Unikanie opodatkowania – kontrola i postępowanie podatkowe w praktyce

Przepisy Ordynacji podatkowej przewidują możliwość prowadzenia specyficznego postępowania podatkowego przez szefa KAS. Postępowanie to związane jest z zastosowaniem tzw. klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania.

Kiedy organy stosują klauzulę przeciwko unikaniu opodatkowania?

Od 2016 r. organy podatkowe posiadają dodatkową broń w walce z celowym unikaniem opodatkowania. Zgodnie z art. 119a Ordynacji podatkowej czynność nie skutkuje osiągnięciem korzyści podatkowej, jeżeli osiągnięcie tej korzyści, sprzecznej w danych okolicznościach z przedmiotem lub celem ustawy podatkowej lub jej przepisu, było głównym lub jednym z głównych celów jej dokonania, a sposób działania był sztuczny. W takiej sytuacji organy skarbowe mają możliwość zastosowania tzw. klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania. Fiskus w takiej sytuacji ustala skutki podatkowe danej czynności na podstawie takiego stanu rzeczy, jaki mógłby zaistnieć, gdyby dokonano czynności odpowiedniej. Odpowiednia jest natomiast czynność, której dokonałby podmiot, gdyby działał rozsądnie i kierował się zgodnymi z prawem celami innymi niż osiągnięcie korzyści podatkowej, sprzecznej z przedmiotem lub celem ustawy podatkowej lub jej przepisu, a sposób działania nie byłby sztuczny. Zresztą taka czynność odpowiednia może też polegać na zaniechaniu określonego działania.

Jak ocenia się działanie podatników w kontekście klauzuli?

Organy Krajowej Administracji Skarbowej, kontrolując określonych podatników, biorą pod uwagę szereg różnych czynników i działań, w tym nieuzasadnione dzielenie operacji, angażowanie podmiotów pośredniczących mimo braku uzasadnienia ekonomicznego lub gospodarczego, elementy prowadzące do uzyskania stanu identycznego przed dokonaniem czynności, elementy wzajemnie się znoszące lub kompensujące, ryzyko gospodarcze przewyższające spodziewane korzyści inne niż podatkowe w takim stopniu, że należy uznać, iż działający rozsądnie podmiot nie wybrałby tego sposobu działania, sytuacja, w której osiągnięta korzyść podatkowa nie ma odzwierciedlenia w poniesionym przez podmiot ryzyku gospodarczym lub zysk przed opodatkowaniem, który jest nieznaczny w porównaniu do korzyści podatkowej, która nie wynika bezpośrednio z rzeczywiście poniesionej straty ekonomicznej.

Wszczęcie postępowania podatkowego

Jeżeli organy Krajowej Administracji Skarbowej uznają za zasadne zastosowanie klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, szef KAS wszczyna postępowanie podatkowe lub w drodze postanowienia, w całości lub w części na wniosek organu podatkowego przejmuje do dalszego prowadzenia postępowanie podatkowe, kontrolę podatkową lub kontrolę celno-skarbową. Dzieje się tak w sprawach określenia lub ustalenia wysokości zobowiązania podatkowego, określenia wysokości straty podatkowej, stwierdzenia nadpłaty lub określenia wysokości nadpłaty albo zwrotu podatku, odpowiedzialności płatnika za podatek niepobrany lub pobrany a niewpłacony oraz odpowiedzialności podatnika za podatek niepobrany przez płatnika, a także o zakresie odpowiedzialności lub uprawnień spadkobiercy.

Postępowanie podatkowe na wniosek

Co istotne, w odniesieniu do należności podatkowych, które ustala wójt, burmistrz, prezydent miasta, starosta albo marszałek województwa, szef KAS może na wniosek właściwego organu podatkowego przejąć prowadzone postępowanie podatkowe. Dokonując z kolei przejęcia kontroli podatkowej lub kontroli celno-skarbowej, szef KAS powinien je z urzędu zawiesić i jednocześnie wszcząć postępowanie podatkowe. Oczywiście na takie postanowienie w przedmiocie zawieszenia kontroli, stronie służy zażalenie. Z kolei zawieszenie postępowania wstrzymuje bieg terminów. W wydanym orzeczeniu szef KAS musi wskazać, w jakim zakresie przejmuje postępowanie podatkowe, kontrolę podatkową lub kontrolę celno-skarbową. Co również istotne, wszelkie czynności dokonane przez organ podatkowy przed przyjęciem postępowania podatkowego, kontroli podatkowej lub kontroli celno-skarbowej pozostają w mocy.

Co powinien zawierać wniosek o wszczęcie postępowania?

Należy również wskazać, że wniosek organu podatkowego o przejęcie prowadzonego postępowania przez szefa KAS powinien zawierać ściśle określony katalog informacji. Przede wszystkim oznaczenie strony lub kontrolowanego, zakres prowadzonego dotychczas postępowania podatkowego, kontroli podatkowej lub kontroli celno-skarbowej, opis ustaleń faktycznych, informację o stwierdzonych nieprawidłowościach, a także uzasadnienie w kontekście możliwości zastosowania klauzuli o unikaniu opodatkowania. Dodatkowo organ powinien dołączyć wskazanie korzyści podatkowej razem z jej szczegółowym wyliczeniem. Zanim szef KAS zdecyduje się na przejęcie określonego postępowania, może jeszcze zlecić organom podatkowym przeprowadzenie dodatkowych czynności. Wraz ze złożonym wnioskiem organy podatkowe przekazują szefowi KAS akta sprawy. W sytuacji, w której uznałby on, że nie ma podstaw do zastosowania klauzuli o unikaniu opodatkowania, szef KAS jest zobowiązany do zwrotu tych dokumentów właściwemu organowi.

Odmowa wszczęcia postępowania lub przejęcia postępowania

W zakresie postępowania podatkowego związanego z klauzulą przeciwko unikaniu opodatkowania istnieje pewien wyłom. Szef KAS może bowiem odmówić wszczęcia postępowania podatkowego lub odmówić przejęcia postępowania podatkowego, kontroli skarbowej lub kontroli celno-skarbowej, a postępowanie wszczęte lub przejęte może umorzyć lub przekazać właściwemu organowi podatkowemu wówczas, gdy przeciwdziałanie unikaniu opodatkowania jest możliwe przy użyciu innych środków niż klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania.

Wystąpienie do innych organów o zajęcie stanowiska

Istotne jest również to, że szef KAS ma też uprawnienie do wystąpienia do właściwego organu podatkowego o zajęcie stanowiska w sprawie w wyznaczonym terminie, nie dłuższym niż 2 miesiące od dnia doręczenia wystąpienia. Może też zasięgnąć informacji w Radzie do Spraw Przeciwdziałania Unikaniu Opodatkowania. Rada wyda wtedy pisemną opinię co do zasadności zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania wraz ze szczegółowym uzasadnieniem. Taką opinię wydaje się nie później niż w terminie 3 miesięcy od dnia otrzymania akt sprawy od szefa KAS.

Klauzula groźna dla podatników

Dzięki istnieniu klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania organy skarbowe zyskały szereg nowych mechanizmów ułatwiających im ściąganie podatku od tych podmiotów, które w sposób sztuczny kreowały swoją strategię działania, w ten sposób, aby uzyskać korzyść podatkową. Warto jednak podkreślić, że obecna, dość rygorystyczna konstrukcja przepisów o klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania powoduje, że kontroli mogą podlegać nawet ci mali podatnicy, których intencją wcale nie było niepłacenie podatku.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Szara strefa w branży usług pogrzebowych to 3,5 mld zł

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Polska Izba Branży Pogrzebowej (PIBP) przeanalizowały rynek usług pogrzebowych w Polsce i wskazują na szereg spraw, które należy uregulować. Zgodnie z szacunkami FPP i PIBP wartość nieewidencjonowanej sprzedaży w tym sektorze w 2019 r. kształtuje się na poziomie ok. 1,4 mld zł, zaś wartość funduszu wynagrodzeń w szarej strefie – przeszło 2 mld zł. Łącznie sektor finansów publicznych mógłby zyskać do 960 mln zł rocznie na wprowadzeniu nowych rozwiązań prawnych, które redukowałyby szarą strefę na tym rynku. Warto podkreślić, że zmiana przepisów jest niezbędna w części świeckiej – w obszarze, za który odpowiada Kościół regulacje są właściwe.

W 2017 i 2018 r. nastąpił znaczący wzrost liczby zgonów, który okazał się wyraźnie większy niż wskazywały na to prognozy i przekroczył 400 tys. rocznie. Dlatego FPP i PIBP postulują regulację świadczenia usług pogrzebowych – należy wprowadzić wymóg uzyskania zezwolenia na prowadzenie działalności obejmującej świadczenie usług pogrzebowych.

Przepisy powinny stanowić, iż czynności związane z realizacją tych usług (przyjęcie i przewóz zwłok, przygotowanie zwłok i szczątek do pochówku, balsamacja, spopielenie, pochowanie zwłok, ich ekshumacja, a także przygotowanie grobu):

  • mogą być wykonywane wyłącznie przez pracowników przedsiębiorstwa pogrzebowego, którzy posiadają odpowiednie przygotowanie, potwierdzone zaświadczeniem ukończenia szkolenia wydanym przez wojewódzkiego inspektora sanitarnego
  • przedsiębiorstwo pogrzebowe powinno posiadać dom pogrzebowy, co najmniej 2 samochody specjalne przeznaczone do transportu zwłok oraz zatrudniać co najmniej 4 osoby w pełnym wymiarze czasu pracy, na podstawie umowy o pracę
  • wydanie zezwolenia na prowadzenie działalności pogrzebowej powinno następować jedynie po pozytywnym wyniku kontroli inspekcji sanitarnej
  • należy ponadto określić katalog miejsc, w których zabronione jest prowadzenie działalności pogrzebowej, obejmujący w szczególności zakłady opieki zdrowotnej
Grzegorz Lang, ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
Grzegorz Lang, ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich

Przepisy nie regulują działalności gospodarczej polegającej na świadczeniu usług pogrzebowych i pokrewnych. Do wykonywania tej działalności nie są wymagane zezwolenia lub koncesja, ani nawet wpis do rejestru działalności regulowanej. W aktualnym stanie prawnym jest to zatem tzw. działalność wolna. Żadne przepisy nie określają kompleksowo wymogów, którym powinny odpowiadać podmioty świadczące usługi pogrzebowe. Jednoczenie, nie ma regulacji, które zapewniłby bliskim zmarłych swobodny i nieskrępowany wybór usługodawców. Brakuje chociażby wyraźnych i jednoznacznych regulacji zapewniających dostęp do informacji o usługodawcach. Także procedury uzyskiwania niezbędnych dokumentów stawiają uprawnionych do pochówku w sytuacji petenta, któremu nie umożliwia się odpowiedniego dostępu do wysokiej jakości usług pogrzebowych”  podkreśla Grzegorz Lang, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Raport FPP i CALPE wskazuje, że na szarą strefę składa się przede wszystkim nieewidencjonowana sprzedaż usług zakładów pogrzebowych oraz zakładów kamieniarskich. Ich wartość szacowana jest na 1,25 mld zł. Ponad 40 mln zł wynosi natomiast wartość nielegalnie wykonywanych usług z zakresu przygotowania zmarłych w szpitalach, ponad 60 mln zł usługi związane z pochówkiem na cmentarzach (tzw. opłaty grabarskie) oraz ponad 20 mln zł z tytułu nielegalnego zakupu drewna do produkcji trumien. Wpływy z tytułu VAT są uszczuplane każdego roku o niemal 120 mln zł rocznie, natomiast wpływy z tytułu podatków dochodowych, tj. PIT i CIT (zarówno od dochodów ze sprzedaży usług, jak i zatrudnienia), o 125 mln zł w skali roku.

Ponadto do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, Narodowego Funduszu Zdrowia, Funduszu Pracy i Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych nie wpływają należne składki w kwocie 705 mln zł rocznie. W wyniku wprowadzenia wymogu uzyskania zezwolenia na prowadzenie działalności pogrzebowej, finanse publiczne zyskałyby również niespełna 10 mln zł z tytułu wpływów z opłaty skarbowej w pierwszym roku obowiązywania nowych regulacji.

Studenta do pracy przyjmę

Łączenie pracy i studiów staje się coraz powszechniejsze wśród młodych ludzi. Z jednej strony pozwala na pewną niezależność finansową, z drugiej strony to okazja, aby zdobyć doświadczenie zawodowe. Nawet 83% pytanych studentów deklaruje podjęcie pracy dorywczej w czasie studiów.

Komentarz przygotowany przez Karolinę Serwańską, dyrektor zarządzającą w Agencji Pośrednictwa Pracy Polski HR

Młodzi ludzie są bardzo świadomi tego, że dyplom najlepszej nawet uczelni nie jest gwarantem znalezienia wymarzonej pracy. Obok dyplomu, równie ważną, a może nawet istotniejszą kwestią jest doświadczenie zawodowe. Stąd już na pierwszych latach studiów co ambitniejsi starają się o staże, przydatne kursy czy dorywcze zlecenia. Pracodawcy zawsze zwracają uwagę na to, czy potencjalny młody pracownik ma za sobą jakiekolwiek doświadczenia zawodowe. Muszę podkreślić, że nie zawsze chodzi o doświadczenia związane stricte z branżą, w której stara się o pracę, oczywiście jeżeli tego rodzaju wpis znajduje się w CV, działa to na korzyść aplikującego. Pracodawcom zależy przede wszystkim na zaangażowaniu chęci do pracy, umiejętności podołania wyzwaniom.. Połączenie studiów, zwłaszcza dziennych i wymagających jest dowodem zaradności i umiejętności łączenia wielu zadań. Takich kandydatów poszukują pracodawcy.

Rynek sprzyja

Obecna sytuacja na rynku pracy jest bardzo sprzyjająca młodym ludziom. Po pierwsze brakuje osób do pracy, zwłaszcza jeśli chodzi o proste czynności, niewymagające specjalistycznej wiedzy i umiejętności. Ogłoszenia typu „przyjmę do pracy bez doświadczenia” są dość powszechne. Najwięcej, według badań około 25% ankietowanych podejmuję pracę sprzedawcy, nadal popularne jest dorabianie w restauracjach czy biurach. Trzeba również przyznać, że pracodawcy stali się bardziej elastyczni w kwestii godzin pracy. Sztywne zasady dotyczące wymiaru godzin to przeszłość. Kelnerki czy osoby pracujące w centrach handlowych bez problemu mogą dopasować godziny pracy do planu zajęć. Wielu studentów, zwłaszcza tych, którzy zdecydowali się na bardziej wymagające kierunki studiów decyduje się dorabiać wyłącznie w weekendy. Ustawa ograniczająca handel w niedzielę sprawiła, że wielu z nich straciło sporą część zarobków z uwagi na to, że może dorabiać tylko w dwie niedziele w miesiącu.

Studiujący pracownik- korzyć dla pracodawcy

Rosnąca liczba polskich firm, które zajmują się leasingiem pracowniczy wskazuje, że nadal jest zapotrzebowanie na tego rodzaju usługi i że zarówno dla pracodawców użytkowych jaki pracowników taka forma zatrudnienia jest korzystna. Przede wszystkim osoby do ukończenia 26 roku życia mają możliwość korzystania z ubezpieczenia rodziców lub uczelni, na pracodawcy nie spoczywa więc obowiązek opłacania składki ZUS. Dodatkową motywacją dla młodych ludzi jest wprowadzona zmiana dotycząca tzw. 0 podatku PIT dla osób do 26 roku życia. Spodziewam się więc jeszcze większego zainteresowania ze strony młodych ludzi szybkim wejściem na rynek pracy.

„Cyfrowa Rebelia Biznesu” – poranne rozmowy podczas „Śniadania z Inspiracją” na GPW

Kompetencje cyfrowe są kluczem do funkcjonowania w nowym, zdigitalizowanym świecie. Bez ludzi, nie ma firm, dlatego zadaniem liderów będzie wzięcie odpowiedzialności za rozwój swoich pracowników.

Czy postępująca automatyzacja i robotyzacja przełożą się na wzrost kreatywności wśród pracowników biznesowych, a może przyczynią się do współtworzenia przez nich innowacji cyfrowych, czy w końcu spowodują cyfrową rebelię i istotne uniezależnienie się biznesu od coraz bardziej niewydajnych działów – m.in. o tym mówili uczestnicy „Śniadania z Inspiracją”, zorganizowanego przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie, we współpracy z Future Collars.

Działy IT to wąskie gardło transformacji

Cyfryzacja umożliwia szerokie otwarcie się na modernizację i optymalizację procesów. Chodzi również o „uwalnianie” czasu, oraz co najważniejsze, zbieranie danych i ich analizę – w celu wykorzystania ich do podejmowania lepszych decyzji biznesowych. Tymczasem często okazuje się, że działy IT, na które przeważnie spada odpowiedzialność za przeprowadzenie procesów digitalizacyjnych, często nie realizuje oczekiwań biznesu, tym samym stając się wąskim gardłem cyfrowej transformacji.

Działy IT posiadają w swoich strukturach wciąż zbyt mało specjalistów, którzy z dnia na dzień stają się coraz drożsi. Z tego względu zlecenia muszą być priorytetyzowane, a część z nich bywa również blokowana ze względu na struktury obecnie wdrożonych systemów, co z kolei uniemożliwia szybką integracje lub są bardzo wysoko wyceniane.

Z drugiej strony biznes wciąż nadsłuchuje, co mówią im ich klienci. Obserwuje również konkurentów, którzy się zmieniają, więc chce to robić szybciej od nich. Przedsiębiorcy coraz częścią marzą o tym, aby mogli ominąć stare, ogromne i nieidealne CRMy (ang. Customer Relationship Management, zarządzanie relacji z klientami) i zamienić je nowoczesnymi aplikacjami i automatyzacją.

„CRMy to kajdanki na innowacje. My chcemy móc wdrożyć pomysł na produkt w kilka tygodni, nie miesięcy. Chcemy eksperymentować i mieć czas na przetestowanie rozwiązania zanim wprowadzimy go na rynek” – podkreślali uczestnicy „Śniadania z Inspiracją”.

Współpraca działów prowadzi do sukcesu

Jak wynika z różnych źródeł, już 90% polskich firm przyjęło strategię digitalizacji. Problemem zdaje się być natomiast ustalenie, kto powinien być odpowiedzialny za przeprowadzenie takiego wdrożenia. Do tej pory część firm próbowała powołać stanowisko Chief Digital Officera, jednak bardzo szybko dochodzono do wniosku, że jedna osoba nie jest w stanie zająć się takim procesem – najwięcej czasu spędzała bowiem na szkoleniach lub konferencjach. Czasami tę odpowiedzialność przerzuca się nawet na działy HR.

 „Bogactwo w nowej epoce płynie wprost z innowacji, a nie optymalizacji. Czyli bogactwa nie zdobywa się dziś przez doskonalenie tego, co jest znane, ale przez niedoskonałe wykorzystanie tego, co nieznane” słowa Kevina Kelly’ego, pisarza, autora m.in. niedawno wydanej pozycji „Nieuniknione. Jak inteligentne technologie zmienią naszą przyszłość”.

Oczywistym wydaje się zatem, że danie biznesowi zielonego światła może wpłynąć na wzrost kreatywności i przyczynić się do współtworzenia przez nich innowacji cyfrowych. Na rynku są już dostępne narzędzia, które pozwalają przedsiębiorcom na kreowanie bardzo ciekawych rozwiązań, np. w chmurze. Kluczowe staje się zatem wypracowanie zasad współpracy z działami IT.

Pracownicy mogą wziąć stery w swoje ręce

Zrzucanie odpowiedzialności wyłącznie na jeden dział, którym najczęściej jest IT, nie jest dobrą strategią biznesową. Kluczem do sukcesu jest bowiem demokratyzacja innowacji na wszystkich szczeblach organizacji, a także myślenie o tzw. kompetencjach transformacyjnych.

Zmiana powinna płynąć z samej góry, czyli od prezesów, którzy często tłumaczą brak działania brakiem środków czy czasu. Tymczasem to oni są odpowiedzialni za wprowadzenie transformacji, a co najważniejsze – za przeprowadzenie przez nią wszystkich swoich pracowników. To bardzo istotna i często pomijana zależność. Firmy wydają duże pieniądze na procesy i systemy, a nie inwestują w ludzi, którzy nie są ani odpowiednio przygotowani do takiej pracy, ani jakkolwiek zmotywowani.

Jak jednak podkreśliła ekspertka  „Śniadania z Inspiracją”, Karolina Marzantowicz, CTO Blockchain The Heart, każdy w takiej roli w jakiej obecnie jest, może robić coś aby być bardziej innowacyjnym.  Może to być przedefiniowaniu swojej roli, czy wykonywanie obecnych obowiązków w taki sposób, aby osiągać to samo nowymi, kreatywnymi metodami, lub wręcz osiągać więcej dzięki otwarciu się na inne myślenie i sposoby docieraniu do celu. Na każdym szczeblu kariery potrzebujemy umiejętności cyfrowych (nie koniecznie mowa tu o zaawansowanym programowaniu), np. jeśli chodzi chociażby o komunikację z pracownikami, partnerami, klientami. Sięgamy po coraz to nowe kanały i narzędzia komunikacji, i nie możemy już tego zdelegować.  Stworzenie nowocześniejszego raportu, ciekawe graficznie wizualizacja danych, prezentacja z efektami, które dech zapierają,  opracowanie prostej strony www projektu czy produktu- to wszystko da się zrobić bez działu IT.  Umożliwia zarówno szybszy rozwój firmy, jak i osobisty. Chodzi o inwestycje w umiejętności digitalizacyjne szeroko pojęte, brak strachu przed technologią i nowościami, i  i o bycie „digital ready”.

Brzemię odpowiedzialności spada na liderów

Druga ekspertka spotkania, Aleksandra Gren, Członek Zarządu Fiserv Polska, zwróciła uwagę na fakt że w Azji świadomość dostosowywania się do nowego, cyfrowego świata jest bardzo wysoka. Przykładowo już ponad 53% pracowników spędza pomiędzy 1-5 własnego czasu tygodniowo na zdobycie i udoskonalenie nowych umiejętności cyfrowych. W Niemczech jest to ok 30% a w innych krajach Europy jeszcze mniej według raportu Vodafone.

A warto podkreślić, że zmiany technologiczne nie będą następować wolniej. Dlatego Ci, którzy chcą pozostać wciąż atrakcyjnym, na zmieniającym się rynku pracy, nie mają wyjścia – muszą postawić na rozwój.  Dotychczas firmy stawiały na software i hardware teraz czas na mindware – czyli przygotowanie pracowników do transformacji cyfrowej, dlatego tak ważnym jest podjęcia programów upskillingu i reskillingu  – jak podkreśliła Joanna Pruszyńska-Witkowska, Członek Zarządu FutureCollars.  Jednak świadomość pracowników firm w tym zakresie jest wciąż zbyt mała. Jak wskazała Magdalena Legęć, Przewodnicząca Rady Kompetencji Sektora Finansowego, aż 98% pracowników banku zapytanych o to jakie kompetencje chciałoby rozwijać podczas oferowanych im szkoleń, wskazało na „stare” umiejętności, które powoli zaczynają być bezużyteczne. Oznacza to, że większość pracowników nie wie czego oczekują firmy i czego mają się uczyć.

Stąd szczególnie ważna jest rola firm i ich liderów. Mowa o pojęciu Corporate Digital Responsibility (z ang. korporacyjna odpowiedzialność cyfrowa), który określa odpowiedzialność pracodawców w stosunku do swoich pracowników. Jeśli nie zostaną oni zachęceni do zmian, równie dobrze można by było ich skazać na wykluczenie z rynku pracy.

Partnerem spotkania była firma FutureCollars szkoła IT przygotowująca osoby indywidualne oraz pracowników do pracy w środowisku cyfrowym, oferując intensywne bootcampu online ze wsparciem mentorów praktyków.  Kursy jak Virtual Master, Digital Master, FrontEnd Developer, Java Developer, Tester Automatyczny, Data Scientist, UX Designer.

Raport 7N: Połowa wydatków na infrastrukturę IT związana jest z rozwiązaniami chmurowymi

58 proc. menedżerów napotyka problemy podczas migracji danych do chmury, a cały proces okazuje się często bardziej złożony, niż się wydawało. Raport firmy 7N “Cloud Adoption. Executive Brief 2019” pokazuje, że w związku z tym szybko przybywa stanowisk pracy związanych z rozwiązaniami chmurowymi, a wartość rynku cloud rośnie w tempie 16 proc. rocznie.

W ciągu minionych trzech lat w USA aż dwukrotnie przybyło ofert pracy, gdzie od kandydata wymaga się znajomości oprogramowania bazującego na chmurze – podał serwis rekrutacyjny Indeed. Raport “Cloud Adoption. Executive Brief 2019” autorstwa ekspertów 7N – firmy zajmującej się pozyskiwaniem programistów dla dużych międzynarodowych projektów – udowadnia, że to nie chwilowa moda. Globalne wydatki firm i organizacji na rozwiązania chmurowe wzrosły na przestrzeni ostatniej dekady o 366 proc., osiągając w tym roku wartość 214 mld dolarów.

Sebastian Podleśny
Sebastian Podleśny

– Powstanie internetu wprowadziło świat na nowy poziom szybkości funkcjonowania. Większa dostępność technologii i jej niższe ceny przewartościowały wiele elementów przewagi konkurencyjnej firm z „posiadam” na „potrafię” czy też „tworzę”. Nasze codzienne życie również nabrało nowej dynamiki. Coraz istotniejsze staje się, co możemy osiągnąć tu i teraz. Model posiadania staje się powoli przestarzały w stosunku do modelu korzystania. Rezygnujemy z gromadzenia płyt i cyfrowych bibliotek muzyki na rzecz usług strumieniowania, a klasyczną telewizję zastępują usługi VoD. Zdjęcia, książki czy filmy przechowujemy na „wirtualnych półkach”. Myślimy już nie tyle o zakupie auta, co o formacie, w którym będziemy je użytkować w pełnym lub niepełnym wymiarze czasu.

Analogiczne trendy obserwujemy w świecie biznesu. Firmy, reagując na bardzo dynamiczne zmiany zapotrzebowania na IT, rezygnują z klasycznych modeli posiadania na rzecz modeli korzystania. Sprawne IT jest minimalną koniecznością. Sprawne i dynamiczne wykorzystanie możliwości, jakie daje IT, jest przewagą konkurencyjną. Dzięki rozwiązaniom chmurowym, firma może w trybie niemal natychmiastowym skalować dostęp do infrastruktury, zasobów a nawet funkcjonalności wykorzystywanych aplikacji. To przyszłość nowoczesnego IT – zauważa Sebastian Podleśny, dyrektor zarządzający 7N w Polsce.

Wyzwania i korzyści

Co wielka migracja do chmur oznacza dla organizacji? 7N szacuje że już połowa wydatków na infrastrukturę IT związana jest z rozwiązaniami chmurowymi, a aż 58 proc. menedżerów firm napotyka problemy podczas migracji do chmury.

Autorzy raportu zwracają uwagę zwłaszcza na kwestie związane z bezpieczeństwem danych. Aż 43 proc. firm wskazuje ten obszar jako jedno z wyzwań napotkanych przy adaptacji rozwiązań chmurowych.

Autorzy przytaczają również wyniki badania przeprowadzonego przez firmę Flexera, od ponad 30 lat rozwijającą narzędzia optymalizujące korzystanie z oprogramowania przez organizacje. Wśród problemów związanych z migracją firm do chmur wymienione zostało nadzorowanie chmury, zarządzanie wydatkami związanymi z jej obsługą, zgodność z innymi używanymi systemami oraz bezpieczeństwo, czyli de facto braki “chmurowych” zasobów kadrowych.

– Rynek rozwija się tak szybko, że już od dawna nie ma ofert dla zwykłych “fachowców od chmur”. Obszar ten ma więc własnych specjalistów. Cloud Architect, Cloud Software Engineer, Cloud System Administrator, czy Cloud Sales, by wymienić tylko kilka. Do tego istnieją profesje zajmujące się tą technologią niejako “od zaplecza” czyli utrzymaniem infrastruktury chmurowej i bezpieczeństwem danych. Da się zauważyć wykształcają się niszę dla osób, które łączą doświadczenia pracy z głównymi dostawcami chmury, jak: Azure, Amazon, Google i innymi. To swego rodzaju “poligloci chmurowi”. Od 2017 roku obserwujemy też wyraźny wzrost adopcji Kubernetes’a – najpopularniejszego obecnie orkiestratora kontenerów, niezależnie od chmury na jakiej jest wdrażany. To pozwala przewidzieć wzrost zapotrzebowania także na specjalistów z wiedzą o tym ekosystemie. Wartość chmurowego segmentu branży IT rośnie w tempie 16 proc. rocznie, więc spodziewamy się, że specjalizacja zawodów jeszcze się zwiększy – mówi Maciej Misztal, Cloud Expert z 7N.

Boom inwestycyjny w mieszkaniówce niczym „niekończąca się opowieść”

Październikowe dane GUS, podsumowujące statystyki budownictwa mieszkaniowego w trzech zakończonych kwartałach bieżącego roku, wciąż sygnalizują utrzymywanie się koniunktury inwestycyjnej w pierwotnym segmencie rynku mieszkaniowego na budzącym respekt poziomach. Stan ten powoli zaczyna przypominać nie mającą końca historię.  

