Mieszkania na rynku pierwotnym w Katowicach droższe mimo pandemii. Czeka nas korekta cen?

Pandemia koronawirusa powoli odciska piętno na katowickim rynku pierwotnym, co widać w spadku sprzedaży mieszkań od deweloperów w I półroczu br. sięgającym 28,6%. Mimo mniejszej liczby transakcji ceny lokali wzrosły. Metr kwadratowy nowego mieszkania w Katowicach kosztował średnio 7 268 zł. Podwyżki odnotowano we wszystkich dzielnicach, wskazują eksperci od wycen nieruchomości z Emmerson Evaluation na podstawie bazy danych Evaluer.

W pierwszej połowie roku, mimo pojawienia się epidemii koronawirusa, katowicki rynek nowych mieszkań nadal notował podwyżki. Średnia cena płacona za lokal od dewelopera wzrosła w stolicy Śląska o 5,6% w zestawieniu do poziomu notowanego w II połowie 2019 r. Dla porównania, taką samą zmianę w tym czasie odnotowała największa polska aglomeracja – Warszawa.

Ostatnia podwyżka wpisuje się w długoterminowy trend wzrostu cen nowych mieszkań w Katowicach. W ciągu dwóch lat mieszkania podrożały tu o ponad 1/5 (21%). Nadal jednak wśród największych aglomeracji Katowice pozostają względnie niedrogą lokalizacją. Pod względem ceny stolica Śląska plasuje się na przedostatnim miejscu wśród 9 pozostałych największych krajowych rynków. W tym zestawieniu niżej znalazła się tylko Łódź, gdzie średnia cena mieszkań z pierwszej ręki nie przekroczyła jeszcze 7 tys. zł/mkw – zauważa Tomasz Kaźmierski, ekspert Emmerson Evaluation.

Ceny wyższe we wszystkich dzielnicach

I połowa roku przyniosła podwyżki cen we wszystkich częściach miasta. Najmocniej, bo o 7,3% mieszkania od deweloperów podrożały w zespole dzielnic wschodnich (Zawodzie, Dąbrówka Mała, Szopienice-Burowiec, Janów-Nikiszowiec, Giszowiec). Natomiast najmniejsze wzrosty eksperci Emmerson Evaluation odnotowali w dzielnicach, do których należą Śródmieście, Koszutka, Bogucice i Os. Paderewskiego-Muchowiec (o 1,1%). Lokale z pierwszej ręki pozostały tu jednak najdroższe. Średnio za mkw. w tej lokalizacji trzeba było zapłacić 8 270 zł. Nieco taniej było w dzielnicach zachodnich (Ligota-Panewniki, Brynów-Os. Zgrzebionka, Załęska Hałda-Brynów), gdzie przeciętna cena wynosiła 7 109 zł/mkw. Pułapu 7 tys. nie przekroczyły zespoły dzielnic północnych, do których należą Załęże, Wełnowiec-Józefowiec, Os. Witosa, Os. Tysiąclecia i Dąb (6 851 zł/mkw.) i wschodnich (6 588 zł/mkw.) Najtańsze lokale znajdowały się natomiast w zespole dzielnic południowych (Murcki, Piotrowice-Ochojec, Zarzecze, Kostuchna, Podlesie), gdzie średnia cena mieszkania w I pół. 2020 wyniosła 6 438 zł/mkw.

Zespół dzielnic Średnia cena za mkw. w I półroczu 2020 r.
Śródmiejskie 8 270 zł
Zachodnie 7 109 zł
Północne 6 851 zł
Wschodnie 6 588 zł
Południowe 6 438 zł
Źródło: Baza Evaluer  

Perspektywy dla katowickiego rynku nieruchomości

Pierwsze półrocze 2020 r. na katowickim rynku pierwotnym upłynęło także pod znakiem mniejszej liczby zgłaszanych nowych projektów do budowy. Według danych GUS wydano o 36,4% mniej pozwoleń na budowę mieszkań niż pół roku wcześniej. Zdaniem eksperta Emmerson Evaluation, deweloperzy w nadchodzącym czasie skupią się na wyprzedawaniu obecnej oferty.

Niekorzystne czynniki makroekonomiczne obserwowane od marca oraz wysoki pułap cenowy każą przypuszczać, że w dłuższym terminie w tym scenariuszu również będzie można się spodziewać korekty cen w Katowicach. Już teraz, ze względu na bardzo wysoki pułap cen oraz spadającą liczbę zawieranych transakcji, pod koniec pierwszego półrocza można było zauważyć więcej dodatkowych bonusów oferowanych do kupowanych mieszkań, jak np. rabaty na komórki lokatorskie czy miejsca postojowe. To forma zniżek, której nie odzwierciedla średnia cena mkw., ale jednak pozwala kupującym nieco zaoszczędzić – podsumowuje ekspert Emmerson Evaluation.

63% Polaków korzysta z aplikacji finansowych

Jak wynika z badania Spicy Mobile, z aplikacji finansowych w Polsce korzysta już 63% użytkowników smartfonów z systemem Android. Duży wpływ na gwałtowny wzrost zainteresowania bankowością mobilną, a także płatnościami zbliżeniowymi i internetowymi miał lockdown.

Jeszcze w marcu 2020 r. z przynajmniej jednej aplikacji finansowej (aplikacje bankowe, płatności zbliżeniowe i internetowe) korzystało około 38% użytkowników – niemal tyle samo, co w analogicznym okresie w roku ubiegłym. Miesiąc później – w kwietniu – było ich już 56% i z miesiąca na miesiąc ta liczba rosła. We wrześniu 2020 r. zasięg aplikacji finansowych wyniósł 63%.

wykres-zasieg-aplikacji-finansowych

Najpopularniejsza aplikacja w tej kategorii – IKO (PKO Bank Polski) – osiągnęła w 2019 r. średni zasięg na poziomie 6,4%, tymczasem w roku bieżącym aż 15,6% (dane uśrednione do września 2020 r.). Jak podaje PKO BP, od momentu uruchomienia w marcu 2013 roku użytkownicy logowali się do aplikacji 2,6 mld razy i wykonali 544 mln transakcji na łączną kwotę 152 mld zł. Analogiczny wzrost popularności – jak komentują analitycy Spicy Mobile – można zaobserwować wśród większości aplikacji bankowych.top-10-aplikacji-finansowych-wedlug-zasiegu

Rok 2020 r. przyniósł też zmiany w obszarze płatności zbliżeniowych. Funkcjonująca w Polsce od listopada 2016 r. usługa płatności mobilnych Google Pay (na początku pod nazwą Android Pay) do roku ubiegłego była wykorzystywana dość marginalnie. W 2019 r. jej zasięg nie przekroczył 5%. Tymczasem we wrześniu 2020 r. z Google Pay korzystał już co dziesiąty użytkownik smartfona z systemem Android w Polsce.

Rząd przygotował pułapki dla spółek komandytowych. Eksperci: Sytuacja jest dość niejasna

W maju 2021 roku firmy działające w formie spółek komandytowych zostaną objęte podatkiem CIT. Tym samym zyskały 4 dodatkowe miesiące na przygotowanie się do zapowiadanych zmian. Zdaniem ekspertów, część przedsiębiorców zapewne rozważa możliwość przekształcenia prowadzonego biznesu np. w spółkę jawną lub spółkę z o.o. Ale wówczas rodzą się pytania, czy takie działanie nie zostanie potraktowane jako optymalizacja podatkowa. I czy czasem może to podlegać pod regulacje o schematach podatkowych (MDR) oraz klauzulę obejścia przepisów prawa podatkowego. Do tego dochodzą kwestie związane z ewentualnym zwrotem wsparcia uzyskanego w ramach Tarczy Finansowej.

Kontrowersyjny projekt

Wciąż wiele pytań wzbudza projekt ustawy zakładającej objęcie podatkiem CIT spółek komandytowych. Nowe przepisy miały obowiązywać już od 1 stycznia 2021 roku. Jednak, jak zaznacza Iwona Prószyńska, rzecznik ministra finansów, funduszy i polityki regionalnej, przedsiębiorcy działający w tej formie prawnej mają więcej czasu na przystosowanie się do wprowadzanych zmian. Uzyskanie przez taką spółkę statusu „podatnika podatku dochodowego” będzie możliwe od 1 maja 2021 roku. Resort zgodził się na przesunięcie terminu, uwzględniając postulaty środowiska biznesowego.

– Zapowiadana zmiana przepisów jest tłumaczona faktem walki z tzw. agresywnymi optymalizacjami podatkowymi. Zatem nazywa się nimi korzystanie przez przedsiębiorców z formy prowadzenia działalności wprost przewidzianej w polskim prawie. I od lat z powodzeniem funkcjonującej w obrocie – komentuje Marek Niczyporuk, doradca podatkowy i radca prawny z Kancelarii Ars AEQUI.

Spółka komandytowa od lat nie jest wehikułem optymalizacji podatkowej, co podkreśla Patrycja Goździowska, przewodnicząca Grupy CIT/PIT w Radzie Podatkowej Konfederacji Lewiatan. I jak zaznacza, to bezpieczna forma prowadzenia działalności zwłaszcza dla osób fizycznych. Z jednej strony pozwala na odcięcie się od zobowiązań biznesowych, z drugiej ograniczyć krąg osób uprawnionych do zaciągania zobowiązań w imieniu spółki. Jest więc doskonałym wehikułem dla spółek rodzinnych, ale też dla startupów. Jej wspólnicy płacą taki sam podatek jak przy prowadzeniu działalności na wpisie do CEIDG czy w formie spółki jawnej. Zobowiązania z tytułu podatku dochodowego obciążają wspólników, a nie spółkę. Odcięcie od zobowiązań nie dotyczy podatków, więc z punktu widzenia Skarbu Państwa i rozliczeń w podatku dochodowym nie ma mowy o żadnej optymalizacji.

– Planowana nowelizacja częściowo neutralizuje skutki podwójnego opodatkowania. Przewidziane jest zwolnienie części przychodu komandytariuszy z podatku, jednakże w wysokości do 50% takiego przychodu i nie więcej niż 60 tys. zł. Ale organy skarbowe będą mogły to zakwestionować, jeśli zdołają wykazać tzw. cel optymalizacyjny prowadzenia biznesu w formie spółki komandytowej. Pojęcie celu optymalizacyjnego jest z kolei niejasne i poprzez niekorzystną interpretację podatnicy mogą być pozbawiani prawa do korzystania nawet z tego, stosunkowo niewielkiego zwolnienia. Dziś zapewne część przedsiębiorców rozważy możliwość przekształcenia formy komandytowej np. w spółkę jawną albo z ograniczoną odpowiedzialnością – dodaje mec. Niczyporuk.

Kłopotliwa zmiana

Rodzą się więc pytania o przekształcenie spółki komandytowej np. w spółkę jawną przed wejściem przepisów w życie. Przedsiębiorcy zastanawiają się, czy taki ruch może być traktowany jako optymalizacja podatkowa. Nie wiedzą też, czy będzie to podlegać pod regulacje o schematach podatkowych (MDR) oraz klauzulę obejścia przepisów prawa podatkowego.

– W projekcie zmian pojawił się przepis, zgodnie z którym nie będą wydawane decyzje na podstawie przepisów o GAAR w odniesieniu do korzyści osiągniętej przez osoby fizyczne z tytułu braku opodatkowania wypłaty zysku spółek komandytowych. Taki zapis sugeruje, że wybór legalnej formy prowadzenia działalności, która zgodnie z intencją ustawodawcy, pozwala na jednokrotne opodatkowanie osiągniętych dochodów jest optymalizacją podatkową. Ja się z takim podejściem  absolutnie nie zgadzam – podkreśla Patrycja Goździowska.

Jak zaznacza Iwona Prószyńska, uzgodnienie polegające na przekształceniu spółki komandytowej np. w spółkę jawną, może stanowić schemat podatkowy i podlegać obowiązkowi przekazania do Szefa KAS. Jednak uznanie tego za schemat podatkowy w rozumieniu przepisów MDR nie jest jednoznaczne z objęciem tego uzgodnienia zakresem zastosowania klauzuli ogólnej przeciwko unikaniu opodatkowania, szczególnych regulacji przeciwdziałających unikaniu opodatkowania lub też innych właściwych norm prawnych. Tak wskazano w Objaśnieniach podatkowych z dnia 31 stycznia 2019 r. Informacje o Schematach Podatkowych (MDR).

– Regulacje o MDR są przykładem bardzo złego rozwiązania. Wprowadzają szereg zapisów niedookreślonych, niejasnych i mogących podlegać dowolnej interpretacji. Kształtowanie struktury przedsiębiorstwa w oparciu o przepisy prawa, by osiągnąć cel w postaci minimalizacji zobowiązań podatkowych, jest działaniem zgodnym z prawem. Ale jednocześnie m.in. przepisy o MDR w sposób istotny sankcjonują osiągniecie takiego celu – stwierdza Marek Niczyporuk.

Natomiast rzecznik ministra finansów podkreśla, że rzeczywiste przekształcenie spółki komandytowej nie musi oznaczać automatycznego zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, jeśli wraz z przekształceniem dochodzi do przejęcia przez wspólników odpowiedzialności za zobowiązania. W każdym przypadku zastosowania klauzuli badane jest uzasadnienie biznesowe i ekonomiczne przeprowadzonej czynności. Dodatkowo wskazuje się, że każde uzgodnienie należy oceniać w świetle przepisów Ordynacji podatkowej z działu III rozdziału 11a – Informacje o schematach podatkowych. Ewentualne skutki podatkowe są uzależnione od konkretnych okoliczności, które mogą mieć zasadniczy wpływ na ich ocenę podatkowo-prawną. Stąd też kwalifikacja pod względem podatkowym danej operacji gospodarczej musi uwzględniać całokształt uwarunkowań.

– Wyjaśnienia ministerstwa dot. schematu podatkowego są niejednoznaczne. A wręcz sugerują, że w każdym przypadku trzeba to będzie analizować pod kątem obowiązku raportowania. Wydaje się to o tyle dziwne, że jeśli przekształcenie nastąpi przed majem 2021 roku, to de facto podatnicy będą porównywać stan prawny obowiązujący na dzień przekształcenia ze stanem prawnym, który dopiero ma wejść w życie w maju przyszłego roku. Trudno racjonalnie uzasadnić, dlaczego ocena skutków czynności z punktu widzenia przepisów o schematach podatkowych miałaby się odbywać w oparciu o przepisy jeszcze nieobowiązujące – zaznacza ekspert z Kancelarii Ars AEQUI.

Przekształcenie a PFR

W przestrzeni publicznej pojawiają się też pytania dot. Tarczy Finansowej ws. ewentualnego zwrotu subwencji. Rzecznik Prószyńska zaznacza, że zostały wydane przez PFR i Ministerstwo Finansów odpowiednie komunikaty. I znaczenie ma typ podmiotu, który uzyskał wsparcie. Firmy należące do sektora MŚP mogą przeprowadzić reorganizację, która skutkuje sukcesją uniwersalną lub kontynuacją działalności, bez wcześniejszej zgody PFR. Dlatego w przypadku przekształceń (połączeń i podziałów) przedsiębiorców, jeżeli następuje kontynuacja działalności lub sukcesja uniwersalna, wynikająca z takich działań, umowa subwencji finansowej pozostaje w mocy. Oznacza to, że nie ma ryzyka utraty wsparcia. Natomiast inaczej wygląda sytuacja w przypadku dużych przedsiębiorstw, które uzyskały pożyczki płynnościowe i preferencyjne. Umowy zawierane z nimi co do zasady przewidują, że pożyczkobiorcy powinni uzyskać zgodę na przeprowadzenie reorganizacji. Dotyczy to zarówno przekształcenia, jak i połączenia lub podziału.

– Należy też zauważyć, że resort odwołuje się do niebędących źródłami prawa komunikatów wydawanych przez PFR. Wytyczne nie są obowiązującym prawem. Ale abstrahując od tego, należy zauważyć, że powyższe informacje nie odnoszą się do konkretnych przepisów prawa. Ponadto w sposób niejednoznaczny wskazują, co PFR będzie uważał za przekształcenie skutkujące brakiem utraty prawa do subwencji – wskazuje mec. Marek Niczyporuk.

Zdaniem eksperta Konfederacji Lewiatan, rozwiązania związane z Tarczą Finansową to nie jest pułapka na spółki komandytowe, które chciałby zmienić formułę działania. Według eksperta, jest bardzo mało prawdopodobne, żeby ktoś w związku z powyższymi zmianami decydował się na zmianę formy prowadzenia działalności przez wniesienie aportu do nowej firmy i potem likwidowanie starej spółki. To byłoby zbyt czasochłonne i kosztowne. Podatnicy, dla których dalsze prowadzenie działalności w formie spółki komandytowej straci sens po zmianach, wybiorą raczej opcję przekształcenia w spółkę jawną lub z ograniczoną odpowiedzialnością. Ta formuła zakłada kontynuację bytu prawnego spółki, a co za tym idzie nie rodzi ryzyka utraty subwencji.

MedApp wdraża Wirtualną Przychodnię w pierwszej placówce

MedApp S.A., dynamicznie rozwijająca się spółka z branży medtech (software as a medical device), wykorzystująca mieszaną rzeczywistość, sztuczną inteligencję oraz analizę dużych zbiorów danych w celu poprawy zdrowia pacjentów jest w trakcie pierwszego wdrożenia rozwiązania Wirtualna Przychodnia. Spółka podpisała umowę pilotażową z Kliniką Magnuccy Medycyna i Estetyka z Katowic, w ramach której MedApp zaimplementuje w placówce rozwiązanie wykorzystujące sztuczną inteligencję oraz analizę dużych zbiorów danych medycznych (big data analytics). Rozwiązanie umożliwi placówce prowadzenie zdalnej opieki w zakresie nie tylko konsultacji, ale przede wszystkim diagnostyki i monitoringu zdrowia pacjenta. Wirtualna Przychodnia bazuje na oferowanej już placówkom medycznym i szpitalom certyfikowanej technologii CarnaLife System. 

Rozwiązanie Wirtualna Przychodnia usprawnia funkcjonowanie zarówno małych placówek medycznych, szpitali jak oraz rozwiniętych sieci medycznych i będzie dla nich realnym wsparciem w zakresie pełnej obsługi pacjentów. Jest to szczególnie ważne w dobie trwającej walki z pandemią SARS-COV-2. W ramach umowy pilotażowej 15 lekarzy i specjalistów Kliniki Magnuccy będzie na co dzień korzystać z rozwiązania w bieżącej obsłudze pacjentów. Pacjenci otrzymają możliwość umówienia wizyty za pośrednictwem platformy telemedycznej, natomiast lekarze będą mogli zdalnie przeprowadzić konsultacje oraz monitorować przebieg leczenia.

– Rozprzestrzenianie się zakażeń wywołanych przez wirus SARS-COV-2 przybiera na sile co widać po regularnie rosnącej liczbie nowych zachorowań. Wprowadzane ograniczenia powodują znaczące utrudnienia m.in. w swobodnym korzystaniu z usług medycznych, w tradycyjnej formie. Usługa Wirtualna Przychodnia jest odpowiedzią na te wyzwania – komentuje Krzysztof Mędrala, prezes MedApp S.A. – Bardzo się cieszymy, że pierwsze wdrożenie pilotażowe Wirtualnej Przychodni zostanie zrealizowane w Klinice Magnuccy. Jest to renomowana klinika z Katowic zatrudniająca uznanych ginekologów na Śląsku. Wysoka jakość świadczonych usług została wielokrotnie doceniona przez pacjentów. Fakt, że takie podmioty są zainteresowane naszymi technologiami jest dowodem na to, że obraliśmy dobry kierunek rozwijając CarnaLife System, a nasze rozwiązania są potrzebne lekarzom i pacjentom – dodaje.

Klinika Magnuccy Medycyna i Estetyka to powstała 3 lata temu wielospecjalistyczna placówka medyczna oferująca usługi w zakresie m.in. ginekologii, ginekologii estetycznej, chirurgii plastycznej, a także wielu innych specjalizacji związanych z szeroko pojętą medycyną estetyczną. Placówka zatrudnia obecnie 60 specjalistów. Pod jej opieką znajduje się około 50 tyś. pacjentów. Specjaliści kliniki cieszą się dużym uznaniem pacjentów oraz środowiska medycznego. Aż 5 ginekologów zatrudnionych w placówce znalazło się w rankingu 10 najlepszych ginekologów w województwie śląskim opublikowanym na łamach popularnego regionalnego portalu. Pani Elżbieta Magnucka – lekarz i współwłaściciel kliniki, trzykrotnie została wyróżniona pierwszym miejscem w rankingu najlepszych lekarzy Portalu Znany Lekarz. Placówkę doceniają pacjenci, obecnie posiada ona ponad 3 tyś. pozytywnych opinii udzielonych przez zweryfikowanych użytkowników portalu.

Nowa usługa, którą MedApp planuje wkrótce wprowadzić na rynek, będzie poszerzeniem narzędzi oferowanych przez aplikację CarnaLife System. Jest to zaawansowana platforma telemedyczna, która umożliwia lekarzowi ocenę i monitorowanie stanu zdrowia pacjentów z różnymi schorzeniami oraz przeprowadzanie konsultacji o dowolnej porze dnia i w dowolnym miejscu. CarnaLife System jest modułem analitycznego systemu CarnaLife, który jest certyfikowany jako wyrób medyczny klasy IIb – co stawia je jako równorzędne względem zaawansowania i bezpieczeństwa ze sprzętem szpitalnym np. respiratorami czy sprzętu pozostającego w kontakcie z krwią.

Samotni, ale zaangażowani. Jak wygląda praca zdalna w czasie pandemii?

Jesteśmy efektywni, ale trudno nam zachować równowagę między życiem prywatnym a zawodowym. Choć brak dojazdów do pracy pozwala nam zaoszczędzić dużo czasu, to jednak brakuje spontanicznych rozmów i spotkań ze współpracownikami. Im bardziej jesteśmy zadowoleni z pracy, tym bardziej się w nią angażujemy – to najważniejsze wnioski z badania zaangażowania podczas pracy zdalnej w pandemii przeprowadzonego przez Uniwersytet SWPS, Carrotspot oraz Hays Poland.

Jak zadbać o komfort pracy zdalnej i jednocześnie osiągać cele biznesowe? Dla pracowników i menedżerów nie jest to łatwe zadanie w nietypowej rzeczywistości. Wyniki badań mogą dostarczyć kilku wskazówek jak usprawnić pracę zdalną.

Na pracę zdalną przeznaczaliśmy średnio 1-2 godziny dziennie (zdanie 52% respondentów). W obecnej sytuacji, poświęcamy jej 7-8 godzin dziennie, czyli pracujemy z domu w wymiarze całego etatu (50% badanych). Wielu z nas deklaruje, że pracuje zdal­nie nawet powyżej 8 godzin dziennie (33% badanych), co oznacza, że w porównaniu z czasem przed pandemią, pracujemy (22% respondentów) dłużej niż 8 godzin dziennie.

Niezadowoleni, ale zaangażowani

Osoby, które przed pandemią miały niewielkie doświadczenie w pracy zdalnej, zmagają się z problemami z komunikacją w pracy i z brakiem poczucia jej sensu. Są także mniej zadowolone ze swojego samopoczucia oraz równowagi pomiędzy domem a pracą. Jednocześnie są bardziej zaangażowane w wykonywanie obowiązków służbowych.

Najczęściej wskazywanymi czynnikami rozpraszającymi w trybie pracy zdalnej są dzieci i opieka nad nimi (22%) oraz obowiązki i prace domowe (18%). Dużo czasu poświęcamy również na bezcelowe przeglądanie telefonu i mediów społecznościowych – dla 15% respondentów to czynnik rozpraszający w pracy. Opieka nad zwierzętami oraz media (telewizja, internet) były wskazywane najrzadziej. Im więcej rzeczy nas rozprasza, tym jesteśmy mniej zaangażowani w pracę i czerpiemy z niej mniejszą satysfakcję.

Zadowolenie zwiększa zaangażowanie

Praca zdalna wiąże się też z wieloma pozytywami i przynosi nam korzyści osobiste. Najbardziej podoba nam się, że pełniąc obowiązki zawodowe z domu, nie musimy dojeżdżać do pracy. Dużą wartością jest także ogólna elastyczność, jaką daje praca zdalna m.in. możliwość pracy z dowolnego miejsca i często w dowolnych godzinach.

Warto zaznaczyć, że osoby, którym odpowiada praca zdalna są jednocześnie bardziej zaangażowane w obowiązki zawodowe. Nie mają problemów z realizacją celów wyznaczonych przez przełożonych i nie odczuły zmiany poczucia przynależności do organizacji, w której pracują. Wyższy poziom zadowolenia jest związany również z lepszą oceną swojej efektywności  wpływu na organizację.

Czy praca z domu to jeszcze to samo?

Najbardziej brakuje nam spontanicznych rozmów przy kawie ze współpracownikami. Odczuwamy również brak bezpośrednich spotkań, projektów realizowanych razem z kolegami i koleżankami oraz codziennych rozmów na temat sytuacji w firmie.

Katarzyna Żukowska, psycholog, Uniwersytet SWPS

***

Badanie zostało zrealizowane w sierpniu 2020 roku przez zespoły z Uniwersytetu SWPS, Carrotspot oraz Hays Poland. Jednym z celów badania było zbadanie czy zmiana trybu pracy ze stacjonarnego na zdalny oddziałuje na efektywność i produktywność w pracy. Pełna wersja raportu dostępna jest na: https://carrotspot.com/zaangazowanie-w-czasie-pandemii

Kolejny lockdown może zniszczyć polską gospodarkę

Obecnie gospodarka traci dziennie już 420 mln zł. Łączne straty gospodarki w 2020 roku przekroczyły już 5% PKB i wynoszą 125 mld zł.

W związku z następującym od trzech tygodni stopniowym zaostrzaniem obostrzeń przeciwepidemicznych, Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) dokonała aktualizacji licznika strat gospodarczych spowodowanych przez COVID-19, który prowadziła w kwietniu 2020 roku wspólnie z Konfederacją Lewiatan. W warunkach obecnie obowiązujących obostrzeń, polska gospodarka traci codziennie ponad 420 mln zł. Jest to około 1/3 dobowych strat, jakie były ponoszone w okresie wiosennego lockdownu. Obecnie najsilniej ograniczona jest aktywność w sektorze usług: gastronomii, hotelarstwie, organizacji wydarzeń i targów, fitness oraz działalności kulturalnej i rozrywkowej. Można zaobserwować również stopniowo pogłębiający się spadek popytu w handlu

Zgodnie ze zaktualizowanymi szacunkami, polska gospodarka straciła do tej pory blisko 125 mld zł. Kwota ta odzwierciedla wartość PKB, jaka nie została wytworzona w bieżącym roku z powodu pandemii koronawirusa oraz towarzyszących jej ograniczeń działalności gospodarczej. Dotychczasowe straty są o kilkadziesiąt miliardów złotych mniejsze niż wynikało to ze wcześniejszych szacunków – co jest efektem uwzględnienia dostępnych danych GUS dotyczących aktywności w poszczególnych sektorach polskiej gospodarki poprzednich miesiącach. Część poniesionych w czasie wiosny strat nie miało trwałego charakteru i zostało odrobionych w ramach zaspokajania odroczonego popytu. Do redukcji strat przyczyniła się również znaczna skala wsparcia antykryzysowego udzielanego firmom w II kwartale. Dotychczasowe straty odpowiadają jednak aż 5,1% PKB, jaki polska gospodarka miała wytworzyć zgodnie z prognozami sprzed pandemii.

