5 tys. z nich.

Z raportu „Rynek usług HR 2021”, przygotowanego przez Polskie Forum HR, członka Konfederacji Lewiatan, wynika, że po trudnym 2020 r., ubiegły rok przyniósł znaczną poprawę na rynku usług HR. Wzrosła liczba godzin przepracowanych przez pracowników tymczasowych, mimo że ich grono nieznacznie się skurczyło. Choć w 2021 r. agencje zatrudnienia nie odnotowały znaczących zmian w liczbie takich firm działających na rynku wobec 2020 r., to widać tam dużą rotację: w 2021 roku zarejestrowanych zostało 1909 agencji, podczas gdy w tym samym czasie wykreślono 1770. Jak pokazują dane Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej, sektor agencji rocznie wspiera w zatrudnieniu ponad 1 mln osób w Polsce. Firmy zrzeszone w Polskim Forum HR zatrudniały ponad 181 tys. osób.

Szkolenia idą do przodu, ale z potknięciami

Z kolei ponad tysiąc firm szkoleniowych ma 19,4 mln zł zaległości. Statystycznie każda z nich powinna oddać 18,3 tys. zł.

Według danych wywiadowni gospodarczej Dun&Bradstreet, opracowanych przez platformę do webinarów ClickMeeting, branżę szkoleniową tworzą głównie mikro i małe firmy, przy czym aż 2/3 to jednoosobowe działalności gospodarcze. Informacje uzyskane przez wywiadownię w KRS wskazują, że sytuacja przedsiębiorstw działających w segmencie szkoleń jest mocno spolaryzowana. Ponad 40 proc. firm jest w dobrej i bardzo dobrej kondycji, z czego 23 proc. w zdecydowanie dobrej. Jednocześnie 60 proc. jest w trudnej i bardzo trudnej sytuacji, z czego te w bardzo złej stanowią aż 27 proc.

Administracja średnio najmocniej zadłużona

Przedsiębiorstwa specjalizujące się w obsłudze administracyjnej biur, jak prowadzenie recepcji, księgowości, call center oraz archiwizowanie i niszczenie dokumentów, muszą kontrahentom oddać 18,6 mln zł. Kwota ta obciąża 693 firmy. Spośród wszystkich segmentów outsourcingu mają one największe średnie zadłużenie, które wynosi 26,9 tys. zł.

Silnym trendem w tym segmencie jest obecnie rewolucja technologiczna. Eksperci wskazują, że w najbliższych 2 latach prawie 60 proc. firm chce wprowadzić elektroniczny obieg dokumentów. Dlatego wielu pracowników administracyjnych obawia się, czy sztuczna inteligencja (AL) nie wyprze ich z pracy. Rozwiązania technologiczne na pewno będą się rozwijać i wkraczać do biur – to naturalny trend. Jednak maszyny i AL mogą zastąpić człowieka przy wykonywaniu czynności lub przy obliczeniach i już to robią, ale nie wyprą go w bezpośrednim kontakcie, w którym kluczem do rozwiązywania problemów w pracy jest empatia.

 

(Nie) bezpieczne zaległości w płaceniu

Najmniej obciążone niezapłaconymi fakturami są firmy ochroniarskie i detektywistyczne – to kwota 16 mln zł. 618 przedsiębiorstw z tego grona ma przeciętnie 26,1 tys. zł niezapłaconych zobowiązań.

Branża ta  jest zaniepokojona rosnącą inflacją, choć ma nadzieję, że nie odczuje zbyt mocno negatywnych skutków obecnej sytuacji. Obawia się także niedoboru pracowników i wzrostu kosztów obsługi kredytów, co może wyhamować dalsze inwestycje i rozwój segmentu. Obecnie branża bezpieczeństwa przechodzi transformację i poza zwykłą ochroną rozszerza zakres działalności o sztuczną inteligencję. Ma ona zastosowanie w infrastrukturze dzięki takim funkcjom, jak system automatycznego rozpoznawania tablic rejestracyjnych, automatyczne rozpoznawanie zdarzeń czy ograniczenie liczby fałszywych alarmów. To powoduje, że technologia zastępuje człowieka, co z kolei budzi niepokój pracowników. Są oni bowiem przyzwyczajeni do tradycyjnego modelu ochrony z człowiekiem w roli głównej. Mimo to branża spodziewa się dalszego wzrostu znaczenia technologii w swojej działalności.

Polacy nie chcą reagować na mobbing. Boją się zemsty, ale też zeznań i konfrontacji ze sprawcą

Najnowszy sondaż pokazuje, że co trzeci pracownik w Polsce nie zrobiłby kompletnie nic, gdyby doznał mobbingu w pracy. Co piąty nie wie, jakby zareagował. Natomiast co szósty anonimowo zgłosiłby skargę do Państwowej Inspekcji Pracy. Prawie co dziewiąta osoba zwróciłaby się do swoich przełożonych lub pracodawców. Tylko co 25 ankietowany poszedłby do sądu. Z kolei najczęstszym powodem bezczynności byłaby obawa przed zemstą mobbera lub zwierzchników. Komentujący badanie eksperci uważają, że jego wyniki świadczą o braku wiedzy z zakresu prawa i wiary w wymiar sprawiedliwości. I dodają, że dobrym rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie do szkół edukacji prawnej. Inaczej kolejne pokolenia mobberów będą w Polsce bezkarne.

Bierność i niewiedza

Według badania, zrealizowanego przez UCE RESEARCH oraz platformę ePsycholodzy.pl, aż 33,1% pracowników w Polsce nie zrobiłby zupełnie nic, gdyby w swoim miejscu pracy doznało mobbingu. Sondaż został przeprowadzony wśród ponad tysiąca dorosłych Polaków, którzy w dniu badania byli zatrudnieni na etacie lub w oparciu o umowy cywilnoprawne.

– Jak pokazuje praktyka, prawdziwe ofiary mobbingu zwykle bardzo późno decydują się na podjęcie kroków prawnych. Wiele osób latami wykazuje bierność, starając się jak najdłużej wytrzymać trudną sytuację. Dopiero gdy czara goryczy się przelewa i atmosfera w pracy jest już nie do zniesienia, mobbowani pracownicy zaczynają szukać rozwiązań – komentuje adwokat Bartłomiej Raczkowski.

Jak wyjaśnia Michał Pajdak z platformy ePsycholodzy.pl, pracownik może bardzo źle się czuć z powodu doznawanego dzień w dzień mobbingu i nie podejmować żadnych działań z lęku przed utratą pracy, czyli względnie stałego źródła utrzymania. W czasach szalejącej inflacji może to być coraz częstszym zjawiskiem i dotykać szczególnie osoby będące jedynymi żywicielami swoich rodzin. Szeregowi pracownicy, którzy są prześladowani przez przełożonych, mogą wręcz panicznie obawiać się tego, że po ujawnieniu sprawy nikt w firmie nie stanie po ich stronie.

– Z moich obserwacji wynika, że pracownicy nie podejmują działań z wielu powodów. Najczęściej w ogóle nie wierzą w to, że mogą poprawić swoją sytuację. Wątpią, że w firmie zostaną podjęte odpowiednie kroki w celu rzetelnego wyjaśnienia sprawy. Do tego ofiary często nie wiedzą np. o tym, że wdrożenie procedury antymobbingowej jest obowiązkiem pracodawcy. Nie mają też pojęcia, jak ewentualnie zainicjować postępowanie – zwraca uwagę radca prawny dr Karolina Mazur.

Aż 20,1% pracowników w Polsce nie wie, jakby się zachowało, gdyby doznało mobbingu. W ocenie mec. Raczkowskiego, wyniki badania ewidentnie świadczą o braku świadomości prawnej Polaków. To, co obowiązuje wszystkich dorosłych, czyli prawo, nie jest przedmiotem nauki na żadnym poziomie edukacji. Jak podkreśla ekspert, należy szybko to zmienić, wprowadzając edukację prawną do szkół podstawowych. Dzieci już w szóstej czy siódmej klasie powinny obowiązkowo mieć spotkania z prawnikami, aby poznać fundamentalne kwestie i wiedzieć, jak w praktyce bronić się np. przed molestowaniem czy mobbingiem. Podobne zdanie wyraża Michał Pajdak. Polacy powinni więcej wiedzieć na te tematy, aby niepokojące zjawiska były szybko dostrzegane i niwelowane.

– W mojej ocenie, niska świadomość prawna społeczeństwa powoduje to, że w wielu przypadkach pracownicy nawet nie wiedzą, że już są ofiarami. Warto wskazać, że mobbing to przede wszystkim nękanie psychiczne, a poniżenie lub ośmieszenie osoby mobbowanej ma być jedynie tego skutkiem lub celem. Zachowanie mobbera ma wywołać u pracownika zaniżoną ocenę przydatności zawodowej. Może być ono ukierunkowane na izolowanie ofiary lub nawet na wyeliminowanie jej z zespołu – tłumaczy dr Mazur.

„Ostrożne” działanie

Badanie pokazuje również, że pracownicy, którzy w ww. sytuacji byliby gotowi podjąć jakiekolwiek działanie, najczęściej zdecydowaliby się na złożenie anonimowej skargi do Państwowej Inspekcji Pracy – 16,7%. Na oficjalne zgłoszenie, czyli pod imieniem i nazwiskiem, odważyłoby się zaledwie 4,3% ankietowanych. Natomiast, zgodnie z danymi Głównego Inspektoratu Pracy, w I połowie br. złożono do PIP 1003 skargi dot. mobbingu. W całym ub.r. odnotowano ich 2116, w 2020 roku – 1884, a w 2019 roku – 2085. Do tego warto dodać, że w I półroczu br. anonimy stanowiły 13% zgłoszeń, czyli prawie tyle samo co w całym 2021 roku i 2020 roku – po 14%. W 2019 roku było ich 18%.

– Pracownik, który czuje się ofiarą mobbingu, ma prawo złożyć skargę do Państwowej Inspekcji Pracy. Nie może być jednak ona anonimowa, bo pozostanie bez rozpoznania, o czym ofiary po prostu często nie wiedzą. Ważne jest to, iż pracownicy PIP-u, zgodnie z art. 44 ust. 3 ustawy z dnia 13 kwietnia 2007 r. o Państwowej Inspekcji Pracy, są zobowiązani do nieujawniania informacji, że kontrola jest prowadzana w następstwie zgłoszenia. Zabezpiecza to osoby składające wnioski przed negatywnymi konsekwencjami ze strony niezadowolonych pracodawców. Ujawnienie faktu złożenia skargi, w tym w trakcie prowadzonych czynności kontrolnych, jest możliwe jedynie wówczas, gdy zgłaszający sprawę wyrazi na to pisemną zgodę – informuje dr Karolina Mazur.

Ponadto z badania wychodzi, że zaledwie 11,3% ankietowanych zgłosiłby sprawę przełożonym lub właścicielom firmy bądź instytucji. Jak zaznacza psycholog Michał Murgrabia z platformy ePsycholodzy.pl, pracodawca musi zapewnić podwładnemu bezpieczne i zdrowe warunki pracy, w których stosowane są obiektywne i równe zasady współpracy. Tylko wówczas zatrudniony może bez obaw zgłosić się do swojego szefa i zakomunikować mu trudną sytuację, która ma miejsce w zespole.

– Z moich obserwacji wynika, że w razie ujawnienia problemu pracodawcy w przygniatającej większości reagują. Uruchamiają postępowanie wyjaśniające, aby obiektywnie ustalić, czy mobbing rzeczywiście miał miejsce. I jeżeli skarga jest zasadna, podejmowane są odpowiednie działania. Pracodawca proponuje np. przeproszenie ofiary lub rozdzielenie jej z mobberem, a w najcięższych przypadkach – zwolnienie go i zadośćuczynienie finansowe dla poszkodowanej osoby. Jest to bardziej opłacalne dla przedsiębiorstwa niż bronienie się w sądzie i tracenie reputacji – przekonuje adwokat Bartłomiej Raczkowski.

Z kolei 7,1% badanych odeszłoby z pracy, gdyby doświadczyło mobbingu. Natomiast tylko 4% ankietowanych wniosłoby sprawę do sądu. Jak stwierdza Michał Pajdak z platformy ePsycholodzy.pl, odejście pracownika, choć zapewnia mu pewną ochronę, nie rozwiązuje problemu w danym zespole. Istnieje poważne ryzyko, że po zniknięciu ofiary, zachowania mobbingowe będą kontynuowane wobec innych osób. Do tego ekspert dodaje, że najważniejszy jest brak przyzwolenia na takie działania. Wiedza dotycząca tego, jak dochodzi do mobbingu, w jaki sposób on się rozwija i eskaluje, pozwala na lepsze unikanie go.

– Oprócz ww. kwestii, wyniki badania pokazują brak wiary Polaków w wymiar sprawiedliwości. Wypływa to ze świadomości, że nasze sądownictwo jest niezwykle opieszałe. Ponadto widać, że przeważająca część rodaków została wychowana na ofiary, które wolą znosić upokorzenia niż walczyć o swoje prawa – analizuje mec. Raczkowski.

Powody bezczynności

Ankietowani, którzy nic by nie zrobili w przypadku doznania mobbingu, najczęściej wyjaśniali to obawą przed zemstą mobbera lub przełożonych – 25,1%. Tłumaczyli też, że baliby się ewentualnego procesu w sądzie, oficjalnych zeznań i konfrontacji – 16,3%. Niektórzy chcieliby zwyczajnie przeczekać, aż osoba atakująca sama by odpuściła – 11,9%.

– Często mobberem jest bezpośredni przełożony. Zgłoszenie mobbingu w miejscu pracy może oznaczać utratę zatrudnienia i trudności ze znalezieniem nowej posady, a także degradację czy brak premii. Ofiara może odczuwać lęk, że w konkretnym środowisku zawodowym jej prześladowca ma nad nią przewagę. Do tego może czuć się słaba i nie mieć siły samodzielnie się obronić. Wówczas liczy na to, że sytuacja sama się rozwiąże. Ponadto dla osoby mobbowanej zniechęcająca może być konieczność zbierania dowodów. W praktyce jest to czasochłonne. Do tego postępowania sądowe są długotrwałe i obciążające dla psychiki dla poszkodowanego. Co więcej, wysokość zasądzonego zadośćuczynienia może nie zrekompensować doznanych krzywd – objaśnia radca prawny dr Karolina Mazur.

Do powyższego trzeba dodać, że 9,1% respondentów nie podjęłoby żadnych kroków, aby nie wyjść na donosiciela. 7,6% badanych nie chciałoby wchodzić w konflikt z pracodawcą, a 3,2% nie widziałoby większego sensu w przedstawieniu komukolwiek swojego problemu. Jak podsumowuje mec. Raczkowski, obawa przed wyjściem na donosiciela jest typowa dla Polaków, ale bezzasadna w przypadku mobbingu. Natomiast zgłoszenia zawsze mają sens. W większości przypadków pracodawcy starają się rozwiązać problem, czasem nawet wypłacić zadośćuczynienie. Negocjowane są konkretne kwoty pieniędzy, które mają satysfakcjonować pokrzywdzonych.

Iran: Hakerzy wspierają protestujących

Haktywiści wykorzystują Telegram, Signal i darkweb pomagając protestującym przeciwko rządowi w Iranie w omijaniu restrykcji – donosi Check Point Research. Co więcej, hakerzy starają się udostępniać oraz sprzedawać wrażliwe dane (numerów telefonów i adresy e-mail urzędników) a także mapy wrażliwych lokalizacji. Inne grupy udostępniają serwery proxy oraz VPN, pomagając ominąć irańską cenzurę.

W Iranie od niemal dwóch tygodni trwają protesty po śmierci Mahsy Amini, aresztowanej przez islamską policję moralności za niestosowanie się do zasad szariatu w ubiorze. Uczestnicy manifestacji ścierają się ze służbami porządkowymi oraz podpalają miejscowe komisariaty. Niespodziewanie w walce z reżimem wsparli irańską społeczność hakerzy, poinformowali analitycy Check Point Research.

Iran: Hakerzy wspierają protestujących

Wiele grup hakerskich oraz tzw. haktywistów, popiera i wspiera protestujących na Telegramie, Signalu i w darkwebie. Głównym ich zadaniem jest obejście restrykcji i cenzury narzuconej przez irański reżim, a tym samym wsparcie swobodnej komunikacji i przepływu informacji dotyczących zamieszek. Analitycy bezpieczeństwa cybernetycznego z Check Point potwierdzili, że ruchy w Internecie były bezpośrednią odpowiedzią na śmierć Mahsy Amini i pojawiły się tuż po pierwszych protestach. Jednocześnie zauważają, iż istnieje kilka grup hakerskich, które próbują czerpać zyski z sytuacji i sprzedawać informacje, które wyciekły podczas ataków na irańską administrację.

Najświeższe informacje dotyczące protestów, przekazywane są za pośrednictwem kanałów Telegrama oraz za pośrednictwem Tora. Utworzone grupy jak dotąd zebrały społeczność liczącą od kilkuset do nawet 12 tys. użytkowników!

To, co zaobserwowaliśmy, to grupy Telegram, strony w darknecie oraz w zwykłym Internecie, które pomagają protestującym ominąć restrykcje i cenzurę, które są obecnie stosowane przez irański reżim, aby tłumić protesty. Grupy te pojawiły się mniej więcej dzień po rozpoczęciu protestów. Pozwalają one Irańczykom na komunikować się ze sobą, dzielenie się wiadomościami i tym, co dzieje się w różnych miejscach kraju. Zamierzamy nadal obserwować ich aktywność w cyberprzestrzeni – mówi Liad Mizrachi, badacz bezpieczeństwa w firmie Check Point Software.

Podobne działania znamy z wojny w Ukrainie. Tam, na kanałach Telegram, na bieżąco relacjonowane są kolejne dni wojny. Również ukraińscy hakerzy walczą w cyberprzestrzeni. W lutym 2022 r. włamali się do jednej z kremlowskich baz danych i upublicznili kontakty telefoniczne urzędników, w tym rzecznika prasowego Władimira Putina.

Europa i jej problemy inflacyjne

Dziś poznamy wstępne szacunki inflacyjne w Niemczech oraz Hiszpanii a jutro dynamikę wzrostu cen zaprezentują: Francja, Włochy oraz Polska. Dane te dadzą kolejną wskazówkę dla EBC oraz NBP. Europejska instytucja coraz wyraźniej opowiada się za ponowną, znaczną podwyżką na najbliższym posiedzeniu. Z kolei Rada Polityki Pieniężnej prawdopodobnie dostanie potwierdzenie, że wakacyjny szczyt inflacji był jedynie marzeniem i być może rynek zacznie spekulować, że koniec cyklu zacieśniania monetarnego w Polsce zostanie oddalony w czasie. Słaby złoty może dodatkowo spowodować zmianę decyzji NBP.