Nowe inwestycje wciąż na fali

We wrześniu deweloperzy dość wyraźnie podkręcili wynik nowych budów do poziomu ponad 12,5 tys. mieszkań, co dało rezultat lepszy zarówno r/r jak i m/m odpowiednio o 12 i 14 proc. Wg ekspertów portalu RynekPierwotny.pl tego typu progres uwidacznia dążenie inwestorów do utrzymywania w dłuższym okresie czasu wolumenów nowych inwestycji na względnie stałych, bliskim rekordowych poziomach.

W sumie wynik po trzech kwartałach przekraczający grubo poziom 100 tys. rozpoczętych lokali deweloperskich budzi respekt, zapowiadając rekord na koniec roku w tej kategorii danych.

Jak podkreśla portal RynekPierwotny.pl, jakichkolwiek oznak słabości nie zdradza także koniunktura inwestycyjna w części dotyczącej inwestorów indywidualnych. Ci ostatni rozpoczęli we wrześniu budowę z górą 8,5 tys. domów, a od początku roku już prawie 73 tys. Tym samym ogółem w ramach wszystkich form budownictwa od początku roku ruszyła w kraju budowa blisko 180 tys. lokali, co oznacza rok do roku progres równy 2,6 proc.

Wysyp w nowych pozwoleniach

Tymczasem wolumen nowych pozwoleń na budowę od początku roku pozostaje w średnioterminowym trendzie wzrostowym, który zresztą dominuje również w długoterminowym, a więc kilkuletnim terminie. Tym samym powszechne już obecnie utyskiwania deweloperów na poważne trudności w pozyskiwaniu nowych terenów inwestycyjnych, a także na piętrzące się bariery administracyjne w przygotowywaniu nowych inwestycji jakby nie do końca znajdują potwierdzenie w publikowanych co miesiąc gusowskich danych sygnalnych.

Potwierdza to doskonale tegoroczny wrzesień, w którym deweloperzy pozyskali rekordową w skali miesiąca liczbę nowych pozwoleń na poziomie ponad 16,5 tys. Od początku roku zgromadzili oni już z górą 123 tys. przedmiotowych decyzji administracyjnych, co daje wynik o blisko 5 procent lepszy od uzyskanego w analogicznym okresie ubiegłego roku. Natomiast ogółem wolumen pozwoleń lub zgłoszeń z projektem budowlanym po trzech kwartałach przekroczył już wyraźnie okrągły poziom 200 tys. jednostek, co świadczy o tym, że obok deweloperów także inwestorzy indywidualni nie zamierzają ograniczać nowych inwestycji w przewidywalnej przyszłości.

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są jak wiadomo podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku przez deweloperów w perspektywie co najmniej kilku kwartałów. Dane GUS wyraźnie sygnalizują zatem, że w dalszym ciągu oceniają oni potencjał koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie jednoznacznie optymistycznie. Na razie niewiele wskazuje też na to, że przedsiębiorcy budujący mieszkania na sprzedaż będą zmuszeni do rewizji swojego stanowiska także w kwestii pozyskiwania kolejnych pozwoleń.

Mieszkania oddane bez niespodzianek

Tradycyjnie od dłuższego już czasu bardzo mocnym ogniwem bieżących danych GUS pozostaje sytuacja dotycząca mieszkań oddawanych do użytkowania, co w czasach nieco słabnącej, acz wciąż jeszcze żywej prosperity jest zjawiskiem jak najbardziej naturalnym. Jak tłumaczą eksperci z portalu RynekPierwotny.pl przedmiotowe statystyki nie zależą bowiem od aktualnej sytuacji rynkowej, ale są efektem stanu koniunktury inwestycyjnej sprzed około półtora do dwóch lat, a wiec okresu odpowiadającego cyklowi inwestycyjnemu w budownictwie mieszkaniowym. Stąd też ta właśnie kategoria gusowskich danych mieszkaniowych utrzymuje się na rekordowych poziomach z bardzo dobrą perspektywą jeszcze przez dłuższy okres czasu.

W tym przypadku zdecydowany prym wiodą deweloperzy, którzy oddając od początku roku już prawie 91 tys. lokali notują, bagatela, 17- procentowy progres rok do roku. Z kolei ogółem w okresie styczeń – wrzesień br. oddano już blisko 145,5 tys. mieszkań, czyli o ponad 12 proc. więcej aniżeli w pierwszych dziewięciu miesiącach ubiegłego roku.

Lektura najnowszej informacji GUS, komunikującej statystyki pierwotnego rynku mieszkaniowego w trzech pierwszych kwartałach br., rysuje obraz wciąż mocno rozpędzonej koniunktury inwestycyjnej. I nie ma tu większego znaczenia, że w przypadku najważniejszych dla bieżącego stanu koniunktury statystyk, czyli nowych inwestycji i pozwoleń, liczony rok do roku progres nie przekracza już nawet 5 procent. Bardziej liczy się, że wzrost danych wciąż jest notowany. Mamy więc od dość już dawna coś w rodzaju sprawozdawczej monotonności, polegającej na systematycznym komunikowaniu wysokiej, zdecydowanie ponadprzeciętnej aktywności inwestycyjnej deweloperów mieszkaniowych, której końca historii póki co nie widać.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Polskie wina coraz lepsze. Rośnie eksport produktów winiarskich

W 2018 r. znacząco wzrosła wartość napojów winiarskich wywożonych z Polski. Tak wynika z danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej dotyczących eksportu wyrobów alkoholowych*. Jak tłumaczą eksperci zrzeszeni w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa, to efekt wyższej jakości eksportowanych wyrobów. Ta sytuacja  jest odzwierciedleniem tego, co dzieje się aktualnie w branży winiarskiej – wyroby tanie, niskiej jakości, odchodzą do historii.

Jeszcze w 2000 r. eksport wyrobów winiarskich był  bardzo niewielki, wręcz symboliczny  – poniżej 1 mln litrów. – Sytuacja od tego czasu uległa istotnej zmianie – mówi Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. – Z raportu wynika, że w zeszłym roku z Polski wyjechało ponad 27 mln litrów wyrobów winiarskich. Wprawdzie w 2018r. ilościowo zaobserwowaliśmy pewną stagnację, ale za to bardzo duży skok odnotowała wartość – zwiększyła się ona aż o 33% (do 31 mln EUR). Taka sytuacja  jest odzwierciedleniem tego, co aktualnie dzieje się na rynku winiarskim – wyroby tanie, niskiej jakości odchodzą do historii – komentuje  Magdalena Zielińska.  Dane wstępne za pierwsze półrocze 2019 r. mówią natomiast o wzroście ilości o 12,6%  (do 14,3 mln litrów) względem tego samego okresu roku ubiegłego.

Co sprzedajemy za granicą? Głównie wysokojakościowe wyroby z grupy fermentowanych napojów winiarskich – m.in. wina owocowe, cydry czy miody pitne. Słowem – to, co stanowi trzon produkcji winiarskiej w naszym kraju.

Kilkanaście państw Unii Europejskiej, Chile, Australia, Kanada, USA – tam swoje wyroby eksportuje firma Bartex. Jak mówi Grzegorz Bartol, wiceprezes firmy, to głównie wina jabłkowe, musujące oraz produkty BIO. – Rynek produktów  winiarskich BIO w Polsce dopiero się rodzi, ale  będzie się bardzo szybko rozwijał. Świadomość i zamożność naszych konsumentów z roku na rok wzrasta. W tej chwili produkty z certyfikatem BIO sprzedajemy rzeczywiście głównie na rynkach zagranicznych – opowiada Grzegorz Bartol. W tej chwili około 10 procent przychodów firmy Bartex stanowią produkty przeznaczone właśnie na eksport.

 15 lat temu sprzedawaliśmy głównie wina słodkie w finezyjnych butelkach do sąsiednich państw. Dziś nasi odbiorcy poszukują win lepszej jakości w oryginalnym opakowaniu – tłumaczy Grzegorz Bartol.

Potwierdza to Anna Kalinowska, Dyrektor ds. Produkcji i Inwestycji w firmie Henkell Freixenet Polska Sp. z o. o. i wymienia całą listę krajów, do których jej firma eksportuje wermuty oraz wysokojakościowe wina owocowe: – To kraje Europy Wschodniej, m.in. Rosja, Ukraina, Łotwa, Liwa, Europy Środkowej (np. Czechy) i Zachodniej – Niemcy, Wielka Brytania, Holandia. Eksportujemy także do  krajów Bliskiego Wschodu np. Izraela, a także do USA – z dumą mówi Anna Kalinowska.

Na intensywny rozwój eksportu stawia także firma JNT Group. Swoje wyroby sprzedaje już do ponad 30 krajów na pięciu kontynentach. – Naszym głównym produktem eksportowym jest marka Monte Santi, która dzięki swemu międzynarodowemu charakterowi szybko zdobywa popularność w kolejnych państwach – mówi Jakub Nowak, Prezes Zarządu JNT Group S.A. Sp.K. – Drugim ważnym produktem eksportowym jest  Grzaniec Galicyjski, za którym tęskni Polonia. Polacy mieszkający zagranicą chętnie sięgają po ten trunek.

Od dwóch lat eksport firmy JNT Group rośnie skokowo. – W 2018 roku podwoiliśmy jego wartość i w tym roku również osiągniemy wysoką dynamikę. Obecnie otwieramy bardzo dużo nowych kierunków, należy jednak pamiętać, że procesy eksportowe trwają bardzo długo. Jest to zazwyczaj od 3 do 12 miesięcy od momentu osiągnięcia porozumienia – tłumaczy Jakub Nowak. I przyznaje, że strategia firmy zakłada intensywny rozwój na rynkach zagranicznych, m.in.  otwarcie przedstawicielstw poza Polską.

Warto wspomnieć o zainteresowaniu polskim winem gronowym i rodzimymi winnicami. Firma JF Hillebrand, globalny operator logistyczny, specjalizujący się w transporcie napojów alkoholowych między kontynentami, dostaje od czasu do czasu takie zapytania i prośby o próbki trunków z polskich winnic. – Na indywidualne zamówienie klientów z Wielkiej Brytanii czy Niemiec sprowadzamy czasami butelkę konkretnego wina z konkretnej winnicy. Ale to wciąż znikome ilości – mówi Izabela Dąbrowska z firmy  JF Hillebrand. – Pięknym momentem w historii naszej firmy byłoby móc zatankować wino z polskiej winnicy do dużego zbiornika – ISO tanka czy  Flexi tanka i zawieźć je do innego kraju na świecie – konkluduje Izabela Dąbrowska.

W tej chwili wyjeżdżające z Polski wino gronowe to praktycznie w całości reeksport.

Szwajcarski UBS w 3 kw 2019 r. zanotował 1,5 mld USD zysku netto

  • Wykazany zysk przed opodatkowaniem 1,3 mld USD; skorygowany zysk przed opodatkowaniem 1,5 mld USD
  • Wykazany RoCET12 12,1% za 3 kwartał 2019 i 13,8% za wrzesień 2019
  • Wskaźnik kapitału CET1 13,1% i wskaźnik dźwigni CET1 3,8%; wskaźnik dźwigni Tier 13 5,6%
  • Zainwestowane aktywa o wartości 3,4 mld USD w GWM i AM łącznie; przy NNM w wysokości 49 mld USD
  • UBS po raz piąty potwierdził swoją pozycję lidera Dow Jones Sustainability Index

Pomimo zewnętrznych trudności UBS przedstawia solidne wyniki za trzeci kwartał 2019 roku. Wykazany zysk przed opodatkowaniem wyniósł 1345 mln USD, co oznacza spadek o 21% w ujęciu rok do roku (r/r), a skorygowany zysk przed opodatkowaniem spadł o 18% do poziomu 1459 mln USD. Skorygowany wskaźnik kosztów do przychodów Grupy wyniósł 79,1%. Zysk netto przypisany akcjonariuszom wyniósł  1 049 mln USD, co oznacza spadek o 16% r/r. Wykazany zwrot z kapitału CET12 (RoCET1) wyniósł 12,1%.

Skorygowany zysk przed opodatkowaniem Global Wealth Management (GWM) wyniósł 919 mln USD; zainwestowane aktywa osiągnęły nowy najwyższy poziom 2502 mld USD; okresowy przychód z tytułu opłat netto wzrósł w porównaniu do poprzedniego kwartału. Skorygowany zysk przed opodatkowaniem Personal & Corporate Banking wyniósł 362 mln USD; wzrost wolumenu nowych transakcji netto w bankowości osobistej wyniósł 3,0% (3,1% we frankach szwajcarskich). Skorygowany zysk przed opodatkowaniem Asset Management (AM) wyniósł 135 mln USD, przy wyższych przychodach operacyjnych r/r; zainwestowane aktywa wzrosły do ​​858 mld USD, głównie dzięki silnym napływom nowych pieniędzy netto (NNM). Investment Bank (IB) wygenerował skorygowany zysk przed opodatkowaniem w wysokości 203 mln USD; skorygowany roczny zwrot ze średniego kapitału RoAE wyniósł 6,6%. Skorygowana strata przed opodatkowaniem Corporate Center wyniosła 160 mln USD.

Pozycja kapitałowa UBS pozostaje silna, przy wskaźniku kapitału CET1 wynoszącym 13,1%, wskaźniku dźwigni CET1 wynoszącym 3,8%, w pełni stosowanym wskaźniku dźwigni Tier13  wynoszącym 5,6% oraz całkowitej zdolności do pokrycia strat na poziomie 88 mld USD. W trzecim kwartale 2019 roku w ramach programu skupu akcji własnych UBS odkupił papiery wartościowe o wartości 306 mln USD; wykup w ujęciu rok do roku wyniósł 604 mln USD. Kapitał własny przypisany akcjonariuszom wzrósł o 3 mld USD, z czego 2 mld USD związane było z innymi całkowitymi dochodami generowanymi z programów określonych świadczeń, odzwierciedlając głównie uznanie nadwyżki szwajcarskiego programu emerytalnego, która nie miała wpływu na kapitał CET1.

Sergio P. Ermotti, Dyrektor Generalny Grupy UBS
Sergio P. Ermotti, Dyrektor Generalny Grupy UBS

„Osiągnęliśmy solidne wyniki i wygenerowaliśmy atrakcyjne zwroty, biorąc pod uwagę warunki rynkowe. W dalszym ciągu podejmujemy działania mające na celu zwiększenie rentowności i dalsze wykorzystywanie mocnych stron naszej zróżnicowanej franczyzy, zapewniając długoterminową wartość dla naszych klientów i akcjonariuszy.” – Sergio P. Ermotti, Dyrektor Generalny Grupy UBS.

Perspektywy

Środki stymulujące i łagodzenie polityki pieniężnej przez banki centralne mogą pomóc zniwelować wpływ spowolnienia globalnego wzrostu gospodarczego w średnim okresie. Napięcia geopolityczne i spory handlowe nadal mają raczej negatywny wpływ na zaufanie inwestorów. Pozytywny impuls do rozwiązania tych problemów prawdopodobnie poprawi zaufanie i perspektywy gospodarcze.

Niskie i utrzymujące się ujemne stopy procentowe oraz oczekiwania na dalsze poluzowanie polityki pieniężnej wpłyną negatywnie na przychody netto z tytułu odsetek w porównaniu z ubiegłym rokiem. Nasza dywersyfikacja regionalna i biznesowa, a także podejmowane przez nas działania pomogą złagodzić trudności. Segment stałych przychodów powinien również skorzystać w wyniku lepiej zainwestowanych aktywów.

W procesie realizacji naszej strategii równoważymy inwestycje pod kątem wzrostu, jednocześnie zarządzając nimi w sposób umożliwiający poprawę efektywności. Pozostajemy zaangażowani w realizację naszych celów w zakresie zwrotu kapitału, jak i tworzenie trwałej, długoterminowej wartości dla naszych akcjonariuszy.

Przegląd wyników za trzeci kwartał 2019 roku

Skorygowany w trzecim kwartale zysk UBS przed opodatkowaniem wyniósł1 1459 mln USD (spadek o 18% r/r), a wykazany zysk przed opodatkowaniem wyniósł 1345 mln USD (spadek o 21%  r/r). Skorygowane dane w tym kwartale nie uwzględniają 69 mln USD kosztów restrukturyzacji, a także 46 mln USD strat netto z przeliczenia walut obcych. Skorygowany wskaźnik kosztów do przychodów wyniósł 79,1%. Zysk netto przypisany akcjonariuszom wyniósł 1049 mln USD (spadek o 16% r/r) przy rozwodnionym zysku na akcję wynoszącym 0,28 USD (spadek o 14% r/r). Wykazany zwrot z kapitału CET12 wyniósł 12,1%.

Skorygowany zysk przed opodatkowaniem Global Wealth Management to 919 mln USD, (2%) r/r

Stałe dochody netto z tytułu opłat wzrosły drugi kwartał z rzędu w przypadku lepiej zainwestowanych aktywów, ale spadły w ujęciu rok do roku. Przychody z transakcji wzrosły o 14%, a przychody netto z tytułu odsetek spadły o 3%. Penetracja związana z upoważnieniami pozostała na stabilnym poziomie i wyniosła 34,4% zainwestowanych aktywów. Pożyczki były stabilne w ujęciu sekwencyjnym, ponieważ dodatnie nowe kredyty netto zostały w dużej mierze zrównoważone wahaniami walutowymi. Skorygowany wskaźnik kosztów do przychodów wyniósł 77,7%. Nowe pieniądze netto osiągnęły poziom 15,7 mld USD; a ich stopa wzrostu wyniosła 2,5%. Skorygowana marża netto wyniosła 15 pb.

Skorygowany zysk netto przed opodatkowaniem Personal & Corporate Banking (P&C) to 360 mln CHF, (10%) r/r

Przychody operacyjne spadły pomimo wyższych przychodów z transakcji, głównie ze względu na wzrost kosztów strat kredytowych, co wynikało przede wszystkim z rezerwy na pojedyncze narażenie, a także niższych przychodów netto z tytułu odsetek. Skorygowane koszty operacyjne pozostały niezmienione pomimo dalszych inwestycji w technologię. Skorygowany wskaźnik kosztów do przychodów wyniósł 58,7%. Dynamika działalności utrzymała silną pozycję, przy wzroście wolumenu nowych operacji bankowości osobistej o 3,1%; obszar kredytów również rósł w sposób sekwencyjny. Marża odsetkowa netto wyniosła 150 pb.

Skorygowany zysk przed opodatkowaniem Asset Management (AM) to 135 mln USD, (+6%) r/r

Skorygowany zysk przed opodatkowaniem w ujęciu rocznym urósł czwarty kwartał z rzędu. Opłaty za zarządzanie netto w tym kwartale wzrosły o 12 mln USD, odzwierciedlając lepiej zainwestowane średnie aktywa. Opłaty za wyniki spadły o 3 mln USD. Skorygowany wskaźnik kosztów do przychodów wzrósł do poziomu 71,1%. Zainwestowane aktywa wzrosły do ​​858 mld USD, a napływ nowych pieniędzy netto z wyłączeniem rynków pieniężnych osiągnął poziom 24,1 mld USD.

Skorygowany zysk przed opodatkowaniem Investment Bank (IB) to 203 mln USD, (59%) r/r

Niższe przychody były wynikiem działań prowadzonych przez Corporate Client Solutions (spadek o 19%), częściowo ze względu na zmniejszenie globalnych pul opłat, a także spadek wartości instrumentów kapitałowych (spadek o 7%) oraz kursów walut, stóp procentowych i kredytów (spadek o 1%), odzwierciedlając częściowo udany kwartał ubiegłego roku. Koszty operacyjne wzrosły, częściowo dlatego, że trzeci kwartał 2018 roku obejmował zwolnienia netto z tytułu kosztów postępowania sądowego. Skorygowany wskaźnik kosztów do przychodów wyniósł 88,4%. Skorygowany zwrot z przypisanego kapitału własnego wyniósł 6,6%. Koszty restrukturyzacji w czwartym kwartale 2019 roku związane ze zmianami strukturalnymi w Banku Inwestycyjnym, wyniosą około 100 mln USD.

Skorygowana strata przed opodatkowaniem Corporate Center wyniosła 160 mln USD.

Zaangażowanie w zrównoważoną działalność

UBS jest oddany idei tworzenia długoterminowej wartości dla swoich klientów, pracowników, inwestorów i społeczeństwa. Potwierdzeniem zaangażowania UBS jest niezmienne uznanie, jakim darzona jest firma za swoje działania i potencjał związany ze zrównoważonymi inwestycjami, filantropią, polityką środowiskową i zasadami dotyczącymi praw człowieka, które regulują relacje z klientami i dostawcami, jak i pozytywnym wpływem firmy na ekologię i zaangażowaniem społecznym.

Sprawdzony lider na polu zrównoważonego rozwoju

Po raz piąty z rzędu UBS zajął pierwsze miejsce w rankingu Zróżnicowanych Usług Finansowych i Rynków Kapitałowych Dow Jones Sustainability Index (DJSI). UBS jest nie tylko liderem branży w ogólnej ocenie; został również wyróżniony we wszystkich trzech obszarach: ekonomicznym, środowiskowym i społecznym. Indeks, w którym uwzględniono ponad 3500 największych firm na świecie, jest powszechnie uznanym, ogólnoświatowym ratingiem poziomu stabilności korporacyjnej.

UBS ma zaszczyt być jednym z sygnatariuszy Zasad Odpowiedzialnej Bankowości, ogłoszonych we wrześniu br. Zgodnie z tymi zasadami, wiodące banki na całym świecie, które posiadają łączne aktywa o wartości 47 mld USD stanowiące jedną trzecią światowego sektora bankowego, zobowiązały się do strategicznego dostosowania działalności swoich przedsiębiorstw do celów zrównoważonego rozwoju ONZ (ONZ SDG) i porozumienia paryskiego w sprawie zmian klimatycznego, jak również zwiększenia swojego wkładu w działania nakierowane na osiągnięcie założeń przedstawionych w obu dokumentach.

Innowacyjne, zrównoważone rozwiązania inwestycji o dużym oddziaływaniu

We wrześniu UBS ogłosił pozyskanie 225 mln USD od swoich klientów prywatnych na rzecz KKR Global Impact Fund, co stanowi znaczący krok w kierunku wypełnienia zobowiązania, aby przeznaczyć 5 mld USD aktywów pochodzących od klientów na nowe inwestycje o dużym oddziaływaniu, dedykowane realizacji celów zrównoważonego rozwoju ONZ do końca 2021 roku. Suma ta stanowi jedną z największych w historii inwestycji w narzędzie inwestycyjne o dużym oddziaływaniu, pochodzące z rynku private equity.

Zrównoważone rozwiązania inwestycyjne obejmują wielokrotnie nagradzaną strategię UBS Climate Aware, w ramach której niedawno wygenerowano 2 mld USD w zainwestowanych aktywach. Strategię wspiera program aktywnego zaangażowania korporacyjnego, którego celem jest wprowadzenie pozytywnych zmian prowadzących do wdrożenia gospodarki niskoemisyjnej. Ponadto, po pomyślnym zamknięciu UBS Clean Energy Infrastructure Switzerland 2, firma zebrała łącznie 472 miliony CHF w ramach drugiej oferty swojego pionierskiego rozwiązania inwestycyjnego, zapewniając inwestorom instytucjonalnym dostęp do zróżnicowanego portfela inwestycji w obszarach wzrostu zrównoważonej produkcji energii, efektywności energetycznej i infrastruktury dostaw, ze szczególnym uwzględnieniem Szwajcarii.

Informacje zawarte w niniejszym komunikacie prasowym, o ile nie określono inaczej, zostały zaprezentowane w odniesieniu do UBS Group AG w sposób skonsolidowany. Informacje finansowe odnoszące się do UBS AG (skonsolidowane) nie różnią się istotnie od informacji dotyczących UBS Group AG (skonsolidowane), a porównanie UBS Group AG (skonsolidowane) i UBS AG (skonsolidowane) znajduje się na końcu niniejszego komunikatu.

1 Skorygowane wyniki to środki finansowe nieprzewidziane w GAAP określone w regulacjach SEC. Prosimy o zapoznanie się z tabelą „Wyniki naszych oddziałów biznesowych i Centrum Korporacyjnego – wykazane i skorygowane”, będące częścią niniejszej informacji prasowej.

2 Zwrot z kapitału CET1. Zysk netto przypisany akcjonariuszom (odpowiednio w ujęciu rocznym) podzielony przez średni kapitał podstawowy Tier I.

3 Wskaźnik kontynuacji działalności zgodnie ze szwajcarskimi zasadami SRB obowiązującymi od 1 stycznia 2020 r.

Ebury inwestuje we Frontierpay

Ebury, jedna z największych firm fintechowych w Europie obsługująca już niemal 2 tysiące polskich firm, ogłosiła swoje pierwsze przejęcie. Firma zainwestowała we Frontierpay, dostawcę specjalistycznej usługi płatności wynagrodzeń dla firm, które wypłacają wynagrodzenia swoim pracownikom w wielu krajach. Frontierpay rozszerzy też możliwości Ebury w zakresie technologii automatyzujących międzynarodowe płatności dla małych i średnich firm.

Akwizycja została zrealizowana w ramach programu inwestycji technologicznych Ebury.

Przejęcie Frontierpay stanowi część szerszej strategii Ebury, polegającej na inwestowaniu w technologie, które pomogą przyspieszyć automatyzację międzynarodowych procesów płatniczych. Ta założona w 2009 r. firma zapewnia przede wszystkim specjalistyczne usługi dotyczące płatności wynagrodzeń, oparte o pełną zgodność z lokalnymi regulacjami i procesy operacyjne wdrożone w 180 krajach.

– Zwiększamy paletę produktów w zakresie międzynarodowych rozliczeń dla polskich firm o specjalistyczne usługi wypłacania wynagrodzeń pracownikom praktycznie w każdym zakątku świata. Liczymy, że przejęcie Friontierpay przyspieszy nasz rozwój w Polsce, ponieważ coraz więcej rodzimych przedsiębiorców deleguje swoich pracowników do pracy zagranicą. W ostatnich latach polskie firmy szybko rozbudowują swoje oddziały i przedstawicielstwa, i co ważne już nie tylko w kluczowych krajach takich jak USA, Chiny i Indie, ale w tym na mniejszych, często egzotycznych rynkach, w tym wielu azjatyckich i afrykańskich państwach – komentuje Jakub Makurat, Country Manager Ebury na Polskę, Czechy i Słowację.

Oprócz płatności Ebury inwestuje w technologie usprawniające globalny proces handlu dla MŚP, w tym zabezpieczenia walutowe, międzynarodowe zarządzanie gotówką i finansowanie handlu. W tym celu w tym roku ogłoszono duże partnerstwa bankowe z SACE Simest i Unicaja Banco.

Ebury już obecnie obsługuje około 40 000 małych i średnich firm i instytucji na całym świecie, w tym niemal 2 tysiące w Polsce. Firma liczy, że rozszerzenie zasięgu geograficznego w regionie Azji i Pacyfiku pozwoli na szybkie pozyskiwanie kolejnych klientów. Ebury obecnie posiada 25 biur na całym świecie w 20 krajach, w tym w Warszawie i czeskiej Ostrawie.

Ebury zatrudnia obecnie około 1000 pracowników w 25 biurach w dwudziestu krajach i obsługuje ponad 40 000 firm na całym świecie. Jesteśmy teraz globalną firmą z biurami w kilku krajach europejskich, na Bliskim Wschodzie, w Hongkongu i Chinach kontynentalnych, Australii, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Inwestorami Ebury są 83North (inwestorzy w iZettle, Celonis, JustEat) i Vitruvian Partners (inwestorzy w Farfetch, Skyscanner, Darktrace, Marqeta). To wszystko pokazuje skalę naszego wzrostu w ostatniej dekadzie i jednoznacznie pozytywny odbiór nowoczesnych usług finansowych przez przedsiębiorców – dodaje Jakub Makurat.

Umowa nabycia Frontierpay podlegać będzie zatwierdzeniu przez organ nadzoru w Singapurze.

Produkcja w Polsce w kontekście Czwartej Rewolucji Przemysłowej

Polski przemysł produkcyjny jest coraz bardziej świadomy konieczności wprowadzania zmian. Taka postawa wiele mówi zarówno o samych firmach, kondycji branży, jak i o jej perspektywach. Przeważająca część przedsiębiorstw zajmujących się produkcją dąży do poprawy wydajności i optymalizacji wykorzystania zasobów, bo wie jakim wyzwaniem jest dzisiejsza gospodarka i jak szybko zmieniają się jej realia. Zyskujący na popularności model kastomizacji produkcji wymusza konieczność szybkiego działania i adaptowania się do zmieniających trendów i wymagań rynku, a konkurencja jest silna. Jednocześnie większość chce oszczędzać i w wydajny sposób korzystać z parku maszynowego oraz kadr – tym bardziej, że dzisiejszy rynek pracy jest trudny. Na horyzoncie pojawia się także widmo spowolnienia gospodarczego, a negatywne nastroje niekoniecznie sprzyjają inwestycjom. Nie brak głosów, że Polska stoi w obliczu pułapki średniego dochodu w wyniku „przegrzania” gospodarki, niedostatecznych nakładów inwestycyjnych i małej wydajności pracy. Co zatem mają robić przedsiębiorstwa produkcyjne działające w Polsce, które chcą utrzymać się na rynku? Jak w życiu – nie ma jednej, uniwersalnej recepty. Ale istnieje szereg rozwiązań, które mogą pomóc. Jednym z nich – aczkolwiek określenie „rozwiązanie” wydaje się być tutaj znacznym uproszczeniem – jest koncepcja Przemysłu 4.0 i będąca jej istotą rewolucja przemysłowa obejmująca praktycznie wszystkie aspekty działalności biznesowej. Przemysł 4.0 to zbiór inteligentnych technologii i procesów opartych na integracji systemów przetwarzania danych, automatyzacji i Internetu Rzeczy.

