Trotyl i broń chemiczna na dnie Bałtyku. Sztuczna inteligencja pomoże naukowcom oszacować zagrożenie

Trotyl i broń chemiczna na dnie Bałtyku. Sztuczna inteligencja pomoże naukowcom oszacować zagrożenie 1

Naukowcy szacują, że na dnie Bałtyku zalega od 50 do 100 tys. ton broni chemicznej i jeszcze więcej toksycznej broni konwencjonalnej. Znajdują się we wrakach z okresu II wojny światowej albo zostały zatopione po jej zakończeniu. Według NIK tylko w Zatoce Gdańskiej zidentyfikowano dotąd około 100 takich okrętów. Naukowcy z Polski i kilku innych państw, m.in. Niemiec, Szwecji, Finlandii i Litwy prowadzą współfinansowany ze środków europejskich projekt Daimon, który pozwoli oszacować związane z tym ryzyko. Od września pomoże im w tym sztuczna inteligencja, która ułatwi podejmowanie decyzji, np. o wyłączeniu danego rejonu z inwestycji czy rybołówstwa z uwagi na podwyższone ryzyko skażenia.

– Jest kilka rodzajów zagrożeń chemicznych na dnie Bałtyku. Powszechnie mówi się o broni chemicznej i ona rzeczywiście jest – wiemy gdzie i znamy dokładne miejsca. Przy czym wpływ tej broni chemicznej na środowisko w tej chwili jest ograniczony, ona jest dziś po części zagłębiona w dnie. Jeżeli jest, to raczej wpływ lokalny. Natomiast niewiele mówi się o zagrożeniach ze strony broni konwencjonalnej. Na przykład w Niemczech, niedaleko wejścia do fiordu Kiel, jest składowisko po II wojnie światowej, gdzie są tysiące ton broni wyelaborowanej trotylem – mówi dr inż. Benedykt Hac, kierownik Zakładu Oceanografii Operacyjnej Instytutu Morskiego w Gdańsku.

Jak podkreśla, trotyl w kontakcie z wodą powoduje wydzielanie substancji trujących, które są przez prądy roznoszone wzdłuż brzegu i absorbowane w łańcuchu troficznym przez organizmy morskie. W ten sposób mogą się przedostawać wprost do ludzkiego układu pokarmowego.

Naukowcy szacują, że na dnie Bałtyku zalega od 50 do 100 tys. ton broni chemicznej i jeszcze więcej, bo nawet do 500 tys. ton toksycznej broni konwencjonalnej. Znajdują się we wrakach z okresu II wojny światowej albo zostały zatopione po jej zakończeniu (ponieważ był to najtańszy sposób utylizacji). Broń i amunicja były zatapiane głównie w okolicy Głębi Gotlandzkiej i Głębi Bornholmskiej, ale część znajduje się również w Głębi Gdańskiej. Według Najwyższej Izby Kontroli na dnie Bałtyku zidentyfikowano dotąd ok. 300 wraków okrętów, w tym ok. 100 w Zatoce Gdańskiej.

– Badamy wraki pod kątem ich wpływu na środowisko, gromadzimy informacje o wszystkich takich obiektach, ponieważ one mogą zawierać nie tylko paliwo, lecz także szkodliwe ładunki czy chemikalia, które pod wpływem działania wody stają się aktywne i niebezpieczne dla środowiska – mówi dr inż. Benedykt Hac. – Ekonomicznie podnoszenie wraków jest nieuzasadnione, to są bardzo drogie operacje. Środowisko wodne wymaga specjalistycznych systemów, nurków, wielkich dźwigów itp. Takie operacje zdarzają się na świecie, natomiast w Polsce ich nie notujemy.

Największe zagrożenie stwarzają w tej chwili wraki statków Stuttgart, zatopionego na redzie w Gdyni, oraz Franken – oba pochodzące z okresu II wojny światowej. Z pierwszego już wydobywa się paliwo do Zatoki Puckiej. Drugi, znajdujący się w pobliżu Helu, z powodu korozji może się zapaść w każdej chwili i spowodować katastrofę ekologiczną. Szacuje się, że w jego zbiornikach znajduje się co najmniej 1,5 mln litrów mazutu i innych paliw.

Ponadto, jak podaje NIK, w rejonie Głębi Gdańskiej może spoczywać na dnie co najmniej kilkadziesiąt ton amunicji i bojowych środków trujących (BŚT), w tym jeden z najgroźniejszych – iperyt siarkowy. Od czasów wojny już kilkakrotnie doszło do poparzenia nim rybaków i plażowiczów. Ostatni przypadek skażenia bronią chemiczną z okresu II wojny światowej miał miejsce w 2012 roku, kiedy na plaży między Ustką a Łebą znaleziono grudki fosforu białego, a skażeniu uległo 13 km wybrzeża. Wcześniej, w 1997 roku, niedaleko Władysławowa rybacy znaleźli w sieciach bombę iperytową, a ośmiu z nich zostało poważnie poparzonych.

Według szacunków zawartych w Krajowym Planie Zarządzania Kryzysowego uwolnienie zaledwie 1/6 chemikaliów ze zbiorników zalegających na dnie zniszczyłoby życie w Bałtyku, a odbudowa ekosystemu zajęłaby co najmniej 100 lat. Broń i chemikalia zatopione na dnie nie są jednak tylko problemem tego akwenu, lecz także wielu innych w Europie. Przykładowo po II wojnie światowej Amerykanie zatopili również ogromne jej ilości w rejonie Hawajów.

Najwyższa Izba Kontroli ma zbadać, jak polskie służby monitorują i reagują zagrożenia ekologiczne, które wynikają z zatopionych na dnie Bałtyku toksycznych substancji. Polska i kilka innych państw, w tym m.in. Niemcy, Szwecja, Finlandia i Litwa, wspólnie prowadzą też współfinansowany ze środków europejskich projekt Daimon, który koordynuje Instytut Oceanologii PAN. Według naukowców zagrożenie stanowi kilka procent broni zalegającej w morzu, a projekt pozwoli zidentyfikować tą, którą trzeba się pilnie zająć, żeby uniknąć katastrofy ekologicznej.

We wrześniu tego roku projekt Daimon wszedł w nowy etap, którego głównym elementem jest sztuczna inteligencja. AI pomoże naukowcom w podejmowaniu decyzji, np. o wyłączeniu danego rejonu z inwestycji czy rybołówstwa z uwagi na podwyższone ryzyko skażenia. Z badań naukowców wynika, że najszybciej – za około 20 do 30 lat – skorodują pociski artyleryjskie, których na dnie Bałtyku zalega najwięcej.

Jak podaje IO PAN – wyciągnięcie wszystkich wraków i broni chemicznej z dna Bałtyku jest niemożliwe. Dlatego naukowcy chcą się skupić na najbardziej niebezpiecznej części amunicji. Pod wodą umieszcza się ją w specjalnych pojemnikach, a następnie niszczy w przygotowanych do tego instalacjach na lądzie. Na razie dwie takie znajdują się w Belgii i Niemczech, ale można je także montować na statkach.

– Innym zagrożeniem dla Bałtyku są także ładunki przewożone przez współcześnie pływające statki. Te muszą spełniać określone wymogi, raportować, jakiego rodzaju środki chemiczne przewożą i na ile są one są niebezpieczne, służy do tego specjalna skala – mówi dr inż. Benedykt Hac, kierownik Zakładu Oceanografii Operacyjnej Instytutu Morskiego w Gdańsku – Oczywiście tych zagrożeń nie jest aż tak wiele i one nie stwarzają wielkiego, bezpośredniego ryzyka, niemniej są istotne i trzeba mieć je na uwadze – podkreśla.

Izraelski Instytut Innowacji: Polskie start-upy mają duży potencjał. Zaskakują wiedzą i zaangażowaniem

Izraelski Instytut Innowacji: Polskie start-upy mają duży potencjał. Zaskakują wiedzą i zaangażowaniem 2

Blisko połowa polskich start-upów pracuje nad rozwiązaniami telemedycznymi. Często działają też w zakresie nowoczesnej diagnostyki, mHealth i rynku urządzeń medycznych. Rynek start-upów medycznych w Polsce jest jeszcze stosunkowo mało rozwinięty zarówno pod względem liczby start-upów działających w tym obszarze, jak i inwestorów wspierających ten rynek. Trzeba inwestować we współpracę pomiędzy start-upami i systemem opieki zdrowotnej. Konieczne jest też odejście od tradycyjnego modelu inwestycyjnego – radzi Yael Ophir z Izraelskiego Instytutu Innowacji.

– Polskie start-upy mają duży potencjał, ich przedstawiciele zaskoczyli mnie swoją wiedzą i zaangażowaniem. Te elementy stanowią fundament tego typu przedsięwzięć. Oczywiście, gdy mówimy o rozwoju działalności w sektorze usług medycznych, najważniejsze jest nawiązanie współpracy z podmiotami je świadczącymi – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Yael Ophir z Izraelskiego Instytutu Innowacji.

Start-upy powoli zmieniają nasze medyczne nawyki. Jak wynika z „Raportu o start-upach medycznych w Polsce” opracowanego przez EDmeetsTECH oraz Atena Research&Consulting, blisko połowa młodych firm pracuje nad rozwiązaniami telemedycznymi, nowoczesną diagnostyką (40 proc.), mHealth (35 proc.) i urządzeniami medycznymi (31 proc.). Jak wynika z raportu, rynek start-upów medycznych w Polsce jest jeszcze stosunkowo mało rozwinięty, zarówno pod względem liczby start-upów, ich stadium rozwoju, jak i inwestorów.

– W opiece zdrowotnej dla wszystkich start-upów najważniejsze jest posiadanie od samego początku solidnych partnerów – podmiotów świadczących usługi medyczne, firm, dzięki którym można się dowiedzieć, czy pojawiły się nowe potrzeby, za których spełnienie ludzie gotowi są zapłacić. Sytuacja taka stanowi świetny punkt wyjścia i dobrze rokuje na przyszłość – tłumaczy Yael Ophir.

Finansowanie większości medycznych start-upów nie przekracza 3 mln zł, a ich projekty znajdują się jeszcze we wczesnej fazie rozwoju. Jedną z barier rozwoju sektora jest stosunkowo rzadkie korzystanie z zewnętrznego finansowania – tylko co czwarty start-up skorzystał z finansowania venture capital. Większość sięga po własne środki. Jak jednak przekonuje ekspertka, w rozwoju start-upów kluczową rolę pełnią partnerzy.

– Pomysł to zaledwie początek, trzeba go jeszcze skonsultować i potwierdzić w porozumieniu z różnymi interesariuszami. Dopiero wówczas można zrozumieć, w jaki sposób pomysł ten może się sprawdzić w praktyce i na rynku – przekonuje ekspertka z Izraelskiego Instytutu Innowacji.

Ponad 90 proc. start-upów medycznych w Polsce konsultuje produkt lub usługę z jej finalnymi odbiorcami. Blisko połowa przyznaje, że pomysł konsultuje z lekarzem. Jednocześnie start-upy nawiązują liczne relacje na rynku – blisko 90 proc. deklaruje kooperację z organizacjami medycznymi, 45 proc. z korporacjami, a 19 proc. z instytucjami rządowymi. Jak jednak przekonuje ekspertka, żeby start-upy miały faktyczny wpływ na rynek medyczny, nie tyle należy konsultować ze środowiskiem finalny produkt, ile zapotrzebowanie na  innowacyjne rozwiązania.

– Sukces HealthIL (społeczności na rzecz innowacji dotyczących cyfryzacji w usługach medycznych – przyp.red.) bierze się stąd, że nie skupialiśmy się na samych start-upach. Staraliśmy się natomiast zbliżać je do podmiotów świadczących usługi medyczne, podmiotów działających na rynku opieki zdrowotnej. Dlatego trzeba konsekwentnie budować współpracę z nimi, pomagać im zrozumieć, czego potrzebują. A gdy pojawia się zapotrzebowanie na konkretne rozwiązanie, którego nie ma kto dostarczyć, przedstawiamy je start-upom. W ten sposób mają one możliwość wywrzeć faktyczny wpływ na zmiany systemowe – mówi Yael Ophir.

Ponad 60 proc. start-upów medycznych wskazuje finansowanie, jako największą barierę w rozwoju. Specyfika rynku medycznego narzuca dużo wymagań – konieczność spełnienia restrykcyjnych norm prawnych, prowadzenie badań klinicznych czy certyfikację produktu. Posiadanie kapitału jest jednak niewystarczające, potrzebna jest też wiedza ekspertów.

– Uważam, że trzeba inwestować we współpracę pomiędzy start-upami i systemem opieki zdrowotnej. Nie powinniśmy się skupiać na samych start-upach, trzeba odejść od tradycyjnego modelu inwestycyjnego. Potencjał tego typu przedsięwzięć należy oceniać również na podstawie tego, czy ich realizatorzy mają do dyspozycji właściwych partnerów – ocenia ekspertka.

Tylko wprowadzanie na rynek produktów, na które jest faktyczne zapotrzebowanie, może sprawić, że start-upy zrewolucjonizują rynek rozwiązań medycznych. Niezbędne jest też know-how i wsparcie finansowe na każdym etapie badania produktu i wprowadzania go na rynek.

– Dopiero po upływie pewnego czasu możemy mieć pewność, czy dane rozwiązanie się sprawdza i czy warto je rozwijać – dla oszczędności, usprawnienia usług. Trzeba jednak pamiętać, że poza technologią, która stanowi jedynie narzędzie, rolę odgrywają również inne kwestie. Trzeba wiedzieć, jak wdrożyć dane rozwiązanie w ramach istniejących procesów, by faktycznie przyniosło ono oszczędności czasu i pieniędzy – mówi Yael Ophir.

Samobadanie piersi powinniśmy wykonywać raz w miesiącu. Przypomina o tym specjalny kalendarz

Samobadanie piersi powinniśmy wykonywać raz w miesiącu. Przypomina o tym specjalny kalendarz 3

Prawie połowa kobiet nie wykonuje comiesięcznego samobadania piersi – wynika z najnowszego sondażu przeprowadzonego w ramach kampanii „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa” w 2019 roku. Rak piersi jest najczęściej występującym nowotworem wśród Polek, a diagnoza we wczesnym stadium, kiedy zmiany w piersi są niewielkie, daje prawie 100-procentową szansę na wyleczenie. O tym, jak ważne jest wczesne wykrywanie raka piersi oraz zachęcanie kobiet przez mężczyzn do regularnych badań, przypomina kalendarz „Power of Community 2020”. Dochód ze sprzedaży kalendarza tradycyjnie przeznaczony jest na wsparcie pacjentek z zaawansowanym rakiem piersi i ich bliskich.

– Ważne w tej kampanii jest obalenie mitu matki Polki, takiej siłaczki, która musi sobie radzić sama. Mówimy, że rola mężczyzn jest bardzo ważna i muszą wiedzieć, jak sobie poradzić w sytuacji, gdy bliska im kobieta zachoruje. Ważne, żeby facet po prostu wiedział, jak się zachować. Ta kampania zachęca, żeby kobiety dbały o siebie, badały piersi, ale również pokazuje, że obok tej kobiety jest także ten męski pierwiastek, który odgrywa bardzo ważną rolę – mówi Daniel Józek Qczaj, ambasador kampanii „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa”.

Kampania „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa” jest skierowana zarówno do kobiet, jak i do mężczyzn. Ma z jednej strony zachęcić kobiety do systematycznych badań, a z drugiej – podkreślić rolę wsparcia partnera w trakcie choroby. W ramach kampanii powstała kolejna, czwarta już edycja charytatywnego kalendarza „Power of Community 2020”.

– Najważniejsze w kampanii BreastFit jest to, aby zaangażować mężczyzn w profilaktykę nowotworów raka piersi. Mężczyzna musi być wsparciem dla kobiety, wiedzieć, jak ją wspierać, dzięki czemu kobieta poczuje się przy nim bezpieczniej – mówi Jakub Popławski, pomysłodawca i producent kalendarza „Power of Community”. – Kiedy mężczyzna dowiaduje się, że bliska mu kobieta choruje, to również jest postawiony w nowej dla siebie roli. Aby ona miała komfort leczenia i żeby nie dodawać jej zmartwień – on musi przejąć część jej obowiązków. Często są to dla niego nowości, z których wcześniej nawet nie zdawał sobie sprawy.

Podstawowym celem kampanii „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa” jest budowanie świadomości na temat profilaktyki i wagi wczesnego wykrywania raka piersi. Organizatorzy zwracają również uwagę na potrzebę wsparcia chorych kobiet przez system ochrony zdrowia, rodziny, znajomych i bliskie otoczenie, a także mężczyzn, których rolą jest z jednej strony przypominanie swoim partnerkom o regularnych badaniach, a z drugiej – motywowanie do walki z chorobą, jeżeli ta już się pojawi.

– W wyniku tej kampanii edukacja wśród mężczyzn rośnie. Wiedzą, jak ważna jest ich rola – zarówno w profilaktyce, wsparciu kobiety w tym, aby dbała o swoje zdrowie. Przecież można pójść razem na badania i zmobilizować się, kiedy pojawia się obawa lub lęk, a to jest jeszcze bardzo częste. Nasze badania pokazały, że ponad 40 proc. kobiet boi się pójść na badanie właśnie w obawie przed tym, że może coś wykażą. Ale właśnie o to chodzi – żeby znaleźć te zmiany jak najwcześniej, bo nowotwór wcześnie wykryty jest w wielu przypadkach w 100 proc. uleczalny. Zatem nie ma się co bać, trzeba działać – mówi Anna Kupiecka, prezes Fundacji OnkoCafe – Razem Lepiej.

Najnowsze badanie sondażowe przeprowadzone w 2019 roku w ramach kampanii, pokazuje, że aż 90 proc. mężczyzn zdaje sobie sprawę, że wsparcie rodziny dla osoby chorującej jest ważne. 64 proc. mężczyzn deklaruje, że zachęcało kobiet do badań. Pozostała część (ok. 35 proc.) nie pamięta, czy kiedykolwiek to robiła lub też przyznaje, że nie zachęca kobiety do badań profilaktycznych.

Rak piersi jest najczęściej występującym nowotworem wśród kobiet. Według najświeższych danych obecnie w Polsce diagnozuje się około 19 tys. zachorowań rocznie.

– Oczywiście w ostatnich latach dużo się zmieniło, jeśli chodzi o samoświadomość w zakresie profilaktyki raka piersi. Coraz więcej kobiet ma świadomość, że powinny zainteresować się tym tematem, zrobić badania, wykonać samobadanie piersi – mówi dr Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld, onkolog z Centrum Onkologii – Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie. – Najważniejsze jest właśnie to, aby przekonać Polki do badania piersi. Z tym jest największy problem – każdy uważa, że choroba go nie dotyczy. Trzeba sobie uświadomić, że ta choroba może jednak dotyczyć każdej z nas i dlatego trzeba zrobić badania profilaktyczne. Te badania to oczywiście samobadanie piersi, które jest bardzo ważne zwłaszcza u młodych kobiet, i mammografia, która jest najważniejsza dla kobiet po 50. roku życia, bo ona może faktycznie wykryć chorobę na tym etapie, kiedy jeszcze same nie jesteśmy w stanie wyczuć guzka w piersi.

Charytatywny kalendarz „Power of Community 2020”, poświęcony wczesnemu wykrywaniu choroby oraz wspierający kobiety z zaawansowanym rakiem piersi, jest stałym elementem kampanii „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa”. Scenerię wyjątkowej sesji do kalendarza stanowiła w tym roku Opera Bałtycka w Gdańsku.

Przesłaniem kalendarza jest zachęcenie mężczyzn do wspierania kobiet w regularnych badaniach, tytułowy BreastFit to wspólny trening z myślą o zdrowiu kobiet. Kalendarz jest już dostępny na stronie http://breastfit.onkocafe.pl/kalendarz.

Przedłużający się stres destrukcyjny dla organizmu. Na ciągły lęk i zdenerwowanie skarży się ok. 80 proc. Polaków

Przedłużający się <a title=stres destrukcyjny dla organizmu. Na ciągły lęk i zdenerwowanie skarży się ok. 80 proc. Polaków" title="Przedłużający się stres destrukcyjny dla organizmu. Na ciągły lęk i zdenerwowanie skarży się ok. 80 proc. Polaków" />

stres-destrukcyjny-dla-organizmu.-Na-ciagly-lek-i.jpg” alt=”” align=”left” hspace=”10″ />

Ponad 80 proc. Polaków dotyka stres. Dotyczy on także studentów. Nawet 87 proc. z nich odczuwa stres, 77 proc. – lęk, a 48 proc. – panikę. Za stres odpowiadają przede wszystkim obciążenie obowiązkami, liczne zobowiązania, także te związane z dodatkową pracą i wynikami w nauce. Stres, choć w początkowej fazie mobilizuje organizm, w dłuższej perspektywie czasu może się okazać zabójczy. Ze stresem można jednak walczyć, np. poprzez aktywność fizyczną, zmianę nastawienia i wyciszanie organizmu za pomocą oddechu.

Stres występuje z nami od zarania dziejów. To, co powodują czynniki wewnętrzne w organizmie, czyli wyrzut adrenaliny, sprawia, że nasz organizm zaczyna się przygotowywać do tego, co będzie przed nim postawione – rozszerzają się naczynia krwionośne, które dokrwiają mięśnie, rozszerzają się płuca, w związku z tym mamy lepsze dotlenienie mięśni, wyostrzają się nasze zmysły: słuch, wzrok, czyli potrafimy lepiej postrzegać to, co się wokół nas dzieje. Czynniki stresowe, które wynikają ze zrzutu adrenaliny pomagają nam w życiu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartłomiej Pater, wykładowca w Wyższej Szkole Bankowej w Opolu.

Stres dotyka niemal wszystkich. Hormony wówczas wydzielane przez organizm mobilizują do radzenia sobie w trudnych sytuacjach, sprawiają, że organizm wchodzi na optymalny poziom funkcjonowania. Poprawia się ukrwienie mięśni i mózgu, podnosi się sprawność umysłowa i fizyczna. Przedłużający się stres może mieć jednak negatywny wpływ na organizm i stopniowo go wyniszczać.

Nie da się funkcjonować tak, żeby nie odczuwać stresu, ten stres jest wszechobecny. W tym pierwszym etapie pomaga nam, kolejne przedłużające się etapy będą już niestety destrukcyjne dla organizmu – wskazuje Bartłomiej Pater.

Tymczasem, jak wynika z badań, zdecydowana większość dorosłych na co dzień boryka się z silnym stresem. „Polacy a stres w pracy i w życiu”, badanie zrealizowane przez serwis Prezent marzeń wskazuje, że 80 proc. osób się stresuje, przede wszystkim ze względu na pracę i problemy rodzinne. Codzienny stres odczuwa 87 proc. studentów (dane National Union of Students), tylko nieco mniej cierpi z powodu lęku. Według organizacji charytatywnej Mind, bycie studentem zwiększa ryzyko wystąpienia problemów ze zdrowiem psychicznym z powodu stresu związanego z nauką, wiekiem i brakiem wsparcia.

Drugi etap, nasilający się stres, powoduje, że układ immunologiczny organizmu zaczyna słabnąć, zaczynamy chorować, cierpimy na depresję, a choroby nabyte, np. Hashimoto, będą zaostrzały objawy. trudno jest żyć dzisiaj bez stresu, natomiast utrzymanie jego odpowiedniego poziomu jest dla nas bardzo istotne. Ten ostatni etap, który już doprowadza do depresji, wymaga interwencji z zewnątrz, m.in. pomocy psychologów. stresu-nerwicy/”>Przedłużający się permanentny stres może doprowadzić do zgonu – tłumaczy ekspert.

National Health Service podaje, że ​​gdy stres staje się przytłaczający, trwa długo lub wpływa na nasze codzienne życie, może stać się problemem zdrowia psychicznego. Można jednak próbować sobie z nim radzić, np. poprzez aktywność fizyczną, która pobudza organizm do produkcji serotoniny, tzw. hormonu szczęścia. Także zmianę nastawienia, która polega na traktowaniu problemu nie jako przeszkody, ale wyzwania.

Także poprzez oddychanie możemy w sposób spokojny, łagodny wyciszać swój organizm. Jeżeli zatrzymamy na chwilę oddech, wytrzymamy 7 sekund, to następuje rozluźnienie organizmu, czyli zmniejszymy napięcie mięśniowe, wyciszymy serce, umysł. Jeśli planowane są jakieś trudne działania i to nas będzie stresowało, spróbujmy wcześniej wywołać takie zachowanie, spróbujmy czegoś ekstremalnego, czegoś, na co wcześniej nie byliśmy przygotowani. Może oswoimy się z tym zdarzeniem, zobaczymy, jak nasz organizm reaguje na stres – przekonuje Bartłomiej Pater.

Warszawa inwestuje w start-upy. Do 2030 r. ma powstać zorientowana na start-upy Uczelnia Przyszłości wspierająca innowacje technologiczne

Warszawa inwestuje w start-upy. Do 2030 r. ma powstać zorientowana na start-upy Uczelnia Przyszłości wspierająca innowacje technologiczne 4

Władze Warszawy aktywnie wspierają inicjatywy związane z promocją innowacyjnych technologii. Organizowane są konferencje oraz akceleratory przedsiębiorczości, które mają ściągnąć do stolicy młode, obiecujące firmy. Miasto powołało także do życia projekt Warszawa 2030, opisujący ramowy plan rozwoju miasta. Aglomeracja rozwija się także dzięki wsparciu ze strony prywatnych inwestorów, funkcjonujących na stołecznym rynku. Także do 2030 r. ma powstać Uczelnia Przyszłości, której pomysłodawcy chcą, by znalazła się w gronie 100 najlepszych uniwersytetów na świecie.