Wczoraj dostaliśmy kolejny jastrzębi komentarz ze strony jednego z przedstawicieli Europejskiego Banku Centralnego. Członek Rady Prezesów EBC Martins Kazaks powiedział, że opowiedziałby się za podwyżką o 75 pb na następnym posiedzeniu i popiera kroki zmierzające do szybszego podniesienia stóp. W Europie nadal panuje niepewność jak kryzys energetyczny oraz ewentualna eskalacja wojny w Ukrainie wpłynie na gospodarkę strefy euro. Już w piątek unijni ministrowie ds. energii będą dyskutować o działaniach mających ograniczyć wpływ wysokich cen gazu. Wciąż nie widać jasnej strategii.

Na Wyspach Bank Anglii zdecydował się na interwencje na rynku obligacji rządowych. Instytucja zapowiedziała, że będzie kupować do 5 mld funtów dziennie długoterminowych papierów przez kolejne 13 dni. Wczoraj doszło do zakupów ponad 1 mld GBP obligacji , które zapadają za 20 lat oraz później. Interwencja została wywołana przez rosnące obawy dotyczące wymogów zabezpieczenia inwestycji opartych na zobowiązaniach takich jak fundusze emerytalne. W okolicach godz. 12:00 obserwowaliśmy podwyższoną zmienność na funcie. Para GBP/USD ostatecznie urosła po interwencji i aktualnie znajduje się na poziomie 1,08. Wysoki stopień niepewności co do rozwoju sytuacji znajduje odzwierciedlenie w wysokich kosztach zabezpieczenia GBP na rynku opcji. Coraz mocniej będzie rosła jednak presja na BoE aby instytucja znacząco podniosła stopy procentowe aby ograniczyć ryzyko inflacyjne wynikające z zapowiedzianych cięć podatkowych, słabości funta oraz nowych zakupów obligacji. Jeśli do tego nie dojdzie, wówczas GBP będzie znajdował się nadal na ścieżce spadkowej.

Jutro poznamy wstępne szacunki inflacji w Polsce za okres wrześniowy. Konsensus Bloomberga zakłada wzrost o 16,4 proc. w porównaniu do tego samego okresu sprzed roku. Zmiana w relacji do sierpnia ma wynieść 0,9 proc. Oznacza to, że szczyt inflacyjny dopiero przed nami. Deklaracje NBP o okresie wakacyjnym okazały się nietrafione. Rada już w przyszłym tygodniu podejmie kolejną decyzję odnośnie stóp procentowych. Rynek od dłuższego czasu zaczął wyceniać zakończenie cyklu, jednak po jutrzejszym odczycie CPI może się to zmienić. Kontrakty na stopę procentową (FRA) zaczęły w ostatnich dniach ponownie rosnąć, ale do poziomów czerwcowych jest jeszcze stosunkowo daleko. Ważny wydaje się też być odczyt PMI dla przemysłu, który poznamy w poniedziałek. Ostatni odczyt na poziomie 40,9 pkt. wskazał wyraźnie, że gospodarka hamuje. Jeśli tu zobaczymy odbicie, wówczas RPP może kontynuować cykl i wykonać jeszcze kilka kroków.

Złoty jest słaby głównie w relacji do USD oraz CHF. Wczoraj obserwowaliśmy dynamiczną deprecjację (do 5,05 na USD/PLN) a w godzinach popołudniowych aprecjację (spadek w okolice 4,95). Zmienność na FX jest ogromna. Źle wpływa na złotego oczywiście sprawa gazu i gazociągu Nord Stream 1 oraz 2. Zainteresowanie dolarem jest wciąż ogromne. Waluty krajów, które bezpośrednio sąsiadują z wojną ponownie przechodzą ciężki okres.

Łukasz Zembik Oanda TMS Brokers

Popyt na powierzchnie logistyczne w Europie w 2022 r. może osiągnąć rekordowy poziom przy dużym udziale Polski

  • Wolumen transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości logistycznych w Europie w pierwszej połowie bieżącego roku sięgnął blisko 30 mld euro, czyli wzrósł w ujęciu rocznym o 9%.
  • Popyt na powierzchnie magazynowe w Europie w pierwszym półroczu wyniósł ok. 20 mln m kw., co oznacza wzrost o 12% w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Średni wskaźnik pustostanów utrzymuje się na rekordowo niskim poziomie 2,9%.
  • Wyjątkowo niskie współczynniki powierzchni niewynajętej przyczyniły się do wzrostu czynszów bazowych o średnio 8,2% rok do roku.

Niepewność związana z przyszłością europejskiej gospodarki nie spowodowała spadku zainteresowania najemców powierzchniami logistycznymi – już w pierwszym półroczu tego roku popyt pobił ubiegłoroczny rekord o 12%. Jak podaje międzynarodowa firma doradcza Savills, wynika to głównie ze wzrostu aktywności na rynkach najmu w Niemczech (4,61 mln m kw.) i Wielkiej Brytanii (3,93 mln m kw.), a także w Polsce (3,83 mln m kw.), która zajęła trzecie miejsce na podium pod względem ilości wynajętej powierzchni.

„W Polsce popyt na powierzchnię magazynową utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie, do czego przyczynia się duże zainteresowanie ze strony operatorów logistycznych, firm kurierskich oraz działających w branży e-commerce, handlowej i produkcyjnej. Na koniec pierwszego półrocza 2022 r. dostępne było zaledwie 822 500 m kw., co sprawia, że znalezienie dużego obiektu magazynowego gotowego do wynajęcia jest niemal niemożliwe. Czynsze bazowe w Polsce wzrosły o ok. 15%, a efektywne są wyższe o ok. 20%” – komentuje Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, dyrektorka Industrial Services Hub w Savills Polska.

Wolumen transakcji inwestycyjnych również wzrósł w porównaniu z analogicznym okresem w ubiegłym roku, co stanowi potwierdzenie utrzymującego się zainteresowania inwestorów sektorem logistycznym, na który obecnie przypada 20% całkowitego kapitału zainwestowanego w nieruchomości w Europie.

„Pomimo istotnych problemów wpływających na kondycję globalnej gospodarki optymizmem napawa fakt, że popyt ze strony najemców i inwestorów wcale nie słabnie, gdyż łańcuchy dostaw w dalszym ciągu ewoluują, dostosowując się do popandemicznej rzeczywistości” – mówi Kevin Mofid, dyrektor działu badań europejskiego rynku nieruchomości logistycznych, Savills EMEA.

Największy wzrost aktywności inwestycyjnej w porównaniu z pierwszą połową ubiegłego roku odnotowano w Portugalii (o 11 566%), w czym największy udział miały dwie duże transakcje sfinalizowane przez firmę Blackstone, a w dalszej kolejności w Belgii (+376%), Włoszech (+150%), Czechach (+63%), Finlandii (+56%), Danii (52%), Niemczech (+50%) i Polsce (+43%). Według Savills, najbardziej aktywni w drugim kwartale bieżącego roku byli inwestorzy z Ameryki Północnej i Azji, którzy dokonywali odpowiedniej alokacji zebranego i dostępnego kapitału.

Większość tegorocznych transakcji w UE zrealizowana została jednak w pierwszym kwartale. Wolumeny inwestycyjne w drugim kwartale zmniejszyły się o 34% rok do roku. „Wzrost kosztów finansowania dłużnego wpływa na wszystkie sektory, dlatego spadek aktywności inwestycyjnej nie dotyczy wyłącznie branży logistycznej” – wyjaśnia Kevin Mofid i dodaje: „Ze względu na utrzymujący się wysoki popyt wśród najemców inwestorzy nadal będą poszukiwali okazji inwestycyjnych na rynku, aczkolwiek przewidujemy, że w związku z dostosowywaniem strategii inwestycyjnych przez inwestorów i deweloperów do rosnących kosztów kredytów spadnie zainteresowanie finansowaniem inwestycji o charakterze spekulacyjnym”.

Z badania European Real Estate Logistics Census 2022*, przeprowadzonego latem 2022 r. przez firmę Analytiqa specjalizującą się w analizach rynku łańcuchów dostaw w imieniu Tritax EuroBox plc, czołowej firmy inwestującej w nieruchomości logistyczne w Europie, we współpracy z Savills, wynika, że lokalizacja budynku wciąż jest najważniejszym kryterium inwestycyjnym. Oznacza to, że główne rynki nadal będą cieszyły się największym zainteresowaniem, a kwestie związane z ESG będą wpływały na decyzje podejmowane przez inwestorów.

Wśród wyzwań stojących przed branżą w przyszłym roku Savills wymienia między innymi wzrost inflacji, ograniczanie wydatków konsumpcyjnych oraz rosnący koszt finansowania dłużnego.

„Pomimo nadchodzących trudności wskaźniki rynkowe nadal będą podtrzymywać popyt wśród inwestorów, którzy będą jednak zachowywać pewną ostrożność przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. Ze względu na prognozowane kolejne zakłócenia w łańcuchach dostaw najemcy z pewnością będą poszukiwali dodatkowej powierzchni w ramach łagodzenia i minimalizowania ryzyka braku dostaw. Ograniczona dostępność i podaż nowej powierzchni magazynowej przełoży się na wzrost czynszów na głównych rynkach” – komentuje Marcus de Minckwitz, dyrektor działu nieruchomości przemysłowych i logistycznych, Savils EMEA.

Savills prognozuje, że w 2022 r. najbardziej wzrosną czynsze za wynajem powierzchni w obiektach wykorzystywanych na potrzeby logistyki miejskiej, do czego przyczynią się między innymi szybko rosnące koszty transportu. Najemcy będą preferowali magazyny usytuowane blisko klientów, które umożliwią im ograniczanie wzrostu wydatków na ten cel. W perspektywie najbliższych trzech lat będą dążyć do zwiększenia ilości wynajmowanej powierzchni, dywersyfikacji bazy dostawców, inwestowania w automatykę oraz skracania łańcuchów dostaw (reshoring i nearshoring).

Uczestnicy badania European Real Estate Logistics Census 2022 uważają pojazdy elektryczne za najbardziej przełomową innowację technologiczną, która zrewolucjonizuje łańcuchy dostaw w kolejnych trzech latach – to znaczący wzrost w porównaniu z ubiegłorocznymi odpowiedziami respondentów. Na kolejnych miejscach znalazły się inwestycje w automatykę (magazyny i pojazdy) oraz analitykę predykcyjną, których znaczenie również wzrosło w porównaniu z ubiegłym rokiem.

„Kompleksowe rozwiązania ekologiczne i niezawodne dostawy energii elektrycznej zostały uznane przez najemców za kluczowe priorytety. Jednocześnie ze względu na szerszą sytuację makro może wzrosnąć znaczenie ESG, a wysokie koszty energii elektrycznej będą skłaniały do poszukiwania zrównoważonych i niezawodnych rozwiązań w zakresie łańcuchów dostaw, które pozwolą ograniczyć koszty i tworzyć wartość społeczną. Planując przyszłość najemcy przywiązują coraz większą wagę do automatyzacji i robotyzacji procesów” – komentuje Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, dyrektorka Industrial Services Hub w Savills Polska.

„Logistyka okazała się jednym z najbardziej odpornych sektorów w czasie pandemii i zapewne przetrwa prognozowane zawirowania rynkowe. Biorąc pod uwagę wciąż duży wolumen kapitału posiadanego przez inwestorów zainteresowanych tym sektorem, jesteśmy przekonani, że jakakolwiek oznaka korekty zachęci ich do wykorzystania pojawiających się okazji inwestycyjnych” – podsumowuje Marcus de Minckwitz.

* Raport European Real Estate Logistics Census 2022 oraz dodatkowe informacje dostępne są pod linkiem: www.savills.com/research_articles/255800/333187-0

Czy można uciec od kryzysu?

W 2021 r. zaczynaliśmy patrzeć na rzeczywistość w cieplejszych barwach – branża TSL coraz lepiej odnajdywała się w pandemicznej rzeczywistości, podobnie jak inne gałęzie polskiego biznesu. Kiedy już wszyscy sądziliśmy, że wychodzimy powoli na prostą, los postanowił brutalnie zweryfikować nasze oczekiwania – wojna, wysoka inflacja, wzrost kosztów, recesja – wszystko to składa się na olbrzymi kryzys gospodarczy. Czy jest jakakolwiek nadzieja na poprawę sytuacji? – zastanawia się Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics.

Druga połowa roku nie daje optymistycznych prognoz, szczególnie dla firm działających w sektorze spożywczym i produkcyjnym, bowiem to one najmocniej odczuwają nieustające wzrosty cen, szczególnie energii, a ich sytuacja ma bezpośrednie przełożenie na kondycję branży transportowej. Co więcej, problemy z pandemią nie zostały zażegnane i kraje azjatyckie, od których importujemy liczne surowce, zaczynają ponownie zaostrzać swoją politykę antywirusową. Jednym słowem rzeczywistość nie napawa optymizmem. A co, jeśli Ukraina wygrałaby w najbliższym czasie wojnę? Czy to zatrzymałoby kryzys gospodarczy i spowodowało ponowny rozwój branży TSL?

Ewentualna wygrana

Jak najszybsze zwycięstwo Ukrainy to z pewnością na ten moment najbardziej optymistyczny scenariusz, jednak czy to spowolniłoby lub zatrzymało ogarniający Europę kryzys? Jest to pytanie, na które niezwykle trudno odpowiedzieć – po pierwsze musimy zdać sobie sprawę z faktu, że nawet jeśli wojna skończyłaby się w najbliższym czasie, to i tak nie sprawi, że obecna sytuacja gospodarcza jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ulegnie poprawie i przeniesiemy się do rzeczywistości przedwojennej. Pamiętajmy, że sama wojna nie zachwiała w sposób bezpośredni polskim rynkiem transportowym, bardziej tragicznymi w skutkach były postanowienia pakietu mobilności, czy rosnące od lat zadłużenia. Wojna jednak uderzyła w firmy transportowe w sposób pośredni poprzez pogłębienie deficytu kierowców, czy powodując wzrost cen paliw, który znacznie podniósł koszty funkcjonowania przedsiębiorstw. Kiedy dodamy do tego różne niekorzystne zmiany prawne, to mamy już gotowy przepis na obecną katastrofę. Jak widzimy wygrana Ukrainy nie cofnie wszystkich tych zmian, tym bardziej, że wiele z negatywnych czynników pogarszających realia branży nie ma źródła w samej wojnie. Podobnie z obecną sytuacją gospodarczą Polski, której złe położenie również nie wynika jedynie z konfliktu zbrojnego, a z wieloletnich zaniedbań. Jednak, czy w takim razie zwycięstwo Ukrainy w jakiś sposób wpłynęłoby na rozwój i chociaż częściową poprawę kondycji naszej rodzimej branży TSL?

Szansa, którą warto wykorzystać

W zwycięstwie Ukrainy jest potencjał również i dla naszego państwa. Nie wiadomo jak szybko skończy się wojna, jednak gdy to nastąpi, wówczas dla Polski otworzą się nowe drogi pozwalające na poprawę sytuacji gospodarczej, a także transportowej. Ukrainę będzie trzeba odbudować, a do tego przedsięwzięcia niezbędne są surowce. Proces odbudowy już się rozpoczyna, jednak wówczas będzie to miało miejsce na znacznie większą skalę. Transport drogowy niezbędnych materiałów dla Ukrainy zapewne będzie odbywał się właśnie przez teren Polski i będzie wymagał wsparcia naszej rodzimej branży TSL. To jednocześnie okazja, ale i wyzwanie, bowiem polskie drogi mogą okazać się niewydolne w czasach tak wzmożonego ruchu pojazdów ciężarowych. Kolejną szansą, którą niesie za sobą zwycięstwo naszego sąsiada, jest powrót inwestorów – wygrana Ukrainy zwiększyłaby z pewnością atrakcyjność Polski w ich oczach. Wcześniej wybuch wojny i fakt, że Polska jest krajem bezpośrednio sąsiadującym z granicami konfliktu zbrojnego, spowodował duży poziom niepewności inwestorów zagranicznych i w konsekwencji wycofanie się części z nich, co było szczególnie niebezpieczne w przypadku tych inwestujących w instrumenty finansowe. Obecnie już możemy obserwować poprawę w tym zakresie i wyraźnie widzimy, że Polska ponownie zaczyna być postrzegana jako miejsce dobre do inwestowania. Wygrana Ukrainy jeszcze polepszyłaby tę sytuację i coraz więcej firm, koncernów i fabryk chętniej będzie przenosić się właśnie do Polski i dostrzegać w niej duży potencjał.

Czy da się uniknąć kryzysu?

Zatem czy zwycięstwo Ukrainy złagodziłoby skutki kryzysu gospodarczego? Na pewno nie możemy się oszukiwać, że taka sytuacja by nas przed nim uchroniła. Wygrana rodzi wiele pytań: jak będzie wyglądała odbudowa? Co z sankcjami nałożonymi na Rosję? Czy będą zniesione? Jak to wpłynie na kryzys energetyczny? Podobne pytania możemy stawiać w nieskończoność. Wojna przerwała dotychczasowe łańcuchy dostaw i szczególnie pogorszyła położenie firm transportowych związanych z rynkiem wschodnim. Jej zakończenie, jak wspomniałam powyżej, mogłoby poprawić sytuację tych firm, jednak nawet tego nie możemy być pewni. Jak zatem widzimy, zapewne nawet wygrana Ukrainy nie uchroni nas przed olbrzymim kryzysem. W tej sytuacji jedyne co nam pozostaje, to spojrzeć na obecne załamanie jak na kolejne wyzwanie, któremu musimy sprostać. Dynamika ostatnich wydarzeń pokazuje, że nawet najczarniejsze scenariusze potrafią się ziścić, a obecnie planowanie jakiejkolwiek przyszłości biznesowej jest naprawdę trudne i trzeba te plany traktować z dużym dystansem. Z tego kryzysu wiele firm transportowych nie wyjdzie obronną ręką, jednak te, które zostaną, będą silniejsze niż kiedykolwiek. Mam głęboką nadzieję, że takich firm będzie jak najwięcej.

Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics

Zalane mieszkanie – problem większy, niż może się wydawać

Zalanie w mieszkaniu czy domu jednorodzinnym zdarzyło się lub zdarzyć może chyba każdemu. Nie każdy jednak wie, jak sobie z tym problemem radzić, by zarówno skutki krótko- jak i długoterminowe udało się usunąć sprawnie, szybko i tak, by wilgoć nie wyrządziła dużych szkód.

Co może być przyczyną zalania mieszkania?