Czwarta Rewolucja Przemysłowa to niewątpliwie szansa dla polskiej gospodarki. Widzieliśmy, jak niesprzyjające okoliczności polityczne 200 lat temu utrudniły Polsce skorzystanie z mechanizacji i uprzemysłowienia, czego skutki obserwujemy do dziś. Widzieliśmy też jak kraje, takie jak Korea czy Finlandia na fali trzeciej rewolucji przemysłowej, z kategorii peryferyjnych państw opartych na rolnictwie i eksploatacji zasobów naturalnych, stawały się technologicznymi liderami. Stawiam tezę, że Polska ma realne szanse na skorzystanie z przełomu Przemysłu 4.0, co więcej – polscy przedsiębiorcy coraz częściej widzą taką potrzebę i zaczynają się do tego skoku przygotowywać. Optymizmem napawa fakt, że 7 na 10 producentów z Polski, którzy znają koncepcję Przemysłu 4.0, wdrożyło lub planuje wprowadzić u siebie technologie wchodzące w jej skład.

Niemal połowa przedsiębiorstw produkcyjnych w Polsce miała w bieżącym roku zamiar zwiększyć nakłady na rozwój systemów informatycznych. Jednocześnie niemal 6 na 10 z nich deklarowało, że inwestycje te mają na celu zwiększenie produktywności. Ta korelacja jest, według Klausa Schwaba – ojca terminu Czwartej Rewolucji Przemysłowej, cechą charakterystyczną dla instytucji wdrażających rozwiązania typowe dla Przemysłu 4.0. Przoduje u nas w tej kwestii branża motoryzacyjna, co nie powinno nikogo dziwić, w końcu sektor ten zawsze był forpocztą innowacji, jak chociażby w przypadku robotyzacji zakładów. Dodatkowo sektor motoryzacyjny jest silnie zorientowany na firmy niemieckie, gdzie idea inteligentnej fabryki już od dłuższego czasu jest wdrażana w życie. Bliskie powiązania z Zachodem to także kolejny czynnik wpływający na potencjał adaptacji Przemysłu 4.0 w Polsce. Przedsiębiorcy, zwłaszcza ci więksi, doskonale wiedzą, że w epoce gospodarki na żądanie, ich partnerzy i klienci będą wymagać produkcji sprofilowanej pod ich indywidualne potrzeby. By temu sprostać konieczne będzie rozwijanie systemów zbierających i przetwarzających dane o produktach na każdym etapie ich cyklu życia, od zamawiania materiałów po obsługę posprzedażową. Realizację tego celu zapewnia właśnie implementacja zaawansowanych systemów informatycznych.

Należy pamiętać, że przejście do Przemysłu 4.0 to stopniowy proces, który wymaga integracji wykorzystywanych już rozwiązań z nowymi technologiami. W miarę jak wdrażane są nowe rozwiązania, zwiększa się zakres technologicznej rewolucji i optymalizacji, której podlegają kolejne obszary. Budowanie odpowiedniego ekosystemu obejmuje między innymi przygotowanie kadry na nadchodzące zmiany. Konieczne są odpowiednie kompetencje do wykorzystywania nowych rozwiązań, co wpływa na strukturę całego przedsiębiorstwa. Automatyzacja procesów pozwala odciążyć część kadr, przez co mogą poświęcać swój czas i umiejętności na aktywności poprawiające całościową produktywność firmy. Firmom, które w swojej działalności wykorzystują już rozwiązania informatyczne, będzie znacznie łatwiej zbudować inteligentną fabrykę na bazie funkcjonujących rozwiązań. Zdecydowana większość producentów w Polsce stosuje już obecnie zaawansowane systemy informatyczne, co daje solidne podwaliny pod wdrażanie takich rozwiązań jak Internet Rzeczy, czy zaawansowana analiza danych.

Co zatem zrobić, żeby ułatwić przedsiębiorcom załapanie się na korzyści płynące z udziału w Czwartej Rewolucji Przemysłowej? Firmy deklarują, że największą przeszkodą, której się obawiają, jest opór przed zmianami wewnątrz organizacji. Kluczowe jest więc klarowne przedstawienie pracownikom tego, jakie konkretne korzyści przyniesie wdrożenie rozwiązań i co mogą dzięki nim zyskać. Nowoczesne technologie powodują w przypadku części użytkowników obawy przed nieznanym, a w Polsce nadal znaczny odsetek osób nie posiada podstawowej wiedzy w zakresie obsługi narzędzi informatycznych i Internetu. Jednak jeśli technologie są wprowadzane rozsądnie, to pozwalają uwolnić zasoby ludzkie i pozwolić kadrze wykonywać bardziej kreatywne zadania, które przekładają się na wyższą produktywność całej firmy. Drugą przeszkodą jest brak środków finansowych. To oczywiste, że nowoczesne rozwiązania technologiczne oznaczają wydatki oraz często konieczność przedefiniowania procesów. Ale inwestycje w nie stają się koniecznością, bo optymalizacja dostępna dzięki nowym technologiom jest trudna, a często wręcz niemożliwa do osiągnięcia dzięki tradycyjnym rozwiązaniom. W obliczu nadchodzącej dekoniunktury firmy mają tendencję do ograniczania inwestycji, jednak w obecnym, „rewolucyjnym” okresie zwlekanie może spowodować, że nigdy już nie uda nam się dogonić czołówki światowej gospodarki. Przedsiębiorcy zdają się to rozumieć, zdecydowana większość z nich zamierza zwiększać nakłady na inwestycje w nowe technologie. To bardzo dobry prognostyk, który pozwala zakładać, że Przemysł 4.0 jest postrzegany przez polski sektor produkcji jako realny wybór.

Zrzutka.pl ma licencję KNF

Komisja Nadzoru Finansowego poinformowała o wydaniu zezwolenia na działanie w charakterze krajowej instytucji płatniczej dla firmy Zrzutka.pl sp. z o. o., operatora portalu www.zrzutka.pl. Co to w praktyce oznacza dla ponad 300 tys. zarejestrowanych użytkowników portalu? Jak otrzymanie licencji wpłynie na dalszy rozwój platformy?

Korzyści jakie niesie ze sobą zmiana statusu prawnego portalu zrzutka.pl dla jego użytkowników będą zauważalne. Jak zauważa Tomasz Chołast ze zrzutka.pl – „Od początku naszej działalności, tj. od roku 2013, przyjmowaliśmy ostrożnościowe podejście. Dlatego większość procedur weryfikacyjnych i schematów działania portalu, już od dawna była zgodna z wymogami ustawy o usługach płatniczych pomimo, iż nie byliśmy zobowiązani do posiadania licencji KNF. Oczywiście, konieczne były też pewne dostosowania i uzupełnienia. Dlatego w najbliższych dniach opublikujemy nową wersję strony zrzutka.pl, będącą owocem ponad rocznej pracy kilkunastoosobowego zespołu.

Chołast ze zrzutka.pl dodaje – “Jesteśmy pewni, że dla naszych użytkowników będzie to zmiana na lepsze – interfejs został uproszczony i uporządkowany, w najbliższym czasie uruchomione zostaną przygotowane już zabezpieczenia związane z silnymi uwierzytelnieniami (analogiczne do tych stosowanych w bankach). Podniesione do najwyższego poziomu zostanie więc również bezpieczeństwo. Możemy również dodać, że wszystkie bazowe warunki korzystania z serwisu pozostają praktycznie bez zmian, a nowy layout strony jest dużo bardziej przejrzysty i przyjemny – jesteśmy przekonani, że spodoba się naszym dotychczasowym i nowym odbiorcom.”

Zrzutka.pl, oprócz startu nowej strony zaplanowanego na najbliższe dni, szykuje również inne, nieco bardziej odległe w czasie, nowości. Wśród nich możliwość realizacji wypłat ze zrzutek z bankomatów (możliwość taka pojawiła się dzięki otrzymaniu licencji z KNF), start międzynarodowej wersji serwisu (również możliwy dzięki otrzymaniu licencji) oraz funkcjonalność związaną z zakładaniem tzw. zrzutek pod patronatem (czyli na rzecz np. wybranej fundacji) czy zrzutek cyklicznych (gdzie wspierający poprzez podpięcie swojej karty będą mogli przekazywać cykliczne wsparcie dla organizatora zrzutki).

Konieczność ubiegania się przez zrzutka.pl o licencję  KNF na świadczenie usług w charakterze krajowej instytucji płatniczej wynikała ze zmiany przepisów, która weszła w życie w czerwcu 2018 roku. Przed nowelizacją Ustawy o Usługach Płatniczych (UUP) zrzutka.pl była uprawniona do korzystania z wyłączenia, o którym była mowa w art. 6 pkt 2) UUP. Przedmiotowy przepis w wersji sprzed nowelizacji przewidywał bowiem, że UUP nie znajduje zastosowania do transakcji płatniczych między płatnikiem a odbiorcą dokonywanych za pośrednictwem osoby wykonującej czynności zmierzające do zawarcia przez płatnika i odbiorcę oznaczonej umowy lub zawierającej taką umowę w imieniu lub na rzecz płatnika albo odbiorcy. Jednakże, wskutek wejścia w życie w czerwcu 2018 roku nowelizacji tej ustawy, wyłączenie to zmieniło brzmienie i obecnie nie znajduje zastosowania do działalności prowadzonej przez zrzutkę. Oczywiście, w okresie od zmiany przepisów do chwili uzyskania zezwolenia KNF Zrzutka.pl również działała zgodnie z prawem. Przepisy przewidywały bowiem okres przejściowy, w którym podmioty świadczące dotychczas usługi, których dotyczyła powyższa zmiana, – a wcześniej nie podlegające nadzorowi KNF, musiały zwrócić się o wydanie stosownego zezwolenia, a świadczenie przez nie usług płatniczych do chwili uzyskania licencji KNF było zgodne z UUP.

Prywatne uczelnie przeżywają oblężenie. Aż dwucyfrowy przyrost liczby studentów

Akademia Leona Koźmińskiego przyjęła 25% więcej kandydatów na studia niż w roku akademickim 2018/2019. W przypadku Akademii Finansów i Biznesu Vistula wzrost wyniósł ponad 20%, a Akademii WSB – ok. 20%. Czesne nie uległo zmianie na wielu uczelniach, ale np. Sopocka Szkoła Wyższa obniżyła je na większości kierunków. Chętni mogli skorzystać z ofert obejmujących unijne dofinansowanie, co zmniejszało opłatę nawet o kilkadziesiąt procent. Z analizy wynika także, że jeśli szkoły wyższe podnosiły czesne, to zazwyczaj tylko o kilka procent.

Duże zainteresowanie

Za nami inauguracja roku akademickiego 2019/2020. Z tej okazji analitycy serwisu agencyjnego MondayNews postanowili sprawdzić sytuację na uczelniach niepublicznych. Pozyskane dane pozwoliły zobrazować zainteresowanie ofertą studiów w porównaniu z początkiem października ub.r. Pytania dotyczyły również wysokości obecnego i poprzednio pobieranego czesnego.

– Wprowadzenie Konstytucji dla Nauki przez wicepremiera Gowina zmieniło zasady finansowania uczelni publicznych. Wcześniej algorytm dotujący zależał od liczby przyjętych studentów na rok, a teraz jest uzależniony od poziomu nauczania. Przewidywano więc, że większą popularnością niż dotychczas będą cieszyć się propozycje uczelni niepublicznych – komentuje dr Piotr Hańczyc, ekspert w dziedzinie szkolnictwa wyższego z Instytutu Sobieskiego.

Akademia Leona Koźmińskiego ma za sobą rekordową rekrutację. 2800 osób przyjęto na studia dyplomowe (licencjackie i magisterskie), czyli o 25% więcej niż rok temu. Z kolei Uczelnia Łazarskiego również odnotowała zauważalny przyrost liczby studentów. Natomiast studia w Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego rozpoczęło blisko 3,5 tysiąca osób. To o 500 więcej niż w roku akademickim 2018/2019.

– W przypadku Akademii Finansów i Biznesu Vistula widzimy wzrost o ponad 20% wobec zeszłego roku, z czego dla studentów z Polski – o 13%. Jesteśmy bardzo umiędzynarodowioną uczelnią. Studiują u nas osoby ze 100 krajów, dlatego prowadzimy też dodatkowe statystyki. Z kolei Szkołę Główną Turystyki i Hotelarstwa Vistula też wybrało więcej osób. Wskaźniki wyniosły ok. 17% dla wszystkich studiujących oraz 11% dla Polaków – informuje Anna Jaglińska-Prawdzik z Grupy Uczelni Vistula.

Jak wskazuje Małgorzata Kluska-Nowicka, wicekanclerz Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu, tegoroczna rekrutacja na studia I stopnia wzrosła o ok. 20% w porównaniu z ubiegłoroczną. Z kolei Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie przyjęła ponad 10% chętnych więcej niż rok temu. Największy wzrost, prawie o 40%, wystąpił na studiach anglojęzycznych. Natomiast w przypadku Sopockiej Szkoły Wyższej liczba studentów podskoczyła o ponad 320 osób.

– Na większości kierunków mamy znaczny wzrost w stosunku do poprzedniego roku akademickiego. Całościowo liczba przyjętych studentów zwiększyła się o około 20%. Wynika to z upraktycznienia programów kształcenia. Wpływ na nie ma Rada Ekspertów, którą tworzą m.in. prezesi, dyrektorzy wielu przedsiębiorstw i instytucji, a także samorządowcy – stwierdza dr Marcin Lis, prorektor ds. studenckich i współpracy z otoczeniem z Akademii WSB.

W październiku naukę w Wyższej Szkole Ekonomii i Innowacji w Lublinie rozpoczęło 2550 studentów pierwszego roku. W 2017 roku przybyło 1610 osób, a w roku 2015 – 1569. Społeczna Akademia Nauk jest uczelnią o zasięgu ogólnopolskim, co podkreśla Tomasz Jermalonek, zastępca dyrektora ds. promocji SAN-u. I zaznacza, że w Łodzi przyjęto ponad 20% więcej studentów niż w roku 2018. Wzrosła też liczba chętnych, którzy wybrali Olsztyńską Szkołę Wyższą im. Józefa Rusieckiego.

– Aż 1663 nowych osób otrzymało indeksy naszej uczelni w Warszawie. To o 73 studentów więcej niż w ubiegłym roku. Od kilku lat liczba kandydatów na studia w PJATK utrzymuje się na podobnym poziomie. Odnotowujemy stopniowy wzrost chętnych, dlatego uczelnia buduje nowy gmach. Spodziewamy się zainteresowania kandydatów także w przyszłych latach – informuje Katarzyna Majewska z biura prasowego Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych.

Niemal tyle samo studentów, co rok wcześniej, pozyskała Wyższa Szkoła Zarządzania i Administracji w Opolu. Liczba przyjęć do Wyższej Szkoły Agrobiznesu w Łomży jest podobna do ubiegłorocznej. Kujawsko-Pomorska Szkoła Wyższa w Bydgoszczy również odnotowała porównywalną liczbę kandydatów z październikiem ub.r.

Czesne bez zmian

– Widzimy, że wybrane uczelnie niepubliczne zyskały więcej studentów. To pozwala im za pomocą czesnego regulować zapotrzebowanie na dany kierunek w kontekście możliwości kadrowych. Mogą podnieść opłaty, aby zwiększyć prestiż wybranych studiów. To jednak decyzje indywidualne, bo większa liczba studentów oznacza całościowo większe wpływy dla danej uczelni – wyjaśnia dr Piotr Hańczyc.

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie podwyższyła czesne po raz pierwszy od pięciu lat, wzrost wyniósł 7-10%. Polsko-Japońska Akademia Technik Komputerowych podniosła płatność na czterech z pięciu kierunków, zmiana nastąpiła o ok. 9% miesięcznie. Na Krakowskiej Akademii i w Wyższej Szkole Ekonomiczno-Humanistycznej w Bielsku-Białej studenci musieli przygotować się na wydatki większe o 5%. W przypadku Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu, czesne wzrosło o ok. 4% dla nowego naboru. Natomiast Uczelnia Łazarskiego nieznacznie podniosła opłatę w stosunku do ubiegłego roku.

– Utrzymaliśmy czesne na tym samym poziomie, jednocześnie wprowadzając dodatkowe promocje. To np. studiowanie w jednej cenie dwóch kierunków ekonomii i stosunków międzynarodowych. Natomiast wybranie pedagogiki daje możliwość studiowania pracy socjalnej za połowę kwoty. Ponadto wręczane są vouchery na studia podyplomowe czy zniżki rodzinne – zaznacza Izabela Pochowska z Biura Promocji Kujawsko-Pomorskiej Szkoły Wyższej w Bydgoszczy.

Uczelnie Grupy Vistula nie zmieniły wysokości czesnego na żadnym kierunku. Wyższa Szkoła Agrobiznesu w Łomży, Akademia Humanistyczno-Ekonomiczna w Łodzi, Wyższa Szkoła Hotelarstwa i Gastronomii w Poznaniu oraz Wyższa Szkoła Ekonomii i Innowacji w Lublinie też tak zrobiły. W tej ostatniej uczelni bezpłatnie studiuje ponad 1200 osób. Społeczna Akademia Nauk również nie wprowadziła zmian w czesnym. Uznano, że najważniejszym celem i misją uczelni jest umożliwienie kandydatom podjęcie nauki.

– W Akademii WSB czesne pozostaje na tym samym poziomie. Nawet mamy cały system bonifikat. On jest dopasowany do najlepszych absolwentów i studentów, a także dla tych, którzy są naszymi partnerami, ewentualnie rekomendują naszą uczelnię – wyjaśnia dr Lis.

Z kolei Aleksandra Machaj z Sopockiej Szkoły Wyższej, podkreśla, że czesne na rok akademicki 2019/2020 zostało obniżone na 3/4 kierunków. Uczelnia ma w ofercie edukacyjnej sporo kierunków dofinansowanych ze środków UE, które zmniejszały opłatę o 20, 30 czy nawet 70%. Przykładem jest ekonomia o specjalności finanse i ekonomia biznesu.

– W tym momencie nie można jednoznacznie ocenić działań ws. czesnego. W wielu przypadkach opłata pozostała bez zmian lub tylko nieznacznie się zmieniła. Dziś nie wiemy, czy uczelnie niepubliczne poradzą sobie z większą liczbą studentów. To będzie miało spory wpływ na ich funkcjonowanie, bo jednak publiczne szkoły wyższe są bardziej zabezpieczone finansami z budżetu centralnego. W 2-3 lata po reformie, mając odpowiednie dane statystyczne, będziemy mogli wyciągnąć szersze wnioski – podsumowuje ekspert z Instytutu Sobieskiego.

Kurs funta powinien utrzymać wysokie poziomy

Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson zyskał aprobatę parlamentu dla wypracowanego przez siebie porozumienia z UE, jednak posłowie sprzeciwili się ekspresowym pracom nad ustawą wdrażającą brexit, w rezultacie wyjście z UE 31 października staje się niemożliwe. Dojdzie do kolejnego odroczenia, pytanie na jak długo? Mimo tego bezumowny brexit pozostaje nierealną opcją, więc funt powinien utrzymać wysokie poziomy.

Boris Johnson już okazał się skuteczniejszy od swojej poprzedniczki Theresy May, gdyż przynajmniej wygrał (przewagą 30 głosów) w Izbie Gmin głosowanie nad ogólnymi założeniami swojej wersji porozumienia o opuszczeniu UE. Ale posłowie odebrali mu szanse wypełnienia obietnicy o przeprowadzeniu brexitu do października, gdyż sprzeciwili się harmonogramowi ściskającemu prace nad liczącą ponad 100 stron ustawą do niecałych trzech dni. Dziś i jutro Izba Gmin zamierza zająć się debata nad tzw. Queen’s Speech i sprawami wymienionymi w expose premiera, a do brexitu wróci nie wcześniej niż po weekendzie. Biorąc pod uwagę, że ustawę musi jeszcze przeprocesować Izba Lordów, wyjście Wielkiej Brytanii z UE w tym miesiącu stało się niemożliwe.

Decyzją parlamentu Johnson został zmuszony prosić UE o kolejne odroczenie daty brexitu. Dotychczas jako potencjalny termin odroczenia pojawiała się tylko jedna data: 31 stycznia. Ale UE ma wolną rękę w wyznaczeniu innej daty. Przywódcy UE27 mogą uznać, że zbyt ryzykownym jest dawanie za dużo czasu brytyjskim posłom na przemyślenia i warto wykorzystać moment, kiedy porozumienie zyskało aprobatę Izby Gmin. W efekcie może zostać przyznane krótsze, techniczne odroczenie (np. o miesiąc), by dać tylko czas na przegłosowanie ustawy wdrażającej brexit. Jeśli jednak UE zdecyduje o odroczeniu do stycznia, premier Johnson będzie dążył do przedterminowych wyborów. Nie ma tylko pewności, czy cel ten osiągnie, skoro jego partia nie ma większości w parlamencie.

Z perspektywy funta wyparowały szanse na najlepsze rozwiązanie i to widać w jego osłabieniu z ostatnich 24 godzin. Z drugiej strony nie wraca ryzyko bezumownego wyjscia z UE. Pozostaje nam lekko opóźniony brexit (po krótkim odroczeniu), albo brexit 31 stycznia po utrzymaniu się Borisa Johnsona przy władzy, albo nawet zwrot w stronę rezygnacji z brexitu, jeśli przedterminowe wybory wygra opozycja. Funt aktualnie znalazł się w zawieszeniu i cierpi na rozczarowaniu, ale średnioterminowo powinien szykować się na umocnienie. Tego kierunku dla waluty ostatnie wydarzenia nie zmieniły.

Reszta rynku pozostaje pod dyktando nastrojów wokół brexitowej sagi. Wczorajsze wydarzenia spowodowały, że podtrzymywany umiarkowany optymizm uleciał z ryzykownych aktywów, ale też nie ma powodu do głębszego załamania sentymentu. Tryb zawieszenia rozlewa się na waluty, rynek akcji i złoto. Czekamy na świeży impuls – najwcześniej wstępne PMI z Eurolandu w czwartek.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polska wśród liderów inwestycji Japończyków w regionie CEE

Polska przoduje w gronie krajów Grupy Wyszehradzkiej pod względem liczby japońskich zakładów. Rozwijają się one dynamiczniej niż w Czechach, na Węgrzech i Słowacji. Jednak w porównaniu z nimi wolniej wdrażają rozwiązania automatyzacji przemysłowej 4.0 – tak wynika z badania „Japońskie zakłady produkcyjne w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej”, którego wnioski zawarto w opublikowanej właśnie książce „Japońskie fabryki hybrydowe w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej” (wyd. Poltext).

To pierwsze badanie, które pokazuje, ile jest japońskich firm w Europie Środkowej i jak dużą rolę odgrywają w polskiej gospodarce. Jak wynika z danych zgromadzonych przez autora na podstawie krajowego i japońskiego rejestru przedsiębiorców, w Polsce działają 264 japońskie przedsiębiorstwa. Na drugim miejscu są Czechy – 248, później Węgry – 132, a listę badanych krajów z Europy Środkowej zamyka Słowacja, gdzie funkcjonują 33 firmy z Japonii.

– Polska może się poszczycić dominującą pozycją jako główny odbiorca japońskich inwestycji bezpośrednich i strategiczna baza produkcyjna japońskiej branży motoryzacyjnej. To im w dużej mierze zawdzięczamy strategiczną pozycję Polski w łańcuchach dostaw globalnej branży motoryzacyjnej – podkreśla dr Tomasz Olejniczak z Akademii Leona Koźmińskiego. Przez cztery lata wraz z trzema japońskimi naukowcami (prof. Testuo Abo, prof. Hiroshi Kumon i prof. Masato Itohisa) badał japońskie inwestycje w krajach Grupy Wyszehradzkiej.

Co zachęca Japończyków do inwestowania w Polsce?

Japońskie przedsiębiorstwa w Polsce znajdują się w najlepszej kondycji i mają najciekawsze perspektywy w porównaniu z krajami regionu takimi, jak Czechy, Węgry czy Słowacja. Z perspektywy Polski Japonia nadal jest największym azjatyckim inwestorem, znacznie przekraczającym inwestycje koreańskie czy chińskie.

– Do inwestowania w Polsce Japończyków zachęca z pewnością potencjał rozwojowy naszego kraju, wysokie kompetencje i profesjonalne nastawienie pracowników oraz stabilność polityczna. Odstraszać mogą jednak rosnące koszty pracy i malejące bezrobocie, powolny rozwój infrastruktury transportowej oraz czasem zawiłe lub niejasne przepisy – zaznacza dr Olejniczak.

Motoryzacja przede wszystkim

Mapa japońskich inwestycji zdominowana jest przez te z branży motoryzacyjnej. Na liście są również nieliczne zakłady z branży elektronicznej, jednak większość z nich zniknęła w latach 2010–2015 w wyniku kryzysu finansowego i globalnej restrukturyzacji największych japońskich producentów elektroniki, takich jak Sony, Panasonic, Toshiba czy Sharp.

Co ciekawe, jednym z najstarszych japońskich zakładów produkcyjnych jest właśnie fabryka z branży elektronicznej – założona w 1994 roku gnieźnieńska fabryka baterii Panasonic Energy Poland SA.

Rozwój japońskich inwestycji w Polsce

Pierwsze inwestycje Kraju Kwitnącej Wiśni zaczęły się pojawiać w Polsce już we wczesnych latach 80. Pierwszy boom inwestycyjny miał jednak miejsce dopiero na początku lat 90. Związany był z prywatyzacją i przejmowaniem przez japońskich inwestorów państwowych zakładów przemysłowych, takich jak NSK Kielce, oraz z wejściem na rynek największych japońskich marek i towarzyszącym temu zakładaniem przedstawicielstw handlowych, na przykład Toyota, Sony, JTI, JVC.

Kolejny boom inwestycyjny przypadał na koniec lat 90. i początek XXI w. Związany był z budową w regionie największych zakładów produkcyjnych z branży motoryzacyjnej – Toyota Motors Manufacturing Poland, Bridgestone Poznań, czy Isuzu Motors Polska – oraz wejściem do Polski towarzyszących im poddostawców i partnerów biznesowych.

Największy napływ inwestycji odnotowano jednak w latach 2004-2007, tuż przed wejściem Polski do Unii Europejskiej i tuż po nim. Inwestowały wtedy głównie firmy elektroniczne, jak chociażby Sony, Sharp, Toshiba czy Panasonic, dla których region miał się stać nowym centrum produkcji telewizorów LCD oraz paneli słonecznych.

Japońskie fabryki z biegiem czasu wdrażają coraz więcej japońskich metod produkcji i zarządzania, a jednocześnie w coraz większym stopniu są zarządzane przez lokalnych menedżerów. Stąd nazwa „fabryki hybrydowe”, ponieważ łączą lokalne i japońskie metody zarządzania.

– Na przestrzeni ostatnich 30 lat mamy do czynienia z tysiącami menedżerów i pracowników wysłanych na szkolenia do japońskich centrali i zakładów produkcyjnych oraz z dziesiątkami tysięcy pracowników przeszkolonych lokalnie przez japońskich menedżerów i inżynierów. Japońskie przedsiębiorstwa i ich standardy zarządzania wpłynęły też znacząco na cały łańcuch dostaw uwzględniający klientów, partnerów i poddostawców. Do tego dochodzi ciągły transfer technologii. W branży motoryzacyjnej były to początkowo silniki Diesla, a od niedawna napędy hybrydowe oraz elektryczne. Mamy również przykłady transferu w branży IT chociażby w uczelni PJWSTK, a także energetyki w Elektrowni Kozienice – wymienia dr Tomasz Olejniczak.

Badanie sfinansowano ze środków Narodowego Centrum Nauki. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Poltext.

Gdański Uniwersytet Medyczny częścią projektu iDays

28 października na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym rozpoczną się Europejskie Dni Innowacji iDays. Jest to polska odsłona inicjatywy EIT Health realizowanej w 20 krajach Unii Europejskiej, który ma na celu promocję nowoczesnych rozwiązań w obszarze medycyny i ochrony zdrowia przede wszystkim wśród studentów, absolwentów i doktorantów. Najlepsze pomysły, które powstaną w trakcie warsztatów prowadzonych w ramach iDays zostaną zaprezentowane podczas finału w grudniu br. w Paryżu.

iDays odbędą się tej jesieni w 31 instytucjach, głównie w inkubatorach przedsiębiorczości i na wiodących uczelniach wyższych, m.in. Uniwersytecie Oxford. Jest to inicjatywa EIT Health, największego partnerstwa publiczno-prywatnego w obszarze zdrowia i aktywnego starzenia w Europie, które skupia ponad 140 uczelni wyższych, firm i centrów badawczo-rozwojowych.

Podczas jedno- i dwudniowych sesji studenci będą poznają nie tylko aktualne trendy związane z tworzeniem innowacji, ale także, pracując w interdyscyplinarnych zespołach na realnych przykładach, będą mogli przygotować własną propozycję nowych rozwiązań medycznych.