– Z Warszawy powoli tworzy się miasto start-upów, pytanie, jak stworzyć z niej miejsce, gdzie będą powstawać tzw. start-upy deep tech: związane z nauką, z badaniami, rozwiązujące problemy świata. Z jednej strony zależy to od uczelni, które w pewien sposób mogą ukierunkowywać studentów na to, żeby niekoniecznie byli pracownikami korporacji. Z drugiej strony trzeba zachęcać ich do tego, żeby przez swoje badania, działalność w kołach naukowych czy współpracę z firmami próbowali swoich sił w kreowaniu nowych produktów i rozwiązań, które mają unikalną wartość, a niekoniecznie związane są wyłącznie z IT bądź z aplikacjami – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Sławomir Olejnik z Fundacji Polska Innowacyjna.

Program Warszawa 2030 ma być odpowiedzią na wyzwania, jakie w najbliższych latach staną przed władzami stolicy. Nadrzędnym celem przedsięwzięcia jest wypracowanie narzędzi pozwalających wdrożyć projekt miasta przyszłości, w którym wykorzystanie nowoczesnych instrumentów technologicznych będzie na porządku dziennym.

Miasto określiło cztery cele strategiczne, które mają pomóc w realizacji tego przedsięwzięcia: odpowiedzialna wspólnota zakłada harmonijną współpracę władz miasta z jego mieszkańcami, wygodna lokalność ma ułatwić zaspokajanie codziennych potrzeb w najbliższej okolicy, funkcjonalna przestrzeń ma zaspokoić potrzeby osób przemieszczających się po Warszawie, a twórcze środowisko ma ułatwić realizację pasji i pobudzanie talentów mieszkańców.

W realizacji celów mają pomóc m.in. akceleratory przedsiębiorczości skupione wokół promocji aplikacji i usług ułatwiających funkcjonowanie w obrębie miasta. Dobrym przykładem takiego działania jest inicjatywa WARSAW booster’19, czyli miejski program akceleracyjny, który ma ułatwić młodym start-upom rozmowy na temat wdrożenia usług bazujących na partnerstwie publiczno-prywatnym. To Warszawiacy zdecydują, które projekty uczestniczące w programie otrzymają szansę na dofinansowanie i wsparcie procesu wdrożeniowego.

– Każdy start-up potrzebuje pieniędzy. Są start-upy związane z branżą ICT, gdzie środków potrzebnych jest dużo mniej i szybciej następuje walidacja pomysłu, znalezienie potencjalnych klientów. Dużo większym wyzwaniem są start-upy związane z nauką, gdzie przez wiele lat finansowanie związane jest bardziej z częścią badawczą, potem dopiero powstaje produkt bądź jakaś metoda badawcza i dopiero na jej podstawie można budować start-up. Wtedy finansowania są już rzędu kilku, a nawet kilkudziesięciu milionów złotych – zauważa ekspert.

Warszawa inwestuje także w akceleratory, które nie są skupione wokół działań usprawniających funkcjonowanie miasta. Miasto jest m.in. współorganizatorem programu Startup Art, który ma zachęcić studentów oraz absolwentów uczelni artystycznych do założenia własnych firm. W trakcie tegorocznej edycji wydarzenia zorganizowano hackathon, w ramach którego twórcy w ramach niewielkich zespołów pracowali nad uruchomieniem swoich start-upów, a 10 najlepszych pomysłów przekazano do programu akceleracyjnego.

– Warszawa staje się miastem, w którym rozkwitają start-upy. Przestrzeń, w której jest jeszcze trochę do zrobienia, to start-upy związane z nauką, badaniami, elektroniką, biotechnologią czy medycyną. Jeżeli chcemy tworzyć tego typu rozwiązania, potrzebny jest pewien know-how i wiedza, w jaki sposób z takich rozwiązań tworzyć realny biznes – twierdzi ekspert.

W rozwój młodych start-upów inwestuje również Fundacja Polska Innowacyjna, która planuje do 2030 roku powołać do życia międzynarodową Uczelnię Przyszłości. Jej nadrzędnym celem będzie wyszukiwanie i wspieranie młodych polskich talentów oraz akcelerowanie obiecujących pomysłów. Twórcy Fundacji chcą, by nowa uczelnia pojawiła się na liście 100 najlepszych uniwersytetów na świecie. Warszawa może stać się kluczowym miejscem funkcjonowania nowej placówki.

Z raportu European Start-up Survey przeprowadzonym przez firmy PwC oraz Science-to-Business Marketing Research Centre wynika, że miasto może w przyszłości konkurować o innowacyjne start-upy nie tylko na rynku lokalnym, lecz także międzynarodowym. Według respondentów średni wskaźnik łatwości prowadzenia biznesu w europejskich stolicach wynosi 45 proc., a dla Warszawy jest tylko nieznacznie niższy – 43 proc. Pozwala to przypuszczać, że przy wprowadzeniu odpowiednich programów akceleracyjnych stolica Polski może przyciągnąć do siebie inwestorów z całej Europy.

– Porównywanie Warszawy do innych miast pod kątem ściągania talentów jest trudne. Miasto rozwija się w tym kierunku 10–20 lat, miasta zachodnie od wielu dekad skupione są na tym, żeby przyciągać talenty i już mają wypracowane swoje mechanizmy. My gonimy jako miasto tę czołówkę – mówi Sławomir Olejnik.

Według funduszu inwestycyjnego Inovo Venture Partners kwota transakcji na polskim rynku venture capital w drugim kwartale 2019 roku osiągnęła wartość 444,2 mln zł. To więcej niż suma inwestycji w całym 2017 i 2018 roku, które wynosiły odpowiednio 397 mln zł i 213 mln zł. Szacuje się, że do końca roku polska branża venture capital może przekroczyć wartość 1 mld zł.

Zamiast przeszczepów serca pompy wspomagające ich prace. Za kilka lat w Polsce będzie można wszczepiać ok. 300 pomp wspomagających krążenie rocznie

Zamiast przeszczepów serca pompy wspomagające ich prace. Za kilka lat w Polsce będzie można wszczepiać ok. 300 pomp wspomagających krążenie rocznie 5

Na rynku pojawiają się urządzenia do produkcji chrząstek, w 3D wydrukowano w pełni unaczynione serce, a niedawno naukowcy zaprojektowali drukarkę, która może drukować komórki skóry bezpośrednio na oparzonej ranie. Bioprintem można już wykonać niemal każdy narząd. Miną jednak lata, zanim biodruk będzie w stanie zastąpić obecnie stosowane metody leczenia. W przypadku chorób serca jest to mechaniczne wspomaganie krążenia. W Polsce miniaturowa, wirowa pompa może dać szanse na normalne życie pacjentom z niewydolnością serca.

– W ramach Narodowego Programu Sztucznego Serca powstaje wirowa pompa, która może być implementowana do środka zamiast pulsacyjnych pomp znajdujących się na zewnątrz ciała pacjenta. Nie potrzeba dużego sterownika, wystarczy mały sterownik elektroniczny, zatem pacjent nie musi przebywać w szpitalu. Jesteśmy obecnie na etapie eksperymentu na zwierzętach i pewnych modyfikacjach, które musimy jeszcze wykonać. Mam nadzieję, że w krótkim czasie rozwiążą wszystkie problemy – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat z Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii.

Listy pacjentów potrzebujących przeszczepu narządu są często dłuższe niż listy osób chętnych do oddania. Dane z British Heart Foundation (BHF) wykazały, że liczba pacjentów oczekujących na przeszczep serca w Wielkiej Brytanii w ciągu ostatnich lat wzrosła o 162 proc. W Polsce w 2018 roku wykonano 147 przeszczepów serca. Kilkadziesiąt lat po pierwszym udanym przeszczepie serca, eksperci uważają jednak, że zbliżamy się do epoki, w której przeszczepianie narządów nie będzie już konieczne.

Sztuczne pompy, które wspomogą krążenie, to szansa dla pacjentów czekających na przeszczep serca. Wirowe pompy, nad którymi trwają jeszcze prace, mogą być rozwiązaniem dla większości osób z niewydolnością serca. Zdaniem eksperta na całkowicie sztuczne narządy wyprodukowane z komórek macierzystych trzeba będzie jeszcze poczekać.

– Wszyscy mamy nadzieję, że komórki macierzyste odpowiednio ponaglone zamienią się w to, co byśmy chcieli. Są już pozytywne próby z naczyniami krwionośnymi, próby zastąpienia niektórych tkanek czy pokazywania, że serce może tak działać, ale one wykorzystują tkanki odzwierzęce, z których usuwane są komórki i wsadzane są komórki własne pacjenta. W praktyce takie terapie nie będą dostępne jeszcze w ciągu 10 lat – ocenia dr Zbigniew Nawrat.

Badania przeprowadzone z komórkami macierzystymi dowiodły, że jest możliwe rozwijanie narządów w laboratorium, a następnie wszczepianie ich ludziom. Nauka umożliwiła także wytwarzanie sztucznych narządów przy użyciu drukowania 3D. Do tej pory naukowcy z powodzeniem wydrukowali w 3D kilka narządów, m.in. tarczycę, zamiennik kości piszczelowej, który został już wszczepiony pacjentowi czy plaster komórek serca.

Naukowcy z American Friends of Tel Aviv University wydrukowali w 3D w pełni unaczynione serce przy użyciu komórek tkanki tłuszczowej. Z kolei Wake Forest School of Medicine zaprojektował drukarkę, która może drukować komórki skóry bezpośrednio na oparzonej ranie.

– Biotechnologia daje szansę na zrobienie czegoś bardzo pozytywnego, odtwarzającego naturalne tkanki, ale z drugiej strony też bardzo taniego – mówi ekspert. – Bardziej patrzyłbym w tę stronę, żebyśmy jednak mieli możliwość szybkiej i bezpiecznej wymiany niektórych tkanek w taki sposób, żeby służyły tak, jak należy. Żebyśmy zdążyli wspomóc organizm w tych miejscach, w których sam sobie nie radzi, gdy komórki nowotworowe się rozmnażają. W naszym organizmie nie ma rzeczy wiecznych – przekonuje dr hab. Zbigniew Nawrat.

Systemy zabezpieczeń – solidne zabezpieczenie dla biur i nie tylko

Jeśli posiadasz własne biuro i gromadzisz w nim ważne dokumenty, zawierające dane osobowe Twoich klientów, a także zatrudniasz pracowników, koniecznie zainwestuj w solidne systemy zabezpieczeń. To świetna ochrona przed włamaniem!

W każdym biurze znaleźć można bardzo wiele poufnych dokumentów, które powinny być bardzo dobrze chronione. Od kiedy w Polsce obowiązuje RODO, należy przykładać jeszcze większą uwagę do ochrony wszelkich pism i innych materiałów, takich jak faktury, akta osobowe, umowy czy kontrakty. Utrata lub skopiowanie tychże dokumentów może skutkować bardzo poważnymi konsekwencjami – zarówno prawnymi, jak i finansowymi. Właśnie dlatego warto zabezpieczyć swoje biuro i wybrać odpowiednie systemy zabezpieczeń.

Systemy zabezpieczeń

Systemy zabezpieczeń a rodzaje zagrożeń

Systemy zabezpieczeń mogą być dopasowane do Twoich indywidualnych oczekiwań i potrzeb. Właśnie dlatego zanim zdecydujesz się na zakup konkretnego rozwiązania, zastanów się, na jakie zagrożenia może być narażone Twoje biuro. Na pewno na pierwszym miejscu weźmiesz pod uwagę włamanie i kradzież – bardzo dobrze. Jednak warto zabezpieczyć się także przed innymi niebezpieczeństwami. Mowa na przykład o pożarze czy zalaniu.

Zabezpiecz swoją dokumentację i nie martw się konsekwencjami

Wszelka dokumentacja Twojej firmy powinna być zabezpieczona w odpowiednim miejscu. W związku z wprowadzeniem Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych każdy właściciel firmy ma obowiązek przechowywać wszelkie ważne informacje w specjalnej szafie zamykanej na klucz. Oprócz tego warto zadbać także o rozwiązania, które dodatkowo ochronią dokumentację, np. w postaci archiwum. Ta opcja jest wykorzystywana w sytuacjach, gdy umów, faktur i akt jest naprawdę bardzo dużo. Najlepiej, by pomieszczenie to posiadało okna antywłamaniowe. Jeśli natomiast chodzi o zabezpieczenie drzwi, najlepszą opcją będzie system kontroli dostępu dostępny w sklepie Montersi.plhttps://www.montersi.pl/kontrola-dostepu. Polega to na tym, że każdy uprawniony pracownik posiada własny klucz, kartę czy też kod dostępu, dzięki któremu może otworzyć drzwi. System ten powinien rejestrować wejścia oraz wyjścia, a także identyfikować osobę, która zamierza dostać się do środka.

Montersi.pl

Monitoring, czyli świetne dopełnienie systemu zabezpieczeń

Kompletną ochronę w swoim archiwum możesz zyskać dzięki monitoringowi – https://www.montersi.pl/monitoring-ip. Warto w niego zainwestować, jeśli zależy Ci na 100% kontroli dokumentacji firmowej. Do tego celu najlepiej sprawdzą się kamery przemysłowe, które najlepiej zainstalować zarówno w pomieszczeniu, gdzie gromadzone są dokumenty, a także przy wejściu do niego.

Montersi.pl

Dobrym rozwiązaniem jest również wynajęcie obsługi monitoringu, która będzie na bieżąco kontrolowała obraz z kamer. Taka osoba wykonuje weryfikację wideo, a także obchód wideo. Dzięki temu Twoja dokumentacja będzie odpowiednio zabezpieczona przez całą dobę. Warto zainwestować w taką ochronę, ponieważ utrata ważnych dokumentów może prowadzić do poważnych konsekwencji i ogromnych strat finansowych.

Jeśli zastanawiasz się jaki wybrać system zabezpieczeń, zgłoś się do fachowców ze sklepu Montersi.pl

Montersi.pl

W. Kruszewski: Konieczna jest nowelizacja ustawy o zakazie handlu w niedzielę

Od 2020 r. zakaz handlu będzie obowiązywał w każdą niedzielę miesiąca, z wyjątkami w okresach przedświątecznych. Od wprowadzenia ustawy minął ponad rok, a w dalszym ciągu wiele sieci wykorzystuje luki w prawie. Prezes Lewiatan Holding S.A., Wojciech Kruszewski uważa, że należy podjąć działania nad nowelizacją ustawy.

 Ustawa ograniczająca handel w niedziele ma wpływ na funkcjonowanie handlu detalicznego i kondycję firm handlowych w Polsce. Wprowadzone regulacje mają ważny walor prospołeczny, jednak w aspekcie biznesowym okazały się korzystne głównie dla największych sieci dyskontowych, które przeznaczając ogromne fundusze na reklamę w mediach, skutecznie zachęcają klientów do zwiększonych zakupów szczególnie w piątki i soboty. Nie straciły też bardzo małe sklepy obsługiwane bezpośrednio przez właścicieli, które zmniejszone w piątki i soboty obroty odrabiają w niedziele, ale odbywa się to, niestety, kosztem ich pracy. Niezwykłe korzyści odniosły zaś podmioty wyłączone z zakazu handlu, tj. kilka tysięcy niby-placówek pocztowych, sklepy na dworcach, a także stacje paliw. Konieczne zatem wydaje się uszczegółowienie zapisów Ustawy, aby wyeliminować wspomniane negatywne skutki – mówi Wojciech Kruszewski, Prezes Zarządu Lewiatan Holding. S.A.

Polski budżet na 2020 rok jednak z deficytem?

Nie znamy jeszcze ostatecznego kształtu nowego rządu, trwają dopiero pierwsze przymiarki do tek ministerialnych, a już pojawiły się poważne wątpliwości co do realnej możliwości zerowego deficytu w przyszłym roku. Co najistotniejsze sceptycyzm do wcześniejszych planów potwierdza już strona rządowa.

Zrównoważony budżet jedynie pobożnym życzeniem?

Rzecznik rządu zasugerował, że polski budżet na 2020 rok może jednak wykazać deficyt. Powodem miałoby być wycofanie się z pomysłu likwidacji limitu 30-krotności składek ZUS. Dochody z tego ruchu (albo ich brak) mają bowiem przeważyć szalę. Projekt nie trafił jeszcze ostatecznie do kosza, ale powoli kończy się czas na jego uchwalenie. Już wcześniej swój sprzeciw wyraził wicepremier Jarosław Gowin, a bez posłów jego Porozumienia przyjęcie jakiejkolwiek ustawy będzie prawdopodobnie niemożliwe. Warto zwrócić uwagę, że nawet przy wprowadzeniu takiego rozwiązania deficyt i tak może się pojawić. Po pierwsze wskaźniki makroekonomiczne mogą nie być aż tak korzystne, jak przewidują rządzący (możemy już odczuć efekty spowolnienia w Niemczech). Po drugie (co może być ważniejsze) w budżecie nie uwzględniono kilku ważnych obietnic wyborczych, które mają wejść w życie w przyszłym roku. Czy to dobrze dla złotego? W pewnym sensie tak. Jeżeli nie będziemy malować obrazu gospodarczego, który nie ma szans na realizację, to później nie będzie negatywnego zaskoczenia na rynku, które osłabiłoby polską walutę.

Kryptowaluty wciąż w odwrocie

Po tym, jak od końca marca do czerwca Bitcoin wystrzelił z 4000 USD do aż 13 000 USD, wydawało się, że wracamy do szalonych wzrostów na tym instrumencie. Jednak następne miesiące okazały się nie być już tak łaskawe dla najpopularniejszej kryptowaluty. Kolejne przeceny spowodowały, że dzisiaj BTC kosztuje 7500 dolarów. Wczorajszy zjazd zabrał z ceny 500 dolarów i najprawdopodobniej był spowodowany przesłuchaniem Marka Zuckerberga przed komisją ds. usług finansowych w Izbie Reprezentantów USA. Co ma z tym wszystkim wspólnego twórca Facebooka? Jego serwis jest liderem stowarzyszenia, mającego wyemitować nową kryptowalutę Libra. Ze względu na skalę biznesów stojących za tym projektem, pojawia się wiele wątpliwości.

Skandynawia bez zmian stóp procentowych

Dzisiaj rano poznaliśmy dane zarówno ze Szwecji, jak i Norwegii na temat stóp procentowych. Oba te kraje utrzymały wskaźniki na dotychczasowym poziomie. Warto zwrócić uwagę, że silniej powiązana ze strefą euro Szwecja ma stopę wynoszącą -0,25%. Z kolei Norwegia utrzymuje główną stopę na poziomie 1,5%. Obie waluty po tej decyzji lekko zyskiwały. Powodem było odwracanie pozycji walutowej przez inwestorów spodziewających się obniżek.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:00 – Turcja – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 13:45 – Strefa Euro – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 14:30 – USA – zamówienia na dobra,
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Realizacja nowej wizji dla biznesu w epoce szybkich innowacji

Przedsiębiorstwa zawsze musiały dostosowywać się zarówno do szans, jak i zagrożeń związanych ze zmianami technologicznymi. Jednakże obecnie innowacje są wprowadzane w niespotykanym wcześniej tempie. Reagowanie na te zmiany i przygotowywanie się na dalsze zakłócenia rynkowe spowodowane przez nie stało się kluczowym czynnikiem sukcesu dla obecnych liderów biznesowych i politycznych.

Wiele krajów Europy Środkowo-Wschodniej odnotowuje silny wzrost gospodarczy, szczególnie państwa Grupy Wyszehradzkiej: oczekuje się, że w 2018 r. połączone gospodarki Czech, Węgier, Polski i Słowacji wzrosną średnio o prawie 4%. Region ten ma też jednak do czynienia z pewnymi wyzwaniami. Spółki mają problemy z brakiem rąk do pracy, a koszty pracy rosną. Są to istotne czynniki ryzyka dla regionu, który dotychczas przyciągał inwestycje zagraniczne w dużej mierze tanią i łatwo dostępną siłą roboczą.

Kraje te wkrótce zdadzą sobie sprawę z tego, że istotnym elementem każdej strategii utrzymania konkurencyjności może być inwestowanie w innowacje oraz w siłę roboczą o lepszych kompetencjach cyfrowych, zamiast w personel o bardziej tradycyjnych kwalifikacjach. Dotyczy to również przedsiębiorstw w ogóle, ponieważ technologia i kompetencje cyfrowe stają się coraz ważniejsze dla zachowania konkurencyjności.

Firmy coraz częściej używają nowych innowacji informatycznych nie tylko do automatyzacji i usprawniania procesów zaplecza czy procesów operacyjnych, lecz także do tworzenia całkiem nowych obszarów działalności oraz nowych produktów i usług ukierunkowanych na technologię, które wcześniej nie były możliwe. W ten sposób tradycyjne firmy przekształcają się w firmy technologiczne.

Realizacja nowej wizji dla biznesu w epoce szybkich innowacjiW miarę jak zacierają się granice pomiędzy działami biznesowymi a działem informatycznym, decydenci niemający jasnej wizji cyfrowej transformacji swojej strategii biznesowej mogą zostać wyprzedzeni przez bardziej przyszłościowo myślących konkurentów, a nawet wyparci z rynku z powodu szeroko zakrojonych przemian technologicznych.

Zgodnie z badaniem International Data Corporation (IDC) w 2018 r. wydatki na cyfrową transformację w Europie Środkowo-Wschodniej przekroczą 21,3 mld USD, co stanowi wzrost o 17% w porównaniu z poprzednim rokiem. Ponieważ zainteresowanie transformacją procedur biznesowych, produktów i przedsiębiorstw wzrasta, głównym wyzwaniem będzie zadbanie o to, by technologia zaspokajała codzienne potrzeby przedsiębiorstw oraz pomagała im w rozwoju. Ale w jaki sposób dyrektorzy ds. informatycznych oraz inni członkowie kadry zarządzającej mają zapewnić, by ich inwestycje w informatykę spełniły pokładane w nich nadzieje?

Jednym z ciekawych trendów, które obserwujemy w związku z tymi wyzwaniami, jest to, że przedsiębiorstwa używają zupełnie nowych wskaźników KPI, które pomagają im kierować transformacją cyfrową, mierzyć jej efekty i lepiej wspierać innowacje. Jeśli chodzi o plany finansowe, przedsiębiorstwa mogą zmniejszać część budżetu informatycznego przeznaczaną na regularne utrzymywanie i aktualizowanie starszej infrastruktury, a zwiększać część przeznaczaną na zupełnie nowe i innowacyjne technologie. Część przeznaczana na nowe i innowacyjne technologie powinna z czasem wzrastać.

Biznesowe KPI mogą łączyć inwestycje w technologie z mierzalnymi wskaźnikami dotyczącymi doświadczeń klientów, takimi jak wartość klienta w czasie (Customer Lifetime Value — CLV) czy czas rozwiązywania problemów (Problem Resolution Time — PRT). Może to zmotywować działy informatyczne do ciągłego badania efektywności technologii oraz jej roli w bezpośrednim zwiększeniu zadowolenia i zatrzymywania klientów.

Kolejnym kluczowym czynnikiem sukcesu będzie naśladowanie innowacyjnych metod biznesowych opartych na platformach, leżących u podstaw wielu globalnych start-upów odnoszących sukcesy. Takie przedsiębiorstwa skupiają się na oferowaniu swoich rozwiązań w formie usługi i nie inwestują dużo środków w infrastrukturę.

Takie podejście sprawdza się nie tylko przy dostarczaniu usług i rozwiązań klientom, lecz także przy udostępnianiu pracownikom aplikacji o znaczeniu newralgicznym. Systemy CRM, ERP i HR są coraz częściej przenoszone do chmury, co zmniejsza zapotrzebowanie przedsiębiorstw na skomplikowany sprzęt i serwery oraz zarządzanie nimi. Stosując takie elastyczne podejście, można udostępniać rozwiązania i aplikacje biznesowe praktycznie na żądanie w całym przedsiębiorstwie.

Kierownicy ds. informatycznych będą musieli przekształcić swoje działania, aby bardziej elastycznie reagować na nowe potrzeby biznesowe. Doprowadzi to nie tylko do przełamania tradycyjnych silosów informatycznych, lecz także do znacznych inwestycji w nowe kompetencje w dziedzinie zarządzania i komunikacji. Wkrótce pojawi się nowy typ dyrektora ds. informatycznych, który będzie mniej skoncentrowany na technologii, a bardziej na ludziach.

Autor: Andrés Garcia-Arroyo, Vice President for Applications in Oracle for CEE, CIS and Israel

O Autorze

Andrés Garcia-Arroyo jest wiceprezesem ds. Aplikacji w Oracle na region Europy Środkowo-Wschodniej, WNP i Izraela od maja 2019 r. Od ponad 20 lat obecny w sektorze IT na stanowiskach kierowniczych w firmach takich jak Vignette (obecnie Opentext), PeopleSoft i Oracle, gdzie pracuje ponad 12 lat (poza 3-letnim okresem, w którym kierował działaniem Workday for South Europe). Absolwent MBA w dwóch prestiżowych szkołach biznesu (Instituto de Empresa i IESE). Andrés uczestniczył w międzynarodowych forach i pisał dla specjalistycznych gazet biznesowych, a także prowadził konferencje w miastach takich jak Madryt, Lizbona, Mediolan, Paryż, San Francisco i Moskwa.

Drony, Rolnictwo 5.0. i cyfrowe uprawy – innowacje przyszłością rolnictwa

Coraz większe wyzwania związane z brakiem rąk do pracy oraz rosnącymi kosztami zatrudnienia pracowników sezonowych jak i wyzwania związane z kontrolą i analizą produkcji sprawiają, że sadownicy do pomocy coraz częściej wykorzystują nowoczesne technologie. Drony, robotyzacja rolnictwa oraz cyfrowe uprawy (digital farming) wkraczają również do polskiego rolnictwa. Czy jest to droga do efektywnej produkcji? 

Polskie grupy producenckie jak i inne podmioty zaangażowane w rozwój rolnictwa planują wspieranie polskich sadowników we wdrażaniu nowoczesnych technologii do krajowych upraw. Inspiracją stają się technologie wykorzystywane w krajach zachodnioeuropejskich. W Belgii, Holandii, Francji sadownicy już korzystają z zarządzanych smartfonami systemów ostrzegania przed gradem, czujników deszczu, aplikacji oceniających potrzebę wykorzystania środków ochrony roślin i nawozów, które spięte w jeden system dostarczają producentom kompleksowych danych nt. stanu upraw. Co więcej, w swoich uprawach wykorzystują drony, teledetekcję oraz skomplikowane i zintegrowane systemy zarządzania danymi.

