Szara strefa w branży pogrzebowej – usługi pogrzebowe powinny zostać uregulowane

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Polska Izba Branży Pogrzebowej (PIBP) przeanalizowały rynek usług pogrzebowych w Polsce i wskazują na szereg spraw, które należy uregulować. Zgodnie z szacunkami FPP i PIBP wartość nieewidencjonowanej sprzedaży w tym sektorze w 2019 r. kształtuje się na poziomie ok. 1,4 mld zł, zaś wartość funduszu wynagrodzeń w szarej strefie – przeszło 2 mld zł. Łącznie sektor finansów publicznych mógłby zyskać do 960 mln zł rocznie na wprowadzeniu nowych rozwiązań prawnych, które redukowałyby szarą strefę na tym rynku. Warto podkreślić, że zmiana przepisów jest niezbędna w części świeckiej – w obszarze, za który odpowiada Kościół regulacje są właściwe.

– Przepisy nie regulują działalności gospodarczej polegającej na świadczeniu usług pogrzebowych i pokrewnych. Do wykonywania tej działalności nie jest wymagane ani zezwolenia lub koncesja, ani nawet wpis do rejestru działalności regulowanej.– powiedział serwisowi eNewsroom Robert Czyżak, prezes Polskiej Izby Branży Pogrzebowej. – W aktualnym stanie prawnym jest to zatem tzw. działalność wolna. Żadne przepisy nie określają kompleksowo wymogów, którym powinny odpowiadać podmioty świadczące usługi pogrzebowe. Jednocześnie nie ma regulacji, które zapewniłby bliskim zmarłych swobodny i nieskrępowany wybór usługodawców. Brakuje chociażby wyraźnych i jednoznacznych regulacji zapewniających dostęp do informacji o usługodawcach. Także procedury uzyskiwania niezbędnych dokumentów stawiają uprawnionych do pochówku w sytuacji petenta, któremu nie umożliwia się odpowiedniego dostępu do wysokiej jakości usług pogrzebowych  – wyjaśnia Czyżak.

Polskie biurowce za miliardy

Wartość transakcji inwestycyjnych na rynkach biurowych poza Warszawą przekroczyła już miliard euro, co jest historycznie najlepszym wynikiem. Łącznie ze stolicą, biurowe transakcje inwestycyjne już na koniec trzeciego kwartału wyniosły tyle, ile w całym 2018 roku, a rynek szykuje się na rekord – ponad 3,5 mld euro.

Jak wynika z danych JLL, wartość transakcji inwestycyjnych w sektorze biurowym na koniec III kwartału tego roku zamknęła się na poziomie blisko 2,8 mld euro. Tym samym rynek dogonił już rezultat z całego 2018 roku.

Co szczególnie warte podkreślenia, rekordowe wyniki odnotowały rynki regionalne – ponad 1 mld euro.

Po raz pierwszy w historii transakcje inwestycyjne na biurowych rynkach regionalnych przekroczyły poziom miliarda euro. Najlepszy wynik zanotował Kraków, gdzie inwestycje osiągnęły wartość 314 mln euro. Na podium znalazł się również Wrocław – z 221 mln euro i Trójmiasto – 109 mln euro. Tak znakomite rezultaty potwierdzają bardzo duże zainteresowanie inwestorów rynkami biurowymi poza Warszawą oraz mocną kondycję sektora nie tylko w stolicy kraju. – Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Jak na razie inwestorzy dokonali 48 transakcji biurowych (dla porównania, w całym 2018 roku było ich 44), z czego najwięcej na rynku warszawskim. Wartość inwestycji w stolicy na koniec III kw. tego roku wyniosła natomiast 1,7 mld euro.

Biorąc pod uwagę wartość transakcji biurowych, które aktualnie znajdują się na różnych etapach zaawansowania, prognozujemy, że cały 2019 zamknie się w Polsce rekordowym wynikiem ponad 3,5 mld euro – łącznie w Warszawie i poza nią. Takim rezultatom sprzyja wzrost gospodarczy, ciekawy wybór produktów inwestycyjnych oraz popyt ze strony najemców, którzy od początku roku zawarli w całej Polsce umowy na aż 1,2 mln mkw.” – Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Wśród najważniejszych transakcji sfinalizowanych do tej pory znalazła się sprzedaż Warsaw Spire Tower przez Ghelamco Group i Madison International do IMMOFINANZ za 386 mln euro; warszawskiego West Station (I+II) przez JV HB Reavis & PKP do singapurskiego inwestora Mapletree za ok. 190 mln euro; przejęcie 70% udziałów w regionalnym portfolio biurowym EPP (Malta Office Park w Poznaniu, Symetris Business Park I&II w Łodzi, O3 Business Park I&II w Krakowie) przez Henderson Park; sprzedaż Warsaw Trade Tower przez Akron do Globalworth za ok. 133 mln euro; oraz budynku Ethos w Warszawie, który został zakupiony przez Credit Suisse Asset Management od Kulczyk Silverstein Properties za ok. 115 mln euro.

J. Steinhoff: Krajowe bezpieczeństwo energetyczne pilnie wymaga długoterminowej strategii. Odnawialne źródła mogą zastąpić atom

J. Steinhoff: Krajowe bezpieczeństwo energetyczne pilnie wymaga długoterminowej strategii. Odnawialne źródła mogą zastąpić atom 1

Za trzy lata błękitny surowiec ze złóż na Morzu Północnym popłynie do Polski gazociągiem Baltic Pipe. Ta inwestycja – podobnie jak rozbudowa gazoportu w Świnoujściu – znacząco pozwoli uniezależnić się od dostaw gazu z Rosji i poprawi krajowe bezpieczeństwo energetyczne. Pozostałe kluczowe inwestycje w obszarze energetyki zależeć będą od długoterminowej strategii. – Potrzebujemy jak najszybciej przyjąć politykę energetyczną na następne 15–20 lat – podkreśla Janusz Steinhoff, były minister gospodarki. Chodzi przede wszystkim o decyzje, czy będziemy budować miks energetyczny w oparciu o atom, czy raczej odnawialne źródła.

– Polska była zawsze krajem stosunkowo bezpiecznym energetycznie, ponieważ dysponujemy zasobami nośników energii takich jak węgiel brunatny i kamienny, ale przede wszystkim wydobywamy około 4–4,5 mld m³ gazu. Z drugiej strony importujemy prawie całą ropę i ok. 11 mld m³ gazu. Import nośników energii będzie coraz większy. Polska zrobiła jednak w ostatnich latach bardzo dużo, aby to bezpieczeństwo energetyczne, zwłaszcza w odniesieniu do gazu ziemnego, poprawić – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Janusz Steinhoff, były minister gospodarki i wicepremier w rządzie Jerzego Buzka.

Jak podkreśla, polskie bezpieczeństwo energetyczne zdecydowanie poprawi gazociąg Baltic Pipe, który pozwoli uniezależnić się od dostaw gazu z Rosji. Gazociąg połączy norweskie złoża gazu ziemnego z systemem przesyłowym w Danii, skąd surowiec będzie trafiać na polski rynek i dalej do odbiorców w sąsiednich krajach. Przepustowość Baltic Pipe ma wynosić ok. 10 mld m³ rocznie, co stanowi ok. 60 proc. polskiego zapotrzebowania na gaz.

Budowa gazociągu ma zakończyć się za trzy lata, w październiku 2022 roku. Wtedy kończy się także kontrakt jamalski na dostawy gazu, zawarty przez PGNiG z rosyjskim Gazpromem. Polska jest uzależniona od importu gazu – z zagranicy pochodzi 70 proc. tego surowca, przy czym 90 proc. importu to właśnie gaz rosyjski.

– Odeszliśmy od sytuacji sprzed 15 czy 20 lat, czyli braku technicznych możliwości dywersyfikacji dostaw gazu ziemnego z kierunków innych niż rosyjski. W tej chwili dysponujemy pełną paletą rozwiązań: mamy gazoport, rozbudowane transgraniczne połączenia, fizyczny i wirtualny rewers na gazociągu jamalskim i przestaniemy płacić rentę za brak alternatywy. Tę rentę płaciliśmy rosyjskiemu dostawcy przez prawie 30 lat – mówi Janusz Steinhoff. – Kiedy zbudujemy połączenie z Norwegią poprzez Danię do Niechorza, będziemy dysponować już wszelkimi możliwościami, aby Polska stała się gazowym hubem i można było eksportować gaz m.in. na Ukrainę.

Kluczowa dla dywersyfikacji dostaw gazu do Polski jest także rozbudowa terminalu LNG w Świnoujściu, która zakłada zwiększenie jego mocy regazyfikacyjnych o 50 proc. (do 7,5 mld m³ gazu rocznie) do końca 2021 roku, oraz rozbudowa połączeń transgranicznych ze Słowacją, Litwą, Czechami i Ukrainą. Pozwoli to na stworzenie w Polsce centrum przesyłu i handlu gazem dla regionu Europy Środkowo-Wschodniej oraz państw bałtyckich.

Były minister gospodarki odkreśla jednak, że z puntu widzenia bezpieczeństwa energetycznego niezbędne jest jak najszybsze przyjęcie kompleksowej, długoterminowej strategii, która określi, w jakim kierunku będzie zmierzać polska energetyka. To wymaga pracy ponad podziałami politycznymi.

– Nie można dyskutować w nieskończoność, czy będziemy budować elektrownię atomową, czy będziemy wspierać rozwój odnawialnych źródeł energii. Ten dokument powinien powstać jak najszybciej, bo musimy dobierać narzędzia wsparcia do tej strategii, którą przyjmiemy i która będzie obowiązywać co najmniej 15–20 lat – podkreśla Janusz Steinhoff.

„Polityka Energetyczna Polski do 2040 roku”, czyli długoterminowa strategia państwa w zakresie energetyki, jest w przygotowaniu, podobnie jak Krajowy Plan na rzecz Energii i Klimatu do 2030 roku (KPEiK), negocjowany z Komisją Europejską. Ta pod koniec czerwca przesłała swoje zalecenia do projektu, który rząd do końca br. powinien dostosować do uwag i przedstawić jego ostateczną wersję.

Jak wynika z projektu KPEiK, w tej chwili ok. 77 proc. energii elektrycznej w Polsce jest wytwarzane z węgla kamiennego i brunatnego. W kolejnych latach jego udział ma sukcesywnie spadać (do 60 proc. w 2030 roku). Równocześnie Polska będzie stawiać na dywersyfikację nośników energii, zwiększając udział OZE oraz wprowadzając do bilansu energetycznego energetykę jądrową.

Uruchomienie pierwszego bloku (o mocy ok. 1–1,5 GW) pierwszej elektrowni jądrowej przewidziano na 2033 rok. Do 2043 roku planowane jest uruchomienie kolejnych pięciu takich bloków. Jak informował w połowie lipca pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski, w latach 2040–2045 około 20 proc. produkcji energii w Polsce ma już pochodzić z atomu.

– 10 lat temu byłem zwolennikiem inwestycji w elektrownię atomową. W tej chwili uważam, że to nie jest to czas na jej budowę, biorąc pod uwagę bardzo wysokie koszty inwestycyjne przekraczające 4,5 mln euro na 1 MW. To czterokrotnie więcej niż w przypadku gazu i zdecydowanie więcej niż w przypadku paliw stałych. Od paliw stałych musimy odchodzić, ponieważ koszty emisji CO2 w Europie są coraz wyższe. Tak więc pozostają nam odnawialne źródła energii i kompensowanie niestabilnych źródeł energii gazem. To jest moim zdaniem racjonalny kierunek – mówi Janusz Steinhoff.

Rządowe plany zakładają, że rola OZE w elektroenergetyce zwiększana będzie głównie za sprawą dwóch technologii – energetyki wiatrowej oraz fotowoltaiki. Udział OZE z obecnego poziomu 14 proc. ma wzrosnąć do ok. 27 proc. w 2030 roku oraz ok. 50 proc. do 2040 roku względem stanu obecnego.

– W tej chwili sytuacja się bardzo zmieniła, koszty inwestycyjne odnawialnych źródeł energii bardzo spadły. Myślę tutaj zwłaszcza o fotowoltaice i energetyce wiatrowej, szczególnie na morzu. Te warunki ekonomiczne odnawialnych źródeł energii są dzisiaj zdecydowanie bardziej atrakcyjne, niż miało to miejsce 15 czy 20 lat temu – mówi Janusz Steinhoff.

Split payment od listopada obowiązkowy w branżach najbardziej narażonych na nieprawidłowości. Przepisy będą dotyczyć pół miliona przedsiębiorstw

Split payment od listopada obowiązkowy w branżach najbardziej narażonych na nieprawidłowości. Przepisy będą dotyczyć pół miliona przedsiębiorstw 2

Od 1 listopada 2019 roku split payment będzie obowiązkowy. Metoda podzielonej płatności w transakcjach, których wartość transakcji będzie przekraczać 15 tys. zł, obejmie w sumie 150 grup towarów i usług, przede wszystkim te najbardziej narażone na wyłudzenia VAT. Dotyczy to prawie pół miliona płatników VAT. Dotychczas ze split payment korzystają głównie spółki Skarbu Państwa i duże firmy. Z raportu NBP wynika, że już 70 proc. przedsiębiorców otrzymuje należności lub płaci za kupione towary przy wykorzystaniu tej metody.

– Mechanizm split payment jest dla nas bardzo istotny z punktu widzenia uszczelniania systemu podatkowego. Zwiększa również bezpieczeństwo obrotu w stosunku do zewnętrznych klientów aparatu skarbowego. Chcemy ten projekt rozszerzać. 1 listopada wejdą stosowne w tym zakresie zmiany – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Słaboszowski, wiceminister finansów, zastępca szefa Krajowej Administracji Skarbowej.

Od listopada 2019 roku listopada split payment ma być stosowany w tych branżach, które są najbardziej narażone na wyłudzenia VAT, np. w branży paliwowej, jeżeli tylko wartość transakcji będzie przekraczać 15 tys. zł. Metoda podzielonej płatności obejmie w sumie 150 grup towarów i usług, które są wymienione w nowym załączniku numer 15 do ustawy o podatku VAT. Oprócz branży paliwowej dotyczy to m.in. usług i robót budowlanych, laptopów, komputerów, telewizorów, paliw opałowych, stali, surowców wtórnych oraz części samochodowych. Łącznie nowe przepisy będą dotyczyć ok. pół miliona płatników VAT.

– Zwiększa się oczywiście bezpieczeństwo obrotu. Z jednej strony to co prawda wakowanie środków, ale z drugiej strony podmiot, który korzysta z mechanizmu split payment jest podmiotem najprawdopodobniej bezpiecznym i uczciwym – ocenia Tomasz Słaboszowski.

Mechanizm podzielonej płatności ma uszczelnić system podatkowy i zwiększyć wpływy z VAT-u do budżetu państwa. Polega to na tym, że na rachunek rozliczeniowy przedsiębiorcy trafia jedynie kwota netto, a podatek VAT, należny firmie od kupującego towar lub usługę kontrahenta, wpływa na nowo utworzony rachunek VAT.

Raport „Szybki Monitoring NBP – analiza sektora przedsiębiorstw” wskazuje, że już 70 proc. przedsiębiorców otrzymuje należności lub płaci za kupione towary lub usługi, wykorzystując split payment. Jest on dobrowolny od lipca 2018 roku. Z danych resortu finansów wynika, że do 30 czerwca 2019 roku na specjalne rachunki trafiło nieco ponad 10 proc. należnego za ten okres podatku VAT (65,8 mld zł).

Jednak, jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, blisko 17 proc. firm przyznaje, że podzielona płatność wpłynęła negatywnie na ich płynność finansową. Najwięcej krytycznych ocen pada ze strony firm transportowych (22,6 proc.) oraz handlowych (19,6 proc.). Żadnego wpływu split payment nie zauważyła ponad połowa firm stosujących ten mechanizm.

– Staramy się wprowadzać te zmiany w taki sposób, aby przedsiębiorcy odczuwali je w najmniejszym stopniu. Natomiast bezpieczeństwo obrotu i ochrona interesów Skarbu Państwa muszą być tu uwzględniane, dlatego że zachowanie wielkości wpływów dla budżetu jest również bardzo ważne z punktu widzenia interesów państwa – tłumaczy Tomasz Słaboszowski.

Miasta coraz częściej stawiają na proekologiczne inwestycje. Wymagają tego od nich mieszkańcy

Miasta coraz częściej stawiają na proekologiczne inwestycje. Wymagają tego od nich mieszkańcy 3

Ograniczenie smogu, zagospodarowanie wody deszczowej, powstawanie terenów zielonych – tego typu proekologiczne inicjatywy coraz częściej uwzględniane są w strategiach rozwoju polskich miast. – Takie są oczekiwania mieszkańców, którzy chcą, by miasta stawały się bardziej przyjaznymi miejscami do życia – podkreśla zastępca prezydenta Rudy Śląskiej. Dlatego działania na rzecz ochrony środowiska i walki z zanieczyszczeniami powietrza, takie jak np. rozwój ekologicznego transportu zbiorowego czy przeniesienie ruchu samochodowego z dzielnic na obwodnice, stały się dla miasta priorytetem, obok kluczowych inwestycji infrastrukturalnych.

Stoimy przed ogromnymi globalnymi wyzwaniami, czyli musimy się przygotować na ograniczenie smogu i lepsze zagospodarowanie wód deszczowych i tych, które płyną przez nasze miasto, dbanie o zieleń – mówi agencji Newseria Biznes Michał Pierończyk, II zastępca prezydenta Rudy Śląskiej. – Są już pozyskane pieniądze na „Chronimy Krople Deszczu”, więc zbiorniki retencyjne. Będziemy też zachęcali mieszkańców do tego, żeby sami retencjonowali wodę zakresie, w jakim są w stanie to robić.

Jak podkreśla, tego typu działania wpisują się w motto miasta, zakładające, że Ruda Śląska ma stać miastem przyjaznym do zamieszkania, pracy i wypoczynku. Plan rozwoju w tym zakresie na najbliższą dekadę precyzuje strategia na lata 2014–2030, szeroko skonsultowana przed przyjęciem z mieszkańcami miasta i aktualizowana w ubiegłym roku. Dokument kładzie szczególny nacisk właśnie na integrację poszczególnych dzielnic miasta i rozwój komunikacyjny.

Ruda Śląska jest średnim miastem leżącym w obrębie metropolii. Dojazd jest łatwy, ale my chcemy ułatwić go jeszcze bardziej i wykorzystać to jako przewagę konkurencyjną. Mowa tu o połączeniu autostrady A4 i Drogowej Trasy Średnicowej Trasą N-S, północ-południe. Budujemy ją od 2010 roku i co jakiś czas dokładamy kolejne odcinki. Chcemy do 2022 roku zakończyć to połączenie, co stworzy pewien kręgosłup komunikacyjny naszego miasta – mówi Michał Pierończyk.

Budowana w etapach i z unijnym współfinansowaniem trasa rudzka to jedna ze sztandarowych inwestycji miasta. Ma pełnić rolę obwodnicy dla dzielnic Godula, Orzegów i Ruda, przejmując ruch tranzytowy w tym rejonie i uwalniając kolejne tereny inwestycyjne. To z kolei ma pobudzić lokalny rynek nieruchomości. Jak podkreśla wiceprezydent miasta, pierwsze symptomy tego ożywienia są już widoczne.

Nieruchomości się otwierają, pytają o nie inwestorzy, to jest szansa na większe podatki z tego tytułu. Aby ten rozwój był pełny, droga powinna być pociągnięta dalej na południe, do Mikołowa, i na północ, do Bytomia. Pracujemy już nad dokumentacją projektową, aby było to możliwe – mówi Michał Pierończyk. – Ma to szczególne znaczenie dla mieszkańców dzielnic, dla których ta droga będzie stanowić obwodnicę. Łatwiej będzie z nich wyjechać i dostać się na trasy szybkiego ruchu. To też stworzy drugi filar dla rozwoju miasta, czyli uporządkuje dzielnice i uspokoi ruch.

Przeniesienie części ruchu samochodowego na obwodnicę stworzy z koli podstawę do rozwoju komunikacji zbiorowej.

Coraz więcej osób będzie się zwracało ku transportowi zbiorowemu, bo dojdą do wniosku, że samochodem będą jechać trzy razy dłużej – mówi Pierończyk. – Mieszkańca Polski czeka zastanowienie się nad tym, czy posiadać samochód, czy nie. Myślę, że na przestrzeni następnych kilkunastu lat będziemy tak sobie organizować życie, żeby nie przemieszczać się własnym samochodem lub nie jako jedyna osoba w samochodzie. Pola do optymalizacji jest bardzo dużo.

Oprócz rozwoju komunikacyjnego władze miasta skupiają się również na infrastrukturze sportowej, uatrakcyjnianiu oferty kulturalnej i rewitalizacji publicznych przestrzeni, dzięki której Ruda Śląska ma być bardziej przyjazna mieszkańcom.

– O tym myślą mieszkańcy – o mieście przyjaznym do zamieszkania i dobrym do rekreacji. To jest zasadniczy cel strategii rozwoju miasta do roku 2030 – mówi Michał Pierończyk.

Sztandarową inwestycją w tym zakresie, dobiegającą końca, jest Trakt Rudzki, ścieżka pieszo-rowerowa, a miejscami także rolkarska, która ma połączyć obiekty sportowe, parki, skwery oraz miejsca związane z historią Nowego Bytomia i Wirku. W ramach projektu zrewitalizowanych zostanie łącznie 7 dużych obszarów zielonych o łącznej powierzchni 35 ha..

Trakt Rudzki jest drugim elementem naszego rozwoju, w tym przypadku mówimy o przemieszczaniu się w inny sposób niż samochodem, czyli rowerem, pieszo, na rolkach. Ta idea będzie dźwignią rozwoju naszego miasta – mówi Michał Pierończyk.

Kandydaci do pracy chcą znać powody odrzucenia CV. Tylko co szósty z nich dostaje taką informację

Kandydaci do pracy chcą znać powody odrzucenia CV. Tylko co szósty z nich dostaje taką informację 4

Zaledwie połowa kandydatów do pracy uważa, że rekrutujący dbają o dobre relacje z aplikującymi na dane stanowisko. Przykładowo, tylko co szósty kandydat otrzymał informację zwrotną na temat powodów odrzucenia oferty. Mimo że chciałaby je poznać zdecydowana większość aplikujących. Negatywne doświadczenia podczas procesu rekrutacji mogą oznaczać utratę reputacji i klientów – nawet 65 proc. osób zmienia pod ich wpływem nastawienie do marki, a 20 proc. nie kupi produktu lub usługi danej firmy.

– Candidate experience to ogół doświadczeń, które kandydaci wynoszą po kontakcie z firmą jako pracodawcą. Ten pierwszy punkt styku z marką zazwyczaj ma miejsce dużo wcześniej niż w procesie rekrutacyjnym, bo jest to często pierwsza wizyta w sklepie albo w firmie jako klient, czasem jest to moment, kiedy ktoś znajomy opowiada nam o danej firmie. Wtedy już sobie zaczynamy wyrabiać opinię o niej jako potencjalny kandydat – mówi agencji Newseria Biznes Maja Gojtowska, autorka książki „Candidate experience. Jeszcze kandydat czy już klient?”.

Z raportu „Candidate Experience w Polsce”, przygotowanego przez eRecruiter, wynika, że według połowy kandydatów pracodawcy dbają o dobre relacje z osobami aplikującymi. Dla porównania, jeszcze w 2017 roku takiego zdania było ok. 30 proc. osób.

– Pracodawcy coraz więcej uwagi przykładają do budowania doświadczeń kandydatów, jednak z perspektywy kandydatów wciąż jest bardzo dużo do zrobienia – ocenia Maja Gojtowska.

Zdecydowana większość (88 proc.) oczekuje rzetelnego przedstawienia warunków pracy, informacji o zarobkach i powodach niezakwalifikowania się do dalszego etapu rekrutacji (po ok. 70 proc.). Postulaty nie znajdują jednak pokrycia w rzeczywistości – tylko 40 proc. spotkało się z rzetelnym przedstawieniem warunków zatrudnienia, 17 proc. dowiedziało się, dlaczego nie zostali wybrani, a 27 proc. znalazło informacje o wynagrodzeniu w ogłoszeniu o pracę.

– Ten dysonans pomiędzy kandydatami, którzy tego oczekują, a tymi, którzy tego rzeczywiście doświadczyli, jest bardzo duży – podkreśla Maja Gojtowska.

Raport „Candidate Experience w Polsce” wskazuje, że negatywne doświadczenia z procesu rekrutacji zmieniają nastawienie do marki w przypadku 65 proc. osób. Nieco więcej deklaruje, że nie będzie ponownie aplikować do takiej firmy, a 45 proc. – odradzi to innym osobom. Co piąty kandydat, który wyniósł negatywne wrażenia z procesu rekrutacji, zapowiada, że nie kupi produktu lub usługi tej firmy.

– Firmy potrzebują szerokiej, całościowej edukacji w zakresie candidate experience. Potrzebują spojrzenia na procesy budowy doświadczeń kandydatów nie tylko jako na jednorazową rekrutację, lecz także na cały proces, który bezpośrednio przekłada się na decyzje zakupowe kandydatów. Jest mnóstwo badań, które pokazują, że kandydat swoje doświadczenia z procesu rekrutacji, szczególnie te negatywne, przekłada na swoje decyzje zakupowe – podkreśla ekspertka.

„Barometr Rynku Pracy XII”, przygotowany przez Work Service, podaje, że co piąta osoba pracująca zamierza zmienić miejsce zatrudnienia. Pozostali nie rozglądają się za nowym pracodawcą, a to oznacza, że firmy, które szukają rąk do pracy, muszą szukać innych dróg dotarcia z informacjami o prowadzonej rekrutacji. Dlatego na znaczeniu zyskuje marketing rekrutacyjny, czyli np. nawiązanie kontaktu z potencjalnymi kandydatami za pomocą mediów społecznościowych, czy system rekomendacji.

– 80 proc. kandydatów na rynku pracy to tzw. kandydaci pasywni, czyli osoby, które są zainteresowane zmianą pracy, ale nie szukają jej aktywnie. Dla pracodawców to ogromne wyzwanie, ponieważ dotarcie do takich osób wymaga zupełnie innych narzędzi, zupełnie innego sposobu myślenia o rekrutacji – zauważa Maja Gojtowska.