Polska edycja projektu jest organizowana przez współpracujący z EIT Health Gdański Uniwersytet Medyczny pod patronatem honorowym marszałka województwa pomorskiego Mieczysława Struka i rektorów gdańskich uczelni wyższych. 28 i 29 października studenci będą mogli zdobyć praktyczną wiedzę z zakresu tworzenia i wdrażania innowacji w obszarze zdrowia i aktywnego starzenia. iDays jest skierowane do studentów, absolwentów i doktorantów różnych kierunków studiów, takich jak nauki społeczne, medyczne, informatyczne, biotechnologiczne, zarządzanie, zainteresowanych tematyką ochrony zdrowia, także w kontekście nowoczesnych rozwiązań technologicznych.

Podczas pracy w multidyscyplinarnych zespołach studenci spróbują stawić czoło wyzwaniom, z jakim zmagają się firmy i organizacje należące do EIT Health w zakresie „Przeniesienia opieki do domu” (“Bringing Care Home”). Będą wykorzystywać swoją wiedzę biznesową oraz pomysły z zakresu zdigitalizowanej opieki medycznej, otrzymają też wsparcie ze strony doświadczonych mentorów. Każdy z zespołów zaprezentuje swoje pomysły przed panelem ekspertów, którzy ocenią i nagrodzą najlepszą koncepcję. Członkowie zwycięskiego zespołu zostaną zaproszeni na Finał iDays, który w tym roku odbędzie się 1 grudnia w Paryżu. Będzie to również szansa do dalszego rozwoju projektu oraz szkolenia z zakresu innowacyjnych metodologii.

Wiecej informacji i rejestracja: https://innovationdays.mug.edu.pl/

„Ideą iDays jest zachęcenie studentów i absolwentów do spróbowania swoich sił w obszarze innowacji w medycynie i ochronie zdrowia. Poprzednie edycje projektu zachęciły już setki studentów z całej Europy do podjęcia działań w tym zakresie – mówi Monika Toth, manager programu Regional Innovation Scheme (RIS) w EIT Health – W tym roku blisko 40 proc. wydarzeń w ramach iDays zostanie zorganizowanych w Europie Środkowowschodniej i Południowej. To właśnie stąd wywodzi się coraz więcej start-upów, które z powodzeniem rozwijają innowacje m.in. medyczne” – dodaje Monika Toth.

EIT Health wspiera rozwój talentów w Europie Środkowo-Wschodniej i Południowej poprzez m.in. Regionalny Program Innowacji (Regional Innovation Scheme), który umożliwia lokalnym organizacjom i instytucjom promocję wiedzy i umiejętności z zakresu innowacji w obszarze medycyny i opieki zdrowotnej.

ArchiDoc kupiony za 65 mln zł – OASIS Group wchodzi do Polski

OASIS Group, wiodący europejski dostawca rozwiązań z zakresu zarządzania dokumentami i informacją, przejmuje polskiego lidera rynku, ArchiDoc. Wraz z wejściem na polski rynek OASIS rozpoczyna ekspansję na Europę Środkową. Dla polskiej spółki to szansa na międzynarodowy rozwój.

ArchiDoc to jedna z największych polskich firm oferujących usługi biznesowe z obszaru zarządzania dokumentami i obsługi back-office. Zajmuje się przechowywaniem i digitalizacją dokumentów, outsourcingiem procesów biznesowych oraz elektronicznym obiegiem dokumentów. Od 2017 r. ArchiDoc wchodził w skład grupy kapitałowej OEX S.A.

17 października 2019 r. za kwotę 65 mln zł ArchiDoc został przejęty przez OASIS Group (Offsite Archive Storage and Integrated Services), jednego z największych w Europie dostawców rozwiązań na rynku zarządzania dokumentami i informacją. Transakcja pozwala Grupie OASIS zrealizować strategiczny cel ekspansji w tym rejonie Europie Środkowej. W ciągu ostatnich 10 lat holding przejął już 45 podmiotów – transakcja z ArchiDoc to 46. akwizycja i pierwsza w tym rejonie Europy.

-Transakcję traktujemy jako szansę na dalszy rozwój w międzynarodowym środowisku, w obszarze zbieżnym z zakresem działalności ArchiDoc. Od wielu lat próbujemy pozyskiwać klientów dla outsourcingu procesów biznesowych (BPO) z całego świata i wykorzystać skokowy rozwój tego sektora w Polsce. Wierzymy, że nowy, globalny właściciel nam w tym pomoże – wyjawia Konrad Rochalski, Prezes Zarządu ArchiDoc S.A.

W ostatnich latach ArchiDoc umocnił swoją pozycję na rynku i wypracował ponad 20-procentowy wzrost biznesu. Spółka jest w Polsce liderem w obszarze skanowania i digitalizacji dokumentów oraz outsourcingu procesów biznesowych a także drugim co do wielkości podmiotem przechowującym dokumenty papierowe. Do jej klientów należą największe polskie spółki, w tym 9 z 10 największych banków i 8 z 10 największych firm ubezpieczeniowych. Silnie rozwija się również w sektorze medycznym i administracji publicznej.
– OASIS to europejski lider w obszarze przechowywania i digitalizacji dokumentów. Natomiast w dziedzinie outsourcing procesów biznesowych oraz elektronicznego obiegu dokumentów osiągnięcia ArchiDoc są unikatowe dla inwestora i dają możliwość poszerzenia oferty. Zakładamy, że to właśnie ArchiDoc będzie dostarczać holdingowi kompetencji, w których jest najsilniejszy spośród wszystkich spółek grupy OASIS – komentuje Konrad Rochalski.

Przejęcie przez inwestora nie wpłynie na zmianę nazwy, członków zarządu, strategii firmy ani na radykalne zmiany w portfolio produktowym ArchiDoc. Zmodyfikowana zostanie identyfikacja wizualna spółki, by podkreślić jej przynależność do nowej, silnej grupy o ambicjach europejskich. Nowy logotyp ArchiDoc jest inspirowany znakiem OASIS.
Działająca od 1999 r. OASIS Group, z siedzibą w Dublinie, w Irlandii, posiada lokalizacje w całej Unii Europejskiej. Zatrudnia 650 członków zespołu i świadczy usługi dla ponad 8 000 klientów w różnych branżach, w tym w sektorze finansowym, prawnym, opieki zdrowotnej, rządowym i edukacyjnym. W lutym 2019 r. trzeci raz z rzędu OASIS zaliczono do najszybciej rosnących europejskich spółek według rankingu „Inc. 5000 Europe 2019”.

Zdobyć i zatrzymać – uwaga klienta na wagę złota

Jak wygląda idealna oferta marketingowa? Według respondentów biorących udział w badaniu „Komunikacja marki – oczekiwania konsumenta” odpowiedź jest prosta – to przekaz, którego nie da się przeoczyć. Klienci oczekują personalizacji ofert oraz przedstawienia ich w przystępny i jednoznaczny sposób, a jako przestrzeń do skutecznego dialogu wskazują internet. 

Technologie a zakupy

Jak wynika z raportu przygotowanego przez BIOSTAT, pole komunikacji marek  z odbiorcami zapewnia sieć. Mimo, że świat wirtualny rządzi się swoimi prawami, potrzeby konsumentów pozostają niezmienne, a klienci pragną przede wszystkim wygody oraz jasnych przekazów. – Już 59 proc. odbiorców potwierdza, że informacji o marce szuka przez swojego smartfona. Również za jego pomocą odbierane są przez nich oferty promocyjne. Planując działania marketingowe firmy, które chcą osiągnąć sukces, muszą o tym pamiętać i kampanie opierać przede wszystkim na technologiach mobilnych i stałej obecności w sieci – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Aby sprostać wymaganiom klientów, przed marketingowcami i projektantami newsletterów oraz stron internetowych staje wyzwanie. Muszą zadbać o to, aby witryny były responsywne, a kampanie komunikacyjne prowadzone w prosty dla odbiorcy sposób: na czatach, komunikatorach i poprzez SMSy. Ważne jest też ułatwienie interakcji oraz robienia zakupów, które – jak pokazują badania, wciąż opłacane są przez konsumentów głównie na komputerze. Nie oznacza to jednak, że trendy się nie zmieniają. Obecnie sklepy coraz częściej posiadają własne aplikacje, co w przyszłości może sprawić, że trend finalizowania transakcji przed monitorem, ulegnie odwróceniu.

Przepis na komunikację

Kluczem do zwrócenia (i zatrzymania!) uwagi współczesnych klientów jest odpowiednia konstrukcja oferty. Oczywiste? Okazuje się, że niekoniecznie. Podczas, gdy co drugi konsument wskazuje, że atrakcyjny komunikat to ten spersonalizowany, zdefiniowanie tego terminu sprawia firmom nie lada problem. Rynek pokazuje to jasno – nie chodzi o zwrócenie się do klienta po imieniu, a o podkreślenie ekskluzywności oferty. Nic tak skutecznie nie przyciąga konsumenta, jak propozycja skierowana tylko do członków klubu, bądź oparta na wcześniejszych wyborach klienta. Odbiorcom zależy też na promocjach. Co ciekawe, nie liczy się jednak wysokość rabatu – najważniejsze, aby zasady jego otrzymania były jasne i pozbawione tzw. ukrytych haczyków. Marketingowcy nie mogą zapominać też o formie prezentacji treści. Konsumenci poświęcają komunikatom tylko kilka chwil, istotne jest więc, aby ich przekaz był prosty, jasny, czytelny i atrakcyjny wizualnie.

Dotarcie do konsumenta

Poza treścią, w odpowiednio skonstruowanej ofercie, ważny jest wybór odpowiednich kanałów komunikacji, ponieważ od tej decyzji zależy czy i jak szybko oferta dotrze do odbiorcy. Jak wyglądają preferencje klientów? Od wielu lat, niezmiennie rządzi e-mail. W badaniu „Komunikacja marki – oczekiwania konsumenta”[1], wskazało go ponad 64 proc. ankietowanych. Nieco mniej, bo 44,9 proc. respondentów doceniło komunikację poprzez social media, a 43,4 proc. wskazało czat na stronie internetowej sklepu, jako wygodną formę kontaktu. Co ciekawe, prawie połowa konsumentów zadeklarowała także, że dzięki smartfonom, odbiera informacje w mniej niż 5 minut. Niezależnie od kanału, w komunikacji marka – klient, istotne są również szybkie odpowiedzi, kompleksowe rozwiązywanie problemów oraz automatyczne informowanie o statusie zamówienia.

Podczas tworzenia ofert marketingowych najważniejsza jest obserwacja rynku. Zmieniające się trendy w branży oraz preferencje klientów powinny być bazą do konstruowania skutecznych komunikatów. Zindywidualizowane, wartościowe treści przekazane odpowiednim kanałem, pozwolą na zbudowanie grona zaangażowanych konsumentów, a co za tym idzie, na dynamiczny rozwój firmy.

[1] https://www.biostat.com.pl/komunikacja-marki-oczekiwania-konsumenta.php

Duże zmiany w gospodarce odpadami opakowaniowymi. Resort środowiska pracuje nad nowymi zasadami odpowiedzialności producentów

Duże zmiany w gospodarce odpadami opakowaniowymi. Resort środowiska pracuje nad nowymi zasadami odpowiedzialności producentów 1

Znowelizowany pakiet dyrektyw odpadowych Unii Europejskiej zmieni zasady rozszerzonej odpowiedzialności producentów (ROP) za opakowania, które wprowadzają na rynek. Do lipca 2020 roku powinny zostać uchwalone krajowe przepisy regulujące wdrożenie ROP w poszczególnych krajach UE. Jak informuje wiceminister środowiska Sławomir Mazurek – resort prowadzi konsultacje z przedsiębiorcami dotyczące nowych zasad gospodarki odpadami opakowaniowymi i rozważa zachęty m.in. fiskalne dla firm, które będą promować przyjazne dla środowiska, łatwe do recyklingu materiały.

– Gospodarkę odpadami w Polsce czeka zmiana w zakresie rozszerzonej odpowiedzialności producentów. Wynika ona z dyrektywy europejskiej i dotyczy pokrywania kosztów netto zagospodarowania odpadów. To też jest temat, nad którym pracujemy ze wszystkimi interesariuszami. Rozmawiamy z przedsiębiorcami, w jaki sposób wypełnić ten system konkretnymi zobowiązaniami i jak na nowo zdefiniować role poszczególnych uczestników rynku, aby system ten był efektywny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Mazurek, wiceminister środowiska.

W polskim systemie gospodarki odpadami funkcjonuje już mechanizm rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP), który zakłada, że przedsiębiorstwa wprowadzające opakowania na rynek muszą partycypować w kosztach ich zbiórki, segregacji i przygotowania do recyklingu. Jednak – jak zgodnie oceniają eksperci – obecny system jest całkowicie nieefektywny.

Znowelizowany pakiet dyrektyw odpadowych Unii Europejskiej (przyjęty w lipcu 2018 roku) ustanawia wyższe cele recyklingu odpadów komunalnych i opakowaniowych, a także nakłada na producentów opakowań obowiązek stosowania się do ROP, której zasady zostały ujednolicone w dyrektywach. Zakładają one m.in., że producenci będą zobowiązani do pokrycia kosztu netto (po odjęciu przychodów ze sprzedaży surowców) selektywnej zbiórki i przygotowania odpadów opakowaniowych do recyklingu. Przepisy regulujące wdrożenie ROP w poszczególnych krajach UE mają zostać uchwalone do lipca 2020 roku i wdrożone najpóźniej do 2023 roku.

– Jesteśmy w trakcie konsultacji z przedsiębiorcami, którzy wprowadzają opakowania na rynek i chcemy, żeby ta rozszerzona odpowiedzialność producenta była wspólnym projektem, który – mimo różnych interesów – wprowadzi najlepsze rozwiązania, satysfakcjonujące po części wszystkich. Oczywiście jest to wyzwanie. Istotne, żeby pieniądze faktycznie pojawiły się w tym systemie. Kolejnym elementem będzie wprowadzenie efektywnego systemu zachęt. Wierzę, że już w przyszłym roku wejdą w życie zapisy, które będą te proekologiczne rozwiązania promować – mówi wiceminister Sławomir Mazurek.

Jak podkreśla, do przedsiębiorców najlepiej przemawia kwestia kosztów. Stąd resort rozważa m.in. zachęty fiskalne dla firm, które będą promować przyjazne dla środowiska, łatwe do recyklingu materiały.

– Aby zwiększyć poziomy recyklingu i gospodarować zasobami bardziej oszczędnie kluczowe jest ustawienie systemu zachęt tak, abyśmy mieli w większej ilości materiały jednorodne, materiały łatwe do recyklingu. Promowaniu takich rozwiązań będzie służyć system bonusów – podkreśla wiceminister Sławomir Mazurek. – Dla wielu firm takie proekologiczne zachowania mogą być elementem budowania przewagi konkurencyjnej. Okazuje się, że mamy w Polsce świetne rozwiązania w zakresie nowych materiałów, często są to patenty, które jeszcze nie weszły w fazę szerszej realizacji. Przykładowo, jest polska firma, która produkuje talerzyki z otrąb w zastępstwie dla talerzyków plastikowych, które zgodnie z unijną dyrektywą będą zakazane.

Wiceminister ocenia, że w najbliższej perspektywie wyzwaniem będzie osiągnięcie wymaganego unijną dyrektywą 50-procentowego poziomu recyklingu do 2020 roku, ale i przestawienie się na gospodarkę obiegu zamkniętego (GOZ, circular economy), która zakłada optymalne wykorzystanie odpadów i surowców naturalnych poprzez traktowanie odpadów jako surowców wtórnych i ponowne ich wykorzystywanie. GOZ obejmuje cały cykl życia produktów, od projektowania, przez produkcję i konsumpcję aż po ich selektywną zbiórkę.

– Przed nami też istotny proces związany z określeniem luki inwestycyjnej, abyśmy mogli pozyskiwać fundusze europejskie na gospodarkę odpadami i rozwijać infrastrukturę, tak aby mieszkańcy mieli lepszy dostęp do nowoczesnych technologii, które teraz są często w fazie pilotażu – mówi wiceminister Sławomir Mazurek.

Farmy wiatrowe na Bałtyku zaczną produkować energię za około 5 lat. To ogromna szansa dla polskiego przemysłu

Farmy wiatrowe na Bałtyku zaczną produkować energię za około 5 lat. To ogromna szansa dla polskiego przemysłu 2

Morska energetyka wiatrowa w Europie szybko się rozwija – farmy wiatrowe ma już 11 państw, a w zeszłym roku moc zainstalowana na morzu zwiększyła się o 2,65 GW. Budowane obecnie turbiny są coraz większe i efektywniejsze. Polska jest wciąż daleko w tyle za krajami takimi jak Wielka Brytania czy Niemcy – polskie farmy wiatrowe na Bałtyku są jeszcze w fazie projektów i według rządowych planów zaczną wytwarzać energię bliżej 2025 roku. Ich produkcja może być jednak ogromną szansą dla polskiego przemysłu, m.in. hutniczego i stoczniowego. 

– Morska energetyka wiatrowa w Polsce to zdecydowanie przyszłość. Europa Zachodnia już od dłuższego czasu ma w tym zakresie bardzo duże osiągnięcia. Łączna moc zainstalowana na morzach europejskich sięga rzędu 20–30 GW. My jesteśmy na samym początku, jeszcze nie mamy nic, ale są już plany rządowe. Myślę, że za około 4–5 lat będziemy mieć pierwszą megawatogodzinę dostarczaną z morza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Czech, prezes zarządu Energomontaż-Północ Gdynia SA.

Morska energetyka wiatrowa to jeden z najszybciej rozwijających się sektorów OZE w Europie. Morskie farmy wiatrowe ma obecnie 11 europejskich państw. Jak wynika ze statystyk WindEurope, w ubiegłym roku w całej Europie moc elektrowni wiatrowych offshore wzrosła o 2,65 GW. Prym wiedzie Wielka Brytania, która w zeszłym roku zainstalowała na morzu ponad 1,3 tys. nowych wiatraków i łącznie ma w tej chwili ponad 8 GW mocy zainstalowanych, a do 2030 roku planuje już osiągnąć poziom 30 GW. Zaraz za Brytyjczykami plasują się z kolei Niemcy, Dania, Belgia i Holandia.

Polskie farmy wiatrowe na Bałtyku są jeszcze w fazie projektów. Zaczną produkować energię około 2025 roku. Natomiast do 2040 roku planowane jest już oddanie do eksploatacji ponad 10 GW mocy zainstalowanej w Polskiej Wyłącznej Strefie Ekonomicznej na Bałtyku („Polityka energetyczna Polski do 2040 roku”).

– Widzimy, jak dynamicznie rozwija się ten sektor, zamówienia cały czas rosną. W tej chwili realizujemy na przykład zamówienie na platformy zewnętrzne dla firmy Smulders. Zamawia głównie Europa, ale nie tylko, spory rozwój obserwujemy też na Tajwanie, w Stanach Zjednoczonych czy w Singapurze – mówi Andrzej Czech.

Jak podkreśla, pod względem liczby zamówień poprzednie dwa lata na rynku europejskim były dla spółki słabsze. Natomiast teraz widać dynamiczny wzrost w skali kilkunastu procent rok do roku. Zamówienia płyną do spółki głównie z państw, w których sektor offshore jest najbardziej rozwinięty, czyli z Wielkiej Brytanii, Danii, Niemiec, Holandii i Belgii.

– W tej chwili do gry wchodzi także Francja, aczkolwiek jeszcze za dużo tych francuskich zleceń nie ma. Rynek francuski jest zbliżony do hiszpańskiego i to głównie oni go obsługują, ale myślę, że przy dużym rozwoju tamtejszej branży i z tamtych rejonów powinniśmy dostawać zamówienia. Szczęśliwie program morskiej energetyki wiatrowej został wpisany w polski miks energetyczny, co napawa dużym optymizmem. Będzie praca dla całego naszego przemysłu na lata – mówi Andrzej Czech.

Produkcja morskich farm wiatrowych może stać się jednym z motorów polskiej gospodarki. Według szacunków McKinsey & Company budowa 6 GW na Bałtyku stworzy 77 tys. nowych miejsc pracy, wygeneruje ok. 60 mld zł wartości dodanej do PKB i 15 mld zł  wpływów z tytułu podatków CIT i VAT („Rozwój morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. Perspektywy i ocena wpływu na lokalną gospodarkę”). Z rozwoju sektora offshore skorzystają m.in. porty – w tym te mniejsze, jak Ustka czy Władysławowo – w których będą operować statki serwisujące farmy wiatrowe.

Jak wynika z raportu „Przyszłość morskiej energetyki wiatrowej w Polsce 2019” opracowanego przez PSEW, typowa, pojedyncza wieża to 300–400 ton stali, a jej konstrukcja wsporcza to kolejne 750–1200 ton. Do budowy morskich farm o mocy 6 GW potrzebne będzie więc około 1 mln ton stali, co stanowi ogromną szansę dla polskiego przemysłu hutniczego i stoczniowego.

– My, jako polski przemysł, robimy głównie fundamenty oraz wieże i to jest stal S355, czyli dosyć standardowa stal o podwyższonej wytrzymałości. Natomiast patrząc szerzej na cały przemysł związany z wiatrówką, tu mamy wszystkie, w tym trudniejsze i bardziej wytrzymałe gatunki stali jak 420, 460 czy nawet trudniejszą w spawaniu 690, które służą głównie do urządzeń pomocniczych. Technologie mamy oczywiście nasze własne, my potrafimy to robić, jesteśmy przygotowani – podkreśla Andrzej Czech, prezes zarządu Energomontaż-Północ Gdynia SA.

Jak wynika z raportu PSEW, produkcja farm wiatrowych i fundamentów to dwa główne elementy łańcucha dostaw dla morskiej energetyki wiatrowej. Ten łańcuch obejmuje m.in. produkcję elementów samych wiatraków, jak łopaty, systemy kontroli kąta natarcia, generatory, przekładnie, systemy odbioru mocy. Niezbędne są stalowe struktury wież, konstrukcje wsporcze, osprzęt elektryczny.

W tej chwili na polskim rynku jest ok. 140 przedsiębiorstw, które mogą się włączyć w  procesy przygotowania, budowy i eksploatacji farm wiatrowych na Bałtyku – pokazują szacunki PSEW. Część z nich to wyspecjalizowane podmioty działające w branży offshore od lat, uznane na europejskim rynku i korzystające z autorskich technologii.

– Prowadzimy prace badawczo-rozwojowe, mamy około 600 własnych procedur spawania różnego rodzaju stali – zaznacza Andrzej Czech.

Jak podkreśla, budowane obecnie turbiny są coraz większe i w efekcie coraz efektywniejsze. PSEW zwraca uwagę na to, że obecnie najwyższa moc turbiny na morzu to 9,5 MW, ale konstrukcje będące w fazie planowania mają osiągać moc nawet 12 MW. Większa efektywność turbin pociąga za sobą spadek kosztów na budowę farm wiatrowych, dzięki czemu są coraz tańsze i coraz bardziej konkurencyjne.

– Wielkość jest chyba takim podstawowym trendem, cały czas idziemy w  górę. Pamiętam jeszcze energetykę morską na turbinach o mocy 3 MW, w tej chwili na bieżąco instalowane jest 6,5–7 MW, a do produkcji wchodzą już turbiny 9,5 MW. Testowane są z kolei modele przemysłowe 12 MW. To wszystko rośnie, jest robione z coraz większych arkuszy, z coraz grubszych blach – mówi Andrzej Czech.

Warszawski Szpital przy Banacha działa planowo. Zabiegi nie są odwoływane, liczba pracowników wzrosła

Warszawski Szpital przy Banacha działa planowo. Zabiegi nie są odwoływane, liczba pracowników wzrosła 3

Według medialnych doniesień z powodu braku środków i personelu oraz problemów finansowych największy w Polsce Centralny Szpital Kliniczny przy ul. Banacha był zmuszony wstrzymać pracę dziewięciu sal operacyjnych i przekładać planowane zabiegi. Placówka odpowiada jednak, że od początku tego roku zrealizowała 107 proc. ryczałtu NFZ, wszystkie zabiegi odbywają się planowo, a informacje o odpływie kadr są nieprawdziwe – od stycznia w szpitalu przybyło 3 lekarzy i 70 rezydentów, a liczba anestezjologów pozostała bez zmian. 

– Ministerstwo Zdrowia ze względu na wagę szpitala przy ul. Banacha dla całego systemu ochrony zdrowia na bieżąco monitoruje sytuację. Liczba hospitalizacji w tym szpitalu utrzymuje się na stałym poziomie, nie ma tutaj żadnego ograniczenia dostępu do świadczeń dla pacjentów. To, co jest najważniejsze w systemie ochrony zdrowia, czyli zabezpieczenie dobra pacjenta, jest jak najbardziej realizowane – podkreśla Janusz Cieszyński, wiceminister zdrowia.

Centralny Szpital Kliniczny przy ul. Banacha jest zarządzany przez Warszawski Uniwersytet Medyczny. Stołeczna placówka to jedna z największych i najbardziej wyspecjalizowanych w kraju. W szpitalu działa 18 klinik i 20 poradni specjalistycznych. W ubiegłym roku na Banacha hospitalizowano blisko 35 tys. pacjentów z całej Polski (według prognoz – w bieżącym ich liczba ma już przekroczyć 36 tys.). Placówka, który dysponuje liczącym 23 sale blokiem operacyjnym, rocznie wykonuje też ok. 11 tys. operacji i zatrudnia ok. 600 lekarzy.

Według medialnych doniesień z powodu braku personelu – głównie anestezjologów, pielęgniarek i instrumentariuszek – oraz braku środków i problemów finansowych szpital był zmuszony wstrzymać pracę dziewięciu sal operacyjnych i przekładać w czasie planowane zabiegi. Jeden z głównych problemów ma stanowić ryczałt, czyli kwota, jaką NFZ przeznacza na funkcjonowanie placówki. Na podstawie kwoty ryczałtu szpital prognozuje, jaką liczbę operacji może przeprowadzić bez dopłacania do nich i dalszego zadłużania się. Jeśli przekroczy kwotę ryczałtową, nie otrzyma zwrotu z NFZ.

W oficjalnym komunikacie placówka poinformowała jednak, że „zabiegi wymagające trybu pilnego, ostrego, w stanach zagrożenia życia zawsze były, są i będą wykonywane bez względu na wysokość ryczałtu”. Natomiast planowane zabiegi są wykonywane według kolejki oczekujących, ale nie jest to sytuacja wyjątkowa dla tego szpitala, ale normalna zarówno w polskim, jak i w innych systemach opieki zdrowotnej.

– Liczba hospitalizacji w szpitalu na Banacha utrzymuje się na tym samym poziomie, co w zeszłym roku. Patrząc z perspektywy zabezpieczenia potrzeb zdrowotnych Polaków – w szczególności mieszkańców Mazowsza i Warszawy – nie odnotowaliśmy w tym zakresie jakichkolwiek problemów – podkreśla wiceminister Janusz Cieszyński.

Jak poinformowała placówka, dziewięć sal operacyjnych nie jest wykorzystywanych na stałe, ponieważ na pozostałych szpital i tak wykonuje więcej ryczałtu, niż płaci mu Narodowy Fundusz Zdrowia. Od początku roku do września CSK Banacha wykonał 107 proc. ryczałtu przyznanego przez NFZ.

– Ministerstwo Zdrowia jest w kontakcie ze szpitalem, natomiast celem resortu nie jest liczenie, ile w danym momencie działa sal operacyjnych. Mamy doprowadzić do tego, aby wszystkie zabiegi zgłoszone przez podmiot, za które zapłaci Narodowy Fundusz Zdrowia, były realizowane. Tutaj organizacja leży w gestii dyrektora szpitala. Warszawski Uniwersytet Medyczny jest bardzo dużym podmiotem, dlatego jego sytuacja przekłada się na cały system. Natomiast nie stosujemy w tym przypadku żadnych specjalnych zasad i dbamy o to, żeby odbywały się wszystkie zabiegi, które muszą być zrealizowane – mówi wiceminister Janusz Cieszyński.

Jak podkreśla, pacjenci szukający informacji o możliwym, najbliższym terminie wykonania danego zabiegu mogą dzwonić na bezpłatną infolinię Narodowego Funduszu Zdrowia pod numer 800 190 590. Tam mogą uzyskać informację gdzie dany zabieg zostanie zrealizowany najszybciej.

Jak podały władze Centralnego szpitala Klinicznego przy ul. Banacha, nieprawdziwe są także medialne doniesienia o „dramatycznym odpływie pracowników”, lekarzy i rezydentów z placówki. Według oficjalnych statystyk, od stycznia do września tego roku w szpitalu przybyło trzech lekarzy i 70 rezydentów (których jest obecnie 245), liczba anestezjologów pozostała bez zmian. Placówka ma tylko o jedną pielęgniarkę mniej (łącznie pracuje ich blisko 1 tys.).

– W internecie każdy może dzisiaj znaleźć wpisy organizacji związkowych, które funkcjonują w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym i wskazują, że trwa tam obecnie dzika konsolidacja szpitali uniwersyteckich. Oczywiście wiemy, że to jest trudny proces i każda restrukturyzacja wymaga porozumienia z partnerami społecznymi. Natomiast chciałbym zachęcić władze WUM do tego, aby ten dialog podjęły naprawdę na pełną skalę i doprowadziły do tego, aby niepokoje pracownicze nie obniżały atrakcyjności WUM jako potencjalnego pracodawcy – mówi wiceminister Janusz Cieszyński.

Jak podkreśla, także resort zdrowia podejmuje działania, które mają zwiększyć atrakcyjność zawodów medycznych i zwiększyć liczbę kadr.