Konferencja Prognosfruit 2019 odbywająca się w sierpniu w Belgii, pokazała nam jak ważne jest wykorzystanie technologii w codziennej pracy sadownika. Poznaliśmy technologie, dzięki którym możemy precyzyjnie ocenić skutki zarazy na roślinach i z dużą dokładnością stwierdzić jaka część sadów została zainfekowana. Pomagają w tym zarówno systemy monitoringu z powietrza, jak i specjalne aplikacje oceniające stan liści. Innym przykładem są drony współpracujące z systemem nawadniania pól uprawnych. Dają one dziś lepsze efekty, niż prezentowane z opóźnieniem dane, systemy satelitarne.  Jeszcze  innym ważnym przykładem technologii wspierającej sadowników jest digital farming, czyli: nasadzenia dzięki systemowi nawigacji satelitarnej GPS, teledetekcja i aplikacje wspierające zarządzanie uprawami. Zastosowanie nowych technologii w rolnictwie wpływa na rozwój atrakcyjności polskiego sektora rolniczego” – podkreśla prezes stowarzyszenia Unia Owocowa, Arkadiusz Gaik.

Innym ważnym zagadnieniem staje się zarządzanie danymi w sadownictwie. W pracy pomagają dziś sadownikom aplikacje umożliwiające zarządzanie zapasami na podstawie danych wprowadzanych i śledzonych w czasie rzeczywistym. „Jeden system pozwala dziś integrować takie dane jak: zatrudnienie, nawożenie, zadania do wykonania przy uprawach, monitoring upraw i zbiory. Następnie pomaga tworzyć raporty dotyczące zarządzania magazynem i zapasami oraz sprzedażą. Dziś w Polsce z takich systemów cyfrowego zarządzania produkcją jabłek korzystają głównie najwięksi. W Unii Owocowej zależy nam jednakże by tę wiedzę i narzędzia upowszechnić wśród sadowników” – komentuje Sławomir Kędzierski, wiceprezes Stowarzyszenia Unia Owocowa.

Jednocześnie należy podkreślić, że polscy sadownicy nie tylko od wielu lat korzystają z najnowszych technologii, np. systemu monitoringu chorób i szkodników oparty na modelach matematycznych oraz automatycznych pułapkach feromonowych, ale także sami wprowadzają nowości. „Doskonałym przykładem jest samojezdny ciągnik sadowniczy wraz z systemem sterowania opryskiwaczem stworzony przez sadowników braci Marcina i Michała Janusów oraz Marcina Lisa. Inny przykład to prace rozwojowe nad wykorzystaniem sztucznej inteligencji do rozpoznawania szkodników na pułapkach feromonowych oraz lepowych” – dodaje Maciej Majewski z Fresh Mazovia.

Eksperci ze stacji badawczej dla owoców z Uniwersytetu Leuven specjalizujący się w technologiach rolniczych prognozują, że wdrożenie sztucznej inteligencji w najbliższych latach nie zastąpi pracy ludzkiej. „Aktualnie technologia ma za zadanie jedynie ułatwić naszą codzienną pracę i sprawić by była bardziej efektywna. Sadownicy nie powinni w niej upatrywać konkurencji, gdyż nadal przy bardzo trudnej i złożonej produkcji, jaką jest uprawa sadownicza, innowacje nie mogą zastąpić doświadczenia rolników” – dodaje Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.

Ważnym wydarzeniem w procesie technologizacji sadownictwa było spotkanie 7 października ministra rolnictwa i rozwoju wsi Jana Krzysztofa Ardanowskiego, ministra wyżywienia i rolnictwa Republiki Federalnej Niemiec Julii Klöckner oraz ministra rolnictwa i żywności Republiki Francuskiej Didiera Guillaume’a, którzy omówili i uzgodnili wspólne stanowisko w czterech kwestiach dotyczących: reformy Wspólnej Polityki Rolnej, współpracy naukowo-badawczej na rzecz wdrażania nowych technologii w rolnictwie, brexitu (bezumownego) oraz małych i rodzinnych gospodarstw rolnych jako kluczowego elementu europejskiego rolnictwa.

Kandydat krytyki się nie boi. Doświadczenia kandydatów w procesie rekrutacji i selekcji

Kandydaci oczekują od rekruterów stałego kontaktu i przekazywania informacji – nawet gdy są one negatywne. Takie wnioski płyną z raportu „Candidate Experience” przygotowanego przez eRecruiter. 9 na 10 badanych specjalistów oczekuje, że rekruter przekaże im powody odrzucenia aplikacji przynajmniej na jednym z etapów rekrutacji. Ponadto 8 na 10 liczy na to, że rekrutujący oceni wówczas ich doświadczenie zawodowe i kompetencje. Według ekspertów eRecruiter, udzielanie informacji zwrotnej rekrutowanym osobom to ważny czynnik budowy marki pracodawcy. W Polsce nie brak przykładów firm, które skutecznie wprowadzają nowe standardy komunikacji z kandydatami.

Kandydat chce wiedzieć

O znaczeniu, jakie specjaliści przypisują informacji zwrotnej, świadczą wyniki raportu eRecruiter ”Candidate Experience w Polsce”. Aż 57% badanych z tej grupy oczekuje, że otrzymają uzasadnienie odrzucenia ich aplikacji niezależnie od tego, w którym momencie procesu rekrutacji zostaną wykluczeni. Aż 9 na 10 liczy, że poznają takie przyczyny przynajmniej podczas jednego z etapów starania się o pracę – po wysłaniu CV, po udziale w jednym spotkaniu lub jeśli dotarli do ostatniej fazy. Co ważne, dla kandydatów niemal równie istotne jest otrzymanie wiadomości o zakończeniu procesu rekrutacyjnego. Oczekuje jej niezależnie od okoliczności 43% specjalistów, a przynajmniej na jednym z etapów – 71%.

Rola informacji zwrotnej jest nie do przecenienia zarówno dla rekrutowanego, jak i pracodawcy. To istotna kwestia zwłaszcza w przypadku osób, które nie zostają zatrudnione. Przede wszystkim ważne jest, aby nie trzymać kandydata w niepewności. Warto zacząć od najprostszych kwestii, takich jak np. sprawne wysyłanie aplikującym wiadomości o odrzuceniu z rekrutacji czy o jej zakończeniu. Można pokusić się jednak o więcej. Osoby, które zostały wykluczone już na etapie wyboru CV, docenią informacje o tym, jakich podstawowych kryteriów selekcji nie spełniły. Z kolei kandydaci zapraszani na rozmowy powinni otrzymać np. ocenę wykonanych podczas niej zadań rekrutacyjnych. Firma, która dba o komunikację z kandydatami, zyskuje na wiarygodności i zostawia po sobie dobre wrażenie u rekrutowanych – mówi Julia Urbańska, Marketing & Customer Experience Senior Manager, eRecruiter.

Trudna droga informacji zwrotnej

Według odpowiedzi pracodawców, przedstawionych w raporcie eRecruiter, informacja zwrotna od firm dociera do specjalistów zdecydowanie rzadziej, niż tego oczekują. Rekruterzy najczęściej udzielają informacji o niezakwalifikowaniu do dalszego etapu rekrutacji tylko kandydatom biorącym udział w przynajmniej jednym spotkaniu – deklaruje to 47% z pracodawców. Do wszystkich aplikujących odzywa się zaledwie 12% rekruterów. Podobnie jest w wypadku wiadomości o zakończeniu procesu rekrutacji – 55% firm kieruje ją wyłącznie do osób, które zaproszono przynajmniej na jedną rozmowę o pracę, a 31% – do każdego, kto wysłał CV.

Jak zauważa Karol Abelski, HR Business Partner w ITI Neovision, zdolność udzielania informacji zwrotnej osobom, które nie otrzymały zatrudnienia, to ważny element budowy opinii o firmie wśród kandydatów.

W CANAL+ realizujemy politykę dbania o każdego, kto bierze udział w rekrutacjach. Robimy to dzięki stałej, terminowej komunikacji, przyjaznemu prowadzeniu kandydata przez cały proces oraz spersonalizowanej informacji zwrotnej. Według moich doświadczeń to właśnie te elementy, szczególnie udzielanie informacji zwrotnej osobom odrzuconym, są kluczem do budowania pozytywnego wizerunku pracodawcy. Candidate experience w dużym stopniu przekłada się na jakość i liczbę przyszłych aplikacji o pracę – mówi Karol Abelski.

Kontakt pozytywnie nastraja kandydata

Jak pokazują wyniki badania eRecruiter, umiejętne prowadzenie komunikacji z kandydatem  ma niebagatelny wpływ na ogólny wizerunek pracodawcy na rynku. Negatywne doświadczenia wyniesione z procesu rekrutacji zmieniają nastawienie do marki w przypadku aż 65% badanych specjalistów. Ponadto 68% z nich nie zaaplikuje ponownie do firmy, z której takie wrażenia wynieśli a 45% – będzie odradzać aplikowanie do niej innym osobom. Jakie pierwsze kroki może podjąć pracodawca, by uniknąć takich efektów i usprawnić komunikację z kandydatami?

Warto dbać o szybkie i sprawne przygotowanie informacji zwrotnej, a także standaryzację tego procesu. Nie każdy kandydat będzie oczekiwał bardzo szczegółowego omówienia swojego CV czy rozmowy kwalifikacyjnej. Każdy chce jednak wiedzieć, jakim wynikiem skończył się dla niego proces rekrutacyjny. Pomocne w tym obszarze są technologie. Na przykład, system eRecruiter umożliwia szybkie poinformowanie wielu kandydatów jednocześnie o statusie aplikacji, dbając przy tym o odpowiednie spersonalizowanie wiadomości. Z kolei w przypadku zakończenia procesu rekrutacyjnego system przypomni rekruterowi o aplikujących, do których nie została wcześniej przesłana żadna informacja zwrotna. Takie rozwiązanie pomaga rekruterom uniknąć sytuacji, w której jakiś kandydat pozostanie bez odpowiedzi – opowiada Julia Urbańska.

Raport „Candidate Experience” wskazuje, że nieotrzymanie pracy nie musi oznaczać automatycznie negatywnego nastawienia kandydata do firmy. 42% specjalistów badanych przez eRecruiter, którzy nie zostali zatrudnieni w ostatniej rekrutacji, pozytywnie ocenia sam proces selekcji. Sprawna komunikacja z kandydatem ułatwia pozostawianie takich pozytywnych wrażeń u kandydatów.

Komunikacja na miarę oczekiwań

W Polsce rośnie liczba firm, które w obszarze komunikacji z kandydatem sięgają po ciekawe rozwiązania, często proste do wdrożenia. Mają one znaczący wpływ na pozytywne zmiany w postrzeganiu tych marek przez kandydatów. Dla przykładu, Renault Retail Group czy mBank  opracowały rozwiązania, które zarówno usprawniają komunikację z rekrutowanymi, jak i wspierają specjalistów HR w ich codziennej, wymagającej pracy.

Kandydat aplikuje na wiele stanowisk, oczekując że w każdym z procesów otrzyma informację zwrotną o statusie swojej aplikacji. Rekruter z kolei selekcjonuje codziennie kilkadziesiąt CV i spotyka się z kilkoma kandydatami. Kluczowe jest zadbanie o interesy obu stron w zakresie komunikacji. W mBanku staramy się, by każdy aplikujący otrzymał informację zwrotną. Stworzyliśmy kilka wzorów wiadomości, które wysyłamy kandydatom w zależności od etapu rekrutacji. Każdy z szablonów możemy personalizować, dodając istotne dla kandydata informacje – komentuje Agnieszka Szostek, Starszy Specjalista ds. Rekrutacji i Mobilności Wewnętrznej w mBanku.

W Renault Retail Group Warszawa także wykorzystywane jest wsparcie systemu, który dba o wsparcie rekrutera w procesie udzielania informacji zwrotnej rekrutowanym. Ponadto, firma wprowadziła także politykę przekazywania wiadomości odrzuconym osobom, zapraszanym wcześniej na rozmowy kwalifikacyjne. Zgodnie z nią każdy taki kandydat jest informowany o wyniku w rozmowie telefonicznej, zazwyczaj przez rekrutującego go managera.

Mail i telefon – najlepsze dla kandydata

Jak pokazuje raport „Candidate Experience”, wielu kandydatów nadal preferuje sprawdzone od dawna sposoby przekazywania informacji. W trakcie badania zapytano specjalistów o kilka znanych sposobów kontaktu aplikujących z rekruterami, m.in. bezpośredni e-mail czy telefon, SMS, wiadomości na portalach społecznościowych, wideokonferencje czy chatboty.

Odpowiedzi badanych specjalistów nie pozostawiają wątpliwości – wciąż zdecydowanie najczęściej preferują oni bezpośredni kontakt z rekrutującym przez e-mail (78%) lub rozmowy telefoniczne (74%). Narzędzia HR pozwalają dodatkowo wzmocnić wykorzystanie tych dwóch sposobów komunikacji przez rekrutera – choćby przez automatyzację procesu informowania kandydatów o statusie rekrutacji czy automatyczne przypomnienie o spotkaniach rekrutacyjnych za pomocą SMS.

O badaniu „Candidate experience 2019”

5. edycja badania „Candidate Experience” została przeprowadzona z inicjatywy eRecruiter oraz Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji. Partnerem badania jest Great Digital.

Badanie składa się z dwóch części. Opinie kandydatów na temat rekrutacji zostały zebrane na zlecenie eRecruiter i przeprowadzone na użytkownikach portalu Pracuj.pl zajmujących stanowiska specjalistyczne menedżerskie i wyższe, z co najmniej 2-letnim doświadczeniem zawodowym, a także wśród niewykwalifikowanych i wykwalifikowanych pracowników fizycznych. Badanie zostało zrealizowane metodą ankiety online w dniach 22.01-08.02.2019 r. Ankietę wypełniło łącznie 1898 osób, które w ciągu ostatnich 12 miesięcy brały udział w procesach rekrutacyjnych. Opinie pracodawców zostały zebrane w ramach badania przeprowadzonego przez eRecruiter wśród osób zajmujących się procesami rekrutacyjnymi w firmach. Badanie zostało zrealizowane metodą ankiety online w dniach 22.01-22.02.2019 r. Ankietę wypełniły łącznie 504 osoby.

Kurs funta na brexitowej huśtawce

Już od kilku lat wykres dla notowań brytyjskiej waluty pozostaje rozchwiany i niestabilny. Przez rozregulowujący wpływ Brexitu, planowanie rozliczeń w tej walucie staje się utrapieniem dla firm handlujących z Wielką Brytanią. O tym czy w Halloween spełni się ich najgorszy koszmar – wyjście Wyspiarzy z UE bez umowy – zadecydują najbliższe dni. Wg prognoz analitycy międzynarodowej instytucji płatniczej AKCENTA, szanse na taki scenariusz wynoszą ok 10%, jednak rosną z każdym dniem utrzymującej się niepewności.

Kolejny termin wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej, ustalony na 31. października br., zbliża się nieubłaganie. Jednocześnie status rozstania nadal pozostaje niejasny i skomplikowany. 22. października br. brytyjski parlament uchwalił projekt ustawy o wdrożeniu umowy o Brexicie do prawa brytyjskiego, ale następnie odmówił przyjęcia harmonogramu przyspieszonego zatwierdzenia tej ustawy (w ciągu 3 dni). Premier B. Johnson w reakcji na wynik głosowania w brytyjskim parlamencie niezwłocznie zawiesił negocjacje, wspomniał o możliwości wcześniejszych wyborów oraz przyśpieszył przygotowania na wypadek twardego Brexitu.

Unia traci cierpliwość

W tej sytuacji kluczowa będzie decyzja Unii Europejskiej w kwestii zatwierdzenia odroczenia daty opuszczenia przez Wielką Brytanię grona państw członkowskich. Nowym terminem byłby wtedy 31. stycznia 2020 r. Jednak prezydent Francji, E. Macron kilkakrotnie zwracał uwagę, że nie wyobraża sobie kolejnego przesunięcia daty Brexitu.

Według analityka AKCENTY, Miroslava Nováka w grze pozostają trzy główne scenariusze:

  • twardy Brexit 31. października br.;
  • zgoda UE na przesunięcie terminu Brexitu i udana próba zatwierdzenia porozumienia w brytyjskim parlamencie, opuszczenie UE 31. stycznia 2020 r.;
  • zgoda UE na przesunięcie terminu Brexitu, nieudana próba zatwierdzenia porozumienia w brytyjskim parlamencie i powrót niepewności.

Pomimo ponownego wzrostu ryzyka twardego Brexitu, scenariusz kolejnego przesunięcia rozwodu z Unią na 31. stycznia 2020 r. moim zdaniem pozostaje najbardziej prawdopodobny. W tej sytuacji spodziewam się, że na Wyspach dojdzie do przedterminowych wyborów, które w zależności od wyników mogą doprowadzić do późniejszej implementacji porozumienia o Brexicie, ale nie można też wykluczyć decyzji o przeprowadzeniu ponownego referendum w sprawie pozostania w UE. Ostatnie badania pokazują, że w ponownym głosowaniu Brytyjczycy prawdopodobnie zadecydowaliby o pozostaniu w UE. Szansę na opuszczenie Unii bez umowy z ostatnim dniem października oceniam na najmniejsze spośród wszystkich (ok. 10%). Jednak nadal wszystko może się jeszcze zmienić w nadchodzących dniach i pewne jest tylko to, że niczego nie możemy być pewni – dodaje analityk instytucji płatniczej AKCENTA.

Widmo Brexitu ciąży handlowi

W październiku funt brytyjski znacząco się umocnił – na parze walutowej z euro do poziomu 0,86 GBP/EUR, czyli na najwyższe wartości od maja br. W stosunku do złotego brytyjska waluta także się wzmocniła, osiągając wartość bliską granicy 5 zł, co również ostatni raz widzieliśmy w maju. Jednak, biorąc pod uwagę obecną niepewność związaną z rozwojem Brexitu, dalsze umacnianie się GBP wydaje się mało prawdopodobne, uważa Miroslav Novák.

Do końca października i w listopadzie br. najprawdopodobniej funt będzie się utrzymywał w granicach 0,85-0,90 GBP/EUR, a w stosunku do polskiego złotego w granicach 4,80-5,05 PLN/GBP, prognozuje analityk AKCENTY. To ważna wiadomość dla polskich firm, które sprzedają lub kupują towary z Wielkiej Brytanii. Wyspiarze są trzecim najważniejszym odbiorcą naszego eksportu – wędruje tam ok. 6% całej polskiej sprzedaży zagranicznej. Wg danych GUS w 2018 r. jej wartość wyniosła blisko 58,2 mln zł (13,7 mln euro). Wielka Brytania jest również ważnym dostawcą dla krajowych importerów (10. miejsce). W ubiegłym roku wartość towarów sprowadzona z tego państwa na polski rynek wyniosła ok. 23,3 mln zł (5,5) mln zł. Patrząc na te kwoty łatwo domyślić się, że ciągłe wahania funta stanowią spory problem dla przedsiębiorców rozliczających się z brytyjskimi kontrahentami w tej walucie. Jeśli firma nie stosuje zabezpieczeń przed ryzykiem kursowym, to musi mierzyć się z możliwymi dużymi różnicami miedzy oczekiwanym kursem, a tym po którym rzeczywiście wymieni swoje transakcje. Nawet niewielka zmiana notowań przy dużych kwotach przewalutowań odbija się na marży przedsiębiorcy i może go kosztować setki a nawet dziesiątki tysięcy złotych na jednym zamówieniu.

W samym 2019 r. kurs funta względem złotówki wahał się od ponad 5 zł do ok. 4,67 zł.  Eksperci AKCENTY zawracają przy tym uwagę, że niepewność i ciągłe odraczanie terminów ostatecznej decyzji w sprawie sposobu wyjścia Wielkiej Brytanii z UE podnosi ryzyko zwiększenia tych wahań. To istotnie wpływa na konkurencyjność polskich firm, które ze względu na to zagrożenie często uwzględniają na nie dodatkowy bufor w swojej ofercie kosztowej, na czym traci atrakcyjność ich propozycji w oczach parterów handlowych. Im dłużej sytuacja będzie niepewna i nieprzewidywalna, tym na większe ryzyko kursowe będą narażeni polscy eksporterzy i importerzy, podsumowuje Miroslav Novák.

Pracodawcy wpłacają na PFRON coraz więcej

Kwota odprowadzona przez pracodawców zobowiązanych do wpłat na Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych w marcu 2019 r. była wyższa o 106 mln zł w porównaniu z marcem 2016 r. W tym roku ponad 30 tysięcy pracodawców wpłaciło na PFRON 400 mln złotych. Warto wiedzieć, w jaki sposób powstaje ten koszt i od czego zależy jego wysokość. Dzięki temu przedsiębiorca może efektywnie nim zarządzać.

Rafał Pniewski, Konsultant w Dziale Kosztów PFRON w Ayming Polska
Rafał Pniewski, Konsultant w Dziale Kosztów PFRON w Ayming Polska

Zgodnie z ustawą z dnia 27.08.1997 r. o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych, każdy pracodawca, zatrudniający co najmniej 25 osób oraz niespełniający warunku zatrudnienia 6 proc. osób z niepełnosprawnością w przeliczeniu na pełen etat, jest zobligowany do comiesięcznych wpłat na PFRON. Wysokość tego zobowiązania jest wyliczana na podstawie następujących składowych:

  • wielkości aktualnego zatrudnienia,
  • liczby zatrudnionych osób z niepełnosprawnością,
  • wysokości przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej.

Przykładowo, gdy pracodawca zatrudnia 100 osób w przeliczeniu na pełen etat i chciałby być zwolniony
z wpłat na PFRON, powinien zrekrutować 6 osób z niepełnosprawnością. Jeśli nie spełnia tego warunku, kwota, jaką odprowadzi do Funduszu, odpowiada 40,65 proc. przeciętego wynagrodzenia w gospodarce narodowej w poprzednim kwartale, pomnożonej przez liczbę etatów brakujących do spełnienia warunku progowego. Według danych z lipca 2019 r., za każdy brakujący etat dla osoby z niepełnosprawnością pracodawca musi zapłacić 2 012,56 zł.

Bagatelizowany koszt

Wiele firm, zwłaszcza tych z dynamicznie zmieniającą się wielkością zatrudnienia, często nie jest świadomych, że ich zobowiązania z tytułu PFRON mogą znacząco się zwiększać. Kosztem tym najczęściej zarządza zespół kadr, który jest najlepiej poinformowany o wielkości zatrudnienia, czyli o podstawowym współczynniku do obliczania kwoty należnej dla PFRON. Co więcej, obowiązkowe wpłaty kierowane do Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych nie są kosztem podatkowym, co również wpływa na jego bagatelizowanie przez przedsiębiorców.

Takie podejście pracodawców potwierdzają statystyki. Wysokość wygenerowanych oszczędności z tytułu wpłat do PFRON przez ostatnie trzy lata niemal nie uległa zmianie. W marcu 2016 r. 6 743 pracodawców skorzystało z możliwości obniżenia wpłat, co dało im łącznie niecałe 64 mln zł oszczędności. Natomiast trzy lata później taki wniosek złożyło 608 pracodawców więcej, dzięki czemu obniżyli wpłaty do PFRON o 62,5 mln zł. Dane te odzwierciedlają również niekorzystne dla pracodawców zmiany, jakie dotyczyły możliwości skorzystania z ulg na wpłaty do PFRON w ostatnim czasie. W lipcu 2016 r. wysokość możliwego obniżenia zobowiązań spadła z 80 do 50 proc., natomiast w październiku 2018 r. maksymalna wysokość ulgi przyznawanej przez Zakłady Pracy Chronionej zmniejszyła się z 80 do 50 proc.

Ciekawie przedstawia się sytuacja w różnych jednostkach budżetowych (np. państwowe i samorządowe jednostki organizacyjne, uczelnie, szkoły), które dość dobrze radzą sobie z zarządzaniem kosztami PFRON. W okresie od marca 2016 r. do marca 2018 r. nastąpił 16-procentowy wzrost liczby składanych wniosków oraz 24-procentowy wzrost wysokości odliczeń wśród tych jednostek – zauważa Rafał Pniewski, Konsultant w Dziale Kosztów PFRON w Ayming Polska.

Obniżanie zobowiązań

Oczywistym sposobem na uniknięcie comiesięcznej wpłaty na PFRON jest zatrudnienie osób
z niepełnosprawnością. Jednak aktualna sytuacja na rynku pracy oraz skomplikowany system przyznawania orzeczeń o niepełnosprawności nie ułatwiają zadania pracodawcom. Przedsiębiorstwa poszukujące pracowników z unikalnymi kompetencjami i doświadczeniem dodatkowo z orzeczeniem o niepełnosprawności, nierzadko nie znajdują odpowiednich kandydatów.

W lepszej sytuacji znajdują się duże firmy, które rekrutują osoby z różnym doświadczeniem i wiedzą na różnorodne stanowiska. Jednak w ich przypadku pojawia się wyzwanie związane z koniecznością zatrudnienia znacznej liczby pracowników z niepełnosprawnością. Dla przykładu, przedsiębiorca zatrudniający 500 osób, musiałby utworzyć 30 pełnych etatów dla pracowników z niepełnosprawnością, aby całkowicie zaprzestać wpłat na PFRON.

Dofinansowanie do wynagrodzenia

Zatrudnienie kandydatów z niepełnosprawnością pozwala nie tylko na obniżenie zobowiązań z tytułu wpłat do PFRON, ale daje też możliwość starania się o dodatkowe dofinansowanie do wynagrodzenia dla tych pracowników. W przypadku przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 25 osób, warunkiem jest jednak to, aby wskaźnik zatrudnienia osób z orzeczeniem o niepełnosprawności osiągnął wartość równą lub wyższą 6 proc. To zastrzeżenie nie dotyczy firm zatrudniających do 25 pracowników.