Mleko modyfikowane inspirowane składem pokarmu kobiecego. O jego wartości nie świadczy jeden składnik, ale dopiero cała ich kompozycja

Mleko modyfikowane inspirowane składem pokarmu kobiecego. O jego wartości nie świadczy jeden składnik, ale dopiero cała ich kompozycja 5

Eksperci podkreślają, że mleko matki to cud natury. Wiedzą, że to nie poszczególne składniki, a cała ich kompozycja sprawia, że jest ono tak wyjątkowe. Zawiera bowiem większość niezbędnych do prawidłowego rozwoju dziecka składników odżywczych w unikalnych proporcjach i w odpowiednich ilościach. Gdy karmienie piersią nie jest możliwe, należy wybrać mleko modyfikowane o składzie inspirowanym pokarmem matki.

Pierwsze lata życia dziecka to wyjątkowo ważny okres w jego rozwoju. Wówczas kształtuje się układ pokarmowy, nerwowy czy odpornościowy malucha. Odpowiednie żywienie w tym czasie może zapobiec rozwojowi wielu poważnych schorzeń w przyszłości, m.in. cukrzycy typu 2, otyłości, chorób sercowo-naczyniowych, a nawet niektórych nowotworów. Podstawą diety niemowlęcia powinno być mleko matki – Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zaleca wyłączne karmienie piersią przez pierwsze pół roku życia dziecka.

– W trakcie karmienia piersią dobroczynne bakterie kolonizują jelita dziecka, wprowadzając odpowiednią równowagę mikrobioty jelitowej, a to z kolei ma istotne znaczenie w walce z infekcjami czy zapobieganiu alergiom. Mleko kobiece jest najlepszym pokarmem dla niemowlęcia – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Halina Dudek, ekspert Bebilon 2.

W skład kobiecego mleka wchodzą aminokwasy, nukleotydy biorące udział w wielu procesach metabolicznych, długołańcuchowe wielonienasycone kwasy tłuszczowe, które aktywnie wspierają prawidłowy rozwój wzroku i mózgu, białka, przeciwciała, enzymy, hormony, czynniki wzrostu, witaminy i składniki mineralne oraz oligosacharydy. W mleku mamy występuje ponad 1000 różnych krótko- i długołańcuchowych oligosacharydów w stosunku 9:1, które odwzorowują ok. 100 struktur. Co ciekawe, kobiecy pokarm zaspokaja potrzeby niemowlęcia, a także dostosowuje się do nich – skład mleka zmienia się bowiem nawet w czasie jednego karmienia.

– Początkowo zawiera on głównie wodę i laktozę, czyli cukier mleczny, a tym samym zaspokaja pragnienie malucha. Następnie w mleku pojawiają się składniki odżywcze, białka, węglowodany, tłuszcze i pod sam koniec ta frakcja mleka jest już bardzo gęsta, zawiera niemal same tłuszcze, które zaspokajają głód dziecka – mówi Halina Dudek.

Nie każda kobieta jest w stanie karmić swoje dziecko piersią. W takich sytuacjach w porozumieniu z lekarzem pediatrą mama powinna wybrać mleko modyfikowane, które będzie odpowiednio wspierało prawidłowy rozwój młodego organizmu, a jego kompozycja składników inspirowana składem pokarmu matki.

– Warto tu przypomnieć, że o tym, czy dany produkt ma odpowiedni skład dla dziecka, nie świadczy pojedynczy składnik, ale cała ich kompozycja. Przykładowo pojedynczy oligosacharyd, np. HMO to tylko jedna struktura, pojedynczy puzzel w całej układance – mówi Halina Dudek.

Warto podkreślić unikalność pokarmu kobiecego. Mleko produkowane przez inne gatunki ssaków zawiera bowiem m.in. oligosacharydy tylko w śladowych ilościach. Mleko modyfikowane Bebilon 2 zawiera unikalną kompozycję oligosacharydów GOS/FOS w stosunku 9:1, które odwzorowują kompozycję krótko- i długołańcuchowych oligosacharydów mleka matki. Ponadto jest to mleko z kompletną kompozycją1 składników, które zawiera również składniki naturalnie występujące w mleku mamy, dzięki czemu wspiera ono odporność poprzez zawartość witamin A, C i D, wspiera rozwój mózgu oraz narządu wzroku dzięki zawartości DHA, wspiera funkcje poznawcze dzięki zawartości żelaza. Warto pamiętać, że jest to również mleko następne rekomendowane jako numer 1 przez pediatrów w Polsce2.

Karmienie piersią jest najwłaściwszym i najtańszym sposobem żywienia niemowląt oraz jest rekomendowane dla małych dzieci wraz z urozmaiconą dietą. Mleko matki zawiera składniki odżywcze niezbędne do prawidłowego rozwoju dziecka oraz chroni je przed chorobami i infekcjami. Karmienie piersią daje najlepsze efekty, gdy matka prawidłowo odżywia się w ciąży i w czasie laktacji oraz gdy nie ma miejsca nieuzasadnione dokarmianie dziecka. Przed podjęciem decyzji o zmianie sposobu karmienia matka powinna zasięgnąć porady lekarza.

1 Kompletna kompozycja Bebilon 2 zgodna z przepisami prawa zawiera m.in. witaminy A, C i D dla prawidłowego funkcjonowania układu odpornościowego, DHA dla rozwoju mózgu i wzroku, gdy dziecko spożywa 100 mg DHA dziennie oraz żelazo dla rozwoju poznawczego. Laktoza, DHA, witaminy, żelazo, wapń oraz nukleotydy naturalnie występują w mleku matki.

2 Wśród mlek następnych, na podstawie badania przeprowadzonego przez Kantar Polska SA w lutym 2019 r.

Nowoczesne urządzenia podwodne pozwolą zbadać najgłębszy region oceanu. Nowe technologie pomagają także w badaniu dna Bałtyku

Aż 95 proc. oceanów i 99 proc. dna oceanu nie zostało jeszcze do końca zbadane. Dzięki nowym technologiom już wkrótce może się to zmienić. Naukowcy zamierzają zbudować zanurzoną sieć połączonych ze sobą czujników, które będą wysyłać dane na powierzchnię i stworzą podwodny internet rzeczy. Głębiny i dno morskie bada też coraz więcej autonomicznych dronów. Trwają prace nad Orfeuszem – autonomicznym pojazdem podwodnym, który ma zbadać rowy oceaniczne na głębokości poniżej 6 tys. m. Najnowsze technologie są też wykorzystywane do badania dna Bałtyku.

– Dysponujemy urządzeniami do noszenia, lecz także urządzeniami, które noszą inne urządzenia pomiarowe zdalnie sterowane na kablu albo w pełni automatyczne. Są tzw. autonomiczne pojazdy podwodne, które samodzielnie wykonują zdalne misje. Są też pojazdy nawodne, czyli już całkowicie zautomatyzowane jednostki pływające, które mogą wykonywać pomiary bez udziału człowieka – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr inż. Benedykt Hac, kierownik Zakładu Oceanografii Operacyjnej Instytutu Morskiego w Gdańsku.

National Oceanic and Atmospheric Administration (NOAA) szacuje, że nawet 95 proc. oceanów i 99 proc. dna oceanu musi jeszcze zostać zbadane. Biorąc pod uwagę fakt, że ponad 70 proc. planety jest pokryte wodą, powstające ​​bezzałogowe systemy, które są w stanie zanurzyć się coraz głębiej w głębiny oceanów i mórz, mogą pomóc poznać i zrozumieć tajemnice naszej planety.

Pojazdy zajmowane przez ludzi (HOV) zabierają małe zespoły naukowców i inżynierów bezpośrednio na dno morskie na ograniczony czas. Pojazdy zdalnie sterowane (ROV) umożliwiają badaczom obserwacje, zbieranie próbek i przeprowadzanie eksperymentów przy jednoczesnym kontrolowaniu pojazdu z powierzchni. Autonomiczne pojazdy podwodne (AUV) to programowalne, zrobotyzowane pojazdy, które w zależności od konstrukcji mogą dryfować lub sunąć przez ocean.

Hybrydowy pojazd zdalnie sterowany (HROV) łączy z kolei zalety konstrukcyjne dwóch rodzajów pojazdów w jednej platformie. HROV może działać jako autonomiczny podwodny pojazd swobodnie pływający (AUV), latający przez ocean jak samolot, aby badać i mapować duże obszary za pomocą sonaru, czujników i kamer.

– To wszystko jest otwarte, ogranicza nas tylko wyobraźnia. Jeśli będziemy mieli dość wyobraźni, to nie dość, że będziemy mogli stosować nowe urządzenia, nowy rodzaj nosiciela do urządzeń, lecz także uda nam się zbudować nowe technologie do pomiarów fizycznych – przekonuje Benedykt Hac.

Naukowcy z Massachusetts Institute of Technology zamierzają zbudować zanurzoną sieć połączonych ze sobą czujników, które wysyłają dane na powierzchnię. Działający na bezbateryjny system komunikacji podwodnej system może być wykorzystywany do monitorowania temperatur mórz w celu badania zmian klimatu i śledzenia życia morskiego.

Podwodne urządzenia  coraz częściej naśladują mechanizmy typowe dla ryb. Zamiast napędu okrętowego i śmigłowego, które są mało wydajne, stosowane są rozwiązania przypominające płetwy. Nad takim urządzeniem trwają prace również w Polsce.

– Pracujemy razem z jedną z polskich spółek nad projektem podwodnego pojazdu o napędzie bionicznym. To urządzenie zamiast zwykłej śruby wyposażone jest w płetwy, które wykonując ruch po obu burtach pojazdu, powodują jego przemieszczanie się w wodzie. Natura przez miliony lat wszystkie złe pomysły już wyeliminowała, w związku z czym my korzystamy ze sprawdzonej technologii. Wiemy, że efektywność takiego systemu jest zdecydowanie większa niż klasycznych napędowych systemów – zwykłych śrub napędowych czy waterjetów – przekonuje ekspert.

Przy pomocy nowoczesnych urządzeń łatwiej można też wydobywać z morskiego dna obiekty magnetyczne. To nie tylko wykrywacze metalu, dostosowane do pracy na głębokościach, lecz także magnetometry, które lokalizują z niemal 100 proc. dokładnością dany przedmiot. Powstają też urządzenia, które przewidują, gdzie mogą znajdować się obiekty magnetyczne, często bazując na odbitym polu magnetycznym.

– Mamy zupełnie nową technologię do poszukiwań obiektów magnetycznych. Same urządzenia niewiele się różnią od obecnych, ale już oprogramowanie to prawdziwa magia – matematyka na bardzo wysokim poziomie, która pozwala nie tyle odkryć, ile przewidywać pewne rzeczy, np. takie obiekty, które mają swoją sygnaturę magnetyczną, czyli wprowadzają pewne zaburzenia w lokalne pole magnetyczne i są to głównie obiekty wykonane ręką człowieka – tłumaczy ekspert.

Maszyny nie zawsze będą potrafiły zastąpić człowieka, jego intuicję i doświadczenie. Dlatego np. obiekty HOV, które zabierają na pokład naukowców, pozwalają naukowcom na szczegółowe obserwacje, zbieranie próbek czy przeprowadzanie eksperymentów na dnie morskim. Nowe technologie sprawdzają się jednak tam, gdzie człowiek i dotychczas wykorzystywane urządzenia nie zawsze mogły dotrzeć.

W ramach programu eksploracji oceanów głębokich HADEX (skrót od Hadal Exploration) powstaje Orfeusz – głębinowy autonomiczny pojazd podwodny. Dzięki niemu możliwe będzie zbadanie strefy hadalu – najgłębszego regionu oceanu (od 6 tys. metrów głębokości).

– Istnieje realna możliwość całkowitego zastąpienia pracy ludzi w wodzie w czasie pomiarów przez urządzenia w pełni zautomatyzowane. Autonomiczne pojazdy podwodne są dziś już zdolne do tego, żeby wykonywać misje kilkudziesięciogodzinne. Pojazd autonomiczny z napędem bionicznym będzie mógł nieprzerwanie pełnić swoją misję przez nawet pół roku. A zatem będzie mógł wykonać nie tylko nadzór nad tym zadaniem, które otrzymał i jednorazowo wykonał, lecz także będzie mógł prowadzić np. monitoring – podkreśla Benedykt Hac.

Komórki macierzyste przyspieszają rozwój medycyny. Dzięki nim można stworzyć kopię organizmu człowieka, zapisać ją na mikroprocesorze i testować na niej nowe leki

Komórki macierzyste mogą zastąpić uszkodzone neurony i w ten sposób leczyć m.in. chorobę Parkinsona. Naukowcy badają również sposoby wykorzystania komórek macierzystych do leczenia cukrzycy, uszkodzenia rdzenia kręgowego, chorób serca oraz utraty wzroku i słuchu. Dzięki nim można też stworzyć minikopie organów i testować na nich działanie leków. Komórki mogą też być stosowane jako tusz w drukarkach 3D – w ten sposób udało się już wydrukować w pełni unaczynione serce. Co roku w Europie tylko za pomocą komórek macierzystych krwi leczonych jest 26 tys. pacjentów.

– Dorosłe komórki macierzyste są wykorzystywane w badaniach klinicznych nad schorzeniami takimi jak choroba Parkinsona. Jednak mają one również inne bardzo ciekawe zastosowania. Można np. pobrać komórki macierzyste chorej osoby i umieścić je na szalce Petriego, a następnie przywrócić je do stanu wyjściowego i rozpocząć hodowlę niewielkich trójwymiarowych wersji organów pacjenta, na których można testować skuteczność terapii lub leków albo zbadać, jak przebiegał ich rozwój – mówi agencji Newseria Innowacje dr Divya Chander, kierownik Wydziału Neurobiologii na Singularity University.

Naukowcy badają sposoby wykorzystania komórek macierzystych do leczenia cukrzycy, choroby Parkinsona, uszkodzenia rdzenia kręgowego, chorób serca oraz utraty wzroku i słuchu. Dr Claire Henchcliffe z Weill Cornell Medical College w Nowym Jorku wraz z Malin Parmar opracowały wyniki badania dotyczącego choroby Parkinsona. Jak twierdzą, zastosowanie komórek macierzystych jako źródła do przeszczepu komórek nerwowych wytwarzających dopaminę może zrewolucjonizować opiekę nad chorym.

Z komórek macierzystych można też stworzyć wydrukowane w 3D minikopie ludzkich organów. W ten sposób można testować działanie leków. Pfizer współpracuje z firmą badawczą Draper, aby opracować trójwymiarowe modele wątroby, przewodu pokarmowego i innych narządów. Colgate-Palmolive to kolejny partner Draper, który bada modele tkanki dziąseł do testowania produktów do pielęgnacji jamy ustnej.

Bezpieczne testowanie leków jest o tyle istotne, że jak wynika z danych National Center for Advancing Translational Sciences, ponad 80 proc. nowych leków testowanych w USA zawiodło podczas badań klinicznych, które mają ustalić, czy są one bezpieczne dla pacjentów, ponieważ okazały się nieskuteczne. Ponad 30 proc. jest toksycznych.

– Wartościowym zastosowaniem komórek macierzystych – choć może trudno w to uwierzyć – jest użycie ich jako tuszu do drukarek 3D. Dzięki temu możliwe będzie drukowanie fragmentów, a nawet całych organów. Obecnie mamy do czynienia z problemem niedoboru organów do przeszczepu, wraz z wiekiem rośnie też ryzyko wystąpienia niewydolności organów. Drukowanie organów w technologii 3D przy użyciu komórek macierzystych pacjenta będzie dawało możliwość przeszczepiania organów, które na poziomie komórkowym są praktycznie jak nowe – przekonuje dr Divya Chander.

Dotychczas tkanki i narządy hodowano z różnym powodzeniem, stosowano przy tym rusztowania – gdzie  komórki wysiewa się na biodegradowalne struktury, które następnie powinny ulec degradacji. Zespół badawczy pod kierunkiem Ebena Alsberga na University of Illinois w Chicago opracował proces umożliwiający drukowanie w 3D tkanek biologicznych bez rusztowań przy użyciu „atramentu” złożonego tylko z komórki macierzystej. Opracowali metodę drukowania 3D komórek przy użyciu koralików hydrożelowych. Kulki podtrzymują komórki podczas drukowania, utrzymując je na miejscu i zachowując ich kształt. Gdy komórki zostaną wydrukowane wystawiane są na działanie promieni UV, które krzyżują ze sobą kulki.

– Komórki macierzyste mogą być wykorzystywane nie tylko do zastępowania obumierających komórek, lecz także mogą umożliwić spersonalizowanie usług medycznych – wskazuje ekspertka.

Leczenie jest dostosowane do potrzeb przeciętnego przedstawiciela danej populacji. Jednak nie każdy pacjent ma takie same potrzeby jak przeciętny przedstawiciel danej populacji. Idea spersonalizowanych usług medycznych polega na dostosowaniu opieki zdrowotnej do indywidualnych potrzeb jednostek, które są powiązane ze stylem życia, uwarunkowaniami genetycznymi, wiekiem, płcią oraz sytuacją życiową.

– Medycynę można spersonalizować na wiele sposobów. Jednym z nich jest wykorzystanie indukowanych pluripotencjalnie komórek macierzystych chorego w celu przeprowadzenia badań klinicznych leku przy udziale tylko tej jednej osoby poprzez stworzenie niejako kopii jej organizmu w warunkach laboratoryjnych i zapisanie jej na mikroprocesorze – tłumaczy dr Divya Chander.

Popularniejszym sposobem personalizacji usług medycznych, który może najszybciej wejść do powszechnego użytku, jest stałe monitorowanie funkcjonowania organizmu. Dzięki temu można obserwować reakcję organizmu na daną terapię – zmianę stylu życia, podanie leków – w czasie rzeczywistym.

– Monitorowanie funkcjonowania organizmu przed podaniem leków może sprawić, że lekarze będą mogli nadzorować i pomagać w utrzymaniu dobrego stanu zdrowia, a nie tylko śledzić przebieg choroby – mówi kierownik Wydziału Neurobiologii na Singularity University.

Hulajnogi elektryczne dzielą społeczeństwo

Od czasu pojawienia się w wielu miastach europejskich hulajnóg elektrycznych, wywołały one zamęt nie tylko w ruchu drogowym, ale także w mediach i polityce. Raporty o wypadkach drogowych, porzuconych hulajnogach, aż do postulatów, aby zakazać jazdy hulajnogami elektrycznymi – ten sposób przemieszczania się po mieście budzi skrajne emocje.

Co jednak naprawdę sądzi opinia publiczna na temat elektrycznych hulajnóg? Czy konsumenci kupiliby sobie taką hulajnogę czy jednak wolą system wypożyczalni? Firma Reichelt elektronik, dystrybutor komponentów elektronicznych, przy pomocy narzędzia OnePoll przeprowadziła na ten temat sondaż na grupie 1000 respondentów z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Polski i Holandii. Wyniki są zaskakujące.

Polska: hulajnogi elektryczne przyjmują się dobrze

Wyniki ankiety pokazują, że na temat hulajnóg Polacy są dosyć zgodni. Tylko 11% ankietowanych nie wierzy, że hulajnogi elektryczne będą odgrywać dominującą rolę w transporcie w dłuższej perspektywie czasowej – natomiast 59% uważa, że e-hulajnogi staną się popularnym środkiem transportu.

Nieco ponad 23% respondentów korzystało z hulajnogi elektrycznej, co oznacza, że pojazd ten jest niemal tak popularny, jak rowery elektryczne (24%) i zdecydowanie powszechniej wykorzystywany niż samochody elektryczne (9%).

Co ciekawe, w przeciwieństwie do innych krajów europejskich, największy odsetek, bo aż 42% posiadaczy hulajnogi elektrycznej w Polsce występuje w grupie wiekowej 25-34. Ankietowani w wieku 18-24 z kolei traktują hulajnogi jako przyszłość transportu: 30% badanych w grupie wiekowej 18-24 lat posiada już elektryczną hulajnogę i uważa, że e-hulajnogi nie są wyłącznie krótkotrwałym trendem.

Problemy związane z bezpieczeństwem i kosztami ograniczają korzystanie z hulajnóg

A co przeszkadza Polakom w e-hulajnogach? Zgodnie z ankietą obawy dotyczące bezpieczeństwa są główną przeszkodą w ich stosowaniu (72%). Ponadto, Polacy wymieniają więcej argumentów przeciwko hulajnogom elektrycznym:

  • Zły wizerunek (29%)
  • Zbyt wysokie koszty (16%)
  • Nie mają potrzeby użytkowania hulajnogi elektrycznej (15%)

Z badania wynika, że aby przekonać respondentów do zalet e-hulajnóg, należałoby poprawić integrację tych pojazdów z przepisami ruchu drogowego – tak uważa 31% ankietowanych. Aż 40% z nich oczekiwałoby oddzielnego, wyznaczonego pasa ruchu dla hulajnóg. Gdyby korzystanie z nich było tańsze, około jedna trzecia (33%) byłaby skłonna użytkować e-hulajnogi regularnie. 20% respondentów nie zamierza w ogóle korzystać z hulajnóg elektrycznych, nawet gdyby warunki miały ulec zmianie. Z drugiej strony, prawie co trzeci pytany (30%) docenia swobodę poruszania się e-hulajnogami.

Jak wypadamy na tle Europy? Polska i Francja bardziej optymistyczne niż Niemcy

Podczas gdy połowa niemieckich respondentów negatywnie ocenia hulajnogi elektryczne, w Polsce prawie 60% pytanych wyraża aprobatę dla e-hulajnóg. Także we Francji jest znacznie więcej optymistów, niż sceptyków. Dla przykładu, tylko 21 procent Francuzów uważa, że e-hulajnogi się nie sprawdzą. Według ankiety, aby sceptycy stali się zwolennikami e-hulajnóg w innych krajach UE, podobnie jak w Polsce, koszty zakupu i użytkowania musiałyby zostać zmniejszone oraz zapewniona powinna być lepsza integracja z ruchem drogowym.

Wielka Brytania przeciw e-hulajnogom

Szczególnym przypadkiem jest Wielka Brytania. Tam, w przeciwieństwie do innych badanych krajów europejskich, nie wolno używać hulajnóg w ruchu drogowym, na ścieżkach rowerowych lub chodnikach. Według ankiety zainteresowanie Brytyjczyków korzystaniem z e-hulajnóg jest niewielkie. Tylko co trzeci z nich opowiada się za legalizacją hulajnóg elektrycznych w ruchu drogowym.

Prezes UOKiK zyskał dostęp do informacji skarbowych i bankowych o przedsiębiorcach

17 września weszły w życie nowe przepisy znowelizowanej latem ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, które zwiększają uprawnienia prezesa UOKiK w ramach przeprowadzania kontroli przedsiębiorców.

Prezes Urzędu będzie miał dostęp do tajemnicy bankowej i tajemnicy skarbowej, co w praktyce ma ułatwić mu szacowanie i nakładanie kar. Ich wysokość jest uzależniona od obrotów firmy za poprzedni rok.

– Do tej pory UOKiK musiał występować o dostęp do tych informacji za pośrednictwem odpowiednich organów, przy czym zdarzało się, że naczelnicy urzędów skarbowych odmawiali Urzędowi udostępnienia informacji objętych tajemnicą skarbową, w tym m.in. właśnie informacji o wysokości przychodu za rok poprzedni – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paulina Grunt, prawnik z kancelarii Zięba&Partners. – Obecne urząd skarbowy nie będzie mógł odmówić udzielenia takich informacji prezesowi Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, w ramach prowadzonych przez UOKiK postępowań.

Nowe przepisy rozszerzyły także zakres informacji objętych tajemnicą bankową, których udostępnienia może żądać prezes UOKIK. Przed nowelizacją określonych informacji od banku urząd mógł żądać jedynie w ramach postępowania dotyczącego udzielenia pomocy publicznej, albo w ramach postepowania prowadzonego na podstawie ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów.

Obecnie banki będą zobowiązane do udzielenia wrażliwych informacji także w przypadku postępowania dotyczącego wykorzystywania przewagi kontraktowej w obrocie produktami rolnymi i spożywczymi.

Przyznanie coraz szerszych uprawnień prezesowi UOKIK z pewnością przyspieszy prowadzone przez urząd postępowania. Wielokrotnie decyzje odmowne naczelników urzędów skarbowych w zakresie ujawnienia informacji objętych tajemnicą skarbową były przez UOKiK skutecznie zaskarżane, co wiązało się z wydłużaniem postępowań.

– Jak się wydaje, w sprawach związanych z naruszaniem zbiorowych interesów konsumentów, akurat czas ma duże znaczenie. Urząd z pewnością chętnie sięgnie do tych rozwiązań w przypadku takich postępowań, w których firma utrudnia przeprowadzenie kontroli i nie współpracuje z kontrolującym organem – komentuje P.Grunt z Z&P.

Kłopoty branży motoryzacyjnej odbiją się na polskiej gospodarce

Skutki spowolnienia gospodarczego w Niemczech uderzą w pierwszej kolejności w naszą branżę motoryzacyjną. W dalszej kolejności w producentów maszyn i urządzeń, a także w sektor wytwarzania tworzyw sztucznych.

We wrześniu produkcja przemysłowa wzrosła o 5,6 proc., co było pozytywnym zaskoczeniem, bo w sierpniu jej dynamika wynosiła zaledwie 1,7 proc. i wydawało się, że spowolnienie, które jest widoczne na rynkach zagranicznych, a zwłaszcza w gospodarce niemieckiej, zaczyna mieć odzwierciedlenie w polskiej gospodarce.

Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface
Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface

– Nie spodziewam się, aby dynamika produkcji utrzymała się na tak wysokim poziomie, ponieważ wcześniej czy później spowolnienie w Niemczech zacznie być coraz bardziej zauważalne i to nie tylko w produkcji przemysłowej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej.

Prognoza międzynarodowej firmy Coface zakłada, że niemiecka gospodarka wzrośnie w tym roku o 0,5 proc., a w 2020 r. ta właśnie dynamika zostanie utrzymana. Jeszcze w 2017 r. rosła ona w tempie 2,5 proc.

