W rankingu potencjału innowacyjności bez radykalnych zmian. Na podium mazowieckie, małopolskie i dolnośląskie

Od momentu powstania raportu „Indeks Millennium – Potencjał Innowacyjności Regionów” cztery województwa niezmiennie pozostają liderami innowacyjności. Również w tegorocznym rankingu są to: mazowieckie, małopolskie, dolnośląskie i pomorskie. W porównaniu z ubiegłym rokiem 8 województw utrzymało swoją pozycję, 5 awansowało, a 3 zanotowały spadki. Czy kryzys wywołany pandemią COVID-19 przyspieszy, czy spowolni inwestycje w innowacje i nowe technologie? Z tym pytaniem zmierzyli się w raporcie eksperci i praktycy z obszaru biznesu, nauki, instytucji rządowych i pozarządowych.

Wyniki tegorocznej rundy badania nie przyniosły radykalnych zmian w potencjale innowacyjnym województw. Liderami innowacyjności pozostają niezmiennie województwa mazowieckie, małopolskie i dolnośląskie – mocne ośrodki gospodarczo-biznesowe o dużej skuteczności wdrażania innowacji w krwiobieg gospodarki.

Podobnie jak w poprzednich latach, na ostatnich miejscach rankingu znalazły się województwa lubuskie, świętokrzyskie i warmińsko-mazurskie. Skromną pozycję tych regionów determinuje ich relatywnie niskie uprzemysłowienie, a także słabiej rozwinięta infrastruktura edukacyjna. Znajduje to odzwierciedlenie w niższej aktywności naukowo – badawczej, co w konsekwencji prowadzi do niższej wydajności pracy i niskiej stopy wartości dodanej generowanej przez lokalne firmy. Na tym tle, w tegorocznym badaniu wyróżnia się województwo świętokrzyskie, które awansowało o jedną pozycję. O zmianie zadecydowała większa aktywność w obszarze badań i rozwoju. W kategorii wydatków na ten cel, świętokrzyskie awansowało o 3 pozycje, zmniejszając tym samym dystans do lidera.

– W porównaniu z ubiegłoroczną edycją badania Indeks Millennium, 8 województw utrzymało pozycję z roku poprzedniego. Awansowało 5 województw, natomiast 3 regiony odnotowały spadki. Za wyjątkiem województwa lubelskiego, które w tegorocznym badaniu spadło o 3 oczka w dół, w zdecydowanej większości regionów nie były to istotne zmiany (najczęściej o jedną pozycję). Jest to jednak w głównej mierze efekt wzrostu potencjału pozostałych regionów, nie spadku innowacyjności Lubelszczyzny. Warto też odnotować niewielkie różnice w poziomie innowacyjności regionów w środkowej części zestawienia. Województwo śląskie, które zajmuje 5-tą lokatę i województwo lubelskie, sklasyfikowane na miejscu 8, dzieli zaledwie 1,7 pkt. Jest to bardzo pozytywne zjawisko, które oznacza intensyfikację procesów innowacyjnych w regionach o średnim potencjalne gospodarczym – mówi Grzegorz Maliszewski, Główny Ekonomista Banku Millennium i jeden z autorów raportu.

Indeks Millennium 2020 – miejsca województw w rankingu

Indeks Millennium 2020 – miejsca województw w rankinguAnalizując dane z ostatnich pięciu lat warto zwrócić uwagę na województwa łódzkie i śląskie, które awansowały o 2 pozycje w zestawieniu. Co ciekawe, oba regiony przegoniły w rankingu Wielkopolskę. Różnice między wspomnianą trójką regionów są jednak niewielkie, więc w kolejnych latach możliwe są pewne przetasowania. Województwo łódzkie i śląskie awansowały w rankingu ze względu na zwiększoną aktywność w obszarze B+R. Przykładowo łódzkie znalazło się wśród trzech regionów, które w tym roku zbliżyły się najbardziej do lidera w kategorii wydatków na badania i rozwój. Zwiększaniu potencjału sprzyjają centralna lokalizacja, poprawa infrastruktury oraz dalszy rozwój ośrodka akademickiego. O trwałości trendu w kolejnych latach i utrzymaniu tegorocznej pozycji zadecyduje efektywność poniesionych nakładów oraz ich wpływ na wydajność prowadzonej w regionie działalności.

Indeks Millennium – porównanie wyników 2020/2019

Indeks Millennium – porównanie wyników 2020 2019Wiodącym tematem tegorocznego badania, były ograniczenia, ale i szanse wynikające z kryzysu związanego z pandemią COVID-19. – Historia poprzednich kryzysów pokazuje, że największe zmiany w losach firm, zarówno jeśli chodzi o wygraną, jak i przegraną, wynikają z dekoniunktury. Kryzysy to chwile prawdy, w których zarządzający mogą przekształcić, zresetować czy ponownie wymyślić swoje firmy – zauważył Joao Bras Jorge, Prezes Zarządu Banku Millennium.

Tradycyjnie do skomentowania wyników w poszczególnych regionach autorzy raportu zaprosili ekspertów i praktyków z obszaru biznesu, nauki, instytucji rządowych i pozarządowych. Podzielili się oni swoimi doświadczeniami na temat tego, co pomaga i przeszkadza w rozwoju nowatorskich przedsięwzięć, w jaki sposób pandemia zmieni podejście do innowacyjności oraz jak wspierać rozwój innowacyjności w kolejnych kwartałach i latach. – Wierzę, że tegoroczny raport i zawarte w nim komentarze będą istotnym głosem w publicznej debacie o innowacyjności w erze koronawirusa i tego, w jaki sposób zmieniła się ona w porównaniu z sytuacją sprzed marca 2020 roku – dodał Joao Bras Jorge.

Szczegółowe wyniki rankingu i wypowiedzi ekspertów znajdują się na stronie: https://www.bankmillennium.pl/documents/10184/28780471/Millenium_201027_Raport_index2020.pdf

Dzień przed wyborami w USA

Na dzień przed wyborami w USA i przy niekończących się negatywnych informacjach z frontu walki z wirusem na rynku walutowym dominuje redukcja ryzyka. EUR/PLN pozostaje ponad 4,60. Za to na rynku akcji widać próby odbicia po fatalnym ubiegłym tygodniu, ale nikt nie przywiązuje uwagi do dzisiejszych zmian.

Nawet jeśli wygrana Bidena jest jednocześnie sugerowana przez sondaże i typowana przez bukmacherów, jutrzejszy rezultat jest bardziej skomplikowany, a na ostateczny wynik może i będzie trzeba poczekać kilka dni lub tygodni. To utrudnia pełne dyskonto przez rynki wskazań sondaży, ale też ewentualny rajd ulgi jest hamowany w związku z generalną awersja do ryzyka wywołaną przez drugą falę pandemii. Jedyną pewną rzeczą w tym klimacie jest małe znaczenie danych makro dziś i jutro, a może i do końca tygodnia. Początek miesiąca to tradycyjnie wysyp październikowych indeksów PMI dla przemysłu. Słabsze dane z Europy nikogo nie będą dziwić, gdyż każdy jest już myślami przy listopadowej aktualizacji obciążonej lockdownami i innymi restrykcjami. Na tle ponurych wskaźników z Europy wybijają się pozytywne zaskoczenia w indeksach PMI z Chin – Caixin PMI dla przemysłu wzrósł w październiku do 53,6 z 53 miesiąc wcześniej i jest najwyżej od 2011 r. Wygląda na to, że nielekceważenie wirusa nieprzerwanie od wiosny przynosi korzyści.

Za nami już PMI dla przemysłu z Polski, który utrzymał poziom z września na 50,8. Niepokojące, że już w październiku zanotowano marginalny wzrost produkcji i spadki nowych zamówień. Przy rozwoju sytuacji w kraju i Europie według aktualnych trendów w listopadzie indeks PMI nie uchroni się przed spadkiem poniżej bariery 50 pkt. Ryzyko takiego scenariusza zapewne będzie brane pod rozwagę przez Rade Polityki Pieniężnej, ale na listopadowym posiedzeniu (środa) nie spodziewamy się zmian w polityce. RPP teoretycznie może obniżyć stopę referencyjną do zera lub niżej, ale złoty już jest słaby, a rentowności długu niskie, więc dodatkowe korzyści z pogłębiania luzowania mogą okazać się marginalne i lepiej zostawić sobie pole manewru na później. Rynek złotego śledzi skalę rozprzestrzeniania się wirusa w kraju, zapowiedzi nowych restrykcji i protestów społecznych, a to wszystko w obliczu awersji do ryzyka na rynkach zewnętrznych. Sytuacja pozostaje dynamiczna z przewagą czynników negatywnych.

Funt jest dziś najsłabszy wśród walut G10 i nie pomagają doniesienia, że Wielka Brytania i UE zbliżają się do porozumienia w sprawie praw połowowych, co przybliża ostateczne zawarcie umowy handlowej brexitu. Jednak aktualnie na rynku nie ma apetytu na dyskontowanie porozumienia, a wcześniej rynek musi przetrawić decyzje brytyjskich władz o wprowadzeniu 4-tygodniowego lockdownu począwszy od 5 listopada. Jakkolwiek o decyzji spekulowano już w ubiegłym tygodniu, tak nowością jest ryzyko przedłużenia lockdownu do przyszłego roku. Innymi słowy, nieważne, że po 1 stycznia handel z UE będzie mógł się odbywać na starych zasadach, jeśli nikomu nie będzie możliwe tego handlu prowadzić. Czynniki ryzyka dla GBP muszą być ustawić się w kolejce i brexit ustępuje miejsca COVID-19, wyborom w USA, ale też czwartkowej decyzji Banku Anglii. Luzowanie w obecnej sytuacji gospodarczej jest przesądzone, choć BoE raczej ograniczy się do zwiększenia QE o co najmniej 100 mld GBP, a opcja ujemnych stóp procentowych zostanie pozostawiona na przyszły rok.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Inflacja w Polsce nie powinna już szybko rosnąć

Inflacja w październiku wyniosła 3% r/r i 0,1% m/m. Oznacza to niewielki spadek w stosunku do września (3,2% r/r) – podał GUS.

Ostatnie miesiące sugerują, że inflacja ustabilizowała się w okolicach 3%. Oznacza to zakotwiczenie wskaźnika powyżej celu inflacyjnego, ale jednocześnie w dopuszczalnym paśmie odchyleń. Jeśli więc nie będziemy mieli do czynienia z nadzwyczajnymi okolicznościami (takimi jak lockdown z dużymi ograniczeniami), to ryzyko znacznych wzrostów inflacji do końca roku jest nikłe. Podobnie jak prawdopodobieństwo zmian stóp procentowych w listopadzie.

Dzisiejsze dane pokazują stabilność cen żywności (2,3% r/r, -0,1% m/m) oraz wyraźny spadek cen paliw (-9,2% r/r, -1% m/m). Drugi przypadek odzwierciedla zmiany na rynkach globalnych. Światowa aktywność gospodarcza spada wraz z drugą falą pandemii, czego efektem jest zmniejszone zapotrzebowanie na ropę i jej przecena. Dwa epizody spadków w październiku przekładają się na niższe ceny dla konsumentów. Znacznie mniej jednoznaczny jest wyraźny wzrost cen nośników energii (4,8% r/r, 0,3% m/m), którego źródło GUS poda w połowie miesiąca.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Koniec dekady „open space”. Nowe zasady gry na rynku powierzchni biurowych

W kolejnych tygodniach niewątpliwe czeka nas duży wzrost zachorowań i związanych z tym problemów. Jednak po tym kryzysowym okresie powinniśmy rozpocząć powrót do normalności. Wg różnych ekspertyz i zmieniających się czynników mający znaczący wpływ na przebieg pandemii, ten proces przypadnie na okres przełomu roku (optymistycznie połowę grudnia). Branża obawia się nie tylko negatywnych skutków drugiej fali COVID-19, ale i  planowanych pod egidą resortu finansów kontrowersyjnych zmiany w podatku CIT mających wejść w życie już na początku 2021 r. Grożą one poważnymi reperkusjami na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce. Ostrej krytyki proponowanym zapisom nie szczędzi też prof. Bogumił Brzeziński z Katedry Prawa Finansów Publicznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Proponowane rozwiązania byłyby drugim uderzeniem w branżę i tak osłabioną skutkami pandemii.

Obecnie łączna powierzchnia biur w Polsce wynosi  od 11 do 19 mln metrów kw. – w zależności od obliczeń. Oznacza to, że od początku pandemii COVID-19 podaż dostępnej powierzchni biurowej do wynajęcia „od zaraz” zwiększyła się o 300.000 metrów kw. Prewencja oraz bezpieczeństwo zdrowotne w biurach stały się jedną z głównych funkcji w projektowaniu i zarządzaniu nieruchomościami, a dystans społeczny stał się jednym z najważniejszych kryteriów.

Obecnie już co trzeci pracodawca deklaruje zamiar przejścia na pracę zdalną, a ponad połowa organizacji rozważa utworzenie w przyszłości rozproszonych zespołów. Wzrasta również zainteresowanie hybrydowym modelem najmu, polegającym na połączeniu tradycyjnego biura z przestrzenią coworkingową. Wszystko to powoduje, że część najemców nie potrzebuje już tak dużej przestrzeni i decyduje się na podnajem dotychczasowego biura lub jego części, renegocjacje warunków lub nawet rezygnację z posiadania większej liczby placówek i wypowiadanie umów najmu – co potwierdzają badania Hays Poland. Pamiętajmy również, że nowoczesne biura pełnią także funkcję wzmacniającą więzi społecznie oraz miejsca powiązanych usług serwisowych (od centrum fitness, przez restauracje do usług handlowych).

W III kwartale tego roku na stołeczny rynek dostarczono około 131,5 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej w sześciu projektach. Na koniec września wskaźnik pustostanów w Warszawie osiągnął wartość 9,6 proc. co oznacza wzrost o 1,7 p.p. w porównaniu z poprzednim kwartałem i wzrost o 1,4 p.p. w odniesieniu do porównywalnego okresu 2019 roku – podaje Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych (PINK). Na koniec września 2020 roku zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie wyniosły około 5 822 400 mkw.

Swoją pozycję na rynku umacniają też projekty wielofunkcyjne. W III kwartale zostało otwartych sześć inwestycji, największy to nowy obiekt Ghelamco – The Warsaw HUB, oferujący 4 800 m² powierzchni handlowej. Projekt o łącznej powierzchni użytkowej 113 000 m² z dominującym komponentem biurowym wkrótce powita również pierwszych gości w dwóch nowych hotelach.

Obecne trendy na rynku biur:

  • powrót do przestrzeni gabinetowej, koniec dekady „open space” ,
  • wzrost znaczenia bezpieczeństwa sanitarnego i zwiększenia powierzchni przewidzianej na stanowisko pracy i innowacyjne technologie,
  • optymalizacja i szukanie oszczędności,
  • deweloperzy komercyjni, którzy nie byli dotąd aktywni w obszarze rynku pierwotnego,  poważnie myślą o wejściu w ten obszar nieruchomości,
  • elastyczne umowy na krótsze okresy i renegocjacja dotychczasowych warunków,
  • w dłuższym czasie zyskuje coworking i huby oferujące różnorodne aktywności życiowe w elastycznych formach, choć w pierwszej fali konsekwencje zmian spowodowanych pandemią najszybciej odczują operatorzy coworkingowi, którzy bazują na krótkich umowach najmu,
  • migracja części najemców z droższych do tańszych lokalizacji, zyskują parki biurowe na obrzeżach miast. Zmieniający się rynek pracy w wielu sektorach spowodował spadek popytu na  prestiżowe budynki w topowych lokalizacjach,
  • przenoszenie część etatów na home office i tworzenie w biurze miejsc typu hot-desk.

Biura pozostaną, nadal będą kluczowe dla prowadzenia biznesu

Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce wróci do poziomu inwestycji sprzed pandemii za 1,5 roku tj. o ok. 6 miesięcy wcześniej niż inne rynki w Europie – wynika z raportu CBRE „Real Estate Market Mid-Year Outlook 2020”. Jednak wielu ekspertów uważa, tą prognozę za zbyt optymistyczną i twierdzą, iż zauważalny będzie znaczący spadek cen ze względu na upowszechnienie pracy zdalnej i zamknięcie inwestycji otwartych przed pandemią. Z pewnością wiele  zmiennych oraz czas zweryfikują oczekiwania, jak to zwykle bywa w czasach recesji. Eksperci Savillsa zauważają, że odbicie gospodarki i powrót firm do pracy w biurach – co już obserwujemy – dodatkowo połączone z większą ostrożnością deweloperów do rozpoczynania nowych inwestycji, za dwa – trzy lata mogą spowodować kolejną lukę podażową, jaką mieliśmy już w Warszawie w 2018 i 2019 r.

Drastyczna zmiana prowadzenia warunków biznesu spowodowała pojawienie się różnych reakcji i nowych modeli dostosowania do nowej sytuacji na rynku nieruchomości komercyjnych. Zauważalny jest wzrost popytu na podnajmy i umowy krótkoterminowe, co wymaga większej elastyczności od właścicieli budynków. Praca zdalna stała się już naturalną częścią polskiego rynku pracy. Wiele firm wprowadziło rotacyjny tryb pracy np. 2 dni w biurze, a 3 zdalnie.

Koronawirus przyspieszył również transformację cyfrową, np. wzrost znaczenia pracy zdalnej, ale zarówno digitalizację nieruchomości, jak i innych procesów biznesowych oraz zarządczych. Procesy pracy zdalnej to najistotniejszy czynnik, który wpłynął na wyznaczenie nowych potrzeb konsumenckich widocznych nie tylko w sektorze komercyjnym, ale także na pierwotnym i wtórnym rynku mieszkaniowym. Czas „narodowej kwarantanny” wpłynął na wzrost popytu na domy i duże mieszkania w zielonych rejonach miast oddalonych od centrum. Będące w trakcie budowy biurowce zostaną dokończone, ale inwestorzy analizują nowe przeznaczenie planowanych do budowy jednostek w budynki mieszkaniowe.

Pandemia zmieniła rynek wynajmu powierzchni biurowych

Zwolnienia oraz praca zdalna, która na pewno się utrzyma, w jakimś zakresie powodują, że część wynajętej powierzchni biurowej stoi pusta, a niepotrzebne już metraże firmy próbują podnajmować. Mniej chętnie wybierane będą przestrzenie typu „open space”. Wiele spółek z pewnością powróci do układu gabinetowego. Zamknięte ścianami pomieszczenia są bezpieczniejsze. Zwiększy się też średnia powierzchnia przypadająca na jednego pracownika. Dziś jest to 7 mkw., a może być 10 – 15 mkw. Pamiętajmy jednak, że praca zdalna jest mało efektywna. Biznes umie liczyć koszty i bez presji pandemii, gdyby było to opłacalne i możliwe, przeniósłby się do pracy online, eliminując koszty najmu przestrzeni biurowej. Jest to jednak niemożliwe właśnie z powodów społecznych, efektywnościowych i psychologicznych. Dlatego obecna sytuacja dużego wzrostu pracy zdalnej jest generalnie jedynie rozwiązaniem zastępczym na czas kryzysu.

Najnowsze technologie, umożliwią bezpieczny powrót do biur. – Przebywanie w biurze jest ważne dla zdrowia psychicznego – twierdzi Jeroen van der Toolen, dyrektor zarządzający Ghelamco, jeden z założycieli Fundacji Digital Poland. Brakuje skutecznej metody komunikacji z użytkownikami obiektów w tym kryzysowym czasie. Osiem największych organizacji w Polsce stworzyło wspólną listę propozycji zmian obecnego podejścia do cyfryzacji oraz niezbędnych działań inwestycyjnych w ramach akcji ,,Czas na cyfrową gospodarkę”. W apelu znalazła się m.in. propozycja wykorzystania aplikacji, które pomogą przemieszczać się pracownikom po biurze w trakcie pandemii.

W miastach regionalnych nie uwidocznił się ogólno-rynkowy trend w zmianach stawek czynszowych. Nieznaczny spadek poziomu czynszu w najatrakcyjniejszych budynkach odnotowano w Katowicach oraz Łodzi, gdzie wynosi on obecnie odpowiednio EUR 13,8/ mkw. i EUR 13,3/ mkw. W części miast zauważono bardziej elastyczne podejście wynajmujących, w szczególności w przypadku projektów, które właśnie zostały lub mają zostać dostarczone na rynek w najbliższym czasie, a nie mają osiągniętego założonego poziomu komercjalizacji, co może skutkować spadkiem poziomu czynszu efektywnego. Najwyższe są czynsze dla najlepszych nieruchomości w centrum Warszawy i wynoszą 18-24 euro za m kw. miesięcznie. Poza centrum jest to ok. 16 euro za mkw. Wiele firm renegocjuje umowy i płaci niższy czynsz w swoich biurach, ale o rzeczywistej reakcji cenowej będziemy jednak mogli mówić za kilka miesięcy – spadki mogą sięgnąć 10%-15%.

Jak model pracy zdalnej wpływa na rynek wynajmu powierzchni biurowych?

Najnowszy raporty innogy Polska S.A. (firmy należącej do czołówki największych firm energetycznych w Europie) pt.: „Kierunki rozwoju rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce” informuje, że związana z  pandemią w pierwszym półroczu spowodowała wzrost odsetek pustostanów do 10,2% ( z 7,9%), czyli o 2,3 pkt. proc.

Polski rynek nieruchomości komercyjnych rozwija się bardzo dynamicznie i tym samym staje się coraz bardziej atrakcyjny dla inwestorów. Badania Innogy pokazują, że w 2019 roku Polska znalazła się na 7. miejscu wśród krajów europejskich pod względem liczby zaplanowanych bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Obroty na europejskim rynku nieruchomości komercyjnych w 2019 r. osiągnęły 275 mld EUR, co stanowi spadek o 2 proc. r/r. Z kolei obroty polskimi aktywami inwestycyjnymi osiągnęły wartość 7,7 mld EUR, co stanowi wzrost o 6 proc. r/r.

Według danych Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego Polska jest liderem Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby certyfikowanych budynków

Sharing economy, czyli ekonomia współdzielenia, to trend i jednocześnie wyzwanie, przed którym stoi cała branża nieruchomości. Wyraźnie obserwujemy go na rynku powierzchni biurowych, gdzie przestrzenie coworkingowe stają się szczególnie atrakcyjne i przyciągają uwagę zarówno inwestorów, jak i najemców. Klienci coraz częściej poszukują większej elastyczności, wygody i przyjemności z interakcji z innymi. Biuro przestaje być tylko miejscem pracy, a staje się usługą, płaszczyzną, w której wzmacnia się więzi społeczne, wymienia się wiedzą i umiejętnościami. Przestrzenie coworkingowe zyskują na wartości w dobie kryzysu gospodarczego związanego z wybuchem epidemii koronawirusa. Decydując się na taki model, nie trzeba wiązać się długimi umowami, a powierzchnię biurową można szybko dostosować do zmieniających się potrzeb firmy. Co więcej, biura coraz bardziej wzmacniają trend do zacierania granic między rolami zawodowymi, a prywatnymi użytkowników. Dostarczając ułatwienia „human centric” i wspierając pracowników w ich prywatnym życiu (przedszkola firmowe, wydarzenia kulturalne w budynku „po pracy” czy też mobilne kioski medyczne), biura stają się nowymi ośrodkami życia społecznego. Coraz większą popularnością cieszą się projekty typu mixed-use, łączące w sobie funkcje mieszkaniowe, hotelowe, biurowe oraz handlowo-usługowe. Wszystko po to, aby zintegrować wiele aspektów naszego życia, a jednocześnie budować pozytywne skojarzenia z daną przestrzenią.

Nowe zasady gry

Pandemia niewątpliwie zmieniła trendy panujące na rynku biurowym. W krótkim czasie standardem może okazać się zawieranie najmów na 3 lata, a nie jak obecnie na 10, z ewentualną opcją wyjścia lub zmiany w połowie okresu najmu. To z kolei spowoduje, że deweloperzy będą musieli wypracować pewien mechanizm pozwalający im zachować płynność wobec wierzycieli, a jednocześnie pozyskiwać najemców. Wynajmujący mogą również dążyć do precyzyjnego określenia definicji siły wyższej w umowie najmu, jeżeli wcześniej tego nie zrobili. Część z nowo powstających biurowców ma już komplet najemców. Biorąc pod uwagę obiekty budowane w Warszawie, już ponad 60 proc. powierzchni jest zabezpieczona umowami „przednajmu” czy listami intencyjnymi.

Swoją pozycję na rynku umacniają projekty wielofunkcyjne. W III kwartale został otwarty nowy obiekt Ghelamco – The Warsaw HUB, oferujący 4 800 m² powierzchni handlowej. Projekt o łącznej powierzchni użytkowej 113 000 m² z dominującym komponentem biurowym wkrótce powita również pierwszych gości w dwóch nowych hotelach.

Myśląc o przyszłości

Pandemia doprowadziła do krótkoterminowego spadku popytu i wzrostu poziomu pustostanów. W transakcjach dotyczących powierzchni powyżej 5,000 mkw. widoczne są oczekiwania firm co do gwarancji elastyczności najmu, zarówno pod kątem ekspansji, jak i redukcji zajmowanej powierzchni. Niemniej jednak takie zapisy w umowach nie są nowością – istniały już dużo wcześniej, przed pojawieniem się wirusa. Ponadto, niemal połowa wolumenu powierzchni w budowie planowanego do oddania w tym roku jest już wynajęta, dlatego wskaźnik pustostanów nie powinien znacząco wzrosnąć. Prognozuje się, że nie przekroczy 12%. Firmy, które mogą sobie na to pozwolić, odkładają w czasie decyzje co do finalizacji najmu lub decydują się na rozwiązania hybrydowe.

W II kwartale 2020 roku na stołeczny rynek dostarczono około 100,1 tys. m2 nowoczesnej powierzchni biurowej w czterech projektach. Popyt w tym czasie osiągnął prawie 334,8 tys. m2, w tym szczególnie wysoką aktywność najemców zaobserwowano w II kw. tego roku — ponad 195,9 tys. m2 wynajętej powierzchni biurowej. Na koniec II kwartału br. w Warszawie wskaźnik pustostanów osiągnął wartość 7,9 proc. (wzrost o 0,4 pkt proc. w porównaniu z poprzednim kwartałem i spadek o 0,6 pkt proc. w odniesieniu do porównywalnego okresu w 2019 roku). Dostępność powierzchni biurowej wynosiła prawie 448 tys. m2. W strefach centralnych współczynnik pustostanów wyniósł 5 proc., poza centrum miasta sięgnął 9,8 proc. W czerwcu PZU podpisało ze Skanską umowę najmu powierzchni na 10 lat za 800 mln zł.