Takich przyczyn może być naprawdę sporo. Część z nich jest zależna od lokatorów – kran niezakręcony przez nieuwagę będzie tu zdecydowanie w czołówce. Inną przyczyną mogą być błędy na etapie wykonywania instalacji wod-kan. Przykładowo niedokładnie dokręcony śrubunek czy rury do ogrzewania podłogowego niestarannie złączone w wylewce. Jeszcze inne przyczyny są niezależne w zasadzie od nikogo i można zrzucać je tylko na los czy przypadek – zalanie mieszkania przez sąsiada z góry, podtopienia wynikające z dużych opadów deszczu, w tym tak groźne i coraz częściej pojawiające się powodzie błyskawiczne. Pół biedy, kiedy wody jest niewiele i zalanie dotyczy pomieszczenia z płytkami na podłodze. Glazura z założenia nie jest nasiąkliwa i taką wodę może uda się zebrać na czas, zanim poczyni większe szkody. W gorszej sytuacji są pomieszczenia, w których woda stała dłuższy czas, w tym również takie, gdzie wyciek był niewielki, w zasadzie niemożliwy do zlokalizowania przez dłuższy czas, a ściany czy podłogi nasiąkły wodą, co doprowadziło do pojawienia się grzyba, odspajania okładzin, odparzania farby czy tynku. Tu już musi wejść z pomocną dłonią fachowiec.

Suszyć samodzielnie czy wzywać specjalistyczny serwis?

Odpowiedź, naszym zdaniem, jest jednoznaczna – zwrócić się do firmy specjalistycznej. Powód jest prozaiczny. Jeśli doszło do zalania pomieszczenia w stopniu znacznym albo było to długotrwałe zawilgocenie, to część szkód może być nieodwracalna, a im dłużej zwlekamy z ich usunięciem, tym bardziej mogą one postępować. Jedyne, co możemy zrobić osobiście, to zebrać wodę powierzchniowo, a następnie liczyć na osuszenie przez wietrzenie pomieszczeń. Może jest na to szansa w lecie, gdy temperatury są wysokie, a nam uda się wytworzyć odpowiednio silny przeciąg albo użyjemy wentylatorów, pozwalających naturalnie odprowadzić wilgoć na zewnątrz. W pozostałym okresie temperatura parowania będzie zbyt niska, a zwykłe, domowe sposoby przedłużą osuszanie nieraz na całe tygodnie. Dzieje się tak, ponieważ woda „wchodzi” w przeróżne zakamarki. Narażone na wilgoć meble „puchną” i mogą nawet trwale stracić swoją formę. Nasiąknięte ścianą tynki, zwłaszcza gipsowe, mają tendencję do utraty spoistości i odpadania. Woda, zalegająca pod panelami potrafi je wypaczyć. Jeśli jeszcze doszło do przedostania się wody kanalizacyjnej, to dodatkowo mamy ryzyko zagrożenia mikrobiologicznego. Firmy specjalistyczne prowadzą osuszanie po zalaniu za pomocą profesjonalnego sprzętu, czyli osuszaczy kondensujących i absorbujących wilgoć, albo wykorzystujących promieniowanie podczerwone czy mikrofale. Dzięki temu nie musimy czekać całymi tygodniami, zanim rozpoczniemy – niestety, często konieczny – remont. Wielokrotnie może się też okazać, że właśnie dzięki wkroczeniu profesjonalistów udaje się uniknąć nadmiernych szkód, a co za tym idzie wydatków wielokrotnie większych, niż koszt takiej usługi…

Tanie mieszkania w dużych miastach, gdzie ich szukać?

Mimo drastycznego wzrostu kosztów kredytowania, spadku zdolności kredytowej Polaków oraz liczby zawieranych umów, na razie nie widać głębszej przeceny na rynku mieszkaniowym. To skłania osoby zainteresowane kupnem do poszukiwania nieruchomości przecenionych, tańszych. Eksperci portalu GetHome.pl postanowili sprawdzić, gdzie takie mieszkania można jeszcze znaleźć.

Fakt ostrego hamowania akcji kredytowej, spowodowany cyklem wzrostów stóp procentowych, potwierdzają raporty instytucji monitorujących rynek. Z danych Amron – Sarfin wynika, że w I kwartale tego roku liczba podpisanych umów kredytowych wyniosła blisko 48 tys., co było wynikiem aż o 25 proc. gorszym w porównaniu do ostatniego kwartału roku 2021. W II kwartale l rynek hipotek nadal był pod kreską –  banki udzieliły 38 tys. kredytów – o 19 procent mniej niż kwartał wcześniej. Skalę hamowania pokazuje jednak jeszcze bardziej  porównanie liczby i wartości zawartych umów z tym samym okresem roku ubiegłego. Z danych Amron – Sarfin wynika, że w porównaniu do II kw. 2021 udzielono aż o ponad 28 tys. kredytów mniej. Spadek wyniósł blisko 44 proc. Z kolei wartość nowo podpisanych umów kredytowych była niższa aż o ponad 8,6 mld zł, czyli o blisko 40 proc.

Wydawałoby się, że tak drastyczne osłabienie akcji kredytowej powinno sprowokować wyraźną korektę cenową na rynku mieszkaniowym, tymczasem na razie nie jest ona widoczna.

W drugim kwartale roku w większości największych ośrodków miejskich mieszkania drożały. Tak było we Wrocławiu, Łodzi, Krakowie i Gdańsku. Największe wzrosty cen odnotowano  w Łodzi i Wrocławiu – odpowiednio o 4,78% i 4,77%. Średnia cena transakcyjna w II kwartale 2022 roku wyniosła w tych miastach kolejno 6 688 zł/m2 i 8 713 zł/m2. Mniej podrożały mieszkania w Krakowie (o 3,39%) i Gdańsku (o 0,45%). Staniały za to nieznacznie w Warszawie (- 1,17 %) i Poznaniu (o 2,01%), jednak w porównaniu do ubiegłego roku ceny ciągle są znacznie wyższe we wszystkich wymienionych miastach. Największe wzrosty przeciętnej ceny mieszkań zarejestrowano we Wrocławiu (o 14,67% rok do roku), Łodzi (14,25%) oraz Krakowie (12,73%). Mieszkania na sprzedaż w Warszawie podrożały rok do roku o ponad 10 %, w Gdańsku o ponad 7%. Najniższy wzrost wystąpił natomiast w Poznaniu – 6,24%.

Na razie więc klienci rynku mieszkaniowego mają do czynienia ciągle z drożejącymi mieszkaniami. W związku z coraz bardziej ograniczonymi możliwościami finansowania z banków są zmuszeni szukać tanich alternatyw na rynku mieszkaniowym.

Tańsze przedmieścia i miasta satelickie

Tradycyjnie już, cena spada wraz z potencjalnie mniej atrakcyjną  lokalizacja. Centra miast i popularne wielkomiejskie dzielnice okalające centra są najdroższe, zdecydowanie taniej wypadają obrzeża, oddalone lokalizacje wielkomiejskie i miasteczka satelickie.

Przykładowo – jeśli w Warszawie średnie ceny mieszkań wg Amron – Sarfin w drugim kwartale roku wynosiły przeciętnie ponad 11 tys. zł/mkw., to na oddalonej o ponad 10 km od centrum Białołęce można obecnie znaleźć nowe mieszkania w cenie poniżej 8 tys. zł za metr kw. Na osiedlu Hemara, etap III w lokalizacji Białołęka, Brzeziny, stawki zaczynają się od 7800 zł/mkw., choć raczej dotyczy to większych metraży.

Zdecydowanie tańsze mieszkania znajdziemy też oczywiście w tzw. sypialniach, a więc miejscowościach okalających metropolię. Pozostając przy obszarze metropolii stołecznej, w Pruszkowie nie brak ofert deweloperskich w przedziale 7 – 8 tys. zł/mkw., czyli znacznie niżej w porównaniu do średnich cen warszawskich. Podobnie jest w innych miejscowościach satelickich, także wokół innych największych ośrodków.

Rynek wtórny – mieszkania do remontu, licytacje

Dobrym źródłem okazji cenowych jest mieszkaniowy rynek wtórny – ze względu na różnorodność oferty, typów budownictwa i lokalizacji. Tradycyjnie już poszukiwacze okazji szukają mieszkań przecenionych, niezależnie od stanu technicznego. Inwestycja w mieszkanie do remontu może być strzałem w dziesiątkę, jeśli lokalizacja mieszkania i jego potencjał dają szansę na to, że po zainwestowaniu jego wartość wzrośnie wyraźnie powyżej kosztów. W dużych miastach potencjalnie perspektywicznym zasobem są mieszkania w kamienicach – niejednokrotnie przecenione ze względu na niedoinwestowanie i zły stan mieszkania czy też budynku. Inwestycja w takie nieruchomości może się jednak opłacić. Zwarta zabudowa kamienic często spotykana jest w centrach lub blisko centrów miast, co sprawia, że lokalizacja takich nieruchomości może być bardzo atrakcyjna. Także same kamienice jako typ zabudowy cieszą się uznaniem. Co prawda ciągle spory odsetek wartościowego budownictwa w miastach przedstawia fatalny stan techniczny, ale też funkcjonują gminne programy pomocowe dla mieszkańców, którzy chcą partycypować w kosztach remontów. Coraz więcej posiadaczy mieszkań w kamienicach, także inwestorów, zdaje sobie sprawę z ich potencjału, co daje szansę na przeprowadzenie koniecznych prac.

Okazyjnie kupione mieszkania do remontu mogą być strzałem w dziesiątkę niezależnie od typu budownictwa. Zdarza się, że właściciele chcą po prostu pozbyć się nieruchomości, nie mają pieniędzy na niezbędne prace, lub też wyceniają wartość mieszkania poniżej jego rzeczywistej wartości. Na takie okazje polują kupujący, także tzw. flipperzy, a więc osoby, które biznesowo obracają mieszkaniami.

Rezerwuarem przecenionych mieszkań są też licytacje komornicze. Zainteresowani dowiedzą się o nich z ogłoszeń publikowanych w prasie, ogłoszeń papierowych w sądzie, siedzibie gminy czy w internecie – np. na witrynie internetowej http://www.licytacje.komornik.pl/. Ogłoszenie określa gdzie i kiedy odbędzie się licytacja a także kwotę wadium, cenę wywoławczą itp. Chętni, którzy wpłacą wadium będą mieli dwa tygodnie na oglądanie nieruchomości a także wgląd w dokumenty.

Warunkiem wzięcia udziału w licytacji jest posiadanie kapitału na wadium. Ta formuła zakupu może być trudna do zrealizowania z udziałem kredytu. Wszystko dlatego, że po wygraniu licytacji i jej uprawomocnieniu, jej zwycięzca ma dwa tygodnie na wpłacenie kwoty zakupu na rachunek depozytowy sądu. Co prawda można starać się o prolongatę terminu, ale ta może wynieść maksymalnie miesiąc. Nawet taki czas nie daje pewności, że uda się uzyskać kredyt w pożądanej wysokości.

Podsumowanie

Wybór pozornie gorszej lokalizacji wielkomiejskiej, z tańszymi mieszkaniami, może być strzałem w dziesiątkę, jeśli postawimy na obszar miasta, który będzie się rozwijał. By dobrze trafić, warto wiedzieć,  jakie inwestycje publiczne są planowane w okolicy. Jeśli np. na mało popularne do tej pory osiedle ma w przyszłości prowadzić nowa droga, nowa linia tramwajowa, czy metro, to można śmiało założyć, że dzielnica zyska na atrakcyjności. Lepsze skomunikowanie ściągnie nowe inwestycje, ceny nieruchomości pójdą w górę. Tak było choćby w przypadku warszawskiej Pragi – Północ, która znacznie zyskała w oczach kupujących, gdy pojawiło się tam metro. Wybór na dziś gorszej lokalizacji niekoniecznie więc musi być koniecznością wynikającą tylko z niższych cen. Dobra decyzja daje szansę na to, że kupimy tańsze mieszkanie w rejonie, który z czasem będzie przyciągał nowych mieszkańców i się rozwijał, co wpłynie pozytywnie na wartość nieruchomości, w którą zainwestowaliśmy.

Autor: Marcin Moneta, ekspert portalu GetHome.pl

To wyganianie z Polski inwestorów i zniechęcanie przedsiębiorców do działania. Eksperci krytycznie o nowym podatku

Podatek od nadmiarowych zysków. „Rządzący prowokują exodus dużych inwestorów z Polski”.

Od początku tygodnia w Polsce trwa dyskusja o pomyśle Ministerstwa Aktywów Państwowych, by podatkiem od „nadmiarowych zysków” objąć przedsiębiorstwa w Polsce, które osiągają wyższy zysk niż ten, który określony zostanie w ustawie. Przedsiębiorstwa – zwykle duże, zobowiązane byłyby do dodatkowej, nawet 50% daniny. W opinii ekspertów jest to pomysł, który odbije się silnie na całej gospodarce. – To szalony pomysł, by w czasach kryzysu gospodarczego i być może zbliżającej się recesji, planować nakładanie nowych danin na tych, którzy jakoś sobie radzą i wypracowują zyski. Jeszcze kilka takich pomysłów, a będziemy świadkami uciekania z Polski inwestorów i firm zagranicznych – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – W czasach rozproszonej globalizacji i wojny w Ukrainie, zamiast przyciągać do Polski inwestorów, my ich wyganiamy grożąc im dodatkowymi podatkami. To działanie anty-przedsiębiorcze – mówi dalej prezes Mojsiuk.

„Udając Janosika, który zabiera bogatym, a daje biednym, wygania się z Polski dużych inwestorów”

Nie znane są jeszcze dokładne szczegóły projektu ustawy Ministerstwa Aktywów Państwowych, ale jej założenia budzą poważny niepokój przedsiębiorców.  Podatkiem objęte byłyby firmy zatrudniające powyżej 250 pracowników, które wypracowują rocznie obroty na poziomie powyżej 50 milionów Euro. Firmy mogłyby „uniknąć” podatku angażując się w inwestycje z zakresu energetyki czy obronności. Rząd tłumaczy, że pozyskane w ten sposób środki chce przeznaczyć na rekompensaty wynikające z kryzysu energetycznego.

– W gospodarce nie ma czegoś takiego jak nadmiarowy zysk. Jeżeli firma zarabia, to ma pieniądze na rozwój, na inwestycje, na opłacanie pracowników. Tak się buduje przedsiębiorczość. Tutaj ktoś wpadł na pomysł, skąd wziąć środki na kolejne transfery socjalne. Ktoś chce się bawić w Janosika i udawać, że zabiera bogatym i zmusza ich do dzielenia się z biednymi. To powrót do retoryki znanej znam z czasów słusznie minionych, gdzie przedsiębiorcę i inwestora przedstawia się jako człowieka, który myśli tylko jak zarobić, wykorzystać i mnożyć – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Najbardziej stracą duże podmioty z kapitałem zagranicznym, które inwestują w Polsce oraz budowane przez pokolenia firmy rodzinne. Obawiam się, że kolejny raz jesteśmy świadkami sięgania do kieszeni przedsiębiorców bez myślenia o konsekwencjach. Jeżeli firmy, które objęte zostaną daniną, dodatkowo uderzone zostaną wzrostami kosztów pracy, gigantycznymi rachunkami za energię i ciepło, a na dodatek będą mieć problemy z pozyskaniem surowców, to spodziewam się, że zamiast fali nowych inwestycji, będziemy świadkami fali exodusu inwestorów z Polski  – dodaje Hanna Mojsiuk.

Aż 7000 zł kary za brak OC już od stycznia 2023 roku

Rząd zdecydował, że płaca minimalna w 2023 r. wzrośnie bardziej niż zakładano. Rekordowy wzrost „najniższej krajowej” oznacza, że kary za brak OC będą bardzo wysokie względem średnich płac.

Eksperci porównywarki Ubea.pl na początku sierpnia 2022 r. podali możliwe wzrosty kar za brak OC z zastrzeżeniem, że nie są to jeszcze ostateczne wyniki. Analitycy Ubea.pl napisali w swoim artykule: „nie można wykluczyć, że rząd jeszcze bardziej podniesie minimalne wynagrodzenie”. Okazało się, że taka ostrożność w prognozowaniu nowych kar za brak OC była uzasadniona. Rząd jeszcze bardziej podniósł bowiem wysokość „najniższej krajowej” w 2023 r. Warto zatem sprawdzić, ile w przyszłym roku będą wynosiły wszystkie kary za brak OC (również te dotyczące braku ochrony przez krótki okres). Eksperci Ubea.pl obliczyli ponadto, jak przez lata kara za brak OC zmieniała się względem średniego wynagrodzenia. Taka analiza potwierdza, że nieposiadanie obowiązkowej polisy jest coraz bardziej dotkliwe finansowo.

Kara za brak OC w 2023 roku

Obecnie można już mówić o ostatecznej wysokości kar za brak OC, ponieważ rząd podjął definitywną decyzję co do najniższego wynagrodzenia w 2023 r. Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 13 września 2022 r. w sprawie wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę oraz wysokości minimalnej stawki godzinowej w 2023 r. jest już gotowe i czeka na wejście w życie. Ten akt prawny wskazuje, że minimalne wynagrodzenie za pracę w pierwszej połowie przyszłego roku będzie wynosiło 3490 zł brutto. Od 1 lipca 2023 r. analogiczna stawka wzrośnie do 3600 zł brutto. Warto przypomnieć, że w bieżącym roku „najniższa krajowa” wynosi 3010 zł brutto. „Bardzo szybki wzrost minimalnego wynagrodzenia przełoży się również na poziom kar za brak OC” – przypomina Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

W 2023 r. nadal będzie funkcjonował mechanizm uzależniający poziom kary za brak OC od minimalnego wynagrodzenia. Przykładowo, ustawa z dnia 22 maja 2003 r. o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych wskazuje, że posiadacz auta za przerwę w ochronie trwającą ponad 14 dni musi zapłacić równowartość 200% minimalnego wynagrodzenia. „Jak nietrudno obliczyć, taka podstawowa kara za brak OC wzrośnie 1 stycznia 2023 r. z 6020 zł do 6980 zł. Na początku lipca 2023 r. czeka nas kolejny wzrost opisywanej kary; tym razem do 7200 zł” – wylicza Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Poniższa tabela informuje, że kara za brak OC będzie miała niebagatelną wysokość również jeśli kierowca auta nie zapewnił ochrony przez okres krótszy niż 15 dni. Brak OC trwający do 3 dni włącznie, który często zdarza się kierowcom, od 1 stycznia 2023 r. będzie oznaczał wydatek na poziomie 1400 zł (zamiast 1200 zł). W lipcu 2023 r. analogiczna stawka karna wzrośnie do 1440 zł. Natomiast za nieposiadanie OC w okresie od 4 dni do 14 dni kierowcom przyjdzie zapłacić 3490 zł (od 1 stycznia 2023 r.) oraz 3600 zł (od 1 lipca 2023 r.). „Szczególnie ostrożni muszą być nabywcy używanych aut, których OC nie ulega automatycznemu przedłużeniu” – ostrzega Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Kary za brak OC stają się coraz bardziej dotkliwe …

Eksperci porównywarki Ubea.pl poza wyliczeniem przyszłorocznych stawek karnych pokusili się również o sprawdzenie, jak poziom kar za brak OC zmieniał się względem przeciętnej płacy. Warto przypomnieć, że przez ostatnie lata kara dla kierowcy samochodu osobowego za ponad dwutygodniowy brak ochrony z OC wynosiła:

  • 2012 rok – 3000 zł
  • 2013 rok – 3200 zł
  • 2014 rok – 3360 zł
  • 2015 rok – 3500 zł
  • 2016 rok – 3700 zł
  • 2017 rok – 4000 zł
  • 2018 rok – 4200 zł
  • 2019 rok – 4500 zł
  • 2020 rok – 5200 zł
  • 2021 rok – 5600 zł

Warto dowiedzieć się, jaką część przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto stanowiła wspomniana kara za brak OC. Przeciętna płaca wykorzystana do analizy to informacja podawana przez GUS. Główny Urząd Statystyczny przed obliczeniem takiego wynagrodzenia zbiera dane płacowe z podmiotów gospodarki narodowej o liczbie pracujących wynoszącej minimum 10 osób oraz z jednostek sfery budżetowej (niezależnie od liczby pracujących). Można wyliczyć, że w poszczególnych latach podstawowa kara za brak OC stanowiła następującą część przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto:

  • 2012 rok – 80%
  • 2013 rok – 83%
  • 2014 rok – 84%
  • 2015 rok – 84%
  • 2016 rok – 86%
  • 2017 rok – 88%
  • 2018 rok – 87%
  • 2019 rok – 87%
  • 2020 rok – 94%
  • 2021 rok – 93%

Wydaje się bardzo prawdopodobne, że w 2023 r. kara dla właściciela auta za brak OC przez ponad 14 dni przekroczy już 100% przeciętnego wynagrodzenia brutto. Będzie to oznaczało kontynuację wieloletniego ltrendu, który zwiększał dotkliwość kar za brak OC. „Wcześniejsze doświadczenia pokazują jednak, że kolejny wzrost kar dla kierowców bez OC niekoniecznie musi się przełożyć na spadek liczby takich nieostrożnych osób” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl

W 2023 kara za brak OC
Źródło: porównywarka ubezpieczeń Ubea.pl

Małe i średnie przedsiębiorstwa na celowniku cyberprzestępców

Własność intelektualna – np. kod źródłowy czy wrażliwe informacje na temat klientów – to główny powód, dla którego małe i średnie przedsiębiorstwa stają się celem cyberataków. Jednak nawet gdy firma nie dysponuje danymi cennymi z punktu widzenia hakerów, może zostać potraktowana jako ogniwo w ataku na łańcuch dostaw. W takim przypadku podstawowym celem ataku jest inna firma, ale straty dla dostawcy mogą być bardzo wysokiezarówno finansowe, jak i wizerunkowe.