„Zakładając utrzymanie obecnej sytuacji do końca roku, straty w 2020 r. zamknęłyby się kwocie 150 mld zł. Przełożyłoby się to na realny spadek PKB w porównaniu z 2019 r. o 2,9%. W obecnej sytuacji epidemicznej należy jednak liczyć się z prawdopodobieństwem wprowadzania silniejszych obostrzeń. Natomiast gdyby został wprowadzony lockdown o takiej samej skali oddziaływania na gospodarkę, jak na wiosnę – należałoby oczekiwać, że skumulowane straty do końca roku sięgnęłyby 200 mld zł – co oznaczałoby spadek PKB o 5,1% wobec 2019 r. Takich skutków drugiego lockdownu można byłoby jednak oczekiwać, gdyby towarzyszyła mu podobna skala działań antykryzysowych ze strony państwa, jaką obserwowaliśmy na wiosnę. Przestrzeń fiskalna do realizacji takich działań nie jest jednak nieograniczona – co zwiększa ryzyko, że skutki ponownego zamknięcia będą bardziej dotkliwe i trwałe. Uwzględniając możliwość utrzymywania się trudnej sytuacji epidemiologicznej przez kolejne miesiące, potrzebne jest zatem wypracowanie rozwiązań dla bezpiecznego funkcjonowania gospodarki, minimalizujących ryzyko zdrowotne przy możliwie najrzadszym uciekaniu się do zamykania działalności całych branż” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Od września br. liczba przekazów pieniężnych na Ukrainę ponownie rośnie

Ukraińscy migranci zarobkowi przystosowali się do kwarantanny – od września br. liczba przekazów pieniężnych na Ukrainę ponownie rosnie.

Według najnowszych oficjalnych danych Narodowego Banku Ukrainy, we wrześniu 2020 r. wysokość przekazów pieniężnych przesłanych przez migrantów zarobkowych z zagranicy na Ukrainę wyniosła 1,098 mld dolarów, czyli o 5,58%, tj. o 58 mln dolarów więcej niż we wrześniu ubiegłego roku (1,04 mld dolarów). NBU uwzględnił w swoich statystykach zarówno oficjalne, jak i nieformalne kanały przekazu pieniędzy. Tylko we wrześniu 42 miliony dolarów zostały przekazane nieoficjalnymi kanałami na Ukrainę.

Na początku kwarantanny Narodowy Bank Ukrainy prognozował, że z powodu koronawirusa i kwarantanny transfery pracowników w 2020 roku mogą spaść o 2-3 miliardy dolarów. Wydaje się, że ta prognoza się nie sprawdziła.

Jak zauważa Centrum analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal: „Dane te wskazują, iż ukraińscy migranci zarobkowi szybko się przystosowali. Ponieważ według danych Narodowego Banku Ukrainy w całym poprzednim okresie kryzysu wywołanego koronawirusem, tj. w okresie styczeń-wrzesień 2020 r. wysokość przekazów na Ukrainę spadła łącznie o 2,5%, czyli o 220 mln dolarów, do 8,48 mld dolarów w porównaniu z analogicznym okresem w ubiegłym roku ( 8,7 miliarda). Tendencję tę w skali globalnej determinuje nie tylko rosnący popyt na pracę za granicą na Ukrainie, ale także ciągły popyt na ukraińską siłę roboczą w krajach UE. Polska pozostaje na pierwszym miejscu tej listy, dalej znajdują się Czechy, Słowacja i Niemcy, gdzie Ukraińcy stanowią najbardziej reprezentatywną grupę”.

Centrum analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal

Okolice Warszawy centralnym hubem dystrybucyjnym dla największego ośrodka miejskiego i całego kraju

Doskonała lokalizacja w otoczeniu gęstej sieci dróg i autostrad umożliwiającą komfortowy transport w każdym kierunku w Polsce, a także fakt bardzo dużej oferty magazynowej spełniającej kryteria niemal każdego najemcy pozwala bez przeszkód rozwijać się regionowi Warszawy. Obecnie to największy rynek magazynowy w kraju, w którym tylko w pierwszym półroczu 2020 r. podpisano umowy najmu o powierzchni ponad 0,5 mln mkw. Co wyróżnia okolice Warszawy sprawdzili eksperci AXI IMMO.

„Rozwój inwestycji magazynowych poza Warszawą jest po pierwsze ściśle powiązany z brakiem wystarczającej powierzchni do budowy dużych parków magazynowych w obrębie granic administracyjnych Warszawy. Po drugie stopniowym wypieraniem i zmianą polityki władz miasta, w której w miejscu centrów magazynowych powstawały duże osiedla mieszkaniowe i po trzecie fakt ten motywowały zdecydowanie tańsze ceny wykupu gruntów pod inwestycje magazynowe niż w ramach granic administracyjnych stolicy. W efekcie, rynek logistyczny naturalnie zaczął rozszerzać się w kierunku przedmieść, wzdłuż kluczowych tras jak autostrada A2, dróg ekspresowych S2 i S8 czy dróg krajowych 50 i 92. Lokalizacje te wykorzystywały przewagę mniejszego nasycenia powierzchnią magazynową oraz oferowały nowe miejsca pracy” – mów Jakub Kokiernak Industrial & Logistic Consultant w AXI IMMO.

Na koniec czerwca 2020 r. aktywność deweloperów w okolicach Warszawy wyniosła 317 000 mkw. (+153% niż w I pol. 2019 r.), co pozwoliło na zakończenie pierwszej połowy 2020 r. uzyskać wynik 3,8 mln mkw. (+14% r/r) w całkowitych zasobach powierzchni magazynowej. Lokalizacyjnie obszar okolic Warszawy składa się z dwóch stref oddalonych od granic administracyjnych stolicy o 15-20 km (Warszawa II) i 40 – 50 km (Warszawa III). Na pierwszą składają się trzy podrynki tj.: Południowy zachód (Pruszków, Ożarów Mazowiecki, Janki i Nadarzyn), Południe (Piaseczno) i Północny wschód (Marki i Radzymin). Z kolei drugą tworzą ośrodki miejskie w bliskim sąsiedztwie drogi krajowej nr 50 wchodzącej w skład dużej obwodnicy Warszawy. Najważniejsze lokalizacje to: Błonie, Grodzisk Mazowiecki, Mszczonów, Sochaczew i Teresin. Co istotne, strefa Warszawa III często konkuruje o najemców z podrynkami Polski Centralnej, takimi jak Piotrków Trybunalski i Stryków. Tak rozległy/rozbudowany region powoduje, że wzdłuż najważniejszych szlaków komunikacyjnych widać wyraźną aktywność deweloperów. Na koniec pierwszego półrocza 2020 r. w okolicach Warszawy w budowie było 330 000 mkw. (-15% r/r). Natomiast, wśród największych realizowanych centrów magazynowych znajdowały się Panattoni Konotopa III, 33 000 mkw., Panattoni A2 East Warsaw w Koniku Starym, 18 700 mkw. czy budynki G i I w Segro BP Warsaw Ożarów (7 500 mkw.). Popyt idący w parze z podażą pozwala na kontrolowanie współczynnika pustostanów, który obecnie utrzymuje się na poziomie 6,6%, przy średniej krajowej 6,8%. W kontekście stawek za powierzchnię magazynową, rozpiętość czynszów bazowych zamyka się w granicach 3,2-3,8 EUR/mkw.

„Obecnie dodatkowym bodźcem do inwestowania w okolicach Warszawy jest obserwowana zmiana w modelu wielokanałowej sprzedaży i rosnący udział e-commerce, które wymuszają rozwój tzw. logistyki ostatniej mili. W Warszawie, podobnie do zachodnich rynków magazynowych na znaczeniu zyskują obszary oddalone min. 10-15 km i 25-20 km, pełniące funkcje magazynów miejskich i hubów regionalnych. Oferowana przez wiele firm obietnica dostarczenia zamówionych towarów na następny dzień z pewnością będzie dodatkowo wywierała wpływ na większą segmentację łańcucha dostaw i budowę w okolicach Warszawy większej liczby projektów, które pomogą spełnić ten warunek” – komentuje Jakub Kokiernak z AXI IMMO.

Na najemców zainteresowanych rozwojem w okolicach Warszawy czeka zróżnicowana oferta powierzchni magazynowych, w której znajdą się duże moduły typu big-box, a także mniejsze formaty. Dopasowanie odpowiedniej powierzchni, a także wybór standardu obiektu będzie zależeć głównie od typu prowadzonej działalności i długości podpisanej umowy” – dodaje Jakub Kokiernak z AXI IMMO.

Całkowity wolumen transakcji najmu w okolicach Warszawy na zakończenie I połowy 2020 r. wyniósł 515 000 mkw. (+1,5% niż w I poł. 2019 r.). Wśród największych zanotowanych transakcji odnotowano umowę najmu dla firmy Navo Orbico w Panattoni Teresin BTS, 25 000 mkw., z kolei InPost wynajął ponad 17 200 w parku magazynowym P3 Mszczonów. W strukturze najemców obecne są różnego rodzaju firmy głównie z sektorów: logistyki, e-commerce, handlu detalicznego, FMCG, motoryzacji, opakowań czy produkcji.

Jakie są kolejne wyzwania dla największego rynku magazynowego w okolicach Warszawy? Z pewnością jednym z nich może być intensywny rozwój wschodniej części regionu, gdyż obecnie rynek logistyczny w okolicach stolicy rozwija się w południowo zachodnim kierunku. Niemniej część z deweloperów zaczęła już zabezpieczać działki wzdłuż budowanej od wschodu, z kierunku Mińska Mazowieckiego, autostrady A2, a także trasy ekspresowej S17 do Lublina. Wciąż duże możliwości rozwoju posiadają tereny położone na północ od Warszawy w kierunku portu lotniczego w Modlinie, jak też w Markach i Radzyminie” – dodaje Jakub Kokiernak z AXI IMMO.

Inwestorzy ostrożni, ale wciąż zainteresowani nieruchomościami komercyjnymi w Polsce. Magazyny idą na rekord

Od początku 2020 r. wartość transakcji inwestycyjnych zawartych na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce wyniosła ok. 4 mld euro. Prawie połowa wypracowanego wolumenu przypadła na sektor magazynowy, który w obecnym klimacie rynkowym cieszy się najwyższym zainteresowaniem inwestorów. W ciągu trzech kwartałów br. sektor ten osiągnął prawie całoroczną wartość uzyskaną w rekordowym dla obiektów przemysłowo – logistycznych roku 2018. Wynik ten jeszcze wzrośnie do końca roku – wynika z raportu At A Glance Investment Q3 2020, opublikowanego przez firmę doradczą BNP Paribas Real Estate Poland.

Po trzech minionych kwartałach br. całkowity wolumen inwestycyjny był o ok. 11% niższy niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Po udanym starcie na początku 2020 r., wyniki kolejnych kwartałów odzwierciedlają wpływ globalnej pandemii i ogólnoświatowego kryzysu na segment inwestycyjny. Uzyskany wynik można jednak oceniać jako solidny w kontekście zamrożenia aktywności inwestorów w czasie wiosennego „lockdownu” i ogólnoświatowego spadku nastrojów. Jest to także dobry prognostyk na ostatni kwartał roku, będący zazwyczaj okresem największej aktywności na rynku inwestycyjnym.

W III kwartale roku wolumen inwestycyjny osiągnął ponad 1 mld euro, z czego na sektor przemysłowo – logistyczny przypadło ponad 70% tej wartości. Ponad połowa całkowitej wartości transakcji sfinalizowanych w okresie lipiec – wrzesień przypadła na akwizycję portfela nieruchomości magazynowych Goodman przez GLP Group, będącą częścią większej umowy obejmującej nieruchomości w regionie Europy Środkowo – Wschodniej (dotyczyła ona także magazynów w Czechach, Rumunii i Węgrzech). Do końca września br. wartość transakcji, których przedmiotem był produkt inwestycyjny w segmencie nieruchomości magazynowych osiągnęła ponad 1,9 mld euro. Zainteresowanie inwestorów przyciągają zarówno duże portfele i całe platformy nieruchomości, jak i pojedyncze obiekty magazynowe o różnej skali, również z dopiero kształtującego się w Polsce segmentu tzw. logistyki miejskiej. Konsekwencje globalnej pandemii, jak m.in. załamanie produkcji w krajach azjatyckich, przerwanie łańcuchów dostaw oraz zmiana reguł gry w handlu faworyzująca sektor e-commerce, będą w perspektywie nadchodzących kwartałów jeszcze bardziej stymulować apetyt inwestorów na obiekty z sektora magazynowego ulokowane w krajach, które są postrzegane jako atrakcyjne pod kątem lokalizacji produkcji, centrów dystrybucyjnych czy dostępu do siły roboczej.

Sektor biurowy, z wartością transakcji ok. 210 mln euro w III kwartale br. i ok. 1,5 mld euro od początku roku, zajmuje drugie miejsce i odpowiada za ok. 40% wolumenu inwestycyjnego wypracowanego w okresie styczeń – wrzesień obecnego roku. Dla porównania, w analogicznym okresie 2019 r. wynik w tym segmencie był wyższy o ok. 80%. Największa z transakcji sfinalizowanych w III kwartale to zakup przez DEKA wieży biurowej Generation Park Z w Warszawie za ok. 98 mln euro. W odróżnieniu od poprzedniego kwartału, biurowce zlokalizowane na rynkach regionalnych cieszyły się ograniczonym zainteresowaniem wśród nabywców.

Na obserwowany obecnie klimat w otoczeniu biznesowym sektora biurowego niezaprzeczalny wpływ ma trwająca pandemia, która nieuchronnie będzie miała pewne długoterminowe konsekwencje dla przyszłości budynków biurowych. Pomimo obecnego kontekstu obserwujemy, że choć dzisiejszy apetyt inwestycyjny na nieruchomości biurowe jest tymczasowo ograniczony, to w długiej perspektywie będzie utrzymany – Piotr Goździewicz, Dyrektor w dziale Rynków Kapitałowych w BNP Paribas Real Estate Poland

Miniony kwartał potwierdził trwałą zmianę sentymentu inwestorów w stosunku do nieruchomości handlowych. Zawirowania w branży wywołane przez trwająca pandemię i wynikające z niej restrykcje nakładane na działalność sklepów i usług stacjonarnych odbijają się na zainteresowaniu inwestorów nieruchomościami z tego sektora. Minione trzy kwartały br. przyniosły finalizację transakcji o wartości ok. 542 mln euro, z czego zdecydowana część przypadła na II kwartał, kiedy udziały Lone Star w GTC zostały zakupione przez węgierski fundusz państwowy Optimum Ventures. Portfel będący przedmiotem umowy objął także centra handlowe GTC (Galeria Północna w Warszawie i Galeria Jurajska w Częstochowie). W kontekście obecnie zachodzących fundamentalnych zmian w zwyczajach zakupowych klientów i ich bezpośredniego przełożenia na kondycję obiektów handlowych, zainteresowanie inwestorów skupia się obecnie na tzw. centrach zakupów w sąsiedztwie (proximity centres), małych parkach handlowych, supermarketach z ofertą dyskontową i wolnostojących wyspecjalizowanych obiektach handlowych.

Po korekcie cen i stóp kapitalizacji w sektorach biurowym i handlowym w ciągu II kwartału br., w okresie lipiec – wrzesień pozostały one stabilne. Według ekspertów BNP Paribas Real Estate Poland, w sektorze biurowym najwyższej klasy aktywa w Warszawie mogą obecnie uzyskać stopę zwrotu na poziomie ok. 4.50% – 4,60%. W sektorze handlowym, po dekompresji stóp kapitalizacji dla wiodących obiektów o około 25-50 punktów bazowych w II kwartale, w okresie lipiec – wrzesień utrzymywały się one na stabilnym poziomie. Na sytuację w nadchodzących miesiącach wpływ może mieć wiele czynników, z których kluczowy będzie rozwój sytuacji epidemiologicznej i ograniczenie działalności w warunkach reżimu sanitarnego, niosące konsekwencje dla operatorów handlowych, usługowych a zwłaszcza gastronomicznych oraz rozrywkowych.

W III kwartale br. stopy kapitalizacji dla najwyższej klasy obiektów logistycznych i magazynowych wynajmowanych przez kilku najemców (tzw. multi-tenant) pozostawały ustabilizowane w przedziale 5,75% a 6,50%, w zależności od lokalizacji.

Obecny kryzys wywołany globalną pandemią umocnił sentyment nabywców w stosunku do aktywów magazynowych, przemysłowych i logistycznych. Konsekwencją obserwowanego niesłabnącego popytu inwestorów na aktywa z tego segmentu oraz oczekiwań sprzedających względem wyceny nieruchomości będzie szeroko oczekiwana kompresja stóp kapitalizacji. W perspektywie najbliższych tygodni spodziewamy się poziomu 5,25% – 6,25% uzyskiwanego dla wiodących aktywów przemysłowo – logistycznych – Mateusz Skubiszewski, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych w BNP Paribas Real Estate Poland

W przypadku centrów dystrybucyjnych zajmowanych przez gigantów e-commerce, które są zabezpieczone długoterminowymi umowami najmu, mają zastosowanie zdecydowanie niższe stopy zwrotu. Przy transakcjach obejmujących aktywa tej klasy stopa kapitalizacji może oscylować ok. 4,25%.

Drugi lockdown blisko, a pomoc dla przedsiębiorców jest zdecydowanie niewystarczająca

Z tarczą czy na tarczy? Ochrona dla przedsiębiorców zaproponowana przez Rząd jest zupełnie niewystarczająca.

Wszyscy protestują. Świat oszalał? To byłoby zbyt proste zdefiniowanie zachodzących właśnie procesów społecznych i gospodarczych. Oburzenie przedsiębiorców nie wynika bowiem z chęci wyładowania swoich frustracji wynikających z obecnej sytuacji gospodarczej, a z faktu, że pandemia dotyka branżę za branżą, a Rząd nie wydaje się mieć żadnej strategii na walkę z pandemią i wspieranie przedsiębiorców. – To przypomina trochę losowanie na ślepo kolejnych obostrzeń: dzisiaj zamkniemy branżę fitness, jutro zakażemy spędzania czasu w restauracjach – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej. – Wiemy jak sytuacja wygląda na świecie. „Pełzający lockdown” choć jest przykry to nie jest zaskoczeniem, zaskakujące jest w jakim tempie wprowadzane są restrykcje. W piątek restauratorzy dowiadują się, że zamykają się w sobotę czy w piątek ogrodnicy i handlowcy dowiadują się, że zamknięte będą cmentarze już wieczorem. Trudno tu o spokój. Frustracja i lęk przedsiębiorców są coraz silniejsze – mówi dyrektor Wolny.

„To nie jest Tarcza, a „tarczunia”. Miło, że jest, ale nie rozwiązuje żadnych problemów”

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie nie ustępuje w swych działaniach na rzecz przedsiębiorców, którzy obecnie przechodzą przez trudny czas związany z drugą falą pandemii. – Branża gastronomiczna znacząco ograniczona do wydawania jedynie posiłków na wynos stoi na skraju bankructwa. Zamknięte siłownie i kluby fitness to brak stabilności finansowej dla wielu przedsiębiorców. W nie lepszej kondycji znajduje się branża eventowa, targowa, czy hotelarska oraz turystyczna. Niestety na realną pomoc ze strony Rządu, sektory te nie mogą raczej liczyć. W Sejmie jest obecnie procedowany projekt ustawy o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych, zwanej potocznie branżową tarczą antykryzysową, nad którą pracowało m.in. Ministerstwo Rozwoju, Technologii i Pracy. Tarcza 6.0 ma być pomocą właśnie dla wspomnianych branż. Projekt przewiduje zwolnienie ze składek ZUS, świadczenie postojowe – ale uzależnione od dominującego kodu PKD oraz spadku obrotu, co do zasady o 40 proc. Jednym z głównych kryteriów, jakie firmy będą musiały spełnić ubiegając się o pomoc, jest posiadanie odpowiedniego głównego kodu PKD. I jest to problematyczny zapis, ponieważ wykluczy on wielu przedsiębiorców prowadzących swą działalność w kilku obszarach, a „niewłaściwy” główny kod PKD może ich wykluczyć z otrzymania pomocy, mimo spełnienia kryterium spadku dochodu – mówi dr Piotr Wolny.

– Tarcza 6.0 świadczy tylko i wyłącznie o braku pomysłu rządzących na pomoc dla przedsiębiorców walczących o przetrwanie w dobie drugiej fali koronowirusa. Zwolnienia z ZUS na jeden miesiąc i jednorazowe postojowe to żadna pomoc przy stale zaostrzających się obostrzeniach, uniemożliwiających w zasadzie funkcjonowanie przedstawicielu wielu branż gospodarki. Proponowane rozwiązania pomocowe nie rozwiązują nabrzmiewających finansowych problemów i zaledwie w nikłym stopniu pomagają przedsiębiorcom w trakcie tego największego kryzysu gospodarczego ostatniego czasu. Właściwie możemy powiedzieć, że to nie jest Tarcza, a „tarczunia”. Miło, że jest, ale nie rozwiązuje żadnych problemów przedsiębiorców – dodaje dyrektor Wolny.

Nie zostawimy przedsiębiorców bez wsparcia. Czym Izba zajmuje się w czasie pandemii koronawirusa?

Północna Izba Gospodarcza, jako największy samorząd gospodarczy w regionie jest głęboko zaniepokojona sytuacją społeczno-gospodarczą nie tylko rynku lokalnego, ale także ogólnopolskiego. Brak zintegrowanych działań ze strony rządzących doprowadzi do głębokiej zapaści gospodarczej w wielu sektorach. – W poniedziałek u Prezydenta Szczecina byli przedsiębiorcy zajmujący się ogrodnictwem i sprzedażą pod cmentarzami. Zrozpaczeni, bo zabrano im możliwość zarobienia pieniędzy z których mieli utrzymać się do wiosny. Wieczorem głos zabrali w Szczecinie ludzie kultury i branży kreatywnej, a we wtorek pod Urzędem Wojewódzkim odbył się protest ludzi zajmujących się gastronomią. Trudno nie odnieść wrażenia, że wszyscy czują się pozostawieni sami sobie – mówi dyrektor Wolny.

Północna Izba Gospodarcza kontynuuje działalność na rzecz przedsiębiorców wszystkich branż. To dla nas pracowity czas: – Wraz z Polską Izbą Hotelarzy wystąpiliśmy do Ministerstwa Rozwoju RP z postulatami w ramach „Tarczy Ochronnej dla Przedsiębiorców”, które naszym zdaniem, pomogą przetrwać wielu przedsiębiorcom i uchronić znaczną ilość miejsc pracy. Znajduje się tam wiele rozwiązań tj. obniżenia VAT, obniżenia i jednolite stawki PIT i CIT, obniżenia i zawieszenia ZUS, utworzenie funduszu ochronnego przed zajęciami, utworzenie funduszu rekompensat, utworzenie funduszu na zmianę branży – dodaje.

Kariera czy rodzina? Badanie wyborów Polaków 2020

Ponad ⅓ (34%) Polaków zrezygnowała z kariery, ponieważ chciała mieć dzieci. Aż połowa respondentów, którzy mają dzieci (52%), porzuciła rozwój zawodowy i zajęła się wychowywaniem. Czy w Polsce kariera i wartości rodzinne są nie do pogodzenia? A może da się skutecznie łączyć rozwój zawodowy z życiem prywatnym?

Na łamach serwisu LiveCareer.pl przeprowadzono badanie „Kariera czy rodzina”, w którym zapytano ponad 1000 Polek i Polaków o ich wybory związane z życiem zawodowym i prywatnym. Czy musieli poświęcić życie rodzinne albo przełożyć decyzję o dziecku na później ze względu na karierę? A może było właśnie odwrotnie? Zrezygnować ze ślubu, związku albo zakupu domu, ponieważ za rogiem czekał awans?

Z badania jednoznacznie wynika, że karierę ze względu na dzieci i rodzinę częściej porzucają kobiety — 57% ankietowanych przez nas kobiet, które mają dzieci, zrezygnowało z rozwoju zawodowego i poświęciła się wychowaniu. Wśród mężczyzn było to aż 10% mniej.

Natomiast mężczyźni są bardziej skłonni porzucać plany zawodowe z powodu sprzeciwu swoich partnerek i partnerów. Wśród wszystkich respondentów zrobiło tak 25% ankietowanych, a tym  ⅓ mężczyzn i 18% kobiet.

Trudno jest jednoznacznie stwierdzić, dlaczego mężczyźni częściej porzucają rozwój zawodowy z powodu sprzeciwu partnerek i partnerów. Natomiast jasne jest, że w Polsce kobiety częściej zajmują się pracą opiekuńczą związaną zarówno z wychowaniem, jak i opieką nad starszymi członkami rodziny. Wynika to m.in. że wciąż utrzymującej się w kraju luki płacowej — przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto mężczyzn jest o 20% wyższe niż kobiet. Na urlop czy rezygnację z pracy częściej więc decydują się  w związkach kobiety, a mężczyźni biorą na siebie utrzymanie rodziny — mówi Małgorzata Sury, autorka badania i ekspertka ds. kariery serwisu LiveCareer.pl.

Natomiast spośród respondentów, którym udawało się łączyć karierę z wychowaniem lub w ogóle nie zdecydowali się na rodzicielstwo, 51% przyznało, że nie jest gotowa zrezygnować z rozwoju zawodowego dla ewentualnego potomstwa. Ponadto 23% ankietowanych przyznało, że przełożyło decyzję o dziecku na później ze względu na karierę.

Oczywiście życie rodzinne to nie tylko dzieci, ale również relacje. Tylko 14% respondentów zrezygnowało z wejścia w stały związek ze względu na karierę (w tym 10% kobiet i 18% mężczyzn). Ze ślubu natomiast zrezygnowało 12% ankietowanych (w tym 15% kobiet i 10% mężczyzn).

Z badania jednoznacznie wynika, że dla Polaków nadal najważniejsze w życiu są wartości rodzinne. Niewiele osób rezygnuje z posiadania dziecka czy związków ze względu na rozwój zawodowy — chętniej robią to młodsi respondenci, ale i oni częściej łączą szczęście i spełnienie z rodziną, a nie z sukcesem zawodowym — mówi Żaneta Spadło, ekspertka ds. kariery serwisu LiveCareer.pl.

Oto co jeszcze wynika z badania:

  • aż 42% respondentów przeniosło się do innego miasta ze względu na karierę, ale tylko 28% wyjechało za granicę
  • 12% ankietowanych zrezygnowało z posiadania dziecka ze względu na pracę
  • 28% ankietowanych, którzy nie mają dzieci, odłożyło decyzję o dziecku na później ze względu na karierę zawodową
  • 39% ankietowanych przyznało, że zrezygnowało z rozwoju zawodowego ze względu na chorobę partnera lub partnerki, a 41% ze względu na chorobę rodzica
  • tylko dla 14% ankietowanych zarobki stanowią powód konfliktów z partnerem lub partnerką, a dla 9% z rodzicami.

Otwarta bankowość przedmiotem rozmów między Urzędem Komisji Nadzoru Finansowego coraz uczestnikami rynku fintech

29 października odbył się pierwszy z cyklu webinarów SuperVision Fintech Talks, poświęcony tematowi otwartej bankowości. W ramach spotkania m.in. zaprezentowana została piaskownica wirtualna PSD2 Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego (UKNF). Webinary są otwarte dla wszystkich osób zainteresowanych tematem fintech i innowacji.
Celem webinarów SuperVision Fintech Talks, organizowanych przez Fundację Fintech Poland, jest inicjacja otwartego dialogu między uczestnikami rynku, a organem nadzoru – dlatego też cykl koncentruje się na tematach szczególnie ważnych i aktualnych dla rozwoju sektora fintech.

Pierwszy webinar dotyczył zagadnienia testowania otwartej bankowości w praktyce. W ramach spotkania Zbigniew Wiliński, Dyrektor Departamentu Innowacji Finansowych FinTech w Urzędzie Komisji Nadzoru Finansowego, przedstawił prezentację omawiającą zasady funkcjonowania piaskownicy wirtualnej PSD2 UKNF. Do debaty w panelu dyskusyjnym zaproszeni zostali znani eksperci związani z sektorem fintech Katarzyna Seweryniak – Dyrektor Departamentu Licencji Bankowych w UKNF, Alicja Łosowska – Compliance Manager z Kontomatik, Sławomir Szepietowski – Partner Zarządzający w kancelarii Bird & Bird oraz Emil Radziszewski – Dyrektor Departamentu Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych i Instytucji Płatniczych w UKNF. Rolę moderatora objął Piotr Brewiński – Wiceprezes Zarządu Fundacji FinTech Poland.