Natomiast, jak dowiadujemy się z raportu CBRE Research Gateway: „Rynek powierzchni biurowych w miastach regionalnych” – w drugim kwartale roku odnotowano wzrost pustostanu o niemal 54 tys. mkw. CBRE to największa na świecie firma doradcza i inwestycyjna działająca w sektorze nieruchomości komercyjnych. Spadek stopy pustostanu nastąpił jedynie we Wrocławiu, Katowicach i Szczecinie. Największy wzrost poziomu pustostanu odnotowano w Lublinie (2,8 p.p.) oraz Trójmieście (2 p.p.), które mimo to utrzymuje najniższy poziom pustostanu ze wszystkich miast regionalnych.

Pod koniec września b.r. „Łódzka Fuzja” – wielofunkcyjny kwartał miejski realizowany przez Echo Investment – wkroczył w kolejną fazę prac. Na terenie pofabrycznego kompleksu Karola Scheiblera rozpoczęła się budowa dwóch nowych biurowców, które stanowić będą integralną część nowej przestrzeni miejskiej zlokalizowanej w samym sercu Łodzi. Budynki, w których swoją siedzibę będzie miało Fujitsu, zaoferują łącznie 19.900  mkw. powierzchni biurowej, zapewniającej dowolną aranżację przestrzeni dostosowanej do indywidualnych potrzeb i komfortu pracy. Fuzja to projekt miastotwórczy, który nada pofabrycznym terenom nowe funkcje wprowadzając jednocześnie najwyższej klasy przestrzenie biurowo-usługowe.

Obserwujemy też wzmożone zainteresowanie projektami „ready-for-rent” (budynki mieszkalne na wynajem). W związku z dużym zainteresowaniem tym segmentem przez fundusze inwestycyjne oraz sukcesami zrealizowanych projektów – deweloperzy, którzy nie byli dotąd aktywni w obszarze rynku,  poważnie myślą o wejściu w ten obszar nieruchomości.

Autor: Adam Białas, ekspert rynku / dyrektor Core PR / dziennikarz biznesowy. 

NanoGroup z sukcesem uplasowało emisję akcji serii H

NanoGroup, Grupa Kapitałowa z sektora biotechnologicznego, przydzieliła wszystkie akcje oferowane w publicznej ofercie akcji serii H i pozyskała łącznie ponad 11 mln zł. W Transzy detalicznej złożono zapisy na 17 477 932 sztuk akcji (na 550.000 sztuk oferowanych), co oznacza redukcję na poziomie 96,853 proc.  W Transzy Dużych Inwestorów zostały objęte wszystkie 2.241.313 akcje. Spółka planuje wprowadzić PDA serii H na rynek regulowany GPW w listopadzie.

Cieszymy się, że zarówno inwestorzy instytucjonalni, jak i indywidualni docenili innowacyjność naszych produktów mających szanse ratować ludzi nie tylko w Polsce, ale i na świecie oraz że wszystkie akcje Nowej Emisji znalazły nabywców. Zarząd niezwłocznie podejmie czynności związane z rejestracją PDA oraz akcji w KDPW, a następnie wprowadzeniem ich do obrotu. – skomentował Marek Borzestowski, prezes Zarządu NanoGroup S.A.

Środki pozyskane z obu transz emisji akcji serii H zostaną przeznaczone na przeprowadzenie badań przedklinicznych i klinicznych autorskiego leku POLEPI do terapii nowotworów jajnika i mięsaków oraz przeprowadzenie tych samych etapów badawczych dla systemu OrganFarm do długoterminowego przechowywania i transportu organów (np. nerek). Terminy zakończenia ww. badań planowane są na 2022/2023 r. Wtedy też planowana jest komercjalizacja projektów poprzez sprzedaż licencji do posiadanych rozwiązań czołowym, międzynarodowym firmom biotechnologicznym i farmaceutycznym z całego świata. Pozostałe środki z emisji NanoGroup planuje przeznaczyć na bieżącą działalność grupy.

NanoGroup zakłada, że nie będzie musiała czekać na osiągnięcie przychodów z działalności aż do 2022 roku. Spółka opracowała technologię produkcji jednej z pierwszych w Europie maseczek ochronnych, wyposażonych w dodatkową warstwę biobójczą, której skuteczność została potwierdzona w wewnętrznych badaniach. Za komercjalizację rozwiązania, w tym uzyskanie niezbędnych certyfikatów i uruchomienie linii produkcyjnej maseczek współodpowiada Marion Sp. z o.o – jeden z czołowych producentów kosmetyków na terenie Europy Środkowo-Wschodniej, z siedzibą w Gdyni.

Wydłużają terminy płatności, ale sami nie chcą czekać na przelew

Co dziesiąty przedsiębiorca znacznie wydłuża termin płatności, ale sam nie lubi czekać na przelew – wynika z badania Instytutu Keralla Research przeprowadzonego w III kwartale 2020 r. na zlecenie Krajowego Rejestru Długów i firmy faktoringowej NFG. Jednocześnie przedsiębiorcy skarżą się, że gdy płatność za projekt następuje po jego zakończeniu, to koszty związane z realizacją projektu i wszystkie bieżące wydatki – muszą ponosić z własnej kieszeni.

Konkurencyjny rynek wymusza na przedsiębiorcach sprzedaż z odroczonym terminem płatności. Częstą praktyką w relacjach B2B, czyli pomiędzy firmami, jest wykorzystywanie tzw. kredytu kupieckiego. Polega on na tym, że zapłata za otrzymany towar bądź usługę następuje dopiero po pewnym czasie – w określonym terminie po spełnieniu świadczenia przez sprzedającego. Tylko w wyjątkowych sytuacjach, przy monopolistycznej pozycji dostawcy wobec odbiorcy, ten pierwszy może pozwolić sobie na sprzedaż, żądając przedpłaty lub gotówki. W praktyce jednak takie zjawisko niemal w ogóle nie występuje.

Przedsiębiorcy lubią 14 i 30 dni

Według badania przeprowadzonego w sierpniu 2020 r. przez Instytut Keralla Research na zlecenie Krajowego Rejestru Długów i firmy faktoringowej NFG na reprezentatywnej grupie przedsiębiorstw z sektora MŚP, firmy w kontraktach B2B preferują i sami wyznaczają zbliżone terminy odroczenia płatności. I tak, najbardziej preferowanym terminem płatności jest okres 14 dni – wybiera go 35,2% przedsiębiorców. Na drugim miejscu jest płatność 30-dniowa – preferuje ją 26,2% firm. Z kolei na trzecim miejscu pojawia się rozbieżność, w zależności od tego, czy przedsiębiorcy wyznaczają terminy odroczenia swoim kontrahentom, czy sami występują w roli płatnika. W tym pierwszym przypadku jeden na 10 wybiera 60-dniowy termin zapłaty. W tym drugim przypadku – w grę wchodzi tylko okres 7-dniowy (14,6%). Oznacza to, że przedsiębiorcy lubią wydłużone terminy płatności… pod warunkiem, że to oni są płatnikami.odroczenia płatności

Faktoring zaliczkowy – recepta na odroczone terminy płatności

„Zaliczka to rzadkość – skarżą się przedstawiciele mikrofirm. – Klient oczekuje, że dowieziemy projekt na czas, ale koszty rozpoczęcia prac niezbędnych do realizacji projektu czy wszystkie bieżące wydatki, jak ZUS, podatki, opłaty za wynajem biura, utrzymanie załogi, użytkowanie samochodów, działania promocyjne itp., musimy pokryć z własnej kieszeni”. Z myślą o takich właśnie firmach, świadczących usługi na rzecz innych przedsiębiorców i wystawiających faktury z odroczonym terminem płatności, NFG wprowadza nową usługę – faktoring zaliczkowy.

To mogą być firmy budowlane, transportowe, handlowe, usługowe, ale również małe agencje reklamowe, PR-owe i wydawnicze, w których realizacja projektu bez zaliczki jest powszechną praktyką, a które bez wsparcia finansowego nie miałyby szans utrzymać się na rynku – wskazuje Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu firmy faktoringowej NFG i dodaje: – Mikrofirmy często przyjmują każde zlecenie, by tylko zyskać klienta lub kolejny kontrakt. Nierzadko mają jednego, maksymalnie dwóch kontrahentów w tym samym czasie. Pracują zazwyczaj projektowo, a wynagrodzenie za projekt przychodzi dopiero po odbiorze prac przez klienta. Stąd głównym problemem tych firm jest utrzymanie płynności finansowej w sytuacji wydłużonych terminów zapłaty, braku zaliczek za projekt czy konieczności dokonywania opłat z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej – zwraca uwagę Dariusz Szkaradek.

Pieniądze na poczet przyszłego projektu i bieżące wydatki

Weźmy przykład małej agencji kreatywnej: klient zleca zaprojektowanie i wykonanie dużej partii folderów, ulotek, gadżetów lub innych materiałów reklamowych, ale płaci za nie dopiero po ich otrzymaniu. Przy dużym zamówieniu agencja musi wpłacić zaliczkę podwykonawcy, często też ma krótszy termin na uregulowanie całej zapłaty niż jej klient. W tej sytuacji może sięgnąć po wsparcie w postaci kredytu obrotowego lub po znacznie łatwiej dostępny faktoring zaliczkowy, w którym formę zabezpieczania stanowi przyszła wierzytelność, a nie majątek przedsiębiorstwa. Sam mechanizm tego rozwiązania jest prosty.

Jeśli na przykład dana firma wie, że pieniądze za kontrakt otrzyma dopiero za kilka, kilkanaście dni, a już dziś potrzebuje środków na rozpoczęcie prac niezbędnych do realizacji tego projektu czy nawet na bieżące zobowiązania takie jak: ZUS, urząd skarbowy, pensje dla pracowników, czynsz, kupno części do samochodów bądź działania reklamowe, to może zawnioskować o faktoring zaliczkowy. Gdy zrealizuje zlecenie i wystawi fakturę za swoje usługi, spłaca zaliczkę, finansując ją powstałą, nieprzeterminowaną fakturą – wyjaśnia Dariusz Szkaradek.

Faktoring zaliczkowy jest kolejnym rozszerzeniem usługi eFaktoringu jawnego i cichego w ofercie NFG. Na polskim rynku niewielu faktorów dotychczas proponowało tego typu usługę dla mikrofirm.

Co ważne, taką zaliczkę można przeznaczyć na dowolny cel. Przedsiębiorca nie musi okazywać żadnej dodatkowej dokumentacji. Pieniądze na jego konto trafiają nawet w kilka minut, a cała procedura odbywa się przez Internet – zaznacza prezes NFG.

Badanie Krajowego Rejestru Długów i firmy faktoringowej NFG pt. „Stosowane i preferowane terminy odroczenia płatności przez MŚP” przeprowadzone przez Instytut Keralla Research w III kwartale 2020 r. na próbie n=500, w mikro, małych i średnich firmach, metodą CATI (wywiady telefoniczne).

Co trzeci pracownik bez informacji o wpływie pandemii na kondycję jego pracodawcy

39% polskich pracowników przyznaje, że nie jest informowanych przez pracodawcę o wpływie pandemii na kondycję finansową firmy. Takie informacje, w różnej częstotliwości otrzymuje 57% badanych. – Pracownicy potrzebują komunikatów z każdego poziomu organizacji, ponieważ to daje im poczucie, że są ważni dla firmy, że przedsiębiorstwo działa sprawnie i jest dla nich bezpiecznym miejscem. Tak buduje się zaufanie i zaangażowanie w zespołach – mówi Agnieszka Krzemień, ekspert Talent Solutions. Więcej o roli komunikacji w firmach w czasach pandemii na podstawie raportu „Ocena nowej rzeczywistości rynku pracy – perspektywa pracowników i pracodawców.”

Tylko raz na kwartał komunikat o tym, jak pandemia wpływa na kondycję finansową pracodawcy otrzymuje 13% pracowników, 24% uzyskuje takie informacje raz w miesiącu a 20% częściej. Aż 39% pracowników przyznaje, że nie ma dostępu do takich informacji w ogóle. To dane płynące z raportu ManpowerGroup i HRlink „Ocena nowej rzeczywistości rynku pracy – perspektywa pracowników i pracodawców”. Jak zaznacza Agnieszka Krzemień, menedżer i ekspert ds. zmiany kariery w Talent Solutions, brak komunikacji ze strony firm może wynikać z braku świadomości w organizacjach, jak ważne jest informowanie pracowników, szczególnie w tak trudnym okresie, jakim jest pandemia. Według ekspertki może być to również efekt tego, że przed pandemią firmy nie realizowały aktywności w zakresie komunikacji wewnętrznej, nie mają zasobów, które teraz pozwoliłyby im to robić lub nie mają wiedzy, jak prowadzić takie działania.

– W czasach niepewności wynikających z pandemii pracownicy stoją w obliczu złożoności i nieprzewidywalności świata biznesu. Niejasność i niepewność dnia jutrzejszego towarzyszą w mniejszym czy większym stopniu praktycznie każdemu. W tak wymagającym momencie pracownicy potrzebują od organizacji, kadry zarządzającej i swojego bezpośredniego przełożonego szacunku, empatii i autentyczności. Skuteczna i transparentna komunikacja na temat kondycji firmy to klucz do zapewnienia u pracowników poczucia bezpieczeństwa, a w konsekwencji do budowania ich zaangażowania. Celem komunikacji o kondycji firmy jest pokazanie nie tylko bieżącej sytuacji, w jakiej znajduje się organizacja, również na tle branży i konkurencji, ale również strategicznej perspektywy dla organizacji i dla pracownika, pokazanie przyszłości, a co za tym idzie planu i procesu kontroli działań w obliczu wyzwań – dodaje Agnieszka Krzemień.nowa rzeczywistość na rynku pracyZ kolei Alina Michałek, ekspert HR w HRlink, zaznacza, że dane z raportu potwierdzają to, co jest bolączką pracodawców od lat – za mało uwagi poświęcają na komunikację z pracownikami. – W tym niepewnym czasie śledziliśmy wiele komunikatów w mediach odnoszących się do aktualnej sytuacji, liczby zachorowań, analiz czy prognoz. Większość z nas z uwagą i niepokojem szukała najbardziej aktualnych danych o rozwoju pandemii w kraju i na świecie, a także o jej wpływie na stan rynku pracy. Jednocześnie rodziły się pytania do pracodawców o nowe procedury i plany kontynuacji biznesu, które w niektórych firmach pozostawały bez echa. System komunikacji ze strony firm zawiódł, bo niemal 40% respondentów nie otrzymała żadnych informacji ze strony pracodawcy o tym, jak pandemia wpłynęła na ich biznes. W czasach niepewności i zagrożenia jednym z niezbędnych działań jest informowanie pracowników o aktualnych danych, prognozach, największych wyzwaniach na najbliższy czas. Wiąże się to ze stworzeniem przestrzeni, w której pracownicy mogą podzielić się obawami, wyjaśnić wątpliwości. Ma to z jednej strony ogromny wpływ na ich bezpieczeństwo i stabilizację, a z drugiej jest fundamentem komunikacyjnego sukcesu firmy. Ponadto te działania wzmacniają więzi, dają wyraz szacunku, identyfikacji z firmą, a przede wszystkim pokazują, że pracodawcom zależy na przejściu przez ten trudny okres razem z załogą – dodaje Alina Michałek.

– Dużą rolę w budowaniu skutecznej komunikacji odgrywa dywersyfikacja sposobów dotarcia z komunikatem, a zatem zapewnienie komunikacji w różnych wymiarach. Zaplanowany komunikat organizacji, czyli dopasowany pod względem treści i formy do różnych poziomów ról w organizacji i różnego odbiorcy zdecydowanie wpływa na zwiększenie poczucia bezpieczeństwa i stabilności pracownika. Ważne, aby to były aktywności regularne, a nie jednorazowe – podsumowuje Agnieszka Krzemień.
Badanie ManpowerGroup i HRlink zostało zrealizowane w dn. 7-24 sierpnia br. na reprezentatywnej grupie 130 firm oraz 558 pracowników. Przeprowadzone z wykorzystaniem metody CAWI (badanie online). Dane o dostępnych ofertach pracy i liczbie ich publikacji pochodzą z panelu administracyjnego systemu ATS HRlink i odzwierciedlają realizację procesów rekrutacyjnych w okresach: od 1.01.2019 do 31.07.2019 oraz od 1.01.2020 do 31.07.2020.

Polski rynek pracy po 6 miesiącach pandemii

Gotowość na zmianę – to najczęstsza cecha pracowników i kandydatów badanych przez Pracuj.pl. Aż 83% z nich jest otwartych na oferty zatrudnienia, a 64% – przekwalifikowanie się i zmianę branży. Jednak gotowość na nową pracę nie oznacza dla większości chęci podjęcia ryzyka. Stabilność stanowiska to dla nich druga najważniejsza kwestia przy wyborze ofert – po wysokości wynagrodzenia. Zapraszamy do lektury ostatniego tekstu na temat raportu Pracuj.pl „Pół roku pandemii”.

Najważniejsze informacje:

  • 8 na 10 badanych jest otwartych na zmianę pracy mimo pandemii.
  • 64% poszukujących pracy jest gotowych się przekwalifikować.
  • Kandydaci zwracają uwagę na wynagrodzenie i stabilność stanowiska.
  • Tylko 24% uważa, że o zmianę pracy jest łatwiej niż w kwietniu.

Pół roku nowej normalności

Jak pół roku pandemii wpłynęło na postrzeganie przez pracowników i kandydatów rynku pracy? To pytanie, na które odpowiada najnowszy raport Pracuj.pl „Pół roku nowej normalności. Pracownicy i kandydaci na rynku pracy”. Oparty został on na badaniach przeprowadzonych przez analityków Grupy Pracuj w kwietniu i wrześniu 2020 roku. W kolejnym tekście poświęconym wynikom analitycy omawiają opinie badanych dotyczące mobilności zawodowej: możliwości zmiany pracy, gotowości do przekwalifikowania się czy kluczowych kwestii poszukiwanych w ofertach.

Gotowi na zmianę pracy

Doświadczenia pandemii nie zmniejszają, a wręcz zwiększają gotowość Polaków do zmiany pracy – tak wynika z badań Pracuj.pl. Więcej niż 8 na 10 respondentów badanych we wrześniu jest otwartych na nowe propozycje, jeśli dostaną ciekawą ofertę zatrudnienia. To o 6 punktów procentowych więcej niż w kwietniu.
Gotowi na zmianę pracyGotowość do zmiany pracy to jedna z najbardziej stałych cech pracowników i kandydatów w Polsce. Jak pokazuje nasz raport, nawet pandemii nie udało się zmienić tej tendencji. Ostatnie pół roku dla wielu pracowników oznaczało niepewność i obawy przed konsekwencjami pandemii. To sytuacja motywująca do większej aktywności na rynku pracy, mimo ryzyk związanych z adaptacją do nowego środowiska – komentuje Agata Dzierlińska, HR Business Partner w Grupie Pracuj.

Zmiana zawodu – tak. Niższa pensja – nie

Co interesujące, badani nie tylko gotowi są na zmianę pracy, ale także na wybór nowego zawodu. Otwartość na przekwalifikowanie się i wybór nowej branży deklarowało pod koniec września aż 2/3 badanych szukających pracy (zatrudnionych i bezrobotnych). To identyczny wynik do osiągniętego podczas badań w kwietniu – na początku pandemii. Na poziomie deklaracji Polacy są więc wyraźnie świadomi zmian zachodzących na rynku pracy oraz w zakresie potrzeb rekrutacyjnych poszczególnych branż i specjalizacji.zmiana zawodu 2Co trzeci badany poszukujący pracy (63%) uważa, że obecnie znalezienie zatrudnienia będzie trudniejsze, niż przed pandemią. Choć to wciąż większość respondentów, jest ich zdecydowanie mniej niż w kwietniu (75%). Nieco mniej wyraźne zmiany dotyczą oczekiwań wobec warunków zatrudnienia. Badani Polacy nadal częściej są skłonni przyjąć pracę poniżej swoich kwalifikacji (45%), niż zgodzić się na obniżenie oczekiwań finansowych (24%).

Poszukiwane: zarobki i bezpieczeństwo

Wysokie wynagrodzenie to od lat czynnik, który jest najbardziej skutecznym magnesem na kandydatów. Badania Pracuj.pl wykazują, że po pół roku pandemii zarobki są dla pracujących respondentów jeszcze częściej kluczowym czynnikiem wyboru ofert od nowych pracodawców (76% wskazań), niż na jej początku (69%).
zmiana zawodu 3Jednocześnie jednak tuż za nią w piramidzie oczekiwań plasują się gwarancja stabilnego i bezpiecznego zatrudnienia (57%) oraz stabilna pozycja firmy mimo zmian na rynku (41%). Choć spokój związany z utrzymaniem pracy jest nieco mniej istotny dla badanych, niż w kwietniu, jest ważniejszy dla wyraźnie większej grupy osób niż ciekawe obowiązki (34%) czy możliwość awansu (32%).

Okoliczności pandemii i różnorodne doniesienia płynące z rynku pracy skłaniają Polaków do poszukiwania bezpiecznych, spokojnych stanowisk. To paradoks zrodzony w pandemii. Wśród respondentów przeważają osoby deklarujące gotowość do przyjęcia nowej oferty, przekwalifikowania się bądź zmiany branży. Wyniki pokazują jednak, że gotowość na zmianę deklarowana w badaniach nie oznacza chęci brania na siebie dużego ryzyka. Dlatego ponad połowa badanych przeglądając oferty pracy szczególną uwagę przykłada do ofert gwarantujących stabilizację i bezpieczeństwo zatrudnienia – mówi Agata Dzierlińska.

Szukanie pracy w kwietniu i wrześniu

Mimo tego, że wielu badanych „okrzepło” w ciągu pół roku pandemii i zmalała liczba osób z pesymizmem obserwujących rynek pracy, większość wciąż dostrzega wpływ pandemii na sytuację kandydatów. Tylko co czwarty badany (24%) uważa, że obecnie łatwiej jest o znalezienie pracy, niż w marcu i kwietniu. Blisko połowa (44%) respondentów nie zgadza się z tą opinią.
zmiana zawodu 4Opinie te mogą zaskakiwać w obliczu stosunkowo pozytywnych danych płynących z rynku pracy. Między styczniem i wrześniem 2020 na portalu Pracuj.pl ukazało się 391 010 ogłoszeń, a szczególnie wysokie liczby ofert przyniósł III kwartał. Jak jednak komentował przy okazji najnowszego raportu Rynek Pracy Specjalistów ​Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl, pracownicy są świadomi wyzwań wynikających ze zmieniającej się sytuacji pandemicznej.

Jako Pracuj.pl od początku pandemii staramy się konsekwentnie i otwarcie analizować sytuację na rynku ofert pracy. Choć minione dziewięć miesięcy przyniosło bardzo wiele wyzwań rekrutacyjnych dla pracodawców, a także ryzyko dla pracowników, rynek pracy zakończył III kwartał w całkiem dobrej kondycji. Jednak jesień wciąż stanowi zagadkę, bo sytuacja pandemiczna zmienia się w bardzo szybkim tempie. Dlatego cały rynek powinien kontynuować rozwój rozwiązań wspierających zdalną rekrutację, usprawnioną przez narzędzia online. Mogą się one okazać kluczowe w okresie czekających nas trudnych zmian równie mocno, jak w okresie lockdownu. Doświadczenia z pierwszych miesięcy pandemii będą w tym kontekście bezcenne -komentował Rafał Nachyna.

Obowiązek nowych etykiet energetycznych wejdzie później

Urząd Komunikacji Elektronicznej wstrzyma się z egzekwowaniem przepisów tzw. rozporządzeń w sprawie etykietowania energetycznego do 1 marca 2021 r., co rekomendowała Komisja Europejska oraz o co apelowali sami polscy przedsiębiorcy branży elektronicznej. W piśmie do Związku Cyfrowa Polska, który wnioskował o taką zmianę, zastępca prezesa UKE Krzysztof Dyl podkreśla, że decyzja ta pozwoli przedsiębiorcom działać na rynku europejskim w warunkach uczciwej konkurencji.

Pierwotnie nowe etykiety energetyczne miały pojawić się na urządzenia RTV i AGD wprowadzanych do sprzedaży już od 1 listopada br. UKE zaznacza jednak, że decyzja o wstrzymaniu się egzekwowania przepisów o kilka miesięcy – do 1 marca 2021 r. – nie wpłynie na zapewnienie konsumentom właściwych informacji o zużyciu energii przez produkty. O respektowaniu rekomendacji Komisji Europejskiej w sprawie etykietowania produktów zapewnił też w piśmie do Związku Cyfrowa Polska Prezes Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów Tomasz Chróstny.

Związek Cyfrowa Polska, powołując się na rekomendacje samej KE apelował wcześniej do UKE i UOKiK o odroczenie listopadowego terminu do marca z powodu spowolnienia produkcyjnego oraz mniejszego popytu wśród konsumentów wywołanego pandemię. Ze względu na kryzys zdrowotny w wielu państwach członkowskich zamknięto fabryki i laboratoria lub zmniejszono liczbę personelu i moce produkcyjne. W związku z tym testowanie przez producentów ich produktów, a tym samym uzyskanie informacji na potrzeby dokumentacji technicznej lub karty informacyjnej produktu i etykiety jest utrudnione, a nawet niemożliwe. Zaś mniejszy popyt na urządzenia RTV i AGD wśród konsumentów spowodował, że te składowane są nadal przez producentów w magazynach.

— Cieszę się z decyzji Urzędu Komunikacji Elektronicznej i stanowiska UOKiK w tej sprawie, bo pozwoli to producentom i dostawcom sprzętu na przygotowanie się do nowych obowiązków związanych z oznakowaniem urządzeń. Ze względu na pandemię koronawirusa utrzymanie terminu listopadowego byłoby niemożliwe — mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik. I dodaje: — Wydłużenie daty wejścia nowych przepisów w życie pozwoli polskim producentom wprowadzenie do obrotu swoich produktów, których nie mogli sprzedać przez obecny kryzys. Ta decyzja umożliwi też szybszą odbudowę polskiej gospodarki i stworzenie nowych miejsc pracy.