Słabe ogniwo i ekonomia skali

Ataki na łańcuchy dostaw związane są z infiltracją systemu poprzez zewnętrznego partnera lub dostawcę z dużym poziomem dostępu do danych. Może to być dostawca usług chmurowych lub oprogramowania. Ataki pośrednie są często dla cyberprzestępców łatwiejsze oraz bardziej opłacalne niż ataki bezpośrednie, ponieważ pozwalają na dostęp do większej liczby organizacji. Zdarza się, że dostawca jest chroniony gorzej niż faktyczny cel operacji. W takiej sytuacji można włamać się do jego systemu i wykorzystać zbudowane zaufanie oraz połączenia infrastrukturalne.

Hakerzy atakując łańcuch dostaw zazwyczaj chcą osiągnąć jeden z dwóch celów. Pierwszy z nich związany jest z atakiem na konkretną organizację dysponującą istotnymi zasobami. W tej sytuacji jej dostawca staje się „słabym ogniwem” i furtką w szerokim systemie ochrony. W drugim scenariuszu przestępcy chcą uzyskać efekt skali. Łamiąc zabezpieczenia jednej firmy, umieszczają implant w jej produkcie. Po jakimś czasie mają dostęp do systemów większości klientów, którzy łączą się z zainfekowanym systemem. W ten sposób mogą przeprowadzić atak ransomware lub dokonać kradzieży ważnych informacji – tłumaczy Leszek Tasiemski, VP of Products w WithSecure.

Atak Sunburst – przypadek SolarWinds

Dla zobrazowania wpływu ataków na łańcuchy dostaw można posłużyć się przypadkiem SolarWinds – dostawcy produktu do monitorowania sieci. Jeden z modułów systemu – Orion – został zmodyfikowany przez przestępców, a następnie poprzez proces aktualizacji dostarczony do wielu podmiotów – w tym największych amerykańskich firm i organizacji rządowych. Moduł, imitując normalne operacje, służył do działań zwiadowczych i rozpowszechniania złośliwego oprogramowania. Co gorsze ze względu na profil zainfekowanych organizacji (rządowe, konsultingowe, telekomunikacyjne), niemożliwe było natychmiastowe zdiagnozowanie głębokości infiltracji.

Dolar powyżej 5 zł!!!

Amerykańska waluta dołącza do franka i wyraźnie przekracza poziom 5 zł. Nie wiadomo, kto uszkodził rurociągi na Bałtyku, ale podobno nie jest to szorujący po dnie złoty. Węgrzy podnieśli stopy procentowe powyżej poziomu w Turcji.

Dolar przebija kolejne poziomy

Wraz z kolejnymi umocnieniami dolara względem euro na rynku dzieje się wiele ciekawych procesów. Dla nas lokalnie zdecydowanie najważniejszym wydarzeniem jest przebicie przez dolara poziomu 5 zł. Tak, dobrze czytacie Państwo. Amerykański dolar kosztuje 5 zł, to ta sama waluta, która na początku pandemii przebijała poziom 4 zł i wielu osobom wydawało się to bardzo dużo. Dzisiaj jednak Ameryka zasysa kapitał w takim tempie, że kolejne bariery pękają jedna za drugą. Jednym z głównych powodów są rosnące oczekiwania względem stóp procentowych. Nie bez znaczenia jest też dobra kondycja tamtejszej gospodarki mimo pierwszych poważnych oznak spowolnienia w Europie.

Ropa szuka dna

Wydawać by się mogło, że uszkodzenie rurociagów Nord Stream spowoduje, że na rynkach surowców energetycznych rozpocznie się panika i windowanie cen. Nic bardziej mylnego. Cena baryłki ropy naftowej notowanej w Londynie to obecnie niecałe 85 dolarów. Gdy zaczynała się wojna, było to 95 dolarów. Niestety za ropę płaci się w dolarach, a dolar drożeje ostatnio bardzo szybko. W rezultacie pomimo spadku cen tego surowca płacimy za niego wyraźnie więcej niż tuż przed wojną. Z drugiej strony można też szukać pozytywów, gdyby nie niższy VAT i spadek cen ropy ze szczytów oglądalibyśmy dzisiaj dwucyfrowe ceny na stacjach paliw za litr.

Węgrzy sprawdzają odporność kredytobiorców

Wczoraj Węgrzy zaskoczyli rynek dwa razy jedną decyzją. Po pierwsze podnieśli stopy procentowe o 1,25%. To nie tylko istotnie wyższa podwyżka niż polskie symboliczne 0,25%, ale ważniejszy jest obecny poziom. Stopy procentowe osiągnęły bowiem imponującą wartość 13%. To o pełen punkt procentowy więcej niż Turcja, czyli kraj, w którym inflacja oscyluje koło 80%. Drugą niespodzianką jest fakt, że po tak dużym wzroście zapowiedziano zakończenie cyklu podwyżek. Po tym zestawie inwestorów zamurowało. Z jednej strony należało kupować forinta, bo wyższe stopy. Z drugiej należało sprzedawać, bo już dalej nie wzrosną. W rezultacie po dużych skokach w dół i w górę waluta Węgier zakończyła dzień na zbliżonych poziomach, co zaczęła.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych nie ma odczytów mogących poważnie zaburzyć to, co się dzieje na rynkach. Po południu odbędą się jednak wystąpienia członków FED i to one mogą nam wskazać nowy kierunek na walutach.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat

Ailleron podsumowuje mocne I półrocze 2022

W pierwszym półroczu 2022 roku Ailleron zanotował na poziomie skonsolidowanym przychody ze sprzedaży w wysokości ponad 178,4 mln zł, co jest poziomem ponad 2-krotnie wyższym (wzrost o 109%) do analogicznego okresu w roku 2021. Ponadto Spółka wykazała EBITDA (bez one off) na poziomie 23,3 mln zł, czyli o ok. 73% wyższym od wyniku zrealizowanego w roku poprzednim. Pozostałe parametry również pokazują pozytywny trend w rozwoju biznesu spółki – zysk operacyjny wyniósł 17,4 mln zł mln zł, rosnąc r/r o ponad 102%., zysk netto osiągnął pułap ok 12,5 mln zł, co oznacza wzrost o ponad 206% –  bez kosztów jednorazowych związanych z przejęciem wynik netto byłby jeszcze lepszy i wyniósłby ok 15,8 mln zł. Sprzedaż exportowa stanowi już 76% przychodów  – wzrosła na przestrzeni 6M 2022 roku do 135 mln zł i osiągnęła dynamikę  179%.

Wyniki jakimi możemy pochwalić się za pierwsze półrocze pokazują skuteczność konsekwentnie realizowanej strategii rozwoju Grupy Ailleron przez wzrost organiczny i akwizycje. Systematycznie poprawiamy kluczowe parametry finansowe, co powinno cieszyć naszych Akcjonariuszy. Bez uwzględnienia kosztów zdarzeń jednorazowych wynik netto w I półroczu ukształtował się na poziomie ok.15,8 mln zł – tj. niemal 3 krotnie wyższym niż w okresie 6M 2021 roku. Oznacza to, że część przypadająca dla akcjonariusza dominującego wynosi ok 2,9 mln zł., a pozostała część w wysokości 12,9 mln zł to zysk dla akcjonariuszy mniejszościowych. Dla porównania w analogicznym okresie 2021 roku pełna wartość zysku netto wyniosła niespełna 4,1 mln zł z czego ok 1,9 mln zł był to zysk przypadający dla akcjonariusza dominującego. Pokazuje to, iż obrany kierunek przynosi wymierne korzyści dla Akcjonariuszy Ailleron, do czego dążymy.   Ponadto charakter branży, w której działamy oraz model biznesowy, gdzie eksport odgrywa znaczącą rolę, dają potencjał do dynamicznego rozwoju  i dalszego wzrostu wartości spółki. Zdecydowana większość naszych obecnych i potencjalnych klientów nadal widzi  dużą  potrzebę digitalizacji swoich biznesów i rozwiązań, w tym wdrażania  systemów komunikacji zdalnej. Nie widzimy w przewidywalnej przyszłości ryzyka spadku przychodów,  Dynamiczny  wzrost biznesu Software Mind, planowane dalsze akwizycje oraz potencjał FinTechowej części biznesu pozwalają prognozować dalszy wzrost Grupy Ailleron. – mówi Tomasz Król, Członek Zarządu, CFO  Ailleron S.A.

Z kwartału na kwartał eksport w przychodach sukcesywnie rośnie – na koniec drugiego kwartału stanowił już niemal 76%. Spółka dokłada wszelkich starań i tak profiluje biznes by utrzymać ten trend w przyszłości. Grupa aktywnie działa w trzech segmentach – Technology Services operujący w ramach spółki Software Mind oraz FinTech i HotelTech operujące w ramach Ailleron.

Dominującym segmentem działalności Grupy pod względem skali działalności mierzonej poziomem sprzedaży oraz wyników, jest Technology Services, obejmujący kompleksowe rozwiązania informatyczne dla branży finansowej i e-commerce oraz usługi świadczone w oparciu o własne produkty i platformy telekomunikacyjne. Wśród klientów angażujących ten obszar Grupy Ailleron są podmioty zagraniczne, ze szczególnym uwzględnieniem firm z UK, USA, krajów skandynawskich i Europy Zachodniej. Technology Services w trakcie I półrocza 2022 r. zrealizował sprzedaż na poziomie ok. 147,6 mln zł, co oznacza wzrost o 152% r/r. Z kolei zysk operacyjny wyniósł 22,3 mln zł (bez one off) i był o blisko 11,8 mln zł lepszy niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. W ramach tego segmentu pojawia się efekt konsolidacji w związku
z dokonanymi akwizycjami.

W przypadku drugiego istotnego segmentu działalności Spółki – FinTech – poziom zrealizowanych przychodów w I połowie roku wyniósł 28 mln zł, notując wzrost o 21%. FinTech zakończył 6 miesięcy 2022 r. ujemnym wynikiem operacyjnym na poziomie 3,4 mln zł. Eliminując jednak z wyników negatywny wpływ realizowanego kontraktu w części Corporate oraz koszty inwestycji, jakie są ponoszone w obszarze LiveBank SaaS, a nie podlegające z uwagi na swój charakter kapitalizacji w ramach powstającego produktu, osiągnięty wynik na poziomie segmentu FinTech byłby lepszy o ok. 4,8 mln zł i osiągnąłby poziom dodatni na poziomie blisko 1,4 mln zł. Obszary segmentu FinTech – LiveBank, Challenger,  LeaseTech – z uwagi na duże zainteresowanie procesem digitalizacji, wygenerowały satysfakcjonujący poziom wyniku operacyjnego. Są to obszary, w których Grupa prowadzi niemal w 100% sprzedaż w oparciu o rozliczenie T&M.

Konsekwentnie realizujemy swój nadrzędny cel budowy Grupy będącej liderem w wybranych specjalizacjach sektorowych i technologicznych. Dokonane dotychczas przez Spółkę akwizycje przynoszą wieloaspektowe korzyści – od możliwości ekspansji i rekrutacji na nowych rynkach, aż po znaczącą i przede wszystkim systematyczną poprawę kluczowych parametrów finansowych widoczną na poziomie raportów. Dodatkowo, ukierunkowanie całej Grupy na eksport i trzymanie się wysokomarżowych produktów pozwala wciąż z dużym optymizmem patrzeć w przyszłość, co jest również istotne z punktu widzenia naszych inwestorów – wyjaśnia Tomasz Król.

Inwestycje w nieruchomości wciąż popularne. Mimo mieszkaniowego tsunami

Ceny nieruchomości mieszkaniowych nie rosną już tak szybko, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Czy jednak na rynku jest coraz trudniej? Dla doświadczonych inwestorów nie ma lepszego okresu niż obecny.

Rynek nieruchomości przeżywa kryzys, tsunami na rynku nieruchomości, szykuj się na wielkie spadki cen. To tylko kilka tytułów, opisujących aktualnie to, co dzieje się w tym sektorze. Czy jednak sytuacja faktycznie tak wygląda? Trzeba pamiętać, że nieruchomości to nie tylko typowe mieszkania, ale również biura i inwestycje mixed-used, czyli łączące w sobie funkcje mieszkalne, biurowe i usługowe, a także magazyny czy działki. Nawet jeśli jeden element całego rynku notuje mniejszy niż do tej pory wzrost, to nie znaczy, że cała branża ma kłopoty.

Inwestowanie w nieruchomości

Niezależnie od warunków gospodarczych, inwestowanie w nieruchomości uważane jest za najlepszy i najbardziej bezpieczny sposób lokowania oszczędności. Z wielu badań wynika, że więcej niż dwie trzecie Polaków jest przekonanych o tym, że inwestowanie w nieruchomości mieszkaniowe cechuje się optymalnym stosunkiem zysku do ryzyka. Dlaczego?

Nieruchomość to nie jest jakaś wyimaginowana inwestycja, tylko coś realnego. Mało tego. Porównując nieruchomości do inwestycji w inne aktywa, jest to najbardziej stabilne źródło ochrony kapitału. Co więcej, w przypadku mieszkań mamy też możliwość zarabiania na wynajmie. Na rentowność ma wpływ wysokość czynszu i to, jak dużo mamy okresów, gdy mieszkanie stoi puste.

O ile przez ostatnie miesiące ceny nienaturalnie szybko rosły, obecnie mamy do czynienia ze spowolnieniem. Deweloperzy kończą obecne projekty, ale wstrzymują się z uruchamianiem nowych. W sierpniu rozpoczęto budowy ok. 13 tys. mieszkań. To o prawie połowę mniej niż rok wcześniej. Z perspektywy inwestorskiej jest to jednak dobra wiadomość. Dlaczego? Przy założeniu, że budowa jednego mieszkania trwa około dwóch lat, może okazać się, że w 2024 nowych mieszkań będzie zdecydowanie za mało na rynku. Według przewidywań analityków, już wtedy sytuacja gospodarcza ma się poprawiać, a dostępność kredytów zwiększać. Wówczas na rynku zostaną najbardziej doświadczeni inwestorzy, którzy zdołali zbudować portfel nieruchomości.

Przyczyną mniejszej liczby rozpoczynanych budów jest kłopot z uzyskaniem kredytu przez deweloperów. Do tego dochodzą bardzo drogie materiały budowlane. Nie bez znaczenia jest też nowelizacja ustawy deweloperskiej, która weszła w życie 1 lipca. Nakłada ona na deweloperów dodatkowe koszty.

Co to oznacza dla inwestorów? Sygnał jest jasny. Najbliższe kilka miesięcy będzie najlepszym okresem do kupowania mieszkań jako inwestycji. Decydując się na nieruchomości z rynku pierwotnego, warto wybierać projekty dużych i stabilnych deweloperów. Mamy wtedy większą gwarancję, że budowa zostanie ukończona. Inwestor powinien też na bieżąco śledzić ceny działek. Nawet jeśli nie ma zamiaru kupować gruntu, to trzeba pamiętać, że sytuacja w tym segmencie nieruchomości znacząco wpływa na to, ile będzie kosztować mieszkanie czy biuro. Wciąż bowiem cena gruntu jest znaczącym kosztem inwestycji deweloperskiej. Kto więc na obecnej sytuacji zyska? Deweloperzy, którzy prowadzą duże, wieloetapowe inwestycje na kupionych znacznie wcześniej działkach. O ile oczywiście zagwarantowali sobie stabilne finansowanie.

Najważniejszy jest czas

W przypadku każdej inwestycji liczy się czas. Chodzi o to, aby zawrzeć transakcję w najlepszym momencie. Gdy inwestujemy długoterminowo, odpowiednią strategią będzie też regularność – dodawanie do portfela kolejnych nieruchomości. I to nie tylko mieszkaniowych ale i biurowych, działek, a może udziałów w magazynach.

Niewątpliwie sytuacja na rynku nieruchomości jest ciekawa. Nie ma co ukrywać, że znacznie ważniejsze niż kiedyś staje się powiedzenie, że „cash is the king”. Ten kto ma gotówkę, stabilne finansowanie, wyjdzie zwycięsko. Dotyczy to nie tylko inwestorów, ale przede wszystkim deweloperów. Bo potrzeba zakupu mieszkań wciąż jest, a już za kilka kwartałów popyt na mieszkania w Polsce z powrotem będzie rósł. Może okazać się, że deweloperzy, którzy wciąż kontynuują budowy, będą na pozycji wygranej. Na kontynuację inwestycji decydują się bowiem tylko ci o wyjątkowo stabilnej sytuacji finansowej.