Pracodawca, który chciałby otrzymać dofinansowanie do wynagrodzenia osoby z niepełnosprawnością, musi spełniać również szereg warunków. Przede wszystkim pracownik musi posiadać aktualne orzeczenie o niepełnosprawności oraz zostać zatrudnionym w oparciu o umowę o pracę. Ważne jest również wykazanie efektu zachęty na każdego pracownika zatrudnionego jako osoba z niepełnosprawnością po 1 stycznia 2009 r. Dofinansowanie nie obejmuje osób zatrudnionych na umowę cywilnoprawną oraz z prawem do emerytury, które posiadają lekki lub umiarkowany stopień niepełnosprawności.

Po spełnieniu warunków do otrzymania dofinansowania dla swoich pracowników, pracodawca jest zobowiązany zarejestrować się w PFRON. Następnie powinien co miesiąc składać wniosek o dofinansowanie z Funduszu na formularzu WN-D. Informacje dodatkowe odnośnie wysokości wynagrodzenia, zatrudnienia oraz stopnia niepełnosprawności należy uzupełniać na formularzu INF-D-P. Oba wnioski można złożyć w formie elektronicznej, zaś obowiązujący termin to 25. dzień każdego miesiąca.

Tabela. Maksymalne kwoty dofinansowania do wynagrodzenia pracownika z niepełnosprawnością

Stopień niepełnosprawności Maksymalna kwota dofinansowania
lekki 450 zł
umiarkowany 1125 zł
znaczny 1800 zł

Współpraca z zakładami pracy chronionej

Zatrudnianie osób z niepełnosprawnością to nie jedyny sposób obniżenia kosztów wpłat na PFRON. Ustawa z dnia 27.08.1997 r. wskazuje na możliwość zmniejszenie zobowiązań o maksymalnie 50 proc. dzięki współpracy z podmiotami zatrudniającymi osoby z niepełnosprawnością. Są nimi głównie organizacje ze statusem zakładu pracy chronionej. Podmioty te utrzymują bardzo wysoki współczynnik zatrudnienia osób
z niepełnosprawnością, dzięki czemu mają możliwość udzielania tzw. ulg do wpłat na PFRON. Wielu przedsiębiorcom brakuje wiedzy i doświadczenia umożliwiających podjęcie współpracy z takimi firmami, przez co tracą szansę na wygenerowanie oszczędności w swoich zobowiązaniach na PFRON.

Pracodawca może sam ubiegać się o status Zakładu Pracy Chronionej, jednak wówczas musi spełnić kilka wymogów formalnych. Przede wszystkim należy prowadzić działalność gospodarczą minimum 12 miesięcy, zatrudniać co najmniej 25 pracowników w pełnym wymiarze czasu pracy, utrzymywać odpowiedni wskaźnik zatrudnienia osób z niepełnosprawnością przez okres minimum 6 miesięcy oraz dostosować stanowiska pracy do specyficznych potrzeb pracowników.

Do samodzielnego zarządzania kosztami PFRON potrzebny jest interdyscyplinarny zespół, złożony nie tylko z pracowników działów księgowych i kadrowych, ale też ze specjalistów od zakupów i sprzedaży. W wielu organizacjach brak łączenia kompetencji i wiedzy tych osób uniemożliwia lepsze zrozumienie specyfiki wpłat na PFRON, a tym samym znalezienie sposobów na obniżenie swoich zobowiązań – konkluduje Rafał Pniewski, Konsultant w Dziale Kosztów PFRON w Ayming Polska.

Andrzej Malinowski przewodniczącym Rady Dialogu Społecznego

Prezydent Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Malinowski został w środę przewodniczącym Rady Dialogu Społecznego. Funkcję tę objął po zakończeniu misji przez dotychczasową przewodniczącą Rady, Dorotę Gardias (Forum Związków Zawodowych).

Andrzej Malinowski objął funkcję przewodniczącego Rady Dialogu Społecznego na rok – zgodnie z ustawą o Radzie, na taki okres kierownictwo w niej przypada naprzemiennie przedstawicielom pracowników, stronie pracodawców i stronie rządowej. Teraz przypadła kolej na stronę pracodawców.

Do tej pory prezydent Pracodawców RP był wiceprzewodniczącym RDS i kierował pracami zespołu problemowego ds. polityki gospodarczej i rynku pracy.

Wyzwania jakie czekają na młodych Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii po Brexicie

Jakie decyzje i wyzwania czekają na 1,5 mln młodych Polaków i Litwinów mieszkających w Wielkiej Brytanii po Brexicie? Naukowcy z Uniwersytetu SWPS sprawdzą, jak migranci odnajdą się w nowej rzeczywistości.

Zbliżający się Brexit jest pierwszym tego typu wydarzeniem w historii Unii Europejskiej. Ze względu na jego pionierski charakter nie opracowano jeszcze mechanizmów polityki publicznej, które systemowo pozwolą radzić sobie z wyzwaniami społeczno-gospodarczymi wywołanymi przez rezygnację z członkostwa w Unii. „Exitów” może być jednak w przyszłości więcej. Badanie ma dostarczyć zasób wiedzy do ewentualnego stworzenia funkcjonalnych rozwiązań w ramach polityk publicznych (evidence-based policy), do wykorzystania w podobnych przypadkach.

Nowa rzeczywistość

Decyzja Zjednoczonego Królestwa o wystąpieniu z Unii Europejskiej niesie za sobą konsekwencje nie tylko gospodarcze i polityczne, ale również społeczne i kulturowe. Brexit może wpłynąć na sytuację najbardziej mobilnych grup etnicznych w ramach rozszerzonej po 2004 roku Unii Europejskiej – Polaków i Litwinów, z których większość znajduje się najczęściej w grupie wiekowej 19-34. Po akcesji do UE przedstawiciele obu krajów najchętniej udawali się (głównie ze względów ekonomicznych) do Wielkiej Brytanii, w której mieszka ich obecnie około 1,5 mln. Wyjście ze Wspólnoty odbywa się w kluczowym dla wielu migrantów poakcesyjnych okresie biograficznym – wchodzenia w dorosłość. Odraczany obecnie, co podkreślają badacze, moment usamodzielnienia się może być w tym kontekście jeszcze trudniejszy. W ramach projektu „CEE Youth”, naukowcy z ośrodka badawczego Młodzi w Centrum Lab Uniwersytetu SWPS zbadają, jak wchodzący w dorosłość Polacy i Litwini odnajdują się w nowej rzeczywistości.

W obliczu przemian cywilizacyjnych i technologicznych, młodzi są grupą najbardziej doświadczającą wyzwań, jakie stawia przed nimi współczesny świat. Są narażeni na niestabilność zatrudnienia i niskie wynagrodzenie. Możliwości ich rozwoju zawodowego nie wiążą się już tylko z kwalifikacjami formalnymi. Wiele zależy od możliwości rozwijania tzw. kompetencji miękkich. Migranci doświadczają tych procesów w sposób wzmocniony, podejmując często prace poniżej wykształcenia formalnego. Po brytyjskim referendum 23 czerwca 2016 roku, znaleźli się w jeszcze mniej pewnej, niż dotychczas, rzeczywistości społecznej – komentuje prof. Izabela Grabowska, socjolog i ekonomista Uniwersytetu SWPS.

Brexit i co dalej?

Socjologowie z Uniwersytetu SWPS podkreślają, że projekt wypełni około pięcioletnią lukę w wiedzy w zakresie migracji powrotnych Polaków, których wzmożenie może być konsekwencją zmniejszenia UE. Badanie, przeprowadzone na osobach w wieku 19-34 lata, pozwoli przyjrzeć się strategiom radzenia sobie z dynamicznie zmieniającymi się warunkami społecznymi, prawnymi czy gospodarczymi i wykazać charakter „zakotwiczenia społecznego” młodych migrantów. Zdaniem naukowców, na decyzje migracyjne młodych wpłynie nie tylko widmo nowego ładu polityczno-instytucjonalnego, ale również okres pobytu, stopień jego formalizacji czy sytuacja rodzinna i edukacyjna.

Według badaczy, Brexit wpłynie na indywidualne decyzje życiowe młodych Polaków i Litwinów. Badanie skupi się również na tym, jakie znaczenie będą miały decyzje migrantów o powrocie do kraju wysyłającego dla polskiego i litewskiego społeczeństwa.

Youth mobility studies – pionierski pomysł Polaków i Litwinów

Projekt prowadzony w ośrodku Młodzi w Centrum Lab Uniwersytetu SWPS sytuuje się na przecięciu dwóch dyscyplin: studiów nad młodymi i studiów migracyjnych. Naukowcy chcą w ten sposób rozwijać nową subdyscyplinę: youth mobility studies, która zajmowałaby się mobilnością geograficzną, społeczną i mentalną młodych ludzi.

Projekt „CEE Youth: Badanie porównawcze młodych migrantów z Polski i Litwy w kontekście Brexitu” rozpocznie się w październiku 2018 r. i potrwa do 2021 r. Zostanie zrealizowane dzięki grantowi międzynarodowemu Narodowego Centrum Nauki. „CEE Youth” jest jednym z 16 wygranych projektów badawczych, które wyłoniono spośród 253 zgłoszeń we wszystkich dyscyplinach nauki.

Sprzedaż kredytów w Polsce we wrześniu 2019 r.

We wrześniu 2019 r., w porównaniu do września 2018 r., w ujęciu wartościowym, banki i SKOK-i udzieliły kredytów na wyższą kwotę we wszystkich czterech grupach produktowych. Najwyższe wzrosty odnotowały kredyty mieszkaniowe (+20,7%) oraz limity kredytowe (+19,4%). Sprzedaż kredytów konsumpcyjnych wzrosła o (+9,3%), a kart kredytowych o (+11,6%). W ujęciu liczbowym, w stosunku do września 2018 r. odnotowano wzrost sprzedaży kart kredytowych (+22,5%), kredytów mieszkaniowych (+10,8%) oraz kredytów konsumpcyjnych (+0,8%). W przypadku limitów kredytowych dynamika jest ujemna: (-9,1%).

We wrześniu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły kredytów konsumpcyjnych na kwotę 7,498 mld zł, zaś mieszkaniowych na kwotę 5,678 mld zł. W porównaniu do sierpnia 2019 r. wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych wzrosła o (+1,1%), zaś kredytów konsumpcyjnych o (+1,5%).

W okresie styczeń – wrzesień 2019 r. banki udzieliły o (+2,9%) więcej kredytów mieszkaniowych niż w analogicznym okresie zeszłego roku. W ujęciu wartościowym udzieliły ich na kwotę o (+14,4%) wyższą. W przypadku kredytów konsumpcyjnych spadek liczby udzielonych kredytów wyniósł (-0,8%), jednak w ujęciu wartościowym odnotowano wzrost (+7,8%). Bardzo wysoką dodatnią dynamikę zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym zanotowały karty kredytowe: odpowiednio (+22,8%) oraz (+21,1%).

Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne)

We wrześniu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 601,1 tys. kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 7,5 mld zł. Stanowi to wzrost o (+0,8%) w ujęciu liczbowym i o(+ 9,3%) w ujęciu wartościowym w porównaniu do września 2018 r. W porównaniu do sierpnia 2019 r. liczba udzielonych kredytów spadła o (-5,4%) a w wartości wzrosła o (+1,5%). Narastająco od początku roku udzielono 5,428 mln kredytów konsumpcyjnych na wartość 67,72 mld zł. W porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku to o (-0,8%) mniej kredytów, ale o (+7,8%) zwiększyła się ich wartość.

– W okresie styczeń – wrzesień 2019 r. dodatnie dynamiki liczby oraz wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych dotyczyły jedynie kredytów średnio i wysokokwotowych. W przypadku kredytów konsumpcyjnych do 3,5 tys. zł dynamika była ujemna. Najwyższa ujemna dynamika występowała w kredytach konsumpcyjnych do 1 tys. zł (-15,4%) – liczbowo oraz (-14,6%) wartościowo, a najwyższa dodatnia dynamika wzrostu dotyczyła kredytów wysokokwotowych powyżej 20 tys. zł w ujęciu liczbowym (+9,5%) i (+10,3%) w wartościowym.

W pierwszych trzech kwartałach 2019 r. 34% udzielanych przez banki i SKOK-i kredytów konsumpcyjnych stanowią kredyty średniokwotowe (7 – 20 tys. zł) oraz wysokokwotowe (powyżej 20 tys. zł). W ujęciu wartościowym stanowią one już 86,03% wartości wszystkich udzielanych kredytów konsumpcyjnych. Dzięki wydłużaniu okresu kredytowania, przy rekordowo niskich stopach procentowych, którym to zjawiskom towarzyszy wzrost dochodów gospodarstw domowych, banki mogą udzielać kredytów na wyższe kwoty. Dotyczy to głównie kredytów gotówkowych. Dynamika kredytów gotówkowych wysokokwotowych (powyżej 30 tys. zł) udzielonych w okresie styczeń – wrzesień 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym, wynosi ok. (+10%). Średnia wartość udzielonego kredytu konsumpcyjnego we wrześniu 2019 r. wyniosła 12 474 zł i była wyższa o (+8,5%) od średniej wartości udzielonego kredytu konsumpcyjnego we wrześniu zeszłego roku. Dla kredytów gotówkowych średnia wartość udzielonego kredytu to 19 442 zł – wzrost o(+ 3,4%). Średnia wartość kredytu ratalnego to 4078 zł i jest ona wyższa niż rok temu o (+14,0% )– stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych jest przez BIK co miesiąc monitorowany w oparciu o Indeks jakości, który pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela dla kredytów konsumpcyjnych już od kilku lat utrzymuje się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty Indeksu Jakości portfela kredytów konsumpcyjnych. Jego bieżący (wrześniowy) odczyt wynosi 5,6%. W porównaniu do września 2018 r. wartość indeksu nie zmieniła się. Podtrzymuję wcześniejszy wniosek, że podstawowe ryzyko związane z kredytami konsumpcyjnymi, w szczególności gotówkowymi, determinowane jest przez wysokokwotowe kredyty, które są obarczone wyższym ryzykiem kredytowym od kredytów niskokwotowych – dodaje prof. Rogowski.

Kredyty mieszkaniowe

We wrześniu 2019 r. banki udzieliły łącznie 20,3 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 5,68 mld zł. Stanowi to wzrost o(+ 20,7%) w ujęciu wartościowym w porównaniu do września 2018 r. W ujęciu liczbowym banki udzieliły o (+10,8%) więcej kredytów mieszkaniowych. We wrześniu w porównaniu do sierpnia liczba udzielonych kredytów mieszkaniowych spadła o (-0,1%), jednak wartość udzielonego finansowania wzrosła o (+1,1%). W okresie styczeń – wrzesień 2019 r. banki udzieliły 179,6 tys. kredytów mieszkaniowych na kwotę 48,6 mld zł. Wzrost w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku dotyczył zarówno liczby (+2,9%), jak i wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych (+14,4%).

– We wrześniu br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy dodatnie dynamiki zarówno wartości udzielonych kredytów, jak i ich liczby w porównaniu z wrześniem zeszłego roku. Dodatnia dynamika wartościowa wynika głównie ze struktury udzielanych kredytów, w okresie styczeń – wrzesień 2019 już ponad 68% wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 250 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych, określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego, nadal obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu ilościowym, jak i wartościowym dotyczą głównie kredytów powyżej 250 tys. zł, w tym w szczególności kredytów powyżej 350 tys. zł, których w okresie styczeń – wrzesień 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego w ujęciu liczbowym udzielono więcej o (+37,4%), a wartościowym o (+37,8%). Tak więc kolejne już miesięczne wyniki potwierdzają, że hossa na rynku kredytów wysokokwotowych trwa w najlepsze. Natomiast spadki obejmują kredyty poniżej 200 tys. zł. Ujemne dynamiki dotyczyły zarówno liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Kredytów do 100 tys. zł banki udzieliły o (+22,9%) mniej, a w przedziale 100 – 150 tys. zł mniej o (-17,3%) niż w analogicznym okresie 2018 r. W styczniu 2019 r. prognozowaliśmy wzrost wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych na poziomie (+5-8%.) W rzeczywistości dynamika dziewięciu pierwszych miesięcy 2019 r. do analogicznego okresu 2018 r. wynosi już (+14,4%). Uważam, że 2019 rok będzie kolejnym rekordowym rokiem ze sprzedażą około 62 mld zł. Wrześniowy Indeks Popytu na kredyty mieszkaniowe również sygnalizuje, że październik powinien być dobry dla rynku kredytów mieszkaniowych – wyjaśnia prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w sierpniu 2019 r. wyniósł 0,75%, co potwierdza wieloletnią już stałą obserwację dotyczącą niskiego poziomu ryzyka kredytowego związanego z udzielaniem kredytów mieszkaniowych. W ostatnich 12 miesiącach (wrzesień 2019 do września 2018) jakość portfela poprawiła się, o czym świadczy lekki spadek Indeksu o 0,03.

– Obecnie nie widać istotnych zagrożeń, które w krótkim horyzoncie czasowym mogłyby wpłynąć na wzrost poziomu szkodowości kredytów mieszkaniowych, a tym samym na wzrost poziomu ryzyka kredytowego – zaznacza prof. Rogowski.

Karty kredytowe

We wrześniu 2019 r. banki wydały 88,6 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 527 mln zł. Stanowi to wzrost o (+22,5%) w ujęciu liczbowym i o (+11,6%) w ujęciu wartościowym, w porównaniu do września 2018 r. Jednak w porównaniu do ubiegłego miesiąca sprzedaż kart kredytowych, i to zarówno w ujęciu liczbowym jak i wartościowym, odnotowała spadek – odpowiednio o (-6,2%) oraz (-2,0%). W pierwszych dziewięciu miesiącach banki wydały łącznie 908,8 tys. kart kredytowych – wzrost o (+22,8%) w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. W tym okresie banki przyznały 5,272 mld zł limitów na kartach kredytowych, co oznacza wzrost w porównaniu do pierwszych dziewięciu miesięcy 2018 r. o (+21,1%).

– We wrześniu 2019 r., podobnie jak w poprzednich miesiącach, obserwujemy wysokie dynamiki sprzedaży kart kredytowych – (+22,8%) wyższa liczba przyznanych limitów niż w analogicznym okresie 2018 r. Najwyższą dodatnią dynamikę przyznawanych limitów na kartach kredytowych w okresie styczeń – wrzesień 2019 r. w porównaniu do pierwszych dziewięciu miesięcy 2018 r. zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym, odnotowały karty o limitach w przedziale 1-2 tys. zł, odpowiednio (+52,3%) oraz (+47,3%) oraz 2 do 3,5 tys. zł – (+38,7%) oraz (+36,7%). Należy jednak podkreślić, że dodatnie dynamiki w ujęciu liczbowym i wartościowym dotyczyły większości przedziałów kwotowych – mówi prof. Rogowski z BIK.

Limity kredytowe w kontach osobistych

We wrześniu 2019 r. banki przyznały łącznie 50,8 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę 264 mln zł. Stanowi to spadek o (-9,1%) w ujęciu liczbowym i wzrost o (+19,4%) w ujęciu wartościowym, w porównaniu do września 2018 r. W okresie dziewięciu miesięcy 2019 r. liczba przyznanych limitów wyniosła 498,9 tys. sztuk, a wartość przyznanych limitów 2,40 mld zł. Oznacza to spadek o (-4,8%) w ujęciu liczbowym i wzrost o (+4,0%) w ujęciu wartościowym w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r.

– W przypadku limitów w kontach nie obserwujemy typowego zjawiska związanego z rosnącą sprzedażą w obu skrajnych przedziałach kwotowych nisko i wysokokwotowych. W przypadku limitów dodatnią dynamikę w ujęciu liczbowym odnotowaliśmy jedynie dla dwóch przedziałów środkowych tj. 1 – 2 tys. zł, oraz 2-4 tys. zł. Odpowiednio: (+1,6%) oraz (+0,5%). W ujęciu wartościowym ujemną dynamiką  (-12,0%) charakteryzował się przedział limitów średniokwotowych (4 – 7 tys. zł) i przedział limitów 0,5 – 1 tys. zł (-2,4%) oraz przedział 2-4 tys. zł (-0,2%) – zauważa prof. Rogowski z BIK.

Avis ogłasza współpracę z Bidroom – platformą rezerwacji hoteli, opartą na modelu członkowskim

Dzięki współpracy Avis i Bidroom w Europie Środkowej uczestnicy programu lojalnościowego Avis Preferred otrzymają bezpłatnie roczne członkostwo na platformie rezerwacji hoteli Bidroom. Pozostali klienci Avis będą mogli wykupić subskrypcję o 50% taniej. Dzięki ofercie korzystający z usług wiodącej wypożyczalni samochodów w Polsce, Niemczech, Austrii, Szwajcarii oraz w Czechach otrzymają do 25% zniżki na rezerwację hoteli. Użytkownicy Bidroom zapłacą natomiast o 15% mniej za wynajem samochodów Avis w Europie.

Decyzja Avis o zawiązaniu partnerstwa z Bidroom wpisuje się w strategię marki, której celem jest uczynienie całej podróży jeszcze bardziej komfortową. Avis wprowadza nowe rozwiązania, służące mobilności osób oraz zapewniające pełne wsparcie podczas wyjazdu za pośrednictwem strony internetowej i aplikacji mobilnej. Członkostwo w Bidroom będzie stanowić kolejną korzyść dla klientów Avis, dzięki której otrzymają dostęp do zniżek w ponad 120 tysiącach obiektów w 128 krajach.

Bidroom działa na zasadzie modelu członkowskiego. Nie pobiera od hoteli opłaty za współpracę, a osobom, które często udają się w podróż, zapewnia najlepszą możliwą ofertę – zniżkę nawet do 25%.

Cieszymy się ze współpracy platformą rezerwacji hoteli, która jest liderem w swojej branży. Dzięki niej będziemy mogli zapewnić naszym klientom jeszcze lepszą ofertę służącą mobilności osób i zapewniającą większą elastyczność w podróży – skomentował Martin Gruber, dyrektor zarządzający Avis Budget Group na Europę Centralną.

Podróżujący potrzebują zwykle przelotu, hotelu oraz transportu – bardzo często wynajętym autem. Cieszymy się ze współpracy z jedną z największych wypożyczalni samochodów na świecie. Bidroom zapewni uczestnikom programu lojalnościowego Avis hotele, jednocześnie gwarantując swoim członkom najlepszą ofertę wynajmu samochodów w Europie – stwierdził Michael Ros, współzałożyciel i dyrektor operacyjny Bidroom.

Lot z przesiadką – co warto wiedzieć? Tajemnice lotów transferowych

Linie lotnicze zazwyczaj nie oferują bezpośrednich lotów do odległych zakątków świata z lotnisk regionalnych. Alternatywą są połączenia łączone z centralnymi portami, realizowane za pomocą jednej rezerwacji – bez kupowania kilku osobnych biletów. Jednak przed zaplanowaniem takiej podróży warto zwrócić uwagę na kilka elementów, co pozwoli uniknąć ewentualnych nieprzyjemności.  

Podróże samolotem stają się coraz powszechniejsze. Jak pokazują statystyki Urzędu Lotnictwa Cywilnego, liczba pasażerów w polskich portach lotniczych systematycznie rośnie. W 2018 roku w naszym kraju obsłużono niemal 15 proc. więcej osób niż rok wcześniej. Popularnością cieszą się także loty transferowe, czyli te z przesiadką w ramach jednej rezerwacji. Choć są mniej komfortowe od tych bezpośrednich, pozwalają nam na odwiedzenie odległych i egzotycznych miejsc.

Oferta lotów łączonych

Połączenia transferowe najczęściej sprzedawane są przez duże, narodowe linie lotnicze lub zrzeszenia przewoźników tradycyjnych, które wspierane są przez porty przesiadkowe zwane hubami. Tanie linie lotnicze w ogromnej większości nie oferują rezerwacji łączonych lub, tak jak to jest np. w przypadku Ryanaira, tylko na wybranych trasach. Sam schemat działania transferów jest bardzo prosty. – Pasażerowie z mniejszych lotnisk przewożeni są na większe, z których mają możliwość podróżowania w dalekie strony. Godziny lotów są ustalane w taki sposób, by przesiadka mogła się odbyć bez przeszkód. W Polsce ten rodzaj podróży zyskuje na popularności. Wciąż przybywa lokalnych połączeń krajowych, dzięki czemu podróżni mają wygodny i szybki transport na różne lotniska w Europie, Azji czy Ameryce Północnej – mówi Rafał Nawrocki, specjalista ds. obsługi pasażerów Portu Lotniczego Lublin. Co  ważne w dniach 27-28 października PLL LOT uruchomi dodatkowe połączenia pomiędzy Poznaniem, Rzeszowem i Lublinem a Lotniskiem Chopina, które jest w Polsce ważnym węzłem przesiadkowym.

Lot transferowy w praktyce

Kupując połączenie transferowe, otrzymujemy jeden bilet. Podczas odprawy na lotnisku obsługa zazwyczaj od razu przekazuje niezbędne karty pokładowe na poszczególne odcinki. Warto jednak pamiętać, że czasem nie ma możliwości wygenerowania wszystkich dokumentów w tym samym momencie. Wówczas, przed kolejnym lotem, należy  poprosić o wydrukowanie brakującej karty pokładowej. Bagaż rejestrowany jest nadawany w miejscu wylotu i transportowany do punktu docelowego bez udziału pasażera, co oznacza, że nie ma konieczności dźwigania ciężkich walizek pomiędzy terminalami.

Niektórzy obawiają się, że po wylądowaniu na lotnisku nie będą w stanie dotrzeć w odpowiednim czasie na kolejny samolot. Porty jednak są przygotowane na takie sytuacje. W przypadku opóźnienia maszyny, pasażerowie mogą liczyć na różnego rodzaju przywileje, jak np. skorzystanie z tzw. szybkich przejść (eng. Fast track) na bramkach bezpieczeństwa. W razie problemów, można także zwrócić się o pomoc, np. w znalezieniu właściwej bramki, do obsługi lotniska przy stanowisku „transfer desk”.