W trakcie rozmowy przeanalizowane zostały korzyści, wynikające z możliwości testowania rozwiązań w oparciu o środowisko stworzone zgodnie z wymogami dyrektywy PSD 2. Eksperci ocenili, jak rynek otwartej bankowości funkcjonuje w Polsce rok po wejściu w życie regulacji i wspólnie podsumowali, co udało się w tym czasie osiągnąć zarówno w obszarze nadzoru, jak i działalności rynku. Ważną częścią dyskusji była diagnoza, które aspekty otwartej bankowości w Polsce wymagają dopracowania i wdrożenia zmian.

„Myślę, że rozmowa była cenna dla obydwu stron. Jako przedstawiciele organu nadzoru mogliśmy bliżej poznać opinie uczestników rynku na temat otwartej bankowości. Mieliśmy możliwość udzielenia odpowiedzi na nurtujące sektor fintech pytania i wątpliwości. Wysłuchaliśmy także sugestii, co z punktu widzenia rynku warto usprawnić, by zapewnić branży rozwój. Jednocześnie przedstawiliśmy własne stanowisko w tej sprawie. To znakomity wstęp do całego cyklu rozmów i wierzę, że zaowocują one wartościowymi i ciekawymi wnioskami” – komentuje Zbigniew Wiliński, Dyrektor Departamentu Innowacji Finansowych FinTech w Urzędzie Komisji Nadzoru Finansowego.

Wartość rozmów, dotyczących aktualnych wyzwań w branży fintech, pozytywnie oceniają również reprezentanci rynku. „Rynek oraz nadzór mają wspólny cel, jakim jest rozwój sektora innowacji finansowej. Dialog, który został zapoczątkowany wraz z wejściem nowych regulacji, powinien być kontynuowany – jest wiele tematów, które wymagają omówienia i doprecyzowania. Jeśli chcemy, by polski rynek fintech był konkurencyjny na arenie europejskiej – musimy współpracować” – stwierdza Sławomir Szepietowski – Partner Zarządzający w kancelarii Bird & Bird.

Z kolei Alicja Łosowska – Compliance Manager z Kontomatik zauważa, że polski organ nadzoru wpisuje się w trend europejski i dąży do tego, by realnie partycypować w testowaniu i upowszechnianiu rozwiązań innowacyjnych. „Piaskownicę KNF powitaliśmy z dużym zainteresowaniem. Rozszerzając portfolio naszych usług, chętnie skorzystamy z możliwości wcześniejszego ich przetestowania, ponieważ widzimy w tym dużą szansę dla siebie. Oczywiście, przed przedsiębiorstwami z sektora fintech wciąż stoi wiele wyzwań. Mam nadzieję, że dzięki rozmowom z organem nadzoru uda się zredukować ich liczbę” – stwierdza ekspertka.

Organizatorzy cyklu SuperVision FinTech Talks widzą duży potencjał w inicjowaniu dialogu pomiędzy organem nadzoru a uczestnikami rynku i nie wykluczają, że cykl debat nie ograniczy się do 6 spotkań. „Widzimy, że nasz projekt cieszy się dużym zainteresowaniem ze strony uczestników rynku finansowego. Myślę, że wszyscy dostrzegamy, jak ważna jest dla rynku możliwość konsultacji regulacji z organem nadzoru. Chcemy, by tworzony przez nas cykl był wartościowym źródłem wiedzy dla fintechów – jesteśmy więc otwarci na pytania i sugestie tematów, które rynek chciałby poruszać w kolejnych webinarach” – podsumowuje dr Paweł Widawski, Prezes Zarządu Fintech Poland.

GUS: W roku akademickim 2019/20 w Polsce studiowało ponad 82 tys. cudzoziemców

W roku akademickim 2019/20 na polskich uczelniach studiowało 1,2 mln studentów. Z tego 6,8 proc. stanowili studenci z zagranicy – było ich aż 82 tys. – wynika z raportu Głównego Urzędu Statystycznego „Szkolnictwo wyższe i jego finanse w 2019 r.”.

Urząd podsumowuje, że w roku akademickim 2019/20 w uczelniach studiowało 1,2 mln studentów, o 2,1 proc. mniej niż w poprzednim roku akademickim. „Począwszy od roku akademickiego 2006/07 odnotowywany jest spadek liczby studentów wynikający ze zmian demograficznych, tj. spadku liczby osób w wieku 19-24 lat” – piszą statystycy.

Z raportu wynika, że ponad połowę studentów, bo 57,6 proc., stanowią kobiety.

Najbardziej popularne jest ciągle studiowanie na uczelniach publicznych. Takie szkoły wyższe wybiera 7 na 10 studentów (71 proc.).

Największym zainteresowaniem cieszą się kierunki z podgrupy biznesu i administracji (wybrało je 18 proc. studentów), medycznej (10,9 proc.), społecznej (9,7 proc.) oraz inżynieryjno-technicznej (8,9 proc.).

„W roku akademickim 2019/20 odnotowano wzrost liczby studentów cudzoziemców o 5,0 proc. w stosunku do poprzedniego roku akademickiego, do poziomu 82,2 tys. osób, co stanowiło 6,8 proc. ogólnej liczby studentów” – pisze GUS. Najliczniejszą grupę stanowili studenci z krajów europejskich – to prawie 62 tys. osób (3/4 studiujących w Polsce cudzoziemców). Z samej Ukrainy było to 39 tys. osób (47,5 proc. cudzoziemców). W Polsce stosunkowo często studiowały też m.in. osoby z Chin (prawie 1,5 tys. osób), Kazachstanu (1,3 tys.), Azerbejdżanu (1,2 tys.), Tajwanu i Uzbekistanu (po 1 tys.) oraz Białorusi (8,3 tys.).

Wśród cudzoziemców największym zainteresowaniem cieszą się kierunki studiów z obszarów: nauki telekomunikacyjne (42 tys.), biznes, administracja i prawo (24 tys.), nauki społeczne, dziennikarstwo, informacja (12 tys.), zdrowie i opieka społeczna (prawie 11 tys.).

Liczba słuchaczy studiów podyplomowych w roku akademickim 2019/20 wyniosła 152,2 tys. osób, a kobiety stanowiły prawie 71 proc. ogólnej liczby słuchaczy.

Studenci z niepełnosprawnościami stanowili 1,8 proc. wszystkich studentów. Taki sam był odsetek absolwentów z niepełnosprawnościami.

Od roku akademickiego 2019/20 obowiązuje nowy tryb kształcenia doktorantów. Osoby z nowych roczników doktorat robić mogą w szkołach doktorskich, a osoby idące jeszcze starym trybem kształcenia – chodzą na studia doktoranckie. W 2019/2020 – jak podsumowuje GUS – na studiach doktoranckich kształciło się niemal 30 tys. doktorantów (w tym 16,5 tys. kobiet). Natomiast w szkołach doktorskich kształciło się 3,8 tys. doktorantów (w tym 1,9 tys. kobiet).

W roku akademickim 2019/20 stypendia otrzymało 199,6 tys. studentów, o 12,4 proc. mniej niż w poprzednim roku akademickim. W przypadku studiów doktoranckich stypendia otrzymało 6,4 tys. osób (w szkołach doktorskich stypendia otrzymują wszyscy doktoranci).

W uczelniach zatrudnionych było 93,1 tys. nauczycieli akademickich, w tym 43,7 tys. kobiet. Na 1 nauczyciela przypadało blisko 13 studentów.

W 2019 r. w uczelniach przychody ogółem wyniosły 28,17 mld zł (w tym 25,3 mld to przychody uczelni publicznych). Jak podsumowuje GUS to o prawie 15 proc. więcej niż w poprzednim roku. Głównym źródłem przychodów z podstawowej działalności operacyjnej uczelni publicznych była subwencja na utrzymanie potencjału dydaktycznego i badawczego (69,4 proc.), podczas gdy w uczelniach niepublicznych przychody te pochodziły przede wszystkim z opłat za świadczone usługi edukacyjne (75 proc.).

Przeciętne koszty kształcenia w przeliczeniu na jednego studenta wyniosły 22,9 tys. zł, o 12 proc. więcej niż w poprzednim roku.

W publikacji zaprezentowane są dane z 353 uczelni, które złożyły sprawozdania statystyczne. Zgodnie z rejestrem POL-on w roku akademickim 2019/20 w Polsce działały 373 uczelnie.

ZPP apeluje o powstrzymanie pełzającego lockdownu gospodarki

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców apeluje o odpowiedzialne i przewidywalne działania Rządu w zakresie podejmowanych środków przeciwdziałających rozprzestrzenianiu się koronawirusa. ZPP stanowczo zaznacza, że jakiekolwiek działania o tym charakterze nie mogą skutkować dalszym ograniczaniem możliwości prowadzenia działalności gospodarczej, a podjęte dotychczas rozwiązania uznajemy za zbyt daleko idące.

Już dziś przedsiębiorcy działający w ograniczonych branżach są zagrożeni masowymi bankructwami, których rezultatem byłaby utrata pracy przez tysiące ludzi.. W dłuższej perspektywie pogorszeniu ulegnie sytuacja w branżach powiązanych, a dalej w całej gospodarce. Stanowczo apelujemy o otwarcie zamkniętych branż. Każdy kolejny dzień ich zamknięcia powoduje, że konieczne staje się wprowadzenie istotnych instrumentów pomocowych.

ZPP nie znajduje uzasadnienia dla dalszych ograniczeń funkcjonowania kolejnych obszarów działalności gospodarczej. Brak jest danych, by pracownicy branż z sektora usług, handlu wykazywali się znaczącą liczbą zachorowań, a tym samym by punkty handlowe, usługowe stanowiły ogniska zakażeń koronawirusem i stanowiły miejsce zarażeń także klientów.

ZPP apeluje o mapę planowanych działań w zakresie odblokowywania kolejnych branż oraz wprowadzania ewentualnych ograniczeń życia społecznego, opartą o przewidywalne wskaźniki zachorowań, lub o wskaźniki wydolności służby zdrowia. Społeczeństwo oraz przedsiębiorcy muszą mieć czytelny i przewidywalny obraz kolejnych tygodni i miesięcy trwającej epidemii. Brak takich informacji skutkować będzie ograniczeniem podejmowania ryzyka gospodarczego, a w rezultacie zahamowaniem rozwoju i inwestycji oraz redukcją zatrudniania.

Realizowane przez Rząd działania w zakresie ochrony zdrowia, muszą być również skierowane na ochronę gospodarki i miejsc pracy.

Równolegle, ZPP apeluje o roczne moratorium na wszelkiego rodzaju nowe obciążenia prawne i podatkowe procedowane w tej chwili, bądź przyjęte w ciągu mijającego roku, w celu zapewnienia przewidywalności i stabilności dla działania gospodarki w tym trudnym okresie. Trwający, trudny okres należy wykorzystać na daleko idące systemowe reformy, tak by stworzyć nowe korzystne warunki dla rozwoju gospodarki po epidemii.

Jak dotychczas rząd nie podjął wysiłku wdrożenia systemowych reform obszarów, które od lat wymagają zaadresowania. Dziś, podczas kryzysu i w kolejnych latach, ujawnią się deficyty i brak odważnych reform m.in. w obszarze opodatkowania pracy, prawa pracy, prawa gospodarczego, zmniejszania i ujednolicenia stawek podatku VAT, zwiększania konkurencyjności gospodarczej, zmian w systemie zabezpieczenia społecznego, czy podjęcia wyzwań demograficznych. Tymczasem, okres relatywnego „odmrożenia” gospodarki w III kwartale br. wykorzystywano na działania ograniczające konkurencyjność polskiego biznesu. Mowa tutaj m.in. o planach wprowadzenia lub wprowadzenie „podatku od cukru”, CITu dla spółek komandytowych, „piątki dla zwierząt”, ograniczenia konkurencji na rynku aptecznym, czy oskładkowania umów zleceń. Nie podjęto działań, które dostosowałyby Polskę do nowych i nadchodzących wyzwań społecznych i gospodarczych.

Mając na uwadze wszystkie powyższe względy, ZPP apeluje nie tylko o powstrzymanie się przed lockdownem, lecz również o podjęcie działania przeciwnego i odblokowywanie kolejnych sektorów gospodarki, z zachowaniem ścisłych reżimów sanitarnych. Jeśli istnieje faktyczna, oparta na danych potrzeba wprowadzania jakichkolwiek ograniczeń działalności gospodarczej, apelujemy o czytelne i jasne wykazywanie jej w uzasadnieniach do podejmowanych decyzji. Uważamy ponadto, że 2021 rok będzie najgorszym z możliwych okresem na wprowadzanie nowych obciążeń, dlatego postulujemy co najmniej dwunastomiesięczne moratorium na wszelkie nowe, niekorzystne regulacje dla biznesu.

Rządowy Fundusz Rozwoju Dróg – na inwestycje samorządowe przeznaczymy dodatkowe 3 mld zł

Rada Ministrów 3 listopada 2020 r. przyjęła projekt ustawy o zmianie ustawy o Funduszu Dróg Samorządowych oraz niektórych innych ustaw, przedłożony przez Ministra Infrastruktury. Dzięki zwiększeniu dofinansowania o 3 mld zł, Rządowy Fundusz Rozwoju Dróg (wcześniej Fundusz Dróg Samorządowych) będzie dysponował łącznie kwotą 39 mld zł.

– Priorytetem obecnego rządu jest budowa spójnego układu komunikacyjnego kraju. Nie uda się to bez rozwoju i poprawy jakości sieci dróg lokalnych, dlatego kolejny raz poszerzamy zakres rządowego wsparcia dla dróg samorządowych. Dodatkowe 3 mld zł przeznaczymy na dofinasowanie budowy obwodnic na drogach wojewódzkich oraz budowy, remontów i modernizacji dróg w dużych miastach – powiedział minister infrastruktury Andrzej Adamczyk.

Projekt ustawy zakłada rozszerzenie katalogu zadań mogących uzyskać dofinansowanie z RFRD o:

  • zadania obwodnicowe w ciągu dróg wojewódzkich,
  • zadania miejskie – polegające na budowie, przebudowie lub remoncie dróg wojewódzkich, powiatowych i gminnych zarządzanych przez prezydenta miasta na prawach powiatu, będącego siedzibą wojewody lub sejmiku województwa,
  • zadania polegające na poprawie bezpieczeństwa pieszych na przejściach.

Limit środków przeznaczonych na obwodnice na drogach wojewódzkich wyniesie 2 mld zł, natomiast na zadania miejskie 1 mld zł. Nabór wniosków na ww. zadania będzie realizowany przez ministra właściwego do spraw transportu. Listy zadań rekomendowanych do dofinansowania będą zatwierdzane przez Prezesa Rady Ministrów.

Samorząd województwa będzie mógł otrzymać dofinansowanie zadania obwodnicowego albo miejskiego w wysokości do 80 proc. kosztów jego realizacji. W przypadku zadań obwodnicowych kwota przyznanych środków nie może być większa niż 100 mln zł, a w przypadku zadań miejskich – 30 mln zł. Rozwiązanie to ma na celu dofinansowanie zadań prowadzonych przez możliwie największą liczbę jednostek samorządowych, uwzględniając limit środków, którymi będzie dysponował fundusz. RFRD zakłada finansowanie tych zadań jako inwestycji wieloletnich do 2028 r.

Dodatkowe wsparcie przyczyni się do pobudzania aktywności gospodarczej przedsiębiorców i skuteczniejszej walki ze skutkami spowolnienia gospodarczego wywołanego pandemią COVID-19.

Obwodnice na drogach wojewódzkich

Rządowe dofinansowanie będzie przyznawane na realizację obwodnic na drogach wojewódzkich, na których odbywa się ruch tranzytowy. Inwestycje te zminimalizują korki, zmniejszą natężenie ruchu w godzinach szczytu oraz zniwelują hałas związany z komunikacją. Dzięki nowym trasom tranzyt zostanie odseparowany od ruchu lokalnego.

Dofinansowanie budowy i remontów dróg w miastach

Z Rządowego Funduszu Rozwoju Dróg wsparcie finansowe trafi także na budowę, przebudowę lub remont dróg wojewódzkich, powiatowych i gminnych w największych ośrodkach miejskich. Rozwiązanie to jest odpowiedzią na postulaty samorządowców oraz wpisuje się w działania rządu mające na celu poprawę sytuacji ekonomicznej samorządów w związku z kryzysem wywołanym przez pandemię COVID-19. Możliwość dofinansowania inwestycji drogowych w miastach wpłynie na zahamowanie negatywnych skutków spowolnienia gospodarczego na poziomie regionalnym, zwiększy konkurencyjność gospodarczą dużych ośrodków miejskich oraz wpłynie na poprawę jakości życia obywateli.

Poprawa bezpieczeństwa pieszych na przejściach

RFRD będzie dofinansowywał ponadto rozwiązania związane z poprawą bezpieczeństwa pieszych przekraczających jezdnię. W Polsce wskaźnik wypadków z udziałem pieszych jest wyższy niż średnia unijna i wskaźniki większości krajów Unii Europejskiej. W funduszu wyodrębniona zostanie, w ramach zadań powiatowych i gminnych, podkategoria zadań polegająca wyłącznie na poprawie bezpieczeństwa pieszych na przejściach. Dzięki dofinansowaniu będzie można np. realizować inwestycje:

  • wymuszające przestrzeganie ograniczeń prędkości w rejonie przejść dla pieszych (np. montaż progów zwalniających czy zmiana geometrii pasa),
  • poprawiające widoczność pieszego (np. poprzez doświetlanie przejść dla pieszych wraz ze strefą oczekiwania),
  • skracające drogę, jaką muszą pokonać piesi (np. poprzez zawężanie jezdni w miejscu przejścia dla pieszych bądź stosowanie azylów).

W 2019 r. na realizację dróg lokalnych przeznaczono w sumie 6 mld zł. Dofinansowanie z FDS otrzymało łącznie 4 280 zadań na drogach powiatowych i gminnych o długości 6 tys. km, z tego:

  • 3 131 zadań na drogach gminnych – 3 258 km,
  • 1 149 zadań na drogach powiatowych – 2 742 km.

W 2020 r. wsparcie rządowe uzyska 2 297 zadań, w tym 623 powiatowe i 1 674 gminne. Realizowana jest budowa, przebudowa lub remont 3 467 km dróg: 1 708 km powiatowych i 1 759 km gminnych.

Łączna wartość środków FDS przeznaczonych na dofinansowanie realizacji inwestycji w 2020 r. to 3,2 mld zł.

W lipcu 2020 r. wojewodowie ogłosili nabór wniosków na dofinansowanie zadań powiatowych oraz zadań gminnych w 2021 roku. Na wsparcie zadań na drogach samorządowych zaplanowano 3,2 mld zł, w tym 2,6 mld zł na dofinansowanie budowy, przebudowy lub remontu dróg gminnych i powiatowych.

Gazetki reklamowe przekonują najskuteczniej

Gazetki promocyjne i katalogi dostarczane bezpośrednio do skrzynek to preferowane przez Polaków formy reklamy. Tak wynika z badania przeprowadzonego we wrześniu i październiku br. na reprezentatywnej grupie konsumentów przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia.

W przypadku 3/4 respondentów, którzy zetknęli się z dostarczanymi do domu gazetkami, kontakt z tym nośnikiem przełożył się na zakup. Co więcej, gazetki nie tylko zachęcają do zakupu, ale według badanych pozwalają też na oszczędności w domowych budżetach.

– Klienci cenią gazetki i katalogi, bo są nieinwazyjnie i nieirytujące, a do tego mają do nich duże zaufanie jako źródła wiedzy – mówi Adam Ciołek, Project Manager z ARC Rynek i Opinia. – Przyczyn ich sukcesu należy upatrywać przede wszystkim w tym, że są postrzegane jako wiarygodne źródło informacji o promocjach i ofercie.

Gazetki to wygodna i wiarygodna forma reklamy

Gazetki reklamowe, ulotki i katalogi, reklamy w sklepach oraz na billboardach są w oczach konsumentów, którzy mieli z nimi kontakt, najmniej irytującymi kanałami komunikacji marketingowej. Na drugiej stronie skali znajdują się m.in. reklamy na stronach www, które irytują co drugiego Polaka.

Dla 60 proc. respondentów gazetki oraz listy reklamowe są wiarygodnym źródłem informacji. Zajmują pierwsze miejsce w zestawieniu wiarygodnych treści reklamowych, wyprzedzając reklamę w prasie, radiu i telewizji (29 proc. wskazań) czy reklamy w mediach społecznościowych takich, jak np. Facebook (25 proc. wskazań).

Gazetki są najbardziej skuteczne

Taka percepcja przekłada się na skuteczność poszczególnych kanałów marketingu. Ulotki i gazetki reklamowe sprawiają, że kontakt z nimi w niemal 3/4 przypadków przekłada się na zakup produktu lub usługi. Podobną, choć niższą skuteczność oddziaływania mają imienne listy z zawartością o charakterze reklamowym doręczane do skrzynki pocztowej konsumenta. Obie te formy dotarcia do klienta to narzędzia marketingu offline.

Jak przyznała blisko 1/3 badanych, gazetki reklamowe i inne materiały dostarczane do skrzynek pocztowych najbardziej zachęcają do zakupów. Dla 23 proc. Polaków gazetka to medium, które pozwala też na oszczędzanie pieniędzy. Aż 21 proc. uważa informacje z gazetek za cenne, a dla 18 proc. ogromną ich zaletą jest to, że pozwalają na zastanowienie się nad otrzymaną informacją (dla tej cechy odnotowano najwyższy spośród wszystkich badanych form reklamy wynik).

– Papierowe materiały promocyjne, czyli tzw. gazetki to dla nas jedno z najważniejszych narzędzi wspierających sprzedaż. Na ich skuteczność na naszym rynku wpływ ma przede wszystkim przyzwyczajenie konsumentów do tej formy komunikacji – komentuje badanie Anna Łukasik, kierownik Działu Marketingu Netto Polska. – Ponadto dzięki papierowej, bardzo bezpośredniej formie przekazu, klienci poświęcają gazetkom stosunkowo dużo uwagi, co niezwykle silnie oddziałuje na motywację do zakupów. Ich niezaprzeczalną zaletą jest także prosty przekaz. Ograniczają się bowiem w większości do podania informacji o nazwie i cenie.

O badaniu

Badanie zrealizowała firma ARC Rynek i Opinia na zlecenie Polskiego Stowarzyszenia Marketingu SMB na przełomie września i października 2020 r. Badanie zostało wykonane metodą CAWI na reprezentatywnej próbie N=1004 Polaków w wieku od 18 do 65 lat. Respondentów rekrutowano z panelu badawczego epanel.pl.

Polskie Stowarzyszenie Marketingu SMB (www.smb.pl) działa na polskim rynku od 25 lat i jest najważniejszą organizacją non profit w obszarze marketingu bezpośredniego. Działalność stowarzyszenia wspiera rozwój tradycyjnych i nowoczesnych kanałów komunikacji bezpośredniej promując strategie omnichannel jako najskuteczniejszej praktyki komunikacji z klientem.

Wielka mobilizacja Wojsk Obrony Terytorialnej do walki z pandemią. Żołnierzy przybywa w szpitalach i punktach pobrań

Prawie 20 tys. żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej dostało w ostatni weekend wezwania do natychmiastowego stawiennictwa w swoich jednostkach. Terytorialsi przechodzili masowe szkolenia medyczne i antykryzysowe, a dowództwo formacji opracowało plan powołań do końca roku. W związku z rosnącą liczbą nowych przypadków COVID-19 w szpitalach wciąż przybywa „oliwkowych beretów”, które m.in. pobierają wymazy do badań, przeprowadzają wstępny triaż pacjentów i odciążają medyków. Terytorialsi pomagają też w domach pomocy społecznej i współpracują z policją w monitorowaniu osób przebywających na kwarantannach. Rzecznik formacji wskazuje, że od początku pandemii coraz więcej ochotników chce wstąpić do WOT.

– Nasze zaangażowanie w walce z COVID-19 rośnie z dnia na dzień – mówi agencji Newseria Biznes płk Marek Pietrzak, rzecznik prasowy Dowództwa Wojsk Obrony Terytorialnej. – W miniony piątek po raz pierwszy na tak dużą skalę dokonaliśmy powołań 100 proc. żołnierzy naszej formacji. W jednostkach stawiło się 19,5 tys. żołnierzy, dodając ponad 2 tys. już zaangażowanych w walkę z COVID-19. Cała formacja odbyła w weekend szkolenia sanitarno-epidemiologiczne oraz z zakresu opieki nad osobami starszymi i współpracy z policją.

Zgodnie z planami MON przekroczenie progu 20 tys. zakażeń SARS-COV-2 dziennie było sygnałem, który formalnie uruchomił dodatkowe zaangażowanie Sił Zbrojnych do wsparcia działań przeciwepidemicznych. Alarmowanie żołnierzy zaczęło się już w czwartek. Zwolnieni z obowiązku stawienia się w jednostkach byli tylko ci, którzy są zatrudnieni m.in. w systemie ochrony zdrowia i komunikacji miejskiej. Równolegle ze szkoleniami dowództwo WOT opracowywało plan powołań żołnierzy do końca roku, tak aby służba nie kolidowała z ich pracą czy innymi zobowiązaniami.

 Musimy pamiętać o ich pracodawcach. W tej chwili gospodarka jest ważnym czynnikiem, który musi napędzać przyrost PKB i niejako finansować działania podejmowane przez państwo. Dlatego „zdekonfliktowaliśmy” możliwości zaangażowania naszych żołnierzy w kontekście ich pracy czy osobistych zobowiązań, które w tej chwili mają – mówi płk Marek Pietrzak.

Jak podkreśla, WOT są zaangażowane w walkę z pandemią od samego jej początku. W najcięższych miesiącach – wiosną i wczesnym latem – uczestniczyło w niej po ok. 5,5 tys. żołnierzy dziennie.

– W tej chwili jesteśmy w trakcie operacji „Trwała Odporność”, w ramach której w ostatni weekend działania prowadziło w sumie 3,5 tys. żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. Duże wsparcie w ostatnich dniach otrzymujemy też ze strony wojsk operacyjnych – mówi.

Terytorialsi są obecnie kierowani do szpitali w całym kraju. W ostatni weekend ponad tysiąc żołnierzy tej formacji wspierało prawie 300 szpitali i placówek medycznych. Dla nich liczy się każda dodatkowa para rąk do pracy, bo wielu pracowników medycznych przebywa na kwarantannach.

– W szpitalach realizujemy wsparcie na prostym poziomie – mierzenie temperatury, wstępny podział pacjentów [triaż – red.], prace logistyczne i administracyjne. Stawiamy kontenerowe lub namiotowe izby przyjęć przy szpitalach, gdzie pacjenci trafiają przed przyjęciem do placówki. Również pobieranie wymazów jest jednym z naszych głównych działań – mówi rzecznik Dowództwa WOT. – To ważne o tyle, że luzujemy personel medyczny w przyszpitalnych punktach wymazowych, pozwalając medykom zająć się najbardziej potrzebującymi pacjentami zakażonymi koronawirusem.

Terytorialsi pracują w ponad 200 takich punktach pobrań wymazów oraz dziewięciu własnych punktach Test&Go, zorganizowanych w głównych miastach Polski.

– W Test&Go na Śląsku dziennie pobieraliśmy nawet po 1,3 tys. wymazów. Docelowo chcemy tworzyć regionalne centra pobrań wymazów, gdzie będziemy to robić na bardzo szeroką skalę, a które później zostałyby przekształcone w regionalne centra szczepień. Oprócz tych punktów wymazy pobieramy również w domach pomocy społecznej, placówkach opiekuńczych oraz w domach osób będących na kwarantannie – wylicza płk Marek Pietrzak.

Oprócz pracy w szpitalach terytorialsi wspierają też Policję w monitorowaniu osób przebywających na kwarantannach oraz pomagają w opiece nad pensjonariuszami w domach pomocy społecznej.