– Obecnie polska gospodarka zasilana jest przede wszystkim popytem krajowym, a firmy koncentrujące się na działalności eksportowej już w dużym stopniu odczuwają spowolnienie nadchodzące z Niemiec – komentuje G.Sielewicz z Coface. – Spowolnienie w gospodarce światowej głównie uderzy w naszą branżę motoryzacyjną, bo jesteśmy liderem w Europie Środkowo-Wschodniej w produkcji części i komponentów do samochodów, na które popyt będzie malał.

Motoryzacja zacznie zarażać inne sektory przetwórstwa przemysłowego jak choćby producentów maszyn i urządzeń czy producentów tworzyw sztucznych.

Wzrost cen nowych samochodów. Dlaczego auta w 2020 roku będą droższe?

Zapomnijmy o globalnej wojnie handlowej, zapowiadanym spowolnieniu gospodarczym, a nawet Brexicie – największe wyzwanie stojące przed europejskim przemysłem samochodowym pochodzi z rur wydechowych jego pojazdów. W 2020 r. zaczną obowiązywać nowe, ostrzejsze przepisy dotyczące limitów emisji CO2. Jeżeli producenci nie dostosują się do tego trendu, to wypadną z rynku. Za niespełnienie nowych limitów producenci będą płacić wysokie kary.

W 2020 r. branża motoryzacyjna przejdzie prawdziwą rewolucję

Na przestrzeni ostatnich lat producenci silników samochodowych poczynili olbrzymie postępy w zakresie redukcji zużycia paliwa dla nowo produkowanych samochodów. Zużycie paliwa, a tym samym emisja CO2 stale spada. Jednak unijni przedstawiciele zadecydowali, że zbyt wolno i przed przemysłem motoryzacyjnym postawili nowe, ambitniejsze cele – zredukowanie średnich emisji dwutlenku węgla (CO2) w nowych samochodach osobowych o -15 proc. w 2025 r., i o -37,5 proc. w 2030 r.

Nowe samochody będą droższe – koncerny mocno obniżą zyski, więc koszty spadną na kierowców

Wraz z wejściem w życie regulacji Unii Europejskiej dotyczącej redukcji emisji CO2 producenci będą zmuszeni do optymalizacji jednostek silnikowych pod kątem mniejszego zużycia CO2, a co za tym idzie silniki po tej „optymalizacji” staną się mniej wydajne. W przyszłości można spodziewać się również gwałtownego wzrostu kosztów rozwoju tych technologii. Jak ocenia firma Euler Hermes zmiana nie wpłynie jedynie na spadek sprzedaży w skali 9 proc. do końca 2020 r., i o 18 proc. do 2025 r., ale również obniży obroty i marże sektora motoryzacyjnego. Za wszystko jak zwykle i tak zapłacą konsumenci – eksperci prognozują wzrost cen nowych samochodów na poziomie 3%.

Branża motoryzacyjna wyhamuje

Europejskie rozporządzenie stosuje się wyłącznie do technicznej efektywności nowych samochodów. Na wartości emisji CO2 na ulicy wpływa jednak wiele różnych czynników. Obejmują one wydajność pojazdu, przejechane kilometry i żywotność samochodu, styl jazdy, istniejącą flotę pojazdów oraz zawartość CO2 w nośnikach energii. Kompleksowa strategia powinna uwzględniać wszystkie czynniki i wykorzystywać cały potencjał redukcji CO2. Odpowiadając na pytanie, czy branża motoryzacyjna wyhamuje – tak, ale też zmieni kierunek rozwoju. W rezultacie, do końca 2020 r. eksperci prognozują spadek przychodów ze sprzedaży samochodów o 2,9 mld euro. 2020 r. okaże się dla koncernów samochodowych wyjątkowym wyzwaniem.

Polska gospodarka też odczuje zmiany

Branża motoryzacyjna odpowiada za 8 proc. polskiego PKB, stanowi 13 proc. krajowego eksportu w ubiegłym roku osiągając wartość 31 mld euro. Stowarzyszenie Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych szacuje, że w wyniku wprowadzenia 30-procentowego ograniczenia emisji CO2 do 2030 r. wartość produkcji polskiego sektora motoryzacyjnego spadnie z 20 do 14 mld euro, a liczba pracowników ze 140 do 85 tys. osób.

Nowe auta się wynajmuje, coraz rzadziej kupuje

Coraz popularniejszym w naszym kraju staje się trend długoterminowego najmu samochodu. Branża wynajmu długoterminowego rośnie w dwucyfrowym tempie, a już co piąty nowy samochód osobowy sprzedany w Polsce znajduje się w wynajmie długoterminowym. Długoterminowy wynajem auta to nie tylko ochrona przed szybką utratą na wartości samochodu, również spora elastyczność i możliwość testowania samochodów różnych marek.

Marki D2C przyciągają inwestorów, ale też muszą mierzyć się z wyzwaniami

Przykłady marek działających w modelu direct-to-consumer zdają się potwierdzać, że jest to doskonały model biznesowy dla wielu młodych firm, w szczególności w obliczu dynamicznego rozwoju rynku e-commerce. Brak pośredników w sprzedaży, lepsza kontrola nad procesem zakupowym oraz bezpośredni kontakt z klientem to największe zalety tej metody. Działające niszowo marki, operujące na wysokich marżach, przyciągają uwagę nie tylko konsumentów, ale też inwestorów, takich jak fundusze venture capital. Choć model ten ma wiele plusów, marki powinny pamiętać, że D2C nie zawsze jest idealnym rozwiązaniem. Najlepiej sprawdza się w przypadku produktów premium, innowacyjnych czy mocno spersonalizowanych. Firmy rozpoczynające działalność w tym modelu, powinny mieć także na uwadze to, że nie unikną wyzwań typowych dla każdego startującego biznesu.

Zdobywający coraz większą popularność model sprzedaży direct-to-consumer zakłada usunięcie pośredników między marką a jej odbiorcą docelowym. Pośrednikami tymi są zarówno mass media, poprzez które odbywa się tradycyjna komunikacja marketingowa, jak i detaliści, czyli wszystkie fizycznie istniejące punkty pośredniczące w sprzedaży. W nowym modelu marka sprzedaje bezpośrednio do klienta, łącząc w sobie produkt, sprzedawcę, medium i komunikat. Sukces sprzedaży D2C wynika przede wszystkim ze spersonalizowanego podejścia oraz kreatywnych rozwiązań, zwłaszcza w obszarze marketingu cyfrowego. Rozwój firm działających w ten sposób umożliwił postępujący na masową skalę dostęp do Internetu, a w szczególności rozkwit mediów społecznościowych, za pośrednictwem których marki D2C docierają do swoich klientów.

Z jakimi wyzwaniami spotyka się firma sprzedająca D2C?

Jedną z najczęściej wymienianych marek sprzedających na zasadzie direct-to-consumer jest Warby Parker. Ten producent okularów korekcyjnych zaczynał jako start-up, a dziś jest ogólnoświatowym gigantem wycenianym na miliony dolarów. Swój sukces marka zawdzięcza nowemu sposobowi sprzedaży okularów, dzięki któremu nie trzeba odwiedzać zakładu optycznego. Zamiast tego klienci otrzymują kurierem pięć wybranych par, by następnie zatrzymać te, które odpowiadają im najbardziej. Kluczowy okazał się tu bezpośredni kontakt z klientem, innowacyjny pomysł, wygoda zakupu przez Internet oraz dostosowanie do wymagań użytkownika.

– Jednym z najważniejszych wyzwań modelu direct-to consumer jest utrzymanie wysokiego poziomu obsługi klienta. Konsument szybko podejmuje decyzję, ale również bardzo szybko może przestać kupować produkt czy usługę, gdy zostanie niewłaściwie obsłużony – tłumaczy Krystyna Kalinowska z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego finansującego innowacyjne biznesy. – Równie istotne jest właściwe targetowanie działań marketingowych. Produkt kierowany na rynek konsumencki wymaga bardzo precyzyjnego określenia grupy docelowej. Dzięki temu, przekaz marketingowy będzie kierowany do właściwych osób, które potencjalnie mogą zostać klientami. W przeciwnym razie, pomimo angażowania dużych budżetów, efekty działań marketingowych mogą być niesatysfakcjonujące – dodaje Krystyna Kalinowska.

Model D2C także wymaga inwestycji

Choć sprzedaż w modelu D2C oznacza często wyższe marże wynikające z oszczędności na koszcie pośredników czy tradycyjnych działań marketingowych, nie oznacza to, że biznes tego typu nie wymaga kapitału. Firma musi samodzielnie zorganizować cały proces w ramach łańcucha dostaw, od stworzenia produktu, do sprzedaży klientowi docelowemu. Sporych nakładów wymagają także wszystkie działania zmierzające do wykreowania nowej marki. Koniecznym elementem jest więc zapewnienie niezbędnych środków na start. W pierwszej kolejności założyciele firmy sięgają zwykle po środki własne oraz pożyczone od rodziny (tzw. FFF – friends, foods and family), ewentualnie zapraszają do współpracy anioła biznesu. W dalszym kroku, aby przyspieszyć swój rozwój można rozważyć pozyskanie inwestora finansowego. Posiadająca zdolność kredytową firma, może też działać w oparciu o środki pożyczone z banku, choć oznacza to wolniejszą ścieżkę wzrostu.

Marki D2C mogą zrobić prawdziwą furorę wśród inwestorów, co potwierdzają przykłady, gdy działające w tym modelu firmy stają się obiektem zainteresowania ze strony globalnych graczy branżowych. Było tak w przypadku koncernu Unilever, który przejął firmę DollarShaveClub, sprzedającą artykuły do golenia w modelu abonamentowym, za kwotę 1 mld USD. – Model biznesowy w jakim działa firma nie jest, aż tak istotny w procesie pozyskiwania finansowania bankowego. Bardziej istotne jest to w jakiej branży działa firma, jaka jest wysokość osiąganych przychodów, czy są zyski, zabezpieczenia itp. Ocena pod kątem atrakcyjności modelu biznesowego jest ważniejsza w przypadku inwestorów finansowych takich jak fundusze venture capital. W procesie oceny potencjalnych projektów jest to jedna z kluczowych rozpatrywanych kwestii, obok takich jak wielkość rynku, potencjał wzrostu, unikalność oferowanego rozwiązania czy bariery wejścia na rynek  – tłumaczy Krystyna Kalinowska z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego.

Model direct-to-consumer jest atrakcyjny z uwagi na to, że płatność od klientów następuje zwykle bezpośrednio przy zakupie produktu czy usługi, więc nie trzeba czekać na spływ należności. Należy mieć jednak na uwadze to, że w procesie produkcji niejednokrotnie potrzebna jest pomoc podwykonawców, a tym często trzeba zapłacić z góry. Dodatkowe finansowanie na cele obrotowe może więc okazać się bardzo pomocne.

Podlaski Fundusz Kapitałowy jest jednym z najstarszych funduszy venture capital działających w Polsce. Fundusz został utworzony w 1995 roku, w ramach Polsko-Brytyjskiego Programu Rozwoju Przedsiębiorczości. Od tamtej pory zrealizował kilkadziesiąt inwestycji na łączną kwotę ok. 45 mln zł, z sukcesem finalizując wiele transakcji. Fundusz oferuje przedsiębiorstwom finansowanie typu venture capital oraz private debt. Maksymalna kwota zaangażowania w jeden podmiot to 1,5 mln PLN. Z finansowania mogą korzystać  startupy, generujące pierwsze przychody ze sprzedaży, jak również firmy będące w fazie dalszego rozwoju i ekspansji.

Michał Zębik

Cisco dołącza do Programu Współpracy w Cyberbezpieczeństwie (PWCyber) realizowanego przez Ministerstwo Cyfryzacji

Sekretarz Stanu w Ministerstwie Cyfryzacji i Pełnomocnik Rządu do spraw Cyberbezpieczeństwa, Karol Okoński, oraz Dyrektor Generalny Cisco w Polsce, Przemysław Kania, podpisali porozumienie o przystąpieniu Cisco do Programu Współpracy w Cyberbezpieczeństwie (PWCyber) realizowanego przez Ministerstwo Cyfryzacji. Porozumienie podpisano podczas trwającego w Katowicach V Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa CYBERSEC.

Obie strony zgodziły się działać wspólnie by realizować cele porozumienia PWCyber, które obejmują:

  • Podnoszenie kompetencji w zakresie świadomości zagrożeń, metod ataków w cyberprzestrzeni oraz prawnych, organizacyjnych i technicznych umiejętności przeciwdziałania zagrożeniom;
  • Identyfikację podatności i zagrożeń, wymianę informacji oraz wypracowywanie metod zgłaszania i obsługi incydentów, w tym również organizację i udział w ćwiczeniach;
  • Opracowywanie rekomendacji w zakresie konfiguracji urządzeń, oprogramowania i usług w sposób maksymalizujący skuteczność mechanizmów zabezpieczających;
  • Przygotowanie i prowadzenie oceny oraz certyfikacji cyberbezpieczeństwa rozwiązań i usług.
  • Promowanie innowacyjnych rozwiązań i projektów w dziedzinie cyberbezpieczeństwa oraz budowanie partnerstwa z podmiotami zainteresowanymi opracowywaniem, testowaniem i wdrażaniem nowych rozwiązań.

– Przystąpienie Cisco do Programu Współpracy w Cyberbezpieczeństwie to ważny krok w jego dalszym rozwoju. Zapewnienie cyberbezpieczeństwa wymaga wspólnych działań w ramach partnerstwa pomiędzy administracją publiczną a sektorem prywatnym. Im więcej wiedzy i informacji od globalnych firm takich jak Cisco będziemy mogli wykorzystać, tym lepiej będziemy w stanie zabezpieczyć nasze państwo przed potencjalnymi zagrożeniami – powiedział Karol Okoński, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Cyfryzacji i Pełnomocnik Rządu do spraw Cyberbezpieczeństwa.

– Podpisane dziś porozumienie o przystąpieniu Cisco do Programu Współpracy w Cyberbezpieczeństwie wpisuje się w działania Cisco zmierzające do zwiększenia świadomości istniejących cyberzagrożeń i poprawy poziomu bezpieczeństwa. Jestem niezwykle dumny z faktu, że know-how, rozwiązania i specjaliści Cisco pomogą Ministerstwu w realizacji Programu PWCyber – powiedział Przemysław Kania, Dyrektor Generalny Cisco w Polsce.

Cisco jest największym na świecie dostawcą rozwiązań bezpieczeństwa. Firma posiada również najszersze portfolio rozwiązań cyberbezpieczeństwa, które łączy w spójną i skuteczną architekturę. W 2016 roku firma otworzyła w Polsce swoje jedyne w Europie i jedno z trzech na świecie Centrum Operacji Bezpieczeństwa (Security Operations Center, SOC), działające w ramach centrum usług Cisco Global Services Center w Krakowie, które świadczy zaawansowane usługi bezpieczeństwa na rzecz największych globalnych firm.

6% wzrost sprzedaży robotów na świecie i 40% w Polsce

  • Globalna sprzedaż robotów przemysłowych w 2018 r. wzrosła o 6% do 422 000 jednostek
  • W Polsce sprzedaż robotów rok do roku wzrosła o 40%, osiągając rekordową liczbę 2 651 jednostek
  • Po raz pierwszy w historii IFR wyróżniła roboty współpracujące jako oddzielną kategorię
  • W 2018 roczna liczba instalacji cobotów wzrosła o 23% w porównaniu do 2017

Międzynarodowa Federacja Robotyki (IFR)[1] opublikowała najnowsze dane o rynku robotyki w 2018. Globalna sprzedaż robotów przemysłowych, w porównaniu z rokiem poprzednim, wzrosła o 6% (łączna sprzedaż w 2018 r. wyniosła 422 tys. jednostek), w Europie wzrosła o 14% do 75 560 jednostek, ustanawiając szósty rok z rzędu nowy rekord. W Europie Środkowo-Wschodniej sprzedaż spadła o 8% do 9 732 jednostek, podczas gdy w Polsce wzrosła o 40% do 2 651 jednostek. Patrząc w przyszłość, analitycy IFR przewidują, że wzrost globalny będzie kontynuowany. IFR szacuje, że od 2020 r. do 2022 r. w fabrykach na całym świecie zainstalowane zostaną prawie 2 miliony nowych robotów przemysłowych (CAGR 12%). Infografika_Polska_na_mapie_robotyzacji_UR

Polska

W 2018 r. sprzedaż robotów w Polsce wzrosła o 40%, osiągając poziom 2 651 jednostek, w porównaniu do 1 891 jednostek w 2017. Największy udział w sprzedaży w 2018 r. odnotowano w przemyśle motoryzacyjnym – 33% – 883 sprzedanych jednostek (wzrost sprzedaży o 48%). Drugie miejsce należy do przemysłu tworzyw sztucznych i produktów chemicznych posiadającego 15% udziału w rynku robotów w Polsce – 407 sprzedanych jednostek (wzrost sprzedaży o 19%), a trzecie do przemysłu metalowego i maszynowego, który odnotował 9% udział w sprzedaży – 227 sprzedanych sztuk (8% spadek sprzedaży). Tzw. gęstość robotyzacji stale rośnie. W 2018 osiągnęliśmy poziom 42 robotów na 10 000 pracowników w przemyśle produkcyjnym, w porównaniu do 36 w poprzednim roku. Od 2013 gęstość robotów w przemyśle motoryzacyjnym rosła średnio o 10% rocznie ze 117 do 189 jednostek na 10 000 pracowników; we wszystkich innych branżach gęstość robotów wynosi 29. Liczba pracujących robotów w Polsce (ang. operational stock) to na koniec 2018 r. 13 632 jednostek – o 20% więcej niż przed rokiem.

Mówiąc o zastosowaniach robotów w Polsce, w 2018 r. 1 477 jednostek pracowało przy czynnościach przeładunku i obsługi maszyn, w tym 291 przy przeładunku materiałów, 460 formowaniu tworzyw sztucznych, 187 paletyzacji, 172 pakowaniu i przemieszczaniu, 200 służy do operacji przeładunkowych obrabiarek. 440 robotów wspiera spawanie, 33 dozowanie, 98 montaż, a 10 obróbkę. 593 robotów pracuje w pozostałych, nieskategoryzowanych obszarach.

„Dane IFR potwierdzają nasze obserwacje. Widzimy w Polsce wzrost zainteresowania automatyzacją. Wpływa na to kilka czynników. Pierwszy z nich związany jest z rynkiem pracy – nasi klienci widzą rosnące koszty pracy, dotykają ich trudności ze znalezieniem pracowników, zwłaszcza w obszarze produkcji. Drugi to rosnąca świadomość na temat tego, jakie możliwości dają roboty i w jaki sposób mogą przyczynić się do poprawy konkurencyjności i wydajności produkcji. Trzeci dotyczy robotów współpracujących, dzięki którym automatyzacja stała się dostępna dla wielu nowych firm, zwłaszcza małych i średnich w wielu różnych branżach i zastosowaniach. Wszystkie te czynniki razem dają bardzo dobre perspektywy rozwoju rynku robotów w Polsce” – mówi Slavoj Musilek, General Manager w regionie Europy Środkowo-Wschodniej Universal Robots.

Jeżeli gospodarka pozostanie stabilna, przy stałej ścieżce wzrostu, IFR przewiduje roczny wzrost instalacji robotów w Polsce między 15% a 20% w latach 2019-2022.

Rynek Europy i Europy Środkowo-Wschodniej

W 2018 r. gęstość robotyzacji w światowym przemyśle produkcyjnym wyniosła 99 na 10 000 pracowników. Europa jest regionem o największej liczbie robotów przypadających na pracowników – 114 jednostek. W 2018 r. sprzedaż robotów przemysłowych w Europie wzrosła o 14% do 74 965 jednostek, ustanawiając tym samym ponownie nowy rekord. Niemcy, które należą do pięciu głównych rynków robotów na świecie odpowiadają aż za 35% wszystkich instalacji w Europie. W 2018 r. w Niemczech liczba zainstalowanych robotów wzrosła o 26%, osiągając nowy szczyt – 26 723 sprzedanych jednostek. Na drugim miejscu są Włochy z udziałem 13%, następna jest Francja z 8% wszystkich instalacji w Europie. W latach 2013-2018 łączna roczna stopa wzrostu (CAGR) instalacji robotów w Europie wyniosła 12%. Na koniec 2018 r. liczbę robotów pracujących w Europie oszacowano na około 543 220 jednostek. Oznacza to wzrost o 9% w stosunku do 2017 r.

Sprzedaż robotów przemysłowych w Europie Środkowo-Wschodniej spadła o 8%. W 2018 liczba instalacji robotów w Czechach spadła o 6% do 2 725 jednostek, w porównaniu do rekordowego poziomu 2 893 w 2017 r. Z kolei instalacje robotów na Słowacji spadły o 38% do 749 jednostek. Jest to drugi rok znacznego spadku po rekordowej wartości 1 732 jednostek w 2016 roku. W Czechach, na Węgrzech i Słowacji znajduje się wiele zakładów produkujących samochody. Instalacje robotów w tych krajach zależą głównie od zapotrzebowania przemysłu motoryzacyjnego. Gęstość robotów w przemyśle motoryzacyjnym jest szczególnie wysoka na Słowacji (815 robotów na 10 000 pracowników), przewyższając wartość w Czechach (555 robotów na 10 000 pracowników).

W 2018 r. na Węgrzech zainstalowano 912 robotów przemysłowych. Oznacza to spadek o 63% w porównaniu z 2017 r. Rekordowym był 2017 z 2 470 instalacjami robotów. Był to jednak skutek jednorazowego zdarzenia lub statystycznie rzecz ujmując nietypowy rok, a za wynik odpowiadał jeden projekt z branży motoryzacyjnej. 41% wszystkich zakupionych w 2018 r. robotów trafiło do branży motoryzacyjnej.

Coboty jako osobna kategoria w raporcie IFR

Po raz pierwszy w historii IFR wyróżnia roboty współpracujące jako oddzielną kategorię robotów.

Według danych IFR liczba zainstalowanych jednostek robotów współpracujących jest jeszcze relatywnie niska. W 2018 r. było to 13 671 jednostek z ponad 422 000 wszystkich zainstalowanych robotów przemysłowych, co oznacza udział na poziomie 3,24%. Rok wcześniej zainstalowano około 11 100 cobotów z prawie 400 000 robotów przemysłowych. Od 2017 do 2018 r. roczne instalacje cobotów wzrosły zatem znacząco, bo aż o 23%.

[1] World Robotics 2018 – Industrial Robots, International Federation of Robotics, IFR Statistical Department, https://ifr.org/worldrobotics/

Dzisiaj decyzja Fed

Analitycy zastanawiają się nie tylko, czy stopy w USA zostaną obniżone (raczej wszyscy są o tym przekonani), ale czy wydarzy się coś więcej. Część obserwatorów sugeruje wznowienie programu skupu aktywów z rynku, co z pewnością byłoby bardzo dobrą wiadomością dla giełdy.

Zmiany stóp procentowych w Ameryce

Dzisiaj poznamy decyzję Banku Kanady oraz Fed w sprawie zmiany stóp. Analitycy są zgodni, że w USA dojdzie do obniżki o 0,25%, z kolei w przypadku Kanady spodziewają się raczej utrzymania ich na niezmienionym poziomie. Co prawda w USA przed samą decyzją poznamy pokaźny pakiet danych, m.in. kwartalny odczyt PKB. Patrząc jednak na wyceny kontraktów terminowych na stopę procentową, musiałoby się tam wydarzyć naprawdę coś bardzo zaskakującego, by miało to jakikolwiek wpływ na rozstrzygnięcie Komitetu. Warto natomiast zwrócić uwagę, że Europa wcześniej zmieniła czas na zimowy, dlatego posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku odbędzie się o 19:00, a nie jak zawsze o 20:00.

Dobre dane ze Szwajcarii

Od rana poznaliśmy indeks instytutu KOF. Są to dane na temat koniunktury w Szwajcarii. Wypadł on lepiej od oczekiwań, ale w dalszym ciągu wykazuje pesymistyczne nastawienie. Wynik 94,7 pkt jest bowiem wyraźnie poniżej 100 pkt oznaczających równą liczbę odpowiedzi pozytywnych i negatywnych. CHF zareagował lekkim wzrostem, jednakże szybko powrócił do ruchu spadkowego, w którym trwał od początku dnia.

Złoty znów bardzo silny

Dzisiaj rano złoty zbliżył się do granicy 4,26 zł za euro. Jest to najniższy poziom od lipca tego roku. Na początku tego miesiąca kurs wynosił aż 4,37 zł. Oznacza to, że jeśli ruch będzie kontynuowany, to możemy spodziewać się kolejnych minimów. Ostatni raz EUR było tańsze niż 4,24 zł w maju 2018, czyli półtora roku temu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
  • 13:30 – USA – Produkt Krajowy Brutto,
  • 15:00 – Kanada – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 19:00 – USA – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

PL Group otwiera pierwsze biuro hybrydowe w Polsce

Notowana na rynku NewConnect grupa kapitałowa PL Group nawiązała współpracę z Natalią Kuliberdą i Konradem Szarugą – ekspertami na rynku nieruchomości komercyjnych i biurowych. Zajmą się oni procesem optymalizacji powierzchni biurowej PL Group w Elektrowni Powiśle w oparciu o strukturę hybrydową. Umożliwi ona osiągnięcie lepszych synergii pomiędzy PL Group a jej partnerami biznesowymi.

­Biura hybrydowe to przestrzeń zaprojektowana dla jednego klienta, która ma służyć również innym podmiotom, w szczególności firmom partnerskim, spółkom z grupy, współpracownikom czy freelancerom. Hybrydowy charakter zakłada połączenie miejsc do kreatywnej pracy zbiorowej, samodzielnego działania w skupieniu, a także stref odpoczynku. Rozwiązanie tego typu umożliwia optymalizację wykorzystania powierzchni, ale również pozwala osiągnąć lepszą synergię przy kooperacji pomiędzy partnerami. – komentuje Konrad Szaruga, CBRE Polska.