Gdy samolot odleci bez nas

Niekiedy, np. ze względu na niekorzystne warunki atmosferyczne, może dojść do sytuacji, w której nie zdążymy na kolejny lot transferowy. Jeżeli podróż odbywa się jedną linią lotniczą, ma ona obowiązek się o nas zatroszczyć – m.in. znaleźć miejsce w kolejnym samolocie, a jeżeli czas oczekiwania jest długi, zapewnić wyżywienie i nocleg. W przypadku, gdy naszą rezerwację obsługuje kilku przewoźników w ramach jednego zrzeszenia, konsekwencje ponosi ten, który wykonywał nieterminowe połączenie. Jednak kluczowe w takim przypadku jest zachowanie podczas rezerwacji minimalnego czasu na przesiadkę (ang. minimum connection time), wyliczanego przez linie lotnicze we współpracy z lotniskiem. Na niektórych portach jest to jedynie 30 minut, a na większych, z dłuższymi kolejkami do kontroli bezpieczeństwa i większymi odległościami pomiędzy terminalami, nawet 3 godziny. Warto też pamiętać, że przy opóźnieniu powyżej 120 minut (dla lotu do 1500 km) – tak jak w przypadku tradycyjnego połączenia – możemy ubiegać się o stosowne odszkodowanie Zgodnie z orzeczeniem polskiego sądu, w kontekście lotów transferowych, liczy się całkowita długość połączenia (nie poszczególnych odcinków) i na tej podstawie oblicza się wysokość roszczenia, o które można się ubiegać.

Kilka lotów w cenie jednego

Pasażer decydując się na połączenie transferowe może zostać pozytywnie zaskoczony. Koszt takiej rezerwacji może być niższy niż cena bezpośredniego lotu. – Liniom lotnicze dążą do jak największego zapełnienia najbardziej kosztochłonnych rejsów międzykontynentalnych. To sprawia, że pojawia się możliwość zarezerwowania podróży, np. za ocean, z portu regionalnego przez lotnisko przesiadkowe w cenie niższej od tej, którą przewoźnik oferuje w jedynie przypadku lotu bezpośredniego. W takiej sytuacji zyskuje zarówno linia lotnicza, wypełniając samolot na połączenie międzykontynentalny, a także pasażer, oszczędzając czas i pieniądze – wyjaśnia Rafał Nawrocki.

Draghi kończy kadencję

Tak, dziś wreszcie nie o brexicie. Kiedy Wielka Brytania do jutra czeka na werdykt UE w sprawie przyznania nowej daty „rozwodu”, rynki mogą skupić uwagę na czymś innym. Dziś prezes EBC Draghi po raz ostatni poprowadzi konferencję prasową po posiedzeniu Rady Zarządzającej. Ostatnim razem podjęto nowe decyzje w sprawie ekspansji fiskalnej, które jednak spotkały się z wewnętrzną krytyką, a w międzyczasie dane z gospodarki rozczarowały. Draghi może mieć ciężkie zadanie przekonać wszystkich, że kończy kadencję sukcesem.

Nie spodziewamy się, aby czwartkowe posiedzenie EBC przyniosło zmiany w polityce pieniężnej, biorąc pod uwagę, że we wrześniu doszło do wprowadzenia nowego pakietu stymulacyjnego. Stopa depozytowa powinna pozostać na -50 pb, a bank będzie kontynuował skup aktywów w wysokości 20 mld EUR/mies. dopóki będzie to konieczne. W międzyczasie dane o aktywności gospodarczej wypadły słabo, co powinno wspierać stanowisko Draghiego, że nowy pakiet był niezbędny. Jednakże rynki mogą być bardziej zainteresowane nie indywidualną opinią odchodzącego prezesa, ale jakie jest całościowe nastawienie Rady. Od czasu wrześniowego posiedzenia wielu członków Rady wyraziło krytykę co do wprowadzonych narzędzi, uznając część z nich za zbyteczne lub zbyt hojne. Jeśli pomimo słabszych danych opór ten nie osłabł, może to stanowić przeszkodę dla dodatkowego luzowania polityki w przyszłości.

Prezes Draghi chciałby zakończyć swoją kadencję ogłaszając sukces, co może skłaniać go do zapewnienia, że wrześniowy pakiet stymulacyjny jest właściwy, by wyciągnąć gospodarkę ze spowolnienia. Dla wzmocnienia przekazu niewykluczone jest, że Draghi kolejny raz przypomni o potrzebie współpracy polityki monetarnej z fiskalną. Ryzykiem jest jednak, że rynek odczyta ten przekaz jako uświadomienie sobie przez EBC, że dobrnął do kresu swoich możliwości. W końcu już teraz kwestionowany jest nieograniczony czasowo skup aktywów w obliczu wyczerpywania się puli dostępnych obligacji skarbowych (prawdopodobnie z końcem 2020 r.). Podobnie rozwodniona przez „tiering” obniżka stopy depozytowej traci na znaczeniu i wpływa na spadek rynkowych oczekiwań dla dalszych obniżek (tylko 3 pb w perspektywie 12 miesięcy).

Sądzimy, że odbiór konferencji Draghiego będzie uzależniony od publikowanych dziś rano indeksów PMI z Eurolandu. W przypadku rozczarowania danymi będzie większa presja na EBC do udowodnienia, że nie wystrzelał się z całej amunicji. Porażka w tej materii osłabi rynkowe oczekiwania dalszego luzowania polityki monetarnej i właściwie może wzmocnić EUR, choć z drugiej strony kolejne słabe dane nie będą ułatwiać kupowania waluty. Z kolei lepsze dane (szczególnie z Niemiec) mogą zaoferować wyraźny impuls i zapuchnąć konferencję Draghiego na dalszy plan.

Poza EBC dziś decyzje podejmują też banki centralne w Szwecji i Norwegii. Szwedzki Riksbank do niedawna miał jeszcze plany podwyżki stopy procentowej nawet w tym roku. Jednak spowolnienie uwidaczniające się w danych makro (niska inflacja, PKB) nakazuje odłożyć te plany na bok. Jeśli Riksbank zamierza się trzymać ambitnych planów zacieśniania będzie to niespodzianka dla sceptycznie nastawionego rynku. Z kolei Norges Bank powinien pozostawić stopę depozytową bez zmian na 1,50 proc., co będzie to spójne z przekazem, jaki otrzymaliśmy po wrześniowej podwyżce oraz z przedstawioną wówczas projekcją. Choć ostatnie dane o aktywności gospodarczej miejscami rozczarowały, większym problemem dla Norges Banku może być podtrzymywana przecena NOK. Jednak w obecnym otoczeniu jest mało realne, aby bank centralny wysyłał jastrzębie sygnały i w ten sposób zawrócił trend korony.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Gartner: dzięki robotyzacji możemy pracować nawet o 30% krócej

25 tys. godzin – o tyle mogłyby skrócić w ciągu roku czas pracy działy finansowe. Dzięki automatyzacji i wykorzystaniu tzw. rozwiązań RPA, część powtarzalnych i żmudnych czynności już dziś z powodzeniem można zastąpić technologią – wskazują analitycy.

1,5 mln euro oszczędności, redukcja błędów z 45 do 4 przy przetwarzaniu 8500 faktur miesięcznie oraz skrócenie o 75% czasu przetwarzania faktury – to tylko kilka korzyści wynikających z wprowadzenia rozwiązań Robotic Process Automation w jednej z globalnych firm doradczych.

RPA, to tłumacząc dosłownie: Zrobotyzowana Automatyzacja Biznesu. – To zastąpienie manualnej pracy człowieka pracą robota. Jednak bynajmniej nie przez tego fizycznie istniejącego, tylko software’owego wyjaśnia Tomasz Kuciel, prezes zarządu Edisona, należącej do międzynarodowej grupy Editel firmy specjalizującej się w automatyzacji komunikacji b2b.

Blisko milion dolarów taniej

Automatyzacji procesów finansowych postanowił przyjrzeć się Gartner. Firma przebadała 150 decydentów odpowiedzialnych w firmach za finanse. Okazało się, że po wprowadzeniu rozwiązań RPA, czyli technologii automatyzującej powtarzalne procesy biznesowe z wykorzystaniem programów komputerowych, można byłoby skrócić czas pracy o 30%. Oznacza to, że zamiast 8 godzin, pracownicy działów finansowych, mogliby pracować krócej o ponad 2h. Dla pracodawcy, przy założeniu 40 zatrudnionych na etat osób w dziale finansowym, oznacza to oszczędność na poziomie 25 tys. roboczogodzin rocznie i kwoty 878 tys. dolarów.

– Automatyzację postrzega się często przez pryzmat robotów, sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego, generalnie zaawansowanych technologii, tymczasem są to często działania niskopoziomowe i niskokosztowe. Dobrym przykładem może być znana od 30 lat technologia EDI czyli elektronicznej wymiany dokumentów. Jej wdrożenie w Castoramie skróciło obieg faktur z 12 dni do 45 minut czyli proces przyśpieszono aż 384 razy. Całkowicie eliminując ręczne procesy rozliczeniowe, odzyskano czas pracowników, których można było skierować do innych działań – zwraca uwagę Tomasz Kuciel, prezes zarządu Edisona.

Tak dla automatyzacji, nie dla finansowego raportowania

Gartner zwraca jednocześnie uwagę na to, że zaledwie 29% badanych firm, które wdrożyły rozwiązania do automatyzacji, wykorzystuje je w obszarze raportowania finansowego.  I choć 88% kontrolerów finansowych chce wdrożyć do końca przyszłego roku rozwiązania w obszarze RPA, to niekoniecznie w obszarze raportowania.

Firma analityczna zidentyfikowała 3 bariery utrudniające wdrożenie rozwiązań RPA – to obawa o wyeliminowanie człowieka z procesu decyzyjnego, przekonanie o niskim zwrocie z inwestycji i opóźnienia związane ze standaryzacją procesów przed implementacją systemów.

Automatyzacja jest potrzebna ze względu na coraz trudniejszą sytuację na rynku pracy. Z jednej strony wykonywanie żmudnych, monotonnych czynności sprzyja powstawaniu błędów i generuje koszty, z drugiej, coraz mniej osób chce je wykonywać – zwraca uwagę Tomasz Kuciel.

Wartość rynku rozwiązań RPA ma rosnąć do 2022 r. o 30,14% rok do roku i – jak wynika z danych firmy analitycznej MarketsandMarkets – wzrosnąć do poziomu 2,46 mld dolarów.

Warta sprzedaje biurowiec w centrum Warszawy

Towarzystwo Ubezpieczeń i Reasekuracji „Warta” SA, reprezentowane przez międzynarodową agencję doradczą CBRE, sfinalizowało projekt sprzedaży budynku biurowego w centrum Warszawy, który być może w przyszłości zmieni swoją funkcję. Warta, w ramach konsolidacji przeniesie wszystkie swoje stołeczne biura do nowej siedziby przy Rondzie Daszyńskiego do 2021 roku.

Warta biurowiec w centrum WarszawyProjekt sprzedaży budynku należącego do TUiR Warta S.A. oraz sam proces konsolidacji i przeprowadzki do nowego biura to doskonały przykład nowego trendu na rynku nieruchomości, tzw. sale&leaseback. Agencja doradcza CBRE, która brała udział w procesie negocjacyjnym, zaproponowała rozwiązanie, które polega na sprzedaży biurowca z najmem zwrotnym. Dzięki tej umowie, Warta przez 3 lata pozostaje w budynku, a nowy inwestor ma czas na przygotowanie projektu nowej inwestycji i wszelkich niezbędnych pozwoleń.

Przeprowadzona sprzedaż biurowca zlokalizowanego przy Alejach Jerozolimskich 133a, to kolejna już transakcja dotycząca projektów nieruchomościowych, jakie Warta przeprowadziła w ostatnim czasie. W czerwcu tego roku Warta podpisała umowę dotyczącą wynajmu niemal 20 tys. mkw. w biurowcu Warsaw Unit. To jedna z największych umów najmu podpisanych w ostatnich latach na stołecznym rynku biurowym. Dzięki niej już w 2021 roku Warta przeprowadzi się do budynku o najwyższym standardzie biurowym na rynku, co pozwoli nam jeszcze skuteczniej wykorzystać potencjał drzemiący w zespole – mówi Dawid Korszeń, rzecznik prasowy Warty.

Ustalenia obu stron dają nowemu inwestorowi możliwość zmiany funkcji budynku bez konieczności jego wyburzania. Przykład ten obrazuje alternatywne rozwiązania inwestycyjne, które podyktowane są coraz mniejszą dostępnością terenów pod nowe projekty. Dzięki transakcjom typu „sale&leaseback” przedsiębiorcy śmielej wchodzą w tego typu rozwiązania i odważniej podchodzą do przebudowy i adaptacji starych budynków do nowych funkcji.

Wyłonienie nowego nabywcy budynku przy Al. Jerozolimskich 133a było procesem niezwykle złożonym i czasochłonnym. Tym bardziej cieszy nas fakt, że udało się pogodzić interesy naszego klienta, który zagwarantował sobie pozostanie w biurze do czasu przeprowadzki do nowego budynku oraz inwestora, który do czasu uzyskania stosownych pozwoleń ma zapewnione stabilne przychody z najmu nieruchomości – mówi Paweł Nowak, zastępca dyrektora działu Gruntów Inwestycyjnych i Inwestycji Alternatywnych, CBRE.

Skonsolidowane wyniki finansowe PKN ORLEN w III kwartale 2019

PKN ORLEN zakończył III kwartał 2019 roku z zyskiem operacyjnym EBITDA wg LIFO na poziomie 3,2 mld zł, co oznacza wzrost o blisko 800 mln zł, czyli ponad 30 proc. w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. Wynik został wypracowany przy rekordowym przerobie oraz wzroście łącznych wolumenów sprzedaży o 3% (r/r). Najwyższy w historii wynik odnotował segment detaliczny, wypracowując rezultat EBITDA wg LIFO na poziomie 925 mln zł, czyli o ponad 200 mln wyższy w porównaniu do III kwartału ubiegłego roku.

W tym czasie rozpoczęto realizację strategicznej dla ORLEN Południe inwestycji instalacji glikolu propylenowego oraz sfinalizowano zakup licencji i projektu bazowego dla instalacji bioetanolu II generacji. Z kolei ANWIL, włocławska spółka z Grupy ORLEN, we wrześniu br. zawarł umowę na budowę infrastruktury pomocniczej w związku z prowadzoną inwestycją nawozową. Koncern otrzymał również zgody urzędów antymonopolowych na przejęcie kolejnych 7 stacji paliw na rynku słowackim.

W III kwartale 2019 roku PKN ORLEN osiągnął:
 
• 3,2 mld zł EBITDA wg LIFO, co oznacza wzrost o blisko 800 mln (r/r)
• Rekordowy wynik segmentu detalicznego na poziomie 925 mln zł
• Wzrost łącznych wolumenów sprzedaży o 3% (r/r) do poziomu 11,4 mt
• Wzrost wolumenów w detalu o 5% (r/r)

W III kwartale 2019 roku odnotowano spadek modelowej marży downstream
o (-) 0,1 USD/bbl (r/r) oraz spadek cen ropy o (-) 13 USD/bbl (r/r), do poziomu 62 USD/bbl. W tym czasie średni kurs PLN osłabił się względem EUR i USD. Na wszystkich rynkach odnotowano wzrost konsumpcji benzyny. Konsumpcja oleju napędowego wzrosła w Polsce, Czechach i na Litwie, przy stabilnym poziomie w Niemczech.

Decyzje biznesowe w połączeniu z determinacją w ich realizacji przynoszą wymierne efekty.  Konsekwentnie zwiększamy skalę działania. Bardzo dobre wyniki Grupy ORLEN potwierdzają słuszność naszych decyzji. W tym czasie znacząco wzmocniliśmy też wizerunek i postrzeganie marki ORLEN nie tylko w Polsce, ale globalnie, co przełożyło się na kolejne rekordowe zyski w detalu.  Jesteśmy  w bardzo dobrej kondycji finansowej, mamy solidną bazę do dalszego rozwoju i realizacji strategicznych projektów, które są tak ważne dla przyszłości Grupy ORLEN. Szczególnie w kontekście  dalszego wzmacniania  pozycji na rynku krajowym i zagranicznym – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Segment downstream w ostatnim kwartale wypracował wynik EBITDA wg LIFO na poziomie 2,4 mld zł, co oznacza wzrost o 640 mln zł (r/r). Rezultat został wypracowany przy wzroście wolumenów sprzedaży o 2% (r/r), w tym oleju napędowego o 2%, LPG o 3%, olefin o 13%, poliolefin o 2% i PTA o 44%. Wśród kluczowych inwestycji w obszarze downstream realizowanych w III kwartale znalazły się instalacje glikolu propylenowego i bioetanolu II generacji w Trzebini, rozbudowa zdolności produkcyjnych nawozów we Włocławku oraz instalacja polietylenu w czeskim Litvinowie.

Segment detaliczny w tym czasie wypracował wynik EBITDA wg LIFO na poziomie 925 mln zł, co oznacza wzrost o 202 mln zł (r/r). Do dobrego wyniku przyczynił się wzrost wolumenów sprzedaży, łącznie o 5% (r/r), w tym: w Polsce o 4%, w Czechach o 8%, na Litwie o 4% i w Niemczech o 6%. W minionym kwartale Koncern odnotował wzrost udziałów o 0,9 pp (r/r) w Czechach, o 0,2 pp (r/r) w Niemczech oraz o 0,1 pp (r/r) na Litwie. W tym czasie kontynuowano również konsekwentny rozwój oferty pozapaliwowej poprzez otwarcie 39 punktów gastronomicznych. Na koniec III kwartału 2019 roku funkcjonowało 2108 punktów, w tym 1681 Stop Cafe w Polsce, 298 Stop Cafe w Czechach, 23 Stop Cafe na Litwie oraz 106 Star Connect w Niemczech. We wrześniu Koncern otrzymał pozwolenie urzędów antymonopolowych Słowacji i Austrii na przejęcie kolejnych 7 stacji paliw na rynku słowackim. Rozpoczęto również proces cobrandingu, który ma doprowadzić do uspójnienia marki, pod którą działają europejskie stacje Koncernu.

W segmencie upstream wypracowano wynik EBITDA wg LIFO na poziomie 85 mln zł, porównywalny do analogicznego okresu ubiegłego roku, przy średnim wydobyciu 17,7 tys. boe/d. W Polsce zakończono wiercenie otworu Czarna Dolna-1 i Bystrowice OU-2, gdzie potwierdzono gazonośność, oraz rozpoczęto wiercenie otworu Bystrowice OU-3. Na aktywach kanadyjskich rozpoczęto wiercenie 8 odwiertów, a 3 odwierty zostały poddane szczelinowaniu. Do produkcji zostało włączonych 5 otworów na obszarze Kakwa oraz Ferrier.

Poziom zadłużenia netto w III kwartale został zredukowany do 2 mld zł, głównie w efekcie dodatnich przepływów z działalności operacyjnej w wysokości 3,4 mld PLN. Jednocześnie zredukowano poziom dźwigni finansowej do 5,2%, która znajduje się na bezpiecznym, zdecydowanie niższym niż zakładany w Strategii, poziomie. W sierpniu br. PKN ORLEN wypłacił Akcjonariuszom dywidendę na historycznie wysokim poziomie – 3,5 zł na akcję.

Przekształcenie OFE w IKE przyczyni się do zwiększenia poziomu partycypacji w PPK

Otwarte Fundusze Emerytalne w obecnym kształcie są nastawione na ich wygaszanie. Regulacje prawne obowiązujące od 2014 roku powodują, że nie ma już zastępowalności członków OFE. Z każdym rokiem z systemu wypływają znaczne środki do ZUS z tytułu tzw. suwaka bezpieczeństwa. Zmiany są więc niezbędne. OFE można zreformować i przekształcić w innego rodzaju fundusze, działające w ramach trzeciego – dobrowolnego i prywatnego filaru systemu emerytalnego. Federacja Przedsiębiorców Polskich oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej przedstawiły raport, w którym dokonano porównania możliwych scenariuszy przekształcenia OFE.

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich

– Rząd podjął decyzję o przeniesieniu środków zgromadzonych w OFE na Indywidualne Konta Emerytalne lub przekazaniu ich do ZUS. To najlepsza opcja z możliwych – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Wybrana przez rząd opcja z punktu widzenia bezpieczeństwa finansowego przyszłych emerytów oraz sytuacji polskiego rynku finansowego wydaje się być optymalnym rozwiązaniem. Z szacunków FPP i CALPE wynika, że dzięki temu do roku 2035 w Polsce można oczekiwać wzrostu wartości aktywów emerytalnych – wszystkich rodzajów funduszy – do 17 proc. PKB. Prywatyzacja środków w OFE jest bardzo ważna także ze względu na wdrażane obecnie Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK). Przyczyni się do zwiększenia poziomu zaufania obywateli do nowego systemu. To szczególnie ważne – biorąc pod uwagę wcześniejsze niekorzystne zmiany wprowadzane w zakresie OFE. Zakłada się, że wybrany wariant zmian pozwoli na osiągnięcie wyższego poziomu partycypacji w PPK – wskazał Kozłowski.

Zakończyła się budowa gazociągu Lwówek-Odolanów. To kluczowa inwestycja dla uniezależnienia się od dostaw rosyjskiego gazu

Zakończyła się budowa gazociągu Lwówek-Odolanów. To kluczowa inwestycja dla uniezależnienia się od dostaw rosyjskiego gazu 6

Terminal LNG w Świnoujściu, statek typu FSRU w porcie gdańskim oraz gazociąg Baltic Pipe pozwolą zwiększyć import gazu do Polski z nowych źródeł dostaw. Zakończyła się właśnie budowa gazociągu relacji Lwówek-Odolanów, który jako pierwszy rozprowadzi gaz ziemny dostarczony z Szelfu Norweskiego do Polski za pośrednictwem Baltic Pipe. To jeden z projektów GAZ-SYSTEM budujących bezpieczeństwo energetyczne w naszym kraju.

– Gazociąg między Lwówkiem a Odolanowem jest tylko ogniwem w długim łańcuszku naszych inwestycji. Budowane przez nas 2 tys. kilometrów gazociągów wysokiego ciśnienia połączą Szelf Norweski w zasadzie z Podkarpaciem, czyli przejdziemy przez całą Polskę, ścianę zachodnią, Śląsk, Małopolskę i Podkarpacie. Rozpoczęliśmy również budowę gazociągu w stronę Słowacji, która połączona jest z Węgrami, a te z Chorwacją. Ten korytarz to jest nowa oś transportu północ-południe wobec dotychczasowej wschód-zachód – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Stępień, prezes GAZ-SYSTEM.

Energetyka gazowa może zastąpić energetykę węglową, zwłaszcza że z polskiego systemu energetycznego stopniowo wyłączane są stare elektrownie na węgiel. Gaz ziemny coraz częściej zastępuje węgiel, powstają nowe inwestycje, jak Baltic Pipe, Terminal LNG w Świnoujściu, czy statek LNG typu FSRU w porcie gdańskim. Oddany właśnie do użytku przez GAZ-SYSTEM gazociąg relacji Lwówek-Odolanów to pierwszy gazociąg, który rozprowadzi gaz z Baltic Pipe.

Baltic Pipe do 2022 roku ma połączyć norweskie złoża gazu ziemnego z systemem przesyłowym w Danii, skąd surowiec będzie trafiać na polski rynek i dalej do sąsiednich krajów. To oznacza szereg inwestycji – budowę tłoczni gazu w Gustorzynie, rozbudowę tłoczni w Goleniowie i Odolanowie oraz budowę gazociągów.

– Baltic Pipe to nie jest tylko odcinek podmorski, który połączy Danię z Polską, to również system przesyłowy na terenie Polski. Jest to wielki projekt, który swoim zasięgiem wykracza poza granice Polski – przekonuje Piotr Naimski, sekretarz stanu w KPRM i Pełnomocnik Rządu ds. Strategicznej Infrastruktury Energetycznej.

Gazociąg między Lwówkiem a Odolanowem przechodzi w zasadzie przez całe województwo wielkopolskie. Ma długość 168 kilometrów, a ciśnienie może być o 30-50 proc. wyższe niż w istniejących sieciach gazowych. Zakończenie budowy tego gazociągu to początek nowego etapu w budowaniu polskiego bezpieczeństwa energetycznego.

– Ten odcinek od razu włączony został do sieci przesyłowej gazu w Polsce. Każdy wybudowany nowy odcinek od razu wzmacnia nasze bezpieczeństwo i system przesyłowy w Polsce – przekonuje Naimski.

Gazociąg jest częścią olbrzymich inwestycji spółki. Docelowo Baltic Pipe, Terminal LNG w Świnoujściu i planowany statek LNG typu FSRU w porcie gdańskim mają zwiększyć możliwości importowe gazu do Polski do ponad 17 mld m3 rocznie.

– W 2020 roku planujemy oddać do eksploatacji kolejnych 7 gazociągów o łącznej długości 420 km. W  2021r. kolejne 4 gazociągi o długości łącznej 230 km, w 2022 r. prawie 700 km, w międzyczasie 4 tłocznie gazu, rozbudowa terminala LNG w 2021 o 50 proc. przepustowości, a w samym 2022 r. również oddajemy gazociąg podmorski Baltic Pipe. Razem to jest ponad 17 mld m3 możliwości importowych z kierunków północnych, a sama sieć jest w stanie przesłać dużo, dużo więcej – zapowiada Tomasz Stępień, prezes GAZ-SYSTEM.

Docelowo GAZ-SYSTEM do 2029 roku zrealizuje ponad 30 kluczowych inwestycji. Znacząco wzrośnie długość krajowej sieci przesyłowej (nawet do ok. 14,8 tys. km), przede wszystkim jednak znacznie zwiększy to bezpieczeństwo energetyczne kraju i pozwoli zdywersyfikować dostawy gazu do Polski.