– Wprowadziliśmy program zwiększania liczby miejsc na studiach medycznych o 50 proc., uatrakcyjniliśmy także wynagrodzenia, co pozwoliło na powstrzymanie exodusu kadrowego, który trwał za rządów naszych poprzedników. Dzięki temu mamy dzisiaj w Polsce o 10 tys. lekarzy i 17 tys. pielęgniarek więcej niż na początku kadencji. To początek, bo efekty będą widoczne nie tylko dziś, lecz także w latach kolejnych – mówi wiceminister Janusz Cieszyński.

Zadłużenie szpitali i niedobór środków finansowych to problem nie tylko dla CSK Banacha. Dotyczy ok. 500 placówek, których łączne zobowiązania przekraczają 13 mld zł. Według danych przytaczanych przez Okręgową Izbę Lekarską w Warszawie, „uzdrowienie” polskiego systemu ochrony zdrowia wymaga łącznie ok. 30 mld zł zastrzyku finansowego na przeprowadzenie zmian organizacyjnych czy spłatę długów.

Rodzice nie kontrolują czasu spędzanego przez dzieci w internecie. Tylko co piąty ogranicza dostęp do niebezpiecznych treści

Rodzice nie kontrolują czasu spędzanego przez dzieci w internecie. Tylko co piąty ogranicza dostęp do niebezpiecznych treści 4

Ponad 82 proc. dzieci i nastolatków codziennie łączy się z siecią. Internet to zarówno pozytywne aspekty, związane z rozwijaniem kompetencji cyfrowych czy nowoczesną edukacją, jak i zagrożenia, jak hejt, patostreaming czy treści pornograficzne. Bezpieczeństwo dzieci i młodzieży w internecie to wyzwanie, które wymaga aktywnego zaangażowania rodziców i opiekunów. Tymczasem – jak pokazują badania NASK – wielu nie kontroluje czasu spędzanego przez dziecko w internecie ani oglądanych przez nie treści, a tylko co piąty rodzic korzysta z filtra, który ogranicza dostęp do niebezpiecznego kontentu.

Internet jest dzisiaj przestrzenią do wielu niebezpieczeństw i patologii, a rodzice czy opiekunowie wyobrażają sobie, że skoro dziecko siedzi obok w pokoju, to nie jest na nie narażone i są spokojni. Niestety, to nie zawsze jest prawdą – mówi agencji Newseria Biznes Wanda Buk, wiceminister cyfryzacji..

Dzieci i młodzież korzystają z internetu coraz wcześniej i coraz intensywniej – według badania EU Kids Online 2018 82,5 proc. w wieku od 9 do 17 lat łączy się z siecią codziennie. Ma to pozytywne aspekty, związane z kształtowaniem kompetencji cyfrowych, wyrównywaniem szans, rozwojem czy nowoczesną edukacją, ale dostęp do sieci niesie ze sobą także szereg zagrożeń, jak wszechobecny hejt albo patotreści czy seksting. Z danych Dyżurnet.pl wynika, że w ubiegłym roku odnotowano w Polsce blisko 2 tys. przypadków treści pornograficznych z udziałem dzieci.

Z naszych badań wynika, że dzieci, nawet te 10- czy 13-letnie, potrafią spędzać w sieci powyżej 3 godzin dziennie, to jest bardzo dużo. Bardzo ważne jest też to, co dzieci robią w internecie, czy jest to scrollowanie stron albo siedzenie na społecznościówkach, które są na pewno istotne pod kątem społeczno-socjalnym dziecka, ale nie mogą przeważać, czy dziecko czegoś się uczy, np. programowania, coś poznaje, np. godzinami czyta w sieci o podróżach do Tajlandii – mówi Anna Rywczyńska, kierownik Zespołu Projektów Społecznych NASK.

Jak pokazuje raport „Rodzice 3.0” autorstwa NASK, rodzice i opiekunowie często nawet nie doszacowują czasu, który ich podopieczni spędzają w internecie i nie kontrolują oglądanych przez nie treści. Tylko co piąty (21,2 proc.) zadeklarował, że w domu jest zainstalowany filtr rodzicielski lub inna technologia, która ogranicza dostęp do niebezpiecznego kontentu.

Największym zagrożeniem jest to, że dzieci często zostają w tym internetowym świecie same i trafiają na negatywne zjawiska. Zatapiają się w tym świecie i alienują od rzeczywistości. To jest największe zagrożenie – pozostawienie dziecka samego z patostreamami, niekontrolowaną edukacją seksualną, atakami personalnymi na siebie nawzajem. Najgorsze jest to, że nie towarzyszymy dzieciom w tym świecie, pokazując im, co jest dobre, a co jest złe – mówi Bartłomiej Klinger, zastępca dyrektora ds. projektów administracyjno-edukacyjnych w NASK.

Jak wynika z badań Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, 42 proc. polskich uczniów nie miało w szkole zajęć dotyczących bezpieczeństwa w sieci. Dlatego eksperci podkreślają, że tym bardziej potrzebne jest aktywne zaangażowanie rodziców, żeby je zapewnić.

– Zadajemy sobie pytanie: „jak nie zgubić dziecka w sieci?”. Najprostszą odpowiedzią jest: „być z nim”. Tyle że, aby towarzyszyć mu świadomie, sami musimy umieć poruszać się w sieci i rozumieć zagrożenia. Kiedy będziemy umieli to zrobić, będziemy mogli również przekazać tę wiedzę dzieciom – podkreśla Wanda Buk.

Próba odcięcia dzieci od internetu czy smartfona prawie na pewno skończy się agresją i też nie będzie dla nich dobra, bo wykluczy je ze społeczności i trafią w obszar innych niebezpieczeństw, być może bardziej realnych i dotkliwych psychicznie. Nie mamy wyjścia – musimy jako dorośli żyć z dziećmi w tym świecie cyfrowym, towarzyszyć im tak, jak towarzyszymy im w świecie rzeczywistym, odprowadzamy do szkoły, martwimy się ważnymi zdarzeniami –dodaje Bartłomiej Klinger.

O tym, jak zadbać o bezpieczeństwo dzieci w internecie i co zrobić, aby przebywanie w sieci przynosiło korzyści, rozmawiali uczestnicy konferencji organizowanej przez Państwowy Instytut Badawczy NASK oraz Fundację Dajemy Dzieciom Siłę. W wydarzeniu, które odbyło się w Warszawie po raz 13., uczestniczyli prelegenci z Polski i z zagranicy. Patronat nad wydarzeniem objęło Ministerstwo Cyfryzacji.

W Polsce na alergiczny nieżyt nosa choruje już ok 9 mln. osób, z czego 25 proc. to dzieci i młodzież. Nieleczony najczęściej prowadzi do rozwoju astmy

W Polsce na alergiczny nieżyt nosa choruje już ok 9 mln. osób, z czego 25 proc. to dzieci i młodzież. Nieleczony najczęściej prowadzi do rozwoju astmy 5

Choroby alergiczne są często określane mianem epidemii XXI wieku. Cierpią na nie zarówno dzieci, jak i dorośli. Nieleczona alergia może prowadzić bowiem do poważnych powikłań i rozwoju kolejnych schorzeń m.in. astmy oskrzelowej. Dlatego bardzo ważne jest jej wczesne rozpoznanie i rozpoczęcie terapii. Jedyną metodą, która polega na zwalczaniu przyczyny, a nie objawów choroby, jest immunoterapia alergenowa, popularnie nazywana odczulaniem. Ze względu na brak refundacji w Polsce pacjenci nie mają jak na razie dostępu do immunoterapii podjęzykowej, podawanej w formie tabletki (liofilizatu). Jej zaletą jest to, że można stosować ją samodzielnie w domu, bez potrzeby ciągłych wizyt u lekarza.

– Podstawowe grupy alergenów, które wywołują alergiczny nieżyt nosa, to pyłki drzew, pyłki traw i roztocza kurzu domowego oraz zarodniki grzybów pleśniowych. Te cztery grupy alergenów najbardziej dokuczają pacjentom z alergią i wywołują u nich alergiczny nieżyt nosa – mówi dr Piotr Dąbrowiecki, alergolog z Kliniki Chorób Infekcyjnych i Alergologii Wojskowego Instytutu Medycznego, przewodniczący Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP.

Z ogólnopolskiego badania ECAP wynika, że objawy alergii wykazuje ok. 40 proc. Polaków. Taki odsetek ma dodatnie testy na powszechnie występujące alergeny. Około 9 mln Polaków cierpi na katar alergiczny, natomiast 5,5 mln ma już objawy astmy. Szacuje się, że w całej Europie na różne postacie alergii cierpi ok. 150 mln ludzi, w tym co trzecie dziecko.

Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że choroby alergiczne zajmują dziś trzecią pozycję na liście najczęstszych chorób przewlekłych. Żadna z pozostałych chorób cywilizacyjnych nie notuje takiego tempa przyrostu – według Europejskiej Agencji Alergologii i Immunologii Klinicznej (EAACI) w perspektywie kolejnych 10 lat około 50 proc. Europejczyków będzie dotkniętych chorobami alergicznymi. Z kolei Polskie Towarzystwo Alergologiczne podaje, że co kilkanaście lat następuje podwojenie liczby chorych. Wzrost zachorowań na alergie wiąże się bowiem z rozwojem cywilizacyjnym i zanieczyszczeniem powietrza.

– Jeżeli mieszkamy w zanieczyszczonej atmosferze, oddychamy przez nos zanieczyszczonym powietrzem – w nosie dochodzi do rozwoju przewlekłego stanu zapalnego. Na taką zmienioną błonę śluzową nosa trafiają pyłki – mówi dr Piotr Dąbrowiecki – Badania pokazują, że osoby mieszkające w zanieczyszczonej atmosferze dwu-trzykrotnie częściej rozwijają objawy alergii. Nawet jeżeli nie mają rodziców ani dziadków alergików. Za to, że mamy do czynienia z epidemią alergii w XXI wieku, jako specjaliści winimy również zanieczyszczone powietrze.

Objawami alergii są m.in. świąd, łzawienie i pieczenie oczu, zaczerwienienie spojówek, katar, niedrożność nosa, kichanie, duszność, kaszel, świszczący oddech, pokrzywka, wyprysk, obrzęk jamy ustnej i gardła. Takie długotrwałe symptomy mogą być dla pacjentów bardzo uciążliwe i utrudnić codzienne funkcjonowanie.

– Trudno jest w ogóle powstrzymać to, co się z nosa wydostaje. Kiedy poprawia się pogoda np. w kwietniu, robi się ciepło i pyli brzoza – wtedy ci, którzy są na nią uczuleni, nagle w ciągu dwóch dni stają się bardzo chorzy. Stąd też bardzo wielu pacjentów przychodzi wiosną mówiąc: „katastrofa” – mówi dr Piotr Dąbrowiecki.

Najpopularniejszą metodą rozpoznania alergii są testy skórne lub śródskórne oraz badanie krwi, w którym określa się wysokości stężenia IgE. Rozpoznanie i wczesne leczenie alergii jest bardzo ważne, bo – wbrew pozorom – nie jest to tylko dokuczliwa i stosunkowo niegroźna choroba. Nieleczona alergia może prowadzić do poważnych powikłań i rozwoju kolejnych schorzeń alergicznych, w tym m.in. astmy czy w konsekwencji nawet POChP.

 To nie przechodzi bez echa, nieleczony alergiczny nieżyt nosa może wywołać astmę oskrzelową. Na początku to jest zatkany nos i dyskretne objawy, ale później one z reguły kończą się astmą oskrzelową, która towarzyszy pacjentowi już do końca życia – podkreśla dr Piotr Dąbrowiecki.

– Badania przeprowadzane w grupach młodzieży cierpiącej na alergiczny nieżyt nosa pokazywały, że w ok. 30 do 50 proc. przypadków dochodzi do rozwoju astmy. Natomiast badania epidemiologiczne u dzieci, które sprawdzały pewne predyspozycje, jak nadreaktywność oskrzeli, wykazywały, że w około 20–30 proc. przypadków dzieci, które chorują na alergiczny nieżyt nosa, w przyszłości mogą rozwinąć astmę – dodaje prof. Marek Kulus, kierownik Kliniki Pneumonologii i Alergologii Wieku Dziecięcego w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

Jak podkreśla, jedynym obecnie leczeniem przyczynowym – nie objawowym – alergii jest odczulanie, czyli tzw. immunoterapia swoista. Polega ona na podawaniu alergenów, na które organizm ma uzyskać tolerancję.

– Immunoterapia może odwrócić ten niekorzystny proces alergizacji, do którego już doszło w organizmie i nie dopuścić do dalszego postępu choroby alergicznej, a więc przekształcania się np. alergicznego nieżytu nosa w astmę. Może spowodować wyleczenie z choroby alergicznej. Wszystkie inne postaci terapii chorób alergicznych niestety mają znamiona leczenia objawowego. Zarówno bardzo skuteczne glikokortykosteroidy wziewne czy donosowe znakomicie kontrolują objawy, ale nie wyleczą pacjenta z choroby. Natomiast immunoterapia swoista może zahamować tan proces i odwrócić predyspozycje do nabywania innych postaci alergii – mówi prof. Marek Kulus.

Odczulanie u dzieci można rozpocząć już po ukończeniu 5 roku życia. To stosowana od dość dawna i sprawdzona forma leczenia alergii, której skuteczność sięga 80–90 proc. Immunoterapia nie tylko poprawia jakość życia pacjentów, lecz także zapobiega rozwojowi astmy oskrzelowej i ciężkich postaci innych chorób alergicznych.

– Immunoterapia alergenowa powinna być rozpoczęta jak najwcześniej, bo w momencie, kiedy trwa już proces zapalny w nosie, w gardle czy w układzie oddechowym, pojawiają się pewnego rodzaju powikłania. One najpierw są dyskretne: przerastają małżowiny w nosie, pojawiają się polipy. Wczesne leczenie alergicznego nieżytu nosa czy astmy przynosi konkretne benefity dla zdrowia. Gdybyśmy mogli zastosować immunoterapię u wszystkich pacjentów po ukończeniu 5 roku życia to byłby strzał w dziesiątkę – mówi dr Piotr Dąbrowiecki.

Leczenie podawane jest w różnych formach, iniekcyjnie i podjęzykowo, w kroplach lub tabletkach (liofilizat). Efektywność obu tych form terapii jest niemal taka sama. Zaletą immunoterapii podjęzykowej jest to, że można stosować ją samodzielnie w domu, bez potrzeby ciągłych wizyt u lekarza. Wystarczy jedna wizyta u alergologa raz na trzy miesiące.

– Immunoterapia z pewnością poprawia jakość życia pacjentów, skuteczność tej metody sięga około 80–90 proc. – podkreśla prof. Marek Kulus – Immunoterapia alergenowa zwykle kojarzy się z bolesnymi zastrzykami, wykonywanymi regularnie, ale w tej chwili mamy dostępne również inne formy immunoterapii, czyli terapię podjęzykową w postaci kropli bądź tabletek. Ta forma jest niezwykle korzystna dla pacjentów, którzy obawiają się iniekcji. Dzieci są tą grupą specjalnie predysponowaną i taka terapia wydaje się specjalnie jakby zaprojektowana dla nich.

Ze względu na brak refundacji polscy pacjenci nie mają jak na razie dostępu do immunoterapii podjęzykowej podawanej w formie tabletek. Lekarze podkreślają, że jej szersza dostępność mogłaby skłonić większą liczbę pacjentów do poddania się takiemu leczeniu.

– Im więcej form immunoterapii na rynku, tym lepiej, tym więcej pacjentów, którzy skorzystają z takiej metody leczenia i dzięki temu być może będziemy mieć mniej astmatyków – mówi dr Piotr Dąbrowiecki, alergolog z Kliniki Chorób Infekcyjnych i Alergologii WIM.

 

Materiał powstał w ramach kampanii. Więcej informacji na stronie Facebooka: Zerwij z alergią – wybierz zdrowie

Urządzenia ratujące życie mieszczą się w kieszeni. Mobilne USG już wkrótce nie tylko zobrazują, lecz także rozpoznają choroby i przewidzą zagrożenia

Urządzenia ratujące życie mieszczą się w kieszeni. Mobilne USG już wkrótce nie tylko zobrazują, lecz także rozpoznają choroby i przewidzą zagrożenia 6

Przenośne urządzenia zmieniają obrazowanie diagnostyczne. Mobilny skaner mierzy aktywność mózgu podczas codziennych czynności, rękawiczki MRI dostarczają obrazy ruchome stawów i ścięgien, zaś bezprzewodowy ultrasonograf zapewnia lekarzom możliwość błyskawicznej diagnostyki i optymalizuje pracę kliniczną. Wojsko wykorzystuje już kieszonkowe urządzenia USG w terenie do oceny obrażeń. Już wkrótce urządzenie obrazujące będzie samo stawiało diagnozę.

– Przyszłość obrazowania medycznego jest bardzo świetlana, w szczególności we współpracy ze sztuczną inteligencją. Powstaną też kieszonkowe urządzenia obrazujące, już dzisiaj mamy kieszonkowe ultrasonografy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Bartosz Borucki, kierownik zespołu sztucznej inteligencji i analizy obrazowej w diagnostyce medycznej na Uniwersytecie Warszawskim.

Obrazowanie medyczne pomaga lekarzom w wykrywaniu i diagnozowaniu wielu chorób, od raka i zapalenia wyrostka robaczkowego po udar i choroby serca. Przemysł USG zmienia sztuczna inteligencja, która znacznie szybciej wykrywa poważne schorzenia, priorytetowo traktuje też pacjentów wymagających pilnej opieki, zalecając skierowanie ich na leczenie. Automatyczna segregacja chorych ułatwia życie lekarzom.

Nowe technologie rzeczywistości rozszerzonej umożliwiają z kolei lekarzom zrobienie wycinków zdjęć MRI i stworzenie obrazu 3D, któremu można się dokładnie przyjrzeć za pomocą okularów 3D, zestawu VR, a nawet wydrukować na drukarce 3D. Przenośne urządzenia do obrazowania diagnostycznego są jednym z ważniejszych trendów na rynku. Zintegrowane ze smartfonami pozwalają szybko sprawdzić stan zdrowia.

– Dostępne są głowice, które można podpiąć do telefonu komórkowego i obrazować ciało ultrasonograficznie, a metody sztucznej inteligencji pomagają interpretować ten bardzo trudny obraz specjalistom, którzy niekoniecznie są przeszkoleni, niekoniecznie są radiologami – przekonuje Bartosz Borucki.

Na rynku jest dostępny przenośny skaner mózgu MEG. Opracowany przez naukowców z University College London, mierzy aktywność mózgu podczas codziennych czynności. Ostrzega też przed możliwymi atakami padaczki. Wprowadzone przez New York University School of Medicine rękawiczki MRI dostarczają z kolei stałe obrazy ruchomych stawów i ścięgien. Pozyskane w ten sposób zdjęcia pomagają nie tylko przy operacjach, lecz także w projektowaniu dokładniejszych protez.

Zdalne monitorowanie zdrowia umożliwiają już inteligentne zegarki wyposażone w mobilne mierniki EKG. Apple Watch dla przykładu wykrywa nieregularne rytmy serca, a diabetycy mogą monitorować poziom cukru za pomocą cyfrowych monitorów glukozy. Butterfly IQ to z kolei pierwszy na świecie ultradźwiękowy system do badania całego ciała, można go też podłączyć do smartfona czy tabletu.

Tymczasem wojsko wykorzystuje już przenośne ultrasonografy w terenie do oceny obrażeń żołnierzy. Lekarze mogą ich używać do identyfikowania obrażeń wewnętrznych, np. gdy ranny żołnierz nie jest w stanie zidentyfikować źródła bólu. Także w szpitalach coraz więcej lekarzy korzysta z kieszonkowych aparatów ultrasonograficznych jako skutecznego sposobu identyfikowania problemów zdrowotnych.

– Wszystko idzie w takim kierunku, że urządzenie obrazujące będzie jednocześnie urządzeniem stawiającym automatyczną diagnozę. Będziemy skanować całe ciało i z bardzo wysokim poziomem szczegółowości mogli wcześnie rozpoznawać różnego rodzaju choroby. Powoli idziemy w stronę nie tyle diagnostyki chorób, ile bardziej prewencji, więc wczesnej interpretacji problemów, które mogą doprowadzić do choroby – podkreśla Bartosz Borucki.

Przemysł 4.0 zrewolucjonizuje gospodarkę, zwłaszcza w segmencie automotive. Brak wdrożenia innowacyjnych linii technologicznych może skutkować wypadnięciem z rynku

Przemysł 4.0 zrewolucjonizuje gospodarkę, zwłaszcza w segmencie automotive. Brak wdrożenia innowacyjnych linii technologicznych może skutkować wypadnięciem z rynku 7

Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie dysponuje największym w Polsce i jednym z największych w Europie laboratoriów Przemysłu 4.0. Jego budowa i późniejsze rozbudowy mają być finansowane przez przedsiębiorców, którzy liczą na pozyskanie wykwalifikowanych pracowników inteligentnych fabryk. Tych wciąż w Polsce i Europie jest zbyt mało, a ich powstawanie jest konieczne do tego, by móc się liczyć w walce o przychody, zwłaszcza w branżach takich jak automotive.

– Akademia Górniczo-Hutnicza nawiązała współpracę z kilkunastoma liderami rynku automotive, producentami nie tylko automatyki przemysłowej, lecz także producentami finalnymi samochodów. W wyniku tej współpracy powstało laboratorium przemysłu 4.0. Na takim standardzie przemysłu musi się oprzeć branża automotive – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr inż. Krzysztof Lalik z Wydziału Inżynierii Mechanicznej i Robotyki Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

AGH w Krakowie dysponuje od niedawna linią technologiczną w standardzie Industry 4.0 o wartości miliona złotych, zbudowaną przez Teamtechnik. Jest to największe tego typu laboratorium w Polsce i jedno z trzech największych w Europie. Linia jest elastyczna, dzięki czemu co kilka lat będzie ją można modernizować i dostosowywać do aktualnych standardów obowiązujących w przemyśle. Mają o to zadbać partnerzy projektu, czyli przedsiębiorstwa, którym zależy na solidnym wykształceniu swoich przyszłych kadr.

– Przemysł 4.0 to szeroko pojęta robotyzacja, bardzo nowoczesne, inteligentne napędy, czujniki oraz systemy wizyjne, ale również inne technologie, których cechą charakterystyczną jest to, że te systemy są inteligentne. One doskonale wiedzą, w którym momencie produkcji danego elementu znajduje się linia technologiczna i jak mają zareagować, kogo wezwać i kiedy skończą się jej zasoby. Synergia tych rozwiązań powoduje, że możemy produkować efektywniej, taniej i bardziej elastycznie – przekonuje Krzysztof Lalik.

Dzięki wprowadzaniu takich rozwiązań czas mijający od momentu zaprojektowania do wytworzenia produktu skraca się z kilku lat do zaledwie kilku miesięcy. Pomimo że przemysł na wprowadzaniu takich innowacji bardzo dużo zyskuje, to inteligentne linie produkcyjne wdrażają nieliczni. Z badań przeprowadzonych przez Fujitsu wynika, że większość producentów znajduje się dopiero w początkowej fazie transformacji cyfrowej. Z praktycznych informacji dostarczanych przez technologie Industry 4.0 korzysta w procesie podejmowania biznesowych decyzji zaledwie 28 proc. badanych. 37 proc. projektów inteligentnych fabryk jest obecnie na etapie projektowania. 36 proc. firm dobrnęło do uruchomienia ich w ramach programów pilotażowych, a zaledwie 19 proc. wdrożyło je na stałe. Jedną z barier są koszty inwestycji.

– Koszty trzeba ponieść na samym początku. Inwestycje te mimo wszystko jeszcze nie są na tyle powszechne, żeby były tanie. W związku z tym koszty inwestycyjne są dosyć spore, natomiast okres amortyzacji, okres zwracania się takiej inwestycji jest ultrakrótki w porównaniu do klasycznych technologii. Tymczasem kto nie zaimplementuje standardu Industry 4.0, zostanie w tyle. A ci, którzy zostaną w tyle, bardzo szybko wypadną z rynku – ostrzega naukowiec z AGH.

Z badania Fujitsu wynika, że pozytywne wyniki w okresie do 3 lat od wdrożenia notuje 97 proc. przedsiębiorstw inwestujących w rozwiązania z zakresu Przemysłu 4.0. Raport badawczy IndustryARC wskazuje z kolei, że szacunkowa wartość światowego rynku Industry 4.0 sięgała w 2018 roku 75 mld dol. Do 2025 roku rynek ten ma rosnąć w tempie nawet 20 proc. średniorocznie.

Jak prawidłowo wypełnić obowiązek SENT i uniknąć kary, gdzie szukać wyjątków?

Od wdrożenia przepisów dotyczących monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów upłynęły ponad dwa lata. W tym czasie ustawa doczekała się kilku nowelizacji. Najważniejsze zmiany, między innymi dotyczące geolokalizacji, zostały wprowadzone 15 czerwca 2018 roku. Okazuje się, że do najczęstszych przewinień przewoźników należy naruszenie obowiązku zgłoszenia lub podanie danych niezgodnych ze stanem faktycznym. W takich przypadkach grzywna dla przedsiębiorcy może sięgać nawet 10 tysięcy złotych. Warto wiedzieć więcej i sprawdzić, jak wypełnić obowiązek SENT i uniknąć kary oraz gdzie szukać wyjątków.

Dobrą informacją dla przewoźnika jest to, że nowelizacja ustawy uprościła msetodę klasyfikacji towarów. Od 14 czerwca 2018 r. można dokonywać zbiorczych zgłoszeń oraz stosować wyłącznie Nomenklaturę Scaloną (CN) – opracowaną przez Komisję Europejską, która jest wykazem towarów zawartym w Rozporządzeniu wykonawczym Komisji (UE) 2018/1602 z dnia 11 października 2018 r. zmieniającym załącznik I do rozporządzenia Rady (EWG) nr 2658/87 w sprawie nomenklatury taryfowej i statystycznej oraz w sprawie Wspólnej Taryfy Celnej[1]. Z ustawy usunięto zupełnie klasyfikację towarów według Polskiej Klasyfikacji Wyrobów i Usług (PKWiU), dzięki czemu zniknęły wątpliwości dotyczące niewłaściwego przyporządkowania ładunku.

System SENT

Jeśli przewoźnik ma zamiar zrealizować przewóz towarów wrażliwych, oprócz prawidłowego zgłoszenia lub jego uzupełnienia w systemie SENT, w trakcie całej trasy przewozu musi zapewnić przekazywanie aktualnych danych geolokalizacyjnych środka transportu, mając oczywiście na uwadze, że ustawa ma zastosowanie na terytorium Polski. Powinien w tym celu skorzystać z mobilnej aplikacji, udostępnionej firmom transportowym przez Ministerstwo Finansów lub z Zewnętrznego Systemu Lokalizacji.

Warto zwrócić uwagę na niezawodność przyjętego rozwiązania. O ile korzystanie z aplikacji wydaje się najmniej dotkliwe finansowo, o tyle jest to metoda najbardziej zawodna, o czym przekonali się już niektórzy użytkujący ją przewoźnicy. Do zdarzeń podnoszących ryzyko zaliczyć należy problemy z ciągłym zasilaniem telefonu, brak pewności co do nieustannej i prawidłowej pracy aplikacji, ograniczony wpływ na właściwe zachowanie kierowcy oraz nadzór nad działaniem aplikacji. Każda nieprawidłowość prowadząca do przerwy w rejestrowaniu trasy skutkować będzie nałożeniem kary w wysokości 10 000 zł. Żaden telefon nie zagwarantuje, że w dowolnym momencie aplikacja nie przestanie działać. Niestety argumenty związane z technicznym funkcjonowaniem aplikacji oraz telefonu, na którym została użyta, nie stanowią podstawy do zmniejszenia lub anulowania kary. W konsekwencji rozwiązania polegające na zastosowaniu bardziej zaawansowanych systemów telematycznych, spełniających wymogi Zewnętrznego Systemu Lokalizacji, na przykład takich jak GBOX, gwarantują bezpieczeństwomówi Arkadiusz Góra, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK) w zakresie ITD i PIP.

Towary zza granicy

Szczególnie zagrożone są przypadki tranzytu, wywozu lub wwozu towarów wrażliwych do Polski. Wynika to z faktu, że swoim zasięgiem ustawa obejmuje Polskę. Należy zatem założyć, że zagraniczni kontrahenci nie posiadają wiedzy o obowiązku monitorowania towarów i nie będą dokonywać zgłoszeń w polskim systemie.

W takich sytuacjach niezwykle istotna jest czujność przewoźnika i weryfikacja, czy towar, który ma być podjęty i przewożony z przekroczeniem granicy Polski, podlega zgłoszeniu. W tym celu należy sprawdzić rodzaj ładunku, następnie odnieść się do ustawy z dnia 9 marca 2017 r. o systemie monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów, a konkretnie do art. 3, który wskazuje towary wrażliwe. Jeżeli ładunek nie został wymieniony w tym artykule, koniecznie należy sprawdzić, czy znalazł się w rozporządzeniu, o którym mowa w art. 3 ust. 11 ustawy. Obecnie obowiązującym jest Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 20 lipca 2018 r. w sprawie towarów, których przewóz jest objęty systemem monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów, a wykaz towarów, jakie system uwzględnia, zawarto w paragrafie 1. W art. 3 w ustępach 4- 7 ustawy i w § 2 rozporządzenia wskazano wyjątki, czyli rodzaje przewozów lub towary, do których nie stosuje się przepisów o systemie monitorowania – radzi ekspert OCRK.