Co się zmieni w etykietowaniu energetycznym?

Przypomnijmy: zgodnie z rozporządzeniem Komisji Europejskiej zmieni się m.in. skala dotycząca oznaczeń na etykietach energetycznych umieszczanych na urządzenia RTV i AGD. Znikną oznaczenia typu A+++, a zostanie przywrócona prostsza i czytelniejsza skala etykietowania – od A do G. Nowym elementem za to będzie kod QR, który po zeskanowaniu za pomocą smartfona, pozwoli konsumentowi uzyskać dodatkowe informacje o produkcie. Tym samym będzie prosta weryfikacja tego, czy produkt spełnia wymogi efektywności energetycznej oraz czy informacje na etykiecie są dokładne. Docelowo zmiany mają uprościć klientom wybór najbardziej energooszczędnych urządzeń.

CIT dla spółek komandytowych od 2021 roku. Ze względu na wyższe obciążenie podatkowe takie spółki mogą zacząć znikać z rynku

Od 2021 roku spółki komandytowe, które stanowią w Polsce ok. 7 proc. wszystkich spółek, czeka znaczny wzrost obciążeń podatkowych. Sejm przyjął nowelizację, która nakłada na nie opodatkowanie CIT. – Obciążenie podatkowe wzrośnie do prawie 35 proc. Obecnie jest to tylko 19 proc., ponieważ mamy do czynienia z opodatkowaniem jedynie na poziomie wspólników – mówi radca prawny Łukasz Koc. Resort finansów uzasadnia, że nowe przepisy przyczynią się do walki z optymalizacją podatkową. Jednak przeciwnicy wskazują na ryzyko likwidacji takich spółek, zmniejszony dopływ kapitału zagranicznego i brak czasu na przygotowanie do zmian.

– Zmiany planowane przez rząd, które mają wejść w życie w 2021 roku, będą polegać na opodatkowaniu spółek komandytowych analogicznie do spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. To znaczy, że będą one podlegać opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób prawnych w wysokości 9 lub 19 proc. od wygenerowanego dochodu. Dodatkowo również wspólnicy tych spółek będą podlegali opodatkowaniu od dochodu, który będzie przypadał na nich w stosunku do udziału w zysku spółki komandytowej – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Koc, radca prawny w dziale prawa podatkowego Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Według danych GUS na koniec 2019 roku do rejestru REGON było wpisanych 40,6 tys. spółek komandytowych (ok. 7 proc. wszystkich spółek w Polsce), a ich liczba wzrosła aż o 13,3 proc. względem poprzedniego roku i był to największy wzrost spośród wszystkich form prawnych podmiotów gospodarczych figurujących w rejestrze. Nowe dane GUS za II kwartał br. pokazują, że w tym czasie odnotowano łącznie ponad 64,4 tys. rejestracji podmiotów gospodarczych, a spółki komandytowe stanowiły tylko 1,63 proc. Liczba upadłości w II kwartale br. wyniosła natomiast 157, a spółki komandytowe stanowiły wśród nich 8,3 proc.

Spółka komandytowa nie ma osobowości prawnej, ale ma zdolność do czynności prawnych, co oznacza, że może we własnym imieniu zaciągać zobowiązania. Do jej zarejestrowania potrzebny jest co najmniej jeden komandytariusz i komplementariusz, który własnym majątkiem odpowiada za jej długi. Ta forma prawna jest w Polsce dość często wykorzystywana do prowadzenia biznesów rodzinnych. Co istotne, do tej pory spółki komandytowe nie płaciły podatku dochodowego, ale podatnikami byli za to jej wspólnicy, którzy rozliczali się proporcjonalnie do swoich udziałów. Podobne zasady obowiązywały dotąd w przypadku wszystkich spółek osobowych (za wyjątkiem komandytowo-akcyjnych, które podatkiem CIT zostały objęte przed kilkoma laty). W przyszłym roku ma się to jednak zmienić,

Komplementariusz będzie miał prawo do odliczenia kwoty podatku zapłaconego już przez spółkę komandytową, oczywiście proporcjonalnie do jego udziału w jej zysku. Natomiast komandytariusz będzie miał możliwość zastosowania zwolnienia z opodatkowania w odniesieniu do 50 proc. uzyskanego dochodu. Tutaj jest jednak ograniczenie, ponieważ nie może to być więcej niż 60 tys. zł – wyjaśnia radca prawny.

Rząd podkreśla, że nowe przepisy mają być orężem w walce z optymalizacją podatkową.

– Wydaje się jednak, że w ogóle nie uwzględnia sytuacji wielu podmiotów prowadzących działalność gospodarczą w tej formie, którzy wybrali ją nie ze względów podatkowych, ale stricte biznesowych. Dla nich najważniejsze są te warunki i zasady prawne dotyczące prowadzenia działalności przez spółkę komandytową, natomiast kwestie podatkowe mają dla nich znaczenie drugorzędne – mówi Łukasz Koc.

Wspólnicy wybierają tę formę działalności m.in. ze względu na brak wymaganego kapitału zakładowego. Innym powodem może być jasny podział ról i odpowiedzialności między komplementariuszem a komandytariuszem. Jak podkreśla radca prawny, przyjęte przez Sejm rozwiązanie, które ma wejść w życie od stycznia 2021 roku, oznacza wzrost obciążeń podatkowych nie tylko dla ponad 40 tys. spółek komandytowych, ale także ich wspólników.

 Opodatkowanie będzie na dwóch poziomach – zarówno na poziomie spółki komandytowej, jak i na poziomie poszczególnych wspólników. Zakładając, że spółka będzie podlegała opodatkowaniu stawką CIT 19 proc. i w odniesieniu do wspólnika znajdzie zastosowanie taka sama stawka, to de facto obciążenie podatkowe wzrośnie do prawie 35 proc. Obecnie jest to tylko 19 proc., ponieważ mamy do czynienia z opodatkowaniem jedynie na poziomie wspólników – mówi.

Zarówno przedsiębiorcy, jak i prawnicy zwracają uwagę na fakt, że projekt autorstwa Ministerstwa Finansów został przyjęty bardzo szybko i bez zapowiedzi, co większości podmiotów uniemożliwi odpowiednie przygotowanie się do nich. Część wskazuje też, że nowe przepisy – przez podwójne opodatkowanie spółek komandytowych – przyczynią się do likwidacji przedsiębiorstw prowadzonych w tej formie prawnej.

– Szybkość procedowania tego projektu należy oceniać negatywnie. Środowisku biznesowemu nie dano możliwości wypowiedzenia się odnośnie do planowanych zmian, te konsultacje były bardzo wąskie i ograniczone czasowo, de facto były prowadzone tylko pro forma – ocenia Łukasz Koc.

Radca prawny wskazuje też, że nowe przepisy mogą też negatywnie wpłynąć na poziom inwestycji kapitału zagranicznego w Polsce, ponieważ spółki komandytowe były do tej pory dość szeroko wykorzystywane przez inwestorów zagranicznych do rozpoczynania działalności w naszym kraju.

Były prezes NIK: Niepokoi mnie plan likwidacji funkcji Rzecznika Finansowego. To instytucja, która zabiera głos w sprawach ważnych dla Polaków

Jestem przekonany, że likwidacja instytucji Rzecznika Finansowego doprowadzi do sytuacji, w której Polacy będą jeszcze słabiej chronieni na rynku usług finansowych – mówi Krzysztof Kwiatkowski, były prezes Najwyższej Izby Kontroli. Ministerstwo Finansów planuje połączenie instytucji Rzecznika Finansowego z Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zdaniem eksperta nadzór nad rynkiem finansowym i ochrona klientów wymagają wzmocnienia, ale przejęcie przez UOKiK kompetencji rzecznika w tym nie pomoże.

Połączenie obu urzędów wynika z projektu ustawy o rozpatrywaniu reklamacji i sporów klientów podmiotów rynku finansowego oraz o Funduszu Edukacji Finansowej. Zdaniem Ministerstwa Finansów, które go przygotowało, ma to poprawić poziom ochrony konsumentów na rynku finansowym. Jak czytamy w uzasadnieniu, nowe rozwiązanie ma zwiększyć skuteczność i efektywność systemu ochrony konsumenta, a także pozwolić na prowadzenie spójnej i skutecznej kampanii informacyjnej o prawach przysługujących klientom.

Jednak wielu ekspertów i organizacje, które wyraziły swoje zdanie podczas konsultacji publicznych i opiniowania, nie pochwala tego rozwiązania. Wątpliwości mają nie tylko niektóre resorty, lecz także np. Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorstw, prawnicy oraz organizacje walczące o interesy konsumentów na rynku bankowym.

Jestem absolutnie zaniepokojony informacjami o zamiarze likwidacji funkcji Rzecznika Finansowego, czyli osoby, która ma czuwać nad bezpieczeństwem nas konsumentów na rynku usług finansowych. Nie tędy droga – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Kwiatkowski, senator RP, były prezes NIK. – Jestem przekonany, że gdyby zlikwidować instytucję Rzecznika Finansowego, to Polki i Polacy będą jeszcze mniej chronieni na rynku usług finansowych. Ta instytucja w praktyce już pokazała, że potrafiła zabierać głos w ważnych sprawach z punktu widzenia obywateli, a przede wszystkim ich pieniędzy.

Również członkowie Doradczego Komitetu Naukowego przy Rzeczniku Finansowym przekazali premierowi negatywne opinie do projektu, wskazując, że destabilizuje on system ochrony konsumentów i stworzy przestrzeń dla kolejnych afer finansowych.

W ostatnim czasie Rzecznik Finansowy zabierał głos m.in. w sprawie zasad korzystania z wakacji kredytowych czy przedterminowej spłaty kredytów. W tym obszarze liczba skarg konsumentów w I półroczu br. wzrosła pięciokrotnie w porównaniu do I połowy 2019 roku.

Krzysztof Kwiatkowski ma obawy nie tylko o skutki rozwiązań, jakie Ministerstwo Finansów proponuje we wspomnianym projekcie ustawy. Podkreśla również, że nadzór finansowy w Polsce nie działa tak, jak mają prawo tego oczekiwać obywatele.

Nadzór finansowy w Polsce nie działa tak, jak by mieli prawo oczekiwać obywatele. Kolejne afery, związana z funkcjonowaniem GetBacku, wcześniej Amber Gold, poszczególnych funduszy inwestycyjnych, które inwestują od dzieł sztuki, po tokeny, a za każdym razem to samo zakończenie – tysiące ludzi, którzy stracili swoje pieniądze. To pokazuje, że działalność nadzoru finansowego w Polsce wymaga zmian, udoskonalenia z punktu widzenia bezpieczeństwa, ochrony klientów finansowych – ocenia.

Senator podkreśla, że polski system w teorii jest dobrze rozbudowany, ale należy przede wszystkim zmienić praktykę działania. Do takiego wniosku można dojść choćby po analizie poszczególnych afer.

– Afera Amber Gold to kompletna porażka, w tym wypadku akurat prokuratury, bo Komisja Nadzoru Finansowego sygnalizowała problem, a prokuratura kompletnie te fakty zignorowała. Dla odmiany afera GetBacku to już porażka Komisji Nadzoru Finansowego, która mając odpowiednie narzędzia, we właściwym czasie z nich nie skorzystała. To pokazuje, że w Polsce często mamy problem nie tyle z przepisami prawa, co z praktyką działania instytucji, które odpowiadają za bezpieczeństwo finansowe obywateli – ocenia były prezes NIK.

NIK w 2017 roku zwracała uwagę m.in. na potrzebę większej ochrony klientów rynku forex, objęcia regulacjami funkcjonowania kantorów internetowych czy giełd kryptowalut.

Jednoznacznie pokazaliśmy, że w Polsce powinien być skuteczniejszy nadzór i skuteczniejsze metody kontrolowania tego rynku. Piewcy wolności będą mówić: dlaczego? Ale tego typu pytania nie mają znaczenia w momencie, kiedy pojawiają się ludzie, którzy tracą swoje pieniądze – podsumowuje Krzysztof Kwiatkowski.

Warunki mieszkaniowe jednym z trzech głównych problemów Polaków. Najmocniej dotyka rodziny wielodzietne

Złe warunki mieszkaniowe to problem, który najbardziej dotyka rodziny wielodzietne – z co najmniej trojgiem dzieci. Tych jest w Polsce ok. 500 tys., a połowie z nich dochody nie pozwalają na zaspokojenie ich bieżących potrzeb. Wiele z nich nie może sobie pozwolić także na wybudowanie domu czy zakup własnego lokum. To często powoduje, że ich warunki bytowe są niewystarczająco dobre, co w skrajnych przypadkach może oznaczać ryzyko odebrania dzieci. W pomoc takim osobom coraz częściej angażują się firmy. Budimex w partnerstwie z kilkoma innymi przedsiębiorstwami rozpoczął właśnie budowę domu dla jednej z potrzebujących rodzin. 

– Potrzeby mieszkaniowe rodzin wielodzietnych są olbrzymie. W Polsce jest około pół miliona takich rodzin, które potrzebują znacznie lepszych, korzystniejszych warunków mieszkaniowych, ale po prostu ich na to nie stać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Blocher, prezes Budimeksu.

W Polsce niedobór mieszkań jest szacowany na ok. 2 mln lokali. Raport Fundacji Habitat for Humanity Poland („Mieszkalnictwo w Polsce”) pokazuje, że dochody ok. 70 proc. polskich gospodarstw domowych nie pozwalają im zaspokoić swoich potrzeb mieszkaniowych na rynkowych zasadach, czyli zaciągnąć kredytu hipotecznego na zakup własnego lokum. Co więcej, 14 proc. rodzin obecnie zamieszkuje domy bądź mieszkania niesamodzielne, przeludnione, wymagające pilnego remontu albo w złym stanie technicznym. Z badań opinii przeprowadzonych przez fundację wynika, że zła sytuacja mieszkaniowa to jeden z trzech głównych problemów polskich rodzin (obok niskich dochodów i niesprawnej służby zdrowia), na który wskazało 40 proc. z nich.

– Każda z młodych rodzin, która ma dziecko, chciałaby mieć swój własny lokal mieszkaniowy, czy to w bloku, czy w domu jednorodzinnym. W przypadku rodziców mieszkających z dziećmi idealnie, jeżeli mają one własny pokój. Dlatego w Polsce standardem dla rodziny 2+1 są salon z kuchnią plus dwa pokoje, natomiast w domach w małych miejscowościach czy na wsiach ten standard jest gorszy – wskazuje Dariusz Blocher.

Złe warunki mieszkaniowe to problem, który w największym stopniu dotyka rodziny wielodzietne. Według danych MRPiPS w Polsce jest obecnie ok. 500 tys. rodzin z co najmniej trojgiem dzieci. Wiele z nich mierzy się z problemami finansowymi, społecznymi (np. brakiem żłobków i przedszkoli) i właśnie mieszkaniowymi.

– Problemy rodzin wielodzietnych wynikają z tego, że na ogół nie stać ich na to, żeby wybudować dom albo pozwolić sobie na zakup mieszkania na wolnym rynku, bo nie dostaną kredytu. W Sejmie uchwaliliśmy właśnie ustawę dotyczącą mieszkalnictwa, która powędruje teraz do Senatu. Powinna ona pomóc młodym ludziom i polskim rodzinom w zapewnieniu sobie mieszkania, a samorządom – w pozyskiwaniu finansowania w formie dotacji bezzwrotnych na budowę domów z Banku Gospodarstwa Krajowego – mówi posłanka PiS Anna Milczanowska.

Jak pokazują dane Związku Dużych Rodzin „Trzy Plus”, dochody ok. 50 proc. rodzin wielodzietnych nie pozwalają im na zaspokojenie bieżących potrzeb. Gros środków jest przeznaczanych na żywność (ok. 30 proc. budżetu), wydatki związane ze szkołą (27 proc.), zajęcia dodatkowe dla dzieci (26 proc.), opłacenie żłobka lub przedszkola (19 proc.) oraz transport (15 proc.). To, co zostaje, często nie wystarcza na budowę domu czy zakup odpowiednio dużego mieszkania.

– Rodziny wielodzietne mieszkają w Polsce w bardzo różnych warunkach, od skrajnie dobrych do skrajnie złych – mówi prezes Budimeksu. – Możliwości pomocy takim rodzinom są bardzo różne: od najprostszych, czyli podarowania pieniędzy, po kontakt z MOPS-ami, czyli miejskimi ośrodkami pomocy społecznej. One wiedzą, którym trzeba pomagać, jakie są ich problemy i czego one potrzebują.

Mimo wsparcia w postaci programów prorodzinnych w Polsce rodziny wielodzietne wciąż borykają się z problemami i potrzebują pomocy. Tę oferują nie tylko państwo i MOPS-y, ale i prywatni darczyńcy oraz firmy. Budimex w partnerstwie z kilkoma innymi przedsiębiorstwami rozpoczął właśnie budowę domu dla jednej z takich potrzebujących rodzin w ramach akcji HASHDomZSerca. Na początku tego roku media zainteresowały się losem rodziny Magdy Saternus, ponieważ sąd miał zadecydować o odebraniu jedenaściorga dzieci matce ze względu na złe warunki mieszkaniowe. Telewizyjny reportaż został zauważony w Budimeksie, jednej z największych w Polsce firm budowlanych. Spółka połączyła siły z innymi firmami, aby wybudować, wyposażyć i przekazać szesnastoosobowej rodzinie nowy dom koło Radomska.

– Dopiero za pośrednictwem telewizji dowiedziałam się, że przyjdzie firma, która postawi nam nowy dom, żebyśmy żyli w lepszych warunkach, a dzięki temu dzieci zostaną przy mnie. Dzięki wsparciu dzieci zostaną w pełnej rodzinie, przy matce, a po nowym roku mam nadzieję, że zamieszkamy już w lepszych warunkach mieszkaniowych – mówi Magdalena Saternus.

Wiosną przyszłego roku szesnastoosobowa rodzina przeprowadzi się z obecnego, dwupokojowego mieszkania do nowego domu jednorodzinnego, o powierzchni ponad 200 mkw., z dwoma łazienkami, dwoma garderobami i ośmioma pokojami dla dzieci, z których najmłodsze ma cztery lata. Dzięki zaangażowaniu partnerów dom zostanie wyposażony „pod klucz”.

– Pod koniec października zaczęliśmy pierwsze prace budowlane. Dom został już wyprodukowany i zostanie zmontowany w ciągu 60 dni, czyli przed świętami Bożego Narodzenia. Mamy około półtora miesiąca, żeby go wykończyć pod klucz, ze wszystkimi niezbędnymi elementami, sprzętem AGD i RTV, meblami, łóżkami i dywanami, tak żeby rodzina mogła zamieszkać już na gotowym. Wszystko powinniśmy w pełni ukończyć przed końcem lutego następnego roku – zapowiada Dariusz Blocher.

– Dzieci będą miały swoje pokoje do dyspozycji, będą łazienki i pralki, salon. Ten dom scementuje tę rodzinę – mówi Anna Milczanowska. – Warto interesować się tym, co się dzieje wokół nas, jak żyją nasi znajomi, sąsiedzi, zaangażować się wolontariacko w pomoc takim rodzinom. Cieszy to, że takich ludzi dobrej woli jest bardzo wielu.

Prezes giełdowego Budimeksu ma nadzieję, że akcja HASHDomZSerca zachęci też inne podmioty do inicjowania podobnych działań pomocowych skierowanych do potrzebujących.

– Ważne jest, żeby firmy, które mogą pomóc w takich sytuacjach, potrafiły znaleźć potrzebujących. Tutaj apel do mediów: pokazujcie takie rodziny i kojarzcie tych, którzy chcą pomagać, z tymi, którzy tej pomocy potrzebują. Bardzo chcemy, żeby ten projekt został powtórzony na większą skalę, jeżeli kolejne firmy zaangażują się w pomoc – mówi.

Partnerami akcji HASHDomZSerca są AkzoNobel, Black Red White, Candellux Lighting, Dyckerhoff Polska, Synertime, Komunikacja Plus, .mdd, OBI, Procontent, RedNet Property, RTV EURO AGD.

Młodzi kierowcy przeceniają swoje możliwości. Technologie mogą pomóc im zmieniać nawyki na drodze

Za co piąty wypadek drogowy odpowiadają młodzi kierowcy. W 2019 roku byli oni sprawcami 4,9 tys. wypadków, a przyczyną 37,6 proc. z nich było niedostosowanie prędkości do warunków ruchu. Badanie PIU wskazuje, że młodzi kierowcy lekceważą przepisy częściej niż inni, a 73 proc. z nich uważa się za doświadczonych, co skłania ich do brawurowych zachowań. W budowaniu dobrych nawyków na drodze mogą pomóc rozwiązania technologiczne. – Technologia pełni rolę dodatkowego anioła stróża, który pomoże początkującym kierowcom podczas jazdy i ostrzeże przed wypadkiem – mówi Paweł Zawisza, dyrektor business development w firmie Starter24.

 Polacy mają skłonność do przeceniania swoich umiejętności do nadmiernie szybkiej jazdy. Młodzi kierowcy jeszcze bardziej narażeni są na tę mieszankę wybuchową, a przy tym nie mają doświadczenia i uważności, czasem intuicji i wyczucia, którymi dysponują kierowcy z bogatszym doświadczeniem – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Zawisza.

Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że w 2019 roku doszło do nieco ponad 30,2 tys. wypadków. Za 4,9 tys. z nich (18,5 proc. wypadków powstałych z winy kierujących) odpowiadają młodzi kierowcy, w wieku 18–24 lat. Przyczyną 37,6 proc. spowodowanych przez nich wypadków było niedostosowanie prędkości do warunków ruchu.

Badania PIU pokazują, że młodzi kierowcy częściej niż starsi lekceważą przepisy ruchu drogowego. Dla blisko 40 proc. z nich przekroczenie dozwolonej prędkości w terenie zabudowanym o 20 km/h jest bezpieczne. W całej grupie kierowców odsetek takich odpowiedzi wyniósł 33 proc. Jednocześnie młodzi nie dostrzegają zależności pomiędzy bezpieczeństwem jazdy a prędkością – ponad 60 proc. uważa, że można jeździć jednocześnie szybko i bezpiecznie.

– Technologia może pełnić rolę dodatkowego anioła stróża, który będzie pomagał kierowcom, zwłaszcza młodym, kształtować prawidłowe nawyki związane z zachowywaniem odpowiedniej odległości od samochodów, odpowiedniej prędkości, z unikaniem niekontrolowanej zmiany pasa ruchu – przekonuje dyrektor business development w Starter24. – Wspólnie z jedną z poznańskich szkół nauki jazdy wdrożyliśmy pilotażowy program pomocy młodym kierowcom w kształtowaniu pozytywnych nawyków na drodze. W samochodach, którymi jeżdżą, zamontowaliśmy urządzenie, które w sposób graficzny lub dźwiękowy ostrzega przed ewentualnym wypadkiem, niekontrolowaną zmianą pasa ruchu czy nadmierną szybkością.

W samochodzie nauki jazdy zastosowano system ADAS firmy Mobileye. Wykorzystuje on kamerę umieszczoną na przedniej szybie, dzięki której śledzi drogę, ostrzega kierowców na min. 2,5 sekundy przed zdarzeniem i w ten sposób daje odpowiedni czas na reakcję. Jak pokazują statystyki, wystarczy już 10–12 tygodni jazdy z ADAS, aby zmienić nawyki kierowcy na bezpieczniejsze. Eksperci Starter24 przekonują, że wykorzystanie tego typu systemów może być w przyszłości podstawą do budowania oferty ubezpieczeniowej dla początkujących kierowców.

 Dodatkowo wdrożyliśmy funkcjonalność Smart Car Assistance opartą na idei connected cars, dzięki której możemy śledzić, co się dzieje z samochodem od wewnątrz i zapobiegać awariom. Te urządzenia pozwalają nam na sczytywanie kodów błędów w samochodzie, informowanie z odpowiednim wyprzedzeniem kierowców o możliwych błędach i awariach, które mogą się przydarzyć na drodze – wskazuje Paweł Zawisza.

Wtyczka OBD umieszczona w samochodach jest elementem zdalnej diagnostyki oraz systemu przewidywania i zapobiegania awariom. Dzięki temu w czasie rzeczywistym można mieć dostęp do podstawowych parametrów samochodu. Jeżeli pojawi się kod błędu lub zapali się kontrolka na desce rozdzielczej, mechanicy mogą od razu skontaktować się z kierowcą.

Innowacje w tworzywach sztucznych skupiają się wokół ich recyklingu. Ich efektywne wykorzystanie może być podstawą gospodarki obiegu zamkniętego

Plastikowe opakowania na żywność zapobiegają jej marnowaniu, co z kolei przekłada się na redukcję emisji 350 g CO2 za każdy kilogram. Tworzywa sztuczne mają być jednym z pięciu filarów gospodarki obiegu zamkniętego. Mimo tego plastik jest powszechnie uważany za jeden z głównych szkodników dla środowiska. Ambicją firm działających w tej branży jest to, by zapobiec przedostawaniu się granulek polimerowych do środowiska.

– Tworzywa w gospodarce obiegu zamkniętego mają wiele funkcji i na co dzień musimy pamiętać o tym, że to nie jest tylko odpad, który nas denerwuje i że trzeba go odpowiednio zagospodarować. Celem gospodarki obiegu zamkniętego jest bowiem jak najlepsze wykorzystanie surowca – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Anna Szałkowska z Fundacji PlasticsEurope Polska.

W przypadku tworzyw sztucznych surowcem tym są granulki polimerów. Firmy będące członkami PlasticsEurope w ramach programu Operation Clean Sweep dążą do tego, by żadna granulka polimeru nie przedostawała się do środowiska.

– Jednym z wymogów gospodarki obiegu zamkniętego jest tzw. ekoprojektowanie, czyli takie projektowanie danego wyrobu, które nam później pozwoli wielokrotnie z niego korzystać: naprawiać go, ale także ułatwić recykling. W przypadku opakowań z tworzyw sztucznych mamy duże pole do popisu. Innowacje branży idą w tym kierunku, by zastąpić trudno recyklowalne opakowania takimi, które będą łatwiej recyklowalne – wskazuje Anna Szałkowska.