Michał Sapota, Prezes Heritage Real Estate Investment Trust

Porsche chce przeciwstawić się rynkom, ale największy test dopiero przed nim

Producent luksusowych samochodów, Porsche, ma zamiar z hukiem przeciwstawić się globalnej suszy w tegorocznych notowaniach na giełdzie. Według doniesień prasowych, cena akcji wydzielonej z Volkswagena osiągnie najwyższy poziom, co da jej kapitalizację rynkową w wysokości około 75 miliardów dolarów i uczyni ją jedną z największych europejskich ofert publicznych.

Dzięki temu Porsche stałoby się piątym największym notowanym producentem samochodów na świecie, tuż za macierzystym koncernem Volkswagen i znacznie przed General Motors. Jest to jeszcze większe osiągnięcie w roku, w którym globalna aktywność dotycząca IPO spadła o ponad 60 proc. A osłabione rynki akcji przetestowały nowe minima bessy w tym roku.

Udane IPO ucieszy spółkę macierzystą Volkswagena, która ma otrzymać miliardy na sfinansowanie transformacji w kierunku pojazdów elektrycznych, a także akcjonariuszy, którzy otrzymają dużą dywidendę z przychodów Porsche.

Uważamy, że Porsche to raczej wyjątek wśród globalnych IPO niż początek nowego ożywienia w notowaniach. Jest to wyjątkowe połączenie dużej rozpoznawalności, marki premium, wsparcia ze strony twórców oraz wcześniejszej historii notowań giełdowych.

Prawdopodobnie największy test dopiero przed nami. Porsche musi zrealizować swój plan skutecznego zwiększenia wolumenu i marży zysku w warunkach spowalniającej gospodarki światowej. Pozwoliłoby to uniknąć spadku cen o 45 proc., jaki w tym roku odnotował indeks Renaissance International IPO, obejmujący akcje notowane od niedawna na giełdzie.

Ben Laidler, strateg ds. rynków globalnych w eToro

Wraca rynek kupującego w mieszkaniówce. Czego mogą oczekiwać klienci?

Już od pewnego czasu w mediach przewija się temat powracającego „rynku kupującego” w rodzimej mieszkaniówce. Jakie perspektywy oznacza to dla potencjalnych klientów deweloperskich biur sprzedaży?

Rynek kupującego na progu

Rynek nieruchomości mieszkaniowych może znajdować się w pełnej równowadze bądź mniejszej lub większej nierównowadze, polegającej na przewadze popytu lub podaży. Jeśli przeważa popyt, mamy rynek sprzedającego, i vice versa – jeśli zdecydowanie dominuje podaż, mówimy o rynku kupującego. Co zatem decyduje o tym, że dziś na mieszkaniowym rynku pierwotnym miałby zacząć obowiązywać ten ostatni standard?

Wskaźnikiem rynków zrównoważonego, sprzedającego bądź kupującego jest wolumen umów przenoszących własność nieruchomości w odniesieniu do bieżącej oferty. Jeśli jej wielkość przynajmniej z grubsza odpowiada liczbie transakcji zawartych w ciągu ostatnich czterech kwartałów, mówimy o rynku funkcjonującym w równowadze. Jeżeli zaś nowych mieszkań w podanym okresie sprzedało się istotnie więcej niż wynosi bieżąca oferta deweloperska, mamy rynek sprzedającego, albo jak kto woli dewelopera. I na odwrót, rynek kupującego to więcej mieszkań oferowanych do sprzedaży, niż skala ich kontraktacji w minionych 12 miesiącach.

Tymczasem wg serwisu bigdata.rynekpierwotny.pl sprzedaż nowych mieszkań na siedmiu głównych rynkach kraju w okresie od września 2021 do sierpnia 2022, czyli w ciągu ostatnich 12 miesięcy wyniosła 37,8 tys. Była więc większa od wynoszącej 36,3 tys. oferty na koniec sierpnia o półtora tysiąca jednostek. Stąd z punktu widzenia przywołanej powyżej zasady rynek deweloperski wydaje się wciąż w pełni zrównoważony. Niestety, jak się okazuje tylko pozornie.

Statystyki sprzedaży mieszkań z pierwszej ręki w ostatnich miesiącach znalazły się na równi pochyłej, a dane za sierpień br. wskazują na tąpniecie deweloperskich kontraktacji aż o 45 proc. w relacji rok do roku. Tym samym można powiedzieć, że choć ze statystycznego punktu widzenia rynek kupującego jeszcze na dobre nie zawitał, to lada chwila, czyli zapewne już w ostatnim kwartale br. zagości na dobre w pierwotnym segmencie krajowej mieszkaniówki. Pytanie, czy jest to jak najlepsza wiadomość, przynajmniej dla popytowej strony rynku.

Deweloperzy szybko zareagowali na zmiany

Zgodnie z oczekiwaniami reakcja branży deweloperskiej była natychmiastowa, a polega w pierwszym rzędzie na drastycznym ograniczeniu nowych inwestycji. W tegorocznym sierpniu pomimo rekordowego spadku kontraktacji nowych mieszkań, w pięciu z siedmiu największych rynków kraju deweloperzy wprowadzili do sprzedaży mniej lokali niż sprzedali. Jest to zdecydowane działanie w kierunku równoważenia rynku i ograniczenia ryzyka inwestycyjnego.

W efekcie już w perspektywie końca br. podaż rynku pierwotnego najprawdopodobniej zniżkuje co najmniej o jedną piątą, czyli wolumenu poniżej 30 tys. jednostek w siedmiu największych ośrodkach kraju. Co gorsza, nadchodzący rok może okazać się pod tym względem jeszcze bardziej dramatyczny. Jeśli prognozy horrendalnych cen energii ulegną materializacji, rentowność produkcji mieszkań w Polsce na dłużej może się deweloperom wymknąć spod kontroli, a oferta deweloperska zanurkować do symbolicznych wartości.

Coraz więcej akcji promocyjnych

Kolejnym krokiem branży deweloperskiej, mającym zneutralizować skutki zapaści popytowej, wywołanej głównie historycznym załamaniem rynku kredytów mieszkaniowych, jest wyraźne przyśpieszenie akcji promocyjnych. Korzystne harmonogramy płatności, wykończenie lokum w cenie stanu deweloperskiego czy nawet gratisowe miejsce postojowe, to na chwilę obecną coraz częściej występujące zachęty do podpisania umowy deweloperskiej, o jakich jeszcze przed rokiem można było tylko pomarzyć.

Tym samym znalezienie okazji inwestycyjnej na mieszkaniowym rynku pierwotnym jest obecnie dużo łatwiejsze niż w okresie niedawno pożegnanego boomu, a skłonność samych deweloperów do negocjacji cen wydaje się być znacznie powyżej normy z czasów prosperity. Upusty, bonusy czy gratisy z powodzeniem mogą zbijać cenę ofertową. Do tego dochodzi brak tłoku w deweloperskich biurach sprzedaży, co przy wciąż zadowalającej podaży pozwala potencjalnym nabywcom w komfortowych warunkach przebierać w ofertach.

Radość z rynku kupującego niestety dość mocno przyćmiewa fakt, że liczebność niby nim władającej strony popytowej z tygodnia na tydzień wydaje się dramatycznie kurczyć. Dziś w sposób dotąd niespotykany rządzą gotówkowcy, odpowiadający za nawet trzy czwarte transakcji zawieranych na mieszkaniowym rynku pierwotnym. Ale i oni coraz częściej powstrzymują się od decyzji zakupowych w oczekiwaniu na spadki cen nowych mieszkań. Tych jednak wciąż nie widać, a rozbieżność prognoz branżowych speców co do perspektyw kształtowania stawek mkw. w bliższej i dalszej przyszłości może przyprawić o ból głowy.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Elektryczne samochody Toyoty magazynami prądu

Toyota opatentowała nowy system ładowania aut elektrycznych. Dzięki niemu samochody elektryczne i hybrydy plug-in Toyoty staną się domowymi magazynami energii. Pomogą zaoszczędzić na rachunkach za prąd, ochronią właścicieli przed ryzykiem black-outu i w skali makro ułatwią stabilizację sieci energetycznej.samochody Toyoty magazynami prądu

samochody Toyoty magazynami prądu

Toyota postanowiła opracować system, który pozwoli właścicielom aut elektrycznych i hybryd plug-in marki korzystać z baterii w swoich samochodach jako magazynów energii do zasilania domu. W tym celu w 2021 roku w amerykańskich strukturach Toyoty powstał zespół badawczo-rozwojowy EV Charging Solutions. Jego zadaniem było opracowanie takiego systemu ładowania dla klientów Toyoty, który umożliwi przesyłanie energii w obie strony – z sieci do samochodu i odwrotnie. Jednocześnie system ma maksymalnie ułatwić codzienne korzystanie z samochodu bez obawy o zasięg.

Gdy samochód z dużą baterią zacznie być wykorzystywany w podwójnej roli – jako środek transportu i magazyn energii, przyniesie to wielorakie korzyści. Samochody podłączone do systemu automatycznie pobierają prąd, gdy jest tani i oddają do sieci w czasie szczytu zapotrzebowania. To przekłada się na obniżenie rachunków za prąd. Bateria samochodu w roli magazynu energii jest też zabezpieczeniem w przypadku przerwy w dostawach prądu i pozwala zwiększyć wydajność paneli fotowoltaicznych na dachu.

Nowy system da możliwość podłączenia do sieci także elektrycznych samochodów na wodór. W tym przypadku ogniwa paliwowe pojazdów takich jak Toyota Mirai będą stanowiły zewnętrzny generator produkujący prąd w reakcji wodoru i tlenu, który będzie stanowił zapasowe źródło prądu.

Opracowany przez ekspertów Toyoty system, w którym wiele samochodów elektrycznych może magazynować energię i w razie potrzeby oddawać ją do sieci, pozwoli dostawcom prądu złagodzić szczyty zapotrzebowania na prąd i ułatwi wydajne wykorzystanie odnawialnych źródeł energii. W ten sposób auta elektryczne i hybrydy plug-in przyczynią się zarówno do ochrony środowiska, jak i do zmniejszenia obciążenia sieci w godzinach szczytu. Ich znaczenie w tej podwójnej roli będzie tylko rosło. Do 2030 roku Toyota planuje wprowadzić na rynek 30 modeli typu BEV i osiągnąć roczną globalną sprzedaż 3,5 miliona bezemisyjnych samochodów.

„Integrację zelektryfikowanych pojazdów z siecią energetyczną widzimy jako sposób na dodatkowe korzyści nie tylko dla kierowców, ale dla całego społeczeństwa” – powiedział Max Parness, starszy manager ds. integracji z siecią w EV Charging Solutions. – „Nasze patenty spowodują, że będziemy w stanie wnieść wyjątkowy wkład w rozwój Toyoty w kierunku firmy oferującej szeroko rozumianą zelektryfikowaną mobilność”.

Obecnie Toyota oferuje w Stanach Zjednoczonych cztery modele, które będą mogły zostać podłączone do systemu opracowanego przez EV Charging Solutions. Obok elektrycznego SUV-a Toyota bZ4X, który jest pierwszym z linii bateryjnych samochodów elektrycznych beyond Zero opartych na specjalnej platformie e-TNGA, oraz Toyota Mirai, wyposażonej we własną elektrownię na pokładzie, opcja ta będzie dostępna także dla RAV4 Prime i Prius Prime, dwóch modeli hybrydowych plug-in marki.

Big Cheese Studio notuje 35 proc. wzrost zysku netto w drugim kwartale 2022 r.

Big Cheese Studio wypracowało w pierwszym półroczu br. 10,8 mln zł przychodów netto ze sprzedaży (+60% r/r) i 7,5 mln zł zysku netto (+37% r/r). W samym drugim kwartale przychody i zysk wyniosły odpowiednio – 5,2 mln zł (+ 88% r/r) oraz 2,9 mln zł (+ 35% r/r). Wpływ na osiągnięte wyniki miała sprzedaż bestsellerowej produkcji – Cooking Simulator. Wolumen sprzedaży gry na platformę Oculus VR wynosi obecnie ok. 72 tys. sztuk.

– Niezmiennie od wielu kwartałów Big Cheese Studio zarabia na swojej flagowej produkcji – Cooking Simulator. Wypracowany wynik to efekt bardzo dobrej sprzedaży Cookinga na Steam oraz debiutów na nowe platformy. Dziś Cooking Simulator dostępny jest w wersjach na PC, PC VR oraz konsole: Nintendo Switch, PlayStation 4 i Xbox One oraz Oculus VR. Dzięki zawartej umowie z Microsoftem tytuł trafił też do popularnej usługi Xbox Game Pass, dzięki czemu skutecznie zwiększamy community gry – mówi Łukasz Dębski, prezes zarządu Big Cheese Studio.

Spółka od drugiego kwartału 2022 płaci także niższą prowizję na Steam (25%), co w ocenie zarządu będzie miało pozytywny wpływ na wyniki finansowe w kolejnych okresach.

– 27 lipca Cooking Simulator zadebiutował w wersji na Oculus VR. Do 25 września sprzedaż wyniosła ok. 72 tys. Kopii. Przychody z tego tytułu będą widoczne w sprawozdaniu finansowych od trzeciego kwartału. Obecnie przelicznik komentarz/sprzedana kopia przekracza 200. Jesteśmy umiarkowanie zadowoleni ze sprzedaży wersji na Oculus VR, potencjał tej platformy jest zdecydowanie większy, dlatego będziemy chcieli zwiększać naszą widoczność poprzez dedykowany kontente związanym z sezonowymi eventami. Mamy nadzieję, że przełoży się to na długi ogon sprzedaży – mówi Jakub Rafał, dyrektor finansowy Big Cheese Studio.

Obecnie zespół Big Cheese Studio pracuje m.in. nad produkcją drugiej części Cooking Simulatora, który docelowo trafi na PC i konsole. W realizacji są także inne projekty w tym m.in. Pizza Empire.

Firma aktywnie prowadzi politykę dywidendową. W kwietniu br. zarząd podjął uchwałę w sprawie rekomendacji dotyczących wypłaty akcjonariuszom 8 mln zł dywidendy z zysku netto za rok 2021.

Kolejne 20-letnie minimum EUR/USD, kurs dolara powyżej 5 zł

Do średniej przemysłowej Dow Jonesa (DJIA, Dow Jones Industrial Average) i średniej transportowej Dow Jonesa (DJTA, Dow Jones Transportation Average), które ostatnio spadły do swoich najniższych poziomów od listopada 2020, dołączył we wtorek S&P 500, który również zaliczył wczoraj swój najniższy poziom od listopada 2020 (-0,21 proc.). Nadal ponad minimum z czerwca br. utrzymywał się Nasdaq Composite.

Dziś rano poza głównym indeksem indonezyjskiego rynku akcji (+0,46 proc.) spadały ceny akcji na wszystkich rynkach akcji Azji i Oceanii. Największą zniżkę – o 3,52 proc. – notował Hang Seng, który znalazł się na najniższym poziomie od 2011 roku. Swe nowe cykliczne minima osiągnęły dziś również tajwański TAIEX, koreański KOSPI, filipiński PSEi oraz malezyjski KLCI.

Spadki cen akcji były kontynuowane również na początku środowej sesji w Europie. Największą zniżkę notował ok. godz. 9:35 norweski OSE Index (-3,39 proc.). DAX i CAC 40 spadały o ok. 1,6 proc.

WIG-20 był drugim najsłabszym głównym indeksem w Europie (-2,3 proc. ok. 9:40). Najniżej od stycznia 2021 był dziś sWIG-80, który przełamał w tym tygodniu ważny poziom wsparcia wyznaczany przez tegoroczne minima. Wśród indeksów sektorowych swe nowe cykliczne minima osiągnęły dziś WIG-Banki i WIG-Górnictwo. Taniały dziś rano wszystkie składniki WIG-u 20. Kursy akcji PKO BP, Cyfrowego Polsatu oraz KGHM spadły do swych nowych cyklicznych minimów. Najniżej od maja 2020 był dziś kurs akcji GPW. O ponad 13 proc. drożały dziś rano akcje spółki Serinus.

Rentowność amerykańskich 10-letnich obligacji skarbowych osiągnęła dziś najwyższy od 2010 roku poziom 4,01 proc. Rentowność 10-latek brytyjskiego rządu była dziś najwyższa od 2008 roku. Swe nowe cykliczne maksima osiągały dziś również rentowności 10-letnich obligacji skarbowych krajów strefy euro.

Taniały dziś rano metale szlachetne. Złoto – -0,63 proc. ok. godz. 9:30 – było najtańsze od kwietnia 2020. Po eksplozjach zarejestrowanych wczoraj na Bałtyku, które uszkodziły rurociągu Nord Stream 1 i 2 o ponad 5 proc. podrożały wczoraj kontrakty na gaz ziemny w Europie. O nieco ponad 2 proc. taniały dziś rano kontrakty na ropę naftową.
Nadal w niezwykły sposób umacniał się amerykański dolar. Kurs EUR/USD spadł dziś rano do swego nowego 20-letniego minimum (-0,44 proc. do 0,9554 ok. godz. 9:20).
Kurs USD/PLN rósł rano o 0,7 proc. osiągając poziom 5,025. EUR/PLN było na poziomi 4,80 (+0,29 proc. ok. godz. 9:30).

Kurs BTC/USD próbował wczoraj powrócić powyżej poziomu 20000 USD, ale ta próba okazała się zupełnie nieudana. Dziś rano ok. godz. 9:20 kurs BTC/USD spadał o 1,33 proc. i wynosił 18740 USD.

Autor Wojciech Białek, TMS Brokers

Nie dla wszystkich studentów wystarczy mieszkań

Eksperci rynku nieruchomości nie mają wątpliwości – dla wszystkich chętnych studentów może nie wystarczyć mieszkań w Szczecinie. Lokali na wynajem jest bardzo mało, a ich ceny biją kolejne rekordy. Za kawalerkę w Szczecinie trzeba zapłacić teraz minimum 1700-1800 złotych, a ceny dwupokojowych mieszkań zaczynają się od 2200 złotych. – Wiele zależy od lokalizacji i standardu. Nie da się jednak ukryć, że obecna sytuacja gospodarcza powoduje, że studentom może być ciężko wynająć mieszkanie – mówi Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości z kancelarii Król i Partnerzy. – Organizowane są castingi na lokatorów. Dochodzi nawet do licytacji wysokości opłat. Takie sytuacje nie miały miejsca nigdy wcześniej – dodaje ekspert.

„Chętnych studentów jest więcej niż wolnych mieszkań”

Gorąco na rynku nieruchomości zwykle robiło się na początku września, gdy studenci rozpoczynali myślenie o powrocie do miasta z wakacji. W tym roku sytuacja wygląda zupełnie inaczej. „Sezonu ogórkowego” nie było wcale. Nie było także momentów, by mieszkania na wynajem stały puste. Zajmowane były albo przez osoby z Ukrainy albo po prostu przez mieszkańców, których nie stać na zakup własnego mieszkania.