Aby być pewnym, że informacje o przepisach są zawsze aktualne, zaleca się korzystanie z oficjalnych publikacji Dziennika Ustaw, przede wszystkim z ISAP – Internetowego Systemu Aktów Prawnych, gdzie można znaleźć nie tylko ustawę, ale również jej kolejne zmiany oraz tekst ujednolicony. Dodatkowo umożliwia on szybkie znalezienie aktów wykonawczych do ustawy, czyli rozporządzeń.

Zgłoszenie towaru krok po kroku

Decydując się na przyjęcie zlecenia przewozowego trzeba się upewnić, czy nadawca dokonał zgłoszenia w systemie SENT. Jeśli jest on spoza granic Polski, najprawdopodobniej nie orientuje się w procedurze zgłoszenia i działania musi podjąć przewoźnik. Przede wszystkim należy sprawdzić, jaki towar lub grupy towarów będą przewożone oraz w jakich ilościach. Następnie trzeba zweryfikować, pod jakim kodem towar widnieje w Nomenklaturze Scalonej. Kolejnym krokiem, po ustaleniu numeru CN, będzie weryfikacja, czy został on objęty systemem monitorowania. W tym celu sprawdzeniu podlega przytoczony wcześniej art. 3 ustawy oraz § 1 rozporządzenia.

W przypadku stwierdzenia, że towar jest objęty systemem nadzoru, konieczne jest zgłoszenie przewozu w SENT, wygenerowanie i przekazanie kierowcy numeru referencyjnego oraz upewnienie się co do prawidłowego działania geolokalizacji. Jeśli przedsiębiorca nie jest pewny co do sposobu zgłaszania przewozów istnieje możliwość skorzystania z systemu w środowisku testowym. Warto również zapoznać się z awaryjną procedurą zgłoszenia, gdyby platforma nie działała lub funkcjonowała nieprawidłowo. W tym celu należy skorzystać z informacji dostępnych w serwisie PUESCwyjaśnia Arkadiusz Góra.

Weryfikacja towaru podlegającego monitorowaniu nie jest trudna. Przewoźnicy powinni jednak informować także kierowców, że za naruszenie obowiązków związanych z monitorowaniem towarów odpowiedzialność ponosi nie tylko przewoźnik, ale również kierujący pojazdem, dlatego jemu również powinno zależeć na prawidłowej realizacji zadania przewozowego.

[1] Informacje na temat nomenklatury oraz wykaz można znaleźć pod adresem: https://stat.gov.pl/sprawozdawczosc/intrastat/nomenklatura-scalona

Banki bronią się przed orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej

Polskie banki bronią się przed orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i wyrokami sądów powszechnych, które unieważniają umowy we frankach. Stosują narrację, w której to one są podstawą działania polskiej gospodarki – ona zaś miałaby upaść, gdy banki poniosą straty związane z wyrokami na korzyść kredytobiorców. Narracja ta jest oszukańcza i błędna z dwóch powodów. Po pierwsze banki, które udzielały kredytów we frankach, wcale nie są podstawą polskiej gospodarki. Przyglądając się poszczególnym bankom z dużymi portfelami kredytowymi we frankach widzimy, że nie mają one zbyt dużo zdrowych aktyw. Po drugie zaś koszty procesów rozłożą się na parę lat – nie powinny więc być dużym obciążeniem. Najważniejszy jednak jest język, którym posługują się banki. Mówią one o „stratach” – a w rzeczywistości mamy do czynienia z brakiem przyszłych, nieuczciwych zysków.

– W banku BPH zostały tylko i wyłącznie toksyczne kredyty i roszczenia z tytułów sprzedaży nieuczciwych produktów. Ten bank nie finansuje już przecież gospodarki, podobnie jak Deutsche Bank Polska i Raiffeisen. Nie rozmawiamy więc o stratach, które dotknęłyby polską gospodarkę – lecz o braku przyszłych zysków. Banki nie dostaną pieniędzy, które chciały zarobić na sprzedaży dodatkowych ubezpieczeń, zawyżonych odsetkach i nieuczciwych przewalutowaniach – powiedziała serwisowi eNewsroom Barbara Garlacz, radczyni prawna. – Dodatkowo warto przyjrzeć się zmianom na rynku bankowym w ostatnich pięciu latach. Łączenia i reorganizacje banków były bowiem ucieczką przed frankowiczami. Banki dążyły do tego, by toksyczne kredyty pozostały w „spółkach wydmuszkach”. To stwarza niebezpieczeństwo, że kredytobiorcy nie będą mogli otrzymać odszkodowań zasądzonych w wygranych rozprawach. Dlatego tak ważne jest rozwiązanie sprawy przed spłatą wszystkich rat i policzenie już opłaconych kwot na poczet kapitału – radzi Garlacz.

Tak sklepy bronią się przed kradzieżami

  • 2,64 mld złotych* rocznie branża handlowa w Polsce wydaje na zabezpieczenia przeciwkradzieżowe.
  • Jest w co inwestować, bo z tegorocznego raportu firmy Crime&Tech wynika, że roczne straty polskich sklepów spowodowane kradzieżami to aż 4,84* mld złotych.
  • Na polskim rynku jest dostępna coraz bardziej nowatorska i skuteczna technologia wspierająca sieci handlowe w zmaganiach z nieuczciwymi klientami.

Sklepy wielkopowierzchniowe w Polsce mają dostęp do specjalistycznych rozwiązań. Dysponują też możliwościami korzystania z nowoczesnych technologii zabezpieczających swój asortyment przed kradzieżami. Coraz częściej takie rozwiązania stosują, wydając na nie ponad 2,6 mld złotych rocznie*. Z pewnością ma to uzasadnienie ekonomiczne, a takie inwestycje się zwracają. Bez nich koszty związane z kradzieżami byłyby prawdopodobnie znacznie wyższe. Już teraz są ogromne: jak podaje raport Crime&Tech, roczne koszty ponoszone przez sieci handlowe w wyniku kradzieży wynoszą aż 4,84 mld złotych. Jednym z powodów jest fakt, że w polskim systemie prawnym kradzież towaru o wartości do 525 zł jest kwalifikowana jednie jako wykroczenie, a kara jest mało dotkliwa.

– Zaawansowane systemy zabezpieczające duże sklepy przed kradzieżami są już dostępne w Polsce „od ręki”. Od kilku lat montujemy i doglądamy systemów, które jeszcze niedawno można było zobaczyć co najwyżej w filmach szpiegowskich. Kradzieże są oczywiście jednym z najważniejszych powodów inwestowania sieci handlowych w nowoczesne technologie zabezpieczające. Innym czynnikiem, który popycha zarządzających sieciami handlowymi do inwestowania w takie wyposażenie sklepów jest chęć zapewniania komfortu kupującym. W miarę wzrostu ich zadowolenia zwiększa się popularność konkretnego obiektu polecanego sobie przez klientów, a w ślad za tym rośnie odwiedzalność i sukces biznesowy sklepu – mówi Leszek Woźniak, kierownik sprzedaży strategicznej w SPIE Building Solutions.

Od wykrywaczy rozszywaczy po videoparagon

Ochrona, kamery czy bramki antykradzieżowe to norma, w wielu sieciach handlowych działają jednak zdecydowanie bardziej zaawansowane systemy.

Przykładem jest system ApparelGuard – system detekcji użycia rozszywaczy w pomieszczeniach przymierzalni sklepowych. To rozwiązanie uszczelniające ochronę obiektu handlowego i zmniejszające skalę kradzieży. Przymierzalnie to z oczywistych względów wrażliwy punkt na mapie sklepowych kradzieży. Nie można tam instalować kamer, są to także miejsca niedostępne dla ochrony. Zautomatyzowany system detekcji użycia rozszywaczy, znacznie ogranicza skalę kradzieży.

Inne rozwiązanie to system CUBE – innowacyjny system kontroli dostępu. Jest instalowany w sieciach handlowych i obiektach wielkopowierzchniowych. System w czasie rzeczywistym kontroluje obszary strategiczne dla działalności obiektu i sieci handlowej. Internetowa platforma i rozbudowane funkcje pozwalają na utworzenie hierarchizacji użytkowników, jak również na dostęp do danych np. o tym, kto i kiedy otworzył obiekt czy system alarmowy został zazbrojony/rozbrojony i przez kogo. Kontrola jest możliwa z dowolnego miejsca – wystarczy mieć dostęp do internetu. Takie funkcje mają znaczenie w przypadku prób kradzieży dokonywanych przez pracowników obiektu handlowego, a także dostawców czy np. serwisów sprzątających. Często to w sumie kilkaset osób, więc ryzyko zatrudnienia nieuczciwych jednostek istnieje.

Wideoparagon to system do rejestracji transakcji kasowych. To inteligentne połączenie danych z paragonu z zapisem obrazu z monitoringu wizyjnego. To narzędzie dla managerów sklepów, dające możliwość weryfikacji każdej transakcji kasowej pod kątem jej poprawności. System pozwala na szybkie odszukanie konkretnej transakcji i porównanie jej z przypisanym filmem wideo. Pozwala zweryfikować czy to, co jest na paragonie w rzeczywistości zostało sprzedane lub czy transakcja „STORNO” została wykonana poprawnie, czyli czy oprócz zwrotu gotówki dla klienta, zakończyła się także zwrotem towaru na stan sklepu. Takie narzędzie zabezpiecza inny potencjalny obszar nadużyć i pozwala na ograniczenie strat finansowych.

System RFID – sieci handlowe coraz częściej projektują wejścia tak, by zachęcały potencjalnych klientów – stosują politykę „otwartych drzwi i przestrzeni”. W takim podejściu nie mieszczą się bramki antykradzieżowe, co stwarza dodatkowe wyzwania dla ochrony przed nieuczciwymi klientami. W takich sytuacjach stosuje się więc rozwiązania „niewidoczne” i nieograniczające przestrzeni wejścia, a jednocześnie zapewniające ochronę antykradzieżową – jak system RFID. Rozwiązanie to oparte jest o anteny sufitowe i detekcję tagów (metki, klipsy) RFID, które są przytwierdzane do produktów sklepowych.

Zastosowanie systemu RFID pozwala także na szybkie inwentaryzacje, automatyczne uzupełnianie stoków magazynowych, informacje o dostępności produktu na półkach, usprawnienie procesu sprzedaży i przyspieszenia czasu obsługi klienta przy kasie, a także wiele innych funkcjonalności dopasowanych do indywidualnych potrzeb danej sieci handlowej.

– Oczywiście większe straty notują obiekty, które nie są wyposażane w takie nowatorskie zabezpieczenia lub są one niewłaściwie obsługiwane. Zamontowanie zabezpieczenia to połowa sukcesu, musi ono być regularnie sprawdzane i serwisowane, aby spełniało swoją funkcje i było niezawodne nie dając równocześnie odczuć dyskomfortu uczciwym kupującym – mówi Leszek Woźniak ze SPIE Building Solutions.

* Crime&tech – Universita Cattolica del Sacro Cuore – Transcrime    

10 najciekawszych faktów i liczb dotyczących drukowania

Z okazji międzynarodowego dnia druku firma Brother przedstawia 10 liczb, które przedstawiają świat druku z zupełnie innej perspektywy.

  1. 0,0092 mm² – Tej wielkości był najmniejszy na świecie obrazek wydrukowany technologią druku atramentowego. Grafika była mniejsza niż główka od szpilki i przedstawiała błazenka – rybkę znaną z filmu „Gdzie jest Nemo?”. Obrazek zawierał 256 kolorów i został wydrukowany dzięki współpracy zespołu naukowców z Politechniki Federalnej w Zurychu. W 2015 r. wyczyn ten został nagrodzony wpisem do księgi rekordów Guinnessa.
  2. 5-7 – Tyle razy można poddać procesowi recyklingu papier wykorzystywany do druku biurowego. Jego zdolność do ponownego wykorzystania z czasem spada, ponieważ włókna celulozy, podczas ich przetwarzania stają się coraz krótsze i niezdolne do utworzenia jednolitego arkusza. Po około 5-7 użyciach materiał co prawda nie nadaje się do wykorzystania w biurowych drukarkach, jednak może być wykorzystywany do produkcji gazet lub kartonów na jajka.
  3. 1439 – Ten rok oficjalnie przyjmuje się na datę narodzin druku. Wtedy to Gutenberg opracował mechaniczny prasę drukarską z ruchomymi czcionkami. Jego wynalazek zagwarantował mu przydomek „ojca druku”.
  4. 1656 – To rok, w którym zaczęła się ukazywać najstarsza drukowana gazeta w Europie, holenderska, „Opregte Haarlemsche Courant”. W 1942 roku gazeta, która nadal jest wydawana, połączyła się z gazetą „Haarlems Dagblad”. Jest starsza od najstarszej, nadal wydawanej brytyjskiej gazety niedzielnej, „The Observerpk” 135 lat, francuskiego „Le Monde” o 288 lat, a hiszpańskiego „El Pais” o 320 lat.
  5. 1661 – W tym roku po raz pierwszy w Europie zostały wydrukowane papierowe banknoty. Zostały stworzone przez szwedzki bank Stokholms Banco. Banknoty zostały sprowadzone na „stary kontynent” przez odkrywców podróżujących na Daleki Wschód jak, chociażby Marco Polo.
  6. 1867 – liczba kolorów w systemie pantone, które mogą być wykorzystane w poligrafice. Pokazuje to, jak daleko technologia druku posunęła się do przodu od czasu czarno-białej prasy. Od początku XXI wieku firma Pantone corocznie w grudniu ogłasza jaki kolor będzie kolorem przewodnim w przyszłym roku. Kolorem w 2019 roku jest Living Coral (numer pantone 16-1546).
  7. 1869 r. – Wydrukowano w Austrii pierwszą pocztówkę. Ówczesne kartki były bardzo podobne do tych, które wysyłamy dziś. Przedstawiały wizerunki zabytków, krajobrazów, a także śmieszne ilustracje. Pomimo postępującej cyfryzacji wszystkich dziedzin życia, uważa się, że na całym świecie nadal wysyła się ponad 2 miliardy pocztówek rocznie.
  8. 2500 p.n.e. – Około tego roku po raz pierwszy został wynaleziony atrament. Co ciekawe pojawił się on jednocześnie w Starożytnym Egipcie i Starożytnych Chinach. Pierwsze tusze były tworzone z ograniczonych materiałów, w tym sadzy z dymu drzewnego, tłuszczu zwierzęcego, które zagęszczaną żelatyną ze skór i kości.
  9. 12 milionów – To największy nakład pierwszego wydania książki w historii. Tytuł ten należy do światowego bestsellera „Harry Potter i Insygnia Śmierci”, który ukazał się w 2007 roku. Powieść pobiła światowy rekord liczby sprzedanych egzemplarzy w ciągu 24 godzin od jej wydania.
  10. 5 miliardów – Liczba sprzedanych i rozdystrybuowanych egzemplarzy najczęściej drukowanej książki świata – Biblii. Szacuje się, że cała Biblia jest przetłumaczona na 349 języków, a w 2123 językach jest co najmniej jedna z jej ksiąg.

Ubezpieczenie prawne kontra abonament prawny – co się opłaca małej firmie?

Blisko 83% przedstawicieli firm z sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw chciałoby móc konsultować się z prawnikiem co najmniej raz w miesiącu, w tym niemal 1/3 znacznie częściej. Jednocześnie mniej niż co dziesiąta posiada w swoich strukturach dział prawny lub prawnika.[1] Brak bieżącego wsparcia prawnego to duży problem w prowadzeniu działalności. Niewielu przedsiębiorców jednak wie, że może sobie na nie pozwolić i to za mniej niż 100 zł miesięcznie. Wśród produktów i różnych pakietów ochrony prawnej występują wyraźne różnice, na które warto zwrócić uwagę.

Mikro, małe i średnie firmy uważają, że często zmieniające się regulacje oraz niejasne przepisy mają najbardziej negatywny wpływ na prowadzenie działalności gospodarczej w Polsce. Mimo dużej świadomości trudnego otoczenia prawnego, wielu przedsiębiorców nie zabezpiecza tej sfery swojej działalności.

Ryzyka pojawienia się problemu prawnego, nawet przy najwyższym stopniu ostrożności, nie może wyeliminować żadne przedsiębiorstwo. Nierzadko są one wynikiem braku właściwej informacji lub błędnej interpretacji przepisów czy zapisów umów przez samą firmę. Problem ten dotyczy szczególnie sektora mikro, małych i średnich firm, gdzie korzystanie z usług radcy prawnego lub adwokata ogranicza się najczęściej do doraźnej pomocy przy próbie rozwiązywania poważnych spraw. Tymczasem przedsiębiorstwa powinny korzystać z ich pomocy na bieżąco, w celu zapobiegania różnym ryzykom i problemom prawnym – mówi Rafał Hiszpański, Prezes Zarządu DAS Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej.

Pomoc prawna na kieszeń MŚP

Przed zapewnieniem firmie stałej opieki prawnej przedsiębiorców z sektora MŚP powstrzymują głównie obawy przed wysokimi kosztami takich usług. Okazuje się, że niekoniecznie są one uzasadnione. Badanie DAS wykazało, że ponad połowa MŚP deklaruje, że na stałą opiekę prawną miesięcznie byłaby w stanie przeznaczyć 100-250 zł. Kwoty tego rzędu pozwalają na skorzystanie z bardzo ograniczonego zakresu usług prawnika lub kancelarii prawnej. Jednak MŚP mogą już znaleźć na rynku bardzo kompleksową ofertę wsparcia prawnego zapewnianego w ramach stałej umowy. Takie możliwości oferują ubezpieczenia prawne oraz abonamenty prawne. Produkty te są skierowane do MŚP, ale ich model świadczeń i zakres pomocy są wyraźnie odmienne. Znajomość tych różnic może pozwolić przedsiębiorcy wybrać ofertę, która najlepiej spełnia jego oczekiwania.

Więcej niż obsługa prawna

Jednym z najbardziej kompleksowych rozwiązań dla firm w sferze ochrony prawnej są ubezpieczenia prawne. To specjalny rodzaj polisy, dostępnej dla jednoosobowych działalności gospodarczych, przedstawicieli wolnych zawodów, jak i firm każdej wielkości. Zapewnia szeroki zakres finansowania usług prawnych w ramach zakresu ubezpieczenia, pokrywa m.in. koszty pracy prawnika, analiz dokumentów oraz daje dostęp do szybkich porad prawnych. Przykładowo, w ofercie specjalizującego się wyłącznie w ubezpieczeniach prawnych Towarzystwa DAS liczba telefonicznych konsultacji prawnych jest nieograniczona, przedsiębiorca może radzić się w kwestiach prawnych z zakresu ubezpieczenia kiedy chce i jak często chce.

Największym wyróżnikiem ubezpieczenia prawnego jest jednak fakt, że finansuje ono nie tylko koszty pracy prawnika, ale pokrywa także dodatkowe wydatki związane z uczestnictwem w procesie sądowym. W jego ramach ubezpieczony może mieć sfinansowane opłaty sądowe, koszty tłumaczeń, dojazdów na rozprawy, w tym także poza granicami Polski oraz wydanie opinii biegłych sądowych i rzeczoznawców, które są szczególnie ważne i niekiedy niezbędne dla pomyślnego rozstrzygnięcia sprawy dla ubezpieczonego. Zwykle polisa obejmuje zakresem sprawy w postępowaniu cywilnym, karnym lub arbitrażowym, a nawet rozstrzyganie w drodze mediacji.

Kolejnym istotnym wyróżnikiem ubezpieczenia prawnego jest to, że w razie niepowodzenia w sądzie przedsiębiorca może także sfinansować dzięki niemu koszty przegrania sprawy sądowej, czyli opłat zasądzonych na rzecz strony przeciwnej lub Skarbu Państwa. Takich wydatków nie pokrywa z własnej kieszeni żaden prawnik, kancelaria czy firma oferująca abonamenty prawnicze.

Ubezpieczenie prawne to najczęściej zobowiązanie roczne. Pułap cenowy składki zaczyna się już na poziomie od ok. 75 zł/mies. W ciągu roku przedsiębiorca może swobodnie korzystać z szeregu usług prawnych w ramach sumy rzędu 50-100 tys. zł na rok. Firma nie musi się więc martwić, że np. w danym miesiącu zużyła już swój limit godzin konsultacji z prawnikiem, może bowiem sfinansować usługi prawne których potrzebuje do kwoty przewidzianej w sumie ubezpieczenia. Są one na tyle wysokie, że wystarczają na pokrycie nawet kosztownych procesów. Dzięki braku innych limitów przedsiębiorca może z pomocą ubezpieczenia doprowadzić swoją sprawę od początku do końca. W dodatku w ramach ubezpieczenia firma ma swobodę wyboru prawnika lub kancelarii. Może więc skorzystać z usług specjalisty w danej dziedzinie. Ubezpieczyciel może także pomóc znaleźć odpowiedniego eksperta zarówno w kraju, jak i za granicą.

Duży potencjał rozwoju ubezpieczeń prawnych w Polsce pokazują także wyniki badania DAS, które wykazały, że prawie 60% polskich MŚP uważa, że w obliczu trudnego i często zmieniającego się otoczenia  prawnego warto rozważyć zakup ubezpieczenia oferującego stałą pomoc profesjonalnego prawnika.

Ochrona ochronie nie równa

Pod względem kosztów z ubezpieczeniami prawnymi konkurować mogą abonamenty prawne, które są stałą, pakietową formą współpracy z kancelarią lub ich siecią. W ramach miesięcznej opłaty przedsiębiorstwo ma zagwarantowany dostęp do różnego zakresu usług prawnych ściśle określonych w umowie. Pakiety abonamentowe są także bardzo zróżnicowane pod względem wysokości składki. Ich kwota może wahać się od ok. 60 zł, do nawet ponad tysiąca złotych miesięcznie. Co do zasady finansują jedynie pracę prawnika i nie obejmują innych wydatków związanych np. z procesem sądowym. Najbardziej podstawowe pakiety obejmują zwykle kilka godzin pracy prawnika miesięcznie. W niektórych abonamentach firma ma z kolei do wykorzystania ograniczoną liczbę konkretnych usług w miesiącu. Po ich zużyciu firma musi już płacić za dalsze wsparcie prawne. Decydując się na abonament w konkretnej kancelarii lub ich sieci przedsiębiorca ma do dyspozycji tylko prawników lub radców prawnych, którzy do niej należą.

Warto wiedzieć, że ustawa o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej nakłada na zakłady ubezpieczeń wiele dodatkowych regulacji, którym nie podlegają firmy oferujące abonamenty prawne. Nadzór KNF oraz m.in. regulacje dotyczące poziomu świadczenia usług czy wypłacalności towarzystwa ubezpieczeń są zabezpieczeniem dla ich klientów. Poza tym, ubezpieczony ma prawo swobodnie wybrać radcę prawnego lub adwokata i jest ustawowo chroniony przed przypadkami konfliktu interesów, np. gdyby chciał wejść w spór sądowy z posiadaczem takiej samej polisy u tego samego ubezpieczyciela. Tymczasem abonamenty często oferowane są przez podmioty, które same nie mają prawa do świadczenia usług prawniczych, w tym przez spółki z o.o., których model biznesowy opiera się na sieci współpracujących prawników, którzy świadczą usługi na rzez klientów takich spółek. Warto zwrócić na to uwagę, bo takie podmioty nie ponoszą prawnej odpowiedzialności za usługi prawne. Z punktu widzenia bezpieczeństwa to ważna różnica – wskazuje Piotr Skorupa, Członek Zarządu DAS Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej.

Stała ochrona prawna, bez względu na jej formę, to długoterminowa inwestycja w utrzymanie zdrowego i bezpiecznego biznesu. Pod jej ochronnym parasolem firmy są mniej narażone na ryzyko prowadzenia sporów prawnych. To także oszczędność cennego czasu przedsiębiorcy, który bez konieczności angażowania się w sprawę może w pełni skoncentrować się na biznesie.

[1] Badanie DAS Towarzystwa Ubezpieczeń Ochrony Prawnej przeprowadzone przez SW Research.

GPW uruchamia program crowdfundingowy dla branży maklerskiej

  • Giełda uruchamia Program Firm Partnerskich GPW – Partner Crowdfundigowy GPW adresowany dla brokerów zajmujących się crowdfundingiem i crowdinvestingiem
  • Jako pierwszy do programu przystąpił Dom Maklerski INC
  • Przyjęcie programu przez Zarząd Giełdy to pierwszy krok do uruchomienia inicjatywy strategicznej GPW Private Market

Zarząd Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) zdecydował o przyjęciu Programu Firm Partnerskich GPW – Partner Crowdfundigowy GPW w zakresie crowdfundingu i crowdinvestingu. Program adresowany jest do podmiotów krajowych i zagranicznych z branży maklerskiej, które oferują usługi w zakresie finansowania i inwestowania społecznościowego.

Giełda umożliwia firmom pozyskanie kapitału na rozwój. W strategii #GPW2020 uwzględniliśmy uruchomienie projektów biznesowych, które wspierają spółki, szczególnie z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, w ich dalszym rozwoju. Zdecydowaliśmy się na uruchomienie Programu Firm Partnerskich GPW – Partner Crowdfundigowy GPW, ponieważ chcemy współpracować z domami maklerskimi, które pozyskują finasowanie dla firm poprzez crowdfunding – mówi Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW.

Jako pierwszy do Programu Firm Partnerskich GPW przystąpił Dom Maklerski INC, który podpisał z GPW umowę o współpracy jako firma partnerska. Dom Maklerski INC jest właścicielem serwisu Crowdconnect.pl – platformy ofert publicznych bazującej na idei crowdinvestingu.

Każda firma, która będzie chciała przystąpić do programu musi złożyć stosowny wniosek do GPW. Zakwalifikowane firmy zostaną partnerami GPW w zakresie wspierania spółek na wczesnym etapie rozwoju poprzez zapewnienie im dostępu do kapitału w ramach crowdfundingu i crowdinvestingu. Firmy będą mogły posługiwać się tytułem Partnera Crowdfundingowego GPW.

Giełda będzie prowadzić i publikować na swojej stronie internetowej listę Firm Partnerskich biorących udział w programie.

Jak rozwijać kompetencje menedżerów w erze cyfrowej transformacji?

Świat VUCA jest zmienny, wieloaspektowy, złożony i niejednoznaczny. Dziś dodatkowo jest zdominowany przez nowe technologie. To stawia przed menedżerami coraz to nowe wyzwania. Jak współpracować z pokoleniem pracowników, dla których świat cyfrowy jest tak samo realny, jak… świat realny? Jak rozwijać zespół, wykorzystując nowe technologie? Jak radzić sobie w świecie, w którym dostęp do wiedzy jest demokratyczny i tak pracownik, jak i klient sięgają do niej „on demand”?

Możemy wiele zrobić, by działania menedżerów były bardziej kreatywne i skuteczne. Na początek jednak warto dać im dostęp do wiedzy o nich samych i o zespole. Inwestując w takie szkolenia narzędziowe, które kształtują nawyk samorozwoju, możemy osiągnąć zaskakujące efekty. Jednak dziś nie mogą to być standardowe metody rozwoju, bo wyzwania mamy niestandardowe.

Wiesz, od czego zacząć, planując rozwój menedżerów?

Kolejnym innowacyjnym narzędziem do analizy są badania 360 stopni. Angażują samego menedżera, który opisuje, jak widzi swój zespół. Następnie w ten sam sposób członkowie zespołu opisują określone cechy grupy, którą tworzą. Porównanie obu wyników jest dla menedżera cenną wiedzą. Może tkwić w nieświadomości problemów. Równie dobrze może nie doszacować poziomu współpracy, zaufania osobistego i profesjonalnego swojego zespołu, jak i „patrzeć przez różowe okulary”.

Do narzędzi analizy on-line warto dodać bardziej tradycyjne metody, na przykład wywiady strukturyzowane. Czego mogą dotyczyć? Specyfiki wyzwań zawodowych, z którymi ci spotykają się w codziennej pracy. Współcześnie szefowie pełnią wiele ról jednocześnie. Pod hasłem „menedżer” kryje się już nie tylko osoba zarządzająca, ale: lider, wizjoner, analityk, strateg, motywator, inspirator, psycholog, coach czy koordynator. W związku z tym, wraz ze zmieniającym się biznesem, rola menedżera staje się trudniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Praca na własnym potencjale: czy wiem, jaki jest mój potencjał osobisty?

Zapewne wiele osób zgodzi się ze stwierdzeniem, że porównania do innych osób mogą rodzić frustrację. Perspektywa zmienia się w sytuacji, w której jesteśmy oceniani w sposób jawny i to przez osoby, które dobrze nas znają. Dlaczego więc nie zastosować tego pomysłu do szkoleń rozwijających menedżerów?

„W badaniach stosujemy narzędzie oparte o koncepcję silnych stron. Talent Reflect sprawdza, jakie talenty osobiste posiadasz, ale to dopiero pierwszy krok. Po etapie SAMOOCENY system prosi cię o wskazanie pięciu osób, które dobrze cię znają. Oni także odpowiedzą na te same pytania o tobie. Efektem jest mapa dominujących silnych stron w niezwykłym układzie. Talenty WSPÓLNE to obszar, który widzisz zarówno ty, jak i osoby, które cię opisywały. NIEWIDOCZNE to obszar ukryty, widzisz je tylko ty. NIEŚWIADOME – widzą je wszyscy inni… poza tobą!” – opisuje Arkadiusz Siechowicz Partner Zarządzający firmy szkoleniowo-doradczej Westhill Consulting i Prezes spółki informatycznej Gamehill.