Liczę, że współpraca z Natalią i Konradem będzie przebiegać pomyślnie, gdyż to jedni z najlepszych ekspertów na rynku z wieloletnim doświadczeniem w branży. Cieszę się z wyboru struktury hybrydowej, która będzie umożliwiała kooperację, w tym inkubowanie nowych projektów z firmami współpracującymi z PL Group. – dodaje Sebastian Albin, Prezes Zarządu PL Group.

Natalia Kuliberda to niezależny doradca i ekspert w zakresie rynku biurowego. Wprowadziła na rynek pierwszy innowacyjny model hybrydowy w zakresie coworkingu – BeYOURSelf. Swoje wieloletnie doświadczenie zdobywała po stronie Wynajmującego zarządzając powierzchnią 110 000 mkw. Z kolei Konrad Szaruga to ekspert z 10-letnim doświadczeniem na rynku nieruchomości komercyjnych, zwłaszcza biurowych, w tym obsłudze biur dla start-upów, sektora MŚP oraz korporacji. Odpowiada za rozwój nowego działu w CBRE Polska oferującego doradztwo i wsparcie dla klientów w zakresie elastycznych rozwiązań oraz Workplace-as-a-Service (WaaS).

PL Group jest grupą kapitałową, której podstawowa działalność wywodzi się z branży motoryzacyjnej i obejmuje wyspecjalizowane usługi od wynajmu aut i sprzedaży samochodów używanych, po zarządzanie flotą pojazdów oraz detailing. Strategia PL Group zakłada wzrost wartości grupy poprzez rozwój marek własnych (PLDETAILING, PLSELECT, PLCFM i PLRENT), a także realizację innowacyjnych projektów we współpracy z partnerami biznesowymi, które pozwolą uzyskać efekty synergii w oparciu o dotychczasową działalność grupy.

Czym jest i jakie są zalety posiadania certyfikatu rezydencji podatkowej

W obecnych realiach gospodarczych dokonywanie transakcji z zagranicznymi kontrahentami nie jest już niczym nadzwyczajnym. Polskie firmy muszą jednak zachować czujność, gdyż niektóre płatności na rzecz zagranicznych kontrahentów mogą wiązać się z obowiązkiem odprowadzenia tzw. podatku u źródła przez polskie przedsiębiorstwa dokonujące wypłaty należności.

Szczęśliwie postanowienia umów o unikaniu podwójnego opodatkowania lub ustawy podatkowe przewidują przypadki, gdy należny podatek może być obniżony albo płatnik podatku w ogóle zostanie zwolniony z jego poboru. Wymaga to jednak spełnienia odpowiednich warunków formalnych i materialnych, a podstawową przesłanką do zastosowania takich preferencji jest posiadanie certyfikatu rezydencji zagranicznego kontrahenta w przewidzianej przepisami formie.

Czym jest certyfikat rezydencji?

Definicja legalna certyfikatu rezydencji została zawarta w ustawach o podatkach dochodowych. W myśl ustaw PIT i CIT certyfikat jest dokumentem wydawanym przez właściwą administrację podatkową, potwierdzającym miejsce rezydencji podatnika dla celów podatkowych (miejsce siedziby lub miejsce zamieszkania). Certyfikat może być też wydany przez polską administrację skarbową w trybie dotyczącym wydawania zaświadczeń. Należy zauważyć, że wydany certyfikat może dotyczyć wyłącznie zaistniałych okoliczności tj. przeszłych i teraźniejszych stanów faktycznych, nigdy natomiast nie może odnosić się do zdarzeń przyszłych.

Pomimo tego, że przepisy wprost nie wskazują na formę wydanego certyfikatu, to ugruntowana linia orzecznicza organów podatkowych wskazuje na konieczność posiadania oryginału dokumentu w formie papierowej, a w przypadku posiadania kopii powinna ona być poświadczona przez notariusza za zgodność z oryginałem. Z kolei dokument w postaci elektronicznej może być uznany za posiadający moc wiążącą, o ile został opatrzony podpisem elektronicznym. Polski ustawodawca przewidział jednak wyjątek, gdy zastosowanie kopii certyfikatu rezydencji wywołuje na gruncie podatkowym takie same skutki, jak skorzystanie z oryginału. Począwszy od 1 stycznia 2019 r. ustawy PIT i CIT zezwalają na posługiwanie się kopią certyfikatu rezydencji, jeżeli spełnione zostaną łącznie następujące przesłanki:

  • pobór podatku dotyczy przychodów ze świadczenia tzw. usług niematerialnych (np. usługi doradcze, księgowe, badanie rynku, prawne czy reklamowe),
  • kwota wypłacanych należności na rzecz tego samego podmiotu nie przekracza w roku kalendarzowym 10 000 zł, a informacje wynikające z przedłożonej kopii nie budzą uzasadnionych wątpliwości co do zgodności ze stanem faktycznym.

Na uwagę zasługuje też fakt, iż certyfikatu rezydencji nie zastąpi inny dokument wystawiony przez właściwą administrację podatkową. Certyfikatem nie będzie zatem dokument o nadaniu numeru identyfikacji podatkowej czy potwierdzenie rejestracji dla celów VAT. W rezultacie dokument, który nie spełnia definicji certyfikatu rezydencji, może być zakwestionowany przez organy skarbowe, a w konsekwencji skorzystanie z preferencji czy ulg może zostać zanegowane w postępowaniu kontrolnym tudzież podatkowym.

Korzyści podatkowe płynące z posiadania certyfikatu

Jak już wspomniano, uzyskanie prawidłowego certyfikatu rezydencji od kontrahenta może mieć wymierne skutki podatkowe dla krajowych firm wypłacających należności zagranicznym podmiotom. Dokonując bowiem pewnego uproszczenia, niektóre wypłaty należności na rzecz zagranicznych kontrahentów (w tym m.in. wypłaty dywidendy, odsetki, opłaty licencyjne czy wynagrodzenie za świadczenie niektórych usług niematerialnych na rzecz nierezydentów spoza Polski) mogą skutkować powstaniem zobowiązania podatkowego w postaci zryczałtowanego podatku dochodowego (obowiązujące stawki to 10%, 19% i 20%), powszechnie znanego pod nazwą „podatku u źródła” (z ang. withholding tax). Zasadniczo podmiotem zobowiązanym do odprowadzenia podatku u źródła jest polski podmiot wypłacający należność (np. nabywca usługi), który, występując w charakterze płatnika, pobiera i odprowadza podatek do polskiego urzędu skarbowego. Co istotne, ekonomiczny ciężar zapłaty podatku może spoczywać również na podmiocie wypłacającym należność.

W tym miejscu kluczową rolę pełni właśnie certyfikat rezydencji otrzymany od zagranicznego kontrahenta, którego posiadanie może oznaczać skorzystanie z następujących preferencji podatkowych:

  • zastosowanie obniżonej stawki podatku u źródła, wynikającej z umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania albo
  • niepobranie (zwolnienie z poboru) podatku na podstawie umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, albo
  • zastosowanie zwolnienia z poboru podatku na podstawie ustawy o podatku dochodowym (dotyczące wypłaty dywidendy z tytułu udziału w zyskach osób prawnych na podstawie art. 22 ust. 4 ustawy CIT).

Co prawda, w świetle przysługujących preferencji podatkowych samoistne posiadanie certyfikatu rezydencji nie jest wyłącznym warunkiem do skorzystania z ulgi. W celu zastosowania preferencji przepisy wymagają również spełnienia innych warunków formalnych i materialnych, w tym złożenia odpowiednich oświadczeń czy zachowania należytej staranności. Niemniej jednak w interesie przedsiębiorców dokonujących wypłat należności czy wynagrodzeń na rzecz zagranicznych podmiotów leży zdobycie odpowiedniej dokumentacji skutkującej obniżeniem obciążeń fiskalnych. Uzyskanie certyfikatu stanowi zatem podstawowy i kluczowy element planowania podatkowego przy dokonywaniu transakcji i płatności transgranicznych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polska służba zdrowia potrzebuje sztucznej inteligencji

Sztuczna inteligencja, robotyzacja czy big data to hasła, które nie pasują nam do polskiej służby zdrowia, a raczej do przeszklonych biur startupów na warszawskim Mordorze. To błąd, bo rozwiązania te mogą niskim kosztem pomóc rozwiązać takie problemy jak kolejki, braki kadrowe czy niedobór pieniędzy. Nowoczesne technologie oparte na przetwarzaniu danych w chmurze pozwolą na znaczne usprawnienia w obszarze opieki zdrowotnej.

Technologie przynoszą oszczędności

Jednym z rozwiązań jakie pozwala wdrożyć chmura obliczeniowa są systemy oparte na sztucznej inteligencji. Jak wynika z raportu firmy Accenture inwestycje w sztuczną inteligencję w sektorze służby zdrowia przekroczą 6,6 miliarda dolarów do 2021 roku[1]. To jednak grosze w porównaniu do oszczędności, jakie mają przynieść. Ten sam raport podaje, że stosowanie sztuczniej inteligencji pomoże pozostawić 150 miliardów dolarów w systemie opieki zdrowotnej do 2026 r. Sposobów, w jaki SI może wesprzeć NFZ jest całe mnóstwo. Począwszy od inteligentnych systemów rezerwacji wizyt lekarskich, które nie tylko zoptymalizują czas pracy lekarza, ale same przewidzą, czy pacjent stawi się w przychodni, na systemach diagnozujących choroby kończąc. Dobrym przykładem zastosowania takiego rozwiązania jest chińska aplikacja telemedyczna Good Doctor[2]. Publiczna służba zdrowia w Kraju Środka często nie jest w stanie dotrzeć do mniej zurbanizowanych regionów. Aplikacja, której abonament wykupiło już ponad 100 mln Chińczyków pozwala bezobsługowo zdiagnozować pacjenta na podstawie deklarowanych objawów, porównując je z bazą 300 mln danych o symptomach chorób. Sztuczna inteligencja przetwarza dzięki chmurze obliczeniowej te dane i decyduje, czy istnieje konieczność konsultacji z lekarzem za pomocą telekonferencji. Aplikacja od niedawna jest dostępna także w formie kiosków znajdujących się w galeriach, na dworcach czy w innych publicznie dostępnych miejscach. Analogiczne rozwiązanie w Polsce mogłoby znacząco skrócić kolejki do lekarza pierwszego kontaktu, który zamiast tracić czas na przepisanie kolejnego leku na katar mógłby skupić się na poważniejszych przypadkach. Accenture szacuje, że sztuczna inteligencja pozwoli zaspokoić w 20% braki w dostępie do służby do zdrowia[3]. To o 20% krótsze kolejki, które dla wielu pacjentów mogą być kwestią życia.

Lepsza diagnostyka

Oszczędności to nie wszystko. Jak wykazały badania sztuczna inteligencja może być także skuteczniejsza od lekarzy w ocenie stanu zdrowia pacjenta. Zespół holenderskich lekarzy opracował algorytm, który analizował materiał z mammografii pacjentek pod kątem zmian mogących być objawem rozwijania się choroby nowotworowej[4]. Metoda opierająca się na mechanizmie deep learning okazała się skuteczniejsza w diagnozowaniu niż panel składający się z 11 doświadczonych lekarzy. Zastosowanie takiej technologii mogłoby oznaczać, że kobiety byłyby diagnozowane szybciej, taniej i skuteczniej, a w efekcie unikałyby długotrwałego i kosztownego leczenia. Tego typu rozwiązanie to także odpowiedź na niewystarczającą liczbę radiologów, których ocena wyników badania jest podstawą do wdrożenia leczenia.

Efektywne wykorzystanie danych

Szpitale to miejsca, które są pełne danych. Im ich więcej tym silniejszy potencjał SI na nich opartej.  Gromadzone latami historie choroby pacjentów to niesamowity zasób dla sztucznej inteligencji, który mógłby znacząco odciążyć placówki służby zdrowia przy wydawaniu diagnoz. Dane o odwiedzinach pacjentów mogą odciążyć personel administracyjny. Informacje o potrzebach i preferencjach pacjentów pozwalają optymalizować jadłospis. By jednak wykorzystać to potrzebna jest skoordynowana cyfryzacja. Trudno wymagać jednak od szpitala by inwestował w kosztowną infrastrukturę, w sytuacji gdy brakuje środków na podstawowe procedury medyczne. Optymalnym rozwiązaniem dla systemu ochrony zdrowia jest migracja danych do chmury obliczeniowej. Pozwoli to  Dzięki systemowemu rozwiązaniu zbierania, przechowywania i przetwarzania danych służba zdrowia zyskuje możliwość wykorzystania narzędzi sztucznej inteligencji do optymalizacji procesów. W efekcie może przełożyć się to na redukcję kosztów i czasu pracowników. Przykładem korzyści z takiego rozwiązania jest włoski region Lombardia, który postanowił oprzeć swoją infrastrukturę opieki zdrowotnej na rozwiązaniach chmurowych Aruba Cloud. Dzięki temu 49 szpitali i placówek leczniczych zintegrowało swoje zasoby informatyczne, co z kolei pozwoliło zewnętrznym dostawcom oprogramowania na łatwiejsze i tańsze projektowanie rozwiązań, które wszystkie jednostki mogą wdrożyć u siebie. W efekcie przykładowo lekarze mogą mieć natychmiastowy dostęp wszystkich danych pacjenta. Przechowywanie danych w chmurze to także gwarancja bezpieczeństwa, co jest szczególnie ważne w przypadku danych medycznych. Zabezpieczenia centrum danych gwarantują, że nie dostaną się one w niepowołane ręce. Dodatkowo placówki medyczne gwarantują w ten sposób zgodność ich przechowywania z obowiązującym prawem, w tym RODO.

Zdaniem firmy analitycznej Gartner w samych tylko USA dzięki SI i digitalizacji służby zdrowia uda się zmniejszyć liczbę przyjęć do szpitali o 20 milionów. W Polsce, której służba zdrowia dramatycznie potrzebuje systemowej zmiany radykalna digitalizacja może oznaczać ratunek dla tysięcy pacjentów.

Wypowiedzi udziela: Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud

[1] https://www.accenture.com/us-en/insight-artificial-intelligence-healthcare

[2] https://www.polska2041.pl/spoleczenstwo/news-cyfryzacja-moze-rozwiazac-bolaczki-sluzby-zdrowia,nId,3016384

[3] https://www.accenture.com/t20171215t032059z__w__/us-en/_acnmedia/pdf-49/accenture-health-artificial-intelligence.pdf

[4] https://jamanetwork.com/journals/jama/fullarticle/2665774

Inwestycje w fintechy rosną w miliardy

Eksperci UBS oszacowali, że światowy rynek fintech w 2018 roku wygenerował przychody o łącznej wartości 150 mld USD, które stanowią ok. 5 proc. całościowych wpływów sektora finansów. Nieprzerwanie od kilku lat, globalnym liderem są Stany Zjednoczone, które do września 2019 roku, zebrały finansowania o łącznej wartości prawie 9,4 mld USD. San Francisco utrzymuje swoja pozycję pod względem całkowitej wartości transakcji, gdzie w lokalne podmioty zainwestowano już 3 mld USD.

Jednak najbardziej dynamicznym rynkiem nowych technologii jest obszar Azji Środkowej i Południowej, gdzie pod względem liczby startupów z branży finansowej Indie uplasowały się na drugim miejscu na świecie (łącznie ponad 2000 podmiotów). Dane za okres 2015-2018 pokazują, że nastąpił tam trzykrotny wzrost liczby startupów finansowo-technologicznych. Do ponad 730 już istniejących w tym kraju dołączyło kolejnych 1300, z czego 42 proc. jest skoncentrowanych w Bengaluru i Bombaju, kolejnymi dominującymi ośrodkami są New Delhi, Gurugram i Hyderabad. Według NASSCOM[1] indyjski rynek fintech potencjalnie osiągnie wartość 2,4 miliarda USD do 2020 roku.

Twórcy fintechów dostrzegli niewykorzystany potencjał niezaspokojonego do tej pory popytu na produkty finansowe na indyjskim rynku, głównie na pożyczki, ubezpieczenia i zarządzanie finansami osobistymi na obszarach mniej zurbanizowanych. Najwyraźniej widać to w regionach, gdzie firmy, takie jak Paytm, MobiKwik, Policy Bazaar czy PhonePe rozpoczęły już głęboką penetrację rynku płatności Azji Południowej. Właściciele małych i średnich firm w Indiach coraz częściej zwracają się w stronę rynku fintechów, ponieważ oferują niskie oprocentowanie i nie stawiają tak wysokich wymagań jak popularni tam prywatni pożyczkodawcy.

Przychylność regulatorów

Inwestorzy oraz startupy technologiczne w obszarze finansów i płatności przychylniej patrzą w stronę Indii po przyjęciu nowych ulg podatkowych. We wrześniu Ministerstwo Finansów skutecznie obniżyło taksy od osób prawnych dla firm rodzimych do 25 proc, z około 30 proc. Te obniżki ogłoszone przez minister Nirmalę Sitharaman zmniejszą koszty kapitału i zachęcą do większych inwestycji. Państwo rozszerzyło także zakres działań CSR, przekonując firmy do przeznaczania funduszy na inkubatory w różnych dziedzinach, np. nauka, technologia, medycyna.

Indyjskie organy nadzoru finansowego chcą zachęcać do inwestycji w rodzimą branżę fintech, umożliwiając startupom eksperymentowanie w tzw. „piaskownicach” (ang. „sandbox”), które zapewnią m.in. tymczasową ochronę regulacyjną. W odpowiedzi na zmiany, Peter Estlin, burmistrz miasta Londyn, we wrześniu udał się w trasę po Indiach celem przekonania przedstawicieli lokalnych władz i firm, aby pozwoliły na inkubację właśnie tam nowopowstałych brytyjskich fintechów.

Brytyjskie fintechy przyciągają miliardy

Indie i Wielka Brytania znajdują się w pierwszej piątce największych inwestorów w gospodarkach innych krajów od 2010 r. Według danych brytyjskiego urzędu statystyki krajowej bezpośrednie inwestycje zagraniczne Anglików w Indie wzrosły o 9,7 proc. w 2017 r., do wartości 14,4 mld funtów, podczas gdy indyjskie FDI[2] w Zjednoczonym Królestwie w tym samym roku wyniosły 7,5 mld funtów. Według danych udostępnionych CNBC przez grupę branżową Innovate Finance i agencję promocyjną Sadiqa Khana London & Partners, w branży fintech w stolicy Wielkiej Brytanii w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy tego roku odnotowano 114 transakcji o wartości 2,1 mld USD. Tym samym Londyn pokonał m.in. Nowy Jork, przyciągając jak dotąd największą liczbę ofert pozyskiwania funduszy dla firm z branży technologii finansowych w 2019 r. Analitycy szacują zainwestowany kapitał w sektor finansowo-technologiczny z Wielkiej Brytanii na 200 mln USD.

  • Wielka Brytania i reszta Europy wyprzedzają konkurencję, jeśli chodzi o innowacje w branży usług finansowych, a także propozycje nowych aplikacji czy płatności bezgotówkowych. Co więcej, w 2019 roku kraje europejskie pokonały po raz pierwszy Azję jako najlepszy rynek ofert i finansowania fintechów – osiągając wartość 1,5 mld USD i finalizując 107 transakcji tylko w II kwartale.[3] – komentuje Aleksandra Polak, Country Manager Curve na Polskę.

Zjednoczone Królestwo jest domem dla wielu nowych bankowców, którzy zdobyli popularność, oferując klientom niewiele więcej niż aplikację i kartę debetową. Tak zwany model „banku pretendentów” pomógł start-upom przyciągnąć miliony użytkowników i rzesze inwestorów. Dla przykładu, Curve (aplikacja pozwalająca na zebranie wszystkich kart bankowych w jedną) w zaledwie 4 godz. i 42 min zebrał 6 mln funtów na platformie crowdfundingowej. Revolut ostatnio osiągnął pułap ponad 7 milionów użytkowników, a Monzo – 3 milionów.

Polska w pogoni za światem

Na naszym rodzimym rynku w obszarze finansów działa około 200 startupów technologicznych. Według badań 60 proc. z nich istnieje na rynku od mniej niż pięciu lat, a tylko 3 proc. jest na nim od ponad 20 lat[4]. Ich przyszłość zależy przede wszystkim od zaufania klientów, złagodzenia przepisów prawnych i dobrego finansowania. Lokalny rynek finansowy jest specyficzny pod względem postępu technologicznego. W porównaniu z rynkiem europejskim wdrożyliśmy wiele nowoczesnych rozwiązań i prezentujemy wysoki poziom technologiczny jako branża, ale mimo bycia liderem w Europie Środkowo-Wschodniej, Polska wciąż jest daleko za Zachodem, który oferuje znacznie większe możliwości finansowania startupów. Ponad połowa rodzimych fintechów działa w obszarze płatności, a 31 proc. zajmuje się pożyczkami. 18 proc. koncentruje się na rozwiązaniach z zakresu finansów osobistych i biznesowych. Szacuje się również, że prawie co trzeci start-up pracuje nad rozwojem kanałów sprzedaży, ale tylko 6 proc. specjalizuje się w rozwiązaniach związanych z cyberbezpieczeństwem.

Badania pokazują, że rośnie zaufanie do fintechów. Jeszcze w 2016 roku 81 proc. Polaków twierdziło, że nie skorzysta z usług oferowanych przez inne podmioty niż tradycyjne instytucje finansowe, podczas gdy w 2018 roku było to tylko 44 proc. Wcześniej wspomniany Revolut niedawno pochwalił się, że ponad 700 tys. jego użytkowników pochodzi z Polski, co plasuje nasz kraj na trzeciej pozycji pod względem popularności, po Wielkiej Brytanii i Francji.

  • Wygoda to sztandarowa zaleta fintechów. Korzystanie z usług nowoczesnych instytucji finansowych łączy się przede wszystkim z prostotą i brakiem skomplikowanych procedur. To nie powinno jednak zmylić, bo stoją za tym potężne mechanizmy, takie jak sztuczna inteligencja czy modele scoringowe, które rozwiązują realne problemy klientów, umożliwiając im realne oszczędności czasu i pieniędzy, dodaje Alexander Beresford, CMO Finiata.pl.

Dzięki temu fintechy są w stanie szybko ocenić ryzyko i wiarygodność każdego z klientów. Cały proces ubiegania się o dodatkowe finansowanie jest w pełni elektroniczny, a informacja zwrotna z decyzją przyznanego limitu zostaje wysłana nawet w 10 min.

[1] Indyjskie Stowarzyszenie Branżowe Technologii Informatycznych I Oprogramowania Komputerowego

[2] Bezpośrednie inwestycje Zagraniczne (ang. Foreign direct investment)

[3] CBInsights, Global Fintech Report Q2 2019

[4] Raport Cashless.pl we współpracy z Fintech Polska i Accenture

Polki bardziej ambitne od Polaków?

Kobiety stanowią zdecydowaną większość osób kończących studia wyższe. Częściej podejmują również studia za granicą. Czy Polki są bardziej ambitne od Polaków? Z jakimi wyzwaniami muszą się mierzyć?

Ponad sto lat temu Maria Skłodowska Curie o mało nie dostałaby Nobla tylko dlatego, że była kobietą. O pominiętą przy zgłoszeniu do nagrody żonę upomniał się Piotr Curie. Choć czasy, gdy nagrody naukowe przyznawane były tylko mężczyznom, minęły, kobiety nadal muszą się mierzyć z uwarunkowaniami kulturowymi. W tym roku NASA musiała przełożyć o kilka miesięcy lot na Księżyc dwóch astronautek, bo zabrakło dla nich odpowiednich kombinezonów.

Od najmłodszych lat

Dzisiaj kobiety wybijają się na wielu płaszczyznach już na poziomie szkolnym. Badania PISA sprawdzają różne umiejętności 15-latków z krajów OECD. Jednym z badanych obszarów jest umiejętność zespołowego rozwiązywania problemów (collaborative problem solving). Okazuje się, że w każdym (sic!) z krajów, w którym przeprowadzono badanie dziewczyny wypadły lepiej od chłopców. Średnio różnica wynosiła kilkadziesiąt punktów.

“Dziewczynki są lepsze z przedmiotów humanistycznych, a chłopcy są ścisłowcami”. Ta wyświechtana formułka nie do końca odzwierciedla rzeczywistość. Według badań opublikowanych przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne dziewczynki uzyskują lepsze oceny końcowe z matematyki, nawet jeśli czasami w testach wypadają słabiej. Autorzy badania Gender Differences in Scholastic Achievement: A Meta-Analysis zauważają, że finalne oceny semestralne z przedmiotów pokazują uczenie w szerszym kontekście społecznym. Uzyskanie lepszych stopni wymaga wytrwałości w długim okresie.

Studia pierwszego stopnia i jeszcze dalej

Zdecydowanie więcej kobiet niż mężczyzn decyduje się na studia. W roku akademickim 2017/2018 w Polsce w publicznych szkołach wyższych kobiety stanowiły 58 proc. studiujących.

Kobiety stawiają na rozwój po ukończeniu magisterki. Wśród osób podejmujących studia podyplomowe również stanowią większość. Na tym etapie ich udział rośnie – w roku akademickim 2017/2018 stanowiły ponad 72 proc. słuchaczy. Jest ich więcej również wśród osób piszących doktorat – ponad 55 proc. Ich przewaga jest dostrzegalna nie tylko w naukach humanistycznych. Stanowią większość również w naukach społecznych, ekonomicznych, prawnych, rolniczych i medycznych. Być może ta sytuacja przyczyni się do zmiany w strukturze płci nauczycieli akademickich. Choć już teraz kobiety stanowią większość na stanowisku asystenta, nauczyciele akademiccy to większości wciąż mężczyźni.

Studia za granicą i dodatkowa edukacja

Polki nie są fenomenem. W przypadku cudzoziemców studiujących w Polsce, również kobiety stanowią większość. W listopadzie 2017 roku było ich ponad 37 tysięcy. Sprawy mają się podobnie w przypadku obywatelek i obywateli Polski wyjeżdżających na studia za granicę: – 67 proc. osób, którym pomogliśmy wyjechać na studia za granicę to kobiety. Dziewczyny stanowią 70 proc. osób aplikujących z nami na zagraniczne uczelnie – mówi Emilia Łosiewicz z Elab Education Laboratory.