– Traktujemy Baltic Pipe jako jeden z projektów na rzecz bezpieczeństwa energetycznego w naszym kraju i również jako ten bardzo ważny projekt, który sprzyja budowaniu gospodarki niskoemisyjnej. Zastępujemy węgiel gazem ziemnym – mówi Jerzy Kwieciński. – Budowanie bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju, budowanie spójnego systemu przesyłu i dystrybucji gazu w całej Europie Środkowo-Wschodniej, jak również budowanie gospodarki niskoemisyjnej to priorytety, które zyskały uznanie w Komisji Europejskiej.

Na infrastrukturę gazową w ramach obecnej perspektywy budżetowej UE w latach 2014-2020 Polska uzyskała 16,5 mld zł, z czego jedną trzecią stanowi dotacja z UE w ramach perspektywy infrastruktura i środowisko.

– Współpraca na poziomie politycznym w Unii Europejskiej odbywa się w ramach budowy Unii Energetycznej. W ramach tej inicjatywy kraje członkowskie Unii Europejskiej współpracują, żeby mieć zapewnione bezpieczeństwo dostaw energii w ramach Unii. Ta współpraca dotyczy nie tylko infrastruktury gazowej, ale chociażby infrastruktury elektrycznej, a dzięki temu mamy również wsparcie funduszy unijnych w ramach polityki spójności – podkreśla Jerzy Kwieciński.

Fintechy rzucają wyzwanie bankom. Realizują transakcje międzynarodowe przy pomocy kart z odroczonym terminem płatności

Fintechy rzucają wyzwanie bankom. Realizują transakcje międzynarodowe przy pomocy kart z odroczonym terminem płatności 7

Polski rynek fintechów rośnie w siłę. Młode spółki, które tworzą innowacyjne produkty i usługi płatnicze na bazie nowych technologii, odpowiadają na coraz bardziej wyśrubowane oczekiwania klientów i wprowadzają na rynek usługi konkurencyjne dla oferty banków. Coraz popularniejsze są wielowalutowe karty płatnicze, którymi można płacić za zakupy stacjonarnie i w internecie. Nowa, niebankowa karta Twisto pozwala robić zakupy w kraju i zagranicą, a dodatkowo odroczyć płatność nawet do 45 dni bez dodatkowych kosztów.

– Otwarta bankowość i rosnąca świadomość klientów doprowadziły nas do tego miejsca, gdzie jesteśmy dzisiaj. Firmy niebankowe, fintechy są już w stanie wydawać karty, tworzą dla klientów coraz bardziej nowoczesne usługi i sposoby płatności. Wcześniej transakcje międzynarodowe były zarezerwowane tylko i wyłącznie dla banków. Dziś to fintechy wprowadzają na rynek karty wielowalutowe – mówi agencji Newseria Biznes Renata Salata, Chief Growth Officer Twisto.

Młode spółki, które tworzą innowacyjne produkty i usługi płatnicze na bazie nowych technologii, odpowiadają na coraz bardziej wyśrubowane oczekiwania klientów. Jak wynika z badań firmy doradczej PwC – blisko dwie trzecie (57 proc.) klientów banków jest skłonnych w przyszłości zastąpić doradcę rozwiązaniem technologicznym, a fintechy mogą w nadchodzących latach przejąć do 33 proc. światowego rynku usług finansowych. Zwłaszcza w Polsce sprzyja im otwartość klientów na nowinki technologiczne w finansach, czego dowodem jest m.in. lawinowo rosnąca popularność BLIKa i  płatności zbliżeniowe.

Jak wynika z danych PwC, Polska należy do grupy 10 przodujących państw świata w transakcjach zbliżeniowych, a Visa podaje, że jeszcze w tym roku Polska będzie pierwszym krajem na świecie, który osiągnie 100 proc. akceptacji dla transakcji zbliżeniowych.

– Żyjemy coraz szybciej, szukamy rozwiązań, które mogą ułatwić nam życie, więc chętnie korzystamy z technologii. Świat finansów oferuje wiele takich uproszczeń. Jeszcze niedawno nikt sobie nie wyobrażał, że będziemy płacić telefonem, a już dzisiaj w Azji można płacić tylko i wyłącznie twarzą (skanowanie biometryczne – przyp. red.). Klienci bardzo szybko przestawią się na te najłatwiejsze sposoby płacenia – mówi Renata Salata. – Z drugiej strony, dzisiaj na polskim rynku ponad 50 proc. płatności za zakupy internetowe wciąż jest dokonywanych gotówką. Myślę, że ten trend niebawem się odwróci, bo klienci są coraz bardziej świadomi i korzystają z BLIKa, płatności odroczonych, zbliżeniowych – dodaje.

Do tej pory w sektorze finansów banki miały pozycję monopolisty, co w dużej mierze zmieni dyrektywa PSD2 i zawarta w niej koncepcja otwartej bankowości, którą banki musiały wdrożyć od 14 września br. Fintechy wprowadzają jednak na rynek usługi oparte na nowych technologiach, konkurencyjne do ich oferty. Przykładem jest Twisto – fintech, który dotąd oferował płatności odroczone (kup teraz, zapłać później). Z tej usługi można skorzystać już w ok. 300 sklepach internetowych. Spółka wprowadza teraz kolejne narzędzie: wielowalutową kartę płatniczą, którą można płacić w każdym sklepie internetowym i stacjonarnym w Polsce i za granicą – wszędzie tam, gdzie akceptowane są karty płatnicze z logo Mastercard.

– Może z niej skorzystać każdy, kto ma ochotę wypróbować czegoś nowego, innowacyjnego i ułatwiającego życie. Twisto to ekosystem płatności – można płacić w internecie, w sklepach stacjonarnych i po upływie 45 dni uregulować jeden rachunek. To rozwiązanie bardzo proste i czytelne. Do tego umożliwia kontrolę nad wydatkami, bo wszystkie są skupione w jednym miejscu i skategoryzowane – podkreśla Renata Salata.

Żeby robić zakupy za pośrednictwem Twisto, klient nie musi mieć pieniędzy na koncie. Karta jest połączona z dedykowaną aplikacją. Posiadacz karty kupuje w ramach przyznanego miesięcznego limitu (okres rozliczeniowy trwa od 1 do ostatniego dnia każdego miesiąca), a potem zwraca należną kwotę – od razu lub do 45 dni. Poziom wykorzystania limitu i zestawienie wszystkich transakcji są widoczne w aplikacji w czasie rzeczywistym. Użytkownik dostaje też powiadomienie push po każdej dokonanej transakcji i zestawienie wydatków na koniec dnia. Na koniec miesiąca otrzymuje podsumowanie wydatków i dodatkowe 15 dni na ich uregulowanie. Wtedy może zdecydować, czy chce spłacić całość czy przesunąć płatność o następny miesiąc.

– Karta i aplikacja są darmowe, podobnie jak 45 dni korzystania z limitu w Twisto. Po spłacie wydatków, ponownie otrzymujemy bezpłatny limit. I tak co miesiąc. Dopiero kiedy klient decyduje o odroczeniu płatności na dłuższy czas – wchodzimy już w okres płatny i klient płaci 45 groszy za każde 10 zł, które przesuwa. Niemniej na samym początku zaczynamy z promocją, w której przesunięcie płatności o 3 miesiące będzie bezpłatne. Chcemy, żeby polscy klienci mieli możliwość sprawdzenia tego rozwiązania w praktyce i przekonania się, jak jest to proste – mówi Renata Salata.

Kartą Twisto klient może również płacić w zagranicznych sklepach – wówczas przeliczenie transakcji odbywa się po bardzo korzystnym kursie, bez opłat i prowizji.

– Korzystamy ze średniego kursu Mastercard. Na naszej stronie internetowej są bardzo szczegółowe informacje na temat kursu, będzie można je porównywać. Klienci zawsze będą mieli aktualne informacje na temat kursu, według którego przeliczane są ich transakcje – mówi Renata Salata, Chief Growth Officer Twisto.

Fintechowa spółka ma już kolejne plany rozwoju. Jeszcze w tym roku zaoferuje użytkownikom aplikacji program Cashback, czyli zwrot części wydatków na konto, oraz funkcję Twisto Split, czyli łatwy podział rachunku między znajomych (nawet tych, którzy nie korzystają z aplikacji Twisto). Z kolei na początku przyszłego roku użytkownicy dostaną dostęp do zakupów na raty z poziomu aplikacji, a później płatności z Apple Pay i Google Pay.

– Zmierzamy w kierunku społeczeństwa bezgotówkowego, wobec czego takie ekosystemy płatnicze będą wypierać gotówkę z naszego codziennego życia – prognozuje Renata Salata.

Według wyliczeń Cashless i fundacji Fintech Poland na polskim rynku działa około 170 takich spółek, z których połowa to fintechy płatnicze.

Prawie 70 proc. Polaków niezadowolonych z opieki zdrowotnej. Dużo skarg pacjentów dotyczy SOR-ów

Prawie 70 proc. Polaków niezadowolonych z opieki zdrowotnej. Dużo skarg pacjentów dotyczy SOR-ów 8

50 tys. zgłoszeń wpływa rocznie do Rzecznika Praw Pacjenta. Dotyczą one przede wszystkim leczenia szpitalnego oraz ambulatoryjnego. Pacjenci skarżą się na zbyt długi czas oczekiwania, niską jakość świadczeń, odmowy ich udzielenia oraz brak ciągłości leczenia. Zdaniem Rzecznika Praw Pacjenta najgorzej oceniane są szpitalne oddziały ratunkowe, najlepiej zaś jednostki podstawowej opieki zdrowotnej. Przyczyną trudnej sytuacji opieki medycznej w Polsce – według RPP – jest przede wszystkim niewystarczające finansowanie, braki kadrowe oraz problemy z organizacją funkcjonowania podmiotów leczniczych.

Jak pokazują ubiegłoroczne badania CBOS, przytaczane przez NIK, aż 66 proc. Polaków ocenia działalność polskiej służby zdrowia negatywnie, z tego 27 proc. zdecydowanie negatywnie. Zgodnie z informacjami zawartymi w opublikowanym w maju tego roku raporcie „System ochrony zdrowia w Polsce – stan obecny i pożądany kierunek zmian” Najwyższej Izby Kontroli tak niska ocena wynika przede wszystkim z długiego oczekiwania pacjentów na uzyskanie świadczenia. Problemy z dostępem do świadczeń należą też do najczęściej zgłaszanych na infolinii Rzecznika Praw Pacjenta – w 2018 roku przyjęto ponad 24 tys. tego rodzaju zgłoszeń, czyli o ponad 8 tys. więcej niż 3 lata wcześniej.

– Najczęstsze sygnały, które docierają do Biura Rzecznika Praw Pacjenta, dotyczą zasadniczo dwóch kwestii: pierwsza to kwestia związana z dostępnością do świadczeń opieki zdrowotnej, zwłaszcza ambulatoryjnej opieki specjalistycznej, a druga kwestia dotyczy bezpieczeństwa pacjenta – mówi agencji informacyjnej Newseria Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta.

Najwyższa Izba Kontroli wskazała kilka podstawowych przyczyn takiego stanu rzeczy m.in. nieefektywne finansowanie systemu ochrony zdrowia, nieprawidłową koordynację działań w zakresie tworzenia i funkcjonowania podmiotów leczniczych, brak skoordynowanej opieki nad pacjentem oraz braki kadrowe. Zdaniem Rzecznika Praw Pacjenta, aby system finansowania opieki zdrowotnej był wydolny, wydatki z budżetu państwa powinny sięgać 6 proc. PKB.

– Procedury medyczne są coraz droższe, mamy coraz doskonalsze leki i wyroby medyczne, a w ślad za tym – wyższe ceny. Poza tym mamy problem demograficzny, z którym musimy się zmierzyć, czyli starzejące się społeczeństwo, wielochorobowość, co również będzie generowało wyższe wydatki – mówi Bartłomiej Chmielowiec.

Zdaniem Rzecznika pierwsze kroki w kierunku zwiększenia finansowania systemu ochrony zdrowia już zostały poczynione. Obecnie rządzący powinni się skoncentrować na usprawnieniu organizacji podstawowej opieki zdrowotnej. Najbardziej palące potrzeby w tym zakresie to wydzielenie budżetu na działania profilaktyczne, umożliwienie lekarzom POZ przeprowadzania badań profilaktycznych oraz prowadzenia pacjentów z chorobami przewlekłymi, o ile nie wymagają oni świadczeń udzielanych przez lekarzy specjalistów. W ten sposób do specjalistów trafialiby wyłącznie chorzy faktycznie wymagający tego rodzaju opieki, co korzystnie wpłynęłoby na zmniejszenie czasu oczekiwania na wizytę.

– Powinniśmy odchodzić od leczenia szpitalnego, gdzie procedury są najdroższe, na rzecz udzielania świadczeń w ramach ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Kwestia profilaktyki i edukacji pacjentów jest również niezmiernie istotna, bo tak naprawdę to, czy będziemy zdrowi i w jakim zdrowiu upłynie nam życie, zależy w głównej mierze od nas – mówi Bartłomiej Chmielowiec.

Jak pokazuje raport Rzecznika Praw Pacjenta, największe niezadowolenie chorych budzi opieka szpitalna, zwłaszcza na szpitalnych oddziałach ratunkowych. Dotyczy ich 17 proc. zgłoszeń na temat leczenia szpitalnego. Co roku Rzecznik Praw Pacjenta otrzymuje za pośrednictwem infolinii blisko 3 tys. zgłoszeń odnośnie do SOR-ów. Dotyczą one przede wszystkim zbyt długiego czasu oczekiwania na uzyskanie świadczenia oraz niezadowalającą jakość otrzymanej pomocy. Zdaniem Rzecznika Praw Pacjenta problemem jest przede wszystkim brak odpowiedniej organizacji pracy oddziałów ratunkowych.

– Z naszych doświadczeń m.in. z kontroli SOR-ów oraz izb przyjęć na Śląsku wynika, że podstawowy problem związany był z organizacją funkcjonowania tych oddziałów, wydłużających się badań i braku decyzji, które powinny zapaść w odpowiednim momencie. Na to również nałożył się brak odpowiedniego zaplecza kadrowego, czyli brak lekarzy, ratowników i pielęgniarek – mówi Bartłomiej Chmielowiec.

Rzecznik podkreśla jednocześnie, że błędy systemowe nie wyczerpują problemów związanych ze szpitalnymi oddziałami ratunkowymi. Bardzo często za wydłużające się kolejki odpowiedzialni są bowiem pacjenci, nieroztropnie wybierając tę formę pomocy medycznej. Na SOR trafiać powinni wyłącznie pacjenci z poważnym stanem zagrożenia życia lub zdrowia, tymczasem zgłaszają się tam osoby z lekkimi dolegliwościami, które pomocy szukać powinny przede wszystkim w przychodniach rejonowych. Częstymi pacjentami są także osoby pragnące uzyskać zwolnienie z pracy lub lek na receptę.

– W sytuacji, kiedy faktycznie nasz stan zdrowia jest poważny, to oczywiście powinniśmy się starać domagać od personelu medycznego tego, aby te świadczenia zdrowotne zostały nam udzielone natychmiast – mówi Bartłomiej Chmielowiec.

Zdaniem Rzecznika Polacy są coraz bardziej świadomi swoich praw i coraz bardziej konsekwentnie domagają się ich realizacji. Świadczy o tym rosnąca liczba zgłoszeń na infolinię Rzecznika Praw Pacjenta. Z opublikowanego na początku tego roku raportu wynika, że co roku rejestrowanych jest blisko 50 tys. zgłoszeń, a dotyczą one przede wszystkim lecznictwa szpitalnego i ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. W ramach szpitalnictwa najwięcej skarg dotyczy funkcjonowania szpitalnych oddziałów ratunkowych oraz oddziałów ortopedycznych, internistycznych oraz ginekologiczno-położniczych.

– Na kolejnym miejscu jest ambulatoryjna opieka specjalistyczna i tu w głównej mierze te sygnały dotyczą braku dostępności do udzielania świadczeń zdrowotnych. Najlepiej oceniany jest POZ, czyli podstawowa opieka zdrowotna, bo z tego obszaru relatywnie najmniej sygnałów i najmniej skarg do nas dociera – mówi Bartłomiej Chmielowiec.

Inteligentne rozwiązania ułatwiają reagowanie na zmiany związane z klimatem. Gliwice tworzą system monitorowania stanu wód

Inteligentne rozwiązania ułatwiają reagowanie na zmiany związane z klimatem. Gliwice tworzą system monitorowania stanu wód 9

Polskie miasta coraz częściej rozwijają koncepcję smart city. Nowe rozwiązania nie tylko ułatwiają życie mieszkańców i pozwalają na oszczędności, ale także odpowiadają na największe wyzwania, w tym te związane z klimatem. Gliwice tworzą np. system monitorowania, który pozwoli sprawdzić stan wód, zapobiegnie powodzi czy umożliwi gromadzenie wody na wypadek suszy.

– Wprowadzamy wiele rozwiązań, które mają ułatwić życie mieszkańcom. Mają być użyteczne na co dzień, a nie wymagać dodatkowego zaangażowania ze strony mieszkańca, nakładu pracy i czasu. Dlatego zawsze, kiedy wdrażamy rozwiązania typu smart, myślimy żeby one działały na korzyść mieszkańca – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mariusz Śpiewak, zastępca prezydenta miasta Gliwice.

Szacuje się, że do 2030 roku, ponad 60 proc. populacji będzie mieszkać w miastach. Wyzwaniem jest stworzenie odpowiedniej infrastruktury, rozwiązań poprawiających bezpieczeństwo. Polskie miasta coraz częściej wdrażają rozwiązania smart city. To np. inteligentne oświetlenie, sygnalizacja świetlna, system kamer czy aplikacji poprawiających komunikację. To nie tylko domena Warszawy, Krakowa, czy Wrocławia. W Gliwicach od lat z powodzeniem wdrażane są technologie z obszaru tzw. smart cities – m.in. Centrum Ratownictwa Gliwice, inteligentny system sterowania ruchem czy innowacyjny system monitoringu wizyjnego.

– Wdrożyliśmy inteligentny system transportowy, którego celem jest ułatwienie kierowcom poruszanie się po mieście, ale z drugiej strony również ułatwienie korzystania z komunikacji publicznej. Ten system to zbiór pewnych rozwiązań, jest również aplikacja dla mieszkańca. Idea tego systemu jest wspieranie  życia mieszkańca – wskazuje Śpiewak.

Sygnalizacja świetlna w Gliwicach umożliwia szybki przejazd służbom ratunkowym. Podobne rozwiązania funkcjonują już z powodzeniem na Zachodzie – np. system kamer sprawdza, gdzie doszło do wypadku, skąd może nadjechać pomoc, a informacje przekazuje do systemu nadzorującego sygnalizację świetlną. W ten sposób ustawiane są tzw. „zielone korytarze”. Gliwicki ITS umożliwia płynną jazdę po mieście, pomaga znaleźć miejsce parkingowe, czy zaplanować najkorzystniejszą trasę.

Idea smart city wprowadzana jest także w komunikacji miejskiej, to np. synchronizacja środków transportu ułatwiająca przesiadki. Elementem inteligentnej komunikacji są także elektroniczne tablice informujące o godzinie przyjazdu czy ewentualnych utrudnieniach.

– Mamy już jeden wdrożony pełny system transportowy. Obecnie jesteśmy w trakcie wdrażania kolejnego inteligentnego systemu obejmującego całe miasto, którym jest inteligentne oświetlenie. Szereg miejsc zostało już objętych tym systemem inteligentnego oświetlenia, wdrażamy go systematycznie od 2012 roku, jeszcze przed nami ostatnie wdrożenia, ostatnie ulice, które chcemy zmodernizować – zapowiada zastępca prezydenta Gliwic.

Inteligentne oświetlenie LED może być łatwo sterowane elektronicznie i obejmować całe grupy lub poszczególne lampy. Można je włączać lub wyłączać o określonej porze, czasowo przyciemniać i kontrolować stan pracy poszczególnych urządzeń. To także atrakcyjne wizualnie rozwiązania, które podkreślają budynki czy określone partie miast.

– Rozwiązania smart w takich dziedzinach jak oświetlenie to spore oszczędności. Przechodzimy już na systemy LED-owe, przechodzimy na stałe zarządzanie energią, monitorujemy to zużycie energii, monitorujemy również sprawność systemu, przez co te ewentualne problemy z oświetleniem jesteśmy w stanie wyłapać w ciągu kilku minut, a problemy rozwiązywać natychmiast – przekonuje Śpiewak.

Inteligentne rozwiązania mają też odpowiadać na największe potrzeby, w tym te dotyczące zmian klimatu. Stąd np. budowa zbiorników retencyjnych, które zatrzymają wodę, czy budowa systemów odpływowych, które zapobiegną powodziom. Obecnie w Gliwicach trwają prace nad stworzeniem koncepcji całego systemu monitorowania wód.

 – Musimy monitorować przepływy wód, stan wód i nie da się tego zrobić odręcznie. Mamy obecnie w mieście kilka czujników, ale to jest za mało. Potrzebujemy globalnego systemu, dzięki któremu z jednej strony będzie możliwy podgląd stanu obecnego, ale również badanie możliwych scenariuszy, np. jaki wpływ na obecne przepływy będzie miało wyłączenie zbiornika, albo budowa nowego zbiornika retencyjnego, z której strony dopływy są silniejsze, z której mniejsze – tłumaczy Mariusz Śpiewak.

W Polsce jest zaledwie 4 tys. psychiatrów, a potrzeba ich kilkukrotnie więcej. Brakuje przede wszystkim psychiatrów dziecięcych

W Polsce jest zaledwie 4 tys. psychiatrów, a potrzeba ich kilkukrotnie więcej. Brakuje przede wszystkim psychiatrów dziecięcych 10

Średnio co czwarty Polak doświadcza przynajmniej jednego z przejawów złego stanu zdrowia psychicznego w ciągu roku. Blisko ćwierć miliona osób cierpi na przynajmniej trzy zaburzenia. Psychiatrycznie leczy się ok. 1,5 mln Polaków, jednak z powodu zbyt małej liczby lekarzy na wizytę czeka się miesiącami. Obecnie w Polsce pracuje ponad 4 tys. lekarzy psychiatrów, co oznacza że na milion osób przypada 90 specjalistów. Brakuje zwłaszcza psychiatrów dziecięcych – jest ich zaledwie ok. 400 na 7 mln dzieci.

– Braki kadrowe są piętą achillesową opieki zdrowotnej. To zaszłość, która wynika z tego, że nie była to atrakcyjna ścieżka kariery zawodowej. Rozwiązania są dwa, przede wszystkim szkolić, udostępniać pomoc, sprawić, że wejście w tę ścieżkę rozwoju zawodowego jest atrakcyjne. Drugi sposób to wciągnięcie wielu innych profesjonalistów do udzielania pomocy – psychoterapeutów, psychologów klinicznych, asystentów zdrowienia, asystentów socjalnych,  terapeutów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Jacek Wciórka, psychiatra z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.

Rozwiązanie problemów opieki psychiatrycznej należy do priorytetowych zadań Ministerstwa Zdrowia. Już od 2018 roku trwa pilotaż centrów zdrowia psychicznego. Nowe rozwiązania mają przede wszystkim pomóc chorym – dzieciom i nastolatkom. Zgodnie z założeniami, na początkowym etapie dzieci trafią do psychologów i psychoterapeutów. Jeżeli ich pomoc nie wystarczy, pacjenci trafią do środowiskowego centrum zdrowia psychicznego, a jeśli i to okaże się niewystarczające – do ośrodka wysokospecjalistycznej całodobowej opieki psychiatrycznej.

– 5-6 tys. lekarzy psychiatrów to liczba, która zbliżałaby nas do krajów, które nie mają takiej przerwy w życiorysie kadrowym. Szczególnie dotkliwy jest brak w zakresie psychiatrii dzieci i młodzieży, bo ich jest kilkuset, a mogłoby być 2-3 razy więcej – ocenia prof. Jacek Wciórka.

Obecnie, jak wynika z danych Naczelnej Izby Lekarskiej, w Polsce jest nieco ponad 4,2 tys. lekarzy psychiatrów. Na 100 tys. osób przypada 8,75 lekarzy, gorzej jest tylko na Malcie (8,5) i w Bułgarii (8,07). Dla porównania w Niemczech to 26,4, w Finlandii –24,47, a we Francji na 100 tys. mieszkańców przypada nieco ponad 22 psychiatrów. Dużym problemem jest zwłaszcza zbyt mała liczba lekarzy specjalizujących się w psychiatrii dziecięcej – z danych Sieci Obywatelskiej Watchdog na 7 mln dzieci przypada ok. 400 lekarzy.

– Brakuje także dobrze przygotowanych pielęgniarek psychiatrycznych i psychologów klinicznych, a także chętnych do pracy w sektorze publicznym psychoterapeutów. W Anglii poradzono sobie w ten sposób, że jak zabrakło psychiatrów, to przeszkolono pielęgniarki psychiatryczne, które są świetnymi fachowcami – wskazuje ekspert.

W Polsce został uruchomiony program szkoleń, a specjalizację psychoterapia dzieci i młodzieży będą mogli kończyć nie tylko lekarze, ale również przedstawiciele innych zawodów medycznych. Może to rozwiązać problem z dostępnością lekarzy – teoretycznie na wizytę u lekarza psychiatry w NFZ czeka się średnio 3-4 miesiące, ale w części miast termin znacznie się wydłuża. Tymczasem pomocy wymaga kilka milionów Polaków. Z Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego wynika, że ponad 23 proc. osób doświadcza przynamniej jednego przejawu złego stanu zdrowia psychicznego w ciągu roku.

– Kilka procent wymaga pilnej pomocy, kilkanaście do dwudziestu procent korzysta z pomocy psychiatrycznej. A potrzeby w tym zakresie, przynajmniej raz w życiu, ma około połowy, może trochę więcej niż połowa Polaków – wylicza prof. Jacek Wciórka.

Problem narasta, pojawiają się nawet aplikacje, które mają pomóc przy spadkach nastroju i złym samopoczuciu. Kontakt z lekarzem przez aplikacje może być jednak niewystarczający.