Wszystkie plastikowe butelki, z których korzysta koncern Coca Cola w Wielkiej Brytanii, są obecnie produkowane w 50 proc. z rPET – tworzywa sztucznego pochodzącego z recyklingu. Decyzja o wykorzystaniu takiego materiału oznacza oszczędność 21 tys. ton plastiku rocznie. Z kolei Orkla, norweski producent żywności, pakuje chipsy w paczki wykonane z odnawialnego polimeru propylenowego. To materiał wytwarzany z oleju talowego, będącego produktem ubocznym w procesie pozyskiwania pulpy drzewnej.

Opakowania z tworzyw sztucznych wykorzystywane są przede wszystkim do pakowania żywności. Dzięki nim udaje się unikać znacznych strat produktów spożywczych. Z raportu rocznego Fundacji PlasticsEurope za rok 2019 wynika, że przeciętna emisja CO2 wynikająca z produkcji opakowania plastikowego na 1 kilogram żywności wynosi 70 gramów. Z kolei zaoszczędzona emisja CO2 z powodu mniejszych strat żywności dzięki takim opakowaniom wynosi 350 gramów za każdy kilogram. Oznacza to, że korzyści w tym przypadku przewyższają straty.

– Trzeba pamiętać, że straty żywności to jeden z krytycznych elementów gospodarki obiegu zamkniętego. Innymi słowy, musimy je minimalizować ze wszystkich sił, a opakowanie plastikowe jest bardzo dobrym przykładem takiego, które doskonale pozwala nam to osiągnąć – podkreśla ekspertka z Fundacji PlasticsEurope Polska.

Zagospodarowanie odpadów opakowaniowych jest jednym z priorytetów gospodarki obiegu zamkniętego. Koncepcja GOZ, która od 2018 roku jest w Europie w fazie praktycznej realizacji, określa tworzywa sztuczne jako jeden z pięciu elementów, które będą kluczowe dla jej skutecznej realizacji. Z kolei „Europejska strategia na rzecz tworzyw sztucznych w gospodarce o obiegu zamkniętym” jest oparta na czterech filarach. To zwiększenie opłacalności recyklingu, ograniczenie ilości generowanych odpadów plastikowych, walka z zaśmieceniem środowiska morskiego, a także zwiększenie inwestycji i innowacji w zakresie recyklingu.

– Plastik poddaje się recyklingowi dość łatwo. Są jednak grupy materiałów, których recykling mechaniczny jest trudny lub obecnie nieefektywny ekonomicznie. Jest natomiast tzw. recykling surowcowy lub chemiczny, które już wchodzą w fazę realizacji i stosowania na co dzień. Pozwalają nie tylko odzyskać sam polimer, lecz także surowiec, z którego powstał. Absolutnie nie powinniśmy natomiast odpadów z tworzyw składować na wysypiskach. Marnuje się tam po prostu wartość tego surowca – mówi Anna Szałkowska.

W krajach Unii Europejskiej, zgodnie z dyrektywą z 30 maja 2018 roku, zwiększono wymagane poziomy recyklingu wszystkich opakowań do 65 proc. w roku 2025 i do 70 proc. do roku 2030. W przypadku opakowań z tworzyw sztucznych cele te wynoszą odpowiednio 50 i 55 proc.

Grafenowe superkomputery pozwolą symulować ludzką pamięć. To może być przełom dla sztucznej inteligencji

Zespół naukowy z Uniwersytetu Stanowego Pensylwanii opracował pionierski komputer imitujący procesy zachodzące w ludzkim mózgu. Maszyna odwzorowuje sposób funkcjonowania biologicznej sieci neuronowej, a jej analogową naturę udało się odtworzyć dzięki wykorzystaniu grafenowych tranzystorów. Technologia tego typu może zostać wykorzystana do budowy wyspecjalizowanych systemów sztucznej inteligencji.

Wszystkie współczesne komputery cyfrowe funkcjonują na podstawie bramek logicznych, dzięki którym programiści mogą korzystać z kodu binarnego i śledzić, czy przez dany element przepływa sygnał elektryczny, czy też nie. Taki sposób przetwarzania informacji znacząco różni się od struktury mózgu przetwarzającego dane za pośrednictwem neuronów zdolnych do rejestrowania większej liczby stanów, a co za tym idzie – pozwalających sprawniej przetwarzać duże zasoby informacji.

Wzrost zapotrzebowania na systemy informatyczne do analizy dużych zbiorów danych zachęcił zespół badaczy z Uniwersytetu Stanowego Pensylwanii do pogłębienia prac nad komputerami analogowymi, imitującymi analogową strukturę mózgu. Dzięki nim możliwe byłoby błyskawiczne wykonywanie obliczeń na potrzeby m.in. systemów rozpoznawania obrazu czy sztucznej inteligencji dla autonomicznych pojazdów.

– Tworzymy sztuczne sieci neuronowe, które starają się naśladować efektywność energetyczną i obszarową mózgu – podkreśla Thomas Shranghamer, doktorant na Uniwersytecie Stanu Pensylwania. – Mózg jest tak mały, że mieści się w dłoniach, podczas gdy nowoczesny superkomputer zajmuje miejsce wielkości dwóch lub trzech kortów tenisowych.

Naukowcy zaprojektowali sztuczną sieć neuronową opartą na arkuszu grafenowym, na którym umieszczono węglową powłokę o grubości jednego atomu. Wstępne eksperymenty dowiodły, że za pośrednictwem pola elektrycznego można rekonfigurować tę sieć na podobieństwo neuronów mózgowych i zapisywać informację w jednym z 16 możliwych stanów. Wykorzystanie tej technologii do produkcji komputerów nowej generacji pozwoliłoby zminiaturyzować systemy inteligentne i zauważalnie przyspieszyć proces przetwarzania dużej ilości danych.

– Mamy potężne komputery, co do tego nie ma wątpliwości. Problem polega na tym, że musimy przechowywać pamięć w jednym miejscu, a obliczenia wykonywać w innym – wskazuje Saptarshi Das, profesor asystujący nauk technicznych i mechaniki na Uniwersytecie Stanu Pensylwania. – My udowodniliśmy, że możemy precyzyjnie kontrolować dużą liczbę stanów pamięci przy użyciu prostych tranzystorów z grafenem.

Badania nad tą technologią są wspierane i finansowane przez Army Research Office, laboratorium badawcze amerykańskiej armii. Pomysł nowatorskiego arkusza grafenowego został zgłoszony do urzędu patentowego i w przyszłości ma szansę trafić do użytku komercyjnego.

Według firmy badawczej Grand View Research wartość globalnego rynku grafenowego do 2025 roku wzrośnie do 550 mln dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie blisko 38 proc. w skali roku.

Pandemiczne Wszystkich Świętych 2020 – oszczędnie i z niepokojem

Wiemy już jak Polacy spędzą w tym roku Wszystkich Świętych. Pandemia znacząco wpłynęła na zachowania. Instytut Badań Społecznych i Rynkowych Tric oraz firma konsultingowa SMP przeprowadziły badanie dotyczące postaw Polaków. Aż 56% Polaków deklaruje, że tym razem nie wybierze się na cmentarz. Kolejne 12,5% ankietowanych nadal się waha i jest niezdecydowane. Pandemia wpłynęła także na polskie portfele. Prawie 18% odpowiadających zadeklarowało, że wyda mniej niż w ub. roku na zakup zniczy i kwiatów. Aż 67.6% spośród tych, którzy wydadzą mniej, wskazuje jako przyczynę konieczność oszczędzania w czasach pandemii.

Instytut Badań Społecznych i Rynkowych Tric oraz firma konsultingowa SMP przeprowadziły badanie dotyczące postaw Polaków. Ze względu na dynamicznie zmieniającą się sytuację pandemiczną, badania przeprowadzono jak najbliżej daty Wszystkich Świętych w dniach 28-29 października. Badania przeprowadzono na reprezentatywnej grupie Polaków (N = 1230) ze względu na płeć i wiek (18-54 lata) za pomocą badania omnibusowego.
Wszystkich Świętych 2020– W opiniach badanych widać wyraźnie wpływ pandemii na deklarowane postawy – uważa Paweł Chmielowski, właściciel Instytutu Badań Społecznych Tric. Przede wszystkim dotyczy to poczucia niepewności. Ludzie nie są pewni w jaki sposób spędzą Dzień Wszystkich Świętych. Nie wiedzą jeszcze czy odwiedzą groby, czy spotkają się z bliskimi. Obawiają się przyszłości związanej z ewentualnymi rządowymi zakazami.

W kwestii wyboru dnia, w którym udamy się na groby bliskich nadal dominuje data 1 listopada ale warto zauważyć, że ponad 46% ankietowanych szuka innego dnia na odwiedziny cmentarzy. Sporo osób (16,3%) uda się na groby w sobotę a tylko 7,5% odwiedzi cmentarze w poniedziałek (Dzień Zaduszny) Ponadto dosłownie w przeddzień Wszystkich Świętych nadal prawie 17% Polaków jest niezdecydowanych.

Wszystkich ŚwiętychWarto także podkreślić, że w tym roku zanika tradycyjny zwyczaj spotykania się po wizytach na grobach bliskich. Tylko 28,3% Polaków deklaruje, że spotka się w gronie rodzinnym po wizycie na cmentarzu. Ponad 46% jednoznacznie deklaruje, że nie zamierza tego zrobić tym razem.Wszystkich Świętych 2– Warto zwrócić uwagę na korelację obaw związanych z potencjalnym zarażeniem wirusem na cmentarzu, a planowanym spotkaniem z rodziną – uważa Paweł Chmielowski z Instytutu Badań Społecznych i Rynkowych Tric. Społeczeństwo staje się uważne co pokazuje fakt, że jedynie niecała jedna trzecia badanych planuje po odwiedzeniu grobów wizytę i spotkanie z rodziną – dodaje Chmielowski.

Mocno i wyraźnie rozszerzył się także katalog powodów, z powodu których Polacy obawiają się odwiedzić w tym roku cmentarze. Kluczowym powodem jest oczywiście obawa o bezpieczeństwo w warunkach pandemii. Tego obawia się aż 53,2% Polaków. Znaczna część osób (43,8%) podkreśla także obawę o możliwość zarażenia swoich bliskich a prawie 19% wyraźnie artykułuje obawę o zdrowie krewnych w starszym wieku.
Wszystkich Świętych 3Pojawia się także kontekst niepewności formalno-prawnej. Prawie 14% badanych nie jest pewnych czy cmentarze rzeczywiście będą otwarte co wpływa na ich plany. W kontekście wyjazdów z kolei prawie 7% obawia się zostać zaskoczonych nagłym wprowadzeniem lockdownu i problemem z powrotem do miejsca zamieszkania. Ponad 9% Polaków zaznacza też kwestię problemów logistycznych ponieważ w tym roku dzień Wszystkich Świętych przypada na niedzielę czyli dzień wolny od pracy.Wszystkich Świętych 4W tym roku większość Polaków planuje wydać podobną kwotę na znicze i kwiaty przy okazji dnia Wszystkich Świętych.

Pomimo, że te wydatki nie należą do zbyt wysokich to jednak zauważalna staje się grupa, która deklaruje, że w tym roku wyda mniej. Tak zapowiada prawie 18% badanych.

– Widać, że pandemia mocno odciska się na portfelach Polaków. Pomimo relatywnie małej skali wydatków na Wszystkich Świętych, także i tutaj Polacy szukają oszczędności. Ich głównym powodem jest oczywiście niepewność czasów, w których funkcjonujemy. Prawie 67% Polaków, którzy zamierzają odwiedzić cmentarze deklaruje, że to świadomość konieczności oszczędzania w trudnych czasach jest powodem zmniejsznia wydatków. Ale też ponad 18% zgłasza swoje ogólne problemy finansowe a prawie 9% wyraźnie informuje o swoich problemach finansowych spowodowanych bezpośrednio przez pandemię – mówi Grzegorz Kita, ekonomista i współautor badań.Wszystkich Świętych 5

Paweł Chmielowski – Instytut Badań Społecznych i Rynkowych Tric.

Socjolog, przedsiębiorca, specjalista z zakresu badań ilościowych i statystyki. Właściciel Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych TriC oraz Agencji Analityki Sportowej Sport Analytics. Realizował usługi badawcze dla placówek dyplomatycznych. Współpracował z jednostkami naukowymi, pracownikami uczelni wyższych i władzami samorządów. Wykładowca na Collegium da Vinci oraz Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu.

W obszarze badania kibiców pracuje także z organizacjami (Fortuna 1 Liga, FEN, AMP Futbol), wieloma klubami (takimi jak Lech Poznań, Wisła Kraków, Śląsk Wrocław, Anwil Włocławek, Trefl Gdańsk i in.), sponsorami klubów sportowych (m.in. STS, Millenium) oraz ze sportowcami indywidualnymi.

Grzegorz Kita – Ekonomista, inwestor, menadżer. Doradca strategiczny. Uznany ekspert z prawie trzydziestoletnim doświadczeniem w konsultingu i marketingu. Prezes i założyciel SMP. Jeden z pierwszych zawodowych inwestorów na polskiej giełdzie.

Chińska gospodarka wydobrzała

Chiny zadziwiająco szybko uporały się z pandemią, według oficjalnych statystyk nie ma tam drugiej fali zachorowań. Powodów do ekspansji chińskiej gospodarki jest więcej. Co jednak z wojną handlową?

– Europa i USA zaaplikowały swoim gospodarkom olbrzymie pakiety stymulacyjne, a to sprzyja chińskiemu eksportowi – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Chiny domykają lukę technologiczną pomiędzy USA, myślą długoterminowo, gdy tymczasem w Stanach Zjednoczonych toczy się spór o to tylko, jak rozdać więcej pieniędzy. Ten dysonans działa bardzo na niekorzyść świata rozwiniętego.

My koncentrujemy się oczywiście na danych z Polski, na ponad 20 tys. przypadków dziennie i konsekwencjach, jakie będą mieć być może już od jutra. Jednak nie jesteśmy sami (co nie stanowi absolutnie jakiegokolwiek pocieszenia), ta bariera została przekroczona w Europie także przez Francję (blisko 50 tys.!), Hiszpanię, Włochy, Wielką Brytanię oraz Belgię, zaś Niemcy były bardzo blisko.

Inwestorzy nie byli gotowi na taki scenariusz – przez miesiące wmawiano im, że drugiego lockdownu nie będzie, a zachęceni darmowym pieniądzem nie chcieli konfrontować tych obietnic z faktami przez zbyt długi czas. Ileż to razy zastanawialiśmy się dlaczego rynek ignoruje tak oczywiste ryzyko drugiej fali? Tak działają rynki, często zerojedynkowo, była radosna ignorancja, a teraz przyszło zaskoczenie, niedowierzanie i strach. Strach przez kolejnym ciosem w aktywność gospodarczą, który może nie będzie początkowo tak silny, ale będzie dawał o sobie znać znacznie dłużej.

Pod koniec października EBC co prawda osłabił euro, ale równie dobrze słabsze euro można przypisać pogarszającej się sytuacji w Europie i relatywnie lepszej w USA (gdzie również mamy rekordy zachorowań, ale jednak w relacji do populacji jest ich mniej i przyrost również jest wolniejszy). Bank zapowiedział dalsze zwiększenie skali zakupów aktywów na grudniowym posiedzeniu, jednak ta polityka już dawno straciła swoją skuteczność.

Rosnący interwencjonizm EBC na rynku długu ma w zasadzie jeden cel: umożliwienie rządom dalsze zadłużanie się za cenę erozji oszczędności prywatnych (i transferu majątku, głównie od klasy średniej do najbogatszych).

Co mogą zmienić wybory prezydenckie w USA? Jak wpłyną na wojnę handlową USA-Chiny?

– Zmiana na fotelu prezydenckim niewiele zmieni, a wojna handlowa uderza też w amerykańska gospodarkę – komentuje ekspert XTB. – Niezależnie kto wygra, Stany Zjednoczone muszą znaleźć jakąś własna strategię, która będzie powiązana także z decyzjami dotyczącymi wojny handlowej.

Cyfryzacja obowiązkowo z kulturą

Pięciokrotnie więcej firm, które uwzględniło aspekt kulturowy w trakcie transformacji cyfrowej, odnotowało w efekcie przełom lub polepszyło swoje wyniki finansowe. Jak pokazują badania, takim rezultatem może pochwalić się ponad 90 proc. z nich[1]. Jednocześnie niedopasowana kultura oraz sposoby pracy są jedną z głównych przyczyn niepowodzenia procesów cyfryzacji przeprowadzanych w organizacjach. Powód ten wymienia prawie 40 proc. specjalistów pracujących na co dzień w przedsiębiorstwach trudniących się wdrażaniem cyfryzacji[2]. Dlaczego świadomość kulturowa jest aż tak ważna? Ponieważ Amerykanie i Niemcy – zarówno prywatnie, jak i zawodowo potrzebują zasad, których należy się trzymać podczas wprowadzania zmian. Włosi, Hiszpanie i Turcy wolą z kolei znać cel i motywację transformacji.

W firmach o zasięgu międzynarodowym, posiadających swoje oddziały w różnych krajach, ale także w takich charakteryzujących się dużą różnorodnością kulturową w ramach filii w jednym kraju implementacja jakichkolwiek rozwiązań, w tym także tych cyfrowych, stanowi spore wyzwanie. Nie oznacza to jednak, że od samego początku jest skazana na porażkę. Wystarczy odpowiednio przygotować się do działania, korzystając np. z pomocy ekspertów posiadających doświadczenie w pracy w środowisku międzynarodowym.

Plany globalne, wdrażanie lokalne

Najczęstszym, choć na ogół nieświadomym błędem międzynarodowych korporacji jest opracowanie jednej strategii transformacji cyfrowej na szczeblu centralnym, a następnie jej realizacja zgodnie z tym planem – w niezmienionej formie – w każdej placówce na całym świecie.

Nasze obserwacje i doświadczenia wynikające z realizacji dotychczasowych projektów dowodzą, że nie ma jednego uniwersalnego scenariusza transformacji cyfrowej, który można by zastosować w każdej firmie – mówi Daniel Olejniczak, wiceprezes zarządu Bonair S.A.Co więcej, z perspektywy samego przedsiębiorstwa nie jest na ogół łatwo zauważyć przeszkody utrudniające sprawne przeprowadzenie digitalizacji. Tym trudniejsze okazuje się niejednokrotnie znalezienie sposobu na ich pokonanie. Kluczem do sukcesu jest wybór odpowiedniego partnera, który przyglądając się firmie z zewnątrz, przeprowadzi implementację nowych systemów, dobierając rozwiązania najbardziej optymalne dla danej organizacji. I nie spowoduje przy tym zamieszania uniemożliwiającego przedsiębiorstwu prowadzenia bieżącej działalności.

Co kraj, to obyczaj

90 proc. przedstawicieli firm uważa, że świadomość kulturowa ma bardzo ważny lub co najmniej ważny wpływ na zarządzanie zmianami[3]. Badania pokazują, że narodowości różnią się pod względem podejścia do podejmowania decyzji, rozwiązywania problemów i zmian. Według podziału angielskiego specjalisty – Richarda D. Lewisa, kilkaset kultur narodowych i regionalnych na świecie można podzielić na trzy grupy: aktywne linearnie, multiaktywne i reaktywne. Osoby wychowane w kulturze aktywnej (m.in. Amerykanie, Brytyjczycy, Duńczycy, Holendrzy, Niemcy i Szwajcarzy) skupiają się w swoim działaniu na jednym zadaniu i nie odstępują od niego, zanim go nie doprowadzą do pożądanego efektu. Zawsze przygotowują plan działań, a później sumiennie go realizują. Pracują tylko w określonych godzinach, a w sporach kierują się logiką. Osoby wychowane w kulturze multiaktywej (m.in. Hiszpanie, Latynosi, Polacy, Rosjanie, Włosi i obywatele krajów Bliskiego Wschodu) potrafią podzielić swoją uwagę między kilka spraw na raz. Jeśli opracowują plan pracy to tylko ogólny, a z czasem i tak go zmieniają. Pracują bez względu na porę i w sporach kierują się uczuciami. Przedstawiciele kultury reaktywnej (m.in. Chińczycy, Hindusi, Japończycy, Koreańczycy, Tajowie i Wietnamczycy) nie zaczną działać, dopóki nie wysłuchają propozycji drugiej strony i nie wyrobią sobie poglądu na dany temat. Przestrzegają tylko ogólnie nakreślonych zasad, choć i tak potrafią wprowadzać w nich niewielkie zmiany. Godziny pracy są w ich przypadku do uzgodnienia, a konfrontacji starają się w ogóle unikać[4].

Dodatkowo każda kultura charakteryzuje się własnym kodeksem behawioralnym, który warto poznać, bo można łatwo błędnie zinterpretować niektóre gesty i słowa, a to w biznesie już tylko krok do nieporozumienia i utraty okazji do współpracy.

Brak inicjatywy kontra akceptacja ryzyka

Na przełomie lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku holenderski psycholog społeczny – Geert Hofstede, przeprowadził z kolei badania wśród pracowników koncernu IBM zatrudnionych w kilkudziesięciu krajach. Na ich podstawie wyróżnił sześć wymiarów kulturalnych pokazujących zależność między mentalnością danej narodowości a wpływem na pracę, ale i cały biznes. Do wymiarów tych należą: dystans władzy, indywidualizm – kolektywizm, męskość – kobiecość, unikanie niepewności, niski i wysoki stopień kontroli pragnień oraz orientacja długoterminowa – orientacja krótkoterminowa[5].

Z perspektywy wprowadzania transformacji cyfrowej w firmie bardzo istotny jest wskazany wymiar unikania niepewności. Aspekt ten podpowiada, jak przedstawiciele poszczególnych kultur reagują na zmiany i wszystko, co nowe. W krajach charakteryzujących się wysokim wskaźnikiem niepewności (m.in. w Grecji, Portugali, Gwatemali, Urugwaju, Belgi i Japonii) własna inicjatywa w pracy nie jest wskazana, podobnie jak próba rozwiązywania problemów poprzez produktywne konflikty. Natomiast kultury o niskim poziomie unikania niepewności (np. Singapur, Jamajka, Dania, Szwecja, Hongkong i Wielka Brytania) są otwarte na zmiany, gotowe na ryzyko i szybko wyczuwają nowe trendy.

Transformacja cyfrowa ma tę zaletę, że ogromnie ułatwia współpracę w środowisku międzynarodowym – mówi Daniel Olejniczak, wiceprezes zarządu Bonair S.A. –Dzięki rozwiązaniu chmurowemu można zoptymalizować liczne procesy wewnętrzne firmy, nawet jeśli funkcjonuje ona w strukturze rozproszonej w kilku lokalizacjach w Europie lub na świecie.

[1] https://www.futureseriesfuse.com/insights/digital-transformation

[2] https://www.mckinsey.com/business-functions/mckinsey-digital/our-insights/how-to-restart-your-stalled-digital-transformation

[3] https://www.andchange.com/themes/apply-one-methodology-many-cultures/

[4] https://www.pmi.org/learning/library/change-agility-different-cultures-10188

[5] https://geerthofstede.com/culture-geert-hofstede-gert-jan-hofstede/6d-model-of-national-culture/

All in! Games wydawcą Chernobylite na konsole

All in! Games S.A., wydawca głośnego tytułu Ghostrunner, dodaje do swojego portfolio kolejny tytuł z ogromnym potencjałem, podpisując porozumienie ze studiem The Farm 51 na wydanie Chernobylite.

Bardzo się cieszymy, że w tygodniu udanej premiery Ghostrunnera możemy ogłosić kolejną, bardzo ważną dla naszej firmy informację. Wierzymy, że gra Chernobylite będzie się cieszyć podobnym zainteresowaniem co cyberpunkowy tytuł i spełni oczekiwania graczy na całym świecie. Zwykle nie angażujemy się w projekty, których IP nie posiadamy, na takim poziomie jak w przypadku produkcji The Farm 51. Zdajemy sobie jednak sprawę z potencjału tej gry i w związku z tym postanowiliśmy zrobić wyjątek – mówi Piotr Żygadło, CEO notowanego na GPW wydawnictwa All in! Games.

Chernobylite jest planowany na 2021 rok, na konsole aktualnej i nowej generacji, a także PC. Dzięki współpracy z All in! Games gra otrzyma więcej kanałów dystrybucji oraz będzie zlokalizowana w większej liczbie języków.
Przypomnijmy, że wydany 27 października Ghostrunner (najgłośniejszy tytuł All in! Games) już pierwszego dnia zwrócił koszt produkcji i został bardzo dobrze odebrany przez graczy oraz media. Według portalu Metacritic średnia nota międzynarodowych recenzentów wyniosła 82/100, a na platformie Steam, gdzie gra awansowała na 1. miejsce rankingu Globalnych Bestsellerów, otrzymała od użytkowników 85% pozytywnych opinii (na ponad 3000).

Wczesny dostęp do Czarnobyla

Chernobylite to gra komputerowa z gatunku survival-horror, której akcja toczy się w czarnobylskiej Strefie Wykluczenia. Spisek, horror, przetrwanie, miłość i obsesja – to wszystko w formie nieliniowej, interaktywnej opowieści, igrającej z pojęciami prawdy i kłamstwa, rzeczywistości i fikcji, nauki i fantazji.

Tytuł jest już dostępny we Wczesnym Dostępie na Steam i Gog.com. Na tej pierwszej platformie został on oceniony przez blisko 2,5 tys. użytkowników, z czego ponad 70% recenzji jest pozytywnych. O wysokich notowaniach Chernobylite świadczy również fakt, że gra została wybrana największym hitem Pixel Heaven 2019, wygrywając najważniejszą kategorię, Big Fish Grand Prix. Otrzymała również tytuł The Best Polish Indie Game podczas targów Poznań Game Arena (PGA) 2019.

Za produkcję odpowiada The Farm 51, tworzący nie tylko gry, ale też nowoczesne aplikacje VR. Studio uczestniczy również w wielu innowacyjnych projektach edukacyjnych i komercyjnych, a w swojej pracy developerskiej wykorzystuje rozwiązania spod znaku fotogrametrii oraz skanowania 3D. Wśród najnowsze projektów The Farm 51 jest m.in. militarny shooter World War 3, wciągający Get Even czy Chernobyl VR Project.