Większa aktywność kobiet nie dotyczy wyłącznie edukacji na uczelniach wyższych. Częściej korzystają one np. z usług internetowych szkół językowych:
– 65 proc. osób uczących się we Fluentbe to kobiety. Zależy im głównie na zdobyciu umiejętności swobodnego komunikowania się. Potrzebują go również w pracy – mówi Daria Domagała – dyrektor metodyczna we Fluentbe.com.

– Kobiety wykazują się większą aktywnością również na innych polach. Trzeba pamiętać, że dodatkowa edukacja i rozwój wiążą się również z poziomem czytelnictwa. Z corocznego raportu Biblioteki Narodowej wynika, że to kobiety częściej czytają książki, a także prasę – zarówno w wersji papierowej, jak i elektronicznej – dodaje Domagała.

Wbrew stereotypom

Wiele kobiet już dawno przeciwstawiło się stereotypom i oczekiwaniom części społeczeństwa np. względem ich roli w rodzinie. Blisko połowa zatrudnionych w Polsce to kobiety. Dla porównania – w 1950 stanowiły one niespełna jedną trzecią osób pracujących.

W przestrzeni publicznej wciąż obecne jest przeświadczenie, że kobiety lepiej sprawdzą się na stanowiskach kojarzonych z pomocniczością, okazywaniem empatii, komunikacją. Tymczasem wiadomo, że radzą sobie równie dobrze w rolach stereotypowo kojarzonych z mężczyznami: wymagającymi umiejętności szybkiego podejmowania decyzji czy zdolności przywódczych. 47 proc. osób w zawodach menedżerskich w Polsce to kobiety, co plasuje nasz kraj na piątym miejscu w Unii Europejskiej przy średniej na poziomie 36 proc. Jest ich jednak zdecydowanie mniej wśród członków zarządów w największych spółkach publicznych czy na stanowiskach kierowniczych wyższego szczebla. Na szczęście szklany sufit jest regularnie kruszony. Ich udział na tych stanowiskach systematycznie rośnie.

– Przemiany kulturowe, zmiany zachodzące na rynku pracy sprawiają, że zmienia się również sytuacja kobiet, które często bardziej ambitnie od mężczyzn podchodzą do powierzonych im zadań. Nastawione na rozwiązywanie problemów, szukają sposobów by skutecznie łączyć różne obowiązki i zwiększać swoje kompetencje – chętnie biorą udział w szkoleniach, szukają mentorów, korzystają z kursów online – komentuje Daria Domagała z Fluentbe.com.

Prezes NIK – Marian Banaś publikuje oświadczenie

Oświadczenia Prezesa NIK w związku z publikacjami medialnymi.

Oświadczenie Prezesa NIKOświadczenie Prezesa NIK MAriana Banasia

Założenie sklepu internetowego i jego prowadzenie zdrożało średnio o 20-30% w ciągu ostatnich 5 lat

Sklep internetowy tylko pozornie jest tanim i przewidywalnym biznesem. Zdaniem ekspertów z branży, w ostatnich kilku latach najbardziej zwiększyły się wydatki na reklamy. W przypadku niektórych segmentów sprzedaży wzrosty wyniosły nawet o 100%. Ponadto aż o 25-30% zdrożały zarówno usługi informatyczne, jak i prawne. Jeśli chodzi o domeny, szablony, serwery, abonament i certyfikaty SSL, ceny zależą od indywidualnych preferencji usługobiorców. Niektóre koszty wyraźnie zmniejszyły się, a inne poszły w górę. Niemniej spadki nie rekompensują wzrostów.

Domeny i szablony

Jak podkreśla Sergiusz Diundyk, ekspert ds. nowych technologii oraz automatyzacji procesów w branży IT, początkujący przedsiębiorca powinien patrzeć na cenę przedłużenia, a nie rejestracji domeny. Założenie jej i działanie przez pierwszy rok może kosztować np. 10 zł, a dłuższe funkcjonowanie – od 45 do 130 zł brutto rocznie. Z kolei Oliwia Tomalik z Shoper zapewnia, że od 2015 roku cennik zakupu i odnowień domeny z rozszerzeniem „.pl” oraz „.com.pl” nie uległ zmianie.

– W ciągu ostatnich 5 lat wzrosła liczba firm, które pośredniczą przy rejestracji domeny. Konkurując między sobą, zaniżają ceny aż do zera przy zakupie niektórych pakietów hostingowych. Natomiast koszt przedłużenia w większości przypadków pozostał bez zmian. Jednak coraz częściej ten właśnie cennik jest mało widoczny na stronach usługodawców, co może delikatnie mówiąc wprowadzać w błąd – zauważa Sergiusz Diundyk.

Natomiast Halszka Potrzebowska z RedCart.pl informuje, że ceny szablonów są bardzo różnorodne. Maski graficzne kosztują kilkaset złotych za wykonanie lub kilkadziesiąt zł miesięcznie w rozliczeniu abonamentowym. Przygotowanie indywidualnej kreacji graficznej to już większy wydatek. Oscyluje od kilku do nawet kilkudziesięciu tys. zł, w zależności od stopnia skomplikowania projektu i czasu realizacji. Stawki i koszty zatrudnienia profesjonalnych grafików też rosną, w związku z tym ceny usług graficznych są o ok. 30% droższe niż kilka lat temu.

– Na rynku można znaleźć mnóstwo bezpłatnych szablonów, ale też takie, które kosztują 180 dolarów. Średni koszt to ok. 70-120 za gotową warstwę. Z kolei zaprojektowanie i oprogramowanie dedykowanej grafiki może kosztować od 2 tys. do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Właściciele małych e-sklepów raczej wybierają tańsze opcje – dodaje Sergiusz Diundyk.

Nawet najlepszy gotowy szablon zwykle potrzebuje przeróbek informatyka. Poprawki mogą wynieść od 300 zł do nawet kilku tysięcy zł w przypadku prostych e-sklepów. Konieczność ich wprowadzenia ujawnia się, gdy np. wielu klientów porzuca wypełnione koszyki. Trzeba też dodać, że jest więcej bezpłatnych szablonów niż 5 lat temu. Te, które są płatne, utrzymują się na stałym poziomie cenowym albo wręcz tanieją. Jednak usługi stricte informatyczne zdrożały w ciągu ostatnich 3 lat o ok. 25-30%.

Serwer, abonament i SSL

– Sklepy w modelu SaaS raczej oferowane są wraz z hostingiem, bo właściciele oczekują kompleksowych rozwiązań w ramach jednej usługi. Niemniej koszt profesjonalnej obsługi stale wzrasta. Dobrą strategią są rozwiązania w chmurze, które obniżają koszty i przerzucają ciężar prac administracyjnych na dostawcę usługi – podpowiada Halszka Potrzebowska.

Dla przykładu można podać, że jedna z niemieckich firm udostępnia potężny wirtualny serwer w cenie zwykłego hostingu – już za 7 euro miesięcznie. Tyle samo kosztuje przedłużenie. Zdaniem Sergiusza Diundyka, w tym przypadku występują pojedyncze problemy z wydajnością w godzinach szczytu, ale w tak niskiej cenie można je zaakceptować. I jak dodaje ekspert, w Polsce brakuje podobnych ofert, bo u nas trzeba liczyć się z kosztem ok. 60 zł brutto miesięcznie za słaby VPS. Dlatego warto szukać dobrego hostingu dla małego sklepu internetowego, bo niekoniecznie musi to być serwer.

– Wysokość abonamentu za hosting, mechanizm sklepu i wsparcie techniczne zależy od decyzji klienta. Osoba, która kieruje się głównie ceną, najczęściej wybiera podstawową usługę. Jej koszt waha się od kilku do kilkuset zł miesięcznie. Przedsiębiorca szukający kompleksowego rozwiązania jest skłonny wydać więcej w momencie uruchamiania przedsięwzięcia. Poszczególne opcje różnią się zakresem obsługi. Koszty abonamentowe prowadzenia e-sklepu wzrosty w ostatnich latach o ponad 60% – dodaje ekspert z RedCart.pl.

Coraz częściej stosuje się dwa cenniki usług hostingowych, na co zwraca uwagę Sergiusz Diundyk. Droższe jest przedłużenie obsługi niż rozpoczęcie. Na hosting, wystarczający dla bezawaryjnej pracy małego e-sklepu, przedsiębiorca może wydać od 30 zł brutto miesięcznie wzwyż. Czasem są oferowane promocje na pierwszy rok. Od 2015 roku ceny mocno spadły, bo sprzęt serwerowy tanieje, a konkurencja na rynku rośnie.

– Koszt certyfikatu SSL obniża się. Kilka lat temu wynosił kilkaset zł, a obecnie jest w granicach kilku zł miesięcznie. Coraz więcej klientów rozumie potrzebę zabezpieczania przepływu danych między e-sklepem a przeglądarką, a to właśnie gwarantuje ww. certyfikat. Wzrosło więc zainteresowanie tego typu usługami, ale też przybyło firm pośredniczących w ich sprzedaży – stwierdza Halszka Potrzebowska.

W przypadku certyfikatu SSL również występują dwa cenniki – za wydanie go i przedłużenie. Pierwsza usługa może kosztować od 0 zł, przy zakupie niektórych pakietów hostingowych u lokalnych firm, do ok. 20 USD w promocji lub nawet 70 bez rabatu. Są też znacznie droższe certyfikaty, ale nie trzeba ich posiadać do prowadzenia prostego e-sklepu, co zaznacza Sergiusz Diundyk. Ogólnie ceny spadły o 30-50% w ostatnich 5 latach.

Obsługa prawna i reklamowa

– Coraz więcej kancelarii specjalizuje się w obsłudze prawnej e-commerce. Do ich pracy należy m.in. prowadzenie audytów e-sklepów pod kątem nowego prawa konsumenckiego czy sporządzanie umów z dostawcami wszelkich usług. Z jednej strony maleją koszty gotowych wzorów dokumentów do samodzielnego uzupełnienia, ale z drugiej – rosną stawki usług prawnych oraz ceny dokumentacji tworzonych na indywidualne zamówienie – wskazuje ekspert z RedCart.pl.

Pomoc prawnika w przygotowaniu regulaminu, polityki prywatności i innych standardowych dokumentów kosztuje ok. tys. zł. Cena może być dużo wyższa np. za przygotowanie regulaminu dla e-apteki albo e-sklepu militarnego. Niektóre kancelarie mają gotowe pakiety usług, o czym przypomina Sergiusz Diundyk. Natomiast Oliwia Tomalik zaznacza, że są dostępne aplikacje oferujące regulamin dostosowany do potrzeb klienta oraz indywidualną obsługę, w tym konsultację z prawnikiem, a ich koszt zaczyna się od 159 zł.

– Po wejściu RODO zdrożało przygotowanie regulaminu i polityki prywatności. Pojawiły się wymogi informowania użytkowników o ich prawach w zakresie ochrony danych osobowych. Tym samym usługi te poszły w górę ok. 25-30% w skali 5 ostatnich lat – wyjaśnia Sergiusz Diundyk.

Ekspert z Shopera uważa, że nie można określić, jak bardzo wzrosły wydatki reklamowe, gdyż jest to indywidualną kwestią w przypadku każdej firmy. Najważniejsze jest to, ile środków chce zainwestować dany przedsiębiorca. Koszty kliknięcia w reklamę zależą też od reprezentowanej branży. Przykładowo sklep oferujący elektronikę prawdopodobnie musi płacić więcej niż sprzedający odzież. Znaczenie ma też to, czy bezpośrednia konkurencja promuje swoje produkty w tych samych kanałach reklamowych.

Co najbardziej zdrożało?

– Najprostszym sposobem na wygranie z konkurencją jest zwiększenie ceny za własną reklamę. Dlatego właśnie ten wydatek najbardziej poszedł w górę w ostatnich latach.  W niektórych segmentach sprzedaży wzrosty wyniosły nawet o 100%. Dotyczyło to sklepów oferujących m.in. laptopy, smartfony, elektryczne hulajnogi czy odżywki sportowe. Wraz z rozwojem nowych technologii i ze wzrostem wymogów rynkowych wyraźnie zdrożała też obsługa informatyczna. Z kolei zmiany w ustawodawstwie podniosły koszty usług prawnych – ocenia Sergiusz Diundyk.

Zdaniem Halszki Potrzebowskiej, reklama, doradztwo i consulting w zakresie marketingu to obecnie najbardziej wartościowe usługi. Ich ceny wyraźnie wzrastają. Natomiast Oliwia Tomalik przekonuje, że koszt prowadzenia sklepu internetowego to nadal biznes z jedną z najniższych barier wejścia. Można z nim wystartować już z budżetem ok. kilkuset złotych, a czasem nawet z dużo mniejszym wkładem.

– Tak jak w przypadku innych rodzajów działalności, trzeba korzystać z biura rachunkowego, obsługi prawnej, informatycznej i marketingowej. Do tego dochodzą koszty usług fotograficznych, a także zwrotów czy reklamacji towarów. Reasumując to wszystko, w ciągu 5 lat prowadzenie sklepu internetowego mogło zdrożeć o ok. 25-30% – podsumowuje Sergiusz Diundyk.

Sposoby na fałszywe SMS-y

SMS nie może zawierać wirusa ani złośliwego oprogramowania, ale strona, do której linkuje, niestety już tak. A “instrukcje” w nim zawarte potrafią skłonić do podzielenia się danymi osobowymi z podejrzaną instytucją. Eksperci radzą, jak rozpoznać, kiedy ktoś próbuje nas oszukać i podpowiadają firmom korzystającym z SMS-ów, jak zwiększyć poziom bezpieczeństwa.

“Uwaga na fałszywe SMS-y” – taki nagłówek co jakiś czas sieje panikę na portalach internetowych. Za każdym razem towarzyszy mu sugestia, że z popularnymi  wiadomościami tekstowymi jest coś nie tak. Jednak nie samo narzędzie jest zagrożeniem, lecz pośpiech i brak ostrożności, które może je wywołać.

Najczęstsze metody oszustw

– Phishing, bo tak nazywa się podszywanie pod instytucję czy znaną firmę, by wyłudzić wrażliwe dane użytkowników, takie jak numer karty kredytowej czy dane do logowania, jest jednym z najczęstszych sposobów na oszustwo SMS-owe. Warto zaznaczyć, że phishing e-mailowy czy telefoniczny jest równie popularny, dlatego jest to bardziej sztuczka psychologiczna niż technologiczna. Przypomina nieco kradzieże metodą “na wnuczka”. Opiera się na przykład na tym, że prawie nikt nie pamięta dokładnie, jaki adres strony internetowej ma jego dostawca prądu ani czy wszystkie rachunki z minionych lat zostały opłacone. Oszust liczy więc, że odbiorca uwierzy, iż ma do czynienia z prawdziwą wiadomością – zauważa Andrzej Ogonowski Head Partner of Branding & PR SMSAPI.

Przed phishingiem ostrzega też Piotr Konieczny, szef zespołu bezpieczeństwa Niebezpiecznik.pl, firmy zajmującej się włamywaniem na serwery innych firm za ich zgodą, w celu namierzenia błędów bezpieczeństwa w infrastrukturze teleinformatycznej, zanim zrobią to prawdziwi włamywacze.

– Najczęstszym oszustwem z wykorzystaniem SMS-ów, jakie obserwujemy jako Niebezpiecznik.pl, jest „numer na dopłatę”. Przestępcy podszywają się pod znane marki, podpisują SMS jako DHL, InPost, OTOMOTO czy Rossmann. W treści umieszczają informację o tym, że albo przesyłka, na którą czekamy, okazała się być cięższa i trzeba dopłacić złotówkę albo ogłoszenie w serwisie wygasa i można je podpromować w atrakcyjnej cenie kilku złotych. W wiadomości jest link, który przenosi użytkownika na strony wyglądem identyczne jak strony znanych pośredników w płatnościach, np. PayU lub DotPay. Są to jednak fałszywe strony kontrolowane przez przestępców (co można zauważyć, jeśli spojrzy się na pasek adresowy, który niestety na urządzeniach mobilnych często jest automatycznie chowany a adresy w nim są skracane). Jeśli ktoś zaloguje się do banku w celu zlecenia przelewu i nie zauważy, że treść SMS-a z banku informuje o operacji dodania zaufanego odbiorcy, a nie potwierdzania przelewu na 1 PLN, to straci wszystkie pieniądze, które ma na koncie – wyjaśnia ekspert.

Jak walczyć z phishingiem?

Większość firm, urzędów czy organizacji zleca przesyłanie SMS-ów marketingowych i informacyjnych do subskrybentów podmiotom zajmującym się masowymi wysyłkami. Nie oznacza to jednak, że każdy może bez przeszkód wykorzystać to narzędzie. Niestety, na rynku wciąż działają dostawcy masowych wysyłek SMS, którzy idą na skróty i niewystarczająco dokładnie sprawdzają klientów pod względem celu i bezpieczeństwa.

Jednak liderzy tej branży przykładają do tych kwestii dużą uwagę. Weryfikacja pola nadawcy (czyli nazwy, która zastępuje numer telefonu) oraz filtrowanie treści wiadomości po kluczowych spamowych linkach, słowach i sformułowaniach to tylko przykłady sposobów, które uniemożliwiają podszycie się pod instytucję, której się w rzeczywistości nie reprezentuje.

– Zawsze weryfikujemy wszystkie pola nadawcy, które udostępniamy naszym klientom. W przypadku wątpliwości prosimy klienta m.in o przesłanie dokumentów potwierdzających NIP czy numer KRS jego organizacji. W efekcie minimalizujemy możliwość wysłania wiadomości będąc podpisanym jako firma, z którą nie ma się nic wspólnego – wyjaśnia Jakub Kluz, Product Manager w SMSAPI.

Sztuczką, jakiej próbują czasem oszuści, jest nazwanie swojej działalności możliwie podobnie do banku, dostawcy mediów czy urzędu. Oszuści stale próbują wyszukiwać luk bezpieczeństwa w systemach wysyłek SMS. Niestety, czasem skutecznie.

Dlatego warto pamiętać, że przy wszystkich technologicznych systemach zabezpieczeń ostatnią i najważniejszą barierą dla oszustów jest sam odbiorca, który powinien zachować czujność. Generalną zasadą jest podchodzenie z ostrożnością do wszelkich nieoczekiwanych komunikatów otrzymanych rzekomo od zaufanej instytucji, szczególnie do takich nakazujących pośpiech i transakcje finansowe.

5 SPOSOBÓW NA FAŁSZYWE SMS-Y

  1. Dokładnie czytaj treść SMS-a. Jeśli to wiadomość autoryzująca przelew, sprawdź czy zgadzają się numery kont i kwota przelewu.
  2. Zweryfikuj czy strona i domena płatności, na którą przekierowuje link z SMS-a, jest poprawna. Najlepiej otwórz ją na komputerze w bezpiecznej przeglądarce.
  3. Jeśli wiadomość pojawia się nieoczekiwanie, bez związku z twoimi zakupami, a dotyczy “zaległych” należności, zachowaj ostrożność.
  4. Jeśli wiadomość jest prośbą o dokonanie płatności – skontaktuj się z nadawcą i upewnij, czy coś takiego wysyłał. Zaufani dostawcy usług nie proszą SMS-em o podanie wrażliwych danych.
  5. Jeśli niepokoi Cię otrzymany SMS, sprawdź, czy media internetowe specjalizujące się bezpieczeństwem w sieci nie opisały tego przypadku phishingu.

Grzegorz Dzięgielewski

Decyzja FED o obniżce stóp procentowych. Czego oczekuje rynek?

Poprzednie dwie obniżki stóp procentowych Fed były uzasadniane potrzebą „ubezpieczenia” na wypadek pogorszenia perspektyw gospodarczych i miały być jedynie „dostosowaniem w środku cyklu”. Teraz trzecie cięcie dla rynku wydaje się pewne i podobnie, jak wcześniej, nie powinniśmy dostać jasnych sygnałów, że kolejna obniżka nastąpi prędko. Zakładamy, że takie stanowisko rynek odbierze jako lekko jastrzębie, dając USD przejściowy impuls do umiarkowanego umocnienia. Dane z USA w dalszej części tygodnia (ISM, NFP) powinny mieć większy wpływ na dolara.

Fatalne odczyty ISM za wrzesień (przemysłowy najniżej do dekady) przesądziły o potrzebie kolejnej obniżki. Niskie oczekiwania inflacyjne dopełniają obrazu gospodarki, która potrzebuje wsparcia ze strony polityki monetarnej. Z drugiej strony nastroje konsumentów pozostają dobre, a rynek pracy pozostaje solidny. Stąd Fed nie ma silnych argumentów, by przechodzić od razu w otwarty cyklu luzowania.

Mimo to przed dzisiejszą decyzją rynek stopy procentowej dyskontuje obniżkę o 25 pb w 94 proc. Biorąc pod uwagę, że w ostatnich wypowiedziach dotyczących rynkowych oczekiwań członkowie Fed (Williams, Clarida) nie kwestionowali skali dyskonta, czyni cięcie wysoce prawdopodobnym. W komunikacie powinniśmy przeczytać, że dla podtrzymania ożywienia bank zamierza w przyszłości reagować, jeśli zajdzie taka konieczność. Jednocześnie po posiedzeniu bez aktualizacji prognoz gospodarczych Fed powinien utrzymać umiarkowanie nastawienie. Wydaje się nam mało prawdopodobne, aby na konferencji prasowej prezes J. Powell rozwijał się w kwestii określenia czynników determinujących czy potencjalnego terminu kolejnego luzowania. Brak świeżych gołębich impulsów może prowadzić do jastrzębiej reakcji, gdyż przy ostatnio nabudowanym optymizmie na rynkach będzie to skłaniać do dalszej redukcji oczekiwań na kolejną obniżkę w grudniu (obecnie 6 pb, 24 proc.).

O ile Powell jasno nie zaznaczy, że „dostosowanie w środku cyklu” zostało zakończone, nie spodziewamy się silnej reakcji USD. Dla ustanowienia pozytywnego nastawienia rynek będzie potrzebował potwierdzenia w danych makro, stąd uwaga szybko przeniesie się na piątkowe publikacje: ISM dla przemysłu i raport z rynku pracy (NFP). Wydźwięk raportów będzie determinować, czy Fed może sobie pozwolić na pauzę w łagodzeniu polityki pieniężnej.

W odmiennej sytuacji znajduje się Bank Kanady. Od czasu wrześniowego posiedzenia warunki krajowe i zagraniczne uległy poprawie. Ocieplenie relacji handlowych USA-Chiny pozwala z większym optymizmem patrzeć na perspektywy globalne, nawet jeśli gdzieś z boku pozostaje niepewność, że konflikt może ponownie eskalować. W Kandzie aktywność przemysłu i konsumpcja złapały zadyszkę pod wpływem spowolnienia w USA, ale rynek pracy pozostał mocny, a rosnące płace wywierają presję na inflację. Ogólnie dane makro nie wymuszają na Banku Kanady złagodzenia stanowiska, ale podtrzymanie ostrożnego optymizmu jest już w cenach. Po silnym umocnieniu CAD w ostatnich tygodniach (ponad 2 proc. vs USD) rynek potrzebuje teraz konkretnego sygnału, że bank rozmyśla o ewentualnym zaostrzeniu polityki. Inaczej neutralny przekaz stanie się pretekstem do sprzedaży.

W nocy Bank Japonii powinien podtrzymać założenia polityki monetarnej, choć prawdopodobnie zrewiduje w dół ocenę perspektyw wzrostu i inflacji. Choć niepewność wokół perspektyw globalnego ożywienia skłania do poluzowania polityki pieniężnej, BoJ ma ograniczone możliwości i prędzej będzie chcieć zostawić resztki amunicji na wypadek istotnego załamania. Tylko gdyby pojawiła się wyraźna presja na USD/JPY ze strony gołębiości Fed, BoJ może działać wcześniej, ale to wydaje nam się aktualnie mało prawdopodobne.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

„Jakoś to będzie”, czyli polskie podejście do emerytury

2236,84 złotych brutto – tyle według najnowszych danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynosi średnie świadczenie emerytalno-rentowe. Mimo tak niskiego poziomu wypłat Polacy nadal myślą o pieniądzach tylko w perspektywie bieżącego miesiąca. Oszczędzanie odkładamy na potem, a pretekstem są różnego rodzaju wymówki. Tymczasem prognozy demograficzne nie dają złudzeń. Według Organizacji Narodów Zjednoczonych w 2055 roku na 100 osób w wieku produkcyjnym przypadać będzie 62 osób starszych.

W obliczu trendów demograficznych konieczne jest, aby Polacy wzięli przyszłość w swoje ręce. Kraje, w których obserwowane jest starzenie się społeczeństw, od lat zachęcają do samodzielnego oszczędzania. Jednak w Polsce emerytura nadal postrzegana jest jako temat odległy i nie do końca zależny od nas. W dyskusji publicznej panuje wiele mylnych przekonań. Z okazji Światowego Dnia Oszczędzania warto przytoczyć największe mity związane z życiem po zakończeniu kariery.

  1. Z kolejną wypłatą zacznę oszczędzać

“Pomyślę o tym jutro” – to słynne zdanie bohaterki „Przeminęło z wiatrem”, przychodzi na myśl wielu Polakom, którzy słyszą pytanie o stan środków zgromadzonych na przyszłość. Koniec aktywności zawodowej jest traktowany jako zjawisko, które na pewno nastąpi, ale jest abstrakcyjne i zbyt odległe, żeby się nim przejmować. Nie brakuje opinii, że emerytura potrwa zaledwie kilka lat, a do jej osiągnięcia na pewno zdążą odłożyć jakiekolwiek pieniądze. Są też tacy, którzy uważają, że nie dożyją tego okresu. Po co więc martwić się, czymś tak niepewnym?

Tymczasem z analizy danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że to beztroskie podejście nie jest uzasadnione. Jako społeczeństwo mamy bowiem powody do niepokoju. Polacy żyją coraz dłużej. W 2018 roku przeciętna długość życia mężczyzn wyniosła 73,8 lat, natomiast kobiet 81,7 lat. Oznacza to wzrost odpowiednio o 7,6 i 6,5 lat w porównaniu początku lat 90. Przy obecnie obowiązującym wieku emerytalnym (65 lat dla mężczyzn i 60 lat dla kobiet), kobiety po zakończeniu kariery będą żyły jeszcze średnio ponad 20 lat. Bez dodatkowych oszczędności ciężko będzie im utrzymać dotychczasowy poziom życia.