– Sytuacja studentów będzie bardzo trudna. Nie dla wszystkich wystarczy mieszkań obecnych na rynku. Jeżeli ktoś obudził się dopiero teraz i chce poszukać mieszkania dla siebie musi liczyć się z wysokimi kosztami – mówi Mirosław Król. – Sytuacja z tego tygodnia to casting na lokatora mieszkania przy ul. Santockiej w Szczecinie. Chętnych było mniej więcej 10 osób – dodaje. – Mamy zdecydowanie rynek najemcy i właściciel mieszkania wybiera sobie lokatora, który najbardziej mu odpowiada. Zwykle preferowani są lokatorzy niepalący, nie posiadający zwierząt czy mający pewne i stałe źródła dochodu. Studenci bardzo często przegrywają takie castingi – mówi Mirosław Król.

– Najemcy często zapraszają wszystkich chętnych na jedną godzinę, by z nimi porozmawiać albo nawet negocjować stawki. Taka sytuacja w Szczecinie jeszcze chyba nie miała miejsca, ale w Warszawie czy we Wrocławiu słyszy się o licytacjach. Ten, kto będzie w stanie za wynajem zapłacić najwięcej zostanie lokatorem – mówi właściciel kancelarii Król i Wspólnicy.

Im mniejsza zdolność kredytowa Polaków, tym większa rywalizacja o mieszkania na wynajem

Struktura szczecińskiego rynku wynajmu to obecnie: osoby żyjące tak z wyboru, studenci i osoby z Ukrainy. Mieszkań jest zdecydowanie mniej niż chętnych, a sytuacja wojenna wywindowała do góry ceny najmów w dużych miastach. Rywalizacja o mieszkania na wynajem będzie rosnąć, bo im mniejsza zdolność kredytowa Polaków, tym więcej jest chętnych osób do najmu.

– Zmiany są bardzo widoczne i trudno powiedzieć jeszcze w jakim kierunku będą one zmierzać. Spodziewam się, że blokada możliwości zakupu mieszkań przez chętnych ze słabszą zdolnością kredytową będzie napędzać rynek wynajmów. Dla studentów to bardzo zła wiadomość, bo niebawem może po prostu zabraknąć pokojów i mieszkań w dobrych i rozsądnych cenach. O ile w ostatnich latach akademiki były w mocnej defensywnie, tak pewnie w tym roku będą oblegane – dodaje Mirosław Król.

Czy zmiana na rynku kredytów hipotecznych jest możliwa?

Zapowiadane są kolejne programy mające pomóc wnioskującym o kredyt hipoteczny w otrzymaniu zobowiązania. Czy zrobią to skutecznie?

14. września br. poinformowano, że Ministerstwo Rozwoju i Technologii pracuje nad regulacją poprawiającą dostępność kredytów na cele mieszkaniowe. Na ten moment jest to jedynie rozważana propozycja, aby „młode rodziny” mogły otrzymać kredyt hipoteczny oprocentowany w okolicach 2 p.p. Obecne warunki kredytowania oferują oprocentowanie stałe na poziomie 8 p.p., a zmienne w granicach 9 p.p., więc proponowane 2 p.p. mogą stanowić atrakcyjne rozwiązanie.

Na szczegóły tego programu musimy jednak jeszcze poczekać. Nie wiadomo, czy takie oprocentowanie miałoby obowiązywać przez cały okres kredytowania, czy tylko przez kilka pierwszych lat. Nieznane są też jeszcze regulacje tego programu odnośnie do dostępności, to znaczy maksymalnego wieku kredytobiorcy, aby mógł z niego skorzystać. Nie wiadomo, czy znajdą się zapisy dotyczące ograniczenia zakupu, maksymalnej wartości za m2 nabywanej nieruchomości, tak jak ma to miejsce w przypadku kredytu bez wkładu własnego czy też inne uwarunkowania wpływające na dostępność kredytu.

Na pierwszy rzut oka, szczególnie w dzisiejszych warunkach rynkowych, niewątpliwym plusem i zachętą dla kredytobiorców byłoby oprocentowanie takiego kredytu. Na ten moment nie wiemy, do kogo on będzie skierowany i czy przewidywane są ograniczenia, jak wspominany chociażby wcześniej metraż nieruchomości, które będą skłaniać kredytobiorców do składania wniosków jednak na oferty standardowe. Ustawodawca nie doprecyzował jeszcze założeń programu, choć zapowiada, że mógłby on zostać wdrożony jeszcze w tym roku

Rozpiętość danych, dotyczących liczby brakujących mieszkań w Polsce jest spora, najczęściej jednak wskazuje się, że są to 2 mln.

Należy również wspomnieć ok 3 mln imigrantów z Ukrainy. Część z nich, według prognoz, zdecyduje się na pozostanie w Polsce. Za jakiś czas zapewne będą chcieli nabyć nieruchomość i zrezygnować z najmu, co tylko powiększy deficyt mieszkań.

Nabycie nowych nieruchomości zaciąganych na kredyt hipoteczny uniemożliwia aktualnie wielu osobom zbyt niska zdolność kredytowa. Jest to wynik podnoszenia stóp procentowych, jak i rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego narzucającej bankom doliczanie buforu plus 5 p.p. do liczenia zdolności kredytowej. Bufor ten miał zabezpieczać banki w przypadku podwyżek stóp procentowych, nie został jednak przez KNF skorygowany w obliczu tak drastycznych podwyżek stóp procentowych, jakich jesteśmy świadkami w tym roku. W jego wyniku, zdolność kredytowa wielu osób, pomimo zarobków powyżej średniej krajowej, drastycznie zmalała, co spowodowało spadek popytu na kredyty o 72,9 proc. w sierpniu r/r, według informacji przekazanych przez Biuro Informacji Kredytowej (BIK). Z kolei liczba wnioskujących o kredyt mieszkaniowy w sierpniu spadła o 70,9 proc. r/r.

Należy zaznaczyć, że każde prace poszerzające dostępność kredytów hipotecznych są pożądane przez osoby zainteresowane nabyciem nieruchomości, przez taką formę finansowania. Ważne jest natomiast, aby wprowadzane programy były realizowane –mimo że kilka banków potwierdziło udzielanie kredytu z gwarancją i realizację spłaty rodzinnej, program ten praktycznie cieszy się zerowym zainteresowaniem.

Eksperci:
Agnieszka Głowińska-Kurandy, ekspertka kredytowa Lendi
Ewa Bartosiak, ekspertka kredytowa Lendi

Czy można anulować mandaty za wjazd do strefy LEZ i jak to zrobić?

Nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych może kosztować przejazd przez Londyn dla przewoźników, którzy zignorują przepisy dotyczące strefy LEZ. Low Emission Zone, czyli londyńska strefa niskich emisji, obejmuje niemal całe miasto, a kary za jej bezprawne przekroczenie bywają gigantyczne. Kosztów można jednak uniknąć, nawet gdy do firmy trafi wysoki mandat. Jak to zrobić? Na to pytanie odpowiada Lucica Kucharec z TC Kancelarii Prawnej.

Niskie emisje i wysokie opłaty

Strefy niskich emisji obowiązują w niemal każdym kraju zachodniej Europy. Zazwyczaj obejmują ścisłe centra miast, a celem ich ustanawiania jest ograniczenie wjazdu dla pojazdów emitujących duże ilości zanieczyszczeń. W praktyce wstęp do stref mają więc samochody spełniające minimalną, ustaloną lokalnie normę emisji – warto mieć na uwadze, że w różnych krajach może być odmienna.

Ograniczenia dotyczą przede wszystkim samochodów o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej 3,5 ton. Dlatego znajomość zasad obowiązujących w strefach jest kluczowa dla przedstawicieli branży TSL. Wjazd do strefy niskich emisji dla pojazdu, który spełnia minimalną normę jest bezpłatny. Wjazdy nieuprawnione grożą jednak wysokimi mandatami, które mogą być nakładane wielokrotnie w ciągu pobytu samochodu w strefie.

Londyn bezwzględny dla „kopciuchów”

Jak wyjaśnia Lucica Kucharec z TC Kancelaria Prawna, na europejskiej mapie stref niskich emisji, Londyn wyróżnia się z kilku względów: – Przede wszystkim, tutejsza strefa znana jako LEZ – Low Emission Zone, jest największa w Europie i obejmuje większość powierzchni miasta. Tutejsze standardy emisji dla samochodów ciężarowych są wyśrubowane – pojazdy te spełniać muszą normę Euro 6. Po drugie, ma ona swoją podstrefę ULEZ, czyli Ultra Low Emission Zone, leżącą w ścisłym centrum, której wymogi również trzeba spełnić w razie przejazdu.

Ekspertka zwraca również uwagę, że wjazd do londyńskiej strefy niskich emisji jest wyjątkowo kosztowny na tle Europy – mandaty zaczynają się od 500 i kończą na nawet 2000 funtów za jednorazowe uchybienie. Jedynym sposobem na to, by uniknąć opłat, jest rejestracja pojazdu mającego wjechać na teren strefy LEZ, która potwierdzi jego zgodność z normą.

Rejestracja krok po kroku

Właściciel pojazdu pochodzącego spoza Wielkiej Brytanii musi go zarejestrować na stronie Transport For London, czyli miejskiego urzędu transportowego. Rejestrację należy powtórzyć również u jego partnera ds. opłat, czyli Euro Parking Collection plc, u którego składa się odwołania do ewentualnych mandatów. Ma to na celu uzyskanie jednoznacznego potwierdzenia, czy dany pojazd spełnia normę i może być zwolniony z opłat. Elementem rejestracji jest przesłanie skanów dokumentów potwierdzających dane pojazdu i jego normę emisyjną. Każdy samochód należący do przewoźnika musi zostać zarejestrowany indywidualnie, a zgoda na rejestrację równa się zwolnieniu z opłat za wjazd do obu stref – LEZ i ULEZ.  Jeśli nie mamy pewności, czy nasz pojazd został zarejestrowany, można to sprawdzić na stronie tfl.gov.uk/lez.

Pozwolenie na bezkosztowy wjazd zaczyna obowiązywać dopiero w chwili otrzymania potwierdzenia rejestracji. Do tego momentu przewoźnik, który chce realizować przewozy, musi wnosić opłaty za wjazd do strefy LEZ i ULEZ. Wysokość opłat w strefie LEZ waha się w zależności od normy, jaką spełnia pojazd – dla Euro 4 i 5 jest to 100 funtów, dla niższych – aż 300 funtów dziennie. Przy tak wysokich stawkach opłacalność przejazdu drastycznie spada, więc dopełnienie obowiązku rejestracji powinno być priorytetem każdego przewoźnika organizującego transporty do Londynu. Te same koszty dotyczą pojazdów zarejestrowanych, ale niespełniających norm wyznaczonych przez londyńskie władze – przestrzega ekspertka TC Kancelaria Prawna.

Rekordowe kary za wjazd do strefy LEZ

Przewoźników, którzy liczą na szczęście i prześlizgnięcie się przez miasto niezauważeni, czekać może przykra niespodzianka. Pojazdy poruszające się po strefie LEZ są skanowane przez tysiące miejskich kamer działających całą dobę. Gdy system zeskanuje tablicę pojazdu, którego nie ma w bazie, lub który widnieje w niej jako niespełniający norm strefy, wystawiany jest automatyczny mandat. Co więcej, jeśli system „wyłapie” samochód w kilku miejscach, za każde naruszenie strefy wystawiony będzie osobny mandat. Ich liczbę trudno więc przewidzieć, zwłaszcza, gdy przewoźnik podróżuje na trasie regularnie.

Ze względu na liczbę mandatów, są one przekazywane zbiorczo, raz na kwartał, a kwoty, na które opiewają, bywają szokujące. W sprawach kierowanych do TC Kancelaria Prawna najwyższa należność za nieuprawniony wjazd do strefy LEZ wyniosła 151 tys. zł i dotyczyła 18 mandatów wystawionych dla 1 firmy. Gdyby właściciel firmy przekazał nam sprawę 2 tygodnie później, kwota ta podwoiłaby się – tłumaczy Lucica Kucharec.

Dostałeś mandat? Możesz się odwołać

Co może zrobić przewoźnik, który otrzyma słony mandat lub ma poważne podejrzenia, że zostanie nim obciążony? Przede wszystkim należy działać szybko. Podstawą jest jak najszybsza rejestracja pojazdu w systemie LEZ czy ULEZ, jej brak zamyka pole do ewentualnego odwołania się od mandatu. Jeśli opłata jest wymagana, tj. pojazd nie spełnia norm, za wjazd do strefy LEZ można również zapłacić wstecznie, maksymalnie do trzech dni od opuszczenia strefy, przy czym termin liczy się do północy dnia trzeciego. Jeśli więc wjazd do strefy nastąpił w poniedziałek, czas na wniesienie opłaty upływa w czwartek o północy. Kolejnym krokiem jest jak najszybsze odwołanie się od mandatu, które może doprowadzić nawet do całkowitej anulacji opłaty, o ile pojazd spełniał przyjętą normę.

Windykacja mandatów za wjazd do strefy LEZ działa sprawnie również w Polsce, a jej rozpoczęcie może nastąpić już w 28 dni od upływu terminu zapłaty.

Polacy są winni sądom ponad 755 mln zł

Niezapłacone rachunki to problem, który dotyczy nie tylko banków, pożyczkodawców, ubezpieczycieli czy telekomów. Borykają się z nim także instytucje państwowe, w tym sądy. Na koniec sierpnia 2022 r. w bazie Krajowego Rejestru Długów widniało prawie 163 tys. osób, które zwlekają z uregulowaniem swoich zaległości względem polskiego wymiaru sprawiedliwości. Ich łączna kwota to ponad 755 mln zł.

Od 2015 r. sądy powszechne mają obowiązek wpisywać do bazy biur informacji gospodarczych osoby zalegających z zapłatą grzywien, nawiązek, kosztów sądowych oraz innych zasądzonych płatności.

– Pomimo tego, przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości na masową skalę robią to dopiero od 2017 r. Wtedy na poziomie ministerstwa powstała specjalna platforma, która bardzo upraszcza i przyspiesza tę procedurę. Od tego czasu liczba dłużników zgłaszana przez sądy systematycznie rośnie. Zwiększa się także kwota zaległości. Od początku 2019 r. suma wszystkich zaległości względem sądów w Krajowego Rejestru Długów zwiększyła się dwukrotnie, z 387,4 mln zł do ponad 755 mln zł na koniec sierpnia 2022 r. Składają się to zaległości 162,9 tys. dłużników – mówi Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Rekordziści windują pozycję Pomorza

Średnie zadłużenie jednego dłużnika wynosi 4,6 tys. zł. Najwięcej do oddania mają mieszkańcy Mazowsza (173,6 mln zł), Pomorza (148,2 mln zł) i Śląska (63,7 mln zł). W przypadku tego drugiego województwa należy jednak wziąć pod uwagę to, że połowa tej kwoty należy do rekordzisty, 49-latka z Wejherowa, który ma zaległości względem sądu na prawie 75,7 mln zł. Również kolejne najwyższe zobowiązanie w bazie KRD dotyczy tego regionu. To 40-letni mieszkaniec Słupska, który ma do oddania polskiemu wymiarowi sprawiedliwości ponad 48 mln zł.
Na Śląsku i Mazowszu jest także najwięcej dłużników. To odpowiednio 23,8 tys. oraz 18,2 tys. osób. Trzecie miejsce w tym niechlubnym rankingu zajęło województwo dolnośląskie. W bazie KRD widnieje bowiem ponad 17,3 tys. osób z tego regionu, które mają zaległości finansowe względem rodzimego wymiaru sprawiedliwości.

Nieco lepiej, jeśli chodzi o wysokość zadłużenia, sytuacja wygląda w województwach: świętokrzyskim (7 mln zł), podkarpackim (8,7 mln zł) i opolskim (9,2 mln zł). Ponad połowa wszystkich zaległości (55 proc.) to długi w miastach liczących ponad 50 tys. mieszkańców. Najwięcej dłużników mieszka jednak w miejscowościach zamieszkanych przez 20-50 tys. osób. Jest ich ponad 32 tys.

Młodzi Polacy największą grupą dłużników

– Najwięcej problemów z regulowaniem zaległości wobec sądów mają mężczyźni, którzy stanowią 87 proc. wszystkich dłużników. Statystycznie jednak to kobiety mają wyższe zobowiązania. Ich średnia wynosi bowiem 4 986 zł, podczas gdy w przypadku panów jest to przeciętnie 4 586 zł. Z tego wynika, że sądy znacznie częściej wpisują do KRD mężczyzn, jednak w przypadku kobiet chodzi zazwyczaj o wyższe kwoty – komentuje Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Biorąc pod uwagę wiek zadłużonych, najwięcej do oddania mają osoby między 46 a 55 r.ż. (253 mln zł) oraz ci mający od 36 do 45 lat (198,4 mln zł). Największą liczbę zobowiązań względem sądów mają jednak młodzi między 26 a 35 r.ż. (99,5 tys.). Oni stanowią także największą grupę dłużników. W bazie KRD ich bowiem prawie 50 tys.

Młynarze i piekarze w głębokim kryzysie. Mogą go nie przetrwać

Polacy od zawsze szczycili się pysznym i zdrowym pieczywem bez ulepszaczy. Jakość jednak ma swoją cenę, a ta w obliczu rosnących kosztów energii może okazać się nieosiągalna dla wielu klientów. Zaległe zobowiązania branży piekarskiej i mącznej sięgają już ponad 0,5 mld zł, to prawie o 10,5 proc. Więcej, niż przed rokiem — podaje Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor. Kryzys energetyczny, galopująca inflacja i wyraźny spadek spożycia produktów mącznych sprawiły, że przedsiębiorcy znaleźli się w potrzasku.

Branża zajmująca się produkcją wyrobów piekarskich i mącznych zmierza ku przepaści. Średnio na jedno zadłużone przedsiębiorstwo przypada ponad 466 tys. zł zaległości wobec dostawców i banków – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy informacji kredytowych BIK.

Młynarze i piekarze w głębokim kryzysie

Zmiana stylu życia uderza w producentów chleba, ciastek i makaronów

Jeszcze do niedawna ciężko było sobie wyobrazić posiłek bez produktów mącznych, dziś jednak coraz częściej Polacy wybierają bardziej dietetyczne alternatywy lub całkowicie z nich rezygnują. Jak wynika z danych GUS, rok do roku spada ilość spożywanego chleba. Na statystycznego Polaka przypada go obecnie około 33 kg w skali roku, wobec 36 kg w roku ubiegłym — to zaledwie 3 kg miesięcznie. Głównymi nabywcami pieczywa są osoby starsze, ich nawyki żywieniowe zdają się być silniejsze, niż zmieniające się trendy, tym razem mogą jednak nie wytrzymać zmieniających się cen. Koszt bochenka w pierwszym półroczu 2022 roku wzrósł o prawie 29 proc. w porównaniu do ubiegłego roku, przy 38-proc. podwyżce cen mąki. Problem ten dotyczy wytwarzania również innych wyrobów mącznych, takich jak makarony, kluski czy kuskus, bo zadłużenie tej gałęzi produkcji stanowi prawie 54 proc. całości długu branży. Powodów należy doszukiwać się w stale rosnących cenach surowców i konsekwencjach zerwanych łańcuchów dostaw.