EBC w grudniu prawdopodobnie ponownie poluzuje politykę pieniężną

W tym tygodniu głównym wydarzeniem na rynkach walutowych było czwartkowe posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego. EBC poluzował politykę pieniężną, ale również zasygnalizował, że w grudniu można liczyć się z kolejnym wsparciem gospodarki europejskiej. Prawdopodobnie będzie to podwyższenie i rozszerzenie programu PEPP. Program ten już raz został podwyższony z 750 na 1 350 mld euro. EBC chce mieć pole do ponownego kupowania aktywów, aby w razie potrzeby na rynkach została utrzymana płynność. Przede wszystkim chce także wspierać banki w udzielaniu kredytów.

Program skupu aktywów APP oraz program pożyczek bankowych TLTRO III nadal będą kontynuowane. Należy jednak zauważyć, że jest dyskusyjne, na ile naprawdę pomogą gospodarce europejskiej. Powodem nie udzielania przez banki europejskie kredytów w takich kwotach, jakich by oczekiwał EBC, nie jest brak pieniędzy, ale niepewność rozwoju, a tym samym i ryzyka, że kredyty nie będą spłacane. Ponadto, kraje strefy euro, jak np. Grecja czy Włochy, bardziej potrzebują reform strukturalnych gospodarki realnej, niż większej ilości pieniędzy dla lokalnych banków.

Złoty w tym tygodniu nadal się osłabiał ze względu na rosnącą nerwowość na rynkach finansowych. W piątek rano kurs wynosił 4,62 PLN/EUR. Eurodolar był na poziomie 1,168 USD/EUR. Na umocnienie dolara miały wpływ optymistyczne prognozy wzrostu amerykańskiego PKB w III kwartale. Natomiast na euro negatywnie wpłynęła nerwowość związana z drugą falą koronawirusa.

W następnym tygodniu para walutowa EUR/USD najprawdopodobniej będzie niestabilna ze względu na wybory prezydenckie w USA, które zakończą się 3 listopada.

Malwina Krakus, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Zjazd firm rodzinnych po raz pierwszy online | U-RODZINY 2020

Pomimo wszystkich trudności, 13. edycja Ogólnopolskiego Zjazdu Firm Rodzinnych odbędzie się 23-27 listopada 2020 roku, zachowując wieloletnią tradycję stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych. Wyjątkowa sytuacja wymaga adekwatnej modyfikacji formuły wydarzenia, dlatego U-RODZINY 2020 po raz pierwszy w historii odbędą się ONLINE. Każdy zainteresowany będzie mógł wziąć udział poprzez platformę internetową, nie wychodząc z domu. Przedsiębiorcy, eksperci, samorządowcy, doradcy i politycy spotkają się wirtualnie, aby wspólnie zastanowić się, jak poradzić sobie z kryzysem, jak funkcjonować w nowych warunkach oraz jak planować działalność uwzględniając wyzwania i niepewność które stoją przed nami.

Zaczynając w styczniu pracę nad programem merytorycznym 13. Zjazdu na temat przewodni wybrano “CZAS PRZEMIAN”, który w obecnej sytuacji wyjątkowo trafnie odzwierciedla rzeczywistość. Podczas 13. edycji U-RODZIN właściciele największych polskich firm rodzinnych porozmawiają o prowadzeniu biznesu w trakcie pandemii COVID-19 oraz zastanowią się czy „rodzinność” ma wpływ na funkcjonowanie firmy w tych czasach. Renomowani eksperci i przedsiębiorcy będą dyskutować o perspektywie prowadzenia biznesu, razem spróbują wyciągnąć wnioski z koronakryzysu, a także spojrzą na możliwość wykorzystania sytuacji rynkowej do ekspansji zagranicznej polskiego biznesu. Poruszony zostanie także temat zmian, wprowadzenie których wymusił koronawirus, a także kwestia transformacji cyfrowej i wyzwań prawno-podatkowych, których doświadczają firmy rodzinne. Ważnym elementem debat będzie także perspektywa lokalna, którą przedstawią polscy samorządowcy.

Jak co roku, organizację U-RODZIN wsparł szereg instytucji i organizacji. Patronami honorowymi wydarzenia są Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, Przedstawicielstwo Komisji Europejskiej w Polsce, Polska Agencja Inwestycji i Handlu, a także Samorządy Województw Mazowieckiego i Małopolskiego.. Partnerami strategicznymi IFR są: BNP Paribas Bank Polska, Grupa AXA w Polsce oraz agencja reklamowa Recevent. Do patronów medialnych dołączyli m.in. Dziennik Gazeta Prawna, ICAN Management Review oraz My Company Polska.

Swoim doświadczeniem z uczestnikami 13. edycji wydarzenia podzielą się m.in.: prof. Andrzej Blikle, Piotr Voelkel (Grupa Kapitałowa VOX), prof. Jerzy Hausner, Grzegorz Putka (Piekarnie Cukiernie Putka), Przemysław Mitraszewski (LPP S.A.), dr Stanisław Han (Hasco-Lek S.A.), Jerzy Pietrucha (Grupa Pietrucha), Adam Rozwadowski (Enel-Med S.A.), Jacek Ptaszek (JMP Flowers) i wielu innych.

Atutem formuły online jest elastyczności i dostępność wydarzenia – oprócz transmisji na żywo, będzie możliwość obejrzenia nagrania po konferencji. Dbając o bezpieczeństwo i komfort uczestników, całość podzielono na krótkie części – każdy z 5 dni konferencji potrwa nie dłużej niż 4 godziny. Dla uczestników przygotowano 10 debat i wystąpień motywacyjnych, 9 warsztatów praktycznych i prelekcji, a także networking online w pokojach tematycznych i branżowych. Wszystko to w ramach jednego biletu. Rejestracja na wydarzenie już ruszyła. Zapisy na: www.u-rodziny.pl

  1. edycję U-RODZIN planowano zorganizować w formule hybrydowej, łącząc konferencję online z mniejszymi regionalnymi spotkaniami stacjonarnymi w 5 miastach. Niestety z uwagi na sytuację epidemiczną i obostrzenia – nie jest to możliwe. Za rok już na pewno spotkamy się na żywo!

Łączymy, by budować! Łączymy, by przetrwać!U-RODZINY_2020-cover_rejestracja_1200x628

Wschodzące lokalizacje magazynowe w Polsce – Lublin

Lublin to obszar z dużymi tradycjami w zakresie przemysłu spożywczego i przetwórstwa, a dzięki rozwojowi infrastruktury drogowej, w tym drogi ekspresowej S17 i S12 staje się ważnym ośrodkiem magazynowo – logistycznym we wschodniej części Polski. Potencjał regionu z roku na rok rośnie, czego najlepszym potwierdzeniem są kolejni deweloperzy budujący nowe magazyny i najemcy wybierający Lublin na lokalizację swoich centrów dystrybucyjnych. Gdzie i w jakim kierunku będzie rozwijał się sektor magazynowy w regionie sprawdzili eksperci AXI IMMO.

„Lublin jako lokalizacja magazynowa zyskuje w oczach inwestorów i najemców od kilku lat. Większość nowoczesnych projektów magazynowych zlokalizowana jest we wschodniej części miasta z dobrym dojazdem do miejskiej obwodnicy. Region staje się ważnym centrum logistyczno-produkcyjnym ze względu na coraz lepszą infrastrukturę drogową, w tym drogi ekspresowe S12 i S17 (Warszawa – Lublin) oraz  konkurencyjne koszty pracy i dostępność pracowników.  Dodatkowo, warto zaznaczyć, że wszystkie inwestycje magazynowe są w granicach administracyjnych miasta co zapewnia dostęp do komunikacji publicznej i ułatwia transport pracowników” – komentuje Wojciech Waryś, Associate Partner Industrial & Logistic w AXI IMMO.

Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej w Lublinie na koniec I połowy bieżącego roku przekroczyły 190 tys. mkw. i wzrosły o 37% rok do roku. Wprawdzie zaledwie 6,700 mkw. oddanych zostało do użytku w tym roku, ale blisko 55 tys. mkw. było na koniec czerwca br. w budowie. Co ciekawe większość, bo blisko 63% projektów startowała jako inwestycje spekulacyjne, czyli bez zabezpieczonych wcześniej umów najmu. Deweloperzy uwierzyli w potencjał rynku i bez obaw uruchamiali kolejne projekty. W regionie aktywni są deweloperzy: Panattoni, MLP, 7R, GLP oraz lokalni inwestorzy.

W pierwszej połowie roku wynajętych został ponad 12 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, jednak kolejne duże umowy najmu są w końcowej fazie negocjacji i będę znane w III i IV kwartale br.

„Lubelski rynek jest dość zróżnicowany, kształtują go zarówno lokalni przedsiębiorcy zainteresowani rozwojem w ramach województwa, ale też duże krajowej i międzynarodowe podmioty traktujące Lublin jako ważny region do obsługi wschodniej części kraju i innych rynków wschodnich w Europie. Aktywni są logistycy, firmy z sektora dystrybucji i produkcji spożywczej oraz firmy związane z szeroko rozumianym sektorem motoryzacyjnym. Jesteśmy przekonani, że będziemy obserwować dalszy rozwój rynku lubelskiego w oparciu o kolejne projekty logistycznie i produkcyjne. Jego pozycja i znaczenie na magazynowej mapie Polski będzie rosnąć”podsumowuje Anna Peczela, Senior Consultant Industrial & Logistic w AXI IMMO.

Renegocjacje umów coraz częstsze na warszawskim rynku biurowym

W pierwszych trzech kwartałach 2020 roku w Warszawie do użytku oddano 238 300 mkw. powierzchni biurowej – wynika z danych międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield.

  • Wskaźnik pustostanów osiągnął najwyższy poziom od III kwartału 2018 roku.
  • Okres kwarantanny spowodował spadek aktywności najemców w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku o 35% r/r.
  • Ograniczona aktywność najemców oraz wzrost dostępnej powierzchni spowodował korektę stawek za najlepsze powierzchnie biurowe w Warszawie.

Okres kwarantanny spowodowany wybuchem pandemii Covid-19 doprowadził do spadku PKB w II kwartale 2020 roku o 8,9% w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku.
Silne odbicie polskiej gospodarki może nastąpić już w 2021 roku.
Podaż

Całkowite zasoby powierzchni biurowej w Warszawie w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku powiększyły się o 238 300 mkw. i wyniosły 5,82 mln mkw. Do największych projektów oddanych do użytku w ostatnich trzech miesiącach możemy zaliczyć wielofunkcyjny kompleks The Warsaw Hub (Ghelamco – B – 43 400 mkw. i C – 45 600 mkw.), biura przy Warzelni (Echo Investment – 24 000 mkw.) oraz kolejną fazę projektu The Park (White Stare Real Estate – 10 000 mkw.).

Obecnie w budowie znajduje się blisko 590 000 mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej planowanej do oddania w latach 2020-2022. Według szacunków Cushman & Wakefield w całym 2020 roku ukończonych zostanie blisko 355 000 mkw., natomiast w 2021 roku – około 340 000 mkw.

Biorąc pod uwagę obecną sytuację pandemiczną i ograniczoną aktywność najemców spodziewamy się ograniczenia liczby nowych projektów wprowadzonych na rynek z terminem oddania do użytku w latach 2022-2024, co może doprowadzić do wystąpienia efektu luki podażowej w tym okresie – mówi Jan Szulborski, Senior Consultant, Cushman & Wakefield.

Wskaźnik pustostanów

Niepewna sytuacja gospodarcza i malejąca aktywność najemców w ostatnich dwóch kwartałach doprowadziły do odwrócenia trendu kompresji wskaźnika powierzchni niewynajętej. W okresie ostatnich trzech miesięcy poziom pustostanów w Warszawie wzrósł o ponad 110 000 mkw. i wyniósł 559 200 mkw. Analizując rozkład dostępnej powierzchni biurowej, tylko około 8% znajdowało się w projektach oddanych do użytku w tym kwartale. Wzrost dostępności powierzchni biurowej przełożył się na wzrost wskaźnika pustostanów, który na koniec III kwartału wyniósł 9,6% i wzrósł o 1,7 pp. w ujęciu kwartalnym.

Ponadto, w ostatnich kwartałach mogliśmy zaobserwować zwiększoną liczbę ofert podnajmów na warszawskim rynku biurowym. Według szacunków w III kw. 2020 roku całkowita powierzchnia oferowanych podnajmów wyniosła ponad 85 000 mkw., co przekłada się na wzrost tego typu dostępnych powierzchni o ponad 74% kwartał do kwartału.

Popyt

Okres kwarantanny oraz niepewność związana z wpływem pandemii koronawirusa na gospodarkę spowodowała, że część najemców zdecydowała się na tymczasowe wstrzymanie decyzji o procesach negocjacji umów najmu. Popyt brutto w pierwszym trzech kwartałach wyniósł 447 500 mkw. i był niższy o 35% niż w analogicznym okresie 2019 roku. W samym III kwartale 2020 roku łączna aktywność najemców wyniosła 113 200 mkw. i była niższa o 65% w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku. Znaczący procentowy spadek wolumenu transakcji w ostatnim kwartale w ujęciu rocznym wynika między innymi z rekordowej aktywności najemców w III kw. 2020 roku.

W III kwartale 2020 roku uległa zmianie dotychczasowa struktura transakcji, w której dominowały nowe umowy, które w ostatnich pięciu latach odpowiadały za średnio 61% wszystkich transakcji. W bieżącym kwartale ten typ umów odpowiadał jedynie za 48% wszystkich zawartych umów a renegocjacje i ekspansje stanowiły odpowiednio 48% i 4%.

Spodziewamy się utrzymania tego trendu w kolejnych kilku kwartałach ponieważ część najemców, których umowy zbliżają się do końca, może zdecydować się na ich krótkoterminowe przedłużenie – dodaje Katarzyna Lipka.

Stawki czynszów

Wraz z pogarszającym się sentymentem wśród uczestników rynku stawki bazowe za najlepsze powierzchnie biurowe w centrum i poza centrum spadły o 0,25 EUR/mkw./miesiąc i znalazły się na poziomie 23,75 EUR/mkw./miesiąc w centrum i 14,75 EUR/mkw./miesiąc poza centrum.

Korekta stawek wynika z coraz większej liczby ofert dotyczących podnajmów oraz większej presji na oferowanie zachęt dla najemców przez deweloperów. W kolejnych kwartałach możemy spodziewać się dalszej korekty warunków komercyjnych, jeśli popyt na powierzchnie biurowe utrzyma trend spadkowy, a gospodarka nadal będzie pracować na zwolnionych obrotach – dodaje Jan Szulborski.

Jak oszczędzają Polki i Polacy

W finansowe DNA Polacy mają wpisaną niechęć do ryzyka i stopniowe gromadzenie majątku.

  • Santander Bank Polska, na przypadający 31 października Światowy Dzień Oszczędzania, sprawdził, czy Polacy potrafią budować majątek.
  • Oszczędności Polaków w czerwcu 2020 osiągnęły rekordową wartość 1,7 biliona złotych[1]. To dwa razy więcej niż dekadę temu.
  • 63 proc. Polaków oszczędza – z tego 53 proc. regularnie, co miesiąc, a 46 proc. od 10-25 proc. swojego przychodu[2].

Ostatnia dekada była dla majątku Polaków bardzo dobra – w ciągu zaledwie 10 lat dochód rozporządzalny gospodarstw domowych wzrósł, podczas gdy równocześnie malał w nim udział wydatków. Według GUS[3]  w 2019 roku wydatki stanowiły 68,8 proc. dochodów, podczas gdy 10 lat temu były one aż o niemal 20 p.p. wyższe. Nadal jednak nasz majątek jest niewielki, gdy zmierzyć go procentem rozporządzalności dochodu[4] – w tym roku według danych OECD wynosi tylko 1,3 proc., podczas gdy w Niemczech 10,5 proc.

W finansowe DNA Polacy mają wpisaną niechęć do ryzyka i stopniowe gromadzenie majątkuObecnie, jak wynika z badania „Finansowe DNA Polek i Polaków 2020”, aż 63% Polaków deklaruje posiadanie oszczędności. Najczęściej zadeklarowały to osoby w wieku 40-49 lat (71% wskazań́ w tej grupie), najrzadziej natomiast osoby w wieku 60-69 lat (53% wskazań́ w tej grupie). Najtrudniej odłożyć́ gospodarstwom 1-osobowym – oszczędności posiada 56% z nich. Z kolei najwięcej wskazań́ miały gospodarstwa 4-osobowe – 71% z nich zadeklarowało, że posiada oszczędności. Im wyższy dochód gospodarstwa domowego, tym częściej ma ono oszczędności – tylko 29% gospodarstw domowych z dochodem netto do 2 tys. zł posiada oszczędności, podczas gdy w przypadku gospodarstw z dochodami przekraczającymi 8 tys. zł netto miesięcznie – udział oszczędzających przekracza 80%

Polacy stopniowo budują swój majątek i zaczynają poszukiwać sposobów na jego pomnażanie. Choć nadal odkładamy stosunkowo niewielką część dochodu, w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, coraz więcej z nas deklaruje, że oszczędza. Dopiero w 2019 roku, po raz pierwszy od 20 lat, więcej niż połowa osób badanych zadeklarowała, że odkłada część pieniędzy. Okazuje się, że długofalowo nie zmieniła tego nawet pandemia. Z badania „Finansowe DNA Polek i Polaków 2020” Santander Bank Polska wynika, że posiadanie oszczędności deklaruje obecnie łącznie 63% polskich gospodarstw domowych, co stawia nas mniej więcej na średnim europejskim poziomie – mówi Monika Szlosek, odpowiedzialna za ofertę inwestycyjno-oszczędnościową w Santander Bank Polska.

Ziarnko do ziarnka, aż zbierze się miarka

Wśród osób, które posiadają oszczędności, połowa (46 proc.) odkłada 10 do 25 proc. miesięcznego wynagrodzenia. Niemal co drugi oszczędzający (44 proc.) odkłada środki na „czarną godzinę”, a co trzeci (35 proc.) „na przyszłość”. Najwięcej badanych rodzin, nieco ponad ¼ deklarowała, że ma zgromadzone oszczędności o równowartości dochodów z 2-3 miesięcy. Jednocześnie co czwarte gospodarstwo domowe (24 proc.) posiada tzw. poduszkę finansową – czyli co najmniej 6-krotność miesięcznego wynagrodzenia. W oszczędzaniu Polacy unikają ryzyka i pomimo rekordowo niskich stóp procentowych łączna wartość depozytów sięga prawie 1 biliona złotych (969 mld zł).jak oszczędzamy Jak oszczędzają Polki i Polacy

Dane z naszego badania potwierdzają, że największą motywacją do oszczędzania jest „niepewność jutra”. Rzadziej odkładamy na jasno sprecyzowane cele, równocześnie w finansowe DNA mamy wpisaną niechęć do ryzyka. Większość naszych oszczędności utrzymywana jest w bankach (aż ok. 59%) oraz w gotówce, czyli najniżej oprocentowanych, ale i najbezpieczniejszych formach oszczędzania – tłumaczy mówi Monika Szlosek, odpowiedzialna za ofertę inwestycyjno-oszczędnościową w Santander Bank Polska.

Przyspieszona ewolucja przyzwyczajeń

W odpowiedzi na pandemię koronawirusa w systemie pozabankowym zwiększyła się gwałtownie ilość gotówki, a także nastąpił odpływ z lokat bankowych na nieoprocentowane rachunki bieżące. Suma gotówki w obiegu na koniec czerwca osiągnęła poziom 283 miliardów złotych, a łącznie depozyty i gotówka wynoszą 1,2 biliona złotych.  Tylko w drugim kwartale 2020 roku ilość gotówki w obiegu wzrosła o 30 miliardów złotych, a suma środków na nieoprocentowanych rachunkach powiększyła się o 72 miliardy[5].

Rekordowo niskie stopy procentowe mogą być dla Polaków przyspieszoną lekcją poszukiwania zysków z inwestycji z akceptacją nieco wyższego ryzyka. Na razie jednak Polacy ostrożnie rozglądają się za alternatywami dla depozytów. Badanie Santander Bank Polska wskazuje, że co 5 osoba posiadająca oszczędności (22 proc.) rozważa inwestycje w nieruchomości, które traktowane są jako swoista forma lokaty. Co dziesiąty oszczędzający (11 proc.) myśli o inwestycji w złoto lub inne kruszce. Jedynie 7 badanych przygląda się możliwościom zainwestowania w fundusze inwestycyjne, a 6 proc. na giełdzie.

Zmiany w polityce monetarnej i rekordowo niskie stopy procentowe to wyzwanie dla naszych oszczędności, a trwająca pandemia jest wyzwaniem dla nas wszystkich. Obecna sytuacja powoduje, że czujemy się̨ niepewnie, a oszczędzanie stało się̨ jedną z osi naszego poczucia bezpieczeństwa i spokoju. Choć dwa na trzy gospodarstwa domowe posiadają oszczędności, to większość Polaków lokuje swoje nadwyżki finansowe na nisko oprocentowanych dziś lokatach. Ponieważ w najbliższych latach trudno spodziewać się zmian w polityce monetarnej NBP, by skutecznie pomnażać majątek, Polacy muszą przychylniej spojrzeć na produkty inwestycyjne, łączące zysk przekraczający poziom inflacji z ryzkiem – tłumaczy Monika Szlosek, odpowiedzialna za ofertę inwestycyjno-oszczędnościową w Santander Bank Polska.

Wyniki pochodzą z badania „Finansowe DNA Polek i Polaków 2020”, wykonanego w wrześniu br. przez Instytut Badań Społecznych i Rynkowych IBRiS na zlecenie Santander Bank Polska. Raport z badania został powstał we współpracy z firmą analityczną Analizy Online SA.

Badanie ogólnopolskie zrealizowano na pełnoletnich mieszkańcach Polski metodą (CATI). Próba wyniosła 1002 osób.

[1] Źródło: Analizy.pl: „Struktura oszczędności gospodarstw domowych (czerwiec 2020)”. W skład oszczędności wchodzą akcje, obligacje, depozyty, gotówka, fundusze inwestycyjne, UFK oraz OFE.

[2] Wyniki pochodzą z badania „Finansowe DNA Polek i Polaków 2020”, wykonanego w wrześniu br. przez Instytut Badań Społecznych i Rynkowych IBRiS na zlecenie Santander Bank Polska

[3] GUS. Budżety gospodarstw domowych w 2019 r.

[4] Dochód rozporządzalny to suma bieżących dochodów gospodarstwa domowego pomniejszona o podatki oraz składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne.

[5] Źródło: Analizy.pl: „Struktura oszczędności gospodarstw domowych (czerwiec 2020)”. W skład oszczędności wchodzą akcje, obligacje, depozyty, gotówka, fundusze inwestycyjne, UFK oraz OFE.

Dr Józef Orzeł: Zachód nie dojrzał w porę wzrostu siły „Chińskiego Smoka”

Mariusz Marszałkowski/Instytut Jagielloński: Jak według Pana oceny zmieniła się sytuacja geopolityczna w ostatnich 30 latach? Kogo identyfikuje Pan obecnie jako głównych światowych graczy?

Dr Józef Orzeł: Sytuacja zmieniła się po 1989 roku, czyli po pokonaniu Związku Sowieckiego. Wtedy skończyła się polityka dwubiegunowa, tzn. rywalizacji pomiędzy dwoma mocarstwami (i ich sojusznikami): ZSRS i USA. Rosja przestała się liczyć jako mocarstwo światowe. Doszło jednocześnie do zmian na Zachodzie – EWG rozwijała się i przekształciła się w UE, NATO straciło główne zadanie – chronić Zachód przed Sowietami, więc zachodnia Europa przestała się zbroić.

Na wiele lat nastał geopolityczny spokój, ale USA nie zauważyły dynamicznego rozwoju Chin, które wykorzystały ten czas na przeskoczenie kilku poziomów rozwoju państwa, gospodarki i technologii. Zrobiły to na chiński sposób, czyli inteligentnie i po cichu. Zachód patrzył na rozwój państw Dalekiego Wschodu jako na jednorodną grupę „Azjatyckich Tygrysów”. Nie zauważył swoistości i dynamiki skoku „Chińskiego Smoka”. Chiny całkowicie zmieniły model państwa, gospodarki (w tym innowacyjności) i społeczeństwa – podążając trzecią drogą pomiędzy kapitalizmem (gospodarka, przedsiębiorczość, innowacyjność), a komunizmem (państwo, polityka). Elity polityczne Chin skutecznie stworzyły kompletnie niekomunistyczny model doradztwa i planowania rozwoju, wyznaczania strategicznych celów dla priorytetowych dziedzin rozwoju i ich realizacji.

M.M./Instytut Jagielloński: Czyli w pełni powrócił ład dwubiegunowy? 

J.O.: Tak. Rosja jest już jedynie mocarstwem o randze regionalnej, opartej na siłach zbrojnych, bez wystarczającego zaplecza gospodarczego. UE z kolei jest siłą ekonomiczną i technologiczną bez realnego oddziaływania militarnego.

M.M./Instytut Jagielloński: Czy w nieodległej przyszłości mogą pojawić się nowe podmioty w tej geopolitycznej układance?

J.O.: Pojawiły się kraje BRICS, ale Chiny zaczęły działać na rzecz niedopuszczenia do wzrostu znaczenia tych państw, do ich awansu do I ligi światowej (najlepszy przykład – uzależnienie Indii poprzez konflikt). To Chinom zależy, aby świat stał się dwubiegunowy, aby następnie pokonać USA, by te, w obliczu wielkiej przewagi Chin, same uznały ich prymat – jedynego supermocarstwa. 

M.M./Instytut Jagielloński: Jakie narzędzia są wykorzystywane w tej geopolitycznej rywalizacji?

J.O.: Można wymienić ich kilka. Jedne są klasyczne, czyli rozwój sił zbrojnych, a zwłaszcza środków ofensywnych. Z perspektywy amerykańskiej najważniejsze jest, by nie dopuścić Chin do wejścia na oceany, bo te tworzą strategię „Jednego Pasa i Jednego Szlaku”. Pasa, czyli kolejowej trasy do Europy (tu USA nie mają skutecznych środków przeciwdziałania), oraz Szlaku morskiego – opanowania komunikacji i handlu oceanicznego, odebrania USA ich największej siły. To jest najważniejsze geopolityczne pole starcia obu supermocarstw.