  1. Na emeryturze odpocznę i zrealizuję marzenia

Emerytura często utożsamiana jest z okresem, w którym można urzeczywistnić wszystkie swoje plany i marzenia. Polacy wierzą, że uda im się odbyć dalekie podróże, spędzić więcej czasu z rodziną, a nawet wesprzeć finansowo młodsze pokolenia. Myślą o czasie wypełnionym różnymi atrakcjami, nie o pieniądzach na ich realizację.

Prognozy ekonomistów opublikowane przez OECD nie pozostawiają złudzeń. Wypłaty z systemu emerytalnego będą niewystarczające dla tych, którzy na emeryturze zechcą spełniać wszystkie swoje potrzeby i plany. Według przewidywań wartość świadczeń dla osób kończących karierę zawodową w latach 2040–2050 będzie wynosić poniżej 40 proc. ostatniego wynagrodzenia brutto. Bez odłożonych na ten cel środków, Polacy będą uzależnieni od wsparcia rodziny, pomocy państwa lub zmuszeni do pracy zarobkowej również po osiągnięciu wieku emerytalnego.

  1. Spłacę tylko kredyt, a potem odłożę na emeryturę

Wielu z nas twierdzi również, że zacznie oszczędzać wtedy, gdy poprawi się jego sytuacja materialna. Decyzję o gromadzeniu funduszy odkładamy do czasu aż spłacimy zobowiązania lub dostaniemy w pracy podwyżkę.

– Często takie „granie na zwłokę” ciągnie się latami, tymczasem skuteczne oszczędzanie wymaga prostych mechanizmów. Wystarczy wyrobić w sobie nawyk odkładania pieniędzy w momencie, gdy na naszym koncie pojawia się wynagrodzenie. Można zacząć od symbolicznych kwot, ale odkładanych systematycznie. Ważne, aby zgromadzone fundusze nie były dla nas łatwo dostępne. Nawet niewielkie oszczędności pomogą nam w sytuacji nieprzewidzianych wydatków – mówi Joanna Walczuk, ekspertka Nationale-Nederlanden.

  1. Na starość będę mniej wydawał

Przeprowadzone na zlecenie Nationale-Nederlanden badanie pokazuje, że osoby, które myślą o zabezpieczaniu się na czas emerytury, często wynoszą ten nawyk z domu. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet im bardzo trudno jest określić, ile pieniędzy będą potrzebować w przyszłości na comiesięczne wydatki. Istnieje przeświadczenie, że osoby starsze mają mniej potrzeb, a co za tym idzie, mniej wydają na siebie. Nie jest to jednak prawdą. Zobowiązania finansowe osób w wieku emerytalnym to nie tylko opłaty stałe takie jak żywność czy rachunki, ale też obciążające budżet wydatki na leki, leczenie czy rehabilitację.

Takie myślenie o przyszłych potrzebach to efekt niskiego poziomu wiedzy finansowej. Jak wynika z raportu przygotowanego przez Warszawski Instytut Bankowości i Fundację Giełdy Papierów Wartościowych już co drugi Polak ma w tym zakresie spore braki. Szczególnie nisko swoje podstawy znajomości ekonomii oceniają ludzie w wieku 18-34 lata. A to właśnie przed tą grupą stoi największe wyzwanie, aby zgromadzić odpowiednią ilość kapitału, która będzie zabezpieczeniem za kilkadziesiąt lat.

  1. Do mojej emerytury system zmieni się jeszcze 10 razy

Badanie Nationale-Nederlanden pokazuje, że zdecydowana większość Polaków nie jest na bieżąco z realizowanymi zmianami systemu emerytalnego, takimi jak przekształcenie środków z OFE w Indywidualne Konta Emerytalne. W grupie osób, które słyszały cokolwiek na ten temat przeważają osoby starsze. Niestety, nawet one nie potrafią wskazać, na czym będzie polegała ta zmiana.

– Przy aktualnych dyskusjach publicznych w sprawie przekształcenia OFE w IKE oraz modyfikacjach  drugiego i trzeciego filaru, Polacy wyrobili sobie przekonanie, że nie można mieć pewności, czy obecny system emerytalny nie zmieni się w czasie, gdy oni przejdą na emeryturę  – mówi Joanna Walczuk, ekspertka Nationale-Nederlanden – Powoli zauważamy jednak tendencję wzrostową, jeśli chodzi o liczbę otwieranych kont IKE i IKZE. Osoby, które decydują się na te rozwiązania oprócz zgromadzenia kapitału, korzystają z ulg podatkowych. Według danych KNF na koniec 2018 r. IKE posiadało 995,7 tys. Polaków, natomiast IKZE – 730,4 tys. – to wciąż kropla w morzu potrzeb 38-milionowego kraju, w którym już obecnie ponad 8 mln osób jest na emeryturze – podsumowuje.

Pieniądze oszczędza 9 na 10 Polaków. Za bezpieczną kwotę odłożoną na koncie uznajemy średnio 13 tys. zł

0

Pieniądze oszczędza 9 na 10 Polaków. Za bezpieczną kwotę odłożoną na koncie uznajemy średnio 13 tys. zł 6

Zdecydowana większość Polaków, bo już blisko 90 proc., deklaruje, że oszczędza. Z każdym rokiem rośnie kwota uznawana za bezpieczną poduszkę finansową – wynika z najnowszego Barometru Providenta. O ile jeszcze w 2016 roku wynosiła 3,2 tys. zł, tak w tym roku za finansowe minimum zapewniające poczucie bezpieczeństwa uznajemy już oszczędności w kwocie 13 tys. zł. Najmniejsze potrzeby mają młodzi Polacy, pomiędzy 18. a 24. rokiem życia, którzy czują się bezpiecznie, mając na koncie już dodatkowy 1 tys. zł. Badanie pokazuje, że również sposób odkładania zapasowych środków jest w głównej mierze uzależniony od trybu życia i wieku.

– Zadaliśmy Polakom pytanie dotyczące oszczędzania i tego, jaka kwota stanowi dla nich bezpieczną poduszkę finansową. Nasze podejście do oszczędzania jest coraz bardziej optymistyczne – znacząco zwiększają się odkładane kwoty. Jeszcze kilka lat temu [w 2016 – red.] odkładaliśmy średnio około 3 tys., rok później było to już 5,6 tys. zł. W ubiegłym roku kwota, która stanowiła bezpieczną poduszkę finansową, wzrosła do 8,3 tys., z kolei w tym nasi respondenci wskazują już 13 tys. – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej Provident Polska.

Jak wynika z najnowszego badania Barometr Providenta, co piąty respondent (20 proc.) wskazał, że na uzbieranie sumy stanowiącej bezpieczną poduszkę finansową potrzebuje około pól roku. 89,4 proc. Polaków zdecydowanie potwierdza, że warto oszczędzać i mieć zapasowe środki.

– Zaledwie 4 proc. Polaków przyznaje, że nie odkłada pieniędzy – mówi Karolina Łuczak. – Przy oszczędzaniu warto zwrócić uwagę przede wszystkim na regularność i konsekwentne podejście do odkładania pieniędzy. Nie łapać się na drobne okazje, możliwość kupienia czegoś taniej i wydania pieniędzy w sposób nieplanowany. Planujmy swój budżet i wydatki, podchodząc do oszczędzania podobnie jak do płacenia rachunków, czyli regularnie, opłacając rachunki na początku miesiąca, odkładamy również pewną kwotę na konto oszczędnościowe. Nigdy nie wiadomo, na co te pieniądze się przydadzą, a warto mieć zaplecze finansowe – dodaje.

Najnowszy Barometr Providenta pokazuje też, że Polacy mają różne techniki oszczędzania. Średnio co trzeci przeznacza na ten cel stałą, comiesięczną kwotę. Niemal taki sam odsetek nie ma jednej strategii oszczędzania i nieregularnie przelewa na konto oszczędnościowe różne kwoty. Nieco mniej respondentów (29,6 proc.) odkłada kwotę, która zostanie im na koniec miesiąca. Innym sposobem, z którego korzysta ok. 29 proc. badanych jest przeznaczanie na oszczędności premii.

– Oszczędzanie środków pochodzących z premii i bonusów pozwala wydawać w ciągu miesiąca dokładnie tyle, ile mamy na koncie, natomiast na oszczędności przeznaczamy dodatkowe pieniądze, które wpadają przykładowo 1-2 razy w roku – mówi ekspertka.

Jak podkreśla, sposób oszczędzania jest w dużej mierze uzależniony od trybu życia i wieku. Inaczej oszczędzają osoby młodsze, inaczej dojrzałe. Proporcje rozkładają się różnie także w przypadku kwot uznawanych za wystarczające zabezpieczenie finansowe.

– Osoby między 18. a 24. rokiem życia czują się bezpiecznie mając na koncie 1 tys. zł. Osoby starsze czują się bezpiecznie mając 5 tys. zł, natomiast osoby powyżej 60. roku życia wskazują kwotę rzędu 10 tys. zł jako absolutne minimum bezpieczeństwa – podkreśla Karolina Łuczak.

Badanie dyrektorów marketingu sieci handlowych 2019 (Nielsen)

Nielsen zapytał dyrektorów marketingu pracujących w sieciach handlowych, co ich zdaniem najlepiej wpływa na wyniki sprzedaży. Wszyscy wskazali na narzędzie bardzo dobrze znane od wielu lat – gazetki promocyjne.

Gazetki to numer 1 wśród narzędzi marketingowych większości rozmówców, z którymi Nielsen właśnie przeprowadził wywiady.

Okazuje się, że w wielu sieciach handlowych to wciąż gazetka konstytuuje komunikację marketingową. Wokół niej budowana jest pozostała część omnichannel’owych promocji, w tym procesy logistyczno-operacyjne (jak np. zaopatrzenie sklepów).

Marketerzy podkreślają, że to najlepsza i najskuteczniejsza forma komunikacji z klientami i konsumentami jeśli kryterium jest realizacja celu sprzedażowego. W opinii większości rozmówców gazetki są obecnie nie do zastąpienia. Jednak, na co trzeba zwrócić uwagę, marketerzy kładą nacisk na „tu i teraz” spodziewając się, że ta ich opinia o gazetkach prawdopodobnie będzie się zmieniać w przyszłości.

– Próby rezygnacji z tego kanału marketingowego były i są wciąż podejmowane przez naszych zleceniodawców – potwierdza Adam Puciata, prezes CTRL System, jednej ze spółek zajmujących się dystrybucją gazetek promocyjnych dla sieci handlowych. – Ale pogarszające się wyniki sprzedażowe powodują, że po krótszym lub dłuższym czasie, poszczególni decydenci wracają do promocji opartej również na gazetce.

Zmiana jednak nastąpi i gazetki przestaną odgrywać tak ważną rolę, przewidują marketerzy. Ale nie nastąpi szybko, ponieważ ma charakter „pokoleniowy”, związana jest z wejściem w dorosłość tych nastolatków, którzy teraz wychowują się w świecie Internetu i ogólnodostępnego wi-fi. Tę perspektywę marketerzy nakreślają na okres 5-10 lat. I będzie to raczej ewolucja niż rewolucja, uważają. Niemniej ta zmiana jest w ich odczuciu nieuchronna i będzie systematycznie postępować, prowadząc do ograniczenia rozwiązań offline’owych.

– Dyrektorzy marketingu podkreślają znaczenie zróżnicowania narzędzi komunikacji marketingowej i zachowanie synergii pomiędzy nimi. Papierowe gazetki wciąż pozostają, także w opinii marketerów, bardzo skutecznym narzędziem komunikacji, kluczowym w generowaniu celów sprzedażowych. I faktycznie dziś z papierowych gazetek korzystają kupujący niezależnie od wieku. Gazetki są zarówno źródłem wiedzy o promocjach, jak i coraz częściej źródłem wiedzy o dostępnym asortymencie i nowościach – wyjaśnia Beata Kaczorek, Consumer and Shopper Director w Nielsenie.

Dodatkowej wiedzy o tym, jak konsumenci korzystają z papierowych gazetek, dostarcza również raport syndykatowy Nielsena „Jak promować efektywnie”. Wynika z niego, że łączna sprzedaż wsparta gazetką na rynku spożywczym stanowi 19% całkowitej wartości sprzedaży i wynosi ponad 5 mld złotych. Poziom ten jest stabilny od 4 lat.

Duża grupa konsumentów korzysta z gazetek, niemal 60% z nich wzięło gazetkę ze sklepu lub skorzystało z aplikacji mobilnej lub strony sklepu w ciągu ostatnich 7 dni. Co musi wzbudzać refleksję – z gazetek papierowych korzystają nie tylko osoby starsze. Różnice w profilu użytkowników gazetek papierowych i tzw. gazetek online nie są mocno zróżnicowane.

Dane te dowodzą, że gazetki papierowe w najbliższym czasie będą nadal towarzyszyć konsumentom i mieć wpływ na ich decyzje zakupowe.

O badaniu

Badanie dyrektorów marketingu sieci handlowych zostało zrealizowane matodą IDI (indywidualne wywiady pogłębione, prowadzone osobiście lub w formie telefonicznej) w okresie czerwiec – październik 2019 r. total N=6.

Celem badania było m.in. lepsze zrozumienie roli gazetek promocyjnych dla firm z branży retail, poznanie trendów w obszarze komunikacji marketingowej.

Rekrutowano osoby z ogólnopolskich sieci zajmujących się sprzedażą detaliczną, różnych kategorii produktów, od spożywczych poprzez kosmetyczno-chemiczne czy zajmujące się wyposażeniem domu. Osoby badane to zarządzający z dużym stażem zawodowym, najczęściej pracujący w obszarze marketingu od ponad 10 lat.

Trump pozwala Turkom zaatakować Kurdystan. Co to oznacza dla Polski?

Amerykańska administracja zdecydowała się wycofać swoje wojska z terenów Kurdystanu i północnej Syrii. Tym samym dała zielone światło atakowi Turcji, która od dawna prześladowała Kurdów żyjących przy jej granicach. Ten trudny i kontrowersyjny ruch prezydenta Trumpa sprawił, że pozostawieni bez ochrony Kurdowie stali się celem tureckiej agresji. Decyzja Ameryki dziwi szczególnie dlatego, że to właśnie kurdyjska armia odpowiedzialna jest za stłumienie działalności państwa islamskiego. Takie odwrócenie się od swoich sojuszników przez amerykańską administrację niepokoi Polskę. Nasze bezpieczeństwo w regionie również zależne jest od sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. I chociaż nasza pozycja jest pewniejsza, ze względu na przynależność do NATO, prorosyjskie zachowania Trumpa powinny być dla nas znakiem ostrzegawczym.

– Turcja, która jest naszym sojusznikiem w ramach NATO, zmienia swoją pozycję geopolityczną. W ostatnich latach wykonuje pozytywne gesty w kierunku Rosji, co widać w jej stosunku do Kurdów i państwa islamskiego. Wsparcie Turcji i pozostawienie Kurdów samym sobie przez prezydenta USA to bardzo niepokojące sygnały, wskazujące na jego relację z Rosją – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski,  prezes Instytutu Jagiellońskiego.  Prezydentura Donalda Trumpa, a także jego kampania wyborcza, wzbudzają wiele wątpliwości. Prezydentowi i jego administracji zarzuca się sprzyjanie Federacji Rosyjskiej i jej interesom. W Stanach Zjednoczonych toczą się na ten temat śledztwa. Przyzwolenie na turecki atak na Kurdów może potwierdzać te zarzuty. Turecka agresja pozwala bowiem Federacji Rosyjskiej na rozszerzenie strefy wpływów, a przynajmniej przekształcenie części graczy na bliskim wschodzie w państwa bardziej neutralne wobec Rosji – mówi Roszkowski.

Ceny zniczy na Wszystkich świętych 2019

Prawie połowa badanych chce wydać w tym roku na znicze od 30 do 40 zł. Większość planuje kupić 4-5 szt. Łącznie aż 60% będzie szukało lampek w promocji. Tymczasem sklepy oferują ich o ponad 80% mniej niż w ub.r. Najmocniej ograniczyły obniżki dyskonty i hipermarkety, w których 58% ankietowanych zamierza dokonać zakupu. Natomiast co piąta osoba zrobi to przy samym cmentarzu. Dodatkowo znicze z rabatem zdrożały średnio o 23%. Najbardziej widać to w hipermarketach, gdzie ceny poszły w górę o ponad 20%. Z kolei w dyskontach spadły o blisko 7%.

Z ogólnopolskiego badania Hiper-Com Poland i Grupy AdRetail wynika, że 45% Polaków przeznaczy w tym roku na znicze od 30 do 40 zł, a 31% – od 40 do 50 zł. Więcej pieniędzy chce zainwestować tylko 9% ankietowanych. Przeważnie za deklarowane kwoty konsumenci planują nabyć 4-5 sztuk – 51%. 3-4 lampki zamierza kupić 25% ankietowanych, a więcej niż 5 przewiduje 14% klientów.

– Jeszcze kilka lat temu deklarowana kwota wynosiła ok. 25-30 zł. Biorąc pod uwagę, że oprócz lampek konsumenci kupują też wieńce, stroiki i wiązanki, to wskazane w badaniu sumy robią spore wrażenie. Społeczeństwo bogaci się. I z roku na rok będzie wydawało coraz więcej pieniędzy przed Wszystkimi Świętymi – komentuje dr Maria Andrzej Faliński, wieloletni obserwator rynku detalicznego.

Większość Polaków, bo łącznie aż 60%, będzie szukało promocji. Co ciekawe, 19% w ogóle tego nie planuje, a 15% zamierza nabywać znicze w regularnych cenach. Choć wśród konsumentów przeważa oszczędne podejście do zakupów, to jednak niemała część z nich nie chce podchodzić w sposób ekonomiczny do kwestii upamiętnienia zmarłych.

– Dane z gazetek pokazują, że w porównaniu do ub.r. sieci handlowe mocno ograniczyły liczbę promocji. Od 1 do 25 października br. oferowały ich o blisko 82% mniej niż w analogicznym okresie ub.r. Trzeba wiedzieć też o tym, że znicze zdrożały od zeszłego roku. A żadna sieć nie chce promować produktów w podwyższonych cenach, bo klienci mogliby dostrzec różnice – zauważa Katarzyna Grochowska, Project Manager w Hiper-Com Poland.

Największe spadki odnotowano w dyskontach i hipermarketach – odpowiednio o 48,50% i o 23,63%. Zdaniem Karola Kamińskiego, Dyrektora Zarządzającego w Grupie AdRetail, te wyniki nie są zaskakujące. Wskazane formaty i tak spodziewają się, że klienci sięgną po ten asortyment w ich sklepach przy okazji dużych i regularnych zakupów. Dlatego nie eksponują go tak mocno w gazetkach jak w zeszłym roku, gdy ceny były niższe. Dla porównania, w kanale convenience spadek był na poziomie niespełna 10%, a w supermarketach pod tym względem nic się nie zmieniło.

– Z danych wynika również, że w porównaniu do ub.r. znicze w promocji zdrożały średnio o 23%, najbardziej w hipermarketach – o 20,70%. Wzrost cen zniczy jest powiązany z innymi podwyżkami.  Benzyna drożeje, a wraz z nią produkty, które wymagają transportowania. Z kolei rosnące opłaty za energię elektryczną zwiększają koszt produkcji towarów i ich magazynowania. Dlatego klient w tym roku zapłaci więcej za ww. produkt – dodaje Katarzyna Grochowska.

Cena promocyjna spadła tylko w dyskontach – o blisko 7%. Karol Kamiński dostrzega między tym formatem a hipermarketem sporą rozbieżność, jak na tak niszowy i sezonowy produkt. Ekspert sądzi, że przez ten sprytny ruch dyskonty będą miały w tym roku największe przychody i to nie tylko ze sprzedaży zniczy, ale też innych artykułów kupowanych z myślą o Wszystkich Świętych.

– Najwięcej konsumentów zamierza kupić znicze w dyskontach – 31%. Niewiele mniej osób wskazuje hipermarkety – 27%. Zatem główna walka o zyski rozegra się między tymi formatami, co jest dość oczywiste. Klientów przekona skala różnego typu produktów, które można nabyć wraz z lampkami. Bazary uzyskały w badaniu 6%, a okolice cmentarzy – 19%. To łącznie 25%. Natomiast szeroko pojęte placówki handlowe mają w sumie aż 72%. Sprzedaż zniczy najbliżej nagrobków czy na targowiskach nie zniknie, ale jej udział będzie spadał w kolejnych latach – podsumowuje dr Faliński.

Badanie odbyło się pomiędzy 12 a 23 października br. na terenie 16 dużych miast, a także 14 średnich i mniejszych miejscowości. Łącznie ankieterzy przeprowadzili 1008 wywiadów z osobami w wieku od 18. do 65. roku życia. Z kolei dane z gazetek promocyjnych były porównywane z okresu od 1 do 25 października tego i poprzedniego roku.

Polska firma ograniczyła wpływ produkcji betonu na środowisko. Jej działania dostrzegła międzynarodowa organizacja

Polska firma ograniczyła wpływ produkcji betonu na środowisko. Jej działania dostrzegła międzynarodowa organizacja 7

Polska stanowi piąty co do wielkości rynek betonu towarowego w Europie z wolumenem produkcji ponad 25 mln m3. Ze względu na wymogi środowiskowe producenci betonu muszą redukować wpływ procesu jego produkcji na środowisko. W tym celu mogą m.in. wykorzystywać kruszywa z recyklingu i mieszanki cementowe z dużą zawartością dodatków mineralnych do produkcji betonu czy ograniczać wodę zużywaną do wytworzenia cementu. Między innymi za takie działania Grupa Górażdże jako pierwsza w Polsce otrzymała certyfikat CSC Concrete Sustainability Council, który świadczy o jej zaangażowaniu w działania proekologiczne.

– W ramach systemu certyfikacji CSC zrównoważony rozwój jest postrzegany w sposób holistyczny, ze zwróceniem uwagi na aspekty społeczne, środowiskowe i gospodarcze. Trzeba spełnić liczne wymogi środowiskowe, związane z emisjami, zużyciem wody i energii, oraz kryteria społeczne. Grupa Górażdże osiągnęła świetne wyniki we wszystkich tych aspektach, dlatego otrzymała certyfikat CSC w wariancie srebrnym – mówi Christian Artelt, przewodniczący Rady ds. Zrównoważonego Betonu CSC – To pierwszy certyfikat CSC przyznany polskiemu podmiotowi. Otrzymały je zakłady w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu, co pokazuje, że Górażdże Beton nie tylko mówi o zrównoważonym rozwoju, ale stosuje jego zasady w praktyce.

Działania ograniczające wpływ przemysłu cementowego i betonowego na środowisko to jeden z filarów strategii zrównoważonego rozwoju dla Grupy Górażdże, należącej do HeidelbergCement, jednego z największych na świecie producentów materiałów budowlanych operującego na 60 rynkach zagranicznych.

Cele grupy do 2030 roku zakładają m.in. obniżenie emisji dwutlenku węgla przy produkcji klinkieru o 30 proc. (w porównaniu z 1990 rokiem), 80-procentowy wskaźnik wykorzystania paliw alternatywnych do wypalania klinkieru w piecach cementowych, maksymalne ograniczenie zużycia wody i zwiększenie udziału wody pozyskiwanej w recyklingu przy produkcji betonu oraz szereg projektów związanych z bioróżnorodnością. Między innymi za sukcesywną realizację tej strategii Grupa Górażdże – jako pierwsza w Polsce – otrzymała certyfikat CSC Concrete Sustainability Council, który świadczy o jej odpowiedzialnym podejściu do całego łańcucha dostaw i zaangażowaniu w działania proekologiczne.

– Beton był, jest i będzie nadal podstawowym materiałem konstrukcyjnym. Przyszłość branży betonowej jest ściśle związana z ograniczaniem negatywnego wpływu na środowisko. Rosnąca świadomość, wymagania inwestorów i wykonawców są dodatkowym stymulatorem działań w tym kierunku – mówi Przemysław Malinowski, dyrektor zarządzający w spółce Górażdże Beton.

Jak podkreśla, aby działać bardziej proekologicznie, branża musi m.in. wykorzystywać w procesie produkcji betonu kruszywa z recyklingu i mieszanki cementowe z dużą zawartością dodatków mineralnych oraz ograniczać wodę zużywaną do wytworzenia cementu.

Dyrektor marketingu i komunikacji w Grupie Górażdże Andrzej Losor również podkreśla, że takie działania prośrodowiskowe są m.in. efektem rosnącej świadomości klientów i inwestorów, którzy przykładają do nich coraz większą uwagę.

– Jesteśmy przekonani, że ten certyfikat będzie wartością dla naszych klientów, będzie pomagał im wyróżniać się na rynku i realizować odważne, nowoczesne, zielone inwestycje. Z drugiej strony wierzymy, że ten certyfikat będzie pewnego rodzaju standardem dla branży – mówi Andrzej Losor – System certyfikacji bierze pod uwagę nie tylko jakość produktu i odpowiedzialność wobec środowiska, lecz także aspekty etyczne, rzadko uwzględniane w tego typu certyfikatach. Ta obejmuje m.in. odpowiedzialność wobec pracowników, aspekty bezpieczeństwa i innowacyjność – podkreśla.

Beton to materiał ekologiczny, który w całości podlega procesom recyklingu. Jednak jego produkcja nie jest obojętna dla środowiska na świecie cały przemysł cementowy odpowiada za około 5 proc. całkowitej emisji dwutlenku węgla. Ze względu na wymogi środowiskowe producenci betonu chcą więc redukować wpływ procesu produkcji na środowisko. Dla branży coraz większym problemem są regulacje środowiskowe i rosnące ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Częściowo rozwiązuje je właśnie produkt finalny, czyli beton. Cement przetworzony do postaci betonu staje się materiałem energooszczędnym, wiążącym dwutlenek węgla i oczyszczającym powietrze z NOx (tlenków azotu).