– W tej chwili jest 15 DPS-ów, w których występujemy w roli opiekunów i personelu. Sprawujemy bezpośrednią opiekę nad podopiecznymi, gotujemy, pierzemy, sprzątamy i szeroko wspieramy te placówki w funkcjonowaniu – mówi rzecznik Dowództwa WOT. – Niedługo będziemy wspierać ośrodki pomocy społecznej w transporcie paczek z żywnością i medykamentów bezpośrednio do osób potrzebujących. Mamy bardzo zaangażowanych żołnierzy. To są często społecznicy, którzy garną się do takiej pracy. Mamy bardzo pozytywny  feedback od osób, którym pomagają.

Rzecznik wskazuje, że w ostatnich miesiącach przybywa chętnych, którzy chcą wstąpić do służby w Wojskach Obrony Terytorialnej. Wiosną formacja musiała wstrzymać nabory, ale w tej chwili odbywają się one już na normalnych zasadach. Ochotnicy, którzy chcą wstąpić do służby, mogą na nowo zgłaszać się do WOT.

– Wiosną, kiedy nasze zaangażowanie sięgało 5,5 tys. żołnierzy dziennie, ten oliwkowy beret był mocno widoczny w lokalnych społecznościach. Odnotowywaliśmy bardzo duże zainteresowanie służbą, ale musieliśmy w tym czasie wstrzymać nabór do formacji, nie mogliśmy przyjmować nowych ochotników. Natomiast teraz – mimo że zmieniliśmy charakter naszych działań ze szkoleniowych na przeciwkryzysowe – to można wstępować do formacji. W ostatnich dniach, przed Dniem Wszystkich Świętych, odbyło się u nas kilka przysiąg. Zachęcamy kolejnych ochotników, bo pracy jest pod dostatkiem – mówi płk Marek Pietrzak.

Wydatkowanie środków z UE nie zwolniło mimo pandemii. Zainwestowano już prawie 90 proc. puli dla Polski

Czas podpisywania umów na realizację inwestycji z dofinansowaniem z obecnego budżetu UE na lata 2014–2020 dobiega końca. Do początku listopada Polska zainwestowała już prawie 90 proc. przypadającej jej puli, a w skali całego kraju toczy się w tej chwili ok. 74 tys. inwestycji z unijnym dofinansowaniem. Wydatkowanie środków z UE nie zwolniło nawet pomimo pandemii dzięki specustawie przyjętej przez rząd jeszcze w marcu. W tej chwili resort funduszy i polityki regionalnej pracuje już nad zagospodarowaniem środków z nowego budżetu na lata 2021–2027.

Polska jest jednym z liderów wydatkowania funduszy europejskich, które były przeznaczone na lata 2014–2020. W tym trudnym okresie pandemii jesteśmy dokładnie tam, gdzie powinniśmy pod względem realizacji projektów współfinansowanych ze środków europejskich – mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak, wiceminister funduszy i polityki regionalnej.

Jak podał resort, do 1 listopada zostało zainwestowanych 302,2 mld zł, czyli 88,8 proc. środków przypadających Polsce z obecnej siedmiolatki UE. W skali całego kraju samorządy, przedsiębiorcy, instytucje rządowe i pozarządowe realizują łącznie 74 tys. inwestycji współfinansowanych z unijnych środków, których łączna wartość sięga 496,4 mld zł.

Nie można zapominać też o środkach stanowiących wkład własny do realizowanych projektów, które pochodzą z budżetu państwa, samorządów terytorialnych i od przedsiębiorców. I tutaj kwota jest równie imponująca, bo w realizację tych projektów z unijnym wsparciem zostało zainwestowanych prawie 195 mld zł – mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

Ministerstwo podkreśla, że wydatkowanie unijnych środków przebiega w równym, miarowym tempie nawet pomimo pandemii, a ponieważ czas podpisywania umów na realizacje inwestycji z dofinansowaniem z obecnego budżetu UE powoli się kończy, w tej chwili główny akcent kładziony jest na rozliczanie dotychczasowych inwestycji. Do tej pory z Komisją Europejską rozliczono 199,2 mld zł, w tym dofinansowanie unijne w kwocie 168,8 mld zł, co stanowi blisko 50 proc. puli dla Polski.

Usprawnienia, które zostały wprowadzone w ramach Funduszowego Pakietu Antywirusowego, przynoszą korzyści w realizacji projektów, wprowadzają uproszczenia, elastyczność. Dzięki temu udaje nam się realizować fundusze europejskie nawet w czasie pandemii – mówi wiceminister funduszy i polityki regionalnej.

Funduszowy Pakiet Antywirusowy powstał w marcu na mocy tzw. specustawy funduszowej. Wspiera on beneficjentów funduszy z UE, którzy przez pandemię mieli problemy z realizacją inwestycji. Aby ułatwić im prowadzenie i rozliczanie takich projektów w nowej rzeczywistości, MFiPR przygotowało pakiet rozwiązań wprowadzających większą elastyczność, tak aby beneficjenci mogli dokończyć rozpoczęte projekty bez strat finansowych. Nowe przepisy wprowadziły m.in. możliwość uznania za kwalifikowane wydatków na cele niezrealizowane z powodu pandemii, wydłużenie terminów składania wniosków w konkursach i udzielanie ulg w spłacie należności. Fundusz skierował również unijne pieniądze na walkę z pandemią COVID-19 i jej skutkami, głównie w sektorze przedsiębiorstw i ochronie zdrowia.

Z początkiem przyszłego roku zacznie już obowiązywać nowa unijna siedmiolatka na lata 2021–2027, której łączna wartość to 1,074 bln euro – w tym Fundusz Odbudowy o wartości 750 mld euro (składający się z 390 mld euro w formie grantów i kolejnych 360 mld euro w formie pożyczek, które trafią do państw członkowskich do 2023 roku). Polska otrzyma z tej puli 125 mld euro dotacji i prawie 35 mld euro pożyczek.

Zgodnie z przyjętym w lipcu projektem budżetu na kolejne siedem lat Polska z unijnej polityki spójności otrzyma 66,8 mld euro, a w ramach Wspólnej Polityki Rolnej trafi do nas 28,5 mld euro. Ponadto nasz kraj będzie największym beneficjentem Funduszu Sprawiedliwej Transformacji (3,5 mld euro), ukierunkowanego m.in. na budowę niskoemisyjnej gospodarki i transformację regionów górniczych. Losy kolejnej siedmiolatki wciąż się ważą. Zgodę musi jeszcze wyrazić Parlament Europejski, a wszystkie państwa członkowskie muszą ratyfikować tę decyzję. Kwestią, która wciąż jest dyskutowana, jest powiązanie wypłat z praworządnością.

Polacy czekają na 5G „made in Poland”. Sieć nowej generacji może zwiększyć konkurencyjność naszej gospodarki

Polskie firmy i konsumenci mają duże oczekiwania co do rozwoju 5G w kraju. Ponad 60 proc. uważa, że sieć nowej generacji zwiększy konkurencyjność naszej gospodarki – wynika z badania firmy Ericsson. Ponad 70 proc. konsumentów jest zdania, że za budowę sieci 5G w kraju powinna odpowiadać firma z Polski lub Europy. Ponad połowa chciałaby, żeby komponenty były produkowane w Polsce, a co trzeci dobrze ocenia wkład lokalnie działających firm w rozwój światowych technologii teleinformatycznych. 

– Właśnie zrealizowaliśmy w Polsce ogólnokrajowe badanie ankietowe dotyczące 5G. 63 proc. respondentów spodziewa się, że 5G poprawi status polskiej gospodarki względem innych krajów europejskich, a 54 proc. jest zdania, że rozwiązania 5G w kraju powinny być także produkowane lokalnie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Martin Mellor, szef firmy Ericsson w Polsce.

Swojej szansy na rozwój w 5G upatrują także przedsiębiorcy. 18 proc. badanych deklaruje, że uwzględnia jej wykorzystanie w strategii firmy na najbliższe lata.

– Blisko 70 proc. polskich przedsiębiorców uważa, że 5G zwiększy ich konkurencyjność. Połowa z badanych planuje wdrożyć 5G w ciągu dwóch–trzech najbliższych lat w swoich firmach – mówi Marcin Sugak, dyrektor rozwoju biznesu w Ericssonie.

Korzyści z wdrożenia 5G dla wielu gałęzi gospodarki potwierdza również najnowszy raport agencji Analysys Mason. W Polsce największe korzyści odczują firmy z branży produkcyjnej i logistycznej, które dzięki sieci piątej generacji mogą zyskać nawet ponad 5 mld euro.

Badanie SW Research na zlecenie firmy Ericsson wskazuje, że według ponad połowy Polaków (53 proc.) za budowę sieci 5G w kraju powinna odpowiadać firma z Polski. 16 proc. wskazało na firmy europejskie. Również jeśli chodzi o produkcję komponentów, największym zaufaniem darzymy przedsiębiorstwa produkujące w Polsce (54 proc.) i w Europie (17 proc.). Znacznie niżej oceniamy firmy z USA (4,4 proc.) czy Azji (2,5 proc.). To może mieć związek z tym, że według 30 proc. badanych sieć 5G powinna być traktowana jako infrastruktura krytyczna – kluczowa dla bezpieczeństwa narodowego i stabilnego rozwoju gospodarki.

Z badania SW Research wynika, że co trzeci Polak wysoko ocenia wkład działających w naszym kraju firm w rozwój światowych technologii teleinformatycznych.

– W zeszłym roku Ericsson rozszerzył produkcję w Tczewie o nadajniki i układy baseband obsługujące sieci 4G i 5G, które są wdrażane w całej Europie. Wkrótce też będziemy dalej rozszerzać produkcję w Tczewie o najnowsze nadajniki 5G. Ponadto zatrudniamy 2 tys. inżynierów w ośrodkach badań i rozwoju w Krakowie i Łodzi, którzy opracowują oprogramowanie do systemu radiowego Ericssona wdrażane na całym świecie – dodaje Martin Mellor.

Efekty pracy polskich inżynierów zatrudnionych w Krakowie i Łodzi wykorzystują już operatorzy telekomunikacyjni, m.in. Play i Polkomtel. Wyprodukowany przez Ericssona w Polsce sprzęt zostanie zastosowany do budowy sieci 5G również w innych krajach Europy.

– Technologia firmy Ericsson pozwoliła Polkomtelowi być pierwszym operatorem, który wdrożył sieć 5G w Polsce. Współpracowaliśmy także z Play przy wdrażaniu 5G w ich sieci – mówi szef Ericssona w Polsce. – Liczba podpisanych umów 5G wciąż rośnie. Dziś Ericsson ma przeszło 110 umów z operatorami z całego świata, które dotyczą 60 aktywnych sieci w 30 różnych krajach.

Technologia 5G jest już dostępna w Polsce, ale żeby mogła być wdrożona na szeroką skalę, konieczne jest przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Niezbędne są także wszelkie inicjatywy, które będą prowadzić do większej świadomości wykorzystania sieci nowej generacji zarówno w biznesie, jak i na uczelniach.

– Ericsson aktywnie działa w temacie 5G w Polsce. Współpracujemy z uczelniami, a w tym roku otworzyliśmy pierwszy kampus 5G na Politechnice Łódzkiej, który posłuży za centrum doskonałości 5G dla studentów – wskazuje Martin Mellor.

Digital Innovation Hub 5G to uruchomiona wspólnie z Instytutem Łączności i Politechniką Łódzką sieć badawcza. Przedsiębiorcy mogą tam testować swoje rozwiązania za pomocą infrastruktury dostarczonej przez Ericssona.

– Naszym zdaniem deklarowane tempo wdrażania nowych technologii jest trochę zbyt wolne, dlatego mamy kilka inicjatyw, które mają ten rynek stymulować w najbliższych latach – zapowiada Marcin Sugak. – Innym projektem, który tworzymy wspólnie z Łódzką Specjalną Strefą Ekonomiczną, jest program Akcelerator Technologii 5G, w ramach którego 20 firm otrzymuje możliwość wdrożenia i przetestowania swoich rozwiązań w warunkach przemysłowych z dużymi inwestorami.

Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 roku kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie 5G. Według European 5G Observatory do września br. 282 miasta w 27 krajach członkowskich i Wielkiej Brytanii były gotowe na wdrożenie nowej sieci.

20–30 proc. zatrudnionych Polaków pracuje na umowach czasowych i cywilnoprawnych. To oni najczęściej tracą pracę podczas koronakryzysu

– Podczas pandemii koronawirusa zwolnienia w największym stopniu dotknęły osób pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych. Co ciekawe, wzrosła liczba osób samozatrudnionych, ale to również może być efekt optymalizacji kosztów pracy przez pracodawców – mówi Andrzej Kubisiak z Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Polska jest jednym z europejskich krajów o najwyższym udziale zatrudnionych na podstawie innej niż umowa o pracę. Sposobem na walkę z tym zjawiskiem może być jednolity kontrakt na pracę. Eksperci PIE przekonują, że takie rozwiązanie pozwoli wyeliminować nierówne traktowanie pracowników. Na podstawie umów cywilnoprawnych pracuje obecnie ok. 1,1 mln Polaków.

Nawet o 7 proc. spadło zatrudnienie wśród osób pracujących na umowach cywilnoprawnych w wyniku kryzysu wywołanego pandemią. To dużo bardziej zauważalny spadek niż w przypadku umów o pracę. Spowodowało to wzrost bezrobocia głównie wśród osób poniżej 30. roku życia, bo w tej grupie wiekowej zatrudnienie na podstawie umów cywilnoprawnych wynosi prawie 60 proc. W efekcie wśród osób młodych liczba bezrobotnych wzrosła o 23 proc.

Pandemia koronawirusa to jest jeden z elementów, który wzmocnił podziały na polskim rynku pracy pod względem form zatrudnienia. Ostatnie dane ZUS-u pokazują, że w największym stopniu spadało zatrudnienie wśród osób na umowach cywilnoprawnych, które często nie przewidywały okresu wypowiedzenia i innych zabezpieczeń wynikających z kodeksu pracy – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora ds. badań i analiz Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Z analizy PIE wynika, że w czasie pandemii wzrosła także liczba samozatrudnionych. Fakt, że w trudnych dla gospodarki czasach rośnie zainteresowanie prowadzeniem jednoosobowej działalności gospodarczej, może wynikać jednak z optymalizowania kosztów pracy przez pracodawców i proponowania pracownikom innej formy współpracy.

Z perspektywy polskiego rynku pracy nie jest to najlepsza informacja, bo oznacza, że udział osób objętych kodeksem pracy w Polsce jest coraz mniejszy. To jest niepokojące również z tego względu, że osoby zatrudnione na kontraktach cywilnoprawnych lub samozatrudnione nie mogły brać udziału w wielu działaniach pomocowych uruchomionych w ramach tarczy antykryzysowej – zauważa ekspert PIE.

Polska jest krajem, który ma jeden z najwyższych poziomów zatrudnienia na umowy czasowe w Europie. Dane OECD pokazują, że tylko w Hiszpanii przed kryzysem ten wynik był wyższy.

Jak pokazują analizy PIE, tylko 42 proc. osób, które rozpoczęły karierę zawodową od pracy na umowie cywilnoprawnej, po trzech latach znajduje pracę na umowie o pracę na czas określony lub nieokreślony (odpowiednio 22 i 20 proc.). 28 proc. wciąż pracuje na umowie cywilnoprawnej, a 23 proc. traci pracę. Jeśli na początku pracownik otrzymuje umowę o pracę na czas nieokreślony, ma znacznie większe szanse, że po trzech latach będzie również pracował na podstawie takiej umowy.

W Polsce od 15 lat utrzymuje się wysoki poziom umów zawieranych na czas określony i wynosi on ok. 20–30 proc. całego rynku pracy. Są to umowy o pracę bądź umowy cywilnoprawne oraz osoby samozatrudnione. Jest to zjawisko niezależne od koniunktury: zarówno w okresie prosperity, jak i podczas kryzysu udział osób na zatrudnieniu czasowym jest bardzo wysoki, jeden z najwyższych w krajach Unii Europejskiej. To ma oczywiście swoje daleko idące konsekwencje, bo przykładowo część osób, które nie mają pewności zatrudnienia, nie decyduje się na dzieci – dodaje Andrzej Kubisiak.

Wśród negatywnych skutków czasowych form zatrudnienia są także dyskryminacja płacowa oraz gorsze warunki pracy.

– Pod pojęciem dualizmu rynku pracy rozumiemy współistnienie dwóch rodzajów umów w danym kraju: stałe umowy na czas nieokreślony, charakteryzujące się szerokim zakresem składek i świadczeń socjalnych, oraz tymczasowe umowy krótkoterminowe, które są często pozbawione składek i świadczeń, natomiast oferują o wiele prostsze zasady rozwiązania współpracy z pracownikiem – wyjaśnia Andrzej Kubisiak.

W ramach walki z dualizmem rynku pracy Polski Instytut Ekonomiczny proponuje wprowadzenie jednolitego kontraktu na pracę. Miałby on zastąpić dotychczasowe umowy o pracę i umowy-zlecenia oraz część innych, bardziej elastycznych kontraktów, poza umową o dzieło.

Jak zauważa ekspert PIE, istnieje również koncepcja wprowadzenia jednolitej daniny na pracę, czyli ujednolicenia wszystkich kosztów pracy do jednego poziomu, żeby nie można było optymalizować kosztów zatrudnienia na podstawie różnych rodzajów umów.

W takim modelu trzeba pozostawić dotychczasowe formy zatrudnienia, ale zrównać wszędzie koszty pracy, składki i dodatkowe pochodne, które składają się na klin podatkowy obciążający wynagrodzenie. To mogłoby doprowadzić do wyrównania szans na rynku pracy i warunków pracy – wyjaśnia Andrzej Kubisiak.

Rynek smartfonowy odradza się po pandemicznej stagnacji. W poprawie dynamiki wzrostu pomaga gigantyczna promocja 5G [DEPESZA]

Pandemia koronawirusa przyczyniła się do gwałtownego załamania rynku urządzeń mobilnych. W pierwszym kwartale 2020 roku według analiz przeprowadzonych przez firmę badawczą Gartner wartość rynku smartfonów skurczyła się o 20,2 proc. w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku. Kryzys pandemiczny udało się jednak zażegnać. Dane sprzedażowe z trzeciego kwartału 2020 roku wskazują, że branża podnosi się ze stagnacji, w czym pomogła m.in. intensywna promocja technologii 5G.

– Zauważamy znaczną poprawę na rynku smartfonów, zarówno pod względem łańcuchów dostaw, jak i zapotrzebowania  konsumentów, chociaż wyniki głównych dostawców wciąż mogą nie wyglądać na dobre – wskazuje Ryan Reith, wiceprezes IDC Worldwide Mobile Device Trackers.

Zgodnie z najnowszymi danymi pozyskanymi przez International Data Corporation wartość rynku smartfonów w trzecim kwartale 2020 roku skurczyła się zaledwie o 1,3 proc. w ujęciu rocznym. Choć spadki sprzedaży wciąż są zauważalne, branża radzi sobie znacznie lepiej, niż zakładano. Zgodnie z dotychczasowymi prognozami IDC ten sektor rynku technologicznego miał zakończyć trzeci kwartał ze stratą rzędu 9 proc.

Na poprawę kondycji branży mobilnej wpłynęło kilka czynników. Za jeden z najważniejszych uważa się otwarcie wielu kluczowych rynków, które w pierwszym i drugim kwartale ucierpiały z powodu masowo wprowadzanych restrykcji pandemicznych. Kluczową rolę odegrały tu kraje rozwijające się, takie jak Indie, Brazylia, Indonezja czy Rosja, które szybciej poradziły sobie z wyjściem z kryzysu pandemicznego, niż zakładali eksperci. Sprzedaż w nich zauważalnie przekroczyła przewidywane wolumeny.

– Na rynkach rozwijających się zauważalny był efekt stłumionego popytu, który napędzał wzrost rynku, jednak to głównie szereg intensywnych promocji i rabatów przyspieszył wzrost sprzedaży smartfonów – ocenia Nabila Popal, dyrektor ds. badań w firmie IDC Worldwide Mobile Device Trackers.

Źródeł dynamicznego wzrostu sektora mobilnego można doszukiwać się także w popularyzacji urządzeń wykorzystujących łączność 5G. Przyczyniła się do tego m.in. premiera smartfonów ze średniej półki cenowej wyposażonych w procesory Qualcomm Snapdragon 768 oraz Snapdragon 768G. Dzięki nim na rynku pojawiły się tańsze urządzenia pozwalające korzystać z potencjału infrastruktury sieciowej piątej generacji. Na przestrzeni kolejnych miesięcy zainteresowanie tą technologią będzie stale rosnąć, gdyż w sprzedaży pojawią się niedrogie smartfony 5G z procesorem Qualcomm Snapdragon 690.

– Na dużych, rozwiniętych rynkach producenci pozycjonują smartfony z 5G jako następny telefon dla większości konsumentów, i to niezależnie od marki czy ceny – wskazuje Ryan Reith. – Znacznie rozwinął się marketing, a produkty są coraz szerzej dostępne. Trwają także promocje związane z pandemią. Jednak najważniejszą inicjatywą sprzedażową na dużych rynkach jest wciąż promowanie 5G, chociaż uważamy, że wśród konsumentów zainteresowanie 5G jest wciąż marginalne.

W ostatnim kwartale doszło także do sporego przetasowania na liście najpopularniejszych producentów smartfonów. Pozycję lidera straciła firma Huawei, która zanotowała 22-proc. spadek sprzedaży w porównaniu do trzeciego kwartału 2019 roku. Jej miejsce zajął Samsung, który zanotował niewielki, 2,9-proc. wzrost rynkowego udziału, a na trzecim miejscu uplasowało się Xiaomi z 42-proc. wzrostem sprzedaży. Aż 10,6-proc. spadek udziału zanotowała firma Apple, który związany jest bezpośrednio z kilkutygodniowym opóźnieniem premiery iPhone’ów 12. Firma ma szansę nadrobić straty względem smartfonowych liderów w czwartym kwartale, kiedy uwzględnione zostaną dane sprzedażowe najnowszej linii produktowej.

Na poprawę kondycji branży mobilnej może wpłynąć także druga, jesienna fala koronawirusa, do której państwa z całego świata będą przygotowane lepiej niż do pierwszych restrykcji pandemicznych. Popularyzacja urządzeń 5G może zachęcić klientów do kupna nowych telefonów wykorzystywanych na potrzeby pracy i nauki zdalnej.

– W Indiach nauczanie na odległość faktycznie zwiększyło popyt na smartfony z niższej półki, ponieważ są one tańszą opcją w porównaniu do tabletów. Zwiększony popyt na produkty z niższej półki tylko dodatkowo zwiększa konkurencję i zwiększa presję na wyniki finansowe dostawców – wskazuje Nabila Popal.

Według Polaris Market Research globalna wartość branży smartfonów 5G w 2019 roku wynosiła 12,4 mld dol. Szacuje się, że do 2027 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 122,7 proc.

Przyszłość kolei to ekologiczne napędy. Po Europie jeżdżą już pociągi zasilane zieloną energią

Stare pociągi z silnikiem wysokoprężnym są wycofywane z sieci kolejowych na całym świecie. Zespoły Hyperloop UPV i Éirloop szacują, że do 2030 roku cały transport naziemny, w tym transport kolejowy, będzie wykorzystywał energię odnawialną. Już teraz pociągi wykorzystują energię wiatrową czy panele fotowoltaiczne. W przyszłości tradycyjną kolej mogą zastąpić lewitujące pociągi hyperloop. – Na dzisiaj powinniśmy przede wszystkim znaleźć ekologiczne, zielone źródła energii dla kolei – przekonuje dr Jakub Majewski, prezes Fundacji Pro Kolej.

– Jest sporo scenariuszy mówiących o tym, że być może kolej będzie w przyszłości głównie na estakadach, może pod ziemią, może to będzie hyperloop poruszający się w próżni. To dość dalekie, futurystyczne wizje. Na dzisiaj powinniśmy przede wszystkim znaleźć ekologiczne, zielone źródła energii dla kolei, a to, co oparte jest jeszcze na ropie naftowej, na dieslu – zelektryfikować. Dopiero jeżeli to nie wszędzie będzie możliwe, wykorzystać hybrydy, lokomotywy spalinowo-elektryczne, a może w przyszłości wodorowo-elektryczne – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr Jakub Majewski.

Hyperloop One firmy Virgin ma rozpocząć uruchamianie tras komercyjnych już w latach 2021/2022. Latem 2021 roku ma zaś ruszyć budowa pierwszego systemu transportowego hyperloop w Abu Zabi. Wciąż jednak może minąć dużo czasu, zanim technologia lewitujących w specjalnych tunelach pociągów stanie się codziennością. Do tego czasu firmy testują ekologiczne formy napędu.

– Kolej jest już dzisiaj elektromobilna. Ponad 80 proc. przewozów, czy to pasażerskich, czy towarowych, jest realizowanych przy wykorzystaniu energii elektrycznej, ale zawsze zostaje te 20 proc. napędzane silnikiem Diesla. Wodór mógłby być bardzo ciekawą alternatywą – przekonuje prezes Fundacji Pro Kolej.

Pociągi napędzane wodorem mogą być odpowiedzią na dekarbonizację kolei bez ponoszenia wysokich kosztów elektryfikacji torów. Inżynierowie, którzy pracują nad Hydroflexem, pierwszym brytyjskim pociągiem zasilanym wodorem, wyliczyli, że zelektryfikowanie jednego kilometra toru może kosztować od 965 tys. do 1,3 mln dol. Pociągi wodorowe są tańsze, ponieważ nie wymagają masowych remontów torów i można je stworzyć poprzez modernizację istniejących pojazdów.

W pociągach na wodór moduły zasilające wodorowe ogniwa paliwowe znajdują się w górnej części wagonu. Zapewniają wystarczającą ilość energii dzięki połączeniu wodoru i tlenu. Ogniwa paliwowe działają na zasadzie ekstrakcji tlenu z otaczającego powietrza, podczas gdy zbiorniki magazynowe zaspokajają zapotrzebowanie na wodór. Podczas jazdy pociąg pasażerski napędzany ogniwami paliwowymi emituje jedynie parę wodną, ​​która jest jedynym produktem ubocznym reakcji wodoru i tlenu. Wytworzona energia elektryczna zasila zaś silniki trakcyjne.

– Wodór to dobra alternatywa, ale najważniejsza dla kolei jest elektromobilność, czyli to, z czego produkujemy prąd. Bo zelektryfikowanie reszty sieci kolejowej nie jest już takim wyzwaniem. Są takie kraje jak Szwajcaria, które zelektryfikowały całą sieć kolejową. Pytanie jednak, skąd pochodzi ta energia, bo jeżeli to jest energia odnawialna, wodna, to możemy powiedzieć, że kolej jest w zasadzie neutralna środowiskowo – mówi dr Jakub Majewski.

Zespoły Hyperloop UPV i Éirloop szacują, że do 2030 roku cały transport naziemny, w tym kolej, będzie wykorzystywał energię odnawialną. Przykład linii kolejowych wykorzystujących odnawialne źródła energii można znaleźć w Holandii, gdzie sieć NS Dutch Railways działa w całości dzięki energii wiatrowej. Alternatywą dla niej jest energia słoneczna, a jedna z brytyjskich firm, Bankset Energy, opracowała panele podkładowe, które umieszczone na torach zamieniają światło słoneczne w energię dla pociągów. Podobne rozwiązania stosowane są również w Polsce.

– Nie jest to daleka droga tak jak w transporcie drogowym. Dzięki temu, że pociągi poruszają się po odpowiednio wyprofilowanych szynach, dużo prościej i mniejszym zasobem energii można wprawić je w ruch – podkreśla prezes Fundacji Pro Kolej. – Pociąg może jednorazowo zabrać 24 tys. ton, w związku z czym odpowiednio napędzana jedna lokomotywa bardzo efektywnie przewozi ładunki. Tak jak statki, tak kolej mogłaby być podstawowym środkiem, na którym opiera się ekologiczna zielona logistyka.

Polscy astronomowie odkryli najmniejszą planetę swobodną

W Drodze Mlecznej mogą się znajdować miliardy samotnych planet, niezwiązanych z gwiazdami. O odkryciu najmniejszej planety swobodnej typu ziemskiego informuje międzynarodowy zespół naukowców, kierowany przez polskich astronomów.
Astronomowie odkryli do tej pory ponad cztery tysiące planet pozasłonecznych. Większość z nich nie przypomina planet znanych w Układzie Słonecznym, choć mają jedną wspólną cechę: krążą wokół jakiejś gwiazdy.