Drugim narzędziem są technologie. Szczególnie te, które mogą mieć podwójne (cywilne i militarne) zastosowanie. I w tym wyścigu Chiny zdecydowanie wygrywają, przynajmniej w trzech priorytetowych dziedzinach: Internetu rzeczy, sztucznej inteligencji i telekomunikacji (5G). Amerykanie przegapili ich rozwój w Chinach. Rezultatem jest spór o 5G, gdzie chińska firma Huawei jest na celowniku aparatu amerykańskiego państwa, bo jest światowym liderem tej technologii, którą skutecznie oferuje w przetargach na całym świecie. Ale to nie wszystko. Chiny rozwijają się szybciej niż inni w wielu najważniejszych i perspektywicznych dziedzinach.

M.M./Instytut Jagielloński: Gdzie w tym wszystkim znajduje się UE i NATO? Mimo iż pozostają nieco z boku, to wciąż są to silne organizacje.

J.O.: Stany Zjednoczone w rywalizacji z Chinami nie poradzą sobie bez UE. Ta z kolei jest w kryzysie cywilizacyjnym i tożsamościowym. Panowanie post-komunistycznej ideologii gender zahamuje innowacyjność i rozwój. Unia próbuje znaleźć swoją drogę pomiędzy USA, Chinami i Rosją. Chce wyjść spod politycznej zależności od USA, handlować z Rosją i Chinami, ale nie podzielić losu uzależnionych przez Chiny państw afrykańskich. A Chiny potrafią już, pod pewnymi względami, uzależnić od siebie cały świat. W ciągu kilkunastu lat zebrały 95% światowych zasobów metali ziem rzadkich, które są niezbędne do rozwoju nowoczesnych technologii. 

Po upadku ZSRS, NATO straciło cel – ochronę Zachodu przed Sowietami. Wykorzystały to kraje EWG/UE oszczędzając na wydatkach militarnych. Obecnie liczącą się armię mają tylko USA i, w pewnym stopniu, Wielka Brytania, jednak ta ostatnia po wyjściu z UE też będzie szukała swojego miejsca pomiędzy USA, UE i Chinami. I UE, i NATO stały się potęgami drugiej ligi, ale ważnymi w rywalizacji między Stanami Zjednoczonymi a Chinami.

M.M./Instytut Jagielloński: Jak zatem kształtuje się sytuacja Polski w tej światowej rywalizacji mocarstw? 

J.O.: Polska pozycja jest wielowymiarową kwestią. Jesteśmy państwem średniej wielkości, przez co nadajemy się do tego, aby reprezentować nowe państwa UE i być liderem w przestrzeni zwanej przez nas m.in Trójmorzem. Ale nie mamy wystarczającego potencjału, aby samodzielnie nadać temu projektowi większe znaczenie, szczególnie, że interesy tych krajów są w dużej części rozbieżne, a wspólnym mianownikiem jest tylko opór przed zbytnim uzależnieniem ze strony Berlina i Brukseli. Potencjał Trójmorza widzą Chiny, czego wyrazem jest ich projekt 16+1, a także USA, które obiecują poważny udział w finansowaniu inwestycji w Trójmorzu (na razie zwlekają z pierwszą transzą wsparcia finansowego – 1 mld dolarów). 

Polska leży na linii głównych konfliktów, sojuszy, interesów, szlaków komunikacyjnych i handlu pomiędzy Chinami, Zachodem a Rosją. To jest (wg Normana Daviesa) „Boże Igrzysko”, centrum starego świata. Moglibyśmy robić interesy z Pekinem niezależnie od Niemiec i reszty UE – także ze względu na położenie geograficzne. Jednak nic na razie nie wskazuje, że tak się stanie. Mieliśmy szansę stać się głównym miejscem logistycznym na lądowym Pasie Jedwabnego Szlaku prowadzącym do Niemiec. Nie wybudowaliśmy na nim potężnego terminala multimodalnego, (ani krajowego, ani dla państw Trójmorza) i ośrodka wsparcia eksportu do krajów Jedwabnego Szlaku. Dlatego Chińczycy próbują teraz budować alternatywne drogi, m.in przez Kaliningrad, Czechy i Węgry. 

M.M./Instytut Jagielloński: Czy ten brak strategii nie wynika ze sprzeciwu naszego głównego sojusznika, USA?

J.O.: Nie, przynajmniej w kwestii transportu i logistyki. W sprawie 5G jak najbardziej. Jednak to my sami wyszliśmy przed szereg państw unijnych, głośno deklarując brak zaufania do Huawei. Mogliśmy zachować się bardziej pragmatycznie zajmując stanowisko zgodne z unijnym, a równocześnie namawiając UE do maksymalnego zbliżenia do stanowiska USA. W kwestii logistyki amerykańskiego sprzeciwu nie było widać, w dodatku USA nie mają środków, by zatrzymać lądowy Jedwabny Szlak.

Dr Józef Orzeł

Mgr ekonometrii, SGPiS (teraz AGH), dr filozofii, IFIS PAN, autor kilkunastu publikacji filozoficznych. Redaktor i autor wielu pism NSZZ Solidarność (1980-1989). Szef działu i zastępca red. nacz. Tygodnika Solidarność (1989-1991), zastępca red. nacz. Expressu Wieczornego (1991- 1993). Poseł (1991-1993). Doradca Ministra Rozwoju Regionalnego i Budownictwa (1999-2001). Przewodniczący Koalicji na rzecz Społeczeństwa Informacyjnego. Jeden z założycieli Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”. Współautor 8 regionalnych strategii rozwoju społeczeństwa informacyjnego w unijnych perspektywach finansowych 2004-2006 r. i 2007-2013 r. Redaktor kilku regionalnych studiów i planów operacyjnych rozwoju społeczeństwa informacyjnego. Ekspert Międzyresortowego Zespołu ds. Realizacji Programu „Polska Cyfrowa”.

Jak dołączyć do grona świadomych przyszłych liderów firm rodzinnych? Rusza rekrutacja w Akademii Sukcesora

Właśnie ruszyła rekrutacja do czwartej edycji managerskiego programu Akademia Sukcesora organizowanego przez Instytut Biznesu Rodzinnego. Program dedykowany jest sukcesorom, którzy chcieliby rozszerzyć swoje kompetencję oraz wiedzę. Formuła programu jest unikatowa –  większość zjazdów odbywa się w znanych i dużych firmach rodzinnych pod okiem Mentora – właściciela lub Prezesa danej firmy. „Na rynku polskim wciąż brakuje programów managerskich skierowanych do młodych następców z firm rodzinnych. Programów, które obok kompetencji stricte biznesowych uwzględniałyby dynamikę biznesu prowadzonego przez rodzinę i rodzinne wartości. Dlatego zdecydowaliśmy się stworzyć Akademię Sukcesora – program managerski, w którym sukcesorzy uczyą się od najlepszych przedsiębiorców z firm rodzinnych”  – zaznacza dr Adrianna Lewandowska, lider merytoryczny programu oraz Prezes Instytutu Biznesu Rodzinnego”

Aby zrealizować prestiżowy program dla sukcesorów z całej Polski, organizatorzy postawili na atrakcyjne formy spotkań. Do programu zostali zaproszeni Mentorzy – przedsiębiorcy rodzinni z długoletnią tradycją i praktyką biznesu, posiadający niezwykłą, unikatową wiedzę na temat prowadzenia firmy rodzinnej. W ubiegłych edycjach byli to min. Adam Mokrysz (Mokate), Henryk Orfinger (Dr Irena Eris) czy Marcin Ochnik (Ochnik).  Każdy z Mentorów będzie gospodarzem wybranego zjazdu. Dwudniowe zjazdy będą odbywać się w firmie Mentora – uczestnicy wspólnie ją zwiedzają, uczestniczą w prelekcji Mentora, a następnie przechodzą do tematyki danego zjazdu i części warsztatowej prowadzonej przez eksperta.

Tematyka spotkań jest oryginalna i wyjątkowa. Poza wykonaniem wyzwania postawionego przez Mentora, części praktycznej i warsztatowej, uczestnicy mają możliwość dyskusji oraz podjęcia tematów związanych z rolą sukcesora jako przyszłego lidera w biznesie, rodzinie i społeczeństwie. Tematy te to siła ładu rodzinnego, procesy sukcesyjne, zarządzanie konfliktem, różnice pokoleniowe i role w firmie rodzinnej, budowanie marki firmy rodzinnej.  Organizatorzy chcąc zapewnić kompleksowość nauczania nie zapomnieli o trendach globalnych i lokalnych wpływających na rzeczywistość gospodarczą. Pojawią się zagadnienia z service design, innovation management czy international management.

„Na co dzień spotykam się z firmami rodzinnymi, rozmawiając z nimi o codziennych wyzwaniach i kierunkach rozwoju. Widzę zaangażowanie i pasję młodych liderów, ich determinację, chęć rozwoju i ogrom wysiłku, który wkładają w rozwój przedsiębiorstw rodziców. Widzę ich ogromny głód wiedzy i chęć nauki, ich ciągłe dążenie do bycia najlepszym” – podkreśla dr Adrianna Lewandowska.

Organizatorzy podkreślają fakt, iż dużą wartością jest spotkanie się w gronie przyjaciół, znajomych i tych, którzy mają podobną sytuację sukcesyjną. Program umożliwia spotkanie przy jednoczesnej wymianie wiedzy i doświadczeń. Z dużą dbałością dobierani są eksperci i praktycy biznesu – którzy swoją wiedzą inspirują młode pokolenie przedsiębiorców do podejmowania wyzwań związanych z prowadzeniem biznesu. Strefą nie bez znaczenia pozostaje także dbałość o rozwój osobisty kiedy sukcesorzy spotykają się z coachem i trenerem. Wykowywane są wtedy testy predyspozycji i odkrywanie talentów. Dla każdego sukcesora zostaje opracowana indywidualna ścieżka rozwoju.

Program managerski Akademia Sukcesora ma na celu  stwarzanie warunków do wymiany doświadczeń i nauki oraz stworzenie społeczności sukcesorów z firm rodzinnych.  „Wiemy, że jedną z unikalnych wartości jaką absolwenci wynoszą z tego programu jest nie tylko wiedza, praktyka, ale zalążek relacji międzyludzkich z innymi sukcesorami, a także z nestorami czy ekspertami” – mówi dr Adrianna Lewandowska.

Memy – niebezpieczne narzędzie propagandy

Eksperci ds. bezpieczeństwa cybernetycznego z Check Point ostrzegają przed zwodniczymi memami, które mają wpłynąć na opinię publiczną. Wojna memowa toczy się obecnie na szeroką skalę podczas wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, jednak również w Polsce próbuje się kształtować poglądy śmiesznymi lub obraźliwymi, a przede wszystkim – często fałszywymi komunikatami obrazkowymi.

Eksperci z firmy Check Point ostrzegają przed negatywnymi konsekwencjami „wojny memów”.  Popularne obrazki z krótkimi opisami, którymi dzielą się internauci mają coraz częściej wprowadzać w błąd i tworzyć fałszywe narracje.

To jeden z nowych elementów propagandowych, za który nikt nie bierze odpowiedzialności – zwracają uwagę badacze bezpieczeństwa. Obecnie w Stanach Zjednoczonych prowadzona jest szeroko zakrojona ofensywa mająca wpłynąć na wynik najbliższych wyborów prezydenckich. Specjaliści Check Pointa ostrzegają, że w ich trakcie będą pojawiać się obrazkowe komunikaty fałszywie twierdzące o zwycięstwie jednego z kandydatów lub informujące o zagranicznej ingerencji w ich wynik – ma to na celu zachwianie nastrojów społecznych oraz podważenie demokracji, jako rdzenia tożsamości amerykanów.

Również polscy internauci od wielu lat dzielą się śmiesznymi lub szokującymi i doniosłymi komunikatami obrazkowymi, popularnie nazywanymi memami. Coraz częściej dotyczą one wydarzeń politycznych i społecznych, takich jak aborcja, decyzje na szczeblach władzy UE czy wypowiedzi czołowych polityków. Upraszczają one rzeczywistość, niestety często również przedstawiają półprawdy lub zupełnie fałszywe informacje.

Czym jest wojna memowa?

Meme Warfare to termin odnoszący się do używania memów jako indywidualnej broni w walce informacyjnej. Jej głównym celem jest zwodniczy wpływ na opinię publiczną, kształtowanie jej, a tym samym napędzanie ludzkich zachowań.

Memy, którymi można się dzielić, dały nam nowy sposób wizualnego przekazywania swoich przekonań. Niestety, pozwoliły również na szerzenie fałszywych treści, w szczególności w przypadku nośnych tematów.

Za wojnę memową odpowiadają zwykle organizacje polityczne, które chcą tak przedstawić rzeczywistość, by była zgodna z ich programami wyborczymi. Okazuje się jednak, że mogą być również skuteczną bronią dywersyjną, która wykorzystywana jest przez obce kraje w celu wpływania na nastroje społeczne – tego typu działania często są widywane w krajach arabskich i mają dodatkowo wzmocnić i tak rozbudzone nastroje antyamerykańskie.

Kurs euro najwyżej od ponad dekady!

Po wczorajszych wzrostach przez chwilę euro było najdroższe od 2009 roku i wzrostów po kryzysie ekonomicznym z 2008 roku. Patrząc na rynki, obecny problem nie dotyczy tylko Polski. Waluty innych krajów naszego regionu też mają problemy.

Euro w górę

Po wczorajszych wahaniach kursów złotowa cena euro wyniosła imponujące 4,6450. To najwyższy poziom po 2009 roku. Powodem jest dalszy wzrost niepokojów na rynkach. Gdy rządzi strach, inwestorzy wycofują się z bardziej ryzykownych regionów i aktywów. Za taki region w dalszym ciągu uchodzi Polska. Wydawać by się mogło, że niemal 4% utraty wartości od minimów z pierwszej połowy października to armagedon.

Dane z USA

Wczoraj opublikowano dane z USA. Szczególnie kuriozalnie wygląda annualizowane PKB. Parametr ten pokazuje, jak rosłaby gospodarka, gdyby przez cały rok utrzymywała się sytuacja jak w danym kwartale. Trzeci kwartał był silnym odbiciem po drugim. W rezultacie owy analizowany parametr wyniósł 33,1%. Jest to dobry wynik, ale jego wartość informacyjna jest naprawdę słaba. Lepiej wypadły za to dane na temat wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Złożyło go 751 tysięcy osób, to kolejne dziesiątki tysięcy mniej niż tydzień temu. Inwestorzy przyjęli te dane jako bardzo dobre, umacniając dolara kolejny dzień.

EBC bez zmian

Posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego nie przyniosło przełomu. Stopy procentowe pozostały na niezmienionym od lat ujemnym poziomie. Nie zdecydowano się również na zmiany w programach luzowania ilościowego. Pojawiło się za to ponownie wiele zapewnień o gotowości do działania. Zdaniem wielu analityków EBC czeka obecnie na wybory w USA i to dlatego nie podjęto żadnych istotnych działań.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
13:30 – USA – dochody Amerykanów,
15:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Rekordowe niewypłacalności firm w Polsce

Październik 2020 – Liczba niewypłacalności polskich firm opublikowanych w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) była w trzecim kwartale na rekordowym poziomie – 369 firm. Lipiec, sierpień i wrzesień br. to miesiące z trzema najwyższymi dotychczas liczbami niewypłacalności.
W ciągu 3 kwartałów 2020 opublikowano informacje o 849 niewypłacalnościach, tj. o 12% więcej niż przed rokiem i najwięcej w obecnej dekadzie.

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego. Wiążą się z brakiem bieżącego wpływu środków na pokrycie zobowiązań u dostawcy, powodując efekt domina – ich kłopoty z płynnością.

  • Lipiec, sierpień i wrzesień – kontynuacja przez trzy miesiące z rzędu wysokiej liczb niewypłacalności świadczy o trendzie stałego ich wzrostu, a nie tylko o publikacji orzeczeń odłożonych w czasie
  • Największy – 83% wzrost liczby niewypłacalności w sektorze usług za III kw r/r (w tym m.in. HORECA). Od początku roku, za 9 miesięcy wzrost liczby niewypłacalności w usługach o 50% r/r, do 292 firm
  • Rekordowa (przynajmniej w obecnym millenium) jest też liczba niewypłacalności firm produkcyjnych – wzrost w III kwartale r/r o 32%. Od początku roku, za 9 miesięcy wzrost liczby ich niewypłacalności o16% r/r, do 228 firm.
  • Popyt nie oznacza rentowności – od problemów nie są wolni producenci i przetwórcy żywności czy materiałów budowlanych (na te kategorie był stały popyt) – wręcz odwrotnie, stanowią widoczną część niewypłacalności (żywność – 66 przypadków od początku roku!)
  • Handel – pierwsze półrocze wydawało się bezpieczne, ale trzeci kwartał 2020 to 45% r/r wzrost liczby niewypłacalnych hurtowni (48 wobec 33 w III kwartale 2019) – duża ich część dotyczyła tych dystrybuujących towary konsumpcyjne czy mat. budowlane, czyli cieszące się popytem!
  • Ryzyko w podziale na województwa:
    – w III kwartale niemal powszechny wzrost ryzyka (wyjątek – warmińsko-mazurskie i łódzkie)
    – duża jego skala – m.in. plus 20-25 niewypłacalności w III kw r/r w poszczególnych województwach: dolnośląskim, śląskim i mazowieckim

liczba niewypłacalności 2020Zdecydowana większość omawianych publikacji o niewypłacalnościach dotyczy orzeczeń z miesiąca publikacji bądź poprzedniego. Najwyższa w historii (przynajmniej bieżącego millenium) liczba niewypłacalności w usługach w skali miesiąca – 54  firmy we wrześniu odnosi się więc do orzeczeń które zapadały we wrześniu i sierpniu, a były składane niewiele wcześniej – czyli w warunkach pełnego otwarcia sektora usług. Co więcej – nawet wsparcia go przez tzw. „bony turystyczne” czy znacznego zmniejszenia skali wyjazdów zagranicznych i tym samym preferencji dla krajowego sektora HORECA (gastronomii, hotelarstwa) czy szerzej – turystyki.

III kwartał 2020 roku to bez wątpienia najgorszy kwartał w historii w kontekście niewypłacalności polskich firm (odpowiednio 131 niewypłacalności opublikowanych w oficjalnych źródłach w lipcu, 111 w sierpniu i 127 we wrześniu). Mówimy o wszystkich przypadkach niewypłacalności, czyli tak upadłościach jak i postępowaniach restrukturyzacyjnych, gdyż dla dostawców oznaczają one taki sam efekt – brak rozliczenia ich należności.

Wzrost liczby niewypłacalności w czasie całego kwartału świadczy o tym, że nie było to tylko odreagowanie m.in. wstrzymania pracy sądów w II kwartale i zawieszenia obowiązku zgłaszania niewypłacalności. Wzrostowi liczby niewypłacalności nie zapobiegła także hojna pomoc publiczna – można tylko domniemywać jaką mielibyśmy kondycję firm, a więc i liczbę ich niewypłacalności bez niej – mówi Tomasz Starus, członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. Jednak skala wstrząsu popytowego jak i spadku rentowności obrotu, na rynku krajowym jak i eksportowym była zbyt duża, aby ją w ten prosty sposób zrekompensować. Co ważne – była i jest zbyt duża, gdyż odrodzenie popytu nie jest trwałe, zaliczyło już trend spadkowy jeszcze przed październikowym nawrotem epidemii i związanych z tym obostrzeń rzutujących bezpośrednio na usługi i handel.

Wiele polskich firm wkroczyło w 2020 rok z minimalnymi rezerwami, niską – najniższą w dekadzie rentownością prowadzonej działalności i wiarą, że „jakoś to będzie”, czyli trwać będzie z mniejszymi lub większymi odchyleniami dobra koniunktura towarzysząca nam od czasu wejścia do UE. Jednak dobry czas na zmiany modelu prowadzonej działalności już minął, nie tylko zresztą dla polskich firm – szacujemy ze jeszcze przed pandemią aż 8% firm MSP w UE było trwale nierentowne.

W związku z tym nasz model zakłada, iż także w przyszłym roku będziemy świadkami wzrostu liczby niewypłacalności polskich firm o 10% r/r, do czego przyczyniać się będzie także najwolniejsze w skali światowej wychodzenie z obecnego kryzysu przez kraje europejskie, nasz dominujący obszar eksportowy. – podsumowuje Tomasz Starus.

Sprzedaż zorganizowanej części przedsiębiorstwa a sprzedaż poszczególnych jego składników

Jednym z elementów prowadzenia działalności gospodarczej jest zbycie części tej działalności. Można tego dokonać poprzez sprzedaż zorganizowanej części przedsiębiorstwa lub sprzedaż poszczególnych jego składników. Skutki podatkowe obu transakcji są bardzo różne, dlatego należy dokładnie przeanalizować transakcje, aby dokonać prawidłowej ich klasyfikacji. W pierwszej kolejności warto wyjaśnić, co należy rozumieć przez zorganizowaną część przedsiębiorstwa, ponieważ pozostałe transakcje na majątku będą co do zasady uznawane za zbycie pojedynczych składników majątku.

Zorganizowana cześć przedsiębiorstwa

Zorganizowana część przedsiębiorstwa (ZCP) jest to organizacyjnie i finansowo wyodrębniony w istniejącym przedsiębiorstwie zespół składników materialnych i niematerialnych o określonej funkcji gospodarczej zdolny do prowadzenia samodzielnej (niezależnej) działalności. Jak wskazał Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 22 marca 2018 r., realizacja określonych zadań gospodarczych powinna być możliwa z wykorzystaniem tego zespołu składników majątkowych i niemajątkowych, a nie dopiero w połączeniu z innymi składnikami majątku czy w połączeniu z przedsiębiorstwem.

Wyodrębnienie funkcjonalne zakłada istnienie wzajemnych interakcji, które funkcjonują w sposób autonomiczny i zorganizowany. Nie są to więc przypadkowo dobrane składniki, lecz precyzyjnie określone. Wyodrębnienie funkcjonalne powinno umożliwiać zorganizowanej części przedsiębiorstwa samodzielne funkcjonowanie, jako niezależny podmiot (por. interpretacja Dyrektora KIS z dnia 12 grudnia 2017 r., sygn. akt 0111-KDIB1-3.4010.388.2017.1.IZ).

Wyodrębnienie organizacyjne to wyodrębnienie określonych składników majątku w strukturze przedsiębiorstwa. Praktyką jest funkcjonowanie takiej odrębnej struktury na podstawie umowy, porozumienia, regulaminu czy statutu, zarządzenia lub aktu o podobnym charakterze (por. interpretacja z dnia 20 lutego 2018 r., sygn. akt 0111-KDIB1-2.4010.419.2017.3.AK). Ponadto o wyodrębnieniu organizacyjnym można mówić, gdy zorganizowana część przedsiębiorstwa ma miejsce w strukturze organizacyjnej podatnika jako dział, oddział, wydział itp.

Warunkiem wyodrębnienia finansowego jest możliwość przypisania przychodów, kosztów, należności i zobowiązań do zorganizowanej części przedsiębiorstwa. Nie oznacza to konieczności zachowania pełnej samodzielności finansowej czy prowadzenia odrębnej księgowości. Podatnik powinien prowadzić ewidencję w taki sposób, aby możliwe było wyodrębnienie pozycji dotyczących zorganizowanej części przedsiębiorstwa.

Zatem w przypadku zespołu składników majątkowych i niemajątkowych spełniających powyższe kryteria, możemy stwierdzić, że mamy do czynienia z zorganizowaną częścią przedsiębiorstwa. W pozostałych przypadkach będzie to zasadniczo sprzedaż poszczególnych składników majątkowych jako osobnych pozycji.

Opodatkowanie VAT

Zasadnicza różnica pomiędzy sprzedażą zorganizowanej części przedsiębiorstwa a sprzedażą poszczególnych składników majątku sprowadza się do opodatkowania VAT. Zgodnie z ust. 6 pkt 1 ustawy o podatku od towarów i usług sprzedaż zorganizowanej części przedsiębiorstwa jest wyłączona z opodatkowania VAT. Z kolei zbycie poszczególnych składników przedsiębiorstwa podlega z kolei opodatkowaniu VAT według właściwej stawki.

W przypadku więc składników majątku wartość transakcji brutto wzrośnie o VAT, ale zasadniczo sama transakcja będzie neutralna podatkowo, tj. jeden podmiot zobowiązany będzie do zapłaty podatku należnego, a drugi będzie mógł odliczyć VAT naliczony. W efekcie w niektórych przypadkach opodatkowanie transakcji VAT będzie korzystniejsze dla stron.

PCC

W związku z brakiem opodatkowania zbycia zorganizowanej części przedsiębiorstwa podatkiem od towarów i usług nasuwa się pytanie, czy taka transakcja będzie podlegała przepisom o podatku od czynności cywilno-prawnych.

Co do zasady zawarcie transakcji sprzedaży zorganizowanej części przedsiębiorstwa podlega opodatkowaniu podatkiem od czynności cywilno-prawnych w wysokości 2% lub 1%. Jeżeli jednak w umowie sprzedaży zorganizowanej części przedsiębiorstwa nie będzie można wyodrębnić składników majątkowych, zastosowanie znajdzie stawka 2%. W efekcie w praktyce w większości przypadków zastosowanie znajduje stawka 2% (por. interpretacja z dnia 8 listopada 2019 r., sygn. akt 0111-KDIB2-2.4014.186.2019.3.MM).

Może się jednak zdarzyć, że zorganizowana część przedsiębiorstwa jest zbywana w ramach transakcji restrukturyzacyjnych np. podział, podział przez wydzielenie. W takich przypadkach opodatkowanie transakcji PCC nie jest do końca pewne, co pokazuje interpretacja z dnia 28 lutego 2019 r., sygn. akt 0111-KDIB2-2.4014.278.2018.2.MM, gdzie organ ostatecznie zgodził się ze stwierdzeniem podatnika, że przeniesienie zorganizowanej części przedsiębiorstwa w ramach podziału przez wydzielenie nie rodzi obowiązku rozliczenia PCC.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Dają szczęście i nieporozumienia. Co Polacy sądzą o pieniądzach?

Pieniądze nie muszą być tematem, który dzieli. Trzeba jednak wiedzieć, jak o nich rozmawiać. Jak wynika z raportu przygotowanego dla ING, podejście Polaków do kwestii finansów jest zróżnicowane. Podczas gdy część z nas czuje się bezpiecznie jedynie posiadając oszczędności na czarną godzinę, inni wolą wydawać i korzystać z życia. Jak pogodzić te dwie postawy, zarządzając wspólnym budżetem?