Beton może także oczyszczać powietrze ze smogu i spalin samochodowych. Wprowadzenie niewielkich ilości dwutlenku tytanu (TiO2) do wierzchniej warstwy betonu – z którego powstają np. nawierzchnie drogowe, kostka brukowa i ściany tuneli – pozwala skutecznie wiązać dużą część niebezpiecznych tlenków azotu, a następnie bezpiecznie usuwać je w kontakcie z wodą deszczową, prowadząc do samooczyszczenia się tych powierzchni. Badania PAN i Politechniki Warszawskiej wskazują, że nawierzchnia betonowa z dodatkiem takiego fotokatalizatora może spowodować 30-procentową redukcję stężenia tlenków azotu w powietrzu.

– Beton jest jednym z najmniej emisyjnych materiałów w procesie produkcji i w całości podlega procesom recyklingu. Jest produkowany lokalnie, z lokalnych materiałów i transportowany na niewielkie odległości (co dodatkowo ogranicza ślad węglowy – przyp. red.). W produkcji betonu używa się też materiałów powstających z procesu spalania ubocznych produktów energetyki przemysłowej, są to np. popioły lotne – podkreśla Przemysław Malinowski, dyrektor zarządzający w spółce Górażdże Beton.

Elektromobilność i autonomiczne pojazdy rewolucjonizują branżę oponiarską. Opony nowej generacji będą informować kierowcę o zagrożeniu na drodze

Elektromobilność i autonomiczne pojazdy rewolucjonizują branżę oponiarską. Opony nowej generacji będą informować kierowcę o zagrożeniu na drodze 8

Pojawienie się na rynku pojazdów elektrycznych i autonomicznych ma przełożenie nie tylko na sektor automotive, lecz także na branżę oponiarską. Coraz bardziej zaawansowane technologicznie samochody wymuszają wprowadzanie kolejnych przełomowych rozwiązań. Już w tej chwili opony nowej generacji są w stanie wydłużyć zasięgi samochodów elektrycznych o blisko 20 proc., zredukować hałas czy zapewnić szczelność opony po jej uszkodzeniu. Za kilka lat na rynku pojawią się takie, które będą się komunikować z pojazdem i informować np. o zagrożeniu na drodze. 

– Trendy na rynku opon mamy dzisiaj bardzo zbieżne z trendami na rynku automotive. Pierwszy to elektromobilność, a drugi to autonomiczne pojazdy. Elektromobilność wyznacza również kierunek rozwoju branży oponiarskiej i wiąże się m.in. z oczekiwaniem coraz niższych oporów toczenia, zwiększonych zasięgów pojazdów elektrycznych i większego komfortu podróżowania poprzez ograniczenie hałasu. Ten hałas był dotąd generowany przez silniki spalinowe. Silniki elektryczne pracują dużo ciszej, w związku z czym musimy zapewnić też cichsze opony tak, aby ten komfort podróżowania był na bardzo wysokim poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Wójcik, dyrektor generalny Continental Opony Polska.

Producenci samochodów podczas opracowywania pojazdów nowej generacji potrzebują opon o specyficznych parametrach. Ich oczekiwania wobec opony są uzależnione m.in. od mocy pojazdu, segmentu czy zastosowanego napędu. Odpowiadając na ich potrzeby, producenci ogumienia muszą tworzyć coraz bardziej zaawansowane technologicznie opony, które m.in. obniżą zużycie paliwa oraz emisję spalin czy pozwolą zwiększyć zasięg samochodów elektrycznych. Z testów przeprowadzonych przez Continental wynika, że zaawansowane technologicznie opony są w stanie wydłużyć zasięgi samochodów elektrycznych nawet o 20 proc.

– Polski rynek opon samochodowych o wysokich osiągach rośnie blisko trzykrotnie szybciej niż w Europie, a takie pojazdy wymagają nowoczesnych technologii. Te, które można już dzisiaj wyróżnić, to technologia ContiSilent, która wspiera ograniczenie hałasu odczuwalnego w środku pojazdu oraz technologia ContiSeal, która zapewnia szczelność opony nawet po jej uszkodzeniu – wymienia Dariusz Wójcik.

Równie ważnym trendem, który ma wpływ na kierunek rozwoju branży motoryzacyjnej i oponiarskiej jest łączność pojazdów z otoczeniem (connected cars). Jak podkreśla dyrektor generalny Continental Opony Polska, w nadchodzących latach na rynku pojawią się już inteligentne opony, które zwiększą bezpieczeństwo podróżujących. Takie ogumienie będzie mogło się komunikować z pojazdem oraz informować użytkownika o ewentualnym uszkodzeniu, stopniu zużycia czy niebezpiecznej sytuacji na drodze.

Bezpieczeństwo jest kluczowym aspektem nowych trendów w mobilności. Opony są jedynym punktem styku samochodu z drogą, dlatego mają ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa jazdy. Ubiegłoroczne badanie Moto Data pokazuje, że kierowcy są tego świadomi. W Polsce aż 79 proc. z nich popiera wymóg wprowadzenia obowiązku jazdy na oponach z homologacją zimową. Rozmiar kół, rodzaj oraz jakość opon są też ściśle powiązane z działaniem elektronicznych systemów bezpieczeństwa w nowoczesnych samochodach.

– Opony są jednym z systemów bezpieczeństwa same w sobie, ponieważ m.in. skracają drogę hamowania i współpracują z innymi systemami. Od stanu opony czy głębokości bieżnika zależy droga hamowania na mokrej bądź suchej nawierzchni oraz trakcja – czyli możliwość przeniesienia sił z pojazdu na podłoże – wyjaśnia Łukasz Kusiak, product manager w Continental Opony Polska. – Głębokość bieżnika ma tutaj kluczowe znaczenie. Im więcej bieżnika, tym droga hamowania na mokrej czy ośnieżonej nawierzchni jest krótsza. Rekomendujemy wymianę opon zimowych już przy głębokości bieżnika równej 4 milimetry, o czym informuje specjalny znacznik na oponie. Taka głębokość wciąż zapewnia optymalne bezpieczeństwo. Poniżej tej granicy droga hamowania drastycznie się wydłuża – przestrzega.

Już w tej chwili 4 na 5 pojazdów poruszających się po drogach całego świata jest wyposażonych w innowacje opracowane przez Continental. Tylko w ubiegłym roku wydatki na działalność badawczo-rozwojową oraz rozbudowę zakładów produkcyjnych przekroczyły 6,3 mld euro. Koncern zatrudnia ok. 49 tys. inżynierów, którzy zajmują się opracowywaniem kolejnych przełomowych technologii. Firma ściśle współpracuje z producentami samochodów osobowych i ciężarowych w celu opracowywania coraz bardziej zaawansowanych technologicznie opon i systemów.

Continental inwestuje m.in. w rozwój technologii truck platooningu, która jest jednym z kluczowych trendów rozwoju transportu drogowego. Szacuje się, że wartość światowego rynku konwojowania ciężarówek wyniesie do 2028 r. 1,14 mld dol. Wyniki pierwszych testów uniwersalnego systemu Platooning Demonstrator, opracowanego przez Continental we współpracy z Knorr-Brems, są na tyle obiecujące, że obecnie trwają prace rozwojowe polegające na dostosowaniu rozwiązania do wymagań klientów. Konwoje ciężarówek to źródło wielu korzyści w postaci większej przepustowości drogi, mniejszych oporów powietrza i stałej prędkości, a to przekłada się na niższe spalanie i zmniejszenie negatywnego wpływu na środowisko.

– Współpracując z producentem pojazdu, jesteśmy w stanie sprostać bardzo konkretnym wymaganiom w zakresie parametrów komponentów, które dostarczamy. Nie są to tylko opony, lecz także elementy takie jak np. radary, które są wykorzystywane m.in. w truck platooningu, czyli łączeniu ciężarówek w konwoje – mówi Krzysztof Otrząsek, Fleet & Digital Solutions Manager w Continental Opony Polska. – Połączenie dwóch lub więcej ciężarówek w konwoju, z wykorzystaniem technologii łączności i zautomatyzowanych systemów wspomagania prowadzenia pojazdu, dzięki zmniejszonym odległościom i stałej prędkości jazdy w konwoju, pozwala wygenerować dodatkowe oszczędności w zużyciu paliwa na poziomie ok. 4 proc. Ponadto zaawansowane czujniki umożliwiają reakcję na sytuacje awaryjne w 0,1 sekundy, czyli o 1,3 sekundy szybciej niż człowiek – dodaje.

Dla branży automotive Continental chce być kluczowym partnerem w zakresie przełomowych rozwiązań technologicznych. Dlatego – obok producentów samochodów – podejmuje partnerstwa również z głównymi graczami z sektora technologii mobilnej. Koncern współpracuje m.in. z T-Systems (największym dostawcą usług IT w branży motoryzacyjnej w Niemczech) czy grupą telekomunikacyjną Vodafone. Międzynarodowy operator telefonii komórkowej zapewnia łączność dla platformy ContiConnect – kompleksowego narzędzia do zdalnego monitoringu ciśnienia i temperatury opon dla flot. System zapewnia pełną kontrolę w czasie rzeczywistym, co pozwala zapobiegać awariom, wydłużyć żywotność opon oraz zredukować zużycie paliwa.

Razem z Hewlett Packard Enterprise firma opracowuje z kolei platformę umożliwiającą bezpieczną wymianę danych pomiędzy pojazdami opartą na technologii blockchain. Do końca 2022 roku Continental planuje też zwiększyć liczbę własnych ekspertów ds. oprogramowania i IT o 30 proc. – z obecnych 19 do 25 tys. specjalistów.

Inteligentne systemy do zarządzania firmą wprowadzają innowacje do biznesu. Są coraz powszechniejsze i prostsze w obsłudze

Inteligentne systemy do zarządzania firmą wprowadzają innowacje do biznesu. Są coraz powszechniejsze i prostsze w obsłudze 9

Biznes przechodzi cyfrową transformację. Dla firm ważnym jej elementem są systemy ERP – cyfrowa baza, która ułatwia zarządzanie przedsiębiorstwem. System rejestruje dane z głównych obszarów działalności firmy, m.in. finansów, księgowości, produkcji i obsługi klienta, łącząc je w spójną bazę. Dzięki temu wspomaga m.in. podejmowanie strategicznych decyzji i realizację zadań przez pracowników. Jednymi z najpowszechniej wykorzystywanych są systemy SAP, jednak firma w 2025 r. zakończy wspieranie starszych wersji systemu ERP. Firmy powinny przed tym terminem przejść na nową wersję systemu, pozwalającą wprowadzić do przedsiębiorstwa elementy uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji.

– Najnowsze technologie są już wokół nas i cechują się dużą dostępnością, dlatego firmy muszą z nich korzystać. Jeśli tego nie zrobią, zostaną w tyle za konkurencją, tracąc przychody. Jeśli ziści się najczarniejszy scenariusz zupełnie – wypadną z rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Wawrzyniak, automotive solution architect w Hicron.

Cyfrowa transformacja, oparta na technologiach, stała się już dla biznesu koniecznością niezależnie od branży i wielkości firmy. Warunkuje konkurencyjność przedsiębiorstwa i jego pozycję na rynku, umożliwia tworzenie nowych modeli biznesowych i pozwala lepiej odpowiadać na potrzeby klientów. Według raportu IDC („Worldwide Semiannual Digital Transformation Spending Guide”) – firmy na całym świecie dokonują już znaczących inwestycji w technologie i usługi, które umożliwiają cyfrową transformację ich organizacji i modeli biznesowych. W tym roku globalne wydatki na ten cel mają sięgnąć 1,18 bln dol. – co w porównaniu z poprzednim oznacza prawie 18-procentowy wzrost.

– Transformacja cyfrowa zakłada szerokie wykorzystanie nowych technologii, które mogą być zastosowane w celu usprawnienia modeli biznesowych, a nawet znalezienia nowych, by ulepszyć procesy w ramach organizacji czy poszukiwać nowych możliwości generowania przychodów – mówi Janusz Wawrzyniak.

Ważny element transformacji firm w kierunku cyfrowym to systemy ERP (ang. enterprise resources planning), które wspomagają zarządzanie zasobami przedsiębiorstwa. W uproszczeniu jest to pakiet zintegrowanych narzędzi, które rejestrują dane z najważniejszych obszarów działalności firmy, m.in. finansów, księgowości, kadr, produkcji, obsługi klienta czy wsparcia sprzedaży, łącząc je w spójną bazę. To ułatwia podejmowanie strategicznych decyzji i wspomaga zarządzanie przedsiębiorstwem.

Jednym z obecnie najchętniej wykorzystywanych jest SAP S/4HANA, który pozwala prowadzić biznes w czasie rzeczywistym. Firmowe dane są przetwarzane w pamięci RAM, dzięki czemu narzędzie działa szybciej i eliminuje opóźnienia wynikające z przetwarzania dużej ilości danych, które występują w przestarzałych systemach ERP.

– Z perspektywy biznesowej S/4HANA to cyfrowa baza, która jest fundamentem inteligentnego przedsiębiorstwa. Jej wdrożenie może oznaczać naprawdę znaczące zmiany w firmie, jej procesach i modelu biznesowym. Z tej perspektywy można na to spojrzeć jak na organizacyjną rewolucję – mówi Janusz Wawrzyniak.

Główne korzyści z wdrożenia S/4HANA to możliwość wykorzystania w firmie nowych technologii. System pozwala m.in. na automatyzację zadań, dzięki korzystaniu z rozwiązań angażujących uczenie maszynowe oraz sztuczną inteligencję. Ma też wbudowany moduł analiz, który na podstawie gotowych prognoz i symulacji pozwala użytkownikowi na podejmowanie lepszych decyzji w krótszym czasie.

– S/4HANA to łatwość łączenia się z użytkownikami na różnych urządzeniach za pośrednictwem technologii Internet of Things oraz bezproblemowe nawiązywanie połączeń z różnymi sieciami biznesowymi, dzięki czemu możliwa jest kompleksowa digitalizacja wszystkich procesów w firmie – przekonuje ekspert.

Łatwość i wygodę użytkowania skomplikowanego systemu zapewni nowy interfejs użytkownika Fiori, który pozwoli lepiej wykorzystać innowacje wprowadzone w systemie. Interfejs dostępny jest na wszystkich urządzeniach pracowników – komputerach osobistych, tabletach i smartfonach – zapewniając spójne środowisko pracy.

– Dzięki technologii uczenia maszynowego potrafi poprowadzić użytkownika przez system, sugerując mu najlepsze sposoby pracy w SAP. Użytkownik otrzymuje też powiadomienia o zadaniach, które powinny być wykonane w danym czasie – mówi Janusz Wawrzyniak. – Najnowsza wersja interfejsu Fiori 3 wprowadza do środowiska SAP zupełnie nową technologię SAP CoPilot, czyli cyfrowego asystenta, co pozwala na interakcje z użytkownikiem przy użyciu języka naturalnego – dodaje.

Interfejs Fiori pozwala również na łatwe wprowadzanie mobilnych scenariuszy (np. do zarządzania zadaniami w terenie czy automatyzacji sprzedaży). Dzięki temu pracownicy mogą szybko reagować na zadania niezależnie od czasu i miejsca, w którym się znajdują, np. przy pomocy smartfona.

– Fiori zapewnia wysoką jakość obsługi użytkownika, co przynosi faktyczne korzyści dla firmy. Są to korzyści finansowe, wynikające z efektywniejszej pracy użytkowników w nowym interfejsie, oszczędności w zakresie szkoleń oraz zyski związane z pracą na danych w czasie rzeczywistym i terminowym realizowaniem zadań dzięki różnorodnym powiadomieniom. Interfejs nie wymaga żadnych objaśnień i nie sprzyja popełnianiu błędów podczas pracy w systemie SAP. Z drugiej strony mamy korzyści personalne, ponieważ dobry interfejs wpływa na zadowolenie użytkowników i zaangażowanie w pracę oraz wzajemne relacje zarówno wewnątrz firmy, jak i z działem informatycznym – mówi Janusz Wawrzyniak.

SAP do 2025 roku zakończy wspieranie starszych wersji systemu ERP. To oznacza, że firmy, które chcą dalej korzystać z aktualizacji i nowych funkcjonalności, będą musiały wdrożyć S/4HANA przed tym terminem. W przeciwnym wypadku ich oprogramowanie nie będzie wspierane m.in. pod kątem obsługi błędów wynikających ze zmieniającego się ustawodawstwa czy nowych możliwości technologicznych.

– Po 2025 r. klienci nie będą mogli już korzystać z oficjalnej pomocy technicznej SAP ani z aktualizacji zabezpieczeń. Podjęcie decyzji zależy od konkretnych sytuacji, ale zalecany jest scenariusz konwersji na S/4HANA. Oficjalne wsparcie techniczne to jedno, a posiadanie o wiele większej gamy rozwiązań cyfrowych do usprawnienia naszej działalności to drugie – podkreśla ekspert.

Tylko co czwarta mikro-, mała i średnia firma wie, czym jest społeczna odpowiedzialność biznesu. Większość jednak podejmuje działania prospołeczne

0

Tylko co czwarta mikro-, mała i średnia firma wie, czym jest społeczna odpowiedzialność biznesu. Większość jednak podejmuje działania prospołeczne 10

Małe i średnie polskie firmy mają problem ze zrozumieniem terminu CSR – tylko co czwarta wie, czym jest społeczna odpowiedzialność biznesu. Często jednak podejmują działania CSR-owe, nawet nie zdając sobie z tego sprawy – wynika z raportu EFL „CSR w MŚP. Pod lupą”. Choć 71 proc. mikro-, małych i średnich firm nie zna definicji CSR, to po zapoznaniu się z nią aż 67 proc. deklaruje aktywność w tym obszarze. Wciąż jednak ponad 90 proc. nie ma żadnej strategii w tym obszarze, a 59 proc. podmiotów z sektora MŚP realizujących działania CSR nie ma również wyznaczonego żadnego budżetu na ten cel.

– Definicja CSR-u to prowadzenie działalności biznesowej w sposób odpowiedzialny, ze zrozumieniem konsekwencji podejmowanych działań dla społeczeństwa i środowiska, w którym funkcjonujemy, oraz dla naszych klientów, pracowników – mówi Radosław Woźniak, prezes zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego.

Społeczna odpowiedzialność biznesu (ang. corporate social responsibility, CSR) zakłada, że firma realizuje swoje cele biznesowe z poszanowaniem środowiska i bierze odpowiedzialność za wpływ, jaki wywiera na swoje otoczenie (pracowników, klientów, dostawców i lokalne społeczności). Poza aspektem etycznym CSR buduje pozytywny wizerunek firmy, bo społecznie zaangażowany biznes cieszy się większym zaufaniem klientów, partnerów i inwestorów.

W Polsce coraz więcej firm wpisuje CSR na stałe do swojej strategii. Jednak jak wynika z najnowszego raportu EFL „CSR w MŚP. Pod lupą” – biznes wciąż ma w tym obszarze wiele do zrobienia. 7 na 10 przedsiębiorstw nie potrafi podać definicji CSR i tylko 24 proc. zadeklarowało znajomość tego terminu. Blisko połowa (49 proc.) badanych firm nie ma z nim żadnych skojarzeń. Wśród tych, które znają termin CSR, najczęściej podawane skojarzenia dotyczą etyki, moralności i odpowiedzialności (11,4 proc.), troski o pracowników (6,6 proc.), o środowisko naturalne (3,6 proc.) oraz o lokalną społeczność (3,8 proc.). Raport pokazuje też, że z definicją CSR-u najbardziej obeznane są branże: produkcyjna (32 proc.) i transportowa (26 proc.), a w najmniejszym stopniu – branża budowlana (17 proc.).

Co więcej – im większa firma, tym większa wiedza na temat obszaru społecznej odpowiedzialności biznesu. Definicję CSR zna tylko 17 proc. mikrofirm, podczas gdy wśród średnich ten odsetek wynosi już 30 proc.

– Z tego raportu wynika przede wszystkim, że CSR jako zdefiniowane zjawisko jest niezrozumiany i trudno postrzegany przez małe i średnie przedsiębiorstwa. Natomiast w momencie, kiedy zadajemy szczegółowe pytania o to, jakie konkretne działania prowadzą nasi respondenci w obszarze ochrony środowiska czy rozwoju pracowników – wówczas okazuje się, że aż 67 proc. firm prowadzi działania CSR-owe, choć nawet nie zdają sobie z tego sprawy – mówi Radosław Woźniak.

Raport EFL pokazuje, że choć 71 proc. mikro-, małych i średnich firm nie zna definicji terminu CSR, to po zapoznaniu się z nią aż 67 proc. przedsiębiorców MŚP deklaruje prowadzenie aktywności w tym obszarze. Najaktywniejsi są przedstawiciele branży HoReCa (83 proc.), z kolei najrzadziej działania CSR realizują firmy handlowe (55 proc.).

– CSR kojarzy się z korporacjami i firmami międzynarodowymi, z dużymi przedsiębiorstwami, które dysponują zasobami, wielkimi budżetami i stać na tego typu działania. Natomiast w rzeczywistości widać wyraźnie, że działania dotyczące rozwoju pracowników, budowania trwałych i poprawnych relacji ze swoimi partnerami biznesowymi, ochrony środowiska rozumianej jako używanie alternatywnych źródeł energii czy segregowanie odpadów nie są zarezerwowane wyłącznie dla wielkich firm, CSR jest w zasięgu praktycznie każdego przedsiębiorstwa – mówi Radosław Woźniak.

Badanie Europejskiego Funduszu Leasingowego pokazuj jednak, że jak na razie tylko 7 proc. mikro-, małych i średnich firm – które realizują działania CSR – ma strategię w tym obszarze. Uwzględniając elementy społecznej odpowiedzialności biznesu w ogólnej strategii firmy czy planach okresowych – można przyjąć, że blisko co piąta (22 proc.) ma w tym zakresie jakikolwiek plan, formalizujący i strukturyzujący działania CSR. Ponad połowa (59 proc.) podmiotów z sektora MŚP realizujących działania CSR nie ma również wyznaczonego żadnego budżetu na ten cel.

Pozytywny jest natomiast fakt, że w 7 na 10 firm firm z sektora MŚP inicjatorem działań z zakresu CSR jest zarząd lub top management. To sprzyja skuteczności takich działań i zapewnia im finansowanie. Z drugiej strony – może jednak niekorzystnie wpływać na utożsamienie się pracowników z aktywnościami podejmowanymi przez firmę w tym obszarze. Co ciekawe, źródłem inicjatywy CSR najrzadziej są działy HR oraz PR/marketing (8 proc.).

Raport „CSR w MŚP. Pod lupą” pokazuje również, że tylko 11 proc. firm ma wyznaczony budżet na ten cel, a kolejne 7 proc. ma pulę środków na działalność CSR-ową w ramach budżetu marketingowego. Co dziesiąta firma przeznacza na nią do 10 tys. zł rocznie, co trzecia – do 100 tys. zł. Ponad 1 mln zł rocznie na działalność CSR przeznacza tylko 3 proc. podmiotów z sektora MŚP.

– Korporacyjna odpowiedzialność biznesu jest istotnym elementem strategii również dla Grupy Crédit Agricole. Jako jej członek w oczywisty sposób prowadzimy w Polsce działania z tego obszaru. Współpracujemy głównie z małymi i średnimi firmami, których w Polsce jest prawie 3 mln i zatrudniają prawie 50 proc. wszystkich pracowników w gospodarce. Jako EFL uważamy, że jesteśmy zobowiązani do tego, aby naszą wiedzę i doświadczenie z obszaru CSR przekazywać naszym klientom i partnerom – tak, żeby oni również mogli działać w tym obszarze – mówi Radosław Woźniak, prezes zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego.

Comiesięczne samobadanie piersi jest najlepszym sposobem na wczesne wykrycie nowotworu. Nawyk ten należy wyrabiać już u nastolatek

Comiesięczne samobadanie piersi jest najlepszym sposobem na wczesne wykrycie nowotworu. Nawyk ten należy wyrabiać już u nastolatek 11

Każdego roku 18 tys. pacjentek słyszy diagnozę rak piersi. W wielu przypadkach kończy się ona tragicznie, bo choroba została wykryta za późno. Mimo różnych zachęt i kampanii edukacyjnych tylko 3 proc. kobiet regularnie wykonuje samobadanie. Właśnie kończy się ósma odsłona kampanii „Dotykam=Wygrywam”, której głównym celem jest promocja profilaktyki raka piersi poprzez regularne samobadanie piersi i noszenie dobrze dobranego biustonosza. W ramach akcji jeszcze przez kilka dni można oddać też stare biustonosze, a środki otrzymane z ich reCYClingu będą wspierać badania profilaktyczne i walkę z nowotworem.​ 

Rak piersi w Polsce jest na pierwszym miejscu wśród nowotworów kobiet. Z danych Krajowego Rejestru Nowotworów wynika, że co roku chorobę tę diagnozuje się u około 18 tys. kobiet, z czego ponad 5 tys. umiera. Pierwszym powodem jest zbyt późne wykrycie zmian nowotworowych. Choroba zdiagnozowana na wczesnym etapie może być niemal w 100 proc. wyleczalna. Według specjalistów najlepszym sposobem na wczesne wykrycie nowotworu jest dokładne poznanie własnych piersi i comiesięczne samobadanie.

– Jeżeli co miesiąc wykonujemy samobadanie piersi, to znamy ich ukształtowanie i wiemy, jak wyglądają w danym okresie. Jesteśmy wtedy w stanie zaobserwować ewentualne zmiany i szybko na nie zareagować. Najlepiej badać piersi zaraz po miesiączce, między 6. a 9. dniem cyklu, bo wtedy piersi są najbardziej miękkie, nie są aż tak czułe. Im bliżej miesiączki, tym większe zachodzą w nich zmiany hormonalne i takie samobadanie może być nieprzyjemne – mówi agencji Newseria Izabela Sakutova, ekspert brafittingu.

Statystyki są jednak niepokojące, bo okazuje się, że zaledwie 2–3 proc. kobiet w Polsce wykonuje regularnie samobadanie.