Naukowcy, którzy badają powstawanie i ewolucję układów planetarnych, takich jak Układ Słoneczny, od dawna przewidywali istnienie planet swobodnych, wyrzuconych ze swoich macierzystych układów i przemierzających samotnie naszą Galaktykę. Pierwszych dowodów na istnienie takich planet w Drodze Mlecznej dostarczyły kilka lat temu badania prowadzone przez polskich naukowców z zespołu OGLE z Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego.

Teraz na łamach najnowszego numeru prestiżowego czasopisma „Astrophysical Journal Letters” członkowie zespołu OGLE ogłosili odkrycie najmniejszej, znalezionej do tej pory planety swobodnej. O wynikach badań poinformowali PAP.

Wykryty przez nich obiekt jest mniejszy od Ziemi i posiada masę mniej więcej trzech mas Marsa. Znajduje się kilkanaście tysięcy lat świetlnych od Słońca. Prawdopodobnie jest to samotna planeta.

Astronomowie z zespołu OGLE już wcześniej dostarczyli dowodów na istnienie w naszej Galaktyce dużej populacji planet swobodnych o masach podobnych do masy Ziemi. „Nasze obecne odkrycie potwierdza, że małomasywne planety swobodne są częste w Drodze Mlecznej, mogą być ich miliardy, i że można je wykrywać i charakteryzować za pomocą obserwacji prowadzonych z powierzchni Ziemi” – mówi kierownik projektu OGLE, prof. Andrzej Udalski z Obserwatorium Astronomicznego UW.

Autorzy odkrycia zwracają uwagę, że rzadko są w stanie bezpośrednio obserwować światło od planet pozasłonecznych. Większość z nich została odkryta w wyniku obserwacji pośrednich – efektów wpływu planet na ich macierzyste gwiazdy. „Planety swobodne prawie w ogóle nie emitują światła i – z definicji – nie krążą wokół żadnej gwiazdy. Ich wykrycie za pomocą klasycznych metod jest więc praktycznie niemożliwe” – zauważają astronomowie w informacji przekazanej PAP.

Do poszukiwań takich planet wykorzystują oni technikę mikrosoczewkowania grawitacyjnego. Mikrosoczewkowanie grawitacyjne jest efektem wynikającym z ogólnej teorii względności. Einstein przewidział, że bieg promieni światła w pobliżu masywnych obiektów może ulec zakrzywieniu. Ich grawitacja działa jak gigantyczna soczewka, która skupia i wzmacnia światło od odległych gwiazd.

„Jeżeli między obserwatorem na Ziemi a odległą gwiazdą-źródłem znajdzie się masywny obiekt – inna gwiazda lub planeta – to jego grawitacja może ugiąć i skupić światło źródła. Obserwator na Ziemi zobaczy wtedy krótkotrwałe pojaśnienie odległego źródła” – tłumaczy dr Przemysław Mróz z California Institute of Technology w USA, pierwszy autor publikacji.

Szansa na zaobserwowanie zjawisk mikrosoczewkowania jest niezwykle mała, bo trzy obiekty – źródło, soczewka i obserwator – muszą znaleźć się niemal idealnie w jednej linii. Gdybyśmy patrzyli na tylko jedną gwiazdę-źródło, musielibyśmy czekać średnio prawie milion lat, żeby zaobserwować mikrosoczewkowanie – dodaje.

Właśnie dlatego współczesne eksperymenty poszukujące zjawisk mikrosoczewkowania obserwują ciągle setki milionów gwiazd znajdujących się w centrum Drogi Mlecznej – tam, gdzie prawdopodobieństwo zajścia tego zjawiska jest największe.

Jednym z takich eksperymentów jest właśnie OGLE – przegląd nieba prowadzony przez astronomów z Uniwersytetu Warszawskiego. Projekt jest jednym z największych i najstarszych współczesnych przeglądów nieba, jest realizowany od ponad 28 lat. Polacy dysponują Teleskopem Warszawskim, znajdującym się w Obserwatorium Las Campanas w Chile. Każdej pogodnej nocy polscy astronomowie kierują teleskop na te same obszary nieba, mierzą jasność setek milionów gwiazd i wypatrują obiektów, które zmieniają swoją jasność.

Mikrosoczewkowanie grawitacyjne nie zależy od jasności soczewki, jest to więc doskonały sposób na wykrywanie obiektów, które w ogóle nie emitują światła, takich jak planety swobodne. Im obiekt-soczewka jest mniej masywny, tym zjawiska mikrosoczewkowania są średnio krótsze: o ile typowe pojaśnienia mikrosoczewkowe wywołane przez gwiazdy trwają kilkanaście dni, to zjawiska wywołane przez planety o masie Jowisza trwają typowo 1–2 dni, a przez planety ziemskie – zaledwie kilka godzin.

„Rozmiar mikrosoczewek grawitacyjnych wywołanych przez gwiazdy jest zwykle znacznie większy, niż rozmiar gwiazdy-źródła. Światło całej tarczy gwiazdy-źródła jest skupiane przez soczewkę grawitacyjną – mówi dr Mróz. – Inaczej jest w przypadku soczewkowania przez planety. Wtedy pojaśnieniu ulega tylko niewielka część powierzchni gwiazdy”.

Ten efekt umożliwia astronomom bardziej precyzyjne oszacowania masy soczewki.

O odkryciu najkrótszego zjawiska mikrosoczewkowania znalezionego do tej pory, o nazwie OGLE-2016-BLG-1928, o skali czasowej zaledwie 42 minut – astronomowie poinformowali w czwartek. „Kiedy zobaczyliśmy to zjawisko, było oczywiste, że musiało zostać spowodowane przez niezwykle mały obiekt” – zauważa cytowany w informacji prasowej współautor pracy, dr Radosław Poleski z Obserwatorium Astronomicznego UW.

Najprawdopodobniej zjawisko OGLE-2016-BLG-1928 zostało wywołane przez obiekt, który opuścił swój macierzysty układ planetarny tuż po jego powstaniu. Wzajemne oddziaływania między protoplanetami mogą prowadzić do wyrzucenia niektórych z nich w przestrzeń międzygwiazdową. Istnieje jednak wiele innych mechanizmów, które mogą skutkować tym samym. Badania planet swobodnych umożliwiają więc nam lepsze zrozumienie procesów prowadzących do formowania się planet i układów planetarnych.

Oprócz danych zebranych przez projekt OGLE, w badaniach wykorzystano obserwacje zjawiska OGLE-2016-BLG-1928, wykonane przez koreańską sieć teleskopów KMTNet (Korea Microlensing Telescope Network). Projekt KMTNet dysponuje trzema teleskopami – w Chile, Australii i Południowej Afryce.

Poszukiwanie planet swobodnych jest jednym z motorów naukowych misji teleskopu kosmicznego Nancy Grace Roman, flagowej misji przygotowywanej przez amerykańską agencję kosmiczną NASA. Teleskop ma zostać wystrzelony na orbitę w 2025 roku i ma szanse zrewolucjonizować tę dziedzinę badań planet pozasłonecznych.

Duży spadek rejestracji nowych samochodów

W ciągu trzech kwartałów 2020 roku w Polsce zarejestrowano 295,1 tys. nowych samochodów osobowych – o 28,2% mniej w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku. Spadki rejestracji, z wyjątkiem motocykli, dotyczą również pozostałych typów pojazdów: aut dostawczych, ciężarowych, przyczep i naczep oraz autobusów. Tempo wzrostu utrzymuje segment samochodów osobowych z napędami alternatywnymi. W ciągu trzech kwartałów 2020 roku w Polsce sprzedano blisko 47,9 tys. tego typu pojazdów, co oznacza wzrost o 25,8% r/r. Pandemia COVID-19 negatywnie wpływa na wyniki produkcyjne fabryk motoryzacyjnych. W ciągu 9 miesięcy 2020 roku w Polsce wyprodukowano ogółem 325,5 tys. pojazdów – o 34,8% mniej niż w poprzednim roku. Najgłębszy spadek wynoszący 40,4% odnotowała produkcja samochodów osobowych.

Po trzech kwartałach 2020 roku liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w Polsce wynosi 295,1 tys. pojazdów i jest o 28,2% niższa w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku. W segmencie klientów instytucjonalnych, który stanowi 71,1% rynku, do końca września 2020 roku zarejestrowano 209,9 tys. pojazdów – co oznacza spadek o 27,1% w porównaniu z takim samym okresem ubiegłego roku. Klienci indywidualni w omawianym czasie zarejestrowali 85,2 tys. samochodów, o 30,7% mniej niż w ciągu trzech kwartałów 2019 roku.

Producenci samochodów osobowych marek popularnych sprzedali w Polsce do końca września 2020 roku 241,7 tys. pojazdów, co oznacza spadek sprzedaży o 31,6% w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku. Zdecydowanie lepiej wygląda sytuacja w przypadku segmentu aut osobowych premium+, w którym odnotowano 53,4 tys. zarejestrowanych pojazdów. Po trzech kwartałach br. spadek wyniósł w tej grupie 7,2% r/r. Klienci indywidualni w omawianym okresie kupili 6,1 tys. aut tej klasy, o 15,9% więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Spadek rejestracji pojazdów z segmentu premium+ zanotowano w przypadku klientów instytucjonalnych – zakupili oni 47,2 tys. pojazdów, co oznacza sprzedaż niższą o 9,5% r/r.

W ciągu trzech kwartałów 2020 roku zmniejszyła się liczba rejestracji wszystkich segmentów pojazdów osobowych. Najsilniejsze spadki odnotowano w kategorii małych i średnich MPV, których liczba rejestracji zmniejszyła się o 63% r/r oraz dużych samochodów MPV, w którym zanotowano blisko 54% spadek w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.

W pierwszych trzech kwartałach br. sprzedaż spadła o blisko 30%, co z uwagi na sytuację pandemiczną pod koniec pierwszego – i w drugim kwartale br. zupełnie nie dziwi. Latem i wczesną jesienią wydawało się jeszcze, że te spadki się nieco zmniejszą do końca roku, ale pandemia zaatakowała ze zdwojoną siłą i z całą pewnością już wiadomo, że wyniki będą niższe niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Należy dodać, że wszystkie kategorie – wyłączając samochody elektryczne – zaliczyły spadki, jednak największe straty od lat odnotowują vany gdyż klienci, którzy potrzebują większego nadwozia wybierają SUV-y i to właśnie ta kategoria pojazdów ostatnio cieszy się największym powodzeniem. Dobrą wiadomością jest fakt, że proporcja rejestracji dokonywanych przez firmy i klientów indywidualnych utrzymała się w zasadzie na poziomie ubiegłego roku, co dowodzi, że firmy pomimo pandemii wciąż wymieniają park samochodowy. Jak zwykle w sytuacjach kryzysowych najlepiej broni się segment premium, ponieważ te pojazdy trafiają do najwyższej kadry menedżerskiej czy zamożnych nabywców indywidualnych – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

O ponad 1/4 więcej rejestracji pojazdów z napędami alternatywnymi niż rok wcześniej

Segment pojazdów z napędami alternatywnymi jest jedynym segmentem samochodów osobowych, który zwiększył się w 2020 roku. Od stycznia do końca września br. w Polsce sprzedano blisko 47,9 tys. tego typu pojazdów – o 25,8% więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Blisko 36,8 tys. pojazdów z napędami alternatywnymi kupili klienci instytucjonalni, co przełożyło się na 26,7% wzrost r/r. Natomiast klienci indywidualni do końca września br. kupili ponad 11,1 tys. tego typu aut, o 22,7% więcej niż rok wcześniej. Najsilniejszy wzrost sprzedaży zanotowano w przypadku samochodów hybrydowych typu Plug-in. Do końca września br. sprzedano blisko 2,4 tys. tego typu aut, aż o 213,8% więcej niż w ciągu 9 miesięcy 2019 roku. W segmencie samochodów z napędami alternatywnymi, tylko auta napędzane gazem (LPG i CNG/LNG) odnotowują niższą sprzedaż. W ciągu 9 miesięcy Polacy zarejestrowali blisko 4,5 tys. aut tego typu, co oznacza spadek o 42,7% w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku.

Rozwój elektromobilności był jednym z ważniejszych trendów motoryzacyjnych jeszcze przed wybuchem pandemii COVID-19. Wydaje się jednak, że w czasie pandemii trend rozwoju elektromobilności jest kontynuowany, a nawet zyskuje na znaczeniu. W ciągu dziewięciu miesięcy 2020 roku Polacy zarejestrowali blisko 2,2 tys. pojazdów z napędem elektrycznym. Jest to wzrost aż o 82,6% w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Warto zwrócić uwagę na bardzo wysoką dynamikę wzrostu sprzedaży samochodów elektrycznych w III kwartale 2020 roku. W okresie od lipca do końca września br. w Polsce zarejestrowano aż o 325,7% więcej samochodów elektrycznych niż w III kwartale 2019 roku – mówi Mirosław Michna, partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Lider zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Niższa sprzedaż samochodów dostawczych i ciężarowych

Podczas trzech kwartałów 2020 roku w Polsce zarejestrowano 40,4 tys. samochodów dostawczych, co oznacza spadek o 21% w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku. W grupie samochodów ciężarowych do końca września br. spadek był jeszcze głębszy i wyniósł 40,4% r/r po sprzedaży blisko 13,2 tys. pojazdów. Podobnej wielkości spadki, wynoszące 42,7% r/r dotyczą rejestracji przyczep i naczep – do końca września br. zarejestrowano ich blisko 10,9 tys. Niższą sprzedaż zanotowano również w przypadku autobusów i autokarów. Po trzech kwartałach 2020 roku ich łączna sprzedaż wyniosła 1028 sztuk i jest o 47,8% niższa niż w analogicznym okresie 2019 roku.

W ciągu trzech kwartałów 2020 roku liczba rejestracji nowych samochodów osobowych spadła o ponad 28%

Polacy kupują mniej skuterów, ale odbudował się rynek motocykli

Wybuch pandemii COVID-19 spowolnił obserwowany w poprzednim roku rozwój rynku motocykli w Polsce. Do końca września br. liczba zarejestrowanych nowych motocykli wyniosła 17 tys. sztuk, czyli 1% więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Wyróżnia się to pozytywnie na tle powszechnie występujących spadków. Największy wzrost odnotowano wśród ciągle niewielkiej grupy motocykli sport, których sprzedaż wzrosła o 49% w porównaniu z wynikami 3 kwartałów 2019 roku. Najgłębsze spadki, po 10% r/r odnotowano w segmencie big scooterów oraz motocykli tourist. Natomiast w najliczniejszym segmencie street, spadek jest niewielki i wynosi 3% r/r, natomiast w grupie ON/OFF, która teraz wyszła na drugą pozycję, wzrost jest dwucyfrowy – wynosi 15%. Gorzej wygląda sprzedaż motorowerów. W czasie trzech kwartałów 2020 roku w Polsce zarejestrowano ponad 13,2 tys. tego typu pojazdów, co oznacza spadek o 21,5% w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku.

O ponad 1/3 spadła liczba pojazdów wyprodukowanych w Polsce w 2020 roku

W ciągu 9 miesięcy 2020 roku w Polsce wyprodukowano 325,5 tys. pojazdów samochodowych. Oznacza to spadek o 34,8% w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku. Zmniejszyła się liczba wszystkich rodzajów samochodów wyprodukowanych nad Wisłą. Najsilniejszy spadek (40,4%) zanotowano w produkcji samochodów osobowych, których wyprodukowano 200 tysięcy. W grupie samochodów użytkowych – dostawczych i ciężarowych rezultaty po 3 kwartałach 2020 roku są niższe o 23,4% r/r, natomiast produkcja autobusów w omawianym okresie 2020 roku zmniejszyła się o 19,5% w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku.

Nawet pomimo korzystnych dla przedsiębiorców wyroków fiskus potrafi latami wstrzymywać należne im zwroty VAT, wnosząc skargi do NSA

„Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. Cytat z kultowej komedii „Sami swoi” wpisuje się w podejmowane przez organy podatkowe działania wobec przedsiębiorców w kwestii niezwracania im należnych środków z tytułu nadpłaconego VAT, mimo uzyskania przez tych przedsiębiorców korzystnych dla siebie wyroków sądów. Cynicznie przyznając się do świadomości co do zapadłych wyroków uchylających postanowienia o przedłużaniu terminu zwrotu VAT, organy nie zamierzają zwracać pieniędzy. Zamiast tego, tłumacząc się oczekiwaniem na uprawomocnienie wyroku, wydają kolejne postanowienia wstrzymujące zwrot.

„…w sytuacji, gdy nie wskazano na żadne czynności uzasadniające dodatkową weryfikację tego zwrotu, ani nie wyjaśniono, jakie jeszcze ustalenia organ musi poczynić, celem należytej weryfikacji zasadności zwrotu, postanowienie takie nie spełnia przesłanki do przedłużenia terminu zwrotu z art. 87 ust. 2 u.p.t.u. w zw. z art. 274b § 1 o.p. Stanowi to jednocześnie naruszenie powyższych przepisów, jak również podstawowych zasad procedury podatkowej…” – zawarł w uzasadnieniu swojego wyroku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Szczecinie, uchylając 25 września 2019 r. postanowienia organów podatkowych pierwszej i drugiej instancji przedłużające termin zwrotu podatku VAT naliczonego nad należnym, prowadzącemu działalność w formie spółki z o.o. przedsiębiorcy (sygn. akt I SA/Sz 537/19).

Postanowienie o przedłużeniu terminu zwrotu VAT musi być należycie i wyczerpująco uzasadnione

W powyższej sprawie sąd zwrócił uwagę, przywołując najnowsze orzecznictwo Naczelnego Sądu Administracyjnego, że przedłużanie terminu zwrotu VAT podatnikowi jest odstępstwem od zasady jego zwrotu w ustawowym terminie. Stąd też z uwagi na szczególny charakter tej instytucji prawa stosowanie jej wobec podatnika musi być należycie i wyczerpująco uzasadnione – tak, by nie było wątpliwości, że w jego sprawie dokonanie dodatkowej weryfikacji zasadności zwrotu jest konieczne. A w tej sprawie organy, stawiając tezy co do istnienia nieprawidłowości w rozliczeniach przedsiębiorcy mające uzasadniać konieczność przeprowadzania dalszej weryfikacji tych rozliczeń, w żaden sposób nie wskazały, na czym ta weryfikacja miałaby polegać i jak będzie przeprowadzana.

Bliskie powiązania osobowe i kapitałowe stron transakcji

Chodziło o rozliczenia spółki prowadzącej działalność w zakresie wynajmu i zarządzania nieruchomościami własnymi lub dzierżawionymi. W deklaracji VAT-7 za listopad 2018 r. wykazała ona kwotę nadpłaconego podatku od towarów i usług do zwrotu w 60-dniowym terminie. Nadwyżka ta powstała wskutek zakupu przez spółkę nieruchomości, którą wykorzystywała następnie do wynajmu na rzecz innych przedsiębiorców, a także fundacji. Organ podatkowy dopatrzył się w tych transakcjach zbyt bliskich, ścisłych powiązań osobowych i kapitałowych ich stron. Stąd też postanowieniem z lutego 2019 r. przedłużył termin zwrotu VAT na czas przeprowadzenia ich weryfikacji.

Spółka wygrała w sądzie, ale fiskus podatku nie zwrócił

Pomimo wydania 25 września 2019 r. korzystnego dla spółki wyroku uchylającego postanowienia organów obu instancji, a potępiającego ich działania: Akceptacja praktyki, iż organ w uzasadnieniu postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu nadwyżki podatku może postawić jedynie pewne tezy, które w jego przekonaniu stanowią o nieprawidłowości rozliczenia budzącego jego wątpliwości, a nie wyjaśnia zarazem, w jaki konkretny sposób zamierza rozliczenie zweryfikować, doprowadziłoby do sytuacji, w której organ mógłby dowolnie przedłużać termin zwrotu, ogólnie tylko wskazując, że ma wątpliwości co do prawidłowości rozliczenia i zamierza je w drodze bliżej nieokreślonych działań wyjaśnić” (sygn. akt I SA/Sz 537/19) – fiskus nie zwrócił spółce należnego jej zwrotu VAT.

Na miesiąc przed wydaniem tego wyroku, w sierpniu 2019 r., naczelnik urzędu skarbowego przedłużył termin zwrotu do 31 grudnia 2019 r., a przed upływem tego terminu, i jednocześnie już po wydaniu wyroku przez szczeciński sąd, przedłużył go o kolejne trzy miesiące, do 31 marca 2020 r. W lutym 2020 r. postanowienia te w mocy utrzymał organ odwoławczy. Spółka zarzuciła fiskusowi, że ten nie mógł wydawać kolejnych postanowień o przedłużaniu terminu zwrotu VAT, skoro już pierwsze z tych postanowień z lutego 2019 r. zostało uchylone przez sąd 25 września 2019 r. Co odpowiedział organ? – że jest tego świadomy, niemniej przed uprawomocnieniem się tego wyroku zdążył wnieść skargę kasacyjną do NSA, co sprawia, że mimo jego wydania na korzyść przedsiębiorcy te kolejne, wydane także po 25 września 2019 r. postanowienia organów podatkowych, przedłużające termin zwrotu VAT, pozostają w obrocie prawnym do czasu wydania rozstrzygnięcia przez NSA.

NSA oddalił skargę kasacyjną organu

Spółka wniosła skargę do WSA, który się do niej przychylił, nie musząc nawet rozpoznawać merytorycznie większości jej zarzutów. Jak bowiem orzekł w wyroku z 10 października 2020 r.:

„Decydujący wpływ na rozstrzygnięcie niniejszej sprawy ma okoliczność, że wyrokiem z 30 lipca 2020 r. I FSK 97/20 Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę kasacyjną Dyrektora Izby od wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Szczecinie z 25 września 2019 r. I SA/Sz 537/19, którym sąd uchylił postanowienie Dyrektora Izby z […] maja 2019 r. i poprzedzające je postanowienie Naczelnika US z […] lutego 2019 r. …” (wyrok WSA w Szczecinie z 10 września 2020 r., sygn. akt I SA/Sz 277/20).

Oddalenie przez NSA skargi kasacyjnej organu uprawomocniło wyrok sądu administracyjnego stwierdzający, że już pierwsze z postanowień organów w sprawie przedłużania terminu zwrotu VAT z lutego 2019 r. zostało usunięte z obrotu prawnego. Zatem kolejne postanowienia nie mogły już wywołać skutku w postaci przedłużenia tego terminu. Tym samym sąd uchylił postanowienia organów podatkowych dwóch instancji i umorzył postępowanie w tej sprawie.

Podsumowanie

Spółka wystąpiła o zwrot VAT z końcem 2018 r. Organ podatkowy wydał pierwsze postanowienie o przedłużeniu tego terminu w lutym 2019 r. Wyrok uchylający to postanowienie sąd wydał we wrześniu 2019 r. Stosując jednak prawne wybiegi przy wydawaniu kolejnych postanowień i przedłużając postępowanie poprzez wniesienie skargi do NSA, fiskus skutecznie przedłużył termin i przetrzymał należne spółce środki o kolejny rok. A podobno to przedsiębiorcy stosują agresywne działania optymalizacyjne, by zatrzymać podatek w swojej kieszeni.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Utrata płynności finansowej, nierzetelni kontrahenci i rosnące koszty działalności na szczycie rankingu obaw przedsiębiorców

Utrata płynności finansowej, nierzetelni kontrahenci i rosnące koszty działalności to największe obawy przedsiębiorstw, które powstały w ostatnich miesiącach. Mniejszy niepokój budzi spowolnienie gospodarcze i brak odpowiednich pracowników. Firmy coraz rzadziej boją się też podnoszenia składek ZUS-owskich oraz podatków. To wnioski płynące z drugiej edycji ogólnopolskiego badania, wykonanego przez UCE RESEARCH na zlecenie Grupy Kapitałowej DGA.

Obecnie największą obawą dla przedsiębiorstw, które rozpoczynają działalność gospodarczą, jest utrata płynności finansowej (16%). Na przełomie stycznia i lutego br. odpowiedź ta zajęła trzecie miejsce w zestawieniu (10%). Wówczas na czele rankingu znaleźli się nierzetelni kontrahenci (21%), obecnie widniejący na drugiej pozycji (14%). Czołową trójkę uzupełniają ogólnie rosnące koszty działalności (13%), poprzednio figurujące pod koniec pierwszej dziesiątki (4%).

– Nastroje przedsiębiorców zmienił kryzys pandemiczny, który objawił się lockdownem na wiosnę. W takich warunkach największym problemem jest właśnie utrata płynności finansowej. Firmy mają koszty stałe, a niektóre odgórne obostrzenia podnoszą wspomniane wcześniej ryzyko. Wprawdzie teraz gospodarka nie jest zamrożona, ale panuje spora niepewność – komentuje dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP.

Obawa o utratę płynności wynika z kilku czynników, co podkreśla Andrzej Głowacki, prezes DGA. Po pierwsze, uzyskanie dzisiaj kredytu graniczy z cudem. Po drugie, wielu przedsiębiorców, napotykając problemy z zachowaniem stabilności finansowej, ratuje się przesuwaniem terminów płatności. Trzeci element to duża liczba otwieranych uproszczonych postępowań o zatwierdzenie układu. Ta nowa jakość umożliwia uniknięcie ogłoszenia upadłości przez firmę i zawarcia porozumienia z wierzycielami. I to jest na pewno pozytywne.

– W wyniku pandemii wzrasta zagrożenie niewypłacalnością. Spadek obrotów skutkuje zmniejszeniem ryzyka ze strony nierzetelnych kontrahentów. Ono jest problemem, ale przedsiębiorca ma realny wpływ na straty spowodowane w ten sposób. Myślę tu o zmianie zasad udzielania kredytu kupieckiego, wdrożeniu procedur monitorowania kontrahentów i usprawnieniu windykacji. Takiej możliwości firmy nie mają już w przypadku części zagrożeń związanych z COVID-19, w szczególności – zakazu prowadzenia działalności lub jej znaczącego ograniczenia – podkreśla Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny.

Jak zaznacza prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC, obawa związana z rosnącymi kosztami działalności niekoniecznie oznacza, że przedsiębiorca więcej płaci np. za wynajem nieruchomości. Tu mogą niekorzystnie zmieniać się proporcje między stałymi wydatkami a osiąganymi dochodami. Tak się dzieje np. w gastronomii. Z kolei dr Dudek dodaje, że firmy mają nowe koszty, bo muszą  sobie radzić z ryzykiem sanitarnym i z różnego rodzaju obostrzeniami.

– Następstwem światowej epidemii SARS-CoV 2 jest wzrost zjawisk inflacyjnych, będących skutkiem pojawienia się na rynku tzw. pustego pieniądza. Wskazać należy, iż wobec osłabienia złotówki w stosunku do dolara i euro, następuje wzrost cen produktów, półproduktów sprowadzanych z obcych krajów. To wyraźnie przekłada się na podwyżki kosztów działalności – dodaje mec. Parol.

Na czwartym miejscu listy obaw znalazło się spowolnienie gospodarcze (11%), wcześniej znacznie rzadziej wskazywane (3%). W ocenie prezesa Głowackiego, taka zmiana podejścia jest ewidentnym efektem pandemii. Ekspert przewiduje, że wskazany lęk będzie narastał w gronie początkujących przedsiębiorców. Za kilka miesięcy może nawet stać się największym ze wszystkich ich niepokojów.

– W Polsce na początku roku przedsiębiorcy bali się krótkookresowego zawirowania, które spowoduje zatory płatnicze i ryzyko utraty płynności. Teraz do firm zaczyna docierać, że problemem jest recesja, która może trwać przez wiele kwartałów, a w dodatku być pogłębiona przez kolejny lockdown. Są ciężkie czasy na rynku, więc można spodziewać się długoterminowych problemów z finansami, które trzeba przetrzymać, redukując właśnie koszty – wskazuje prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC.