Choć prawie połowa Polaków uważa, że pieniądze dają nam szczęście, to jednak podejście do ich wydawania mamy różne – tak wynika z raportu przygotowanego w lipcu 2020 r. dla ING przez Difference.* Różnice są widoczne przede wszystkim w nastawieniu do oszczędzania, czy w czerpaniu przyjemności z robienia zakupów. Pogodzenie takich odmiennych opinii jest możliwe, wymaga jednak świadomego podejścia i szczerej rozmowy o finansach.

Czy na pewno pieniądze szczęścia nie dają?

Prawie połowa z Polaków (45%) uważa, że pieniądze dają szczęście. Od razu trzeba jednak podkreślić, że podchodzimy do nich w sposób jakościowy, a nie ilościowy. Utożsamiamy nasze finanse z podróżami, chwilami z rodziną, komfortem życia i bezpieczeństwem. Co trzeci Polak przyznaje się, że uwielbia robić zakupy, czyli z tych pieniędzy faktycznie korzysta i sprawia mu to przyjemność. Podejście jakościowe potwierdzone jest też faktem, że niemal dwóch na trzech badanych mogłoby zamienić pieniądze na czas spędzony z rodziną. Oczywiście mając stabilność finansową. Tę natomiast można osiągnąć dzięki wspólnemu zarządzaniu budżetem, na przykład wykorzystując oferowane przez bank narzędzia pozwalające na monitorowanie i planowanie wspólnych wydatków.

Nieporozumienia w związku z finansami

W kwestii wartości pieniądza jesteśmy zgodni – prawie 80% osób badanych odpowiedziało, że oszczędności są dla nich ważne. Różnimy się więc sposobami ich gromadzenia i wydawania. To z kolei może się przekładać na problemy komunikacyjne. Jak pokazało badanie zrealizowane dla ING, zdania są podzielone niemal po równo. Część z nas uważa, że pieniądze powinny być zabezpieczeniem (22% badanych), pozostali, że jedynie środkiem do korzystania (21%). Jak pogodzić te dwa podejścia, jeśli zarządzamy jednym budżetem?

Różne podejścia zarówno w związku jak i w rodzinie nie muszą być przeszkodą, która nas podzieli – nawet jeśli mówimy o pieniądzach. Zauważmy, że zgadzamy się w wielu kwestiach związanych z pieniędzmi – na przykład tym o szczęściu. Spróbujmy więc znajdować takie wspólne punkty i szukać kompromisu. A dobra komunikacja, to klucz do lepszej relacji i faktycznego dialogu – w badaniu ING wyszło, że w prawie 80% przypadków, szczęśliwe pary są bardziej skłonne do rozmowy o pieniądzach. Możemy lepiej planować, zastanowić się, co jest pilne, a co nie, czy mówić otwarcie o własnych potrzebach. W planowaniu wydatków pomogą nam aplikacje, czy spisane cele, natomiast już w relacji pomoże rozmowa. Pokazujemy wtedy dlaczego zależy nam na czymś. Nagle okazuje się, że można przekonać jedną stronę do racjonalnego zakupu auta, a drugą do wycieczki nad morze – oczywiście przy odpowiednim rozplanowaniu w czasie. – Maria Rotkiel, psycholożka rodzinna i terapeutka, prowadząca podcasty „Porozmawiajmy o pieniądzach”.Pieniądz nie dla każdego znaczy to samo

* *Dane na podstawie badania CAWI „Porozmawiajmy o pieniądzach” na reprezentatywnej próbie Polaków N=1000, zrealizowanego w czerwcu 2020 r. przez firmę Difference oraz badania CAWI na reprezentatywnej próbie Polaków N-3002, zrealizowanego w listopadzie 2019 r. przez firmę Difference.

Bolt Rentals testuje nową funkcję – „mówiące” e-hulajnogi

Bolt Rentals rozpoczął testy „mówiących” e-hulajnóg. Informacje podawane przez urządzenia dotyczą kwestii bezpieczeństwa i mają zapobiegać konieczności sprawdzania statusu na urządzeniu mobilnym. Pierwsze testy nowej funkcji trwają w Tallinie.

Nowa funkcja dostępna na platformie miejskiej mobilności Bolt podaje kluczowe informacje na temat statusu elektrycznych hulajnóg. Komunikaty głosowe są chwilowo w języku angielskim. Dzięki nim użytkownik dowie się o rozpoczęciu i zakończeniu przejazdu (także w przypadku automatycznego zakończenia), o niskim poziomie naładowania akumulatora, zakończeniu przejazdu w związku z rozładowaniem akumulatora, czy wjeździe w obszar ograniczonej prędkości.

Testowane rozwiązanie to pierwszy krok w zupełnie nowym obszarze dbania o bezpieczeństwo osób korzystających z e-hulajnóg i pozostałych uczestników ruchu drogowego.

–  Nasz zespół inżynierów w Estonii nieustannie pracuje i testuje udoskonalenia w naszym własnym modelu elektrycznej hulajnogi. Naszym celem jest wprowadzanie nowych funkcji w zakresie bezpieczeństwa i jednoczesne pozostanie platformą, która oferuje najlepsze ceny. Bezpieczeństwo i intuicyjne rozwiązania zawsze były dla nas kluczowymi obszarami innowacjimówi Valerii Romanov, Country Manager Bolt Rentals w Polsce.

W obliczu pandemii popularność UTO wzrosła, środki transportu tego typu zyskały dzięki możliwości zachowania dystansu społecznego. W przyszłości mogą one przypominać o dezynfekcji rąk po przejeździe, utrudnieniach na drodze czy zmianie warunków pogodowych, wszystkich czynnikach, które mają wpływ na komfort i bezpieczeństwo jazdy.

W Bolt naszą misją jest jakościowa zmiana miejskiej mobilności. Tylko poprzez innowacje technologiczne i edukację będziemy je w stanie osiągnąć. Nowa funkcja to dowód na to, że poważnie traktujemy nasze zobowiązanie wobec użytkowników dodaje Valerii Romanov.

Strajkowanie na L4. Sprawdziliśmy – możliwe konsekwencje

W ramach fali protestów po ogłoszeniu przez Trybunał Konstytucyjny wyroku w sprawie przerywania ciąży, wiele osób wyszło na ulice, nie podjąwszy swoich zawodowych obowiązków. Sposobów na usprawiedliwienie nieobecności w pracy znalazło się kilka. Część pań wzięła urlopy na żądanie, inne postanowiły usprawiedliwić nieobecność np. oddając krew. Były też i takie, które w celu wytłumaczenia absencji postanowiły skorzystać ze zwolnienia lekarskiego. Na ile było to masowe działanie i jakimi konsekwencjami grozi wykorzystanie „L4” niezgodnie z przeznaczeniem?

W sytuacji, gdy zwolnienie lekarskie nie ma rzeczywistej podstawy, może narazić pracownika na roszczenia zarówno od pracodawcy, jak i Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. W skrajnych przypadkach takie nadużycie może skończyć się nawet utratą pracy. Tymczasem szalejąca pandemia ułatwia podejmowanie tego typu wyborów. Bez konieczności osobistego spotkania z lekarzem łatwiej przedstawić swoje symptomy w taki sposób, aby skłonić go do udzielenia kilku dni chorobowego. W sytuacji, kiedy pracodawca nie chciał – z takich czy innych względów – umożliwić swoim pracownicom udziału w protestach, rozwiązanie w postaci zwolnienia chorobowego mogło wydawać się kuszące. Czy zatem panie masowo skorzystały z „L4”, aby wziąć udział w manifestacjach i pikietach?

Nie zauważyliśmy znaczących różnic w zainteresowaniu naszymi usługami w tym tygodniu w stosunku np. do tygodnia minionego – powiedziała Anna Lew Starowicz, prezes firmy Telemedika.net, która jako internetowa przychodnia świadczy usługi telekonsultacji lekarskich, w efekcie których już w 10 minut można otrzymać od lekarza receptę czy zwolnienie chorobowe. – Oczywiście obserwujemy tylko pewien wycinek rynku usług medycznych i trudno jednoznacznie wyciągnąć wniosek, że takich przypadków nie było wcale. Nie uważam natomiast, aby kobiety chcąc wziąć udział w protestach uciekały się masowo do wykorzystywania w tym celu tzw. „L4”. Liczba pacjentów, którzy skorzystali z naszych usług, sukcesywnie wzrasta. Obecnie przekroczyła już 45 tys., jednak jest to stabilny i równomierny wzrost, bez nagłych wahnięć. 

Zdaniem CEO Telemedika.net, wzrost zainteresowania zdalnymi konsultacjami medycznymi spowodowany jest przede wszystkim kryzysem epidemiologicznym, profesjonalnym podejściem do pacjentów i odpowiednimi działań promocyjnymi, a nie – strajkami kobiet.

Jednocześnie chciałabym przypomnieć wszystkim, tak kobietom, jak i mężczyznom, którzy chcieliby pomysł taki wcielić w życie, że znaczna część odpowiedzialności za wykorzystanie zwolnienia lekarskiego niezgodnie z przeznaczeniem spada na pacjenta. To on bowiem w przypadku kontroli będzie przede wszystkim ponosił konsekwencje swoich czynów – dodaje Anna Lew Starowicz.

Piłka po stronie pracodawcy

Prawda jest jednak taka, że w przypadku zwolnień krótkich – od 6 do 14 dni – Zakład Ubezpieczeń Społecznych nie ma jak skontrolować słuszności ich wystawienia. Obejmują bowiem zbyt krótki okres, w którym ZUS nie zdąży wysłać kontroli do przebywającego na „L4”, a wzywanie pacjenta na komisję lekarską również mija się z celem, gdyż tak krótkie zwolnienia najczęściej dotyczą błahych przypadłości, które z pewnością miną przed wyznaczonym terminem wizyty na komisji lekarskiej.

Czy zatem pacjent wyłudzający zwolnienie lekarskie może się czuć bezkarnie? Niekoniecznie. Bo obok ZUS-u kontrolę wykorzystania zwolnienia lekarskiego może przeprowadzić także sam pracodawca. Takie uprawnienie mają pracodawcy, którzy zatrudniają powyżej 20 osób i są uprawnieni do wypłaty zasiłków chorobowych. Szczegółowy tryb i zasady takiej kontroli określają przepisy rozporządzenia ministra pracy i polityki socjalnej z 27 lipca 1999 roku. W myśl tych przepisów kontrola może być przeprowadzona przez samego pracodawcę lub też przez osobę do tego upoważnioną. Pracodawca ma przy tym pełne prawo dokonać jej w miarę potrzeb, a nawet nasilać ilość kontroli, kiedy liczba zwolnień w firmie wzrasta.

Na czym więc taka kontrola dokonywana przez pracodawcę polega? Ma ona za zadanie sprawdzić, czy w czasie orzeczonej przez lekarza niezdolności do pracy pacjent nie działa w sposób niezgodny z celem wystawienia takiego orzeczenia. Mówiąc prościej: pracodawca lub osoba przez niego upoważniona może sprawdzić, czy pacjent na „L4” np. nie wykonuje pracy zarobkowej, czy nie wyjechał w czasie zwolnienia na wakacje, albo właśnie czy nie bierze on udziału w ulicznym proteście.

Jeśli kontrola taka wykaże, że pacjent w sposób niewłaściwy wykorzystał zwolnienie lekarskie, to podstawową konsekwencją tego czynu będzie utrata przysługującego mu zasiłku chorobowego, zasiłku opiekuńczego lub zasiłku rehabilitacyjnego. Ale to jeszcze nie jest najgorsza konsekwencja. Okazuje się bowiem, że pracownik, który niezgodnie z przeznaczeniem wykorzystał zwolnienie chorobowe, co wykazała kontrola, musi liczyć się także z możliwością rozwiązania umowy o pracę, a nawet zwolnienia dyscyplinarnego, gdyż jest to naruszenie prawa.

Krok w tył dla branży

Wszystkim, którzy chcą wykorzystywać zwolnienia chorobowe niezgodnie z ich przeznaczeniem szczerze to odradzam – konkluduje Anna Lew Starowicz z Telemedika.net. – Możliwość telekonsultacji z lekarzem i wystawienia przez niego zwolnienia czy recepty w formie cyfrowej, co m.in. oferujemy naszym pacjentom, to znaczące osiągnięcie w rozwoju usług medycznych w Polsce, z którego powinniśmy korzystać rozsądnie i zgodnie z prawem. Stanowi bowiem dla każdego z nas ogromne ułatwienie w przypadku zaistnienia choroby, szczególnie w czasie, kiedy kontakty bezpośrednie z innymi powinniśmy ograniczyć do minimum. Dzięki teleporadom medycznym zwiększa się dostępność lekarzy dla każdego z nas, niezależnie od tego, gdzie w danej chwili przebywamy. Jeśli więc przez niewłaściwe wykorzystanie tego instrumentu doprowadzimy do sytuacji, w której możliwość wystawiania w ten sposób przez lekarzy zwolnień lub recept zdalnie zostanie cofnięta, będzie to ogromny krok wstecz dla służby zdrowia.

Dlatego zamiast narażać się na nieprzyjemności lepiej postarać się o dzień wolny z innego powodu. Tych przecież nie brakuje. Pracownikom przysługuje urlop na żądanie, zwykły urlop wypoczynkowy czy urlop bezpłatny. Można wreszcie po prostu podjąć próbę wynegocjowania z pracodawcą wolnego kompletnie nadprogramowo. Być może ważne przesłanki, które zostaną mu przedstawione, skłonią go do „pójścia na rękę” pracownikowi i nieodnotowywania jego jednorazowej nieobecności w firmie.

Słaby złoty. Wyprzedaż na rynkach akcji

Dzisiejsze przedpołudniowe odczyty dynamiki PKB Eurolandu mają szansę wskazać, że gospodarka odbijała w imponującym dwucyfrowym tempie w ujęciu kwartał do kwartału. Optymistycznie wyglądały też wczorajsze odczyty z USA.

Odgrywają jednak one rolę co najwyżej miłego wspomnienia i mogą skłaniać do westchnienia: „kiedyś to było.” Dziś, choć od końca poprzedniego kwartału mija zaledwie miesiąc wydają się one tak odległe, że wręcz nierealne. Dziś liczy się tylko i wyłącznie ograniczanie ryzyka.

W którym kierunku nie spojrzeć, na rynkach bierze górę pesymizm. Mocno zaakcentowany został on na wczorajszym posiedzeniu EBC, którego wynikiem jest spadek EUR/USD poniżej 1,17. W całym tygodniu wspólna waluta straciła 1,5 proc. i z nawiązką oddała umocnienie z poprzedniego tygodnia. Rada Prezesów szykuje się do kolejnego poluzowania w grudniu i podkreśla pandemiczna wyzwania przed którymi stoi europejska gospodarka. Samo to nie jest jeszcze niespodzianką. Rozszerzenie o około 500 mld euro i wydłużenie o minimum pół roku pandemicznego, ratunkowego skupu aktywów od dawna jest scenariuszem centralnym dla uczestników rynku. Sęk w tym, że wielokrotnie podkreślono wczoraj, że analizowany jest cały pakiet luzowania i wpływ na gospodarkę kombinacji zastosowanych narzędzi łącznie. Podziałało to na wyobraźnie inwestorów, których myśli automatycznie powędrowały ku obniżce stóp procentowych. Wycena prawdopodobieństwa takiego kroku wyraźnie wzrosła. Czy słusznie?

Odpowiedzi na to pytanie udzieli rozwój pandemii i jego wpływ na gospodarkę. Uważamy jednak, że dla EBC cięcie stóp nie jest pierwszym wyborem (jest nim rozszerzenie i intensyfikacja skupu aktywów, nowa seria tanich pożyczek dla sektora bankowego, poluzowanie niektórych wymogów). W rezultacie euro w dużej mierze zostało uodpornione na kanał polityki pieniężnej EBC.

Inwestorzy w ostatnich dniach mocno skupieni byli na rozwoju sytuacji epidemicznej w Europie. Im bliżej 3 listopada tym bardziej na pierwszy plan wychodzą wybory prezydenckie w USA. Najbardziej prawdopodobnym rezultatem jest zdecydowana wygrana Bidena, ale szanse na takie rozstrzygnięcie przestały rosnąć. Niepewność dotyczy także tego kiedy wyniki będą znane. Wyprzedaż na rynkach akcji zyskała też nowy motor napędowy, czyli wyniki Apple, które wywołują wyraźne spadki kontraktów na indeksy. Innymi słowy: z każdej strony inwestorzy bombardowani są niekorzystnymi informacjami. Chaos podsyca też koniec miesiąca, który często skutkuje silnymi przepływami kapitału.
Takie środowisko jest skrajnie niekorzystne dla polskiej waluty. Pierwotnym źródłem tarapatów jest oczywiście niepokojący przebieg epidemii i przodowanie naszego kraju w niechlubnej statystyce nowych zakażeń, co zagraża wprowadzeniem lockdownu. Nie ma obecnie argumentów za silniejszym złotym.

Bartosz Sawicki
Departament Analiz
DM TMS Brokers S.A.

Emerytury w Polsce są niskie i będą spadać

Średnia emerytur w Polsce jest niska – z kwotą niespełna 2500 zł brutto miesięcznie trudno mówić o komfortowym życiu. Dlatego poduszkę finansową trzeba budować samodzielnie, szczególnie biorąc pod uwagę trudne czasy, w których żyjemy. Istnieją na rynku rozwiązania, dzięki którym można zyskać nawet kilkaset złotych miesięcznie dodatkowego wsparcia. Z okazji Światowego Dnia Oszczędzania warto pomyśleć o solidnym zabezpieczeniu swojej finansowej przyszłości. Przy odpowiednim planowaniu nasze dochody na emeryturze mogą się zwiększyć nawet o kilkaset złotych miesięcznie.

Emerytury w Polsce

Średnia emerytura w Polsce w 2020 r. wynosi 2 463 zł. To kwota brutto, co oznacza, że „na rękę” przeciętny emeryt otrzymuje jeszcze mniej. Dla osób czynnych zawodowo, przejście na emeryturę może być prawdziwym szokiem. Dobrze obrazuje to tzw. stopa zastąpienia – relacja emerytury do średniego wynagrodzenia. Według aktualnych danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynosi ona dziś 56 proc. Oznacza to, że po zakończeniu pracy, będziemy musieli przeżyć za nieco ponad połowę średniej pensji krajowej brutto.

Co więcej, starzenie się polskiego społeczeństwa sprawi, że poziom emerytur w relacji do wynagrodzeń jeszcze spadnie. Według prognoz w 2040 r. stopa zastąpienia ma wynieść 37 proc., a w 2060 r. 25 proc. To znaczy, że dzisiejsi dwudziestolatkowie będą żyć za jedną czwartą średniej pensji.

Oszczędności Polaków nie pracują

Taka perspektywa powinna skłaniać do oszczędzania na własną rękę. Możliwości do gromadzenia kapitału jest sporo. Pieniądze na jesień życia można samodzielnie odkładać w ramach indywidualnych kont emerytalnych (IKE) oraz indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego (IKZE). Dodatkowym wsparciem w budowaniu poduszki finansowej są pracownicze plany kapitałowe (PPK) oraz pracownicze programy emerytalne (PPE), prowadzone przez pracodawców. Mimo takiego wachlarza możliwości, budowanie poduszki finansowej na emeryturę nie jest priorytetem Polaków. Tylko 11 proc. z nas, zamierza przeznaczać swoje oszczędności na emeryturę, wynika z raportu Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce. Dla porównania wykorzystanie oszczędności na remont mieszkania deklaruje 37 proc., a na wypoczynek 36 proc.

W Polsce oszczędności rosną, lecz jedynie niewielka ich część jest lokowana w ramach produktów emerytalnych czy też długoterminowego oszczędzania. Na koniec czerwca oszczędności finansowe gospodarstw domowych w Polsce oscylowały w granicach 1,65 bln zł. W ramach IKE, IKZE, PPK i PPE zgromadzono jedynie ok. 30 mld zł, czyli niespełna 2 proc. łącznej kwoty. Blisko 60 proc. oszczędności leży na kontach bankowych lub lokatach. Biorąc pod uwagę inflację i rekordowo niskie stopy procentowe, w długim terminie ich realna wartość spada. W zestawieniu nie są ujęte nieruchomości, które w Polsce cieszą się sporą popularnością jako forma lokowania kapitału. Oczywiście w pewnym stopniu mogą one stanowić zabezpieczenie emerytalne (m.in. dochody z najmu, możliwość sprzedaży), jednak nie jest to sposób inwestowania z myślą o emeryturze, a bariera wejścia na rynek nieruchomości sprawia, że nie jest to rozwiązanie dla każdego.

Prywatne oszczędności pomogą godnie żyć

Łatwiejszym i bardziej dostępnym sposobem oszczędzania są IKE, IKZE i PPK. W IKE i IKZE pieniądze odkładamy sami, w ramach maksymalnych ustawowych limitów. Dodatkowo wpłaty na IKZE możemy odliczyć od podstawy opodatkowania w PIT. W PPK oszczędzać pomaga pracodawca i państwo, którzy dokładają swoje wpłaty. Kapitał zgromadzony w IKE, IKZE i PPK jest realnym wsparciem po zakończeniu pracy zawodowej. Pokazuje to analiza przygotowana przez zespół Nationale-Nederlanden PTE.

Załóżmy, że przez minione 20 lat systematycznie odkładaliśmy środki w PPK, IKE i IKZE. Do PPK co miesiąc odprowadzaliśmy wpłaty naliczane od średniego wynagrodzenia w danym roku. Do IKE na koniec każdego roku wpłacaliśmy jedną trzecią rocznego limitu – a więc średnią pensję brutto, a do IKZE połowę rocznego limitu, czyli 60 proc. średniej pensji brutto. Jeśli przez 20 lat na oszczędności emerytalne przeznaczalibyśmy 15 proc. średniego wynagrodzenia brutto, to zgromadzimy łącznie 202,6 tys. zł. Na tę kwotę składa się 44,6 tys. zł w PPK, 102,6 tys. w IKE, a 55,4 tys. w IKZE (po odjęciu 10 proc. zryczałtowanego podatku, który jest naliczany przy wypłacie). Zakładając, że z tych oszczędności chcielibyśmy korzystać przez 20 lat, miesięczny dodatek do emerytury wynosiłby blisko 850 zł.

PPK IKE IKZE
Zaletą rozwiązań tzw. III filaru jest inwestowanie kapitału, a więc szansa na jego pomnożenie. Na zgromadzone 202,6 tys. zł składają się nie tylko odłożone przez nas pieniądze, ale również stopa zwrotu funduszu, w który zainwestowano. W przedstawionej symulacji dzięki inwestowaniu przez 20 lat, zysk wynosi kilkadziesiąt procent.
Katarzyna Czupa, analityk ds. programów emerytalnych w Nationale-Nederlanden PTE.

3 kw. przyniósł spadki sprzedaży opon sięgające 20%

Według danych Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO) po trzech kwartałach 2020 roku producenci i importerzy opon w Polsce odnotowali spadki sprzedaży na rynek sięgające -20% w niemal wszystkich segmentach opon. Jedynie sprzedaż opon motocyklowych wzrosła o +7%, a w samym trzecim kwartale o +57%. W trzecim kwartale zwiększyła się też sprzedaż opon ciężarowych (+15%) i rolniczych (+11) – co ograniczyło spadki w tych segmentach od stycznia odpowiednio do -3% oraz -17%. Sytuacja na rynku opon jest podobna w całej Europie – co potwierdzają dane Europejskiego Związku Producentów Opon i Gumy (ETRMA).

– Rynek opon w Polsce został bardzo dotkliwie doświadczony przez pandemię, co było szczególne widoczne w pierwszym półroczu bieżącego roku. Wiele zakładów musiało przerwać produkcję z powodu spadku zamówień zarówno z rynku pierwszego wyposażenia, jak i rynku wymiany. Dynamika sprzedaży w 3. kwartale pozwoliła zmniejszyć spadki z pierwszego półrocza praktycznie we wszystkich segmentach – ale obserwując dynamiczny rozwój sytuacji epidemicznej w ostatnich tygodniach i biorąc również pod uwagę sytuację gospodarczą możemy założyć, że rok 2020 będzie bardzo trudny – mówi Andrzej Włodarczyk, prezes Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego.

– Drugie półrocze w przemyśle oponiarskim zapowiada się jedynie trochę lepiej niż pierwsze. Obawiamy się, że zamknięcie gospodarki znów mocno uderzy w branżę motoryzacyjną i oponiarską. Pozytywne sygnały w sprzedaży opon ciężarowych, rolniczych i motocyklowych w 3. kwartale są raczej sezonowym wyłomem, niż trwałym trendem. Nawet zakupy opon przed sezonem zimowym nie zrekompensują tak głębokich spadków. Budujący jest najmniejszy ubytek – tylko o -7% – zakupów opon w segmencie premium oraz wzrost o 3% sprzedaży opon rolniczych radialnych. To ważne, że użytkownicy inwestują w opony dobrej jakości – wskazuje Piotr Sarnecki, dyrektor generalny PZPO.

Europejski rynek opon

Drugi kwartał 2020 roku pokazał wyraźne spowolnienie sprzedaży spowodowane przez Covid-19, ale jest ono jeszcze bardziej widoczne po trzech kwartałach. Wszystkie segmenty sprzedaży opon w 2020 roku notują spadki, a można oczekiwać dalszego pogorszenia sprzedaży ze względu na ograniczenia w przemieszczaniu się w całej Europie, a także zmniejszony tranzyt towarów. Niewielkim sygnałem pozytywnym jest – podobnie jak w Polsce – wzrost sprzedaży opon ciężarowych, rolniczych i motocyklowych w trzecim kwartale.

– Jak pokazują liczby, kryzys uderza w naszą branżę dość mocno – a sytuacja nie ma perspektyw na polepszenie. Najbardziej dotknięty sektor opon do samochodów osobowych (konsumencki) spadł jak dotychczas o -14,4% w porównaniu z III kwartałem 2019 roku w segmencie wymiany ogumienia przez użytkowników aut. Natomiast w obszarze zamówień do nowych aut spadek wyniósł aż -30,4%. Mamy nadzieję, że sytuacja zdrowotna ulegnie poprawie – jednak wyraźna jest pilna potrzeba wsparcia przemysłu oponiarskiego w celu zachowania miejsc pracy w tym sektorze. Perspektywy na koniec roku pozostają złe, z dwucyfrowym spadkiem sprzedaży spodziewanym we wszystkich segmentach” – powiedziała Fazilet Cinaralp, sekretarz generalna Europejskiego Związku Producentów Opon i Gumy (ETRMA).