Moim zdaniem wynika to przede wszystkim ze strachu. Pojęcie kobiet na ten temat jest takie, że lepiej nie interesować się tym tematem, bo co będzie, jak coś znajdę, bo nie wiem, jak się wykonuje samobadanie, więc nie będę tego robić, lepiej nie martwić się na zapas. Wiele kobiet myśli, że ten temat ich nie dotyczy, dopóki nie stanie się tragedia w ich otoczeniu, to wtedy faktycznie zaczynają mieć refleksje. Mam wrażenie, że także komunikaty w mediach kreują taki strach przed rakiem piersi i samobadaniem. Możemy podejść do tematu w inny sposób, bardziej lifestyle’owo, bardziej oswajać z tematem, a nie nim straszyć – mówi brafitterka.

Izabela Sakutova jest pomysłodawczynią kampanii „Dotykam=Wygrywam”. Jej celem jest edukowanie kobiet na temat tego, jak dbać o zdrowie piersi, właśnie poprzez wykonywanie regularnego samobadania i noszenie dobrze dobranego biustonosza.

Kampania „Dotykam=Wygrywam” zajmuje się dbaniem o biust kompleksowo, stąd też brafitting. Od razu obalę jeden mit, który czasami się pojawia w internecie – źle dobrany biustonosz nie spowoduje raka piersi, ale może spowodować wiele innych, nieprzyjemnych konsekwencji, wpływających na nasze zdrowie fizyczne oraz mentalne także – mówi Izabela Sakutova.

Kampania „Dotykam=Wygrywam” realizowana jest przede wszystkim w salonach brafittingowych, które specjalizują się w usłudze indywidualnego doboru bielizny.

W sklepach ustawione są kosze. Zachęcamy kobiety do przyniesienia swoich starych biustonoszy, których nie używają z wielu względów. Dajemy kobietom ekologiczny powód wyczyszczenia szuflad jesienią i oddanie ich do reCYClingu, w ramach którego zbieramy fundusze na działania charytatywne związane z profilaktyką raka piersi. Wspieramy Stowarzyszenie Polskie Amazonki Ruch Społeczny, część środków idzie na badania dla podopiecznych. Wspieramy również fundację Wsparcie na starcie, którą powołałam do życia w tym roku i która buduje w nastolatkach zdrowe nawyki dotyczące ich piersi i działa poprzez edukację w szkołach – mówi Izabela Sakutova.

Część środków z reCYClingu przeznaczona będzie na stworzenie pierwszej polskiej aplikacji mobilnej, która będzie skierowana m.in. do nastolatek i będzie taką „przypominajką”, żeby zrobić samobadanie.

Uważamy, że jest potrzeba na polskim rynku komunikacji kierowanej do nastolatek, by budować w nich zdrowe nawyki od samego początku i wpłynąć na zmianę statystyk. Chodzi o to, by młode dziewczęta miały świadomość, że nie ma nic złego w dotykaniu własnych piersi, w poznaniu ich i w posiadaniu pełnej świadomości tego, że one są zdrowe. Inne fundacje koncentrują się na starszych kobietach, a my uważamy, że rozmowy na ten temat należy zacząć o wiele wcześniej – mówi Izabela Sakutova.

Zbiórka starych biustonoszy trwa do 31 października w całej Polsce. W poprzednich edycjach udało się zebrać 67 000 biustonoszy, czyli prawie 4 tony.

Ministerstwo zdrowia: Cyfryzacja służby zdrowia przyczyni się do zmniejszenia kolejek do specjalistów. 1 listopada ruszają telemedyczne wizyty u lekarzy pierwszego kontaktu

Ministerstwo zdrowia: Cyfryzacja służby zdrowia przyczyni się do zmniejszenia kolejek do specjalistów. 1 listopada ruszają telemedyczne wizyty u lekarzy pierwszego kontaktu 12

Telemedycyna oraz technologie inteligentne mogą odmienić oblicze polskiej służby zdrowia. Przeprowadzenie pełnej cyfryzacji placówek i procedur medycznych usprawni przepływ dokumentów i zautomatyzuje wykonywanie najbardziej czasochłonnych czynności. Inwestowanie w innowacyjne technologie medyczne oraz cyfrową dokumentacje może przyczynić się do zmniejszenia kolejek do specjalistów, a także poprawić wydajność pracy w placówkach medycznych. Według Ministerstwa Zdrowia cyfryzacja nie jest jednak kluczowa

Według raportu „Health at a Glance 2018” Polska ma najmniejszy odsetek lekarzy pośród wszystkich krajów europejskich. Na 1000 obywateli przypada zaledwie 2,4 pracownika służby zdrowia. Niższy wskaźnik ma jedynie Turcja (1,8), zaś średnia dla krajów Unii Europejskiej wynosi 3,6. Tych braków kadrowych nie uda się szybko rozwiązać poprzez zwiększenie zatrudnienia czy rozbudowę infrastruktury medycznej. Z pomocą może przyjść nowoczesna technologia, która zautomatyzuje wykonywanie części procedur oraz przeniesie część z nich do internetu.

– Po raz pierwszy uzyskaliśmy dostęp do kompletu informacji na temat procesów, które dzieją się w cyberprzestrzeni. Widzimy, jakie leki i kiedy otrzymał pacjent i czy wykupił je w aptece. Te informacje są też w naszym Internetowym Koncie Pacjenta, a w przyszłości będą też dostępne dla lekarzy. Recepty, które do tej pory były tylko na kartkach papieru, dzisiaj są dostępne online, można z nich skorzystać przez aplikację mobilną w telefonie razem ze swoim mDowodem Osobistym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Janusz Cieszyński, wiceminister zdrowia.

Nadrzędnym celem ministerstwa związanym z cyfryzacją służby zdrowia jest zrealizowanie unijnego projektu Elektronicznej Platformy Gromadzenia, Analizy i Udostępniania zasobów cyfrowych o Zdarzeniach Medycznych (P1). Usługa ma stanowić szkieletowe rozwiązanie zespalające wszystkie systemy informatyczne funkcjonujące w ramach publicznej służby zdrowia. Platforma pozwoli uruchomić szereg usług medycznych związanych z realizacją świadczeń zdrowotnych.

Już dziś w jej ramach funkcjonuje w Polsce system e-recept i e-zwolnień, a w trakcie wdrażania jest system elektronicznych skierowań do specjalistów. Kolejnym krokiem na drodze do pełnej cyfryzacji będzie promowanie rozwiązań z zakresu telemedycyny. Zgodnie z rozporządzeniem Ministerstwa Zdrowia już od 1 listopada wizytę w placówce podstawowej opieki zdrowotnej będzie można odbyć łącząc się z lekarzem przez internet. Takie rozwiązanie ma zaowocować zmniejszeniem kolejek do lekarzy pierwszego kontaktu.

– W cyfryzacji wiele rzeczy udało się zrealizować, ale na pewno bardzo wiele także przed nami, w szczególności w zakresie wprowadzenia wielu nowych rozwiązań, które jeszcze bardziej poprawią i podniosą komfort pracy w gabinetach. Cyfryzacja poprawi organizację w placówkach ochrony zdrowia i oczywiście jest szansa na to, że pośrednio przyczyni się także do skrócenia czasu oczekiwania. Natomiast wydaje się, że kluczowe w tym zakresie są inne działania, czyli zwiększanie nakładów oraz inwestycje w kadry – przekonuje Janusz Cieszyński.

Ministerstwo Zdrowia planuje wdrożyć w życie Fundusz Modernizacji Szpitali, który pozwoli poprawić stan infrastruktury szpitali oraz przychodni. Ministerstwo wyda na ten cel 2 mld zł. O unowocześnienie branży medycznej walczą także niezależne instytucje. Współpraca nawiązana pomiędzy platformą ZnanyLekarz oraz operatorem elektronicznej dokumentacji medycznej Medfile zaowocowała wypracowaniem narzędzi, które mają zautomatyzować proces rejestracji pacjentów oraz wypełniania dokumentacji medycznej.

Według analityków z firmy Mordor Intelligence wartość globalnego rynku rozwiązań telemedycznych w 2018 roku wyniosła 21,45 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 60,45 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 18,9 proc.

W 2047 roku sztuczna inteligencja będzie inteligentniejsza niż ludzie. Naukowcy nie wykluczają scenariusza „buntu maszyn”

W 2047 roku sztuczna inteligencja będzie inteligentniejsza niż ludzie. Naukowcy nie wykluczają scenariusza „buntu maszyn” 13

W 2029 roku sztuczna inteligencja przejdzie ważny test Turinga i tym samym osiągnie ludzki poziom inteligencji. W 2047 roku może nastąpić moment nadejścia supermaszyn, inteligentniejszych od ludzi. Artificial general intelligence (AGI) byłaby maszyną zdolną do zrozumienia świata, która wykonywałaby szeroki zakres zadań. Stephen Hawking ostrzegał, że AGI może oznaczać koniec rasy ludzkiej. Jesteśmy na etapie, w którym ludzkość musi podjąć decyzję o zmianie swojego systemu wartości, żeby hiperinteligentne maszyny były napędzane naszym sukcesem – przekonuje Mo Gawdat, założyciel One Billion Happy, były szef marki w Google X.

– Sztuczna inteligencja może być ostatnią innowacją wprowadzoną przez ludzkość, ponieważ następne innowacje będą tworzone przez sztuczną inteligencję. To jest jeden utopijny scenariusz, w którym wszystkie nasze problemy zostaną rozwiązane. Oczywiście jest również dystopijny scenariusz, w którym sztuczna inteligencja będzie naszą ostatnią innowacją, bo kiedy zwrócimy się do maszyn o rozwiązanie problemu zmian klimatycznych, przyjrzą się nam i powiedzą: „To wy jesteście problemem” – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Mo Gawdat, założyciel One Billion Happy, były szef marki w Google X.

Dzięki uczeniu maszynowemu można już rozpoznać wczesne objawy chorób. Sztuczna inteligencja pomaga też w kontroli ruchu naziemnego i lotniczego. Komputery są już biegłe w doborze zasobów, tłumaczeniu mowy i diagnozowaniu raka. System przetwarzania języka sponsorowany przez Yahoo, wykrywa sarkazm, algorytmy piszą muzykę, robią obrazy, żartują i tworzą nowe scenariusze do „Flinstonów”. Głębokie sieci neuronowe mogą identyfikować orientację seksualną ludzi, po prostu analizując ich twarze – wynika z badania Uniwersytetu Stanforda .

Raport „Kiedy AI przekroczy ludzką wydajność? Dowody od ekspertów AI ” wskazuje, że w ciągu najbliższych 100 lat SI będzie w stanie zrobić to samo co człowiek, ale bardziej efektywnie – prawdopodobnie nastąpi to w 2060 roku. Zdaniem naukowców komputer będzie w stanie wykonać pracę chirurga do 2053 roku.

– Wielu specjalistów wskazuje, że osiągniemy punkt osobliwości już w 2029 roku. Jest to punkt, w którym maszyny staną się inteligentniejsze od ludzi. To już niedługo. Duże postępy nie będą widoczne przez pierwszych kilka lat, lecz zgodnie z prawem postępu wykładniczego oznacza to, że być może dzisiaj zyskasz niewiele, lecz w następnym roku podwoisz to, co zyskałeś, w kolejnym roku podwoisz wszystko. Przy tak przyspieszającym rozwoju, wcześniej czy później dotrzemy do punktu osobliwości i maszyny staną się inteligentniejsze od nas – ocenia Mo Gawdat.

Tradycyjnym sposobem oceny ambitnych maszyn jest test Turinga – prawdziwa artificial general intelligence (AGI) mogłaby oszukać ludzi tak, by ci nie wiedzieli, że rozmawiają z człowiekiem, czy robotem. Już podczas Turing Test 2014 chatbot udający trzynastoletniego Ukraińca oszukał jedną trzecią sędziów.

Ray Kurzweil, dyrektor ds. inżynierii Google, uważa, że AI całkowicie przejdzie test Turinga w 2029 roku. 2045 rok ocenia jako moment, kiedy powstaną supermaszyny.

– Dżina wypuszczono już z butelki. Posługując się teorią gier, kwestią czasu jest osiągnięcie punktu, w którym na planszy nie pozostanie żadne pole, na które będziemy mogli przesunąć się, by powstrzymać rozwój sztucznej inteligencji, może z wyjątkiem wskazywanych przez niektórych naukowców klęsk żywiołowych lub katastrof gospodarczych, które zgodnie z przewidywaniami niektórych naukowców spowolniłyby postęp, lecz to jest najbardziej pesymistyczny scenariusz. Jeżeli nic takiego nie nastąpi, w końcu dotrzemy do punktu osobliwości – przewiduje Mo Gawdat.

Wielu naukowców obawia się, że kiedy zbudujemy sztuczną inteligencję mądrzejszą od nas, może nadejść dzień zagłady ludzkości. Bill Gates i Tim Berners-Lee porównują AGI do spełniającego życzenia dżina, nad którym nie mamy kontroli. Elon Musk przewiduje, że AGI będzie podobne do nieśmiertelnego dyktatora, przed którym nigdy nie będziemy mogli uciec. Stephen Hawking z kolei oświadczył, że AGI może oznaczać koniec rasy ludzkiej.

– Jesteśmy na etapie, w którym ludzkość musi podjąć decyzję o zmianie swojego systemu wartości, o zmianie zachowania w taki sposób, żeby hiperinteligentne maszyny były napędzane naszym sukcesem, naszymi korzyściami, naszym szczęściem i dobrym samopoczuciem, jednocześnie będąc na tyle inteligentnymi, żeby sprostać wyzwaniom, jakie niesie świat – podkreśla Mo Gawdat.

Olejek CBD: czy warto używać?

Z olejkiem CBD jest trochę tak, jak z naturalnymi kosmetykami. Niby większość z nas wie, że mają one bardzo dobry wpływ na urodę i są bezpieczne dla organizmu, ale jednocześnie nie do końca im ufamy, chętniej sięgając po środki chemiczne. Z kannabidiolem jest ten problem, że w świetle prawa nadal nie można przypisywać mu właściwości leczniczych. Nie ukrywajmy też, że wciąż dość powszechne jest wrzucanie produktów zawierających ten związek do jednego worka z substancjami narkotycznymi. Faktem jest natomiast, iż olejek CBD – najpopularniejszy legalny produkt konopny na rynku – może korzystnie oddziaływać na ludzki organizm. Coraz więcej osób chce się o tym przekonać. Czy warto iść w ich ślady?

Co wiemy o CBD?

CBD, czyli kannabidiol, to substancja naturalnie występująca w konopiach. Jest jednym z ponad 80 kannabinoidów, ale zdecydowanie najcenniejszym z nich. Od wielu lat prowadzone są badania nad potencjalnym zastosowaniem CBD w terapiach licznych schorzeń psychicznych i fizycznych. Naukowcy mają dla nas coraz więcej pozytywnych informacji – już teraz wiadomo, że kannabidiol ma potencjał terapeutyczny w przypadkach choroby Alzheimera, Parkinsona, padaczki lekoopornej, depresji, schizofrenii oraz anoreksji.

Oczywiście mówimy tutaj o testach, do których wykorzystuje się CBD w formie izolatu, niedostępnej legalnie w Polsce. Olejki CBD zawierają znacznie niższe stężenie tej substancji, stąd nie można przypisywać im właściwości leczniczych.

Kto powinien rozważyć używanie olejku CBD?

Olejki CBD renomowanych producentów są środkami w 100% naturalnymi, a więc także bezpiecznymi dla zdrowia. Nie ma żadnych szczególnych przeciwwskazań do stosowania tych produktów – warto w tym miejscu wspomnieć o słynnym już raporcie WHO, w którym czytamy, iż brakuje wiarygodnych dowodów mogących potwierdzić rzekomo negatywny wpływ CBD na ludzki organizm, a także ryzyko przedawkowania kannabidiolu.

Po olejki CBD najczęściej sięgają osoby, które:

  • Chcą żyć ekologicznie i wprowadzać takie produkty do swojej codzienności;
  • Ufają naturalnym kuracjom – zarówno na gruncie zdrowotnym, jak i kosmetycznym;
  • Chcą realnie poprawić funkcjonowanie organizmu, zwłaszcza pod kątem psychicznym, pokarmowym oraz neurologicznym;

Czy CBD wywołuje jakieś skutki uboczne?

Tak, jak każda naturalna substancja CBD nie musi być w pełni tolerowane przez ludzki organizm. W rzadkich przypadkach można zaobserwować niepożądane efekty uboczne przyjmowania produktów zawierających kannabidiol. Do tych najczęściej występujących zaliczamy:

  • Senność
  • Zmęczenie
  • Duży apetyt
  • Biegunki

Dodatkowo wspomnijmy, że CBD jest inhibitorem cytochromu P450, czyli enzymu odpowiadającego za metabolizm składników leków. Stąd podejrzewa się, iż kannabidiol może osłabiać lub wzmacniać działanie niektórych środków farmakologicznych. Więcej o tym piszemy w osobnym poradniku – warto przeczytać!

Czy używanie olejku CBD jest zgodne z polskim prawem?

To jedna z najczęściej pojawiających się wątpliwości. Mnóstwo osób wciąż podchodzi do produktów konopnych z dużą nieufnością. Samo słowo „konopie” ma wydźwięk pejoratywny, co jest oczywiście efektem nagonki na tę roślinę ze strony ruchów antynarkotykowych. Napiszmy to zatem dosadnie: środki odurzające produkuje się z konopi indyjskich, natomiast olejki CBD z konopi siewnych.

Uprawa tej drugiej rośliny jest legalna w większości rozwiniętych krajów świata – także w Polsce. Co za tym idzie, same olejki CBD również są produktami legalnymi, produkowanymi i sprzedawanymi zgodnie z prawem – chociażby na terytorium całej Unii Europejskiej.

Podkreślmy: zakup oraz używanie olejku CBD nie niesie ze sobą ryzyka żadnych konsekwencji prawnych. Jedyny warunek dotyczy składu produktu. Zawartość THC – czyli substancji psychoaktywnej – nie może przekraczać poziomu 0,2%. W efekcie olejek nie wykazuje działania narkotycznego, nie zmienia zachowania konsumenta, nie uzależnia.

Ważne!

Sequoyalife oferuje wyłącznie legalne i bezpieczne dla zdrowia olejki CBD. 

Rozsądne kalkulowanie oczekiwań

Olejek CBD nie jest – co trzeba mocno podkreślić – remedium na wszystkie przypadłości, cudownym środkiem gwarantującym pożegnanie wszelkich problemów ze zdrowiem fizycznym i psychicznym. Używanie produktów z kannabidiolem ma jak najbardziej sens, o ile robimy to w sposób świadomy, zdając sobie sprawę z faktu, iż tzw. medycyna konopna ma charakter wybitnie indywidualny, a skuteczność terapii jest ściśle uzależniona od predyspozycji konkretnego organizmu.

Uniwersalnym efektem stosowania CBD jest poprawa jakości życia – głównie na gruncie psychicznym, co szczególnie powinno zainteresować osoby funkcjonujące w silnym stresie, znerwicowane, zabiegane, nieodczuwające życiowej satysfakcji.

Na koniec zaznaczmy, że efektywność terapii z wykorzystaniem olejku CBD jest uzależniona od jakości produktu oraz faktycznego stężenia kannabidiolu. Szczególnie ważna jest ta ostatnia kwestia. Wybierając olejek CBD warto postawić na taki, który ma potwierdzony skład i zawiera dokładnie tyle kannabidiolu, ile deklaruje producent/sprzedawca. To najlepszy sposób, aby nie wyrzucać pieniędzy w błoto.

Wysokojakościowe, polecane przez wielu konsumentów i cieszące się znakomitą opinią olejki CBD, kupisz w oficjalnym sklepie internetowym marki Sequoyalife.

IT wysoko wynagradza doświadczonych

Informatyka od wielu lat jest w czołówce, jeżeli chodzi o liczbę kandydatów na studia. Według danych opublikowanych przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego dotyczących rekrutacji na rok akademicki 2018/2019, 42 tys. absolwentów szkół średnich aplikowało na studia informatyczne. Na drugim miejscu z wynikiem „zaledwie” 27 tys. chętnych plasuje się zarządzanie. Na wieloletnią popularność informatyki składa się przede wszystkim przekonanie o łatwości znalezienia pracy legendy o „niebotycznych” zarobkach specjalistów IT.

Eksperci są zdania, że określenie „informatyk” jest bardzo nieprecyzyjnie i coraz częściej od niego odchodzą. „We współczesnym świecie IT określenie „informatyk” tak naprawdę nic nam nie mówi i niewiele oznacza. Branża w jakiej działamy jest bardzo szeroka, stąd silna potrzeba specjalizacji, co oczywiście znajduje odbicie w nazwach stanowisk” – wyjaśnia Piotr Kawecki, Dyrektor Zarządzający w ITBoom.

Specjalizacji jest bardzo wiele i są niezwykle zróżnicowane. Najpopularniejszą nadal pozostaje programowanie. Specjaliści zajmujący się tą gałęzią IT są najlepiej wynagradzani.  Równie duże szanse na rozwój ma neuroinformatyka, której potencjał wykorzystywany jest w pracach nad sztuczną inteligencją.

Ogromną zaletą branży IT jest elastyczność. Właściwie każdy kto ukierunkuje swoją karierę we właściwy sposób ma szansę odnaleźć taki jej obszar, w którym będzie się z sukcesem realizował. Ze względu na nieustający rozwój technologii czy automatyzację kolejnych branż, liczba miejsc, gdzie specjaliści IT są potrzebni, nieustannie się powiększa. W ITBoom opracowaliśmy ścieżkę kariery, która umożliwia zmianę projektów i znalezienie optymalnego miejsca dla naszego pracownika. To korzystne dla obu stron, ponieważ praca, która sprawia satysfakcję, często jest o wiele bardziej efektywna. Zdajemy sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach za rozwojem technologii powinny iść także możliwości rozwoju zawodowego. Okoliczności są sprzyjające. Konsumenci coraz chętniej i w coraz większym stopniu wykorzystują zdobycze IT – przekonanie o użyteczności informatyki jest powszechne. Osoby działające w tej branży powinny wykorzystywać panujący trend. To oznacza jednak sporo pracy i wyzwań. Ci kandydaci, którzy zdają sobie z tego sprawę, odnajdą się w branży i odniosą sukces” – deklaruje Piotr Kawecki.

Duże zarobki, ale też spora odpowiedzialność

Branżę IT w Polsce tworzy dzisiaj już 350 tysięcy osób, ale to w dalszym ciągu zbyt mało, aby obsadzić wszystkie wakaty. Według Sedlak&Sedlak w Polsce brakuje nawet 50 tys. specjalistów. Pracodawcy poszukują przede wszystkim fachowców wsparcia II i III linii oraz osób zajmujących się bezpieczeństwem systemów. Nie powinien dziwić więc fakt, że w sytuacji, gdy specjalistów brakuje, ich oczekiwania finansowe wzrastają. Według portalu rekrutacyjnego No Fluff Jobs, w pierwszym kwartale 2019 roku średnie wynagrodzenie junior backend developera zatrudnionego na umowie B2B wynosiło 6 tys. zł. W porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej to wzrost o 9%. W przypadku specjalistów zatrudnionych w oparciu o umowę o pracę wzrost jest jeszcze większy i sięga nawet poziomu 40%. Kolejne podwyżki i awans idą w parze z nabywaniem doświadczenia, zdobywaniem kolejnych certyfikatów i uczestnictwem w szeregu szkoleń, co jest nieuniknione w branży, w której ciągle pojawiają się nowości. Poziom zarobków warunkuje również technologia w jakiej się pracuje. Nadal najlepiej opłacani są specjaliści technologii Spring – zatrudnieni w oparciu o umowę B2B otrzymują średnio 17 tys. zł netto. W przypadku umowy o pracę jest to kwota 15 tys. zł brutto dla pracujących w technologii Angular.

Wizja wysokich zarobków jest jednym z powodów, dla którego bardzo wielu młodych ludzi decyduje się właśnie na studia informatyczne. Trzeba mieć jednak z tyłu głowy fakt, że sam dyplom niczego nie daje. Kluczowe jest doświadczenie, sukcesywny rozwój i zdobywanie nowych umiejętności. IT to specyficzna branża, w której technologie stosunkowo szybko się dezaktualizują. Trzeba też zaznaczyć, że w wielu firmach, zwłaszcza instytucjach finansowych, zwłaszcza takich jak banki czy firmy ubezpieczeniowe, praca specjalistów IT jest niezwykle odpowiedzialna. Dzisiaj nasza branża jest wielopłaszczyznowa i można zajmować się informatyką będąc przy tym dyrektorem bezpieczeństwa czy administracji. Trudno o jasną definicję, gdzie nasz zawód się zaczyna, a gdzie kończy, dlatego też szufladkowanie zarobków i kompetencji staje się coraz większym wyzwaniem” – dodaje Piotr Kawecki.  

Z raportu przygotowanego przez No Fluff Jobs wynika, że praca jest najlepszym źródłem wiedzy, jeśli chodzi o IT. Co ciekawe sporo, bo niemal 13% respondentów, nie ukończyło studiów wyższych lub studiowało kierunek niezwiązany z IT.

Brak ukończonych studiów informatycznych nie jest przeszkodą przekreślającą możliwość kariery w IT. Bardzo dobrą i popularną praktyką jest zatrudnianie na stażach studentów, również tych początkujących. W ten sposób firma może „wychować” sobie młodą kadrę i ukierunkować je na te obszary, które są dla niej kluczowe. Dla młodych ludzi to też szansa, aby przekonać się, czy kariera w IT jest dla nich. Bardzo często spotykam się z takim podejściem, że głównym motywatorem do podjęcia studiów informatycznych jest wizja wysokich zarobków. Pomijany jest jednak fakt, że kluczowa będzie także ciężka praca i zdobycie doświadczenia, które przychodzi z czasem. Dopiero potem pojawią się odpowiednie zarobki i możliwości dalszego rozwoju. Prawdą jest jednak, że branża nowoczesnych technologii to jeden z najbardziej perspektywicznych sektorów światowej gospodarki. Dlatego trudno się dziwić, że pojawiają się w nim coraz większe budżety i realna możliwość międzynarodowej kariery” – wyjaśnia Piotr Kawecki.