5 pytań, na które znajdź odpowiedź, zanim zaczniesz!

Kompleksowo. Tak chcą się rozwijać menedżerowie nowoczesnych firm. I mają do tego prawo, bo i od nich oczekuje się kompleksowości. Czy jednak można przygotować projekt rozwojowy, który jak multitool ze szwajcarskiej firmy będzie dobry dla każdego i zawsze? Na te 5 pytań należy sobie odpowiedzieć, jeśli planuje się rozwój kadry menedżerskiej w swojej organizacji. Przed projektem należy określić, które z poniższych wyborów bardziej pasują do specyfiki firmy, potrzeb i budżetu.

  1. Więcej działań off-line czy on-line?

Projekt hybrydowy lub inaczej blended learning to dziś najefektywniejsza forma uczenia się i wdrażania nawyków. Idealnie jest rozłożyć tak energię, by zostało jej zarówno na pracę na sali szkoleniowej, jak i w formie microlearningu i mobile learningu, na tworzenie nawyków w formie on-line.

  1. Wszystkie działania w pakiecie, a może kafeteria?

Ten dylemat często jest istotny dla działów HR. Przygotować pakiet dobrze dobranych działań (bo przecież znamy się na tym, jesteśmy ekspertami), czy raczej pozwolić ludziom wybierać?

  1. Więcej działań samodzielnie czy w grupie?

Formy rozwoju samodzielne to np. coachingi, mentoring, mobile learning, praca własna, czytanie i słuchanie lub udział w konferencji. W grupie, oprócz szkoleń, warsztatów, to zadania zespołowe, team coachingi lub sesje master mind.

  1. Elitarnie czy egalitarnie?

To dylemat, kogo zapraszamy do projektu. Wszystkich czy wąską grupę? Firmy chcące rozwijać nowocześnie menedżerów planują różne projekty: dla wszystkich (egalitarnie, np. Akademia Menedżera) oraz dla wąskiej grupy (elitarnie, np. Akademia Talentów).

  1. Mogę czy muszę?

Czy rozwój jest obowiązkiem, czy przywilejem?

„Mogę czy muszę brać w tym udział? To dylemat wielu moich klientów – firm i organizacji. Z jednej strony uważają słusznie, że – aby móc się nazywać liderem – TRZEBA znać konkretne zestawy narzędzi zarządzania. Z drugiej strony budżet określa zakres projektu. W tej sytuacji firmy szukają elastycznych partnerów doradczo-szkoleniowych. To właśnie elastyczność dostawcy w badaniach jest kryterium numer 1, które decyduje o wyborze” – wyjaśnia Krzysztof Filarski, Partner Zarządzający Westhill Consulting i Członek Zarządu Gamehill.

Niech to będzie wciągające jak gra!

Umiejętność budowania silnych zespołów i samoświadomość to dziś jedne z najważniejszych kompetencji. To je warto rozwijać w świecie zdominowanym przez technologie – jeszcze długo sztuczna inteligencja tego nie osiągnie! Odpowiedzi na pytanie, jak to robić, dostarcza sam rynek. Jednym z wyróżniających się narzędzi w świecie cyfrowej transformacji jest platforma gamifikacyjna. Zdobywanie wiedzy zamienione w pełną ciekawych wyzwań i fascynujących odkryć przygodę, zdaje się o wiele lepszym rozwiązaniem niż standardowe szkolenie kadry menedżerskiej. Jak pokazują doświadczenia osób zarządzających, ten rodzaj przyswajania informacji przynosi o wiele większy wzrost motywacji i zaangażowania pracowników, a to przecież klucz do budowy silnej organizacji i wypracowania pozycji lidera na rynku.

„Grywalizacja to zastosowanie mechanizmów znanych ze świata gier do »niegrowego« świata. Na przykład do rozwoju menedżerów. Istotnym elementem jest wciągająca fabuła. Najlepsze wdrożenia platform grywalizacyjnych, które realizowaliśmy, miały wciągające story, a jednocześnie dawały użytkownikom realną wartość biznesową. Gamifikacja kształtuje nawyki i sama z siebie oswaja z digitalną formą. Dziś jest must have w repertuarze rozwojowym w świecie digitalnym” – konkluduje Arkadiusz Siechowicz z Westhill Consulting.  

Fiskus odmówił wydania opinii zabezpieczającej, bo przedsiębiorcy działali zgodnie z prawem, ale podważali jego cel

Sztuczne zawyżanie kosztów uzyskania przychodów w zakresie przeprowadzonej wymiany udziałów, skutkujące osiągnięciem korzyści podatkowej, a także arbitralne ukształtowanie transakcji przez strony w taki sposób, by mieszcząc się w granicach dopuszczonych przez przepisy prawa, jednocześnie podważać ich cel to zdaniem Szefa KAS wypełniające kryteria unikania opodatkowania przesłanki legitymujące go do odmowy wydania opinii zabezpieczającej wspólnikom, tworzącym holding spółek przed sprzedażą udziałów.

Nowelizacją ustawy – Ordynacja podatkowa (dalej: O.p.) 15 lipca 2016 r. weszły w życie przepisy wprowadzające do obrotu prawnego instytucję tzw. klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania. Od 1 stycznia 2019 r. klauzulę tę organy skarbowe mogą wykorzystywać do oceny głównego celu podjętej przez podatnika czynności, a dokładnie, czy jest nim osiągnięcie korzyści majątkowej. Unikaniem opodatkowania zgodnie z powołanym nowelizacją art. 119a § 1 O.p. jest osiągnięcie korzyści podatkowej, sprzecznej w danych okolicznościach z przedmiotem lub celem ustawy podatkowej lub jej przepisu, wskutek zamierzenia dokonania lub dokonania czynności, której głównym lub jednym z głównych celów było osiągnięcie tej korzyści, a sposób działania był sztuczny.

Podatnicy, zwłaszcza przedsiębiorcy, bojąc się negatywnych konsekwencji uznania przez fiskus dokonywanych przez nich czynności za sztuczne lub mające na celu jedynie osiągnięcie korzyści podatkowej, wraz z wejściem w życie klauzuli zaczęli masowo składać wnioski o wydanie interpretacji podatkowej. Jednak organy, powołując się na przepis 14b § 5b pkt 1) O.p., równie masowo odmawiały ich wydania. Przepis ten stanowi bowiem, że „Nie wydaje się interpretacji indywidualnej w zakresie tych elementów stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego, co do których istnieje uzasadnione przypuszczenie, że mogą być przedmiotem decyzji wydanej z zastosowaniem art. 119a…” (Dz.U. 2019 poz. 900).

Odmowa wydania opinii za 20 000 zł

Co ważne, prócz braku uzyskania potwierdzenia od fiskusa, że dokonywana przez przedsiębiorcę czynność nie zostanie uznana za unikanie opodatkowania, większego uszczerbku taka odmowa organu temu podatnikowi nie przynosiła. Koszt złożenia wniosku o wydanie interpretacji indywidualnej to jedyne 40 zł.

Ustawodawca wyciągnął do przedsiębiorców rękę, oferując silniejszą i bardziej doniosłą instytucję – opinię zabezpieczającą, która w odróżnieniu od interpretacji podatkowej chroni przed zastosowaniem klauzuli. Wydaje ją Szef Krajowej Administracji Skarbowej. Jest jednak jedno „ale”. Zgodnie z art. 119zc. § 1 zd. 1: „Wniosek o wydanie opinii zabezpieczającej podlega opłacie w wysokości 20 000 zł. …” (Dz.U. 2019 poz. 900). Przy czym najbardziej dotkliwe jest to, że wpłata 20 000 zł może okazać się dla przedsiębiorcy pieniędzmi wyrzuconymi w błoto. Bowiem nawet jeśli szef KAS odmówi wydania opinii, to wpłaconych pieniędzy nie zwróci.

Restrukturyzacja spółki warunkiem zakupu udziałów

W listopadzie 2018 r. dwaj wspólnicy wystąpili do szefa KAS z wnioskiem o wydanie opinii zabezpieczającej w sprawie dokonywanej przez nich transakcji sprzedaży posiadanych udziałów w należących do nich trzech spółkach. Z przedstawionego przez nich opisu transakcji wynikało, że rok wcześniej zawarli z przyszłym nabywcą ww. udziałów list intencyjny, w którym zastrzeżono, że nabywca dokona zakupu 100% udziałów pod warunkiem, że sprzedający przeprowadzą restrukturyzację spółki polegającą na utworzeniu spółki holdingowej, kumulującej w jej władaniu 100% udziałów w trzech wspomnianych spółkach. Restrukturyzacja obejmować miała również przekształcenie podmiotów niemających formy spółki kapitałowej na spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

Zakup grupy spółek w ramach jednej transakcji

Jak tłumaczyli wnioskodawcy, nabywca chciał dzięki temu uzyskać pewność, że jedną czynnością prawną zdobędzie kontrolę nad całą grupą spółek oraz ograniczy ryzyko prawne przejęcia poprzez wyeliminowanie spółek cywilnych z grupy nabywanych podmiotów za sprawą ich przekształcenia w formę spółki z o.o. Prócz wynagrodzenia za sprzedaż udziałów obaj wspólnicy mieli po tej transakcji zająć stanowiska kierownicze w którejś ze spółek, w grupie utworzonej ze sprzedanej spółki holdingowej i spółek należących już wcześniej do nabywcy, czego warunkiem było skuteczne przeprowadzenie restrukturyzacji. W przekonaniu wspólników restrukturyzacja miała również przełożyć się pozytywnie na wartość udziałów spółki.

Ograniczenie transakcji do nabycia całej grupy spółek jedynie od dwóch najważniejszych w jej strukturze podmiotów miało zagwarantować nabywcy minimalizację ryzyka biznesowego, z uwagi na szczególne zaangażowanie w powodzenie transakcji właśnie tej dwójki sprzedających, przy jednoczesnym uzyskaniu jasnej i przejrzystej, gotowej od razu do działania struktury.

Korzyść podatkowa dzięki nabyciu udziałów w zamian za aport

Nominalna wartość udziałów w utworzonej spółce holdingowej, jakie objęli dwaj wspólnicy zbywający w zamian za wnoszone do niej udziały w trzech spółkach, w przypadku pierwszego z nich wynosiła 22 696 700 zł (w zamian za wkład niepieniężny w wysokości 22 696 738,90 zł) oraz 21 551 850 (w zamian za aport w wysokości 21 551 897,61 zł). Korzyścią podatkową dla wspólników, w ramach zbycia udziałów obejmowanych za aport w innej postaci niż przedsiębiorstwo, była możliwość rozpoznania w chwili ich odpłatnego zbycia kosztu uzyskania przychodu w wysokości wartości wkładów niepieniężnych. Jak wynika z informacji organu podatkowego:

„…potencjalna korzyść podatkowa materializuje się poprzez wykazanie kosztów uzyskania przychodów w postaci wartości udziałów wniesionych do Spółki w ramach wymiany udziałów, co powoduje, iż w przypadku zbycia udziałów za cenę 10 851 149 EUR rozpoznane zostaną koszty na poziomie: Wnioskodawca 1 – 22 696 738,90 PLN, Wnioskodawca 2 – 21 551 897,61 PLN. Wartość korzyści podatkowej w przedmiotowej sprawie stanowi różnica pomiędzy kwotą podatku skalkulowaną w oparciu o wartość nabycia udziałów z uwzględnieniem transakcji wymiany udziałów oraz z jej pominięciem, tj. dla Wnioskodawcy 1 ≈ 4 311 392,39 PLN, dla Wnioskodawcy 2 ≈ 4 093 901,05 PLN. Powyższe kwoty stanowią korzyść w postaci obniżenia wysokości zobowiązania podatkowego stosownie do art. 119e pkt 1 Ordynacji podatkowej (informacja DKP1.8011.4.2019 z 26 sierpnia 2019 r.).

Alternatywa wobec sprzedaży przedsiębiorstwa

Szef KAS, powołując się na treść art. 119c O.p., wskazał, że przepis ten nie klasyfikuje działań podatników jako sztucznych, jeśli dominującym celem ich zastosowania jest cel ekonomiczny. Tworzenie holdingu uzasadnione jest chęcią wzmacniania i rozwoju prowadzonej działalności, zatem nie powinno być nakierowane na wyjście z tworzonej struktury, a motywowane czynnikami o charakterze długofalowym i inwestycyjnym. A w przedstawionym we wniosku o wydanie opinii stanie faktycznym wymiana udziałów i cała restrukturyzacja spółki była motywowana chęcią sprzedaży udziałów przez ich posiadaczy, stanowiąc alternatywę wobec sprzedaży przedsiębiorstwa.

Przedsiębiorcy podjęli czynność zgodną z przepisami prawa, ale…

Organ podatkowy przywołał również korespondencję prowadzoną przez wnioskodawców z doradcami podatkowymi, która jego zdaniem wskazywać miała, że restrukturyzacja była inicjatywą wnioskodawców, a nie nabywcy, i uzasadniona głównie aspektami podatkowymi. Dlatego też, powołując się na wypełnienie przesłanek klauzuli przeciw unikaniu opodatkowania, szef KAS odmówił wydania opinii zabezpieczającej. Wskazał na sztuczne zawyżenie kalkulacji kosztów uzyskania przychodu w zakresie przeprowadzonej wymiany udziałów, celowe utworzenie struktury holdingowej jedynie dla możliwości zaliczenia do kosztów podatkowych wydatków poniesionych na nabycie udziałów spółki.

„…transakcja wymiany udziałów, poprzedzająca zbycie udziałów, stanowi w przedmiotowej sprawie o nieuzasadnionym dzieleniu operacji stosownie do art. 119c § 2 pkt 1 (…) Założeniem ustawodawcy, w tym europejskiego, miało być zapewnienie, aby ewentualny wzrost wartości udziałów nie został opodatkowany przed jego rzeczywistą realizacją. Trudno natomiast uznać, iż skoordynowane działanie motywowane sprzedażą udziałów, wpisuje się w realizację celu ustawy polegającego zasadniczo na odroczeniu opodatkowania. Jednocześnie posługiwanie się formułą, w której określona restrukturyzacja (tutaj wymiana udziałów) stanowiłaby warunek sine qua non dalszej sprzedaży, nie znajduje uzasadnienia gospodarczego. (…) warunki przeprowadzenia całej czynności zostały arbitralnie ukształtowane przez podmioty jej dokonujące w taki sposób, by stan faktyczny mieścił się w hipotezie norm przepisów materialnego prawa podatkowego (zgodnie z literalnym brzmieniem przepisów), lecz podważał ich cel (Informacja dotycząca odmowy wydania opinii zabezpieczającej w zakresie zbycia udziałów w spółce kapitałowej poprzedzonego bezpośrednio wymianą udziałów”, DKP1.8011.4.2019 <poprzedni znak DKP3.8011.9.2018> z 26 sierpnia 2019 r.).

Z opinią nie trzeba się zgadzać, ale może to oznaczać wojnę z fiskusem

Przedsiębiorcy nie muszą się jednak godzić z odmową wydania opinii przez organ i stratą wpłaconych 20 000 zł. Zgodnie bowiem z art. 119y § 3 O.p. odmowa wydania opinii zabezpieczającej zawiera pouczenie o prawie wniesienia skargi do sądu administracyjnego. A to, że organy lubią powoływać się na zaistnienie przesłanek do zastosowania klauzuli przeciw unikaniu opodatkowania, potwierdziła odpowiedź Ministerstwa Finansów z 10 maja 2017 r. na interpelację poselską nr 11902. Na 6 złożonych wówczas przez przedsiębiorców wniosków o wydanie opinii zabezpieczającej, 2 pozostawiono bez rozpoznania z powodu braków formalnych, 2 były w trakcie rozpatrywania, a 2 odmówiono wydania opinii. To pokazuje, jak dużym problemem dla fiskusa jest instytucja opinii zabezpieczającej. Wydanie pozytywnej dla podatnika opinii zamknie bowiem organom drogę do opodatkowania dokonanej przez niego czynności. Dlatego „bezpieczniej” jest opinii nie wydać. Stąd powstają takie właśnie twory w postaci uzasadnienia odmowy wydania opinii tłumaczeniem, że: czynność dokonana przez przedsiębiorców jest zgodna z przepisami prawa, ale podważa ich cel.

Przedsiębiorcy wstępujący czy to na drogę administracyjną, czy dalej – sądową, pozyskania opinii zabezpieczającej, przygotowanie i obsługę procesu złożenia skargi do sądu administracyjnego, czy wcześniejszego wniosku o wydanie opinii mogą scedować na specjalizującą się w tym, doświadczoną kancelarię prawną. Warto jednak pamiętać, by profesjonalny pełnomocnik miał w swojej ofercie także kompleksową reprezentację przedsiębiorców w sporach z organami podatkowymi na każdym etapie. Zgodnie bowiem z art. 119z O.p.: „Złożenie wniosku o wydanie opinii zabezpieczającej nie stanowi przeszkody do prowadzenia czynności sprawdzających, kontroli podatkowej, postępowania podatkowego lub kontroli celno-skarbowej” (Dz.U. 2019 poz. 900).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Gospodarka dronowa 1.0

Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego wartość polskiego rynku dronów konsumenckich w latach 2017-2026 wyniesie 1,08 mld zł. Równie imponująca będzie liczba sprzedanych urządzeń, która ma szansę przekroczyć 386 tys. sztuk. Jednak jak wskazują eksperci, to nie prywatni odbiorcy, a polska gospodarka może najwięcej skorzystać na popularyzacji „bezzałogowców”. Wg umiarkowanego scenariusza, branża dronowa może wygenerować  od 576 do nawet 900 mld złotych do 2026 roku. Drony będą też odgrywały coraz większą rolę w służbach mundurowych i ratownictwie.

Największymi beneficjentami dronowej rewolucji będzie branża budowlana, gdzie wartość tej gałęzi gospodarki w Polsce wyniesie ponad 627 mln zł oraz rolnictwo (612 mln zł). Drony znajdą także zastosowanie w telekomunikacji, energetyce czy ubezpieczeniach oraz w administracji publicznej. Skąd takie zainteresowanie bezzałogowymi statkami powietrznymi? To przede wszystkim ograniczenie kosztów i zwiększenie bezpieczeństwa pracowników. Wg raportu Skyward z 2018 roku, 1 na 10 firm w USA wykorzystuje już drony, a 88 proc. z nich odnotowała zwrot z inwestycji już w przeciągu roku.

Drony pozwalają na wykonywanie bardzo niebezpiecznych działań, takich jak wykonywanie zdjęć, wideo, czy ocena stanu infrastruktury z powietrza, które do tej pory były wykonywane z samolotów, lub przez wykwalifikowanych specjalistów. Możemy tu wymienić np. wymianę oświetlenia na masztach telekomunikacyjnych, ocenę stanu kominów w elektrowniach, identyfikowanie źródeł pożarów czy wsparcie w poszukiwaniach osób zaginionych. Można powiedzieć, że drony są rozszerzeniem ludzkich zmysłów. Obecnie jest to zmysł wzroku, pozwalający ocenić wizualnie miejsca i elementy do tej pory poza naszym zasięgiem, ale z czasem drony będą wyposażane w aparaty nasłuchowe czy wykrywające gazy i zapachy, dzięki czemu sprawdzimy czy w instalacji nie ma wycieku gazu i czy natężenie hałasu w danym miejscu nie przekracza norm – powiedział Karol Sawicki, Dyrektor ds. rozwoju rynku w Esri Polska.

Dron to nie wszystko

Firmy, które są świadome potencjału wykorzystania dronów w biznesie nie decydują się na inwestycję w nadziei na znalezienie korzyści, ale mają jasno określone wyzwania biznesowe, które drony mają rozwiązać. Oczywiście samo wykorzystanie drona to jedno, kolejnym krokiem jest odpowiednia interpretacja danych i podjęcie stosownych działań, w czym pomagają np. rozwiązania location intelligence. Firmy wykorzystują rozwiązania z obszaru sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego, aby przetwarzać dane zbierane przez drony. Wizualizacja danych najczęściej odbywa się za pomocą systemów informacji geograficznej (GIS), dzięki czemu jest ona zrozumiała dla osób, bez wykształcenia technicznego. Przykładem może być oznaczenie na mapie miejsc, gdzie doszło do awarii sieci lub gdzie droga została zablokowana przez powalone drzewa.

„Bezzałogowiec” dla rolnictwa,

Jeśli weźmie się pod uwagę, że tylko jedna choroba roślin uprawnych w jednym ze stanów w USA przyniosła straty w tym sektorze na kwotę 104 milionów dolarów w ciągu roku, można zrozumieć, dlaczego wykorzystanie dronów w rolnictwie staje się takie istotne. Rolnicy mogą wykorzystywać drony na kilka sposobów, aby ograniczyć straty i maksymalizować zyski. Pierwszy to monitorowanie pól w poszukiwaniu chorób, ale także w sytuacjach kryzysowych takich jak pożary czy podtopienia. Nowoczesne bezzałogowce i oprogramowanie do analizy danych w pełni automatyzuje ten proces, a rolnik otrzymuje gotową informację, który fragment pola wymaga interwencji. Monitorowanie pól może być też przydatne w przypadku konieczności zebrania dokumentacji potrzebnej do uzyskania pomocy finansowej od państwa lub odszkodowania od firmy ubezpieczeniowej.

Specjalistyczne drony umożliwiają także dokonywanie precyzyjnego nawożenia i oprysków pól, co sprawia, że działania są bardziej efektywne i mniej szkodliwe dla środowiska. Dodatkowo dron patrolujący uprawy skutecznie odstrasza dzikie zwierzęta niszczące uprawy.

przemysłu,

Branża przemysłowa i budowlana to kolejni beneficjenci dronowej rewolucji. Bezzałogowe statki powietrzne przydają się m.in. w procesie ekspansji i budowy nowych obiektów. Dostarczają informacji na temat postępu prac, pozwalają na dokonywanie obliczeń wolumetrycznych, aby stwierdzić, czy materiały budowlane wymagają uzupełnienia, służą do wykrywania potencjalnych zagrożeń na terenie budowy. Drony (także lądowe) mogą wykonywać zdjęcia całego obiektu w technologii LIDAR, które służą do tworzenia dokładnych planów budynku. Daje to pracownikom spójny widok miejsca pracy lub środowiska przemysłowego, co w połączeniu z urządzeniami IoT może posłużyć do wykonywania zaawansowanych routingów czy analiz środowiska wewnętrznego, w tym ruchu wzorców ruchu na terenie zakładu, zasobów czy infrastruktury.

telekomunikacji

Ostatnią branżą, o której warto wspomnieć w kontekście wykorzystania dronów są firmy telekomunikacyjne. Oprócz monitorowania obiektów takich jak anteny i nadajniki, operatorzy mogą wykorzystać drony do pokrywania luk w zasięgu sieci komórkowych. Dron staje się latającą anteną i wieżą komórkową w jednym. Może to być szczególnie przydatne w przypadku kataklizmów jak wichury, które mogą uszkodzić nadajniki naziemne.

Ciężko wyliczyć wszystkie zastosowania dronów w biznesie z uwagi na to, że branża jest bardzo młoda i cały czas dynamicznie się rozwija. Ciekawym acz kontrowersyjnym pomysłem na wykorzystanie dronów, jest śledzenie działań konkurencji poprzez przelot statkiem powietrznym nad sklepem, zakładem lub polem uprawnym konkurenta. Dane dostarczone w ten sposób mogą wiele powiedzieć, o kondycji firmy czy liczbie klientów odwiedzających dany lokal. Ten aspekt prowadzi też do kolejnych pytań związanych z odpowiednim prawodawstwem, które musi być dostosowane do nowych realiów w jakich przyszło nam rozwijać biznesy – dodał Karol Sawicki.

i policji

Drony to także coraz częściej niezbędne wyposażenie policji i służb mundurowych. Przekonali się o tym m.in. uczestnicy trzydniowego seminarium szkoleniowego na temat bezzałogowych statków powietrznych, które odbyło się w Szkole Policji w Katowicach we wrześniu 2019 roku. Uczestnicy seminarium dowiedzieli się m.in. o wykorzystaniu danych zbieranych przez bezzałogowe statki powietrzne i poznawali możliwości dronów w obszarze zapewnienia bezpieczeństwa publicznego. Jedną z osób prowadzących szkolenie był Robert Jędrzejczak z Esri Polska, która jest członkiem Polskiej Izby Systemów Bezzałogowych.

– Drony mogą wspierać Policję i służby mundurowe m.in. w trakcie poszukiwania osób zaginionych, gdzie obserwacja z powietrza połączona np. z wykorzystaniem kamer termowizyjnych jest niezwykle istotna. „Bezzałogowce” pomagają także w badaniu natężenia ruchu drogowego czy śledzenia podejrzanych. Wszystkie dane zebrane przez bezzałogowe statki powietrzne mogą być później przeanalizowane w celu wyciągania bardziej dokładnych wniosków – podsumowuje Robert Jędrzejczak.

Już ponad 12 mln mkw. powierzchni handlowej Polsce. Podsumowanie III kw. na rynku centrów handlowych

Na koniec III kw. 2019 roku w Polsce działało 517 centrów handlowych o łącznej powierzchni 12 143 000 mkw. W budowie znajduje się obecnie 432,5 tys. mkw. Podsumowując III kw. 2019 roku, eksperci Colliers International wybrali 5 najważniejszych wydarzeń na rynku handlowym, które miały miejsce od początku lipca do końca września:

  1. Makro Cash and Carry zmieniła właściciela

Firma Metro Properties sprzedała 11 sklepów Makro Cash and Carry w Polsce, na Węgrzech i w Czechach. Portfel został przejęty przez FLE GmbH z siedzibą w Wiedniu, spółkę zależną francuskiej grupy LFPI, inwestującą w imieniu funduszu regulowanego AFI. Łączny wolumen transakcji przekroczył 250 mln euro

  1. Nowe miejsce zakupów na Podkarpaciu

Oddano do użytku nowe centrum handlowe Stara Ujeżdżalnia w Jarosławiu. Obiekt o powierzchni 25 tys. mkw. GLA i 80 lokalach, jest drugim co do wielkości centrum handlowym otwartym w Polsce w roku bieżącym. Oferta obejmuje m. in. marki z grupy LPP, New Yorker, Martes Sport, Smyk, supermarket E. Leclerc, Media Expert, RTV Euro AGD oraz EMPiK, klub fitness i kino.

  1. Zmiany w CH Janki

Ukończono rozbudowę centrum handlowego Janki pod Warszawą, które powiększyło się o 21 tys. mkw. GLA i 70 nowych sklepów (w dwóch etapach). Wśród nowych i zmodernizowanych sklepów są m. in. locale marek Inditex Group Reserved, New Yorker, Flying Tiger Copenhagen, Rossmann, Deichmann i Martes Sport. W trakcie rozbudowy powiększono także do 20 punktów strefę gastronomiczną, powstał również parking podziemny na 1200 samochodów.

  1. Inwestorzy wkraczają do mniejszych miast

Wzmaga się aktywność inwestorów i deweloperów w średnich i małych miastach. W ostatnim kwartale Immofinanz powiększył zasięg konceptów Stop Shop w Polsce, kupując park handlowy w Łowiczu. Z kolei spółka EDS Retail Park zapowiada budowę obiektów poniżej 5 000 mkw. GLA m.in. w Legnicy, Nowym Dworze Mazowieckim, Redzie oraz Lubinie. Firma Trei Real Estate GmbH otworzyła Vendo Park w Pułtusku oraz zabezpieczyła działki pod kolejne projekty m.in. w Kutnie i Kobyłce.

  1. Roszady w sektorze spożywczym

Trwa restrukturyzacja oraz optymalizacja w sektorze spożywczym. SPAR sfinalizował umowę przejęcia Grupy Piotr i Paweł, co spowoduje stopniową zmianę logo wszystkich działających sklepów sieci. Rośnie liczba zamykanych lub zmniejszanych sklepów Tesco, a część portfolio została zakupiona przez firmę Kaufland.

Lista najbardziej poszukiwanych i opłacalnych zawodów

Z 9. edycji badania „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” wynika, że:

  • Przeciętnie specjaliści i menedżerowie otrzymują rocznie dziewięć ofert pracy.
  • 55% specjalistów odczuło poprawę swojej sytuacji zawodowej, z czego większość deklaruje zdecydowaną zmianę na plus.
  • Podwyżki otrzymało 67% przebadanych osób. W niektórych przypadkach pensje rosły w dwucyfrowym tempie.

Pierwsze wyniki 9. edycji badania „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” zrealizowanego przez firmę rekrutacyjną Antal pokazują, że rynek pracownika wciąż pozostaje silny, ale się stabilizuje.

Zainteresowanie pracodawców zatrudnieniem specjalistów i menedżerów za wyjątkiem obszaru IT w 2019 roku spadło w porównaniu do roku poprzedniego. Mimo, że średnia liczba oferowanych miejsc pracy pozostaje na podobnym poziomie przyglądając się wynikom per dyscyplina wyraźnie widać faworytów bieżącego roku. Średnio o 2 oferty rocznie mniej otrzymają pracownicy zatrudnieni w działach marketingu, HR-u, administracji, a także prawnicy. Nieznacznie mniejsze zainteresowanie ze strony pracodawców odczuli też przedstawiciele inżynierii, sprzedaży oraz wyższej kadry zarządzającej. Wzrostowe tendencje dotyczą pracowników logistyki, oraz rekordzistów branży IT, gdzie średnia wynosi aż 25 ofert pracy rocznie – o 8 ofert więcej niż w 2018 roku. Zmian nie odczuli finansiści, którzy otrzymują średnio 9 propozycji i są szczególnie chętnie zatrudniani przez prężnie rozwijające się w Polsce centra usług wspólnych.