– Poczucie samotności, osamotnienia, mimo mediów społecznościowych dominuje. Myślę, że nawet ta passa na media społecznościowe wynika z tego, że w realnym życiu człowiekowi brakuje kontaktów, rozmów, przyjaźni – ocenia prof. Jacek Wciórka.

Żołnierze na polu walki są wyposażeni w coraz nowocześniejsze narzędzia. Zapotrzebowanie na zaawansowany sprzęt medyczny rośnie także w Polsce

Żołnierze na polu walki są wyposażeni w coraz nowocześniejsze narzędzia. Zapotrzebowanie na zaawansowany sprzęt medyczny rośnie także w Polsce 11

Szpitale polowe gotowe są już do przeprowadzania coraz bardziej zaawansowanych procedur chirurgicznych. Pracujący w nich lekarze wykonują jednak zaledwie jedną piątą zabiegów, które przeprowadzają chirurdzy w ogólnodostępnych placówkach. Tymczasem na wyposażeniu żołnierza-ratownika znajduje się coraz więcej narzędzi umożliwiających skuteczne ratowanie życia rannych, np. poprzez autotransfuzję.

– Postęp w medycynie jest bardzo duży obecnie i zmienia się to także w stosunku do medycyny pola walki. W tym roku premierę mają bardzo lekki, jednorazowy laryngoskop, który odchudzi plecak żołnierza-ratownika. Posiadamy także prowadnicę Bougie z wyginającą się końcówką, którą możemy manipulować i wybrać intubację konkretnego płuca – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Maciej Rajczuk, inżynier biomedyczny w Medline.

Dzięki miniaturyzacji urządzeń wykorzystywanych w medycynie ratunkowej żołnierz-ratownik może być przygotowany do udzielenia na polu walki coraz bardziej zaawansowanych procedur medycznych. Wiele z nich ma kluczowe znaczenie w ratowaniu osoby w stanie bezpośredniego zagrożenia życia. To chociażby zapewnienie ukrwienia narządów wewnętrznych rannej osoby dzięki autotransfuzji.

– Do autotransfuzji jest wykorzystywana opaska uciskowa HemaShock. Zamiast transfuzji na polu walki od innego żołnierza jesteśmy w stanie przetoczyć krew z kończyn rannego do jego narządów wewnętrznych, dzięki czemu jesteśmy w stanie pozyskać nawet 4 jednostki krwi biorcy i dawcy – tłumaczy ekspert.

Zmianie ulega jednak nie tylko wyposażenie żołnierza-ratownika, lecz także wygląd oraz znaczenie szpitali polowych. W czasie II wojny światowej pojawiły się pierwsze takie placówki mogące przeprowadzać proste interwencje chirurgiczne. Obecnie możliwości takich szpitali nie ograniczają się już tylko do podstawowych zabiegów, choć wciąż nie są należycie wykorzystywane w dziedzinie chirurgii.

Dziennikarze z US News przeprowadzili badanie, z którego wynika, że chirurdzy w placówkach wojskowych wykonują zaledwie 20 proc. liczby zabiegów, które przeprowadzają ich koledzy z cywilnych ośrodków. Jednocześnie uskarżają się oni na to, że w zespołach lekarskich pracuje zbyt mało specjalistów w dziedzinie chirurgii urazowej. Tymczasem co roku amerykańskie wojsko inwestuje 50 mld dol. w sieć placówek opieki zdrowotnej.

W Polsce zapotrzebowanie na nowoczesny sprzęt wojskowy jednak rośnie.

– Zapotrzebowanie jest bardzo duże. Obecnie wojsko modernizuje podstawowe wyposażenie każdego żołnierza. Wojska Obrony Terytorialnej także wyposażają się powoli w indywidualne pakiety medyczne, dostosowują się do standardów NATO oraz kopiują rozwiązania z wojska Stanów Zjednoczonych – mówi Maciej Rajczuk.

Z badania Variant Market Research wynika, że światowy rynek wojskowego sprzętu ochrony osobistej osiągnie do 2024 roku wartość 24,5 mld dol., rosnąc w najbliższych latach w tempie 6,5 proc. rocznie.

 

Noble Securities rezygnuje z działalności na rynku Forex, którą przejmie TMS Brokers

Dom maklerski Noble Securities S.A. 22 października 2019 podjął decyzję o sprzedaży zorganizowanej części przedsiębiorstwa, oferującej dla klientów usługi na rynku forex (OTC/ CFD) i tym samym od 23 listopada br. zaprzestaje prowadzenia rachunków za pośrednictwem platformy Noble Markets. Jako partnera do tej transakcji wybrał TMS Brokers S.A., dom maklerski z ponad 20 letnim doświadczeniem i bazą tysięcy klientów w Polsce oraz wybranych krajach Unii Europejskiej.

Na mocy tej umowy TMS Brokers przejmie świadczenie usług dla klientów Noble Securities, którzy wyrażą chęć kontynowania inwestycji na rynku OTC/ CFD. Celem podpisanego porozumienia jest zapewnienie płynnego procesu przenoszenia aktywów klientów oraz umożliwienie zainteresowanym osobom dalszej działalności na tym rynku. TMS Brokers utrzyma warunki transakcyjne jakie mieli klienci w Noble Securities, w tym platformę transakcyjną MT4.

Podstawą decyzji Noble Securities była analiza kluczowych segmentów działalności biznesowej spółki i zamiar koncentracji na głównych obszarach swojej działalności, czyli rozwijaniu usług w obszarze rynku giełdowego w tym doradztwa inwestycyjnego i bankowości inwestycyjnej. TMS Brokers widzi w przejęciu zorganizowanej części przedsiębiorstwa potencjał rozwoju biznesu, zwiększenia bazy klientów i konsolidowania rynku w Polsce. Na mocy porozumienia TMS Brokers przejmuje również umowy z pracownikami części przedsiębiorstwa związanej z rynkiem forex oraz wybranymi kontrahentami.

Cały proces przenoszenia aktywów z Noble Securities do Domu Maklerskiego TMS Brokers nie będzie wiązał się z koniecznością ponoszenia jakichkolwiek kosztów przez klientów. Oba domy maklerskie dołożą również wszelkich starań by procedura transferu aktywów była maksymalnie uproszczona przy minimum formalności. Klienci Noble Securities, którzy wyrażą stosowną zgodę, będą mieli możliwość płynnego przeniesienia swoich środków pieniężnych i otwartych pozycji na instrumentach finansowych do TMS Brokers.

W dniu ogłoszenia tego komunikatu klienci Noble Securities korzystający z usługi świadczonej na rynku forex (OTC/ CFD) zostali bezpośrednio poinformowani o proponowanych rozwiązaniach. Otrzymają oni również wszelką pomoc przy przenoszeniu swoich aktywów do TMS.

Dominik Ucieklak, Prezes Noble Securities S.A.:

„- Doceniając zaufanie jakim obdarzyli nas nasi dotychczasowi klienci działający za naszym pośrednictwem na rynku OTC/ CFD chcieliśmy ograniczyć ich niedogodności wynikające z naszej decyzji biznesowej o zakończeniu świadczenia usług na rynku forex. Współpraca z TMS Brokers, zainteresowanym klientom, pozwala przenieść otwarte pozycje i kontynuować inwestycję na warunkach nie gorszych niż dotychczas. Obecnie Zarząd Noble Securities dostrzega lepsze perspektywy rozwoju i generowania zysków w innych obszarach działalności.”

Marcin Niewiadomski, Prezes Zarządu TMS Brokers S.A.:

– Z satysfakcją przyjęliśmy wiadomość, że Noble Securities wybrał TMS Brokers jako partnera do transakcji przejęcia zorganizowanej części przedsiębiorstwa i powierzył nam kontynuację współpracy z klientami z segmentu OTC/CFD. Uważamy, że rynek usług finansowych będzie się konsolidował, cieszymy się, że możemy w tym procesie aktywnie uczestniczyć. Dzięki tej transakcji zwiększymy skalę, udziały rynkowe i potencjał biznesowy TMS Brokers. Jesteśmy przekonani, że nasza oferta spełni oczekiwania klientów Noble Securities. Dołożymy również wszelkich starań by proces przejścia dla klientów był jak najmniej uciążliwy.”

W Chile wrze, a prezydent błaga naród o wybaczenie

Wystarczyło ledwie kilka dni, by najstabilniejsze i najlepiej zarządzane państwo Ameryki Łacińskiej pogrążyło się w chaosie. Co się stało w Chile i dlaczego kraj mimo problemów prawdopodobnie szybko upora się z bieżącym dramatem? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

„Spójrzcie na Amerykę Łacińską. Argentyna i Paragwaj są w recesji, Meksyk i Brazylia w stagnacji, Peru oraz Ekwador w głębokim kryzysie politycznym. W tym kontekście Chile wygląda jak oaza, ponieważ mamy stabilną demokrację, gospodarka się rozwija, tworzymy miejsca pracy, rosną wynagrodzenia, a kondycja makroekonomiczna jest zrównoważona”. Jeszcze tydzień temu, kiedy w wywiadzie dla „Financial Times” z ust prezydenta Chile Sebastiana Pinera padły takie stwierdzenia, można było się pod nimi podpisać.

Niestety, dla tego bogatego w surowce andyjskiego kraju, wypowiedziane one zostały w złą godzinę. Dosłownie dwa dni po publikacji wywiadu w „FT”, 19 października Pinera musiał ogłosić stan wyjątkowy w stolicy kraju Santiago ze względu na olbrzymie protesty społeczne, dewastację obiektów użyteczności publicznej czy podpalenia i grabieże sklepów.

W kolejnych dniach dowiedzieliśmy się o kilkunastu ofiarach śmiertelnych tych protestów, a obrazy przedstawiane przez zagraniczne media pokazywały tak dużą skalę zniszczeń, że automatycznie nasuwały się porównania do wydarzeń w Wenezueli czy w Argentynie z przełomu wieku. Co więc spowodowało tak nagłą zmianę sytuacji w tym uporządkowanym i często podawanym jako przykład stabilności kraju?

To nie podwyżka cen biletów metra o 15 gr wywołała zamieszki

W skróconym przekazie medialnym można było usłyszeć, że katalizatorem niezadowolenia Chilijczyków były podwyżki cen biletów metra. Czy jednak możliwe, by wzrost kosztów komunikacji miejskiej o ok. 15 gorszy (30 peso) mógł spowodować tak olbrzymie niepokoje i straty związane ze zniszczeniami samego metra w wysokości 300 mln USD? Oczywiście, że nie.

Kwestie związane z transportem publicznym nawet nie były zapalnikiem dla protestów, a stołeczna młodzież raczej przeskakiwała przez bramki metra dla zgrywu niż ze względu na droższe bilety.

Zdecydowanie bliżej prawdy jest koncepcja, że niezadowolenie tliło się w społeczeństwie miesiącami, a nawet latami. Kilka tygodni temu, jak donosi agencja Bloomberg, doszło do podwyżek cen energii elektrycznej (o ok. 10 proc.). Prezydent Pinera realizował politykę reform i podkreślał, że Chile jest wyjątkowe, gdyż na pewno nie wpadnie w szpony populizmu. Zmiany w systemie emerytalnym (poprzez wzrost składek) czy na rynku pracy (bardziej elastycznym dla pracodawców) połączone z rosnącymi cenami zaczęły negatywnie wpływać na nastroje gorzej sytuowanych obywateli.

Z jednej strony nierówności społeczne i droga edukacja…

Nagły wzrost niezadowolenia społecznego połączony z wizerunkowymi wpadkami prezydenta-miliardera (świętował urodziny syna w luksusowej restauracji, gdy rozpoczęły się zamieszki) doprowadziły do szerokiego kryzysu. Warto zwrócić uwagę, że niezadowolenie części ludności ma również uzasadnienie ekonomiczne.

W Chile podobnie jak w wielu krajach Ameryki Łacińskiej panują silne nierówności społeczne. Według OECD (Organizacja Współpracy i Rozwoju) indeks GNI w Chile znajduje się na poziomie 0,45 i należy do najwyższych w grupie państw należących do Organizacji (w Polsce jest to 0,28 według danych za 2016 r.). Dochody 20 proc. najlepiej zarabiających obywateli Chile są 10-krotnie wyższe niż te dla 20 proc. mających najniższe wynagrodzenia. W Europie te różnice są mniej więcej o połowę mniejsze (dla Polski to 4,4, a dla Niemiec 4,6).

Niezadowolenie młodej części społeczeństwa wynika także z faktu, że bezpośrednie koszty studiów są wysokie. Według danych OECD za 2015 r. wynoszą one w parytecie siły nabywczej (PPP) ok. 10 tys. dolarów. Polak, Niemiec czy Czech musi wydać z własnej kieszeni ok. 3-4 tys. USD PPP, czyli mniej więcej jedną trzecią tej kwoty. Z kolei w kolejnych latach wykształcenie Chilijczyka wyraźnie procentuje (najbardziej wśród wszystkich krajów OECD prócz USA), co dalej pogłębia nierówności społeczne pomiędzy zamożną i gorzej sytuowaną częścią ludności.

…a z drugiej strony dobrze zarządzana gospodarka

Warto natomiast zauważyć, że mimo rozwarstwienia dochodowego Chile na koncie ma wiele sukcesów. Ocena kredytowa kraju wynosi silne  „A” i według trzech głównych agencji ratingowych kształtuje się ona  o przynajmniej szczebel wyżej niż dla Polski. Niskie ryzyko niewypłacalności to rezultat utrzymującego się od lat na poziomie poniżej 30 proc. PKB długu publicznego (w Polsce to ok. 20 pkt proc. więcej).

Mimo poważnego uzależnienia gospodarki od cen metali przemysłowych i koniunktury zewnętrznej (połowa eksportu to miedź lub jej produkty, tylko trzy kraje – Chiny, USA, Japonia – generują połowę zagranicznego popytu na chilijskie towary) kraj jest względnie stabilny, gdy dochodzi do fluktuacji na rynku surowców. Chile nie ma także problemów z inflacją oraz w opinii np. S&P Global Ratings jest to państwo „silnej demokracji i rządów prawa”.

Ciekawostką może być natomiast fakt, że PKB na mieszkańca w ujęciu nominalnym wynosi dokładnie tyle samo, ile w Polsce – według Fitch Ratings ok. 15,5 tys. USD. W parytecie siły nabywczej jest to natomiast dużo mniej. Dla Polski Fitch szacuje je na niespełna 28 tys. USD, podczas gdy w Chile o ponad 4 tys. USD mniej. Możliwość zakupu przez Polaka większej ilości dóbr oraz usług za te same pieniądze oraz zdecydowanie mniejsze nierówności społeczne sprawiają, że w nad Wisłą standard życia jest jednak wyższy niż w tym kraju Ameryki Łacińskiej.

Chile przezwycięży problemy

Chile prawdopodobnie poradzi sobie z obecnym kryzysem. We wtorek prezydent Pinera, według depesz Reutersa, prosił społeczeństwo o wybaczenie. Obiecał zamrożenie cen energii elektrycznej, podwyższenie emerytur, darmowe leki dla gorzej sytuowanej części społeczeństwa oraz gwarantowane minimalne wynagrodzenie na poziomie 480 dolarów.

To jednak nie ustępstwa ze strony władzy spowodują powrót do stabilizacji. Chile, mimo nierówności społecznych, od lat jest dobrze zarządzanym państwem w niesprzyjającym otoczeniu gospodarczym Ameryki Łacińskiej. Lepsze zaadresowanie programów społecznych i większa dostępność do edukacji mogą tylko wzmocnić tę pozycję, a wtedy obecny kryzys szybko pójdzie w zapomnienie.

Firmy faktoringowe w ciągu 9 miesięcy 2019 r. zanotowały wzrost obrotów o 21 proc.

Popyt na faktoring w Polsce wciąż dynamiczne rośnie. Rynek zanotował w ciągu 9 miesięcy 2019 r. wzrost obrotów o 21 proc. Firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów nabyły wierzytelności wynikające z faktur wystawionych przez krajowe firmy o łącznej wartości 205,7 mld zł. Rok temu kwota ta sięgała 170,6 mld zł. Z usługi korzysta obecnie w Polsce ponad 16,7 tys. firm. Przekazały one do sfinansowania blisko 12 mln faktur. Trwały wzrost popularności notuje faktoring pełny. Poprawy wymaga natomiast pozycja faktoringu eksportowego. Rośnie on wolniej niż krajowy. Tymczasem jego ważną zaletą jest ograniczanie ryzyka kursowego w handlu międzynarodowym.faktoring 3 kw 2019 – Polski Związek Faktorów

Polski Związek Faktorów (PZF) skupia obecnie przeważającą część podmiotów świadczących usługi faktoringowe. Zrzesza 30 członków: 5 banków komercyjnych, 19 wyspecjalizowanych firm udzielających finansowania, 3 podmioty o statusie partnera oraz 3 członków honorowych.

Firmy należące do PZF sfinansowały w ciągu 9 miesięcy 2019 r. działalność krajowych przedsiębiorstw na łączną kwotę 205,7 mld zł. Dzięki temu rynek zanotował wzrost o 21 proc.

Wykres 1.

Obroty firm zrzeszonych w Polskim Związku Faktorów po 3 kwartałach 2019 r. (w mld zł)Obroty firm zrzeszonych w Polskim Związku Faktorów po 3 kwartałach 2019

Najpopularniejszą formą faktoringu, podobnie jak na innych rozwiniętych rynkach europejskich, trwale stał się faktoring pełny. Zainteresowanie nim szczególnie dynamicznie rośnie w obrocie krajowym. Umożliwia szybki dostęp do środków na bieżącą działalność, połączony z ochroną przed brakiem zapłaty za dostarczone towary lub usługi ze strony kontrahentów. Podmioty zrzeszone w PZF objęły w ciągu 9 miesięcy 2019 r. w jego ramach blisko 107,1 mld zł wierzytelności, co stanowi 52 proc. obrotów całego rynku.

– Cechą charakterystyczną rynków rozwiniętych jest przewaga faktoringu pełnego nad jego formą niepełną. Tak też jest od pewnego czasu na polskim rynku: oferta faktorów w opcji pełnej stanowi 52 proc. ich obrotów. Świadczy to o wysokiej świadomości ekonomicznej klientów korzystających z tego rodzaju finansowania. Faktoring pełny chroni przed ryzykiem utraty płynności oraz wpadnięcia w pułapkę zatorów płatniczych. Zabezpiecza przed nieprzewidzianymi trudnościami handlowymi. – mówi Sebastian Grabek, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego PZF.

– Tym co wymaga poprawy, jest przekonanie większej grupy eksporterów do naszych usług. Obecnie faktoring międzynarodowy rośnie wolniej niż krajowy. Stanowi ok. 16 proc. obrotów. Tymczasem na rynkach rozwiniętych jego udział przekracza 20 proc. Podmioty realizujące międzynarodowe kontakty handlowe muszą mierzyć się z ryzykiem poniesienia straty z uwagi na występujące w dłuższych okresach różnice kursów walut. Dlatego możliwość przyspieszenia wpływu środków z wystawianych faktur jest dla nich szczególnie cenna. W połączeniu z faktoringiem pełnym zabezpiecza też przed ryzykiem braku zapłaty ze strony odbiorców, co może mieć szczególne znaczenie w obliczu ewentualnego spowolnienia zarówno w gospodorce światowej, jak i europejskiej, która jest kluczowa dla naszych eksporterów – dodaje Sebastian Grabek.

Z usług firm należących do PZF korzysta obecnie 16,7 tys. przedsiębiorców. Wystawili oni blisko 11,8 mln faktur, na podstawie których krajowi faktorzy udzielili finansowania.

– Faktoring w praktyce polega na zamianie należności na gotówkę. W przypadku gdy kontrahent domaga się wydłużonego terminu płatności faktur za dostarczone towary czy usługi lub zwleka z zapłatą, przedsiębiorca ma zablokowane środki na dalszy rozwój swojej firmy. Faktoring pozwala mu je uwolnić.

Firma faktoringowa wypłaca przedsiębiorcy część pieniędzy wynikających z faktury, a wo-bec dłużnika podejmuje działania zmierzające do uzyskania zapłaty. Gdy ją otrzyma, wypłaca pozostałą część środków przedsiębiorcy. Dzięki temu może on bez przeszkód dynamicz-nie rozwijać swój biznes.

Przedsiębiorcy poszukujący finansowania stawiają na rozwiązanie proste i wygodne. Zauważyli też, że faktoring pozwala im uniknąć wpadnięcia w zatory płatnicze. Przedstawiają więc do sfinansowania coraz więcej faktur – dodaje Sebastian Grabek.

Wykres 2.

Liczba klientów firm zrzeszonych w PZF po 3 kwartałach 2017 – 2019 (w tys.)Liczba klientów firm zrzeszonych w PZF po 3 kwartałach 2017 – 2019

– Dynamiczny rozwój prowadzonej działalności, wzrost sprzedaży produktów i usług, a w ślad za tym – liczba i wartość wystawionych faktur, często idzie w parze z podatnością na zmienność koniunktury na danym rynku. Aby móc się rozwijać w warunkach sezonowości, przedsiębiorcy potrzebują większej puli środków do wykorzystania na bieżącą działalność. Dzięki nim mogą szybko regulować własne zobowiązania. Mogą też udostępnić kontrahentom więcej czasu na zapłatę faktur. Sięgając po faktoring, podnoszą swoją konkurencyjność – dodaje Sebastian Grabek.

Wykres 3.

Struktura obrotów firm zrzeszonych w PZF po 3 kwartałach 2019 r. w ujęciu sektorowymStruktura obrotów firm zrzeszonych w PZF po 3 kwartałach 2019 r. w ujęciu sektorowym

Dostawcy Roku 2018 w konkursie PROCON Awards 2019 wybrani

W poniedziałek, 21 października podczas konferencji zakupowej PROCON/POLZAK 2019, poznaliśmy tegorocznych laureatów konkursu PROCON Awards w trzech kategoriach: IT, Creative Services, Logistics Services.

Tytuł Supplier of the Year jest symbolem wyjątkowego poziomu partnerskich relacji ze zleceniodawcami, które dzisiaj stają się kluczowym elementem przetrwania organizacji i zapewnienia jej przewagi konkurencyjnej w długim okresie czasu.

Konkurs PROCON Awards wyróżnia jego forma, opierająca się o opinie rzeczywistych klientów nominowanych firm. Zebrane informacje ocenia, pod względem określonych kryteriów, kapituła konkursowa. W tym roku, oddzielna dla każdej kategorii.

W tym roku w kategorii:

  • IT

Kapituła w składzie:

  • Mateusz Borowiecki, CEO, OptiBuy
  • Łukasz Węgrzyn, Partner, SSW Pragmatic Solutions

Wybrała firmę SEVENET, jako zwycięzcę i wyróżniła firmę YetiForce.

  • LOGISTIC SERVICES

Kapituła w składzie:

  • dr Mirosław Antonowicz, Członek Zarzadu, PKP SA i pracownik naukowy na Akademii Leona Koźmińskiego
  • Andrzej Zawistowski, Członek Zarządu, PSML
  • Marek Loos, Wiceprezes, Media4Business

Wybrała firmę Speedmail, jako zwycięzcę i wyróżniła firmę TSLogistic

  • CREATIVE SERVICES

Kapituła w składzie:

  • Agnieszka Suliborska, Kierownik ds. Zakupów Usług Eventowych, Polpharma
  • Magdalena Heinrich-Galińska, Procurement Manager Warsaw Site, AstraZeneca Pharma
  • Magdalena Kondas, Redaktor Naczelna, MeetingPlanner.pl
  • Marta Macke, Managing Partner, Shortlist Consulting

Wybrała firmę Brave Agency, jako zwycięzcę i wyróżniła firmy: Mea Group i Kerris Group

Obudowa hybrydowej protezy stawu kolanowego wydrukowana na drukarkach 3D

“HybridLeg” – hybrydowa proteza stawu kolanowego to najnowszy projekt firmy Contur 2000. Obudowa protezy została wydrukowana w technologii przyrostowej na polskich drukarkach 3D firmy 3DGence. Wydruk z materiału ABS skrócił proces produkcji tego kluczowego elementu o kilka tygodni.

Proteza stawu kolanowego, nad którą pracuje Contur 2000, będzie działać w dwóch trybach: pasywnym i aktywnym. Pozwoli to wyeliminować ograniczenia ruchowe każdego z tych rozwiązań z osobna. Proteza przez większość czasu będzie działała w trybie pasywnym, co wpłynie znacząco na zmniejszenie jej energochłonności. Funkcja aktywna z kolei zapewni swobodne wchodzenie po schodach. To już drugi tego typu projekt Contur 2000 i jak przekonują specjaliści – na pewno nie ostatni.

Obudowa protezy została wydrukowana na drukarkach w śląskim centrum usług druku 3DGence.

– Wybraliśmy technologię druku 3D, ponieważ jest ona najszybsza i stosunkowo tania, a do tego pozwala na wytwarzanie skomplikowanych kształtów, których nie brakuje przy obudowie protezy. Dodatkowo zależało nam na tym, aby obudowa była estetyczna, wytrzymała i dokładnie wykonana. To wszystko zapewnił nam druk 3D. Nie bez znaczenia było też to, że dzięki tej technologii jesteśmy w stanie wykonać dokładnie takie same elementy w przyszłości – tłumaczy Piotr Trzciński z Contur 2000.

Zastosowanie przy produkcji obudowy technik tradycyjnych, takich jak frezowanie CNC w technologii ubytkowej, podniosłoby koszty tego procesu do kilku tysięcy i wydłużyłoby czas wykonania do kilku tygodni. Firma musiałaby też zastosować droższe materiały, np. stopy aluminium.

– Druk 3D pozwala dziś osiągać rezultaty jakościowe dokładnie takie same jak w przypadku tradycyjnych technik produkcyjnych. A to dlatego, że wachlarz dostępnych materiałów jest coraz szerszy. Dzięki temu można drukować naprawdę bardzo wytrzymałe części, które znajdują zastosowanie i w maszynach w fabrykach, i w autach czy samolotach. Do tego produkcja w 3D jest szybsza i tańsza – mówi Remigiusz Synowiec, product manager  w firmie 3DGence.