Choć chleb powoli staje się produktem luksusowym, to wcale nie zyskuje dzięki temu na popularności. Konsumenci, którzy dbają o linię i różnorodność spożywanych produktów, mają coraz większe wymagania, na co producenci odpowiedzieli bogatszą oferta produktową. Chleb żytni, na zakwasie, bezglutenowy czy klasyczny pszenny zapełniły sklepowe półki i pozwoliły utrzymać popyt na względnie zadowalającym poziomie. Jednak w tym samym czasie, wielu wielbicieli mącznych smakołyków rozpoczęło własną, domową produkcję, zaopatrując się w wypiekacze i automaty do chleba.

Branży piekarskiej i cukierniczej nie pomogły też sklepy wielkopowierzchniowe. Oferując podobne produkty w dużo niższych kwotach, wymusiły na piekarniach i mniejszych obiektach zmianę cen i asortymentu. Jednocześnie wzrosła wysokość zaległych zobowiązań podmiotów zajmujących się sprzedażą detaliczną pieczywa, ciast, wyrobów ciastkarskich i cukierniczych. W ciągu roku ich zaległy dług wzrósł o 2,4 mln zł, do blisko 14,9 mln zł.

Piekarniom coraz trudniej jest wychodzić na zero

Zmiana nawyków żywieniowych Polaków to jednak najmniejszy problem branży piekarniczo-cukierniczej, która swoją ofertę może modyfikować i dostosowywać do panujących trendów. Wprowadzanie zmian wymaga jednak inwestycji, a branża ma w tej chwili problem, by w ogóle przetrwać i utrzymać się na rynku. Powód? Drożyzna. Kolejne rekordy bije inflacja, a ceny prądu i gazu rosną w zastraszającym tempie. Branża załamuje ręce, bo koszty prowadzenia tak energochłonnej działalności są obecnie nieporównywalnie wyższe, niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. W tym miejscu warto dodać, że inflacja cen producentów (PPI) rośnie znacznie szybciej od inflacji konsumenckiej (CPI) i w lipcu br. kształtowała się na poziomie ponad 25 proc. Dynamika wzrostu cen uniemożliwia przedsiębiorcom podejmowanie jakichkolwiek działań, bo nie są oni w stanie przewidzieć, z jakimi rachunkami i fakturami przyjdzie im się zmierzyć w kolejnym miesiącu. Skupiają się wyłącznie na tym, aby utrzymać się na powierzchni, ale w dobie tylu niewiadomych i to nie jest pewne. Gdy dodamy do tego widmo braku dostępu do prądu czy gazu, to przepis na finansową zapaść, stanie się kompletny.

– Ostatnie miesiące były dla branży wyjątkowo trudne. Najbardziej odczuwalne są dla nas z pewnością wzrosty cen energii. Rachunki za gaz są w tej chwili 10-krotnie wyższe, niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. To samo dotyczy faktur za prąd – tu obserwujemy wzrost o 400 proc. Drożeją też wykorzystywane przez nas produkty. Za jaja, cukier czy olej płacimy nawet 100 proc. więcej, niż przed rokiem, a za mąkę – 80 proc. To wszystko sprawia, że koszty produkcji wzrosły o ponad 70 proc. Nie zwalniamy jednak tempa i nie chcemy podwyższać cen za produkty, czy redukować etatów, bo zależy nam zarówno na naszych klientach, jak i pracownikach. Wiemy, że również oni są w tej w chwili w trudnej sytuacji finansowej. Mimo wszystko wierzymy, że sytuacja – tak jak ceny energii i produktów – niedługo się unormuje, a branża będzie mogła w końcu odetchnąć – komentuje Marcin Sipa z firmy Brześć, produkującej wyroby cukiernicze i przekąski.

To, że rosną koszty utrzymania biznesu to jedno, ale niektórych produktów i surowców wprost zaczyna brakować. Tak jest w przypadku nawozów, ponieważ najwięksi krajowi producenci ograniczają ich produkcję z powodu wysokich kosztów gazu. Punkty sprzedaży świecą pustkami, a rolnicy obawiają się o swoje plony. Słabe zbiory bezpośrednio przełożą się na wyższe ceny produktów rolnych, a dla branży piekarniczo-cukierniczej będzie to kolejny, duży cios. – Branża piekarnicza jest ściskana jak w imadle z dwóch stron, z jednej strony spada popyt w wyniku zmian zachowań i nawyków konsumentów, co rzutuje wprost na poziom cen. Z drugiej strony rosnące ceny surowca, energii i kosztów pracy, powodują wzrost kosztów wytworzenia. Kolejne kwartały będą więc dla branży bardzo trudne. Obawiam się, że duża część firm może nie dotrwać do wiosny – twierdzi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk BIG InfoMonitor (Grupa BIK).

– Już obecnie dramatyczną sytuację sektora możemy obserwować również w naszych bazach. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy informacji kredytowych BIK wynika bowiem, że zaległe zadłużenie biznesów posługujących się kodem PKD 1071Z (Produkcja pieczywa, produkcja świeżych wyrobów ciastkarskich i ciastek) w lipcu br. wynosiło już niemal 228 mln zł, a niesolidnych firm-dłużników (aktywnych, zawieszonych i zamkniętych) było 958. Dla porównania, w lipcu 2021 r., 949 firm zalegało z płatnościami na ponad 176 mln zł. Natomiast kilkanaście miesięcy wcześniej, w marcu 2020 r., tj. przed globalnym kryzysem spowodowanym pandemią, swoich zobowiązań na kwotę 111 mln zł nie uregulowało 1014 podmiotów. Wzrost sumy zaległych długów jest wyjątkowo dynamiczny. Ponadto, mimo że w tym sektorze ubywa niesolidnych dłużników, to nadal stanowią oni największy odsetek wśród wszystkich nierzetelnych płatników skupionych wokół grupy 10.7 (Produkcja wyrobów piekarskich i mącznych) – komentuje Sławomir Grzelczak, Prezes BIG InfoMonitor.

Młynarze i piekarze w głębokim kryzysie 2

Jeszcze do niedawna najbardziej zadłużeni byli piekarze i cukiernicy z woj. śląskiego, ich zaległe zadłużenie, w lipcu br., wynosiło około 43 mln zł. W ostatnim czasie prześcignęli ich jednak koledzy po fachu z woj. łódzkiego z kwotą 66,7 mln zł, z czego ponad 98 proc. tej zaległości stanowiły zobowiązania kredytowe. Podobnie jest wśród pozostałych regionów, gdzie zaległe zobowiązania wobec banków to główne zmartwienie firm. Inaczej sytuacja wygląda w woj. zachodniopomorskim, gdzie zaległe płatności za faktury przewyższają zobowiązania kredytowe i stanowią 59 proc. całego zadłużenia.

– Sytuacja, którą obserwujemy nie pozwala nam myśleć optymistycznie. Niestety, przewidujemy, że kondycja finansowa zarówno piekarni, cukierni, jak i wszystkich podmiotów skupionych wokół produkcji wyrobów piekarskich i mącznych, nie ulegnie w najbliższym czasie poprawie – stwierdza Sławomir Grzelczak.

Handel idzie w lokalność

W mniejszych miejscowościach rosną parki handlowe, w dużych miastach powierzchni pod handel dostarczają obiekty wielofunkcyjne i nowe osiedla mieszkaniowe.

Choć galerie handlowe znów tłumnie odwiedzane są przez klientów, szczególnie w weekendy, stacjonarny handel staje się coraz bardziej rozproszony i lokalny. Na co dzień handlowy tort dzielą między siebie centra zakupów codziennych, parki handlowe, różnego rodzaju obiekty wielofunkcyjne, sklepy usytuowane przy głównych szlakach miejskich oraz pasaże handlowe, które coraz powszechniej pojawiają się przy nowych osiedlach. Przyszłość należy do placówek, z których można korzystać w pobliżu domu.

Od ponad dwóch lat na znaczeniu zyskują nieduże, lokalne centra zakupowe i parki handlowe, które dominują aktualnie wśród inwestycji realizowanych w tym segmencie. Potrzeby rynku sprawiły, że Walter Herz rozszerzył swoje działania w obszarze poszukiwania, przygotowania oraz uzyskiwania pozwoleń dla gruntów pod inwestycje sektorowe o różnej skali.

Na krajowym runku, jak podają analitycy firmy, w budowie pozostaje ponad 400 tys. mkw. powierzchni handlowych. Prawie 70 proc. nowej podaży dostarczą lokalne parki handlowe, które powstają głównie w mniejszych miastach, liczących do 100 tys. mieszkańców. W trakcie realizacji jest ponad 30 projektów. Właśnie zakończyła się budowa parku handlowego Dor Plaza w Częstochowie i Galerii Bawełnianka w Bełchatowie. Przed końcem roku klientów ponownie powitać ma także, będący w przebudowie. warszawski Fort Wola.

130 tys. mkw. powierzchni w pół roku

Wśród obiektów, które wejdą na rynek w najbliższym czasie znajduje się także m.in. krakowskie centrum Atut Ruczaj, Galeria Goplana w Lesznie, czy Pasaż Kępiński i M Park w Koszalinie. Trwają również prace związane z przebudową dawnych sklepów Tesco w Gorzowie Wielkopolskim czy Lubinie.

W pierwszym półroczu 2022 roku, według danych Walter Herz, przybyło w Polsce przeszło 130 tys. mkw. powierzchni handlowych. Otwarte zostały m.in. parki handlowe w Kołobrzegu, Tychach, Sławnie, Warce, Krotoszynie, Sierpcu, Jaśle, Busku-Zdroju, Giżycku, Pszczynie, Puławach, Łanach pod Wrocławiem i Szczytnie. Po rozbudowie uruchomiono także centra w Radomsku, Zamościu, Knurowie i Stalowej Woli.

– Zasoby powierzchni handlowych w Polce dochodzą do 15,7 mln mkw. Nowe obiekty, które powstają teraz na naszym rynku mają przede wszystkim zaspokajać bieżące potrzeby klientów lokalnych. Nie licząc modernizacji i rozbudowy kilku większych obiektów, inwestorzy skupiają aktywność na realizacji parków handlowych i centrów convenience, które oddawane są przede wszystkim na rynkach regionalnych, w mniejszych miejscowościach. Za rozwojem tego formatu idzie ekspansja dyskontów wielobranżowych oraz popularnych sieci spożywczych i drogeryjnych, a także dyskontowych sklepów przemysłowych. Na rynku widoczny jest także intensywny rozwój outletów odzieżowych i marek oferujących towary w obniżonych cenach, jak Half Price i TK Maxx – mówi Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner/CEO w Walter Herz.

Duże obiekty wielofunkcyjne w trendzie

W największych miastach nowej powierzchni handlowej dostarczają natomiast głównie projekty wielofunkcyjne. W Warszawie ogromną popularnością cieszą się uruchomione nie tak dawno Browary Warszawskie i Fabryka Norblina, której rewitalizacja trwała 10 lat. W budowie na warszawskiej Pradze pozostaje Bohema, a do realizacji przygotowywane są kolejne duże inwestycje na Ursynowie i Bielanach. Będą to projekty obliczone na atrakcyjne zagospodarowanie dużych kwartałów miejskich.

Na Kabatach, w miejscu hipermarketu Tesco powstać ma wielofunkcyjny Ogród na skarpie, w którym będzie można zamieszkać, robić zakupy i w atrakcyjny sposób spędzać czas wolny. Budowę kompleksu o charakterze wielofunkcyjnym Echo planuje także w miejscu obecnego centrum handlowego Jupiter, usytuowanego przy ulicy Towarowej. Nowy projekt mixed-use, który zaoferuje 42 tys. mkw. powierzchni biurowej oraz ponad 7,5 tys. mkw. przeznaczonych na handel i usługi zapowiada również firma Liebrecht & wooD. Inwestor planuje rewitalizację terenów dawnej Drucianki – Warszawskiej Fabryki Drutu, Sztyftu i Gwoździ usytuowanej na Pradze.

W Łodzi w budowie pozostaje Widzewska Manufaktura, Fuzja i Monopolis oparte o rewitalizacje dawnych obiektów fabrycznych. We Wrocławiu trwa rozbudowa Quorum. Mieszkańcy Gdańska będą mogli korzystać z Garnizonu i Doków, a Gdyni z kompleksu Waterfront. Wielofunkcyjny obiekt zastąpić ma też krakowską galerię Plaza. Mówi się także o realizacji nowych inwestycji po wyburzenia kilku starszych centrów handlowych w Warszawie.

Osiedla z pasażami handlowymi

Nowych powierzchni handlowych dostarczają również inwestycje mieszkaniowe, które coraz częściej oferują także dodatkową infrastrukturę, w tym także powierzchnie przeznaczone pod handel i usługi. Około 120 inwestycji mieszkaniowych z 200 realizowanych w Warszawie projektów oferuje powierzchnie handlowo-usługowe.

Lokale handlowe, stanowią dobrą lokatę kapitału, cieszą się dużym zainteresowaniem inwestorów indywidualnych. Większość znajduje nabywców zaraz po wprowadzeniu oferty na rynek. Ilość wolnej powierzchni handlowej w nowych, warszawskich osiedlach zbliżona jest do poziomu pustostanów biurowych w mieście, do wzięcia jest około 12 proc. W przyosiedlowych pasażach handlowych otwierane są najczęściej sklepy spożywcze, piekarnie, cukiernie, sklepy monopolowe, apteki, drogerie, gastronomia i popularne usługi oraz coraz liczniej dyskonty niespożywcze.

Firmy obawiają się przerw w dostawach prądu i gazu oraz zwracają uwagę na konsekwencje rosnących kosztów energii

To wnioski z Okrągłego Stołu, debaty zorganizowanej w ramach Forum Energii ZPP. W wydarzeniu brali udział przedstawiciele różnych sektorów, którzy przedstawili problemy swoich branż, a także pożądane rozwiązania.

Wśród nich znaleźli się m.in. producenci leków i usług medycznych, telekomów i branży elektronicznej oraz sektora kolejowego. Celem spotkania było zilustrowanie wyzwań stojących przez przedsiębiorstwami, dla których, mimo że nie posiadają cech branż energochłonnych, kryzys energetyczny wiąże się z poważnymi ryzykami. W dyskusji wzięli udział również posłowie na Sejm RP oraz eksperci w zakresie obrotu energią elektryczną i gazem.

Kilkugodzinne wstrzymanie dostaw energii to w praktyce opóźnienia w dostarczaniu leków wynoszące nawet do kilkunastu tygodni – podkreślali Krzysztof Kopeć i Grzegorz Rychwalski, prezesi Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego. Wynika to regulacji obowiązujących producentów leków, zmuszonych utylizować partie produktów, których cykl wytwórczy został zaburzony. Bez odpowiednich zabezpieczeń pewnych produktów leczniczych może na rynku zwyczajnie brakować.

Z kolei, jak zauważył Public Affairs Manager w Medicover Paweł Łangowski, sektor ochrony zdrowia mierzy się z dwoma kluczowymi wyzwaniami w obszarze energii. Po pierwsze, aktualna legislacja nie chroni i nie gwarantuje ciągłości dostaw energii dla sektora ochrony zdrowia. – Rozporządzenie RM o ograniczeniach w dystrybucji energii z 2021 r. zapewnia ochronę wyłącznie szpitalom, w całości pomijając m. in. podstawową opiekę zdrowotną, laboratoria, apteki, przychodnie specjalistyczne – czyli podmioty, na których swoje funkcjonowanie opiera polski system opieki zdrowotnej – podkreślił. Nawet chwilowe przerwy w dostawie prądu do tych podmiotów to ryzyko dla zdrowia i życia polskich pacjentów. Szpitale nie będą w stanie samodzielnie zaadresować potrzeb zdrowotnych tych pacjentów, którzy dotychczas korzystali z usług ambulatoriów – zwłaszcza w kontekście nadchodzącego sezonu infekcyjnego – dodał. Drugie wyzwanie to wsparcie publiczne dla sektora ochrony zdrowia (publicznego i prywatnego). Wszyscy mamy ten sam prąd w gniazdku, za który w tym roku płacimy od kilku do kilkudziesięciu milionów więcej niż w latach ubiegłych. Bez publicznego wsparcia galopujące ceny prądu odbiją się na cenach dla pacjentów, co dla wielu z nich ograniczy dostęp do świadczeń medycznych – zaznaczył Łangowski.

Małgorzata Zakrzewska, dyrektorka Wykonawcza ds. Korporacyjnych, członkini Komitetu Wykonawczego oraz Jan Pilewski, Senior Public Affairs Manager w firmie Play, akcentowali znaczenie utrzymywania łączności pomiędzy ludźmi i podmiotami gospodarczymi. – Komunikacja to fundament gospodarki. O łączność oparta jest dziś edukacja i prowadzenie wielu działalności, funkcjonowanie państwa. W ciągu 3 lat wolumen konsumowanej energii w sieci Play się podwoił. – poinformowała Zakrzewska. O ile więc prognozujemy przy tym również znaczny wzrost kosztów energii elektrycznej, to wysiłek finansowy zwiększył się o wiele milionów. A usługi telekomunikacyjne w Polsce pozostają najtańszymi w Europie, co dla operatorów może być dziś bardzo dużym wyzwaniem – dodała.

Jeżeli centra przetwarzania danych będą miały ograniczenia w poborze mocy to ryzykujemy przerwaniem funkcjonowania tysięcy polskich, ale też zagranicznych firm – przestrzegał Michał Kanownik, prezes Związku Importerów i Producentów Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego – Cyfrowa Polska, zrzeszającego zarówno krajowe, jak i globalne marki operujące w Polsce w formie centrów logistycznych, zakładów produkcyjnych i właśnie centrów przetwarzania danych. W produkcji elektroniki określone procesy wymagają również szczególnego zabezpieczenia pod kątem ciągłości dostaw energii z uwagi na obecność toksycznych gazów, które muszą być w nieprzerwany sposób kontrolowane – dodał Kanownik.

Paweł Majka, dyrektor w Departamencie Sprzedaży Energii (Oddział Obrót i Zielona Kolej) PKP Energetyka zauważył, że poziom wzrostu cen energii dla kilkudziesięciu polskich przewoźników wyniesie około 140%. Dla branży kolejowej jest to około 3,6 mld zł, zatem więcej niż wynosiły dotychczasowe koszty zużywanej energii (dotąd około 2,4 mld zł). Aby odpowiedzieć na to wyzwanie konieczne jest wsparcie sektora np. poprzez wprowadzenie gwarancji płynnościowych dla przewoźników, czy ich czasowe zwolnienie z opłaty mocowej – dodał Radosław Lewandowski, dyrektor Biura Zarządzania Ryzykiem i Regulacji PKP Energetyka.