Natomiast piątą pozycję w rankingu utrzymał brak odpowiednich pracowników. Przy tym nieznacznie wzrósł odsetek przedsiębiorców wskazujących na ten czynnik (9%, poprzednio – 8%). Zdaniem Andrzeja Głowackiego, na początku prowadzenia działalności zatrudniane są raczej osoby z kręgu znajomych lub polecone. Dopiero z czasem, gdy firma się rozrasta, pracodawca zaczyna szukać dodatkowych pracowników. Wówczas może dopiero dostrzec ten problem.

– Przed pandemią presja płacowa była dość wysoka. Wiele przedsiębiorstw narzekało na to, że właśnie brakuje pracowników z kwalifikacjami. Teraz firmy mają mniejsze potrzeby związane z zatrudnieniem, ale jednocześnie zmniejszył się dopływ kandydatów z zewnątrz. Pracowało dużo Ukraińców, również w sektorze MŚP. A oni mogą mieć kłopot, bo doszły utrudnienia w transporcie. Ponadto coraz więcej osób przebywa na kwarantannie. Pojawiają się więc dodatkowe problemy – analizuje prof. Gomułka.

Mniejsze obawy niż wcześniej wzbudza brak zamówień i klientów. Obecnie ten problem zajmuje szóstą pozycję w zestawieniu (8%), a poprzednio miał drugą (11%). Przedsiębiorcy coraz mniej boją się kontroli urzędu skarbowego (4%). Przed pandemią odpowiedź ta widniała na czwartej pozycji (9%).  Według dr. Dudka, odczuwalność tego zagrożenia zmniejszyła się, ponieważ skarbówka ograniczyła działania w tym zakresie, co jest dość zauważalne. Ponadto młode firmy rzadko są kontrolowane. Zazwyczaj dotyczy to dojrzałych przedsiębiorstw.

– Obawy firm radyklanie się zwiększą, jeśli urzędy skarbowe zaczną bardziej agresywnie poszukiwać pieniędzy. To prawdopodobnie jeszcze nie nastąpi w tym roku, bo obecnie mają inne priorytety. Natomiast jestem przekonany, że ten czas nadejdzie. Nie mam też wątpliwości, że część firm może się obawiać kontroli wykorzystania dotychczasowego wsparcia, zwłaszcza w przypadku pomocy, której przyznanie było zależne od złożenia deklaracji nt. sytuacji w firmie – stwierdza prof. Orłowski.

Mniejsze obawy niż wcześniej wzbudza też podnoszenie składek ZUS-owskich (5%, wcześniej – 7%) oraz podatków (3%, poprzednio – 6%). Jak podkreśla główny ekonomista Pracodawców RP, to może wyglądać zaskakująco. Ale firmy, które rozpoczynają działalność, korzystają z różnych zwolnień i preferencji. Dlatego schodzi to na dalszy plan. Z kolei najmniejsze obawy, na poziomie 1%, budzą takie czynniki jak konkurencja, złe decyzje biznesowe, zmiany w przepisach czy biurokracja sprawozdawcza.

– Podatki są obecnie ustabilizowane i generalnie nie ma powodów do obaw, że wzrosną. Z kolei składki ZUS-owskie są niższe na początkowym etapie działalności. Nawet gdyby zostały podniesione, to początkujący przedsiębiorcy i tak nie odczuliby tego zbyt mocno. Natomiast brak obaw co do podejmowania złych decyzji biznesowych wynika z tego, że ankietowani jeszcze nie doświadczyli tego typu problemów. Zapewne w większości są pełni entuzjazmu, bo właśnie zaczynają wprowadzać w życie swoje pomysły. Muszą w nie wierzyć, bo inaczej nie zakładaliby firm – podsumowuje prezes Głowacki.

Badanie zostało wykonane przez UCE RESEARCH na zlecenie Grupy Kapitałowej DGA. Ankieta była prowadzona w I edycji od 6 stycznia do 17 lutego tego roku, natomiast w II – od 21 września do 19 października br. Analizą objęto firmy z sektora MŚP, które powstały maksymalnie do 6 miesięcy wstecz, a także w dniu badania nie zatrudniały więcej niż 10 osób. W I edycji wzięło udział 958 osób, a w II rundzie – 923. Odpowiedzi uzyskano za pomocą wywiadów telefonicznych, wspomaganych metodą komputerową.

Raport: 57 proc. pracodawców i 47 proc. pracowników chce utrzymania pracy zdalnej po zakończeniu pandemii

Najnowszy raport Koalicji Bezpieczni w Pracy „Bezpieczeństwo pracy w Polsce 2020. Wpływ pandemii koronawirusa na polski rynek pracy” podaje, że przed pojawieniem się COVID-19, 16 proc. badanych pracodawców umożliwiało pracownikom pracę zdalną. W czasie pandemii odsetek firm, w których wprowadzono pracę zdalną w badanej grupie, urósł do 95 proc. W tej sytuacji Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej opracowało wstępny projekt zmian w Kodeksie pracy, który zakłada m.in. likwidację przestarzałego modelu telepracy i zastąpienie obecnie szczególnie popularną pracą zdalną. Czy to oznacza, że praca zdalna – w firmach i na stanowiskach, gdzie jest ona możliwa – stanie się podstawową formą świadczenia pracy?

Dla co czwartego pracownika zdalnego najbardziej uciążliwe są nieergonomiczne warunki pracy

Nowelizacja w aktualnej wersji zakłada przeniesienie odpowiedzialności za warunki bhp miejsca pracy z pracodawcy na pracownika, który miałby złożyć oświadczenie, że posiada odpowiednie „warunki lokalowe i techniczne”. Zatrudniony miałby ponosić odpowiedzialność za organizację stanowiska pracy zdalnej, również z uwzględnieniem wymagań ergonomii. – Mimo że ten projekt nowelizacji zakłada zwolnienie pracodawcy z odpowiedzialności w tym zakresie, to mam nadzieję, że działy bhp poszczególnych firm nie zostawią pracowników samym sobie. To, co może w tej sytuacji realnie zrobić pracodawca, to na przykład opracować dokument określający ergonomiczne zasady pracy z propozycjami ich zastosowania w domowych warunkach, udostępnić go pracownikom i regularnie uświadamiać ich co do istoty stosowania się do zaleceń – mówi Bożena Narloch-Witkowska, regionalny specjalista ds. bhp, DHL Parcel Polska, ekspertka Koalicji Bezpieczni w Pracy. W badaniu – które było realizowane jeszcze przed pojawieniem się projektu nowelizacji – w odpowiedzi na pytanie o przygotowanie pracownika do bezpiecznego wykonywania pracy zdalnej, jedynie 14 proc. pracodawców wskazało, że istotne jest zapewnienie ergonomicznych przyrządów do przygotowania miejsca pracy, a 83 proc. za ważne uznało wprowadzenie dodatkowych szkoleń bhp poświęconych pracy zdalnej. Jednocześnie w grupie pracowników 23 proc. respondentów pracujących zdalnie stwierdziła, że najbardziej uciążliwe są dla nich mało komfortowe (nieergonomiczne) warunki przy tego typu organizacji pracy. – Rzeczywistość często wygląda tak, że osoby pracujące z domu spędzają wiele godzin przed ekranem laptopa, niejednokrotnie na kanapie i przy stoliku kawowym. W takich warunkach zachowanie odpowiedniej postawy jest problematyczne i dotkliwe dla pracownika w każdym wieku – tłumaczy Bożena Narloch-Witkowska.

Ponad 40 proc. pracowników zdalnych narzeka na brak bezpośredniego kontaktu z ludźmi

W badaniu „Bezpieczeństwo pracy w Polsce 2020. Wpływ pandemii koronawirusa na polski rynek pracy” pojawiło się pytanie o czynniki, które mogą wpływać na efektywność pracy w czasie pandemii. Najczęściej pracownicy wskazywali – poza obawą przed zakażeniem i koniecznością pracy w maseczce lub przyłbicy ochronnej – stres (36 proc.), atmosferę w pracy (33 proc.) i zachowanie zdrowia psychicznego (32 proc.). – Odpowiedzi, których udzielili pracownicy, jasno wskazują na istotę czynników psychospołecznych oraz ich wpływ na możliwość efektywnego wykonywania pracy. Cztery z pięciu najważniejszych czynników, które wywierają największy negatywny wpływ na efektywność pracy w czasie pandemii, to – jak pokazują wyniki badania – czynniki psychospołeczne. To pokazuje kierunek, w jakim musi się rozwijać współczesne bhp – mówi Elżbieta Rogowska, wiceprezes zarządu ds. operacyjnych PW Krystian, ekspertka Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Pandemia pokazała, że potrafimy zmotywować się do działania i wspierania grup najbardziej narażonych, ale wzmocniła również zachowania mobbingowe i hejtu, które wzmagają się zawsze w obliczu strachu i niepewności. Ten obszar obszernie zbadaliśmy jako Koalicja już w zeszłym roku. Zgodnie z raportem „Bezpieczeństwo Pracy w Polsce 2019”, 85 proc. odczuwa stres w pracy, a 46 proc. skarży się na wykluczenie się strony innych pracowników i dokładnie tyle samo doświadczyło mobbingu w pracy. Istotę czynników psychospołecznych pokazuje również tegoroczny raport. Najbardziej uciążliwe dla pracowników zdalnych nie są trudności ze zmobilizowaniem się do pracy czy skupieniem się (28 proc.) ani brak dostępu do urządzeń biurowych (29 proc.), ale brak bezpośredniego kontaktu z ludźmi, rozmów, spotkań (43 proc.).

Trzech na czterech pracowników pozytywnie ocenia wprowadzenie pracy zdalnej

Jako jedną z głównych uciążliwości w pracy zdalnej pracownicy wskazywali utrudnioną komunikację ze współpracownikami w sprawach służbowych (33 proc.). – Pomimo podejmowania przez zakłady pracy działań mających na celu umożliwienie wykonywania pracy w trybie zdalnym, nadal brakuje w pełni funkcjonalnych narzędzi zapewniających np. bieżący kontakt pracowników w sprawach służbowych. Jest to kierunek do dalszego rozwoju zakładów od strony techniczno-organizacyjnej – mówi Jakub Nowak, gł. specjalista ds. bhp, inspektor ochrony ppoż. w SEKA S.A., ekspert Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Brakuje również wsparcia o charakterze szkoleniowym, jak indywidualnie reagować na zmiany sytuacji w najbliższym otoczeniu, zarządzać czasem pracy, ustalać priorytety zadań itp. Jest to kierunek do dalszego rozwoju profilaktyki zagrożeń psychospołecznych również przy udziale przedstawicieli komórek bhp – dodaje Jakub Nowak. Warto tutaj zwrócić uwagę na rozbieżność opinii pracowników i pracodawców, które wykazał raport Koalicji Bezpieczni w Pracy. I tak na przykład, w kontekście wpływu wdrożonych działań na zabezpieczenie pracowników przed zagrożeniami psychofizycznymi, intensyfikację komunikacji wewnętrznej w firmie pozytywnie oceniło 75 proc. pracodawców i 65 proc. pracowników, a ograniczenie kontaktu między pracownikami pozytywnie oceniło 69 proc. pracodawców i 53 proc. pracowników. Zgoła inaczej prezentują się odpowiedzi na pytanie o ocenę wprowadzenia pracy zdalnej, którą pozytywnie oceniło 67 proc. pracodawców i 75 proc. pracowników. Mimo to firmy częściej niż zatrudnieni deklarują chęć utrzymania pracy zdalnej. Na utrzymanie tego trybu zgadza się 57 proc. pracodawców i 47 proc. pracowników. Jak te oceny przełożą się na organizację pracy nie tylko podczas pandemii, ale już po jej zakończeniu – dowiemy się w kolejnych miesiącach.

Badanie zostało przeprowadzone w daniach 21.07–17.08.2020 r. na zlecenie Koalicji Bezpieczni w Pracy, w skład której wchodzą CWS Polska, PW Krystian, TenCate Protective Fabrics, SEKA S.A., DHL w Polsce, reprezentowany przez dwie dywizje: DHL Parcel i DHL Supply Chain. Cel Koalicji realizowany jest poprzez działalność edukacyjną na temat obowiązujących norm i procedur oraz pokazywanie dobrych praktyk oraz informowanie o korzyściach wynikających z wdrażania wysokich standardów bezpieczeństwa w miejscu pracy.

ŚCIĄGNIJ CAŁY RAPORT: http://bit.ly/Raport_Bezpieczeństwo_pracy_w_Polsce_2020

Światełko w tunelu zgasło. 66 proc. właścicieli restauracji i hoteli obawia się zamknięcia lokali

Subindeks Barometru EFL na IV kwartał br. dla HoReCa (hotele, restauracje, firmy cateringowe) wskazuje, że już we wrześniu br. wielu przedstawicieli tego sektora spodziewało się ograniczeń związanych z pandemią. Wartość wskaźnika wyniosła 42,6 pkt. (spadek o 13,1 pkt. w porównaniu do III kwartału br.) i była najniższa wśród 6 badanych sektorów. Na taki wynik największy wpływ miały prognozy dotyczące sprzedaży – połowa hotelarzy i restauratorów (51 proc.) spodziewa się mniejszej liczby zamówień w ostatnim kwartale tego roku. HoReCa jest również jedyną branżą, w której większość ankietowanych twierdzi, że pandemia koronawirusa spowoduje zamykanie biznesów hotelarskich i gastronomicznych (66 proc.).

Barometr EFL dla branży HoReCa na IV kwartał 2020:

  • Subindeks: 42,6 pkt. (-13,1 pkt. kw./kw.- największy spadek wśród 6 badanych sektorów); najniższy wskaźnik wśród 6 badanych sektorów
  • Inwestycje: 85 proc. przedsiębiorców prognozuje podobny poziom inwestycji co miesiąc wcześniej
  • Sprzedaż: 51,3 proc. przedsiębiorców prognozuje spadek sprzedaży; najwięcej wśród 6 badanych sektorów
  • Płynność finansowa: 40 proc. przedsiębiorców prognozuje pogorszenie płynności finansowej; najwięcej wśród 6 badanych sektorów
  • Finansowanie zewnętrzne: 12,5 proc. przedsiębiorców prognozuje większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne;
  • Wpływ koronawirusa na sytuację firmy: 86,3 proc. przedsiębiorców uważa, że koronawirus będzie mieć niekorzystny wpływ na przyszłą sytuację firmy

– Światełko w tunelu zgasło. W poprzednim pomiarze na III kwartał, czyli po zniesieniu większości obostrzeń, mieliśmy do czynienia z najwyższą wartością branżowego subindeksu dla HoReCa w ciągu roku. Teraz widzimy odwrotny trend. Już pod koniec września, kiedy przeprowadzaliśmy nasz pomiar na ostatni kwartał tego roku, a słupki informujące o kolejnych zakażeniach rosły, przedsiębiorcy nie mieli złudzeń i spodziewali się ponownego zamknięcia lokali gastronomicznych. Stąd przedstawiciele sektora oceniają swoją najbliższą przyszłość najgorzej ze wszystkich sześciu badanych przez nas branż. Na tak chłodne nastroje z pewnością wpłynął jeszcze czynnik kalendarzowy – koniec sezonu wakacyjno-urlopowego. Choć rząd uruchamia tzw. tarczę gastronomiczną, to obawiamy się, że 66 proc. ankietowanych ma rację. Wiele restauracji, kawiarni, barów może nie przetrwać najbliższej zimy i przestanie działać – mówi Radosław Woźniak, prezes EFL.

Drugi raz oko w oko z koronawirusem

Na niższą w porównaniu do poprzedniego pomiaru wartość subindeksu Barometru EFL dla HoReCa na IV kwartał br. (42,6 pkt., -13,1 pkt. kwartał do kwartału) największy wpływ miały prognozy w obszarze sprzedaży. 51 proc. hoteli, restauracji i firm cateringowych prognozuje spadek zamówień w swoich lokalach w ciągu ostatnich trzech miesięcy tego roku. Tylko 12,5 proc. ankietowanych liczy na większą sprzedaż. Jest to wynik odwrotny od tego z czerwca br., kiedy ponad połowa spodziewała się zwiększenia obrotów. Wówczas HoReCa najoptymistyczniej wyobrażała sobie swoją przyszłość, głównie z uwagi na trwający sezon wakacyjno-urlopowy. Pesymistyczne prognozy sprzedażowe nie pozostają bez wpływu na płynność finansową. Jej pogorszenia spodziewa się 4 na 10 przedsiębiorców, również najwięcej wśród 6 badanych sektorów.

Leczenie potrwa kilka lat

HoReCa pozostaje tą gałęzią gospodarki, w której najwięcej przedstawicieli obawia się upadków biznesów. Aż 2 na 3 zapytanych prognozuje, że największym skutkiem gospodarczym pandemii będzie zamknięcie działalności gastronomicznych i hotelarskich. To jest najwyższy odsetek wśród 6 badanych sektorów. Ponadto, w porównaniu do wyników z końca czerwca br., hotelarze i restauratorzy są mniej optymistycznie nastawieni, jeśli chodzi o czas powrotu do koniunktury. Pod koniec czerwca br., 39 proc. zapytanych liczyło na uporanie się ze skutkami kryzysu do końca przyszłego roku, pod koniec września br. – już tylko 27 proc. Więcej respondentów natomiast uważa, że nastąpi to w ciągu najbliższych 2-3 lat (54,5 proc. vs. 35,5 proc. w czerwcu).

O pogorszeniu nastrojów w HoReCa może świadczyć także fakt, że zdecydowanie więcej przedstawicieli tego sektora twierdzi, że kondycja sektora w kontekście trwającej pandemii w ciągu kolejnych 6 miesięcy pogorszy się niż poprawi (55 proc. vs. 18 proc.). Tutaj również grupa pesymistów jest najliczniejsza wśród wszystkich badanych sektorów. W czerwcu br. mieliśmy do czynienia z odwrotnym trendem.

Zastój w inwestycjach gastronomicznych

Również najnowsza analiza Związku Polskiego Leasingu pokazuje, że segmenty, które są mocno uzależnione od bieżącej sytuacji gospodarczej, takie jak gastronomia, odnotowują słabsze wyniki. Z danych ZPL wynika, że biznes gastronomiczny w ciągu pierwszych trzech kwartałów tego roku mniej inwestował. Wartość leasingu sprzętu gastronomicznego od początku stycznia br. do końca września br. wyniosła 172,6 mln zł, o 21 proc. mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W ostatnim kwartale 2020 roku również nie możemy liczyć na odbicie w inwestycjach gastronomicznych. Z Barometru EFL wynika, że zdecydowana większość zapytanych (85 proc.) uważa, że pozostaną one na niezmienionym poziomie.

Wartość głównego indeksu Barometru EFL na IV kwartał 2020 roku wyniosła 48,5 pkt. Osiągnięty poziom jest o 1,7 pkt. niższy niż w III kwartale tego roku.

Biznes wczoraj i dziś. Jak firmy radzą sobie w trudnych czasach pandemii?

Pandemia koronawirusa doprowadziła do wielu zmian w światowej gospodarce. Zamykanie się rynków i wprowadzony „lockdown” przemodelowały łańcuchy dostaw w wielu krajach i skłoniły przedsiębiorstwa do podejmowania nowych decyzji zarządczych. O firmach w nowej rzeczywistości mówi Paulina Błaszczyk, Managing Consultant w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego we wrześniu ogólny klimat koniunktury w przetwórstwie przemysłowym, budownictwie, handlu i usługach utrzymał się na poziomie zbliżonym lub lepszym niż w sierpniu. Choć tylko w przypadku nielicznych działalności był on dodatni (np. finanse i ubezpieczenia), mimo wszystko dowodzi jednak, że firmy próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości.[1]

Recepta na przetrwanie. Kto poradził sobie w trudnych czasach?

W pierwszych tygodniach pandemii przewagę zyskały firmy posiadające lokalnych dostawców – krajowych lub europejskich, co znacznie skracało łańcuch dostaw. W przypadku firm produkcyjnych, często tylko do firm posiadających lokalnych dostawców docierały komponenty produkcyjne zapewniające możliwości dalszej pracy. Dzięki temu przedsiębiorstwa te generowały przychód, który pozwalał im utrzymać płynność finansową i załogę. Duże wzrosty odnotowały firmy oferujące sprzedaż internetową. Na mniejsze straty narażone były także przedsiębiorstwa z branży logistycznej ze względu na konieczność zapewniania dostaw m.in. żywności czy z branży farmaceutycznej, np. producenci materiałów medycznych (maseczki, rękawiczki, środki do dezynfekcji), co wynikało z większego zapotrzebowania na tego typu produkty. Analizując sytuację branży logistycznej trudno nie wspomnieć również o firmach kurierskich, które miały i nadal mają więcej pracy niż przed pandemią. W trakcie wprowadzenia „lockdown” wynikało to bezpośrednio z zamknięcia m.in. centrów handlowych i znacznej migracji zakupów do wspomnianych już sklepów internetowych. Obecnie, mimo otwartych centrów handlowych obserwujemy, że część konsumentów pozostała wierna nowym przyzwyczajeniom i większość zakupów dokonuje w sieci, co bezpośrednio przekłada się na większą liczbę zleceń, które otrzymują firmy kurierskie.

W przypadku stanowisk administracyjnych i biurowych, w nowych czasach dobrze poradziły sobie te organizacje, które wcześniej praktykowały pracę zdalną (tzw. Home Office) i wprowadziły wcześniej elektroniczny obieg dokumentów. To pozwoliło na stosunkowo szybkie dostosowanie się do pracy z domu, bez przerwy w ciągłości pracy. Zauważyliśmy, że we wszystkich wyżej wymienionych obszarach, procesy rekrutacyjne były w większości kontynuowane zgodnie z planem, a w e-commerce zapotrzebowanie na specjalistów wręcz rosło.

W porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku, liczba rekrutacji zmalała w branży automotive. W dużych firmach produkcyjnych zauważyliśmy za to wzmożoną chęć generowania oszczędności. To przekłada się na redukcję ról specjalistycznych i managerskich w droższych regionach świata i przenoszenie ich do Polski. Przewidujemy, że jak tylko firmy produkcyjne wrócą do pełnych mocy produkcyjnych i pozyskają zamówienia zabezpieczające ich w długoterminowej perspektywie, zapotrzebowanie na rekrutacje znacznie wzrośnie. W wielu przypadkach, trendy wzrostowe obserwujemy już teraz. Obecnie, częściej niż przed wybuchem epidemii, udzielamy wsparcia rekrutacyjnego producentom z branży FMCG, opakowań, logistyki kontraktowej, przemysłu ciężkiego czy międzynarodowym sieciom dyskontowym. Zauważalny jest także wzrost zapotrzebowania na kandydatów z obszaru zarządzania magazynami i transportem. W ostatnich tygodniach nasi klienci poszukują osób m.in. na stanowiska: Transport Manager, Global Supply Chain Manager, Group Project Manager, Distribution Centre Manager dla firm z branży opakowań, logistyki kontraktowej i przemysłu ciężkiego – mówi Paulina Błaszczyk, Managing Consultant w Michael Page.

Nowi e-klienci w nowych e-czasach

Jak wynika z globalnego badania KPMG, w ostatnich miesiącach wyłonił się nowy obraz konsumentów, którzy nie tylko ograniczają swoje wydatki, ale też znacznie chętniej korzystają z nowych technologii.[2] To m.in. ich oczekiwaniom będą chciały sprostać firmy rozwijające się w zakresie e-handlu. Mimo trudnych czasów, firmy podejmują decyzje o inwestowaniu w centra dystrybucyjne. Zapotrzebowanie na powierzchnie magazynowe wynika m.in. z chęci przeniesienia części działalności do kanału e-commerce, co przekłada się na rekrutację managerów centrów dystrybucyjnych.

Popyt na logistyków

Zdaniem ekspertki Michael Page, zapotrzebowanie na rekrutacje w obszarze logistyki i łańcucha dostaw jest szczególnie zauważalne w firmach międzynarodowych, gdzie łańcuch dostaw był do tej pory zdecentralizowany (np. każdy zakład produkcyjny w poszczególnym kraju dokonywał zakupów samodzielnie). Obecnie wiele procesów związanych z łańcuchem dostaw jest realizowanych przez kandydatów zrekrutowanych w Polsce. Nasz rodzimy rynek pracy oferuje wykwalifikowaną kadrę managerską i specjalistyczną przy stosunkowo niższych niż w krajach zachodnich kosztach pracowniczych. – Zauważamy, że w ostatnim czasie firmy, poszukując managerów, oczekują od kandydatów przede wszystkim umiejętności zarządzania zespołem w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości, także kryzysowej, czy efektywnego motywowania pracowników. Istotna jest także zdolność do podejmowania decyzji w niepewnych warunkach rynkowych – podkreśla Paulina Błaszczyk i dodaje Oprócz zmian w podejściu do rekrutacji, firmy decydują się także na resourcing dostawców. Poszukują partnerów biznesowych, którzy są bliżej zakładów produkcyjnych. Część przedsiębiorstw unika podejmowana strategicznych decyzji, ponieważ sytuacja wywołana pandemią budzi niepewność i perspektywy na najbliższe miesiące są trudne do przewidzenia – podsumowuje ekspertka.

Umiejętne zarządzanie i szybkie reagowanie stanowi istotny element realizacji procesów. W trudnych czasach firmy muszą przygotować się na wiele wyzwań, a gotowość do wdrażania zmian jest kluczowa w działalności przedsiębiorstwa. W ostatnich dniach, wraz z rozwojem sytuacji epidemiologicznej w Polsce i na świecie, powraca temat związany z utrzymaniem płynności produkcji i ciągłości dostaw. Dotychczasowe doświadczenia firm i pracowników z wiosny br.  z pewnością okażą się pomocne, aby skutecznie zarządzać kolejną zmianą.

[1] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/koniunktura/koniunktura/koniunktura-w-przetworstwie-przemyslowym-budownictwie-handlu-i-uslugach-wrzesien-2020-roku,3,94.html

[2] https://poradnikhandlowca.com.pl/artykuly/raport-kpmg-international-klienci-w-nowej-rzeczywistosci/

Podczas pandemii rośne udział OZE w miksie energetycznym w UE i Polsce

Komisja Europejska podała w sprawozdaniu dotyczącym dwóch kwartałów 2020 roku informację o spadku popytu na energię elektryczną i rosnącym udziale OZE w miksie energetycznym państw członkowskich. Podobny trend widać również na polskim rynku energetycznym. Wg danych PSE w okresie styczeń-wrzesień 2020 r. krajowe zużycie spadło o 3,91% r/r do 120,87 TWh, rosła natomiast produkcja energii z paneli fotowoltaicznych. fot. PSE

Polskie Sieci Elektroenergetyczne podały, że produkcja energii elektrycznej ogółem spadła o 0,29% r/r do 12,44 TWh we wrześniu. W okresie styczeń-wrzesień 2020 r. odnotowano spadek produkcji o 6,55% r/r do 110,59 TWh. We wrześniu 2020 r. procentowy udział w krajowej produkcji energii elektrycznej elektrowni zawodowych na węglu kamiennym wyniósł 48,77%, co oznacza spadek w stosunku do września roku ubiegłego, kiedy to kształtował się on na poziomie 52,04%. Spadki w udziale odnotowały również elektrownie na węgiel brunatny czy elektrownie wiatrowe. Swój udział w miksie energetycznym zwiększyły natomiast elektrownie gazowe, wodne i inne źródła odnawialne, pod którym to pojęciem kryją się głównie producenci energii z paneli fotowoltaicznych. W tym ostatnim przypadku udział zwiększył się z 0,24% we wrześniu 2019 r. do 2,06% we wrześniu 2020 r. Wraca zatem temat  poprawy stabilności systemu elektroenergetycznego.