Wciąż jednak propozycji dla wykwalifikowanych osób – szczególnie z branży IT – jest dużo więcej niż dobrych kandydatów. W efekcie zdobycie odpowiednich specjalistów i menedżerów staje się jednym z głównych wyzwań dla polskich firm, które coraz częściej muszą rywalizować o talenty nie tylko w skali kraju, ale i świata. Jak zatem w dzisiejszych czasach pozyskać wartościowego pracownika? Jakie kompetencje zawodowe są najbardziej pożądane?

Artur Skiba, prezes agencji Antal
Artur Skiba, prezes agencji Antal

Rozwój inteligentnych miast, nowe inwestycje, stały popyt na programistów i rozwój centrów nowoczesnych usług dla biznesu – na rynku pracy dawno nie obserwowano tak dużej aktywności rekrutacyjnej. Specjaliści i menedżerowie wybierający dziś pracę w Polsce mogą liczyć na atrakcyjne benefity i świetne warunki finansowe, porównywalne albo takie same jak te, które obowiązują za granicą – mówi Artur Skiba, Prezes Antal.

Aktywność Specjalistów i menedżerów na rynku pracy

Zawody najbardziej pożądane przez pracodawców

Z analizy ekspertów Antal wynika, że największe zapotrzebowanie jest na pracowników z umiejętnościami informatycznymi, znający nowe technologie. Niezmiennie poszukiwani są także pracownicy, którzy posługują się biegle językami obcymi. Na topie są: włoski, francuski, niemiecki. Znajomość tych języków jest obecnie bardzo pożądana, szczególnie w sektorze finansowym i bankowości. Trend jest szczególnie zauważalny w sektorze inżynieryjnym. Oto lista najbardziej pożądanych zawodów w 2019 roku:

Najbardziej pożądane zawody w 2019 roku
IT  

Programista DevOps

Programista software

Produkcja przemysłowa  

Inżynier Automatyki
Inżynier Robotyki
Inżynier Oprogramowania

SSC/BPO Księgowy księgi głównej

Księgowy działu należności

Finanse i księgowość Specjalista ds. podatków
Sprzedaż i marketing Key account manager

Najbardziej oblegani pracownicy nie muszą na własną rękę poszukiwać nowego zatrudnienia. Nie zaznaczają na profilach społecznościowych, że są otwarci na zmianę pracy, nie wysyłają CV do działów HR, co nie zmienia faktu, że gdy pracodawca skontaktuje się z nimi, chętnie rozważą daną ofertę pracy – podkreśla Sebastian Sala, menedżer Antal SSC/BPO.

Z raportu Antal wynika, że 60% specjalistów i menedżerów nie szuka aktywnie pracy, w tym 8% deklaruje brak otwartości na jakąkolwiek zmianę pracy. Połowa respondentów sądzi, że jest w stanie znaleźć pracę adekwatną do swoich kompetencji i oczekiwań w mniej niż trzy miesiące. To sprawia, że oczekiwania kandydatów rosną.

Rynek pracownika? A może dobrego pracodawcy?

Jak wynika z ostatnio opublikowanego raportu Antal „Rotacja dobrowolna pracowników” coraz więcej pracowników odchodzi dobrowolnie z organizacji – to stanowi wyzwanie dla firm, ze względu na rosnące koszty rekrutacji. Dlatego tak ważne staje się zbudowanie atrakcyjnej oferty zarówno rekrutacyjnej, jak i rozwojowej. Oznacza to konieczność zaproponowania specjalistom nie tylko atrakcyjnego wynagrodzenia, ale również interesującej ścieżki kariery oraz pakietu oczekiwanych benefitów. Co przyciąga kandydatów?

Dla specjalistów i menedżerów koniecznym warunkiem jest wyższe od dotychczasowego wynagrodzenie (73%). Na drugim miejscu znalazła się umowa o pracę (58%) Odsetek osób wskazujących ten element, jako kluczowy wzrósł o 4,1 punkty procentowe w porównaniu do ubiegłego roku. Jednocześnie o dwa punkty procentowe spadł odsetek osób preferujących umowy B2B. Dla respondentów ważne są również elastyczne godziny pracy. Dla połowy kadry średniego i wyższego szczebla (50%) jest to warunek konieczny do rozpatrzenia nowego zatrudnienia.Specjaliści wciąż na wagę złota

O badaniu

Badanie Antal zostało przeprowadzone metodą CAWI w dniach 1-30.09.2019 roku. Wzięło w nim udział 2225 specjalistów i menedżerów z całej Polski.

Publikacja pełnego raportu „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” nastąpi w listopadzie br.

Rekordowy trzeci kwartał na rynku biurowym w Warszawie

Trzeci kwartał na stołecznym rynku biurowym był rekordowy pod względem popytu i zamknął się imponującym wynikiem 284 000 mkw. Oznacza to, że od początku roku wynajęto już blisko 690 000 mkw. powierzchni. Jednocześnie sukcesywnie spada współczynnik pustostanów, a firmy coraz częściej decydują się na umowy przednajmu.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na warszawskim rynku biurowym na koniec III kwartału 2019 r.

Popyt rekordowy pod każdym względem

Rok 2019 już teraz jest pełen rekordów. Trzeci kwartał odznaczał się historycznie najwyższym popytem – firmy podpisały umowy najmu na 284 000 mkw., co przełożyło się na świetny wynik pierwszych trzech kwartałów. Łącznie od początku roku wynajęto prawie 690 000 mkw. powierzchni. Do tej pory zawarto też aż jedenaście transakcji najmu przekraczających 10 000 mkw., z czego dwie opiewały na ponad 40 000 mkw. Warszawa po raz kolejny potwierdza tym samym swoją siłę gospodarczą i pozycję biurowego lidera w Europie Środkowo-Wschodniej. – Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant z Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Największą umową tego roku, oraz historycznie największą na polskim rynku, był przednajem mBank w Mennica Legacy Tower na prawie 46 000 mkw. Kolejną spektakularną transakcją było odnowienie najmu Orange Polska w Miasteczku Orange na blisko 45 000 mkw. Pierwszą trójkę zamyka odnowienie najmu T-Mobile na ponad 27 000 mkw. w budynku Marynarska 12 na Mokotowie. Ciekawym zjawiskiem na rynku jest dynamiczny wzrost wolumenu przednajmów. Coraz mniejsza dostępność opcji najmu w istniejących biurowcach skłania firmy do rozważenia obiektów w budowie. W okresie od stycznia do końca września aż 184 000 mkw. przypadło na ten typ umów, co jest 32% wzrostem w porównaniu z całym 2018 rokiem.

Patrząc na poszczególne strefy biurowe, największą popularnością cieszyło się Centrum, w którym wynajęto blisko 211 000 mkw. Mokotów zajął drugie miejsce, a na trzeciej pozycji uplasował się obszar Jerozolimskie.

Podaż bardziej różnorodna dzięki flexom

Wysoki popyt na biura napędza aktywność deweloperów komercyjnych. Od początku roku do użytku oddano ponad 142 000 mkw. biur w 15 budynkach. Obecnie w budowie znajduje się ok. 790 000 mkw. powierzchni w ramach obiektów, które zostaną ukończone do 2022 roku. Co ważne, około 40% tego wolumenu jest już zabezpieczone umowami przednajmu.

Zmianom po stronie podażowej towarzyszy coraz większe zainteresowanie elastycznymi powierzchniami do pracy – zarówno po stronie mniejszych firm i start-upów, jak i międzynarodowych korporacji. Tego typu rozwiązania biurowe i rewolucja jaką wywołują, wzbogacają rynek tradycyjnego najmu i stwarzają nowe możliwości dla najemców. Z kolei rosnące zainteresowanie z ich strony sprawia, że operatorzy biur flex mogą zaliczyć ten rok do szczególnie intensywnych. W 2019 rynek wzbogaci się łącznie o 50 000 mkw. nowych centrów – część z nich już otwarto, a część zostanie oddanych do końca roku. Największym z nich będzie WeWork w kompleksie Mennica Legacy. – Adam Lis, Doradca ds. Elastycznych Rozwiązań Biurowych, JLL

Łukasz Dziedzic, Starszy Analityk Rynku, JLL
Łukasz Dziedzic, Starszy Analityk Rynku, JLL

Komercyjny sukces nowych projektów, wraz z rosnącą popularnością rewitalizacji i zmiany funkcji budynków, prowadzi do zmiany struktury rynku.

Warszawa potrzebuje wielofunkcyjnych, świetnie skomunikowanych dzielnic, które będą odpowiednie nie tylko do pracy, ale i życia. To wymagania nie tylko współczesnych metropolii, ale i mieszkańców. W tym kierunku zmierza między innymi warszawski Mokotów, gdzie Echo Investment podjęło decyzję o zakupie części kompleksu biurowego Empark i przekształceniu jego funkcji na mieszkaniową. To jeden z przykładów długoterminowej wizji rozwoju Warszawy. – Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant z Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Pustostany i czynsze

Współczynnik pustostanów w Warszawie obniżył się do 8,2% (5,5% w strefach centralnych i 10% poza nimi), co jest spadkiem o 1,8 p.p. r-d-r. Tak niski wakat przekłada się na ograniczoną dostępność opcji najmu w istniejących budynkach, szczególnie w strefach centralnych, przez co wzrasta wolumen przednajmów. Firmom coraz trudniej jest znaleźć odpowiednią przestrzeń w zakończonych inwestycjach.
Najwyższe czynsze transakcyjne wzrosły w centralnych częściach Warszawy ze względu na wysoki popyt, niski wskaźnik pustostanów oraz rosnące koszty budowy. W szerokim centrum czynsze dla najlepszych nieruchomości wynoszą od 17 do 24 euro za mkw. miesięcznie, a poza nim od 11 do 15 euro.

Jak wybrać system do marketingu lub CRM?

Wybór odpowiedniego systemu, który wspomoże procesy sprzedażowo-marketingowe w firmie to połowa sukcesu. Na jakiej podstawie podjąć decyzję, by jej nie żałować? Gdzie szukać gotowych rozwiązań?

Czym jest CRM, a czym system do marketingu?

Systemy wspomagające pracę przedsiębiorstwa można wdrożyć tak naprawdę do każdego z obszarów. By jednak od czegoś zacząć, dobrze jest się skupić na tym, co w każdym biznesie liczy się przede wszystkim – sprzedaży i ściśle powiązanego z nią marketingu.

Dynamiczny rozwój technologii pozwala w tych dwóch obszarach w doskonały sposób optymalizować pracę – zarówno pod kątem kosztów, jak i czasu – oraz osiągać niezwykle zadowalające efekty. Mowa o systemach wspomagających pracę działów sprzedaży i marketingu, które znajdują się w niemal każdej firmie.

W sprzedaży kluczową rolę odgrywa system CRM, czyli narzędzie informatyczne, działające w oparciu o procedury istotne z punktu zarządzania relacjami z klientami. Pozwala on w pewnej części zautomatyzować pracę działu sprzedaży (ale nie tylko – również działu marketingu, biura obsługi klienta czy zarządu). Zbiera bowiem w jednym miejscu wszystkie dane na temat klientów, podejmowanych przez nich decyzji zakupowych, preferencji, potencjału sprzedażowego, historii współpracy itd. Pod względem ilości informacji, CRM to prawdziwa kopalnia wiedzy.

Systemy marketingowe to z kolei narzędzia informatyczne, które zaprojektowano po to, by optymalizować pracę działów marketingu. Mogą obejmować całość obszarów za które odpowiada zespół marketingowy i automatyzować wiele z obowiązków (mowa o systemach marketing automation) lub odpowiadać za wspomaganie działania konkretnego obszaru – np. systemy do e-mail marketingu, systemy do landing pages.

Co ciekawe, systemy CRM i systemy marketingowe mogą być połączone w jedno narzędzie, które pozwoli pracować w tym samym czasie całej firmie, korzystając z jednakowych baz danych. Dzięki temu wszystkie procesy w przedsiębiorstwie będą silnie zintegrowane i szansa na osiągnięcie efektu synergii znacząco wzrośnie.

Na jakiej podstawie wybrać system CRM lub system marketingowy?

Zarówno, jeśli chodzi o systemy CRM, jak i systemy marketingowe, przed podjęciem decyzji osoby odpowiedzialne za dokonanie wyboru – w porozumieniu z kluczowymi osobami, które będą miały pracować na danym narzędziu – powinny odpowiedzieć sobie na kilka ważnych pytań:

  • W jakim celu system będzie używany?
  • Jakie korzyści przyniesie system?
  • Ile osób będzie korzystało z systemu?
  • Jakie funkcje są potrzebne w systemie?
  • Jaki jest budżet na system?
  • Jak długo będzie trwało wdrożenie systemu?
  • Czy i w jakim zakresie konieczne będzie zaangażowanie osób z wnętrza przedsiębiorstwa do wdrożenia systemu?
  • Jak bardzo skomplikowany jest system i ile – mniej więcej czasu – zajmuje nauczenie się go w podstawowym zakresie?
  • Czy działanie pozostałych systemy, z których korzysta firma, nie będzie kolidowało w żaden sposób z nowym systemem?

Udzielenie uczciwych odpowiedzi to dopiero początek w drodze do podjęcia ostatecznej decyzji. Następnie dobrze jest się skontaktować z przedstawicielami firm oferującymi konkretne rozwiązania, dopytać o interesujące szczegóły i poprosić o dostęp do konta testowego. Przetestowanie oprogramowania pozwoli wyczuć, czy jest ono intuicyjne i czy dobrze będzie się na nim pracowało.

Gdzie szukać sprawdzonych rozwiązań?

Zarówno systemy CRM, jak i systemy marketingowe sprzedawane są przez firmy działające mocno w internecie. Dlatego informacji na ich temat i ofert warto również szukać w sieci. Wybór rozwiązań wspierających procesy sprzedażowe i marketingowe jest obecnie naprawdę szeroki. By nie pogubić się w tym wszystkim, dobrze jest skorzystać z profesjonalnego serwisu https://programy.do, który pomaga w wyborze systemów CRM, platform marketing automation, systemów e-mail marketingowych oraz rozwiązań do tworzenia landing pages. 

Najlepszy kwartał w historii warszawskiego rynku nieruchomości biurowych

Za nami najlepszy kwartał w historii rynku nieruchomości biurowych w Warszawie, podaje firma doradcza Savills w swoim najnowszym raporcie. W ciągu minionych trzech miesięcy zawarto m.in. największą jak dotąd nową umowę najmu oraz największą renegocjację.

Najwyższy dotychczas popyt na powierzchnie biurowe w Warszawie odnotowano w 2018 roku. W przeciągu 12 miesięcy wynajęto wówczas blisko 860 000 m kw. Pierwszy kwartał bieżącego roku cechował się nieco mniejszą aktywnością najemców, ale w kolejnych dwóch rynek znacząco przyśpieszył. Prawie 690 000 m kw. wynajęte na przestrzeni pierwszych dziewięciu miesięcy roku to najwyższy wynik, jaki odnotowano kiedykolwiek w takim okresie w Polsce.

Do osiągnięcia tak wysokiego poziomu popytu przyczynił się zwłaszcza trzeci kwartał, który samodzielnie był najaktywniejszy w historii polskiego rynku. Łącznie w jego trakcie w Warszawie wynajęto blisko 285 000 m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej, przede wszystkim za sprawą dwóch rekordowych transakcji, umowy przednajmu podpisanej przez mBank w Mennica Legacy Tower (45 600 m kw.) i renegocjacji umowy w Miasteczku Orange przez Orange Polska (44 850 m kw.).

„To bez wątpienia rok dużych transakcji. W wakacje rynek zamiast zwolnić przyśpieszył. Mamy tym samym szansę na pobicie zeszłorocznego rekordu popytu. Nawet jednak, jeśli tak się nie stanie, to wartość transakcji najmu będzie z pewnością i tak bardzo wysoka, a osiągnięcie takiego poziomu aktywności najemców drugi rok z rzędu potwierdza bardzo dobrą kondycję rynku biurowego w Warszawie” – mówi Daniel Czarnecki, dyrektor działu powierzchni biurowych, reprezentacja wynajmującego, Savills.

Jak podaje firma doradcza Savills, w trzecim kwartale 2019 r. rynek nieruchomości biurowych w Warszawie wzbogacił się o 61 700 m kw. powierzchni. Największym nowym obiektem była Wola Retro (Develia; 24 500 m kw.). Łącznie od początku roku w Warszawie przybyło już ponad 142 000 m kw., co zwiększyło całkowite zasoby stolicy do 5,6 mln m kw.

W czwartym kwartale do oddania planowanych jest aż 120 000 m kw., ale niewykluczone jest przesunięcie niektórych z projektów na 2020 rok. Zgodnie z danymi Savills łącznie w budowie pozostaje 760 000 m kw. nowej powierzchni., z czego ponad połowa jest już zabezpieczona umowami przednajmu lub listami intencyjnymi. Zdecydowanie największy plac budowy znajduje się na Woli, w pobliżu ronda Daszyńskiego, gdzie aktualnie powstaje prawie 415 000 m kw. nowej powierzchni biurowej.

Średnia stopa pustostanów dla Warszawy na koniec września obniżyła się do 8,2% i prawdopodobnie do końca roku utrzyma tendencję spadkową. Widoczne są mocne dysproporcje pomiędzy poszczególnymi obszarami – wakat na Mokotowie wynosi 13,7% a w centralnych lokalizacjach 5,5%.

W Centralnym Obszarze Biznesu oraz w Centrum czynsze nominalne kształtują się na poziomie od 22,50 do 25,50 euro/m kw./miesiąc za powierzchnie na najwyższych piętrach wieżowców. W najlepszych budynkach zlokalizowanych w granicach Służewca wahają się od 13,00 do 15,00 euro/m kw./miesiąc.

„Rekordowy popyt przełożył się na usztywnienie warunków najmu w centralnych lokalizacjach. Dodatkowo powoli zauważalny zaczyna być wzrost zainteresowania Mokotowem, który w nadchodzących kwartałach powinien przełożyć się na większą liczbę transakcji najmu w tej części Warszawy. Po okresie pewnej stagnacji na Służewcu mamy do czynienia z falą remontów przeprowadzanych przez właścicieli, którzy oportunistycznie kupili tam nieruchomości. Odnowione budynki z pewnością mają szansę przyciągnąć najemców” – dodaje Daniel Czarnecki z Savills.

Brexit: Polska wśród państw UE, które dotknie najsilniej

Spadek eksportu w wyniku brexitu z umową obniży PKB w Polsce o 0,14 proc., czyli ok. 3 mld zł. W przypadku twardego brexitu będzie to 0,24 proc., a więc równowartość ok. 5 mld zł – wynika z wyliczeń opublikowanych w Tygodniku Gospodarczym Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Liczba miejsc pracy może obniżyć się o 0,13 proc. (20 tys.) w scenariuszu brexitu z umową oraz o 0,23 proc. (35 tys.) w scenariuszu twardego brexitu. Zmieni się także sytuacja Polaków na emigracji, a przywrócenie unii celnej może spowodować wielomiliardowe niedobory leków. Wpłynie to również na wielkość budżetu UE, który w nowej perspektywie straci znaczącego płatnika.

Naukowcy z londyńskiego National Institute of Economic and Social Research szacują, że w przypadku brexitu z umową import Wielkiej Brytanii obniży się o 11 proc. W przypadku twardego brexitu spadek ten zwiększy się do 19 proc. Według wyliczeń analityków PIE w scenariuszu brexitu z umową spadek obrotów handlowych z Wielką Brytanią bezpośrednio obniży PKB w państwach członkowskich średnio o 0,15 proc., a liczbę pracujących o 0,12 proc. W scenariuszu twardego brexitu spadki te wyniosą odpowiednio 0,26 proc. i 0,21 proc.

Niezależnie od wariantu Polska znajdzie się w gronie państw UE najsilniej dotkniętych brexitem – komentuje Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii PIE. Brexit ma szczególne znaczenie dla polskiego sektora rolno-spożywczego, gdzie niższe obroty handlowe spowodowane brexitem z umową mogą obniżyć wartość dodaną o około 0,3 mld zł oraz skutkować spadkiem liczby miejsc pracy o prawie 5 tys. Liczby te wyniosą odpowiednio 0,5 mld zł i ponad 8 tys. miejsc pracy w scenariuszu brexitu bez umowy.

W ocenie Międzynarodowego Funduszu Walutowego bezumowny brexit oznaczać będzie 4 proc. podniesienie brytyjskich taryf importowych w handlu z UE i dodatkowy wzrost barier pozataryfowych (w sumie o 24 proc. w przeliczeniu na ekwiwalent taryfowy), a także utratę przez Wielką Brytanię dostępu do większości istniejących porozumień o preferencyjnym handlu między UE a krajami trzecimi. Z kolei według prognoz OECD z września całkowite rozmiary brytyjskiego eksportu obniżą się o 8 proc., a całkowite rozmiary unijnego eksportu zmniejszą się o 1,5 proc. PKB Wielkiej Brytanii obniży się w 2020 roku o 2 proc., a w 2021 roku negatywne odchylenie od scenariusza bazowego pogłębi się do niemal 2,5 proc. PKB.

Sytuacja Polaków w Wielkiej Brytanii

Obywatele UE mieszkający w Wielkiej Brytanii, którzy chcą legalnie przebywać na Wyspach po 2021 r., powinni złożyć wniosek o otrzymanie statusu rezydenta. Oprócz legalnej pracy, zapewni im to m.in. dostęp do bezpłatnej służby zdrowia czy możliwość wynajęcia mieszkania. Do końca września 2019 r. obywatele UE złożyli prawie 1,8 mln wniosków. Aż 1/5 wszystkich wniosków stanowiły te z Polski, 16 proc. to wnioski mieszkańców Rumunii, a 11 proc. – Włoch. Biorąc pod uwagę ogólną liczbę Polaków mieszkających na Wyspach, wniosek złożyło jedynie 38 proc.

Katarzyna Dębkowska, kierowniczka zespołu foresightu gospodarczego w PIE
Katarzyna Dębkowska, kierowniczka zespołu foresightu gospodarczego w PIE

Część osób może mieć problem z dostarczeniem dokumentów niezbędnych do uzyskania takiego statusu, ponieważ pracują w szarej strefie. Inni z kolei mogą nie planować dalszego pobytu na Wyspach – tłumaczy Katarzyna Dębkowska, kierownik zespołu foresightu gospodarczego PIE. Według badań NBP z końca 2018 r. prawie 10 proc. Polaków bało się, że ich sytuacja na rynku pracy może się pogorszyć i w związku z tym było zdecydowanych na wyjazd z Wielkiej Brytanii.

Leki utkną na przejściach granicznych?

Biorąc pod uwagę niebezpieczeństwo natychmiastowego przywrócenia unii celnej w przypadku wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy, a także przyjmując, że w 2018 roku Wielka Brytania importowała z krajów UE leki o łącznej wartości 17,7 mld GBP, można oszacować, że twardy Brexit spowodowałby w Wielkiej Brytanii przez pierwsze pół roku niedobór leków o łącznej wartości 1,8-2,7 mld funtów.

Na niedobory narażone są również kraje europejskie – mówi Adam Czerwiński, analityk zespołu strategii PIE. Dodając do powyższych założeń wartość importu leków ze Zjednoczonego Królestwa do pozostałych krajów UE równą 10,9 mld GBP, oszacować można, że opcja „no-deal” grozi Europie niedoborami leków na poziomie 1,1-1,6 mld funtów w półrocznej perspektywie. Problem dotyczy również Polski, która w 2018 roku importowała z Wielkiej Brytanii leki o wartości 275 mln funtów i w wypadku twardego brexitu byłaby narażona na niedobory o wartości 28-41 mln GBP (135-205 mln PLN).

Brexit będzie miał także wpływ na politykę spójności oraz programy unijne finansowane ze wspólnej kasy, europejski system handlu emisjami CO2, a także przepływ danych osobowych Europejczyków pomiędzy firmami a ich brytyjskimi partnerami.

Polskie MŚP w dobrej kondycji, mikro najbardziej pesymistyczne. Wszyscy czekają na spowolnienie

Ponad połowa firm z sektora MŚP ocenia swoją obecną kondycję finansową jako dobrą lub bardzo dobrą – wynika z badania Diners Club Polska. Mimo że wynik jest dla większości pozytywny, od trzech lat systematycznie rośnie liczba przedsiębiorstw w złej sytuacji. Przybywa również tych, które przewidują pogorszenie w przyszłości.

Prawie połowa (49 proc.) firm z sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw ocenia swoją aktualną kondycję finansową jako dobrą, natomiast zdaniem tylko 6 proc. jest ona nawet bardzo dobra. W stabilnej sytuacji jest blisko co trzecia firma (32 proc.) – wynika z piątej edycji badania Diners Club Polska „Kondycja finansowa Polskich MŚP”. Negatywnie swoją obecną sytuację ocenia tylko 13 proc. – 8 proc. źle, a 5 proc. bardzo źle.

W porównaniu do roku ubiegłego, koniunktura polskich MŚP jest nieco gorsza. Nieznacznie wzrosła liczba przedsiębiorstw, które oceniają swoją kondycję jako złą lub bardzo złą, z drugiej strony spadła liczba podmiotów w bardzo dobrej sytuacji.

MSP raport
Źródło: Badanie IBRIS na zlecenie Diners Club Polska, „Kondycja polskich MŚP”, październik 2019.

– Kondycja polskich MŚP jest stabilna, ponad połowa jest w dobrej sytuacji. Warto jednak zwrócić uwagę, że na przestrzeni trzech lat bilans jest systematycznie słabszy. Jeszcze w 2017 r., w dobrej lub bardzo dobrej sytuacji było 68 proc. firm. Rok temu już 56 proc., a obecnie 55 proc. Najwyraźniej widać to po malejącej liczbie przedsiębiorstw w bardzo dobrej kondycji. W 2017 r. było ich 13 proc., rok temu już 8 proc., a teraz zaledwie 6 proc. – mówi Monika Masztakowska z Diners Club Polska.

Najgorzej w mikro, najlepiej w średnich

Samoocena kondycji finansowej zależy głównie od wielkości firmy. Najgorzej jest w przedsiębiorstwach mikro, zatrudniających do 9 pracowników. 15 proc. z nich określa swoją kondycję jako złą lub bardzo złą, w przypadku 35 proc. jest ona stabilna (ani dobra, ani zła). 46 proc. ankietowanych uważa swoją sytuacją za dobrą, a tylko 5 proc. za bardzo dobrą.

Na przeciwnym biegunie są firmy średnie, zatrudniające między 50 a 249 pracowników. 75 proc. z nich ocenia swoją sytuację jako dobrą lub bardzo dobrą. Stabilnie jest u 17 proc. ankietowanych, a tylko u 8 proc. jest ona zła lub bardzo zła.

Firmy pesymistycznie patrzą w przyszłość

Jak wynika z badania Diners Club Polska, tylko 21 proc. podmiotów z sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw uważa, że ich sytuacja polepszy się w ciągu najbliższego roku. Natomiast zdaniem 45 proc. ankietowanych pozostanie ona bez zmian. Co ważne, aż 26 proc. firm z sektora MŚP prognozuje, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy ich sytuacja się pogorszy. W porównaniu do 2018 r., pogorszeniu uległy wszystkie wskaźniki. Rok temu słabszej kondycji spodziewało się tylko 11 proc. badanych. 52 proc. prognozowało, że sytuacja ich firm będzie stabilna, a 29 proc. liczyło na poprawę.

Plany MSP
Źródło: Badanie IBRIS na zlecenie Diners Club Polska, „Kondycja polskich MŚP”, październik 2019.

– Prognozy na najbliższy rok mogą niepokoić. Co czwarta firma uważa, że jej sytuacja się pogorszy. Jest to najgorszy wynik od pięciu lat. Natomiast w porównaniu do 2017 r. takich firm przybyło aż o 20 pkt. proc. Z drugiej strony ubyło przedsiębiorstw, które liczą na poprawę. Na przełomie trzech lat mamy spadek aż o 15 pkt. proc. – mówi Monika Masztakowska z Diners Club Polska.

Mikro najbardziej pesymistyczne

Najczęściej negatywnie w przyszłość patrzą firmy mikro (zatrudniające do 9 pracowników). Jak wynika z badania Diners Club Polska, 29 proc. z nich przewiduje pogorszenie kondycji finansowej, natomiast na polepszenie liczy 18 proc. Odwrotnie oceniają najbliższy rok firmy średnie (między 50-249 pracowników). 13 proc. spodziewa się gorszej koniunktury, 54 proc. stabilnej, a 21 proc. liczy na poprawę.

– Gorsze przewidywania mogą wynikać z wielu czynników. Zatory płatnicze, trudności z pozyskaniem pracowników, niepewna sytuacja prawna, m.in. dotycząca płacy minimalnej. To wszystko może wpływać niepokojąco na firmy z sektora MŚP, zwłaszcza na te najmniejsze – mówi Monika Masztakowska z Diners Club Polska. – Ważne jest to, że firmy mają świadomość nowych wyzwań, bo to pokazuje, że będą się do takiej sytuacji przygotowywać – dodaje.

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych (IBRIS) w październiku 2019 r. na podstawie wywiadów z 500. właścicielami mikro, małych i średnich przedsiębiorstw z całej Polski. Wykorzystano metodę telefonicznych standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI). Błąd oszacowania = 4 proc., poziom ufności 0,95.