Wysokie ceny energii oznaczają też konieczność przyspieszenia transformacji kolei w stronę OZE. Leszek Hołda, wiceprzewodniczący Rady Programowej Centrum Efektywności Energetycznej Kolei i członek Zarządu PKP Energetyka zauważył: – Program ”Zielona Kolej” może wyeliminować 1/3 energii, która do tej pory produkowana była z węgla importowanego z Rosji. Ale bez doraźnego wsparcia państwa w obliczu kryzysu energetycznego przewoźnicy staną przed koniecznością ograniczenia siatki połączeń, gdyż samorządy nie udźwigną ich kosztów.

Na szerszy kontekst dzisiejszych problemów przedsiębiorców zwrócił uwagę Krzysztof Mazurski, dyrektor Działu Portfolio Management w firmie Energy Solution: – Marże poszczególnych wytwórców energii dla przedsiębiorców to kwestia nie tylko zmniejszenia rentowności, ale wręcz przeżycia lub nie. Po czym dodał: Anomalie obserwowane na globalnym rynku energii w Polsce są nieuzasadnione z uwagi na posiadaną przez nas bazę surowcową i mix energetyczny.

Myśl tę kontynuował Kamil Kondracki, dyrektor Biura Obrotu Energią, ELEKTRIX® S.A. – Wzrost cen energii w tym roku jest dziesięciokrotny. To 350 mld zł w skali całej polskiej gospodarki, przez co uruchomienie powszechnych rekompensat jest dziś nierealne. Zdaniem Kondrackiego wzrost cen w ponad 70% nie jest spowodowany wojną na Ukrainie i istotne jest abyśmy nadzorowali polski rynek obrotu hurtowego w sposób właściwy, aby nie dochodziło do manipulacji. ELEKTRIX pozyskał w tym kontekście stanowisko URE dot. ostatnich drastycznych wzrostów cen na rynku hurtowym, w którym urząd stwierdza, że to “duzi wytwórcy kształtują cenę i prawdopodobnie nadużywają pozycji dominującej”, co jest obecnie przedmiotem postępowania wyjaśniającego.

Jesteśmy w stanie geopolitycznej wojny – rozpoczął swoje wystąpienie Włodzimierz Ehrenhalt, główny ekspert ZPP ds. Energetyki, wiceprezes Stowarzyszenia Energii Odnawialnej oraz szef zespołu ds. identyfikowania barier ograniczających rozwój rynku PV oraz propozycji ich zniesienia (afiliowanego przy MKiŚ). Jego zdaniem trzeba zapomnieć na jakiś czas o zyskach dla firm producenckich na rzecz opracowania planu przetrwania. Aby zagwarantować sobie to przetrwanie, musimy wynegocjować wydłużenie przez UE procesu dekarbonizacji i jednocześnie rozwijać źródła rozproszone. – Zielona energia będzie niebawem w Polsce niezwykle droga, bo póki co mamy jej deficyt. Musimy też opracować plan, komu będziemy sprzedawać naszą czarną energię. Bo o ile Polska jest w dość dobrej sytuacji gazowo-energetycznej na tle innych Państw europejskich, tak potrzebujemy planu stabilizacji cen energii na kilkanaście lat do przodu – dodał Ehrenhalt.

Zgromadzonych uspokajał Marek Suski, poseł na Sejm RP i przewodniczący sejmowej Komisji do Spraw Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych: – Rząd nie planuje wyłączeń dla odbiorców. Wizja armagedonu jest przesadzona. Zdaniem Marka Suskiego tarcze antykryzysowe są uruchamiane, ale rząd nie da rady wspomóc wszystkich. – Polska jest państwem na dorobku, a w czasach PRL nie pozwalano nam budować m.in. elektrowni atomowych. Powinniśmy postawić na to co mamy, nasze zasoby energetyczne. Pod tym kątem opracowaliśmy projekt ustawy, który zawiesza obligatoryjność udziału w obrocie na rynku hurtowym – dodał Suski. Niebawem mamy poznać tekst dokumentu.

Anita Sowińska, posłanka na Sejm RP, zaznaczyła, że wsłuchała się w głos uczestników z dużą uwagą i poza obawami firm przed przerwami w dostawach energii, na które należy zareagować odpowiednimi rozwiązaniami prawnymi, warto również szukać rozwiązań, które byłyby zgodne ze spostrzeżeniami i zaleceniami Komisji Europejskiej. – Być może powinniśmy zachęcać przedsiębiorców, np. finansowo, do ograniczania poboru energii w szczycie. Przykłady z Włoch wskazują, że niektóre produkcje można przestawić na godziny nocne – zauważyła Sowińska. Zdaniem posłanki bezwzględnie trzeba też wspierać transport publiczny, aby nie dochodziło do sytuacji takich jak w Kutnie, gdzie wzrost cen energii spowodował, że wykorzystanie autobusów elektrycznych przestało być opłacalne. – Ponadto w pewnym sensie poszkodowana jest kolei. Budowę dróg finansujemy ze środków publicznych, więc w zasadzie transport kołowy jest stale dotowany – dodała.

W ramach podsumowania debaty powstanie raport, w którym przedstawimy zagadnienia poruszone w trakcie tej żywej, ponad 2,5 godzinnej dyskusji.

Polski Ład 3.0. – zmiany w minimalnym CIT

Planowana jest kolejna zmiana przepisów w zakresie CIT, która ma wejść w życie w trakcie roku podatkowego. Taki tryb zmian w przepisach rodzi spore ryzyko dla podatników i wymaga każdorazowej analizy i implementacji w organizacji. Jakie są główne zmiany przewidywane przez Polski Ład 3.0?

Podatek minimalny

Podatek minimalny jest zobowiązaniem podatkowym, które będą musieli uiszczać podatnicy CIT, którzy ponieśli stratę w danym roku, lub ich wynik finansowy jest poniżej kryterium określonego w przepisach. Zmiany przewidziane Polskim Ładem 3.0. rozszerzają katalog podmiotów, które nie będą podlegały tym przepisom o spółki komunalne, podatników działających w obszarze ochrony zdrowia oraz podatników, których rentowność w jednym z trzech ostatnich lat podatkowych oscylowała powyżej wskaźnika 2% oraz mali podatnicy. Przepisom nie będą podlegały także podmioty postawione w stan upadłości lub likwidacji.

Ponadto planowane przepisy przewidują zmianę metody kalkulacji podatku poprzez podwyższenie do 2% wskaźnika rentowności i zmianę sposobu wyliczania minimalnego podatku dochodowego (pierwotne założenie wskazywało na 1-procentowy wskaźnik rentowności).

Warto dodać, że przewidywane jest odroczenie stosowania przepisów o podatku minimalnym do 1 stycznia 2023. Czyli pierwsze zastosowanie podatku będzie miało miejsce w 2024 r.

Ukryta dywidenda

Przepisy o ukrytej dywidendzie, czyli wypłaty na rzecz podmiotu powiązanego (wspólnika) uzależnione od osiąganych wyników, zostały uchylone ze względu na liczne wątpliwości podnoszone przez podmioty gospodarcze, wynikające głównie z nieostrego charakteru przesłanek. Jest to dobry krok, ponieważ pierwotne założenia przepisów przewidywały możliwość kwestionowania przez organy podatkowe kosztów podatkowych np. wynikających ze świadczonych przez spółki powiązane usług niematerialnych, poprzez uznanie ich za ukrytą dywidendę.

Podatek u źródła

Polski Ład 3.0. przewiduje bardziej elastyczne zasady w zakresie mechanizmu pay and refund. Dłużej będą obowiązywały oświadczenia WH-OSC o spełnieniu warunków do niepobrania podatku, zastosowania zwolnienia lub preferencyjnej stawki podatku.

Polska Spółka Holdingowa

Zmiany w przepisach mają na celu w przede wszystkim zwiększenie atrakcyjności tej formy prowadzenia działalności wśród przedsiębiorców. W pierwszej kolejności projekt przewiduje zwiększenie zakresu form prawnych w jakich może działać spółka holdingowa o prostą spółkę akcyjną. Ponadto przewidywane jest zwolnienie z podatku dochodowego przychodów z dywidend otrzymanych przez spółkę holdingową od spółek zależnych (w obecnym kształcie zwolnieniu podlega 95% dywidend).

Dokumentacja cen transferowych z rajami podatkowymi

Co do zasady po przekroczeniu tzw. progów istotności powstaje obowiązek sporządzenia dokumentacji cen transferowych. Projekt Polski Ład 3.0. zakłada podwyższenie progów istotności do poziomu:

  • 200 tys. zł dla bezpośrednich transakcji rajowych,
  • 2,5 mln zł dla pośrednich transakcji rajowych (w przypadku transakcji towarowych i finansowych) i 500 tys. zł dla pozostałych pośrednich transakcji rajowych.

Proponowane zmiany obejmują również przepisy o domniemaniu rezydencji rzeczywistego właściciela w raju podatkowym. Domniemanie nie będzie miało zastosowania w sytuacji, gdy podmiot otrzymujący należność wynikającą z transakcji kontrolowanej lub innej niż kontrolowana:

  • nie dokonuje w roku podatkowym lub obrotowym związanych z otrzymaną należnością rozliczeń z podmiotem rajowym lub
  • nie jest powiązany z podmiotem rajowym.

Zwiększenie progów istotności ograniczy zakres obowiązku dokumentacyjnego dla polskich podmiotów.

Pozostałe zmiany

Nowelizacja doprecyzowuje kwoty limitu kosztów finansowania dłużnego – tj. jako wyższa z kwot: 3 mln PLN albo 30% – tzw. podatkowa EBITDA.

Projekt przewiduje także zmiany w zakresie estońskiego CIT, PGK, CFC, przerzuconych dochodów oraz zmiany w PIT. Ponadto przewidywane jest uproszczenie przepisów dotyczących ulgi na złe długi poprzez likwidację obowiązku wykazywania w zeznaniu podatkowym wierzytelności i długów, które mają wpływ na podstawę opodatkowania.

Autor: Robert Nogacki, partner zarządzający Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców

Janis Meiksans nowym Dyrektorem Generalnym Teva Pharmacuticals Polska

Janis Meiksans objął stanowisko Dyrektora Generalnego Teva Pharmaceuticals Polska oraz szefa regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

Janis Meiksans, dotychczasowy Dyrektor Generalny w Teva na Węgrzech, objął funkcję Dyrektora Generalnego Teva na Polskę i Europę Środkowo-Wschodnią. Zastąpił na tym stanowisku Michała Nitkę, który w lipcu tego roku został Dyrektorem Regionalnym Teva na Włochy i region SEE, a także objął rolę szefa globalnej działalności OTC w Teva.

Janis Meiksans związany jest z branżą farmaceutyczną od 25 lat. Do firmy Teva dołączył w 2011 roku, po przejęciu przez Grupę spółek Cephalon/Mepha, gdzie pełnił funkcję Dyrektora Generalnego Mepha Baltic. W Tevie objął stanowisko Dyrektora Generalnego w obszarze Państw Bałtyckich, a w 2019 roku przejął zarządzanie działalnością komercyjną Teva na Węgrzech. Przejmując rolę szefa na Polskę oraz region CEE, Janis będzie odpowiadał za osiem rynków: Polskę, Czechy, Słowację, Węgry, Rumunię, Litwę, Łotwę i Estonię, blisko współpracując z raportującymi do niego Dyrektorami Generalnymi w poszczególnych krajach.

Bardzo się cieszę, że mam możliwość stanąć na czele tak dużego i zróżnicowanego regionu, w którym Teva odgrywa istotną rolą w systemach ochrony zdrowia jako dostawca kluczowych leków w prawie wszystkich obszarach terapeutycznych. W samej Polsce dostarczamy około 500 produktów leczniczych i należymy do pierwszej trójki firm farmaceutycznych, z jednym z największych zakładów produkcyjnych w kraju. To sprawia, że jesteśmy jednym z kluczowych ogniw w procesie zapewnienia dostępu do leków dla pacjentów, przy rosnących wyzwaniach ekonomicznych, a jednocześnie zwiększających się potrzebach zdrowotnych społeczeństwa – komentuje Janis Meiksans.

Obejmując nową rolę, Janis Meiksans dołącza jednocześnie do Europejskiego Zespołu Zarządzającego, podlegając bezpośrednio do szefa Teva na Europę, Richarda Daniella.

Janis jest niezwykle doświadczonym liderem, który ma na swoim koncie szereg imponujących osiągnięć w Teva. W krajach bałtyckich połączył trzy odrębne organizacje krajowe w jeden zespół. Na Węgrzech zreformował biznes, stymulując rentowny wzrost, przy jednoczesnym wdrożeniu nowego modelu dystrybucji. Dzięki wcześniejszej pracy w Azji i krajach nordyckich Janis wnosi do firmy szerokie doświadczenie pracy w środowiskach wielokulturowych, co jest ważnym atutem w roli lidera tak złożonego klastra jak region CEE – dodaje Richard Daniell.

Janis Meiksans jest z wykształcenia chirurgiem dziecięcym i pracował w tym zawodzie przez blisko 20 lat w Łotewskim Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Rydze. Podyplomowo ukończył Międzynarodowy Marketing oraz Finanse w Zarządzaniu w Międzynarodowej Szkole Biznesu INSEAD z siedzibą w Fointainebleau.

Ważne zmiany w PIT-2: kwota wolna nawet u trzech pracodawców

Od 2023 roku będzie można złożyć PIT-2 nawet w trzech miejscach. Dzięki tej zmianie podatnicy, którzy osiągają niższe przychody, będą mieli szansę co miesiąc skorzystać z pełnego odliczenia od podatku kwoty 300 zł.

W 2021 roku kwota wolna od podatku wynosiła 3089 zł, a więc dzięki odliczeniom na PIT-2 podatnik oszczędzał około 525 zł rocznie. Obecnie, przy kwocie wolnej wynoszącej 30 tys. zł, ta oszczędność to już 3600 zł w skali roku.

Kolejne zmiany od 2023 roku

Od 2023 roku PIT-2 można będzie składać nawet do trzech miejsc, z których podatnik uzyskuje przychód na podstawie umowy o pracę, umowy zlecenie czy umowy o dzieło.

Na czym polegają wprowadzane zmiany? Przykładowo: podatnik, który w tym roku otrzymuje wynagrodzenie minimalne, nie może skorzystać z pełnej kwoty odliczenia PIT-2, ponieważ należny podatek jest zbyt niski. Nawet jeśli uzyskuje przychód z innej umowy o pracę bądź na podstawie umów cywilnoprawnych, to i tak PIT-2 może złożyć tylko w jednym miejscu i tylko z tytułu umowy o pracę. W wielu przypadkach przepada więc możliwość uzyskania pełnego odliczenia w trakcie roku.

Od nowego roku podatnik ten będzie mógł jednak składać PIT-2 w maksymalnie trzech miejscach. Dzięki temu będzie miał szansę skorzystać z pełnego odliczenia. Całkowita kwota odliczenia to wciąż 300 zł – będzie ona podzielona równo na wszystkie miejsca, w których zostanie złożony PIT-2. W przypadku dwóch miejsc odliczenie wyniesie więc po 150 zł, a w przypadku trzech – po 100 zł.

Dodatkowe możliwości dzięki PIT-2

Na formularzu PIT-2 będzie można również oznaczyć inne preferencje, takie jak:

  • podwyższone koszty uzyskania przychodów;
  • wspólne rozliczenie z małżonkiem lub jako osoba samotnie wychowująca dzieci;
  • korzystanie ze zwolnień podatkowych;
  • rezygnacja z autorskich kosztów uzyskania przychodów;
  • niepobieranie zaliczek w roku podatkowym ze względu na uzyskanie dochodów nie przekraczających 30 tys. zł rocznie.

W Nowym wzorze PIT-2 będzie można również wycofać złożone wcześniej oświadczenia lub wnioski. Co ważne, będzie można go składać w dowolnym momencie od 2023 roku.

Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt

Urządzenia mobilne Ujgurów od co najmniej 7 lat inwigilowane są przez hakerów. Kto stoi za kampanią?

Urządzenia mobilne Ujgurów od co najmniej 7 lat inwigilowane są przez hakerów! Kampania złośliwego oprogramowania, przypisywana ugrupowaniu Scarlet Mimic, najprawdopodobniej wykorzystuje techniki spear-phishingu ukryte w islamskich cyfrowych dokumentach, takich jak książki, zdjęcia i pliki audio. Oprogramowanie potrafi kraść dane, śledzić lokalizację, nagrywać dźwięk i wysyłać wiadomości SMS.

Eksperci bezpieczeństwa cybernetycznego Check Point Research ujawnili kampanię cyberprzestępczą, która od co najmniej siedmiu lat konsekwentnie atakuje Ujgurów, a dokładniej ich urządzenia mobilne. Specjaliści przypisali ją ugrupowaniu Scarlet Mimic, choć wciąż niezwykle trudno odgadnąć, kto stoi za grupą hakerską. Jak do tej pory nie odnaleziono wystarczających dowodów, by powiązać ugrupowanie z jakimkolwiek krajem, jednak wcześniejsze analizy sugerują związek z Chinami, które znane są z inwigilacji i prześladowań mniejszości ujgurskiej.

Analitycy Check Point Research uważają, że złośliwe oprogramowanie jest rozpowszechniane za pośrednictwem spear phishingu. Złośliwe oprogramowanie ukryte zostało w dokumentach, takich jak cyfrowe książki, zdjęcia i pliki audio związane z Ujgurami lub islamem. Kiedy ofiara otwierała dokument, uruchamia również złośliwą aplikację.

Przez lata autorzy kampanii wprowadzali pewne modyfikacje w złośliwym oprogramowaniu. Kilka z nich zostało wyraźnie opracowanych w celu zmniejszenia prawdopodobieństwa wykrycia złośliwego oprogramowania przez rozwiązania zabezpieczające – hakerzy eksperymentowali m.in. ze sposobami ukrywania złośliwych ciągów znaków. Dodali również kilku poprawek i funkcji, aby zbierać jeszcze więcej informacji z urządzeń swoich ofiar.

– Odkryliśmy kampanię mobilnego szkodliwego oprogramowania wymierzoną w Ujgurów, realizowaną przez co najmniej 7 lat. Zastosowane w niej złośliwe oprogramowanie ma wiele aktywnych możliwości, takich jak nagrywanie dźwięku przestrzennego, geolokalizacja w czasie rzeczywistym, a nawet możliwość prowadzenia połączeń i wysyłania wiadomości SMS przy użyciu telefonu ofiary. Wszystko to pozwala stojącym za kampanią hakerom zbudować wspaniały obraz wywiadowczy wokół swoich celów – mówi Sergey Shykevich, Threat Intelligence Group Manager w Check Point Software.