DSR umożliwia rozwój OZE

Z punktu widzenia rozwoju rynku energetycznego, głównym wyzwaniem dla zwiększania udziału OZE w miksie energetycznym jest kwestia stabilności systemu. Elektrownie te bowiem zależą przede wszystkim od czynników zewnętrznych, tj. pogody i w zależności od rodzaju wytwarzają energię wtedy, kiedy wieje wiatr (elektrownie wiatrowe) czy świeci słońce (panele fotowoltaiczne). Kwestią problematyczną jest również efektywne magazynowanie dużej ilości takiej energii. Z drugiej strony elektrownie węglowe mają ograniczoną elastyczność –  ich wyłączanie np. na noc kiedy jest niski popyt i duża produkcja z wiatru jest często nieopłacalne ze względu na wysokie koszty ich rozruchu i muszą utrzymywać dosyć wysoka moc minimalną w nocy, aby dostarczyć niezbędnych mocy w ciągu dnia. Stąd wraz ze wzrostem udziału OZE w miksie energetycznym rośnie rola narzędzi stabilizacji systemu elektroenergetycznego. Jednym z takich narzędzi pozwalających uzyskać większą elastyczność jest Demand Side Response, czyli tzw. redukcja zapotrzebowania na energię elektryczną na żądanie.

Według definicji Polskich Sieci Energetycznych usługa DSR to dobrowolne i czasowe obniżenie przez odbiorców zużycia energii elektrycznej lub przesunięcie w czasie jej poboru na polecenie PSE w zamian za oczekiwane wynagrodzenie. W sytuacji, kiedy poziom koniecznych dla bezpieczeństwa systemu rezerw mocy zależy od zewnętrznych i nie do końca przewidywalnych czynników, gotowość do obniżenia poboru energii ze strony dużych, przemysłowych odbiorców, pozwala optymalizować potencjał wytwórczy oraz podnieść bezpieczeństwo dostaw tam, gdzie jest ono absolutnie konieczne. Z drugiej strony, wykorzystanie potencjału DSR nie tylko obniży koszty utrzymywania rezerw mocy w systemie elektroenergetycznym, ale także pozwoli przyłączyć więcej coraz tańszych źródeł odnawialnych i znacząco ograniczyć szkodliwe emisje.

Coraz większy udział OZE w miksie energetycznym pokazuje, jak istotną rolę odgrywa rozwój programów Demand Side Response stabilizujących system elektroenergetyczny. Aby zachęcić odbiorców energii do udziału w programach DSR, rynek mocy oferuje istotne zachęty finansowe dla tych, którzy zgłoszą swoją gotowość do redukcji poboru energii przy krytycznym poziomie rezerw mocy. Wynoszą one nawet 200 000 złotych rocznie za 1 MW – przekonuje Jacek Misiejuk, dyrektor zarządzający agregatora DSR, firmy Enel X.

Poprawa elastyczności rynku energii to strategia win-win

DSR to nowoczesne rozwiązanie, dobrze znane w Stanach Zjednoczonych i niektórych krajach Europy Zachodniej. Pozwala na optymalne wykorzystanie zasobów produkcji energii już istniejących źródeł w celu poprawy bezpieczeństwa systemu, co jest szczególnie ważne dla operatora PSE i za co ów operator gotów jest odbiorcom zapłacić. Z kolei odbiorcy mają szansę na otrzymanie dodatkowego wynagrodzenia, co w czasach rosnących cen energii i spowolnieniami produkcji związanymi z pandemią nie jest bez znaczenia.

Demand Side Response pomaga również stabilizować sieć w obliczu zmian klimatycznych, które coraz częściej przejawiają się jako gwałtowne warunki pogodowe takie jak huragany, skrajne temperatury wpływające na popyt na energię i susze obniżające poziom wód wykorzystywanych do chłodzenia w elektrowniach węglowych. Zmiany te mają wpływ również możliwości produkcyjne elektrowni wiatrowych i fotowoltaicznych.

W ramach DSR na rynku mocy mogą wziąć udział przedsiębiorstwa z niemal każdej branży. Programy są przeznaczone zarówno dla dużych konsumentów energii takich jak cementownie, huty czy zakłady chemiczne, jak i mniejszych. Przykładami mniejszych obiektów przemysłowych lub innego typu odbiorców, którzy mogą skorzystać z tych programów, są zakłady zajmujące się przetwarzaniem żywności, chłodnie, duże hotele, przedsiębiorstwa wodociągowo-kanalizacyjne, centra danych czy też przedsiębiorstwa zajmujące się produkcją opakowań czy recyklingiem. – Uczestnictwo w programach DSR może firmom przynieść jedynie korzyść. Zgodnie z zasadami świadczenia usług DSR za pośrednictwem agregatora, to on bierze na siebie ryzyko związane z realizacją wezwania do redukcji, także odbiorca nie jest narażony na ryzyko kar. Obecne prognozy dotyczące przewidywanych poziomów rezerw mocy wskazują, że wezwania do redukcji poboru energii w ramach rynku mocy mogą być bardzo rzadkie, także nie powinny wpływać negatywnie na podstawową działalność klientów. Dodatkowo, klienci posiadający możliwość częstych przywołań będą mogli w przyszłości dodatkowo zarabiać w ramach szybkich programów DSR – mówi Jacek Misiejuk.

Ultima Ratio: w czasie pandemii średnia wartość przedmiotu sporu wzrosła o 1000% do 103 tys. zł.

W ostatnim czasie wzrosła liczba spraw rozpatrywanych przez Ultima Ratio, Pierwszy Elektroniczny Sąd Polubowny przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP. Wyraźnie, bo aż o 1000% – z 11 do 103 tysięcy złotych – wzrosła również średnia wartość przedmiotu sporu. Twórcy Ultima Ratio zaznaczają, że to efekt pandemii i związanych z nią wydłużających się kolejek w sądach powszechnych. Jak podkreślają pełnomocnicy korzystający z Ultima Ratio w imieniu swoich klientów, w dzisiejszych czasach sąd polubowny online, taki jak Ultima Ratio, to szybki i wygodny sposób na dochodzenie swoich praw.

E-sąd Ultima Ratio rozpatruje coraz więcej spraw. Wśród nich są nie tylko te o średniej wartości przedmiotu sporu, lecz także duże sprawy, o odszkodowania czy należności w kwocie 50, a nawet 300 tysięcy złotych. Średnia wartość przedmiotu sporów rozpatrywanych przez Ultima Ratio wzrosła w ostatnim czasie o 1000 procent i wynosi teraz 103 tysiące złotych. Cały czas rośnie też liczba zapisów na sąd polubowny Ultima Ratio w umowach, a także liczba adwokatów i radców prawnych, którzy swoim klientom podsuwają e-arbitraż jako szybką i pewną alternatywę dla sądów powszechnych. Jak podkreślają Ci ostatni, sądy online, takie jak Ultima Ratio, to przyszłość wymiaru sprawiedliwości.

–  Jestem pozytywnie zaskoczony tym, w jak sprawny sposób można rozstrzygać sprawy online, nawet te skomplikowane. Przeniesienie większości czynności prawnych online, a przede wszystkim zdigitalizowanie komunikacji między stronami, to według mnie kierunek w jakim powinny iść polskie sądy powszechne, których bolączką jest właśnie obieg papierowej korespondencji – krążące listy polecone i kolejne terminy na zapoznanie się sądu czy strony z danym pismem i odpowiedźzaznacza mecenas Sławomir Śliwowski.Prowadząc sprawę przed Ultima Ratio mogłem niemal od razu uzupełniać jakiekolwiek braki formalne w złożonych dokumentach, czy w godzinę od złożenia pisma przez stronę przeciwną wnieść replikę na to pismo – powiadomienia SMS i mail okazały się bardzo przydatne i znacznie ułatwiły komunikację chociażby z arbitrami. Było to niesamowicie wygodne i sprawiło, że sprawę udało się rozstrzygnąć nieporównywalnie szybciej, niż gdyby została oddana do sądu powszechnegowylicza Śliwowski.

Mecenas Sławomir Śliwowski prowadził przed Ultima Ratio dwie sprawy, w których wartość sporu wynosiła odpowiednio 50 tysięcy i 97 tysięcy złotych. Sprawy dotyczyły uzyskania odszkodowania za nienależyte prowadzenie ksiąg rachunkowych oraz podważenia klauzuli arbitrażowej. Wyroki zapadły w trzy tygodnie od złożenia pozwów.

W chwili obecnej, gdy kolejki w sądach są jeszcze dłuższe niż zwykle, a na wyrok czeka się nawet trzy lata, e-sądy to atrakcyjna alternatywa. Zamiast kilkudziesięciu miesięcy, na wyrok czeka się jedynie kilka tygodni, a to niezmiernie ważne w dzisiejszych, covidowych, czasach. Trzeba bowiem pamiętać, że uzyskać wyrok to jedno, ale ściągnąć go to zupełnie inna sprawa – im szybciej uda się uzyskać wyrok z klauzulą wykonalności tym szybciej odzyskamy należność bądź odszkodowanie – zaznacza mecenas Gabriel Jankowski.Moją współpracę z Ultima Ratio oceniam bardzo pozytywnie i w przyszłości na pewno będę dążył do tego, by dalej korzystać z możliwości jakie daje e-sąd. Sprawny przebieg sprawy oraz szybkość postępowania to zalety, które powinny przekonać moich klientów, do tej pory w większości niechętnych e-sądom polubownym, do korzystania z takiej formy rozwiązywania sporówdodaje Jankowski.

Mecenas Gabriel Jankowski reprezentował przed Ultima Ratio klienta domagającego się zwrotu zaległej zapłaty za sprzedaż produktów elektrycznych – w tym przypadku wartość przedmiotu sporu wynosiła ponad 300 tysięcy złotych. Sprawę rozstrzygnięto w mniej niż trzy tygodnie od złożenia pozwu, a wyrok obecnie oczekuje na nadanie mu klauzuli wykonalności przez sąd apelacyjny.

Jak podkreślają eksperci, niewielka popularność sądów arbitrażowych, wynikała do tej pory głównie z braku wiedzy na temat tej formy rozwiązywania sporów. Przyjście pandemii oraz tymczasowy lockdown sądów skutkujący wydłużeniem się kolejek na rodzimej wokandzie, sprawił, że do e-sądów takich jak Ultima Ratio, zaczęło napływać coraz więcej spraw.

Od początku pandemii widzimy wzmożone zainteresowanie e-arbitrażem. Rozpatrujemy coraz więcej spraw, a liczba zapisów na Ultima Ratio umieszczanych w umowach między kontrahentami systematycznie rośnie. Co warte podkreślenia, nasi arbitrzy coraz częściej rozpatrują sprawy coraz bardziej skomplikowane, gdzie wartość przedmiotu sporu liczona jest nawet w setkach tysięcy złotychpodkreśla Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio. – Pandemia sprawiła, że przedsiębiorcy, a nawet prawnicy, przeszli, można by rzec, z konieczności, przyspieszoną lekcję dotyczącą e-arbitrażu i zalet jakie niesie złożenie sprawy do sądu arbitrażowego. To cieszy. Alternatywne formy rozwiązywania sporów – nie tylko nieporównywalnie szybsze, lecz także znacznie bardziej wygodne w obecnych czasach niż sądy powszechne – zyskują na popularności i powoli zmieniają krajobraz polskiego wymiaru sprawiedliwościdodaje Szczepanek.

Arbitraż to sąd prywatny, który zgodnie z prawem i wolą stron zastępuje sąd państwowy. Jest tańszy niż tradycyjne formy rozwiązywania sporów, a dodatkowo mniej sformalizowany więc znacznie szybszy. Ultima Ratio podaje na swojej stronie internetowej aktualny, średni czas trwania postępowania arbitrażowego i na dzień dzisiejszy wynosi on zaledwie 17 dni. Koszty postępowania są zaś, według wyliczeń e-sądu – nawet o 70% niższe niż koszty postępowania prowadzonego przed sądem powszechnym. Dzięki e-arbitrażowi rozwiązywanie sporów można przenieść do świata wirtualnego, co jest szczególnie istotne obecnie, w dobie pandemii, gdy priorytetem jest ograniczanie interakcji z innymi. Ultima Ratio rozpatruje sprawy wyłącznie przez internet. Wszystkie czynności od złożenia pozwu, przez przedstawienie materiału dowodowego, po wydanie wyroku wykonywane są za pośrednictwem specjalnej platformy cyfrowej, której zabezpieczenia są porównywalne do tych, stosowanych w systemach bankowości elektronicznej.

Zapotrzebowanie na specjalistów od elektromobilności wzrosło o 200%

Na przestrzeni ostatnich dwóch lat zapotrzebowanie na specjalistów z zakresu elektromobilności wzrosło o ponad 200% i wciąż będzie rosło – wynika z analiz ekspertów firmy Bergman Engineering. Problem w tym, że takich inżynierów jest na polskim rynku jak na lekarstwo.

W pierwszym kwartale 2020 roku w Polsce zarejestrowanych zostało 587 samochodów elektrycznych i 691 hybryd – donosi na podstawie statystyk Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA) portal elektrowoz.pl. W porównaniu z wynikami Niemiec (26 030) czy Francji (25 960) to mały promil. Już nawet nie ma sensu wspominać o obiecanym przez premiera Morawieckiego 1 milionie elektrycznych aut na polskich drogach do 2025 roku (według danych Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych z końca marca 2020 było ich 10 701). Niewielka wciąż konsumpcja, w stosunku do aut benzynowych i coraz mocniej krytykowanych diesli, to nie jedyny problem.

Mimo wielkich aspiracji i zapędów, by na europejskiej autostradzie przeskoczyć na szybszy pas, pod względem rozwoju przemysłu e-mobility wciąż jesteśmy daleko w tyle. Nawet gdyby na takie inwestycje znalazły się odpowiednie środki i dobrze przygotowane projekty, to i tak zabraknie rąk do pracy. Jak mówi Tomasz Szpikowski, prezes Bergman Engineering, popyt na usługi inżynierów z tego sektora na przestrzeni ostatnich dwóch lat wzrósł o 200%. – Jest to dynamicznie rozwijający się sektor, generujący bardzo dużo miejsc pracy w ramach jednego przedsiębiorstwa. Potwierdzają to nasze wewnętrze analizy z okresu ostatnich dwóch lat, przeprowadzone na grupie firm poszukujących specjalistów od elektromobilności. Gdy rekrutacja otwiera się, takie przedsiębiorstwo zatrudnia od przynajmniej kilkunastu do kilkudziesięciu pracowników – inżynierów i specjalistów, odpowiadających za wszystkie procesy związane z elektromobilnością – mówi Tomasz Szpikowski.

Najbardziej pożądani specjaliści w branży electromobility

O ile z problemem dostępu do wykwalifikowanej kadry walczą wszystkie sektory, w których kluczową rolę odgrywają doświadczeni specjaliści, jak np. branża IT, o tyle w przypadku e-mobility sytuacja jest specyficzna.

W sektorze IT jest tak naprawdę znacznie łatwiej, bo istnieje bardzo duża konkurencyjność na rynku. Są setki firm, wciąż powstają nowe, a to rodzi podaż i popyt na usługi pracowników. Na rynku e-mobility takiej konkurencyjności nie ma, albo jest znikoma. Inżynierów czy techników mających doświadczenie w testowaniu lub montażu baterii elektrycznych jest niewielu. Dla każdej nowej inwestycji będzie to spory problem – komentuje Tomasz Szpikowski.

Z obserwacji Bergman Engineering wynika, że obecnie największym problemem jest znalezienie specjalistów z doświadczeniem w testowaniu urządzeń elektrycznych (inżynierowie testów odpowiadający za testy końcowe baterii elektrycznych – modułów i ogniw akumulatora samochodu elektrycznego). Mało dostępni na rynku są także specjaliści z obszaru elektryki i elektrotechniki.

Poza tym firmy poszukują techników ds. baterii, którzy są odpowiedzialni za analizę baterii w trakcie procesu montażu, analizują awarie i wprowadzają działania zapobiegawcze powstawaniu tych awarii. Istotną rolę w samym procesie produkcji baterii elektrycznych mają także technicy/inżynierowie ds. jakości baterii, którzy przygotowują baterie do testów oraz wykonują testy i audyty baterii. Poza tym poszukiwani są ludzie na stanowiska stricte produkcyjne związane z samym montażem baterii elektrycznej.

Obserwujemy rozwój rynku electromobility nie tylko w kierunkach typowo produkcyjnych. Na znaczeniu zyskują również specjaliści zajmujący się systemami do rozliczeń usług ładowania samochodów czy rezerwacji miejsc na stacjach ładowania. Tym tematem są już zainteresowane duże koncerny i przedsiębiorstwa energetyczne. Niestety w Polsce ten sektor jeszcze raczkuje, ale docelowo na pewno będą potrzebni zarówno tacy specjaliści, jak i serwisanci baterii elektrycznych – dodaje Tomasz Szpikowski.

Zajrzyjmy do portfeli specjalistów od elektromobilności. Ile można zarobić?

Przeciętna pensja inżyniera testu z 3-letnim doświadczeniem zawodowym waha się w zależności od lokalizacji miejsca pracy, znajomości języków obcych i złożoności przeprowadzanych testów, od 7 do 9 tys. zł brutto. Jednakże oczekiwania finansowe kandydatów przy zmianie pracy są wyższe i wynoszą ok. 10 tys. zł brutto.tabelka

Popłyniemy z prądem? Wola rządu jest

Do planów i projektów można dodać jeszcze jeden, pozytywny aspekt. W drugiej połowie września Ministerstwo Klimatu poinformowało, że zgłosiło wolę przystąpienia Polski do Electric Vehicles Initiative. Do EVI należą obecnie: Chile, Chiny, Finlandia, Francja, Kanada, Indie, Japonia, Meksyk, Niderlandy, Niemcy, Norwegia, Stany Zjednoczone, Szwecja oraz Wielka Brytania. Celem tej organizacji jest zaś popularyzacja i przyspieszenie rozwoju elektryfikacji transportu na całym świecie. A zatem wola już jest. Czy wystarczy zapału do realizacji?

Oprac. Bergman Engineering

Pandemia wymusza biznesowe oszczędności – wydatki tnie już 2/3 firm

W dobie Covid-19 66% firm musiało ograniczyć lub odłożyć swoje wydatki bądź plany. W ramach tych decyzji prawie 27% wstrzymało się z zatrudnianiem nowych pracowników. W blisko co piątej firmie rezygnowano z inwestycji w innowacje. Podobny odsetek oszczędności szukał w zawieszeniu wydatków na szkolenia oraz na reklamę i marketing. Jednak mimo trudnej sytuacji prawie co trzeci przedsiębiorca w czasie pandemii był w stanie zaoferować pomoc innym – najczęściej w formie wsparcia merytorycznego i biznesowego, wskazuje Krajowy Rejestr Długów na podstawie badania „Jak pandemia zmieniła biznes”.

Co drugi przedsiębiorca ocenia, że pojawienie się Covid-19 spowodowało pogorszenie się stabilności finansowej firmy, w tym u 16% sytuacja jest zdecydowanie gorsza niż przed pandemią. Brak zmian w tym względzie deklaruje natomiast 37% firm, dla pozostałych 13% sytuacja finansowa uległa poprawie.

Firmy zaciskają pasa

Wśród najczęściej odkładanych lub zarzucanych z powodu pandemii planów lub wydatków przedstawiciele MŚP najczęściej wymieniali zwiększanie zatrudnienia (27%), nakłady na szkolenia (20%), reklamę i marketing (18%) oraz inwestycje w innowacje (18%). – Sytuacja epidemiologiczna i niepewność co do przyszłości wymusza przewartościowanie strategii przedsiębiorstw i przede wszystkim zmiany w ich budżetach oraz planach. Część cięć wydatków ma charakter doraźny i w przypadku poprawy sytuacji szybko będzie można nadrobić zaległości – np. uruchomić rekrutację czy zakupić nowy sprzęt. Jednak są sfery, w których ciągłość inwestycji i nakładów jest bardzo ważna. Mowa tu o innowacjach. Pozwalają bowiem utrzymać konkurencyjność na rynku, a w dobie pandemii mogą pomóc utrzymać firmę, która bez zmiany profilu działalności i związanych z tym innowacji po prostu nie przetrwa. Dodatkowo, brak pieniędzy na innowacje w dłuższej perspektywie może oznaczać poważne spowolnienie tempa rozwoju polskich przedsiębiorstw, już i tak przyhamowanego pandemią, co będzie odczuwalne także po zakończeniu się kryzysu epidemiologicznego – komentuje Adam Łącki, prezes zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Duże cięcia w szkoleniach i marketingu

Cięcia wydatków w firmach to także złe wieści dla branży szkoleniowej oraz reklamowej i marketingowej. Zrezygnowało lub odłożyło w czasie skorzystanie z ich usług odpowiednio 20% i 18% badanych MŚP. Negatywny wpływ pandemii na ten sektor widoczny jest także w danych dotyczących zadłużenia. Jak pokazują dane Krajowego Rejestru Długów, od lutego do końca października 2020 r. znacznie wzrosło zadłużenie tych branż. Szczególnie mocno pandemię odczuły marketing i reklama, których długi wzrosły o niemal jedną trzecią, z 76,7 mln zł w lutym do 105,5 mln zł obecnie. W poprzednich latach sektor znacznie lepiej radził sobie ze spłatami zobowiązań, a jego łączny dług oscylował wokół 70 mln zł. Skok zadłużenia jest też widoczny w szkoleniach, których długi zazwyczaj zaczynały szybciej rosnąć jesienią. W tym roku spory wzrost widać już od początku pandemii – od lutego do września br. firmom szkoleniowym przybyło 5,9 mln zł do spłaty, a ich łączny dług wynosi obecnie 22,4 mln zł, wskazuje Krajowy Rejestr Długów.

Branża szkoleniowa już pierwszego dnia izolacji społecznej niemal przestała istnieć. Wiele firm zablokowało budżety związane z kształceniem pracowników. Był to element polityki redukcji wydatków, ale i w wielu przypadkach ratowanie cash flow firmy. Niestety zdarzały się też często sytuacje, że firmy nie otrzymywały wynagrodzenia za zrealizowane szkolenia. Liczba dni spóźnienia płatności w branży znacząco wzrosła. Dla branży to oznaczało ogromne zmiany. Dzisiaj już mało kto realizuje szkolenia bez wcześniejszego pobrania przynajmniej części opłaty – mówi Marcin Banaszkiewicz, Trener LinkedIn, CEO My Logo.

Kryzys to najgorszy moment na oszczędności w szkoleniach i reklamie. To jest tak, jak z kupowaniem akcji. Zyskują na tym ci, którzy kupują, kiedy inni w panice sprzedają. Kto ma wiedzę, pomysł na biznes i umie się wypromować nawet w trudnych czasach znajdzie klientów. Gdy inni stoją w miejscu lub się wycofują, lepiej ruszyć do przodu – komentuje Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy. Wtóruje mu Marcin Banaszkiewicz wskazując, że jak pokazuje historia kryzysu 2008 roku, to właśnie firmy inwestujące w marketing i szkolenia w trakcie kryzysu, najszybciej odbudowały się zaraz po nim i osiągały lepsze wyniki niż zakładały to prognozy.

Ograniczanie zakupów

Strategią wielu przedsiębiorstw jest także ograniczenie wydatków na wyposażenie. 13% zawiesiło lub wstrzymało zakup towarów dla swojej firmy, 12% zrezygnowało z zakupu sprzętu elektronicznego, niewiele mniej (11%) z nabycia auta, a 7% ogranicza wydatki na podstawowe materiały biurowe.

Pandemia spowodowała także, że blisko co dziesiąta firma (9%) przełożyła lub zarzuciła plany rozszerzenia swojej działalności, np. otwarcia nowych filii czy przejęcia innych podmiotów.

Pomoc w trudnych czasach

Pandemia okazała się testem nie tylko kondycji i zarządzania w firmie, ale i życzliwości wobec kontrahentów, partnerów biznesowych czy innych współpracujących podmiotów. Okazuje się, że spora, bo już 38% grupa przedsiębiorców z sektora MŚP znalazła środki i siłę, aby w czasie pandemii pomóc innym. Pomoc najczęściej miała formę wsparcia merytorycznego (26%). W dalszej kolejności firmy oferowały przysługi biznesowe (15%) i finansowe (11%). Zdarzały się także przypadki (4%) zaangażowania w fizyczne wsparcie, np. w formie wolontariatu.

Metodologia: Badanie „Jak pandemia wpłynęła na biznes” zostało przeprowadzone na zlecenie Krajowego Rejestru Długów przez Mands Badania Rynku i Opinii na próbie 300 przedstawicieli firm z sektora MŚP metodą CAWI/CATI.

W części zadawanych pytań respondenci mogli wskazywać więcej kilka odpowiedzi, stąd wyniki nie sumują się do 100%.

Czekając na wyniki wyborów

Przed nocą wyborczą w USA rynek FX zachowuje spokój, ale na rynku akcji przeważają wzrosty, gdyż październikowa przecena stworzyła okazje w przecenionych walorach. Poza tym tylko kontestowany wynik wyborów jest negatywny dla rynku akcji, ale odrobina niepewności zapewne pozostanie przynajmniej do środy rano.

Ważniejsze od tego, kto wygra wybory prezydenckie w USA, jest to, czy wynik otrzymamy już jutro rano, czy czeka nas kilka dni dodatkowej nerwówki. Największym ryzykiem teraz jest scenariusz, w którym różnica w częściowych wynikach (tj. przy opóźniającym się uwzględnianiu głosów przesłanych pocztą) będzie na tyle nieduża, że uzasadnia wnioski o ponowne przeliczenie głosów lub stanie się pretekstem do podważania wiarygodności procesu wyborczego. Cokolwiek będzie przemawiać za podtrzymaniem niepewności, będzie paliwem dla redukcji ryzyka. Na plus można odnotować, że po zeszłotygodniowym zjeździe indeksów wyceny nie są tak napompowane, aby spirala ucieczki od ryzyka rozwijała się za szybko. Można tu podziękować amerykańskim politykom, którzy podtrzymali spór nad pakietem fiskalnym, co skutecznie wywiało optymizm z rynków. Dziękowanie drugiej fali pandemii za cokolwiek wydaje się jednak nie na miejscu.

Odwracając sytuację, dokonane tąpnięcie indeksów upraszcza reakcję w sytuacji ogłoszenia wygranej przez Bidena lub Trumpa. Sądzę, że wstępny rajd ulgi z zakończenia okresu niepewności będzie miał dominujące znaczenie. Niezależnie, kto przez kolejne 4 lata będzie urzędował w Białym Domu, każda administracja będzie miała na względzie wsparcie gospodarki w czasie pandemii. Im szybciej zakończymy wyborczą niepewność, tym szybciej politycy przejdą do prac nad pakietem fiskalnym. Jednak kombinacja prezydent + większość w Senacie ma znaczenie dla siły rajdu. Tzw. „błękitna fala”, tj. zwycięstwo Bidena i kontrola Senatu przez Demokratów, zaoferuje najwięcej, nawet jeśli długofalowo Wall Street będzie musiało zmierzyć się z perspektywą podwyżki podatków dla firm przewidzianej w programie wyborczym Bidena. Najmniej optymistycznie zapowiada się wygrana Bidena z utrzymaniem większości Republikanów w Senacie, gdyż wstępny rajd ulgi szybko będzie przykryty rozczarowaniem w związku z perspektywą skromniejszego pakietu fiskalnego (lub przeciągającego się sporu politycznego). Apetyt na ryzyko może szybko przygasnąć, oddając wodze innym czynnikom ryzyka (np. druga fala pandemii).
Z perspektywy USD „błękitna fala” oznacza większe wydatki publiczne, gdyż podwyżki podatków dla firm mają kompensować obniżki obciążeń dla mniej zarabiających. Razem ze wzmocnieniem trybu risk-on USD w tym scenariuszu będzie tracił względem walut ryzykownych, ale też EUR i GBP. Biden plus republikański Senat skróci okres apetytu na ryzyko. USD wstępnie zaliczy dołek, ale finalnie powinien być mocniejszy. Status quo oznacza utrzymanie dotychczasowego kursu, a z perspektywy USD przede wszystkim usunięcie negatywnej premii za ryzyko z ostatnich tygodni. Dolar pozostanie mocny tam, gdzie nie będzie się mierzył z wzrostem apetytu na ryzyko (np. na USD/JPY, USD/CHF). Jeśli wynik wyborów będzie się opóźniał, awersja do ryzyka wypchnie kapitał w stronę bezpiecznych przystani, przy czym status USD będzie kwestionowany, a więcej wygra JPY.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Warszawa – miasto rozwija logistykę ostatniej mili

Warszawski rynek magazynowy bardzo zmienił się w ostatnich 10 latach. Zaobserwowaliśmy bardzo silny trend wypierania obiektów o charakterze magazynowym i produkcyjnym poza centrum miasta, a w ostatnich latach już poza granicami Warszawy. Postindustrialne tereny Woli, czy Pragi Południe szybko zamieniane były na budynki biurowe i osiedla mieszkaniowe, co istotnie zmieniało charakter tych dzielnic. Jednak mimo tych zmian Warszawa pozostaje jednym z najstarszych i najbardziej dojrzałych rynków magazynowych w Polsce, a do tego oferuje różne opcje dostępnych powierzchni i lokalizacji. Jak zmienia się sektor magazynowy w stolicy zbadali eksperci AXI IMMO.