W czasie pandemii kluczowe jest zapobieganie zapaleniu płuc. Współzakażenia mogą zwiększyć ryzyko cięższego przebiegu COVID-19

Pandemia koronawirusa to czas, w którym inne schorzenia i choroby zeszły na dalszy plan. Tymczasem szczególnie istotna powinna być profilaktyka chorób układu oddechowego i zapobieganie współzakażeniom wywołanym m.in. przez bakterie pneumokokowe czy wirusa grypy. Szczepienia pozwalają nie tylko na zapobieganie niepotrzebnym hospitalizacjom, lecz także zmniejszają ryzyko powikłań po ewentualnym zakażeniu wirusem SARS-CoV-2. Zaszczepić powinny się zwłaszcza osoby w wieku 65+ i przewlekle chore.

Zgodnie z danymi resortu zdrowia w 2019 roku blisko 60 tys. Polaków było hospitalizowanych z powodu zapalenia płuc. Wiele przypadków jednak jest nierejestrowanych, a specjaliści szacują, że rocznie może być w Polsce nawet ok. 200 tys. przypadków tej choroby. Najczęściej chorują na nią dzieci do piątego roku życia oraz osoby w wieku 65+. W sumie odpowiada ona za około 50 proc. przypadków hospitalizacji z powodu chorób układu oddechowego u osób dorosłych w naszym kraju. Zapalenie płuc często dotyka ludzi starszych oraz przewlekle chorych, z chorobami współistniejącymi. W przypadku pneumokokowego zapalenia płuc u 1 na 20 pacjentów istnieje wysokie ryzyko śmierci, które rośnie wraz z wiekiem.

– Najnowsze europejskie badania pokazały, że pomimo stosowania nowoczesnych metod diagnostycznych w 40 proc. przypadków nie wiemy, jaki patogen wywołał zapalenie płuc. Spośród pozostałych 60 proc. około 1/3 są to bakteryjne zapalenia płuc, a niecałe 28 proc. ma charakter wirusowy. Mamy też kilka procent przypadków, które mają mieszany charakter, czyli mogą być wywołane zarówno przez wirusy, jak i bakterie. Pneumokoki są uznawane za najczęstszy patogen bakteryjny, który wywołuje zapalenie płuc – mówi prof. dr hab. n. med. Adam Antczak z Kliniki Pulmonologii Ogólnej i Onkologicznej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Ciężkiemu przebiegowi pneumokokowego zapalenia płuc sprzyjają współistniejące problemy zdrowotne, takie jak choroby płuc, zwłaszcza przewlekła obturacyjna choroba płuc (POChP), choroby serca, wątroby, nerek, zespół nerczycowy, cukrzyca, nowotwory i wszystkie stany upośledzonej odporności organizmu.

– One sprawiają, że przebieg zapalenia płuc jest cięższy. Co ciekawe, osoby palące papierosy też mają większe ryzyko ciężkiego przebiegu choroby pneumokokowej, a nikotynizm, który zwykle nie jest uznawany za chorobę, jest w tym przypadku wskazaniem medycznym do zaszczepienia się – mówi prof. Adam Antczak.

– Ryzyko zachorowania na inwazyjne zakażenie pneumokokowe rośnie od trzech do ośmiu razy, kiedy cierpimy na schorzenia przewlekłe – dodaje prof. dr hab. n. med. Aneta Nitsch-Osuch, kierownik Zakładu Medycyny Społecznej i Zdrowia Publicznego WUM, konsultant wojewódzki ds. epidemiologii i członek Rady Sanitarno-Epidemiologicznej. – W przebiegu pneumokokowego zapalenia płuc może dojść do zaostrzenia choroby przewlekłej, na którą cierpi pacjent. Natomiast zaostrzone objawy choroby przewlekłej sprawiają, że gorzej leczy się zapalenie płuc.

Leczenia nie ułatwia też fakt, że bakterie pneumokokowe są oporne na działanie antybiotyków i wywołane przez nie zakażenia po prostu źle się leczą. Na całym świecie rośnie odsetek tych pneukomoków, które trudno pokonać ze względu na antybiotykoodporność. Szacuje się, że w Polsce nawet 14 proc. pneumokoków wykazuje ją na co najmniej trzy klasy antybiotyków.

– Leczenie zakażeń pneumokokowych nie jest proste. Często konieczna jest hospitalizacja, co w dobie SARS-CoV-2 jest obciążone dodatkowym ryzykiem. W Polsce szacuje się, że główną przyczyną hospitalizacji seniorów są zakażenia dolnych dróg oddechowych. Około 50 proc. hospitalizacji osób w wieku podeszłym jest spowodowana przez zapalenia płuc i infekcje. U 35 proc. dorosłych z zapaleniem płuc przyczyną choroby jest właśnie zakażenie pneumokokowe – mówi prof. Aneta Nitsch-Osuch. – Teraz, w dobie pandemii SARS-CoV-2, coraz częściej zdarza się jednoczesne zakażenie koronawirusem i pneumokokiem. Takie jednoczesne zakażenia są bardzo niebezpieczne.

Zgodnie z komunikatem Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) w czasie pandemii COVID-19 jednym z priorytetowych świadczeń zdrowotnych powinna być realizacja szczepień ochronnych, w tym właśnie przeciwko pneumokokom, grypie czy krztuścowi, zwłaszcza u pacjentów z grup ryzyka.

– Chodzi o to, żeby w dobie pandemii zminimalizować obciążenie chorobami zakaźnymi, przed którymi możemy się chronić – tłumaczy konsultant wojewódzki ds. epidemiologii.

Lekarze podkreślają, że co roku należy szczepić się przeciw grypie, a to zalecenie dotyczy tak samo dzieci, jak i dorosłych. Szczepienie to zalecane jest szczególnie osobom o obniżonej odporności, kobietom w ciąży lub planującym ciążę, osobom z chorobami przewlekłymi i seniorom. To istotne o tyle, że ciężka grypa sprzyja rozwojowi pneumokokowego zapalenia płuc. Nawet 35 proc. hospitalizacji z powodu grypy prowadzi do jednoczesnego zakażenia pneumokokami. W ich przypadku zalecaną formą profilaktyki także są szczepienia ochronne. Szczepienie przeciw pneumokokom u dorosłych jest jednorazowe i w odróżnieniu od szczepionki na grypę nie trzeba go powtarzać.

– Profilaktyka jest w gruncie rzeczy bardzo prosta: szczepienia przeciw grypie i pneumokokom. Niestety teraz mamy do czynienia z brakiem ciągłości dostaw szczepionek przeciw grypie ze względu na bardzo wysoki popyt. Natomiast w przypadku szczepień pneumokokowych do końca roku do Polski powinno być dostarczone ok. 300 tys. dawek. To bardzo dużo. Do tej pory szczepiły się tylko nieliczne osoby w wieku 65+, a obecnie te szczepienia są bardzo chętnie wykonywane. Dość powiedzieć, że we wrześniu dysponowaliśmy 60 tys. szczepionek i one rozeszły się na pniu – mówi prof. Adam Antczak.

Szczepienie przeciw pneumokokom jest istotne nie tylko w kontekście pandemii COVID-19. Oprócz bakteryjnego zapalenia płuc zakażenie nimi może też prowadzić do innych, zagrażających życiu chorób – w tym posocznicy i inwazyjnej choroby pneumokokowej, czyli zapalenia opon mózgowych. Ta występuje rzadziej niż zapalenie płuc, ale wiąże się z wysoką śmiertelnością, bo wśród pacjentów po 65. roku życia prawie 45 proc. jej przypadków kończy się śmiercią.

– Nawet gdyby nie było COVID-19, i tak mamy mocne wskazania do szczepienia, bo epidemiologicznie najwięcej zakażeń dróg oddechowych i zapaleń płuc jest wywołanych przez pneumokoki. Pandemia COVID-19 pewnego dnia zniknie. Wydarzy się to prędzej lub później, natomiast przebycie choroby pneumokokowej nie daje odporności, więc możemy się zakażać wielokrotnie. Jednak zaszczepienie się przeciw pneumokokom daje trwałą odporność. Wystarczy się raz w życiu zaszczepić – podkreśla ekspert z Kliniki Pulmonologii Ogólnej i Onkologicznej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Szczepienie przeciw pneumokokom znajduje się już w kalendarzu szczepień obowiązkowych dla dzieci. Jednak jest ono rekomendowane również osobom po 50. roku życia, a także z osłabionym układem odpornościowym (m.in. z chorobami nowotworowymi czy zakażeniem HIV), przewlekle chorym, cierpiącym na choroby serca, płuc, cukrzycę czy na przewlekłe schorzenia wątroby i nerek. Zaszczepić powinny się też osoby nadużywające alkoholu i palące papierosy.

– Zaszczepić możemy się u naszego lekarza rodzinnego. Każdy POZ ma swój pion szczepionkowy, dysponuje stosownym zapleczem technicznym. Jeśli przychodnia nie ma szczepionki u siebie, lekarz POZ może wypisać receptę. Pacjent kupuje szczepionkę w aptece, wraca i może zostać zaszczepiony w gabinecie zabiegowym POZ. Bywają też programy samorządowe, które finansują szczepienia – trzeba się dowiedzieć, czy nie ma takiego programu w naszej gminie bądź mieście. Programy profilaktyki zdrowotnej, realizowane przez jednostki samorządu terytorialnego, to są właśnie programy grypowe lub pneumokokowe – wskazuje prof. Adam Antczak.

Mimo trudnych warunków pogodowych światowe zbiory kukurydzy mają szansę na rekord. Rynkowi szkodzą susze i niskie ceny

Obecny rok jest trudny dla rynku wielu upraw, w tym kukurydzy. Susze i chłodna wiosna spowodowały opóźnienia w zbiorach, nie tylko na polskim rynku. Mimo to globalnie jest szansa na rekordowe plony, a także na dobry wynik polskich eksporterów. Zdaniem prezesa Polskiego Związku Producentów Kukurydzy ocieplenie klimatu działa na korzyść upraw w naszym klimacie, problemem jest jednak niedobór wody.

– Rok jest dosyć nietypowy, trudny, ponieważ wiosenne chłody spowodowały około dwutygodniowe opóźnienie całego rozwoju kukurydzy, w efekcie również zbiorów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. Tadeusz Michalski, prezes Polskiego Związku Producentów Kukurydzy. – Opóźnienie wynika stąd, że kukurydza nieco przedłużyła wegetację, a poza tym ziarno ma dużą wilgotność, co oznacza, że trzeba czekać na wysuszenie.

Ceny skupu w tym roku podlegają wyjątkowym wahaniom. Jeszcze przed sezonem ceny za kukurydzę z ubiegłorocznych zbiorów były dość wysokie, nawet do 900 zł za tonę, ale potem zaczęły szybko spadać, osiągając poziom 600 zł za tonę. W tej chwili średnio w Polsce to jest 650–700 zł za tonę suszonego ziarna oraz 420–450 zł za tonę ziarna mokrego, prosto z pola przy wymaganej wilgotności 30 proc.

Niedobór opadów w sierpniu zaszkodził zbiorom kukurydzy w Polsce. Unijna Jednostka Monitorująca Zasoby Rolne (MARS) w swojej sierpniowej prognozie dla Polski obniżyła oczekiwany plon z 6,80 do 6,68 t/ha (średnia dla UE to 7,42 t/ha). To jednak nadal jest o prawie 10 proc. więcej niż średnia przeciętna z lat 2015–2019.

– Kukurydza jest ciepłolubną rośliną pochodzącą z Meksyku, czyli ocieplenie klimatu pracuje na jej rzecz. Jednak jest jedno ale: jeśli jest ciepło, to potrzeba dużo wody – mówi prof. Tadeusz Michalski. – Kukurydza jest jedną z najoszczędniejszych roślin uprawnych, ale też najbardziej wydajną z jednostki powierzchni, czyli wiadomo, że tej wody będzie potrzeba dużo. Braki wody są u nas głównym problemem agrotechnicznym i w tym roku obserwowaliśmy w wielu rejonach kraju mniejsze lub większe zagrożenia rozwoju z tytułu suszy.

Kukurydza jest jednak rośliną bardzo odporną i zdolną do przystosowania nawet w przypadku uprawy na bardzo nieurodzajnych glebach. Dlatego też rolnicy są skłonni ją uprawiać, nawet zbierając plon raz na dwa lata.

Satysfakcjonujący plon to jest w tej chwili około 8 ton surowego ziarna z hektara, a cena około 650 zł za tonę. Ten poziom właściwie zapewnia zwrot nakładów, natomiast o zyskach trudno mówić – wyjaśnia prezes Polskiego Związku Producentów Kukurydzy.

 IGC szacuje, że w tym roku światowa produkcja kukurydzy sięgnie 1156 mln ton, co jest lepszym wynikiem niż w poprzednich sezonach. Będzie to ilość, która prawie dorówna rosnącej konsumpcji (1173 mln ton).

Europa niestety, poprzez różnego rodzaju, niezbyt chyba przemyślane działania polityków, rokrocznie importuje około 20 mln ton ziarna kukurydzy. Dla porównania produkcja w Polsce to 4 mln ton ziarna. Współpracując z licznymi organizacjami europejskimi, wiemy, że spokojnie moglibyśmy jako Unia Europejska tę ilość kukurydzy wyprodukować  mówi prezes PZPK.

Plony w Polsce nie należą do najwyższych. Z krajów naszego regionu są nieco wyższe niż w Bułgarii czy Rumunii, podobne jak w Czechach i na Słowacji czy na Węgrzech. Nasz kraj ma generalnie słabe warunki glebowe, natomiast kukurydza dzięki swoim możliwościom przystosowawczym opanowała nawet gleby lekkie. W sierpniu bieżącego roku jednak nie tylko w Polsce susza zaszkodziła uprawom, bo również we Francji, Rumunii, Bułgarii i na Węgrzech.

– Polska jest w stanie wyeksportować około miliona ton kukurydzy, w bieżącym roku nawet 1,5 mln ton. Naszymi konkurentami są unijne kraje południowo-wschodniej Europy i Ukraina – mówi prof. Tadeusz Michalski. – W całym basenie Morza Czarnego panowała susza i Ukraińcy też mają pewne ubytki, więc być może presja ze strony kukurydzy ukraińskiej będzie trochę mniejsza. Nawet Stany Zjednoczone narzekają, że w tym ich słynnym pasie kukurydzianym też było nie najlepiej, ale i tak te plony są w miarę przyzwoite. Generalnie tutaj zbiór kukurydzy znowu będzie rekordowy, ale to wynika ze stałego, rokrocznego postępu.

Pandemia ograniczyła jawność pracy sądów. Sale rozpraw w wielu sądach zamknięte dla publiczności

0

Obostrzenia związane z koronawirusem wprowadzone w sądach wpłynęły na jawność procesów. W początkowym okresie pandemii ograniczenia dostępu publiczności do rozpraw obowiązywały w 88 proc. sądów powszechnych i administracyjnych. Obecnie są one mniej restrykcyjne, ale wciąż istnieją sądy, w których co do zasady obowiązuje zakaz wstępu publiczności na salę rozpraw. To wnioski z Obywatelskiego Monitoringu Sądów 2020 prowadzonego przez Fundację Court Watch Polska. – Niesie to za sobą istotne zagrożenia: bez publicznego ogłoszenia wyroku może on zostać podważony, a nawet uznany za nieistniejący – tłumaczy Bartosz Pilitowski, prezes zarządu fundacji.

– W dobie pandemii wiele sądów zamknęło swoje drzwi dla publiczności, czyli osób, które mają prawo brać udział w rozprawach i posiedzeniach jawnych, obserwując ich przebieg. Takie obostrzenia wprowadzono początkowo w ponad 1/3 sądów. Obecnie, po naszej interwencji, jest już znacznie mniej sądów, w których obowiązuje zupełny zakaz obecności publiczności. Natomiast nadal zdarza się, że utrudnienia są skuteczne. W 40 proc. przypadków nasi obserwatorzy mieli problemy z wejściem do sądu w charakterze publiczności – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartosz Pilitowski, prezes zarządu Fundacji Court Watch Polska.

Jak wynika z Obywatelskiego Monitoringu Sądów 2020, w początkowym okresie pandemii ograniczenia dostępu publiczności do rozpraw wprowadzono zarządzeniami w 88 proc. sądów powszechnych i administracyjnych, jak również w Sądzie Najwyższym. Niektóre umożliwiały udział w rozprawach publiczności i mediów, choć w ograniczonej liczbie. Inne pozwalały na arbitralne wyłączenie jawności.

Publiczność na sali sądowej przede wszystkim kontroluje to, co dzieje się na sali rozpraw. Chodzi o to, aby społeczeństwo mogło samo się przekonać, czy wyroki są rzeczywiście wydawane w sposób bezstronny oraz czy sędziowie nie podlegają naciskom. Jest to również okazja do tego, żeby się edukować. To jest darmowa edukacja prawna, a także świetna okazja do tego, żeby sędziowie mogli nawiązać bezpośredni kontakt z obywatelami, zwracać się do nich bezpośrednio w uzasadnieniach i w ten sposób budować swój autorytet, legitymizować swoją władzę – zaznacza prezes Fundacji Court Watch Polska.

Eksperci fundacji podkreślają, że ograniczenia w dostępie publiczności do rozpraw sądowych odbierają obywatelom fundamentalne prawo zawarte w art. 45 Konstytucji RP oraz ważną gwarancję rzetelnego i bezstronnego procesu.

– Największym zagrożeniem związanym z obecną sytuacją, czyli zakazami wstępu publiczności do sądów, jest sytuacja, w której wyroki nie są wydawane w sposób publiczny. Konstytucja gwarantuje publiczne ogłoszenie wyroku w każdym przypadku, nawet w sprawie, której jawność była wyłączona. Taki nieprawidłowo ogłoszony wyrok może być podważony, a nawet uznany za nieistniejący. Sąd Najwyższy w podobnych przypadkach, czyli kiedy zabrakło publicznego ogłoszenia wyroku, uznawał taki wyrok za nieistniejący – dodaje Bartosz Pilitowski.

Jak podkreśla, przede wszystkim konieczna jest zmiana zarządzeń prezesów sądów, które wykluczają obecność publiczności, oraz wprowadzenie rozwiązań, które umożliwią udział publiczności przy zachowaniu wszelkich zasad bezpieczeństwa i dostosowanie się do restrykcji sanitarnych.

– Ważna jest ochrona życia i zdrowia obywateli, ale bardzo ważne jest też prawo obywateli do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy. Chodzi o to, żeby znaleźć równowagę i wprowadzić rozwiązania, które są w stanie pogodzić te wartości. W Polsce liczba publiczności, która pojawia się na salach rozpraw, to tylko ułamek wszystkich osób przebywających w budynku. Zatem łamanie zasady jawności tylko dlatego, żeby zrezygnować z tej niewielkiej grupy, jest naszym zdaniem po prostu nieadekwatne – uważa prezes zarządu Fundacji Court Watch Polska. – Potrzebna jest także zmiana w podejściu do tej kwestii ze strony wszystkich pracowników sądów, np. pracowników ochrony. Mimo zarządzeń, które teoretycznie zezwalają na obecność publiczności, zdarza się, że odmawiają oni prawa wejścia do sądu obywatelom.

Prof. Stanisław Gomułka: Perspektywa powrotu do stanu normalności w gospodarce się odsuwa. Odbicie najwcześniej w połowie przyszłego roku

Drugi albo trzeci kwartał przyszłego roku to najwcześniejsze okresy, w których przedsiębiorcy mogą liczyć na odbicie w gospodarce – przewiduje były wiceminister finansów, prof. Stanisław Gomułka. Z pomocą państwa i bez drugiego ścisłego lockdownu większość firm jest w stanie przetrwać ten trudny okres. Kosztem jest wzrost długu publicznego, osłabienie złotego i słabość warszawskiej giełdy. Pod znakiem zapytania stoi też współpraca z UE przy kolejnej perspektywie budżetowej.

Pomoc ze strony państwa dla przedsiębiorstw jest rzeczywiście na sporą skalę, mniej więcej w tej wysokości, w jakiej one tej pomocy oczekiwały, szczególnie tzw. trzecia tarcza – finansowa, która zmierzała do utrzymania ich płynności i zatrudnienia. Teraz mamy nową falę problemów i przedsiębiorcy zaczynają się zastanawiać, czy będzie jakaś dodatkowa pomoc – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC, członek Polskiej Akademii Nauk. – Skala tej najnowszej pomocy jest bardzo niewielka, dotyczy w zasadzie jednego miesiąca z możliwością przedłużenia na następne i tylko stosunkowo wąskiej grupy przedsiębiorców.

W ramach tarczy finansowej wiosną tego roku rząd przeznaczył 100 mld zł na walkę z trudną sytuacją, w jaką lockdown wpędził firmy. Połowa tej kwoty miała być przeznaczona dla małych i średnich przedsiębiorstw, ćwierć dla mikrofirm, ćwierć dla firm dużych, zatrudniających powyżej 250 pracowników. W sumie w  ramach tarcz antykryzysowych do przedsiębiorców trafiło prawie 150 mld zł.

W efekcie zamiast zrównoważonego budżetu, zapowiadanego przed rokiem, tegoroczny deficyt budżetowy przewidziano na 109,3 mld zł, a przyszłoroczny na 82,3 mld zł. Obecnie w obliczu drugiej fali pandemii i rekordowej liczby zakażeń i zgonów rząd stara się uniknąć całkowitego zamrożenia gospodarki. Jednak kluby fitness, siłownie i restauracje zostały ponownie zamknięte. Te ostatnie mogą jedynie dostarczać dania na wynos.

Premierowi i rządowi generalnie chodzi głównie o te branże, które już cierpią z racji tego, że mamy nową falę zakażeń. Problem też jest ze szkolnictwem, w jaki sposób zmniejszać stopień rozpowszechniania się wirusa, czy zamrozić, czy nie – mówi główny ekonomista BCC. – Mamy też doświadczenie innych krajów, które zaczynają myśleć o powrocie do silniejszych działań, chociażby sąsiednia Słowacja, ale także Czechy, Wielka Brytania, Francja. Myśleliśmy, że być może już będzie powrót do odbicia, ale wygląda na to, że III i IV kwartał to będą dalsze spadki aktywności ekonomicznej. Oczekujemy w tej chwili odbicia dopiero od II kwartału przyszłego roku.

Ekonomiści oceniają, że w czasie wiosennego lockdownu spowolnienie lub wręcz zamknięcie dotknęło firm odpowiedzialnych za około jedną czwartą polskiego PKB, obecnie – za około 5 proc.

Na razie premier Mateusz Morawiecki zapowiedział przeznaczenie 1,8–2 mld zł na pomoc dla branży HoReCa, rozrywkowej, dbającej o zdrowie i osób handlujących na targowiskach. Wystarczy udowodnić spadek przychodów rok do roku o 40 proc., by ubiegać się o pomoc do 5 tys. zł (w wypadku mikrofirm i małych przedsiębiorstw), zwolnienie ze składek ZUS (w listopadzie 2020 roku z możliwością przedłużenia na kolejne miesiące) oraz postojowe, czyli jednorazowe świadczenie dla osób prowadzących działalność. Handlujący na targowiskach byliby zwolnieni z opłaty targowej za cały 2021 rok, którą rząd zapłaci za nich samorządom.

– Polskie firmy zdają sobie sprawę z tego, że koszt już podjętych działań jest wysoki. Mamy przyrost długu publicznego w skali około 250 mld zł, może nawet do 300 mld zł. Dla przedsiębiorców ważne jest też to, że mamy silne osłabienie złotego, silny spadek akcji przedsiębiorstw, więc inwestorzy zagraniczni też reagują na tę sytuację w Polsce – wyjaśnia prof. Stanisław Gomułka. – Przedsiębiorcy oczekują bliskiej współpracy z Unią Europejską, są zaniepokojeni tym, co powiedział prezes Kaczyński, że Polska może zawetować prace nad nową perspektywą budżetową. Zresztą premier zwracał uwagę na to, jak ważna może być pomoc ze strony UE. Jeżeli Polska dobrze wykorzysta tę ofertę, to jest szansa, że w przyszłym roku już to odbicie będzie znaczne i wrócimy do stanu normalnego.

W ciągu ostatnich trzech miesięcy zloty stracił do euro 5 proc., podobnie do dolara. Indeks WIG20 zanotował w tym czasie spadek o ponad 15 proc.

Według Banku Światowego w 2020 roku gospodarka Polski skurczy się – po raz pierwszy od 1990 roku – o 3,9 proc. W przyszłym powinna wzrosnąć o 3,5 proc. Według lipcowej projekcji inflacji NBP (w listopadzie będzie kolejna, zapewne zmieniona) tegoroczny spadek sięgnie 5,4 proc., a przyszłoroczny wzrost 4,9 proc.

Pod względem bankructw wrzesień nie był złym miesiącem: liczba firm, które ogłosiły wtedy upadłość, wyniosła 32, czyli była wyższa o 33,3 proc. w porównaniu z sierpniem br. i niższa o 34,7 proc. w skali roku – podała Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych (KUKE).

Sytuacja w przedsiębiorstwach jest bardzo zróżnicowana, ale generalnie malejące inwestycje świadczą o tym, że przedsiębiorcy są zaniepokojeni sytuacją, a niektórzy wręcz są w dramatycznej kondycji. Oczywiście wciąż jest nadzieja, że to jeszcze jest kwestia dwóchtrzech kwartałów. Jeżeli przetrwamy ten okres, w dużym stopniu z pomocą państwa, ale też dzięki wysiłkowi własnemu przedsiębiorców, pracowników, to w drugiej połowie przyszłego roku będzie odbicie w skali znaczącej na tyle, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Oczywiście, gdyby rząd był zmuszony do bardziej radykalnych działań, a te z kolei oznaczają duże koszty dla całej gospodarki, to dla wielu przedsiębiorstw może to oznaczać bankructwo – podkreśla główny ekonomista BCC.