Wyprodukowana za pomocą technologii druku 3D obudowa protezy jest bardzo estetyczna.

– Musieliśmy osłonić mechanizmy znajdujące się wewnątrz protezy, zachowując jednocześnie jej estetykę. Udało się to w 100 procentach. Technologię druku 3D będziemy wykorzystywać także w przyszłości przy pojedynczych, małych lub nawet średnich seriach produkcji obudowy, bo ma to jak najbardziej uzasadnienie ekonomiczne – podkreśla Piotr Trzciński z Contur 2000.

W mieszkaniówce wolniej, ale konsekwentnie do góry. Rynek mieszkaniowy w Polsce Q3 2019

Sprzedaż nowych mieszkań liczona łącznie na sześciu największych rynkach w Polsce wzrosła o 6% k/k. Spóźniony boom w Poznaniu i Łodzi pozwala myśleć o rekordach na zamknięcie roku.

Deweloperzy działający w sześciu największych miastach Polski sprzedali w trzecim kwartale br. 16 100 mieszkań, o 6% więcej niż przed kwartałem. Wzrost sprzedaży odnotowany został niemal na wszystkich rynkach, za wyjątkiem Wrocławia. W Poznaniu, gdzie w ciągu kwartału nabywców znalazło 1 700 mieszkań, był to najlepszy kwartalny wynik w historii – wynika z najnowszego raportu JLL „Rynek mieszkaniowy w Polsce Q3 2019”.

Po wyraźnym spadku sprzedaży w trzecim kwartale ubiegłego roku (do 14 300 lokali) i trudnościach z uruchamianiem nowych inwestycji, sytuacja na rynku pierwotnym mieszkań zdaje się stabilizować. Firmy działające w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Poznaniu i Łodzi uruchomiły w ostatnim kwartale sprzedaż 14 500 mieszkań, sprzedając w tym samym czasie 16 100. Łącznie w ostatnich 12 miesiącach do oferty trafiło 65 700 lokali mieszkalnych, a sprzedanych zostało 64 200, co jest wynikiem zbliżonym do osiągniętego na 6 rynkach w całym 2018 r. Jak przewidują eksperci z zespołu mieszkaniowego JLL podobnym wynikiem może zakończyć się również 2019 r.

Wszystko wskazuje na to, że rok 2019 firmy deweloperskie działające w sektorze mieszkaniowym będą mogły zaliczyć do udanych. Nabywcy, wprawdzie nie bez zastrzeżeń, ale akceptują rosnące ceny. Wskazuje na to nie tylko utrzymująca się na wysokim poziomie sprzedaż mieszkań, ale także wyjątkowo wysoka liczba udzielonych kredytów hipotecznych z jaką mieliśmy do czynienia w pierwszym półroczu tego roku. Wolniejsze niż jeszcze kilka kwartałów temu tempo sprzedaży deweloperzy kompensują sobie utrzymaniem atrakcyjnych marż, dzięki czemu wartość rynku nie spada. – Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL

Poznań i Łódź nadrabiają straty

Realizujący się w większości miast scenariusz równoległego zmniejszania się podaży i popytu nie dotyczy dwóch najmniejszych spośród sześciu głównych rynków mieszkaniowych – Poznania i Łodzi.

W Łodzi, sprzedaż zrealizowana przez deweloperów w trzech kwartałach bieżącego roku wyniosła 4 800 mieszkań i już na koniec września dorównała wolumenowi transakcji odnotowanemu na tym rynku w całym 2018 roku. Wciąż wysokie jest również tempo wprowadzeń. W okresie lipiec-wrzesień do sprzedaży trafiło tam 1 000 nowych mieszkań, a oferta utrzymała się na wysokim poziomie 3 800.

Z kolei w Poznaniu 1 700 sprzedanych mieszkań było najwyższym odnotowanym na tym rynku wynikiem w historii – o 24% wyższym niż kwartał wcześniej i o 74% wyższym niż przed rokiem. Zważywszy na dotychczasowe, równie wysokie wyniki odnotowywane na początku roku, spodziewać się można, że w całym roku sprzedaż na tym rynku przekroczy historyczny poziom 6 000.

Oba te rynki mają wciąż bardzo wysoki potencjał dla dalszego rozwoju. W minionych latach liczba transakcji w przeliczeniu na 1 000 mieszkańców w miastach takich jak Warszawa, Kraków czy Wrocław sięgała nawet 16 -19 mieszkań, gdy w tym samym czasie w Poznaniu i Łodzi pozostawała na poziomie 4-8. Korzystna dla firm działających na tych rynkach jest również relatywnie większa dostępność terenów inwestycyjnych, co pozwala na zachowanie elastyczności w przygotowaniu kolejnych projektów i ogranicza presję na wzrost cen. – Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL

Polacy wciąż skłonni do dużych zakupów

Badający skłonność do dokonywania przez Polaków zakupów GUS od kilku kwartałów informuje o dużym optymizmie. Co więcej wskaźnik obrazujący skłonność do dokonywania ważnych zakupów – w praktyce obejmujący mieszkania – oraz bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej (BWUK), osiągnęły we wrześniu poziomy najwyższe w historii. „W tym kontekście utrzymanie obecnych wyników sprzedażowych, przy systematycznie rosnących cenach wydaje się realne, a deweloperzy nie widzą powodów, dla których mieliby cen nie podnosić. – Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL

Przeciętne ceny metra kwadratowego, liczone dla lokali pozostających w ofercie na koniec września, wzrosły w porównaniu do poprzedniego kwartału we wszystkich analizowanych aglomeracjach. Najwyższy wzrost w miał miejsce w Krakowie (3,7%) i Łodzi (3,5%). Mniejszą skalę miał wzrost cen w Trójmieście (2,3%), Wrocławiu (2,0%) i Warszawie (1,5%). W Poznaniu przeciętne ceny wzrosły nieznacznie, bo o 1%. W porównaniu z wynikami sprzed roku na czterech rynkach: w Warszawie, Krakowie, Trójmieście i Wrocławiu, odnotowaliśmy dwucyfrowe wzrosty, mieszczące się w przedziale 10-15%. W dwóch pozostałych miastach wzrost cen był umiarkowany. W Łodzi średnie ceny były o 6,3% wyższe niż przed rokiem, a w Poznaniu o 3,4%.
Jak zauważają autorzy raportu „Rynek Mieszkaniowy w Polsce Q3 2019”, obecna koniunktura oparta jest w dużym stopniu na popycie o charakterze inwestycyjnym. Transakcje tego typu stanowią dziś ok. 30% wszystkich realizowanych i choć inwestorzy indywidualni to grupa nabywców najbardziej skłonnych do rezygnacji z zakupu w momencie zmieniającej się sytuacji rynkowej – na razie nie maleje.

Czynsze najmu na rynku mieszkaniowym rosną niemal we wszystkich miastach, a utrzymujący się niski poziom stóp procentowych wciąż zniechęca do trzymania pieniędzy w banku. Nawet rosnące ceny zakupu, które potencjalnie zmniejszają rentowność inwestycji, nie odstraszają nabywców, bo dają nadzieję na wzrost wartości nieruchomości w czasie. Ochłodzenie entuzjazmu tej grupy mogą wywołać ewentualne zmiany regulacyjne dotyczące rynku najmu krótkoterminowego, o których coraz głośniej mówi się w branży. Przy tym, miejsce detalicznych zakupów inwestycyjnych w ogólnej puli transakcji w nadchodzących latach z powodzeniem mogą wypełnić pakietowe transakcje realizowane przez podmioty instytucjonalne, które coraz aktywniej działają w Polsce. – Maximilian Mendel, Dyrektor Działu Inwestycji Mieszkaniowych, JLL

Wieści dotyczące Brexitu nie będą jedynymi, które mogą wpłynąć na rynek walutowy

Pierwsza część środy przynosi osłabienie polskiego złotego w relacji do euro – kurs EUR/PLN powrócił do okolic notowanych na początku tygodnia. Patrząc na szerszy horyzont czasowy, od początku października złoty doświadczył jednak wyraźnego umocnienia, zyskując w parze ze wspólną europejską walutą ok. 10 groszy. Istotną część ostatniego umocnienia złotego można powiązać z poprawą globalnego sentymentu do ryzyka i zmianami na głównych parach (umocnieniem funta brytyjskiego i euro w relacji do dolara amerykańskiego). Patrząc na to jak w ostatnich godzinach zachowują się główne waluty, wygląda na to, że dzisiejsza reakcja złotego również zdaje się wpisywać w ten schemat.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,27-4,28. Początek tygodnia przyniósł względną stabilizację na parze EUR/USD, w porównaniu do tego, co obserwowaliśmy w końcówce tygodnia. Podobnie jak funt brytyjski, dziś euro traci jednak w parze z dolarem amerykańskim.

Dzisiejsze dane o nastrojach konsumentów w strefie euro w październiku, które poznamy za kilka godzin, powinny raczej przejść bez większego echa. Inwestorzy najpewniej będą wyczekiwać czwartku. Wtedy bowiem poznamy kluczowe, wstępne dane PMI opisujące aktywność biznesową w strefie euro w tym miesiącu. Oprócz samych odczytów warto będzie zwrócić uwagę na decyzję EBC ws. polityki monetarnej, która zapadnie po południu. Nie oczekuje się, żeby podczas najbliższego spotkania EBC zdecydował się na modyfikacje kluczowych parametrów polityki monetarnej, w związku z tym uwaga inwestorów powinna skupić się na konferencji prasowej po spotkaniu banku. Warto podkreślić, że będzie to ostatnie spotkanie EBC, któremu przewodzić będzie Mario Draghi – 1 listopada stery nad najważniejszym bankiem centralnym po tej stronie Atlantyku przejmie była szefowa MFW, Christine Lagarde.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,6%, wahając się w widełkach 4,94-4,98. Wczorajszą słabość funta brytyjskiego można powiązać z wieczornymi głosowaniami w Izbie Gmin.

Pierwsze głosowanie, ogólne, które dotyczyło poparcia nowej wersji porozumienia ws. Brexitu przyniosło zwycięstwo Borisa Johsnona – rozkład głosów wyniósł 329-299. Drugie, dotyczące zgody na szybkie przeprowadzenie wyjścia z UE, nie uzyskało jednak wystarczającego poparcia posłów – rozkład głosów wyniósł 308-322. W związku z powyższym znacząco spadły szanse na opuszczenie przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej w wyznaczonym terminie 31 października. Nie oczekuje się jednak, że dojdzie do tzw. Brexitu bez umowy – zdecydowanie najbardziej realistycznym scenariuszem w obecnym momencie jest wydłużenie terminu Brexitu (prawdopodobnie o 3 miesiące, o co wniosła Wielka Brytania), po którym najpewniej zostaną zwołane wybory parlamentarne w Zjednoczonym Królestwie.

Przewodniczący Rady Europejskiej, Donald Tusk stwierdził wczoraj, że zarekomenduje państwom UE akceptację wniosku Wielkiej Brytanii o wydłużenie terminu Brexitu. O ile inwestorzy raczej spodziewają się, że do wydłużenia dojdzie, to jednak nie ma pewności co do jego kształtu – niewykluczone, że zamiast sztywnego wydłużenia kraje UE zaakceptują jego elastyczną wersję (tzw. flextension). Oznaczałaby ona, że w danym oknie czasowym Wielka Brytania miałaby czas na akceptację porozumienia, co mogłoby skrócić okres wydłużenia i doprowadzić do szybszego Brexitu.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,83-3,84. Kalendarz ekonomiczny dla USA w tym tygodniu jest stosunkowo pusty, rynek zresztą skupia się przede wszystkim na wieściach z Wielkiej Brytanii i strefy euro. O ile w najbliższym czasie nie otrzymamy wieści z frontu wojny handlowej USA i Chin, pod względem informacji z USA dużo ciekawszy powinien być przyszły tydzień – w środę czeka nas bowiem decyzja Rezerwy Federalnej ws. stóp procentowych. Obecnie prawdopodobieństwo cięcia stóp procentowych w przyszłym tygodniu na podstawie wyceny kontraktów fed funds futures wynosi ok. 90%.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

16:00 – wskaźnik zaufania konsumentów w strefie euro w październiku

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Lojalni i pracowici – nowa prawda o millenialsach

Millenialsi rzadziej prowadzą własne firmy niż pokolenie X, nie unikają pracy etatowej, a praca dla samej pracy to nie ich „bajka”. Jednocześnie cenią pracę tak samo jak ich rodzice, są nie mniej lojalni i pracowici, za to lepiej wykształceni. Taki obraz millenialsów – pierwszego pokolenia ery cyfrowej – wyłania się z raportu podsumowującego VI edycji badania PARP „Bilans Kapitału Ludzkiego” pt. Aktywność zawodowa i edukacyjna dorosłych Polaków wobec wyzwań współczesnej gospodarki.

„Bilans Kapitału Ludzkiego” jest jednym z największych europejskich projektów badawczych w obszarze kompetencji, zatrudnienia i rynku pracy, zapoczątkowanym w 2009 r. Raport powstał na podstawie danych uzyskanych w badaniu sondażowym przeprowadzonym wśród pracodawców, ludności i instytucji szkoleniowych.

Z bieżącej edycji BKL – która analizuje również millenialsów – wynika, że zdecydowaną większość powszechnie podzielanych opinii na temat tego pokolenia trudno uznać za zasadne. Pokolenie to ma swoją specyfikę związaną z warunkami, w jakich dorastało, na które złożyły się m.in. poprawa warunków bytowych, wzrost przeciętnego wykształcenia i postępujący rozwój technologiczny. Jednak brak jest twardych dowodów (poza aspektem wykształcenia), które wskazują na szczególny zestaw kompetencji, cech i postaw związanych z rynkiem pracy charakteryzujący Y-ków.

– Porównując wykształcenie rodziców millenialsów i starszych roczników, możemy mówić o dokonaniu prawdziwego skoku cywilizacyjnego. Świadczy o tym odsetek rodziców, którzy zakończyli edukację na poziomie gimnazjalnym lub niższym. Wyniósł on 22 proc. u respondentów pokolenia X, a jedynie 7 proc. w przypadku młodszych roczników – mówi Paulina Zadura, dyrektor Departamentu Analiz i Strategii w PARP.

Pogląd o tym, że dla pokolenia Y praca jest głównie środkiem do osiągania „innych celów” niż czysto zawodowe ma co prawda odzwierciedlenie w badaniu, ale jak się okazuje millenialsi nie różnią się pod tym względem znacząco od pokolenia swoich rodziców. W porównaniu do tego, co w życiu ceni się bardziej – pracę zawodową czy czas wolny – zarówno pokolenie X, jak i Y wyżej ceni czas wolny. Choć różnica na korzyść czasu wolnego jest wyraźniejsza u millenialsów.

Powszechnie panujące przekonanie, jakoby millenialsi unikali pracy etatowej również nie znajduje potwierdzenia w opracowaniu PARP. – Jeśli chodzi o sposób spełniania ambicji zawodowych okazuje się, że przedstawiciele pokolenia Y pracują na etacie tak samo często, jak ma to miejsce w przypadku pokolenia X. Na zbliżonym poziomie pozostaje również czas poświęcany pracy. Praca jest dla millenialsów przeciętnie mniej ważna niż dla pokolenia X, jednak różnice te wydają się być marginalne – zaznacza dyrektor Departamentu Analiz i Strategii w PARP.

Millenialsi rzadziej prowadzą własne firmy niż pokolenie X. Spora różnica dotyczy pracy w oparciu o umowy cywilno-prawne jako głównego źródła utrzymania. Jest to obserwowane częściej u Y-ków niż u X-ów (7 proc. vs 2 proc.). Jednak te różnice nie muszą wcale wynikać z różnic międzypokoleniowych ale ze zmieniających się modeli biznesowych i sposobów wykonywania pracy.

– Rynek pracy staje się też bardziej otwarty na różnorodne formy świadczenia pracy i ludzie korzystają z tych opcji – impulsem jest rozwój technologii ICT ułatwiających komunikację na odległość, ale w efekcie rozwija się praca zdalna, przestrzenie co-workingowe, zatrudnienie pracowników z różnych miejsc na świecie. Może się okazać, że to kolejne pokolenia dostosowują się do tych zmian w sferze pracy, a nie biznes i gospodarka patrzą jak dostosować się do nowych pokoleń – zauważa Paulina Zadura.

Krzywdząca okazuje się również obiegowa opinia o millenialsach, jako pokoleniu nielojalnym i  roszczeniowym. Pokolenie X i Y pracujące na etat jest w takim samym stopniu zadowolone z warunków swojej pracy, przy czym to millenialsi są częściej zadowoleni z zarobków. Nie odnotowano znaczących różnic pod względem opinii dotyczących sposobów motywowania oraz pozostawienia dowolności w realizowaniu zadań – choć młodsze pokolenie bardziej surowo ocenia satysfakcję z wykonywanej pracy. Obydwa porównywane pokolenia szukają nowej pracy tak samo często. Różnic nie ma, ani na poziomie całej populacji, ani gdy analizuje się poszczególne grupy zawodowe.

Spokój nad Wisłą

Po słabszych danych o sprzedaży detalicznej poznaliśmy kolejne dwa pozytywne odczyty dla polskiej gospodarki. Dobrze dzieje się w branży budowlanej i na rynku pracy. Jest to jednym z powodów, dla których złoty w dalszym ciągu pozostaje w okolicy maksimów kwartalnych.

Budowlanka w górę

Poniedziałkowe dane na temat sprzedaży detalicznej nie zachwyciły, ale za to dzisiaj nadszedł lepszy od oczekiwań odczyt pokazujący kondycję branży budowlanej. Produkcja budowlano-montażowa rośnie o 7,6% wobec oczekiwanych 6,6%. Patrząc na zmiany cen mieszkań, szczególnie w dużych aglomeracjach, wynik ten nie jest niespodzianką. Złoty przyjął te dane spokojnie, utrzymując swoją wartość względem głównych walut.

Bezrobocie w dół

Stopa bezrobocia zgodnie z oczekiwaniami spadła do 5,1%. Jest to oczywiście najniższy poziom od 1990 roku, kiedy to zakończyliśmy fikcję pełnego zatrudnienia. W tym roku ze względu na koniec prac sezonowych najprawdopodobniej nie zobaczymy już kolejnego rekordu. Patrząc jednak na ciągły wzrost zatrudnienia, jest szansa, że w 2020 r., o ile nie nastąpi pogorszenie koniunktury, możliwy będzie wynik poniżej 5%. Dane te jako zgodne z oczekiwaniami nie spowodowały istotnych zmian na rynku walutowym.

Johnson przegrywa kolejne głosowanie

Zaczęło się od sukcesu, bo niespodziewanie projekt brexitu został przyjęty do dalszego procedowania w komisji. Problem w tym, że w kolejnym głosowaniu harmonogram rządu nie uzyskał większości. W rezultacie termin 31 października obiecywany przez Borisa Johnsona (wciąż przez niego podtrzymywany), bez nagłego zwrotu akcji nie zostanie dotrzymany. W tej chwili czekamy zatem na reakcję Unii Europejskiej w sprawie przedłużenia negocjacji do końca stycznia 2020 r. Funt nie przyjął dobrze tych wiadomości. Wczorajszy dzień zaczynał w okolicach 4,98 zł, zakończył poniżej 4,95 zł.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Osteopatia – sposób na zdrowe ciało, psychikę i witalność

Adam Kuk osteopata Kraków
Adam Kuk – Centrum Osteopatii i Fizjoterapii w Krakowie www.osteohelp.pl

Zdrowie to nie tylko brak choroby. To obecność witalności, energii, radości, spokoju i balansu we wszystkich twoich działaniach. Permanentny stres, intensywny tryb życia, nadmiar obowiązków nie sprzyjają naszemu organizmowi. Ratunkiem może okazać się osteopatia – system opieki zdrowotnej polegający na manualnych metodach diagnozy i leczenia. Terapia z osteopatą aktywuje wrodzone zdolności samoleczenia organizmu, redukuje stres i przywraca energię.

Czym jest Osteopatia?

Jest to forma medycyny naturalnej, która skupia się na przywracaniu i utrzymywaniu zdrowia fizycznego całego organizmu. Osteopatię wyróżnia bezpośrednie podejście do leczenia przyczyn bólu lub dysfunkcji. Aby organizm był zdrowy, wszystkie jego części muszą pracować ze sobą w odpowiedni sposób, do którego zostały celowo zaprojektowane. Jeśli jeden element twojego organizmu jest w jakiś sposób ograniczony, to reszta stara się kompensować to ograniczenie, co może doprowadzić do zdrętwienia, zapalenia, dyskomfortu, bólu lub infekcji. Nasze organizmy posiadają niesamowite zdolności samoleczenia. Tak jak dobrze wyregulowany silnik, ciało w stanie balansu będzie działało przy minimalnym zużyciu co zostawi więcej energii na inne czynności. Zabiegi osteopatyczne pomagają przywrócić naturalną umiejętność samoleczenia organizmu. Osteopaci postrzegają pacjenta jako zintegrowaną całość, dlatego jeśli wszystkie komponenty organizmu są w stanie balansu, to osoba czuje się kompletnie zdrowa oraz odczuwa stan równowagi energetycznej.

Co i jak leczy osteopata?

Medycyna osteopatyczna, którą w drugiej połowie XIX wieku zapoczątkował doktor Andrew Taylor Still, używa nieinwazyjnego, manualnego podejścia do przywracania funkcji, wrodzonego ruchu i witalności tkanek organizmu, które zostały naruszone przez różne dolegliwości. W szczególności problemy neurologiczne oraz mięśniowo-szkieletowe są często bardzo podatne na leczenie osteopatyczne. Osteopaci przechodzą specjalistyczne szkolenie na temat układu mięśniowo-szkieletowego organizmu, co zapewnia im dogłębną wiedzę o sposobach na które choroby oraz urazy w jednej części ciała mogą oddziaływać na inną jego część. Ta wiedza w połączeniu z wysoce wytrenowanym zmysłem dotyku pozwala im identyfikować zmiany struktury oraz rytmu wewnątrz organizmu. Delikatne metody są używane, aby „nakłonić” napięcia i ograniczenia w organizmie do rozluźnienia. Osteopaci dążą do nastawienia jakichkolwiek przesunięć kości, mięśni, więzadeł oraz tkanek, które mogą negatywnie wpływać na balans w ciele i jego zdolność do samoleczenia.

Kuracja osteopatyczna ma na celu wsparcie układu nerwowego, układu krążenia i układu limfatycznego, aby naprawić braki równowagi, które są odpowiedzialne za zmniejszanie możliwości samoleczenia organizmu, oraz są główną przyczyną dyskomfortu, choroby, lub dolegliwości. Większość z nas była narażona na uraz fizyczny w pewnym momencie naszego życia. Organizm mógł zaabsorbować efekty tego urazu, lecz często zostaje po nim trwałe nadwyrężenie. Choroby i urazy emocjonalne, także często mogą zaowocować trwałym efektem fizycznym. Organizm może stopniowo coraz gorzej radzić sobie z nagromadzonymi nadwyrężeniami, co może prowadzić do pojawiania się symptomów. Osteopaci są szkoleni w wyczuwaniu subtelnych, rytmicznych zmian, które są obecne we wszystkich tkankach organizmu. Wpływ urazów i chorób może spowodować przeróżne problemy, zarówno w głowie jak i innych częściach ciała. Osteopaci mogą wyczuć, czy stan zdrowia danej osoby jest optymalny, oraz czy obecne jest coś, co zapobiega zdrowemu ruchowi tkanki.

Metody Osteopatyczne

Osteopata posiada głęboką wiedzę o anatomii i fizjologii, którą łączy z wnikliwymi umiejętnościami palpacyjnymi, i używa ich do dynamicznego zarządzania natychmiastowymi i długoterminowymi potrzebami pacjenta.  W każdym momencie szeroki zakres technik może zostać użyty i zintegrowany.

  • Osteopatia czaszkowa, jest to podejście do osteopatii, które skupia się na synchronizacji rytmu i fluktuacji centralnego układu nerwowego i jego komponentów, aby leczyć cały organizm.
  • Równoważenie napięć więzadłowych, jest to nakładanie kierunkowego nacisku na stawy i tkankę łączną.
  • Manipulacja krótkodźwigniowa, jest to technika poprawiająca ułożenie oraz niwelująca napięcie, poprzez kontrolowane i zdecydowane pchnięcie konkretnej części ciała.
  • Mobilizacja limfatyczna, jest to technika przemieszczania i oczyszczania płynów w układzie limfatycznym, co odgrywa ważną rolę w detoksykacji i odporności.
  • Energizacja mięśni, jest to technika polegająca na aktywacji niektórych mięśni poprzez naprężanie ich, gdy inne części ciała są ułożone w bardzo specyficznych pozycjach.
  • Kuracja powięzi, jest to technika polegająca na rozciąganiu „powięzi”, która otacza i łączy nasze tkanki.

Zabiegi osteopatyczne

Osteopatia jest bezpiecznym i wyjątkowo efektywnym sposobem na leczenie ludzi w każdym wieku, od noworodków po seniorów, włączając w to kobiety w ciąży i osoby z urazami i po operacji. Ponieważ każdy pacjent jest unikalny, każda sesja osteopatyczna jest także unikalna. Osteopata wybiera odpowiednią technikę i plan leczenia, bazując swoją decyzję na naturalnych mechanizmach leczących twojego organizmu, stanie twojego zdrowia, specyficznych problemach oraz specyficznych dla ciebie fizycznych, środowiskowych, psychologicznych okolicznościach, które na oddziałują na ciebie i twoje zdrowie, zarówno od wewnątrz jak i na zewnątrz. Bierze też pod uwagę to do czego zdrowotnie dążysz. Możesz polegać na tym, że wszechstronna kuracja osteopatyczna zapewni odnalezienie źródła twojego bólu lub dyskomfortu i jego kurację.