Na koniec I połowy roku całkowite zasoby magazynowe w Warszawie wyniosły blisko 665 000 mkw., co stanowi wzrost o 7% rok do roku. Firmy poszukujące powierzchni do wynajęcia najczęściej decydują się na obiekty lub hale magazynowe położone blisko dróg wyjazdowych z miasta, wybierają lokalizacje głównie na terenie Okęcia, Żerania oraz Targówka Przemysłowego. Nieco mniejsza baza logistyczna znajduje się w Ursusie i na Ursynowie w pobliżu lotniska. Ze względu na wysokie koszty zakupu gruntów w Warszawie w pierwszych sześciu miesiącach 2020 roku nowa podaż wyniosła zaledwie 9 000 mkw., ale w budowie było 71 000 mkw., z których ponad 1/3 to inwestycje spekulacyjne. Najwięcej tych powierzchni powstawało i powstaje w rejonie Okęcia, Ursynowa, Annopola i Targówka.

„Warszawski rynek magazynowy skoncentrowany w mieście musiał zmierzyć się ze zmieniającymi się trendami. Z jednej strony z relokacją obszarów magazynowych poza strefy centralne miasta, z drugiej ze zwiększonym zapotrzebowaniem wykazywanym przez firmy obsługujące branżę e-commerce i takie, które potrzebują lokalizacji w mieście, blisko konsumenta. Dostosowanie się do nowych warunków wymusiło na deweloperach zmianę dotychczasowej polityki w zakresie dostarczanej powierzchni i coraz częściej poszukiwanie inwestycji typu „brownfiled”, czyli już zabudowanych. Zmiany w trendach zakupowych spowodowały, że miejskimi magazynami zaczęły się interesować nie tylko mniejsze podmioty, ale duże firmy logistyczne i dystrybucyjne. W ten sposób Warszawa jako najstarszy i najbardziej dojrzały rynek jako pierwsza stała się miejscem budowy magazynów niezbędnych do obsługi tzw. ostatniej mili” – komentuje Anna Peczela, Senior Industrial & Logistc Consultant w AXI IMMO.

„Warszawa posiada największe zaplecze komunikacyjne spośród wszystkich rynków magazynowych w Polsce. Miasto od lat korzysta z doskonałej sieci dróg i autostrad, połączeń kolejowych czy terminalu cargo na Lotnisku Chopina. Na korzyść lokalizacji wpływa również fakt bardzo rozbudowanych logistycznie przedmieść, które z powodzeniem przejmują część silnego popytu na powierzchnie magazynowe, a także bardzo dużej kadry wykwalifikowanych pracowników” – dodaje Anna Peczela z AXI IMMO.

W pierwszych sześciu miesiącach 2020 roku na miejskim rynku magazynowym w Warszawie popyt brutto wyniósł 87 000 mkw., a jedną z większych transakcji było podpisanie umowy najmu  21 000 mkw. powierzchni przez firmę z sektora Data Center. To pokazuje, że w halach mogą być przechowywane nie tylko towary, ale również dane zamieszczane na serwerach, które potrzebują specjalistycznej powierzchni magazynowej. W strukturze popytu poza sektorem Data Center, aktywni byli najemcy logistyczni, firmy kurierskie, sklepy internetowe i branża FMCG. Silny popyt generowany ze strony najemców wraz z ograniczoną nową podażą powodują, że współczynnik pustostanów spadł z 8,6% na koniec I kw. 2020 roku do 6% na koniec czerwca 2020 roku. Stawki czynszów w tym okresie utrzymywały się na poziomie 4,80-5,25 EUR/mkw., czyli podobnie, jak w poprzednich kwartałach 2019 r.

„W ciągu ostatnich lat obserwowaliśmy dynamiczny rozwój zarówno dużych centrów logistycznych położonych ok. 30-40 km od centrum Warszawy przeznaczonych pod obsługę sektora e-commerce, jak również widoczne było większe zapotrzebowanie na mniejsze magazyny znajdujące się  w odległości 10-15 km od centrum i i obiekty typu Small Business Units położone w obrębie miasta. I to właśnie dzięki tym ostatnim Warszawa z powodzeniem realizuje strategię modelu tzw. logistyki ostatniej mili, w której wykorzystywane są magazyny położone w graniach administracyjnych miasta, pozwalające na zorganizowanie w jednym miejscu dystrybucji, części wystawienniczej i reprezentacyjnej siedziby firmy” – podsumowuje Anna Peczela z AXI IMMO.  

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju rozstrzygnęło trzeci konkurs TECHMATSTRATEG

Ponad 168 mln zł na wsparcie innowacyjnych projektów z zakresu technologii materiałowych trafi do konsorcjów polskich przedsiębiorstw i jednostek naukowych. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju rozstrzygnęło trzeci konkurs TECHMATSTRATEG.

Zakończyła się ocena wniosków w ogłoszonym w listopadzie ub.r. kolejnym konkursie zorganizowanym w ramach Strategicznego programu badań naukowych i prac rozwojowych ,,Nowoczesne technologie materiałowe” – TECHMATSTRATEG. W jej wyniku do dofinansowania zostało wybranych trzynaście projektów na łączną kwotę 168,6 mln zł.

TECHMATSTRATEG III to konkurs na projekty obejmujące innowacje w zakresie technologii materiałów konstrukcyjnych, materiałów fotonicznych i nanoelektronicznych, materiałów funkcjonalnych i materiałów o projektowanych właściwościach, a także materiałów dla magazynowania i przesyłu energii.

– Jestem przekonany, że współpraca naszych naukowców i przedsiębiorców, którzy przygotowują się do realizacji kolejnej puli bardzo wymagających projektów w dziedzinie technologii materiałowych, zaowocuje transferem wyników prac do gospodarki w postaci nowych materiałów oraz produktów powstałych na ich bazie. Właśnie ten praktyczny aspekt konkursu ma wielką siłę przyciągania nowatorskich pomysłów ambitnych zespołów – akcentuje minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek.

Wspólny wysiłek nauki i przemysłu

Nabór wniosków prowadzony był do 29 kwietnia br. O dofinansowanie w konkursie mogły się ubiegać konsorcja jednostek naukowych i przedsiębiorstw. Jedno konsorcjum może się składać z 3–7 podmiotów. Po podpisaniu umów z wykonawcami wsparcie udzielone zostanie na realizację fazy badawczej (badania podstawowe, badania przemysłowe, prace rozwojowe) oraz fazy przygotowania do wdrożenia (prace przedwdrożeniowe). Minimalna wartość kosztów kwalifikowanych w projekcie wynosi 5 mln zł, a maksymalna wartość dofinansowania to 30 mln zł. W zależności od wielkości przedsiębiorstwa można uzyskać nawet do 80% dofinansowania fazy badawczej projektu.

– Przystępujemy do etapu zawierania umów. Konkurencja była duża, ponieważ w konkursie wpłynęło 45 wniosków. Pozwoliło nam to wyłonić projekty badawczo-rozwojowe, które mają szansę przyczynić się do wzrostu znaczenia Polski w obszarze nowoczesnych technologii materiałowych. To prężnie rozwijająca się dziedzina o strategicznym znaczeniu, dlatego warto w nią inwestować poważne środki. Kwota dofinansowania w trzech konkursach TECHMATSTRATEG sięga w sumie 471,4 mln zł – mówi Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Kierunek: wdrożenia

Zainicjowany w 2016 r. program TECHMATSTRATEG ma na celu pobudzanie wzrostu innowacyjności i konkurencyjności polskiej gospodarki. Zgodnie z jego założeniami, realizowane projekty służą opracowaniu i przygotowaniu wdrożenia nowych produktów, technik, technologii oraz całego spektrum innych rozwiązań mających zastosowanie w dziedzinach zgodnych z priorytetowymi kierunkami badań prowadzonych obecnie w Unii Europejskiej i na świecie w obszarze nowoczesnych technologii materiałowych.
W dwóch poprzednich edycjach konkursu dofinansowanie o łącznej wysokości 302,8 mln zł otrzymały 32 konsorcja.

W pierwszym konkursie 18 projektów uzyskało 148,5 mln zł wsparcia. Każdy z nich to poważne wyzwanie. Wśród tych przedsięwzięć znajduje się np. opracowanie technologii struktur dla jednomodowych laserów kaskadowych do zastosowań w układach optycznej detekcji gazów. Nad projektem, którego wyniki mają szansę znaleźć zastosowanie chociażby w urządzeniach do wykrywania węglowodorów przydatnych w poszukiwaniach ropy naftowej czy w przemyśle petrochemicznym, pracują: Sieć Badawcza Łukasiewicz – Instytut Technologii Elektronowej, firma Airoptic Sp. z o.o., Politechnika Wrocławska, Wojskowa Akademia Techniczna im. Jarosława Dąbrowskiego i Politechnika Rzeszowska. Dofinansowanie przyznane przez NCBR wynosi 9,4 mln zł.

„Technologie materiałów i struktur dla detekcji długofalowego promieniowania podczerwonego (LWIR)” – to inny nowatorski projekt, w który blisko trzy lata temu zaangażowała się Sieć Badawcza Łukasiewicz – Instytut Technologii Elektronowej wraz z Wojskową Akademią Techniczną im. Jarosława Dąbrowskiego, Politechniką Rzeszowską im. Ignacego Łukasiewicza oraz przedsiębiorstwem VIGO System S.A. Mając do dyspozycji wsparcie w wysokości 6,1 mln zł, konsorcjanci dążą do umożliwienia produkcji urządzeń o lepszych parametrach niż dotychczas, w tym bardziej energooszczędnych, niezawodnych i tańszych, o potencjalnie szerokim polu zastosowań – od przemysłowych i medycznych po zastosowania kosmiczne i związane z ochroną środowiska.

Pomysł na opracowanie wydajnych i lekkich układów zasilających złożonych z ogniwa słonecznego i baterii litowo-jonowej oraz ogniwa słonecznego i superkondensatora przeznaczonych do zastosowań specjalnych realizują wspólnie Wojskowy Instytut Techniki Inżynieryjnej, Uniwersytet Warszawski, Instytut Fizyki PAN oraz ML System S.A. Zaczernie. Grant pozyskany przez konsorcjum: 13,9 mln zł.

Z kolei w grupie 14 przedsięwzięć wyłonionych w ramach drugiego konkursu TECHMATSTRATEG, dofinansowanych w sumie kwotą 154,3 mln zł, zwraca uwagę chociażby wysoko oceniony projekt „Systemy nowej generacji dostarczania molekuł bioaktywnych w syntetyzowanych chemicznie i poddanych inżynierii genetycznej nanobiomateriałach”. Od ponad roku pracuje nad nim Uniwersytet Gdański we współpracy z Politechniką Gdańską, Gdańskim Uniwersytetem Medycznym i przedsiębiorstwem Innovabion Sp. z o.o. Przyznane wsparcie – 24,6 mln zł – wspomaga proces opracowania nowatorskich sposobów dostarczania leków i wytworzenia specjalnych nanomateriałów wykorzystywanych do leczenia chorób.

Nowa generacja systemu podwieszeń dedykowanego do lekkich sieci trakcyjnych to temat badawczy z jeszcze innej dziedziny, na którym skupia się konsorcjum w składzie: Sieć Badawcza Łukasiewicz – Instytut Metali Nieżelaznych, Akademia Górniczo-Hutnicza im. Stanisława Staszica w Krakowie, Politechnika Warszawska oraz firma MABO Sp. z o.o. Zaangażowane podmioty otrzymały na ten cel 7,8 mln zł.

Szczegóły dotyczące 13 zwycięskich projektów konkursu TECHMATSTRATEG III Narodowe Centrum Badań i Rozwoju poda po podpisaniu umów z wykonawcami.

Gminni lokatorzy mieszkają w zabytkach?

Narodowy Bank Polski podał niedawno dane dotyczące między innymi wieku budynków i mieszkań należących do gmin. Te informacje niestety nie wyglądają zbyt optymistycznie.

Dane na temat zasobu mieszkań gminnych zwykle podaje nam Główny Urząd Statystyczny. Niedawno takie informacje opublikował również Narodowy Bank Polski. Wyniki analizy NBP są bardzo ciekawe, choć niezbyt optymistyczne. Mówią one bowiem, że bardzo wiele budynków mieszkalnych posiadanych przez gminy pochodzi sprzed II wojny światowej. Sam wiek komunalnych kamienic nie stanowi jeszcze dużego problemu. Większym kłopotem jest ich stan techniczny, który wciąż pozostawia wiele do życzenia. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl na podstawie danych NBP wskazują również inne problemy dotyczące gminnego zasobu lokali.

Dużo nowych „M” wybudowały władze Kielc i Białegostoku

Analitycy RynekPierwotny.pl już wielokrotnie zwracali uwagę na bardzo małą skalę nowego budownictwa komunalnego. Tę kwestię porusza również Narodowy Bank Polski. Na podstawie swoich badań, NBP obliczył, że względnie nowe budynki oddane do użytku po 2001 r. i należące w 100% do miasta, pod koniec 2019 r. stanowiły tylko 5,4% gminnego zasobu z sześciu metropolii (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań, Gdańsk). W przypadku mniejszych ośrodków wojewódzkich, analogiczny wynik wynosił 10,6%. W IV kw. 2019 r. najwięcej względnie nowych budynków komunalnych posiadały następujące miasta: Kielce (29%), Białystok (26%), Kraków (19%), Rzeszów (13%) i Olsztyn (12%). Najmniejsze wyniki odnotowano natomiast dla Gdańska (< 1%) oraz Łodzi (0%).

Nie tylko w Warszawie magistrat ma dużo starych kamienic

Poniższy wykres potwierdza, że w niektórych miastach wojewódzkich udział relatywnie nowych budynków komunalnych, które całkowicie należą do gminy jest tylko śladowy. Jak nietrudno się domyślić, dużym odsetkiem przedwojennych kamienic należących do miasta cechuje się Warszawa. Kamienice z lat 1901 – 1940 stanowią około 70% wszystkich budynków mieszkalnych, które w całości posiada stolica. W takich miastach jak Bydgoszcz, Gdańsk, Katowice, Rzeszów, Szczecin oraz Wrocław wiele mieszkań komunalnych znajduje się nawet w budynkach sprzed 1900 roku.

Stare budynki i lokale mieszkalne niestety wymagają sporych nakładów remontowych, na które nie stać wielu polskich miast. Dowodem są inne dane Narodowego Banku Polskiego. Mówią one, że tylko jedna trzecia mieszkań z budynków będących własnością miast wojewódzkich znajduje się w stanie dobrym lub średnim. Około 13% takich lokali cechuje się bardzo złym stanem. Kiepski stan gminnego lokalu często skutkuje jego dalszym niewykorzystaniem. NBP podaje, że 30% – 40% niezasiedlonych mieszkań gminnych z miast wojewódzkich zostało wcześniej wyłączonych z użytkowania przez Główny Urząd Nadzoru Budowlanego. Mniej więcej taki sam udział w gminnych pustostanach mają mieszkania wymagające remontu przed ich ponownym zasiedleniem. Gdyby lokatorzy rzetelnie płacili czynsz, to takich lokali byłoby o wiele mniej.

Lokale komunalne wciąż są bardzo ważne na terenie Łodzi

Wyniki analizy Narodowego Banku Polskiego sugerują również, że na terenie poszczególnych miast rola gminnego zasobu mieszkaniowego jest bardzo zróżnicowana. Przykład stanowi Łódź, gdzie aż 22% gospodarstw domowych zasiedla mieszkania od gminy. W gminnych lokalach mieszka też wiele gospodarstw domowych z Katowic (10%), Warszawy (9%), Szczecina (9%) oraz Gdańska (8%). Z drugiej strony, można łatwo wskazać miasta wojewódzkie, gdzie analogiczny wynik jest znacznie mniejszy od 10%. Najlepszy przykład to Kielce (4%).

Spore różnice dotyczą również zapotrzebowania na mieszkania od gminy (komunalne i socjalne). Przykładowo pod koniec 2019 r. osoby oczekujące na wynajem gminnego lokalu stanowiły aż 4,0% całej populacji Katowic. W Krakowie analogiczny wynik wynosił zaledwie 0,3%. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl zwracają też uwagę na długość kolejek po mieszkanie komunalne. Jeżeli przyjmiemy liczbę nowych przydziałów i liczbę gospodarstw domowych oczekujących na najem lokalu komunalnego w 2018 roku oraz 2019 roku, to okaże się, że w mieszkaniowej kolejce średnio trzeba było czekać 2 lata (wynik dla 16 miast wojewódzkich). Niestety zdarzają się też miasta z przeciętnym okresem oczekiwania na komunalne lokum wynoszącym 5 lat – 10 lat. Wykres 1. Wiek bud

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Mennica Skarbowa poszerza sieć sprzedaży

Mennica Skarbowa, największy w Polsce dealer złota inwestycyjnego i innych metali szlachetnych, otwiera nowy punkt sprzedaży w Katowicach. To już 14. punkt sprzedaży spółki na terenie Polski i 2. w tym mieście. Spółka nie wyklucza dalszego poszerzania stacjonarnej sieci sprzedaży, jednak obecnie skupia się na gromadzeniu większej ilości złota inwestycyjnego, co ułatwi jej prowadzenie działalności handlowej w przypadku wprowadzenia dalszych obostrzeń związanych z pandemią zarówno w kraju, jak i poza granicami Polski. Większe zapasy ułatwią także Mennicy Skarbowej zwiększanie udziału w rynku.

Nowy sklep będzie działał na zasadzie outlet pod nową marką Spółki „Mennica Krajowa”. Stale prowadzona przez Zarząd Spółki analiza sprzedaży detalicznej wykazuje, iż drugi tego typu ośrodek handlowy w Polsce jest uzasadniony, celowy i wynikowo wpisuje się we wzrostowy trend sprzedażowy tej grupy produktów oraz ten segment rynku metali inwestycyjnych. Nowy punkt sprzedaży jest kolejnym stacjonarnym oddziałem prowadzonego przez Spółkę sklepu internetowego MennicaKrajowa.pl (działającego dotychczas pod domeną SklepMennicy.pl), który specjalizuje się w sprzedaży produktów outletowych.

W I połowie 2020 roku Mennica Skarbowa sprzedała około 1000 kg złota, czyli dwa razy więcej niż w pierwszym półroczu 2019.

„Poszerzając naszą stacjonarną sieć sprzedaży odpowiadamy na popyt ze strony Klientów, który utrzymuje się na wysokim poziomie.  Otworzyliśmy oddział w Katowicach i nie wykluczamy kolejnych w Polsce. Jednak na chwilę obecną naszym priorytetem jest zakup dużej ilości złota. Przygotowując się na zawirowania na rynkach i zakłócenie dostaw w wyniku pandemii, tak jak to miało miejsce jeszcze kilka miesięcy temu, gromadzimy duże ilości kruszcu w naszym skarbcu. Jestem przekonany, że obecnie mamy największe zapasy w kraju wśród dealerów i jesteśmy lepiej przygotowani na potencjalne zawirowania na rynku niż w pierwszej fali pandemii . Takie decyzje pozwalają nam także na systematyczne zwiększanie udziału Mennicy Skarbowej w rynku i generowanie pozytywnych wyników finansowych w okresie średnioterminowym.”- podkreśla Jarosław Żołędowski, Prezes Zarządu Mennicy Skarbowej SA.

Obecnie największą popularnością w oddziałach Mennicy Skarbowej cieszą się sztabki i monety bulionowe o wadze 1 uncji (31,1 grama), a także sztabki 100-gramowe. W ostatnim czasie spółka zanotowała także gwałtowny wzrost zainteresowania mniejszymi gramaturami, tym razem nie z myślą o prezentach, a o dużej podzielności własnej inwestycji.

Mennica Skarbowa to największy dealer złota inwestycyjnego i innych metali szlachetnych w Polsce. Spółka notowana jest na Giełdzie Papierów Wartościowych. Głównym obszarem jej działalności jest sprzedaż złota inwestycyjnego, w formie sztabek i monet bulionowych, a także innych metali szlachetnych, w tym w postaci biżuterii. Oferowane przez spółkę produkty można kupić w sumie w 14 oddziałach w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, Gdańsku, Katowicach, Łodzi, Rzeszowie, Białymstoku, Lublinie, Zielonej Górze, Kielcach oraz przez internet, za pośrednictwem strony mennicaskarbowa.pl oraz sklepu outletowego mennicakrajowa.pl

PKN ORLEN sfinalizuje przejęcie spółki RUCH

Przejęcie spółki RUCH przez PKN ORLEN wchodzi w fazę realizacji. Postępowania układowe z wierzycielami RUCH zostały wykonane, co zostało ostatecznie potwierdzone przez sąd  – to stanowiło ostatni warunek do zamknięcia procesu. Wcześniej PKN ORLEN otrzymał zgodę UOKiK na finalizację transakcji. Zostały również ustalone warunki jej realizacji pomiędzy zaangażowanymi podmiotami w ramach umowy inwestycyjnej.

– Prawomocne rozstrzygnięcie sądu otwiera nam drogę do zamknięcia transakcji przejęcia spółki RUCH. Zakładamy, że nastąpi to do końca tego roku. Od początku zależało nam na sprawnym przeprowadzeniu procesu i integracji aktywów z korzyścią dla działalności obu spółek i ich klientów. Mamy konkretny plan rozwoju spółki RUCH, który wzmocni segment detaliczny Grupy ORLEN i umożliwi wdrożenie nowych rozwiązań. Jest on gotowy do realizacji. Jednym z nich będzie otwarcie punktów sprzedaży detalicznej i gastronomii w lokalizacjach poza stacjami paliw – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Zakładana strategia wpisuje się w trendy rozwoju sprzedaży detalicznej w Europie Środowo-Wschodniej. Na tym rynku widoczna jest stabilizacja wzrostu konsumpcji paliw, przy jednoczesnym zwiększeniu konkurencji w jakości obsługi, asortymencie, usługach oraz poprawie standardów operacyjnych. Analizy rynkowe przeprowadzone przez PKN ORLEN wskazały na potencjał rozwoju formatu poza stacjami paliw z wykorzystaniem aktywów spółki RUCH.

Zgodnie z podpisaną w czerwcu br. umową inwestycyjną, PKN ORLEN ma stać się akcjonariuszem większościowym RUCH z pakietem 65 proc., a pozostałymi akcjonariuszami będą PZU i PZU Życie oraz Alior Bank. Dodatkowo Alior Bank zobowiązał się do umorzenia wierzytelności RUCH w wysokości 87,5 mln zł. Częścią umowy inwestycyjnej jest też Plan Restrukturyzacji RUCH, który opiera się na dwóch kluczowych założeniach: rozwoju spółki w kierunku nowoczesnej sprzedaży FMCG oraz rozwoju usług kurierskich, przy optymalizacji dotychczasowej działalności.

PKN ORLEN złożył spółce RUCH warunkową ofertę finansowania w związku z zamiarem przejęcia kontrolnego pakietu akcji spółki już 11 kwietnia 2019 r. Decyzję poprzedziło badanie due dilligence spółki i wypracowanie kierunków działań restrukturyzacyjnych. Od tego czasu prowadzone były działania związane m.in. z przyjęciem i zatwierdzeniem układów restrukturyzacyjnych (co było jednym z warunków udzielenia spółce finansowania przez PKN ORLEN). W międzyczasie powstał szczegółowy Plan Restrukturyzacji spółki oraz wynegocjowano umowę inwestycyjną z pozostałymi partnerami w tym przedsięwzięciu.  Zawarcie umowy inwestycyjnej oraz wydanie przez Prezesa UOKiK zgody na objęcie przez PKN ORLEN kontroli nad RUCH umożliwiło kontynuację procesu. Prawomocne stwierdzenie przez sąd wykonania układów RUCH z wierzycielami w ramach dwóch przyspieszonych postępowań układowych stanowiło ostatni warunek i otworzyło dla PKN ORLEN drogę do finalizacji transakcji.

Grupa INC rozpoczyna współpracę z DeGenerals

Grupa INC rozpoczęła współpracę z DeGenerals SA, studiem odpowiedzialnym za jedną z najlepszych gier w portfolio Grupy PlayWay – Tank Mechanic Simulator. Dom Maklerski INC SA będzie pośredniczył w ofercie publicznej akcji spółki o łącznej wartości do 2,5 mln euro. Będzie to największa oferta spółki gamingowej DM INC w 2020 roku. Dodatkowo INC, jako Autoryzowany Doradca, wesprze DeGenerals w debiucie na rynku NewConnect. To kolejny projekt realizowany przez Grupę INC ze spółką, w której znaczącym inwestorem jest PlayWay SA.

DeGenerals to niezależne studio deweloperskie założone przez byłych pracowników fragOut Studio, którzy dzielą pasję do militariów oraz historii. Tego wszystkiego możemy doświadczyć w debiutanckim projekcie studia – Tank Mechanic Simulator, który miał swoją premierę 20 lutego 2020 r. na PC. Gracze wcielają się w mechanika czołgów, jednak zadania nie ograniczają się tylko do renowacji maszyn z czasów II wojny światowej. Zanim porzucony czołg trafi do warsztatu gracze muszą, przy wsparciu specjalistycznych maszyn i narzędzi, sami go odnaleźć. Gra okazała się dużym sukcesem, tylko w ciągu pierwszych 72 godzin od premiery sprzedało się 39 tys. kopii, co zapewniło pokrycie wszystkich kosztów związanych z produkcją. Tank Mechanik Simulator to dobrze sprzedająca się gra, a zespół planuje dalszy jej rozwój.

Oferta publiczna akcji DeGenerals SA będzie największą ofertą akcji spółki gamingowej, w jakiej będzie pośredniczyć Dom Maklerski INC w tym roku. Zauważamy, że pomimo pandemii, branża gamingowa cieszy się nadal zainteresowaniem inwestorów. Jest to zrozumiałe, bo nawet potencjalny lock-down społeczeństwa w związku z dynamicznym przyrostem zachorowań na COVID‑19 nie powinien wpłynąć negatywnie na tę branżę. Dodatkowo studio specjalizuje się w ciekawych produkcjach o unikalnej wojennej tematyce. Warto podkreślić, iż pierwsza gra DeGenerals zwróciła swoje koszty w ciągu pierwszych 3 dni od premiery. Spółka mocno dywersyfikuje swoją działalność, rozbudowując plan wydawniczy. – komentuje Paweł Śliwiński, prezes Domu Maklerskiego INC SA.

DeGenerals zamierza dalej monetyzować projekt Tank Mechanic Simulator. W sierpniu we współpracy z Ultimate Games ukazała się wersja na Nintendo Switch. W przygotowaniu są także porty na konsole PS4 i Xbox One, wersja VR oraz DLC zawierająca nowe czołgi, pojazdy, misje do wykonania i tryby gry. Spółka bada kierunki rozwoju kolejnych gier i je preprodukuje, aby przygotować nowy, co najmniej tak dobrze zarabiający tytuł.

– Podpisanie umowy z INC to krok milowy w kierunku rynku kapitałowego. To dla nas ważny moment, mam nadzieję, że obecność na giełdzie pozwoli nam wejść do pierwszej ligi spółek gamingowych w Polsce. Debiutu na NewConenct spodziewamy się w I półroczu 2021 r. – mówi Robert Pietrzko, prezes DeGenerals.

Planowana publiczna oferta akcji będzie miała łączną wartość do 2,5 mln EUR i będzie oparta o memorandum informacyjne.